Pracownik, twórca wynalazku, może żądać dodatkowego wynagrodzenia

W codziennej praktyce spotykam się z licznymi sytuacjami w których przedsiębiorca dokonuje zgłoszenia do ochrony wynalazku, wzoru użytkowego lub wzoru przemysłowego, wskazując przy tym osobę twórcy, będącego jego pracownikiem. Warto przy tej okazji zastanowić się, czy pracownikowi, który w ramach świadczenia pracy opracował rozwiązanie, zgłoszone następnie przez pracodawcę do ochrony jako wynalazek, wzór użytkowy lub wzór przemysłowy, przysługuje dodatkowe wynagrodzenie?

Na to pozornie proste pytanie, intuicyjnie większość z nas odpowie: Nie, nie przysługuje, zwłaszcza, jeśli pracownik opracował rozwiązanie w ramach świadczenia obowiązków ze stosunku pracy. Ustawa Prawo własności przemysłowej (PWP) wskazuje co prawda, że w takiej sytuacji – gdy twórca dokonał wynalazku, wzoru użytkowego lub wzoru przemysłowego w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy lub realizacji innej umowy – prawo do ubiegania się o ochronę przysługuje pracodawcy (o ile pracodawca i pracownik nie ustalili inaczej), jednak pracownikowi przysługuje w tej sytuacji wynagrodzenie za korzystanie z tego wynalazku, wzoru użytkowego lub wzoru przemysłowego. Podobnie jak w przypadku prawa do ubiegania się o ochronę, również w przypadku wynagrodzenia twórcy, strony (twórca-pracownik oraz pracodawca) mogą jednak umówić się odmiennie. Należy jednak podkreślić, że w braku owych odmiennych ustaleń, twórca ma prawo do wynagrodzenia. Co ważne, orzecznictwo w tym zakresie potwierdza (m.in. wyrok SN z dnia 24.01.2018 sygn. akt I PK 107/17), że wynagrodzenie twórcy wynalazku za korzystanie z tego wynalazku przez przedsiębiorcę, ma charakter jednorazowy, co w praktyce oznacza, że okres przedawnienia roszczeń twórcy z tego tytułu [na podstawie art. 118 kc] wynosi 6 lat.

Jak zatem ustalić wysokość wynagrodzenia twórcy wynalazku pracowniczego ?

Niestety Ustawa PWP wprowadza tu dalszą komplikację. Wskazuje bowiem, że o ile strony nie ustalą inaczej, wynagrodzenie ustala się w słusznej proporcji do korzyści przedsiębiorcy uzyskiwanych z tego wynalazku lub wzoru. Ustawa wskazuje również, że przy ustalaniu wysokości wynagrodzenia należy brać pod uwagę okoliczności, w tym zakres pomocy udzielonej twórcy przy dokonaniu wynalazku, a także zakres obowiązków pracowniczych. Co więcej, ustawa wskazuje, iż wynagrodzenie twórcy ustalone i wypłacone według powyższych zasad, należy podwyższyć, jeżeli faktycznie osiągnięte korzyści przedsiębiorcy okażą się znacząco wyższe od tych, jakie zostały przyjęte do ustalenia wypłaconego wynagrodzenia.

Ponieważ regulacje ustawowe dotyczące wynagrodzenia za korzystanie z wynalazku pracowniczego są wysoce niekonkretne i ogólne, warto kwestie te uregulować w umowie z pracownikiem bądź też w ramach wewnętrznego regulaminu dotyczącego tzw. wynalazków pracowniczych.

Podsumowując:

  • prawo do uzyskania ochrony, w tym patentu, na rozwiązanie opracowane przez pracownika w wyniku wykonywania obowiązków ze stosunku pracy lub realizacji innej umowy, przysługuje pracodawcy;
  • pracownikowi (twórcy) przysługuje dodatkowe wynagrodzenie za korzystanie z wynalazku pracowniczego zgłoszonego do ochrony przez pracodawcę;
  • pracownikowi może przysługiwać także podwyższone wynagrodzenie, jeżeli korzyści pracodawcy korzystającego z wynalazku pracowniczego okażą się znacząco wyższe niż zakładano;
  • roszczenia pracownika z tytułu wynagrodzenia za korzystanie przez pracodawcę z wynalazku pracowniczego przedawniają się z upływem 6 lat;
  • warto uregulować kwestie wynalazków pracowniczych w tym ich opracowywanie oraz wynagrodzenie pracowników, w odrębnej umowie bądź wewnętrznym regulaminie.

Autor: Rzecznik Patentowy, Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Macquarie Capital pożycza DL Invest Group 123,4 mln Euro na rozbudowę logistycznego portfela firmy

Macquarie Capital Principal Finance (Macquarie) udzielił DL Invest Group pożyczki w wysokości 123,4 mln Euro. Kredyt został udzielony na okres trzech lat. Kapitał pochodzić będzie ze środków bilansowych Macquarie Capital.

Zabezpieczeniem kredytu jest 10 nowoczesnych logistycznych aktywów zlokalizowanych w całej Polsce i o łącznej powierzchni 193 000 mkw. Obiekty te powstały na przestrzeni ostatnich pięciu lat, a ich najemcami są duże międzynarodowe firmy o ustalonej na rynku renomie.

Transakcja ta jest odzwierciedleniem silnej pozycji Macquarie i możliwości dostarczenia finansowania dla dalszego rozwoju portfolio nieruchomości należącego do doświadczonego polskiego dewelopera i inwestora w dobie rynkowych wyzwań i makroekonomicznych perturbacji. Z dużą przyjemnością angażujemy się w dalszy rozwój DL Invest Group i jesteśmy przekonani, że jest to pierwszy z wielu kolejnych, wspólnych projektów” – mówi Alexi Antolovich, Global Co-Head Real Estate, Macquarie Capital Principal Finance

Dzięki współpracy z Macquarie rozpoczynamy realizację kolejnego etapu rozwoju naszej firmy. DL Invest Group jest podmiotem skupionym na długoterminowej maksymalizacji wartości aktywów poprzez między innymi proaktywne zarządzanie nieruchomościami i budowę relacji z najemcami. Macquarie był pragmatyczny przez cały proces negocjacji w okresie wzmożonej zmienności na polskich rynkach kapitałowych. Wypracowaliśmy uszyte na miarę naszych wspólnych potrzeb rozwiązanie, które pozwoli nam na dalszy rozwój i umocnienie naszej pozycji na polskim rynku” – mówi Dominik Leszczyński, CEO DL Invest Group.

Poranna próba odbicia w górę na europejskich rynkach akcji

Po wczorajszym tąpnięciu o 3,85 proc. WIG-20 rozpoczynał ostatnią sesję września od próby odrabiania strat (+1,03 proc. ok. godz. 9:30). Rosły również na początku piątkowej sesji pozostałe główne indeksy GPW. Wczorajsza sesja na Wall Street zakończyła się 2,11 proc. spadkiem S&P 500, który zaliczył najniższy poziom od grudnia 2020. DJIA spadła o 1,54 proc., ale utrzymał się powyżej wtorkowych minimów, zaś Nasdaq Composite stracił 2,84 proc., ale nadal pozostawał nieco powyżej poziomu dołka z czerwca.

Na giełdach Azji i Oceanii swe nowe cykliczne minima ustanowiły główne indeksy w Hongkongu, Malezji, Korei Południowej, Filipinach i na Tajwanie.

Europejskie giełdy odbijały w górę po wczorajszych spadkach (ok. 9:40 DAX +1,13 proc., CAC 40 +0,99 proc.).

Najwyższa od 2008 roku była dziś rentowność 10-letnich obligacji skarbowych Singapuru. Wczoraj rentowność 10-letnich obligacji skarbowych osiągnęła najwyższy od 10 lat poziom (9,77 proc.). Dziś rano rentowności 10-latek w USA i Europie lekko spadała.

Lekko drożały dziś rano kontrakty na ropę naftową (ok .godz. 9:15 WTI +0,6 proc., Brent +0,7 proc.) i amerykańskiego gazu ziemnego (+0,33 proc.). Za wyjątkiem palladu (-0,22 proc.) rosły dziś rano również ceny metale szlachetnych (złoto +0,79 proc., srebro +2,18 proc., platyna +1,33 proc.). Najwyższego poziomu od końca 2016 roku poziomu dotknęły dziś ceny kontraktów na sok pomarańczowy na ICE. Wczoraj do najniższego poziomu od 2 lat spadły ceny kontraktów na drewno na CME.

Zmiany kursu USD względem euro i japońskiego jena był dziś rano niewielkie (EUR/USD +0,03 proc.; USD/JPY -0,11 proc. ok. godz. 9:15).

Również kosmetyczne były poranne ruchy kursu złotego (USD/JPY -0,04 proc., EUR/PLN -0,05 proc. ok. godz. 9:15).

Kurs Bitcoina względem amerykańskiego dolara już 3,5 miesiąca broni poziomu wsparcia wyznaczanego tuż poniżej poziomu 20000 USD przez szczyt z grudnia 2017 roku.

Autor Wojciech Białek, TMS Brokers

Kto jest głównym faworytem do wygrania Premier League w sezonie 2022/2023?

Dopiero za nami kilka kolejek piłkarskiej ekstraklasy w Wielkiej Brytanii, ale już w tej chwili można powiedzieć o faworytach do końcowego triumfu w tych rozgrywkach. Tak jak w ostatnich latach głównymi pretendentami do zwycięstwa w tej najlepszej lidze na świecie są Manchester City i Liverpool. Jednak w tym sezonie warto szczególnie oglądać poczynania Tottenhamu Hotspur oraz Arsenalu, ale cały czas nie wolno zapominać o drużynie Chelsea, która też ma skład, aby powalczyć o końcowe zwycięstwo w lidze.

Manchester City i Liverpool, czyli drużyny, które w ostatnich legach zdominowały Premier League

Tak naprawdę w ostatnich latach w walce o mistrzostwo Anglii liczyły się tylko te dwa zespoły, które rzadko kiedy notowały jakieś potknięcia ze słabszymi zespołami. Trzeba powiedzieć, że The Citizens mają w składzie tylu dobrych zawodników, że Pep Guardiola może wystawić dwie podobnej jakości wyjściowe jedenastki. Na każdej pozycji mają oni światowej klasy graczy, a zostali jeszcze wzmocnieni transferem Hallanda, który zalicza bardzo udany początek swojej przygody w tej wymagającej lidze. Wiadomo, że tej drużynie ciężko jest odebrać piłkę i tworzą oni mnóstwo sytuacji bramkowych, przez co strzelają mnóstwo bramek. Liverpool też powinien się liczyć w walce o zwycięstwo w Premier League jednak na początku sezonu ten klub zanotował kilka niepokojących wpadek i na razie ich forma pozostawia wiele do życzenia. Odczuwalny jest trochę brak Sadio Mane, który przeniósł się do mistrza Niemiec Bayernu Monachium. W przypadku, gdy będą oni regularnie punktować powinni zdobyć sporo punktów, ponieważ mają w swoim zespole znakomitych zawodników, którzy mają ogromne umiejętności.

Arsenal, Tottenham Hotspur i Chelsea to zespoły, które mogą zagrozić faworytom w walce o mistrzostwo Anglii

Może imponować początek drużyny Arsenalu, ponieważ od kilku lat nie grali oni tak efektywnie jak od początku tego roku. Widać, że ten zespół prowadzony przez Artetę ma pomysł jak ogrywać nawet tych największych w Premier League. Oglądając ich warto popatrzeć na grę Saki, czy Odegarda, którzy bardzo dobrze rozgrywają mecze dając duży spokój swojemu zespołowi. Bardzo ciekawy zespół ma też Tottenham. Przyjście Dejana Kulusevskiego i Richarlisona sprawiła, że trener Conte ma bardzo duży wybór, jeżeli chodzi o graczy, którzy mogą grać w ataku. Trzeba pamiętać, że prawdziwymi liderami tej drużyny są Harry Kane i Son. Ten zespół traci bardzo mało goli i jest bardzo poukładany przez włoskiego szkoleniowca. W momencie, gdy będą oni zdobywać punkty z drużynami z końca tabeli ligowej to powinni liczyć się w walce o Ligę Mistrzów, a przy słabszej formie faworytów mają szansę nawet na mistrzostwo Anglii w tegorocznym sezonie. Dotychczas formę bardzo w kratkę ma klub z Londynu, czyli Chelsea. Jednak ich skład pozwala na to, aby mogli oni marzyć o zwycięstwie w Premier League w sezonie 2022/2023. Warto zaznaczyć, że ten sezon może być bardzo ciężki dla piłkarzy, ponieważ jesienią będzie jeszcze mundial, który będzie ich kosztował mnóstwo sił, ale także może ta impreza mocno wpłynąć na wyniki w rozgrywkach ligowych.

Chciałbyś obstawiać zakłady sportowe? Rób to u legalnego bukmachera. W Polsce korzystanie z usług nielegalnych bukmacherów jest zabronione i wiąże się z konsekwencjami narażenia się na kary pieniężne i odpowiedzialność karną. Zakłady można obstawiać wyłącznie u operatorów posiadających zezwolenie Ministerstwa Finansów. Hazard uzależnia i nie należy czynić z niego sposobu na życie.

Betfan to legalny polski bukmacher internetowy. Zakłady wzajemne urządzane przez spółkę BetFan sp. z o.o. przez sieć Internet przyjmowane są na stronie internetowej Spółki pod adresem www.betfan.pl na podstawie zezwolenia Ministerstwa Finansów z dnia DNIA 29 PAŹDZIERNIKA 2018 R. NR PS4.6831.3.2018

To udawanie pomagania – przedsiębiorcy krytycznie o pomocy dla przedsiębiorstw nadodrzańskich

Przedsiębiorcy znad Odry rozczarowani pomocą Rządu. Prezes Mojsiuk: „Udawanie pomagania. Przedsiębiorcy zostali z długami”.

3010 złotych brutto na każdego pracownika, który zatrudniony był etatowo. Przedsiębiorca musi jednak udowodnić spadek obrotów o 50%. Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która ma wspierać poszkodowanych w katastrofie ekologicznej na Odrze przedsiębiorców. Północna Izba Gospodarcza nie ukrywa rozczarowania skromną ofertą pomocy i bardzo późnym procedowaniem tego tematu. – Mówiliśmy w sierpniu, że pomoc musi być udzielona przedsiębiorcom natychmiast. Tymczasem mamy koniec września i brak jasnych procedur, jak ubiegać się o pomoc. Dodam, że jest to pomoc symboliczna. Liczyliśmy na bardziej efektywny dialog. Tak jak w Odrze rozmyła się trucizna, która zabiła setki ryb. Tak szybko byliśmy świadkami rozmycia się energii rządzących do rozmów z przedsiębiorcami – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Przedsiębiorcy znad Odry rozczarowani skalą pomocy i tempem jej udzielania

Prezes Hanna Mojsiuk krytycznie ocenia wsparcie, które zostało przegłosowane przez sejm i podpisane przez Prezydenta Andrzeja Dudę.

–  To nie jest pomoc wystarczająca. Mamy wrażenie, że to tworzenie fasady, że pomaga się przedsiębiorcom. Niestety kwota 3010 złotych brutto na pracownika to kwota wręcz symboliczna. Nikt w tych czasach nie pracuje sezonowo za takie pieniądze. Po drugie wypożyczalnie kajaków, obiekty turystyczne czy rybacy są zatrudniani zwykle na umowach cywilnoprawnych.  Opcja wsparcia więc odpada. Poza tym przedsiębiorcom działającym np. w sektorze gastronomicznym czy hotelarskim trudno jednoznacznie ocenić, jaka część spadku obrotów to efekt katastrofy – mówi Hanna Mojsiuk.

– Skala pomocy i tempo działania w tym temacie nie jest wystarczająca. Przedsiębiorcy z wielu branż nie działają od sierpnia, stracili sezon, wpadli w spirale zadłużenia. Dla nas ten temat nie jest jeszcze zamknięty – mówi Prezes Izby. – Dodam jeszcze , że nie wszystkie samorządy, umarzały opłaty lokalnym przedsiębiorcom. Przykład? Foodtruck na zamkniętym nad Odrą kąpielisku nadal musi płacić czynsz za dzierżawę terenu. Co z tego, że jak nie można się kąpać to ludzi w tym miejscu nie było i taki przedsiębiorca przez kilka tygodni nie zarobił nawet złotówki – dodaje Hanna Mojsiuk.

Mec. Jarosiewicz: „Pozew przeciwko Skarbowi Państwa możliwy, o ile udowodni się, że to zaniedbania konkretnych instytucji lub osób doprowadziły do katastrofy”

Prawnicy nie mają wątpliwości, że droga przedsiębiorców poszkodowanych przez katastrofę ekologiczną do odszkodowania będzie trudna. To kwestia przede wszystkim niejasnej przyczyny katastrofy. Nie wiadomo kto miałby być adresatem pozwu. Przedsiębiorcy mówią wprost, że zostali ze swoim problemem sami.

– Można powiedzieć, że podpisana przez prezydenta ustawa o pomocy przedsiębiorcom poszkodowanym przez katastrofę ekologiczną na Odrze, tak naprawdę nie zmienia wiele w sytuacji przedsiębiorców, którzy myślą o staraniu się o odszkodowania. Nadal nie wiadomo kto spowodował skażenie Odry, więc nie ma przeciwko komu kierować roszczeń odszkodowawczych. Za ewentualne zaniedbania można byłoby pociągnąć do odpowiedzialności Skarb Państwa, ale to nie jest kwestia prosta – mówi Marek Jarosiewicz z kancelarii Wódkiewicz & Sosnowski.

– Można dyskutować czy akt prawny w postaci zakazu korzystania z Odry był na tyle krótki, by wyczerpywać znamiona ochrony życia i zdrowia ludzi. Wydaje się, że trudno byłoby dochodzić swoich praw, gdy mamy do czynienia z zaledwie miesięcznym kryzysem. Dla przedsiębiorców to jednak wielka strata. Ubolewam, że kolejny raz nie podjęto decyzji o wprowadzeniu stanu klęski żywiołowej, bo to otwierałoby przedsiębiorcom drogę do ubiegania się o zadośćuczynienie – dodaje prawnik.

– Gdyby ktoś podjął próbę pozwu to szkoda poniesiona przez przedsiębiorców powinna być zaprezentowana w oparciu o odwołane rezerwacje, zmniejszone obłożenie w konkretnej firmie czy przez porównanie sezonów z lat poprzednich. Przedsiębiorcy mają prawo wnioskować do samorządów o umorzenie opłat lokalnych. Niestety trzeba liczyć na dobrą wolę władz, a z tym może być różnie – dodaje mec. Jarosiewicz.

Kredytowe rozdwojenie

Dynamicznie prowadzony cykl podwyżek stóp procentowych mocno oddziałuje nie tyko na zachowania oraz sytuację posiadaczy oszczędności, ale także, może nawet bardziej, na to co dzieje się na rynku kredytów. Z jednej strony zaostrzają się kryteria ich przyznawana, z drugiej spada liczba chętnych do zadłużania się, choć w tej ostatniej kwestii sytuacja jest bardziej skomplikowana.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy podstawowa stopa referencyjna Narodowego Banku Polskiego została podwyższona z 0,1 do 6,75 proc. To najbardziej dynamiczny cykl zaostrzania polityki pieniężnej w naszej historii. To oczywiście musiało znaleźć odzwierciedlenie zarówno na rynku finansowym, jak i w sytuacji klientów. Z jednej strony skokowo zaczęło rosnąć oprocentowanie oferowanych przez banki lokat, których stawki zostały podwyższone do poziomu ok. 7 proc. Lokaty w dużej części kompensują posiadaczom oszczędności deprecjację spowodowaną rekordowo wysoką inflacją, pozostają także najbardziej popularnym, głównie ze względu na bezpieczeństwo kapitału, instrumentem finansowym. Z drugie strony, rynkowy koszt pieniądza, odzwierciedlany przez stawki WIBOR, od których zależne jest oprocentowanie większości udzielanych przez polskie banki kredytów, w ciągu dwunastu miesięcy wzrosły z 0,25 do ponad 7 proc. Jednocześnie pojawiły się obawy przed pogorszeniem się sytuacji gospodarczej. Obniżenie się dynamiki PKB jest już przesądzone, a niewiadomą jest jedynie skala tego zjawiska i jego wpływ na sytuację gospodarstw domowych. Na razie pozytywnym czynnikiem jest utrzymująca się dobra z punktu widzenia zatrudnionych sytuacja na rynku pracy. Jednak i w tym zakresie także widać pewne negatywne sygnały. Tempo wzrostu płac przestaje nadążać za inflacją, więc realna wartość wynagrodzeń nieznacznie się ostatnio obniża. Wskaźniki nastrojów konsumentów są na poziomie najniższym od początku ich publikacji, czyli od ponad dwudziestu lat. Na razie nie powoduje to negatywnych konsekwencji w przypadku dynamiki sprzedaży detalicznej, ale widać już pewien spadek popytu w kategorii dóbr trwałego użytku. To wszystko powoduje z jednej strony zaostrzanie polityki kredytowej, z drugiej zaś zwiększa ostrożność gospodarstw domowych w zaciąganiu zobowiązań, szczególnie długoterminowych. Na rynku kredytów hipotecznych mamy już do czynienia z drastycznymi spadkami popytu. Wzrost kosztów finansowana dłużnego oraz malejąca z powodu wysokich stóp procentowych zdolność kredytowa powodują, że maleje skłonność do zaciągania zobowiązań. Z drugiej zaś strony, rosnące koszty funkcjonowania gospodarstw domowych skłaniają część z nich do korzystania z kredytów.

Autor komentarza: Tomasz Rzeski, Country Sales Manager Oddziału Inbank w Polsce

Rząd powinien chronić polską gospodarkę

Ochrona polskiej gospodarki jest obowiązkiem rządu i powinna być priorytetem podejmowanych działań. Tylko właściwe decyzje w obszarze gospodarczym uchronią Polaków przed ponoszeniem ogromnych kosztów wynikających z makroekonomicznych czynników zewnętrznych i wewnętrznych. Ważne jest także wykorzystanie środków z KPO. Krajowy Plan Odbudowy stanowiłyby potężny impuls osłabiający recesję – dlatego, że to są pieniądze w większości na inwestycje. Spośród różnych sposobów przeciwdziałania recesji, KPO jest najmniej inflacyjnym – dlatego, że wzmacniałby to kurs złotego. Niestety osłabienie kursu złotego jest bardzo prawdopodobne w najbliższych miesiącach.

– Ja nie wiem czy jest sens, żebym ja cokolwiek doradzał rządowi – bo od paru lat mówię co moim zdaniem powinno być robione w polityce gospodarczej, a prawie wszystko jest robione odwrotnie. A więc nie sądzę, żeby nastąpił jakiś cud. Co więcej, mamy wybory w przyszłym roku – więc nie tylko obawiam się, że rząd nie będzie podejmować żadnych działań, które powinno się podejmować stabilizując gospodarkę – powiedział serwisowi eNewsroom  profesor Witold Orłowski, ekonomista, Rektor Akademii Finansów i Biznesu VISTULA. – Obawiam się, że pod wpływem presji wyborczej rząd może zacząć podejmować działania szaleńcze zupełnie – typu w gruncie rzeczy dolewania benzyny do ognia, żeby zdobyć jak najwięcej głosów wyborczych Także tutaj trudno jest cokolwiek rządowi radzić. Oczywiście należałoby po pierwsze skoncentrować wszystkie siły na tym, żeby nie zabrakło energii i surowców energetycznych w Polsce. Po drugie należy naprawdę zacząć skutecznie prowadzić politykę antyinflacyjną. Po trzecie wykorzystać środki z KPO – wylicza Orłowski.

Skuteczna komercjalizacja oferty CDMO przynosi Mabion trzeci z rzędu kwartał dynamicznych wzrostów i dodatnich wyników

  • 2Q 2022 to trzeci z rzędu kwartał istotnych przychodów i solidnych dodatnich wyników na wszystkich poziomach, wypracowanych dzięki sprawnej realizacji usług kontraktowych dla Novavax
  • W 2Q 2022 Mabion wypracował:
  • 43,9 mln PLN przychodów
  • 5,6 mln PLN EBITDA
  • 3,1 mln PLN EBIT
  • 5,1 mln PLN zysku netto
  • Do dnia publikacji sprawozdania (29.09.2022) Spółka otrzymała blisko 32 mln USD płatności od Novavax
  • W 2Q 2022 Mabion wygenerował 6,6 mln PLN dodatnich przepływów operacyjnych, saldo gotówki na dzień 30.06.2022 wyniosło 22,3 mln PLN
  • W kolejnych kwartałach tego roku Spółka oczekuje wzrostu wyników finansowych na wszystkich poziomach w porównaniu do pierwszego półrocza 2022
  • 22 września br. Spółka zawarła aneksy rozszerzające i przedłużające zakres współpracy z Novavax
  • Trwająca umowa na wytwarzanie komercyjne zostaje przedłużona do końca 2026 roku, pierwotnie miała trwać do końca 2025 roku
  • Do kontraktu dodano wytwarzanie drugiego produktu będącego substancją czynną dla szczepionki w wersji Omicron
  • Mabion będzie otrzymywać wynagrodzenie za wytworzone serie produktu albo wynagrodzenie za gotowość do wytwarzania produktu (rezerwacja mocy produkcyjnych)
  • Nowa formuła wynagrodzenia umacnia stabilność finansową Spółki co najmniej do 2Q 2024, gwarantując comiesięczne płatności indeksowane wskaźnikiem inflacji
  • Wartość realizowanej Umowy to 372 mln USD, płatności otrzymywane przez Mabion są realizowane w USD, wysoki kurs USD wpływa pozytywnie na generowane przez Spółkę wyniki
  • Skuteczna monetyzacja budowanych przez lata kompetencji w obszarze usług CDMO skutkuje zawarciem 7 dodatkowych zleceń SOW (ang. Statement of Work) z Novavax na przestrzeni 2022 roku
  • Mabion rozwija dział sprzedaży i rozpoczął ofertowanie do nowych potencjalnych partnerów biznesowych w obszarze CDMO w celu zawarcia kolejnych kontraktów i dywersyfikacji biznesu
  • Spółka opracuje optymalny harmonogram dla działań związanych z wprowadzeniem na rynek leku MabionCD20, podtrzymując priorytet dla działalności w obszarze CDMO
  • Proces pozyskania inwestora strategicznego jest kontynuowany, jest jednym z priorytetów Spółki

Tabela 1. Wyniki finansowe Mabion S.A. w ujęciu kwartalnym

Dane w mln PLN 1Q 2021 2Q 2021 3Q 2021 4Q 2021 1Q 2022 2Q 2022
Przychody razem (w tym) 1,6 55,3 38,6 43,9
     Przychody ze sprzedaży 22,3 17,5
     Przychody z tytułu leasingu 1,8 1,4
     Przychody z zakupu materiałów 14,5 25,0
Koszt własny sprzedaży 21,0 21,8 33,3
Zysk brutto na sprzedaży 1,6 34,3 16,8 10,7
Marża brutto ze sprzedaży bez przychodów materiałowych n/a n/a n/a n/a 69,7% 56,2%
Marża brutto na sprzedaży n/a 100% n/a 62,0% 43,5% 24,3%
EBITDA (11,9) (2,3) (14,2) 27,4 9,6 5,6
Marża EBITDA bez przychodów materiałowych n/a n/a n/a n/a 39,9% 29,6%
Marża EBITDA n/a n/a n/a 49,6% 24,9% 12,8%
Amortyzacja 2,2 2,1 2,1 2,4 2,5 2,5
EBIT (14,1) (4,4) (16,3) 25,0 7,1 3,1
Marża EBIT bez przychodów materiałowych n/a n/a n/a n/a 29,4% 16,3%
Marża EBIT n/a n/a n/a 45,2% 18,4% 7,0%
Przychody/koszty finansowe netto (3,0) 1,9 0,7 (0,1)  0,3 2,0
Zysk/strata brutto (17,1) (2,5) (15,6) 24,9 7,4 5,1
Podatek dochodowy (12,2)
Zysk/strata netto (17,1) (2,5) (15,6) 37,1 7,4 5,1

 Tabela 2. Wyniki finansowe Mabion S.A. w ujęciu półrocznym

Dane w mln PLN 1H 2020 1H 2021 1H 2022
Przychody 1,6 82,6
Koszt własny sprzedaży 55,1
Zysk brutto na sprzedaży 1,6 27,5
Marża brutto na sprzedaży n/a 100% 33,3%
EBITDA (23,8) (14,2) 15,3
Marża EBITDA n/a n/a 18,5%
Amortyzacja 5,3 4,3 5,1
EBIT (29,0) (18,5) 10,2
Marża EBIT n/a n/a 12,4%
Przychody/koszty finansowe netto (1,8) (1,1) 2,4
Zysk/strata brutto (30,8) (19,6) 12,6
Podatek dochodowy
Zysk/strata netto (30,8) (19,6) 12,6

Perspektywa finansowa

W drugim kwartale 2022 roku Spółka wygenerowała 43,9 mln PLN przychodów, o 14% więcej niż w pierwszym kwartale tego roku, z czego 18,9 mln PLN przychodów bez uwzględniania przychodów ze sprzedaży materiałów. Na poziomie EBITDA Spółka zanotowała dodatni wynik w wysokości 5,6 mln PLN w 2Q 2022 r. w porównaniu do straty w wysokości (2,3) mln PLN w 2Q 2021 roku. Zysk netto za drugi kwartał tego roku wyniósł 5,1 mln PLN przy stracie netto (2,5) mln PLN poniesionej w 2Q 2021 r.

Okres drugiego kwartału był dla Mabion rekordowy od początku istnienia Spółki pod względem wpływów gotówki za wykonane usługi dla Novavax, nie wliczając zaliczki od kontrahenta za zakup surowców. Pierwsze miesiące drugiej połowy roku wskazują, że trend ten może się utrzymać także w kolejnych okresach.

„Wypracowaliśmy solidne i jakościowo bardzo dobre wyniki za drugi kwartał tego roku, pomimo wymagającego otoczenia. Ostatnie trzy kwartały to okres generowania pozytywnych wyników finansowych, które wierzymy, że są coraz bardziej powtarzalne. Sprawna realizacja kontraktu z Novavax i podpisanie aneksów na przedłużenie współpracy do 2026 roku są bardzo ważne dla przewidywalności przepływów operacyjnych i stabilizacji pozycji finansowej Mabionu. W miarę większego zaawansowania prac wykonywanych na zlecenie Novavax będziemy pracować nad osiągnięciem jeszcze lepszych wyników finansowych w kolejnych kwartałach tego roku na wszystkich poziomach w porównaniu do pierwszego półrocza 2022” – mówi Krzysztof Kaczmarczyk, Prezes Zarządu Mabion S.A.

„Na wyniki drugiego kwartału istotny wpływ miała zmiana szacunków w zakresie rozpoznawania przychodów, która została przeprowadzona na dzień bilansowy i uwzględniała spodziewane przez Spółkę potencjalne skutki związane z obecną sytuacja pandemiczną w skali globalnej, zapotrzebowania na szczepionki oraz rozpoczęte rozmowy z naszym partnerem biznesowym skutkujące podpisanymi we wrześniu aneksami do umowy. Dokonując weryfikacji dotychczasowych szacunków wykorzystaliśmy również nabyte w miarę upływu czasu i realizacji umowy doświadczenie czego bez wątpienia nie byliśmy w stanie wykorzystać rozpoczynając rozliczenie dopiero co podpisanego kontraktu. W wyniku zmiany szacunków, w tym ceny transakcyjnej wynikającej z kontraktu do poziomu minimalnej bezwarunkowej kwoty należnej od kontrahenta wynikającej z umowy obowiązującej na dzień bilansowy, zmniejszeniu uległa ujęta w okresie bieżącym kwota przychodów o około 7,7 mln PLN w stosunku do poprzednich szacunków” – wyjaśnia Grzegorz Grabowicz, Członek Zarządu ds. Finansowych Mabion S.A.

Warto zwrócić uwagę, że w efekcie podpisania aneksów z Novavax, nastąpiło uzupełnienie kontraktu między innymi o zapis dotyczący zapewnienia odpłatnego dostępu do zdolności produkcyjnych Spółki w postaci zarezerwowanych slotów produkcyjnych. Takie rozwiązanie daje nam odpowiednią stabilizację finansową i zwiększa naszą atrakcyjność u potencjalnych partnerów biznesowych, w tym podmiotów zainteresowanych finansowaniem naszej działalności dodaje Grzegorz Grabowicz, Członek Zarządu ds. Finansowych Mabion S.A.

Spółka od początku współpracy do końca II kwartału 2022 roku otrzymała płatności z tytułu realizacji umowy z Novavax w wysokości 29,2 mln USD, a dodatkowo, po 30.06.2022 r. kwotę 2,7 mln USD. Ogółem od dnia rozpoczęcia współpracy do dnia publikacji sprawozdania finansowego (29.09.2022 r.) otrzymane płatności od Novavax wyniosły blisko 32 mln USD.

Współpraca z Novavax i rozwój działalności CDMO

W dniu 22 września br. Mabion zawarł z Novavax aneksy do realizowanej umowy na kontraktowe wytwarzanie antygenu szczepionki Nuvaxovid na COVID-19. W efekcie zakres umowy został rozszerzony, a okres jej trwania przedłużony do końca 2026 roku. Spółka dzięki zacieśnieniu współpracy z firmą z USA zagwarantowała sobie płatności za produkcję kolejnych serii antygenu lub z tytułu rezerwacji mocy produkcyjnych zakładu Mabionu, co najmniej do 2Q 2024 roku. Comiesięczne płatności są denominowane w walucie USD oraz indeksowane wskaźnikiem inflacji. Ponadto spółki planują rozszerzenie wytwarzanego antygenu o wariant Omicron i w najbliższych miesiącach zamierzają uzgodnić szczegółowy harmonogram produkcji oraz rozpocząć proces transferu technologii. Zgodnie z harmonogramem aktualnym w dacie podpisania aneksów, Mabion szacuje, że w okresie od początku obowiązywania umowy do końca 2023 r. zrealizuje powyżej 15% łącznej wartości umowy. W latach 2024-2025 będzie to około 55% wartości umowy, a w roku 2026 około 30% wartości umowy. Wartość realizowanej umowy po uwzględnieniu aneksów pozostała bez zmian i wynosi 372 mln USD, indeksowane o wskaźnik inflacji.

„Współpraca z naszym zagranicznym partnerem układa się bardzo dobrze, czego potwierdzeniem w ostatnich miesiącach były kolejne, dodatkowe zlecenia otrzymywane przez Mabion, w ramach tzw. SOW (ang. Statement of Work), a w zeszłym tygodniu zawarcie kluczowych aneksów do realizowanej od października 2021 r. umowy z Novavax. Przedłużają one m.in. jej okres trwania do końca 2026 roku i gwarantują nam regularne, przewidywalne płatności w blisko 2-letnim horyzoncie czasu. Z punktu widzenia biznesowego zwiększyliśmy swoją wiarygodność w zakresie świadczenia usług w kluczowym dla nas obszarze CDMO i potwierdziliśmy wysokie kompetencje Spółki, co zamierzamy wykorzystać w procesie pozyskania kolejnych klientów. A pod względem finansowym warto podkreślić, że nasze przepływy operacyjne w przyszłych okresach są bardziej przewidywalne, co działa stabilizująco na naszą pozycję finansową i ułatwia rozmowy z partnerami finansowymi” – mówi Adam Pietruszkiewicz, Członek Zarządu Mabion S.A. ds. Sprzedaży.

Do końca tego roku Mabion zamierza koncentrować się na rozpoczęciu transferu technologii w związku z zawartymi aneksami z Novavax, które rozszerzają współpracę o produkcję antygenu z uwzględnieniem wariantu Omicron. Realizacja uzgodnionych serii antygenu szczepionki COVID-19 w tym wariancie będzie przedmiotem kolejnego aneksu do Specyfikacji Warunków Zlecenia nr 1, który obejmie szczegółowy zakres zasad jego wytwarzania. Równolegle do działań o charakterze produkcyjnym, Mabion zamierza kontynuować prace nad dodatkowymi zleceniami ze strony Novavax, dotyczącymi m.in. zaawansowanych usług z obszaru analityki produktu, które świadczyć mogą wyłącznie wyspecjalizowane firmy biotechnologiczne pracujące w standardzie GMP i GLP. Mabion, jako jedna z nich, może realizować całość zleceń dotyczących wszystkich etapów w cyklu wytwarzania i kontroli substancji niezbędnych dla powstania produktów takich jak antygen do szczepionki Novavax. W 2022 r. Spółka podpisała 7 dodatkowych Specyfikacji Warunków Zlecenia tzw. SOW (ang. Statement of Work), które realizuje komercyjnie na rzecz firmy Novavax.

„To jest ten moment, w którym widzimy, że rozwijane przez lata kompetencje Mabionu umożliwiają zawieranie i realizację szeregu komercyjnych zleceń. Ten obszar oferowania produkcji kontraktowej, analityki czy rozwoju leków na zlecenie charakteryzuje się atrakcyjnym poziomem marży, co już widać w naszym sprawozdaniu finansowym. Sprawnie realizowane zlecenia na rzecz Novavax zwiększają naszą wiarygodność na arenie międzynarodowej i pozwalają realnie planować poszerzenie grona naszych klientów. Mamy obecnie usługi, które możemy świadczyć równolegle z bieżącą obsługą kontraktów zawartych z Novavax. Podpisane właśnie aneksy, zapewniają nam dużo większą elastyczność, jeżeli chodzi o zarządzanie mocami produkcyjnymi, dzięki czemu będzie nam łatwiej podejmować się kolejnych zleceń” mówi dr Sławomir Jaros, Członek Zarządu Mabion S.A. ds. Operacyjnych i Naukowych.

„W ostatnich miesiącach mocno rozbudowaliśmy dział sprzedaży, zatrudniliśmy także osobę z wieloletnim międzynarodowym doświadczeniem w obszarze CDMO na stanowisku Head of Business Development, której zadaniem jest skuteczne prowadzenie zespołu nastawionego na realizację celu w postaci pozyskania międzynarodowych klientów do realizacji zleceń w produkcji kontraktowej. Posiadając unikalne umiejętności, wiedzę i doświadczenie, zamierzamy efektywnie je wykorzystać i zdywersyfikować nasz biznes” mówi Adam Pietruszkiewicz, Członek Zarządu Mabion S.A. ds. Sprzedaży.

„Rozwój zespołu sprzedażowego jest elementem założonego na 2022 rok celu zwiększenia zatrudnienia, które jest nam niezbędne do wykorzystania w pełni wszystkich posiadanych kompetencji i zasobów, w tym utrzymania efektywności przy obsłudze dwóch linii wytwórczych z uwzględnieniem planowanej w przyszłym roku rozbudowy do czterech bioreaktorów. Pierwotnie mówiliśmy o około 300 osobach, natomiast zmieniamy nasz cel i dzisiejszy poziom zatrudnienia wynoszący prawie 260 osób, jest już bliski docelowego stanu na ten rok. Taki zespół pozwala optymalnie wykorzystać nasze zasoby i odpowiada na bieżące potrzeby i nasze oczekiwania na 2023 rok” – dodaje Krzysztof Kaczmarczyk, Prezes Zarządu Mabion S.A.

Według najnowszego raportu firmy Mordor Intelligence[1] w 2021 r. wartość światowego rynku usług CDMO dla produktów biologicznych została oszacowana na 11,3 mld USD i oczekuje się, że do 2027 r. osiągnie 21,9 mld USD, odnotowując CAGR na poziomie prawie 12% w latach 2021-2027. Podpisując umowę z firmą Novavax w październiku 2021, Spółka stała się uczestnikiem tego dynamicznie rosnącego rynku. Mabion posiada zespół specjalistów oraz nowoczesny zakład, który doskonale odpowiada na potrzeby małych i średnich firm, będących potencjalnymi zleceniodawcami. Oferowany przez Mabion kompletny zakres usług, począwszy od rozwoju i charakterystyki strukturalnej i funkcjonalnej produktu i procesu, poprzez produkcję w skali komercyjnej w całości zgodnej z wymogami GMP, sprawia, że Spółka jest idealnym partnerem dla firm, które nie posiadają własnych kompetencji oraz aktywów niezbędnych do przeprowadzenia rozwoju produktu oraz produkcji w skali komercyjnej.

Aktywności w pozostałych istotnych obszarach

Zawarte aneksy z Novavax pozwalają wrócić do prac związanych z aktualizacją harmonogramu prac projektowych zorientowanych na rozwój leku MabionCD20 pod kątem rejestracji na rynku europejskim oraz amerykańskim. Spółka zamierza w niej uwzględnić rozszerzenie działalności kontraktowej jako CDMO oraz aktualną formułę współpracy z Novavax. Z tego względu harmonogram dalszych prac nad rejestracją MabionCD20 ulegnie zmianie, a więcej szczegółów w tym zakresie zostanie przedstawionych po zakończeniu niezbędnych uzgodnień.

Zacieśnianie współpracy z Novavax i rozwój w obszarze CDMO zakłada rozbudowę potencjału produkcyjnego istniejącego zakładu Mabion, a w przyszłości rozpoczęcie procesu inwestycyjnego związanego z budową drugiego zakładu. Zwiększenie mocy produkcyjnych, poza większą skalą działalności, umożliwi także rozszerzenie oferowanych usług o zupełnie nowe elementy – poza dotychczasowym wytwarzaniem substancji czynnej wykorzystywanej w gotowym produkcie, obejmie m.in. samodzielne przygotowywanie finalnych produktów. W tym celu Spółka zamierza podnosić efektywność biznesową, obejmującą ścisłą kontrolę kosztów w obszarach weryfikacji obowiązujących umów, adekwatnego do etapu rozwoju i obsługi bieżących partnerów biznesowych zatrudnienia, a także monitorowania potencjalnego wpływu zużycia mediów w dobie wysokich kosztów i środowiska inflacyjnego. Dyscyplina kosztowa w połączeniu z regularnymi i pozytywnymi przepływami finansowymi będzie elementem budowania przez Mabion strategii pozyskania finansowania dłużnego w celu realizacji zakładanej wizji rozwoju Spółki w długim terminie i zwiększenia jej możliwości produkcyjnych dzięki nowemu zakładowi.

„Z początkiem 2023 roku mamy zaplanowaną intensyfikację prac związanych z rozbudową mocy produkcyjnych w zakładzie wytwórczym w Konstantynowie Łódzkim z obecnych 2 bioreaktorów do 4 bioreaktorów. Montaż, instalacja oraz rozruch urządzeń pozwolą na podwojenie obecnych aktywów wytwórczych, a cały proces modernizacji jest uwzględniony w harmonogramie produkcji i rezerwacji mocy dla Novavax. Perspektywa budowy drugiego zakładu to horyzont kilkuletni, który wymaga także zabezpieczenia na ten cel dodatkowych środków, dlatego w najbliższych kwartałach będziemy skoncentrowani na dostarczaniu dobrych i powtarzalnych wyników finansowych, co jest naturalnym krokiem w przypadku zamiaru pozyskania odpowiedniego poziomu finansowania dłużnego. Na drugie półrocze 2022 patrzymy zatem pozytywnie” – mówi Grzegorz Grabowicz, Członek Zarządu ds. Finansowych Mabion S.A.

Spółka kontynuuje działania związane z trwającym procesem pozyskania inwestora strategicznego. Rozpoczęcie współpracy z Novavax w ubiegłym roku oraz zawarcie aneksów w ubiegłym tygodniu powoduje konieczność oceny nowych uwarunkowań przez potencjalnych inwestorów i wydłuża czas trwania procesu. Współpraca z doradcą Rothschild & Co przebiega sprawnie, natomiast na tempo prowadzonych rozmów wpływ ma również sytuacja globalna, w tym wojna, która ograniczyła i spowolniła aktywności M&A większości firm w regionie.

„Proces pozyskania inwestora strategicznego jest realizowany istotnie wolniej niż to zaplanowaliśmy. Pandemia oraz geopolityka miały istotny wpływ na rozmowy z potencjalnymi inwestorami strategicznymi, a dodatkowo niesprzyjający jest rynek, który przecenił bardzo wiele aktywów. Niezmiennie dostrzegamy dużą racjonalność zwieńczenia z sukcesem tego procesu. Uważamy, że spółka o naszym profilu może skorzystać na długoterminowym, stabilnym finansowaniu, a te gwarantuje inwestor branżowy, strategiczny. To co nas cieszy to dużo większa przewidywalność naszych wyników, która zwiększa stabilność firmy w oczach potencjalnych partnerów. Mamy zabezpieczony cash flow, co daje perspektywę budowania wyniku przez kolejne okresy przy jednoczesnej rozbudowie biznesu i w efekcie możliwości uzyskania wyższej wyceny. Te nowe okoliczności, które jako Spółka wypracowaliśmy, dają nam większy komfort w dalszym aktywnym prowadzeniu tego procesu” – mówi Krzysztof Kaczmarczyk, Prezes Zarządu Mabion S.A.

[1] https://www.researchandmarkets.com/reports/5185247/biologics-contract-development-and-manufacturing#tag-pos-5

E-commerce w Polsce 2022 – raport Gemius

Odsetek internautów, którzy deklarują kupowanie online ustabilizował się i wynosi obecnie 77%, przy czym znacząco więcej osób dokonuje zakupów na stronach polskich (75%) niż zagranicznych (32%) – wynika z raportu „E-commerce w Polsce 2022”. Raport ukazał się już po raz dziesiąty. Partnerami merytorycznymi wydania są Polskie Badania Internetu oraz IAB Polska.

Wyniki tegorocznej fali badania potwierdzają, że Polacy polubili zakupy przez internet i są w tej sympatii konsekwentni. Zwiększona podczas pandemii popularność e-commerce utrzymała się, a osoby, które rozpoczęły korzystanie ze sklepów online ze względu na lockdowny lub obawy o swoje zdrowie, w dużej mierze pozostały przy tej formie zakupów. Kupowanie online jest również postrzegane jako wygodne i nieskomplikowane.

E-commerce w Polsce 2022

Wśród czynników, które motywują e-konsumentów do zakupów przez internet znalazły się m.in. dostępność całą dobę oraz brak konieczności jechania do sklepu – oba te motywatory wymieniali również respondenci w poprzedniej fali badania. W tym roku jednak zmienił się trzeci z najczęściej wskazywanych czynników – badani jako szczególnie motywujące wskazali ceny, atrakcyjniejsze niż w sklepach tradycyjnych. Istotność czynnika finansowego nie dziwi, szczególnie w obecnej sytuacji inflacyjnej.

W tym roku po raz pierwszy zapytaliśmy badanych o wpływ inflacji na ich zachowania zakupowe. Aż 58% badanych zadeklarowało, że kupuje tyle samo, co zwykle,  28% odpowiedziało, że kupuje mniej, natomiast 14% – że kupuje więcej. Zmniejszenie wydatków zadeklarowały szczególnie kobiety oraz badani w wieku 24-34 lat. Co ciekawe, jeśli chodzi o planowane zakupy online, zdecydowanie większy odsetek badanych zapowiada ich ograniczenie.

E-commerce w Polsce 2022 E-commerce w Polsce 2022

W tegorocznym badaniu przyjrzeliśmy się również kwestiom ekologii i jej wpływowi na wybory klientów. Okazało się, że niemal dla połowy badanych wpływ formy dostawy i zwrotu na środowisko jest bardzo ważny (20%) lub ważny (26%), przy czym znów największą liczbę wskazań odnotowaliśmy w przypadku kobiet.

E-commerce w Polsce 2022Po raz pierwszy w historii badania odnotowaliśmy przewagę smartfona nad laptopem, jeśli chodzi o urządzenia najczęściej wykorzystywane w procesie e-zakupów. O ile rok temu m-commerce był szczególnie popularny wśród młodych badanych, o tyle w tym roku jest to już trend obejmujący ogół respondentów.E-commerce w Polsce 2022

Tegoroczny Raport to efekt współpracy Gemius, Polskich Badań Internetu oraz IAB Polska, a jego wyniki wzbogacone zostały o dane z badania Mediapanel oraz ekspercką wiedzę specjalistów działających w ramach Grupy Roboczej E-commerce IAB Polska.

Po raz pierwszy jako Polskie Badania Internetu, wraz z Gemius i IAB Polska, braliśmy udział w opracowaniu raportu “E-commerce w Polsce” – komentuje Paweł Laskowski, Prezes Polskich Badań Internetu. – Prezentujemy w nim analizę danych z badania Mediapanel, dotyczących popularności kategorii e-commerce. Uzupełnia ona wyniki badania ankietowego i pokazuje, że e-commerce jest jedną z ważniejszych kategorii w internecie. W czerwcu 2022 roku aż 92% polskich internautów odwiedziło w tym miesiącu przynajmniej jedną witrynę lub uruchomiło aplikację z kategorii „Zakupy online”, natomiast najpopularniejszym typem sklepów, poza sklepami marketplace, okazały się być sklepy odzieżowe. W raporcie można znaleźć więcej ciekawych danych, które składają się na aktualny obraz rynku e-commerce w Polsce. 

E-commerce nierozerwalnie łączy się z reklamą online. – mówi Włodzimierz Schmidt, prezes zarządu IAB Polska – Przedstawiciele Grupy Roboczej E-commerce IAB Polska przygotowali tę część Raportu, w której zbadali, jak treści na blogach, opinie, influencerzy czy kontekst reklamy wpływa na decyzje zakupowe internautów i jaki do tej formy reklamy mają stosunek. Jak wynika z badania, aż 51% respondentów zapytanych o to, czy kupili produkt na podstawie treści publikowanych w internecie, odpowiedziało twierdząco. Szczególnie zatem polecam zgłębić tę część publikacji – pomoże ona zrozumieć, jak wykorzystywać reklamę online, by swoich potencjalnych klientów zachęcić, a nie zniechęcić do zakupu.

Pełny test raportu znaleźć można TUTAJ.

O raporcie

Celem badania, którego wyniki zostały zaprezentowane w raporcie „E-commerce w Polsce 2022” było poznanie postaw, zwyczajów i motywacji związanych z kupowaniem online. Przedmiotem badania były m.in. zachowania zakupowe e-konsumentów, rozpoznawalność marek, czynniki, które zachęcają internautów do zakupów w sieci, ale też napotykane przez użytkowników problemy. Raport przygotowała firma Gemius we współpracy z Polskimi Badaniami Internetu oraz IAB Polska. Prezentowane w raporcie badanie zostało zrealizowane w formie ankiety elektronicznej z wykorzystaniem techniki CAWI (ang. computer-assisted web interview) na reprezentatywnej próbie 1559 internautów, mających co najmniej 15 lat. Dane zbierano w czerwcu 2022 roku.

Wzrośnie kwota wolna od podatku dla darowizn i spadków?

Już niedługo kwoty darowizn i spadków wolne od podatku mogą znacząco wzrosnąć. Tak wynika z poselskiego projektu ustawy o zmianie ustaw w celu likwidowania zbędnych barier administracyjnych i prawnych.

Obecnie w przypadku darowizn i spadków obowiązują trzy tzw. grupy podatkowe, które obejmują różne kategorie osób i w których różne są kwoty wolne od podatku.

W pierwszej grupie jest najbliższa rodzina: rodzice i dzieci. Darowizny w tej grupie są co do zasady zwolnione z opodatkowania. Trzeba natomiast w nieprzekraczalnym terminie sześciu miesięcy zgłosić do urzędu skarbowego otrzymanie każdej darowizny, której wartość przekracza 9637 zł. Według poselskiego projektu kwota ta ma zostać podniesiona niemal czterokrotnie – do 36 120 zł.

W drugiej grupie podatkowej, która obejmuje dalszą rodzinę, jak np. wujków czy ciocie, wartość darowizny zwolnionej z podatku wynosi 7276 zł. Nowa kwota proponowana w projekcie ustawy to 27 090 zł.

W trzeciej grupie znajdują się wszyscy pozostali darczyńcy i spadkodawcy. Kwota wolna w ich przypadku wynosi obecnie 4902 zł. Według projektu po zmianach ma to być 18 060 zł.

Zmiany dobre, ale czy wystarczające?

Proponowane zmiany są korzystne dla podatników, ale powstaje pytanie, czy kwota wolna dla pierwszej grupy podatkowej w ogóle powinna być określana? Obecnie jeżeli dziecko otrzyma od rodziców darowiznę lub spadek, np. samochód warty więcej niż 9637 zł i zapomni o obowiązku złożenia informacji do urzędu skarbowego w ciągu 6 miesięcy, to  niestety wartość tego spadku przekraczająca kwotę 9 637 zł będzie opodatkowana. W mojej ocenie dla pierwszej grupy opodatkowanie i formalności związane ze zgłaszaniem darowizn i spadków powinny zostać zniesione.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Zimna wojna mocarstw z półprzewodnikami w tle

Intel rozpoznawany jest jako prekursor ewolucji technologicznej kalifornijskiej Doliny Krzemowej oraz czołowy producent procesorów i układów graficznych dzięki którym budowy komputerów, laptopów i smartfonów stały się możliwe. Spółka przez wiele lat opierała się przekierowaniu produkcji półprzewodników do Azji i postrzegana była jako flagowy, amerykański producent półprzewodników.

To właśnie używane na masową skalę w niemal każdym urządzeniu półprzewodniki stanowią dla rynku technologii odpowiednik ropy dla rynku samochodowego czy uranu dla rynku elektrowni jądrowych. Są niezastąpione i krytycznie potrzebne, a dziś stanowią epicentrum konfliktu dwóch największych gospodarek świata.

Rynkowi chipów grozi implozja?

Problemy z chipami zwiastowała pandemia, gdy producenci chipów obniżyli moce produkcyjne przez lockdowny i spowolnienie konsumpcji spodziewając się spowolnienia po czym nie byli w stanie pokryć skokowego wzrostu popytu na urządzenia, który spowodował m.in. trend pracy zdalnej, popularność wirtualnej rozrywki oraz chwilowy boom zamówień w gospodarce pośrednio spowodowany niskimi stopami procentowymi, nierozważną polityką fiskalną rządów oraz po prostu znacznymi rezerwami niewydanej przez konsumentów podczas pandemii gotówki.

Producenci samochodów zaczęli narzekać na wydłużające się terminy półprzewodników z uwagi na dotychczasową politykę zamówień “just in time”, której celem było ograniczenie tworzenia niepotrzebnych rezerw. Rynek nawiedziła fala pożarów kluczowej infrastruktury. Spłonęła m.in. fabryka ASL produkująca chipy w technologii 3nm i 5nm pod Berlinem, japońska fabryka Nittobo dostarczająca włókno szklane dla procesorów, fabryka czujników Asahi Kasei Microdevices oraz również japońska fabryka Renesans Electronics Corp., który był jednym z największym na świecie producentem mikroprocesorów dla przemysłu motoryzacyjnego. Wszystko to przełożyło się na kluczowe braki, przestoje i wydłużony czas oczekiwania na dostawy. W 2022 roku okazało się, że na tym nie koniec ponieważ Chiny rozpoczęły swoją grę z blokującymi potencjał Państwa Środka Amerykanami.

Teoretyczna wojna Chin ze Stanami Zjednoczonymi o Tajwan, w czasie której zniszczona zostałaby infrastruktura wyspy spowodowałaby implozję rynku półprzewodników. Najbardziej ucierpiałyby na tym zachodnie przedsiębiorstwa technologiczne jak Intel, AMD czy te najbardziej mainstreamowe spółki – Apple i Tesla (ponieważ Chiny praktycznie już są odłączone od tajwańskich łańcuchów dostaw). Pentagon wielokrotnie odnosił się do prawdopodobieństwa wybuchu takiego konfliktu. Ostatnio zrobił to nawet dyrektor CIA, William J.Burns, wskazując, że w miarę upływu obecnej dekady chiński apetyt na podporządkowanie Tajwanu będzie się zwiększał. Giełda wycenia pesymistyczną przyszłość dla producentów chipów. W obliczu globalnej recesji oraz geopolitycznych tarć między Pekinem a Waszyngtonem zapaść wydaje się dziś bardziej prawdopodobna niż kiedykolwiek wcześniej. Stany Zjednoczone jednak wyraźnie nie zamierzają odpuszczać i wskazują na zacieśnianie współpracy i zwiększoną obecność na wyspie.

USA zbyt późno zorientowały się, że potrzebują krajowej produkcji półprzewodników bardziej niż kiedykolwiek wcześniej ponieważ Tajwan jest miejscem wciąż niepewnym. Postępująca w ciągu ostatnich dekad globalizacja pozwoliła Amerykanom na chwilę o tym zapomnieć. Wobec braku chipów do nawigacji, silników i układów elektronicznych producenci samochodów w tym roku mogą stracić ok. 20 mld USD. Zdaniem analityków Deutsche Bank globalna „zimna wojna technologiczna” kosztować będzie świat ponad 3,5 bln USD w ciągu tylko najbliższych 5 lat. Może wiązać się też z nawet 4% spadkiem PKB gospodarek takich jak Chiny, Korea Południowa czy kraje Unii Europejskiej.

Umożliwienie Chinom kontroli nad Tajwanem zwiastowałoby chińską dominację i monopol na rynku chipów co w praktyce oznaczałoby potężny chiński lewar na globalną ekonomię i amerykańskich producentów technologii. Infrastruktura przemysłowa rynku produkcji precyzyjnej na Tajwanie jest na tyle potężna, że na odbudowę jej zdolności świat musiałyby czekać prawdopodobnie dłużej niż dekadę. USA pracuje nad projektem ustawy land lease dla sojuszniczego Tajwanu, która pomoże wyspie wynajmować wojskowy sprzęt od Amerykanów w proponowanych 10-letnich okresach spłaty.

Autor: Eryk Szmyd, analityk XTB

UE niedoszacowała własnych planów dekarbonizacji transportu drogowego

Do 2030 r. unijna strategia dekarbonizacji transportu drogowego będzie potrzebować 280 mld euro inwestycji w punkty ładowania, sieci przesyłowe i zdolności produkcyjne energii odnawialnej. Do 2050 r. nakłady te powinny wzrosnąć do 1 bln euro. Tylko do końca dekady infrastruktura dla lekkiej i ciężkiej logistyki potrzebuje nawet 40,4 mld euro, nie licząc kosztu wymiany floty, który spadnie na firmy transportowe. Te nadal kupują pojazdy spalinowe i czekają z elektryfikacją, ponieważ brakuje zachęt, elektryki są drogie, a rynek energii nieprzewidywalny. Poza tym nie ma ładowarek, a konkurencyjność cenowa pojazdów ciężkich spodziewana jest dopiero za 12 lat.

W ramach pakietu „Fit for 55” wciąż procedowane są dwa ważne pakiety ustawodawcze, które zdecydują o przyszłości przewozów towarowych na europejskich drogach. Chodzi o zerową emisyjność lekkich pojazdów od 2035 r. oraz utworzenie systemu handlu emisjami m.in. dla transportu drogowego (ETS2). W pierwszym przypadku stanowiska głównych organów UE są spójne i można się spodziewać, że przepisy wejdą w życie w proponowanym kształcie. Oznacza to, że od 2035 r. nie będzie można kupić nowego vana ani lekkiej ciężarówki napędzanej dieslem lub benzyną.

W kwestii ETS2 nie osiągnięto jeszcze konsensusu. Nieznana jest zwłaszcza data uruchomienia nowego systemu. Według ostatnich propozycji Rady, sprzedaż aukcyjna uprawnień miałby się rozpocząć w 2027 r., natomiast pierwsze umorzenia, czyli w praktyce rozliczenie emisji, w 2028 r. Propozycje KE i PE zakładają odpowiednio lata 2026 i 2025.  Nie ustalono także czy ETS2 będzie dotyczył prywatnych pojazdów, wiadomo jednak, że opłaty poniosą wszyscy przewoźnicy komercyjni, w tym także, a może przede wszystkim sektor przewozów towarowych. Stanie się tak, ponieważ obowiązek zakupu uprawnień będzie obejmował dystrybutorów, którzy dostarczają paliwa do spalania w transporcie drogowym. To w paliwie zostanie ukryty koszt emisji CO2.

W kontekście branży logistycznej proponowane zmiany wpisują się krajobraz obowiązujących już regulacji, dotyczących nowych ciężarówek i innych pojazdów ciężkich. Ich emisyjność w 2030 r. ma być niższa o 30% w porównaniu z 2019 r. Unijne plany dekarbonizacji przewozów drogowych są jednak znacznie ambitniejsze. Strategia na rzecz zrównoważonej i inteligentnej mobilności zakłada, że do 2030 r. w użytku będzie co najmniej 30 mln bezemisyjnych osobówek i 80 tys. bezemisyjnych ciężarówek. Dwie dekady później niemal wszystkie samochody osobowe, samochody dostawcze, autobusy oraz nowe pojazdy ciężkie będą bezemisyjne, tzn. będą emitować 0 gCO2/km. To założenia o astronomicznej skali, ponieważ w 2020 r. po unijnych drogach poruszało się łącznie 281 975 402 wymienionych typów pojazdów, tyle że spalinowych.

Miażdżąca większość floty towarowej wciąż jeździ na dieslu, bez szans na szybką zmianę

Unijny scenariusz, choć bardzo optymistyczny, może okazać się niezwykle trudny lub wręcz niemożliwy w realizacji, zwłaszcza w kontekście pojazdów ciężkich. Z lipcowych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika bowiem, że w 2021 r. bezemisyjne ciężarówki (średnie i duże) w UE stanowiły zaledwie 0,5% nowych rejestracji, podczas gdy 95,8% pojazdów wciąż zasilał olej napędowy. Obraz całego rynku także nie pozostawia wątpliwości co do udziału ciężkich elektryków. W 2020 r. średnich i dużych ciężarówek w użyciu było 6 230 100, z czego 96,3% napędzał diesel, 0,7% benzyna, a tylko 0,24% stanowiły pojazdy bateryjne. W skali Wspólnoty to ok. 14 952 szt. Znacznie lepiej wypadły choćby pojazdy napędzane gazem naturalnym oraz LPG. Ich udział w rynku wyniósł 0,6%.

Unijna flota lekka także spala diesla, ale jest starsza

Dane ACEA o pojazdach lekkich wskazują, że w 2020 r. spośród 28 715 247 vanów na unijnych drogach, zaledwie 0,4% posiadało napęd elektryczny, czyli ok. 114 860 szt. To mniej pojazdów niż małych dostawczaków zasilanych LPG (0,8%) i gazem naturalnym (0,6%). Miażdżąca przewaga ponownie leży po stronie tradycyjnych paliw, ponieważ 91,2% lekkich pojazdów użytkowych napędzana jest dieslem, natomiast 6,2% benzyną. Niski udział w rynku przypadł także hybrydom oraz hybrydom plug-in (odpowiednio 0,01 i 0,06%). Nieco lepiej wyglądał wskaźnik rejestracji elektrycznych vanów w 2021 r., ale wciąż stanowiły one zaledwie 3% nowych pojazdów. Dla porównania rejestracje diesli sięgnęły 90,2%.

Choć planowane regulacje mają sprzyjać elektryfikacji, to jej przeprowadzenie będzie nie lada wyzwaniem, zwłaszcza dla polskich firm. Dysponują one największą w Unii flotą ciężarówek (ok. 1,2 mln), których średnia wieku nie przekracza 13,2 lat. To wynik lepszy od unijnej średniej wynoszącej 13,9 lat. Mamy także 2,8 mln pojazdów lekkich, co plasuje nas na 5. miejscu wśród 27 krajów Wspólnoty. Średni wiek w tym segmencie wynosi 13,6 lat, co jest wynikiem gorszym niż unijna średnia, wynosząca 11,9 lat.

Wskaźnik nowych rejestracji dobrze pokazuje, że elektryki nie cieszą się jeszcze oczekiwaną popularnością w unijnej logistyce, ponieważ znacznie trudniej decydować o wymianie floty, kiedy dysponuje się relatywnie młodym parkiem pojazdów. Obecna sytuacja w Europie również nie sprzyja elektryfikacji, ponieważ ciężko oszacować koszt użytkowania pojazdu elektrycznego. Rynek energii stał się mniej przewidywalny, dlatego firmy nie chcą podejmować dodatkowego ryzyka. Paradoksalnie, z wysoce zelektryfikowanej Holandii dotarły ostatnio informacje, że użytkowanie samochodu elektrycznego stało droższe niż spalinowego. Przyczyną były właśnie skoki cen energii. Gdyby taka sytuacja wystąpiła w transporcie towarowym, doprowadziłoby to do podwyżek w innych sektorach gospodarki i zapewne do dalszego wzrostu cen dóbr konsumpcyjnych. Żeby zielony transport mógł się swobodnie rozwijać potrzeba stabilności i sprzyjających warunków rynkowych. Istotną rolę musi odgrywać czynnik ekonomiczny i zdolność do racjonalnego prognozowania kosztów. Samochody elektryczne wciąż są bardzo drogie, nawet o 50% droższe niż ich spalinowe odpowiedniki, brakuje przy tym zachęt dla firm dysponujących dużymi flotami. Warto w tym kontekście przypomnieć, że niedawna edycja programu eVAN, którego celem było dofinansowane do zakupu dostawczego elektryka, nie obejmowała firm transportowych i spedycyjnych, a wynikało to bezpośrednio z unijnych przepisów o pomocy de minimis. W efekcie wpłynęło mniej niż 100 wniosków i nie wykorzystano nawet 10% budżetu. Jeśli firmy mają finansować elektryfikację samodzielnie to przynajmniej nie powinna się ona opierać na logice karnego opodatkowania przedsiębiorstw, które nie będą w stanie inwestować odpowiednio dużo w narzuconym tempie. Poważną przeszkodą w elektryfikacji jest także gęstość infrastruktury do ładowania, zwłaszcza tej dostępnej publicznie. Dopóki nie będzie ona wystarczająco rozwinięta na terenie całej Wspólnoty, trudno oczekiwać masowych inwestycji w elektromobilność – mówi Michał Wochna, dyrektor operacyjny oraz wiceprezes zarządu w Spedimex, polskiego operatora obsługującego sieci detaliczne, galerie handlowe, handel internetowy oraz przewozy drobnicowe i FTL w Polsce i w Europie.

Unijna sieć ładowania jest dziurawa, rozwija się 9 razy za wolno i jest gigantycznie niedoszacowana

Unijny Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności zakłada zbudowanie do 2025 r. połowy z tysiąca stacji tankowania wodoru oraz miliona z trzech milionów publicznych punktów ładowania elektryków, które będą potrzebne w 2030 r. Ostatecznym celem jest zapewnienie gęstej, szeroko rozpowszechnionej sieci dla wszystkich użytkowników unijnych dróg, w tym dla operatorów pojazdów ciężkich.

Plany są ambitne, ale tak jak w przypadku struktury floty, także kwestia infrastruktury nie prezentuje się obecnie najlepiej. Nie tylko dlatego, że w 2020 r. w Unii było aż 10 krajów (w tym Polska), w których na średnio 100 km dróg nie było nawet pojedynczego punktu ładowania, ale także dlatego, że zdecydowana większość ładowarek skoncentrowana jest w zachodniej części kontynentu. To czyni całą sieć nieefektywną i zniechęca do elektryfikacji firmy z Europy Środkowo‑Wschodniej.

Według Europejskiego Obserwatorium Paliw Alternatywnych (EAFO) do dnia 28 lipca 2022 r. na obszarze Wspólnoty działało 352 750 publicznie dostępnych punktów ładowania operujących prądem zmiennym (AC) i 41 185 prądem stałym (DC). To łącznie 393 935 publicznych ładowarek o różnej mocy, liczonych według klasyfikacji AFIR (Rozporządzenie o Infrastrukturze Paliw Alternatywnych). Aż 100 092 punktów z tej puli zainstalowanych jest w Holandii, 78 729 w Niemczech, a 65 700 we Francji. Dla porównania, w połowie tegorocznych wakacji w Polsce było zaledwie 2 797 ładowarek. Są jednak duże kraje, gdzie ten odsetek jest znacząco niższy. W Rumunii punktów ładowania jest 1 525, w Bułgarii 863, natomiast w Grecji 768. Mniejsze kraje, takie jak Litwa, Łotwa i Estonia mają odpowiednio 173, 596 i 260 publicznych ładowarek, a Malta oraz Cypr zaledwie 98 i 76.

To zdecydowanie niewystarczająca ilość, co potwierdza raport opublikowany przez ACEA, WindEurope, SolarPower Europe i Eurelectic. W dokumencie z marca br. autorzy wyliczają, że aby zrealizować unijne cele redukcyjne w transporcie drogowym, do 2030 r. potrzeba będzie nie 3 lub nawet 4 mln publicznych punktów ładowania, ale 6,8 mln i to tylko dla samochodów osobowych. Lekkie pojazdy użytkowe będą potrzebować nawet 0,7 mln takich punktów, a ciężarówki co najmniej 45 tys. Oznacza to, że do 2030 r. należałoby instalować 14 tys. publicznych ładowarek tygodniowo, a nie jak obecnie ok. 2 tys., co stanowi zaledwie 11,5% wymaganego tempa instalacji. Nie wyczerpuje to jednak wszystkich potrzeb transportu drogowego, ponieważ obok ładowarek publicznych konieczne będą także instalacje niepubliczne.

W związku z tym lekkie pojazdy użytkowe będą potrzebować łącznie aż 3,4 mln ładowarek. Aż 2,7 mln nie będzie publicznie dostępna, z czego 1,9 mln (56%) powinna zostać zlokalizowana w hubach transportowych.

Ciężarówki będą z kolei wymagać 279 tys. ładowarek do 2030 r., z czego 84% (235 tys.) powinno znajdować się hubach transportowych. Reszta lokalizacji musi zostać usytuowana wzdłuż autostrad (36 tys.) oraz miejsc postoju nocnego (9 tys.). Dla zaspokojenia potrzeb pojazdów komercyjnych, a zwłaszcza ciężarówek, w samej sieci bazowej TEN-T potrzebnych będzie 24 tys. szybkich publicznych ładowarek, co przełoży się na średnią 51 punktów na każde 100 km dróg. Dla porównania unijne Rozporządzeniu o Infrastrukturze Paliw Alternatywnych zakłada, że do końca 2030 r. sieć bazowa TEN-T będzie posiadać strefę ładowania w każdym kierunku co 100 lub 60 km (w zależności od oferowanej mocy wyjściowej 1 400 kW lub 3500 kW), a pojazdy ciężkie znajdą tam odpowiednio co najmniej 1 lub co najmniej 2 punkty ładowania.UE niedoszacowała własnych planów dekarbonizacji transportu drogowego

Unijne założenia dla transportu drogowego wymagają gigantycznego finansowania

Według analiz przeprowadzonych przez ACEA osiągnięcie celów klimatycznych wyznaczonych na 2030 r. będzie wymagało nakładów inwestycyjnych w wysokości 280 mld euro., nie tylko na prywatne (ok. 30%) i publiczne ładowarki (ok. 30%), ale także na modernizację sieci energetycznej (ok. 15%) oraz budowanie zdolności produkcji energii odnawialnej (ok. 25%). Wydatki dedykowane lekkim pojazdom użytkowym pochłoną 50 mld euro, a budżet skierowany na potrzeby ciężarówek i autobusów powinien osiągnąć poziom 45 mld euro. Same inwestycje w publiczną infrastrukturę, sieci przesyłowe i zieloną energię dla logistyki pochłoną nawet 40,4 mld euro.

Mało tego, warunkiem realizacji unijnych założeń do 2030 r. jest obecność na drogach 42,8 mln elektrycznych osobówek oraz 4,4 mln lekkich dostawczaków. Liczba ciężarówek powinna z kolei wynosić 235 tys. Dla przypomnienia w 2020 r. po unijnych drogach jeździło ok. 115 tys. elektrycznych vanów i ok. 15 tys. elektrycznych ciężarówek różniej wielkości. Ich udział musiałby więc wzrosnąć o ok. 3 730% oraz ok. 1 466%.

Biorąc pod uwagę obecny poziom nasycenia w komercyjnej elektromobilności, ciężko sobie wyobrazić, aby lekka flota elektryczna w Unii powiększyła się 37‑krotnie w ciągu zaledwie 7 lat. Tym bardziej trudno uwierzyć, aby w tym czasie liczba elektrycznych ciężarówek wzrosła prawie 15-krotnie, zwłaszcza że charakteryzują się one dłuższą żywotnością. Wątpliwości dotyczą także tego, czy przemysł motoryzacyjny byłby w stanie zagwarantować podaż na wymaganym poziomie, nawet w przypadku pojazdów lekkich. Poza tym ciężkie pojazdy bateryjne są nieporównywalnie droższe niż małe samochody, a poważna debata o zielonym transporcie, obok kwestii czysto środowiskowych, musi uwzględniać czynnik ekonomiczny, realne możliwości i zadania, jakie spoczywają na sektorze transportowym. Bez konkurencyjności cenowej, także na etapie użytkowania i przynajmniej porównywalnej wydajności pojazdów, elektryfikacja będzie się opóźniać, zwłaszcza w mniej zamożnych gospodarkach. Nie oznacza to oczywiście, że należy ją hamować, wręcz przeciwnie, to nieunikniony kierunek zmian. Trzeba jednak pamiętać o rzeczywistych zdolnościach wszystkich krajów Wspólnoty, możliwościach sektora transportowego i zaawansowaniu infrastruktury towarzyszącej. To te czynniki powinny wyznaczać horyzont czasowy zmian – dodaje Michał Wochna.

Duże elektryki konkurencyjne cenowo dopiero za 12 lat

Raport International Transport Forum (ITF) z początku września br. wskazuje, że duże, zeroemisyjne samochody dostawcze staną się konkurencyjne cenowo wobec tradycyjnych ciężarówek dopiero w okolicach 2035 r. Pod względem TCO (całkowitego kosztu posiadania), nie jest do końca jasne, jaka będzie konkurencyjność takich pojazdów wobec spalinówek i innych rozwiązań, w tym ciężarówek zasilanych z pantografu. Jest zbyt wiele czynników, aby na tak wczesnym etapie adopcji rzetelnie oceniać potencjalne koszty użytkowania m.in. ze względu na przyszłe ceny energii i tradycyjnych paliw, trendy w konstruowaniu pojazdów, koszt baterii oraz ich wydajność. Jest także szereg barier, które mogą opóźniać adopcję zeroemisyjnej floty ciężkiej, w tym niewystarczające zasoby finansowe przedsiębiorstw transportowych oraz nisko rozwinięta infrastruktura. Przeszkodą może być nawet czynnik behawioralny, jak niechęć do przejścia na nową technologię, za którą podąża konieczność zmiany schematów operacyjnych.

Publikacja ITF rzuca nieco światło na unijny kierunek wodorowy

O ile konkurencyjność elektryków prędzej czy później zrówna się z pojazdami spalinowymi, to z wodorem sprawa ma się nieco inaczej. ITF ocenia, że ciężarówki wykorzystujące to paliwo będą ekonomicznie mniej konkurencyjne niż rozwiązania spalinowe i bateryjne. Konkurencyjność ograniczona będzie do niewielkiej liczby przypadków i to przy wyjściowym założeniu niskich cen wodoru, poniżej 2,5 euro/kg. Warto zaznaczyć, że analitycy ITF nie skreślają przydatności tej technologii gdzie indziej na świecie, ale wszystko wskazuje na to, że odegra ona niszową rolę w przyszłej strukturze ciężkiej floty towarowej w Europie. Jej udział w rynku nie będzie większy niż 10% do 2050 r., co z kolei rodzi pytania o wystarczające wykorzystanie wielkoskalowej infrastruktury tankowania tego paliwa.

Unijne plany zarysowane w AFIR zakładają, że końca 2030 r. ogólnodostępne stacje tankowania wodoru, wyposażone w dystrybutor pod ciśnieniem co najmniej 700 barów, będą rozmieszczone wzdłuż sieci bazowej TEN-T maksymalnie co 200 km. Obecnie, tak jak w przypadku stacji ładowania pojazdów elektrycznych, nasycenie siecią tankowania wodoru jest co najmniej niewystarczające, a dostępne punkty zlokalizowane są niemal wyłącznie na zachodzie Europy. Według ACEA w 2021 r. w Unii zainstalowanych było zaledwie 136 publicznych punków tankownia tego paliwa, z czego 108 o pożądanym ciśnieniu 700 barów. Aż 80 z tych stacji znajdowało się w Niemczech, 14 we Francji i po kilka sztuk w m.in. w Holandii, Danii czy Austrii. Z danych ACEA nie wynika, aby w zeszłym roku w Polsce był chociaż jeden publicznie dostępny punkt tankowania wodoru.

Krzysztof Oflakowski

Wszystko po 5 zł

Sytuacja na rynku jest wyjątkowa. Wyceny czterech najważniejszych walut znalazły się w okolicach 5 zł, ponieważ bardzo osłabił się brytyjski funt. Wycen czterech walut najważniejszych dla Polski powinniśmy szukać w okolicach parytetów.

Chaos na brytyjskim rynku ma miejsce od wyboru nowej premier, która zapowiedziała finansowane deficytem cięcia podatkowe na dużą skalę (m.in. obniżenie najwyższej stawki PIT z 45 do 40%, rezygnację z planowanych podwyżek stawek dla biznesu i zmniejszenie podatków od zakupu nieruchomości). W reakcji funt zaczął tonąć, a rentowności obligacji mocno rosnąć, przypominając bardziej rynek wschodzący niż kolebkę rynków finansowych.

W tej sytuacji inwestorzy oczekiwali od Banku Anglii zdecydowanego działania, choć dokładnie tydzień temu podniósł on stopy o 50bp (do 2,25%). W tych nowych okolicznościach ruch ten postrzegany był jako zdecydowanie za mały. Oczekiwano kolejnej podwyżki na nadzwyczajnym posiedzeniu jako sygnału, że Bank przedłoży stabilność cen ponad ukłon wobec rządu. Podwyżki nie tylko nie było, ale Bank zapowiedział… dodruk pieniędzy.

– Problemy brytyjskiego funta rozpoczęły się, gdy zdecydowano o brexicie, od tego czasu obserwujemy osłabianie się tej waluty, a przy zwiększaniu deficytu budżetowego przez nowy rząd narastają obawy, że kraj ten będzie miał coraz większe problemy z zaciąganiem długu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Inwestorzy obawiają się, że Wielka Brytania będzie miała kłopoty ze spłatami swego zadłużenia i stąd ten najnowszy odwrót od brytyjskiego funta.

Bank Anglii zareagował na wyprzedaż na rynku obligacji, która zaczęła przybierać postać domina, polegający na tym, że część funduszy nie będąc w stanie sprostać wymogom w zakresie zabezpieczeń była zmuszona do pozbywania się obligacji. Bank Anglii był pod presją i zapowiedział interwencyjny skup długoterminowych obligacji do 14 października i jednocześnie odsunięcie programu zacieśnienia ilościowego na koniec października.

Kontrowersyjną decyzję Banku Anglii inwestorzy uznali to za oznakę słabości oraz zapowiedź działań innych banków centralnych. Uznali, że raz jeszcze banki kapitulują, a dodruk to powrót globalnej hossy i słabszego dolara. Ta radość może być przedwczesna. Bo już w efekcie obserwowaliśmy karuzelę na rynku walutowym, związaną z podwyżkami stóp procentowych. Tempo podwyżek w wykonaniu Banku Anglii jest niższe niż w przypadku EBC i szwajcarskiego banku centralnego (SNB), a Fed daje jasno do zrozumienia, że chce złamać inflację niezależnie od kosztów, inne banki mogą robić to samo lub ryzykować dalsze osłabienie swoich walut.

– Obecna sytuacja jest już porównywana do tego, co stało się w latach 90. XX wieku, gdy doszło do wielkiego ataku spekulacyjnego – dodaje ekspert XTB. – Wówczas Bank Anglii bronił funta, ale przegrał ze spekulantami, wśród których był G.Soros.

Już przed kilkoma tygodniami dolar wzmocnił się tak dalece, że przebił parytet na parze EURUSD. Następny efekt karuzeli frank – dolar kosztują blisko 5 złotych, relacja względem euro jest jednak dość stabilna. Najnowsze decyzje dotyczące Wielkiej Brytanii spowodowały, że do 5 zł przybliżył się funt. To też oznacza, że rynek cały czas może dopiero zareagować wyprzedażą złotego jeśli straci cierpliwość. To powinno być ostrzeżeniem dla RPP.

– Ze względu na działania SNB oczekuję, że frank będzie się wzmacniał zwłaszcza wobec euro, będzie też wzmacniał się dolar – ocenia M.Stajniak. – Sytuacja będzie się stabilizowała podążając w kierunku kolejnego parytetu, natomiast frank pozostanie mocny.

Wyceny tych czterech walut powinniśmy szukać w okolicach parytetów. Pod koniec roku powinno dojść jednak do neutralizacji obecnych trendów. Istotny okaże się przebieg tegorocznej zimy i europejskiego kryzysu energetycznego, obawy z nim związane bardzo osłabiają euro. Będzie to tez okres, gdy inwestorzy zaangażowani w kontrakty terminowe zrealizują swoje zyski. To może oznaczać, że dolar przestanie się wzmacniać, zyska euro, mocny będzie frank, a „obudzi się” funt.

Columbus otrzymał ponad 100 mln zł finansowania i spłacił większą część zobowiązań kredytowych

Columbus Energy otrzymał 101,5 mln zł finansowania od jednego z akcjonariuszy. Dzięki temu Spółka spłaciła znaczącą część zobowiązań bilansowych i inwestuje w kolejne farmy fotowoltaiczne.

Główny akcjonariusz Columbus Energy udzielił Spółce pożyczki w wysokości 101,5 mln zł. Część środków z pozyskanego finansowania, w kwocie 57 mln zł, Zarząd Spółki przeznaczył na spłatę zobowiązań kredytowych wobec instytucji finansujących – mBank S.A. oraz Alior Bank S.A.

Z pozyskanych środków Columbus wykupi też przedterminowo obligacje serii F, w kwocie 30 mln zł, dokonując tym samym ich całkowitego umorzenia. Wykup i umorzenie obligacji serii F, zgodnie z ustalonym terminem i wcześniejszymi zapowiedziami, nastąpi 30 września br.

Dzięki temu Spółka w większości spłaci kredyty obrotowe oraz krótkoterminowe obligacje, konsekwentnie redukując swój dług. Od początku bieżącego roku Columbus oddał bankom i obligatariuszom 180 mln zł.

Pozostałą część pozyskanego finansowania Spółka przeznaczy na realizację inwestycji w projekty farm fotowoltaicznych.

Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, dokonaliśmy redukcji kosztów stałych, poprawiliśmy marżowość Spółki, a teraz przyszedł czas na kontynuację redukcji długu instytucjonalnego. Columbus rozwija dwa główne biznesy. Nasz podstawowy biznes to sprzedaż fotowoltaiki, pomp ciepła oraz magazynów energii do klientów indywidualnych i biznesowych. Tutaj cierpieliśmy przez ostatnie kilka kwartałów z powodu zmian ustawowych i wojny medialnej, dotyczącej tego, czy nowe prawo jest lepsze, czy gorsze. Wojna w Ukrainie i wysokie stopy procentowe nie pomagały w tej sytuacji. Jednak w trzecim kwartale nastąpiło odbicie. Widzimy, że przychody rosną, a rynek się poprawił, bo czeka nas kryzys energetyczny, przed którym Polacy chcą się uchronić. A to jest misja Columbusa – obniżać rachunki za prąd i ciepło przez montaż naszych systemów.

Drugim naszym biznesem, niesamowicie kapitałochłonnym, jest inwestowanie we własne farmy fotowoltaiczne i magazyny energii. Tutaj strategicznie jesteśmy wspierani przez naszego akcjonariusza, który doskonale rozumie potencjał Columbusa – zarówno biznesu podstawowego, jak i inwestycyjnego. Ten rok jest skomplikowany, ale stajemy się silniejsi, efektywniejsi i bardziej marżowi. Teraz tylko wystarczy powrót do skali sprzed roku, a wyniki ukażą ten potencjał w pełnej krasie.

Redukcja pożyczek bankowych i obligacji jest naturalna. Ciężko w tak zmiennym rynku utrzymać warunki finansowania, kiedy kowenanty były plasowane na czas pokoju. Dlatego, po dzisiejszych redukcjach, pozostajemy z dwoma bankami na pokładzie w biznesie podstawowym: pierwszy (który nam zaufał w 2015 r.)  to  Bank Ochrony Środowiska, a drugi to Santander, z łącznym zadłużeniem w kwocie 75 mln zł.

Pozostałe finansowanie zostanie przeznaczone na rozwój biznesu farm fotowoltaicznych i magazynów energii, wspieranego przez naszego inwestora i akcjonariusza, a banki mBank, BOŚ i PKO BP finansują długoterminowe inwestycje farmowe. Chcę też przypomnieć, że w Columbusie trwa proces sprzedaży 102,5 MW farm fotowoltaicznych, który prowadzi dla nas PwC. Po dokonaniu tych transakcji nie tylko zamkniemy dużą część finansowania projektowego, farmowego, ale też zostanie nam sporo kapitału w Grupie komentuje Dawid Zieliński, prezes Columbus Energy S.A.

Ulga sponsoringowa – korzyści podatkowe

Wprowadzona ulga dla wspierających sport, kulturę i edukację jest atrakcyjnym instrumentem umożliwiającym podatnikom podejmowanie działań marketingowych, promocyjnych, biznesowych oraz wsparcie działalności istotnej dla społeczeństwa, przy jednoczesnym korzystaniu z preferencji podatkowej. Odpowiednie ukształtowanie procesów w firmie oraz znajomość przepisów mogą pozwolić na znaczne oszczędności podatkowe.

Czego dotyczy ulga?

Ulga sponsoringowa została uregulowana w art. 18ee ustawy o CIT oraz art. 26ha ustawy o PIT. Zgodnie z tymi przepisami podatnik, który prowadzi działalność gospodarczą oraz osiąga przychody inne niż przychody z zysków kapitałowych może odliczyć od podstawy opodatkowania kwotę stanowiącą 50% kosztów uzyskania przychodów poniesionych na działalność:

  • sportową,
  • kulturalną w rozumieniu ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej,
  • wspierającą szkolnictwo wyższe i naukę

Kwota odliczenia nie może w roku podatkowym przekroczyć kwoty dochodu uzyskanego przez podatnika z przychodów innych niż przychody z zysków kapitałowych (kwoty dochodu z pozarolniczej działalności gospodarczej w przypadku podatników PIT). Ponadto ponoszone koszty nie mogą zostać zwrócone podatnikowi w jakiejkolwiek formie.

Ulgę rozlicza się w następnym roku podatkowym poprzez wypełnienie specjalnego formularza będącego załącznikiem do rocznej deklaracji rozliczeniowej CIT/PIT.

Koszty poniesione na działalność sportową

Ulga sponsoringowa jest preferencją podatkową, dlatego korzystanie z niej zostało ograniczone przez ustawodawcę. W przypadku wspierania działalności sportowej preferencja obejmuje wydatki na finansowanie klubu sportowego niedziałającego w celu osiągnięcia zysku, ponoszone na realizację następujących celów wpływających na poprawę warunków uprawiania sportu przez członków klubu sportowego lub zwiększających dostępność społeczności lokalnej do działalności sportowej prowadzonej przez ten klub:

  • realizację programów szkolenia sportowego,
  • zakup sprzętu sportowego,
  • pokrycie kosztów organizowania zawodów sportowych lub uczestnictwa w tych zawodach,
  • pokrycie kosztów korzystania z obiektów sportowych dla celów szkolenia sportowego,
  • sfinansowanie stypendiów sportowych i wynagrodzenia kadry szkoleniowej

Zatem nie każde wsparcie klubu będzie wiązało się z możliwością skorzystania z preferencji.

Kolejne wydatki objęte ulgą to wydatki na stypendium sportowe, czyli jednostronne, bezzwrotne świadczenie pieniężne, które jest przyznawane przez jednostki samorządu terytorialnego, ministra właściwego do spraw kultury fizycznej, organizacje pożytku publicznego lub kluby sportowe, za osiągnięcie określonego wyniku sportowego lub umożliwiające przygotowanie się do imprezy sportowej.

Ostatni wydatek na działalność sportową umożliwiający skorzystanie z ulgi to finansowanie imprezy sportowej niebędącej imprezą masową, zgodnie z odrębnymi przepisami. Jeżeli więc podatnik, chciałby zareklamować się na takiej imprezie i ponieść w związku z tym wydatek to mógłby go odliczyć 1,5 krotnie.

Koszty poniesione na działalność kulturalną

W przypadku działalności kulturalnej ulga został ograniczona podmiotowo do wydatków ponoszonych na finansowanie zarejestrowanych instytucji kultury oraz działalności kulturalnej realizowanej przez uczelnie artystyczne i publiczne szkoły artystyczne. Wszelkie wydatki przedsiębiorcy, niezależnie od ich charakteru, ponoszone na finansowanie ww. instytucji mogą korzystać z preferencji. W dużej części będą to wydatki związane z marketingiem oraz promocją. Dodatkowo podatnicy mogą wykorzystywać fakt wspierania takich instytucji w działaniach PRowych. W przypadku działalności kulturalnej ulga ma bardzo szerokie zastosowanie.

Koszty poniesione na działalność wspierającą szkolnictwo wyższe

W tym przypadku podatnicy mają różne drogi na skorzystanie z preferencji. W celu skorzystania z ulgi konieczne jest zawarcie umowy z uczelnią.

W ramach pierwszej drogi, uldze podlegają wydatki na finansowanie stypendiów, przez co podatnik może pełnić funkcję mecenasa nauki i wykorzystywać ten fakt w działalności marketingowej. Ponadto często negocjuje z uczelnią możliwość ekspozycji na uczelni co wpływa na pozyskiwanie pracowników z rynku i budowanie wartości marki.

Drugi katalog wydatków to finansowanie staży i praktyk zawodowych, dzięki czemu podatnicy mogą pozyskać pracownika, a jego koszty rozliczyć w ramach ulgi.

Ostatni katalog wydatków objętych preferencją to wydatki na rozwój pracowników i finansowanie różnego rodzaju studiów podyplomowych, dualnych czy specjalnych. Taki rodzaj wydatków często występuje u pracowników, głównie z uwagi na potrzebę rozwijania kompetencji pracowników, zwiększenie motywacji oraz zwiększenie katalogu benefitów pracowniczych. Biorąc pod uwagę korzyści wynikające z ulgi podatnicy powinni przeanalizować oferowane możliwości rozwoju pracowników w postaci szkoleń, kursów etc., ponieważ zmiana podejścia może prowadzić do dużych benefitów podatkowych.

Autor: Robert Nogacki, partner zarządzający Kancelarii Prawnej Skarbiec specjalizującej się w doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców

Czy inwestorzy nie lubią Polski?

Złośliwi uważają już, że polski rynek jest obecnie tak słaby, że szoruje po dnie i niżej się już nie da. Fatalna sytuacja PLN nie poprawiła się nawet przez słabość dolara. Polska giełda również nie napawa optymizmem.

Niespodziewana korekta na rynkach

Wczoraj ku zaskoczeniu wielu inwestorów w godzinach popołudniowych byliśmy świadkami osłabiania się dolara względem euro o około 2 centy. Patrząc na inne pary walutowe, jest to wynik raczej sygnałów od strony dolara niż euro. Wynika to z tego, że dolar tracił również względem innych głównych walut. Wczorajsze wystąpienie Jerome’a Powella było wydarzeniem, na które wielu inwestorów czekało. Sporym zawodem była zapowiedź, że nie będzie on komentował polityki monetarnej. Najwyraźniej inwestorzy uznali, że nie ma zatem podstaw by kontynuować ruch umacniający dolara względem euro i przyszedł czas na realizację zysków. Odbicie o dwa centy to 40% ruchu z ostatniego półtora tygodnia. Jest to zatem wartość, która w przypadku takich korekt nie powinna być uznawana za nic niestandardowego. Nie wyklucza to oczywiście kontynuacji ruchu w dół dzisiaj.

Słabość dolara nie pomogła złotemu

Wygląda na to, że inwestorzy przestali wierzyć w polskiego złotego. Zwyczajowo słabość dolara pomagała polskiej walucie. Teraz jednak odbicie widzieliśmy realnie tylko na parze dolar-złoty. Na pozostałych były to raczej drobne dostosowania, które szybko zostały zmiecione. O tym jak duże problemy ma polska waluta najlepiej świadczy fakt, że jeszcze we wtorek euro było 10 groszy tańsze niż obecnie. Tak w ciągu niecałych 48 godzin euro podrożało z 4,76 zł na 4,86 zł. Rozmawiamy o walucie, z którą złoty jest silnie powiązany. Na słabość złotego wpływa obecnie dodatkowy czynnik ryzyka kolejnej ofensywy rosyjskiej. Na razie nie są znane morale nowych rekrutów, ale wielu analityków wskazuje, że mogą być jednak wyższe niż wynika z internetowych memów.

Giełdy szukają dna

Rosnące stopy procentowe powodują, że indeksy giełdowe szukają co kilka dni nowego dna. Nie dotyczy to co prawda, tylko polskiego parkietu. W przypadku polskiego WIG20 ostatnio w mediach króluje określenie, że znowu toczymy bitwę pod Grunwaldem. Jest to nawiązanie do poziomu 1410 punktów. Należy pamiętać, że jeszcze niecały rok temu index miał wartość 2500 punktów. Oznacza to ponad 40% przecenę od szczytów. Lepiej skalę problemu oddaje fakt, że WIG20 przez ostatnie 10 lat był tylko w pojedyncze dni niżej niż obecnie. Z kolei w przypadku zachodnich indeksów przez zdecydowaną większość ostatniej dekady były niżej niż obecnie co pokazuje dobitnie brak zaufania do naszych spółek. Dociskanie ich podatkiem od nadmiarowych zysków tylko pogłębia problemy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – finalny odczyt PKB,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Minimalny podatek CIT zawieszony na 2 lata

Ministerstwo Finansów przedstawiło projekt nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Jest to nowelizacja ustawy o CIT, która idzie w ślad za wcześniej przyjętą już  nowelizacją ustawy o PIT – wpisująca się w trend poprawy przepisów podatkowych wprowadzonych od początku bieżącego roku w ramach Polskiego Ładu. Najbardziej kontrowersyjnym elementem tego projektu jest kwestia podatku minimalnego, który stanowi źródło dużych wątpliwości dla przedsiębiorców. Jego konstrukcja może sprawiać, że firmy, które nie optymalizują się podatkowo, nie stosują praktyk agresywnie optymalizacji podatkowej i tak byłyby obciążone tym podatkiem – choć miał on w założeniu ukrócić pewne nieprawidłowe praktyki.

– Podatek minimalny CIT nie może być karą za wypracowywanie niskiego poziomu zysków, czy też ponoszenie straty przez przedsiębiorców. Pomimo pewnych korekt, które zostały wprowadzone do konstrukcji tego podatku, niestety wciąż nie usuwa on wszelkich wątpliwości, które są związane z tym mechanizmem – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Natomiast pozytywną zmianą jest to, że projekt uwzględnia zawieszenie poboru podatku minimalnego na okres kolejnych dwóch lat. Oznacza to, że w praktyce firmy zapłaciłyby tę nową daninę dopiero w roku 2025. Daje to czas na transpozycję do polskiego porządku prawnego dyrektyw unijnych związanych z minimalnym opodatkowaniem transgranicznych korporacji. Wydaje się więc, że w tej formie podatek minimalny nie wejdzie w życie i w międzyczasie polski ustawodawca zyska czas, aby dostosować krajowe prawo do przepisów unijnych – analizuje Kozłowski.

Rosja od lat przygotowywała wojnę energetyczną z Europą

Panowało przekonanie że gaz, ropę można kupić tak, jak każdy inny produkt – każdy inny surowiec na rynku. Rosja natomiast od lat przygotowywała się do tego, co dzisiaj widzimy. Po pierwsze przygotowywała alternatywne szlaki dostaw swoich surowców, alternatywne również w kontekście zmiany wektora – czyli np.: Związek Sowiecki silnie opierał się na eksporcie surowców energetycznych do Europy. Rosja odziedziczyła ten prymat również teraz – czyli gros surowców energetycznych trafia do Europy. Jednak w ostatnich 15-20 latach Rosjanie powzięli bardzo dużo działań, aby zdywersyfikować swoje portfolio odbiorców czy to gazu ziemnego, czy ropy naftowej. Ci odbiorcy przez np. terminale LNG na Jamale czy na Sachalinie mogą liczyć na gaz rosyjski w różnych częściach świata – głównie azjatyckiej. To samo tyczy się ropy naftowej. Zbudowane magistrale łączące Rosję z Chinami czy to w ropie naftowej, czy w gazie ziemnym pokazują, że Rosja od lat widziała zagrożenie, widziała pewne konsekwencje swojej polityki imperialnej – z dużym naciskiem na surowce energetyczne. Od wielu lat rozważała ograniczenie podaży gazu do Europy i próby zwiększenia eksportu tego surowca do państw azjatyckich. Rosja jest i będzie bardzo silnie uzależniona od surowców energetycznych, od wpływów generowanych przez sprzedaż surowców energetycznych.

– Obecna polityka pokazuje, że Rosjanie znaleźli pewne obejście obniżenia wolumenów w sprzedaży gazu czy surowców energetycznych przez podniesienie cen tych surowców. Czyli nawet sprzedając 30-40% mniejsze wolumeny gazu, teraz zarabiają tyle samo, albo nawet więcej niż rok temu. To dlatego, że ceny gazu skoczyły z poziomu 300-400 dolarów za 1000m3 do poziomu 3000 dolarów za 1000m3. Czyli obniżony wolumen sprzedaży gazu został zbilansowany, czy nawet przekroczony przez wyższe ceny tego surowca panujące na światowych rynkach – powiedział serwisowi eNewsroom  Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlert. – Oczywiście to, co Rosja sprzedaje za granicę i to, co odbija sobie na ograniczeniu sprzedaży do Europy dotyka bardzo mocno Europę – dlatego, że  duża część państw europejskich nie przewidywała takiego obrotu spraw. Nie przewidywała, że Rosja może posunąć się do działań tak stricte antyrynkowych, do których się posunęła teraz. Budowa połączeń międzysystemowych, infrastruktury takiej, jak Nord Stream czy Nord Stream 2, czy gazociąg Turkish Stream, wcześniej jawiły się w Europie Zachodniej jako projekty czysto komercyjne – które miały w założeniu ułatwić transport rosyjskiego gazu do Europy i uniknąć ewentualnych problemów na trasie tego transportu przez Europę Środkową. Zachodnie państwa Europy uwierzyły w narrację rosyjską o tym, jakoby państwa Europy Środkowej stanowiły zagrożenie dla rosyjskiego gazu biegnącego do Europy i wspierały projekty dywersyfikacji źródeł, czy kierunków dostaw rosyjskiego gazu w omijaniu państw Europy Środkowej. Dzisiaj widzimy, że ta polityka opierania się na surowcach rosyjskich okazała się fiaskiem – ponieważ rosyjski gaz przestał płynąć w ilościach, które są odpowiednie, czy konieczne do funkcjonowania gospodarki europejskiej. To spowodowało znaczny wzrost tego surowca na giełdach – wyjaśnia Marszałkowski.

EIT InnoEnergy i Santander Asset Management tworzą fundusz inwestycyjny w zakresie technologii klimatycznych

Wczoraj podczas wydarzenia The Business Booster w Lizbonie ogłoszono, że Santander Asset Management (Santander AM) i EIT InnoEnergy uruchomią fundusz venture capital climate tech, który będzie inwestował w start-upy przyspieszające transformację energetyczną.

Santander AM i EIT InnoEnergy, ogłosiły porozumienie o współpracy w celu przyspieszenia transformacji energetycznej, rozwiązania problemu bezpieczeństwa energetycznego i rosnących cen energii w Europie poprzez skierowanie kapitału do najbardziej obiecujących start-upów działających w obszarze technologii klimatycznych z portfela EIT InnoEnergy.

Nowy fundusz zapewni prywatnym bankom i inwestorom instytucjonalnym środki do inwestowania w firmy na wczesnym etapie rozwoju, które pracują nad rozwiązaniami mającymi na celu uczynienie energii przystępną cenowo, dostępną i zrównoważoną. Spółki będą pochodzić przede wszystkim z istniejącego portfela EIT InnoEnergy, który obejmuje tak różne sektory jak gospodarka obiegu zamkniętego, energia odnawialna, magazynowanie energii, efektywność energetyczna, transport i mobilność, inteligentne budynki, miasta i sieci oraz wodór.

Santander AM będzie zarządzał portfelem funduszu. Banco Santander będzie pełnił rolę inwestora, a EIT InnoEnergy będzie współinwestował w nowe rundy start-upów i nadal będzie świadczył na ich rzecz usługi mające na celu ograniczanie ryzyka biznesowego oraz przyspieszenie realizacji projektów.

Inicjatywa będzie prowadzona przez zespół, który tworzą Santiago Gil, były szef VC w Enagas, Giovanni Bologna, który niedawno dołączył do Santander AM z funduszu VC Athos
oraz Jordi López, były szef działu rozwoju biznesu w EIT InnoEnergy, który teraz w pełni poświęci się wspólnemu przedsięwzięciu.

Elena Bou, dyrektor ds. innowacji w EIT InnoEnergy mówi: „Nowy fundusz uzupełni i wzmocni nasz istniejący ekosystem i ułatwi szybką alokację kapitału, aby przyspieszyć wprowadzanie na rynek przełomowych innowacji w dziedzinie technologii klimatycznych. Jest to sytuacja korzystna nie tylko dla naszych ponad 180 innowacyjnych firm, ale także dla funduszu. Posiadanie bezpośredniego dostępu do portfela InnoEnergy zapewnia funduszowi ciągły napływ interesujących projektów, który będzie kluczowy biorąc pod uwagę duży apetyt na tego typu aktywa.”

Borja Diaz-Llanos, szef działu inwestycji alternatywnych w Santander Asset Management dodaje: „To kolejny krok w walce ze zmianami klimatu w ramach naszego zaangażowania w globalną grupę Net Zero Asset Managers. Innowacje mają kluczowe znaczenie dla osiągnięcia zerowego bilansu netto do 2050 roku. Dzięki tej inicjatywie chcemy zapewnić dodatkowy kapitał wielu start-upom o największym potencjale redukcji emisji.”

Fundusz ma być zgodny z art. 8 rozporządzenia SFDR, a dokumenty regulacyjne zostały już złożone i są zatwierdzane przez hiszpańskiego regulatora, CNMV.

Deloitte: 6 polskich banków zalicza się do grona cyfrowych liderów

Stopień cyfryzacji polskiego sektora bankowego przekracza średnią światową, a aż sześć polskich banków zalicza się do grona cyfrowych liderów, wynika z raportu Digital Banking Maturity 2022, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Banki chcące być liderami muszą zaoferować swoim klientom więcej niż tylko tradycyjne usługi finansowe. Czołowi przedstawiciele branży umożliwiają realizację zróżnicowanych działań tworzących cały ekosystem rozwiązań proponowanych użytkownikom – od zakupu ubezpieczenia po składanie wniosku o świadczenia społeczne.

W ramach piątej edycji raportu Digital Banking Maturity, największego na świecie badania bankowości cyfrowej, analizie poddane zostały 304 banki w 41 krajach. Stopień digitalizacji sektora bankowego został oceniony na postawie trzech elementów: analizy ponad 1,2 tys. funkcjonalności cyfrowych składających się na kompleksową ścieżkę klienta, badaniu preferencji konsumentów w zakresie 26 najpopularniejszych aktywności bankowych oraz identyfikacji zasad i najlepszych praktyk projektowania doświadczeń użytkowników (User Experience – UX).

Przeanalizowane banki zostały podzielone na cztery kategorie: najlepsze wyniki osiągnęli cyfrowi liderzy (digital champions) wyznaczający kierunki digitalizacji sektora bankowego, do których zalicza się 30 banków, spośród których aż sześć pochodzi z Polski. Kolejną grupę stanowią pretendenci (digital smart followers), usiłujący naśladować liderów branży. Ostatnie dwie grupy to naśladowcy (digital adopters), będący w początkowych fazach cyfryzacji swojej działalności, oraz mający największe zaległości w tym obszarze maruderzy (digital latecomers).

– Decyzja o zaangażowaniu w cyfryzację przyniosła światowym liderom wymierne korzyści. Banki charakteryzujące się wysokim stopniem rozwoju kanałów cyfrowych okazały się być nie tylko bardziej odporne na zawirowania spowodowane pandemią koronawirusa, ale również odnotowały o 1,5 punktu procentowego wyższy poziom rentowności kapitału własnego niż mniej zdigitalizowane podmioty sektora bankowego – mówi Michael Wodzicki, partner Monitor Deloitte.

Wszechstronność konta kluczem do sukcesu

Autorzy raportu wskazują, że upowszechnienie zdalnych usług bankowych nieodwracalnie zmieniło sektor bankowy. Możliwość zdalnego otwarcia konta osobistego w przynajmniej jednym z dwóch kanałów – przez Internet lub poprzez aplikację mobilną – oferuje obecnie 80 proc. cyfrowych liderów oraz niemal 70 proc. pozostałych banków. Zmiany te, w połączeniu z wejściem w życie aktów prawnych takich jak dyrektywa PSD2, wymuszają rozszerzenie wachlarza usług, z których skorzystać mogą osoby posiadające rachunki bankowe, np. o zarządzanie wieloma kontami za pośrednictwem jednej aplikacji.

– Dzisiejszy klient oczekuje od banku możliwości realizacji szeregu operacji, takich jak zakup ubezpieczenia, składanie wniosku o świadczenia społeczne czy opłacenie biletu parkingowego. W ostatnich latach na znaczeniu zyskały usługi dodatkowe, które mimo niewielkiego wpływu na wynik finansowy są skutecznym sposobem na zwiększenie zaangażowania i lojalności klientów. Co więcej, umożliwiają pozyskiwanie większej ilości danych o konsumentach, co pomaga bankom w personalizacji oferowanych produktów – dodaje Michael Wodzicki.

Polski sektor stawia na kanały mobilne

Podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Digital Banking Maturity, polskie banki uzyskały wyniki powyżej światowej średniej w obszarze cyfryzacji usług bankowości detalicznej. Jedną z przewag lokalnego sektora jest proces otwarcia konta z wykorzystaniem smartfona i aplikacji bankowej – możliwość tę oferuje 80 proc. polskich banków, podczas gdy nawet wśród globalnych cyfrowych liderów odsetek ten wynosi aż o 13 punktów procentowych mniej.

Polski sektor bankowy jest również świadomy korzyści wynikających z rozszerzenia oferty usług cyfrowych i rozbudowywania relacji z klientem. Obok działań na rzecz rozwoju „codziennych” funkcjonalności bankowych (dotyczących np. zarządzania kontem, wykonywania przelewów), to właśnie w tym obszarze dokonano największych inwestycji. Spośród wszystkich sekcji najbardziej wyróżnia się rozwój oferty narzędzi inwestycyjnych oraz zdalnego zarządzania kartami płatniczymi.

Polskie banki zauważyły, że klienci poszukują narzędzi do zarządzania osobistymi środkami, co stało się szczególnie widoczne w czasach wysokiej inflacji. Wiele osób usiłuje uchronić wartość swoich oszczędności, co z kolei przekłada się na wzrost popularności takich produktów jak lokaty strukturyzowane czy jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, które można nabyć za pomocą aplikacji mobilnej. Nie bez znaczenia jest także dążenie sektora bankowego do integracji usług i stworzenia ekosystemu, z którego polscy klienci, cechujący się skłonnością do korzystania z narzędzi cyfrowych, chętnie skorzystają – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider zespołu doradztwa regulacyjnego i ryzyka, lider sektora finansowego w Polsce, Deloitte.

Aplikacja mobilna kluczem do sukcesu

Coraz częstsza obecność urządzeń mobilnych w życiu codziennym znajduje odzwierciedlenie w digitalizacji usług bankowych. Do najczęściej wykonywanych operacji przy pomocy smartfona należą: wyszukiwanie informacji o produktach bankowych, sprawdzanie stanu konta, wykonywanie przelewów oraz inwestowanie.

Preferencje klientów przekładają się także na sytuację na polskim rynku. Na przestrzeni ostatnich lat banki w Polsce istotnie zwiększyły funkcję informacyjną aplikacji mobilnej (możliwość uzyskania informacji o produktach, cennikach, itp.) – w porównaniu z poprzednią edycją badania ich zaawansowanie zwiększyło się aż o 41 p.p., do poziomu 69 proc. Zauważalnie wzrosła również mobilna dostępność funkcjonalności otwierania konta (o 20 p.p.) oraz budowania relacji z klientem (o 18 p.p.) poprzez usługi dodatkowe.

– W mocno zdigitalizowanym świecie coraz więcej czynności dokonujemy za pomocą smartfona. Polscy konsumenci, charakteryzujący się skłonnością do korzystania z rozwiązań mobilnych, oczekują od banku możliwości zaspokajania codziennych potrzeb, od sprawdzania stanu konta po wybór produktu inwestycyjnego. Co więcej, wielu Polaków z zamiłowaniem korzysta z narzędzi takich jak BLIK, które w łatwy sposób pozwalają np. dokonywać szybkich płatności internetowych, czy rozliczeń bezpośrednio na telefon. W najbliższej przyszłości te banki, które wykażą się największą otwartością na tego typu rozwiązania, będą w stanie dołączyć do grona cyfrowych liderów – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider zespołu Customer Strategy and Design, Deloitte Digital.

Duży spadek liczby udzielonych kredytów dla mikrofirm w sierpniu 2022 r.

W sierpniu 2022 r., w porównaniu do sierpnia 2021 r., banki udzieliły mniej kredytów mikroprzedsiębiorcom zarówno w ujęciu liczbowym (-14,4%), jak i wartościowym (-22,8%). W ujęciu liczbowym banki przyznały o (-43,4%) mniej kredytów inwestycyjnych oraz o (-22,1%) mniej kredytów obrotowych. W przypadku kredytów w rachunku bieżącym dynamika również jest ujemna i wyniosła (-0,8%). Spadła w porównaniu do sierpnia 2021 r. wartość udzielonych kredytów inwestycyjnych o (-57,8%) oraz kredytów obrotowych o (-24,8%). Wartość kredytów w rachunku bieżącym udzielonych w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. wzrosła o (+11,5%).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

W okresie styczeń–sierpień 2022 r. liczba udzielonych kredytów w porównaniu z analogicznym okresem 2021 r. spadła o (-11,4%) w ujęciu liczbowym oraz o (-7,4%) w wartościowym. Przy czym w ujęciu ilościowym ujemna dynamika wystąpiła w przypadku wszystkich rodzajów kredytów, a najwyższa w przypadku kredytów inwestycyjnych (-31,8%). W ujęciu wartościowym ujemna dynamika (-26,3%) dotyczy kredytów inwestycyjnych oraz kredytów obrotowych (-5,7%). Natomiast dodatnia dynamika charakteryzowała kredyty w rachunku bieżącym (+4,7%).

– Sierpniowe wyniki liczby i wartości kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorstwom nie zaskakują, gdyż trend spadkowy w kredytowaniu firm widać już od wielu miesięcy. Jednak to, co niepokoi jest spadek o blisko 58 proc. wartości udzielonych kredytów inwestycyjnych. W okresie ośmiu miesięcy jest to spadek o 1/3. Nie jest to bynajmniej wyraz pasywności kredytowej przedsiębiorców, a raczej przejaw rosnącej niepewności wynikającej z obecnych warunków makroglobalnych, w tym wojny w Ukrainie, jak i makroekonomicznych, zwłaszcza kryzysu energetycznego. Wysoka inflacja i wzrost kosztów obsługi kredytów w wyniku rosnących stóp procentowych nie skłaniają właścicieli firm do ponoszenia ryzyka – ocenia dr hab.Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

– Z uwagi na rosnącą awersję do ryzyka wysoce prawdopodobna jest perspektywa zatrzymania procesów inwestycyjnych, co będzie miało negatywne konsekwencje w przyszłości. Już obecnie udział inwestycji do PKB wynosi 15 proc. – ostrzega prof. Rogowski.

– W sierpniowych wynikach uwagę zwraca ponad 11 proc. wzrost r/r wartości kredytów w rachunku bieżącym udzielonych mikroprzedsiębiorcom przez banki. W tym segmencie kredytowania wprawdzie nie ma utrwalonego trendu, ale można się spodziewać, że w związku z rosnącą inflacją mikroprzedsiębiorcy będą teraz inwestować w zapasy materiałów i produktów, częściowo finansowanych kredytem w rachunku bieżącym. Mikroprzedsiębiorcom kończą się również środki uzyskane z tarcz covidowych – dodaje główny analityk Grupy BIK.

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według produktów kredytowych

Sierpniowy odczyt Indeksu jakości kredytów mikroprzedsiębiorców wyniósł 4,88% w ujęciu wartościowym. Nadal jest on na bezpiecznym poziomie. Produktowe Indeksy jakości w sierpniu 2022 r. kształtowały się w ujęciu wartościowym następująco: kredyty inwestycyjne 2,50%, kredyty w rachunku bieżącym 3,52% oraz kredyty obrotowe 8,87%. W sierpniu 2022 r. w porównaniu do lipca 2022 r. pogorszył się (wzrósł) ogólny Indeks jakości o (+0,17). Indeks pogorszył się (wzrósł) również w porównaniu do sierpnia 2021 o (+0,39). W okresie 12-miesięcznym pogorszyły się Indeksy wszystkich trzech rodzajów kredytów. Najwyższe pogorszenie Indeksu wystąpiło w przypadku kredytów obrotowych (+0,55).

Sprzedaż kredytów dla mikroprzedsiębiorców według sektorów

Na 10,4 tys. kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w sierpniu br., 5,0 tys. zaciągnęły firmy usługowe (48%) i 2,5 tys. handlowe (24%). Łącznie więc 72% udzielonych w sierpniu 2022 r. kredytów przypada na te dwa sektory. Z całkowitej kwoty 1,351 mld zł, banki udzieliły 486 mln zł (36,0%) kredytów firmom z sektora usług oraz 379 mln zł (28,0%) mikroprzedsiębiorcom prowadzącym działalność handlową. Finansowanie tych dwóch sektorów to w sierpniu 2022 r. 64,0% łącznej wartości udzielonych kredytów mikroprzedsiębiorcom.

W sierpniu 2022 r. najwyższy spadek r/r liczby udzielonych kredytów dotyczył finansowania budownictwa (-16,7%) oraz handlu (-16,0%). W ujęciu wartościowym w sierpniu 2022 r. w porównaniu do sierpnia 2021 r. ujemna dynamika dotyczyła kredytów dla wszystkich sektorów. Najwyższa ujemna dynamika dotyczyła wartości kredytów udzielonych firmom usługowym (-26,6%) oraz handlowym (-25,6%).

W okresie styczeń-sierpień 2022 r. banki udzieliły mniej kredytów w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. we wszystkich sektorach. Najbardziej spadła o (-16,4%) liczba kredytów udzielonych firmom handlowym oraz produkcyjnym (-15,8%). W ujęciu wartościowym banki udzieliły w ośmiu miesiącach br. 2022 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku niższego finansowania firmom z trzech sektorów. Najwyższy spadek dotyczył udzielenia finansowania firmom produkcyjnym (-19,1%) oraz handlowym (-12,1%). W tym okresie wzrosła jedynie wartość udzielonych kredytów firmom budowlanym o (+3,2%).

Jakość portfeli kredytów dla mikroprzedsiębiorców według branż

Według odczytów Indeksu Jakości najgorzej (najwyższy poziom wskaźnika) w sierpniu 2022 r. spłacane były kredyty przez firmy handlowe – wartość Indeksu wyniosła 5,13%. Najlepszy (najniższy) odczyt w sierpniu br. odnotował Indeks Jakości firm z sektora budownictwo i wyniósł 4,49%.

W porównaniu do sierpnia 2021 r. Indeks pogorszył się (wzrósł) w trzech branżach: produkcji (+1,11), budownictwie o (+0,95) oraz handlu o (+0,51). Niewielką poprawę na poziomie (-0,01) odnotował Indeks w branży usługowej.

Członek zarządu może się wybronić przed zakazem prowadzenia działalności gospodarczej

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej to koszmarny sen każdego członka zarządu spółki. Może do tego doprowadzić m.in. niezłożenie we właściwym terminie wniosku upadłościowego. Czy w takiej sytuacji można skutecznie wybronić się przed negatywną decyzją sądu? Eksperci przekonują, że jest to możliwe.

W ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku sądy ogłosiły 526 upadłości i restrukturyzacji firm – to o ponad 38 proc. więcej niż rok wcześniej. Drugie półrocze zapowiada się tylko gorzej. Zarządy wielu spółek będą zmuszone do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości. Powinny to jednak zrobić we właściwym terminie – 30 dni od wystąpienia podstawy do ogłoszenia upadłości. Skutkiem niezłożenia wniosku na czas może być orzeczenie przez sąd zakazu prowadzenia działalności gospodarczej – od 1 roku do nawet 10 lat.

Zakaz obejmuje nie tylko prowadzenie działalności na własny rachunek, ale również sprawowanie szeregu funkcji, np. pełnienie funkcji reprezentanta spółki handlowej. Sytuację mocno komplikuje fakt, że z wnioskiem o zakaz prowadzenia działalności gospodarczej może wystąpić do sądu szereg podmiotów – począwszy od wierzyciela, syndyka, a skończywszy na prokuratorze. Wnioski takie coraz częściej jako wierzyciele składają ZUS i Urzędy Skarbowe. Ilość i ranga tych instytucji nie zawsze oznacza, że przedsiębiorca jest na straconej pozycji. – tłumaczy Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Jak skutecznie się bronić?

Przede wszystkim należy ustalić, czy wniosek o zakaz został złożony przez osobę do tego uprawnioną (art. 376 Prawa upadłościowego) i we właściwym terminie. Sąd nie rozpatrzy takiego wniosku, jeżeli złożony został ponad rok od dnia ogłoszenia upadłości albo od dnia oddalenia wniosku o ogłoszenie upadłości spółki. A w sytuacji, gdy wniosek upadłościowy nie został w ogóle złożony – w terminie 3 lat od dnia ustania stanu niewypłacalności albo wygaśnięcia obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości przez daną osobę/instytucję.

A jeśli wniosek o zakaz prowadzenia działalności został złożony przez osobę uprawnioną z zachowaniem terminu? – Sąd może oddalić wniosek o orzeczenie zakazu prowadzenia działalności gospodarczej, jeżeli zarząd złożył już wniosek o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego lub sanacyjnego.wyjaśnia Przemysław Furmanek z Kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Ważna jest sytuacja ekonomiczna firmy dłużnika

Istotne jest, że przy orzekaniu zakazu prowadzenia działalności, sąd bierze także pod uwagę stopień winy przedsiębiorcy oraz skutki podejmowanych działań. W szczególności obniżenie wartości ekonomicznej przedsiębiorstwa upadłego i rozmiar pokrzywdzenia wierzycieli.

Kluczową w takiej sytuacji jest analiza finansowa przedsiębiorstwa, od momentu, w którym powinien zostać złożony wniosek o ogłoszenie upadłości. W szczególności z perspektywy zaspokojenia wierzycieli. Prawdopodobieństwo obniżenia wartości finansowej przedsiębiorstwa i znaczne pokrzywdzenie wierzycieli, bywają dla sądu podstawą do skorzystania z opinii biegłego. mówi Norbert Banaszek z firmy doradczej Lege Advisors.

Opinia biegłych może być kluczowa

Zdarza się, że biegli sądowi wykazują, iż wartość finansowa firmy upadłego w trakcie kadencji członka zarządu, którego dotyczył wniosek o zakaz działalności, nie uległa obniżeniu, ale wręcz wzrosła. Co więcej, biegli w opinii mogą potwierdzić, że zmiana głównego profilu działalności dawała perspektywę na oddalenie zagrożenia upadłością. – Podobne ustalenia mogą okazać się kluczowe dla sprawy. W ich efekcie sąd może wniosek o zakaz oddalić. Uzna bowiem, że wnioskodawca nie wykazał, aby doszło do obniżenia wartości ekonomicznej przedsiębiorstwa upadłego i zwiększenia pokrzywdzenia wierzycieli na skutek niezłożenia w terminie wniosku o upadłość. przekonuje Przemysław Furmanek z Kancelarii Lege Restrukturyzacje.

Norbert Banaszek zauważa, że w jednej ze spraw o zakaz prowadzenia działalności gospodarczej, sąd stwierdził, że „analizując pokrzywdzenie wierzycieli należy brać pod uwagę ich ogół, a nie sytuację wierzyciela wnioskującego o zakaz prowadzenia działalności”.
To bardzo ważna informacja dla wszystkich firm-dłużników. – podkreśla ekspert

Inflacyjna spirala wciąż się nakręca

Według najnowszych danych Narodowego Banku Polskiego, w sierpniu inflacja bazowa, czyli nieuwzględniająca cen energii i żywności wzrosła do rekordowych 9,9 proc. To zły prognostyk, wskazujący, że szczyt dynamiki wzrostu cen jeszcze przed nami, a z nadmierną inflacją będziemy borykać się jeszcze przez dłuższy czas.

W obszarze powszechnego zainteresowania znajduje się najbardziej popularny wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych, uznawany jednocześnie za najbardziej miarodajny. Jednak banki centralne w podejmowaniu decyzji o wysokości stóp procentowych, kierują się także innymi wskaźnikami. Jednym z nich jest właśnie inflacja bazowa, nie uwzględniająca cen żywności i energii, a więc nie tylko składników najbardziej zmiennych, ale przede wszystkich tych, na których kształtowanie polityka pieniężna ma niewielki wpływ. Inflacja konsumpcyjna osiąga w Polsce poziom najwyższy od ćwierć wieku, za co w dużym stopniu odpowiadają właśnie ceny żywności, a przede wszystkim surowców energetycznych, a co za tym idzie prądu i gazu, wpływających na wzrost kosztów utrzymania mieszkania. W tegorocznym okresie letnim mieliśmy także do czynienia z nadspodziewanie wysokim wzrostem cen żywności. Tak więc inflacja uderza przede wszystkim w dwie kategorie, które mają największy udział w budżetach gospodarstw domowych. W dłuższym terminie ogranicza to popyt na dobra trwałego użytku, co niekorzystnie wpływa na koniunkturę gospodarczą. Dodatkowym czynnikiem, napędzającym inflację, jest sytuacja na rynku pracy, czyli rekordowo niskie bezrobocie i niedobory podaży pracy w wielu sektorach gospodarki. Dobra pozycja negocjacyjna pracowników wywiera presję na podnoszenie wynagrodzeń przez pracodawców. Pracownicy bronią się w ten sposób przed inflacją, ale jednocześnie wywołuje to podwójny efekt. Po pierwsze, sprzyja wzrostowi inflacji, gdyż firmy starają się przenieść wzrost kosztów na ceny wyrobów i usług, a po drugie, zmuszeni są do obniżania marż, a więc i zdolności rozwojowych, między innymi poprzez ograniczanie inwestycji.

Inflacja konsumencka przekłada się pośrednio także na inflację bazową, która w sierpniu była najwyższa w historii obliczania tego wskaźnika, czyli od początku 2001 r. Sięgająca 9,9 proc. dynamika inflacji bazowej wywierać będzie na Radę Polityki Pieniężnej presję do kontynuowania cyklu podwyżek stóp procentowych. Do tej pory większość prognoz ekonomistów zakładała, że wynosząca obecnie 6,75 proc. stopa referencyjna może w tym cyklu wzrosnąć do 7-7,5 proc.. Coraz bardziej prawdopodobny jednak wydaje się scenariusz, w którym stopy mogą być jeszcze wyższe. Najnowsza prognoza dość konserwatywnie nastawionej agencji ratingowej Fitch, sugeruje możliwość osiągnięcia przez stopę referencyjną NBP poziomu 7,5 proc. Jeśli jednak sprawdzą się negatywne prognozy, mówiące o jeszcze mocniejszym wzroście inflacji w pierwszych miesiącach przyszłego roku, możemy mieć do czynienia z kontynuacją podwyżek stóp procentowych. Jednocześnie o powrocie inflacji do celu, wyznaczonego przez bank centralny na 2,5 proc., z odchyleniem w obie strony o 1 punkt procentowy, możemy myśleć w perspektywie nawet 3-4 lat.

W ślad za podwyżkami stóp procentowych, w podwyższane jest także oprocentowanie lokat bakowych, czyli produktu obarczonego najmniejszym ryzykiem z punktu widzenia oszczędzających. Lokaty pozwalają ograniczyć destrukcyjny wpływ inflacji na oszczędności już niemal o połowę. Oferta depozytowa Inbanku nieustannie znajduje się w ścisłej czołówce, a jej cechą charakterystyczną jest konsekwencja w podwyższaniu oprocentowania, nie obarczona dodatkowymi warunkami i nie  ograniczająca się do okresowych promocji.

Autor komentarza: Tomasz Rzeski, Country Sales Manager Oddziału Inbank w Polsce

Rosną długi firm outsourcingowych

Rynek usług outsourcingowych w Polsce mocno się rozwija i nadrabia hamowanie, którego doświadczył w pandemii. Jednak wraz ze wzrostem zwiększa się też jego zadłużenie. Firmy ochroniarskie, zajmujące się utrzymaniem czystości, administrowaniem, call center, agencje zatrudnienia i pracy tymczasowej oraz szkoleniowe mają blisko 156 mln zaległości – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów.

W ciągu pięciu lat zaległości branży outsourcingowej wzrosły o prawie 43 mln zł. Jeszcze w 2017 r. wynosiły 112,8 mln zł. Dziś to 155,7 mln zł. Nastąpił też duży skok liczby dłużników z 4,2 tys. do 7,3 tys. Zmalało jednak średnie zadłużenie – z 27 tys. zł do 21,2 tys. zł.

– Branża outsourcingu jest mocno rozdrobniona, nie powinno więc dziwić, że najwięcej długów obciąża jednoosobowe działalności gospodarcze. Mają one 80,9 miliona złotych niezapłaconych rachunków. Pozostałe 73,8 miliona złotych obciąża spółki prawa handlowego, zaś niespełna milion złotych spółki cywilne. Jednak to właśnie one odnotowują najwyższe średnie zadłużenie – 27,6 tysiąca złotych, podczas gdy przeciętna zaległość  JDG-ów to 19,5 tysiąca złotych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Rekordzistą w zadłużeniu jest przedsiębiorca z Wielkopolski prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Świadczy on usługi utrzymania czystości. Niemal całą kwotę, czyli 1,5 mln zł, powinien oddać firmie budowlanej.

Największe problemy finansowe mają firmy outsourcingowe z województwa mazowieckiego, gdzie uzbierało się 39,3 mln zł zaległości. Za nimi są przedsiębiorstwa ze Śląska z kwotą 19,3 mln zł, a trzecia Wielkopolska, gdzie długi sięgają 15 mln zł. Najsolidniejsze w regulowaniu zobowiązań są podmioty z województwa lubiąskiego – zaległości wynoszą tam 1,9 mln zł.

Niemal połowę długów branży – 66,6 mln zł – stanowią długi wobec wtórnych wierzycieli, czyli firm windykacyjnych i funduszy sekurytyzacyjnych, które przejęły należności pierwotnych wierzycieli, głównie banków. Z kolei 41,8 mln zł firmy outsourcingowe są winne instytucjom finansowym – bankom, firmom faktoringowym, leasingowym, ubezpieczeniowym. Natomiast 15,2 mln zł branża zalega wobec operatorów komórkowych, dostawców Internetu i telewizji.

Do posprzątania 156 mln zł

Największe zaległości, bo 72,5 mln zł, obciąża przedsiębiorstwa sprzątające. Ma je 3,5 tys. podmiotów. Przeciętna zaległość w tym segmencie to 20,7 tys. zł.

Jest on bardzo rozdrobniony, tworzą go tysiące mniejszych i większych firm, czego efektem jest ogromna konkurencja. Trwająca nadal pandemia zwiększyła zapotrzebowanie na dokładną dezynfekcję miejsc publicznych, środków transportu i biur, co napędziło zlecenia. Jednak przy dużym zagęszczeniu na rynku rentowność takich zleceń, biorąc także pod uwagę rosnące koszty środków odkażających oraz samego zatrudnienia, nie jest duża. Firmy zlecające usługi sprzątania na zewnątrz przywiązują coraz większą wagę do wydajności i przejrzystości rozliczeń. Problemem dla nich jest ocena jakości pracy firm sprzątających oraz ilości zużytych środków czystości, gdyż nie ma tu obiektywnych kryteriów. To ważne zwłaszcza dla firm, w których nawet 80 proc. pracowników pracuje zdalnie lub hybrydowo. Mają one więc dużo niewykorzystanej powierzchni biurowej, która wymaga jednak stałego utrzymywania porządku, mimo że pracownicy na miejscu bywają rzadko. 

Branża HR musi oddać prawie 30 mln zł

Podmioty zajmujące się wyszukiwaniem miejsc pracy i pozyskiwaniem kadry oraz agencje pracy tymczasowej uzbierały 29 mln zł nieuregulowanych zobowiązań. Jedna firma nie zapłaciła średnio 19,9 mln zł, a problemy finansowe ma 1,5 tys. z nich.

Z raportu „Rynek usług HR 2021”, przygotowanego przez Polskie Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan, wynika, że po trudnym 2020 r., ubiegły rok przyniósł znaczną poprawę na rynku usług HR. Wzrosła liczba godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych, mimo że ich grono nieznacznie się skurczyło. Choć w 2021 r. agencje zatrudnienia nie odnotowały znaczących zmian w liczbie takich firm działających na rynku wobec 2020 r., to widać tam dużą rotację: w 2021 roku zarejestrowanych zostało 1909 agencji, podczas gdy w tym samym czasie wykreślono 1770. Jak pokazują dane Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej, sektor agencji rocznie wspiera w zatrudnieniu ponad 1 mln osób w Polsce. Firmy zrzeszone w Polskim Forum HR zatrudniały ponad 181 tys. osób.

Szkolenia idą do przodu, ale z potknięciami

Z kolei ponad tysiąc firm szkoleniowych ma 19,4 mln zł zaległości. Statystycznie każda z nich powinna oddać 18,3 tys. zł.

Według danych wywiadowni gospodarczej Dun&Bradstreet, opracowanych przez platformę do webinarów ClickMeeting, branżę szkoleniową tworzą głównie mikro i małe firmy, przy czym aż 2/3 to jednoosobowe działalności gospodarcze. Informacje uzyskane przez wywiadownię w KRS wskazują, że sytuacja przedsiębiorstw działających w segmencie szkoleń jest mocno spolaryzowana. Ponad 40 proc. firm jest w dobrej i bardzo dobrej kondycji, z czego 23 proc. w zdecydowanie dobrej. Jednocześnie 60 proc. jest w trudnej i bardzo trudnej sytuacji, z czego te w bardzo złej stanowią aż 27 proc.

Administracja średnio najmocniej zadłużona

Przedsiębiorstwa specjalizujące się w obsłudze administracyjnej biur, jak prowadzenie recepcji, księgowości, call center oraz archiwizowanie i niszczenie dokumentów, muszą kontrahentom oddać 18,6 mln zł. Kwota ta obciąża 693 firmy. Spośród wszystkich segmentów outsourcingu mają one największe średnie zadłużenie, które wynosi 26,9 tys. zł.

Silnym trendem w tym segmencie jest obecnie rewolucja technologiczna. Eksperci wskazują, że w najbliższych 2 latach prawie 60 proc. firm chce wprowadzić elektroniczny obieg dokumentów. Dlatego wielu pracowników administracyjnych obawia się, czy sztuczna inteligencja (AL) nie wyprze ich z pracy. Rozwiązania technologiczne na pewno będą się rozwijać i wkraczać do biur – to naturalny trend. Jednak maszyny i AL mogą zastąpić człowieka przy wykonywaniu czynności lub przy obliczeniach i już to robią, ale nie wyprą go w bezpośrednim kontakcie, w którym kluczem do rozwiązywania problemów w pracy jest empatia.

 

(Nie) bezpieczne zaległości w płaceniu

Najmniej obciążone niezapłaconymi fakturami są firmy ochroniarskie i detektywistyczne – to kwota 16 mln zł. 618 przedsiębiorstw z tego grona ma przeciętnie 26,1 tys. zł niezapłaconych zobowiązań.

Branża ta  jest zaniepokojona rosnącą inflacją, choć ma nadzieję, że nie odczuje zbyt mocno negatywnych skutków obecnej sytuacji. Obawia się także niedoboru pracowników i wzrostu kosztów obsługi kredytów, co może wyhamować dalsze inwestycje i rozwój segmentu. Obecnie branża bezpieczeństwa przechodzi transformację i poza zwykłą ochroną rozszerza zakres działalności o sztuczną inteligencję. Ma ona zastosowanie w infrastrukturze dzięki takim funkcjom, jak system automatycznego rozpoznawania tablic rejestracyjnych, automatyczne rozpoznawanie zdarzeń czy ograniczenie liczby fałszywych alarmów. To powoduje, że technologia zastępuje człowieka, co z kolei budzi niepokój pracowników. Są oni bowiem przyzwyczajeni do tradycyjnego modelu ochrony z człowiekiem w roli głównej. Mimo to branża spodziewa się dalszego wzrostu znaczenia technologii w swojej działalności.

Polacy nie chcą reagować na mobbing. Boją się zemsty, ale też zeznań i konfrontacji ze sprawcą

Najnowszy sondaż pokazuje, że co trzeci pracownik w Polsce nie zrobiłby kompletnie nic, gdyby doznał mobbingu w pracy. Co piąty nie wie, jakby zareagował. Natomiast co szósty anonimowo zgłosiłby skargę do Państwowej Inspekcji Pracy. Prawie co dziewiąta osoba zwróciłaby się do swoich przełożonych lub pracodawców. Tylko co 25 ankietowany poszedłby do sądu. Z kolei najczęstszym powodem bezczynności byłaby obawa przed zemstą mobbera lub zwierzchników. Komentujący badanie eksperci uważają, że jego wyniki świadczą o braku wiedzy z zakresu prawa i wiary w wymiar sprawiedliwości. I dodają, że dobrym rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie do szkół edukacji prawnej. Inaczej kolejne pokolenia mobberów będą w Polsce bezkarne.

Bierność i niewiedza

Według badania, zrealizowanego przez UCE RESEARCH oraz platformę ePsycholodzy.pl, aż 33,1% pracowników w Polsce nie zrobiłby zupełnie nic, gdyby w swoim miejscu pracy doznało mobbingu. Sondaż został przeprowadzony wśród ponad tysiąca dorosłych Polaków, którzy w dniu badania byli zatrudnieni na etacie lub w oparciu o umowy cywilnoprawne.

– Jak pokazuje praktyka, prawdziwe ofiary mobbingu zwykle bardzo późno decydują się na podjęcie kroków prawnych. Wiele osób latami wykazuje bierność, starając się jak najdłużej wytrzymać trudną sytuację. Dopiero gdy czara goryczy się przelewa i atmosfera w pracy jest już nie do zniesienia, mobbowani pracownicy zaczynają szukać rozwiązań – komentuje adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Jak wyjaśnia Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl, pracownik może bardzo źle się czuć z powodu doznawanego dzień w dzień mobbingu i nie podejmować żadnych działań z lęku przed utratą pracy, czyli względnie stałego źródła utrzymania. W czasach szalejącej inflacji może to być coraz częstszym zjawiskiem i dotykać szczególnie osoby będące jedynymi żywicielami swoich rodzin. Szeregowi pracownicy, którzy są prześladowani przez przełożonych, mogą wręcz panicznie obawiać się tego, że po ujawnieniu sprawy nikt w firmie nie stanie po ich stronie.

– Z moich obserwacji wynika, że pracownicy nie podejmują działań z wielu powodów. Najczęściej w ogóle nie wierzą w to, że mogą poprawić swoją sytuację. Wątpią, że w firmie zostaną podjęte odpowiednie kroki w celu rzetelnego wyjaśnienia sprawy. Do tego ofiary często nie wiedzą np. o tym, że wdrożenie procedury antymobbingowej jest obowiązkiem pracodawcy. Nie mają też pojęcia, jak ewentualnie zainicjować postępowanie – zwraca uwagę radca prawny dr Karolina Mazur.

Aż 20,1% pracowników w Polsce nie wie, jakby się zachowało, gdyby doznało mobbingu. W ocenie mec. Raczkowskiego, wyniki badania ewidentnie świadczą o braku świadomości prawnej Polaków. To, co obowiązuje wszystkich dorosłych, czyli prawo, nie jest przedmiotem nauki na żadnym poziomie edukacji. Jak podkreśla ekspert, należy szybko to zmienić, wprowadzając edukację prawną do szkół podstawowych. Dzieci już w szóstej czy siódmej klasie powinny obowiązkowo mieć spotkania z prawnikami, aby poznać fundamentalne kwestie i wiedzieć, jak w praktyce bronić się np. przed molestowaniem czy mobbingiem. Podobne zdanie wyraża Michał Pajdak. Polacy powinni więcej wiedzieć na te tematy, aby niepokojące zjawiska były szybko dostrzegane i niwelowane.

– W mojej ocenie, niska świadomość prawna społeczeństwa powoduje to, że w wielu przypadkach pracownicy nawet nie wiedzą, że już są ofiarami. Warto wskazać, że mobbing to przede wszystkim nękanie psychiczne, a poniżenie lub ośmieszenie osoby mobbowanej ma być jedynie tego skutkiem lub celem. Zachowanie mobbera ma wywołać u pracownika zaniżoną ocenę przydatności zawodowej. Może być ono ukierunkowane na izolowanie ofiary lub nawet na wyeliminowanie jej z zespołu – tłumaczy dr Mazur.

„Ostrożne” działanie

Badanie pokazuje również, że pracownicy, którzy w ww. sytuacji byliby gotowi podjąć jakiekolwiek działanie, najczęściej zdecydowaliby się na złożenie anonimowej skargi do Państwowej Inspekcji Pracy – 16,7%. Na oficjalne zgłoszenie, czyli pod imieniem i nazwiskiem, odważyłoby się zaledwie 4,3% ankietowanych. Natomiast, zgodnie z danymi Głównego Inspektoratu Pracy, w I połowie br. złożono do PIP 1003 skargi dot. mobbingu. W całym ub.r. odnotowano ich 2116, w 2020 roku – 1884, a w 2019 roku – 2085. Do tego warto dodać, że w I półroczu br. anonimy stanowiły 13% zgłoszeń, czyli prawie tyle samo co w całym 2021 roku i 2020 roku – po 14%. W 2019 roku było ich 18%.

– Pracownik, który czuje się ofiarą mobbingu, ma prawo złożyć skargę do Państwowej Inspekcji Pracy. Nie może być jednak ona anonimowa, bo pozostanie bez rozpoznania, o czym ofiary po prostu często nie wiedzą. Ważne jest to, iż pracownicy PIP-u, zgodnie z art. 44 ust. 3 ustawy z dnia 13 kwietnia 2007 r. o Państwowej Inspekcji Pracy, są zobowiązani do nieujawniania informacji, że kontrola jest prowadzana w następstwie zgłoszenia. Zabezpiecza to osoby składające wnioski przed negatywnymi konsekwencjami ze strony niezadowolonych pracodawców. Ujawnienie faktu złożenia skargi, w tym w trakcie prowadzonych czynności kontrolnych, jest możliwe jedynie wówczas, gdy zgłaszający sprawę wyrazi na to pisemną zgodę – informuje dr Karolina Mazur.

Ponadto z badania wychodzi, że zaledwie 11,3% ankietowanych zgłosiłby sprawę przełożonym lub właścicielom firmy bądź instytucji. Jak zaznacza psycholog Michał Murgrabia z platformy ePsycholodzy.pl, pracodawca musi zapewnić podwładnemu bezpieczne i zdrowe warunki pracy, w których stosowane są obiektywne i równe zasady współpracy. Tylko wówczas zatrudniony może bez obaw zgłosić się do swojego szefa i zakomunikować mu trudną sytuację, która ma miejsce w zespole.

– Z moich obserwacji wynika, że w razie ujawnienia problemu pracodawcy w przygniatającej większości reagują. Uruchamiają postępowanie wyjaśniające, aby obiektywnie ustalić, czy mobbing rzeczywiście miał miejsce. I jeżeli skarga jest zasadna, podejmowane są odpowiednie działania. Pracodawca proponuje np. przeproszenie ofiary lub rozdzielenie jej z mobberem, a w najcięższych przypadkach – zwolnienie go i zadośćuczynienie finansowe dla poszkodowanej osoby. Jest to bardziej opłacalne dla przedsiębiorstwa niż bronienie się w sądzie i tracenie reputacji – przekonuje adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Z kolei 7,1% badanych odeszłoby z pracy, gdyby doświadczyło mobbingu. Natomiast tylko 4% ankietowanych wniosłoby sprawę do sądu. Jak stwierdza Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl, odejście pracownika, choć zapewnia mu pewną ochronę, nie rozwiązuje problemu w danym zespole. Istnieje poważne ryzyko, że po zniknięciu ofiary, zachowania mobbingowe będą kontynuowane wobec innych osób. Do tego ekspert dodaje, że najważniejszy jest brak przyzwolenia na takie działania. Wiedza dotycząca tego, jak dochodzi do mobbingu, w jaki sposób on się rozwija i eskaluje, pozwala na lepsze unikanie go.

– Oprócz ww. kwestii, wyniki badania pokazują brak wiary Polaków w wymiar sprawiedliwości. Wypływa to ze świadomości, że nasze sądownictwo jest niezwykle opieszałe. Ponadto widać, że przeważająca część rodaków została wychowana na ofiary, które wolą znosić upokorzenia niż walczyć o swoje prawa – analizuje mec. Raczkowski.

Powody bezczynności

Ankietowani, którzy nic by nie zrobili w przypadku doznania mobbingu, najczęściej wyjaśniali to obawą przed zemstą mobbera lub przełożonych – 25,1%. Tłumaczyli też, że baliby się ewentualnego procesu w sądzie, oficjalnych zeznań i konfrontacji – 16,3%. Niektórzy chcieliby zwyczajnie przeczekać, aż osoba atakująca sama by odpuściła – 11,9%.

– Często mobberem jest bezpośredni przełożony. Zgłoszenie mobbingu w miejscu pracy może oznaczać utratę zatrudnienia i trudności ze znalezieniem nowej posady, a także degradację czy brak premii. Ofiara może odczuwać lęk, że w konkretnym środowisku zawodowym jej prześladowca ma nad nią przewagę. Do tego może czuć się słaba i nie mieć siły samodzielnie się obronić. Wówczas liczy na to, że sytuacja sama się rozwiąże. Ponadto dla osoby mobbowanej zniechęcająca może być konieczność zbierania dowodów. W praktyce jest to czasochłonne. Do tego postępowania sądowe są długotrwałe i obciążające dla psychiki dla poszkodowanego. Co więcej, wysokość zasądzonego zadośćuczynienia może nie zrekompensować doznanych krzywd – objaśnia radca prawny dr Karolina Mazur.

Do powyższego trzeba dodać, że 9,1% respondentów nie podjęłoby żadnych kroków, aby nie wyjść na donosiciela. 7,6% badanych nie chciałoby wchodzić w konflikt z pracodawcą, a 3,2% nie widziałoby większego sensu w przedstawieniu komukolwiek swojego problemu. Jak podsumowuje mec. Raczkowski, obawa przed wyjściem na donosiciela jest typowa dla Polaków, ale bezzasadna w przypadku mobbingu. Natomiast zgłoszenia zawsze mają sens. W większości przypadków pracodawcy starają się rozwiązać problem, czasem nawet wypłacić zadośćuczynienie. Negocjowane są konkretne kwoty pieniędzy, które mają satysfakcjonować pokrzywdzonych.

Iran: Hakerzy wspierają protestujących

Haktywiści wykorzystują Telegram, Signal i darkweb pomagając protestującym przeciwko rządowi w Iranie w omijaniu restrykcji – donosi Check Point Research. Co więcej, hakerzy starają się udostępniać oraz sprzedawać wrażliwe dane (numerów telefonów i adresy e-mail urzędników) a także mapy wrażliwych lokalizacji. Inne grupy udostępniają serwery proxy oraz VPN, pomagając ominąć irańską cenzurę.

W Iranie od niemal dwóch tygodni trwają protesty po śmierci Mahsy Amini, aresztowanej przez islamską policję moralności za niestosowanie się do zasad szariatu w ubiorze. Uczestnicy manifestacji ścierają się ze służbami porządkowymi oraz podpalają miejscowe komisariaty. Niespodziewanie w walce z reżimem wsparli irańską społeczność hakerzy, poinformowali analitycy Check Point Research.

Iran: Hakerzy wspierają protestujących

Wiele grup hakerskich oraz tzw. haktywistów, popiera i wspiera protestujących na Telegramie, Signalu i w darkwebie. Głównym ich zadaniem jest obejście restrykcji i cenzury narzuconej przez irański reżim, a tym samym wsparcie swobodnej komunikacji i przepływu informacji dotyczących zamieszek. Analitycy bezpieczeństwa cybernetycznego z Check Point potwierdzili, że ruchy w Internecie były bezpośrednią odpowiedzią na śmierć Mahsy Amini i pojawiły się tuż po pierwszych protestach. Jednocześnie zauważają, iż istnieje kilka grup hakerskich, które próbują czerpać zyski z sytuacji i sprzedawać informacje, które wyciekły podczas ataków na irańską administrację.

Najświeższe informacje dotyczące protestów, przekazywane są za pośrednictwem kanałów Telegrama oraz za pośrednictwem Tora. Utworzone grupy jak dotąd zebrały społeczność liczącą od kilkuset do nawet 12 tys. użytkowników!

To, co zaobserwowaliśmy, to grupy Telegram, strony w darknecie oraz w zwykłym Internecie, które pomagają protestującym ominąć restrykcje i cenzurę, które są obecnie stosowane przez irański reżim, aby tłumić protesty. Grupy te pojawiły się mniej więcej dzień po rozpoczęciu protestów. Pozwalają one Irańczykom na komunikować się ze sobą, dzielenie się wiadomościami i tym, co dzieje się w różnych miejscach kraju. Zamierzamy nadal obserwować ich aktywność w cyberprzestrzeni – mówi Liad Mizrachi, badacz bezpieczeństwa w firmie Check Point Software.

Podobne działania znamy z wojny w Ukrainie. Tam, na kanałach Telegram, na bieżąco relacjonowane są kolejne dni wojny. Również ukraińscy hakerzy walczą w cyberprzestrzeni. W lutym 2022 r. włamali się do jednej z kremlowskich baz danych i upublicznili kontakty telefoniczne urzędników, w tym rzecznika prasowego Władimira Putina.

Europa i jej problemy inflacyjne

Dziś poznamy wstępne szacunki inflacyjne w Niemczech oraz Hiszpanii a jutro dynamikę wzrostu cen zaprezentują: Francja, Włochy oraz Polska. Dane te dadzą kolejną wskazówkę dla EBC oraz NBP. Europejska instytucja coraz wyraźniej opowiada się za ponowną, znaczną podwyżką na najbliższym posiedzeniu. Z kolei Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie dostanie potwierdzenie, że wakacyjny szczyt inflacji był jedynie marzeniem i być może rynek zacznie spekulować, że koniec cyklu zacieśniania monetarnego w Polsce zostanie oddalony w czasie. Słaby złoty może dodatkowo spowodować zmianę decyzji NBP.

Wczoraj dostaliśmy kolejny jastrzębi komentarz ze strony jednego z przedstawicieli Europejskiego Banku Centralnego. Członek Rady Prezesów EBC Martins Kazaks powiedział, że opowiedziałby się za podwyżką o 75 pb na następnym posiedzeniu i popiera kroki zmierzające do szybszego podniesienia stóp. W Europie nadal panuje niepewność jak kryzys energetyczny oraz ewentualna eskalacja wojny w Ukrainie wpłynie na gospodarkę strefy euro. Już w piątek unijni ministrowie ds. energii będą dyskutować o działaniach mających ograniczyć wpływ wysokich cen gazu. Wciąż nie widać jasnej strategii.

Na Wyspach Bank Anglii zdecydował się na interwencje na rynku obligacji rządowych. Instytucja zapowiedziała, że będzie kupować do 5 mld funtów dziennie długoterminowych papierów przez kolejne 13 dni. Wczoraj doszło do zakupów ponad 1 mld GBP obligacji , które zapadają za 20 lat oraz później. Interwencja została wywołana przez rosnące obawy dotyczące wymogów zabezpieczenia inwestycji opartych na zobowiązaniach takich jak fundusze emerytalne. W okolicach godz. 12:00 obserwowaliśmy podwyższoną zmienność na funcie. Para GBP/USD ostatecznie urosła po interwencji i aktualnie znajduje się na poziomie 1,08. Wysoki stopień niepewności co do rozwoju sytuacji znajduje odzwierciedlenie w wysokich kosztach zabezpieczenia GBP na rynku opcji. Coraz mocniej będzie rosła jednak presja na BoE aby instytucja znacząco podniosła stopy procentowe aby ograniczyć ryzyko inflacyjne wynikające z zapowiedzianych cięć podatkowych, słabości funta oraz nowych zakupów obligacji. Jeśli do tego nie dojdzie, wówczas GBP będzie znajdował się nadal na ścieżce spadkowej.

Jutro poznamy wstępne szacunki inflacji w Polsce za okres wrześniowy. Konsensus Bloomberga zakłada wzrost o 16,4 proc. w porównaniu do tego samego okresu sprzed roku. Zmiana w relacji do sierpnia ma wynieść 0,9 proc. Oznacza to, że szczyt inflacyjny dopiero przed nami. Deklaracje NBP o okresie wakacyjnym okazały się nietrafione. Rada już w przyszłym tygodniu podejmie kolejną decyzję odnośnie stóp procentowych. Rynek od dłuższego czasu zaczął wyceniać zakończenie cyklu, jednak po jutrzejszym odczycie CPI może się to zmienić. Kontrakty na stopę procentową (FRA) zaczęły w ostatnich dniach ponownie rosnąć, ale do poziomów czerwcowych jest jeszcze stosunkowo daleko. Ważny wydaje się też być odczyt PMI dla przemysłu, który poznamy w poniedziałek. Ostatni odczyt na poziomie 40,9 pkt. wskazał wyraźnie, że gospodarka hamuje. Jeśli tu zobaczymy odbicie, wówczas RPP może kontynuować cykl i wykonać jeszcze kilka kroków.

Złoty jest słaby głównie w relacji do USD oraz CHF. Wczoraj obserwowaliśmy dynamiczną deprecjację (do 5,05 na USD/PLN) a w godzinach popołudniowych aprecjację (spadek w okolice 4,95). Zmienność na FX jest ogromna. Źle wpływa na złotego oczywiście sprawa gazu i gazociągu Nord Stream 1 oraz 2. Zainteresowanie dolarem jest wciąż ogromne. Waluty krajów, które bezpośrednio sąsiadują z wojną ponownie przechodzą ciężki okres.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Popyt na powierzchnie logistyczne w Europie w 2022 r. może osiągnąć rekordowy poziom przy dużym udziale Polski

  • Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości logistycznych w Europie w pierwszej połowie bieżącego roku sięgnął blisko 30 mld euro, czyli wzrósł w ujęciu rocznym o 9%.
  • Popyt na powierzchnie magazynowe w Europie w pierwszym półroczu wyniósł ok. 20 mln m kw., co oznacza wzrost o 12% w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Średni wskaźnik pustostanów utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie 2,9%.
  • Wyjątkowo niskie współczynniki powierzchni niewynajętej przyczyniły się do wzrostu czynszów bazowych o średnio 8,2% rok do roku.

Niepewność związana z przyszłością europejskiej gospodarki nie spowodowała spadku zainteresowania najemców powierzchniami logistycznymi – już w pierwszym półroczu tego roku popyt pobił ubiegłoroczny rekord o 12%. Jak podaje międzynarodowa firma doradcza Savills, wynika to głównie ze wzrostu aktywności na rynkach najmu w Niemczech (4,61 mln m kw.) i Wielkiej Brytanii (3,93 mln m kw.), a także w Polsce (3,83 mln m kw.), która zajęła trzecie miejsce na podium pod względem ilości wynajętej powierzchni.

„W Polsce popyt na powierzchnię magazynową utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, do czego przyczynia się duże zainteresowanie ze strony operatorów logistycznych, firm kurierskich oraz działających w branży e-commerce, handlowej i produkcyjnej. Na koniec pierwszego półrocza 2022 r. dostępne było zaledwie 822 500 m kw., co sprawia, że znalezienie dużego obiektu magazynowego gotowego do wynajęcia jest niemal niemożliwe. Czynsze bazowe w Polsce wzrosły o ok. 15%, a efektywne są wyższe o ok. 20%” – komentuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, dyrektorka Industrial Services Hub w Savills Polska.

Wolumen transakcji inwestycyjnych również wzrósł w porównaniu z analogicznym okresem w ubiegłym roku, co stanowi potwierdzenie utrzymującego się zainteresowania inwestorów sektorem logistycznym, na który obecnie przypada 20% całkowitego kapitału zainwestowanego w nieruchomości w Europie.

„Pomimo istotnych problemów wpływających na kondycję globalnej gospodarki optymizmem napawa fakt, że popyt ze strony najemców i inwestorów wcale nie słabnie, gdyż łańcuchy dostaw w dalszym ciągu ewoluują, dostosowując się do popandemicznej rzeczywistości” – mówi Kevin Mofid, dyrektor działu badań europejskiego rynku nieruchomości logistycznych, Savills EMEA.

Największy wzrost aktywności inwestycyjnej w porównaniu z pierwszą połową ubiegłego roku odnotowano w Portugalii (o 11 566%), w czym największy udział miały dwie duże transakcje sfinalizowane przez firmę Blackstone, a w dalszej kolejności w Belgii (+376%), Włoszech (+150%), Czechach (+63%), Finlandii (+56%), Danii (52%), Niemczech (+50%) i Polsce (+43%). Według Savills, najbardziej aktywni w drugim kwartale bieżącego roku byli inwestorzy z Ameryki Północnej i Azji, którzy dokonywali odpowiedniej alokacji zebranego i dostępnego kapitału.

Większość tegorocznych transakcji w UE zrealizowana została jednak w pierwszym kwartale. Wolumeny inwestycyjne w drugim kwartale zmniejszyły się o 34% rok do roku. „Wzrost kosztów finansowania dłużnego wpływa na wszystkie sektory, dlatego spadek aktywności inwestycyjnej nie dotyczy wyłącznie branży logistycznej” – wyjaśnia Kevin Mofid i dodaje: „Ze względu na utrzymujący się wysoki popyt wśród najemców inwestorzy nadal będą poszukiwali okazji inwestycyjnych na rynku, aczkolwiek przewidujemy, że w związku z dostosowywaniem strategii inwestycyjnych przez inwestorów i deweloperów do rosnących kosztów kredytów spadnie zainteresowanie finansowaniem inwestycji o charakterze spekulacyjnym”.

Z badania European Real Estate Logistics Census 2022*, przeprowadzonego latem 2022 r. przez firmę Analytiqa specjalizującą się w analizach rynku łańcuchów dostaw w imieniu Tritax EuroBox plc, czołowej firmy inwestującej w nieruchomości logistyczne w Europie, we współpracy z Savills, wynika, że lokalizacja budynku wciąż jest najważniejszym kryterium inwestycyjnym. Oznacza to, że główne rynki nadal będą cieszyły się największym zainteresowaniem, a kwestie związane z ESG będą wpływały na decyzje podejmowane przez inwestorów.

Wśród wyzwań stojących przed branżą w przyszłym roku Savills wymienia między innymi wzrost inflacji, ograniczanie wydatków konsumpcyjnych oraz rosnący koszt finansowania dłużnego.

„Pomimo nadchodzących trudności wskaźniki rynkowe nadal będą podtrzymywać popyt wśród inwestorów, którzy będą jednak zachowywać pewną ostrożność przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Ze względu na prognozowane kolejne zakłócenia w łańcuchach dostaw najemcy z pewnością będą poszukiwali dodatkowej powierzchni w ramach łagodzenia i minimalizowania ryzyka braku dostaw. Ograniczona dostępność i podaż nowej powierzchni magazynowej przełoży się na wzrost czynszów na głównych rynkach” – komentuje Marcus de Minckwitz, dyrektor działu nieruchomości przemysłowych i logistycznych, Savils EMEA.

Savills prognozuje, że w 2022 r. najbardziej wzrosną czynsze za wynajem powierzchni w obiektach wykorzystywanych na potrzeby logistyki miejskiej, do czego przyczynią się między innymi szybko rosnące koszty transportu. Najemcy będą preferowali magazyny usytuowane blisko klientów, które umożliwią im ograniczanie wzrostu wydatków na ten cel. W perspektywie najbliższych trzech lat będą dążyć do zwiększenia ilości wynajmowanej powierzchni, dywersyfikacji bazy dostawców, inwestowania w automatykę oraz skracania łańcuchów dostaw (reshoring i nearshoring).

Uczestnicy badania European Real Estate Logistics Census 2022 uważają pojazdy elektryczne za najbardziej przełomową innowację technologiczną, która zrewolucjonizuje łańcuchy dostaw w kolejnych trzech latach – to znaczący wzrost w porównaniu z ubiegłorocznymi odpowiedziami respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się inwestycje w automatykę (magazyny i pojazdy) oraz analitykę predykcyjną, których znaczenie również wzrosło w porównaniu z ubiegłym rokiem.

„Kompleksowe rozwiązania ekologiczne i niezawodne dostawy energii elektrycznej zostały uznane przez najemców za kluczowe priorytety. Jednocześnie ze względu na szerszą sytuację makro może wzrosnąć znaczenie ESG, a wysokie koszty energii elektrycznej będą skłaniały do poszukiwania zrównoważonych i niezawodnych rozwiązań w zakresie łańcuchów dostaw, które pozwolą ograniczyć koszty i tworzyć wartość społeczną. Planując przyszłość najemcy przywiązują coraz większą wagę do automatyzacji i robotyzacji procesów” – komentuje Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, dyrektorka Industrial Services Hub w Savills Polska.

„Logistyka okazała się jednym z najbardziej odpornych sektorów w czasie pandemii i zapewne przetrwa prognozowane zawirowania rynkowe. Biorąc pod uwagę wciąż duży wolumen kapitału posiadanego przez inwestorów zainteresowanych tym sektorem, jesteśmy przekonani, że jakakolwiek oznaka korekty zachęci ich do wykorzystania pojawiających się okazji inwestycyjnych” – podsumowuje Marcus de Minckwitz.

* Raport European Real Estate Logistics Census 2022 oraz dodatkowe informacje dostępne są pod linkiem: www.savills.com/research_articles/255800/333187-0

Czy można uciec od kryzysu?

W 2021 r. zaczynaliśmy patrzeć na rzeczywistość w cieplejszych barwach – branża TSL coraz lepiej odnajdywała się w pandemicznej rzeczywistości, podobnie jak inne gałęzie polskiego biznesu. Kiedy już wszyscy sądziliśmy, że wychodzimy powoli na prostą, los postanowił brutalnie zweryfikować nasze oczekiwania – wojna, wysoka inflacja, wzrost kosztów, recesja – wszystko to składa się na olbrzymi kryzys gospodarczy. Czy jest jakakolwiek nadzieja na poprawę sytuacji? – zastanawia się Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics.

Druga połowa roku nie daje optymistycznych prognoz, szczególnie dla firm działających w sektorze spożywczym i produkcyjnym, bowiem to one najmocniej odczuwają nieustające wzrosty cen, szczególnie energii, a ich sytuacja ma bezpośrednie przełożenie na kondycję branży transportowej. Co więcej, problemy z pandemią nie zostały zażegnane i kraje azjatyckie, od których importujemy liczne surowce, zaczynają ponownie zaostrzać swoją politykę antywirusową. Jednym słowem rzeczywistość nie napawa optymizmem. A co, jeśli Ukraina wygrałaby w najbliższym czasie wojnę? Czy to zatrzymałoby kryzys gospodarczy i spowodowało ponowny rozwój branży TSL?

Ewentualna wygrana

Jak najszybsze zwycięstwo Ukrainy to z pewnością na ten moment najbardziej optymistyczny scenariusz, jednak czy to spowolniłoby lub zatrzymało ogarniający Europę kryzys? Jest to pytanie, na które niezwykle trudno odpowiedzieć – po pierwsze musimy zdać sobie sprawę z faktu, że nawet jeśli wojna skończyłaby się w najbliższym czasie, to i tak nie sprawi, że obecna sytuacja gospodarcza jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ulegnie poprawie i przeniesiemy się do rzeczywistości przedwojennej. Pamiętajmy, że sama wojna nie zachwiała w sposób bezpośredni polskim rynkiem transportowym, bardziej tragicznymi w skutkach były postanowienia pakietu mobilności, czy rosnące od lat zadłużenia. Wojna jednak uderzyła w firmy transportowe w sposób pośredni poprzez pogłębienie deficytu kierowców, czy powodując wzrost cen paliw, który znacznie podniósł koszty funkcjonowania przedsiębiorstw. Kiedy dodamy do tego różne niekorzystne zmiany prawne, to mamy już gotowy przepis na obecną katastrofę. Jak widzimy wygrana Ukrainy nie cofnie wszystkich tych zmian, tym bardziej, że wiele z negatywnych czynników pogarszających realia branży nie ma źródła w samej wojnie. Podobnie z obecną sytuacją gospodarczą Polski, której złe położenie również nie wynika jedynie z konfliktu zbrojnego, a z wieloletnich zaniedbań. Jednak, czy w takim razie zwycięstwo Ukrainy w jakiś sposób wpłynęłoby na rozwój i chociaż częściową poprawę kondycji naszej rodzimej branży TSL?

Szansa, którą warto wykorzystać

W zwycięstwie Ukrainy jest potencjał również i dla naszego państwa. Nie wiadomo jak szybko skończy się wojna, jednak gdy to nastąpi, wówczas dla Polski otworzą się nowe drogi pozwalające na poprawę sytuacji gospodarczej, a także transportowej. Ukrainę będzie trzeba odbudować, a do tego przedsięwzięcia niezbędne są surowce. Proces odbudowy już się rozpoczyna, jednak wówczas będzie to miało miejsce na znacznie większą skalę. Transport drogowy niezbędnych materiałów dla Ukrainy zapewne będzie odbywał się właśnie przez teren Polski i będzie wymagał wsparcia naszej rodzimej branży TSL. To jednocześnie okazja, ale i wyzwanie, bowiem polskie drogi mogą okazać się niewydolne w czasach tak wzmożonego ruchu pojazdów ciężarowych. Kolejną szansą, którą niesie za sobą zwycięstwo naszego sąsiada, jest powrót inwestorów – wygrana Ukrainy zwiększyłaby z pewnością atrakcyjność Polski w ich oczach. Wcześniej wybuch wojny i fakt, że Polska jest krajem bezpośrednio sąsiadującym z granicami konfliktu zbrojnego, spowodował duży poziom niepewności inwestorów zagranicznych i w konsekwencji wycofanie się części z nich, co było szczególnie niebezpieczne w przypadku tych inwestujących w instrumenty finansowe. Obecnie już możemy obserwować poprawę w tym zakresie i wyraźnie widzimy, że Polska ponownie zaczyna być postrzegana jako miejsce dobre do inwestowania. Wygrana Ukrainy jeszcze polepszyłaby tę sytuację i coraz więcej firm, koncernów i fabryk chętniej będzie przenosić się właśnie do Polski i dostrzegać w niej duży potencjał.

Czy da się uniknąć kryzysu?

Zatem czy zwycięstwo Ukrainy złagodziłoby skutki kryzysu gospodarczego? Na pewno nie możemy się oszukiwać, że taka sytuacja by nas przed nim uchroniła. Wygrana rodzi wiele pytań: jak będzie wyglądała odbudowa? Co z sankcjami nałożonymi na Rosję? Czy będą zniesione? Jak to wpłynie na kryzys energetyczny? Podobne pytania możemy stawiać w nieskończoność. Wojna przerwała dotychczasowe łańcuchy dostaw i szczególnie pogorszyła położenie firm transportowych związanych z rynkiem wschodnim. Jej zakończenie, jak wspomniałam powyżej, mogłoby poprawić sytuację tych firm, jednak nawet tego nie możemy być pewni. Jak zatem widzimy, zapewne nawet wygrana Ukrainy nie uchroni nas przed olbrzymim kryzysem. W tej sytuacji jedyne co nam pozostaje, to spojrzeć na obecne załamanie jak na kolejne wyzwanie, któremu musimy sprostać. Dynamika ostatnich wydarzeń pokazuje, że nawet najczarniejsze scenariusze potrafią się ziścić, a obecnie planowanie jakiejkolwiek przyszłości biznesowej jest naprawdę trudne i trzeba te plany traktować z dużym dystansem. Z tego kryzysu wiele firm transportowych nie wyjdzie obronną ręką, jednak te, które zostaną, będą silniejsze niż kiedykolwiek. Mam głęboką nadzieję, że takich firm będzie jak najwięcej.

Katarzyna Syta, Prezes Zarządu KAES Logistics

Zalane mieszkanie – problem większy, niż może się wydawać

Zalanie w mieszkaniu czy domu jednorodzinnym zdarzyło się lub zdarzyć może chyba każdemu. Nie każdy jednak wie, jak sobie z tym problemem radzić, by zarówno skutki krótko- jak i długoterminowe udało się usunąć sprawnie, szybko i tak, by wilgoć nie wyrządziła dużych szkód.

Co może być przyczyną zalania mieszkania?

Takich przyczyn może być naprawdę sporo. Część z nich jest zależna od lokatorów – kran niezakręcony przez nieuwagę będzie tu zdecydowanie w czołówce. Inną przyczyną mogą być błędy na etapie wykonywania instalacji wod-kan. Przykładowo niedokładnie dokręcony śrubunek czy rury do ogrzewania podłogowego niestarannie złączone w wylewce. Jeszcze inne przyczyny są niezależne w zasadzie od nikogo i można zrzucać je tylko na los czy przypadek – zalanie mieszkania przez sąsiada z góry, podtopienia wynikające z dużych opadów deszczu, w tym tak groźne i coraz częściej pojawiające się powodzie błyskawiczne. Pół biedy, kiedy wody jest niewiele i zalanie dotyczy pomieszczenia z płytkami na podłodze. Glazura z założenia nie jest nasiąkliwa i taką wodę może uda się zebrać na czas, zanim poczyni większe szkody. W gorszej sytuacji są pomieszczenia, w których woda stała dłuższy czas, w tym również takie, gdzie wyciek był niewielki, w zasadzie niemożliwy do zlokalizowania przez dłuższy czas, a ściany czy podłogi nasiąkły wodą, co doprowadziło do pojawienia się grzyba, odspajania okładzin, odparzania farby czy tynku. Tu już musi wejść z pomocną dłonią fachowiec.

Suszyć samodzielnie czy wzywać specjalistyczny serwis?

Odpowiedź, naszym zdaniem, jest jednoznaczna – zwrócić się do firmy specjalistycznej. Powód jest prozaiczny. Jeśli doszło do zalania pomieszczenia w stopniu znacznym albo było to długotrwałe zawilgocenie, to część szkód może być nieodwracalna, a im dłużej zwlekamy z ich usunięciem, tym bardziej mogą one postępować. Jedyne, co możemy zrobić osobiście, to zebrać wodę powierzchniowo, a następnie liczyć na osuszenie przez wietrzenie pomieszczeń. Może jest na to szansa w lecie, gdy temperatury są wysokie, a nam uda się wytworzyć odpowiednio silny przeciąg albo użyjemy wentylatorów, pozwalających naturalnie odprowadzić wilgoć na zewnątrz. W pozostałym okresie temperatura parowania będzie zbyt niska, a zwykłe, domowe sposoby przedłużą osuszanie nieraz na całe tygodnie. Dzieje się tak, ponieważ woda „wchodzi” w przeróżne zakamarki. Narażone na wilgoć meble „puchną” i mogą nawet trwale stracić swoją formę. Nasiąknięte ścianą tynki, zwłaszcza gipsowe, mają tendencję do utraty spoistości i odpadania. Woda, zalegająca pod panelami potrafi je wypaczyć. Jeśli jeszcze doszło do przedostania się wody kanalizacyjnej, to dodatkowo mamy ryzyko zagrożenia mikrobiologicznego. Firmy specjalistyczne prowadzą osuszanie po zalaniu za pomocą profesjonalnego sprzętu, czyli osuszaczy kondensujących i absorbujących wilgoć, albo wykorzystujących promieniowanie podczerwone czy mikrofale. Dzięki temu nie musimy czekać całymi tygodniami, zanim rozpoczniemy – niestety, często konieczny – remont. Wielokrotnie może się też okazać, że właśnie dzięki wkroczeniu profesjonalistów udaje się uniknąć nadmiernych szkód, a co za tym idzie wydatków wielokrotnie większych, niż koszt takiej usługi…

Tanie mieszkania w dużych miastach, gdzie ich szukać?

Mimo drastycznego wzrostu kosztów kredytowania, spadku zdolności kredytowej Polaków oraz liczby zawieranych umów, na razie nie widać głębszej przeceny na rynku mieszkaniowym. To skłania osoby zainteresowane kupnem do poszukiwania nieruchomości przecenionych, tańszych. Eksperci portalu GetHome.pl postanowili sprawdzić, gdzie takie mieszkania można jeszcze znaleźć.

Fakt ostrego hamowania akcji kredytowej, spowodowany cyklem wzrostów stóp procentowych, potwierdzają raporty instytucji monitorujących rynek. Z danych Amron – Sarfin wynika, że w I kwartale tego roku liczba podpisanych umów kredytowych wyniosła blisko 48 tys., co było wynikiem aż o 25 proc. gorszym w porównaniu do ostatniego kwartału roku 2021. W II kwartale l rynek hipotek nadal był pod kreską –  banki udzieliły 38 tys. kredytów – o 19 procent mniej niż kwartał wcześniej. Skalę hamowania pokazuje jednak jeszcze bardziej  porównanie liczby i wartości zawartych umów z tym samym okresem roku ubiegłego. Z danych Amron – Sarfin wynika, że w porównaniu do II kw. 2021 udzielono aż o ponad 28 tys. kredytów mniej. Spadek wyniósł blisko 44 proc. Z kolei wartość nowo podpisanych umów kredytowych była niższa aż o ponad 8,6 mld zł, czyli o blisko 40 proc.

Wydawałoby się, że tak drastyczne osłabienie akcji kredytowej powinno sprowokować wyraźną korektę cenową na rynku mieszkaniowym, tymczasem na razie nie jest ona widoczna.

W drugim kwartale roku w większości największych ośrodków miejskich mieszkania drożały. Tak było we Wrocławiu, Łodzi, Krakowie i Gdańsku. Największe wzrosty cen odnotowano  w Łodzi i Wrocławiu – odpowiednio o 4,78% i 4,77%. Średnia cena transakcyjna w II kwartale 2022 roku wyniosła w tych miastach kolejno 6 688 zł/m2 i 8 713 zł/m2. Mniej podrożały mieszkania w Krakowie (o 3,39%) i Gdańsku (o 0,45%). Staniały za to nieznacznie w Warszawie (- 1,17 %) i Poznaniu (o 2,01%), jednak w porównaniu do ubiegłego roku ceny ciągle są znacznie wyższe we wszystkich wymienionych miastach. Największe wzrosty przeciętnej ceny mieszkań zarejestrowano we Wrocławiu (o 14,67% rok do roku), Łodzi (14,25%) oraz Krakowie (12,73%). Mieszkania na sprzedaż w Warszawie podrożały rok do roku o ponad 10 %, w Gdańsku o ponad 7%. Najniższy wzrost wystąpił natomiast w Poznaniu – 6,24%.

Na razie więc klienci rynku mieszkaniowego mają do czynienia ciągle z drożejącymi mieszkaniami. W związku z coraz bardziej ograniczonymi możliwościami finansowania z banków są zmuszeni szukać tanich alternatyw na rynku mieszkaniowym.

Tańsze przedmieścia i miasta satelickie

Tradycyjnie już, cena spada wraz z potencjalnie mniej atrakcyjną  lokalizacja. Centra miast i popularne wielkomiejskie dzielnice okalające centra są najdroższe, zdecydowanie taniej wypadają obrzeża, oddalone lokalizacje wielkomiejskie i miasteczka satelickie.

Przykładowo – jeśli w Warszawie średnie ceny mieszkań wg Amron – Sarfin w drugim kwartale roku wynosiły przeciętnie ponad 11 tys. zł/mkw., to na oddalonej o ponad 10 km od centrum Białołęce można obecnie znaleźć nowe mieszkania w cenie poniżej 8 tys. zł za metr kw. Na osiedlu Hemara, etap III w lokalizacji Białołęka, Brzeziny, stawki zaczynają się od 7800 zł/mkw., choć raczej dotyczy to większych metraży.

Zdecydowanie tańsze mieszkania znajdziemy też oczywiście w tzw. sypialniach, a więc miejscowościach okalających metropolię. Pozostając przy obszarze metropolii stołecznej, w Pruszkowie nie brak ofert deweloperskich w przedziale 7 – 8 tys. zł/mkw., czyli znacznie niżej w porównaniu do średnich cen warszawskich. Podobnie jest w innych miejscowościach satelickich, także wokół innych największych ośrodków.

Rynek wtórny – mieszkania do remontu, licytacje

Dobrym źródłem okazji cenowych jest mieszkaniowy rynek wtórny – ze względu na różnorodność oferty, typów budownictwa i lokalizacji. Tradycyjnie już poszukiwacze okazji szukają mieszkań przecenionych, niezależnie od stanu technicznego. Inwestycja w mieszkanie do remontu może być strzałem w dziesiątkę, jeśli lokalizacja mieszkania i jego potencjał dają szansę na to, że po zainwestowaniu jego wartość wzrośnie wyraźnie powyżej kosztów. W dużych miastach potencjalnie perspektywicznym zasobem są mieszkania w kamienicach – niejednokrotnie przecenione ze względu na niedoinwestowanie i zły stan mieszkania czy też budynku. Inwestycja w takie nieruchomości może się jednak opłacić. Zwarta zabudowa kamienic często spotykana jest w centrach lub blisko centrów miast, co sprawia, że lokalizacja takich nieruchomości może być bardzo atrakcyjna. Także same kamienice jako typ zabudowy cieszą się uznaniem. Co prawda ciągle spory odsetek wartościowego budownictwa w miastach przedstawia fatalny stan techniczny, ale też funkcjonują gminne programy pomocowe dla mieszkańców, którzy chcą partycypować w kosztach remontów. Coraz więcej posiadaczy mieszkań w kamienicach, także inwestorów, zdaje sobie sprawę z ich potencjału, co daje szansę na przeprowadzenie koniecznych prac.

Okazyjnie kupione mieszkania do remontu mogą być strzałem w dziesiątkę niezależnie od typu budownictwa. Zdarza się, że właściciele chcą po prostu pozbyć się nieruchomości, nie mają pieniędzy na niezbędne prace, lub też wyceniają wartość mieszkania poniżej jego rzeczywistej wartości. Na takie okazje polują kupujący, także tzw. flipperzy, a więc osoby, które biznesowo obracają mieszkaniami.

Rezerwuarem przecenionych mieszkań są też licytacje komornicze. Zainteresowani dowiedzą się o nich z ogłoszeń publikowanych w prasie, ogłoszeń papierowych w sądzie, siedzibie gminy czy w internecie – np. na witrynie internetowej http://www.licytacje.komornik.pl/. Ogłoszenie określa gdzie i kiedy odbędzie się licytacja a także kwotę wadium, cenę wywoławczą itp. Chętni, którzy wpłacą wadium będą mieli dwa tygodnie na oglądanie nieruchomości a także wgląd w dokumenty.

Warunkiem wzięcia udziału w licytacji jest posiadanie kapitału na wadium. Ta formuła zakupu może być trudna do zrealizowania z udziałem kredytu. Wszystko dlatego, że po wygraniu licytacji i jej uprawomocnieniu, jej zwycięzca ma dwa tygodnie na wpłacenie kwoty zakupu na rachunek depozytowy sądu. Co prawda można starać się o prolongatę terminu, ale ta może wynieść maksymalnie miesiąc. Nawet taki czas nie daje pewności, że uda się uzyskać kredyt w pożądanej wysokości.

Podsumowanie

Wybór pozornie gorszej lokalizacji wielkomiejskiej, z tańszymi mieszkaniami, może być strzałem w dziesiątkę, jeśli postawimy na obszar miasta, który będzie się rozwijał. By dobrze trafić, warto wiedzieć,  jakie inwestycje publiczne są planowane w okolicy. Jeśli np. na mało popularne do tej pory osiedle ma w przyszłości prowadzić nowa droga, nowa linia tramwajowa, czy metro, to można śmiało założyć, że dzielnica zyska na atrakcyjności. Lepsze skomunikowanie ściągnie nowe inwestycje, ceny nieruchomości pójdą w górę. Tak było choćby w przypadku warszawskiej Pragi – Północ, która znacznie zyskała w oczach kupujących, gdy pojawiło się tam metro. Wybór na dziś gorszej lokalizacji niekoniecznie więc musi być koniecznością wynikającą tylko z niższych cen. Dobra decyzja daje szansę na to, że kupimy tańsze mieszkanie w rejonie, który z czasem będzie przyciągał nowych mieszkańców i się rozwijał, co wpłynie pozytywnie na wartość nieruchomości, w którą zainwestowaliśmy.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

To wyganianie z Polski inwestorów i zniechęcanie przedsiębiorców do działania. Eksperci krytycznie o nowym podatku

Podatek od nadmiarowych zysków. „Rządzący prowokują exodus dużych inwestorów z Polski”.

Od początku tygodnia w Polsce trwa dyskusja o pomyśle Ministerstwa Aktywów Państwowych, by podatkiem od „nadmiarowych zysków” objąć przedsiębiorstwa w Polsce, które osiągają wyższy zysk niż ten, który określony zostanie w ustawie. Przedsiębiorstwa – zwykle duże, zobowiązane byłyby do dodatkowej, nawet 50% daniny. W opinii ekspertów jest to pomysł, który odbije się silnie na całej gospodarce. – To szalony pomysł, by w czasach kryzysu gospodarczego i być może zbliżającej się recesji, planować nakładanie nowych danin na tych, którzy jakoś sobie radzą i wypracowują zyski. Jeszcze kilka takich pomysłów, a będziemy świadkami uciekania z Polski inwestorów i firm zagranicznych – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – W czasach rozproszonej globalizacji i wojny w Ukrainie, zamiast przyciągać do Polski inwestorów, my ich wyganiamy grożąc im dodatkowymi podatkami. To działanie anty-przedsiębiorcze – mówi dalej prezes Mojsiuk.

„Udając Janosika, który zabiera bogatym, a daje biednym, wygania się z Polski dużych inwestorów”

Nie znane są jeszcze dokładne szczegóły projektu ustawy Ministerstwa Aktywów Państwowych, ale jej założenia budzą poważny niepokój przedsiębiorców.  Podatkiem objęte byłyby firmy zatrudniające powyżej 250 pracowników, które wypracowują rocznie obroty na poziomie powyżej 50 milionów Euro. Firmy mogłyby „uniknąć” podatku angażując się w inwestycje z zakresu energetyki czy obronności. Rząd tłumaczy, że pozyskane w ten sposób środki chce przeznaczyć na rekompensaty wynikające z kryzysu energetycznego.

– W gospodarce nie ma czegoś takiego jak nadmiarowy zysk. Jeżeli firma zarabia, to ma pieniądze na rozwój, na inwestycje, na opłacanie pracowników. Tak się buduje przedsiębiorczość. Tutaj ktoś wpadł na pomysł, skąd wziąć środki na kolejne transfery socjalne. Ktoś chce się bawić w Janosika i udawać, że zabiera bogatym i zmusza ich do dzielenia się z biednymi. To powrót do retoryki znanej znam z czasów słusznie minionych, gdzie przedsiębiorcę i inwestora przedstawia się jako człowieka, który myśli tylko jak zarobić, wykorzystać i mnożyć – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Najbardziej stracą duże podmioty z kapitałem zagranicznym, które inwestują w Polsce oraz budowane przez pokolenia firmy rodzinne. Obawiam się, że kolejny raz jesteśmy świadkami sięgania do kieszeni przedsiębiorców bez myślenia o konsekwencjach. Jeżeli firmy, które objęte zostaną daniną, dodatkowo uderzone zostaną wzrostami kosztów pracy, gigantycznymi rachunkami za energię i ciepło, a na dodatek będą mieć problemy z pozyskaniem surowców, to spodziewam się, że zamiast fali nowych inwestycji, będziemy świadkami fali exodusu inwestorów z Polski  – dodaje Hanna Mojsiuk.

Aż 7000 zł kary za brak OC już od stycznia 2023 roku

Rząd zdecydował, że płaca minimalna w 2023 r. wzrośnie bardziej niż zakładano. Rekordowy wzrost „najniższej krajowej” oznacza, że kary za brak OC będą bardzo wysokie względem średnich płac.

Eksperci porównywarki Ubea.pl na początku sierpnia 2022 r. podali możliwe wzrosty kar za brak OC z zastrzeżeniem, że nie są to jeszcze ostateczne wyniki. Analitycy Ubea.pl napisali w swoim artykule: „nie można wykluczyć, że rząd jeszcze bardziej podniesie minimalne wynagrodzenie”. Okazało się, że taka ostrożność w prognozowaniu nowych kar za brak OC była uzasadniona. Rząd jeszcze bardziej podniósł bowiem wysokość „najniższej krajowej” w 2023 r. Warto zatem sprawdzić, ile w przyszłym roku będą wynosiły wszystkie kary za brak OC (również te dotyczące braku ochrony przez krótki okres). Eksperci Ubea.pl obliczyli ponadto, jak przez lata kara za brak OC zmieniała się względem średniego wynagrodzenia. Taka analiza potwierdza, że nieposiadanie obowiązkowej polisy jest coraz bardziej dotkliwe finansowo.

Kara za brak OC w 2023 roku

Obecnie można już mówić o ostatecznej wysokości kar za brak OC, ponieważ rząd podjął definitywną decyzję co do najniższego wynagrodzenia w 2023 r. Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 13 września 2022 r. w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz wysokości minimalnej stawki godzinowej w 2023 r. jest już gotowe i czeka na wejście w życie. Ten akt prawny wskazuje, że minimalne wynagrodzenie za pracę w pierwszej połowie przyszłego roku będzie wynosiło 3490 zł brutto. Od 1 lipca 2023 r. analogiczna stawka wzrośnie do 3600 zł brutto. Warto przypomnieć, że w bieżącym roku „najniższa krajowa” wynosi 3010 zł brutto. „Bardzo szybki wzrost minimalnego wynagrodzenia przełoży się również na poziom kar za brak OC” – przypomina Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W 2023 r. nadal będzie funkcjonował mechanizm uzależniający poziom kary za brak OC od minimalnego wynagrodzenia. Przykładowo, ustawa z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych wskazuje, że posiadacz auta za przerwę w ochronie trwającą ponad 14 dni musi zapłacić równowartość 200% minimalnego wynagrodzenia. „Jak nietrudno obliczyć, taka podstawowa kara za brak OC wzrośnie 1 stycznia 2023 r. z 6020 zł do 6980 zł. Na początku lipca 2023 r. czeka nas kolejny wzrost opisywanej kary; tym razem do 7200 zł” – wylicza Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Poniższa tabela informuje, że kara za brak OC będzie miała niebagatelną wysokość również jeśli kierowca auta nie zapewnił ochrony przez okres krótszy niż 15 dni. Brak OC trwający do 3 dni włącznie, który często zdarza się kierowcom, od 1 stycznia 2023 r. będzie oznaczał wydatek na poziomie 1400 zł (zamiast 1200 zł). W lipcu 2023 r. analogiczna stawka karna wzrośnie do 1440 zł. Natomiast za nieposiadanie OC w okresie od 4 dni do 14 dni kierowcom przyjdzie zapłacić 3490 zł (od 1 stycznia 2023 r.) oraz 3600 zł (od 1 lipca 2023 r.). „Szczególnie ostrożni muszą być nabywcy używanych aut, których OC nie ulega automatycznemu przedłużeniu” – ostrzega Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Kary za brak OC stają się coraz bardziej dotkliwe …

Eksperci porównywarki Ubea.pl poza wyliczeniem przyszłorocznych stawek karnych pokusili się również o sprawdzenie, jak poziom kar za brak OC zmieniał się względem przeciętnej płacy. Warto przypomnieć, że przez ostatnie lata kara dla kierowcy samochodu osobowego za ponad dwutygodniowy brak ochrony z OC wynosiła:

  • 2012 rok – 3000 zł
  • 2013 rok – 3200 zł
  • 2014 rok – 3360 zł
  • 2015 rok – 3500 zł
  • 2016 rok – 3700 zł
  • 2017 rok – 4000 zł
  • 2018 rok – 4200 zł
  • 2019 rok – 4500 zł
  • 2020 rok – 5200 zł
  • 2021 rok – 5600 zł

Warto dowiedzieć się, jaką część przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto stanowiła wspomniana kara za brak OC. Przeciętna płaca wykorzystana do analizy to informacja podawana przez GUS. Główny Urząd Statystyczny przed obliczeniem takiego wynagrodzenia zbiera dane płacowe z podmiotów gospodarki narodowej o liczbie pracujących wynoszącej minimum 10 osób oraz z jednostek sfery budżetowej (niezależnie od liczby pracujących). Można wyliczyć, że w poszczególnych latach podstawowa kara za brak OC stanowiła następującą część przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto:

  • 2012 rok – 80%
  • 2013 rok – 83%
  • 2014 rok – 84%
  • 2015 rok – 84%
  • 2016 rok – 86%
  • 2017 rok – 88%
  • 2018 rok – 87%
  • 2019 rok – 87%
  • 2020 rok – 94%
  • 2021 rok – 93%

Wydaje się bardzo prawdopodobne, że w 2023 r. kara dla właściciela auta za brak OC przez ponad 14 dni przekroczy już 100% przeciętnego wynagrodzenia brutto. Będzie to oznaczało kontynuację wieloletniego ltrendu, który zwiększał dotkliwość kar za brak OC. „Wcześniejsze doświadczenia pokazują jednak, że kolejny wzrost kar dla kierowców bez OC niekoniecznie musi się przełożyć na spadek liczby takich nieostrożnych osób” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl

W 2023 kara za brak OC
Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Małe i średnie przedsiębiorstwa na celowniku cyberprzestępców

Własność intelektualna – np. kod źródłowy czy wrażliwe informacje na temat klientów – to główny powód, dla którego małe i średnie przedsiębiorstwa stają się celem cyberataków. Jednak nawet gdy firma nie dysponuje danymi cennymi z punktu widzenia hakerów, może zostać potraktowana jako ogniwo w ataku na łańcuch dostaw. W takim przypadku podstawowym celem ataku jest inna firma, ale straty dla dostawcy mogą być bardzo wysokiezarówno finansowe, jak i wizerunkowe.

Słabe ogniwo i ekonomia skali

Ataki na łańcuchy dostaw związane są z infiltracją systemu poprzez zewnętrznego partnera lub dostawcę z dużym poziomem dostępu do danych. Może to być dostawca usług chmurowych lub oprogramowania. Ataki pośrednie są często dla cyberprzestępców łatwiejsze oraz bardziej opłacalne niż ataki bezpośrednie, ponieważ pozwalają na dostęp do większej liczby organizacji. Zdarza się, że dostawca jest chroniony gorzej niż faktyczny cel operacji. W takiej sytuacji można włamać się do jego systemu i wykorzystać zbudowane zaufanie oraz połączenia infrastrukturalne.

Hakerzy atakując łańcuch dostaw zazwyczaj chcą osiągnąć jeden z dwóch celów. Pierwszy z nich związany jest z atakiem na konkretną organizację dysponującą istotnymi zasobami. W tej sytuacji jej dostawca staje się „słabym ogniwem” i furtką w szerokim systemie ochrony. W drugim scenariuszu przestępcy chcą uzyskać efekt skali. Łamiąc zabezpieczenia jednej firmy, umieszczają implant w jej produkcie. Po jakimś czasie mają dostęp do systemów większości klientów, którzy łączą się z zainfekowanym systemem. W ten sposób mogą przeprowadzić atak ransomware lub dokonać kradzieży ważnych informacji – tłumaczy Leszek Tasiemski, VP of Products w WithSecure.

Atak Sunburst – przypadek SolarWinds

Dla zobrazowania wpływu ataków na łańcuchy dostaw można posłużyć się przypadkiem SolarWinds – dostawcy produktu do monitorowania sieci. Jeden z modułów systemu – Orion – został zmodyfikowany przez przestępców, a następnie poprzez proces aktualizacji dostarczony do wielu podmiotów – w tym największych amerykańskich firm i organizacji rządowych. Moduł, imitując normalne operacje, służył do działań zwiadowczych i rozpowszechniania złośliwego oprogramowania. Co gorsze ze względu na profil zainfekowanych organizacji (rządowe, konsultingowe, telekomunikacyjne), niemożliwe było natychmiastowe zdiagnozowanie głębokości infiltracji.

Dolar powyżej 5 zł!!!

Amerykańska waluta dołącza do franka i wyraźnie przekracza poziom 5 zł. Nie wiadomo, kto uszkodził rurociągi na Bałtyku, ale podobno nie jest to szorujący po dnie złoty. Węgrzy podnieśli stopy procentowe powyżej poziomu w Turcji.

Dolar przebija kolejne poziomy

Wraz z kolejnymi umocnieniami dolara względem euro na rynku dzieje się wiele ciekawych procesów. Dla nas lokalnie zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem jest przebicie przez dolara poziomu 5 zł. Tak, dobrze czytacie Państwo. Amerykański dolar kosztuje 5 zł, to ta sama waluta, która na początku pandemii przebijała poziom 4 zł i wielu osobom wydawało się to bardzo dużo. Dzisiaj jednak Ameryka zasysa kapitał w takim tempie, że kolejne bariery pękają jedna za drugą. Jednym z głównych powodów są rosnące oczekiwania względem stóp procentowych. Nie bez znaczenia jest też dobra kondycja tamtejszej gospodarki mimo pierwszych poważnych oznak spowolnienia w Europie.

Ropa szuka dna

Wydawać by się mogło, że uszkodzenie rurociagów Nord Stream spowoduje, że na rynkach surowców energetycznych rozpocznie się panika i windowanie cen. Nic bardziej mylnego. Cena baryłki ropy naftowej notowanej w Londynie to obecnie niecałe 85 dolarów. Gdy zaczynała się wojna, było to 95 dolarów. Niestety za ropę płaci się w dolarach, a dolar drożeje ostatnio bardzo szybko. W rezultacie pomimo spadku cen tego surowca płacimy za niego wyraźnie więcej niż tuż przed wojną. Z drugiej strony można też szukać pozytywów, gdyby nie niższy VAT i spadek cen ropy ze szczytów oglądalibyśmy dzisiaj dwucyfrowe ceny na stacjach paliw za litr.

Węgrzy sprawdzają odporność kredytobiorców

Wczoraj Węgrzy zaskoczyli rynek dwa razy jedną decyzją. Po pierwsze podnieśli stopy procentowe o 1,25%. To nie tylko istotnie wyższa podwyżka niż polskie symboliczne 0,25%, ale ważniejszy jest obecny poziom. Stopy procentowe osiągnęły bowiem imponującą wartość 13%. To o pełen punkt procentowy więcej niż Turcja, czyli kraj, w którym inflacja oscyluje koło 80%. Drugą niespodzianką jest fakt, że po tak dużym wzroście zapowiedziano zakończenie cyklu podwyżek. Po tym zestawie inwestorów zamurowało. Z jednej strony należało kupować forinta, bo wyższe stopy. Z drugiej należało sprzedawać, bo już dalej nie wzrosną. W rezultacie po dużych skokach w dół i w górę waluta Węgier zakończyła dzień na zbliżonych poziomach, co zaczęła.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma odczytów mogących poważnie zaburzyć to, co się dzieje na rynkach. Po południu odbędą się jednak wystąpienia członków FED i to one mogą nam wskazać nowy kierunek na walutach.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Ailleron podsumowuje mocne I półrocze 2022

W pierwszym półroczu 2022 roku Ailleron zanotował na poziomie skonsolidowanym przychody ze sprzedaży w wysokości ponad 178,4 mln zł, co jest poziomem ponad 2-krotnie wyższym (wzrost o 109%) do analogicznego okresu w roku 2021. Ponadto Spółka wykazała EBITDA (bez one off) na poziomie 23,3 mln zł, czyli o ok. 73% wyższym od wyniku zrealizowanego w roku poprzednim. Pozostałe parametry również pokazują pozytywny trend w rozwoju biznesu spółki – zysk operacyjny wyniósł 17,4 mln zł mln zł, rosnąc r/r o ponad 102%., zysk netto osiągnął pułap ok 12,5 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 206% –  bez kosztów jednorazowych związanych z przejęciem wynik netto byłby jeszcze lepszy i wyniósłby ok 15,8 mln zł. Sprzedaż exportowa stanowi już 76% przychodów  – wzrosła na przestrzeni 6M 2022 roku do 135 mln zł i osiągnęła dynamikę  179%.

Wyniki jakimi możemy pochwalić się za pierwsze półrocze pokazują skuteczność konsekwentnie realizowanej strategii rozwoju Grupy Ailleron przez wzrost organiczny i akwizycje. Systematycznie poprawiamy kluczowe parametry finansowe, co powinno cieszyć naszych Akcjonariuszy. Bez uwzględnienia kosztów zdarzeń jednorazowych wynik netto w I półroczu ukształtował się na poziomie ok.15,8 mln zł – tj. niemal 3 krotnie wyższym niż w okresie 6M 2021 roku. Oznacza to, że część przypadająca dla akcjonariusza dominującego wynosi ok 2,9 mln zł., a pozostała część w wysokości 12,9 mln zł to zysk dla akcjonariuszy mniejszościowych. Dla porównania w analogicznym okresie 2021 roku pełna wartość zysku netto wyniosła niespełna 4,1 mln zł z czego ok 1,9 mln zł był to zysk przypadający dla akcjonariusza dominującego. Pokazuje to, iż obrany kierunek przynosi wymierne korzyści dla Akcjonariuszy Ailleron, do czego dążymy.   Ponadto charakter branży, w której działamy oraz model biznesowy, gdzie eksport odgrywa znaczącą rolę, dają potencjał do dynamicznego rozwoju  i dalszego wzrostu wartości spółki. Zdecydowana większość naszych obecnych i potencjalnych klientów nadal widzi  dużą  potrzebę digitalizacji swoich biznesów i rozwiązań, w tym wdrażania  systemów komunikacji zdalnej. Nie widzimy w przewidywalnej przyszłości ryzyka spadku przychodów,  Dynamiczny  wzrost biznesu Software Mind, planowane dalsze akwizycje oraz potencjał FinTechowej części biznesu pozwalają prognozować dalszy wzrost Grupy Ailleron. – mówi Tomasz Król, Członek Zarządu, CFO  Ailleron S.A.

Z kwartału na kwartał eksport w przychodach sukcesywnie rośnie – na koniec drugiego kwartału stanowił już niemal 76%. Spółka dokłada wszelkich starań i tak profiluje biznes by utrzymać ten trend w przyszłości. Grupa aktywnie działa w trzech segmentach – Technology Services operujący w ramach spółki Software Mind oraz FinTech i HotelTech operujące w ramach Ailleron.

Dominującym segmentem działalności Grupy pod względem skali działalności mierzonej poziomem sprzedaży oraz wyników, jest Technology Services, obejmujący kompleksowe rozwiązania informatyczne dla branży finansowej i e-commerce oraz usługi świadczone w oparciu o własne produkty i platformy telekomunikacyjne. Wśród klientów angażujących ten obszar Grupy Ailleron są podmioty zagraniczne, ze szczególnym uwzględnieniem firm z UK, USA, krajów skandynawskich i Europy Zachodniej. Technology Services w trakcie I półrocza 2022 r. zrealizował sprzedaż na poziomie ok. 147,6 mln zł, co oznacza wzrost o 152% r/r. Z kolei zysk operacyjny wyniósł 22,3 mln zł (bez one off) i był o blisko 11,8 mln zł lepszy niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. W ramach tego segmentu pojawia się efekt konsolidacji w związku
z dokonanymi akwizycjami.

W przypadku drugiego istotnego segmentu działalności Spółki – FinTech – poziom zrealizowanych przychodów w I połowie roku wyniósł 28 mln zł, notując wzrost o 21%. FinTech zakończył 6 miesięcy 2022 r. ujemnym wynikiem operacyjnym na poziomie 3,4 mln zł. Eliminując jednak z wyników negatywny wpływ realizowanego kontraktu w części Corporate oraz koszty inwestycji, jakie są ponoszone w obszarze LiveBank SaaS, a nie podlegające z uwagi na swój charakter kapitalizacji w ramach powstającego produktu, osiągnięty wynik na poziomie segmentu FinTech byłby lepszy o ok. 4,8 mln zł i osiągnąłby poziom dodatni na poziomie blisko 1,4 mln zł. Obszary segmentu FinTech – LiveBank, Challenger,  LeaseTech – z uwagi na duże zainteresowanie procesem digitalizacji, wygenerowały satysfakcjonujący poziom wyniku operacyjnego. Są to obszary, w których Grupa prowadzi niemal w 100% sprzedaż w oparciu o rozliczenie T&M.

Konsekwentnie realizujemy swój nadrzędny cel budowy Grupy będącej liderem w wybranych specjalizacjach sektorowych i technologicznych. Dokonane dotychczas przez Spółkę akwizycje przynoszą wieloaspektowe korzyści – od możliwości ekspansji i rekrutacji na nowych rynkach, aż po znaczącą i przede wszystkim systematyczną poprawę kluczowych parametrów finansowych widoczną na poziomie raportów. Dodatkowo, ukierunkowanie całej Grupy na eksport i trzymanie się wysokomarżowych produktów pozwala wciąż z dużym optymizmem patrzeć w przyszłość, co jest również istotne z punktu widzenia naszych inwestorów – wyjaśnia Tomasz Król.

Inwestycje w nieruchomości wciąż popularne. Mimo mieszkaniowego tsunami

Ceny nieruchomości mieszkaniowych nie rosną już tak szybko, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Czy jednak na rynku jest coraz trudniej? Dla doświadczonych inwestorów nie ma lepszego okresu niż obecny.

Rynek nieruchomości przeżywa kryzys, tsunami na rynku nieruchomości, szykuj się na wielkie spadki cen. To tylko kilka tytułów, opisujących aktualnie to, co dzieje się w tym sektorze. Czy jednak sytuacja faktycznie tak wygląda? Trzeba pamiętać, że nieruchomości to nie tylko typowe mieszkania, ale również biura i inwestycje mixed-used, czyli łączące w sobie funkcje mieszkalne, biurowe i usługowe, a także magazyny czy działki. Nawet jeśli jeden element całego rynku notuje mniejszy niż do tej pory wzrost, to nie znaczy, że cała branża ma kłopoty.

Inwestowanie w nieruchomości

Niezależnie od warunków gospodarczych, inwestowanie w nieruchomości uważane jest za najlepszy i najbardziej bezpieczny sposób lokowania oszczędności. Z wielu badań wynika, że więcej niż dwie trzecie Polaków jest przekonanych o tym, że inwestowanie w nieruchomości mieszkaniowe cechuje się optymalnym stosunkiem zysku do ryzyka. Dlaczego?

Nieruchomość to nie jest jakaś wyimaginowana inwestycja, tylko coś realnego. Mało tego. Porównując nieruchomości do inwestycji w inne aktywa, jest to najbardziej stabilne źródło ochrony kapitału. Co więcej, w przypadku mieszkań mamy też możliwość zarabiania na wynajmie. Na rentowność ma wpływ wysokość czynszu i to, jak dużo mamy okresów, gdy mieszkanie stoi puste.

O ile przez ostatnie miesiące ceny nienaturalnie szybko rosły, obecnie mamy do czynienia ze spowolnieniem. Deweloperzy kończą obecne projekty, ale wstrzymują się z uruchamianiem nowych. W sierpniu rozpoczęto budowy ok. 13 tys. mieszkań. To o prawie połowę mniej niż rok wcześniej. Z perspektywy inwestorskiej jest to jednak dobra wiadomość. Dlaczego? Przy założeniu, że budowa jednego mieszkania trwa około dwóch lat, może okazać się, że w 2024 nowych mieszkań będzie zdecydowanie za mało na rynku. Według przewidywań analityków, już wtedy sytuacja gospodarcza ma się poprawiać, a dostępność kredytów zwiększać. Wówczas na rynku zostaną najbardziej doświadczeni inwestorzy, którzy zdołali zbudować portfel nieruchomości.

Przyczyną mniejszej liczby rozpoczynanych budów jest kłopot z uzyskaniem kredytu przez deweloperów. Do tego dochodzą bardzo drogie materiały budowlane. Nie bez znaczenia jest też nowelizacja ustawy deweloperskiej, która weszła w życie 1 lipca. Nakłada ona na deweloperów dodatkowe koszty.

Co to oznacza dla inwestorów? Sygnał jest jasny. Najbliższe kilka miesięcy będzie najlepszym okresem do kupowania mieszkań jako inwestycji. Decydując się na nieruchomości z rynku pierwotnego, warto wybierać projekty dużych i stabilnych deweloperów. Mamy wtedy większą gwarancję, że budowa zostanie ukończona. Inwestor powinien też na bieżąco śledzić ceny działek. Nawet jeśli nie ma zamiaru kupować gruntu, to trzeba pamiętać, że sytuacja w tym segmencie nieruchomości znacząco wpływa na to, ile będzie kosztować mieszkanie czy biuro. Wciąż bowiem cena gruntu jest znaczącym kosztem inwestycji deweloperskiej. Kto więc na obecnej sytuacji zyska? Deweloperzy, którzy prowadzą duże, wieloetapowe inwestycje na kupionych znacznie wcześniej działkach. O ile oczywiście zagwarantowali sobie stabilne finansowanie.

Najważniejszy jest czas

W przypadku każdej inwestycji liczy się czas. Chodzi o to, aby zawrzeć transakcję w najlepszym momencie. Gdy inwestujemy długoterminowo, odpowiednią strategią będzie też regularność – dodawanie do portfela kolejnych nieruchomości. I to nie tylko mieszkaniowych ale i biurowych, działek, a może udziałów w magazynach.

Niewątpliwie sytuacja na rynku nieruchomości jest ciekawa. Nie ma co ukrywać, że znacznie ważniejsze niż kiedyś staje się powiedzenie, że „cash is the king”. Ten kto ma gotówkę, stabilne finansowanie, wyjdzie zwycięsko. Dotyczy to nie tylko inwestorów, ale przede wszystkim deweloperów. Bo potrzeba zakupu mieszkań wciąż jest, a już za kilka kwartałów popyt na mieszkania w Polsce z powrotem będzie rósł. Może okazać się, że deweloperzy, którzy wciąż kontynuują budowy, będą na pozycji wygranej. Na kontynuację inwestycji decydują się bowiem tylko ci o wyjątkowo stabilnej sytuacji finansowej.

Michał Sapota, Prezes Heritage Real Estate Investment Trust

Porsche chce przeciwstawić się rynkom, ale największy test dopiero przed nim

Producent luksusowych samochodów, Porsche, ma zamiar z hukiem przeciwstawić się globalnej suszy w tegorocznych notowaniach na giełdzie. Według doniesień prasowych, cena akcji wydzielonej z Volkswagena osiągnie najwyższy poziom, co da jej kapitalizację rynkową w wysokości około 75 miliardów dolarów i uczyni ją jedną z największych europejskich ofert publicznych.

Dzięki temu Porsche stałoby się piątym największym notowanym producentem samochodów na świecie, tuż za macierzystym koncernem Volkswagen i znacznie przed General Motors. Jest to jeszcze większe osiągnięcie w roku, w którym globalna aktywność dotycząca IPO spadła o ponad 60 proc. A osłabione rynki akcji przetestowały nowe minima bessy w tym roku.

Udane IPO ucieszy spółkę macierzystą Volkswagena, która ma otrzymać miliardy na sfinansowanie transformacji w kierunku pojazdów elektrycznych, a także akcjonariuszy, którzy otrzymają dużą dywidendę z przychodów Porsche.

Uważamy, że Porsche to raczej wyjątek wśród globalnych IPO niż początek nowego ożywienia w notowaniach. Jest to wyjątkowe połączenie dużej rozpoznawalności, marki premium, wsparcia ze strony twórców oraz wcześniejszej historii notowań giełdowych.

Prawdopodobnie największy test dopiero przed nami. Porsche musi zrealizować swój plan skutecznego zwiększenia wolumenu i marży zysku w warunkach spowalniającej gospodarki światowej. Pozwoliłoby to uniknąć spadku cen o 45 proc., jaki w tym roku odnotował indeks Renaissance International IPO, obejmujący akcje notowane od niedawna na giełdzie.

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Wraca rynek kupującego w mieszkaniówce. Czego mogą oczekiwać klienci?

Już od pewnego czasu w mediach przewija się temat powracającego „rynku kupującego” w rodzimej mieszkaniówce. Jakie perspektywy oznacza to dla potencjalnych klientów deweloperskich biur sprzedaży?

Rynek kupującego na progu

Rynek nieruchomości mieszkaniowych może znajdować się w pełnej równowadze bądź mniejszej lub większej nierównowadze, polegającej na przewadze popytu lub podaży. Jeśli przeważa popyt, mamy rynek sprzedającego, i vice versa – jeśli zdecydowanie dominuje podaż, mówimy o rynku kupującego. Co zatem decyduje o tym, że dziś na mieszkaniowym rynku pierwotnym miałby zacząć obowiązywać ten ostatni standard?

Wskaźnikiem rynków zrównoważonego, sprzedającego bądź kupującego jest wolumen umów przenoszących własność nieruchomości w odniesieniu do bieżącej oferty. Jeśli jej wielkość przynajmniej z grubsza odpowiada liczbie transakcji zawartych w ciągu ostatnich czterech kwartałów, mówimy o rynku funkcjonującym w równowadze. Jeżeli zaś nowych mieszkań w podanym okresie sprzedało się istotnie więcej niż wynosi bieżąca oferta deweloperska, mamy rynek sprzedającego, albo jak kto woli dewelopera. I na odwrót, rynek kupującego to więcej mieszkań oferowanych do sprzedaży, niż skala ich kontraktacji w minionych 12 miesiącach.

Tymczasem wg serwisu bigdata.rynekpierwotny.pl sprzedaż nowych mieszkań na siedmiu głównych rynkach kraju w okresie od września 2021 do sierpnia 2022, czyli w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyniosła 37,8 tys. Była więc większa od wynoszącej 36,3 tys. oferty na koniec sierpnia o półtora tysiąca jednostek. Stąd z punktu widzenia przywołanej powyżej zasady rynek deweloperski wydaje się wciąż w pełni zrównoważony. Niestety, jak się okazuje tylko pozornie.

Statystyki sprzedaży mieszkań z pierwszej ręki w ostatnich miesiącach znalazły się na równi pochyłej, a dane za sierpień br. wskazują na tąpniecie deweloperskich kontraktacji aż o 45 proc. w relacji rok do roku. Tym samym można powiedzieć, że choć ze statystycznego punktu widzenia rynek kupującego jeszcze na dobre nie zawitał, to lada chwila, czyli zapewne już w ostatnim kwartale br. zagości na dobre w pierwotnym segmencie krajowej mieszkaniówki. Pytanie, czy jest to jak najlepsza wiadomość, przynajmniej dla popytowej strony rynku.

Deweloperzy szybko zareagowali na zmiany

Zgodnie z oczekiwaniami reakcja branży deweloperskiej była natychmiastowa, a polega w pierwszym rzędzie na drastycznym ograniczeniu nowych inwestycji. W tegorocznym sierpniu pomimo rekordowego spadku kontraktacji nowych mieszkań, w pięciu z siedmiu największych rynków kraju deweloperzy wprowadzili do sprzedaży mniej lokali niż sprzedali. Jest to zdecydowane działanie w kierunku równoważenia rynku i ograniczenia ryzyka inwestycyjnego.

W efekcie już w perspektywie końca br. podaż rynku pierwotnego najprawdopodobniej zniżkuje co najmniej o jedną piątą, czyli wolumenu poniżej 30 tys. jednostek w siedmiu największych ośrodkach kraju. Co gorsza, nadchodzący rok może okazać się pod tym względem jeszcze bardziej dramatyczny. Jeśli prognozy horrendalnych cen energii ulegną materializacji, rentowność produkcji mieszkań w Polsce na dłużej może się deweloperom wymknąć spod kontroli, a oferta deweloperska zanurkować do symbolicznych wartości.

Coraz więcej akcji promocyjnych

Kolejnym krokiem branży deweloperskiej, mającym zneutralizować skutki zapaści popytowej, wywołanej głównie historycznym załamaniem rynku kredytów mieszkaniowych, jest wyraźne przyśpieszenie akcji promocyjnych. Korzystne harmonogramy płatności, wykończenie lokum w cenie stanu deweloperskiego czy nawet gratisowe miejsce postojowe, to na chwilę obecną coraz częściej występujące zachęty do podpisania umowy deweloperskiej, o jakich jeszcze przed rokiem można było tylko pomarzyć.

Tym samym znalezienie okazji inwestycyjnej na mieszkaniowym rynku pierwotnym jest obecnie dużo łatwiejsze niż w okresie niedawno pożegnanego boomu, a skłonność samych deweloperów do negocjacji cen wydaje się być znacznie powyżej normy z czasów prosperity. Upusty, bonusy czy gratisy z powodzeniem mogą zbijać cenę ofertową. Do tego dochodzi brak tłoku w deweloperskich biurach sprzedaży, co przy wciąż zadowalającej podaży pozwala potencjalnym nabywcom w komfortowych warunkach przebierać w ofertach.

Radość z rynku kupującego niestety dość mocno przyćmiewa fakt, że liczebność niby nim władającej strony popytowej z tygodnia na tydzień wydaje się dramatycznie kurczyć. Dziś w sposób dotąd niespotykany rządzą gotówkowcy, odpowiadający za nawet trzy czwarte transakcji zawieranych na mieszkaniowym rynku pierwotnym. Ale i oni coraz częściej powstrzymują się od decyzji zakupowych w oczekiwaniu na spadki cen nowych mieszkań. Tych jednak wciąż nie widać, a rozbieżność prognoz branżowych speców co do perspektyw kształtowania stawek mkw. w bliższej i dalszej przyszłości może przyprawić o ból głowy.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Elektryczne samochody Toyoty magazynami prądu

Toyota opatentowała nowy system ładowania aut elektrycznych. Dzięki niemu samochody elektryczne i hybrydy plug-in Toyoty staną się domowymi magazynami energii. Pomogą zaoszczędzić na rachunkach za prąd, ochronią właścicieli przed ryzykiem black-outu i w skali makro ułatwią stabilizację sieci energetycznej.samochody Toyoty magazynami prądu

samochody Toyoty magazynami prądu

Toyota postanowiła opracować system, który pozwoli właścicielom aut elektrycznych i hybryd plug-in marki korzystać z baterii w swoich samochodach jako magazynów energii do zasilania domu. W tym celu w 2021 roku w amerykańskich strukturach Toyoty powstał zespół badawczo-rozwojowy EV Charging Solutions. Jego zadaniem było opracowanie takiego systemu ładowania dla klientów Toyoty, który umożliwi przesyłanie energii w obie strony – z sieci do samochodu i odwrotnie. Jednocześnie system ma maksymalnie ułatwić codzienne korzystanie z samochodu bez obawy o zasięg.

Gdy samochód z dużą baterią zacznie być wykorzystywany w podwójnej roli – jako środek transportu i magazyn energii, przyniesie to wielorakie korzyści. Samochody podłączone do systemu automatycznie pobierają prąd, gdy jest tani i oddają do sieci w czasie szczytu zapotrzebowania. To przekłada się na obniżenie rachunków za prąd. Bateria samochodu w roli magazynu energii jest też zabezpieczeniem w przypadku przerwy w dostawach prądu i pozwala zwiększyć wydajność paneli fotowoltaicznych na dachu.

Nowy system da możliwość podłączenia do sieci także elektrycznych samochodów na wodór. W tym przypadku ogniwa paliwowe pojazdów takich jak Toyota Mirai będą stanowiły zewnętrzny generator produkujący prąd w reakcji wodoru i tlenu, który będzie stanowił zapasowe źródło prądu.

Opracowany przez ekspertów Toyoty system, w którym wiele samochodów elektrycznych może magazynować energię i w razie potrzeby oddawać ją do sieci, pozwoli dostawcom prądu złagodzić szczyty zapotrzebowania na prąd i ułatwi wydajne wykorzystanie odnawialnych źródeł energii. W ten sposób auta elektryczne i hybrydy plug-in przyczynią się zarówno do ochrony środowiska, jak i do zmniejszenia obciążenia sieci w godzinach szczytu. Ich znaczenie w tej podwójnej roli będzie tylko rosło. Do 2030 roku Toyota planuje wprowadzić na rynek 30 modeli typu BEV i osiągnąć roczną globalną sprzedaż 3,5 miliona bezemisyjnych samochodów.

„Integrację zelektryfikowanych pojazdów z siecią energetyczną widzimy jako sposób na dodatkowe korzyści nie tylko dla kierowców, ale dla całego społeczeństwa” – powiedział Max Parness, starszy manager ds. integracji z siecią w EV Charging Solutions. – „Nasze patenty spowodują, że będziemy w stanie wnieść wyjątkowy wkład w rozwój Toyoty w kierunku firmy oferującej szeroko rozumianą zelektryfikowaną mobilność”.

Obecnie Toyota oferuje w Stanach Zjednoczonych cztery modele, które będą mogły zostać podłączone do systemu opracowanego przez EV Charging Solutions. Obok elektrycznego SUV-a Toyota bZ4X, który jest pierwszym z linii bateryjnych samochodów elektrycznych beyond Zero opartych na specjalnej platformie e-TNGA, oraz Toyota Mirai, wyposażonej we własną elektrownię na pokładzie, opcja ta będzie dostępna także dla RAV4 Prime i Prius Prime, dwóch modeli hybrydowych plug-in marki.