Opłata 2000 zł za interpretację od skarbówki nie na kieszeń przedsiębiorców

Od prawie trzech lat przedsiębiorcy czekają na nową Ordynację Podatkową –  akt prawny, którego jednym z głównych celów jest ochrona praw podatnika w relacjach z organami podatkowymi.

Proponowana opłata za interpretację w skomplikowanej sprawie w wysokości 2000 zł przeczy dobrym intencjom resortu finansów i utrudni firmom dostęp do interpretacji przepisów.

W ocenie Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan prawo podatkowe jest i z pewnością będzie jeszcze bardziej skomplikowane i niezrozumiałe. Ustawy o VAT, CIT czy PIT nowelizowane są kilka razy w roku, a ich stosowanie wymaga wydawania przez administrację skarbową dziesiątek tysięcy interpretacji indywidualnych. Indeks Opinii Biznesu, prowadzony przez Konfederację Lewiatan, wskazuje, że 93% procent przedsiębiorców identyfikuje niejasne przepisy podatkowe jako barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej.

W tej sytuacji najważniejsza z punktu widzenia podatnika jest możliwość potwierdzenia w Krajowej Informacji Skarbowej poprawności swojego rozliczenia. Wg zapowiedzi resortu finansów, to właśnie w założeniu miałaby umożliwić i zagwarantować nowa OP.

Niestety, z praktyką może być znaczenie gorzej. Choć projekt nowej OP przewiduje możliwość występowania do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej prawa podatkowego, to dostępność tego narzędzia będzie istotnie ograniczona ze względu na wysokość opłaty za jej wydanie. Dzisiaj opłata wynosi 40 zł i to niezależnie od tego, czy pytanie i stan faktyczny opisany we wniosku są skomplikowany, czy nie. Po zmianach, w sprawach skomplikowanych opłata wynosić ma 2000 zł za każdy opisany stan faktyczny.

Praktyka pokazuje, że możliwość odmawiania wydawania interpretacji indywidualnych (np. z uwagi na przepisy o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania) są bardzo chętnie wykorzystywane przez Dyrektora KIS. Podobnie będzie w przypadku stosowania bardzo wysokiej opłaty za interpretacje. Stany faktyczne i zdarzenia, o które pytają podatnicy, są co do zasady skomplikowane, bo łatwe pytania nie wymagają wyjaśnień skarbówki, więc w praktyce opłata za wydanie interpretacji prawie zawsze wynosić będzie 2000 zł, a w przypadku kilku pytań i stanów faktycznych, wielokrotność tej kwoty!

Spowoduje to marginalizację najważniejszego i najlepiej ocenianego narzędzia służącego  zabezpieczeniu się podatników przed ryzykiem podatkowych, a co za tym idzie, pogorszenie w miejsce zapowiadanej poprawy sytuacji podatników.

Przemysław Pruszyński, Konfederacja Lewiatan

Dzisiejsza wypowiedź prezesa BoE uderza w kurs funta

Wzrost obaw w związku z wojną handlową oraz zmieniające się przeświadczenie rynku, o tym, iż to Stany Zjednoczone będą „wygranymi” w potyczce z Chinami wspierają dolara amerykańskiego, aktywa bezpiecznych przystani i szkodzą tym ryzykownym.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,26-4,28. Euro w czwartek zyskiwało w parze ze złotym i funtem brytyjskim, charakteryzowało się jednak wyraźną słabością w relacji do dolara amerykańskiego, przede wszystkim z uwagi na siłę tego ostatniego. Kurs EUR/USD pod koniec dnia przebił od góry psychologiczny poziom 1,16, w dniu dzisiejszym również kontynuuje rajd w dół. Obecnie dolar w relacji do euro jest najdroższy od ponad miesiąca.

Wczorajsze dane o czerwcowej inflacji PPI w strefie euro były minimalnie lepsze od oczekiwań. Indeks wzrósł z poziomu 3% w maju do 3,6% r/r w czerwcu. Inflacja producentów w strefie euro jest obecnie najwyższa od kwietnia ubiegłego roku, a trend pozostaje wyraźnie wzrostowy, sugerując poprawę ogólnego otoczenia cenowego we wspólnym bloku.

Dzisiejsze rewizje indeksów PMI dla usług strefy euro w lipcu nie przyniosły większych zaskoczeń. Indeks dla krajów bloku został zrewidowany lekko w dół z poziomu 54,4 do 54,2. Wskaźniki PMI w strefie euro pozostają na obniżonych poziomach i wskazują na wytracanie tempa ekspansji gospodarczej również na początku trzeciego kwartału br. Istotniejsze od rewizji odczytów PMI dane o sprzedaży detalicznej, zaskoczyły negatywnie, dopełniając obrazu spowalniającej ekspansji (dotyczą one jednak końcówki drugiego kwartału, a nie początku kolejnego). Dynamika sprzedaży detalicznej w strefie euro w czerwcu wyniosła 1,2% w ujęciu rocznym, co jest najsłabszym odczytem w bieżącym roku. Nieco w górę zrewidowane zostały dane z poprzedniego miesiąca (z 1,4% do 1,6%), ogólny wydźwięk publikacji pozostaje jednak negatywny.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,79-4,83. Wczorajsze lekkie umocnienie brytyjskiej waluty w parze ze złotym było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. W relacji do głównych walut funt zakończył wczorajszy dzień osłabieniem.

Brytyjskiej walucie wczoraj zaszkodził przede wszystkim Bank Anglii, który wprawdzie podniósł stopy procentowe, a nawet – ku zaskoczeniu rynków – podjął tę decyzję jednogłośnie, ostatecznie jednak ostudził nastroje względem przyszłych działań. W trakcie konferencji prasowej prezes BoE, Mark Carney kilkukrotnie wspominał o ryzykach, poświęcając szczególną uwagę Brexitowi, który pozostanie jednym z kluczowych czynników determinujących wysokość stóp procentowych w przyszłości, wspominał również o obawach związanych z wojną handlową. Największy wpływ na inwestorów miały jednak prawdopodobnie jego słowa dotyczące perspektyw zmian stóp procentowych w przyszłości. Carney bowiem stwierdził, iż polityka [monetarna] powinna „iść, a nie biec”, co może sugerować, że jest on zwolennikiem łagodnego podnoszenia stóp procentowych w przyszłości. Dodatkowo, wczorajsza decyzja Banku nie przez wszystkich odbierana jest jako właściwa – w obliczu łagodniejszego wzrostu i niższej inflacji Bank nie był zmuszony do podnoszenia stóp na tym etapie.

W kontekście spotkania BoE warto wspomnieć również o nowych projekcjach Banku. Aktualizacja prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego przez Bank była wprawdzie pozytywna, jednak jej skala była tak minimalna, iż rynki nie przywiązały do niej większej wagi.

Wczorajszy dzień przyniósł jednak jedno pozytywne zaskoczenie w postaci bardzo dobrych danych płynących z brytyjskiej budowlanki – aktywność w sektorze, mierzona indeksem PMI wzrosła z poziomu 53,1 w czerwcu do 55,8 w lipcu, podczas gdy konsensus zakładał, że dojdzie do lekkiego spadku wskaźnika. Dane jednak nie wystarczyły, żeby pomóc brytyjskiej walucie, rynek niespecjalnie przejął się odczytami z uwagi na umiarkowane znaczenie sektora dla brytyjskiej gospodarki.

Dziś funt brytyjski również traci. W brytyjską walutę ponownie uderzył prezes Banku Anglii, który na antenie radia BBC stwierdził, iż ryzyko Brexitu bez porozumienia z UE (no-deal Brexit) jest “niekomfortowo wysokie”. W konsekwencji słów Kanadyjczyka brytyjska waluta straciła 0,2% w relacji do koszyka walut.

Dalej nie było lepiej – dzisiejsza publikacja bodajże najistotniejszego wskaźnika opisującego bieżącą sytuację gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie, czyli indeksu aktywności w sektorze usług mocno rozczarowała. Wskaźnik spadł z poziomu 55,1 do 53,5 sugerując wyhamowanie ekspansji sektora w początkach trzeciego kwartału.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,9%, wahając się w widełkach 3,65-3,69. Amerykańska waluta w czwartek doświadczyła istotnego umocnienia w relacji do większości walut. Dolara amerykańskiego wspierały informacje o zaognieniu konfliktu handlowego – w ostatnich dniach potwierdziły się doniesienia o tym, że USA planują zwiększyć z 10 do 25% stawkę celną, którą mają zostać objęte chińskie towary o wartości 200 mld USD, ostatecznie otrzymaliśmy również odpowiedź Chin. Państwo Środka określiło amerykańskie działania jako próbę szantażu i zapowiedziało odpowiedź, jeśli cła wejdą w życie. Obecnie jednak wygląda na to, że zmienia się postrzeganie tego konfliktu przez rynek. Coraz więcej obserwatorów sądzi, iż wojna handlowa może zaszkodzić Chinom bardziej niż Stanom Zjednoczonym. Fakt, iż mają one więcej do stracenia, może sprawdzić, że Chińczycy powrócą do stołu negocjacyjnego – na to liczą Amerykanie.

Wczorajsze, cotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były minimalnie lepsze od oczekiwań. W ujęciu ogólnym nie wnoszą one zbyt dużo, potwierdzają jedynie siłę amerykańskiego rynku pracy.

Dziś uwagę inwestorów przykują bardzo istotne dane NFP. Zgodnie z oczekiwaniami względem raportu, kreacja nowych miejsc pracy i dynamika płac pozostaną na wysokich poziomach, bezrobocie z kolei ma nieco się obniżyć po ostatnim wzroście. Po publikacji z rynku pracy poznamy dodatkowo dane PMI/ISM dla usług w USA w lipcu, jednak będą one miały drugorzędne znaczenie.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport NFP z amerykańskiego rynku pracy w lipcu
  • 15:45 – dane PMI dla sektora usług USA w lipcu
  • 16:00 – dane ISM dla sektora usług USA w lipcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Bitcoin i inne kryptowaluty przez rok bez PCC

19 czerwca 2018 r. Minister Finansów przedłożył projekt rozporządzenia w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej. Podatkowa abolicja dla tysięcy, a nawet milionów kryptowalutowych transakcji ma potrwać od 13 lipca 2018 r. do 30 czerwca 2019 r.

W wyroku z 6 marca 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że: „Dla celów podatkowych przychód ze sprzedaży waluty bitcoin stanowi przychód z praw majątkowych, o których mowa w art. 18 ustawy z 26.07.1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tj. Dz.U. z 2018 r. poz. 200) opodatkowany według skali podatkowej, zgodnie z art. 27 ust. 1 PDOFizU” (II FSK 488/16)”. Zgodnie z art. 7 ust. 1 pkt 1b oraz pkt 2b ustawy o PCC (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959 z późn. zm.) z tytułu umowy sprzedaży lub zamiany innych praw majątkowych, trzeba zapłacić 1% podatku od czynności cywilnoprawnych.

Wartość rynkowa podstawą opodatkowania

Uzasadnione wyrokiem NSA uznanie obrotu bitcoinem za obrót prawem majątkowym okazało się całkowicie oderwane od natury tego typu transakcji. Uczestnik i gracz kryptowalutowej giełdy potrafi w jeden dzień dokonać kilkadziesiąt, a przy użyciu transakcyjnych botów nawet kilkaset takich obrotów. Chcąc dopełnić wymogów prawnych na potrzeby podatku od czynności cywilnoprawnych, musiałby złożyć deklarację podatkową dla każdej z nich. Oznacza to nie tylko konieczność wypełnienia kilku tysięcy stron formularzy deklaracji każdego miesiąca, ale przede wszystkim zapłatę 1% podatku od pojedynczej, poszczególnej transakcji. Ponieważ w przypadku PCC podstawy opodatkowania nie stanowi dochód, a zgodnie z art. 6 ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy o PCC wartość rynkowa rzeczy lub prawa majątkowego będącego przedmiotem transakcji, oznaczałoby to dla podatnika konieczność ponoszenia kosztów wielokrotnie przewyższających zainwestowane przez niego środki.

Podatek wielokrotnie przewyższający zainwestowane środki

Zakładając więc, że podatnik inwestujący w zakup bitcoina 10 000 zł, dokonał z jego udziałem 10 transakcji dziennie, byłby wówczas zobowiązany do zapłaty 1 000 zł podatku PCC. W skali miesiąca nawet gdyby 30-dniowy obrót zamknął stratą w wysokości np. 1 zł, i tak musiałby odprowadzić daninę w wysokości 15 000 zł (przy założeniu, że w połowie z 300 dokonanych transakcji był stroną kupującą). Ten tragiczny w skutkach – z punktu widzenia majątku podmiotów obracających kryptowalutą – sposób opodatkowania został, pod naciskiem samych zainteresowanych, dostrzeżony przez Ministerstwo Finansów, które 18 maja 2018 r. opublikowało w tej sprawie komunikat:

„W konsekwencji przyjęcia takiej wykładni, w przypadku gdy obrót walutą wirtualną dokonywany jest na podstawie umowy sprzedaży lub zamiany, staje się przedmiotem podatku od czynności cywilnoprawnych. Uwzględniając specyfikę handlu walutami wirtualnymi, który sprowadza się do obracania tymi prawami majątkowymi przez ich zakup, sprzedaż i wymianę, a zatem wielokrotnego zawierania umów sprzedaży i zamiany, po stronie podmiotu dokonującego obrotu walutą wirtualną, powstać może obowiązek zapłaty podatku w wysokości niejednokrotnie przewyższającej zainwestowane środki”.

Kryptowaluty przez rok bez PCC

W miesiąc po publikacji komunikatu, na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt „Rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej” z 14 czerwca 2018 r. Na jego podstawie od zaplanowanego na 13 lipca 2018 r. wejścia w życie rozporządzenia do dnia 30 czerwca 2019 r. pobór PCC od podatników dokonujących nabycia lub zamiany kryptowaluty ma zostać zaniechany.

Termin wejścia w życie rozporządzenia ma być zbieżny z dniem wejścia w życie przepisów ustawy z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, ze względu na fakt, że to w niej, w art. 2 ust. 2 pkt 26 zostało zdefiniowane pojęcie waluty wirtualnej (Dz.U. 2018, poz. 723).

Co z nabyciem bitcoina przed 13 lipca?

Pismem z dnia 26 czerwca 2018 r., Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii zwróciło się do MF o rozszerzenie katalogu podmiotów mogących skorzystać z instytucji zaniechania poboru PCC, również o tych, którzy nabyli kryptowalutę przed 13 lipca 2018 r. MPiT uzasadnia, że wielu z nich, dokonując transakcji, nie miało świadomości na temat związanych z nimi, ciążących obowiązków podatkowych.

Objęcie większego kręgu podmiotów abolicją podatkową odnajduje podstawy również w samym uzasadnieniu do projektu rozporządzenia. Zawarto w nim bowiem, że: „(…) stosowanie ścisłej wykładni przepisów ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych może skutkować nałożeniem na podatników obowiązków niemożliwych do wykonania, prowadzących w wielu przypadkach do konfiskaty majątku, a tym samym naruszeniem konstytucyjnej zasady dotyczącej prawa do ochrony własności”.

Problem pozostaje

Projektodawcy rozporządzenia zapewniają, że okres do 30 czerwca 2019 r. jest wystarczający do przygotowania właściwych rozwiązań, odpowiednio normujących i dostosowanych do tej sfery obrotu gospodarczego w kontekście podatkowym. Nie należy też zapomnieć, że i tak czasowo rozwiązuje tylko kwestię dotyczącą nabycia walut wirtualnych, dokonanych nie w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, jak zostaną potraktowani przez fiskusa z tytułu obrotu kryptowalutą.

4 kwietnia 2018 r. MF opublikowało informację na temat skutków podatkowych obrotu kryptowalutami w PIT, VAT i PCC. Przychody z obrotu krytpowalutą mogą być zakwalifikowane do źródła przychodów z tytułu praw majątkowych lub pozarolniczej działalności gospodarczej, jeżeli kryptowaluta jest przedmiotem obrotu w ramach działalności. Przychód ze sprzedaży bitcoina, jak orzekł w przywołanym na wstępie wyroku NSA (II FSK 488/16), traktowany jest, jako przychód z praw majątkowych i jako taki przypisany do rozliczenia osobom fizycznym. Jeśli jednak obrót kryptowalutą będzie wykonywany zarobkowo, w sposób zorganizowany i ciągły, zgodnie z art. 5a pkt 6 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991, nr 80, poz. 350 z późn. zm.), wówczas osiągnięty z tego tytułu przychód zakwalifikowany zostanie jako uzyskany z działalności gospodarczej. Oznacza to, że kryptowalutowe obowiązki podatkowe mogą wówczas poważnie uszczuplić majątek przedsiębiorców lub doprowadzić do jego całkowitej utraty.

Potwierdzenie przelewu nie dokumentuje kosztu nabycia

Przedsiębiorcy mogą rozliczać swoje dochody w skali podatkowej wg generalnych stawek 18% i 32% (art. 27 ust. 1 ustawy o PIT) lub ryczałtowo, 19% podatkiem liniowym (art. 30a ust. 1). Dochód to przychód pomniejszony o koszt jego uzyskania. Naturą kryptowalutowych transakcji jest ich zakup i sprzedaż z niewielką marżą. Przedsiębiorcy dokonują więc wielu transakcji, by w ostatecznym rozrachunku, sumując wielokrotny obrót, zapewnić swojej działalności rentowność, czasem ponosząc też stratę. Powinni więc opodatkować stawką 19%, 18% lub 32% osiągnięte przychody lub wykazać straty, ujawniając wyższe koszty zakupu. I tu powstaje problem.

Natura obrotu kryptowalutą, dokonywaną choćby za pośrednictwem automatycznych botów transakcyjnych, sprawia, że jej zakup jest dokumentowany przede wszystkim zapisem dokonanych w tym celu przelewów bankowych. Natomiast zdaniem organów podatkowych: „(…) w oparciu o przepisy rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów brak jest podstaw do zaksięgowania w podatkowej księdze przychodów i rozchodów poniesionego przez Wnioskodawcę wydatku na zakup kryptowaluty, w kosztach uzyskania przychodów, na podstawie potwierdzenia przelewów bankowych, bowiem ww. rozporządzenie nie przewiduje takiego dokumentu jako dowodu księgowego” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej 0113-KDIPT2-1.4011.518.2017.1.AP z 23.01.2018 r.).

Śladem przytoczonego powyżej przykładu zakupu bitcoina o wartości 10 000 zł i dokonaniu z jego wykorzystaniem 300 transakcji w miesiącu, z których 150 stanowiłoby jego zakup, a 150 sprzedaż, przedsiębiorca rozliczający się podatkiem liniowym, nie mogąc zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów zakupu kryptowalut, będzie musiał odprowadzić 285 000 zł podatku dochodowego. Rozliczający się wg skali podatkowej – jeszcze więcej.

Prawo nie nadąża

W uzasadnieniu projektu rozporządzenia przyznano: „Zachodzące zmiany gospodarcze powodują powstawanie nowych zjawisk, w ślad za którymi, w wyjątkowych przypadkach, nie nadążają zmiany w prawie podatkowym. Jedno z takich zjawisk stanowią waluty wirtualne i obrót nimi”. Niepewni swej sytuacji przedsiębiorcy, gracze kryptowalutowych rynków, muszą mieć nadzieję, że prawo jednak nadąży i uchroni ich przed wspomnianą konfiskatą majątku. Tym, którym nie starczy wiary, pozostaje szukać innej rezydencji podatkowej, będącej w stanie taką ochronę zapewnić.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Czeskie stopy w górę. Zmiana na podium giełd

Narodowy Bank Czech podniósł po raz kolejny stopy procentowe. Dane z USA nie zachwyciły, ale i tak umocniły dolara. Po ostatnich spadkach japońska giełda znów większa od chińskiej.

Czesi podnoszą stopy procentowe

Czeski Bank Narodowy zgodnie z oczekiwaniami podniósł wczoraj stopy procentowe. W rezultacie główna stopa znajduje się na poziomie 1,25%. Jak to często bywa gdy decyzja jest zgodna nie ma ona wpływu większego na rynek. Po podwyżce czeska stopa znajduje się tylko 0,25% poniżej głównej stopy w Polsce. Wielu analityków zastanawia się dlaczego Czesi podnoszą stopy procentowe a Polacy nie. Powodem jest lepsza kondycja gospodarki. Podczas gdy inflacja w Polsce wciąż nie może stabilnie osiągnąć poziomu 2% w Czechach przez niemal cały ostatni rok znajdowała się powyżej tej granicy. Warto też zwrócić uwagę, że Czechy są mniej zadłużonym krajem. Relacja długu publicznego do PKB została zduszona z 45% w najgorszym momencie kryzysu poniżej 35% obecnie. Polska z kolei wciąż jest zadłużona powyżej 50% PKB. Warto również zwrócić uwagę, że Czesi uchodzą za znacznie solidniejszy dłużników i już teraz płacą niemal punkt procentowy mniej kosztów obsługi zadłużenia.

Słabsze dane ze Stanów

Zamówienia na dobra okazały się słabsze niż oczekiwali analitycy. Zarówno wersja na dobra trwałego użytku jak i ta bez środków transportu okazały się o 0,2% słabsze od oczekiwań. Zgodnie z przewidywaniami wypadły za to dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosło 218 tysięcy. Co ciekawe inwestorzy musieli mieć inny pogląd na te dane niż analitycy tworzący prognozy. Po samych danych dolar bowiem umacniał się zamiast osłabiać jak to często ma miejsce po słabszych danych.

Zmiana na podium

Japońska giełda po czterech latach wraca na miejsce drugiej największej na świecie. Zdarzenie to nie ma na razie większego wpływu, ale jest kolejnym symbolem słabości Chin. Państwo Środka traci głównie na wojnie handlowej z USA. Wiele wycen było tam opartych na perspektywach rozwoju za ocean. Teraz są one urealnione. Warto zwrócić uwagę, że fundamentalnie kraj ten nie ma jeszcze poważniejszych problemów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,
  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Grupa MOL podnosi prognozę wyników na 2018 r.

  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy MOL za pierwszą połowę 2018 r. wyniósł 1,3 mld USD, podobnie jak przed rokiem
  • Wyniki segmentów upstream oraz usług konsumenckich wyrównały niższy wkład segmentu downstream
  • Zysk netto Grupy wyniósł 512 mln USD

Grupa MOL ogłosiła dzisiaj wyniki finansowe za pierwszą połowę 2018 r. Wynik EBITDA utrzymał się na wysokim, zeszłorocznym poziomie 1,3 mld USD, w związku z czym firma podniosła prognozę na cały rok do 2,4 mld USD, wobec poprzedniej prognozy na poziomie ok. 2,2 mld USD.

Wynik EBITDA w segmencie upstream zwiększył się o 37% wobec pierwszej połowy 2017 r., osiągając poziom 612 mln USD (159,4 mld HUF), m.in. dzięki rosnącym cenom ropy naftowej i gazu. Średnia dzienna produkcja węglowodorów była zbliżona do zeszłorocznej i wyniosła 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie (boepd). Niższy poziom produkcji na Węgrzech, w Chorwacji i w Rosji został zrównoważony zwiększoną produkcją w Wielkiej Brytanii. W maju, złoże Catcher na Morzu Północnym osiągnęło stały poziom produkcji na poziomie 60 tys. boepd (produkcja całkowita), w związku z rozpoczęciem eksportu gazu (MOL posiada 20% udziałów w wydobyciu ze złoża Catcher).

Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie downstream osiągnął poziom 492 mln USD (128,4 mld HUF), o 24% mniej niż w bardzo dobrej pierwszej połowie roku ubiegłego. Spadek ten był związany głównie z niekorzystym dla sektora rozwojem makroekonomicznych czynników zewnętrznych. Zintegrowana marża na produktach petrochemicznych spadła o ponad 150 EUR na tonę, a marża na produktach rafineryjnych była niższa o 1,1 USD na baryłce. Dobra efektywność wewnętrzna, szczególnie w zakresie produktów petrochemicznych, była w stanie tylko częściowo zrównoważyć niższą marżowość.

Segment usług konsumenckich po raz kolejny przyniósł rekordowe wyniki, osiągając 192 mln USD EBITDA (50,2 mld HUF), co oznacza wzrost o 28% r/r. Wpływ na to miały m.in. rosnące marże na ofercie pozapaliwowej, a także rosnący popyt na paliwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Oferta pozapaliwowa odpowiada już za 27% całkowitej marży segmentu (24% rok wcześniej) i rośnie w tempie wyższym, niż marża na paliwach.

Segment gazowy z kolei przyniósł Grupie 116 mln EBITDA (29,8 mld HUF), czyli o 8% więcej, niż w pierwszej połowie ub.r.

Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi

Prezes i CEO Grupy MOL Zsolt Hernádi skomentował wyniki następująco: „Ponownie udowadniamy odporność naszego zintegrowanego modelu biznesowego na czynniki zewnętrzne, ogłaszając kolejną podwyżkę prognozy wyniku CCS EBITDA do 2,4 mld USD (wcześniej ok. 2,2 mld USD). Grupa MOL osiągnęła bardzo dobre wyniki za pierwszą połowę 2018 r. i utrzymała wysoką rentowność na zeszłorocznym poziomie 1,3 mld EBITDA w warunkach rosnących cen ropy naftowej i spadających marż w segmencie downstream. Zrobiliśmy też znaczne postępy w realizacji naszej strategii transformacji do roku 2030.”

Wzrost cen w strefie euro ponownie nieco przyśpieszył

W tym tygodniu poznaliśmy wstępne wyniki dla inflacji w strefie euro. Inflacja wg zharmonizowanego wskaźnika cen konsumpcyjnych, wzrosła w czerwcu rokrocznie o 2,1%. Na wzrost i stopniowe przekroczenie celu inflacyjnego EBC miały wpływ przede wszystkim ceny energii, które są w rokrocznym porównaniu o 9,4% większe. Ceny żywności wzrosły z kolei o 2,5% r/r. Jest to kolejny sygnał potwierdzający przypuszczenia, że do podwyższenia stóp procentowych dojdzie w przyszłym roku, po zakończeniu tegorocznego programu QE. Ceny rosną również w Polsce. W lipcu zanotowano ich wzrost o 2% r/r. Na ten wynik również wpływ miały ceny energii, przede wszystkim paliwa, które w porównaniu rok do roku podrożało o 18,7%. Nadal jednak nie zostały osiągnięty cel inflacyjnych,
który ustalono na poziomie 2,5%. Zatem w najbliższej przyszłości nie spodziewamy podniesienia stóp procentowych w Polsce.

W tym tygodniu odbyły się posiedzenia kilku banków centralnych. W USA Fed nie podniósł stóp procentowych, ale zaznaczył, że dzięki pozytywnym perspektywom gospodarczym zaostrzenie polityki pieniężnej powinno być kontynuowane. Rynek oczekuje, że najbliższy wzrost amerykańskich stóp procentowych nastąpi we wrześniu.

Należy również wspomnieć o posiedzeniu Narodowego Banku Czeskiego. Ogłoszono na nim podniesienie podstawowej stopy procentowej do 1,25%. Można również oczekiwać, że w tym roku czeski bank centralny zdecyduje się jeszcze raz na taki krok.

Złoty w tym tygodniu ponownie się umocnił, a jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,25 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie notowano w okolicach 1,16 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Raport VMware: firmy boją się ryzyka. Kupują to, co znają i tracą.

Przedsiębiorstwa przeznaczają coraz większe środki na nowe technologie. Jest tylko jeden szkopuł. Nie są skłonne do ryzyka, patrzą krótkoterminowo i na ogół wybierają rozwiązania, które są dobrze znane. Przez to wiele tracą. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych wspólnie przez firmę VMware i londyńską Cass Business School.

Raport Innovating in the Exponential Economy zwraca uwagę na rosnące w firmach rozbieżności między zapotrzebowaniem na nowe technologie, a ich efektywnym  wykorzystaniem oraz wpisywaniem w kulturę całej organizacji. Badacze z Cass Business School zwrócili uwagę, że firmy szukają przede wszystkim rozwiązań dających szybki zysk, zaniedbując przy tym podejście strategiczne, pozwalające na uzyskanie większych korzyści w dłuższej perspektywie czasowej. Co więcej, biznesowi nadal brakuje skłonności do ryzyka, a przedsiębiorcy niechętnie eksperymentują z technologiami.

Cyfrowa transformacja to nie tylko narzędzia. To całkowita zmiana modelu biznesowego, kultury organizacyjnej, procesów tworzenia i dostarczania nowych produktów oraz usług. To także zupełnie nowe podejście do mierzenia efektów biznesowych, ponieważ przyszłości nie da się już tak łatwo przewidzieć, jak kiedyś. Zmiany zachodzą tak szybko, że innowacyjne rozwiązania mogą przestać być takimi, jeszcze zanim firma oceni przydatność ich wdrożenia – komentuje wyniki profesfor Feng Li, autor raportu i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School w Londynie.

Ujarzmiając nieuniknione

Według badań McKinsey’a obecnie 40 proc. firm jest ucyfrowionych. Wskaźnik digitalizacji będzie więc rósł, jednak wcale nie musi to oznaczać, że dzięki inwestycjom w technologie  firmy uzyskają wymierne korzyści. Do tej pory model wdrażania innowacji oparty był na ciągłym analizowaniu czy dane wdrożenie przyniesie z góry oczekiwane rezultaty. Niestety współczesny rynek jest coraz mniej przewidywalny, potrzeby konsumentów zmieniają się z dnia na dzień, a technologie takie jak AI, IoT czy cloud ewoluują w bardzo szybkim tempie. W efekcie trafna ocena czy dana technologia okaże się w danej firmie sukcesem, czy porażką, staje się wręcz niemożliwa.

Według badaczy  z Cass Business School, firmy nie mogą bezczynnie czekać na rynkową ocenę skuteczności danych technologii, tylko same muszą inspirować zmiany. Zarządzanie innowacjami musi opierać się nie tylko na chłodnej kalkulacji, ale także na improwizacji i gotowości do eksperymentowania.

Każdy nowoczesny biznes potrzebuje planu, to oczywiste. Sztywne trzymanie się go z góry jednak skazuje nas na porażkę.  Przetrwanie wielu firm zależy głównie od wiedzy na temat gwałtowanie zachodzących w ich otoczeniu rynkowym zmian i umiejętności wdrażania innowacji, jako odpowiedzi na te zmiany – komentuje wyniki Joe Baguley, Chief Technology Officer, VMware EMEA.

Porażki, które budują sukces

Cass Business School i VMware podkreślają w swoim badaniu, że ryzyko porażki we wdrażaniu nowych technologii jest nieuniknione. Jednocześnie mierzenie jedynie finansowego bilansu zysków i strat z wprowadzenia nowej technologii może być sporym ograniczeniem dla rozwoju firmy. Metody, jakie firmy wykorzystują do analizy korzyści muszą zmieniać się razem z ewolucją firmowej strategii. Tylko wtedy przedsiębiorstwo ma gwarancję, że nowe pomysły nie zostaną pominięte w przyszłości.

Osiągnięcie ponadprzeciętnych korzyści biznesowych wymaga innowacyjnego myślenia i refleksu, czyli umiejętności szybkiego przekształcania nowych pomysłów w działanie. Jest to jednak możliwe tylko w firmie opartej na kulturze innowacji, w której ludzie kreują nowe rozwiązania, a następnie je wdrażają. Nowe technologie są tylko narzędziem do osiągnięcia sukcesu. Dzięki nim dostarcza się systemy, aplikacje i środowiska pracy, które umożliwiają szybsze projektowanie, testowanie i wdrażanie kolejnych innowacji – twierdzi Joe Baguley z VMware.

Najnowszy raport dla VMware opracował profesor Feng Li z Uniwersytetu w Londynie i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School. Wnioski oparte zostały na wynikach badań, jakie Feng Li prowadził w instytucjach prywatnych i publicznych w ciągu ostatnich 10 lat. Zostały one uzupełnione najnowszymi danymi  rynkowymi, które VMware udostępniły m.in. firma Amadeus, dostarczająca rozwiązania IT dla firm z branży turystycznej oraz firma analityczno-badawcza IHS Markit.

SYNERGA.fund S.A. ma porozumienie inwestycyjne z Gas And Energy Trading

SYNERGA.fund S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała porozumienie inwestycyjne ze spółką Gas And Energy Trading Sp. z o.o. (GET), działającą na rynku obrotu energią elektryczną, paliwami gazowymi i prawami majątkowymi. Oba podmioty rozważają przejęcie 100% GET przez Synerga.fund S.A.

Zgodnie z podpisanym przez spółki porozumieniem inwestycyjnym rozważają one przejęcie przez SYNERGA.fund S.A. spółki Gas And Energy Trading Sp. z o.o. pod warunkiem, że wartość jej wyceny sporządzonej przez biegłego rewidenta będzie nie mniejsza niż 50 mln zł. Szczegółowe zasady i warunki współpracy zostaną określone w porozumieniu o podstawowych warunkach transakcji (Term Sheet) do 31.08.2018 r. Zdaniem Zarządu SYNERGA.fund S.A. zawarte porozumienie jest zgodne z przyjętą strategią rozwoju i będzie miało istotny wpływ na dalszy rozwój Spółki.

Spółka GET rozpoczęła proces realizacji projektu Certigy Chain, który opiera się na technologii blockchain i zamiarze „tokenizacji” rynku handlu energii elektrycznej i gazu. Projekt przewiduje stworzenie platformy obrotu energią oraz gazem wraz z przypisanymi cyfrowymi certyfikatami pochodzenia energii (bio, węgiel, atom, itp.), klastra energetycznego oraz funduszu akceleracyjnego.

„W SYNERGA.fund mamy kompetencje, żeby zbudować projekt blockchainowy, który działa w świecie tradycyjnym. Łączenie tych światów ma zagwarantować projekt Certigy Chain, który rozwija Spółka GET, a który stanie się częścią SYNERGA.fund w przypadku przejęcia. Zespół GET ma kompetencje w zakresie sprzedaży energii elektrycznej oraz gazu i właśnie w tym segmencie projekt blockchainowy Certigy Chain plasuje się jako rozwiązanie systemowe i zdecentralizowane do zarządzania handlem energią elektryczną i certyfikatami pochodzenia. Pozwala on na podejmowanie świadomych decyzji podczas zakupu energii oraz oddanie tych decyzji w ręce konsumentów. Jest to projekt o szerokim potencjale i wprowadza nowe możliwości w zakresie konsumpcji energii oraz gazu. W przypadku powodzenia tej transakcji, będziemy szukać kolejnych synergii z technologią blockchain i przekonywać rynek, że nasze kompetencje w tym zakresie pomogą tym firmom szybciej się rozwijać.” – wyjaśnia Bartosz Cywiński, Prezes Zarządu Spółki SYNERGA.fund S.A.

W marcu br. SYNERGA.fund S.A. przedstawiła nową strategię rozwoju na lata 2018-2020. Spółka planuje zbudować kompetencje, zespół oraz doświadczenie, które umożliwią jej zarówno tworzenie rozwiązań opartych o technologię blockchain, jak również prowadzenie działalności consultingowej oraz przeprowadzanie koinwestycji z siecią aniołów biznesu.

SYNERGA.fund S.A. to Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r. Jej głównymi Akcjonariuszami są Prime2 S.A., posiadający akcje stanowiące 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA oraz January Ciszewski posiadający wraz z notowaną na rynku NewConnect spółką JR HOLDING S.A. akcje stanowiące również 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Nie czas na ambitne strategie

Mamy wakacyjny okres, co oznacza niedobór tematów do handlu, niedobór osób do handlu lub brak przekonania do słuszności realizowanego handlu. Płynność jest poszukiwana, a inwestorzy albo trzymają się z boku, albo szukają sposobu, jak wykrzesać stopę zwrotu z tematu wojen handlowych. Kończy się to preferowaniem pewnych pozycji, a taką jest USD. Reszta inwestorów bierze urlop i korzysta ze słońca.

Żeby była jasność – dalej uważam, że wojny handlowe nie są pretekstem do rynkowej paniki. Gdyby dało się zepchnąć temat głębiej i uczepić ciekawszych spraw, to inwestorzy z pewnością by to zrobili. Problem w tym, że innych motywów do handlu nie ma. Bezsensowne jest konstruowanie czegoś na siłę – rynek finansowy opiera się na psychologii tłumu, czyli myśl przewodnia musi mieć sporą grupę ją popierającą, żeby wytworzyć siłę, która ruszy ceną. A co się stanie, gdy pomysł nie chwyci albo Ci, których udałoby się do niego przekonać, zamiast siedzieć w biurze są na plaży z rodziną? Efekt jest taki, że bezpiecznym rozwiązaniem jest trzymanie się gorących tematów (wojna handlowa USA-Chiny) i powiązanych inwestycji (mocny USD, słaby CNY, AUD, NZD). Na skali klimatu inwestycyjnego wskaźnik przesuwa się bliżej awersji do ryzyka, ale spadki indeksów akcji o mniej niż 1 proc. sugerują, że zaangażowanie w ucieczkę od ryzyka jest niskie. To nie są normalne warunki rynkowe, ale w okresie wakacyjnym rzadko takie bywają.

Spadek GBP/USD pod 1,30 jest właśnie objawem trzymania się przez inwestorów „pewnego” dolara, a jednocześnie stronienie od „zagadek”, a taką jest funt. Wczoraj BoE zgodnie z oczekiwaniami podniósł główną stopę procentową o 25 pb do 0,75 proc., ale jastrzębim akcentem była jednomyślność członków MPC. Bank obiecał więcej podwyżek w przyszłości, o ile Brexit nie wywróci gospodarki do góry nogami; optymistycznie wyglądały też prognozy wzrostu i inflacji. Konstruktywny wydźwięk decyzji Banku Anglii jednak nie wystarczył, by przezwyciężyć dominację USD. Piętno Brexitu powoduje, że rynek potrzebuje idealnego układu znaków na niebie i ziemi, aby odważyć się budować długie pozycje w GBP. Teraz nie ma takich warunków.

W obecnym klimacie raport z rynku pracy USA może być bardziej interesujący niż w ostatnich miesiącach. Rynek liczy na kolejny miesiąc solidnego przyrostu zatrudnienia (193 tys.), stopa bezrobocia powinna wrócić pod 4 proc. po zeszłomiesięcznym wyskoku, a płace mają kontynuować trend wzrostowy (2,7 proc. r/r). Dla nikogo nie będą to zaskakujące informacje, ale jeśli ktokolwiek szuka dziś dodatkowego pretekstu, by trzymać się długich pozycji w USD lub dołożyć nowe, to raport NFP może być do tego idealny. Jednocześnie silna postawa dolara implikuje, że większe ryzyko leży po stronie rozczarowania odczytem. W szczególności źle ocenione może być utrzymanie stopy bezrobocia na 4 proc., co będzie sugerować, że w gospodarce wciąż są pokłady niewykorzystanej siły roboczej, a zatem i moment nasilenia presji płacowej może się opóźnić.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprawdź dane makroekonomiczne na przyszły tydzień

Okres wakacyjny w dalszym ciągu daje o sobie znać. Na rynku walutowym króluje niższa zmienność oraz brak istotnych danych makroekonomicznych. Z powodu niższej zmienności banki centralne wszystkie ważniejsze decyzje monetarne przekładają na późniejszy termin. Oprócz tego na głównych parach walutowych mamy konsolidację, co przeszkadza skutecznie wykorzystywać systemy podążające za trendem.

Po tak krótkim wstępie zobaczmy, jakie dane makroekonomiczne mogą poruszyć rynkiem walutowym w przyszłym tygodniu. W poniedziałek nie czeka na nas żadna ważniejsza publikacja danych makroekonomicznych. We wtorek zostanie opublikowana decyzja w sprawie stóp procentowych przez bank centralny Australii. Oprócz tego w ten sam dzień o godzinie 15:00 poznamy kanadyjski wskaźnik PMI.

W środę czekają na nas jedynie dane z Australii: koniunktura w przemyśle wg. NAB. Natomiast najciekawszym dniem tygodnia będzie piątek, zapoznamy się z koszykiem danych makroekonomicznych z Japonii, Australii, Wielkiej Brytanii, Kanady oraz Stanów Zjednoczonych. Najważniejsza publikacja odbędzie się o godzinie 14:30, będzie to inflacja w Stanach Zjednoczonych. O tej samej godzinie zostanie opublikowana kanadyjska zmiana zatrudnienia oraz stopa bezrobocia.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone -inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych tylko na chwile zatrzymały wzrost inflacji, aktualnie po raz kolejny zaczęła rosnąć. Inflacja zostanie opublikowana 10 sierpnia o godzinie 14:30. Jest na co czekać.

AM inflacja

Źródło: Admiral Markets

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Australia – stopy procentowe

Przez najbliższy czas stopy procentowe w Australii pozostaną na niezmienionym poziomie.

Australia Bloomberg

Źródło: Bloomberg

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w bieżącym roku kalendarzowym jest minimalne.

Instrument do obserwacji – EURUSD

Notowania pary walutowej EURUSD od końca maja bieżącego roku kalendarzowego znajdują się w szerokiej konsolidacji. Aczkolwiek według średniej kroczącej w dalszym ciągu znajdujemy się w trendzie spadkowym. Aktualnym celem kupujących jest dolne ograniczenie konsolidacji w okolicy poziomu 1.156.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Gdyby sprzedającym udało się pokonać dolne ograniczenie konsolidacji, to ich celem stanie się poziom 1.13. Niemniej jednak mają utrudnione zdanie i to pomimo średniej kroczącej. Bowiem po spadku notowań w okolicę wsparcia oscylator stochastyczny wskazałby poziom mocnego wyprzedania, co byłoby pomocą dla kupujących. W związku z tym bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i wzrost notowań w okolicę górnej bandy konsolidacji.

Dział Analiz Admiral Markets

Maciej Mazur: Polska stawia pierwsze kroki w kierunku elektromobilności

Polska stawia dopiero pierwsze kroki w kierunku rewolucyjnych zmian w motoryzacji. Ich częścią jest elektromobilność, a do jej rozwoju potrzebne jest odpowiednie prawodawstwo. To z kolei zaczęło się kształtować dopiero w ubiegłym roku. Powstały pierwsze zapisane regulacje dotyczące całkowicie nowego sektora – jak choćby krajowe ramy rozwoju polityki infrastruktury paliw alternatywnych czy plan rozwoju elektromobilności. Wtedy też zostały rozpoczęte konsultacje ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Została ona przyjęta i w lutym tego roku weszła w życie. To pierwszy akt prawny, który na nowo definiuje to, czym jest elektromobilność w Polsce i jak ma się rozwijać na naszych drogach. W ostatnim czasie weszła też w życie nowelizacja ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciepłych. Choć nazwa pozornie nie ma związku, to projekt ten jest również ważny dla elektromobilności. Fundusz Niskoemisyjnego Transportu – czyli ciało, które ma wesprzeć finansowo rozwój elektromobilności, zostało właśnie tu zapisane. Znalazł się tam także punkt o poprawie Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych – stąd tak ważne było jej jak najszybsze przyjęcie. Uporządkowała ona system, przez który w ciągu kilku miesięcy niemożliwe było oddanie planowanego punktu ładowania samochodu elektrycznego. Brakowało bowiem rozporządzeń wykonawczych i Urząd Nadzoru Technicznego nie miał podstawy, aby taką stację przyjąć. Teraz sytuacja jest już inna. Każdy operator może oddać punkt do eksploatacji i komercyjnie realizować swoje cele biznesowe. To pokazuje, jak dużo jest nadal do zrobienia w elektromobilności.

– Choć ustawa o elektromobilności budziła wiele kontrowersji, była absolutnie niezbędna. Jako organizacja branżowa zrzeszająca podmioty zainteresowane rozwojem elektromobilności podkreślaliśmy, że takie działanie to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak jest on nadal niewystarczający – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych – Należy zrobić jeszcze więcej, aby poprawić elektromobilność. Oprócz tego należy rozwijać takie aspekty, które pozwolą zdynamizować rozwój tego rynku. Nie wystarczy jeden akt prawny. Wymagany jest cały cykl dokumentów, które będą ten rynek definiowały, zmieniały i co ważne – regulowały oraz dynamizowały.Należy uczyć się w tym zakresie na przykładach z Europy Zachodniej. W tym samym czasie, kiedy na polskich drogach jeździ łącznie 2 tys. samochodów elektrycznych, w Niemczech w ciągu jednego roku rejestruje się ich 60 tys., podobnie w Wielkiej Brytanii, a jeszcze więcej w Norwegii. Mamy więc od kogo się uczyć – dodał Mazur.

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online 1

Starzejące się w wysokim tempie społeczeństwo ma bezpośrednie przełożenie na wzrost zapotrzebowania na wizyty lekarskie. Nie przybywa jednak w takim samym tempie lekarzy, co powoduje coraz dłuższe kolejki do gabinetów. Rozwiązaniem może się okazać telemedycyna. Szacuje się, że w przyszłości nawet 70–80 proc. wizyt pierwszego kontaktu będzie realizowane w domu pacjenta, za pośrednictwem rozwiązań telemedycznych. Domowe testery objawów pozwolą na rozpoznanie choroby, a lekarz postawi wstępną diagnozę podczas wideowizyty.

– Telemedycyna jest przyszłością pod względem wstępnego i docelowego leczenia w krajach Europy Zachodniej, w krajach bogatszego świata północy. Telemedycyna ze wszystkich badań, nie tylko w Polsce, w przyszłości będzie w 70–80 proc. realizowała wszelkie konsultacje pierwszego kontaktu, które będą wymagane w ramach rozpoznania, wstępnego przekierowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Grabowski, twórca iWylecz24.pl.

Według raportu „E-zdrowie oczami Polaków”, aż 72 proc. polskich pacjentów uważa, że lekarze zbyt dużo czasu przeznaczają na wypełnianie dokumentów. W ciągu 20-minutowej wizyty aż 16 minut zajmują takie czynności jak zapoznanie się z historią choroby czy wypisanie recepty, co oznacza, że na badania lekarzowi zostają 4 minuty. Według 65 proc. badanych współczesny system e-zdrowia jest zbyt słabo rozwinięty i nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w nowoczesnych technologiach. Na rynku już pojawiają się pierwsze prywatne przychodnie realizujące wideowizyty, a dostępnych jest coraz więcej domowych urządzeń pozwalających na samodzielne badania.

– Gdy mamy potrzebę badania fizykalnego, nic nie zastąpi wizyty w gabinecie. Natomiast wraz z rozwojem telemedycyny rozwija się też technologia monitoringu procesów życiowych i może się okazać, że mając specjalnie urządzenia, które monitorują nasze procesy życiowe, możemy się sami badać. W ten sposób cukrzycy badają poziom krwi, możemy badać tętno, ciśnienie i inne rzeczy, które w połączeniu z telemedycyną mogą bardzo przyspieszyć proces wstępnego rozpoznawania – tłumaczy ekspert.

Nowe technologie pojawiają się jednak nie tylko w placówkach prywatnych. Ministerstwo zdrowia prowadzi prace nad informatyzacją powszechnej służby zdrowia. Już dziś w Siedlcach i Skierniewicach prowadzony jest pilotażowy program e-recepty, który w 2020 roku ma być wprowadzony w całym kraju. Umożliwi wystawianie recept w formie elektronicznej w każdym gabinecie lekarskim. Na wprowadzenie rozwiązań telemedycznych w publicznej służbie zdrowia będzie jednak trzeba poczekać znacznie dłużej.

– W tym momencie jest niewiele takich miejsc na świecie, które my nazywamy cyfrowym centrum zdrowia. Niewiele jest takich rozwiązań, które by te wszystkie rozwiązania łączyły. Bardziej się skupiają w tej chwili np. w USA właśnie na testerze objawów, na wstępnym rozpoznaniu, gdzie w kilku stanach w USA to pełni funkcję lekarza pierwszego kontaktu. Tester objawów też bardzo mocno rozwija się w Indiach, teraz jest także wprowadzany z powodzeniem na terenie Niemiec – twierdzi Marcin Grabowski.

Według raportu mHealth Intelligence rynek telemedycyny rozwija się bardzo dynamicznie. Do 2020 roku jego wartość ma osiągnąć 49 mld dol.

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G 2

Resort cyfryzacji alarmuje, że w najbliższych latach mogą wystąpić problemy z połączeniami telefonicznymi i internetowymi, zwłaszcza w większych miastach. Według szacunków już w 2020 roku popyt na dostęp do szybkiego internetu mobilnego w Polsce będzie przekraczał możliwości sieci komórkowych w Polsce średnio o 22 proc. W gęsto zaludnionych miastach wskaźnik ten może przekroczyć nawet 60 proc. Ze względu na regulacje Komisji Europejskiej nie będzie możliwości zagęszczenia sieci komórkowej, aby poprawić jakość połączeń. Jedynym rozwiązaniem, które może uchronić nas od tzw. komórkowego blackoutu, może być szybkie wdrożenie sieci 5G.

– Blackout komórkowy nam w pewnym sensie grozi, ale to zależy od miejsca. Nie będzie jednak tak, że nie będzie można wykonywać połączeń telefonicznych, natomiast istnieje ryzyko, że w niektórych miastach w Polsce z uwagi na najbardziej restrykcyjne normy zagęszczenia promieniowania elektromagnetycznego nie tylko w Europie, lecz także na świecie, grozi nam wyraźne spowolnienie tego ruchu, gdyż nie będzie można instalować nowych urządzeń nadawczych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Analizy przeprowadzone przez ministerstwo cyfryzacji sugerują, że już w 2020 roku 63 proc. połączeń wykonywanych w centrach największych miast zakończy się niepowodzeniem, a w 2025 roku problem ten dotknie wszystkich polskich miast. Jeśli operatorzy nie zmodernizują swojej infrastruktury, już w 2030 roku korzystanie z sieci komórkowych stanie się niemożliwe. Stacje bazowe przestaną nadążać z przetwarzaniem połączeń i przesyłaniem między sobą danych.

– Liczba danych, które przesyłamy codziennie, rośnie w postępie wręcz geometrycznym. Nawet gdybyśmy nie dołożyli w ciągu najbliższych kilku lat żadnego nowego telefonu komórkowego w Warszawie, to istnieje takie niebezpieczeństwo, że ten ruch nam się spowolni – alarmuje minister.

Czarny scenariusz może się stać rzeczywistością, jeśli szybko nie zostaną podjęte kroki mające doprowadzić do wprowadzenia i upowszechnienia technologii 5G. Tylko dzięki niej stacje bazowe będą w stanie obsłużyć miliony urządzeń nieustannie komunikujących się z internetem, gdyż wkrótce operatorzy stracą możliwość dalszego zagęszczania sieci komórkowej.

Jednym z największych ograniczeń w rozwoju nowoczesnych sieci komórkowych są zbyt niskie limity gęstości mocy, które uchwalono w 1984 roku i w żaden sposób nie przystają do ery powszechnego, bezprzewodowego internetu mobilnego. Z raportu Boston Consulting Group opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji wynika, że polskie normy są aż sto razy bardziej restrykcyjne niż te obowiązujące w innych krajach Unii. To jeden z kluczowych powodów problemów z przepustowością, jaki wkrótce może dotknąć polskich operatorów.

Wdrożenie technologii 5G pozwali korzystać ze znacznie szerszego pasma radiowego w zakresie 30–300 GHz, które pozwala przesyłać znacznie większe ilości danych. Nadajniki 5G wysyłają także znacznie krótsze fale radiowe, dzięki czemu można korzystać ze znacznie mniejszych anten niż w obecnych stacjach bazowych. Szacuje się także, że dzięki 5G jedna antena będzie w stanie obsłużyć przeszło tysiąc urządzeń więcej niż te, które korzystają z rozwiązań 4G.

Wprowadzenie nowej technologii ma być także poprzedzone kampanią społeczną, która przekona Polaków do zalet wynikających z przejścia na nową technologię.

– Będziemy prowadzić konsultacje technologiczne i środowiskowe. Istnieją bowiem obawy, czy takie zagęszczenie instalacji nie jest przypadkiem szkodliwe dla mieszkańców. Chcemy te obawy łagodzić, wprowadzić mechanizmy, które pokażą zainteresowanym obywatelom, jak państwo to kontroluje, jak może przeciwdziałać praktykom nieuprawnionym, czyli nieodpowiedzialnemu zwiększaniu mocy urządzeń, czego przede wszystkim boją się środowiska, które do nas w tej sprawie występują – uspokaja Marek Zagórski

Ryzyko potencjalnego blackoutu komórkowego dostrzegli także urzędnicy Komisji Europejskiej, którzy zarekomendowali wdrożenie internetu 5G w co najmniej jednym polskim mieście do 2022 roku, aby w ten sposób uniknąć drastycznego spadku przepustowości sieci.

Według raportu opracowanego przez analityków Research and Markets do 2025 roku wartość globalnego rynku rozwiązań 5G osiągnie 251 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 97 proc.

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynku akcji, czy są szanse na kontynuację?

Nowa rotacja aktywów

  1. Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów
  2. Dane z gospodarki nieśmiale wspierają rynki
  3. Oczekiwania na II półrocze

Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynków akcji. Po wielu tygodniach spadków nieznaczne odbicie mogliśmy obserwować na notowaniach krajowych indeksów. Najsilniej było to widoczne w przypadku notowań dużych spółek, które dały zarobić 7,8%. Biorąc pod uwagę, że wzrosty średnich (+2,94%) i małych (+2,78%) spółek były bardziej stonowane, można dojść do prostego wniosku, że za dużą częścią lipcowych wzrostów stali inwestorzy zagraniczni. Ruch, który wykonał się na krajowym rynku akcji, dobrze wpisuje się w ogólne tendencje obserwowane na rynkach wschodzących. Indeks MSCI EM zyskał w minionym miesiącu 3,1%. Za spadkami w poprzednich miesiącach stały przede wszystkim doniesienia związane z tak zwaną wojną handlową, jak również obawy inwestorów związane z silnym umocnieniem się rentowności amerykańskich obligacji. Lipiec przyniósł uspokojenie nastrojów odnośnie polityki Donalda Trumpa, dzięki czemu silnie zyskiwały rynki azjatyckie. Te wspierane były również przez politykę Chińskiego Banku Centralnego, zapowiedzi obniżki podatku dochodowego oraz plany wsparcia chińskiej produkcji przemysłowej. Dobrze wypadły również rynki rozwinięte. Niemiecki DAX zyskał w ciągu miesiąca 4,05%, zaś amerykański indeks S&P 500 3,31%. Lipiec był więc jednym z najlepszych miesięcy dla rynków finansowych od początku roku.

Dane z gospodarki nieśmiało wspierają rynki

W odróżnieniu od czerwca, polityka banków centralnych nie wpływała mocno na rynki finansowe. Fed zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy na niezmienionym poziomie. Podobnie rzecz się miała w przypadku EBC, który zadeklarował, że pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro nastąpi najwcześniej latem 2019 roku. Rynki finansowe wspierane były przed dane makroekonomiczne. W przypadku Polski lipiec rozpoczął się lepszym od oczekiwań odczytem PMI dla przemysłu, które wyniosło 54,2 punkty, dużo lepiej od oczekiwań. Pozytywnie zaskoczyły również dane o czerwcowej dynamice produkcji przemysłowej i budowlano montażowej. Pierwsze z nich rosła w czerwcu z roczną dynamika 6,8% (vs. 5,4% w maju), druga zaś 24,7% (vs. 20,8% w maju). Podobne tendencje obserwowaliśmy w przypadku sprzedaży detalicznej, która w czerwcu wykazała roczną dynamikę na poziomie 10,3%. Europejski rynek akcji wspierany był zaś wstępnymi odczytami indeksów PMI, który w przypadku niemieckiej gospodarki odwrócił trwającą od początku roku tendencję spadkową. Te wszystkie czynniki wspierały wzrosty na rynkach akcji.

Nasze oczekiwania na drugie półrocze

Początek sierpnia przywrócił zmienność na rynkach akcji. Wszystko za sprawą Donalda Trumpa, który przypomniał o kwestii ceł na linii Waszyngton – Pekin. Spowodowało to silną wyprzedaż na pierwszej sierpniowej sesji w Państwie Środka. Powstaje pytanie, czy nie powróci również opanowany wydaje się spór na linii USA – EU (co było jedną z przyczyn wzrostów na europejskich giełdach). Wydaje się, że perspektywy giełd w Zachodniej Europie uległy poprawie, ostatnie dane makroekonomiczne raczej wspierają gospodarkę, tak samo jak słabe euro. Więcej czynników ryzyka widzimy w Stanach Zjednoczonych, gdzie niektóre ze spółek FAANG zanotowały ponad 20% przeceny po podaniu cały czas przyzwoitych wyników. A biorąc pod uwagę wyceny i historyczne poziomy indeksów i kursów niektórych spółek, korekta wydaje się nawet być czymś zdrowym. W dalszym ciągu zagadkowa jest przyszłość rynków wschodzących, chociaż wydaje się, że większość tego, co najgorsze, mają już za sobą. Pośrednio to samo można napisać o rynku polskim. Patrząc czysto fundamentalnie, tendencje w wynikach spółek, w szczególności małych i średnich, powinny się w następnych kwartałach poprawiać. Dalej jednak istnieje dużo czynników ryzyka, od niskich stóp procentowych zaczynając (co wstrzymuje wzrosty banków), po reklasyfikację Polski w indeksach FTSE.

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników 3

Nowe technologie zmieniają model świadczenia usług prawniczych. Coraz więcej, na razie dużych, międzynarodowych kancelarii, wdraża rozwiązania bazujące na narzędziach informatycznych i sztucznej inteligencji, a w przyszłości udzielanie porad prawnych mogą przejąć chatboty. Maszyny nie zastąpią jednak prawników całkowicie, ale pozwolą im się skupić na zawiłościach sprawy, planowaniu strategii i bardziej skomplikowanych zadaniach.

– Roboty nie zastąpią prawników. Rozwiązania techniczne w jakimś stopniu ułatwią pracę prawników, być może rzeczywiście zastąpią ją w zakresie bardzo prostych, powtarzalnych czynności Myślę jednak, że na bardziej wyszukane porady prawnicze wciąż będzie popyt nawet za 10 czy 20 lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Agnieszka Besiekierska, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr.

Nowe technologie w coraz większym stopniu wpływają na branżę prawniczą. Jak wynika z raportu „Diagnoza potrzeb prawników w zakresie wykorzystywania narzędzi informatycznych w usługach prawniczych”, opublikowanego przez fundację LegalTech Polska, 87 proc. prawników jest zdania, że nowe technologie będą odgrywać coraz większą rolę w ich pracy. Ponad połowa (51 proc.) polskich kancelarii i działów prawnych inwestycje w technologie wskazuje jako swój priorytet. Obecnie stopień wykorzystania nowych technologii zależy od tego, czy jest to duża, międzynarodowa kancelaria sieciowa czy mała, butikowa kancelaria. Na rynku dostępne są już m.in. rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję, które są wykorzystywane do analizy bardzo dużej ilości dokumentów.

 One działają w ten sposób, że wyszukują pewne frazy kluczowe i wybierają kluczowe dokumenty z kilkuset tomów akt. Wciąż jednak ten ostatni etap wyboru jest pozostawiony ocenie prawnika. Są również rozwiązania typowe dla systemu prawa amerykańskiego, które dokonują analizy predykcyjnej i oceniają, jakie są szanse na wygranie danego sporu. Pozwalają podjąć decyzję, czy w ogóle wchodzić w ten spór, czy może ugoda będzie tańsza. To jest kluczowe, szczególnie w amerykańskim systemie prawa, gdzie wiadomo, że obsługa prawników jest nieporównywalnie bardziej kosztowna niż w Polsce czy w Europie – mówi dr Agnieszka Besiekierska.

JP Morgan Chase już od ponad roku wykorzystuje bazujące na AI oprogramowanie o nazwie COIN (Contract Intelligence), które analizuje umowy kredytowe. Maszyna w ciągu kilku minut wykonuje zadanie, które wcześniej zajmowało prawnikom łącznie ok. 360 tys. godzin pracy rocznie. Amerykańska kancelaria BakerHostetler korzysta z pomocy sztucznej inteligencji o nazwie Ross, bazującej na mocach obliczeniowych superkomputera Watson stworzonego przez IBM. Dzięki niej prawnicy mogą się skupić na zawiłościach sprawy, a nie na czasochłonnym wyszukiwaniu danych i dokumentów. W ślady BakerHostetler poszło też wiele innych kancelarii prawnych, dla których wykorzystanie AI to znaczna oszczędność czasu, kosztów i uproszczenie pracy prawników.

– Bardzo często pojawia się pytanie: czy roboty zabiorą pracę prawnikom? Odpowiedź na to brzmi: nie. Jedyna wątpliwość, która się przy tej okazji pojawia, to kwestia kształcenia młodszych prawników. Do tej pory kształcili się oni, wykonując proste, często powtarzalne czynności, które w przyszłości docelowo prawdopodobnie przejmą roboty – mówi dr Agnieszka Besiekierska. – Sztuczna inteligencja będzie miała ogromny wpływ na wykonywanie zawodu prawnika, tak jak wszystkich innych. Istotne jest, żeby uwzględnić tę zmianę w naszym otoczeniu już w tej chwili, w procesie kształcenia, przygotowania młodych prawników, absolwentów prawa do wykonywania zawodu. Jednak to jeszcze się nie dzieje.

Młodzi prawnicy przygotowują się do zawodu, wykonując proste czynności, np. wypełniając wnioski do sądu, do rejestru zastawów. Docelowo to właśnie rozwiązania informatyczne będą mogły przejąć takie zadania. Dzięki temu adepci na prawników nie będą rozpoczynać już kariery zawodowej od zupełnych podstaw i będą mogli przejść poziom wyżej. W przyszłości również proste, standardowe umowy mogą być przygotowywane przez oprogramowanie przy zestawieniu odpowiednich klauzul, bez udziału prawnika.

Oprogramowanie bazujące na sztucznej inteligencji, big data czy analityka predykcyjna to nie są jedyne przykłady zastosowania nowych technologii w branży prawnej. Amerykański start-up Judge Analitycs zbudował rejestr zawierający statystyki i szczegółowe dane na temat każdego sędziego w USA, dzięki czemu prawnicy mogą lepiej poznać sędziego zaangażowanego w ich sprawę i opracować odpowiednią strategię. Z kolei udzielaniem porad prawnych w przyszłości mogą się zająć chatboty, coraz powszechniej wykorzystywane do kontaktów z klientami w wielu różnych branżach. W 2016 roku student Uniwersytetu Stanforda Joshua Browder stworzył pierwsze takie narzędzie – chatbota DoNotPay, który odpowiada na pytania z zakresu prawa cywilnego i karnego oraz udziela porad prawnych na terenie całych Stanów Zjednoczonych.

– Pojawiają się pomysły opodatkowania pracy robotów. To miałoby sens, jeśli okaże się, że rzeczywiście tej pracy na rynku ubywa w związku z tym, że zastępują nas maszyny. Wydaje mi się, że na ten moment jest to odległa perspektywa. Na razie powinniśmy co najwyżej rozmawiać o zachętach podatkowych dla rozwijania nowych technologii. Od postępu nie uciekniemy, dlatego ważne jest to, żebyśmy nie zostali w tyle – podkreśla szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelaria Noerr.

Jak prognozuje Instytut Gartnera, do 2025 roku maszyny zastąpią już nawet jedną trzecią tradycyjnej siły roboczej. Cyfrowi pracownicy sprawdzą się tam, gdzie trzeba przetwarzać i analizować duże ilości danych, np. w branży finansowej i prawnej. The Institute for Robotic Process Automation wyliczył, że wykorzystanie software’owych robotów to równowartość 1/5 kosztu pełnoetatowego pracownika.

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu 4

Pierwsze propozycje nowego unijnego budżetu nie są satysfakcjonujące dla Polski – ocenia wiceminister inwestycji i rozwoju Witold Słowik. Jak podkreśla, przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej odbywa się kosztem państw, które dołączyły do wspólnoty po 2004 roku. Wprawdzie jesteśmy na samym początku ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany, ale kraje Europy Środkowo-Wschodniej powinny walczyć o to, żeby cięcia funduszy w ramach polityki spójności dotknęły je w jak najmniejszym stopniu.

Trwają dyskusje nad nowym unijnym budżetem. Zostały złożone pierwsze propozycje, które nie są satysfakcjonujące z punktu widzenia Polski. To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, składka została minimalnie obniżona, mimo że mamy do czynienia z brexitem, czyli wystąpieniem z UE jednego z największych płatników netto, co spowoduje uszczerbek roczny w budżecie unijnym w granicach 8–10 mld euro. Ponadto nastąpiło przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej, zdecydowanie większe będzie wsparcie dla tych krajów, które borykają się z kryzysem instytucjonalnym i kryzysem migracyjnym, co odbywa się kosztem nowych państw unijnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Na początku maja KE rozpoczęła dyskusję nad nowym budżetem Unii na lata 2021–2027. W sumie do rozdysponowania będzie 1,2 bln euro, z czego 373 mld euro na politykę spójności, z której Polska czerpie największe benefity. Alokacja środków na politykę spójności zmniejszy się jednak o ok. 10 proc.

Zgodnie z projektem z końca maja po 2021 roku Polska ma dostać w ramach polityki spójności 64,4 mld euro, czyli o 19,5 mld euro (23 proc.) mniej w obecnej siedmiolatce. Mimo to nadal pozostałaby największym beneficjentem, wyprzedzając następne w kolejności Włochy i Hiszpanię.

– Zmniejszenie dostępnych środków o 23 proc. w stosunku do aktualnego budżetu jest na podobnym poziomie, jak wśród innych krajów naszego regionu. Natomiast niektóre państwa w tej propozycji mają zdecydowanie mniejsze cięcia – mówi Witold Słowik. – Cała Europa Środkowo-Wschodnia, Grupa Wyszehradzka tracą, więc w ich interesie jest dokonanie zmian w tych propozycjach, tak aby finansowanie w ramach polityki spójności było jak najszersze.

Jednak – jak podkreśla – jest to początek ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany.

– Pozytywne jest to, że zostały wprowadzone specjalne programy dotyczące kwestii militarnych. Mam nadzieję, że Polska, jako jeden z krajów wschodniej flanki NATO, skorzysta z tych programów. Jesteśmy na początku negocjacji. Na pewno MSZ będzie starało się wynegocjować możliwie jak najlepsze warunki z punktu widzenia interesu Polski i przyszłego rozwoju, chociaż na pewno będą to trudne negocjacje – ocenia Witold Słowik.

Zaproponowane przez Komisję Europejska zasady rozdzielania środków z polityki spójności uzależniają wielkość funduszy od bogactwa regionów, ale i dodatkowych kryteriów jak bezrobocie, zmiany klimatyczne czy przyjmowanie migrantów. W obecnym projekcie więcej zyskają kraje południa, m.in. Grecja i Włochy, natomiast cięcia środków na politykę spójności w dużym stopniu dotkną państwa Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Polskę, Węgry, Kraje Bałtyckie i Słowację).

Mimo że Polska osiągnęła znaczne postępy rozwoju gospodarczego i obecnie PKB per capita wynosi około 70 proc. średniej unijnej wobec 48 proc. w 2004 roku, to jesteśmy w dalszym ciągu jednym z biedniejszych krajów unijnych. Z punktu widzenia interesów Polski polityka spójności powinna być realizowana w dotychczasowym charakterze. Znaczne jej zmniejszenie uważamy za niesprawiedliwe, chociaż z drugiej strony zakładanie, że budżet w następnej perspektywie będzie identyczny jak w bieżącej jest niemożliwe. Jesteśmy jednak coraz bogatszym krajem i spełniamy w coraz szerszym zakresie kryteria tzw. konwergencji, czyli realizujemy w sposób modelowy zasady polityki spójności – mówi wiceminister inwestycji i rozwoju..

Pod koniec maja stanowisko polskiego rządu dotyczące nowego unijnego budżetu przedstawił premier Mateusz Morawiecki, który zapowiedział, że Polska nie zgodzi się na cięcie funduszy w ramach polityki spójności. Jak ocenił minister Jerzy Kwieciński, jest mało prawdopodobne, aby negocjacje dotyczące nowej siedmiolatki zakończyły się wcześniej niż wiosną przyszłego roku.

Polska jest największym beneficjentem aktualnego unijnego budżetu na lata 2014–2020. W sumie otrzyma 119,5 mld euro – 32,1 mld euro na politykę rolną i 82,5 mld euro w ramach polityki spójności (pozostałe 5 mld zł to środki na inne programy). Dla porównania nasza składka do unijnej kasy w obecnej siedmiolatce wyniesie ok. 30 mld euro. W aktualnym rozdaniu do Polski trafi ponad 23 proc. wszystkich środków unijnych zarezerwowanych na politykę spójności.

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów 5

Inwestycji infrastrukturalnych w Polsce przybywa, ale branża budowlana na tym nie korzysta. Firmy borykają się z rosnącym zadłużeniem, które wynika zarówno z rosnących kosztów, jak i zatorów płatniczych. Ceny produktów niezbędnych w produkcji budowlanej rosną nawet o 30 proc., a odczuwają to zwłaszcza te firmy, które zawierały kontrakty 2–3 lata temu i robiły znacznie niższe wyceny. Tym samym pogarsza się sytuacja finansowa przedsiębiorstw budowlanych – spada ich rentowność i lawinowo rośnie liczba upadłości.

Istotnym problemem branży budowlanej jest generalny wzrost cen materiałów budowlanych. Dotyczy to zwłaszcza branży infrastrukturalnej, drogowej i kolejowej. Poniekąd problemem powiązanym z jednym i z drugim jest brak waloryzacji, czyli możliwości aktualizowania ceny kontraktowej o wskaźnik wzrostu cen materiałów budowlanych i kosztów robocizny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

W sektorze publicznym i prywatnym od kilku miesięcy panuje boom inwestycyjny. Rośnie produkcja budowlano-montażowa (w czerwcu wzrost o 24,7 proc. rdr.). Mimo to sytuacja polskich firm z branży budowlanej nie jest dobra.

– Firmy budowlane cały czas są tą częścią gospodarki, która w nikłym stopniu korzysta z koniunktury. Można nawet powiedzieć, że mimo koniunktury sytuacja jest gorsza niż była 2 lata temu, jeśli spojrzymy na wyniki finansowe firm – przekonuje Jan Styliński.

Wartość indeksu WIG-budownictwo jest już na poziomie ok. 2,1 tys. pkt. – najniższym od początku 2015 roku. Firmy borykają się przede wszystkim z rosnącymi kosztami. Brak rąk do pracy sprawia, że większa jest presja na wzrost wynagrodzeń. Wyższe są też ceny materiałów budowlanych – PSB podaje, że w I połowie 2018 roku były wyższe od obserwowanych w analogicznym okresie roku poprzedniego w 18 z 20 kategorii produktów. Największe podwyżki odnotowano w kategorii płyta OSB, drewno – o 35,6 proc.

– Największym problemem, o którym słychać od każdej firmy budowlanej, jest bieżąca płynność. Wzrost cen materiałów i robocizny przy stałych cenach kontraktowych powoduje, że instytucje finansujące, czyli banki czy zakłady ubezpieczeń, które tradycyjnie dostarczały dużo kapitału dla rynku budowlanego, zaczynają coraz ostrożniej patrzeć na branżę. Boją się, że nie będziemy w stanie podołać spłacie zaciągniętych kredytów. To z kolei wtórnie przyczynia się do dodatkowego pogorszenia płynności finansowej firm – ocenia Styliński.

Już na początku 2018 roku Polski Związek Pracodawców Budownictwa apelował o dostosowanie cen materiałów i podwykonawstwa w kontraktach infrastrukturalnych tak, by pasowały do obecnej inflacji w branży. PZPB szacuje, że koszty kontraktów na budowę infrastruktury od końca 2016 roku wzrosły nawet o 35 proc.

Wiele kontraktów zawieranych w minionych latach jest dzisiaj realizowanych ze stratą, która musi być pokryta z innych przedsięwzięć, inwestycji czy ofert. Nie da się ukryć, że straty na ostatnich kontraktach są w jakiejś mierze kompensowane wyższymi wycenami w obecnie prowadzonych przetargach, gdzie dopiero teraz są składane oferty cenowe – zaznacza prezes PZPB.

Sytuacja przedsiębiorstw budowlanych szybko się pogarsza. W I półroczu tego roku liczba upadłości firm budowlanych wzrosła w ciągu roku o 18 proc., a upadłości w budownictwie miały 55-proc. udział w łącznej liczbie postępowań w tej branży – podaje Coface. Średnie opóźnienia płatności w budownictwie sięgają niemal 116 dni (wzrost o 32 dni w skali roku). Choć w wielu firmach rosną obroty, to mniejsza jest zyskowność.

W pewnym segmentach budownictwa infrastrukturalnego w niektórych województwach, zwłaszcza wschodnich, firmy mają rentowność na poziomie 0,8 proc. Nawet te, które sobie dobrze radzą, mają dobrze zbudowany portfel zamówień w bardziej zyskownych segmentach, oscylują w granicach 2,5–2,8 proc. marży. To znacznie poniżej średniej marży w przedsiębiorstwach w Polsce, która jest powyżej 5 proc. – tłumaczy Jan Styliński.

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka 6

Zarówno Wielka Brytania, jak i Unia Europejska przygotowują się na ewentualność twardego rozwodu z Unią. Także polski rząd nie wyklucza fiaska dwustronnych negocjacji, które powinny się zakończyć do października br. Zasady, na których Wyspiarze opuszczą Wspólnotę, będą mieć zasadnicze przełożenie na polski eksport i sytuację mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków. Zagrożona może być także obecna perspektywa unijna.

Scenariusz „no deal brexit” uderzy przede wszystkim w te państwa członkowskie UE, które mają najbardziej rozbudowane relacje z Wielką Brytanią. Polska jest niestety w grupie państw podwyższonego ryzyka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, starszy analityk PISM.

Na wtorkowym posiedzeniu scenariuszami dotyczącymi brexitu zajmował się polski rząd. Nie wyklucza on fiska negocjacji i twardego rozstania Wielkiej Brytanii z UE. I choć umowa wyjścia jest uzgodniona w 80 proc., to brakuje porozumienia dotyczącego np. granicy między Irlandią a Irlandią Północną czy roli Trybunału Sprawiedliwości UE. Taka umowa powinna zostać wypracowana do października br. Jak podkreślano na posiedzeniu rządu, jeśli do tego czasu nie będzie wiążących uzgodnień, potrzebne będą działania, które zabezpieczą prawa polskich obywateli i przedsiębiorców.

Twardy brexit mogą odczuć przede wszystkim polscy obywatele na Wyspach oraz te grupy, które zależą od finansowania unijnego, np. rolnicy, ponadto organizacje czy branże biznesu, które żyją z handlu z Wielką Brytanią – zarówno eksporterzy żywności, jak i usług transportowych, eksporterzy tzw. białego sprzętu – lodówek, pralek, oraz producenci części samochodowych. Polska eksportuje sporo części w ramach zintegrowanych łańcuchów dostawczych przemysłu samochodowego, ale również eksportuje bardzo dużo pośrednio pod flagą niemiecką czy francuską – mówi dr Przemysław Biskup.

Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku. Okres przejściowy, w którym mają obowiązywać dotychczasowe zasady współpracy, w tym swoboda przepływu osób, potrwa do końca 2020 roku. Po tym czasie Wielka Brytania stanie się formalnie „państwem trzecim”. Skutki będą odczuwalne dla obywateli i przedsiębiorstw zarówno w UE, jak i Wielkiej Brytanii i będą dotyczyć wszystkich aspektów jak na przykład przywrócenia kontroli na granicach, handlu, ważności dotychczas obowiązujących umów i certyfikatów czy przekazywania danych.

Jeżeli chodzi o konsekwencje braku porozumienia, czyli tzw. „no deal brexit”, trzeba mieć na uwadze ogromny potencjał chaosu. Traktat UE stanowi, że po upływie okresu negocjacyjnego Wielka Brytania traci wszystkie prawa i obowiązki państwa członkowskiego. To oznacza, że przestają obowiązywać wszystkie procedury prawne, celne i biurokratyczne, które dotychczas sterowały współpracą w UE. To będzie duży problem, przynajmniej w krótkim okresie. Z kolei długookresowo najprawdopodobniej mocno utrudni wypracowanie docelowych rozwiązań – mówi dr Przemysław Biskup.

Aktualnie w Wielkiej Brytanii mieszka ponad milion Polaków – co trzeci obywatel UE na Wyspach ma polskie obywatelstwo. Mamy też pozytywny bilans handlowy w handlu i usługach, a Wielka Brytania jest trzecim kierunkiem polskiego eksportu – w ubiegłym roku wartość wysłanych na Wyspy towarów i usług przekroczyła 55,4 mld zł. Dlatego zasady, na których opuści struktury UE, będą mieć duże przełożenie na sytuację polskich firm.

Jest ryzyko, że w międzyczasie Wielka Brytania, mając pełną swobodę decyzyjną i nie będąc już w żaden sposób związana ustaleniami, będzie mogła w skrajnym wypadku dokonać jakichś niekorzystnych rozstrzygnięć np. w odniesieniu do obywateli UE, aczkolwiek raczej się na to nie zanosi. Natomiast bardzo prawdopodobne, że w przypadku scenariusza „no deal” Wielka Brytania odmówi płacenia pieniędzy do końca obecnej perspektywy budżetowej –mówi dr Przemysław Biskup.

12 lipca w tzw. „białej księdze” Londyn po raz pierwszy przedstawił szczegółową wizję relacji z UE po brexicie. Jej treść jest obecnie omawiana przez unijnych i brytyjskich negocjatorów. Jednocześnie brytyjski parlament kończy przyjmowanie pakietu ustaw okołobrexitowych i przygotowuje się na ewentualność twardego rozwodu. W nadchodzących miesiącach rząd ma wydać noty z instrukcjami postępowania na wypadek braku porozumienia z Unią Europejską, które zostaną rozesłane m.in. do firm i gospodarstw domowych.

Ceny owoców pod lupą UOKiK. Przewaga kontraktowa dużym problemem w polskim rolnictwie

Ceny owoców pod lupą UOKiK. Przewaga kontraktowa dużym problemem w polskim rolnictwie 7

Rolnicy wciąż zmagają się z problemem przewagi kontraktowej. Odkąd UOKiK otrzymał uprawnienia do obrony mniejszych podmiotów przed kontrahentami o znacznie większym potencjale ekonomicznym, podjął interwencje w 36 sprawach. Obecnie urząd sprawdza, czy ceny owoców miękkich nie są kształtowane niezgodnie z prawem. Wszystko przez ogromne dysproporcje w różnicach cen – mieszkańcy Podkarpacia za kilogram malin płacili 10,5 zł, w tym samym czasie w Zachodniopomorskiem cena była trzykrotnie wyższa.

– Najtańsze owoce są tam, gdzie są uprawy, czyli np. dla maliny to wschód Polski, a najdroższe na zachodzie i nad morzem, ale skala tych różnic jest bardzo różna. W przypadku malin średnia województwa lubelskiego, podkarpackiego czy świętokrzyskiego różni się 3–4 razy od średniej po przekątnej Polski. W przypadku cen jabłek skala jest mniejsza, ale też widać różnicę między wschodem Polski a zachodem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W Podlaskiem pod koniec lipca za kilogram czarnej porzeczki trzeba było zapłacić średnio 3,06 zł, a w Pomorskiem – 8,46 zł. Kilogram malin był najtańszy w województwie podkarpackim – 10,50 zł, a najdroższy w zachodniopomorskim – ponad trzykrotnie więcej (33,24 zł). W województwie lubelskim kilogram wiśni kosztował średnio 3,80 zł, a w pomorskim – już 6,44 zł. Z kolei za kilogram jabłek trzeba było zapłacić od 2,74 zł w województwie podkarpackim do 4,61 zł w województwach opolskim i pomorskim.

– Na razie badamy ten problem. Jest to element badania rynku i w tym momencie nie możemy odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego różnice są aż tak duże – mówi Marek Niechciał. – Część różnic można wytłumaczyć m.in. kosztami transportu, ale 3–4-krotną już nie.

Zdaniem Urzędu ceny owoców mogą być kształtowane niezgodnie z prawem i stanowić przykład wykorzystania przewagi kontraktowej. Wraz z wejściem w życie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej UOKiK otrzymał uprawnienia do obrony mniejszych podmiotów w sektorze rolno-spożywczym przed kontrahentami dysponującymi znacznie większym potencjałem ekonomicznym. Dotychczas podjął interwencje w 36 sprawach.

– Przewaga kontraktowa jest dużym problemem w polskim rolnictwie. Prowadzimy 20 postępowań wyjaśniających, związanych zarówno z relacjami pomiędzy rolnikami a przetwórcami żywności, a także w relacjach pomiędzy przetwórcami a ich odbiorcami, czyli sieciami wielkopowierzchniowymi – wskazuje Piotr Adamczewski, dyrektor Delegatury UOKiK w Bydgoszczy.

Problemem dla rolników jest m.in. niedotrzymywanie przez duże firmy terminów płatności. W tym tygodniu UOKiK wszczął postępowanie przeciwko T.B. Fruit Polska, czyli jednej z największych firm skupujących owoce. Choć zobowiązuje się do zapłaty w ciągu 30 dni, to część rolników pieniądze dostaje dopiero po 200 dniach.

– Przebadaliśmy bardzo dokładnie faktury z kilkudziesięcioma dostawcami, którzy realizują obroty powyżej 50 tys. zł z tym przedsiębiorcą. Okazało się, że aż 2/3 z tych faktur ma opóźnienia przekraczające co najmniej 10 dni od terminu płatności wskazanego na fakturze – mówi Piotr Adamczewski.

UOKiK bada relacje punktów skupu z rolnikami i największymi podmiotami na rynku przetwórstwa owoców. Sprawdza, czy ceny i warunki oferowane przez punkty realizują politykę handlową przetwórców. Jak podkreśla Piotr Adamczewski, potrzebne są jednak zmiany w prawie, które zachęcą drobnych rolników do zgłaszania problemów i nieprawidłowości. Może w tym pomóc procedowana właśnie nowelizacja przepisów – m.in. nieujawnienie stronom postępowania danych osoby składających zawiadomienie czy zniesienie dolnej granicy obrotów rolnika. Dotychczas Urząd mógł interweniować, gdy łączna wartość obrotów między dostawcą a odbiorcą w którymkolwiek z 2 lat poprzedzających rok wszczęcia postępowania przekroczyła 50 tys. zł, a obrót nabywcy, który stosuje praktykę, przekroczył 100 mln zł.

 Chodzi o to, żeby nikt nie bał się nas informować o wszelkich nieprawidłowościach na rynku. Zmiany w ustawie mają temu pomóc. Ma być wyeliminowany limit obrotu 50 tys. zł, w związku z tym również ci mniejsi dostawcy będą chronieni bezpośrednio poprzez działanie tej ustawy. Ponadto, będziemy eliminować jakąkolwiek możliwość wskazania przedsiębiorcy, kto lub z jakiego stowarzyszenia, z jakiej branży mógł być podmiotem informującym urząd o nieprawidłowościach – przekonuje Piotr Adamczewski.

Zarząd HAWE Telekom nie zgadza się z nieprawomocną decyzją sądu o umorzeniu postępowania sanacyjnego

Spółka otrzymała informację, iż  postanowieniem z dnia 24 lipca 2018 r.  Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy w Warszawie X Wydział Gospodarczy stwierdził, iż w wyniku głosowania, w postępowaniu sanacyjnym HAWE Telekom sp. z o.o., nad pierwotnymi propozycjami układowymi Rady Wierzycieli z dnia 14 grudnia 2016 roku oraz nad propozycjami Spółki w wersji z dnia 16 maja 2018 roku, układ nie został przyjęty. W następstwie niezatwierdzenia układu, postanowieniem z dnia 27 lipca 2018 r. Sąd umorzył postępowanie sanacyjne HAWE Telekom. Postanowienie o umorzeniu postępowania sanacyjnego Spółki jest nieprawomocne. W opinii Zarządu HAWE Telekom nadal jest szansa na układ z wierzycielami i ustabilizowanie sytuacji w spółce.

Zarząd HAWE TELEKOM nie zgadza się z treścią w/w postanowień i planuje wniesienie zażalenia na postanowienie o umorzeniu postępowania sanacyjnego. Wcześniej Zarząd Spółki, ale także Rada Wierzycieli wnioskowali o przedłużenie głosowania nad propozycjami układowymi.

„  Uważam decyzję sądu za skandaliczną. Sędzia de facto nie uwzględnił nowych okoliczności i nie dał stronom postępowania sanacyjnego więcej czasu na negocjacje w czasie głosowania. Zgodnie z przepisami restrukturyzacyjnymi sąd powinien wspierać działania spółki i jej wierzycieli w celu wypracowania układu. W naszym przypadku zarówno zarząd HAWE Telekom jak i Rada Wierzycieli wnioskowali o przedłużenie głosowania, którego wyniki mogłyby się zmienić. Przecież nowe, korzystniejsze propozycje złożył Zarząd a swoje propozycje wycofała Rada Wierzycieli. Powiem szczerze, że teraz tym bardziej rozumiem cele jakie przyświecają realizowanej obecnie w Polsce reformie sądownictwa. Nie może być tak, że sąd nie wspiera uczestników postępowania sądowego i nie uwzględnia nowych faktów.”- powiedział Paweł Paluchowski, Prezes Zarządu HAWE Telekom.

W głosowaniu wzięło udział 544 wierzycieli spośród blisko 781 uprawnionych. Za propozycjami układowymi głosowało 349 podmiotów, przeciwko 115, 80 głosów oddano nieważnych.

Przeważająca liczba wierzycieli poparła nasze propozycje, ale oczywiście decydujący głos miała Agencja Rozwoju Przemysłu, która nie zagłosowała za naszymi pierwotnymi propozycjami układowymi. Warto natomiast podkreślić, że także przedstawiciele ARP głosowali za przedłużeniem głosowania w momencie, gdy złożyliśmy nowe propozycje. Restrukturyzacja nadal trwa, a propozycje układowe są aktualne. Uważam więc, że nadal jest szansa na porozumienie z wierzycielami i stabilizację sytuacji w spółce. Układ będzie naszym wspólnym sukcesem.- dodaje Paweł Paluchowski, Prezes Zarządu HAWE Telekom.

Tak komentuje obecną kondycję finansowo-operacyjną spółki zarządca sądowy.

 „Sąd postanowieniem z 27 lipca 2018 roku zdecydował o umorzeniu postępowania sanacyjnego HAWE Telekom Sp. z o.o. w restrukturyzacji, jednak postanowienie to nie jest jeszcze prawomocne i biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia i informacje przekazywane mi przez uczestników postępowania spodziewam się, że będzie ono zaskarżone. To oznacza, że do dnia uprawomocnienia się postanowienia o umorzeniu postępowania Spółka będzie prowadzić działalność i realizować usługi wynikające z obowiązujących umów w niezmienionym zakresie. Warto dodać, że HAWE Telekom obecnie posiada około 10 mln środków finansowych na rachunkach bankowych i na bieżąco reguluje koszty postępowania sanacyjnego. Ponadto informuję, że Spółka zakończyła liczne inwestycje w tym wdrożenie systemu DWDM oraz wymiany kilka tysięcy km światłowodów, co pozytywnie wpływa na zakres i jakość świadczonych usług.- komentuje Wiesław Ostrowski, Zarządca Sądowy Spółki.

Prawie 4 miliardy za nami – polski rynek nieruchomości komercyjnych

Firma doradcza JLL analizuje transakcje inwestycyjne w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce.

Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL
Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL

„Na koniec lipca 2018 r. łączny wolumen inwestycyjny w Polsce wyniósł prawie 3,88 mld euro. Jest szansa, że ten rok będzie rekordowy z uwagi na zaplanowane finalizacje wielu transakcji. Spodziewamy się całkowitej wartości transakcji powyżej 5,5 mld euro łącznie we wszystkich sektorach rynku nieruchomości komercyjnych”, komentuje Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Polska bardzo mocna w handlu

W okresie od stycznia do końca lipca na polskim rynku nieruchomości komercyjnych dominowały transakcje w sektorze handlowym (ok. 2,07 mld euro). Na sektor biurowy przypadły umowy kupna/sprzedaży o wartości ok. 1,21 mld euro, na magazynowy – ok. 530 mln euro, oraz ok. 70 mln euro na sektor hotelowy.

„Sektor handlowy był najbardziej aktywny w 2018. Łącznie do dziś inwestorzy sfinalizowali umowy kupna/sprzedaży nieruchomości handlowych na łączną kwotę około 2,07 mld euro, co stanowi 53% całkowitego wolumenu zarejestrowanego we wszystkich sektorach i co ciekawe wynosi dokładnie tyle samo co całkowita wartość inwestycji w sektorze handlowym za cały rok 2017. Suma ta zawiera już najnowszą transakcję – 31 lipca 2018 EPP kupiło centrum handlowe King Cross Marcelin w Poznaniu za 91,1 mln euro, w której to transakcji firma JLL doradzała kupującemu. Biorąc pod uwagę trwające procesy finalizacji umów i dostępność produktu wolumen w tym segmencie polskiego rynku może z końcem roku przekroczyć 3 mld euro”, dodaje Agata Sekuła.

Największa transakcja inwestycyjna sfinalizowana w Polsce do tej pory to zakup przez konsorcjum zarządzane przez Griffin portfela 28 nieruchomości handlowych od ARES/AXA/Apollo Rida (za ok. miliard euro). W następnym etapie Griffin odsprzedał pierwszą część z nich do EPP (kolejne dwie transze mają zostać sfinalizowane z EPP do 2020 r.). Kolejną kluczową przykładową transakcją w segmencie handlowym w tym roku jest sprzedaż Galerii Katowickiej przez Meyer Bergman do EPF.

Stopy kapitalizacji za najlepsze obiekty handlowe utrzymują się na poziomie 4,9%.

Biura, magazyny i hotele na celowniku inwestorów

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

„W pierwszej połowie roku wartość transakcji na rynku nieruchomości biurowych w Polsce wyniosła łącznie ok. 938 mln euro, z czego na miasta regionalne przypadło 569 mln euro, a na stolicę 369 mln euro. Optymizm na rynku biurowym utrzyma się w kolejnym półroczu. Już w samym lipcu byliśmy świadkami transakcji na kolejne ponad 270 mln euro, a przed nami jeszcze finalizacja kilku bardzo znaczących transakcji. Ten segment rynku jest stabilny i płynny”, wyjaśnia Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL.

Największe transakcje biurowe zrealizowane od początku roku do końca lipca to m.in. kupno od TPG przez Revetas i Goldman Sachs m.in. B4B w Krakowie i Silesia Towers w Katowicach za ok. 325 mln euro; zakup od Ghelamco 50% udziałów w Warsaw Spire A przez Madison International Realty za ok. 175 mln euro, oraz sprzedaż Quatto Business Park w Krakowie przez Starwood Capital Group do Globalworth za 139 mln euro.

„Spektakularnych wyników rynek spodziewa się w segmencie magazynowym, gdzie na koniec roku wolumen transakcyjny może przekroczyć 1 mld euro. Zwłaszcza tutaj fundusze szukają obiektów typu prime. W pierwszym półroczu łączna wartość dziewięciu zrealizowanych transakcji wyniosła ok. 344 mln euro, a w lipcu mieliśmy przyjemność doradzać w transakcji zakupu portfela logistycznego przez Redefine/Griffin za blisko 200 mln euro. Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach kilka dużych portfeli magazynowych zmieni właścicieli za kwotę ponad 500 mln euro łącznie”, dodaje Tomasz Puch.

Najważniejsze dotychczasowe transakcje magazynowe to zakup przez Redefine/Griffin dziewięciu parków logistycznych zrealizowanych przez Panattoni Europe; czy zakup szczecińskiego centrum Amazon przez Vestas Investment Management od Invesco za ok. 110 mln euro. Właściciela zmienił również Prologis Park Sochaczew – projekt został kupiony przez Ares.

Stopy kapitalizacji w obiektach magazynowych typu prime wynoszą w Polsce 6,5%, natomiast w wiodących obiektach w tej klasie aktywów, zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu – poniżej 6%.

Stabilny wynik za pierwszych sześć miesięcy zanotował segment hotelowy. Union Investment kupił Holiday Inn w Warszawie (ok. 41 mln euro) i Park Inn w Krakowie (ok. 26 mln euro) od UBM Development.

JLL w transakcjach za 2 miliardy

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

„Wartość transakcji inwestycyjnych zrealizowanych z udziałem doradców z JLL w okresie o stycznia do lipca przekroczyła 2 mld euro. Reprezentowaliśmy fundusze w najbardziej spektakularnych umowach kupna/sprzedaży sfinalizowanych w Polsce, których przedmiotem było m.in.: 28 nieruchomości handlowych, czyli tzw. portfolio Chariot – po stronie Ares/Axa/Apollo Rida; Galeria Katowicka – po stronie Meyer Bergman, King Cross Marcelin – dla EPP, Warsaw Spire A – po stronie Ghelamco, Quattro Business Park – po stronie Starwood Capital Group, czy portfel dziewieciu nieruchomości logistycznych Panattoni – po stronie Redefine/Griffin”, podsumowuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

We Wrocławiu buduje się najwięcej biur, w Krakowie najwięcej wynajmuje, a Trójmiasto ma najmniej niewynajętej powierzchni

W I półroczu 2018 roku w regionach przybyło zdecydowanie więcej nowej powierzchni biurowej niż w Warszawie. Więcej biurowców znajduje się tam również w budowie. Koszulka lidera należy do Wrocławia. Co więcej, wskaźnik pustostanów na rynkach regionalnych jest znacznie niższy niż w Warszawie (9,3% vs. 11,1%), a najlepiej pod tym względem wypada Trójmiasto. Regionalnym miastem pierwszego wyboru jest Kraków, ale i tak to stolica cały czas przyciąga najwięcej firm – wynika z najnowszego raportu CBRE „Regionalny Rynek Biurowy po I półroczu 2018”. Na koniec 2018 roku zasoby regionalnej powierzchni biurowej mogą przekroczyć 5 mln mkw. i zbliżyć się do tych warszawskich.

Warszawa wciąż pozostaje biurowym liderem Polski, ale inne miasta zaczynają ją gonić. Na koniec I półrocza 2018 roku w stolicy było więcej powierzchni biurowych niż w miastach regionalnych łącznie – 5,2 mln mkw. wobec 4,6 mln mkw. Pozostałe dane wskazują jednak, że Warszawa zostaje w tyle.

Regiony depczą stolicy po piętrach

W Polsce regionalnej przybywa więcej biur niż w stolicy. Od stycznia do czerwca br. Warszawa wzbogaciła się o 173,5 tys. mkw., a regiony o 256,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Z prognoz CBRE wynika, że w całym 2018 roku nad Wisłą przybędzie 270,4 tys. mkw., a w regionach 357,1 tys. mkw.

W miastach regionalnych spotkamy też więcej placów budowy. W trakcie realizacji są inwestycje, które zapewnią ponad 977 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. To znacznie więcej niż buduje się obecnie w Warszawie (ponad 747 tys. mkw. powierzchni).

Regiony w porównaniu z Warszawą, na koniec czerwca br. miały również niższy współczynnik pustostanów – 9,3% wobec 11,1%. Najniższy wskaźnik odnotowało Trójmiasto (6,7%), a najwyższy Lublin (19,7%). W Szczecinie – 6,8%, w Poznaniu 7,7%, w Łodzi – 8,6%, Krakowie – 9,3%, Wrocławiu – 9,7%, Katowicach – 10,8%.

Warszawa wciąż atrakcyjna dla firm

Firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę niż miasta regionalne. W I półroczu br. w Warszawie łącznie wynajęły ponad 427 tys. mkw., podczas gdy w siedmiu głównych miastach regionalnych ponad 261,8 tys. mkw. powierzchni biurowej (spadek o 21% r/r).

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

Półroczny wolumen najmu w regionach poniżej 300 tys. odnotowaliśmy ostatnio w pierwszej połowie 2016 roku. W międzyczasie przybyło prawie 1 mln mkw. nowej powierzchni biurowej. W szczególności znaczny spadek najmu jest zauważalny w Szczecinie, Katowicach i Poznaniu Z odwrotną sytuacją mieliśmy do czynienia w Lublinie, gdzie firmy wynajęły trzykrotnie więcej powierzchni niż w ostatnim półroczu 2017 roku. Jest to historycznie jeden z najlepszych wyników w historii tego miasta – komentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE.

Popyt w miastach regionalnych kształtują przede wszystkim najemcy z sektora finansowego oraz IT. Te dwie kategorie najemców odpowiadają za ponad połowę popytu na rynku nieruchomości biurowych. Do największych transakcji w regionach należał najem prawie 41,8 tys. mkw. we Wrocławiu i Poznaniu przez spółki należące do Grupy Santander.

Stolica Dolnego Śląska milionerem

W pierwszej części tego roku we Wrocławiu została oddana do użytkowania rekordowa powierzchnia biurowa (103,8 tys. mkw.). Tym samym stolica województwa dolnośląskiego przekroczyła granicę 1 mln mkw. łącznych zasobów powierzchni biurowej. Warto zwrócić uwagę, że we Wrocławiu jest zlokalizowanych ponad 40% powierzchni biurowej oddanej w regionach. Jednocześnie w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, od stycznia do czerwca br. widoczny był spadek popytu na powierzchnię biurową. Jeszcze rok temu na koniec pierwszego półrocza było to około 91,7 tys. mkw., a w roku 2018 już tylko 58,4 tys. mkw.

Stolica Małopolski miastem regionalnym pierwszego wyboru

Kraków po I półroczu 2018 roku jest liderem wśród miast regionalnych pod względem popytu na powierzchnię biurową – z wynikiem 77,1 tys. mkw. i to pomimo prawie 25% spadku w porównaniu do II półrocza 2017 roku.

Optymistyczna prognoza dla regionalnej Polski

– Na koniec 2018 roku zasób regionalnej powierzchni biurowej może zwiększyć się o 12% r/r i tym samym przekroczyć 5 mln mkw. i zbliżyć się do zasobów biurowych Warszawy. Co więcej, z dynamicznym rozwojem regionalnego rynku biurowego będziemy mieć do czynienia co najmniej do końca 2020 roku. W ciągu najbliższych trzech lat do użytku zostanie oddany niemal 1 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Co ciekawe, największy procentowy przyrost podaży będzie miał miejsce w Szczecinie – mówi Kamil Tyszkiewicz z CBRE.

Bank Anglii podnosi stopy procentowe i sygnalizuje, że nie będzie spieszył się z kolejnymi podwyżkami

Bank Anglii w czwartek po raz drugi od czasu kryzysu finansowego podniósł stopy procentowe. Decydenci jednogłośnie zdecydowali o podniesieniu kosztów pieniądza o 25 punktów bazowych, do poziomu 0,75%. Tym samym stopy procentowe znalazły się na najwyższym poziomie od 2009 r.

Decyzja o podniesieniu stóp procentowych była oczekiwana przez rynki finansowe przed spotkaniem, jednak Bank zaskoczył, gdyż za podwyżką zagłosowali wszyscy członkowie komitetu decyzyjnego – inwestorzy liczyli, że jedynie 7 z 9 decydentów opowie się za natychmiastowym wzrostem kosztów pieniądza. Bank centralny zwrócił uwagę, że ostatnie dane gospodarcze potwierdzają, że spowolnienie ekspansji w pierwszym kwartale było tymczasowe. Decydenci poinformowali, że mimo, iż gospodarka rośnie wolniej niż w przeszłości, to obecne tempo ekspansji jest zbliżone do tego, jakie wystąpiłoby w przypadku wykorzystania pełnych możliwości gospodarki. To sugeruje, że wewnętrzna presja inflacyjna może być na horyzoncie.

Projekcja inflacji Banku została nieznacznie podniesiona od czasu majowego szacunku, podczas gdy prognoza wzrostu w 2018 r. wzrosła z 1,7% do 1,8%. Zgodnie z opinią Banku na perspektywy gospodarcze wpływać będzie reakcja gospodarstw domowych, biznesu oraz rynków finansowych na rozwój sytuacji w kwestii Brexitu. Groźba wojny handlowej również została wymieniona jako pewien powód do obaw.

Szterling zareagował umocnieniem na fakt, iż za podwyżką opowiedziało się więcej członków komitetu decyzyjnego niż szacował konsensus. Ostrożny ton prezesa Banku Anglii podczas konferencji prasowej sprawił jednak, że brytyjska waluta po krótkim czasie utraciła wszystkie zyski, które uzyskała z tytułu dzisiejszej jednogłośnej decyzji BoE.

Kurs GBP/PLN i GBP/USD (02/08/2018)

Kurs GBP-PLN i GBP-USD
Źródło: Thomson Reuters Data: 02/08/2018

Podobnie jak miało to miejsce w listopadzie 2017 r., kiedy Bank ostatnim razem podniósł stopy procentowe, decydenci zwrócili uwagę, iż „trwające zacieśnienie polityki monetarnej w trakcie horyzontu prognozy byłoby odpowiednie”, jednak również, iż przyszłe podwyżki stóp procentowych odbywać się będą „stopniowo, a ich skala będzie ograniczona”. Podczas konferencji prasowej prezes Carney podkreślił, że stopy procentowe będą rosły stopniowo, a polityka monetarna musi (dosłownie) „iść, a nie biec”. To właśnie z tymi słowami można powiązać sporą część ostrego spadku brytyjskiej waluty w trakcie konferencji – od dzisiejszego szczytu kurs GBP/PLN zanurkował o ok. 0,5%. Mimo to, z uwagi na dzisiejszą słabość polskiego złotego, funt brytyjski w parze ze złotym nadal pozostaje nieco silniejszy niż rano. W relacji do głównych walut, zwłaszcza w relacji do dolara amerykańskiego, brytyjska waluta pozostaje natomiast wyraźnie słabsza.

Zarówno „minutki” ze spotkania BoE, jak i ostrożne komentarze prezesa Banku Anglii sugerują, że BoE nie powinien spieszyć się z podwyżkami stóp procentowych w najbliższym czasie i będzie oczekiwał na kolejne dane dotyczące wzrostu gospodarczego i inflacji zanim zdecyduje, jakie podjąć działania w przyszłości. Perspektywy kolejnych podwyżek stóp procentowych, oczywiście pozostają w znacznym stopniu zależne od tego, jak przebiegał będzie proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Brexit pozostaje jednym z głównych czynników ryzyka dla brytyjskiej gospodarki oraz dla funta.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – Ebury Polska

Z faktoringu korzysta już 15 tys. polskich firm

Pomimo wysokiego tempa wzrostu gospodarczego i trwającej od wielu lat prosperity, obroty na rynku faktoringowym w Polsce stale rosną, bijąc kolejne rekordy. Świadczy to o tym, że faktoring stał się wygodnym instrumentem finansowym dla firm, a nie jedynie lekarstwem na brak płynności w czasach stagnacji i dekoniunktury.

Na koniec I półrocza 2018 r. firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły obroty w wysokości 109,5 mld zł i były o 27,5 proc. wyższe niż przed rokiem, kiedy wynosiły 89,5 mld zł. Wynika z tego, że wartość finansowania jakie przedsiębiorcy otrzymują w ramach finansowania jest już na zbliżonym poziomie do leasingu i kredytu obrotowego.

Według GUS, w 2017 r. z faktoringu skorzystało 12,5 tys. firm. Obecnie liczba faktorantów wzrosła do 15 tys., a liczba faktur przekazanych faktorom osiągnęła poziom 6,6 mln.

– Faktoring jest najszybciej rozwijającą się usługą finansową i odpowiedzią na narastające zatory płatnicze na polskim rynku. Nie bez przyczyny najczęściej wybieraną przez podmioty gospodarcze formą finansowania stał się faktoring pełny, który zdejmuje z przedsiębiorcy ryzyko niewypłacalności kontrahentów. Oceniamy, że choć wartość rynku faktoringu jest już wysoka, ma jeszcze duży potencjał wzrostu  – mówi Krzysztof Tempes, dyrektor sprzedaży w firmie Siemens Finance, która wprowadziła usługę faktoringu do oferty.

Brak płynności finansowej firm jest w Polsce poważnym problemem – według danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych z niepłacącymi na czas kontrahentami ma do czynienia 85 proc. polskich przedsiębiorstw, a przeciętny okres oczekiwania na zapłatę wynosi 3 miesiące i 24 dni. Co więcej, prawie co trzecia firma (28,9 proc.) borykająca się z brakiem płatności ze strony kontrahentów ogranicza swoje inwestycje.

Faktoring to usługa finansowa umożliwiająca skuteczne i szybkie przeciwdziałanie negatywnym skutkom zatorów płatniczych. W jej ramach przedsiębiorca (zwany faktorantem), przekazuje instytucji finansowej (faktorowi) faktury wystawione kontrahentom, które mają długi termin płatności. Następnie otrzymuje na swój rachunek pieniądze od faktora w wysokości bliskiej wartości przedłożonych faktur, potrącone o wynagrodzenie firmy faktoringowej.

Barclays nowym inwestorem w MarketInvoice, spółce z portfela Grupy MCI

0
  • Jedna z największych grup finansowych na świecie obejmuje udział mniejszościowy
    w MarketInvoice, liderze faktoringu online w Wielkiej Brytanii
  • Bank zaoferuje swoim klientom finansowanie faktur poprzez platformę MarketInvoice
  • MarketInvoice to przedstawiciel fintech’ów w funduszu MCI.TechVentures

Barclays poinformował o swojej współpracy z MarketInvoice – największą w Europie platformą finansowania faktur online, która ma zmienić sposób, w jaki małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP) w Wielkiej Brytanii zarządzają przepływami środków pieniężnych i przyspieszają swój wzrost.

Bank chce zapewnić MSP, które są klientami Barclays płynny dostęp do innowacyjnych form finansowania. Nowe partnerstwo to kluczowy element planów Barclays dotyczących inwestycji w nowe modele biznesowe zorientowane na wzrost. To także ważny krok dla MarketInvoice, który ma ambicję, aby rozszerzyć swój zasięg w całej Wielkiej Brytanii.

Założona w 2011 roku firma MarketInvoice sfinansowała faktury o wartości ponad 2,7 miliarda funtów, zwiększając przepływ gotówki w tysiącach firm w Wielkiej Brytanii. Strategiczne partnerstwo jest pierwszym tego typu w branży – Barclays stanie się pierwszym bankiem na rynku high-end, który oferuje rozwiązanie do fakturowania w MarketInvoice, a także szersze narzędzia finansowania cyfrowych faktur dla swoich klientów.

Faktury mają zwykle długi termin płatności, który może wynosić nawet 120 dni, co w efekcie tworzy dla przedsiębiorców lukę w przepływie środków pieniężnych. Dzięki finansowaniu faktur, MSP mogą odblokować w ten sposób szybki dostęp do finansowania.

Anil Stocker, MarketInvoice CEO: “To ekscytujące móc łączyć wiedzę i doświadczenie 325-letniej brytyjskiej instytucji bankowej z rozwiązaniami finansowymi online MarketInvoice. Zbudowanie na tej podstawie strategicznego partnerstwa to dobra wiadomość dla brytyjskich firm.

Barclays jako pierwszy bank wprowadzający kartę kredytową i bankomat, ma za sobą długą historię, jeśli chodzi o innowacje.

Łatwo jest zapomnieć, że spółki, które obserwujemy na FTSE 100, zaczynały jako małe firmy, a ich założyciele podążali za swoją pasją. Koncentrując się na potrzebach przedsiębiorców, poprzez współpracę, Barclays i MarketInvoice umożliwią brytyjskim firmom pozyskać szybciej finansowanie
i skupić się na rozwoju”.

Ian Rand, CEO Barclays Business Bank: „Faktoring to produkt, który osiągnął dojrzałość w erze cyfrowej, jest wydajny, skuteczny i możliwy do sprawnego zarządzania nawet przez małe firmy.

Wielu naszych klientów powiedziało nam, że czują się zmuszeni do oferowania dłuższych terminów płatności, aby pozostać konkurencyjnymi. To związuje ich przepływ pieniężny, uniemożliwiając wykorzystanie możliwości rozwoju.

Chcemy przywrócić siłę małym firmom, pomagając im w nowatorskim sposobie pozyskać fundusze i wykorzystać szansę na rozwój. Nasz bank korporacyjny oferuje już finansowanie faktur dużym przedsiębiorstwom, więc to wspaniała wiadomość, że jesteśmy w stanie rozszerzyć tę propozycję również dla naszych klientów z sektora MŚP.”

Łukasz Wierdak, Partner Inwestycyjny, MCI Capital: „Bardzo nas cieszy współpraca MarketInvoice z bankiem Barclays. Pozwala ona nie tylko na dalszy rozwój naszej spółki portfelowej, ale obecność takiej instytucji jako inwestora, jest także uwiarygodnieniem modelu biznesowego firmy. Doświadczenia które nasz zespół zbiera z rynku brytyjskiego, chcemy przenosić do spółek w Polsce i regionie.”

Split payment od lipca 2018 r. – konsekwencje dla przedsiębiorców

1 lipca 2018 r. weszła w życie kontrowersyjna regulacja podzielonej płatności VAT, czyli tzw. split payment. Jest to kolejny pomysł Ministerstwa Finansów na uszczelnienie systemu podatkowego, który od samego początku budzi wątpliwości podatników. Wiele osób podnosi, że nowy mechanizm jest „zabójstwem” dla osób prowadzących działalność w skali mikro. Czy rzeczywiście należy się bać nowej regulacji?

Regulacja split payment

Split payment został wprowadzony wraz z nowelizacją ustawy o podatku od towarów i usług. Nowe zasady umożliwiają podatnikowi odrębne rozliczenia rzeczywistej płatności za usługę i kwoty VAT. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca płacący za dany towar lub usługę wykona dwa przelewy. Kwotę netto przekaże na bieżący rachunek swojego kontrahenta, natomiast należny VAT przeleje na jego specjalne, dodatkowe konto, przy którego użyciu podatnik będzie mógł jedynie dokonywać transakcji związanych z rozliczeniem podatku VAT. Czy problemem jest wyłącznie kwestia techniczna, a więc podwójny przelew i czy korzystanie z mechanizmu split payment jest rzeczywiście dobrowolne? Niezupełnie.

Korzyści split payment

Mechanizm ten jest szczególnie korzystny z punktu widzenia organów podatkowych. Z powodzeniem funkcjonuje już np. w Rumunii, Holandii, Czechach czy we Włoszech, uzupełniając szereg działań podejmowanych przez rząd, w celu uszczelnienia systemu podatkowego i ukrócenia procederu wyłudzeń w zakresie podatku VAT. To silna broń, pozwalająca US i innym instytucjom finansowym na utrzymanie lepszego i efektywniejszego nadzoru nad prowadzeniem działalności gospodarczej. Istnieje więc realna szansa na zwiększenie wpływów do budżetu państwa i odnotowanie wzrostu gospodarczego.

Zyskają również  podatnicy

Split payment umożliwia im bowiem obniżenie zobowiązania wynikającego z podatku VAT, o ile będą dokonywali płatności w określonym terminie. Ponadto, szybciej otrzymają zwrot, gdyż ustawowe regulacje narzucają na organy podatkowe termin 25 dni. Istotna jest też ochrona podatników przed zakwestionowaniem przez organy podatkowe prawa do odliczenia VAT. Obecnie często spotyka się sytuacje, w których US odmawiają odliczenia VAT z uwagi na to, że nabycie określonych towarów i usług było związane z oszustwem lub nadużyciem. Teraz transakcje będą bardziej transparentne, a uczciwy podatnik, który nieświadomie wziął udział w nielegalnym procederze, nie będzie musiał obawiać się negatywnych konsekwencji.

Zagrożenia wynikające z regulacji

Problem konstrukcji split payment tkwi głównie w tym, że środki, które trafią na specjalne, dedykowane VAT-owskim rozliczeniom konto, będą w pewien sposób zamrożone. Podatnik otrzyma niewiele możliwości w sytuacji gdy wpływy na konto VAT okażą się wyższe niż należne do zapłacenia, co spowoduje nadwyżkę na VAT-owskim koncie. Istnieje oczywiście możliwość odzyskania tej kwoty, ale tego typu transakcja musi „przejść” przez US. W praktyce, podatnik może czekać na wypłatę środków nawet kilka miesięcy, mimo iż teoretycznie organ podatkowy wydaje postanowienie w tym zakresie w terminie 60 dni od dnia otrzymania wniosku. Możliwa jest również odmowa wypłaty w drodze decyzji administracyjnej jeżeli podatnik posiada zaległości w zakresie VAT lub istnieje uzasadniona obawa, że zobowiązanie podatkowe nie zostanie wykonane. A zatem cała władza w tym zakresie leży po stronie organu podatkowego – wypłata nadwyżki zależy wyłącznie od jego dobrej woli. Dla wielu przedsiębiorców unieruchomienie środków może negatywnie wpłynąć na ich kondycję finansową, a nawet doprowadzić do utraty płynności.

Kwestia dobrowolności split payment

Czy rzeczywiście można zrezygnować z tego mechanizmu? Teoretycznie tak. Treść art. 108a ustawy o VAT wskazuje, że podatnicy przy dokonaniu płatności kwoty należności mogą zastosować mechanizm podzielonej płatności. W praktyce jednak, to nie oni dokonają wyboru, ale ich kontrahenci, ponieważ split payment bazuje na swego rodzaju reakcji łańcuchowej. Jeżeli przedsiębiorca jednocześnie wykonuje usługi oraz korzysta z usług, a zatem niejako dwustronnie obraca VAT-em, to z pewnością będzie chciał skorzystać z konstrukcji split payment. To z kolei pociągnie za sobą wszystkich jego kontrahentów. Kto zatem straci? Przedsiębiorcy, którzy tylko i wyłącznie świadczą usługi, bo to oni pozostaną z nadwyżką VAT na koncie.

Przyszłość polskich przedsiębiorców

Split payment w obecnym kształcie stanowi ogromne zagrożenie dla przedsiębiorców prowadzących działalność w skali mikro, którzy świadczą usługi, ale ich nie kupują (albo udział zakupu usług jest zbyt mały w stosunku do usług przez nich świadczonych). Dążenie polskiego rządu do uszczelnienia systemu podatkowego może więc zakończyć się upadkiem wielu dobrze prosperujących działalności. W obliczu tych zmian, warto zastanowić się nad skorzystaniem z pomocy doradcy podatkowego, by jak najlepiej przygotować swoje przedsiębiorstwo na walkę z opieszałością organów podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Raport Antal: 6 trendów na rynku kandydata w 2018 roku

Z najnowszej edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” wynika, że już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Stale zwiększa się również liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata, ale aż 72 proc. z nich nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę. Jakim wyzwaniom w 2018 roku muszą sprostać firmy i ich działy HR?

Aż 60% specjalistów i menedżerów deklaruje poprawę swojej sytuacji zawodowej, a 65% badanych otrzymało podwyżki. Ponadto, już co drugi uczestnik rynku pracy jest przekonany, że znajdzie adekwatne do swoich kompetencji i oczekiwań zatrudnienie w mniej niż 3 miesiące. To przekłada się na rosnące wymagania również w kontekście procesów rekrutacyjnych, ponieważ kandydaci coraz bardziej cenią swój czas.

Dotychczasowe działania firm, zorientowane na pozyskiwanie wykwalifikowanych pracowników, już dawno przestały przynosić oczekiwane efekty. Wynika to z faktu, że rynek kandydata zaczyna przybierać nową, bardziej radykalną formę. Oprócz pogłębiającego się deficytu kadrowego, obserwujemy również, że zwiększa się odsetek pracowników pasywnych, którzy czekają na bezpośrednie zaproszenia do rekrutacji. Z pewnością coraz większą rolę w zatrudnieniu najlepszych specjalistów będzie odgrywał wizerunek pracodawcy. To jednak tylko kropla w morzu realnych wymagań dzisiejszego rynku kandydata – mówi Artur Skiba, prezes Antal.

Trend 1

Kandydat chce mieć lepszą pracę, ale to pracodawca ma go znaleźć

Jak wynika z raportu „Aktywność specjalistów i menedżerów” – aż 72 proc. kandydatów nie szuka aktywnie pracy, w tym 7 proc. deklaruje brak otwartości na jakąkolwiek zmianę. Co więcej, w stosunku do zeszłego roku zmalał odsetek osób aktywnie poszukujących zatrudnienia – obecnie tylko 28 proc. specjalistów i menedżerów. Dane potwierdzają, że standardem dzisiejszego rynku jest bierność zawodowa, a droga do pozyskania kandydata jest coraz bardziej wyboista.

Trend 2

Średnio 9 ofert pracy przypada na jednego kandydata

Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesu rekrutacyjnego rośnie. Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują 9 ofert pracy rocznie. Tradycyjnie, najbardziej rozchwytywani na rynku są specjaliści z obszaru IT. Drugą grupą, która cieszy się największym zainteresowaniem pracodawców są inżynierowie – tutaj obserwujemy 25 proc. wzrost zaproszeń do rekrutacji. Niewiele mniej ofert otrzymują finansiści, którzy razem z liderami, są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych. Przekłada się to na coraz większą liczbę kandydatów wycofujących się z procesów rekrutacyjnych ze względu na konkurencyjną ofertę, awans lub podwyżkę w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.Wykres

Trend 3

Co drugi pracownik oczekuje możliwości pracy zdalnej i elastycznego czasu pracy

Z roku na rok coraz bardziej cenione są na rynku wszelkie benefity pomagające w zachowaniu work-life balance. Pracodawcy powinni przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące znaczenie elastycznych godzin pracy, a także możliwości pracy zdalnej – już dla co drugiego pracownika jest to warunek konieczny do rozpatrzenia propozycji nowego zatrudnienia (wzrost o 7% w stosunku do ubiegłego roku). 54% respondentów oczekuje również umowy o pracę, choć coraz więcej z nich jest otwarta na podjęcie pracy w oparciu o umowę B2B (10% względem 7% ubiegłego roku. Bardzo ważnym argumentem w walce o pracownika są również kwestie związane z wakacjami – 26% osób oczekuje dodatkowych dni urlopu, a 12% – dofinansowania do wakacji.

Trend 4

Najczęstszym błędem w rekrutacji jest zbyt długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy

Tylko 11 proc. badanych spośród osób, które uczestniczyły w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je, jako prowadzone bezbłędnie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkała się połowa badanych. 34% respondentów nie zostało poinformowanych o planowanym przebiegu procesu rekrutacyjnego, 28% zwróciło uwagę na brak przekazania informacji o firmie, zakresie obowiązków lub dziale do prowadzona jest rekrutacja. Z kolei 23% osób otrzymało finalnie ofertę poniżej wcześniej przedstawionych oczekiwań finansowych.

– Chcemy zatrudniać szybko, efektywnie i najlepszych, ale jak wynika z badania Antal, pracodawcy bardzo często zamiast pomagać sobie w procesie rekrutacyjnym, to sprawy utrudniają. W rekrutacji liczy się przede wszystkim czas i tzw. candidate experience, czyli doświadczenie kandydata. Z jednej strony firmy muszą uważać, by nie stracić pracownika na rzecz konkurencji, z drugiej zadbać o wysoki poziom przeprowadzanej rekrutacji. Komunikacja z kandydatem powinna przebiegać sprawnie i zrozumiale, tak, by nie generować na każdym etapie pytań czy zbędnie przedłużać procesu decyzji. To przekłada się na korzystny wizerunek organizacji i najbardziej efektywny sposób budowania marki pracodawcy – wyjaśnia Agnieszka Pastuła, Team Manager, Antal HR & Legal.

Trend 5

Główne powody zmiany pracy to brak rozwoju i podwyżki

Na czoło listy powodów, z jakich specjaliści i menedżerowie decydują się na zmianę pracy w tym roku wysunęły się bardziej atrakcyjne możliwości kariery, które są decydujące dla 45 proc. respondentów. Propozycja wyższego wynagrodzenia jest kluczowa dla 40 proc. badanych, podobnie jak w ubiegłym roku. Następnie specjaliści i menedżerowie wskazują powody negatywne – złe zarządzanie i złą atmosferę w dotychczasowym miejscu pracy.

Trend 6

Kandydaci chcą minimum 22 proc. wzrostu wynagrodzenia

Podwyżki otrzymało 65% badanych, co jest wynikiem o 2 punkty procentowe wyższym niż w roku ubiegłym. Warto zwrócić uwagę, że rośnie również udział podwyżek wysokich – 15% specjalistów i menedżerów otrzymało podwyżkę większą niż 20% ich dotychczasowych zarobków, a w przypadku zmiany pracy specjaliści i menedżerowie oczekują średnio podwyżki o 22% – tutaj również wzrost o 2 punkty procentowe.

Rynek kandydata i końca nie widać…

Prezentowane dane potwierdzają, że rynek kandydata rozwija się w zawrotnym tempie, a pracownicy są coraz bardziej wymagający. Oczekują większej wolności, elastyczności, a przede wszystkim możliwości zarządzania swoim czasem pracy. Co więcej, braki kadrowe są obecnie tak duże, że każdy specjalista jest na wagę złota – szczególnie w tych branżach, w których deficyt jest najbardziej odczuwalny. To stawia coraz większe wyzwania zarówno przed firmami, jak i osobami odpowiedzialnymi za pozyskanie nowych pracowników.

W dobie rosnącej rotacji dobrowolnej firmy, które nie są w stanie sprostać pogłębiającej się presji konkurencji, powinny zastanowić się nad alternatywnymi metodami przyciągnięcia pracowników. Tylko działania zwiększające pozytywny wizerunek pracodawcy, efektywniejsze kształtowanie polityki HR, usprawnianie procesów rekrutacji oraz śledzenie trendów na rynku pracy, mogą pomóc w i tak mocno rozgorzałej walce o pracownika – podsumowuje Agnieszka Pastuła.

Pełna wersja raportu jest dostępna pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/244-aktywnosc-specjalistow-i-menedzerow-na-rynku-pracy

Nieskuteczna rekrutacja, czyli największe błędy doradców zawodowych

Rekruter, raz na jakiś czas, powinien sam wcielić się w rolę kandydata do pracy. Zamiana miejsc powinna skutecznie ustrzec go przed powszechnymi błędami, które popełniają HR-owcy.

Niskie bezrobocie, konkurencja między firmami i RODO utrudniają HR-owcom skuteczne poszukiwanie kandydatów do pracy. Tym bardziej, gdy potencjalny pracownik pojawi się na rozmowie kwalifikacyjnej, warto go zachęcić do podjęcia oferty. Niestety rekruterzy zapominają często, że są wizytówką firmy i muszą działać według najwyższych standardów. Oto top 7 błędów, które sprawiły, że rekrutacja okazała się nieskuteczna.

Nadmierna szczerość: „Muszę znaleźć kogoś na to stanowisko, szef dał mi miesiąc albo mnie zwolni”

Na tak niecodzienne zwierzenie, zdecydowała się młoda rekruterka podczas poszukiwania osoby do działu marketingu do agencji kreatywnej. Na każde pytanie o szefa firmy odpowiadała z pewną ostrożnością i wyczuwalnym lękiem. Zdarzyło jej się także podkreślać, że zespół ma bardzo dobrą energię, ale „szef to szef”. Ponieważ rekrutowana osoba chciała odejść z firmy właśnie z powodu despotycznego szefa, sygnały wysyłane przez rekruterkę, skutecznie zniechęciły ją do przejścia.

Brak dyplomacji: „Co za rekrutacja! Ostatni kandydat był fatalny, spróbujmy z Panem”

Na taki komentarz pozwoliła sobie jedna z rekruterek w dużej firmie. W trakcie rozmowy okazało się, że prowadząca rozmowę poruszyła także prywatne wątki i dotykała przedramienia kandydata. Zmniejszanie dystansu, nieformalny charakter spotkań rekrutacyjnych i brak dyplomacji to moda, która niepotrzebnie zapanowała wśród rekruterów.

„Często źle pojmowany luz jest nienaturalny nawet dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia, które dopiero wchodzi na rynek pracy i ceni nieformalne formy rekrutacji. Nie należy jednak mylić tego ze spoufalaniem się.” – radzi Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska.

HR-owiec kameleon: „Miejmy za sobą ten small talk”

Fatalne wrażenie na kandydatach robią rekruterzy, którzy pokazują podczas rozmowy dwa oblicza. Tak było na spotkaniu, w którym wziął udział pewien grafik. Brał udział w rekrutacji do firmy, która zajmowała się projektowaniem ulotek, menu i bannerów. – Rozmowa zaczęła się od wymiany opinii na temat wyglądu reklam w polskich miastach, lokalach, sklepach. W pewnym momencie wyraźnie zmęczony tematem rekruter powiedział „miejmy za sobą ten small talk, tak naprawdę nie cierpię tych pogadanek”. Zdębiałem – mówi Sebastian. Na oczach kandydata HR-owiec przeistoczył się w osobę odpytującą z formularza. Efekt? Jak można się domyślać, grafik nie zdecydował się na pracę w tej firmie.

Brak tolerancji: „Dziwnie brzmi to Pana nazwisko”

Zdarza się, że rekrutacja ma wymiar międzynarodowy i coraz częściej trzeba liczyć się z tym, że kandydat będzie miał obcobrzmiące nazwisko. Wypowiadanie uwag w tej kwestii może zupełnie skreślić firmę w oczach kandydata. Rekruter to osoba, która powinna reprezentować wysoką wrażliwość i znać zasady savoir vivre.

Zbędna ironia: „Chyba zbyt wysoko wycenia Pani swoje kompetencje”

Nie każdy potrafi rozmawiać o pieniądzach, ale ta słabość nie powinna dotyczyć rekruterów. Podczas z jednej rozmów kwalifikacyjnych padło standardowe pytanie: ile chciałaby Pani zarabiać? W momencie, w którym rekrutowana osoba (z wykształceniem wyższym, siedmioletnim doświadczeniem i bardzo dobrą znajomością angielskiego i niemieckiego) podała kwotę, rekruter rzekł: „Chyba nazbyt wycenia Pani swoje kompetencje”.

„Obraźliwa forma komentarza przekreśliła szansę HR-owca na zatrudnienie dobrego pracownika. Chcąc negocjować paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaieniądze, nie można zaniżać kompetencji przyszłego pracownika.” – podkreśla Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Pytanie z automatu: „Dlaczego chciałby Pan u nas pracować?”

Kiedy kandydat usłyszał to pytanie, był skonsternowany, bo to firma dość długo zabiegała o spotkanie i przejęcie go od konkurencji. Kiedy odpowiedział, że jeszcze nie wie, rekruter skomentował: „A myślałem, że już się Pan zdecydował, skoro Pan przyszedł”. To przykład wyjątkowego nietaktu i lenistwa doradcy zawodowego. Taka rekrutacja nie mogła się udać.

Nieprzemyślane wypowiedzi: „Rekrutacja ma dwa etapy. Kolejne spotkanie poprowadzi najpiękniejsza osoba w firmie”

– Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko asystentki. Rekrutacja miała być dwuetapowa. Po pierwszym spotkaniu usłyszałam, że w drugim etapie będzie rekrutowała śliczna osoba, najpiękniejsza w firmie. Potem rekruterka dodała, że warto się na tę rozmowę bardzo dobrze przygotować. Tu omiotła mnie wzrokiem. Następnie dodała, że w firmie ceni się zewnętrzne piękno – mówi Sylwia, która zrezygnowała z udziału w drugim etapie.

Rekrutacja jest torem z przeszkodami nie tylko dla kandydata, ale także dla HR-owca. Zmieniają się pokolenia pracowników, warunki gospodarcze i sposoby poszukiwania pracowników. Niezmiennie w modzie jest savoir vivre.

FED bez niespodzianek. Problemy Turcji

Amerykanie nie podnieśli stóp procentowych, ale zrobią to prawdopodobnie we wrześniu. Lira turecka znów traci. Wojna handlowa z Chinami trwa.

FED nie zaskoczył rynków

Wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. Wczorajsze posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku nie przyniosło zmian stóp procentowych. To prawdopodobnie dlatego na rynku nie było żadnej większej reakcji po samej decyzji. Istotniejsze ruchy powinniśmy zobaczyć po wrześniowym posiedzeniu. Patrząc na kontrakty na stopę procentową szansa, że wtedy dojdzie do podwyżki stóp procentowych wynosi ponad 90%. Szansa ta rośnie od wczoraj. Prawdopodobnie to właśnie zakup dolarów w związku z kolejną podwyżką był powodem umocnienia amerykańskiej waluty w trakcie sesji azjatyckiej dzisiaj w nocy. Dlaczego stopy procentowe idą w górę? Nie ma większych zagrożeń dla rynku pracy. Bezrobocie jest na poziomie 4%, czyli niższym niż w najlepszym momencie tuż przed wybuchem kryzysu z 2008 roku. Wyraźnie widać natomiast wzrost inflacji w USA. Nawet po odliczeniu zmian żywności i energii wciąż przekracza ona nieznacznie cel inflacyjny ustalony na 2%.

Problemy tureckiej waluty

Sposób sprawowania władzy przez Erdogana w Turcji wyraźnie nie zachęca inwestorów do inwestycji nad Bosforem. Przynajmniej na razie, bo jak dalej tak będzie się zachowywać lira turecka, to w końcu będzie tam tak tanio, że kapitał spekulacyjny na pewno wróci. Jeszcze rok temu lira była wyceniana na około 1zł, mniej więcej połowę tego co dekadę temu. Dzisiaj lira oscyluje już poniżej 75 groszy. Osiąga również swoje najgorsze historycznie poziomy względem innych walut. Właśnie przebito poziom 5 lir za dolara, a jesteśmy bardzo niedaleko kolejnej symbolicznej granicy 6 lir za euro. Jeżeli dzisiaj lira straci na wartości tyle co wczoraj, to już dzisiaj osiągniemy ten poziom.

Wojna handlowa ciąg dalszy

Według informacji z Białego Domu rozważane są kolejne podwyżki ceł na produkty z Chin. Wiadomość ta nie miała na razie większego wpływu na rynki walutowe, ale powoduje niepokój. Dobrym tego dowodem są przeszło 2% spadki na chińskiej giełdzie. Kolejne dni pokażą nam jak rozwinie się sytuacja.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Badanie: Przedsiębiorca czy pracownik – kto bardziej moralny finansowo?

Czy prowadzący firmy i pracownicy najemni mogą mieć inną moralność finansową? Jak najbardziej. Zasadnicze różnice widać w podejściu do unikania płacenia długów oraz w relacjach z instytucjami finansowymi – wynika z badania Moralność Finansowa Polaków 2018.

W badaniu Moralność Finansowa Polaków 2018, wykonanym na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, Everest Finance i Ferratum Bank, respondenci odpowiadali na ile są gotowi zaakceptować różnego rodzaju niemoralne zachowania w obszarze finansów. Sprawdziliśmy jakie zdanie mają reprezentanci pracowników najemnych oraz prowadzących swoje firmy w takich kwestiach jak: przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem; częsta zmiana rachunku bankowego, by uniknąć zajęcia środków przez komornika; praca na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji; niezwracanie uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść; zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie kredytu; zaciąganie kredytu nie zapoznając się dokładnie z warunkami spłaty; zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie; płacenie gotówką bez rachunku, by uniknąć płacenia VAT.

moralność finansowa polaków
Źródło: Badanie – „Moralność finansowa Polaków” zrealizowane na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych we współpracy z BIG InfoMonitor

Przedsiębiorcy przymykają oko na ukrywanie się przed wierzycielem…

W odpowiedziach widać przede wszystkim różnice w odpowiedziach dotyczących ucieczki przed płaceniem długów. Akceptacja niemoralnych zachowań z tej kategorii jest o ponad połowę wyższa wśród przedsiębiorców, niż wśród pracowników. Na pytania: Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś przepisuje majątek na rodzinę, by uciec przed wierzycielem? Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś pracuje na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji? Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś zmienia często rachunki bankowe, by uniknąć zajęcia środków przez komornika? Pozytywnie odpowiedziało od ponad 30 do ponad 40 proc. prowadzących firmy, wobec 20-27 proc. pracowników. Różnice w tych kwestiach są więc znaczące.

– Realia działania w biznesie, w którym połowa firm regularnie informuje, że występują problemy z uzyskiwaniem należności od kontrahentów, najwyraźniej rzutują na podejście do tematu długu konsumentów – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Przedsiębiorcy często nie płacą, bo kredytują się kosztem kontrahenta, ten z kolei nie płaci swoim dostawcom, bo brakuje mu pieniędzy, skoro nie może doczekać się wpływu na konto. W efekcie problem się rozprzestrzenia, powszednieje i jak widać przenosi się na postawę przedsiębiorców w życiu prywatnym – komentuje.

Na liście sytuacji, w których opinie przedsiębiorców wypadają gorzej niż pracowników, jest również zatrzymanie nadmiarowej reszty, omyłkowo wydanej przez kasjera. Przedsiębiorcy częściej niż pracownicy przymknęliby oko na takie zachowanie – w proporcji 21,5 proc. do 17,4 proc.

…ale czują respekt względem banków

Zupełnie inaczej przedstawia się akceptacja niemoralnego zachowania, gdy w grę wchodzą relacje z bankami, ubezpieczycielami czy choćby państwem oczekującym na podatki. Przedsiębiorcy mniej przychylnie patrzą na zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu, czy też zaciąganie kredytu bez czytania umowy. W przypadku przedsiębiorców, takie działania zaakceptowałoby odpowiednio 22 i 30 proc., a wśród pracowników 28 i 32 proc. Z kolei oszukańcze praktyki wobec firm ubezpieczeniowych również częściej usprawiedliwiliby pracownicy (22 proc.) niż przedsiębiorcy – (19 proc.). Właściciele firm wykazali też w badaniu większy respekt wobec państwa i regulowania zobowiązań podatkowych. Rzadziej też przychylnie podchodzą do rozliczania się bez rachunku, aby uniknąć płacenia podatku VAT.

– Przyzwolenie społeczne dla unikania płacenia podatków jest w Polsce wysokie i utrzymuje się w granicach 30 proc. Trudno, więc o pozytywne wnioski na podstawie różnicy prezentującej w nieco lepszym świetle osoby prowadzące firmy. Optymizmem nie napawa także wysoki odsetek odpowiedzi akceptujących nieetyczne zachowania wobec banków czy ubezpieczycieli. Przekłada się to bowiem na straty tych instytucji i ostatecznie wyższe ceny usług dla wszystkich klientów – podsumowuje Sławomir Grzelczak.

*Badanie przeprowadziła firm a Pactor w marcu 2018 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej, 1000-osobowej próbie Polaków w wieku powyżej 18 lat.

W Polsce narasta problem braku rąk do pracy

Na rynku pracy brakuje dostępnych kandydatów, ich oczekiwania finansowe są zbyt wysokie lub nie posiadają potrzebnego na danym stanowisku doświadczenia – to głównie z tych powodów polskie firmy mają trudności z obsadzaniem miejsc pracy nowymi pracownikami. W tym roku na brak dostępnych kandydatów narzeka 52% pracodawców, podczas gdy dwa lata temu sygnalizowało to 36% przedsiębiorstw. To problem, który najbardziej doskwiera firmom z południowej Polski, tam o niedoborze rąk do pracy mówi 58% pracodawców. Najmniej, bo 44% firm, które z tego powodu nie mogą obsadzić miejsc pracy jest zlokalizowanych na wschodzie Polski.

52% polskich firm uważa, że głównym powodem, dla którego nie mogą obsadzić nowych miejsc pracy jest brak dostępnych kandydatów (źródło: „Niedobór talentów”, raport ManpowerGroup). Kolejne 18% twierdzi, że wynika to ze zbyt wysokich oczekiwań finansowych potencjalnych pracowników. Na trzecim miejscu na liście czynników, które przyczyniają się do problemów z obsadzaniem stanowisk jest niewystarczające doświadczenie zawodowe u osób zainteresowanych podjęciem pracy – wskazuje je 12% polskich przedsiębiorców.
Porównując dane z bieżącego roku, z danymi sprzed dwóch lat widoczny jest znaczny wzrost odsetek firm, które narzekają na brak dostępnych na rynku pracy kandydatów (z 36% w 2016 roku do 52% w 2018 roku) i ich zbyt wysokie oczekiwania finansowe (z 13% do 18%). Odwrotny trend jest widoczny w przypadku czynników związanych z kompetencjami i doświadczeniem kandydatów. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zmniejszył się odsetek firm, które sygnalizują niewystarczające doświadczenie zawodowe kandydatów (z 16% w 2016 roku do 12% w 2018 roku) i brak potrzebnych kompetencji twardych (z 19% do 8%).
– Malejąca stopa bezrobocia idąca w parze z koniunkturą gospodarczą sprawiają, że rąk do pracy brakuje coraz bardziej. To wprost przekłada się na fakt, że na przestrzeni ostatnich dwóch lat wzrosła liczba firm, które narzekają na brak dostępnych na rynku kandydatów. Jeśli badanie niedoboru talentów zostałoby przeprowadzone teraz, wynik mógłby przekroczyć nawet 60%. Część sektorów rynku dopiero wchodzi w tak zwany wysoki sezon i boleśnie odczuwa skutki rynku kandydata – komentuje Tomasz Walenczak, ekspert rynku pracy w agencji zatrudnienia Manpower.
– To wszystko sprawia, że wymagania przedsiębiorców są mniej wygórowane niż przed dwoma laty. Niewystarczające doświadczenie zawodowe kandydatów lub brak potrzebnych kompetencji twardych nie są dla nich już tak dużą przeszkodą w rekrutowaniu pracowników. Potrzebne doświadczenie pracownik może nabyć już u pracodawcy. To wszystko niesie pozytywny ale i negatywny wpływ na naszą gospodarkę. Walka o pracownika oznacza wzrost wynagrodzeń, liczby benefitów, czyli ogólnie poprawę poziomu życia. Napędza się koniunktura, odzwierciedlona chociażby we wzrostach w sprzedaży detalicznej. Wiele branż w gospodarce zyskuje. Dynamika zmian jest jednak tak duża, iż nie wszyscy za nią nadążają. Wiele firm ma poważne problemy ze spadającą rentownością i jakością prowadzonych biznesów, a w konsekwencji z zachowaniem konkurencyjności na rynku. Nie jest bowiem łatwo przenieść ciężar rosnących kosztów, czyli wzrostu wynagrodzeń, czy kosztów pracowniczych na finalnego odbiorcę usługi, serwisu czy produktu. Szuka się więc równowagi w pozyskiwaniu pracowników z innych rynków, nie tylko Ukrainy, lecz także na przykład z Azji. To też wyjaśnia, dlaczego doświadczenie czy twarde kwalifikacje straciły na znaczeniu – dodaje Tomasz Walenczak.niedobów talentów

Z jakimi wyzwaniami mierzą się pracodawcy z sześciu regionów Polski?

Pracodawcy z wszystkich sześciu przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionów Polski jednogłośnie przyznali, że brak dostępnych kandydatów jest główną przyczyną trudności w obsadzaniu stanowisk. W czterech na sześć regionów na ten problem wskazuje ponad połowa pracodawców, najwięcej w Polsce południowej (58%), najmniej na wschodzie (44%). Z drugiej strony to właśnie na wchodzie najwyższy odsetek firm mówi o zbyt wysokich oczekiwaniach finansowych kandydatów – 23%, na drugim biegunie jest Polska południowa z wynikiem 13%. Ciekawe różnice pomiędzy regionami widoczne są również w przypadku firm, które sygnalizują brak wystarczającego doświadczenia kandydatów (16% dla północno-zachodniego vs. 8% dla centralnego regionu) i brak wymaganych kompetencji twardych (11% dla centralnej vs. 5% dla południowo-zachodniej Polski).Niedobór Talentów 2

– Różnice regionalne wynikają wprost z sytuacji gospodarczej w danym miejscu. Siłą rzeczy tam, gdzie bezrobocie jest bardzo małe, albo go nie ma, jak na przykład na południu, brak kandydata jest największym wyzwaniem. Na wschodzie Polski jako barierę wskazuje się zbyt wysokie oczekiwania finansowe. Dlaczego? Ponieważ tam kandydat jest gotowy do relokacji, ale też świadomy sytuacji na rynku pracy. Wiedząc, że może zmienić miejsce zamieszkania na to, które oferuje więcej możliwości, zyskuje argumenty do rozmów z lokalnym pracodawcą, który nie zawsze jest na to przygotowany – dodaje Tomasz Walenczak.

 

O badaniu: 

Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.

Naukowiec, inżynier, pilot oraz coach – nowe wcielenia CFO

Firma doradztwa personalnego Michael Page,  przeprowadziła wywiady z dyrektorami finansowymi reprezentującymi firmy z różnych branż i regionów. Na bazie wniosków wyciągniętych z rozmów – w tym odmiennego podejścia do pełnionej funkcji, kwestii rozwiązywania problemów oraz podejmowania decyzji – powstał raport CFO Insight, w którym eksperci firmy wyodrębnili cztery nowe wcielania CFO – naukowca, inżyniera, pilota oraz coacha. Michał Opioła, dyrektor w Michael Page odpowiedzialny za pracę zespołu Finance & Accounting, omawia czym różnią się one od siebie.

Na dynamicznie zmieniających się rynkach wyzwania i szanse, które pojawiały się przed CFO wymagają od nich wszechstronności w rozumieniu biznesu i doradztwie. Spowodowało to, że wykształciły się odmienne role dyrektorów finansowych.

Na przykład podejście „naukowca” u CFO zakłada prezentowanie danych w zrozumiałych formach, znajdowanie nowych możliwości rozwoju biznesu oraz poszukiwanie niewykorzystanego potencjału w firmie. Dyrektor finansowy w tej roli zajmuje się także optymalizacją i usprawnieniem przepływu danych, by zapewnić efektywne raportowanie.

CFO w roli „inżyniera” wyznacza z kolei zasady obowiązujące w firmie i dba o ich przestrzeganie, budując trwałe podstawy, które umożliwiają CEO kierowanie przedsiębiorstwem przez wiele lat. Taki dyrektor finansowy tworzy także strategie zgodne z zmieniającymi się regulacjami prawnymi oraz urzeczywistnia wizje, które stanowią wartość dodaną dla firmy.

Trzecia rola CFO to „pilot”, który efektywnie łączy umiejętności biznesowe i strategiczne, zarządzając wartością i wynikami pracy w całej organizacji, tworząc je i mierząc. Musi on umieć także wystarczająco wcześnie dostrzec problemy strategiczne i operacyjne, zapewnić szeroko pojęty dialog pomiędzy interesariuszami oraz określać nowe modele biznesowe, służące przekształcaniu przedsiębiorstwa tak, by było dochodowe w przyszłości.

Dyrektor finansowy we współczesnym biznesie musi być również niekiedy jak „coach” drużyny, który skupia się na znalezieniu utalentowanych osób. Powinien więc umieć łączyć ludzi i technologię, stymulując efektywność firmy poprzez odpowiednie zarządzanie umiejętnościami pracowników w całej organizacji.

Nowe role wymagają więc od CFO szerszego spojrzenia na spółkę i otoczenie rynkowe, a także wiedzy dotyczącej zdobywania klientów oraz rynków. Ponadto ważne jest zrozumienie biznesu i wyszukiwanie szans do jego rozwoju, przewidywanie trendów i zagrożeń, zarządzanie procesami i zasobami firmy. Dzięki temu dyrektor finansowy jest w stanie zarówno skupić się na ludziach i ich motywowaniu, formować wewnętrzne wizje oraz nadawać kierunek działania całej organizacji.

Deloitte: Do 2025 roku przedstawiciele pokolenia Y i Z będą stanowić ponad 40 proc. klientów marek luksusowych

Wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły w minionym roku obrotowym (zakończonym najpóźniej 30 czerwca 2017 r.) 217 mld dolarów. Jak wynika z raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2018. Shaping the future of the luxury industry marki luksusowe zmieniają swój model działalności, aby dostosować się do oczekiwań młodszych klientów i konsumentów z rynków wschodzących. Już w tym roku za ponad połowę globalnej sprzedaży ubrań oraz butów będą odpowiadały rynki w Azji, Ameryce Łacińskiej, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Coraz większego znaczenia nabiera również aktywność producentów i sprzedawców dóbr luksusowych w mediach społecznościowych.

Globalny wzrost sprzedaży w minionym roku obrotowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 1 proc., w porównaniu do 6,8 proc. osiągniętych rok wcześniej. Mimo tego osłabienia, 57 spółek zwiększyło sprzedaż, a wartość zysku netto TOP100 wzrosła o 8,8 proc. Średnia wartość przychodów przypadająca na spółkę wynosiła 2,2 mld dolarów. Aby znaleźć się w zestawieniu należało osiągnąć minimum 211 mln dolarów. Aż 22 firmy z zestawienia osiągnęły dwucyfrowy wynik, a blisko jedna trzecia ze 100 zanotowała wzrost przychodów. – Kondycja branży dóbr luksusowych zależy od wielu czynników, w tym również geopolitycznych, które mają ogromny wpływ na turystykę. Jednak przewidujemy, że sektor ten będzie osiągał coraz lepsze wyniki, tym bardziej, że w ostatnich miesiącach producenci i sprzedawcy dóbr luksusowych zrobili wiele, by przekonać do siebie młodszych konsumentów – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider obszaru strategii i transformacji cyfrowych oraz Zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Deloitte.

Już nie tylko Paryż i Rzym

Dotychczas działalność marek luksusowych koncentrowała się na Europie i USA. Jednak w ostatnich latach ich uwaga kierowana jest również na rynki wschodzące, traktowane nie tylko jako źródło rosnącej sprzedaży, ale również innowacji. Wzrosty sprzedaży w tym sektorze są napędzane przede wszystkim przez mieszkańców Chin oraz krajów Bliskiego Wschodu. Już w tym roku po raz pierwszy za ponad połowę globalnej sprzedaży ubrań i butów będą odpowiadały kraje Azji, Ameryki Łacińskiej, Afryki i Bliskiego Wschodu.

W polu zainteresowania producentów dóbr luksusowych są również milenialsi. W samych Chinach mieszka ich aż 400 mln. Do 2025 r. przedstawiciele generacji Y i Z będą stanowić ponad 40 proc. klientów sklepów z dobrami luksusowymi, w porównaniu z około 30 proc. w 2016 r. W przeciwieństwie do reprezentantów pokolenia Baby Boomers, wielu milenialsów ma coraz większe wymagania, lubi komfort i wygodę. Pokolenie to spędza dużo czasu w internecie, posługuje się ułatwiającymi życie aplikacjami i często robi zakupy online.

Luksus w rozszerzonej rzeczywistości

Marki luksusowe dotychczas postrzegały media społecznościowe jako zbyt masowe, tymczasem dziś są jednymi z najczęściej używanych przez nich narzędzi marketingowych. Do najbardziej popularnych należy Instagram, który staje się wiodącym portalem społecznościowym dla producentów i sprzedawców marek luksusowych. – Popularne „lajki”, obserwowanie, komentowanie i udostępnianie postów umacnia relację między klientem a marką. Uczestnicy rynku dóbr luksusowych, mimo swoich początkowych obaw, przekonali się, że muszą być tam, gdzie są ich odbiorcy – mówi Wojciech Górniak.

Coraz częściej gracze na rynku dóbr luksusowych sięgają po nowoczesne technologie, w tym sztuczną inteligencję, wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość (Augmented Reality). Marki luksusowe, chcąc ułatwić zakupy online, używają AR, dzięki której konsumenci wizualizują i próbują nowych produktów w domu przed dokonaniem zakupu. – Do tej pory niewiele luksusowych marek stworzyło aplikację na bazie AR. Przyjęcie tej technologii dla całego sektora nie jest tak szybkie jak się spodziewano. Mimo tego, świadomość producentów dóbr luksusowych rośnie i zdają sobie oni sprawę, że cyfrowa transformacja w technologii detalicznej może zwiększyć popyt na ich produkty – dodaje Wojciech Górniak.

Lider bez zmian

W minionym roku obrotowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazł się także koncern kosmetyczny Estée Lauder oraz producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont. Te dwie firmy zamieniły się miejscami. Pierwsza dziesiątka zanotowała wzrost 0,6 proc., a więc mniej niż wzrost przychodów TOP 100. Producenci z TOP 10 wygenerowali w sumie 47,2 proc. sprzedaży całej pierwszej setki.

W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, przedstawiające najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. W tym roku miejsce lidera zajęła firma Canada Goose Holdings Inc., której przychody w ciągu roku wzrosły o 38,8 proc., a w latach 2014-2016 o 36 proc. Drugie miejsce zajął duński producent biżuterii Pandora.

Najwięcej spółek w zestawieniu to tradycyjnie producenci ubrań i butów (38 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci kosmetyków i perfum (o 7,6 proc.). Z kolei najwyższą rentowność sprzedaży osiągnęły tradycyjnie firmy oferujące różnorodny asortyment dóbr luksusowych (11,4 proc.).

Najliczniej w zestawieniu reprezentowane są Włochy (24 firm), USA (13 firm) oraz Wielka Brytania (10 firm). Producenci z Włoch odpowiadają jednak za zaledwie 15,6 proc. przychodów ze sprzedaży dóbr luksusowych.  Są to przede wszystkim dużo mniejsze firmy rodzinne, w których średnia wartość sprzedaży dóbr luksusowych wynosi 1,4 mld dolarów. Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (24,3 proc.) oraz amerykańskie (20,1 proc.). Jednak największy wzrost rok do roku zanotowały firmy z Hiszpanii (o 6,2 proc.).

Transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych

Katarzyna Sermanowicz-Giza
Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte

W sektorze dóbr luksusowych eksperci Deloitte odnotowali dużą aktywność związaną z fuzjami i przejęciami. Jednym z najbardziej aktywnych graczy na rynku M&A był koncern LMVH, który przejął 80 proc. udziałów w firmie Rimowa. W tym samym roku obrotowym firma sprzedała markę Donna Karan, która trafiła do amerykańskiej grupy G-III. Z kolei firma Estée Lauder nabyła dwie szybko rosnące marki makijażowe – Too Faced i BECCA. Aktywne na rynku M&A były również Richemont, Luxottika oraz Tommy Hilfiger. – Sektor dóbr luksusowych nadal jest bardzo aktywny, jeżeli chodzi o fuzje i przejęcia. W wielu branżach mamy teraz do czynienia z dezinwestycjami, dzięki którym firmy koncentrują się na swojej podstawowej działalności. W tym sektorze trend jest dokładnie odwrotny. Największe sukcesy odnoszą ci, którzy mają w swej ofercie zarówno ubrania, buty, biżuterię, kosmetyki, a nawet luksusowe alkohole. Przykładem jest właśnie koncern LVMH, w skład którego wchodzi kilkadziesiąt marek – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

TOP 10 rankingu „Global Powers of Luxury Goods”

Miejsce w rankingu Nazwa firmy Wybrane marki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży netto (mln dolarów) Wzrost przychodów ze sprzedaży netto rok do roku (w proc.)
1 LVMH Moët Hennessy Louis Vuitton SA Louis Vuitton, Fendi,

Marc Jacobs

Francja 23 447 5,0
2 Estée Lauder Companies Inc. Estée Lauder, Aveda, Jo Malone USA 11 824 5,0
3 Compagnie Financiere Richemont SA Cartier, Montblanc Szwajcaria 11 677 -3,9
4 Luxottica Group SpA  Ray-Ban, Oakley Włochy 10 051 2,8
5 Kering S.A.

 

Gucci,

Bottega Veneta Saint Laurent

 

Francja 9 369 7,7
6 L’Oréal Luxe Biotherm, Lancôme

 

Francja 8 476 6,0
7 Swatch Group Ltd. Longines, Omega,

Rado

Szwajcaria 7 413 -10,7
8 Ralph Lauren Corporation Ralph Lauren, Polo Ralph Lauren, Purple Label USA 6 653 -10,2
9 PVH Corp. Tommy Hilfiger, Calvin Klein USA 6 646 5,6
10 Chow Tai Fook Jewellery Group Limited Hearts on Fire Hong Kong 6 604 -9,4

 

Spokój w ostrożnym wydaniu

Napięcia handlowe zdają się być tematem przewodnim handlu po tym, jak komunikat Fed nie przyniósł nic nowego. Potwierdza się jednak teza, że wrażliwość inwestorów na kolejne rewelacje w sprawie sporu USA-Chiny jest coraz mniejsza. Dziś w centrum uwagi decyzja Banku Anglii z pewną podwyżką stopy procentowej, ale liczyć się będzie też jej „opakowanie”.

Administracja Trumpa nie rezygnuje z nacisków na Chiny, by poprawić warunki handlowe i w najnowszej odsłonie rozważa podwyższenie stawki ceł z 10 proc. do 25 proc. na towary warte 200 mld USD. Cła te na razie są propozycją i dotyczą listy dóbr, które jeszcze nie są objęte sankcjami, ale co prezydent Trump chce mieć jako mocną kartę przetargową gotową do implementacji nawet już w przyszłym miesiącu. Rozszerzenie listy oclonych towarów i to jeszcze ze zwiększoną stawką stanowi zagrożenie dla celów wzrostu chińskiego rządu, co będzie wymagało reakcji po stronie ekspansji fiskalnej, zwiększenia bodźców do rozszerzenia akcji kredytowej banków albo bardziej zdecydowanej „pomocy” w deprecjacji juana. Oznacza to wzrost zadłużenia publicznego, prywatnego lub spadek wiarygodności waluty – żaden scenariusz nie jest dobry i spadki indeksu w Szanghaju o ponad 2 proc. pokazują, co o tym myślą inwestorzy. Z drugiej strony 2 proc. to nie 5 proc., jak pewnie wyglądałaby reakcja na takie doniesienia kilka miesięcy temu. Inwestorzy już uodpornili się na retorykę Białego Domu i póki po realnej gospodarce nie będzie widać faktycznych szkód wojny celnej, rynki finansowe będą starały się zachować spokój. Spokój, ale w ostrożnym wydaniu i z hamowaniem apetytu na ryzyko.

USD jest mocniejszy częściowo z powodu swojej roli jako bezpieczna przystań w czasie wojen handlowych, a częściowo wskutek pozytywnego odbioru komunikatu Fed. Uspokajająco wybrzmiały fragmenty charakteryzujące gospodarkę już nie jako „solidną”, ale „silną” przy równoważeniu się ryzyk (bez specjalnego odniesienia do napięć handlowych). Fed nie wyraził niepokoju ani spadkiem PCE Core do 1,9 proc., ani wzrostem stopy bezrobocia z 3,8 proc. do 4 proc. w czerwcu. Będąc szczerym, Fed niczym nie zaskoczył i nie powiedział nic, czego rynek już by nie wiedział. Dostaliśmy tylko potwierdzenie kierunku polityki ku wrześniowej podwyżce stóp procentowych.

Dziś w centrum uwagi będzie decyzja Banku Anglii. Rynek liczy na tzw. gołębią podwyżkę, tj. decyzję o podwyżce opakowana w ostrożny i mało optymistyczny komentarz. Jednak przy niepewności związanej z negocjacjami Brexitu i po ostatniej serii słabszych danych Bank Anglii będzie musiał solidnie uzasadnić podwyżkę, co stwarza ryzyko jastrzębiego odbioru. Sądzimy, że przy obecnej wycenie funta nawet neutralny wydźwięk komunikatu może zostać odebrany pozytywnie, tym samym stając się katalizatorem dla domykania krótkich pozycji w GBP. Ulga w postaci braku szumu informacyjnego związanego z Brexitem (wakacyjna przerwa brytyjskiego parlamentu) może być dobrym pretekstem, by pociągnąć GBP wyżej, ale wydaje nam się, że wpierw konieczny jest zapłon z banku centralnego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

15 proc. Polaków ma alergię na nikiel. Opracowana w Polsce innowacyjna cząsteczka pozwala zapobiegać alergiom, także na inne metale

15 proc. Polaków ma alergię na nikiel. Opracowana w Polsce innowacyjna cząsteczka pozwala zapobiegać alergiom, także na inne metale 8

Nikiel to najczęstsza przyczyna alergii kontaktowych wśród Polaków. Objawy nadwrażliwości, m.in. w postaci zapalenia skóry, mogą wystąpić na skutek używania takich przedmiotów jak sztućce czy biżuteria. Wyleczenie tego rodzaju alergii jest niemożliwe, można jednak skutecznie jej zapobiegać. Bardzo dobre efekty dają innowacyjne kosmeceutyki, zawierające molekułę blokującą kontakt jonów niklu ze skórą. Najnowsze badania potwierdziły skuteczność tego typu środków także w alergiach na chrom i kobalt.

– Opracowaliśmy nową cząsteczkę, nazwaliśmy ją Chitathione. Ta cząsteczka wyłapuje jony niklu i jony innych metali i wiąże na skórze w taki sposób, że nie przedostają się one do wnętrza. Jeżeli one nie przedostaną się do wnętrza, nie są w stanie spowodować szkody, nie są w stanie spowodować kaskady odpowiedzi immunologicznej, która prowadzi do objawów alergii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Izabela Zawisza, prezes zarządu KF Niccolum. 

Maści, kremy i żele zapewniają fizyczną barierę między skórą a alergenem. Większość tego rodzaju preparatów zawiera jednak zbyt małą ilość molekuł zabezpieczających lub w nieodpowiednich proporcjach. Produkty przeznaczone specjalnie do ochrony przed alergią, tzw. kosmeceutyki, zabezpieczają skórę np. przed jonami niklu, nie przedostając się do wnętrza skóry, gdzie w kontakcie z metalem mogłyby prowadzić do wystąpienia odczynu alergicznego.

Opracowana cząsteczka Chitathione zapewnia niewidzialną tarczę przeciwko alergizującym jonom niklu. Kremy z jej wykorzystaniem umożliwiają regularny kontakt z przedmiotami zawierającymi nikiel bez ryzyka wystąpienia uczulenia, a regularnie stosowane chronią przed nadwrażliwością na ten metal. Ich używanie nie powoduje dyskomfortu, nawet kilka warstw produktu nie jest bowiem wyczuwalne na skórze. Kremy te mają ponadto działanie upiększające, zawierają bowiem naturalne substancje nawilżające.

–  W przypadku alergii kontaktowych alergie na metale są najbardziej popularne, a nikiel plasuje się w czołówce, zaraz za nim są chrom i kobalt. W Polsce jest 15 proc. społeczeństwa uczulonych na nikiel, natomiast na świecie jest to 17 proc. kobiet i 3 proc. mężczyzn – mówi dr Izabela Zawisza. 

Jedną z głównych przyczyn zwiększonej podatności ludzi na alergie, zarówno wziewne, jak i pokarmowe i kontaktowe, jest postępujące zanieczyszczenie środowiska. Według World Allergy Organization na całym świecie z problemem tym boryka się już blisko 30 proc. ludzi, przy czym liczba ta podwaja się co 10 lat. Polacy plasują się w czołówce krajów europejskich pod względem ilości ludzi cierpiących z powodu alergii. Z badań Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce wynika, że 40 proc. mieszkańców Polski zauważa u siebie objawy alergiczne, u 50 proc. natomiast wykryto podatność na uczulenie. Jedną z najczęściej występujących wśród Polaków alergii kontaktowych jest, często nierozpoznana lub niepoprawnie zdiagnozowana,  nadwrażliwość na nikiel.

Przyczyną alergii kontaktowej jest bezpośrednia styczność z alergenem – w  przypadku niklu objawy mogą występować na skutek codziennego kontaktu z takimi przedmiotami jak sztućce, naczynia, sprzęt AGD, biżuteria, metalowe elementy odzieży, oraz monety. U osób nadwrażliwych ekspozycja taka może prowadzić do kontaktowego zapalenia skóry. Na alergię niklową szczególnie narażone są fryzjerki, kasjerki, kosmetyczki, oraz pracownicy służby zdrowia.

Nie ma obecnie skutecznego sposobu wyleczenia nadwrażliwości na nikiel, możliwe jest jedynie leczenie objawowe lub próba zapobiegania.

– Nasze kosmeceutyki zatrzymują również szkodliwe czynniki z powietrza, np.: pallad z katalizatorów samochodowych czy zanieczyszczenia spowodowane innymi metalami i nie pozwalają im dostać się do wnętrza skóry. Natomiast chcemy rozszerzać naszą gamę produktów również na inne alergeny – przekonuje ekspertka.

Niedawno zakończone badania potwierdziły skuteczność nowej cząsteczki Chitathione także w walce z uczuleniem na chrom  i kobalt. Obecnie KF Niccolum rozpoczyna badania nad innymi alergiami kontaktowymi m.in. wywoływanymi przez trawy, pyłki brzozy oraz roztocza.

Rewolucja w diagnostyce infekcji. Urządzenie polskiej firmy umożliwia samodzielne określenie rodzaju choroby w kilka minut

Rewolucja w diagnostyce infekcji. Urządzenie polskiej firmy umożliwia samodzielne określenie rodzaju choroby w kilka minut 9

W Polsce co roku nawet dwa miliony osób zapadają na grypę i infekcje grypopodobne. Co czwartej niepotrzebnie podaje się antybiotyk, bo choroba spowodowana jest wirusem, a nie bakteriami. Urządzenie opracowane przez polski start-up pozwala szybko i precyzyjnie określić, jakiego pochodzenia jest infekcja u danego pacjenta, a poprawne rozpoznanie przyczyn zakażenia pozwala na skuteczną terapię. Połączeniu prostego w obsłudze urządzenia z bezpłatną aplikacją na urządzenia mobilne może zrewolucjonizować diagnostykę także innych chorób.

– Obecnie, kiedy wystąpi infekcja górnych dróg oddechowych, lekarze nie przeprowadzają bardzo wyspecjalizowanych badań, tylko zwykle podają antybiotyk. W momencie kiedy wirus grypy jest przyczyną infekcji, podanie antybiotyku mija się z celem, tworzy się antybiotykoodporność. Dlatego zaplanowaliśmy wprowadzenie testu poczynając od grypy, ale nie tylko, bo w infekcjach górnych dróg oddechowych zdarzają się także tzw. koinfekcje, jednoczesna infekcja bakteriami, i wirusami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Lubański, technolog z SensDX.

Polski start-up chce rozwiązać problem niedostatków w diagnostyce chorób. W Polsce na infekcje grypopodobne zapada co roku kilka mln osób (dane GIS). Szacuje się, że ok. 0,5 mln dostaje antybiotyk, choć jest on całkowicie zbędny, a może zaszkodzić – osłabia odporność, zwiększa podatność na inne choroby. Urządzenie SensDX pozwala na szybką i precyzyjną diagnostykę, gdy tylko pojawiają się pierwsze objawy infekcji. Badanie można wykonać samodzielnie przy użyciu elektronicznego czujnika.

– Taki test trwa kilka minut, polega na pobraniu wymazu z policzka, rozpuszczeniu go w specjalnym buforze, który przygotowuje ten test do dalszej diagnostyki, nakrapiamy na elektrodę próbkę, czekamy kilka minut i na telefonie komórkowym dostajemy wynik, że jest podejrzenie czy wysokie prawdopodobieństwo pojawienia się pewnego patogenu – tłumaczy Krzysztof Lubański.

Urządzenie wskazuje rodzaj infekcji, podaje też czy mamy do czynienia z grypą i jakiego typu – A, czy B. Co istotne, w większości chorób za zakażenie odpowiedzialny jest więcej niż jeden patogen. Poprawne rozpoznanie przyczyn infekcji pozwala na precyzyjną terapię, to zaś pozwala ograniczyć stosowanie antybiotyków, podawanych nie tylko przy podejrzeniu grypy, ale też np. anginy. Większość lekarzy diagnozuje anginę bakteryjną i leczy pacjenta za pomocą antybiotyków. Tymczasem tylko niewielki odsetek chorych przechodzi anginę bakteryjną, a nawet 70 proc. – wirusową.

– Jeżeli mamy tego typu test w domu, nie musimy udawać się do przychodni, nie zastąpi to pełnej diagnostyki lekarskiej, ale są to już jakieś informacje, które elektronicznie mogą być wysłane do lekarza, który podejmuje decyzję co z danym pacjentem robić. W skrócie chodzi o to, żeby przychodnie unikały pojawiania się dużej liczby chorych w czasie masowych infekcji, bo to przyczynia się do jeszcze większego powiększania ich zasięgu – przekonuje ekspert.

Na rynku pojawia się coraz więcej testów, które pozwalają rozpoznać przyczynę infekcji. Amerykańscy naukowcy opracowali np. zestaw diagnostyczny, gdzie po poświeceniu na pobraną od pacjenta próbkę latarką lub wskaźnikiem laserowym, wirus zaczyna emitować czerwone światło. Także lekarze dysponują testami, które w gabinecie pozwalają szybko rozpoznać infekcję.

– Testy, które my oferujemy różnią się tym, że są przede wszystkim skuteczniejsze, ale też są testami elektronicznymi, czyli informacje są dostarczane od razu w formie zdigitalizowanej. To otwiera całkiem nowe możliwości, np. pozwala wykrywać rozszerzanie się epidemii, to informacja dla lekarzy, centrów kryzysowych – twierdzi Krzysztof Lubański.

Prototyp urządzenia już jest gotowy, przechodzi właśnie certyfikację medyczną. Ma kosztować ok. 300 zł, wymienne wkłady od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. Do sprzedaży może trafić już niedługo.

Według Transparency Market Research, rynek mHealth (mobile Health) ma być warty w 2025 r. blisko 112 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu prognozowane jest na ponad 44 proc.

Opracowana w Polsce technologia rafinacji informacji pozwala przewidzieć wyniki wyborów. Służy także do analizy trendów gospodarczych

Opracowana w Polsce technologia rafinacji informacji pozwala przewidzieć wyniki wyborów. Służy także do analizy trendów gospodarczych 10

Już niemal 4 mld ludzi korzysta obecnie z Internetu na całym świecie. Codziennie wysyłanych jest ponad 172 mld e-maili czy prawie 500 mln tweetów. Informacje zawarte w Internecie są kopalnią wiedzy o użytkownikach, co może być wykorzystywane np. przez firmy reklamowe, ale również do prognozowania społecznych czy gospodarczych trendów. Zaawansowaną analizą danych zajmują się polscy naukowcy z nowo otwartego Centrum Rafinacji Informacji.

– Centrum Rafinacji Informacji zajmuje się dostarczaniem informacji z przestrzeni informacyjnej, która jest odpowiednio obrobiona oraz spreparowana, przygotowana pod kątem użytkownika i jego potrzeb. Ktoś może powiedzieć, że każdy ma „dostęp” do informacji. Natomiast problemem jest dostęp do właściwej informacji i właściwe jej zinterpretowanie. Bez narzędzi informatycznych i technologii informacyjnych, dostęp do tych informacji i ich obrabianie jest bardzo utrudnione – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. inż. Wiesław Cetera z Centrum Rafinacji Informacji.

Rafinacja informacji to technologia wyszukiwania i analizowania w czasie rzeczywistym dużych zbiorów tekstowych. W Centrum Rafinacji Informacji dostępne w sieci informacje będą poddawane zaawansowanej analizie, co pozwoli nie tylko na historyczną ocenę tego, co się wydarzyło, ale ma także umożliwić przygotowanie prognoz dotyczących procesów społecznych, politycznych i gospodarczych. Analizowane są informacje z portali społecznościowych, forów dyskusyjnych oraz wszelkich innych otwartych źródeł zawierających dane ustrukturyzowane, ale także nieustrukturyzowane – bardzo trudne do analizy przy wykorzystaniu tradycyjnych metod i technologii analitycznych.

– Jeśli mówimy o dużych zbiorach, mówimy przede wszystkim o zbiorach nieustrukturyzowanych, tzn. takich, które w przeciwieństwie do zbiorów bazodanowych nie mają jasno określonej struktury, wyróżnionych pól w rekordach itd. Jedyną rzeczą, którą możemy wyróżnić jest np. data, może źródło, a poza tym są to zbiory tekstowe. Czyli przetwarzamy teksty i szukamy tego, co nas w konkretnym zadaniu interesuje – mówi Wiesław Cetera.

W początkowej fazie każdego projektu roboty pobierają informacje z otwartych źródeł. Zebrane w ten sposób dane są oczyszczane (rafinowane) i przeszukiwane pod kątem kluczowych słów oraz powiązań (sentymentów) z wydźwiękiem pozytywnym lub negatywnym. W momencie identyfikacji jakiegoś trendu, naukowcy przechodzą do kolejnego etapu – prognozowania przy wykorzystaniu danych historycznych.

Zespół naukowców CRI prowadzi obecnie zaawansowane analizy dotyczące trendów technologicznych i procesów o największym potencjale innowacyjności na zlecenie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Centrum dostarcza prognozy dotyczące rozwoju konkretnych technologii, co ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji o inwestowaniu środków publicznych.

– Narzędzia, które zostały opracowane, mogą być wykorzystywane do zwykłych badań medioznawczych, które prowadzą różnego rodzaju agencje badań społecznych. Porównując to w aspekcie kosztów, to jest w zasadzie bez porównania, bo my wyniki możemy mieć natychmiast, a co za tym idzie również dużo taniej – twierdzi Wiesław Cetera.

Potencjał tkwiący w Big Data dostrzegły także władze Wrocławia. Agencja Audience Network przygotowując kampanię reklamową miasta do konkursu European Best Destination 2018, wykorzystała narzędzia do profilowania użytkowników Internetu, by w ten sposób dotrzeć do polskich emigrantów. Dzięki zastosowaniu narzędzi do analizy Big Data udało się dotrzeć do blisko 30 tys. użytkowników. Wrocław przegonił w konkursie takie miasta jak Amsterdam, Barcelona czy Paryż, zdobywając 67 proc. wszystkich głosów.

– U zarania wykorzystania rafinacji informacji stały badania prof. Gogołka, który prowadził je w kontekście wyborów prezydenckich. Wyniki, które wtedy otrzymał były bardzo bliskie, jak nie identyczne z tymi, które były w rzeczywistości – przekonuje ekspert.

Analitycy Research Cosmos szacują, że wartość narzędzi analitycznych Big Data ma sięgnąć 9 mld dol. w 2023 roku, przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,15 proc.

Z danych Internet Live Stats wynika, że obecnie z Internetu korzysta już niemal 4 mld ludzi. Codziennie wysyłanych jest niemal 175 mld e-maili i 500 mln tweetów, a ponad 4,5 mld filmów trafia każdego dnia na YouTube.

Czy grozi nam blackout?

Polskie Sieci Elektroenergetyczne, operator, który zarządza polską elektroenergetyką zapewnia, że na razie nie grozi nam blackout. W zapasie mamy odpowiednią liczbę elektrowni różnego rodzaju, które możemy wykorzystać w trakcie kryzysu. Jedną z możliwości jest tzw. zimna rezerwa, czyli dopłacenie, aby część z nich uruchomić ponownie, a także zwiększenie użycia niewykorzystanych dotąd obiektów czy sprowadzenie części energii z zagranicy. Według PSE, dzięki temu zagrożenie dla polskiej energetyki w tej chwili nie istnieje. Gdyby doszło do poważniejszej sytuacji, zapewne czekałby nas scenariusz książkowy, czyli reakcja łańcuchowa i wyłączanie się kolejnych jednostek, aż do wygaszenia całego kraju. Odpowiednie instytucje pracują jednak nad tym, aby do takiej sytuacji nie dopuścić i teraz wydaje się im ona wielce nieprawdopodobna.

– Modernizowana energetyka poradzi sobie z zagrożeniem blackoutu. Polska negocjuje z Niemcami rozwiązania, które mają stabilizować współpracę naszej energetyki na łączącym się rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Nasz system musi działać razem z zagranicznymi i łączyć się w bezpiecznym sposób z innymi regionami, o co dbają sieci elektroenergetyczne i rząd. Na modernizację i nowe linie wydawane są miliony złotych. Ważnym aspektem, który muszą brać pod uwagę nasi elektroenergetycy, jest także cyberbezpieczeństwo. W Stanach Zjednoczonych i Niemczech dochodziło już do prób przejęcia wpływu na sieci. Przyczyną mogła być chęć pozyskania haseł i informacji. Być może celem było jednak prowadzenie działań hybrydowych z wykorzystaniem elektroenergetyki USA. Jak się okazało, za akcje odpowiedzialni byli Rosjanie i Chińczycy. Kraje, które mają słabe relacje z państwami zachodnimi. Jeżeli jednak doszłoby do przełomowych, utrzymujących się przez dłuższy okres upałów, a do tego pojawiłaby się usterka jednej z ważnych elektrowni, zapewne powtórzyłaby się sytuacja z 2015 roku. Wtedy trzeba było zmierzyć się z awarią obiektu w Bełchatowie – zaczęło brakować mocy, choć nie było jeszcze blackoutu. PSE i Urząd Regulacji Energetyki nałożyły ograniczenia na gospodarkę. Przedsiębiorcy zostali zmuszeni do ograniczenia poboru energii. Choć pewnie stracili na tym pod względem ekonomicznym, to dzięki temu system się nie załamał – dodał Jakóbik.

Rośnie światowa konsumpcja ryb. Portugalczycy zjadają nawet 90 kg rocznie na osobę, Polacy tylko 12 kg

Rośnie światowa konsumpcja ryb. Portugalczycy zjadają nawet 90 kg rocznie na osobę, Polacy tylko 12 kg 11

Tempo wzrostu konsumpcji ryb na świecie już dwukrotnie przewyższa tempo wzrostu liczby ludzi. Średnio każdy zjada ponad 20 kg ryb rocznie. Szacuje się, że stanowią one ważne źródło białka dla 3,2 mld osób. W Polsce ryby jemy mniej chętnie – blisko 12 kg rocznie, w dużej mierze ze względu na cenę. Najczęściej wybieramy śledzia, łososia i ryby białe. Ważne, żeby konsument wiedział, skąd pochodzi dana ryba i czy została połowiona w sposób zrównoważony – podkreślają eksperci. Obecnie już nawet co trzecia ryba jest poławiana w sposób nielegalny.

– W skali globalnej spożycie ryb i owoców morza rośnie bardzo dynamicznie – w ciągu 50 lat z 8 kg na osobę do ponad 20 kg. Przewiduje się, że w 2050 roku może to być istotny problem wyżywienia całej ludzkości, kiedy osiągniemy 9 mld mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Dębicka z organizacji MSC.

Raport Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) wskazuje, że tempo wzrostu światowej konsumpcji ryb i owoców morza przewyższa już tempo wzrostu liczby ludzi na świecie. Obecnie spożywamy średnio ponad 20 kg rocznie. Jeszcze w latach 60. było to trzykrotnie mniej.

– Najwięcej jedzą Portugalczycy, nawet 80–90 kg rocznie na osobę. Biorąc pod uwagę wielkość danej populacji, to najwięcej spożywają Chińczycy, którzy jednocześnie odpowiadają za prawie 70 proc. produkcji na świecie – podkreśla Dębicka.

W ciągu ostatnich 40 lat światowy handel rybami i produktami rybnymi wzrósł prawie 18-krotnie, do poziomu 143 mld dolarów. Najchętniej spożywane są ryby białe – dorsz, mintaj, morszczuk, ryby pelagiczne – makrela czy śledź oraz owoce morza.

– W Polsce najczęściej spożywanym gatunkiem jest śledź, czyli ryba atlantycka, dosyć popularna zarówno w sezonie zimowym, ale również coraz częściej w innych formatach. Następnie łosoś, głównie hodowlany, ale też pojawia się na naszym rynku łosoś pacyficzny, dziki, certyfikowany z logo MSC. Kolejne gatunki to ryby białe, czyli dorsz, mintaj, które królują głównie w postaci mrożonej lub świeżych filetów. Rzadziej spożywamy tuńczyka czy wędzonego szprota bałtyckiego – wymienia Anna Dębicka.

Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, przeciętne spożycie ryb i owoców morza w Polsce wyniosło w 2017 roku blisko 12,5 kg na mieszkańca przy 13,1 kg rok wcześniej. Najchętniej jemy śledzie i mintaje (po ok. 2,6 kg rocznie). Coraz więcej także makreli (ponad kilogram) i morszczuków (blisko 0,5 kg). O ponad 25 proc. spadła za to konsumpcja łososi – do 0,65 kg na mieszkańca, o 15 proc. – dorszy (do 0,89 kg).

– Jeśli chodzi o owoce morza, przede wszystkim spożywamy krewetki. Jest to cały czas mały udział w spożyciu Polaków, jednakże jest to najbardziej dynamiczny wzrost. Spożywamy zarówno krewetki hodowlane, jak i dzikie z północnych mórz, które posiadają certyfikat i są poławiane w sposób zrównoważony – wskazuje Anna Dębicka.

Jak podkreślają eksperci, większe spożycie ryb oznacza zagrożenie dla ekosystemu. Już teraz szacuje się, że co trzecie stado ryb jest przeławiane. To kilkukrotnie więcej niż jeszcze w latach 70. Najgorsza sytuacja jest na Morzu Śródziemnym i Czarnym (ponad 62 proc.), południowo-wschodnim Pacyfiku (61,5 proc.) czy południowo-zachodnim Atlantyku (blisko 59 proc.).

– Ważne jest, żebyśmy wiedzieli, co jemy, skąd jest dana ryba, czy została połowiona w sposób zrównoważony, czy posiada certyfikat MSC. Tak żeby ryb wystarczyło dla nas i dla przyszłych pokoleń, ponieważ co trzecia ryba poławiana na świecie jest poławiana w sposób niezrównoważony, nielegalny i może to zaburzyć cały ekosystem morski – podkreśla ekspertka organizacji MSC.

By nie dopuścić do pogorszenia sytuacji, eksperci radzą kupować ryby i owoce morza pochodzące ze zrównoważonych połowów. Są one oznaczone niebieskim znakiem rybołówstwa zrównoważonego MSC. Powoli rośnie też świadomość konsumentów – według badania GlobeScan z 2018 roku ponad 40 proc. wskazuje na przełowienie oraz spadek liczby gatunków ryb jako jeden z najważniejszych problemów, z jakim borykają się morza i oceany. Także Polacy są coraz bardziej świadomi, a za certyfikowane ryby czy owoce morza są w stanie zapłacić nawet o 16 proc. więcej (badania MSC z 2016 roku).

– Ponad 80 proc. Polaków kupuje ryby i owoce morza głównie w sieciach handlowych. Coraz bardziej patrzą zarówno na jakość, jak i na pochodzenie produktów rybnych. Kluczowe sieci w Polsce posiadają w swoim asortymencie po kilkadziesiąt produktów certyfikowanych, więc każdy znajdzie coś dla siebie, w zależności od tego, jaką rybę się lubi – przekonuje Anna Dębicka.

Na warszawskiej Woli powstaje inwestycja na wzór światowych metropolii. Innowacyjny Implant połączy funkcje gastronomiczne, usługowe i walkę ze smogiem

Na warszawskiej Woli powstaje inwestycja na wzór światowych metropolii. Innowacyjny Implant połączy funkcje gastronomiczne, usługowe i walkę ze smogiem 12

W Warszawie, przy ulicy Chmielnej 75 powstanie IMPLANT – proekologiczny projekt, który będzie łączyć funkcje gastronomiczne, usługowe i społeczne. W nowocześnie zaprojektowanych modułowych konstrukcjach będzie można zrobić zakupy, skorzystać z różnego rodzaju usług i wziąć udział w wydarzeniach kulturalnych. Inicjatorzy chcą również promować ekologiczne zachowania wśród warszawiaków – IMPLANT będzie wyposażony m.in. w jeden z największych na świecie „łapaczy smogu” i zbiornik retencyjny. Inwestycja ma być gotowa wiosną przyszłego roku.

 Takie inwestycje już powstały za granicą. W Londynie jest Pop Brixton, Bangkok ma Artbox, a w Seulu funkcjonuje Common Ground. Teraz czas na Warszawę. Wydaje mi się, że nasze społeczeństwo dorosło do takiego miejsca jak Implant, w którym można się spotykać, tworzyć, spędzać miło czas i dobrze się bawić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Zagórski, jeden z pomysłodawców inwestycji IMPLANT. – Chcieliśmy stworzyć tygiel społeczny, gdzie będą przychodzić nie tylko ludzie z korporacji, ale też robotnicy z okolicznych placów budowy, rodziny z dziećmi czy branża kreatywna.

Jak podkreślają twórcy nowego miejsca, IMPLANT ma być swego rodzaju eksperymentem społecznym, który nie tylko połączy różne grupy społeczne, ale będzie pełnił również funkcje edukacyjno-inspiracyjne:

– Tutaj znajdą swoje miejsce zarówno młodzi ludzie, przedsiębiorcy, tutaj pewnie przyjdą zjeść lunch krawaciarze z pobliskich biurowców, ale bardzo gorąco myślimy też o rodzinach z dziećmi. Nie zapominamy o seniorach – będziemy mieli międzypokoleniowe potańcówki i spotkania – wymienia Zbigniew Bagiński, współpomysłodawca inwestycji.

IMPLANT będzie nowoczesnym, trzypoziomowym obiektem składającym się z 272 połączonych kontenerów. Został zaprojektowany przez architekta Jakuba Szczęsnego, odpowiedzialnego m.in. za projekt domu Kereta. Inwestycja powstanie na działce o powierzchni ponad 10 tys. mkw. przy ulicy Chmielnej 75, blisko ścisłego centrum Warszawy. Do użytku zostanie oddana wiosną przyszłego roku. Za realizację projektu odpowiada spółka Nowa Epoka Handlu.

Tę przestrzeń chcemy zmienić dla lokalnej społeczności. Chcielibyśmy, żeby na Chmielnej 75 znów zatętniło życie i chcemy zrobić to w sposób oddolny, zaprosić tutaj całą grupę mieszkańców Woli. W tym momencie dopinamy różnego rodzaju formalności związane z budową, która wystartuje jesienią. Chcemy otworzyć swoje podwoje już najbliższej wiosny – mówi Zbigniew Bagiński.

Implant zostanie podzielony na trzy główne strefy: gastronomiczną z wydzieloną powierzchnią restauracyjną, usługowo-handlową, w której m.in. znajdą się niewielkie butiki z propozycjami przede wszystkim od polskich projektantów, oraz halę eventową przeznaczoną na wydarzenia społeczne i kulturalne. To tu będą odbywały się warsztaty, wystawy i prelekcje.

– Ludzie potrzebują nie tylko miejsca, w którym będą mogli robić zakupy i się spotkać, ale też miejsca, które będzie miało jakąś wartość dodaną.. Wydaje nam się, że ludzie są trochę znudzeni wyjściem do restauracji… Chcieliby stworzyć coś razem i zaangażować się w ciekawe i wartościowe inicjatywy, stąd nasza oferta, zarówno eventowa, jak i powierzchni wynajmu. Dlatego też stawiamy na rozwiązania ekologiczne i integrowanie ludzi wokół interesujących inicjatyw – mówi Konrad Zagórski.

Do dyspozycji najemców zostanie oddanych blisko 5 tys. mkw. powierzchni użytkowej. Przestrzeń zaplanowana dla około 80 najemców zostanie podzielona na powierzchnie typu pop-up store. Dzięki elastycznemu podejściu do kwestii umów najmu każdy z przedsiębiorców ma mieć możliwość negocjowania dogodnego dla siebie okresu, na jaki chce podpisać umowę, dopasowanego do rodzaju prowadzonej działalności.

 Pop-upy to rozwiązanie, dzięki któremu będziemy mogli promować młody biznes ludzi kreatywnych i przedsiębiorczych. Myślimy tu głównie o młodych designerach, projektantach lub zawodach zapomnianych ­– wylicza Zbigniew Bagiński. – Oprócz standardowych funkcji usługowo-handlowych będziemy mieć tutaj również muzeum dla dzieci, social garden, różne aktywności kulturalno-rozrywkowe i edukacyjne.

Ważny aspekt inwestycji będą stanowiły rozwiązania – od wertykalnego ogrodu po specjalne farby, rozbijające cząsteczki zanieczyszczeń. W obiekcie znajdzie się zbiornik retencyjny i samowystarczalny wodny ekosystem Aquaponica oraz panele fotowoltaiczne i pompy powietrzne, a także jeden z najbardziej ekologicznych systemów docieplania budynków. Inicjatorzy projektu chcą też promować alternatywne, niskoemisyjne środki komunikacji. Stąd IMPLANT będzie wyposażony w stacje dla rowerów i ładowarki dla elektrycznych samochodów, a każdy bilet na parking przy obiekcie będzie oznaczać jedno zasadzone drzewo.

– Zurbanizowanie miasta jest ogromne, a przestrzeni zielonej jest bardzo mało. Miasto musi oddychać. Pomimo tego, że Warszawa jest zaprojektowana w przeciągu, smogu jest sporo i z tym chcemy walczyć – mówi Zbigniew Bagiński. – Będziemy mieć największy w Europie, a może nawet na świecie, łapacz smogu. Składa się on z dwóch elementów: farby tytanowej, która rozbija cząsteczki smogu pod wpływem promieniowania UV, oraz ogromnego wertykalnego ogrodu, który okala całą naszą inwestycję. Cały IMPLANT będzie właściwie spowity zielenią. Na tym nam bardzo zależy nie tylko ze względów estetycznych, ale też dlatego, iż chcemy, aby ludzie się czuli tu dobrze.