5 pułapek w zarządzaniu startupem

Zarządzanie startupem wbrew pozorom nie jest łatwe i, jak w przypadku każdego biznesu, wymaga odpowiedniego podejścia, wiedzy oraz umiejętności. W drodze do przysłowiowego pierwszego miliona na nową firmę czeka bowiem wiele pułapek. O najczęściej popełnianych przez młode przedsiębiorstwa błędach opowiada Łukasz Blichewicz z Grupy Assay, firmy doradczo-inwestycyjnej współpracującej ze startupami.

  1. Nie oddam %

Częstym problemem, występującym jeszcze przed rozpoczęciem przez startup działalności operacyjnej, bywa nierynkowa wycena powstającego przedsiębiorstwa. Wiele firm ma problem z samą strukturyzacją udziałową z uwagi na nadmierne wymagania zespołu założycielskiego. Osoby, które budują biznes od podstaw, widzą w nim bowiem przede wszystkim ogromny potencjał. Takie podejście jest niewątpliwie ważne w tworzeniu nowej struktury, nie odzwierciedla jednak w pełni rzeczywistości. Nie uwzględnia elementu ryzyka inwestycyjnego, które jest nieodzowną częścią lokowania kapitału w startupie. Tworząc nową spółkę warto więc mieć na względzie fakt, że nawet najlepszy pomysł obarczony jest szeregiem ryzyk i znaków zapytania, które racjonalny inwestor musi wziąć pod uwagę. Sama perspektywa znaczących zwrotów kapitałowych nie jest więc wystarczająca, aby zaakceptował on niewielki ułamek udziałów w firmie na początku jej istnienia. Jego potencjalne zyski powinny być proporcjonalne do ponoszonego ryzyka.

  1. Przewidzę wszystko

Budując nową firmę, założyciele niejednokrotnie próbują przewidzieć wszystkie wydarzenia, które mogą mieć miejsce w przyszłości i już na samym początku zabezpieczyć się przed ich skutkami. Owszem, warto opracować kilka potencjalnych scenariuszy działania w różnych sytuacjach rynkowych, nie da się jednak przewidzieć wszystkiego. Takie podejście w dłuższej perspektywie może nie tylko zniechęcać, lecz także generować niepotrzebne obciążenie finansowe. Jeśli bowiem zamiast na promocji produktu lub usługi wśród realnej grupy docelowej skupimy się na działaniach skierowanych do grupy potencjalnej, nasze starania będą mało efektywne i pociągną za sobą zbędne koszty.

  1. Jakoś to będzie

Zdarza się też, że założyciele przyjmują też przeciwną postawę, czyli „jakoś to będzie”. Zbytnia nonszalancja w prowadzeniu startupu to także nie jest dobry kierunek. Dla młodego przedsiębiorstwa brak znajomości rynku, na który chce wprowadzić swój produkt bądź usługę, niedbałość o zabezpieczenie od strony prawnej, finansowej czy nawet niedopilnowanie podstawowych terminów mogą okazać się równią pochyłą. Rynek szybko weryfikuje takie niedociągnięcia. Trzeba więc pamiętać, że jeśli chcemy prowadzić w przyszłości lukratywny biznes, od początku powinniśmy unikać lekkomyślnych posunięć. Skutki z pozoru nieistotnych decyzji podjętych na początku, mogą być bowiem nieodwracalne. Poza tym, pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz, a marketing szeptany krytykujący projekt będzie niezwykle silną bronią wymierzoną w świeżo powstałą firmę.

  1. Skalowanie to nie problem

Najtrudniejszym do zarządzania problemem, z którym boryka się niemal każdy startup, jest skalowanie biznesu. To często niedoceniana kwestia. Prędzej czy później trzeba jednak wyjść z fazy zarządzania założycielskiego i przystąpić do budowy dobrze prosperującej organizacji, zwiększającej przychody i szukającej nowych grup dotarcia. Bardzo wiele przedsięwzięć z mocnymi perspektywami i szybkim rozwojem staje w miejscu lub po prostu upada przez nieodpowiednie zarządzanie dynamicznie rosnącą organizacją. Nie jest to łatwe zadanie i wymaga sporej wiedzy oraz doświadczenia w pracy z większymi organizacjami, segmentacją zadań, zarządzaniem zasobami ludzkimi i wieloma innymi.

  1. Ogarnę wszystko

Założyciele nowego przedsięwzięcia często mają problem z delegowaniem kompetencji. Starają się nie tylko określać kierunki strategiczne, lecz także wykonywać zadania operacyjne. Choć na początku większością spraw może, a nawet powinien zajmować się zespół założycielski, ponieważ wykona je szybciej i efektywniej niż pracownicy, z czasem ilość obowiązków jest tak duża, że utrzymanie takiego stanu rzeczy jest niekorzystne dla firmy. Grupa kilku osób nie jest w stanie wykonać wszystkiego sama. Każdy startup powinien więc już w pierwszych miesiącach funkcjonowania nauczyć się delegowania zadań i strukturyzacji celów powierzanych zespołom. Z pewnością w początkowym stadium rozwoju pomoże też jasne przypisanie kompetencji oraz metoda kontroli stopnia zaawansowania projektu „step-by-step”.

Pomysł na innowacyjną usługę lub produkt to niewątpliwie dobry początek startupu. Zanim jednak przerodzi się on w dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, jego twórców czeka sporo wyzwań, na co zwrócił uwagę Łukasz Blichewicz.

Cisco i Google Cloud nawiązują partnerstwo, aby usprawnić pracę ponad 150 milionów osób

W ramach pogłębiającej się współpracy pomiędzy obiema firmami, Cisco ogłasza pierwszą falę integracji swoich rozwiązań z zakresu collaboration z produktami Google. Partnerstwo to wykracza daleko poza zapewnienie kompatybilności rozwiązań do połączeń głosowych, poczty e-mail, wymiany dokumentów czy obsługi klienta. Celem współpracy jest przede wszystkim pomoc użytkownikom w bardziej efektywnym wykonywaniu ich pracy.

„W Cisco wierzymy, że sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe radykalnie zmienią sposób, w jaki pracujemy. Kreując wizję przyszłości, odkrywamy jak usługi AI z Google Cloud Platform mogą nam pomóc rozwinąć możliwości współpracy” – mówi Amy Chang, wiceprezes Cisco ds. rozwiązań Collaboration.

Integracja rozwiązań Cisco i Google Cloud, ogłoszona na konferencji Google Cloud Next, obejmuje 4 kluczowe obszary:

  1. Osoby pracujące w centrach obsługi klienta mogą liczyć na wsparcie sztucznej inteligencji, dzięki czemu będą w stanie szybciej i lepiej odpowiadać na pytania.

Obecnie ponad 3 miliony pracowników obsługi klienta na całym świecie korzysta z oprogramowania Cisco dedykowanego centrom kontaktowym. Rozwiązanie Cisco Customer Journey rozbudowane o Contact Center AI od Google Cloud sprawi, że jakość ich interakcji z klientami będzie najwyższa z możliwych.

Contact Center AI jest prostym, bezpiecznym i elastycznym rozwiązaniem, pozwalającym przedsiębiorstwom o ograniczonej wiedzy z zakresu wykorzystania uczenia maszynowego na wdrożenie sztucznej inteligencji w ich centrach kontaktowych. Rozwiązanie automatycznie dostarcza agentom odpowiednie dokumenty, które pomagają prowadzić rozmowy z klientami. System jednocześnie stale się uczy, aby dostarczać coraz istotniejsze informacje w czasie rzeczywistym.

Kombinacja możliwości AI firmy Google z globalnym zasięgiem technologii Cisco ma szansę znacznie poprawić sposób, w jaki firmy kontaktują się ze swoimi klientami.

  1. Planowanie spotkań Webex w Kalendarzu Google za jednym kliknięciem.

Dzięki dodatkowi z G Suite (pakiet aplikacji Google), w najbliższych miesiącach ikona Webex Meetings będzie wyświetlana za każdym razem, kiedy użytkownicy będą planowali spotkanie w Kalendarzu Google. Wybranie tej opcji pozwoli skonfigurować wideokonferencję Webex dla wybranych użytkowników, uwzględniając pokoje, w których ma się odbyć. Inni uczestnicy spotkania mogą następnie wziąć w nim udział, korzystając z terminala wideo Cisco, naciskając duży zielony przycisk „dołącz” lub z poziomu przeglądarki Chrome za pomocą jednego kliknięcia. Nie trzeba pobierać plików ani instalować kont gości. Pomimo tego, że rozwiązania pochodzą od różnych firm, użytkownicy będą mieli wrażenie, jakby od początku zostały one stworzone do wspólnego użytkowania.

Ułatwienie planowania i dołączania do spotkań to tylko jedna z nowych funkcjonalności. Wykorzystanie Google AI do takich czynności, jak transkrypcja, tłumaczenie, podsumowania spotkań i zarządzanie zadaniami sprawi, że to, o czym rozmawiamy stanie się bardziej użyteczne dla wszystkich, niezależnie od tego, czy uczestniczyli w spotkaniu, czy nie.

  1. Połączenia głosowe i spotkania wideo Cisco jako dodatek do aplikacji na Androida.

Dzięki pakietowi Webex Teams Android SDK, programiści mogą łatwo wzbogacić swoje aplikacje na Androida o funkcje współpracy Cisco. Dzięki temu możliwe będzie dodanie spotkania wideo do inteligentnych okularów, aby zaoferować rozmówcom opcję „zobacz, co ja widzę”, która może mieć zastosowanie np. w rozmowie eksperta znajdującego się na lądzie z inżynierem na statku pośrodku oceanu.

  1. Użytkownicy Webex Teams mogą swobodnie korzystać z dokumentów, arkuszy, prezentacji czy formularzy Google.

Ponieważ użytkownicy coraz częściej wspólnie pracują nad treściami, Cisco i Google testują sposoby na ułatwienie tej pracy. Efektem jest np. możliwość udostępnienia dokumentu, wspólnej pracy na nim i ponownej jego edycji tak wiele razy, jak to tylko potrzebne, bez konieczności zapisu za każdym razem, gdy wprowadzono zmianę. Każdy użytkownik będzie miał zawsze dostęp do aktualnej wersji pliku.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Letnia „hossa”

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Za oknem piękna pogoda, sezon wakacyjny w pełni, a na giełdzie długo wyczekiwany wzrost. Z czysto sezonowego punktu widzenia okres letni na rynku kapitałowym dość często prowadzi do zwyżek cen akcji. Ci, co chcieli pozamykać swoje pozycje, zrobili to bowiem przed wakacyjnym wyjazdem. Z kolei osoby dalej myślące o sprzedaży, swoich zleceń na rynku nie będą plasować podczas urlopów. Poczekają do ich końca, kiedy warunki do sprzedaży będą lepsze w postaci większej płynności oraz prawdopodobnie wyższych cen po letniej „hossie”. Tym samym lipiec oraz przynajmniej pierwsza połowa sierpnia to pozytywne okienko czasowe dla polepszenia giełdowej koniunktury – i to właśnie obserwujemy. Ciężko bowiem jest spadać z tego samego powodu, tyle że odmienianego przez wszystkie możliwe przypadki. Zresztą  po wczorajszym spotkaniu szefa Komisji Europejskiej z Donaldem Trumpem nastąpiło zawieszenie broni w wojnie handlowej USA z UE, a na horyzoncie pojawiły się także dodatkowe pozytywy i warto jest o nich wspomnieć. Po pierwsze, od początku tygodnia mówi się o trwających w BoJ pracach nad możliwością modyfikacji prowadzonego skupu aktywów, by umożliwić bardziej naturalny wzrost oprocentowania obligacji. Zapewne japoński bank centralny jak ognia unikać będzie nazwania swoich potencjalnych przyszłych działań mianem zacieśnienia prowadzonej polityki i akcentować będzie jej rosnącą elastyczność, ale inwestorzy nauczeni przykładem podobnych wcześniejszych działań ze strony EBC wiedzą swoje. W praktyce mówimy więc o wciąż trwającym globalnym trendzie powolnego odejścia od ultrałagodnej polityki. Docelowo dla rynku akcji korzystne to nie jest, ale w pierwszym stadium pozwala złapać oddech bankom i przy utrzymującym się korzystnym otoczeniu gospodarczym dla rynku jest nawet korzystne. Szczególnie, że druga rynkowa plotka wiąże się ze skalą jaką piątkowe dane o amerykańskim wzrośnie PKB w II kw. okażą się wyższe od prognoz. Tym samym największa gospodarka na świecie rozwija się w bardziej niż zadowalającym tempie, co w połączeniu z zaimplementowaną na początku roku obniżką podatków prowadzi do kolejnego udanego sezonu wynikowego spółek. Drugi istotny pozytywny czynnik wiążę się z kolei z drugą największą gospodarką na świecie, czyli Chinami. Tutaj koniunktura jest już mniej sprzyjająca i dane wskazują na postępujące powolne, ale jednak spowolnienie. Tym niemniej władze w Pekinie najwyraźniej postanowiły nacisnąć pedał przyspieszenia i zaimplementują nowy stymulus, który poza już łagodzoną polityką monetarną ma obejmować także bodziec fiskalny. Notabene ma się on koncentrować na obniżce podatków dla przedsiębiorstw, co w zastanawiający sposób przypomina wcześniej wprowadzone zmiany podatkowe w USA. Tym samym pozytywne okienko dla wzrostów może dalej funkcjonować, ale od połowy sierpnia wcześniej rozproszone ciemne chmury mogą wrócić nad globalne rynki finansowe.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Kaczki i gęsi polskim hitem eksportowym

Polska słynie z hodowli drobiu, w tym także kaczek i gęsi. Najwięcej gęsiny, bo aż 80 proc. produkuje się w woj. kujawsko-pomorskim. Ponad 90 proc. zasobów tego mięsa trafia jednak za granicę. Równie dużym uznaniem cieszy się rodzime mięso kacze. W 2016 r. pogłowie tych zwierząt wyniosło ponad 19 mln. Eksperci przewidują szybki rozwój tych sektorów w Polsce. 

 – Chów drobiu wodnego w Polsce ma wieloletnią tradycję. Drób ten jest bardzo dobrze przystosowany do polskich warunków środowiskowych. To niewątpliwa przewaga polskich hodowców, która wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na mięso tych ptaków przyczynia się do dynamicznego rozwoju tego sektora w Polsce. Przemawiają za tym również liczby – jeśli wszystko pójdzie dobrze, w tym roku utrzymamy poziom 3 mln, jeżeli chodzi o produkcję – komentuje Marcin Szukalski, kierownik regionalny ds. drobiu De Heus.

Polacy jedzą stosunkowo niewiele mięsa kaczego i gęsiego. Większość wyprodukowanego mięsa trafia do Niemiec. Coraz więcej drobiu wodnego eksportujemy również do krajów azjatyckich. Największą popularnością cieszą się tam takie części jak łapy i głowy. Z kolei Japończycy od lat doceniają puch z polskich gęsi.

Powiększenie rodzimych stad i możliwości lokalnej produkcji pozwalają na rozwój eksportu drobiu wodnego w zupełnie nowych kierunkach. Znacznie podniósł się również standard utrzymania i produkcji tych ptaków w Polsce. – Fermy utrzymujące drób wodny rosną, a hodowcy przywiązują coraz większą wagę do standardów produkcji – dodaje Szukalski.

Ponad 95 proc. polskich gęsi stanowią słynne gęsi owsiane, reszta to odmiany regionalne. – Jej nazwa związana jest ze zwyczajem karmienia gęsi owsem na trzy tygodnie przed ubojem. Zabieg ten znacząco podnosi walory smakowe mięsa – komentuje ekspert De Heus. Gęsina to produkt luksusowy. Słynie z kruchego i delikatnego mięsa, praktycznie pozbawionego tłuszczu. Jest źródłem łatwo przyswajalnego białka oraz przyczynia się do znacznej redukcji cholesterolu. Dodatkowo zawiera bogactwo witamin z grupy A, B1, B2, D, E i PP, a także fosfor, żelazo i magnez.

Hodowcy, którzy chcą rozwijać swoje gospodarstwa powinni zadbać o profilaktykę oraz prawidłowe żywienie zwierząt. – W przypadku drobiu wodnego nie można zapominać o zapewnieniu odpowiedniego mikroklimatu, temperatury, wentylacji czy suchej ściółce – uzupełnia Marcin Szukalski.

Kaczki idealnie nadają się do tuczu. Szybko przyrastają i w prawidłowy sposób przyswajają paszę.
W Polsce materiałem do produkcji brojlerów kaczych są głównie kaczki Pekin oraz barbarie – dodaje.

Sezonowość produkcji gęsiej. Pierwsze wstawienia gąsiąt rozpoczynają się na początku marca. Pierwszy ubój odbywa się zazwyczaj w okolicach czerwca. Przy podjęciu decyzji o intensywnym chowie drobiu wodnego, należy pamiętać także o zawarciu umowy z ubojnią, która także dostarcza pisklęta.

Hodowcy powinni postawić na jakość i pamiętać, że naszej pozycji zagrażają Węgrzy, którzy mocno rozwijają się w tym obszarze. Pomocne w utrzymaniu się na rynku jest wsparcie od specjalistów i firm o silnych pozycjach rynkowych – podsumowuje Marcin Szukalski z De Heus.

Kurs euro i złotego w górę po zapowiedzi negocjacji handlowych UE-USA

D. Trump i J. C. Juncker ogłosili, że relacje między USA i UE wchodzą w nową fazę, zapowiadając podjęcie negocjacji handlowych (ws. likwidacji ceł i subsydiów na dobra przemysł. spoza motoryzacji) i wstrzymanie się przez USA z kolejnymi taryfami na czas rozmów. Strona europejska zgodziła się na „natychmiastowe” zwiększenie importu amerykańskiej soi i gazu skroplonego (LNG) oraz obniżenie taryf w sektorze przemysłowym. Pod koniec tygodnia lokalny rynek długu może wesprzeć EBC. Gołębie posiedzenie EBC może lekko ostudzić nastroje.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę zmienność na rynku głównej pary walutowej pozostawała niewielka. W centrum uwagi znajdowało się spotkanie szefa Komisji Europejskiej z prezydentem USA. Złoty podczas sesji europejskiej testował okolice 4,30-4,31. Dzień wcześniej w reakcji m.in. dość dobre dane ze strefy euro potwierdzające umiarkowane tempo rozwoju gospodarki kurs EURPLN spadł do 4,295.

W środę nastroje wspierała publikacja niemieckiego indeksu Ifo, która zaskoczyła inwestorów wyższym od prognozowanego wynikiem. W lipcu indeks nastrojów gospodarczych wzrósł do 101,7 pkt wobec oczekiwanych 101,5. Na rynku wyczuwało się jednak niepewność, ryzyko kontynuacji twardej retoryki prezydenta Trumpa pozostawało bowiem wysokie, pomimo że Juncker do Waszyngtonu pojechał z nastawieniem na otrzymanie „jakiejś” propozycji. W rezultacie kurs EURUSD pozostawał w przedziale z ostatnich dni 1,165-1,175.

Obawy rynku rozwiały doniesienia, że USA i UE będą razem „pracować” na rzecz zniesienia barier handlowych. Choć nie było do końca określone, czy w grę wchodzi też odejście od ewentualnych ceł USA na przywóz samochodów z Europy, zapewnienia o woli rozmowy wsparły nastroje. Kurs EURUSD wzrósł do 1,174 co pozwoliło powrócić EURPLN w okolice 4,294.

W czwartek w centrum uwagi znajdzie się posiedzenie EBC. Pomimo nie najgorszych danych gospodarczych oczekuje się utrzymania gołębiego tonu. Chwilowo może to zaszkodzić wspólnej walucie, jednak biorąc pod uwagę poprawę nastrojów po rozmowach Trumpa z Junckerem ewentualne spadki EURUSD mogą nie być duże (zakładając, że Draghi nie zaskoczy inwestorów nasilonym gołębim przekazem).

Na rynku stopy procentowej środowa sesja przyniosła wyraźny spadek rentowności obligacji bardziej widoczny na dłuższym końcu krzywej. Był to zapewne efekt zbliżającego się terminu wykupu obligacji PS0718 i wypłaty odsetek, gdyż na rynkach bazowych dominowała stabilizacja. Dodatkowo MF zdecydowało się na ograniczenie podaży obligacji na piątkowej aukcji regularnej. Wcześniej resort podawał widełki na poziomie 4,0-8,0 mld PLN, w środę zrewidował je w dół do 4,0-7,0 mld PLN.

W ostatnich miesiącach sytuacja na rynku długu nie uległa istotniejszej zmianie. Rentowności 2-letnich papierów utrzymują się lekko poniżej 1,65%, natomiast 10-letnich w przedziale 3,10%-3,30%. Rośnie zainteresowanie aktywami ryzykownymi. Widać to m.in. po US Treasuries, które w sektorze 10 lat zbliżają się już w okolice 3,0%. Jeśli ten trend będzie kontynuowany, wówczas spodziewać się można lekkiego stromienia krzywej w efekcie również wzrostu rentowności długoterminowych obligacji na lokalnym rynku. Niemniej, krótkoterminowo krajowy rynek może jeszcze wzmocnić EBC.

Wykres dnia: Jeśli Ministerstwo Finansów w piątek zdecyduje się na emisję obligacji o maksymalnej wartości 7 mld PLN, to będzie to największa sprzedaż na aukcji regularnej od stycznia.
Jeśli Ministerstwo Finansów w piątek zdecyduje się na emisję obligacji o maksymalnej wartości 7 mld PLN, to będzie to największa sprzedaż na aukcji regularnej od stycznia
Źródło: Ministerstwo Finansów

Autorzy / Żródło: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Polska jednym z czołowych rynków pracy w Europie

W czerwcu br. stopa bezrobocia w Polsce zgodnie z danymi GUS osiągnęła 5,9 proc. Optymistyczne wnioski można znaleźć także w majowym raporcie Eurostatu, wg którego Polska z wynikiem 3,8 proc. była 4. europejskim krajem z najniższym odsetkiem osób bezrobotnych. Pozytywne nastroje w kraju potwierdzają również wyniki raportu „Confidence Index” przygotowywanego cyklicznie przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Wg zebranych informacji, aż 64 proc. Polaków korzystnie oceniło rodzimy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową, co wśród badanych państw stanowi 3. wynik na Starym Kontynencie.

Dane GUS pokazują symboliczny moment na polskim rynku pracy, ponieważ liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy w minionym miesiącu osiągnęła poziom 967,9 tys. wobec 1.002,2 tys. osób w maju. Oznacza to, że liczba szukających pracy spadła poniżej miliona. W przypadku wyników Eurostatu, Polska osiągnęła 4. wynik w Europie. Przed nią znalazły się tylko Węgry (3,7 proc.), Niemcy (3,4 proc.) oraz Czechy (2,3 proc.). Mimo różnicy w danych statystycznych, wynikającej z odmiennych metod badawczych, niepodważalnym faktem jest, że bezrobocie w Polsce maleje, a krajowy rynek pracy coraz lepiej wypada na tle europejskim.

Zjawisko to znajduje również odzwierciedlenie w wynikach badań „Confidence Index”, które przeprowadza firma Michael Page. Zgodnie z nimi, w II kwartale 2018 r. aż 64 proc. polskich pracowników korzystnie oceniło krajowy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową. Poziom optymizmu wśród Polaków był wyższy od średniej europejskiej o 6 p.p., co uplasowało Polskę na równi ze Szwecją na 3. pozycji w Europie. Bardziej usatysfakcjonowani rodzimym rynkiem pracy byli tylko Niemcy (70 proc.) oraz Austriacy (69 proc.), przy czym wg Eurostatu, poziom bezrobocia w Austrii i Szwecji w maju br. był o wiele wyższy niż w Polsce i wyniósł kolejno 4,6 proc. i 6,1 proc.

Na GPW zadebiutowały certyfikaty strukturyzowane ING Turbo na akcje CD Projektu

  • 26 lipca tego roku do obrotu na warszawskiej giełdzie zostały wprowadzone certyfikaty strukturyzowane ING Turbo oparte o akcje spółki CD Projekt
  • Po raz pierwszy w historii w systemie UTP-W na GPW  notowanych jest łącznie ponad 1000 certyfikatów i obligacji strukturyzowanych

Debiutujące dziś w obrocie giełdowym certyfikaty ING Turbo, oparte o akcje spółki CD Projekt, pozwolą inwestorom wykorzystać zalety certyfikatów Turbo wynikające ze zmiany cen firmy specjalizującej się w branży gier wideo (wyprodukowała ona m.in. popularną na świecie trylogię gier o Wiedźminie). CD Projekt wchodzi w skład indeksu WIG20, a jego kapitalizacja sięga 20,2 mld PLN[1].

Na początku, do obrotu trafią dwa certyfikaty ING Turbo na akcje CD Projekt. Emitentem jest ING N.V., a cena jednego certyfikatu wyniesie między 5 a 6 PLN i będzie się kształtować w zależności od zmiany cen akcji CD Projektu. Tak niska cena wynika z konstrukcji certyfikatu – jeden certyfikat odpowiada inwestycji w 1/10 akcji CD Projekt. Certyfikaty będą notowane w systemie UTP-W.

Inwestujący w certyfikaty ING Turbo będą mieli dostęp do akcji już 14 polskich i zagranicznych spółek (w tym największych, światowych spółek technologicznych), zaś łącznie uzyskają dostęp do 34 instrumentów bazowych.

ING Turbo to produkty inwestycyjne, które pozwalają osiągać zyski zarówno na wzrostach, jak i spadkach cen instrumentów bazowych. Instrumentami bazowymi dla ING Turbo są m.in. akcje największych polskich i międzynarodowych spółek, główne indeksy wybranych światowych giełd, surowce i pary walutowe. Certyfikaty ING Turbo umożliwiają wykorzystanie dźwigni finansowej, dzięki której zmiana cen produktów strukturyzowanych może być dużo większa niż zmiana ceny instrumentu bazowego. Certyfikaty ING Turbo po raz pierwszy zostały wyemitowane przez ING na rynku holenderskim w 2008 r. Produkt został również udostępniony inwestorom we Francji, Niemczech oraz Polsce. Jest to instrument przeznaczony dla aktywnych inwestorów oraz osób, które akceptują ponadprzeciętny poziom ryzyka inwestycyjnego.

Oprócz certyfikatów na CD Projekt, dziś na GPW zadebiutowały także dwa certyfikaty Turbo na WIG20 oraz po jednym na Orange Polska i indeks DAX.

W ostatnich dniach, po raz pierwszy w historii, w obrocie na GPW liczba instrumentów notowanych w UTP-W przekroczyła 1000. Wskazuje to na rosnące zainteresowanie inwestorów i emitentów tym segmentem rynku.

Więcej informacji o certyfikatach i ich budowie na stronach  https://www.gpw.pl/produkty-strukturyzowane oraz www.ingturbo.pl/akademia.

Wolfs Technology Fund S.A. pozyskuje 15 mln zł z emisji akcji serii E

0

Wolfs Technology Fund S.A. (dawniej Graphic S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem i zarządzaniem nieruchomościami oraz prowadzeniem projektów inwestycyjnych, zakończyła emisję akcji serii E, z której pozyskała ponad 15 mln zł. Środki te zostaną przeznaczone na dalsze inwestycje w nieruchomości.

W ramach przeprowadzonej emisji akcji serii E Spółka wyemitowała 7.543.092 szt. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 2,00 zł. Łącznie z emisji akcji tej serii Wolfs Technology Fund S.A. pozyskała środki w wysokości ponad 15,08 mln zł. Zostaną one przeznaczone przez Emitenta na dalszy zakup, rozbudowę oraz udoskonalanie posiadanych nieruchomości, a także na rozwój kanałów sprzedaży. Zarząd Spółki bardzo dobrze ocenia zakończoną z sukcesem emisję akcji serii E i przewiduje, że pozyskany kapitał wpłynie pozytywnie na jej dalszy rozwój.

„Zakończona z sukcesem emisja stanowi przełom w naszej działalności i bardzo nas cieszy, że inwestorzy docenili potencjał Wolfs Technology Fund. Jestem przekonany, że pozyskane środki wpłyną pozytywnie na nasz dalszy dynamiczny rozwój, który zakłada zwiększenie skali działalności inwestycyjnej o nowe rynki nieruchomości. To z kolei z pewnością przełoży się na rentowność całej Spółki z korzyścią dla naszych Akcjonariuszy.” – podkreśla Michał Krzyżanowski, Prezes Zarządu Wolfs Technology Fund.

Spółka w lipcu br. poinformowała o zmianie nazwy na Wolfs Technology Fund S.A., co wynika z prowadzenia działalności w nowych obszarach biznesowych, m.in. w segmencie deweloperskim w zakresie budownictwa mieszkaniowego. W ten sposób Emitent będzie mógł lepiej budować swoją rozpoznawalność na rynku kapitałowym oraz na rynku nieruchomości.

W czerwcu 2018 r. Spółka podpisała dwie przedwstępne warunkowe umowy zakupu nieruchomości gruntowych zlokalizowanych w Gdyni, na których planuje zrealizować projekty deweloperskie. Pierwszy z nich to deweloperska inwestycja mieszkaniowa usytuowana w Gdyni Oksywiu, w bardzo ciekawej okolicy, o PUM na poziomie ok. 1.100 m2, która będzie obejmowała 15-16 mieszkań i minimum 16 miejsc postojowych w garażu. Drugi projekt deweloperski Wolfs Technology Fund S.A. zostanie zrealizowany w Gdyni, w dzielnicy Mały Kack. Emitent zamierza przeprowadzić deweloperską inwestycję mieszkaniową z widokiem na Gdynię o PUM silegającym ok. 450 m2, obejmującą 7-8 mieszkań.

PPK zamiast OFE – szansą na mniejszą obniżkę emerytur?

Ogólną intencją Pracowniczych Planów Kapitałowych jest zastąpienie tego, co przedtem miały spełniać Otwarte Fundusze Emerytalne.Połowa ich środków została przejęta przez poprzedni rząd, więc pozostało niewiele. Według obecnego rządu PPK ma spełniać dwa cele. Jednym z nich jest zwiększenie środków potrzebnych do sfinansowania emerytur, które bez niego byłyby coraz niższe.  Oprócz tego ma być to zastrzyk dodatkowego kapitału do gospodarki, m.in. na giełdę czy do systemu bankowego, z którego mogą korzystać przedsiębiorcy.

– Fundusze, jakie mają być w tej chwili generowane w programie, są stosunkowo umiarkowane. Znaczące zwiększenie przyszłych emerytur oraz wygenerowanie dodatkowych środków dla gospodarki wymagałoby, żeby program ten odbywał się na dużo większą skalę – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – Rząd na pierwszym etapie obawia się oporu ze strony przedsiębiorców i pracowników. Środki finansowe dostarczyć mają jedni i drudzy, ale przede wszystkim pracodawcy. Obecny zakres PPK zapewni nieznaczny wzrost emerytur. Bez niego za 20-30 lat świadczenia te w stosunku do płac spadną do ok. 30-35 proc., z obecnego poziomu – ok. 50 proc. Celem było więc zmniejszenie tego spadku, jednak będzie on miał nadal miejsce – ocenił Gomułka.

Jak wygląda współpraca z agencją PR?

Jak wygląda współpraca z agencją PR?Wielu przedsiębiorców prowadzących małą firmę lub zajmujących się kierowaniem dużymi korporacjami z własnym działem PR rozważa, czy w ich przypadku nawiązanie współpracy z agencją public relations jest opłacalne. Osoby decydujące się na skorzystanie z usług specjalistów od wizerunku powinny wiedzieć, jak taka współpraca wygląda i jak się do niej przygotować.

Agencja public relations – dlaczego warto skorzystać z jej usług?

Na współpracę z agencją PR warto zdecydować się z całą pewnością w dwóch przypadkach – kiedy firma przeżywa kryzys wizerunkowy, a także w sytuacji wprowadzania na rynek nowego produktu lub usługi. Specjaliści od public relations zajmują się wszelkimi działaniami mającymi na celu poprawić nadszarpnięty wizerunek firmy lub też przygotować ją w odpowiedni sposób do promocji wprowadzanych nowości. Jako obserwatorzy z zewnątrz mogą obiektywnie wyznaczyć słabe i mocne strony przedsiębiorstwa oraz udzielić wskazówek jak poprawić pozycję firmy wśród konkurencji. Skuteczna agencja public relations to również pomoc w zainteresowaniu odbiorców konkretną ofertą oraz w budowaniu zaufania społecznego, co przekłada się na większą liczbę klientów, a co za tym idzie – na poprawę wyników finansowych.

Współpraca z agencją PR – od czego zacząć?

Owocna współpraca ze specjalistami od public relations zależy od odpowiedniego przygotowania przedsiębiorcy do tego zadania. Powinien on więc precyzyjnie określić cele i misje firmy, a także sposób w jaki ma ona być postrzegana przez środowisko zewnętrzne. Na tej podstawie agencja dokonuje analizy stanu wyjściowego i bada aktualną sytuację, dzięki czemu może zaplanować konkretne i najbardziej optymalne w danym przypadku działania pozwalające osiągnąć sukces. Obrana strategia powinna też uwzględniać potrzeby i oczekiwania grupy docelowej, dzięki czemu łatwiej będzie wybrać odpowiednie narzędzia i dotrzeć do odbiorców. Kolejny krok to określenie przez specjalistów od PR celów działań, którymi zazwyczaj są wzmocnienie opinii na dany temat lub jej zmiana. Po dokładnym rozpoznaniu branży, a także potrzeb firmy i jej klientów możliwe jest zaplanowanie konkretnej strategii działania oraz wybór najbardziej skutecznych narzędzi i taktyk pozwalających osiągnąć założone cele.

Kontakty z mediami

Jednym z istotnych zadań specjalistów od PR jest z pewnością komunikowanie się z mediami oraz przekazywanie informacji o samej firmie, a także wprowadzanych przez nią na rynek nowościach. W tym przypadku ważne jest ustalenie grupy docelowej, którą może zainteresować konkretna oferta. Doświadczona agencja public relations, jak np. Consulting’n more z Warszawy, może też promować swojego klienta w mediach społecznościowych, jednak tutaj trzeba mieć przygotowany spójny plan działania dostosowany do tego specyficznego środowiska. Warto przy tym zaznaczyć, że specjaliści od wizerunku będą działać efektywniej przy stałym kontrakcie ze swoim klientem. Ważne jest więc, aby przedsiębiorca dostarczał agencji niezbędnych informacji i dbał o owocną współpracę.

Dlaczego warto podawać wynagrodzenie w ofertach pracy?

Podawać, czy nie podawać – oto jest pytanie! Kandydaci do pracy zdecydowanie chcą znać wynagrodzenie, zanim jeszcze odpowiedzą na konkretną ofertę, ale pracodawcy woleliby zachować tę informację w tajemnicy. A jednak, więcej argumentów przemawia za tym, by ujawnić przynajmniej orientacyjne stawki.

Jeśli zapytamy o to samych pracowników, wyniki będą jednoznaczne. Aż 84% ankietowanych Polaków uważa, że w ogłoszeniach o pracę powinny być podawane stawki wynagrodzenia (badanie Work Service, 2017 r.). Wyniki te mogłyby być zupełnie inne, gdyby ankietowanymi byli przedstawiciele przedsiębiorstw odpowiadający za rekrutację.

Wiele firm obawia się ujawnienia stawek przed konkurencją lub ma wątpliwości, czy po upublicznieniu choćby orientacyjnych stawek, możliwe będą jeszcze negocjacje wysokości wynagrodzenia z kandydatem. A przecież nie każdy ma równie dobre przygotowanie lub doświadczenie, co z kolei oznacza, że różnym kandydatom można proponować odmienne stawki za pracę na tym samym stanowisku.

Niejednokrotnie pracodawca staje przed decyzją, czy wybrać bardziej doświadczonego specjalistę i zapłacić mu więcej, czy zdecydować się na osobę mniej doświadczoną, ale mającą mniejsze oczekiwania finansowe. Można jednak zakładać, że w przypadku stawki podanej w zakresie od-do, większość osób będzie rozumiała, że maksymalna wartość dotyczy najbardziej doświadczonych kandydatów w danym obszarze.

– Dla specjalistów poszukujących pracy, zawarta w ogłoszeniu informacja o wysokości wynagrodzenia jest wyznacznikiem tego, jakiego poziomu doświadczenia oczekuje pracodawca. Jeśli w danej branży osoba o niewielkim doświadczeniu zarabia np. 3.000 zł, a doświadczony specjalista ok. 7.000 zł, to podanie widełek w granicach 4-5 tys. zł będzie sygnałem, do których osób z szerokiej puli potencjalnych kandydatów kierowana jest ta konkretna oferta – zauważa Patrycja Łąkowska z portalu Jober.pl

W gruncie rzeczy również z punktu widzenia pracodawcy ujawnianie stawek może okazać się bardzo korzystne. Poniżej zabraliśmy 3 najważniejsze argumenty.

1) Brak stawek odstrasza kandydatów

Jeśli kandydat dokonuje wyboru pomiędzy kilkoma ogłoszeniami, które z nich wybierze? Jeśli firma X podaje orientacyjne stawki, a firma Y ich nie ujawnia, dla kandydata może być to sygnał, że drugi z pracodawców proponuje niższe stawki i dlatego właśnie woli je ukryć. Brak podanych stawek wywołuje podejrzenie, że pracodawca ma niewiele do zaoferowania. Takie przypuszczenie, nawet jeśli jest błędne, może sprawić, że kandydat nie odpowie na ogłoszenie, i to pomimo, że sam spełnia wszystkie oczekiwania wymienione przez pracodawcę.

2) Ujawnienie stawek oszczędza czas i koszt rekrutacji

Nie da się ukryć, że dla potencjalnego pracownika wysokość wynagrodzenia jest jedną z najważniejszych informacji – szczególnie, jeśli dla nowej pracy miałby zrezygnować z dotychczasowej. Oczywiste jest także to, że wynagrodzenie, które będzie odpowiednie w oczach jednego kandydata, może okazać się zbyt niskie dla innego. Jeśli jednak z góry wiadomo, o jaką stawkę toczy się rekrutacyjna gra, wtedy osoby, dla których dane wynagrodzenie nie będzie atrakcyjne, po prostu nie odpowiedzą na ofertę, oszczędzając w ten sposób swój czas. Ale czas zaoszczędzi także pracodawca, który w innym przypadku musiałby przeanalizować CV i list motywacyjny, zaprosić kandydata na spotkanie, przeznaczyć około godziny na rozmowę, by na koniec okazało się, że oczekiwania finansowe firmy i kandydata zupełnie się rozmijają. Dla obydwu stron byłoby lepiej (i taniej!), gdyby sprawa wynagrodzenia była jasna od początku.

3) Jawność buduje reputację rzetelnego pracodawcy

Jeśli pracodawca podaje wysokość oferowanego wynagrodzenia, oznacza to, że gra w otwarte karty. Idąc dalej, jest to sygnał, że firma chce być transparentna, uczciwa i że z szacunkiem podchodzi do swoich kandydatów. Jawność wynagrodzeń można uznać za element employer brandingu, czyli budowania marki pracodawcy i to już na bardzo wczesnym etapie kontaktu z przyszłym pracownikiem. Dla kandydata to ważny sygnał i zarazem argument, aby związać się z tym właśnie przedsiębiorstwem.

Dobrze, jeśli decyzja o ujawnieniu stawek w ogłoszeniach o pracę nie będzie podejmowana z doskoku i tylko w odniesieniu do niektórych ofert. Warto wpisać taką transparentność w strategiczne działania firmy. W ten sposób można długofalowo budować wizerunek pracodawcy, który dba, by kandydaci otrzymywali wszystkie ważne dla nich informacje już na pierwszym etapie rekrutacji.

W przypadku podjęcia takiej decyzji, warto konsekwentnie się jej trzymać i w odpowiedni sposób eksponować informację o wynagrodzeniu podczas kolejnych rekrutacji. Chodzi o to, aby wiadomość o stawkach nie była ukrywana poprzez umieszczenie jej drobnym drukiem w przypisie do oferty. Np. w portalu Jober.pl, jeśli ogłoszeniodawca ujawnia informacje o zarobkach (nawet jeśli są to widełki od-do), zostają one wyeksponowane od razu na liście z wynikami wyszukiwania. W takim przypadku zarobki mogą być dla kandydata dodatkowym magnesem. I faktycznie – ogłoszenia z podanymi stawkami są klikane chętniej niż te, które nie zawierają takich informacji.

– Zauważamy, że w odpowiedzi na potrzeby kandydatów coraz więcej firm decyduje się na podanie „widełek” wynagrodzenia i bardzo nas to cieszy. Myślę, że jeśli kolejne portale rekrutacyjne będą eksponowały informacje o wynagrodzeniach, wtedy zarówno pracodawcy, jak i kandydaci przyzwyczają się, że właśnie taki jest krajowy standard ogłoszeń o pracę. Jeśli to się uda, będziemy mogli mówić o ważnej zmianie na polskim rynku pracy – podkreśla Patrycja Łąkowska.

Trump-Juncker – porozumienie w sprawie ceł

Spotkanie Trump-Juncker zakończyło się sukcesem, a przynajmniej tak twierdzą jego uczestnicy. UE poszła na pewne ustępstwa w kierunku USA, choć nadal nie wiemy nic w kluczowych sprawach dotyczących stali, aluminium i samochodów. Możliwe też, że powstały sojusz w żaden sposób nie umniejsza ryzyka wojny handlowej z Chinami. W rezultacie optymizm może być na wyrost. Rynek dyskutuje, ale też czeka na decyzję EBC.

Czy naprawdę powinniśmy się ekscytować osiągniętym „porozumieniem”? Szef KE przyjechał do Waszyngtonu z listą ustępstw, które mają zmniejszyć nierównowagę w wymianie handlowej: zadeklarował zwiększenie importu LNG i soi, obniżenie ceł na produkty przemysłowe i poluzowanie regulacji na produkty medyczne. Jednak jak na razie nie wiemy nic o szczegółach, terminie implementacji i wolumenie nowego importu. W efekcie wygląda to na symboliczne porozumienie, które uspokaja obie strony sporu, w trakcie gdy będą prowadzone dalsze negocjacje. A tematów do dyskusji nie brakuje, wszak cła na import stali i aluminium dalej pozostają obowiązujące. Nic też nie wiadomo o przyszłości handlu samochodami. Trump wprawdzie wspomniał, że porozumienie pozwoli stronom na negocjacje w kierunku „zerowych ceł”, ale to wszystko. Sądzę, że zbyt wcześnie jeszcze, aby otwierać szampana. Trump w tydzień przeszedł od nazywania UE wrogiem do określania przyjacielem. Co będzie za tydzień, albo kiedy kolejny raport o bilansie handlowym pokaż ogromny deficyt z UE? Po drugie, wczorajsze porozumienie nic nie zmienia na polu relacji USA z Chinami, które są dla rynków istotniejsze. Jeden nowy atak Trumpa na Pekin i wrócimy do awersji do ryzyka.

Na rynku FX nie zachodzi do wielu zmian. Aura ulgi z porozumienia zabiera z USD potrzebę bycia bezpieczną przystanią, ale aktywność inwestorów ma wakacyjne cechy, stąd trudno z ruchów kursów wyciągać większe wnioski. Dziś na tapecie jest posiedzenie EBC. Ostatnim razem w czerwcu prezes Draghi zakomunikował, że „przewidujemy, że po wrześniu 2018 r. (…) zmniejszymy miesięczne tempo skupu netto aktywów do 15 mld EUR do grudnia 2018 r., a po tym terminie zakończymy skup”. Tak wyraźne nakreślenie strategii do końca roku implikuje, że w tym tygodniu nie otrzymamy nowych informacji. Teraz w interesie Draghiego i kierowanej przez niego instytucji jest utrwalanie świeżo ogłoszonej strategii, aby zyskała na wiarygodności, szczególnie w aspekcie braku zmian w polityce w najbliższym czasie.

W odniesieniu do przyszłego roku, forward guidance uległo zmianie i od teraz EBC zakłada, że stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie „co najmniej do lata 2019 r.”, ale też do czasu aż nie pojawi się trwały trend wzrostu inflacji w kierunku celu 2 proc. Nieprecyzyjny zwrot, choć zapewne celowy, może nie zadowalać dziennikarzy i może to być główny temat konferencji prasowej prezesa Draghiego, choć wątpimy, aby szef EBC był chętny do wykluczania czegokolwiek.

Z perspektywy EUR utrwalanie czerwcowego przekazu powinno przede wszystkim prowadzić do zmniejszenia zmienności EUR, ale bez zaoferowania ułamka nadziei na wcześniejszy ruch w temacie stóp procentowych potencjał do wyraźnego ruchu wyżej jest ograniczony przynajmniej do czasu, aż lepsze dane makro zaczną rysować bardziej optymistycznej perspektywy. Jeśli Draghi podkreśli obawy wokół Chin, wojen handlowych, nierównowag makroekonomicznych, nada to posiedzeniu gołębi wydźwięk, który pchnie EUR niżej, choć prawdopodobnie w granicach zakresów wahań z ostatnich tygodni (np. EUR/USD powinien pozostać powyżej 1,15).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska wiceliderem wśród rynków Union Investment Real Estate pod względem umów najmu podpisanych w I półroczu 2018 roku

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku Union Investment zawarł lub przedłużył umowy najmu na 242 000 m2 powierzchni w segmencie nieruchomości komercyjnych. Polska z umowami na 31 500 m2 była najsilniejszym rynkiem po Niemczech – rodzimym rynku Union Investment. Ponad połowa umów w naszym kraju dotyczyła najmu biur we flagowych obiektach funduszu – Horizon Plaza i Zebra Tower w Warszawie, Dominikańskim we Wrocławiu i Maratonie w Poznaniu.

W Polsce Union Investment podpisał w pierwszym półroczu umowy najmu lub jego przedłużenia na 16 500 m2 powierzchni biurowej. Do największych transakcji należała umowa z mBankiem (4700 m2) w biurowcu Zebra Tower oraz zwiększenie o 1000 m2 powierzchni zajmowanej w Horizon Plaza przez firmę ProData Consult, świadczącą usługi z zakresu konsultingu IT.

Wśród wszystkich umów najmu zawartych w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2018 roku przez Union Investment Real Estate, ponad połowa dotyczyła biur. W skali globalnej fundusz zawarł lub przedłużył umowy dla 140 000 m2 powierzchni biurowej.

Drugim pod względem wielkości segmentem były powierzchnie handlowe – podpisano lub przedłużono umowy najmu 83 500 m2, w tym 15 000 m2 w Polsce. Największe umowy w centrach handlowych dotyczyły Riviery w Gdyni (m.in. przedłużenie najmu przez marki Tommy Hilfiger i Guess), Manufaktury w Łodzi (m.in. przedłużenie umowy przez United Colors of Benetton) i Magnolii Park we Wrocławiu (m.in. nowy salon marki Zara).

Największym rynkiem dla Union Investment są Niemcy, które odpowiadały za około połowę podpisanych umów najmu. Na pozostałych rynkach europejskich podpisano ponad jedną trzecią umów, a dalsze 15% transakcji miało miejsce w krajach poza Europą.

Zdecydowana większość powierzchni wynajętych w pierwszym półroczu 2018 roku (158 000 m2) była wykorzystywana wcześniej przez tych samych najemców, którzy zdecydowali się na przedłużenie umowy. Z kolei 84 000 m2 było objętych nowymi umowami najmu. Obecnie wskaźnik wynajęcia obiektów należących do aktywnie zarządzanych funduszy Union Investment wynosi 96,6%.

Polska platforma cyfrowa pozwoli na pełną diagnostykę i wizytę lekarską online. Leczenie wspomaga sztuczna inteligencja

Polska platforma cyfrowa pozwoli na pełną diagnostykę i wizytę lekarską online. Leczenie wspomaga sztuczna inteligencja 1

Cyfrowe centrum zdrowia to alternatywa i uzupełnienie klasycznej służby zdrowia. Polski start-up opracował platformę, która umożliwi wstępnie zdiagnozować chorobę, odszukać specjalistę i umówić się na wizytę. Pacjenci mogą skorzystać z testera objawów opartego na sztucznej inteligencji i machine learning, który umożliwia samodzielne weryfikowanie objawów i uzyskanie wstępnego rozpoznania. Można też skontaktować się z pielęgniarką lub ratownikiem, czy skorzystać z wideowizyty u lekarza, kilkukrotnie tańszej od tej w gabinecie.

– iWylecz24.pl to cyfrowe centrum zdrowia, czyli bezpieczne miejsce w Internecie, w którym Polacy w sposób racjonalny będą mieli szansę organizacji procesu leczenia. Cyfrowe centrum zdrowia działa poprzez specjalne konta. Zależy nam tym, żeby konta były bezpieczne tak samo jak konta bankowe, a może i bardziej, ze względu na to, że dane medyczne są nawet bardziej wrażliwe niż dane finansowe – mówi agencji Newseria Innowacje Marcin Grabowski, twórca iWylecz24.pl.

Telemedycyna może zrewolucjonizować system opieki zdrowotnej – przyspieszyć możliwość rozpoznania choroby i poprawić jakość monitorowania leczenia. Pojawia się coraz więcej aplikacji i platform, które pomagają pacjentom na znacznie szybszą diagnozę niż w przypadku klasycznej służby zdrowia. Platforma opracowana przez Polaków – iWylecz24 – pomaga to zrobić kompleksowo.

Proponowany na platformie tester objawów pozwala wstępnie zdiagnozować stan pacjenta, dzięki wykorzystaniu uczenia maszynowego i elementów sztucznej inteligencji. Po wywiadzie można pobrać raport w języku polskim lub angielskim – to znacznie ułatwi wizytę u lekarza np. poza granicami kraju, podczas wakacji.

– Zanim w ogóle będziemy myśleć o jakimś specjaliście, warto przeprowadzić własny autowywiad, który nazywa się wstępnym rozpoznaniem. Do tego służy tester objawów, jest to narzędzie do rozpoznania wstępnych objawów, którego skuteczność z rynku amerykańskiego wynosi nawet 92 proc. – wskazuje Marcin Grabowski.

Po wypełnieniu testera objawów, w następnym etapie pacjent może skorzystać z telefonicznej pomocy pielęgniarki lub ratownika medycznego, którzy pomogą we wstępnej konsultacji i zorganizują cały proces leczenia. Kolejnym krokiem jest wizyta u lekarza – stacjonarnie lub w formie wideowizyty.

– Możemy podjąć decyzję, czy poszukujemy specjalisty w ramach NFZ, bo dajemy wyszukiwarkę średnich czasów oczekiwania w NFZ, czy decydujemy się na wideowizytę, na pełnych prawach wizyty w gabinecie, oczywiście bez badania fizykalnego. Mamy wówczas kontakt w bezpiecznym kanale wideo, a wideowizyta jest z reguły 2–3-krotnie tańsza od wizyty w gabinecie lekarskim – mówi Grabowski.

Po zalogowaniu się do platformy pacjent wybiera rodzaj konta – w standardowym może sprawdzić dostępność lekarzy, zaś konto premium daje dostęp do osobistego doradcy medycznego. Koszt takiego konta to 19,90 zł miesięcznie, ale w jego ramach z pomocy może skorzystać cała rodzina.

– W ramach konta premium możemy mieć do pięciu użytkowników, to jest konto dla gospodarstwa domowego, czyli de facto na głowę to jest niecałe 4 zł miesięcznie, możemy umówić swoje dzieci, partnera, partnerkę i np. rodziców, czyli jedno konto premium obsługuje do pięciu PESEL-i, którym skutecznie możemy organizować leczenie umawiając do lekarzy – podkreśla Marcin Grabowski.

Jak wynika z raportu BCC Research, globalny rynek telemedycyny w 2016 roku miał osiągnąć wartość 23,8 mld dolarów. Do 2021 roku będzie ona rosła w tempie średnio 16 proc. rocznie, do poziomu 55,1 mld dol. Według raportu firmy badawczej Research and Markets rynek telemedycyny do 2025 r. ma osiągnąć wartość 78 mld dol.

Z kolei Polityka Insight w „Transforming Healthcare into a Political and Economic Advantage” podaje, że dzięki wprowadzeniu w Polsce na szeroką skalę systemu eZdrowie udałoby się̨ oszczędzić́ około 0,35 proc. PKB z wydatków zdrowotnych.

Idea slow life coraz popularniejsza. Stawiamy na relaks, zdrową żywność i ekologiczne kosmetyki

Idea slow life coraz popularniejsza. Stawiamy na relaks, zdrową żywność i ekologiczne kosmetyki 2

Trend slow life jest w Polsce coraz popularniejszy. 24 proc. osób nie wyobraża sobie dnia bez chwili relaksu, a 19 proc. – bez chwili z naturą. Samo pojęcie slow life, czyli życie bez pośpiechu, w harmonii i równowadze między obowiązkami zawodowymi a życiem prywatnym, zna co czwarty Polak. Ideę świadomego życia kojarzymy ze zdrowym, ekologicznym odżywianiem, kontaktem z naturą czy używaniem naturalnych kosmetyków – wynika z raportu „Slow Life w Polsce 2018”.

– Wydaje się, że ten trend slow life zaczyna być coraz istotniejszy, nawet jeśli ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że to jest slow life. Po prostu potrzebują relaksu, kontaktu z naturą, zdrowszego trybu życia i więcej ruchu. To odtrutka na nasze codzienne zabieganie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magda Hajduk, prezes Naturativ.

Pojęcie slow life zna już 27 proc. osób – wynika  z raportu „Slow Life w Polsce 2018” opracowanego przez Naturativ. Najczęściej to pojęcie łączymy z życiem bez pośpiechu, skupianiem się na przeżywaniu „tu i teraz”, życiową harmonią oraz równowagą pomiędzy pracą zawodową i obowiązkami a życiem prywatnym i odpoczynkiem.

– Ponad połowa spośród tych, którzy wiedzieli, czym jest slow life, powiedziała, że realizuje tę ideę w swoim życiu. Kojarzy się ona Polakom ze zdrowym trybem życia, zdrową żywnością, byciem blisko natury i z rozwojem duchowym – wskazuje Magda Hajduk.

Co czwarta osoba zwraca uwagę na to, czy żywność, jaką kupują, jest ekologiczna. Blisko połowa sprawdza etykiety przez zakupem, a 14 proc. korzysta z prozdrowotnych aplikacji. Coraz więcej osób świadomie podchodzi też do kuchni: eliminuje cukier, je więcej warzyw, unika smażenia i pieczenia w tłuszczu.

Blisko połowa Polaków robi sobie czasami dzień tylko dla siebie – korzysta z domowego SPA, wycisza się przy muzyce czy książce i robi sobie drzemki. Co czwarta osoba kupuje naturalne kosmetyki. Ten segment rynku kosmetycznego prężnie się rozwija.

 Kosmetyki naturalne pojawiły się dosyć wysoko, zwłaszcza w odpowiedzi na pytanie, na co Polacy chcieliby wydawać więcej pieniędzy w obszarze slow. Na pierwszym miejscu badani Polacy wskazali sposób spędzania wolnego czasu, czyli więcej urlopów, wypoczynku bliżej natury, pobytów w SPA – więc generalnie relaks, na drugim miejscu właśnie kosmetyki naturalne – mówi prezes Naturativ.

Z badania wynika, że niemal jedna czwarta badanych chciałaby móc zainwestować większe środki w wakacje i urlopy, a 16 proc. – w naturalne kosmetyki (wśród kobiet odsetek ten wynosi 24 proc.). Dla starszych osób atrakcyjną kategorią jest zdrowa, ekologiczna żywność (29 proc.). Wcielanie na co dzień idei świadomego życia najczęściej deklarują właśnie osoby z najstarszej grupy wiekowej, powyżej 54 lat, jednak także młodsi wskazują, że idea slow life staje się dla nich istotna.

– Interesujące w naszym badaniu jest to, że młodzi ludzi – w przedziale wiekowym 15–18 lat, najbardziej uwierzyli w slow life i poruszyli w swoich wypowiedziach takie kategorie, których w ogóle nie poruszali inni, np. minimalizm – wskazuje Magda Hajduk.

Najmłodsi chcą być bliżej natury (43 proc.), stawiają na aktywność fizyczną i ekologię (po 48 proc.) czy rozwój duchowy. To także pokolenie, które charakteryzuje minimalizm – uważają, że mają zbyt dużo rzeczy. Ważniejsze niż dla millenialsów są dla nich więzi rodzinne i dbałość o relacje. Zwracają też uwagę na równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

– Bardzo istotna jest też dla nich ekologia, czyli zwracają uwagę na środowisko, na to, co może w jakiś sposób wpłynąć na nas za jakiś czas. To bardzo ciekawy wynik – podkreśla Magda Hajduk.

Obsługa klienta coraz bardziej się automatyzuje. Do 2021 r. wykorzystanie sztucznej inteligencji w tym obszarze wzrośnie pięciokrotnie

Obsługa klienta coraz bardziej się automatyzuje. Do 2021 r. wykorzystanie sztucznej inteligencji w tym obszarze wzrośnie pięciokrotnie 3

Nowe technologie zmieniają oblicze obsługi klienta. Już teraz co trzecia firma oferująca usługi w internecie ma samodzielne boty, które mogą odpowiadać na proste pytania. Firma Gartner szacuje, że do 2021 r. wykorzystanie sztucznej inteligencji w systemach obsługi klienta wzrośnie pięciokrotnie. Dzięki rozwojowi technologii już niedługo niemal każdą potrzebę klienta będzie można zaspokoić za pomocą wirtualnych asystentów i cyfrowych chatbotów. Największym wyzwaniem pozostaje ochrona danych i pogodzenie ich wykorzystania z ochroną prywatności.

– Nie ma wątpliwości, że nowe technologie zmieniają oblicze obsługi klienta i ten trend będzie się tylko pogłębiał. Według danych prezentowanych przez firmę analityczno-doradczą Gartner, do 2021 roku ponad 85 proc. naszych relacji na linii klient-firma będzie wykonywanych maszynowo za pomocą sztucznej inteligencji. Ta sama firma prognozuje, że do 2021 pięciokrotnie wzrośnie wykorzystanie sztucznej inteligencji w systemach obsługi klienta – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Rut, specjalista ds. komunikacji w Sparkbit.

Obecnie co trzecia firma, która oferuje usługi w internecie, ma samodzielne boty mogące odpowiadać na nieskomplikowane pytania i rozwiązywać proste problemy. Dzięki nim czas obsługi skraca się nawet pięciokrotnie. Przykładem może być China Merchants Bank, który używa bota do obsługi 1,5–2 mln pytań dziennie. Bez sztucznej inteligencji konieczne byłoby do tego zatrudnienie 7 tys. nowych pracowników. Grupa kasyn Caesars oferuje z kolei wirtualnego concierge’a, który automatycznie odpowiada na zapytania gości. W ten sposób liczba połączeń z hotelowym biurem obsługi zmniejszyła się o 30 proc.

– Z pewnością zawód doradcy klienta nie przestanie być potrzebny, ale na pewno zmieni się jego charakter. Nie ma wątpliwości, że wszystkie zadania, które są żmudne i powtarzalne, zostaną przejęte przez sztuczną inteligencję, zaś pracownicy obsługi klienta będą wykonywali prace bardziej merytoryczne czy kreatywne – ocenia Karolina Rut.

Holenderskie linie lotnicze KLM wprowadziły system sugerowania odpowiedzi na przychodzące pytania klientów. Pracownik przed wysłaniem może je zmodyfikować lub po prostu zatwierdzić. W ciągu roku KLM podwoił w ten sposób liczbę obsługiwanych pytań klientów – do 120 tys. tygodniowo. Jeden z australijskich banków testuje samodzielnego wirtualnego asystenta, którego zadaniem jest przysłuchiwanie się rozmowom pracowników banku na temat pożyczek. Jeśli pracownik banku popełni błąd, bot włącza się w prowadzoną rozmowę.

– Istnieje szereg korzyści z implementacji sztucznej inteligencji w obsłudze klienta. Przede wszystkim jest to efektywność. Wirtualny asystent nigdy się nie męczy, może pracować 24 godziny na dobę, nigdy nie jest zdenerwowany, może odpowiadać na dziesiątki zapytań bez żadnego zniecierpliwienia ani humorów. To także obniżenie kosztów dla firm, a pracownicy mogą się skupić na zadaniach, które są bardziej kreatywne, co także wpływa pozytywnie na ich rozwój – wskazuje przedstawicielka Sparkbit.

Coraz więcej firm eksperymentuje z rozwijaniem narzędzi rekomendacji opartych na sztucznej inteligencji. Pracownicy banku Goldman Sachs, przyjmując zlecenia na wykup obligacji korporacyjnych, mogą np. od razu zobaczyć propozycje obligacji o podobnych profilach ryzyka i zaoferować je klientowi. Kasyna Caesars wykorzystują zaś sztuczną inteligencję do określania potencjalnych wydatków klientów i do wybierania osób, które otrzymają indywidualnie dopasowane oferty.

– Wszystkie algorytmy opierają się milionach danych, które są pozyskiwane z różnych portali czy stron internetowych. Im więcej danych będzie pobieranych, tym bardziej dokładne będą algorytmy, ale należy pamiętać o tym, że my te dane zostawiamy. Największym wyzwaniem będzie sprzeczność między chęcią ochrony naszej prywatności a udostępnianiem swoich danych – podkreśla Karolina Rut.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji może też oznaczać zagrożenia – np. przy zebraniu niewystarczającej ilości informacji, odpowiedź na pytanie klientów może być błędna.

– Pytanie, kto weźmie odpowiedzialność za to, że te algorytmy popełniły błąd – czy osoba, która je tworzyła, czy osoba, która zbierała do nich dane, czy właściciel firmy. To są pytania, na które na ten moment jeszcze nie znamy odpowiedzi, ale z pewnością są zagrożeniem w tym kontekście – mówi Karolina Rut.

Azja i Afryka dobrym miejscem na inwestycje polskich firm. Atrakcyjne lokalizacje to Nigeria, Ghana i Dubaj

Azja i Afryka dobrym miejscem na inwestycje polskich firm. Atrakcyjne lokalizacje to Nigeria, Ghana i Dubaj 4

Coraz większa konkurencja właściwie w każdej branży na europejskim rynku zmusza polskie firmy do szukania możliwości rozwoju poza Starym Kontynentem. Polskie rządy, zarówno poprzednie, jak i obecny, namawiają przedsiębiorców do inwestowania na bardziej odległych i egzotycznych rynkach. Robią to także prywatni doradcy finansowi. Według prezesa jednej z takich firm – Great Private Equity – w Afryce i na Bliskim Wschodzie jest dużo miejsca na rentowne inwestycje, także te znad Wisły. Wśród najbardziej atrakcyjnych rynków wymienia Nigerię, Ghanę i Dubaj.

 Potencjał rynku afrykańskiego, jak i azjatyckiego, tak naprawdę zależy tylko od polskich przedsiębiorców, od tego, czy chcą na tamtym rynku zaistnieć, jak bardzo są otwarci na nowe rynki zbytu. Dzisiaj w Europie mamy coraz większą konkurencję w każdej branży i społeczeństwo, które wymaga coraz większej jakości i coraz lepszej ceny. To powoduje trudności w zaistnieniu na tym rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Włodarczyk, prezes Great Private Equity.

Biznes w Afryce nie jest pomysłem nowym; rządowy program Go Africa realizowany jest od 2013 roku. O wielkich perspektywach tego kontynentu przekonany był Jan Kulczyk, a zainteresowanie Chińczyków, Niemców czy Amerykanów biznesem na Czarnym Lądzie jest dowodem na możliwości tego kontynentu.

– Dzisiaj nie da się Afryki zdobyć bez zainwestowania tam pieniędzy w produkcję, bez przeniesienia tam technologii, tylko wysyłając gotowy towar. Ale jeśli polscy przedsiębiorcy są otwarci na nowe rynki zbytu, to Afryka stoi przed nimi otworem – podkreśla Paweł Włodarczyk. – Biznes w Afryce mogą robić przedstawiciele właściwie każdej branży, ale inwestycje w produkcję i nowe technologie, które stworzą miejsca pracy na miejscu, mogą liczyć na wsparcie tamtejszych rządów.

W Afryce potrzeba przede wszystkim technologii; brakuje mieszkań, więc poszukiwani są deweloperzy i firmy budowlane. Paweł Włodarczyk rekomenduje zwłaszcza Nigerię i Ghanę, ale polscy przedsiębiorcy działają też w Etiopii, Tanzanii, Zambii, Namibii czy Egipcie.

 W Nigerii mówimy o deficycie 17 mln domów i mieszkań. Jeżeli tam nie zechcą się pojawić deweloperzy z Polski, pojawią się firmy z innych państw – mówi prezes Great Private Equity. – Nigeria to 5. lub 6. kraj co do liczebności na świecie. Ghana z kolei uznawana jest za najbardziej bezpieczny kraj dla biznesu.

Obecnie firma wspiera producenta okien w otwarciu swojej fabryki w Nigerii. Kończy też negocjacje w sprawie produkcji i butelkowania wody. Przeniosła też do Afryki produkcję dachówek, by stworzyć tam miejsca pracy.

Z kolei w Azji nawiązaliśmy współpracę z jednym z największych deweloperów w Dubaju, z Azizi, i okazuje się, że małe i średnie przedsiębiorstwa z Polski mogą nawiązać kontrakty partnerskie z tymi największymi graczami – mówi Paweł Włodarczyk. – Dubaj rozwija się w sposób fenomenalny, nowy projekt Meydan One, w którym tak naprawdę powstaje drugi Dubaj. Więc odnajdą się tam firmy z przede wszystkim z branży budowlanej, ale w Dubaju brakuje na przykład polskich ogórków, które cieszą się ogromnym zainteresowaniem ze strony rynku, a nie ma firmy, która chciałaby tam je dostarczać.

Przedsiębiorca musi się do takiej egzotycznej inwestycji dobrze przygotować, poznać specyfikę ekonomiczną kraju, jego potrzeby i możliwości, a także kulturę i zwyczaje. Dlatego na początku najlepiej jest skorzystać z doświadczeń Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, a następnie znaleźć partnera, który dobrze zna lokalny rynek. Trzeba się też postarać o ubezpieczenie inwestycji.

– Wyzwania stojące przed firmami, które chcą rozwinąć swoje skrzydła w Afryce i w Dubaju, przede wszystkim zadbać o zabezpieczenia finansowe, ale jeżeli ten minus rozwiążą i zniwelują, te kraje są dla nich otwarte – podsumowuje Paweł Włodarczyk. – Afryka dzisiaj nie potrzebuje pomocy humanitarnej, a biznesowej. Polskie przedsiębiorstwa mogą zbić majątek na obu kontynentach.

200 mln euro dla małych i średnich innowacyjnych firm. Niebawem pierwsze umowy finansowania dłużnego z gwarancją EFI

200 mln euro dla małych i średnich innowacyjnych firm. Niebawem pierwsze umowy finansowania dłużnego z gwarancją EFI 5

Innowacyjne małe i średnie przedsiębiorstwa mogą pozyskać finansowanie dłużne objęte gwarancją Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego. Umowa, zawarta w końcówce maja między EFI i CVI Dom Maklerski, zapewnia 200 mln euro na takie finansowanie polskich MŚP. Pierwsze umowy zostaną podpisane w najbliższych tygodniach. Maksymalna kwota finansowania private debt przypadająca na jeden projekt z gwarancją Unii Europejskiej to 30 mln zł. 

Pod koniec maja CVI podpisał z Europejskim Funduszem Inwestycyjnym (EFI) umowę, która zapewnia 200 mln euro na finansowanie w formule private debt dla polskich małych i średnich przedsiębiorstw. Fundusz objął gwarancją portfel finansowania dłużnego o łącznej wartości 834 mln zł, które CVI może zainwestować w innowacyjne firmy z sektora MŚP.

– Umowa umożliwia zwiększenie skali finansowania średnich i mniejszych przedsiębiorstw w Polsce, jak również zwiększenie poziomu ryzyka podejmowanego przez fundusz zarządzany przez CVI. Polega to na tym, iż EFI partycypuje w ryzyku transakcji finansowanych przez CVI w 50 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Lis, partner zarządzający CVI.

Zgodnie z porozumieniem CVI będzie kupować nowe obligacje emitowane przez innowacyjne przedsiębiorstwa. Z takiej formy finansowania będzie mogło skorzystać około 60 polskich firm. Podstawowym warunkiem, który uprawnia do ubiegania się o dofinansowanie, jest spełnienie jednego z narzuconych przez EFI kryteriów innowacyjności.

Nie jest to bardzo dolegliwe, bo kryteriów innowacyjności jest stosunkowo dużo do wyboru. Mogą one oznaczać konieczność wydatkowania określonych kwot na badania i rozwój, wynikać z bardzo wysokiej dynamiki wzrostu danego przedsiębiorstwa albo z dokonanych w przeszłości inwestycji o charakterze innowacyjnym. Wydaje nam się, że zdecydowana większość przedsiębiorstw, które finansujemy na co dzień, bez gwarancji EFI byłaby w stanie spełnić jedno z tych kryteriów – mówi Rafał Lis.

Gwarancjami EFI mogą zostać objęte projekty do 7,5 mln euro, czyli około 30 mln zł. Minimum inwestycyjne wynosi natomiast 8 mln zł. Ubiegając się o dofinansowanie, firma musi przedstawić założenia inwestycyjne, które następnie są weryfikowane. Po etapie prac analitycznych i negocjacji z przedsiębiorstwem opracowywana jest dokumentacja prawna. Cały proces – do momentu uruchomienia finansowania – trwa od trzech tygodni do dwóch miesięcy.

Z puntu widzenia przedsiębiorstwa oznacza to możliwość uzyskania tańszego finansowania dłużnego, ponieważ gwarancje EFI mają zapewnić większą dostępność finansowania, co może się przejawiać jego niższym kosztem. Ewentualnie dzięki temu, że między nami a EFI jest umowa o podziale ryzyka, jesteśmy w stanie wziąć na siebie większe ryzyko finansowanego przedsięwzięcia – mówi partner zarządzający CVI .

Umowa Europejskiego Funduszu Inwestycyjnego, CVI i Open Finance Obligacji Przedsiębiorstw FIZAN jest objęta Planem Inwestycyjnym dla Europy, tzw. Planem Junckera. Dotyczy instrumentu gwarancyjnego InnovFin SMEG, oferowanego przez Komisję Europejską w ramach największego unijnego programu Horyzont 2020.

FISE: Polska powinna poprawić nadzór nad warunkami pracy w zagranicznych firmach. Kary są tak niskie, że firmy mogą je wkalkulować w koszty

FISE: Polska powinna poprawić nadzór nad warunkami pracy w zagranicznych firmach. Kary są tak niskie, że firmy mogą je wkalkulować w koszty 6

Polska przyciąga coraz więcej dużych zagranicznych inwestorów. To oczywista korzyść dla gospodarki, ale z drugiej strony, rodzi też pewne wyzwania. Pierwszym jest zaproponowanie takich warunków, które będą atrakcyjne biznesowo i zachęcą do tworzenia w Polsce stabilnych miejsc pracy. Drugim wyzwaniem jest zapewnienie, aby polscy pracownicy zatrudnieni w zagranicznych firmach, które nierzadko są rynkowymi monopolistami, nie byli zagrożeni wyzyskiem czy łamaniem ich praw. – Duże inwestycje zagraniczne są potrzebne, ale nie kosztem polskich pracowników – podkreślają eksperci.

Polska gospodarka w relacji z wielkimi, światowymi monopolistami musi się zmierzyć z tym, że nadzór nad warunkami, w jakich pracują polscy pracownicy, jest iluzoryczny. Inspekcja Pracy, owszem, jest w stanie kontrolować takie miejsca jak sortownia Amazona czy call center różnych firm, które lokują u nas swoje filie. Niemniej kary, jakie można nałożyć na pracodawcę, który łamie Kodeks Pracy, są tak śmiesznie niskie, że pracodawca może je sobie wkalkulować w koszty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Komuda, ekspert ds. rynku pracy z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Polska przyciąga coraz więcej dużych zagranicznych inwestorów, co jest korzystne dla gospodarki, ale rodzi pewne wyzwania. Jednym z nich jest zapewnienie atrakcyjnych warunków dla takich inwestorów, by chcieli oni w Polsce rozwijać swój biznes i tworzyć miejsca pracy. Temu służyć mają zachęty proponowane w ramach specjalnych stref ekonomicznych. Według ostatnich zmian w prawie preferencyjne warunki inwestowania będą mogły dotyczyć całego obszaru Polski, a nie tylko wybranych stref. Zdaniem ekspertów FISE nie zawsze ten sposób przyciągania inwestorów się sprawdza.

– Wiele krajów, w tym Polska, przekonało się, że tak szybko jak ulgi podatkowe i zwolnienia z opłat się kończą, zainteresowanie takiego inwestora również zostaje zawieszone. Nie pomaga to, że mają już wyszkoloną i dopasowaną kadrę. Szukają lepszych warunków, niższych kosztów działalności i przenoszą swoje miejsca pracy. To sprawia, że stale musimy się licytować z innymi krajami, zapewniając lepsze warunki. W efekcie tacy duzi gracze de facto konkurują z polskimi pracodawcami, którzy takich preferencyjnych warunków nie mają i muszą zapewnić polskim pracownikom lepsze warunki niż zachodni inwestorzy. A przecież to polscy pracodawcy płacą w Polsce podatki – podkreśla Łukasz Komuda.

Druga kwestia to jakość tworzonych miejsc pracy. Przykładem może być duża inwestycja Amazona. Logistyczny gigant zainwestował na tutejszym rynku ponad 3 mld zł. Ma w Polsce pięć magazynów (w Poznaniu, dwa pod Wrocławiem, w Szczecinie i Sosnowcu) i zatrudnia około 14 tys. pracowników. Firma mogła liczyć w Polsce na specjalne traktowanie, m.in.: buduje magazyny w specjalnych strefach ekonomicznych, nie płaci podatku CIT i otrzymuje zwolnienia z konieczności przestrzegania przepisów przeciwpożarowych w celu jak najszybszej budowy magazynów.

Z drugiej strony, już kilka miesięcy po starcie Amazona w Polsce Państwowa Inspekcja Pracy kontrolowała logistycznego giganta z uwagi na lawinowo rosnącą liczbę skarg. Inspektorzy PIP w centrum logistycznym w Bielanach Wrocławskich stwierdzili szereg nieprawidłowości, m.in. nieprawidłowe naliczanie pensji i wynagrodzenia chorobowego, nieprzestrzeganie zasad bezpieczeństwa pracy, sporządzanie błędnych świadectw pracy w zakresie wykorzystywania urlopów. PIP nałożyła na Amazona (i zatrudniającą dla niego pracowników agencję pracy tymczasowej) karę w wysokości zaledwie 2 tys. zł.

Kontrole instytucji publicznych w takich firmach jak Amazon są jak najbardziej pożądane, bo instytucje publiczne są od tego, aby kontrolować pracodawców. Niestety kara jest absurdalna, biorąc pod uwagę majątek Jeffa Bezosa sięgający 150 mld dol. Państwo powinno promować firmy, które są wysoko wydajne, natomiast nie może się to odbywać w oderwaniu od tego, co te firmy wnoszą do społeczeństwa. Jeżeli firmy bogate i wysoko wydajne lokują się w Polsce, powinny również płacić dobrze swoim pracownikom. Wiadomo natomiast, że Amazon ma z tym problem. Stawki wynoszą 15–16 zł brutto, co daje 12–13 zł na godzinę. Nie jest to wysokie wynagrodzenie, biorąc pod uwagę to, że Amazon generuje miliardowe zyski – podkreśla Kamil Fejfer, analityk rynku pracy i ekspert ds. nierówności społecznych.

Minister pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska zwróciła się w tym tygodniu do Głównego Inspektora Pracy z prośbą o ponowne skontrolowanie działających w Polsce centrów logistycznych Amazon. Kontrole są odpowiedzią na nieustannie pojawiające się w mediach doniesienia o łamaniu przepisów prawa pracy oraz zasad bezpieczeństwa i higieny pracy w zakładach należących do logistycznego giganta.

Związkowcy w Amazonie mówią, że niemalże każda sekunda pracy jest zliczana, pracownicy są ciągle ponaglani, pokonują dziennie nawet 20 km. Amazon w pewnym momencie po prostu wymieni tych pracowników na maszyny, co byłoby logiczne, ponieważ maszyny nie robią strajków i nie trzeba im płacić. Pytanie: co stanie się z tymi ludźmi, którzy i tak już dzisiaj wyrabiają ogromne normy. To będzie bardzo duży problem, z którym władze publiczne powinny się liczyć i już teraz się zastanawiać, co z tym zrobić – mówi Kamil Fejfer.

Od połowy lipca w Amazonie trwa okres wyprzedaży, tzw. Prime Day, który jest jednym z najcięższych dla pracowników firmy. Równolegle w oddziałach Amazona, m.in. w Niemczech i Hiszpanii, trwają głośne protesty, pracownicy domagają się m.in. podwyżek płac i mniejszych obciążeń, dodatków za nadgodziny czy pracę w nocy i respektowania czasu przeznaczonego na przerwę. W ramach protestu założyli maski z podobizną Jeffa Bezosa – właściciela Amazona, jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Z protestującymi solidaryzują się też polscy pracownicy Amazona, którzy w zeszłym tygodniu w ramach akcji „Bezpieczna paczka” pracowali zgodnie z przepisami BHP, czyli wolniej niż zwykle.

W kontekście Amazona warto zwrócić uwagę na szerszy kontekst, czyli nierówności. Majątek szefa Amazona Jeffa Bezosa jest szacowany na 150 mld dol., co przewyższa wpływy budżetowe Polski. Wygląda to co najmniej niepokojąco, jeżeli zastanowimy się, w jakich warunkach pracują pracownicy Amazona i ile dostają pieniędzy za swoją pracę oraz w jaki sposób budowane są takie fortuny – podkreśla Kamil Fejfer.

Zaostrzony kodeks karny nie działa na dłużników alimentacyjnych

Zmienione przepisy kodeksu karnego wymierzone w niepłacących na dzieci spowodowały, że policję i prokuraturę zalała lawina spraw z art. 209 k.k. Liczba dłużników alimentacyjnych rośnie jednak nadal. W ciągu pierwszego półrocza 2018 r. w BIG InfoMonitor przybyło ich o prawie 3 proc. – do 319 tysięcy, a kwota zaległości wzrosła o ponad 6 proc. – do 11,9 mld zł.

alimentyJak wynika z policyjnych statystyk, w I półroczu tego roku wszczętych zostało ponad 90 tys. spraw przeciw dłużnikom alimentacyjnym, podczas gdy w analogicznym okresie zeszłego roku, czyli jeszcze przed zmianą prawa, było to jedynie 10 tys. Nie mniej spektakularnie zmieniła się liczba stwierdzonych przestępstw z artykułu 209 k.k., która wyniosła – 39 tys. wobec 5,1 tys. przed rokiem. Wnioski o ściganie dłużników alimentacyjnych składają zarówno byli partnerzy, jak i gminy, które wypłacają za dłużników świadczenia z Funduszu Alimentacyjnego. Wszystko za sprawą zmiany treści art. 209 k.k.

Obecnie do odpowiedzialności karnej może być pociągnięty rodzic, który nie płaci na dziecko przez trzy miesiące, ponieważ kodeks mówi o równowartości trzech niezapłaconych okresowych świadczeń. Jeśli wezwany przez prokuratora nie ureguluje zaległości w ciągu miesiąca, sąd może go ukarać karą pozbawienia wolności np. w trybie dozoru elektronicznego. Wcześniej kodeks mówił o karze pozbawienia wolności za uporczywe uchylanie się od płacenia świadczenia, ale określenie „uporczywe” było niejednoznaczne.

alimenty 2

Najwięcej postępowań z art. 209 wszczęto w I połowie br. na Śląsku (niemal 12 tys., czyli więcej niż w analogicznym okresie ub.r. w całym kraju). Następne na liście są: Pomorze – 8,75 tys. spraw, Wielkopolska – 8,2 tys. spraw oraz woj. kujawsko-pomorskie – 7,3 tys. Największy, co najmniej dziesięciokrotny wzrost liczby wszczętych postępowań miał miejsce w woj. kujawsko-pomorskim, świętokrzyskim, małopolskim i podkarpackim. Podobnie znacząco w tych właśnie województwach zwiększyła się liczba stwierdzonych przestępstw z art. 209 k.k.

alimenty 3

Liczba spraw rośnie, ale niestety wyroki sądów są bardzo łagodne – mówi Katarzyna Tatar, ze Stowarzyszenia Alimenty To Nie Prezenty. – Dłużnicy skazywani są np. na prace społeczne w wymiarze kilku godzin miesięcznie i nadal nie zwracają zaległości, ani nie płacą na bieżąco – dodaje.

 alimenty 4

Zdaniem Iwony Janeczek ze Stowarzyszenia Dla Naszych Dzieci sądy, wbrew oczekiwaniom nie orzekają kar pozbawienia wolności dla dłużników alimentacyjnych, wykonywanej przez dozór elektroniczny, co miało być głównym narzędziem w mobilizowaniu niepłacących. To bardzo dobre rozwiązanie, bo nie naraża Państwa na koszty utrzymania więźnia i nie stygmatyzuje dzieci ojcem więźniem. Tymczasem, jak wynika z informacji uzyskanych przez Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich z Biura Dozoru Elektronicznego Centralnego Zarządu Służby Więziennej, liczba skazanych za przestępstwo niealimentacji, którzy rozpoczęli odbywanie kary w systemie dozoru elektronicznego po zmianie kodeksu jest niższa niż wcześniej. W okresie od 31 maja 2016 r. do 31 maja 2017 r. wynosiła 1166 osób, a od 31 maja 2017 r. do 7 maja 2018 r. spadła do 1087.

alimenty 5

Zamiast ograniczenia wolności, zapadają wyroki nakazujące zapłacenie długów, tak jakby osoba, która nie płaciła latami miała to zrobić pod wpływem wyroku. Sądy orzekają też prace społeczne z których niealimentowane dzieci nie mają nic mówi Iwona Janeczek. – Często sprawy są też umarzane, bo dłużnicy wpłacają niewielkie kwoty lub deklarują prokuratorom, że zaczną płacić, więc w interpretacji prokuratorów nie uchylają się od utrzymywania dzieci, ponieważ art. 209 zaczyna się od stwierdzenia: „Kto uchyla się od ciążącego na nim…” – komentuje. – Wiązaliśmy ogromne nadzieje z nowym prawem, ale zmiany nie wniosły żadnej poprawy. Wręcz przeciwnie. Jest wielkie rozczarowanie wśród samodzielnych rodziców. A dłużnicy alimentacyjni wciąż śmieją się nam w twarz – ubolewa.alimenty 6

W bazie BIG InfoMonitor, przez pierwsze sześć miesięcy tego roku, jedynie w kwietniu odnotowano nieznaczny spadek liczby dłużników alimentacyjnych. Poza tym tendencja jest wzrostowa. – Koniec minionego roku zapowiadał poprawę i pokazał spadek liczby dłużników, ale w tym roku sytuacja wróciła do niechlubnej normy. W pierwszym półroczu liczba dłużników wzrosła o 8 385, a kwota zaległości o ponad 728 mln zł – informuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Przez pierwszych sześć miesięcy roku, tylko w województwie lubuskim odnotowano nieznaczny spadek liczby dłużników alimentacyjnych (o 52 osoby). W pozostałych województwach statystyki poszły w górę. Najbardziej na Śląsku i na Mazowszu – odpowiednio o 1600 i 1559 osób.

Dominującymi województwami pod względem liczby osób niepłacących alimentów nadal są: śląskie (39 535 osoby), mazowieckie (34 432 osoby) oraz dolnośląskie (31 958 osoby). W tych województwach jest też najwyższa kwota zaległości – od 1,1 do ponad 1,3 mld zł. Do grupy „miliarderów” przybliża się woj. kujawsko-pomorskie, gdzie obecnie zaległości alimentacyjne dochodzą do 915 mln zł. Nadal najmniej boleśnie ten problem dotyka Opolszczyznę i Podlasie. Długi alimentacyjne w tych regionach nie przekraczają 20 mln zł. Jednak w przełożeniu na liczbę mieszkańców poszczególnych województw rozkład ten ulega zmianie. Najwięcej dłużników alimentacyjnych na 100 dorosłych osób przypada w Małopolsce, na Podkarpaciu, na Mazowszu oraz w Wielkopolsce. Jest ich tam dwa razy więcej niż na Warmii i Mazurach, na Pomorzu Zachodnim, na ziemi Lubuskiej oraz w woj. kujawsko-pomorskim.

Wpływ RODO na proces rekrutacyjny

Utrudniony proces zbierania informacji o kandydacie, marginalizacja wartości referencji, konieczność zdobywania wszelkich zgód i obowiązek informacyjny – obowiązujące od 25 maja br. unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO) ma znaczący wpływ na pracę HR-owców.

Pracodawcy, którzy aktualnie przeprowadzają rekrutacje, robią to już w zgodzie z nowymi przepisami. A te są nie lada wyzwaniem dla rekruterów, gdyż narzucają nowe obowiązki. Procedury rekrutacyjne zapewniają kandydatom kontrolę nad swoimi danymi. Niestety mogą też wydłużyć czas poszukiwania kandydata idealnego.

RODO, a utrudnienia w procesie poszukiwania

Problemy HR-owców zaczynają się już na etapie poszukiwania osób do pracy. Pracodawca nie będzie mógł bowiem przetwarzać innych danych niż te, które poda mu kandydat. Obecnie pracodawca może żądać od pracownika danych, które reguluje art. 22. Kodeksu Pracy. Są to: imię i nazwisko, imiona rodziców kandydata, data urodzenia, miejsce zamieszkania (adres do korespondencji), wykształcenie, przebieg dotychczasowego zatrudnienia. Decyzja o przekazaniu dodatkowych informacji np. certyfikatów potwierdzających znajomość języków obcych jest dobrowolna. W praktyce ten zapis utrudnia rekruterowi poznanie kandydata. Oczywiście HR-owiec może zadać dodatkowe pytania, ale może liczyć się z odmową udzielenia informacji. To wydłuża i komplikuje proces rekrutacji. Po zmianach na znaczeniu tracą też referencje wystawiane przez byłych pracowników i współpracowników. RODO dyktuje twarde zasady gry. Rekruter ma prawo zweryfikować referencje, ale tylko w obszarze podanych informacji. To ucina możliwość podpytana np. o kulisy rozstania z poprzednim pracodawcą. Kolejne obostrzenie dotyczy dokumentów aplikacyjnych w kontekście przesyłania ich pomiędzy podmiotami należącymi do danej grupy. RODO zakazuje takich praktyk, chyba że kandydat wyrazi na to zgodę.

Wszystko za zgodą

Bardzo ważnym aspektem podczas pracy HR-owców jest właśnie zbieranie zgód kandydatów na uczestnictwo w procesie rekrutacji. W przepisach RODO czytamy, że „zgoda powinna być wyrażona w drodze jednoznacznej, potwierdzającej czynności, która wyraża odnoszące się do określonej sytuacji dobrowolne, świadome i jednoznaczne przyzwolenie osoby, których dane dotyczą, na przetwarzanie dotyczących jej danych osobowych i która ma na przykład formę pisemnego (w tym elektronicznego) lub ustnego oświadczenia”. Poza tym zgoda może np. polegać na zaznaczeniu okienka wyboru podczas przeglądania strony internetowej. Zgody nie oznacza milczenie, okienka domyślnie zaznaczone lub niepodjęcie działania. Poza tym przepisy RODO wyraźnie zaznaczają, że jeżeli przetwarzanie służy różnym celom, potrzebna jest zgoda na wszystkie te cele.

HR-owiec i obowiązki informacyjne

Zwiększyła się także liczba informacji, które rekruterzy muszą przekazywać kandydatom o pracodawcy. HR-owy muszą informować m.in. o tym, jak długo ich dane będą przetwarzane, a także kto jest ich odbiorcą. W świetle nowych przepisów niezgodne z przepisami są rekrutacje ukryte, gdyż rekruter nie dopełnia obowiązku informacyjnego. „Firma nie może także pozostawić sobie danych rekrutacyjnych kandydata do kolejnych rekrutacji. Wyjątek? Musi zadbać o zdobycie takiej zgody na rzecz tzw. przyszłych rekrutacji. W momencie, w którym kandydat nie zaznaczy takiej zgody, a pojawi się możliwość rozpatrzenia CV na inne stanowisko, HR-owiec musi poinformować o tym kandydata i oczywiście zdobyć jego zgodę.” – uczula Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Serwisy z ofertami pracy w procesie rekrutacji

Skuteczna rekrutacja wymaga korzystania z serwisów, które są swojego rodzaju pośrednikiem między pracodawcą a kandydatem. W świetle przepisów RODO firmy publikujące ogłoszenia w świetle prawa dostarczają narzędzi do ich publikowania lub przetwarzają dane kandydatów w celu przesłania ich dokumentów rekrutacyjnych pracodawcy. Jako pośrednicy muszą mieć najwyższy poziom zabezpieczeń danych osobowych. Poza tym serwisy są zobowiązane do przetwarzania danych tylko w określonym celu, czyli rekrutacyjnym.

„O rzeczywistym wpływie RODO na proces rekrutacji przekonamy się za kilka miesięcy, gdy HR-owcy podsumują efekty kilku miesięcy pracy w nowych realiach. Niewątpliwie jesteśmy w momencie zmian, które wymagają cierpliwości i od kandydatów, i od rekruterów.”twierdzi Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Co przyniesie 2 połowa 2018 roku na rynkach finansowych

Mariusz Zaród – Head of Interest Rates and Credits - IPOPEMA TFI
Mariusz Zaród – Head of Interest Rates and Credits – IPOPEMA TFI

Pierwsza połowa bieżącego roku to okres awersji do ryzyka i poszukiwania bezpiecznych inwestycji. Inwestorzy indywidualni unikali rynków akcji i pogodzili się z mniejszymi zyskami w imię bezpieczeństwa.

Rynek obligacji skarbowych i korporacyjnych wiarygodnych spółek nadal przyciąga uwagę inwestorów. W drugiej części roku nadal pozostajemy pozytywnie nastawieni na polski rynek obligacji i oczekujemy utrzymania dotychczasowych tendencji. Sprzyjać temu powinna niska, umiarkowana inflacja, która powinna obniżyć się do końca roku oraz brak podwyżek stóp procentowych w Polsce w perspektywie najbliższych kwartałów. Do pierwszych podwyżek może dojść dopiero w 2020 roku, ale niewykluczone, że zostaną one jeszcze bardziej odłożone w czasie.

Istotnym czynnikiem, który będzie sprzyjać polskiemu długowi jest ograniczona podaż obligacji skarbowych na przetargach organizowanych przez Ministerstwo Finansów, wynikająca z wysokiego finansowania potrzeb pożyczkowych w bieżącym roku oraz bardzo dobra sytuacja budżetowa – nadwyżka prawie 10 mld PLN po maju.

Dodatkowo, utrzymujące się od dłuższego czasu niskie oprocentowanie lokat sprzyja „przesuwaniu” się oszczędności przedsiębiorstw i gospodarstw domowych w stronę bezpiecznych, dłużnych instrumentów. To dobry sygnał dla funduszy obligacji.

Fundusze dłużne IPOPEMA TFI odnotowały w ostatnim okresie świetne wyniki. Ipopema Obligacji Korporacyjnych zyskał 2,42%, Ipopema Dłużny 2,35%, Ipopema Obligacji 1,58%, a Ipopema Gotówkowy 1,53% (dane na 11.07.2018). Ale nie tylko wyniki bezwzględne są imponujące. Wszystkie w/w fundusze zajmują czołowe miejsca w swoich kategoriach porównawczych, zgodnie z klasyfikacja Analiz Online. 

Jak największe firmy podejmują decyzje biznesowe? Top 100 firm

Co wpływa na skuteczny proces decyzyjny w największych korporacjach? Większa liczba kobiet oraz obcokrajowców na stanowiskach kierowniczych, innowacyjność oraz śmiałość do podejmowania odważnych działań – wynika z najnowszego raportu „The Art Of Smart” globalnej sieci doradczej i księgowej Crowe. Zbadano pod tym kątem 100 największych firm na świecie. Najlepiej wypadła Grupa Volvo. W zestawieniu zabrakło firm z Polski.

infografika_1_top 10 firm podejmujacych skuteczne decyzje biznesoweg.jpgTo pierwsze tego rodzaju badanie w ocenie silnego i skutecznego procesu decyzyjnego w zakresie zarządzania korporacjami. Eksperci z Crowe, globalnej firmy księgowej i doradczej, zbadali 100 najbardziej dochodowych firm na świecie. Porównano cztery parametry: różnorodność płci i narodowości w kadrach kierowniczych, śmiałość do podejmowania odważnych działań oraz innowacyjność, a następnie sprawdzono wzrost wartości firm. Badanie objęło pięć ostatnich lat od 2013 r. do 2017 r. – Niniejszy raport jest próbą ilościowego określenia cech, które są potrzebne do skutecznego procesu decyzyjnego przekładającego się na sukces przedsiębiorstwa – mówi David Mellor, dyrektor generalny Crowe Global. – Podejmując jakąkolwiek istotną decyzję, wszystkie firmy napotykają się na szereg zmiennych i są narażone na wiele nieprzewidzianych sytuacji. Dowiadując się więcej o procesie podejmowania decyzji, firmy mogą podejmować mądrzejsze decyzje i tworzyć trwałe wartości – dodaje. Na pierwszym miejscu w raporcie Crowe 100 znalazła się szwedzka Grupa Volvo, która produkuje m.in. ciężarówki i autobusy. To efekt najlepszych wyników we wszystkich czterech badanych kategoriach. Firma zanotowała wzrost kapitalizacji rynkowej w czterech z pięciu lat objętych badaniem. Volvo pierwsze miejsce dzieli z Atlas Copco, które podobnie wysoko zostało ocenione w każdej kategorii. Przedsiębiorstwo produkuje urządzenia przemysłowe i również pochodzi ze Szwecji.

Coraz więcej kobiet w zarządach to lepsze i szybsze decyzje

infografika_2_mapa dobrych decyzji biznesowych.jpgPrzeprowadzona przez Crowe analiza raportów zarządów oraz kadry kierowniczej potwierdza duże zalety podejmowania decyzji przez zróżnicowane zespoły korporacyjne zarówno pod względem płci, oraz narodowości. W ciągu ostatnich pięciu lat widać tendencję do zwiększania liczby kobiet oraz pracowników różnych narodowości na stanowiskach kierowniczych, a także w zarządach. Pod koniec 2017 r. kobiety zajmowały średnio 17 proc. takich stanowisk w największych korporacjach. Dużym zróżnicowaniem pracowników na najwyższych stanowiskach może pochwalić się Klepierre, francuski fundusz inwestycyjny na rynku nieruchomości i drugi największy europejski operator centrów handlowych. Kobiety stanowią tam 36 proc., a obcokrajowcy w sumie 80 proc. kadry zarządzającej. Podobnym wynikiem może poszczycić się Peugeot, francuski producent samochodów. Po zwiększeniu ogólnej różnorodności zarządu każdego roku, odnotowano największy wzrost kapitalizacji rynkowej w ciągu pięciu lat wśród wszystkich producentów samochodów osobowych. W tym segmencie pod względem różnorodności w kadrach zarządzających wysokie pozycje zajęły również General Motors oraz BMW Group.

Największe firmy – najbardziej odważne i nowoczesne

infografika_3_skuteczne decyzje a roznorodnosc na stanowiskach kierowniczychJak się okazuje, dziesięć największych firm kapitałowych w raporcie Crowe 100 tj. Apple, Toyota Motor, Johnson & Johnson, UnitedHealth Group, Cisco Systems, Boeing, Medtronic, Lockheed Martin, Daimler oraz  Airbus – miały średnio o półtora punktu wyżej w kategorii śmiałości do podejmowania odważnych działań i prawie o dwa punkty więcej w innowacjach, niż dziesięć najmniejszych spółek. Podkreśla to istotną zależność między wielkością a manewrowością firm. Największe korzystają często z możliwości ekonomicznych, ale również podejmują częściej bardziej odważne i innowacyjne działania, aby utrzymać swoją wiodącą rolę w branży.

Dominują firmy z USA

Raport firmy Crowe porównuje ze sobą, 100 najbardziej dochodowych firm na świecie. Aż 33 z nich ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych. Na liście pojawiło się również 16 przedsiębiorstw z Japonii i 13 z Chin. Znalazły się również korporacje z Hong Kongu, Francji  oraz Niemiec. Jednak to te chińskie osiągają wyższe oceny pod względem wzrostu kapitalizacji rynkowej w porównaniu z firmami amerykańskimi lub japońskimi. W rankingu nie znalazła się żadna firma z Polski.

Pełny raport można znaleźć na stronie: https://www.crowe.com/global/insights/2018-crowe-100-decision-making

Informacje o metodzie badania dostępne są pod adresem: http://www.crowe.com/methodology

Most na Odrze w m. Milsko z początkiem 2019 r.

  • Inwestycja w systemie „projektuj buduj”
  • Wartość kontraktu ok 73 mln PLN
  • Długość mostu 380 m

Budowa mostu w m. Milsko w województwie lubuskim, to jedna z największych inwestycji na Odrze od czasów II wojny światowej. Od lat wyczekiwana przez mieszkańców, znacząco skróci czas przejazdu, łącząc Zieloną Górę ze Wschową. Podniesie bezpieczeństwo podróży i poprawi jej komfort, nie tylko dla lokalnych kierowców. Jest już decyzja w sprawie parametrów mostu, w związku, z czym wykonawca Mota-Engil Central Europe ma zielone światło na dalszą realizację projektu.

Inwestycja jest warta ok. 73 mln zł. Usprawni komunikację w środkowej części województwa lubuskiego. Dlaczego jest konieczna? Działająca w Milsku przeprawa promowa sprawia spore utrudnienia w ruchu, a że w okolicy brakuje mostów drogowych przez Odrę, Zarząd Dróg Wojewódzkich w Zielonej Górze zdecydował się na jej realizację. Tym bardziej, że projekt ma znaczenie nie tylko lokalne, ale także międzynarodowe – zmniejszy czas podróży z przejść granicznych  kierunku Wschowy, Leszna i granicy wschodniej.

Projektuj i buduj

Most przez Odrę, jako część większej inwestycji powstaje w systemie „projektuj i buduj”. Wykonawca Mota-Engil Central Europ podpisał umowę 1 września 2017 roku i przystąpił do projektowania. Zgodnie z umową na realizację inwestycji dostał 42 miesiące, z czego na opracowanie dokumentacji projektowej i uzyskanie decyzji ZRID 16 miesięcy, a na roboty budowlane 26 miesięcy. Obecnie jest w trakcie projektowania, przed złożeniem wniosku o wydanie decyzji ZRID. Prace budowlane powinny rozpocząć się na początku 2019 roku.

– Ta inwestycja zakłada budowę bardzo ciekawego obiektu. To jedno z najciekawszych zadań w Polsce, biorąc pod uwagę kwestie techniczne – wyjaśnia Artur Salachna, Dyrektor Kontraktu, Mota-Engil Central Europe. – Most budowany będzie między innymi z zastosowaniem technologii betonowania wspornikowego, polegającej na odcinkowym betonowaniu segmentów przy użyciu urządzenia formującego (tzw. Traweler). Technologia ta, mimo że obecnie dość powszechna, jest jednak bardzo wymagająca  – przez co stanowi dla wykonawcy niemałe wyzwanie inżynierskie.

Pomijając trudności technologiczne samej metody, niesie ona ze sobą sporo zalet, do których zaliczyć można m.in. uniezależnienie realizacji od charakteru przeszkody, którą w tej inwestycji stanowi rzeka Odra. Oprócz tego umożliwia niezależne wznoszenie konstrukcji na kilku stanowiskach oraz wprowadzenie cykliczności i powtarzalności wykonywanych czynności. Niezwykle istotnym aspektem projektu technologicznego oraz samego wykonania jest kontrola geometrii, zarówno wykonanych już segmentów jak i właśnie wykonywanych. Analiza zgodności ich odkształceń w odniesieniu do obliczeń wykonanych dla modelu obliczeniowego (wraz z założonymi podniesieniami wykonawczymi) ma na celu wybudowanie obiektu zgodnie z przyjętą na etapie projektu niweletą drogi na obiekcie. Wyjątkowość tej inwestycji polega także na budowie mostu nad drugą, co do wielkości rzeką w Polsce.

Most i co jeszcze?

Projekt poza budową mostu przez rzekę Odrę, obejmuje także realizację nowego przebiegu drogi wojewódzkiej nr 282 klasy „G” po nowym śladzie na odcinku od miejscowości Łaz (wraz z obejściem m. Łaz, Zabór, Milsko, Przewóz) do miejscowości Bojadła. Nowa trasa połączy przeprawę z drogą S3.  Roboty mostowe obejmują budowę mostu przez rzekę Odrę o długości 380m, mostu przez rzekę Śmigę o długości 16m, a także przejazdu gospodarczego PG1, PG2 oraz budowę przepustów drogowych.

W ramach robót drogowych zostaną wykonane: droga wojewódzka DW282 o długości około 9,20 km, skrzyżowania z drogami publicznymi, a także drogi zbiorcze. Ponadto powstaną ścieżki rowerowe oraz zjazdy indywidualne i publiczne. W ramach zadania wykonany zostanie także system odwodnienia drogi (kanalizacja deszczowa, rowy melioracyjne, urządzenia podczyszczające), urządzenia bezpieczeństwa ruchu oraz oświetlenie drogi w obrębie skrzyżowań. Zostanie przeprowadzona wycinka i nasadzenia zieleni oraz zabezpieczenie i przebudowa infrastruktury technicznej (sieci wodociągowej, gazowej, elektroenergetycznej i telekomunikacyjnej).

Wynagrodzenie dyrektora maltańskiej spółki bez podatku w Polsce

Dochód polskiego dyrektora zarządzającego maltańską spółką podlega zwolnieniu z opodatkowania w Polsce. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej potwierdził to stanowisko w wydanej 25 maja 2018 r. indywidualnej interpretacji podatkowej.

Z wnioskiem o wydanie interpretacji zwrócił się do organu polski rezydent podatkowy, będący osobą fizyczną. Jego wątpliwości dotyczyły obowiązku podatkowego w zakresie opodatkowania dochodów z tytułu pełnienia funkcji dyrektora zarządzającego w spółce kapitałowej z siedzibą na terytorium Republiki Maltańskiej. Co ważne, zapytanie dotyczyło funkcji dyrektorskiej w „radzie zarządzającej”, czyli organu spółki, w której skład mogą wchodzić dyrektorzy niezasiadający w Zarządzie tej spółki i nieujawniani w rejestrze spółek. (0114-KDIP3-2.4011.249.2018.1.AK1).

Akt powołania i obowiązek podatkowy

Podatnik wskazał, że będzie podejmował wszelkie czynności, w tym także w zakresie reprezentowania spółki i działania w jej imieniu. Wyłącznym, obok statutu spółki, źródłem jego obowiązków, jak i jedynym tytułem prawnym do wypłaty wynagrodzenia za ich pełnienie będzie uchwała zgromadzenia wspólników, powołująca go na stanowisko. Podatnik nie będzie więc ani pracownikiem, ani udziałowcem spółki. Jako polski rezydent podatkowy, podlegający ograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, zostanie – zgodnie z maltańskim prawem – objęty podatkiem dochodowym od dochodów uzyskanych z tytułu członkostwa w „radzie zarządzającej”. Dzięki „Umowie między Rządem Rzeczypospolitej Polskiej a Rządem Malty w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu” (Dz.U. 1995 r. nr 49, poz. 256 z późn. zm.), (dalej: UPO) dochód ten nie będzie opodatkowany w Polsce.

Wiążąca umowa międzynarodowa z Maltą

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w pełni zgodził się z podatnikiem. Podstawą takiego stanowiska jest łącząca oba kraje umowa z 7 stycznia 1994 r.

Na mocy art. 16  UPO wynagrodzenia i inne podobne należności przysługujące polskim dyrektorom z tytułu członkostwa w radzie zarządzającej spółki lub w innym podobnym organie spółki mającym siedzibę na Malcie, mogą być opodatkowane na Malcie, która zwalnia z opodatkowania wszelkie dochody osób fizycznych osiągane poza jej terytorium.

Jednocześnie w celu uniknięcia podwójnego opodatkowania, a zatem by zapewnić wyłączenie opodatkowania w Polsce, zastosowanie znajduje tzw. metoda wyłączenia z progresją, określona w art. 23 ust. 1 pkt a) i d) ww. umowy w związku z art. 27 ust. 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 z późn. zm.).

Ość w gardle fiskusa

Od czasu wejścia w życie umowy pomiędzy Rzeczpospolitą a Maltą, taki stan faktyczny i brak objęcia obowiązkiem podatkowym dochodów polskich dyrektorów maltańskich spółek potwierdzany był wielokrotnie: interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z dnia 13.03.2012 r., nr IPPB2/415-68/12-4/MS1; Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie, z dnia 16.08.2013 r., nr IPPB2/415-447/13-4/AS; Dyrektora Izby Skarbowej w Poznaniu z dnia 26.11.2013 r., nr ILPB2/415-830/13-4/WM; Dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z dnia 09.12.2013 r., nr ITPB1/415-1174/13/MR; Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z dnia 03.03.2015 r., nr IPPB1/415-1457/14-2/JS; Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z dnia 28.05.2017 r., nr 1462-IPPB2.4511.25.2017.2.KW1.

Dlaczego więc polski podatnik kolejny raz występuje o wydanie interpretacji w tej sprawie? Wszystko przez chaos wprowadzany komunikatami Ministerstwa Finansów, które nie może przyjąć do wiadomości faktu bezskuteczności prób opodatkowania dochodów osiąganych przez polskich przedsiębiorców poza granicami kraju (np. „Ostrzeżenie MF przed optymalizacją podatkową z wykorzystaniem spółek zagranicznych z uwagi na przepisy dotyczące tzw. miejsca zarządu” z 12.06.2017 r.). Spółki prawa maltańskiego czy też spółki holdingowe z wykorzystaniem spółki maltańskiej cieszą się ogromnym uznaniem wśród polskich przedsiębiorców z uwagi na możliwość uzyskania niezwykle preferencyjnego opodatkowania dla dochodów osiąganych w ich strukturach. Dotyczy to również pensji dyrektorów maltańskich spółek, powołanych na podstawie uchwały wspólników lub zarządu.

Nawet bez podatku

Teoretycznie fiskus powinien nawet nagłaśniać możliwość opodatkowania dochodów na podstawie UPO, m.in. właśnie na Malcie. Generalnie stawka podatku dochodowego od osób prawnych jest tam bowiem wyższa niż w Polsce i wynosi 35%. Malta oferuje jednak swoim podatnikom system tzw. pełnej refundacji. Pomniejszając zobowiązanie podatkowe udziałowców z tytułu wypłaty dywidendy o wartość zapłaconego przez spółkę podatku dochodowego, stawka CIT może w praktyce wynieść zaledwie ok. 5%.

Co do pensji dyrektorskich, fakt uznania przez organ podatkowy objęcia podatnika obowiązkiem podatkowym na Malcie nie oznacza, że będzie on musiał zapłacić cokolwiek ze swojej kieszeni. Opodatkowaniu podlegają tylko te „directors’ fees”, które są otrzymywane przez dyrektora zasiadającego w Zarządzie spółki maltańskiej. Polski rezydent podatkowy powołany i wynagradzany na podstawie uchwały wspólników lub zarządu i nie wchodzący w skład  Zarządu spółki z siedzibą na Malcie, będzie zwolniony z podatku, podobnie, jak podatnik w niniejszej sprawie.

Interpretacja Dyrektora KIS potwierdza tylko stanowisko, od dawna zajmowane przez doradców podatkowych, specjalizujących się w gałęzi międzynarodowego prawa podatkowego oraz prawie spółek. Bardzo korzystne, a nawet zerowe opodatkowanie dzięki wykorzystaniu spółek i holdingów maltańskich możliwe jest nie tylko w odniesieniu do pensji dyrektorskich.

[…] Wnioskodawca jest osobą fizyczną, polskim rezydentem podatkowym, który planuje założyć spółkę osobową na terytorium Malty […] Głównymi źródłami przychodów Spółki będą zatem zyski ze świadczenia usług, jak również zyski wynikające z posiadania udziałów w innych spółkach (w szczególności: dywidendy, zyski ze zbycia udziałów, dochody z likwidacji, umorzenia udziałów/akcji, obniżenia kapitału zakładowego lub inne) […]. […] W konsekwencji dochody uzyskiwane przez Wnioskodawcy posiadający struktury w postaci spółek osobowych w skład których wchodzą spółki z siedzibą na Malcie będą w Polsce zwolnieni z opodatkowania (zarówno na etapie ich powstania, jak i w momencie podziału zysków, a także faktycznej ich wypłaty Wnioskodawcy) […]” (interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z dnia 12.02.2015 r., nr IBPBI/1/415-1374/14/BK).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

E-commerce w świecie Internetu Rzeczy

Czwarta Rewolucja Przemysłowa już trwa. Wiek pary i elektryczności, dzięki swym wynalazkom zrewolucjonizował procesy produkcyjne. Ludzkość przeszła od produkcji ręcznej do zasilanej siłą pary i wody, a następnie elektryczności. Od lat 70. XX wieku datujemy wiek komputerów, nazywany trzecią rewolucją przemysłową, zaś obecnie jesteśmy w trakcie czwartej. Siłą napędową jej rozwoju jest internet. Ale nie tylko. Urządzenia mobilne, dostępność mocy obliczeniowych, a także aktualne możliwości gromadzenia i przetwarzania danych (m.in. Big Data). Z połączenia powyższych składników rodzi się idea Internetu Rzeczy (Internet of Things, w skrócie IoT). Obszarami w których IoT ma duży potencjał są m.in. przemysł, rynek pracy czy handel.

W dużym skrócie Internet Rzeczy działa dzięki inteligentnym czujnikom wbudowanym w różnorakie urządzenia, od maszyn produkcyjnych w fabrykach po osobiste urządzenia mobilne. Wbrew pozorom istota IoT leży jednak nie w samych rzeczach, lecz w danych, które urządzania mogą miedzy sobą wymieniać. Dzięki stałemu dostępowi do internetu przedmioty samodzielnie lub w grupach (połączone w sieci) gromadzą oraz przetwarzają dane, a także mogą je sobie wzajemnie przekazywać. Najważniejszą kwestia w IoT nie są same urządzenia, ale to, w jaki sposób jesteśmy w stanie spożytkować Big Data, które te urządzenia generują.

E-commerce a IoT

Właściciele sklepów internetowych nie mają sposobności spotkać się ze swoimi klientami twarzą w twarz jak tradycyjni detaliści, ale urządzenia podłączone do internetu dają im możliwość poznania upodobań swoich klientów. Przemysł 4.0 będzie dawał m.in. dzięki IoT nieosiągalną do tej pory elastyczność w dostosowaniu się do oczekiwań klientów, a więc tym samym przewagę nad konkurencją. Dzięki analizie danych od klientów będzie możliwe wdrożenie krótkich serii produkcyjnych, niemalże spersonalizowanych produktów. Kluczową kwestią dla branży e-commerce staje się wykorzystywanie technologii do świadczenia usług, które mogą prowadzić do zwiększenia zadowolenia klientów. Internet Rzeczy jest nadal gorącym i nowym trendem. Jednak e-commerce już czerpie z dobrodziejstw danych z IoT. Poniżej kilka przykładów jego wykorzystania w handlu.

Magazyn

Dzięki IoT łatwiej jest śledzić stany magazynowe. Czujniki IoT umożliwiają zarządzanie zapasami w czasie rzeczywistym, usprawniając proces przepływu towarów w magazynie. Optymalizują zarządzanie zapasami i zmniejszają niedobory, ale także eliminują nadwyżki zapasów towarów w magazynach. Przede wszystkim jednak niwelują błędy, za które jest odpowiedzialny człowiek. Informacje takie jak rodzaj produktu, nazwa producenta, termin przydatności do spożycia czy identyfikatory partii mogą być automatycznie przechowywane w systemie bez udziału człowieka. „Inteligentne półki” są przydatne w zmniejszaniu niezadowolenia klientów z powodu braku produktów w magazynie. Co więcej mogą śledzić liczbę produktów, które zostały sprzedane i mogą także złożyć automatyczne zamówienia, gdy tylko zapas osiągnie poziom minimalny. Z kolei czujniki monitorowania temperatury mogą być używane do sprawdzania optymalnej temperatury dla szybko psujących się produktów i wysyłania ostrzeżeń o konieczności szybszej ich sprzedaży.

Zarządzanie łańcuchem dostaw

Wydajne zarządzanie łańcuchem dostaw jest niezbędne, aby z powodzeniem prowadzić działalność w branży e-commerce. IoT zapewnia płynne przemieszczanie towarów. Umożliwia ich śledzenie od etapu produkcji do dostawy. Technologie RFID (ang. Radio-frequency identification) i GPS (ang. Global Positioning System) pomagają w śledzeniu przewożonych towarów, podając kompletne informacje nie tylko o lokalizacji przesyłki, ale też np. o jej temperaturze. Możliwe staje się również zarządzanie trasą i prędkością wysyłanych produktów, dzięki czemu można przewidzieć czas przybycia, a także uniknąć zagubienia przesyłki lub jej niewłaściwego dostarczenia. Czujniki mogą być używane również w samochodach dostawczych do monitorowania dostaw w czasie rzeczywistym, i dzięki temu do zmniejszania strat spowodowanymi błędami. Technologia RFID pozwala na zarządzanie zapasami w czasie rzeczywistym redukując liczbę godzin pracy, jednocześnie zapewniając dokładniejsze informacje.

Gwarancja i kradzież

W przypadku sprzedaży produktów z wyższej półki, IoT przyjdzie z pomocą przy procesie konserwacji i naprawy produktu. Dane mogą być przesyłane bezpośrednio do sprzedawcy. Pomaga to zidentyfikować problemy lub usterki, być może zanim klient zda sobie z nich sprawę. Dzięki usłudze konserwacji sprzętu w odpowiednim czasie można uniknąć przyszłej usterki i tym samym obniżyć koszty obsługi posprzedażowej. Tego typu dane mogą być wykorzystywane także do ostatecznego przewidywania potencjalnych reklamacji, ulepszania produktów i wreszcie obsługi klienta poprzez szybkie rozwiązywanie problemów. Urządzenia wyposażone w czujniki mogą również zapewniać lokalizacje GPS na wypadek utraty lub kradzieży.

Produkty szyte na miarę

Nie jest tajemnicą, że marketing jest napędzany przed dane. Jednak dzięki większej liczbie podłączonych użytkowników i urządzeń do internetu na całym świecie, uzyskujemy informacje, na których bazuje spersonalizowany marketing. Technologia IoT umożliwia markom e-commerce poznanie klientów w czasie rzeczywistym. Wzrost liczby połączonych rzeczy oznacza więcej danych, z których marketerzy mogą uzyskać wgląd w zachowania konsumentów.

Dzięki wykorzystaniu IoT branża e-commerce będzie w stanie sprawniej zarządzać magazynem i zapasami a to oznacza więcej czasu na skupienie się na innych aspektach działalności. Dane z urządzeń posłużą do lepszego dopasowania produktów do klientów. Z pewnością IoT wpłynie także na budowanie responsywnych stron internetowych, które powstaną na podstawie informacji zebranych z urządzeń mobilnych. Projektanci User Experience będą mieli pole do popisu przy interpretacji danych zebranych z urządzeń i wdrażaniu nowych rozwiązań proklienckich. Prawdziwym wyzwaniem dla e-commerce będzie właśnie analiza coraz to większej ilości danych (nie tylko marketingowych) dostarczanych przez urządzenia. Złożone informacje będą bowiem wymagały szukania nowych narzędzi do ich analizy, co stanowić będzie wyzwanie dla badaczy oraz biznesu. A danych będzie z roku na rok przybywać. Według szacunków International Data Corporation (IDC) w 2018 roku światowe wydatki na Internet Rzeczy osiągną wartość 772,5 mld dolarów. IDC prognozuje, że w latach 2017-2021 światowe wydatki IoT utrzymają łączny wzrost na poziome 14,4% rocznie (CAGR), przekraczając 1 bilion dolarów w 2020 roku , a poziom 1,1 biliona dolarów osiągając w roku 2021.[1]

Dagmara Sobańska, Country Manager Poland, Sofort GmbH

[1] www.idc.com, IDC Forecasts Worldwide Spending on the Internet of Things to Reach $772 Billion in 2018, 7.12.2017 [online: https://www.idc.com/getdoc.jsp?containerId=prUS43295217]

W ciągu najbliższych 2 lat aż 70 proc. firm na świecie spodziewa się dezinwestycji

Aż 70 proc. firm na świecie spodziewa się dezinwestycji w ciągu najbliższych dwóch lat. Głównym powodem podjęcia decyzji o sprzedaży części majątku jest dążenie do skupienia się na swojej podstawowej działalności. Jednak ponad połowa organizacji oczekuje, że w tym roku proces ten będzie znacznie trudniejszy z powodu zmian rynkowych. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Is it time for a break? How to maximize divestment success”, priorytetowym zadaniem w procesie dezinwestycji jest wycena przedsiębiorstwa oraz uspokojenie nastrojów pracowniczych. Z kolei głównym wyzwaniem po zakończeniu transakcji są umowy na usługi przejściowe (TSA) oraz wycena kosztów z nimi związanych.

Przy niskim wzroście gospodarczym, kiedy przychody firm w dużej mierze zależą od ściśle określonych strategii korporacyjnych, dezinwestycje stają się coraz ważniejszym procesem, który pozwala dostarczać wartość udziałowcom. Jak pokazują wyniki badania Deloitte, jedna trzecia respondentów ma na swoim koncie więcej niż jedną taką transakcję w ostatnich trzech latach, a aż 70 proc. oczekuje przynajmniej jednej w ciągu najbliższych dwóch lat. Mimo, że aktywność i plany na rynku dezinwestycji są duże, to wcale nie oznacza to, że coraz łatwiej jest firmom sprzedać część swojego majątku. Aż 54 proc. organizacji spodziewa się, że w perspektywie najbliższych 12 miesięcy proces ten będzie znacznie trudniejszy ze względu na zewnętrzne uwarunkowania.

Wyniki naszego badania wskazują na silne poczucie niepewności firm oraz częściej występujące restrukturyzacje z powodu niskich oczekiwań dotyczących wzrostu organicznego. Mimo, że coraz więcej przedsiębiorstw planuje sprzedać część majątku, to dostrzegają one szereg wyzwań, które mogą być przeszkodą w procesie udanej dezinwestycji. Zmieniają się wymagania nabywców, transakcje stają się bardziej skomplikowane, a aktywność akcjonariuszy i zmiany w regulacjach tylko zwiększają ryzyko niepowodzenia transakcji. – Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Głównym powodem sprzedaży części majątku jest optymalizacja portfeli inwestycyjnych. Pozwala to firmom koncentrować się na swojej podstawowej działalności. Dla ponad połowy respondentów (57 proc.) jest to bodziec do pozbawienia się niezadowalających aktywów. Zmieniający się krajobraz konkurencyjny i rynkowy także nabiera coraz większego znaczenia. Wskazuje na to aż 44 proc. respondentów, podczas gdy w 2012 roku było to tylko 5 proc. Na trzecim miejscu wśród powodów sprzedaży aktywów znalazła się rosnąca aktywność akcjonariuszy i ich udział w zarządzaniu portfelem.

Niełatwy do zarządzenia proces

Przeprowadzenie udanej dezinwestycji wymaga planowania i umiejętnej egzekucji. Dla ponad dwóch trzecich respondentów (72 proc.) dokładna wycena przedsiębiorstwa jest priorytetowym zadaniem, którego muszą się podjąć, aby sprzedać część swoich aktywów. Na drugim miejscu (61 proc.) znalazło się zbadanie struktur, korzyści i kosztów związanych z potencjalną transakcją oraz wydzielenie zespołu wewnątrz firmy, który będzie odpowiedzialny za dezinwestycję. – Aż 71 proc. badanych przyznało, że największy problem ma z morale pracowników. Co więcej, dla 40 proc. ankietowanych głównym wyzwaniem jest brak informacji od nabywcy aktywów na temat dalszych planów dotyczących firmy. Te dwie kwestie są bardzo powiązane. Nastroje pracowników pogarszają się, kiedy dochodzą ich słuchy o sprzedaży firmy i zaczynają spekulować na temat swojej przyszłości zawodowej – wyjaśnia Kamil Kucharczyk. Po dezinwestycji wiele firm zazwyczaj wciąż ma zobowiązania związane ze sprzedaną częścią majątku, które trwają kilka miesięcy lub dłużej. Tego typu relacje zwane są umowami na usługi przejściowe (TSA). Dla firm to jest jedno z największych wyzwań. Ponad jedna trzecia respondentów (36 proc.) deklaruje, że zbyt nisko oszacowała koszty świadczenia usług przejściowych. W przypadku 53 proc. firm umowy TSA trwały od 7 do 12 miesięcy, a w przypadku 22 proc. było to ponad 12 miesięcy.

Wymagający nabywcy

Zmieniające się zewnętrzne uwarunkowania rynkowe, w połączeniu z wzmacniającymi się regulacjami prawnymi, sprawiają, że firmom coraz trudniej jest znaleźć nabywcę dla swoich aktywów. Aż 50 proc. firm uważa, że powinna lepiej przygotowywać się do procesu dezinwestycji, dostarczając potencjalnym kupcom więcej danych analitycznych. Oferentom zależy na szerszym dostępie do źródeł danych, by móc wykonać szczegółowe analizy biznesowe. Według 41 proc. respondentów chcieliby oni także większej interakcji z zarządem spółki-matki.

Jak pokazuje raport Deloitte, wartość transakcji zależy od liczby oferentów. Połowa badanych firm uważa, że większa liczba chętnych do nabycia aktywów jest głównym czynnikiem, który podnosi wartość transakcji. Tak samo, zdaniem 50 proc. respondentów, zbyt małe zainteresowanie nabyciem inwestycji negatywnie wpływa na jej wartość. – Poszerzenie szeregu nabywców jest jednym ze sposobów na zwiększenie wartości transakcji, ale ewidentnie nie wszystkie firmy dostrzegają pełną paletę możliwości. Większość z nich sprzedając swoje udziały, wciąż bardziej preferuje korporacje niż fundusze private equity. Wybierają też częściej krajowych inwestorów niż zagranicznych. Postępują tak, mimo, że większe szanse domknięcia transakcji mają z funduszami PE i nabywcami z zagranicy – podsumowuje Kamil Kucharczyk.

Wyhamowanie dynamiki spadku bezrobocia

Stopa bezrobocia w czerwcu 2018 r. wyniosła 5,9 proc. wobec 6,1 proc. w maju

Analizując stopę bezrobocia w ubiegłych latach, widać wyraźnie wyhamowanie dynamiki jej spadku. W 2015 roku różnica między stopą bezrobocia w maju i czerwcu wynosiła 0,5 pkt proc., w kolejnych latach różnica ta corocznie zmniejszała się o 0,1 pkt proc., by w 2018 roku osiągnąć zaledwie 0,2 pkt proc. (5,9 proc. w czerwcu w stosunku do 6,1 proc. w maju). Zmniejszenie dynamiki spadku oznaczać może początek okresu stabilizacji na rynku pracy mierzonej stopą bezrobocia i liczbą bezrobotnych. Osoby, które były chętne i gotowe do podjęcia pracy za oferowane wynagrodzenie, z uwagi na znaczący wzrost zapotrzebowania na pracę, mogły już to zrobić, zaś w rejestrach powiatowych urzędów pracy pozostały osoby, które z jakiś względów nie są gotowe do podjęcia zatrudnienia lub po prostu mają przerwę związaną ze zmianą pracy, miejsca zamieszkania, zawodu czy podnoszeniem kwalifikacji.

W poprzednich latach widoczna była, w miesiącach wakacyjnych, stabilizacja stopy bezrobocia na poziomie odnotowywanym w czerwcu. Wydaje się, że bieżący rok nie przyniesie żadnej zmiany w tym zakresie. Można się spodziewać bezrobocia w lipcu i sierpniu na tym samym lub bardzo zbliżonym poziomie (5,8 – 6 proc.).

Najniższą stopę bezrobocia odnotowano w regionie warszawskim stołecznym (2,9 proc.) i w województwie wielkopolskim (3,6 proc.), najwyższą zaś – w województwie warmińsko – mazurskim (10 proc.) i – co może być pewnym zaskoczeniem – w regionie mazowieckim z wyłączeniem Warszawy i okolic (9,8 proc.). W przypadku powiatów zróżnicowanie jest jeszcze większe. Najwyższa stopa bezrobocia była w powiecie szydłowieckim (23,4 proc.), najniższa w Poznaniu (1,3 proc.).

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

Spotkanie Trumpa z Junckerem

Informacja na temat podaży może wspierać utrzymanie notowań ASW na relatywnie niskich poziomach. Wtorkowa sesja przyniosła umocnienie złotego przy stabilnym dolarze. W środę w centrum uwagi indeks Ifo dla Niemiec oraz spotkanie Trumpa z Junckerem.

Wtorkowa sesja przyniosła umocnienie złotego przy stabilnym dolarze. EURUSD utrzymywał okolice 1,17 zaś EURPLN spadł do 4,295. Uwagę inwestorów przyciągały wstępne publikacje indeksów PMI ze strefy euro i jej największych gospodarek. Dane zaskoczyły pozytywnie (zarówno przemysłowe indeksy PMI dla Niemiec i strefy euro przerosły oczekiwania ekonomistów), co wsparło nastroje względem euro, na czym skorzystał też złoty. Optymizm był jednak umiarkowany, bowiem indeks EZ łączny rozczarował spadkiem do 54,3 wobec 54,8 oczekiwanych i 54,6 zanotowanych w czerwcu. Choć indeks ten nadal jest zgodny z tempem wzrostu PKB strefy euro z początku III kwartału, jednak wspiera EBC w kontynuowaniu planów stopniowego normowania polityki pieniężnej. Można więc oczekiwać, że czwartkowe posiedzenie EBC nadal będzie miało wyraźnie gołębi wydźwięk. W rezultacie, przy łagodnym EBC perspektywa kolejnych podwyżek stóp przez Fed potwierdzona ostatnio przez J. Powella przy okazji prezentacji półrocznego raportu dot. polityki monetarnej będzie osłabiać złotego w kolejnych miesiącach roku. Na razie jednak, potwierdzenie stabilnego wzrostu gospodarczego w strefie euro wspierało wtorkowe nastroje wobec euro i złotego. Ponadto rynki oczekują już na spotkanie Trumpa z przewodniczącym Komisji Europejskiej Junckerem, po którym spodziewają się wypracowania kompromisu dot. handlu pomiędzy tymi dwoma potęgami gospodarczymi.

Niemiej spojrzenie na PLN na razie nie ulega większym zmianom. Wydaje się, iż inicjatywa nadal jest raczej po stronie podażowej w najbliższych dnach, co oznacza większy potencjał do ponownego wzrostu EURPLN. W środę powrót do spadków złotego może wywołać publikacja niemieckiego indeksu Ifo za lipiec, w czwartek EBC. Rosnące obawy o wprowadzanie kolejnych ceł przez USA zapewne osłabiły nastroje, w szczególności w sektorze motoryzacyjnym.

Na polskim rynku stopy procentowej nie doszło do większych ruchów, a krzywa dochodowości wciąż utrzymuje się blisko poziomów obserwowanych w ostatnich kilku dniach. Potencjalnym czynnikiem wzmagającym zmienność może okazać się środowa publikacja podaży na zaplanowany na piątek regularny przetarg obligacji. Po relatywnie wysokiej sprzedaży na aukcji zamiany, MF może zdecydować się na obniżenie podaży do 5-6 mld PLN (z planowanych maksymalnie 8 mld PLN), aby nie powiększać nadpłynności na rachunku centralnym. Takie zmiany mogą w krótkim terminie pozwolić na utrzymanie się ASW na niższych poziomach, w okolicach 20pb w sektorze 10-letnim.

Zagranicą rentowności obligacji utrzymały wzrosty z ostatnich dwóch sesji, gdzie UST 10Y ponownie notowane są nieznacznie poniżej 3%. Krytyka działań Fed ze strony Trumpa na razie nie skłania inwestorów do zmiany zdania na temat losów polityki monetarnej. Dodatkowo presja na wzrost rentowności na rynkach bazowych pochodziła również z Japonii, w związku z pojawiającymi się w ostatnim czasie doniesieniami o możliwości odejścia od ultrałagodnej polityki prowadzonej przez Bank Japonii.

Wykres dnia: Publikacja podaży na zaplanowanej na piątek aukcji może wspierać utrzymanie relatywnie niskich notowań ASW.

Publikacja podaży na zaplanowanej na piątek aukcji może wspierać utrzymanie relatywnie niskich notowań ASW
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Kurs liry się załamał – zyskuje na tym złoty

Na rynku walutowym nie widać postępów w żadnym kierunku. USD jakby chciał, a nie mógł zyskiwać, pomimo wsparcia danych i korelacji rynkowych i być może perspektywa wzmożonej aktywności prezydenta Trumpa w temacie wojen handlowych wiąże ręce inwestorom. Wydarzeniem dnia jest spotkanie prezydenta USA z przewodniczącym KE Junckerem. Lokalnie złoty otrzymał prezent od banku centralnego… Turcji.

Wtorek był dobrym dniem dla złotego, a EUR/PLN osobiście mnie zaskoczył testem 4,30, ale to dlatego, że nie oczekiwałem prezentu, jaki polskim importerom sprawił bank centralny Turcji, który wbrew powszechnemu przekonaniu uczestników rynku nie podniósł stóp procentowych o 100 pb. Podwyżka była w pełni zdyskontowana, więc jej brak był ogromnym szokiem. Mogę przyjąć uzasadnienie, że spowolnienie wzrostu gospodarczego, już i tak wysoki poziom stopy procentowej (17,75 proc.) i przekonanie, że polityka fiskalna zapewni wsparcie dla gospodarki mogły przemawiać za utrzymaniem status quo. Niestety martwi krótkowzroczność banku centralnego, który nie przewidział, jakie mogą być konsekwencje wysyłania fałszywych sygnałów na rynek lub niereagowania na palące problemy ekonomiczne (ucieczka kapitału, deprecjacja liry i związana z tym wysoka inflacja: 15,4 proc.). Nie mówiąc o tym, jak bierność podsyca spekulacje o utracie niezależności przez bank centralny w obliczu ostatnich zmian ustrojowych i wprowadzenia systemu prezydenckiego. Kurs liry się załamał (-3 proc.), a uciekający kapitał musiał gdzieś szukać miejsca do zaparkowania. Jeśli chciał pozostać w regionalnym koszyku, trafił na złotego. Innego wytłumaczenia nie widzę w obliczu niskiej płynności, wakacyjnego handlu i braku innych wydarzeń w ciągu ostatniej doby. Dalej uważam, że asymetria ryzyk bardziej zagraża złotemu niż stwarza okazję, szczególnie że temat wojen handlowych pozostaje żywy. Polskim importerom odradzam chciwość.

Na szerszym rynku USD meandruje w wydeptanych od kilku dni korytarzach i jakoś nie może skorzystać z wyższych rentowności długu USA, wystromienia krzywej oraz solidnych danych z gospodarki (indeksy PMI powyżej 55 pkt.). Szukając wytłumaczenia, obstawiałbym rezerwę w obawie przed kolejną „bombą” od Trumpa. Dziś bliżej 20:00 polskiego czasu prezydent USA przyjmuje przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera. Rozmowa ma dotyczyć relacji handlowych i nie zdziwiłbym się, gdyby Trump wykorzystał okazję, aby przypomnieć zeszłotygodniowe słowa o sile USD, słabości EUR i/lub manipulacjach kursowych UE. Jednocześnie nie spodziewałbym się, aby rozmowy doprowadziły do sukcesów na polu ograniczenia barier handlu. A czy zamiast tego rozmowy skłonią Trumpa do „wyżalenia” się na Twitterze? Nie wykluczałbym. Innymi słowy finisz nowojorskiej części sesji może być gorący i zmienny, choć nic nie wniesie do długoterminowego postrzegania walut.

Dalej widzę argumenty za siłą USD, choć dziś zapowiada się na jazdę po wybojach. Jestem pesymistyczny do perspektyw AUD i NZD, w tym pierwszym przypadku moje przekonanie wzmocniły słabe dane o inflacji z Australii dziś w nocy. Rośnie ryzyko, że sierpniowe posiedzenie RBA będzie miało gołębi wydźwięk. EUR czeka na jutrzejsze posiedzenie EBC, a EUR/USD pozostaje na ziemi niczyjej. Obserwuję z boku GBP i zastanawiam się, czy rynek będzie chciał coś zrobić przed przyszłotygodniowym posiedzeniem BoE, gdzie spodziewana jest gołębia podwyżka? Na razie po handlu nie widać oznak pewności siebie, mimo że na plus przemawia rozpoczęcie przerwy wakacyjnej parlamentu brytyjskiego, co powinno ograniczyć liczbę tematów związanych z Brexitem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Billon cementuje współpracę z japońską firmą Mitsui Knowledge Industry (MKI)

Firma technologiczna Billon przedłużyła wraz z końcem czerwca umowę o współpracy z MKI w zakresie wdrażania rozwiązań stworzonych na bazie technologii blockchain. MKI doceniło rozwiązanie Billona do płatności pieniądzem elektronicznym oraz platformę do przechowywania i przesyłania dokumentów między instytucjami i klientami.

Japoński sektor finansowy i ubezpieczeniowy dostrzega w blockchainowym repozytorium dokumentów szansę na optymalizację i unowocześnienie efektywnej komunikacji z klientem. – mówi Andrzej Horoszczak, prezes i założyciel Billon. Japońskie firmy szczególną wagę przykładają do usług elektronicznego doręczenia z aktywnym potwierdzeniem oraz zdalnego zawierania umów online. Nie bez znaczenia pozostaje także kwestia płatności bezgotówkowych, ponieważ japoński rynek może stać się w ciągu najbliższych lat jednym z najbardziej obiecujących dla firm oferujących tego typu rozwiązania.

Japonia bezgotówkowa?

Przekonanie japońskich konsumentów do płatności bezgotówkowych jest jednym z największych wyzwań dla firm działających na tamtejszym rynku. Z danych japońskiego Ministerstwa Finansów, Handlu i Przemysłu wynika, iż tylko 18 proc. płatności realizowanych w Japonii ma postać bezgotówkową. Co ciekawe, w Chinach ten odsetek stanowi już 60 proc. Japońskie władze planują w ciągu najbliższych dwóch lat wprowadzić zmiany regulacyjne umożliwiające udostępnianie stronom trzecim dostępu do rachunków bankowych i danych. Ma to na celu ograniczenie wysokiego poziomu obrotu gotówką.

Rozwiązanie stworzone przez Billon, bazujące na zaawansowanej kryptografii oraz technologii rozproszonego rejestru (DLT), pozwala na natychmiastowe i bezpośrednie przesyłanie pieniędzy w formie cyfrowych danych. W odróżnieniu od innych rozwiązań blockchainowych Billon nie używa kryptowalut. Technologia obsługuje waluty narodowe posiadające pełne pokrycie i wymienialność w gotówce papierowej.

Polska myśl inżynierska na nowy sposób zarządzania cyfrowymi relacjami w japońskich instytucjach?

Japońska strona jest także zainteresowana drugim flagowym produktem polskiej spółki. Jest nim blockchainowy system Billona do przechowywania i przesyłania dokumentów ze szczególnym uwzględnieniem cyfrowej tożsamości użytkowników oparte na protokole blockchainowym, z pełnym zabezpieczeniem przed ingerencją w treść dokumentu. Japońscy partnerzy widzą duży potencjał w możliwości realizacji przez software Billona usług elektronicznego potwierdzenia doręczenia oraz zdalnego zawierania umów online.

Budowa silnego partnerstwa

Zamierzamy aktywować działania marketingowe zmierzające do wdrożenia rozwiązań Billona w Japonii i Azji Południowo-Wschodniej – mówi Takumi Onodera, zastępca dyrektora generalnego MKI.

Mająca główną siedzibę w Tokio, firma Mitsui Knowledge Industry (MKI) jest obecna w japońskim biznesie od ponad 50 lat. Firma rozszerzyła także swoją działalność za granicą, budując silną sieć biznesowych kontaktów w Azji. Model współpracy Billon z MKI opiera się na dostarczaniu technologii przez polską spółkę. MKI pełni rolę resellera, który  przedstawia technologię swoim partnerom biznesowym.

Przedłużenie umowy partnerskiej, którą zawarliśmy na jesieni ubiegłego roku, otwiera przed nami możliwości eksportu polskiej technologii blockchainowej do Japonii, Wietnamu i Indonezji. Mamy nadzieję, że wieloletnie doświadczenie MKI i niezrównana sieć kontaktów doprowadzą do wdrożenia technologii Billona przez wiele firm na rynku japońskim i w innych krajach azjatyckich – dodaje Andrzej Horoszczak.

Finansowe charaktery Polaków

Żyjący w świecie mitów, Ustatkowani, Zagubieni i Poszukiwacze wrażeń – takie 4 główne typy oszczędzających wyłaniają się z analizy raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. Badanie – przeprowadzone na osobach, które posiadają oszczędności – pokazało, że to co łączy rodaków to nieefektywne pomnażanie swoich pieniędzy. Eksperci BGŻOptima oraz instytutu badawczego Kantar TNS opracowali najczęściej występujące rodzaje zachowań oraz postaw wobec oszczędzania i na ich podstawie wytypowali cztery grupy finansowych charakterów Polaków.

Badanie potwierdza, że mieszkańcy znad Wisły wybierają produkty uważane za bezpieczne, nie zważając na ich faktyczną opłacalność. Zdecydowana większość Polaków oszczędza, lecz nie ma na to konkretnego planu. Podejście do pomnażania pieniędzy wynika jednak z wielu uwarunkowań i okoliczności, na podstawie których wyselekcjonowane zostały cztery charakterystyczne grupy badanych:

  • Ustatkowani (32% uczestników badania)
  • Żyjący w świecie mitów (29% uczestników badania)
  • Zagubieni (21% uczestników badania)
  • Poszukiwacze wrażeń (18% uczestników badania)

Respondenci zostali zapytani o skłonności do zainwestowania części swoich oszczędności na rynku finansowym, o własne poczucie bezpieczeństwa finansowego, a także o oczekiwaną wartość poduszki finansowej.

Ustatkowani – zamożni z wyznaczonym celem finansowym

Ustatkowani to najliczniejsza (32 proc.) i jednocześnie najstarsza (38 proc. osób skończyło 50 lat) grupa oszczędzających Polaków. Przewagę w niej mają mężczyźni (56 proc.). Jej przedstawiciele deklarują dobrą sytuację materialną i znaczne oszczędności – ponad 1/3 z nich ma powyżej 50 tys. zł. Charakterystyczną cechą Ustatkowanych jest systematyczne, comiesięczne oszczędzanie.

Są zainteresowani długoterminowym oszczędzaniem (45 proc. wskazuje perspektywę powyżej 3 lat), jednak ponad 80 proc. z nich nadal pozostaje przy bezpiecznych strategiach inwestycyjnych. Co drugi Ustatkowany czuje się bezpieczny ze swoim poziomem oszczędności. To drugi pod względem deklarowanego poczucia bezpieczeństwa wynik w raporcie. Blisko trzy czwarte osób zakwalifikowanych do tej grupy w ciągu ostatniego roku zastanawiało się nad zainwestowaniem części swoich zasobów finansowych. Dwie trzecie reprezentantów grupy przeznaczyłoby na to nie więcej niż 20 proc. zaoszczędzonych pieniędzy. Ustatkowani mają wysokie oczekiwania dotyczące wartości poduszki finansowej – zaledwie 13 proc. zadowoliłoby się kwotą poniżej 10 tys. zł, a aż co czwarty – by czuć się bezpiecznie – potrzebuje kwoty powyżej 150 tys. zł.

Żyjący w świecie mitów – niewystarczająca wiedza finansowa

W tej grupie przewagę mają kobiety (57 proc.). Żyjący w świecie mitów posiadają stosunkowo niewielkie oszczędności, a prawie połowa z nich ma odłożone mniej niż 10 tys. zł. Co więcej ponad 3/4 osób z tej kategorii jeszcze nigdy nie inwestowało.

Na tle pozostałych grup przyznają się do posiadania najsłabszej wiedzy dotyczącej oszczędzania (77 proc.) i inwestowania (92 proc.). Wyróżniają się także sporą niechęcią do pomnażania majątku –  30 proc. z nich nie zamierza inwestować oszczędności, a mniej niż co dziesiąty umieściłby na rynku finansowym więcej niż 20 proc. zaoszczędzonej kwoty. Ponadto większość respondentów wykazuje niewygórowane oczekiwania względem wysokości poduszki finansowej, dla co drugiego z nich wystarczająca byłaby kwota poniżej 50 tys. zł. Co warto dodać, aż 68 proc. zaklasyfikowanych jako Żyjący w świecie mitów nie czuje się bezpiecznie z własnym poziomem oszczędności.

Zagubieni – niskie zarobki hamują możliwości inwestycyjne

Spośród wszystkich grup Zagubieni wyróżniają się najniższym poziomem dochodów (56 proc. do 3 tys. zł netto) i posiadanych oszczędności (40 proc. do 5 tys. zł). Ponad 30 proc. z ankietowanych mieszka na wsi lub w małych miastach. 64 proc. z nich deklaruje, że nigdy nie inwestowało, a kolejne 30 proc. nie zamierza tego robić w przyszłości. Za główne powody podają w pierwszej kolejności brak wystarczających wolnych środków (54 proc. wskazań) oraz wiedzy i umiejętności (43 proc. wskazań).

Zagubieni najczęściej oszczędzają na krótkoterminowe cele. Odznaczają się najniższym poczuciem bezpieczeństwa związanym z posiadanymi oszczędnościami. Dla większości oczekiwana wartość poduszki finansowej wynosi mniej niż 50 tys. zł. Jednocześnie co czwarty potrzebuje więcej niż 100 tys. zł, by móc czuć się całkowicie bezpiecznie.

Poszukiwacze wrażeń – młodzi, otwarci na ryzyko

Wśród uczestników badania BGŻOptima są najmłodszą grupą – 56 proc. z nich ma mniej niż 40 lat, ale jednocześnie znajduje się tu najwięcej regularnych inwestorów (18 proc.). Są najbardziej otwarci na ryzykowne strategie inwestowania i najlepiej spośród innych grup oceniają poziom swojej wiedzy dotyczącej oszczędzania (78 proc.) i inwestowania (79 proc).

Ponad 70 proc. przedstawicieli tej grupy przyznaje się, że w ciągu ostatniego roku zastanawiało się nad zainwestowaniem części swoich pieniędzy. Poszukiwacze wrażeń zarabiają stosunkowo dobrze, a większość z nich czuje się bezpiecznie z własnym stanem oszczędności. Tylko 1/3 ma obawy związane ze swoją sytuacją finansową. Jak pokazały badania, grupa ta jest najbardziej zróżnicowana pod kątem oczekiwań co do wartości poduszki finansowej – najliczniejszy zbiór stanowią osoby, które podają kwoty z zakresu 10-50 tys. zł.

***

Analiza finansowych charakterów Polaków powstała na podstawie badania do raportu „Polak Oszczędny. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. Zostało ono przeprowadzone przez Kantar TNS na zlecenie BGŻOptima we wrześniu 2017 roku metodą wywiadów internetowych (CAWI)  na próbie 1000 osób w wieku 25-65 lat, posiadających oszczędności w kwocie minimum 1000 zł w dowolnej formie; miesięczny dochód respondentów netto min. 1500 zł.

Naukowcy chcą stworzyć rośliny odporne na suszę. Badają bakterie i grzyby mogące ulepszyć rośliny bez stosowania technologii GMO

Naukowcy chcą stworzyć rośliny odporne na suszę. Badają bakterie i grzyby mogące ulepszyć rośliny bez stosowania technologii GMO 7

Mimo że w Polsce nie prowadzi się badań nad produktami GMO na szeroką skalę, technologowie żywności wykorzystują genetykę do wprowadzania na rynek nowych odmian. Stosując tradycyjne metody modyfikacji genetycznej, czyli dobór takich mikroorganizmów, które mogą żyć w symbiozie, można stworzyć rośliny odporniejsze na suszę, choroby lub zapewniające lepsze plony. Pomogą w tym specjalnie wyselekcjonowane odmiany grzybów oraz bakterii.

– Dzisiaj polscy genetycy pracują nad nasionami, które lepiej wykorzystują chociażby promienie słoneczne, więc mają lepszą efektywność wykorzystywania procesu fotosyntezy. Pracują nad pozyskaniem odmian, które są odporne na susze, np. takich, które komfortowo pobierają krzem, uodparniający dane odmiany na skutki suszy, ale również pracują nad symbiozą bakterii czy grzybów z roślinami, które będą chroniły swojego żywiciela, jednocześnie nie będą szkodliwe dla ludzi czy zwierząt ­– mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Sowul, członek Polskiej Grupy Nasiennej.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi planuje całkowicie zabronić upraw GMO (Organizmów Zmodyfikowanych Genetycznie) na terenie Polski i maksymalnie skrócić moratorium na stosowanie pasz GMO. Oznacza to, że rolnicy będą musieli znaleźć inny sposób na ochronę swoich upraw. Naukowcy pokładają spore nadzieje w efektywnych mikroorganizmach, czyli mieszankach grzybów, bakterii oraz promieniowców pochodzenia naturalnego, które mogą zabezpieczyć uprawy przed skutkami susz oraz chorobami, mogących je zdziesiątkować. Dzięki nim rolnik może liczyć na większe plony przy jednoczesnym zredukowaniu liczby zużywanych pestycydów oraz nawozów sztucznych.

– Na rynku już pojawiają się produkty wolne od GMO, które w kontekście pewnego reżimu są również produktami sprzyjającymi pewnej ilości genetyki tradycyjnej. Pojawiają się produkty bez laktozy, renesans przechodzi owies produkowany w reżimie technologicznym często ekologicznie. Wiemy dobrze, jak dużą ilość mikroelementów zawierają płatki owsiane, więc jest pewien powrót do tego sposobu żywienia. My ze strony genetycznej staramy się tworzyć odmiany owsa, a niekoniecznie pszenicy, która z racji niektórych elementów nie zawsze nadaje się w sposób komfortowy do spożywania przez człowieka ­– zauważa ekspert.

Polska Grupa Nasienna planuje się skupić na usprawnieniu produkcji owsa z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że polscy konsumenci coraz częściej rezygnują z produktów pszenicznych na rzecz tych wyprodukowanych przy wykorzystaniu starych gatunków zbóż. W owsie dopatruje się także większej obecności substancji aktywnych, które mają pomagać w profilaktyce nowotworowej.

Z drugiej strony owies jest powszechnie wykorzystywany przy produkcji gęsiny. Choć w naszym kraju to mięso nie cieszy się zbyt dużą popularnością ze względu na jego wysoką cenę, to polska gęsina jest ceniona na rynkach zagranicznych ze względu na wysokie walory smakowe. Metody prowadzenia tuczu mają mieć kluczowy wpływ na jakość mięsa, dlatego ulepszenie owsa przy wykorzystaniu efektywnych mikroorganizmów może mieć pozytywny wpływ również na tę gałąź przemysłu spożywczego.

– Hodowla nowych odmian przyspieszy, nowa metodologia pozwala na przyspieszanie hodowli i nieużywanie metod GMO. To też wymaga finansowania, mamy nadzieję, że utrzymamy kadry, które pozwolą nam na to, że będziemy jedli bardzo dużo kiełków. To dzisiaj bardzo ciekawe rozwiązanie żywieniowe dla ludzi, ale pod to musimy być dobrze przygotowani produkcyjnie. Nie zrobimy tego od razu, konsument będzie decydował o tym, jak daleko posunie się genetyka, przynajmniej w takich krajach jak Polska, które jednak chronią swojego konsumenta i stawiają dobro konsumenta ponad wszystko – twierdzi Przemysław Sowul.

Analitycy Invant Research szacują, że do 2025 r. wartość rynku efektywnych mikroorganizmów wzrośnie do 24 mln dol przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,8 proc.

Najnowocześniejsze lasery korygują wady wzroku w ciągu kilku sekund. Naukowcy pracują nad nieinwazyjnymi metodami leczenia

Najnowocześniejsze lasery korygują wady wzroku w ciągu kilku sekund. Naukowcy pracują nad nieinwazyjnymi metodami leczenia 8

Laserowa korekcja wzroku jest coraz popularniejszą alternatywą dla noszenia okularów czy soczewek kontaktowych. Coraz bardziej zaawansowane, w pełni zautomatyzowane lasery femtosekundowe wykonują zabiegi w ciągu zaledwie kilkunastu sekund, zapewniając jednocześnie pacjentowi maksymalne bezpieczeństwo. Trwają równocześnie prace nad zupełnie nową, nieinwazyjną metodą korekcji wzroku, pozwalającą na leczenie wszystkich pacjentów, nawet z przeciwwskazaniami do laserowej korekcji wzroku, takimi jak zespół suchego oka czy cienka rogówka.

– Chirurgia refrakcyjna rozwija się bardzo dynamicznie, doskonalą się i techniki operacyjne, i instrumentarium. W sposób nadzwyczajny postąpił rozwój technik laserowych, w tej chwili czas zabiegu zmieniania kształtu rogówki jest liczony w sekundach, najdalej minutach, w związku z tym sam zabieg jest bezpieczniejszy i mniej obciążający. Nie wymaga też bezpośrednio przed żadnego specjalnego przygotowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Jerzy Szaflik z Centrum Mikrochirurgii Oka „Laser”.

Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że na całym świecie żyje 253 mln ludzi z zaburzeniami widzenia. Nieskorygowane wady refrakcji są statystycznie najważniejszą przyczyną zaburzeń widzenia. Tymczasem aż 80 proc. zaburzeń widzenia można wyleczyć. Robi się to z pomocą coraz nowocześniejszych metod. Najnowszą metodą wyrównywania wady refrakcji u ludzi jest laserowa korekcja, która jest coraz chętniej stosowana ze względu na możliwość zrezygnowania z noszenia okularów. Obecnie zabiegi wykonuje się m.in. z użyciem lasera excimerowego oraz femtosekundowego.

– Zabieg polega na zmienieniu kształtu powierzchni rogówki poprzez układ optyczny oka. Największą wartością w układzie optycznym jest wartość rogówki i odpowiednie modelowanie rogówki powoduje, że układ optyczny oka się zmienia w taki sposób, że w efekcie uzyskujemy tzw. normowzroczność, czyli sytuację, w której pacjent bez okularów dobrze widzi z każdej odległości – tłumaczy prof. Szaflik.

Działanie lasera jest w pełni zautomatyzowane. Prowadzący zabieg lekarz jedynie programuje urządzenie, które w pełni automatycznie wygeneruje wiązkę laserową wykierowaną w oko pacjenta. Ryzyko niepowodzenia zabiegu jest niwelowane – laserowi nie zadrży ręka, powieki pacjenta są unieruchomione, a gdy pacjent chwilowo przeniesie wzrok, laser automatycznie się wyłączy.

Najnowszym trendem na rynku są śródrogówkowe metody zabiegów, cechujące się znacznie szybszym uzyskaniem pożądanej ostrości widzenia. Najnowszą metodą jest zabieg o nazwie Smile.

– Smile to zabieg, w którym zmianę uzyskuje się poprzez wycinanie w środku rogówki odpowiedniej małej soczewki, a następnie wyprowadzanie jej na zewnątrz przez mały otwór (nacięcie do 4 mm – przyp.red.), co w konsekwencji powoduje zmianę kształtu całej powierzchni rogówki, ale nie ingeruje w struktury powierzchowne oka, czyli nabłonek rogówki, który w innych technikach powierzchownych musi być zdjęty, a potem musi się zregenerować – twierdzi Jerzy Szaflik.

Poza laserową korekcją wzroku prowadzone są również badania nad zastosowaniem lasera femtosekundowego w leczeniu zaćmy, keratoplastyce czy w leczeniu stożka rogówki. Na rynku są także inne metody leczenia wzroku niż korekcja laserowa. Naturalną soczewkę w oku można wymienić na sztuczną soczewkę multifokalną (wieloogniskową), dzięki której pozbyć można się każdej wady wzroku i dobrze widzieć zarówno z bliska, jak i daleka. Zabieg wszczepienia soczewki jest jednak bardziej skomplikowany i czasochłonny.

Naukowcy pracują także nad nieinwazyjnymi metodami laserowej korekcji wzroku. Prof. Sinisa Vukelic z Uniwersytetu Columbia opracowuje nową metodę korekcji wzroku z wykorzystaniem femtosekundowego oscylatora – ultraszybkiego lasera, który dostarcza impulsy o bardzo niskiej energii z dużą częstotliwością powtarzania. Dzięki swoim właściwościom metoda mogłaby być stosowana u wszystkich pacjentów, np. z suchością oka, cienką rogówką, czy innymi nieprawidłowościami, przez które nie mogą być zakwalifikowani do zabiegów refrakcyjnych. Wyniki badań przedklinicznych nowej metody są obiecujące, a badania kliniczne zaplanowano na koniec 2018 roku.

Światowy przemysł szuka dostępu do cennych minerałów. Może w tym pomóc technologia opracowana przez polskich naukowców

Światowy przemysł szuka dostępu do cennych minerałów. Może w tym pomóc technologia opracowana przez polskich naukowców 9

Bez minerałów pierwiastków ziem rzadkich, m.in. ksenotymu, monacytu czy cyrkonu, światowa gospodarka stanęłaby w miejscu. To one są źródłem metali ziem rzadkich wykorzystywanych w produkcji telefonów komórkowych, przy budowie farm wiatrowych czy lotach kosmicznych. W ich pozyskiwaniu Chiny są zdecydowanym monopolistą – tam znajduje się 90 proc. złóż. Każda możliwość uniezależnienia się od Państwa Środka jest na wagę złota. Może w tym pomóc nowoczesna technologia stworzona przez polskich naukowców.

– Pierwiastki ziem rzadkich są bardzo cenne we współczesnej gospodarce z racji tego, że wykorzystywane są w wysokich technologiach i w przemyśle stalowym jako elementy do wzmacniania konstrukcji części metalowych. Wykorzystywane są również w przemyśle kosmicznym i wojskowym. Jednocześnie metale ziem rzadkich mają małe rozprzestrzenienie w Europie i na świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Karol Zglinicki z Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Metale ziem rzadkich, czyli grupa 15 pierwiastków, zaczęły robić karierę stosunkowo niedawno. Pojawiły się technologie, które dopiero dzięki tym minerałom mogły się rozwijać. Obecnie wykorzystywane są przez przemysł wysokich technologii. Bez nich nie byłoby urządzeń mobilnych. Wykorzystywane są także w laserach, urządzeniach rentgenowskich, samochodach hybrydowych, w przemyśle kosmicznym czy przy budowie farm wiatrowych – stosuje się je w magnesach neodymowych w wiatrakach.

– Pierwiastki ziem rzadkich są przyszłością dla Polski z racji niskiej technologii w naszym kraju, będą wykorzystywane w chociażby wiatrakach, które będą stawiane w niedalekiej przyszłości na Bałtyku. Stąd też poszukiwanie źródeł jako produktu handlowego będzie kluczowym elementem naszej gospodarki i rządu – przekonuje Karol Zglinicki.

Zapotrzebowanie na te pierwiastki jest coraz większe. Szacuje się, że jeszcze w 1990 roku globalna konsumpcja metali strategicznych i metali ziem rzadkich wynosiła nieco ponad 40 tys. ton, a obecnie to już ok. 200 tys. ton. Popyt znacznie przewyższa podaż. Obecnie monopolistą na rynku są Chiny, gdzie znajduje się 93 proc. złóż. Państwo Środka mocno jednak limituje produkcję tlenków – w 2017 roku na poziomie 103 tys. ton, czyli odpowiadającemu połowie zapotrzebowania. Uniezależnienie się od Chin jest więc kluczowe w dalszym rozwoju technologii, dlatego trwają poszukiwania alternatywnych źródeł pozyskiwania tych metali. Jednym z takich obszarów jest Indonezja.

– Poszukujemy pierwiastków ziem rzadkich w różnych rejonach świata. Jednym z krajów o wysokim potencjale jest Indonezja. W 2013 roku prowadziliśmy projekt, który miał na celu znalezienie złóż pierwiastków ziem rzadkich. Okazało się, że w odpadach antropogenicznych znajduje się ich duża ilość, około 20 proc. Chcemy przełożyć to na nasz rynek – zapowiada ekspert Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Naukowcy uruchomili więc projekt, którego celem jest separacja minerałów powstałych w wyniku odpadów przerobu piasków zawierających rudę cyny.

– Chcemy sprowadzać ten materiał z Indonezji. Będziemy przerabiali ten materiał u nas w Polsce, a następnie produkowali materiał w postaci tlenków i sprzedawali na rynkach europejskich i światowych, np. we Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemczech, gdzie przemysł wysokich technologii jest bardzo dobrze rozwinięty – mówi dr Karol Zglinicki.

Dzięki innowacyjnej metodzie pozyskanie minerałów ciężkich wzbogaconych w minerały ziem rzadkich możliwe byłoby także w Polsce – przede wszystkim z Ławicy Słupskiej i okolicy Helu. Złoża znajdują się również na Ukrainie. Stworzona technologia pozwala na poszczególnych etapach oddzielać i pozyskiwać minerały z pozyskiwanego materiału.

W Polsce pracuje coraz więcej cudzoziemców. Konieczne kreowanie odpowiedniej polityki migracyjnej i walka z uprzedzeniami

W Polsce pracuje coraz więcej cudzoziemców. Konieczne kreowanie odpowiedniej polityki migracyjnej i walka z uprzedzeniami 10

Rośnie poziom imigracji zarobkowej do Polski. W ciągu roku liczba wydanych przez wojewodów zezwoleń na pracę dla cudzoziemców spoza Unii Europejskiej wzrosła niemal o 100 proc. Na rynku pracy jest już prawie milion pracowników ze Wschodu. To oznacza dla Polski duże wyzwania w zakresie kreowania polityki migracyjnej, jasnych procedur zatrudniania, skróceniu czasu oczekiwania na pozwolenie na pracę czy uspójniania polityki migracyjnej z innymi sferami. Istotnym elementem w budowaniu narracji na temat migracji jest też walka z ksenofobią – podkreśla Anna Rostocka, dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Warszawie.

 W kreowaniu polityki migracyjnej bardzo ważne jest kompleksowe i całościowe podejście do migracji. Chodzi o to, by ułatwiała ona legalną migrację, ponieważ to jest najlepszy sposób przeciwdziałania migracji nielegalnej. Ważne jest też, aby polityka migracyjna była oparta o rzetelne dane, czyli musimy wiedzieć, czego potrzebuje nasz rynek pracy, jaka jest nasza sytuacja demograficzna, jaka jest sytuacja w kontekście polityki społecznej, edukacji, zdrowia, ponieważ imigranci stają się częścią naszego społeczeństwa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rostocka, dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Warszawie.

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że na rynku pracy jest obecnie około miliona pracowników ze Wschodu. Pod koniec 2017 roku ważnych było ponad 325 tysięcy dokumentów potwierdzających legalny pobyt cudzoziemców w Polsce. W ubiegłym roku wydano łącznie 235 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców, zarejestrowano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Najchętniej zatrudniani są pracownicy z Ukrainy – w co dziesiątej polskiej firmie. Napływ cudzoziemców do Polski będzie miał coraz większe znaczenie, zwłaszcza w kontekście wyzwań demograficznych. Tylko w latach 2015–2020 ubędzie blisko 590 tysięcy osób w wieku produkcyjnym, dlatego tak istotne jest stworzenie odpowiedniej polityki migracyjnej.

 Ważne jest całościowe podejście do migracji, spójność polityki migracyjna z innymi politykami, np. polityką społeczną, polityką dotyczącą rynku pracy, edukacji, zdrowia i kultury. Bardzo istotne są kwestie związane z poszanowaniem praw migrantów w trakcie całego cyklu migracyjnego, a także kwestie dotyczące przeciwdziałania dyskryminacji, etycznej rekrutacji i zatrudnienia – wymienia ekspertka.

Jak wskazuje Anna Rostocka, problemem są skomplikowane procedury zatrudniania cudzoziemców – dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie szeregu ułatwień, dzięki którym zatrudnienie obcokrajowców byłoby szybsze, np. łatwiejsze sprowadzanie cudzoziemców o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskanie w takich przypadkach zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy. Także sami pracodawcy często nie wiedzą, jakie warunki należy spełnić, by móc zatrudnić obcokrajowca.

 Przedsiębiorcy bardzo często mówią, że procedury są skomplikowane, nie do końca je rozumieją albo nie do końca są w stanie im sprostać. Ważnym elementem wydaje się także dostęp do rzetelnej informacji na temat tych procedur, zarówno dla samych pracodawców, jak i dla cudzoziemców. Infolinia Migrant.Info prowadzona przez IOM udzieliła już kilkudziesięciu tysięcy konsultacji. Mamy ponad 5 milionów użytkowników strony internetowej. To pokazuje, jak duże jest zapotrzebowanie na informację. Długi czas oczekiwania może też powodować, że migranci czy pracodawcy będą się decydowali na zatrudnienie w szarej strefie lub na pobyt nielegalny – podkreśla Rostocka.

Uproszczenie procedur jest istotne, zwłaszcza że na rynku pracy powoli zaczyna brakować rąk do pracy. W 2030 roku pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem już co piątego stanowiska pracy, a z 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie około 16 mln osób. Niedobory dotyczą nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz także tych o kwalifikacjach podstawowych.

 Zatrudnianie cudzoziemców stawia przed pracodawcami dwa rodzaje wyzwań. Pierwsze wyzwanie to kwestia dotycząca pozyskania odpowiedniego pracownika, a więc taka rekrutacja, która z jednej strony będzie uczciwa, w oparciu o odpowiednie standardy etyczne, z drugiej strony będzie pozwalała dopasować pracownika do kompetencji, których potrzebujemy. To jest problem zarówno dla dużych przedsiębiorstw, jak i małych i średnich, które niekoniecznie mają sieć dającą możliwości zrekrutowania takiej osoby – wskazuje dyrektor Biura Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Warszawie.

Drugie wzywanie – już na późniejszym etapie – to odpowiednie zarządzanie różnorodnością i zwiększanie kompetencji międzykulturowych. Istotna jest też walka z uprzedzeniami i ksenofobią.

 Zdecydowana większość migrantów pracuje, dobrze się integruje i przyczynia się do rozwoju firmy czy gospodarki. Dobre byłoby więc pokazywanie, jak migranci pracują w naszych firmach, w jaki sposób przyczyniają się do rozwoju firmy, w jaki sposób integrują się z polskim społeczeństwem i stają się jego aktywną częścią. Są dobre i złe strony, warto, żebyśmy prowadzili dyskurs na temat migracji w sposób zrównoważony – podkreśla Anna Rostocka.

Żegluga śródlądowa prawie niewykorzystywana w systemie transportowym. Polska zaczyna nadrabiać wieloletnie zaniedbania

Żegluga śródlądowa prawie niewykorzystywana w systemie transportowym. Polska zaczyna nadrabiać wieloletnie zaniedbania 11

Transport towarów rzekami odgrywa obecnie marginalną rolę w polskim systemie transportowym. Ich udział oscyluje wokół 0,3 proc., a wymagania stawiane  drogom o znaczeniu międzynarodowym spełnia w Polsce niecałe 6 proc. długości dróg wodnych. Z drugiej strony wodny transport śródlądowy to jedna z najbardziej ekologicznych i najtańszych form transportu. Aby rozwinąć ją w Polsce, trzeba najpierw nadrobić wieloletnie zaległości w rozbudowie, modernizacji i rewitalizacji infrastruktury. Jedną z takich inwestycji jest warta 32 mln zł rozbudowa nowoczesnego sytemu informacji rzecznej na Dolnej Odrze. 

– Projekt zakłada wdrożenie nowoczesnego systemu zarządzania transportem wodnym i śródlądowym. Są to urządzenia takie, jak kamery, czujniki hydrometeorologiczne, urządzenia do identyfikowania statków AIS i radary. Te urządzenia, które dostarczają informacji i danych, są później wykorzystywane do świadczenia usług informacji rzecznej. To są np. elektroniczne mapy nawigacyjne w żegludze śródlądowej, Notice to Skippers, czyli komunikaty dla kapitanów, elektroniczne raportowanie statków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Durajczyk, p.o. dyrektora Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Szczecinie.

System Informacji Rzecznej (River Information Services, RIS) służy do gromadzenia i przetwarzania danych dotyczących m.in. pogody, stanu wód i statków znajdujących się w jego zasięgu. Informacje zbierane w ramach RIS są kluczowe dla poprawy bezpieczeństwa przewozów w żegludze śródlądowej, zarządzania ruchem statków i usprawnienia współpracy z innymi gałęziami transportu.

Mówi się, że żegluga śródlądowa jako gałąź transportowa nie jest nowoczesna ani przyszłościowa, ale to nieprawda. W każdym systemie transportowym jest miejsce na autostrady, drogi kolejowe, a także na żeglugę śródlądową i transport morski, które są uzupełnieniem podstawowego systemu transportowego. One sprawiają, że system transportowy i gospodarka danego kraju są bardziej konkurencyjne, bo żegluga śródlądowa jest najtańszą, najbardziej ekologiczną i niezawodną formą transportu – podkreśla Piotr Durajczyk.

System RIS, który wpłynie na poprawę bezpieczeństwa i efektywności przewozów śródlądowych, jest w Polsce wdrażany na podstawie dyrektywy unijnej z 2005 roku dotyczącej śródlądowych dróg wodnych o znaczeniu międzynarodowym.

Rozbudowa RIS na Dolnej Odrze jest wartą 32 mln zł inwestycją realizowaną przez Urząd Żeglugi Śródlądowej w Szczecinie. Projekt dostał w ubiegłym tygodniu unijne dofinansowanie z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko 2014–2020 w wysokości 17 mln zł. Obecnie system RIS na Odrze działa tylko do miejscowości Ognica, w której rzeka łączy się z kanałem Schwedt. Po zakończeniu inwestycji długość objętych nim dróg wodnych wydłuży się o prawie 243 km.

Jak podkreśla Piotr Durajczyk, rozbudowa systemu to jedna z szeregu inwestycji, które muszą zostać zrealizowane na Odrze nie tylko w celu usprawnienia żeglugi śródlądowej, lecz także w celu poprawy bezpieczeństwa, m.in. przeciwpowodziowego.

– Mówimy też o inwestycjach infrastrukturalnych, którymi zajmują się Wody Polskie. Przywrócenie żeglugi śródlądowej będzie wymagało przebudowy Odry, podniesienia niektórych mostów, przebudowy śluz – wydłużenie ich, pogłębienie i naprawy, bo wiele z nich jest w słabym stanie technicznym, który nie gwarantuje niezawodnego działania. Będzie to też wymagać budowy zbiorników retencyjnych, żeby poziomy wody były bardziej stabilne niż obecnie. Inwestując w rzekę, inwestujemy w swoje bezpieczeństwo, zapobiegamy powodziom i stratom w przypadku wielkiej wody – wymienia Piotr Durajczyk.

Jak zauważa, w Polsce dopiero od niedawna mówi się o rozwoju żeglugi śródlądowej, ponieważ wcześniej przez wiele lat priorytetem były drogi, autostrady i kolej. Natomiast rozwój żeglugi śródlądowej i odbudowa dróg wodnych to długotrwały proces, który wymaga bardzo dużych nakładów finansowych, decyzji środowiskowych i administracyjnych.

Jak wynika z danych GUS, niedostateczne zagospodarowanie dróg  żeglownych  w  Polsce – zarówno  pod  względem  charakteru, jak i parametrów żeglugowych (wymiary śluz, głębokość i szerokość  szlaku, wysokości mostów) – powoduje, że żegluga śródlądowa odgrywa w tej chwili marginalną rolę  w polskim systemie transportowym. Udział transportu śródlądowego w przewozie ładunków zmniejszył się z 0,8 proc. w 2000 roku do poziomu 0,3 proc. w 2016 roku.

Drogi wodne w Polsce mają bardzo słabe parametry techniczne, co uniemożliwia transport ładunków. Mówimy tu o głębokościach tranzytowych, prześwitach pod mostami, szerokości toru wodnego czy szlaku żeglownego. Należy także wyremontować infrastrukturę punktową, śluzy, jazy – to wszystko przez ostatnie 60 lat było tylko w nieznaczny sposób modernizowane, a teraz wymaga przebudowy. Będzie ona oznaczała zmianę parametrów, tak żeby mogły pływać większe statki, bo im większy statek, tym bardziej ekonomiczny transport. To wszystko wymaga z jednej strony bardzo dużych nakładów finansowych, z drugiej – dużo czasu – mówi Piotr Durajczyk.

Wodny transport śródlądowy to jedna z najtańszych i najbardziej ekologicznych form transportu. Przy tym samym nakładzie energii tonę ładunku można przewieźć ciężarówką na odległość 100 km, natomiast barki – około 370 km. Jednak aby rozwinąć tę formę transportu w Polsce, trzeba nadrobić wieloletnie zaległości w rozbudowie, modernizacji i rewitalizacji infrastruktury.

Najważniejsze w tej chwili jest zlikwidowanie wąskich gardeł, które uniemożliwiają prowadzenie regularnego transportu, np. pomiędzy Wrocławiem a Szczecinem. Taki transport był realizowany jeszcze w latach 70., kiedy żegluga śródlądowa odgrywała ogromną rolę – choćby w transportowaniu węgla z Górnego i Dolnego Śląska do portu w Szczecinie. Inwestycje polegające na tym, że te wąskie gardła są zminimalizowane, spowodują, że żegluga wróci – podkreśla p.o. dyrektora Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Szczecinie.

Według danych GUS w 2016 roku długość śródlądowych dróg wodnych wynosiła 3 655  km. Wymagania stawiane drogom o znaczeniu międzynarodowym spełniało raptem 5,9 proc. długości dróg wodnych (214 km). Udział dróg zapewniających parametry niezbędne do nowoczesnej żeglugi nie zmienił się od 2007 roku.

Coraz większe problemy z płynnością firm budowlanych. W kolejnych miesiącach może się pojawić więcej upadłości deweloperów

Coraz większe problemy z płynnością firm budowlanych. W kolejnych miesiącach może się pojawić więcej upadłości deweloperów 12

Wyższe koszty materiałów, zatory płatnicze oraz trudności z pozyskaniem pracowników powodują pogorszenie kondycji firm budowlanych. W najbliższych miesiącach eksperci prognozują wzrost wniosków upadłościowych oraz restrukturyzacyjnych, również ze strony deweloperów. Problemy tego segmentu rynku to nie tylko ból głowy dla osób kupujących mieszkania, lecz także dla podwykonawców, którzy muszą się liczyć z czarnym scenariuszem. W skrajnych wypadkach jedynym sposobem na wyjście z kłopotów będzie dla nich ogłoszenie upadłości.

– Przed branżą budowlaną stoją kolejne problemy płynnościowe, na które składa się kilka czynników, m.in. mniejsza liczba pracowników, wzrost wynagrodzeń, oprócz tego ogólny wzrost cen w budownictwie. Gros kontraktów zawieranych 1,5–2 lata temu dziś się nie dopina. Od dłuższego czasu obserwowany jest spadek płynności i zatory płatnicze w budownictwie, co sygnalizuje, że w perspektywie najbliższych kilku miesięcy może się pojawić więcej upadłości deweloperskich – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną  Newseria Biznes Maciej Roch Pietrzak, wiceprezes PMR Restrukturyzacje.

To o tyle istotne, że w dużej mierze dotykają one przede wszystkim nabywców mieszkań, którzy nierzadko w daną nieruchomość zainwestowali oszczędności całego życia.

– Z tego względu są dla nich bardzo dotkliwe i bolesne. Jeżeli dochodzi do takiej upadłości, nabywca mieszkania powinien szybko podjąć kroki mające na celu czynne uczestniczenie w postępowaniu upadłościowym, aby w jak najwyższym stopniu kontrolować przestrzeganie praw, które mu przysługują – przypomina Maciej Roch Pietrzak.

Z danych Coface wynika, że w I półroczu tego roku liczba upadłości firm budowlanych wzrosła o 18 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Stanowią one 55 proc. wszystkich upadłości. Średnie opóźnienia płatności w tej branży sięgają niemal 116 dni (wzrost o 32 dni w skali roku). Zdaniem ekspertów problemy będą się pogłębiać.

Z badania profilu firmy–dłużnika przeprowadzonego na zlecenie Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor wynika, że to właśnie przedsiębiorstwa z branży budowlanej najczęściej opóźniają płatności – wskazał na nie co czwarty badany. To zła wiadomość także dla podwykonawców.

– Sytuacja rynkowa wskazuje, że podwykonawcy powinni być przygotowani na czarny scenariusz, czyli co najmniej na poślizgi w płatnościach, jeśli nie całkowitą niewypłacalność ich zleceniodawców. Powinni więc być przygotowani również na podjęcie zgodnych z prawem kroków, przewidzianych np. przez prawo restrukturyzacyjne czy w skrajnym przypadku prawo upadłościowe – podkreśla ekspert PMR Restrukturyzacje.

Jak przekonuje wiceprezes PMR Restrukturyzacje, o ile duże firmy mogą pewne zdarzenia przewidzieć i skutecznie im przeciwdziałać, to najmniejsze firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą mogą popaść w ogromne problemy i narazić się np. na egzekucję komorniczą.

– Istnieją przepisy, które pozwalają im kontynuować bezpiecznie działalność, poddać się np. pod nadzór sądu w jednym z postępowań restrukturyzacyjnych, żeby mieć szansę na kontynuowanie działalności, zachowanie płynności celem realizacji innych kontraktów i uzyskania wynagrodzenia pozwalającego na dalsze funkcjonowanie firmy – wyjaśnia Maciej Roch Pietrzak. – W skrajnym przypadku taki przedsiębiorca może skorzystać z dobrodziejstwa upadłości. Może brzmieć to kuriozalnie, ale upadłość została przewidziana właśnie po to, aby bezpiecznie wyjść z kłopotów i nie odpowiadać do końca życia za długi, w które się popadło bez swojej winy, np. z uwagi na upadłość inwestora.

Podobnie jak w przypadku upadłości konsumenckiej przedsiębiorca nie zostanie całkowicie bez środków do życia. Na Zachodzie, gdzie takich upadłości jest znacznie więcej niż w Polsce, są one traktowana jako druga szansa.

– Taka osoba w perspektywie najbliższych 2–3 lat zostanie oddłużona, będzie mogła rozpocząć nowe życie, nawet pracując w tej samej branży, ale już bez ciężaru długów, w które popadła nie ze swojej winy. Nie chcemy straszyć upadłością deweloperską. Są możliwości wyjścia, tylko trzeba w miarę wcześnie reagować, stosując odpowiednie narzędzia prawne, które są już wprowadzone do naszego systemu – mówi Maciej Roch Pietrzak.

Jak pisać teksty pod SEO?

Jak pisać teksty pod SEO?W czasach, w których żyjemy, zapewne wiele razy słyszeliście słowa wypowiadane przez największych twórców internetowych, brzmiące następująco: „content jest najważniejszy”. To prawda… jednak nie do końca! Oczywiście możemy liczyć na łut szczęścia, który sprawi, że dzięki danemu artykułowi użytkownicy zaczną dzielić się linkami i sami „napłyną” do naszej strony. Jednak nie oszukujmy się – to bardzo trudne do osiągnięcia. Znacznie łatwiej będzie publikować treści przyjazne nie tylko użytkownikom, ale również… wyszukiwarkom! Jak więc tworzyć takie teksty?

Na samym początku…

Na starcie warto zastanowić się, o czym możemy napisać daną treść. Czego szukają twoi Klienci? Co jest dla nich ważne? Na te z pozoru trudne pytania będą bazą do Twojego pierwszego artykułu, zgodnego z zasadami SEO, czyli Search Engine Optimization. Zgodnie z tym, powinniśmy publikować treści, które są zbliżone do tego, co znajduje się w naszej ofercie. Domyślnie ma to poprowadzić użytkownika od tego, co właśnie czytał, wprost na naszą witrynę.

Zaplanuj słowa kluczowe

Najgorszym, co możemy zrobić w tym momencie, to zdać się na naszą intuicję. Teoretycznie możemy domyślać się, czego szukają nasi klienci i jakie są ich potrzeby… jednak czy aby na pewno? W takiej sytuacji ryzyko powodzenia tej operacji wynosi 50%. Znacznie lepszym pomysłem będzie faktycznie sprawdzenie, o czym Twoi klienci chcą czytać! Służą do tego narzędzia do dobierania słów kluczowych, które podpowiedzą nam, jakie frazy wpisywane w wyszukiwarkę są powiązane z naszym nowym artykułem. Kiedy już „odkryjemy” te słowa kluczowe, to powinniśmy zastanowić się, jak umiejętnie umieścić je w artykule. „Umiejętnie” to słowo klucz, gdyż nie ma nic gorszego niż sztuczne wydłużanie treści, poprzez wepchnięcie maksymalnie dużej liczby wspomnianych fraz!

Czy Twój tekst jest dobrze sformatowany?

Zdziwilibyście się, jak duży wpływ na to, jak nasz tekst jest interpretowany przez wyszukiwarki, ma również jego formatowanie. W obecnych czasach użytkownicy bardziej przeglądają, niż czytają i powinniśmy to umieć wykorzystać dla swoich korzyści! Nikt nie ma czasu, a przede wszystkim ochoty, na dogłębną analizę tekstu przypominającego bardziej epopeję niż artykuł internetowy. W takim momencie kluczowe staje się to, jak skonstruowana jest treść. Akapity, pogrubienia czy nagłówki powinny zostać Waszymi najlepszymi przyjaciółmi! Dzięki temu treść będzie przystępniejsza i łatwiejsza w odbiorze.

Nagłówki

No właśnie, kwestia nagłówków. Znaczniki H1 i H2 i tym podobne są niesamowicie ważne, gdyż Google uznaje teksty je wykorzystujące za bardziej wartościowe. Niegłupim pomysłem będzie także to, aby nagłówek posiadał jedno z wybranych przez nas słów kluczowych. Nie tylko ułatwimy użytkownikowi znalezienie interesującego fragmentu artykułu, ale również pozytywnie wpłyniemy na to, jak te treści będą indeksowane przez wyszukiwarkę! Sami widzicie, że odpowiednie optymalizowanie nagłówków jest kluczowe dla istoty content marketingu!

Tagi tytułowe i opisy

Jeżeli korzystamy z wyszukiwarek, to za każdym razem natrafiamy na coś, co w języku SEO zwiemy „meta tagami” i „opisami”. Są to po prostu kolejno nagłówki i opisy stron internetowych (w tym przypadku artykułu), które pojawiają się po wpisaniu danego zapytania. To tak naprawdę wtedy, użytkownicy po raz pierwszy mogą podjąć decyzję, czy chcą odwiedzić naszą witrynę – więc czemu by nie postarać się, aby dodatkowo pomóc im w tej czynności? Tworząc takie tagi i opisy, musimy trzymać się pewnych wytycznych, aby ułatwić pracę wyszukiwarkom. Te pierwsze, zwykle powinny się zamykać maksymalnie w 70 znakach i zawierać główną frazę kluczową. Natomiast meta opis powinien mieścić się w granicach 150-160 znaków i ma za zadanie przede wszystkim wzbudzić zainteresowanie użytkownika. Jego forma ma także wpływ na to, jak duży ruch z wyszukiwarek będzie kierowany na nasz artykuł. Nie warto ignorować tego, jak duże korzyści mogą one nam przynieść – zarówno w kwestii SEO, jak i liczbie odwiedzin.

Linkowanie wewnątrz tekstu

Ostatnim, lecz prawdopodobnie najważniejszym elementem naszego artykułu, powinno być linkowanie wewnętrzne. Powinno nam zależeć na tym, aby użytkownik maksymalnie łatwo mógł przenieść się na naszą witrynę, czyż nie? Kluczowe jest jednak to, aby zrobić to w sposób umiejętny! Warto dopilnować, aby podstrona, do której będziemy kierować, była maksymalnie zbliżona tematyką do artykułu. Takie wplecenie linków da użytkownikowi szansę na łatwe uzupełnienie pozyskanych wcześniej informacji!

Zoptymalizowane media

Łatwo się domyślić, jaki odbiór wśród czytelników będzie miał tekst bez jakichkolwiek mediów, takich jak zdjęcia, filmy czy inne „upiększacze” treści. Najzwyczajniej będzie on nieciekawy i męczący podczas jego czytania. Jednak należy pamiętać o tym, że ich wstawienie w stanie „surowym” nie jest tak dobrym pomysłem, więc powinniśmy zadbać również o ich zoptymalizowanie. Zacznijmy od samego początku. Gdy uploadujesz np. obrazy, to czy zwracasz uwagę na ich nazwę? Jeżeli nie, to czas to zmienić! Tytuły zdjęć wprost z aparatu, takie jak „IMG_0023”, czy „DSC_0012” nic nie mówią robotom wyszukiwarek, a co dopiero użytkownikom! Warto również zadbać o odpowiednie wyskalowanie rozmiaru zdjęć – najlepiej do takich parametrów, aby prezentowały się one dobrze na Twojej stronie internetowej. Ostatnim elementem optymalizacji zdjęć w artykule content marketingowym jest to, aby miały one wypełnione wartości tekstu alternatywnego, znanego także jako ALT. Zwykle przyjmuje on postać kilku słów, mających opisać to, co znajduje się na zdjęciu. Gwarantujemy Wam, że takie przygotowanie każdego z dodatkowych elementów, da więcej, niż moglibyście się spodziewać.

Podsumowanie

Mamy nadzieję, że dzisiejsze rady dotyczące tworzenia artykułów content marketingowych staną się dla Was czymś, z czego będziecie korzystać na co dzień. Dzisiejsze publikacje nie muszą nieść wyłącznie wartości czysto merytorycznej dla użytkowników, a wręcz przeciwnie – może to być nasza broń w walce z konkurencją! Jeżeli przygotujecie swoje artykuły w zgodzie z szeroko pojętymi zasadami SEO, to gwarantujemy Wam, że prędzej czy później otrzymacie wymierne rezultaty! Gdy wyrobimy w sobie wymienione dziś automatyzmy, to z czasem staną się one naszą drugą naturą! Potrzebujesz konsultacji w tej kwestii lub chcesz aby działania Content Marketingowe były wykonane w pełni profesjonalnie? – zgłoś się do SEOgroup

Content Marketing – treściwie i bez nachalnej sprzedaży

Content Marketing - treściwie i bez nachalnej sprzedażyContent marketing, czyli marketing treści nie jest nowym, iście rewolucyjnym trendem, bo istnieje już od dość dawna. Największe brandy od zawsze z niego korzystały, co zapewniało im nie tylko rozpoznawalność, ale i lepsze funkcjonowanie biznesu.

Bardziej content niż treść

Tak się przyjęło, że częściej niż “treść”, mówimy content, ale nie jest to wymysł tego konkretnego działu marketingu. Po prostu, angielski jest językiem biznesu, polityki i międzynarodowego handlu, a więc automatyczne, a czasami bezwzględnie, musimy stosować to nazewnictwo. Niezależnie jednak od tych zawiłości, warto pamiętać, że content, treść, słowo pisane, dłuższe i krótsze zdania budowane w celach marketingowych – istniały od zawsze, ale dopiero w ostatnich latach pojawił się omawiany termin.

Treść musi istnieć

Na logikę – jak przekazać najważniejsze komunikaty reklamowe? Za pomocą treści, a nie jest ona tylko zarezerwowana dla słowa pisanego, bo z tą samą mocą działa obraz czy film. To również content, z podobną – jak nie większą – mocą oddziaływania. Już dawno zrozumiało to wiele firm, jak Coca-Cola, Red Bull czy 3M, które praktycznie od zawsze tworzą content zapadający w pamięć. Wspomagany jest przez storytelling (opowiadanie historii), co pozwala bardziej emocjonalnie reagować na komunikaty reklamowe, wczuwać się w taki przekaz, jak podczas oglądania emocjonującego filmu czy czytania niezwykle wciągającej książki.

Nierzadko (i zresztą bardzo słusznie) przywołuje się taki obrazek. Ognisko, a naokoło ciemność. Późny wieczór, może noc. Wokół spokojnie palących się szczap drewna siedzi kilka osób, ale to jedna z nich – ta, która opowiada – jest teraz najważniejsza, a do dlatego, że ma coś ciekawego do przekazania. Z jej ust wydobywa się treść, jej ręce coś rysują w powietrzu, zakreślają kształty. Ta osoba opowiada niezwykłą historię, a słuchacze zapominają o wszystkim innym, chłoną ją, oddychają w jej rytmie… Treść ma niezwykłą moc!

Bez contentu wiele rzeczy się nie da

  • Nie da się stworzyć angażującego wpisu na blogu, takiego, który będzie nie tylko ciekawił, ale również inspirował;
  • Nie uda się stworzyć filmu, który ma szansę pobić rekordy odsłon na YouTubie;
  • Trudno wykreować zjawiskową kampanię reklamową, bo bez odpowiedniej, precyzyjnie nakierowanej treści, nie przekonamy do siebie nowych klientów;
  • Nie stworzymy aplikacji, bo i tu content odgrywa wielką rolę!

Content marketing to nie sprzedaż

Teoria teorią, ale wiele firm nie wykorzystuje potencjału content marketingu. Chociaż badania pokazują dość optymistyczny obraz (około 85% marek stosuje to narzędzie – wedle Instytutu Content Marketingu), to często w działaniu brakuje tego, co najważniejsze: wczucia się w rolę klienta, by nieść realną pomoc, nawiązać naturalny kontakt i przekazać prawdziwie przydatne informacje.

Niektórzy myślą, że samo przedstawienie aktualnej oferty wystarczy, a dodatkowo zachęcenie do skorzystania z promocji… Nie tędy droga. Tak jak wspomnieliśmy, content marketing nie ma nic wspólnego ze sprzedażą. Wiadomo, każda firma do tego dąży, bo to jej warunek przetrwania, ale po drodze istotne jest to, aby klient dowiedział się jak najwięcej, zyskał wartościową wiedzę, poczuł, że nasza marka to coś więcej niż transakcyjna maszynka.

Tylko firmy, które to zrozumieją, mają szansę na sukces. Warto więc korzystać ze sprawdzonych wzorców, jak https://www.internetum.com/en/content-marketing/, by wiedzieć, co w marketingowej trawie piszczy.