Pomiędzy dwoma trybami

Rynki albo reagują na eskalację konfliktów handlowych USA z resztą świata, albo cieszą się, że ostatnia doba nie przyniosła przykrych niespodzianek. USD pozostaje mocny, czy to jako bezpieczna przystań, czy przy wsparciu fundamentów. Rynek FX przespał azjatycką część sesji i prawdopodobnie w spokoju dobrnie do weekendu.

Kalendarz na najbliższe godziny jest ubogi i nie zawiera żadnej pozycji, której inwestorzy mogliby się dłużej przyglądać. Inflacja CPI z Polski jest rewizją, która powinna potwierdzić odbicie do 1,9 proc. r/r, choć pomocny we wzroście jest skok cen ropy naftowej, za to inflacja bazowa pozostaje nisko. Złoty nie ma co tu szukać impulsów i EUR/PLN powinien dziś trzymać się w przedziale 4,31-4,34. Po południu dane o cenach importu/eksportu z USA są do zignorowania, a indeks Uniwersytetu Michigan będzie ciekawy tylko w przypadku, jeśli wskaże na istotne pogorszenie nastrojów konsumentów. Osobiście w to wątpię. Dane z USA pozostają solidne i dalej wyróżniają się na tle wskaźników z innych części globu. Nawet gdy awersja do ryzyka ustaje i USD przestaje być potrzebny jako „bezpieczna przystań”, to wciąż jest atrakcyjny na bazie porównania fundamentów. Wczoraj inflacja bazowa zgodnie z oczekiwaniami wypadła mocno na 2,3 proc. r/r. Prezes Fed Powell w opublikowanym czwartek wywiadzie stwierdził, że komfortowo czuje się ze stanem gospodarki, choć ma troski długoterminowe. Jedyne, co ulega zmianie, to zaangażowanie poszczególnych segmentów rynku. Spekulanci ożywiają się w okresach awersji do ryzyka (i redukują pozycje w USD w chwilach uspokojenia); fundamenty są mocniej rozgrywane przez kapitał portfelowy.

W nocy dane o czerwcowym bilansie handlowym Chin pokazały wyższą nadwyżkę (w wyniku osłabienia importu), ale raport nie wzruszył rynkiem. Można luźno dyskutować, czy gdy prezydent Trump otrzyma notkę z tymi danymi, nie skłoni się do ostrego tweeta, w którym oskarży Chiny o nieuczciwą wymianę towarów z USA. Na razie jednak Trump odwiedza Wielką Brytanię i „miesza” w relacjach Londynu z Brukselą. W wywiadzie dla The Sun stwierdził, że premier May zignorowała jego radę i zmierza ku miękkiemu Brexitowi, co jednak zmniejsza szanse na lukratywne umowy handlowe z USA. Zaznaczył też, że bardzo ceni Borisa Johnsona, który sprawdziłby się jak wielki przywódca. Słowa te rozdrapują rany po szoku wywołanym przetasowaniami w rządzie na początku tego tygodnia i GBP traci. Na niewiele pomogła wczoraj publikacja tzw. Białego Dokumentu, w którym wyłożono nowy plan na Brexit. Krytykowane jest przede wszystkim podejście do usług finansowych, gdzie propozycje są surowe ze zdaniem się na łaskę Brukseli. Trudno być teraz silnym propagatorem funta, nawet jeśli w dłuższym horyzoncie materializacja miękkiego Brexitu będzie ciągnąc GBP mocno w górę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inflacja w Polsce

Poranek na parach złotówkowych zaczynamy dość powoli. Na notowaniach złotówki do innych walut nie widać jakichś większych ruchów.

Wczoraj nasza waluta zyskała na wartości, co spowodowało, że aktualnie dolar wyceniany jest na 3,70 zł. Za franka szwajcarskiego zapłacimy 3,69 zł. Euro kosztuje 4,31 zł, a funt brytyjski 4,87 zł. W późniejszych godzinach możemy się jednak spodziewać trochę więcej emocji jeżeli chodzi o notowania złotego. Bowiem na godzinę 10:00 zaplanowano publikację inflacji konsumenckiej w naszym kraju. Jej spodziewana miesięczna dynamika wynosi 0,1%, z kolei rok do roku analitycy spodziewają się zmiany rzędu 1,9%.

Dużo odczytów, ale nie tak istotnych

Przed południem, poza odczytem z Polski, czeka nas seria publikacji inflacyjnych z państw europejskich. Jednak inflacja konsumencka w Hiszpanii i na Słowacji, czy producencka w Szwajcarii, nie będą najprawdopodobniej zbyt ważne dla inwestorów. Nie ma co zatem liczyć na bardzo widoczny wzrost ruchów na rynkach.

Również popołudniowe dane nie zachwycają swoją istotnością. Zza oceanu napłyną do nas informacje na temat dynamiki cen eksportu i importu w Stanach Zjednoczonych. Poznamy też wstępny raport Uniwersytetu Michigan. Dobre dane powinny nieco poprawić sytuacją dolara na rynku. Jednak póki nie mamy żadnych nowych i oficjalnych impulsów w sprawie wojny handlowej, ani także istotnych odczytów nie należy spodziewać się znaczących zmian notowań.

Brexit a USA

Tuż przed spotkaniem Donalda Trumpa z Theresą May, prezydent USA skrytykował działania Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia jej ze struktur Unii Europejskiej. Twierdzi on, że brytyjska premier za bardzo ustępuje przedstawicielom Unii, czym może zamknąć sobie drogę do jakichkolwiek porozumień handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Rzecz jasna brytyjska waluta nie mogła na tą informację dobrze zareagować.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

6 megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki

Momentami przełomowymi w historii ludzkości było wynalezienie maszyny parowej, żarówki i komputera, a potem internetu. Obecnie czynników, które mogą mieć równie znaczący wpływ na gospodarkę i społeczeństwo jest znacznie więcej. Są to automatyzacja i robotyzacja, internet rzeczy czy sztuczna inteligencja. Eksperci firmy doradczej Deloitte wskazali sześć megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki. To przemysł 4.0, model gospodarki o obiegu zamkniętym, zrównoważone finanse, rynek talentów, „srebrna ekonomia” oraz elektromobilność.

Julia Patorska Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Julia Patorska
Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Megatrendami można określić globalne siły, które mają wpływ zarówno na życie gospodarcze, jak i społeczne. Oddziałują także na przebieg szeregu procesów, takich jak np. produkcja, konsumpcja, inwestycje czy interakcje społeczne. Zdaniem dyrektorów finansowych – ankietowanych przez Deloitte – źródeł tych zmian należy obecnie upatrywać w dużej liczbie danych i zaawansowanej analityce (61 proc.), oraz cyfryzacji (52 proc.), zmianach geopolitycznych, a także technologiach zwiększających produktywność, takich jak automatyzacja czy robotyzacja (po 44 proc.) . – Czynniki te będą miały największy wpływ na to, jak będzie wyglądał biznes w najbliższych kilku latach.  Na ich podstawie wyłoniliśmy kilka megatrendów, które mają szanse zyskać największe znaczenie w skali globalnej. Gospodarki, które najszybciej wykorzystają ich zalety, a zniwelują istniejące zagrożenia, okażą się najbardziej konkurencyjne – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte.Deloitte Megatrendy ekonomiczne

Megatrend: Przemysł 4.0

Wyróżnia się tym od poprzednich rewolucji technologicznych, że – łącząc istniejące technologie – równocześnie w procesach wytwórczych zaciera granice między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną.

Do najważniejszych rozwiązań napędzających rozwój Przemysłu 4.0 należy Internet Rzeczy (IoT), uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja oraz rozszerzona i wirtualna rzeczywistość (AR i VR). Według przewidywań Deloitte, już w tym roku ponad miliard użytkowników smartfonów przynajmniej raz wytworzy treści rozszerzonej rzeczywistości – mówi Wojciech Górniak, Lider zespołu transformacji cyfrowej. Jego zdaniem rozwojowi Przemysłu 4.0 sprzyja nie tylko postęp technologiczny, ale także potrzeby konsumentów, ograniczenia podażowe, zwłaszcza w zakresie surowców nieodnawialnych i zasobów pracy oraz zachęty finansowe ze strony sektora publicznego.

Czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka dla wielu procesów biznesowych. Nie brakuje jednak wyzwań, które będą przekładały się na wzrost ryzyka zarówno w życiu prywatnym jak i obrocie gospodarczym, co zniweluje część pozytywnych efektów zmian technologicznych. Przemysł 4.0 niewątpliwie zwiększa możliwość wystąpienia cyberataków oraz kradzieży danych. Pod uwagę należy także wziąć możliwie nieprzychylną reakcję społeczną, związaną chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Niezbędne są również regulacje, które zapewnią obywatelom poziom bezpieczeństwa i pozostawią przestrzeń dla zyskownych, rynkowych innowacji. Brak edukacji społeczeństwa i niewystarczające wsparcie obywateli w adaptacji do zachodzących zmian może przyczyniać się do dalszego wzrostu ruchów populistycznych na świecie.

Rozdźwięk pomiędzy możliwościami związanymi z zachodzącymi zmianami, a rzeczywistością potwierdza badanie pt.: „The Fourth Industrial Revolution is here – are you ready?”, które Deloitte przeprowadził na kadrze kierowniczej firm i agencji rządowych w 19 liczących się gospodarkach z całego świata. – Respondenci rozumieją zachodzące zmiany w ich otoczeniu, ale niekoniecznie potrafią je wykorzystać. Zdaniem 87 proc. respondentów Przemysł 4.0 może doprowadzić do zmniejszenia różnic społecznych i ekonomicznych.  Równocześnie pojawiają się obawy, czy kadra jest odpowiednio przygotowana i czy społeczeństwo posiada oczekiwane kompetencje. Tylko jedna czwarta ankietowanych uważa, że posiada odpowiednie zasoby osobowe do sprostania wyzwaniom przyszłości – wyjaśnia Julia Patorska.

Megatrend: gospodarka o obiegu zamkniętym

To, co będzie wpływało na implementację tej idei przez biznes, to przede wszystkim regulacje. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Komisja Europejska wydała szereg dokumentów, które mają związek z promowaniem gospodarki o obiegu zamkniętym, wymuszając wręcz na państwach członkowskich stopniowe wprowadzanie zmian w tym zakresie. Prace regulacyjne rozpoczęły się od opakowań i tworzyw sztucznych. Według założeń, w 2030 roku aż 70 proc. wagowo wszystkich odpadów opakowaniowych powinno zostać poddanych recyklingowi. W Polsce jest to obecnie 57,5 proc. Duże znaczenie w popularyzacji idei gospodarki o obiegu zamkniętym ma również rosnąca świadomość konsumentów.

Gospodarka o obiegu zamkniętym nie jest nowym modelem rynkowym czy też gospodarczym, pozwala jednak na lepszą alokację zasobów. W związku z tym, że ekonomia jest nauką o tym jak efektywnie wykorzystywać ograniczone zasoby, gospodarka o obiegu zamkniętym ma wszelkie atrybuty, by stać się powszechnie akceptowanym podejściem. Dotychczas stosowany linearny model wykorzystania zasobów „produkcja-zużycie-wyrzucenie” jest wypierany przez model „zamkniętej pętli”, w którym odpady, jeśli powstają, stają się surowcem.

Zdaniem ekspertów Deloitte szansą na upowszechnienie modelu gospodarki o obiegu zamkniętym jest rozwój nowych branż i rynków, zwłaszcza w sektorze usług, niższe koszty działalności oraz wzrost konkurencyjności i innowacyjności firm. Z kolei na przeszkodzie mogą stanąć wysokie koszty wdrożenia modelu zamkniętego. Zgodność z wymogami EPR, czyli Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (odpowiedzialność za produkt zostaje rozszerzona na wszystkie etapy jego życia) może stanowić w Europie koszt równowartości 15 mld euro w całej Europie. – Problemem pozostaje również ograniczona dostępność i jakość danych dotyczących przepływów surowców i odpadów oraz bariery regulacyjne – mówi Julia Patorska.

Megatrend: zrównoważone finanse i inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie

Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i firmy coraz częściej mierząc swój wpływ i zwrot z inwestycji biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe.
Podejście to nie oznacza rewolucji i całkowitego odejścia od kryterium zysku. Zakłada ono raczej ewolucyjne uwzględnianie dodatkowych kryteriów, odnoszących się np. do środowiska naturalnego. Chodzi o to, aby naturalne rynkowe bodźce – a więc poszukiwanie zysku – wykorzystać do jednoczesnej realizacji innych, ważnych celów. Dodatkowo ma to sprzyjać internalizacji negatywnych kosztów zewnętrznych. Przykładowo, duże instytucje finansowe coraz częściej zwracają uwagę przy lokowaniu kapitału czy dany emitent działa odpowiedzialnie, gdyż to pozwala obniżyć ryzyko inwestycyjne – wyjaśnia Julia Patorska. Szacuje się, że wartość inwestycji odpowiedzialnych społecznie w Europie w 2015 roku wynosiła już blisko 150 mld euro.

Warto także dodać, że inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie stwarza szansę na większą przejrzystość rynku finansowego i odpowiedzialność w kontekście generowanego wpływu. Z kolei po stronie wyzwań należy wymienić pogodzenie – czasem sprzecznych – interesów pomiędzy tym, co się danej firmie opłaca finansowo, a co powinna zrobić biorąc pod uwagę wpływ na otoczenie. – Przy podejmowaniu decyzji czynniki pozafinansowe mogą mieć oczywiście mniejsze znaczenie niż oczekiwane zyski. Należy zakładać jednak, że z czasem, gdy niedoskonałości metodyczne w zakresie raportowania wskaźników społecznych i środowiskowych zostaną ograniczone, kryteria pozafinansowe będą zyskiwały na znaczeniu– mówi Julia Patorska.

Megatrendy na rynku pracy

Wśród pozostałych megatrendów eksperci Deloitte wyróżnili rosnące znaczenie rynku talentów oraz tzw. srebrną gospodarkę. Mają one ze sobą dużo wspólnego. Struktura rynku pracy zmienia się diametralnie. Coraz więcej osób podnosi swoje kwalifikacje przez całe życie, pracuje na swój rachunek lub na podstawie elastycznych form zatrudnienia. Zwiększa się również liczba pracowników, którzy pracują zdalnie lub jako niezależni wykonawcy. W tej chwili tylko w Unii Europejskiej może być już 30,6 mln takich osób. Jednocześnie pracodawcy muszą pogodzić interesy wielu różnych generacji obecnych na rynku pracy i powoli zapełniać lukę, która tworzy się po odchodzących na emeryturę przedstawicielach pokolenia wyżu powojennego. – To może być istotny cios dla wzrostu gospodarczego, dlatego wiele rządów w ostatnich latach podnosiło ustawowy wiek emerytalny. Zmiany w systemach emerytalnych sprawiają, że coraz więcej osób poszukuje informacji dotyczących aktualnych przepisów i kalkuluje opłacalność pozostania na rynku pracy. Konieczność dłuższej aktywności zawodowej, połączona z przewidywanymi niskimi emeryturami z publicznego systemu, może też istotnie wpłynąć na skłonność do oszczędzania i poszukiwanie aktywów, które będą bezpieczną lokatą dla kapitału i swoistą „polisą na starość” – dodaje Julia Patorska.

Megatrend: elektromobilność

Aktywność największych koncernów motoryzacyjnych oraz rządowe systemy wsparcia dla elektromobilności przekładają się na rosnące zainteresowanie konsumentów. Motywacją do zakupu pojazdów elektrycznych jest coraz większa świadomość ekologiczna oraz rosnąca opłacalność kosztowa tego typu pojazdów, w porównaniu z pojazdami o napędzie konwencjonalnym. – Elektromobilność to nie tylko samochody osobowe, ale także autobusy elektryczne oraz wodorowe. Rozwój flot zeroemisyjnych autobusów jest kluczowy w budowaniu „zrównoważonych miast” umożliwiających redukcję zanieczyszczenia powietrza oraz hałasu. Dodatkowym aspektem wykorzystania elektromobilności jest obszar synergii z OZE, czyli odnawialnymi źródłami energii , który prowadzi do gospodarki niskoemisyjnej oraz niezależności energetycznej – mówi Karol Wierzbicki, ekspert w zespole ds. elektromobilności.

Według szacunków Deloitte na początku następnej dekady cena baterii ma spaść do poziomu ok 130 EUR kW/h, co spowoduje, że napęd elektryczny stanie się bardziej atrakcyjny rynkowo.

Czy split payment może być stosowany w branży ubezpieczeniowej?

Od 1 lipca przedsiębiorcy otrzymujący fakturę będą mogli regulować zobowiązanie z tego tytułu z wykorzystaniem podzielonej płatności, tzw. split payment. Polega on na dystrybuowaniu kwoty podatku na rachunek VAT przedsiębiorcy, a kwoty netto na zwykły rachunek bieżący. Ministerstwo Finansów w odpowiedzi na pismo Federacji Przedsiębiorców Polskich i potwierdziło, że regres ubezpieczeniowy nie powinien być stosowany w ramach wchodzących od 1 lipca 2018 przepisów o podzielonej płatności (ang. split payment). Wyjaśnienie tej kwestii było istotne dla całej branży ubezpieczeniowej.

– Jest to nowe rozwiązanie i póki co nie ma ugruntowanej linii interpretacyjnej co do możliwości jego stosowania i obowiązków, które stworzy po stronie przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – FPP zwróciła się do Ministerstwa Finansów o wyjaśnienie kwestii stosowania tego mechanizmu w branży ubezpieczeniowej. Sektor ten miał wątpliwości, czy system podzielonej płatności będzie miał w nim zastosowanie w przypadku stosowania tzw. regresu ubezpieczeniowego. Chodzi o sytuację, kiedy w ramach umowy zawartej z ubezpieczonym, ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie swojemu klientowi, a płatność jest realizowana przez dłużnika na rzecz ubezpieczyciela. W ocenie Federacji rozliczenia pomiędzy firmą ubezpieczeniową i dłużnikiem, który nie uregulował płatności na rzecz ubezpieczonego klienta, nie będą podlegały pod reżim nowych przepisów o podzielonej płatności. Wynika to z tego, że dłużnik spłacając powstałe w wyniku wypłaconego odszkodowania roszczenie zwrotne (regres) na rzecz „nowego” wierzyciela – jakim staje się firma ubezpieczeniowa – nie reguluje faktury VAT, lecz dokonuje jedynie spłaty wierzytelności odpowiadającej kwocie wynikającej z tej faktury. Niewątpliwie stanowisko Ministerstwa Finansów należy uznać za słuszne. Niemniej jednak pozostają jeszcze kwestie, które resort finansów będzie musiał wyjaśnić, aby wyeliminować ewentualne sprzeczności w interpretacji nowych przepisów. Dotyczy to przykładowo solidarnej odpowiedzialności oraz sposobu odzyskania błędnie wpłaconych środków na rachunek VAT – wyjaśnił Korzeb.

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy 1

W Polskę wyjechały autobusy edukacyjne z atrakcjami naukowymi, które na co dzień oferuje Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Mają wyrównać dysproporcje w dostępie do nauki i zachęcić dzieci do kariery naukowej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego we współpracy z Centrum Nauki Kopernik stworzyło program Naukoubus, w ramach którego do mniejszych ośrodków miejskich i wiejskich wysyłane są busy popularyzujące naukę. Dzieci zapoznają się w nich z ciekawymi eksperymentami oraz odwiedzą mobilne planetarium.

– Po Polsce podróżują dwa busy. Naukobus oferuje dwie różne wystawy – jedną poświęconą prawom fizyki, drugą budowie człowieka. Planetobus to mobilne planetarium, które jest rozstawiane w danej szkole na sali gimnastycznej. Uczniowie uczestniczą w zajęciach, podziwiając kosmos, ucząc się budowy Ziemi, kształtu kosmosu, poznają gwiazdy i planety ­– mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Ziółkowski, szef gabinetu politycznego wiceprezesa Rady Ministrów.

Autobusy edukacyjne stają się coraz popularniejsze. Po amerykańskim hrabstwie Elkhart jeżdżą laboratoria na kółkach Science 2 Go Bus, w ramach The School Bus Project wolontariusze uczą uchodźców w Europie, a firma Lockheed Martin stworzyła projekt Mars Experience Bus, w ramach którego dzieci mogą się przekonać, jak wyglądałaby podróż po powierzchni Marsa.

Na podobny pomysł wpadli także organizatorzy projektu Do-it-Together Science Bus, w ramach którego bus popularyzujący naukę przemierza drogi Unii Europejskiej. Popularyzatorzy prowadzą wykłady i zajęcia w siedmiu językach (angielskim, francuskim, hiszpańskim, holenderskim, niemieckim, słoweńskim i włoskim), a instrukcję przeprowadzenia najciekawszych eksperymentów zamieszczają na stronie internetowej, aby każdy mógł wykonać je w domowym zaciszu.

Polskie Naukobusy działają na podobnej zasadzie. W trakcie zajęć dzieci poznają m.in. sposób funkcjonowania ludzkiego organizmu czy działanie naszych zmysłów. Warsztaty przeprowadzane są pod czujnym okiem pracowników Centrum Nauki Kopernik, którzy na bieżąco odpowiadają na wszystkie problematyczne pytania i pomagają przeprowadzać eksperymenty naukowe.

– Jeżeli chcemy, aby społeczeństwo polskie się rozwijało, abyśmy mogli mieć kolejnych noblistów, to właśnie wśród dzieci musimy budzić pasję do nauki, tak samo jak jest pasja do sportu, do uprawiania piłki nożnej, do tego, że ktoś chce być policjantem czy strażakiem. Zależy nam na tym, żeby dzieci chciały być naukowcami, dlatego że jest to bardzo ciekawa, interesująca ścieżka życia ­– twierdzi Piotr Ziółkowski.

Organizatorzy na bieżąco udostępniają informacje o trasie przejazdu Naukobusów, dzielą się także relacjami z już przeprowadzonych warsztatów i zachęcają do zgłaszania się do programu kolejne szkoły. Naukobusy podróżują po kraju przez cały rok, uczestniczą w wakacyjnych półkoloniach i dojeżdżają do najmniejszych szkół w kraju.

– Eksperci z CNK pracują nad kolejnymi rozwiązaniami i nowymi wystawami. Mamy nadzieję, że już niebawem będziemy mogli udoskonalić mobilne wystawy, które udają się do szkół i będą poruszać coraz nowsze, ciekawsze tematy, jeszcze bardziej zachęcające do tego, by pokazać dzieciom, że nauka może być pasją­  konkluduje Piotr Ziółkowski.

Według raportu „Future of Skills. Employment in 2030” w wyniku postępującej automatyzacji i robotyzacji rynku pracy w ciągu najbliższych dziesięciu lat aż 90 proc. obecnie istniejących zawodów zmieni swoje oblicze. 70 proc. pracowników w wyniku postępu technologicznego będzie musiało poszerzyć swoje kwalifikacje, a aż 20 proc. zawodów zniknie całkowicie, gdyż ich praca zostanie całkowicie zmechanizowana.

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach 2

Eksperci alarmują, że noszenie przyciemnianych soczewek bez wysokiej jakości filtrów daje efekt przeciwny do zamierzonego. Do oczu dociera więcej szkodliwych promieni słonecznych, istotnie zwiększając ryzyko uszkodzenia wzroku. Choć 70 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych, to większość traktuje je przede wszystkim jako dodatek modowy. Ponad połowa przy zakupie kieruje się kształtem, kolorem czy wielkością, zapominając, że walory estetyczne są drugorzędne, a kluczowe jest ograniczenie szkodliwych dla naszych oczu czynników oraz poprawa bezpieczeństwa i jakości widzenia.

Najnowszy raport z badań zrealizowanych przez IQS Rynek i Opinia na zlecenie Vision Express nie pozostawia wątpliwości – Polacy nie mają świadomości jak ważna jest ochrona oczu przed promieniami UVA i UVB. Tylko co trzeci Polak jako powód korzystania z okularów przeciwsłonecznych podaje ochronę przez szkodliwymi promieniami słońca. Dla większości jest to przede wszystkim modny gadżet.

– Badania wskazują, że niestety w niewłaściwy sposób chronimy swoje oczy przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego. Przede wszystkich chodzi tutaj o dobór właściwych okularów przeciwsłonecznych. Okazuje się, że w Polsce prawie 30 proc. naszego społeczeństwa nie używa okularów przeciwsłonecznych, natomiast wśród osób, które używają okularów przeciwsłonecznych, ponad 80 proc. używa tych nie do końca właściwych, czyli mających odpowiednie filtry, które eliminują szkodliwy wpływ promieniowania ultrafioletowego – mówi agencji Newseria dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

Niepokoi również fakt, że duża część Polaków nie ma świadomości szkodliwego wpływu promieniowania ultrafioletowego na narząd wzroku. Aż 58 proc. Polaków nie jest pewnych, czy promieniowanie słoneczne jest szkodliwe, a co ósma osoba uważa wręcz, że jest ono dla oczu bezpieczne.

– Z danych klinicznych wynika, że promieniowanie ultrafioletowe może wywoływać zarówno stany związane z podrażnieniem powierzchni oczu, jak i – co jest bardzo niebezpieczne – może powodować szereg poważnych chorób narządu wzroku, takich jak chociażby schorzenia siatkówki, błony naczyniowej czy soczewki – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Z badań wynika, że głównym czynnikiem, który decyduje o zakupie okularów przeciwsłonecznych, jest ich wygląd, kolor, rodzaj opraw, a nie jakość i skuteczność działania właściwych soczewek z odpowiednimi filtrami. Tymczasem pierwszorzędne znaczenie zawsze powinno odgrywać zapewnienie ochrony przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym.

– Przy wyborze okularów przeciwsłonecznych, które zapewnią właściwą ochronę, należy kierować się przede wszystkim jakością filtrów. Jest to niezmiernie istotne dla zapewnienia zarówno bezpieczeństwa, jak i odpowiedniej jakości widzenia. Okulary o oznaczeniu 400UV niemal całkowicie zatrzymają szkodliwe promieniowanie UVA i UVB. Natomiast już kształt okularów, ich kolor i rodzaj materiału, z jakich wykonane są oprawki, to są względy modowe – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Wśród Polaków, którzy w ostatnim roku kupili okulary przeciwsłoneczne, tylko 9 proc. dokonało zakupu w salonie optycznym. Natomiast modele dostępne w drogeriach lub na bazarach nie zapewniają właściwej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Profesjonalne przyciemniane szkła są droższe od tych oferowanych na ulicy lub w supermarkecie, jednak gwarantują nam odpowiednią ochronę. Okulary pochodzące z nieprofesjonalnych punktów mogą nam nawet zaszkodzić – spowodują, że źrenice będą się rozszerzać, przez co do oczu dostanie się więcej promieni ultrafioletowych. Aby ochrona była skuteczna trzeba kupić okulary z przyciemnianymi szkłami, mające filtr UV blokujący promieniowanie w paśmie do 400 nm (UV400). Wszystkie inne to okulary z niskiej jakości filtrem lub zupełnie go pozbawione.

– Tylko niewielka część osób używających okularów przeciwsłonecznych kupuje je we właściwych źródłach, czyli w salonach optycznych. Większość okularów z niepewnych źródeł nie zapewnia właściwej ochrony narządu wzroku, ponieważ nie ma odpowiednio dobranych filtrów, czyli skutecznej ochrony przed szkodliwym wpływem promieniowania ultrafioletowego – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Większość osób zakłada, że okulary przeciwsłoneczne przede wszystkim nosi się latem, wtedy, kiedy jest dużo słońca. Natomiast szkodliwe promieniowanie słoneczne występuje także jesienią, zimą czy wiosną, więc możliwość korzystania z ochrony naszego wzroku poprzez noszenie okularów przeciwsłonecznych powinna także dotyczyć tych okresów. Szkodliwe promieniowanie ultrafioletowe dociera do oczu nawet przez zachmurzone niebo i może być przyczyną wielu groźnych chorób, takich jak: zapalenie spojówek i rogówki, zapalenia błony naczyniowej, AMD (zwyrodnienie plamki żółtej), zaćma, skrzydlik oraz czerniak oka.

Kierowcy oraz osoby często przebywające na świeżym powietrzu powinny się zaopatrzyć w okulary polaryzacyjne, które wygaszają odbicia światła słonecznego, chronią przed powstawaniem słonecznej poświaty, istotnie zapewniając większy komfort i jakość widzenia

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania 3

Specustawa mieszkaniowa „realizuje obietnice społeczne rządu” – powiedział na wczorajszym briefingu prasowym Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju. Jak podkreślił, jest to instrument kształtowania polityki mieszkaniowej państwa, który zapewni realny wpływ na działania inwestorów. Dodał również, że na podstawie specustawy mieszkaniowej nigdy nie powstałby zamek w Puszczy Noteckiej – inwestycja, która od kilku dni wzbudza ogromne kontrowersje. Specustwa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca, podobnie jak ustawa o dopłatach do najmu mieszkań.

Wiceminister Soboń odpowiedział wczoraj krytykom specustawy mieszkaniowej, przez jej przeciwników nazywaną też „lex deweloper”. Ich zdaniem nowe przepisy dadzą znacznie większe pole inwestorom i unieważnią miejscowe plany przestrzenne. Koalicja Ruchów Miejskich w Warszawie zaapelowała do Prezydenta Andrzeja Dudy o zawetowanie ustawy, którą negatywnie zaopiniowały m.in. Towarzystwo Urbanistów Polskich, Polska Akademia Nauk, wątpliwości mają też samorządy.

Zdaniem wiceministra inwestycji i rozwoju specustwa poprawi jakość przestrzeni miejskiej i zapewni samorządom wsparcie w zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych. Otworzy też drogę do realizacji programu Mieszkanie Plus, a tym samym zapewni Polakom szansę na tanie mieszkania.

Specustawa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca. Jej główny cel to skrócenie czasu przygotowania inwestycji mieszkaniowych z pięciu lat do roku. Nowe przepisy umożliwiają także budowanie na gruntach pokolejowych, poprzemysłowych, powojskowych i rolnych, znajdujących się w granicach administracyjnych miasta. Określone w specustawie standardy urbanistyczne są uzależnione od liczby mieszkańców w danej gminie (gminy do 30 tys. mieszkańców, powyżej 30 tys. oraz poniżej i powyżej 100 tys. mieszkańców). Przepisy określają m.in. odległość inwestycji mieszkaniowych od przedszkoli i szkół, przystanków komunikacji miejskiej oraz uwzględniają dostęp do dróg dojazdowych, sieci wodociągowej, kanalizacyjnej czy elektroenergetycznej. Specustawa mieszkaniowa ma zlikwidować chaos przestrzenny i – zdaniem wiceministra Artura Sobonia – przyczynić się do ochrony interesów najemców i mieszkańców.

Na początku tego miesiąca Sejm przyjął również kolejną ustawę o dopłatach do najmu mieszkań, tzw. „Mieszkanie na start”. Projekt nowych przepisów (w połowie czerwca przyjęty przez Rząd) przygotowało Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju.

Jest to przekierowanie strumienia pieniędzy, które były przeznaczone na wsparcie popytu mieszkaniowego – czyli np. na program MDM, w którym dopłacano do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu na kupno mieszkania. My transferujemy te środki na programy propodażowe, ale z uwzględnieniem kryterium społecznego. Chcemy stymulować budownictwo czynszowe, tak aby tych mieszkań czynszowych było jak najwięcej w różnych miastach Polski. Dzisiaj stanowią one 5 proc. rynku, średnia europejska wynosi 30 proc. i do tego poziomu zmierzamy – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Rządowy program ma wesprzeć osoby, których nie stać na kupno ani wynajem mieszkania na komercyjnym rynku, ale z drugiej strony – ich dochody są zbyt wysokie, żeby ubiegać się o mieszkanie komunalne. Według resortu w takiej sytuacji może być nawet 40 proc. Polaków, zwłaszcza młodych, dopiero rozpoczynających karierę zawodową.

Celujemy w osoby o umiarkowanych dochodach. Nie w tych najbiedniejszych, bo czynszów i dopłat nie można porównywać do stawek w mieszkaniach komunalnych. To są osoby, które po prostu nie kwalifikują się na pomoc socjalną, ale też nie mają szans na rynku, do nich kierujemy naszą ofertę. Zakładamy, że system dopłat każdego roku będzie obejmował około 30 tys. rodzin  mówi Artur Soboń.

O dopłaty będą mogły się ubiegać gospodarstwa domowe, które spełniają określone kryterium dochodowe i nie mają innego mieszkania. Okres przyznawania dopłat do czynszu w wynajmowanych mieszkaniach będzie wynosił 15 lat, a wysokość wsparcia będzie uzależniona m.in. od kosztów budownictwa mieszkaniowego na danym terenie i powierzchni mieszkania.

Gospodarstwo jednoosobowe będzie się mogło starać o dopłatę, jeżeli jego miesięczny dochód nie przekracza przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, którego wysokość określa GUS. Każda kolejna osoba w gospodarstwie domowym oznacza podniesienie limitu o 30 proc. Stąd limit dla gospodarstwa dwuosobowego będzie wynosił 90 proc. przeciętnego wynagrodzenia, a w przypadku rodziny z dwójką dzieci 150 proc. Dodatkowe, otwarte kryteria społeczne będą ustalane przez rady gmin (na podstawie zaproponowanego w ustawie katalogu kryteriów pierwszeństwa).

W przypadku czteroosobowej rodziny limit, powyżej którego nie można już wejść w tryb tej ustawy, wynosi 1,6 tys. zł, więc jest on ustawiony dość wysoko. Kierujemy pomoc do najemców, zachęcając jednocześnie inwestorów do budowania pod najem, w tym także pod wynajem z opcją do własności. Liczę na to, że do programu dopłat włączą się TBS-y, spółdzielnie mieszkaniowe, być może również prywatni inwestorzy mówi Artur Soboń.

Każdego roku beneficjenci będą weryfikowani, aby sprawdzić, czy nadal spełniają kryteria uprawniające do otrzymywania dopłat. Jeżeli nie – świadczenie zostanie wygaszone albo czasowo zawieszone. Z rządowych dopłat będą mogły skorzystać zarówno osoby, które decydują się na zwykły najem, jak i najem z opcją dochodzenia do własności. Wnioski o dopłaty będą składane w urzędach gmin, które przeprowadzą wstępny nabór beneficjentów rządowych dopłat.

Jak podkreśla wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń, mądra polityka mieszkaniowa państwa jest warunkiem koniecznym, żeby zatrzymać młodych Polaków w kraju. Natomiast rynek najmu mieszkań sprzyja mobilności i elastyczności rynku pracy.

Zależy nam, żeby to nie był wyłącznie najem na czysto komercyjnym rynku. Oczywiście wszyscy zmagamy się z rynkowymi wyzwaniami, wysokimi kosztami pracy, wysoką ceną materiałów budowlanych, natomiast nam zależy, żeby były to mieszkania dostępne cenowo. Jeśli w wyniku tych dopłat rodzina, która ma czynsz 20 zł/m, czyli 1200 zł za 60-metrowe mieszkanie, otrzyma około 400 zł z tytułu dopłat każdego miesiąca przez 15 lat, to z pewnością zachęci ją do korzystania z programu Mieszkanie Plus mówi Artur Soboń.

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym 4

Dalsze rozpowszechnianie się wirusa ASF może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Zmniejszyć ryzyko przedostania się choroby miały kontrole gospodarstw z trzoda chlewną. Służby weterynaryjne muszą ich odwiedzić ok. 200 tys., jednak w ciągu dwóch miesięcy udało się skontrolować zaledwie kilka tysięcy. Przyczyną opóźnień jest zła sytuacja w Inspekcji Weterynaryjnej. Jeżeli nie nastąpi szybka poprawa sytuacji kadrowo-finansowej, kontrole mogą potrwać nawet 10 lat. Wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał – podkreśla Witold Katner z Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

– Sytuacja związana z afrykańskim pomorem świń jest bardzo niepokojąca, ponieważ praktycznie w każdym tygodniu obserwujemy nowe ogniska choroby. Choroby, która jest całkowicie obojętna dla człowieka, natomiast jest bardzo niebezpieczna dla całej gospodarki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Katner, rzecznik prasowy Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

Afrykański pomór świń, czyli wirus ASF, pojawił się w Polsce na początku 2014 roku. Od tego momentu stwierdzono 161 ognisk choroby. Tylko w tym roku ujawniono 57 ognisk, przy 81 w 2017 roku. Dane z czerwca wskazują, że wykryto też ponad 2,3 tys. przypadków ASF u dzików. Choroba występuje we wschodnich województwach, jednak istnieje duże ryzyko, że obejmie znacznie większy obszar kraju.

– Czarny scenariusz zakładający przedostanie się wirusa do trzech największych skupisk hodowli trzody chlewnej: województwa wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego czy łódzkiego, może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Odczują ją nie tylko rolnicy, zakłady mięsne czy eksporterzy mięsa wieprzowego, lecz także może to się odbić na przeciętnym konsumencie. Zawleczenie choroby na terytorium całego kraju, to w praktyce fizyczna likwidacja produkcji wieprzowiny w całym kraju, która może oznaczać, że będziemy musieli się pożegnać z tradycyjnym polskim schabowym na talerzach – podkreśla Witold Katner.

Priorytetem w walce z ASF w kraju jest niedopuszczenie do przedostania się wirusa na tereny intensywnej produkcji trzody chlewnej w województwie łódzkim, kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, gdzie pogłowie świń stanowi ponad połowę krajowego pogłowia. Zwalczanie wirusa tam pochłonie ogromne sumy, będzie też niezwykle trudne. Dalszemu nierozpowszechnianiu choroby miało pomóc przestrzeganie przez gospodarstwa zasad bioasekuracji, które mają chronić gospodarstwa rolne przed wniesieniem wirusa afrykańskiego pomoru świń na terytorium chlewni. Od kwietnia ruszyły kontrole właśnie pod kątem przestrzegania zasad. Do skontrolowania jest 230 tys. gospodarstw, w ciągu dwóch miesięcy udało się wykonać ich zaledwie 6 tys.

– Powodem jest bardzo zła, żeby nie powiedzieć kryzysowa, sytuacja kadrowo-finansowa w Inspekcji Weterynaryjnej. Niskie pensje powodują, że ludzie masowo odchodzą z pracy, a jednocześnie Inspekcja Weterynaryjna nie jest na tyle atrakcyjnym pracodawcą, iż ludzie po trudnych, sześcioletnich studiach nie chcą przychodzić tam pracować za 2,5 tys. brutto – wskazuje ekspert. – Szacujemy, że jeżeli nie nastąpi szybka poprawa tej sytuacji, kontrole mogą potrwać 7–10 lat, a zapewniam, że wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał.

Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że wynagrodzenie w powiatowym inspektoracie weterynarii wynosi średnio ok. 2 tys. zł brutto. Tylko nieco ponad 30 proc. przeprowadzonych naborów zakończyło się podpisaniem umowy. Do ponad połowy nie wpłynęła ani jedna aplikacja, a w blisko 5 proc. – wybrani kandydaci zrezygnowali z objęcia stanowiska. Liczba wakatów stale rośnie.

– Wirus ASF jest bardzo zjadliwy, ma umiejętności przetrwania w bardzo niekorzystnych warunkach. Trzeba go zwalczać bardzo szybko, a nie da się tego zrobić bez sprawnej służby, która się tym zajmie, a jest nią Inspekcja Weterynaryjna – mówi Katner.

Krajowa Rada Lekarsko-Weterynaryjna ocenia, że lekarz rozpoczynający pracę w Inspekcji powinien zarabiać minimum krajową średnią. Jest nadzieja, że w najbliższym czasie lekarze będą mogli liczyć na podwyżki. Resort rolnictwa wystąpił o dodatkowe pieniądze z rezerwy budżetu państwa na etaty w Inspekcji Weterynaryjnej.

– Na razie walczymy z ASF na ścianie wschodniej, natomiast zasady bioasekuracji obowiązują na terenie całego kraju i to ma być prewencja. Aby tę prewencję skutecznie wprowadzić, potrzebne są te etaty na terytorium całego kraju, natomiast same etaty nie zwalczą ASF. Trzeba stworzyć takie warunki finansowe, aby ktoś chciał tam pracować, samo przyznanie etatów niczego nie zmieni, to muszą być zarówno dodatkowe etaty, jak i odpowiednio wysokie wynagrodzenia. Problem jest palący, tylko w przeciągu ostatnich tygodni było kilkanaście ognisk ASF – podkreśla Witold Katner.

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi 5

Nowe okręty podwodne dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało przyspieszenie w tej sprawie – po podpisaniu umowy na system Patriot niebawem podjęte mają zostać negocjacje dotyczące zakupu okrętów podwodnych. Naval Group, francuski producent okrętów podwodnych Scorpène, proponuje współpracę przemysłową która pozwoli na stworzenie w Polsce dwóch tysięcy miejsc pracy.

– Nasza oferta dla Polski obejmuje okręty podwodne typu Scorpène, najpotężniejsze konwencjonalne okręty podwodne w NATO, w tym dostęp do całości opracowanego przez nas wyposażenia okrętów typu Barracuda. Oznacza to zarówno pociski manewrujące, opracowane we współpracy z MBDA, jak i torpedy ciężkie i pociski rakietowe Exocet. To kompletna oferta, która zapewni Polsce najlepsze narzędzia z zakresu broni konwencjonalnej dostępne w NATO – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hervé Guillou, prezes koncernu Naval Group.

Po tym, jak pod koniec maja morze wyrzuciło na polskie plaże pociski sygnalizacyjne z rosyjskiego okrętu podwodnego, MON zapowiedział przyspieszenie zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej w ramach programu „Orka”. Jak poinformował niedawno szef resortu Mariusz Błaszczak, po podpisaniu umowy na zestawy obrony powietrznej Patriot MON przystąpi do kolejnych negocjacji, a priorytetem ma być właśnie zakup nowych okrętów podwodnych.

W ramach programu „Orka”, wycenianego na około 10 mld zł, MON zamierza kupić trzy okręty podwodne nowego typu. Jednostki mają być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne razić cele w odległości wielu setek kilometrów oraz zapewnić polskiej flocie realną zdolność do odstraszania. „Orka” to jeden z największych programów modernizacyjnych polskiej armii. Zainteresowani dostarczeniem Polsce okrętów podwodnych są trzej ich producenci – niemiecki holding stoczniowy TKMS, szwedzki Saab, który zaproponował okręty typu A26 oraz francuski koncern Naval Group, który oferuje jednostki typu Scorpène.

– Naval Group oferuje coś, czego nie ma nikt inny. To połączenie suwerenności, pełnej zgodności z NATO i możliwości, których nie mają inni. Jest to także szansa na stworzenie w Polsce silnego przemysłu i stabilnych miejsc pracy w branży zaawansowanych technologii. Zaczynamy od zapewnienia zdolności pomostowej, następnie budujemy okręty podwodne i serwisujemy je. Na tej bazie możemy stworzyć stabilną branżę i miejsca pracy dla specjalistów zaawansowanych technologii – podkreśla prezes Naval Group.

Oferta francuskiego Naval Group obejmuje nie tylko okręty Scorpène, lecz także szeroką współpracę przemysłową w sektorze wojskowym i cywilnym. Dotyczy ona m.in. budowy i serwisowania okrętów w Polsce, wspólnych prac badawczo-rozwojowych, utworzenia w Polsce dwóch tysięcy nowych miejsc pracy oraz współpracy w obszarze wykorzystania morskich odnawialnych źródeł energii. Naval Group proponuje także modernizację okrętu podwodnego ORP Orzeł i jest gotów zakończyć prace z nią związane w ciągu osiemnastu miesięcy. Francuzi podpisali z Polską Grupą Zbrojeniową porozumienie dotyczące transferu technologii i współpracy w zakresie programu „Orka”.

– Przedstawiliśmy stoczniom propozycję współpracy. Sprawdziliśmy około 150 firm i obecnie jesteśmy gotowi do współpracy z prawie setką z nich. Mamy więc kompletną bazę przemysłową, w której powstanie około dwa tysięcy nowych miejsc pracy w Polsce. Firmy skorzystają z pełnego transferu technologii i możliwości budowy okrętów, także od strony systemowej, co mogą następnie przełożyć na inne aspekty działalności, inne segmenty eksportowe, takie jak okręty podwodne i nawodne, a także morskie odnawialne źródła energii – podkreśla Hervé Guillou.

Zakup nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej – która w tym roku obchodzi swoje stulecie – to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące obecnie na jej wyposażeniu stare okręty podwodne w większości mają ponad 50 lat i są powoli wycofywane.

Francuski Naval Group (dawniej DCNS) to największy w Europie koncern zajmujący się projektowaniem i budową okrętów wojennych. Niedawno zdobył wart ok. 40 mld dol. kontrakt na dostawę dwunastu okrętów podwodnych typu Barracuda dla australijskiej marynarki wojennej.

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa 6

Komisja Europejska po raz drugi odrzuciła zarzuty Fakro przeciw VELUX. 11 lipca decyzja została opublikowana na stronie KE. Urzędnicy nie znaleźli potwierdzenia zarzutów, że VELUX narusza unijne reguły antymonopolowe. Spór trwa ponad dekadę, dużo jednak wskazuje na to, że decyzja KE może go wcale nie zakończyć. To, co nazywamy sporem, moim zdaniem jest przemyślaną strategią działania. W ciągu 10 lat pojawiło się około pięćset publikacji, które stawiały firmę VELUX w złym świetle – komentuje Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

– Od przeszło dekady firma Fakro formułuje dużą liczbę bezzasadnych zarzutów pod kątem firmy VELUX, jak również te zarzuty rozpowszechnia. 14 czerwca 2018 roku Komisja Europejska podjęła decyzję o odrzuceniu kolejnej skargi Fakro na praktyki firmy VELUX, była to już druga skarga, którą Komisja rozpatrywała i na podstawie przesłanej dokumentacji z obu stron nie dopatrzyła się żadnych naruszeń prawa konkurencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Pierwsza skarga została złożona przez firmę Fakro do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jeszcze w 2006 roku i rok później do KE. W 2009 KE zamknęła dochodzenie, nie stwierdzając naruszeń prawa konkurencji, w 2012 roku Fakro złożyło ponowną skargę.

– Mimo że nasz konkurent przedstawił Komisji tysiące stron dokumentacji, analiz własnych, analiz zewnętrznych, nie dało to podstawy do stwierdzenia, że w jakikolwiek sposób istnieją naruszenia prawa o konkurencji. Ostatnia skarga była rozpatrywana przez Komisję przez 6 lat, w ciągu tych lat nasz konkurent dostarczył Komisji nie tylko oryginalną skargę, lecz także osiem dodatkowych suplementów z dokumentami. To spowodowało potrzebę zaangażowania dużych zasobów w analizę, zwłaszcza że w każdym przypadku i wielokrotnie VELUX był proszony o dostarczenie swojego stanowiska, swojej dokumentacji i swoich analiz – mówi Siwiński.

Prezes VELUX ocenia, że oprócz ścieżki prawnej, istotny jest czarny PR, jaki dotyka jego firmę od ok. 10 lat. Fakro wielokrotnie powielało informacje, które – jak ponownie uznała KE – są bezpodstawne.

– W naszej ocenie nie chodzi o spór, który dzieje się gdzieś w tle, ale o pewną metodę działania, która ma na celu podważenie zaufania do naszej firmy. Konflikt sprzedaje się dobrze, dzięki takim działaniom firma Fakro uzyskuje dużą ekspozycję medialną, zwraca uwagę opinii publicznej, zwraca na siebie uwagę liderów opinii, decydentów, jednocześnie podważa lub próbuje podważać zaufanie do firmy VELUX – podkreśla Siwiński.

Monitoring mediów prowadzony przez VELUX wykazał, że od momentu rozpoczęcia sporu w mediach pojawiło się blisko pięćset publikacji, w których powtarzane były zarzuty dotyczące praktyk naruszających prawa konkurencji. Publikacje dotarły do 20 mln odbiorców. W ten sposób Fakro miało zyskać darmową reklamę, jednocześnie dyskredytując w oczach opinii publicznej firmę VELUX.

– Przedstawiliśmy bardzo wiele przykładów takiej komunikacji ze strony firmy Fakro, która nie miała odniesienia do faktów, wezwaliśmy naszego konkurenta do tego, aby zaprzestał takiej negatywnej kampanii wobec naszej firmy. VELUX działa w Polsce już 28 lat, zatrudnia 4 250 osób, jest największym producentem okien oraz ich eksporterem w Polsce. Jako duży gracz jesteśmy najbardziej zainteresowani tym, aby rynek działał prawidłowo i transparentnie, ale bez uczciwej konkurencji nie jest to możliwe – ocenia Jacek Siwiński.

VELUX to potentat na europejskim rynku okien dachowych. W Polsce przychody Grupy VELUX i spółek siostrzanych w 2017 roku sięgnęły 1,9 mld zł (bez wymiany handlowej między spółkami). Dla porównania, Grupa Fakro osiągnęła w tym samym okresie 1,36 mld zł przychodów wliczając w to wymianę handlową między spółkami. Według danych opublikowanych na stronie Ministerstwa Finansów w latach 2014-2016 spółki Grupy (Grupa VELUX i spółki siostrzane) zapłaciły 35,6 mln zł podatku CIT, zaś spółki Grupy Fakro – 7,1 mln zł.

Urzędowa interpretacja chroni prawo do zwrotu VAT

Indywidualna interpretacja prawa podatkowego chroni podatnika, który się do niej zastosował. Zakres tej ochrony bywa jednak często przedmiotem sporów z fiskusem. W jednym z najnowszych orzeczeń wojewódzki sąd administracyjny zdecydował, iż należy ją pojmować w sposób szeroki.

Zastosowanie się do interpretacji nie może szkodzić podatnikowi

Zgodnie z Ordynacją podatkową (Dz.U. z 2018 r. poz. 800 z późn. zm.) podatnik ma prawo wystąpić do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego, która może dotyczyć aktualnego stanu faktycznego lub przyszłego zdarzenia. Wnioskodawca musi wyczerpująco opisać stan faktyczny będący przedmiotem wniosku, obowiązkowo zawierając w nim własne stanowisko, które podlega ocenie Dyrektora KIS. Ustawa stanowi, iż zastosowanie się do interpretacji indywidualnej przed jej zmianą, wygaśnięciem lub przed doręczeniem organowi prawomocnego orzeczenia sądu administracyjnego uchylającego tę interpretację nie może szkodzić wnioskodawcy. Zastosowanie się do stanowiska fiskusa powoduje zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku w zakresie objętym interpretacją, jeśli zobowiązanie podatkowe wykonane zostało w sposób nieprawidłowy bądź skutki podatkowe w stanie faktycznym objętym interpretacją nastąpiły po jej doręczeniu. Jeśli jednak skutki te wystąpiły przed doręczeniem interpretacji, to podatnik zwolnienia nie uzyska. Organ może określić wysokość podatku objętego zwolnieniem wynikającym z zastosowania się do interpretacji, a w przypadku, gdy podatnik już uiścił daninę – wysokość nadpłaty. Na tym właśnie tle pewna spółka popadła w spór z fiskusem.

Fiskus przyznał rację, ale odmówił zwrotu podatku

Spółka odwoływała się od rozstrzygnięcia Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej, który uznał, iż w związku z nabyciem nieruchomości, która jest w jego ocenie tzw. zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa, zaniżyła podatek należny do wpłaty, gdyż z tego tytułu nie przysługiwało jej prawo do odliczenia naliczonego VAT. Stan faktyczny, w którym spółka dokonała rozliczenia objęty był uzyskaną wcześniej interpretacją podatkową. Stosując się do niej, zgodnie z ustawą podlegała ochronie. W tym zakresie Dyrektor Izby Skarbowej jako organ odwoławczy przyznał spółce rację i uznał, że choć generalnie powinna zapłacić VAT, jako iż nie miała prawa do jego odliczenia, to dzięki ochronie przysługującej z tytułu zastosowania się do interpretacji, będzie ona z tego podatku zwolniona. Fiskus odmówił jej natomiast prawa do uzyskania zwrotu podatku naliczonego, uznając, że interpretacja indywidualna nie chroni podatnika w tak szerokim zakresie. Organ stwierdził, iż w tej sytuacji nie ma podstaw do określenia nadpłaty podatku w wysokości odpowiadającej kwocie wykazanego przez firmę podatku naliczonego.

Sąd administracyjny stanął po stronie podatnika

Spółka zaskarżyła rozstrzygnięcie do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, nie zgadzając się z tym, iż uzyskana interpretacja nie chroni jej prawa do uzyskania zwrotu. Skład orzekający w wyroku z dnia 20 lutego 2018 r. sygn. III SA/Wa 1896/17 poparł stanowisko skarżącej, uznając, iż w przypadku prawa podatkowego „zapewnienie bezpieczeństwa prawnego na najwyższym poziomie nabiera szczególnego znaczenia”. Zdaniem Sądu „organy podatkowe są zobowiązane do takiego zachowania, które nie będzie powodowało ujemnych skutków dla strony postępowania, która działa w dobrej wierze, ma zaufanie do aktów danego organu i je wykonuje”. Wojewódzki sąd administracyjny podkreślił, że podatnikowi, który zastosuje się do interpretacji indywidualnej „przysługuje pełna ochrona prawna jego oczekiwań wynikających z treści pierwotnej interpretacji. Jej zmiana nie może szkodzić podatnikowi, a w szczególności doprowadzać do istotnego uszczerbku majątkowego”. Mając na uwadze przywołane argumenty, Sąd uchylił rozstrzygnięcie organu, przyznając tym samym spółce rację, iż zastosowanie się do interpretacji podatkowej szeroko chroni nie tylko przed obowiązkiem zapłaty podatku, ale także zabezpiecza prawo do uzyskania jego nadpłaty, za którą w tym przypadku uznać należy również prawo zwrotu podatku naliczonego VAT.

Trafne argumenty skuteczną bronią w walce o swoje prawa

Omawiany wyrok jasno pokazuje, że w sporze z fiskusem nie należy zatrzymywać się w połowie drogi i rezygnować z obrony swoich racji. Każda sprawa podatkowa ma bowiem indywidualny charakter. Wynik sprawy przed sądem administracyjnym niejednokrotnie zależy od niuansów, które mogą zmienić perspektywę składu orzekającego. Prawo podatkowe jest dziedziną niezwykle skomplikowaną i niejednoznaczną. W wielu przypadkach to od siły naszych argumentów zależy, czy sprawa zakończy się pomyślnym rezultatem. Urzędowa interpretacja potwierdzająca słuszność kierunku działania, to niewątpliwie mocny argument na wypadek sporu z fiskusem.

Autor:  radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Polska firma opracowała urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej. Co roku w czasie snu umiera kilka tysięcy dzieci

Polska firma opracowała urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej. Co roku w czasie snu umiera kilka tysięcy dzieci 7

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które mają na bieżąco monitorować parametry życiowe dzieci, ale też możliwie jak najbardziej ułatwić życie rodziców. Najnowsze gadżety pozwalają nie tylko sprawdzać oddech dziecka, ale jednocześnie mierzą temperaturę ciała i informują o pozycji snu. Informacje przekazywane na smartfony rodziców pozwalają na szybką reakcję, która ma kluczowe znaczenie w zapobieganiu nagłej śmierci łóżeczkowej. Rozwijaniem jednego z takich urządzeń zajmuje się polski startup, który planuje je wypożyczać.

– LifeTone to bezprzewodowy baby monitor, który jest mocowany do pieluszki. Pozwala monitorować parametry życia dziecka podczas snu, takie jak oddech, temperatura, puls i pozycja spania. W przypadku zidentyfikowania odchyleń, pewnych sytuacji zagrożenia, wysyłany jest alert poprzez aplikację, która jest zsynchronizowana ze smartfonem rodziców – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Rutczyńska-Jamróz ze start-upu LifeTone.

Rynek urządzeń, które monitorują stan zdrowia dziecka, czy jakość jego snu stale się powiększa. To już nie tylko elektroniczne nianie, które przekazują dźwięk i monitorują oddech. Nowe urządzenia kontrolują tętno, a inteligentne pieluszki same informują, kiedy należy je zmienić. Skarpetki sprawdzają saturację krwi, a specjalne smoczki mierzą temperaturę. Łatwiej jest też kontrolować, czy niemowlę zjada wystarczająco dużo – specjalne słuchawki podczas karmienia piersią pozwalają ocenić ilość spożytego mleka, lub czy jest karmione w odpowiedni sposób – etui na butelkę kontroluje, czy opiekun prawidłowo trzyma butelkę.

Co roku we śnie umiera kilka tysięcy dzieci. W Polsce z powodu nagłej śmierci łóżeczkowej umiera ok. 200 dzieci, w Stanach Zjednoczonych – 3,5 tysiąca. Zagrożone są zwłaszcza wcześniaki, które stanowią 20-30 proc. dzieci umierających w niewyjaśnionych okolicznościach. LifeTone umożliwia pomiary wszelkich parametrów, które potencjalnie mogą mieć wpływ na wystąpienie nagłej śmierci łóżeczkowej (oddech, temperatura, pozycja). Jest zsynchronizowane z aplikacją na smartfonach rodziców i w przypadku jakichkolwiek nieprawidłowości alarmuje rodziców.

Polski startup już przygotowuje kolejne wersje aplikacji i urządzeń monitorujących stan zdrowia, także dla większych dzieci i osób starszych.

– W pierwszej kolejności będzie dostępna wersja dla noworodków, mocowana do pieluszki. Dla starszych dzieci będziemy chcieli zrobić opaskę. Widzimy potrzebę monitorowania np.  gwałtownych wzrostów temperatury u starszych dzieci, które są podatne na różnego rodzaju infekcje. W urządzenie chcemy także wbudować mikrofon, żeby urządzenie mogło stanowić alternatywę dla elektronicznej niani, ale też idziemy dalej, ponieważ chcielibyśmy dostosować algorytm tak, aby urządzenie mogło być wykorzystywane przez ludzi starszych, którzy są narażeni na ryzyko bezdechu – mówi przedstawicielka LifeTone.

Innowacyjne ma być nie tylko samo urządzenie, ale także sposób jego dostępności na rynku. Będzie istniała możliwość nie tylko zakupu urządzenia, ale także jego wypożyczenia na 6, 12 lub 18 miesięcy. LifeTone chce w pierwszej kolejności oferować swoje rozwiązanie w Polsce, ale myśli także o ekspansji zagranicznej.

– Zakładamy, że nasze urządzenie dostępne będzie w sprzedaży w II połowie 2019 roku. Zaczniemy od Polski, natomiast bardzo szybko chcemy wychodzić poza granice naszego kraju. W pierwszej kolejności będziemy kierować się na rynek USA, gdzie jest największe zapotrzebowanie na tego typu urządzenia – zapowiada Ewa Rutczyńska-Jamróz.

Rynek urządzeń monitorujących dzieci rośnie dynamicznie. W 2016 roku wart był ok. 897 mln dolarów. Z raportu Esticast Research and Consulting wynika, że w 2024 roku będzie to już 1,73 mld dol., a coroczne tempo wzrostu sięgnie blisko 9 proc.

Środek tygodnia nie był łaskawy dla złotego

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem słabszego złotego. Polskiej walucie nie sprzyjały czynniki zewnętrzne, jednak tym razem znaczenie miały również wieści z kraju.

Negatywne informacje z USA sugerujące, że Donald Trump czyni kolejne kroki w stronę nałożenia nowych taryf celnych na Chiny (tym razem o wartości 200 mld dolarów) popsuły sentyment do aktywów ryzykownych i przełożyły się na ich słabość. Widać to było zarówno na rynku akcji, jak i obserwując waluty rynków wschodzących. Dolar zyskiwał, co znalazło odzwierciedlenie we wzroście kursu EUR/USD, jednak nie sprzyjało złotemu.

W drugiej części dnia polski złoty był słabszy jednak również ze względu na gołębi ton Rady Polityki Pieniężnej (stopy oczywiście pozostały niezmienione). Podczas konferencji prasowej po spotkaniu banku prezes Glapiński stwierdził, iż w jego opinii stopy procentowe powinny pozostać niezmienione prawdopodobnie do końca 2020 r, czyli przez kolejne 2,5 roku. Prezes RPP zaprezentował nowe szacunki ekonomiczne NBP, które zakładają wyższy niż oczekiwany (w marcu) wzrost gospodarczy w 2018 r. i nieco niższą od oczekiwanej wcześniej dynamikę CPI zarówno w krótkim (2018), jak i dłuższym (2020 r) terminie. Projekcja inflacji opublikowana zostanie na początku przyszłego tygodnia, jednak już teraz wiemy, że aktualizacja oczekiwań Rady utwierdza prezesa Glapińskiego w tym, iż podwyżki stóp procentowych nie nadejdą nawet do końca 2020 r.

Brak rychłych podwyżek stóp procentowych w Polsce, przy jednocześnie oczekiwanych podwyżkach w pozostałych istotnych krajach CEE i strefie euro nie jest czynnikiem, który sprzyja złotemu, co znalazło odzwierciedlenie w kursie polskiej waluty. Mimo wszystko, nawet uwzględniając ten czynnik nadal sądzimy, że obecne notowane poziomy kursu EUR/PLN są wyższe niż uzasadniałyby solidne fundamenty polskiej gospodarki i bardzo dobre perspektywy jej rozwoju.

Funt brytyjski zyskuje w parze ze złotym

W czwartek rano kurs funt względem dolara amerykańskiego spadł do najniższego poziomu od ponad tygodnia. Szterling ustabilizował się jednocześnie względem słabszego euro i umocnił w relacji do polskiego złotego, w wyniku pojawienia się sygnałów, że Unia Europejska może być gotowa do rozważenia nowych propozycji Wielkiej Brytanii w kwestii Brexitu.

Główny negocjator Unii Europejskiej ds. Brexitu, Michel Barnier, stwierdził, że treść 80% umowy między Wielką Brytanią i wspólnotą europejską została uzgodniona w tym tygodniu. Wiadomość wzbudziła nadzieje, że pełne porozumienie może zostać osiągnięte przed ostatecznym terminem, który przypada na październik. Mimo niedawnych zawirowań politycznych związanych z rezygnacją dwóch członków brytyjskiego gabinetu (Davida Daviesa oraz Borisa Johnsona) nie wydaje się, aby miało powstać jakiekolwiek zagrożenie pozycji Theresy May jako przewodniczącej rządu. Kilku Torysów publicznie wyraziło dla niej poparcie, brakuje również silnego nazwiska, które mogłoby stanowić konkurencję dla May i zająć stanowiska premiera. Fakt, iż inwestorzy upewnili się, że jej pozycja jest bezpieczna pozwolił funtowi na wzrost.

Najbliższe dni nie przyniosą nowych wieści makro z Wielkiej Brytanii, stąd wahania szterlinga będą prawdopodobnie zależeć od kwestii politycznych. Dużym wyzwaniem dla funta będzie odpowiedź Unii Europejskiej na długo wyczekiwany „White Paper” – propozycję brytyjskiego rządu w kwestii relacji handlowych między Królestwem a Unią po opuszczeniu Wspólnoty przez UK. Dokument ma zawrzeć „kompleksowy opis” tego, jak zdaniem Wielkiej Brytanii powinien wyglądać Brexit.

Inwestorzy czekają na „minutki” EBC i dane inflacyjne z USA

W czwartkowy poranek indeks dolara amerykańskiego znajdował się na najwyższym poziomie od półtora tygodnia – wczoraj kurs EUR/USD spadł o 0,5%. Utrzymujący się niepokój związany z konfliktem handlowym USA i Chin skłonił w tym tygodniu inwestorów do zaufania bezpiecznym aktywom, takim jak dolar, aniżeli bardziej ryzykownym walutom. Dolar dziś może zyskać jeszcze bardziej, jeżeli opublikowane po południu dane o dynamice cen w USA pozytywnie zaskoczą. Według opinii konsensusu inflacja w Stanach Zjednoczonych powinna wzrosnąć z poziomu 2,8% rocznie notowanego w maju do 2,9% w czerwcu.

Opublikowane dziś dane o dynamice cen w Niemczech były zgodne z oczekiwaniami konsensusu. Ceny w największej gospodarce strefy euro wzrosły na przestrzeni roku o 2,1%. Pozytywnie zaskoczyła natomiast produkcja przemysłowa. Może to być sygnał, że gospodarki bloku walutowego nieco się ożywiły w drugim kwartale br.

Jeszcze przed danymi o inflacji z USA, opublikowane zostaną minutki z ostatniego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, istotne w kontekście dalszych posunięć banku, który zobowiązał się wygasić program luzowania ilościowego do końca roku, jednak równocześnie planuje nie podnosić stóp procentowych co najmniej do końca lata 2019 r.

Autor: Analitycy Ebury – Matthew Ryan & Roman Ziruk

Złoty nadal w odwrocie

Wczorajszy dzień nie był najlepszy dla złotego. Środowe osłabienie naszej waluty spowodowane było nie tylko zapowiedziami nałożenia nowych ceł przez Stany Zjednoczone na Chiny, ale także dobrymi odczytami z amerykańskiej gospodarki.

Tamtejsza inflacja producencka okazała się wyższa od oczekiwań, co dało dodatkowej siły dolarowi. Umacniający się dolar tradycyjnie już nie pomaga walutom z rynków wschodzących. Stąd też mogliśmy oglądać takie osłabienie złotówki. Choć dzisiejszy poranek wygląda raczej neutralnie na notowaniach naszej waluty to należy pamiętać, że są to tak naprawdę pierwsze chwile czwartkowego handlu i wszystko może się jeszcze wydarzyć. Póki co dolar amerykański wyceniany jest na 3,71 zł. Franka szwajcarskiego kupimy za 3,72 zł. Wspólna waluta znajduje się na poziomie 4,33 zł, a funt brytyjski kosztuje 4,90 zł.

Dzień  z inflacją

W godzinach przedpołudniowych poznamy dziś odczyty inflacyjne z ważniejszych gospodarek europejskich. W Niemczech inflacja konsumencka nie zaskoczyła rynków, dlatego też nie było widać żadnej reakcji na notowaniach euro. Na publikację danych z Francji przyjdzie nam jeszcze chwilkę poczekać. Ponadto w godzinach porannych poznamy dynamikę produkcji przemysłowej w Strefie Euro.

Dla Strefy Euro ważniejsza dzisiaj będzie jednak publikacja protokołu z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego. Inwestorzy z uwagą przeczytają raport w celu zapoznania się z dalszymi planami EBC co do prowadzenia polityki monetarnej.

Popołudnie ze Stanami

Z kolei po południu poznamy szereg danych zza oceanu. Najważniejszymi z nich będą odczyty inflacji konsumenckiej, a także liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Mniejszym echem na rynkach powinny obejść się publikacje zmiany zapasów paliw, czy odczyt budżetu federalnego. Niemniej jednak powinniśmy oglądać zwiększoną zmienność w okolicy odczytów na parach powiązanych z dolarem amerykańskim.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zatrudnienie w trakcie roku a dwutygodniowy urlop pracownika

Jednym z głównych przywilejów osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę jest urlop wypoczynkowy zagwarantowany przez Konstytucję RP oraz Kodeks pracy. Powinien być to czas przeznaczony na regenerację sił pracownika, dzięki której będzie mógł efektywnie wykonywać swoją pracę. Eksperci wFirma.pl podpowiadają, jak wygląda udzielenie dwutygodniowego urlopu pracownikowi, który rozpocznie pracę w trakcie roku.

Dwutygodniowy urlop wypoczynkowy

Według przepisów prawa pracy każda osoba, która zatrudniona jest w oparciu o umowę o pracę, posiada prawo do wykorzystania urlopu w sposób nieprzerwany. Oznacza to, że cały przysługujący urlop pracownik może wykorzystać jednorazowo. W ciągu roku wymiar urlopu wypoczynkowego zależy od stażu pracy pracownika i wygląda następująco:

  • 20 dni, gdy pracownik jest zatrudniony krócej niż 10 lat,
  • 26 dni, jeżeli pracownik jest zatrudniony co najmniej 10 lat.

Kodeks pracy jednak dopuszcza możliwość krótszego urlopu, czyli jego podziału na części. Aby udzielić go w częściach, muszą spełnione zostać warunki:

  • podział urlopu następuje na wniosek pracownika,
  • co najmniej jedna część urlopu w danym roku będzie trwała minimum 2 tygodnie.
Ważne!

Art. 162 k.p. dopuszcza  podzielenie urlopu na części, ale równocześnie zakazuje dowolnego jego rozdrabniania.

Według  art. 162 k.p. pracodawca mimo wniosku pracownika powinien odmówić podziału urlopu  wypoczynkowego na mniejsze części niż przewidziane w prawie pracy. Przepis ten mówi także, że pracodawca ma prawo, aby nie uwzględnić wniosku pracownika w sprawie podziału urlopu. W rezultacie może dojść do sytuacji, w której pracodawca zobowiązuje pracownika do wykorzystania co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych urlopu lub do wykorzystania go w całości.

Zatrudnienie w ciągu roku a urlop wypoczynkowy

Gdy pracownik zatrudniony został w ciągu roku kalendarzowego lub gdy nie przepracuje całego roku, otrzyma urlop wypoczynkowy w wymiarze proporcjonalnym do przepracowanego czasu. Rozpoczynając pracę, pracownicy mają prawo do urlopu w wymiarze proporcjonalnym do okresu:

  • który pozostał do końca danego roku kalendarzowego (gdy jest zatrudniony na czas nie krótszy niż do końca danego roku kalendarzowego),
  • zatrudnienia w danym roku kalendarzowym (w przypadku zatrudnienia na czas krótszy niż do końca danego roku kalendarzowego).

Jednak warto pamiętać o tym, że łączny wymiar urlopu w roku kalendarzowym nie może być niższy niż wynikający z okresu przepracowanego w tym roku u wszystkich pracodawców oraz że nie może przekroczyć 20 lub 26 dni w zależności od stażu urlopowego, a także wielkości etatu.

14 dni wypoczynku

Gdy pracownik zostanie zatrudniony w trakcie roku kalendarzowego oraz przysługuje mu prawo do takiej liczby dni urlopu wypoczynkowego, z których na 14 kolejnych dni kalendarzowych wypoczynku przypadałaby jedna jego część, wówczas może on złożyć pracodawcy wniosek o podział urlopu na części. Warto zwrócić uwagę że obowiązek zapewnienia co najmniej 14 dni dotyczy wypoczynku, a nie urlopu wypoczynkowego. W te 14 dni wypoczynku wlicza się także dni wolne od pracy (niedziele, święta, dni wolne z tytułu 5-dniowego tygodnia pracy), na które nie udziela się urlopu. Dlatego pracodawca powinien udzielić tylu dni urlopu wypoczynkowego, aby wypoczynek pracownika trwał dwa tygodnie.  W praktyce wymiar udzielonego urlopu może być krótszy niż 14 dni, a cały okres wypoczynku może być większy niż 2 tygodnie.

Przykład 1.

11 czerwca 2018 roku rozpoczął pracę pracownik, którego staż pracy wynosi ponad 10 lat. Zatrudniono go na czas nieokreślony, w pełnym wymiarze czasu pracy. W tym roku nie był zatrudniony na podstawie umowy o pracę u innego pracodawcy. Ustalono że w 2018 r. pracownik ma prawo do urlopu wypoczynkowego w wymiarze 13 dni (26/12*6 =13 dni). Na wniosek pracownika przysługujący urlop wypoczynkowy można podzielić, ale tylko pod warunkiem, że jedna z części wypoczynku będzie miała co najmniej 2 tygodnie.

Przykład 2.

Pracownik jest zatrudniony od 1 kwietnia do 31 grudnia 2018 roku. Wymiar jego urlopu wynosi 20 dni. Jest to pierwsze zatrudnienie na umowę o pracę w danym roku, więc przysługuje mu 15 dni urlopu (20/12*9=15 dni).  Rozkład czasu pracy pracownika przewiduje pracę od poniedziałku do piątku. Wystąpił on o podzielenie urlopu na części. Fragment urlopu według wniosku ma przypadać na okres od 6 do 17 sierpnia 2018 r. Pracodawca może zgodzić się na ten wniosek. Wypoczynek pracownika będzie trwał 14 kolejnych dni kalendarzowych, z czego dni urlopu przypadło 9, a pozostałe z nich to niedziele (12 i 19 sierpnia), święto (15 sierpnia) oraz soboty będące dniami wolnymi od pracy (11 i 18 sierpnia).

Pracodawca nie powinien akceptować wniosku pracownika o podział urlopu na części, gdy pracownik, który został zatrudniony w ciągu roku kalendarzowego, nie nabył prawa do urlopu wypoczynkowego w wymiarze pozwalającym na wykorzystanie 14 kolejnych dni kalendarzowych odpoczynku.

Wśród ekspertów prawa pracy istnieje także odmienny pogląd. Twierdzą oni, że w przypadku rozpoczęcia pracy w ciągu roku kalendarzowego nie ma obowiązku zapewnienia dwutygodniowego wypoczynku. Takie stanowisko mówi, że pracownik, który ma prawo do pełnego wymiaru urlopu wypoczynkowego (20 lub 26 dni), ma większe możliwości, aby  wykorzystać go w sposób bardziej korzystny. Zaś pracownik, który rozpoczął pracę w trakcie roku i przysługuje mu urlop proporcjonalny, nie ma takich możliwości. Taki pogląd jednak nie ma podstaw w przepisach prawa pracy.

Kiedy niemożliwe jest udzielenie 2 tygodni urlopu?

Istnieją jednak sytuacje, w których udzielenie kolejnych 14 dni kalendarzowych wypoczynku jest niemożliwe. Do takich wyjątków należą:

  • urlop wypoczynkowy pracownika, który podejmuje pracę po raz pierwszy, w roku kalendarzowym, w którym podjął pracę. Zgodnie z art. 152 k.p. uzyskuje on z upływem każdego miesiąca pracy urlop w wymiarze 1/12 wymiaru urlopu przysługującego mu po przepracowaniu roku,
  • obligatoryjne przesunięcie urlopu z powodu jego przerwania. Według art. 166 k.p. może być to spowodowanego m.in. czasową niezdolnością do pracy wskutek choroby lub odosobnieniem z powodu choroby zakaźnej, urlopem macierzyńskim, odbywaniem ćwiczeń wojskowych albo przeszkolenia wojskowego

Pracodawca, który na wniosek pracownika podzieli urlop wypoczynkowy i nie zapewni, aby jedna część jego wypoczynku obejmowała co najmniej 14 kolejnych dni kalendarzowych, narusza obowiązujące przepisy prawa pracy. Ponosi on więc odpowiedzialność za nieudzielenie pracownikowi urlopu zgodnie z przepisami prawa pracy. Dlatego to pracodawca powinien skłonić pracownika do podziału urlopu wypoczynkowego tak, aby część wypoczynku przypadała na 14 kolejnych dni kalendarzowych. Pracodawca jednak nie może nakazać pracownikowi wykorzystania urlopu wbrew jego woli. Według przepisów  Kodeksu pracodawca tylko w dwóch sytuacjach może nakazać pracownikowi, aby wykorzystał urlop wypoczynkowy, dzieje się tak tylko w przypadku urlopu zaległego oraz udzielanego w okresie wypowiedzenia.

Katarzyna Dorociak, Ekspert wFirma.pl

Lodówkomaty, duże gabaryty i dostawy w sobotę – InPost odpowiada na nowe potrzeby klientów

Od 6-7 lat branża e-commerce w Polsce utrzymuje stałe tempo wzrostu, które wynosi 15-18 proc. Estymuje się, że 2018 będzie kolejnym mocnym rokiem, kiedy poziom ten może jeszcze wzrosnąć. Przyczynia się do tego wprowadzony niedawno zakaz handlu w niedziele. Choć na razie funkcjonowanie nowych przepisów nie spowodowało jeszcze dużych różnic w wynikach e-commerce, to fizyczny handel – czyli supermarkety i duże sieci handlowe – notują już spadki i odpływ klientów. Ci z kolei są zmuszeni do zmiany dotychczasowych nawyków.  Choć dziś jest to jeszcze niemożliwe – jeśli rynek będzie ewoluował w zakładanym kierunku – wzrost e-commerce przyspieszy z 18 do 20-23 proc. r/r. Polska przegoni Włochy i stanie się czwartym największym rynkiem e-commerce w Unii Europejskiej. Obecnie do najpopularniejszych produktów kupowanych przez Polaków za pośrednictwem Internetu należy odzież, obuwie, kosmetyki, książki, gry czy drobna elektronika. Widać jednak rosnące trendy jeśli chodzi o wielkogabarytowe przesyłki, tzw. home&garden – czyli wyposażenie domów i ogrodów, w tym także meble. Dzisiaj na polskim rynku brakuje kanału dostawy tego typu paczek.

– To będzie czynnik, który uwidoczni się bardziej w przyszłym roku. Zachowania konsumenckie wyraźnie się zmienią. InPost chce w tym pomóc. Obecnie jesteśmy jedyną firmą, która wdraża dostawę przesyłek do paczkomatów również w soboty – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Brzoska, prezes InPost – Projekt ten był prowadzony pilotażowo przez ostatnie 10 miesięcy. Lada moment usługa będzie dostępna dla wszystkich. Będzie ona zachęcać klientów do nieodkładania kupna na kolejny tydzień i zamawiania produktów w piątek – na Allegro i nie tylko. InPost chce je dostarczać już następnego dnia. Dalszym krokiem, który wydaje się zupełnie naturalny, mają być dostawy w niedziele. Choć InPost skupia się na dostawie mniejszych przesyłek za pomocą paczkomatów – to jako kurier stara się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom rynkowym. Coraz więcej przesyłek o większych gabarytach jest dostarczanych przez InPost Express. Najbliższe lata będą bardzo ciekawe dla branży, zwłaszcza biorąc pod uwagę wprowadzenie niehandlowych niedziel – co spowoduje, że handel żywnością zacznie coraz bardziej przenosić się do Internetu. Kolejną odpowiedzią firmy na oczekiwania rynku będzie nowy projekt, który ruszy już wkrótce w Krakowie i Warszawie – czyli lodówkomaty. Czy okażą się dużym sukcesem? O tym przekonamy się wkrótce. Na razie zakładamy, że w przyszłości handel żywnością będzie stanowił połowę całego handlu internetowego. Dlatego powodzenie projektu jest zupełnie realne – ocenił Brzoska.

Wojna handlowa między USA a Chinami może zagrozić nie tylko amerykańskiej, lecz także światowej gospodarce. Potrzebny szybki powrót do negocjacji

Wojna handlowa między USA a Chinami może zagrozić nie tylko amerykańskiej, lecz także światowej gospodarce. Potrzebny szybki powrót do negocjacji 8

Amerykańska gospodarka wydaje się być w szczytowej formie, a indeksy na Wall Street biją kolejne rekordy. Hossa w Stanach Zjednoczonych trwa już ponad 9 lat i jest to drugi, najdłuższy okres wzrostów na giełdzie po II wojnie światowej. Problemem jest wojna handlowa z Chinami, której eskalacja może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla amerykańskiej giełdy, lecz także dla światowej gospodarki.

– Hossa w Stanach jeszcze się nie skończyła. Ona ma jeszcze potencjał roku, może półtora roku, aby zrównać się z tą najdłuższą hossą z lat 90. Natomiast trzeba mieć na uwadze, że wszystko się kończy i ta ekspansja w pewnym momencie też dobiegnie końca. Na dzisiaj nie ma takich sygnałów ze strony spółek i ich wyników świadczących, że ma się to zadziać za miesiąc, za kwartał czy dwa, w danych gospodarczych też ich nie dostrzegamy. Natomiast jest ryzyko, że im dłużej trwa hossa i ta ekspansja, tym bardziej zbliżamy się do jej końca i niestety trzeba brać to pod uwagę w inwestycjach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI.

Hossa w Stanach Zjednoczonych trwa już ponad dziewięć lat i jest to drugi, najdłuższy okres wzrostów po II wojnie światowej. Dłużej trwał jak na razie tylko boom z lat 90. Już na początku tego roku na Wall Street padły historyczne rekordy. Technologiczny Nasdaq w styczniu po raz pierwszy w historii przekroczył poziom 7 000 pkt, a indeks S&P 500 pierwszy raz przebił 2 700 pkt, zyskując 0,8 proc. Siłą napędową indeksów były głównie spółki technologiczne, na czele z Alphabet Google, Apple, Facebookiem i Amazonem, które zyskiwały dzięki dobrym danym gospodarczym. Na kolejne rekordy nie trzeba było długo czekać, bo już w końcówce miesiąca (26 stycznia) indeks S&P 500 osiągnął historyczny poziom 2 872 pkt, a Nasdaq ustanowił maksimum 7 505 pkt.

– Ze względu na dobrą sytuację gospodarczą i dobre wyniki spółek amerykańską gospodarkę stać jeszcze na to, żeby pobić styczniowe szczyty na indeksie S&P 500. Zrobiły to już Nasdaq, zrobił to już indeks spółek zaliczanych do tzw. FANG, więc wydaje się, że liderzy świata technologicznego pokazali trend, do którego będą dążyć także inne indeksy amerykańskiej giełdy jak S&P 500. Do tego szczytu już niewiele brakuje, wynik ze stycznia jeszcze w tym roku zostanie pobity – prognozuje Jarosław Niedzielewski.

Wtorkowa sesja (10 lipca) była dla Dow Jones już czwartą sesją wzrostową z rzędu (+143 proc.), co było pokłosiem publikowanych wcześniej pozytywnych danych makro dotyczących amerykańskiego przemysłu i stanu gospodarki. Nasdaq sięgnął we wtorek 7 759 pkt, zwyżkując o 0,04 proc., natomiast indeks S&P 500 zyskał 0,35 proc. osiągając 2 793 pkt.

Gospodarka w USA jest w szczytowej formie, na co składają się najniższe od 18 lat bezrobocie, wysoki wzrost gospodarczy, przewyższające oczekiwania odczyty z amerykańskiego przemysłu i inflacja blisko celu. Według indeksu Krajowej Federacji Niezależnej Przedsiębiorczości co trzeci drobny przedsiębiorca spodziewa się poprawy warunków gospodarczych. Problemem jest wojna handlowa z Chinami, której eskalacja może mieć poważne konsekwencje nie tylko dla amerykańskiej giełdy, lecz także światowej gospodarki.

– To wojna, która toczy się w szczególności między USA a Chinami, a także pomiędzy USA a Europą, a nawet Kanadą, czyli dotychczasowymi sojusznikami Ameryki. Jest to element, który może spowodować nie tylko perturbacje na Wall Street, moim zdaniem krótkoterminowe, lecz także doprowadzić do tego, że gospodarka amerykańska i światowa wejdzie w recesję szybciej niż wynikałoby to z innych, cyklicznych względów. Tak się stanie, jeżeli nastąpi ekspansja wojen handlowych i nie zostaną one szybko zakończone rozejmem – ocenia Jarosław Niedzielewski.

W czerwcu zostały wprowadzone cła dla Europy i Kanady, a w ubiegłym tygodniu, w nocy z czwartku na piątek, 6 lipca, Stany Zjednoczone nałożyły też 25-procentowe cła na wart 34 mld dol. rocznie chiński eksport jako karę za wymuszanie transferu technologii od zagranicznych firm i nieuczciwe praktyki handlowe. Pekin odpowiedział, ogłaszając listę amerykańskich towarów tej samej wartości, m.in. samochodów, które zostanie nałożone cła. W nocy z wtorku na środę 11 lipca administracja Trumpa nałożyła kolejną z zaplanowanych partię 10-procentowych ceł na chińskie produkty warte 200 mld dol. rocznie, co spotkało się z analogiczną reakcją Pekinu i wywołało wyprzedaż na światowych giełdach.

Ekspert Investors TFI Jarosław Niedzielewski zwraca uwagę, że już w czerwcu wiele firm, w szczególności z branży motoryzacyjnej, przestrzegało przed spadkiem sprzedaży samochodów i problemami, które będą się z tym wiązać. Akcjonariusze zareagowali na te wieści 10-procentowymi spadkami głównych europejskich producentów samochodów.

– Pierwsze ofiary wojny handlowej już padają. Są nimi nie tylko spółki, lecz także akcjonariusze, a w przyszłości być może także pracownicy, bo wiele firm, które produkują w Stanach i eksportują do Chin, ogłasza konieczność wycofania produkcji z USA, co wpłynęłoby na ograniczenie zatrudnienia. Z teorii wojen handlowych, które w ostatnich miesiącach były raczej medialnym szumem, przeszliśmy do praktyki, która dla wielu firm może się okazać bolesna. dla ich akcjonariuszy również. Jeżeli potrwa to dłużej, może się rzeczywiście rozciągnąć na całą gospodarkę, co będzie negatywnie wpływało na hossę na Wall Street – ocenia Jarosław Niedzielewski.

Jak podkreśla, na wojnach handlowych tracą wszyscy uczestnicy globalnego rynku, w tym zarówno firmy amerykańskie, chińskie, jak i europejskie. Dlatego jak najszybciej potrzebny jest powrót do rokowań i osiągnięcie porozumienia, zanim eskalacja rozleje się na globalne rynki.

– Jeżeli to przeświadczenie dojdzie do administracji Donalda Trumpa – może skłonność do tego, żeby znowu zasiąść do rokowań i wprowadzić jakiś rozejm, będzie większa. To może się odbić w ten sposób, że indeksy spółek spadną o kilka procent, akcjonariusze pokażą swoje niezadowolenie z tego, że sytuacja firm, w których mają udziały, może się pogorszyć ze względu na wojny handlowe i dopiero to zwiększy skłonność polityków do dogadania się między sobą. Wcześniejsze porozumienie między Chinami a USA ogłoszone 20 maja nie spowodowało niestety zmiany taktyki Donalda Trumpa, który zaledwie tydzień później ogłosił, że jednak cła zostaną wprowadzone. Na razie rozmowy niby się toczą, ale niestety cały czas ta wojna trwa i ona przybiera coraz to bardziej groźną postać – mówi Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI.

Zaktualizowana strategia warszawskiej giełdy pomoże się jej odnaleźć między mocnymi rynkami krajów rozwiniętych. GPW będzie do nich zaliczana od 25 września

Zaktualizowana strategia warszawskiej giełdy pomoże się jej odnaleźć między mocnymi rynkami krajów rozwiniętych. GPW będzie do nich zaliczana od 25 września 9

Aż czternaście inicjatyw zawiera zrewidowana strategia Giełdy Papierów Wartościowych do 2022 roku. Większa liczba platform obrotu i instrumentów ma przyciągnąć zarówno firmy, jak i inwestorów. Nowe platformy umożliwią m.in. pozyskiwanie finansowania ze strony funduszy typu venture capital czy w formule crowdfundingu. To jednak nie koniec. Na początku 2019 roku przedstawione zostaną kolejne projekty.

– Nowe platformy, które planujemy, to m.in. wejście w rynek niepubliczny, roboczo nazywamy to Private Market, czyli będzie możliwość pozyskiwania przez platformę finansowania ze strony funduszy VC, w formule crowdfundingu oraz będzie możliwy ograniczony obrót wtórny wyemitowanymi instrumentami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Platforma ta ma być oparta na technologii blockchain, czyli rozproszonej bazy danych, wykorzystywanej do tej pory głównie w transakcjach na kryptowalutach. Jest to technologia bardzo bezpieczna, ale niezbyt wydajna i dlatego użyteczniejsza w przypadku systemów o mniejszej częstotliwości handlu.

– Private Market jest głównie dla start-upów, ale jego uzupełnieniem jest jeszcze coś ważniejszego, czyli GPW Ventures. To jest fundusz funduszy, który będzie inwestował w fundusze VC i w ten sposób start-upy zyskają pośrednio przez fundusz venture nowego inwestora – mówi prezes GPW. – Chcemy z jednej strony uświadamiać funduszom venture, że istniejemy i że warto rozważać wyjście ze swojej inwestycji w start-up właśnie przez naszą stałą platformę giełdową, ale też daje nam wgląd w portfele inwestycyjne tych funduszy venture. Chcemy ewoluować w kierunku technologicznej firmy i być może któryś ze start-upów będzie dla nas, jako dla przedsiębiorstwa, interesujący, wtedy będziemy się starali wykupić go z funduszu venture, oczywiście na warunkach ściśle rynkowych.

Obie opisane platformy przeznaczone są dla małych i średnich firm. Natomiast większe podmioty będą mogły skorzystać z programu rozwoju rynku pierwotnego, czyli GPW Growth, czyli dwuletniego programu szkoleniowego, przygotowującego firmy na przyjęcie inwestora.

– Pozyskanie inwestora to zmiana w kulturze organizacji, ale też w wielu procesach, w controllingu, chcielibyśmy, żeby firmy potrafiły dobrze wyceniać swoją wartość, rozumieć skąd się ona bierze – tłumaczy Marek Dietl. – Jest szereg tematów, które są obce wielu małym i średnim przedsiębiorcom, a jednocześnie, żeby rosnąć, pokonywać kolejne etapy rozwoju, konieczne jest zasilenie finansowe i lepiej być na to dobrze przygotowanym.

GPW chce także rozbudować system pożyczek papierów wartościowych, który ma pobudzić krótką sprzedaż i zwiększyć popyt. Planuje wprowadzenie standardów raportowania biznesowego pozwalających na automatyczne przetwarzanie danych i obniżenie kosztów związanych z raportowaniem przez spółki (GPW Data). Z kolei projekt TCA (Transaction Cost Analysis) umożliwi zbudowanie zestawu innowacyjnych narzędzi do identyfikacji i analizy kosztów transakcyjnych.

– Szczególnie duży nacisk kładziemy na rozwój platformy dla rynku długu. Do tej pory były to po prostu obligacje rządowe, obligacje korporacyjne, teraz chcemy być gotowi do zaoferowania m.in. dwóch osobnych platform dla rynku obligacji, jedna prime dla tych najlepszych obligacji i druga platforma dla obligacji bez ratingu i bardziej ryzykownych, ale potencjalnie też płacących większy kupon – wyjaśnia prezes GPW.

Kolejnym obszarem, do rozwoju którego strategia 2022 ma dać impuls, jest rynek instrumentów pochodnych. Powstaną dwa nowe wskaźniki referencyjne dla rynku obligacji oraz pieniężnego: Warsaw Repo Rate i Bondspot Benchmark. GPW chce też stymulować rynek repo, czyli oddawania papierów wartościowych w zamian za gotówkę, co nie tylko wzmocni płynność sektora finansowego, lecz także wyznaczy stopy procentowe na podstawie transakcji rynkowych. To jednak nie koniec planowanych zmian.

– Kolejna nowa platforma, coś, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy, to platforma obrotu odpadami. Wiele przedsiębiorstw traktuje swoje odpady jako koszt, a dla tych, którzy zajmują się przerobem odpadów, to jest bardzo wartościowy surowiec i chodzi o to, żeby jednych z drugimi połączyć w sposób wystandaryzowany, homogeniczny, żeby wprowadzić tę branżę na nowy poziom obsługi technologicznej – zaznacza Marek Dietl.

Zróżnicowanie źródeł przychodów ma przybliżyć GPW do bardziej rozwiniętych giełd, na których obrót akcjami przynosi znacznie mniejszą część wpływów niż w Warszawie. Zwłaszcza że od 25 września stołeczny parkiet stanie się rynkiem rozwiniętym według klasyfikacji FTSE Russell jako pierwszy z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Od tej pory będzie porównywany z największymi rynkami świata, a nie z rynkami regionu.

– Przygotowujemy się do konkurencji z najbardziej rozwiniętymi rynkami, natomiast nie chcemy bezmyślnie małpować tego, co zrobili inni, szukamy swoich nisz i przede wszystkim możliwości stworzenia produktów najpierw na własne potrzeby, a potem takich, które moglibyśmy oferować innym giełdom – podsumowuje prezes GPW. – Dla wielu rozwiniętych giełd przychody ze sprzedaży technologii to 10 proc. przychodów i więcej, u nas jest to 0 proc., chcemy to zmienić.

Rolnicy i sadownicy będą protestować w Warszawie. Niskie ceny skupu owoców nie rekompensują im nawet kosztów produkcji

Rolnicy i sadownicy będą protestować w Warszawie. Niskie ceny skupu owoców nie rekompensują im nawet kosztów produkcji 10

Jutro w Warszawie protestować będą rolnicy, sadownicy i hodowcy trzody chlewnej, którzy chcą zwrócić uwagę m.in. na zły stan polskiego rolnictwa i dramatycznie niskie ceny owoców miękkich w skupach. Tegoroczne zbiory owoców miękkich zapowiadają się wyjątkowo dobrze, a w przypadku owoców – nawet rekordowo. Jednak stawki oferowane przez zakłady przetwórcze nie zrekompensują producentom nawet kosztów produkcji.

– Jeśli chodzi o krzewy i drzewa, to w tej chwili, pomimo suszy, która dręczy polskie rolnictwo, zbiory są dobre. Zbiory jabłek, które są głównym produktem polskiego sadownictwa, też zapowiadają się dobrze. Nie ma strat spowodowanych gradem, one są stosunkowo nieduże. Większość dobrych, towarowych sadów to są już dzisiaj sady nawadniane, także nie spodziewamy się jakiegoś spadku plonów spowodowanego suszą. Pogoda do końca sezonu będzie decydować w pewnym zakresie o ilości, ale przede wszystkim o jakości tych produktów, które zbierzemy zarówno z przeznaczeniem na świeży rynek, jak i dla przetwórstwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

Upał oraz brak deszczu w maju i czerwcu spowodowały, że zbiory niektórych gatunków zbóż mogą być w tym roku mniejsze nawet o 25 proc. Susza występuje już na całym obszarze kraju, obejmując ponad połowę gruntów ornych. Najbardziej dotyka uprawy zbóż jarych i ozimych. Straty rolników sięgają milionów złotych i odbiją się najbardziej na dochodach mniejszych gospodarstw. Resort rolnictwa i rozwoju wsi pracuje nad mechanizmem pomocowym dla najbardziej poszkodowanych rolników.

Susza nie powinna mieć jednak znaczącego przełożenia na zbiory owoców i warzyw, choć decydująca będzie pogoda w dalszej części sezonu wegetacyjnego. Szczególnie dobrze zapowiadają się zbiory jabłek, które w ubiegłym roku sięgnęły 2,5 mln ton, a rok wcześniej, w 2016 roku, były rekordowe i przekroczyły 4 mln ton.

– Mamy urodzaj owoców, zarówno owoce miękkie, wiśnie, jak i jabłka, powinny plonować zdecydowanie lepiej niż w roku ubiegłym. Jeżeli chodzi o jabłka, spodziewamy się plonów wyższych nawet niż w 2016 roku, który był do tej pory rekordowy. Na obecną chwilę trudno jednak oszacować, jakie straty spowoduje susza jeżeli chodzi o warzywa. Mam tu na myśli przede wszystkim warzywa korzeniowe, kapustne, spośród których wiele gatunków lubi wilgoć. W wielu regionach straty już są odczuwalne, natomiast o wielkości zbiorów zadecyduje przebieg pogody w dalszej części sezonu wegetacyjnego – mówi Witold Boguta.

Urodzaj owoców już teraz zauważalnie przekłada się na ceny, szczególnie jeśli chodzi o stawki płacone przez zakłady przetwórcze. Konsumenci również mogli już odczuć, że ceny truskawek czy czereśni są niższe niż w ubiegłych latach. W ostatnich tygodniach głośno jest o dramatycznie niskich cenach owoców miękkich w skupach, które nie rekompensują producentom nawet kosztów produkcji.

– Niestety, zapowiedzi ze strony przemysłu skazują, że cena jabłka przemysłowego będzie w tym roku niska, znacznie poniżej oczekiwań producentów wynikających chociażby z kosztów produkcji. W Polsce mamy taką nieciekawą sytuację, że cena jabłka deserowego jest mocno skorelowana z ceną jabłka dla przemysłu. Jeżeli to jabłko będzie tanie, to ceny płacone producentowi za jabłko deserowe też będą niskie. Spodziewam się, że konsumenci też odczują te niskie ceny na półkach sklepowych. Te ceny są niskie, mimo że większości produktów nie ma zapasów z roku poprzedniego. Przetwórstwo tych zapasów nie ma, ale w tym roku oferuje ceny znacznie poniżej kosztów produkcji. To oczywiście powoduje niezadowolenie producentów owoców miękkich, ale słyszę, że zapowiadane niskie ceny jabłek też będą je powodować – mówi Witold Boguta.

W resorcie rolnictwa i rozwoju wsi trwają prace nad uregulowaniem relacji między producentami a przetwórcami. Problem wymaga uregulowania po obydwu stronach, ponieważ przemysł przetwórczy chce mieć zapewniony wysokiej jakości surowiec po możliwie najniższej cenie, z kolei producenci chcą mieć pewność zbytu i zagwarantowania sensownej, opłacalnej ceny gwarantującej co najmniej zwrot kosztów produkcji.

– Od części producentów mamy sygnały, że są gotowi takie umowy podpisywać. Natomiast musimy zawsze mieć na uwadze to, że umowa działa w dwie strony. Są w niej zapisane zasady tej współpracy i żeby umowa obowiązywała, to obydwie strony muszą realizować swoje obowiązki z niej wynikające. Muszę powiedzieć, że w przeszłości różnie to bywało, zarówno po stronie przetwórców, jak i producentów – mówi Witold Boguta, prezes zarządu Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.

W piątek, 13 lipca, w Warszawie protestować będą rolnicy, sadownicy i hodowcy trzody chlewnej, którzy chcą zwrócić uwagę na zły stan polskiego rolnictwa. Protest organizowany przez Unię Warzywno-Ziemniaczaną poparli Sadownicy RP, oddziały wojewódzkie i Solidarność RI i Federacja Rolna. Sadownicy chcą m.in. wywrzeć presję na zakłady przetwórcze, żeby podniosły ceny skupu owoców. Ich zdaniem mogło dojść do zmowy cenowej, zawiązanej przez kilka największy w Polsce zakładów przetwórczych, które skupują owoce na przerób od producentów soków czy mrożonek. Resort rolnictwa ma sprawdzić, czy na rynku nie doszło do niedozwolonych działań monopolistycznych.

Nawet co szósta osoba w Polsce mogła paść ofiarą mobbingu lub dyskryminacji. Zdecydowana większość spraw w sądzie kończy się ich przegraną

Nawet co szósta osoba w Polsce mogła paść ofiarą mobbingu lub dyskryminacji. Zdecydowana większość spraw w sądzie kończy się ich przegraną 11

Skala dyskryminacji i mobbingu w Polsce jest coraz większa. W 2017 roku w sądach toczyło się blisko 2,5 tys. spraw w tym zakresie, ale problem może być znacznie powszechniejszy. Z różnych szacunków wynika, że nawet co szósta osoba mogła paść ofiarą działalności dyskryminacyjnej lub mobbingowej, a co trzecia była świadkiem takich zachowań. Za wzrost skali problemu może odpowiadać rosnąca migracja zarobkowa i brak edukacji w tym zakresie. 

– W 2017 roku toczyło się w Polsce 2,5 tysiąca postępowań w zakresie dyskryminacji i mobbingu. Może nie jest to duża liczba, mając na uwadze to, że co roku w Polsce toczy się około dziesięciu milionów spraw w sądach, ale istotne, że zaledwie ok. 5 proc. kończy się wygraną osoby, która kieruje sprawę do sądu. Oznacza to, że wiedza osób, które składają takie pozwy, jest dramatycznie niska, bo albo nie wiedzą, jaka czynność niewłaściwa została względem nich podjęta, albo nie potrafią takiej sprawy przez sąd przeprowadzić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Nikodem Multan, wspólnik w kancelarii Ecovis Milczarek i Wspólnicy.

Skala problemu może być jednak znacznie większa. Już badanie CBOS z 2014 roku wskazywało, że w ciągu pięciu wcześniejszych lat 17 proc. pracowników, czyli ponad dwa miliony osób, było szykanowanych, a 5 proc. było nękanych systematycznie. Do dyskryminacji ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność czy orientację seksualną dołączyły także te ze względu na narodowość, wyzwanie czy rasę. To ze względu na rosnącą migrację zarobkową.

– Mając na uwadze, że migracja do Polski rośnie o setki, a w niektórych przypadkach nawet ponad tysiąc procent rok do roku, a pracodawcy przyjmują, że około miliona miejsc pracy powinni w Polsce pozyskać obcokrajowcy, to jest ogromna skala zjawiska. Więc do klasycznych czynności dotyczących dyskryminacji ze względu na przynależność rasową, płeć, orientację seksualną, doszły kwestie narodowościowe czy językowe – wskazuje Nikodem Multan.

Polacy nie należą do najbardziej tolerancyjnych narodów. Tegoroczne badanie CBOS „Stosunek do innych narodów” wskazuje, że  62 proc. Polaków jest negatywnie nastawionych do mieszkańców krajów arabskich, 40 proc. – do obywateli Ukrainy, a co trzeci Polak jest niechętny Białorusinom.

– Najczęściej zjawisko mobbingu czy dyskryminacji pochodzi od pracodawcy, natomiast zdarza się nierzadko, że są to działania podejmowane przez kolegów. Dyskryminacja, czyli niewłaściwe traktowanie pracownika, może pochodzić tylko od pracodawcy. Natomiast molestowanie, nie tylko seksualne, oraz mobbing mogą pochodzić zarówno od pracodawcy, jak i od kolegów z pracy. Tak jak w skali pracodawców skala tego zjawiska na przestrzeni kilkunastu lat nie uległa zmianie, to wielkość tego zjawiska pomiędzy kolegami w pracy na przestrzeni lat niestety rośnie – wyjaśnia Nikodem Multan.

Z danych zebranych przez kancelarię Ecovis Milczarek i Wspólnicy wynika, że nawet co szósta osoba w Polsce mogła być ofiarą dyskryminacji lub mobbingu. Jednocześnie co trzecia osoba wskazuje, że była świadkiem takiego zdarzenia.

– Dyskryminacja to forma niewłaściwego, gorszego traktowania ze względu na określoną cechę danej osoby albo przynależność do określonej grupy – mówi wspólnik w kancelarii Ecovis Milczarek i Wspólnicy. – Mobbing to zjawisko, które trwa – według orzecznictwa – pół roku i ma swoje określone fazy. Bardzo trudno mi sobie wyobrazić sytuację, że w zakładzie pracy, w którym funkcjonują prawidłowe mechanizmy i procedury, to zjawisko nie zostanie zauważone. Potrafimy rozpoznać, że zachowanie jest niewłaściwe, natomiast nie potrafimy się w danej sytuacji zachować, właśnie z powodu braku odpowiedniej wiedzy, szkoleń, przygotowania przede wszystkim przez pracodawcę.

Choć granica między dyskryminacją a mobbingiem bywa cienka, dla pracownika, który decyduje się skierować sprawę do sądu, właściwe rozróżnienie jest kluczowe. Problemem jest też udowodnienie, że takie zjawisko faktycznie miało miejsce. Jeśli jednak sąd orzeknie na korzyść pozywającego pracownika, nie ma górnego ograniczenia kary. Przyznane odszkodowanie nie może być niższe niż kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę.

– Obowiązkiem pracodawcy nie jest uniemożliwienie istnienia zjawiska. Nie może oczywiście dyskryminować pracowników, ale nie jest jego obowiązkiem ustawowym uniemożliwienie takich zachowań, bo tego zagwarantować nie może. Ma jednak obowiązek wprowadzić określone procedury i szkolenia, żeby temu zjawisku przeciwdziałać. Odpowiedzialność pracodawców jest na zasadzie winy, tzn. jeśli wykaże, że zrobił wszystko, co mógł, żeby w jego środowisku pracy takie zjawisko się nie wydarzało, to jest możliwe, że uwolni się od odpowiedzialności – mówi Multan.

Dlatego, jak ocenia, konieczna jest odpowiednia edukacja. Im więcej będzie się mówić o problemie i możliwościach przeciwdziałania, tym większa szansa na ograniczenie zjawiska.

– Prewencja służy pracodawcy, pracownikowi i środowisku pracy, dlatego przede wszystkim trzeba przeciwdziałać tego rodzaju zjawiskom. A nie ma takiej możliwości, jeśli brakuje elementarnej wiedzy na temat tego, czym te zjawiska są – podkreśla Nikodem Multan.

Nieudaną wycieczkę reklamuje co piąty turysta. Dzięki nowym przepisom można bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki

Nieudaną wycieczkę reklamuje co piąty turysta. Dzięki nowym przepisom można bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki 12

Nawet co piąty turysta reklamuje nieudaną wycieczkę do biura podróży. Dzięki nowym przepisom będzie to prostsze. Lepiej chronione będą też interesy i portfele klientów. Zniknął trzydziestodniowy termin zgłoszenia reklamacji, wydłużono termin przedawnienia. Można już bez konsekwencji zrezygnować z wycieczki, jeśli nastąpią nadzwyczajne okoliczności w miejscu wyjazdu i gdy organizator podniesie cenę wycieczki. Eksperci przypominają jednak, żeby biura wybierać rozsądnie i dokładnie czytać umowy.

– Nowa ustawa o imprezach turystycznych oznacza, że znika trzydziestodniowy termin, w którym konsument musiał zgłosić reklamację i biuro podróży musiało odpowiedzieć na tę reklamację. W zamian za to ustawodawca wprowadził trzyletni termin przedawnienia. Oczywiście musimy pamiętać o tym, że jeżeli podczas wycieczki wystąpią jakieś nieprawidłowości, to zgłaszamy je od razu do organizatora, pilota-rezydenta, żeby mógł je szybko usunąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Znowelizowane przepisy dotyczące imprez turystycznych, które  weszły w życie z początkiem lipca, mają ułatwić życie turystom. Prostsze ma być złożenie reklamacji, a – jak wynika z badania „Wyjazdy Polaków” Instytutu ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor i BIK w 2016 roku – skargę składa nawet co piąty turysta.

– Nowością jest także to, że będziemy mogli zrezygnować z wycieczki, jeżeli jej cena wzrośnie o ponad 8 proc. Nie zmienia się to, że cena wycieczki będzie mogła wzrosnąć tylko do 21 dni przed naszym wyjazdem. To pozostaje niezmienione z trzech powodów: wzrostu kursów walut, wzrostu kosztów transportu oraz podatków. Oczywiście jeżeli biuro zastrzeże w umowie, że cena wycieczki może wzrosnąć, bo np. zwiększy się cena paliwa, to jeżeli cena paliwa spadnie, cena naszej wycieczki również musi się obniżyć – tłumaczy Majchrzak.

Można również bez konsekwencji odstąpić od umowy, gdy wystąpią nadzwyczajne okoliczności w miejscu wyjazdu – panuje epidemia, wybuchnie wulkan, czy jest zagrożenie terroryzmem. W takiej sytuacji operator będzie musiał zwrócić pieniądze w ciągu 14 dni. Umowę można rozwiązać także z przyczyn osobistych. W takim jednak wypadku należy się liczyć z tym, że część środków może przepaść, a organizator potrąci określoną kwotę za odstąpienie.

Jak podkreśla ekspertka, choć nowe przepisy oznaczają spore ułatwienia dla turystów, nic nie zwalnia z rozsądku. Przed zakupem wycieczki warto sprawdzić podstawowe dane, m.in. te dotyczące biura podróży.

– W rejestrze prowadzonym przez resort sportu znajdziemy wysokość gwarancji ubezpieczeniowej, to bardzo ważna informacja, ponieważ pokazuje nam, że biuro podróży działa legalnie, jest ubezpieczone na wypadek swojej niewypłacalności. Jeżeli kupujemy wycieczkę w biurze podróży u agenta, to przeczytajmy umowę, spójrzmy do katalogu, przejrzyjmy również opinie, które są na forach internetowych, i doprecyzujmy ogólne pojęcia takie jak np. piaszczysta plaża, zaciszna okolica, blisko morza – dla nas i dla biura podróży to mogą być zupełnie inne określenia – zaznacza ekspertka UOKiK.

Z badania Kapitalni.org wynika, że choć blisko 90 proc. Polaków sprawdza biura podróży, to większość robi to w niewystarczającym stopniu. Co trzecia osoba szuka informacji, czy operator działa legalnie, a tylko kilkanaście procent posiłkuje się opiniami rodziny i znajomych. Tylko 8 proc. sprawdza, czy biuro jest zabezpieczone finansowo.

– Jeżeli już jesteśmy na wycieczce i wystąpią jakieś nieprawidłowości, to poinformujmy o nich pilota albo rezydenta, ponieważ może się okazać, że np. klimatyzację da się szybko naprawić. Warto też robić zdjęcia, udokumentować nieprawidłowości, zbierać zeznania innych osób, to wszystko nam się przyda później do reklamacji. Jeżeli wrócimy z wycieczki i biuro podróży odrzuci naszą reklamację albo nie wiemy, jak ją napisać, to zgłośmy się do organizacji konsumenckich, które nam w tym pomogą, np. do Rzecznika Konsumentów, Federacji Konsumentów, pomoc znajdziemy także w Stowarzyszeniu Konsumentów Polskich – mówi Agnieszka Majchrzak.

Rynek gier komputerowych czeka rewolucja. Gry będą coraz bardziej realistyczne, a komputery mniejsze

Rynek gier komputerowych czeka rewolucja. Gry będą coraz bardziej realistyczne, a komputery mniejsze 13

Dynamiczny rozwój procesorów i układów graficznych sprawia, że najnowsze wysokobudżetowe gry coraz częściej przypominają pełnometrażowe filmy z realnymi aktorami, a nie obrazy wygenerowane za pomocą komputera. Coraz bardziej zaawansowana technologia wirtualnej rzeczywistości pozwala się zanurzyć w cyfrowym świecie, a gry dążą do osiągnięcia jak największego realizmu. Najważniejszym trendem w branży, oprócz rosnącego realizmu i technologii VR, będzie postępująca miniaturyzacja. Do gier będą wykorzystywane coraz mniejsze komputery, nawet laptopy i miniPC.

– Posłużmy się przykładem najnowszej wersji FIFA 2018, która w porównaniu do wersji 2008 ma dużo wyższe wymagania sprzętowe, ale poziom realizmu jest tam bardzo wysoki. Wraz ze wzrostem wydajności CPU, GPU i innych podzespołów rosnąć też będzie poziom realizmu w grach. Nie mówię tu wyłącznie o wirtualnej rzeczywistości, lecz także o innych aspektach, dzięki którym w przyszłości gry staną się jeszcze bardziej realistyczne. Oddzielną kwestią jest sposób sterowania w grze. Obecnie większość osób używa myszy i klawiatury, ale w przyszłości na rynku gier pojawią się też inne kontrolery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Wieczorek z firmy Zotac Technology.

Jednym z podstawowych wyznaczników realizmu jest jakość grafiki, a ta z roku na rok przekracza kolejne granice. Battlefield: Bad Company w 2008 roku robił kolosalne wrażenie, a dziś na tle jego dwuletniego już Battlefielda 1 prezentuje się co najwyżej poprawnie. Kolejna odsłona serii, która zadebiutuje na jesieni, wyniesie grafikę na jeszcze wyższy poziom, dostarczając niemal filmowych wrażeń z rozgrywki. Zwiększaniu realizmu sprzyjają także eksperymenty z wirtualną rzeczywistością. Mimo że grafika w goglach VR nie jest wciąż najwyższej jakości, gracze mogą poczuć się tak, jakby byli w centrum rozgrywki. Obraz wyświetla się tuż przed ich oczami, co diametralnie zwiększa immersyjność, czyli odczuwanie właśnie realizmu.

Firma Plexus stworzyła elastyczne rękawice VR, które pozwolą dłoniom użytkownika pełnić rolę kontrolera. Sprzęt wyposażono także w miniaturowe silniczki, które pozwolą poczuć wirtualne przedmioty, wibrując np. w momencie chwycenia broni w grze akcji. Projektanci z Teslasuit poszli o krok dalej – stworzyli kostium VR, który przeniesie ruchy całego ciała do wirtualnej rzeczywistości. Wyposażyli go także w system grzewczo-chłodzący oraz układ haptyczny, wzbudzający wibracje w konkretnych partiach ciała, aby np. zasymulować trafienie pociskiem przez przeciwnika.

Na rynku gier najważniejszym trendem w najbliższych latach, oprócz coraz bardziej realistycznej grafiki i wirtualnej rzeczywistości, może być także postępująca miniaturyzacja. Już teraz rynek gier mobilnych rozwija się niezwykle dynamicznie, a według prognoz Newzoo jeszcze w 2018 roku gry mobilne mają przekroczyć 50 proc. udziału w globalnym rynku gier wideo. Miniaturyzacji coraz częściej ulegają także pecety. Dziś komputer do grania nie musi oznaczać obudowy typu tower.

– Ponieważ procesory i karty graficzne są coraz mniejsze i jednocześnie coraz bardziej wydajne, korzystanie z laptopa, którego można wszędzie ze sobą zabrać, wydaje się wygodniejszym rozwiązaniem. To samo można powiedzieć o komputerach miniPC, które są na tyle szybkie, że obsługują najnowsze, wysokobudżetowe produkcje, np. podczas zawodów LAN, imprez e-sportowych czy spotkań z przyjaciółmi – przekonuje ekspert.

Według Newzoo rynek gier osiągnie do 2021 r. wartość 180 mld dol.

Ronson Development rekomenduje 0,06 PLN dywidendy na akcję

Zarząd Ronson Development rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości 0,06 PLN na jedną akcję  na co przeznaczy 9,8 mln PLN z zatrzymanych zysków. Spółka podjęła również decyzję o aktualizacji polityki dywidendowej i zamierza w nadchodzących latach rekomendować przeznaczenie dla akcjonariuszy 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 9,8 mln PLN łącznie (czyli 0,06 PLN na akcję przy obecnej liczbie akcji). 

Zarząd Spółki proponuje ustalić dzień dywidendy na 25 września 2018 r. oraz dzień wypłaty dywidendy na 4 października 2018 r.

Nir Netzer, prezes Ronson Development
Nir Netzer, prezes Ronson Development

„Sytuacja finansowa Spółki jest bardzo stabilna, co umożliwia dzielenie zysków z naszymi akcjonariuszami” – mówi Nir Netzer, Prezes Ronson Development.

„Ronson wypłaca regularnie dywidendy od 2014 r.i planujemy kontynuować tę dobrą tradycję. Dlatego zamierzamy w najbliższych latach rekomendować przeznaczenie na ten cel 50% skonsolidowanego zysku netto, ale nie mniej niż 9,8 mln zł. Ostateczne rekomendacje dywidend w kolejnych latach będą oparte między innymi na ocenie bilansu przepływów pieniężnych Grupy – dodaje Rami Geris, Członek Zarządu i Dyrektor Finansowy Ronson Development.

Stopy mają pozostać bez zmian do końca 2020 r.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w lipcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Żyżyński i prof. Hardt) powtarzają, że zarówno obecnie, jak i w przewidywalnej przyszłości nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Podczas dzisiejszego spotkania prezes Glapiński podzielił się również projekcjami Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego. DAE oczekuje, że inflacja w 2018 r. i 2020 r. powinna być nieco niższa od tej oczekiwanej jeszcze w marcu. Zgodnie z oczekiwaniami wskaźnik CPI powinien w 2020 r. z 50-procentowym prawdopodobieństwem znaleźć się w widełkach 1,7 – 3,9% w porównaniu do 1,9 – 4,1% prognozowanych wcześniej. Co ciekawe, NBP spodziewa się również nieco niższego wzrostu gospodarczego w dłuższym terminie (lata 2019 – 2020) niż zakładał wcześniej. Oczekuje, że PKB Polski w  końcówce projekcji (w roku 2020) wzrośnie z 50% prawdopodobieństwem o  2,4 – 4,3%, w porównaniu z oczekiwaniami zawierającymi się w widełkach 2,6 – 4,6% z marca br. W krótkim terminie (w 2018 roku) PKB ma być z kolei nieco wyższe niż oczekiwano wcześniej. Zgodnie z nową estymacją z 50-procentowym prawdopodobieństwem ma zawierać się w widełkach 4,0 – 5,2% wobec wcześniejszych widełek 3,5 – 5,0%.

Kluczowym wnioskiem, jaki należy wynieść z dzisiejszego spotkania jest fakt utrzymania bardzo niskich oczekiwań Narodowego Banku Polskiego co do kształtowania się inflacji w przyszłości. O ile prognozy NBP względem inflacji się sprawdzą, RPP może w ogóle nie podnosić stóp procentowych w horyzoncie prognozy.

Obecnie wygląda na to, że kredytobiorcy nie mają się czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w bieżącym roku niemal na pewno pozostaną niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r. a nawet jeszcze w 2020 r.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Po co nam Centralny Port Komunikacyjny?

Dzisiaj Centralny Port Komunikacyjny wydaje się przede wszystkim projektem politycznym. Trwa okres dużych inwestycji, choć niekoniecznie wszystkie z nich mają swoje uzasadnienie. Największym problemem są słabe strony projektu, które sam rząd zawarł w uchwale z ubiegłego roku o jego realizacji. Nie są to błahe powody i budzą wątpliwości co do słuszności pomysłu. Należy do nich konkurencja ze strony innych istniejących już w Europie hubów oraz dość słaba pozycja na mapie lotniczej naszego narodowego przewoźnika – Linii Lotniczych LOT. Choć cały czas LOT rośnie w siłę, to dalej nie jest wystarczająco mocny – jak na zadania, które go czekają. Należy pamiętać, że chodzi o inwestycję za olbrzymie pieniądze. Rząd mówi o komponencie kolejowym wartym ok. 8,9 mld złotych, komponencie drogowym, a także samym związanym z budową portu. Choć według zapowiedzi całość ma kosztować ok. 30-35 mld złotych – przewiduje się, że ostatecznie wartość tej inwestycji wyniesie raczej 45-50 mld złotych.

– Ograniczeniem jest także brak doświadczenia w realizacji tego typu projektów. Przykłady z Europy i całego świata pokazują, że tak duże inwestycje lotnicze zawsze są niedoszacowane i realizowane dłużej niż pierwotnie zakładano – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Największym problemem jest jednak to, że decyzja o budowie Centralnego Portu Komunikacyjnego została podjęta na podstawie analiz z 2010 roku. Rząd sam dzisiaj przyznaje, że niektóre z nich mogą nie być aktualne. Dopiero teraz omawiany jest wpływ CPK na inne porty regionalne. Najpierw zadecydowano o jego powstaniu, ale nie ustalono dalszych losów lotniska na Okęciu. Powinno ono zostać zamknięte, żeby nie tworzyć konkurencji – ze względu na położenie względem centrum Warszawy – dla LOT-u, który ma być przeniesiony. LOT może nie dać rady być konkurencyjną firmą w stosunku do działających dziś w Europie sojuszy, które przyciągają pasażerów do Monachium, Zurychu, Londynu czy Paryża. Prawdopodobnie będziemy zmuszeni korzystać z krajowej, wewnętrznej siły jeśli chodzi o podróżnych. Tutaj jednak od lat obserwujemy wyraźną tendencję – ponad 60 proc. ruchu opiera się na tanich liniach lotniczych. Centralny Port Komunikacyjny nie jest dla nich, bo będzie za drogi. Oprócz tego mamy do czynienia z decentralizacją ruchu, którego 60 proc. obsługują porty regionalne. Pozostaje więc pytanie – dla jakiego pasażera i po co zmieniać tendencje, które pozwoliły Polakom korzystać z transportu lotniczego? Uzależnienie od tej formy przemieszczania jest przecież ściśle związane ze stanem naszych portfeli i wartością PKB – ocenił Furgalski.

Sielewicz: PPK to nowoczesny program, podobny do rozwiązań zachodnich

Wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych podniesie stopę oszczędzania w Polsce. Obecnie plasujemy się na niskim poziomie, a nasz wynik jest poniżej średniej unijnej oraz poniżej średniej w większości krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dla samego rynku kapitałowego może to być znaczący bodziec – będziemy obserwować napływ nowych środków. Spowoduje to mniejszą zależność rynku kapitałowego w Polsce od wahań nastrojów, wydarzeń na rynkach światowych i decyzji podejmowanych poza granicami naszego kraju. Możemy być beneficjentem tej sytuacji w obliczu dekoniunktury lub bardziej krytycznego patrzenia na kraje rozwijające się. Dla polskich emerytów PPK należy ocenić pozytywnie.

– Program jest dobrowolny oraz nowoczesny, posiada wiele zbieżności do programów stosowanych w krajach zachodnich czy USA. Stopa oszczędzania będzie wzrastała – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Dużo wątpliwości jest po stronie kwestii zaufania Polaków –  mieliśmy do czynienia  z demontażem systemu Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jednak w porównaniu z tym systemem zagwarantowane zostało, że środki zgromadzone w ramach PPK będą prywatne. Zapis ten powoduje zmniejszenie niepewności, jednak stopień partycypacji w programie może być mniejszy, niż oczekiwany przez rząd – ocenił Sielewicz

Ile mieszkań sprzedali deweloperzy w pierwszym półroczu

Jakie wyniki sprzedaży odnotowały firmy w pierwszej połowie roku? Jak tegoroczne podsumowanie wypada w porównaniu z rezultatem uzyskanym w pierwszym półroczu ubiegłego roku? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

W drugim kwartale 2018 roku sprzedaliśmy 389 lokali, czyli o 66 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2017 roku. Półrocze zamknęliśmy ze sprzedażą na poziomie 646 lokali, tj. o 7,5 proc. większą niż w pierwszym półroczu 2017 roku. Wśród najchętniej wybieranych inwestycji znalazły się Olimpia Port, Cztery Pory Roku i Browary Wrocławskie.

Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnord S.A.

Sprzedaż netto lokali, według danych ważonych udziałem Polnord w spółkach zależnych, wyniosła w I półroczu 2018 roku 497 lokali w stosunku do 652 mieszkań sprzedanych w I półroczu 2017 roku.

Grupa Polnord ostrożnie podchodzi do celów sprzedażowych na 2018 rok z powodu rosnących cen wykonawstwa. Do sprzedaży będą wprowadzane inwestycje, na które mamy podpisane umowy na generalne wykonawstwo, czyli jesteśmy w stanie jednoznacznie oszacować koszty budów. Mamy ten komfort, że dysponujemy dużym zasobem gruntów inwestycyjnych i własną spółką budowlaną – Polnord Construction. Możemy więc przenosić nasze projekty na przyszły rok, nie zamierzamy budować drogo i przerzucać nieakceptowalnych kosztów na klientów.

Michał Melaniuk, dyrektor zarządzający Cordia Polska

W I półroczu 2018 roku Cordia Polska sprzedała 150 lokali, czyli o 30 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Uważamy to za duży sukces. Co więcej, patrzymy w przyszłość z optymizmem i liczymy na uzyskanie w Polsce sprzedaży na poziomie minimum 1 tysiąca lokali rocznie. Stawiamy aktualnie na trzy rynki – Warszawę, Kraków, Gdańsk, ale monitorujemy pod kątem sprzedaży działek również Poznań i Wrocław.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Zgodnie ze wstępną informacją o wynikach za II kwartał 2018 roku, liczba zawartych przez spółkę J.W. Construction Holding S.A. umów deweloperskich, przedwstępnych umów sprzedaży oraz płatnych rezerwacji wyniosła 332. W tym samym okresie roku 2017 spółka znalazła nabywców na 449 lokali.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. Sprzedaży Lokum Deweloper

W pierwszym półroczu 2018 roku podpisaliśmy 531 umów deweloperskich i przedwstępnych, podczas gdy w analogicznym okresie w zeszłym roku zawarliśmy 438 umów. Tym samym, odnotowaliśmy 21 proc. wzrost sprzedaży. Na łączną sprzedaż w pierwszym półroczu złożyło się 408 lokali na rynku wrocławskim oraz 123 na rynku krakowskim. Podtrzymujemy zatem cel sprzedaży przyjęty na 2018 rok na poziomie powyżej 1000 mieszkań.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

W pierwszym półroczu 2018 podpisaliśmy umowy na sprzedaż 135 lokali. Na dynamikę naszej sprzedaży duży wpływ miało rozszerzenie oferty o kolejną lokalizację i nowy projekt przy ulicy Omulewskiej w Warszawie. W najbliższych miesiącach planujemy dalsze poszerzenie naszego portfolio lokalizacji i w nadchodzących kwartałach spodziewamy się kolejnych wzrostów sprzedaży.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

W pierwszym półroczu odnotowaliśmy niewielki spadek ilości transakcji w porównaniu z analogicznym okresem w roku minionym. Jest to spowodowane znaczącym wzrostem podaży oraz brakiem możliwości skorzystania z dopłat w programie MdM, z czym się liczyliśmy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Grupa Kapitałowa Home Invest w pierwszym półroczu bieżącego roku odnotowała zadowalające wyniki sprzedaży. Wprawdzie są one nieco niższe w porównaniu z poprzednim rokiem, ale taka sytuacja jest spowodowana mniejszą ilością lokali w naszej ofercie. Wkrótce jednak się to zmieni, bo nowe inwestycje są już w trakcie zaawansowanych przygotowań i niedługo pojawią się w sprzedaży.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Pierwsze półrocze bieżącego roku należało do najlepszych w historii naszej firmy. Zwiększony popyt odnotowaliśmy szczególnie w drugim kwartale. Pomimo negatywnych bodźców dla rynku, jak choćby zakończenie programu Mieszkanie dla Młodych, czy zauważalny wzrost cen, popyt na nowe mieszkania utrzymywał się na wysokim poziomie. Przyczyn tego stanu rzeczy upatrujemy w szczególności w dobrej koniunkturze w gospodarce, jak również w większej dostępności i relatywnie niskich kosztach kredytów hipotecznych.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Chociaż sprzedaż naszych mieszkań wciąż utrzymuje się na dość dobrym, zadawalającym poziomie, widać jednak lekkie wyhamowanie rynku. W porównaniu do ubiegłego roku wzrosty są niewielkie, bo zaledwie kilkuprocentowe.

Marta Kasprzak, menedżer ds. sprzedaży i marketingu w Duda Development

Nasze tegoroczne wyniki sprzedaży nie różniły się od tych z ubiegłego roku.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

Zainteresowanie klientów zakupem mieszkań nadal jest wysokie, podobnie jak było to w pierwszym półroczu roku. Zarówno ilość wizyt w biurach sprzedaży, jak i ilość zapytań mailowych, czy telefonicznych jest na zadowalająco wysokim poziomie. Jest to związane z wprowadzeniem do sprzedaży w ostatnim okresie, dwóch nowych etapów inwestycji Lifetown i Next Ursus.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Sprzedaż mieszkań w pierwszym półroczu tego roku była zdecydowanie lepsza, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wszystkie oferowane przez nas mieszkania znajdują właścicieli na długo przed zakończeniem budowy.

Autor: Dompress.pl

Czy obywatel Ukrainy dostanie w Polsce kredyt na mieszkanie?

  • Według danych MSWiA, w 2017 r. obcokrajowcy kupili w Polsce 6,4 tys. lokali; ¼ trafiła do Ukraińców.
  • Obywatel Ukrainy ma szansę na otrzymanie w Polsce kredytu hipotecznego, musi jednak liczyć się z koniecznością spełnienia dodatkowych warunków.
  • Podstawowym jest posiadanie karty stałego pobytu, jednak w niektórych bankach niezbędne będzie również zaświadczenie o zameldowaniu lub wyższy wkład własny.

Z danych Departamentu Statystyki Narodowego Banku Polskiego wynika, że w 2017 r. przebywało w Polsce średnio 900 tys. obywateli Ukrainy. Choć w głównej mierze nasi sąsiedzi przyjeżdżają do Polski w celach zarobkowych, to część z nich postanowiła zostać u nas na dłużej i zainwestować zarobione pieniądze. MSWiA podało, że w ubiegłym roku obcokrajowcy zakupili w naszym kraju 6,4 tys. lokali, z czego 4,8 tys. stanowią mieszkania. Najwięcej, bo aż ¼ tych lokali nabyli Ukraińcy, zdecydowanie wyprzedzając pod tym względem np. Niemców.

Kredyt dla obcokrajowca? Tak, ale pod kilkoma warunkami

Część lokali jest kupowanych za gotówkę, jednak obcokrajowcy mogą starać się też o kredyt hipoteczny na zakup nieruchomości w Polsce, ale oczywiście muszą spełnić szereg warunków. Oprócz podstawowych, obowiązujących wszystkich, bez względu na narodowość – jak zdolność kredytowa czy dokumenty poświadczające o zatrudnieniu, dochodzą jeszcze dodatkowe kryteria.

Nie bez znaczenia pozostaje informacja, czy osoba ubiegająca się o kredyt hipoteczny jest obywatelem Unii Europejskiej czy też nie – od tego zależy tryb postępowania kredytowego. Dla obywatela Ukrainy podstawowym kryterium jest posiadanie karty stałego pobytu. Okres oczekiwanej ważności karty różni się jednak w zależności od banku. Niektóre wymagają okresu ważności nie krótszego niż 12 miesięcy w momencie złożenia wniosku, inne oczekują tylko 3 miesięcy. Ważne jest również posiadanie numeru PESEL. Zdarza się także, że bank wymaga potwierdzenia związku z Polską, np. poświadczenia źródła dochodów w Polsce, związku małżeńskiego z obywatelem polskim lub posiadania nieruchomości w Polsce. Wymagania różnią się nieco w różnych bankach, niemniej jednak najważniejsze jest to, że są możliwości uzyskania finansowania zakupu nieruchomości przez obcokrajowców  – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

W niektórych bankach będzie wymagany wyższy wkład własny

Tak, jak w przypadku Polaków, którzy ubiegają się o przyznanie kredytu hipotecznego, obywatele Ukrainy również muszą liczyć się z tym, że w bankach obowiązują różne kryteria i obowiązkowe dokumenty. W niektórych przypadkach karta stałego pobytu jest jedynym dodatkowym dokumentem, jaki Ukrainiec będzie musiał przedstawić w banku, jednak są też banki, które będą wymagały nawet wyższego wkładu własnego. Należy także pamiętać, że uzyskiwanie wynagrodzenia za granicą wiąże się z koniecznością przedstawienia zaświadczenia z odpowiednika polskiego BIK-u wraz z tłumaczeniem przysięgłym. Banki mogą także wymagać poświadczenia okresu przebywania na terenie Polski nawet przez co najmniej 5 lat.

Nie należy jednak zrażać się koniecznością przedstawienia dodatkowych dokumentów. Czasem lepiej poświęcić trochę czasu i załatwić wszelkie formalności, żeby otrzymać kredyt na lepszych warunkach. Sytuacja komplikuje się, jeśli nie jesteśmy w stanie przedstawić wymaganych zaświadczeń. W takim przypadku najlepiej skorzystać z porady eksperta, który zna oferty z większości banków i obowiązujące w nich kryteria, żeby jak najlepiej dopasować kredyt do sytuacji życiowej oraz możliwości finansowych danej osoby – dodaje Katarzyna Dmowska.

Źródło: ANG Spółdzielnia

Przemysł 5.0 widać już na horyzoncie. Jaka będzie kolejna rewolucja przemysłowa?

Dzięki nowym technologiom świat rozwija się dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, tymczasem na horyzoncie widać już mglisty zarys kolejnej. Na wzór poprzednich stanowi ona mieszankę zdumiewających obietnic, ciężkich wyzwań i niechybnych konsekwencji. Jakie będą fabryki przyszłości? Na to pytanie szukamy odpowiedzi wspólnie z ekspertami z wrocławskiej firmy DSR, specjalizującej się w dostarczaniu zaawansowanych rozwiązań IT dla produkcji.

O przemożnym wpływie wynalazków na społeczeństwo i gospodarkę przekonano się już pod koniec XVIII wieku, kiedy jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się fabryki wyposażone w maszyny parowe. Efekty pierwszej rewolucji przemysłowej, polegającej na umaszynowieniu fabryk i manufaktur, widoczne były wszędzie. Ich siła popchnęła ówczesną gospodarkę ku gwałtownemu rozwojowi, który za sprawą nowych wynalazków przyspieszył gwałtownie w XIX wieku. Druga rewolucja przemysłowa przyniosła ze sobą elektryczność, która gruntownie zmieniła globalną gospodarkę. W fabrykach pojawiły się linie produkcyjne, co pozwoliło na uruchomienie przez przełomowe wynalazki. Żarówka, telefon, aparat fotograficzny, pojazdy silnikowe i radioodbiorniki – to wszystko pojawiło się w XIX wieku. Świat zmienił się nie do poznania, by 100 lat później przywitać kolejną rewolucję. Tym razem w jej centrum znalazły się informatyzacja i automatyzacja. Wraz ze zwiększającą się wydajnością taniejącego i coraz łatwiej dostępnego sprzętu komputerowego, firmy rozpoczęły wdrażanie systemów do planowania i kontroli oraz narzędzi umożliwiających sterowanie maszynami, co przyczyniło się do zwiększenia elastyczności i precyzji produkcji. Nowe rozwiązania informatyczne sprawiły, że producenci, jak jeden mąż, zwrócili się w kierunku automatyzacji.

Zderzenie z rzeczywistością

Podczas gdy trzy pierwsze rewolucje dzielił od siebie okres około stu lat, czwarta spadła na nas szybciej, bo zaledwie po pięciu dekadach. Poprzedziła ją faza intensywnej globalizacji, której towarzyszył offshoring, czyli przenoszenie produkcji do państw mniej rozwiniętych gospodarczo, takich jak Chiny czy Bangladesz. Przemysł 4.0 w dużym skrócie można zdefiniować jako dogłębną cyfryzację, a następnie dalszą automatyzację procesów zachodzących w przedsiębiorstwach poprzez implementację zaawansowanych systemów IT, przemysłowego internetu rzeczy, analityki danych i sztucznej inteligencji. – Dążymy do tego, by zespolić świat fizyczny z wirtualnym w sposób, który znacząco usprawnia działanie tego pierwszego. Taki poziom cyfryzacji wymaga nie tylko sporego budżetu, lecz także wprowadzenia fundamentalnych zmian w zarządzaniu przedsiębiorstwem. Zbieranie danych nie jest już sztuką. Wyzwanie polega na wyciąganiu z nich wartościowych wniosków, a to wymaga zmiany myślenia i utartych sposobów działania. Nagrodą są skok produktywności, wyższy poziom bezpieczeństwa, lepsza jakość i mniejsze marnotrawstwo – wyjaśnia Piotr Rojek, dyrektor zarządzający w DSR, firmie specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach IT dla przemysłu. Jego zdaniem wymiana informacji pomiędzy ludźmi, maszynami i systemami komputerowymi stanowi siłę czwartej rewolucji przemysłowej. Siłę, którą należy umiejętnie okiełznać, by przyniosła oczekiwane rezultaty.

Tymczasem Zbigniew Piątek, który skrupulatnie bada zagadnienia związane z przemysłem 4.0 zaznacza, że obejmuje on cały łańcuch wartości: od złożenia zamówienia i dostarczenia komponentów dla trwającej produkcji, aż do wysyłki towaru do klientów i usług posprzedażnych. Środowisko Przemysłu 4.0 wspiera załogę jak nigdy dotąd zapewniając dostęp do praktycznie każdej przydatnej informacji, w dowolnym czasie, z dowolnego miejsca, co umożliwia ekonomiczną produkcję zindywidualizowanych wyrobów i krótkich serii – zwraca uwagę Piątek i dodaje, że producenci, którzy wdrażają rozwiązania tej klasy mogą obniżyć koszty produkcji i w bardziej elastyczny sposób reagować na zapytania klientów. Największe wrażenie robi jednak sposób, w jaki nowoczesne systemy IT wykorzystują dane, spływające z hali produkcyjnej, do optymalizacji procesów, redukcji zastojów i eliminacji wadliwych partii. – Potrafimy zmniejszyć lub nawet całkowicie wyeliminować zjawiska obniżające jakość wyrobów i podwyższające koszty produkcji. Jest to możliwe dzięki mierzeniu oraz poddaniu analizie komputerowej w czasie rzeczywistym wielu parametrów technologicznych. W podobny sposób działa analityka predykcyjna, w której wykorzystanie np. specjalnych czujników drgań harmonicznych i analiza strumienia danych daje szerokie możliwości w zakresie wykrywania i identyfikacji konkretnych usterek, zanim dojdzie do uszkodzenia całej maszyny i w konsekwencji wstrzymania procesu produkcyjnego – tłumaczy Jan Skowroński, R&D manager w DSR.

Mimo, że czwarta rewolucja przemysłowa trwa w najlepsze, większość firm wciąż znajduje się w jej początkowym stadium. – Robimy wszystko, aby zyskać siłę roboczą na miarę czwartej rewolucji przemysłowej – pod tym zdaniem podpisało się 86 proc. managerów wyższego szczebla w najnowszym badaniu przeprowadzonym przez Deloitte. Mimo szczerych chęci i licznych działań mających wprowadzić firmy produkcyjne na tory cyfrowej transformacji, efekty pozostawiają wiele do życzenia. Okazuje się bowiem, że zaledwie 14 proc. ankietowanych uznaje swoje przedsiębiorstwo za w pełni gotowe na wyzwania przemysłu 4.0.

Powrót do przyszłości

Tempo w jakim producenci implementują idee czwartej rewolucji przemysłowej, mimo że nie spełnia ona oczekiwań dostawców technologii, wcale nie jest ślimacze. To świat pędzi z niespotykaną dotychczas prędkością. Trudno za nim nadążyć realizując projekty wymagające gigantycznych nakładów finansowych i gruntownych zmian organizacyjnych w spowalnianych przez korporacyjne wymagania i procedury przedsiębiorstwach. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że coraz częściej mówi się o przemyśle 5.0, który – jeśli wierzyć futurystycznym wizjom ekspertów – zmieni fabryki nie do poznania.

Siłą napędową piątej rewolucji przemysłowej mają być technologie kognitywne, umożliwiające maszynom wykonywanie zadań, które dotychczas zarezerwowane były wyłącznie dla ludzi. Doskonale widać to na przykładzie rozpoznawania obrazów i interpretowania mowy. Za sprawą technologii kognitywnych inteligentne roboty mają pracować u boku człowieka w całkowitej harmonii – nawet w małych i średnich zakładach produkcyjnych. Efektem kolaboracji ludzi z tzw. co-botami ma być szeroko zakrojona automatyzacja, w której rola tych pierwszych ulegnie sporej zmianie. Mimo, że nad automatyzacją od zawsze unosi się widmo bezrobocia, to przemysł 5.0 skutecznie je przegania, wydobywając to co najlepsze z ludzi i robotów. Żmudne, powtarzalne czynności spadną na maszyny, podczas gdy pracownicy z krwi i kości zajmą się tym co kreatywne, wymagające krytycznego myślenia, przewidywania i dozy wrażliwości. – Dziesięć lat temu rodzice mówili swoim dzieciom, by nie szły do pracy w fabrykach. To wielka szkoda, ponieważ właśnie w nich dokonuje się postęp i rodzą innowacje. Przemysł 5.0 sprawi, że fabryka stanie się miejscem, gdzie kreatywni ludzie znajdą dla siebie miejsce – Esben Østergaard, chief technology officer w Universal Robots. Istotny dla rynku pracy jest również fakt, że roboty nie obejdą się bez konserwacji i jak na razie są w tej potrzebie całkowicie zdane na naszą łaskę. Im więcej maszyn, tym więcej napraw, a co za tym idzie – większe zapotrzebowania kadrowe.

Przygotowanie co-botów do wykonywania nowych zadań i działania w różnorodnych środowiskach pracy ma być niezwykle proste. Przyczynią się do tego zaawansowane algorytmy uczenia maszynowego, łatwe w obsłudze interfejsy oraz systemy ręcznej kontroli, które można wykorzystać, by nauczyć robota wykonywania określonych czynności. Taka forma programowania odbywa się przez zapamiętywanie sekwencji ruchów wykonanych przez człowieka i nie wymaga konwencjonalnego kodowania. – Takie maszyny są już dostępne na rynku, potrafią poruszać się tak, by nie stanowić zagrożenia dla ludzi, a dla bezpieczeństwa producenci wyposażyli je w specjalne ochraniacze. Z tego samego powodu siła, z jaką wykonują zadania została mocno ograniczona. W przyszłości będziemy oglądać je coraz częściej, na razie jednak wciąż stanowią niszę. To technologia, która dopiero raczkuje i potrzeba czasu, by rozwinęła się na tyle, by mogła w pełni sprostać naszym oczekiwaniom – ocenia Piotr Rojek.

DNA robi różnicę

Gdy to nastąpi, harmonijna współpraca ludzi z inteligentnymi robotami wyniesie przedsiębiorstwa produkcyjne na nowy poziom personalizacji. Takiego zdania jest Esben Østergaard, który w przemyśle 5.0 dostrzega szansę na aprecjację kapitału ludzkiego, jako elementu nadającego wartość wytwarzanym produktom. – To właśnie spersonalizowanych produktów konsumenci pożądają najbardziej i są gotowi zapłacić więcej za takie, które noszą charakterystyczne znamię ludzkiej troski i kunsztu, np. piękne zegarki czy piwo rzemieślnicze – zauważa Østergaard. Według niego takie produkty mogą powstać wyłącznie przy zaangażowaniu człowieka. Ten ludzki dotyk ma być tym, czego poszukują konsumenci, gdy chcą wyrazić swoją tożsamość poprzez kupowane produkty. Zdaniem Østergaarda nie przeszkadza im to, że automatyzacja jest częścią procesu produkcyjnego, pod warunkiem, że produkt końcowy posiada osobisty odcisk projektantów i rzemieślników, tworzących coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. – To jest personalizacja. To jest poczucie luksusu. To jest przyszłość! – ekscytuje się współzałożyciel Universal Robots. Kiedy ona nadejdzie? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Z badania przeprowadzonego przez Accenture wiadomo, że dominująca większość z 512 przepytanych kierowników produkcji z Ameryki Północnej, Europy i Azji widzi miejsce dla współpracy z inteligentnymi robotami w najbliższej przyszłości. 85 proc. respondentów przewiduje, że integrujące ludzi i maszyny środowiska pracy staną się powszechne już w 2020 roku. Tego hurraoptymistycznego nastroju nie podziela Piotr Rojek, który współpracując z polskimi i europejskimi producentami przemysłowymi dokładnie analizuje poziom ich cyfryzacji. – Z przemysłu 4.0 mamy do odrobienia ogromną pracę domową. Mimo, że penetracja IIOT postępuje dość szybko, to wciąż większość wdrożeń jest w powijakach. W firmach, które inwestują w nowe technologie zazwyczaj funkcjonują różne, rozproszone systemy IT. Brakuje holistycznego podejścia, wizji i dojrzałości. Jest wprawdzie duży potencjał, jednak mało kto go wykorzystuje. Nim wejdziemy w przemysł 5.0 musimy zrobić użytek z jego poprzedniej odsłony, a na to potrzebujemy jeszcze sporo czasu – kwituje dyrektor zarządzający w DSR.

GUS: polskie firmy nie są innowacyjne. Przedsiębiorcy: potrzebujemy ulg i wiedzy

Dane GUS mówią jasno: nakłady na działalność badawczo – rozwojową spadły po raz pierwszy od lat i wyniosły zaledwie 1% PKB. Tymczasem przedsiębiorcy odbijają piłeczkę: moglibyśmy być znacznie wyżej w statystykach. Potrzebne są ulgi podatkowe, dostęp do praktycznej wiedzy i odwaga.

17943 mln zł – tyle według najnowszych statystyk GUS wyniosły nakłady na działalność badawczo-rozwojową w 2016 roku (GUS podaje wyniki z rocznym opóźnieniem). Oznacza to spadek o 0,7%. Zmniejszyła się też intensywność prac B+R (R&D), czyli udział nakładów wewnętrznych na badania i prace rozwojowe. Wyniosła ona 0,97% wobec 1% w 2015 r.

Różnice są niewielkie, jednak nie sposób nie zauważyć zmiany na gorsze. Tym bardziej, że na przestrzeni ostatnich 4 lat z rzędu statystyki poprawiały się z roku na rok. W 2012 r. nakłady na R&D wyniosły 12353 mln zł, w 2015 r. 16168 mln zł, a rok później już 18061 mln. Podobnie rosła relacja wydatków na B+R do PKB: z 0,88% w 2012 r. do 1% w 2015 r.  Co więcej, z raportu Global Innovation Index 2017 wynika, że Polska była światowym liderem pod względem dynamiki wzrostu wydatków na badani i rozwój w latach 2008-2015. Skąd więc ta nagła i dość nieoczekiwana zmiana?

W urzędniczych kleszczach

Grzegorz Żmijewski, członek zarządu Cardio Technology, firmy, która pracuje nad nową terapią leczenia glejaka, zwraca uwagę na to, że dane wcale nie muszą odzwierciedlać rzeczywistości, bo przedsiębiorcom – zwyczajnie – nie chce się wypełniać urzędowych druków.

– Dane GUS bazują na wypełnionych i dostarczonych w terminie formularzy PNT-01. Proszę zwrócić uwagę, że jest to 18-stronnicowy dokument, z którego 10 stron stanowią wytyczne jak go wypełnić. Naprawdę, jak się do jego wypełniania siada, to już na drugiej stronie chce się tę pracę porzucić. Przy trzeciej stronie zaczyna się rozmowa z samym sobą: „właściwie po co ja to robię?”, „to jest bez sensu?”, „kto to wymyślił?”, a na czwartej stronie myśli kierują się w stronę: „skoro w zeszłym roku tego nie wypełniłem, to może nie ma potrzeby…”, „w zeszłym roku wpisałem same zera i było ok, to może w tym wypełnię tak samo”… Finał wypełniania tego urzędniczego potworka jest taki, że albo odsyła się go pustego, albo z zerami. Inaczej jest w przypadku przedsiębiorstw państwowych. Wtedy trzeba – przekonuje Żmijewski.

Przedstawiciel Cardio Technology nie jest w tej opinii odosobniony. Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, specjalizującej się w Big Data marketingu i notowanej na GPW spółki, zwraca uwagę, że wydatki na badania i rozwój nie zawsze jest łatwo sprecyzować. Dlatego trudno jest prowadzić wiarygodne statystyki.

– Prace badawczo-rozwojowe są stałym elementem wpisanym w nasze działania. Nasi programiści dużą część swojego czasu poświęcają na szukanie nowych rozwiązań oraz ulepszanie już istniejących produktów.  Trudno jednak prowadzić wiarygodną statystykę, kiedy często firmy nie zgłaszają prac mieszczących się w kategorii B+R, by np. nie marnować czasu na tzw. papierkową pracę. Taka sytuacja może się pojawiać szczególnie w przypadku małych i średnich firm, które nie mają rozbudowanych struktur administracyjnych – tłumaczy Prajsnar.

Z praktycznego punktu widzenia, aby uzyskać wiarygodne wyniki dotyczące nakładów na działalność badawczo-rozwojową, firmy powinny bardzo ściśle raportować czas pracy z dokładnym – godzinowym – określeniem charakteru wykonywanych działań. Takich inicjatyw podejmuje jednak zaledwie garstka firm. Dodatkowym utrudnieniem w pozyskaniu wiarygodnych liczb jest fakt, że przedsiębiorcy nie mają żadnego interesu w tym, by rzetelnie podchodzić do wypełniania danych, bo nie otrzymują nic w zamian. Poza tym, wygodniej jest firmom podnieść się ze stanu „zero” w momencie, gdy pojawi się dofinansowanie na inwestycje w działalność B+R.

Przedsiębiorcy zwracają uwagę, że statystyki nie dają pełnego obrazu innowacyjności w Polsce. – Należy pamiętać, że nie można wrzucać wszystkich do jednego worka. Startupy. takie jak my przeznaczają na działalność badawczo-rozwojową 50-70% swojego budżetu. W R&D inwestują też korporacje. Przykładem może być tutaj np. Procter & Gamble, firma, która aktywnie poszukuje wsparcia w obszarze badań i rozwoju – w tym ze strony startupów. Oczywiście, tego typu organizacji jest znacznie mniej – zwraca uwagę Wojciech Stramski, CEO Lab4Motion, firmy, która opracowała innowacyjne narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję do rozpoznania produktów na półkach oraz analizy wideo ruchu konsumentów w placówkach handlowych.

Co hamuje inwestycje w B+R

W przypadku inwestycji w B+R wskaźniki są prawdopodobnie lepsze niż wynikałoby to ze statystyk GUS. Niemniej, do liderów, np. Korei Południowej, wciąż sporo nam brakuje. Niewiele jest polskich firm, które zawojowały zagraniczne rynki swoimi innowacyjnymi rozwiązaniami. Również zachodnie statystyki nie pozostawiają złudzeń – mamy jeszcze wiele do nadrobienia.

W rankingu Global Innovation Index Polska zajmuje 38 miejsce na 127 miejsc. Wyprzedzają nas Czesi, Słowacy, Litwini czy Estończycy.  Nie lepiej jest w European Innovation Scoreboard. W rankingu najbardziej innowacyjnych państwa świata Polska zajmuje 22 pozycję na 50 notowanych państw. Najgorzej wypadamy pod względem procentowego udziału wydatków na badania i rozwój w produkcie krajowym brutto, wydajności pracy i liczby osób zaangażowanych w prace badawczo-rozwojowe w całej populacji. W tych 3 kategoriach zajęliśmy 35 miejsce. Zdaniem Wojciecha Stramskiego z Lab4Motion wynika to m.in. z różnic w perspektywach, jakie mają inżynierowie i naukowcy w Polsce, Zachodniej Europie czy Stanach Zjednoczonych. – Najczęściej to właśnie tam są oni w stanie zapewnić sobie nie tylko znacznie wyższe zarobki, ale także udział w bardzo atrakcyjnych projektach badawczych. Dlatego postanawiają poprowadzić swoją karierę z dala od Polski. Naturalnym efektem tego zjawiska jest niedostatek profesjonalistów zdolnych do realizacji zaawansowanych projektów R&D – uważa Stramski.

Zdaniem Joanny Wcisło, Chief Commercial Officera w Stanusch Technologies, firmie specjalizującej się w tworzeniu rozwiązań z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, w tym m.in. chatbotów, niższe niż na Zachodzie inwestycje w B+R wynikają m.in. z braku odpowiedniej kultury organizacyjnej, ale też i braku odwagi – Z moich obserwacji i doświadczeń wynika, że jest to przede wszystkim efekt braku wiedzy, że możliwości dofinansowania prac rozwojowych w ogóle istnieją. To także, a może nawet przede wszystkim, efekt deficytu kultury organizacyjnej, która wspierałaby innowacje i poszukiwanie nowych rozwiązań. Niewielkie nakłady na działalność R&D wynikają także z zachowawczości biznesowej, braku odwagi do podejmowania ryzyka i popełniania błędów. Wierzę jednak w to, że pod tym względem powoli rynek będzie się zmieniał na lepsze. Niejako zostaniemy do tego zmuszeni ze względu na rosnące potrzeby klientów, wysyp startupów i innowacyjnych technologii oraz szybko postępujący proces digitalizacji – zwraca uwagę Joanna Wcisło.

Jednym z najskuteczniejszych hamulców inwestycji w działania badawczo – rozwojowe są też tzw. scentralizowane budżety. Znaczną część polskiej gospodarki stanowią lokalne oddziały globalnych korporacji, które są w pełni uzależnione od swoich centrali w kwestiach alokacji wydatków. – Oznacza to, że nawet jeśli polski oddział danej międzynarodowej struktury dostrzega duży potencjał w danej inwestycji w B+R, nie może sam podjąć żadnych działań bez zgody globalnego zarządu przedsiębiorstwa. Poza tym konkuruje on z innymi europejskimi oddziałami, gdzie uwarunkowania gospodarcze są bardziej atrakcyjne i powodują, że środki na badania i rozwój alokowane są właśnie tam – zwraca uwagę Wojciech Stramski z Lab4Motion.

Quo Vadis Polsko?

Co pomogłoby w zwiększeniu nakładów na innowacje? Zdaniem przedsiębiorców jednym z najważniejszych czynników jest większe wsparcie ze strony państwa.  Mimo, że rozliczając ten rok podatkowy można odpisać 100 proc. kosztów kwalifikowanych do ulgi B+R, to jest to zbyt mała zachęta do podejmowania prac i inwestycji w innowacje. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez firmę Ayming Polska, w tym roku zaledwie 45% ankietowanych firm zamierza inwestować w działalność badawczo – rozwojową. Nie bez powodu.

Spółki powinny mieć motywację do działań w obszarze R&D, to oznacza wymierne ulgi podatkowe. –  Proszę pamiętać, że np. spółka Cardio Technology wydaje r/r ok 1 mln zł na B+R, a jeśli stworzenie naszego produktu zakończy się sukcesem, to zyski będą na poziomie stukrotności poniesionych wydatków. Zatem ulga w postaci np. 130% kosztów uzyskania przychodów nie jest dla nas żadnym motywatorem – tłumaczy Grzegorz Żmijewski z Cardio Technology. Jego zdaniem zauważylibyśmy rozkwit innowacyjności wtedym, gdyby np. została wprowadzona 90% ulga na ZUS, o 90% obniżono by koszty ponoszone na wnioski patentowe (krajowe i europejskie) i wprowadzono instytucję darmowego rzecznika patentowego. Spółki powinny mieć też systemy monitorujące czas pracy pracowników – a tym samym małe granty lub ulgi wynikające z wdrożenia tego oprogramowania.

Istnieje także duża potrzeba merytorycznego wsparcia. Problemem jest też to, że choć w naszym kraju nie brakuje przedsiębiorstw, w tym zwłaszcza startupów, które budują ciekawe, nowatorskie rozwiązania, to często są one tworzone przez młodych innowatorów, nieposiadających biznesowego doświadczenia. Nie potrafią oni do stworzonej technologii dobudować niezbędnych struktur sprzedaży, które potrafiłyby przekonać międzynarodowe korporacje do wdrożenia produktu, później poprowadzić projekt wdrożeniowy z sukcesem i jeszcze stworzyć infrastrukturę wspierającą technologię po jej implementacji.

Widzę tutaj dużą rolę dla funduszy.  Poza finansowaniem powinny one zapewnić dodatkowe wsparcie w budowaniu struktur sprzedaży, strategii „go-to-market” i aktywnie współpracować z pomysłodawcami np. doklejając doświadczonych sprzedawców, którzy na swoim koncie mają już niejedne „succes story” w sprzedawaniu nowych technologii dla globalnego biznesuzwraca uwagę Wojciech Stramski z Lab4Motion. Jego zdaniem wiele też tracimy przez nieskuteczny marketing i słabą międzynarodową promocję opracowywanych w naszym kraju rozwiązań. Zmienia się to jednak na lepsze. Dobrym przykładem mogą być startupy specjalizujące się w sztucznej inteligencji, które sprzedają się dziś jak „świeże bułeczki”. Wynika to z tego, że myślą biznesowo i tworzą produkty atrakcyjne z punktu widzenia korporacji – Po prostu grzech ich nie kupić. Korzyści jakie daje dziś sztuczna inteligencja są przeogromne. Firmy, które nie przegapią tych możliwości i będą inwestować w działania B+R w tym obszarze, mają szansę stać się globalnymi markami a sztuczna inteligencja naszym znakiem rozpoznawczym – przekonuje Wojciech Stramski.

W ciągu niespełna trzech miesięcy kurs franka wzrósł o ponad 9,5 proc.

W ciągu niespełna trzech miesięcy kurs franka wzrósł o ponad 30 groszy, czyli o 9,5 proc. Zwiększyły się raty kredytów, a łączna wartość zadłużenia w szwajcarskiej walucie poszła w górę o około 12 mld zł. Odłożony na półkę problem powraca, ale nikt nie bije na alarm.

Od początku grudnia 2016 r. do połowy kwietnia 2018 r. kurs franka szwajcarskiego obniżył się z prawie 4,17 do 3,47 zł, czyli aż o 70 groszy, a więc o niemal 17 proc. Tak dużej ulgi posiadacze kredytów w tej walucie nie mieli od dawna, choć więc stowarzyszenia grupujące „frankowiczów” nie próżnowały, to ich działania nie przynosiły większego efektu, a politycy którzy wcześniej obiecywali podjęcie radykalnych działań, mieli dobre alibi, by odetchnąć i złagodzić stanowisko, zgodnie z uspokajającymi sugestiami państwowych organów regulujących rynek finansowy, czyli Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego. W tym czasie sądy rozpatrywały indywidualne przypadki kredytobiorców, skarżących banki za stosowanie niedozwolonych klauzul. Wiele rozstrzygnięć przyznawało rację klientom, ale o jednolitym orzecznictwie wciąż nie ma mowy.

Stanowisko polityków i instytucji nadzorczych oraz powściągliwość banków w dążeniu do rozwiązywania problemu kredytów walutowych łatwo zrozumieć, patrząc na liczby. Według wyliczeń NBP, wskaźnik walutowych kredytów zagrożonych obniżył się z 3,5 proc. w połowie 2017 r. do 3,3 proc. pod koniec ubiegłego roku. Od dłuższego czasu nie ulega on większym niekorzystnym zmianom i choć jest wyraźnie wyższy niż analogiczny wskaźnik dla mieszkaniowych kredytów w złotych, który wynosi 2,5 proc., nie budzi niepokoju, biorąc pod uwagę fakt, że wartość hipotek złotowych przekraczała na koniec ubiegłego roku 259 mld zł i była prawie dwukrotnie wyższa niż zobowiązań w walutach, które sięgały niespełna 132 mld zł. Proporcje te wyglądają jeszcze lepiej, jeśli porównać całkowitą wartość zadłużenia osób prywatnych w złotych i w walutach. To ostatnie stanowi jedynie około 30 proc. zobowiązań klientów wobec banków i systematycznie się zmniejsza. Jeszcze trzy lata temu sięgało 54 proc. W czerwcu 2015 r. wartość walutowych kredytów osób prywatnych wynosiła nieco ponad 182 mld zł, a w maju 2018 r. sięgała już tylko 138 mld zł, czyli zmniejszyła się o 44 mld zł, a więc o prawie jedną czwartą. Udział kredytów frankowych w aktywach banków obniżył się z 13,4 proc. w połowie 2009 r. do 6 proc. na koniec 2017 r., a w porównaniu do PKB zmniejszył się z 11,4 do 5,4 proc.

Z makroekonomicznego punktu widzenia kredyty walutowe to problem niewielki, a dodatkowo „samoczynnie” się zmniejszający. Klienci w zdecydowanej większości zadłużenie frankowe spłacają, a nowych kredytów od lat nie przybywa. Jak wynika z informacji Komisji Nadzoru Finansowego, w ubiegłym roku banki wypowiedziały 2,4 tys. umów z tytułu mieszkaniowych kredytów w walucie obcej, a 433 wierzytelności sprzedały innym instytucjom finansowym (głównie firmom zarządzającym wierzytelnościami, czyli windykatorom oraz funduszom sekurytyzacyjnym). Od 2008 r. banki wypowiedziały łącznie 26,5 tys. umów kredytowych, czyli niecałe 4 proc. wszystkich zawartych umów (na koniec 2017 r. czynnych było 583,2 tys. umów kredytów w walutach obcych). Według cytowanej przez Polską Agencję Prasową wypowiedzi Jerzego Bańki, wiceprezesa Związku Banków Polskich, największe banki co roku wszczynają od kilkunastu do kilkudziesięciu postępowań egzekucyjnych wobec klientów nie będących w stanie spłacić kredytów frankowych.

Problem z walutowymi hipotekami jednak więc istnieje i choć w naturalny sposób jego skala się zmniejsza, to może dotyczyć kilkunastu tysięcy osób, a wspomniane 138 mld zł zadłużenia to wciąż kwota niebagatelna, podobnie jak wahania jej wartości, związane ze zmianami kursu franka. Na przełomie 2014 i 2015 r. skoczyła ona o 19,5 mld zł w związku z decyzją Banku Szwajcarii o zaprzestaniu interwencji mających na celu utrzymanie notowań franka na niskim poziomie. Od tego czasu jeszcze kilkukrotnie mieliśmy do czynienia z przejściowym wzrostem wartości kredytów frankowych o 1,3-5 mld zł. Trwająca od połowy kwietnia obecna aprecjacja szwajcarskiej waluty o ponad 30 gorszy, doprowadziła do wzrostu sumy zadłużenia o około 12 mld zł, a utrzymująca się na rynkach finansowych nerwowość może spowodować, że jej wysoki kurs utrzyma się jeszcze przez kilka miesięcy.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Czym zajmie się Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców?

Sejm uchwalił ustawę o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców. Jego zadaniem będzie stanie na straży praw i interesów przedsiębiorców.

Wśród wymogów stawianych kandydatom na stanowisko Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców (dalej: Rzecznik) są m.in. brak skazania prawomocnym wyrokiem za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe i wyróżnianie się wiedzą w zakresie przedsiębiorczości i przepisów prawnych ich dotyczących lub też w zakresie tworzenia lub stosowania prawa gospodarczego.

Rzecznik będzie powoływany na jedną 6-letnią kadencję. Wygaśnie ona m.in. w wypadku skazania go prawomocnie za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe. Rzecznik nie będzie mógł należeć do partii politycznej ani zajmować innego stanowiska, za wyjątkiem naukowego lub naukowo-dydaktycznego na wyższej uczelni.

Przed upływem kadencji premier odwoła Rzecznika – na wniosek ministra gospodarki – również w razie jego trwałej niezdolności do pełnienia urzędu i rażącego naruszenia prawa przy wykonywaniu jego obowiązków.

Uprawnienia Rzecznika

Rzecznik będzie wydawał opinie do aktów prawnych dotyczących rozpoczęcia, prowadzenia i zakończenia działalności firmy oraz będzie pomagał w mediacji między przedsiębiorcą a urzędami.

Rzecznik będzie mógł też występować o podjęcie inicjatywy legislacyjnej w sprawach dotyczących działalności gospodarczej, występować o wydanie objaśnień prawnych oraz wnosić skargę nadzwyczajną do Sądu Najwyższego i występować do Naczelnego Sądu Administracyjnego z wnioskiem o wydanie uchwały rozstrzygającej rozbieżności sądów administracyjnych. Będzie też uprawniony do wnoszenia skarg i skarg kasacyjnych do sądu administracyjnego.

Rzecznik będzie podejmował swoje czynności z urzędu lub na wniosek. Z wnioskami będą mogli się do niego zwracać przedsiębiorcy i organizacje przedsiębiorców.

Obowiązki urzędów wobec Rzecznika

Instytucje publiczne będą zobligowane udostępnić Rzecznikowi akta i dokumenty zakończonych spraw oraz udzielać wyjaśnień co do podstawy faktycznej i prawnej wydanych decyzji dotyczących przedsiębiorcy. Instytucje publiczne będą musiały udzielić Rzecznikowi żądanych informacji w ciągu 30 dni, informując go o podjętych działaniach lub zajętym stanowisku. Jeżeli dana instytucja nie udzieli Rzecznikowi informacji lub gdy Rzecznik zajmuje inne stanowisko niż instytucja, będzie on mógł wystąpić do jednostki nadrzędnej o podjęcie odpowiednich działań.

Rzecznik będzie mógł również występować z wnioskiem o wszczęcie postępowania wyjaśniającego lub dyscyplinarnego w przypadku naruszenia praw przedsiębiorcy.

Rzecznik będzie musiał corocznie, w terminie 90 dni od zakończenia roku kalendarzowego, złożyć sprawozdanie ze swojej działalności.

W latach 2018–2027 maksymalne wydatki na funkcjonowanie Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców wyniosą 170,5 mln zł.

Ustawa o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców wchodzi w życie 30 kwietnia 2018 r.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Rozwój zwinnej organizacji z perspektywy HR

Agnieszka Skowron – HR Business Partner w Monument Fund
Agnieszka Skowron –
HR Business Partner
w Monument Fund

Elastyczność przedsiębiorstwa i jego otwartość na nowoczesne rozwiązania to gwarancja pozytywnego zakorzenienia się w świadomości klientów, pracowników oraz otoczenia biznesowego. Dzięki szybkiemu reagowaniu na zmiany i stawianiu na interakcje międzyludzkie, zwinna organizacja jest w stanie z sukcesem zarządzać każdym ze swoich obszarów, doprowadzając przy tym do objęcia przewagi konkurencyjnej na rynku. O przykładzie funkcjonowania tego typu organizacji opowiada Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Organizacje zwinne osiągają zamierzone cele biznesowe nie tylko samą znajomością branży, ale przede wszystkim szybkością działania oraz otwartością na nowoczesne możliwości rynkowe. Dzięki dostosowywaniu się do zmian w otoczeniu biznesowym oraz stawianiu na niekonwencjonalne rozwiązania, tego typu przedsiębiorstwa mogą budować pozycję na rynku, uzyskując znaczącą przewagę nad konkurencją. Aby firma mogła osiągnąć biznesową „zwinność”, musi kierować się wyznacznikami, które w przyszłości pozwolą na pozyskanie zaplanowanych korzyści – sięganiem po najnowocześniejsze technologie, wprowadzaniem wysokiej jakości produktów dopasowanych do indywidualnych potrzeb klienta oraz skróconym czasem decyzyjnym.

Jeszcze jedną istotną kwestią w dążeniu do osiągnięcia statusu organizacji zwinnej jest integracja wewnątrz przedsiębiorstwa, czyli stawianie na potencjał ludzki oraz jego kompetencje. Przykładem firmy, która posługuje się tego typu strategią jest Monument Fund, a szczegóły funkcjonowania firmy przybliża Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Talent na wagę złota

Aby przedsiębiorstwo mogło stać się organizacją zwinną, potrzebuje równie „zwinnych” ludzi. Podczas procesu rekrutacji, HRowcy Monument Fund poszukują nie tylko wykwalifikowanych specjalistów, ale przede wszystkim pracowników o dużym potencjale i pasji, nastawionych na samorozwój, kreatywne rozwiązania i otwartych na zmiany. Co więcej, taka osoba musi być otwarta na poszukiwanie prostych, lecz skutecznych rozwiązań stawianych przed nią zadań oraz będzie utożsamiać się z wartościami firmy, które stanowią szkielet postępowania.

 „W Monument Fund nie marnujemy talentów. Koncentrujemy się na mocnych stronach pracowników, dlatego tworzymy im takie możliwości, aby mogli je wykorzystywać i rozwijać w codziennej pracy. Obserwujemy, że pracownicy, którym przydzielamy zadania zgodnie z ich talentami, odznaczają się wysokim poziomem zaangażowania i skutecznością. Ponadto wyznajemy zasadę, że lepiej jest szybko przetestować pomysł, by móc wyciągnąć wnioski, niż tracić zasoby na podążanie w niewłaściwie obranym kierunku.” – mówi Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Taka organizacja pracy stwarza przestrzeń do prób, ale także i do błędów. W praktyce oznacza to, że firma gotowa jest zaakceptować pomysły pracowników i wdrożyć je w życie. Liderzy nie stanowią tu hamulców, lecz motywują i wyznaczają ambitne cele, które realizowane są dzięki różnorodnym kompetencjom swoich pracowników – racjonalne, zdroworozsądkowe zasady górują nad sztywnymi procedurami. Jak mówi Agnieszka Skowron: „Rzucamy się na głęboką wodę, ale na pokładzie mamy solidne koła ratunkowe. Po pierwsze jesteśmy zgranym teamem, który dzieli się swoją wiedzą oraz doświadczeniem, dlatego podczas realizacji projektów tak naprawdę nikt z nas nie jest sam. Jeżeli jest taka potrzeba, to do współpracy nad danym zadaniem zapraszamy ekspertów w swoich dziedzinach, dzięki czemu mamy możliwość uczenia się od najlepszych ludzi na rynku. Kluczowe jest także podejście Zarządu do popełnianych przez nas błędów. Osoby zarządzające rozumieją, że przy tak dużej dynamice organizacji i tempie w jakim realizujemy projekty tak zwane potknięcia są wpisane w naszą codzienność. Co więcej – dzięki takiej kulturze organizacyjnej nie boimy się podejmować trudnych decyzji oraz nieustannie wychodzić ze swojej strefy komfortu”.

W grupie siła

W przypadku relacji panujących w zespole pracowników, zwinne organizacje umożliwiają wypracowanie szeregu interakcji, które pomagają w odpowiednim zarządzaniu kapitałem ludzkim. Przykładem tego są codzienne, krótkie zebrania, podczas których członkowie zespołu po kolei informują o postępach realizacji projektów oraz planach na kolejny dzień. Tego typu spotkania są również okazją, aby jak najwcześniej wykryć wszelkie przeszkody, które mogą zagrozić powodzeniu danego przedsięwzięcia.

„Skupiając się na budowaniu odpowiedniego zespołu, z roku na rok możemy pochwalić się realizacją coraz to ambitniejszych projektów. Dzięki wspólnej analizie i wytyczaniu codziennych celów, możemy w jasny i skuteczny sposób realizować zlecone nam zadania. Ponadto, dla nas jako grupy liczą się ambitne osoby z wysoką wewnętrzną motywacją i przedsiębiorczym zacięciem. Na pokładzie mamy pracowników, którzy szybko się uczą i dla których rozwój jest ważniejszy niż jednoznaczne zdefiniowane role i zadania. Dzisiaj mogę powiedzieć, że mamy świetny i zgrany team.” – mówi Agnieszka Skowron, HR Business Partner w Monument Fund.

Strategia zwinnej organizacji to nie tylko nowoczesny i skuteczny sposób na osiągnięcie założonych celów biznesowych, ale także umiejętność szybkiej adaptacji do ewoluującego otoczenia biznesowego. Dzięki specjalnie opracowanym wytycznym, przedsiębiorstwa mają szansę na przetrwanie w nieprzewidywalnych warunkach rynkowych oraz uzyskanie przewagi nad konkurencyjnymi firmami. Tą ścieżką podąża także marka Monument Fund, która swoją pozycję zawdzięcza doświadczeniu, jak i ambitnemu zespołowi najlepszych specjalistów w branży.

Trump grozi kolejnymi cłami

Kolejny krok USA w celu wywołania wojny handlowej. Niepokojące wieści nadchodzą także z Europy, m.in. z Niemiec. A jak wygląda sytuacja na złotym?

Administracja prezydenta Stanów Zjednoczonych podjęła kolejne kroki na drodze ku faktycznej wojnie handlowej, publikując listę chińskich dóbr, na które USA ma zamiar nałożyć nowe opłaty celne. Donald Trump już wcześniej sugerował nałożenie 10-procentowej taryfy na import z Chin o równowartości 200 miliardów dolarów, obecnie jednak perspektywy zaognienia konfliktu wzrosły. Jeżeli wspomniane środki wejdą w życie, oznaczałoby to dodatkowe opodatkowanie niemal połowy towarów eksportowanych z Chin do Stanów Zjednoczonych. Na tym etapie ciężko stwierdzić, jak na tę informację zareagują Chiny – niemniej, w oświadczeniu wydanym przez ministerstwo handlu padła deklaracja podjęcia środków odwetowych. Rynki zareagowały na te wieści kolejną wyprzedażą ryzykownych aktywów, na czele których stały azjatyckie indeksy giełdowe oraz juan chiński.

Słabnie sentyment ekonomiczny w strefie euro

W trakcie europejskiej sesji nadeszło osłabienie euro – wyprzedaż wspólnej europejskiej waluty wyprzedziła publikację indeksów sentymentu ekonomicznego ZEW dla Niemiec oraz strefy euro. Wskaźniki rozczarowały. W Niemczech sentyment ekonomiczny spadł z czerwcowego poziomu -16,1 do -24,7 w lipcu i znalazł znacznie poniżej oczekiwanego przez konsensus poziomu -18,0. Niemiecki indeks ZEW jest tym samym najsłabszy od 2012 roku. Kurs pary EUR/USD uległ poprawie w dalszej części dnia, niemniej obecnie znajduje się on poniżej poziomu z początku tygodnia i kieruje się w dół.

Pozytywnym zaskoczeniem były natomiast dane dla Stanów Zjednoczonych. Liczba wolnych miejsc pracy wprawdzie obniżyła się z rekordowo wysokiego poziomu notowanego w kwietniu, niemniej wciąż jest ona wysoka, a dane lepsze od poziomu oczekiwanego przez konsensus. Co więcej, liczba pracowników dobrowolnie rezygnujących z pracy wzrosła w maju do poziomu najwyższego od 17 lat. Oznacza to, że Amerykanie mają duże zaufanie do rynku pracy, co powinno przekładać się na utrzymanie wyższego poziomu płac.

Funt odrabia straty z początku tygodnia

Funt brytyjski doświadczył istotnych spadków w poniedziałek, jednak od tego czasu zdołał przynajmniej częściowo odzyskać zaufanie inwestorów. Utwierdzili się oni w przekonaniu, że pozycja Theresy May w brytyjskim rządzie nie jest zagrożona. Zawiodły co prawda dane liczbowe dotyczące produkcji w Wielkiej Brytanii, jednak istotnie nie zaszkodziło to szterlingowi.

Polski złoty względnie stabilny mimo wzrostu ryzyka, dziś RPP

Polska waluta w relacji zarówno do dolara amerykańskiego, jak i euro zakończyła wczorajszy dzień w okolicy poziomów, na których go rozpoczęła. Złoty osłabił się nieco w parze z funtem brytyjskim, co było związane ze wspomnianym wyżej odrabianiem strat z poprzedniego dnia przez GBP.

Dziś złoty traci nieco od rana, co związane jest z pogorszeniem sentymentu do aktywów ryzykownych w następstwie informacji o nowych cłach z USA i spadkach na parze EUR/USD, skala wyprzedaży PLN jest jednak dość ograniczona, przynajmniej w momencie pisania. Może to świadczyć o tym, że inwestorzy czekają na informacje o chińskiej odpowiedzi na amerykańskie groźby, nie chcą pozycjonować się, w obawie, że znajdą się po złej stronie rynku. Kwestia wojny handlowej dodatkowo zdaje się już nie budzić takich emocji jak jeszcze tydzień temu.

Dzisiaj nie poznamy żadnych kluczowych danych makroekonomicznych z głównych gospodarek świata, opublikowany zostanie jedynie odczyt inflacji PPI z USA w czerwcu. Środa będzie natomiast obfitować w wypowiedzi członków banków centralnych. Najważniejsze przemówienie wygłosi prawdopodobnie przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney. Dziś odbędzie się również spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Nikt nie spodziewa się zmiany stóp procentowych w lipcu, jednak w tym kontekście, jak zawsze warto będzie obserwować konferencję prasową banku.

Abstrahując od powyższych kwestii, inwestorzy powinni wyczekiwać informacji dotyczących perspektywy kolejnych zmian w relacji handlowych między Chinami a Stanami Zjednoczonymi oraz informacji ze szczytu NATO, w którym udział bierze Donald Trump.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – decyzja RPP w sprawie stóp procentowych
  • 14:00 – przemawia Yves Mersch z EBC
  • 14:30 – inflacja PPI w USA w czerwcu
  • 16:00 – konferencja RPP
  • 16:00 – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych
  • 17:35 – przemawia Mark Carney z BoE
  • 18:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC
  • 22:30 – przemawia John Williams z FOMC

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Platforma equity crowdfundingu Crowdway z nowym właścicielem

Platforma crowdfundingu udziałowego Crowdway, która stoi za wsparciem zgromadzenia funduszy na rozwój takich projektów jak Bivrost, Lovely czy Jeden Ślad, zmieniła właściciela. Większościowy pakiet udziałów w spółce nabył Jakub Niestrój, inwestor i partner zarządzający w firmie doradczej Alteverso Group. Nowy właściciel zamierza realizować kampanie crowdfundingowe nie tylko dla start-upów, ale także dla projektów na etapie ekspansji (fast-growing). Zapowiada też start emisji kolejnego, dynamicznego podmiotu już w najbliższych tygodniach. Wartość transakcji nie została ujawniona.

Crowdway powstał w 2015 r. jako platforma crowdfundingu inwestycyjnego, wspierająca start-upy w pozyskiwaniu kapitału na rozwój. Do tej pory zrealizowała wsparcie kilku udanych emisji z udziałem ponad 360 inwestorów indywidualnych, na łączną kwotę ponad 4,7 mln zł. Padły też dwa rekordy crowdfundingu udziałowego w Polsce.

Producent sprzętu wideo VR, Bivrost osiągnął 100% założonego celu w nieco ponad miesiąc i zebrał 1,6 mln zł. Z kolei polski start-up zarejestrowany w USA, producent gadżetu Lovely, pozyskał rekordową sumę odnotowaną przez crowdfunding udziałowy w Polsce – 1,64 mln zł. Platforma pomogła w zgromadzeniu środków także na takie projekty, jak Jeden Ślad, uBirds czy DrBarbara.pl.

– „Crowdway pokazał, że polscy inwestorzy są gotowi na inwestycje czterocyfrowe w młode projekty. Chcemy zachęcić ich do zaangażowania w kolejne podmioty, w tym projekty perspektywiczne, a jednocześnie bardziej przewidywalne pod względem zwrotu z inwestycji, niż ‘early-stage’. Nadal oczywiście będziemy analizować współpracę z obiecującymi start-upami na etapie ‘seed’ oraz przedsięwzięciami typu ‘spin-off’. W każdym przypadku będą to wiarygodne projekty, w które sami chcielibyśmy zainwestować” – powiedział nowy właściciel Crowdway, Jakub Niestrój, zapowiadając zmiany w strategii funkcjonowania platformy. Nowy Crowdway ma nie tylko rozszerzyć profil i skalę projektów na platformie. W przyszłości zaproponuje inwestorom także przedsięwzięcia stabilnego zwrotu, w tym bazujące na produktach nieruchomościowych.

– „Rozporządzenie UE zwiększające dozwoloną wartość oferty publicznej bez prospektu emisyjnego ze 100 tys. do 1 mln euro oraz plan uregulowania tzw. prostej spółki akcyjnej – PSA, to działania w dobrym kierunku. Stwarzają perspektywę, by rozszerzyć możliwości rozwoju naszej platformy i otworzyć jej działalność na biznesy znajdujące się w fazie szybkiego wzrostu. Mam nadzieję, że oczekiwane zmiany regulacji krajowych staną się impulsem do pełnego wykorzystania potencjału finansowania projektów przez crowdfunding” – dodaje Jakub Niestrój.

Bartosz Mazurek, który prowadził platformę przez ogólnopolską firmę doradczą Szkoła Inwestowania SA, zamierza nadal współpracować z Crowdway jako doradca zarządu. – „Kampanie na platformie Crowdway pobiły rekordy wartości i szybkości zgromadzenia kapitału, a także kwot, na które opiewały średnie tickety. Potwierdziły, że branża e‑commerce ma wysoki potencjał również w sprzedaży udziałów i papierów wartościowych, a ponadto zjawisko crowdfundingu dotyczy nie tylko masowego klienta, ale też profesjonalnych inwestorów– powiedział Bartosz Mazurek, prezes Szkoły Inwestowania SA. – „Społeczność, którą zgromadziliśmy wokół platformy oczekuje wysokiej jakości projektów, odpowiedniej dywersyfikacji produktowej, transparentności informacji przed i po zakupie, bezpieczeństwa inwestycyjnego oraz etycznego podejścia do biznesu. O przejęciu spółki rozmawialiśmy z kilkoma potencjalnymi nabywcami. Zaproponowany przez Jakuba kierunek uznałem za najbardziej obiecujący dla inwestorów i potencjalnych emitentów. Środki uzyskane ze sprzedaży platformy przeznaczymy na rozwój domu maklerskiego, w którym już posiadamy udziały. Jesteśmy gotowi na współpracę między domem maklerskim a platformą Crowdway w wielu atrakcyjnych projektach” – dodał Bartosz Mazurek.

Nowy właściciel Crowdway, dr Jakub Niestrój, od 17 lat zajmuje się konsultingiem, szkoleniami i działalnością naukowo-badawczą w obszarze przedsiębiorczości i zarządzania projektami dla dużych przedsiębiorstw, sektora MSP, startu-upów i administracji publicznej. Jest partnerem zarządzającym (od 2015 r.) w Alteverso Group – firmie doradczej w zakresie strategii rozwoju biznesu, finansowania zewnętrznego i pośrednictwa gospodarczego. Wcześniej był kontraktowym ekspertem ds. zarządzania strategicznego WYG International m.in. w dużych projektach PARP oraz starszym konsultantem w Simon Kucher & Partners. Jest doktorem nauk ekonomicznych Wydziału Zarządzania UE w Katowicach.

JPK „na żądanie” KAS

Wydajność systemu kontrolnego fiskusa rośnie. Od 1 lipca br. do przedsiębiorstw dużych i średnich dołączyli w obowiązku raportowania Jednolitych Plików Kontrolnych na żądanie Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) wszyscy, nawet najmniejsi przedsiębiorcy. Warunek żądania: przedsiębiorstwo musi używać komputerów do prowadzenia ksiąg podatkowych, czyli ewidencji dla potrzeb rozliczeń podatkowych.

JPK to narzędzie masowego sprawdzania poprawności zapisu gospodarczego w biznesie, który to zapis prowadzi do wyliczenia należnego podatku (e-kontrole podatkowe) – a więc źródła przychodu administracji kraju. KAS, weryfikując wszystkie obowiązkowo wysłane do Ministerstwa Finansów JPK_VAT oraz inne dokumenty, wychwytuje nieprawidłowości, nietypowe sytuacje, błędy. Gdy je wychwyci, zwraca się do podmiotów gospodarczych z prośbą o wyjaśnienie. To nie muszą być błędy przedsiębiorcy do którego zwraca się KAS: być może badane są transakcje z partnerami i podatnik jest kontrolowany dla potwierdzenia raportów innych podmiotów.

Podczas kontroli podatkowej „miękkiej”, wynikającej z ordynacji podatkowej  lub celno-skarbowej „twardej” w oparciu o przepisy o KAS, prośby o przekazanie struktur JPK mogą także nastąpić: logiczna struktura w elektronicznej formie daje się łatwo zestawiać i porównywać z podobnymi dokumentami – plikami, co przyśpiesza kontrole.

Ważność i poprawność danych – dowody skarbowe

Bardzo ważne jest to, jakiej jakości dane przekazujemy: dokument – dowód skarbowy musi być poprawny, w przeciwnym przypadku firma będzie narażona na upomnienia, a nawet kary finansowe. O ile administracja centralna dostarczyła nam rozwiązanie do generowania wysyłki JPK, o tyle, niestety, w tej aplikacji nie uzyskamy sprawdzenia ich poprawności. Pliki JPK są to zestawienia skonstruowane do obróbki Big Data, a nie ludzkiego oka: nie będą miały dla nas sensu. Warto zatroszczyć się o możliwość wizualizacji danych ze struktur JPK tak, aby dobrze je zinterpretować, o aplikację zamieniającą dane na zrozumiałe tabele oraz wykresy. JPK stał się dla służb skarbowych i biznesu materiałem dowodowym – tak jest traktowany w przepisach, dlatego musi być zgodny z prawdą – bezbłędny.

Najczęściej spotykane w praktyce mity

Naturalnie, urzędnik nie może uzyskać od przedsiębiorcy struktury kontrolnej Jednolity Plik Kontrolny Magazyn – jeśli przedsiębiorca nie prowadzi magazynu lub gdy prowadzi, ale dokumentacja magazynu znajduje się wyłącznie w „zeszycie w kratkę”. Mylne bywa też przekonanie, że JPK dotyczy tylko VAT-owców. Żeby prowadzić księgi podatkowe lub magazyn nie trzeba być podatnikiem podatku od towarów i usług. To urzędnik, a nie podatnik decyduje o okresie raportowania oraz sposobie dostarczenia JPK na żądanie. Ze względu na charakter dokumentu, dane struktur JPK przekazujemy jedynie w postaci elektronicznej.

Odpowiedzialność za JPK

W przygotowanie JPK zaangażowane mogą być w firmie różne osoby: obsługa IT czasem generuje pliki, księgowość podaje dane, czasem je wysyła. Niemniej, jedyną odpowiedzialną osobą jest podatnik – osoba, która jest odpowiedzialna za odprowadzenie podatków. Nawet w przypadku zlecania prowadzenia księgowości do biura rachunkowego, odpowiedzialność za prawdziwość danych – zawartość merytoryczną – spoczywa na podatniku. Istnieje możliwość nałożenia kar (z tytułu sankcji) na osobę prowadzącą JPK w firmie. Od strony technicznej, dowolny JPK musi gwarantować zgodność z wymogami (tzw. schemat XML) udostępnioną przez MF podatnikom tak, aby móc go obrabiać i zestawiać z innymi plikami, niezależnie od tego z programu jakiego producenta pochodzi. Można przygotować pliki również za pomocą oprogramowania Klient JPK 2.0 udostępnionego na platformie MF (przygotowuje tylko JPK VAT).

Przetestuj swoje JPK zanim zrobi to fiskus

W e-kontrolach fiskusa ważny jest nie tylko jeden rodzaj pliku JPK, ale powiązanie między poszczególnymi strukturami. Na przykład: w przypadku zestawienia JPK Wyciąg Bankowy z JPK Faktura sprawdzane jest to, jak sprzedaż ma się do opodatkowania, oraz do przepływów pieniężnych. Jak dodamy do wspomnianych struktur jeszcze JPK Księgi Rachunkowe, to wyniknie z tego jak wyglądały naprawdę księgowania, jaka operacja została wykonana i czy ostatecznie jest to transakcja poprawna pod względem podatkowym. Dlatego oceniając jakość merytoryczną danych w JPK, nie możemy poprzestać na analizie jednego konkretnego pliku.

Warto przeprowadzać własne testy JPK na danych, które potencjalnie byłyby wpisane do odpowiedniej logicznej struktury. Służby skarbowe są nastawione na wychwytywanie nieprawidłowości – warto więc skupić się przy porównywaniu dokumentów na wychwytywanie wątpliwych, nieczytelnych, o niezgodnych wartościach, tak aby je wyeliminować. Takie testy powinny być dopasowane do rodzaju działalności, rodzaju ksiąg rachunkowych, wielkości przedsiębiorstwa, dlatego warto rozważyć dostępne na rynku usługi czy aplikacje.

JPK  na żądanie – uzupełnienie systemu uszczelniającego podatki

Dzięki JPK VAT, KAS wie kto z kim i na jaką wartość zawarł transakcje. Mamy też STIR (System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej –  banki i skoki codziennie przekazują tą drogą dane o operacjach na rachunkach bankowych, które korespondują z transakcjami wykazanymi w JPK VAT do fiskusa). Mamy system SENT – śledzenie transportu towarów szczególnie ulubionych przez oszustów VAT. JPK na żądanie to dokumenty, które poprawiają jakość danych poprzez weryfikację tych uzyskiwanych przez KAS z różnych źródeł i systemów. JPK zostanie w naszej rzeczywistości i będzie, jako narzędzie e-kontroli, dynamicznie się rozwijać. Z początkiem października będziemy już korzystać z JPK sprawozdania finansowe, a z nowym rokiem z JPK paragony fiskalne. To ostatnie będą automatycznie przekazywały nowe kasy fiskalne.

Bogdan Zatorski, Ekspert biznesowy Sage

Kto i ile zarobi w FMCG?

Trwający Mundial to dla wielu firm z branży dóbr konsumenckich szansa na rekordową sprzedaż, a dla pracowników czas jeszcze bardziej wytężonej pracy. Eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page sprawdzili więc, na jakie zarobki mogą liczyć osoby zatrudnione w branży FMCG.

W sektorze dóbr konsumenckich już od pewnego czasu obserwujemy ożywienie. Wartość polskiego rynku FMCG wyceniana jest wg raportów na ok. 250 mld zł*. Tylko w 2017 roku wzrosła ona o 4,3%**, w porównaniu do 2016. Prognozy na kolejne 5 lat są równie optymistyczne – szacuje się, że rynek ten będzie rósł o 2-3 procent rocznie***.

Firmy z sektora dóbr konsumenckich wykorzystują czas koniunktury aktywnie działając w celu podniesienia swojej przewagi konkurencyjnej. Dotyczy to także zatrudnienia. Część organizacji pozyskuje pracowników, rozbudowując struktury sprzedaży i marketingu – zarówno w oddziałach jak i w centralach. Inne z kolei decydują się na optymalizację swoich struktur dla rozwoju nowych eksperckich stanowisk, które mają przyczynić się do zwiększenia zysku – mówi Katarzyna Filas, manager w zespole Sales & Marketing w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Jakie pieniądze są w grze

Jakie zarobki oferują nowym pracownikom firmy z branży FMCG? Firma Michael Page zbadała proponowane wynagrodzenia, analizując cztery obszary specjalizacji: sprzedaż, marketing, trade marketing oraz category management & consumer insights.

W sprzedaży na najwyższe zarobki – między 30-50 tys. zł brutto – może liczyć dyrektor sprzedaży, przy czym średnie wynagrodzenie wynosi ok. 37 tys. zł brutto. Zauważalnie niższe jest już przeciętne wynagrodzenie – 27 tys. zł brutto – drugiego w kolejności najlepiej opłacanego pracownika działu sprzedaży czyli national key account managera. Dalej w zestawieniu znajduje się regional sales manager. Osoba na tym stanowisku może spodziewać się wynagrodzenia w przedziale 12-17 tys. zł brutto. Key account manager może z kolei liczyć na wynagrodzenie na poziomie 14 tys. zł brutto. Na końcu klasyfikacji w tym obszarze znajduje się junior key account z zarobkami na poziomie 7,5 tys. zł brutto oraz sales representative, którego średnie wynagrodzenie wynosi ok. 4,5 tys. zł brutto.

W marketingu najwięcej można zarobić na stanowisku marketing directora – między 20-42 tys. zł brutto. Kwota najczęściej oferowana oscyluje tutaj zwykle wokół 30 tys. zł. Dalej w kolejności jest wynagrodzenie marketing managera. W tym wypadku mieści się ono w przedziale od 15 do 30 tys. zł brutto. Średnia pensja  brand managera wynosi 12 tys. zł brutto. Z kolei na stanowisku asystenta brand managera / marketing specialist waha się ona między 4,5-7 tys. zł brutto, a najczęściej wynosi 6 tys. zł brutto.

Na całkiem wysokie zarobki mogą też liczyć kluczowi pracownicy w obszarach trade marketingucategory management & consumer insights. Pensja trade marketing managera to 10-18 tys. zł brutto i dokładnie w tym przedziale mieszczą się również zarobki consumer insights managera. Podobnie kształtuje się wynagrodzenie category managera, który może liczyć na kwoty rzędu 11-16 tys. zł brutto. Najniższe wynagrodzenia w tych obszarach dotyczy junior category manager – między 8-10 tys. zł brutto – oraz trade marketing specialist, którego zarobki mieszczą w przedziale 6-9 tys. zł brutto.

Wszechstronny zawodnik poszukiwany

Nowi pracownicy w branży dóbr konsumenckich muszą sprostać rosnącym oczekiwaniom pracodawców. Jak wynika z globalnych badań przeprowadzonych przez KPMG we współpracy z organizacją The Consumer Goods Forum****, zdaniem 9 na 10 przedstawicieli kadry zarządzającej z branży FMCG, tempo zmian rynkowych będzie coraz większe.

To jeden z powodów, dla których pracodawcy z branży stawiają dziś na osoby wszechstronne, które nie tylko dysponują twardymi umiejętnościami z obszaru sprzedaży czy marketingu, ale potrafią również dostrzec dużo szersze spektrum działania firmy.

– Znajomość obszarów biznesowych, którymi zajmują się różne komórki organizacji, to z pewnością duża zaleta. Stąd większe zainteresowanie dużych firm kandydatami pochodzącymi z organizacji o mniejszych strukturach, którzy łączyli wcześniej dwie, a nawet więcej funkcji – zauważa Katarzyna Filas.

Więcej informacji na temat przeglądu płacowego w FMCG znaleźć można pod linkiem: https://www.michaelpage.pl/dla-mediów/badania-i-publikacje/przeglądy-wynagrodzeń

* Wg raportów Nielsen i GfK

** Wg raportów Nielsen

*** Wg raportów Nielsen i GfK

**** KPMG International, The Consumer Goods Forum – „Global Consumer Executive Top of Mind Survey 2017 – Think like a start-up”, marzec-kwiecień 2017

Krzysztof Starzec z Circle K Polska na czele Rady Dyrektorów POPiHN

Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska
Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska

Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska, objął funkcję Przewodniczącego Rady Dyrektorów Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego, zastępując na tym stanowisku Piotra Pyricha z BP Europa SE. Jako członek w Radzie Dyrektorów Krzysztof Starzec zasiada od 2013 r.

Jako Przewodniczący Rady Dyrektorów dołożę wszelkich starań, aby POPiHN pozostał efektywną płaszczyzną do aktywnej współpracy między wszystkimi uczestnikami rynku. Jestem bardzo wdzięczny za zaufanie i wierzę, że wspólnymi siłami będziemy kontynuować działania na rzecz rozwoju naszej branży mówi Krzysztof Starzec, Starszy Dyrektor ds. Paliw w Circle K Polska oraz Przewodniczący Rady Dyrektorów POPiHN.

Krzysztof Starzec jest absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie SGH). Ma wieloletnie doświadczenie w obszarze handlu zagranicznego. W branży paliwowej pracuje od 1994 r., kiedy to dołączył do polskiego oddziału spółki Royal Dutch Shell. Na przestrzeni kolejnych 17 lat zajmował stanowiska kierownicze zarówno na szczeblu krajowym, jak i w strukturach międzynarodowych, a w latach 2007-2010 był członkiem zarządu Shell Polska. Krzysztof Starzec do zespołu Statoil Polska dołączył w 2011 r. jako dyrektor działu paliw transportowych. Po zmianie nazwy spółki na Circle K objął stanowisko Starszego Dyrektora ds. Paliw.

Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego została powołana 8 grudnia 1995 roku. Jednym z najważniejszych celów POPiHN jest zrównoważone tworzenie i kształtowanie konkurencyjnego rynku paliwowego w Polsce, miedzy innymi poprzez działania na rzecz wprowadzenia zgodnych z prawem Unii Europejskiej zasad prowadzenia działalności gospodarczej oraz równych praw dla wszystkich przedstawicieli branży. polskiego rynku paliwowego.

EY: Firmy z sektora ochrony zdrowia muszą zmienić swój model biznesowy

Firmy z sektora ochrony zdrowia muszą zmienić swój model biznesowy i spersonalizować produkty oraz usługi. Do 2023 roku ponad 75% z nich może wypaść z listy Fortune 500 ze względu na narastającą konkurencję i konwergencję sektora – wynika z raportu EY pt.”Ludzkie ciało jest największą platformą danych – kto zdobędzie wartość?”

Firmy z sektora ochrony zdrowia mogą zostać zmarginalizowane przez firmy technologiczne, wynika z raportu EY. Już w 2023 roku 75% z nich może zniknąć z listy Fortune 500, o ile nie stworzą nowego, bardziej przyjaznego dla konsumentów modelu biznesowego, opierającego się na danych, zamiast koncentrować się wyłącznie na nowych lekach i urządzeniach.

Postęp technologiczny zmienił konsumentów w „super konsumentów”, którzy oczekują jasnych interakcji, dostosowanych do ich potrzeb i będących częścią codziennego życia. Ich oczekiwania zmieniają relacje nie tylko z lekarzami czy płatnikami, ale także z produktami czy usługami wykorzystywanymi na co dzień.

W przyszłości hitem mogą być algorytmy, które łącząc w sobie informacje naukowe, behawioralne, ekonomiczne i finansowe stworzą spersonalizowane rozwiązania pomagające w leczeniu i zapobieganiu chorobom. Dlatego firmy sektora ochrony zdrowia muszą już teraz rozważyć, czy i kiedy włączyć się w funkcjonowanie platform, które zbierają, łączą oraz dzielą się danymi zdrowotnymi w rzeczywistym czasie.

Technologiczne innowacje stwarzają nadpłynny rynek, czyli rynek doskonały, który eliminuje nieefektywne biznesy, a na piedestale stawia konsumenta, posługując się np. drukiem 3D, technologią blockchain czy sztuczną inteligencją. Niestety, sektor ochrony zdrowia nie jest jeszcze częścią tego rynku, ale od 2017 roku poszczególne organizacje łączą swoje siły, by stworzyć nowe produkty i usługi, wygodniejsze i skoncentrowane na konsumentach.

Już dzisiaj, jak wynika z raportu EY, giganty technologiczne inwestują w rozwiązania z zakresu ochrony zdrowia i zdobywają nowe patenty.Firmy z sektora ochrony zdrowia mogą przegrać wyścig z firmami technologicznymi

 – Gwałtowne wejście firm technologicznych do sektora ochrony zdrowia, połączone ze zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów, powoduje rewolucję zwiększającą poziom uczestnictwa w systemie ochrony zdrowia. To konsumenci określają wartość, która powinna oznaczać zdolność dostarczania przystępnych cenowo i spersonalizowanych efektów zdrowotnych. Jeśli firmy chcą być uczestnikami nowego świata muszą zainwestować i uczestniczyć w platformach ochrony i opieki zdrowotnej – mówi Jakub Szulc, ekspert, Sektor Ochrony Zdrowia w EY.

Platformy skoncentrowane na informacjach

Raport EY opisuje platformy opieki zdrowotnej jako interfejs, który płynnie zbiera, łączy i dzieli się z wszystkimi interesariuszami informacjami związanymi ze zdrowiem. W dodatku czyni to w czasie rzeczywistym. Celem jest polepszenie zdrowia. W ochronie zdrowia platformy stają się narzędziem łączącym wszystkich interesariuszy: konsumentów, lekarzy, płatników, legislatorów oraz producentów. W ten sposób mogą scalić swoje umiejętności i dzielić się informacjami, by wyeliminować obecny, nieuporządkowany model ochrony zdrowia. W nowym modelu to konsument, a nie produkt, jest w centrum zainteresowania.

Firmy z sektora ochrony zdrowia mają niewielką liczbę danych dotyczących wyników zdrowotnych oraz kosztów opieki, ale są to niezwykle cenne dane. Połączenie ich z informacjami środowiskowymi, behawioralnymi i finansowymi pozwoli organizacjom stać się głównymi beneficjentami tworzonej w przyszłości wartości.

Konsumenci są namawiani do bycia odpowiedzialnymi za ochronę swego zdrowia, ale nie mają odpowiednich narzędzi. Platformy będą w stanie pomóc w śledzeniu objawów, zarządzaniu nimi, omawianiu możliwości leczniczych. Co ważniejsze – będą pełniły funkcję edukacyjną pozwalającą na zmianę stylu życia.

Firmy sektora ochrony zdrowia zmieniając swój model biznesowy muszą najpierw zdefiniować personalizację i traktować ją szerzej niż tylko dane kliniczne. Konieczne będzie zrozumienie indywidualnych zachowań i poziomu tolerancji ryzyka, zwiększenie zaangażowania konsumentów, a także uwzględnienie niepewności.

Nowe umiejętności

Dzisiaj sektor ochrony zdrowia nie ma umiejętności koniecznych do funkcjonowania i osiągnięcia sukcesu w świecie kierowanym platformami. Przede wszystkim chodzi o nawiązywanie relacji z konsumentami, personalizację oraz analizę danych. W dodatku tylko niewiele, o ile w ogóle jakiekolwiek organizacje mają środki finansowe potrzebne do zbudowania takich platform od zera. Z drugiej strony firmy technologiczne nie mają odpowiednich umiejętności oraz wiedzy medycznej koniecznej do istnienia platform ochrony i opieki zdrowotnej.

Dlatego niektóre organizacje już zawierają transakcje pozwalające uzupełnić brakujące umiejętności. Z raportu EY wynika, że od 2014 roku zawarto ich 90. Połowa z tych, które dotyczyły terapii, obejmowała platformy związane z cukrzycą lub układem oddechowym. 14% było związane z produktami lub usługami dla pacjentów chorych na raka.

– To są bardzo istotne inwestycje, ale jest ich wciąż za mało. Konieczne są kolejne, które w centrum oferty umieszczą łączące technologie. Osiągnięcie sukcesu w nowym paradygmacie rynkowym wymaga przyjęcia elastycznego, opierającego się na platformach modelu biznesowego. Pozwoli on organizacjom ochrony zdrowia świadczyć przystępne cenowo usługi i oferować lepsze efekty zdrowotne, a także uruchomić siłę różnych źródeł danych, które teraz znajdują poza tradycyjnym ekosystemem ochrony zdrowia – mówi Jakub Szulc.

Zdaniem ekspertów EY konieczna jest współpraca organizacji prywatnych i publicznych z różnych sektorów – ochrony zdrowia, produktów konsumenckich, technologii oraz nauk przyrodniczych – ponieważ mają unikalne umiejętności, które zebrane w jednym miejscu uczynią z dzisiejszych konsumentów przyszłych „super konsumentów”.

– Konsumenci są w centrum nowego rynku i domagają się lepszych relacji z organizacjami ochrony zdrowia. Firmy powinny wykorzystać platformy do łączenia informacji naukowych i klinicznych z informacjami środowiskowymi, behawioralnymi oraz finansowymi – mówi Jakub Szulc. W przyszłości będą lepiej umiały wykorzystywać dane, dzięki czemu zrozumieją, jak zmieniające się potrzeby konsumentów wpływają na przyszłą wartość, czyli będą wiedziały, które produkty i usługi przynoszą najwyższe przychody – podsumowuje.

W Polsce północnej brakuje inżynierów, w południowo-zachodniej pracowników służby zdrowia

Z największymi trudnościami w pozyskiwaniu odpowiednich osób do pracy mierzą się firmy zlokalizowane w Polsce północnej – 59% pracodawców z tego regionu ma problemy w rekrutacji pracowników. Mniejsze kłopoty dotykają przedsiębiorstwa z Polski wschodniej (46%). We wszystkich 6 analizowanych regionach kraju największe trudności sprawia znalezienie wykwalifikowanych pracowników fizycznych. Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy? Firmy z Polski północnej i południowej narzekają na brak chętnych do pracy w restauracjach i hotelach, a pracodawcy z Polski północno-zachodniej na niedobór pracowników służby zdrowia. Zobacz więcej w najnowszej analizie ManpowerGroup.

Pracodawcy z sześciu przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionów Polski (tj. centralnej, wschodniej, północnej, północno-zachodniej, południowej i południowo-zachodniej ) jednogłośnie potwierdzili, że w ich regionie najtrudniej o wykwalifikowanych pracowników fizycznych (np. elektryków, spawaczy, mechaników). Na drugim miejscu na liście zawodów najtrudniejszych do zrekrutowania znajdują się operatorzy produkcji i maszyn – ich brak sygnalizują szczególnie firmy w Polsce centralnej, północno-zachodniej oraz południowo-zachodniej. Pracodawcom z Polski wschodniej, południowej i północno-zachodniej równie duże trudności sprawia rekrutacja kierowców (pojazdów ciężarowych, budowlanych, publicznego transportu zbiorowego).Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy

Przedstawicieli jakich zawodów brakuje jeszcze na polskim rynku pracy?

Firmy z Polski centralnej i północnej mają trudności w rekrutacji inżynierów, firmy ze wschodu narzekają na brak kierowników i wysokiej klasy specjalistów, z kolei przedsiębiorstwa w Polsce południowo-zachodniej mówią o niedoborze pracowników służby zdrowia. W grupie stanowisk najtrudniejszych do obsadzenia nowymi pracownikami są również przedstawiciele handlowi, szczególnie pożądani w północno-zachodnim regionie naszego kraju.
– W regionie Polski wschodniej zlokalizowanych jest mniej zakładów produkcyjnych, a to właśnie te firmy najczęściej mówią o niedoborze pracowników o potrzebnych kwalifikacjach. Rolniczy charakter tej części kraju determinuje profil poszukiwanego kandydata – mówi Luiza Luranc, ekspert rynku pracy z agencji zatrudnienia Manpower. – Podobne zależności widzimy w przypadku regionu centralnego, północno-zachodniego i południowo-zachodniego, gdzie firmy liczniej niż w innych częściach kraju sygnalizują problemy związane z niedoborem operatorów produkcji i maszyn. Te regiony Polski wielu pracodawców z sektora produkcji przemysłowej wybrało na miejsce lokalizacji swoich fabryk. Niedobór na tych stanowiskach w niektórych zakładach sięga dziesiątek lub nawet setek pracowników – tłumaczy ekspertka Manpower.

– Niedobór pracowników służby zdrowia zgłaszany przez pracodawców z południowo-zachodniej Polski może być z kolei skutkiem dużego zapotrzebowania na tych specjalistów za naszą zachodnią granicą, szczególnie w Niemczech, gdzie stanowiska związane ze służbą zdrowia znajdują się na 7. miejscu na liście 10 zawodów dotkniętych największym niedoborem w tym kraju – dodaje Luiza Luranc.

Najgorzej na północy, najlepiej na wschodzie

Spośród 6 przeanalizowanych regionów Polski największe trudności w pozyskiwaniu pracowników zadeklarowały firmy z regionu północnego – 59% pracodawców.  Problem ze zrekrutowaniem odpowiednich osób do pracy dotyka ponad połowy przedsiębiorstw w Polsce północno-zachodniej (53%), południowej (52%) i południowo-zachodniej (52%). Nieco mniejsze trudności ze znalezieniem pracowników mają firmy z Polski wschodniej (46%) oraz centralnej (47%). W badaniu ManpowerGroup przedsiębiorstwa zostały również zapytane o to, czy w stosunku do ubiegłego roku mają teraz więcej trudności w obsadzaniu stanowisk nowymi pracownikami. Sytuacja najbardziej pogorszyła się w Polsce północnej (dla 37% firm trudniej jest niż przed rokiem znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy) oraz północno-zachodniej (31%). Sytuacja nieco polepszyła się w regionie południowym i wschodnim, gdzie odpowiednio 6% i 5% przedsiębiorstw deklaruje mniej problemów w zrekrutowaniu odpowiednich pracowników.Niedobór talentów

O badaniu:
Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna edycja i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.