Salesforce: do 2024 r. 54% przychodów z handlu będzie generowanych w kanałach cyfrowych

W obliczu presji inflacyjnej, trwającej pandemii i stale zmieniających się zachowań klientów, przedsiębiorstwa handlowe i ich partnerzy w dziedzinie sprzedaży, obsługi klienta i marketingu poruszają się po nieznanym terytorium. Aby zrozumieć, jak zmienia się otoczenie klientów i jak na te zmiany reagują specjaliści, firma Salesforce przeanalizowała zachowania zakupowe na stronach internetowych korzystających z platformy Commerce Cloud oraz przeprowadziła ankietę wśród ponad 4000 specjalistów ds. handlu z całego świata na potrzeby swojego najnowszego raportu State of Commerce, który został właśnie opublikowany.

Oto kilka kluczowych wniosków z tego nowego raportu.

Kanały cyfrowe rozwijają się, aby sprostać oczekiwaniom klientów

Migracja klientów indywidualnych i biznesowych do kanałów cyfrowych rozpoczęła się na długo przed pojawieniem się COVID-19, ale pandemia przyspieszyła to przejście. Z odrębnego badania wynika, że około 60% interakcji z klientami odbywa się obecnie w Internecie, a ponad połowa (53%) klientów woli dokonywać zakupów za pośrednictwem kanałów cyfrowych — tendencja ta dotyczy głównie millenialsów i pokolenia Z.

Mimo że przed zespołami ds. handlu stoi wiele wyzwań – tylko 41% respondentów badania czuje się w pełni przygotowanych do obsługi nowych kanałów – inwestycje w rozwój tych kanałów są na zaawansowanym etapie. 60% ankietowanych specjalistów ds. handlu wprowadziło nowe kanały w ciągu ostatnich dwóch lat, a 81% jest w trakcie ich wprowadzania.

Inwestycja ta jest być może podyktowana prognozami dalszego rozwoju handlu cyfrowego. Przykładowo szacuje się, że w 2020 r. 30% przychodów przedsiębiorstw handlowych pochodziło z kanałów cyfrowych, ale do 2024 r. odsetek ten ma wzrosnąć do 54%.

Choć powszechnie kojarzona z zachowaniami konsumentów, migracja do kanałów cyfrowych dotyczy zarówno segmentu B2B, jak i B2C. Oczekuje się, że w ciągu najbliższych dwóch lat ponad połowa (52%) przychodów przedsiębiorstw, które prowadzą sprzedaż dla klientów B2B, będzie generowana cyfrowo. Ponadto 88% sprzedawców B2B oczekuje, że w ciągu najbliższych dwóch lat ich klienci będą składać większe i bardziej złożone zamówienia przez Internet.

Platformy handlu elektronicznego, takie jak Amazon i Alibaba, są obecnie szczególnie popularnymi kanałami dla przedsiębiorstw handlowych — ustępują jedynie własnym stronom internetowym i mediom społecznościowym. Jednak definicja platform handlowych również się rozszerza — ponad jedna trzecia (37%) przedsiębiorstw handlowych traktuje priorytetowo wdrożenie własnych platform, w których artykuły innych firm mogą być sprzedawane na ich własnych stronach internetowych.

„Alternatywne” opcje płatności zyskują na znaczeniu

Istnieje wiele opcji płatności. Oprócz standardowych rozwiązań, takich jak karty kredytowe i przelewy bankowe, co najmniej połowa przedsiębiorstw handlowych akceptuje takie opcje, jak PayPal, Apple Pay i płatności ratalne (często określane jako „kup teraz, zapłać później”). Jeśli prognozy się potwierdzą, zdecydowana większość firm (prawie dziewięć na dziesięć) zaakceptuje takie opcje w ciągu dwóch lat.

Akceptacja jednej z najbardziej dyskutowanych opcji płatności – kryptowalut – dopiero raczkuje. Oferuje ją zaledwie 30% przedsiębiorstw. Jednak rola kryptowalut w handlu będzie się znacznie zwiększać: kolejne 46% przedsiębiorstw handlowych twierdzi, że planuje akceptować kryptowaluty jako formę płatności w ciągu najbliższych dwóch lat — jest to wyższe prognozowane tempo wdrażania niż w przypadku jakiejkolwiek innej opcji płatności. Obecnie przedsiębiorstwa w Indiach, Holandii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich przodują pod względem akceptacji kryptowalut.

Wdrażanie nowych opcji płatności nie jest pozbawione przeszkód: tylko 40% ankietowanych specjalistów ds. handlu czuje się w pełni przygotowanych do obsługi nowych typów płatności. Na pierwszym miejscu znajdują się obawy związane z oszustwami, a na drugim – koszty i czas potrzebny na wdrożenie.

Najlepsze zespoły handlowe koncentrują się na efektywnym wykorzystywaniu danych

W miarę jak pliki cookie innych firm tracą na znaczeniu w odpowiedzi na zmiany w przepisach, specjaliści ds. handlu – wraz ze swoimi partnerami w dziedzinie marketingu – stają przed coraz większymi wyzwaniami, aby sprostać wymaganiom klientów w zakresie wysoce spersonalizowanych ofert i komunikacji. W rzeczywistości 88% ankietowanych specjalistów ds. handlu twierdzi, że coraz mniejsze znaczenie plików cookie innych firm w pewnym stopniu wpływa na ich strategie dotyczące danych.

W odpowiedzi na to 36% przedsiębiorstw handlowych planuje inwestycje w strategie związane z danymi własnymi w ciągu najbliższych dwóch lat, ale plany te są skorelowane z ogólną kondycją handlu. Czterdzieści procent cyfrowych liderów – tych, którzy mogą przypisać ogólny sukces firmy handlowi cyfrowemu – planuje takie inwestycje, w porównaniu z 25% przedsiębiorstw zapóźnionych cyfrowo – czyli tych, które nie mogą przypisać ogólnego sukcesu swojej firmy handlowi cyfrowemu i nie mają wysokiego stopnia powodzenia takich projektów.

Oczywiście posiadanie własnych danych samo w sobie nie jest zwycięską strategią. Cyfrowi liderzy wyróżniają się na tle swoich cyfrowo zapóźnionych konkurentów umiejętnością wykorzystania danych w działaniu. Przykładowo liderzy 1,7 razy częściej efektywnie wykorzystują dane w celu zrozumienia zachowań klientów i 1,5 raza częściej w celu informowania o strategii marketingowej lub biznesowej.

W miarę narastania presji inflacyjnej na firmy we wszystkich branżach, nacisk na efektywność i optymalizację jest kolejnym celem, na którym koncentrują się najskuteczniejsze przedsiębiorstwa handlowe. Prawie połowa (45%) przedsiębiorstw handlowych zamierza nadać priorytet automatyzacji procesów w ciągu najbliższych dwóch lat. Cyfrowi liderzy wyprzedzają konkurencję, ponieważ ponad 4 razy częściej niż firmy zapóźnione cyfrowo twierdzą, że są skuteczni w automatyzacji procesów i 3,5 raza częściej, że są w stanie skutecznie wdrożyć strategię sztucznej inteligencji.

Metodologia

Firma Salesforce przeprowadziła w lutym 2022 r. badanie metodą podwójnie ślepej próby wśród 4102 starszych specjalistów ds. handlu B2C i B2B z różnych branż za pośrednictwem panelu zewnętrznego, aby zebrać spostrzeżenia praktyków. Respondenci pochodzili z Australii, Brazylii, Kanady, Danii, Francji, Finlandii, Niemiec, Hongkongu, Indii, Irlandii, Izraela, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Nowej Zelandii, Singapuru, RPA, Hiszpanii, Szwecji, Tajlandii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Dodatkowo firma Salesforce przeanalizowała aktywność zakupową ponad 1 mld kupujących z 54 krajów, która miała miejsce w okresie od I kw. 2019 r. do I kw. 2022 r. na stronach internetowych działających w oparciu o platformę Salesforce Commerce Cloud. Aby zakwalifikować się do tej analizy, witryny musiały spełniać miesięczny próg minimalnej liczby wizyt i zamówień. Zastosowano dodatkowe czynniki higieny danych, aby zapewnić spójność obliczeń.

Lipcowe wypłaty a nowelizacja Polskiego Ładu

Już 1 lipca wchodzą w życie przepisy nowelizujące Polski Ład, a wśród nich oczekiwana obniżka podatku PIT z 17% do 12%. Wielu podatników zastanawia się z tej okazji, czy w lipcowej wypłacie zostanie rozliczona nadwyżka podatku dochodowego opłaconego za okres od 1 stycznia do 30 czerwca bieżącego roku.

Przypomnijmy: nowa obniżona stawka PIT będzie obowiązywała z mocą wsteczną od 1 stycznia 2022 roku. Oznacza to, że podatnicy, którzy rozliczali się w pierwszym półroczu według stawki 17%, będą mieli za ten okres nadpłacony podatek dochodowy. Dotyczy to pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, ale także osób mających umowy – zlecenie czy umowy o dzieło, a także przedsiębiorców rozliczających się na zasadach ogólnych.

W przypadku wielu pracowników ich lipcowa wypłata okaże się wyższa niż wcześniejsze – właśnie z powodu obniżenia stawki PIT. Kwota brutto oraz koszty pracodawcy pozostaną bez zmian, ale pracownikowi zostanie więcej „na rękę”. W niektórych przypadkach ta różnica może nie być znacząca, zwłaszcza jeśli ktoś stosował w pierwszym półroczu ulgę dla klasy średniej, która od 1 lipca zostanie zlikwidowana z mocą wsteczną od 1 stycznia.

Nie można niestety oczekiwać, że w lipcu zostanie od razu wyrównana nadpłata podatku za pierwsze półrocze. Wielu pracowników może mieć taką nadzieję i zwłaszcza w kontekście bieżącej wysokiej inflacji liczyć na to, że otrzyma zwrot środków już teraz. W tym przypadku jednak przepisy stanowią, że nastąpi on dopiero po złożeniu zeznania rocznego za 2022 rok, co będzie trzeba zrobić pomiędzy 15 lutego a 2 maja 2023 roku.

Warto mieć na uwadze, że podatnik, który rozlicza się elektronicznie, na zwrot będzie musiał czekać maksymalnie 45 dni, a ten, który wybierze formę papierową – nawet 3 miesiące. W skrajnym przypadku może się więc okazać, że jeśli ktoś złoży papierowe zeznanie na ostatnią chwilę, to będzie musiał czekać na zwrot pieniędzy nawet do przełomu lipca i sierpnia 2023 roku.

Piotr Juszczyk, Główny Doradca Podatkowy w firmie inFakt

Kapitał ucieka z giełd, złoty na razie stabilny

Po gwałtownym osłabieniu polskiej waluty w Boże Ciało nie ma już śladu na rynku. Złoty wraca w okolice swojej nowej wartości względem euro. Przynajmniej tej normy, którą utrzymuje w trakcie rosyjskich działań wojennych.

Produkcja przemysłowa w Polsce

Wczoraj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej nad Wisłą. Rośnie ona o 15%. Jest to symbolicznie wolniej niż oczekiwana wartość 15,2%. Pokazuje to zatem, że pomimo wzrostu cen zarówno dla konsumentów, jak i dla producentów w dalszym ciągu nie widać ograniczeń aktywności gospodarczej. Jest to bardzo korzystny sygnał, biorąc pod uwagę potencjalny wpływ rosnących stóp procentowych i możliwego ograniczenia konsumpcji przez obywateli. Z drugiej strony działania rządu idą w dokładnie odwrotną stronę niż działania Rady Polityki Pieniężnej. Kolejne rządowe projekty zalewają gospodarkę coraz większą ilością pieniądza. Polski złoty dobrze się odnajduje w tej sytuacji mimo trwającej wojny na Wschodzie, gdzie Rosjanie cały czas prowadzą agresję na terytorium Ukrainy. Obecnie euro, będące głównym punktem odniesienia dla wartości polskiej waluty wyceniane jest na około 4,64 zł.

Korekta na rynku obligacji

Po tym, jak ostatnie dwa tygodnie przyniosły gwałtowne wzrosty rentowności na rynku obligacji, przyszedł czas na korektę. Przypomnijmy, że wzrosty były na tyle duże, że aż EBC zorganizował nadzwyczajne posiedzenie, by starać się ratować rentowność włoskich papierów dłużnych. Mógł też reagować przez ostatnie lata, kiedy Włosi prowadzili swoją beztroską politykę gospodarczą, ale nie o to chodzi w strefie euro. Obecna sytuacja spowodowana jest też tym, że kapitał ucieka z giełd. Lądując na rynku obligacji, powoduje, że rentowność papierów dłużnych spada. Nie można jednak wykluczyć, że wraz ze wzrostem oczekiwanych docelowych poziomów wzrostu stóp procentowych rentowność w kolejnych miesiącach znów wyskoczy. Jest to o tyle ważne, że rentowność obligacji jest mocno połączona z kosztami obsługi zadłużenia. To z kolei będzie powodować, że budżety wielu państw mogą mieć problem.

Ukraina i Mołdawia bliżej Unii

Wojna na Ukrainie przyspieszyła proces, który w normalnych warunkach powinien trwać dekadami. Beneficjentem jest też Mołdawia, która razem z Ukrainą otrzymała właśnie status krajów kandydujących do Unii Europejskiej. Warto jednak pamiętać, że biorąc pod uwagę potencjał gospodarczy to wsparcie, które Mołdawia okazała uchodźcom ukraińskim, jest olbrzymie. Jaki to będzie miało wpływ na waluty? Do strefy euro zbliżą się z jednej strony kolejne rynki zbytu, ale również kolejne państwa będące beneficjentami funduszy wyrównywania różnic. Z perspektywy państw naszego regionu może to się odbić na mniejszych środkach dla nas. Z drugiej strony to dodatkowe rynki w strefie wolnego handlu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – Czechy – decyzja w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

GUS o e-handlu w maju – eksperci komentują

Wg najnowszych danych GUS w maju 2022 r. udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej (ceny bieżące) pozostał bez zmian wobec kwietnia na poziomie 8,9% w maju 2022 r. Wartość sprzedaży przez internet wzrosła o 0,8% w ujęciu miesięcznym.

Najnowsze dane komentują poniżej eksperci z Unity Group i Insightland:

Grzegorz Rudno-Rudziński
Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group

Grzegorz Rudno-Rudziński, partner zarządzający w Unity Group:

Ostatnie tygodnie – czy wręcz miesiące – to czas dużej zmienności, także w obszarze handlu. Z uwagi na galopującą inflację i ostrożniejsze zarządzanie domowymi budżetami ulega stagnacji lub spada sprzedaż większości dóbr (wyjątkiem są produkty pierwszej potrzeby). Przekłada się to na większą wrażliwość cenową klientów, którzy zwykle w poszukiwaniu przecen kierują się do internetu. Oczywiście negatywne konsekwencje wyraźnie malejącej, realnej siły nabywczej Polaków odbiją się na całym handlu detalicznym, ale to kanał online, jako że jest najszybszy i najbardziej wrażliwy na zmiany cen, odczuł to jako pierwszy. Jednak z tego samego powodu jako pierwszy się otrząśnie, przegrupuje i wzmocniony stanie do walki cenowej z tradycyjną sprzedażą.

W ujęciu mikro obserwowany od początku roku spadek udziału e-commerce w całym handlu detalicznym jest dość wyraźny, ale ze względu na wspomniany specyficzny charakter e-handlu, szybciej powinien wrócić on na ścieżkę wzrostu niż inne sektory. Pierwsze sygnały sugerujące odwrócenie negatywnej tendencji widać już w danych GUS na koniec maja.

W szerszym kontekście obecne turbulentne czasy, po raz kolejny, wystawią wiele tradycyjnych biznesów na próbę. Dlaczego? Bez należytej transformacji cyfrowej wiele z nich nie będzie potrafiło szybko dostosować się do zmienności i nowych realiów, czyli np. reagować nagłym ograniczeniem kosztów czy sprawną modyfikacją asortymentu. A skala problemu jest olbrzymia – jak pokazują najnowsze badania KPMG w partnerstwie z Microsoftem, tylko co czwarta firma ma gotową strategię transformacji cyfrowej, a wydatki na działania związane z cyfryzacją w ciągu najbliższego roku zamierza zwiększyć jedynie 21 proc. przebadanych firm. Dlatego temat przygotowania handlu – czy biznesu w ogóle – na funkcjonowanie w bardzo zmiennym otoczeniu i rola transformacji cyfrowej w tym procesie – będzie myślą przewodnią zaplanowanej już na 22-23 września we Wrocławiu branżowej konferencji Commerce Transformation Days.

Katarzyan Iwanich Insightland
Katarzyna Iwanich, prezes Insightland z grupy Hexe Capital

Katarzyna Iwanich – prezes zarządu Insightland z grupy Hexe Capital:

Możemy przypuszczać, że pogarszająca się w Polsce koniunktura wpłynie na handel w Internecie i jeśli inflacja nie zacznie wyhamowywać, to taki stan rzeczy może utrzymać się nawet przez kilkanaście najbliższych miesięcy. W pandemii rozwój e-handlu przyśpieszył, sukcesywnie zwiększał się jego udział w handlu detalicznym ogółem. Prognozy rynkowe zakładały utrzymanie się tych wzrostów rok do roku. Teraz, z powodu inflacji, możemy spodziewać się tu jednak spowolnienia. Rosną i ceny produktów i materiałów – wg danych GUS w maju br. w porównaniu z majem 2021 wzrost cen producentów w przemyśle wyniósł 24,7%. – i koszty związane np. z utrzymaniem magazynów. Marketplace’y zaczynają podnosić prowizje, większość tych podwyżek odbija się na klientach, a ci po prostu coraz częściej w ogóle rezygnują z zakupów w sieci. Sklepy internetowe zaczynają oferować kolejne rabaty, promocje i wyprzedaże chcąc w ten sposób zapobiec dużym spadkom sprzedaży i obrotów w nadchodzących miesiącach. Coraz mniejsze zainteresowanie zakupami w sieci widać też choćby po liczbie przesyłek – tych, jak deklarują firmy kurierskie, jest w ostatnich tygodniach zauważalnie mniej. Do tej pory konsumenci szukali w Internecie lepszych ofert niż w sklepach tradycyjnych, teraz także tam zaczyna być po prostu drogo. Wzrost udziału e-commerce w sprzedaży detalicznej miesiąc do miesiąca jest bardzo nieznaczny, co może świadczyć o rosnącej zachowawczości klientów w dokonywanych zakupach, ale także o tym, że kupujemy coraz mniej za coraz więcej. Polacy zaczynają wstrzymywać się z zakupami z kategorii RTV, AGD oraz tekstylia – czyli produktów, które nie są tymi pierwszej potrzeby a to takie zwykłe nabywamy online.

Ekonomiści na Open For Business Summit w Warszawie: Polityka, która promuje i toleruje dyskryminację, okrada polską gospodarkę z talentów

Nawet 9,5 mld złotych rocznie traci Polska w związku z dyskryminacją osób LGBT – to główny wniosek z raportu organizacji Open For Business, dotyczącego wpływu homofobii na gospodarki i możliwości rozwoju krajów Europy Środkowej. O wynikach raportu oraz o potencjale rozwoju otwartych społeczeństw rozmawiali ekonomiści, politycy i przedstawiciele świata biznesu podczas odbywającej się w Warszawie konferencji Open For Business Summit.

Pretekstem do dyskusji był raport organizacji Open For Business, w którym czytamy, że kraje Europy Środkowej tracą szanse na inwestycje zagraniczne z powodu systemowej dyskryminacji mniejszości. Istnieje także korelacja pomiędzy prawami osób LGBT+ a wynikami gospodarczymi państw i regionów. Wskaźniki takie jak Globalny Indeks Innowacyjności czy Indeks Konkurencyjności Światowego Forum Ekonomicznego niezbicie wskazują, że otwarte, różnorodne społeczeństwa sprzyjają wzrostowi gospodarczemu – zaznaczają autorzy raportu.

„Drenaż mózgów” ogromnym problemem dla gospodarki

Podczas konferencji Open For Business Summit w Warszawie tematowi bliżej przyjrzeli się ekonomiści. – Przecieramy szlaki, jeśli chodzi o badania ekonomiczne wiążące się z włączaniem osób LGBT+ do gospodarki – mówiła Ewa Balcerowicz, wiceprzewodnicząca Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich. – To szalenie ważne, bo oprócz imperatywu moralnego jest też imperatyw finansowy – podkreślała.

Podobne zdanie miał prof. Witold Orłowski, były doradca ekonomiczny prezydenta RP, a obecnie główny doradca ekonomiczny w PwC Polska: – Dyskryminować nie należy, nie wolno i nie warto – mówił, zaznaczając różnice pomiędzy moralnością, obowiązującym prawem i wymiernymi gospodarczymi skutkami dyskryminacji. A te ostatnie, jak wynika z raportu Open For Business, wiążą się głównie ze zjawiskiem tak zwanego „drenażu mózgów”. – Kluczowe wyzwanie współczesności to zatrzymanie talentów, bo prawdziwe talenty to najrzadszy zasób w gospodarce. Jeśli sami z nich rezygnujemy, to dużo tracimy względem konkurencji – zaznaczał prof. Orłowski.

Nadchodzą pozytywne zmiany?

Także pozostali paneliści skupili się na konieczności zatrzymania wysoko wykwalifikowanych kadr oraz na powiązaniu tego tematu z dyskryminacją osób LGBT. – Polityka, która promuje dyskryminację, to kradzież polskiej gospodarki z talentów – twierdził Marcin Tomaszewski, ekonomista z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Podkreślił, że wielu wykwalifikowanych pracowników wyjeżdża do pracy w bardziej otwartych społeczeństwach.

Dlatego tak ważne jest uwzględnienie, zarówno przez przedstawicieli biznesu, jak i przez polityków na szczeblu krajowym oraz samorządowym, tak zwanych wskaźników ESG (Environmental, Social, Governance), czyli ochrony środowiska, odpowiedzialności społecznej i ładu korporacyjnego. Ich nieodłącznym tematem jest pełne wykorzystanie potencjału kadr LGBT. – We włączaniu społeczności LGBT+ drzemie oczywisty potencjał dla całej gospodarki – mówił James Hughes, Radca Ministra ds. Ekonomicznych Ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce.

Paneliści zgodzili się, że obecna sytuacja nie sprzyja zatrzymaniu w naszym kraju zjawiska drenażu mózgów na podłożu dyskryminacji. Tym niemniej, pojawiło się światełko w tunelu: – Optymistyczne jest to, że firmy zaczynają dostrzegać wagę talentów. Inicjatywy takie jak Open For Business są bardzo ważne, bo dzięki nim dostrzegam dobre zmiany, które jeszcze nie wychodzą w badaniach, ale tworzą w Polsce zmiany kulturowe – mówiła Ewa Balcerowicz. Prof. Witold Orłowski deklarował z kolei, że jest „rozczarowanym optymistą”: – Wiele rzeczy idzie w dobrą stronę, ale za wolno – mówił.

Letnia fala rekrutacji w handlu

W pierwszej połowie czerwca liczba ofert pracy w handlu przekroczyła 8,1 tys. – wynika z raportu Grupy Progres. Sezon rekrutacyjny w tym sektorze nabiera tempa, a jego nasilenie jest i będzie widoczne również w lipcu. Poszukiwani są kasjerzy, doradcy klientów, osoby wykładające towar czy pracownicy hali. To, jak szybko sklepy i punkty handlowe zaspokoją swoje potrzeby kadrowe z pewnością odczują też ich klienci, bo brak chętnych do pracy i niedobory wśród personelu w bezpośredni sposób przełożą się na funkcjonowanie ich biznesu.

  • Mimo że koronawirus zmienił zachowania zakupowe Polaków, a obecnie rosnąca inflacja i idące w górę ceny nie zachęcają do wydawania pieniędzy, to nadal jest kogo obsługiwać.
  • Polacy odwiedzają markety zdecydowanie częściej niż przed rokiem, w sezonie sporą (kilkunastomilionową) grupę klientów stanowią też turyści, a po wybuchu wojny w Ukrainie, również uchodźcy.
  • Braki kadrowe, z którymi boryka się branża może odczuć wielu klientów.
  • 71 proc. klientów polskich sklepów jest niezadowolonych z powodu kolejek, drażnią ich również inne ceny produktów przy kasie i na półkowych etykietach, przeterminowane produkty, puste półki i braki w asortymencie oraz koszyki na zakupy, których ciągle brakuje.
  • Niestety, tego typu sytuacje zdarzają się i będą zdarzać, bo weryfikacja zgodności cen produktów oraz ich terminów ważności, wykładanie towarów na półkach czy ustawianie koszyków przy wejściu do sklepu i dbanie o ich wystarczająca liczbę to zadania, które wykonują pracownicy, a tych w handlu brakuje.

Firmy z branży handlowej, działające w naszym kraju, tworzą jedną z największych grup pracodawców. W 2021 r. w Polsce działało 376,1 tys. sklepów, a cała branża zatrudniała od 1,5 do 2 mln osób (GUS) i ciągle przyjmuje na etat kolejnych chętnych. Na początku tego roku cztery największe sieci handlowe planowały stworzyć ponad 2,2 tys. nowych miejsc pracy. Rekrutacje nie ustały, a w kurortach wypoczynkowych zintensyfikował je sezon wakacyjny, w którym swoją działalność rozpoczynają również sklepy i stragany z pamiątkami szukające sprzedawców.

Mimo że koronawirus zmienił zachowania zakupowe Polaków, a obecnie rosnąca inflacja i idące w górę ceny nie zachęcają do wydawania pieniędzy, to nadal jest kogo obsługiwać. Jak wynika z raportu Proxi.cloud, w tym roku Polacy odwiedzają sklepy zdecydowanie częściej niż przed rokiem. Nieco ponad 28 proc. klientów dyskontowych robi w nich zakupy co najmniej raz w tygodniu. Nasi rodacy nie są jedyną liczącą się grupą konsumentów, tylko w kwietniu średnio ponad 7 proc. osób w centrach handlowych stanowili Ukraińcy. W sezonie wakacyjnym sporą grupę osób korzystających z oferty sektora handlowego stanowią również turyści, których nie brakuje. W 2021 r. branża HoReCa obsłużyła w sumie 22,2 mln osób przebywających na wakacjach, goście swoje pieniądze wydawali również w trakcie zakupów. Dokładna liczba tegorocznych turystów nie jest jeszcze znana, ale już wiadomo, że 71 proc. badanych Polaków planuje spędzić wakacje w naszym kraju (dane POT).

Spora liczba klientów jest dla wielu handlowców niemałym wyzwaniem rekrutacyjnym, szczególnie w mniejszych miastach czy kurortach szukających kadry na sezon. Pracy nie brakowało już w maju, porównując oba miesiące rok do roku – tegorocznych ofert było więcej niż w 2021 r. A rynek dopiero zaczął się budzić. Co widać, bo obserwujemy nasilenie rekrutacji, które nie zmaleje w lipcu. Ten pik zauważalny jest szczególnie w mniejszych miejscowościach, gdzie braki kadrowe są trudne do uzupełnienia, a handel również ma klientów i do ich obsługi potrzebuje pracowników – mówi Paweł Dąbrowski, Prezes spółek operacyjnych w Grupie Progres.  ­– Duże aglomeracje mają większe szanse na zakończenie rekrutacji sukcesem, bo mogą oferować pracę np. Ukraińcom. Nasi Wschodni sąsiedzi na ogół przebywają w większych miastach, a ich skłonność do relokacji jest na bardzo niskim poziomie. Obecnie tylko nieco ponad 5 proc. z nich zgadza się na zmianę miejsca zamieszkania, jeśli dzięki temu będą mogli liczyć na dobrą pracę, mieszkanie i opiekę nad nimi oraz ich rodziną zaznacza ekspert.

Według raportu Grupy Progres – analizującego warunki pracy i skalę rekrutacji w sektorze handlowym – w pierwszej połowie czerwca br. 14 proc. ogłoszeń (ponad 1,1 tys.) skierowanych było do Ukraińców. W ich przypadku barierą uniemożliwiającą podjęcie pracy na stanowiskach związanych z bezpośrednią obsługą klienta jest brak znajomości języka polskiego. Jak wynika z badania Grupy Progres, nie zna go aż 84 proc. uchodźców wojennych z Ukrainy poszukujących pracy nad Wisłą, a posługuje się nim niecałe 16 proc. osób. To spory problem, który sprawia, że Ukraińcy często podejmują etat poniżej swoich kwalifikacji. Co więcej, mimo chęci do pracy nie są zatrudniani w handlu na stanowiskach frontowych, bo bariera językowa może wpływać na oczekiwaną przez klientów jakość obsługi. W tym przypadku wynika ona nie ze źle wykonywanej ­przez Ukraińców pracy, a z braku komunikacji zrozumiałej dla obu stron, która w kontakcie z kupującym jest kluczowa.

Jak wynikało z corocznego badania Daymakerindex, przed pandemią jakość obsługi klienta w sklepach detalicznych rosła z roku na rok. Polacy mieli wysokie oczekiwania i nie chcieli robić zakupów w miejscach, w których nie odpowiadał im sposób, w jaki zostali obsłużeni. Obecnie, na poziom ich zadowolenia mogą wpłynąć braki kadrowe, które odczują np. stojąc w długiej kolejce, bo liczba otwartych kas będzie niewystarczająca, a za przysłowiową ladą nie będzie miał kto stanąć. Tego typu sytuacje są jedną z rzeczy, która od lat denerwuje naszych rodaków. Co potwierdzają badania Mastercard, według których, aż 71 proc. klientów polskich sklepów jest niezadowolonych z powodu kolejek, a dla 47 proc. jest to najbardziej frustrujący element zakupów, głównie ze względu na stratę czasu.

Krajowych konsumentów drażnią również inne ceny produktów przy kasie i na półkowych etykietach, przeterminowane produkty, puste półki i braki w asortymencie oraz koszyki na zakupy, których ciągle brakuje. Niestety, tego typu sytuacje zdarzają się i będą zdarzać, bo weryfikacja zgodności cen produktów oraz ich terminów ważności, wykładanie towarów na półkach czy ustawianie koszyków przy wejściu do sklepu i dbanie o ich wystarczająca liczbę to zadania, które wykonują pracownicy, a tych w handlu brakuje.

 

Tego typu sytuacje obserwowałem w sezonie letnim m.in. w Międzyzdrojach, gdzie liczba klientów sektora handlu w wakacje bardzo wzrosła, a zespół pracujący w jednym z marketów był zbyt mały, by sklep mógł płynnie funkcjonować. W efekcie półki świeciły pustkami, a kupujący byli odprawiani z kwitkiem – mówi Paweł Dąbrowski. – Utrudnienia w robieniu zakupów nie muszą się wydarzyć, ale powinniśmy być na nie przygotowani. Ratunkiem, ale też wyzwaniem dla firm jest nie tylko stworzenie konkurencyjnych warunków pracy, ale też oferowanie Ukraińcom kursów językowych, dzięki którym będą mogli oni zająć stanowisko bezpośrednio związane z obsługą kupujących. Do momentu, gdy tego typu działanie nie zostanie wdrożone, handlowcy borykający się niedoborami w zespole, będą musieli zmierzyć się z planowaniem pracy sklepu w taki sposób, by dostosować ją do płynnej obsługi klientów i nie wywoływać u nich negatywnych emocji. To spore wyzwanie, szczególnie ważne w czasach, gdy wiele osób jest poddenerwowanych inflacją, a swoje niezadowolenie okazują np. kasjerom, gdy przychodzi do płacenia za towar znajdujący się w koszyku – podkreśla ekspert.

GfK: Ponad 70 proc. Polaków chce, aby biznes działał w sposób zrównoważony

Już trzy czwarte Polaków oczekuje od marek konkretnych działań w zakresie zrównoważonego rozwoju, a blisko jedna trzecia weryfikuje te inicjatywy – wynika z raportu  „Green Mood”, opracowanego przez firmę badawczą GfK. Wzrost znaczenia zielonych trendów sprawia, że coraz częściej korzystamy także z innowacyjnych i przyjaznych dla środowiska rozwiązań, takich jak np. automaty paczkowe. Chętniej sięgamy też po ekologiczne produkty – w tym przypadku istotną barierą są jednak wciąż zbyt wysokie ceny tego rodzaju artykułów.

Ochrona środowiska i dążenie do zrównoważonego sposobu prowadzenia działalności staje się podstawowym elementem strategii marek. Firmy odpowiadają w ten sposób nie tylko na bieżące wyzwania w zakresie ekologii, ale i postawy konsumentów, których świadomość systematycznie wzrasta. Według GfK aż 73 proc. z nich twierdzi, że to ważne, aby biznes angażował się i podejmował działania ekologiczne. – Nabywcom nie wystarczają już same deklaracje. W dobie łatwego dostępu do informacji konsumenci mogą w szybki oraz prosty sposób zweryfikować działania prowadzone przez firmy i co najważniejsze – coraz chętniej to robią. Potwierdzeniem są m.in. wnioski płynące znaszego raportu „Green Mood”. Wynika z niego, że już blisko 30 proc. Polaków korzysta z takich możliwości i aktywnie szuka informacji o zielonych praktykach marek – mówi Mateusz Zubkowicz, Client Business Partner w GfK.

Ekologia jest ważna dla Polaków także w codziennym życiu. Z danych GfK wynika, że 26 proc. konsumentów czuje się winnych, gdy nie postępuje w sposób przyjazny dla środowiska. Co szczególnie ciekawe, różnice w deklaracjach są wyraźnie widoczne w zależności od wieku badanych. Taka opinia jest bardziej powszechna wśród starszych konsumentów – podziela ją co trzeci badany. Z kolei w przypadku przedstawicieli pokolenia „Z”, czyli osób urodzonych po 1995 roku,  jest to co piąty nabywca.

Co determinuje eko-postawy?

Zgodnie z raportem „Green Mood” ponad 70 proc. Polaków oszczędza w domach energię i wodę, na przykład poprzez używanie energooszczędnych żarówek czy wyłączanie światła. Coraz częściej wybieramy jakość zamiast ilości, a 60 proc. nabywców kupuje tylko to, czego naprawdę potrzebuje. – Dotychczas jako główną motywację takich działań konsumenci wskazywali chęć ochrony środowiska. Zapewne w najbliższych miesiącach będzie się to zmieniać. Pogarszająca się sytuacja gospodarcza może sprawić, że jeszcze więcej osób, zacznie ograniczać konsumpcję, a tym samym zużywanie wody czy energii. Jednak nie będziemy tego robić z pobudek ekologicznych, a chęci szukania kolejnych oszczędnościwyjaśnia Mateusz Zubkowicz.

Czego oczekują konsumenci?

Mimo wyraźnych chęci, aby korzystać z ekologicznych produktów, nabywców ograniczają domowe budżety. Niezależnie od wieku badanych blisko połowa Polaków przyznaje, że „zielone” alternatywy wielu produktów są zbyt drogie.

Zdaniem eksperta GfK nabywcy coraz bardziej doceniają też innowacje w biznesie. – Konsumenci chętnie korzystają z nowoczesnych udogodnień, które z jednej strony pozwalają zaoszczędzić czas, ale z drugiej ograniczyć także ślad węglowy. Dobrym przykładem, który odzwierciedla ten trend są nasze postawy zakupowe. Już 72 proc. nabywców korzysta z automatów paczkowych podczas wysyłania lub odbierania przesyłek, a prawie połowa kupuje produkty w opakowaniach wielokrotnego użytkupodkreśla Mateusz Zubkowicz.

Idą chude lata na rynku mieszkaniowym?

Ten rok będzie jednym z trudniejszych na rynku nieruchomości w Polsce. Według danych SonarHome od początku roku ceny mieszkań w największych polskich miastach już wzrosły o 5%, a czas ich sprzedaży – wydłużył nawet do 90 dni. Trwa seria najszybszych podwyżek stóp procentowych w historii, a pierwszych obniżek będzie można spodziewać się najszybciej w IV kw. 2023 r. lub nawet na początku 2024 r., co sygnalizuje, że popyt kredytowy będzie dalej spadał. Poprawić sytuację może jedynie złagodzenie rekomendacji KNF, o którą wnioskuje Polski Związek Firm Deweloperskich. Czy właśnie kończy się poprzedni cykl na rynku nieruchomości?

Z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych systematycznie będzie zmniejszała się liczba osób, które będą mogły pozwolić sobie na kredyt. Powodem są nie tylko wysokie raty, ale również brak zdolności kredytowej wyliczanej każdorazowo przed udzieleniem przez bank kredytu.

– Zdolność kredytową Polaków bardzo ograniczyła rekomendacja KNF, która nałożyła na banki obowiązek dodawania 5 pp. buforu do obecnej wysokości stopy procentowej. Oznacza to, że jeśli dziś wysokość stóp wynosi 6%, to bank oblicza zdolność kredytową klienta na wysokość stóp o wartości 11% (6% + 5pp.). To spowodowało, że w maju 2022 r. liczba wnioskujących o kredyt, jak wskazują dane BIK, spadła o prawie 52% w porównaniu do analogicznego okresu w poprzednim roku – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk SonarHome.SonarHome1

Ponadto, według danych SonarHome, od początku roku w cenach ofertowych mieszkań w największych miastach w Polsce odnotowano wzrosty, sięgające od 2% w Poznaniu do 5% we Wrocławiu (porównanie maja 2022 ze styczniem 2022). W tym samym okresie czas ekspozycji mieszkania w ofercie wydłużył się nawet do ponad 90 dni. W maju natomiast trend wzrostu cen wyhamował – jego kontynuacja widoczna była jedynie w Poznaniu (+1,5% maj vs kwiecień 2022).

Czy mamy do czynienia z kryzysem na rynku?

Prezes NBP zapowiedział, że pierwszych obniżek stóp możemy się spodziewać najszybciej w IV kw. 2023 r. lub nawet na początku 2024 r. To sygnalizuje, że popyt kredytowy nadal będzie spadał.SonarHome2

Rynek nieruchomości jest cykliczny, a każdy cykl składa się z fazy wzrostu i spowolnienia. Możliwe więc, że jesteśmy w momencie, w którym kończy się poprzedni cykl zapoczątkowany w 2013. Nie jest to kryzys, a spowolnienie, kiedy to sprzedający muszą zawalczyć o klienta. Przypomnijmy, że w poprzednim cyklu spowolnienie na rynku mieszkaniowym trwało od końca 2008 r. (czyli około 4 lat). Nie każdy cykl wygląda jednak dokładnie tak samo, ale warto przypomnieć, że ten etap nie musi trwać jedynie roku – tylko znacznie dłużej. W momentach prosperity i niskich stóp nie pamiętamy, że rynek jest cykliczny i najpewniej za jakiś czas sytuacja się odwróci – mówi Barbara Bugaj.

SonarHome3Jest szansa na szybszą poprawę

Uczestnicy branży nieruchomości nie pozostają bezczynni wobec kwietniowej rekomendacji stworzonej przez Komisję Nadzoru Finansowego, która mocno ograniczyła Polakom możliwość ubiegania się o kredyt. Środowisko deweloperskie (Polski Związek Firm Deweloperskich) wystosowało pismo do KNF z propozycją zmian łagodzących. Głównym argumentem PZFD jest to, że obecny wymóg 5 pp. buforu jest zbyt wysoki i przesadnie hamuje popyt na mieszkania. Związek tłumaczy swój apel tym, że wysokość stóp procentowych przewyższający 10% mieliśmy w latach 2001-2002 i apeluje o zmniejszenie tego buforu do 3 pp., a dla kredytów branych na stałą stopę procentową do 1 pp.

– Dziś nie można wykluczyć nawet tego, że podwyżki stóp procentowych możliwe są również w kolejnym roku i mogą dojść nawet do 10%. Sytuacji popytowej na rynku pomogłoby na pewno złagodzenie założeń rekomendacji KNF, ponieważ podwyższyłoby to zdolność kredytową nawet o około 20-30%. Nie wiemy jednak, jaka będzie odpowiedź Komisji na apel PZFD – dodaje analityk SonarHome.  

Popyt na rynku podtrzymują klienci gotówkowi, kupujący mieszkania na wynajem. Dla nich bowiem mimo bieżących cen mieszkań, zakup jest opłacalny, ponieważ stale rosną również czynsze najmu. Dla klienta, który kupiłby mieszkanie inwestycyjne na kredyt ze zmienną stopą, zakup jest najczęściej nieopłacalny i ryzykowny w kontekście kolejnych podwyżek stóp procentowych.

Mocny dolar. Miedź najtańsza od ponad roku. Bitcoin powyżej 20 tys. USD

W trakcie „covidowej” hossy rozpoczętej w marcu 2020 ceny miedzi wzrosły 2,5-krotnie osiągając najwyższy w historii poziom. Ta zwyżka zakończyła swą dynamiczną fazę w maju 2021. W marcu br. po rozpoczęciu przez Rosję ataku na Ukrainę cena miedzi ponownie ustanowiła rekord, ale tym razem to ożywienie było krótkotrwałe. Obecnie – po spadku o ponad 20 proc. – cena kontraktów na miedź na COMEX-ie znalazła się na najniższym poziomie od marca 2021 (dziś rano -3,8 proc.).

Ceny kontraktów na metale szlachetne również dziś rano spadały (złoto -0,66 proc., srebro -2,52 proc., platyna -1,39 proc., pallad -0,95 proc.), ale pozostawały powyżej poziomów swoich minimów z ostatnich tygodni.

Ponad 5 proc. taniały dziś rano kontrakty na ropę naftową osiągając najniższy poziom od miesiąca.

Taniały również zboża. Cena kontraktów na pszenicę na CBOT była dziś rano najniższa od 3 miesięcy.

Generalnie mocny był amerykański dolar. Osiągnął on dziś swe nowe przynajmniej roczne maksima względem kilku azjatyckich walut: izraelskiego szekla, indonezyjskiej rupii, koreańskiego wona, filipińskiego peso, tajlandzkiego bata oraz japońskiego jena. W przypadku tej ostatniej waluty osiągnięty dziś poziom był najwyższy od 1998 roku. Kurs EUR/USD spadał rano poniżej poziomu 1,05 proc. (-0,46 proc. ok. 9:30). W ślad za euro osłabiał się złoty (USD/PLN +0,73 proc., EUR/PLN +0,32 proc.).

Bitcoin, którego kurs względem dolara wrócić w ostatnich dniach powyżej poziomu 20000 USD, spadał dziś rano o ponad 3 proc.
Słabość surowców i siła dolara wspierała dziś obligacje skarbowe na świecie. Rentowności rządowych 10-latek generalnie spadały, ale oczywiście trzeba pamiętać, że jeszcze wczoraj rentowności 10-letnich obligacji skarbowych emitowanych przez rząd polski były najwyżej od kilkunastu lat (ponad 8 proc.).

Ceny akcji w USA korygowały wczoraj swój wcześniejszy spadek (S&P 500 +2,45 proc. we wtorek), ale ta poprawa koniunktury nie zrobiła wrażanie na giełdach azjatyckich. Główne indeksy wszystkich ważniejszych azjatyckich rynków akcji traciły dziś na wartości (Hang Seng, TAIEX i Kospi ponad 2 proc.). Najniżej od ponad roku były dziś TAIEX, Kospi oraz filipiński PSEi.

Tak samo było dziś rano w Europie (DAX -2,31 proc., CAC 40 -2,13 proc. ok. 9:40). Najniżej od ponad roku były dziś szwajcarski SMI oraz szwedzki OMX Stockholm.

WIG-20 spadał dziś rano o 1,85 proc. Jedynym indeksem sektorowym GPW, który ok. 9:40 nie tracił był WIG-Nieruchomości. Najsilniej – ok. 3,5 proc. – spadał WIG-Górnictwo, do czego przyczyniała się głównie prawie 4 proc. zniżka ceny akcji KGHM.

Wielka Rotacja – czyli polski odpowiednik globalnego trendu

Tyko w samych Stanach Zjednoczonych w 2021 roku z pracy odeszło ponad 20 milionów pracowników. Wielka Rezygnacja, bo tak określa się to zjawisko, dociera także do Europy. Dużą skalę rezygnacji z pracy odnotowano między innymi w Wielkiej Brytanii. Jednak, czy w Polsce będziemy mieli do czynienia z masowymi odejściami pracowników? Jaka będzie przyszłość rodzimego rynku pracy?

W kraju nad Wisłą 80% pracowników podczas pandemii nie przepracowało ani jednego dnia zdalnie. Natomiast przeciążenie pracą zdalną, izolacja od ludzi oraz brak rozgraniczenia pomiędzy życiem prywatnym, a pracą, to główne przyczyny masowego odchodzenia z pracy za wielką wodą. – W Polsce mamy pięć głównych gałęzi gospodarki i żadna z nich nie nadaje się do całkowitego przejścia na pracę zdalną, czy nawet hybrydową. Produkcja, transport, budownictwo, handel czy rolnictwo, funkcjonują stacjonarnie, wręcz w ściśle określonych godzinach. Mam w dodatku wrażenie, że w przypadku Wielkiej Rezygnacji w USA to myli się trochę przyczyny ze skutkami. To po stronie pracodawców bowiem leży zorganizowanie pracy tak, aby pracownicy biurowi odczuli w minimalny sposób skutki przymusowego przejścia na zdalny czy hybrydowy tryb pracy. Tam, gdzie się to nie udało widzimy tego skutki – mówi Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jeżeli chodzi o Polskę, myślę, że mamy raczej do czynienia z Wielką Rotacją, z uwagi na obecną sytuację gospodarczą, inflację i wzrost kosztów życia, mało osób będzie mogło sobie pozwolić na dłuższą przerwę w pracy. Polacy szukają raczej nowych możliwości – dodaje Kubisiak.

W Polsce bezrobocie w kwietniu tego roku wyniosło 5,2% utrzymując się stabilnie od miesięcy. Jednak od początku roku widać duży ruch w liczbie ogłoszeń rekrutacyjnych. Według analizy 50 największych portali rekrutacyjnych, liczba ogłoszeń wzrosła o 37% w stosunku do analogicznego okresu. Sami pracownicy biurowi do momentu pandemii mieli minimalne doświadczenie z pracą zdalną. Szacuje się, że przed pandemią zaledwie około 5% z 5 milionów polskich pracowników biurowych pracowało z domu. – Pandemia przewróciła nasz świat do góry nogami. Wywołała ogromny stres, a tam, gdzie równowaga w pracy została zachwiana, wśród pracowników zaczęły pojawić się myśli związane ze zmianą. I mimo, że już jesteśmy w nowej normalności, pewnych doświadczeń nie da się zapomnieć – zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Przed pracodawcami stoi obecnie wyzwanie związane z adaptacją do nowych warunków, w tym pracy hybrydowej. Tu potrzebne są rozwiązania systemowe, które będą uniwersalne dla całej organizacji – mówi Martyna Matusik, psycholog i doradca zawodowy.

Potrzeba systemowych rozwiązań związana jest także z nowymi regulacjami dotyczącymi pracy zdalnej. Tu z pomocą może przyjść technologia ułatwiająca między innymi rozliczanie pracy hybrydowej. – Znaczna część pracowników, którzy podczas pandemii „przymusowo” pracowali zdalnie, obecnie oczekuje od pracodawcy kontynuacji pracy w modelu hybrydowym. Jest to duże wyzwanie, ponieważ bez wsparcia technologii trudno będzie zarządzić tak zwanymi „gorącymi biurkami”, nie mówiąc już o rozliczaniu czasu pracy. Działy HR rozumieją, że bez elastycznego podejścia do nowej rzeczywistości firma zacznie tracić pracowników. Dziś narzędzia wspierające pracę hybrydową, to nie tylko praktyczne rozwiązanie wyzwań związanych z nową legislacją, ale przede wszystkim element zapewnienia dobrego doświadczenia pracownikom. „Employee Experience” projektuje się dziś podobnie do „user experience”, a stawką źle – lub wcale niezaprojektowanego doświadczenia, jest często ryzyko utraty pracownika – mówi Jacek Ratajczak, CEO Zonifero.

– Myślę, że pracodawcę kandydaci będą oceniali jak produkt, przez pryzmat liczby gwiazdek, a ważnym czynnikiem będzie to, jak zaadaptowaliśmy się do nowych warunków. W jaki sposób odpowiadamy na indywidualne potrzeby pracowników. Na znaczeniu zyskuje między innymi inkluzywne miejsce pracy, czyli takie w którym każdy będzie mógł czuć się dobrze i bezpiecznie – podsumowuje Katarzyna Salamończyk-Napierska z Volkswagen Poznań.

W otaczającej nas obecnie rzeczywistości amerykańska „Wielka Rezygnacja” raczej nie będzie dotyczyć polskiego rynku pracy. To co stanie się jednak znakiem naszych czasów to „Wielka Rotacja”. Sposobów na ograniczanie tego zjawiska jest kilka, jednak eksperci mówią zgodnie, że tematu nie można przespać, a do jego rozwiązania należy podejść systemowo. Budowanie doświadczenia pracowniczego jest dziś jednym z najważniejszych wyzwań każdej organizacji, która chce sprawnie funkcjonować w nowej postpandemicznej biurowej rzeczywistości.

Znacząco wzrosła ilość i wartość pożyczek

W maju 2022 r. firmy pożyczkowe współpracujące z BIK udzieliły łącznie 317,0 tys. nowych pożyczek o wartości 795 mln zł. W porównaniu do maja 2021 r. przyznały więcej pożyczek zarówno w ujęciu liczbowym (+34,3%), jak i wartościowym (+41,9%). Średnia wartość nowo udzielonej w maju 2022 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 285 zł i była wyższa od średniej wartości pożyczki udzielonej w maju 2021 r. o (+4,5%).

W maju 2022 r. 41,4% wartości nowo udzielonych pożyczek firmy pożyczkowe przyznały na kwoty powyżej 5 tys. zł, które w ujęciu liczbowym stanowiły jednak tylko 9,6% sprzedaży.

W ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 46,9% liczby udzielonego finansowania. W ujęciu wartościowym pożyczki na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 10,7% udział w sprzedaży.

W maju br. nowo udzielone pożyczki ze wszystkich przedziałów kwotowych zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały dodatnie dynamiki. Najwyższą dodatnią dynamikę w porównaniu do maja 2021 r. w ujęciu wartościowym odnotowały pożyczki z przedziału powyżej 5 tys. zł (+52,1%).

Jastrzębia podwyżka o 125 pb. zakończy cykl w Czechach?

Posiedzenie Czeskiego Banku Narodowego, którego wynik poznamy w środę 22.06, może przynieść podwyżkę stóp nawet o 125 pb. – ostatnią lub jedną z ostatnich w cyklu. To też ostatnie spotkanie przed sporymi zmianami personalnymi w Zarządzie banku, który decyduje o stopach procentowych. NBP prawdopodobnie zaserwuje rynkowi więcej podwyżek, co sprawia, że perspektywy złotego rysują się lepiej niż korony.

W Czechach nie widać wyraźnych oznak wygasania presji inflacyjnej: wzrost cen w maju ponownie okazał się wyższy od oczekiwań, osiągając 16%, zaś inflacja bazowa wzrosła do 13,9%, co jest najwyższym wynikiem w historii jej pomiarów. Dlatego bank centralny (CNB) przygotowuje się do kolejnej, dziewiątej z rzędu podwyżki stóp procentowych. Była ona już sygnalizowana przez obecnego prezesa Jiříego Rusnoka i członków Zarządu CNB.

Wykres 1: Inflacja w Czechach (2010 – 2022)Inflacja w Czechach (2010 – 2022)

Źródło: CNB, CZSO Data: 21.06.2022

Mocne pożegnanie jastrzębi z CNB

Większość ekonomistów spodziewa się podwyżki stóp o 100 lub 125 pb. z obecnych 5,75%. Uważamy, że takie oczekiwania są uzasadnione. Sami skłaniamy się ku wyższej z tych dwóch, czyli wzrostowi stopy referencyjnej do 7%, jednocześnie nie możemy wykluczyć nawet nieco większej podwyżki.

Obecny, jastrzębi Zarząd CNB może chcieć podjąć na posiedzeniu w tym tygodniu zdecydowane działania, biorąc pod uwagę, że ze względu na zmiany personalne od lipca może dojść do zmiany w podejściu banku. Na stanowisku prezesa zasiądzie gołębi Aleš Michl, rotacja zajdzie też na trzech innych stanowiskach w 7-osobowym Zarządzie. Michl jako członek obecnego Zarządu uporczywie głosował przeciwko podwyżkom stóp procentowych, nie mamy jednak pełnego obrazu w zakresie tego, jakie podejście mają nowo wybrani Eva Zamrazilová (wiceprezeska), Jan Frait i Karina Kubelková.

Otwarte pozostają pytania, czy bank zakończy podwyżki w czerwcu i kiedy nowy Zarząd rozpocznie odwracanie cyklu podwyżek stóp. Rosnąca liczba rozwiniętych gospodarek, które agresywnie podnoszą stopy, oraz silna presja cenowa sprawiają, że niepewność w tym zakresie wzrosła.

Koniec cyklu podwyżek zahamuje aprecjację korony

Ze względu na to, że rynkowe wyceny stóp procentowych w Czechach są wysokie i w ostatnim czasie jeszcze wzrosły, wspierane przez zewnętrzne wydarzenia, uważamy, że nawet podwyżka o 125 pb. może nie wesprzeć korony.

Znaczne umocnienie, jakiego doświadczyła korona, prawdopodobne bliskie zakończenie cyklu podwyżek stóp, a w dalszej perspektywie także ich obniżki to kwestie, które sprawiają, że uznajemy potencjał do dalszej aprecjacji waluty za ograniczony. Zakładamy, że polski złoty ma więcej potencjału do umocnienia i powinien doświadczyć aprecjacji również w parze z koroną czeską.

W przypadku CNB możliwe, że podwyżki skończą się na jednym, mocnym ruchu w tym tygodniu. Narodowy Bank Polski prawdopodobnie ma przed sobą więcej podwyżek. W dużej mierze liczba i wielkość ruchów RPP zależą od sytuacji wewnętrznej, w tym ewolucji inflacji w kolejnych miesiącach. Wcześniej kotwiczyliśmy nasze oczekiwania na ok. 7%, obecnie, pomimo gołębiego zwrotu NBP, bierzemy pod uwagę, że stopy mogą wzrosnąć mocniej. Rynek jest podobnego zdania i spodziewa się, że za pół roku stopy dobiją do ok. 8,5% i będą wyższe niż w Czechach. Znaczenie dla wzrostu oczekiwań mają duże podwyżki stóp procentowych ze strony banków centralnych krajów rozwiniętych (ostatnio w USA czy Szwajcarii), mogą bowiem nakładać presję na złotego, czego świadkami byliśmy w ubiegłym tygodniu.

Korona czeska jest walutą silniejszą i wydaje się mniej narażona na tego typu presję. Ponadto CNB prowadzi stosunkowo aktywną politykę kursową, reagując nawet w ostatnim okresie na negatywne zmiany na rynku, w czym pomagają mu ogromne rezerwy walutowe – większe od polskich nawet w ujęciu nominalnym. Niewykluczone, że nowy Zarząd postawi większy nacisk na to narzędzie. W tym kontekście czekamy jednak na sygnały od lipca, a szczególnie na sierpniowe posiedzenie decyzyjne Zarządu – pierwsze w nowym składzie – przy okazji którego CNB przedstawi też nowe projekcje makroekonomiczne.

Wykres 2: Czechy i Polska: stopy referencyjne, 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR i oczekiwane 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR za pół roku (FRA 6×9)Czechy i Polska. Stopy referencyjne, 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR i oczekiwane 3-miesięczne stawki międzybankowe IBOR za pół roku

Źródło: CNB, NBP, Bloomberg Data: 21.06.2022

CNB ogłosi decyzję w sprawie polityki pieniężnej o 14:30 w środę 22.06, konferencja prasowa przewodniczącego Rusnoka rozpocznie się o 15:45.

Autor: Roman Ziruk – starszy analityk Ebury

Połowa Polaków jest zestresowana bardziej niż pół roku temu, a ¼ myśli o branży IT

Prawie ¼ Polaków chciałaby pracować w IT. To, co przyciąga ich do tej branży to między innymi wysokie zarobki (79 proc.), możliwość pracy zdalnej (64 proc.) czy elastyczne podejście do pracownika (44 proc.). Globalny twórca i dostawca oprogramowania do gier online, firma Evolution, która cały czas zatrudnia inżynierów oprogramowania do swojego hubu nad Wisłą, opracowała raport “Stres a praca”, z którego wynika, że ponad 45 proc. Polaków odczuwa stres silniej niż jeszcze pół roku temu, a blisko 20 proc. wskazuje, że martwi się o swoją karierę w przyszłości, a jednocześnie prawie 40 proc. chce pracować 4 dni w tygodniu. Czy i czym Polacy faktycznie są zestresowani i jak radzą sobie ze stresem? 

3xzdrowieJak wynika z poprzedniego raportu firmy Evolution “Praca w IT”, blisko ¼ Polaków (25 proc.) chciałoby pracować w branży IT, a to, czego najbardziej oczekiwaliby po przebranżowieniu to atrakcyjne wynagrodzenie (81 proc.), elastyczny czas pracy (60 proc.) i możliwość pracy z dowolnego miejsca na Ziemi (59 proc.). Ankietowani zostali również zapytani o to, dlaczego chcieliby pracować w IT, co w ich ocenie praca w tej branży by im dała. Wśród odpowiedzi poza wysokimi zarobkami (79 proc.), pojawiła się możliwość pracy zdalnej (64 proc.), oraz elastyczne podejście do pracownika (44 proc.).

Branża IT ma bardzo dużo do zaoferowania. Pracownicy jak wynika z naszych raportów, chwalą pracodawców za dobre i elastyczne warunki pracy. W Evolution bardzo mocno stawiamy na te aspekty i wiemy, że owocowe czwartki to za mało, by odpowiednio docenić pracownika. Branża IT wyznacza standardy w obszarze zatrudnienia oraz relacji pracodawca – pracownik i być może właśnie dlatego aż ¼ Polaków zastanawia się nad przebranżowieniem do tego sektora. W Evolution zawsze chcemy dbać o wszystkich naszych pracowników. Dlatego postanowiliśmy sprawdzić, jak bardzo Polacy są zestresowani i co mogłoby im pomóckomentuje Konrad Bromiński, Senior HR Manager w Evolution.

¾ Polaków stresuje się inflacją, niewiele mniej posiadanym kredytem hipotecznym

Jak wynika z najnowszych danych 46 proc. osób biorących udział w badaniu firmy Evolution powiedziało, że czuje się bardziej zestresowana niż 6 miesięcy temu. Przy czym 44 proc. ankietowanych zadeklarowało, że nie czuje silniejszego stresu, a 10 proc. nie potrafiło udzielić jednoznacznej odpowiedzi i zaznaczyło opcję “nie wiem”.

Według badania 75 proc. ankietowanych powiedziało, że stresuje się poziomem inflacji, 11 proc. nie miało zdania na ten temat, a dla 14 proc. osób inflacja nie jest powodem do stresu. Kolejnym czynnikiem, który negatywnie wpływa na Polaków to posiadanie kredytu hipotecznego. Jest to stresogenny czynnik dla 69 proc. z nich. Dla 16 proc. ankietowanych posiadanie takiego kredytu nie jest stresujące, a 15 proc. odpowiedziało na to pytanie: nie wiem.

Nasz raport pokazuje, co czują i z jakimi problemami borykają się pracownicy nad Wisłą. Większość Polaków jest bardziej zestresowana, ma problemy ze snem i martwi się poziomem inflacji oraz o swoją karierę. Trudna sytuacja sprawia, że połowa z nich chciałaby pracować dłużej w ciągu dnia, ale 4 dni w tygodniu, zapewne by zachować więcej czasu wolnego na odpoczynek. Dobrym tutaj przykładem są właśnie firmy IT, które jako jedne z pierwszych wyszły już lata temu ku wprowadzeniu elementów relaksu w czasie pracy. W Evolution również dbamy o to, by utrzymać dobrą atmosferę każdego dnia. Chcemy, by nasi pracownicy czuli, że mogą liczyć na zrozumienie i empatię w każdej sytuacji.  komentuje Jacek Mrzygłód, Employer Branding and Communications Lead.

Prawie połowa Polaków boryka się problemami ze snem

Jak wynika z raportu blisko połowa (42 proc.) Polaków boryka się z problemami ze snem. 55 proc. ankietowanych zaprzeczyło temu, że ma takie trudności, a 3 proc. osób odpowiedziało, że nie wie. Jak powszechnie wiadomo, stres jest jednym z poważniejszych czynników, które wpływają na zakłócenia snu. Biorąc pod uwagę to, jak wielu Polaków przyznaje, że jest bardziej zestresowana niż 6 miesięcy temu, nie dziwi fakt problemów ze snem.

Firma Evolution postanowiła zapytać respondentów o to, w jaki sposób walczą ze stresem. Jak się okazuje najchętniej oglądamy film lub serial (57 proc.). Na drugim miejscu znalazło się słuchanie muzyki (54 proc.), a na trzecim spacerowanie (53 proc.). Kolejne aktywności, które pomagają ankietowanym w walce ze stresem to: spędzanie czasu ze znajomymi lub rodziną (43 proc.), czytanie książek (39 proc.), granie w gry (28 proc.), uprawianie sportu (19 proc.) i uprawianie sztuki jak malowanie, czy gra na instrumentach (6 proc.). Natomiast 6 proc. badanych nie wskazało żadnej z powyższych czynności.

Już 40 proc. Polaków chce pracować 4 dni w tygodniu

Branża IT słynie z tego, że najchętniej umożliwia swoim pracownikom możliwość pracy zdalnej i hybrydowej. Kuszące okazują się również propozycje nowych form współpracy w zakresie dni i godzin pracy. Firma Evolution zapytała ankietowanych, czy gdyby była taka możliwość, to czy chcieliby, aby godziny ich pracy zostały wydłużone, a w zamian za to mogliby pracować tylko 4 dni w tygodniu. Blisko 40 proc. (39,96 proc.) Polaków chciałaby takiej zmiany. 28,27 proc. osób biorących udział w badaniu nie chciałaby takiego systemu, a 31,77 proc. osób nie potrafiła się zdecydować.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez niezależną agencję badawczą na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków/Polek. W badaniu udział wzięło 1001 osób, z czego 52,35 proc. to kobiety, a 47,65 proc. mężczyźni. Osoby w wieku 56+ stanowiły 38,36 proc. osób badanych, osoby w wieku 41-55 lat 25,77 proc., w wieku 25-40 lat 27,07 proc., a w wieku 18-24 8,79 proc. Mieszkańcy miejscowości do 5 tys. mieszkańców (36,46 proc.), od 5 do 20 tys. mieszkańców (12,49 proc.), od 20 do 100 tys. mieszkańców 20,78 proc., od 100 do 500 tys. mieszkańców 18,28 proc., a powyżej 500 tys. mieszkańców 11,99 proc.

Jak można uratować Polski Ład?

Polski Ład 2.0, czyli przepisy, które wejdą w życie 1 lipca, jest próbą doprowadzenia do sytuacji, w której każdemu podatnikowi będzie lepiej niż w ramach obecnych przepisów (…) Nie zmienia to mojego przekonania, że przełom 2022 i 2023 roku raczej przyniesie kolejne błyskotliwe pomysły, kombinacje i próby zmian – oby tym razem po nauce na dotychczasowych błędach – prognozuje Grzegorz Ziółkowski, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej i doradca podatkowy.

Reforma, znana dziś jako Polski Ład, w swoim pierwotnym założeniu miała podstawy ideologiczne, zgodne z generalnym podejściem rządzących. Nie neguję tego – można mieć różne pomysły na zmiany podatkowe i różne cele jakie te zmiany mają realizować. Cały problem polega jednak na tym, że sposób wdrożenia Polskiego Ładu i całe zamieszanie, które nastąpiło w styczniu i lutym, było efektem naruszenia wszelkich możliwych zasad legislacji, awersji do konsultowania i odporności urzędników Ministerstwa Finansów, którzy koordynowali projekt tej reformy podatkowej, na wszelkie komentarze i uwagi. Wszelkie uwagi ekspertów, wypracowane przez lata sposoby postępowania z podobnymi zmianami, zostały zupełnie zignorowane.

To dotyczy nas wszystkich

Polski Ład można jedynie „usprawiedliwić” tym, że nie jest to pierwsza źle napisana ustawa. Podobny sposób postępowania resort wyrażał również przy opracowywaniu innych przepisów, dotyczących głównie przedsiębiorców – ustawie VAT-owskiej, ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych czy innych, bardziej „technicznych” aktach prawnych, po wejściu których w życie przedsiębiorcom utrudniano prowadzenie biznesu, a państwo nie odnotowywało z tego tytułu znaczących korzyści. Doskonałym przykładem są chociażby przepisy MRD (najbardziej chyba skomplikowane na świecie), czy też zasady rozliczania podatku u źródła, gdzie poziom oderwania pomysłów MF od rzeczywistości gospodarczej jest już legendarny. O ile jednak tego typu ustawy nie są tak nośne medialnie, o tyle zapisy Polskiego Ładu obejmują praktycznie nas wszystkich, indywidualnych podatników i wydaje się, że ministerialni urzędnicy na etapie opracowywania tej reformy nie zdawali sobie z tego sprawy – nie przemyśleli tematu, nie wykonali odpowiednich analiz i symulacji, a w konsekwencji niesamowicie skomplikowali sposób rozliczania podatków doprowadzając jednocześnie do tymczasowego pogorszenia sytuacji finansowej znacznej grupy pracowników.

Zawiodła komunikacja?

Często w przypadku niepowodzenia przedsięwzięć biznesowych mówi się, że „zawiodła komunikacja” i na przykładzie Polskiego Ładu widać to doskonale. Zawiodła bowiem przede wszystkim komunikacja z ekspertami – doradcami podatkowymi oraz księgowymi. To specjaliści, którzy globalnie w swojej masie ze względu na doświadczenia swoje lub swoich klientów potrafią lepiej i skuteczniej przewidywać skutki wejścia w życie kolejnych przepisów.

Na konsultacje dano bardzo mało czasu, ich efekt wyrzucono do kosza, w trakcie procesu legislacyjnego nikt już nie słuchał uwag ekspertów, ustawę przeforsował tzw. walec, a w styczniu Ministerstwo Finansów obudziło się w sytuacji, w której ludzie zaczęli dostawać niższe wynagrodzenia.

To, że Ministerstwo Finansów zaprasza ekspertów na konsultacje, po czym nie uwzględnia uwag pozyskanych na drodze tych konsultacji, jest już niestety trendem i to nie od kilku, a od kilkunastu lat. Eksperci wskazują potencjalny problem i wykazują jego skutki, a urzędnicy ministerialni zakrywają uszy, zasłaniają oczy i po ostrzeżeniu dalej brną w forsowanie reformy w niezmienionym kształcie. Nie jesteśmy w stanie zrozumieć, czemu nasze uwagi są ignorowane i czemu ludzie podejmujący decyzje o kształcie przepisów, piszą je źle. Czy to kwestia „tylko” złego zarządzania i podejścia a może „aż” buty czy przekonania o własnej omnipotencji? A może po prostu brak doświadczenia, wiedzy i wyobraźni?

W kontekście Polskiego Ładu często przewijało się również pytanie, czy przesunięcie jego wdrożenia o rok uratowałoby tę ustawę. Odpowiedź jest klarowna: przy tak źle skonstruowanych, dziurawych i zapętlonych przepisach mogłoby uchronić ją od tylko niektórych błędów, ale wiedząc, że Ministerstwo i tak nie posłucha głosów ekspertów, rok zwłoki chyba nic by nie dał.

1 lipca Polski Ład zostanie uratowany?

Jedyny możliwy ruch do wykonania – a tym samym uratowania Polskiego Ładu – to doprowadzenie do sytuacji, w której nowa „ratunkowa” ustawa polepsza sytuację wszystkich podatników. Przepisy, praktyka i wyroki Trybunału Konstytucyjnego w bardzo dużym uproszczeniu sprowadzają się bowiem do tego, że w podatkach dochodowych zmian niekorzystnych dla podatników nie można wprowadzać w trakcie roku.

Polski Ład 2.0, czyli przepisy, które wejdą w życie 1 lipca, jest próbą doprowadzenia do sytuacji, w której każdemu podatnikowi będzie lepiej niż w ramach obecnych przepisów. Nie można było zrobić tego w styczniu szybkim zawieszeniem ustawy dlatego, że dla części podatników opodatkowanie pod nowymi przepisami było korzystniejsze niż dotychczas. Jedynym wyjściem rządzących było doprowadzenie do sytuacji, w której sytuacja wszystkich podatników będzie po prostu lepsza. Obniżenie stawki podatku z 17 do 12 proc., uproszczenie innych regulacji czy możliwość zmiany formy opodatkowania przez przedsiębiorców to przykładowe rozwiązania, które czynią sytuację podatników lepszą. Nie zmienia to mojego przekonania, że przełom 2022 i 2023 roku przyniesie chyba kolejne problemy, kombinacje i próby zmian – oby tym razem po nauce na dotychczasowych błędach.

Brakuje dialogu i profesjonalizmu

Wdrożenie Polskiego Ładu to niechlubny fenomen. W żadnym z krajów z naszego kręgu kulturowego nie spotkałem się z sytuacją wprowadzenia zmian podatkowych w tak krótkim czasie i w tak chaotyczny sposób. Każdy rząd ma prawo zmieniać przepisy i uważać, że podatki, składki zdrowotne czy ubezpieczenia społeczne powinny być wyższe lub niższe. Zmiany można jednak wprowadzać profesjonalnie i nieprofesjonalnie.  Pierwszy sposób oznacza, że w oparciu o określoną ideę przygotowuje się spójne, dobre przepisy, które realizują przyjęty cel. Później potrzebne są już tylko czas na refleksję i konsultacje społeczne, w wyniku których następuje dostrojenie przepisów, załatanie dziur, poprawienie wątpliwości interpretacyjnych itp. Drugi sposób zakłada całkowitą odwrotność i to właśnie jego doświadczyliśmy na etapie wdrożenia Polskiego Ładu.

W moim odczuciu w Ministerstwie Finansów brakuje osób, które byłyby w stanie podjąć realny dialog z biznesem, otworzyć się na ich sugestie, pomysły i nabrać rzeczywistego przekonania, że przedsiębiorcy, księgowi i doradcy podatkowi mogą podsunąć konstruktywne, dobre i mądre rozwiązania. Nie chodzi nawet o kompromis na poziomie samej idei, a wyłącznie jej wdrażania – tak, by przepisy były spójne, a ich wdrożeniu towarzyszyły dialog i profesjonalizm. Jeżeli Ministerstwo Finansów nie zmieni podejścia i nie nawiąże prawdziwego dialogu z rynkiem, takich Polskich Ładów będziemy mieli niestety więcej.

Grzegorz Ziółkowski, wykładowca w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, doradca podatkowy, członek ACCA

Deloitte: Prędkość połączenia przestaje być jedynym wyznacznikiem atrakcyjności usług dostępu do sieci – kluczowa jest stabilność i niezawodność

Użytkownicy coraz częściej oczekują usług szerokopasmowego dostępu do sieci o lepszej jakości i większej stabilności połączenia, podczas gdy prędkość transferu schodzi na drugi plan – wynika z raportu Broadband Consumer Survey 2022, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Relatywnie dobra jakość dostępnego w Polsce Internetu szerokopasmowego powoduje, że polscy konsumenci deklarują wyższą satysfakcję z otrzymywanych usług w porównaniu z użytkownikami z Czech czy Węgier.

Przeprowadzone w kwietniu 2022 r. badanie Deloitte pokazuje, że z perspektywy Polaków to właśnie niezawodność i stabilność sieci są kluczowe dla doświadczenia korzystania z Internetu, na co wskazuje 94 proc. respondentów. Jednocześnie jednak jedynie co czwarty badany z Polski posiada w pełni stabilne i niezawodne połączenie z Internetem. 46 proc. deklaruje, że problemy z dostępem do sieci ma rzadziej niż raz w miesiącu, a blisko co dziesiąty doświadczał pogorszenia jakości połączenia szerokopasmowego co najmniej raz w tygodniu. Z badania wynika również, że w szczególności grupa młodych ludzi (18-24) deklarowała problem z niezawodnością łączy częściej niż raz w miesiącu (35 proc.).

Stabilna sieć oferuje transfer bez utraty pakietów danych, powstawania opóźnień czy desynchronizacji, co przekłada się na odczuwaną wysoką jakość połączenia. Co dziesiąty konsument w badaniu Deloitte wskazuje ten problem jako barierę podczas korzystania z Internetu. Świadomość wagi tego czynnika dla końcowego doświadczenia w sieci jest większa w najmłodszej grupie wiekowej, najczęściej korzystającej z gier online, gdzie kształtuje się na poziomie 21 proc.

– W ostatnich latach trwale zmienił się nie tylko rynek pracy dopuszczający w większym stopniu telepracę, ale i zachowania konsumentów, którzy aktywnie korzystają z internetowych serwisów wideo, zakupów w sieci czy gier online. Wchodzimy obecnie w nowy etap rozwoju rynku usług dostępu do Internetu, w którym dla znacznej części użytkowników prędkość przestaje być jedynym wyznacznikiem atrakcyjności danej oferty, a o doświadczeniach klienta w coraz większym stopniu będzie decydować jakość otrzymywanej usługi – podkreśla Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Eksperci Deloitte wskazują na potencjał rozwoju usług i możliwości poprawy doświadczenia klienta właśnie w obszarze jakościowym. Stawia to oczywiście przed operatorami i dostawcami szereg wyzwań, w tym m.in. w zakresie jakości obsługi klienta z naciskiem na takie aspekty jak wielokanałowość, łatwość dostępu czy szybkość rozwiązywania problemów. Jednocześnie kluczowe są dalsze prace techniczne nad poprawą jakości i stabilności sieci.

Odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania klientów może być wdrożenie nie tylko analizy jakości połączenia końcowego, co jest obecnie już praktycznie standardem u operatorów telewizji kablowych i sieci światłowodowych, ale także dodatkowych narzędzi, które pozwolą na analizę pozyskiwanych danych. W praktyce tzw. predictive maintenance pozwala na szybsze rozpoznanie problemów zanim będą one zauważalne i odczuwalne dla użytkowników sieci, a tym samym obniża koszt obsługi i poprawia jakość doświadczenia klienta – mówi Marcin Ziółkowski, partner associate, z działu konsultingu Deloitte.

Blisko co drugi uczestnik badania z Polski posiadający dostęp do Internetu szerokopasmowego korzysta obecnie z łączy cechujących się deklarowanym transferem powyżej 100 Mb/s, a blisko 70 proc. posiada połączenia o prędkości powyżej 50 Mb/s. Z usług o niższych parametrach dostępu szerokopasmowego częściej korzystają mieszkańcy mniejszych miast i terenów wiejskich, ale nie są to duże różnice. W konsekwencji co trzeci ankietowany w badaniu Deloitte wyraża wątpliwość, czy potrzebuje większej przepustowości do użytku domowego.

Co ciekawe, jedynie co drugi badany przeprowadził test prędkości posiadanego łącza i posiada wiedzę, jaką prędkością Internetu realnie dysponuje. Jest to tendencja obserwowana także na innych badanych rynkach naszego regionu. Świadomość możliwości, jakie mamy jako użytkownicy w zakresie monitorowania jakości otrzymywanych usług dostępu szerokopasmowego, jest wyższa w grupie konsumentów do 44. roku życia, z których blisko 60 proc. sprawdzało prędkość domowego Internetu.

Za jakość Internetu Polacy są skłonni zapłacić więcej

Swego rodzaju punktem zwrotnym w rozwoju usług dostępu do Internetu była pandemia, gdy pewność komunikacji i jakość połączenia okazała się kluczowa, przesuwając czynnik cenowy na drugi plan.

O tym, że polski rynek dojrzał do konkurowania jakością świadczy wysoki odsetek ankietowanych deklarujących gotowość do ponoszenia wyższej opłaty za szerokopasmowy dostęp do sieci, jeśli korzyścią będzie wyższa jakość połączenia – tak odpowiedziało aż 78 proc. badanych. Na zwiększenie wydatków z domowego budżetu w zamian za jakość częściej są skłonni zgodzić się mieszkańcy średnich i mniejszych miast oraz terenów wiejskich. Co czwarty ankietowany z grupy zamieszkałej w miastach poniżej 20 tys. i terenów wiejskich byłby skłonny dopłacić do 20 zł za lepszą jakość domowego łącza. Z kolei jedna trzecia respondentów powyżej 55. roku życia nie zamierza ponosić większych kosztów z tego tytułu. Warto także podkreślić, że 40 proc. ankietowanych byłaby skłonna zapłacić za udostępnienie tzw. kanału zapasowego, oferowanego automatycznie w przypadku awarii łącza podstawowego, co bardzo jasno pokazuje znaczenie niezawodności dla użytkowników sieci.

Rozwój nowoczesnych sieci w opinii konsumentów

Najbardziej zadowoloną grupą użytkowników Internetu szerokopasmowego są w badaniu Deloitte konsumenci deklarujący posiadanie światłowodu, który cieszy się opinią najbardziej stabilnego i niezawodnego łącza. Zdecydowana większość respondentów rozumie potrzebę prac instalacyjnych związanych z zapewnieniem dostępu do sieci światłowodowej. Jedynie 5 proc. nie zgodziłoby się na instalację z uwagi na potencjalne niedogodności na terenie posesji czy budynku.

Jak pokazuje badanie, usługi oferowane przez sieć komórkową także zyskały duże grono zadowolonych klientów, co jest dobrym sygnałem pod kątem dalszego rozwoju sieci 5G i pozyskiwania kolejnych użytkowników. Blisko 60 proc. respondentów w Polsce jest skłonnych zamienić swój stacjonarny Internet na rozwiązanie mobilne gwarantujące oczekiwane standardy połączenia, w tym 5G. Chęć zmiany częściej wykazują mieszkańcy ośrodków średniej wielkości, a użytkownicy powyżej 55. roku są bardziej sceptycznie nastawieni do takiego rozwiązania.

Polski rynek telekomunikacyjny pójdzie, moim zdaniem, drogą współistnienia sieci mobilnych i sieci światłowodowych. W praktyce oznacza to, że w tych lokalizacjach, gdzie charakter korzystania z sieci ma formę bardziej stacjonarną, a nie będzie dostępny światłowód, będziemy polegać na Internecie mobilnym, w tym 5G. Dopiero wykorzystanie 5G przez biznes m.in. do Internetu rzeczy, przemysłu 4.0 czy telemedycyny będzie impulsem do jej pełnego wykorzystania, także przez konsumentów indywidualnych – mówi Sławomir Lubak.

Polski rynek na tle ościennych – nowsze rozwiązania, większa satysfakcja

Rozwój rynku telekomunikacyjnego w oparciu o nowsze rozwiązania przekłada się na poczucie satysfakcji z oferowanych w Polsce usług sieciowych. 81 proc. ankietowanych wyraża swoje zadowolenie, podczas gdy w Czechach podobną opinię podziela 70 proc. respondentów, a na Węgrzech tylko 57 proc. Co ważne, w Polsce poziom satysfakcji z otrzymywanych usług szerokopasmowego dostępu jest zbliżony niezależnie od miejsca zamieszkania użytkownika.

Pomimo deklarowania wysokiej satysfakcji z otrzymywanych usług polscy konsumenci nie wykazują się jednak wysoką lojalnością – aż 23 proc. z nich jest gotowa do zmiany dostawcy Internetu, a kolejne 37 proc. byłoby skłonne rozważyć taką możliwość. Oznacza to, że grupa użytkowników potencjalnie gotowa na przejście do innego dostawcy jest blisko cztery razy większa niż badanych, którzy nie widzą potrzeby zmiany (jedynie 16 proc.). Co dziesiąta ankietowana osoba rozważając zmianę oferty zdecydowanie wołałaby pozostać przy obecnym dostawcy.

O badaniu

Badanie Polski raport jest częścią Deloitte Broadband Consumer Survey 2022 – międzynarodowego badania użytkowników Internetu szerokopasmowego przeprowadzonego na podstawie ponad kilku tysięcy wywiadów z respondentami na wybranych rynkach europejskich w pierwszej połowie 2022 r. Dane cytowane w raporcie dla Polski oparte są na reprezentatywnej w skali kraju próbie 2008 polskich konsumentów w wieku 18-65 lat. Badania odbyły się w kwietniu 2022 r. i zostały przeprowadzone przez Internet przez niezależną firmę badawczą Dynata na podstawie pytań dostarczonych przez Deloitte.

Badane zagadnienia dotyczyły m.in. takich kwestii, jak kluczowe czynniki satysfakcji z usług dostępu do Internetu, najważniejsze czynniki brane pod uwagę przy zmianie dostawcy lub usługi, gotowość użytkowników do dodatkowych inwestycji w usługi dostępu do Internetu, analiza skłonności użytkowników do zmiany dostawcy lub oferty, największe wyzwania związane z korzystaniem z szerokopasmowego Internetu z perspektywy użytkowników, porównanie danych z rynkiem czeskim, węgierskim i niemieckim.

Outsourcing pracowniczy — dlaczego się opłaca?

Istnieje wiele branż, dla których normalną sytuacją są okresy pełne nowych zleceń, a także miesiące, gdy jest ich znacznie mniej. W takiej sytuacji, firmy nie chcąc tworzyć nowych etatów dedykowanych wyłącznie danemu projektowi, decydują się na outsourcing pracowniczy. Jest to świetne rozwiązanie również dla wszystkich przedsiębiorstw, które poszukują optymalizacji kosztów. Dlaczego się opłaca? Podpowiadamy.

Czym jest outsourcing?

Outsourcing polega na powierzeniu przez przedsiębiorstwo części jego wewnętrznych procesów zewnętrznemu podmiotowi, który specjalizuje się w danej branży. W tym przypadku oddelegowany do wyznaczonych zadań jest zewnętrzny pracownik. Przedsiębiorca, który korzysta z takiej usługi, nie nawiązuje więc stosunku pracy z tą konkretną osobą, tylko rozlicza się z firmą outsourcingową, taką jak Agencja pracy tymczasowej Fast Service. To do jej obowiązków należy koordynacja wszelkich kwestii formalnych i administracyjnych związanych z zatrudnieniem pracowników tymczasowych, a także rozliczanie ich płac.

Zalety outsourcingu pracowniczego

Przedsiębiorstwa, które korzystają z outsourcingu pracowników, doceniają to rozwiązanie ze względu na to, że mogą się skupić wyłącznie na podstawowym obszarze swojego funkcjonowania. Jest to więc dla nich duża oszczędność czasu i pieniędzy, które mogą inwestować w budowanie przewagi konkurencyjnej.

Niewątpliwą zaletą outsourcingu pracowniczego są korzyści finansowe, ponieważ to firma, która deleguje pracownika, zajmuje się opłaceniem jego wszelkich składek, a także zobowiązań podatkowych. W razie ewentualnych zwolnień lekarskich to również przedsiębiorstwo outsourcingowe ponosi ich koszty. Dodatkowo decydując się na ten rodzaj współpracy, nie musimy martwić się rekrutacją i utrzymaniem miejsca pracy.

Jedną z największych zalet outsourcingu pracowniczego jest odciążenie swojego własnego personelu. Często powierzenie swoim pracownikom obowiązków, które leżą poza ich obszarem zainteresowań, może być dla nich czasochłonne i wzbudzać frustracje. Outsourcing pracowniczy pozwala na odciążenie personelu, zwłaszcza w okresach zmultiplikowanej liczby zleceń, ale także na przykład podczas sezonu urlopowego.

Podjęcie współpracy z firmą, która zajmuje się outsourcingiem pracowniczym, pozwala również na przyspieszenie procesu rekrutacji, a także odciążenie działu HR. Dodatkowo korzystanie z firmy zewnętrznej pozwala na znaczne szybsze pozyskanie personelu. Więcej informacji na temat outsourcingu pracowniczego znajdziemy na https://fast-service.com.pl/outsourcing-2/.

Nowe trendy w handlu elektronicznym w Europie: cyfrowe portfele zdobywają Niemcy, podczas gdy PayPal wciąż dominuje we Włoszech

  • Dobra fizyczne dominują w europejskich wydatkach na handel elektroniczny, podczas gdy usługi cyfrowe i podróże dopiero wracają do łask, wynika z raportu Nexi 2021 European eCommerce Report.
  • Łączna wartość wydatków na zakupy online we Włoszech, Niemczech oraz krajach skandynawskich wyniosła w 2021 roku prawie pół biliona euro.

Nowe trendy w płatnościach e-commerce ewoluują, wynika z najnowszego raportu sporządzanego przez europejską Grupę Nexi. Niemieccy konsumenci wybierają e-portfele zamiast dotychczas preferowanego fakturowania i płatności przelewem. Natomiast silną popularnością we Włoszech cieszy się wciąż PayPal, który jest preferowany przez połowę kupujących.

Konsumenci w Finlandii wydali na zakupy w sieci w 2021 roku ponad 8,7 mld euro. W Danii było to 14 mld euro; w Norwegii 15,7 mld euro; w Szwecji 22,5 mld euro; w Austrii 23,2 mld euro oraz 31,4 mld euro w Szwajcarii. Europejskimi liderami okazały się Włochy z 186,7 mld euro i Niemcy z wydatkami rzędu 190 mld euro. Łączna wartość wydatków na zakupy online wyniosła prawie 500 miliardów euro.

Niemieccy konsumenci prawie zawsze wybierają płatność za pomocą portfel elektronicznych. 39 proc. preferuje właśnie taką metodę, 23 proc wciąż woli regulować faktury w tradycyjny sposób za pomocą przelewu. Austria podziela niemieckie zamiłowanie do e-portfeli (25 proc.), stawiając na prostotę, bezpieczeństwo i szybkość.

Natomiast we Włoszech konsumenci zdecydowanie preferują PayPal (50 proc.), przy czym 58 proc. wskazuje bezpieczeństwo jako kluczowy czynnik przy podejmowaniu decyzji dotyczącej formy płatności. Drugą ulubioną włoską opcją są karty płatnicze – 19 proc.

Duńscy konsumenci w przeważającej mierze preferują płatności kartą kredytową (51 proc.), ale ponad jedna trzecia (34 proc.) korzysta z popularnej w Danii aplikacji MobilePay. Finowie nadal preferują „tradycyjne” technologie transakcyjne, jak przelewy bankowe online (34 proc.) czy karty kredytowe (24 proc.). Duża popularnością w Skandynawii cieszą się lokalne metody płatności, jak VIPPS w Norwegii (23 proc.) czy Swish w Szwecji (19 proc).

– Raport Nexi European eCommerce 2021 pokazuje, że konsumenci oczekują, sprawdzonych, bezpiecznych i wygodnych form płatności. – mówi Omar Haque, Head Group E-commerce w Nexi Group. – Kupujący mają większe zaufanie do nabywania produktów online niż przed pandemią, co w niespotykany dotąd sposób przełoży się na demokratyzację zakupów online we wszystkich kategoriach produktowych w Europie. Co ciekawe ​​konsumenci porzucają koszyk, jeśli na przykład nie otrzymują możliwości skorzystania z preferowanej opcji płatności.

Potrzebne inwestycje w infrastrukturę gazu LPG

Polska Izba Gazu Płynnego (PIGP) – identyfikując się z sytuacją naszych Ukraińskich sąsiadów – w pełni popiera deklarację polskiego rządu o odejściu od dostaw rosyjskiego LPG do końca bieżącego roku. Izba uważa, że zadeklarowany przez rząd termin jest realny, abyśmy mogli chociaż częściowo zastąpić dotychczasowe dostawy dostawami z innych kierunków. Obecnie prowadzone są rozmowy zarówno z dostawcami jak i z dysponentami sieci logistycznych, które pozwolą na przekierowanie do polski dostaw z innych kierunków niż dotychczasowy kierunek rosyjski. Kluczowe jednak w tej sytuacji jest podjęcie przez Unię jasnych zobowiązań sankcyjnych tak, aby uniknąć sytuacji w której tylko Polska wprowadzi sankcje – a tymczasem rosyjski gaz LPG będzie nadal płynął do krajów Europy Zachodniej, po czym będzie wracał jako gaz europejski do Polski, tyle tylko, że w zdecydowanie wyższych cenach. Za to zapłaci przede wszystkim polski odbiorca.

– Polska musi jak najszybciej rozpocząć inwestycje w nową infrastrukturę dla dostaw gazu LPG z kierunków zachodnich. Prywatni polscy przedsiębiorcy – działający na tym rynku od 30 lat – zbudowali ogromne możliwości przeładunkowe i magazynowe na wschodniej granicy. Zainwestowali miliony złotych, a teraz okazuje się, że ta infrastruktura nie będzie potrzebna po zakręceniu kurka z gazem LPG z Rosji – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Bielski, prezes Polskiej Izby Gazu Płynnego (PIGP) – Dlatego jak najszybciej trzeba rozpocząć inwestycje w nową infrastrukturę w zachodniej części Polski oraz w portach morskich.  Tu ważną rolę mogą odegrać instytucje państwowe, które powinny takie inwestycje budżetowe także zaplanować. Można na przykład przeznaczyć ponad 1,5 mld zł – środków zgormadzonych przez Rządową Agencję Rezerw Strategicznych w ramach opłaty zapasowej płaconej przez importerów LPG na przestrzeni ostatnich lat – aby zbudować nowe magazyny i terminale przeładunkowe. Całkowite rozbudowanie infrastruktury przeładunkowej i przystosowanie jej do przyjmowania w 100% gazu z kierunku zachodniego potrzeba od 2 do 3 lat. Jednak zadeklarowany przez Przedstawicieli Rządu okres przejściowy do końca bieżącego roku pozwoli przynajmniej na zabezpieczenie podstawowych potrzeb konsumentów gazu i pozwoli uniknąć kryzysu w postaci braku dostaw.

Takie decyzje potrzebne są jak najszybciej. Dodatkowo Polska jest obecnie istotnym eksporterem gazu LPG na Ukrainę. W związku z trwającą wojną gaz nie płynie na Ukrainę z Rosji, Białorusi (z powodów politycznych), z Kazachstanu (ze względów logistycznych), ani morzem z uwagi na blokadę portów czarnomorskich. Sytuacja ta będzie trwać nadal również po wojnie. Ograniczając podaż na rynku polskim zmniejszy się możliwość dostaw gazu z Polski na Ukrainę. Po zakończeniu wojny należy zakładać, że importerzy z Ukrainy również będą przez pewien czas polegać na dostawach z Polski, dopóki nie przygotują własnej logistyki dostaw i infrastruktury. Dlatego infrastruktura LPG w Polsce ma obecnie wymiar krytyczny – apeluje Bielski.

Wynajem mieszkania zamiast kupna? Rynek najmu znów na fali

Drastycznie drożejące kredyty, niepewność gospodarcza i polityczna, fala migracji ze wschodu – wszystkie te czynniki przesuwają zainteresowanie klientów rynku mieszkaniowego z kupna na wynajem. Czynsze mocno idą w górę, trend rosnący widać od początku roku. Rynek należy do wynajmującego, najemcy są w gorszej pozycji, bo popyt na mieszkania do wynajęcia przewyższa podaż.

Wyraźne przesunięcie w kierunku wynajmu jest zauważalne, jeśli spojrzeć na wzrosty stawek za mieszkania. Czynsze szły co prawda w górę przez cały zeszły rok, ale przyspieszyły po pierwszych podwyżkach stóp procentowych NBP, a więc jesienią zeszłego roku i z początkiem tego roku, gdy okazało się, że pieniądz pożyczony z banku nadal bardzo szybko drożeje.

Popularny wynajem

Wynajem w przypadku wielu osób rozważających kupno własnego M, stał się koniecznością z racji topniejącej zdolności kredytowej i rosnących rat. Przypomnijmy, że od jesieni zeszłego roku do teraz podstawowa stopa procentowa NBP wzrosła z niemal zera do 6 proc. Do tego trzeba dodać marżę bankową i prowizję, by uzyskać całkowity koszt kredytowania. Dziś RRSO przeciętnego kredytu na 30 lat wynosi około 8,5 – 10 proc.

Taki stan rzeczy oczywiście drastycznie przekłada się na zdolność kredytową. Dla przykładu – jeśli na koniec kwietnia modelowa rodzina średnio zarabiających mieszkańców Warszawy z dzieckiem, chciała zaciągnąć kredyt, mogła uzyskać finansowanie w wysokości  nieco ponad 400 tys. zł. Wg analityków PKO BP, rok temu byłoby to ponad 1,1 mln zł.

Z analizy ekspertów banku wynika, że zdolność kredytowa modelowych odbiorców zmniejszyła się aż o ponad połowę w porównaniu do minionych 12 miesięcy, z czego w 2/3 odpowiada za to wzrost stóp procentowych, a w 1/3 rekomendowane bankom przez KNF zasady wyliczania tejże zdolności. W Katowicach, czy Krakowie w zeszłym roku średnio zarabiająca rodzina z dzieckiem mogła dostać nawet 1 mln zł kredytu na 25 lat. Teraz jest to 400 tys. zł. W ujęciu procentowym zdolność kredytowa dla mieszkańców tych miast spadła o ponad 50 proc. W Warszawie spadek jest blisko 60–procentowy. Zaznaczmy, że od momentu, kiedy raport został opublikowany stopy procentowe NBP poszły jeszcze do góry.

Kredyty mieszkaniowe – spada liczba wniosków

Taka sytuacja musi uderzać w popyt na mieszkania i kredyty mieszkaniowe – i uderza. Widać to było już w pierwszym kwartale roku. Wg ekspertów PKO BP w lutym liczba wniosków kredytowych spadła aż o 36,3% r/r, a w marcu o 5,9% r/r.

Z danych Amron – Sarfin wynika, że w I kwartale br. liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych wyniosła 47 767 i była niższa aż o 25,27% niż w poprzednim kwartale i niższa o 16,45% od wyników I kwartału zeszłego roku. Wartość nowo udzielonych kredytów hipotecznych wyniosła 16,932 mld zł, co oznacza spadek o 24,59% w odniesieniu do IV kwartału ubiegłego roku oraz o 5,36% do analogicznego okresu zeszłego roku.

Tak więc rosnące zainteresowanie wynajmem  w wielu przypadkach jest po prostu koniecznością, wynikającą z niemożności zakupu mieszkania na własność. Rynek wynajmującego już przed pandemią kształtowany był w dużej mierze przez rzesze obcokrajowców ze wschodu, którzy u nas pracowali. Zainteresowanie wynajmem – zwłaszcza krótkoterminowym – spadło co prawda mocno w pierwszym okresie pandemii, ale popyt szybko się odbudował i dziś przekracza już poziom z 2019 roku, zwłaszcza że od lutego do Polski przyjechało kolejne kilka milionów osób z ogarniętej wojną Ukrainy.

Czynsze na drożdżach

Z ostatniego raportu Amron Sarfin za I kw. 2022 wynika, że tylko w ciągu kwartału czynsze najmu mieszkań w Warszawie wzrosły aż o ponad 8 proc., a wzrost stawek rok do roku wyniósł aż ponad 23 procent. Najwyższe kwartalne wzrosty odnotowano we Wrocławiu, gdzie w ciągu kwartału mieszkania podrożały o ponad 10 proc., a rok do roku o 22 proc. W Katowicach roczny wzrost stawek wyniósł aż ponad 27 proc.

Mapka 1 Czynsze najmu (źródło: Amron Sarfin, raport za I kw. 2022)Czynsze najmu

Wynajem a kredyt

Z danych Amron – Sarfin wynika, że w Warszawie przeciętny czynsz najmu mieszkania wynosi aktualnie 2000 zł. Jest to stawka uśredniona. Można założyć, że przeciętne ceny najmu dwóch pokoi będą wynosić około 2200 – 2500 zł miesięcznie. Zakładając, że modelowa rodzina zaciągnie kredyt na 30 lat na kwotę 400 tys. zł, by kupić mieszkanie dwupokojowe, to aktualnie rata takiego kredytu wyniesie już ponad 3000 zł. Tak więc wynajem wypada korzystniej jeśli chodzi o wysokość obciążenia, jest też po prostu łatwiejszy do uzyskania, bowiem najemca nie przechodzi szczegółowej procedury analizy możliwości finansowych, jak ma to miejsce przy kredycie. Nie ulega jednak wątpliwości, że wraz z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych i drożejącymi kredytami, w górę będą szły również stawki czynszów mieszkań.

Eksperci rynku mieszkaniowego podkreślają, że to właśnie popyt na mieszkania na wynajem ze strony klientów inwestycyjnych może w pewnym stopniu zahamować korektę cen mieszkań. Inwestorzy, zwłaszcza posiadający kapitał, którzy nie muszą posiłkować się kredytem, będą nadal zainteresowani taką lokatą środków, zwłaszcza w obliczu rosnącego popytu ze strony najemców. Poza tym zakup mieszkania postrzegany jest ciągle jako bezpieczna w dłuższej perspektywie forma lokaty środków i zachowania ich wartości.

Autor: Marcin Moneta, ekspert portalu GetHome.pl

VRG S.A. przeznaczy 39,8 mln zł na dywidendę

Zwyczajne walne zgromadzenie VRG S.A. zdecydowało o przeznaczeniu 39,8 mln zł z zysku netto osiągniętego przez spółkę w latach ubiegłych na dywidendę, co oznacza wypłatę 0,17 zł na akcję – podała spółka w komunikacie.

Decyzja walnego zgromadzenia dotycząca wypłaty dywidendy jest zgodna z uchwałą przyjętą przez zarząd VRG S.A. w dniu 20 maja 2022 r. oraz z polityką dywidendową spółki. Dzień dywidendy tj. dzień ustalenia listy akcjonariuszy uprawnionych do dywidendy za 2021 rok, ustalono na dzień 15 lipca 2022 r. Termin wypłaty dywidendy ustalono na dzień 29 lipca 2022 roku.

– Jednym z celów zarządu jest zwiększenie atrakcyjności inwestycyjnej VRG, a co za tym idzie wartości naszych akcji. Środkiem do tego celu jest wzrost biznesu oraz odpowiedzialne dzielenie się wypracowanym przez Grupę zyskiem z akcjonariuszami. Rekomendacja o wypłacie dywidendy oraz opublikowanie polityki dywidendowej było jedną z naszych pierwszych wspólnych decyzji jako zarządu. To nasz manifest określający, jak chcemy zarządzać spółką w następnych latach – mówi Janusz Płocica, prezes zarządu VRG

Decyzja o wypłacie dywidendy stanowi realizację założeń przyjętej przez zarząd VRG S.A. w dniu 18 maja 2022 roku polityki dywidendowej spółki. Zakłada ona coroczne rekomendowanie wypłaty w przedziale 20-70 proc. skonsolidowanego zysku netto przy założeniu, że wskaźnik dług netto/EBITDA na koniec roku obrotowego wyniesie mniej niż 2,5. Każdorazowo przed przedstawieniem rekomendacji walnemu zgromadzeniu, zarząd będzie brał pod uwagę sytuację finansową Grupy, potrzeby inwestycyjne, sytuację płynnościową, perspektywy rozwoju w danej sytuacji rynkowej i makroekonomicznej, plany akwizycyjne oraz kowenanty bankowe.

Ostatnia wypłata dywidendy przez VRG S.A. (dawniej Vistula Group S.A.), w wysokości 0,74 zł na akcję, miała miejsce w 1999 roku.

Życie na kredycie: 72% kredytobiorców dotkliwie odczuwa wzrost rat

Jak wynika z najnowszego raportu „Polacy o cenach produktów i usług”, opracowanego przez agencję Inquiry, już co trzeci Polak odczuwa dotkliwie wzrost rat kredytów zarówno konsumpcyjnych, jak i hipotecznych. Zmniejsza się także siła nabywcza gospodarstw domowych – blisko połowa badanych (46%) wskazuje, że w porównaniu z ubiegłym rokiem odczuwają spadek dochodów. Równie duża grupa osób spodziewa się, że podobna tendencja utrzyma się w najbliższej przyszłości.

Znaczący wzrost cen produktów i usług spowodował, iż w ciągu ostatniego miesiąca wzrosły obawy o możliwość terminowej spłaty kredytów – w maju 2022 r. odsetek osób deklarujących takie obawy wśród kredytobiorców wynosił 62% w porównaniu do 55% w marcu i 57% w kwietniu. Jednocześnie wzrost wysokości rat kredytów okazał się bardzo dotkliwy dla budżetu domowego co trzeciego kredytobiorcy, a dla dalszych 39% – raczej dotkliwy. Skala zjawiska jest niepokojąca, biorąc pod uwagę, że prawie połowa z nas spłaca kredyt konsumpcyjny lub hipoteczny.

Oprócz wzrostu rat kredytów, wielu Polaków odczuwa wzrost cen produktów i usług. Zdecydowana większość wskazuje w kolejnych falach badania, ze w ostatnim miesiącu wzrosły ceny produktów spożywczych (94%) oraz pozostałych produktów i usług (85%). Z miesiąca na miesiąc zwiększa się także odsetek osób, dla których wzrost cen produktów i usług jest uciążliwy: na wysokie ceny skarży się już obecnie 2/3 badanych. Wzrost cen powoduje, że musimy ograniczać wydatki, przy czym najczęściej rezygnujemy z wydatków na rozrywkę i kulturę, a także usługi gastronomiczne.

Badani dostrzegają także związek pomiędzy inflacją a sytuacją międzynarodową (70%), jak również ze wzrostem cen paliw (77%), energii (69%), oraz transportu (52%), które podają najczęściej za przyczyny obecnej sytuacji. Dodatkowo Polacy tłumaczą wzrost cen wzrostem podatków (36%) oraz programami społecznymi, w tym 500+ (34%). W konsekwencji, aż 88% Polaków spodziewa się w najbliższych miesiącach wzrostu zarówno cen produktów spożywczych, jak i pozostałych produktów i usług. Na poprawę nastrojów nie wpływa również fakt, iż ponad połowa z nas negatywnie ocenia działania polskiego rządu w zakresie przeciwdziałania skutkom inflacji (54%).

Sytuacja gospodarstw domowych w Polsce robi się coraz trudniejsza. Większość Polaków upatruje przyczyn inflacji w zjawiskach zewnętrznych (a nawet gotowa jest zaakceptować wyższe ceny paliw), niemniej widzimy powody do niepokoju. Już teraz ograniczamy wydatki na rzeczy, które nie są absolutnie niezbędne – komentuje Agnieszka Górnicka, prezes agencji Inquiry.

Pełna wersja najnowszego raportu „Ceny produktów i usług” jest dostępna pod adresem: https://inquirymarketresearch.pl/polacy-o-cenach-produktow-i-uslug/

O badaniu
Badanie „Polacy o cenach produktów i usług” jest realizowane metodą CAWI w miesięcznych falach od marca 2022 r. na reprezentatywnej próbie ok. 2000 dorosłych Polaków w każdej fali (sondaż online na panelu YouGov).

Grupa PGE sfinalizowała zakup trzech lądowych farm wiatrowych

PGE zakończyła transakcję zakupu trzech lądowych farm wiatrowych o łącznej mocy 84,2 MW. Dzięki akwizycji moc zainstalowana Grupy PGE w technologii onshore wzrosła o 12 proc. do ponad 770 MW, co zapewni Grupie PGE utrzymanie pozycji największego krajowego wytwórcy energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Portfel lądowych farm wiatrowych Grupy PGE stanowi 11 proc. udziału zainstalowanych mocy w farmach wiatrowych w Polsce.

Zgodnie z zapowiedzią do końca II kwartału 2022 r. zamknęliśmy transakcję przejęcia trzech lądowych farm wiatrowych. Inwestycja o łącznej mocy 84,2 MW wpisuje się w realizację naszej strategii biznesowej, zgodnie z którą do 2030 roku będziemy posiadać 1,7 GW mocy zainstalowanej w lądowych farmach wiatrowych. Już teraz z mocą zainstalowaną ponad 770 MW w wietrze jesteśmy liderem energetyki odnawialnej w Polsce – mówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Akwizycja oznacza dla Grupy PGE wzrost mocy zainstalowanej z 688 MW do 772 MW w technologii onshore oraz wzrost udziału w rynku z 9,6 proc do 10,8 proc. (wg danych Agencji Rynku Energii moc zainstalowana farm wiatrowych na koniec 2021 r. wyniosła blisko 7.117 MW).

Farmy, które nabyła Grupa PGE, znajdują się w trzech różnych województwach: województwie kujawsko-pomorskim (FW Radzyń o mocy 36,9 MW), województwie łódzkim (FW Ścieki o mocy 22 MW) i wielkopolskim (FW Jóźwin o mocy 25,3 MW). W sumie to łącznie 32 turbiny o łącznej mocy 84,2 MW i średniej produkcji rocznej na poziomie 240 tys. MWh, co pozawala zabezpieczyć zapotrzebowanie 120 tys. gospodarstw domowych, czyli miasta wielkości Lublina. Farmy posiadają długoterminowe umowy na zakup zielonej energii elektrycznej przez klientów zewnętrznych, które częściowo zabezpieczają wyprodukowane wolumeny nawet do 2030 r. Do ok. 2030 r. będą one korzystać z systemu wsparcia w formie zielonych certyfikatów.

Farmy te charakteryzują się wysoką produktywnością, w szczególności Farma Wiatrowa Radzyń, której wykorzystanie mocy netto na poziomie powyżej 3 400 FLH (ang. full load hours) zbliżone jest do wartości osiąganych przez morskie farmy wiatrowe. Dodatkowo, Farma Wiatrowa Ścieki zlokalizowana jest w bezpośrednim sąsiedztwie FW Skoczykłody nabytej przez PGE w 2020 r., co pozwoli wygenerować dodatkowe synergie w ich obsłudze w ramach Grupy.

Transakcja jest elementem realizacji Strategii Grupy PGE do 2030 roku, która zakłada, że w 2030 r. Grupa PGE będzie posiadać 1,7 GW mocy w lądowych farmach wiatrowych, co zostanie osiągnięte również poprzez akwizycje.

Informacje o transakcji

W kwietniu 2022 r. PGE podpisała umowę warunkową na nabycie trzech lądowych farm wiatrowych o łącznej mocy 84,2 MW. Warunkiem zawieszającym transakcję było uzyskanie zgody Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Spółka otrzymała taka zgodę w czerwcu 2022 r. i zgodnie z zapowiedzią transakcja została zamknięta w II kwartale 2022 r.

Akwizycja została zrealizowana przez PGE Energia Odnawialna, spółkę z Grupy PGE, która zawarła z Vanadium Holdco Limited umowę sprzedaży, w wyniku której nabyła 100 proc. udziałów w spółce Collfield Investments, posiadającej 100 proc. udziałów w trzech spółkach celowych operujących trzema farmami wiatrowymi o łącznej mocy 84,2 MW. Wartość transakcji wyniosła 939 mln zł łącznie i  obejmuje również gotówkę w kwocie ok. 180 mln zł zgromadzoną na rachunkach Collfield i jej spółek zależnych.

Zdrowie psychiczne i relacje w pracy

Co drugi Polak posiadający pracę deklaruje, że rzuciłby ją, jeśli negatywnie wpływałaby na zdrowie fizyczne lub psychiczne – wynika z najnowszych badań Pracuj.pl. Pracownicy w Polsce w teorii zdają się mieć rosnącą świadomość znaczenia dobrych relacji i odpowiedniego balansu w życiu zawodowym. Mimo to w praktyce wciąż mierzą się z wieloma wyzwaniami, często decydującymi o poszukiwaniu nowej pracy. Dlaczego mówimy sobie „dość”, co pozwala nam zostać na dłużej u pracodawcy i jak pandemia wpłynęła na nasz dobrostan w pracy? O tym piszemy w materiale z badania „Nowe oblicza pracy”.3xzdrowie

Najważniejsze ustalenia:

  • 50% Polaków rzuciłoby pracę wpływającą negatywnie na zdrowie fizyczne.
  • 45% zrobiłoby tak samo, jeśli wpływałaby źle na zdrowie psychiczne.Dobra atmosfera, relacje z szefem i docenianie utrzymują nas w pracy.
  • Pandemia wpłynęła na relacje ze współpracownikami 54% Polaków.

W poszukiwaniu lepszych relacji i balansu

Polacy pozostają mobilni zawodowo, a ponad co trzeci deklaruje, że aktywnie szuka nowej pracy. Najbardziej wyróżniającymi się i najczęstszymi motywacjami do podjęcia takiego kroku są kwestie finansowe, zwłaszcza w dobie wysokiej inflacji. Jednak wśród czynników decydujących o zmianie zawodowej istotne są także „miękkie aspekty”, związane z relacjami, poczuciem docenienia, kondycją psychiczną.Zdrowie i relacje

Na przełomie 2021 i 2022 roku na całym świecie głośno mówiło się o „great resignation” (ang. „wielka rezygnacja”), czyli masowych odejściach z pracy, odnotowywanych szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Za jedne z kluczowych przyczyn tego zjawiska uznawane są niezadowolenie z pracy czy chęć zadbania o własne zdrowie psychiczne. W efekcie nawet 4 na 10 Amerykanów myślało o opuszczeniu obecnego pracodawcy.

Ostatnie kilkadziesiąt miesięcy z różnych powodów dostarczało pracownikom w wielu krajach różnorodnych napięć i trudności. Czy ten czas wpłynął na wagę, jaką jako Polacy przykładamy do relacji i zdrowia psychicznego w środowisku zawodowym? By odpowiedzieć na te i wiele innych pytań, zespół Pracuj.pl przygotował badanie „Nowe oblicza pracy”, w którym o opinie dotyczące życia zawodowego zapytaliśmy 2128 Polaków.

Negatywny wpływ na zdrowie? Wielu mówi „nie”

Badania Pracuj.pl wskazują, że Polacy – przynajmniej na poziomie deklaracji – wykazują się stosunkowo dużą gotowością na porzucenie pracy, która wpływa na nich negatywnie. Najczęściej wskazywaną motywacją jest pogarszanie się zdrowia fizycznego. Byłoby ono przyczyną porzucenia pracodawcy przez połowę respondentów. Tylko nieco rzadziej do rezygnacji z obecnego miejsca zatrudnienia skłoniłoby badanych pogarszające się zdrowie psychiczne, wskazywane przez 45% respondentów. Odsetek w obu przypadkach jest znacznie wyższy, niż w przypadku pojawienia się wypalenia zawodowego. Ten aspekt skłoniłby do porzucenia pracy znacznie mniej, bo 27% Polaków badanych przez Pracuj.pl.Zdrowie i relacje

Co interesujące, do porzucenia pracy w każdym z przypadków bardziej skłonni są mężczyźni. Pogarszające się zdrowie psychiczne i wypalenie zawodowe są natomiast motywacjami do rezygnacji nieco częściej dla osób w młodszym wieku. Wraz ze stażem pracy taka skłonność maleje.Zdrowie i relacje

Podobne proporcje dostrzec można także wśród Polaków, którzy są skłonni porzucić obecną pracę i zmienić ją na mniej płatną. Najczęściej motywacją jest pogarszanie się zdrowia fizycznego (45%), nieco rzadziej wskazywano gorsze zdrowie psychiczne (42%), a wyraźnie rzadziej wskazywane było wypalenie zawodowe (27%).

We współczesnym życiu zawodowym dążymy do realizacji wielu ambicji, czasem trudnych do pogodzenia. Chcemy godnie zarabiać i mieć ciekawą pracę, ale jednocześnie zachować zdrowy dystans do obowiązków. Dążenie do jednoczesnego spełnienia tych wymagań jest częstą motywacją do zmiany miejsca zatrudnienia, którą ułatwia dobra koniunktura na rynku pracy. Interesujące jest, że według naszych badań Polacy nieco częściej są skłonni porzucić pracę, którą uważają za szkodliwą, nie posiadając żadnej alternatywy, niż zmienić ją na mniej płatną, ale gwarantującą lepszy balans. W obu przypadkach około połowy badanych byłoby gotowych podjąć decyzję o odejściu. Jednak praktyka dowodzi, że bez pomocy odpowiednich ekspertów wciąż sami często zbyt późno orientujemy się, że w pracy przekroczyliśmy granicę, za którą życie zawodowe zaczyna negatywnie wpływać na nasze zdrowie psychiczne czy fizyczne. Odpowiednio szybkie wykrywanie i przeciwdziałanie tym procesom jest ważną cechą zarówno najlepszych pracowników, jak i pracodawców
-– mówi Agnieszka Bieniak, Dyrektorka HR w Grupie Pracuj.

Relacje motywują do pozostania i… zmiany

Jak wykazały ostatnie badania Pracuj.pl, relacje międzyludzkie w pracy mają także niebagatelny wpływ na mobilność zawodową Polaków. Dbałość o ten aspekt odgrywa szczególną rolę w utrzymaniu pracowników w firmie na dłużej. Co trzeci badany respondent wskazuje, że do pozostania w obecnym miejscu przekonuje panująca w firmie dobra atmosfera, niewiele rzadziej wskazywane były dobre relacje z przełożonym. Ponadto co czwarty respondent nie szukający nowej pracy przyznawał, że ważną motywacją jest poczucie bycia docenionym.Zdrowie i relacje

Dla osób przynajmniej pobieżnie śledzących trendy na rynku pracy nie jest zaskoczeniem, że do zmiany pracodawcy najczęściej skłaniają Polaków lepsze zarobki w innych miejscach. Jednak nie można lekceważyć motywacji związanych z relacjami i zdrowiem psychicznym. Blisko co czwarty respondent rozglądający się za nowymi ofertami robi to, bo czuje się niedoceniony. Kolejne 17% motywuje do zmiany zła atmosfera panująca w firmie. Pewną dozę optymizmu pozwala zachować fakt, że tylko 7% badanych wskazuje na złe relacje z szefami jako kluczową przyczynę zmiany pracy.Zdrowie i relacje

Pandemia: wymagająca próba relacji i empatii

Choć czasem trudno w to uwierzyć, z pandemią koronawirusa w Polsce mierzymy się od niemal 2,5 roku. Wciąż nie sposób w pełni oszacować, jak ten czas wpłynie długofalowo na zdrowie psychiczne Polaków i ich relacje z otoczeniem. Jednak już dziś dostrzec można, że okres pandemii spowodował w wielu wypadkach zarówno pozytywne, jak i negatywne procesy wpływające na kontakty międzyludzkie.Zdrowie i relacje

Nie inaczej jest w świecie pracy. Z badań Pracuj.pl wynika, że 54% pracujących Polaków deklaruje wpływ pandemii na ich relacje ze współpracownikami. Co trzeci respondent doświadczył zarówno złych, jak i dobrych zjawisk z tym związanych, 14% – wyłącznie pozytywnych, natomiast 7% – wyłącznie negatywnych.Zdrowie i relacje

Do „jasnych stron” relacji w pracy podczas pandemii zalicza się na pewno wzajemna pomoc, przejawiająca się we wsparciu między członkami zespołu (33%), większej solidarności (30%) oraz wsparciu mentalnym od współpracowników (24%). Osoby, które doświadczyły dobrych zjawisk związanych z czasem pandemii zwracały także uwagę na większe zrozumienie różnorodności: otwartość na różne poglądy na temat pandemii (32%) oraz na specyfikę sytuacji rodziców mających dzieci, które uczą się zdalnie (28%). Ostatnie 2,5 roku, mimo ograniczenia kontaktu w części miejsc pracy, stało się także czasem narodzin nowych przyjaźni (25%).Zdrowie i relacje

Pandemia uwolniła jednak także nie tylko pozytywne, ale i negatywne procesy. Wśród najczęściej wskazywanych „ciemnych stron” relacji w dobie koronawirusa wskazywane były te związane z kontaktem międzyludzkim, spadkiem empatii i kwestiami konfliktogennymi. Do pierwszej grupy zaliczają się osłabienie relacji w zespole (46%) i rzadsze kontakty ze współpracownikami (42%). W drugiej znalazły się spadek wzajemnego zaufania w zespole (32%) oraz mniejsza empatia i samolubność (29%). Do trzeciej natomiast zaliczają się kłótnie i konflikty na temat pandemii (34%) oraz niesprawiedliwy podział obowiązków przez braki kadrowe (21%).

Pandemia koronawirusa uwypukliła wiele zjawisk, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych w życiu organizacji. Solidarności, przyjaźni i zrozumieniu między pracownikami towarzyszyły niestety także nieufność, obawy czy konflikty. Wiele z tych zjawisk jest naturalnych dla dużych społeczności. To, które z nich będą nabierać na sile, zależy jednak od przejrzystej i transparentnej komunikacji. Z naszych doświadczeń wynika, że firmy stawiające duży nacisk na klarowne informowanie pracowników, wzmacniające wymianę wiedzy i kontakt, częściej budują dobre zespoły. Także takie, które radzą sobie i wzajemnie się wspierają w trudnych, nieprzewidzianych sytuacjach – komentuje Agata Grzejda, ekspertka ds. komunikacji wewnętrznej w Grupie Pracuj.

W poszukiwaniu balansu

Przeprowadzone na koniec 2020 roku badanie Pracuj.pl wykazywało, że ponad połowa Polaków postrzega dzisiejszą pracę zawodową jako źródło większych napięć i stresu, niż 10 lat temu. Choć aktywność pracodawców i zaangażowanie pracowników pozwalają patrzeć z optymizmem na możliwości zmiany pracy na lepszą, warto takie kroki podejmować w przemyślany sposób, by uniknąć wspomnianej wcześniej „wielkiej rezygnacji”.

W sieci nie brakuje źródeł wiedzy o pracodawcach, ich aktywności czy wartościach firmy. Chcąc uniknąć wypalenia zawodowego czy dołączyć do zespołu, który pasuje do nas temperamentem, warto poświęcić sporo czasu na lepsze poznanie potencjalnego szefa czy współpracowników. I choć staranie o wyższe zarobki to nieodłączny, ważny element życia zawodowego, dobrze by w parze z nimi szła odpowiadająca nam kultura firmy czy styl pracy, który nie obciąża naszego zdrowia.

O BADANIU

Badanie Pracuj.pl „Nowe oblicza pracy” zostało przeprowadzone w marcu 2022 roku przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie portalu Pracuj.pl. Pomiar wykonany metodą CAWI przeprowadzono na próbie 2128 Polaków, reprezentatywnej dla populacji osób czynnych zawodowo w wieku 18-65 pod względem płci, wieku oraz wielkości miejscowości zamieszkania.

Kolejny dzień siły złotego

Pomimo czarnych chmur zbierających się nad budżetem polski złoty wyraźnie zyskuje na wartości. Nasze pensje przynajmniej średnio rosną pierwszy raz od dawna wolniej od inflacji.

Złoty się umacnia

Polska waluta po nagłym osłabieniu w Boże Ciało stabilnie odrabia straty. Wczoraj udało jej się zejść nawet poniżej tamtych poziomów, a dzisiaj od rana kontynuuje ruch spadkowy. W ciągu raptem trzech dni euro staniało z poziomu 4,74 zł do poziomu 4,64 zł. Złotemu sprzyja przede wszystkim oczekiwany dalszy wzrost stóp procentowych, o czym świadczy przynajmniej gwałtownie rosnąca w ostatnich dniach rentowność obligacji. W ciągu dwóch tygodni wzrosła ona o imponujące 1,5%. Wzrost ten miał miejsce z poziomu 6,6% na 8,1%. Zła wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej porównywalnie drożej będziemy teraz emitować kolejny dług. Będzie to miało istotny wpływ na koszt obsługi zadłużenia w budżecie. Jest to bardzo istotna zmiana kosztów względem zeszłego roku, kiedy 10-letnie obligacje były oprocentowane poniżej 2%.

Rynek pracy w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj wyniki z polskiego rynku pracy. Wzrost wynagrodzeń powoli spowalnia. Ze wzrostem na poziomie 13,5% pierwszy raz od dawna znajdujemy się w nieciekawej sytuacji, kiedy płace rosną wolniej od inflacji. W rezultacie pokazuje to, że średnio stać nas będzie na mniej niż rok temu. Mimo że wciąż jesteśmy rozwijającym się krajem. Dodatkowo warto zwrócić uwagę, że o ile wzrost cen jest w miarę równo rozłożony, to wzrost płac jest średni, czyli nie dotyczy wszystkich. Dobrą wiadomością dla pracowników jest wciąż istniejący wzrost zatrudnienia o 2,4%. To z kolei powoduje, że na rynku nadal powinno brakować pracowników i w konsekwencji powodować presję na wzrost płac.

Groźba inflacyjna za Odrą

Od strony praktycznej najbardziej interesuje nas inflacja konsumencka. Pokazuje ona bowiem, ile realnie więcej płacimy za towary i usługi. Jest jednak jeszcze jeden istotny wskaźnik, czyli inflacja producencka. Pokazuje nam, jak rosną ceny producentów. Dlaczego to ważne? Dobrym przykładem są nasi zachodni sąsiedzi. Tam co prawda inflacja konsumencka jest na znacznie niższym poziomie niż w Polsce. Z drugiej strony ceny producentów rosną o imponujące 33,6% w skali roku. Oznacza to, że gwałtownie spada rentowność niektórych branż. W rezultacie niedługo nie będzie się dało chować wzrostu kosztów w niższej marży, co może spowodować gwałtowne przyspieszenie wzrostu cen. Tak nawet względem dzisiejszych poziomów. Takie zjawisko może powodować dalsze pchanie stóp procentowych w górę, co z kolei tworzy ryzyko wypędzenia gospodarki w recesję.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

KSeF: Na razie widać słabe zainteresowanie. Doradcy podatkowi wskazują przyczyny i punktują rozwiązanie

Obecnie KSeF jest dobrowolny, ale od 2024 roku prawdopodobnie stanie się obligatoryjny. Zgodę na taki termin wydała Rada UE. Z kolei Ministerstwo Finansów podaje, że do 9 czerwca odnotowano 779 uwierzytelnień w środowisku produkcyjnym i ponad 731,7 tys. – w testowym. Firmy wystawiły też przeszło 8,9 mln próbnych faktur. Komentujący te dane eksperci wskazują, że jak na razie to dość małe zainteresowanie. Nie brakuje też opinii, że KSeF jest dysfunkcjonalny i przedsiębiorcy nie zechcą go wdrażać, a nawet zaczną go bojkotować. Resort wskazuje jednak zalety korzystania z systemu. Ale doradcy podatkowi zwracają przy okazji uwagę na obowiązki i nieuniknione koszty związane z wdrażaniem. I dodają, że są oczywiście plusy oraz minusy rozwiązania, jednak czas pokaże, jak to będzie w praktyce funkcjonowało.

Małe zainteresowanie

Od początku tego roku Krajowy System e-Faktur jest rozwiązaniem dobrowolnym. Jednak od 1 stycznia 2024 roku prawdopodobnie stanie się obligatoryjny. Zgodę na taki termin wydała Rada UE. Według szacunków Ministerstwa Finansów, w ciągu roku zainteresowanie systemem może wyrazić około 10% podmiotów. Zarówno informacje resortu, jak i sygnały z zewnątrz, potwierdzają, że firmy mają własny harmonogram wdrożenia KSeF. W dużej mierze może to nastąpić w trzecim lub czwartym kwartale br.

– Jeśli KSeF będzie obligatoryjny od 2024 roku, to przedsiębiorcy powinni już teraz zacząć przygotowywać się do tego. W średnich i dużych firmach faktury sprzedaży mogą być wystawiane przez kilkanaście osób, które należy wdrożyć, jak również odpowiednio przeszkolić – analizuje doradca podatkowy Natalia Stoch-Mika.

Biuro prasowe Ministerstwa Finansów zaznacza, że część firm sprawdza nie tylko środowisko testowe, ale i produkcyjne. Nie zamyka więc w nim całej sesji i nie wystawia faktury ustrukturyzowanej. Do 9 czerwca br. odnotowano 779 uwierzytelnień przedsiębiorców, którzy działają w środowisku produkcyjnym. Natomiast w środowiskach testowych, które cieszą się największym zainteresowaniem, odnotowano 731 711 uwierzytelnień w systemie i wystawiono 8 926 938 faktur testowych.

– Zainteresowanie tym rozwiązaniem, mimo usilnych prób przekonania przedsiębiorców, jest raczej śladowe. KSeF jest dysfunkcjonalny, niemożliwy do wdrożenia na większości rynków, np. na stacjach benzynowych. Stąd też podatnicy, nawet jeśli zostaną do tego zobligowani, w jakimś zakresie prawdopodobnie to zbojkotują – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Z kolei doradca podatkowy Ewa Flor stwierdza, że procesy księgowe da się digitalizować i daje to długofalowe, obustronne korzyści. Niemniej jednak to rozwiązanie może napotkać opór przedsiębiorców. Ekspert powołuje się na raport GUS-u, z którego wynika, że tylko 68% firm w Polsce wystawia faktury elektronicznie. Zatem jedna trzecia przedsiębiorców będzie musiała definitywnie zmienić swoje podejście, co z pewnością nie będzie dla nich łatwym zadaniem.

– Każda zmiana podatkowa budzi u przedsiębiorców szereg, często uzasadnionych, obaw. Trudno się im dziwić, bo w Polsce otoczenie prawno-podatkowe nie sprzyja prowadzeniu firmy. Często wprowadzane systemy centralne są wadliwe. Z praktyki wiem, że nie wszystkie działają, jak trzeba i w niektórych urzędach system się nie przyjął. Jeśli KSeF nie zadziała i spowoduje podwójną pracę po stronie podatników, to przedsiębiorcy nie będą chcieli go wdrażać – dodaje Natalia Stoch-Mika.

Zachęty i koszty

Ministerstwo Finansów wymienia na swojej stronie internetowej korzyści wynikające z e-fakturowania. To m.in. szybszy termin zwrotu VAT-u (skrócony z 60 do 40 dni), bezpieczeństwo (faktura nie zaginie) czy przyspieszenie obrotu (pewność, że faktura trafiła do kontrahenta). Jak podkreśla Ewa Flor, szybszy zwrot podatku nie będzie mógł być wyższy niż 3 tys. zł. Na to rozwiązanie nie będą mogły liczyć też nowe firmy. Ustawa nakazuje bowiem, by podatnik przez 12 miesięcy poprzedzających bezpośrednio okres w rozliczeniu, za który występuje z wnioskiem o zwrot, był zarejestrowany jako czynny podatnik VAT-u.

– Kwestia trochę szybszego terminu zwrotu VAT-u nie ma znaczenia biznesowego. To, że zginie kopia faktury, jest obawą o trzeciorzędnym znaczeniu. Natomiast planowane zmiany doprowadzą do całkowitej dezorganizacji fakturowania w Polsce. Nabywca staje się dłużnikiem, kiedy otrzyma fizycznie fakturę. Tu jej obiektywnie nie otrzymuje, tylko będzie musiał jej szukać w KSeF. Nikt o zdrowych zmysłach nie zgodzi się na tę fikcję otrzymywania faktur nieotrzymanych, bo od tego momentu biegnie termin płatności. To jest po prostu zły pomysł – stwierdza prof. Modzelewski.

Natomiast Natalia Stoch-Mika uważa, że zmiany w zakresie ujednolicenia faktur i KSeF są korzystne. I one powinny być wprowadzone już wiele lat temu, jeszcze przed wdrożeniem JPK. Ekspert zaznacza, że faktury elektroniczne w Polsce przecież istnieją już od wielu lat. Natomiast KSeF jest jedynie kolejnym krokiem, który ma ułatwić dostarczanie wystawianych faktur „na bieżąco” do urzędu skarbowego.

– Początkowa faza działania KSeF będzie wiązać się z dodatkowymi kosztami i nakładem czasu. Już teraz przedsiębiorcy obawiają się konsekwencji pomyłek, niespełniania pewnych obowiązków na nich nałożonych, tym bardziej że mają doświadczenia z wdrożenia obowiązkowych struktur JPK_VAT. Wprowadzenie KSeF w firmach będzie wymagało wielu zmian w systemach operacyjnych, księgowych i informatycznych, testów i uzgodnień – analizuje Ewa Flor.

Jak zaznacza doradca podatkowy Natalia Stoch-Mika, przedsiębiorca może wskazać osobę odpowiedzialną za wystawienie faktury, np. księgowego lub skorzystać z biura rachunkowego. Zdaniem eksperta, część podatników poradzi sobie z zaplanowaną zmianą. Mowa o grupie korzystającej z aktualizowanych na bieżąco systemów finansowo-księgowych, w których będzie wprowadzony KSeF. Natomiast przedsiębiorcy, którzy zamierzają przenieść obowiązek wystawiania faktur na biuro rachunkowe, powinni się liczyć ze zwiększeniem opłat za usługi księgowe.

– Nie ma żadnych przeszkód, żeby każdy upoważnił do wystawiania faktur kogokolwiek chce. Natomiast nikt na dużą skalę nie zdecyduje się na coś takiego. Fakturowanie to jest przecież tajemnica handlowa, konkurenci nie mogą mieć do niej dostępu. A jeśli pełnomocnik popełnia błąd, poświadcza nieprawdę na dokumencie, to przedsiębiorca za to odpowiada. Obowiązują tutaj przepisy art. 270a i 271a kodeksu karnego, które mówią o fakturach podrobionych, przerobionych i poświadczających nieprawdę, wprowadzające zagrożenie do 8 lat więzienia – podsumowuje były wiceminister finansów.

Gdzie jest Polska Fundacja Narodowa? Pytają przedsiębiorcy. Potrzeba pilnie promocji polskiej turystyki za granicą

W ostatnich dniach trwają bardzo intensywne dyskusje na temat kondycji polskiej turystyki. Długi czerwcowy weekend pokazał, że zainteresowanie turystów polskim morzem jest spore, choć przedsiębiorcy zwracają uwagę na sporą niepewność i wiele rezerwacji robionych dosłownie „na ostatnią chwilę”. Północna Izba Gospodarcza pozostaje w bieżącym kontakcie z przedsiębiorcami, którzy przyznają, że po dwóch sezonach z COVID-19 trzeci minie branży turystycznej pod znakiem inflacji i wojny w Ukrainie. – Polskich przedsiębiorców straszy inflacja, a zagranicznych wojna w Ukrainie. Hotele i organizatorzy turystyczni wspólnie z samorządami robią wszystko, by przyciągnąć nad polskie morze jak najwięcej turystów. Brakuje nam jednak zaangażowania jednostek centralnych. Jeden z przedsiębiorców zapytał nas:  gdzie jest Polska Fundacja Narodowa? Jakie prowadzi działania poza granicami kraju, by przyciągać do nas turystów? – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – To ważne pytanie. Apelujemy więc o informacje, jakie Fundacja podejmuje działania dla promocji polskiej turystyki. Chętnie podpowiemy jak taka kampania powinna wyglądać i jakie są oczekiwania przedsiębiorców – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

„Im więcej turystów z zagranicy, tym lepsza kondycja polskich przedsiębiorców w kurortach nadmorskich”

Sezon turystyczny nad morzem zaczyna się w majówkę. Szczyt zwykle ma miejsce w lipcu, ale także w sierpniu i we wrześniu zwykle hotele zajęte były przez turystów. W tym sezonie jednak zmiennych i niepewności jest przynajmniej tyle samo, co w trudnych czasach pandemii. Jak wyjaśnia Prezes Hanna Mojsiuk turyści bardzo często rezerwują hotele w ostatniej chwili. Polscy turyści szukają także oszczędności dosłownie wszędzie, gdzie się da.

– Musimy szukać turystów zagranicą i przekonywać ich do tego, by przyjeżdżali na urlop nad polskie morze. Jesteśmy krajem bezpiecznym. Wojna w Ukrainie nie powinna wpływać w żaden sposób na to, ilu turystów do nas przyjedzie. Wielu przedsiębiorców wczesną wiosną odbierało telefony z odwoływanymi rezerwacjami z Niemiec, Skandynawii czy Czech, bo były wielkie obawy czy wojna nie rozleje się zaraz na całą Europę. Dzisiaj widzimy, że nie ma takiego zagrożenia, ale turyści nie zawsze zdecydowali się na powrót – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecnie.

– Im więcej turystów z zagranicy, tym lepsza kondycja polskich przedsiębiorców w kurortach nadmorskich. Polscy turyści są mocno nękani inflacją i kosztami rosnących stóp procentowych. Turyści z zagranicy przyjeżdżając do Polski nie liczą się z kosztami aż tak bardzo. Jest ogromne oczekiwanie, że frekwencja w hotelach, restauracjach i punktach handlowych turystów z zagranicy będzie wysoka – dodaje Prezes Hanna Mojsiuk.

Polska turystyka wymaga promocji zagranicą. Przedsiębiorcy potrzebują nowej energii

Podczas spotkania z przedsiębiorcami z sektora hotelowego Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk usłyszała pytanie: jak przedsiębiorców wspiera Polska Fundacja Narodowa i czy promuje polską turystykę zagranicą? Polska Turystyka bardzo tego potrzebuje .

– Zadaniem Polskiej Fundacji Narodowej jest promowanie Polski zagranicą, a obecnie polska turystyka wymaga takiej promocji. Potrzebujemy nowej energii po czasach pandemii, jest także nadal potrzeba przełamywania stereotypu, że pomoc Ukrainie w czasie wojny sprawia, że wakacje w naszym kraju są niebezpieczne. To nieprawda, trzeba krzyczeć o tym głośno i powtarzać to na każdym kroku – mówi Hanna Mojsiuk.

– Apelujemy do agend rządowych o większe zaangażowanie w promocję polskiej turystyki zagranicą. Jesteśmy ciekawi jak w tym zakresie działa Polska Fundacja Narodowa, bo  myślę, że jest tutaj duży potencjał  do zrealizowania– dodaje Hanna Mojsiuk.

W transporcie drogowym towarów przybywa dłużników, a w pasażerskim długów

Choć wojna w Ukrainie do tej pory nie przełożyła się na pogorszenie jakości wzajemnych rozliczeń większości firm, ma jednak bezpośredni i negatywny wpływ na polską gospodarkę. Co ósme przedsiębiorstwo działa w ograniczonym zakresie, a skutki konfliktu najbardziej dotkliwie odczuwa sektor transportowy. Tu już niemal co piąty podmiot mierzy się z jego konsekwencjami. Może to być początek poważnych kłopotów branży, szczególnie, że wojna się przedłuża, paliwo cały czas drożeje i w życie weszły unijne przepisy Pakietu Mobilności. Od początku br. zaległości transportu, wzrosły znacząco do niemal 2,5 mld zł. W największych tarapatach finansowych są firmy z Mazowsza, Śląska i Wielkopolski. Średnio na przedsiębiorcę ze Śląska przypada ponad 101 tys. zł długów.

Z cyklicznej ankiety wśród 500 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw wynika, że 30 proc. miało w ostatnich 6 miesiącach klientów opóźniających przez ponad 60 dni rozliczenia za otrzymany towar czy usługi. Kwartał wcześniej było to 33 proc., a przed rokiem 35 proc. – pokazują badania Keralla Research realizowane co kwartał dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Ogólnie sytuacja wydaje się więc poprawiać, a w transporcie nawet bardziej niż w pozostałych branżach. Obecnie udział firm przewozowych posiadających niesolidnie rozliczających się kontrahentów wynosi 28 proc. wobec 36 proc. przed rokiem.

W transporcie drogowym towarów przybywa dłużników, a w pasażerskim długów
Źródło: badanie Skaner MŚP dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor

Z jednej strony, więc jest zmiana na lepsze, ale z drugiej widać zdecydowane pogorszenie. Sam sektor transportowy w pierwszych miesiącach tego roku znacząco powiększył zaległości wobec kontrahentów i banków, mimo że jeszcze w ubiegłym roku kwota nieopłaconych zobowiązań, faktur i rat spadła o 2,3 proc. Ale już w I kw. br. wzrosła o 16 proc. (347 mln zł) i osiągnęła wartość 2,48 mld zł, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK. Wzrosła też liczba niesolidnych płatników (firm aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) – z 33 tys. do 36 tys. – Warto zaznaczyć, że z uwagi na uwzględnianie co najmniej 30 dniowych opóźnień w spłacie, są to dane jeszcze sprzed wybuchu wojny w Ukrainie, która jak już wiadomo dobitnie daje się we znaki firmom przewozowym. Po dwóch miesiącach konfliktu 18 proc. biznesów transportowych mówiło, że odczuwa negatywne skutki tej wyjątkowej sytuacji. A wojna trwa. Konflikt szczególnie pogarsza położenie firm transportowych związanych z rynkiem wschodnim, ale wszystkim szkodzi utrata kierowców z Ukrainy i galopujący wzrost cen paliw. Do tego doszły jeszcze kolejne przepisy unijnego Pakietu Mobilności, które od lutego zobowiązują m.in. do innego podejścia do wynagrodzeń kierowców – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor prowadzącego rejestr dłużników konsumentów i firm.

Mocne pogorszenie w przewozach pasażerskich i towarowych

Dane z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK wskazują, że pierwsze miesiące tego roku to przede wszystkim pogłębienie się problemów przedsiębiorstw transportu pasażerskiego. Podwoiły one swoje zaległości. Z 347 mln zł nowych nieopłaconych zobowiązań, 201 mln zł przybyło właśnie przedsiębiorstwom świadczącym usługi przewozu osób, mimo że liczba firm – dłużników wzrosła nieznacznie, bo z ponad 5 tys. do 5,4 tys.

– W rezultacie, obserwujemy skok średniego długu firm transportu pasażerskiego z 37 tys. zł do niemal 72 tys. zł. Fatalnie zaczął też ten rok śródlądowy transport pasażerski, który zwiększył zaległości z niecałego 1 mln zł do prawie 46 mln zł. Kłopoty, przynajmniej kilku podmiotów są tu bardzo poważne, bo średnia zaległość wypada w milionach złotych – 2,9 mln zł. Najwięcej nowych dłużników, prawie 2,2 tys. przybyło jednak w transporcie drogowym towarów. Na koniec I kw. kłopoty z płatnościami wobec dostawców i firm finansowych miało 25,6 tys. podmiotów. Wartość zaległości drogowego transportu towarów przekroczyła 1,72 mld zł i była wyższa o ponad 90 mln zł niż na koniec 2021 r. Zaległości transportu rosną, choć same firmy transportowe nie zaczęły jeszcze skarżyć się na większe problemy z pozyskiwaniem należności – zauważa Sławomir Grzelczak.

Firmy średnie mają najwięcej nieterminowych płatników

Opóźnienia w płatnościach to problem, z którym mierzą się wszyscy przedsiębiorcy, niezależnie od tego, ile osób zatrudniają. W najgorszej sytuacji znajdują się jednak firmy średnie i to niezależnie od reprezentowanego sektora. Tam kłopoty z terminowym otrzymywaniem płatności ma aż 46 proc. z nich. Na początku tego roku poprawy nie odnotowały również mikro działalności, gdzie odsetek podmiotów, którym zleceniodawcy opóźniają zapłatę należności o ponad 60 dni, utrzymuje się na poziomie 21 proc. Największej poprawy solidności płatniczej kontrahentów doświadczyły małe firmy, zatrudniające od 10 do 49 osób. Odsetek podmiotów, którym zdarzało się czekać ponad dwa miesiące za dostarczony towar czy usługę spadł z 37 do 30 proc. Wynika to ze zmiany praktyk i uważniejszego podejścia do kontrahentów.

– Firmy nie są już tak chętne, jak kiedyś do sprzedaży z odroczonym terminem płatności, a jeśli jest to konieczne, z większą uwagą przyglądają się zleceniodawcom. Chętniej sięgają po wsparcie profesjonalistów pomagających odzyskiwać należności. Część klientów zaczęła się też zachowywać bardziej odpowiedzialnie wobec dostawców ze względu na problemy z łańcuchami dostaw. W rezultacie już piąty kwartał w sektorze MŚP utrzymuje się stosunkowo niski jak na nasze warunki  ok. 30 proc. odsetek firm, którym zleceniodawcy nie płacą przez dwa miesiące od wyznaczonego terminu – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Dodaje, że sytuacja jest dynamiczna i że wojna w Ukrainie, rosnąca inflacja oraz obawy o spowolnienie gospodarcze będą wpływały na utrzymanie dotychczasowych postaw. W takich okolicznościach jednak może się pogarszać położenie przedsiębiorstw, które nie robią nic, by zapobiec opóźnieniom w spływie należności.

Firmy transportowe z Mazowsza, Śląska i Wielkopolski w największych tarapatach

Jak wynika z danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie informacji kredytowych BIK, najwyższe kwoty zaległości mają firmy transportowe działające na Mazowszu, Śląsku i w Wielkopolsce – kolejno prawie 468 mln zł, 451 mln zł i 263 mln zł. W tych województwach jest również najwięcej dłużników z branży. Za to średnia zaległość na firmę jest najwyższa na Śląsku – 101 409 tys. zł. Znacznie powyżej średniej dla kraju wypadają też zaległości firm w woj. łódzkim – prawie 78 tys. zł. Obecnie  najlepiej sobie radzą przedsiębiorcy z województw: opolskiego, podlaskiego i świętokrzyskiego.

W transporcie drogowym towarów przybywa dłużników, a w pasażerskim długów 2
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i baza informacji kredytowych BIK

Zaskakująca decyzja Szwajcarskiego Banku Narodowego istotna nie tylko dla franka

Frank szwajcarski po wolcie Szwajcarskiego Banku Narodowego, który niespodziewanie podniósł stopy procentowe, był najlepiej radzącą sobie walutą G10. Agresywne podwyżki w krajach rozwiniętych mogą wpływać na zmianę optyki również w krajach takich jak Polska.

Gwałtowna wyprzedaż aktywów ryzykownych na całym świecie miała niejednoznaczny wpływ na waluty. Kurs EUR/USD doświadczył względnej stabilizacji po specjalnym zebraniu EBC, które uspokoiło peryferyjne rynki długu. Dla walut rynków wschodzących był to mieszany tydzień.

Zebrania kluczowych banków centralnych są już za nami, teraz rynki skupią się na bieżących i wyprzedzających danych makroekonomicznych, by przekonać się, czy uzasadnione są obawy o recesję wyraźnie widoczne na rynkach akcji. Kluczowym dniem pod tym względem będzie czwartek, kiedy poznamy wstępne odczyty wskaźników PMI w strefie euro, Wielkiej Brytanii i USA. Wskaźniki te są szczególnie istotne w przypadku dwóch pierwszych gospodarek. Spodziewamy się, że dane w tych trzech strefach ekonomicznych będą zbieżne z trwającą ekspansją, co może złagodzić recesyjne obawy.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł spore zawirowania na parach ze złotym. Kurs EUR/PLN wzrósł o ok. 1,5% i w trakcie tygodnia znajdował się nawet na poziomie 4,74, niewidzianym od marca. Można to częściowo wiązać z ograniczoną aktywnością polskich traderów z uwagi na Boże Ciało, a kurs obecnie jest bliższy poziomowi 4,65, niemniej ostatnia słabość złotego zwraca uwagę. Może być pewnego rodzaju zwiastunem tego, co może się stać z polską walutą, jeśli globalne banki centralne będą agresywnie podnosiły stopy, a Narodowy Bank Polski niedługo zakończy cykl.

Niespodziewanie silne sygnały i ruchy, w tym szczególnie te ze strony Fedu i SNB, są szokiem dla rynku. Naturalną zmianą w kontekście tego, co obserwujemy na zewnątrz kraju, byłoby docelowe silniejsze podniesienie stóp, niż zakładaliśmy wcześniej. Na to też liczy rynek, wyceniając, że stopy dobiją do co najmniej 8%. Pomimo ostatniej zmiany w retoryce NBP osiągnięcie tego typu poziomów wydaje się coraz bardziej prawdopodobne.

W tym tygodniu czeka nas zatrzęsienie publikacji z polskiej gospodarki. Poznamy m.in. dane z rynku pracy, o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. To m.in. od nich powinny zależeć dalsze kroki NBP, tym samym dane mają znaczenie też dla perspektyw złotego.

EUR

Nadzwyczajne posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego spowodowane gwałtownymi wzrostami różnic rentowności krajów peryferyjnych i centrum uspokoiło rynki mimo braku szczegółowego planu zapobiegania temu zjawisku. Mimo że wystarczyło to, by tymczasowo powstrzymać spadek euro – które ostatecznie radziło sobie lepiej od większości głównych walut – spodziewamy się, że rynki wkrótce zażądają konkretów.

Zaplanowane na ten tydzień przemówienia członków EBC mogą rzucić trochę tak potrzebnego światła na to, jak będzie wyglądać narzędzie banku centralnego przeciwdziałające fragmentacji. Dodatkowo czwartkowe wyprzedzające wskaźniki PMI powinny rozwiać obawy dotyczące natychmiastowej recesji i mogą być katalizatorem silniejszego euro.

USD

Rezerwa Federalna zareagowała na zaskoczenie inflacyjne z wcześniejszego tygodnia, podnosząc stopy o ogromne 75 pb. – po raz pierwszy od trzech dekad tak mocno – i wysyłając jastrzębie sygnały. Nowy dot plot pokazał, że członkowie FOMC spodziewają się obecnie w drugiej połowie roku znacznie bardziej agresywnego tempa podwyżek stóp procentowych, niż przewidywali w marcu. Do końca roku stopy mają, jak sugerują nowe projekcje, znaleźć się 175 pb. wyżej niż obecnie. Giełdy i ogólnie aktywa ryzykowne zareagowały na jastrzębie sygnały negatywnie, zaś wyniki dolara były mieszane i nie udało mu się przyzwoicie umocnić.

Wskaźniki PMI dla USA mają mniejszy wpływ na rynek niż w innych krajach. Zamiast na nich rynki skupią się na copółrocznym sprawozdaniu prezesa Fedu Jerome’a Powella przed Kongresem, które wygłosi w środę i czwartek. Oczekujemy, że rozwinie wtedy wyjaśnienia dotyczące zakresu, w jakim Fed jest skłonny ograniczyć aktywność gospodarczą, by przywrócić inflację do celu.

CHF

Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) z pewnością nie obawia się zaskakiwania rynku, o czym przypomniał nam w zeszłym tygodniu. Nie tylko niespodziewanie podniósł stopy procentowe, ale aż o 50 pb. Co więcej, znacząco zmienił swój ton w odniesieniu do franka. Bank nie postrzega już waluty jako „wysoko wycenianej” i zasygnalizował, że może interweniować w obu kierunkach, w tym wzmacniać walutę w przypadku jej osłabienia.

Prognoza inflacji została zrewidowana znacznie w górę – obecnie SNB przewiduje, że dynamika cen osiągnie 3,2% w III kwartale i pozostanie stosunkowo wysoka (1,4–3,2%) w horyzoncie prognozy. Co ważne, nowa prognoza uwzględnia ostatnią podwyżkę stóp. Podwyższona inflacja może zachęcać do dalszych działań, a SNB zasugerował, że „nie można wykluczyć” kolejnych podwyżek. To dość jednoznaczne stwierdzenie, które naszym zdaniem oznacza podwyżkę na najbliższym posiedzeniu banku we wrześniu, co oznaczałoby wyjście z ujemnych stóp w Szwajcarii.

Decyzja banku i zmiana jego retoryki uzasadniają zmianę naszego spojrzenia na franka. W nadchodzących dniach będziemy rewidować naszą prognozę dla tej waluty. Frank jest obecnie wyraźnie silniejszy i nie bylibyśmy zaskoczeni, gdyby w najbliższym czasie testował parytet z euro. Jeśli chodzi o nadchodzące wieści, warto posłuchać w środę przemówienia prezesa SNB Thomasa Jordana.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

77 proc. polskich firm doświadcza opóźnień w płatnościach

Jak wynika z danych zebranych przez Intrum, korona-kryzys odcisnął piętno na polskich biznesach. Aż 54 proc. pytanych przedsiębiorców przyznaje się, że ich firmy są dziś w gorszej sytuacji niż przed wybuchem pandemii. Przedsiębiorstwa ledwo wyszły „na prostą” z covidowej zapaści, a na horyzoncie pojawiło się nowe zagrożenie – galopująca inflacja. 60 proc. respondentów Intrum stwierdza, że ich firmy nie posiadają odpo-wiednich kompetencji, aby skutecznie zarządzać negatywnym wpływem inflacji na prowadzoną działalność. Co więcej, ponad połowa (55 proc.) przyznaje, że jest ona znaczącą przeszkodą w dalszym rozwoju przedsię-biorstwa. Inflacja sprawia również, że jeden z głównych problemów rodzimej gospodarki – opóźnione płatności – przy-brał na sile.  Klienci niepłacący na czas stanowią już problem dla blisko 8 na 10 (77 proc.) firm w naszym kraju, które są zmuszane do wydłużania terminów zapłaty zarówno przez konsumentów, jak i partnerów biznesowych. Luka płatnicza, która zauważalnie powiększyła się w ciągu ostatnich 12. miesięcy, jest największa w sektorze publicznym – 22 dni. Raport ”European Payment Report 2022” kolejny rok z rzędu pokazuje, że najbardziej rzetelnymi płatnikami są konsumenci – luka płatnicza w sektorze B2C wynosi 9 dni. W jaki sposób przedsiębiorcy w Polsce radzą sobie z konsekwencjami opóźnionych płatności i czy są gotowi na kolejny kryzys?

Nowe problemy na horyzoncie, czyli rosnąca inflacja

Jaka jest kondycja rodzimych biznesów po dwóch latach funkcjonowania w korona-kryzysie? Ponad połowa, bo 54 proc. respondentów Intrum przyznaje, że ich firmy są w gorszej sytuacji niż przed wybuchem pandemii w marcu 2020 r. Tylko co 5. pytany (21 proc.) deklaruje, że jego/jej przedsiębiorstwo ma się teraz lepiej niż przed pandemią. Dla porównania, 49 proc. europejskich przedsiębiorców zauważa, że kryzys pogorszył sytuację ich firm.

Części biznesów w naszym kraju z trudem udało się przetrwać, dlatego nie dziwią deklaracje respondentów naszego badania. 55 proc. pytanych przyznaje, że jeśli w ciągu kolejnego roku lub dwóch lat miałby nastąpić kolejny kryzys, ich firmy nie poradzą sobie lepiej z problemami, np. z kwestią zachowania płynności finansowej, niż przed pandemią Covid-19. A wiele wskazuje na to, że firmy powinny przygotować się na kolejną falę problemów, którą wywoła inflacja szalejąca w całej Europie – komentuje Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce. Ta w naszym kraju wynosi już 13,9 proc.[1]. – Dwucyfrowa inflacja jest obciążeniem nie tylko dla budżetów konsumentów (68 proc. pytanych uważa, że w ciągu następnych dwunastu miesięcy będzie ona stanowić największe wyzwanie dla klientów chcących być rzetelnymi płatnikami), ale również dla biznesów.

Jest to o tyle znaczący problem, ponieważ aż 60 proc. respondentów z Polski uważa, że ich firmy nie posiadają odpo-wiednich kompetencji, aby skutecznie zarządzać negatywnym wpływem inflacji na prowadzoną działalność. Aż 55 proc. pytanych przyznaje, że inflacja uniemożliwia ich biznesom dalszy rozwój, co jest problemem, ponieważ 48 proc. jednocześnie deklaruje, że rozwój działalności jest najważniejszym priorytetem dla jego/jej organizacji w 2022 roku. Polscy przedsiębiorcy obawiają się także, że w okresie wysokiej inflacji nie będą w stanie zaspokoić żądań pracowników dotyczących wyższych płac (58 proc.). Z powodu rosnącej inflacji 61 proc. firm już ma problem z płaceniem swoim dostawcom na czas.

8 na 10 firm doświadcza opóźnień w płatnościach

Jak pokazuje badanie Intrum, paradoksalnie pandemia ma także pozytywne skutki. 6 na 10 przedsiębiorców (60 proc.) w naszym kraju uważa, że to wydarzenie zmusiło ich firmy do lepszego zarządzania ryzykiem związanym z opóźnio-nymi płatnościami.

Takie podejście jest bardzo potrzebne rodzimym biznesom, ponieważ aż 77 proc. firm przyznaje, że ma problem z opóźnionymi płatnościami, czyli klientami niepłacącymi na czas. Nie mniejszym problemem dla zachowania płynności finansowej firm są także długie terminy płatności (74 proc.) i zła sytuacja finansowa klientów – ich bankructwa (68 proc.) – zauważa Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Kolejny rok korona-kryzysu powiększył lukę płatniczą w naszym kraju. Chodzi o różnicę między terminem, jaki przed-siębiorcy dają swoim klientom na uiszczenie należności, a czasem, w którym ci realnie dokonują zapłaty. Raport ”European Payment Report 2022” ponownie pokazuje, że najbardziej rzetelnymi płatnikami są konsumenci
– w przypadku sektora B2C luka płatnicza wynosi 9 dni i od zeszłego roku wzrosła o 1 dzień. W sektorze B2B luka płatnicza w ciągu roku wzrosła z 10 (2021) do 17 dni (2022). Jednak niechlubnymi rekordzistami są klienci w sektorze publicznym – obecnie luka płatnicza wynosi 21 dni, a w zeszłym roku „tylko” 9 dni.opóźnione płatności

Blisko 3/4 (75 proc.) pytanych przedsiębiorców z Polski przyznaje, że ich firma w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zgodziła się na dłuższy termin płatności, niż ten, z którym czułaby się komfortowo. Takie zachowanie ma swoje powody. Połowa (50 proc.) respondentów przyznaje, że ich organizacja zgodziła się na taki krok, by nie popsuć sobie relacji z klientami. Podobny odsetek (49 proc.) podaje, że ich przedsiębiorstwo musiało zaakceptować dłuższe terminy płatności, by uniknąć ryzyka bankructwa – w myśl zasady: opóźniona płatność jest lepsza niż żadna. 45 proc. ankieto-wanych zaznacza również, że warunki płatności, które obecnie ich firmy oferują klientom, są zbyt korzystne i szkodzą ich przedsiębiorstwom.

 Rosnąca luka płatnicza jest niemałym problemem dla polskich przedsiębiorców. Często godzą się na dłuższy termin płatności z obaw o utratę ważnego klienta czy partnera biznesowego. Zapewne istnieje taka grupa, która patrzy przychylniej na klientów płacących po terminie – szczególnie w sektorze B2B – bo firmy oczekiwałyby podobnej wyrozumiałości, gdyby same znalazły się w podobnej sytuacji – zaznacza Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Opóźnione płatności są realnym problemem dla polskich przedsiębiorstw. Jakie działania podejmują firmy, by efektywnie sobie z nim radzić?

Lepsze zarządzanie wierzytelnościami to priorytet

Z jednej strony, aż dla 72 proc. pytanych przedsiębiorców z Polski poprawa zarządzania wierzytelnościami/

zaległościami klientów jest ważną inicjatywą strategiczną w ich organizacjach na rok 2022. Te firmy, które już podejmuje kroki w tym obszarze, przede wszystkim skupiają się na: uchwyceniu momentu, kiedy wierzytelność powstaje (tzw. wczesne zaległości) – 71 proc. i współpracy z firmami windykacyjnymi – 21. proc. Jednocześnie 52 proc. ankietowanych przyznaje, że chcielibyśmy poprawić sposób zarządzania opóźnionymi płatnościami, ale jest to trudne ze względu na brak umiejętności i zasobów wewnątrz ich firm. Ale czy rzeczywiście jest tak źle?

Wśród środków stosowanych przez polskie firmy, które mają je chronić przed skutkami opóźnionych płatności, na pierwszym miejscu znalazło się wymaganie przedpłaty od klientów (43 proc.). A po jakie rozwiązania sięgają przedsię-biorstwa, gdy klienci niepłacący na czas stają się faktem? Tutaj zdecydowanie pierwsze miejsce zajmuje sięganie po rozwiązania, które oferuje prawo (63 proc.). Pocieszający jest fakt, że tylko 6 proc. firm nie podejmuje jakichkolwiek działań, kiedy ma do czynienia z nierzetelnymi klientami.opóźnione płatności

Klienci płacący na czas gwarantem zrównoważonego rozwoju firm

Dokonywanie terminowych płatności przez klientów bez wątpienia jest warunkiem „zdrowego” funkcjonowania firm na rynku. Według aż 65 proc. polskich przedsiębiorców umożliwiałoby to ich biznesom inwestowanie w działania i poprawę wyników w obszarze zrównoważonego rozwoju. Na drugim miejscu (63 proc.) znalazła się możliwość

rozszerzenia gamy oferowanych produktów i usług. Szybsze płatności od klientów pozwoliłby także rodzimym firmom na szybsze wywiązywanie się ze zobowiązań finansowych – terminowe płacenie swoim własnym dostawcom (62 proc.) i zatrudnianie większej liczby pracowników (43 proc.).

Klienci płacący na czas są warunkiem koniecznym do tego, by firma mogła bez przeszkód funkcjonować na rynku. Jednak, jak pokazuje nasze badanie, dla przedsiębiorców w Polsce to również warunek inwestowania w zrówno-ważony rozwój. Z roku na rok obserwujemy, jak filozofia sustainability staje się coraz ważniejsza dla polskiego biznesu – uważa Krzysztof Krauze, Prezes Intrum w Polsce.

Polskie firmy stawiają na zrównoważony rozwój, ponieważ coraz częściej są świadome „konsekwencji” lekceważenia podejścia sustainability w biznesie. Przykład – 56 proc. respondentów Intrum uważa, że jeżeli ich firmy nie będą postrzegane jako podmioty poważnie traktujące swoje obowiązki w zakresie ochrony środowiska, szybko stracą klientów.

O raporcie:

Raport European Payment Report 2022 bazuje na badaniu, które zostało przeprowadzone jednocześnie w 29 krajach Europy między 14.01 a 12.04 2022 r. W badaniu wzięło udział łącznie 11 007 firm z 15 branż. W Polsce w badaniu uczestniczyło 500 przedsiębiorstw.

Raport dostępny na stronie: https://www.intrum.pl/partner-biznesowy/nasze-raporty/epr/european-payment-report/

[1] Dane: GUS, maj 2022.

Zmiany w Polskim Ładzie dla samotnych rodziców

Wchodząca w życie z dniem 1 lipca nowelizacja Polskiego Ładu zmienia sposoby rozliczania PIT przez samotnych rodziców. Początkowo zapowiadano powrót do stanu prawnego z 2021 roku, co jednak później nie znalazło odzwierciedlenia w projekcie ustawy. Dzięki poprawkom Senatu oraz ich przyjęciu przez Sejm, osoby samotnie wychowujące dzieci znowu mogą rozliczać się na preferencyjnych warunkach.

Od blisko 30 lat istniała możliwość wspólnego rozliczenia się z dzieckiem przez osobę samotnie je wychowującą. Osoba ta w rocznym zeznaniu podatkowym mogła określić podatek w podwójnej wysokości podatku obliczonego od połowy swoich dochodów podlegających opodatkowaniu. Polski Ład zmienił te zasady. Od 1 stycznia tego roku podniesiono kwotę wolną do 30 tys. złotych, a drugi próg podatkowy do 120 tys. złotych, likwidując przy tym powyższą preferencję. W zamian dodano ulgę w postaci odliczenia od podatku kwoty w wysokości 1500 zł. Po licznych protestach rząd zadeklarował powrót do dotychczasowych zasad.

Widmo większych podatków

Niestety projekt nowelizacji ustawy odbiegał od zasad rozliczeń z 2021 roku. – Według nowych przepisów, dochody samotnych rodziców miały być najpierw dzielone przez 1,5, a nie jak wcześniej przez 2. Od nich miała zostać wyliczona wartość podatku według nowych zasad ogólnych, a na koniec pomnożona przez 1,5 – informuje Szymon Kwasigroch z Systim.pl. To wszystko sprawiało, że podatki dla samotnie wychowujących miały być wyższe niż wcześniej zapowiadano.

Wcześniejsze przepisy miały co prawda obowiązywać, ale wyłącznie w sytuacji gdy przynajmniej jedno z dzieci ma orzeczoną niepełnosprawność na podstawie odrębnych przepisów – dodaje ekspert z Systim.pl.

Specjaliści zwracali uwagę na fakt, że projekt nie był poddany konsultacjom społecznym, a zmiana była zdecydowanie mniej korzystna dla osób samotnie wychowujących dzieci. Jak twierdzi Kwasigroch, jego treść budziła wiele zarzutów i emocji ze strony obywateli.

Pomógł Senat

Projekt ustawy trafił do Senatu. Ten z kolei przyjął poprawki do noweli o PIT, która od 1 lipca ma zreformować Polski Ład. Jedna z nich zakłada przywrócenie prawa do wspólnego rozliczenia się samotnego rodzica z dzieckiem na zasadach obowiązujących 31 grudnia 2021 roku. Sejm przyjął większość ze zgłoszonych poprawek. Dzięki tej zmianie z preferencyjnego rozliczenia skorzystają wszyscy rodzice samotnie wychowujący dzieci, a nie tylko ci, których dziecko ma orzeczoną niepełnosprawność.

Inflacja mocno zakorzeniona

Potwierdził się wstępny szacunek GUS, dotyczący sięgającej 13,9 proc. inflacji w maju. Prognozy jej poziomu są podzielone. Jedne zakładają, że szczyt jest już blisko, inne bywają znacznie bardziej pesymistyczne. Pewne jest, że  rosnące ceny będą problemem przez dłuższy czas. Tendencja ta  ma mocne podstawy, o czym świadczą dane NBP na temat inflacji bazowej, czyli nieuwzględniającej cen energii i żywności.

Tuż przed czerwcowym przedłużonym weekendem Główny Urząd Statystyczny podał ostateczne dane dotyczące majowej dynamiki wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. Były one potwierdzeniem wcześniejszych szacunków, że inflacja sięgnęła 13,9 proc., a więc była najwyższa od 24 lat. Największy impuls dały jej paliwa do środków transportu, które były o 35 proc. droższe niż w maju ubiegłego roku, a także nośniki energii ze wzrostem o 31,4 proc. Mocno odczuwalny – szczególnie dla mniej zamożnych gospodarstw domowych – był sięgający 14,1 proc. wzrost cen żywności. Patrząc bardziej ogólnie – mocniej, bo o 14,9 proc. w górę szły ceny towarów, zaś usługi podrożały średnio o 10,8 proc. Warto przypomnieć, że w czasie największego nasilenia pandemii i tuż po nim, to dynamika cen usług była wyższa niż w przypadku towarów. Skutkiem przede wszystkim wysokiego wzrostu cen nośników energii, była 22 proc. zwyżka kosztów użytkowania mieszkania lub domu. Z kolei skok cen paliw spowodował prawie 26 proc. wzrost kosztów transportu. Wchodząc w szczegóły, w niektórych kategoriach skoki cen są wręcz szokujące. Ceny mąki są wyższe niż przed rokiem o 34 proc., mięsa wołowego o niemal 33 proc., drobiowego o ponad 41 proc. Cukier jest droższy o pond 36 proc., a za pieczywo trzeba zapłacić o 26,5 proc. niż w maju ubiegłego roku. Gaz podrożał o 46,5 proc., a opał o ponad 100 proc.

Od szczegółowej obserwacji zmian cen w poszczególnych grupach towarów i usług, bardziej istotna jest analiza tendencji ogólnych i próba prognozowania rozwoju sytuacji w horyzoncie najbliższych kilku – kilkunastu miesięcy. Na to, że inflacja pozostanie z nami na dłużej, wskazują tendencje inflacji bazowej, czyli miernika, który nie uwzględnia najbardziej dynamicznie zmieniających się cen energii i żywności, a jednocześnie tych, które najmniej poddają się oddziaływaniu narzędzi polityki pieniężnej. Wskaźnik inflacji bazowej wyniósł w maju według danych NBP 8,5 proc. proc. To poziom najwyższy w historii obliczania tego wskaźnika, czyli od 22 lat. W kwietniu wyniósł on 7,7 proc.

Wśród ekonomistów – zarówno tych związanych z oficjalnymi ośrodkami analitycznymi, jak i działających na rzecz instytucji niezależnych i komercyjnych – dominuje przekonanie, że szczyt inflacji zobaczymy już w najbliższych miesiącach, być może w sierpniu. Później jej dynamika ma się obniżać, ale ceny nadal będą rosnąć w dużym tempie prawdopodobnie aż do końca przyszłego roku, a większą ulgę odczujemy pod koniec 2024 r., choć nawet w tak odległym terminie mało kto spodziewa się powrotu inflacji do celu przyjętego przez NBP, czyli 2,5 proc., z tolerancją plus/minus 1 punkt procentowy.

Nie brakuje jednak opinii, że inflacja może osiągnąć jeszcze dużo wyższy poziom niż obecnie, a nawrót może nastąpić nawet w przyszłym roku. Część ekonomistów nie wyklucza, że ceny mogą rosnąć w tempie zbliżonym do 20 proc. Według marcowej projekcji NBP – jej szczyt może sięgnąć 17 proc. Mowa tu jednak o wartościach maksymalnych, natomiast większe znaczenie ma poziom średnioroczny. Najnowsze szacunki agencji ratingowej Fitch zakładają że w tym roku sięgnie on 11 proc., w przyszłym obniży się do 7,7 proc. i dopiero na koniec 2024 r. spadnie do 4 proc., a więc i tak pozostanie powyżej górnej granicy celu inflacyjnego NBP. W konsekwencji Fitch prognozuje, że na koniec obecnego roku stopa referencyjna wyniesie 7 proc., na koniec przyszłego roku 6,5 proc., a w 2024 r. zostanie obniżona do 5,25 proc. Ocenę agencji należy uznać za dość ostrożną, bowiem istnieje duże ryzyko znacznego przekroczenia wartości obu prognozowanych przez nią parametrów. Wielu ekonomistów przyjmuje właśnie ten ostatni scenariusz za najbardziej prawdopodobny” – analizuje Maciej Pieczkowski, Dyrektor Generalny Oddziału Inbank w Polsce.

Wpływ wojny i rosnącej inflacji na rynek alkoholi

Początek roku jak zwykle przyniósł podwyżkę stawek akcyzy na alkohol. Ale na tym się nie skończyło! Wojna w Ukrainie, galopująca inflacja a w konsekwencji wyższe koszty energii i surowców to kolejne przyczyny drożejących alkoholi.

Na ceny alkoholi wpływ ma wiele czynników. Po pierwsze – dostęp do składników (w tym przede wszystkim zbóż), po drugie – „akcesoria” takie jak butelki, etykiety, palety, po trzecie – koszty produkcji, zatrudnienia i transportu. Do tego dochodzą jeszcze obciążenia w postaci akcyzy i innych podatków. W tym roku każdy z tych elementów zmienił się na niekorzyść dla branży.

Wpływ wojny

Przerwane łańcuchy dostaw to poważny problem. Niektóre ukraińskie obiekty, takie jak np. huty, z których były sprowadzane butelki, przerwały działalność, a inne zostały zniszczone lub uszkodzone. Bardzo duży wpływ na obecną sytuację ma również blokada eksportu ukraińskich zbóż.

Problem stanowi także import alkoholu z krajów takich jak Gruzja, Armenia czy Mołdawia. W wielu przypadkach import odbywał się przez Ukrainę, co teraz stało się bardzo trudne. Jedynym sposobem jest fracht drogą morską przez Turcję, ale taka opcja jest niezwykle kosztowna i często nieopłacalna.

Z kolei na Rosję i Białoruś zostały nałożone sankcje. Dotyczą one nie tylko rynku rolnego, ale także materiałów do produkcji palet, kartonów, czy folii opakowaniowej. Towaru w obrocie po prostu nie ma. Znalezienie nowych rynków zapewne potrwa, a do tego będzie kosztowne.

Do tego większość polskich firm sama zrezygnowała z handlu z Rosją, i to pomimo podpisanych kontraktów. To również odbija się finansowo na kondycji wielu przedsiębiorstw.

Wpływ inflacji

Inflacja to systematycznie malejącą siła nabywcza naszych wynagrodzeń. Od kwietnia 2021 r. do kwietnia 2022 r. za tyle samo pieniędzy możemy kupić o 12,4% mniej towarów. To oczywiście wartość uśredniona, bo ceny jednych produktów wzrosły zdecydowanie bardziej, a innych się nie zmieniły.

– W codziennym życiu uzależnieni jesteśmy od dwóch podstawowych grup towarowych: żywności i energii – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy XBS Pro-Log. – To one wpływają w znacznym stopniu na ceny innych produktów. Energia to m.in. gaz i ropa naftowa, a te wpływają na koszt transportu. Ceny w tym sektorze zanotowały ogromne wzrosty. Rok do roku, wg statystyków, zmiana osiągnęła 21,1%. Za wzrost w pierwszej kolejności odpowiada dwukrotnie wyższy koszt nabycia ropy naftowej. Koszt stawki transportowej jest uzależniony od kilku czynników. Najczęściej przyjmuje się proporcje 30/30/30/10, w których udział po 30% mają koszty: zatrudnienia kierowcy, paliwa, utrzymania pojazdu i jego finansowania, a ostatni element to wpływ zmiany kursu euro – wyjaśnia ekspert.

Cena hurtowa oleju napędowego na koniec kwietnia br. wyniosła 6.944 zł za m3, podczas gdy rok temu było to „zaledwie” 3.994 zł. Daje to wzrost ceny hurtowej bliski 75%. Poza tym, z uwagi na duży niedobór osób uprawnionych do wykonywania zawodu kierowcy kategorii C+E w Unii Europejskiej, wysokość wynagrodzeń kierowców systematycznie rośnie. Jednocześnie w Polsce pracowało wielu kierowców i pracowników fizycznych z Ukrainy, którzy z powodu wojny wrócili do swojego kraju.

Historyczne rekordy osiągają także ceny zbóż. Wzrost cen pszenicy, żyta, jęczmienia oraz kukurydzy, a więc surowców używanych także w przemyśle spirytusowym, w ciągu ostatniego roku wyniósł od 50% do 80%.

Logistyka w trudnych czasach

W takich warunkach firmom z branży alkoholowej trudno określić jedną skuteczną strategię i jej się trzymać. Jak wskazują przedsiębiorcy, ceny surowców drożeją już nawet nie z dnia na dzień, ale z godziny na godzinę. To, ile faktycznie wyniesie zakup towaru, niezbędnych składników czy środków produkcji okazuje się często dopiero w dniu dostawy.

– W związku z dużymi problemami w dostępie do towarów takich jak palety, kartony, butelki, czy folie opakowaniowe, ceny ulegają zmianom – przyznaje Remigiusz Zdrojkowski. – Ale podwyżki nie oznaczają, że problemy się skończą, a po zmianie cen dostęp do towaru stanie się łatwy. Obecnie już prawie nikt nie zawiera długoterminowych kontraktów, które gwarantowałyby stałe ceny przez dłuższy okres – dodaje.

Coraz więcej firm ma problemy z realizacją dostaw w terminie i to pomimo gotowości poniesienia zwiększonych lub dodatkowych kosztów. Problemem jest także brak powierzchni magazynowej. Mniejszy dostęp do surowców, jak chociażby stali, braki w ekipach budowlanych, a w końcu postrzeganie Polski przez inwestorów jako rynku mało stabilnego to czynniki, które powodują, że zmniejsza się dostęp do powierzchni magazynowej. Podaż spada, a ceny najmu rosną. W związku z tym rosną także koszty magazynowania.

W związku z komplikującą się sytuacją, coraz większego znaczenia nabiera dyscyplina finansowa i terminowe płatności. To może spowodować, ze podmioty, które już wcześniej miały problemy z regulowaniem swoich należności na bieżąco, teraz mogą po prostu upaść.

Czy Polacy zrezygnują z piwa i wina?

Mówi się, że piwo sprzedaje pogoda, ale w tym roku może być trochę inaczej. Gorące dni zapewne będą miały pozytywny wpływ na sprzedaż piwa, ale niekoniecznie osiągnięty zostanie taki sam wolumen sprzedaży, jak w latach poprzednich. W ostatnich dwóch latach na sprzedaż piwa negatywnie wpływała pandemia. W tym roku browary mogłyby liczyć na odbicie, gdyby nie… wzrost kosztów i co za tym idzie, cen.

Rok temu słód jęczmienny kosztował 1,6 tys. zł za tonę. Dziś ta cena wynosi 3,2 tys. zł.  Producenci słodu zapowiadają, że jeśli zbiory nie będą satysfakcjonujące, cena może wzrosnąć nawet do 4 tys. zł za tonę. Do tego wszystkiego dochodzi wysoka inflacja, problemy z opakowaniami, transportem i logistyką oraz kolejne planowane podwyżki akcyzy. Okoliczności te zwiększą koszty produkcji, dlatego spodziewać się można, że średnia cena piwa w kolejnych kwartałach nadal będzie rosnąć.

Obserwując rynek piwa widać, że w ciągu ostatnich kilku lat klienci stawiali bardziej na jakość. Dużym zainteresowaniem cieszyły się piwa kraftowe. Stąd też można przypuszczać, że w przypadku zmniejszającej się różnicy cen pomiędzy różnymi klasami piwa, klient, który po piwo sięga dla smaku a nie dla „procentów”, chętniej wybierze trunki rzemieślnicze i regionalne, oferujące ciekawsze wrażenia smakowe.

Wino wyszło z pandemii obronną ręką. Z roku na rok Polacy piją go i produkują coraz więcej. Ceny win także na pewno wzrosną, przy czym w tym przypadku znaczenie będą miały także czynniki klimatyczne (pogoda latem i w czasie winobrania).

Podobnie jednak jak w przypadku piwa, klienci coraz większą uwagę zwracają na stosunek jakości do ceny. Ci mniej zamożni być może zrezygnują z wina lub zejdą o półkę niżej, ale ci, którzy sięgali po droższe trunki, pewnie przy nich pozostaną. Możliwe więc, że największe spadki sprzedaży zanotują wina, które obecnie kosztują około 25-29 zł, szczególnie gdy „magiczna” bariera 30 zł zostanie przekroczona. Niestety, w tej grupie mogą się znaleźć także wina z polskich winnic – nie dość ekskluzywne, by wybierali je koneserzy, ale jednocześnie zbyt drogie, by kupował je statystyczny „Kowalski”.

Mocne  alkohole także będą droższe

A co z alkoholami mocniejszymi? Wódkami, rumami, brandy? O tym przekonamy się za kilka miesięcy. W okresie wiosenno-letnim sprzedaż tego typu napojów przeważnie spadała. Poza tym rynek trunków mocnych ma nieco odmienną specyfikę. Generalnie dużo mamy rodzimej, polskiej wódki, do produkcji której na ogół wykorzystywane są polskie zboża.

Jeżeli jednak zbóż będzie na rynku mniej, to należy się spodziewać, że na alkohol już go nie wystarczy. Pierwszeństwo będzie bowiem miała produkcja żywności. Poza tym kraje rozwijające się (takie jak chociażby Libia, która importowała dużo zboża z Ukrainy), będą musiały znaleźć nowe kanały nabywcze. Czy i w jakiej części takim kanałem będzie Polska, to się dopiero okaże.

Z kolei alkohole takie jak whisky, brandy, rum w Polsce pochodzą głównie z importu. Oprócz wszystkich wymienionych czynników negatywnie wpływających na cenę, dochodzi tu jeszcze aspekt ryzyka walutowego – słabnięcie kursu złotego wobec euro i dolara wpływa na wzrost cen.

Trunki mocne nie są już tak chętnie i masowo kupowane jak 20 lat temu. Co prawda trudno sobie wyobrazić polskie wesele bez wódki, jednak „wódka weselna” bywa wytworem własnym. Czy oznacza to powrót produkcji alkoholu na własną rękę? Istnieje takie ryzyko… I to pomimo, że polskie przepisy nadal nie dopuszczają wytwarzania nawet najmniejszej ilości alkoholi mocnych we własnym zakresie.

Brandy, koniaki, giny to również popularne prezenty, które w dobie kryzysu mogą być zastępowane tańszymi produktami. Wódkę na imprezie można zastąpić winem lub nawet piwem. Kolokwialnie mówiąc – „obejdzie się”. Z alkoholi Polacy nie zrezygnują, ale branża spirytusowa może najbardziej odczuć wpływ inflacji i ogólnego kryzysu. No, może nie licząc zapotrzebowania na „małpki”…

Deloitte: Zmiana WIBOR na inny wskaźnik będzie mieć konsekwencje dla bilansów przedsiębiorstw i instytucji finansowych oraz budżetów domowych

Dyskusja o tym, czy stawka WIBOR zniknie i co ją zastąpi dotyczy bezpośrednio i pośrednio wielu uczestników rynków finansowych i konsumentów. Odwołuje się do niej większość portfela kredytowego w Polsce, w tym między innymi znaczna część kredytów hipotecznych dla klientów detalicznych. Temu zagadnieniu poświęcona była jedna z sesji Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie. Jej uczestnicy rozmawiali, czy istnieje preferowane rozwiązanie i jakie ma cechy oraz jakie mogą być konsekwencje wybranych alternatyw. Gospodarzem debaty Stawka zmienna WIBOR lub jej odpowiednik. Gdzie zmierzamy i co z tego wyniknie? była firma doradcza Deloitte.

Zasady, według których powinny być opracowywane wskaźniki referencyjne, które miałyby zastąpić dotychczas stosowany w Polsce WIBOR, określa unijne rozporządzenie BMR. Te stawki wpływają na oprocentowanie kredytów, lokat, kont oszczędnościowych, produktów strukturyzowanych, papierów dłużnych i innych instrumentów finansowych. Problem zmiany istniejących umów oraz zawieranie nowych umów z wykorzystaniem innego wskaźnika budzi wiele emocji. Ma też wymierne konsekwencje zarówno dla domowych budżetów, jak również dla bilansów przedsiębiorstw i banków. Wskaźniki referencyjne muszą więc oddawać rzeczywistość ekonomiczną w sposób rzetelny i dokładny, a dane, które wpływają na obliczenie wskaźnika muszą być rzetelne, kompletne i wysokiej jakości.

Perspektywa zastąpienia WIBOR-u innym wskaźnikiem bierze się bezpośrednio z wymogów BMR. Mówią one, że ma on wiernie odzwierciedlać rynek bazowy, powinien być możliwy do zweryfikowania i odporny na manipulacje. Jednocześnie musi być transparentny i – przede wszystkim – oparty na danych transakcyjnych. Poszczególne kraje europejskie wprowadzaniem założeń wynikających z BMR zajmują się już od kilku lat. Na obszarze europejskim nie ma jednego, powszechnie obowiązującego podejścia i wykorzystywane są wskaźniki o zróżnicowanej charakterystyce ekonomicznej – mówił podczas wprowadzenia do debaty Paweł Spławski, ACCA, FRM, partner, Risk Advisory, Financial Services Deloitte.

Uczestnicy debaty wskazywali, że polski rynek może z powodzeniem skorzystać w wielu przypadkach z doświadczeń zagranicznych regulatorów. Dzięki temu reformę WIBOR można nie tylko efektywniej zaplanować, ale i wdrożyć ponosząc mniejsze koszty. Co istotne, wyzwań związanych z taką zmianą jest dużo, więc warto ją przeprowadzić tak, żeby skorzystał na tym cały, szeroko rozumiany rynek, a nie jego pojedynczy uczestnicy.

WIBOR to nie tylko hipoteki

Rynek finansowy oparty o wskaźniki, takie jak WIBOR – to nie jest tylko rynek kredytowy, ale też rynek instrumentów zabezpieczających. Banki powszechnie stosują bowiem zabezpieczenia portfeli kredytowych opartych na zmiennej stopie procentowej przed ryzykiem zmiany przepływów pieniężnych. Efekt takiego posunięcia znajduje odzwierciedlenie w innych dochodach całkowitych, które są elementem kapitałów własnych tych instytucji. Zmiana wskaźnika może więc spowodować, że przepływy z kredytów będą inne niż przepływy z instrumentów zabezpieczających, a to może prowadzić do nieefektywności i konieczności zaprzestania stosowania rachunkowości zabezpieczeń oraz przeniesienia kwot ujętych w kapitale własnym do wyniku.

– Jeżeli dokonamy zmiany wskaźnika, który z różnych powodów nie będzie porównywalny z poprzednim poziomem, może się okazać, że bardzo wiele instrumentów, w tym instrumenty pochodne, obligacje korporacyjne i wiele obligacji rządowych, pożyczek korporacyjnych, w zasadzie każdy instrument finansowy, będą miały inną wartość i te konsekwencje mogą być bardzo zasadnicze. Założenie porównywalności wskaźnika jest niezwykle istotne – mówił podczas debaty Przemysław Szczygielski, lider sektora finansowego w Polsce i zarządzania ryzykiem oraz doradztwa regulacyjnego dla sektora finansowego, Deloitte w Polsce.

Uczestnicy rozmowy wskazywali, że reforma WIBOR dotyczy całego sektora finansowego, wszystkich emitentów instrumentów finansowych, Ministerstwa Finansów, banków i na końcu również konsumentów. Ich zdaniem problem jest bardzo złożony i możliwe, że nie wszyscy mają wyobrażenie, jakie potencjalnie skutki finansowe mogą towarzyszyć tej zmianie.

Banki z uwagą analizują propozycje zmian i nie są zaskoczone, że do reformy w tym obszarze dojdzie. To jest dobra praktyka, żeby takie wskaźniki jak WIBOR zastępować stawkami opartymi o risk-free rate. Zaskoczeniem dla sektora bankowego jest proponowany termin tej zmiany. W strategii GPW zapisano datę zmiany w 2025 roku. Biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia oraz to, że jest to zmiana bardzo złożona i czasochłonna, termin 1 stycznia 2023 roku jest nierealny. Co więcej, każda zmiana, która nie będzie zmianą ekwiwalentną, czyli prowadzącą do tego, że WIBOR zostanie zamieniony na inny wskaźnik, ale zmieniony w sposób nieekwiwalentny, będzie wiązała się z bardzo istotnymi skutkami finansowymi – oceniła Bożena Graczyk, wiceprezes zarządu, ING Banku Śląskiego.

Z kolei Sławomir Panasiuk, wiceprezes zarządu Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych oraz izby rozliczeniowej KDPW_CCP, podkreślał w trakcie debaty, że przeprowadzenie reformy zgodnie z wymogami BMR gwarantuje ograniczenie szerokich rynkowych perturbacji.

– Aby bez kłopotów wprowadzić nowy wskaźnik, poza innymi szczegółami konieczne jest uzgodnienie adekwatnej korekty spreadu – bez niej nie da się w zasadzie bez wyraźnej straty jednej ze stron skonwertować transakcji IRS opartych o WIBOR do transakcji OIS, w której część zmienna jest powiązana z jednodniową stawką referencyjną. Ten proces dotyczy również międzynawowych CCP rozliczających instrumenty oparte o WIBOR – mówił.

Czas potrzebny jest uczestnikom rynku finansowego nie tylko po to, żeby wdrożyć zmianę, ale też, aby dostosować swój bilans i odpowiednio przeprofilować ryzyka na takie, które chcą zabezpieczyć. To jest świadoma decyzja, czy na jakieś ryzyko dana instytucja się naraża, czy je zabezpiecza. Rachunkowość zabezpieczeń bierze się właśnie stąd, że wiele banków w Polsce dużą cześć ryzyka transferuje i zabezpiecza.

Dobry wskaźnik, czyli jaki?

Dobry wskaźnik referencyjny po pierwsze budzi zaufanie. Każdy wskaźnik referencyjny inkorporuje charakterystyczne dla siebie ryzyka, które jesteśmy w stanie wyodrębnić i które mają jasną charakterystykę. Co więcej, wskaźnik referencyjny powinien być jasno zdefiniowany co do rynku, którego pomiar jest celem – a jeżeli „pożycza” dane z innych, powiązanych ryków, co jest dopuszczalne, to powinniśmy być w stanie zdefiniować, co się z takim wskaźnikiem referencyjnym stanie w przyszłości mając na uwadze wykorzystanie informacji z różnych segmentów gospodarki. Jeżeli decydujemy się na zmianę czegoś, co funkcjonuje w rzeczywistości ekonomicznej od 30 lat, to musimy wiedzieć, że zostanie to z nami nie na najbliższe dwa miesiące czy rok, tylko na 30 lat, a może więcej – zauważyła Aleksandra Bluj, wiceprezes zarządu, GPW Benchmark.

Projektowana reforma oznacza zmianę myślenia o wskaźniku referencyjnym z takiego, który patrzy do przodu, na taki, który patrzy na przeszłość. Z ugruntowanej w globalnej sferze gospodarki finansowej myśli o risk-free rate wynika, że instytucje finansowe wiedzą, jakiego rodzaju ryzyka mogą zostać włączane do danego wskaźnika referencyjnego. Podstawową cechą wskaźnika referencyjnego typu risk free rate jest to, aby ryzyka było jak najmniej. Odpowiedzią na potrzebę wskaźników terminowych z ograniczonym ryzykiem jest compound, czyli procent składany, ponieważ najmniej obarczone ryzykiem są rzeczywiste transakcje jednodniowe, wskaźniki O/N, które można przeliczyć i na ich podstawie opracować terminowy wskaźnik referencyjny.

Nawet jeśli wszystko uda się wyliczyć, wyprodukować do końca tego roku, to tak czy inaczej mamy cały rynek finansowy, który musi się rozwinąć. Pozostają jeszcze relacje z klientami – jak już wszystko wyliczymy, to będziemy się uczyć, jak klientom korporacyjnym i indywidualnym wytłumaczyć, co to jest compound. I to potrwa miesiące albo nawet lata – mówił na zakończenie Paweł Spławski.

Paneliści zgodnie podkreślali też, że jeśli reforma ma być przeprowadzona skutecznie musi obejmować wszystkich uczestników rynku, a nie tylko sektor bankowy. W tym celu – ich zdaniem – powinna powstać grupa robocza, w skład której obok banków, GPW Benchmark czy KDPW powinni wejść także przedstawiciele Ministerstwa Finansów, NBP i KNF oraz inni interesariusze rynku finansowego (np. TFI czy emitenci obligacji).

Czas jest kluczem do sukcesu – jeśli go zabraknie i znajdą się grupy osób niezadowolonych czy kontestujących zmianę, to w długim terminie możemy mieć kłopot. Może się wówczas okazać, że cała reforma nie doprowadziła nas do celu. Nagle któryś z elementów rynków finansowych czy instrumentów pochodnych po prostu w przyszłości nie będzie działać. To będzie dużo bardziej bolesne dla nas wszystkich niż wdrożenie tej reformy miesiąc, pół roku czy rok wcześniej. Czas jest tym, co jest najbardziej w tej chwili potrzebne, aby móc na końcu powiedzieć, że reforma jest sukcesem, jest dobrze wdrożona i jest zrozumiała – podsumował Przemysław Szczygielski.

Fundusz Unfold.vc z rekordowym zwrotem w Infermedice, szykuje też kilkumilionową dywidendę dla akcjonariuszy

  • W ramach częściowego exitu z telemedycznej Infermediki tworzącej narzędzie usprawniające diagnostykę i pracę lekarzy, notowany na GPW fundusz vc sprzedał część pakietu akcji za 9,3 mln PLN, przy wartości spółki szacowanej na ponad 500 mln PLN.
  • vc, zgodnie z założoną strategią, kolejny rok z rzędu wypłaci ponadto akcjonariuszom dywidendę. Wrocławski fundusz dzieli w ten sposób zyski z ubiegłego roku. Gromadzi przy tym kapitał na kolejne, nowe inwestycje w innowacyjne spółki o podobnym jak Infermedica potencjale.
  • W portfelu Unfold.vc (d. Venture INC), oprócz Infermediki, znajdują się m.in.: Brand24, Timecamp, Intelliseq, Sundose, Primetric, neurocare group czy GibLib.

Giełdowy fundusz venture capital – Unfold.vc – kontynuuje strategię dzielenia się zyskiem. Akcjonariuszom zaproponował w tym roku dywidendę na poziomie 3,3 mln PLN, co oznaczałoby 0,11 PLN na akcję. To więcej niż rok temu, kiedy to wypłacił im łącznie 2,1 mln PLN. Rekomendowana dywidenda jest możliwa m.in. dzięki sprzedaży części pakietu akcji w Infermedica – spółce dostarczającej narzędzie usprawniające diagnostykę i odciążające lekarzy w ich codziennej pracy. Wrocławski startup w planach ma zautomatyzowanie jak najwięcej elementów opieki zdrowotnej. W ciągu ostatnich dwóch lat pozyskał dwie rundy finansowania o łącznej wysokości 160 mln PLN.

W związku z częściowym exitem, Unfold.vc sprzedał akcje wrocławskiej Infermediki za 9,3 mln PLN, przy jej szacowanej wartości na ponad pół miliarda złotych. Trafią one do portfeli zagranicznych funduszy VC. Dzięki transakcji, Unfold.vc uzyskał dotychczas 15-krotny zwrot z inwestycji w spółkę (licząc metodą cash on cash). Do tego wciąż posiada pakiet akcji Infermediki wyceniany obecnie na ponad 20 mln PLN.

Do Infermediki dołączyliśmy w 2016 roku jako jeden z pierwszych inwestorów. Od tego czasu spółka  rozwija się w imponującym tempie, szczególnie w dobie pandemii, zwiększając swój udział w rynku międzynarodowym. Dziś współpracuje z firmami z ponad 30 krajów, ciesząc się uznaniem także zagranicznych inwestorów.  mówi Rafał Sobczak, managing partner w Unfold.vc.Decyzja o sprzedaży części pakietu Infermediki nie była łatwa, ponieważ wciąż widzimy perspektywę wzrostu spółki. Sprzedaż ta miała jednak znaczenie strategiczne, a uzyskany zwrot jest satysfakcjonujący. Dalej pozostajemy z dużym pakietem spółki, zyskując dodatkowo kapitał na kolejne międzynarodowe inwestycje w nadchodzącym czasie  – dodaje Rafał Sobczak.

Oprócz Unfold.vc, w Infermedice inwestorami są m.in.: brytyjski fundusz One Peak, Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBRD), rodzimy Inovo Venture Partners, estoński fundusz Karma.vc czy niemiecki Heal Capital.

– Droga jaką przeszła Infermedica jest imponująca. Spółka już dziś podpisuje kontrakty warte kilkaset tysięcy dolarów rocznie. Infermedica wciąż będzie rosła, a inwestujące w nią fundusze razem z nią. Mamy nadzieję, że tak prężnie rozwijających się polskich startupów z branży HealthTech będzie przybywać  – mówi Christian Lautner, expert partner z Heal Capital.

Konsekwencja i satysfakcja

Zgodnie z przyjętą w 2021 roku Polityką Dywidendową, Unfold.vc po raz kolejny wypłaci dywidendę –  zwiększając ją o ponad 50% w porównaniu do zeszłego roku. Przedstawiciele funduszu podkreślają, że chcą maksymalizować zyski akcjonariuszy.

 Chcemy z jednej strony reinwestować środki i finansować rozwój naszych spółek portfelowych, a z drugiej, dzielić się zyskiem. Naszym celem jest utrzymanie strategii regularnych wypłat, które z roku na rok, mamy nadzieję, będą wzrastać wraz z kolejnymi udanymi exitami. Mamy w portfelu spółki z potencjałem na znaczący wzrost wartość, oraz exit w perspektywie kilku lat podkreśla Jakub Sitarz, prezes Unfold.vc.

Ubiegły rok wrocławski Unfold.vc zakończył z zyskiem netto na poziomie blisko 46 mln zł, co oznacza aż sześciokrotny wzrost rok do roku.

Ostateczna decyzja dotycząca wypłaty dywidendy podjęta zostanie na najbliższym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy.

Fundusz pójdzie na zakupy

W portfolio wrocławskiego Unfold.vc znajdują się obecnie m.in.: Timecamp, Brand24, Sundose, Infermedica, Intelliseq, Primetric, Poley.me, Exit Plan Games czy neurocare group. Najnowszą inwestycją spółki jest AgronetPRO – firma agrotechnologiczna, pomagająca rolnikom monitorować stan ich pól i niwelować szkody wywołane przymrozkami czy infekcjami.

Przedstawiciele funduszu zapowiadają, że docelowo w kasie Unfold.vc będzie co najmniej kilkunastomilionowy kapitał – tak, by fundusz mógł płynnie i szybko realizować inwestycje na zmiennym rynku. A to, w obliczu obecnych prognoz makroekonomicznych, może nastąpić już niebawem.

Czy sztuczna inteligencja może rozwijać się w duchu zero waste? IDEAS NCBR uruchamia nową grupę roboczą

Na czele grupy roboczej, która zajmie się w IDEAS NCBR badaniami w obszarze computer vision stanie dr hab. inż. Tomasz Trzciński, prof. PW i UJ. Agenda badawcza grupy skupi się na zagadnieniach związanych z efektywnością modeli sztucznej inteligencji zarówno w kontekście trafności i tempa prowadzonych obliczeń, jak również zasobów niezbędnych do ich działania.

Nauka i przemysł w coraz większym stopniu bazują na modelach uczenia maszynowego, zwłaszcza na głębokich sieciach neuronowych. Ilość danych, a co za tym idzie parametrów, które modele mogą uwzględniać wzrasta.  Przekłada się to na potrzebną do ich analizy moc obliczeniową, a w konsekwencji również energochłonność. Dane wskazują, że tylko internet pochłania rocznie 70 miliardów kWh.  Zakładając, że do 2030 roku sektor IT zwiększy się o 21% (wliczając w to produkcję oraz działalność operacyjną), to każda możliwa oszczędność energii będzie na wagę złota[1]. Z uwagi na swoją specyfikę, badania w obszarze zrównoważonego rozwoju AI, są szczególnie istotne dla widzenia maszynowego (ang. computer vision), ponieważ np. w branży medycznej, gdzie algorytmy wspierają personel medyczny w trakcie operacji z użyciem robotów, wydajność obliczeniowa algorytmów przekłada się bezpośrednio na czas reakcji w trakcie zabiegu, a co za tym idzie zmniejszony potencjał powikłań czy skrócony czas rekonwalescencji.

„Agenda badawcza mojej grupy roboczej dotyczy szeroko rozumianej wydajności obliczeniowej, w szczególności z perspektywy wykorzystania (recyclingu) dostępnych zasobów. To kierunek, który pozwoli algorytmom nie tylko rozwiązywać zadania, ale robić to efektywnie (szybko i trafnie), z wykorzystaniem dostępnych danych, infrastruktury oraz wykonanych uprzednio obliczeń. Do tej pory, aby osiągnąć ten efekt naukowcy skupiali się na ograniczeniu uwzględnianych przez algorytmy parametrów lub pamięci obliczeniowej. My postanowiliśmy zredefiniować problem wydajności algorytmów uczenia maszynowego i, jako pierwsi na świecie, będziemy koncentrowali nasze badania na trzech filarach wydajnego AI: wykorzystania wykonanych obliczeń (computation recycling), wykorzystania dostępnej informacji cząstkowej oraz akumulacji wiedzy w modelach uczonych w sposób ciągły tłumaczy dr hab. Inż. Tomasz Trzciński, prof. PW, lider grupy badawczej w IDEAS NCBR.

Działalność badawczo-rozwojowa, jak również kształcenie nowego pokolenia naukowców to jedne z głównych celów działalności IDEAS NCBR. Do tej pory uruchomione zostały grupy pod przewodnictwem dr hab. Piotra Sankowskiego, prof. UW (inteligentne algorytmy i struktury danych) oraz prof. Stefana Dziembowskiego (cyfrowe waluty i inteligentne kontrakty).

„Cieszę się, że w tak krótkim czasie udało nam się uruchomić aż trzy zespoły badawcze i przyciągnąć na stanowiska liderów grup badawczych do IDEAS NCBR tak wybitnych ekspertów z międzynarodowym doświadczeniem i dorobkiem nie tylko naukowym, ale i komercjalizacyjnym. Ich rekrutacja to jedno z największych wyzwań z jakimi się mierzymy, ale to również kluczowy element każdego projektu badawczego. Jestem przekonany, że zespół, który udało nam się do tej pory stworzyć umożliwi prace nad innowacjami, które za kilka lat będą miały bezpośrednie zastosowanie w polskiej gospodarce” – komentuje dr hab. Piotr Sankowski, prof. UW, prezes IDEAS NCBR.

„Jestem przekonany, że zaproponowane przeze mnie kierunki badań przyciągną uwagę utalentowanych młodych naukowców z całego świata, którzy pracę nad najnowszymi algorytmami widzenia maszynowego będą mogli połączyć z działaniami na rzecz zrównoważonego rozwoju technologii, zgodnego z koncepcją „zero waste”. Aktualnie trwa rekrutacja do mojej grupy na stanowiska naukowe i pomocnicze, w tym stanowiska liderów zespołów, post-doców czy doktorantów. Zachęcam również wszystkich, którzy dopiero myślą o doktoracie lub są absolwentami informatyki, matematyki i podobnych kierunków do wizyty na stronie internetowej IDEAS NCBR i aplikacji w ramach programu przygotowanego dla doktorantów” – dodaje Tomasz Trzciński.

[1]Źródło: https://www.digitalinformationworld.com/2020/02/the-global-energy-consumption-of-information-technologies-infographic.html

Zainteresowanie wakacjami w Polsce o ⅓ mniejsze niż rok temu. Polacy wybierają się nad morze, a na noclegi wydadzą średnio prawie 2000 zł na osobę

Ponad ¼ Polaków planujących wakacyjny wyjazd to dwoje dorosłych z dwojgiem dzieci, jak wynika z danych polskiego serwisu turystycznego Nocowanie.pl. Najwięcej turystów szuka noclegów na wyjazd 7-dniowy, tylko niecałe 4 proc. na wyjazd dwutygodniowy. Najchętniej wybierany rodzaj zakwaterowania to domki. W porównaniu do ubiegłego roku widać bardzo duży spadek zainteresowania wyjazdami – aż o ⅓.

Za dwa dni rozpoczynają się wakacje, jednak zainteresowanie wyjazdami na terenie Polski jest aż o 32 proc. mniejsze niż rok temu, jak wynika z danych Nocowanie.pl, polskiego serwisu turystycznego z bazą zweryfikowanych obiektów, odwiedzanego w sezonie nawet przez 4 mln użytkowników miesięcznie. Zapytań o zakwaterowanie w lipcu jest o ¼, a w sierpniu nawet o połowę mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Nieco ponad ¼ osób szuka noclegów na wyjazd tygodniowy, a niecałe 4 proc. na dwutygodniowy. Na 6 dni planuje wyjechać 13 proc. turystów. Na podstawie już opłaconych zaliczek można szacować, że średni koszt noclegów wyniesie 1902 zł za cały pobyt i 108 zł za osobodobę.

Po dwóch latach pandemicznych ograniczeń zarówno turyści, jak i branża turystyczna liczyli na normalne wakacje. Tymczasem inflacja osiągnęła już poziom niemal 14 proc., pociągając za sobą wzrost kosztów życia, rosną też ceny m.in. energii i paliwa oraz raty kredytów hipotecznych. Zmagają się z nimi nie tylko sami turyści, ale również właściciele obiektów noclegowych, którzy oprócz tego jednocześnie muszą konkurować z tanimi ofertami zagranicznymi. Jednak ceny wycieczek zagranicznych również wzrastają. W tej sytuacji wielu Polaków wybiera ostrożność, odkłada decyzję o wyjeździe na ostatnią chwilę lub skraca długość planowanego urlopu – mówi Tomasz Zaniewski, CFO Nocowanie.pl.

Władysławowo najpopularniejszą miejscowością

Ponad 70 proc. wyjeżdżających szuka zakwaterowania w województwach pomorskim i zachodniopomorskim, a najpopularniejszą lokalizacją jest Władysławowo. Zakopane (3 proc. zapytań) i Karpacz (1,5 proc. zapytań) to jedyne nienadmorskie miejscowości wśród 20 najczęściej wyszukiwanych. Wśród popularnych destynacji wyszukiwanych przez osoby zainteresowane wyjazdem nad morze znajdziemy również Sarbinowo, Łebę, Pobierowo czy Kołobrzeg.

Co czwarte wyszukanie dotyczy wyjazdu pary z dwojgiem dzieci

Blisko 40 proc. turystów jest zainteresowanych wynajęciem domku, a 33 proc. myśli o rezerwacji kwatery lub pokoju. Małe zainteresowanie budzą gospodarstwa agroturystyczne – dotyczy ich tylko ok. 1,5 proc. wyszukiwań. Noclegu w hotelu szuka mniej niż 1 proc. wyjeżdżających.

Najwięcej turystów – aż ¼ szuka zakwaterowania dla dwojga dorosłych z dwojgiem dzieci. Ponad 17 proc. wyjeżdżających to pary dorosłych, a 16 proc. dwoje dorosłych z jednym dzieckiem. Niecałe 2 proc. to jeden dorosły z jednym dzieckiem, a 1,5 proc. szuka opcji wyjazdu w pojedynkę.

Czy nowa ustawa deweloperska wpłynie na inwestycje mieszkaniowe? Deweloperzy odpowiadają

Czy deweloperzy zmieniają decyzje dotyczące startu następnych inwestycji w związku z wejściem w życie nowej ustawy deweloperskiej? Czy wprowadzają zmiany w projektach? Jakie inwestycje trafią na rynek? Sondę opracował serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes zarządu Develia S.A.

Mogłoby się wydawać, że deweloperzy będą starali się wprowadzać do sprzedaży jak najwięcej inwestycji, aby uniknąć wchodzącej 1 lipca br. w życie nowelizacji ustawy deweloperskiej. Nakłada ona obowiązek odprowadzania składki wynoszącej 0,45 proc. ceny mieszkania na tzw. Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Na ten moment nic takiego nie obserwujemy. W pierwszym kwartale tego roku wprowadzono najmniej inwestycji od 2020 roku, rozpoczęto również rekordowo niską liczbę budów. Strona podażowa boryka się z wieloma problemami. Do niskiej dostępności działek i przedłużających się procedur administracyjnych doszły trudności z kontraktowaniem generalnych wykonawców. Szybko rosnące koszty realizacji oraz problemy z dostępnością materiałów budowlanych sprawiają, że niektóre projekty są wstrzymywane.

Jeśli chodzi o inwestycje, które przygotowujemy, większość projektów planowanych na 2022 rok trafiła do sprzedaży. Od stycznia nasza oferta urosła o około 1500 mieszkań, w przygotowaniu znajduje się kolejnych 1000 lokali. Nową podaż w około 40 proc. stanowią mieszkania w kolejnych etapach już realizowanych projektów, m.in. Ceglana Park w Katowicach, Grzegórzecka 77 i Centralna Park w Krakowie czy Osiedle Latarników w Gdańsku. Przeważają natomiast premierowe lokalizacje, jak Krakowska Vita na warszawskich Włochach, Przemyska Vita w Gdańsku oraz inwestycje, które planujemy wprowadzić do sprzedaży w drugim i trzecim kwartale br.

Piotr Ludwiński, dyrektor ds. Sprzedaży i Obsługi Klientów w Archicom S.A.

Projekt ustawy, która ma zostać wprowadzona od 1 lipca 2022 roku jest już konsultowany od dawna. Branża deweloperska zdążyła się więc odpowiednio przygotować na wejście nowego prawa. Uważamy, że wpłynie to na koszty budowy i będziemy obserwować konsekwencje długoterminowe. Nie należy jednak starać się zdążyć z wprowadzeniem kolejnych inwestycji jeszcze przed wejściem w życie ustawy, a skupić się na odnalezieniu w nowych warunkach prawnych – tak właśnie robimy. Chcemy, aby dyskomfort związany ze wzrostem kosztów był jak najmniej odczuwalny przez naszych klientów. Ustawa nie jest kluczowa w kontekście przyspieszeń startów. Kluczowy jest dla nas klient i to od możliwości dopasowania produktów do jego potrzeb będziemy uzależniali starty nowych projektów. Mamy też świadomość, że rosnące koszty budowy przełożą się na mniejsze tempo sprzedaży – ale jeszcze raz – ważniejsza jest jakość projektu niż ilość.

Angelika Kliś, członek zarządu Atal S.A.

Od początku 2022 roku wprowadziliśmy do sprzedaży już 8 inwestycji, a do końca tego roku planujemy co najmniej kolejnych 8, nad którymi obecnie pracujemy. Będą to inwestycje w Katowicach, Krakowie, Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu i Łodzi. Terminy rozpoczęcia ich sprzedaży są zgodne z zaplanowanym przez nas harmonogramem.

W projektach nie zmienialiśmy aranżacji mieszkań. Od zawsze w planowaniu uwzględniamy preferencje klientów i sytuację na rynku, stąd w naszej ofercie szeroki wybór mieszkań, od kawalerek po apartamenty z tarasami. To, na co zwracamy uwagę, to raczej udział danych mieszkań w strukturze.

Zbliżający się termin wejścia w życie nowej ustawy, może przyczynić się do szybszego wprowadzania nowych projektów. Jednakże, w naszej ocenie i praktyce, w nieznacznym stopniu. Przygotowanie projektu wielorodzinnego do sprzedaży to złożony proces, uzależniony od wielu czynników. Działamy planowo, zgodnie z przyjętym harmonogramem, bazując na 30 letnim doświadczeniu w procedowaniu projektów deweloperskich.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W najbliższych tygodniach ruszamy z kolejną transzą domów drewnianych o powierzchni 135 mkw. o zerowym zapotrzebowaniu na energię nieodnawialną. Efektywność energetyczną zapewniają im elektryczne pompy ciepła. Do ogrzania pomieszczeń i wody oraz do wentylacji potrzeba będzie zaledwie 22 kWh/mkw. na rok, co oznacza, że są praktycznie pasywne energetycznie. Domy przygotowane będą do montażu instalacji systemu fotowoltaicznego. Stawiamy je w osiedlu Villa Campina w Ożarowie Mazowieckim. Inwestycje mieszkaniowe są w przygotowaniu. Nie przyczyni się do ich przyspieszenia mająca wejść w życie 1 lipca ustawa deweloperska.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. rozwoju w Wawel Service

W 2022 roku do sprzedaży zostaną wprowadzone nowe inwestycje w Krakowie i na Śląsku. Szczegóły obu projektów już wkrótce pojawią się na naszej stronie internetowej. Wszelkie prace prowadzone są zgodnie z wcześniej założonym harmonogramem. Inwestycje zaprojektowane zostały zgodnie z aktualnymi potrzebami nabywców. Składają się więc głównie z mniejszych lokali – dwu i trzypokojowych. Zgodnie z potrzebami naszych klientów zadbaliśmy o dogodną lokalizację inwestycji w otoczeniu zieleni i zaprojektowaliśmy strefy wypoczynku. Lokale na parterach oferują lokatorom indywidualne ogródki, mieszkania na piętrach – balkony lub loggie. Mieszkańcy lokali położonych na ostatnich kondygnacjach budynków będą mogli skorzystać z prywatnych, zielonych tarasów. Projekty zostaną wprowadzone do sprzedaży przed 1. lipca br.

Boaz Haim, prezes Ronson Development

Nasz plan na 2022 zakładał mocne zasilenie oferty w drugim kwartale roku. Zgodnie z tym planem ruszyła już przedsprzedaż wyjątkowej w naszym portfolio inwestycji – EKO Falenty pod Warszawą. Zbudujemy tam 42 nowoczesne domy w zabudowie szeregowej, w standardzie wyposażone w pakiet rozwiązań ekologicznych. Ceny za mkw. domu rozpoczynają się od 7 700 zł, można go nabyć za 592 tys. zł.

Przed nami także uruchomienie sprzedaży w projekcie przy Studziennej w Warszawie z 84 jednostkami oraz kolejnego etapu Novej Królikarni z 11 jednostkami. Inwestycja przy Studziennej na warszawskiej Woli będzie świetnym produktem dla klientów, którzy chcą bezpiecznie ulokować pieniądze. Ponad 50 proc. oferty w tym projekcie stanowić będą mieszkania dwupokojowe, idealne na wynajem. W Novej Królikarni, projekcie realizowanym na skraju parku na Mokotowie, powstanie z kolei 11 ekskluzywnych domów. Na ten projekt od dłuższego czasu czeka grupa klientów.

Do końca 2022 rozpoczniemy 10 nowych projektów. Sześć z nich będą to kolejne etapy dotychczas realizowanych inwestycji, a 4 będą nowościami. Łącznie będzie to 1027 lokali.

Joanna Janowicz, dyrektor zarządzająca w firmie Constructa Plus

Jesteśmy w trakcie przygotowań do rozpoczęcia czterech inwestycji. Wszystkie będą w centrum Poznania, w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach. Nie mieliśmy wcześniej planów, co do terminu rozpoczęcia realizacji tych projektów i z całą pewnością jeszcze przez jakiś czas wstrzymamy się z ich ustaleniem. Chcemy najpierw uzyskać wszystkie potrzebne decyzje administracyjne, a gdy formalności będą „dopięte na ostatni guzik” zdecydujemy, w jakim czasie zrealizujemy te inwestycje. Każdy z projektów, o których mówię, dotyczy mieszkań o wyższym standardzie, a jego częścią jest też metraż, którego nie zamierzaliśmy korygować. W żaden sposób nie uzależniamy też terminów rozpoczęcia inwestycji od wejścia w życie jakichkolwiek ustaw.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W tym roku planujemy wprowadzić do sprzedaży co najmniej dwie inwestycje. Będą to kolejne etapy prowadzonych już na rynek inwestycji. Projekty, które przygotowujemy zawsze mają na tyle optymalną strukturę, na ile pozwalają zapisy MPZP lub dozwolona ilość miejsc w garażu.

Z pewnością wiele firm będzie dążyło do zainicjowania nowych projektów przed 1 lipca, jednak nie zawsze jest to możliwe. Wprowadzenie inwestycji do sprzedaży oznacza rozpoczęcie zawierania umów deweloperskich, a to z kolei konieczność posiadania pozwolenia na budowę. W tym zakresie niewiele się zmieniło, procedury ciągną się w nieskończoność i deweloper nie ma wpływu na uzyskanie tej decyzji.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

W tym roku planujemy rozpocząć sprzedaż i realizację kilku nowych inwestycji w Warszawie. Będą też nowe etapy projektów, które są aktualnie w realizacji. Co do terminów startu, mogą raczej nastąpić zmiany związane z kolejnością wprowadzenia ich do sprzedaży. Przyglądamy się szczegółowo naszym projektom ze względu na ich lokalizacje oraz strukturę mieszkań. Chcemy jak najbardziej sprostać oczekiwaniom obecnego popytu.

Mariola Żak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Aurec Home

Nieustannie rozwijamy inwestycję Miasteczko Jutrzenki, zlokalizowaną w warszawskich Włochach, której kolejne dzielnice pojawią się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Pracujemy nad nowymi projektami, które z uwagi na wydłużony czas uzyskiwania pozwoleń na budowę pojawią się w sprzedaży w 2023 roku. Z doświadczenia wiemy, że obecny czas przygotowania inwestycji z uwagi na biurokrację wydłużył się dwukrotnie w porównaniu do okresu sprzed dwóch lat. Nie warunkujemy otwarcia sprzedaży wejściem w życie nowej ustawy i przygotowaliśmy się do nowych założeń i wymogów ustawodawcy.

Wszystkie nasze inwestycje przygotowane są na podstawie zapotrzebowania rynku, które nie zmienia się już od kilku lat. Nadal poszukiwane są mieszkania dwupokojowe o metrażu 40 mkw. – 45 mkw. Nowe przepisy, dotyczące ustawy deweloperskiej, wchodzące w życie 1 lipca 2022 roku nie przyczynią się do przyspieszenia sprzedaży nowych projektów. Niestety nie mamy możliwości wprowadzenia do sprzedaży inwestycji, dla których jesteśmy jeszcze w procesie uzyskiwania pozwolenia na budowę. Wiemy, że z taką samą rzeczywistością mierzą się inne firmy deweloperskie.

Teresa Witkowska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu Napollo Residential

Nowe projekty planujemy wprowadzić na rynek w drugiej połowie roku. Będą to zarówno inwestycje w segmencie popularnym, jak również projekty o podwyższonym standardzie. Wychodzimy naprzeciw oczekiwaniom klientów i oferujemy, zarówno różnorodne metraże, jak i układy mieszkań. Każdy projekt nowej inwestycji jest przez nas szczegółowo analizowany i dostosowywany do potrzeb oraz oczekiwań rynku.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Kontynuujemy nasz plan zgodnie z założeniami przyjętymi w 2021 roku. Jesteśmy tuż przed rozpoczęciem przedsprzedaży kolejnego etapu Osiedla Księżnej Dąbrówki w podpoznańskiej Dąbrówce. To flagowe osiedle stopniowo rozbudowywane według wizjonerskiej strategii już od 2000 roku. Nowy etap będzie obejmował, zarówno budownictwo wielorodzinne, jak i domy w zabudowie szeregowej. W następnej kolejności będziemy startować z dwoma projektami w destynacjach turystycznych.

Nie przyspieszamy rozpoczęcia budowy, natomiast być może zmienią się nasze prognozy i plany dotyczące tempa sprzedaży. Podobnie nie zmieniamy projektów pod względem powierzchni. Projekty, którymi dysponujemy opierają się na przemyślanych założeniach wynikających z metodycznej analizy i odpowiadają na zapotrzebowanie rynku.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Grupie Robyg

Wprowadzamy nowe inwestycje zgodnie z naszym planem. Wszystkie projekty oraz budowy Grupy Robyg prowadzone są zgodnie z harmonogramami. Nie planujemy zmian w zakresie naszych realizacji. Staramy się utrzymywać stabilną i płynną działalność, zarówno w zakresie budowy, jak i sprzedaży mieszkań. Sądzimy, że zmiany w ustawie deweloperskiej nie będą miały wpływu na działalność i procedury dużych deweloperów, takich jak Grupa Robyg. Nasze standardy od dłuższego czasu spełniają, a nawet wyprzedzają wymogi ustawowe. Dlatego nie spodziewamy się zmian, ani po stronie podażowej, ani po stronie popytowej na rynku nieruchomości mieszkaniowych. Nie sądzimy, aby nowe regulacje przyspieszyły wprowadzanie nowych osiedli do oferty. Na pewno nowelizacja ustawy wzmocni bezpieczeństwo klientów, zwłaszcza w kontakcie z mniejszymi firmami, które mają mniejsze zasoby gotówkowe czy płynnościowe. Z punktu widzenia Grupy Robyg nie zmieni się nic, nasze procedury są bardzo zaawansowane.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Relacji z Klientem w Aria Development

Obecnie rozpoczęliśmy sprzedaż i realizację trzeciego etapu nowego Osiedla Natura 2 w Wieliszewie. W tym etapie do oferty wprowadziliśmy 80 mieszkań o powierzchni od 29 mkw. do 76 mkw. Pierwsze klucze mieszkańcy otrzymają pod koniec przyszłego roku. Jest to inwestycja w pobliżu przyrody, z dogodnym dojazdem do Warszawy. Lokale na parterze będą miały ogródki, natomiast na wyższych piętrach – balkony. Sprawną komunikację wewnątrz budynków zapewnią szybkie i ciche windy. Wszystkie mieszkania zostaną wyposażone w system inteligentnego domu Aria Eco Smart.

Na tym etapie inwestycji nie było możliwe dokonanie zmian projektowych. W okresie spowolnienia gospodarczego prognozujemy, że lepiej będą sprzedawać się mieszkania o mniejszej powierzchni.

Jeśli chodzi o plany, kupiliśmy dużą działkę w pobliżu centrum Poznania. Będziemy tam realizować duże osiedle mieszkaniowe. Prowadzimy też rozmowy na temat zakupu gruntu w okolicach Warszawy, gdzie projektujemy samowystarczalne i ekologiczne miasteczko. Inwestycje te będą realizowanie w ramach nowej ustawy i nie zamierzamy ich przyspieszać.

Marcin Michalec, CEO Okam

W tym roku planujemy rozpoczęcie sprzedaży projektu CITYFLOW na warszawskiej Woli oraz sprzedaż loftów w historycznej Warzelni, będącej częścią kompleksu BOHEMA – Strefa Praga. A następnie, w trochę dłuższej perspektywie czasowej chcemy uruchomić wielofazowy projekt na Żeraniu, nad którego koncepcją architektoniczną obecnie pracujemy. Na ten moment wszystkie aktualnie realizowane i zakładane inwestycje prowadzimy zgodnie z harmonogramem i nie zakładamy w tym zakresie żadnych przesunięć, w tym przyspieszeń. Jednocześnie, możemy oczywiście obserwować na rynku intensyfikację działań niektórych inwestorów związaną z wcześniejszym niż zakładano rozpoczęciem projektów, aby zadziało się to przed wejściem w życie nowej ustawy deweloperskiej.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Rozważamy wprowadzenie kolejnych etapów inwestycji, które są już w sprzedaży zgodnie z wcześniejszymi założeniami. Decyzje o starcie nie uległy zmianie i są uwarunkowane głównie stanem zaawansowania sprzedaży etapów wcześniejszych oraz zapotrzebowaniem wśród klientów na określone typy lokali i ich dostępnością w ofercie. Planujemy również wdrożyć do sprzedaży nowy projekt, jednak jest to uzależnione od uzyskania pozwolenia na budowę. Naszym zdaniem nowe przepisy mogą wpłynąć na deweloperów, jeśli chodzi o przyspieszenie wprowadzania nowych projektów przed 1 lipca br.

KODA Bots zmienia się w KODA i otwiera pierwsze biuro w USA. Zarządzanie spółką przejmuje Michał Pawełczyk

KODA Bots, jeden z polskich liderów w obszarze tworzenia rozwiązań chatbotowych i voicebotowych wykorzystywanych w obsłudze klienta, sprzedaży czy procesach HR-owych zmienia nazwę na KODA. Rebranding jest pierwszym z kroków w zmianie strategii działania spółki.

KODA ma na koncie już ponad 100 wdrożeń dla takich podmiotów w jak TVN, Jeronimo Martins, Żabka, Kubota czy Adamed. Średnio skracają one czas pracy fizycznych konsultantów o połowę i automatyzują 70-80% powtarzających się zapytań. – Z naszej nazwy znika słowo “Bots”. Kilka lat temu faktycznie zaczynaliśmy od tworzenia prostych chatbotów, ale dziś naszym produktem jest technologia pozwalająca na zautomatyzowanie komunikacji w każdym kanale kontaktu z klientem lub pracownikiem.  Nasz autorki system operacyjny daje ponadto bardzo szerokie możliwości analityczne i pozwala na integrację z narzędziami BI komentuje Michał Pawełczyk, prezes KODA.

Zmianę w strategii odzwierciedlają też zmiany personalne. Operacyjne zarządzanie spółką przejmuje Michał Pawełczyk, dotychczas pełniący funkcję CTO, twórca systemu operacyjnego KODA.  Do zarządu dołącza Ola Bilińska pełniąca w spółce funkcję Head of Customer Success. Mariusz Pełechaty, dotychczasowy CEO, obejmuje stanowisko Head of Growth i będzie odpowiedzialny za wzrost przychodów spółki w regionie CEE.

Automatyzacja na świat

Zmiana strategii zakłada mocniejsze wyjście KODA na rynki zagraniczne poza regionem CEE. W pierwszej kolejności będą to Stany Zjednoczone, gdzie potencjał rozwoju i zapotrzebowanie na technologie do automatyzacji procesów komunikacji w firmach są największe. –  W bieżącym roku pozyskaliśmy kolejne już wdrożenia w USA. To zapotrzebowanie spowodowało, że na początku czerwca otworzyliśmy biuro w San Francisco. Z końcem września nasze przedstawicielstwo pojawi się również w Nowym Jorkumówi  Michał Pawełczyk.

Spółka, do tej pory finansująca działalność i rozwój ze środków własnych, przygotowuje się do globalnej rundy seed. – Przez ostatnie 3 lata pod wodzą Mariusza i na bazie przychodów ze sprzedaży  rozwinęliśmy nasz system KODA do poziomu, który śmiało możemy uznać za światową czołówkę. Jego efektywność potwierdzają dane naszych klientów i ich opinie. Jesteśmy na etapie na którym wiemy, że nasz produkt  może skutecznie działać na dowolnym rynku. Dlatego czujemy się gotowi do dużo szybszego skalowania – wyjaśnia  Michał Pawełczyk.

Na ekspansję zagraniczną i dalszy rozwój biznesu KODA planuje pozyskać 4 mln dolarów. Prowadzi już rozmowy z inwestorami Europie i USA – aniołami biznesu i funduszami Venture Capital. –  Nasze cap table pozostaje nienaruszone, spółka osiąga wzrosty MRR, dlatego uznaliśmy, że przyszedł czas na pierwszą rundę inwestycyjną. Chcemy ją zamknąć w IV kwartale. Wkrótce, aby jeszcze zwiększyć naszą atrakcyjność, zaprezentujemy kilka nowych produktów – dodaje Michał Pawełczyk.

Rekordowe wzrosty wydatków na technologie w handlu

Zakłócenia łańcuchów dostaw, niedobory siły roboczej czy zmiana nawyków zakupowych konsumentów – to wszystko sprawia, że dziś handel potrzebuje technologii jak powietrza. Wg raportu CB Insights „The Future of the Supermarket 2022”, wydatki na technologie dla handlu detalicznego w branży spożywczej w 2021 roku osiągnęły 19 mld dolarów, czyli aż o 115 proc. więcej niż w roku poprzednim.

Sztuczna inteligencja, personalizacja, inteligentne wózki, inteligentne, wielorazowe opakowania, automatyzacja, kasy bezobsługowe – to główne hasła, pod jakimi zmieniają się supermarkety, ale to jeszcze nie wszystko. Innowacje technologiczne napędzane danymi będą dawały jeszcze większe możliwości wzrostu.

Handel wypełniony innowacjami

Detaliści szukają sposobów na zatrzymanie klientów i zwiększenie rentowności, ale przedstawiciele branży spożywczej mierzą się ze szczególnymi wyzwaniami: rozbudowanym asortymentem produktów, łatwo psującymi się towarami i topniejącymi marżami. Kolejne to rozwój handlu elektronicznego, który jest okazją dla detalistów spożywczych do eksperymentowania z omnichannelem, oczywiście przy wykorzystaniu najnowszych rozwiązań.

Rozwój internetowych zakupów spożywczych dał konsumentom wolność w wyborze pomiędzy kanałem tradycyjnym i nowoczesnym. Okazało się, że spora część z nich przekonała się do wygody zakupów online. Według badania PowerReviews ponad połowa, bo 57 proc. konsumentów, zwiększyła swoje wydatki na internetowe zakupy spożywcze w ciągu ostatniego roku.

Sztuczna inteligencja

Przykładów zastosowania najnowszych technologii w sprzedaży mamy już bardzo dużo. Inteligentne regały, bezobsługowe kasy, inteligentne etykiety na półki, które za pomocą ikon lub kodów QR mogą dziś wyświetlać informacje dotyczące m.in. alergenów. To powód, dlaczego największe sieci handlowe nawiązują współpracę z dostawcami takich usług jak wirtualny dietetyk czy konsultacje medyczne online.

Technologia w handlu spożywczym wywiera ogromny wpływ na codzienne życie konsumentów, sprawiając że zakupy stają się bardziej wygodne i spersonalizowane. Jednak kupujący są dziś nie tylko coraz bardziej wymagający. Dbają o swoje zdrowie i są lepiej zorientowani w dostępnym na rynku asortymencie, po prostu dobrze wiedzą, czego chcą. Dlatego zbudowanie odpowiedniej oferty sprzedażowej staje się bardziej skomplikowane. Rozpoznawanie zmieniających się preferencji żywieniowych i potrzeb klientów pozwalają dziś wspomagać narzędzia wykorzystujące m.in. sztuczną inteligencję – tłumaczy Adam Sienkiewicz, Head of Sales z Sagra Technology. To wszystko prowadzi do tego, że sklepów nafaszerowanych technologiami będzie coraz więcej.

Inteligentne wózki

Wózek wyposażony w ekran, wagę, czujniki i kamerę, umożliwia m.in. zalogowanie się klienta, wykorzystanie oferty lojalnościowej czy bezgotówkowe płatności. Może również inspirować do sprawdzania nowości, sugerować konkretne, pasujące do siebie lub będące w promocji produkty i wskazywać do nich drogę w sklepie. Sprzedawcom inteligentne wózki pomagają zrozumieć, w jaki sposób klienci poruszają się po sklepie oraz wychwycić potencjalne wąskie gardła i miejsca, w których klienci mogą wybierać produkty pod kątem impulsu. Są bardziej opłacalne niż doposażanie istniejących sklepów w rzesze kamer i czujników. Dodatkowo, inteligentne wózki umożliwiają klientom skanowanie produktów podczas zakupów za pomocą aplikacji na smartfona i pomijanie kas.

Sprawne dostawy

Wg raportu Capgemini, koszty dostaw ostatniej mili stanowią nawet 41 proc. całkowitych kosztów dostaw. Stąd idea niewielkich magazynów (MFC – Micro-fulfillment centers), położonych jak najbliżej punktów sprzedaży, a nawet na terenie sklepu, aby jak najszybciej i najsprawniej realizować dostawy. Takie rozwiązanie sprawia, że ostatnia mila jest krótsza i tańsza, zmniejsza także zapotrzebowanie na pracę ludzką. Dlatego giganci branży inwestują w zautomatyzowane obiekty MFC, dzięki którym mogą obniżać koszty realizacji zamówień nawet o 75 proc. (dane z raportu CB Insights).

Dane płynące od producentów, dystrybutorów i sprzedawców dają szereg informacji, które są bezcenne z punktu widzenia każdego uczestnika łańcucha dostaw. Producent potrzebuje informacji od sprzedawców, sprzedawcy od dystrybutorów itd. Dzięki wymianie i analityce tych danych mogą m.in. tworzyć modele predykcyjne oraz planować odpowiednio zasoby czy inwestycje. Dziś nikt nie może sobie pozwolić na przestój, brak zapasów czy przepełnione magazyny. Dodatkowo, klientów przyzwyczajonych do dostępności produktów oraz wygody zakupów nie można dziś zawieść – podkreśla ekspert.

Przyszłość

Sposobem na utrzymanie pozycji w handlu jest postawienie na wysoką jakość obsługi i doświadczenia klientów we wszystkich kanałach sprzedaży. To, o co zadbać muszą najbardziej, to personalizacja, podtrzymanie lojalności ora zapewnienie wygody. Dobra ekspozycja towarów, minimalizacja braków na półce to wyzwanie dla wszystkich w łańcuchu dostaw. – Tutaj z pewnością pomoże technologia tj. Image recognition, które na podstawie weryfikacji obrazu wygenerują działania zapobiegające brakom produktów na półce, ale i spowoduje , że wygląd ekspozycji będzie wpływał na zwiększenie sprzedaży detalisty – tłumaczy Adam Sienkiewicz. Inny element to zdolność detalistów do nawiązywania kontaktów z konsumentami z poza murami sklepu. Zwiększona ilość danych zbieranych online i w sklepie poddana analizie w środowisku Power BI z użyciem sztucznej inteligencji może pomóc producentom w lepszym zrozumieniu zmieniających się nawyków kupujących. W następnej dekadzie wszyscy uczestnicy rynku będą opierać się na szczegółowych danych napędzających sprzedaż i zyski.

Tak słabych nastrojów w polskim przemyśle nie było od wybuchu pandemii

Subindeks Barometru EFL dla branży produkcyjnej na II kwartał br. wyniósł 47,7 pkt. i był niższy o 2,2 pkt. w porównaniu do poprzedniego kwartału. To najniższy wynik od 2 lat – w maju 2020 roku wyniósł 45,9 pkt. Żaden przedsiębiorca nie prognozuje wzrostu inwestycji, a co piąty ich spadek. Co więcej, nikt z branży nie spodziewa się poprawy kondycji w najbliższych miesiącach. Na tak pesymistyczne opinie mocno wpłynęła wojna na terytorium Ukrainy – 58% firm produkcyjnych wskazało na jej negatywne skutki dla ich biznesu.

Barometr EFL dla branży produkcyjnej na II kwartał 2022:

  • Subindeks: 47,7 pkt. (-2,2 pkt. kw./kw.)
  • Inwestycje: 80 proc. przedsiębiorców prognozuje taki sam poziom inwestycji; 20 proc. prognozuje spadek inwestycji
  • Sprzedaż: 22 proc. przedsiębiorców prognozuje zwiększenie sprzedaży; 32 proc. prognozuje spadek sprzedaży
  • Płynność finansowa: 10 proc. przedsiębiorców prognozuje poprawę płynności finansowej; 31 proc. prognozuje pogorszenie płynności finansowej
  • Finansowanie zewnętrzne: 32 proc. przedsiębiorców prognozuje większe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne; 10 proc. prognozuje mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne
  • Barometr COVID-19: żaden przedsiębiorca nie spodziewa się poprawy kondycji w branży w ciąg najbliższych 6 miesięcy

– Spoglądając wstecz i analizując dane naszych kwartalnych pomiarów z 2021 roku, produkcja w Polsce radziła sobie nieźle. Na cztery odczyty, aż trzy były powyżej progu ograniczonego rozwoju, który wynosi 50 pkt. Od początku tego roku mamy już do czynienia z tendencją spadkową. W pierwszym pomiarze subindeks dla branży produkcyjnej wyniósł 49,9 pkt., czyli niewiele zabrakło do optymistycznej granicy. Teraz mamy o ponad 2 punkty mniej. Również pozostałe wskaźniki jak na przykład ocena kondycji w kolejnych miesiącach, wpływ pandemii i wojny w Ukrainie na branżę wskazują, że „producenci” patrzą w przyszłość z dużymi obawami. Te opinie są zbieżne z ostatnimi danymi Głównego Urzędu Statystycznego. Choć w kwietniu br. produkcja sprzedana przedsiębiorstw przemysłowych była wyższa o 13% w porównaniu z kwietniem ub. roku, to wtedy odnotowano wzrost o ponad 44% w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego. Natomiast w porównaniu z marcem tego roku spadła o ponad 11% – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Wracamy do początku kryzysu?

Subindeks Barometru EFL na II kwartał br. dla branży produkcyjnej wyniósł 47,7 pkt., o 2,2 pkt. mniej niż w pierwszym kwartale tego roku. Jest to najniższa wartość wskaźnika od początku pandemii COVID-19 w Polsce. W maju 2020 roku wartość subindeksu wyniosła 45,9 pkt. W porównaniu z pozostałymi pięcioma branżami – przemysł odnotował trzecią najniższą wartość, po HoReCa (47 pkt.) i budownictwie (47,5 pkt.).

EFL w badaniu Barometr po raz kolejny zapytał przedstawicieli polskiego przemysłu, czy w obecnej sytuacji społeczno-polityczno-gospodarczej, sytuacja w ich branży w ciągu najbliższych 6 miesięcy poprawi się, pogorszy czy pozostanie bez zmian. Optymistów brak – żaden przedsiębiorca nie wskazał na poprawę sytuacji. Ponad połowa odpowiedziała, że pozostanie bez zmian (53%), a co czwarty jest zdania, że się pogorszy (26%).

Wojna trudniejsza niż pandemia

Produkcja bardziej odczuwa dziś wpływ wojny toczącej się na terenie Ukrainy niż skutki pandemii. 58% firm uważa, że to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, ma niekorzystny wpływ na ich działalność (z czego 13% – bardzo niekorzystny i 45% – raczej niekorzystny). Warto podkreślić, że odsetek respondentów oceniających, że wojna ma raczej negatywny wpływ na ich działalność jest najwyższy wśród wszystkich 6 badanych branż (ex aequo z HoReCa). W przypadku COVID-19 – na jej negatywny wpływ wskazuje 44% zapytanych (z czego 11% – zdecydowanie niekorzystny, a 33% – raczej niekorzystny).

Inwestycje nie ruszą, a płynność coraz niższa

W II kwartale br. zdecydowana większość firm produkcyjnych (80%) planuje podobny poziom inwestycji co w poprzednich miesiącach, a 20% spodziewa je zmniejszyć. Nikt nie myśli o nowych większych nakładach inwestycyjnych.

Nieco lepiej niż w inwestycjach przedstawiciele branży prognozują sprzedaż. 22% liczy na jej wzrost, 44% spodziewa się podobnego poziomu zamówień co w poprzednim kwartale, a 32% obawia się ich spadku.

Niestety płynność finansowa firm produkcyjnych nie wygląda najlepiej. Co trzecia obawia się jej pogorszenia w II kwartale br. (31%). Tylko 10% liczy na jej poprawę.

Wartość głównego indeksu Barometru EFL na II kwartał 2022 roku wyniosła 48,7 pkt. Osiągnięty poziom jest o 0,2 pkt. niższy niż w I kwartale 2022 roku.