Sprawdź co się stanie z USDPLN

Rok 2018 nie jest zbyt łaskawy dla polskiej waluty, ale nie możemy powiedzieć, że wyprzedaż została spowodowana przez czynniki wewnętrzne. Bowiem wszystkie waluty państw EM zostały wyprzedane, a sam indeks MSCI EM Currency przez ostatnie trzy miesiące stracił na wartości 6 procent. Czy obecny trend w lipcu będzie kontynuowany?

Nie według sezonowości, która sprzyja polskiej walucie. Od 2000 roku w miesiącu lipiec przeważnie dochodziło do aprecjacji polskiego złotego. Z kolei od sierpnia do października PLN tracił na rzecz USD, natomiast ostatni miesiąc roku średnio skończył się na aprecjacji polskiej waluty.

sezonowosc usdpln

Źródło: Bloomberg

Przez 17 ostatnich lat w miesiącu lipiec doszło do deprecjacji USDPLN w 12 przypadkach na 18, co daje dosyć wysokie prawdopodobieństwo kontynuacji spadku USDPLN w bieżącym miesiącu rzędu 66 procent. Średnia dla USDPLN dla badanego okresu wyniosła -1.13 procenta. Natomiast kolejne miesiące nie były już tak łaskawe. Polski złoty tracił na wartości względem USD, jednakże średnia aprecjacja USDPLN w każdym miesiącu wyniosła poniżej 1 procenta.

Jak możemy wytłumaczyć zjawisko sezonowości umocnienia PLN-a w trakcie wakacji? Dosyć prosto. Po pierwsze jest to okres turystyczny, ale nie możemy zapominać, że spora część Polaków pracuje za granicą. Natomiast czas wakacji oznacza czas odwiedzin i wymiany sporej ilości waluty zagranicznej na PLN-a. Oczywiście w tym samym momencie na rodzimą walutę wpływały pozostałe czynniki wewnętrzne oraz zewnętrzne.

Spoglądając na interwał dzienny zjawisko sezonowości jest potwierdzone przez analizę techniczną. Po przebiciu krótkoterminowego wsparcia w okolicy 3.68 strona podażowa otworzyła sobie drogę do mocniejszej strefy popytu 3.62.

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Scenariusz ten wspierany jest również przez trzy z pięciu wskaźników podążających za trendem. Należą do nich EMA 14, Aligator oraz PSAR. Należy jednak podkreślić, że są to najszybsze wskaźniki. Natomiast MACD12 oraz SMA55 w dalszym ciągu wskazują na trend wzrostowy. Na interwale tygodniowym sytuacja nie wygląda już tak doskonale, ponieważ tylko PSAR wskazuje na trend spadkowy. Reszta wskaźników pokazuje trend wzrostowy.

Pomimo tego sezonowość sprzyja dalszej, krótkoterminowej aprecjacji PLNa względem USD. Natomiast w długim terminie dopiero przebicie strefy popytu w okolicy 3.62 da zielone światło do dalszej wyprzedaży USDPLN w okolicę poziomu 3.50.

Dalsze losy naszej waluty mogą zostać rozstrzygnięte przez kierunek WIG 20. Jeżeli do polskiej gospodarki zacznie powracać kapitał zagraniczny, to możemy spodziewać się dalszej aprecjacji PLN. Jeżeli jednak WIG 20 pokona ostatnie minimum w okolicy 2080 punktów, to dalsza wyprzedaż nawet w okolicę poziomu 3.80 jest bardzo prawdopodobna.

Dział Analiz Admiral Markets

Jakub Modrzejewski nowym Prezesem Rady Giełdy

  • Rada Giełdy 16 lipca br. wybrała na Prezesa Rady Giełdy Jakuba Modrzejewskiego, który do tej pory pełnił funkcję Wiceprezesa Rady
  • Wiceprezesem Rady Giełdy został Janusz Krawczyk

16 lipca 2018 r. Rada Giełdy dokonała spośród swoich członków wyboru nowego Prezesa Rady Giełdy, którym został dotychczasowy Wiceprezes – Jakub Modrzejewski, oraz powołała Janusza Krawczyka na Wiceprezesa Rady Giełdy.

Jakub Modrzejewski

Absolwent Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Radca prawny wpisany na listę radców prawnych prowadzoną przez Radę Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie. Doświadczenie zawodowe zdobywał w instytucjach finansowych, w tym w PKO Banku Polskim S.A. oraz Pioneer Pekao TFI S.A., a także w polskich i międzynarodowych kancelariach prawnych. Specjalizuje się w dziedzinie prawa gospodarczego, prawa spółek handlowych oraz prawa rynku kapitałowego.

Od lipca 2017 r. członek Rady Nadzorczej Banku Gospodarstwa Krajowego. W latach 2017-2018 zastępca, a następnie Dyrektor Departamentu Jednostek Nadzorowanych i Podległych w Ministerstwie Rozwoju, zastępca Dyrektora Departamentu Skarbu Państwa w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Obecnie Dyrektor Biura Grupy Kapitałowej w PKN ORLEN.

Janusz Krawczyk

Absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, gdzie po studiach był pracownikiem naukowo-dydaktycznym. Radny Rady Miasta Krakowa pierwszej kadencji (1990-1994), w latach 1990-1992 członek Zarządu Miasta Krakowa odpowiedzialny za przedsiębiorstwa komunalne. Karierę menedżerską w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi w międzynarodowych korporacjach rozpoczął w 1992 roku w Coca Cola Poland; kontynuował w Pepsi Co. w Polsce, a następnie w europejskiej centrali tego koncernu w Wiedniu, gdzie był dyrektorem regionalnym. Potem był dyrektorem ds. zasobów ludzkich w AHOLD Polska.

Odbył liczne szkolenia i staże specjalistyczne w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi i organizacji pracy zespołów pracowniczych w Polsce i zagranicą (w tym w Wielkiej Brytanii, Japonii, Francji, Szwecji, Austrii, Belgii). Od czerwca 2000 roku był dyrektorem banku w Banku Zachodnim, we wrześniu 2000 roku został członkiem Zarządu Banku Zachodniego, a następnie Banku Zachodniego WBK. Kierował Pionem Strategicznego Zarządzania Zasobami Ludzkimi. W latach 2012-2013 pełnił funkcję doradcy Prezesa Zarządu ds. połączenia Banku Zachodniego WBK z Kredyt Bankiem. Posiada wieloletnie doświadczenie w sprawowaniu funkcji członka rady nadzorczej.

Czy split payment zagrozi płynności finansowej małych przedsiębiorstw?

Podzielona płatność wywołała duży niepokój wśród przedsiębiorców. Im mniejsze firmy, tym więcej obaw. Co jest tego przyczyną? Przy płatnościach wykonywanych masowo między przedsiębiorcami można w tym przypadku łatwiej, bardziej statystycznie zarządzać. W przypadku małej działalności to, na co zdecyduje się ich odbiorca i w jaki sposób tę płatność podzieli bądź nie, to duża różnica. Przekazanie części środków na wydzielony rachunek może być przyczyną kłopotów płatnościowych.Dotychczas środki te można było przynajmniej przez jakiś czas wykorzystywać w działalności firmy obracając nimi. W tej chwili nie będą one dostępne dla przedsiębiorcy.

– Oczywiście budzi to wiele obaw, czy uda się zachować odpowiedni poziom płynności. Należy pamiętać, że prowadzący działalność w nie za dużej skali mają trochę słabszą pozycję negocjacyjną – choćby z sektorem bankowym w uzyskiwaniu dodatkowych funduszy. Stąd wątpliwości, czy podołają nowemu systemowi – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG – Z punktu widzenia pojedynczego przedsiębiorcy nie do końca wiadomo, czy odbiorca podzieli płatność, którą do nas kieruje. W przypadku części firm, dla których problemy z płynnością finansową okażą się dosyć duże, a z drugiej strony nie będą miały zdolności pozyskania środków zewnętrznych – może to nawet skończyć się upadłością. Trzeba mieć nadzieje, że przedsiębiorstwa będą w stanie dostosować się do nowego systemu, a zjawisko to będzie jedynie marginalne. Nie można jednak wykluczyć, że takie przypadki się pojawią – wskazał Soroczyński.

Kurs dolara traci 4 sesję z rzędu. Ważny tydzień dla funta

USD traci (w ślimaczym tempie) czwartą sesję z rzędu, gdyż kolejny dzień bez wspominania o konfliktach handlowych zabrały z rynków poczucie kierunku. Być może klimat ulegnie zmianie po wystąpieniu prezesa Fed w Kongresie USA, choć oczekiwania nie są za wysokie; dostaniemy też czerwcowy odczyt produkcji przemysłowej. Funt obserwuje raport z rynku pracy, gdzie dynamika płac będzie wskazówką dla Banku Anglii.

Na poważnie wkraczamy w wakacyjny handel, co w pierwszej kolejności przynosi redukcję pozycji tam, gdzie przestały one pracować. W brutalny sposób odbyła się wczoraj kapitulacja posiadaczy długich pozycji na ropie naftowej (z małą pomocą informacji o perspektywach wzrostu podaży). Podobne trudności przezywa USD, powoli osuwając się czwarty dzień z rzędu. Motorem siły dolara były obawy o wojny handlowe, ale temat ten przycichł na dobre kilka dni temu i nie wraca. W trakcie chińskiej sesji bez wyraźnych powodów zyskiwał juan, co tradycyjnie ciąży na dolarze. Spotkanie Trump-Putin odbyło się bez fajerwerków i postępów w kluczowych kwestiach. Prezydenci byli zgodni, że mają różne zdanie w temacie Syrii, Iranu, ingerencji w wybory itd. Sentyment rynkowy pozostał niewzruszony, więc nie było powodu „uciekać” w USD. Mało pomocny był wzrost rentowności obligacji skarbowych USA do 2,87 proc. po danych o sprzedaży detalicznej. Dziś kolejną próbą może być raport z przemysłu, choć na pierwszym planie jest wystąpienie prezesa Fed Powella przed senacką Komisją Bankową. Ryzyka dominują po gołębiej stronie, wszak trudno oczekiwać, że Powell zasugeruje np. piątą podwyżkę w całym 2018 r. Ale już nakreślenie ryzyk dla wzrostu (np. z tytułu konfliktów handlowych), mogą zakręcić rynkiem w negatywną dla dolara stronę.

Dziś w kalendarzu mamy też raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii z największą uwagą na dynamikę płac, gdyż silny odczyt ugruntuje przekonanie Banku Anglii do sierpniowej podwyżki stopy procentowej. Rynkowa wycena sięga już prawie 90 proc., więc jest mało miejsca, by wycisnąć coś więcej dla funta, ale dzisiejsze dane nadal mogą być dobrym impulsem, by zainicjować popyt, szczególnie kiedy jest o to łatwiej w obliczu niemocy USD.

Na scenie politycznej sprawy zaczynają się mieć coraz lepiej po zeszłotygodniowych zawirowaniach. Wczoraj premier May przetrwała głosowania w parlamencie nad poprawkami do ustawy ws. Brexitu. Nie obyło się bez pójścia na ustępstwa na rzecz zwolenników twardego Brexitu, ale lawirowanie May między frakcjami z pewnością ratuje ją przed próbami rebelii we własnej partii. To ważny tydzień dla GBP, gdyż jutro mamy jeszcze dane o CPI, a cały tydzień trwa kolejna runda negocjacji z UE. GBP musi przetrwać najbliższe dni bez większych strat, aby doczekać przerwy wakacyjnej w pracach parlamentu i korzystać z siły fundamentów i rosnących nadziei na miękki Brexit.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kolejne regulacje zmieniają rynek nieruchomości

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

Polski rynek nieruchomości od kilku lat świetnie się rozwija z niewielkim tylko wsparciem ze strony państwa. Nie oznacza to, że wszystko działa idealnie, ale nasilająca się rządowa ingerencja powinna być dobrze przemyślana, by usunąć istniejące bariery, nie tworząc jednocześnie nowych i nie zaburzając równowagi.

Polski rynek mieszkaniowy od kilku lat rozwija się bardzo dobrze z reglamentowanym wsparciem rządowych programów takich, jak Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych. Przede wszystkim korzysta jednak z dobrej koniunktury w gospodarce, poprawiającej się sytuacji na rynku pracy oraz rekordowo niskich stóp procentowych.

Podaż mieszkań wyraźnie hamuje

Choć w pierwszej połowie roku aktywność zarówno w budownictwie deweloperskim, jak i indywidualnym utrzymuje się na najwyższym w historii poziomie, wiele wskazuje na to, że szczyt budowlanego cyklu mamy już za sobą. Analitycy dosyć zgodnie oczekują lekkiego spowolnienia, głównie w segmencie nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży. Poprawiająca się sytuacja materialna oraz zakupy w celach inwestycyjnych sprawiają, że popyt na mieszkania nie słabnie, ale widoczne zaczynają być ograniczenia leżące po stronie podaży. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, poczynając od bliskich wyczerpania mocy produkcyjnych – głównie po stronie generalnych wykonawców – poprzez topniejące zasoby terenów pod budownictwo i rosnące koszty materiałów oraz robocizny. Na ograniczoną podaż wpływają również kalkulacje deweloperów, starających się utrzymać satysfakcjonujące marże, kosztem nieco niższej lub wolniejszej sprzedaży lokali.

Deficyt małych mieszkań winduje ceny

W ocenie ekspertów Narodowego Banku Polskiego, polski rynek nieruchomości znajduje się w fazie ekspansji, ale jednocześnie nie wykazuje oznak nierównowagi, choć dostrzegalne zaczynają być pewne ograniczenia po stronie podaży. Zwiększa się, co prawda, liczba rozpoczynanych budów i wydawanych pozwoleń na budowę, ale jednocześnie maleje zasób mieszkań gotowych do sprzedaży, a średni czas sprzedaży mieszkań skrócił się do rekordowo niskiego poziomu 2,5 kwartału. To wszystko skutkuje zwiększającą się presją na wzrost cen mieszkań, a największe niedostosowanie podaży do popytu ma miejsce w przypadku lokali o mniejszym metrażu.

Rządowe plany – wielka niewiadoma

Miejsce kończącego się programu Mieszkanie dla Młodych, zajmuje Narodowy Program Mieszkaniowy, a utworzona w tym roku Rada Mieszkalnictwa ma koordynować działania związane z jego realizacją. Program adresowany jest do osób, które ze względu na wysokość dochodów, mają mocno ograniczone możliwości kupna lub wynajmu mieszkań na zasadach w pełni komercyjnych. Niewątpliwie rozwój programu w skali całego kraju będzie miał wpływ na ogólną sytuację na całym rynku nieruchomości, a w przypadku najmu,
przynajmniej lokalnie. Rządowy program ma opierać się zarówno na budowie tanich mieszkań, jak i dopłat do czynszów najmu. O ile system dopłat do najmu dla osób o niższych dochodach nie budzi większych kontrowersji, to założenia mówiące o przygotowaniu w przyszłym roku budowy 100 tys., mieszkań, czy oddawania dodatkowo do użytkowania 30 tys. mieszkań rocznie – poczynając od 2019 r. – robią wrażenie nadmiernie optymistycznych. Biorąc bowiem pod uwagę ograniczenia po stronie mocy produkcyjnych firm budowlanych oraz rosnących kosztów materiałów i robocizny, zapowiedzi te mogą kojarzyć się z dolewaniem oliwy do ognia, a w konsekwencji dalszym narastaniem nierównowagi na rynku i nasileniem negatywnych zjawisk hamujących rozwój rynku.

Kontrowersje wokół tzw. lex deweloper i zamkniętych rachunków powierniczych

Kolejny rządowy projekt tzw. specjalnej ustawy mieszkaniowej zmierza w kierunku ograniczania barier związanych z dostępnością gruntów oraz uproszczenia procedur przygotowania i realizacji inwestycji budowlanych. Jednak ta ustawa, już na etapie konsultacji, wzbudziła wiele kontrowersji, zarówno w kwestiach urbanistycznych i kompetencyjnych, ale najwięcej uwag zgłaszano w związku z nazbyt szerokim polem do interpretacji nowych przepisów. To inicjatywa z pewnością warta kontynuowania, mogąca zlikwidować wiele dotychczasowych ograniczeń, z potencjałem rozruszania rynku – pod warunkiem przyjęcia przemyślanych rozwiązań. Jednocześnie jednak w przeciwnym kierunku zdają się iść prace zmierzające do likwidacji otwartych rachunków powierniczych, z powodzeniem stosowanych obecnie przez deweloperów, na rzecz rachunków zamkniętych. Te ostatnie mają zapewnić większą ochronę środków wpłacanych w trakcie budowy przez kupujących mieszkania. Ale jednocześnie formuła zamkniętych rachunków powierniczych odcina możliwość korzystania z nich przez deweloperów aż do czasu przeniesienia własności nieruchomości na nabywcę. Według zgodnej opinii większości przedstawicieli branży, takie rozwiązanie nie tylko spowoduje znaczący wzrost kosztów po stronie deweloperów, ale ograniczy znacznie ich możliwości inwestycyjne, a w efekcie zahamuje dynamikę rynku mieszkaniowego.

Kolejne regulacje na rynku najmu

Po niedawnych zmianach zasad opodatkowania dochodów z najmu, ograniczających możliwość stosowania preferencyjnej 8,5 proc. stawki do kwoty nie przekraczającej 100 tys. zł rocznie, szykują się też kolejne restrykcje dotyczące najmu krótkoterminowego. Celem zapowiadanych obostrzeń ma być uregulowanie tego typu działalności i nałożenie na nią wielu dodatkowych wymogów, począwszy od obowiązku rejestracji, a nawet licencjonowania, po konieczność uzyskiwania zgód w zakresie warunków przeciwpożarowych i sanitarno-epidemiologicznych.

Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

W 2018 r. sprzedaż nowych samochodów osobowych przekroczy 500 tys. sztuk

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że z polskich salonów w pierwszym półroczu br. wyjechało ponad 273 tys. nowych samochodów osobowych, o 10,5% więcej niż rok temu. Rośniemy już 39. miesiąc z rzędu, a sprzedaż nowych osobówek w czerwcu okazała się najlepszym wynikiem tego miesiąca od lat. Eksperci Exact Systems zwracają jednak uwagę na niski udział klientów indywidualnych w zakupach oraz wysokie wolumeny sprzedaży aut używanych. Na 1 nową osobówkę zarejestrowaną przez konsumenta przypada prawie 6 używanych.[1]

– Kolejny miesiąc i kolejny rekord. W czerwcu odnotowaliśmy najlepszy wynik tego miesiąca w historii. To wskazuje na stabilną sytuację na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych, która w naszej opinii powinna utrzymać się  w drugiej części roku. Jednak warto przyjrzeć się bliżej strukturze nabywców nowych aut, która od wielu lat jest zdominowana przez firmy i niewiele w tym obszarze się zmienia. W pierwszym półroczu tego roku tylko co trzecia nowa osobówka była kupiona przez konsumenta, w czerwcu co czwarta. Większość klientów indywidualnych wciąż wybiera samochody używane. Od stycznia do czerwca indywidualnie kupiliśmy 83,6 tys. nowych i aż 460 tys. używanych samochodów osobowych, czyli na jedno nowe auto przypada niemal sześć z rynku wtórnego. I choć ogólny klimat, na który składa się m.in. rekordowo niskie bezrobocie, podwyżki wynagrodzeń czy program 500+, powinien przełożyć się na zwiększone zakupy nowych czterech kółek, to jednak bez ingerencji rządu będzie to trudne. Dobrym krokiem może okazać się wsparcie finansowe dla konsumentów przy zakupie aut elektrycznych. Dzięki temu, powinien wzrosnąć popyt na nowe cztery kółka, w dodatku te bardziej ekologiczne – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Rekordowy czerwiec w Polsce

W czerwcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 46 090 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli o 10% więcej niż w tym samym miesiącu 2017 roku.[2] Jest to najwyższy czerwcowy wynik od lat. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 74,2% kupujących. Tylko 25,8% nabywców to klienci indywidualni.

Od początku 2018 roku w Polsce zarejestrowano 273 045 nowych samochodów osobowych, czyli o 10,5% więcej rok do roku. Udział klientów indywidualnych i firmowych wyniósł odpowiednio 31% i 69%. Ci pierwsi najchętniej kupowali Toyotę, Skodę i Opla. TOP3 marek rejestrowanych przez firmy stanowią Skoda, Volkswagen i Toyota.

Auta elektryczne i hybrydy wciąż na fali rosnącej

Z danych PZPM wynika, że od stycznia do czerwca br. z salonów w Polsce wyjechało 10,8 tys. hybryd (+26,9% r/r) oraz 672 auta z napędem elektrycznym (+79,7% r/r). W porównaniu z  podobnym okresem ubiegłego roku wciąż zmniejsza się udział diesli (z 27,8% do 24,2%), a zwiększa silników benzynowych (z 66,5% do 70%).

W 2018 roku ponad 500 tys. nowych aut na polskich drogach

Po bardzo dobrych wynikach półrocznych i rekordowym czerwcu Exact Systems podtrzymuje swoją prognozę, z której wynika, że roczna sprzedaż nowych samochodów osobowych przekroczy w 2018 roku 500 tys. sztuk. Dynamika rzędu 10-15% r/r powinna dać wynik na poziomie 530-550 tys. sprzedanych aut.

Rekordowy czerwiec w Unii Europejskiej

Stabilna sytuacja utrzymuje się w Unii Europejskiej. Z danych ACEA wynika, że tegoroczny czerwiec, podobnie jak w Polsce, był rekordowy biorąc pod uwagę liczbę rejestracji nowych aut osobowych w tym miesiącu (prawie 1,6 mln, +5,2% r/r).[3]

W całym I półroczu br. Europejczycy kupili ponad 8,4 mln nowych osobówek (+2,9% r/r). Na zielono możemy zaznaczyć takie rynki europejskie jak Francja (+4,7% r/r), Hiszpania (+10,1 r/r) oraz Niemcy (+2,9% r/r). Spadek odnotowały Włochy (+-1,4%) oraz Wielka Brytania (-6,3 r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie ponad 9% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

[1] Dla wyliczenia przyjęto, że wszystkie używane samochody były rejestrowane przez klientów indywidualnych

[2] http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Czerwiec-2018r

[3] https://www.acea.be/press-releases/article/passenger-car-registrations-2.9-during-first-half-of-2018-5.2-in-june

Podatek Belki, czyli warto znać nieuniknione

Potocznie nazywany „podatkiem Belki” – oficjalnie „Podatek od dochodów kapitałowych w Polsce”. Pochłania 19 proc. zysku wypracowanego na lokatach, akcjach czy funduszach inwestycyjnych. Czy można go uniknąć i jak go obliczyć radzi ekspert BGŻOptima.

Założenia podatku Belki

Pod koniec 2001 roku ówczesny minister finansów Marek Belka wprowadził podatek od zysków. Na początku przyjęto stawkę 20 proc., która obejmowała lokaty i konta oszczędnościowe. W 2004 roku opodatkowano także dochody kapitałowe pochodzące z produktów inwestycyjnych, jak papiery wartościowe. Wtedy też świadczenie ustalono na poziomie 19 proc. wysokości zysków. W praktyce oznacza to, że jeśli odsetki od lokaty wyniosą 100 zł, to 19 zł z tego trzeba oddać fiskusowi, a na konto wraca tylko 81 zł.

Słowo „oddać” jednak nie obrazuje procesu dokładnie, gdyż sposób regulacji podatku zależy od rodzaju aktywów finansowych, od których zostaje naliczony. Na przykład w przypadku lokat i rachunków bankowych odpowiedzialność za policzenie i odprowadzenie podatku spoczywa na banku. Na konto klienta wraca więc już kwota pomniejszona o podatek. Gdy wybieramy ofertę i zakładamy lokatę, poznajemy oprocentowanie brutto, ale finalnie bank oddaje kwotę netto, po potrąceniu daniny dla fiskusa.

Tak samo jak w przypadku bankowych depozytów, działa to dla jednostek funduszy inwestycyjnych. Obliczeniem zysku i podatku zajmuje się towarzystwo funduszy inwestycyjnych i do inwestora wraca kwota pomniejszona o 19 proc. zysku. Trochę komplikuje się sytuacja w przypadku osób inwestujących na giełdzie oraz kupujących jednostki funduszy zagranicznych. Tutaj to obowiązkiem inwestora jest obliczenie wysokości obciążenia podatkowego (w ramach rocznego zeznania PIT) i odprowadzenie go. Zasady rozliczania podatku od zysków z giełdy pozwalają na uwzględnianie w bilansie strat. Czyli zliczamy bilans z całego roku i dopiero wtedy wyliczamy 19-procentowy podatek. Co ważne, można też uwzględnić straty z poprzednich pięciu lat, ale tylko w połowie wysokości w jednym roku. Czyli do rozliczenia całości straty z danego okresu potrzeba co najmniej dwóch lat.

Lokaty antybelkowe

W pewnym momencie popularność na polskim rynku zyskały tak zwane lokaty antybelkowe –depozyty pozwalające uniknąć płacenia podatku. Wykorzystywały one lukę w ordynacji podatkowej. Zasada wyliczania podatku była pierwotnie taka, że podstawa opodatkowania (czyli zyski) w kwocie do 50 gr była zaokrąglana w dół. Dostępne były więc lokaty jednodniowe z ograniczoną z góry kwotą depozytu. Odsetki z takiej lokaty były mniejsze niż 50 gr i dzięki temu klienci nie płacili podatku. Wystarczyło dodać do takich lokat funkcjonalność automatycznego odnawiania i klient zarabiał więcej, a tracił skarb państwa. W 2012 r. system uszczelniono i lokaty jednodniowe straciły prawo bytu. Czy to oznacza, że obecnie podatku od zysków kapitałowych nie sposób uniknąć? Nie do końca.

Wyjątkowe zachęty

Uszczelnienie systemu podatkowego nie oznacza jednak, że podatek zawsze musi być uiszczony. Zaplanowano bowiem pewne wyjątki. Produkty oszczędnościowe, które to umożliwiają to IKE(indywidualne konto emerytalne)  i IKZE(indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego).

IKE i IKZE są z podatku zwolnione przy spełnieniu określonych warunków (m.in. wypłata zysku nastąpi dopiero na emeryturę, a roczna wpłata na konto nie przekroczy określonej kwoty – 13 329 zł dla IKE oraz 5 331,60 zł dla IKZE). Ze strony ustawodawcy jest to po prostu zachęta do odkładania pieniędzy na emeryturę. Jeśli ktoś chce wycofać pieniądze zgromadzone na takim koncie emerytalnym przed czasem, musi pogodzić się z uszczupleniem zysków.

Odroczyć zapłatę podatku można korzystając z funduszu parosolowego. Jest to konstrukcja inwestycyjna, w ramach której można przenosić środki pomiędzy subfunduszami bez naliczania podatku, dzięki czemu kolejne zyski są wypracowywane od wyższego kapitału i kompensują się z ewentualnymi stratami. Ale finalnie, przy umorzeniu jednostek subfunduszu, podatek i tak zostanie naliczony.

Poza przewidzianymi wyjątkami – podatek od zysków kapitałowych jest dziś nieunikniony. Skoro w przypadku lokat i kont oszczędnościowych naliczeniem i pobraniem go zajmuje się bank, to czy warto w ogóle zaprzątać sobie nim głowę? – Oczywiście, że tak, choćby po to, by uniknąć zdziwienia na widok odsetek mniejszych niż w umowie lokaty. Korzystanie z produktów finansowych ze zrozumieniem jest kluczowe w zarządzaniu budżetem domowym, w tym również oszczędnościami. Niezależnie od stopnia zaawansowania wiedzy finansowej należy sprawdzać warunki produktów oraz policzyć realne zyski, jakie otrzymamy z depozytów – mówi Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima.

Nowe technologie pozwalają wyśledzić w sieci każdego. Zdobyte dane wykorzystywane są m.in. do celów marketingowych i zawyżania cen

Nowe technologie pozwalają wyśledzić w sieci każdego. Zdobyte dane wykorzystywane są m.in. do celów marketingowych i zawyżania cen 1

Narzędzia do śledzenia aktywności w internecie stały się coraz bardziej wyrafinowane. To już nie tylko pliki cookies, czyli popularne ciasteczka. Niebezpieczny jest zwłaszcza tzw. browser fingerprinting, czyli odcisk palca tworzony dla każdej przeglądarki, dzięki któremu można zidentyfikować nie tylko urządzenie, lecz także konkretnego użytkownika. Pozyskane w ten sposób dane wykorzystywane są głównie w celach marketingowych, co może skutkować tym, że np. użytkownik komputera Mac za ten sam produkt zapłaci nawet 30 proc. więcej od użytkownika PC. Jedynym rozwiązaniem, by możliwie jak najbardziej ochronić dane, jest korzystanie z zaszyfrowanej sieci czy specjalnych rozszerzeń i aplikacji.

– To, że internet nas śledzi, nie ulega wątpliwości, a tak naprawdę nie sam internet, tylko skrypty śledzące i pliki śledzące, które są umieszczane na naszym urządzeniu czy w witrynach internetowych. Bardzo wyrafinowaną formą śledzenia nas w internecie jest tzw. browser fingerprinting, czyli unikalny odcisk palca przeglądarki, którego nie da się usunąć, więc nawet jeżeli wejdziemy na jakąś stronę, usuniemy pliki cookies, to ta strona w dalszym ciągu jest w stanie śledzić nasze poczynania w sieci – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karolina Rut z firmy Sparkbit.

Browser fingerprinting, czyli odcisk palca przeglądarki, zbiera informacje nawet przy wyłączonych plikach cookies. Do odwiedzanej witryny przesyłane są informacje o przeglądarce i na podstawie różnych danych stworzyć portret użytkownika. W ten sposób obecność w sieci nigdy nie jest anonimowa, choć jeszcze stosunkowo niedawno panowało przekonanie, że w sieci każdy z nas jest całkowicie bezpieczny, a ekran komputera skutecznie chroni naszą tożsamość.

Kopalnią informacji o użytkownikach są media społecznościowe (wystarczy wspomnieć choćby nielegalne użycie danych 50 mln użytkowników Facebooka), czy historia przeglądarki. Wiele witryn podczas wizyty użytkownika na stronie ustala IP komputera, a tym samym – jego lokalizację. Dane najczęściej są sprzedawane i trafiają na czarny rynek.

– Nasze ślady w sieci są przedmiotem handlu, wszystkie dane, które zostawiamy – historia przeglądania stron, nasz adres IP, czyli to skąd używamy przeglądarek internetowych – stają się przedmiotem na internetowych aukcjach. Wszystkie te informacje są bardzo cenne, bo dla firmy, która ma świadomość, jakie są nasze dochody, jakie są nasze preferencje, jakie są nasze marzenia, jesteśmy bardzo łatwym łupem pod kątem oferowanych usług – podkreśla Karolina Rut.

Pojedyncze dane nie mają większego znaczenia. Dopiero w połączeniu z innymi tworzą pełny obraz użytkownika sieci, którego preferencje można poznać i dopasować do nich określone reklamy. Dostawcy treści internetowych przekazują dane o płci, wieku, sytuacji finansowej czy historii zakupowej do platform popytu, które zaprogramowane są na wyszukanie użytkowników z określonego segmentu, ustalanego przez agencje mediowe.

– Firmy marketingowe od swoich klientów dostają szczegółowe preferencje dotyczące tego, jakiego klienta poszukują. Załóżmy, że wcześniej wyszukiwaliśmy wycieczki – prawdopodobnie wchodząc na kolejną stronę internetową, wyświetli nam się reklama kolejnej wycieczki, bo jesteśmy preferowanym klientem dla potencjalnej agencji marketingowej, której to z kolei klientem może być firma oferująca różnego rodzaju wyjazdy wakacyjne – mówi ekspertka Sparkbit.

Teoretycznie wyszukiwanie danych o użytkownikach sieci jest sytuacją, w której każdy wygrywa. Internauta widzi w sieci reklamy produktów czy usług którymi jest zainteresowany, a same firmy mogą oferować mu takie produkty, które mogą mu być przydatne. To jednak tylko teoria. Osoby wyszukujące bilety lotnicze wiedzą to najlepiej – po kilku sprawdzeniach połączeń do danego miejsca, na stronie pojawiają się znacznie wyższe ceny biletów.

– Na podstawie wszystkich danych, które zostawiamy, firmy są w stanie stwierdzić, jakie są nasze dochody. Niektóre firmy prowadząc analizy, dowiedziały się, że użytkownicy komputerów Mac z reguły zostawiają o 30 proc. więcej swoich środków w różnego rodzaju sklepach, przez to też mogą oferować dużo wyższe ceny za swoje produkty. Nie jest niczym dziwnym teraz, że za ten sam produkt osoba, która korzysta ze zwykłego komputera PC, będzie miała niższą cenę, niż osoba, która korzysta z komputera Mac – twierdzi Karolina Rut.

Ochrona prywatności w Internecie stała się zatem pilną potrzebą wielu użytkowników. Istnieją skuteczne rozwiązania, by chronić się przed wyciekiem danych – nie tylko korzystając np. z sieci TOR, lecz także poprzez szyfrowanie VPN. Można też korzystać ze specjalnych rozszerzeń i aplikacji. Żadna jednak nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa i prywatności.

– Nie byliśmy i nie jesteśmy anonimowi w sieci, ale należy pamiętać, że zawsze trzeba chronić swoje dane w internecie. Teraz każda strona internetowa ma obowiązek poinformowania nas o tym, czy korzysta z plików cookies. Należy te pliki cookies z reguły kasować, ale istnieją bardziej wyrafinowane formy śledzenia nas w sieci, tzw. fingerprinting i nie jesteśmy w stanie ustrzec się tego, że firmy będą starały się pozyskiwać nasze informacje, nawet jeżeli my będziemy starali się je ochronić – przypomina Karolina Rut.

Zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych pomaga miastom dyscyplinować pijanych turystów. Pierwszy na ten krok zdecydował się Poznań

Zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych pomaga miastom dyscyplinować pijanych turystów. Pierwszy na ten krok zdecydował się Poznań 2

Jak ocenia dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych Krzysztof Brzózka, zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych przyczyni się do ograniczenia liczby wykroczeń, bójek i zakłóceń porządku w dużych miastach turystycznych takich jak Wrocław czy Kraków, którym pijani turyści nierzadko przysparzają problemów. Jednym z pierwszych miast, które wprowadziło zakaz sprzedaży alkoholu w centrum od godz. 22 wieczorem do 6 rano, jest Poznań.

Zakaz sprzedaży alkoholu od godziny 22.00 do 6.00, czyli w godzinach nocnych, ma głęboki sens. Planując imprezę czy spotkanie towarzyskie, zwykle na trzeźwo kupuje się przewidywaną do spożycia, rozsądną ilość alkoholu. Ale alkohol – jako substancja psychoaktywna – działa tak, że chce się wypić coraz więcej. Wtedy obecność punktów sprzedaży na wyciągnięcie ręki sprzyja zachowaniom mało odpowiedzialnym i piciu większej ilości alkoholu – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

W końcówce stycznia br. prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację dwóch ustaw (o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi oraz o bezpieczeństwie imprez masowych), które doprecyzowały obowiązujący już zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych oraz zapewniły samorządom możliwość zakazania nocnej sprzedaży alkoholu w godzinach od 22.00 do 6.00. Oba akty prawne zaczęły obowiązywać w marcu br.

Zapis ograniczający godziny sprzedaży alkoholu ma dwa cele. Pierwszy to redukcja szkód dla tych, którzy imprezują i chcieliby wypić więcej, a planowana wcześniej ilość alkoholu już się skończyła. Drugi to oczywiste zabezpieczenie, stworzenie poczucia bezpieczeństwa, komfortu życia i snu mieszkańcom miast, którzy mieszkają w pobliżu punktów sprzedaży alkoholu – tłumaczy Krzysztof Brzózka.

Zgodnie z nowymi przepisami gmina może w drodze uchwały nie tylko zakazać sprzedaży alkoholu w wyznaczonych godzinach, lecz także ustalić maksymalną liczbę zezwoleń na sprzedaż alkoholu dla odrębnych sołectw, dzielnic czy osiedli (również tych trunków, które zawierają mniej niż 4,5 proc. alkoholu). Ma to zapobiec koncentracji dużej liczby punktów sprzedaży alkoholu w jednym miejscu, co jest uciążliwe m.in. w popularnych kurortach turystycznych. Nowelizacja wprowadziła też całkowity zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, za wyjątkiem do tego przeznaczonych (do tej pory taki zakaz obowiązywał w konkretnych miejscach publicznych, np. w parkach).

Jak dotąd na zamknięcie sklepów monopolowych i punktów sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych zdecydował się m.in. Poznań, który wprowadził taki zakaz w centrum miasta. Ma to zapobiec zakłócaniu porządku publicznego pod wpływem alkoholu. Od maja alkohol po 22.00 na Starym Mieście można kupić już wyłącznie w restauracjach czy pubach.

Miasta, które tworzą swoje mapy bezpieczeństwa, wykazują, że w okolicach całodobowych punktów sprzedaży jest największe nasilenie przestępstw, wykroczeń, zakłóceń spokoju. To była inicjatywa samorządów, które chciały w jakiś sposób zapanować nad tym, co dzieje się po 22.00 w miastach. Pomysł na ograniczenie wyszedł ze Związku Miast Polskich, z Unii Metropolii Polskich. Wzięto pod uwagę doświadczenia Krakowa, Poznania, Wrocławia – czyli tych miast, które w pewnym momencie z przyjaznych turystom stały się miastami mało eleganckimi, ponieważ ci którzy przyjeżdżali – zamiast zwiedzać i oglądać zabytki – chcieli po prostu wypić sporą ilość taniego alkoholu – podkreśla Krzysztof Brzózka.

42 proc. firm padło ofiarą cyberataku. Zarządy coraz częściej inwestują w działy bezpieczeństwa

42 proc. firm padło ofiarą cyberataku. Zarządy coraz częściej inwestują w działy bezpieczeństwa 3

Ponad 40 proc. firm padło w 2017 roku ofiarą cyberataków typu DDoS. To wiąże się ze znaczącymi stratami finansowymi i szkodami wizerunkowymi. Dlatego firmy muszą zmienić swoje podejście do cyberbezpieczeństwa – uprościć systemy, na jakich działają, i zapewnić ich współpracę, inwestować w działy bezpieczeństwa, co do tej pory nie było powszechne, a także postawić na rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz uczenie maszynowe – wynika z tegorocznego raportu Cisco.

Działy IT do tej pory skupiały się na tym, aby atak wykryć bądź zmitygować, teraz wiemy już, że nie jesteśmy w stanie wychwycić wszystkich ataków i ich zatrzymać. W związku z tym należy przyjąć podejście, które zakłada, że doszło do kompromitacji, przełamania systemów bezpieczeństwa i należy podejmować akcje, które mają na celu wykrycie tego typu działań jak najszybciej. Nie należy ślepo ufać w to, że możemy coś stuprocentowego zabezpieczyć, bo to nie jest możliwe. Jeżeli działy IT się nieco przeformatują i będą się starały wykrywać zdarzenia, które miały miejsce w przeszłości, zdecydowanie podniesie to ich poziom bezpieczeństwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Ceklarz z Cisco Systems Polska.

Z raportu Cisco „Annual Cybersecurity Report” wynika, że 42 proc. organizacji doświadczyło ataków DDoS w 2017 roku. Ponad połowa przeprowadzonych ataków (53 proc.) spowodowała szkody w wysokości co najmniej 500 tys. dolarów (z czego w 8 proc. szkody przekroczyły 5 mln dol., a 11 proc. – 2,5–4,9 mln dol.). Ataki stają się coraz częstsze, hakerzy są w stanie przechytrzyć większość zabezpieczeń, a jednocześnie zyskują więcej czasu na dokonanie szkód. Dane z końca października 2017 roku wskazują, że połowa ruchu w sieci odbywa się z zastosowaniem technologii szyfrowania. Choć zwiększa to bezpieczeństwo, to dla cyberprzestępców stanowi narzędzie, które umożliwia ukrycie działań. W ciągu roku eksperci Cisco zanotowali trzykrotny wzrost wykorzystania szyfrowanej komunikacji sieciowej w sprawdzanych plikach malware.

Dla specjalistów ds. bezpieczeństwa oznacza to nowe wyzwania, zwłaszcza że większość firm korzysta z rozwiązań wielu producentów. Niemal połowa zagrożeń bezpieczeństwa, z jakimi muszą się mierzyć organizacje, to właśnie efekt korzystania z rozwiązań i produktów bezpieczeństwa pochodzących od różnych dostawców.

Ponad 55 proc. respondentów mówi, że ma ponad pięćdziesiąt systemów w swojej organizacji. Ktoś tymi systemami musi zarządzać. Nie ma możliwości, aby działały one poprawnie bez korelacji informacji pomiędzy nimi. Te systemy muszą być otwarte, żeby umożliwiać taką korelację, powinny być łatwe do wdrożenia i zarządzania, a przede wszystkim muszą automatyzować pewne procesy. Nie da się w tej chwili robić systemów bezpieczeństwa, które będą w 100 proc. polegały na czynniku ludzkim, bo czas reakcji jest zbyt długi. To muszą być systemy, które automatyzują maksymalnie dużo procesów, w szczególności tych prostych i powtarzalnych – wskazuje Michał Ceklarz.

Jak wynika z raportu Cisco, firmy coraz częściej sięgają po nowe technologie. Już 39 proc. organizacji w pełni polega na automatyzacji procesów związanych z cyberbezpieczeństwem, a 44 proc. – w dużej części. Co trzecia firma opiera się też na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji (odpowiednio 34 i 32 proc.), a ponad 40 proc. firm w dużej mierze z nich korzysta. Takie rozwiązania umożliwiają wykrywanie niestandardowych schematów, co jest istotne zwłaszcza w kontekście szyfrowanego ruchu.

Rośnie też wykorzystanie infrastruktury chmury lokalnej i publicznej. 27 proc. specjalistów ds. bezpieczeństwa używa chmur prywatnych działających w oparciu o infrastrukturę zewnętrzną. Ponad połowa decyduje się na to ze względów bezpieczeństwa danych (57 proc.). To właśnie wykorzystanie technologii zabezpieczeń w chmurze wpływa na stosunkowo niski czas wykrycia nowego incydentu bezpieczeństwa – od listopada 2016 do października 2017 roku wyniósł on 4,6 godzin, przy średnio 14 godz. rok wcześniej.

Zarządy firm, mając świadomość zagrożeń i tego, do czego one mogły doprowadzić, coraz częściej traktują działy bezpieczeństwa jako inwestycję związaną z utrzymaniem wizerunku. Z drugiej strony te działy muszą zdecydowanie inteligentniej wydawać te pieniądze. Do tej pory bardzo często kupowały sobie „zabawki”, stąd m.in. firmy mające ponad pięćdziesiąt różnych systemów. Firmy muszą się przeorientować i przede wszystkim skupić na tym, żeby te systemy ze sobą współpracowały, a wówczas uzasadnienie kolejnego wydatku będzie zdecydowanie prostsze – przekonuje Michał Ceklarz.

Udział w evencie sprzedażowym – czy warto poświęcić na to czas?

Każdy z nas pracuje w określonej branży. Zajmujemy poszczególne stanowiska i odgrywamy poszczególne role w naszych organizacjach. Każdorazowo staramy się też być specjalistami, wręcz ekspertami w swojej dziedzinie i dawać z siebie jak najwięcej. Dzisiejszy rynek daje nam wiele możliwości rozwojowych, szkolenia, konferencje, różnorodne eventy. Takie spotkania mają za zadanie jedno – rozwijać nasze kluczowe umiejętności i odkrywać to, co dotąd nieodkryte. W każdym zawodzie przydatna jest żyłka sprzedawcy. Warto poszerzać swoją wiedzę na ten temat, również podczas eventów sprzedażowych.

Dlaczego warto uczestniczyć w wydarzeniach tematycznych?

Ile osób, tyle zdań możemy usłyszeć na temat proponowanych na rynku wydarzeń, które kierowane są do poszczególnych grup docelowych. Nie da się też ukryć, że wraz z upływem czasu, a co za tym idzie, rozwojem biznesu oraz kultury organizacyjnej w naszym kraju, pojawiło się coraz więcej propozycji uczestnictwa we wszelkiego rodzaju szkoleniach. Mamy obecnie możliwość wzięcia udziału w wydarzeniach, które są mniej lub bardziej kameralne. Proponowane są małe, kilkuosobowe i średniej wielkości szkolenia, które są w stanie jednorazowo zgromadzić kilkadziesiąt osób i nie jest to powodowane brakiem zainteresowania u odbiorców, ale warunkami technicznymi i założeniami, jakie postawił sobie organizator. Możemy też bez problemu skorzystać z oferty, gdzie liczba odbiorców będzie przekraczać setki, a nawet tysiące. Obecna oferta rynkowa cały czas ulega zmianom, tak samo, jak zainteresowanie i świadomość ludzi. Oto 4 powody, dla który warto brać udział w wydarzeniach tematycznych:

  1. Wiedza i umiejętności to podstawa – to właśnie świadomość ludzka i potrzeba kształcenia sprawiają, że mamy coraz większy wybór wydarzeń mających za zadanie rozwijać nasze kompetencje. Nie można też zaprzeczyć, że panuje obecnie szeroko pojmowana moda na zdobywanie wiedzy praktycznej i przekuwanie jej w sukces. Wynika ona przede wszystkim z oczekiwań pracodawców, wcześniej wspomnianej świadomości ludzi i potrzeby samokształcenia oraz – co najważniejsze – efektów, które jest nam w stanie dać dobra konferencja, szkolenie lub inne wydarzenie. Poszerzanie wiedzy i zdobywanie umiejętności jej wykorzystywania to pierwszy i najważniejszy powód dla obecności na wydarzeniach, które są dedykowane naszej branży lub wykonywanemu zadaniu.
  1. Zdobywanie nowych kontaktów – drugim powodem, który powinien nas skłonić do uczestnictwa w evencie, jest możliwość poznania nowych ludzi i pozyskania intratnych kontaktów. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy na szkoleniu, konferencji, czy mamy do czynienia z networkingiem – praktycznie zawsze nadarzy się okazja do poznania wartościowych ludzi, którzy mogą przyczynić się w przyszłości do naszego sukcesu. Podstawą do zdobywania kontaktów jest brak oporów do rozpoczynania rozmowy i chęć poznania nowych osób. Pamiętajmy, że na szkoleniach czy innych wydarzeniach, pojawiają się zazwyczaj osoby bardzo aktywne, które mogą mieć mocno rozbudowaną sieć kontaktów. Takie wydarzenia tylko sprzyja nawiązywaniu nowych relacji biznesowych.
  1. Informacje niedostępne dla każdego – na większości eventów można spotkać osoby, które dysponują ciekawymi, a nawet bardzo cennymi informacjami z branży. Poznając nowych ludzi, nie tylko mamy możliwość nawiązania kontaktu. Może się okazać, że uda nam się usłyszeć coś bardzo interesującego, co pomoże nam w osiągnięciu celu. Takie informacje nie są dostępne dla wszystkich, a ludzie je posiadający dzielą się nimi w pewnych okolicznościach i w pewnych kręgach. Informacja w dzisiejszych czasach jest jedną z cenniejszych materii, która może pozwolić Ci być nawet o kilka kroków przed konkurencją.
  1. Poznawanie konkurencji – obecność na wszelkiego rodzaju wydarzeniach zawsze daje możliwość do poznania konkurencji. Unikanie wzrokiem i udawanie, że konkurenci nie istnieją, to bardzo słabe, a wręcz dziecinne podejście do sprawy. Tak długo, jak konkurenci zachowują się w porządku i grają fair, tak długo nie ma powodów do obaw. Starajmy się nawiązywać z nimi relacje, rozmawiać i wymieniać doświadczeniami. Naturalnie, nie należy zdradzać zbyt wiele ze swoich działań i samemu brać poprawkę na najbardziej czułe kwestie w biznesie. Jednak warto działać w myśl starego porzekadła – przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej – oczywiście nie traktując konkurentów, jak dosłownych wrogów. Nigdy nie wiadomo, czy osoba będąca naszym konkurentem dzisiaj, w przyszłości nie stanie się naszym sprzymierzeńcem.

Podsumowując, powodów do odwiedzania szkoleń, kongresów, dużych wydarzeń i innych eventów jest w zasadzie cała masa. Prócz czterech wyżej wymienionych, na pewno znalazłoby się jeszcze kilka bardzo istotnych.

Jeżeli chcesz być postrzegany, jako osoba aktywna, a także zdobywać wiedzę, wymieniać się kontaktami oraz móc śledzić swoich konkurentów lub też uczyć się od najlepszych, to właśnie National Sales Congress, który odbędzie się 13 września 2018 w Warszawie na PGE Narodowym, jest idealnym wydarzeniem dla Ciebie. PGE Narodowy w Warszawie to nie tylko dogodna i prestiżowa lokalizacja, ale również duże możliwości na zorganizowanie sporego eventu, co za tym idzie, będziesz mieć możliwość poznania wielu ciekawych ludzi. Tego dnia na scenie zagoszczą takie osoby, jak:

l Jacek Walkiewicz – jeden z najbardziej rozpoznawalnych mówców i absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor programów szkoleniowych i wykładów, za co został doceniony przez ponad 500 firm. Znany z niebanalnego humoru i ceniony za wiedzę merytoryczną. Możesz go również kojarzyć z wystąpień w TEDx.

l Wojciech Herra – człowiek sprzedaży, który kocha adrenalinę. Sam wyznacza swoich przyszłych klientów i z czasem, przechodząc przez wszystkie etapy sprzedaży, walczy o nich i prowadzi do finalizacji całego procesu. Zajmuje się też szkoleniem i doradztwem z zakresu zwiększania efektywności sprzedaży.

l Mateusz Grzesiak – wykładowca, przedsiębiorca i konsultant biznesu. Z powodzeniem ukończył psychologię, a także jest doktorem nauk ekonomicznych w dyscyplinie nauk o zarządzaniu. Międzynarodowo szkoli już od 14 lat, w 7 językach. Do tej pory napisał aż 14 książek.

l Martin Lewandowski – właściciel federacji KSW i współtwórca polskiego MMA. Człowiek sportu i biznesu, który z pasji stworzył markę rozpoznawalną na całym świecie. Jego doświadczenie sięga od współpracy z agencjami marketingowymi, poprzez organizację eventów, prowadzenie firmy poligraficznej i punktów usługowych, pracę za granicą po organizację największej w Europie Gali MMA.

Poza wspomnianymi osobistościami, pojawi się też wielu innych prelegentów, których będziesz miał okazję poznać w trakcie tego wydarzenia. Tego dnia oddamy do Twojej dyspozycji tak naprawdę dwa eventy: Kongres sprzedażowy – który jest dedykowany handlowcom i wszystkim osobom pracującym w sprzedaży – oraz Kongres Managerów – z wykładami i warsztatami dla kadry managerskiej i właścicieli firm. Partnerem Kongresu Managerów jest Koźmiński Executive Business School. Ponadto, będziesz mógł skorzystać z moderowanej strefy networkingu, którą zajmie się Akademia Rekomendacji Grzegorza Turniaka oraz strefy partnerów, inaczej zwanej strefą wystawienniczą.

Pozwól sobie osiągać jeszcze lepsze wyniki, bądź, jak zapalony sportowiec, czujący progres podczas swoich treningów i sięgający po złoto. Zdobywaj wiedzę, doświadczenia i kontakty.

Więcej informacji znajdziesz na stronie www.nationalsales.pl. Spotkajmy się razem na podium.

Zainwestuj w dziecko – szybka gotówka na obóz językowy

Nasze pociechy nie zawsze potrafią myśleć perspektywicznie, nawet te mające już kilkanaście lat. To rola mądrych rodziców, aby pokierować ich edukacją w sposób, który przysporzy im potem wielu możliwości zawodowych. Jednym z niezwykle ważnych obecnie aspektów, który otwiera najszersze horyzonty, jest znajomość języków obcych. Dlatego wydajemy swoje oszczędności bądź zdobywamy szybką gotówkę w postaci chwilówki i posyłamy nasze pociechy na rozliczne kursy. Problem w tym, że efekty nie zawsze są zadowalające, a często winni nie są leniwi lub niezdolni uczniowie, a źle dobrana metoda nauczania.

Nauka języka w praktyce – najlepszy sposób

Języków obcych można uczyć się różne sposoby, a firmy edukacyjne prześcigają się wręcz w nowatorskich metodach. Wiedzę z tego zakresu można pochłaniać w szkole, na kursach stacjonarnych lub w wersji online, ale najważniejsze są efekty, a z tym bywa różnie.

Jest jednak jeden skuteczny, ale dość kosztowny sposób. Nie ma lepszej metody niż nauka języka obcego w kraju, w którym się go po prostu używa. Ileż to razy słyszymy opowieści osób, które twierdzą, że przez całe liceum nie nauczyli się angielskiego w stopniu choćby komunikatywnym, a po miesiącu pracy na zmywaku widzą genialne efekty. I to jest prawda. Wiele programów nauczania to nastawienie na poprawną gramatykę, teorię, pisownię itd. Problem w tym, że dzięki temu dzieci znają język obcy, którego nie potrafią stosować w praktyce, czyli w rozmowie. To nic innego jak nauka języka biernego, która sprawia, że wiemy jak porozumiewać się w sposób poprawny. Problem w tym, że większość osób z tą wiedzą nie potrafi nawet zapytać o drogę na londyńskiej ulicy czy kupić chleba w tradycyjnym hiszpańskim sklepie. Czy więc jest sens wydawać oszczędności lub pieniądze uzyskane z chwilówki dla takich efektów?

Lepiej pomyśleć nad doborem takiej metody nauczania i takich warunków, które pozwolą naszej latorośli skorzystać z tych nauk jak najwięcej i stać się obywatelem świata w 100%. Wiadomo, na zmywak dziecka nie wyślemy, ale możemy wysłać na obóz językowy do Anglii, Niemiec, Hiszpanii czy Francji. Będzie tam pochłaniać potrzebną wiedzę, a oprócz tego używać języka w jego naturalnym środowisku. Na taką edukację warto wydać swoje oszczędności lub zaciągnąć chwilówkę.

Na rynku turystycznym działa sporo firm, które specjalizują się w organizowaniu obozów dla dzieci i młodzieży. Oferta jest szeroka, a w niej można znaleźć również krajowe i zagraniczne obozy językowe, przy czym we wspomnianą wcześniej metodę nauki języka wpisują się wyłącznie wyjazdy do obcych krajów. Językowy obóz w Polsce daje takie same efekty nauczania jak zajęcia szkolne.

Szybka gotówka pomaga łapać promocje

Taki wyjazd ma oczywiście cenę wyższą niż obozy krajowe, ale warto zdecydować się na taki wydatek. Tym bardziej, że firmy turystyczne często ogłaszają korzystne promocje.

Kiedy pojawiają się oferty last minute trzeba reagować szybko, bo zwykle są ograniczone czasowo i ilościowo. To okazje, które pozwalają zaoszczędzić nawet 500-700 zł, dlatego o odpowiednią ilość pieniędzy warto zadbać wcześniej. Przydatne będą środki odłożone na ten cel na koncie dostępnym w każdej chwili lub możliwość uzyskania szybkiej gotówki w wybranej firmie pożyczkowej, na przykład jak Szybka Gotówka. Można już wcześniej przejrzeć oferty i wybrać dla siebie najlepszą, a także przejść proces rejestracji i weryfikacji, żeby potem już nie tracić na to czasu.

Taka inwestycja w znajomość języków obcych nie zwróci się nigdy w postaci materialnych zysków, ale pozwoli uzbroić dziecko w jedną z wiodących kompetencji zawodowych.

Poprawa sentymentu rynkowego

Pomimo ostrzeżeń Stanów Zjednoczonych dotyczących nałożenia kolejnych taryf na chińskie produkty ubiegły tydzień przyniósł poprawę sentymentu rynkowego. Największe indeksy giełdowe zanotowały solidne wzrosty. Za oceanem indeks S&P500 zyskał w skali tygodnia 1,50%, DJIA 2,30%, a indeks giełdy Nasdaq wzrosł o 1,79%. W Europie indeksy również były koloru zielonego. Niemiecki DAX osiągnął wynik na poziomie 0,36%, francuski CAC40 0,99%, a brytyjski FTSE100 zakończył tydzień 0,58% na plusie. Warto również zwrócić uwagę na odczyt CPI w USA, który wskazał dalszy wzrost inflacji osiągając wynik 2,9% rdr.

Pomimo poprawy globalnego sentymentu Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie nie rozpieszczała inwestorów. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał w przeciągu tygodnia 0,17%, największe spółki wzrosły o 0,24%, a indeksy mniejszych i średnich przedsiębiorstw sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -0,97% i 0,31%. W ubiegłym tygodniu zakończyło się kolejne posiedzenie RPP, który obyło się bez żadnego zaskoczenia – Rada postanowiła pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie, a przekaz był mocno gołębi.

W tym tygodniu czeka nas sporo odczytów z krajowego podwórka. We wtorek opublikowane zostaną dane z rynku pracy – przeciętne wynagrodzenie oraz zatrudnienie, w środę poznamy produkcję przemysłową i inflację PPI, a w piątek sprzedaż detaliczną. Na globalnych rynkach warto zwrócić uwagę na produkcję przemysłową z USA we wtorek i inflację CPI dla strefy euro oraz Wielkiej Brytanii w środę. Bardzo istotnym może okazać się prezentacja półrocznego raportu dotyczącego polityki monetarnej Fed, który zostanie zaprezentowany przez Jerome’a Powella we wtorek przed Kongresem.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Jak zacząć pracę w IT – sprawdzone wskazówki na początek kariery

Praca w IT kusi przede wszystkim wysokimi zarobkami oraz atrakcyjnymi benefitami. Jak wynika z danych branżowego portalu No Fluff Jobs, widełki płacowe na stanowisko Senior Java Developera kształtują się na poziomie od 12 do nawet 18 000 zł netto na kontrakcie B2B. Branża informatyczna nie należy jednak do najłatwiejszych, w związku z czym warto zapoznać się z kilkoma wskazówkami, które przydadzą się szczególnie osobom będącym na początku swojej kariery zawodowej.

Sprawdź, jakie jest zapotrzebowanie rynku

Wybór ścieżki, w jakiej masz się rozwijać powinien być przede wszystkim kierowany tym, co lubisz i czym tak naprawdę chcesz się zajmować. Do tego warto być też na bieżąco z potrzebami rynku i sprawdzać, jakie technologie są najlepiej płatne i których warto się uczyć. Obecnie bez problemu znajdziesz takie informacje w sieci, przykładowo w najnowszym raporcie wynagrodzeń opracowanym przez No Fluff Jobs, z którego dowiesz się m.in. że wśród technologii backendowych najlepiej płatną jest Spring, a we frontendzie króluje obecnie Angular. Dane te są aktualizowane co kwartał, dlatego możesz na bieżąco śledzić, co się dzieje na rynku pracy.

Szukaj wskazówek w internecie

Brzmi jak banał, ale rzeczywiście tutoriale w internecie mogą być Twoim kluczem do sukcesu. Obecnie wielu doświadczonych specjalistów chętnie dzieli się swoją wiedzą na forach dyskusyjnych, blogach i innych. Powstaje coraz więcej darmowych kursów online i ciekawych materiałów wideo, z których można się wiele nauczyć. Wskazówki te nie dotyczą tylko nauki danej technologii, ale często poświęcone są właśnie rekrutacji czy też pierwszej pracy w IT. Warto posłuchać rad od osób, które mają doświadczenie w tym zakresie, ponieważ może Ci to znacznie ułatwić znalezienie wymarzonej pracy. Jednym z takich miejsc, które z pewnością warto śledzić jest strona założona przez No Fluff Jobs: “Juniors. Początki w IT bez ściemy”, gdzie znajdziesz dziesiątki ciekawych materiałów stworzonych z myślą o osobach, które właśnie zaczynają swoją karierę w branży.

Bądź na bieżąco z aktualnymi ofertami pracy

Początki nie zawsze są łatwe, a znalezienie pierwszej pracy wymaga czasem sporo cierpliwości. Warto zatem stale przeglądać branżowe portale, takie tak chociażby wspomniany wyżej No Fluff Jobs, który został stworzony właśnie z myślą o IT. Znajdziesz tam same ważne informacje, takie jak stos technologiczny, wielkość firmy oraz projektu, benefity, nawet oferowane wynagrodzenie. Aby nie ominąć żadnej oferty, możesz też zapisać się do subskrypcji interesujących Cię ofert pracy, a także dołączyć do grup na Facebooku, gdzie będziesz na bieżąco informowany, jeśli tylko pojawi się coś nowego.

Sprawdź informacje na temat potencjalnego pracodawcy

Jeszcze przed rozsyłaniem CV, powinieneś się zastanowić, gdzie tak naprawdę chciałbyś pracować. Czy wolisz duże korporacje, czy raczej małe startupy? Jakie masz oczekiwania wobec pracodawcy i co jest dla Ciebie na tę chwilę najważniejsze? Pracownicy IT mają spore możliwości, dlatego nawet jeśli w danym momencie nie widzisz dla siebie nic odpowiedniego, warto czasem poczekać, aby za chwilę znaleźć coś, co rzeczywiście będzie Ci odpowiadać. Aby nie brać pracy w ciemno, jeszcze przed pójściem na rozmowę, sprawdź na stronie danej firmy zakładkę “Kariera” lub “Zespół”, a także przejrzyj prowadzone przez nią kanały w mediach społecznościowych. To pozwoli Ci choć trochę ocenić, czy pasujesz do ducha danej organizacji.

Jeśli zdecydowałeś się rozpocząć przygodę w branży IT – niewątpliwie był to dobry wybór. Szukając nowych wyzwań zawodowych, pamiętaj o sprawdzonych poradach i wskazówkach doświadczonych kolegów, nie bój się zadawać pytań i absolutnie nie poddawaj się podczas poszukiwania pierwszej pracy. Początki nie zawsze bywają łatwe, ale jeśli chodzi o IT – możesz mieć pewność, że Twoja wiedza, umiejętności oraz chęć rozwoju szybko zostaną docenione.

Twiti Investments Ltd. właścicielem 60% akcji Neuro Device Group

Wraz z początkiem lipca br. firma Neuro Device Group S.A. dołączyła do grupy spółek z portfela inwestycyjnego Twiti Investments Ltd. Jest to piąta spółka z branży innowacyjnych technologii biomedycznych, która weszła w skład grupy. Neuro Device jest polską firmą specjalizującą się w rozwiązaniach z zakresu terapii, diagnostyki i badań naukowych dotyczących centralnego układu nerwowego.

W wyniku zamknięcia transakcji Twiti Investments Ltd. stała się właścicielem 60% akcji Neuro Device Group S.A. Powiększona właśnie grupa spółek działa w obszarze bio-med-tech, a należą do niej także: Genexo, Mabion, Lipid Systems i Cellis. Dołączenie Neuro Device oznacza poszerzenie portfolio o kompetencje z zakresu nowoczesnych rozwiązań neuronaukowych, dopełniając założeń ultrainnowacyjnej strategii rozwojowej grupy.

Neuro Device Group S.A. to jedna z najdynamiczniejszych spółek z obszaru neuronauki, która odnosi sukcesy nie tylko w świecie nauki, ale również komercyjnie. Jest nam niezmiernie miło powitać ich w gronie podmiotów zaangażowanych w rozwój sektora wysokich technologii w Polsce w które mogliśmy zainwestować. Naszym celem jest zbudowanie grupy spółek, które dzieląc się posiadanymi kompetencjami, będą mogły się rozwijać szybciej, stawiać czoła medycznym wyzwaniom przyszłości i rozwijać te technologie i leki, na które w przyszłości będzie największe zapotrzebowanie – komentuje tę transakcję Robert Aleksandrowicz z Twiti Investments Ltd. i dodaje – Mamy to szczęście, że osoby zaangażowane w realizację projektów myślą kategoriami potrzeb jutra.

Neuro Device tworzy pionierskie rozwiązania rewolucjonizujące terapię wielu zaburzeń neurologicznych, za co zdobywa międzynarodowe uznanie. W styczniu tego roku urządzenie Neuro Device Voic wspierające terapię osób cierpiących na afazję wygrało polską edycję międzynarodowego konkursu dla innowatorów odpowiedzialnych społecznie Chivas Venture. W kolejnym etapie tego konkursu, dzięki głosom internautów, urządzenie zajęło trzecią lokatę spośród 27 najlepszych projektów z całego świata. Neuro Device Voic został także doceniony na tegorocznej edycji Medtec Europe Startup Academy w Stuttgarcie, gdzie firma otrzymała nagrodę dla innowatorów w branży technologii medycznych.

Od samego początku realizujemy odważne, przyszłościowe projekty, dzięki czemu nasze portfolio obejmuje wiele pionierskich rozwiązań przygotowywanych we współpracy z ośrodkami naukowymi z całego świata. Pozyskanie inwestora takiego jak Twiti Investments Ltd. to duży krok i wsparcie w rozwoju Neuro Device, a także szansa na jeszcze sprawniejsze wdrażanie naszych innowacyjnych idei – mówi Paweł Soluch, CEO Neuro Device Group S.A.

Innym projektem firmy odnoszącym sukcesy jest LifeTone – innowacyjne urządzenie do pomiaru parametrów życiowych dziecka, sygnalizujące sytuacje zagrożenia zdrowia. Na początku lipca tego roku urządzenie zostało docenione przez międzynarodowych inwestorów skupionych wokół akceleratora MIT Enterprise Forum Poland.

– Tworzenie rozwiązań, które poprawiają jakość życia ludzi na całym świecie, to nasza codzienna praca, ale też niemałe wyzwanie. Cieszymy się, że odnosimy sukcesy, że nasze działania przynoszą efekty i są dostrzegane. Razem z naszym nowym inwestorem będziemy szukać najbardziej efektywnej ścieżki dalszego rozwoju tych projektów – tłumaczy Olga Reunamo, COO Neuro Device.

Innymi spółkami wchodzącymi w skład portfela inwestycyjnego Grupy Twiti Investments Ltd. są m.in. Genexo – oferujący nowoczesne rozwiązania w diabetologii, jak pierwszy na rynku glukometr z funkcją głośnomówiącą dla osób niedowidzących i niewidomych, Mabion – spółka notowana na GPW i pionier w dziedzinie rozwoju i produkcji przeciwciał monoklonalnych z pierwszym polskim lekiem biopodobnym w trakcie rejestracji w EMA, Lipid Systems – rozwijający własne opatentowane technologie postaci liposomalnych leków oraz ich celowanego kierowania w oparciu o know-how naukowców z Politechniki Wrocławskiej, oraz firma Cellis prowadząca przełomowe badania terapii komórkowej w oparciu o odkrycie prof. Magdaleny Król nagrodzone grantem ERC.

Ponad 2-krotny wzrost ataków na firmy w 1 połowie 2018 roku na świecie.

– Dwukrotny wzrost ataków w pierwszej połowie roku – takie wnioski przedstawiła firma Check Point w najnowszym raporcie „Trendy w atakach cybernetycznych: 2018 raport półroczny’’. Według analiz firmy Check Point w 1 połowie 2018 roku liczba organizacji, które ucierpiały na skutek złośliwego oprogramowania typu cryptominer, wzrosła z 20,5% w drugiej połowie 2017 roku do 42% obecnie. Cryptominery umożliwiają cyberprzestępcom przejęcie mocy procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejących zasobów do kopania kryptowalut, przy wykorzystaniu nawet 65 proc. mocy procesora ofiary. 

Wśród trzech najpopularniejszych wariantów złośliwego oprogramowania w I półroczu 2018 roku wszystkie są cryptominerami. Check Point wykrył również rosnącą liczbę ataków ukierunkowanych na infrastruktury chmury obliczeniowej. W związku z tym, że organizacje przenoszą więcej swoich zasobów IT i danych do środowisk chmury, przestępcy zwracają się właśnie w jej stronę, aby wykorzystać jej ogromną moc obliczeniową i pomnożyć swoje zyski.

Maya Horowitz, kierownik grupy analitycznej ds. zagrożeń w firmie Check Point, skomentowała ten fakt: „W pierwszej połowie tego roku przestępcy kontynuowali trend obserwowany pod koniec 2017 roku i w pełni wykorzystują ukryte cryptominery do maksymalizacji swoich przychodów.  Obserwujemy również coraz bardziej wyrafinowane ataki na infrastruktury chmury obliczeniowej i środowiska wieloplatformowe.  Te wielowektorowe, szybkie i zakrojone na szeroką skalę ataki piątej generacji stają się coraz częstsze, a organizacje muszą przyjąć wielowarstwową strategię bezpieczeństwa cybernetycznego, która zapobiegnie przejęciu sieci i danych przez te ataki”.

Najważniejsze tendencje w zakresie złośliwego oprogramowania w I półroczu 2018 r.

– Ewolucja koparek kryptowalut – W 2018 roku cryptominery zostały rozbudowane o znacznie ulepszone możliwości, stając się bardziej wyrafinowane, a nawet niszczycielskie. Motywowane wyraźnym interesem zwiększenia odsetka wykorzystywanych zasobów obliczeniowych i osiągania jeszcze większych zysków, cryptominery kierują dziś swoje działania na wszystko, co mogłoby być postrzegane jako ich droga. W ostatnim czasie cryptominery rozwinęły się również w dużym stopniu w celu wykorzystania tzw. wysokoprofilowych podatności oraz w celu uniknięcia piaskownic (sandbox) i produktów zabezpieczających w celu zwiększenia liczby infekcji.

– Hakerzy przenoszą się w kierunku Chmur – w tym roku wykorzystano wiele zaawansowanych technik i narzędzi przeciwko usługom przechowywania danych w chmurze. Szereg ataków w chmurze, głównie ataki związane z eksfiltracją danych i ujawnianiem informacji, wynikało ze złych praktyk w zakresie bezpieczeństwa, w tym danych uwierzytelniających pozostawionych do dyspozycji w publicznych repozytoriach kodów źródłowych lub stosowania słabych haseł. Cryptominery są również skierowane przeciw infrastrukturom chmur obliczeniowych, a ich celem jest wykorzystanie mocy obliczeniowej i pomnożenie zysków dla podmiotów stanowiących zagrożenie.

– Ataki wieloplatformowe wciąż rosną – do końca 2017 r. złośliwe oprogramowanie wieloplatformowe było rzadkością. Jednak wzrost liczby urządzeń podłączonych do Internetu oraz rosnący udział w rynku systemów operacyjnych innych niż Windows doprowadziły do wzrostu liczby złośliwego oprogramowania na wielu platformach. Operatorzy kampanii wdrażają różne techniki w celu przejęcia kontroli nad różnymi zainfekowanymi platformami.

– Mobile Malware rozprzestrzeniany przez łańcuch dostaw – W pierwszej połowie bieżącego roku doszło do kilku przypadków, w których mobilne złośliwe oprogramowanie, które nie zostało pobrane ze złośliwego adresu URL, lecz zostało już zainstalowane w urządzeniu. Ponadto wzrosła liczba aplikacji dostępnych w sklepach z aplikacjami, które były w rzeczywistości ukrytym złośliwym oprogramowaniem, w tym bankowymi trojanami, oprogramowaniem Adware i wyrafinowanymi trojanami ze zdalnym dostępem (RAT).

Najpopularniejsze cryptominery w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Coinhive (30%) – Crypominer przeznaczony do wydobywania kryptowaluty Monero bez zgody użytkownika odwiedzającego stronę internetową.  Coinhive pojawił się dopiero we wrześniu 2017 r., ale już w tym czasie infekował 12% organizacji na całym świecie.
  2. Cryptoloot (23%) – Cryptominer JavaScript, przeznaczony do wydobywania kryptokrypty Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego zgody.
  3. JSEcoin (17%) – Webowy cryptominer przeznaczony do wydobywania Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego zgody.

Najlepszy okupant w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Locky (40%)– oprogramowanie, które rozprzestrzenia się głównie za pomocą spamu, zawierającego pliki do pobrania, podszywające się pod załącznik Word lub Zip.
  2. WannaCry (35%)– ransomware, który zaatakował na wielką skalę w maju 2017 roku; wykorzystuje exploit Windows SMB o nazwie EternalBlue, w celu rozprzestrzeniania się w obrębie sieci i pomiędzy sieciami.
  3. Globeimposter (8%)– dystrybuowany za pośrednictwem kampanii spamowych, złośliwych kampanii reklamowych i zestawów do wyzysku. Po zaszyfrowaniu, oprogramowanie ransomware dołącza rozszerzenie .krypt do każdego zaszyfrowanego pliku.

Mobilne złośliwe oprogramowanie w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Triada (51%)Modułowy backdoor dla systemu Android, który nadaje uprawnienia superużytkownika do pobierania złośliwego oprogramowania, co pomaga mu w kontroli nad procesami systemowymi.
  2. Lokibot (19%) Trojan bankowości mobilnej, który jest skierowany na systemy Android;zamienia się w Okuap, po próbie ofiary próbuje usunąć swoje przywileje administratora.
  3. Hidad (10%)Złośliwe oprogramowanie na Androida, które przepakowuje legalne aplikacje, a następnie udostępnia je do sklepu osób trzecich. Jest w stanie uzyskać dostęp do kluczowych szczegółów bezpieczeństwa wbudowanych w system operacyjny, co pozwala atakującemu na uzyskanie poufnych danych użytkownika.

Nowe badanie wykazało, że 93% badanych osób zaufałoby poleceniom robotów w pracy

Pracownicy są gotowi do tego, aby wykonywać polecenia robotów — pokazało tak nowe badanie przeprowadzone przez Oracle i Future Workplace, firmę badawczą przygotowującą liderów na rewolucyjne zmiany w dziedzinie rekrutacji, rozwoju zawodowego i zaangażowania pracowników. Badanie obejmujące 1320 amerykańskich szefów działów kadr i pracowników pokazało, że podczas gdy pracownicy są gotowi do wdrożenia sztucznej inteligencji (AI) w miejscu pracy oraz rozumieją, że może ona przynieść znacznie większe korzyści niż tylko automatyzacja procesów wykonywanych ręcznie, przedsiębiorstwa nie robią wystarczająco dużo, aby pomóc pracownikom we wdrożeniu AI, co może skutkować obniżeniem produktywności, dezaktualizacją umiejętności i utratą miejsc pracy.

Badanie „AI at Work” pokazało duże różnice pomiędzy sposobem korzystania z AI w domu i w pracy. Podczas gdy 70% respondentów korzysta z jakiejś formy AI w swoim życiu prywatnym, tylko 6% specjalistów ds. kadr aktywnie wdraża AI, a tylko 24% pracowników korzysta z jakiejś formy sztucznej inteligencji w swojej pracy. Aby określić, dlaczego występują tak duże różnice w poziomie wdrożenia AI mimo gotowości pracowników do stosowania AI w miejscu pracy (93% respondentów zaufałoby poleceniom otrzymanym od robota), zbadano postrzegane przez szefów działów kadr i pracowników korzyści z AI, przeszkody we wdrożeniu tej technologii oraz konsekwencje biznesowe jej niewdrożenia.

Wszyscy respondenci zgadzali się co do tego, że AI wywrze pozytywny wpływ na ich przedsiębiorstwa, a za największą korzyść z AI zarówno szefowie działów kadr, jak i pracownicy uznali wzrost produktywności. W ciągu następnych trzech lat respondenci spodziewają się m.in. następujących korzyści z AI:

  • Pracownicy uważają, że AI zwiększy efektywność operacyjną (59%), umożliwi szybsze podejmowanie decyzji (50%), znacznie obniży koszty (45%), zapewni klientom lepszą obsługę (40%) oraz poprawi doświadczenia pracowników (37%).
  • Szefowie działów kadr uważają, że AI dobrze wpłynie na szkolenia i rozwój (27%), zarządzanie wydajnością (26%), wynagrodzenia (18%) oraz rekrutację i świadczenia pracownicze (13%).

Mimo że potencjał AI w zakresie zwiększenia wydajności biznesowej nie budzi wątpliwości, szefowie działów kadr oraz pracownicy uważają, że przedsiębiorstwa nie robią wystarczająco dużo, aby przygotować pracowników do jej wdrożenia. Respondenci wskazali również na szereg innych barier na drodze do wdrożenia AI w przedsiębiorstwach:

  • Prawie wszyscy (90%) szefowie działów kadr obawiają się, że nie będą w stanie się przystosować do szybkiego wdrożenia AI w swojej pracy.
  • Podczas gdy ponad połowa pracowników (51%) obawia się, że nie będzie w stanie się przystosować do szybkiego wdrożenia AI, a 71% uważa, że umiejętności i wiedza w zakresie sztucznej inteligencji będą mieć duże znaczenie w ciągu kolejnych trzech lat, 72% szefów działów kadr zwróciło uwagę na to, że ich przedsiębiorstwo nie oferuje żadnego programu szkoleń w dziedzinie sztucznej inteligencji.
  • Wśród istotnych barier na drodze do wdrożenia AI w przedsiębiorstwie szefowie działów kadr oraz pracownicy obok luki w umiejętnościach wymienili również koszty (74%), braki technologiczne (69%) oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa (56%).

Odreagowanie złotego po ostatnich spadkach

Ubiegły tydzień przyniósł dość wyraźne umocnienie polskiej waluty, która przewodziła wzrostom walut środkowoeuropejskich. PLN istotnie zyskiwał w parze z głównymi walutami, szczególnie w relacji do słabszych euro i funta brytyjskiego. Umocnienie złotego można potraktować jako odreagowanie po ostatnich spadkach.

W czasie pozbawionej entuzjazmu sesji dolar był w stanie odrobić straty z poprzednich tygodni. Ten ruch na rynku walutowym można przypisać raczej następstwom niż samym chaotycznym zachowaniom prezydenta Trumpa podczas spotkań z głowami europejskich państw. Prezydent USA groził też nieustannie zakończeniem relacji handlowych z innymi krajami, czyniąc to jednak w dość losowy sposób. Mimo to dolar zdołał umocnić się względem niemal wszystkich istotnych walut światowych, z wyłączeniem walut kilku krajów Ameryki Łacińskiej i polskiego złotego.

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia będzie półroczne zeznanie przewodniczącego Fedu, które Jerome Powell wygłosi przed amerykańskim Kongresem we wtorek oraz w środę. Będziemy wypatrywać wszelkich oznak zaniepokojenia Rezerwy Federalnej przed faktyczną wojną handlową między Stanami Zjednoczonymi oraz ich głównymi partnerami handlowymi.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złoty najmocniej zyskiwał w parze z euro i funtem brytyjskim. Umocnienie PLN było odreagowaniem po ostatnich ostrych spadkach, które dotknęły walut CEE i sprawiły, że te znalazły się na niskich poziomach, nieuzasadnionych przez ich fundamenty.

Kluczowymi informacjami z kraju z ubiegłego tygodnia była decyzja Rady Polityki Pieniężnej o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Prezes Glapiński przy okazji konferencji prasowej poinformował również o projekcjach makroekonomicznych banku centralnego, które zakładają wyższy wzrost gospodarczy (od zakładanego wcześniej) w krótkim terminie i niższą inflację zarówno w krótkim, jak i dłuższym terminie. Oprócz spotkania RPP warto wspomnieć o rewizji odczytu inflacji w czerwcu, która pokazała, że dynamika cen w poprzednim miesiącu wyniosła 2%, a nie 1,9% rocznie, jak zakładano wcześniej.

Oprócz poniedziałkowej publikacji projekcji ekonomicznych DAE NBP, warto będzie zwrócić uwagę również na odczyty z rynku pracy, dane o sprzedaży detalicznej, wyliczenia inflacji bazowej oraz dane o produkcji przemysłowej. Dla polskiego złotego kluczowe znaczenie będzie miała jednak kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących.

GBP

W zeszłym tygodniu rezygnacja kluczowych członków gabinetu Theresy May miała zaskakująco niewielki wpływ na kurs szterlinga. Funt zyskał w oczach inwestorów po opublikowaniu przez brytyjski rząd tzw. „white paper”, propozycji stosunków handlowych między Unią Europejską a Wielką Brytanią po tym, jak UK opuści wspólnotę. Wydaje się, że premier May dąży do osiągnięcia “łagodnego” Brexitu.

W tym tygodniu kurs szterlinga po raz pierwszy od dłuższej chwili powinien w większym stopniu zależeć od danych makroekonomicznych, a nie od polityki. We wtorek poznamy bowiem dane o stanie rynku pracy, w środę opublikowany zostanie z kolei raport o inflacji. Publikacje te rzucą trochę światła na perspektywę oczekiwanej przez nas podwyżki stóp procentowych Banku Anglii podczas sierpniowego spotkania. Mogą również stanowić wsparcia dla kursu funta.

EUR

Zeszły tydzień nie obfitował w dane makro, co oznacza, że euro reagowało w pierwszej kolejności na deklaracje Donalda Trumpa. Wspólna europejska waluta straciła większość zysków z zeszłego tygodnia podczas kilku dość nieciekawych sesji. Bieżący tydzień nie przyniesie również zbyt wielu istotnych danych o stanie gospodarek bloku walutowego. Uwaga inwestorów będzie skupiona na piątkowym posiedzeniu Rady ds. Ogólnych Unii Europejskiej. Spotkanie reprezentantów rządów UE powinno dostarczyć informacji o stanie negocjacji ws. Brexitu ze strony europejskiej.

USD

Najistotniejszą publikacją gospodarczą zeszłego tygodnia były dane o dynamice cen w Stanach Zjednoczonych, które były niemal w pełni zgodne z opinią konsensusu ekonomistów. Natomiast w najbliższych dniach rynki będą zwracały uwagę na mogące pojawić się w każdej chwili oświadczenia ze strony administracji Trumpa w kwestii handlu międzynarodowego, jak i bardzo istotne wystąpienie Przewodniczącego Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella, przed amerykańskim Kongresem. Wypatrujemy opinii Fedu w dwóch ważnych kwestiach: potencjalnego wpływu wojny handlowej na politykę monetarną Stanów Zjednoczonych oraz braku dużej presji na wzrost płac pomimo niskiego bezrobocie. Informacje w sprawie któregokolwiek z tych dwóch zagadnień naszym zdaniem mogą przynieść więcej zmienności na rynku walutowym niż powszechnie się oczekuje.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wzrost cen w Polsce. Trump o Brexicie

Inflacja w Polsce wynosi 2% w skali roku. Złotówka kontynuują dobrą passę, ale wciąż jej daleko do minimów ostatnich miesięcy. Trump udziela rad na temat negocjacji brexitowych.

Inflacja w Polsce bez niespodzianek

Główne dane makroekonomiczne w Polsce ostatnio nie zaskakują. Inflacja w ciągu roku rośnie o 2%. Oznacza to, że znajdujemy się coraz bliżej środka celu inflacyjnego wynoszącego 2,5%. Biorąc pod uwagę zarówno spadek bezrobocia oraz wzrost cen ropy naftowej a tym samym rosnące koszty transportu jest to bardzo dobry wynik. Waluty przyjęły te dane spokojnie. Były one bowiem zgodne z oczekiwaniami analityków.

Złoty znów odrabia straty

Miniony tydzień początkowo przyniósł delikatne osłabienie złotego, jednakże pod koniec wrócić on w okolice na których znajdował się w poniedziałek. Obecnie względem zarówno euro, franka, funta oraz dolara złotówka jest o około 10 groszy mocniejsza niż na przełomie czerwca i lipca. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że mówienie o mocnym złotym nie jest jeszcze uzasadnione. Jeszcze w połowie kwietnia zastanawialiśmy się przecież czy euro spadnie poniżej 4,15 zł a frank poniżej 3,50 zł.

Trump znów szokuje

W rozmowie z premier Wielkiej Brytanii Donald Trump udzielił kilku rad na temat postępowania w negocjacjach brexitowych. O ile technika nie odchodzenia od stołu jest jak najbardziej zasadna, o tyle pomysł pozwania Unii Europejskiej budzi spore wątpliwości. głównym problemem jest to gdzie pozwać Unię Europejską za Brexit. Nie bez znaczenia jest też podstawa prawna. Ostatnimi czasy mocne wypowiedzi prezydenta USA nie budzą już takiego zdziwienia jak wynikałoby to z jego stanowiska. Ktoś kto wygłasza tak odważne tezy przez cały czas w końcu traci znaczenie. Z tego powodu rynki przyjmują wypowiedzi prezydenta USA coraz spokojniej.

Dzisiaj w dzień wolny w Japonii z okazji dnia oceanu, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Inflacja i gołębi EBC wspierają zwyżkę kursu dolara

Bieżący tydzień na krajowym rynku walutowym przebiegał relatywnie stabilnie, z EURPLN oscylującym w okolicach przedziału 4,308-4,34. W relacji piątek-piątek PLN nieznacznie się jednak umocnił, pomimo gołębiej RPP.

Na rynkach finansowych wciąż aktualny jest temat eskalacji protekcjonizmu, a ostatnio na nastroje wpływ miały doniesienia, że Waszyngton szykuje się do pełnej wojny handlowej z Pekinem, zapowiadając nałożenie ceł na kolejne chińskie produkty. Dolar nadal więc pozostaje preferowanym przez inwestorów kierunkiem ucieczki od ryzyka mając przede wszystkim solidne wsparcie ze strony danych makro. Wciąż bowiem solidnie rozwija się rynek pracy, rośnie konsumpcja, a wskaźniki wyprzedzające nie sygnalizują obecnie obaw o skutki konfliktu z Chinami. Rośnie też inflacja, która wspiera jastrzębią politykę Fed i dolara. W piątek EURUSD zszedł w okolice 1,161 wobec notowanych blisko 1,18 na początku tego tygodnia.

Dolara wspiera też gołębi EBC. Z opublikowanych minutes z czerwcowego posiedzenia banku wynikało bowiem, że stopy procentowe w EZ mogą zostać utrzymane na obecnych niskich poziomach blisko zeru (ze stawką depozytową poniżej zera) tak długo, jak to będzie konieczne, aby wspierać powrót inflacji do celu. W czerwcu sygnalizowano, że koszt pieniądza w EBC pozostanie bez zmian „przez lato” 2019 roku. W minutes podkreślono jednak, że zapowiedź ta ma charakter otwarty, co oznacza, że trudno jest przybliżyć datę podwyżki.

Równie gołębia jak EBC pozostaje RPP. Prezes NBP A. Glapiński nadal podtrzymuje możliwość utrzymania kosztu pieniądza bez zmian nawet do końca 2020 roku. Ponadto w lipcowej projekcji obniżono prognozę inflacji w 2018 roku, co w ocenie prezesa NBP dodatkowo wzmacnia jego scenariusz dla stóp.  W czerwcu indeks CPI wzrósł do 2% r/r wobec 1,9% szacowanych wstępnie, co nie zmienia faktu, że w Polsce presji inflacyjnej nie ma. To powinna potwierdzić poniedziałkowa publikacja inflacji bazowej. W rezultacie jastrzębi Fed i gołębi EBC (umacniające USD) przy łagodnej RPP i generalnie słabych nastrojach względem EM hamują podejmowane próby umocnienia PLN. W rezultacie, w ostatnich dniach kurs EURPLN z trendu spadkowego przeszedł do konsolidacji, kończąc piątek poniżej 4,32. Na przełomie całego tygodnia oznacza to jednak niewielkie umocnienie PLN względem euro.

W przyszłym tygodniu złoty nadal pozostawać powinien głównie pod wpływem globalnych nastrojów, które raczej mu nie będą sprzyjały (w tym oczekiwane jastrzębie wystąpienie prezesa Fed przed Kongresem USA), jednak planowane krajowe publikacje produkcyjno-sprzedażowe mogą ograniczać skalę przeceny PLN. W rezultacie EURPLN powinien utrzymywać okolice poziomów z tego tygodnia, blisko 4,32.

Wykres dnia:Utrzymujące się obawy o skutki wojny handlowej na linii Waszyngton-Pekin uderzają w chińskiego juana, co negatywnie wpływa na złotego ze względu na dużą korelację notowań EURPLN (linia niebieska, p.oś)  i USDCNY.

kurs juana euro złoty
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na USDCAD oraz USDJPY

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

USDJPY – szansa na dalsze wzrosty?

Ostatni raport COT jest bardzo ciekawy. Szczególnie sytuacja na parze walutowej JPY/USD. Ostatnie tygodnia dla JPY nie są zbyt łaskawe, wzrosty na indeksach amerykańskich doprowadziły do jej wyprzedaży. Natomiast patrząc z punktu widzenia raportu COT fundusze wcale nie chętnie pozbywają się swoich długich pozycji w tej walucie, wręcz odwrotnie! Dobierają ich coraz więcej. Co prawda pozycje długie rosną w o wiele wolniejszym tempie niż krótkie. Z tego powodu linia netto spada już od początku kwietnia.

Zatem możemy wyróżnić dwa scenariusze:

  • Ostatnie wzrosty na USDJPY są pułapką dla kupujących, niebawem fundusze lewarowane będą mogły zacząć dobierać coraz więcej longów w JPY. Zwiększone zaangażowanie po długiej stronie rynku dużych graczy zostanie przełożone na mocniejszą wyprzedaż USDJPY.
  • Duzi gracze zaczną zamykać długie pozycje i otwierać coraz więcej longów. Aktualnie linia netto na tle historycznym jest położona neutralnie, zatem fundusze mają miejsce w portfelach spekulacyjnych do dobierania coraz większej ilości krótkich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Jak powyższe scenariusze mogą przełożyć się na wykres? Jeżeli pierwszy scenariusz okaże się prawidłowy, to na początku zobaczymy przerwanie linii trendu oraz wsparcia wyznaczonego przez ostatnie szczyty z maja oraz kwietnia. Jest to scenariusz mniej prawdopodobny.

Notowania USDJPY, interwał dzienny

Notowania USDJPY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Drugie scenariusz, bardziej prawdopodobny mówi o zmierzaniu USDJPY w okolicę poziomu 113.00. Aczkolwiek tutaj nie możemy wykluczyć korekty w okolicę poziomu 100.00.

USDCAD – coraz większy podaż CAD

W poprzedni tygodniu kalendarzowym fundusze lewarowane po raz kolejny dobrały większą ilość shortów na CAD niż longów. Tym razem odpowiednio o 2976 oraz 340 pozycji. Tym samym linia netto spadła po raz kolejny, co przekłada się na większy pesymizm.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Sytuacja ta jest odzwierciedlona na interwale tygodniowym, gdzie USDCAD znalazł się na mocnym wsparciu. Wsparcie zostało wyznaczone przez pokonany szczyt marca bieżącego roku. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i kontynuacja wzrostów do kolejnej strefy oporu w okolicy poziomu 1.338.

Wykres USDCAD, interwał tygodniowy

Wykres USDCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Zmiany na Lotnisku Chopina w Warszawie. Baltona wraca na Okęcie

Obecnie na Lotnisku Chopina w Warszawie dokonywane są zmiany, które przyniosą korzyści pasażerom. Przy okazji przebudowy terminala zmieniana jest także strefa komercyjna. Dotychczas 90 proc. jej powierzchni było w rękach jednego podmiotu – Legardere Travel Retail. Na skutek wygaśnięcia umów z LTR z końcem czerwca oraz prowadzonych wcześniej negocjacji i postępowań wprowadzony został drugi podmiot – Baltona. Władze lotniska wyrażały chęć przedłużenia umów do końca września, aby objąć jeszcze sezon wakacyjny.

– Nowy układ na lotnisku zapewni ponad połowę powierzchni LTR-owi, druga nieco mniejsza cześć będzie w rękach Baltony. Przyniesie to istotne korzyści dla pasażerów, o których oba podmioty będą musiały teraz konkurować pod względem cenowym – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Szpikowski, dyrektor Lotniska Chopina w Warszawie – W kwestii samego postępowania pojawiają się czasami wiadomości o braku przejrzystości. Zapewniamy, że postępowanie w trybie wcześniejszym, które zostało unieważnione – a następnie w trybie negocjacji prowadzono rozmowy z oboma podmiotami: LTR i Baltoną – było objęte tarczą antykorupcyjną ze strony CBA. Bezpośrednie negocjacje z Baltoną były prowadzone wprost w siedzibie i z udziałem Prokuratorii Rzeczypospolitej Polskiej – dodał Szpikowski.

Dokumentacja podatnika – papierowa, czy elektroniczna?

Przywiązanie organów podatkowych do dokumentów w wersji papierowej to tylko jeden z argumentów, iż fiskus mentalnie nadal tkwi w poprzednim stuleciu. Na szczęście z duchem czasu coraz częściej idą sądy administracyjne, które w tego typu sprawach stają po stronie podatników. Przykładem może być sprawa pewnej spółki obciążonej karą porządkową za przekazanie dokumentacji na płycie CD, a nie – jak żądał tego organ – w formie dokumentu.

Karząca ręka fiskusa

W toku postępowania podatkowego w przedmiocie podatku od nieruchomości za 2009 r., spółka obciążona została karą porządkową w wysokości 2 800 zł. Zdaniem wójta działającego w tym przypadku jako organ podatkowy, firma bezzasadnie odmówiła okazania przedmiotu oględzin w postaci wykazu środków trwałych, w celu określenia wartości budowli. Żądane informacje przekazane zostały bowiem w wersji elektronicznej na płycie CD, a nie – jak oczekiwał tego organ – w formie papierowej. Rozstrzygnięcie trafiło ostatecznie do rozpatrzenia przez Naczelny Sąd Administracyjny, który po uwzględnieniu skargi kasacyjnej fiskusa uchylił wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego do ponownego rozpoznania.

Połowiczny sukces

Wojewódzki sąd administracyjny na nowo rozpoznając sprawę, wziął pod uwagę uchybienia wskazane przez NSA. Uznał także, że przekazanie przez podatnika żądanych danych na płycie CD nie stanowiło właściwej i adekwatnej odpowiedzi na wezwanie organu. Skład orzekający ocenił, że strona miała świadomość, iż nie spełniła wezwania organu w sposób należyty, gdyż wniosła o przedłużenie terminu na złożenie żądanej dokumentacji. Według sądu dowód w postaci płyty CD nie może być w rozpatrywanej sprawie jedynym środkiem dowodowym, w oparciu o który można ustalić wartość budowli, gdyż będąc jedynie wyciągiem z ewidencji, nie pozwala na precyzyjne określenie wartości budowli w celu ustalenia wysokości podatku od nieruchomości. Sąd nie zgodził się ze skarżącą, iż jej zaniechanie nie podlega karze, bowiem wezwanie organu nie dotyczyło, jak twierdziła skarżąca, złożenia wyjaśnień, lecz udostępnienia żądanych dokumentów. Tego zaś, jak zgodnie stwierdziły organ podatkowy i sąd administracyjny, skarżąca, wbrew wezwaniu, nie uczyniła.

Szczęśliwy finał

Po stronie podatnika stanął Naczelny Sąd Administracyjny, który uchylając powyższe rozstrzygnięcie wyrokiem z dnia 18 stycznia 2018 r. sygn. II FSK 3462/17 uznał, iż przekazując płytę CD, spółka nie pozostawiła wezwania organu bez odpowiedzi, lecz przez cały czas postępowania współdziałała z nim w celu wyjaśnienia okoliczności sprawy. NSA uznał, iż skarżąca wywiązała się z obowiązku złożenia dokumentów, gdyż z uwagi na „rozwój środków komunikacji elektronicznej oraz upowszechnienie tej najtańszej i najdogodniejszej formy przesyłania danych między organem podatkowym a podatnikiem, zasadna jest możliwość zadośćuczynienia wezwaniu organu podatkowego za pomocą środków komunikacji elektronicznej lub na informatycznych nośnikach danych”. Sąd podkreślił, iż w wezwaniu organ nie zastrzegł papierowej formy żądanych dokumentów, a uzyskanie wydruku dokumentu, który podatnik posiada jedynie w wersji elektronicznej, mogłoby wiązać się dla niego z dodatkowymi kosztami, jakimi nie można go obciążać.

Morał

Mimo iż omawiane orzeczenie świadczy o bardziej „życiowym” i nowoczesnym podejściu sądów administracyjnych, to sprawą dyskusyjną jest, czy za ich przykładem pójdą organy podatkowe. Podatnicy powołujący się bowiem na orzeczenia NSA, w odpowiedzi często słyszą, że nie są one dla fiskusa wiążące, a sprawa będzie rozpoznawana tak, jak organ uzna to za stosowne. Dyskusja w sytuacji, gdy oponent jest zamknięty na argumenty i odmawia spojrzenia na problem z szerszej perspektywy wydaje się zatem bardzo utrudniona. W żadnym razie nie należy się z niej jednak wycofywać i rezygnować z obrony swojego stanowiska. Kropla drąży skałę, a każdy zwycięski spór z fiskusem daje nadzieję, że organy przestaną wreszcie podejrzliwie spoglądać w stronę podatnika i zamiast dręczyć go kolejnymi kontrolami, wyjdą mu naprzeciw ułatwiając prowadzenie biznesu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Nastroje w MŚP najgorsze od ponad 3 lat

Barometr EFL[1], wskaźnik monitorujący nastroje w mikro, małych i średnich firmach, spadł w III kwartale br. do najniższego poziomu od początku 2015 roku (od kiedy jest realizowane badanie) i osiągnął wartość 52,9 pkt.
(-8,3 pkt. kw./kw.). Wszystko za sprawą wyraźnego spadku optymistów przy równoczesnym wzroście pesymistów w każdym z badanych kryteriów. W szczególności jest to widoczne w prognozach sprzedaży i inwestycji
.

– Nastroje w sektorze mikro, małych i średnich firmach monitorujemy już od ponad 3 lat i jesteśmy przygotowani na cykliczną powtarzalność wyników. Zgodnie z tendencjami z poprzednich lat, spodziewaliśmy się mniej optymistycznych prognoz w III kwartale, jednak nie w aż tak dużej skali. W poprzednich latach różnice między wynikami II a III kwartału wynosiły 1-3 pkt, podczas gdy teraz odnotowaliśmy ponad 8 pkt. spadek. Na taki stan rzeczy z pewnością wpływa wiele czynników, m.in. kalendarz, pogoda, ale pod lupę wziąłbym dwa. Pierwszy – wewnętrzny, który jest związany z brakiem rąk do pracy. Z ostatnich danych GUS wynika, że w maju stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 6,1%, jednocześnie liczba ofert zatrudnienia w I kwartale wzrosła o 14%. Drugi czynnik – zewnętrzny. Być może zbliża się albo już jest moment, kiedy polskie firmy zaczynają odczuwać spowolnienie gospodarki naszego zachodniego sąsiada. Indeks obrazujący niemiecką koniunkturę ZEW spada już od kilku miesięcy, a w lipcu osiągnął najniższy poziom od kilku lat. A przecież Niemcy są głównym partnerem handlowych polskiego przemysłu – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

MŚP obawiają się spowolnienia

Wynik Barometru EFL na III kwartał 2018 roku wyniósł 52,9 pkt., czyli był o 8,3 pkt. proc. niższy w porównaniu do II kwartału br. i o 6,4 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2017 roku. Jednocześnie, osiągnięty poziom jest najniższy od ponad 3 lat (pierwszy Barometr EFL realizowany był w I kwartale 2015 roku) i zbliżony do wyników pomiaru z I kwartału 2016 roku (53,1 pkt.). Eksperci EFL zwracają jednak uwagę, że odczyt wciąż znajduje się ponad progiem OR[2], co oznacza, że pomimo gorszych prognoz, mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Na tak wyraźny spadek nastrojów wpływ miał spadek odsetka optymistów, przy równoczesnym wzroście pesymistów w każdym z kryteriów. W szczególności widać to w przypadku prognoz sprzedaży i inwestycji.

Bez szału zakupowego

Odsetek osób, które spodziewają się większych zamówień w ciągu III kwartału, spadł o 12,5 pp. (z 44,2 proc. do 31,7 proc.), a tych, którzy obawiają się mniejszego zapotrzebowania na ich produkty lub usługi, przybyło (z 9 proc. do 17,2 proc.). Szacowany spadek sprzedaży pociągnął za sobą mniej optymistyczne oceny dotyczące płynności finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartału. Odsetek osób spodziewających się wzrostu płynności finansowej wyniósł 20,2% (o 8 p.p. mniej w ujęciu kwartalnym).

W inwestycyjnym dołku

Podobną tendencję widać w przypadku planów inwestycyjnych. Optymistów jest mniej o 9,1 pp. (z 35,1 proc. do 26 proc.)., natomiast grupa pesymistów zdecydowania wzrosła – z 15,5 proc. w II kwartale do 27,7 proc. w III kwartale tego roku. Co więcej, w obszarze inwestycji, więcej jest przedsiębiorców, którzy przewidują spadek niż tych, którzy planują ich wzrost. Planowany spadek poziomu inwestycji sprawia, że MŚP wyrażają mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (-4 p.p. w ujęciu kwartalnym).

– Zgodnie z dotychczasowymi pomiarami, pomiędzy III a IV kwartałem wartość głównego indeksu powinna spaść. Jednak liczymy, że po tak dużym spadku w obecnym pomiarze, wskaźnik odwróci tendencje z poprzednich lat i odnotuje lekki wzrost – mówi prezes EFL.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 22.06 -05.07 2018 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

Na rynkach wakacyjny marazm

Wakacyjny marazm toczy się przez rynki, a inwestorzy korzystają z okazji, że prezydent Trump podróżuje po Europie i nie ma czasu atakować Chin agresywnymi tweetami. Dolar lekko oddaje pola walutom ryzykownym, zyskuje też złoty. Ale giełdy w Chinach nie miały udanej sesji, więc ryzyka pozostają.

Cisza w temacie wojen handlowych trwa, zatem i aktywa ryzykowne maja moment na odreagowanie poprzedniej słabości. AUD i NZD odrabiają straty, USD, JPY i CHF stały się mniej poszukiwane. EUR/USD nudno tkwi w wąskim pasmie wahań, a funt pozostaje obciążony Brexitem i zmiany, choć są, to chaotyczne w obie strony.

Mimo to nie wszędzie jest różowo, szczególnie nie w Chinach, które w ostatnim czasie stały się wyznacznikiem sentymentu. Indeks giełdy w Szanghaju stracił 0,6 proc., a po juanie nie widać chęci do umocnienia. W nocy otrzymaliśmy paczkę danych z Państwa Środka, które miały swoje mocniejsze i słabsze strony. PKB w II kw. wzrósł zgodnie z oczekiwaniami o 6,7 proc. r/r przy akompaniamencie wyższej od prognoz czerwcowej dynamiki sprzedaży detalicznej, ale słabszym wzroście produkcji przemysłowej. Kompozycję można potraktować za krzepiącą, gdyż wspiera cel polityki rządu poprawy jakości wzrostu ze zwiększeniem udziału konsumpcji, a niepoleganiu tylko na budowie nowych dróg i mostów. Z drugiej strony w całym pierwszym półroczu zannualizowany wzrost wyniósł 6,4 proc., o 0,1 pkt proc. mniej niż zapisano w planie na 2018 rok. W obliczu ryzyka wojen handlowych trudno oczekiwań przyspieszenia wzrostu w drugim półroczu i cel 6,5 proc. może nie zostać osiągnięty. A problemy ekonomiczne Chin to zawsze zła wiadomość dla apetytu na ryzyko.

Na razie jednak nikomu nie chce się zbytnio pchać rynku w którymkolwiek kierunku, czekając na rozwój wypadków. Spotkanie dwóch silnych charakterów Trumpa i Putina zawsze może dostarczyć ciekawych komentarzy, które znajda odbicie w handlu. Po południu mamy też dane o sprzedaży detalicznej z USA za czerwiec, które powinny wskazać na piąty miesiąc wzrostu. Sprzedaż aut podbije wskaźnik ogólny (prog. 0,5 proc.), ale spadek cen paliw będzie pogarszać wyniki stacji benzynowych. Konsensusy są wyśrubowane, więc łatwiej może być o rozczarowanie. Dziś będziemy też mądrzejsi o wiedzę o stanie sektora wytwórczego w lipcu wraz z publikacją indeksy NE Empire State. Szacowany spadek względem czerwca uwzględnia obawy o skutki konfliktów handlowych, ale ważne będzie, jak silne będzie pogorszenie nastrojów. Pamiętać trzeba, że USD pozostaje silny głównie na kontraście solidności aktywności gospodarczej USA na tle reszty świata. Bez tego sama perspektywa dalszych podwyżek stóp procentowych Fed nie wystarczy. W tym temacie w kolejnych dniach na pierwszym planie będzie wystąpienie prezesa Fed w Kongresie i sprawozdanie z działalności banku centralnego (wt-śr). Pierwsze przesłuchanie przed senacką Komisją Bankową we wtorek będzie istotniejsze, gdyż to tutaj niespodzianki są bardziej prawdopodobne. Z drugiej strony jest powszechnie oczekiwane, że Jerome Powell będzie konstruktywnie wypowiadał się o stanie gospodarki i potwierdził rynkowe oczekiwania na jeszcze dwie podwyżki w tym roku.

EUR/PLN zbliża się do 4,30, a złoty korzysta z uspokojenia emocji na rynkach zewnętrznych. Osobiście nie sądzę, aby ten zjazd miał jeszcze dużą przestrzeń do kontynuacji. Obawiam się, że w temacie wojen handlowych nie wszystko zostało powiedziane, a to zapewni przynajmniej częściową premię za ryzyko na aktywach rynków wschodzących. Polscy importerzy nie powinni być chciwi, a zwrócić uwagę na euro najtańsze od czterech tygodni.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Grupa Novaturas odnotowuje 43% wzrost przychodów r/r w pierwszym półroczu 2018 r.

Novaturas, największy operator turystyczny w krajach bałtyckich, którego akcje od marca tego roku notowane są na GPW w Warszawie i Nasdaq w Wilnie, w pierwszym półroczu 2018 r. odnotował wzrost przychodów o 43% r/r do 80,2 mln euro. Od początku br. z oferty Grupy Novaturas skorzystało łącznie 134,5 tys. klientów, co oznacza wzrost o 42% w porównaniu z analogicznym okresem ub.r.

W samym tylko czerwcu na wakacje z Grupą Novaturas wyjechało blisko 39 tys. osób, czyli o 27% więcej r/r. Przełożyło się to na 26-proc. wzrost przychodów ze sprzedaży, które w omawianym okresie wyniosły 21,7 mln euro (wobec 17,2 mln euro w czerwcu 2017 r.).

Linas Aldonis, dyrektor generalny Novaturas
Linas Aldonis, dyrektor generalny Novaturas

Jak co roku wzbogacamy ofertę Grupy Novaturas o nowe destynacje. W sezonie letnim 2018 ponownie proponujemy wyjazdy m.in. na tunezyjską wyspę Djerba. Od lat największą popularnością wśród mieszkańców krajów bałtyckich cieszą się natomiast Turcja, Grecja oraz Bułgaria. W ofercie Grupy znajduje się wiele kierunków wakacyjnych – proponujemy wyjazdy do ponad 30 miejsc na całym świecie, a także ponad 120 lotniczych i autokarowych wycieczek objazdowych. Nasi klienci szczególnie cenią wysoką jakość za przystępną cenę, a takie właśnie są wakacje w najchętniej wybieranych destynacjach – powiedział Linas Aldonis, dyrektor generalny Grupy Novaturas.

Nie oznacza to jednak uboższej oferty Grupy Novaturas. Wręcz przeciwnie. W maju rozpoczęła ona przedsprzedaż oferty zimowej 2018/2019. Podobnie do letniej, również w przypadku wczasów zimowych klienci Grupy Novaturas mogą wybierać spośród większej liczby kierunków. Debiutuje Kuba, Izrael, Jordania i Djerba. W ofercie wyjazdów zimowych stale obecne są inne, gwarantujące słońce destynacje: Malediwy, Wietnam, Sri Lanka, Indie oraz Tajlandia (w tym popularny Phuket). Wśród mieszkańców krajów bałtyckich systematycznie rośnie zainteresowanie zagranicznymi wyjazdami w sezonie zimowym: obok najpopularniejszych narciarskich kurortów Europy, w ubiegłym roku dużą popularnością cieszył się także Egipt i Hiszpania, w tym Wyspy Kanaryjskie.

Europejski rynek młodych i innowacyjnych firm jest o wiele mniejszy niż w USA. Lokalnym start-upom brak globalnych aspiracji

Europejski rynek młodych i innowacyjnych firm jest o wiele mniejszy niż w USA. Lokalnym start-upom brak globalnych aspiracji 4

Europejski rynek start-upów jest dużo mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym kwartale tego roku do europejskich spółek trafiło nieco ponad 10 proc. wszystkich środków zainwestowanych przez fundusze. Dla porównania spółkom z USA przypadło blisko 2/3. Współzałożyciel i partner funduszu Almaz Capital Alexander Galitsky ocenia, że rynek start-upów w Europie Wschodniej ma duży potencjał rozwoju dzięki rozwiniętemu systemowi edukacyjnemu i rzeszom inżynierów specjalizujących się w tworzeniu oprogramowania. Z drugiej strony tutejszym spółkom brak globalnego myślenia, a ekspansję może utrudniać im polityka.

– Tworzenie nowych spółek stanowi dużą szansę rozwoju dla firm o ugruntowanej pozycji. Ta kwestia jest dobrze znana wiodącym spółkom zagranicznym, prowadzącym działalność na terenie Doliny Krzemowej i w innych regionach Stanów Zjednoczonych. Szczególnie dla podmiotów przystosowujących się do tego rodzaju działalności jest to dopiero początkujący rynek, ponieważ 54 proc. całej sprzedaży nowo powstałych podmiotów w sektorze B2B jest związana ze Stanami Zjednoczonymi, przynajmniej na początkowym etapie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alexander Galitsky, współzałożyciel i partner zarządzający Almaz Capital.

Jak wynika z danych KPMG, w pierwszym kwartale tego roku fundusze zainwestowały w start-upy łącznie 49,3 mld dol. To o ponad 70 proc. więcej w ujęciu kwartalnym. Prawie dwie trzecie środków (61 proc.) zostało ulokowanych w Stanach Zjednoczonych, które pozostają największym start-upowym rynkiem inwestycyjnym. Raport KPMG pokazuje również, że w ekosystemie finansowania start-upów coraz ważniejszą rolę odgrywają duże firmy i korporacje. W I kwartale tego roku 21 proc. wszystkich transakcji zostało zrealizowanych właśnie przez korporacje bądź bezpośrednio z nimi powiązane fundusze venture capital.

W przeciwieństwie do rynku w USA Europa zanotowała w pierwszych trzech miesiącach tego roku tendencję spadową. Łączna suma środków zainwestowanych w europejskie start-upy sięgnęła 5,2 mld dol., o 15 proc. mniej w ujęciu kwartalnym.

Jak ocenia współzałożyciel i partner funduszu Almaz Capital, Europa Wschodnia ma dobrze rozwinięty system edukacyjny, a uczelnie wypuszczają na rynek rzesze inżynierów specjalizujących się przede wszystkim w tworzeniu oprogramowania, co oznacza dostępność w tym regionie dużej liczby niezwykle utalentowanych osób. To połączenie zasobów i rozległej wiedzy stwarza temu regionowi duże możliwości. Z drugiej strony lokalnym start-upom brakuje globalnego myślenia.

– Jeśli skupimy się na porównaniach, najistotniejsze różnice wydają się oczywiste. Nowo powstałe przedsiębiorstwa na terenie Doliny Krzemowej zawsze skupiają się na rozwoju, podczas gdy lokalne podmioty starają się prowadzić działalność w wymiarze lokalnym i zyskiwać rentowność w oparciu o własne środki, przez co tracą dynamikę działania. Jest to największa różnica i – w moim odczuciu – największy błąd, jaki popełniają lokalne start-upy – mówi Alexander Galitsky.

Jak podkreśla, na działalność biznesową start-upów wpływ może mieć również polityka. Dlatego konieczna jest zmiana kierunku polityki unijnej i przyjęcie przez decydentów założenia, że należy wspierać przedsiębiorczość i stwarzać lokalnym podmiotom szansę rozwoju na rynku amerykańskim, chińskim czy brytyjskim, które są największymi rynkami na świecie.

– Skupiając się na polityce unijnej, można dostrzec, że niejako skłania ona nowo powstałe podmioty do funkcjonowania w wymiarze lokalnym, np. do założenia przedsiębiorstwa w Polsce, które będzie się rozwijać i osiągać wzrost w tym kraju. To jest zadaniem niezwykle trudnym, bo jeśli utraci się szansę wejścia na największy rynek – powstanie konieczność mierzenia się z silną lokalną konkurencją, co z kolei utrudni zbudowanie dużego przedsiębiorstwa – mówi Alexander Galitsky.

Europa jest o wiele mniejszym rynkiem start-upowym niż Stany Zjednoczone. W pierwszym kwartale tego roku do europejskich spółek trafiło raptem 10,5 proc. wszystkich środków zainwestowanych w ujęciu globalnym. Ponad połowa przypadła na Wielka Brytanię i Niemcy. W Polsce rynek venture capital znajduje się wciąż w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

Nakładane cła w USA zmieniają światowy handel. Nie muszą jednak zahamować ekspansji polskich firm

Nakładane cła w USA zmieniają światowy handel. Nie muszą jednak zahamować ekspansji polskich firm 5

Stany Zjednoczone są jednym z dziesięciu najważniejszych partnerów handlowych Polski i trzecim wśród państw spoza Unii Europejskiej. Zdaniem ekspertów nowe uwarunkowania handlu z USA i wprowadzenie taryf celnych na stal i aluminium mogą, ale nie muszą, oznaczać wyhamowania polskiego eksportu. Dla polskich firm istotne w wejściu na rynek amerykański będzie jednak pozyskanie odpowiedniego partnera, w tym także operatora logistycznego.

– Nowe uwarunkowania w handlu z USA mogą oznaczać wyhamowanie zapędów eksportowych polskich przedsiębiorców, aczkolwiek nie jest to oczywiste, ponieważ może się okazać, że nakłady, jakie ponosimy w ramach NATO, mogą pomóc nam w wykluczeniu Polski z ograniczeń szykowanych przez administrację Donalda Trumpa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Bułka, dyrektor zarządzający Fracht FWO Polska.

Z danych GUS wynika, że w 2017 roku obroty handlowe między Polską a USA wyniosły 12,7 mld dol. (wzrost o 22 proc. rdr.). Eksport z Polski do USA wyniósł 6,1 mld dol. (wzrost o 28 proc.), a import z USA – 6,6 mld dol. (wzrost o 16 proc.).

Jak podkreśla ekspert, przy wejściu na tamtejszy rynek konieczne jest pozyskanie partnera, który pomoże przeprowadzić przez procesy prawne.

– Polska firma, które chce wejść na rynek amerykański, powinna przede wszystkim znaleźć partnera po stronie amerykańskiej, który przeprowadzi ją przez procesy certyfikacji, dopuszczeń, zrobi rozeznanie rynku, potencjalnych pracowników. Jeżeli wiąże się to z transportem, musi wybrać operatora logistycznego, firmę spedycyjną, która jest dobrze usadowiona w lokalnych realiach, ma doświadczenie, możliwość świadczenia usług nie tylko transportowych, lecz także magazynowych, dystrybucyjnych czy celnych – mówi Andrzej Bułka.

Polskie firmy coraz śmielej wchodzą na zagraniczne rynki, także te pozaeuropejskie. Z raportu „Sukcesy i aspiracje. Co polskie firmy osiągnęły w globalnej ekspansji, a co jeszcze przed nimi” wynika, że nawet trzy tysiące przedsiębiorstw działających w Polsce ponad połowę przychodów uzyskuje z eksportu. Jak podaje GUS, w 2017 roku polskie firmy wyeksportowały towary o rekordowej wartości 203 mld euro. Część firm do zagranicznej ekspansji jest jednak nie do końca przygotowana. Zamiast zrobić konieczny rekonesans, decyduje się od razu na wejście na obcy rynek.

Firmy zainteresowane biznesem w USA powinny przede wszystkim wyznaczyć osoby odpowiedzialne za ten rynek. Te osoby powinny uczestniczyć w licznych wydarzeniach organizowanych przez instytucje rządowe, pozarządowe, kluby biznesowe, izby handlowe i tam nawiązywać kontakty z podmiotami, które specjalizują się w promocji polskich firm na rynku amerykańskim, w certyfikacji, również w przypadku specyficznych produktów w kontaktach z administracją amerykańską – wskazuje Andrzej Bułka.

Ekspansję zagraniczną powinno poprzedzić przygotowanie długofalowej strategii, która uwzględni badanie docelowego rynku czy zaplanowanie działań marketingowych. Warto też wcześniej zadbać o nawiązanie współpracy z firmą transportową i odpowiedni łańcuch dostaw.

Polskich inwestycji w USA jest jeszcze stosunkowo mało, ale ich liczba ciągle rośnie. Działa tam ponad siedemdziesiąt polskich firm lub z polskim kapitałem. Całkowita wartość inwestycji przekracza 2 mld dol. Także Amerykanie coraz więcej inwestują na polskim rynku – przede wszystkim w sektor motoryzacyjny, farmaceutyczny i komputerowy. Z raportu KPMG i Amerykańskiej Izby Handlowej „Amerykańskie inwestycje w Polsce” wynika, że w 2017 roku wartość inwestycji amerykańskich w Polsce mogła sięgnąć 130 mld zł, dzięki czemu powstało 220 tys. miejsc pracy. Ponad połowa przedsiębiorstw z amerykańskim kapitałem ulokowała swoje siedziby w województwie mazowieckim, po ok. 10 proc. w województwie dolnośląskim, śląskim i wielkopolskim.

– Rynek polski jest atrakcyjny dla podmiotów amerykańskich, nie tylko dużych korporacji, lecz także dla firm średniej wielkości. To nadal tania siła robocza, wysoko wykwalifikowani pracownicy, pokolenie płynnie posługujące się językiem angielskim, duża liczba pracowników z wykształceniem technicznym, ale również bogata oferta regionów, takich jak np. województwa lubelskiego czy podkarpackiego już bardzo mocno współpracujących z konkretnymi stanami USA – mówi Andrzej Bułka.

Polskie zakłady produkcyjne utknęły w poprzedniej epoce. Cyfryzację wstrzymuje opór pracowników i mała konkurencja

Polskie zakłady produkcyjne utknęły w poprzedniej epoce. Cyfryzację wstrzymuje opór pracowników i mała konkurencja 6

Dzięki technologiom przemysłu 4.0 efektywność fabryk rośnie kilkukrotnie szybciej niż w latach 90. Zdaniem ekspertów większość polskich firm utknęła jednak w poprzedniej epoce. Przykładem może być obszar pozyskiwania i przetwarzania danych produkcyjnych. Firmy wciąż bazują na kartce papieru, Excelu i przetwarzaniu danych w sposób nieformalny – wynika z raportu ASD Consulting. Tylko 12 proc. polskich przedsiębiorstw zajmujących się produkcją wykorzystuje zautomatyzowane procesy gromadzenia i przetwarzania cyfrowych danych. Do cyfryzacji zmusi firmy dopiero znacznie większa konkurencja.

– W Polsce są firmy produkcyjne i logistyczne, które widzą potencjał w cyfryzacji, dzięki temu mogą zwiększać swoją przewagę rynkową, ale to jest niewielki procent całego rynku. Większość firm bazuje na swoich starych praktykach, czyli kartce papieru, Excelu i analogowym przetwarzaniu danych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Osmoła, partner zarządzający w ASD Consulting.

Z raportu firmy ASD Consulting wynika, że 84 proc. producentów gromadzi dane ręcznie. Co czwarty przetwarza je analogowo w formie papierowej, 16 proc. korzysta z kodów kreskowych, a zaledwie 12 proc. opiera się na zautomatyzowanych procesach gromadzenia cyfrowych informacji z cyklu produkcyjnego.

– Takie firmy dużo myślą o big data, machine learning i sztucznej inteligencji, niemniej jest to dla nich zbyt duży przeskok. Na razie dostrzegają one potencjał w podstawowych narzędziach analitycznych, gromadzeniu danych i uzyskiwaniu z nich wniosków poprzez poprzez wykorzystanie ludzkiej inteligencji – mówi Rafał Osmoła.

Choć większość przedsiębiorstw nie wdraża nowoczesnych rozwiązań, to zaledwie co czwarte źle ocenia swój sposób gromadzenia danych. Blisko połowa uważa go za wystarczający, a 23 proc. – za dobry.

– Problemem są firmy działające na rynku, na którym są liderami, ale nie mają dużej konkurencji. Nie odczuwają więc w takiej sytuacji presji rynku, w związku z czym zmiany są opornie wdrażane. Uciekają się do rozwiązań big data, sztucznej inteligencji, data miningu – haseł, które w ich przypadku absolutnie nie są potrzebne, bo żeby ocenić, czy takie narzędzia dają skuteczne wyniki, trzeba najpierw umieć samemu ocenić ich działanie – podkreśla partner zarządzający ASD Consulting.

Jak wynika z raportu Capgemini, dzięki cyfryzacji fabryk ich efektywność może rosnąć siedem razy szybciej niż w latach 90. ubiegłego wieku. Realizacja idei przemysłu 4.0 miałaby się przyczynić do wzrostu tempa poprawy jakości produktów – może rosnąć nawet dwunastokrotnie szybciej niż w ostatniej dekadzie XX wieku. O ile polskie start-upy opierają się na innowacyjności i są jej motorem napędowym, o tyle w większych firmach sytuacja wygląda nieco inaczej.

– Firmy, które dopiero startują, bardzo dużo energii poświęcają na to, żeby zdobyć przewagę konkurencyjną i bardzo w to inwestują, są bardziej technologiczne. Duże koncerny dopiero nad tym teraz pracują, ale ponieważ mają większe budżety, będzie im łatwiej nadrobić tę stratę – ocenia Rafał Osmoła.

Zaawansowaną analitykę danych w obszarze produkcji w ciągu dwóch lat chce wdrożyć 58 proc. firm. Po 43 proc. chce wykorzystać ją do lepszej kontroli jakości i wdrożyć w obszarze utrzymania ruchu. Blisko 40 proc. zapowiada, że sięgnie po zaawansowaną analitykę, by usprawnić planowanie produkcji, a 17 proc. – by lepiej zarządzać dystrybucją.

– Największym klientem jest rynek, to konkurencja wymusza wszelkie działania. Dopóki nie wytworzy się konkurencja, dopóty firmy nie zmobilizują się do takich działań. Duże firmy, które dystrybuują produkty, cały czas na swoich dostawcach wymuszają presję cenową. Producenci muszą się do tego dostosować, natomiast w pewnym momencie dochodzi do kresu rentowności. To jest moment, w którym muszą zacząć się optymalizować. Dopóki nie będą postawieni pod ścianą, dopóty nie będą musieli wdrażać nowoczesnych technik zarządzania – tłumaczy Rafał Osmoła.

Przed wdrożeniem zaawansowanej analityki danych firmy powstrzymuje opór pracowników i brak specjalistów (po ok. 50 proc. odpowiedzi). Problemem jest też brak wsparcia przełożonych (37 proc.), wysokie koszty związane z zakupem i wdrożeniem rozwiązań informatycznych (34 proc.) oraz niedostateczna znajomość procesu przez osoby wdrażające.

Polski rząd chce pomóc przedsiębiorcom aktywnie uczestniczyć w cyfrowej rewolucji. Fundacja Platforma Przemysłu Przyszłości ma przyspieszyć transformację polskiej gospodarki w kierunku przemysłu 4.0.

– Powołanie przez rząd Platformy Przemysłu Przyszłości 4.0 jest dobrym pomysłem. Pytanie tylko, na ile to się przełoży na realne działania. Kluczem nie jest powołanie kolejnej fundacji, tylko żeby menadżerowie firm dostrzegli w tym potencjał i umieli to odpowiednio zaaplikować u swoich podwładnych i tego od nich wymagać. Żadna fundacja tego nie zapewni, tylko zarząd może dyscyplinować swoich pracowników do tego wdrożenia – podkreśla Rafał Osmoła.

Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu

Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu 7

Co roku w Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych doświadcza odcięcia prądu. Zapobiec temu może polski start-up, który opracował platformę do błyskawicznego opłacania rachunków. W 30 sekund można zgromadzić wszystkie faktury z danego miesiąca. Aplikacja sprawdzi też, czy nie przepłacamy za usługi i podpowie, jak zaoszczędzić na rachunkach. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które automatyzują proces opłacania rachunków, a wszystkie płatności można zrealizować za pomocą jednego przycisku na ekranie smartfona lub komputera.

– BillTech to aplikacja, która zbiera wszystkie rachunki w jedno miejsce. Automatycznie pobiera je z różnych źródeł, rozpoznaje i pozwala opłacić automatycznie, praktycznie jednym kliknięciem. Patrzymy też, co jest na tych rachunkach i pozwalamy sprawdzić, czy przypadkiem nie przepłacamy za jakieś usługi i czy jest jakaś możliwość oszczędzenia. Jeżeli tak, pomagamy w zmianie dostawcy na takiego, który proponuje najlepszą ofertę – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Petryński ze start-upu BillTech.

Aplikacja gromadzi rachunki i faktury z różnych źródeł – tu jedynym ograniczeniem jest zgoda klienta na np. dostęp do skrzynki mailowej, gdzie w formie elektronicznej trafia nawet 30–40 proc. wszystkich faktur. Można również przekazać dostęp do paneli klienta (np. operatora komórkowego lub dostawcy prądu), skąd platforma sama pobierze rachunki lub zgromadzić je samemu i wysłać na specjalnie utworzoną skrzynkę. Z rozwiązania mogą skorzystać także osoby, które faktury otrzymują w tradycyjnej, papierowej formie. Wówczas wystarczy zeskanować kod QR. Dzięki temu za pośrednictwem platformy można opłacić wszystkie domowe rachunki.

– Wszystkie faktury są automatycznie pobierane, rozpoznawane, a płatność może być wykonana zbiorczo. Następnie nasz system rozdysponowuje odpowiednie kwoty na rachunki docelowych operatorów – wskazuje Bartosz Petryński.

Przy zalogowaniu się do aplikacji należy jedynie podać dane swojej karty płatniczej lub kredytowej, skąd pieniądze będą pobierane automatycznie na zapłatę rachunków.

– Przez platformę od kwietnia 2017 roku przeszło prawie milion złotych w rachunkach, każdego miesiąca możliwość opłacenia ma 30 tys. ludzi. Pracujemy teraz nad tym, żeby to rozwiązanie również trafiało do klientów banków za pośrednictwem aplikacji bankowej – zaznacza Bartosz Petryński.

Polski rynek fintechów wart jest obecnie niemal 860 mln euro – podaje Deloitte w raporcie „CEE FinTech Report”. Ponad 20 proc. Polaków, nawet nieświadomie, korzysta obecnie z instytucji fintechowych. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych to tylko 15 proc. Jeszcze przed 2020 rokiem będzie z nich korzystać nawet połowa polskich konsumentów. Rozwiązania fintechowe rewolucjonizują bankowość, dlatego po takie rozwiązania sięgają także banki.

– Rozwiązania, które automatyzują płatności, są ciekawe zwłaszcza dla banków. Jest nowa perspektywa otwartej bankowości, banki muszą się dzielić swoimi informacjami i szukają sposobów, żeby przyciągnąć swoich klientów nowymi, ciekawymi rzeczami. W bankowości pierwszą rzeczą, jaką wykonuje przeciętny użytkownik, jest sprawdzenie kwoty na koncie, sprawdzenie historii transakcji i opłacenie rachunków. Dlatego banki starają się, żeby to było jak najłatwiejsze i najprzyjemniejsze dla użytkownika – przekonuje ekspert.

Z danych TNS Polska na zlecenie Krajowego Rejestru Długów wynika, że statystyczna polska rodzina płaci ok. ośmiu rachunków miesięcznie. Ich liczba w dużej mierze zależy od miejsca zamieszkania, dostępu do mediów i własnych preferencji – telefon, internet, raty kredytu hipotecznego czy spłata pożyczek. Blisko połowa nie płaci wszystkich rachunków na czas. Nie tylko z braku pieniędzy.

– Trzeba cały czas myśleć o rachunkach i przypominać sobie, czy przypadkiem o czymś nie zapomnieliśmy. Jedno powiadomienie przychodzi na telefon, inne na e-maila, to powoduje stres. Dobrze, jeśli wszystkie rachunki są w jednym miejscu i mamy pewność, że zostały opłacone. W Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych każdego roku ma odcięty sam prąd. Podłączenie prądu ponownie trwa zazwyczaj 1–3 dni i trzeba za taką usługę dopłacić karę wysokości 150 zł. Dzięki automatyzacji możemy się pozbyć tego problemu – podsumowuje Bartosz Petryński.

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą 8

W Polsce krew regularnie oddaje nieco ponad 600 tys. osób. To zaledwie 1,5 proc. społeczeństwa. Problemem jest zwłaszcza motywacja młodych ludzi. Może to zmienić Blodon, polski start-up, który opracował platformę pozwalającą połączyć biorców z dawcami. Dzięki specjalnej aplikacji dawca może zobaczyć, w jakim miejscu istnieje zapotrzebowanie na jego grupę krwi. Docelowo platforma, aby zachęcić do oddawania krwi, będzie wykorzystywać elementy grywalizacji. Dawcy mieliby otrzymywać żetony, które uprawniałyby do zniżek na zakup produktów lub usług zdrowotnych.

– Zidentyfikowaliśmy dwa istotne problemy. Z jednej strony to kwestia niedopasowania tego, gdzie krwiodawcy mogą oddawać krew, a gdzie krew jest potrzebna. Konwencjonalne zbiórki krwi wyglądają tak, że przychodzą chętni, oddają krew, pewnych grup zbierają się nadwyżki, a pewnych statystycznie nadal brakuje. Drugi problem jest taki, że liczba osób potrzebujących krwi rośnie szybciej niż liczba osób, które krew chcą oddawać, ta dysproporcja stale się zwiększa, to m.in. wynika ze starzenia się społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Anton Bubiel, współzałożyciel start-upu Blodon.

W 2017 roku krew oddało blisko 588 tys. Polaków. Średnio co roku liczbę dawców szacuje się na ok. 600 tys., jednak ich liczba stopniowo spada – wynika ze statystyk Narodowego Centrum Krwi. Z badań zrealizowanych na potrzeby Blodon wynika, że obecnych krwiodawców motywuje wiedza, że ich krew nie jest marnowana, a faktycznie ratuje życie. Młodsi dawcy potrzebują dodatkowych bodźców.

– Powstała koncepcja platformy, gdzie osoba potrzebująca krwi jest w stanie wyrazić tę potrzebę, czyli przekazać informację, że na danym obszarze potrzebna jest określona grupa krwi w określonym horyzoncie czasowym i wszystkie osoby, które są w stanie spełnić taką prośbę, dostają w zanonimizowany sposób informację, że jest taka potrzeba i są w stanie tę potrzebę zaadresować – tłumaczy Anton Bubiel.

Po zalogowaniu się do platformy dawca wprowadza najważniejsze informacje o sobie – oprócz danych o stanie zdrowia, przede wszystkim grupę krwi. Podaje też miejsce zamieszkania albo miejsce, w którym najczęściej oddaje krew, każde oddanie krwi jest zaś zapisywane w systemie. Po tym, jak na platformie pojawi się informacja o zapotrzebowaniu na określoną grupę krwi, system poinformuje dawców, których grupa krwi odpowiada potrzebom, jednak tylko jeśli minie trzy (mężczyźni) lub cztery miesiące (kobiety) od poprzedniego oddania krwi.

– Chodzi o matchowanie potrzeb i możliwości, czyli ten, kto adresuje potrzebę, wie, że adresuje realną potrzebę innego użytkownika. Żeby zachęcić do oddawania, wprowadzamy elementy grywalizacji, dodatkowych nagród w postaci żetonów, które dawca dostaje – na początku od naszego systemu, a w przyszłości od osób potrzebujących. W zależności od tego, na ile trudno jest pozyskać konkretnego dawcę w konkretnej lokalizacji, ta nagroda jest zwiększana – wskazuje ekspert.

Z platformą mogłyby współpracować firmy partnerskie, które np. przy zebraniu określonej liczby żetonów, mogłyby takim dawcom oferować zniżki lub darmowe produkty i usługi zdrowotne. Co istotne, wszystkie dane gromadzone w platformie będą całkowicie bezpieczne, bo Blodon ma być oparty na technologii blockchain.

– Poprzez zabezpieczenia kryptograficzne i możliwość administrowania przez użytkowników swoimi danymi moglibyśmy zagwarantować, że te dane nigdzie nie wypłyną. Z drugiej strony, jeśli chodzi o administrowanie żetonami, również moglibyśmy oprzeć to na publicznym blockchainie, gdzie każdy użytkownik wiedziałby, ile wszystkich żetonów jest w systemie – przekonuje przedstawiciel Blodon.

Jak podkreśla współzałożyciel start-upu, platforma byłaby znacznie efektywniejszą promocją krwiodawstwa w Polsce niż np. billboardy. Zachęciłaby przede wszystkim młodych, a wśród właśnie tej grupy dawców brakuje. Start-up czeka w tej chwili na odpowiedź Narodowego Centrum Krwiodawstwa lub Ministerstwa Zdrowia.

– Chcemy powiesić nasze plakaty w punktach poboru krwi, zachęcając do instalacji aplikacji i do logowania tych oddań krwi w naszej aplikacji, tworząc bazę potencjalnych dawców, bo bez bazy dawców ten system nie będzie niczego wart. Jeżeli uda nam się uzyskać zielone światło, to jesteśmy w stanie dostarczyć tę platformę w przeciągu pół roku, zrobić pilotaż i skalować po Polsce na inne kraje – zapowiada Anton Bubiel.

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne 9

U większości Polaków granice między życiem prywatnym a zawodowym się zacierają. Prawie połowa zauważa to także w swoim życiu – wynika z raportu Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy”. Zjawisko work-life integration nie jest już marginalne – co trzecia osoba jest zwolennikiem pełnej integracji życia zawodowego z prywatnym. Wpływ na to mają przede wszystkim nowe technologie i social media – w trakcie pracy rozmawiamy z rodziną i robimy zakupy. Podczas czasu wolnego – odbieramy służbowe e-maile i telefony.

– W ramach 5. edycji programu Start do kariery, postanowiliśmy zbadać tzw. zjawisko work-life integration, czyli przenikanie się sfery zawodowej ze sferą życia prywatnego. Okazało się, że jest to zjawisko, które jest zauważane przez Polaków, bo już prawie 80 proc. Polaków uważa, że rzeczywiście wyraźne granice między tymi dwiema sferami się zacierają. Połowa uważa, że w ich życiu już tak się dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Z badania Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy” wynika, że przenikanie się życia zawodowego z prywatnym postępuje. Już 67 proc. pracowników oczekuje elastycznych godzin pracy, a blisko połowa jest zadowolona z work-life integration. Także większość pracodawców (52 proc.) oczekuje od pracownika stałej dostępności – bycia online lub pod telefonem i e-mailem.

– Pracodawcy nie są do końca zadowoleni z tego, że ich pracownicy nie mogą znaleźć tego balansu i czasami muszą pracować po godzinach. Kiedy jednak pytamy pracodawców, czy chcą mieć stały kontakt ze swoimi pracownikami, ponad połowa odpowiada, że tak, że chcieliby móc zadzwonić czy napisać e-maila i oczekują odpowiedzi na tego e-maila również po godzinach pracy – zaznacza Merska.

Stałe bycie w pełnej dostępności dla pracodawców sprawia, że pracownicy mają problem z odpoczywaniem od pracy, to z kolei może negatywnie wpływać na ich relacje z bliskimi i ogólne samopoczucie. Dlatego ok. 60 proc. Polaków chciałoby jasnego podziału na pracę i czas wolny.

– Im starsze osoby, tym bardziej zależy im na tym, żeby był ten jasny podział, natomiast 33 proc. Polaków przyznaje, że dla nich jest to zjawisko korzystne, że im się podoba, że mogą pracować w elastycznych godzinach, załatwiać niektóre sprawy wieczorem – wskazuje Katarzyna Merska.

Możliwość integracji sfery zawodowej z prywatną ceni zwłaszcza pokolenie Y. Częściej niż dla innych generacji liczy się dla nich elastyczny czas pracy i kariera freelancera. Pokolenie Z, choć nie ceni tak bardzo jak starsze pokolenie sztywnego podziału na obie sfery, to przy wyborze miejsca pracy zwraca uwagę, by nie brać nadgodzin i pracy w weekendy.

– Im młodsze pokolenie, tym chętniej podchodzi do tej integracji życia zawodowego z życiem prywatnym. Wiele młodych osób oczekuje elastycznych godzin pracy czy żeby mogli pracować zdalnie, natomiast im starsi pracownicy, im dłużej są już na rynku pracy, tym bardziej chcą mieć czas dla siebie i pozostawić pracę w ścianach biura – zauważa ekspertka.

Choć większość Polaków (61 proc. ) ocenia, że w ich życiu panuje równowaga między pracą a życiem osobistym, to już 34 proc. osób uważa, że nie da się podzielić ich czasu na życie prywatne i zawodowe. Sprawy prywatne w miejscu pracy załatwia 36 proc. – rozmawiają przez komunikatory, robią zakupy online.

– Dosyć często zdarza nam się też surfować po internecie, czytać artykuły, które nie są związane bezpośrednio z naszymi obowiązkami zawodowymi, oglądać filmy na YouTube czy śmieszne koty. Zdarza nam się również korzystać ze sprzętów biurowych, tu około 15 proc. osób przyznaje się do tego, że drukują prywatne dokumenty na służbowej drukarce – wymienia przedstawicielka Gumtree.

Blisko połowa Polaków ocenia, że sprawy zawodowe mogą być niekiedy załatwiane w czasie przeznaczonym na życie prywatne.

– Mniej chętnie podchodzimy do załatwiania spraw zawodowych w czasie prywatnym. Blisko 45 proc. Polaków przyznaje, że to im się zdarza robić, najczęściej ten czas na pracę poświęcamy, myśląc o pracy, rozmawiając z bliskimi czy odbierając e-maile od współpracowników bądź telefony od przełożonych – mówi Katarzyna Merska.

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby 10

Sztuczna inteligencja pomaga wykarmić rolnikom nawet 10 mld ludzi rocznie. W rolnictwie coraz częściej wykorzystywane są różnego rodzaju czujniki, drony, a nawet roboty. Opracowane przez polski start-up inteligentne czujniki wspomogą pracę hodowców trzody chlewnej. Dzięki nim szybciej zostaną wykryte choroby pojedynczych świń w stadzie, a dzięki szybciej wdrożonemu leczeniu, zmniejszą się straty z hodowli. Do 2050 r. świat musi zwiększyć produkcję jedzenia o 50 proc., aby wykarmić rosnącą populację.

– ThermoEye to urządzenie, które jest mocowane w miejscach, które często odwiedzają świnie. Dzięki pomiarowi temperatury w tych miejscach, jesteśmy w stanie wykryć anomalie. Możemy więc na wczesnym etapie zdiagnozować chorobę, a dzięki temu wykryć chorą sztukę i ją zaznaczyć. Taka informacja jest przekazywana rolnikowi za pomocą internetu – portalu lub aplikacji mobilnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Adamek ze Smart Soft Solutions.

Zasada działania urządzenia opiera się na pomiarach dokonywanych przez czujniki bolometryczne zainstalowane przy korycie. Czujniki mierzą temperaturę, wykorzystując w tym celu promieniowanie widzialne lub podczerwone. Zastosowany w aplikacji algorytm sztucznej inteligencji określa odchyły temperatury ciała zwierzęcia na podstawie pomiarów temperatury przy niskiej rozdzielczości. Dzięki temu można zlokalizować, które sztuki mogą być potencjalnie chore.

– Gdy zwierzę podchodzi do miejsca, w którym spożywa pokarm, zostaje poddane pomiarowi i na tej podstawie system analizuje dane oraz w razie potrzeby oznacza zwierzę farbą. Dzięki temu można je łatwo zlokalizować w stadzie, co pomaga później w podejmowaniu leczenia i kolejnych kroków. Przedtem były prowadzone badania z wykorzystaniem termowizji, które były jednak nieopłacalne – twierdzi przedstawiciel Smart Soft Solutions.

Na początku 2018 roku sztuczną inteligencję do monitoringu hodowli świń wykorzystali Chińczycy. Opracowany system Sixth Tone był efektem współpracy między chińskim gigantem internetowym Alibaba a grupą Tequ i jej filią Dekon Group zajmującymi się hodowlą świń w chińskiej prowincji Syczuan. System działa w oparciu o algorytmy rozpoznawania twarzy i zasoby big data. Na podstawie analizy zachowań świń w stadzie ma wykrywać anomalia i na tej podstawie wskazywać potencjalnie chore sztuki. Dla każdej ze świń prowadzona jest e-kartoteka zawierająca istotne z punktu widzenia hodowcy dane. System prognozuje też liczebność urodzeń i eliminuje ze stada najmniej wydajne w tym względzie maciory.

W rozpoznawanie chorób zwierzęcych za pomocą sztucznej inteligencji zaangażowana jest także firma Intel. Stworzone przez nią algorytmy są w stanie z 99-procentową skutecznością zidentyfikować dwadzieścia sześć chorób wśród czternastu gatunków zwierząt.

– Dzięki szybkiej detekcji rolnik nie traci pieniędzy, nie leczy całego stada, a antybiotyki nie są podawane wszystkim świniom. To pomaga w zaoszczędzeniu paszy, która jest największym kosztem w produkcji, przekłada się to w końcowym efekcie na zyski dla hodowcy oraz na zdrowsze mięso, które otrzymujemy na nasze stoły – przekonuje ekspert.

Urządzenie opracowane przez polską firmę ma znaleźć rynki zbytu przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej. Pierwsze doświadczenia zdobędzie jednak na rynku polskim, który jest szóstym co do wielkości w Europie.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w 2050 r. świat będzie musiał wykarmić dodatkowe dwa miliardy ludzi. Analitycy MarketsandMarkets szacują, że do 2025 r. wartość rynku sztucznej inteligencji w rolnictwie wzrośnie do 2,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 22,5 proc.

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek 11

Inwestycja w grunty budowlane jest bezpieczna, stabilna, a przy tym może przynieść duże zyski. Przy rosnącym popycie i ograniczonej podaży ceny ziemi będą stopniowo rosnąć. Grunt gruntowi jednak nierówny. Przed zakupem działki budowlanej trzeba dokładnie ocenić jej potencjał inwestycyjny. Kluczowa jest odpowiednia lokalizacja, czas dojazdu do miasta i bliskość szpitali, przedszkoli czy sklepów. Eksperci radzą, że aby uniknąć niespodzianek, należy też sprawdzić status prawny działki i dostępność mediów. W zależności od lokalizacji w ciągu kilku lat inwestycja może przynieść kilkadziesiąt procent zysku.

– Ziemia to bardzo dobry wybór, to inwestycja bardzo bezpieczna, stabilna i przewidywalna. Ziemi nigdy nie będzie więcej, nie można jej więcej wyprodukować, w związku z czym przy popycie, który w określonych lokalizacjach jest coraz większy, ceny systematycznie rosną. Oczywiście trzeba wiedzieć, w jakich lokalizacjach inwestować, na co zwrócić uwagę, natomiast dla inwestora, który zrozumie ten rynek, oferuje on dużo ciekawych opcji i okazji inwestycyjnych, na których można bardzo dobrze zarobić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kuba Karliński, założyciel Magmillon.

Po zmianie przepisów dotyczących zakupu ziemi rolnej dobrą inwestycją mogą być działki pod zabudowę mieszkaniową. To inwestycja raczej bezpieczna, pozwala w ciągu kilku, kilkunastu lat na spory zysk. Dotyczy to zwłaszcza działek położonych stosunkowo blisko większych miast. Przy coraz częstszej pracy zdalnej i chęci ucieczki od zgiełku miasta, ceny ziemi będą systematycznie rosnąć. To jednak inwestycja raczej dla osób, które chcą zarobić w nieco dłuższej perspektywie czasu. Zysk może zaś sięgać kilkudziesięciu procent w ciągu kilku lat.

Grunt gruntowi jednak nie jest równy, przed zakupem warto zwrócić uwagę na szereg czynników, a przede wszystkim na lokalizację.

– Po pierwsze, musimy popatrzeć na okolicę, czy jest dobrze skomunikowana z miastem. Ważne, żeby czas dojazdu do miejsca pracy czy węzłów komunikacyjnych był relatywnie krótki. Jeżeli popatrzymy na Warszawę, to okolice dalsze, 20–40 km od centrum Warszawy, potrafią stworzyć zdecydowanie lepsze okazje do zainwestowania i pomnożenia kapitału niż miejscowości bezpośrednio pod Warszawą lub nawet grunty w samej Warszawie – ocenia Karliński.

Dobrze szukać miejsc, które niekoniecznie teraz cieszą się dużą popularnością. Ceny będą niższe, wyższy za to potencjalny zysk. Warto zwrócić uwagę na bliskość dróg, ocenić atrakcyjność na przestrzeni najbliższych kilku czy nawet kilkunastu lat. Dobrym krokiem będzie sprawdzenie przyszłej dostępności komunikacyjnej.

– Jeżeli powstaje infrastruktura, np. drogowa czy kulturalna, usługowa, handlowa, te czynniki wpływają na to, że z czasem ludzie coraz chętniej będą szukali w takiej lokalizacji działki dla siebie, jeżeli mówimy o działkach pod zabudowę mieszkaniową. W ślad za mieszkańcami zazwyczaj idą usługodawcy, którzy będą szukali gruntów pod wykorzystanie usługowe, zlokalizowanie swoich firm, taka lokalizacja perspektywiczna pozwoli wygenerować zdecydowanie lepszy zwrot – tłumaczy ekspert.

Warto też zwrócić uwagę na bliskość podstawowej infrastruktury – sklepów, szkół, przedszkoli czy przychodni.

– Jeżeli mamy już zarysowaną okolicę, kolejnym krokiem będzie poszukanie konkretnych ofert, przykładowo w jednej z wyszukiwarek internetowych, tam, gdzie tych ofert jest relatywnie dużo, natomiast warto szukać działek trochę tańszych i trochę droższych niż budżet, jaki mamy do dyspozycji – przypomina Karliński.

Przy wyborze gruntu nie warto się skupiać tylko na wyszukiwarkach internetowych, ale poszukać w lokalnej prasie czy popytać mieszkańców. Może się okazać, że grunty na sprzedaż mają starsze osoby, które niekoniecznie dobrze czują się online.

– Koniecznie trzeba sprawdzić kwestie prawne, najbardziej pomocna będzie księga wieczysta, którą od kilku lat można podejrzeć przez internet. Mając pełny numer księgi wieczystej, możemy sprawdzić, czy osoba, która podaje się za właściciela, faktycznie nim jest, czy działka nie jest obciążona w żaden sposób, czy nie ma jakichś innych minusów lub wad prawnych, które mogą obniżyć jej wartość, i następnie uniemożliwić skuteczną sprzedaż – podkreśla założyciel Magmillon.

Oprócz stanu prawnego istotny jest też miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego i dostęp do mediów oraz warunki wodne i gruntowe.

Jak przypomina ekspert, w żadnym wypadku nie należy decydować się na zakup w ciemno, a każdą działkę dokładnie obejrzeć. Na niewprawnego inwestora czeka dużo pułapek, jednak przy odpowiednim zakupie można sporo zyskać.

– Można poprosić o pomoc kogoś, kto ma doświadczenia z inwestowaniem w grunty, na zasadzie eksperckiej, żeby podpowiedział, spojrzał niezależnym okiem – mówi Kuba Karliński.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Jeśli USA i Chiny nie zamierzają wzniecać obaw o wojny handlowe, w przyszłym tygodniu o zmienności rynkowej będzie głównie decydować bogaty kalendarz publikacji danych makro. W USA oprócz sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej mamy sprawozdanie prezesa Powella w Senacie z działalności Fed. W Europie startuje kolejna tura negocjacji ws. Brexitu, a poza tym funt w danych o inflacji i rynku pracy będzie szukał potwierdzenia dla sierpniowej podwyżki stopy procentowej BoE. Dla szerokiego sentymentu ważny może być odczyt PKB za II kw. z Chin.

Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja z USA, Powell z Fed, negocjacje Brexitu CPI/rynek pracy z Wlk. Bryt., PKB z Chin, rynek pracy z AU, CPI z NZ, CPI/sprzedaż z Kanady

W USA na pierwszym planie będzie odbywające się dwa razy w roku wystąpienie prezesa Fed w Kongresie i sprawozdanie z działalności banku centralnego (wt-śr). Pierwsze przesłuchanie przed senacką Komisją Bankową we wtorek będzie istotniejsze, gdyż to tutaj niespodzianki są bardziej prawdopodobne. Z drugiej strony jest powszechnie oczekiwane, że Jerome Powell będzie konstruktywnie wypowiadał się o stanie gospodarki i potwierdził rynkowe oczekiwania na jeszcze dwie podwyżki w tym roku. Od strony danych sprzedaż detaliczna (pon) i produkcja przemysłowa (wt) rzucą więcej światła na siłę aktywności gospodarczej. Ryzyka większe są po stronie sprzedaży, gdyż słabość konsumpcji będzie podnosić spekulacje o negatywnym wpływie polityki celnej na nastroje. Bez tego jednak USD powinien pozostawać mocny.

EUR nie dostanie świeżych wskazówek z danych makro, gdyż w przyszłym tygodniu jedyną w miarę istotną publikacją jest rewizja HICP (śr). W rezultacie EUR/USD pozostanie na łasce sentymentu kształtującego się wokół dolara, co premiuje zejście pod 1,16. Jesteśmy jednak sceptyczni odnośnie ścigania spadków, gdyż naszym zdaniem euro zdyskontowało już całą gołębiość EBC i słabość danych makro i z obecnego położenia pozytywne zaskoczenia mogą mieć większą siłę rażenia.

To będzie bogaty w wydarzenia tydzień w Wielkiej Brytanii. Raport z rynku pracy (wt) powinien wskazać na spowolnienie tempa wzrostu wynagrodzeń, choć to głównie wina efektów bazy statystycznej. Z miar inflacji (śr) powoli uchodzi wpływ deprecjacji GBP, ale silniejsze od prognoz hamowanie będzie już mówić więcej o (braku) presji inflacyjnej. Dane o sprzedaży detalicznej potencjalnie mogą być źródłem zaskoczenia, gdyż są zaburzone odreagowaniem po majowej gorączce wydatkowej (Królewski Ślub) oraz nasileniem konsumpcji w czasie meczów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Dodatkowo GBP może być targany informacjami ze świata polityki, gdyż w poniedziałek startuje nowa tura negocjacji Brexitu. Jeśli Bruksela uzna nową propozycję rządu May za nienadającą się pod rozwagę, funta czeka wyprzedaż.

W Polsce przyszły tydzień przynosi główną porcję danych o aktywności biznesowej i nie tylko. Inflacja bazowa (pon) powinna pozostawać nisko (0,6 proc. r/r), nie wymuszając zmiany polityki RPP. Rynek pracy (wt) jest zdrowy z wysoką dynamiką wynagrodzeń i przyzwoitym wzrostem zatrudnienia. Czerwiec powinien być dobrym miesiącem dla sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Względnie silny wzrost i niska inflacja to przepis na bierność banku centralnego i neutralny wpływ na złotego. Dalej uważamy, że sentyment zewnętrzny nie ułatwia aprecjacji złotego, ale im dłużej utrzymuje się spokój, tym większa szansa o test 4,30 EUR/PLN.

Z Japonii otrzymamy dane o czerwcowej inflacji (pt). Inflacja bazowa ma podnieść się tylko nieznacznie do 0,8 proc., przypominając, że BoJ wciąż nie ma podstaw, by zmieniać swoją politykę. W ostatnim czasie JPY znalazł się pod permanentną presją. Pasywna postawa banku centralnego na tle Fed oraz silna postawa rynku akcji pomagał we wzrostach USD/JPY. Teraz dochodzi do tego dyskontowanie negatywnych implikacji wojen handlowych na japońską gospodarkę. Jen przestał być bezpieczną przystanią, a zaczął być jedynie azjatycką walutą uwikłaną w spory handlowe.

W Chinach dane o PKB za II kw., a także sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa (wszystko w poniedziałek) prawdopodobnie potwierdzą, że gospodarka spowalnia. Odczyty poniżej prognoz podsycą obawy, że gospodarka może nie poradzić sobie z perspektywą wojny handlowej i będzie to mocno negatywny sygnał dla sentymentu na szerokim rynku.
W Australii rynek pracy od miesięcy praktycznie nie zawodzi i czerwcowy raport (czw) raczej wskaże, że tempo poprawy pozostaje solidne, choć nie na tyle, by stopa bezrobocia spadła poniżej 5,4 proc. Mimo to, ponieważ RBA pozostaje w neutralnym nastawieniu, dane mają nikłe szanse wygenerować pozytywny impuls dla AUD. Ryzyka zewnętrzne (wojny handlowe) i niekorzystny dysparytet stóp procentowych z USA pozostawiają AUD wrażliwego na pogłębienie spadków. W Nowej Zelandii CPI za II kw. (wt) prawdopodobnie wskaże na odbicie po słabym I kw., ale tu także czynniki globalne mają większe znaczenie i stanowią zagrożenie dla wartości NZD.

W Kanadzie pod koniec tygodnia (pt) poznamy dane o sprzedaży detalicznej i inflacji, choć zaledwie tydzień po decyzji BoC o podwyżce stóp procentowych dane mogą stracić na znaczeniu. Jest mało realne, że nawet największe pozytywne zaskoczenie mogłoby wyraźnie zmienić rynkowe oczekiwania odnośnie następnej podwyżki, które obecnie wynoszą ok. 70 proc. dla posiedzenia w grudniu. USD/CAD będzie miał problemy w okazaniu fundamentalnej siły CAD, ale loonie powinien sobie dobrze radzić w relacji do tych walut, gdzie banki centralne są bierne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zgoda KNF na dokonanie zmiany w składzie Zarządu Giełdy

  • 13 lipca Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła Izabeli Olszewskiej i Piotrowi Borowskiemu zgody na objęcie stanowisk Członków Zarządu Giełdy
  • Decyzję o powołaniu wymienionych osób w skład Zarządu GPW podjęła 12 czerwca br. Rada Giełdy

13 lipca 2018 r. Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła zgody na dokonanie zmian w składzie Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. W skład Zarządu Giełdy nowej kadencji wejdą Izabela Olszewska i Piotr Borowski, będą pełnić funkcje Członków Zarządu Giełdy.

Decyzję o powołaniu Członków Zarządu Giełdy na nową kadencję rozpoczynającą się 26 lipca 2018 r. podjęła 12 czerwca tego roku Rada Giełdy. Izabela Olszewska będzie pełnić funkcję Członka Zarządu ds. rozwoju biznesu i sprzedaży (CSO), a Piotr Borowski – Członka Zarządu ds. operacyjnych i regulacyjnych (COO). Poza nimi do zarządu wejdzie dwóch członków obecnej kadencji: Jacek Fotek oraz Dariusz Kułakowski.

Zmiany w składzie Zarządu Giełdy będą obowiązywać od dnia uprawomocnienia się decyzji KNF w tym zakresie, jednak nie wcześniej niż z dniem 1 sierpnia 2018 r.

Izabela OLSZEWSKA

– absolwentka Wydziału Finansów i Statystyki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, aktualnie jest w trakcie studiów doktoranckich na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Była słuchaczką International Institute for Securities Market Development, zorganizowanego przez US Securities and Exchange Commission w Waszyngtonie.

Z rynkiem kapitałowym związana jest od 1992 roku, początkowo jako analityk w Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego, a od 1999 roku jako pracownik Giełdy Papierów Wartościowych. Na GPW pełniła różne funkcje menedżerskie w obszarze rozwoju biznesu i sprzedaży, współpracowała z inwestorami i przedsiębiorcami, krajowymi i zagranicznymi, z różnych dziedzin gospodarki, odpowiadała za poszerzanie oferty produktowej rynku regulowanego i rynków alternatywnych. Obecnie zajmuje stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. Rozwoju.

Od października 2015 r. jest członkiem Rady Nadzorczej spółki Bondspot. Sprawowała także funkcje w organach nadzorczych Towarowej Giełdy Energii oraz spółki InfoEngine. Zarówno w Bondspot, jak i Towarowej Giełdzie Energii, została oddelegowana przez Radę Nadzorczą do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu spółki. Do czerwca 2018 r. była członkiem Rady Dyrektorów spółki Aquis Exchange z siedzibą w Londynie, pełniąc rolę Non-Executive Director.

Od wielu lat współpracuje z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych jako członek Zespołu Doradczego.

Piotr BOROWSKI

– absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz studiów podyplomowych w zakresie finansów i opodatkowania przedsiębiorstw w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, posiada licencję maklera papierów wartościowych.

Od początku kariery zawodowej związany z polskim rynkiem kapitałowym i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Pracę na rynku kapitałowym rozpoczął jako makler giełdowy, w latach 1991-2006 pracował w bankach i domach maklerskich na stanowiskach samodzielnych i kierowniczych, w tym od 1993 r. do 2006 r. związany był z Grupą Kredyt Banku i KBC N.V., gdzie pełnił funkcje Dyrektora Inwestycyjnego Domu Maklerskiego Kredyt Banku, Zastępcy Dyrektora Generalnego KBC Securities N.V. Oddział w Polsce oraz Audytora Rynków Finansowych w KBC N.V. w Brukseli. W latach 1997-2007 był Członkiem Zarządu Izby Domów Maklerskich.

W latach 2007-2016 pracował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, m.in. pełniąc funkcje dyrektora działów: Rozwoju i Współpracy Regionalnej, Relacji Inwestorskich i Analiz, Rozwoju Rynku Kasowego, ponadto reprezentował GPW w Komitecie Zarządzającym (Management Committee) Federacji Europejskich Giełd Instrumentów Finansowych (Federation of European Securities Exchanges) w Brukseli.

Od 2017 r. prowadzi własną działalność doradczą w zakresie relacji inwestorskich i rynków kapitałowych, od lutego 2018 r. współpracuje z brytyjską firmą doradczą BTA Consulting Ltd jako konsultant przy projektach doradczych związanych z rozwojem rynków kapitałowych.

Nowa Ordynacja Podatkowa zmienia podejście urzędników do podatników

Mediacje w postępowaniu podatkowym, powołanie Rzecznika Praw Podatnika, ściąganie podatków od faktycznego zysku, a także zwiększenie stopnia świadomości podatkowej to istotne założenia Nowej Ordynacji Podatkowej. Dyskusja nad efektami, które ma wprowadzić dokument, odbyła się podczas seminarium Pracodawców RP pt. „Uszczelnianie systemu podatkowego i Nowa Ordynacja Podatkowa – wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej”.

Co się zmieni?

– Nowa Ordynacja Podatkowa będzie efektem ewolucyjnych zmian, korzystnych dla pracodawców i przedsiębiorców – ocenił Filip Świtała, Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego w Ministerstwie Finansów. – Dokument zmienia przede wszystkim podejście urzędników do podatników na bardziej partnerskie. Ponadto zawiera kilka całkiem nowych instytucji, a jest tylko o 10 proc. obszerniejsza niż stara – podkreślił Świtała.

Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego zadeklarował też, że dzięki umowie o współdziałaniu ( cooperative compliance ) podatnicy odczują, że organy podatkowe rozumieją specyfikę ich działalności. Ponadto Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić do postępowania podatkowego mediację. Inne rozwiązania w Nowej Ordynacji Podatkowej to m.in. umowa podatkowa, konsultacja skutków podatkowych transakcji, katalog praw i obowiązków podatnika oraz uproszczone postępowanie podatkowe.

Podatnicy będą mieli rzecznika

W ramach nowych przepisów powołany zostanie Rzecznik Praw Podatnika. Instytucja ta będzie pełnić dwie funkcje: ingerencyjną, obejmującą udział w postępowaniach i przedstawianie Ministrowi Finansów wniosków o uchylenie decyzji oraz diagnostyczną, polegającą na identyfikacji przyczyn problemów ze stosowaniem przepisów podatkowych.

Prof. Jadwiga Glumińska-Pawlic, członek Komitetu Podatkowego Pracodawców RP, podkreśliła znaczenie skutecznego komunikowania celów resortu finansów. – W podatnikach często rośnie opór, bo nie wiedzą, jakie są intencje ustawodawców. Stopień świadomości podatkowej polskiego społeczeństwa jest bardzo niski. Dobrze, że Ministerstwo Finansów stara się to zmienić – powiedziała.

– Najlepsze przepisy niewiele dadzą, jeśli urzędnicy nie będą mieć stosownych kompetencji i nie będą gotowi traktować podatników po partnersku. Do tego konieczne jest odpowiednie wynagradzanie pracowników administracji – zaznaczyła. – Jeśli chodzi o założenia i intencje Nowej Ordynacji Podatkowej, to trzeba podkreślić, że decydować będzie sposób stosowania przepisów przez urzędników – zgodził się doradca podatkowy dr Mariusz Cieśla.

System podatkowy zostanie uszczelniony

Dyrektor Świtała zaprezentował też cele uszczelniania systemu podatkowego. Należą do nich ściąganie podatków od faktycznego zysku, uczciwa konkurencja bez przewag wynikających z optymalizacji, a także zapewnienie podmiotom bezpieczeństwa i trafna analiza danych.

Przede wszystkim jednak Ministerstwo Finansów chce zmienić profil usług doradztwa podatkowego oraz wzmocnić dialog z podatnikami i organizacjami branżowymi. – Chcemy przekierować usługi doradztwa podatkowego z optymalizacji na compliance, czyli zgodność z przepisami – zadeklarował Świtała. – Stawiamy na dialog z podatnikami, w tym z organizacjami pracodawców, by lepiej komunikować nasze intencje i wsłuchiwać się w uwagi płatników podatków – dodał.

Obecnie projekt nowej ordynacji jest w trakcie konsultacji wewnątrzresortowych. Po ich przeprowadzeniu rozpoczną się konsultacje publiczne, a po uwzględnieniu zgłoszonych tam uwag projekt zostanie skierowany do Sejmu – Ministerstwo Finansów planuje, że stanie się to już jesienią.

Tak słodko już nie będzie. Nowy podatek „od cukru” odchudzi Polaków czy ich portfele?

Ostatnio media donoszą, że możliwe jest wprowadzenie daniny od produktów zawierających cukier. Eksperci przypominają, że tego typu rozwiązania już obowiązują w innych państwach, np. w Anglii. Ale efekty zmian legislacyjnych bywają dalekie od oczekiwań. Świadczą o tym przykłady z Danii, Finlandii, Meksyku czy Węgier. Tam dodatkowy ciężar fiskalny nie przyczynił się bezpośrednio do poprawy nawyków żywieniowych. Ponadto część wytwórców przerzuciła go na konsumentów, co odczuły przede wszystkim najmniej zamożne osoby. Wielką niewiadomą pozostaje także to, jakie wobec tego strategie przyjęliby producenci. Oczywiście możliwa jest zmiana receptur, ale to wymaga dłuższego czasu i dodatkowego nakładu finansowego. Całość problemu może również przełożyć się na ograniczenie innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym. Mniejsze firmy mogłyby tego nie udźwignąć i ostatecznie wypaść z rynku.

Nowe regulacje

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski chce opodatkować cukier, a przynajmniej jest tego poważnym zwolennikiem. To rozwiązanie ma być sposobem na walkę z otyłością. Polska może więc podążyć szlakiem innych państw. Przykładowo, od kwietnia tego roku w Wielkiej Brytanii obowiązuje tzw. sugar tax. Tamtejszy rząd dał koncernom wybór. Mogą zmienić skład produktów albo zapłacą nowy podatek. Jeśli ich napój zawiera od 5 g cukru na 100 ml, to stawka wynosi 18 pensów za litr. W przypadku zawartości 8 g należy uiścić 24 pensy.

– Wprowadzanie mechanizmów fiskalnych, które mają ewidentnie dyskryminujący charakter dla określonych kategorii produktów żywnościowych, zawsze budzi sprzeciw branży. W obecnych realiach, silnego wzrostu cen żywności, dodatkowe podatki nie zostałyby dobrze przyjęte przez konsumentów. Choć trzeba przyznać, że zastosowanie takiego rozwiązania jest realne, ale stanowczo nieuzasadnione. Nadwaga i otyłość, podobnie jak inne choroby dietozależne, stanowią złożony, wieloczynnikowy problem społeczny. Można z nim walczyć, ale przede wszystkim poprzez podejmowanie działań edukacyjnych – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Z kolei Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, uważa koncepcję podatku za jak najbardziej słuszną. Ludzie są ewolucyjnie skłonni do uzależniania się od cukrów, bo glukoza jest paliwem dla mózgu i ciała. Kiedyś były one mało dostępne w czystej formie, ale obecnie popularna sacharoza jest wszechobecna. Wiele osób nie widzi związku między przyrostem tkanki tłuszczowej a spożyciem węglowodanów, w konsekwencji spożywamy ich za dużo. Wzrost otyłości zachodzi u nas szybciej, niż w większości krajów europejskich. Sytuację mogłaby poprawić edukacja, ale ona przegrywa z wysokobudżetowymi reklamami słodyczy oraz napojów słodzonych. Dlatego wskazane jest dodatkowe rozwiązanie zniechęcające klientów, a wyższa cena tak właśnie działa.

– Firmy mogą zastosować zamienniki takie, jak syrop klonowy, stewia, miód, melasa czy daktyle. Moda na zdrowe produkty wydaje się być trwałym trendem. Konsumenci chcą spożywać to, co naturalne i nieprzetworzone. Efektem tego jest zmiana receptur wielu produktów, które już stoją na sklepowych półkach. W tym roku wyróżniły się szczególnie w branży napojów, zwłaszcza dla dzieci. Na etykietach pojawiają się informacje o braku cukru, napisane wręcz ogromnymi literami. Jednak z wprowadzeniem nowego podatku jest też związane ryzyko. Producenci mogą częściej sięgać po chemiczne słodziki, bardziej szkodliwe, niż sacharoza – ostrzega Monika Rybczak, Business Unit Director w Hiper-com Poland.

Są kraje, które wprowadziły tego typu rozwiązania, ale sukcesywnie z nich rezygnują. Andrzej Gantner zaznacza, że w Danii w 2014 roku zniesiono podatek na napoje, ponieważ nie zaobserwowano jego bezpośredniego wpływu na zmianę nawyków żywieniowych. W Finlandii w 2017 roku zlikwidowano taką należność za słodycze i lody oraz ograniczono ją w przypadku napojów słodzonych. Przykładem braku efektywności takiej polityki jest podatek dyskryminacyjny od napojów bezalkoholowych wprowadzony w Meksyku. Przyczynił się on do zmniejszenia spożycia energii o zaledwie 6,3 kilokalorii dziennie, co stanowi jedynie 0,5% całodziennego zapotrzebowania dorosłego człowieka. Efekt ten jest nieporównywalnie mniejszy, niż ma to miejsce w przypadku dobrowolnych działań prowadzonych przez przemysł żywnościowy w zakresie udoskonalania receptur produktów.

Zdrowo, ale drogo?

– Jeśli pomysł zostanie wprowadzony, to przewiduję 4 warianty postępowania producentów. Koncerny, które utrzymają dotychczasowy poziom cukru, podwyższą lub pozostawią ceny towarów. To, jak się zachowają, zależy od kategorii produktu. W tych z wysoką marżą, czyli np. napojach energetycznych, dodatkowe obciążenie fiskalne nie byłoby aż tak widoczne. Jeżeli podatek będzie podobnej wysokości jak w Wielkiej Brytanii, to przedsiębiorstwa postawią na nową recepturę i zejdą poniżej ustalonego  limitu. Firmy, które zaczną wsypywać mniej sacharozy, niekoniecznie obniżą cenę. Będą miały możliwość jej utrzymania na dotychczasowym poziomie, ponieważ inni gracze zostaną zmuszeni do podwyżek – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Natomiast dyrektor generalny PFPŻ przybliża doświadczenia Węgrów. Tam, po wprowadzeniu tzw. food tax, część przedsiębiorstw nie była w stanie zmienić receptur, ani też ze względu na swoją pozycję rynkową podnieść cen, aby pokryć koszty podatku. Dotyczyło to głównie firm małych i średnich, których skala produkcji i uzyskiwana marża były zbyt małe, żeby zniwelować straty wynikające z dodatkowej należności fiskalnej. Dlatego niektóre przedsiębiorstwa przerzuciły podatek na konsumentów, co odczuły najmniej zamożne osoby. One nie ograniczyły konsumpcji, a jedynie przekierowały swój popyt na produkty tańsze o niższej jakości, ale o niezmienionej zawartości cukru.

– Tego typu zmiana legislacyjna będzie długookresowo najbardziej korzystna dla najuboższych ludzi. Zwykle świadomość szkodliwości cukru jest najmniejsza w grupach z niższym wykształceniem, które pozostaje bardzo skorelowane ze skromnymi zarobkami. Te osoby mają ograniczony budżet na zakupy. Zaczną więc rzadziej spożywać ulubione napoje ze względu na wyższe ceny lub będą to robić tak często, jak dotychczas, ale w dostępnych produktach pojawi się obniżona zawartość sacharozy. Tym samym będą one mniej szkodliwe. Ponadto, cała burza wokół podatku spowoduje, że do tej grupy konsumentów dotrze narracja związana ze szkodliwością cukru. Część z nich zacznie bardziej świadomie podchodzić do zakupów – dodaje prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Zdaniem Moniki Rybczak, koszty korzystania z cukru wzrosną po wprowadzeniu podatku, ale i tak pozostaną relatywnie niskie. Ten składnik stanowi bazę dla najtańszych produktów. W nich z pewnością nie będą używane droższe zamienniki takie, jak stewia czy miód naturalny. Najbardziej ucierpi na tym klient najmniej zamożny. W nim nie zostanie rozbudzona potrzeba sięgania po zdrowe jedzenie. Pozytywnym skutkiem zmian legislacyjnych może być szersza oferta towarów nieszkodliwych, z lepszym składem. Jednak ceny wzrosną o co najmniej wartość podatku, a z reguły podwyżki w takich sytuacjach są bardziej okazałe.

Czas na zmiany

– Przy ewentualnym wprowadzeniu tego typu daniny niezbędne byłoby zapewnienie odpowiednio długiego vacatio legis, które umożliwi branży dopasowanie produktów do nowych wymagań. Zbyt krótki okres przejściowy skutkuje takimi sytuacjami, jakie pojawiły się bezpośrednio po wejściu w życie tzw. rozporządzenia sklepikowego. Wówczas mieliśmy do czynienia z brakiem bądź bardzo ograniczoną dostępnością towarów odpowiadających kryteriom. W przypadku wprowadzenia tego typu podatku w Polsce oznaczałoby to, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw wypadłoby z rynku. W zależności od kategorii, od opracowania koncepcji produktu do wypuszczenia jego wersji finalnej mogą upłynąć nawet dwa lata – informuje dyrektor generalny PFPŻ.

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, jest mało prawdopodobne, aby ustawodawca zgodził się na dwuletni okres przejściowy. Koncerny napojowe mogą bowiem szybciej przeprowadzić cały proces przygotowawczy z wymaganymi testami. Eksperta nie zdziwią naciski ze strony cukrowni, zwłaszcza że proponowane zmiany prawne będą dla nich problematyczne. Jednak lobbing nie okaże się zbyt mocny. Większość tego typu zakładów należy do podmiotów zagranicznych, często z kapitałem niemieckim, co nie sprzyja wypracowaniu porozumienia z obecnym rządem. Presja ze strony producentów napojów będzie mocniejsza, ponieważ w tym gronie jest sporo polskich firm. Może się pojawić narracja, że partia rządząca znowu przygotowuje regulacje przeciwko biznesowi. Pomysłodawcy zmian zapewne poszukają sojuszników w fundacjach zajmujących się zdrowiem czy instytutach naukowych.

– W Polsce przemysł żywnościowy od wielu lat dobrowolnie podejmuje skuteczne działania na rzecz poprawy jakości żywieniowej produktów spożywczych. Przykładowo, jeżeli chodzi o kategorię napojów słodzonych, tzw. wersje light stanowią w Polsce już blisko 20% rynku. Przewiduje się, że one będą zyskiwać na znaczeniu. W grudniu 2017 roku doszło do podpisana porozumienia dotyczącego współpracy na rzecz optymalizacji wartości energetycznej i składu produktów spożywczych. Wywieranie presji na branżę jest nieuzasadnione, a idea dodatkowego opodatkowania jawi się tym bardziej krzywdząca. Może również przełożyć się na ograniczenie wprowadzania innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym – podsumowuje Andrzej Gantner.

Trump tym razem uderza w Wielką Brytanię

Polski złoty w czwartek odrobił straty z poprzedniego dnia. Brak przełomowych informacji z USA i strefy euro przełożył się na niski poziom wahań na głównych parach. W kontekście głównych walut – a szczególnie funta brytyjskiego – warto jednak wspomnieć o kilku istotnych kwestiach.

Wspomniany funt, w czwartek delikatnie zyskiwał w relacji do głównych walut w trakcie dnia, ostatecznie jednak zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego na którym go rozpoczął. W parze ze złotym osłabił się, jednak było to związane praktycznie wyłącznie ze wspomnianym odrabianiem strat przez złotego. Długo wyczekiwany „white paper”, czyli dokument opisujący proponowaną przez rząd Wielkiej Brytanii koncepcję Brexitu wyraźnie pokazał, że Zjednoczone Królestwo obecnie skłania się w stronę bardziej łagodnego wyjścia ze Wspólnoty – Wielka Brytania liczy na utrzymanie bliskich relacji handlowych z Unią. Wczorajsze umocnienie brytyjskiej waluty było jednak bardzo ograniczone i krótkotrwałe – rynek raczej spodziewał się, że premier i jej gabinet skłaniają się raczej w stronę łagodniejszego Brexitu.

Dziś jednak funt brytyjski istotnie traci, co związane jest z wizytą Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii. Wizytę w Zjednoczonym Królestwie prezydent USA rozpoczął od wywiadu dla „The Sun”, czyli odpowiednika naszego „Faktu”, w którym skrytykował wysiłki Theresy May zmierzające do łagodniejszego Brexitu, podkreślił, że Stany Zjednoczone mogą nie zawrzeć ze Zjednoczonym Królestwem umowy handlowej i dodał, że – kontrowersyjny Boris Johnson, który w opozycji do jego zdaniem zbyt „łagodnych” planów May złożył dymisję kilka dni temu – byłby dobrym premierem Zjednoczonego Królestwa.

Dzisiaj warto będzie zwrócić uwagę na przemówienie jednego z członków Banku Anglii, Jona Cunliffe’a. Jeśli jego wypowiedź nie będzie obfitowała w konkretne informacje o perspektywach gospodarczych Zjednoczonego Królestwa i oczekiwaniach względem kształtowania się stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, inwestorzy nadal prawdopodobnie będą reagowali na informacje ze spektrum polityki, zwłaszcza te dotyczące Brexitu.

Inflacja w USA najwyższa od ponad sześciu lat

Amerykańska waluta w ostatnich dniach zyskiwała przede wszystkim z uwagi na informacje dotyczące wojny handlowej. W czwartek doszło do stabilizacji dolara w relacji do innych głównych walut, co związane było z brakiem istotniejszych informacji dotyczących wspomnianego konfliktu oraz większych zaskoczeń na froncie makro.

Kluczowe dane w tym tygodniu, czyli dynamika CPI w Stanach Zjednoczonych, nie zaskoczyły. Amerykańska inflacja w czerwcu wyniosła, zgodnie z oczekiwaniami konsensusu 2,9% rocznie. Jest to już piąty wzrost wskaźnika z rzędu, co więcej ceny w Stanach Zjednoczonych w ubiegłym miesiącu rosły najmocniej od lutego 2012 r. Bieżąca dynamika inflacji, wyśmienita sytuacja na rynku pracy i perspektywy utrzymania dobrych statystyk sprawiają, że szanse na jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej są wysokie. Wnioskujemy, że Fed zdecyduje się na kolejny ruch we wrześniu, a potem – w grudniu.

Dzisiejszy dzień nie przyniesie zbyt wielu nowych danych makro z USA. Inwestorom do analizy pozostanie wieczorna wypowiedź Raphaela Bostica z FOMC.

Stopy procentowe w strefie euro mają pozostać stabilne jeszcze przez ponad rok

Wczorajsze „minutki” z ostatniego posiedzenia EBC nie dostarczyły rynkom żadnych istotnych informacji, w efekcie kurs wspólnej waluty nie był poddany większym wahaniom w relacji do głównych walut.

W podsumowaniu czerwcowego spotkania Banku powtarzano, że decydenci dążą do utrzymania obecnego poziomu stóp procentowych w bloku walutowym przez dłuższy okres czasu. Członkowie banku centralnego ostrzegali również, że niedawne spowolnienie gospodarcze utrzymało się również przez drugi kwartał 2018 roku. Niemniej, nie tracą oni nadziei, że dynamika cen niebawem powróci do poziomu celu inflacyjnego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – przemawia Jon Cunliffe z BoE
  • 14:30 – indeks cen eksportowych i importowych w USA w czerwcu
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów uniwersytetu Michigan w czerwcu
  • 18:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autorzy: Analitycy Ebury – Matthew Ryan oraz Roman Ziruk

Funkcja prezesa członka zarządu a świadczenie usług w ramach prowadzonej działalności gospodarczej

Łączenie funkcji prezesa członka zarządu w spółce kapitałowej ze świadczeniem usług takiej spółce w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej jest praktyką często spotykaną. Może ona jednak rodzić problemy na gruncie zarówno podatku dochodowego, jak i podatku od towarów i usług (nierzetelne faktury, usunięcie wynagrodzenia usługodawcy z kosztów uzyskania przychodu etc.).

Funkcja prezesa zarządu spółki kapitałowej

Uprawnienia i obowiązki prezesa zarządu w spółce kapitałowej nie zostały wprost uregulowane przez prawodawcę. Ustawodawca jednak przewidział, jakie kompetencje posiada zarząd jako organ spółki kapitałowej – ma on obowiązek (i uprawnienie) prowadzić sprawy spółki i reprezentować ją na zewnątrz. Ponadto zarząd zwołuje zgromadzenia wspólników, a także przygotowuje sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spółki za każdy rok obrotowy.

A zatem także prezes zarządu ma prawo prowadzić sprawy spółki i ją reprezentować na zewnątrz (co do zasady reprezentacja jest dwuosobowa, chyba że umowa spółki przyznaje uprawnienie do jednoosobowej reprezentacji), a także czuwać nad działalnością samego zarządu. Na prezesie zarządu, tak jak na każdym członku zarządu, ciąży odpowiedzialność za działania spółki – również materialna (w przypadku bezskutecznej egzekucji). Z samej ustawy nie wynikają jednak konkretne obowiązki i uprawnienia prezesa zarządu.

Podobny rodzaj działalności i świadczenie usług na rzecz spółki – konsekwencje

Często zdarza się, że prezes zarządu (lub inny członek zarządu) ma doświadczenie w branży, w której funkcjonuje dana spółka, a nawet prowadzi w podobnym zakresie działalność gospodarczą. Dlatego właśnie spółki chętnie korzystają z jego doświadczenia, a nierzadko także z usług, które oferuje taka osoba w ramach prowadzonej przez siebie działalności, np. w formie doradztwa.

Takie działanie może jednak rodzić poważne konsekwencje podatkowe. Jeżeli bowiem organ podatkowy stwierdzi, że w rzeczywistości żadne usługi na rzecz spółki nie były świadczone, a były one wykonywane w ramach pełnienia funkcji prezesa zarządu, może uznać faktury VAT za nierzetelne. Oznacza to, że spółka nie będzie mogła odliczyć VAT naliczonego z takich faktur, a wynagrodzenie za takie usługi nie będzie mogło zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów. W przypadku rozpoczęcia kontroli lub postępowania podatkowego w tym zakresie, ważne jest, by czuwać nad daną procedurą, pamiętać o współpracy z organem i starać się wykazać, że obowiązki prezesa zarządu i wykonywane przez niego usługi nie stanowiły tych samych czynności. Profesjonalny pełnomocnik z pewnością będzie kompetentny do udzielenia wszelkich porad oraz pomocy w trakcie trwającej kontroli lub trwającego postępowania.

Jak uchronić się przed ewentualnym podważeniem tego, że usługa została wykonana?

Przede wszystkim trzeba jasno odróżnić obowiązki pełnione przez prezesa zarządu (członka zarządu) w ramach jego funkcji od obowiązków wynikających z umowy o świadczenie usług. Do tego z pewnością posłuży umowa o współpracy z dokładnym określeniem obowiązków, ale nie tylko. Pomocny może się okazać dokument wewnętrzny regulujący obowiązki członków zarządu danej spółki (np. regulamin). Istotne jest, aby dokładnie określić wszystkie ich obowiązki i uprawnienia, a jeśli zarząd jest wieloosobowy – odróżnić również kompetencje każdego członka zarządu. Sporządzenie wspomnianych dokumentów może być nie lada wyzwaniem, dlatego warto zlecić to komuś, kto ma w tym odpowiednie doświadczenie.

Poza tym trzeba pamiętać, że zgodnie z art. 210 Kodeksu spółek handlowych w umowach pomiędzy spółką kapitałową a członkiem zarządu spółkę reprezentuje rada nadzorcza lub powołany do tego pełnomocnik. Zawarta między prezesem zarządu a spółką umowa o świadczenie usług będzie zatem ważna tylko, jeśli ten wymóg zostanie spełniony.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.