Wirtualne karty płatnicze stopniowo zastępują plastikowe. Pojawia się coraz więcej możliwości ich wykorzystania

0

Na polskim rynku funkcjonuje ponad 2 mln kart wirtualnych i na razie mają one blisko 5-proc. udział w rynku kart płatniczych. Dane NBP z II kwartału pokazują, że w dobie pandemii ich liczba zwiększyła się o 118 tys., czyli o 6,2 proc. Wpływają na to m.in. rosnąca popularność e-commerce oraz rekomendacja, by płatności realizować bezgotówkowo i bezdotykowo. – To kwestia kilku lat, by wirtualne rozwiązania zastąpiły plastikowe – podkreśla Arkadiusz Rochala z Sodexo. Firma właśnie wprowadziła wirtualne karty przedpłacone jako benefit dla pracowników oraz nagroda w programach wsparcia sprzedaży.

– Karty wirtualne stają się coraz popularniejsze. Wpływa na to otoczenie zewnętrzne i pandemia, która w jeszcze większym stopniu wzmacnia powszechną digitalizację. Widzimy wzrost e-commerce’u i zmianę przyzwyczajeń zakupowych. Nie bez znaczenia jest też to, jak w tej chwili funkcjonujemy jako pracownicy. Większość z nas pracuje z domu, więc tego typu wirtualne rozwiązania – bez plastiku i bez logistyki – świetnie wpisują się w obecne czasy – mówi agencji Newseria Biznes Arkadiusz Rochala, dyrektor generalny Sodexo Benefits and Rewards Services w Polsce.

Służące do płatności internetowych i mobilnych karty wirtualne funkcjonują na polskim rynku od 2004 roku – wynika z informacji Narodowego Banku Polskiego. Jednak dopiero w ostatnim czasie zyskują na popularności. Na koniec II kwartału było ich nieco ponad 2 mln, co daje 4,7 proc. udziału w ogólnej liczbie kart. Na koniec pierwszego kwartału było to odpowiednio 1,9 mln (wzrost o 6,2 proc.) oraz 4,4 proc. udziału.

– W moim przekonaniu jest to kwestia tylko kilku lat, zanim wirtualne rozwiązanie zastąpi to tradycyjne, plastikowe – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, większemu wykorzystaniu wirtualnych kart mocno sprzyja zarówno wzrost rynku e-commerce, do czego przyczynia się też pandemia COVID-19, jak również ogólny trend, jakim jest rosnąca popularność płatności bezgotówkowych i bezstykowych. Jak wynika z danych NBP, w II kwartale br. udział płatności zbliżeniowych w całkowitych obrotach kartami wyniósł 93 proc. To oznacza, że w Polsce 9 na 10 transakcji kartami jest realizowanych zbliżeniowo. Na ich popularność wpływa dodatkowo rekomendowanie przez Światową Organizację Zdrowia płatności bezdotykowych w sklepach stacjonarnych.

– Pod kątem infrastruktury polski rynek też jest doskonale przygotowany do obsługi takich transakcji. Mamy ponad milion terminali i każdy z nich akceptuje płatności zbliżeniowe, w tym karty wirtualne. Praktycznie wszystkie transakcje kartami są już w tej chwili dokonywane zbliżeniowo, co plasuje nas na pierwszym miejscu w Europie, a portfele mobilne oparte na Google Pay i Apple Pay też stają się coraz popularniejsze – ocenia Arkadiusz Rochala.

Wirtualne karty przedpłacone, podobnie jak ich plastikowe odpowiedniki, mają numer, datę ważności oraz kod CVC.  Można je dodać do portfeli mobilnych Google Pay i Apple Pay, które obecnie ma już ponad 3,3 mln Polaków. Są akceptowane przy płatnościach w sklepach stacjonarnych i internecie, pozwalają też wypłacić gotówkę z bankomatu.

Sodexo, jako pierwsza instytucja niefinansowa, wprowadziło właśnie na polski rynek wirtualne karty przedpłacone, które będą służyć jako benefity przyznawane pracownikom przez firmę w ramach podarunku albo dodatkowego świadczenia oraz jako nagrody dla konsumentów, klientów lub partnerów w programach wsparcia sprzedaży.

– Wprowadziliśmy dwa rodzaje wirtualnych kart. Pierwszy z nich to wirtualne karty podarunkowe, służące jako benefit do nagradzania, motywowania i angażowania pracowników. Drugi to wirtualne karty premiowe, które mogą być wykorzystywane w programach lojalnościowych i wsparcia sprzedaży oraz do motywowania sił sprzedaży. Obie mają dokładnie te same cechy i dają te same możliwości, co wcześniej wprowadzane przez nas karty plastikowe – mówi Małgorzata Kroh, dyrektor ds. marketingu i rozwoju Sodexo Benefits and Rewards Services w Polsce.

Benefity w Polsce otrzymuje ok. 9,5 mln pracowników, a łączna wartość świadczeń przyznanych w ubiegłym roku przekroczyła 14 mld zł. Kategoria kart przedpłaconych jest od lat w czołówce najpopularniejszych świadczeń. Pozwala bowiem pracownikowi samodzielnie zdecydować, na co chce przeznaczyć środki. Jest też benefitem prostym w obsłudze, możliwym do zrealizowania w dowolnym miejscu i czasie. Dlatego też w tym roku wirtualna karta przedpłacona może sprawdzić się np. jako świąteczny prezent dla pracowników.

– To bardzo uniwersalne narzędzie przekazywania nagród i benefitów, dające swobodę wyboru osobie obdarowanej. To też rozwiązanie bezpieczne, co w dzisiejszych czasach wydaje się być cechą numer jeden, gdyż właściwie do zera ogranicza potrzebę fizycznego kontaktu związanego z przekazaniem, odebraniem czy korzystaniem z tej karty – mówi Małgorzata Kroh.

Wirtualna karta Sodexo trafia bezpośrednio na adres e-mail osoby obdarowanej w postaci kodu dostępowego. Kartę można aktywować na stronie internetowej, gdzie można także sprawdzić jej saldo albo historię transakcji. Dostęp do danych karty ma tylko osoba obdarowana i nie można jej ukraść, jak tradycyjnej karty płatniczej.

– Jest to też rozwiązanie ekologiczne, dlatego że produkcji i dystrybucji tych kart do pracowników, klientów czy partnerów nie towarzyszy plastik ani zużycie papieru. Prawie do zera ograniczony jest związany z tym ślad węglowy – mówi ekspertka z Sodexo. – Ważną cechą takich kart jest też oczywiście oszczędność finansowa, ponieważ jest to rozwiązanie cyfrowe, więc nie pociąga za sobą żadnych dodatkowych kosztów związanych z ich dystrybucją i logistyką. Zwolnienia podatkowe i finansowanie z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych powodują, że jest to rozwiązanie jeszcze bardziej efektywne kosztowo.

Z perspektywy pracodawcy wirtualny podarunek jest atrakcyjnym narzędziem budowania employer brandingu. Jednak firma równie dobrze może wykorzystać go w programach lojalnościowych i innych akcjach wsparcia sprzedaży, jak np. konkursy, loterie czy promocje „buy & get”. Sprzyja temu możliwość szybkiego i łatwego przekazania takiej karty nawet bardzo licznej grupie konsumentów, klientów czy partnerów, bez pakowania ani fizycznej wysyłki i związanych z tym wydatków. Co więcej, podobnie jak pozostałe karty i kupony Sodexo wirtualne karty przedpłacone podlegają zwolnieniu z podatku VAT.

– Wirtualna karta podarunkowa jest rozwiązaniem dla nowoczesnych firm, które szukają efektywnych narzędzi do przekazywania benefitów pracowniczych. Natomiast wirtualna karta premiowa jest efektywnym narzędziem dla każdego, kto planuje bądź prowadzi programy wsparcia sprzedaży, szuka rozwiązań do lojalizowania i nagradzania sił sprzedaży albo do wykorzystania w konkursach konsumenckich – podsumowuje Małgorzata Kroh.

Polacy wysłali w tym roku za granicę o 30 proc. więcej przesyłek. Okres przedświąteczny może przynieść rekordowe wzrosty

Przed świętami liczba przesyłek nadawanych do krajów Unii Europejskiej rośnie nawet o 50 proc. wobec innych miesięcy. DHL Parcel prognozuje, że w tym roku – ze względu na pandemię i związane z nią obostrzenia – ten wzrost będzie dużo wyższy, a już dotychczasowe wyniki pokazują, że rynek jest o 30 proc. większy niż przed rokiem. Wraz ze skokowym rozwojem e-commerce polscy konsumenci coraz chętniej kupują w zagranicznych e-sklepach. Wciąż jednak potencjał unijnego rynku nie jest w pełni wykorzystywany przez krajowe firmy. Za granicę sprzedaje tylko kilka procent firm z branży e-commerce – i to właśnie ta grupa najbardziej skorzystała w okresie wiosennego lockdownu. Oferty firm logistycznych mają je zachęcić do zagranicznej ekspansji.

– W tym roku ruch przesyłek międzynarodowych wzrośnie o ponad 30 proc. Już w czasie pierwszej fali pandemii zauważyliśmy dwukrotny wzrost dynamiki w ruchu przesyłek międzynarodowych. To pokazuje, że ten sektor gospodarki radzi sobie w pandemii całkiem dobrze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Arkadiusz Stasiak, dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Jak pokazują dane Gemiusa, w Polsce zakupy online robi już 73 proc. internautów, czyli o 11 pkt proc. więcej niż jeszcze rok temu. Tak duży wzrost to efekt pandemii i obostrzeń w życiu gospodarczym i społecznym, które wiele osób skłoniły do kupowania przez internet. Co istotne, w Polsce już prawie 1/3 kupujących online korzysta również z zagranicznych serwisów e-commerce. W porównaniu z ubiegłym rokiem wartość ta wzrosła o 4 pkt proc. (z 26 do 30 proc. obecnie).

Na wzrost dynamiki w ruchu przesyłek międzynarodowych, do którego przyczyniła się pandemia, wpłynie dodatkowo gorący okres przedświąteczny. Jak podaje DHL, przed świętami liczba paczek nadawanych do krajów Unii Europejskiej rośnie nawet o 50 proc. w stosunku do poprzedzających miesięcy.

– W tym roku spodziewamy się nawet większej skali wzrostu. Bardzo możliwe jest wprowadzenie dalszych obostrzeń w Polsce i w Europie, więc w momencie, kiedy ruch transgraniczny będzie utrudniony, Polacy będą rezygnować z wyjazdów i odwiedzin u rodziny i zapewne zauważymy zwiększoną liczbę nadań takich przesyłek – mówi Arkadiusz Stasiak.

Zdecydowanym liderem przesyłek nadawanych z Polski są Niemcy – ten kierunek generuje prawie 30 proc. całego polskiego eksportu. Wpływa na to kilka czynników, m.in. dwukrotnie wyższa niż w Polsce liczba potencjalnych konsumentów, bliskie sąsiedztwo i zamożność niemieckiego społeczeństwa. Drugim kierunkiem przesyłek nadawanych z Polski są Czechy, które mają 6-proc. udział w krajowym eksporcie paczek, a tuż za nimi są Wielka Brytania i Francja z niewiele niższym udziałem.

– Jeśli zaś chodzi o perspektywiczne kierunki rozwoju, zauważamy, że polscy przedsiębiorcy dobrze radzą sobie w krajach bałkańskich. Tam rynek e-commerce jest dosyć młody, co powoduje, że jego konkurencyjność jest wciąż dużo niższa niż w Europie Zachodniej – wskazuje dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Ranking najważniejszych kierunków wpływa na ofertę firm logistycznych. Ekspert DHL Parcel podkreśla, że rynek niemiecki ze względu na jego wielkość i potencjał jest dla firmy kluczowy.

– Niemieccy konsumenci są mocno przywiązani do swojego krajowego przewoźnika, którym jest DHL. Wynika to z szerokiej oferty, ale też z ugruntowanej pozycji lidera – przekonuje Arkadiusz Stasiak. – Intuicyjne rozwiązania sprawiają, że odbiorca może elastycznie definiować formy odbioru przesyłki. Może to być własne mieszkanie, bezpieczne miejsce na posesji, mieszkanie sąsiada albo jeden z 28 tys. punktów odbioru rozlokowanych na terenie Niemiec. W ramach tej sieci funkcjonuje również 6 tys. automatów paczkowych.

Jak podkreśla, dla 90 proc. niemieckich odbiorców punkt odbioru jest zlokalizowany w odległości mniejszej niż 1 km. To forma odbioru, która cieszy się coraz większą popularnością. Niemieckie firmy, które sprzedają swoje produkty poprzez popularną platformę eBay, podkreślają, że to właśnie ta forma dostawy jest dla nich najważniejsza. Oferty z taką opcją są wyżej pozycjonowane w wynikach wyszukiwania. Popularność dostaw do punktów odbioru rośnie także w Polsce. Sieć DHL Parcel liczy tu 10 tys. punktów, a 80 proc. klientów może dotrzeć do jednego z nich w czasie krótszym niż 10 minut.

Poza formą dostawy duże znaczenie dla polskich firm wysyłających paczki za granicę ma także wsparcie firmy logistycznej w formalnościach. Przykładem może być rynek brytyjski, który od stycznia 2021 roku znajdzie się poza Unią Europejską. Ostateczny kształt przepisów dotyczących wymiany handlowej między krajami członkowskimi wspólnoty a Wielką Brytanią jest jeszcze opracowywany. Jednak już w tej chwili wiadomo, że nieuniknione zmiany będą dotyczyć między innymi odprawy celnej i VAT.

– Staramy się dostosować ofertę do potrzeb klienta. I tym razem, dzięki podpisanej umowie z agencją celną, będziemy wspierać klienta, przeprowadzając go przez całą procedurę odprawy i zapewniając mu stałe wsparcie – podkreśla dyrektor sprzedaży regionalnej DHL Parcel.

Oferta firm logistycznych dla biznesu może być impulsem, który zachęci przedsiębiorców do ekspansji zagranicznej. Jak podkreśla ekspert DHL Parcel, dziś tylko kilka procent polskich firm działających w e-commerce sprzedaje swoje produkty na rynkach zagranicznych, znacznie mniej niż średnio w UE. To właśnie one najbardziej skorzystały w okresie lockdownu – wykorzystały zamknięcie konkurencyjnych firm w innych krajach i zwiększyły sprzedaż nawet trzykrotnie. Kolejne ograniczenia w handlu mogą skłonić jeszcze większą grupę przedsiębiorców do szukania odbiorców za granicą. Tym bardziej że popularne platformy zakupowe, takie jak eBay czy Amazon, bardzo ten start ułatwiają.

– DHL Parcel zapewnia możliwość wysyłania przesyłek do wszystkich krajów w Unii Europejskiej. Podpisując jedną umowę, można wysyłać przesyłki zarówno w kraju, jak i za granicę. W Europie mamy przemyślaną, nowoczesną infrastrukturę, dzięki której zapewniamy bezpieczeństwo, atrakcyjne czasy doręczeń i nowoczesne narzędzia pozwalające śledzić losy przesyłki. Zapewniamy odbiorcom elastyczne, dostosowane do ich potrzeb formy odbioru. Natomiast dla nadawcy bardzo ważne jest to, że zapewniamy późne godziny odbioru i projektujemy procesy zgodnie z ich deklaracjami – mówi Arkadiusz Stasiak.

KIG: E-papierosy objęte nawet sześciokrotnie niższą akcyzą niż podgrzewacze. Na nierównych obciążeniach tracą głównie polscy producenci

0

Od początku października producenci podgrzewaczy tytoniu i płynów do e-papierosów muszą płacić od nich akcyzę. Jak wynika z analiz KIG, obecny system jest tak skonstruowany, że powoduje nierówne obciążenia podatkowe produktów z tej samej kategorii. Uderza to w polskich producentów e-papierosów i polskich rolników produkujących tytoń do podgrzewaczy tytoniu. Najwyższą akcyzę płacą bowiem producenci wkładów z liquidem do otwartych e-papierosów, a są to zwykle polskie małe i średnie firmy. Różnica w obciążeniu podatkowym między różnymi produktami jest nawet sześciokrotna.

– Mamy w tej chwili jedną, dosyć wysoką stawkę akcyzy na tradycyjne wyroby tytoniowe, czyli głównie papierosy, i obniżoną, preferencyjną stawkę dla wyrobów alternatywnych. Natomiast w ich obrębie widać pewne zróżnicowanie – część tych wyrobów jest po prostu znacznie mniej opodatkowana niż pozostałe. Wydaje się, że nie to było celem administracji – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.

Jeszcze do niedawna podatkiem akcyzowym były objęte tylko tradycyjne wyroby tytoniowe, natomiast e-papierosy i wyroby nowatorskie były z niego zwolnione. Wprawdzie akcyzę na nie wprowadzono w 2018 roku, ale przez pierwsze dwa lata stawka była zerowa. To zmieniło się od 1 października br., od kiedy producenci płynów do e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu są również zobowiązani płacić akcyzę od swoich produktów. Ministerstwo Finansów ustaliło jej stawkę na 0,55 zł za 1 ml płynu do e-papierosów oraz około 305,39 zł za 1 kg tytoniu w przypadku podgrzewaczy.

Jak wynika z raportu opracowanego przez Kantar na zlecenie KIG, wysokość akcyzy płaconej przez producentów podgrzewaczy tytoniu wyniesie ok. 1,95 zł na paczce takich wyrobów (ok. 0,0064 kg tytoniu x 305,39 zł). W Polsce takie wyroby sprzedają na razie tylko dwa podmioty.

Drugą alternatywą dla tradycyjnego tytoniu są e-papierosy. Ten segment dzieli się na tzw. systemy otwarte (ze zbiornikiem na płyn do samodzielnego uzupełniania) oraz zamknięte systemy e-papierosowe (na gotowe wkłady z płynem). Z analiz wynika, że właśnie w tym segmencie, czyli między otwartymi i zamkniętymi systemami e-papierosowymi, zachodzą największe dysproporcje w wysokości akcyzy płaconej przez producentów.

– Raport przygotowany dla KIG pokazuje, że z perspektywy konsumenta faktyczne opodatkowanie w tych dwóch grupach produktowych jest bardzo różne – mówi Krzysztof Rutkowski, partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Efektywne opodatkowanie systemów zamkniętych jest dużo niższe. Przykładowy pojemnik zawierający 0,7 ml płynu, który zaspokaja dzienne zapotrzebowanie, zgodnie z obowiązującymi stawkami jest opodatkowany akcyzą około 38 gr. Z kolei akcyza na płyny do e-papierosów w tzw. systemie otwartym wynosi ponad 2 zł.

Jak wskazuje, różnice w opodatkowaniu wynikają głównie z różnic technologicznych między urządzeniami. Te z kolei przekładają się na różnice w średnim dziennym zużyciu płynów do e-papierosów.

– Systemy e-papierosowe otwarte są starsze i produkowane głównie przez krajowych producentów. Natomiast systemy zamknięte są bardziej nowoczesne, w których efektywniej wykorzystuje się e-liquidy, przez co zużywają one odpowiednio mniej wyrobów akcyzowych – mówi Krzysztof Rutkowski.

Jak wynika z analiz KIG, w otwartych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi ok. 4,2 ml. Tym samym ich producenci, czyli głównie polskie firmy z sektora MŚP, zapłacą średnio 2,31 zł akcyzy. Z kolei w zamkniętych systemach e-papierosowych średnie dzienne zużycie płynu wynosi 1,1 ml, co oznacza, że ich producenci (głównie międzynarodowe koncerny tytoniowe) płacą średnio 0,60 zł akcyzy.

– Ukształtowanie stawki akcyzy w zależności od jednostki objętościowej e-liquidu powoduje, że polscy producenci płacą wyższy podatek od zaspokojenia tej samej potrzeby konsumenta, ponieważ ich wyrób jest po prostu zużywany w większej objętości – mówi partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy. – Oczywiście możliwe jest wyrównanie szans rynkowych między krajowymi producentami e-papierosów a ich zagraniczną konkurencją. Natomiast wymaga to zmiany przepisów, zmiany obecnej struktury stawki akcyzy. Ta zmiana wymaga dostrzeżenia specyfiki i istotnych różnic technologicznych występujących na tym rynku.

Stawka akcyzy w przypadku płynów do systemów zamkniętych e-papierosów jest nawet 25-krotnie niższa niż dla zwykłych papierosów i pięciokrotnie niższa niż dla podgrzewaczy tytoniu. Producenci tych ostatnich są z kolei zobowiązani płacić najwyższą akcyzę, podobnie jak małe i średnie polskie firmy produkujące płyny do e-papierosów do tzw. systemów otwartych. To oznacza, że obecne rozwiązania podatkowe faworyzują systemy zamknięte, których ponad 60 proc. rynku kontroluje międzynarodowy koncern tytoniowy.

– W wyrównaniu szans najbardziej wskazane byłoby przejrzenie polityki akcyzowej. W tej chwili nasi producenci płynów płacą większą akcyzę niż ich zagraniczni konkurenci, którzy korzystają z technologii pozwalającej działać na preparatach bardziej skoncentrowanych – dodaje Piotr Soroczyński.

Jak podkreśla, utrzymanie istniejącej dziś nierównowagi powoduje nie tylko nierówne traktowanie niektórych grup producentów, ale może także zaburzać rynek.

– Powinniśmy przemyśleć cały system akcyzowy dotyczący wyrobów tytoniowych i alternatywnych – zaznacza główny ekonomista KIG. – Zróżnicowanie akcyzy będzie naturalnie powodować przesuwanie się konsumentów pomiędzy różnymi, alternatywnymi możliwościami zaspokojenia potrzeby nikotyny. Trzeba przeanalizować, które z tych form są najbardziej preferowane przez administrację i państwo, choćby ze względów zdrowotnych. Może się okazać, że któryś z tych wyrobów należałoby preferować np. jako zastępstwo dla tradycyjnych papierosów w procesie rzucania palenia.

Interfejsy mózg–komputer pozwolą na połączenie ludzkich myśli ze sztuczną inteligencją. Niosą za sobą jednak wiele zagrożeń, jak np. hakowanie umysłu

Dzięki około 100 miliardom połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. Wciąż jednak niewiele wiadomo o komórkach, które odgrywają ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca, płuc i innych narządów. Interfejsy mózg–komputer pozwalają to zmienić. Za pomocą inteligentnych czujników można sprawdzić pracę mózgu, stan skupienia czy zmierzyć emocje. Neuralink może zaś pozwolić na symbiozę między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją. W środowisku naukowym budzi to jednak wiele wątpliwości, nie tylko natury etycznej.

Zdaniem wielu ekspertów mózg i umysł są ostatnią granicą nauki. Wciąż niewiele wiadomo o tej masie komórek, która odgrywa ważną rolę w procesach poznawczych, regulacji pracy serca i innych narządów. Dzięki około 100 mld połączeń neuronowych nasze mózgi są w stanie przetwarzać miliardy bitów informacji na sekundę. W odkrywaniu tajemnic umysłu mogą pomóc interfejsy mózg–komputer. Te jednak, choć dają spore możliwości, budzą też wiele kontrowersji, zwłaszcza pod względem wykorzystania komercyjnego.

– Wyzwań i kontrowersji jest całkiem sporo, zwłaszcza jeśli zaczniemy rozmawiać o przestrzeni wykorzystania komercyjnego, nie o samej medycynie. To np. wyzwania związane z przestrzenią biologiczną. Czy po wszczepieniu chipu do mózgu nie okazałoby się, że przy okazji cokolwiek możemy uszkodzić? Pojawia się przestrzeń technicznych wyzwań i sceptycyzmu, bo co ile będę musiała taki interfejs wymieniać? Czy tak jak w przypadku rozruszników serca będzie on miał swój okres ważności? – rozważa w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Dominika Kaczorowska-Spychalska, dyrektor Centrum Mikser Inteligentnych Technologii na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Łódzkiego.

W sektorze publicznym inicjatywy takie jak Human Brain Project mają na celu przyspieszenie badań, które mogą pomóc dowiedzieć się więcej o mózgu, głównie w celu lepszego leczenia chorób i poprawiania funkcji poznawczych. W sektorze prywatnym firmy pracują zaś nad opracowaniem skutecznych interfejsów mózg–komputer do szerokiego zakresu zastosowań. Przykładem może być Neuralink Corporation Elona Muska, które stara się stworzyć superszybki, szerokopasmowy interfejs mózg–maszyna, mogący pomóc mózgowi lepiej pracować przy użyciu koncepcji sztucznej inteligencji.

Do ludzkiego mózgu można by „przyszyć” cienkie elektrody w taki sposób, aby komórki mózgowe mogły być bezpośrednio dostępne i manipulowane przy użyciu sztucznej inteligencji. Elon Musk stwierdził, że ostatecznym celem Neuralink jest stworzenie symbiozy między ludzkim mózgiem a sztuczną inteligencją.

– Pojawiają się kontrowersje związane z bezpieczeństwem, bo czy za pośrednictwem takiego interfejsu ktoś mógłby przejąć władzę nad moimi myślami? Bardzo mocno podkreśla się, że takie hakowanie umysłu raczej nie będzie wchodziło w grę, że te rozwiązania będą faktycznie na tyle zakodowane, że takiego ryzyka nie będzie. Jednak sceptycy mówią, że jeśli można zhakować nasz komputer, to może w przyszłości można byłoby zhakować nasz umysł – zauważa dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Interfejsy mózg–komputer pozwalają już sprawdzić nasz stan skupienia, pomóc w nauce, czytają nasze emocje, pozwalają też kontrolować zdrowie. Pojawiają się już pomysły, żeby wczepiać dzieciom tuż po urodzeniu specjalne chipy, które mogłyby na bieżąco sprawdzać parametry życiowe, ostrzec przed chorobami, a sprawdzając geny – ocenić, na jakie schorzenia byłyby narażone w przyszłości. Choć z punktu widzenia medycznego takie urządzenia znacznie ułatwiłyby życie, budzą wiele wątpliwości, zwłaszcza natury etycznej. Część naukowców podkreśla, że taka ingerencja w ciało człowieka i manipulowanie nim poprzez nowe technologie może nieść za sobą wiele zagrożeń.

– Dynamika zmian i nowe rozwiązania i technologie, które się wciąż wokół nas pojawiają, zachodzą tak szybko, że właściwie dzisiaj chyba nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, co będzie dalej. Jedyne, co nas ogranicza, to nasza wyobraźnia, natomiast coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę, to funkcje człowieka, który powinien być papierkiem lakmusowym, wskaźnikiem racjonalności określonych decyzji czy dane rozwiązanie powinniśmy implementować do naszego życia – przekonuje ekspertka.

Choć interfejsów mózg–komputer jest coraz więcej i mają też więcej zastosowań, wciąż pozostają raczej kwestią przyszłości, zwłaszcza ich szerokie, komercyjne wykorzystanie. Choć już teraz część firm udostępnia specjalne aplikacje i czujniki, które mają zwiększyć możliwości naszych mózgów, to wciąż daleka droga do możliwości sterowania ludzkim umysłem przez sztuczną inteligencję. Nad Neuralinkiem trwają dopiero prace, eksperymenty prowadzone są na zwierzętach. Wciąż jeszcze nie wiadomo, czy będzie można je stosować u ludzi.

– Pamiętajmy też, że świat za 10–15 lat może być całkiem inny, gdzie będziemy traktowali taki interfejs jako coś naturalnego, ale jednocześnie prawdopodobnie będziemy rozmawiali o całkiem innych wyzwaniach i całkiem innych kontrowersjach, które wokół nich będą się pewnie pojawiać – ocenia dr Dominika Kaczorowska-Spychalska.

Do poznania tajemnic Wszechświata potrzebny jest nowy, potężny teleskop. Naukowcy chcą go zbudować na Księżycu

Długo oczekiwany Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST) ma wystartować w październiku 2021 roku i rozpocząć nową erę obserwacji kosmosu. Choć jego rola jest nie do przecenienia, nie pozwoli dostrzec pierwszych gwiazd, które powstały blisko Wielkiego Wybuchu. Istnieją teorie, że zanim jeszcze powstały pierwsze galaktyki, istniały gwiazdy III populacji. Ciekły teleskop zwierciadlany, który działałby z powierzchni Księżyca, mógłby je badać – przekonują naukowcy.

Grupa astronomów z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin odkryła, że ​​pomysł teleskopu na Księżycu, odłożony na półkę przez NASA dekadę temu, może rozwiązać problem, którego żaden inny teleskop nie potrafi – mógłby zbadać pierwsze gwiazdy we Wszechświecie.

Takich możliwości nie ma nawet Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST), który ma ruszyć w 2021 roku. Choć ma skupić się na podczerwonej części widma od 0,6 (światło czerwone) do 28 mikronów (podczerwień) i dostrzec bardzo odległe galaktyki, to nie dostrzeże tych, które powstały jako pierwsze, jeszcze przed uformowaniem pierwszych galaktyk. Ostatecznie Wielki Teleskop, który działałby z krateru na biegunie północnym lub południowym Księżyca, mógłby bezpośrednio obserwować pierwsze powstałe gwiazdy.

– W całej historii astronomii teleskopy stawały się coraz potężniejsze, pozwalając nam badać źródła z coraz odleglejszych czasów, coraz bliżej Wielkiego Wybuchu – podkreśla Volker Bromm, profesor na Wydziale Astronomii Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. – Nadchodzący Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba sięgnie czasu, w którym formowały się pierwsze galaktyki.

Gwiazdy obserwowane w galaktykach zostały pierwotnie podzielone na dwie populacje przez Waltera Baade’a w latach 40. XX wieku. Te z I populacji są bogate w metale, w przeciwieństwie do tych z II. Jednak nawet najbardziej ubogie w metale gwiazdy II populacji mają metaliczność znacznie większą niż gaz pozostały po Wielkim Wybuchu. Z tego powodu astronomowie wprowadzili trzecią klasę gwiazd.

Gwiazdy III populacji składają się w całości z pierwotnego gazu – wodoru, helu oraz bardzo małych ilości litu i berylu. Oznacza to, że gaz, z którego powstały gwiazdy III populacji, nie został włączony, a następnie wydalony z poprzednich generacji gwiazd, ale był nieskazitelnym materiałem pozostałym po Wielkim Wybuchu. W ten sposób stanowiłyby pierwszą generację gwiazd uformowanych w galaktyce, prawdopodobnie ok. 13 mld lat temu.

– Teorie wskazują, że przed uformowaniem się pierwszych galaktyk istniał czas, w którym formowały się pojedyncze gwiazdy tzw. III populacji. To momenty „pierwszego światła”, które są poza polem widzenia nawet potężnego teleskopu Webba. Dlatego wymagają jeszcze potężniejszego narzędzia – przekonuje Volker Bromm.

Proponowany księżycowy teleskop zwierciadlany miałby zwierciadło o średnicy 100 metrów. Jego lustro nie byłoby wykonane ze szkła, ale z lżejszego płynu – jego transport na Księżyc byłby więc tańszy. Teleskop miałby mieć postać obracającej się kadzi wypełnionej płynem, na powierzchni którego znajdowałby się metaliczny, a więc odbijający się płyn, np. rtęć. Kadź byłaby w ciągłym ruchu, w ten sposób powierzchnia płynu miałaby odpowiedni paraboliczny kształt i działała jak lustro. Skierowany byłby wciąż w ten sam skrawek nieba, aby zebrać jak najwięcej światła.

Teleskop zbudowany na Księżycu mógłby odpowiedzieć na pytania dotyczące Wielkiego Wybuchu, pomógłby też doprecyzować czas, kiedy do niego doszło.

– Pytanie, w jaki sposób powstawały gwiazdy na początku historii kosmosu, jest kluczowe. Pojawienie się pierwszych gwiazd oznacza fundamentalną zmianę w historii Wszechświata, kiedy pierwotne warunki ustanowione przez Wielki Wybuch ustąpiły miejsca stale rosnącej kosmicznej złożoności, ostatecznie formując planety, życie i inteligentne istoty – tłumaczy naukowiec.

Jak skutecznie chronić tajemnicę przedsiębiorstwa?

Informacje, którymi dysponuje przedsiębiorstwo, budują jego przewagę konkurencyjną. Dlatego z perspektywy zarządzających najistotniejsze powinno być odpowiednie zabezpieczenie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa. Do zadania tego należy jednak podejść z najwyższą starannością, właściwą dla wagi sprawy.

Ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji zawiera definicję tajemnicy przedsiębiorstwa i wprowadza mechanizmy jej ochrony. Analizując stan prawny ze szczególnym uwzględnieniem praktyki orzeczniczej, należy stwierdzić, że absolutnie kluczowym jest udowodnienie przed sądem przez przedsiębiorcę (zarówno w sporze cywilnym jak i karnym), iż podjął on, przy zachowaniu należytej staranności, działania mające na celu utrzymanie informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa w poufności. Ciężar dowodu w tym względzie spoczywa na przedsiębiorcy. Praktyka pokazuje jednak, iż wielu pokrzywdzonych przedsiębiorców nie sprostało wymogom dowodowym. Nie potrafili oni udowodnić przed sądem, że były pracownik lub zleceniobiorca wykorzystał informacje poufne dla własnych lub/i cudzych celów, co kończyło się wyrokami uniewinniającymi.

Dla każdego typu organizacji podstawowym i uniwersalnym działaniem jest przyjęcie adekwatnego regulaminu ochrony informacji poufnych, który normować powinien takie kwestie jak np. zasady dostępu pracowników do informacji, zasady korzystania z służbowych i prywatnych urządzeń elektronicznych, zasady ochrony dokumentów i nośników danych zawierających tajemnicę przedsiębiorstwa. Nawet najlepiej napisane procedury lub regulaminy na nic się jednak nie zdadzą jeśli dana organizacja nie przeprowadzi odpowiednich szkoleń oraz nie będzie dbała o dawanie pracownikom dobrego przykładu płynącego „z góry”. Regulacje wewnętrzne, szkolenia i odpowiednia kultura organizacyjna są elementami kluczowymi dla formalnego wykazania, iż przedsiębiorca dochował należytej staranności w ochronie informacji poufnych. Czy to jednak wystarczy, aby wygrać proces w sądzie o naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa?

Weźmy za przykład przedsiębiorstwo, z którego odchodzi jeden z kluczowych pracowników działu handlowego. Przedsiębiorca nie zawarł z nim umowy o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy, nie chciał bowiem generować dodatkowych kosztów. Sądził, iż wystarczy zawarcie z pracownikiem umowy o zachowaniu poufności (NDA), w której określono, że pracownik ma obowiązek zachowania w poufności informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa przez okres 10 lat po ustaniu stosunku pracy. Po miesiącu od zwolnienia okazało się, że ów były pracownik założył konkurencyjną działalności i skierował ofertę do klientów obsługiwanych dotychczas przez byłego pracodawcę. W efekcie doszło do sytuacji, w której były pracownik przejął 80% klientów byłego pracodawcy, łącznie z tymi, których nigdy bezpośrednio nie obsługiwał, oferując produkty za niższą cenę lub zapewniając lepsze warunki transakcji. Przykładowy przedsiębiorca podejrzewa, iż były pracownik bezprawnie pozyskał jego bazę klientów, w której znajdowały się informacje o dostawcy produktu, cenie sprzedażowej, marży oraz szczegółowe dane dotyczące warunków umowy z klientem. Przedsiębiorca kieruje zawiadomienie o przestępstwie do prokuratury w związku z podejrzeniem karalnego wykorzystania przez byłego pracownika w jego własnej działalności informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa byłego pracodawcy. Prokuratura umarza postępowanie wobec braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa, tłumacząc swą decyzję brakiem dowodu na pozyskanie przez pracownika bazy klientów przedsiębiorcy, wobec czego brak jest podstaw do twierdzenia, iż pracownik posiłkował się zbiorem danych przedsiębiorcy przy konstruowaniu ofert konkurencyjnych kierowanych do klientów przedsiębiorcy.

Powyższy przykład opisuje często występującą w realiach biznesowych sytuację, w której przedsiębiorca czuje się pokrzywdzony, ale poza podejrzeniem brak jest twardych dowodów przestępstwa. Jakie działania należy podjąć, aby właściwie zabezpieczyć dane poufne, a jeśli już dojdzie do wycieku jak udowodnić, iż doszło do przestępstwa?

Zanim zaczniemy snuć jakiekolwiek podejrzenia względem naszych pracowników, należy mieć pewność, że w naszej organizacji wdrożyliśmy wszystkie możliwe mechanizmy, które umożliwią przeprowadzenie wewnętrznego śledztwa w oparciu o konkretne dowody.

Elementarną kwestią jest rezygnacja z popularnego w wielu przedsiębiorstwach podejścia „Bring your own device”, które jest wygodne dla pracodawców, jednak odbija im się mocną czkawką w momencie, gdy staje się konieczna analiza telefonu, czy komputera pracownika – jest ona najprościej rzecz ujmując niemożliwa do przeprowadzenia, gdyż to nie pracodawca, a pracownik jest właścicielem sprzętu. Mało więc prawdopodobne, że ów pracownik dobrowolnie przekaże nam swój sprzęt tym bardziej, że może mieć coś na sumieniu.

Kolejną bardzo ważną kwestią jest wdrożenie w organizacji rozwiązań systemowych, które na co dzień pomogą nam chronić firmowe zasoby, śledzić ruch plików, czy zapanować nad urządzeniami przenośnymi.

Jednym z takich rozwiązań przydatnym nie tylko w walce z nieuczciwymi pracownikami, ale zapewniającym szeroko pojęte bezpieczeństwo danych jest wdrożenie w firmie usługi Security Operations Center (SOC).

Rozwiązanie to jest pomocne w monitorowaniu bezpieczeństwa całej naszej organizacji, chroni nas przed atakami hakerów, wirusów, trojanów, niechcianym szyfrowaniem itp. Jedną z jego wielu zalet jest również monitoring aktywności pracowników – weryfikacja jakimi plikami się „interesują”, ile razy dany dokument otwierali, drukowali, kopiowali. Mając wdrożone takie rozwiązanie możemy dokładnie prześledzić ruch plików w naszej organizacji i ograniczyć dostęp osobom, które mieć do nich wglądu nie powinny. Zgodzimy się zapewne, że często w firmie wszyscy pracownicy mają dostęp do wszystkich danych, nie jest to absolutnie praktyka godna pochwały. Inną odrębną kwestią jest szyfrowanie cennych zasobów, szyfrowanie wiadomości, czy tez autoryzacja tylko konkretnych, zatwierdzonych przez nas dysków przenośnych, która pozwoli nam ograniczyć niekontrolowane „wynoszenie” danych, uchroni także przed ewentualnym zgubieniem, czy kradzieżą firmowych zasobów.

Gdy już dojdzie do wycieku danych, istotne jest również, by móc jak po nitce do kłębka dojść do miejsca, z którego dane te wyciekły, niejako odtwarzając wszystkie te punkty i kroki które były wykorzystane przez cyberprzestępców. Możliwość takiej analizy daje nam wspomniany wcześniej SOC.

Pamiętajmy również, o jednej prostej zasadzie, która może znacznie przyspieszyć nasze wewnętrzne śledztwo, gdy będziemy chcieli sprawdzić kontakty, korespondencję, czy też inne aktywności byłych pracowników. Wykonujmy kopie binarne dysków twardych, róbmy kopie telefonów w momencie, gdy pracownik oddaje nam firmowy sprzęt, tj. najczęściej w ostatnim dniu jego pracy. Zazwyczaj dzieje się tak, że sprzęt byłego pracownika, nieraz jeszcze tego samego dnia zostaje przekazany do użytku innemu pracownikowi, który nieświadomie, ale za to bardzo skutecznie zatrze wszelkie aktywności swojego poprzednika. Posiadanie kopii da nam pewność, że gdy pojawią się wątpliwości będziemy mieli konkretne źródło, w którym będziemy mogli ewentualnie znaleźć potwierdzenie naszych przypuszczeń. Na taką usługę również możemy liczyć w ramach Security Operations Center.

Niestety nie można wymagać, aby każdy pracownik posiadał wystarczającą wiedzę z zakresu ataku i obrony przed cyberprzestępcami. Szkolenie pracowników z metod jakimi posługują się cyberprzestępcy jest nieodłącznym elementem podwyższania poziomu bezpieczeństwa całej organizacji. Jednak doświadczenie pokazuje, że pracownicy nie dbają o bezpieczeństwo swojego miejsca pracy. Skupiają się na wykonywaniu obowiązków, nie bacząc na niebezpieczeństwa jakie niesie ze sobą „klikanie w każdy podesłany link”, otwieranie zdjęć przesyłanych przez „znajomych”. W tym przypadku lekiem znowu jest usługa SOC, która bierze na siebie monitorowanie działań użytkownika i reakcji na jego niepożądane (często nieświadome) działanie.

Warto, aby każdy przedsiębiorca przyjrzał się uważnie panującym u siebie zasadom ochrony informacji stanowiących tajemnicę przedsiębiorstwa i zastosował opisane w niniejszym artykule dobre praktyki.

Autorzy:

  1. Adwokat Dawid Rasiński, partner zarządzający w Kancelarii Karbowski Rasiński & Partners;
  2. Maciej Karmoliński, Dyrektor Operacyjny ForSec Sp. z o.o.

Polki o swoim ciele

Czy współczesne Polki akceptują swoje ciało? W jaki sposób dbają o swoje dobre samopoczucie? Czy porównują się z innymi kobietami? Na to i inne pytania z obszaru dbania o siebie, urody i samoakceptacji odpowiedzieliśmy w dniu wczorajszym, w ostatnim z cyklu webinarów „Siła Kobiet. Jakie są współczesne Polki?”.

Na podstawie wyników badania „Siła Kobiet”, które we współpracy z ambasadorkami, ekspertami i internautkami zrealizowała agencja badawcza Mobile Institute.

Relacja z ciałem lepsza z wiekiem

Niestety, aż 48% Polek deklaruje, że nie lubi swojego ciała. Dotyczy to przede wszystkim młodych dziewczyn, dojrzałe kobiety “po czterdziestce” znacznie częściej akceptują swoje ciało i wręcz je lubią, także wyraźnie widać, że wraz z wiekiem poziom samoakceptacji rośnie. Zdecydowanie bardziej krytyczne wobec siebie są mieszkanki wsi oraz małych miejscowości – wśród Polek mieszkających na wsiach aż 70% wskazało, że nie lubi swojego ciała. Dość pozytywnym wynikiem jest fakt, że dokładnie jedna trzecia kobiet ocenia swoją relację z ciałem jako „pełną wdzięczności i szacunku”. Z drugiej strony, co 4.  określa ją jako „wymagającą i surową”, a kolejne 22% jako „krytykującą i oceniającą”.

Czy media mają wpływ na nasz obraz w lustrze?

Wydaje się, że media – szczególnie społecznościowe – „atakują” nas obrazami idealnych kobiet – szczupłych, zadbanych i do tego niewiarygodnie aktywnych. Badane kobiety zgadzają się z tą opinią. Aż 56% Polek jest zdania, że media mają wpływ na to, jak kobiety postrzegają swoje ciało. Również 55% uważa, że narzucają one kanon kobiecego piękna. Potwierdza to aż 70% dojrzałych internautek, a także 60% najmłodszych badanych dziewczyn (z Pokolenia Z). Bardzo silnie wpływ mediów odczuwają też mieszkanki średnich i dużych, ale nie największych miast, zachodnich województw oraz najlepiej zarabiające Polki. One najczęściej odbierają przekaz mediów jako narzucający pewne konkretne wzorce. Może to mieć niebagatelne efekty, ponieważ już w badaniu z 2018 roku dotyczącym FOMO (fear of missing out), czyli lęku przed pominięciem w związku z odłączeniem od Internetu, 48% badanych przyznało, że social media mają wpływ na ich samoocenę. Z drugiej strony, prawie połowa kobiet nie dostrzega wpływu mediów na kwestie postrzegania ciała, co może być efektem tego, że w ostatnim czasie pojawia się jednak coraz więcej kampanii i treści propagujących naturalne kształty i naturalność w ogóle.

My & one

44% badanych Polek twierdzi, że nigdy nie porównuje się z innymi kobietami, 14% natomiast robi to codziennie i przy każdej okazji. Im starsza kobieta, tym rzadziej porównuje się do innych. Rzadziej z innymi kobietami porównują się też mieszkanki wsi i mniejszych miast. Ciekawym jest, że status kobiety („w związku”, „singielka”, czy „to skomplikowane”) nie ma wpływu na siłę tego zjawiska. Widać natomiast wyraźny związek pomiędzy zamożnością, a porównywaniem się – im zasobniejszy portfel, tym Polki robią to rzadziej. A jak jest z wyróżnianiem się? 58% Polek uważa, że nie warto wyróżniać się na tle innych, np. wyglądem lub zachowaniem. Jedynie 13% wskazuje, że zdecydowanie warto być widoczną i unikalną, potocznie mówiąc „rzucać się w oczy”. Najchętniej wyróżnią się z tłumu mieszkanki miast największych i takich, gdzie liczba mieszkańców znajduje się w przedziale 100-200 tys. (ponad 60%) oraz 50-100 tys. (44%).

Czy i jak o siebie dbamy?

Aż 71% badanych internautek wykonuje chociaż jedną czynność, która ma na celu zadbanie o wygląd oraz dobre samopoczucie. W ramach takich aktywności Polki najczęściej piją dużo wody oraz korzystają z kosmetyków. Popularnymi sposobami są także dbanie o odpowiednią ilość snu oraz uprawianie sportu, który jednak jest strategią znacznie częstszą u młodszych badanych. Najwięcej z nich stawia na fitness i bieganie. Patrząc zaś na liczbę i różnorodność aktywności prozdrowotnych, liderkami są dziewczyny dojrzałe – z pokolenia X i Silver Power. Ważne jest również to, że Polki dbają o siebie przede wszystkim dla samych siebie – swojego dobrego samopoczucia. To jest najważniejsza przyczyna, wskazywana przez 28% badanych kobiet. Z drugiej strony, często wskazują także, że nie chcą odstawać od innych kobiet, czyli porównują się z innymi. Co 4. motywuje się otoczeniem – tym, co pomyśli partner lub generalnie opinią innych. W sumie te “zewnętrzne” motywatory stanowią aż 50% wskazań. Własne dobre samopoczucie najczęściej motywuje kobiety ze skrajnych pokoleń – Z (43%) i Silver Power (36%).

Raport „Siła Kobiet” powstał na podstawie szeroko zakrojonego badania, w którym zebrano opinie ponad 1600 internautów, z czego ponad 1000 stanowiły kobiety. W ramach badania zostało zadanych ponad 170 różnorodnych pytań. Przy tworzeniu kwestionariusza badawczego oraz analizie wyników brały udział ambasadorki projektu i eksperci. Pytania do badania zgłosiły również w ramach akcji #kobietypytająkobiety internautki. Raport jest dostępny do pobrania na stronie: https://mobileinstitute.eu/kobiety

Nowy cyfrowy świat

Wojciech Jakóbik: Jak technologia wpływa obecnie na stosunki międzynarodowe? Jakie ma znaczenie dla pozycji Polski?

Izabela Albrycht, prezes Instytutu Kościuszki: Nowe przełomowe technologie, z których gros jest technologiami cyfrowymi, to dziś najważniejsze narzędzia państw do tego, aby budować silną pozycję na arenie międzynarodowej. Dzieje się tak dlatego, że rozwój i implementacja takich technologii jak sztuczna inteligencja, zaawansowana analiza danych, komputery kwantowe czy broń hipersoniczna zmienią świat i krajobraz bezpieczeństwa, a w związku z tym będą kluczowe w kształtowaniu potęgi państw. Coraz bardziej widać, że państwa mają ambicje, aby stać się technologicznymi pionierami. Od kilku lat obserwujemy ich działania zmierzające do rozwoju innowacji, zwiększenia krajowej produkcji w sektorze ICT oraz budowy autonomii w zakresie kluczowych technologii. Kraje opracowują swoje strategie w tym obszarze, tworzą agencje zajmujące się rozwojem technologicznych innowacji, wspierają rozwój cyfrowego kapitału ludzkiego, a także podejmują wiele innych kroków. Liderami w tym wyścigu są USA i Chiny, ale widzimy wzmożoną aktywność także w innych państwach i organizacjach międzynarodowych. Tak zwana geopolityczna Komisja Europejska zwraca uwagę na potrzebę budowania strategicznej autonomii przy wsparciu suwerenności technologicznej. Dwadzieścia procent z funduszu odbudowy gospodarki po COVID-19 ma być wykorzystane na rozwój cyfrowy.

W.J.: Dlaczego technologia 5G budzi tyle emocji, skoro – upraszczając – jest to szybki Internet?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: To jest niepoprawne uproszczenie, z niewiadomych względów wciąż rozprzestrzeniające się w debacie publicznej. Oprócz większej prędkość transferu danych 5G oferuje również m.in. znaczne ograniczenie opóźnień i zwiększenie maksymalnej liczby urządzeń podłączonych do sieci. Jednak przede wszystkim należy zauważyć, że przewagi sieci 5G względem sieci wcześniejszych generacji są szczególnie ważne, jeśli myślimy o jej zastosowaniu w strategicznych sektorach gospodarki czy domenie militarnej. Choć NATO wskazywało już wcześniej na konieczność zapewnienia bezpieczeństwa sieci telekomunikacyjnych, w tym w ramach tzw. cywilnej gotowości Sojuszu, to aktualne zainteresowanie tym tematem w związku z rozwojem sieci 5G jest znacznie większe. Myślę, że dobrą ilustracją jest niedawne spotkanie zastępcy sekretarza generalnego NATO Mircea Geoana z podsekretarzem stanu USA Keithem Krachem. Na koncie Twitter tego ostatniego pojawiły się informacje, że możemy zmierzać w kierunku tzw. „Clean NATO Network”. Władze USA podkreślają obawy o dostęp do wielkich zbiorów danych właśnie w związku z budową sieci 5G, która będzie atrakcyjnym celem dla przestępców i zagranicznych adwersarzy. Wskazują tym samym na potrzebę budowy bezpiecznej, odpornej infrastruktury cyfrowej z komponentami dostarczanymi przez zaufanych dostawców (Clean Network). Kwestia bezpieczeństwa sieci 5G dotyczy bowiem nie tylko niezawodności sieci dla funkcjonowania korzystającej z niej infrastruktury kraju czy podłączonych urządzeń, ale także dla zachowania integralności i bezpieczeństwa danych nią przesyłanych. Ilość cyfrowych danych, które stają się najważniejszym zasobem współczesnego świata dynamicznie rośnie, a ich zastosowanie ma również wymiar geopolityczny. Poświęciłam temu tematowi rozdział w naszym najnowszym raporcie o geopolityce nowych cyfrowych technologii, więc ograniczę się teraz tylko do zwrócenia uwagi na użycie danych w kontekście przekształcania ich w wysokiej jakości informacje i wiedzę, które następnie znajdują zastosowanie w sferze publicznej, działaniach informacyjnych, procesach decyzyjnych czy operacjach militarnych. Tym samym są one generatorem różnego rodzaju wartości, czy źródłem budowania potęgi gospodarczej oraz informacyjnej – niosą bowiem wiedzę o działaniach, zachowaniach czy preferencjach, a także rozwoju technologii sztucznej inteligencji, która ma krytyczne znaczenie dla przyszłości świata. Podsumowując, globalna konkurencja o dane odbywa się na wielu płaszczyznach technologicznych, w tym internetowej infrastrukturze do transmisji danych.

W.J.: Jak cyfryzacja świata wpływa na realia funkcjonowania NATO w relacji z partnerami i wobec zagrożeń międzynarodowych?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: Na szczycie NATO w Londynie w 2019 r. podjęte zostały bardzo ważne instytucjonalne kroki w tym zakresie. Po pierwsze zapadła polityczna decyzja o tym, że nowe i przełomowe technologie są absolutnie kluczowe dla utrzymania technologicznej i obronnej przewagi Sojuszu względem rywali i adwersarzy. W związku z tym konieczne jest wspólne podejście do tej kwestii i jej zrozumienie. Po drugie, podjęto też wiele bardziej szczegółowych ustaleń, w tym decyzję aby umiejscowić w strukturze NATO wiedzę i odpowiedzialność za tematy technologiczne. W ramach Sojuszu powołana została m.in. Rada Innowacji NATO (NATO Innovation Board), a także grupa doradcza składająca się z 12 ekspertów, której mam zaszczyt być członkiem. Wskazano także siedem pierwszych obszarów technologicznych, którymi zajmie się Sojusz, a do końca roku ma zostać ukończona spójna strategia wdrażania nowych i przełomowych technologii.

W.J.: Czy wojna w cyberprzestrzeni zastępuje skutecznie konflikt konwencjonalny, a może go zapowiada?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: To element wojny hybrydowej, której rozwój obserwujemy i która coraz częściej plasuje konflikt w szarej strefie, czyli trudnej do udowodnienia naszym adwersarzom wrogiej wobec nas aktywności. Spodziewam się, że przenikanie się konfliktu konwencjonalnego z niekonwencjonalnym utrzyma się przez lata, z tym, że ten niekonwencjonalny zyska na znaczeniu, zaawansowaniu i wyrafinowaniu. Te cyfrowe zaburzenia w cyberprzestrzeni będą, jak sądzę, zwiastowały konflikty zbrojne i będą coraz ważniejszym elementem działań wojennych.

W.J.: Czy cyberbezpieczeństwo Polski jest obecnie na odpowiednim poziomie? Czy artykuł piąty będzie nas chronił przed hakerami z innych krajów?

I.A., prezes Instytutu Kościuszki: Budowanie systemu cyberbezpieczeństwa kraju to proces ciągły. Na przestrzeni ostatnich lat wiele w tym zakresie osiągnęliśmy, także dlatego, że spiritus movens zmian była Unia Europejska z dyrektywą NIS czy też NATO z Cyber Defence Pledge, a także uznanie na szczycie Sojuszu w Warszawie w 2016 r. cyberprzestrzeni jako osobnej domeny działań zbrojnych. Artykuł piąty nie ochroni nas oczywiście w sensie dosłownym, dlatego musimy samodzielnie budować odporność infrastruktury naszego kraju, rozwijać krajowy sektor produktów i usług dla cyberbezpieczeństwa, tworzyć instytucje oraz struktury, w tym sektorowe CERTy i SOCi, a także dalej rozbudowywać polską cyberarmię. Artykuł piąty może natomiast mieć siłę odstraszania, bo rzeczywiście tak jest, że może zostać uruchomiony w sytuacji, kiedy dany kraj członkowski lub grupa krajów padnie ofiarą cyberataku. Osobną kwestią jest rzecz jasna atrybucja tego ataku do konkretnego państwowego aktora i forma odpowiedzi na atak. Zdolności w zakresie atrybucji to zresztą element, który należy rozwijać także w Polsce, wzmacniając nasz system cyberbezpieczeństwa. Co wypada w tym miejscu podkreślić, to także fakt, że najlepszą siłę odstraszania ma rozbudowany cyfrowy arsenał ofensywny. W tym momencie członkowie Sojuszu zaczęli go indywidualnie rozwijać, a szereg z nich zdecydowało się użyczać go na potrzeby działań NATO w sytuacji zagrożenia. Polska także musi podjąć w tym zakresie kroki, bo nie można wykluczyć, że cyberprzestrzeń, mimo zastosowania do niej obowiązującego prawa międzynarodowego, wciąż na lata pozostanie „Dzikim Zachodem”, w niewystarczającym stopniu uregulowanym i przewidywalnym. Myśląc o przyszłości cyberprzestrzeni musimy jednak także dążyć do tego, aby nie doprowadzić do jej zmilitaryzowania, bo jest to przede wszystkim przecież przestrzeń, która na co dzień służy aktywności cywilnej każdego z nas.

Izabela Albrycht – prezes Instytutu Kościuszki i szefowa Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC. Członek Rady do Spraw Cyfryzacji i Grupy Doradczej NATO ds. nowych technologii, a także członek Zarządu DIGITALEUROPE, gdzie jest wspólną reprezentantką Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji (PIIT), Związku Cyfrowa Polska (ZIPSEE Digital Poland) oraz Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEIT).

Rada Przedsiębiorczości krytykuje konfiskatę mienia przed wyrokiem sądu

W związku z ponowną deklaracją o prowadzonych w rządzie pracach nad ustawą wprowadzającą konfiskatę prewencyjną, przedsiębiorcy skupieni w Radzie Przedsiębiorczości wyrażają stanowczy sprzeciw wobec zamierzeń wprowadzenia do polskiego system prawnego możliwości stosowania takiego rozwiązania, które oznaczałoby przepadek mienia bez prawomocnego wyroku sądu, a tylko na podstawie podejrzeń.

Szczególnie groźny dla stabilnego rozwoju gospodarczego jest zamiar dopuszczenia konfiskaty mienia osób i przedsiębiorstw bez związku z popełnieniem ciężkiego przestępstwa. Projektowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązania rodzą nieznane w państwie prawa niebezpieczeństwo dla wszystkich, który podejmują trud i ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej.

Podejmowanie tak niebezpiecznych inicjatyw w dobie pogłębiającego się kryzysu gospodarczego, który skutkuje często przerwaniem dotychczasowej sieci współpracy gospodarczej, dodatkowo tylko pogorszy warunki wykonywania działalności gospodarczej i zatrudnienia w Polsce. Zwłaszcza dzisiaj rząd powinien dbać o bezpieczeństwo prawne biznesu, aby choć w części złagodzić ogromne wyznawania gospodarcze, przed jakimi stoją polscy przedsiębiorcy. Nawet jeżeli intencje projektodawców są godne uwzględnienia, to nie wolno wprowadzać rozwiązań, które przerzucą obowiązek wykazywania pochodzenia majątku z organów ścigania na przedsiębiorców.

Jednym z milowych kroków ostatnich lat było wyraźne zadeklarowanie w Konstytucji Biznesu zaufania do przedsiębiorcy. Konfiskata prewencyjna to nic innego jak deklaracja już nie tylko całkowitego braku zaufania, ale wręcz przyzwolenie na bezkarne godzenie w dobre imię tysięcy uczciwych przedsiębiorców. Budowana latami reputacja może bardzo szybko lec w gruzach, a jej odbudowa może być już niemożliwa. Wiarygodność zapewnień o dążeniu do polepszenia otoczenia prowadzenia przedsiębiorstw można budować tylko na spójności czynów i słów. Projekt przepisów o konfiskacie prewencyjnej to jednoznaczna zapowiedź pogorszenia warunków prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce.

Wzywamy zatem do zaprzestania prac nad przepisami o tzw. konfiskacie prewencyjnej w obecnym kształcie.

Polska krajem z najwyższym na świecie poziomem niepokoju wywołanego pandemią

O 30 pp. wzrósł w ciągu miesiąca poziom obaw Polaków wywołanych przez pandemię koronawirusa. Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju wynosi nad Wisłą 34 proc. i jest najwyższy na świecie. Najnowsza edycja badania firmy doradczej Deloitte Global State of the Consumer Tracker pokazuje, że ogólny poziom lęku przełożył się na niemal wszystkie przyzwyczajenia i zachowania konsumentów w Polsce. Aż 46 proc. z nas deklaruje, że kupuje na zapas. To najwyższy wynik dla Polski w historii badania i ponownie najwyższy w Europie.

„Global State of the Consumer Tracker” to prowadzone cyklicznie przez Deloitte badanie reakcji i obaw konsumentów związanych z pandemią koronawirusa. Najnowsza ankieta przeprowadzona na przełomie października i listopada jest dwunastą na świecie i dziewiątą dla Polski. Oprócz Polaków na pytania firmy doradczej odpowiadało po tysiąc osób z: Australii, Kanady, Chin, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Włoch, Japonii, Meksyku, Holandii, Korei Południowej, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Chile, RPA. W sumie Deloitte przeprowadził badanie w 18 krajach świata.

Największy lęk na świecie

Opracowany przez Deloitte indeks niepokoju to różnica netto między osobami, które zgodziły się ze zdaniem „Jestem bardziej zaniepokojony niż tydzień temu” oraz tymi, które zaprzeczyły. W najnowszej fali badania firmy doradczej Deloitte indeks ten osiągnął nad Wisłą poziom 34 proc., co oznacza wzrost w ciągu miesiąca aż o 30 pp.

To najwyższy wynik wśród wszystkich badanych krajów. Nigdy wcześniej też żaden kraj europejski nie deklarował tak wysokiego poziomu obaw. Z pewnością wpływ na to ma między innymi liczba zakażeń, która codziennie przekracza 20 tys. osób. Pod względem poziomu niepokoju Polska o 3 pp. wyprzedziła nawet Indie, które dotąd właściwie w każdej fali badania wykazywały najwyższy poziom obaw. Na trzecim miejscu są Włochy, prawie jedna czwarta mieszkańców tego kraju deklaruje, że ich poziom obaw wzrósł w ciągu ostatniego tygodnia – mówi Michał Tokarski, Partner, lider sektora dóbr konsumenckich w Polsce, Deloitte.

Najwięcej osób, które zgadzają się ze stwierdzeniem, że są bardziej zaniepokojone niż tydzień temu jest wśród osób w wieku 55+ – aż 64 proc. Nieco mniej (61 proc.) jest ich natomiast wśród ludzi młodych, między 18 a 34 rokiem życia. Poziom obaw różni się także w zależności od wysokości zarobków. Najwięcej osób, które deklarują wzrost niepokoju jest wśród konsumentów o wysokich dochodach – 66 proc. Wśród osób o średnich i niskich zarobkach wzrost niepokoju deklaruje po 63 proc. ankietowanych.

Pod względem niepokoju, Polska wyprzedziła nawet Indie (31 proc.), które dotąd właściwie w każdej fali badania wykazywały najwyższy poziom obaw. Na trzecim miejscu są Włochy (24 proc.). Państwami, których obywatele obawiają się najmniej są Chiny i Japonia (po -19 proc.).

Eksperci zwracają uwagę, że w historii badania nie zdarzył się dotąd tak duży skok poziomu obaw. Również o 30 pp. wzrósł w ciągu miesiąca indeks niepokoju w Niemczech i wynosi obecnie -12 proc. Tym samym kraj ten przestał być tym, który notuje najniższy globalnie poziom obaw, choć dalej to właśnie Niemcy są najmniej zaniepokojoną nacją w Europie. Dużą różnicę od początku października odnotowały także Włochy (+26 pp.), które są drugim europejskim krajem z najwyższym poziomem niepokoju (24 proc.), a także Francja (+19 pp.), która jest na trzecim miejscu (22 proc.).

Zmiany w zachowaniach

Rekordowy nad Wisłą indeks niepokoju znajduje odzwierciedlenie w nastrojach dotyczących zdrowia własnego i najbliższych osób. Od ostatniego badania o 4 pp. przybyło konsumentów, którzy niepokoją się o swoje zdrowie ( 66 proc.). Jesteśmy pod tym względem na drugim miejscu w Europie za Hiszpanią (75 proc.). Na świecie najwięcej osób niepokojących się o własną kondycję jest w Chinach (84 proc.).

Jeszcze więcej, bo o 5 pp. przybyło tych, którzy obawiają się o zdrowie bliskich osób. To powód do zmartwień dla 82 proc. badanych i najwyższy wynik w Europie. Także tu globalnie wyprzedzają nas Chiny, choć niewiele, bo o 1 pp. Zarówno w przypadku pytań o zdrowie własne, jak i bliskich osób liczba zaniepokojonych Polaków rośnie systematycznie od końca sierpnia i w najnowszej edycji naszego badania osiągnęła najwyższe wyniki od chwili dołączenia do niego Polski – mówi Krzysztof Wilk, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, lider praktyki Life Sciences & Health Care, Deloitte.

Ogólny wzrost niepokoju w kraju przełożył się także na wiele zachowań polskich konsumentów. Po nieznacznym wzroście w ostatnim badaniu, do 39 proc., a więc aż o 12 pp. spadła liczba Polaków, którzy czują się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Podczas kiedy badanie przeprowadzone na przełomie września i października pokazało nieznaczne zmniejszenie (-3 pp.) liczby konsumentów, którzy czują się komfortowo w barach i restauracjach, najnowsza ankieta pokazuje spadek aż o 11 pp. (30 proc.). Trzeba jednak zaznaczyć, że lokale gastronomiczne od 24 października mogą serwować jedzenie jedynie na wynos. Tylko nieco ponad jedna czwarta z nas czuje się dziś bezpiecznie podczas pobytu w hotelu (-8 pp.), a jedynie 16 proc. konsumentów deklaruje, że nie ma obaw przed udziałem w meczach, koncertach czy innych wydarzeniach, które gromadzą tłumy (-7 pp.). O 5 pp. mniej jest też osób, które bez obaw korzystają z indywidulanych usług jak wizyta u dentysty czy fryzjera (34 proc.). O 4 pp. ubyło natomiast konsumentów, którzy bezpiecznie czują się na pokładzie samolotów (21 proc.).

Straszy widmo utraty pracy

Najnowsza edycja badania pokazuje znaczny, bo aż o 14 pp. wzrost obaw przed podróżami komunikacją miejską. W najbliższych dniach aż 58 proc. respondentów planuje ograniczyć korzystanie z tego środka transportu. Może być to odzwierciedleniem ostatnich zaleceń rządu dotyczących promowania w firmach zdalnej formy pracy.

Sami konsumenci też coraz ostrożniej podchodzą do powrotu do pracy stacjonarnej. Obawy przed powrotem do biura ma aż 36 proc. zapytanych, czyli 9 pp. więcej niż miesiąc temu i najwięcej od startu badania nad Wisłą. Od pierwszej połowy lipca, kiedy poziom obaw związanych z pracą stacjonarną był najniższy to wzrost aż o 14 pp. – mówi John Guziak, Partner, lider ds. Kapitału Ludzkiego w Deloitte Polska.

Ekspert dodaje, że od lipca rośnie także liczba Polaków, którzy obawiają się utraty pracy. Dziś to powód do zmartwień dla ponad połowy konsumentów, który pogłębia się z każdym tygodniem i ryzykiem wprowadzenia w Polsce pełnego lockdownu, co w przypadku wielu osób będzie się wiązało z utratą zatrudnienia.

Znów robimy zapasy

W obliczu dużych zmian i zwiększonych obaw polskich konsumentów, nieporównanie mniejszy niepokój widać w przypadku pytań o finanse. Podobnie jak miesiąc temu 13 proc. respondentów jest spokojnych o spłatę swojego zadłużenia kredytowego. Tylko o 1 pp. wzrósł odsetek tych, dla których może to być problem (63 proc.). Dwie trzecie ankietowanych obawia się natomiast o stan swoich oszczędności.

Choć to oczywiście sporo, od ostatniej fali badania to wzrost jedynie o 1 pp. O 2 pp., z 14 do 12 proc., spadła natomiast liczba respondentów, którzy są spokojni o swoje oszczędności. Większe różnice widać w podejściu Polaków do robienia zakupów. Wzrosła liczba tych z nas, którzy uważają, że to nienajlepszy czas na duże wydatki – mówi Przemysław Szczygielski, Partner, lider branży Usług Finansowych w Polsce, Deloitte.

Ekspert zauważa, że jedna trzecia z nas obawia się o uregulowanie przyszłych płatności, a 40 proc. deklaruje, że odkłada na później większe zakupy.

Pandemia i związany z nią duży wzrost niepokoju w ostatnich tygodniach, zweryfikowały nasze podejście nie tylko do dużych zakupów. Z najnowszej edycji badania Deloitte wynika, że Polacy wrócili do kupowania na zapas. Aż 45 proc. konsumentów nad Wisłą, a więc najwięcej w Europie, deklaruje, że kupują więcej, niż są w stanie zużyć na bieżąco. To wzrost w ciągu miesiąca o 9 pp. i wynik przewyższający nawet ten historycznie najwyższy z pierwszej połowy czerwca, kiedy odpowiedziało tak 44 proc. konsumentów. Na świecie częściej od nas kupują na zapas Hindusi (67 proc.) i Chińczycy (61 proc.).

Nieznacznie wzrosła (2 pp.) w ciągu miesiąca liczba polskich konsumentów, którzy, pytani o tzw. trend convenience gotowi są więcej zapłacić za wygodę, jak na przykład dostarczenie zakupów do domu (31 proc.).

Najnowsza edycja naszego badania pokazuje, że oszczędności co prawda są dla nas ważne, i coraz ważniejsze w obliczu możliwych kłopotów z zatrudnieniem, jednak na pierwszym miejscu znajdują się zdrowie i bezpieczeństwo. Za główny powód gotowości do wydawania więcej na wygodę aż 71 proc. ankietowanych podawało właśnie troskę o zdrowie. Dla porównania w badaniu sprzed miesiąca, był to powód dla 61 proc. zapytanych – mówi Michał Tokarski.

W dalszym ciągu maleje liczba osób, które polują na okazje (44 proc.). Na świecie najczęściej Chińczycy (61 proc.), a w Europie Niemcy (49 proc.) odpowiadają, że jeśli trafią na atrakcyjną cenę, są gotowi kupić rzecz, której kupna nie planowali.

Weto unijnego budżetu pogorszy wizerunek naszego kraju, zaszkodzi przedsiębiorcom i finansom publicznym

Polska wetując budżet UE może stracić nawet 27,8 mld euro w formie grantów. Nie będzie też mogła zaciągnąć preferencyjnych pożyczek na kwotę 32 mld euro. Nie trafią do nas również pieniądze na żadne nowe projekty w polityce spójności – wynika z wyliczeń Konfederacji Lewiatan.

W poniedziałek Polska i Węgry nie zgodziły się na pakiet finansowy, który obejmuje prawie 1,1 bln euro w nowym budżecie UE na lata 2021-2027 i 750 mld euro w funduszu odbudowy gospodarki po pandemii. Oba kraje kontestują bowiem zasadę „pieniądze za praworządność”, która pozwalałaby na zawieszenie unijnych funduszy tym krajom, które nie przestrzegają praworządności. Polsce obiecano łącznie 127,5 mld euro w dotacjach i 32 mld euro w pożyczkach. W przypadku zablokowania funduszu odbudowy gospodarki możemy stracić 27,8 mld euro w formie dotacji.

Sprzeciw Polski i Węgier nie oznacza jeszcze ostatecznego weta. Trwa poszukiwanie kompromisu. We wtorek rozmawiali na ten temat ministrowie ds. europejskich państw UE, w czwartek planowany jest videoszczyt przywódców.

– Polska wiele ryzykuje. Może znacznie później otrzymać pieniądze na odbudowę gospodarki po pandemii, a w skrajnym przypadku nawet je utracić. Pogorszy swój i tak nadszarpnięty wizerunek w UE i wiarygodność biznesową, co nie pozostanie bez wpływu na zaufanie inwestorów do naszego kraju oraz poziom inwestycji. Ostateczne polskie weto zaszkodziłoby gospodarce, przedsiębiorcom i naszym finansom publicznym. Mam nadzieję, że rząd ma tego świadomość i siądzie do rozmów z unijnymi partnerami w poszukiwaniu kompromisu – mówi Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Warto wiedzieć, że nasze firmy, czy też jednostki naukowe mogą też korzystać z funduszy paneuropejskich programów, które nie przysługują Polsce, ale można ubiegać się o nie w ramach konkursów. Są to przede wszystkim Horyzont Europa (76 mld euro z WRF + 5 mld euro Fundusz Odbudowy) oraz InvestEU (2,8 mld euro z WRF i 5,6 mld euro z Funduszu Odbudowy). Osiągnięte ostatnio porozumienie między Radą i Parlamentem Europy zakłada m. in. dodatkowo 15 mld euro więcej na naukę, zdrowie i edukację poprzez wzmocnienie programów Horyzont Europa, EU4Health i Erasmus+. Te pieniądze też mogą być zagrożone.

Polska i Węgry z najwyższą inflacją w całej UE

Polska wreszcie jest w czymś najlepsza w Unii Europejskiej, szkoda, że jest to podnoszenie cen. Dane te mają jednak tę dobrą konsekwencję dla konsumentów, że odkładają najprawdopodobniej kwestie ujemnych stóp procentowych.

Kolejne słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane z USA na temat sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej. Mamy podobną sytuację jak w wielu regionach świata (gdzie produkcja wciąż ma się relatywnie dobrze) za to sprzedaż detaliczna nie spełnia oczekiwań. Widać to zarówno w zachowaniu analityków, którzy stawiają wyższe oczekiwania przed wzrostem produkcji, jak i w samych danych, gdzie często to produkcja przebija oczekiwania, za to sprzedaż ich nie osiąga. Rezultatem był kolejny słaby dzień dla dolara i kolejna próba zbliżenia się do poziomu dolara i 19 centów za 1 euro.

Polska z najwyższym wynikiem

Jak dobrze wiemy, nie zawsze najwyższy wynik jest najlepszy. Dobrym przykładem jest bezrobocie, ale i inflacja dobrze się wpasowuje w tę prawidłowość. Polska uzyskała wg danych Eurostatu najwyższy odczyt w całej Unii Europejskiej. Metodologia unijna nie pokrywa się dokładnie z tą prezentowaną w GUS, więc nie może dziwić inny wynik. Polska uzyskała tam 3,8%. Jest to rezultat nie tylko wyższy o 0,8% od drugich w kolejce Węgier, ale również przekracza cel inflacyjny NBP (gdyby był to wynik GUS). W takiej sytuacji należałoby rozważać podwyżkę stóp procentowych, a przynajmniej zamknąć temat ujemnych stóp. To prawdopodobnie właśnie ta reakcja odpowiada za dzisiejsze nagłe umocnienie złotego względem głównych walut.

Japonia znów prezentuje słabsze dane

Nadwyżka handlowa Japonii nagle wyskoczyła. Powodem jest spadek importu o 13,3% przy oczekiwanym spadku o 9%. Z kolei Spodziewany spadek eksportu o 4,5% w skali roku ograniczył się do spadku o 0,2%. W rezultacie nadwyżka zamiast 250 mld jenów sięgnęła 872 mld jenów. Jen od rana zyskuje na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – dane z rynku nieruchomości,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ukraińcy szukają możliwości pozostania w Polsce w czasie drugiej fali pandemii

W ostatnich miesiącach w Polsce można zaobserwować globalny trend – coraz więcej pracowników z Ukrainy stara się znaleźć podstawy prawne do pozostania w Polsce w czasie drugiej fali pandemii. Donosi o tym Centrum analityczne firmy Gremi Personal.

Pierwsza fala pandemii w marcu i panika wśród ukraińskich migrantów zarobkowych wywołana informacjami o zamknięciu ukraińsko-polskich granic doprowadziła do powrotu do ojczyzny około 200 tys. Ukraińców. Teraz trend jest odwrotny.

Pogarszająca się sytuacja gospodarcza i rosnące bezrobocie na Ukrainie motywują Ukraińców do korzystania z możliwości pozostania i dalszej pracy w Polsce dzięki ustawie o tarczy antykryzysowej. Zgodnie z nią cudzoziemcy mogą zostać w Polsce na podstawie paszportów biometrycznych w ramach ruchu bezwizowego i wiz pracowniczych, termin ważności których już ubiegł, przez 30 dni po zakończeniu pandemii.

Ponad 70 proc. pracowników Gremi Personal, którzy przybyli do Polski jeszcze przed wybuchem pandemii, pracuje nieprzerwanie od 10 miesięcy, co przekracza średni czas pobytu w Polsce ukraińskich migrantów zarobkowych.

Centrum analityczne Gremi Personal również odnotowuje większy wzrost liczby osób ubiegających się o kartę pobytu wśród Ukraińców, którzy przybyli do Polski przed pandemią, oraz tych, którzy przyjeżdżają do pracy teraz.

Centrum Analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

W sklepach będzie mniej promocji? Eksperci: Tych już ubywa, a przez drugi lockdown może być dużo gorzej

W I półroczu br. w sklepach ogólnie było o 15% mniej promocji niż rok temu. Największy spadek, bliski 80%, zaliczyły placówki z art. dziecięcymi. Na dużym minusie były też sieci ze sprzętem RTV-ADG – ponad 40%, a także hipermarkety – prawie 30%. Mniejsze redukcje przeprowadziły drogerie i apteki, cash&carry, supermarkety i convenience. Wzrosty poniżej 10% były tylko w dyskontach, sieciach typu DIY i hurtowniach. Ubiegłoroczny poziom utrzymały jedynie sklepy z art. z kategorii kultury i rozrywki. Takie wnioski płyną z raportu Centrum Analiz Grupy AdRetail, Hiper-Com Poland i UCE RESEARCH.

Z analizy ponad 2,3 mln promocji wynika, że w I półroczu tego roku sieci handlowe ogólnie zrobiły w gazetkach o 15% mniej promocji niż w analogicznym czasie 2019 roku. Jak komentuje Andrzej Wojciechowicz, w IV kwartale ub.r. sieci mogły uzgodnić z producentami podobny plan promocyjny co rok wcześniej, a nawet bogatszy. Jednak musiały ograniczyć ilość akcji ze względu na pandemię, lockdown i przeniesienie znacznej części sprzedaży do e-commerce.

– Biorąc pod uwagę wszystkie wyzwania, których jeszcze rok temu nikt w branży się nie spodziewał, ogólna redukcja na poziomie 15% wydaje się być spora. Jednak chcąc to jednoznacznie ocenić, należy przyjrzeć się z osobna sytuacji każdego kanału sprzedaży. Natomiast niewątpliwe jest to, że lockdown miał w tym duży udział – podkreśla Karol Kamiński, Przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Największe spadki odnotowały sklepy z art. dla dzieci – 79%, a także sieci oferujące RTV-ADG – 43%. Na trzecim miejscu znalazły się hipermarkety – 27%. Potem były drogerie i apteki – 14%, cash&carry – 8%, supermarkety – 7%, a także sieci convenience – 6%.

– Spadek promocji w sklepach z art. dziecięcymi wynikał z tego, że Polacy przenieśli swoje zakupy do dyskontów. Ich oferty są równie atrakcyjne co specjalistycznych sieci. Konsumenci mogą kupować produkty dla dzieci niejako przy okazji codziennych zakupów, ograniczając liczbę odwiedzanych miejsc. To w czasie pandemii ma istotne znaczenie – wyjaśnia dr Urszula Kłosiewicz-Górecka.

Konsumenci głównie skoncentrowali się na kupowaniu niezbędnych produktów, co podkreśla kolejny ekspert – dr Maria Andrzej Faliński. Redukcja zakupów w takich kategoriach, jak zabawki czy RTV-AGD, poskutkowała zawężeniem promocji. Kosztowne akcje niewiele mogły w tej sytuacji zmienić, więc zaniechano ich. Spadła też pozycja hipermarketów, oferujących bardzo szeroki asortyment, bo klienci nie byli nim zainteresowani.

– Trudna sytuacja hipermarketów była widoczna już od dłuższego czasu. Pandemia to tylko zaostrzyła. W trakcie jej trwania klienci drastycznie ograniczyli wizyty w sklepach wielkopowierzchniowych. Zwyczajnie obawiali się zakażenia wirusem. Woleli chodzić do mniejszych placówek – przypomina Karol Kamiński.

Z kolei największy przyrost zanotowały dyskonty – 9%, następnie sklepy typu DIY – 5% oraz hurtownie – 3%. W sklepach z art. z kategorii kultury i rozrywki nic się nie zmieniło. Z  kolei Yves Frerot z Hiper-Com Poland zauważa, że w okresie narodowej kwarantanny zdecydowaną przewagę uzyskały sklepy relatywnie bliskie konsumentowi. W tym wypadku prym wiodły dyskonty. Natomiast wiele słyszeliśmy o domowych remontach z racji zaistniałej sytuacji. I to mogło mieć wpływ na wyniki sieci z branży DIY.

– Warto zauważyć, że tylko 3 formaty z 11 zrobiły więcej promocji. Wzrost dyskontów na poziomie 9%, podczas gdy większość była na minusie, to dla branży niepokojące zjawisko. Sklepy dyskontowe mocno wypychają z rynku całą szeroko pojętą konkurencję. Dlatego sieci handlowe powinny wyciągnąć z tej analizy odpowiednie wnioski. Konsumenci, ze względu na niepewną sytuację na rynku, coraz bardziej oczekują rabatów, co potwierdzają już badania opinii społecznej. I dlatego sieci powinny wychodzić tym oczekiwaniom naprzeciw – przekonuje Przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Jak przewiduje dr Faliński, jeśli dojdzie do ponownego lockdownu – co jest prawdopodobne, to ograniczenie podaży i aktywności handlowej wygasi akcje promocyjne. Nie będzie popytu na inne artykuły niż te niezbędne. Zarabiać będą tylko niektóre formaty, głównie dyskontujące i same dyskonty. Przekaz promocyjny będzie bardzo wąski i podkreślający niskie ceny tylko niezbędnych produktów. Jeśli do ww. sytuacji jednak nie dojdzie, to promocje wybuchną, bo handel i produkcja będą chciały szybko odbudować rynek.

Analiza powstała na zlecenie Programu AdRetail Inspirio. Przygotowali ją eksperci z Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodowej agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH. Finalnie sprawdzono ponad 2,3 mln promocji pochodzących z gazetek wydawanych w całym I półroczu 2020 roku. Wyniki porównano z danymi z analogicznego okresu ub.r. Pod uwagę wzięto dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience, cash&carry, hurtownie, drogerie i apteki, sieci DIY, RTV-AGD, a także sklepy dziecięce oraz z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Kryzys dotknął 70% firm. Jak przedsiębiorcy radzą sobie po wielu miesiącach pandemii

70% firm w Polsce odczuwa już straty związane z pandemią. Do końca października większości z nich udawało się uniknąć zwalniania pracowników – wynika z raportu Oferteo.pl. Ponad połowa przedsiębiorców twierdzi, że wprowadzone przez rząd ograniczenia związane z Covid-19 były zbyt restrykcyjne.

Miesiące utrudnień

Pierwsze ograniczenia związane z epidemią wprowadzono w Polsce w marcu 2020 roku. Niemal całkowity lockdown trwał kilka tygodni, w których ograniczony był handel, zamknięte siłownie, punkty gastronomiczne i instytucje kultury. Kolejne etapy znoszenia ograniczeń trwały od 20 kwietnia do 6 czerwca.

W czasie wakacji większość biznesów funkcjonowała względnie normalnie. Punkty mogły być otwarte, jednak musiały spełniać warunki takie jak ograniczona liczba osób w pomieszczeniach, stosowanie maseczek i częsta dezynfekcja. Państwo uruchomiło też kilka programów, których celem było wsparcie firm najbardziej dotkniętych kryzysem.

Jesienne wzrosty zakażeń sprawiły, że ponownie zaczął wchodzić w życie scenariusz, który mieliśmy wiosną.

70% firm z gorszą sytuacją finansowąW ciągu ostatnich 6 miesięcy sytuacja finansowa w Pana firmie

W październiku 2020 roku Oferteo.pl, największy polski portal łączący poszukujących usług z ich dostawcami, przeprowadził drugą edycję badania wśród polskich przedsiębiorców. Jego celem było lepsze poznanie sytuacji, w jakiej znaleźli się właściciele firm – ich odczuć, obaw i przemyśleń po pół roku pracy w wyjątkowych warunkach.

Kluczowe były pytania o sytuację finansową i o to, jak wpłynęła na nią pandemia. 39% badanych stwierdziło, że w ostatnim czasie sytuacja finansowa ich firmy pogorszyła się, a 31% – że znacznie się pogorszyła. Dodatkowo 60% przyznało, że spadła liczba nowych klientów korzystających z ich usług.

Wśród 70% przedsiębiorców, którzy stracili na pandemii, największa część (38%) określiła swoje przychody jako 26–50% mniejsze niż w poprzednim półroczu. Co trzeci przyznał, że były one niższe nawet o połowę.

Przedsiębiorcy chętnie sięgali po pomoc finansową oferowaną przez rząd. Najczęściej było to zwolnienie z ZUS (56% z nich), mikropożyczka (51%) oraz świadczenie postojowe (27%). Często jedno przedsiębiorstwo skorzystało z więcej niż jednego programu wsparcia, natomiast aż 22% firm nie skorzystało z żadnej formy pomocy.

Zwolnienia są ostatecznościąCzy w związku z epidemią musiał Pan zwolnić pracowników

Wyniki badania pokazują, że w 81% przypadków firmom udało się jak dotąd uniknąć zwolnień pracowników. Jednak pracodawcy często rozważali taki krok, a nawet wciąż go planują. Redukcję liczby zatrudnionych przeprowadziło 19% badanych.

Co piąty przedsiębiorca zdecydował się obniżyć płace pracownikom lub zmniejszyć etaty. Co dziesiąty planuje taki krok.

Brak zleceń i klientówZ jakimi problemami Pana firma musiała się zmierzyć w trakcje pandemii

Pytani o największe problemy, z jakimi musieli się zmierzyć, przedsiębiorcy najczęściej wskazywali na zmniejszoną liczbę zleceń (63%) oraz rezygnację dotychczasowych klientów (36%). Często pojawiały się też problemy, takie jak brak środków na bieżącą działalność, a także zaburzona płynność finansowa. 17% firm miało trudność z dostosowaniem się do wymogów sanitarnych. Bardzo podobnie te obawy układały się w pierwszej edycji badania Oferteo.pl.

Największym wyzwaniem dla 60% badanych jest obecnie niepewność wynikająca z dynamicznie rozwijającej się sytuacji. Wielu odpowiadało też, że obawia się o pozyskiwanie nowych klientów (54%) oraz utrzymanie finansowej płynności (42%).

Niepotrzebne ograniczenia?Oceniając z perspektywy czasu, lockdown wprowadzony przez rząd był Pana zdaniem

Z perspektywy czasu aż 66% przedsiębiorców ocenia ograniczenia wprowadzane przez rząd jako zbyt surowe. Zaledwie co piąty badany przyznaje, że były one odpowiednie.

Po 6 miesiącach od wprowadzenia pierwszych obostrzeń ponad połowa właścicieli firm stwierdziła, że sprawy biznesowe potoczyły się gorzej, niż przewidywali jeszcze pół roku temu. U niemal 30% sytuacja wygląda tak, jak się tego spodziewali, a 20% stwierdza, że rzeczywistość okazała się nawet bardziej pozytywna niż początkowe założenia.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w październiku 2020 roku na grupie 870 przedsiębiorców.

Polscy klienci szacują, że w tym roku 62% ich interakcji z firmami odbywa się w trybie online, w porównaniu z 46% w roku 2019

Z czwartej edycji raportu State of the Connected Customer przygotowanego przez Salesforce wynika, że przedłużający się kryzys wpłynął na wszystkie aspekty naszego życia. Diametralnie zmienił się sposób interakcji klientów z przedsiębiorstwami, a kluczem do dobrych relacji między nimi stały się takie czynniki jak empatia, personalizacja, wygoda i transformacja cyfrowa. Klienci zaczynają inaczej postrzegać rolę biznesu w społeczeństwie, a coraz większy wpływ na ich decyzje zakupowe ma kapitalizm interesariuszy (ang. stakeholder capitalism).

„Niezależnie od tego, co firma sprzedaje lub komu świadczy usługi, funkcjonuje dziś w środowisku, którego jeszcze na początku roku nie była w stanie sobie wyobrazić” ― powiedział Vala Afshar, główny konsultant ds. technologii cyfrowych w firmie Salesforce. „Masowe przenoszenie się do kanałów cyfrowych to nie jedyne wyzwanie stojące przed szefami przedsiębiorstw. Muszą oni również słuchać klientów i reagować na ich oczekiwania, nie tylko oferując innowacyjne produkty i usługi, lecz także wykazując empatię i zrozumienie, a ponadto zasadniczo zmienić sposób myślenia o roli biznesu w społeczeństwie. Komunikacja z klientami w różnych punktach kontaktu (poprzez spotkania bezpośrednie, kanały cyfrowe itp.) pozwala uzyskać całościowy obraz tych interakcji i jest pierwszym krokiem na drodze do osiągnięcia odporności i wzrostu”.

Ten globalny raport został opracowany na podstawie badań, w których wzięło udział ponad 15 000 klientów indywidualnych i biznesowych z 27 krajów, w tym 650 respondentów z Polski. Jego celem jest pomoc firmom w znalezieniu nowych, efektywnych sposobów obsługi klientów. Badania objęły klientów reprezentujących cztery generacje: pokolenie powojennego wyżu demograficznego (tzw. baby boomers), generację X, milenialsów i generację Z.

W tym roku po raz pierwszy interaktywne dane wyszczególnione według krajów i pokoleń są dostępne w serwisie Tableau. Można tam znaleźć kluczowe wnioski z badań dotyczące klientów indywidualnych i biznesowych oraz skutków pandemii COVID-19.

Oto najważniejsze trendy przedstawione w tegorocznym raporcie State of the Connected Customer:

Podczas kryzysu komunikacja z klientami nabiera szczególnej wagi

Tegoroczne wydarzenia przewróciły do góry nogami relacje między klientami i firmami. W czasie, gdy panuje niepewność i zamieszanie, firmy mogą zwiększyć i odzyskać zaufanie zarówno dotychczasowych, jak i nowych klientów. W Polsce 90% klientów twierdzi, że o tym, czy firma jest godna zaufania, świadczy jej postępowanie w trakcie kryzysu. 

Kluczem do wyróżnienia się na tle konkurencji jest zrozumienie potrzeb klientów i zapewnienie im dogodnej obsługi

Wszyscy działamy dziś w warunkach ciągłych zmian i niepewności. Szczególnego znaczenia nabiera więc zrozumienie wyjątkowych potrzeb, oczekiwań i problemów klientów oraz zapewnienie im dogodnej obsługi opartej na Internecie, która uwolni ich od zbędnych stresów w tym trudnym okresie. 53% polskich klientów uważa, że firmy zajmujące się sprzedażą, usługami i marketingiem nie udostępniają potrzebnych informacji.

Migracja do świata cyfrowego jest dziś koniecznością

Model obsługi klienta oparty głównie na technologiach cyfrowych zostanie z nami na dłużej, zwłaszcza że ludzie wyrobili sobie nowe nawyki. Coraz więcej interakcji odbywa się przez Internet, a klienci oczekują od firm udostępniania operacji cyfrowych w wielokanałowym środowisku umożliwiającym częste kontakty. Model ten w dużej mierze wykorzystuje dane osobowe, wobec czego klienci domagają się większej przejrzystości i nadzoru. W Polsce 72% klientów twierdzi, że po wybuchu pandemii COVID-19 ma większe oczekiwania wobec przedsiębiorstw w zakresie funkcji cyfrowych.

Klienci wymagają od firm zaangażowania społecznego

Problemy społeczne, gospodarcze i ekologiczne, którym długo nie poświęcano należytej uwagi, teraz wysunęły się na pierwszy plan. Społeczeństwo wymaga od przedsiębiorstw, aby zaangażowały się w naprawę tych wieloletnich zaniedbań. Jeśli firma poczuwa się do odpowiedzialności tylko wobec swoich akcjonariuszy, może to niekorzystnie wpłynąć na jej wyniki finansowe. 90% polskich klientów uważa, że społeczna rola biznesu uległa zmianie.

Co dalej? Warto wykorzystać doświadczenia różnych sektorów i branż

Klienci korzystają z produktów i usług różnych branż, gromadzą doświadczenia w sferze prywatnej i zawodowej, kontaktują się z innymi osobiście lub za pośrednictwem kanałów cyfrowych, zajmują się sprawami najważniejszymi i mniej istotnymi. Granice między tymi obszarami często zacierają się w ich umysłach. Wszystko to wpływa na oczekiwane przez klientów standardy obsługi.

Przedsiębiorstwa, które chcą się wyróżnić na tle konkurencji, powinny więc śledzić nie tylko swoich bezpośrednich konkurentów, lecz oceniać swoje możliwości w porównaniu z firmami z innych branż. 62% klientów na całym świecie twierdzi, że ich doświadczenia w jednej branży wpływają na oczekiwania wobec innych sektorów.

Metoda badań

Raport „State of the Connected Customer” został opracowany na podstawie badań przeprowadzonych metodą podwójnej ślepej próby wśród 12 000 klientów indywidualnych i 3600 klientów biznesowych w Ameryce Północnej i Południowej, Europie, Afryce i na Dalekim Wschodzie. Dane zgromadzono w okresie od 16 lipca do 18 sierpnia 2020 r. Wszyscy respondenci są panelistami będącymi osobami trzecimi. Badania objęły następujące kraje: Australia, Belgia, Brazylia, Dania, Filipiny, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Indie, Irlandia, Japonia, Kanada, Korea Południowa, Niemcy, Nowa Zelandia, Norwegia, Polska, Republika Południowej Afryki, Singapur, Stany Zjednoczone, Szwajcaria, Szwecja, Tajlandia, Wielka Brytania, Włochy i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Na wyniki badań mają wpływ uprzedzenia kulturowe. Do danych przypisano wagi w celu wiarygodnego odzwierciedlenia całej populacji.

Jurysdykcje podatkowe niechętne do współpracy – co takiego dają przedsiębiorcom, że Unia tak bardzo się ich boi?

Od grudnia 2017 r. Unia Europejska prowadzi wykaz jurysdykcji niechętnych współpracy do celów podatkowych. Ostatnią aktualizację tej czarnej listy opublikowała 6 października 2020 r. Znajduje się na niej obecnie 12 państw, terytoriów, jurysdykcji. Dlaczego Unia piętnuje konkurencyjne systemy podatkowe? Bo są konkurencyjne.

Pierwszy unijny wykaz jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej Rada UE przyjęła 5 grudnia 2017 r. Od 2020 r. wykaz ten jest aktualizowany dwa razy w roku, a ostatnia aktualizacja miała miejsce 6 października 2020 r. Obecnie znajduje się w nim 12 jurysdykcji: Samoa Amerykańskie, Anguilla, Barbados, Fidżi, Guam, Palau, Panama, Samoa, Seszele, Trynidad i Tobago, Vanuatu oraz Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych. Kolejna aktualizacja czarnej listy jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej nastąpi w lutym 2021 r.

Jakie restrykcje?

Rada Unii Europejskiej zaleciła unijnym instytucjom oraz państwom członkowskim, by te brały pod uwagę jurysdykcje wciągnięte na listę w swojej polityce zagranicznej, współpracy rozwojowej, a także w stosunkach gospodarczych. Za pośrednictwem podmiotów z państw umieszczonych w wykazie nie mogą być przekazywane części środków z instrumentów UE, np. z Europejskiego Funduszu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju. Państwa członkowskie powinny również dokładniej monitorować transakcje swoich podatników korzystających z jurysdykcji umieszczonych w wykazie oraz podejmować środki ustawodawcze celem ograniczania możliwości czerpania przez tych podatników korzyści podatkowych oferowanych przez te jurysdykcje.

Bo to niezgodne z interesem Unii

U podstaw funkcjonowania Unii od początku istnienia leżało dążenie do stworzenia i ochrony wspólnego rynku wewnętrznego państw europejskich. Miało to na celu wzrost konkurencyjności Europy wobec innych światowych rynków, zwłaszcza tych silniejszych, czyli azjatyckiego i północnoamerykańskiego. Zgodnie z art. 113 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej:

„Rada (…) po konsultacji z Parla­mentem Europejskim oraz Komitetem Ekonomiczno-Społecznym, uchwala przepisy dotyczące harmonizacji ustawodawstw odnoszących się do podatków obrotowych, akcyzy i innych podatków pośrednich w zakresie, w jakim harmonizacja ta jest niezbędna do zapewnienia ustanowienia i funk­cjonowania rynku wewnętrznego oraz uniknięcia zakłóceń konkurencji” (wersja skonsolidowana, Dz.Urz. UE nr C 326/47 z 26.10.2012 r.).

Między innymi dzięki powyższej regulacji Unia może kontrolować i harmonizować systemy podatkowe swoich państw członkowskich. Nie ma jednak takich uprawnień w odniesieniu do państw nienależących do jej organizacji. Jaka może być więc unijna reakcja? Właśnie w postaci tworzenia czarnych list jurysdykcji niechętnych do współpracy podatkowej, a więc niechętnych do dopasowania swojego systemu fiskalnego do warunków, jakich chciałaby Unia.

Walka o pieniądze firm i innych podatników

Czy to złe praktyki UE? Unia, jak każdy podmiot, który potrzebuje finansowana, chce w jak najwyższym stopniu chronić swoje główne źródło przychodów. Tworzy więc czarne listy i dostępnymi w prawie międzynarodowym środkami represjonuje wciągnięte na nie konkurencyjne systemy podatkowe. Ma do tego prawo. Ale takie samo prawo do korzystania z tych konkurencyjnych jurysdykcji mają podatnicy. Zresztą polskim obywatelom, przedsiębiorcom gwarantuje to sama Konstytucja RP, stanowiąc w art. 31 pkt 2 zd. drugie, że: „Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje” (Dz.U. 1997, nr 78, poz. 483). Ta konstytucyjna reguła oznacza więc również, że nikomu nie wolno zabraniać tego, czego nie zabrania mu prawo.

Dlatego przedsiębiorcy tak chętnie korzystają z zagranicznych jurysdykcji, które całkowicie legalnie oferują swoim rezydentom większą swobodę gospodarczą, liczne ulgi podatkowe, niższe lub 100% zwolnienia z podatku od określonego rodzaju dochodów. Dla niektórych przedsiębiorców ważną rolę odgrywa niejednokrotnie gwarancja większej anonimowości prowadzonego biznesu, a dla jeszcze innych po prostu bardziej przyjazne środowisko do jego prowadzenia, niż te, w którym obecnie funkcjonuje. Jedynym minusem jest fakt, że korzystaniu z dobrodziejstw takich nieunijnych jurysdykcji może towarzyszyć wrogość administracji podatkowej państw członkowskich, jak i samej UE.

Tłumaczenia Unii

Jak deklaruje Rada Unii Europejskiej, utworzenie wykazu i wciąganie na niego wybranych jurysdykcji spoza państw członkowskich Unii Europejskiej powodowane jest m.in. koniecznością stawienia czoła zewnętrznym wyzwaniom dla baz podatkowych krajów UE. Rada tłumaczy, że Unii nie chodzi o to, aby potępiać kogokolwiek, a zachęcić do pozytywnych zmian w systemie podatkowym. Lista wskazuje państwa – co jeszcze raz warte podkreślenia – spoza UE, które sprzyjają nadużyciom podatkowym, uszczuplając wpływy państw unijnych w podatku CIT. To narzędzie przeciwko bezprawnemu niepłaceniu lub zaniżaniu podatków. Jednocześnie Rada UE przyznaje wprost, że unijny wykaz to również narzędzie przeciw „minimalizowaniu zobowiązań podatkowych legalnymi sposobami” (www.consilium.europa.eu).

 

Rezydencja podatkowa Malty

Podsumowując, utworzony 5 grudnia 2017 r., i obecnie aktualizowany dwa razy do roku, wykaz jurysdykcji niechętnych współpracy do celów podatkowych to unijny sposób na walkę z konkurencyjnymi systemami podatkowymi, a więc walkę o pieniądze przedsiębiorcy, podatnika, które mogłyby zasilać unijną kasę, a które przy wykorzystaniu tych „niechętnych do współpracy” jurysdykcji zostają w kieszeni przedsiębiorców. A dopóki korzystanie z dobrodziejstw oferowanych przez takie rezydencje podatkowe nie będzie zakazane prawem, Unii pozostaje tworzenie czarnych list i stosowanie wobec ujętych na nich państw represji politycznych i gospodarczych, o jakich mowa powyżej.

Co ciekawe, Unia Europejska ma w swoich szeregach jurysdykcję podatkową, która również oferuje przedsiębiorcom bardzo przyjazne środowisko dla biznesu, w tym atrakcyjny system podatkowy. Mowa tutaj o Malcie, która z racji położenia na terytorium UE nigdy nie znajdzie się na omawianej liście.

Przedsiębiorca niebędący obywatelem Malty, a który uzyska certyfikat jej rezydencji podatkowej, nie płaci podatku od dochodów uzyskanych ze źródeł leżących poza jej terytorium. Z kolei dzięki preferencyjnemu systemowi odliczeń efektywna stawka opodatkowania CIT spółek na Malcie może wynosić zaledwie ok. 5%. Ze szczególnych ulg w opodatkowaniu korzystają zwłaszcza udziałowcy zarejestrowanych na Malcie spółek w momencie wypłat dywidendy. A bardzo elastyczną i niezwykle atrakcyjną dla przedsiębiorców z punktu widzenia korzyści podatkowo-prawnych jest opcja prowadzenia biznesu w strukturze holdingu polsko-maltańskich spółek, który pozwala uzyskiwać dyrektorowi całkowicie zwolnione z opodatkowania wynagrodzenie.

Rezydencja podatkowa Malty, podobnie zresztą jak cały jej system podatkowo-prawny, jest więc ciekawą propozycją dla przedsiębiorców szukających ochrony majątku swoich firm czy też większego bezpieczeństwa swojego biznesu i przyjaznego dla niego środowiska. Ta położona na obszarze UE jurysdykcja państwa będącego członkiem Wspólnoty Europejskiej to być może prawdziwa, zdrowa i czysto konkurencyjna odpowiedź Unii na atrakcyjną dla przedsiębiorców ofertę innych państw i terytoriów spoza jej struktur.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wyzwania CEO – nowe czasy, nowe spojrzenie na zarządzanie firmą

Świat stoi u progu permanentnej rewolucji cyfrowej i żadne przedsiębiorstwo nie może pozostać jej obojętne. Nowe technologie już nie tylko wpływają, ale również determinują sposób pracy i zarządzania firmą, co stanowi wyzwanie dla dzisiejszych liderów. CEO powinni nie tylko sprostać oczekiwaniom dynamicznie zmieniającego się środowiska biznesowego, ale także nadawać agendę cyfrowej transformacji w swoich firmach. Przed jakimi wyzwaniami stoją dzisiejsi dyrektorzy zarządzający i jak zmieniła się ich rola w obliczu ostatnich wydarzeń? Komentuje Paweł Wierzbicki, Partner w firmie rekrutacyjnej Page Executive.

Jak zarządzać zmianą?

Wydarzenia zapoczątkowane na przełomie lutego i marca pokazały, w jakim stopniu firmy są zaawansowane w obszarze digitalizacji procesów i przygotowane na zmianę trybu pracy. Środowisko biznesowe bardzo dynamicznie się zmieniło i wymagało błyskawicznego dostosowania do nowych warunków. „Lockdown” obnażył słabe strony organizacji, których zaplecze technologiczne, ograniczony dostęp do systemów oraz informacji uniemożliwiły nie tylko sprawne wdrożenie pracy zdalnej, ale także sparaliżowały możliwość efektywnego zarządzania przedsiębiorstwem. Pandemia pokazała przedsiębiorcom, że należy myśleć o przyszłości i nauczyć się zarządzać ryzykiem, jeszcze zanim się ono pojawi. Nowe okoliczności zweryfikowały kompetencje wielu CEO. Sprawne i właściwe zarządzanie zespołami, wiedzą oraz danymi stało się ważne jak nigdy wcześniej. Od pracowników oczekiwano natomiast umiejętności sprawnego i efektywnego adaptowania się do dynamicznie zmieniającego się otoczenia.

CEO, w obliczu nagłej restrukturyzacji procesów powinni zastanowić się, w jaki sposób zarządzać informacją wewnątrz i na zewnątrz organizacji. Kluczowe jest w tym przypadku zadbanie o kompetentną kadrę managerską, która potrafi dostosować się do nowych okoliczności, a także umiejętnie wykorzystać rynkowe innowacje. Okazało się, że niezwykle ważne jest zatrzymanie w firmie pracowników, których cechuje elastyczność i z łatwością dostosowują się do nowego środowiska, widząc w nim szansę na rozwój. Poprzednie miesiące pokazały, że nie wszyscy liderzy poradzili sobie z reorganizacją pracy. Wiele firm w ostatnim czasie boryka się z dużą rotacją kadr. W tej sytuacji CEO muszą zastanowić się nad przeorganizowaniem wewnętrznych struktur w swoich przedsiębiorstwach i dostosować umiejętności pracowników do wymagań rynku – komentuje Paweł Wierzbicki, Partner w Page Executive.

Praca zdalna NIE dla każdego

W pierwszych tygodniach pandemii pojawił się szereg dyskusji, jak rynek pracy przejdzie szybką rewolucję i wskazywały m.in. na gruntowne przeobrażenie rynku nieruchomości biurowych w związku z następstwami masowej pracy zdalnej. Jednak możemy przypuszczać, że w perspektywie czasu, większość firm będzie dążyła do ponownego otwarcia swoich siedzib i powrotu do pracy stacjonarnej. Wynikać to będzie m.in. z braku wcześniejszego przeszkolenia i przygotowania liderów na zdalne zarządzanie zespołami, ale także silną potrzebę pracowników do interakcji z otoczeniem. W sytuacji dynamicznych zmian w strukturze i procesach organizacji, dyrektorzy generalni powinni zadbać o wzajemną i skuteczną wymianę informacji. Wyzwaniem dzisiejszego CEO jest zatem skuteczne zarządzanie wiedzą i utrzymanie talentów. Duże znaczenie ma również przygotowanie strategii w obszarze pozyskania najlepszych pracowników w przyszłości. W tym celu pomocna będzie zdolność do właściwiej oceny umiejętności kandydata oraz jego potencjału.

Praca zdalna negatywnie wpływa na komunikację z nowymi pracownikami oraz odbija się na efektywności procesu wdrożeniowego. Osoby zrekrutowane online mogą mieć problem ze zbudowaniem relacji z przełożonymi i współpracownikami, poznaniem kultury organizacji i utożsamieniem się z wartościami firmy. Do zadań CEO należy zatem zadbanie o skuteczny proces onboardingowy, który zapewni wzajemne poznanie wszystkich członków zespołu. Na przestrzeni ostatnich miesięcy, a nawet tygodni można zauważyć, że nie wszyscy liderzy są przygotowani na zdalne zarządzanie procesami rekrutacyjnymi. Dlatego właśnie tak istotne jest rozwijanie umiejętności w tym obszarze i dostosowanie kluczowych procesów HR-owych do obecnej i przyszłej sytuacji rynkowej – mówi Paweł Wierzbicki.

Rekrutacja szyta na miarę

Duże rotacje kadr w przedsiębiorstwach, a także reorganizacja wewnętrznych struktur oraz modelu pracy wskazują na to, że niebawem CEO mogą zacząć poszukiwania nowych, innowacyjnych metod rozwoju swoich pracowników. Dużą popularnością nadal cieszą się warsztaty techniczne, jednak firmy powinny intensyfikować swoje działania w kierunku zwiększania potencjału organizacji, a także zachęcać zespoły do wewnętrznego rozwijania innowacyjności i zarządzania własnymi zasobami.

Wiele firm w ostatnim czasie skupia swoje działania na rozwoju robotyzacji procesów oraz digital marketingu, dlatego umiejętność budowy platform e-commerce oraz internetowych kanałów sprzedaży jest bardzo ceniona u kandydatów. Przedsiębiorstwa, aby podnosić swoją konkurencyjność powinny także starać się lepiej zrozumieć klienta i w jego kierunku ustawiać swoje działania. W tej sytuacji, siłą organizacji są pracownicy, którzy są elastyczni i potrafią sprawnie skoordynować pracę wewnątrz zespołów. Trend customer centric nakłada na CEO obowiązek badania modeli zachowań konsumentów. Taka wiedza pomoże wyznaczyć skuteczny kierunek zmian i reorganizacji procesów w organizacji, w taki sposób, aby nie tylko spełniały oczekiwania  samej firmy, ale przede wszystkim aby były atrakcyjne i efektywne dla  pozyskania i obsługi klienta – podsumowuje Paweł Wierzbicki z Page Executive.

Zawarłeś układ z wierzycielami, zostaniesz wykluczony z zamówienia publicznego

Nowe prawo zamówień publicznych, które wejdzie w życie 1 stycznia 2021 roku, przewiduje, że przedsiębiorcę będzie można wykluczyć z procedury zamówieniowej na trzy lata jeśli zawarł układ z wierzycielami.

Przesłanka wykluczenia z zamówienia publicznego będzie więc dotyczyć nie tylko wykonawców znajdujących się w poważnych trudnościach finansowych grożących ich bankructwem, ale także tych, którzy z sukcesem zakończyli postępowanie restrukturyzacyjne i zawarli układ z wierzycielami. W czasie drugiej fali pandemii Covid-19 wiele firm, zwłaszcza małych i średnich, wpadnie w kłopoty i będzie musiało przeprowadzić restrukturyzację sądową zakończoną układem z wierzycielami. Nowe przepisy wykluczą je z zamówień publicznych, co będzie miało negatywny wpływ na cały rynek.

– Przepisy, które mają wejść w życie od nowego roku zwiększą liczbę upadłości na skutek braku możliwości zawarcia układu z wierzycielami, wzrosną obciążenia sądów restrukturyzacyjnych i upadłościowych (których funkcjonowanie już dziś pozostawia wiele do życzenia) upadłościami wykonawców, których można by uniknąć gdyby zrezygnować z proponowanej regulacji. Nowe przepisy dyskryminują też firmy, które zawarły układ z wierzycielami (z powodzeniem przeprowadziły restrukturyzację) w stosunku do tych, które znajdują się w postępowaniu restrukturyzacyjnym, ale takiego układu jeszcze nie zawarły. Dlatego apelujemy o rezygnację z kontrowersyjnej przesłanki wykluczenia z zamówienia publicznego – mówi mec. Katarzyna Kuźma, partner w Praktyce Infrastruktury i Energetyki w kancelarii Domański Zakrzewski Palinka, przewodnicząca Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.

Przedsiębiorcy zwracają uwagę również na inne skutki nowej regulacji. Niekorzystny wpływ na konkurencyjność w postępowaniach o zamówienie publiczne (mniejsza liczba oferentów/ofert ), co może się przełożyć na wzrost cen ofertowych i obciążeń finansowych dla sektora finansów publicznych.

Wzrosną także obciążenia administracyjne, zarówno dla zamawiających, jak i wykonawców oraz zwiększy się liczba likwidacji zakładów pracy, co może przełożyć się na wzrost bezrobocia i większe obciążenie systemu opieki społecznej.

Recepta na sukces? Wiedza, zaangażowanie i… szczęście

Polskie przedsiębiorstwa, poza nielicznymi wyjątkami, często obawiają się milowych kroków – ukierunkowanego rozwoju wyznaczonego przez nową strategię, zmiany obszaru działalności, współpracy z potencjalnymi konkurentami czy ekspansji na rynki zagraniczne i globalnej działalności. Nierzadko wstrzymuje je w rozwoju konserwatywne myślenie, bazujące na utrzymaniu bieżących zasobów i ograniczeniu skrupulatnie wyliczonego ryzyka. Tymczasem te firmy, które odnoszą sukces patrzyły przed siebie, nie koncentrowały się jedynie na bieżących wydarzeniach i swojej konkurencji. Stała za nimi odwaga, ciężka praca, wiedza oraz doza szczęścia, która decydowała o finalnym powodzeniu.

Choć słowo marketing odmieniane jest przez różne przypadki, gros polskich firm obiera orientację produktową, a nie rynkową. Posiadając w portfolio tzw. „dojną krowę” liczą, że będzie przynosić im stałe zyski. Oczywiście niskim kosztem. Tymczasem o sukcesie decydują konsumenci, to jak szybko i w jaki sposób jesteśmy w stanie dostosować się do ich potrzeb oraz czy jesteśmy w stanie sprzedać im nasz pomysł.

By odpowiadać na bieżącą sytuację trzeba mieć oczy szeroko otwarte, a znajomość (nawet doskonała) własnego rynku nie wystarczy. Inne branże mogą być naszą szansą lub zagrożeniem, dlatego warto być czujnym i znać ogólną sytuację ekonomiczną, polityczną czy kulturową. Innymi słowy stosować podejście interdyscyplinarne. Koniecznym jest również znajomość i badanie trendów – niekoniecznie by nimi podążać! Są przecież nisze, które również można wypełnić.

Często dla lepszego, bardziej skutecznego działania niezbędne są zmiany – produktów, procedur, czy kompleksowe restrukturyzacje. Skuteczna transformacja wymaga jednak zrozumienia nie tylko otoczenia zewnętrznego, ale również własnej organizacji. Pozwoli nam to odpowiednio ją zakomunikować, uzasadnić czy zaangażować w nią pracowników, tak by byli świadomi jej konieczności i chcieli ją sami przeprowadzać. Czego jednak jeszcze potrzeba by osiągnąć sukces?

Czy warto ufać ekspertom? Czy warto obierać czyjąś ścieżkę? Tak, to zależy…

Do skutecznego działania, w szczególności w orientacji marketingowej, nie zawsze wystarczą zasoby jakimi dysponujemy w danym momencie. Nie można zaprzeczyć, że w biznesie liczy się wiedza. Tę można zdobyć przez budowanie własnego doświadczenia lub zakupić na rynku – zatrudniając menedżerów, partnerów czy agencje, które specjalizują się w danym sektorze lub zagadnieniu. Jednak, że we współczesnym świecie – skomplikowanym, wielowymiarowym i bardzo dynamicznym, wiedza powinna ulegać ciągłej aktualizacji. Oznacza to, że w niektórych obszarach nawet wiedza ekspercka może okazać się nieaktualna, niewystarczająca lub niedostosowana do bieżących realiów. Dotyczy to w szczególności dziedzin, w których czynnik ludzki pełni pierwszoplanową rolę, jak np. ekonomii, która nierzadko chce zbudować dokładny model pozwalający na ścisłe przewidywania zachowań uczestników rynku – jednak zawsze dodaje na końcu ceteris paribus.

Poza stałą potrzebą aktualizacji wiedzy, na drodze ekspertów w skutecznym jej wykorzystaniu pojawiają się również inne przeszkody. Błędy poznawcze, heurystyki czy nieświadome motywacje to czynniki nad którymi czasem trudno nam zapanować, w szczególności, gdy decyzja musi być podjęta szybko i pod dużą presją.

Zdarza się, że nasza wiedza (lub szerzej – naszej firmy, organizacji) oparta jest na błędnym wnioskowaniu lub fałszywych danych? Takie sytuacje nie należą do rzadkości, a przekonują się o tym liczni inwestorzy, w szczególności zainteresowani nowymi technologiami.

Nie chodzi o to, ile zarabiasz, chodzi o to, ile jesteś wart. A kto jest najwięcej wart? Firmy, które tracą pieniądze – to słowa Russa Hannemana, fikcyjnego inwestora, bohatera serialu komediowego Silicon Valley. Filmowa satyra na Dolinę Krzemową doskonale oddaje współczesne relacje inwestorskie oraz wartości jakimi rządzą się niektóre startupy czy spółki. Niekoniecznie chodzi o technologię, potencjał rozwoju czy generowane dochody. Ważny jest tzw. storytelling, czyli bajka opisująca sposoby i zakładane cele, w które mają uwierzyć akcjonariusze. I ta historia nierzadko ma za zadanie zastąpić wiedzę lub ją w odpowiedni sposób ukształtować.

Czy można pozyskać 700 mln USD na startup biotechnologiczny, który obiecuje rewolucję na miarę wynalezienia żarówki, choć specjaliści (z zakresu biotechnologii, nie inwestycji) są do niego sceptycznie nastawieni? Okazuje się, że można. Theranos to największy oszust w branży start-upów, który obiecywał precyzyjną diagnostykę medyczną z kropli krwi pobranej z palca. Gdy diagności, biotechnologowie czy inżynierzy stukali się w głowę, wskazując liczne przeszkody stojące przed tą metodą, inwestorzy venture capital, wsłuchani i zapatrzeni w Elizabeth Holmes (ledwo 20 letnią założycielkę startupu) z zachwytem przelewali kolejne transze pieniężne, licząc na wielomilionowe czy miliardowe zyski w niedalekiej przyszłości.

Ledwie kilka tygodni temu media giełdowe ogłosiły, że akcje Snap Inc. (właściciela popularnego wśród młodzieży komunikatora Snapchat) wzrosły o 26%. To zasługa pozytywnego zaskoczenia wynikami za trzeci kwartał roku: Spółka wypracowała 679 mln USD przychodu. Jednocześnie ogłoszono, że Snap Inc. odnotował w tym samym okresie 200 mln USD straty netto. Wzrosła jednak liczba jego użytkowników. Jak to możliwe, że spółka, która jeszcze nigdy nie odnotowała zysku netto tak dobrze sobie radzi na giełdzie? Czy zadziała tu samospełniająca się przepowiednia, powodująca, że wieloletnie zastrzyki gotówki pozwolą utrzymać nierentowną, choć rozpoznawalną spółkę, która dzięki rosnącej liczbie użytkowników stanie się atrakcyjna dla większej rzeszy reklamodawców?

Zarządzający i ich doradcy doskonale „wiedzą”, że podjęcie ryzyka oraz tworzenie złudzenia bieżącego sukcesu pozwala „kupić” czas inwestorów, akcjonariuszy, aż do momentu, w którym całe przedsięwzięcie będzie w stanie na samo na siebie zarabiać (lub w ogóle funkcjonować – jak w przypadku Theranosa). To strategia znana już od czasów Edisona, który najpierw ogłosił udoskonalenie żarówki i jej masową produkcję – dzięki czemu mógł zebrać od inwestorów niezbędny budżet – choć dopiero później rzeczywiście udało mu się tego dokonać.

Wiedza to również przewidywania naukowców, co do fiaska projektu Elizabeth Holmes – przecież obecny rozwój technologii nie pozwala na opracowanie urządzenia badającego krew pobranego z opuszka palca. Zarówno jedna i druga „wiedza” umiejscowiona jest w pewnym sensie w systemie dialektycznym.

Czy można zatem wierzyć doradcom, którzy rekomendują inwestowanie w Snapchata? Niewykluczone, że wspólna wiara twórców, użytkowników i inwestorów doprowadzi do sukcesu na miarę Facebooka lub Google’a. Z drugiej strony nawet małe załamanie na rynkach technologicznych może spowodować, że twórcy aplikacji z duszkiem w logo podzielą po części los innowacyjnego Theranosa… Wszystko zależy od ich szczęścia – tego kształtowanego przez nich samych, jak i niezależnego od wysiłków.

Szczęście jako czynnik niezbywalny w interesach

Zilustrowane powyżej przykłady nie mają na celu podejmowania kwestii etycznych. Istotą jest ukazanie wielowymiarowości wiedzy, tego, że nie raz okazuje się niewystarczająca do realizacji planów oraz wskazaniu na ważny czynnik szczęścia w zarządzaniu start-upem, przedsiębiorstwem, czy decyzjach dnia codziennego.

Czy zatem warto wierzyć doradcom? Owszem. Zakładając, że są uczciwi, znają się na rzeczy i patrzą na problem z różnych perspektyw. W ten sposób działamy na rzecz szczęścia i pomyślności naszych interesów. Jednak nie znaczy to, że ich przewidywania okażą się właściwe.

Na potwierdzenie tezy o znaczeniu szczęścia w biznesie przytoczę ciekawy eksperyment, realizowany kilka lat temu w Wielkiej Brytanii. Jerker Denrell z Uniwersytetu Oxfordzkiego oraz Chengwei Liu z Uniwersytetu w Warwick przeprowadzili badania polegające na modelowaniu wyników gry rozgrywanej w wielu rundach. Okazało się, że po pewnym czasie gracze o największych umiejętnościach osiągali drugie w kolejności rezultaty. Osoby, które odnosiły spektakularne sukcesy w grze, zawdzięczały to raczej szczęściu lub podejmowaniu ryzyka, a nie największym umiejętnościom i doświadczeniu.

W biznesie zatem (jak i szerzej – w życiu) szczęście bezsprzecznie się liczy. Tak jak wiedza i umiejętność korzystania z niej, zaangażowanie, wytrwałość i odwaga. Zatem idźmy swoimi drogami i nie wzorujmy się na najlepszych – ciężko będzie bowiem powtórzyć ich ścieżkę i skopiować ich łut szczęścia. Jeśli jednak chcemy się na kimś oprzeć to spójrzmy na challengerów, tych którzy ciężką pracą gonią, umiejętnościami i własnym doświadczeniem gonią liderów.

Pandemia ma silny wpływ na zdrowie fizyczne oraz psychiczne pracowników

Dane z najnowszego raportu Koalicji Bezpieczni w Pracy „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” pokazują, że pracodawcy szybko zareagowali na bieżącą sytuację epidemiczną i wprowadzili szereg rozwiązań sanitarnych zanim weszły w życie odpowiednie regulacje. Z czym przede wszystkim nie poradziły sobie firmy, a co najbardziej zawodzi w pandemicznym bezpieczeństwie pracy?

Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager w TenCate Protective Fabrics, ekspertka Koalicji Bezpieczni w Pracy:

Wyniki raportu „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2020. Wpływ pandemii koronawirusa na polski rynek pracy” pokazały, że z reguły polskie firmy szybko zareagowały na bieżącą sytuację wprowadzając – nierzadko przed oficjalnym ogłoszeniem obostrzeń przez państwo – odpowiednie środki i procedury minimalizujące wystąpienie zakażenia wirusem SARS-CoV-2 w organizacji. Z kolei pracownicy w większości pozytywnie i ze zrozumieniem ocenili powzięte przez pracodawców działania. Niemniej są obszary, co do których trudno jest oczekiwać tak optymistycznych wyników z uwagi na to, że obecny kryzys nie ma sobie równego w powojennej historii gospodarczej Polski. Wpływ pandemii sięga nie tylko ekonomicznej strony działalności firm. Jest również ogromnym wyzwaniem dla dotychczasowej kultury i organizacji pracy, poczucia bezpieczeństwa pracownika oraz czasem pojawienia się nowych – przynajmniej dla ustawodawcy – form współpracy, takich jak praca zdalna, której nigdy w takiej skali w polskich przedsiębiorstwach nie realizowano.

Raport pokazał, że pandemia stanowiła ogromne wyzwanie dla pracownika i miała silny wpływ na jego zdrowie psychiczne oraz fizyczne. Aż trzech na czterech respondentów odpowiedziało, że w tym czasie zaczęło odczuwać różnego rodzaju dolegliwości. Najczęściej wymieniany był niepokój i lęk (33 proc.), zaburzenia nastroju (31 proc.) oraz zaburzenia lub brak snu (26 proc.). Oczywiście jest to wynikiem ogromnego stresu, na jaki narażona była część populacji. W dalszej kolejności pojawiał się ból głowy (26 proc.) i kręgosłupa (25 proc.), czy wreszcie otyłość (13 proc.). Pierwsze dwa schorzenia mogą być związane z trudnością zapewnienia ergonomicznych warunków pracy, na przykład podczas pracy zdalnej. Otyłość stanowi jeden ze skutków ograniczenia ruchu spowodowanego lockdownem. Widać zatem, że dla polskich przedsiębiorstw o wysokiej kulturze bezpieczeństwa istotnym zagadnieniem wymagającym szukania rozwiązań będzie minimalizowanie zagrożeń psychospołecznych, na które w tym czasie w sposób szczególny są narażeni właśnie pracownicy. Kolejnym jest zaś zapewnienie ergonomicznych warunków pracownikom pracującym zdalnie. Ta kwestia wymaga regulacji na poziomie legislacyjnym, dlatego cieszą ostatnie zapowiedzi wprowadzenia do Kodeksu pracy takiej kategorii. Kwestią otwartą pozostaje pytanie o finansowanie takich inwestycji oraz to, w jaki sposób pracodawca może kontrolować warunki pracy w prywatnym mieszkaniu pracownika.

Dużą rolę czynników psychospołecznych widzimy w odpowiedziach na pytania o uciążliwości w pracy zdalnej. Pracownikom najbardziej doskwierał brak kontaktu z ludźmi (43 proc.) i przenikanie się życia prywatnego z zawodowym (37 proc.). Przed pracodawcami stoi zatem wyzwanie, aby – zanim praca zdalna na stałe zostanie w organizacjach – nauczyć ludzi, jak z niej korzystać. Co ciekawe, w tym samym pytaniu na brak odpowiedniej infrastruktury IT wskazało jedynie 17 proc. respondentów z grupy pracowników. Z kolei pracodawcy dostrzegają potrzebę organizacji dodatkowych szkoleń dotyczących bezpieczeństwa danych (87 proc.), a 73 proc. z nich spodziewa się, że pandemia koronawirusa spowoduje długofalowo zwiększenie inwestycji w bezpieczeństwo systemów IT.

PGE Baltica podpisała umowę z Państwowym Instytutem Geologicznym

Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, PGE Baltica oraz Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy (PIG-PIB) podpisały umowę o współpracy i doradztwie technicznym w zakresie prac geologiczno-inżynierskich dla dwóch morskich farm wiatrowych Baltica-2 i Baltica-3. Jest to kolejny krok w realizacji Programu Offshore Grupy Kapitałowej PGE, zakładającego – zgodnie z nową strategią Grupy PGE – budowę morskich farm wiatrowych o łącznej mocy do 6,5 GW i wdrożenie postanowień listu intencyjnego podpisanego między spółką a instytutem w lutym 2020 roku.

Badania geologiczne to ważny etap przygotowawczy do budowy morskich farm wiatrowych. Dzięki nim zdefiniowane zostaną warunki podłoża gruntowego panujące na obszarach morskich, na których powstaną instalacje offshore. Zebrane podczas badań dane umożliwią inwestorowi m. in. wybór odpowiednich fundamentów pod turbiny wiatrowe, które zostaną zainstalowane na zróżnicowanych pod względem geologicznym obszarach południowego Bałtyku. 

Eksperci z PIG-PIB wesprą PGE Baltica w tym bardzo istotnym etapie realizacji inwestycji, jakim są morskie badania geologiczne. Współpraca obejmie przede wszystkim identyfikację uwarunkowań geologicznych terenów morskich i lądowych, na których powstaną obiekty i elementy instalacji morskich farm wiatrowych. Ponadto, spółka będzie mogła liczyć na doradztwo techniczne oraz wsparcie przy gromadzeniu niezbędnej dokumentacji projektowej w zakresie geofizyki, geologii oraz geotechniki.

Instalacja morskich farm wiatrowych na dnie morza to złożony proces wymagający szeregu badań i analiz oraz odpowiednio przygotowanej dokumentacji. Zależy nam na tym, aby realizowana przez PGE Baltica inwestycja opierała się na najwyższej jakości danych, dlatego zdecydowaliśmy się na współpracę z Państwowym Instytutem Geologicznym – Państwowym Instytutem Badawczym. Wierzymy, że dzięki wsparciu ekspertów będziemy mogli sprawnie przeprowadzić prace w zakresie geotechniki i dobrać najbardziej odpowiednie technologie offshore, co przełoży się na optymalizację procesu inwestycyjnego – powiedziała Monika Morawiecka, Prezes PGE Baltica.

Specjaliści z Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego będą służyć swoją wiedzą i doświadczeniem w realizacji badań geologicznych na morzu m.in. oceniając próby gruntu i skał pobrane z dna Bałtyku. PIG-PIB posiada najpełniejsze informacje o budowie geologicznej i zasobach geologicznych kraju. Jest to wynik ponad stu lat pracy kilku pokoleń polskich geologów. Instytut dysponuje obecnie najnowszymi informacjami na temat budowy geologicznej polskiej części Bałtyku.

Znajomość budowy geologicznej ma fundamentalne znaczenie przy posadowieniu obiektów budowlanych, zwłaszcza na obszarach morskich. Jakość wykonanych badań geologiczno-inżynierskich i odpowiednie rozpoznanie podłoża budowlanego warunkują sposób posadowienia, bezpieczeństwo konstrukcji oraz koszty całej inwestycji. Nasi eksperci wesprą PGE Baltica fachową wiedzą w przygotowaniu obszernej dokumentacji projektowej pod względem jej zgodności z przepisami, normami i wiedzą w zakresie projektowania, dokumentowania i prowadzenia prac geologicznychpodsumowuje Mateusz Damrat, Dyrektor PIG-PIB.

Podpisanie umowy między PGE Baltica, spółką odpowiedzialną za realizację Programu Offshore w Grupie Kapitałowej PGE, a PIG-PIB to kontynuacja współpracy nawiązanej w lutym 2020 roku. Podmioty te podpisały wówczas list intencyjny, w którym zadeklarowały udział ekspertów PIG-PIB i PGE Baltica we wzajemnych konsultacjach merytorycznych i operacyjnych podczas prac projektowych.

PGE Baltica angażuje się we współpracę z polskimi ośrodkami naukowymi przy budowie morskich farm wiatrowych, koncentrując się na realizacji wspólnych projektów badawczych oraz wymianie wiedzy. Od grudnia 2019 roku spółka realizuje projekt badawczy przy wsparciu Zakładu Aerodynamiki Instytutu Maszyn Przepływowych PAN. Celem projektu jest oszacowanie wpływu spowolnienia przepływu wiatru, jakie w swoim otoczeniu powodują duże morskie farmy wiatrowe [tzw. blockage effect]. Pierwsze efekty prac w ramach projektu planowane są na połowę 2021 roku.

Celem współpracy z ośrodkami naukowymi jest optymalizacja i sprawna realizacja Programu Offshore Grupy PGE, który zakłada pozyskanie do 2040 roku ok. 6,5 GW mocy zainstalowanej na Bałtyku. Program ten będzie realizowany w dwóch etapach. Pierwszy z nich zakłada budowę 3 morskich farm wiatrowych Baltica-1, Baltica-2 i Baltica-3. Natomiast w drugim etapie realizowane będą kolejne inwestycje w offshore, które zapewnią Grupie ok. 3 GW dodatkowej mocy zainstalowanej.

***

O Spółce PGE Baltica

PGE Baltica została powołana w styczniu 2019 roku, jako spółka odpowiedzialna za realizację Programu Offshore w Grupie Kapitałowej PGE, który zakłada w pierwszej fazie budowę trzech farm wiatrowych:

  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-1 (EWB1), która w czerwcu 2020 roku otrzymała techniczne warunki przyłączenia do sieci przesyłowej dla mocy do 896 MW.
  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-2 (EWB2), która w styczniu 2019 roku otrzymała od operatora sieci przesyłowej propozycję technicznych warunków przyłączenia do KSE dla 1498 MW.
  • Elektrowni Wiatrowej Baltica-3 (EWB3) z umową przyłączeniową na maksymalnie 1045 MW.

Właścicielem PGE Baltica i spółek celowych jest Polska Grupa Energetyczna PGE SA.

Program Offshore zakłada wybudowanie do 2040 roku morskich farm wiatrowych o łącznej mocy do 6,5 GW, co czyni Grupę Kapitałową PGE liderem przyszłego sektora morskiej energetyki wiatrowej. Poza rozpoczętymi projektami o łącznej moc do ok. 3,5 GW, grupa planuje pozyskanie ok. 3 GW mocy zainstalowanej na Bałtyku w kolejnym etapie.

6 milionów Polaków skorzystało z Genially

Ostatnie miesiące przeniosły do Internetu zarówno biznes, jak i edukację. Komunikatory, rozmowy wideo, dokumenty – w tym wszystkim wygrywają zdalne rozwiązania. Według statystyk firmy Genially, której narzędzie umożliwia tworzenie interaktywnych prezentacji, w 2020 roku w Polsce ok. 6 milionów osób skorzystało z ich narzędzia. Czy zmienią również nasze nawyki?

Korporacje, media czy nauczyciele – użytkownicy docenili potencjał narzędzia do interaktywnej prezentacji treści. Jak wynika ze statystyk Genially, około 30% ich użytkowników to pracownicy dużych firm, 30% to nauczyciele, a pozostałe 40% to osoby z innych branż, w tym coraz większe grono projektantów czy marketingowców. Genially jest obecne w ponad 190 krajach, a Polska zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce państw z największą ilością użytkowników.

Z potrzeby biznesu

Pomysł na Genially powstał w grupie specjalistów, która zajmowała się tworzeniem ekskluzywnych materiałów dla klientów biznesowych. Jednak przyszli założyciele Genially zauważyli, że przekazanie inspirujących idei i planów za pomocą dotychczasowych, stacjonarnych narzędzi, takich jak PowerPoint, było czasochłonne, często mało atrakcyjne wizualnie i trudne do ponownego wykorzystania. Dlatego zaczęli projektować gotowe szablony infografik i narzędzi do prezentacji treści, które miały być nie tylko dostępne i tanie, ale również intuicyjne. Dzisiaj Genially umożliwia zdalne i grupowe tworzenie różnego rodzaju projektów i korzystanie z gotowych, w pełni edytowalnych wzorów prezentacji oraz ofert biznesowych, infografik i narzędzi edukacyjnych.

Z perspektywy użytkownika to duża wygoda, bo pozwala zrezygnować z klasycznego programu zainstalowanego na komputerze. Dzięki przeglądarce możemy przez Internet – i nawet w trakcie wprowadzania zmian – dzielić się efektami naszej pracy” – mówi Pedro Calvo Roldan, Growth Manager w Genially.

Zamieniamy PowerPointa na rozwiązania internetowe?

Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy po raz pierwszy w związku z pandemią musieliśmy zatrzymać się na chwilę, wiele osób czekało na szybki powrót do zawodowej „normalności”. Teraz wiemy już, że nasz świat i sposób pracy prawdopodobnie nigdy nie wrócą do tego, co znaliśmy wcześniej – wielomiesięczne zmiany nawyków wpłynęły również na styl zarządzania firm i organizację zespołów. W nową i niezwykle dynamiczną rzeczywistość idealnie wpisuje się Genially, które pozwala zdalnie łączyć ze sobą różne platformy. Narzędzie odpowiada również na potrzeby dużych firm, pozwalając na stworzenie w pełni spersonalizowanych graficznie materiałów, które zapewniają biznesowy profesjonalizm. Genially jest gotowe także na wyzwania stojące przed mniejszymi firmami, dzięki profesjonalnym szablonom do przygotowywania raportów.

Ostatnie miesiące pokazały, że Genially wykorzystywane jest równie chętnie wśród klientów biznesowych, jak i w edukacji, gdzie nauczyciele dość szybko dostrzegli jego potencjał. Windą do popularności okazało się jednak przejście szkół i uczelni na naukę zdalną – coraz więcej z nich zaczęła wówczas korzystać z tego narzędzia, którego nawet darmowa wersja daje użytkownikowi ogromne możliwości. „Liczba nauczycieli i uczniów korzystających z Genially ogromnie wzrosła od kiedy poszczególne kraje zdecydowały się na wdrożenie nauczania online. Położyliśmy nacisk na to, by w krótkim czasie dostosować Genially do potrzeb edukacyjnych i sprawić, by było możliwie łatwe i intuicyjne w obsłudze” – mówi Pedro Calvo Roldan, Growth Manager w Genially. „Duże znaczenie w popularyzacji Genially mają inicjatywy społecznościowe – nauczyciele sami udostępniają efekty swojej pracy i pomagają innym przygotować się do nowej szkolnej rzeczywistości. Oczywiście dzięki temu również osoby uczące się czy pracujące stacjonarnie mają dostęp do ogromnej bazy materiałów” – dodaje Pedro Calvo Roldan i zachęca do założenia darmowego konta na Genial.ly, by sprawdzić jego możliwości – prezentacje, quizy, interaktywne obrazki, infografiki i wiele innych, a do tego mnóstwo gotowych szablonów do wykorzystania, które gwarantują oszczędność czasu i świetny efekt.

Giganci w chmurze

Tam i z powrotem – to podsumowanie drogi, którą przeszło Genially. Od koncepcji grupy specjalistów pracujących w dużej firmie, przez początkujący startup, aż do narzędzia, z którego korzystają ogromne międzynarodowe korporacje. Unilever, McDonald’s, Michelín, Porsche, Santander Bank i Telefonica – to tylko niektóre firmy, które Genially ma swoim portfolio. Z narzędzia korzystają również duże ośrodki naukowe, takie jak Oxford, Cambridge, Uniwersytet Nowojorski (NYU) i Uniwersytet Kalifornijski w San Francisco (UCSF). Wszystko wskazuje na to, że grupa użytkowników Genially będzie bardzo szybko rosnąć. Zauważa ich też branża na całym świecie – w 2019 roku Genially wygrało Global Edtech Startup Awards (GESA), który jest największym konkursem dla firm z obszaru edtech, gdzie zostało wybrane najlepszym startupem przyszłości. Potencjał startupu dostrzegł również między innymi polski fundusz venture capital – Market One Capital, który zainwestował w Genially wraz z innymi, zagranicznymi funduszami VC.

Częstsze kontrole i kary dla przewoźników za błędy w wyliczaniu płacy minimalnej

Eksperci Grupy INELO alarmują, że w Niemczech, Francji oraz szczególnie w Austrii pojawia się coraz więcej kontroli związanych z respektowaniem dyrektywy o płacy minimalnej i delegowaniu pracowników w transporcie. Zaczęto również nakładać kary finansowe dla przewoźników omijających przepisy. Jest to szczególnie ważna informacja, ponieważ do tej pory kwestie prawne związane z płacą minimalną i delegowaniem utrzymywało swego rodzaju „status quo” –  grzywien po prostu dało się unikać. Początkowe łagodne podejście inspektorów zaczyna się zmieniać, pojawia się też coraz więcej błędów w dokumentach wypełnianych przez przewoźników. Drogowy sektor TSL nie przewidywał jednak w tym temacie zmian do lutego 2022 roku, czyli do momentu wejścia w życie zapisów wynikających z Pakietu Mobilności. Wygląda jednak na to, że ta sytuacja zaczyna się dynamicznie zmieniać, zagraniczni inspektorzy nakładają kary rzędu 1000 euro za każdy brakujący dokument podczas kontroli. Co zrobić by uniknąć mandatów? Jakie dokumenty musimy przygotować?

MiLoG dotyczy tylko Niemiec – zapominanie o tym fakcie może słono kosztować

Europejska dyrektywa związana z delegowaniem pracowników za granicę oraz związany z nią wymóg regulowania płacy minimalnej do stawek obowiązujących w danym kraju, pozostawia bardzo szerokie możliwości egzekwowania prawa, w przypadku sektora transportowego. – Przepisy wzbudzają bardzo wiele wątpliwości – niektóre państwa nie respektują ich wcale, a niektóre przedstawiają swoje własne interpretacje. Wiele dużych firm z sektora TSL uzbrojonych w działy prawne skutecznie broniło się od ewentualnych kar w trakcie zagranicznych kontroli. Z kolei mali przewoźnicy często w ogóle ignorowali niejasne przepisy, co może wiązać się z dużym ryzykiem finansowym – komentuje Łukasz Włoch, ekspert OCRK, Grupa INELO.

Co więcej, niektóre firmy decydują się na rozliczanie płacy minimalnej wyłącznie w modelu MiLoG, stosując niemieckie zasady na terenie innych krajów Unii. Przewoźnicy decydują się na ten model ze względu na mniejsze koszty związane z procesem rozliczania dokumentów płacowych. W Niemczech rozliczenie jest bardzo proste – obowiązuje tylko stawka minimalna za godzinę pracy. Z kolei we Francji należy odnieść się do układu zbiorowego, czyli należy wyliczyć, oprócz odpowiedniej stawki minimalnej, różnego rodzaju dodatki np. za pracę w nocy, za godziny nadliczbowe, amplitudy itd. Rozliczenie w „niemiecki” sposób, wzorowany na MiLoG, we Francji może kosztować przewoźnika nawet kilkaset tysięcy Euro kary, jeżeli skorzysta on z tego modelu na wszystkich samochodach.

Jak wygląda sytuacja z kontrolami i mandatami za granicą?

Austria

– W przypadku kontroli drogowej przeprowadzanej przez Policję Finansową (BMF Finanzpolizei), w której stwierdzane są jakiekolwiek braki dokumentów, bądź wątpliwości dotyczące wypłaty wynagrodzenia, wszczynana jest procedura kontrolna. Cały materiał dowodowy zebrany przez Finanzpolizei przekazywany jest do odpowiedniej terytorialnie Administracji Powiatu (Bezirkshauptmannschaft), który prowadzi sprawę. W przypadku braków dokumentów grzywny są bardzo surowe, najczęściej spotykamy się z karami w kwotach 1000 euro za brak jednego dokumentu. Koniecznym jest także udowodnienie, że firma delegująca pracownika do pracy w Austrii wypłaca wynagrodzenie zgodnie z postanowieniami austriackiej ustawy przeciwdziałającej dumpingowi płacowemu (Lohn und Sozialdumping-Bekämpfungsgesetz LSD-BG). W przypadku nieposiadania dokumentów płacowych firmie mogą grozić kolejne mandaty, dlatego tak ważne jest terminowe rozliczanie czasu pracy oraz wypłata ewentualnych wyrównań. W chwili obecnej obserwujemy bardzo niepokojącą praktykę austriackich urzędów polegającą na nakładaniu takich samych grzywien na wszystkich wspólników spółki co powoduje, że kary są wielokrotnie mnożone, ponieważ wszyscy wspólnicy otrzymują decyzję o nałożeniu mandatu – komentuje Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. rozliczeń i analiz, Grupa INELO.

Niemcy

– Najczęściej sprawy wciąż kończą się po dosłaniu wszystkich wymaganych dokumentów podczas kontroli. Znamy kilka przypadków, w których zdarzyło się, że inspektor dopytywał o rozliczenie np. premii, ale po wyjaśnieniach temat był zamykany. Bardzo ważne jest jednak, by przesłana inspektorom dokumentacja została sprawdzona przez odpowiedniego eksperta. OCRK zajmuje się kompleksową obsługą w tym zakresie  – mówi Bartłomiej Zgudziak.

Podczas kontroli drogowych w Niemczech posiadanie dokumentów płacowych nie jest wymagane, jednak przewoźnicy donoszą o wezwaniach do ich okazania ze względu na „barierę językową w czasie kontroli z kierowcą i brak możliwości skontrolowania dokumentów”. – Kontrole drogowe jak i wyrywkowo prowadzone przez ZOLL na podstawie dokonywanych zgłoszeń w dalszym ciągu dotyczą przede wszystkim okazania następujących dokumentów: umów o pracę, dokumentów A1, obliczeń wynagrodzeń o pracę zgodnych z ustawą MiLoG, dokumentów potwierdzających zapłatę wynagrodzeń za pracę, notatek na temat przeprowadzonych godzin w Niemczech oraz odczytów cyfrowych, a także dowodów wypłaty świadczeń w związku z podróżami służbowymi – dodaje Bartłomiej Zgudziak.

Francja

Władze we Francji cały czas zaostrzają przepisy dotyczące pracy kierowców. Kontrole z którymi w chwili obecnej najczęściej mamy do czynienia dotyczą posiadania dokumentu zgłoszeniowego SIPSI, tłumaczonej umowy o pracę, a także formularza A1. – Podobnie jak w przypadku Austrii kontrole, które wykażą jakiekolwiek braki dokumentów kończą się poinformowaniem powołanego reprezentanta o konieczności wysłania dokumentów płacowych. Klienci wyzywani są do ich uzupełnienia, wysyłki rozliczeń czasu pracy i potwierdzeń wypłaty wynagrodzenia minimalnego obowiązującego we Francji. Powodem inspekcji bywają czasami zupełnie przypadkowe sytuacje, jak te związane z epidemią COVID-19 oraz kontrolą oświadczeń o braku objawów choroby, a także monitoringu odbierania odpoczynków dobowych i tygodniowych dla kierowców pojazdów poniżej 3,5 tony – wylicza Bartłomiej Zgudziak.

Dokumenty, o które proszą inspektorzy w omawianych kontrolach to najczęściej:

  • listy płac;
  • rozliczenia delegacji;
  • potwierdzenia wypłat;
  • rejestr czasu pracy;
  • dokumenty kierowcy (umowa, formularz A1, zgłoszenie).

Uruchomienie Funduszu Naprawczego nie jest zagrożone

Rynki finansowe wyciszyły się przy pasywnym analizowaniu napływających informacji. Chęć dyskontowania odbicia gospodarczego wspartego nową szczepionką ściera się z rosnącymi obawami o galopującą liczbę nowych zakażeń na świecie.

Coś prędzej czy później będzie musiało puścić i wydaje się, że rynek prędzej chce grać długoterminową strategię odbicia ożywienia, ale hamuje go trudność wyceny bieżącej fali pandemii. Nowy rekord liczby zakażeń w Tokio dziś w nocy przypomina, że każda strefa czasowa boryka się z wirusem (to nie tylko problem Europy czy USA). O ile lockdowny nie będą całkowite (wstrzymanie fabryk i zamknięcie zakładów pracy), a łańcuchy dostaw nie będą zakłócone, przejście światowej gospodarki przez jesienny skok zachorowań będzie łagodniejszy niż miało to miejsce wiosną. Mimo to trudno oszacować, czy odrodzenie konsumpcji po okresie restrykcji będzie podobnie silne, co po pierwszej fali pandemii i na ile skuteczne będzie wsparcie fiskalne.

W odniesieniu do tego ostatniego interesująca jest relacja EUR/USD, gdyż problemy z uruchomieniem środków pomocowych pojawiały się po obu stronach. Dobrze znany spór Demokratów z Izby Reprezentantów z republikańską większością w Senacie USA implikuje brak szans na hojny pakiet fiskalny. Jakkolwiek mniejsze wydatki budżetowe powinny być czynnikiem pozytywnym dla USD, to jednak w kontrze staje znaczenie pakietu dla wspierania ożywienia. A wysokie statystyki zachorowań w USA i decyzje o lokalnych lockdownach źle rokują dla perspektywy gospodarczy, jeśli wsparcie fiskalne się nie pojawi. Możliwe, że w pewnym momencie sytuacja będzie na tyle zła, że Senat ugnie się i zaakceptuje większy pakiet fiskalny. A nawet jeśli nie, to im mniej zrobi Kongres i Biały Dom, tym więcej „wyrównać” będzie musiał Fed, co dla dolara będzie negatywne. Sam prezes Fed Powell powiedział wczoraj, że obecnie nie jest właściwy czas na odkładanie nadzwyczajnych narzędzi wsparcia monetarnego. Dobrze (ratowanie ożywienia) i źle (ekspansja) dla waluty jednocześnie.

W Europie problemem dla wypłaty środków pomocowych staje się wstępne weto Polski i Węgier wobec unijnego budżetu, z którym powiązany jest Fundusz Naprawczy. Jednak EUR nie reaguje na groźbę wstrzymania wypłaty pieniędzy ratunkowych. Wynika to z faktu, że nikt poważnie nie traktuje scenariusza, w którym Polska i Węgry są gotowe zablokować sobie otrzymywanie funduszy unijnych w sprzeciwie do powiązania wypłaty środków z regułą praworządności. Dla uczestników rynku jest jasne, że zagranie że strony państw, które są czołowymi beneficjentami unijnego budżetu, jest tylko próba wywarcia presji na zwykle szukającej kompromisu Unii. W efekcie uruchomienie Funduszu Naprawczego nie jest zagrożone, a nawet jeśli blokada przyjęcia budżetu by się przedłużała, to Bruksela już znalazła sposób na obejście weta i zatwierdzenie Funduszu Naprawczego w formie umowy międzynarodowej, tylko że już bez przyznania wypłat Polsce i Węgrom. Nikt jednak nie zakłada, że dojdzie do czarnego scenariusza, w którym Polska i Węgry zostaną pozbawione dostępu do środków z Funduszu (w przypadku Polski to ok. 5 proc. PKB), co widać po stabilnym kursie złotego i forinta.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Senat może jeszcze uratować spółki komandytowe. Agresywna optymalizacja podatkowa to mit

Nakładając podatek CIT na spółki komandytowe posłowie nie posłuchali apelu 128 organizacji biznesowych i przedsiębiorstw. Pozostaje jednak jeszcze argument, że wprowadzenie ustawy 30 listopada 2020 r. będzie niezgodne z orzecznictwem TK.

Wiele polskich firm rodzinnych to właśnie spółki komandytowe. 28 października Sejm przegłosował projekt ustawy wprowadzający ich podwójne opodatkowanie, które ma obowiązywać od początku przyszłego roku. Następnego dnia projekt został przekazany do Senatu, który ma 30 dni na zajęcie stanowiska. Ustawa może wrócić do Sejmu 29 listopada, a wówczas najbliższe tej dacie jego posiedzenie jest zaplanowane na 9 i 10 grudnia.

– Zgodnie z obowiązującym od połowy lat 90-tych orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, jakiekolwiek zmiany w prawie podatkowym nakładające dodatkowe obowiązki na podatników, powinny być ogłoszone w Dzienniku Ustaw co najmniej na 30 dni przed zakończeniem roku tj. do 30 listopada. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Turska-Tomczykowska, doradca podatkowy, wiceprezes zarządu w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Jest też mało prawdopodobne, że Senat wcześniej zakończy prace nad ustawą, a to ze względu na liczbę poprawek zgłaszanych przez organizacje zrzeszające prywatnych przedsiębiorców. Pracodawcy zwracają się teraz do senatorów i ostrzegają, że jeśli przyjmą ustawę w obecnym kształcie, dojdzie do podwójnego opodatkowania spółek komandytowych. To zwiększy ich koszty, obniży konkurencyjność i atrakcyjność. Wiele firm będzie musiało się zmierzyć z koniecznością zmiany formy prawnej prowadzenia działalności. Nie zgadzają się też ze stwierdzeniem, że spółki komandytowe są wykorzystywane do unikania płacenia podatków.

– W mojej ocenie są dwa bardzo istotne powody, aby ponownie zastanowić się nad sensem wprowadzania tej ustawy. Mamy rok pandemii, w którym wszyscy przedsiębiorcy odczuwają jej negatywne skutki i zamiast im pomóc wprowadzamy niekorzystne dla nich zmiany – wyjaśnia A.Turska-Tomczykowska. – Drugi powód jest taki, że choć Ministerstwo Finansów twierdzi, że ustawa jest wprowadzana w celu walki z agresywną optymalizacją podatkową, to okazuje się to nieprawdą. Ostatnio przeprowadzono wiele analiz, z których wynika, że mniej niż 10 proc. spółek komandytowych to spółki z udziałem zagranicznym, a wprowadzane zmiany będą miały znikomy wpływ na sytuację zagranicznych inwestorów, którzy nadal będą tylko raz płacili podatek w Polsce. Wprowadzenie podwójnego opodatkowania uderzy więc w polski biznes rodzinny. Dlatego organizacje skupiające rodzimych przedsiębiorców proponują odłożenie prac nad tą ustawą co najmniej o rok.

Grupa BIK po 3 kw. 2020 r.

Grupa BIK opublikowała wyniki finansowe, zgodnie z którymi w trzecim kwartale br. osiągnęła 4,3 mln zł skonsolidowanych przychodów, czyli tyle samo w ujęciu r./r. Od lipca do września br. wypracowała jednocześnie ponad 0,6 mln zł zysku netto, co oznacza podwojenie wyniku uzyskanego w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość kapitałów własnych od początku roku wzrosła o 6% do 97,5 mln zł. W okresie rozprzestrzeniania się COVID-19, żadna z umów najmu nie została rozwiązania z powodów związanych z okolicznościami pandemii.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w trzecim kwartale br. osiągnął blisko 4,3 mln zł skonsolidowanych przychodów i był to wynik niemal identyczny z uzyskanym w tym samym okresie poprzedniego roku.  Grupa BIK od lipca do września br. wypracowała natomiast 0,6 mln zł zysku netto, podwajając tym samym osiągnięcia z analogicznego okresu poprzedniego roku. Narastająco przez trzy kwartały br. Grupa wypracowała 12,2 mln zł skonsolidowanych przychodów, 14,6 mln zł zysku na działalności operacyjnej oraz 5,2 mln zł zysku netto.

„Branża magazynowa pozostaje odporna na kryzys wywołany pandemią COVID-19. Na stabilnym poziomie utrzymują się zarówno czynsze oraz wskaźniki pustostanów. Również działalność Grupy BIK prowadzona jest bez zakłóceń. W minionym okresie żadna z naszych umów najmu nie została rozwiązana z powodów związanych z pandemią COVID-19, a na początku października w Centrum Logistycznym Kraków II podpisaliśmy nową 10-cio letnią umowę najmu. Jedynie w przypadku naszego parku handlowego, dla pojedynczych klientów wdrożone zostały czasowe zwolnienia z opłat wynikające z przepisów ustawy lub czasowe obniżki czynszów (od 10% do 30%) przy jednoczesnym przedłużeniu umów najmu. Wpływ tych działań na nasze przychody był jednak niewielki. Towarzysząca pandemii deprecjacja naszej waluty względem euro miała natomiast wpływ na wzrost wyceny zobowiązań kredytowych wyrażonych w euro. Jednocześnie nastąpił wzrost wartości nieruchomości wycenianych w tej walucie” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Wartość kapitałów własnych (aktywów netto) wzrosła od początki roku o 6% do 97,5 mln zł. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych zwiększyła się o blisko 7% do poziomu 189,6 mln zł. W tym roku Grupa BIK oddała do użytkowania centrum logistyczne BIK Park Wrocław I o powierzchni 25 tys. m2. Obecnie mamy możliwość rozbudowy naszych centrów logistycznych pod Wrocławiem oraz w pobliżu Sosnowca. Wszystkie nasze inwestycje mają bardzo dobre lokalizacje w pobliżu ważnych węzłów komunikacyjnych. Oferujemy jednocześnie możliwość wynajmu niewielkich modułów co jest atrakcyjnym rozwiązaniem dla inwestorów, lokujących swoje przedsięwzięcia w bezpośrednim sąsiedztwie dużych aglomeracji – podkreślił Mirosław Koszany.

Założyciele Ultima Ratio liczą na znaczący przyrost spraw. Z e-arbitrażu zaczyna korzystać Intrum

Intrum, międzynarodowa firma zajmująca się obrotem wierzytelnościami i windykacją, obecna w 24 krajach Europy, zaczyna korzystać z e-arbitrażu Ultima Ratio. Od teraz będzie proponować osobom zadłużonym zawarcie zapisu na sąd polubowny w zawieranych ugodach dotyczących spłaty zaległych zobowiązań. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, Ultima Ratio to dla nich zabezpieczenie sprawnej ściągalności kwot wynikających z ugód, przy jednoczesnym obniżeniu kosztów windykacji. Dzięki współpracy z Intrum, założyciele Ultima Ratio liczą na znaczący wzrost liczby rozstrzyganych spraw.

Intrum to kolejny międzynarodowy gracz, który zdecydował się na skorzystanie z usług Ultima Ratio. Globalna marka z ponad 120-letnią historią specjalizuje się w zarządzaniu wierzytelnościami i windykacją, obsługując w tym zakresie ponad 80 tysięcy klientów w 24 krajach Europy. Od teraz Intrum będzie proponować dłużnikom, których wierzytelnościami będzie zarządzać, zawarcie zapisu na sąd polubowny w zawieranych ugodach. Co ważne, w przypadku tzw. wierzytelności konsumenckich, mając na uwadze dążenie do minimalizowania kosztów ich windykacji, w ostatecznym rozrachunku obciążających właśnie konsumentów, Ultima Ratio, zgodnie z ustaleniami, rozpozna jedynie spory, w których wierzyciel wniósł wcześniej pozew w EPU (Elektronicznym Postępowaniu Upominawczym) i postępowanie to zostało umorzone, np. z powodu wniesienia przez dłużnika sprzeciwu.

– Ultima Ratio to dla nas zabezpieczenie tego, że kwoty wynikające z ugód z osobami zadłużonymi zostaną uregulowane. To szczególnie ważne, biorąc pod uwagę obecną sytuację, która ma wpływ na płynność finansową wielu firm i osób prywatnych. Przedłużająca się pandemia COVID-19 i związana z nią recesja sprawia, że osoby zadłużone wolą trzymać gotówkę na rachunkach bankowych jako rezerwę bezpieczeństwa, nawet kosztem regulowania swoich zobowiązań. To zresztą potwierdzają wyniki naszego specjalnego badania ”European Consumer Payment Report 2020. Special Edition Covid-19”: aż 75% osób deklaruje, że od czasu wybuchu pandemii skupia się tylko na kupowaniu najpotrzebniejszych rzeczy – mówi Piotr Gajda, Członek Zarządu Intrum. – Ponadto, e-arbitraż pozwala nam bez większych trudności normalnie pracować w tych trudnych czasach, jakie mamy obecnie. W trosce o zdrowie i bezpieczeństwo, większość naszej załogi została skierowana do pracy zdalnej, dlatego doceniamy i wdrażamy wszystkie inicjatywy, które pozwalają na ograniczenie służbowej mobilności naszych pracowników – dodaje Piotr Gajda.

Według raportu ”European Payment Report 2020” przygotowanego przez Intrum, niemal połowa polskich firm uważa, że z powodu recesji będącej następstwem pandemii COVID-19, w ciągu dwunastu miesięcy ryzyko występowania opóźnionych płatności lub braku płatności ze strony dłużników ich firm wzrośnie. Już teraz różnica między oferowanymi terminami płatności, a czasem, w którym płatności są faktycznie dokonywane, jest w naszym kraju zauważalna. Z największą mamy do czynienia w przypadku firm z sektora publicznego, na drugim miejscu jest sektor B2B. Najbardziej rzetelnymi płatnikami są konsumenci, jednak i oni coraz częściej borykają się z problemami finansowymi. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, w czasie drugiego i trzeciego kwartału tego roku zaległości konsumentów z tytułu nieopłaconych rachunków i rat kredytowych, podniosły się o niemal 3,5 mld zł do 83,2 mld zł. Wzrost ten był o prawie 800 mln zł wyższy niż w analogicznym okresie minionego roku. Liczba niesolidnych dłużników spadła o 12 tys. osób, do blisko 2 mln 822 tys., co oznacza, że wzrasta liczba niezapłaconych faktur na osobę, a co za tym idzie, coraz więcej płatności ma coraz dłuższy okres przeterminowania.

– Istnieje bardzo wyraźna zależność pomiędzy okresem przeterminowania należności a szansą na jej odzyskanie. Jak wynika z raportów firm windykacyjnych, o ile po trzech miesiącach wierzyciel ma jeszcze 80% szans na odzyskanie należności, o tyle po roku szansa taka spada do 20%. Sprawnie przeprowadzone postępowanie sądowe ma tu więc charakter kluczowy – mówi Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio. – Dzięki Ultima Ratio, sprawy nawet najbardziej sporne kończą się po około 3 tygodniach, co oznacza, że już po 2,5 miesiąca od złożenia pozwu, do drzwi osoby zadłużonej może zapukać komornik. W rezultacie takie osoby mają o wiele silniejszy bodziec do terminowego regulowania należności. Otrzymują w zamian sporo korzyści, jak choćby taką, że w sądzie online nie muszą obawiać się stresu i nerwów związanych z bezpośrednią konfrontacją z wierzycielem i jego prawnikiem, gdyż całość postępowania toczy się wirtualnie, na specjalnie zaprojektowanej platformie. Dzięki współpracy z Intrum, liczymy na znaczący wzrost liczby rozstrzyganych spraw – dodaje Robert Szczepanek.

Ultima Ratio, Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, rozpatruje sprawy wyłącznie przez Internet. Wszystkie czynności od złożenia pozwu, przez przedstawienie materiału dowodowego, po wydanie wyroku wykonywane są za pośrednictwem specjalnej platformy cyfrowej, której zabezpieczenia są porównywalne do tych, stosowanych w systemach bankowości elektronicznej. Dzięki e-arbitrażowi rozwiązywanie sporów można przenieść do świata wirtualnego, co jest szczególnie istotne obecnie, w dobie pandemii, gdy priorytetem jest ograniczanie interakcji z innymi. Arbitraż to sąd prywatny, który zgodnie z prawem i wolą stron zastępuje sąd państwowy. Dodatkowo, jest tańszy niż tradycyjne formy rozwiązywania sporów, a dodatkowo mniej sformalizowany, więc znacznie szybszy. Średni czas trwania postępowania arbitrażowego w Ultima Ratio aktualnie wynosi zaledwie 17 dni. Koszty postępowania są zaś, według wyliczeń e-sądu – nawet o 70% niższe, niż koszty postępowania prowadzonego przed sądem powszechnym.

Umowy najmu: Rekordowy październik na rynku biurowym

Ostatni kwartał roku zaczął się od rekordowej liczby wynajętych modułów biurowych w Polsce – podliczają analitycy REDD, niezależnej firmy dostarczające dane o rynku biurowym w Polsce. W sumie w październiku i do połowy listopada (17.11.2020) odnotowano 971 transakcji.

– Tylko w październiku zarejestrowaliśmy 663 transakcje biurowe — jest to najwyższy wynik zanotowany w 2020, prawie dwukrotnie wyższy niż w poprzednim miesiącu – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.REDD1

W październiku wynajęto biura o łącznej powierzchni 130,559 m2. – Warto zwrócić uwagę, że wynik ten jest mniejszy niż marcowy rekord, kiedy w 360 transakcjach wynajęto ponad 154,000 m2 – podkreśla Judyta Bartnicka, analityczka REDD.

Średnia powierzchnia wynajętego modułu biurowego w październiku wyniosła 197 m2.REDD2– Ostatni kwartał na rynku nieruchomości zawsze był tym zamykającym rok, a co za tym idzie, finalizowanych było najwięcej transakcji. Nasze dane pokazują, że w tym roku jest podobnie. Zauważalny jest jednak fakt mniejszej liczny wynajętej powierzchni, co może świadczyć o ostrożnym podejściu firm w realizacji zapotrzebowania na nowe biura. Nie zapominajmy, że rynek biurowy mierzy się z drugą falą pandemii oraz z przywracanymi ograniczeniami, co sprawia, że praca zdalna stała się dla wielu firm rzeczą naturalną. Ostatnie miesiące tego roku będą niezwykle ciekawym okresem, pokazującym rzeczywisty obraz rynku – podsumowuje Piotr Smagała, dyrektor zarządzający, REDD.

28% warszawianek dotknęła obniżka wynagrodzeń. Raport „Mama-Warszawianka”

Jak pokazuje najnowszy raport „Mama – Warszawianka”, przygotowany na zlecenie miasta przez Fundację Sukcesu Pisanego Szminką, 24 proc. kobiet straciło pracę w ostatnich kilku miesiącach, a kolejnych 28 proc. zarabia mniej niż wcześniej.  Przedstawiamy wyniki badań* z życia warszawianek w czasie pandemii.

Raport „Mama – Warszawianka” dotyczy trzech aspektów życia kobiet: pracy, kariery i rozwoju oraz życia rodzinnego.

Pandemia spowodowała, że sytuacja kobiet na rynku pracy jest niepewna, co potwierdzają również wyniki badań przeprowadzonych wśród warszawianek – mówi Katarzyna Wilkołaska-Żuromska, Pełnomocniczka Prezydenta m.st. Warszawy do spraw kobiet, inicjatorka projektu „Mama – Warszawianka”.  – Kobiety oczekują działań zarówno ze strony pracodawców, takich jak elastyczny czas pracy, możliwość pracy zdalnej czy szkolenia online, ale też od władz lokalnych. To, czego potrzebują najbardziej w rozwoju i karierze zawodowej, to obecnie szkolenia i programy rozwojowe oraz wsparcie mentora. Kobiety są też za mało pewne siebie, biorą na siebie zbyt dużo obowiązków – dodaje Katarzyna Wilkołaska-Żuromska.

Rynek pracy w Warszawie a koronawirus

Epidemia COVID-19 uderzyła w rynek pracy dla kobiet w Warszawie. Wprowadzane, w związku z sytuację epidemiczną, ograniczenia działalności doprowadziły do zapaści w turystyce, gastronomii, branży eventowej, kosmetycznej, fryzjerskiej. Część z nich to sektory mocno sfeminizowane, a wiele kobiet jest obecnie w trudnej sytuacji, ponieważ formą zatrudnienia w tych branżach jest zarówno umowa o pracę, ale również umowa zlecenie, o dzieło, kontrakt czy projekt.Mama-Warszawianka_-_utrata-pracy Mama-Warszawianka_trudnosci Mama-Warszawianka_-zarobki

Jak wynika z raportu „Mama – Warszawianka” przygotowanego przez Fundację Sukcesu Pisanego Szminką, aż 24 proc. ankietowanych straciło zajęcie zarobkowe od początku pandemii.  Ponad połowa z badanych nie obawia się utraty pracy, ale kobiety martwią się za to o innych członków rodziny – 48 proc. respondentek obawia się utraty pracy przez swoich bliskich, bo już 4 proc. z nich to spotkało.

Wśród 28 proc. ankietowanych, których wynagrodzenia zostały obniżone z powodu pandemii, u 12,6 proc. zarobki spadły od 20 do 50 proc..

Według raportu, warszawianki pracują obecnie więcej niż przed wybuchem epidemii – twierdzi tak blisko 1/3 ankietowanych (30 proc. wskazań). W przypadku 25 proc. z nich, czas pracy wydłużył się o minimum pół godziny w ciągu dnia, a u połowy nawet o dwie godziny więcej.

Praca a obowiązki domowe i życie rodzinne

Wśród ankietowanych kobiet, połowa ma dzieci w żłobku/przedszkolu/szkole lub innej placówce opiekuńczej, a ponad 15 proc. samodzielnie się nimi zajmuje.

Katarzyna Wilkołaska-Żuromska: – Od wielu miesięcy warszawianki muszą pracować zdalnie jednocześnie opiekując się dziećmi w domach. W październiku odpowiedziało tak, aż 60 proc. ankietowanych. Ten problem nie dotyczy 20 proc. respondentek, ale należy podkreślić, że badanie zostało przeprowadzone przed drugim w tym roku lockdownem tj. między 14 a 25 października. Dla przypomnienia, od 26 października zdalną edukację wprowadzono w szkołach podstawowych dla uczniów klas 4-8, a od 9 listopada dla klas 1-3.

Chociaż 67 proc. ankietowanych wskazuje, że w pandemii mają wsparcie partnera w obowiązkach domowych, to ponad 50 proc. z pytanych kobiet uważa, że ma obecnie więcej obowiązków domowych.

Kariera i rozwój osobisty

Warszawianki, które są matkami, wskazały, że przez macierzyństwo mają utrudniony rozwój zawodowy – odpowiedziało tak aż blisko 54 proc. respondentek. Tylko 16,2 proc. z ankietowanych nie zgadza się z tym stwierdzeniem.

Choć w czasie pandemii większość z nich (67,7 proc.) nie czuje się dyskryminowana ze względu na płeć w miejscu pracy, to jednak odsetek pań, które tego doświadczają, wynosi 17,3 proc.

W rozwój zawodowy wierzy 59 proc. ankietowanych, natomiast 72 proc. warszawianek wskazuje, że przez pandemię ma mniejsze możliwości zawodowe.

Co robią więc Warszawianki, aby rozwijać swoje kompetencje i poprawić swoją sytuację na rynku pracy w czasie pandemii?

Z raportu „Mama-Warszawianka” wynika, że do najważniejszych kwestii, na których zależy kobietom, należą: szkolenia i programy rozwojowe (30 proc.), wsparcie mentora lub coacha (20,8 proc.), wsparcie finansowe (19,9 proc.) oraz bezpłatna opieka dla dzieci (16,2 proc.).

„Mama- Warszawianka” – wygrajmy z COVIDEM

– Aby wesprzeć kobiety w czasie epidemii, we wrześniu uruchomiliśmy program aktywizacji zawodowej „Mama- Warszawianka” na rynku pracy. Wygrajmy z COVIDEM. Jest on realizowany przez Sieć Przedsiębiorczych Kobiet przy wsparciu Fundacji Sukcesu Pisanego Szminką. Warsztaty i szkolenia w ramach programu mają na celu uchronić matki aktywne zawodowo przed negatywnymi skutkami pandemii na rynku pracy i jednocześnie wzmocnić poczucie własnej wartości – mówi Katarzyna Wilkołaska-Żuromska.

W ramach programu kobiety uczą się umiejętności i kompetencji jak np. tworzenie marki osobistej, wyznaczanie celów zawodowych, podstawy prawa pracy, rozwój kariery zawodowej. W części związanej z własnym biznesem mogą wziąć udział w warsztatach dotyczących m.in. aspektów prawnych i księgowych prowadzenia własnej działalności gospodarczej, podstaw marketingu, modeli biznesowych czy sposobów na poszukiwania funduszy. Uczestniczki mają także szansę skorzystać z indywidualnych konsultacji z ekspertami i doradcami.

* Ankieta została przeprowadzona metodą CAWI w dniach 14-25 października 2020 na próbie 524 kobiet. Mieszkających w Warszawie, posiadających dzieci (73,0%), aktywnych zawodowo. Posiadających głównie wykształcenie wyższe (89,5%) W wieku 19-45 lat (75,9%) i będących w związkach (72,5%), głównie niemieszkających z rodzicami (90,6%).

Wizerunek i dress code w czasie pracy zdalnej. Profesjonalny, czyli jaki?

Praca z zdalna nie oznacza rezygnacji ze służbowych spotkań. Kiedyś jeździliśmy do sal konferencyjnych, szkoleniowych czy wykładowych – dziś wszystkie te sale próbujemy zmieścić pod jednym dachem.  Naszym dachem. Co więcej, pod tym samym dachem swoje biuro aranżują nasi współlokatorzy. I tak przez połączenia wideo pokazujemy swój dom kontrahentom, studentom, czy widzom. Niektórzy ukrywają bałagan, inni chwalą się nim w sieci. Jedni zakładają szpilki na zebranie online, inni zostają w kapciach (przecież kamera komputera tego nie uchwyci). Czy Skype, Zoom i Google Hangout zmieniają znaczenie słowa profesjonalny? – wyjaśnia dr Milena Drzewiecka, psycholog z Uniwersytetu SWPS.

Koronawirus zamyka nas w czterech ścianach i otwiera na domy innych: w dobie telekonferencji, wywiadów i wykładów wprost z home office widzimy i pokazujemy to, co wcześniej widziało tylko niewielu. Strefa publiczna wkracza w prywatną. Odsłaniamy nasze pokoje,  a wraz z nimi  – siebie.  Jak pokazują badania psychologa Michała Kosińskiego, ślady cyfrowe zdradzają naszą osobowość. Ale zanim Kosiński zaczął badać digital footprints, inny psycholog Samuel Gosling pokazał, co o naszej otwartości na doświadczenie, ekstrawersji czy sumienności mówi aranżacja przestrzeni wokół nas. Tyle tylko, że w dobie home office wyrazy tożsamości (nad którymi mamy kontrolę, np. dyplomy, zdjęcia w biurze) mieszają się ze śladami zachowań, które są niekontrolowane, a przynajmniej zdecydowanie rzadziej kontrolowane.

Dres czy garnitur?

Na Twitterze swego czasu popularny był wpis rzecznika ambasady Izraela w Wielkiej Brytanii: Ohad Zemet na dwóch zdjęciach pokazał to, co podczas wywiadu z nim było widać na ekranie tv i cały pokój (pełen zabawek i porozrzucanych rzeczy. Gdyby nie zdjęcie numer 2 nikt nie wiedziałby, jak wygląda jego mieszkanie. Podobnie jak gdyby nie wpis stratega marketingu Wojciecha Walczaka na LinkedIn – nikt nie wiedziałby, jakie ma spodnie podczas zajęć online prowadzonych na kierunku Professional Image na Uniwersytecie SWPS. Studenci na ekranach swoich komputerów widzieli po prostu mężczyznę w czarnym T-shircie. Kiedyś wielu starało się ukryć rzeczy nieidealne, dziś wręcz przeciwnie. Ohad Zemet nazywa swój wpis True Story i zyskuje tysiące like’ów. Uśmiechem reagują też studenci Wojciecha Walczaka. Dlaczego? Dlatego, że wielu widzi w ich historii swój los.

Super, tzn. drogo czy podobnie?

Dziennikarz Michał Zaczyński pisząc o wpływie epidemii na modę, na swoim blogu stwierdził tak: Przewiduję też zmierzch logomanii i umiarkowane – bo z tego ludzkość nie zrezygnuje nigdy – epatowanie markowymi akcesoriami i charakterystycznymi modelami drogich ubrań i dodatków. Pobłyskiwanie zamożnością, bo przecież o to chodzi w T-shircie Gucciego za 1500 złotych, będzie kiepsko postrzegane. Zbyt drogie rzeczy od lat były źle postrzegane w życiu publicznym. Według modelu supermana/przeciętniaka, wyborca porównuje kandydata ze standardami i może oczekiwać, że będzie on jak superman lub everyman (przeciętniak, człowiek z sąsiedztwa). I choć zdarzali się politycy, którzy musieli pokazać, że są bardziej super (eleganccy, inteligentni, obyci itp.) niż w rzeczywistości są, to od lat w kampaniach wyborczych dominuje model everyman’a. Przykładami choćby Bush senior, który w zamienił Martini na piwo, czy Barack Obama i Donald Tusk, którzy zatrzymywali się na stacjach paliw, by zjeść hamburgera/hot doga. Zgodnie z jedną z podstawowych reguł wpływu opisanych przez psychologa Roberta Cialdiniego, lubimy ludzi do nas podobnych.

Jak w soczewce

Wizerunek to nie tylko wygląd, ale nasza ocena innych najczęściej zaczyna się od oceny ich atrakcyjności. Efekt aureoli podpowiada, że jedna pozytywna cecha promieniuje na pozostałe i tą cechą często jest właśnie ładny wygląd. Sęk w tym, że atrakcyjność nie musi oznaczać ponadprzeciętnej atrakcyjności. Ta ponadprzeciętność wzbudzi zainteresowanie, ale niekoniecznie sympatię. Warto pamiętać, że to co widzimy na biznesowym  spotkaniu face to face (ubiór, gadżety itd.) czy podczas łączenia on-line (znów ubiór, ale także tło itp.) jest rodzajem soczewki, przez którą patrzymy na rozmówcę i która podpowiada określone oceny. I dbając o nas oraz o nasze otoczenie możemy dostarczyć tak pożądanych, jak i niepożądanych wskazówek.

Pierwsze wrażenie i zdradliwy drugi plan

Są miejsca i sytuacje, gdzie przysłowiowy dres nie zawita nawet w dobie epidemii czy kryzysu po niej. Określone branże wymuszają określony dress code.  Znaczenie słowa profesjonalny w dużej mierze zależy więc od kontekstu. Ale gdy prezes firmy zamiast z gabinetu łączy się z zarządem ze swojego salonu i trzyma na rękach niemowlaka, nie będziemy oczekiwać, że będzie w garniturze i pod krawatem. Wygrywa adekwatność, spójność i autentyczność. Na koniec dwa zdania ku przestrodze: i wygląd, i tło  warto mieć pod szczególną kontrolą, gdy poznajemy kogoś po raz pierwszy (!), bierzemy udział w rekrutacji, czy zdajemy egzamin on-line. W jednej z międzynarodowych instytucji do dziś rekrutujące wspominają rozmowę wideo z aplikującą o staż: wyglądała i mówiła super, ale uwagę od jej słów odwracały suszące się na kaloryferze … stringi.

To zapewne nie jest ślad, który chciała po sobie zostawić w pamięci innych.

dr Milena Drzewiecka, psycholog, Uniwersytet SWPS

Praca zdalna w praktyce. Porady ekspertów HR

Praca zdalna zostanie z nami na dłużej, a w najbliższych latach powstawać będą nowe modele pracy. Jak pokazują badania Pracuj.pl, 9 na 10 respondentów chce korzystać z tej formy zatrudnienia także w przyszłości. Czy jednak naprawdę wiemy, jak efektywnie wykonywać obowiązki z domu? Po ośmiu miesiącach pandemii wiele osób wciąż mierzy się z trudnościami przy pracy zdalnej. Tymczasem, jak zauważają eksperci HR, jej jakość i efektywność mogą poprawić nawet proste, łatwe do wdrożenia narzędzia i zasady.

Polacy polubili pracę w domu. Już we wrześniu br. zdecydowana większość z nich deklarowała, że chcą korzystać z tej formy zatrudnienia nawet, gdy ograniczenia wywołane COVID-19 ustąpią. Nie inaczej jest za granicą – według międzynarodowych badań Boston Consulting Group 60% pracowników chce móc w przyszłości elastycznie wybierać miejsce, z którego pracują. Chęć działania w tym modelu deklaruje też 40% pracodawców. Zazwyczaj wciąż dotyczy to modeli hybrydowych – częściowej pracy z biura, a częściowej z domu. W połowie listopada 2020 rekrutacje na w pełni zdalne stanowiska stanowiły 7% wszystkich ogłoszeń na Pracuj.pl. Było to jednak i tak o trzy razy więcej, niż rok wcześniej.

praca zdalna
Źródło: Raport Pracuj.pl „Pół roku nowej normalności”, październik 2020

Wszystkie te procesy będą prowadzić do rosnącej roli pracy zdalnej w najbliższych latach. Jednak mimo, że miliony Polaków od marca br. pracują przynajmniej częściowo zdalnie, wielu z nich wciąż adresuje duże trudności z organizacją obowiązków w tym modelu.

Biuro na kanapie to zły pomysł

Jednym z kluczowych wyzwań związanych z pracą zdalną jest brak odpowiednich warunków do wykonywania obowiązków. Według badań firmy VOX „biurami” w domach najczęściej stają się salon, sypialnia, a dopiero w trzeciej kolejności – pomieszczenie przeznaczone na gabinet. Nieco więcej, niż 1 na 3 respondentów przyznawało, że dysponowało na początku pandemii stałą, dostosowaną przestrzenią do wykonywania pracy z domu. Niewiele mniej – że zaaranżowali takie miejsce dopiero po starcie pierwszego lockdownu. W efekcie meblem przy którym pracujemy w domu najczęściej jest stół, wygrywający z… biurkiem.

Jak zauważa Agata Dzierlińska, HR Business Partner w Grupie Pracuj, organizacja przestrzeni wykonywania obowiązków z domu bywa niezwykle ważna w kontekście energii pracownika i poziomu zmęczenia pracą. Jesteśmy w wyjątkowo trudnym momencie: nasze salony, sypialnie, czasami nawet kuchnie stały się z dnia na dzień nie tylko miejscami spotkań z domownikami, ale i miejscem pracy. Brak wyraźnych granic między pracą a życiem „po-pracy” może szybko doprowadzić do poczucia zmęczenia, a nawet wypalenia zawodowego. Eksperci zalecają m.in. odpowiedni ubiór do pracy (nawet jeśli nadal jest ona w salonie), uporządkowanie przestrzeni, a także chowanie komputera po tym, jak skończymy wszystkie zadania. Dzięki tym małym rytuałom możemy poczuć się lepiej w trudnej rzeczywistości.

Warto aby przestrzeń do pracy w domu pozwalała stawiać granice między życiem zawodowym i prywatnym. Przede wszystkim musimy zadbać o miejsce, na którym rozłożymy komputer i dokumenty. Dobrze, aby było to miejsce zaciszne, oddalone od centrum domowego życia, gdzie będzie można się skupić lub porozmawiać. Pamiętajmy też o zapewnieniu sobie światła, wygodnego fotela czy monitora ustawionego na odpowiedniej wysokości. Im lepiej zorganizujemy sobie przestrzeń, tym lepiej będziemy pracować. Nawet kilka takich prostych kroków poprawia efekty osiągane w domowej pracy. Dlatego warto rozmawiać ze swoim pracodawcą. Wielu jest otwartych np. na wypożyczanie foteli czy podstawek pod laptopa z biur – mówi Agata Dzierlińska.

Organizując przestrzeń pracy warto przyjrzeć się możliwościom, jakie gwarantuje nam w tym zakresie obecny pracodawca. W obliczu pandemii wiele firm zdecydowało się na umożliwienie pracownikom zabrania do domu sprzętu, a nawet mebli biurowych. Spotyka się to z pozytywnym odzewem – 77% respondentów Pracuj.pl uważa, że dostarczanie narzędzi wykonywania pracy zdalnej jest ważnym atutem pracodawcy. O krok dalej poszedł np. Shell Polska, którego aż 97% kadry od marca wykonuje obowiązki poza biurem. Pracownicy firmy mogą aplikować u menedżerów o środki finansowe na dodatkowe zasoby sprzętowe, np. nowe dodatkowe meble czy sprzęt umożliwiający lepszą i bardziej bezpieczną pracę z domu.

dofinansowanie pracy zdalnej
Źródło: Raport Pracuj.pl „Pół roku nowej normalności”, październik 2020

Narzędzia w służbie… zdrowego podziału czasu

Problemy dotyczące przestrzeni pracy to oczywiście nie jedyna kwestia związana z zacieraniem się granic świata prywatnego i służbowego. Równie istotny jest dobór odpowiednich narzędzi pracy, ułatwiających pilnowanie harmonogramu działań, podziału obowiązków czy godzin poświęcanych na zadania służbowe. Grupą osób, które szczególnie często pracują z domu w niestandardowych godzinach są oczywiście rodzice niepełnoletnich dzieci. Problem ten dotyczy jednak ogółu pracowników.

Według ekspertów brak granic między czasem pracy i odpoczynku może prowadzić do wypalenia zawodowego. W radzeniu sobie z tymi wyzwaniami szczególną rolę odgrywają odpowiednie narzędzia, wspierające zarządzanie czasem i planowanie działań.

Na rynku dostępnych jest wiele bezpłatnych, prostych do opanowania narzędzi wspierających organizację pracy indywidualnie i w zespołach, np. Google Docs, KanbanFlow, Toggl, Slack, Asana, Todoist czy Google Meet. Oczywiście pracodawcy mogą decydować się także na bardziej rozbudowane, płatne systemy, tworzone z myślą o specyficznych potrzebach firmy. Zasada pozostaje jednak ta sama. Korzystając z cyfrowych narzędzi organizacji pracy możemy ją lepiej rozplanować, niezależnie czy działamy samodzielnie czy w zespole. Organizując w ten sposób działania trudniej o utratę uwagi czy wpadki, prowadzące później do np. nadrabiania zadań wieczorem – komentuje Agata Grzejda, ekspertka ds. komunikacji wewnętrznej w Grupie Pracuj.

Rolę tego typu rozwiązań podkreślają badania Boston Consulting Group. Zgodnie z nimi pracownicy, którzy są zadowoleni z wykorzystywanych cyfrowych narzędzi pracy zdalnej, dwukrotnie częściej od pozostałych utrzymują bądź nawet poprawiają efektywność podczas wykonywania zadań związanych ze współpracą w zespole.

Nie zgubić dobrych relacji

Kontakty towarzyskie są ważnym elementem pracy dla większości zatrudnionych. Spotkania w firmowej kuchni, to nie tylko plotki, ale też czas na wymianę informacji, pomysłów, wzajemne inspirowanie się. Pandemia podkreśliła, jak bardzo istotne są tego typu spotkania, wcześniej uznawane za oczywistość. 50% respondentów Pracuj.pl pracujących zdalnie deklaruje, że w wyniku przejścia na ten model bardziej docenili bezpośrednie spotkania ze współpracownikami w biurze.

To wyzwanie doskonale rozumieją pracodawcy, którym zależy na utrzymaniu relacji między pracownikami. Działy zajmujące się komunikacją wewnętrzną, HR, menadżerowie szukają różnorodnych rozwiązań tej sytuacji. Najczęściej spotykane są oczywiście regularne spotkania online, statusy i zebrania – dla wielu firm znane jeszcze sprzed pandemii. Nie brak jednak bardziej kreatywnych rozwiązań, np. konkursów i challenge’ów prowadzonych przez firmowe sieci społecznościowe, wysyłek upominków do mieszkań pracowników, a także akcji CSR związanych z koronawirusem, aktywizujących zespół.

Jak zauważa Dominika Nawrocka, Brand Communication & CSR Manager w Capgemini Polska, udział w tego typu inicjatywach to ważna okazja dla pracownika. W czasach, gdy trudno nie tylko o wyjazdy czy imprezy integracyjne, ale także standardowe biurowe spotkania, każda okazja do budowy relacji w zespole może dobrze wpływać na nasz dobrostan psychiczny i jakość pracy.

Wirtualne konwersacje nie zastąpią bezpośrednich spotkań, ale pomagają podtrzymywać więzi. Aby zachować ducha zespołu, proponujemy szereg wspólnych inicjatyw w trybie online. Organizujemy m.in. wirtualne szkolenia i debaty, proponujemy liczne webinary lub podcasty o ciekawej tematyce, do których zapraszamy zewnętrznych ekspertów. Ciekawą inicjatywą jest wewnętrzny blog podróżniczy, gdzie nasi pracownicy opowiadają o swoich dotychczasowych eskapadach. Utworzyliśmy również grupy tematyczne na wewnętrznej platformie, gdzie można wymieniać się swoimi doświadczeniami, np. polecać sobie wzajemnie książki, filmy lub przepisy kulinarne. Takie działania pomogą nie tylko zapewnić ciekawą organizację czasu w domowym zaciszu, ale też zacieśnić relację pomiędzy pracownikami firmy – opowiada Dominika Nawrocka.

Zdalny savoir vivre

Od kiedy rozpowszechniło się przeprowadzanie zarówno spotkań biznesowych, jak i rozmów kwalifikacyjnych z domów, często dochodzi do różnych wpadek. Dzieci biegające w tle za plecami rozmówcy, niekompletny lub nieadekwatny ubiór, wiertarka udarowa borująca ściany w mieszkaniu obok, nie wyłączenie własnego mikrofonu w trakcie wypowiedzi innej osoby – to wszystko codzienność pracowników.

Nowe doświadczenia, z którymi mamy do czynienia generują pytania i wątpliwości. Jak ubrać się, jeśli mamy spotkanie w formie wideokonferencji? Czy strój powinien być tak samo dobrany, jak w przypadku spotkania twarzą w twarz, czy też można zrezygnować z krawatu, skoro i tak rozmawiamy z kuchni? Jakie wybrać tło do rozmowy? Agata Grzejda z Grupy Pracuj zauważa, że w trakcie spotkań biznesowych warto kierować się podobnymi zasadami, jak te obowiązujące przy bezpośrednich spotkaniach.

Punktualność, odpowiedni ubiór, dobre oświetlenie i dbałość o jakość dźwięku w trakcie telekonferencji to podstawowe zasady, o których powinniśmy pamiętać. Przez większość czasu pracy zdalnej pozostajemy poza okiem współpracowników. Dlatego telekonferencje, statusy i spotkania mają jeszcze większy wpływ na nasz wizerunek w firmie, a także na ocenę naszej pracy. Nie inaczej jest w wypadku zdalnych rozmów kwalifikacyjnych, kiedy nasze otoczenie, artykulacja głosu czy jakość łącza internetowego mogą wpływać na ocenę rekrutera. Dlatego niezależnie, czy kontaktujemy się ze współpracownikami czy potencjalnym pracodawcą, powinniśmy pamiętać o zawodowym savoir vivre – podkreśla Agata Grzejda.

Eksperci zwracają uwagę, że nawet najbardziej oczywiste z pozoru szczegóły mogą wpłynąć na percepcję naszej osoby przy wideokonferencjach. W trakcie ważnych rozmów lepiej zrezygnować ze sportowych bluz i dresu na rzecz schludnej garderoby. Zadbać także należy o takie tło, by nie rozpraszało uwagi osób, z którymi rozmawiamy – najlepsza będzie ściana z obrazkiem, tapetą, regał z książkami. Koniecznie należy zadbać o oświetlenie, tak aby rozmówcy dobrze nas widzieli i aby nie oślepiało ich światło np. z okna. Ważne jest, by miejsce z którego rozmawiamy było ciche, bez muzyki w tle, gotującego się czajnika czy uruchomionego telewizora. Zadbać należy też o naładowanie laptopa oraz o przygotowanie jeszcze przed rozmową, ważnych dokumentów, notatnika i długopisu.

W stronę nowych możliwości

67% respondentów Pracuj.pl uważa, że podczas pracy zdalnej są równie efektywni, co w biurze. Niewiele mniej, bo 65% ocenia, że dobrze radzą sobie z oddzieleniem czasu prywatnego i służbowego podczas tzw. home office. To pozytywne sygnały, pokazujące rosnącą adaptację Polaków do nowych form pracy. Jednak, jak zauważają eksperci, efektywność pracy zdalnej będzie w najbliższych latach coraz ważniejszym tematem, wraz z umocnieniem się tej formy wykonywania obowiązków jako stałego elementu życia zawodowego. Znajomość wielu zasad, choć powszechnie deklarowana, wciąż jest wyzwaniem, w którym pracownikom powinni pomagać dobrzy pracodawcy.

Furgalski: transport publiczny cierpi na pandemii – potrzebna pomoc państwa

Jesienne, mocne uderzenie pandemii znów zmniejszyło liczbę podróżujących transportem zbiorowym. Wzrosły ograniczenia dotyczące liczby pasażerów w komunikacji miejskiej – a naturalne powody podróżowania, takie jak praca w biurze lub spotkania ze znajomymi, znikają z naszego życia. To duży cios dla przewoźników. Na wiosnę rząd przygotował fundusz w wysokości 900 milionów złotych, który pomógł spółkom przewozowym pokryć straty. Eksperci wskazują, że również teraz państwo powinno dorzucić się do budżetów przewozów publicznych. Szczególnie komunikacji miejskiej. Ona bowiem nie dostała państwowej pomocy podczas wiosennej fali koronawirusa – co już odbiło się na funkcjonowaniu i rozwoju publicznego transportu w wielu miejscowościach. Na niekorzyść transportu zbiorowego działa również przekonanie, że podróż autobusem jest w dobie koronawirusa szczególnie niebezpieczna. 

– Nie ma żadnych dowodów na to, by pojazdy transportu publicznego były ogniskami zakażeń. Oczywiście, jeżeli przestrzegamy przepisów – przede wszystkim używamy maseczki. Nigdzie na świecie nie stwierdzono, żeby transport publiczny był roznosicielem koronawirusa. Potwierdzają to badania z najrozmaitszych krajów – między innymi z Niemiec, które bardzo dokładnie badają wszystkie aspekty koronawirusa, dopiero potem wprowadzając potrzebne obostrzenia – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Przypisanie transportowi zbiorowemu wysokiego niebezpieczeństwa szczególnie odbija się na działaniu komunikacji publicznej w miastach. Niestety, Polska nie pomogła temu sektorowi w żaden sposób – uznając, że jest to sfera odpowiedzialności samorządu. To nie jest dobre rozwiązanie. Bez pieniędzy z budżetu państwa będziemy obserwować cięcia inwestycji, podwyżki cen biletów oraz rozrzedzanie kursów tramwajów i autobusów w miastach. Mam nadzieję, że będzie druga tarcza COVID – przeznaczona właśnie dla transportu zbiorowego. I że samorządy miejskie także otrzymają pieniądze, tak jak otrzymała je kolej pasażerska. Bez tego to osiągnięcie, jakim był w ostatnich czasach wzrost liczby pasażerów, odejdzie do przeszłości. Wrócimy do większych korków – a to pociąga za sobą hałas, smog i zanieczyszczenia. A smog to w Polsce prawie 50 tysięcy zgonów rocznie – przypomina Furgalski.

Szybka adaptacja, pozytywna komunikacja i sprawny marketing kluczowe w czasie pandemii COVID-19

58 proc. konsumentów zna markę, która szybko dostosowała swoje działania do pandemicznej rzeczywistości. Dyrektorzy ds. marketingu są niezbędni do funkcjonowania organizacji podczas kryzysu.

W czasie pandemii COVID-19 działy marketingu powinny uważniej niż dotychczas przyglądać się zmieniającym się nawykom i potrzebom klientów. Jak zauważają eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „Global Marketing Trends 2021”, 58 proc. konsumentów zna markę, która dostosowała swoją ofertę tak, żeby lepiej zareagować na skutki pandemii. Zdaniem ekspertów Deloitte, to właśnie zwinność pozwoli organizacjom na lepsze funkcjonowanie w czasie kryzysu. Równie ważne jest prowadzenie biznesu ukierunkowane na człowieka, a także postrzeganie konsumentów nie poprzez wskaźniki demograficzne, ale wyznawane przez nich wartości. Tym bardziej, że jedna czwarta badanych odeszła od marki, która ich zdaniem skupiała się wyłącznie na swoich interesach.

 

 

Firma doradcza Deloitte przeprowadziła wiosną 2020 roku trzy badania, na których opiera się druga edycja raportu „Global Marketing Trends”. W „The Global Marketing Trends Consumer Pulse Survey” wzięło udział 2 447 konsumentów ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Meksyku, Chin, Południowej Afryki, Kataru, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej.

W „The Global Marketing Trends Participation Survey” wzięło udział 7 506 konsumentów ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Brazylii i Chin. Ostatnie badanie to „The Global Marketing Trends C-suite Survey” i zawiera opinie 405 amerykańskich dyrektorów wykonawczych (CEO, CIO,CTO, CMO, CFO, CHRO) i ich reakcje na COVID-19.

Trendy na niepewny czas

W porównaniu do 2019 roku wszyscy badani dyrektorzy zarządzający odczuli spadek pewności. W ubiegłym roku pewnych przyszłości było 55 proc. CEO, obecnie już tylko 35 proc. Wśród CIO odsetek ten wynosi obecnie 17 proc. (41 proc. rok temu). Z pewnością w przyszłość patrzy 10 proc. CFO – w porównaniu do 17 proc. w 2019 roku. Wśród COO pewnych jest 2 proc., a wśród CMO 3 proc. W ubiegłym roku te wskaźniki wyniosły odpowiednio 8 i 5 proc.

Jesteśmy świadkami drugiej fali pandemii i kolejne kraje wracają do zacieśniania obostrzeń służących powstrzymaniu wirusa. Nic więc dziwnego, że kadra zarządzająca z niepokojem patrzy w przyszłość, bo najbliższe miesiące w większym lub mniejszym stopniu dotkną każdą branżę. Pandemia COVID-19 zmusza firmy do ciągłej zmiany podejścia biznesowego i relacji z klientami. W Deloitte przygotowaliśmy siedem marketingowych trendów, które pomogą firmom odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Są to: cel, doświadczenie człowieka, połączenie, zaufanie, udział, talent i zwinność – mówi Jan Michalski, Partner, lider Deloitte Digital w Europie Środkowej.

Zdefiniuj, kim jesteś

Firmy, nie tylko w czasie kryzysu, powinny jasno sprecyzować, dlaczego istnieją i czym są. Zdaniem ekspertów Deloitte, organizacje, które planują swoje działania holistycznie i w swoich strategiach mają na uwadze rolę biznesu w społeczeństwie, można określić jako „napędzane celem”. Takie marki dokładnie znają powód, dla którego istnieją i wiedzą, co chcą osiągnąć. Dzięki temu są w stanie szybko reagować na zmieniające się otoczenie.

Aż 79 proc. badanych konsumentów zna marki, które pozytywnie zareagowały na COVID-19 i poprzez swoje działania pomogły klientom, pracownikom i większym społecznościom. Najwięcej badanych (44 proc.) wskazuje na zwiększone starania w obszarze bezpieczeństwa zdrowotnego swoich pracowników. Z drugiej strony aż 66 proc. respondentów potrafi nazwać organizację, która do pandemicznych wyzwań podeszła w sposób negatywny. To z kolei doprowadziło do odpływu klientów.

Szybka reakcja

Ponad połowa konsumentów umie wskazać markę, która szybko dostosowała swoją ofertę do nowej normalności. Aż 82 proc. z nich twierdzi, że dzięki temu firma stała się atrakcyjniejsza i zachęcała do nawiązania interakcji. Jednym ze sposobów na adaptację do nowej normalności było przeniesienie działań organizacji do Internetu. W związku z tym 66 proc. konsumentów wskazuje, że pandemia sprawiła, że bardziej doceniają dobrze zaprojektowane technologie, a 63 proc. deklaruje, że będzie używać technologii cyfrowych częściej nawet po zakończeniu pandemii.

Organizacje zdają sobie sprawę, że obecnie strategię biznesową trzeba dostosowywać do dynamicznie zmieniających się okoliczności. 43 proc. badanych przez nas dyrektorów wykonawczych przyznaje, że poprzez zastosowanie cyfrowych technologii chcieli szybciej zareagować na zmienne potrzeby klientów. Sprawna adaptacja nawet po pandemii będzie jednym z czynników kształtujących przewagę konkurencyjną – mówi Natalia Załęcka, Head of Marketing Trasnformation, Deloitte Digital w Europie Środkowej.

Jak wskazują eksperci Deloitte, aby być zwinną organizacją należy stworzyć ujednolicony sposób patrzenia na rynek i konsumenta. Po pierwsze, kluczem do sukcesu będzie pozyskiwanie danych o klientach – z systemów e-commerce i CRM (zarządzania relacjami z klientem), a także mediów społecznościowych. Po drugie, za pomocą platformy danych klientów (CDP) należy przewidywać ich przyszłe zachowania. W końcu – warto zwiększać swoją obecność w mediach społecznościowych i właśnie podjęcie takiego działania w czasie pandemii zadeklarowało 67 proc. dyrektorów wykonawczych.  Z kolei 57 proc. z nich znacząco dostosowało platformy cyfrowe, żeby sprostać potrzebom klientów, a 49 proc. zwiększyło liczbę wirtualnych wydarzeń, w tym warsztatów.

Organizacja dla ludzi

Oprócz osiągania coraz lepszych wyników finansowych, celem współczesnych marek powinna być zmiana ludzkiego życia na lepsze. Aby to osiągnąć marki powinny pogłębiać swoją wiedzę nie tylko o konsumentach, ale również pracownikach i interesariuszach.

Co więcej, organizacje powinny poznać swoich klientów, a następnie wspierać ich wartości we własnych działaniach. Jedna czwarta badanych przyznała, że odeszła od marek, które koncentrowały się wyłącznie na sobie.

Ponad połowa konsumentów oczekuje bardziej ludzkiego doświadczenia w wirtualnym świecie, a 71 proc. docenia technologiczne innowacje, które pogłębiają więzi z innymi w czasie pandemii COVID-19. Zdaniem ekspertów Deloitte, bardziej ludzka organizacja zaczyna się od empatycznego przywództwa.

Zaufanie podstawą biznesu

W raporcie przedstawiono również, jak marki zareagowały na pandemię COVID-19. 66 proc. konsumentów potrafiło wskazać firmę, która działała tylko we własnym interesie, np. podnosząc ceny produktów. Takie działania powodują spadek zaufania do marki i utratę wypracowanej przez lata reputacji.

Zaufanie to podstawa dobrego funkcjonowania każdego biznesu i składa się na nie kilka elementów. Dotyczy to nie tylko konsumentów, ale również pracowników. Z naszego badania wynika, że gdy marka spełnia swoje obietnice, klienci są 2,4 razy bardziej skłonni do ponownych zakupów. Kiedy takie działanie widzą pracownicy, są 2,4 razy skłonniejsi do przychodzenia do pracy punktualnie – mówi Katarzyna Gawlik, Head of Customer Experience, Deloitte Digital w Europie Środkowej.

Gdy marka poprzez swoje działania demonstruje człowieczeństwo, klienci ponad 1,5 razy częściej sięgną po jej produkty niż konkurencji, a pracownicy są 2,6 razy bardziej zmotywowani do wykonywania swoich obowiązków.

Klienci zabierają głos

Udział konsumentów w funkcjonowaniu danej marki to zarówno aktywne, jak i bierne formy interakcji, które wpływają na organizację. W ciągu ostatniego roku 32 proc. badanych wzięło udział w rozmowach online na temat marki – w mediach społecznościowych czy na specjalnie do tego przeznaczonych platformach, 28 proc. wystawiło organizacji recenzję w Internecie, a 21 proc. poradziło innym internautom na temat konkretnych produktów lub usług. Najbardziej skłonni do udziału w życiu marki są najmłodsi konsumenci w wieku 18-25 lat – 73 proc. z nich podjęło takie działania w ostatnim czasie.

Z raportu Deloitte wynika, że udział klientów w życiu marki to coś więcej niż element strategii B2C. Konsumenci powinni być nie tylko odbiorcami produktu czy usługi, ale również je tworzyć i uczestniczyć w każdym etapie ich powstawania. Stają się również ambasadorami i influencerami reprezentującymi markę.

Nieocenione zasoby ludzkie

Pandemia zmieniła sposób, w jaki pracujemy i wpłynęła na liczebność wielu zespołów. Z przyczyn finansowych, organizacje decydują się na redukcję etatów i zwolnienia. 77 proc. dyrektorów ds. marketingu wskazuje, że w czasie pandemii zautomatyzowało więcej pracy za pomocą sztucznej inteligencji, a 39 proc. zdecydowało się na redukcję etatów. Z kolei 36 proc. CMO skierowało wielu pracowników na pracę zdalną.

– W obliczu kryzysu, marketingowcy powinni skupić się na najbardziej wartościowym zasobie – talencie swoich pracowników i uczynić z niego strategiczną przewagę. Zdaniem 63 proc. dyrektorów wykonawczych, dyrektorzy ds. marketingu będą w najbliższych miesiącach kluczowymi osobami do zapewnienia efektywnego funkcjonowania całej organizacji. Więcej badanych (68 proc.) wskazało tylko na dyrektorów ds. technologii cyfrowych. Pokazuje to, jak ważne są obecnie zespoły marketingowe i ich działania – dodaje Natalia Załęcka.

Brak zaufania do państwa – to główny powód rezygnacji Polaków z Pracowniczych Planów Kapitałowych

Spośród 3 mln pracowników małych i średnich firm, którzy niedługo zostaną zapisani do PPK, w programie pozostanie mniej niż 40% – wynika z badania ING wśród pracowników dużych firm, którzy zostali objęci programem w pierwszej turze. Polacy rezygnują z uczestnictwa głównie z powodu braku zaufania do państwa. Z drugiej strony osoby, które zostały w PPK wykazują się przezornością i świadomie wybrały program bo obawiają się spadku dochodów na emeryturze.

Tylko 40% z pierwszej grupy pracowników największych polskich firm zapisanych do PPK pozostało w programie. Pozostali, mimo atrakcyjnych dopłat od pracodawcy i budżetu, zdecydowali się zrezygnować. Dla 43% z nich głównym powodem był brak zaufania do państwa i obawy o utratę środków. 40% tych, którzy zrezygnowali z PPK nie chce obniżać bieżących dochodów, a więc zainwestować w program 2% swojego wynagrodzenia (lub 0,5% w przypadku mniej zarabiających). Te osoby wolały otrzymywać pełną pensję na rękę dzisiaj zamiast większego bezpieczeństwa emerytalnego w przyszłości. Z tych samych powodów najprawdopodobniej partycypacja pracowników małych i średnich firm w PPK, którzy dołączyli w listopadzie wynosi jedynie ok. 30% – jak wynika z informacji Dziennika Gazety Prawnej.

Z drugiej strony, wśród osób, które zdecydowały się pozostać w PPK, aż 74% zadeklarowało, że martwi się, czy będzie mieć wystarczająco dużo pieniędzy na emeryturze. Wśród rezygnujących z programu świadomość spadku dochodów na emeryturze jest istotnie mniejsza, tę wiedzę deklaruje tylko 48% z nich. Obawa o zbyt niską emeryturę z ZUS jest także najczęściej wskazywana jako powód uczestnictwa w PPK (59% respondentów). 56% z nich deklaruje ponadto, że składka pracodawcy i dopłaty państwa są dla nich atrakcyjne. Zaledwie 4% stwierdziło, że chce zrezygnować, ale uniemożliwił im to brak czasu lub inna przeszkoda.

Teoretycznie wzrost skłonności Polaków do oszczędzania w związku z pandemią Covid-19 powinien sprzyjać większej popularności PPK. Na przeszkodzie stoi jednak niepewność dotycząca bieżących dochodów, która towarzyszy każdej recesji, a w takich warunkach skłonność do oszczędzania długoterminowego może spaść. Dodatkowo bariera dochodowa – druga przyczyna rezygnacji z PPK, będzie bardziej odczuwalna wśród pracowników małych i średnich firm dotkniętych recesją. Kluczowe znaczenie ma także brak zaufania Polaków do państwa i jego instytucji. Istotne, że poziom nieufności jest na tyle wysoki, iż przyszli emeryci nie chcą zagłosować swoimi pieniędzmi na PPK, nawet jeśli mieliby dodatkowo otrzymać składkę od pracodawcy i dopłaty państwa. Dlatego poziom partycypacji nowych uczestników PPK może być niższy niż 40% osiągnięte w pierwszej turze wprowadzania PPK w dużych przedsiębiorstwach. – komentuje Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Poza brakiem zaufania do państwa, Polacy wykazują także nieufność wobec innych ludzi, co jest przejawem niskiego kapitału społecznego. Z naszego badania wynika, że osoby ufne w relacjach międzyludzkich są również przychylniej nastawione do programów oszczędzania długoterminowego. Aż 62% z nich ma PPK lub chciałoby mieć, jeśli z jakiegoś powodu nie zostały do niego zapisane automatycznie. Osoby nieufne wobec innych ludzi cechują się też dużo większą rezerwą wobec PPK – tylko 39% stosuje tę formę oszczędzania lub jest nią zainteresowanych. – dodaje Karol Pogorzelski, ekonomista ING Banku Śląskiego.

Badanie zostało przeprowadzone w ramach projektu Think Forward Initiative. Zrealizowane przez IPSOS w styczniu 2020 r. na reprezentatywnej próbie Polaków – pracowników firm zatrudniających powyżej 250 osób z różnych regionów Polski.

Rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane

Dostosowanie przepisów ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane lub usługi do nowego Prawa zamówień publicznych, a także doprecyzowanie regulacji nowego Prawa zamówień publicznych – przewiduje projekt nowelizacji ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane lub usługi oraz niektórych innych ustaw. Dziś projekt przyjęła Rada Ministrów. Projektowane zmiany mają wejść w życie wraz z nowym Prawem zamówień publicznych – 1 stycznia 2021 roku.

Projekt nowelizacji uwzględnia postulaty części przedstawicieli rynku zamówień publicznych, zgłaszane w ostatnich miesiącach oraz uwagi powstałe w toku procesu legislacyjnego.

Ma również pozytywną opinię Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Był też szeroko konsultowany, w tym z organizacjami przedsiębiorców, pracodawców oraz związków zawodowych.

Nowela ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane lub usługi ma być kolejną zmianą w prawie, związaną z uchwaleniem, we wrześniu 2019 r., nowego Prawa zamówień publicznych. Celem jest to, by nowelizacja przepisów ustawy o umowie koncesji jest potrzebna tworzyła spójny system z nowym PZP. Chodzi także o to, aby przepisy ustawy o umowie koncesji w jak największym stopniu odzwierciedlały regulacje unijnych dyrektyw dot. zamówień publicznych.

Dostosowanie przepisów ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane lub usługi do regulacji nowej ustawy – Prawo zamówień publicznych dotyczy w szczególności:

  • wyłączeń spod obowiązku stosowania ustawy;
  • komunikacji pomiędzy zamawiającym a wykonawcami;
  • przesłanek wykluczenia wykonawców z postępowania o zawarcie umowy koncesji;

W projekcie zdefiniowano również katalog przepisów nowego Prawa zamówień publicznych, które nie będą miały zastosowania do umów o partnerstwie publiczno-prywatnym.

Projektowane zmiany w zakresie nowego Prawa zamówień publicznych są efektem analizy przepisów w okresie vacatio legis. Wyniknęła z niej potrzeba doprecyzowania brzmienia poszczególnych jej przepisów.

Zmiany w nowej ustawie – Prawo zamówień publicznych obejmują przede wszystkim:

  • doprecyzowanie przepisów nowej i bardziej elastycznej procedury dla zamówień o wartości poniżej progów unijnych, tj. tryb podstawowy;
  • uchylenie, na skutek uwzględniania na etapie Stałego Komitetu Rady Ministrów uwag rynku, przepisów dotyczących tzw. zamówień bagatelnych (zamówienia o wartości pomiędzy 50 000 zł a 130 000 zł); wejście w życie projektowanej zmiany spowoduje, że zamawiający nie będą mieli obowiązku zamieszczania w Biuletynie Zamówień Publicznych ogłoszenia o przedmiotowych zamówieniach;
  • zniesienie zakazu zawierania umów na okres dłuższy niż 4 lata;
  • doprecyzowanie oraz uzupełnienie regulacji w zakresie środków ochrony prawnej (np. kwestie związane z przeprowadzaniem dowodów w postępowaniu odwoławczym);
  • zobligowanie podmiotu kontrolowanego do przekazania organowi kontrolnemu informacji o przeprowadzonej wcześniej kontroli danego zamówienia przez inny organ kontrolny, oraz udostępnienia jej wyników;

Nowe PZP

Powyższe zmiany w zakresie Prawa zamówień publicznych mają na celu zwiększenie efektywności regulacji nowego PZP, które zawiera szereg korzystnych rozwiązań zarówno dla zamawiających, jak i wykonawców.

Z punktu widzenia zamawiających nowe Prawo zamówień publicznych to przede wszystkim uproszczenia w dotychczasowych procedurach (np. ograniczenie dokumentów żądanych w trybie z wolnej ręki), a także całkowicie nowa, bardziej elastyczna procedura dla zamówień o wartości poniżej progów unijnych, czyli tryb podstawowy. Zamawiający zostali również wyposażeni w instrumenty, które pozwolą im na lepsze przygotowanie i przeprowadzenie wszystkich etapów procesu zakupowego. Jako przykład należy wskazać analizę potrzeb i wymagań, wstępne konsultacje rynkowe, czy raport z realizacji zamówienia.

Regulacje nowego Prawa zamówień publicznych powinny również przyczynić się do wzrostu zainteresowania wykonawców rynkiem zamówień publicznych, w szczególności tych należących do sektora MŚP. Będzie to możliwe dzięki rozwiązaniom sprzyjającym usprawnieniu weryfikacji wykonawców (np. ograniczenie katalogu obligatoryjnych przesłanek wykluczenia z postępowania), a także zrównoważeniu pozycji prawnej i ekonomicznej stron umowy w sprawie zamówienia publicznego poprzez wprowadzenie katalogu zakazanych postanowień umownych, obowiązkowej waloryzacji wynagrodzenia, czy też obowiązkowych częściowych płatności lub zaliczek. Wprowadzono również mechanizmy zapewniające stosowną ochronę interesów podwykonawców.

Easy Auchan – nowy format sklepów na stacjach bp

Auchan Retail Polska oraz bp poinformowały o rozpoczęciu strategicznej współpracy na polskim rynku, w ramach której na stacjach bp uruchamiane będą sklepy w nowym formacie convenience – pod szyldem Easy Auchan.

19 listopada br. na stacji bp Reduta w Warszawie zostanie otwarty pierwszy, pilotażowy sklep Easy Auchan. Otwarcia dwóch kolejnych sklepów planowane są na grudzień tego roku.

Easy Auchan to nowy format sklepów, który stanowi odpowiedź na zmieniające się potrzeby Konsumentów. Oferuje praktyczne, szybkie i wygodne zakupy w ramach konceptu convenience.

Współpraca z bp to istotny moment rozwoju naszej sieci. Segment convenience to perspektywiczny kanał sprzedaży, w którym chcemy być obecni z naszą kompleksową ofertą. Auchan jest graczem wielokanałowym – funkcjonujemy jako hiper- i supermarkety, w formacie Moje Auchan – sklepów lokalnych-osiedlowych oraz Auchan Direct w kanale e-commerce. Równocześnie silny nacisk kładziemy na działania omnichannel – łączenie różnych kanałów zakupowych i doświadczeń Klientów. Na bieżąco śledzimy trendy, skupiamy się na zmianach postaw konsumenckich. Podjęta z bp współpraca pozwala na dostosowanie naszych formatów sprzedaży tak, by skutecznie i z wyprzedzeniem reagować na potrzeby Klientów – mówi Gerard Gallet, dyrektor generalny Auchan w Polsce.

Dzięki sklepom Easy Auchan i Wild Bean Cafe Klienci będą mogli w szybki i komfortowy sposób zrobić bieżące zakupy, zaopatrzyć się w przekąski na drogę lub w produkty gotowe do zjedzenia na miejscu, na terenie stacji. W ramach konkurencyjnej cenowo oferty dostępnych będzie ponad 1900 produktów, w tym zdrowe, świeże i szybkie do przygotowania artykuły spożywcze, a także środki chemiczne, produkty BIO i wegańskie. Oferta produktowa zawierać będzie ponad 320 produktów marek własnych Auchan, w tym gamę produktów Pewni Dobrego. Marka własna Pewni Dobrego tworzona jest przez Auchan w ramach odpowiedzialnej, partnerskiej współpracy z lokalnymi dostawcami. Produkty sprzedawane pod marką Pewni Dobrego charakteryzują się najwyższą jakością i są wytworzone z poszanowaniem warunków pracy, środowiska naturalnego oraz dobrostanu zwierząt.

W centrum naszej uwagi zawsze jest Klient i jego oczekiwania. Z wiarygodnym Partnerem, nastawionym tak jak my, na realizację potrzeb Klientów i poszukiwanie nowych rozwiązań, pod marką Easy Auchan na stacjach bp tworzymy nowy koncept convenience, czyli całościowe i nowoczesne centrum obsługi Klienta dla osób ceniących sobie czas, wygodę i jakościową ofertę – mówi Barbara Wiążewska, dyrektor generalny bp retail w Polsce.

Zakupy w sklepach Easy Auchan zlokalizowanych na stacjach paliwowych bp będą  wygodne i komfortowe. Pozwolą również oszczędzić czas Klientom, przede wszystkim z uwagi na dobór dogodnych lokalizacji oraz korzystne godziny otwarcia – sklepy Easy Auchan będą otwarte, podobnie jak stacje benzynowe bp przez całą dobę, 7 dni w tygodniu.

Transformacja modelu biznesu paliwowego

W lutym tego roku firma bp ogłosiła nowe cele i plany w zakresie transformacji tradycyjnego modelu biznesu paliwowego #bpNetZero. Zmiana firmy odbędzie się na wielu płaszczyznach, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju szerokiego wachlarza usług convenience dostępnych na stacjach bp. Praktyczną realizacją tych planów jest partnerstwo z firmą Auchan i stworzenie pod marką Easy Auchan sklepu convenience o wyjątkowo atrakcyjnej ofercie produktowej w połączeniu z nową ofertą gastronomiczną Wild Bean Cafe. Całość koncepcji dopełni nowoczesny, zmieniony wystrój stacji paliwowych.

W ramach wprowadzanych zmian oferta śniadaniowa i lunchowa dostępna w Wild Bean Cafe zostanie rozszerzona o dania na miejscu i na wynos m.in. kanapki skomponowane ze świeżych produktów zgodnie z preferencjami Klientów, przygotowane na miejscu ciepłe przekąski, świeżo wyciskane soki oraz wypiekane na miejscu pieczywo. Oferta Wild Bean Cafe oraz sklepowa dostępna będzie na miejscu oraz z dostawą do domu. Na stacji bp Reduta oraz kolejnych przebudowywanych, zgodnie z nową koncepcją, dostępna będzie usługa z obszaru  #zerowaste, realizowana dzięki współpracy z  TooGoodToGo.

Nowy model stacji bp to stacje przyszłości tzw. centra obsługi – czyli miejsca kompleksowej obsługi kierowcy, gdzie Klienci będą mogli skorzystać z wielu dodatkowych usług np. z samochodów na wynajem w ramach oferty car sharing oraz z myjni oferującej płatność bezgotówkową. Na stacji bp w nowej odsłonie dostępne będą dla naszych Klientów rozwiązania mikromobilne, dzięki obecności oferty platformy miejskiej mobilności Bolt. Elektryczne hulajnogi Bolta będą dostępne w wyznaczonych miejscach na stacji. Stacja będzie także miejscem odbioru zakupów z Auchan w opcji Click&Collect realizowanej przez Auchan. W przyszłości wprowadzane będą kolejne elementy konceptu mobility HUB na stacjach bp.

Najwyższe standardy bezpieczeństwa

Zarówno Auchan, jak i bp monitorują na bieżąco sytuację epidemiczną, działają według bardzo wysokich standardów bezpieczeństwa i wdrażają szereg dodatkowych procedur mających na celu zapewnienie ochrony zdrowia i bezpieczeństwa zarówno Klientom, jak i Pracownikom.

Sustainable Economy Summit 2020

24 listopada po raz szósty będzie miała miejsce konferencja „Sustainable Economy Summit”. Wydarzenie odbędzie się w całości online i będzie okazją do debaty o zaangażowaniu przedsiębiorców w działania na rzecz zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu. Prowadzona będzie relacja na żywo z konferencji, która pojawi się na kanale YouTube Executive Club.

Zaproszeni mówcy, którzy przedstawią interesujące prezentacje to Kamil Wyszkowski, przedstawiciel Inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ oraz prof. dr hab. Witold Orłowski, który wyjaśni jakie są globalne wyzwania dla współczesnej ekonomii w dobie pandemii. Natomiast ekskluzywny wywiad z Prezes Pfizera Dorotą Hryniewiecką-Firlej na temat praw człowieka w biznesie przeprowadzi Profesor Bolesław Rok, który od ponad 30 lat związany jest z biznesem jako przedsiębiorca, doradca, rzecznik etyki i promotor społecznej odpowiedzialności biznesu.

Tematami przewodnimi dyskusji panelowych będą m.in. ekotechnologie przyszłości, Europejski Zielony Ład, gospodarka cyrkularna i alternatywne źródła energii.

Zaproszeni do udziału w dyskusjach panelowych to czołowe postaci polskiej gospodarki i wybitni eksperci z zakresu swoich dziedzin, którzy przedstawią opinie dotyczące tych istotnych tematów.

Zwieńczeniem konferencji będzie ogłoszenie nominacji Sustainable Economy Awards, które wyłoni kapitula, by w lutym podczas uroczystej gali ogłosić laureatów.

Szczegółowe informacje dotyczące programu znajdą Państwo na stronie:
https://executiveclub.pl/sustainable-economy-summit/

Pandemia ograniczyła rekrutacje w wielu branżach. Pracownicy są też mniej skłonni do zmiany pracy

Pandemia COVID-19 przyczyniła się nie tylko do zmiany modelu pracy, lecz także do osłabienia rynku pracownika. W warunkach niepewności i zmniejszonej liczby ofert są oni dzisiaj mniej skłonni do szukania nowego zatrudnienia. – Nieprzewidywalność sytuacji i zaburzone poczucie bezpieczeństwa powodują, że docenianie pracy ma dziś inny wymiar – twierdzi Grzegorz Rippel, ekspert Wyższej Szkoły Bankowej. Z kolei firmy częściej szukają wśród kandydatów kompetencji cyfrowych i umiejętności przydatnych w nowych realiach.

– Nieprzewidywalność sytuacji i zaburzone poczucie bezpieczeństwa powodują, że docenianie pracy ma dziś inny wymiar. Kiedyś wiele – szczególnie młodych – osób było gotowych szybko „rzucić papierami” i powiedzieć: znajdę sobie nową pracę. Dzisiaj już ta skłonność do szybkiej zmiany pracodawcy jest mniejsza – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Rippel, ekspert ds. doradztwa organizacyjnego i HR, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Tym bardziej że podczas pierwszej fali pandemii liczba publikowanych ogłoszeń o pracę drastycznie spadła. Jak wskazuje lipcowy raport Grant Thornton „Rynek pracy w czasie COVID-19”, w kwietniu liczba nowych ofert była o 51 proc. niższa w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej, a w maju – o 41,6 proc. W lipcu pracodawcy opublikowali ich o blisko 1/5 mniej.

Wiele zależy jednak od regionu Polski i konkretnej branży. Jak wynika z październikowego raportu ManpowerGroup i HRlink („Ocena nowej rzeczywistości rynku pracy – perspektywa pracowników i pracodawców”), w okresie styczeń–lipiec 2020 roku najbardziej pogorszyły się perspektywy zatrudnienia dla województw kujawsko-pomorskiego (spadek ofert o 48 proc. w ujęciu rocznym), małopolskiego (-40 proc.) i pomorskiego (-34 proc.). Na 33 analizowane branże 12 odnotowało wzrost liczby ofert, wśród nich są m.in. medycyna i farmacja, FMCG oraz IT. Spadki dotknęły za to m.in. hotelarstwo i administrację.

Pracownicy byliby jednak skłonni zmienić firmę w trakcie pandemii, jeśli otrzymaliby wyższe wynagrodzenie (48 proc.) oraz lepsze możliwości rozwoju zawodowego (18 proc.). Ważne stały się także stabilność zatrudnienia oraz ewentualnego przyszłego pracodawcy.

Zmieniło się myślenie o przyszłości, o jej zabezpieczeniu pod kątem finansowym, a więc też podejście do kredytów i wydawania pieniędzy – mówi wykładowca WSB w Opolu. – To wiąże się ze sprawdzaniem wiarygodności swojego pracodawcy, na ile jest rzetelny, na ile jest pewnym pracodawcą i w trudnej sytuacji można na niego liczyć. Pandemia to także test dla pracodawców jako dla przywódców, którzy nie tylko deklarują wartości związane z tym, że jesteśmy zespołem, że jesteśmy stabilnym pracodawcą. Dzisiaj mamy taki moment, w którym mówi się: sprawdzam.

Z badania „Jak pandemia zmieniła biznes” Krajowego Rejestru Długów wynika, że 27 proc. firm wstrzymało się z zatrudnianiem nowych pracowników. Jednak to właśnie pandemia uświadomiła pracodawcom, jak cennym zasobem firmowym są pracownicy. Siedmiu na dziesięciu ankietowanych zadeklarowało, że lojalni zatrudnieni byli dla nich kluczowi w ostatnich miesiącach. To więcej niż odsetek wskazujących na oszczędności. Ponad 70 proc. pracodawców twierdzi, że zrekrutowanie dobrego personelu cały czas pozostaje trudnym zadaniem. Spodziewają się także osłabienia rynku pracownika w przyszłości.

– Dzisiejsze oczekiwania pracowników i pracodawców skłaniają się ku bardzo podstawowym wartościom, o których być może już wielu z nas zapomniało, a mianowicie wzajemnemu zaufaniu, umiejętności współpracy, współodpowiedzialności, rzetelności, przyzwoitości i szczerości w komunikacji – podkreśla Grzegorz Rippel.

Z pewnością dużą zmianą na rynku pracy jest także upowszechnienie pracy zdalnej. Jak pokazuje październikowe badanie Pracuj.pl („Pół roku nowej normalności. Pracownicy i kandydaci o rynku pracy”), po ponad pół roku pandemii 42 proc. Polaków wciąż pracuje w pełni zdalnie lub w modelu hybrydowym (w porównaniu z 60,5 proc. w kwietniu tego roku). Zdecydowana większość – bo aż 87 proc. – chce kontynuować pracę w tym modelu.

Pandemia wpłynęła na tryb pracy Polaków w bardzo wielu aspektach i to takich, których nikt z nas by się nie spodziewał. Mowa tutaj o zmianie nie tyle samego stylu pracy, ale wręcz pewnego stylu życia. Dzisiaj już często mówiąc: „idę do pracy”, po prostu przechodzimy do pomieszczenia obok. Mówiąc: „idę do pokoju socjalnego”, witamy się z własnym ekspresem do kawy – dodaje ekspert WSB w Opolu.

To jednak powoduje problemy z umiejętnością postawienia granicy między życiem prywatnym a zawodowym.

Do tej pory wychodziliśmy do pracy, co wiązało się z fizycznym przemieszczeniem. Teraz ten dystans mocno się skrócił i wiele osób jest w pracy 24 godziny na dobę, będąc dostępnym pod laptopem i telefonem, sprawdzając co chwilę pocztę e-mail i co się dzieje w firmie – mówi Grzegorz Rippel.

Podkreśla, że ten trudny okres jest stress-testem zarówno dla pracowników, jak i pracodawców. Ci pierwsi musieli dość szybko nabyć nowe kompetencje, które pozwoliły im sprawnie wykonywać swoje obowiązki na home office albo poradzić sobie z trudną sytuacją na rynku pracy. Z drugiej strony wpłynęła też na oczekiwania firm, które częściej szukają wśród kandydatów kompetencji cyfrowych i umiejętności przydatnych w nowych realiach.

– Pracownicy na pewno chętniej i szybciej chcą się uczyć nowych kompetencji. To jest związane z poczuciem, że w razie problemów muszą sobie poradzić na rynku pracy, a sytuacja może zmienić się z dnia na dzień. To wymusza gotowość do poszukiwania nowych możliwości zarobkowania i umiejętność przestawienia się z trybu stałości i przewidywalności w tryb elastyczności  – podkreśla ekspert opolskiej WSB.

Duże zmiany na stacjach bp. We współpracy z siecią handlową Auchan powstaje nowy format sklepów

0

Firma bp nawiązała współpracę z siecią handlową Auchan, w ramach której na stacjach paliw bp w całej Polsce pojawi się nowa marka Easy Auchan. Start pierwszego pilotażowego sklepu zaplanowany jest na 19 listopada w Warszawie. W asortymencie Easy Auchan znajdzie się blisko 2 tys. produktów, w cenach marketowych, w tym oferta marki własnej sieci. Koncern bp zapowiada także zmiany w ofercie gastronomicznej kawiarni Wild Bean Cafe, a także w wystroju wnętrz stacji. – Już teraz nasze stacje są miejscem kompleksowej obsługi kierowców, dodajemy do oferty kolejne rozwiązania z zakresu digital i mobility, aby stały się swoistymi mobility HUB – podkreślają przedstawiciele bp.

– Pod marką Easy Auchan tworzymy nowy koncept convenience, czyli całościowe miejsce obsługi klientów ceniących sobie wysokiej jakości ofertę, wygodę i czas. W ramach atrakcyjnej cenowo oferty dostępnych będzie prawie 2 tys. produktów, w tym szeroka gama bio i wegańskich, ale także bogaty wybór produktów marki własnej Auchan, zarówno spożywczych, jak i drogeryjnych – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Barbara Wiążewska, dyrektor generalna Działu Retail bp w Polsce.

Marka bp, do której należy ponad 570 stacji paliw w całej Polsce, w lutym tego roku ogłosiła plany transformacji swojego biznesu, m.in. w kierunku szerszego rozwoju usług convenience. Potwierdzeniem tego jest nawiązana właśnie współpraca z siecią handlową Auchan. W ramach tego partnerstwa na stacjach paliw bp w kolejnych miesiącach będą uruchamiane sklepy pod marką Easy Auchan.

– Easy Auchan to nowa marka i nowy format sklepów. Dzięki nowo nawiązanej współpracy na stacjach bp klienci będą mogli kupić świeże i zdrowe produkty Auchan. Wszystkie będą dostępne w cenach bardzo konkurencyjnych w stosunku do tych, które są na rynku. Nasze zespoły wykonały wiele pracy, żeby przygotować asortyment dla klientów, którzy są w trasie albo dojeżdżają do domu – mówi Gerard Gallet, dyrektor generalny Auchan Retail Polska.

Pierwszy pilotażowy sklep Easy Auchan ruszy 19 listopada na stacji bp Reduta w Warszawie. Kolejne otwarcia są zaplanowane na grudzień. Sklepy Easy Auchan będą otwarte całą dobę przez siedem dni w tygodniu, podobnie jak stacje paliw bp. W ofercie produktowej znajdzie się ponad 320 produktów marek własnych Auchan, w tym gama produktów Pewni Dobrego, stworzona przez sieć we współpracy z lokalnymi dostawcami zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju.

– Wybraliśmy 1,8 tys. produktów przeznaczonych do sprzedaży na stacjach paliw bp, z których ponad 300 to produkty marki własnej Auchan, dobrze znanej naszym klientom, oraz marki Pewni Dobrego. One pochodzą z Polski, są wytwarzane lokalnie, od początku do końca przygotowywane wspólnie z producentami – wyjaśnia Gerard Gallet. – Ta współpraca przyniesie korzyści wszystkim zainteresowanym stronom. Jestem przekonany, że to będzie sukces dla obydwu marek, niosący duże korzyści również dla klientów.

– Naszą ambicją jest stworzenie nowego konceptu convenience, żeby w jednym miejscu zaspokoić wiele potrzeb klientów. Nasze stacje już od dawna są nie tylko miejscem, gdzie można zatankować i umyć samochód. Mamy ciekawą ofertę w ramach kawiarni Wild Bean Cafe. Tym, co według nas wymagało wzmocnienia, jest oferta sklepu. Jesteśmy przekonani, że dzięki współpracy z Auchan zapewnimy nową jakość również w tym obszarze – dodaje Barbara Wiążewska.

Uruchomieniu formatu sklepów Easy Auchan będzie towarzyszyć nowa oferta gastronomiczna Wild Bean Cafe. Oferta śniadaniowa i lunchowa poszerzy się o dania na miejscu i na wynos, m.in. kanapki, ciepłe przekąski przygotowane na miejscu, świeżo wyciskane soki i wypiekane na miejscu pieczywo. Nowa oferta Wild Bean Cafe będzie dostępna także z dostawą do domu, stacja dołączy z ofertą też do aplikacji Too Good To Go. Wszystkich tych zmian dopełni też modernizacja wystroju stacji paliwowych.

– Przygotowaliśmy zupełnie nowy design stacji. Chcieliśmy, żeby klient czuł się tu komfortowo, przebywał w estetycznym i wygodnym wnętrzu, mógł usiąść i napić się kawy czy zrobić wygodnie zakupy. Mamy nadzieję, że ten nastrój udało się nam stworzyć też dzięki użytym materiałom i  odpowiedniemu oświetleniu. Stacje będą mieć zewnętrzny ogródek, gdzie latem klienci będą mogli odpocząć – precyzuje Barbara Wiążewska.

Jak podaje bp, docelowo należące do marki stacje paliw mają zostać przekształcone w tzw. mobility HUB, czyli miejsce kompleksowej obsługi kierowców. Już teraz klienci mogą skorzystać np. z myjni oferującej płatności bezgotówkowe, samochodów lub hulajnóg na wynajem w ramach oferty carsharingu. Możliwe jest też odebranie na stacji bp zakupów z Auchan zamówionych w opcji Click & Collect.