Transakcje na rynku magazynów zwolniły, perspektywy jednak optymistyczne

Po rekordowym 2021 roku aktywność inwestorów na polskim rynku nieruchomości magazynowych chwilowo zwolniła za sprawą zawirowań makroekonomicznych i niepewności związanej z wybuchem wojny w Ukrainie, wynika z analiz kancelarii prawnej DLA Piper. W dłuższej perspektywie zainteresowanie inwestorów obiektami logistycznymi będzie jednak rosło dzięki popytowi najemców z sektora e-commerce i firm produkcyjnych, oraz wzrostowi czynszów.

Na polskim rynku magazynowym dominują inwestorzy zagraniczni, głównie z Unii Europejskiej i USA. Powoli rośnie też udział inwestorów z Azji, w tym Singapuru, Korei Płd. oraz Bliskiego Wschodu, twierdzą prawnicy DLA Piper, która jest czołową kancelarią pod względem obsłużonych transakcji na krajowym rynku nieruchomości magazynowych. W ubiegłym roku w Polsce zawarto rekordową liczbę transakcji portfelowych, a wartość inwestycji na rynku logistycznym osiągnęła 2,8 mld euro, wynika z danych firmy doradczej JLL.

Spodziewamy się, że w tym roku wolumen transakcyjny na rynku magazynowym będzie istotnie mniejszy. W ostatnich trzech miesiącach inwestorzy nie śpieszyli się do zakupów. Bez wątpienia wpływ na to ma niepewna sytuacja geopolityczna i gospodarcza. Wybuch wojny w Ukrainie i galopująca inflacja powodują, że inwestorzy zastanawiają się co robić dalej i szukają wskazówek, jak rozwinie się sytuacja – mówi Michał Pietuszko, partner oraz szef zespołu nieruchomości w warszawskim biurze DLA Piper.

Zagraniczni inwestorzy i biznes powoli zaczynają się oswajać z obecną sytuacją geopolityczną, podkreślają eksperci z kancelarii. Polska postrzegana jest  jako bezpieczne miejsce do lokowania inwestycji, a obecność kraju w strukturach Unii Europejskiej i NATO jest gwarancją stabilności w obliczu wojny w Ukrainie.

Pomimo spowolnienia gospodarczego utrzymuje się wysokie zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe i przemysłowe w Polsce ze strony operatorów logistycznych, spółek z sektora e-commerce, sieci handlowych i firm produkcyjnych. Spowolnienia nie widać też na rynku deweloperskim – polski rynek odpowiadał w I kwartale 2022 roku za jedną czwartą nowej podaży powierzchni magazynowych w Europie.

Logistyka jest wciąż najbardziej dynamicznie rozwijającym się ze wszystkich segmentów rynku nieruchomości i rośnie najszybciej. Zmiany zachodzące w gospodarce w wyniku globalizacji i digitalizacji powodują, że szybko rośnie zapotrzebowanie na nowe powierzchnie logistyczne i dystrybucyjne w Polsce. Taka sytuacja trwa już od kilku lat, a dodatkowo rozwój tego sektora przyspieszył podczas pandemii – twierdzi Agnieszka Lehwark, partnerka w zespole nieruchomości w warszawskim biurze DLA Piper.

Pozytywnym czynnikiem z punktu widzenia inwestorów jest także pierwszy od kilku lat znaczący wzrost stawek najmu powierzchni magazynowych spowodowany przede wszystkim rosnącymi kosztami materiałów budowlanych, płac oraz cenami działek. Trend ten będzie kontynuowany z powodu przyspieszającej inflacji, twierdzą prawnicy DLA Piper.

Pozostajemy optymistami, bo fundamenty tego rynku są silne, a perspektywy wzrostu obiecujące. Deweloperzy oddają do użytku rekordowe ilości nowych powierzchni, które momentalnie znajdują najemców. Wskaźnik pustostanów właściwie nie rośnie i utrzymuje się na bardzo niskim poziomie. W dłuższym terminie spodziewamy się, że wolumeny transakcyjne w tym segmencie rynku powrócą do wcześniejszych poziomów – podsumowuje Jacek Giziński, partner współzarządzający warszawskim biurem kancelarii DLA Piper.

Deloitte: Rosnące koszty życia największym wyzwaniem dla millenialsów i pokolenia Z w Polsce

Trudna sytuacja finansowa to główna przyczyna niepokoju odczuwanego przez przedstawicieli pokoleń urodzonych pod koniec ubiegłego stulecia i na początku XXI wieku. Młodzi, również w Polsce, coraz częściej podnoszą problem zdrowia psychicznego i wypalenia zawodowego. Jednocześnie co piąty zoomer i co czwarty millenials na świecie wskazał, że jego pracodawca nie traktuje tego zjawiska należycie poważnie. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom oraz potrzebom millenialsów i osób z pokolenia Z może być szansą dla pracodawców na przyciągnięcie nowych talentów – wynika z raportu Global 2022 Gen Z & Millennial Survey przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Najnowsza edycja corocznego badania Deloitte wskazuje, że poczucie niepokoju staje się nieodłącznym elementem codziennego życia młodych pokoleń. Wnioski te wyciągnięto na podstawie odpowiedzi udzielonych przez 14,8 tys. przedstawicieli pokolenia Z, czyli osób urodzonych między styczniem 1995 r. a grudniem 2003 r. oraz 8,4 tys. millenialsów (z roczników 1983-1994) pochodzących z 46 krajów świata, w tym z Polski. Ankieta została przeprowadzona na przełomie grudnia 2021 r. i stycznia 2022 r.

Największym wyzwaniem dla ankietowanych zarówno w Polsce, jak i na świecie jest kwestia rosnących kosztów życia. Tę kategorię w skali globalnej wskazało 29 proc. przedstawicieli pokolenia Z (tzn. zoomerów) oraz 36 proc. millenialsów (nazywanych również generacją Y). W przypadku Polski odsetek tego typu odpowiedzi był jeszcze większy i wynosił odpowiednio 47 i 49 proc. Jedną z zauważalnych różnic między polskimi a zagranicznymi respondentami jest obawa przed konsekwencjami braku społeczno-politycznej stabilności w regionie. Ta kwestia w ogóle nie pojawia się w najczęstszych odpowiedziach zebranych globalnie. Tymczasem w Polsce na takie źródło niepokoju wskazuje co czwarty przedstawiciel generacji Z i co piąty millenials.

– Konsekwencje rosnących kosztów życia coraz mocniej dotykają przedstawicieli najmłodszych pokoleń. Nie jest to jednak nowe zjawisko, ale trend utrzymujący się od dłuższego czasu. Przedstawiciele pokoleń Y i Z od dawna odczuwają brak stabilności finansowej. Młode pokolenia coraz głośniej mówią też o kwestii zdrowia psychicznego i wypaleniu zawodowym. Wszystkie te czynniki w coraz większym stopniu mają wpływ na ich decyzje zawodowe. Znaczenie zarządzania talentami zyskuje na znaczeniu. Liderzy, którzy chcą zatrzymać wykwalifikowanych pracowników, powinni już dziś zmienić swój sposób myślenia o nich i o nowym modelu pracy – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego, Deloitte.

Wyniki badania pokazują, że blisko połowa przedstawicieli obydwu pokoleń odczuwa wypalenie spowodowane rosnącą liczbą obowiązków zawodowych. Jednocześnie co piąty zoomer i co czwarty millenials wskazał, że jego pracodawca nie traktuje tego zjawiska należycie poważnie lub nie podejmuje żadnych kroków, żeby je powstrzymać.

Chociaż konsekwencje przepracowania budzą obawy wśród ankietowanych, to chęć znalezienia wymarzonej ścieżki kariery oraz konieczność zaspokojenia potrzeb finansowych skłania osoby urodzone w latach 80., 90. i na początku XXI wieku do podejmowania dodatkowego zajęcia zawodowego. Co czwarty Polak urodzony po 1995 r. wykonuje więcej niż jedną pracę. Odsetek ten jest jednak znacznie mniejszy w porównaniu z globalnymi wynikami – w ujęciu globalnym 43 proc. „zetek” trudni się dodatkowym zajęciem. W przypadku starszego pokolenia liczba osób pracujących na półtora lub więcej etatu wynosi ok. 1/3 ankietowanych zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dla części osób praca na półtora lub dwa etaty ma wymiar nie tylko finansowy, ale również pozwala zaspokoić potrzebę rozwoju zawodowego poprzez podnoszenie swoich kompetencji.

Odpowiedzialni pracodawcy

Według ekspertów Deloitte, firmy chcące uchodzić za atrakcyjne miejsce pracy dla millenialsów i zoomerów muszą być gotowe spełnić nie tylko ich oczekiwania finansowe, ale również zapewnić wsparcie w obszarach takich jak rozwój zawodowy czy zdrowie mentalne oraz uwzględnić oczekiwania dotyczące sposobu organizacji pracy.

Wybierając pracodawcę, przedstawiciele pokoleń Y i Z kierują się znacznie większą liczbą czynników niż tylko finansami. Zarówno zoomerzy, jak i millenialsi liczą na to, że spełni on ich oczekiwania dotyczące budowania kariery w organizacji oraz umożliwi zachowanie równowagi między życiem prywatnym a zawodowym, m.in. poprzez elastyczne podejście do organizacji pracy. Kluczową rolę odgrywają tu liderzy, którzy powinni cechować się empatią i otwartością na potrzeby pracowników, jednocześnie wspierając ich w rozwoju. Równie istotna jest otwartość pracodawcy na tematy z zakresu zdrowia psychicznego, a także wdrożenie odpowiednich wspierających rozwiązań. Wszystkie te aspekty służą budowaniu kultury organizacyjnej opartej na wartościach – wskazuje Joanna Świerzyńska, partnerka w dziale doradztwa podatkowego, talent partnerka w Deloitte.

Inflacja na ustach wszystkich

Wszystko wskazuje na to, że inflacja w strefie euro jak i w Stanach Zjednoczonych osiągnie prawdopodobnie w czerwcu nowe maksima. W przypadku wskaźnika bazowego w średnim terminie także powinniśmy spodziewać się dalszych zwyżek. W tej sytuacji rynek prawdopodobnie podniesie swoje oczekiwania dotyczące kluczowych stóp procentowych w USA i strefie euro. Przed nami dalsze wzrosty rentowności obligacji rządowych.

Inflacja w strefie euro w maju wyniosła 8,1 proc i była znacznie wyższa, niż szacowali ankietowani wcześniej ekonomiści. Wówczas wielu pocieszało się faktem, że to prawdopodobnie szczyt. Prawdopodobnie jednak daleko nam do tego. W czerwcu zapowiada się jeszcze wyższy odczyt CPI. Wynika to z faktu, że ceny paliw w połowie miesiąca (kiedy zbierane są dane) były o około 4 proc. wyższe niż w połowie maja. W rezultacie inflacja w strefie euro wzrośnie i może wynieść nawet 8,4 – 8,5 proc.

Nie ma jeszcze oznak spowolnienia silnej presji wzrostowej na ceny producentów dóbr pośrednich. Z kolei oczekiwania inflacyjne rosną powszechnie – zarówno wśród przedsiębiorstw, jak i gospodarstw domowych. Co niepokojące, ankieta Bundesbank-u wskazuje, że w ciągu najbliższych pięciu lat inflacja wyniesie średnio 5 proc. – o dwa punkty procentowe więcej niż tuż przed wybuchem pandemii. W takich warunkach firmom łatwiej jest podnosić ceny. Przez długi czas płace w strefie euro rosły jedynie w niewielkim stopniu. W pierwszym kwartale odnotowano jednak pierwszy znaczący wzrost, który nie był spowodowany wyłącznie specjalnymi płatnościami związanymi z COVID-19 w niemieckim sektorze publicznym. W międzyczasie związki zawodowe znacznie podniosły swoje żądania płacowe, i to nie tylko w Niemczech – co jest zrozumiałe w obliczu ogromnego wzrostu inflacji. Koszty pracy prawdopodobnie wkrótce wzrosną gwałtownie we wszystkich krajach, co spowoduje wzrost cen usług i towarów.

Podobna sytuację można zauważyć w USA. Odczyt ostatni na poziomie 8,5 proc. zaskoczył rynki. Fed zareagował wyższa podwyżką. W czerwcu jednak ten wynik jeszcze może zostać pobity. Przyczyni się do tego wzrost cen benzyny oraz znaczne zwyżki czynszów mieszkań.

W USA rynek pracy jest mocno napięty. Dla przykładu, na każdą osobę bezrobotną przypadają obecnie dwa wolne miejsca pracy, czyli więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Presja na wzrost wynagrodzeń jest więc nadal duża. Mediana wynagrodzeń obliczana przez Fed z Atlanty, będąca stosunkowo „czystą” miarą płac, była w maju o 6,1 proc. wyższa niż rok wcześniej, co stanowi najwyższy wzrost w historii tej serii danych, która sięga 1997 r. Jeśli spojrzymy na oczekiwania inflacyjne amerykańskich konsumentów, to widać, że podniosły się one z 3 proc. na początku 2021 r. do 6,6 proc. obecnie. Długoterminowe oczekiwania na najbliższe trzy lata wzrosły o 1 punkt procentowy do poziomu nieco poniżej 4 proc.. Jeśli ceny energii wkrótce się nie uspokoją, wczesną jesienią inflacja w USA może nawet przekroczyć poziom 9 proc.

Łukasz Zembik, DM TMS Brokers

Zacieśnianie polityki monetarnej w USA nabiera tempa

Zgodnie z oczekiwaniami amerykański Fed podniósł zakres podstawowej stopy procentowej o 75 punktów bazowych, do 1,50-1,75%. To przede wszystkim reakcja na ubiegłotygodniowe dane o wyższej inflacji. Prognozy dotyczące stóp procentowych sugerują podwyżkę stóp do 3,4% w tym roku. Można spodziewać się, że w przyszłym roku podstawowa stopa procentowa wyniesie nawet 3,8%. Jest to wprawdzie wolniejsza podwyżka w porównaniu z bankami centralnymi takimi jak NBP, jednak dolar, jako waluta bezpieczna, potrzebuje podniesienia stóp, aby się umocnić. Co więcej, inflacja w USA jest niższa niż w Polsce. Oprócz oczekiwania wyższej inflacji, nowa prognoza Fed przewiduje także niższy wzrost PKB i wyższe bezrobocie w latach 2022-2024. Chociaż Fed jest ostrożniejszy niż NBP, to w porównaniu z EBC jego zachowanie jest bardzo jastrzębie. W istocie EBC jest postrzegany jako instytucja, która oprócz stabilności cen musi zająć się problemami gospodarczymi i zadłużeniem krajów, takich jak Włochy. W rzeczywistości EBC nie wprowadził żadnych zmian na nadzwyczajnym posiedzeniu i można się spodziewać, że podczas gdy do końca roku stopy procentowe wyniosą ok. 7% w Polsce i 3,4% w USA, to w strefie euro będą oscylować wokół 1%. Oczywiście nie pomoże to zbytnio fundamentom euro. Istnieje zatem realna szansa, że w dłuższej perspektywie euro osłabi się w stosunku do dolara. W stosunku do złotego będzie to zależało od tego, czy sytuacja polityczna w Europie i Ukrainie będzie się zaostrzać. Jeśli tak się nie stanie, złoty skorzysta na wyższych stopach i umocni się.

AKCENTA CZ a.s.

Największa podwyżka stóp FED od 1994 roku

Amerykański Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku („Federal Open Market Committee”) podniósł w środę wysokość głównej stopy procentowej w USA o 0,75 pkt. proc. do poziomu 1,5-1,75 proc. To największa podwyżka stóp w Stanach Zjednoczonych od 15 listopada 1994 roku, kiedy oprocentowanie funduszy federalnych zostało podniesione przez FED również o 0,75 pkt. proc. z 4,75 proc. do 5,5 proc.

Wysokość podstawowej stopy procentowej podniósł również – po raz piąty z rzędu – wczoraj Bank Anglii. Wzrosła ona z 1 do 1,25 proc. do najwyższego poziomu od 13 lat.
Stopy podniósł również Narodowy Bank Szwajcarii. Wzrosły one z -0,75 proc. do -0,25 proc.

W środę i czwartek kurs amerykańskiego dolara w stosunku do japońskiego jena spadł łącznie o 2,4 proc., co było najsilniejszy tego typu dwusesyjnych ruchem od końca marca 2020 roku. Dolar osłabił się również w środę i czwartek wobec euro. Dziś rano te straty dolara były częściowo odrabiane. Złoty był wczoraj najsłabszy względem amerykańskiego dolara od 3 miesięcy, a względem euro od ponad 2,5 miesiąca. Dziś rano te straty były odrabiane.

Wyprzedzając podwyżkę stóp FED rentowność amerykańskich 10-latek wzrosła na początku tego tygodnia do najwyższego poziomu od 11 lat (prawie 3,5 proc.), ale w środę i w czwartek lekko spadała. Rentowność 10-letnich obligacji skarbowych polskiego rządu pokonała w tym tygodniu poziom swego maksimum z października 2008 zbliżając się do 8 proc.

Cena kontraktów na ropę naftową nadal trzymały się w pobliżu poziomu 120 dolarów) za baryłkę. Cena kontraktów na gaz ziemny na NYMEX-ie konsolidowała się po wtorkowym silnym tąpnięciu. Sytuacja w Europie był odwrotna, ceny kontraktów na gaz stabilizowały się dziś po silnym wzroście w środę i czwartek wywołanym ograniczeniem dostaw przez Rosję. Kolejnej 1,5 roczne minimum osiągnęły wczoraj ceny kontraktów na złom stalowy na LME.

Na najniższe poziomu od końca 2020 roku zeszły wczoraj główne amerykańskie indeksy. Dziś rano trwało ostrożne odreagowanie (S&P 500 +0,74 proc.). Na giełdach w Azji i Oceanii nowe przynajmniej roczne minima osiągnęły główne indeksy rynków akcji w Indiach, Nowej Zelandii, Korei Południowej, Tajwanie, Malezji i Australii. Najsilniej – o 1,77 proc. – spadł dziś australijski All Ordinaries. Rosły natomiast indeksy giełd chińskich (Hang Seng +1,15 proc.).

Głównie indeksy w Europie pomimo wczorajszych spadków nie zeszły poniżej poziomów marcowych dołków, a dziś rano lekko rosły (DAX +0,5 proc., CAC 40 +0,48 proc.). Wyjątkami były holenderski AEX i szwajcarski SMI, które osiągnęły wczoraj i dziś rano najniższe od ponad roku poziomy.

WIG-20 spadał po 10-tej o 1,27 proc., ale nadal trzymał się powyżej poziomu swego majowego dołka. Ta sztuka nie udała się mWIG-owi, który osiągnął w ostatnich dniach najniższy poziom od stycznia 2021. Na początku dzisiejszej sesji swe nowe cykliczne minima osiągnęły WIG-Leki, WIG-Motoryzacja i WIG-Media. Kurs akcji Cyfrowego Polsatu był dziś najniżej od marca 2020, zaś najwyżej od roku była dziś cena akcji PGE. Najdroższe od prawie 2 lat były dziś akcje XTB. Wśród składników mWIG-u na drugim biegunie były dziś akcje Millennium i Wirtualnej Polski, które osiągnęły swe nowe cykliczne minima.

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Banki centralne rozdają karty

Wojna wywołana przez Rosjan na Ukrainie trwa nadal, ale to banki centralne rządzą obecnie rynkami. W ciągu ostatnich dwóch dni z ważnych posiedzeń zagranicznych banków centralnych zabrakło tylko Banku Anglii.

Nadzwyczajne zaskoczenie z EBC

W środę odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Sądząc po tym, że spotkanie miało miejsce tydzień po regularnym spotkaniu, na którym (delikatnie mówiąc) wiało nudą, rynek spodziewał się bomby. Bomba była. Nikt nie spodziewał się, że można zrobić tyle szumu o nic. W korporacji byłoby to określone spotkaniem, które powinno być mailem. Co zatem się wydarzyło? Poinformowano, że program skupu aktywów skupi się na krajach Południa strefy euro, by uniknąć nadmiernego wzrostu kosztów kredytowania. Owszem włoski dług ma już rentowność 4% rocznie. Można jednak zwrócić uwagę, że rozwiązaniem tego problemu nie jest subsydiowanie tylko wymuszenie spełniania pewnych standardów. Po coś powstały kryteria konwergencji z Maastricht. Włosi są jednak zadłużeni na 2,5 raza górnego limitu, a kryteriów nie spełnili nigdy za czasów ich istnienia. Z drugiej strony, po co mają się starać, skoro w razie czego EBC jest skłonne ich dofinansować.

Duża podwyżka od FED

Amerykanie podnieśli stopy procentowe o 0,75%. Docelowy poziom 1,5% nie jest może imponujący, ale jednorazowy wzrost wskazuje na pewną determinację. Na rynku od dłuższego czasu mniej lub bardziej nieśmiale sugerowano, że Amerykanie zaczną mocniej podnosić stopy procentowe. Powodem miało być między innymi osłabienie dolara względem euro. To z kolei powodowało, że pomimo podnoszenia stóp procentowych amerykańska waluta nie umocniłaby się zbyt mocno względem euro. Taki ruch mógłby znacząco obniżyć opłacalność amerykańskiego eksportu i pogarszać koniunkturę. Obecnie jednak z jakiegoś powodu inwestorzy ufają, że EBC zacznie realizować swoje działania statutowe i walczyć z inflacją. Głośno mówi się o dacie lipcowej, byłoby to już 9 miesięcy, po tym jak inflacja w strefie euro przekroczyła cel inflacyjny. Jak reagują rynki? Cały czas wierzą w EBC, a że 0,75% w górę było oczekiwane, nie było większej rewolucji po samej decyzji.

Niespodziewana bomba ze Szwajcarii

Szwajcarzy podnieśli wczoraj niespodziewanie stopy procentowe z -0,75% na -0,25%. Był to mocno niespodziewany ruch, o czym najlepiej świadczy reakcja rynków walutowych. Po samej decyzji w ciągu godziny frank umocnił się około 2% względem euro. Względem złotego ruch był mocniejszy. Po pierwsze w wyniku szoku kapitał uciekał z rozwijających się rynków. Po drugie dzień wolny powodował, że na rynku brakowało inwestorów. Tak duża wiadomość miała zatem możliwość znacznie silniejszego przesunięcia ceny. W czwartek frank szwajcarski przez chwilę dotarł powyżej 4,65 zł. Euro kosztuje obecnie nadal powyżej 4,70 zł mimo trwającej korekty po przyjściu traderów dzisiaj do pracy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Już co trzeciemu Polakowi brakuje pieniędzy na bieżące zobowiązania i podstawowe wydatki

Z powodu galopującej inflacji i drożyzny już niemal jednej trzeciej Polaków brakuje pieniędzy na bieżące zobowiązania i podstawowe wydatki. Jednocześnie ponad połowa obawia się, że w najbliższych miesiącach pojawią się lub pogłębią kłopoty finansowe. Gdy pieniędzy jest za mało, kusi aby ze sterty rachunków część odłożyć na później. Zdaniem Polaków, do schowania do szuflady najlepiej nadają się faktury za telewizję, telefon i internet. W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor jest ponad 1,2 mld zł zaległych zobowiązań za różnego rodzaju niepłacone rachunki.

Energia, gaz, woda, śmieci, czynsz, telefon, internet, raty kredytów i wiele innych – co miesiąc co najmniej kilkaset złotych statystyczny Polak przeznacza na regulowanie bieżących zobowiązań. Według danych GUS przeciętne wydatki na bieżące utrzymanie, obejmujące również żywność, ubrania i transport wyniosły w zeszłym roku na osobę 1316 zł przy 2062 zł rozporządzalnego dochodu. Tyle średnia. W najuboższej, z podzielonych na pięć grup Polaków, dochód, wynosił jedynie 652 zł, a wydatki były o ponad połowę wyższe – 987 zł. Rok wcześniej różnica ta wynosiła 26,5 proc. – Podobnie jak w latach poprzednich, gospodarstwa najbiedniejsze nadal były zmuszone korzystać ze swoich oszczędności lub pożyczek, czy kredytów – zauważają autorzy raportu „Sytuacja gospodarstw domowych w 2021 r. w świetle wyników badania budżetów gospodarstw domowych”. – Dane GUS pokazują też pogłębiające się dysproporcje między osobami najuboższymi i najzamożniejszymi. Mogą wskazywać również na wzrost szarej strefy – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor, prowadzącego rejestr dłużników konsumentów i firm.

Z badania „Inflacja i wojna w Ukrainie a budżety domowe Polaków” przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, już na początku tego roku co trzeci Polak (30 proc.) przyznał, że w obecnych warunkach ma problemy by związać koniec z końcem. Tego, że sytuacja materialna będzie się pogarszać obawia się 56 proc. ankietowanych.

Galopująca inflacja sprawia, że koszty życia mocno idą w górę. W ciągu pierwszych czterech miesięcy tego roku gaz i opał, w stosunku do analogicznego okresu zeszłego roku, zdrożały ok. 50 proc. O prawie 10 proc. wzrosły ceny żywności. Za wywóz śmieci trzeba zapłacić o 11 proc. więcej, ścieków o 8 proc., usługi telekomunikacyjne ponad 4 proc., a za transport 18 proc.

O trudnościach finansowych wynikających m.in. z inflacji częściej mówią kobiety (34 proc.) niż mężczyźni (26 proc.) oraz osoby w wieku 25-44 lat (36 proc.) niż pozostali (ok. 27 proc.). Obawy o problemy w przyszłości także deklarują częściej panie (62 proc.) niż panowie (50 proc.). – Z pewnością sytuacja nieobserwowanego od lat gwałtownego wzrostu cen jest niekomfortowa i rodzi ryzyko, że przytłoczeni wydatkami konsumenci nie tylko zrezygnują z ekstrawagancji czy rozrywek, ale po prostu nie dadzą też rady regulować bieżących zobowiązań – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor, prowadzącego rejestr dłużników konsumentów i firm.

Jakie rachunki będą czekały na lepszy moment?

Najchętniej, na później odkładana jest opłata za telewizję, wskazało ją trzech na dziesięciu ankietowanych, następna w kolejności jest faktura za telefon i internet (23 proc.). Co piąty ankietowany, w razie trudności finansowych rozważy rezygnację z płacenia ubezpieczeń oraz regulowania kar za jazdę bez biletu czy mandatów. Bieżące domowe rachunki za media, gaz czy prąd znalazły się na dalszych pozycjach wydatków, które mogłyby poczekać w razie kłopotów z płynnością finansową. Wskazało je 15 proc. ankietowanych, tak samo jak opłaty czynszowe. Preferencje, czego nie zapłacić, gdy nie ma pieniędzy, nie zmieniły się znacząco w porównaniu z okresem pandemii, który również zagroził stabilności finansowej wielu gospodarstw domowych. Podobnie jak wtedy wciąż trudniej zdecydować się na opóźnienie spłaty rat pożyczek czy kredytów – jedynie po 9 proc. ankietowanych wzięło pod uwagę te zobowiązania. Z pewnością nie bez wpływu jest tu fakt, że opóźnianie raty odkłada się w historii kredytobiorcy i może mu szkodzić przez pięć lat od zakończenia spłaty opóźnianego kredytu.

Portfel co trzeciego Polaka nie wytrzymuje drożyzny
Źródło: badanie Quality Watch dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor *procent liczony dla grupy osób posiadających dzieci

Warto jednak mieć świadomość, że informacje o odłożonych rachunkach też mogą ujrzeć światło dzienne i psuć wiarygodność płatniczą. Wierzyciele, szczególnie firmy świadczące usługi masowe, chętnie zgłaszają niesolidnych klientów do rejestrów.

– W Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor jest prawie 278 tys. osób, które mają ponad 1,2 mld zł zaległych zobowiązań za niepłacone rachunki. W sytuacji, gdy będą chcieli zaciągnąć kolejne zobowiązanie mogą mieć problem, bo firmy przed podpisaniem umowy zwykle prześwietlają klientów. Tylko od początku tego roku pobranych zostało z BIG InfoMonitor ponad 7,7 mln raportów o konsumentach i aż 17,7 mln w całym ubiegłym roku. Z jednej więc strony firmy wpisują, a z drugiej sprawdzają czy mogą zaufać osobom zainteresowanym ich usługami – wyjaśnia Sławomir Grzelczak.

Nieopłacone rachunki czy czynsze to nie wszystko co widać w BIG InfoMonitor. Wraz z nieuregulowanymi alimentami, karami za jazdę bez biletu, długami wobec sądów czy firm windykacyjnych, zaległości o wartości 41,5 mld zł ma 2,13 mln Polaków. Średnio na osobę wypada 19 470 zł.

Najwyższe średnie zadłużenie, z uwagi na wchodzące tu w grę kwoty, związane jest z alimentami – 43 476 zł. Na drugiej pozycji znalazł się czynsz, stanowiący znaczący koszt dla każdego gospodarstwa domowego – 24 769 zł. Z kolei średnie zaległości za telefon i internet wynoszą – 3 577 zł, a za telewizję 1738 zł. Zaległe rachunki za media (woda, energia, gaz, wywóz nieczystości) to 407 zł na osobę. Gdyby założyć, że jedna osoba ma wszystkie rodzaje poniższych zobowiązań jej średni dług urósłby do prawie 102 tys. zł.

Portfel co trzeciego Polaka nie wytrzymuje drożyzny
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor

– W czasie pandemii liczba dłużników jak i zaległości spadały. Sprzyjało temu mniej pokus i okazji do wydatków, programy socjalne, ale także większa skłonność gospodarstw domowych do oszczędzania. W niejednym domu z pewnością pomogła poduszka finansowa. Jednak za sprawą inflacji i wojny, trudna sytuacja się przedłuża i jak przyznają ankietowani, z uwagi na wzrost cen wszystkiego, już trzy na dziesięć gospodarstw domowych ma problem z finansowaniem bieżących wydatków. Jak ostatecznie poradzą sobie Polacy, będzie widać w bazach dłużników za jakiś czas. Na pewno, by nie wpaść w kłopoty warto ograniczać zbędne zakupy i roztropniej podchodzić do zaciągania zobowiązań – dodaje Sławomir Grzelczak.

Badanie Quality Watch „Inflacja i wojna w Ukrainie a budżety domowe Polaków” zrealizowane zostało w dniach 25 – 28 marca 2022 roku, metodą CAWI, na próbie 1056 Polaków w wieku powyżej 18 lat.

20% Polaków zrezygnowało z wakacji z powodu inflacji. Prawie połowa wyda na urlopowy wyjazd nie więcej niż 3000 zł

71% Polaków przyznaje, że inflacja wpłynie w jakimś stopniu na ich plany wakacyjne. 33% turystów szuka oszczędności w kraju, a 10% zamierza wydać mniej na wakacje za granicą. Tegoroczne wakacje upłyną pod znakiem oszczędzania i szukania tańszych alternatyw.  

Tymczasem 7-dniowy urlop nad polskim morzem może kosztować nawet 5 000 zł. W zagranicznych kurortach wcale nie jest lepiej. Z uwagi na galopujące ceny lotów koszt wakacji poza Polską wzrósł drastycznie. Przykładowo, za tydzień wakacji w Chorwacji trzeba zapłacić od 4 000 zł w górę. Eksperci rankomat.pl sprawdzili, o ile wzrosły ceny nad Bałtykiem i w zagranicznych kurortach. Przeprowadzili także badania, w których zapytali Polaków, jak obecna sytuacja ekonomiczna wpływa na ich plany wakacyjne.

30% Polaków nie pojedzie na wakacje w tym roku

Z badania rankomat.pl wynika, że 20% polskich turystów całkowicie zrezygnowało ze swoich planów wakacyjnych z uwagi na obecną sytuację ekonomiczną. Nieco mniejsza grupa (10%) w ogóle nie planowała wyjazdowego urlopu w tym roku. Tylko 25% podróżnych nie zamierza oszczędzać podczas wakacji – 16% w Polsce, a 9% za granicą. Zmiana planów wakacyjnych

Ponad połowa badanych przyznaje, że wakacje planuje, biorąc pod uwagę obecną sytuację ekonomiczną. 33% turystów szuka oszczędności w kraju – wydając mniej na planowany urlop lub szukając tańszej alternatywy. 10% Polaków zamierza wydać mniej na wakacje za granicą, a tylko o jeden punkt procentowy mniej badanych zmieniło kierunek wakacji z Polski na zagranicę w celu szukania oszczędniejszych rozwiązań.

Zaciskanie pasa. 65% Polaków planuje urlop nie droższy niż 5 000 zł

Zmiana planów wakacyjnych z uwagi na rosnącą inflację nie dotyczy tylko kierunku urlopu, ale też konkretnych widełek budżetowych, w jakich Polacy zamierzają się zmieścić podczas odpoczynku. Zdecydowana większość nie chce wydać więcej niż 5 000 zł. 14% polskich turystów liczy, że zamknie się w kwocie do 1 000 zł. 27% badanych chce wydać na wakacje od 1 000 do 3 000 zł. 25% wyjeżdżających na urlop zamierza pozostać w przedziale od 3 000 zł do 5 000 zł. Wydatki na wakacje

Tylko 13% Polaków chce wydać na wakacje więcej niż 5 000 zł. Jedna dziesiąta turystów planuje budżet w przedziale od 5 000 zł do 10 000 zł, a tylko 3% chce przekroczyć granicę 10 000 zł.

Wakacje w hotelu nad Bałtykiem droższe niż rok temu. Najgorsza sytuacja w Łebie

Z badania wykonanego przez IPSOS na zlecenie Europ Assistance wynika, że aż 57% Polaków planuje odpoczynek nad Bałtykiem. Tymczasem inflacja dotyka nie tylko turystów, ale i przedsiębiorców. Zarówno w hotelach, jak i w kwaterach prywatnych odczuć można zauważalny wzrost cen.

Eksperci rankomat.pl na podstawie analizy danych z booking.com oraz nocowanie.pl sprawdzili, o ile podrożały ceny noclegów w najpopularniejszych polskich kurortach (Kołobrzeg, Łeba, Świnoujście, Międzyzdroje, Ustka i Sopot) i porównali je z danymi ubiegłorocznymi. Hotele w Polsce

Turyści, którzy chcą spędzić urlop w hotelu trzygwiazdkowym, muszą liczyć się z tym, że w tym roku budżet do 3 000 zł może okazać się niewystarczający. Najwięcej za siedmiodniowy nocleg ze śniadaniem dla dwóch osób zapłaci się w Łebie (niemal 4 000 zł) – to aż prawie o połowę więcej niż latem zeszłego roku. Niewiele taniej jest w Świnoujściu (3 816 zł, ceny wzrosły o 22% w porównaniu z sezonem letnim 2021) czy w Kołobrzegu (3 687 zł, wzrost o 49%). Najmniej podrożały noclegi hotelowe w Ustce (za tydzień ze śniadaniem dwójka turystów zapłaci 3 235 zł, tylko 2% więcej niż rok temu), Międzyzdrojach (3 320 zł, wzrost o 4%) i Sopocie (3 235 zł, wzrost o 10%).

Ceny w kwaterach ostro do góry. Najbardziej w Kołobrzegu

Turyści, wybierający kwatery, liczą na oszczędności – i to fakt, zapłacą mniej niż wypoczywający w nadbałtyckich hotelach, jednak ceny od zeszłego roku wzrosły drastycznie. Dwa lata pandemii, inflacja i wzrost cen zdecydowanie bardziej uderzyły w gospodarzy prywatnych niż sieci hotelowe. Kwatery prywatne w Polsce

Największe zaskoczenie czeka wybierających Kołobrzeg – rok temu za 7-dniowy pobyt w dwuosobowym pokoju kosztował zaledwie 560 zł, tego lata trzeba zapłacić już o 75% więcej! Prawie połowę więcej na nocleg muszą wydać także turyści w Świnoujściu (910 zł za siedem nocy, rok temu pokój dwuosobowy można było znaleźć za 630 zł).

Podobny wzrost cen można zauważyć w Ustce (33%) i Łebie (34%) – tygodniowy pobyt można tam zaplanować w przedziale 700-800 zł. Najmniej zdrożały kwatery w Międzyzdrojach – są droższe tylko o ¼ (siedem nocy kosztowało 560 zł rok temu, 700 zł w tym roku). O dziwo, dwuosobowy pokój u prywatnego gospodarza w tej samej cenie jak rok temu można znaleźć w Sopocie (770 zł za siedem nocy).

Do tych cen należy także doliczyć wydatki przeznaczane dojazd. Ceny paliwa są z dnia na dzień coraz wyższe. Ostateczny koszt wakacji w Polsce podbije też budżet na wyżywienie i atrakcje, które przecież również poszły do góry. Urlop nad Bałtykiem może więc kosztować ponad 5 000 zł.

Podróż do Grecji o 136% drożej! Ceny lotów szybują do góry

Spora grupa Polaków w badaniu dla rankomat.pl potwierdziła, że planuje wyjechać na wakacje za granicę. Bywało w poprzednich latach, że wakacje all inclusive lub noclegi w zagranicznych kurortach był znacznie tańsze nad Bałtykiem. Tak będzie i w tym roku, choć nie oznacza to, że będzie taniej niż latem 2021.

Największy wpływ na ceny wakacji poza Polską mają rosnące ceny lotów. W przypadku biletów na grecką wyspę Rodos ten wzrost ceny jest ogromny. Rok temu za lot tam i z powrotem płaciliśmy od 476 zł. W sezonie letnim 2022 najtańsze połączenie na wyspę zaczyna się od 1128 zł, co oznacza wzrost aż o 136%! W przypadku pozostałych kierunków analizowanych przez ekspertów rankomat.pl w ubiegłym roku nie jest aż tak drastyczny, ale nadal widoczny. Loty do Turcji podrożały o 56% (w 2021 958 zł, w 2022 1498 zł), a do Bułgarii o 41% (642 zł rok temu, 907 zł w 2022 r.).

Najmniejszy wzrost cen biletów na samolot widzimy w przypadku Albanii (lot z Warszawy do Tirany rok temu kosztował 785 zł, teraz trzeba zapłacić 897 zł, co oznacza wzrost o 14%) oraz Chorwacji (do Spilitu z Warszawy bilet w 2021 można było znaleźć od 720 zł, teraz najtańsze połączenia zaczynają się od 792 zł, co oznacza wzrost zaledwie o 10%).

Noclegi tańsze niż w Polsce, ale droższe niż rok temu. Największy wzrost cen w Bułgarii

Pobyt w hotelu trzygwiazdkowym ze śniadaniem za granicą można znaleźć taniej niż w Polsce. Niestety, inflacja nie oszczędziła popularnych kurortów europejskich i w efekcie za wakacje za granicą trzeba zapłacić więcej niż rok temu.Hotele za granicą

Największy wzrost cen noclegów odnotowała Bułgaria – i to aż o 150%. 7-dniowy pobyt w hotelu dla dwóch osób ze śniadaniem kosztuje 1412 zł, podczas gdy rok temu płaciliśmy zaledwie 564 zł. Więcej kosztują noclegi także w Turcji (w 2021 628 zł za siedem nocy w hotelu ***, w 2022 – 1281 zł, wzrost o 103%).

O 57% zdrożał pobyt w Grecji – tydzień w hotelu *** na Rodos kosztuje obecnie 2120 zł, podczas gdy rok temu 1348 zł. Najmniej wzrosły ceny w Albanii. Tam za 7-dniowe wakacje zapłaci się 961 zł, tylko 22% więcej niż latem 2021 roku (785 zł).

W porównaniu do ceny znanych nad z nadbałtyckich plaż i tak nie są to kwoty rujnujące portfel przeciętnego turysty. W przypadku wakacji zagranicznych da się zamknąć budżet w przedziale 3 000- 5000 zł.

Jeszcze mniej zapłaci się w przypadku nocowania za granicą w kwaterach prywatnych. Wakacje mogą wtedy kosztować nawet o połowę mniej. W Grecji można zaoszczędzić nawet 1300 zł przy tygodniowym pobycie dla dwóch osób. W Bułgarii 7-dniowy urlop u gospodarza prywatnego kosztuje zaledwie 663 zł dla dwóch osób. Kwatery prywatne w Turcji są dostępne od 675 zł przy tygodniowym pobycie.

Bez wydatków na testy. Wygasająca pandemia COVID-19 a wakacje 2022

Dwa poprzednie sezony wiązały się bardzo mocno z pandemią koronawirusa. Większość krajów utrzymywała zamknięte granice lub obostrzenia. Konieczne było wykonywanie testów na obecność SARS-Cov-2 lub okazanie paszportu zaświadczającego o przyjęciu szczepienia albo o przejściu COVID-19. W tym roku na szczęście jest już zupełnie inaczej.

Według portalu wakacje.pl w tym roku najbardziej popularnymi kierunkami będą Grecja, Turcja, Egipt, Hiszpania oraz Tunezja. Z tej piątki tylko w przypadku podróży do Egiptu i Tunezji trzeba liczyć się z obostrzeniami (wymagane jest zaświadczenie o szczepieniu, ozdrowieniu lub negatywny wynik testu, mogą być wykonywane także szybkie testy po przylocie).

Coraz dłuższa jest też lista państw, do których można swobodnie podróżować, bez testów, kwarantanny i innych wymogów. Na dzień 14 czerwca 2022 roku znajdują się na niej 54 kraje.

Akcje, obligacje i rynkowe reakcje na wysoką inflację

Jak kształtują się kluczowe wskaźniki ekonomiczne? Jak wygląda sytuacja na polskim rynku oraz rynkach globalnych w skomplikowanym i turbulentnym otoczeniu? Co dzieje się na rynkach akcji? Jaki wpływ na rynek obligacji wywarły ostatnie decyzje banków centralnych?

Rynki globalne – akcje

Po raz kolejny uwaga inwestorów jest skoncentrowana na skali wzrostów stóp procentowych. Inwestorzy zastanawiają się, jak daleko jesteśmy od szczytu inflacyjnego i kiedy skończy się cykl podwyżek stóp procentowych, który powinien wyznaczyć punkt zwrotny dla rynku ryzykownych aktywów. Pojawiają się opinie, że zakres podwyżek stóp procentowych jest ograniczony i wraz ze spowolnieniem gospodarczym przejdziemy w kierunku dyskusji o możliwych obniżkach.

Obecna dynamika wzrostu cen żywności jest wyższa niż w latach 70-ch XX w. Dodatkowo, nie było też większej dwuletniej zmiany procentowej w 75-letniej historii rynku surowcowego. Wysokie ceny żywności i ekstremalny wzrost cen surowców w tak krótkim czasie nie są najlepszym połączeniem. Implikuje to wzrost ryzyka geopolitycznego na całym świecie. W rezultacie, globalny indeks akcji (MSCI ACWI) spadł w maju o 0,1%. Indeks akcji rynków rozwiniętych (MSCI World) spadł o 0,2%, podczas gdy indeks akcji rynków rozwijających się (MSCI EM) wzrósł o 0,1%.

W opinii ekspertów VIG / C-QUADRAT TFI, akcje amerykańskie i europejskie nadal znajdują się w górnych poziomach wycen historycznych. Kluczowe jest dalsze tempo podnoszenia stóp % przez wiodące banki centralne w kontekście pogarszających się perspektyw makroekonomicznych oraz perspektywy biznesowe poszczególnych branż.

Rynek krajowy – akcje

W Polsce, głównymi tematami inwestycyjnymi są: embargo na węglowodory, nowe wsparcie dla kredytobiorców złotowych oraz wysoka inflacja, której będą towarzyszyć dalsze podwyżki stóp procentowych. Problemy są widoczne w szczególności w budownictwie i przemyśle (indeksacja umów o wzrost kosztów) oraz w sferze zwiększonych wydatków na większość kategorii dóbr wyższego rzędu (np.: meble, AGD i mieszkania). Z drugiej strony, relatywnie dobrze radzą sobie firmy z branży detalicznej (handel odzieżą, obuwiem czy spożywczy). Można to powiązać z napływem imigrantów do Polski w ostatnich miesiącach.

W rezultacie, indeks polskich spółek (WIG) spadł w maju o 0,6%. Indeksy dużych spółek (WIG20TR) i średnich (mWIG40) spadły odpowiednio o 0,6% i 0,5%, a indeks małych spółek (sWIG80) spadł o 2,1%. Aktualny poziom wycen spółek dla indeksu WIG znajduje się poniżej średnich poziomów historycznych (wskaźnik cena/wartość księgowa poniżej wartości 1,1x vs. średnia 10-letnia 1,2x), a szanse i ryzyka dla polskiego rynku akcji są zbilansowane.

Obligacje korporacyjne

W maju – podobnie jak kwietniu – na rynku obligacji korporacyjnych panował relatywny spokój. Ceny na rynku wtórnym nie ulegały większym wahaniom, a na rynku pierwotnym również niewiele się działo. Za to sporo działo się w temacie WIBOR. Do posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej (5 maja) WIBOR 6M rósł bardzo dynamicznie, bo aż o 0,3 pkt proc. w 3 dni robocze. RPP zdecydowała się podwyższyć stopy o „jedyne” 0,75 pkt proc. (vs 1,00 pkt w kwietniu), co wyhamowało dynamikę wzrostu stawki referencyjnej. Do końca miesiąca wzrosła ona o kolejne 0,24 pkt proc., do poziomu 6,79 proc. Łączny wzrost WIBOR wyniósł zatem 0,54 pkt proc. w skali miesiąca, podczas gdy w kwietniu wzrósł o 1,2 pkt proc.

Majowy symboliczny (na tle kwietniowego) wzrost WIBOR zbiegł się w czasie ze szczegółami dotyczącymi programu wsparcia kredytobiorców, które zaczęły spływać na rynek. Rządzący usiłują usunąć stawkę referencyjną WIBOR z umów kredytowych/hipotek i zamienić ją nową lub istniejącą (np. POLONIA). Co więcej, osoby posiadające kredyt złotowy – nawet ten ze stałym oprocentowaniem – będą mogły bez opłat odsunąć w czasie spłatę 8 z 18 rat w okresie od lipca 2022 roku do grudnia 2023 roku. Odroczenie spłat rat w czasie to niewątpliwie silny bodziec proinflacyjny, który do zneutralizowania, zdaniem niektórych ekonomistów, potrzebuje dodatkowych podwyżek stóp procentowych w wysokości 1,5 pkt proc. Zdaje się, że rynek nie uwzględnia takiego ryzyka, ponieważ zarówno wcześniej wspomniany WIBOR, jak i kontrakty FRA (oczekiwana wartość WIBOR 6M za 6 miesięcy – wzrost o 0,12 pkt proc. do 7,94%) nie zareagowały na te doniesienia.

W minionym miesiącu większość funduszy obligacji korporacyjnych osiągnęła dodatnią stopę zwrotu. Dalszy wzrost WIBOR i brak wzrostów (lub spadki) rentowności obligacji skarbowych bardzo pozytywnie przekładają się na poprawę wyników tej klasy aktywów. Prognoza NBP zakłada inflację 9,0 proc. oraz 4,2 proc. w latach 2023-2024, co daje średnio 6,6 proc. rocznie. Eksperci VIG / C-QUADRAT TFI są zdania, że fundusze dłużne w perspektywie 2 lat mogą wygenerować zyski przewyższające prognozowaną przez NBP inflację.

Obligacje skarbowe

Pierwszy tydzień maja upłynął pod znakiem kontynuacji przeceny obligacji skarbowych, która została zapoczątkowana w marcu. Sytuacja uspokoiła się po posiedzeniu RPP, która  zaskoczyła rynek niższą od oczekiwań podwyżką stóp procentowych (0,75 pkt. proc. vs 1,0 pkt. proc. oczekiwane przez inwestorów). Pozostała część miesiąca upłynęła pod znakiem odreagowania ostatnich spadków cen i próbie stabilizacji rentowności na niższych poziomach. W szczególności beneficjentem decyzji RPP były obligacje krótkoterminowe z sektora dwóch lat i instrumenty o zmiennym oprocentowaniu.

Zdaniem ekspertów VIG / C-QUADRAT TFI w czerwcu możemy obserwować kontynuację stabilizacji sytuacji na polskim rynku dłużnym. W obecnym otoczeniu nie oczekujemy dynamicznych wzrostów cen obligacji, do momentu wykrystalizowania się sytuacji z ciągle rosnącą inflacją. To pozwoliłoby inwestorom na wypatrywanie końca cyklu zacieśniania polityki monetarnej. Ewentualny dalszy wzrost rentowności obligacji o stałym oprocentowaniu (spadek cen) – jeśli się pojawi – będzie wywołany mocnym zaskoczeniem, ponieważ rynek zdyskontował już wiele negatywnych informacji płynących z gospodarki.

Nabierając trochę dystansu do bieżących wydarzeń rynkowych i patrząc z dalszej perspektywy na rynki obligacji skarbowych, eksperci VIG / C-QUADRAT TFI dostrzegają w nich pewien potencjał.

Z jednej strony obligacje oparte o zmienny kupon, po okresie dostosowania się kuponów do bieżących warunków rynkowych, prezentują ciekawy poziom rentowności dla inwestorów. Jeśli sprawdzą się prognozy banku centralnego i w perspektywie trzech lat inflacja wróci do celu, to w takim środowisku i przy takim horyzoncie inwestycyjnym rozwiązania oparte o instrumenty rynku pieniężnego pozwolą chronić oszczędności przed erozją ich realnej wartości.

Jeśli scenariusz silniejszego spowolnienia lub nawet recesji gospodarczej się zmaterializuje, fundusze oparte o stałokuponowe obligacje zaczną przynosić pokaźne zyski. To na pewno byłoby przyjęte z ulgą przez inwestorów, którzy w ostatnim roku doświadczyli znacznych strat w tym segmencie. Jednak na materializację tego scenariusza przyjdzie nam jeszcze poczekać. Tak jak wspomniano powyżej, inflacja prawdopodobnie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Brak stabilizacji wskaźnika CPI w perspektywie kolejnych miesięcy, a następnie jego oczekiwany spadek, nie pozwolą na osiąganie wysokich stóp zwrotu z produktów obligacyjnych o długim terminie zapadalności.

Tym niemniej ostatni proces dostosowawczy (wzrost rentowności), który miał miejsce na rynkach dłużnych od początku 2021 roku ponownie sprawił, że segment funduszy dłużnych staje się atrakcyjny dla inwestorów w kilkuletnim horyzoncie inwestycyjnym.

Wydłużony termin wdrożenia KSeF – czy księgowi zdążą?

Wydłużenie terminu wdrożenia KSeF pozwoli przedsiębiorcom i księgowym na przygotowanie się do tego wyzwania. Istnieje natomiast kilka bardzo ważnych obszarów, dla których mogłoby zabraknąć czasu, gdyby obowiązek ten był obligatoryjny od 2023 roku.

Na wstępie warto zaznaczyć, że wciąż zdecydowana większość biur rachunkowych pracuje na systemach stacjonarnych, które wymagałyby ręcznego zaczytywania danych z KSeF i wgrywania ich do systemów księgowych. To oznacza, że logowanie się do każdego Klienta byłoby zajęciem czasochłonnym i bardzo wymagającym dla księgowych.

Na dzień dzisiejszy biura rachunkowe nie posiadają narzędzi pozwalających na łatwe potwierdzenie przez Klienta prawidłowości faktur pobranych z KSeF. To oznacza, że pojawiłoby się duże ryzyko pobrania faktur bez ich autoryzacji przez Klienta. Mogłoby to  skutkować nieprawidłowym odliczeniem podatku VAT, co w efekcie wygenerowałoby duże ryzyko po stronie biur rachunkowych i nie tylko.

Kolejnym aspektem jest to, że sami Klienci biur rachunkowych w dużej mierze nie są gotowi na używanie cyfrowych narzędzi do wystawiania faktur. Warto podkreślić, że istnieje jeszcze całkiem spora grupa przedsiębiorców wykluczonych cyfrowo. Mimo wszechobecnej cyfryzacji, nie w każdym miejscu w Polsce działa internet. Dlatego też potrzeba czasu na przeszkolenie przedsiębiorców w zakresie używania nowoczesnych narzędzi oraz obsługi w sytuacji, gdy nie będą mieli dostępu do sieci.

Zwrócić należy uwagę również na fakt, że dostawcy oprogramowania nie są przygotowani do uruchomienia rozwiązania. Narzędzia udostępnione przez Ministerstwo Finansów wymagają czasu na przetestowanie i wyeliminowanie ewentualnych błędów oraz dodanie brakujących funkcjonalności. A na obecną chwilę nie ruszyły jeszcze szerokie testy platformy. Jak w przypadku każdego wdrożenia, testy nowego modelu elektronicznego obiegu dokumentów pomiędzy wystawiającym fakturę a odbierającym ją kontrahentem wymagają czasu – sprawdzenia i wdrożenia od nowa. A na końcu wprowadzenie nowych pełnomocnictw oraz konfiguracja uprawnień dla wszystkich uczestników procesu będzie jeszcze zweryfikowana w praktyce.

Autorem komentarza jest Anita Gołębiewska, Dyrektor Zarządzający Ogólnopolskiej Sieci Certyfikowanych Biur Rachunkowych (OSCBR).

Virgin Orbit oficjalnie największym inwestorem SatRev

SatRev, podjęła kolejny krok w celu dostarczania jeszcze wyższej jakości obrazów ze swojej konstelacji satelitów do obserwacji Ziemi. Równolegle firma zakończyła proces inwestycji formalizując umowę z Virgin Orbit.

Z przyjemnością informuję, że SatRev i Virgin Orbit podpisały ostateczną umowę w ramach rundy inwestycyjnej i są jeszcze bliżej osiągnięcia globalnych sukcesów. Partnerstwo jest korzystne dla obu stron, a nasze firmy będą mogły jeszcze szybciej się rozwijać. Liczymy na nowych inwestorów w rudzie B – komentuje Grzegorz Zwoliński, prezes zarządu i założyciel SatRev.

Współpraca między obiema firmami rozpoczęła się od podpisania porozumienia w czerwcu ubiegłego roku i zaowocowała udziałem Virgin Orbit jako głównego inwestora w rundzie inwestycyjnej serii B. W jej wyniku, w grudniu 2021 roku wycena SatRev wyniosła 150 mln USD. Obecnie podpisano ostateczną umowę, opierającą się na czterech głównych filarach, obejmujących:

  • pełną integrację usług łańcucha wartości dla rozwiązań „pod klucz” w zakresie misji małych satelitów, w tym możliwości produkcji satelitów przez SatRev i ich wynoszenia ich na orbitę przez Virgin Orbit,
  • świadczenie przez Virgin Orbit usługi wystrzeliwania satelitów dla misji SatRev w latach 2021-2025, której celem jest rozwój konstelacji satelitów czasu rzeczywistego (Projekt REC),
  • komercjalizację satelitarnego systemu dystrybucji kluczy kryptograficznych dla sieci 5G z możliwością selektywnego wyboru obszaru działania,
  • dalszy wspólny rozwój misji w głęboki kosmos.

Obrazy przetwarzane przez oprogramowanie firmy PinkMatter i SatRev z odpowiednimi parametrami.

SatRev wkrótce będzie w stanie dostarczać klientom obrazy o rozdzielczości 5,8 m GSD w czterech pasmach (R, G, B, NIR). To osiągnięcie będzie możliwe dzięki ciągłemu doskonaleniu funkcji naszego satelity i stabilności systemu – komentuje postępy technologiczne David Street, CTO SatRev.

W przetwarzaniu obrazów firmę wspiera globalny partner Pinkmatter – lider w dziedzinie przetwarzania obrazów satelitarnych.

SatRev wspiera rządy i organizacje biznesowe poszukujące przewagi konkurencyjnej za pomocą technologii. Dane z obserwacji Ziemi umożliwiają ciągłe monitorowanie środowiska w celu zaspokojenia najróżniejszych potrzeb, począwszy od oceny upraw w czasie rzeczywistym w rolnictwie precyzyjnym, a skończywszy na działaniach obronnych.

Creotech Instruments ustalił cenę emisyjną akcji na 100 zł

Creotech Instruments ustalił cenę emisyjną akcji serii I w Ofercie publicznej na poziomie 100 zł za jedną akcję. Dzięki emisji nowych akcji firma planuje pozyskać 39,65 mln zł na dalszy rozwój, w tym ukończenie kluczowych projektów R&D w obszarze satelitarnym oraz systemów kwantowych, a także zwiększenie zdolności produkcyjnych i sprzedażowych. Dziś, 15 czerwca br., rozpoczynają się zapisy na akcje spółki w Transzy Inwestorów Instytucjonalnych, które potrwają do 20 czerwca br. Kilka tygodni później, w lipcu 2022 r., Creotech Instruments planuje przeniesienie akcji spółki z NewConnect na Główny Rynek GPW w Warszawie.

– Nasz model biznesowy i prezentowana strategia rozwoju spotkały się ze sporym zainteresowaniem Inwestorów w trakcie spotkań road show, co pomimo negatywnego sentymentu na rynku akcji w ostatnich dniach pozwoliło nam na zbudowanie Księgi Popytu na nasze akcje. Dziękujemy za okazane nam zaufanie. Cieszymy się, że jesteśmy coraz bliżej zakończenia naszej Oferty publicznej. Właśnie ustaliliśmy cenę emisyjną na poziomie 100 zł za jedną akcję serii I. Zgodnie z tymi parametrami, w ramach emisji nowych akcji planujemy pozyskać 39,65 mln zł. Kapitał ten pozwoli nam na realizację głównych celów przedstawionych w Prospekcie, a także przybliży nas do jednego z głównych tegorocznych celów, jakim jest dołączenie do grona spółek notowanych na GPW w Warszawie. Debiut na rynku regulowanym planujemy w najbliższych tygodniach. – mówi Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

Jednocześnie spółka określiła liczbę akcji oferowanych Inwestorom w poszczególnych transzach. Oferta publiczna Creotech Instruments obejmie łącznie 396.558 akcji serii I, czyli maksymalną liczbę akcji objętych uchwałą emisyjną, przy czym: 20.710 Akcji serii I oferowane jest w Transzy Inwestorów Detalicznych, a 375.848 Akcji serii I w Transzy Inwestorów Instytucjonalnych. Informacja dotycząca ustalenia ceny emisyjnej akcji serii I oraz ostatecznej liczby akcji serii I oferowanych w ramach oferty publicznej oraz liczby akcji serii I oferowanych w poszczególnych transzach dostępna jest na stronie internetowej: https://creotech.pl/ipo/. Koordynatorem Oferty jest Dom Maklerski Navigator S.A. Rolę współkoordynatora pełni Noble Securities S.A. Doradztwo prawne zapewnia kancelaria WBW Weremczuk, Bobeł & Wspólnicy. Funkcję Doradcy zarządu Creotech pełni CC Group.

Creotech Instruments to największa polska firma produkująca i dostarczająca na światowy rynek technologie kosmiczne oraz specjalistyczną elektronikę i aparaturę, m.in. na potrzeby komputerów kwantowych, kryptografii kwantowej czy laboratoriów fizyki kwantowej i wysokich energii.

W ramach sektora kosmicznego, w kwietniu 2022 r. firma zakończyła przegląd projektu PIAST pn. ,,System Requirements Review’’. Tym samym spółka zrealizowała I fazę tego strategicznego projektu, którego celem jest umieszczenie 3 satelitów obserwacyjnych na orbicie okołoziemskiej w 2024 roku. Obecnie Spółka pracuje również nad projektem EagleEye, w ramach którego opracowywany jest mikrosatelita obserwacyjny Ziemi. Jego wyniesienie na niską orbitę okołoziemską planowane jest na przełom 2023 i 2024 roku.

W ramach działalności spółki na rynku kwantowym, zespół inżynierów Creotech Instruments aktualnie rozpoczyna swój największy projekt, ponieważ międzynarodowe konsorcjum pod przewodem Uniwersytetu w Innsbrucku, którego członkiem jest Creotech, w maju br. zostało wybrane przez Komisję Europejską do projektu budowy pierwszego dużego komputera kwantowego dla UE. Celem przedsięwzięcia jest budowa 100-kubitowego komputera kwantowego do 2025 r. oraz uzyskanie gotowości technologicznej do budowy 1000-kubitowego rozwiązania do 2029 r. Creotech w tym projekcie jest jedynym podmiotem z regionu Europy Środkowo – Wschodniej. Ponadto niedawno Spółka poinformowała o podpisaniu  z austriacką firmą ID Quantique Europe GMBH porozumienia o współpracy w obszarze telekomunikacji kwantowej na rzecz programu niezależności kwantowej Unii Europejskiej. Ma ono na celu współpracę przy tworzeniu nowych produktów oraz ewaluację możliwości produkcji i testowania systemów wdrażanych przez ID Quantique Europe, z wykorzystaniem linii montażowej Creotech Instruments.

Systemy projektowane przez Creotech Instruments wykorzystywane są w najnowocześniejszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie instytucjach badawczych na świecie, tj. Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN w Genewie, Instytucie Badań Ciężkich Jonów GSI, czy Centrum Badawczym DESY w Niemczech, a także w MIT, Berkley University, czy NIST w USA.

Ile mogą nad morzem zarobić kucharze, kelnerki i pracownicy hotelowi? Gorączkowe rekrutacje trwają

Kucharze, pomoce kuchenne i pracownicy hotelowi pilnie poszukiwani. Ofert pracy nie brakuje, ale nie ma rekordów w propozycjach pensji.

Restauracje, hotele i obiekty handlowe nadal gorączkowo rekrutują pracowników do pracy sezonowej. Ofert jest mnóstwo, a stawki wydają się być atrakcyjne. Eksperci przyznają jednak, że widoczne jest ustabilizowanie propozycji finansowych wobec kandydatów. – Jeszcze w maju rekordowe oferty sięgały nawet 60-70 złotych za godzinę pracy dla kucharza czy 13 tysięcy złotych miesięcznie za pracę sześć dni w tygodniu po dwanaście godzin. Dzisiaj takich ofert próżno już szukać, choć pracy dla kucharzy, pomocy kuchennych, osób do pracy w handlu czy przy sprzątaniu wciąż nie brakuje – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak, ekspert rynku pracy.

Kucharz do 40 złotych netto za godzinę, pomoc kuchenna i kelnerka do 30 złotych. W handlu podobne propozycje

Skąd ta zmiana w ofertach od przedsiębiorców? Eksperci nie mają wątpliwości, że również sektor hotelarski i gastronomiczny odczuwa inflację i konsekwencję wzrostu cen. Windowanie do góry presji płacowej i dumping w postaci „licytowania się o pracowników” powodował, że ostateczne ceny produktów również mocno rosły, a na to przedsiębiorcy już nie mogą sobie pozwolić.

– Teza, że mamy do czynienia ze zmniejszeniem się presji płacowej byłaby oczywiście przedwczesna. Widzimy jednak, że przedsiębiorcy trochę uspokoili się jeżeli chodzi o propozycje stawek dla pracowników gotowych do pracy w sezonie nad morzem – przyznaje Dorota Siedziniewska – Brzeźniak, ekspert rynku pracy i prokurent w spółce IDEA HR Group. – Oferty dla kucharzy kształtują się na poziomie ok. 30-40 złotych netto za godzinę pracy w zależności od doświadczenia. Pomoce kuchenne mogą zarobić ok. 25 złotych, podobnie jak kelnerki. Wiele zależy właśnie od dyspozycyjności, wcześniejszych doświadczeń zawodowych czy od konieczności zapewnienia pracownikowi zakwaterowania. W przypadku wielu firm zarówno transport jak i kwatera jest jakby w standardzie oferty pracy – mówi ekspertka.

Czy możemy więc mówić o rekordowych wynagrodzeniach dla pracowników sezonowych? – Moim zdaniem stawki są bardzo podobne do ofert sprzed roku. Nie brakuje dobrych ofert dla osób z doświadczeniem. Szef kuchni w nadmorskiej restauracji może liczyć nadal na ok. 15 tysięcy złotych miesięcznie. Takich ofert jednak jest już mniej niż jeszcze miesiąc temu. Na pewno wciąż poszukiwane są osoby do pracy w handlu. Tutaj na pewno warto wspomnieć o dyskontach, które oferują nie tylko kwatery, ale i premie sezonowe – dodaje ekspertka.

Coraz więcej osób z Ukrainy gotowych do podejmowania pracy nad morzem

Czy wojna w Ukrainie ma wpływ na to jak kształtuje się struktura pracowników sezonowych w polskich kurortach nadmorskich? Eksperci nie mają wątpliwości, że to właśnie zachodniopomorski pas nadmorski jest często celem pracy sezonowej dla uchodźców wojennych. Przedsiębiorcy bardzo chętnie zatrudniają osoby z Ukrainy i korzystają z ich doświadczenia.

– W ofertach dla kelnerów, kucharzy czy pomocy kuchennych jest bardzo dużo propozycji pracy dla osób z Ukrainy. To bardzo pozytywne i budujące, że przedsiębiorcy chcą korzystać z doświadczenia pracowników z Ukrainy. Zgłasza się do nas mnóstwo osób gotowych do podjęcia pracy i są one często kierowane właśnie do nadmorskich hoteli czy firm odpowiedzialnych za obsługę gastronomiczną nad morzem – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak. – Na pewno można powiedzieć, że nadpodaż gotowych do pracy kobiet w sezonie letnim mogła się przyczynić do ustabilizowania się stawek wynagrodzeń za pracę sezonową. W te lato nie obserwujemy jeszcze podkupywania sobie pracowników, choć to dopiero przedsionek szczytu sezonu, więc być może lato jeszcze nas czymś zaskoczy – przyznaje Dorota Siedziniewska–Brzeźniak.

Najwięcej ofert pracy pochodzi obecnie z mniejszych miejscowości nadmorskich: Rewala, Pobierowa, Grzybowa, Międzywodzia. Mniej z kurortów mocno zurbanizowanych jak np. Świnoujście czy Kołobrzeg.

Po zapaści handel na lotniskach czeka rewolucja

  • Spadek ruchu pasażerskiego mocno uderza w handel detaliczny na lotniskach
  • Operatorzy sklepów lotniskowych muszą dostosować się do potrzeb młodszych, mniej zamożnych, ale dobrze odnajdujących się w cyfrowym świecie pasażerów
  • Bain & Company obniża prognozy przychodów linii lotniczych w 2022 r.

Handel na lotniskach przeżywa największe kłopoty od początku istnienia branży. Z analiz firmy doradczej Bain & Company wynika, że z powodu spowolnienia gospodarczego i spadku ruchu pasażerskiego przychody sektora travel retail nie powrócą w tej dekadzie do poziomów sprzed pandemii. Szansą na przetrwanie dla detalistów są inwestycje w strategię omnichannel i nowa aranżacja przestrzeni handlowej.

Pandemia i zawirowania gospodarcze sprawiają, że spada liczba zamożnych pasażerów podróżujących służbowo, osób korzystających z lotów międzykontynentalnych oraz turystów z Chin – czyli trzech największych grup klientów nabywających towary luksusowe na lotniskach. Jednocześnie, rośnie liczba pasażerów młodszych i mniej zamożnych, o których coraz mocniej walczą nie tylko tanie linie lotnicze. Prognozy Bain & Company wskazują, że do 2025 roku ta druga grupa podróżujących, czyli osoby z pokolenia Y i Z, stanowić będą już ponad połowę wszystkich pasażerów linii lotniczych.

Aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom młodszych podróżnych, którzy w znacznie większym zakresie korzystają z nowych technologii, sklepy na lotniskach powinny postawić na rozwój propozycji wartości omnichannel, łączącej tradycyjną ofertę sprzedaży z kanałami online, twierdzą eksperci Bain & Company.

– Zmienia się profil podróżnych i zmieniają się ich zwyczaje zakupowe. Uwaga detalistów oferujących marki luksusowe w dużej mierze już przeniosła się z lotnisk do sklepów w centrach miast i na platformy omnichannel mówi Patryk Rudnicki, młodszy partner Bain & Company. – By przetrwać, sklepy na lotniskach muszą otworzyć się na doświadczenia omnichannel oraz online. Z punktu widzenia detalistów, niezbędne jest zapewnienie odpowiedniego zakresu doświadczeń klienta w kanale online w ramach różnych ścieżek klienckich. Nie musi się on ograniczać do samego zakupu, istnieje dużo więcej punktów styku klienta z detalistą.

Eksperci Bain & Company spodziewają się, że sprzedaż towarów luksusowych w coraz mniejszym stopniu napędzana będzie przez zakupy dokonywane przez turystów i w sklepach lotniskowych. Eksperci szacują także, że do 2025 roku około 30 procent zakupów na lotniskach dokonywana będzie bezpośrednio pod wpływem oferty na stronie internetowej. Obecnie odsetek ten wynosi zaledwie kilka procent.

Odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania się podróżnych może być także nowa aranżacja przestrzeni lotnisk i dodanie nowych elementów. Przykładem może być lotnisko Changi w Singapurze, które oprócz restauracji i sklepów oferuje podróżnym wiele innych atrakcji w tym, sale kinowe, strefę spa i fitness z odkrytym basen, czy też place zabaw dla dzieci.

– Lotniska przyszłości zupełnie zmienią swój wygląd. Niewykluczone, że pojawią się tam kluby sportowe z krótkimi zajęciami fitness czy lekcjami jogi, sklepy kulinarne oferujące 30-minutowe kursy kuchni włoskiej, czy też cyfrowe przymierzalnie butów, które następnie mogą być dostarczone w dowolne miejsce na świecie. Wszystko po to, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom nowych segmentów klientów – powiedział Patryk Rudnicki.

Z analiz Bain & Company wynika, że klienci korzystający z platform omnichannel wydają dwa razy więcej pieniędzy niż klienci dokonujących zakupów w tradycyjny sposób, a ich Net Promoter Score (NPS), czyli opracowany przez Bain wskaźnik mierzący satysfakcję i lojalność klienta, jest dwa razy wyższy.

– Profil i oczekiwania przeciętnego pasażera na lotnisku zmieniają się diametralnie, ale wciąż niewielu sprzedawców to dostrzega. Firmy, które szybko się nie dostosują, mogą mieć poważne trudności. Dlatego już teraz część czołowych sprzedawców współpracuje z liderami branży cyfrowej, powoli zmieniając oblicze sprzedaży na lotniskach – powiedział Patryk Rudnicki.

Przykładem aliansów pomiędzy tradycyjnymi sprzedawcami i liderami sprzedaży cyfrowej jest współpraca chińskich gigantów e-commerce – Alibaba ze szwajcarską siecią sklepów duty-free Dufry oraz JD.com z francuskim koncernem Lagardère. Także Amazon szuka nowych możliwości rozwoju działalności detalicznej na lotniskach.

Tymczasem zamknięcie przestrzeni powietrznej nad Rosją z powodu wojny w Ukrainie oraz nawrót pandemii w Chinach sprawiły, że w kwietniu Bain & Company po raz kolejny obniżył swoje prognozy tegorocznych przychodów linii lotniczych do $475 mld z $488 mld oczekiwanych miesiąc wcześniej. W ostatnim roku przed pandemią, łączne przychody linii lotniczych wyniosły $666 mld.

Kurs Bitcoina coraz bliżej granicy 20000 USD

Kurs BTC/USD jest coraz bliżej potencjalnego poziomu wsparcia wyznaczanego przez szczyt hossy z grudnia 2017. Wtedy rozpoczęta w 2015 roku fala wzrostowa kursu BTC/USD kulminowała na poziomie 19870 USD. Dziś rano Bitcoin kosztował 21315 USD w porównaniu do ponad 67000 USD w listopadzie ub.r.

Amerykański dolar zaliczył wczoraj swój najwyższy od 1998 roku poziomy kursu względem japońskiego jena, ale dziś rano kurs USD/JPY spadał poniżej poziomu 135 (-0,64 proc.). USD zdołał dziś musnąć również najwyższy od 2009 roku poziom względem koreańskiego wona. Euro drugi dzień z rzędu próbowało odrobić ostatnie straty względem dolara (EUR/USD +0,64 proc. dziś rano). Złoty był względnie stabilny (EUR/PLN +0,12 proc., USD/PLN -0,53 proc.).

Po wczorajszym potężnym – najsilniejszym od listopada 2018 – tąpnięciu cen gazu ziemnego na NYMEX-ie (-16,49 proc.) dziś rano cena tego surowca lekko odreagowywała o 1,17 proc. Ceny ropy naftowej nadal utrzymywały się w okolicach 120 dolarów (WTI 119,06, Brent +121,33).

Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych rosły nadal dziś w Azji i Oceanii (nowe cykliczne szczyty w Korei Południowej i Australii), ale dziś rano na rynkach Europy i USA dominowały lekkie spadki rentowności.

Koreański Kospi (-1,87 proc.) był dziś najniżej od 1,5 roku. Po zaliczeniu wczoraj swych nowych ponad rocznych minimów ceny kontraktów na S&P 500 rosły lekko dziś rano (S&P 500 +0,3 proc.). Nieco silniejsze wzrosty były obserwowane dziś rano w Europie (DAX +1,02 proc., CAC 40 1,15 proc.). Słabiej było na GPW. WIG-20 tracił ok. 9:30 0,65 proc. Najniżej od ponad roku był dziś WIG-Media.

Autor: Wojciech Białek, TMS Brokers

Nadzwyczajne spotkanie EBC i decyzja FED już dzisiaj. Co może pójść nie tak?

Mamy super środę na rynku. Najpierw posiedzenie EBC. Potem posiedzenie FED. Do tego dzień wolny następnego dnia. Co może pójść nie tak?

Nadzwyczajne spotkanie EBC

Na rynek trafiła właśnie informacja o dodatkowym spotkaniu zarządu EBC. Celem ma być omówienie obecnej sytuacji na rynku monetarnym. Co to znaczy w praktyce? Tu zdania analityków są mocno podzielone. Gdyby chcieli się po prostu spotkać i porozmawiać mają kilka innych formuł. Rozsądnym jest zatem oczekiwanie jakiejś decyzji lub przynajmniej silnej deklaracji. Co może się zatem wydarzyć? Podwyżki stóp tydzień po regularnym posiedzeniu są mało prawdopodobne, ale nie niemożliwe. Większość analityków skłania się jednak do pewnej mapy drogowej dalszych wzrostów stóp. Nie można oczywiście wykluczyć podniesienia oczekiwań na lipiec od razu do 0,5% w górę. Jest miejsce na takie działania, biorąc pod uwagę, że od ostatniej decyzji EBC tydzień temu dolar umocnił się już 3%. Nawet wzrost prognoz mógłby zatem nie wywindować go zbyt mocno. Tego bowiem boi się EBC. Zbyt silne euro może wywołać bowiem problemy w opłacalności europejskiego eksportu.

Decyzja FED już dzisiaj

Rynki coraz bardziej oczekują od FED podwyżki o 0,75%. Taki ruch, przy bierności EBC i pomimo rosnących oczekiwań, mógłby sprowadzić dolara po raz kolejny na najsilniejsze poziomy względem euro od wielu lat. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że FED spotyka się tylko dwa razy na kwartał. Efektywnie zatem nawet dwie podwyżki po 0,75% to odpowiednik comiesięcznych wzrostów o 0,5% przez kwartał w Polsce. Należy również pamiętać, że analitycy ekscytują się skalą jednorazowej podwyżki. Nie ma to jednak wpływu na to, że docelowy poziom po tym wzroście, czyli 1,5%-1,75% to raczej humorystyczne poziomy względem tego, ile powinny stopy procentowe wynosić, by walczyć z dzisiejszą inflacją. Nikt jednak przy zdrowych zmysłach nie podniesie jednorazowo stóp procentowych o 5%.

Dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy dwa ważne odczyty od naszych zachodnich sąsiadów. Z jednej strony jest to inflacja, która zgodnie z oczekiwaniami wzrosła do poziomu 7,9%, czyli o 0,5% w ciągu miesiąca. Drugi ważny odczyt to słabszy od oczekiwań indeks instytutu ZEW. Tutaj pomimo spadkowych, czyli negatywnych danych, należy pamiętać, że miesiąc temu optymizm był jeszcze niższy. Tworzy to ciekawy zestaw informacji dla EBC. Z jednej strony główna lokomotywa strefy euro może znajdować się na równi pochyłej do recesji. Z drugiej strony dławi się inflacją. Obu tych problemów na raz ludzkość nie umie rozwiązać obecnie. Zobaczymy, co zrobi EBC.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych są ważne odczyty, ale biorąc pod uwagę posiedzenia EBC i FED to one są dzisiaj najważniejsze.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Rozliczenie udzielonego firmie bonusu na gruncie podatku CIT

Rozliczenie udzielonego firmie bonusu na gruncie podatku dochodowego od osób prawnych.

Czy w zakresie udzielonego firmie bonusu powinna ona rozliczyć go jako zmniejszenie kosztów uzyskania przychodów, czy jako zwiększenie przychodu? I w którym momencie przedsiębiorca jest zobligowany rozpoznać obowiązek podatkowy z tego tytułu?

Salon, koncern i dealer

Jedna ze spółek (dalej również: spółka sprzedająca) prowadzi sieć salonów sprzedaży samochodów. Podlega ona opodatkowaniu w Polsce i jest czynnym podatnikiem VAT. Firma w ramach swojej działalności współpracuje z oficjalnym dealerem jednego z globalnych koncernów samochodowych. Auta nabywa od wskazanej przez dealera spółki zależnej koncernu i to z nią zawiera umowy na dostawy towaru.

Bonus od wielkości sprzedaży

Dealer udziela autoryzacji na sprzedaż i serwis pojazdów, w tym każdego roku dyktuje warunki ich sprzedaży. W przypadku osiągnięcia przez firmę określonych progów sprzedaży dealer jest umocowany do udzielania jej bonusu, który firma przeznacza na zakup kolejnych samochodów od spółki zależnej koncernu. Bonus ten przedsiębiorca odbiera otrzymując wpłatę na konto, wraz z odpowiednią notą dokumentującą.

Jakie są skutki podatkowe bonusu?

Spółka sprzedająca zapytała organ podatkowy, czy w opisanej sytuacji powinna ów bonus rozliczyć jako zmniejszenie swoich kosztów uzyskania przychodu, czy jako zwiększenie przychodu, oraz w jakim momencie powinna rozpoznać skutek podatkowy z tego tytułu. Zdaniem przedsiębiorcy, ponieważ to nie zbywca (czyli spółka zależna koncernu), a dealer udziela mu bonusu, to nie ma on możliwości wystawienia faktury korygującej. Z drugiej strony, w związku z tym bonusem przedsiębiorca nie świadczy żadnych usług na rzecz dealera. Uzyskiwane przez firmę rabaty nie mogą więc obniżyć jej kosztów uzyskania przychodów, bowiem zakupu aut nie dokonuje od dealera, który rabatu udziela, a od spółki zależnej koncernu.

Stanowisko firmy

Odwołując się do językowego, słownikowego znaczenia pojęć „bonus” i „rabat”, i analizując je przez pryzmat art. 12 ust. 3 ustawy o CIT, przedsiębiorca wskazał, że wymienione w tym przepisie bonifikaty, skonta i rabaty odnoszą się wyłącznie do relacji z bezpośrednim kontrahentem, powodując obniżenie ustalonej z nim ceny. W sytuacji opisanej we wniosku o wydanie interpretacji taka relacja nie zachodzi, bowiem udzielający bonusu dealer nie jest bezpośrednim kontrahentem spółki nabywającej auta. Spółka nie będzie świadczyć żadnych usług na jego rzecz. Dlatego też, w opinii przedsiębiorcy powinien on zaliczyć przedmiotowy rabat do przychodów podatkowych swojej działalności w dacie otrzymania bonusu na konto.

Co na to fiskus?

Organ podatkowy nie zgodził się ze stanowiskiem przedsiębiorcy. Przyznał, że co prawda bonus przydzielany jest przez dealera niebędącego bezpośrednim sprzedawcą towaru, ale w oparciu o odpowiednie indywidualne ustalenia w rzeczywistości przybiera formę tzw. rabatu pośredniego w postaci zwrotu części ceny zapłaconej przez spółkę.

„…Wnioskodawca otrzymując rabat pośredni od Dealera, powinien skorygować koszty uzyskania przychodów poprzez zmniejszenie kosztów uzyskania przychodów poniesionych w okresie rozliczeniowym, w którym została otrzymana faktura korygująca, lub w przypadku braku faktury inny dokument potwierdzający przyczyny korekty. Zauważyć bowiem należy, że udzielany przez Dealera rabat pośredni faktycznie obniża koszty zakupu towaru” (interpretacja indywidualna z dnia 19 stycznia 2022 r. Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej, Znak: 0111-KDIB1-1.4010.541.2021.2.BS).

 Interpretacja organu wbrew zasadom praworządności

Kwalifikując bonus jako przychód, firma rzetelnie go ujawnia i chce zapłacić od niego podatek. Podatek od zysku, który został osiągnięty dzięki intensyfikacji działań firmy i realizacji zwiększonych planów sprzedażowych. Zaliczając bonus jako rabat pośredni, obniżający koszty uzyskania przychodu, przedsiębiorca będzie zmuszony do skorygowania zamkniętych już ksiąg za poszczególne okresy rozliczeniowe, do składania korekty deklaracji, a to wiąże się kosztami odsetek za zwłokę.

Oczywiście urzędnicy mogą tłumaczyć, że takie rozumienie przepisów jest dopuszczalne i organy już wcześniej dokonywały takich interpretacji. Jednak interpretacja przyjęta przez przedsiębiorcę również znajduje potwierdzenie w opiniach organów podatkowych np. w wydanych przez dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28 czerwca 2018 r., Znak: 0111-KDIB2-3.4010.142.2018.2.LG i z 28 czerwca 2018 r., Znak: 0111-KDIB2-3.4010.157.2018.1.LG. oraz z 1 sierpnia 2018 r., nr 0111-KDIB1-1.4010.216.2018.1.ŚS. Co więcej, zagłębiając się w lekturę niektórych z rozstrzygnięć organów, w przedmiotowej sprawie przedsiębiorca powinien wręcz nabrać pewności, że jedynym słusznym rozliczeniem uzyskiwanego z tytułu sprzedaży bonusu jest zaliczenie go jako przychodu w momencie otrzymania. M.in. w 2016 r. Izba Skarbowa w Poznaniu uznała za nieprawidłowe stanowisko spółki, która chciała korygować koszty uzyskania przychodu. Wówczas organ stwierdził stanowczo: „…uzyskany przez Wnioskodawcę w ramach programu motywacyjnego bonus pieniężny od Generalnego dystrybutora nie powoduje po stronie Spółki konieczności korekty kosztów uzyskania przychodów, lecz będzie stanowić jej przychód. Z uwagi na fakt, iż Generalny dystrybutor nie sprzedaje pojazdów samochodowych bezpośrednio na rzecz Wnioskodawcy nie można uznać, że otrzymany bonus pieniężny odnosi się do konkretnych transakcji zakupu pojazdów samochodowych od Generalnego dystrybutora. Wartość bonusu nie obniża kwoty należnej zbywcy danego towaru, w konsekwencji czego nie można przyjąć, że obniża koszty uzyskania przychodu u nabywcy towaru, bowiem w przedmiotowej sprawie Spółka nabywa pojazdy od „D”, a nie od Generalnego dystrybutora” (interpretacja indywidualna z 20 lipca 2016 r., Znak: ILPB3/4510-1-242/16-2/AO).

Wydawanie przez organy skarbowe tak niezgodnych ze sobą, wręcz przeciwstawnych interpretacji wprowadza zamęt w obrocie gospodarczo-prawnym i z pewnością nie ułatwia przedsiębiorcom prowadzenia działalności. Trudno wyobrazić sobie, by w obliczu takich sprzeczności firmy mogły bezpiecznie funkcjonować bez pomocy i wsparcia księgowych czy doradców podatkowych. Podejmując się rozstrzygania podobnych spraw w przyszłości urzędnicy powinni mieć na uwadze, że w chwili zakupu towaru do odsprzedaży, firma nabywająca nie wie, i nie może mieć pewności, w jakiej wysokości rabat otrzyma i czy w ogóle go otrzyma. Jak trafnie stwierdził w wyroku z 26 marca 2014 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku: „… skutek w postaci obowiązku wyłączenia (korekty kosztów) powstaje z chwilą zwrotu wydatków (w rozliczeniu za okres, w którym zwrot wydatków został otrzymany). Bez tego (zwrotu) podatnik nie miał i nie ma obowiązku zmniejszania kosztów z tytułu amortyzacji” (sygn. akt I SA/Gd 41/14).

Jeśli w omawianej sprawie przedsiębiorca zdecyduje się zaskarżyć wydaną przez Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej interpretację, powinien powołać się na aktualną tezę zawartą w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 25 marca 2015 r.: „Uwzględniając zasady praworządności, trudno zgodzić się ze stanowiskiem, że po uzyskaniu rabatu potransakcyjnego korekta winna dotyczyć tych okresów, w których zaliczono wydatki w pierwotnej wysokości do kosztów uzyskania przychodów. W takiej sytuacji należałoby dokonać korekty wcześniejszego rozliczenia podatkowego ze wszelkimi konsekwencjami podatkowymi w postaci powstania zaległości i obowiązkiem zapłaty odsetek. Akceptacja tego stanowiska prowadziłaby do sytuacji, w której podatnik zostałaby obciążony negatywnymi konsekwencjami podatkowymi, mimo że jego działaniu nie można by zarzucić naruszenia prawa” (sygn. akt II FSK 955/14).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizująca się doradztwie prawnym, podatkowym oraz strategicznym dla przedsiębiorców.

Marek Dietl powołany na stanowisko Prezesa Zarządu GPW na kolejną kadencję

15 czerwca 2022 r. na wniosek Ministra Aktywów Państwowych działającego w imieniu Skarbu Państwa, akcjonariusza reprezentującego 35,01% kapitału zakładowego Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW), Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie GPW podjęło uchwałę w sprawie powołania Pana Marka Dietla na stanowisko Prezesa Zarządu GPW na kolejną kadencję.

Dr Marek Dietl

Pan dr Marek Dietl jest od 2017 roku Prezesem Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie oraz od 2012 roku adiunktem w katedrze Ekonomii Biznesu Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (SGH). W latach 2012-2013 był visiting fellow w Department of Economics University of Essex (UK).

Pan Marek Dietl jest absolwentem SGH, a tytuł doktora nauk ekonomicznych uzyskał w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Podczas studiów doktoranckich odbył staż w University of Glasgow jako junior fellow. W latach 2008-2012 zajmował się inwestowaniem w fundusze venture capital w Krajowym Funduszu Kapitałowym S.A. (KFK) najpierw jako menedżer inwestycyjny, a potem jako zastępca dyrektora inwestycyjnego. Przed dołączeniem do zespołu KFK Pan Marek Dietl pracował w międzynarodowej firmie doradczej, specjalizującej się w zarządzaniu cenami, Simon-Kucher & Partners w Bonn (Niemcy), a następnie w Warszawie. W tej firmie przeszedł wszystkie szczeble kariery od praktykanta (w roku 1999) do prokurenta i lidera warszawskiego biura przez trzy lata.

Pan Marek Dietl posiada duże doświadczenie związane z rynkiem finansowym. Oprócz wspomnianej powyżej 4 letniej pracy w Krajowym Funduszu Kapitałowym, ukończył specjalistyczne dwuletnie studia w zakresie finansów EY Executive Studies in Finance. W latach 2008-2013 był mediatorem w Sądzie Polubownym przy Komisji Nadzoru Finansowego, a w latach 2007-2008 członkiem Rady Nadzorczej Banku Gospodarstwa Krajowego. Od stycznia do września 2017 roku zasiadał w Komitecie Selekcyjnym funduszu-funduszy PZU Witelo.

Ponadto, posiada doświadczenie w Radach Nadzorczych spółek notowanych:

  1. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie S.A.; Członek Rady Nadzorczej oraz Przewodniczący Komitetu Strategii, od czerwca 2016 roku do czerwca 2017 roku,
  2. Mercator Medical S.A.; Członek Rady Nadzorczej; od czerwca 2016 roku do września 2017 roku,
  3. Polnord S.A.; Członek Rady Nadzorczej; od czerwca 2016 roku do czerwca 2017 roku,
  4. BSC Drukarnia Opakowań S.A.; Członek Rady Nadzorczej oraz Przewodniczący Komitetu Audytu od czerwca 2013 roku do stycznia 2017 roku,
  5. Atende S.A.; Członek Rady Nadzorczej od czerwca 2013 roku do września 2017 roku,
  6. Midven S.A.; Członek Rady Nadzorczej w latach 2013-2014,
  7. Techmex S.A.; Członek Rady Nadzorczej w latach 2009-2011.

Pan Marek Dietl posiada również doświadczenie w organach spółek niepublicznych – zarządzał trzema spółkami, a w kolejnych dwunastu zasiadał w Radach Nadzorczych m.in. były to podmioty związane z rynkiem finansowym: Lib-Leasing (2005-2010); BA Seedfund (2006-2008); Inovo Venture Fund (2013-2014); Zernike Meta-Ventures (2013-2014). Od 2018 roku jest Przewodniczącym Rady Nadzorczej KDPW_CCP S.A.

Pan Marek Dietl podejmuje również działalność społeczną i ekspercką. W latach 2007-2010 był społecznym doradcą trzech kolejnych Prezesów Urzędu Regulacji Energetyki. W latach 2008-2013 był mediatorem w sądzie polubownym przy Komisji Nadzoru Finansowego, w latach 2006-2017 ekspertem (2006-2017) i członkiem zarządu (2015-2017) Instytutu Sobieskiego oraz w latach 2011-2017 ekspertem Business Centre Club, a obecnie jest społecznym doradcą ekonomicznym Prezydenta RP. Ponadto od 2018 roku jest członkiem Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych. W czasie studiów był współzałożycielem, członkiem zarządu oraz komisji rewizyjnej stowarzyszenie ConQuest Consulting.

Ile kosztuje dziś metr kwadratowy mieszkania w Warszawie?

Ceny mieszkań w Polsce rosną od lat i biją kolejne rekordy. Mimo że zakładano mniejszy popyt, na rynku pierwotnym brakuje przesłanek wskazujących na spadek cen. Wpływ na nie mają m.in. rosnące koszty budowy, surowców, utrudniony łańcuch dostaw, dwucyfrowa inflacja i tocząca się wojna za wschodnią granicą. Ile trzeba dzisiaj zapłacić za metr kwadratowy mieszkania w Warszawie? Które dzielnice są najdroższe? Sprawdzamy w raporcie serwisu tabelaofert.pl.

Tab. 1. Ceny mieszkań w ofercie w WarszawieCeny mieszkań w Polsce rosną od lat i biją kolejne rekordy. Mimo że zakładano mniejszy popyt, na rynku pierwotnym brakuje przesłanek wskazujących na spadek cen. Wpływ na nie mają m.in. rosnące koszty budowy, surowców, utrudniony łańcuch dostaw, dwucyfrowa inflacja i tocząca się wojna za wschodnią granicą. Ile trzeba dzisiaj zapłacić za metr kwadratowy mieszkania w Warszawie? Które dzielnice są najdroższe? Sprawdzamy w raporcie serwisu tabelaofert.pl.   Tab. 1. Ceny mieszkań w ofercie w Warszawie

Źródło: tabelaofert.pl

Z tabeli wynika, że od początku 2016 r. za metr kwadratowy mieszkań w Warszawie dostępnych w ofercie trzeba było zapłacić średnio 7-8 tys. zł. Nieznaczny wzrost nastąpił w IV kwartale 2017 r., a na koniec 2018 r. cena przekroczyła 9 tys. zł. W 2019 r. padł kolejny rekord: średnio 10-11 tys. zł. W pierwszym roku pandemii płaciliśmy kwotę 11 tys. zł, a na koniec 2021 r. już blisko 13 tys. zł. Średnia cena na koniec I kwartału bieżącego roku to już 13,3 tys. zł. Pokazane wartości dotyczą jednak cen ofertowych, a nie transakcyjnych, co oznacza duży margines negocjacyjny w propozycjach deweloperów.

W ciągu ostatnich siedmiu lat cena za metr kwadratowy mieszkania w Warszawie prawie się podwoiła, mimo tego że po drodze rynek nieruchomości musiał się zmagać z kolejnymi problemami. Dwuletnia pandemia koronawirusa, wojna w Ukrainie, dwucyfrowa inflacja, kolejne podwyżki stóp procentowych, wchodząca za chwilę w życie ustawa deweloperska nie zahamowały wzrostu. Ta dynamika może nieco osłabnąć, ale nic nie wskazuje na to, że możemy liczyć na spadek w najbliższych miesiącach – Maciej Dymkowski, prezes zarządzający serwisem tabelaofert.pl.

Tab. 2. Struktura cenowa mieszkań dostępnych w Warszawie na koniec 2020 – I kwartał 2022

Struktura cenowa mieszkań dostępnych w Warszawie na koniec 2020 – I kwartał 2022
Źródło: tabelaofert.pl

Z powyższej tabeli wynika, że w ciągu dwóch ostatnich lat z rynku nieruchomości w Warszawie praktycznie zniknęły mieszkania poniżej 8 tys. zł za metr kwadratowy. Aktualnie jest ich zaledwie 1%. Spadek liczby ofert, choć już nie tak duży, dotyczy także przedziału cenowego 8-10 tys. zł. Na koniec I kwartału tego roku było ich niecałe 19%. W porównaniu do I kwartału 2020 r. to o 16% mniej. Inaczej sytuacja wygląda, jeśli chodzi o mieszkania powyżej 10 tys. zł za metr kwadratowy. W przedziale cenowym 10-12 oraz 12-14 tys. zł za metr kwadratowy, liczba ofert wzrosła kolejno o 10% i 9%. Mieszkania, za które trzeba zapłacić w granicach 14-16 tys. zł za metr kwadratowy, zajmują dziś na warszawskim rynku nieruchomości 11% – to wzrost w porównaniu do I kwartału 2020 r. o 5%. Najmniejszy, bo 3% wzrost w porównaniu z I kwartałem 2020 r., dotyczy mieszkań w przedziale 16-18 tys. za metr kwadratowy. Jest ich obecnie jedynie 5% na rynku. Zaś liczba tych najdroższych, powyżej 18 tys. zł za metr kwadratowy, w ujęciu kwartał do kwartału wzrosła blisko trzykrotnie i zajmuje obecnie 14% rynku.

W Warszawie widać tendencję wzrostową na rynku, jeśli chodzi o strukturę cenową. Na początku 2020 r. połowa dostępnych mieszkań kosztowała poniżej 10 tys. zł za metr kwadratowy, dziś jest ich zaledwie 20%. Bardzo mocno rozwinął się rynek nieruchomości luksusowych. Osoby majętne zaczęły mocniej inwestować w mieszkania, nie chcąc trzymać gotówki w banku. Ceny w Warszawie coraz bardziej zbliżają się do pozostałych europejskich stoliczauważa Katarzyna Tworska, dyrektor zarządzająca redNet 24, firmy specjalizującej się w sprzedaży mieszkań deweloperskich.

Żoliborz i Śródmieście z najdroższymi ofertami w Warszawie

Najdroższymi dzielnicami stolicy są nadal Żoliborz i Śródmieście. Na koniec marca można było tam znaleźć jedynie oferty powyżej 18 tys. zł za metr kwadratowy. Podium zamyka Ochota, gdzie ¾ mieszkań jest w najwyższej cenie, a reszta w kwocie 16-18 tys. za metr kwadratowy. Dla osób z nieco mniej zasobnym portfelem pozostają: Białołęka, Rembertów, Wawer, Wesoła oraz Wilanów. To jedyne spośród osiemnastu warszawskich dzielnic, w których możemy jeszcze kupić mieszkania w cenie poniżej 8 tys. zł za metr kwadratowy.

Tab. 3. Struktura cenowa oferty w podziale na dzielnice

Struktura cenowa oferty w podziale na dzielnice
Źródło: tabelaofert.pl

Warszawa na tle pozostałych dużych miast

Z poniższych danych przedstawionych przez serwis tabelaofert.pl wynika, że struktura cenowa ofert w Krakowie jest procentowo bardzo zbliżona do tej w stolicy. Różnią się one jedynie liczbą najdroższych mieszkań, których w Warszawie jest zdecydowanie więcej. We Wrocławiu mieszkań poniżej 10 tys. zł za metr kwadratowy jest blisko połowa, a w Poznaniu aż 61%. Za to w obu miastach jest bardzo mały odsetek najdroższych mieszkań. W Trójmieście 26% rynku stanowią oferty powyżej 14 tys. zł za metr kwadratowy, a 42% te poniżej 10 tys. zł.

Wyraźnie widać w Polsce przesunięcie w stronę droższych ofert. Tych najtańszych – poniżej 8 tys. zł za metr kwadratowy – w pięciu omawianych miastach jest najmniej i stanowią od 1 do 12 % rynku. Sytuacja ekonomiczna w kraju raczej nie wskazuje na to, że ceny będą spadać, wręcz przeciwnie. Trzeba pamiętać, że zarobki również idą w górę, a jakość życia w dużych aglomeracjach jest coraz wyższa i wciąż opłaca się inwestować w nieruchomości, bo to najlepsza ochrona naszego kapitału – podkreśla Katarzyna Tworska.

Tab. 4. Struktura cenowa oferty w wybranych miastach na koniec marca 2022 r.

Struktura cenowa oferty w wybranych miastach na koniec marca 2022
Źródło: tabelaofert.pl

Kiedy zaostrzać a kiedy luzować politykę fiskalną i monetarną?

Zazwyczaj kiedy myśli się o równowadze, kondycji gospodarki – to mówi się o tak zwanym politycy mix. Czyli o tym, co robi władza monetarna oraz władza fiskalna. Czasami mówi się, że jeśli jedna władza idzie troszkę w jedną stronę – to druga powinna to wyrównywać. Jeżeli na przykład polityka fiskalna jest zbyt łagodna, to trzeba zaostrzyć politykę monetarną i na odwrót. Czasami są takie sytuacje, że można prowadzić łagodną i jedną i drugą politykę – a czasami jest tak, że trzeba zaostrzyć obie. W tej chwili chyba jesteśmy w takiej sytuacji, że raczej powinniśmy być konserwatywni i w zakresie polityki fiskalnej, i w zakresie polityki monetarnej.

– Przede wszystkim od polityki monetarnej oczekujemy zaostrzenia od ultra łagodnej fazy, którą mieliśmy jeszcze kilka kwartałów temu. Dodatkowo dyskutowane jest to, czy administracja nie prowadzi zbyt łagodnej polityki fiskalnej – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej (KIG). – Myślę jednak, że na to musimy popatrzeć przez pryzmat nie tylko poszczególnych podatków, które się zmieniają, ale całokształtu systemu podatkowego. Może się okazać, że owszem są spore transfery – ale na przykład w części zabezpieczonej wzrostem fiskalizmu. W takiej sytuacji nie można myśleć o łagodzeniu polityki fiskalnej – bo państwo musi zabezpieczyć wpływy do budżetu. Jeśli natomiast są dodatkowe możliwości wzrostu dochodów państwa, można wówczas rozważać luzowanie i dodatkowe zwolnienia podatkowe dla wybranych grup społecznych – podkreśla Soroczyński.

Fed może wpłynąć nie tylko na dolara, ale też na złotego

Podobnie jak większość ekonomistów zakładamy, że Rezerwa Federalna w środę ponownie podniesie stopy procentowe o 50 pb., rynek wycenia już jednak 75 pb. Wzrost oczekiwań rynku w zakresie skali podwyżki oznacza, że nie tylko komunikacja, ale też sama decyzja będzie miała znaczenie dla kształtowania się cen aktywów. Sygnały z Fedu mogą wpłynąć nie tylko na dolara, ale też na złotego.

Jeszcze na początku tygodnia na rynkach panowało silne przekonanie, że Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) w tym tygodniu podniesie stopy o 50 pb. (z zakresu 0,75–1,00% do 1,25–1,50%), dokonując tak samo silnego ruchu jak w maju. Szacowane przez rynki prawdopodobieństwo ruchu o 75 pb. istotnie jednak wzrosło – we wtorek rano wynosiło już 100% (bazując na wycenach fed funds futures). Ostatni wzrost rynkowych oczekiwań miał związek m.in. z artykułem Wall Street Journal, w którym autor, Nick Timiraos, sugeruje, że Fed prawdopodobnie rozważy w tym tygodniu podwyżkę o 75 pb. Również część ekonomistów zaczęła się skłaniać ku temu scenariuszowi, aczkolwiek na chwilę obecną panuje mocny konsensus ekonomiczny za podwyżką o 50 pb. – my również spodziewamy się podwyżki o takiej skali.

Istotna dla rynku będzie zarówno skala samej podwyżki, jak i komunikacja banku w zakresie dalszych kroków. Rynek zakłada, że Fed będzie działał agresywnie, próbując przeciwdziałać gwałtownemu wzrostowi inflacji w USA, która w maju podbiła do 8,6% i była najwyższa od grudnia 1981 r.

Wykres 1: Wycena fed funds futures dotycząca podwyżki stóp w czerwcu (04.05.2022 – 14.06.2022)Wycena fed funds futures dotycząca podwyżki stóp w czerwcu

Źródło: Bloomberg Data: 14.06.2022

Nie przewidujemy zaskoczeń w komunikacji Fedu

Prezes Fedu Jerome Powell powtórzył w zeszłym miesiącu, że podwyżki o 50 pb. na dwóch najbliższych posiedzeniach (w czerwcu i lipcu) są prawdopodobne, zaś inni członkowie FOMC wskazali, że tego typu niestandardowo silne podwyżki możliwe są również po lipcu.

Na konferencji prasowej prezesa Powella i w komunikacji banku centralnego nie spodziewamy się dużych zaskoczeń. Oczekujemy kolejnej jastrzębiej oceny dotyczącej obaw związanych z nadwyżką inflacji i wskazania, że Fed będzie nadal „pospiesznie” podnosić stopy do neutralnego poziomu (lub powyżej niego), by złagodzić presję cenową. Prawdopodobnie będzie się w nich zawierać również sygnał, że podwyżka o co najmniej 50 pb. najpewniej będzie odpowiednia, gdy FOMC zbierze się po raz kolejny w lipcu.

Kluczowe pytanie dotyczy dalszych planów Fedu, w szczególności tego, na ile większych podwyżek zdecyduje się bank, zanim wróci do standardowych ruchów o 25 pb.

Agresywny ruch o 75 pb. mało prawdopodobny

Uważamy, że jest mało prawdopodobne, że Fed w środę zdecyduje się na ruch o 75 pb. Biorąc pod uwagę wycenę rynkową, w takiej sytuacji dolar powinien doświadczyć wyprzedaży. Jasny sygnał, że na kolejnych zebraniach, być może w lipcu, może dojść do podwyżki o takiej skali, mógłby pomóc dolarowi. Niemniej jesteśmy sceptycznie nastawieni do tego, że Powell na tym etapie będzie tak agresywny. Biorąc pod uwagę wspomniane wysokie oczekiwania rynku, który wycenia wzrost stóp łącznie o ok. 140 pb. na dwóch najbliższych posiedzeniach, brak deklaracji ze strony Powella powinien być negatywny dla amerykańskiej waluty.

Zawód dla rynku to szansa dla PLN

Biorąc pod uwagę, że raport o inflacji w USA i wzrost rynkowych wycen podwyżek stóp doprowadził do wzrostu niepokoju na rynku i osłabienia polskiego złotego, środowa decyzja Fedu może mieć istotne znaczenie nie tylko dla krótkoterminowych perspektyw kursu EUR/USD (a tym samym USD/PLN), ale też EUR/PLN. Oczekiwania rynkowe w zakresie działań banku centralnego są tak wysokie, że Fedowi trudno będzie je spełnić. W tym kontekście z naszej perspektywy jest większa szansa na to, że rynek się zawiedzie, co powinno mieć negatywny wpływ na amerykańską walutę i jednocześnie wspomóc polskiego złotego. O ile, oczywiście, sygnały z Fedu przełożą się na uspokojenie rynkowych nastrojów.

Jak rewizja dot plotu może wpłynąć na kurs USD?

Rewizje prognoz FOMC również będą istotne dla rynku. Podobnie jak w przypadku EBC prognoza inflacji Rezerwy Federalnej na 2022 r. prawdopodobnie wzrośnie. W marcu Fed przewidywał, że preferowana przez niego miara inflacji – indeks PCE – pokaże na koniec roku wzrost o 4,3%.

W świetle nadwyżki wzrostu cen istnieje ryzyko zrewidowania w dół prognozy PKB na ten rok. Warto jednak zauważyć, że dane ekonomiczne z USA, szczególnie te dotyczące rynku pracy, w znacznej mierze trzymają się dobrze, więc wszelkie rewizje w dół w tym zakresie mogą być niewielkie.

Jesteśmy również pewni, że projekcje stóp procentowych (dot plot) zostaną znacznie podniesione w stosunku do prognoz z marca, kiedy mediana na koniec roku wskazywała przedział 1,75–2,0% – zaledwie 1 p.p. wyżej niż obecnie wynoszą stopy. Uważamy, że reakcja dolara będzie zależeć w dużej mierze od skali tej rewizji. Przy założeniu podwyżki o 50 pb. w czerwcu wzrost mediany na koniec roku do 2,75–3,0% oznaczałby, że decydenci spodziewają się w tym roku ekwiwalentu trzech dodatkowych podwyżek o 50 pb. Nawet to może być jednak negatywne dla dolara, ponieważ obecne podwyższone wyceny rynkowe zakładają, że stopy w horyzoncie czerwiec–grudzień wzrosną o mniej więcej 275 pb., a więc cztery razy o 50 pb. i raz o 75 pb. Nie spodziewamy się, żeby oczekiwania decydentów przekroczyły oczekiwania rynku, zaś rozdźwięk między nimi może stanowić ryzyko dla dolara.

Wykres 2: Implikowana stopa fed funds na koniec 2022 r. (styczeń ‘22 – czerwiec ‘22)Implikowana stopa fed funds na koniec 2022

Źródło: Bloomberg Data: 14.06.2022

FOMC ogłosi decyzję w sprawie polityki pieniężnej o 20:00 w środę 15.06, konferencja prasowa przewodniczącego Powella rozpocznie się 30 minut później.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Starzenie się polskiego społeczeństwa stwarza nowe wyzwania dla opieki zdrowotnej i sektora farmaceutycznego

Polska od dawna boryka się z niedofinansowaniem systemu opieki zdrowotnej, co uwidoczniła pandemia COVID-19. Niemal wszyscy Polacy doświadczają związanych z tym problemów, m.in. długiego czasu oczekiwania na wizytę lekarską czy odległych terminów zabiegów i operacji. Starzejące się społeczeństwo z jednej strony napędza rynek usług medycznych, gdyż coraz więcej osób z nich korzysta. Z drugiej, rosnąca liczba osób w wieku poprodukcyjnym stanowi wyzwanie dla niewydolnego systemu służby zdrowia.

Analitycy EMIS z ISI Emerging Markets Group, organizacji zajmującej się agregowaniem danych służących do pogłębionych analiz ekonomicznych, podkreślają, że ochrona zdrowia w Polsce stała się priorytetem interesu publicznego. Ma to związek z tzw. silver tsunami, czyli rosnącą liczbą obywateli powyżej 50. roku życia, którzy w większym stopniu niż ludzie młodzi korzystają z usług medycznych. Polskie społeczeństwo starzeje się niemal najszybciej w całej Unii Europejskiej. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2021 roku w Polsce było ponad 20 proc. osób w wieku powyżej 60 lat.3xzdrowie

Polska musi zadbać o bezpieczeństwo lekowe

Według najnowszego Narodowego Spisu Powszechnego Ludności i Mieszkań, w latach 2011-2021 nastąpiły duże zmiany w grupach wiekowych. Spadł zarówno odsetek osób w wieku przedprodukcyjnym, jak produkcyjnym. Z kolei udział ludności w wieku poprodukcyjnym znacząco się zwiększył – z 16,9% w 2011 r. do 21,8% w 2021. To oznacza, że w ciągu dekady przybyło ponad milion osób, które mają ponad 60 lat. Starzenie się społeczeństwa w połączeniu ze wzrostem popytu na świadczenia medyczne, a także rosnącą częstotliwością występowania chorób przewlekłych, stały się głównymi czynnikami wzrostu zarówno dla sektora farmaceutycznego, jak i opieki zdrowotnej w Polsce. Do chorób, których ryzyko wystąpienia zwiększa się wraz z wiekiem, należą m.in. Alzheimer, na którego według badań choruje ponad pół miliona osób w Polsce. Jak wynika z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, na setkę Polaków w wieku produkcyjnym, tj. 15-64 lata, przypada dwudziestu pięciu seniorów powyżej 65. roku życia. Prognozy zakładają, że do 2060 roku ta liczba wzrośnie już do 68.

Polski rząd dostrzega problem starzejącego się społeczeństwa. Nowelizacja ustawy refundacyjnej, która ma zostać wprowadzona w 2022 roku, może stanowić bodziec dla sektora farmaceutycznego. Nowe rozwiązanie ma na celu zwiększenie wydatków na refundacje powyżej 2,8 miliardów złotych oraz napędzenie popytu na leki produkowane w kraju. Dzięki temu ma wzrosnąć bezpieczeństwo lekowe Polski. Pandemia COVID-19 pokazała, że wzrost globalnego popytu na leki, może doprowadzić do niedoborów medykamentów importowanych z innych krajów. W 2020 r., gdy koronawirus dotarł do Europy, Polska zakupiła ponad 125 milionów ton farmaceutyków o wartości 33,6 miliardów złotych, a sprzedała ponad 85 milionów ton za 19,2 miliardów złotych.

Czynniki zagrażające polskiej służbie zdrowia

Rosnące zapotrzebowanie na kompleksową i długotrwałą opiekę zdrowotną ze strony starzejącego się społeczeństwa przyczynia się do wzrostu kosztów funkcjonowania publicznego systemu opieki zdrowotnej. W Polsce pozostaje on niedofinansowany, a środki przeznaczane na ten cel w przeliczeniu na jednego mieszkańca są cztery do pięciu razy niższe niż w krajach Europy Zachodniej. W 2021 roku wydatki publiczne na ochronę zdrowia wynosiły nieco ponad 5%, do 2027 roku mają wzrosnąć do 7%. Zdaniem ekspertów EMIS podwyższenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców niestety nie jest w stanie dać oczekiwanych rezultatów i nie przyczyni się do usprawnienia finansowania, a także nie poprawi jakości leczenia. Do 2030 roku unijna średnia wydatków ma wynieść aż 8,8%. Analitycy EMIS uważają, że Polska może przybliżyć się do tego pułapu przeprowadzając globalną reformę służby zdrowia, a także stopniowo podwyższając składkę zdrowotną, aby nie uderzyć w firmy.

„Przemysł medyczny w Polsce mógłby i powinien być kołem zamachowym gospodarki – mamy ku temu wielki potencjał – ale niestety jest od dziesięcioleci traktowany, jako piąte koło u wozu, a system opieki zdrowotnej jako koszt. Wyrazem tego jest zablokowanie wejścia w życie dwóch inicjatyw, które mogłyby znacząco zwiększyć inwestycje w przemysł medycznych w Polsce i doprowadzić do jego szybkiego rozwoju: Refundacyjnego Trybu Rozwojowego (RTR) oraz projektu ustawy o Refundacji Wyrobów Medycznych (RWM). Problemem jest również zła regulacja i brak nowoczesnych rozwiązań systemowych. Zaniżone wyceny, i nieadekwatne wielkości kontraktów z NFZ, brak nowoczesnych technologii medycznych dla seniorów w koszyku czy brak ubezpieczeń senioralnych to podstawowe kwestie, które wymagają pilnych działań i wdrożenia racjonalnych rozwiązań opartych na sprawdzonych wzorcach ze świata” – mówi lek. Krzysztof Łanda, Założyciel Fundacji Watch Health Care, Prezes MedInvest Scanner, Przewodniczący Komisji Zdrowia Business Centre Club.

Dodatkowym wyzwaniem jest rosnące zadłużenie wielu polskich szpitali, w tym specjalistycznych. Na koniec III kwartału 2021 roku wynosiło ono 17,2 miliardów złotych. Mała atrakcyjność Narodowego Funduszu Zdrowia jako pracodawcy, wynikająca głównie z niskich wynagrodzeń, powoduje zarówno odpływ doświadczonej kadry, jak i trudności w rekrutacji nowych pracowników. Przestarzały system teleinformatyczny, nadmiar zadań administracyjnych oraz nieefektywny proces komunikacji dodatkowo utrudniają wykonywanie obowiązków i przyczyniają się do wypalenia zawodowego oraz obniżenia zaangażowania. Czynniki te skutkują niedoborem personelu medycznego w Polsce oraz wysoką średnią wieku pracowników przychodni i szpitali.

Problemem polskiej służby zdrowia jest również nielegalny wywóz farmaceutyków z kraju. Eksperci EMIS wskazują, że wynika to z różnicy cenowej między Polską a Europą Zachodnią. Kraj posiada największy rynek farmaceutyczny w Europie Środkowej i szósty co do wielkości na Starym Kontynencie pod względem cen. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł podkreślił, że wartość rynku farmaceutycznego nad Wisłą przekracza obecnie 40 miliardów złotych rocznie, co sprawia, że jest on łakomym kąskiem dla grup przestępczych. Przewiduje się, że wartość tego sektora będzie rosła w tempie 9,2% w skali roku i osiągnie 86,3 miliardów złotych w 2025 r.

Trudnej sytuacji rynku farmaceutycznego nie ułatwiają ciągłe spory na temat polityki cenowej i refundacyjnej pomiędzy rządem a producentami leków. Nie ma pewności co do tego, w jaki sposób decydenci planują wspierać branżę i budować bezpieczeństwo lekowe w kraju. Polityka lekowa państwa dąży do zapewnienia jak najszerszego dostępu do medykamentów, które są skuteczne, bezpieczne i efektywne kosztowo. Jest to trudne do pogodzenia, ponieważ ochrony lekowej nie można budować w oparciu o cenę produktu, a nielegalny wywóz medykamentów ratujących życie i ich niedobór na polskim rynku stanowi duże zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju.

Pomysł rządu na uzdrowienie służby zdrowia

Polski rząd podkreśla, że służba zdrowia ma dla kraju kluczowe znaczenie i proponuje istotne zmiany systemowe. W 2021 roku ogłoszono „Plan naprawczy w dziedzinie zdrowia”, którego celem jest wyrównanie deficytów w zakresie opieki zdrowotnej, spowodowanych opóźnionymi lub niezrealizowanymi badaniami profilaktycznymi, zaniedbaniami w zakresie leczenia istniejących chorób, niedostatecznymi działaniami w obszarze zarządzania chorobami przewlekłymi oraz brakiem zmiany zachowań społeczeństwa, które mają negatywny wpływ na zdrowie (np. zwiększone spożycie alkoholu i zbyt mała aktywność fizyczna). W 2021 r. Polska wprowadziła także ustawę o zawodzie farmaceuty, która umożliwia aptekom świadczenie dodatkowych usług dla pacjentów i odciążenie personelu medycznego w zakresie prostych czynności, takich jak m.in. odnawianie recept, wykonywanie szczepień, monitorowanie postępów leczenia farmakologicznego oraz wspieranie programu profilaktyki chorób układu krążenia.

Źródło: EMIS Insights Poland Pharma and Healthcare Sector Report 2022/2023

Grupa Pracuj przejmuje softgarden za blisko 118 mln EUR

Grupa Pracuj przejmuje 100% udziałów w firmie softgarden, która jest jednym z liderów rynku systemów wspierających procesy rekrutacji w Niemczech. To największa od lat akwizycja zagraniczna zrealizowana przez polską firmę technologiczną w Niemczech i regionie DACH. Wartość transakcji to blisko 118 mln EUR.

Grupa Pracuj na nowych rynkach

Przejęcie jednego z liderów rynku w Niemczech oznacza wzmocnienie Grupy Pracuj w roli wiodącego podmiotu sektora HR Tech w Europie Środkowej i Wschodniej. softgarden, poza kluczową pozycją na rodzimym rynku, rozwija swoje struktury na pozostałych rynkach obszaru DACH i ma potencjał wzrostu w innych krajach europejskich. Akwizycja niemieckiego lidera oznacza dalszą konsekwentną rozbudowę cyfrowego ekosystemu technologii dla HR, który tworzy Grupa Pracuj. Składają się na niego obecnie serwisy rekrutacyjne: Pracuj.pl, the:protocol, Dryg.pl i Robota.ua oraz systemy wsparcia pracodawców w rekrutacji i rozwoju pracowników, oparte o model SaaS (eng. Software as a Service): eRecruiter oraz platforma benefitowa Worksmile.

Nasze doświadczenia w ekspansji zagranicznej pokazują, że kluczowe jest wejście we współpracę z lokalnym liderem, który ma dodatkowo sprawną i zaangażowaną kadrę zarządzającą. softgarden spełnia oba te kryteria. To jeden z największych graczy w Niemczech, działający także w innych krajach europejskich i notujący rokroczne wzrosty. Inwestując w nową spółkę, z solidną bazą klientów, skutecznym zespołem zarządzającym i bardzo dobrymi wynikami operacyjnymi, wchodzimy natychmiast do pierwszej ligi w obszarze wsparcia innowacyjnej rekrutacji w Niemczech, z dużym potencjałem do dalszych wzrostów, a także do skalowania biznesu na inne rynki – komentuje Przemysław Gacek, Prezes Zarządu Grupy Pracuj.

Jeden z liderów w Niemczech

softgarden należy do grona dostawców rozwiązań HR tech wspierających innowacyjną rekrutację (tzw. Talent Aquisition Systems). Marka oferuje m.in. narzędzia do zarządzanie rekrutacjami, tworzenia stron karier, generowania opinii o pracodawcach czy poleceń pracowniczych. Wśród narzędzi softgarden znajduje się również tzw. multiposting – zautomatyzowana publikacja ogłoszeń na wielu stronach z ofertami pracy. Łącznie z usług softgarden korzysta 1700 pracodawców głównie z Niemiec, ale także z regionu DACH i kilku innych krajów europejskich. Zespół składa się z ponad 140 wysokiej klasy specjalistów, którzy po akwizycji będą dalej rozwijać produkty i usługi na dotychczasowym, wysokim poziomie. Grupa Pracuj przejmuje softgarden od spółki kontrolowanej przez Investcorp, wiodącą globalną firmę, zajmującą się inwestycjami alternatywnymi (posiadającej 98.95% udziałów) oraz od założyciela firmy, Stefana Schüfflera (1.05% udziałów).

Wraz z akwizycją Grupa Pracuj przejmuje również absence.io – system oferujący dedykowane oprogramowanie HR dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, wspierające zarządzanie nieobecnościami.

softgarden i absence.io to kolejne z rozwiązań HR Tech, które trafiają do cyfrowego ekosystemu Grupy Pracuj w ostatnich kilkunastu miesiącach – po ubiegłorocznym zakupie udziałów w Worksmile oraz wystartowaniu z nowymi serwisami rekrutacyjnymi the:protocol oraz Dryg.pl. Spółka inwestuje w następne rozwiązania HR Tech oparte na modelu SaaS (ang. Software as a Service), które tworzą spójny ekosystem i poszerzają możliwości wsparcia europejskich firm w wielu obszarach zarządzania talentami.

Wymiana know-how i autonomiczny rozwój

Po dołączeniu do Grupy Pracuj, softgarden pozostanie niezależną spółką. Model biznesowy firmy, jej oferta i zasady współpracy z klientami nie ulegną zmianie.

W softgarden możemy się poszczycić szybkim i stabilnym wzrostem w obszarze HR Tech na rynku niemieckim, gdzie jesteśmy jednym z liderów w obszarze oprogramowania wspierającego rekrutację. Kontynuujemy także rozwój na innych rynkach europejskich, z ambicją do wejścia na nowe. Dołączając do Grupy Pracuj, zyskujemy doświadczonego partnera, świetnie rozumiejącego nasz model działania, jak i stojące przed nami wyzwania i szanse. Wymieniając się doświadczeniami oraz dalej rozwijając się poprzez innowacje, mamy wspólny cel – zbudowanie kompleksowego ekosystemu rozwiązań wspierających na rynkach europejskich zarówno pracodawców, jak i kandydatów
-– mówi Mathias Heese, CEO softgarden.

Jak podkreśla Zarząd Grupy Pracuj, priorytetem softgarden będzie kontynuowanie działalności w Niemczech, umocnienie pozycji w Niemczech oraz w całym regionie DACH i wykorzystanie możliwości rozwoju w innych krajach europejskich.

Dostrzegamy bardzo duży potencjał w połączeniu naszych doświadczeń z know-how zgromadzonym przez softgarden. Może on dać nam wiele korzyści zarówno na dotychczasowych rynkach, jak i w nowych regionach, w których zaczyna działać Grupa Pracuj dzięki tej akwizycji. Jednocześnie jednak należy podkreślić, że wiodącym systemem Grupy Pracuj wspierającym rekrutacje, oferowanym dla rynku polskiego, pozostaje eRecruiter – największe w kraju i najlepiej zintegrowane rozwiązanie w modelu SaaS – komentuje Rafał Nachyna, Dyrektor Operacyjny Grupy Pracuj.

Dynamiczny wzrost Grupy Pracuj

Inwestycja to kolejny krok w rozwoju Grupy Pracuj, która w grudniu 2021 roku weszła na Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Rosnące zapotrzebowanie pracodawców na rekrutację online i nowoczesne technologie dla HR pozwoliły na wypracowanie przez spółkę w 2021 roku bardzo dobrych wyników finansowych. Zysk z działalności operacyjnej Grupy Pracuj wyniósł w minionym roku 227,5 mln zł (wzrost o 67,1% r/r), a skorygowana EBITDA sięgnęła 257,3 mln zł (wzrost o 73,5% r/r). Marża skorygowanej EBITDA wzrosła tym samym do 54% (z 50% w 2020 roku).

Jak głęboka może być obecna bessa

W poniedziałek na amerykańskim rynku rozpoczęła się bessa, spadki w ciągu ostatnich pięciu miesięcy przekroczyły 20 proc. Przeciętnie bessa oznacza spadek o 38 proc, trwający 19 miesięcy. Potem zwykle przychodzi jednak hossa, która trwa 4 razy dłużej i przeciętnie przynosi wzrost o 180 proc. Na hossę przyjdzie nam jeszcze poczekać, a tymczasem jutro czeka nas kolejne podwyżka stóp w USA.

W poniedziałek spadek amerykańskiego indeksu S&P500 przekroczył 20 proc., co oznacza rozpoczęcie bessy. To może jednak nie być koniec spadków, coraz bardziej realne staje się ryzyko recesji na świecie. A może nas czekać jeszcze kolejny 20 proc. spadek, ponieważ przeciętna bessa na S&P500, choć rzadka, trwała 19 miesięcy i zamykała się spadkiem o 38 proc. (patrz wykres). Obecnie mamy do czynienia z przeceną o 21 proc. w okresie 5 miesięcy. W tej sytuacji bazowym scenariuszem inwestycyjnym pozostaje stopniowe odradzanie się gospodarki (w kształcie litery U). Jednak powinniśmy inwestować w sposób defensywny, by dobrze radzić sobie z rosnącym ryzykiem.

Ryzyko recesji jest coraz poważniejsze, jednak jeszcze nie tak wysokie, by była ona nieunikniona. Jak dotychczas wzrost gospodarczy w USA pozostaje odporny, konsumenci mają spore oszczędności, a firmy rekordowe marże. Jednak im dłużej inflacja utrzymuje się na wysokim poziomie tym ryzyko recesji jest wyższe. Obecna wyprzedaż na rynku była związana głównie z urealnieniem wycen spółek, które były postrzegane jako zbyt drogie. Obecnie wskaźnik C/Z w USA spadł do prawie 16x, czyli poniżej średniej z ostatnich 10 lat. Na recesję nie wskazuje także sytuacja na amerykańskim rynku pracy, gdzie zarobki wzrastają od początku roku. Zwykle, w przypadku recesji, spadają o 20 proc.

Już jutro czeka nas decyzja dotycząca stóp procentowych USA, które zostaną najprawdopodobniej podniesione o 50 pb. Piątkowe dane o rosnącej inflacji w USA, skłaniają FED do szybszego podnoszenia stóp i to do wyższego poziomu, niż wcześniej się spodziewano. Wkrótce czeka nas także pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro, gdzie stopy nie zostały jeszcze poniesione. Rosnące stopy będą wpływać na obniżenie wzrostu w Europie. Wydaje się, że póki co jedynym motorem wzrostu na świecie mogą w tej sytuacji stać się odradzające się po pandemii Chiny. W perspektywie wyższej inflacji i stóp procentowych rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji rządowych wzrosła do ponad 3,3 proc. Rosnący koszt kapitału wpływa na przepływy finansowe w firmach, a szczególnie dotyka to sektora technologicznego. Ropa pozostaje droga, a ponieważ podaż tego surowca w obecnej sytuacji jest ograniczona, to rynek nie zwraca uwagi na możliwe perspektywy spadku popytu w wyniku recesji.

Warto jednak pamiętać, jak wygląda długoterminowa prognoza bessy i hossy. Jak wspomnieliśmy, o ile przeciętna bessa na S&P500 trwa 19 miesięcy, to przeciętna hossa 60 miesięcy. W jej czasie ceny wzrastają przeciętnie o 180 proc. To właśnie bessa buduje ekonomiczne fundamenty pod hossę, obniżając wyceny i zmuszając firmy do bardziej efektywnego funkcjonowania. To właśnie dzieje się teraz, wyceny już uległy gwałtownemu obniżeniu, zaostrzają się finansowe warunki funkcjonowania przedsiębiorstw, a banki centralne podnoszą stopy by walczyć z uporczywie rosnąca inflacją.W poniedziałek na amerykańskim rynku rozpoczęła się bessa, spadki w ciągu ostatnich pięciu miesięcy przekroczyły 20 proc. Przeciętnie bessa oznacza spadek o 38 proc, trwający 19 miesięcy. Potem zwykle przychodzi jednak hossa, która trwa 4 razy dłużej i przeciętnie przynosi wzrost o 180 proc. Na hossę przyjdzie nam jeszcze poczekać, a tymczasem jutro czeka nas kolejne podwyżka stóp w USA.   W poniedziałek spadek amerykańskiego indeksu S&P500 przekroczył 20 proc., co oznacza rozpoczęcie bessy. To może jednak nie być koniec spadków, coraz bardziej realne staje się ryzyko recesji na świecie. A może nas czekać jeszcze kolejny 20 proc. spadek, ponieważ przeciętna bessa na S&P500, choć rzadka, trwała 19 miesięcy i zamykała się spadkiem o 38 proc. (patrz wykres). Obecnie mamy do czynienia z przeceną o 21 proc. w okresie 5 miesięcy. W tej sytuacji bazowym scenariuszem inwestycyjnym pozostaje stopniowe odradzanie się gospodarki (w kształcie litery U). Jednak powinniśmy inwestować w sposób defensywny, by dobrze radzić sobie z rosnącym ryzykiem.    Ryzyko recesji jest coraz poważniejsze, jednak jeszcze nie tak wysokie, by była ona nieunikniona. Jak dotychczas wzrost gospodarczy w USA pozostaje odporny, konsumenci mają spore oszczędności, a firmy rekordowe marże. Jednak im dłużej inflacja utrzymuje się na wysokim poziomie tym ryzyko recesji jest wyższe. Obecna wyprzedaż na rynku była związana głównie z urealnieniem wycen spółek, które były postrzegane jako zbyt drogie. Obecnie wskaźnik C/Z w USA spadł do prawie 16x, czyli poniżej średniej z ostatnich 10 lat. Na recesję nie wskazuje także sytuacja na amerykańskim rynku pracy, gdzie zarobki wzrastają od początku roku. Zwykle, w przypadku recesji, spadają o 20 proc.    Już jutro czeka nas decyzja dotycząca stóp procentowych USA, które zostaną najprawdopodobniej podniesione o 50 pb. Piątkowe dane o rosnącej inflacji w USA, skłaniają FED do szybszego podnoszenia stóp i to do wyższego poziomu, niż wcześniej się spodziewano. Wkrótce czeka nas także pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro, gdzie stopy nie zostały jeszcze poniesione. Rosnące stopy będą wpływać na obniżenie wzrostu w Europie. Wydaje się, że póki co jedynym motorem wzrostu na świecie mogą w tej sytuacji stać się odradzające się po pandemii Chiny. W perspektywie wyższej inflacji i stóp procentowych rentowność 10-letnich amerykańskich obligacji rządowych wzrosła do ponad 3,3 proc. Rosnący koszt kapitału wpływa na przepływy finansowe w firmach, a szczególnie dotyka to sektora technologicznego. Ropa pozostaje droga, a ponieważ podaż tego surowca w obecnej sytuacji jest ograniczona, to rynek nie zwraca uwagi na możliwe perspektywy spadku popytu w wyniku recesji. Warto jednak pamiętać, jak wygląda długoterminowa prognoza bessy i hossy. Jak wspomnieliśmy, o ile przeciętna bessa na S&P500 trwa 19 miesięcy, to przeciętna hossa 60 miesięcy. W jej czasie ceny wzrastają przeciętnie o 180 proc. To właśnie bessa buduje ekonomiczne fundamenty pod hossę, obniżając wyceny i zmuszając firmy do bardziej efektywnego funkcjonowania. To właśnie dzieje się teraz, wyceny już uległy gwałtownemu obniżeniu, zaostrzają się finansowe warunki funkcjonowania przedsiębiorstw, a banki centralne podnoszą stopy by walczyć z uporczywie rosnąca inflacją.

Źródło: S&P Global, eToro

Wyjaśnienie: Bessa to spadek cen o co najmniej 20 proc., Hossa to wzrost o co najmniej 20 proc., rok na dolnej osi oznacza rozpoczęcie się bessy, wynik procentowy oznacza poziom spadku podczas danej bessy oraz poziom wzrostu w następującym po nim okresie hossy.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Amerykańscy i izraelscy urzędnicy ofiarami irańskich hakerów

  • Irańscy cyberprzestępcy przeprowadzili kampanię spear-phishingową wymierzoną w izraelskich i amerykańskich urzędników
  • Hakerzy byli w stanie przechwycić korespondencję e-mail, a następnie wykorzystali ją do namierzenia urzędników wysokiego szczebla w celu kradzieży danych osobowych
  • Operacja trwała co najmniej od grudnia 2021 roku, a wstępne ustalenia sugerują, że jest powiązana, z przypisywaną Iranowi, grupą APT Phosphorus

Irańscy cyberprzestępcy przeprowadzili kampanię spear-phishingową wymierzoną w izraelskich i amerykańskich urzędników oraz kadrę kierowniczą. Hakerzy byli w stanie przechwycić korespondencję e-mail, a następnie wykorzystali ją do namierzenia urzędników wysokiego szczebla w celu kradzieży danych osobowych – informują badający sprawę analitycy bezpieczeństwa z Check Point Research.

Stosunki między Izraelem a Iranem z pewnością będą w najbliższym czasie jeszcze bardziej napięte. Powodem są kolejne ataki cybernetyczne prowadzone przez stronę irańską, a których ofiarami mogli być urzędnicy, wojskowi oraz menedżerowie z Izraela i USA. Check Point Research (CPR) ujawnił niedawno operację spear-phishingową, w ramach której hakerzy przejęli istniejące konta kadry kierowniczej oraz stworzyli kolejne – fałszywe, aby zachęcić swoje cele do wymiany e-maili, a następnie przejęcia ich danych logowania, skanów dokumentów i innych danych wrażliwych!

Wśród celów irańskich hakerów byli m.in.:

  • Tzipi Livni – była minister spraw zagranicznych i wicepremier Izraela
  • Były generał dywizji, który służył na bardzo wrażliwym stanowisku w IDF
  • Przewodniczący jednego z wiodących izraelskich think-tanków zajmujących się bezpieczeństwem
  • Były ambasador USA w Izraelu
  • Były przewodniczący znanego centrum badawczego Bliskiego Wschodu
  • Starszy dyrektor w izraelskim przemyśle obronnym

Zdaniem ekspertów Check Point Research celem operacji była kradzież danych osobowych, skanów paszportów oraz dostęp do kont e-mail. Początek operacji sięgał grudnia 2021 r., choć nie można wykluczyć, że całość planowana była jeszcze wcześniej.

Metodologia ataku polegała na uzyskaniu dostępu do rzeczywistych kont e-mailowych, a następnie przejęciu wiadomości i korespondencji z urzędnikami. Hakerzy następnie tworzyli podobne konta i mail oraz kontynuowali rozmowy z niczego nieświadomymi ofiarami. W kolejnych wiadomościach udostępniali łącza do dokumentów i formularzy (np. w formie zaproszenia na konferencję lub badania) z miejscem na wgranie skanów dokumentów.

Hakerzy podszyli się pod wysokiej rangi generała

Tzipi Livni, była minister spraw zagranicznych Izraela, otrzymała e-maila, w którym ktoś podszywał się pod dobrze znanego byłego generała dywizji IDF. Wiadomość zawierała łącze do pliku, o którego otwarcie i przeczytanie poprosił ją atakujący (sama wiadomość pochodziła z adresu, z którym już w przeszłości korespondowała). Ponieważ zwlekała, „fałszywy generał” kilkakrotnie zachęcał ją do otwarcia pliku przy użyciu jej hasła do poczty e-mail.  Wzbudziło to jej podejrzenia, więc przy najbliższej okazji skontaktowała się osobiście ze wspomnianym generałem, pytając go o wiadomość. Ten zaprzeczył, by wysyłał jakiekolwiek e-maile z prośbą o logowanie. W ten sposób ujawniono pierwszą próbę wyłudzenia i przekazano sprawę służbom, które wspierał w analizach CPR

Euro za 4,66 zł, dolar za 4,47 zł. Kolejne dołki kryptowalut

Nie tylko ceny ropy naftowej są problemem. Zasysanie kapitału za ocean powoduje odwrót inwestorów również od złotego. Słabsza waluta tylko pogłębia problemy inflacyjne.

Złoty w odwrocie

Rynek czeka na decyzję FED, a inwestorzy spodziewają się jednorazowej podwyżki stóp nawet o 0,75%. Byłaby to najwyższa jednorazowa zmiana od niemal 3 dekad. Z drugiej strony obecna sytuacja jest właśnie tak wyjątkowa. Szczególnie biorąc pod uwagę, jak długo Rezerwa Federalna starała się unikać problemu, mając nadzieję, że problem sam się rozwiąże. Nie można być zdziwionym, że problem się nie rozwiązał. Oczekiwania inwestorów powodują jednak, że kapitał płynie już do USA. To z kolei mocno przeszkadza polskiej walucie, która od kilku dni wyraźnie traci na wartości. Dzisiaj za euro płaci się już 4,66 zł.

Słabsze dane z Wysp Brytyjskich

Dzisiejsze dane pokazują pewne problemy brytyjskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom nie spadła do 3,6%, co więcej wzrosła do 3,8%. Nadal są to jednak niskie poziomy, nawet dla tej gospodarki. Do tego dochodzi kwestia wzrostu płac. Rosną one wolniej, niż sądzono. Jest to szczególnie problematyczne, konfrontując wzrost wynagrodzeń z inflacją. Ta w ostatnim miesiącu wyskoczyła do 9%. Oznacza to, że płace rosną 2,2% wolniej. To wyraźny spadek możliwości nabywczych społeczeństwa. Inwestorzy również mniej wierzą w funta. Po tych danych byliśmy świadkami wyraźnej przeceny. Obecnie funt jest najsłabszy względem euro od przełomu września i października.

Kolejne dołki kryptowalut

Ostatnie dni były bardzo trudne dla rynku kryptowalut, już w weekend było widać wyraźne wycofywanie się inwestorów. Prawdziwy problem pojawił się dopiero w poniedziałek. Kurs głównej kryptowaluty rano wynosił jeszcze 27 000 dolarów, by w nocy otrzeć się o zaledwie 21 000 dolarów. Przy okazji pojawiły się problemy kilku dużych uczestników rynku. Niewykluczone, że będziemy świadkami bankructwa jednego z nich. Tego typu wydarzenia zawsze były dużym problemem dla tego rynku. Kolejnym jest wzrost rentowności obligacji, które to zasysają kapitał inwestycyjny z rynków ryzykownych. To ten proces zdaniem większości analityków odpowiada za słabość kryptowalut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat.pl

Sektor kryptowalut znów na cenzurowanym. Komentarz eksperta do nowego komunikatu KNF

Komisja Nadzoru Finansowego ostrzega w komunikacie z 10 czerwca 2022 r., że kryptowaluty mogą być używane do obchodzenia sankcji nałożonych na Rosję i Białoruś. Jednocześnie “oczekuje od podmiotów nadzorowanych zachowania najwyższej staranności oraz ostrożności” przy współpracy z firmami z branży walut wirtualnych i obsługującymi je instytucjami finansowymi. Choć przestrogi te są jak najbardziej zasadne, istnieje obawa, że komunikat ten skłoni podmioty nadzorowane do radykalnych posunięć – komentuje Tomasz Klecor, prawnik, partner w kancelarii Legal Geek, specjalizującej się w obsłudze rynku finansowego.

Dla kryptowalut charakterystyczna jest anonimowość i łatwość z jaką można dokonywać za ich pomocą transakcji transgranicznych. W ten sposób łatwo przetransferować lub ukryć aktywa, czy też informację o ich posiadaczu. Wobec tego ryzyko użycia ich do obchodzenia sankcji przez Rosję i Białoruś jest jak najbardziej realne i nic dziwnego, że KNF na nie wskazuje.

Należy jednak pamiętać, że waluty wirtualne nie są jednoznaczne z praniem brudnych pieniędzy czy podejrzanymi transakcjami. To też całkiem spory rynek, z którego korzystają całkowicie legalne biznesy. Co więcej, pojawia się coraz silniejszy trend wykorzystywania kryptowalut jako “zielonej” alternatywy dla tradycyjnych środków płatniczych.

Niestety, wcześniejsze doświadczenia pokazują, że reakcje adresatów takich komunikatów są często dość radykalne. Kiedy podobny komunikat KNF opublikował w 2018 r., spowodowało to masowe zrywanie umów przez banki i instytucje płatnicze z podmiotami, które miały cokolwiek wspólnego z sektorem kryptowalut. Dochodziło też do absurdalnych sytuacji – zaprzestawania współpracy z firmami, które z wirtualnymi walutami nie miały nic wspólnego, ale w ich nazwie występować człon “BIT”, który kojarzył się powszechnie z Bitcoinem.

Rodzi to obawy, że obecnie reakcja będzie bardzo podobna. Już teraz dostęp do rachunków bankowych czy płatniczych dla sektora walut wirtualnych jest mocno ograniczony (i nie tylko dla nich, bo dla małych instytucji płatniczych też), a komunikat może być odebrany jako zachęta do zakończenia jakichkolwiek relacji z podmiotami, które w swojej działalności wykorzystują waluty wirtualne. Nawet jeśli nie mają żadnych związków z Rosją czy Białorusią.

Co więcej, komunikat nakazuje zachować ostrożność także przy współpracy, z innymi instytucjami, które zdecydują się nadal obsługiwać waluty wirtualne. A więc jeśli na przykład mała instytucja płatnicza obsługuje klienta z sektora kryptowalut, działającego w pełni legalnie i transparentnie, inne podmioty mogą zerwać z nim umowy, uniemożliwiając mu prowadzenie działalności. Tak na wszelki wypadek.

Tomasz Klecor, prawnik, partner w kancelarii Legal Geek, odpowiada za FinTech & Startup, ekspert z zakresu regulacji usług płatniczych.

Konsolidacja polskiej branży spożywczej na tle UE – raport Banku Pekao

W poprzedniej dekadzie w polskiej branży spożywczej utrzymywał się trend konsolidacyjny, a liczba firm produkujących żywność i napoje spadła o ponad 20% – wynika z najnowszego raportu Banku Pekao. Zdaniem analityków, trend konsolidacyjny utrzyma się też w bieżącej dekadzie, a do 2030 roku liczba firm może się zmniejszyć o kolejnych 15-20%.

Jak piszą eksperci Banku Pekao S.A., w latach 2010-2020 konsolidacja na polskim rynku spożywczym w największym stopniu dotyczyła trzech silnie rozdrobnionych segmentów: przetwórstwa mięsa, produkcji wyrobów piekarskich i mącznych oraz mleczarstwa. Objęła ona przy tym niemal wyłącznie firmy małe i średnie, tzn. zatrudniające poniżej 250 pracowników.

Co istotne, trendy konsolidacyjne uwidoczniły się w minionej dekadzie także w wielu państwach Europy Zachodniej (m.in. we Francji, Hiszpanii czy Niemczech). Nastąpił tam znaczny wzrost udziału dużych firm (250 i więcej zatrudnionych) w obrotach branży spożywczej. Na tle zachodnich państw Unii Europejskiej Polska cechuje się nieznacznie ponadprzeciętnym, 65-procentowym udziałem dużych podmiotów w przychodach. Dla porównania, w niektórych państwach zachodnich wynosi on 70-80%.

Jednocześnie jednak sama grupa dużych firm jest w Polsce silnie rozdrobniona. Świadczy o tym niski poziom przychodów w przeliczeniu na jedną dużą firmę – w Polsce jest to około 130-140 mln euro, podczas gdy we Francji czy Holandii nawet 4-5 razy więcej – oraz wysoka liczebność tej grupy. Więcej dużych firm działających w branży spożywczej jest tylko w Niemczech, gdzie jednak wartość rynku spożywczego jest ponad trzykrotnie wyższa niż w Polsce.

Pomimo zachodzącego trendu konsolidacyjnego, polska branża spożywcza pozostaje na etapie przejściowym pomiędzy silnie rozproszonymi branżami w postkomunistycznych krajach Europy Środkowo-Wschodniej a najbardziej dojrzałymi rynkami w niektórych państwach Europy Zachodniej. Wyrazem tego jest fakt, że będąc szóstym największym pod względem wartości producentem żywności w UE, wciąż nie doczekaliśmy się choćby jednego przedstawiciela na liście 100 największych globalnych koncernów spożywczych mówi Paweł Kowalski, ekspert ds. sektora spożywczego w Departamencie Analiz Makroekonomicznych w Banku Pekao S.A.

Jak wynika z raportu Banku Pekao, przez większą część minionej dekady w polskiej branży spożywczej realizowano średnio po kilkanaście fuzji i przejęć rocznie. Najwyższa aktywność M&A przypadła na lata 2015-2019, po czym mocno schłodził ją wybuch pandemii COVID-19 i związany z tym wzrost niepewności. Szczególnie słabo prezentowała się zagraniczna aktywność zakupowa polskich firm spożywczych, w przypadku której można mówić dosłownie o pojedynczych transakcjach w ciągu 11 lat.

Poważną barierą dla rozwoju rynku M&A w Polsce i innych krajach regionu jest znaczne rozdrobnienie branży spożywczej, przekładające się z jednej strony na ograniczone możliwości zakupowe większości firm, a z drugiej na ograniczoną liczbę atrakcyjnych celów zakupowych z punktu widzenia największych graczy dysponujących zasobami pozwalającymi myśleć o przejęciach komentuje Paweł Kowalski. – Wśród innych barier rozwoju rynku fuzji i przejęć w naszym regionie wskazać można m.in. słabość tutejszych rynków kapitałowych, czynniki psychologiczne i kulturowe, brak zasobów pozwalających na rozpoznanie rynków zagranicznych pod kątem celów i ich potencjału czy – zwłaszcza w grupie małych i średnich przedsiębiorstw – silną koncentrację na bieżących aspektach działalności, z ograniczoną rolą strategicznego planowania – dodaje.

Analitycy Banku Pekao spodziewają się, że trend konsolidacyjny utrzyma się w polskiej branży spożywczej także w bieżącej dekadzie, a do 2030 roku liczba działających w niej firm może zmniejszyć się o kolejnych 15-20%. W najbliższych latach sprzyjać temu mogą wyzwania, z którymi branża mierzy się już obecnie, związane z silną presją kosztową (wzrosty we wszystkich kategoriach kosztowych). Nałoży się na to również oczekiwane spowolnienie wzrostu gospodarczego i wysoka inflacja, odbijająca się na decyzjach zakupowych konsumentów.

Napływ dużej liczby uchodźców z Ukrainy częściowo zneutralizuje te czynniki w obszarach podstawowych dóbr konsumpcyjnych, do których należy żywność, jednak trudne warunki mogą wypychać mniej efektywne podmioty z rynku. W dłuższym okresie kluczowe znaczenie będą miały zaś globalne trendy długoterminowe, m.in. wpływ rosnącej populacji świata i jej dochodów na bilanse żywności czy działania związane z ochroną środowiska i ich wpływ na koszty produkcji rolnej i ceny energii.

Jak podsumowują autorzy raportu, najsilniejsze tendencje konsolidacyjne mogą nadal występować przede wszystkim w rozdrobnionych segmentach branży (przetwórstwo mięsa, produkcja wyrobów piekarskich i mącznych, mleczarstwo), a być może także w przetwórstwie owoców i warzyw (które także pozostaje znacznie silniej rozproszone w porównaniu z niektórymi krajami Europy Zachodniej).

– Podwyższone ryzyko związane z sytuacją geopolityczną i gospodarczą może w najbliższym czasie znacząco ograniczyć aktywność na rynku M&A, jednak – przyjmując, że wojna w Ukrainie przyniesie rozstrzygnięcia korzystne dla tego kraju i całego świata zachodniego – percepcja ryzyka dotyczącego naszego regionu powinna się w kolejnych latach obniżać. Spodziewamy się w związku z tym, że w kolejnych latach fuzje i przejęcia będą odgrywać coraz większą rolę w konsolidacji polskiej branży spożywczej, czemu sprzyjać powinny także rosnące zasoby wiodących polskich firm, łączenie sił przez mniejsze przedsiębiorstwa w celu wspólnego radzenia sobie ze zmieniającym się otoczeniem czy narastające wyzwania związane z sukcesjąstwierdził Paweł Kowalski z Departamentu Analiz Makroekonomicznych w Banku Pekao S.A.

Eksperci Banku Pekao liczą także na wzrost aktywności polskiego sektora spożywczego na rynkach zagranicznych, co mogłoby stać się elementem wzmacniania pozycji międzynarodowej i rozwoju w kierunku najbardziej perspektywicznych obszarów działalności, np. żywności ekologicznej.

Pełen raport Banku Pekao dostępny jest na stronie Banku Pekao S.A.

Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o 4,32% w maju pokonując WIG

Na koniec maja Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) osiągnął wartość 925,73 punktów, co dało solidny 4,32% wzrost wartości w stosunku do kwietniowych 887,39 pkt. Tym samym GIP60 wykazał się znacznie lepszym wynikiem od indeksu szerokiego rynku WIG, który stracił w tym samym czasie 0,6%. Po kwietniowym odpływie kapitału w kierunku inwestycji mniej ryzykownych, polskie akcje powoli wracają do łask i wygląda na to, że spółki przemysłowe po raz kolejny jako jedne z pierwszych zwróciły uwagę inwestorów z warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc maj. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Maj był kolejnym miesiącem, w którym spółki notowane na GPW doświadczały negatywnego sentymentu do rynku, w wyniku czego większość indeksów zamknęło miesiąc poniżej wartości z końca kwietnia. Indeks małych spółek SWIG80 spadł o 2,1%, zrzeszający średnie spółki MWIG40 nieznacznie lepiej gdyż spadł o pół procenta, a indeks WIG20 zrzeszający największe spółki z naszej giełdy znalazł się niżej o 0,8%. W tych niekorzystnych warunkach, wyjątkowo korzystnie dla swoich inwestorów zachowały się papiery spółek z branży chemicznej (WIG-CHEMIA zyskał 15%) i odzieżowej (WIG-ODZIEZ 10,2% wyżej), a niewiele gorzej poradziły sobie spółki z branży budowlanej (WIG-BUDOWNICTWO urósł w miesiąc o 8,5%) i spółki z Ukrainy (WIG-UKRAINA +5,9%). Na przeciwległym biegunie znalazły się niedawni liderzy wzrostów czyli spółki farmaceutyczne (WIG-LEKI -8,3%) i gamingowe (WIG-GRY -7,7%).

Za zeszłomiesięczny sukces Giełdowego Indeksu Produkcji odpowiadają głównie polscy producenci z branży chemicznej i odzieżowej, gdyż średnia miesięczna stopa zwrotu na akcjach tych spółek z GIP60 wyniosła w tych grupach odpowiednio 2,7% i 4,6%. Również polscy producenci z branży metalurgicznej mogą pochwalić się przyzwoitą średnią stopą zwrotu z inwestycji, która wyniosła 4,17%,  wspierając wzrost indeksu GIP60 w maju. Zdecydowanie słabszy okres zaliczyli producenci motoryzacji (średnia -5,93%), farmaceutyków (-5,1%) oraz przetwórcy drewna (-5,06%).

Liderzy polskiego przemysłu rosną w siłę

Najlepszą polską spółką produkcyjna pod względem majowej stopy zwrotu (wzrost o 55,8%) okazał się BORYSZEW S.A. czyli należąca do Romana Karkosika grupa przedsiębiorstw zajmujących się produkcją komponentów dla sektora motoryzacyjnego, materiałów chemicznych wśród których najpopularniejszym jest chyba płyn chłodniczy Borygo, ale także tlenków metali i elementów metalowych. Posiadająca blisko 40 zakładów produkcyjnych zlokalizowanych w 14 krajach i zatrudniająca blisko 12 tysięcy pracowników grupa osiągnęła w I kw. 2022 roku 31,9 mln zł zysku netto, który wypracowała przy przychodach rzędu 1,7 mld zł (17% wzrost w stosunku do I kw. ubiegłego roku) i 100 mln zł EBITDA (+9% rdr). Jak podaje spółka, pozytywne wyniki finansowe grupy były efektem bardzo dobrej sytuacji na rynku stali oraz metali kolorowych – znaczący wzrost popytu krajowego na rynku metali pozwolił spółce zminimalizować negatywny wpływ trudnej sytuacji w branży motoryzacyjnej. Wyniki wywindowały kurs akcji spółki w trakcie kilku pierwszych sesji miesiąca, ujawniając znaczne niedoszacowanie względem potencjału dochodowego w kolejnych kwartałach, tym bardziej, że oczekiwana jest poprawa również na rynku motoryzacyjnym. Nie bez znaczenia dla kurs akcji spółki jest również zapowiedź wypłaty solidnej dywidendy.

Miejsce drugie na podium majowej klasyfikacji spółek z GIP60 zajęła GRUPA AZOTY za miesięczny wzrost ceny akcji o 26,25%. Również w przypadku tej grupy mamy do czynienia ze znaczącą poprawą wyników za I kwartał w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Wzrost przychodów z 3,4 mld zł do 6,82 mld zł pozwolił na wzrost zysku netto z 80 mln zł ponad 1 mld zł. Pozytywnym bodźcem dla kursu akcji powinno być też zainteresowanie spółki technologią SMR (ang. Small Modular Reactor), czyli mały reaktorów jądrowych, które mogłyby zasilać zakłady spółki w stabilną i niskoemisyjną energię – zgodnie z założeniami, łączna moc nowych OZE w 2030 roku osiągnie w grupie poziom 380M MW, co powinno ograniczyć koszt zakupu energii o ponad 200 mln zł w skali roku.

Trzecie miejsce w  klasyfikacji GIP60 przypadło spółce ZPUE S.A. za wzrost ceny akcji o 14,23%, do poziomu 273 zł za akcję. Spółka specjalizuje się w segmencie produkcji kontenerowych stacji transformatorowych, głównie dla sektora energetycznego, ale także dla spółek z sektora produkcyjnego. Także w przypadku tej spółki wyniki za I kwartał miały decydujący wpływ na przyciągnięcie uwagi inwestorów. Wzrost przychodów z 148 mln zł do 212 mln zł pozwolił spółce poprawić wynik operacyjny z 7 mln zł do 20 mln zł a wynik netto z 5,4 mln zł do 14 mln zł.

Generalnie niemal połowie spółek z indeksu GIP60 udało się poprawić wyniki za I kwartał i wycenę rynkową w maju, co na tle chimerycznej GPW należy uznać za przyzwoity wynik. Do liderów wzrostu może dołączyć niedługo spółka Lubawa, której inwestycje powinny pozwolić wykorzystać okazję, jaką dla spółki stworzyła wojna na terenie Ukrainy – kurs akcji tej spółki po początkowym 400% wzroście spadł już o niemal połowę i najprawdopodobniej będzie pozytywnie reagować na dobre wyniki w kolejnych kwartałach.

Minorowe nastroje w przemyśle

Jeszcze w kwietniu produkcja sprzedana przemysłu była wyższa o 13% rdr – najbardziej wzrosła produkcja dóbr powiązanych z rynkiem energii (27,3% rdr), produkcja dóbr konsumpcyjnych nietrwałych (14,8% rdr) oraz dóbr inwestycyjnych (12,9% rdr) zmniejszyła się natomiast produkcja dóbr konsumpcyjnych trwałych o 1,2% rdr. Niestety w porównaniu z marcem br. produkcja sprzedana przemysłu w kwietniu spadła o 11,3%. Nie jest to jakimś wielkim wydarzeniem, gdyż zwykle produkcja w kwietniu jest niższa od marca, ale siła spadku przypomina tę z 2020 roku i to już jest niepokojący sygnał. Tym bardziej, że w maju nastąpił dalszy spadek produkcji, a to już nie zdarzało się zbyt często w historii.

Opóźnienia w dostawach i wysoka inflacja destabilizują rynek, co doprowadziło w ostatnim miesiącu do znaczącego spadku produkcji oraz nowych zamówień. Przełożyło się to na dalsze obniżenie się nastrojów wśród kadry zarządzającej spółek z sektora – indeks PMI® spadł z 52,4 do 48,5 punktów na koniec maja, przekraczając tym samym neutralną granicę 50 punktów i wkraczając w rejony pesymizmu gospodarczego z wartością najgorszą od października 2020 roku.  Spadek zamówień i sprzedaży, jak wynika z odpowiedzi ankietowanych kierowników, dotyczył zarówno kanałów krajowych jak i eksportowych. Doszukując się pozytywów obecnej sytuacji należy zwrócić uwagę na niewielkie zahamowanie wzrostu cen zaopatrzenia oraz mniejsza częstość opóźnień w dostawach, co może przełożyć się na powrót na ścieżkę wzrostu popytu na polskie produkty.

Negatywne nastroje w przemyśle nie są tylko naszym zmartwieniem. J.P.Morgan Global Manufacturing PMI™ zanotował co prawda wzrost wartości z 52,3 do 52,4 i znajduje się ciągle powyżej neutralnej granicy 50 punktów, ale składowa indeksu odpowiadająca za badanie poziomu produkcji zanotowała spadek drugi miesiąc z rzędu, podobnie w przypadku nowych zamówień eksportowych. W Strefie Euro PMI® utrzymuje się ciągle powyżej 50 punktów, ale spada notując wielomiesięczne minima.

Do pozytywów należy zaliczyć na pewno poprawę warunków w przemyśle chińskim, gdzie nastroje działów zakupowych poprawiły się trzeci miesiąc z rzędu, co daje nadzieję na złagodzenie problemów z zaopatrzeniem również u nas. Również wzrost produkcji w Stanach Zjednoczonych zasygnalizowany przez wskaźniki PMI i ISM, może zwiastować poprawę warunków w przemyśle globalnym.

Przyzwoite wyniki giełdowe polskich wytwórców w maju nie mogą przesłonić nam problemów, które w tym samym czasie trapiły nasz rodzimy sektor produkcyjny. Obecnie obserwujemy spadek zamówień i jeśli w tej materii nie zaobserwujemy poprawy, to należy zastanowić się poważnie nad starym giełdowym porzekadłem, które sugeruje sprzedać akcje w maju i nie wracać przed końcem wakacji.”

Boom sektora magazynowego

Dynamiczny rozwój e-commerce w trakcie pandemii i dalsze przewidywania o jego wzroście upewniają deweloperów magazynowych, że przejęte przez nich strategie są dobrym kierunkiem. Tylko od stycznia do marca tego roku nowa podaż osiągnęła najwyższy kwartalny wynik na poziomie 1,3 mln m kw. powierzchni, a w tym samym czasie zainteresowanie najemców przełożyło się na 1,4 mln m kw.

Najszybciej rozbijający się obecnie na polskim rynku nieruchomości sektor przemysłowo-logistyczny na koniec marca dysponował zasobami ponad 25,3 mln m kw., notując 17% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu w 2021 roku. Przyrost nowej powierzchni magazynowej był widoczny na każdym z 9 obszarów koncentracji, tzw. rynkach „wielkiej piątki”, czyli Warszawy (I i II strefa), Górnego Śląska, Polski Centralnej, Dolnego Śląska, Wielkopolski oraz w Trójmieście, rejonie Szczecina, Krakowa i na rynkach wschodzących. Niezmiennie rynkami z największymi zasobami powierzchni magazynowej w Polsce pozostają: Warszawa oferująca 5,5 mln m kw. (22% całkowitych zasobów) oraz region Górnego Śląska (18%) i Polski Centralnej (15%).

Potwierdzeniem kontynuacji dynamicznego wzrostu sektora magazynowego w Polsce jest rekordowy w ujęciu kwartalnym wynik oddanej do użytku nowej podaży. Od stycznia do marca do najemców trafiło 1,3 mln m kw. powierzchni. Ukończone projekty dominowały w Wielkopolsce, gdzie rynek wzbogacił się o 280 000 m kw. (21% całkowitego wolumenu nowej podaży), w regionie Dolnego Śląska i Górnego Śląska, odpowiednio 236 000 m kw. i 216 000 m kw. powierzchni. W ciągu pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku pozwolenie na użytkowanie uzyskały m.in.: Hillwood BTS w Bydgoszczy (104 000 m kw.), P3 Poznań II o powierzchni 82 000 m kw., Hillwood BTS Stryków II (73 000 m kw.) oraz Segro Logistics Park Poznań, BTS w Gołuskach (50 000 m kw.).

„Analizując strukturę nowych obiektów obserwujemy dynamiczny rozwój formatów miejskich oraz obiektów typu last mile logistics, które są obiektami wysoce pożądanymi przez najemców z sektora e-commerce oraz q-commerce. Na polskim rynku pojawił się również nowy format typu „dark stores” jako mini centra dystrybucji, szczególnie dla branży e-grocery. Dodatkowo zauważalne są również

zmiany w standardzie technicznym budowanych obiektów. Coraz częściej deweloperzy realizują projekty o zwiększonej nośności posadzki, wyższej wysokości oraz zwiększonej termoizolacyjności ścian,” wyjaśnia Michał Kozdrój, Dyrektor Agencji Logistycznej w Knight Frank.

Wraz z powiększaniem się rynku przemysłowo-logistycznego, nie maleje zainteresowanie najemców. W pierwszym kwartale roku podpisano umowy na 1,4 mln. m kw. powierzchni. Największym powodzeniem cieszyły się trzy rozwinięte obszary koncentracji, z których liderem został region Górnego Śląska (21% popytu), na drugim miejscu uplasowała się Warszawa (strefa I i II z 16% udziałem), a na trzecim – obszar Polski Centralnej (14% całkowitego wolumenu zawartych umów).

„Podobnie jak najemcy, deweloperzy pozostają równie aktywni. Na koniec marca 2022 roku w budowie pozostawało 4,7 mln m kw. powierzchni, tj. tylko 2% mniej w porównaniu z IV kw. 2021 roku. Dane te potwierdzają, iż pomimo ograniczeń związanych z dostępnością materiałów, siły roboczej oraz wzrostem cen, realizacje nowych inwestycji nie zwalniają tempa. Aktualnie najwięcej nowych inwestycji powstaje na rynkach wschodzących, gdzie realizowane jest ponad 860 000 m kw. nowej powierzchni. Na podium uplasował się również obszar Polski Centralnej (788 000 m kw.) oraz Górnego Śląska (743 000 m kw.),” – dodaje Renata Zielińska, Konsultant w dziale Badań Rynku w Knight Frank.

Na koniec marca 2022 roku zanotowano spadek współczynnika pustostanów do historycznie najniższej wartości szacowanej na 4,1%, pomimo rekordowo wysokiego wolumenu nowej podaży przy jednocześnie niesłabnącym popycie. Największy wolumen powierzchni magazynowej dostępnej od zaraz oferował region Górnego Śląska z poziomem pustostanów oscylującym w okolicach 7%. Z kolei dostępność powierzchni jest bardzo ograniczona w regionie rynków wschodzących, Szczecina, Łodzi, Krakowa i w Trójmieście.

Podaż nierównoważąca popytu w korelacji z niskim poziomem pustostanów wywołuje presję wzrostu wywoławczych stawek czynszu, której pierwsze oznaki są już widoczne. W I kwartale 2022 roku odnotowano wzrost stawek czynszów wywoławczych na głównych rynkach magazynowych w Polsce. Co więcej, należy oczekiwać, że trend ten utrzyma się również w kolejnym kwartale. Najdroższym rynkiem pozostaje Warszawa, gdzie czynsz wywoławczy w granicach administracyjnych miasta wynosi 4,00–5,60 EUR/m kw./miesiąc, natomiast w strefie II – 3,00-4,50 EUR/m kw. /miesiąc. W największych rejonach koncentracji poza Warszawą czynsze wywoławcze kształtowały się na poziomie 3,00-4,30 EUR/m kw. /miesiąc, natomiast na rynkach wschodzących – 3,00-3,80 EUR/m kw. /miesiąc.

Walne zgromadzenie BioMaxima SA zatwierdza wypłatę dywidendy za 2021 r. i podwyższa cenę skupu akcji własnych

Zwyczajne walne zgromadzenie spółki BioMaxima SA, wiodącego polskiego producenta i eksportera diagnostyki laboratoryjnej, 13 czerwca 2022 r. postanowiło o wypłacie dywidendy w wysokości 0,45 zł na 1 akcję. Jednocześnie przyjęto uchwałę w zakresie przeprowadzenia odkupu akcji własnych spółki, podwyższając maksymalną cenę skupu z 30 zł na 33 zł.

Zwyczajne walne zgromadzenie jednogłośną decyzją upoważniło zarząd do przeprowadzenia skupu akcji spółki z dwiema poprawkami zgłoszonymi przez porozumienie akcjonariuszy, do którego należy prezes spółki – podwyższono  maksymalną cenę odkupu do wartości 33 zł za sztukę, a także określono, że liczba akcji nabywanych w ciągu jednej sesji nie może przekroczyć 25% średniego dziennego obrotu w ciągu poprzedzających 20 dni sesyjnych.

Zgromadzenie akcjonariuszy zdecydowało o wypłacie dywidendy w wysokości 0,45 zł za akcję, tj. 1.947.825 zł,  przeznaczając pozostałą część zysku w wysokości 8.659.262,78 zł na kapitał zapasowy.

– Zakończyliśmy bardzo dobry dla spółki rok. Pełna zgodność akcjonariuszy podczas WZA świadczy o przewidywalności spółki, a jednocześnie stanowi dobrą prognozę dla stabilnego rozwoju BioMaximy – mówi Łukasz Urban, prezes zarządu BioMaxima.

WZA przyjęło także uchwałę w sprawie przyjęcia polityki wynagrodzeń członków Zarządu i Rady Nadzorczej Spółki.

FPP: Rząd planuje waloryzację 500+, a co z kontraktami publicznymi?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do Rządu o wprowadzenie skutecznego, obligatoryjnego, ustawowego mechanizmu waloryzacji wynagrodzenia wykonawców zamówień publicznych. W obliczu szalejącej inflacji  konieczne jest zwiększenie wynagrodzeń wykonawców zamówień publicznych w sposób równoważący wzrost kosztów realizacji publicznych kontraktów. W przeciwnym razie wykonawcy bardziej opłaci się zerwać umowę i wejść w spór sądowy z zamawiającym, niż dokładać  przez wiele miesięcy do kontraktu. Brak szybkiej i skutecznej interwencji nie uchroni finansów publicznych przed poniesieniem dodatkowych kosztów, a jedynie spowoduje większe zakłócenia w realizacji zamówień.

Na największe ryzyko utraty wykonawców narażone są szpitale czy przedszkola i szkoły. Takie placówki muszą prowadzić działalność w sposób bezpieczny i nieprzerwany a brak dostaw czy usług niezbędnych do ich działania oznacza ich zamknięcie. Dlatego rozwiązania waloryzacyjne są pilnie potrzebne – wprowadzono je już dzięki szybkiej decyzji Ministra Infrastruktury w branży budowlanej. Dotyczą one jednak tylko inwestycji prowadzonych przez GDAKA i PKP PLK – teraz kolej na pozostałe zamówienia publiczne.

„Nasilająca się presja inflacyjna powoduje, że wykonawcy zamówień publicznych ponoszą znacznie wyższe niż zakładane koszty realizacji zamówień. Postanowienia nowej ustawy – Prawo zamówień publicznych z 2019 r., dotyczące zmiany wynagrodzenia wykonawców, nie przyniosły obiecywanych skutków. Umowy wprawdzie zawierają klauzule waloryzacyjne, ale w przytłaczającej większości zawierają tak rygorystyczne warunki, że przewidziane w nich mechanizmy są iluzoryczne. Dlatego Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła Ministerstwu Rozwoju i Technologii projekt przepisów ustawowych, który zapewniłby złagodzenie skutków inflacji na rynku zamówień publicznych, z poszanowaniem interesów zamawiających. Wieloletnia praktyka waloryzacji w zamówieniach publicznych jednoznacznie wskazuje, że tylko rozwiązanie ustawowe jest skutecznym narzędziem pozwalającym zamawiającym bezpiecznie zwaloryzować umowy. Nasze propozycje nie zostały jednak przyjęte do dalszych prac. Trzeba przy tym podkreślić, że przedstawiony przez Federację projekt przewiduje tylko częściową waloryzację wynagrodzenia wykonawców i tylko począwszy od 2021 r., czyli za czas podwyższonej inflacji. Proponujemy częściową waloryzację właśnie po to, aby strony umowy podzieliły się skutkami i ryzykiem inflacji” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich oraz przewodniczący Rady Zamówień Publicznych.

Waloryzacja oparta o wskaźniki publikowane przez Główny Urząd Statystyczny jest rozwiązaniem niezadawalającym dla części wykonawców, których dotknęły wyższe wzrosty kosztów. Za jej zastosowaniem przemawia jednak jego transparentność i prostota. Pozwala ona na sprawne, w miarę sprawiedliwe i skuteczne przeprowadzenie procesu dla zdecydowanej większości umów.

Nowe Prawo Pogrzebowe: zmiana reguł zatrudnienia w firmach funeralnych

Stali, a do tego odpowiednio przygotowani pracownicy zastąpić mają w dużej mierze tych „dorywczych”, którzy wynajmowani są dziś przez firmy pogrzebowe – takie m.in. zmiany w zatrudnieniu w przedsiębiorstwach funeralnych przewiduje nowelizacja Prawa Pogrzebowego. Branża funeralna z niecierpliwością czeka na nowelizację ustawy, która pozwoli jej na lepsze i bardziej profesjonalne działanie. Projekt nowelizacji Prawa Pogrzebowego znaleźć ma się niebawem w sejmie.

Zatrudnienie to jedno z głównych zagadnień, które dość szczegółowo uregulują przepisy znowelizowanego wkrótce Prawa Pogrzebowego.

Brak stałego zatrudnienia

Obecnie problem branży funeralnej stanowi np. brak etatów ani innych, dających większą stabilność, form świadczenia pracy.

– Dzisiaj wiele podmiotów z branży pogrzebowej nie zatrudnia na stałe pracowników,  a bazuje jedynie na tzw. pracownikach „dorywczych”. Z taką sytuacją spotykamy się nawet w 7 na 10 funkcjonujących firm, w obrębie jednego powiatu – mówi Robert Czyżak, prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej.

Zagrożenie utratą zaufania

Według niego, sytuacja taka to nie tylko ujma dla systemu ubezpieczeniowo-podatkowego, ale też źródło różnego rodzaju zagrożeń wynikających z braku doświadczenia i kompetencji owych „pracowników”, którzy ukierunkowani są tylko i wyłącznie na wykonanie konkretnego zlecenia, bez jakiegokolwiek wychodzenia poza jego ramy.

– Naraża to na utratę przedsiębiorców funeralnych daleko idącego zaufania publicznego co do sposobu działania i wykonywania szeroko pojętych usług pogrzebowych – skarży się Robert Czyżak i ilustruje to przykładem z ostatnich 2 lat:

– Taka sytuacja miała nagminnie miejsce w czasie pandemii Covid -19. Często do czynienia mieliśmy z tym, że właśnie przygodnie zatrudniani pracownicy do samej czynności pogrzebu, po jego zakończeniu, kompletnie bez żadnej dezynfekcji i przebrania wracali do swoich domów, a następnego dnia, w tych samych, niezdezynfekowanych strojach, pojawiali się w pracy – przypomina Robert Czyżak.

Szczegółowe wymagania wobec pracowników

Jak uważa, nowe przepisy, oprócz nałożenia na firmy konkretnych obowiązków związanych z zatrudnieniem odpowiednio przygotowanych do świadczenia usług pogrzebowych osób, wprowadzi także szczegółowe reguły dotyczące higieny i bezpieczeństwa.

– Obecna jeszcze „wolna Amerykanka” to w wielu przypadkach ryzyko rozprzestrzeniania się chorób spowodowanych brakiem poszanowania podstawowych zasad higieny czy częstym, swoistym, „pójściem na skróty”, z jakim do czynienia możemy mieć np. przy transporcie czy przechowywaniu ciał – wskazuje Robert Czyżak.

Dlatego właśnie, spodziewać się należy szczegółowych unormowań wobec osób odpowiedzialnych za przewożenie i przetrzymywanie zwłok. – Odpowiedzialność za przestrzeganie takich przepisów spoczywać będzie na pracodawcach czyli przedsiębiorcach funeralnych – zapowiada Robert Czyżak.

Poza tym, konkretne wymagania dotyczyć będą takich m.in. przygotowanie osoby zmarłej do pogrzebu z zachowaniem należytej godności osobie zmarłej.

– Polska Izba Branży Pogrzebowej wielokrotnie wskazywała stronie rządzącej na w/w problematykę. Spotkało się to ze zrozumieniem ze strony takich organów administracji państwowej jak Państwowa Inspekcja Pracy czy Zakład Ubezpieczeń Społecznych – informuje Robert Czyżak i dodaje, że owa „wolna Amerykanka” w zatrudnianiu przypadkowych często osób przy świadczeniu usług pogrzebowych to także stałe powiększanie się szarej strefy w tym obszarze.

– Z tytułu chociażby nieodprowadzenia składek ZUS oraz należnego podatku, Skarb Państwa traci przecież rocznie kilkaset milionów złotych – zauważa prezes Polskiej Izby Branży Pogrzebowej.

Liczna branża

W sektorze funeralnym pracuje obecnie około 100 000 osób, z czego ponad połowa zatrudnianych jest doraźnie, często nawet bez żadnych umów – wynika z szacunków Polskiej Izby Branży Pogrzebowej. Działa też ponad 4 tysiące firm świadczących usługi funeralne, jednak, jak odnotowuje Izba, wiele z nich – bez koniecznego, odpowiednio przygotowanego sprzętu – np. samochodów, obiektów do przechowywania ciał czy nawet tak podstawowych elementów wyposażenia jak rękawiczki czy maseczki.

Toyota wchodzi na rynek domowych magazynów energii

Toyota opracowała domowy magazyn energii oparty na technologii baterii sprawdzonej w zelektryfikowanych samochodach marki. System może służyć do zwiększania wydajności paneli słonecznych oraz zabezpiecza mieszkanie na wypadek przerw w dostawach prądu, a w razie przedłużającej się awarii sieci przesyłowej można go zasilić przy pomocy dowolnego zelektryfikowanego samochodu. Do zarządzania magazynem energii Toyota przygotowała aplikację na telefon. Urządzenie zadebiutuje w Japonii w sierpniu tego roku.

Domowy magazyn energii Toyoty o nazwie O-Uchi Kyuden System został tak zaprojektowany, aby wyróżniał się na rynku jakością, wydajnością, bezpieczeństwem, trwałością i dobrą relacją wartości do ceny. Toyota zastosowała w nim baterie, system sterowania i inne komponenty, które doskonaliła przez 25 lat produkcji zelektryfikowanych samochodów. Magazyn korzysta z baterii o pojemności znamionowej 8,7 kWh i mocy znamionowej 5,5 kWh. Takie parametry zapewniają zaopatrzenie w energię elektryczną całego domu nie tylko w codziennym użytkowaniu, ale także podczas przerw w dostawie prądu, a nawet katastrof naturalnych. Urządzenie zostało zaprojektowane do montażu na zewnątrz i może pracować w temperaturach od -20 do +45ºC.

Jeśli magazyn energii Toyoty zostanie połączony w jedną instalację z panelami fotowoltaicznymi, może zapewnić zasilanie przeciętnego gospodarstwa domowego przez całą dobę. Toyota liczy na to, że instalacja systemu zachęci do korzystania z paneli słonecznych, czyli bezemisyjnego, odnawialnego źródła energii.Toyota wchodzi na rynek domowych magazynów energii

Samochód jako źródło prądu i sterowanie smartfonem

Wyróżnikiem urządzenia Toyoty jest możliwość uzupełnienia w nim energii prosto ze zelektryfikowanego auta. Można do niego podłączyć samochód hybrydowy, hybrydę plug-in, elektryczny pojazd bateryjny lub auto elektryczne na wodór i uzupełnić zapas energii potrzebnej do zasilania domu.

Do monitorowania i zarządzania magazynem energii służy specjalna aplikacja na telefon. Daje ona wgląd do takich informacji jak ilość energii wytworzonej przez panele słoneczne, pobranej z sieci i z samochodu, a także zużycie energii i poziom naładowania baterii w urządzeniu. Aplikacja pozwala także przeanalizować stopień samowystarczalności energetycznej domu oraz ilość energii kupionej i sprzedanej do sieci w wybranym okresie, a także porównać wyniki z danego roku z rokiem poprzednim.

Sprzedaż magazynu energii Toyoty w Japonii ruszy w sierpniu tego roku za pośrednictwem firm budowlanych oraz deweloperów.

Skąd wzięła się tak wysoka inflacja w Polsce i jak sobie z nią radzić w czasach kryzysów

  • Głównym źródłem ponadprzeciętnie wysokiej inflacji w Polsce jest złożenie ekspansywnej polityki fiskalnej i monetarnej oraz innych decyzji polityki publicznej, podejmowanych w sytuacji, gdy gospodarka stopniowo zaczęła przejawiać oznaki przegrzewania się, zarówno przed pandemią COVID19 jak i w jej trakcie i po jej zakończeniu,
  • Polska przypominała pod tym względem inne kraje Europy Środkowej (m.in. Czechy i Węgry), ale odróżniała się od wielu krajów rozwiniętych, w których albo zakres pakietów stymulacyjnych w okresie COVID był mniejszy gospodarka w chwili ich wdrażania nie zdradzała symptomów przegrzania,
  • W Polsce polityka fiskalna i regulacyjna przyczyniły się do inflacji po pierwsze przez przesunięcie struktury wydatków publicznych w kierunku pozycji stymulujących popyt konsumpcyjny oraz działań osłabiających złotego, a po drugie poprzez gwałtowny wzrost potrzeb pożyczkowych sektora publicznego,
  • Polityka monetarna tworzyła warunki do powrotu inflacji już dwa lata przed pandemią COVID19, w następstwie werbalnej oraz faktycznej akceptacji Narodowego Banku Polskiego dla osłabiania się złotego, a także poprzez obniżanie stóp procentowych NBP w oderwaniu od sytuacji na rynku pracy,
  • W czasie pandemii i bezpośrednio po niej, w tym samym kierunku podążyła decyzja o obniżeniu stóp procentowych do historycznie najniższego poziomu oraz późniejsze (do 2021Q3) zwlekanie z odwróceniem tej decyzji, mimo gwałtownego przyspieszenia dynamiki wzrostu cen. Jej źródłem było błędne założenie, że obserwowana inflacja ma charakter przejściowy i jest stymulowana głównie przez czynniki podażowe (ceny energii),
  • Reorientacja polityki pieniężnej już nastąpiła, może być jednak niedostatecznie zdecydowana, by sprowadzić inflację do celu przed rokiem 2025. By to zmienić RPP powinna założyć konieczność zacieśnienia polityki monetarnej w roku 2022 w skali podobnej do tej z początku stulecia, co przełożyłoby się na wzrost stopy referencyjnej do ok. 9 proc na przełomie trzeciego i czwartego kwartału 2022,
  • Obok bardziej ambitnej ścieżki stóp procentowych potrzebna jest także bardziej aktywna polityka w zakresie zmniejszenia wciąż wysokiej nadpłynności sektora bankowego, wywołanej luźną polityką monetarną prowadzoną w przeszłości,
  • Skuteczność zacieśnienia monetarnego jest osłabiana polityką fiskalną – która trwale zwiększa deficyt („Polski Ład”, wzrost wydatków zbrojeniowych) nie oferując realnej perspektywy konsolidacji (płace w sektorze publicznych będą musiały wzrosnąć). Wraz z utrzymaniem wysokiego poziomu dyskrecjonalnych transferów emerytalnych, a także zapowiedziami dotyczącymi indeksacji 500+ rodzić to będzie dodatkową presję inflacyjną, która może wymagać zacieśnienia monetarnego nawet w skali przekraczającej poziom 10%,
  • Z tego względu rząd powinien uzupełnić zmiany w podatkach bezpośrednich („Polski Ład”) reformami w podatkach pośrednich zwiększającymi dochody z nich o ok. 3-4% PKB. Można to osiągnąć przez ujednolicenie podatku VAT na poziomie 22-25% oraz znaczący wzrost podatków akcyzowych nałożonych na używki (alkohol, papierosy itp.), luksusowe dobra trwałe (np. duże samochody) czy dobra o niskiej elastyczności popytu (akcyza na paliwa).
  • W odróżnieniu od innych państw UE szokom zewnętrznym dotykającym rynek energii, a pośrednio także rynek żywności, przypisać można zaledwie ok. 20-30% inflacji obserwowanej w Polsce. W średnim okresie powinny one samoczynnie wygasnąć, jednak w związku z ryzykiem przedłużania się działań wojennych na Ukrainie może okazać się, że najbliższe kilkanaście miesięcy będzie energetycznie trudne,
  • Kluczem do pokonania tych trudności nie będą jednak działania wymierzone w wysokie koszty energii per se (tarcze anty-inflacyjne, powinny koncentrować się na uboższych gospodarstwach domowych i przemyśle energochłonnym), lecz zorientowane na realne wzmocnienie niezależności energetycznej w sposób spójny z inicjatywami europejskimi: Fit for 55 i REPowerEU,
  • Główny wysiłek reformatorski w obszarze energetycznym w najbliższych latach musi skoncentrować na przyspieszeniu tempa zmniejszenia zapotrzebowania na energię, a tym samym także na zmniejszaniu zależności Polski od importu paliw kopalnych, co oznacza zrozumienie, że cele pakietu Fit for 55 dot. rozwoju OZE, elektryfikacji ogrzewnictwa i transportu oraz termomodernizacji są w pełni zgodne z polskim interesem strategicznym, a ich osiągnięcie powinno zostać znacząco przyspieszone.

– Bardziej ambitna ścieżka podnoszenia stóp procentowych, aktywniejsza polityka zmniejszania wciąż wysokiej nadpłynności sektora bankowego, przyspieszenie realizacji celów pakietu Fit for 55, oraz lepsze adresowanie tarcz antyinflacyjnych pomogłyby skuteczniej obniżyć inflację w Polsce – piszą analitycy WiseEuropa dr Maciej Bukowski i Krzysztof Bocian w najnowszej publikacji „Inflationomics, inflacja w czasach kryzysów”. Prowadzone dotychczas działania w ramach polityki pieniężnej mogą okazać się niewystarczające by przed rokiem 2025 osiągnąć ustalony przez NBP cel inflacyjny na poziomie 2,5% .

To pierwszy z serii czterech policy briefów. W kolejnym raporcie „Energia i gospodarka – czy polski dobrobyt jest zagrożony przez wzrost kosztów energii?” zostanie szerzej omówiony temat kosztów energii oraz szczegółowe rekomendacje.

Co wywołało inflację w Polsce i UE w roku 2021?

– To nie wojna w Ukrainie, a złożenie ekspansywnej polityki fiskalnej i monetarnej oraz innych decyzji polityki publicznej, podejmowanych w sytuacji, gdy gospodarka stopniowo zaczęła przejawiać oznaki przegrzewania się (zarówno przed pandemią COVID19 jak i w jej trakcie i po jej zakończeniu) są głównym źródłem ponadprzeciętnie wysokiej inflacji w Polsce. To co wywołała agresja rosyjska na Ukrainę to kryzys energetyczny i bardzo szybki wzrost cen węgla, gazu i ropy w pierwszym kwartale 2022 roku. Przy czym jego stopień wpływu na gospodarki krajowe na świecie jest zróżnicowany – mówi Maciej Bukowski, prezes think tanku WiseEuropa.

– Dodatkowym źródłem okazały się: coraz bardziej „ciasny” rynek pracy, bardzo wysokie wykorzystanie mocy produkcyjnych, dynamika konsumpcji i PKB powyżej trendu – dodaje Krzysztof Bocian, współautor raportu. – Czynniki te tłumaczą ok. 60-70% nawrotu inflacji w Polsce między pierwszym kwartałem 2019 a pierwszym kwartałem 2022.

Inflacja na świecie

– Co ważne w większości innych państw OECD nadmiernie ekspansywna policy-mix także przyczyniła się do skoku inflacji w roku 2021 i 2022, ale w relatywnie mniejszym stopniu niż w Polsce (30-50%), albo ze względu na mniejszy zakres pakietów stymulacyjnych w okresie COVID, albo z powodu odmiennego stanu, w jakim znajdowała się ich gospodarka w chwili stymulacji (brak symptomów przegrzania).

– Wyjątkiem są Stany Zjednoczone, w których pakiet anty-COVID był wyjątkowo wysoki (25% PKB) oraz kraje Europy Środkowej, które podobnie jak Polska już przed pandemią cieszyły się bardzo niskim bezrobociem i wzrostem na granicy potencjału – mówi Krzysztof Bocian.

Pogodzenie polityki podatkowej i pieniężnej wyzwaniem dla zwalczania inflacji

Kierunki działań w strategii rządu mogą wywierać dodatkową presję inflacyjną ze strony polityki fiskalnej i regulacyjnej, która może wymagać mocniejszego podnoszenia stóp procentowych do poziomu przekraczającego 10%.

W perspektywie lat 2022-2025 największym wyzwaniem wydaje się być uniknięcie konfliktu między polityką fiskalną rządu, a polityką monetarną banku centralnego. Planowany przez rząd w roku 2022 deficyt rzędu 5% PKB wynika z działań wojennych na Ukrainie oraz polityki krajowej obejmującej wysokie transfery socjalne i zmiany w podatkach pośrednich. Wiele wskazuje na to, że należy liczyć się z kolejnymi działaniami podtrzymującymi wysoki popyt np. potencjalną indeksacją świadczeń socjalnych (500+), znaczną podwyżką płacy minimalnej czy umożliwieniem kredytobiorcom zawieszenia lub zmniejszenia spłat kredytów zaciągniętych na zakup nieruchomości.

Powoduje to, że skuteczność zacieśniania monetarnego jest osłabiana polityką fiskalną, która trwale zwiększa deficyt przez np. wzrost wydatków zbrojeniowych nie oferując realnej perspektywy zmniejszenia wydatków budżetowych.

– Strategia rządu polegająca na spadku inwestycji publicznych w samorządach oraz ograniczaniu podwyżek płac w sektorze publicznym może być nieskuteczna, bowiem wysoka dynamika płac w sektorze prywatnym wywoła albo dużą falę odejść z pracy w sektorze publicznym, co tylko w niektórych przypadkach można będzie kompensować zmianami organizacyjnymi, albo konieczność skokowego wzrostu wydatków budżetowych z kilkunastomiesięcznym opóźnieniem – mówi Maciej Bukowski.

Co zrobi rząd?

Rząd powinien uzupełnić zmiany w podatkach bezpośrednich („Polski Ład”) reformami w podatkach pośrednich zwiększającymi dochody z nich o ok. 3-4% PKB. Można to osiągnąć przez ujednolicenie podatku VAT na poziomie 22-25% oraz znaczący wzrost podatków akcyzowych nałożonych na używki (alkohol, papierosy itp.), luksusowe dobra trwałe (np. duże samochody) czy dobra o niskiej elastyczności popytu (akcyza na paliwa).

Polityka UE wobec energetycznych konsekwencji wojny w Ukrainie

W ciągu kilku ostatnich miesięcy (od momentu agresji rosyjskiej na Ukrainę) wzrost kosztów energii i paliw zaczął być widocznym składnikiem europejskiej inflacji. A przecież celem UE jest uniezależnienie się – gospodarcze i strategiczne – od importu surowców zagranicznych najpóźniej do roku 2050. Ma to być możliwe po pierwsze dzięki dekarbonizacji europejskiej gospodarki (eliminacja importowanych paliw kopalnych z rynku europejskiego), a po drugie dzięki budowie gospodarki o obiegu zamkniętym (m.in. wszystkie strategiczne surowce potrzebne europejskiemu przemysłowi, takie jak metale ziem rzadkich, złoto czy platyna ukryte w zużytych sprzętach elektronicznych czy innych przedmiotach odzyskuje się w procedurze recyclingu odpadów). Bo bardzo wysokie ceny energii szkodzą gospodarce. A zgodnie z szacunkami Europejskiego Banku Centralnego wzrost cen w skali porównywalnej z obserwowanym dziś może zmniejszyć dynamikę PKB w Europie o około 0,5 punktu procentowego, podminowując konkurencyjność międzynarodową tych przedsiębiorstw europejskich, które funkcjonują w branżach energochłonnych.

Ile to %

W odróżnieniu od innych państw UE szokom zewnętrznym dotykającym przede wszystkim rynek energii a pośrednio także rynek żywności, przypisać można zaledwie ok. 20-30% obecnie obserwowanej w Polsce inflacji. Jednak w związku z ryzykiem przedłużania się działań wojennych na Ukrainie także na okres zimowy może okazać się, że najbliższe kilkanaście miesięcy będzie energetycznie trudne.

– Kluczem do pokonania tych trudności nie będą jednak działania wymierzone w wysokie koszty energii per se (inflacja nie powinna tu być dominującym motywem) lecz działania zorientowane na realne wzmocnienie niezależności energetycznej w sposób spójny z inicjatywami europejskimi: Fit for 55 i REPowerEU – mówi Maciej Bukowski, WiseEuropa. – A to oznacza po pierwsze konieczność lepszego adresowania tarcz antyinflacyjnych, które powinny raczej koncentrować się na uboższych gospodarstwach domowych i przemyśle energochłonnym, niż na kosztownych fiskalnie a zarazem działających pro-inflacyjnie instrumentach obniżających koszty energii dla ogółu (obniżki VAT, akcyzy) – dodaje.

Jak powinna zachować się Polska?

Otóż główny wysiłek reformatorski w obszarze energetycznym w najbliższych latach powinien się skoncentrować na przyspieszeniu tempa, które pozwoli zmniejszać zapotrzebowanie na energię ze strony rosnącej gospodarki. Oznacza to nie tylko zrozumienie, że cele pakietu Fit for 55 dot. rozwoju OZE, elektryfikacji ogrzewnictwa i transportu oraz termomodernizacji są w pełni zgodne z polskim interesem strategicznym, ale także że ich osiągnięcie powinno zostać znacząco przyspieszone, analogicznie do tego co Komisja Europejska zaleca dla całej UE27 w nowym planie REPowerEU.

Inflacja na osi czasu

Już na dwa lata przed pandemią COVID19 polityka monetarna tworzyła warunki do powrotu inflacji przez akceptację Narodowego Banku Polskiego dla osłabiania się złotego, a także poprzez obniżanie stóp procentowych NBP w oderwaniu od sytuacji na rynku pracy.

Dalej – w czasie pandemii i bezpośrednio po niej, w tym samym kierunku podążyła decyzja o obniżeniu stóp procentowych do historycznie najniższego poziomu oraz późniejsze (do 2021Q3) zwlekanie z odwróceniem tej decyzji, mimo gwałtownego przyspieszenia dynamiki wzrostu cen. Jej źródłem było błędne założenie, że obserwowana inflacja ma charakter przejściowy i jest stymulowana głównie przez czynniki podażowe (ceny energii).

Obecnie – nastąpiła reorientacja polityki pieniężnej, ale może być jednak niedostatecznie zdecydowana, by sprowadzić inflację do celu przed rokiem 2025. By to zmienić RPP powinna założyć konieczność zacieśnienia polityki monetarnej w roku 2022 w skali podobnej do tej z początku stulecia, co przełożyłoby się na wzrost stopy referencyjnej do ok. 9 proc na przełomie trzeciego i czwartego kwartału 2022.

Cyfrowa Polska sceptyczna wobec tworzenia kolejnych unijnych przepisów w zakresie sprawiedliwości cyfrowej

Komisja Europejska przygląda się działaniom dotyczącym zapewnienia sprawiedliwości cyfrowej, czyli m.in. ochrony konsumentów w świecie online. Swoje uwagi do ewentualnej zmiany obecnych regulacji wystosował do urzędników w Brukseli Związek Cyfrowa Polska, reprezentujący polską branżę cyfrową. – Jesteśmy sceptyczni odnośnie do uchwalania nowych reguł w dziedzinie już obłożonej ścisłymi przepisami – komentuje Michał Kanownik, prezes organizacji.

Komisja Europejska przygląda się zapisom trzech Dyrektyw: 2005/29/WE o nieuczciwych praktykach handlowych, 2011/83/UE w sprawie praw konsumentów oraz 93/13/EWG w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. Urzędnicy w Brukseli zastanawiają się, czy konieczne są dodatkowe działania, by np. lepiej chronić konsumentów w sieci. Prowadzone są także publiczne konsultacje w tej sprawie.

Związek Cyfrowa Polska w piśmie przesłanym do Dyrekcji Generalnej ds. Sprawiedliwości i Konsumenci (JUST) w Komisji Europejskiej docenia ostrożne podejście Brukseli do tworzenia nowych przepisów w tym zakresie. Eksperci organizacji podkreślają, że w temacie sprawiedliwości cyfrowej najpierw powinno się skupić na odpowiednim egzekwowaniu aktualnego stanu prawnego, ze szczególnym uwzględnieniem ewentualnych luk w przepisach.

Tym bardziej, że – jak podkreśla Cyfrowa Polska – rynek dopiero co dostosowuje się do nowych regulacji. Pod koniec maja weszła bowiem w życie unijna dyrektywa Omnibus, dodatkowo regulująca dotychczasowe zasady handlu internetowego i wzmacniająca ochronę konsumentów.  „Nie sądzimy, że istnieją jeszcze obszary nie objęte dotychczasowymi regulacjami. (…) Zachęcamy Komisję Europejską, producentów, konsumentów i władze lokalne do debaty i lepszego egzekwowania obecnej struktury prawnej, tak, aby efektywnie odpowiadała ona na potrzeby konsumentów” – czytamy w piśmie Cyfrowej Polski.

W stanowisku organizacji znalazło się także odwołanie do realiów poza internetowych. „Kwestionujemy zasadność rozwiązań ochrony konsumentów wyłącznie w kontekście internetu. Wiele z obszarów, o których dyskutujemy, wpływa zarówno na świat online, jak i offline. Tworzone prawo powinno dotyczyć wszystkich kanałów kontaktu z konsumentami. Ogólne zasady muszą mieć większe znaczenie niż wykorzystywana technologia albo sposób kontaktu” – apelują eksperci.

Konsultacje trwają do 14 czerwca. Komisja przyjmuje opinie – zarówno organizacji eksperckich, jak i poszczególnych konsumentów.

Dolar zyskuje podwójnie i jest najsilniejszy od blisko 20 lat

Jeszcze kilka dni temu rynki zakładały, że posiedzenie FOMC nie przyniesie nic nowego. Dane inflacyjne z USA z piątku spowodowały jednak, że rynek zaczął wyceniać ruch o 75 pb. W mediach od kilku dni pojawia się coraz więcej głosów za taką decyzją. Wall Street Journal podał, że urzędnicy Fed rozważają możliwość wyższej podwyżki stóp w środę. Dolar ponownie otrzymał wsparcie i wrócił do swojej długoterminowej tendencji umacniającej.

Dolar zyskuje podwójnie. Z jednej strony za siłą USD przemawia polityka Fed-u. Z drugiej „zielony” ponownie pełni rolę waluty pierwszego wyboru i w czasie podwyższonej awersji do ryzyka zyskuje na wartości. Za nami na EUR/USD trzy mocno spadkowe sesje. Notowania pary walutowej zmieniły się o ponad 350 pipsów. To idealne środowisko do handlu dla inwestorów. Kurs jednak zbliża się ponownie do dołka z 13 maja oraz minimów sprzed kilku lat na 1,0350. Zastanawiające jest to, czy USD będzie kontynuował umocnienie i czy na EUR/USD zejdziemy na wieloletnie minima. Dziś handel na eurodolarze powinien być stonowany. Możemy zobaczyć lekkie odreagowanie. Wchodzimy w okres wyczekiwania na środową konferencję Powella.

Środowa decyzja Fed-u dotycząca stóp procentowych to nie jedyne działania banków centralnych w tym tygodniu. W czwartek decydować będzie Bank Anglii. Instytucja od pewnego czasu jest zaniepokojona stanem gospodarki i dostrzega ryzyko recesji, dlatego preferuje stopniowe zacieśnianie polityki pieniężnej. Wczorajsze dane prawdopodobnie potwierdzą tę opinię. Dlatego też wydaje się mało prawdopodobne, aby tempo działań zacieśniających zostało zwiększone, tak więc BoE prawdopodobnie ponownie podniesie kluczową stopę procentową o 25 pb do 1,25 proc. na czwartkowym posiedzeniu, a nie o 50 pb, jak oczekuje część uczestników rynku. Szczególnie interesujące będzie to, co BoE zrobi z ostatnimi danymi gospodarczymi oraz planami wydatków rządu i jakie sygnały wyśle w tym kontekście odnośnie przyszłych kroków w polityce pieniężnej. Istnieje ryzyko, że pomimo wysokiego poziomu inflacji, która w kwietniu osiągnęła 9 proc., Bank Anglii będzie w najbliższych miesiącach działał zbyt ostrożnie ze względu na obawy o gospodarkę i pozostanie w tyle za krzywą rentowności.

Łukasz Zembik DM TMS Brokers

Branża rolno-spożywcza zbiera plony wojny i inflacji

Inflacja i wojna za wschodnią granicą stawiają wiele pytań przed branżą rolno-spożywczą. Ostatni kryzys wywołany pandemią zaowocował wzrostem zadłużenia, które jednak sektor zdołał spłacić z nawiązką. Obecnie jest ono na poziomie 775 mln zł, czyli o 14 proc. niższym niż na koniec 2020 r. Tym razem wyzwania mogą okazać się znacznie trudniejsze do przezwyciężenia, bo dotkną bezpośrednio rynku żywności. Wahania cen, problemy z dostawami, braki w magazynach mogą pogorszyć moralność płatniczą w branży oraz zmusić producentów do przerzucenia kosztów na odbiorców końcowych – ostrzega Krajowy Rejestr Długów.

Choć inflacja w Polsce zaczęła rosnąć już w ubiegłym roku, to dopiero wojna na Ukrainie wywołała szok na rynku żywności spowodowany ograniczeniem dostaw z krajów objętych konfliktem zbrojnym. Duży skok cen energii, gazu, paliw oraz nawozów pociągnął za sobą wzrost kosztów produkcji rolno-spożywczej. Już teraz widzimy, że wpływa to na podwyżki na tym rynku. Wg GUS w kwietniu ceny podstawowych produktów rolnych w skupach wzrosły aż o 45,1 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Dotkliwe są też braki niektórych towarów, np. oleju słonecznikowego, którego ważnym producentem jest Ukraina. To problem dla przetwórców, którzy muszą szukać zamienników dla swoich receptur lub płacić więcej za mniej dostępny składnik produkcji. Warunki rynkowe nie sprzyjają zachowaniu rentowności.

Jednocześnie nie zdezaktualizowały się wcześniejsze wyzwania i zagrożenia. Branża pozostaje pod silnym oddziaływaniem problemów, takich jak susza czy anomalie pogodowe. Wciąż walczy też z chorobami zwierząt, w tym z ptasią grypą, która nęka krajowe hodowle. Tylko w 2022 r. wybito z tego powodu już niemal milion kur.

Mazowsze i Wielkopolska na czele zadłużenia

Na to, jak sektor poradzi sobie z nowymi i starymi wyzwaniami, wpływ będzie miała jego kondycja finansowa.

W KRD jest obecnie ponad 14,6 tysięcy podmiotów z branży rolno-spożywczej, czyli rolników, przetwórców i handlujących żywnością. Ich przeterminowane zobowiązania finansowe wynoszą 775 mln zł. To o 14 proc. mniej niż na koniec 2020 roku i o 7 proc. mniej niż w marcu, gdy wybuchła pandemia. Widać więc, że sektor jest w stanie szybko się odbudowywać. Obecna sytuacja jest jednak nieporównywalna do tej sprzed dwóch lat, a jej efekty będą rozłożone w czasie. W KRD zobaczymy je najszybciej za 3, 4 miesiące – zaznacza Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

W większości sektor ma długi wobec instytucji finansowych (banków, firm leasingowych oraz faktoringowych oraz towarzystw ubezpieczeniowych), którym powinien zwrócić 200 mln zł. Drugie tyle musi oddać wtórnym wierzycielom, którzy odkupili długi od banków. Na duże kwoty czeka także handel (160 mln zł) oraz przetwórstwo przemysłowe (87,5 mln zł). Przeciętny dłużnik z branży rolno-spożywczej ma średnio do oddania 53,1 tys. zł.

Najmocniej zadłużone firmy działają w województwach mazowieckim i wielkopolskim. Ich dług sięga odpowiednio 173,8 mln zł i 107,6 mln zł. Najmniej, bo 13 mln zł, do oddania mają przedstawiciele branży z woj. świętokrzyskiego. Za nimi plasują przedsiębiorcy z Opolszczyzny z prawie 15,8 mln zł długu.

Rolnicy najbardziej obciążeni

Z największym średnim zadłużeniem w branży rolno-spożywczej zmagają się rolnicy. Stanowią oni 29 proc. jej przedstawicieli wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Jednak przeciętnie mają najwięcej do spłacenia – średnio prawie 65,3 tys. zł. Łącznie ich zaległości sięgają 275,9 mln zł.

Z największymi długami borykają się gospodarstwa zajmujące się działalnością mieszaną – uprawą roli połączoną z chowem i hodowlą zwierząt (101,3 mln zł do spłacenia). 71,9 mln zł nie zapłaciły wierzycielom podmioty zajmujące się działalnością usługową wspomagającą rolnictwo po zbiorach. Trzecie najwyższe zadłużenie mają przedstawiciele upraw rolnych innych niż wieloletnie (niemal 52 mln zł). Z kolei 44,6 mln zł zaległości należy do hodowców zwierząt.

O największe kwoty wierzyciele dopominają się od rolników z Mazowsza (49,1 mln zł) oraz Wielkopolski (35,1 mln zł). Jednak to nie tu swoją siedzibę ma rekordzista. Na 6,4 mln zł zalega rolnik z woj. kujawsko-pomorskiego. Jest winien pieniądze m.in. firmie zarządzającej wierzytelnościami, dostawcy energii oraz dostawcy maszyn i urządzeń.

Największą grupę w KRD stanowią rolnicy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą (58 proc.). Mają jednak zbliżoną kwotę do oddania co większe przedsiębiorstwa (136,7 mln zł wobec 138,8 mln zł).

Rolnicy sami rzadko mają dłużników lub nieczęsto wpisują ich do rejestru. Wg danych KRD, dłużnicy są im winni zaledwie 24,2 mln zł.

Przetwórcy czekają na zwrot

W niełatwej sytuacji znaleźli się również przetwórcy żywności. Względnie mają oni jednak najmniej zobowiązań do uregulowania, bo ponad 171,8 mln zł. Inna jest również struktura długu w przypadku podziału na rodzaje prowadzonej działalności. Największe kwoty są winne tutaj sp. z o.o., dopiero po nich są najmniejsze firmy – JDG-i. Na czoło wśród zadłużonych działalności wysuwa się branża mięsna, której zaległości opiewają na prawie 71 mln zł.

Zadłużonego przetwórcę najczęściej spotkać można w woj. mazowieckim. Tutejsze firmy zalegają na 43 mln zł. Tu też działa rekordzista, który uzbierał zaległości na 7,3 mln zł. Podobnie jak w całej branży, na drugim miejscu plasuje się Wielkopolska, ale z o połowę mniejszym zadłużeniem (20 mln zł).

Producenci artykułów spożywczych sami mają bardzo duży problem z odzyskaniem pieniędzy od swoich kontrahentów i partnerów. Ci zalegają im z płatnością 100,5 mln zł. Głównym winowajcą są nierzetelne firmy handlowe – przede wszystkim hurtownie.

Handel coraz droższy i coraz bardziej zadłużony

A jeśli mowa o handlu, to sprzedawcy żywności są bez wątpienia największymi dłużnikami w branży rolno-spożywczej. Mają na koncie 327,2 mln zł zaległości, w tym 3/4 z nich należy do hurtowni. Rekordzistką jest spółka z Wielkopolski, która nie zapłaciła innym firmom 12,7 mln zł.

W przypadku handlu rolno-spożywczego w Krajowym Rejestrze Długów zdecydowanie częściej widnieją jednoosobowe działalności gospodarcze, jednak spółki z o.o. przeganiają je kwotowo (179 mln zł wobec 145,2 mln zł).

Podobnie jak w przypadku przetwórców, handlujący żywnością mają spore kwoty do odzyskania od swoich dłużników – to aż 163,1 mln zł, najwięcej także od innych przedstawicieli handlu i rolników.

Rolnicy, producenci i dystrybutorzy żywności nie płacą sobie nawzajem. To główna bolączka tej branży. A w najbliższym czasie będą musieli zmierzyć się z jeszcze większym zagrożeniem, jakim są drastyczne podwyżki cen. Z pewnością będą te rosnące koszty przerzucać na klientów końcowych. Przy niskiej rentowności nie pozwolą sobie na dokładanie do biznesu, szczególnie w tak niestabilnych czasach. Pytanie, ile konsumenci będą w stanie zapłacić za droższe artykuły spożywcze. Wynagrodzenia rosną, ale to napędza inflację. Mamy więc efekt kuli śnieżnej. Obawiam się, że aby wilk był syty i owca cała, konieczne stanie się obniżanie jakości produktów spożywczych przy zachowaniu względnej wartości rynkowej, co oznacza, że na półki sklepowe będzie trafiać coraz więcej gorszej jakościowo żywności, a konsumenci chcąc nie chcąc, będą musieli się z tym godzić – wyraża obawy Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Jak wynika z ogólnopolskiej analizy cen detalicznych UCE Research, Hiper-Com Poland i Wyższej Szkoły Bankowej, w maju 2022 r. w sklepach było drożej o 16,7 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2021 roku. W kwietniu br. ceny były wyższe o blisko 22 proc. r/r., zaś w marcu notowano wzrost o 15,6 proc. Najbardziej drożały produkty tłuszczowe, w tym olej, karma dla zwierząt, pieczywo, mięso, a także produkty sypkie.

Frankowicze z niepokojem patrzą na Szwajcarów. 16 czerwca br. Szwajcarski Bank Narodowy ogłosi decyzję w kwestii ewent. podniesienia stóp procentowych

  • Wyższy kurs CHF spowoduje falę pozwów
  • Eksperci uspokajają frankowiczów: „Czarny czwartek” nam nie grozi.
  • Środki z KPO mogą poprawić sytuację frankowiczów. Eksperci: Pod koniec roku złoty może się umocnić

Część ekspertów prognozuje, że w najbliższych miesiącach frank szwajcarski będzie niewiele droższy niż obecnie. W przewidywaniach pojawia się kurs wynoszący 4,50-4,70 zł. Jednocześnie nie brakuje opinii, że złoty umocni się dzięki środkom z Krajowego Planu Odbudowy i szwajcarska waluta może kosztować mniej niż 4,20 zł. Jak podkreślają prawnicy, wyższy kurs CHF powoduje wzmożone zainteresowanie kredytobiorców. Wiele osób przecież pamięta o tzw. „czarnym czwartku” w 2015 roku, kiedy frank bardzo podrożał. Jednak ekonomiści studzą emocje, bo tamto wydarzenie było nadzwyczajne, a teraz mamy zupełnie inną sytuację. I dodają, że nic gwałtownego nie powinno się wydarzyć. Ze spokojem czekają też na ewent. decyzję w kwestii podwyżki stóp procentowych w Szwajcarii. 

W górę i w dół

Niektóre media w ślad za ekspertami twierdzą, że wkrótce może dojść do znaczącej podwyżki stóp procentowych w Szwajcarii w odpowiedzi na rosnącą inflację. Obecnie ważą się losy w tej kwestii, a według relacji Fabio Sonderera ze Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB), decyzja zostanie ogłoszona 16 czerwca br. W związku z tym w przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania o kurs franka szwajcarskiego w nadchodzących miesiącach. Pod koniec pierwszego tygodnia czerwca wyniósł on poniżej 4,40 zł. Dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista Domu Maklerskiego X-Trade Brokers, nie oczekuje wielkich zmian w najbliższych miesiącach. Jak zaznacza ekspert, jego bazowy scenariusz na drugą połowę roku to kurs nieco powyżej 4,50 zł za CHF, może 4,60 zł.

– Nie sądzę, żeby frank znacząco się wzmacniał, bo większość banków centralnych na świecie teraz zacieśnia politykę pieniężną. Natomiast SNB prowadzi politykę bardziej związaną z patrzeniem na to, jak się zmienia euro. I raczej spodziewałbym się tego, że zmiany kursowe CHF będą naśladowały zmiany właśnie wobec tego kursu. Myślę, że frank będzie kosztował więcej niż 4,50 zł, może bardziej w okolicach 4,70 zł, jeśli już miałbym prognozować – komentuje prof. Krzysztof Piech, ekonomista z Uczelni Łazarskiego.

Z kolei ekonomista Marek Zuber uważa, że jeśli Polska uzyska środki z KPO, to wartość złotego wzrośnie w dłuższym okresie. W takiej sytuacji CHF będzie tańszy niż obecnie, możliwy jest też kurs poniżej 4,20 zł. Natomiast jeżeli frank umocniłby się, to tylko na krótki czas. W naszym kraju też będą jeszcze podnoszone stopy procentowe. Niewiadomą jest tylko do jakiego poziomu.

– Kursy walutowe zmieniają się dość szybko, więc przewidywanie konkretnych wartości to jest zgadywanie. Łatwiej powiedzieć o kierunkach, w których one mogą podążać. Na franka oddziałują dwa główne elementy. Jeden to ekonomiczny, a więc stopy procentowe i działania banków centralnych. I tutaj frank powinien być dużo słabszy. Natomiast drugi czynnik to geopolityka. Jeśli założymy scenariusz, że Rosja użyje taktycznej broni atomowej, to frank mocno wystrzeli do góry. A jeżeli front zostanie zamrożony czy dojdzie do rozejmu, to nastąpi duże osłabienie CHF – podkreśla Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych z DI Xelion.

Frank a pozwy

Kurs szwajcarskiej waluty szczególnie interesuje Polaków, którzy zaciągnęli kredyty właśnie w tej walucie. Obserwują to też prawnicy, specjalizujący się w tych kwestiach. Zdaniem radcy prawnego Adriana Goski z Kancelarii SubiGo, jeśli SNB podniesie stopy procentowe o więcej niż 0,25 punktu procentowego, to możemy spodziewać się znaczącego wahania kursu CHF/PLN. Jak zaznacza ekspert, wzrost kursu waluty to oczywiście wyższe raty dla frankowiczów oraz znaczące zwiększenie wartości salda zadłużenia. Może to przynieść efekt wzmożonego zainteresowania pozywaniem banków.

– Gdyby kurs franka gwałtownie wzrósł, to zmiana byłaby odczuwalna dla kredytobiorców. Na szczęście wielu z nich przygotowuje się na takie okoliczności i kupuje franki w okresach, gdy są one tańsze. Co ważne, obecnie osoby z kredytami walutowymi mogą liczyć też na ochronę prawną. W przypadku rozpoczęcia procesu sądowego o unieważnienie umowy możliwe jest wstrzymanie obowiązku płatności rat do czasu jego zakończenia. Dzięki temu koszty związane z rozpoczęciem sprawy nie obciążają nadmiernie domowego budżetu – mówi adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.

Jak podkreśla mecenas Adrian Goska, każda negatywna sytuacja na rynku walutowym powoduje więcej niepewności i mamy do czynienia z dużo szerszą falą pozwów. Ekspert dodaje, że wzrost raty jest znacznie mniejszym, w krótkim terminie, obciążeniem niż wartość samego salda kapitału. Ono, nawet po piętnastu latach regularnej spłaty, może być wyższe niż w dniu zawierania umowy. Tak się dzieje przy znacznym wzroście kursu CHF/PLN. To istotnie wpływa na podjęcie przez kredytobiorców kroków prawnych przeciwko bankom.

– Wadliwość umów kredytowych przejawia się właśnie w tym, że wysokość zadłużenia i wysokość rat mogą rosnąć bez ograniczeń. Pierwszym krokiem, jaki podejmują klienci, aby przeciwdziałać wzrostowi rat jest samodzielny zakup waluty obcej, po kursie korzystniejszym niż ustalany przez bank kredytujący. Kolejnym jest zwiększanie wiedzy na temat wadliwości takich umów kredytowych, konsultacje z prawnikiem, a w końcu – skierowanie sprawy do sądu – dodaje ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Inne scenariusze

Wiele osób pamięta o sytuacji z 15 stycznia 2015 roku. Wówczas kurs CHF mocno wystrzelił w górę, po tym jak szwajcarzy przestali bronić swojej waluty. Media nazwały to „czarnym czwartkiem”. Frank wówczas podrożał z 3,50 zł do 5,19 zł, a na koniec dnia cena spadła do 4,31 zł. Jak przekonuje dr Kwiecień, teraz mamy zupełnie inną sytuację, bo kurs nie jest regulowany. Nie ma też poważnych zawirowań rynkowych, jak upadek Lehman Brothers w 2008 roku. Ekspert przyznaje, że w tym roku kurs franka faktycznie powędrował do 5 zł. Jednak to było spowodowane rozpoczęciem agresji wobec Ukrainy. Takie wydarzenia są nie do przewidzenia, dlatego rynek reaguje w ten sposób.

– W tym roku mieliśmy 5 zł za euro, bo była panika. Jeśli np. Chiny uderzą na Tajwan, to także CHF będzie po 5 zł lub nawet więcej. Ale tego typu sytuacji nie zakładam. A bez takich czynników przekroczenie wspomnianej bariery jest bardzo mało prawdopodobne. Moim zdaniem, waga gatunkowa obecnego okresu jest znacznie mniejsza niż tego sprzed kilku lat. Inna sprawa, że sytuacja z tzw. czarnym czwartkiem była totalnie nadzwyczajna, wszystkich nas zaskoczyła – dodaje Marek Zuber.

Prof. Piech również podkreśla, że uwolnienie kursu franka w 2015 roku spowodowało nagle rozszczelnienie się kursu walutowego. Ekspert nie zakłada scenariusza, w którym CHF będzie kosztował powyżej 5 zł. Musiałyby bowiem nastąpić potężne błędy po stronie polityki pieniężnej i fiskalnej w naszym kraju, a do tej pory ich nie było. Nie powinno też być trendów, które doprowadziłyby do takiej sytuacji. Politycy wiedzą, że mogłoby się to zakończyć np. protestami społecznymi. A biorąc pod uwagę nadchodzące wybory, nie zechcą do tego dopuścić.

– Zakładam, że pod koniec roku złoty powinien być dużo mocniejszy niż teraz, oczywiście biorąc pod uwagę obecny stan rzeczy. Już czekamy na środki z KPO i to w ostatnich dniach wyraźnie widać na rynku walutowym. Euro nie wpłynie do Polski z dnia na dzień , ale prawdopodobnie nastąpi to w tym roku. Te środki nie będą wymieniane,  jak zazwyczaj się to robi w NBP, czyli poza rynkiem i nie wpływając na kurs. Będą wymieniane na rynku,  co zapowiedział parę miesięcy temu prezes Glapiński. Oczekiwanie na to już będzie umacniało złotego – podsumowuje Piotr Kuczyński.

Ceny żywności rosną jak na drożdżach

W maju wartość sprzedaży w sklepach detalicznych wzrosła o 10,9% w porównaniu do ubiegłego roku. Za tym wzrostem stoi wzrost liczby transakcji o 3,8%, ale w głównej mierze sterują nim rosnące ceny. Porównanie trzech okazji zakupowych wykazuje duże różnice w podwyżkach. Za zakupy na imprezę trzeba zapłacić więcej o 4,62 zł. Duże śniadanie to z kolei wzrost o 9,11 zł. Najbardziej wzrósł koszt przygotowania ciasta, bo aż o 11,35 zł, czyli o ponad 50% więcej niż rok wcześniej – wynika z badania M/platform dla segmentu tradycyjnego.

Sposobem na wysokie ceny może okazać się uważne planowanie wydatków oraz większa otwartość na zakupowe promocje. Mimo rosnących cen, nie widać jeszcze ograniczenia kupowanej liczby produktów.

Mocne wzrosty podstawowych produktów

Analizując majowe dane sprzedażowe z ponad 3,3 tysiąca sklepów tradycyjnych współpracujących z M/platform, najbardziej dynamiczne wzrosty cen w ujęciu maj 2021 do maja 2021 objęły takie kategorie produktowe, jak oleje i oliwa +64%, masła, margaryny i smarowidła +45%, cukier +42%, mąka +38%, jaja +32%, chleb paczkowany +30%, makaron +28%, mleka i śmietana, kawa +22%  czy karma dla psów i kotów +20%.

Wśród kategorii, których wzrosty są jednocyfrowe znajdują się papierosy +3%, whisky +4%, napoje bezalkoholowe +5%, słodycze +5%, przekąski słone +6%, wino +7%. wódka +8%.

Aby lepiej zobrazować wpływ rosnących cen na średnią wartość zakupów, stworzyliśmy trzy koszyki na różne okazje i porównaliśmy ich ceny rok do roku. Okazuje się, że za zakupy na imprezę zapłacimy oczywiście najwięcej, ale wzrost w porównaniu do roku wcześniej jest najniższy, bo tylko o 6%. Zakupy na duże śniadanie to wzrost o 23%. Natomiast najbardziej szokujący jest wzrost zakupów do wypieku domowego ciasta. Potrzebne produkty łącznie wzrosły niemal o 50% między innymi z powodu cen mąki, cukru czy oleju którego wzrost przekroczył 60% – skomentowała Magdalena Piwkowska, menedżerka ds. trendów i analiz rynkowych M/platform.

Czy rosnące ceny powodują, że kupujemy mniej produktów spożywczych? W maju podczas wizyty kupowaliśmy średnio 4,6 produktów, rok wcześniej było to 4,8. Różnica niewielka, choć trzeba pamiętać, że to najniższa średnia w ciągu ostatnich dwóch lat.

Nie spodziewamy się, że konsumenci będą kupować znacząco mniej produktów spożywczych. Zaspokajanie podstawowej potrzeby, jaką jest żywność, ma wysoki priorytet w wydatkach. Oszczędności mogą szukać raczej w ograniczeniu wyjść do restauracji, kina lub na koncerty.  Są kategorie, na których widać mniejszą sprzedaż liczby opakowań w sklepach tradycyjnych, jak herbata -17%, masła, margaryny i smarowidła -15% czy z alkoholi wina -11% i whisky -9%. Kolejne miesiące pokażą, czy to długotrwały trend. Konsumenci mogą poszukiwać korzystniejszych cen produktów lub pozyskiwać tańsze ich zamienniki. Sposobem na radzenie sobie z wysokimi cenami może okazać się rozważniejsze planowanie codziennych zakupów oraz poszukiwanie tańszych odpowiedników produktów. Zyskają na tym punkty handlowe realizujące scentralizowane akcje promocyjne, a także marki własne podsumowała badanie Ewa Rybołowicz, dyrektorka ds. analiz rynkowych M/platform.

Analiza sprzedaży przygotowana na podstawie danych transakcyjnych z reprezentatywnej próby sklepów N = 3377 wybranych spośród ponad 12 tys. sklepów handlu tradycyjnego z M/platform.