Bez przekonania

Nowy tydzień inwestorzy rozpoczynają w pogodnych nastrojach, co widać przede wszystkim po rynku akcji, ale na FX przerodziło się to w dryf bez przewagi dolara. Obecnie kluczowym pytaniem jest, czy USD ma tylko przerwę w większym marszu, czy zapędził się w swojej sile i zostanie za to skarcony? Dyskusja trwa, konkluzji brak, świeżych impulsów dziś raczej nie dostaniemy.

Dolar stracił efekt rozpędu, jaki w ostatnich tygodniach zapewnił mu wyraźne umocnienie do pozostałych walut. Brak „brzydkich” konsekwencji zerwania umowy nuklearnej z Iranem przez prezydenta Trumpa oraz gorszy od oczekiwań odczyt CPI z USA pozwoliły na przegrupowanie i realizację zysków i teraz znaleźliśmy się w fazie wyczekiwania na nowy impuls. Osobiście nie mam przekonania, by 5 minut USD właśnie się kończyło. Tło makroekonomiczne w dalszym ciągu jest sprzyjające, podczas gdy reszta świata jeszcze nie otrząsnęła się z serii sygnałów o spowolnieniu aktywności gospodarczej. Mimo to nie widać po tynku, aby inwestorzy byli teraz skłonni opowiedzieć się za którąkolwiek opcji (kupić czy sprzedaż USD). Dlatego najbliższe godziny mogą upłynąć na spokojnym wyczekiwaniu nowego impulsu. Sprzedaż detaliczna z USA we wtorek wydaje się pierwszym istotnym testem.

W dzisiejszym kalendarzu nie ma nic ciekawego i nawet maraton wystąpień członków Fed i EBC nie odciśnie piętna na EUR/USD. Choć po ostatnich spadkach pesymizm może być przesadzony, co by sugerowało łatwiejszą drogę do kontynuowania odbicia, to brakuje jednak przekonujących argumentów za kupnem EUR. Jak dla mnie z podobną łatwością możemy sięgnąć 1,2050, jak i wrócić do 1,19, a impuls prędzej będzie ze strony USD (sprzedaż detaliczna, ruch na rentownościach). GBP ponownie jest chłopcem do bicia po tym, jak w zeszłym tygodniu został „porzucony” przez gołębi Bank Anglii. Raport z rynku pracy Wlk. Brytanii we wtorek może dać przejściowy zastrzyk optymizmu, ale nie na tyle, by całkowicie wymazać pesymizm związany z oczekiwaniami wobec polityki stóp procentowych BoE. No i pozostaje jeszcze kwestia Brexitu, gdzie premier May ma problemy nie tylko z przeciwnikami we własnej partii, co w rządzie. Jeśli już, to w gronie głównych walut możemy widzieć śmielsze ruchy na USD/JPY. Sentyment rynkowy jest pozytywny przy malejących napięciach w rozmowach handlowych USA-Chiny. Budujący się apetyt na ryzyko może podnieść indeksy giełdowe, a z nimi USD/JPY, ale kluczem jest przełamanie 110. W gronie walut surowcowych ADU i NZD w moim przekonaniu umacniają się tylko na realizacji zysków z pozycji na sprzedaż, a fundamentalnie nie są to solidne waluty, więc gdy tylko USD powróci do marszu, tutaj trzeba szukać okazji. Inaczej wygląda CAD, gdzie rynek wyraźnie chce zwiększyć zaangażowanie i nie zraził się za bardzo mieszanym raportem z rynku pracy Kanady w piątek. Finał rozmów w sprawie NAFTA jest odległy, ale do czwartku do Kongresu USA ma trafić draft umowy (bez konkretów), co rynek odczytuje jako coś dobrego.

Podtrzymuje mój sceptycyzm wobec złotego, gdyż uważam, że okres fascynacji rynkami wschodzącymi dobiegł końca, a silny wzrost rentowności długu USA obniża trakcyjność odsetkową inwestycji w tym segmencie. Co z tego, jeśli dług daje 4-5 pkt proc. więcej, jak zmiany kursu walutowego mogą tą premię „zjeść” w dwa dni? Kolejna fala umocnienia dolara będzie skłaniać do ucieczki z pozycji na rynkach wschodzących, albo do zabezpieczenia ryzyka walutowego (co oznacza sprzedaż lokalnych walut i kupno dolara). Ale to jest scenariusz, którego się trzymam w średnim terminie, a teraz uspokojenie stwarza możliwość do zbliżenia się EUR/PLN do 4,24.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Argentyńskie peso znów traci. Inflacja w Rumunii

Argentyna zbliża się do kolejnego bankructwa, drugiego w tej dekadzie. Wzrost cen w Rumunii wyraźnie powyżej celu inflacyjnego. Ataki w Paryżu bez wpływu na rynki.

Argentyńska waluta upada

Od początku roku argentyńskie peso wyraźnie się osłabia. Jeszcze w styczniu za dolara można było kupić niecałe 19 pesu. W piątkowy wieczór zbliżono się do poziomu 24 peso. W samym maju oglądaliśmy wzrost z 21. To wszystko dzieje się pomimo intensywnych rozmów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Jak podają zewnętrzne agencje Bank Centralny uwolnił w piątek rezerwy walutowe by ratować argentyńską walutę. Nieudana interwencja walutowa oraz negocjacje z MFW zakończone nadzieją na osiągnięcie porozumienia tylko podnoszą temperaturę. Z kraju ucieka kapitał i to pomimo podniesienia stóp procentowych do imponujących 40%.

Wzrost cen w Rumunii

Wedle kwietniowych danych inflacja przekroczyła 5%. W ciągu 8 miesięcy inflacja wzrosła z niecałego 1,5% do obecnie 5,2%. Jest to o tyle niepokojący poziom, że cel inflacyjny w Rumunii jest na takim samym poziomie jak w Polsce czyli 2,5% z odchyleniem 1%. Oznacza to już czwarty miesiąc z rzędu przebywania inflacji powyżej celu. Zdaniem prezesa Narodowego Banku Rumunii w kolejnych miesiącach powinniśmy oglądać powrót inflacji bliżej celu. Uważa on, że obecny wystrzał jest głównie efektem niskiej bazy. Biorąc pod uwagę, że jeszcze rok temu inflacja w Rumunii nie przekraczała 1% tłumaczenie to wydaje się zasadne. Rynek walutowy przyjął tą informacje w miarę spokojnie.

Ataki w Paryżu

W nocy z soboty na niedzielę znów niespokojnie było w Paryżu. W ataku nożownika zginęła jedna osoba a trzy zostały ranne. Na tym etapie wydarzenia te nie miały wpływu na rynek walutowy, ale niewykluczone, że w reakcji na nie pojawią się pewne ograniczenia lub kolejne ataki, które mogą już ten wpływ mieć. Atmosfera strachu nie sprzyja gospodarce, a to byłoby negatywnym sygnałem dla europejskiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów. Będą się natomiast odbywać wystąpienia członków zarządu Europejskiego Banku Centralnego zatem w godzinach popołudniowych może pojawić się podniesiona zmienność na walutach europejskich.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Cyfrowa weryfikacja dowodu rejestracyjnego pojazdu i polisy OC coraz bliżej

Sejm przyjął zmiany w ustawie Prawo o ruchu drogowym, autorstwa Ministerstwa Cyfryzacji. Nowe prawo zwolni kierowców z obowiązku wożenia w pojeździe dowodu rejestracyjnego i poświadczenia polisy OC.  Podczas kontroli policja sprawdzi te dane w systemie informatycznym CEP. W konsultacjach uczestniczyli przedstawiciele Związku Polskiego Leasingu.

W ostatnim okresie Związek Polskiego Leasingu uczestniczył w konsultacjach prowadzonych przez Ministerstwo Rozwoju oraz Ministerstwo Cyfryzacji. Przedstawiciele ZPL przekonywali do zmian w Prawie o ruchu drogowym w zakresie zniesienia obowiązku posiadania przez kierującego, dokumentu rejestracyjnego pojazdu, podczas kontroli. Inne proponowane przez ZPL postulaty dotyczyły zmian w Kodeksie Cywilnym, umożliwiających wprowadzenie alternatywnej dla papierowej formy zawierania umów leasingu oraz rozszerzenia zakresu przedmiotowego umowy leasingu o wartości niematerialne i prawne, w tym oprogramowanie.

Pierwszy z wymienionych postulatów Związku został uwzględniony w rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy – Prawo o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw. 7 maja br. został on pozytywnie zaopiniowany przez Komisję Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii oraz Komisję Infrastruktury Sejmu RP, 9 maja Sejm RP przyjął zmiany w ustawie Prawo o ruchu drogowym, natomiast 11 maja br. Senat RP przyjął ustawę, nie zgłaszając poprawek. Zgodnie z przyjętym projektem i jego uzasadnieniem obywatele poruszający się pojazdem na terytorium RP i w RP zarejestrowanym nie będą musieli wozić przy sobie dowodu rejestracyjnego/pozwolenia czasowego, a także poświadczenia polisy OC.

Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu

 „Aktualnie za brak oryginału dowodu rejestracyjnego w pojeździe grożą sankcje w postaci mandatu. Zniesienie w Kodeksie drogowym obowiązku i zastąpienie go jedynie zapisem cyfrowym w bazie CEP nie tylko usprawni obrót dokumentami w procesie leasingu, ale także zmniejszy ryzyko działalności gospodarczej dla wszystkich instytucji finansujących pojazdy” – powiedział Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, podczas kontroli policja sprawdzi wymienione wyżej dane w systemie informatycznym CEP (Centralna Ewidencja Pojazdów). Już dziś znajdują się tam informacje zawarte w dowodzie rejestracyjnym, a także dane o polisie oraz o badaniu technicznym. O terminie zniesienia obowiązku kierowcy zostaną poinformowani odrębnym komunikatem Ministra Cyfryzacji.

Superdokładne alkomaty pomogą zmniejszyć liczbę nietrzeźwych kierowców. Obecnie nawet co trzecia osoba błędnie ocenia czas na wytrzeźwienie

Superdokładne alkomaty pomogą zmniejszyć liczbę nietrzeźwych kierowców. Obecnie nawet co trzecia osoba błędnie ocenia czas na wytrzeźwienie 1

W ubiegłym roku policjanci zatrzymali ponad 109 tys. nietrzeźwych kierowców. Dużym problemem jest nieuświadomiona nietrzeźwość. Z badań wynika, że nawet co trzeci kierowca w Polsce błędnie szacuje czas potrzebny do wytrzeźwienia. Problem mogłyby rozwiązać precyzyjne alkomaty. W tradycyjnych urządzeniach końcowy wynik testu może być zawyżony lub zaniżony nawet o 0,10‰ stężenia alkoholu we krwi. Dzięki alkomatom wyposażonym w precyzyjne czujniki elektrochemiczne odchylenie wyniku pomiaru może być tylko dodatnie, czyli wyklucza możliwość zaniżenia wyników. Dodatkowo informują one o szacowanym czasie potrzebnym do całkowitego wytrzeźwienia.

Na rynku pojawia się coraz więcej alkomatów i innowacyjnych urządzeń, które pomagają mierzyć stężenie alkoholu we krwi z niemal całkowitą dokładnością. Niedawno naukowcy z University of California w San Diego stworzyli prototyp mikroprocesora, który ma być wstrzykiwany pod skórę i dzięki małym elektrochemicznym czujnikom mierzyć ilość etanolu w płynie między komórkami. Dokładny wynik mógłby pojawić się już po 3 sekundach. Zanim procesory wejdą na rynek, można korzystać z alkomatów. W Polsce rynek nie jest do końca uregulowany, w związku z tym można kupić urządzenia osobiste, które np. zaniżają wyniki. Na rynku pojawiły się jednak nowe alkomaty osobiste wyposażone w precyzyjne czujniki elektrochemiczne.

– Innowacje polegają przede wszystkim na doskonaleniu istniejących technologii: lepsze, elektrochemiczne czujniki, lepszy system próbek, który jest istotny dla dokładności badania alkomatem. To także dodatkowe rozwiązania, jak oprogramowanie pozwalające badanemu odczytać wynik, a także ocenić, ile czasu potrzeba, by alkohol wyparował z jego organizmu. Mamy też rozwiązanie pozwalające zobaczyć na żywo na ekranie, jak wygląda proces wydmuchiwania – mówi agencji Newseria Innowacje Hunter Abbott, dyrektor zarządzający w firmie AlcoSense.

Nowe alkomaty są wyposażone w asystenta pomiaru BlowCoach, który podpowiada, jak poprawnie wykonać test i informuje, z jaką siłą i jak długo należy dmuchać w alkomat. Przy nieprawidłowościach pojawi się sugestia, co należy poprawić. Dzięki temu do alkomatu trafia odpowiednia ilość powietrza z głębi płuc, co z kolei gwarantuje precyzję badania.

 Zamieniamy etanol, czyli alkohol w elektryczność. Po jej powstaniu mierzymy jej ilość i przekładamy na to, ile alkoholu znajduje się w organizmie danej osoby. By jednak odczyt był dokładny, musimy mieć nieco więcej danych. Jeśli mierzy się powietrze, które znajduje się w gardle, a nie głęboko w płucach, dostanie się niedokładny odczyt – mówi Hunter Abbott.

Obecnie dostępne na rynku podręczne alkomaty podają wyniki testu z dokładnością o ok. 0,10‰ BAC (blood alcohol concentration – stężenie alkoholu we krwi). W ten sposób nawet jeśli stężenie alkoholu w organizmie będzie przekraczać dopuszczalny próg, użytkownik może dostać informację, że stężenie alkoholu jest na bezpiecznym poziomie. W urządzeniach AlcoSense nie ma możliwości zaniżenia wyniku badania, wynik może być jedynie zbyt wysoki.

– Nasze produkty mają bardzo dobrą tolerancję, zbliżoną do alkomatów policyjnych, czyli w przedziale 0,0–7,5. Oprogramowanie sprawia, że wynik może być lekko zawyżony, ale nigdy zaniżony. Z kolei AlkoSense Ultra za 999 złotych ma dokładność niemal dokładnie taką samą jak alkomaty policyjne, mimo że jest przeznaczony do użytku domowego – wymienia dyrektor AlcoSense.

W 2017 roku policjanci w Polsce przeprowadzili 17,8 mln kontroli trzeźwości, wykryli ponad 109 tys. nietrzeźwych kierujących (powyżej 0,5‰). W części odpowiada za to nieświadomość – z badań SW Research na zlecenie AlcoSense wynika, że co trzeci kierowca błędnie szacuje czas potrzebny do wytrzeźwienia po spożyciu określonej ilości alkoholu. Zazwyczaj wydaje mu się, że jest gotowy prowadzić zbyt wcześnie.

 Jeżeli mamy kierowcę z potencjalnym problemem alkoholowym, najlepszym rozwiązaniem jest, by w ogóle nie wsiadał za kierownicę. Jeżeli ktoś nie jest w stanie tego kontrolować, nie powinien odzyskać prawa jazdy, dopóki problem nie zostanie rozwiązany – przekonuje Hunter Abbott.

Z danych Persistence Market Research wynika, że światowa wartość rynku alkomatów może w 2026 roku sięgnąć 13,3 mld dolarów, przy nieco ponad 7 mld dol. w 2017 roku.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na Silver oraz USDCAD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Z punktu widzenia ostatniego raportu COT warto zainteresować się dolarem kanadyjskim oraz srebrem.

USDCAD – fundusze lewarowane powoli dobierają długie pozycje do portfela

Według ostatniego raportu Commitments of Traders fundusze lewarowane dobrały do swojego portfela ponad 4 tysiące kontaktów terminowych opiewających na długą pozycję. W tym samym czasie pozycja krótka wzrosła o 2 tysiące. Pomimo powiększenia ekspozycji po krótkiej stronie rynku obecny trend trwający od początku kwietnia wskazuje na coraz większe zaangażowanie funduszy po długiej stronie rynku. Dzięki temu otrzymujemy byczy sygnał na dolarze kanadyjskim, scenariusz ten wspierany jest przez notowania ropy naftowej, która od w dalszym ciągu utrzymuje się w trendzie wzrostowym.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Z punktu widzenia analizy technicznej w nadchodzących tygodniach możemy spodziewać się mocniejszej korekt. Aktualnie notowania znalazły się na długoterminowy oporze utworzonym przez dołek z lutego 2017 roku. Scenariusz korekty wspierany jest przez formację Pin Bara, która uformowała się tuż pod wspomnianym oporem. Aktualnym celem kupujących może być strefa wsparcia 1.243-1.258.

Notowania USDCAD, interwał tygodniowy

Notowania USDCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Z kolei patrząc na ostatni impuls wzrostowy na ropie naftowej możemy spodziewać się przerwania dolnego ograniczenia kanału spadkowego i deprecjacji pary walutowej USDCAD w okolicę poziomu 1.20.

Srebro – dobieranie długich pozycji przez zarządzających

W poprzednim tygodniu zarządzający portfelami na rynku kontraktów terminowych powiększyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku o 4 tysiące kontraktów. Natomiast pozycja krótka wzrosła o niespełna 300 kontraktów.

Sam wzrost pozycji długich nie powinien być dla nas zaskoczeniem, ponieważ jeszcze kilka tygodni temu pozycje netta na rynku kontraktów terminowych była na historycznie niskim poziomie. W takich ekstremach zawsze dochodziło do odwrócenia. W nadchodzących tygodniach możemy spodziewać się kontynuacji zamykania długich pozycji względem krótkich.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Analiza techniczna wspiera scenariusz wzrostowy na rynku srebra. Kilka tygodni temu na interwale tygodniowym doszło do pokonania długoterminowej linii trendu spadkowego. Po udanym ataku na linię trendu niedźwiedzie przystąpiły do ataku, cały wcześniejszy impuls wzrostowy został zniwelowany.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Pomimo tego notowania w dalszym ciągu utrzymują się ponad długoterminowym wsparciem 15.60-16.00, co sugeruje duże prawdopodobieństwo wzrostu notowań srebra. Krótkoterminowym celem kupujących może być strefa oporu 17.35. Jeżeli kupującym uda się ją pokonać, to notowania będą zmierzały w okolice poziomu 17.80.

Dział Analiz Admiral Markets

Wakacyjne wyjazdy samochodem będą droższe. Średnie ceny benzyny ponownie przebiją poziom 5 zł za litr

Wakacyjne wyjazdy samochodem będą droższe. Średnie ceny benzyny ponownie przebiją poziom 5 zł za litr 2

Ropa naftowa jest w trendzie wzrostowym od I kwartału 2017 roku i podrożała w tym czasie ponaddwukrotnie. Zdaniem Pawła Cymcyka, prezesa Związku Maklerów i Doradców, surowiec może w tym roku jeszcze podrożeć, czemu sprzyjają konflikty polityczne i ożywienie gospodarcze. W konsekwencji odbije się to na kierowcach, a benzyna znowu podrożeje.

Ropa naftowa pozostaje trochę w cieniu ostatnich wzrostów na rynkach akcyjnych, dlatego że w ostatnim czasie widzieliśmy solidne wzrosty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Cymcyk, prezes zarządu Związku Maklerów i Doradców. – W ciągu roku ropa naftowa zdrożała o 50 proc., przy czym te wzrosty uszły uwadze większości inwestorów, którzy byli skoncentrowani na trwającej hossie w USA czy na rosnącej zmienności na rynkach w ciągu I kwartału 2018 roku.

Surowiec w ciągu nieco ponad roku odrobił więcej niż połowę strat poniesionych między połową 2014 roku, gdy zaczęły się spadki, a dołkiem z początku 2017 roku. Na odwrócenie trendu wpłynęło porozumienie zawarte między producentami ropy, w tym Rosją i krajami OPEC, o ograniczeniu produkcji. Obowiązuje ono od początku 2017 roku i było już dwukrotnie prolongowane. Na razie ma trwać do końca 2018 roku.

Rośnie natomiast popyt, gdyż światowe gospodarki rozwijają się coraz szybciej. Do tego dochodzi element polityczny; w przypadku zagrożenia konfliktami ceny ropy szybują. A to ostatnio jest wysokie: Stany Zjednoczone wypowiedziały Iranowi umowę nuklearną i ponownie nałożyły na ten kraj sankcje, co będzie oznaczało embargo na irańską ropę. Kraje OPEC mają się odnieść do tego wydarzenia 22 maja. Dwa dni wcześniej natomiast odbędą się w Wenezueli wybory prezydenckie, w których prawdopodobnie zwycięży kandydat rządzącej ekipy, która wpędziła kraj w dramatyczny kryzys. To może drastycznie ograniczyć dostawy wenezuelskiej ropy na światowy rynek.

– Te dwa elementy sukcesywnie pchają notowania ropy naftowej w górę i myślę, że poziom 70 dol. za baryłkę, który w tej chwili przebiliśmy, nie jest ostatnim pułapem, na którym ropa naftowa w 2018 roku może się znaleźć – prognozuje Paweł Cymcyk. – Tak jak po cichu rosła w 2017 roku, tak samo w 2018 roku ropa ma szansę znowu stać się czarnym koniem inwestycyjnym, na którego część inwestorów może postawić w ostatniej chwili, wtedy, kiedy te notowania będą przekraczały 80–90 dol. za baryłkę.

Wprawdzie ceny ropy naftowej nie przekładają się natychmiast na ceny paliw na stacjach benzynowych, ale z pewnym przesunięciem czasowym te ostatnie muszą podążyć za kosztem surowca. Dodatkowym elementem jest ładna pogoda, która sprzyja weekendowym wyprawom, i zbliżające się wakacje. Według portalu e-petrol.pl za benzynę Pb95 już w tym tygodniu będzie trzeba zapłacić od 4,92 zł do nawet 5,03 zł. W poprzednim tygodniu średnia wynosiła 4,92 zł.

Możemy teraz śmiało prognozować, że wzrosty, które ostatnio obserwujemy na stacjach paliw, będą kontynuowane. Niestety już w okolicach wakacji wzmożony popyt na benzynę wprost przełoży się na to, że po raz kolejny przebijemy magiczną barierę 5 zł za litr – mówi szef Związku Maklerów i Doradców.

Polacy przypisują osobom z autyzmem głównie negatywne cechy. Ponad połowa sprzeciwia się zawieraniu przez nich małżeństw i nauce w tradycyjnej szkole

Polacy przypisują osobom z autyzmem głównie negatywne cechy. Ponad połowa sprzeciwia się zawieraniu przez nich małżeństw i nauce w tradycyjnej szkole 3

Zdecydowana większość Polaków zaakceptowałaby osobę z autyzmem jako sąsiada, współpracownika lub szkolnego kolegę swego dziecka – wynika z badania przeprowadzonego dla Fundacji JiM. Ponad 60 proc. uważa, że osoby ze spektrum powinny mieć prawo do edukacji i pracy zawodowej. Jednocześnie prawie 40 proc. nie wierzy, że dzieci z autyzmem poradzą sobie w tradycyjnej szkole, a ponad połowa sprzeciwia się zawieraniu małżeństw przez osoby z autyzmem. Wynika to głównie z powierzchownej wiedzy Polaków na temat tego zaburzenia.

Autyzm jest to zaburzenie neurologiczne związane z nieprawidłową pracą mózgu. Pierwsze symptomy pojawiają się już we wczesnym okresie dziecięcym – rodziców powinny zaniepokoić takie zachowania jak izolowanie się od otoczenia, trudności w wyrażaniu emocji, napady agresji, brak reakcji na polecenia. Według szacunków w Polsce autyzm ma 30 tys. osób. Jak pokazuje raport Fundacji JiM, sporządzony na podstawie badań Maison & Partners, świadomość istnienia tego zaburzenia jest w Polsce wysoka, zetknięcie z autyzmem deklaruje bowiem 55 proc. społeczeństwa. Znacznie niższy jest jednak poziom wiedzy na temat przebiegu choroby i ich codziennego funkcjonowania.

– Polacy nie potrafią dokładnie wyjaśnić, czym jest autyzm, i kojarzą go głównie z brakiem emocji i sympatii do ludzi, z problemami z nawiązywaniem przyjaźni, kontaktów. Najczęściej jest kojarzony z negatywnymi cechami, co rzutuje potem na budowanie relacji i kontaktów z osobami z autyzmem i ich rodzinami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Kaczmarek z Fundacji JiM.

Wyjaśnienia, czym dokładnie jest autyzm, nie potrafiło udzielić 95 proc. ankietowanych. Raport pokazuje, że Polacy nie są świadomi częstotliwości występowania tego zaburzenia oraz jego objawów, przypisując osobom z autyzmem cechy wyłącznie negatywne. 20 proc. respondentów uznało, że nie mają one takich pozytywnych cech charakteru, jak życzliwość czy zdolność do zawierania i podtrzymywania przyjaźni. Dużym problemem było dla ankietowanych również zdefiniowanie przyczyn występowania autyzmu – 74 proc. badanych nie wiedziało bądź wskazało nieprawidłową odpowiedź.

– Co dziesiąty Polak wierzy, że szczepionki powodują autyzm, co jest bardzo kontrowersyjnym przekonaniem. Sami byliśmy zaskoczeni, że aż taki odsetek Polaków nadal w to wierzy. Tak naprawdę nie znamy genezy, nie wiemy, co dokładnie powoduje autyzm i z czego wynika – mówi Paulina Kaczmarek.

Powierzchowna wiedza sprawia, że stosunek Polaków do osób z autyzmem jest niejasny. Zdecydowana większość uważa, że osoby ze spektrum powinny mieć możliwość podejmowania pracy zawodowej oraz dostępu do edukacji, nie tylko specjalnej, lecz także prowadzonej w zwykłych szkołach. 68 proc. badanych nie miałoby nic przeciwko uczęszczaniu dzieci autystycznych do jednej klasy z ich dziećmi. Jednocześnie 40 proc. nie wierzy, że będą one w stanie poradzić sobie w placówce, w której uczą się zdrowe maluchy.

– Polacy ogólnie nie mieliby nic przeciwko, gdyby osoba z autyzmem była ich sąsiadem albo współpracownikiem, jednak nadal głównie kojarzą ich tylko z takimi negatywnymi cechami, jak brak odpowiedniego odczytywania emocji, brak chęci zawierania przyjaźni i mocno wierzą w to, że osoby z autyzmem są skryte, nie mają emocji, co jest błędnym przekonaniem – mówi Paulina Kaczmarek.

Osoby z autyzmem są w stanie prowadzić normalne życie zawodowe i społeczne. Przeprowadzone przez Fundację JiM badanie pokazało, że 52 proc. z nich chciałoby założyć rodziny, co negatywnie ocenia jednak znaczna część Polaków. Tylko 52 proc. respondentów uznało, że osoby z autyzmem powinny mieć prawo do zawierania małżeństw, 38 proc. natomiast przyznaje im prawo do posiadania dzieci. Ponad połowa badanych nie była też pewna, czy zaakceptowałaby małżeństwo krewnego z osobą z autyzmem.

– To bardzo często są osoby, które funkcjonują wśród nas, często w ogóle nie wiadomo, że osoba ma autyzm, bo jest bardzo wysoko funkcjonująca i świetnie sobie radzi. Mimo to Polacy uważają, że nie powinna wchodzić w związek małżeński, nie powinna budować związku czy mieć dzieci, a tak naprawdę może być świetnym rodzicem, który wychowa swoje dziecko na fajnego, mądrego człowieka – mówi Paulina Kaczmarek.

Polacy chcą wspierać osoby z autyzmem. Zdecydowana większość badanych zadeklarowała chęć dofinansowania organizacji zajmującej się tą grupą, np. poprzez przekazanie 1 proc. podatku. Ponad 80 proc. wybrałoby jednak fundację opiekującą się dziećmi, a nie osobami dorosłymi. Świadomość Polaków z zakresu autyzmu i funkcjonowania osób nim dotkniętych zwiększać mają coraz liczniejsze kampanie społeczne jak np. „Polska na niebiesko” prowadzona przez Fundację JiM.

– W tym roku udało nam się dotrzeć do ponad 3 mln Polaków, co oceniamy jako nasz ogromny sukces, bo sporej grupie osób mogliśmy powiedzieć o tym, że autyzm jest na całe życie, i trochę uwrażliwić, że autyzm dotyka nie tylko dzieci, lecz także osób dorosłych, a przede wszystkim rodzin. Często te rodziny potrzebują dodatkowego wsparcia – mówi Paulina Kaczmarek.

Branża ubezpieczeniowa coraz śmielej wykorzystuje nowe technologie. Powstają specjalne platformy do sprzedaży polis online

Branża ubezpieczeniowa coraz śmielej wykorzystuje nowe technologie. Powstają specjalne platformy do sprzedaży polis online 4

Firmy ubezpieczeniowe coraz odważniej sprzedają polisy w kanale mobilnym i internecie. Wymuszają to nowe technologie i oczekiwania klientów, zwłaszcza z młodszego pokolenia, które kupuje już głównie online. Grupa Europa wprowadziła na rynek platformę sprzedażową, za której pośrednictwem w internecie będzie można szybko i wygodnie kupić ubezpieczenie. Docelowo w ofercie będzie dostępnych kilkanaście produktów finansowych.

– Od prawie 10 lat mamy do czynienia z gwałtownym wzrostem rynku e-commerce w Polsce. Dotyczy to przede wszystkim takich kategorii jak elektronika, gdzie nawet kilkadziesiąt procent produktów jest kupowanych przez internet. Ten trend jest teraz coraz bardziej widoczny na rynku usług finansowych. Obserwujemy to w bankowości, ale widzimy też, że coraz częściej Polacy kupują ubezpieczenia przez internet. Coraz częściej klienci szukają polis właśnie w kanale cyfrowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marat Nevretdinov, prezes zarządu Grupy Europa.

Dane Gemius pokazują, że już co drugi internauta w Polsce (54 proc. z 26,5 mln) co najmniej raz w roku kupuje w sieci jakiś produkt bądź usługę. Głównym czynnikiem, który ich do tego zachęca, jest całodobowa dostępność, wygoda, oszczędność czasu i niższa cena. Internetowa sprzedaż rozwija się w Polsce w tempie dwucyfrowym już od kilku lat, rośnie też jej udział w handlu ogółem i wartość obrotów. Tpay.com prognozuje, że w tym roku rynek e-handlu może urosnąć nawet o 30 proc., a w 2020 roku jego wartość sięgnie już 60 mld zł.

Nowe kanały sprzedaży i dotarcia do klientów, cyfryzacja całego rynku, a także zmiana pokoleniowa to czynniki, które wymuszają na branży finansowej wdrażanie nowości, zgodnych z oczekiwaniami klientów. Dlatego firmy ubezpieczeniowe coraz śmielej testują w ostatnim czasie sprzedaż polis w kanale mobilnym i internecie.

– Za chwilę na rynek ubezpieczeń zacznie wchodzić młode pokolenie, które nie wyobraża sobie innego sposobu zakupu jakichkolwiek produktów niż przez internet. My chcemy być gotowi na to pokolenie i zapewnić im taką samą szybkość i prostotę, jaką mają przy oglądaniu filmów na Netfliksie czy słuchaniu muzyki w Spotify – mówi Marat Nevretdinov.

Prezes Grupy Europa wskazuje, że produkt ubezpieczeniowy musi spełniać dwa warunki, żeby klient chciał i mógł kupić go przez internet. Po pierwsze: musi być prosty i zrozumiały, bez ukrytych kruczków. Klient nie może mieć poczucia, że kupuje kota w worku. Drugim elementem jest sam proces zakupowy – jak najmniej inwazyjny, szybki i prosty, bo klienci nie chcą już wypełniać dziesiątek online’owych formularzy.

– Kanał internetowy jest dla nas kluczowy. Widzimy, co dzieje się dookoła, i chcemy to wykorzystać, zwiększając swoją sprzedaż. Mamy już duże doświadczenie w sprzedaży przez internet, w szczególności dotyczy to produktów związanych z ubezpieczeniem podróży – mówi Marat Nevretdinov.

Nowa platforma e-commerce Grupy Europa oferuje na start trzy produkty: ubezpieczenie turystyczne, ubezpieczenie kosztów rezygnacji i ubezpieczenie poważnego zachorowania. Docelowo będzie ich kilkanaście. Platformę ma wyróżniać prostota produktów, które będą dostępne w jej ofercie, oraz bardzo sprawna i przyjazna ścieżka sprzedaży. Ubezpieczyciel przeprowadza w tej chwili badania rynkowe – sprawdza oczekiwania oraz zapotrzebowanie klientów, żeby dostosować do nich platformę.

– Sama platforma sprzedażowa to dopiero początek. Zmieniamy się także wewnętrznie, by zapewnić spójne doświadczenie klientów po zakupie ubezpieczenia. Dotyczy to takich obszarów jak obsługa posprzedażowa i ewentualne likwidacje szkody – zapowiada Marat Nevretdinov.

Grupa Europa dywersyfikuje sprzedaż i wprowadza nowe kanały już od pewnego czasu – w zeszłym roku uruchomiła sprzedaż ubezpieczeń wspólnie z siecią Lidl (w ramach projektu „Lidl Podróże”) oraz programem lojalnościowym Payback. Produkty ubezpieczyciela są także dostępne w aplikacji mobilnej Skycash i ponad 7 tys. bankomatów sieci Euronet Planet Cash. Ten rok Europa rozpoczęła od wprowadzenia na rynek Screenity – aplikacji mobilnej, która umożliwia ubezpieczenie smartfona.

– Uruchomienie platformy sprzedażowej Europy jest ukoronowaniem naszych dotychczasowych działań – mówi prezes zarządu Grupy Europa.

W 2017 roku Grupa Ubezpieczeniowa Europa zebrała prawie 1,6 mld zł składki przypisanej brutto – wzrost o 8 proc. w ujęciu rocznym. Wchodzące w jej skład Towarzystwo Ubezpieczeń Europa zebrało 383 mln zł składki przypisanej brutto, co stanowiło 29-proc. wzrost w stosunku do poprzedniego roku, natomiast Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie Europa zamknęło ubiegły rok ponad 1,2 mld zł przypisu składki brutto (wzrost 2,3 proc. rok do roku).

Milenialsi zmieniają rynek pracy. Od bezpośrednich przełożonych oczekują cech lidera i możliwości rozwoju

Milenialsi zmieniają rynek pracy. Od bezpośrednich przełożonych oczekują cech lidera i możliwości rozwoju 5

Tylko 14 proc. firm ma sprecyzowaną strategię employer brandingową. By przyciągnąć pracowników, zwłaszcza milenialsów, trzeba jednak poznać ich potrzeby oraz dać im możliwości realizacji i poczucia wpływu na rozwój firmy. Młode pokolenie chce za szefa partnera, coacha, który poprowadzi i wskaże kierunek. Pracodawcom potrzebna jest długotrwała strategia i całościowe podejście do pracownika. Bez tego trudno im będzie osiągnąć sukces – przekonują eksperci.

– Idealne miejsce pracy to takie, w którym pracownik czuje się bezpiecznie, w którym może realizować swoje pasje. To praca, w której widzi sens, ma poczucie, że nie jest trybikiem dużej organizacji, ale że konkretna praca, którą wykonuje, przekłada się na sukces firmy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Czyż, executive manager w Hays Poland.

Polski rynek pracy jest w najlepszej sytuacji od lat. Eurostat podaje, że w marcu stopa bezrobocia wyniosła 4,4 proc. To nie pracownicy zabiegają o stanowisko, ale pracodawcy starają się robić, co mogą, by przyciągnąć najlepszych. Wciąż jednak bolączką polskich pracodawców jest przestarzałe podejście do zatrudnionych osób. Konkurencyjne wynagrodzenie i zapewniona opieka medyczna to zdecydowanie zbyt mało, by zatrzymać pracowników.

– Aby firma była uznana za dobrego pracodawcę, musi mieć holistyczne podejście do zatrudniania, brać pod uwagę takie potrzeby, jak kwestie finansowe, poczucie bezpieczeństwa, kwestie emocjonalne, społeczne, pomagać pracownikowi rozwiązywać jego faktyczne problemy, dbać o work-life balance i pamiętać, że dzisiejsi pracownicy, przede wszystkim milenialsi, stawiają głównie na samorealizację, która wcale nie jest związana tylko z finansami, lecz także z rozwojem samego siebie, szkoleniami, i tym czy, mogą zdecydowanie bardziej podnosić jakość życia – przekonuje dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu.

Raport Deloitte „Pierwsze kroki na rynku pracy 2018” wskazuje, że najważniejszym czynnikiem przy wyborze miejsca pracy są możliwości rozwoju i zyskania nowych umiejętności (51 proc.), dobra atmosfera w pracy i relacje z innymi. Niezaspokojone potrzeby samorozwoju i stresująca praca to najczęstsze powody zmiany miejsca zatrudnienia. Milenialsi nie chcą stawiać pracy na pierwszym miejscu, zależy im na zachowaniu równowagi między życiem zawodowym a prywatnym.

– Obecnie mamy rynek pracownika, pracodawcy zabiegają o to, żeby nie tylko pozyskać pracowników, lecz także żeby ich zatrzymać, co wydaje się być nawet większym wyzwaniem. Dlatego tak istotne jest, aby pracownik czuł się dobrze w organizacji, nawet jeśli jest na najniższym szczeblu w strukturze firmy. Wszystkie programy benefitowe, które pozwalają zatrudnionym rozwinąć swoje zainteresowania i realizować ciekawe projekty, mają służyć temu, żeby pracownik nie szukał szans u konkurencji – przekonuje Anna Czyż.

Raport EY „Cała Polska tworzy idealne miejsce pracy” ocenia, że o firmie można mówić jako o szczęśliwej, jeśli w odpowiedni sposób angażuje pracownika. Tymczasem 63 proc. osób jest niezadowolonych ze swojej pracy. Pracownik musi nie tylko lubić przebywać w miejscu pracy, lecz także angażować się, dzięki temu staje się lojalny, sam wybiera produkty lub usługi danej firmy i poleca je znajomym.

– Dla nas podstawowym kryterium tego, jak pracownicy oceniają firmę, jest postrzeganie marki przez pryzmat konsumenta. Jeżeli pracownicy wybierają w codziennych decyzjach zakupowych produkty firmy Mlekovita, to świadczy to nie tylko dobrze o firmie, lecz także bardzo dobrze o tym pracowniku, ponieważ on czuje się częścią firmy, czuje, że dany produkt jest częścią jego pracy – mówi Adrianna Sapińska, dyrektor ds. marketingu w firmie Mlekovita.

W angażowaniu pracownika istotną rolę pełni bezpośredni przełożony. Według badania Deloitte młodzi ludzie oczekują od niego ponadprzeciętnych zdolności myślenia strategicznego i charyzmy (odpowiednio 68 i 60 proc.). Lider powinien się też skupiać na rozwoju pracowników (45 proc.), inspirować ich (44 proc.), a decyzje podejmować w atmosferze dialogu z pracownikami (43 proc.).

– Umiejętności liderskie są szczególnie ważne w kontekście potrzeb, które zgłaszają zwłaszcza najmłodsi uczestnicy rynku pracy. Z raportów wynika, że ich oczekiwaniem jest to, żeby przełożony był dzisiaj głównie coachem, mentorem, a więc żeby dbał o ich rozwój. W związku z tym przestrzeń do rozwoju zawodowego i podnoszenia swoich kwalifikacji w firmach wydaje się być również niezwykle istotna – mówi Piotr Lipa, dyrektor ds. personalnych w Pramerica Życie.

Istotne jest poznanie potrzeb pracownika i w miarę możliwości danie mu tego, co dla niego najważniejsze. Wprawdzie większość pracodawców oferuje pozapłacowe benefity, ale często rozmijają się one z oczekiwaniami pracowników.

– Aby odpowiedzieć na potrzeby pracownika, trzeba poznać jego bardzo różnorodne potrzeby, a co za tym idzie – wziąć pod uwagę, że ten pracownik chce i odpowiednio zarabiać, i budować odpowiednie relacje, i ważny jest dla niego klimat w firmie, długodystansowe działanie firmy oparte o fachowe zarządzanie i planowanie strategiczne, gdzie wizja, misja oraz wartości są połączone z planami strategicznymi oraz taktycznymi – wymienia dr Mateusz Grzesiak.

Co piąty pracownik (22 proc.) przyznaje, że do pracy motywuje go świadomość, że to, co robi, jest przydatne dla innych. Milenialsi dużą wagę przywiązują do fair trade – wybiorą tę organizację, której wartości będą mu bliższe. Chętnie angażują się też w wolontariaty.

Firmy nie zawsze odpowiadają też na potrzeby pracowników dotyczące doskonalenia zawodowego. Średnio w ciągu roku na szkolenia dla jednego pracownika firma przeznacza mniej niż 200 zł, z czego większość i tak na szkolenie BHP.

W naszej firmie doskonale sprawdza się program rozwoju, ponieważ pracownicy – obok tego, że wypełniają na co dzień swoje obowiązki – dążą też do tego, żeby mieć większą wiedzę, większe doświadczenie, umieć sobie dużo lepiej radzić na swoim stanowisku pracy. Jest to związane z rosnącymi wymaganiami rynkowymi i taki pracownik jest na pewno dużo bardziej doceniony w momencie, gdy sam czuje się odpowiednio wykwalifikowany – przekonuje Adrianna Sapińska.

Firmy Mlekovita oraz Pramerica Życie zostały nagrodzone tytułami „Najlepszy pracodawca” podczas gali Newserii „Inspiratorzy Biznesu 2018”. Wśród laureatów byli także: Europejski Fundusz Leasingowy, Kaufland, PKO BP, PSE, D.A.S. TU Ochrony Prawnej i Adecco Poland.

Citi Handlowy potroił zysk. Bank stawia na nowe technologie i ofertę dla e-commerce

Citi Handlowy potroił zysk. Bank stawia na nowe technologie i ofertę dla e-commerce 6

Początek roku był bardzo udany dla banku Citi Handlowy, który zanotował zysk netto trzy razy wyższy niż przed rokiem i przychody zwiększone o jedną piątą. W obszarze detalicznym priorytetem są nowe technologie i dalszy rozwój usług online dla klientów – w IV kwartale roku Citi Handlowy zamierza wdrożyć w pełni zautomatyzowany proces aplikowania o kredyt w internecie, z biometryczną weryfikacją klienta. 

 W tym roku mamy nadzieję poprawić wyniki wobec ubiegłego. Widzimy kilka obszarów wzrostu – jest to przede wszystkim wciąż duża aktywność klientów korporacyjnych, wzrost gospodarczy na poziomie 4,5 proc. i wzrost inwestycji publicznych. To dobre środowisko dla rozwoju firm, czyli naszego podstawowego klienta – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Sikora, prezes banku Citi Handlowy.

Strategia Citi Handlowego koncentruje się na bankowości instytucjonalnej i przedsiębiorstwach. W obszarze e-commerce bank chce być instytucją pierwszego wyboru, dlatego w portfolio usług ma m.in. ofertę płatniczych kart lojalnościowych dla klientów e-sklepów, jedyny na rynku „automat” do szybkiego uzgadniania spływu należności z różnych źródeł czy łatwe zarządzanie ekspozycją walutową dzięki unikalnej ofercie aż 143 walut. Niezmiennie bank oferuje przedsiębiorcom wsparcie w kluczowych obszarach, także zmian regulacyjnych.

 Z początkiem lipca wchodzi nowe rozwiązanie regulacyjne w postaci split payment, czyli rozdzielenia należności VAT-owskich od pozostałych należności, które firmy uzyskują. To duże wyzwanie, zarówno technologiczne, jak i merytoryczne, dla naszych klientów firmowych i instytucjonalnych. Nasz zespół przygotował rozwiązanie technologiczne znacznie przed czasem, a także obszerny pakiet szkoleniowy w formie webinarów i materiałów oraz cyklu spotkań. Kolejne takie spotkanie mamy w Gdańsku, będzie na nim ponad 150 firm. Jest ogromne zainteresowanie tym tematem, na które my odpowiadamy – mówi Sławomir Sikora.

W odniesieniu do klientów detalicznych strategia banku opiera się na klientach zamożnych i usługach online.

– Służymy klientom, którzy odnajdują się w tej nowej rzeczywistości technologicznej, którzy akceptują nowe technologie jako sposób interakcji z bankiem. W obszarze detalicznym nasza strategia nie ulega zmianie – konsekwentnie ważni pozostają dla nas klienci zamożni, ale dodajemy do niej ten bardzo ważny komponent technologiczny – mówi Sławomir Sikora.

W IV kwartale tego roku Citi Handlowy zamierza wdrożyć w pełni zautomatyzowany proces aplikowania o kredyt w internecie, z biometryczną weryfikacją klienta. Nowy system pozwoli skrócić tzw. time to money do maksymalnie 30 minut.

Jednocześnie wprowadzamy możliwość pozyskiwania karty kredytowej kanałami zdalnymi. Blisko połowa nowych kart wydawana jest już tą drogą. [43 proc. – red.]. Uruchomiliśmy też chatbota, żeby pomagać klientom nawigować wśród ofert specjalnych. Codziennie jesteśmy zasypywani ofertami, często można się wśród nich pogubić. Nasze rozwiązanie pomaga klientom odnaleźć się kontekstowo – wchodzę do wybranej galerii handlowej czy sklepu określonej marki, zadaję pytanie, a chatbot podpowiada mi i pozwala wykorzystać najlepszą ofertę dla zakupu, który chcę zrealizować – tłumaczy Sławomir Sikora.

Szybki rozwój technologii to wyzwanie dla bankowości, ale sektor postrzega go raczej jako szansę i możliwość lepszej, bardziej przyjaznej obsługi klientów. Prezes Citi Handlowego zauważa, że polskie banki wykorzystały i wdrożyły nowe technologie lepiej i szybciej, niż poradził sobie z tym europejski sektor finansowy. Nie powinien jednak spoczywać na laurach, ale postawić na współpracę z fintechami.

– To jest powód do dumy, ale nie można powiedzieć: jesteśmy dobrzy, więc nie będziemy już nic robić. Wprost przeciwnie, musimy inwestować we własne rozwiązania i szukać nowych na rynku. Pojawiają się firmy, które są challengerami naszych modeli biznesowych, które mówią: „my będziemy to robić lepiej”. Moje doświadczenie z ostatnich 2–3 lat pokazuje, że dla tych firm, które mają nowe rozwiązania dla klientów bankowych i dla samych banków, lepszym rozwiązaniem jest raczej partnerstwo i współpraca niż konkurencja. Cieszę się, że ten pogląd się w Polsce upowszechnił – mówi Sławomir Sikora.

Wyniki finansowe Citi Handlowego pokazały, że w I kwartale br. bank radził sobie dużo lepiej, niż zakładały rynkowe prognozy. Zysk netto w tym okresie sięgnął 146 mln zł – co oznacza, że był o ok. 25 proc. lepszy od oczekiwań i prawie trzykrotnie wyższy niż przed rokiem (43 mln zł). Wynik odsetkowy wyniósł 277 mln zł (o 9 proc. więcej niż rok temu). Przychody zwiększyły się o jedną piątą (21 proc.), natomiast wynik operacyjny w ciągu roku poprawił się o 78 proc., a na działalności skarbcowej – o 73 proc. rok do roku.

– W porównaniu z ubiegłym rokiem wyniki I kwartału br. są trzykrotnie lepsze. Szczególnie cieszy nas to, że poprawę obserwujemy we wszystkich liniach biznesowych. Poprawił się zarówno wynik odsetkowy, jak i prowizyjny, a w szczególności wynik w obszarze markets, który dla nas ma szczególnie duże znaczenie.To był bardzo dobry początek roku – podsumowuje prezes zarządu banku Citi Handlowy.

GoPro stawia na kamery sferyczne. Nowością jest możliwość realizacji filmów 360 stopni i kadrowania już gotowego filmu

GoPro stawia na kamery sferyczne. Nowością jest możliwość realizacji filmów 360 stopni i kadrowania już gotowego filmu 7

Współczesne kamery sportowe oferują możliwość nagrywania w jakości 4K z funkcją stabilizacji obrazu czy prowadzenie transmisji na żywo. Nowością są kamery sferyczne, które pozwalają rejestrować obraz i dźwięk w systemie 360 stopni. Kręcić filmy kamerami sportowymi można na lądzie, w powietrzu lub pod wodą, na głębokości nawet do 60 metrów. GoPro przewiduje, że najszybciej rozwijać się będzie segment kamer sferycznych, w przeciwieństwie do dronów. Ich szersze wykorzystanie do fotografowania i filmowania wymaga zmian regulacji prawnych.

– Kamera sferyczna to kamera, która rejestruje wszystko, co dzieje się wokół nas. Nie musimy się skupiać na kadrowaniu, kadrowanie następuje zaraz po nagraniu. Wyciągamy telefon i kadrujemy wszystko, co zostało nagrane dookoła nas. Jeszcze kilka lat temu, żeby nagrać siebie na deskorolce, snowboardzie czy nartach, będąc profesjonalistą, potrzebowaliśmy drugiej osoby, która będzie jechać obok nas i trzymać kamerę. W tym momencie wystarczy nam jedna kamera sferyczna, nie musimy się skupiać na kadrowaniu tej kamery, na tym, czy nas obejmuje w danym momencie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Artur Jędrzejak z firmy GoPro.

Możliwość rejestrowania obrazu 360 stopni oferuje kamera GoPro Fusion, która zadebiutowała na rynku w kwietniu 2018 roku. Urządzenie nagrywa obraz w rozdzielczości 5.2K z prędkością 30 klatek na sekundę. W przypadku rozdzielczości 3K można uzyskać 60 klatek na sekundę i uzyskać efekt slow motion. Kamera jest wodoodporna (do 5 m) i można ją obsługiwać za pomocą komend głosowych. Funkcja OverCapture pozwala uzyskać wyprostowane zdjęcia z dowolnego ujęcia nagranego w standardzie 360 stopni.

Podobny sposób rejestrowania obrazu oferuje kamera Garmin VIRB 360. Zapisuje ona filmy w rozdzielczości sięgającej nawet 5,6K za pomocą dwóch 12-megapikselowych matryc. Towarzyszy temu również nagrywanie dźwięku w obrębie 360 stopni. Podobne parametry osiąga Ricoh Theta V. Kamera Samsung Gear 360 jest z kolei wyposażona w obiektywy f2.0 z matrycami 15 Mpix. Sferyczne nagrania są na niej rejestrowane w rozdzielczości 3840 x 1920 pikseli. W razie potrzeby użytkownik może wyłączyć jeden z obiektywów.

Możliwość rejestrowania obrazu sferycznie, czyli w obrębie 360 stopni, to nie jest jedyny trend na rynku kamer sportowych. Coraz popularniejsze są rozwiązania budżetowe, tworzone z myślą o amatorach.

– Kamera budżetowa jest dla ludzi, którzy nie są na tyle zaawansowanymi użytkownikami, którzy niekoniecznie muszą się znać na montowaniu, na parametrach technicznych. Ta kamera ma nagrywać dobrze w jakości HD, ma mieć funkcje quickstories, czyli funkcję automatycznego tworzenie filmów na naszym smartfonie – mówi Artur Jędrzejak.

Pewien zastój można zaobserwować na rynku dronów wykorzystywanych do celów fotograficznych. O ile profesjonaliści w dalszym ciągu chętnie korzystają z tego typu rozwiązań, np. przy obsługiwaniu imprez masowych, o tyle amatorzy mają utrudnione zadanie. Bez specjalnych zezwoleń w większości miejsc filmowanie z dronów jest nielegalne. Dlatego segment ten kierować się będzie raczej w stronę rozwiązań łączących wiele urządzeń w jednym.

– Liczba regulacji dotycząca dronów i zakazów lotów w turystycznych miejscach raczej nie będą powodowały, że ten rynek będzie się rozwijać, raczej będziemy szukać innych rozwiązań. Karma jest połączeniem kilku rzeczy. To akcesorium do kamery, możemy wyjąć gimbal z drona, przełożyć go do Karma Grip’a, czyli rękojeści z baterią, nagrywać na ziemi, wyjąć kamerę, włożyć ją do mocowania na klatkę piersiową czy na głowę. Cały czas obracamy się w jednym ekosystemie – tłumaczy ekspert.

Z raportu Market Research Future wynika, że światowy rynek kamer akcji będzie do 2023 roku rósł w średniorocznym tempie na poziomie około 14 proc. aż do osiągnięcia wartości 7,64 mld dol. w 2023 roku. Rozwojowi rynku sprzyjać będą tendencje wzrostowe w turystyce i sporcie.

Ile będą nas kosztować wybory w Wenezueli

Za klika dni Wenezuelczycy wybiorą prezydenta. Wydarzenie to mogłoby nie spędzać snu z powiek mieszkańcom naszego regionu świata, gdyby nie jeden fakt – Wenezuela jest nadal ważnym eksporterem ropy naftowej. A praktycznie przesądzony wynik wyborów oznacza kłopoty i może doprowadzić do dalszego wzrostu cen paliw przy polskich dystrybutorach – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Zapaść ekonomiczna w Wenezueli pogłębia się. W kraju brakuje żywności, a podstawowych leków nie ma nawet w szpitalach. Inflacja zaś ma sięgnąć w tym roku prawie 14 tys. proc. – według szacunków MFW. Potwierdza to zresztą zachowanie lokalnej waluty. Dolar przez rok zdrożał ok. 140 razy według notowań DolarToday.

Dane Funduszu pokazują również, że PKB w latach 2013-2018 skurczy się w sumie o 45 proc., co prawdopodobnie jest największym kryzysem na świecie, pomijając państwa objęte działaniami wojennymi. W kraju przestała funkcjonować sprzedaż nowych samochodów, zamiera ruch lotniczy i dochodzi do morderstw na tle rabunkowym, gdzie łupem padają dotowane przez państwo paczki z ryżem, makaronem oraz olejem do smażenia. Czy w takich warunkach możliwe jest, by obecny reżim utrzymał władzę?

Cóż tam, Panie, w polityce?

Pół żartem pół serio chciałoby się odpowiedzieć: Chaviści trzymają się mocno, parafrazując nieco “Wesele” Wyspiańskiego. Sytuacja jednak jest daleka od jakichkolwiek żartów. Ekipa Nicolasa Maduro poprzez kilka sprytnych decyzji najprawdopodobniej utrzyma władzę mimo tak dramatycznej sytuacji ekonomicznej oraz humanitarnej.

Przede wszystkim pozwoli im na to przeprowadzony w ostatnich latach zamach na instytucje demokratyczne. Według opracowań bezpartyjnego biura analiz Kongresu “Congressional Research Services” (CRS) związany z ekipą rządową Sąd Najwyższy od 2016 r. zaczął blokować wszystkie kluczowe ustawy przygotowane w kontrolowanym przez opozycję parlamencie.

Następnie na początku drugiej połowy 2017 r. doszło do wyborów w 545-miejscowym Zgromadzeniu Konstytucyjnym. Po co? Tutaj z odpowiedzią przychodzi publikacja Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Z analizy PISM wynika, że zamiast nowej konstytucji faktycznym celem Maduro było „wprowadzenie rozwiązań ustrojowych pozwalających na utrwalenie władzy rządu i kontynuację jego polityki oraz marginalizację opozycji”. Dodatkowo opracowanie CRS „Venezuela: Background and U.S. Relations” sugeruje, że wybory do Zgromadzenia Konstytucyjnego były sfałszowane, a to właśnie ono praktycznie przejęło władzę, zabierając tym samym możliwości legislacyjne faktycznemu parlamentowi kontrolowanemu przez opozycję.

CRS zwraca również uwagę, że została wprowadzona silna cenzura zarówno na media lokalne, jak i zagraniczne. Z kolei w kontekście zaplanowanych na 20 maja wyborów prezydenckich trzech wiodących opozycyjnych kandydatów nie będzie mogło wziąć w nich udziału. Leopoldo Lopez ma areszt domowy, Henrique Capriles (swoją drogą z polskimi korzeniami) zgodnie z wyrokiem sądu nie może się ubiegać o stanowiska państwowe. Natomiast Antonio Ledezma został zmuszony do opuszczenia kraju. Zdziesiątkowana protestami i wyrokami opozycja nie jest więc w stanie wysunąć odpowiedniego kandydata i zdecydowała się zbojkotować wybory.

Maduro na stanowisku – obawy o ropę

Działania przeprowadzone przez ekipę Maduro w ostatnich latach pokazują, że nie ma on zamiaru oddać władzy niezależnie od okoliczności. To z kolei sugeruje, że problemy Wenezueli mogą się piętrzyć. Ale jakie to ma znaczenie dla Polski?

Wenezuela ze względu na kryzys ekonomiczny, powszechną nacjonalizację czy brak inwestycji w przemyśle naftowym znacznie ograniczyła produkcję ropy naftowej (o ponad 400 tys. baryłek dziennie na przestrzeni ostatniego półrocza – do 1,55 miliona/dzień). Jest to obecnie jeden z powodów silnego wzrostu cen tego surowca na świecie.

Zakładając, że Maduro pozostanie na stanowisku, sytuacja raczej ulegnie pogorszeniu niż poprawie. Dalszy spadek wydobycia jest praktycznie pewny. Dodatkowo wiele wskazuje na to, że pozostanie reżimu przy władzy może spowodować wprowadzenie sankcji ze strony Stanów Zjednoczonych na wenezuelską ropę – eksport do USA w lutym wynosił 330 tys. dziennie baryłek (bpd) według danych EIA. To będzie oznaczać kolejne zaburzenia w produkcji i np. konieczność szukania innych odbiorców. Generuje to wyższe koszty dla Caracas i mniejsze wpływy, a więc i mniej inwestycji.

Należy także pamiętać, że znaczna część wydobywanego w Wenezueli surowca to tak zwana ciężka ropa. By zapewnić jej możliwość transportu oraz przerobu w rafineriach, konieczne jest jej rozcieńczenie ropą lekką. Ona była sprowadzana do tej pory m.in. z USA. Hipotetyczne sankcje mogłyby spowodować więc nie tylko problemy z wydobyciem, ale także i przygotowaniem odpowiedniego produktu na rynek. To kolejne ryzyko dla bilansu globalnej podaży tego surowca.

Kolejny argument za wzrostami cen

Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) w kwietniu oceniała, że wydobycie z Wenezueli może jeszcze spaść do 1,38 mln bpd, czyli kolejne o 200 tys. bpd. Ten scenariusz wydaje się być wkalkulowany w ceny. Jednak pytani przez „Financial Times” ekonomiści obawiają się, że produkcja z Wenezueli może spaść do 1 miliona, czyli o następne 400 tys. bpd.

Biorąc pod uwagę, że wybory nie zmienią reżimu w Caracas, a Stany Zjednoczone oraz ich sojusznicy zdecydują się na bardziej agresywne działanie przeciwko Maduro, obniżenie produkcji do 1 miliona może być całkiem prawdopodobne. Gdy rynek zacznie spekulować o takim scenariuszu, to niedługo odmiana Brent łatwo może przekroczyć 80 dol. za baryłkę, czyli wzrośnie o kolejne 10 proc. Na wysokie ceny oraz obawy o popyt nadal będzie wpływać także decyzja USA dotycząca sankcji wobec Iranu.

Ile to nas będzie kosztować?

Już w tym momencie, biorąc pod uwagę ceny ropy na europejskich rynkach, należy oczekiwać, że w drugiej połowie maja średnia cena podstawowej benzyny bezołowiowej będzie blisko granicy 5,10 zł za litr. Z tego wynika, że na niektórych stacjach zobaczymy ceny zbliżone 5,20 zł/litr, a coraz trudniej będzie znaleźć miejsca z popularną „95” za 4,99 zł/litr. O ok. 10 gr tańszy natomiast powinien być diesel.

Warto także pamiętać, że Polska miesięcznie importuje ok. 15 mln baryłek ropy naftowej. Gdyby jej ceny wzrosły o 7 dol. na baryłce, co w przypadku załamania produkcji z Wenezueli jest całkiem prawdopodobne, dodatkowe koszty dla polskiej gospodarki sięgałby ok. 350 mln zł w ujęciu miesięcznym. W porównaniu do okresu letniego ub.r. wzrosłyby one o ok. 1,8 mld zł miesięcznie.

Musimy więc się przygotować na wysokie ceny paliw w kolejnych tygodniach, a przy poważniejszych zaburzeniach produkcji w Wenezueli niewykluczone, że benzyna osiągnęłaby okolicę 5,30-5,40 zł/litr na początku wakacji.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Głównym pytaniem następnego tygodnia będzie, czy dane o aktywności gospodarczej z USA w dalszym ciągu będą wspierać dominację dolara? Pod tym kątem surowej ocenie będą poddawane odczyty sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i wskaźniki koniunktury. W strefie euro PKB za I kw. powinno wskazać na spowolnienie, a dla funta ważny będzie raport z rynku pracy. To może być interesujący tydzień dla złotego z inflacją, PKB i decyzją RPP.

Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja z USA, ZEW, PKB z Eurolandu/Polski/Japonii, rynek pracy z Wlk. Bryt./Australii, RPP, sprzedaż/CPI z Kanady

Osłabienie napięć geopolitycznych oraz niższy od oczekiwań odczyt CPI z USA pozwolił zastopować rajd USD i przynieść odreagowanie pozostałych walut. Jakkolwiek jest za wcześnie, by wieścić powrót osłabienia dolara, może nas czekać kilka dni konsolidacji w poszukiwaniu świeżych impulsów. Po tym kątem szczególnej uwadze będą poddane odczyty sprzedaży detalicznej (wt), produkcji przemysłowej (śr) oraz regionalne wskaźniki koniunktury (Nowy Jork – wt i Filadelfia – czw). W obecnym klimacie USD może być bardziej wrażliwy na rozczarowania w danych niż pozytywne niespodzianki.

W strefie euro przyszły tydzień przynosi indeks ZEW (z Niemiec) i wstępne szacunki PKB za I kw. Z obu publikacji powinno wynikać, że blok ma za sobą okres spowolnienia gospodarczego, choć po serii fatalnych danych w ostatnich tygodniach sporo złych informacji zostało już zdyskontowanych. Mimo to wciąż nie widać na horyzoncie impulsu do przywrócenia wzrostów EUR, więc poza techniczną korekta ostatnich spadków EUR/USD pozostaje na ziemi niczyjej.

Po gołębim odbiorze decyzji Banku Anglii funt został wyprzedany i choć skala ruchu wydaje się nam przesadzona względem zmian w komunikacji banku centralnego, obecnie brakuje argumentów dla zbudowania odbicia. Inwestorzy potrzebują potwierdzenia, że drugi kwartał przyniesie odreagowanie w aktywności gospodarczej. W przyszłym tygodniu ocenie zostaną poddane dane z rynku pracy (wt), gdzie najważniejsza będzie dynamika wynagrodzeń. Tylko solidne przyspieszenie do 3 proc. lub wyżej da szanse na umocnienie funta.

W Polsce kalendarz zawiera dane o inflacji (wt, śr), PKB (wt) i decyzję RPP (śr). Z wstępnych szacunków wiemy, że odbicie CPI do 1,6 proc. wzięło się z wzrostów cen żywności i paliw, ale inflacja bazowa powinna pozostać nisko (0,6 proc.). Wzrost gospodarczy minął już szczyt w tym cyklu i zakładamy spowolnienie z 5,1 proc. w IV kw. 2017 r. do 4,6 proc. w I kw., co wciąż jednak jest solidnym tempem. Razem dane przemawiają za podtrzymaniem dotychczasowej retoryki RPP, według której nie ma powodów, by w najbliższym czasie zmieniać poziom stóp procentowych. Złoty jest zdany na dyktat sentymentu zewnętrznego i im dłużej USD nie wróci do umocnienia, tym większa szansa na spadek EUR/PLN bliżej 4,20. Jednocześnie czasy dużego popytu na aktywa rynków wschodzących minął i w dłuższym horyzoncie złoty powinien się osłabiać w stronę 4,30.

Wstępny odczyt PKB za I kw. będzie kluczową figurą w kalendarzu z Japonii (śr). Konsensus zakłada spadek o 0,1 proc., pierwszy ujemny odczyt od III kw. 2015 r. Spowolnienie globalne będzie rzutować na dynamice eksportu, a trudne warunki pogodowe już w danych miesięcznych pokazały słabość konsumpcji wewnętrznej. USD/JPY zaparkował pod 110 i nie powinien wyjść wyżej, póki nie padnie sygnał z rynku długu USA (wzrost rentowności 10-latek ponad 3,05 proc.). Z drugiej strony brak zainteresowania rynku czynnikami geopolitycznymi ogranicza pole do aprecjacji jena.

W Australii kwietniowy raport z rynku pracy (czw) powinien wskazać na dalszy przyrost miejsc pracy z niewielkimi szansami na spadek stopy bezrobocia do 5,4 proc. Dla AUD ważniejsze będzie podtrzymanie odbicia aktywów ryzykownych. Po tym, jak rajd USD przystopował, AUD jest wśród czołówki walut, które mają najwięcej do odreagowania. Kalendarz w Nowej Zelandii pozbawiony jest istotnych publikacji. NZD jedzie na tym samy wózku co AUD – rajd ryzyka będzie wspierał kiwi. Problemem jest jednak gorzki niesmak pozostawiony przez komunikat RBNZ, który może skutkować relatywnie gorszą postawą NZD vs AUD.

Sprzedaż detaliczna i CPI (pt) są głównymi pozycjami w kalendarzu z Kanady. Biorąc pod uwagę, że ostatnio rynek zwiększył optymizm w odniesieniu do negocjacji umowy NAFTA oraz relatywnie wysoko utrzymuje szanse na podwyżkę stopy procentowej w maju (ponad 30 proc.), większym ryzykiem będzie rozczarowanie w danych. Do tego czasu redukcja długich pozycji w USD/CAD zdominowała handel i póki siła USD ponownie się nie przebudzi, możemy widzieć dalsze spadki.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PKN ORLEN zacieśnia współpracę z Saudi Aramco

O perspektywach rozwoju współpracy w zakresie dostaw ropy naftowej rozmawiali dziś przedstawiciele PKN ORLEN i Saudi Aramco, jednego z czołowych globalnych producentów tego surowca.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

– Saudi Aramco jest naszym ważnym partnerem biznesowym. Współpraca z Koncernem wpisuje się w nasze strategiczne cele zakładające dywersyfikację kierunków dostaw i zwiększanie bezpieczeństwa energetycznego kraju. Tego typu spotkania są szczególnie istotne w kontekście budowania długofalowych relacji i poszukiwania możliwości potencjalnego rozszerzania współpracy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Dostawy ropy z Arabii Saudyjskiej do PKN ORLEN realizowane są na podstawie kontraktu długoterminowego. W kwietniu tego roku, w ramach polityki dywersyfikacji kierunków dostaw prowadzonej przez PKN ORLEN, firmy podpisały aneks do umowy, który zwiększa dostarczany wolumen ropy saudyjskiej o 50 procent, do 300 tys. ton surowca miesięcznie.

Kontrakt długoterminowy pomiędzy PKN ORLEN a Saudi Aramco obowiązuje do końca 2018 roku z opcją przedłużenia na kolejne lata. Współpraca z producentem surowca z Zatoki Perskiej wpisuje się w strategię dywersyfikacji kierunków dostaw, w ramach której już ok. 30% ropy przerabianej w Grupie ORLEN pochodzi z kierunków alternatywnych. Dla Saudi Aramco współpraca z PKN ORLEN jest okazją do wzmacniania obecności w basenie Morza Bałtyckiego.

RODO a zmiany w prawie pracy

Wejście w życie unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO) spowoduje zmiany w polskim Kodeksie pracy. Zmodyfikowane zostaną przepisy o przetwarzaniu danych osobowych kandydatów do pracy i pracowników. Zmiany dotyczą zatem wszystkich przedsiębiorców, którzy zatrudniają pracowników. Szczególnie odczują je jednak firmy zajmujące się rekrutacją oraz przetrzymywaniem i tworzeniem baz danych potencjalnych pracowników dla innych firm.

Zmiany w Kodeksie pracy

Główne zmiany w Kodeksie pracy dotyczyć będą zakresu przetwarzania danych osobowych pracowników i kandydatów na pracowników oraz zgody na przetwarzanie danych osobowych. Nie są one rewolucyjne. W ich wyniku jednak niektóre instytucje zostaną ukształtowane inaczej niż dotychczas oraz zostaną wprowadzone pewne nowe rozwiązania, zwłaszcza jeżeli chodzi o monitoring w miejscu pracy.

Przetwarzanie danych przed nawiązaniem stosunku pracy

Zgodnie z projektowanymi regulacjami pracodawca żąda od osoby ubiegającej się o zatrudnienie lub od pracownika podania określonych danych osobowych. Wyraz „żąda” użyty w art. 221 § 1 i 2 Kodeksu pracy wskazuje, że jest to obowiązek pracodawcy (aktualnie Kodeks pracy posługuje się sformułowaniem „Pracodawca ma prawo żądać”, a więc nadaje pracodawcy uprawnienie, a nie kształtuje jego obowiązek).

Ponadto pracodawca nie będzie mógł już żądać i przetwarzać imion rodziców i adresu zamieszkania kandydatów na pracowników (chyba że adres ten kandydat podał jako adres do korespondencji, czyli adres zamieszkania jest tożsamy z adresem do korespondencji). Będzie mógł natomiast przetwarzać adres poczty elektronicznej albo numer telefonu kandydata – ustawodawca uznał bowiem, że wystarczy jedna z tych form komunikacji. Prawdopodobnie jednak pracodawcy będą mogli skorzystać z dobrodziejstwa projektowanego art. 222 § 1 Kodeksu pracy i przetwarzać zarówno numer telefonu, jak i adres e-mail, jeśli obie te dane będą dotyczyły stosunku pracy i osoba ubiegająca się o zatrudnienie wyrazi na to zgodę w oświadczeniu złożonym w postaci papierowej lub elektronicznej.

Przetwarzanie danych po nawiązaniu stosunku pracy

Jeśli chodzi o pracowników, to planowane regulacje wyłączają możliwość przetwarzania danych w postaci imion ich rodziców, chyba że podanie takich danych jest konieczne ze względu na korzystanie przez pracownika ze szczególnych uprawnień przewidzianych w prawie pracy, obowiązek ich podania wynika z odrębnych przepisów lub jest to niezbędne do wypełniania obowiązku pracodawcy nałożonego przepisem prawa. Przetwarzanie adresu do korespondencji, adresu poczty elektronicznej albo numeru telefonu będzie możliwe tylko za zgodą wyrażoną na piśmie lub elektronicznie. Po nawiązaniu stosunku pracy konieczne zatem będzie uzyskanie zgody od pracownika na przetwarzanie tych danych.

Przetwarzanie danych o stanie zdrowia pracownika

Nowe przepisy Kodeksu pracy wprowadzą też pewne ograniczenia w przetwarzaniu danych osobowych wrażliwych. Po pierwsze przetwarzanie przez pracodawcę danych biometrycznych będzie możliwe tylko w odniesieniu do danych osobowych pracownika, które dotyczą stosunku pracy, jeżeli pracownik wyrazi na to zgodę w oświadczeniu złożonym w postaci papierowej lub elektronicznej. Ponadto nowa regulacja wprowadza w zasadzie absolutny zakaz przetwarzania danych osobowych o nałogach, o stanie zdrowia oraz o życiu seksualnym lub orientacji seksualnej.

Monitoring w miejscu pracy

Konieczność dostosowania przepisów prawa pracy do wymogów stawianych przez RODO spowodowała, że wreszcie w Kodeksie pracy uregulowano kwestie związane z monitoringiem w miejscu pracy. O korzystaniu z monitoringu pracodawca będzie miał obowiązek powiadomić pracowników na 14 dni przed jego wprowadzeniem. Jeżeli pracodawca będzie zaś przyjmował nowych pracowników, a już korzysta z monitoringu, będzie musiał ich o tym poinformować przed dopuszczeniem ich do pracy.

Ponadto projektowana regulacja wyraźnie wskazuje, że monitoring nie może stanowić środka kontroli wykonywania pracy przez pracownika. Wprowadzenie monitoringu w miejscu pracy będzie możliwe tylko dla zapewnienia bezpieczeństwa pracowników lub ochrony mienia lub zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę.

Podsumowanie

Planowana nowelizacja Kodeksu pracy dokładnie określa, jakie dane kandydatów do pracy i pracowników można będzie przetwarzać, kiedy wymagana będzie zgoda na przetwarzanie danych i w odniesieniu do jakich danych osobowych. Ponadto wprowadza zakazy dotyczące przetwarzania określonych danych wrażliwych tych osób i reguluje zagadnienie monitoringu w miejscu pracy.

Opisane regulacje spowodują, że szczególnie przedsiębiorcy z branży HR oraz ci zatrudniający większą liczbę pracowników będą musieli wdrożyć stosowne procedury i dokumentację, która pozwoli na prawidłowe i legalne przetwarzanie danych osobowych pracowników i kandydatów do pracy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Eesti Energia publikuje wyniki za I kw. 2018 r.

Estoński koncern energetyczny Eesti Energia, do którego należy działający w Polsce Enefit, w I kw. 2018 r. wypracował zysk netto na poziomie 41 mln euro. Przychody ze sprzedaży wyniosły 229 mln euro (+6,2% r/r), a ich wzrost wynikał m.in. z wyższych cen rynkowych energii elektrycznej i ropy bitumicznej, jak również rosnącego wolumenu sprzedaży.

Eesti Energia wyprodukowała w I kw. 2,7 TWh energii elektrycznej i 104,5 tys. ton ropy bitumicznej. Tylko w marcu estoński koncern wyprodukował ponad 42 tys. ton ropy, osiągając tym samym miesięczny rekord produkcji. Nakłady inwestycyjne Eesti Energia wyniosły 36 mln euro w I kw. 2018 roku, czyli o 37% więcej niż w ubiegłym roku.

Wzrost cen energii, ropy i cen uprawnień do emisji CO2

Pierwsze trzy miesiące br. charakteryzowały się wzrostem rynkowych cen energii elektrycznej i ropy, a także wzrostem ceny uprawnień do emisji CO2. Średnia cena rynkowa energii elektrycznej w I kw. w Estonii wyniosła aż 41,9 euro/MWh, osiągając poziom z 2014 r. Z kolei cena rynkowa oleju opałowego, który jest najbardziej podobnym paliwem płynnym dla ropy łupkowej i sprzedawanym na rynku światowym na szeroką skalę, wzrosła o 6% r/r. –  skomentował Andri Avila, dyrektor finansowy Eesti Energia.

Konkurencyjność Eesti Energia w I kw. 2018 r. utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie mimo widocznego wzrostu cen uprawnień do emisji CO2. Elektrownie i zakłady produkcyjne Eesti Energia funkcjonowały na pełnych obrotach i tylko w marcu zużyły ponad 1,7 miliona ton łupków bitumicznych. Ostatni raz poziom wykorzystania łupków był tak wysoki w 2010 roku.

Estonia nadal eksporterem energii elektrycznej

Estonia nadal pozostaje eksporterem energii elektrycznej – w I kw. 2018 r. wyprodukowano tam 3 TWh energii elektrycznej, czyli o 0,6 TWh ponad poziom konsumpcji. Udział Eesti Energia w całkowitej produkcji energii elektrycznej w Estonii wyniósł aż 93%. Nadwyżkę wyeksportowano do sąsiednich krajów. Poza Estonią, także Łotwa była w stanie pokryć swoją konsumpcję z produkcji krajowej. Wśród krajów z widcznym deficytem znalazły się m.in. Litwa, Polska i Finlandia.

Enefit w Polsce i w regionie Morza Bałtyckiego

Działalność Enefit w Polsce opiera się przede wszystkim na sprzedaży energii elektrycznej i gazu ziemnego na terenie całego kraju za pośrednictwem kanału partnerskiego (oferta skierowana do małych i średnich przedsiębiorstw) oraz własnego zespołu handlowego (oferta dla dużych firm). Ponadto działalność Enefit obejmuje również sektor energii odnawialnej, w tym m.in. sprzedaż instalacji fotowoltaicznej skierowaną do MŚP czy zakup energii od wytwórców źródeł odnawialnych. W IV kwartale roku Enefit podpisał również kontrakt na zakup energii elektrycznej od elektrowni wiatrowej, wkraczając tym samym na polski rynek OZE z nowym zakresem usług. W kwietniu spółka uruchomiła także pilotażową sprzedaż instalacji fotowoltaicznej skierowaną do sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

Na Łotwie, Enefit jest obecny od 2006 r., a w ubiegłym roku stał się także drugim co do wielkości dostawcą gazu ziemnego. Enefit prowadzi także sprzedaż energii i gazu na Litwie.

W I kw. 2018 r. udziały rynkowe Eesti Energia w tych dwóch krajach wyniosły odpowiednio 14,4% i 6,5%. W ostatnich miesiącach spółka rozpoczęła także sprzedaż detaliczną w Finlandii i Szwecji.

***

  I kw. 2017 I kw. 2018 Zmiana
Przychody

(mln euro)

215,3 228,6 +6,2%
EBITDA
(mln euro)
86,5 76,8 -11,2%
Zysk netto
(mln euro)
40,5 48,3 -16,1%
Sprzedaż energii elektrycznej (TWh) 2,7 2,6 -1,9%
Sprzedaż ropy łupkowej

(tony)

77 000 83 800 +8,8%

Złoty nieco silniejszy

Polska waluta wczorajszy dzień zakończyła umocnieniem w relacji do głównych walut.

Złoty najmocniej zyskiwał w parze ze słabym funtem brytyjskim. Dość znacząco umocnił się również w relacji do dolara amerykańskiego, franka szwajcarskiego i euro. Krajową walutę wspierała przede wszystkim siła euro i stabilizacja dolara amerykańskiego. Pewne znaczenie mógł mieć również fakt powrotu inwestorów na polski rynek – polskie aktywa (akcje, jak i obligacje) od dwóch dni notują wzrosty.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek osłabił się o 0,4%, wahając się w widełkach 4,24 – 4,26.  W środę euro umacniało się w relacji do dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego, nieco traciło natomiast w parze ze złotym. Wspólną walutę wspierało wyhamowanie aprecjacji dolara amerykańskiego, związane m.in. z publikacją słabszych danych inflacyjnych z USA.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek osłabił się o 1,3%, wahając się w widełkach 4,81 – 4,88.  Wczorajsze, mieszane dane makroekonomiczne z Wielkiej Brytanii nie miały istotnego wpływu na kurs funta w relacji do pozostałych walut. To co zaś miało istotny wpływ i wywołało wyjątkowo silną wyprzedaż brytyjskiej waluty to spotkanie Banku Anglii (BoE).

Wczorajsza decyzja BoE o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie była zaskoczeniem. Konsensus prawidłowo przewidział rozkład głosów za utrzymaniem stabilnym kosztów pieniądza (7-2), w związku z czym bardziej interesujący od decyzji BoE był kwartalny raport o inflacji i komunikacja ze strony Banku oraz jego prezesa. Bank centralny zwrócił uwagę na ostatni, zaskakujący i bardzo gwałtowny spadek inflacji, informując o tym, że podwyżki stóp procentowych w przyszłości powinny być stopniowe i ograniczone. BoE wyraźnie obniżył również prognozy wzrostu gospodarczego w bieżącym roku (z 1,8% do 1,4% w ujęciu rocznym), zaznaczając jednak, że spowolnienie ekspansji gospodarczej może być tymczasowe – pytanie, czy tak będzie pozostaje jednym z kluczowych znaków zapytania w kontekście kształtu przyszłej polityki monetarnej.

Ton prezesa Banku Anglii podczas konferencji prasowej mimo wszystko był dość optymistyczny. Mark Carney w swojej wypowiedzi podkreślał, że w opinii Banku spowolnienie ekspansji w początkach roku było raczej związane z czynnikami przejściowymi. Reakcja rynku na informacje z Wielkiej Brytanii była jednoznacznie negatywna. Funt brytyjski doświadczył wyprzedaży w relacji do głównych walut i walut EM, tracąc również w parze z polskim złotym (ponad -1%). Nie jesteśmy przekonani, żeby skala wyprzedaży szterlinga po spotkaniu była adekwatna, ruch zdaje się być zbyt duży jak na to, co faktycznie miało miejsce. Sytuacja w brytyjskiej gospodarce wprawdzie uległa pogorszeniu, nieco zmalały również perspektywy rychłej podwyżki stóp procentowych. Mimo to, uwzględniając nadal bardzo wysoki poziom inflacji w Wielkiej Brytanii, (której utrzymywanie się na owym, wysokim poziomie wspiera rosnąca dynamika płac)  oraz fakt, iż spowolnienie gospodarcze powinno być tymczasowe, możliwe, że Bank Anglii zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych w sierpniu.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek osłabił się o 0,9%, wahając się w widełkach 3,55 – 3,60. Dolar tracił w parze z euro, istotnie zyskiwał w relacji do funta brytyjskiego (z uwagi na słabość tego ostatniego), ważony kurs USD zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie.

Wczorajsze dane o inflacji CPI w Stanach Zjednoczonych nieco rozczarowały. Dynamika cen (w tym inflacja bazowa) znajdują się powyżej celu inflacyjnego, jednak wzrost wskaźników nie jest na tyle duży, na ile wskazywałaby poprawiająca się sytuacja na amerykańskim rynku pracy. Dane dały pretekst kupującym euro i wsparły kurs EUR/USD, jednocześnie utrzymując w mocy wczorajsze wzrosty na amerykańskich indeksach akcji.

Z kolei cotygodniowy odczyt z amerykańskiego rynku pracy opisujący liczbę zadeklarowanych bezrobotnych po raz kolejny pozytywnie zaskoczył, potwierdzając bardzo dobrą kondycję amerykańskiego rynku pracy

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – wskaźnik cen eksportowych i importowych w USA w kwietniu
  • 14:30 – przemawia James Bullard z FOMC
  • 15:15 – przemawia prezes EBC, Mario Draghi
  • 16:00 – wskaźnik Uniwersytetu Michigan opisujący nastroje konsumentów w USA w maju

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Ropa naftowa w przewidywalnym trendzie. Wzrost cen ulegnie korekcie

Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI

Panika na rynku ropy, wywołana pozornie – według ekspertów Aforti Exchange – napiętą sytuacją w międzynarodowej polityce na linii USA – Iran w związku z wypowiedzeniem przez Amerykanów umowy nuklearnej, ma wbrew pozorom swoje źródło w sytuacji zapoczątkowanej już jesienią 2017 roku.

Wzrost cen czarnego złota wzmacniały co prawda w ostatnich dniach spadające rezerwy w USA, gdzie według danych amerykańskiego Departament Energii (DoE) zapasy ropy naftowej spadły w ubiegłym tygodniu o 2,2 mln baryłek, czyli 0,5 proc., do 433,76 mln baryłek. Tym samym europejska ropa wyceniana była na 78 USD,
a amerykańska osiągnęła poziom 72, jednak zdaniem ekspertów Aforti Exchange rosnąca cena ropy była do przewidzenia, na co wskazywały analizy techniczne tego rynku już we wrześniu 2017.

Jednocześnie można zakładać, że trwająca właśnie zaawansowana fala wzrostowa doprowadzi do lokalnych korekt, co w perspektywie kilku miesięcy spowoduje test głównej linii trendu spadkowego, a więc obecnie okolic 90 USD.Ropa naftowa w przewidywalnym trendzie. Wzrost cen ulegnie korekcie

Aktualny trend: Ropa celuje w poziom 78.80 USD

Globalna sytuacja na rynku ropy – o ile uznawana w ostatnich dniach za wyjątkową – nie powinna zaskakiwać. Trend wzrostowy, wspierany przez silną formację oRGR, rozpoczął się bowiem na dobre już we wrześniu 2017 roku, kiedy obroniona została strefa 46.15 – 48.80 USD.

Obecnie rynek podąża w bardzo regularnym, aczkolwiek wąskim kanale, w kierunku najbliższego oporu długoterminowego w cenie 78.80 USD. Wynika on z minimum z września 2011 roku, kiedy mieliśmy do czynienia z pierwszą falą inicjującą spadki, które finalnie doprowadziły do testu okolic 33.60 USD, osiągnięte na początku  2016 roku.

Obecna fala wzrostowa na rynku jest już bardzo zaawansowana i – pomimo docelowego kierunku „na północ” – należy liczyć się z lokalnymi korektami. Gdyby wspomniana na początku formacja miała zrealizować się w 100 proc., w perspektywie kilku miesięcy dojdzie do testu głównej linii trendu spadkowego, a więc obecnie okolic 90 USD.

Korekta na dolarze. Słabsze perspektywy Wielkiej Brytanii

Po takiej serii umocnień jaką miał ostatnio dolar nawet niewielkie rozczarowanie jak widać może być pretekstem do korekty. Bank Anglii nie zmienił stóp procentowych i ostudził entuzjazm inwestorów.

Dane zza Oceanu

Wczoraj o godzinie 14:30 poznaliśmy zarówno informacje o nowo zarejestrowanych bezrobotnych jak również o inflacji dla konsumentów. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych jest dokładnie taka sama jak tydzień temu. Była lepsza o kilka procent od oczekiwań analityków, którzy spodziewali się delikatnego pogorszenia sytuacji. Wielu inwestorów liczyło natomiast na inflację, która wypadła delikatnie gorzej od oczekiwań. Biorąc pod uwagę ostatni rajd dolara okazało się, że dane te były dobrym pretekstem do realizacji zysków. Dolar stracił wobec euro ponad 0,5%. W dalszym ciągu jest jednak bardzo silny biorąc pod uwagę ostatnie miesiące.

Słabsze perspektywy z wysp

Wczoraj o godzinie 13:00 zgodnie z oczekiwaniami stosunkiem głosów 7-2 Bank Anglii nie podniósł stóp procentowych. Nie zmniejszono również skali programu luzowania ilościowego. Dla rynków ważniejsza była jednak konferencja prasowa po ogłoszeniu decyzji. Mowa była o wolniej od oczekiwań rosnącej inflacji, która nie przekroczy celu. Z komunikatów analitycy postawili zgodną diagnozę. Stopy procentowe w Wielkiej Brytanii nie będą rosły w najbliższym czasie. Najprawdopodobniej Bank Anglii będzie czekał na początek cyklu podwyżek w Unii Europejskiej by nie powiększać dysproporcji w stopach procentowych ze swoim głównym partnerem handlowym. Po ogłoszeniu danych funt osunął się z okolic 4,86 zł do 4,81 zł. Był to efekt odwrócenia pozycji przez inwestorów liczących na szybszy wzrost stóp procentowych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan,
  • 19:00 – USA – Ilość wież wiertniczych ropy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

ONE MORE LEVEL S.A. liczy na sukces gry God’s Trigger

ONE MORE LEVEL S.A. (poprzednio Laser-Med S.A.), Spółka notowana na rynku NewConnect, liczy na osiągnięcie sukcesu przez jej flagowy produkt – grę „God’s Trigger”. Jej wydawcą jest firma Techland, a gra będzie dostępna na konsolach PS4, Xbox One oraz na komputerach PC.

Gra „God’s Trigger”, której producentem jest One More Level S.A., to kooperacyjna gra akcji z gatunku Top-down Shooter. Jest ona tworzona we współpracy z Wydawnictwem Techland i należy do najbardziej wyczekiwanych tytułów w 2018 r. na konsole (PS4, Xbox One) oraz na komputery osobiste PC. Produkcja została zaprezentowana podczas największych międzynarodowych imprez branżowych w 2017 r., a jej stoisko na targach Gamescom 2017 w Kolonii otrzymało nominację w kategoriach „Game of the Show” i „Best Booth”. Sama gra zdobyła nagrodę w kategorii „Best Skill/Puzzle Game” oraz nominację od społeczności Gamescom do najlepszej gry targów. Współpraca z Wydawnictwem Techland w projekcie zakłada rozbudowaną kampanię marketingową gry „God’s Trigger”, która ma jej zapewnić właściwą ekspozycję IP zarówno na rynku lokalnym, jak i globalnym.

„Projekt, który realizujemy w ramach współpracy z Wydawnictwem Techland, jest grą, która znakomicie wpisuje się w obecne trendy rynku gier komputerowych. Decydując się na stworzenie tytułu kooperacyjnego (tzw. couch co-op) chcieliśmy odpowiedzieć na oczekiwania szerokiego grona graczy, którzy od wielu lat poszukiwali właśnie takiej produkcji. Zasilając kreatywność naszego zespołu sugestiami specjalistów z Techlandu udało nam się wspólnie przygotować solidną produkcję, która ma realną szansę stać się jednym z najgorętszych tytułów sektora indie premium w 2018 r. Aktywne zaangażowanie naszych partnerów z Techlandu nie tylko umożliwiło nam skuteczną optymalizację planowania pracy nad projektem, ale również zdobycie szeregu bezcennych doświadczeń, które z pewnością wpłyną na kolejne projekty naszego studia. Wierzę, że God’s Trigger to prawdziwy kamień milowy, który ostatecznie utrwali pozycję One More Level jako wiodącego studia na polskim i międzynarodowym rynku twórców gier komputerowych.” – komentuje Iwona Cygan, Prezes Zarządu Spółki ONE MORE LEVEL S.A.

Gra “God’s Trigger” została wymieniona na liście najciekawszych gier 2018 roku w prestiżowym i ogólnoświatowym serwisie branżowym – pcgamer.com. Również polskie serwisy poświęcone elektronicznej rozrywce uznały tą produkcję za bardzo obiecującą i dobrze rokującą, co świadczy o jej wysokim potencjale rynkowym.

Andrzej Horoszczak: Jesteśmy firmą technologiczną, która ucywilizowała blockchain

Dzięki wykorzystaniu technologii blockchain spółka Billon zapewni klientowi banku łatwy dostęp do każdego dokumentu, nawet po ustaniu jego relacji z bankiem. Dokumenty będą dostępne także przez aplikację w telefonie komórkowym. A wkrótce zmieni się system dostarczania listów poleconych.

– Jesteśmy firmą technologiczną, która ucywilizowała blockchain, a jako pierwsi na świecie dostaliśmy od brytyjskiego regulatora, odpowiednika polskiego KNF, zgodę na bicie funta na systemie blockchain –  mówi w rozmowie z MarketNews24 Andrzej Horoszczak, założyciel i prezes firmy Billon spółka z o.o.

W IV kwartale 2017 r. BIK SA i Billon rozpoczęły prace nad sektorowym rozwiązaniem problemu tzw. trwałego nośnika informacji, zdefiniowanego przez szereg regulacji i dyrektyw unijnych, takich jak  RODO oraz najnowszych rozporządzeń MIFID II i IDD. Obie firmy już w tym roku wprowadzą – nie tylko w instytucjach finansowych – nowoczesną i unikalną technologię blockchain Billona do przechowywania i przesyłania dokumentów na trwałym nośniku, z pełnym zabezpieczeniem przed ingerencją jednej strony w treść dokumentu. Software Billona pozwala też  na realizację usług elektronicznego potwierdzenia doręczenia oraz zdalnego zawierania umów online. Korzyści z tego rozwiązania odczują także klienci indywidualni, korzystający z usług bankowych. W partnerstwie z BIK, który w ciągu 20 lat obecności na polskim rynku zgromadził w swojej bazie około 146 milionów historii kredytowych ponad 24 milionów Polaków, stwarza to niespotykaną dotąd przestrzeń do ochrony tożsamości i nową jakość zarządzania dokumentami klientów.

Testy, w których aktywnie uczestniczyły polskie banki, potwierdziły, że blockchain opracowany przez Billon spełnia wymogi trwałego nośnika informacji. Wdrażany system blockchain jest otwarty i może być wykorzystywany również poza sektorem finansowym, czyli przez takie instytucje, jak firmy telekomunikacyjne, ubezpieczeniowe czy energetyczne. Współpraca Billon i BIK to pierwszy krok do wprowadzenia masowego wykorzystania technologii blockchain w zakresie zarządzania dokumentami.

– Podczas testów pokazaliśmy już fenomenalną wydajność naszego systemu, ponad 150 mln dokumentów może być opublikowanych w ciągu miesiąca – mówi prezes Andrzej Horoszczak.

Billon chce wkrótce zmienić system dostarczania listów poleconych i umożliwić pełne zdalne podpisywanie umów.

Właściwa edukacja ważna dla popularyzacji pozasądowych metod rozwiązywania sporów (ADR)

Jedną z właściwych dróg popularyzacji pozasądowych metod rozwiązywania sporów (ADR) –  w tym arbitrażu i mediacji – jest edukacja na temat tych form rozwiązywania sporów. Kształcenie przyszłych i praktykujących prawników z zakresu problematyki ADR odgrywa tu ogromną rolę. Wiedza w obszarze możliwości korzystania z metod ADR i przygotowanie do uczestniczenia w charakterze pełnomocników stron w arbitrażu czy mediacji powoduje szersze rekomendowanie i stosowanie tych form rozwiązywania sporów. Tym samym wzrasta popularność korzystania z nich. Celem edukacji jest nabycie przez prawników umiejętności dobrej rozmowy z klientem, teorii konfliktów, aspektów psychologicznych, czy etycznych relacji z ludźmi i technik komunikacji: zbierania informacji, określania kwestii spornych, odkrywania interesów, technik przełamywania impasu, generowania opcji rozwiązań sporu, czy wreszcie przygotowania tekstu ugody.

– W zakresie edukacji korzystamy z wzorców, jakie dają nam kraje wykorzystujące metody ADR na tzw. porządku dziennym. Takim przykładem mogą być oczywiście dla Europy Stany Zjednoczone – gdzie prawnicy przygotowani do prowadzenia i uczestniczenia w różnych formach ADR stosują je częściej niż procesy sądowe – powiedziała serwisowi eNewsroom dr Katarzyna Antolak-Szymanski, Prodziekan ds. dydaktycznych Wydziału Prawa Uniwersytetu SWPS – W przygotowaniu prawników do uczestnictwa w procedurach ADR niezbędna jest edukacja nie tylko w zakresie prawnych uregulowań tych form rozwiązywania sporów. Istotne jest bowiem przygotowanie w zakresie umiejętności psychologicznych – form eskalacji konfliktu, a także trening efektywnej komunikacji i odpowiednich strategii i technik negocjacyjnych. Przyszli prawnicy powinni uczyć się tak zwanych umiejętności miękkich, efektywnej komunikacji, w tym aktywnego słuchania czy zadawania pytań, parafrazowania. Służą do tego różne metody nauczania w postaci symulacjidyskusji, odrywania ról. Pozwala to spojrzeć na konflikt nie tylko z perspektywy pełnomocnika, mediatora, negocjatora – ale również samych stron. Co ważne, dyskusja nad konkretnymi sprawami pozwala na przeanalizowanie ich nie tylko od strony prawnej, ale też oceny celowości zastosowania określonej metody podejścia do sporu. Obecnie zajęcia z zakresu ADR wkraczają do wydziałów prawa w Polsce, w tym na Uniwersytecie SWPS. Wydaje się zatem, że na efekty szerszego korzystania z pozasądowych sposobów rozwiązywania sporów oraz na zmianę w sposobie myślenia nie powinniśmy już długo czekać. Ta zmiana bowiem następuje i przyczyni się do popularyzacji mediacji oraz arbitrażu – podkreśliła dr Antolak-Szymanski.

Inflacja pauzuje rajd dolara

Od połowy kwietnia motywem przewodnim na rynku walutowym stało się odbicie dolara amerykańskiego napędzane przez silny wzrost dochodowości amerykańskich obligacji skarbowych. Ich wyprzedaż uzasadnia w tym roku szereg czynników fiskalnych, monetarnych i makroekonomicznych, ale w ostatnich kilkunastu dniach prym wiedzie podnoszenie się oczekiwań inflacyjnych pod wpływem rosnących globalnie cen ropy i paliw.

Nie bez znaczenia jest też słabość innych walut, która popycha inwestorów w kierunku wcześniej zdecydowanie zbyt dotkliwie przecenionego dolara. M.in. dane z Eurolandu wypadają na tle oczekiwań najgorzej od około 3,5 roku i ECB dokonuje gołębiego zwrotu w polityce – rynek przestaje liczyć, że możliwa jest szybsza normalizacja parametrów polityki. Z kolei funt znalazł się pod presją gorszych danych, które zapobiegły podwyżce  stóp na majowym posiedzeniu Banku Anglii i narastających konfliktów w obozie torysów przekładających się na słabnięcie pozycji Premier May. Wczorajsze posiedzenie BoE skutkowało dodatkowym zmniejszeniem wyceny prawdopodobieństwa, że stopy zostaną podniesione w sierpniu.

Warto cofnąć się o tydzień i zauważyć, że o poprawie sentymentu względem dolara świadczy chociażby reakcja na ostatnie dane z rynku pracy USA, obrazujące kondycję tej sfery gospodarki w kwietniu. Słabość presji płacowej nie została wykorzystana przez inwestorów jako pretekst do jego wyprzedaży, a tak stałoby się zapewne jeszcze miesiąc, czy dwa miesiące temu. Dolar ma za sobą kilka tygodni wręcz liniowego umocnienia, dlatego też dość wyraźna korekta z ostatnich kilkudziesięciu godzin nie musi okazać się kresem jego siły. Oczywiście, rozczarowanie dynamiką inflacji bazowej kilka dni po rozczarowaniu dynamiką wynagrodzeń, nie pomaga amerykańskiej walucie, ale należy pamiętać, że kluczowe dla jej rajdu były oczekiwania inflacyjne. Biorąc pod uwagę, że baryłka ropy w Nowym Jorku jest w tej chwili przeszło 50 proc. droższa niż rok temu, wcale nie muszą się one obniżać. W tym kontekście ciekawy będzie zresztą dzisiejszy odczyt indeksu Uniwersytetu Michigan, którego częścią są właśnie oczekiwania inflacyjne gospodarstw domowych obliczane na bazie badań ankietowych.

Innymi słowy: kluczem dla rozwoju notowań będzie kierunek wyjścia rentowności amerykańskich obligacji skarbowych z ostatniego przedziału wahań. Do rajdu dolara potrzebne będzie wyjście ponad 3,03-05 proc. Do głębszej korekty zejście pod 2,90- 92 proc. Słaba inflacja bazowa hamuje zatem rajd dolara, ale go nie neguje. W przypadku EUR/USD ważnym poziomem na drodze odbicia będą okolice 1,20, gdzie m.in. przebiega 200 – sesyjna średnia ruchoma. Dla USD/JPY najważniejsza w krótkim terminie jest strefa 108,65-75. Dopiero przebicie tych pułapów pozwoli obu walutom na głębsze odreagowanie dynamicznego osłabienia. Funt za sprawą negatywnego oddziaływania polityki monetarnej razi relatywną słabością i GBP/USD właściwie pozostaje na tegorocznym minimum. Na drugim biegunie znalazł się dolar kanadyjski USD/CAD jest aż 250 pipsów poniżej wtorkowego maksimum w okolicach 1,30. Bardzo mocny rajd zaliczyły waluty EM. EUR/PLN cofnął się do 4,25, a potężnie zyskał m.in. rubel. Pole do kontynuacji umocnienia przez złotego jest jednak mocno ograniczone.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Wyprawy na Marsa mogą ruszyć już w 2040 roku. Ostatnią barierą jest opracowanie osłon przeciw kosmicznemu promieniowaniu

Stworzenie niezależnych systemów utrzymywania życia i osłon przeciw radiacji jest niezbędne do kolonizacji Marsa. Pierwsze załogowe misje na Czerwoną Planetę mogą być możliwe już w 2040 roku. Obecnie brakuje jednak odpowiednich technologii. Głównym wyzwaniem dla astronautów jest promieniowanie kosmiczne i burze radiacyjne. Dawkę promieniowania na całą karierę astronauta wykorzysta jeszcze przed dotarciem na Marsa. Trwają prace nad znalezieniem materiału, który będzie dobrą tarczą i spełni rolę podstawowej struktury statku kosmicznego.

– Kolonizacja Marsa będzie możliwa najwcześniej w 2040 roku. Nie mamy jeszcze technologii, nie mamy w ogóle opracowanych systemów utrzymywania życia. Nie chodzi o sprawy tymczasowe, doraźne, że w razie jak coś się zepsuje, to dowieziemy z Ziemi, tylko absolutnie niezależne systemy utrzymywania życia. Myślę o całym zamkniętym łańcuchu ekologicznym, który ma być wdrożony, począwszy od bakterii, przez organizmy wyższe, producentów, konsumentów i cały szereg nisz ekologicznych tak, żeby było to ze sobą zsynchronizowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Agata Kołodziejczyk ze Space Garden.

Badania i testy innowacyjnych rozwiązań, które umożliwią i ułatwią misje na Marsa, trwają w habitacie kosmicznym Lunares w Polsce. To m.in. testy nad stworzeniem zamkniętego systemu podtrzymywania życia, który poradzi sobie przez długi czas bez dostaw z Ziemi. Astronauci muszą mieć stały dostęp do tlenu, wody i pożywienia, a żeby było to możliwe, konieczne jest uprawianie roślin w kosmosie.

Projekt MELiSSA (Micro Ecological Life Support System Alternative) ma umożliwić stworzenie systemu, w którym tlen, woda i pożywienie będą produkowane poprzez przetwarzanie odpadów organicznych i dwutlenku węgla. Wiadomo już, że istnieją mikroalgi odporne na promieniowanie, to jednak jeszcze zbyt mało. NASA pracuje nad programem Veggie (Vegetable Production System), który ma umożliwić uprawę roślin w kosmosie. Największym problemem, zdaniem ekspertki, jest jednak promieniowanie kosmiczne i burze radiacyjne.

– Nie mamy osłon przeciwko radiacji. Jeżeli tego problemu nie rozwiążemy, podróż na Marsa nie będzie możliwa. Sama podróż trwa około 200 dni, to już jest przekroczona dawka promieniowania na całe życie dla astronauty. Dopóki nie znajdziemy odpowiednich osłon do naszych statków kosmicznych, dopóty nie można ryzykować – podkreśla dr Agata Kołodziejczyk.

Fizycy na łamach „Science” przekonują, że o ile na Ziemi człowiek otrzymuje dawkę promieniowania średnio 3 mSv (milisiwertów, czyli tysięcznych części siwerta) w skali roku, a granicą bezpieczeństwa jest 20 mSv, to astronauci będą narażeni na wchłonięcie dawki ok. 0,66 siwerta, tysiące razy wyższej niż bezpieczna. Astronauta Scott Kelly, który spędził 340 dni na orbicie w ramach misji „Year in space”, przyjął 72 mSv.

Naukowcy z Uniwersytetu Południowej Walii odkryli co prawda, że dinukleotyd nikotynoamidoadeninowy (NAD+) pozwala naprawić DNA uszkodzone przez promieniowanie, także to kosmiczne, ale na razie jego działanie nie zostało potwierdzone w testach.

Ochrona przed promieniowaniem pozostaje największą barierą na drodze do kolonizacji Marsa. Dużo innych czynników zostało już rozwiązanych dzięki prowadzonym testom. Problemem przy misjach na Marsa nie powinna być woda. Obawiano się co prawda, że trzeba będzie dostarczyć ją z Ziemi, oczyszczać i wykorzystywać w obiegu zamkniętym, jednak po odkryciu, że skały marsjańskie zawierają 2 proc. wody, zdaniem naukowców ta bariera została już pokonana.

– Termoregulacja akurat nie jest wielkim problemem. Istnieją różne systemy hydrologiczne, czyli systemy rur, obiegu wody. Trend jest obecnie, żeby budować habitaty pod ziemią w tzw. lava tube, jaskiniach wygenerowanych przez aktywność wulkaniczną. Coś podobnego istnieje na Marsie, także na księżycu odkryto takie struktury geologiczne. Spróbujemy to skonstruować i sprawdzić, czy rzeczywiście to nas chroni przed radiacją. Jeżeli tak, to będą misje poszukujące takich miejsc na Marsie, w których będzie można zbudować pierwszą osadę – wskazuje dr Agata Kołodziejczyk.

Autonomiczne drony z wieloma kamerami będą zarządzały obiektami cywilnymi i wojskowymi. Wykorzystają do tego sztuczną inteligencję

Autonomiczne drony z wieloma kamerami będą zarządzały obiektami cywilnymi i wojskowymi. Wykorzystają do tego sztuczną inteligencję 8

Dzięki sieciom neuronowym i algorytmom głębokiego uczenia maszynowego zarządzanie obiektami takimi jak parkingi, drogi czy obiekty wojskowe będzie się mogło odbywać z minimalnym wkładem czynnika ludzkiego. Projekt NeuroSpace do monitoringu przestrzennego wykorzysta drony wyposażone w wiele zaawansowanych czujników, m.in. sensory wizyjne. System sprawdzi się w zastosowaniach cywilnych, np. w badaniu incydentów drogowych, a także przy monitorowaniu infrastruktury wojskowej.

– Projekt Neurospace polega na zbudowaniu autonomicznego pojazdu, który będzie zdolny do podejmowania periodycznych misji, polegających na monitoringu lub wykrywaniu incydentów na podstawie analizy obrazu wideo. To jest wykonywanie misji autonomicznych, dzięki którym będziemy w stanie wykrywać różnego rodzaju incydenty, np. na parkingu wykryjemy nielegalnie zajęte miejsca parkingowe, a w obiektach wojskowych czy cywilnych będziemy monitorować zachodzące zmiany – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Bartłomiej Kasiewicz z firmy Neurosoft.

Inteligentny Modularny Neuronowy System Modelowania i Monitoringu Infrastrukturalnych Układów Przestrzennych NeuroSpace ma służyć do zarządzania obiektami, takimi jak na przykład parkingi czy drogi publiczne. Sprawdzi się również w terenach trudno dostępnych lub niebezpiecznych. Zwłaszcza te ostatnie zastosowania mogą być kluczowe, ponieważ istotą systemu jest wyeliminowanie lub możliwie jak największa redukcja czynnika ludzkiego w pracy w terenie. Autonomię zapewni naszpikowany technologią dron.

– Niezbędny jest dron, czyli pojazd latający wyposażony w wiele czujników, w tym m.in. w sensor wizyjny, który jest naszym głównym czujnikiem do pozyskiwania informacji. Poza tym wykorzystujemy również lądowisko, które jest zintegrowane z tym dronem i umożliwia jego ładowanie pomiędzy misjami a także zgrywanie danych. Całość dopełnia infrastruktura informatyczna służąca do przetwarzania danych zebranych przez drona – tłumaczy ekspert.

Autonomia systemu ma być osiągnięta dzięki wykorzystaniu sieci neuronowej i algorytmów głębokiego uczenia maszynowego. Rola operatora drona zostanie zmarginalizowana dzięki dwóm unikalnym w skali światowej modułom. Pierwszy z nich umożliwia autonomiczne poruszanie się platformy nośnej i unikanie kolizji z innymi pojazdami, drugi zaś – autonomiczną realizację pomiarów. Całość ma zapewnić dronowi zdolność do samoorientacji w nieznanej przestrzeni i otoczeniu oraz precyzyjne, przestrzenne odwzorowanie elementów w obrębie monitorowanego obszaru w czasie rzeczywistym.

Projekt Neurospace pochłonie niemal 3 mln zł. 70 proc. tej kwoty stanowi dofinansowanie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Projekt jest jeszcze w trakcie realizacji, ale twórcy zapewniają, że już niebawem poznamy pierwsze wymierne rezultaty prac.

– Spodziewamy się, że system będzie dostępny już w tym roku i będziemy w stanie przeprowadzić testy demonstracyjne pokazujące, jak to wszystko działa – zapewnia przedstawiciel NeuroSoftu.

Analitycy Markets and Markets prognozują, że rynek autonomicznych dronów w 2023 roku osiągnie wartość 49 mld dol.

Premiery nowych modeli napędzają sprzedaż w salonach. Polacy kupują coraz więcej hybryd i samochodów elektrycznych

Premiery nowych modeli napędzają sprzedaż w salonach. Polacy kupują coraz więcej hybryd i samochodów elektrycznych 9

W 2017 roku zarejestrowano ponad pół miliona nowych samochodów osobowych i dostawczych. Wyniki po I kwartale tego roku, który przyniósł kilkunastoprocentowy wzrost, pozwalają sądzić, że rezultat ten można jeszcze poprawić. Sprzedaż nowych aut napędzają premiery wszystkich koncernów motoryzacyjnych oraz atrakcyjne formy finansowania zakupów samochodów. Polacy rejestrują coraz więcej aut z napędami alternatywnymi, zwłaszcza hybrydowymi – w I kwartale 5,6 tys. sztuk (+14,8 proc.). Ponaddwukrotnie wzrosła też liczba rejestracji pojazdów elektrycznych – o 114 proc.

– Polski rynek motoryzacyjny rozwija się bardzo dynamicznie. W ubiegłym roku było to 15 proc., czyli bardzo dużo, a prognozy na najbliższe lata są bardzo pozytywne. Wynika to z tego, że pojawia się dużo nowych samochodów. To auta bezpieczne, fajnie wyglądające, wyposażone w nowości technologiczne. Kolejna rzecz nie do przecenienia to atrakcyjne warunki finansowania. Branża motoryzacyjna w Polsce przede wszystkim z perspektywy importera dba o to, by samochody były jak najbardziej dostępne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Góralczyk z firmy SEAT.

Z raportu PZPM i KPMG poświęconego branży motoryzacyjnej wynika, że w 2017 roku w Polsce zarejestrowano 486,4 tys. nowych samochodów osobowych i 61 tys. aut dostawczych. Liczba rejestracji aut osobowych wzrosła o blisko 17 proc. w skali roku. W I kwartale tego roku dynamika była tylko nieznacznie mniejsza – wzrost sięgnął 11 proc., a w segmencie dostawczym – 5 proc.

 Polacy przekonali się do nowych samochodów i to pokazują wyniki sprzedażowe importerów i rozwój rynku. Bardzo wyraźne przełożenie na to mają warunki finansowania, fantastyczne auta, które się pojawiają, ich design i bezpieczeństwo. Oczywiście, rynek samochodów z drugiej ręki jest w Polsce bardzo silny i będzie taki przez najbliższe lata. Jednak cały czas rozwija się trend inwestowania w samochody nowe. To są przede wszystkim auta objęte gwarancją, które znacznie łatwiej odsprzedać, a w atrakcyjnych formach finansowania po prostu wymienić na nowe – tłumaczy Jakub Góralczyk.

Jak wynika z danych Instytutu Samar, na polskich drogach na jeden samochód nowy przypada ponad 1,7 używanego.

– Coraz więcej osób kupuje nowe samochody, jest świadomych trendów, rozważa taki zakup. To osoby, które jeszcze kilka lat temu patrzyły tylko na samochody z drugiej ręki – dodaj ekspert SEAT-a.

Najnowsze dane pokazują coraz wyraźniej, że Polacy przekonują się do aut ekologicznych – hybrydowych i elektrycznych.

– Elektryfikacja samochodów to jest temat, który rozwija się w Polsce od wielu lat i już ma bardzo poważne rozmiary. Jeszcze kilka lat temu polski rynek stał przede wszystkim benzyną i dieslem, teraz bardzo poważnie mówimy o hybrydach i autach w pełni elektrycznych. Zarówno grupa Volkswagena, jak i SEAT mają bardzo dynamiczne plany rozwoju w tym segmencie – zapowiada Góralczyk.

W I kwartale tego roku – jak wskazuje PZPM i KPMG – zarejestrowano łącznie 340 samochodów elektrycznych (łącznie  hybrydami plug-in). To wzrost o 114 proc. względem I kwartału 2017 roku. Polacy kupują też coraz więcej aut z napędami alternatywnymi, głównie hybrydowymi. Liczba rejestracji w tej grupie w pierwszych trzech miesiącach roku wzrosła o blisko 15 proc. (do 5,6 tys. sztuk).

 Od kilku już lat najmocniej rośnie segment SUV-ów. Prognozy na najbliższe lata są cały czas rosnące. Pojawiają się crossovery, różne modyfikacje tych samochodów – coraz więcej segmentów jest „usuvionych”. SEAT w zeszłym roku wprowadził pierwszy taki model do gamy. Arona to pierwszy crossover SEAT-a, pierwszy w grupie Volkswagena. To odpowiedź na potrzeby rynku – mówi Góralczyk.

W ostatnich miesiącach segment małych i średnich SUV-ów wysunął się na prowadzenie (wzrost odpowiednio o 24 i 29 proc.), podczas gdy inne segmenty osiągały kilkuprocentową dynamkę. Od ponad dwóch lat SUV-y są najchętniej wybieranymi samochodami w Europie. Statystycznie już blisko co czwarte auto, które opuszcza fabrykę, należy do tego segmentu.

W kolejnych latach rynek motoryzacyjny będzie determinować kilka czynników. Jednym z nich jest personalizacja.

– Klienci, przychodząc do salonu dilerskiego, nie muszą wybierać między produktem a tym, ile on ma wersji kolorystycznych, wyposażenia, napędu. Taka personalizacja auta, świadomość, że wyjeżdżamy z salonu samochodem idealnie skrojonym na miarę, na nasze potrzeby, będzie pozytywnie wpływało na rynek w przyszłości – ocenia Jakub Góralczyk.

Kolejny ważny trend to carsharing, czyli współdzielenie aut lub przejazdów. W Polsce wciąż jest mniej popularny niż na Zachodzie, ale szybko się rozwija. Pojawia się np. coraz więcej wypożyczalni samochodów na minuty. Z raportu Frost&Sullivan wynika, że do 2025 roku liczba użytkowników carsharingu na świecie ma wzrosnąć do 36 mln, a flota dostępnych samochodów – do 427 tys.

Na rynku będzie pojawiać się też coraz więcej pojazdów autonomicznych.

– Trend samochodów autonomicznych to jeszcze pieśń przyszłości, ale może nie tak odległej jak by się wydawało, ponieważ możliwości technologiczne w bardzo szybkim tempie stają się dostępne. Pierwsze stopnie w tym kierunku już osiągnęliśmy. Dziś już jeżdżą samochody z aktywnym tempomatem, asystentami kierowców, pasa ruchu. To jest pewien stopień autonomiczności. Kiedy pomyślimy sobie o bardziej zaawansowanej, to jest kwestia kilku lat – przekonuje Jakub Góralczyk.

Prawie 50 proc. Polaków pije więcej niż jedną filiżankę kawy dziennie. Najczęściej w pracy

Prawie 50 proc. Polaków pije więcej niż jedną filiżankę kawy dziennie. Najczęściej w pracy 10

Kawa towarzyszy Polakom przez cały dzień. Dla ponad 40 proc. jest to nieodłączny element każdego poranka, który daje niezbędny zastrzyk energii. Blisko połowa Polaków pije kawę także w pracy, nawet 2–3 filiżanki dziennie. Najchętniej wybieramy kawy z dużą ilością mleka, o bogatym aromacie i intensywnym smaku.

73 proc. Polaków codziennie pija kawę, przy czym dla 43 proc. – według badań przeprowadzonych na zlecenie Nespresso – to nieodłączny element każdego poranka. 42 proc. badanych twierdzi, że poranna kawa stanowi dla nich zastrzyk energii, 28 proc. traktuje ją jako sposób na pozytywne rozpoczęcie nowego dnia, a 21 proc. jako okazję do chwili relaksu.

– 34 proc. deklaruje, że ma z tym związane określone rytuały, np. korzystanie z określonego naczynia. Wiele osób czerpie też przyjemność z samego faktu przygotowywania kawy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Tomasz Kozłowski, socjolog i kierownik Katedry Edukacji i Nowych Mediów w Collegium Da Vinci w Poznaniu.

81 proc. Polaków ma ulubione naczynie, z którego pije poranną kawę, przy czym używanie go dla ponad 60 proc. badanych znacząco wpływa na doznania płynące z picia kawy. Z ulubionego napoju znaczna część Polaków nie rezygnuje także w ciągu dnia – 47 proc. ankietowanych przyznaje, że regularnie pija 2–3 filiżanki kawy dziennie, tylko 5 proc. delektuje się tym napojem wyłącznie o poranku. W miejscu pracy Polacy najchętniej piją kawę w samotności, najczęściej przy własnym biurku – tak postępuje 49 proc. ankietowanych przez Nespresso.

Nie upowszechniła się jeszcze kultura picia kawy wspólnie. Choć oczywiście jest znaczący odsetek osób, które na kawę lubią wyjść do pokoju socjalnego – mówi dr Tomasz Kozłowski.

Zdecydowana większość Polaków w pracy przygotowuje kawę sypaną. 16 proc. do sporządzenia ulubionego napoju wykorzystuje ekspres ciśnieniowy, 11 proc. ekspres przelewowy, a po 8 proc. korzysta z kawiarki i ekspresu na kapsułki. Wybierając kawę, Polacy kierują się przede wszystkim jej smakiem i aromatem. 47 proc. ankietowanych najchętniej pija kawę z mlekiem, 38 proc. wybiera natomiast kawę czarną.

– Polacy zdecydowanie preferują kawy mleczne. Lubimy też dużą ilość kawy, czy to będzie kawa czarna czy z mlekiem, lubimy pić ją z dużej filiżanki lub kubka – mówi Anna Oleksak, coffee ambasador marki Nespresso.

Wybór rodzaju kawy zależny jest nie tylko od preferencji smakowych, lecz także stylu życia i czasu, który można poświęcić na jego przyrządzenie i wypicie. Osoby śpieszące się sięgną raczej po espresso, ci, którzy dysponują większą ilością czasu, zdecydują się na kawę lungo lub americano. Ten rodzaj napoju wybierają osoby pragnące w spokoju rozpocząć dzień, np. przeglądając poranną prasę. 70 proc. ankietowanych stwierdziło, że dzień tygodnia nie ma wpływu na ilość spożywanej przez nich kawy, w dni wolne od pracy piją bowiem tyle samo kawy, co w dni spędzane w pracy.

Jeśli mamy weekend i trochę więcej czasu dla siebie, wtedy wybieramy cappuccino, z którym możemy posiedzieć na kanapie. Warto próbować różnych kaw, w różnej formie, bo można zbudować swoje rytuały, które sprawią, że miło zaczniemy dzień – mówi Anna Oleksak.

Badania przeprowadzone przez SW Research w lutym tego roku na zlecenie Nespresso Polska są elementem trwającej właśnie kampanii „Awaken Your Senses – A ty, jak lubisz spędzać poranki”. Jej celem jest dostarczenie Polakom sposobu na idealne rozpoczęcie dnia z ulubionym napojem.

– Do tej pory Nespresso było bardzo silnie kojarzone z czarną, mocną kawą, która szybko dodaje energii. Natomiast rynek polski jest rynkiem kaw mlecznych, więc wychodzimy naprzeciwko oczekiwaniom naszych konsumentów. Marka tak dobrała zestawy kawowe, aby idealnie smakowo komponowały się z mlekiem – mówi Hala Halabi, senior brand manager Nespresso.

Robotyzacja może rozwiązać problem niedoboru pracowników w Polsce. Taka inwestycja potrafi zwrócić się firmom w ciągu roku

Robotyzacja może rozwiązać problem niedoboru pracowników w Polsce. Taka inwestycja potrafi zwrócić się firmom w ciągu roku 11

Robotyzacja może mieć pozytywny wpływ na poziom płac w polskiej gospodarce oraz rozwiązać problem niedoboru pracowników, który hamuje rozwój firm. Inwestycja w roboty przemysłowe w zależności od branży to koszt od kilkuset tysięcy do miliona złotych, ale na ogół bardzo szybko się one zwracają – nawet już po roku czy dwóch, zwiększając wydajność i konkurencyjność przedsiębiorstwa. Dzięki temu redukuje koszty i zapewnia dodatkowe przychody. W Polsce najwięcej takich urządzeń pracuje w przemyśle motoryzacyjnym, chemicznym i metalowym.

– Polska gospodarka boryka się z brakiem ludzi chętnych do wykonywania prac, które doskonale można zrobotyzować. Ponadto cały czas walczymy o to, żeby płace w polskiej gospodarce rosły. Można to stymulować ustawodawstwem, natomiast robotyzacja też może mieć bardzo pozytywny wpływ na ten aspekt – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Maciej Kuczyński z Omron Electronics.

Utrzymujące się od miesięcy historycznie niskie bezrobocie hamuje rozwój firm, które borykają się z brakiem rąk do pracy. Popyt na wykwalifikowanych pracowników przekracza podaż, co w czarnym scenariuszu może nawet negatywnie wpłynąć na wzrost gospodarczy.

Wśród możliwych rozwiązań tego problemu wymienia się automatyzację procesów z wykorzystaniem robotów. W grudniowym raporcie „The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce” eksperci firmy doradczej Deloitte wskazują, że organizacje, które zdecydowały się wcześnie wdrożyć tę technologię, osiągają dzięki temu znaczne korzyści, takie jak większa wydajność i obniżenie kosztów. To szansa dla firm, które nie mogą na razie liczyć na większą podaż fachowców ani w nieskończoność podnosić płac.

Robotyzacja to odpowiedź na potrzebę rynku, którą jest niedobór chętnych do wykonywania ciężkich, uciążliwych prac. Możemy oczywiście sięgnąć po tanią siłę roboczą ze Wschodu, natomiast to siłą rzeczy spowoduje, że wynagrodzenia w gospodarce będą utrzymywały się na dość niskim poziomie. Alternatywą jest robotyzacja, która zwalnia nas z konieczności zatrudniania ludzi i wynagradzania ich pensją. Dzięki temu zyskujemy możliwość inwestowania w innowacyjność. Większy stopień robotyzacji zwiększa konkurencyjność firmy, a to z kolei powoduje, że mniej liczna załoga może być dużo lepiej wynagradzana – mówi dr Maciej Kuczyński.

Jak wynika z raportu Deloitte, już ponad połowa największych firm na świecie rozpoczęła wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów. Kolejne 19 proc. zamierza to zrobić w ciągu najbliższych dwóch lat. Globalne przedsiębiorstwa wydały na automatyzację średnio 3,5 mln dolarów. Trzy czwarte (78 proc.) zakłada, że w ciągu najbliższych trzech lat istotnie zwiększy nakłady inwestycyjne na ten cel. Eksperci Deloitte podkreślają, że w tym tempie automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów osiągnie niemal powszechne zastosowanie w ciągu kolejnych pięciu lat.

Docelowo roboty mogą zastąpić jedną piątą pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze godzin (według McKinsey Global Institute już do 2030 roku roboty przejmą ok. 800 mln miejsc pracy).  Z drugiej strony – pozwalają firmie zwiększać przychody. Z analiz Deloitte wynika, że jeśli duże firmy (zatrudniające powyżej 50 tys. osób, z rocznymi przychodami powyżej 20 mld dol.) powierzyłyby robotom 20 proc. zadań, zyskałyby 30 mln dol. dodatkowego przychodu rocznie. Odzwierciedla to przykład Korei Południowej, jednej z najszybciej rosnących gospodarek świata, gdzie na 10 tys. pracowników przypada średnio 530 robotów (dla porównania, w Polsce to 32 roboty na 10 tys. dla wszystkich branż).

Dodatkowe przychody i redukcja kosztów działalności to nie jedyne zalety automatyzacji. Firmy wymieniają także większą konkurencyjność, wydajność i jakość, podniesienie poziomu zgodności (compliance) oraz możliwość zainwestowania dodatkowych środków w innowacje. Natomiast kluczowe bariery przy wdrażaniu automatyzacji i robotyzacji to m.in. konieczność standaryzacji procesów, zarządzanie zmianą, jak również integracja z systemami informatycznymi. Często należą do nich również obawy przed skomplikowaną obsługą, niedostateczna wiedza czy wysokie ceny takich urządzeń. Z drugiej strony, według ekspertów inwestycja w robotykę może zwrócić się nawet w przeciągu roku.

– Zakup robota należy postrzegać jako inwestycję nie „tu i teraz”, ale w dłuższym okresie. Koszty takiego robota potrafią zwrócić się w ciągu roku, maksymalnie dwóch lat, jeżeli odpowiednio to zaplanujemy. Jeżeli natomiast zestawimy to z cyklem życia takiego urządzenia, wynoszącym 5-10 lat, to dostrzeżemy, że generuje to bardzo duży, pozytywny cash flow dla przedsiębiorstwa – mówi ekspert Omron Electronics.

Jak podkreśla, implementacja robota, razem z opracowaniem i instalacją, to koszt sięgający od ok. 150 tys. do miliona złotych i więcej, np. w przypadku dużych robotów spawalniczych. Natomiast bez względu na typ, stopa zwrotu z inwestycji jest bardzo wysoka.

– Czasy pionierskie, w których taka inwestycja zwracała się w ciągu 5 lat i dłużej, są już za nami. Roboty stały się bardziej popularne, funkcjonują już w wielu zakładach. Dlatego ceny robotów i usług związanych z ich implementacją również spadły. Dzięki temu – biorąc pod uwagę ograniczenie pracy ludzi, ich wynagrodzeń, kosztów okołopracowniczych – jesteśmy w stanie uzyskać zwrot z inwestycji w przeciągu roku czy dwóch. Oczywiście w niektórych przypadkach potrwa to dłużej, natomiast taka inwestycja jest zdecydowanie opłacalna i jesteśmy w stanie skonstruować do tego przemawiający business case – mówi dr inż. Maciej Kuczyński.

Jak wynika z raportu „World Robotics 2017” opublikowanego przez IFR Statistical Department, popyt na roboty przemysłowe na świecie rośnie już od kilku lat. W 2016 roku sprzedaż takich urządzeń wzrosła o 16 proc. do rekordowego poziomu 294 tys. sztuk, a wartość całego światowego rynku sięgnęła 13,1 mld dol. (bez kosztów oprogramowania, implementacji, etc.). W Europie wzrost sięgnął 12 proc., a najwięcej robotów przemysłowych wykorzystuje branża automotive i chemiczna. W Polsce sprzedano w 2016 roku 1632 sztuk (9 proc. mniej rok do roku), a liczba czynnych w przemyśle robotów sięgnęła 9,7 tys. Najwięcej takich urządzeń pracuje w przemyśle motoryzacyjnym, chemicznym i metalowym.

Jesienią ubiegłego roku Komisja Europejska zaakceptowała nową strategię polityki przemysłowej, która ma odpowiadać m.in. na wyzwania związane z robotyzacją. Natomiast w Polsce, zgodnie z rządowymi zapowiedziami, ma w tym roku zacząć działać Polska Platforma Przemysłu 4.0, która będzie wspierać wdrażanie cyfrowych technologii i robotyzacji w polskim przemyśle.

Polacy wciąż niewiele wiedzą o profilaktyce odkleszczowego zapalenia mózgu. Mimo że coraz więcej osób się szczepi

Polacy wciąż niewiele wiedzą o profilaktyce odkleszczowego zapalenia mózgu. Mimo że coraz więcej osób się szczepi 12

Zagrożenia ze strony kleszczy nie należy lekceważyć. Pajęczaki te przenoszą groźne dla człowieka choroby, takie jak borelioza i kleszczowe zapalenie mózgu. W 2016 roku zachorowania na KZM zanotowano w większości województw w całej Polsce. Jedyną skuteczną metodą profilaktyki jest szczepienie ochronne, które w Polsce wciąż jest mało popularne.

Wiosna to czas zwiększonej aktywności na świeżym powietrzu, a tym samym podwyższonego ryzyka pokłucia przez kleszcze. Ataku tego rodzaju pajęczaków bardzo trudno uniknąć ze względu na ich niewielkie rozmiary, oraz fakt, że coraz częściej bytują one nie tylko na terenach leśnych, lecz także w przestrzeni miejskiej.

– Na ekspozycję kleszczy narażają się osoby mające działki, osoby, które w celach rekreacyjnych udają się do lasów, parków, wyjeżdżają na obozy leśne, przebywają na łonie natury, uprawiają sporty na świeżym powietrzu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. med. Joanna Zajkowska z Kliniki Chorób Zakaźnych i Neuroinfekcji na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

Kleszcze są wyjątkowo wyczulone na bodźce zapachowe, głównie zapach kwasu mlekowego obecnego w pocie człowieka, oraz cieplne. W ich ślinie znajdują się środki znieczulające, co sprawia, że ukłucie jest bezbolesne, a odnalezienie miejsca wkłucia na ciele jest znacznie utrudnione.

W Polsce z roku na rok rośnie liczba kleszczy, a co za tym idzie – zachorowalność na groźne dla zdrowia choroby odkleszczowe. Najbardziej znanym schorzeniem jest borelioza. Wciąż niewielu Polaków ma natomiast świadomość zagrożenia, jakie niesie kleszczowe zapalenie mózgu.

– Kleszczowe zapalenie mózgu jest chorobą, która może dotyczyć ośrodkowego układu nerwowego, czyli najważniejszego układu dla naszego funkcjonowania – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Chorobę wywołują wirusy z rodziny Flaviviridae przenoszone przez niektóre kleszcze. Szacuje się, że wirusem tym może być zarażony nawet co szósty kleszcz. Wirusy te bytują w gruczołach ślinowych nosicieli, dlatego zarażenie możliwe jest zaraz po ukłuciu przez kleszcza. Wirusy namnażają się w komórkach skóry i węzłach chłonnych, skąd następnie przedostają się do naczyń krwionośnych i zakażają inne komórki organizmu.

– Jeżeli dojdzie do zakażenia, w większości przypadków nie dzieje się nic, ponieważ nasze mechanizmy odpornościowe eliminują wirusa. Jeżeli zostanie pokonana ta bariera, możemy mieć objawy grypopodobne. Choroba też może się zatrzymać na tym etapie – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Przedostanie się wirusa do płynu mózgowo-rdzeniowego może skutkować porażeniem korzeni nerwowych, zapaleniem rdzenia kręgowego, zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych lub zapaleniem mózgu. Leczenie, które może trwać nawet kilkanaście miesięcy, polega na podawaniu leków zmniejszających obrzęk mózgu i uśmierzających ból, a także preparatów wodno-elektrolitowych. Profilaktyka zakażenia jest możliwa, głównie poprzez stosowanie szczepień ochronnych, w Polsce wciąż mało jednak popularnych.

– Niska wyszczepialność i ochrona przed kleszczowym zapaleniem mózgu jest najprawdopodobniej spowodowana niepełną świadomością zagrożenia, jakie wynika z pokłucia przez kleszcze i z obecności tego wirusa w Polsce – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Szczepionkę powinno się przyjmować jak najwcześniej, najlepiej w pierwszych miesiącach wiosny. Dwie pierwsze dawki podawane są w odstępie 4–12 tygodni, trzecia natomiast powinna zostać przyjęta po upływie 5–12 miesięcy od drugiej iniekcji. Po upływie 3 lat warto się poddać dodatkowemu szczepieniu przypominającemu.

W Polsce stale rośnie liczba osób, które zdecydowały się na szczepienie przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu, wciąż jednak świadomość wagi szczepień jest znacznie niższa niż w większości innych państw europejskich.

Mamy bardzo dużo zachorowań na Słowacji, w Czechach, krajach nadbałtyckich, w Niemczech i w Austrii. W tych krajach wyższy poziom świadomości, edukacji i szerszy dostęp do szczepień powoduje, że wyszczepialność jest zdecydowanie wyższa – mówi prof. Joanna Zajkowska.

Świadomość w zakresie ochrony przed KZM ma zwiększyć kampania „Nie igraj z kleszczem – wygraj z kleszczowym zapaleniem mózgu”. Działania prowadzone są na skalę ogólnopolską, a ich celem jest dostarczenie jak największej liczbie osób rzetelnych informacji na temat objawów i przebiegu choroby, a także sposobów, w jaki można jej zapobiegać. W ramach kampanii organizowany jest Miesiąc Szczepień KZM, który trwa od 23 kwietnia do 25 maja. W tym czasie w wybranych placówkach medycznych będzie się można zaszczepić przeciw tej chorobie w dogodny sposób i w promocyjnej cenie.

Firmy inwestują w pracownicze programy emerytalne. Chcą uniknąć konieczności tworzenia pracowniczych planów kapitałowych

Firmy inwestują w pracownicze programy emerytalne. Chcą uniknąć konieczności tworzenia pracowniczych planów kapitałowych 13

Choć pracownicze programy emerytalne nakładają na pracodawców konieczność opłacania wyższej składki za pracownika niż pozostające wciąż sferze planów pracownicze plany kapitałowe, wiele firm decyduje się na ich założenie. Działają one bowiem na znanych zasadach. Jak mówi dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI, jeśli po uchwaleniu ustawy o PPK okażą się one korzystniejsze, przedsiębiorca zawsze może dokonać zmiany.

– Jeśli wejdą, a nic nie wskazuje na to, żeby miały nie wejść w życie przepisy ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, pracodawca będzie zobowiązany do prowadzenia takiego planu emerytalnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Łukawska, dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI. – Patrząc z tego punktu widzenia, skoro prowadzenie planu emerytalnego będzie obowiązkowe, to chyba dobrze jest zrobić taki plan, który najpełniej odpowie na oczekiwania pracowników, który jakoś wpisze się w organizację pracodawcy, żeby to nie było odfajkowanie obowiązku, bo skoro i tak pewne pieniądze trzeba wydać, to należy je wydać jak najlepiej.

Według ostatnich informacji prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju Pawła Borysa, nowy projekt ustawy o PPK miałby zostać procedowany w sejmie w czerwcu, a uchwalony po wakacjach. Wówczas weszłaby w życie w połowie 2019 roku, choć pierwotnie miało się to stać pół roku wcześniej. Zgodnie z założeniami ustawy znanymi obecnie pracodawca musiałby obowiązkowo założyć PPK, o ile nie prowadzi pracowniczego programu emerytalnego spełniającego określone w ustawie kryteria. Dlatego wielu przedsiębiorców woli założyć PPE, działające według znanych reguł, choć zmusza ich to do opłacania wyższej składki emerytalnej za pracownika. Przewiduje się, że PPK mają objąć ok. 11 mln pracowników.

– Zgodnie z projektem ustawy o PPK najprawdopodobniej pracodawca, który będzie prowadził Pracowniczy Program Emerytalny, w którym składka podstawowa finansowana przez pracodawcę będzie równa co najmniej 3,5 proc. wynagrodzenia pracownika, nie będzie musiał tworzyć PPK, dlatego teraz jest tak duże zainteresowanie PPE, bo wielu pracodawców mówi „może nie róbmy PPK, wejdźmy w PPE” – wyjaśnia przedstawicielka Skarbiec TFI.

W przypadku PPK planowane jest, by pracodawca odprowadzał 1,5 proc. wynagrodzenia pracownika tytułem składki, natomiast pracownik, o ile zdecyduje się na uczestnictwo w planie, bo może z niego zrezygnować, dołoży do tego 2 proc. z własnego wynagrodzenia. PPK objęłyby wszystkich zatrudnionych, o ile od ich wynagrodzenia odprowadzane są składki emerytalne i rentowe.

– Myślę, że ważna jest jedna rzecz – przy PPE jest od lat znana i w praktyce obowiązująca ustawa, wiadomo, jak to działa. Przy PPK cały czas są to domysły, projekty, to jeszcze nie jest ostateczny kształt ustawy – tłumaczy Agnieszka Łukawska. – Wielu pracodawców woli stworzyć coś, co wie, jak działa, przyjrzeć się, jak PPK będzie w praktyce funkcjonować i być może podejmie inną decyzję za rok, dwa lub trzy, ale na podstawie bardziej wiarygodnych, konkretnych przesłanek. A w razie czego przepisy pozwalają np. na likwidację PPE.

Kolejną różnicą między PPE a PPK jest swoboda inwestowania. Pracownik w przypadku PPE mało, że nie musi odprowadzać składek z własnego wynagrodzenia, to jeszcze może współdecydować o tym, w które fundusze (spośród dopuszczonych do danego PPE przez reprezentację pracowników) jego środki są inwestowane. W przypadku PPK możliwości inwestycyjne mają być ograniczone przepisami ustawy do tzw. funduszy zdefiniowanej daty, do których pracownik będzie automatycznie przydzielany w momencie objęcia go planem – choć prawdopodobnie będzie miał później możliwość zmiany na inny tego typu fundusz. Ustawa o PPK określi też maksymalne koszty zarządzania funduszem. Obniżka kosztów z pewnością  leży w interesie uczestnika – ale warto w tym momencie wspomnieć, że koszty zarządzania PPE też ostatnio maleją, gdyż zapowiadane PPK stały się tu pewnego rodzaju benchmarkiem.

– Na pierwszy rzut oka wydaje się, że dla pracownika PPE też będzie korzystny, bo nie ma obowiązku współpłacenia składki przez pracownika, a w PPK taki obowiązek istnieje. Druga rzecz – przy PPE jednak łatwiej jest dysponować zgromadzonymi środkami. W momencie ukończenia 60 lat uczestnik PPE może wypłacić nawet wszystkie pieniądze i zrobić z nimi co chce, w przypadku PPK mówi się, że wypłata dotyczy 25 proc. zgromadzonych środków, reszta ma być przez 10 lat wypłacana w ratach – informuje Agnieszka Łukawska.

Kancelaria Magnusson wyróżniona za innowacyjny projekt LegalTech

Kancelaria Magnusson znalazła się w gronie finalistów prestiżowego konkursu Legal Week Innovation Awards 2018, w kategorii Innowacja w międzynarodowej kancelarii prawniczej (International Law Firm Innovation). Członkowie jury docenili rolę firmy w stworzeniu LEX247, systemu nowej generacji do zarządzania pracą w kancelarii, opartego na rozwiązaniach chmurowych Microsoft.

System LEX247 służy do zarządzania pracą firm prawniczych (tzw. legal practice management system). To polsko-szwedzki projekt. Jego inicjatorami i współtwórcami są startup LEX247 oraz biura Magnusson w Warszawie oraz Sztokholmie.

„W ramach projektu zapewniliśmy specjalistyczną wiedzę z zakresu funkcjonowania kancelarii prawnej w różnych jej aspektach oraz z perspektyw różnych funkcji (prawnicy, personel administracyjny, pracownicy działu finansów), jak również wsparcie w koordynacji i zaangażowanie na każdym etapie realizacji” – powiedział Adam Kotarbiński, szef ogólnofirmowego działu IT Magnusson International, który kierował projektem ze strony kancelarii.

Kluczowym członkiem zespołu ze strony Magnusson w Szwecji była Karin Rolander, kierująca działem IT w szwedzkich biurach kancelarii.

LEX247 zapewnia funkcjonalności takie jak:

  • rejestracja klientów, spraw oraz czasu pracy prawników
  • tworzenie raportów, specyfikacji i wystawianie faktur
  • dostęp do aktualnych danych finansowych w czasie rzeczywistym
  • automatyczna rejestracja czasu rozmów prowadzonych przez telefon komórkowy
  • wersja mobilna systemu, umożliwiająca pracę z telefonu komórkowego czy tabletu
  • dostęp do systemu z każdego miejsca na świecie z dostępem do Internetu
  • duża swoboda w kategoryzowaniu spraw i klientów (np. wg praktyk, wg biur, wg pracowników)
  • elastyczność integracji, możliwość tworzenia autonomicznych jednostek biznesowych i połączeń z systemami finansowo-księgowymi
  • kompatybilność z popularnymi w Polsce systemami do fakturowania
  • bezpieczny dostęp do danych oraz stały dostęp do najnowszej wersji systemu dzięki wykorzystaniu modelu SaaS bazującego na rozwiązaniach chmurowych Microsoft
  • możliwość integracji systemu z innymi rozwiązaniami z rodziny Microsoft, takimi jak aplikacje Office365, SharePoint (przechowywanie dokumentów), PowerBI (raportowanie, analityka) czy Dynamics (CRM)
  • pełna polska wersja językowa

Dzięki skalowalności i elastyczności LEX247 może zostać dostosowany do wymagań zarówno małych jak i dużych kancelarii, w tym prowadzących wiele biur.

O konkursie Legal Week Innovation Awards

Organizatorem konkursu Legal Week Innovation Awards jest brytyjski magazyn prawniczy Legal Week wraz z The American Lawyer i Legaltech News. Nagrody wręczane są w 20 kategoriach dotyczących zarówno kwestii związanych z prowadzeniem kancelarii, jak i działań CSR, IT, HR czy public relations. Gala wręczenia nagród odbędzie się 25 maja 2018 r. w londyńskim City.

Wzrost niepewności i wyższe ceny ropy

Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen
Adam Czyżewski, główny ekonomista PKN Orlen

Miało być tanio na dłużej, a jest drożej. Za wzrost cen spot powyżej 70 dolarów za baryłkę ropy Brent odpowiadają czynniki geopolityczne, mogące zakłócić bieżące dostawy ropy. Wśród nich najważniejsze jest ryzyko konfliktu w rejonie Zatoki Perskiej, ale też rozpad przemysłu naftowego w Wenezueli. W rezultacie mamy sytuację, która zapowiada utrzymanie się wyższych cen przez pewien czas. Dość powiedzieć, że prognozy średnich cen ropy Brent na lata 2018 i 2019, antycypujące skutki zerwania przez USA porozumienia nuklearnego z Iranem, są obecnie wyższe, co najmniej o 7-10 dolarów, niż przed miesiącem.

Nominacje generała Mike’a Pompeo na Sekretarza Stanu i Johna Boltona na Doradcę ds. Bezpieczeństwa, w opinii komentatorów, przesunęły akcenty amerykańskiej polityki zagranicznej na bardziej konfrontacyjne. Na reakcję rynku ropy nie trzeba było czekać. 23 marca cena ropy Brent przekroczyła 70 dolarów za baryłkę. Kolejny czynnik, podnoszący ryzyko, pojawił się 11 kwietnia, kiedy to Sekretarz Skarbu USA Steven Mnuchin zasygnalizował, że Stany Zjednoczone mogą nałożyć na Iran „bardzo silne” sankcje, ponieważ prezydent Donald Trump dąży do renegocjowania wielonarodowej umowy ograniczającej program nuklearny Republiki Islamskiej. Po tej wypowiedzi cena ropy Brent przekroczyła 72 dolary i pięła się do góry w miarę zbliżania się terminu decyzji, określonego na 12 maja. Wzrost cen wynikał z przekonania, że ponowne nałożenie przez USA sankcji na Iran jest przesądzone, a niewielkie spadki były przejawem niepewności, jak dotkliwe będą to sankcje.

8 maja prezydent Donald Trump, wbrew europejskim sojusznikom podjął decyzję o wyjściu USA z porozumienia nuklearnego z Iranem. Jakie będą tego konsekwencje? Dziś trudno je przewidzieć, poza tym, że najmocniej skutki odczuje Iran. Przed decyzją oczekiwano, że nie będą tak dotkliwe jak międzynarodowe sankcje z 2012 roku, ze względu na prawdopodobny sprzeciw Chin i Rosji oraz brak zgody na zerwanie porozumienia nuklearnego z Iranem ze strony Unii Europejskiej. Według szacunków IHS Markit, Iran może stracić 200 000 baryłek dziennie eksportu ropy w 2018 roku oraz 500 000 w 2019 roku. Zagadką jest reakcja samego Iranu, który dzisiaj deklaruje gotowość do kontynuacji porozumienia w zmniejszonym składzie, bez USA, nie wiadomo natomiast jak zachowa się w dłuższej perspektywie.

Trudność z oceną skutków wynika przede wszystkim z tego, że mamy do czynienia ze wzrostem niepewności, co do dalszego rozwoju sytuacji na Bilskim Wschodzie a także w relacjach Stanów Zjednoczonych z Europą, Koreą Północną, Rosją i Chinami. Napięcie w rejonie Zatoki Perskiej trwa od dłuższego czasu i znaczącą rolę w tym odegrały zmiany polityczne w Arabii Saudyjskiej. Obawia się ona odrodzenia programu nuklearnego Iranu i dąży do powstrzymania jego wpływów na sąsiednie kraje, podobnie jak Izrael i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Ambicje Arabii Saudyjskiej, zmierzające do osiągnięcia pozycji silnego gracza w regionie oraz realizacja programu transformacji gospodarczej, wymagają dużych nakładów finansowych. Dlatego właśnie zmieniła ona strategię wydobycia ropy z obrony udziału w rynku na wspieranie wzrostów cen, do co najmniej 80 dolarów za baryłkę.

Po decyzji prezydenta Trumpa cena ropy Brent wzrosła i oscyluje wokół 77 dolarów za baryłkę. Czy to zapowiedź wyższych cen na dłużej? Moim zdaniem nie – jeśli nie pojawią się kolejne czynniki podnoszące ryzyko – na rynku ropy działają bowiem mechanizmy samoregulujące, które w horyzoncie kilku kwartałów mają spory potencjał do wygaszania wzrostów cen, wynikających z zakłóceń podaży.
Pamiętajmy, że popyt na ropę rośnie obecnie w tempie około 2 milionów baryłek dziennie. Do tego wzrostu w dużej mierze przyczynił się długi okres niskich cen ropy naftowej. Wzrost cen ropy, podtrzymany przez kilka kwartałów wpłynąłby negatywnie na popyt na ropę oraz na wzrost gospodarczy w krajach importujących. Wyższe ceny paliw obniżają bowiem dochód, który pozostaje do dyspozycji. Konsumenci indywidualni przesiadają się wtedy na tańsze środki transportu publicznego i w konsekwencji kupują mniej paliw. Takiego wyboru nie mają podmioty gospodarcze. Z powodu wzrostu kosztów transportu generują mniej wartości dodanej, osiągają mniejsze zyski i mniej inwestują. Dostosowania nie następują natychmiast – zwykle potrzeba na to dwóch, trzech kwartałów z wyższymi cenami ropy. Na wyższych cenach ropy korzystają natomiast eksporterzy, ale badania IMF pokazują, że w wymiarze globalnym wzrost cen ropy prowadzi do obniżenia tempa wzrostu gospodarki światowej.

Jeśli, jak to ma miejsce obecnie, powodem wzrostu cen ropy są napięcia geopolityczne o zasięgu globalnym, taka sytuacja wpływa bezpośrednio na osłabienie koniunktury globalnej i w rezultacie ogranicza przyszły popyt na ropę. Co ważne, ryzyka geopolityczne pojawiają się w zaawansowanej fazie globalnego cyklu koniunkturalnego, trwającego już 9 lat, i nakładają się na rozpoczęty cykl podwyżek stóp procentowych na świecie. Szefowa IMF Christine Lagarde ostrzegła przed skutkami narastającego ryzyka wojen handlowych i szybkiego wzrostu zadłużenia na świecie. Jej zdaniem zasady, które leżą u podstaw globalnego handlu, są zagrożone rozerwaniem, co bezpośrednio godzi w globalny wzrost gospodarczy i zmniejsza popyt na ropę.

Według IHS Markit, w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy, znane już czynniki geopolityczne mogą doprowadzić do zmniejszenia przyrostu globalnego popytu na ropę naftową i paliwa płynne w 2019 r. do 1,2-1,5 miliona baryłek dziennie, co w odniesieniu do samej ropy i produktów rafineryjnych daje 0,7-1,0 miliona baryłek dziennie.

Jeśli nie wydarzy się nic nowego, przyrost popytu w tej niższej skali zaspokoi wydobycie w Stanach Zjednoczonych. Według IHS Markit, przy przeciętnych cenach ropy WTI na rynku amerykańskim, utrzymujących się powyżej 60 dolarów za baryłkę (odpowiada to cenom ropy Brent powyżej 65 dolarów) wydobycie wzrośnie o 1,2 miliona baryłek dziennie w tym roku i o 1,1 miliona w przyszłym. Dla porównania, wydobycie w pozostałych krajach, poza OPEC zwiększy się odpowiednio o 0,3 i 0,6 miliona. Dlaczego wydobycie ropy z pól łupkowych nieustannie rośnie? Bardzo istotnym czynnikiem jest postęp technologii wydobycia, zwiększający dzienny wypływ ropy z pojedynczego odwiertu. Wdrażane innowacje dały też na przykład nowe życie basenowi Permian, skąd obecnie wydobywa się ponad 700 000 baryłek dziennie ropy. Dla porównania, wydobycie ropy z dna Zatoki Meksykańskiej jest dziesięciokrotnie mniejsze.

Powrót na premii za ryzyko geopolityczne zapowiada na pewien czas wyższe i bardzo zmienne ceny. Jednak w dłuższym horyzoncie nie ma obaw, że ropy braknie a niepewność dotyczy przede wszystkim siły popytu. Taki układ sił rynkowych nie tworzy presji cenowej. Perspektywa cen w dłuższym terminie będzie kształtowana z jednej strony przez rozwój nowych technologii, wypierających ropę z transportu, a z drugiej przez regulacje chroniące środowisko naturalne i klimat, tworzące presję na ograniczanie emisji z transportu. Obydwa czynniki potrafią rynki zaskoczyć, a rezultatem zaskoczenia są cykle cenowe. To już temat na kolejny wpis.

Komentarz Adama Czyżewskiego, Głównego Ekonomisty PKN ORLEN

Kurs funta po decyzji Banku Anglii

Dzisiejsza decyzja Banku Anglii o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie była zaskoczeniem. Konsensus prawidłowo przewidział rozkład głosów za utrzymaniem stabilnym kosztów pieniądza (7-2), w związku z czym bardziej interesujący od decyzji BoE był kwartalny raport o inflacji i komunikacja ze strony Banku oraz jego prezesa.

Bank centralny zwrócił uwagę na ostatni, zaskakujący i bardzo gwałtowny spadek inflacji, informując o tym, że podwyżki stóp procentowych w przyszłości powinny być stopniowe i ograniczone. BoE wyraźnie obniżył również prognozy wzrostu gospodarczego w bieżącym roku (z 1,8% do 1,4% w ujęciu rocznym), zaznaczając jednak, że spowolnienie ekspansji gospodarczej może być tymczasowe – pytanie, czy tak będzie pozostaje jednym z kluczowych znaków zapytania w kontekście kształtu przyszłej polityki monetarnej.

Ton prezesa Banku Anglii podczas konferencji prasowej mimo wszystko był dość optymistyczny. Mark Carney w swojej wypowiedzi podkreślał, że w opinii Banku spowolnienie ekspansji w początkach roku było raczej związane z czynnikami przejściowymi. Była to dość specyficzna konferencja. Wyjątkowo dużo pytań miało bardzo podobny wydźwięk. Dziennikarze kilkukrotnie wręcz „atakowali” prezesa BoE za to, że jego komunikacja z rynkiem finansowym ulega gwałtownym zmianom, przez co bywa trudna do interpretacji przez inwestorów, określając Carneya terminem „unreliable boyfriend” (dosł. niesłowny chłopak).

Reakcja rynku na informacje z Wielkiej Brytanii była jednoznacznie negatywna. Funt brytyjski doświadczył wyprzedaży w relacji do głównych walut i walut EM (Wykres 1), tracąc również w parze z polskim złotym (-1%). Nie jesteśmy przekonani, żeby skala wyprzedaży szterlinga po spotkaniu była adekwatna, ruch zdaje się być zbyt duży jak na to, co faktycznie miało miejsce.

Wykres 1: Kurs GBP/USD & GBP/PLN (10/05/2018)

BoE pozostawia stopy procentowe bez zmian, tnie prognozy wzrostu gospodarczegoŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 10/05/2018

Sytuacja w brytyjskiej gospodarce wprawdzie uległa pogorszeniu, nieco zmalały również perspektywy rychłej podwyżki stóp procentowych. Mimo to uwzględniając nadal bardzo wysoki poziom inflacji w Wielkiej Brytanii (której utrzymywanie się na wspomnianym, wysokim poziomie wspiera rosnąca dynamika płac)  oraz fakt, iż spowolnienie gospodarcze powinno być tymczasowe, prawdopododbnym jest, że Bank Anglii zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych w sierpniu.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Złoty odrobił część strat. Funt w centrum uwagi

Polska waluta zakończyła wczorajszy dzień umacniając się w relacji do głównych walut. Korekcyjny ruch w górę złotego był jednak wyraźnie silniejszy niż w przypadku pozostałych walut naszego regionu – prawdopodobnie z uwagi na fakt, że to właśnie złoty ostatnio charakteryzował się największą słabością.

Uwaga rynków w ostatnich dniach skupiała się wokół kwestii umocnienia dolara amerykańskiego i zerwania przez prezydenta USA porozumienia nuklearnego z Iranem. Obecnie jednak inwestorzy kierują wzrok na Wielką Brytanię, gdzie już dziś dojdzie do spotkania Banku Anglii. Nie będzie to zwykłe spotkanie, tylko tzw. superczwartek, czyli decyzja BoE wzbogacona o publikację kwartalnego raportu o inflacji i konferencję prasową, podczas której przemawiać będzie prezes Banku, Mark Carney.

To właśnie z uwagi na zmianę oczekiwań względem działań Banku podczas dzisiejszego spotkania, brytyjska waluta na przestrzeni ostatnich tygodni wyraźnie traciła w relacji do ważonego koszyka walut. W następstwie publikacji serii rozczarowujących danych makro i gołębiego komunikatu prezesa Banku,  prawdopodobieństwo ruchu w górę podczas dzisiejszego spotkania spadło z poziomu 90% do okolic 10%.

Do podwyżki prawdopodobnie nie dojdzie, warto jednak będzie obserwować rozkład głosów za wzrostem stóp – jeśli więcej niż dwóch członków BoE opowie się za natychmiastowym podniesieniem kosztów pieniądza, funt może otrzymać wsparcie. Istotny dla przyszłości brytyjskiej waluty będzie również wydźwięk raportu inflacyjnego oraz ton komentarzy ze strony prezesa BoE po spotkaniu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę osłabił się o 0,4%, wahając się w widełkach 4,26-4,30. Wspólna europejska waluta znalazła wczoraj grunt pod nogami, kończąc dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do dolara amerykańskiego.

Wewnętrznym tematem, który budzi zainteresowanie rynków jest kwestia negocjacji w sprawie utworzenia koalicji we Włoszech. We wtorek otrzymaliśmy informację o tym, że włoski impas może przerodzić się w kolejne wybory, wczoraj natomiast  prezydent Włoch, Sergio Mattarella dał partiom 24 godziny na sformowanie koalicji.

Prawdopodobne jest, że krajem rządzić będą partie populistyczne, które łącznie uzyskały 70% głosów w wyborach i prowadzą rozmowy koalicyjne. W konsekwencji niepewności, na półwyspie Apenińskim znacząco wzrosła premia za ryzyko dla inwestujących na rynku obligacji – rentowności 10-letnich papierów rządowych wczoraj podniosły się do poziomu 1,94% i znalazły się najwyżej od siedmiu tygodni.

GBP

Kurs GBP/PLN  w środę osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,83-4,91. Brytyjska waluta w ujęciu ogólnym była jednak wczoraj stosunkowo silna i zakończyła dzień umocnieniem w relacji do ważonego koszyka walut.

Dzisiejsze dane makroekonomiczne napływające z Wielkiej Brytanii były mieszane. Z jednej strony pozytywnie zaskoczyła miesięczna dynamika produkcji w marcu, która spadła o 0,1%, nieco mniej niż oczekiwano. Z drugiej strony deficyt w handlu powiększył się w marcu do 12,3 mld GBP, lekkiej negatywnej rewizji został również poddany odczyt z poprzedniego miesiąca.

USD

Kurs USD/PLN w środę osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,59-3,63. Wczorajsze dane o inflacji PPI z USA były nieco gorsze od oczekiwań. Dynamika PPI w ujęciu rocznym w kwietniu wyniosła 2,6% wobec oczekiwanych 2,8% i odczytu z ostatniego miesiąca na poziomie 3% rocznie.

We wczorajszej wypowiedzi Raphael Bostic z FOMC stwierdził, że sytuacja na rynku pracy poprawia się, a rynek pracy się „nie przegrzewa”. Dodał, że inflacja przez pewien czas znajdująca się powyżej poziomu 2% „nie jest problemem”. Pozytywne słowa Bostica wpisują się w ostatni ton komunikacji ze strony banku centralnego i wspierają oczekiwania względem kolejnych trzech podwyżek stóp procentowych w bieżącym roku.

Dziś poznamy cotygodniowy odczyt liczby zadeklarowanych bezrobotnych w USA oraz kluczowe dane o inflacji CPI (również bazowej inflacji CPI) w USA w kwietniu. Zgodnie z szacunkami konsensusu, dynamika cen w kwietniu przyspieszyła, utrzymując się powyżej celu inflacyjnego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – publikacja raportu o inflacji i decyzja BoE w sprawie stóp procentowych
  • 13:30 – przemawia Mark Carney z BoE
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie bezrobotnych w USA
  • 14:30 – inflacja CPI oraz bazowa inflacja CPI w USA w kwietniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Upadłości konsumenckie pod lupą ministra

Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowuje zmiany dotyczące upadłości konsumenckiej. Zgodnie z zapowiedziami nowelizacja znacznie zliberalizuje zasady ogłoszenia upadłości przez osobę fizyczną nieprowadzącą działalności gospodarczej. Osoby rozważające w najbliższym czasie poddanie się upadłości konsumenckiej powinny jednak uważnie przyjrzeć się proponowanym zmianom i zrobić dokładny rachunek zysków i strat zastosowania się do nowych regulacji. Choć bowiem MS zapowiada, że zmiany będą korzystne, to ich wnikliwa analiza wywołuje co do tego wątpliwości.

Refleksja Ministerstwa o polityce drugiej szansy

Tzw. polityka drugiej szansy, w państwach takich jak Wielka Brytania czy USA, zakłada wspieranie procesu oddłużania i umarzania długów zaciągniętych w przeszłości. W ten sposób dąży się do minimalizowania ryzyka wystąpienia sytuacji, w której dłużnik nie płaci podatków, ponieważ w obawie przed wierzycielami nie podejmuje legalnego zatrudnienia. Stosowanie tej polityki jest dla państwa korzystne m.in. pod względem ekonomicznym – najczęściej po oddłużeniu osoba odzyskuje zdolność kredytową i może aktywnie budować PKB poprzez nabywanie towarów.

Ministerstwo zaproponowało, aby wyeliminować z prawa upadłościowego jedną przesłankę uniemożliwiającą ogłoszenie upadłości konsumenckiej – doprowadzenie do niewypłacalności umyślnie lub wskutek rażącego niedbalstwa. Przyjęcie tego rozwiązania oznaczałoby zwolnienie sądu z obowiązku badania przyczyn wystąpienia niewypłacalności. Sąd w pierwszym kroku rozstrzygnie zatem o ogłoszeniu upadłości, a dalej będzie weryfikować jej przyczyny.

Powszechne oddłużenie bez względu na przyczynę

Na pierwszy rzut oka propozycja Ministerstwa Sprawiedliwości napawa optymizmem. Jednakże „liberalizacja” przesłanek ogłoszenia upadłości obwarowana jest wydłużeniem okresu spłaty układu – z obecnych 3 lat do 4–8, w zależności od stopnia przyczynienia się do stanu niewypłacalności. Z jednej strony Ministerstwo proponuje zatem wprowadzenie „powszechnego” oddłużenia, a z drugiej zastrzega dłuższy okres spłaty.

Należy pamiętać, że zgodnie z art. 49119 ust. 3 Prawa upadłościowego w przypadku istotnej poprawy sytuacji majątkowej dłużnika sąd na wniosek każdego z wierzycieli może zmienić plan spłaty poprzez zwiększenie obciążenia dłużnika. W praktyce można spotkać się z sytuacją, w której dłużnik w trakcie wykonywania planu spłaty otrzyma wartościowy spadek lub darowiznę i będzie musiał podzielić się tym aktywem z wierzycielami, czyli zapłacić wyższą ratę.

Inną sprawą jest, że dłużnika obowiązują pewne ograniczenia w rozporządzaniu jego majątkiem w trakcie wykonywania planu spłaty – art. 49818 ust. 1 Prawa upadłościowego zakazuje dłużnikowi dokonywania czynności prawnych dotyczących jego majątku, które mogłyby pogorszyć wykonywanie planu spłaty. Dłużnik, rozważając sprzedaż określonej części majątku, dla zabezpieczenia transakcji powinien zatem wystąpić do sądu o zgodę na dokonanie czynności prawnej.

Okres wykonywania planu spłaty jest czasem, w którym dłużnik co prawda odzyskuje kontrolę nad majątkiem, jednak jego sytuacja majątkowa i sposób rozporządzania majątkiem mogą być prześwietlane przez wierzycieli oraz zgłaszane przez nich do sądu celem ustalenia innej wysokości spłaty. A wydłużenie okresu spłaty może skomplikować sytuację dłużnika.

Porozumienie z wierzycielem

Proponowane jest nowe rozwiązanie, które będzie polegało na tym, że dłużnik z pominięciem drogi sądowej będzie mógł zawrzeć porozumienie z wierzycielem dotyczące sposobu zadłużenia. Dłużnik będzie mógł skorzystać z pomocy doradcy restrukturyzacyjnego. W przypadku braku osiągnięcia porozumienia sąd rozpocznie postępowanie upadłościowe.

Nie wiadomo jeszcze, jak dokładnie ma wyglądać procedura wypracowania porozumienia z wierzycielami. W praktyce może się okazać nieszczególnie atrakcyjnym i mało popularnym sposobem na oddłużenie. Dłużnicy bowiem raczej unikają powiadamiania wierzycieli o tym, że przygotowują się do ogłoszenia upadłości – z obawy przed zintensyfikowanymi działaniami egzekucyjnymi z ich strony.

Szybsze umorzenie zobowiązań

Omawiana nowelizacja ma na celu również doprowadzenie do szybszego niż dotychczas umorzenia zobowiązań. Z uwagi na to, że wielokrotnie do upadłości konsumenckiej przystępują osoby nieposiadające majątku, proponuje się m.in. odstąpienie od fazy likwidacji majątku. W praktyce miałoby to wyglądać w ten sposób, że sąd, na wstępie badając wniosek dłużnika o ogłoszenie upadłości konsumenckiej, mógłby zadecydować o rezygnacji z etapu likwidacji majątku i dalej przejść do umorzenia zobowiązań.

Podobnie jak w przypadku zaproponowanej zasady ogłoszenia upadłości bez względu na przyczynę stanu niewypłacalności, również w tym zakresie projektodawcy zastrzegają wprowadzenie ograniczenia pełnego umorzenia zobowiązań. Zakłada się, iż przed podjęciem decyzji o umorzeniu zobowiązań sąd powinien zweryfikować, czy informacje wskazane we wniosku są prawdziwe oraz czy dłużnik nie wyzbył się majątku celowo. Podanie nieprawdy we wniosku będzie sankcjonowane jego oddaleniem. Należy spodziewać się, że na skutek wprowadzenia takiego uregulowania sąd będzie dużo dokładniej analizował każdy wniosek o ogłoszenie upadłości.

Czy warto poczekać z upadłością do czasu nowelizacji?

Z notatki zamieszczonej na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości można wyczytać, że ma być szybciej i prościej, a nowe przepisy będą przełomem w wychodzeniu z niewypłacalności. Należy jednak zachować umiarkowany optymizm. Przede wszystkim dlatego, że „liberalizacja” przepisów została ograniczona dodatkowymi warunkami, takimi jak okres spłaty wydłużony do 8 lat. Tymczasem w pewnych okolicznościach dużo bardziej opłacalne dla dłużnika jest skrócenie okresu spłat – nawet przy zwiększonym ryzyku możliwości uzyskania upadłości.

Poza tym nie wiadomo jeszcze, jak sądy upadłościowe będą orzekać, jeżeli z przepisów zostanie usunięta przesłanka rażącego przyczynienia się do niewypłacalności. Oczywiście, mimo znacznego polepszenia sytuacji dłużnika sądy również powinny mieć na względzie interes wierzycieli. W praktyce może okazać się, że sądy będą uważniej przyglądać się wnioskom i jeżeli stwierdzą, że dłużnik przyczynił się do powstania stanu niewypłacalności, wyznaczą maksymalny, 8-letni okres spłaty układu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

EFL: przy obecnym kształcie ustawy i cenie auta elektrycznego, koszt jego zakupu i użytkowania wyższy o 45% od pojazdu spalinowego

W podjęciu decyzji o zakupie firmowego pojazdu elektrycznego (EV) większe znaczenie niż argumenty ekologiczne ma kryterium opłacalności ekonomicznej. Jednak wysoka cena, obok ograniczonej infrastruktury, pozostaje największą barierą. Z wyliczenia EFL wynika, że koszt użytkowania auta elektrycznego przez 3 lata jest aż o 45% wyższy niż w przypadku pojazdu z silnikiem spalinowym. Oznacza to, że zachęty wynikające z przyjętej ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, m.in. zniesienie akcyzy i zwiększenie odpisów amortyzacyjnych, mogą nie przekonać wielu przedsiębiorców do rozwoju elektromobilnej floty.

– Wizja miliona aut elektrycznych (EV) jeżdżących po polskich drogach już w 2025 roku, jest bardzo ambitna i bez rozbudowanego systemu zachęt, może okazać się skazana na porażkę. Tym bardziej, jeśli elektromobilnością nie zaciekawimy przedsiębiorców, którzy w Polsce odpowiadają średnio za 2/3 rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych. A jak wynika z badania zrealizowanego przez Carefleet, sektor MŚP z dużym dystansem podchodzi do samochodów z napędami alternatywnymi. Aż 9 na 10 ankietowanych deklaruje, że nie zamierza nabyć tego typu pojazdów w najbliższym czasie – zwraca uwagę Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Wciąż za mało, żeby ekoauta kusiły firmy

Przyjęta 22 lutego br. ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych nie stwarza jednak optymalnych warunków do zdynamizowania rynku oraz wykreowania popytu na samochody elektryczne. Wprowadza ona m.in. zniesienie akcyzy na auta elektryczne i hybrydy plug-in, zwiększenie odpisów amortyzacyjnych dot. EV dla firm oraz zwolnienie EV z opłat za parkowanie. To jednak za mało. Aby pokazać wpływ ustawowych zachęt do zakupu aut elektrycznych, EFL opracował porównanie kosztów zakupu (leasing klasyczny i leasing z wysokim wykupem) i użytkowania pojazdu z napędem spalinowym z samochodem elektrycznym. Wyniki analizy jednoznacznie wypadają na niekorzyść użytkowników pojazdów elektrycznych.

Symulacja kosztów zakupu i użytkowania

Założenia przyjęte przez EFL w celu opracowania porównania[1]:

  • Samochody – ceny katalogowe (stan na 6.05.2018r.):
    • ICE: Opel Astra z silnikiem spalinowym (benzynowy) o mocy 150KM
    • EV: Nissan Leaf II z napędem eklektycznym o mocy 150 KM
  • Finansowanie:
    • leasing klasyczny (operacyjny) – wykup 1%
    • leasing z wysokim wykupem (HRV) – wykup 45%
  • Okres umowy: 3 lata
  • Nominalna roczna stopa procentowa jest identyczna w przypadku wszystkich wariantów ofert
  • Wpłata własna klienta w wysokości 10% ceny pojazdu
  • Rata miesięczna netto
  • Koszty ubezpieczenia i usług dodatkowych nie zostały uwzględnione w celu uproszczenia analizy
  • Przebieg roczny pojazdu 20 tys. km.

Wniosek: wobec wyraźnie wyższych kosztów zakupu pojazdów z napędem elektrycznym (EV) w stosunku do samochodów z tradycyjnym napędem spalinowym (ICE) obecny kształt Ustawy o elektromobilności ze zbyt słabymi zachętami nie jest w stanie zniwelować różnicy w kosztach użytkowania, które wypadają na niekorzyść samochodów elektrycznych. W szczególności widać to w przypadku leasingu klasycznego, z którego najczęściej korzystają firmy w Polsce. Tutaj różnica wynosi aż 45%. W przypadku leasingu z wysokim wykupem, całkowity koszt użytkowania auta elektrycznego jest wyższy o 24% niż w przypadku auta spalinowego. Warto jednak zwrócić uwagę, że różnica pomiędzy EV i ICE nie jest już tak znacząca, jeśli weźmiemy pod uwagę całkowite koszty użytkowania, a nie samą cenę zakupu wynoszącą blisko 95% na niekorzyść EV.

Leasing w służbie elektromobilności

W przypadku firm sfinansowanie zakupu auta elektrycznego, podobnie jak ma to miejsce przy tradycyjnym napędzie, za gotówkę albo będzie niemożliwe, albo po prostu będzie się mniej opłacało. Dlatego rząd we współpracy z instytucjami finansowymi powinien również postawić na edukację w zakresie metod finansowania pojazdów elektrycznych,

– W procesie planowania rozwoju elektromobilnej floty firmowej istotną rolę odgrywa możliwość sfinansowania zakupu pojazdów elektrycznych. W Polsce rynek ten jest jeszcze na wstępnym etapie rozwoju i bariera związana z wysoką ceną – mimo coraz szerszej oferty samochodów elektrycznych – jest, obok ograniczonej infrastruktury, jedną z głównych przeszkód w upowszechnieniu użytkowania aut elektrycznych wśród firm. Ten model mobilności tworzy zupełnie nowy ekosystem użytkowania i korzystania z pojazdu, w którym nowoczesne formy finansowania, np. możliwość leasingu samej baterii, mogą mieć decydujące znaczenie, jeśli chodzi o ekonomiczny sens zmiany dominującego obecnie spalinowego środka transportu na elektryczny. W krajach zachodnich udział finansowania w sprzedaży samochodów elektrycznych wynosi nawet 75% całego rynku, natomiast w Polsce wskaźnik ten osiąga wartość 60%. Pokazuje to wyraźnie, że ten segment rynku ma bardzo duży potencjał wzrostu – mówi Radosław Kuczyński z EFL.

[1] Niniejszy materiał nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 k.c., nie może być traktowany jako porada, usługa finansowa lub zachęta do zawarcia jakiejkolwiek umowy.

10 zadań, które musisz zrobić w pracy, aby przygotować się do urlopu

Widok wczasowiczów z laptopami, pracujących na lotnisku, w hotelu, a nawet na plaży nie jest taki rzadki. Co zrobić, aby nie podzielić ich urlopowego losu? Oto recepta w dziesięciu krokach.

Powodów, dla których część z nas zabiera pracę na urlop, jest kilka. Najczęściej to fakt, że:

  • a) nie zaplanowaliśmy wystarczająco dobrze pracy przed wyjazdem i nie zostawiliśmy wytycznych dla naszego zastępcy;
  • b) wymaga od nas tego szef;
  • c) sami mamy problem, aby odciąć się od codziennej pracy w firmie.

Każda bariera, przy odrobinie dobrej organizacji i chęci, jest możliwa do pokonania. Oto co należy zrobić, aby przygotować się do urlopu bez telefonu i bez laptopa.

  1. Przygotowania czas zacząć

Podstawą jest planowanie pracy. Chcąc rozliczyć się z najważniejszymi projektami, przygotowania do wyjazdu najlepiej zacząć na 2-3 tygodnie przed urlopem. Jeśli zostawimy większość spraw na ostatnią chwilę, wzrośnie prawdopodobieństwo, że się nie wyrobimy. Tym samym narażamy się na telefony i maile od szefa.

  1. Rozmowa z przełożonym

Szefowie często obawiają się, że nieobecność pracownika odbije się negatywnie na rytmie pracy całej firmy. Dlatego, jeśli zależy nam na spokojnym wypoczynku, warto omówić z szefem komu mamy przekazać na czas nieobecności obowiązki, dokumenty i sprawy do przypilnowania. Pracodawca, który uzyska pewność, że zespół panuje nad sytuacją pod nieobecność jednej osoby, nie powinien zakłócać jej spokoju na urlopie.

  1. Wdrożenie osoby z pracy na zastępstwo

Z reguły pracodawcy nie udzielają urlopów wypoczynkowych w momencie, gdy np. zamykany jest ważny projekt dla firmy, zespół przygotowuje się do przetargu, firmowej gali lub targów. To oznacza, że osoba, która zastąpi nas w czasie urlopu, zajmie się tylko tym, co niezbędne. Naszym zadaniem jest jej to ułatwić. Powinniśmy zadbać, aby nasz zastępca miał dostęp do koniecznych mu do pracy dokumentów, plików i danych teleadresowych. Powinien także wiedzieć, gdzie ma ich szukać.

  1. Uprzedzenie klientów i współpracowników

Nie ma jednej odpowiedzi na pytanie, na jaki czas przed urlopem uprzedzać o nim ważnych klientów czy partnerów biznesowych. Osoby, z którymi często pracujemy mogą potrzebować tej wiedzy na kilka tygodni wcześniej. Tych, z którymi pracujemy sporadycznie, wystarczy uprzedzić na kilka dni przed wyjazdem. Pewne jest to, że powinniśmy to zrobić. Dzięki temu zabiegowi unikniemy sytuacji, w której tuż przed urlopem otrzymamy pilne zadanie do wykonania.

  1. Harmonogram pracy i podział zadań

Im dłuższy urlop, tym większe znaczenie ma harmonogram pracy. Zadania trzeba podzielić na te bardzo pilne i bieżące (te musimy zamknąć przed wyjazdem) i te, mniej ważne (mogą poczekać z realizacją). Szczegółowe rozpisanie zadań na każdy dzień do urlopu pozwoli nam zamknąć wszystko zgodnie z planem i o niczym istotnym nie zapomnieć.

  1. Nowe zlecenia po urlopie

To szczególnie ważny punkt dla osób prowadzących własną działalność gospodarczą. Szefowie firm zawsze bowiem mają coś do zrobienia, a gdy pojawia się nowe zlecenie, nie potrafią odmawiać. Jeśli chcemy wypocząć, warto złamać tę zasadę i spróbować przełożyć realizację zlecenia już po urlopie. „Przykładowo fotografowie prowadzący własną działalność w czasie, gdy planują urlop, polecają klientom usługi zaprzyjaźnionych kolegów z branży. Ta współpraca w środowisku jest bardzo opłacalna, gdyż obowiązuje niepisana zasada rewanżu.” – radzi Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska.

  1. Ustawienie autorespondera

Tuż przed wyjazdem należy ustawić w poczcie elektronicznej autorespondera. W mailu należy powiadomić, jak długo będziemy na urlopie i kto nas zastąpi. Koniecznie podajmy adres e-mail osoby do kontaktu lub telefon komórkowy. W niektórych firmach na czas nieobecności pracownicy pozostawiają współpracownikom dostęp do skrzynki mailowej. To jednak mniej popularne rozwiązanie.

  1. Instrukcje działania

Przed wyjazdem powinniśmy wysłać do naszego zastępcy mail podsumowujący wszelkie informacje, dane i wytyczne. Mail powinien być wysłany także do przełożonego i jeszcze jednej osoby z zespołu. W ten sposób zabezpieczymy się przed telefonami w sytuacji, w której nasz zastępca się rozchoruje, a szef pilnie będzie poszukiwał numeru telefonu do biznesowego partnera.

  1. Przygotowanie komputera w pracy

Jeśli na czas naszej nieobecności, ktoś będzie korzystał z naszego firmowego komputera, warto skasować znajdujące się w nim niepotrzebne pliki i opróżnić kosz. Poza tym warto pamiętać o wylogowaniu np. z prywatnego konta na Facebooku. Zdarza się, że trzymamy na takim komputerze prywatne zdjęcia (chociażby na pulpicie). Warto przemyśleć, czy to dobry pomysł. Może przedurlopowe porządki są wstępem do zmiany nawyków?

  1. Sprzątanie biurka

Na dzień lub dwa przed urlopem posprzątajmy biurko. Przemawiają za tym kwestie praktyczne – współpracownik, który nas zastępuje łatwiej wszystko znajdzie, ale i estetyczne – uporządkowane biurko pozytywnie o nas świadczy. Koniecznie umyjmy kubek po kawie.” – radzi Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska.

Kiedy wykonamy te dziesięć kroków, możemy z czystym sumieniem wybrać się na urlop. Pamiętajmy, że wypoczynek to czas ładowania baterii. Jest niezbędny i warto go sobie zapewnić.

Już co czwarty sprzedawca na eBay w Polsce handluje częściami samochodowymi

Aż 24% profesjonalnych sprzedawców na eBay w Polsce decyduje się na handel online w branży motoryzacyjnej. Najwięcej z nich zlokalizowanych jest w Wielkopolsce, na Mazowszu i na Śląsku. Najpopularniejszym rynkiem zbytu części samochodowych według danych eBay od wielu lat pozostają Niemcy. Zaraz potem akcesoria motoryzacyjne z Polski najchętniej kupują Brytyjczycy, Francuzi, Włosi i Hiszpanie.

Dane jednego z największych portali aukcyjnych na świecie za 2017 r. wskazują, że obroty 10 największych sprzedawców z Polski, którzy dołączyli do eBay w ubiegłym roku, wyniosły prawie milion euro. Do jednego z najchętniej wybieranych działów wśród nowych sprzedawców należała właśnie motoryzacja. Nic w tym dziwnego, bo średnie obroty sprzedających w tej kategorii wzrosły o ponad 5% rok do roku.

Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay
Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay

Obserwujemy bardzo duże zainteresowanie sprzedażą części samochodowych na naszej platformie i jest ono szczególnie widoczne w Polsce. To naturalna odpowiedź polskich przedsiębiorców na bardzo duży popyt na tego typu produkty ze strony naszych zachodnich sąsiadów – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay. – W ostatnich latach zauważamy, że nasi polscy sprzedawcy z dużo większą odwagą wychodzą ze swoją motoryzacyjną ofertą na zagraniczne rynki i eksportują również na inne kontynenty, często np. do USA – dodaje.

Powrót z emigracji do Polski przekuty w sukces

Michał i Szymon na pomysł rozkręcenia sprzedaży online wpadli podczas pobytu w Wielkiej Brytanii. Od początku wiedzieli, że chcą zainwestować wyłącznie w e-commerce. Po poszukiwaniach w internecie i krótkim badaniu rynku pomysł przyszedł sam: akcesoria samochodowe dla klientów indywidualnych. Wtedy też zapadła decyzja o powrocie z Wielkiej Brytanii do Polski. Dzisiaj ich śląska firma ma ponad 24 000 aktywnych ofert na eBay i aż 70% produktów trafia na rynek zagraniczny, głównie do Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji. Firma ma swój własny sklep internetowy i zespół dedykowany do wielojęzycznej obsługi klienta.

Coraz więcej biznesów online w Polsce

eBay zamknął poprzedni rok z łączną liczbą prawie 200 000 nowych sprzedawców na swoich europejskich serwisach. Z danych jednego z największych portali aukcyjnych na świecie wynika, że w Polsce w ostatnim roku liczba sprzedawców profesjonalnych wzrosła o 20%.

W ciągu ostatniego roku platforma ogłosiła szereg nowych funkcjonalności dla sprzedawców w Polsce w ramach rozwoju portalu. Wśród nich znalazło się m.in. zniesienie opłaty za wystawienie przedmiotów na eBay.pl, udostępnienie bezpłatnego narzędzia „eBaymag” do wystawiania ofert na zagranicznych rynkach czy umożliwienie udziału w programie „Okazje”, który umożliwia wystawianie limitowanych ofert z darmową dostawą objętych rabatami od 20 do nawet 90 procent. W grudniu eBay rozpoczął współpracę z Shoplo, czyli platformą, na której sprzedawcy mogą koordynować sprzedać w wielu kanałach jednocześnie oraz uruchomił tzw. „Strefę sprzedawcy”.

Geomedycyna – czyli lokalizacja w służbie zdrowia

Jako społeczeństwo przykładamy coraz większą wagę do kwestii naszego stanu zdrowia. Badania przeprowadzone przez firmę Bayer[1] wskazują, że prawie 70% badanych wierzy, że to od nich samych zależy czy będą zdrowi, pozostali wskazują, że stan ich zdrowia zależy w dużej mierze od predyspozycji genetycznych oraz trybu życia. Niebagatelną rolę na  nasze zdrowie ma również otoczenie, a przede wszystkim środowisko w jakim żyjemy. To gdzie mieszkamy i jakim oddychamy powietrzem wpływa bezpośrednio na nasz stan zdrowia. Kwestia zależności między lokalizacją a naszym samopoczuciem doczekała się już własnego określenia – geomedycyna, które to pojęcie upowszechnianie jest przez firmę Esri, światowego lidera w obszarze analityki przestrzennej.

Każde miejsce ma swoją środowiskową historię i każde środowisko potencjalnie wpływa na nasz stan zdrowia – nie od dziś wiadomo, że zanieczyszczone powietrze prowadzi do chorób serca i astmy. Badania przeprowadzone przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) [2] dowodzą, że szkodliwe środowisko każdego roku jest przyczyną śmierci milionów osób, które chorują na raka, choroby serca i układu oddechowego oraz choroby układu pokarmowego – nasz adres zamieszkania może być również odpowiedzialny za niektóre chorób u noworodków.

Początki geomedycyny

Informacje dotyczące zdrowia w powiązaniu z lokalizacją występują już w zapiskach pochodzących ze starożytnych Chin, Grecji i Indii. Za początek współczesnej geomedycny przyjmuje się wydarzenie, które związane było z wybuchem epidemii Cholery w 1854 roku w Londynie. John Snow to anestezjolog, któremu zawdzięczamy rozwikłanie zagadki przenoszenia się bakterii cholery. Sporządził on mapę miejsc występowania przypadków zachorowań i zestawił ją z lokalizacją miejskich pomp. W wyniku tej analizy wytypował ujęcie wody, które było skażone groźną bakterią.

Od tamtej pory geomedycyna przeszła długą drogą i w  XXI wieku za sprawą rozwoju nowoczesnych technologii zaczyna zyskiwać należne jej miejsce w kanonie nauk medycznych. Mimo iż zestawianie danych dotyczących zanieczyszczenia powietrza czy wody ze stanem naszego zdrowia wydaje się logiczne i naturalne, to zebranie informacji, które dawałyby jasne odpowiedzi nie jest już takie proste. Dopiero rozwój Internetu Rzeczy, postępująca miniaturyzacja elektroniki, technologia GPS i łączność bezprzewodowa przyczyniają się do wzrostu liczby urządzeń, które są w stanie w dokładny sposób zbierać dane na temat naszego zdrowia. Przyczynia się do tego również rozwój elektronicznego rekordu pacjenta (EHR – ang. electronic health record), który to rejestr ma za zadanie przechowywać wszystkie dane na temat pacjenta, również te dotyczące miejsca jego przebywania.

Medycyna zadaje pytanie – „gdzie?”

Jednym z ciekawszych przykładów wykorzystania Internetu rzeczy w geomedycynie są działania podejmowane przez miasto Louisville w Kentucky (USA). Projekt „Air Louisville”, który wystartował w 2012 zakłada wykorzystanie inteligentnych inhalatorów dla astmatyków, które monitorują kiedy i gdzie inhalator został użyty. Zebrane dane są zestawiane z poziomem zanieczyszczeń, temperaturą, wilgotnością, porą roku oraz odległością od dróg i innych źródeł zanieczyszczeń w celu identyfikacji miejsc, w których najczęściej dochodzi do ataku astmy i powodów tych ataków. Projekt ma dwutorowe podejście. Z jednej strony pomaga osobom z astmą w kontrolowaniu swojej choroby i unikaniu miejsc, gdzie warunki środowiskowe mogą wywołać atak, z drugiej natomiast dostarcza informacji na temat zanieczyszczeń i kondycji środowiska naturalnego.

Wyniki akcji są więcej niż zadowalające. Służba zdrowia miasta Louisville odnotowuje obecnie ponad 50% mniej przypadków ataków astmy i przyjęć w trybie nagłym wśród osób biorących udział w projekcie. Co ciekawe jeszcze w 2014 roku miasto było na pierwszym miejscu amerykańskich metropolii, w których osobom z chorobami dróg oddechowych żyje się najciężej.

Obecnie na rynku jest wiele aplikacji z dziedziny ochrony zdrowia, które wykorzystują dane przestrzenne. Aplikacje te pomagają zlokalizować najbliższą aptekę, w której znajdziemy potrzebne nam lekarstwo bądź najbliższego nam lekarza.

Aplikacja „My Place History” Esri pozwala pacjentom na tworzenie profilu miejsc, w których przebywali i zestawianie go z mapami zanieczyszczeń powietrza czy wody. W Polsce mimo, iż oficjalnie nie działa jeszcze ani system ani aplikacja, która zestawiałaby dane dotyczące naszego miejsca zamieszkania z warunkami środowiskowymi, każdy z nas na własną rękę może skorzystać z ogólnodostępnych informacji dotyczących  występowania smogu czy jakości wód.

Eksperci wskazują, że geomedycyna ma jeszcze na swojej drodze wiele przeszkód, które nie pozwalają na jej szerokie zastosowanie. Pierwsza – to brak wystarczającej liczby danych, a druga – brak świadomości nie tylko wśród lekarzy, lecz także wśród osób zarządzających ochroną zdrowia., „Problem nie leży w samych narzędziach GIS, ale w wykorzystaniu tych narzędzi w procesie zbierania i przetwarzania danych medycznych. Coraz większe znaczenie danych geograficznych w naszym życiu ale także w biznesie rodzi nadzieję, że również branża medyczna podejdzie do tego zagadnienia z zainteresowaniem” – mówi Krzysztof Stańczak z Sektora Bezpieczeństwa i Administracji Centralnej w Esri Polska

[1] http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C400571%2Cbadanie-dwie-trzecie-polakow-deklaruje-ze-dba-o-zdrowie.html

[2] http://www.who.int/airpollution/en/

IKE i IKZE czyli o emeryturze

Agnieszka Łukawska
Agnieszka Łukawska

Pracodawcy nadal czekają na ostateczny kształt ustawy o PPK. Skoro będą obowiązani do prowadzenia PPE lub PPK w swoim zakładzie pracy – muszą przygotować się do nowych wyzwań.

Ale ten jakże ważny temat dotyczy nie tylko pracodawców. Trwająca od kilku miesięcy dyskusja o kształcie przyszłych emerytur wzmogła zainteresowanie tematem emerytalnym wśród zwykłych Polaków. Oto bowiem zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że problem niskich świadczeń dotyczyć może każdego z nas. Wprawdzie organizowane przez pracodawców grupowe plany emerytalne mogą zapewnić nam dodatkowe środki na jesień życia – jednak najprawdopodobniej nie pozwolą na osiąganie dochodów porównywalnych z tymi z okresu aktywności zawodowej. Dlatego już teraz powinniśmy wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć indywidualnie oszczędzać z myślą o starości.

W tym celu dedykowane są dwa rozwiązania: IKE (Indywidualne Konto Emerytalne) oraz IKZE (Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego). Obydwa są regulowane ustawą z 20 kwietnia 2004 r. o indywidualnych kontach emerytalnych oraz indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego. Gromadzenie środków na IKE i IKZE wiąże się z zachętami podatkowymi ze strony państwa. Wypłata środków zgromadzonych na IKE i IKZE nie podlega podatkowi od dochodów kapitałowych. Dodatkowo – na IKE mogą być przyjmowane wypłaty transferowe z PPE, co pozwala traktować je jako swoistą „indywidualną kontynuację” oszczędzania po ustaniu zatrudnienia u prowadzącego PPE pracodawcy.

Z kolei wpłaty dokonywane na IKZE można odliczyć od dochodu, w tym roku kalendarzowym, w którym zostały dokonane.

W roku 2018 limit wpłat na IKE wynosi 13 329 zł, zaś limit wpłat na IKZE wynosi 5 331,60 zł. Na pewno nie wszyscy będą mogli sobie pozwolić na pełne wykorzystanie limitów – ale na pewno warto systematycznie odkładać tyle, na ile nas stać. A otrzymaną ulgę podatkową z IKZE można ponownie zainwestować.

Dodatkowe, samodzielne oszczędzanie to sposób na zwiększenie bezpieczeństwa finansowego gdy ze względu na podeszły wiek już nie będziemy mogli pracować.

Agnieszka Łukawska, Dyrektor ds. programów emerytalnych Skarbiec TFI S.A.