W wakacje rośnie zapotrzebowanie na polskich opiekunów za granicą. Głównie w Niemczech

W wakacje rośnie zapotrzebowanie na polskich opiekunów za granicą. Głównie w Niemczech 1

Znajomość języka i doświadczenie w opiece nad osobami starszymi, choćby z prywatnego życia, to podstawowe wymogi pozwalające na znalezienie pracy w charakterze opiekunki za granicą. Wakacje i Boże Narodzenie to okresy wzmożonego zapotrzebowania na usługi tego typu, głównie w Niemczech. Chętnych do pracy nie brakuje, ale i tak popyt przewyższa podaż. Osoby zatrudnione jako opiekunowie mogą liczyć na 4–6 tys. zł netto.

 Polskie opiekunki osób starszych są poszukiwane za granicą, jest to widoczne zwłaszcza w Niemczech, gdzie zapotrzebowanie jest bardzo duże – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Celina Adamek z firmy ATERIMA MED, zatrudniającej opiekunów z Polski. – ATERIMA MED poszukuje kandydatów, którzy znają język niemiecki co najmniej w stopniu komunikatywnym i mają doświadczenie, przy czym doświadczenie nie musi być zdobywane w zawodzie w Polsce. To może być domowe doświadczenie w opiece nad osobami starszymi, np. rodzicami czy dziadkami.

Osoba decydująca się na tego rodzaju pracę w Niemczech może liczyć na wynagrodzenie od 1000 do 1350 euro na rękę miesięcznie. Dla porównania w Polsce średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w maju 2017 roku wyniosło niespełna 4,4 tys. zł brutto i jest to średnia dla wszystkich branż. Zapewne zarówno zapotrzebowanie, jak i stawki będą rosły ze względu na starzenie się europejskiego społeczeństwa.

– W Niemczech zapotrzebowanie na opiekunki osób starszych na pewno będzie rosło. Jest to społeczeństwo szybko starzejące się i to zjawisko jest tam dużo bardziej odczuwalne i widoczne niż w Polsce – mówi Adamek. – W Polsce również będzie rosło zapotrzebowanie, choć na razie rynek jest mało rozwinięty. Naszym zdaniem potrzeba czasu, aby ten rynek rozwinął się bardziej.

W Europie już 22 mln ludzi wymaga opieki. To niemal dwa razy tyle, ile dziesięć lat temu. W samych Niemczech do 2030 roku będą potrzebni opiekunowie do niemal 3,5 mln osób.

– W Niemczech to zapotrzebowanie jest bardzo duże. Jako ATERIMA MED, czyli jedna z firm, które oferują taką pracę właśnie w tym kraju, odnotowujemy rokrocznie coraz większe zainteresowanie ze strony klientów. Dużo osób się do nas zgłasza, natomiast cały czas kandydaci z Polski nie w pełni pokrywają potrzeby rynku w Niemczech – informuje Celina Adamek.

Dodaje, że w Niemczech łatwo o ofertę, trzeba tylko spełnić wymagania językowe i te dotyczące doświadczenia w opiece nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi. Dodatkowo wakacje są jednym z tych okresów – obok Świąt Bożego Narodzenia – kiedy liczba ofert rośnie.

 Polacy za granicą nie są już postrzegani jako tania siła robocza. Mają opinię cenionych i poszukiwanych za granicą specjalistów w krajach takich jak Francja, Niemcy, Holandia czy Belgia – wymienia przedstawicielka ATERIMA MED. – Są to osoby z takich branż jak budownictwo, branża wykończeniowa, ale również monterzy, specjaliści w zakresie aspektów technicznych. To osoby dobrze wykształcone, specjaliści w swojej dziedzinie. Takie osoby nie mają problemu ze znalezieniem bardzo dobrze płatnej pracy na Zachodzie.

Według CBOS najpopularniejszym kierunkiem, w którym udają się Polacy, by podjąć pracę za granicą, są Niemcy (w 2016 roku był to wybór 41 proc. osób). Kolejnym jest Wielka Brytania (23 proc.), a to wynik o niemal połowę niższy. Jedną z przyczyn dysproporcji jest decyzja o brexicie, która Brytyjczycy podjęli w czerwcu 2016 roku. Na słabszym zainteresowaniu Wyspami zyskała Holandia: jedna piąta Polaków poszukujących pracy poza granicami ojczyzny wybrała właśnie ten kraj.

W najbliższym czasie problemem mogą się jednak stać unijne regulacje dotyczące pracowników delegowanych. Zakładają one konieczność wypłacania pracownikom czasowo wysłanym do pracy w innych krajach Unii Europejskiej wynagrodzenia na takich samych zasadach, jakie obejmują lokalnych pracowników. To stwarza problem zarówno w sferze ustalania wysokości wynagrodzeń, jak i w zakresie samej ich struktury, bo zasady wynagradzania różnią się w zależności nie tylko od kraju, lecz także nawet okręgu czy zakładu pracy. Tymczasem więcej niż co piąty pracownik delegowany w UE pochodzi z Polski.

– Delegowanie pracowników, które umożliwia czasowe wyjazdy za granicę, jest zagrożone. Państwa takie jak Francja, Belgia czy Holandia mają zakusy, aby ograniczyć możliwości delegowania osób z Europy Środkowo-Wschodniej, co najbardziej uderzyłoby w Polskę, ponieważ jesteśmy liderem w tym obszarze. Polscy pracodawcy wysyłają najwięcej pracowników za granicę. Te liczby rokrocznie rosną – zauważa Celina Adamek.

W świetle planowanych zmian najwięcej mówi się o branży transportowej, jednak jest to jedynie czubek góry lodowej. Zagrożonych jest więcej branż, w których wyspecjalizowały się polskie firmy.

Branża ubezpieczeniowa inwestuje w nowe technologie. Rośnie liczba użytkowników aplikacji mobilnych i zgłaszanych za ich pomocą szkód komunikacyjnych

Branża ubezpieczeniowa inwestuje w nowe technologie. Rośnie liczba użytkowników aplikacji mobilnych i zgłaszanych za ich pomocą szkód komunikacyjnych 2

Aplikacje mobilne w ubezpieczeniach powoli stają się standardem w zachodniej Europie. Polski rynek ma wiele do nadrobienia. Wciąż tylko niewielki odsetek ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom takie narzędzia. A przykłady z krajowego rynku pokazują, że zainteresowanie klientów jest. Największą popularnością cieszy się możliwość mobilnej likwidacji szkód.

– Rynek smartfonów rozwija się w Polsce bardzo szybko. Ponad 60 proc. ludzi na co dzień surfuje po internecie w swojej komórce. Ubiegłoroczne badania wykazały, że liczba użytkowników korzystających z sieci na urządzeniach mobilnych przerosła liczbę tych, którzy korzystają w tym celu z komputerów stacjonarnych i laptopów. Ta grupa docelowa będzie dla nas największą zachętą, aby rozwijać narzędzia mobilne – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Antol, starszy kierownik Wydziału Rozwoju i Utrzymania Systemów w Towarzystwie Ubezpieczeń i Reasekuracji WARTA.

Liczba sprzedanych w Polsce smartfonów przekroczyła w zeszłym roku osiem milionów sztuk. Agencje We Are Social i Hootsuite opublikowały kilka miesięcy temu swój cykliczny raport „Digital in 2017: Global Overview”, który pokazuje, że z telefonu komórkowego korzysta już 74 proc. Polaków. Każdego dnia średnio przez 1,5 godz. surfujemy po sieci właśnie za pośrednictwem smartfona lub tabletu.

Kanał mobilny stał się dla firm i organizacji podstawowym narzędziem dotarcia do konsumentów, co dobrze widać chociażby w bankowości (według ZBP swoim kontem w banku za pośrednictwem smartfona zarządza już blisko 5 mln Polaków). Zeszłoroczny raport KPMG („Ubezpieczenia w zasięgu ręki – czy aplikacje mobilne otworzą nowe możliwości przed ubezpieczycielami w Polsce?”) pokazuje, że pomiędzy rokiem 2015 a 2016 liczba użytkowników bankowych aplikacji mobilnych wzrosła aż o 40 proc.

Z mobilnych kanałów kontaktu z klientem coraz chętniej korzystają też ubezpieczyciele. KPMG wskazuje, że w Europie Zachodniej wykorzystanie aplikacji mobilnych w tym sektorze staje się powoli standardem.

Inaczej ma się sytuacja w Polsce, gdzie wciąż tylko niewielki odsetek ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom aplikacje mobilne, mimo że oczekują oni takich rozwiązań. W badaniu KPMG blisko dwie trzecie (61 proc.) klientów zadeklarowało, że woli kupić polisę, którą można obsługiwać za pośrednictwem aplikacji mobilnej, nawet jeżeli miałaby być droższa.

Klienci nie mają obaw dotyczących kontaktowania się z ubezpieczycielem za pośrednictwem kanałów mobilnych. Zarówno w bankowości, jak i w instytucjach publicznych jest to kanał tak powszechny, że staje się już normą i codziennością – mówi Agnieszka Antol.

Jak podkreśla KPMG, polskie firmy ubezpieczeniowe wciąż traktują aplikacje mobilne z dużą ostrożnością i nie wykorzystują ich potencjału. Tylko czterech na dziesięciu największych ubezpieczycieli udostępnia swoim klientom takie narzędzia, jednak w większości mają one ograniczoną funkcjonalność. Tymczasem z badań wynika, że większość cyfrowych konsumentów chciałaby otrzymać od swojego ubezpieczyciela aplikację mobilną do zarządzania i obsługi swojej polisy.

Agnieszka Antol zauważa, że bardzo popularna jest zwłaszcza możliwość zgłoszenia i likwidacji szkód za pomocą aplikacji mobilnej. Klient poza tym, że ma większą kontrolę nad likwidacją swojej szkody, może w dowolnym miejscu i czasie śledzić postęp całego procesu. Kanał mobilny przyspiesza i upraszcza też kontakt z ubezpieczycielem.

Z naszych obserwacji wynika, że klienci wybierają te rozwiązania, które są dla nich użyteczne, przyjemne, proste i łatwe w użyciu. Wprowadzona 1,5 roku temu aplikacja Warta Mobile znacznie ułatwia klientom kontakty z ubezpieczycielem przede wszystkim poprzez skrócenie czasu likwidacji szkody i większą kontrolę nad tym procesem – potwierdza Agnieszka Antol.

Ze statystyk ubezpieczyciela wynika, że w tym czasie aplikację mobilną Warta Mobile ściągnęło ponad 70 tys. klientów. W około 20 proc. przypadków aplikacja jest wykorzystywana w procesie likwidacji szkody.

– Klient może w dowolnym czasie i miejscu śledzić swój status szkody, przesłać do nas dokumentację potwierdzającą zakres uszkodzeń. W przypadku wątpliwości może też skorzystać z komunikatora, który w prosty sposób przekieruje zapytanie do naszego opiekuna szkody – wyjaśnia Agnieszka Antol.

Ze względu na to, że rozwiązanie to zdobywa sobie coraz więcej zwolenników, WARTA pracuje nad wzbogaceniem swojej aplikacji mobilnej o nowe funkcjonalności. W ostatnich tygodniach ubezpieczyciel wprowadził narzędzie AudaSmart, które umożliwia samodzielne wyliczenie wysokości szkody. Cały proces trwa kilka chwil, a kiedy wyliczona przez klienta kwota odszkodowania zostanie zaakceptowana, wypłata może zostać zrealizowana jeszcze w tym samym dniu.

Chmura może pomóc firmom dostosować się do nowych przepisów o ochronie danych osobowych. Został na to niecały rok

Chmura może pomóc firmom dostosować się do nowych przepisów o ochronie danych osobowych. Został na to niecały rok 3

Za niecały rok wejdzie w życie unijne rozporządzenie RODO. Nałoży ono szereg nowych wymogów na firmy i organizacje, które gromadzą i przetwarzają dane osobowe. Informacje o klientach będą musiały być pod szczególną ochroną, dlatego ataki hakerskie i wycieki danych będą dla firm poważnym problemem. Coraz więcej z nich migruje do chmury, która zapewnia wysoki poziom bezpieczeństwa i usprawnia zarządzanie przedsiębiorstwem.

– Firmy czeka szereg zmian na poziomie technicznym i organizacyjnym. Ustawa RODO nałoży obowiązek stworzenia całego ekosystemu informatycznego, raportowania oraz analizowania wszelkich konsekwencji z tego wynikających. To potężne przedsięwzięcie dla firm – mówi agencji Newseria Biznes Bożena Leśniewska, wiceprezes zarządu Orange Polska.

Unijne rozporządzenie RODO, dotyczące ochrony danych osobowych, wejdzie w życie za niecały rok (25 maja 2018 roku). Nowe przepisy zwiększą kontrolę konsumentów nad ich danymi osobowymi oraz nałożą szereg wymogów na organizacje, które gromadzą i przetwarzają takie informacje.

Począwszy od maja przyszłego roku, firmy i przedsiębiorcy będą musieli wdrożyć rozwiązania techniczne i organizacyjne, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa danych osobowych ich klientów. Nowe prawo wymaga, żeby firmy zadbały o ochronę danych już na etapie projektowania swoich systemów informatycznych. Zostaną też zobowiązane do tego, żeby każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych, a także do tego, by na ich żądanie usunąć ze swoich zasobów wszelkie dane na ich temat.

Zniszczenie, naruszenie bezpieczeństwa czy wyciek danych przedsiębiorstwa będą musiały obowiązkowo raportować do GIODO i powiadamiać o tym swoich klientów.

 Rozwiązania chmurowe mogą pomóc firmom w dostosowaniu się do wymagań RODO. W tę technologię „zaszyta” jest zgodność z oczekiwaniami regulacyjnymi. Modelowanie środowisk, procesów i data management, czyli sposób zarządzania danymi, to zagadnienia ujęte w format takiej chmury – mówi Adam Wojtkowski, dyrektor generalny Oracle Polska.

Rozwiązania chmurowe wpisują się w wymogi unijnego rozporządzenia RODO, ponieważ gwarantują bardzo wysoki poziom ochrony danych osobowych, które gromadzą i przetwarzają przedsiębiorstwa.

Wszystkie działania, począwszy od konstruowania produktu, poprzez jego projektowanie i wykonanie, są dopasowywane do wymagań regulatora. Choć Oracle rozwija całe portfolio produktów za oceanem, to rozwiązania chmurowe spełniają wszystkie wymagania prawne w tych krajach, w których są one oferowane. Dotyczy to także polskiego rynku. W związku z tym klient dostaje produkt, który niejako z definicji ma już wbudowane mechanizmy i instrumenty spełniające oczekiwania regulatora – podkreśla Adam Wojtkowski.

Cyberbezpieczeństwo to jedno z głównych wyzwań dla biznesu. Zespół CERT Orange Polska prognozuje, że w tym roku nastąpi wzrost liczby ataków z wykorzystaniem internetu rzeczy. Nie należy również spodziewać się spadku liczby ataków typu malware, ransomware czy phishingu. Ostatnie przykłady międzynarodowych ataków hakerskich powodują znaczący wzrost świadomości klientów biznesowych w zakresie wdrażania konieczności zabezpieczeń, jednak wciąż nie jest to wystarczający poziom.

– Obserwujemy, że klienci zaczynają szukać pomocy w zakresie cyberbezpieczeństwa dopiero wtedy, gdy spotkają się z problemem, gdy pojawia się atak. Mimo coraz większej świadomości użytkowników, badania pokazują, że głównym źródłem wycieku danych w firmach jest nadal pracownik. Najwięcej złośliwego oprogramowania dystrybuowane jest pocztą korporacyjną. To pokazuje, jak ważne jest wdrożenie odpowiednich usług zabezpieczających, które będą blokowały złośliwe aktywności, zanim dotrą one do stacji roboczych pracowników – mówi Bożena Leśniewska.

Dlatego – jak podkreśla – tak ważne jest proaktywne podejście i wdrożenie zabezpieczeń jeszcze zanim pojawią się ataki.

Naszą rolą jest wsparcie klientów w walce z cyberprzestępczością i zapewnienie im komfortu prowadzenia bezpiecznego biznesu. W ofercie Orange Polska i Integrated Solutions mamy szereg rozwiązań, które pokrywają szerokie spektrum potrzeb firm w zakresie ochrony danych oraz bezpiecznego korzystania z internetu – mówi Bożena Leśniewska. – Przykłady ostatnich cyberataków pokazują, że żaden z czołowych dostawców chmury nie padł ofiarą ataków złośliwego oprogramowania.

Dlatego coraz więcej firm przenosi swoje dane i systemy do chmury. Eksperci podkreślają, że nie jest to łatwe przedsięwzięcie, dlatego dostawcy technologii – poza samymi rozwiązaniami IT – oferują także pomoc merytoryczną.

Zainteresowanie polskich firm doradztwem w zakresie wdrożenia chmury mocno rośnie w ostatnim czasie – mówi wiceprezes zarządu Orange Polska. – Przez dłuższy czas mieliśmy sytuację, w której o digitalizacji i cyfryzacji biznesu mówiło się jak o słowach kluczach, modnych pojęciach. Natomiast teraz stają się one faktem. Przewidujemy, że w ciągu kilku kolejnych lat w Polsce nastąpi zdecydowany wzrost w zakresie transformacji cyfrowej, zarówno dużych, jak i średnich firm. To cały szereg zjawisk, które wymagają konsultacji i pomocy fachowców, którzy rozumieją tę cyfrową przemianę.

Eksperci podkreślają, że migracja firm do chmury przyspieszy też proces transformacji cyfrowej polskiej gospodarki.

Jeszcze w tym miesiącu możliwe przyspieszenie postępowania przetargowego na śmigłowce dla sił specjalnych

Jeszcze w tym miesiącu możliwe przyspieszenie postępowania przetargowego na śmigłowce dla sił specjalnych 4

Na początku lipca Ministerstwo Obrony Narodowej powołało specjalne zespoły, które zajmą się przygotowaniem umów offsetowych z dostawcami śmigłowców dla polskiej armii. Wszystko wskazuje na to, że jeszcze w tym miesiącu resort wystosuje zaproszenia do składania ofert. MON w pierwszej kolejności chce kupić maszyny dla sił specjalnych. W przetargu startuje m.in. śmigłowiec S70i produkcji Lockheed Martin oraz AW101 produkcji Leonardo Helicopters.

W lutym, po zakończeniu przez MON negocjacji z Airbus Helicopters, producentem śmigłowców Caracal, resort obrony ogłosił nowe postępowania. Obecny przetarg dotyczy dostawy ośmiu śmigłowców zdolnych do prowadzenia przez wojska specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych z jednoczesną zdolnością do prowadzenia misji ratowniczych na morzu.

Już miesiąc później do MON i Inspektoratu Uzbrojenia wpłynęły wstępne oferty firm zaproszonych do negocjacji. Do postępowania ponownie zgłosił się Airbus Helicopters, a także Sikorsky należący do Lockheed Martin, producent S70i, oraz PZL-Świdnik, którego właścicielem jest Leonardo Helicopters, producent AW101. Jak przekonują eksperci, MON jeszcze w tym miesiącu wystosuje zaproszenie do składania konkretnych już propozycji.

– Bierzemy udział w dwóch równoległych postępowaniach: w przetargu na dostawy śmigłowców dla Marynarki Wojennej oraz przeznaczonych dla wojsk specjalnych. To drugie postępowanie jest na nieco bardziej zaawansowanym etapie. Jesteśmy już po tzw. dialogu technicznym i czekamy na zaproszenie do składania ofert – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, właściciela zakładów PZL-Świdnik.

– Wymagania polskiego wojska są bardzo duże, a poprzeczka jest ustawiona wysoko. Szczegółowe parametry nie zostały opublikowane, ale z wcześniejszych przetargów wiemy już, że nie wszystkie maszyny je spełniają – mówi Jerzy Gruszczyński, redaktor naczelny branżowego miesięcznika „Lotnictwo Aviation International”, i dodaje, że w jego ocenie to AW101 najlepiej odpowiada wymaganiom polskich sił zbrojnych.

Produkowany przez grupę Leonardo Helicopters AW101 to śmigłowiec wykorzystywany m.in. przez brytyjską marynarką wojennej, znany jako Merlin. Maszyny są produkowane w Anglii, w Yeovil, gdzie stacjonują w bazie Królewskiej Marynarki Wojennej. Są wykorzystywane do treningów, działań ratunkowych i bojowych.

Obecnie ze śmigłowców AW101 korzystają m.in. Japonia, Portugalia i Włochy. W sumie maszyny zostały przetestowane w trudnych warunkach przez kilkanaście państw.

Śmigłowiec produkowany przez Leonardo jest wyposażony w najnowszą awionikę, może wykonywać loty w każdych warunkach atmosferycznych, w dzień i w nocy. Jest wykorzystywany w ekstremalnych warunkach pogodowych m.in. przez Kanadę. W podobnym celu kupiły go też Norwegia i Japonia. Z kolei S70i jest śmigłowcem mniejszym, dwusilnikowym i jego możliwości też są mniejsze. Śmigłowiec AW101 jest maszyną trzysilnikową. Z tego wynikają jego przewagi – jest większy, ma silniejszy zespół napędowy, zabiera większy ładunek, ma większą ładownię, ma tylną rampę transportowo-załadowczą, szczególnie cenną dla sił specjalnych, oraz instalację do tankowania w locie – wylicza Gruszczyński.

Dzięki trzem silnikom na pokładzie AW101 śmigłowiec jest jednym z najbezpieczniejszych, bo w razie awarii jednego z nich pilot może kontynuować lot. Zasięg śmigłowca to ponad 1300 km, co umożliwia prowadzenie długich misji ratowniczych. Norwegia, która wykorzystuje AW101 właśnie w tym celu, poprosiła producenta o umieszczenie w kabinie śmigłowca stołów operacyjnych, ponieważ maszyny są bardzo stabilne i mają ograniczone do minimum drgania.

To śmigłowiec doświadczony w wielu krajach mających dostęp do morza, których wojsko czy służby działają w bardzo trudnych warunkach klimatycznych. Tym, co rzuca się w oczy, jest rozmiar tych maszyn, który pozwala na komfortową pracę pilotów i załogi. To ważne w przypadku śmigłowca dla wojsk specjalnych, ponieważ mówimy o działaniach zwykle podejmowanych bardzo szybko, takich jak nagłe opuszczenie maszyny czy ewakuacja z pola walki. W AW101 broń jest montowana na zewnątrz, co ułatwia przemieszczanie się żołnierzy w maszynie – mówi Krzysztof Krystowski.

Jak dodaje, AW101 może być produkowany w Polsce, w ramach umowy offsetowej, której zapisy są dla resortu kluczowe. Leonardo Helicopters ma w Świdniku zakład, który już dziś współpracuje przy produkcji AW101. Władze grupy zapowiadają, że ta współpracy zostanie zwiększona.

– Świdnik jest jedyną w Polsce firmą, która od A do Z potrafi budować śmigłowce. Zrobimy wszystko, aby ten śmigłowiec powstawał w Polsce, ale bardzo dużo zależy od decyzji MON, bo w przypadku ośmiu śmigłowców opłacalność ekonomiczna takiego przedsięwzięcia jest raczej niska. Przy zakupie szesnastu śmigłowców szanse na ich produkcję w całości w Polsce znacznie rosną – mówi Krzysztof Krystowski.

Sezonowość na złocie

W III oraz IV kwartale 2017 roku powinniśmy zwrócić uwagę na złoto oraz pozostałe metale szlachetne. Dlaczego? Głównym powodem jest sezonowość, która daje większe prawdopodobieństwo wzrostów cen metali szlachetnych niż ich spadku. Długoterminowa miesięczna średnia stóp zwrotu od 1975 roku został zobrazowana na poniższej grafice.

Gold Performance

Źródło: Hard Assets

Od marca do lipca metale złoto, reprezentant grupy metali szlachetnych nie dawał za wysokich stóp zwrotu. Bez dwóch zdań marzec był najgorszym miesiącem. Z kolei o sierpnia do lutego stopy zwrotu były dodatnie, a wrzesień można uznać za najlepszy miesiąc dla złota od 1975 roku.

Idąc dalej, średnie stopy zwrotu w trzecim oraz czwartym kwartale od 1975 roku okazały się największe i wynosiły odpowiednio 2.6 oraz 1.6 procenta.

Sezonowość na złocie 5

Źródło: Hard Assets

Zatem czy możemy liczyć na wzrosty w Q3 oraz Q4? Na wykresie dziennym notowania zatrzymały się w okolicy 1254-1259 USD za uncję. Pokonanie tego poziomu nie powinno stanowić większego problemu. Prawdziwym testem dla popytu będzie strefa oporu 1296 wyznaczona przez tegoroczne szczyty. Jej pokonanie byłoby jednoznaczne z testem szczytu z 2016 roku.

Sezonowość na złocie 6

Źródło: Admiral Markets

Gdzie szukać przyczyny takiego stanu rzeczy? W sezonowości innych aktywów. Jakiś czas temu pisaliśmy o sezonowości na rynku obligacji oraz akcji.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

EUR/GBP w drodze na szczyt

Rynek walutowy rozpoczął nowy tydzień zgodnie z tradycją niewielką zmiennością, bez wyraźnego trendu. Ceny ropy mozolnie pięły się w górę. Dobra atmosfera utrzymuje się na rynku kapitałowym, przynajmniej częściowo.

Pisząc o dobrej atmosferze mam na myśli głównie rynek amerykański, i to część sektora technologicznego. Indeks Nasdaq kolejny już dzień zyskiwał na sile, osiągając w trakcie sesji nowe maksima. Rozpoczyna się sezon wyników spółek nowych technologii, więc można się spodziewać dalszych wzrostów. Nieco gorzej było pod tym względem w przypadku pozostałych, głównych indeksów amerykańskich. Rodzimy WIG20 przez całą sesję trzymał się blisko poziomu piątkowego zamknięcia, aby na koniec dnia obsunąć się w okolice poziomu 2330 pkt.

Jeśli chodzi o wydarzenia makroekonomiczne, to w dniu wczorajszym królowały publikacje PMI. Najważniejsze były dla nas chyba dane z Niemiec, które wykazały nieznaczne spadki zarówno względem poprzednich danych jak też prognoz. W zainteresowaniu polskich inwestorów będą dziś zapewne dane z rynku pracy. O godzinie 10:00 poznamy aktualną wysokość stopy bezrobocia. W USA publikowane będą później dane z rynku nieruchomości oraz kolejne informacje o zapasach ropy.

EUR/GBP w drodze na szczyt 7

Rynek EUR/GBP wspina się w okolice szczytu z października 2016. Wskaźnik RSI zupełnie nie potwierdza potencjału wzrostowego, wskazując raczej na nerwową konsolidację. Kluczowym oporem będzie poziom 0.9050, który byki muszą pokonać w cenach zamknięcia, jeśli myślą o wzrostach. Wsparciem pozostaje bariera 0.88.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Rozchwiany rynek złotego po prezydenckim wecie

Wczorajsze dwa weta prezydenckie, przynajmniej do południa, dały paliwa do umocnienia się złotego. W godzinach popołudniowych cały ruch w dół na parach z PLN został wymazany. Inwestorzy potraktowali reakcję spadkową rynku, jako okazję do zakupów.

EUR porusza się w obszarze oporu pomiędzy 4,27 – 4,25. Wczorajszy ruch w dół był głębszy od zakładanego, ale popyt wyraźnie zareagował przy 4,2350. W krótkim terminie cena powinna poruszać się w trendzie horyzontalnym ze wsparciem na 4,25, a oporem na 4,28. Po skutecznym wybronieniu lokalnych wsparć popyt powinien zaatakować wyższe poziomy.

ergokantor-pl-eurpln-25-07USD podobnie jak EUR, najpierw przetestował poziom 3,64 na fali odreagowania, wybił nowy lokalny szczyt na 3,6655. Nadal znajdujemy się w silnym trendzie spadkowym w środku kanału trendowego, jednakże impet spadków wyraźnie spadł. Jest to też spowodowane wyhamowaniem fali osłabienia się dolara na szerokim rynku. W krótkim terminie wsparciem pozostają lokalne dołki, natomiast oporem linia szyi formacji odwróconego RGR. Po jej pokonaniu jest prawdopodobieństwo szybkiego ruchu w kierunku 3,70.ergokantor-pl-usdpln-25-07

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Prowadzisz bloga o tematyce finansowej? Zobacz, jak zwiększyć swoje zyski

Sieć afiliacyjna to inicjatywa doskonała dla wielu podmiotów. Jej partnerami mogą zostać nie tylko blogerzy finansowi czy właściciele serwisów o tematyce biznesowej, ale również agencje reklamowe czy osoby prowadzące sklepy internetowe. Jakie korzyści płyną z marketingu efektywnościowego? Ile tak naprawdę może zyskać wydawca? Po jakie jeszcze metody warto sięgnąć, aby zwiększyć swoje zarobki? O tym w poniższym artykule.

Zarabiaj na swoim projekcie

Portal tematyczny o charakterze finansowym może być cennym źródłem nie tylko satysfakcji, ale także dodatkowych dochodów. Właściciel serwisu zwykle wkłada w jego rozwój wiele czasu i finansów, a jego działaniu często przyświeca misja, aby edukować społeczeństwo w tematach pożyczek, inwestowania czy zarabiania w sieci. Dzięki sieciom afiliacyjnym bloger czy właściciel portalu, zaczyna wreszcie zarabiać na swoim przedsięwzięciu. Może zostać wydawcą, a za każdy wygenerowany lead otrzymywać realne wynagrodzenie w wyznaczonym czasie.

LeadsMansion – partner w marketingu efektywnościowym

Oto najważniejsze powody, dla których warto dołączyć do sieci afiliacyjnej:

  • zadowoleni afilianci – 10 000 000 dolarów prowizji wypłaconych w ubiegłym roku
  • regularne wypłaty – każdego 1. i 16. dnia miesiąca dają stabilność zysków
  • zaufany i doświadczony partner – LeadsMansion jest częścią międzynarodowej grupy kapitałowej, należącej do DFEX INVESTMENTS LIMITED – działa z sukcesami na 6 światowych rynkach
  • przejrzyste zasady  – płatność za każdego leada
  • duży wybór narzędzi promocyjnych – pozwalają zwiększyć liczbę i wartość pozyskiwanych leadów. Wśród nich: 40 landing page, 60 kreacji mailingowych, banery reklamowe, iframe, strony prywatne.

Sieć afiliacyjna. Jak to działa?

Serwer LeadsMansion przetwarza dostarczone leady. Są one następnie kierowane bezpośrednio do pożyczkodawców. Cały proces odbywa się w czasie rzeczywistym, dlatego też osoba prowadząca bloga może w dowolnej chwili śledzić wysokość swoich zarobków za pomocą własnego panelu.

Ebook, kurs online i szkolenie, czyli jak jeszcze zwiększyć swoje zarobki

Twórca wartościowych i poczytnych treści może stworzyć ebooka, w którym zawrze specjalne, niepublikowane dotąd materiały. Może go udostępniać na własnej stronie WWW za drobną opłatą. Tego typu materiały stanowią nie tylko źródło dodatkowego dochodu, ale także dobrą metodę na budowanie wizerunku siebie jako eksperta w danej dziedzinie. Dzięki przystępnej cenie i nowoczesnej formie, docierają do sporego grona użytkowników. Są także tańsze w wydaniu i dystrybucji niż tradycyjna papierowa książka.

Inną metodą na monetyzację swoich zasobów jest współpraca z platformami edukacyjnymi, które udostępnią nam narzędzia do przygotowania własnego kursu online. Płatny kurs może być dodatkową metodą uzyskiwania dochodów, a także źródłem zawodowej i osobistej satysfakcji.

Bloger, który umocnił swoją pozycję eksperta, może również zorganizować płatne szkolenie, w czasie którego zdradzi użytkownikom swój sposób na sukces lub też wyłoży im konkretną, wartościową wiedzę. Tego typu forma zarobku wymaga jednak nieco więcej czasu i przygotowań.

Wartą uwagi metodą pozyskania dodatkowych dochodów może być też polecanie innego eksperta w naszej lub pokrewnej branży. Choć sposób ten nie przynosi bezpośrednich korzyści finansowych, daje coś równie cennego – pozwala zwiększyć zasięgi poprzez dotarcie z naszą działalnością do stargetowanej grupy odbiorców, na co dzień oddanych czytelników innych specjalistów w zbliżonej do naszej branży.

Zyski to nie tylko pieniądze

Współpraca z partnerem biznesowym może, oprócz korzyści finansowych, przynosić również prestiż i uznanie, czyli wpływać na umacnianie naszego wizerunku jako eksperta w danej branży. Ciekawy przykład dotyczy Michała Szafrańskiego, twórcy bloga Jak oszczędzać pieniądze?, znanego przede wszystkim osobom, które interesują się metodami mądrego oszczędzania. Michał, przy wsparciu MasterCard, stworzył kurs pomagający w samodzielnym wyjściu z długów. Szacunek, jakim darzy go społeczność internetowa, sprawił, że bloger ten wypada znacznie bardziej wiarygodnie w tej tematyce aniżeli przypadkowy pracownik banku, ubrany w garnitur i określany mianem eksperta ds. finansów.

Smartfony coraz lepiej radzą sobie z zastępowaniem profesjonalnych nawigacji dla wodniaków. To duża oszczędność w przypadku zaawansowanych amatorów turystyki wodnej

Smartfony coraz lepiej radzą sobie z zastępowaniem profesjonalnych nawigacji dla wodniaków. To duża oszczędność w przypadku zaawansowanych amatorów turystyki wodnej 8

Nowoczesne żeglarstwo, zarówno to profesjonalne, jak i hobbystyczne, w coraz większym stopniu wspomagane jest różnego typu elektroniką. To samo dotyczy także poruszania się jachtami i statkami motorowymi. Nadal trzeba jednak rozróżnić wykorzystywanie zaawansowanych narzędzi takich jak np. sonar czy radar od nastawionych na masowego odbiorcę aplikacji pogodowych czy nawigacyjnych na smartfony czy tablety, które do działania wymagają nieraz możliwości połączenia z siecią internetową. 

Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska (GIOŚ), większość zbiorników wodnych, sztucznych i naturalnych została źle oceniona w badaniach wykonywanych od 2010 do 2015 roku. Ogólna ocena rzek wypadła w tym badaniu także dosyć słabo, znakomita większość stanów wodnych jest oceniana umiarkowano. Sporo jest jednak zbiorników, które zostały ocenione przez GIOŚ jako mające stan dobry, głównie w rejonie Mazur. Bardzo dobry stan wód występuje w rejonach południowych, takich jak Bieszczady. Generalnie Polacy coraz chętniej uprawiają sporty wodne, lecz nie można tu mówić o masowej modzie.

– Turystykę wodną w Polsce oceniam na stan dostateczny – są Mazury, a potem długo nic. Rokrocznie patentów sternika czy żeglarza wydawanych jest coraz więcej, motorówek jest coraz więcej, społeczeństwo zyskuje siłę nabywczą, ludzie chcą gdzieś spędzać czas wolny, między innymi na wodzie i wydaje się, że nieuchronne jest, że będzie coraz lepiej – opowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dominik Lewandowski z Navi Sail.

O ile jednak rośnie zamożność społeczeństwa i wynikające z niej pośrednio zainteresowanie dość kosztownymi sportami wodnymi, o tyle problemem nadal pozostaje sam stan wód i ich dostęp do wiedzy o nich. 

– Stan wód śródlądowych w Polsce nie jest najlepszy, na pewno wymaga rewitalizacji i dużych inwestycji w infrastrukturę, ale historia wód śródlądowych w Polsce jest bardzo ciekawa. Na przełomie XVI i XVII wieku Wisła była najważniejszą rzeką na świecie, spływało nią najwięcej różnych towarów – i podobnie powinniśmy patrzeć w przyszłość. Nasze wody śródlądowe, których jest bardzo dużo i są bardzo ciekawe, mogą kiedyś stanowić bardzo atrakcyjną ofertę turystyczną – przewiduje Dominik Lewandowski.

Ważnym, nowym narzędziem upowszechniającym wiedzę o stanie polskich wód jest polski program do nawigacji wodnej –  Navi Sail. To aplikacja mobilna, łącząca w sobie funkcjonalność nawigacji i prezentacji pogody.

Na motorówkach i żaglówkach pojawia się coraz więcej sprzętu związanego z sonarem, GPS-em, różnego rodzaju radarami i elektroniką. Myślę, że centralnym wsparciem dla żeglarzy i motorowodniaków okażą się ich własne telefony i tablety połączone z innymi urządzeniami peryferyjnymi, które będą sprzężone z tabletem i laptopem. W tę samą myśl i filozofię włączamy naszą aplikację NaviSail – opowiada Dominik Lewandowski.

Ceny urządzeń do nawigacji śródlądowej zaczynają się od kilku tysięcy do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Są one wstanie wskazać wszystkie niezbędne parametry dla kapitanów jednostek, jak głębokość, siła i kierunek wiatru a także aktualną pogodę. Do nawigacji możemy także podłączyć echosondę oraz system komunikacji, tworząc w ten sposób komputer pokładowy. Wodniacy nie potrzebujący tak profesjonalnych rozwiązań, mogą korzystać z aplikacji na telefony komórkowe. Warto jednak pamiętać, że nawet wodoodporne smartfony nie przetrwają długo pod wodą a ich bateria oferuje ograniczony czas działania.

Są urządzenia, które są przeznaczone stricte dla profesjonalistów i tych nie polecam amatorom, jak choćby specjalistyczne plotery (chartplotter to zaawansowany komputer wykorzystujący elektroniczne mapy nawigacyjne i odczyty m.in. z sonarów – przyp. red.). Są też aplikacje i urządzenia dla amatorów chcących spędzić czas na wodzie, w ten nurt urządzeń i aplikacji wpisuje się NaviSail – pomaga amatorom spędzić miło i przyjemnie czas na wodzie – wyjaśnia Dominik Lewandowski.

Mapy w aplikacji zostały podzielone na kilka regionów, dlatego warto pobrać interesujące nas pliki zanim zaczniemy korzystać z aplikacji na wodzie. Podczas pływania może istnieć problem z znalezieniem sieci, która pozwoli nam na swobodną instalację dodatkowych plików. Inne aplikację dostępne na rynku starają się korzystać z zewnętrznych aplikacji odpowiadających za pogodę czy głębokość rzek. W przypadku Navi Sail twórcy starali się spakować wszystko, co może być potrzebne, w jedną całość. Jedynie pierwsze 24 godziny korzystania z nawigacji są darmowe, za każdy kolejny dzień korzystania musimy opłacić abonament. W zamian użytkownik otrzymuje jednak gwarancję częsty aktualizacji informacji, na których bazuje program, oraz możliwość wykorzystywania go nawet w sytuacji, gdy nie będzie dostępu do sieci komórkowej.

Moim zdaniem przydają się wszystkie te, które pokazują nam batymetrię i szczegółową mapę wód. Jeśli chodzi o jeziora można mówić, że te parametry głębokości czy obrysy wód się nie zmieniają, natomiast w przypadku rzek jest to bardziej skomplikowany problem. Rzeki pracują, dna się zmieniają, ważne jest, aby mieć aktualne dane. Ważne jest też, aby wszelkiego rodzaju punkty i informacje mieć na wodzie offline, z internetem bywa różnie, istotne jest, aby wszelkie informacje mieć na łódce i nie być zależnym od innych instrumentów – dodaje Dominik Lewandowski.

Zniesienie opłat za roaming to nie koniec. Trwają już prace nad zmniejszeniem kosztów połączeń zagranicznych z Polski

Zniesienie opłat za roaming to nie koniec. Trwają już prace nad zmniejszeniem kosztów połączeń zagranicznych z Polski 9

Od 15 czerwca 2017 roku za rozmowy i SMS-y na obszarze Unii Europejskiej płacimy zgodnie z cennikiem krajowym operatora. Pomimo sprzeciwu żaden z operatorów nie zdecydował się jak na razie na zaskarżenie tych regulacji przed Komisją Europejską. Tymczasem trwają już prace nad drugą częścią planu mającego na celu obniżenie kosztów w przypadku połączeń wykonywanych za granicę z terytorium Polski. 

Tematem roamingu zajmuję się od 10 lat i co roku udaje nam się obniżyć dodatkowe opłaty za roaming. Ogólnie nie jestem wielkim zwolennikiem regulowania cen, ale ponieważ one nie spadają, nie wytworzyła się konkurencja, więc musieliśmy je regulować. Co roku słyszałam od operatorów, że będą oni bardzo stratni i zrujnowani, jak dotychczas nie są stratni, bardzo dobrze zarabiają, żadna firma nie upadła, jestem przekonana że tak samo będzie teraz – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Róża Thun, europosłanka Platformy Obywatelskiej.

Zdaniem europosłanki regulacja wdrożona przez Komisję Europejską pomoże zaoszczędzić pieniądze nie tylko zwykłym obywatelom, ale przede wszystkim małym przedsiębiorcom. Operatorzy mogą zaś szukać zysków w innych usługach, korzystając ze zwiększonej liczby połączeń wykonywanych podczas zagranicznych wyjazdów.

Nie wykluczam, że operatorzy będą zarabiali nieco mniej, ale zauważmy, że zyski z roamingu przy wyższych cenach, które były dotychczas, w firmach telekomunikacyjnych sięgają 3 czy 4 proc. Jeśli nastąpi tam jakiś ruch, to nie będzie to zasadnicze sprawa dla tych firm. Istotnie zmieni się natomiast skala – ludzie nie będą wyłączać telefonu czy tabletu, wyjeżdżając za granicę. Większy ruch w sieci jest dobry dla wszystkich, zależy nam na tym, aby mali przedsiębiorcy rozwijali się coraz lepiej i ich koszty wyjazdów na konferencje i spotkania nie były za wysokie, bo wtedy cała dynamika rozwoju spowalnia – tłumaczy europosłanka.

Analiza przeprowadzona przez firmę EY pokazuje, że regulacja wdrożona przez Komisję Europejską może sporo kosztować operatorów telekomunikacyjnych. Analitycy przewidują spadek zysku operacyjnego EBITDA nawet do 7 proc., a także znaczną obniżkę przychodów z roamingu –  nawet o 65 proc. Dlatego w kuluarach mówiło się, że niektórzy operatorzy zamierzają wnieść skargę do Komisji Europejskiej. Europosłanka Platformy Obywatelskiej dementuje tę informację i zaznacza, że w samej regulacji istnieje zapis, który uwzględnia straty poniesione przez operatorów, zwalniający ze stosowania zerowego roamingu.

– Według mojej wiedzy nie zamierzają się skarżyć. W tej regulacji istnieje stosowny zapis – jeśli firma udowodni, że ma straty, to może odwołać się do regulatora krajowego UKE. Operator może zażądać drobnych opłat, a UKE może się zgodzić na pobieranie ich od klienta – wyjaśnia Róża Thun.

A jednak choć po 15 czerwca 2017 roku roaming został zniesiony i nie obciąża kieszeni obywateli, to rozmowy międzynarodowe wciąż są jeszcze drogie. To kolejna kwestia, którą w najbliższej przyszłości zajmie się Komisja Europejska.

Są dwa tematy. Jeden to opłaty za roaming, których klient od lipca nie odczuwa. Dotychczas było tak, że wyjeżdżając za granicę i będąc obsługiwanym przez innego niż swój operatora, musieliśmy dopłacać do tej obsługi, to były te dodatkowe opłaty za roaming, to udało się w końcu znieść. Ciągle droga jest jednak inna usługa, czyli rozmowy międzynarodowe – gdy dzwonimy za granicę, będąc w Polsce, wciąż trzeba słono płacić – podkreśla Róża Thun.

Europosłanka PO dodaje, że trwają już prace nad zmniejszeniem opłaty międzynarodowej. Róża Thun wraz z posłami Parlamentu Europejskiego wysłała zapytanie, które trafiło bezpośrednio do rąk Komisji Europejskiej. W niedalekiej przyszłości dowiemy się, jakie rozwiązania zaproponuje Komisja, aby opłaty za telefonowanie z Polski do abonentów poza granicami kraju nie były tak wysokie.

Rozpoczęliśmy kroki w tym kierunku, aby zmniejszyć również te opłaty, bo albo mamy Europę z granicami, albo bez granic. Roaming jest już załatwiony i mam nadzieję, że będzie dobrze funkcjonował, te wakacje to trochę okres próby. Rozmowy międzynarodowe nie powinny kosztować więcej niż to, co płacimy w kraju, stopniowo będziemy do tego dążyć – podsumowuje Róża Thun.

Cyfryzacja pozwala firmom rosnąć o blisko 30 proc. szybciej i zwiększać zatrudnienie. Polskie przedsiębiorstwa jednak rzadko inwestują w ten obszar

Cyfryzacja pozwala firmom rosnąć o blisko 30 proc. szybciej i zwiększać zatrudnienie. Polskie przedsiębiorstwa jednak rzadko inwestują w ten obszar 10

Cyfryzacja pozwala usprawnić procesy wewnętrzne w firmie i ułatwia dostęp do danych. W Polsce digitalizują się jednak tylko największe przedsiębiorstwa w branżach o dużej konkurencyjności. Według badań Boston Consulting Group firmy, które aktywnie biorą udział w procesie cyfryzacji, rosną o 26 proc. rocznie i zwiększają zatrudnienie o 8 proc., a te, które opierają się temu procesowi – rozwijają się kilkukrotnie wolniej. Jak podkreślają eksperci, przedsiębiorstwa, które nie nadążą za cyfrową rewolucją, będą miały problem z przetrwaniem.

W skali Europy obserwujemy upowszechnianie technologii cyfrowych w biznesie. Jak wynika z raportu DESI 2017 (Digital Economy and Society Index) liczba firm wykorzystujących oprogramowanie do elektronicznego obiegu informacji wzrosła do 36 proc., czyli o 10 punktów procentowych w stosunku do 2013 roku. Faktury elektroniczne stosowało w 2016 roku 18 proc. przedsiębiorstw podczas gdy w 2014 roku tylko 11 proc. Także coraz powszechniej doceniany jest potencjał social mediów w komunikacji z klientami i handlu online. Odsetek firm sięgających po to rozwiązanie wzrósł z 14 proc. w 2013 roku do 20 proc. w 2016.

– Dokumenty papierowe stanowią tylko część ogólnej informacji, która jest przetwarzana w polskich przedsiębiorstwach. Ta informacja na koniec dnia musi być spójna niezależnie od tego, czy jej źródło jest analogowe, czy cyfrowe. Nowoczesność i innowacyjność w naszej branży przejawią się tym, aby w sposób możliwie najsprawniejszy i najtańszy przekształcać dokumentację analogową w dokumentację cyfrową – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Rochalski, prezes zarządu ArchiDoc, firmy specjalizującej się w digitalizacji przedsiębiorstw.

Nowe technologie pozwalają przeorganizować pracę całego przedsiębiorstwa, m.in. w zakresie obsługi klienta czy przechowywania i analizy gromadzonych danych. Raport Microsoftu i Konfederacji Lewiatan wskazuje, że w Polsce ok. 60 proc. nakładów na inwestycje przeznaczanych jest na nieruchomości. Polska pod względem cyfryzacji przedsiębiorstw plasuje się w ogonie Europy i w indeksie DESI 2017 wyprzedzamy tylko Rumunię. Tymczasem cyfryzacja kluczowych procesów, w tym obiegu dokumentów w firmie, przynosi określone korzyści.

– Wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów trudno wprost przełożyć na oszczędności czy sprawność obsługi klienta. Jednak obserwując polskie urzędy, oparte o dokumenty papierowe, które spoczywają na kuwetach, wędrują od biurka do biurka, gubią się po drodze i tracą swój priorytet, widać, jak bardzo taki proces może usprawnić technologia. W elektronicznym obiegu każdy dokument jest nadzorowany i pilnowany przez system, w którym można prześledzić drogę jego przepływu, ile spędził czasu na danym biurku, sprawdzić, dlaczego tak długo i dlaczego w ten sposób ten dokument został przeprocesowany – tłumaczy Rochalski.

Technologia pozwala automatyzować procesy rejestrowania danych z dokumentów w systemach informatycznych. Zapewnia też szybki dostęp do ich wersji elektronicznej. Pracownicy korzystający z systemu mają do dyspozycji szereg funkcjonalności, które umożliwiają sprawną obsługę znajdującej się w nim dokumentacji. Nowe rozwiązania sprawiają, że każdy etap obiegu danego dokumentu w organizacji jest rejestrowany w systemie. Coraz częściej systemy workflow mają swoje wersje mobilne.

– Nowoczesne biuro coraz częściej jest biurem zdalnym. Menadżerowie i ludzie zarządzający nowoczesnymi organizacjami niekoniecznie pracują przy biurku, mając dostęp do komputera. Naturalne jest więc to, że elektroniczny obieg dokumentów musi być obsługiwany zarówno z urządzeń mobilnych, jak i ze stacjonarnych, z każdego kanału komunikacji – zaznacza prezes ArchiDoc.

Badania przeprowadzone na zlecenie Microsoft przez Boston Consulting Group wskazują, że te polskie przedsiębiorstwa, które aktywnie biorą udział w procesie cyfryzacji, rosną o 26 proc. rocznie i zwiększają zatrudnienie o 8 proc. Najczęściej to największe firmy działające w branżach o dużej konkurencyjności, przede wszystkim w telekomunikacji, finansach i bankowości.

Firmy, które nie inwestują w digitalizację, rozwijają się nawet czterokrotnie wolniej i redukują etaty o 1 proc. w skali roku. Niechętnie cyfryzują się małe i średnie przedsiębiorstwa. Rozwiązania, które oferują firmy specjalizujące się w digitalizacji przedsiębiorstw, wprowadzają udogodnienia, które mają przekonać tych, którzy najmocniej opierają się cyfryzacji.

– Pomagamy w przekształcaniu polskich przedsiębiorstw z opartych na informacji analogowej na oparte na informacji cyfrowej. Pomagamy budować biura bez papieru, aby to zrobić, potrzebujemy wydajnej, sprawnej i elastycznej technologii. Zbudowaliśmy ją sami – platforma INDO jest bardzo elastyczna o dostosowana do potrzeb polskich przedsiębiorców – przekonuje Konrad Rochalski.

Przewlekła białaczka szpikowa z możliwością odstawienia leczenia. UE zrobiła pierwszy krok

Przewlekła białaczka szpikowa z możliwością odstawienia leczenia. UE zrobiła pierwszy krok 11

Przewlekła białaczka szpikowa (PBSz) od wielu lat jest jasnym punktem na mapie polskiej hematoonkologii. Jeszcze do niedawna choroba uznawana była za śmiertelną. Dziś, dzięki postępowi medycyny i dostępowi do najnowocześniejszych terapii lekowych, kwalifikuje się do chorób przewlekłych. Kolejnym krokiem w leczeniu chorych na przewlekłą białaczkę szpikową jest perspektywa odstawienia leczenia. Unia Europejska wydała właśnie zgodę na uwzględnienie informacji o możliwości odstawienia leczenia w Charakterystyce Produktu Leczniczego nilotynibu.

Najpierw zamieniliśmy tę chorobę nowotworową na chorobę przewlekłą. Teraz coraz bardziej przekonujemy się do możliwości całkowitego odstawienia leczenia, a więc do uznania, że jesteśmy w stanie niektórych pacjentów uznać za wyleczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria dr hab. med. Tomasz Sacha z Katedry i Kliniki Hematologii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie oraz Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Przewlekła białaczka szpikowa, na którą każdego roku zapada ok. 350 osób, to nowotwór, z którym współczesna medycyna radzi sobie dobrze. Pacjenci zmagający się z chorobą objęci są wysokiej jakości terapią. Konieczne jest jednak osiągnięcie kontroli nad chorobą poprzez uzyskiwanie kolejnych, coraz głębszych odpowiedzi na leczenie. Kluczem do tego jest właściwe monitorowanie terapii, które powinno być elementem spójnym leczenia. Pozwala ono na obserwację postępu terapii i kontrolę osiąganych wyników. Możliwość odstawienia leczenia uzależniona jest od kontynuacji leczenia lekiem nilotynib przez minimum 3 lata oraz uzyskania i utrzymania głębokiej odpowiedzi molekularnej na poziomie MR 4,5 przez rok w końcowym okresie leczenia.

 W tej chwili celem leczenia przewlekłej białaczki szpikowej jest osiągnięcie jak najgłębszej odpowiedzi molekularnej, ponieważ umożliwia ona nam dojście do momentu, w którym można ten lek odstawić. Staramy się tak prowadzić leczenie, aby dojść do minimalnej choroby, tzw. resztkowej, która umożliwia bezpieczne odstawienie leczenia. Perspektywa dla pacjentów zupełnie się zmieniła – o ile do tej pory informowaliśmy ich o tym, że od momentu rozpoczęcia leczenia właściwie przez całe życie będą musieli przyjmować leki, w tej chwili pojawia się nowa perspektywa – po osiągnięciu głębokiej odpowiedzi molekularnej i po pewnym czasie utrzymania jej, będziemy w stanie całkowicie odstawić leczenie – mówi dr hab. med. Tomasz Sacha.

UE wydała zgodę na podstawie badań, które potwierdziły możliwość odstawienia leczenia u pacjentów chorych na PBSz Ph+ w fazie przewlekłej. Badania te trwają od 2007 roku. Jednym z warunków odstawienia leczenia jest regularne monitorowanie odpowiedzi molekularnej pacjentów w celu wczesnego wykrycia ewentualnej progresji.

Strategia odstawienia leczenia jest bezpieczna. Mając dokładne techniki biologii molekularnej, które są w stanie wykryć nawet niewielki wzrost sygnału pochodzącego od zmutowanego genu, jeśli wcześnie wykryjemy nawrót choroby, możemy wrócić do leku i utracona odpowiedź jest uzyskiwana, a pacjent jest bezpieczny – mówi dr hab. med. Tomasz Sacha.

Uwzględnienie informacji o możliwości odstawienia leczenia w Charakterystyce Produktu Leczniczego leku to ważny krok w leczeniu chorych na przewlekłą białaczkę szpikową, na który środowisko hematologów czekało od lat. Zdaniem eksperta kolejnym powinna być taka zmiana obowiązujących regulacji, która umożliwi lekarzom w Polsce korzystanie z możliwości odstawienia leczenia, a w razie potrzeby – powrót do stosowanej terapii.

Przewlekła białaczka szpikowa jest chorobą nowotworową krwi i szpiku kostnego należącą do grupy nowotworów mieloproliferacyjnych. Rozwija się powoli i początkowo nie daje o sobie znać. U ok. 20 proc. pacjentów wykrywana jest przypadkowo, przy okazji rutynowych badań – morfologii krwi. Tymczasem dla powodzenia terapii bardzo istotne jest wczesne wykrycie i szybkie wdrożenie skutecznego leczenia.

Brak kierowców i unijny pakiet drogowy największymi zagrożeniami dla firm transportowych. Zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw

Brak kierowców i unijny pakiet drogowy największymi zagrożeniami dla firm transportowych. Zwłaszcza dla mniejszych przedsiębiorstw 12

Od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej krajowe firmy logistyczne i transportowe rosną w siłę, odpowiadając obecnie za blisko jedną czwartą unijnego rynku. W najbliższych latach czeka je jednak szereg wyzwań. Najważniejsze to unijny pakiet drogowy i niedobory kierowców na rynku pracy, sięgające nawet 100 tys. wakatów. Te problemy mogą się odbić zwłaszcza na kondycji mikroprzedsiębiorstw i małych rodzinnych firm z branży transportowej. Dlatego stawiają one na inwestycje i szkolenia kierowców.

Patrząc na ubiegły rok, bardzo dobrze oceniam stan polskiego i światowego rynku logistycznego. Dla nas 2016 rok był najlepszym, zarówno pod względem inwestycji, jak i wyników finansowych. Na całym świecie odnotowaliśmy 20-proc. wzrost obrotów, podobnie w Europie, gdzie mamy około 30 spółek i każda z nich rosła w podobnym tempie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Beata Krawczyk, dyrektor zarządzający Mainfreight Poland.

Jak podkreśla, tendencję wzrostową notuje cały rynek. Po chwilowej stagnacji operatorzy logistyczni obserwują silny wzrost zarówno liczby klientów, jak i obrotów.

– Nie słabnie też zainteresowanie usługami transportowymi dla branży automotive, która stale rośnie w Polsce. Podobnie jest na rynku europejskim, gdzie równie perspektywicznym rynkiem jest rolnictwo. W gronie naszych głównych klientów na terenie Europy jest potentat z tej branży – firma John Deere, z którą współpraca jest przykładem na to, jak można rozwijać rynek w oparciu o wspólne tworzenie wartości dodanej – mówi Beata Krawczyk

Polska jest jedną z potęg na europejskim rynku usług transportowych, a rodzime firmy mają w nim około 25-proc. udział. Krajowa flota liczy ponad 200 tys. pojazdów, które kursują na trasach krajowych i międzynarodowych. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według danych Eurostatu roczna liczba wyjeżdżonych przez polskie firmy tonokilometrów (TKM) wzrosła ze 102,8 mld w 2004 roku do 261 mld w 2015 roku. Z kolei statystyki GUS pokazują, że bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w PKB Polski wzrósł w tym samym czasie z 5,4 do poziomu 6,5 proc. (czyli zwiększył się o jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE).

Z październikowego raportu, który firma doradcza PwC opracowała na zlecenie stowarzyszenia Transport i Logistyka Polska, wynika, że od momentu przystąpienia Polski do Wspólnoty wielkość przewozów międzynarodowych rośnie znacznie szybciej niż przewozy krajowe. Szacuje się, że w latach 2016–2025 wzrost przewozów międzynarodowych będzie rósł w tempie około 1,8–2,2 proc. rocznie.

Mimo to przyszłość jest niepewna. Nowe regulacje prawne, zwłaszcza przygotowany przez Komisję Europejską tzw. pakiet drogowy, są coraz większym problemem dla branży logistycznej i transportowej. Zgodnie z projektem kierowcy mieliby zostać objęci przepisami dyrektywy o pracownikach delegowanych. To oznacza, że za czas pracy na terytorium innego państwa polski kierowca ma otrzymywać takie samo wynagrodzenie jak lokalny pracownik na podobnym stanowisku. Branża obawia się wzrostu kosztów i spadku konkurencyjności, co może doprowadzić do eliminacji polskich firm z rynków państw zachodnich. Zmiany będą się wiązać także z nowymi obowiązkami administracyjnymi. Te dwa czynniki mogą spowodować, że transport do tych państw stanie się po prostu nieopłacalny.

W firmy transportowe bezpośrednio uderza też duży brak kierowców na rynku pracy – podkreśla Beata Krawczyk.

Analitycy PwC oszacowali, że na polskim rynku jest obecnie 600–650 tys. aktywnych zawodowo kierowców pojazdów ciężarowych („Rynek pracy kierowców w Polsce 2016”). Niedobór na rynku pracy sięga około 100 tys. wakatów dla kierowców. Co roku z zawodu odchodzi około 25 tys. osób, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to ok. 35 tys., co nie pozwala na uzupełnienie istniejących niedoborów.

Zdaniem dyrektora firmy logistycznej Mainfreight Poland bariery legislacyjne i niedobory na rynku pracy mogą uderzyć zwłaszcza w niewielkie, rodzinne firmy transportowe i doprowadzić je do upadku. Szacuje się, że mikroprzedsiębiorstwa stanowią nawet 80 proc. rynku usług transportowych w krajach Wspólnoty.

– Rynek małych i średnich przedsiębiorstw oraz firm rodzinnych zdecydowanie się kurczy. Tutaj jest wiele do nadrobienia, szczególnie jeśli chodzi o sposób zarządzania tymi firmami, które nie dają sobie rady na tak bardzo konkurencyjnym rynku – podkreśla Beata Krawczyk. – Mimo to nadal widzę dużą szansę na rozwój polskich firm logistycznych i transportowych, które też sporo inwestują, chociażby w szkolenia pracowników. Barierą i trudnością w ich rozwoju może być to, co dzieje się z polskimi przepisami i unijnym pakietem drogowym.

Piłkarskie e-sklepy nie grają fair. Część z nich wprowadza konsumentów w błąd

Piłkarskie e-sklepy nie grają fair. Część z nich wprowadza konsumentów w błąd 13

Sklepy internetowe klubów piłkarskich nie spełniają kryteriów dotyczących praw klientów i ochrony kupujących – wynika z badania Trusted Shops, firmy oferującej gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych. Co więcej, wiele z nich stosowało sprzeczne z prawem praktyki handlowe albo wprowadzało kibiców w błąd. Najlepiej w rankingu wypadł e-sklep Cracovii, a najgorzej – Korony Kielce.

 Tuż przed rozpoczęciem kolejnego sezonu Ekstraklasy przeprowadziliśmy badanie sklepów internetowych klubów piłkarskich i niestety żaden z nich nie spełnił wszystkich naszych kryteriów. Są kluby, które mają dobre sklepy, ale niestety wiele z nich zasłużyło na żółtą, a nawet czerwoną kartkę – mówi agencji Newseria Biznes Anna Rak, country manager Trusted Shops.

W przeddzień nowego sezonu Trusted Shops sprawdziło sklepy internetowe, które należą do największych klubów piłkarskich w Polsce. Żaden z nich nie otrzymał największej liczby punktów (46). Najwyżej uplasował się internetowy sklep Cracovii (39 pkt). Drugie miejsce ex aequo zajęły GKS Katowice (36 pkt), Wisła Kraków (36 pkt) oraz Pogoń Szczecin (36 pkt). Warszawska Legia, z wynikiem 30 punktów, zajęła dopiero ósme miejsce w rankingu. Ostatnie pozycje zajęły kolejno e-sklepy Jagiellonii (11 pkt) oraz Korony Kielce (6 pkt), które stosowały wobec konsumentów największą liczbę sprzecznych z przepisami praktyk handlowych.

– Sklepom zdarzają się błędy czy wprowadzanie konsumenta w błąd w tym podstawowym prawie – prawie do odstąpienia od umowy – mówi Anna Rak.

Zgodnie z przepisami w ciągu 14 dni od otrzymania towaru konsument może z niego zrezygnować bez podawania przyczyny. Kolejne 14 dni przysługuje mu na odesłanie przesyłki. Klubowe e-sklepy najczęściej skracają ten czas lub też mylą oba pojęcia i traktują je jako tożsame. Tak jest np. w internetowym sklepie Legii, który informuje kibiców o 14-dniowym terminie na zwrot od momentu otrzymania przesyłki. Wiele e-sklepów uzależnia też zwroty od tego, czy towar ma zachowane oryginalne metki.

W takiej sytuacji konsument może skorzystać ze swojego prawa i zwrócić towar, ale może się spodziewać, że otrzyma obniżoną kwotę zwrotu, bo sklep także jest prawnie chroniony – mówi Anna Rak.

Klient nie może także zostać ukarany za to, że korzysta ze swojego prawa i zwróci towar bez podawania przyczyny.

– W jednym ze sklepów znaleźliśmy nawet informację, że jeżeli konsument skorzysta ze swojego podstawowego prawa do odstąpienia od umowy i nie poinformuje sklepu, dlaczego to zrobił, to sklep sobie zastrzega, że w przyszłości nie będzie już zawierał z nim transakcji. Oczywiście, taka praktyka też jest niedozwolona – podkreśla Anna Rak.

Kolejną nieprzepisową praktyką, stosowaną przez klubowe e-sklepy, jest łączenie zgód na przetwarzanie danych osobowych w celu związanym z zakupem, ze zgodą na wysyłanie informacji handlowych od sklepu lub jego partnerów. Przykładowo, w e-sklepie Piasta Gliwice nie można się zarejestrować bez zaznaczenia pola, przy którym klient wyraża zgodę na przetwarzanie jego danych w celach marketingowych i promocyjnych. Podobną strategię stosuje e-sklep Wisły Kraków. Trusted Shops przypomina, że zgodnie z przepisami konsument powinien wyrazić taką zgodę dobrowolnie i oddzielnie, a zakup nie powinien być uzależniany od jej wyrażenia.

 Jeżeli konsument czuje, że jego prawa w sieci nie są respektowane, może się zgłosić do miejskiego lub powiatowego Rzecznika Praw Konsumentów lub do Federacji Konsumentów. Tam na pewno otrzyma pomoc. Dodatkowo, może też zadzwonić na infolinię, która jest udostępniona przez UOKIK – radzi Anna Rak.

Trusted Shops to europejski znak jakości przyznawany najlepszym sklepom internetowym. Zanim go otrzymają, eksperci prowadzą audyt e-sklepu pod kątem zgodności jego regulaminu z przepisami, standardów obsługi i organizacji sprzedaży. Dodatkowo Trusted Shops oferuje klientom sklepów internetowych gwarancję zwrotu pieniędzy.

Zawód fryzjera wciąż chętnie wybierany przez młodych ludzi. To coraz bardziej wymagająca branża

Zawód fryzjera wciąż chętnie wybierany przez młodych ludzi. To coraz bardziej wymagająca branża 14

Chętnych do pracy w zawodzie fryzjera nie brakuje. Młodzi ludzie wciąż dość często wybierają tę profesję, mimo że jest to branża coraz bardziej konkurencyjna i wymagająca nieustannego doszkalania się. Marka Schwarzkopf Professional chce ułatwić początkującym fryzjerom start w zawodzie i z myślą o nich organizuje program Shaping Futures. Właśnie zakończyła się jego czwarta edycja.

– Zawód fryzjera jest dosyć często wybierany przez młodych ludzi. Osoby, które mają pasję tworzenia i są kreatywne, mają możliwość realizacji swoich marzeń. Ludzie dbają obecnie o wygląd zewnętrzny, chcą zmieniać wizerunek i wtedy wybierają tego typu usługi – mówi agencji Newseria Jerzy Zielonka, stylista i trener Schwarzkopf Professional.

Jerzy Zielonka zauważa, że zawód fryzjera wymaga pewnych predyspozycji, jak kreatywność, dbałość o szczegóły, znajomość kierunków i stylów w modzie. Przydaje się również znajomość historii sztuki, bo trendy często wracają w nowej odsłonie. Podstawową rzeczą jest jednak pasja do włosów i umiejętność pracy z ludźmi.

Od blisko dekady marka Schwarzkopf Professional szkoli we fryzjerstwie młodzież w kilku krajach świata, zwiększając ich szanse na dobry start w przyszłość i rozwój zawodowy. W tym roku po raz czwarty program Shaping Futures zawitał do Polski. W dziesięciodniowych warsztatach z fryzjerstwa wzięła udział dwudziestka młodych podopiecznych Fundacji TEB, która działa na rzecz wyrównywania szans edukacyjnych. Wielu z nich poważnie planuje związać swoją przyszłość z tą profesją.

 Fryzjerstwo to branża wymagająca, konkurencja na rynku jest bardzo duża, dlatego od fryzjera wymaga się nieustannego dokształcania i podążania za trendami. Pasja i kreatywność to ważne elementy sukcesu, ale nie możemy mówić o kreatywności bez solidnych podstaw rzemiosła, których uczymy uczestników programu Shaping Futures – mówi Ewa Wojciechowska, opiekun projektu Shaping Futures Schwarzkopf Professional.

Przez blisko dwa tygodnie, w dniach 1021 lipca, pod okiem wolontariuszy stylistów marki Schwarzkopf Professional, szkoliło się 20 osób z całej Polski. Zajęcia były prowadzone w Akademii ASK Schwarzkopf Professional. To należące do marki nowoczesne centrum szkoleniowe, w którym na co dzień – pod okiem światowych ekspertów – szkolą się profesjonalni fryzjerzy z całego kraju.

Zadaniem stylistów Schwarzkopf było nie tylko przekazanie uczestnikom warsztatów praktycznych umiejętności i podstaw zawodu, lecz także zaszczepienie w nich pasji do fryzjerstwa i zainspirowanie ich do rozwijania kariery.

– Fryzjerstwo jest inspirujące, poznaję wielu pozytywnie nastawionych do życia ludzi. Szkolenie Schwarzkopf Professional pokazało mi, że fryzjerstwo nie musi być nudne. Przeciwnie, może być pasjonujące, może być sztuką, którą możemy pokazać poprzez fryzurę, fajny kolor i dobre cięcie – mówi Patryk Wełmiński, uczestnik szkolenia Shaping Futures.

W trakcie zajęć uczestnicy mogli poznać podstawy cięcia, stylizacji, pielęgnacji i koloryzacji włosów. Wolontariusze Schwarzkopf Professional zapoznali ich też z zagadnieniami z zakresu obsługi klienta. Dzięki temu młodzi ludzie zdobywali doświadczenie i wiedzę dotyczącą wszystkich aspektów działania salonu fryzjerskiego. Podniesie to ich kwalifikacje zawodowe, a zdaniem organizatorów może zainspirować część z nich do otworzenia w przyszłości własnego salonu fryzjerskiego.

 Wiążę swoją przyszłość z fryzjerstwem. Uważam, że to bardzo kreatywny zawód, uwielbiam pracę z człowiekiem – ocenia Aleksandra Bojanowska, uczestniczka warsztatów Shaping Futures.

Podobnie jak w poprzednich edycjac, dwójka uczestników programu, która wykazała się największym zaangażowaniem i umiejętnościami, została objęta dalszym wsparciem.

 Jak co roku program Shaping Futures cieszył się ogromnym zainteresowaniem młodzieży. Młodzi ludzie są o tyle wdzięcznym odbiorcą tego projektu, że są chłonni i otwarci na wiedzę. To już czwarta edycja programu Shaping Futures w Polsce i bardzo się cieszę, że po raz kolejny możemy wspierać młodzież w ich dążeniu do lepszej przyszłości. Przez te dwa tygodnie dostali zarówno solidną dawkę wiedzy i inspiracji od najlepszych fryzjerów w tym kraju, jak i narzędzia i produkty, które – mam nadzieję – pomogą im w codziennej pracy – podsumowuje Ewa Wojciechowska.

Coraz bardziej brakuje wykwalifikowanych pracowników

Koniunktura gospodarcza w lipcu 2017 r. oceniana jest przez przedsiębiorców pozytywnie. W większości sekcji lepiej niż miesiąc wcześniej, a także lepiej niż w lipcu w latach poprzednich – podał GUS.

Przedsiębiorstwa oceniły koniunkturę gospodarczą w lipcu 2017 r. pozytywnie, podobnie jak w czerwcu. W części sektorów gospodarki sytuacja jest najlepsza od 8-9 lat. Oceny portfela zamówień są pozytywne – nawet w budownictwie, które od wielu miesięcy było w koniunkturalnym dołku. Oceny sytuacji finansowej także (poza budownictwem). Są jednak dwa „ale”.

Pierwsze, to informacja, że wszystkie sektory gospodarki przewidują dalszy wzrost zatrudnienia. Przetwórstwo przemysłowe przewiduje wzrost zatrudnienia większy od planowanego w czerwcu, budownictwo – niewielki, ale wzrost zatrudnienia, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa – podobnie, hotele i restauracje – mniejszy niż w czerwcu, ale wzrost zatrudnienia, informacja i komunikacja – wzrost zatrudnienia. Jedynie firmy działające na rynku finansowym i ubezpieczeniowym zapowiadają redukcje zatrudnienia. Jednocześnie we wszystkich tych sektorach (poza finansami i ubezpieczeniami) za coraz większą, coraz poważniejszą barierę uznają firmy niedobór pracowników, a w jeszcze większym stopniu niedobór wykwalifikowanych pracowników. W największym stopniu problem niedoboru wykwalifikowanych pracowników odczuwany jest w budownictwie. A przed nami okres rosnących inwestycji infrastrukturalnych finansowanych z funduszy unijnych. Rośnie też budownictwo mieszkaniowe. Firmy budowlane chcąc wykorzystać szanse, które tworzy i będzie tworzył rynek muszą w pierwszej kolejności rozwiązać problem dostępu do pracowników. Wyraźnie rosną także problemy z zatrudnieniem w przetwórstwie przemysłowym, zakwaterowaniu i gastronomii, a także w transporcie.

Przy bezrobociu rejestrowanym na poziomie 7,2 proc. (czerwiec br.) i bezrobociu wg BAEL na poziomie 4,8 proc. (maj br.) nie ma wielkich „rezerw” pracowników na polskim rynku. Szczególnie trudno liczyć na możliwość znalezienia pracowników wykwalifikowanych. A przed nami jeszcze, od października, ubytek ponad 300 tys. osób z rynku pracy w wyniku obniżenia wieku emerytalnego. Podnoszenie wynagrodzeń nic tu nie pomoże, nie zwiększy bowiem podaży pracy na rynku. Pozostaje zatrudnianie cudzoziemców. I tu pojawia się problem, bowiem przedsiębiorcy coraz częściej i coraz silniej sygnalizują, że proces legalizacji zatrudnienia cudzoziemców wydłuża się i staje się poważna barierą.

Nie ma czasu, administracja lokalna powinna usprawnić i przyspieszyć proces legalizacji zatrudniania cudzoziemców, bo inaczej cała gospodarka będzie mieć problem nie tylko z możliwością zaspakajania rosnącego popytu, ale także z inwestycjami.

I właśnie inwestycje, to drugie „ale”. Bowiem do problemu niestabilności otoczenia prawnego, które nasila się w ostatnim czasie, dochodzi właśnie problem z brakiem pracowników. Przedsiębiorcy gotowi do podjęcia inwestycji wstrzymują się z nimi także w wyniku braku pracowników.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los zmniejszając zainteresowanie kobiet pracą (należy przypomnieć, że w 4. kwartale 2016 r. liczba osób pracujących była wyższa w stosunku do 4. kwartału 2015 r. o 45 tys., w tym pracujących mężczyzn było o 51 tys. więcej, ale ubyło 6 tys. kobiet). A teraz już totalnie destrukcyjnie wpłynie na sytuację w całej gospodarce obniżenie wieku emerytalnego. Popyt zaspakajać będzie import, a polskie przedsiębiorstwa będą na to patrzeć z coraz większym niepokojem.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Co zmienia nowa ustawa o kredycie hipotecznym?

22 lipca weszła w życie znowelizowana ustawa o kredycie hipotecznym. Doprecyzowuje ona przepisy związane z udzielaniem kredytów hipotecznych, zapewnia klientom większe bezpieczeństwo i sprawia, że mogą podejmować swoje decyzje bardziej świadomie. Co konkretnie zmienia nowy akt prawny?

Wzięcie kredytu walutowego o wiele trudniejsze

Jedna ze zmian dotyczy udzielania kredytów w obcej walucie. „Banki nie mogą już przyznawać kredytów walutowych osobom, które zarabiają w złotych i większość majątku mają w polskiej walucie. Nie wolno także prowadzić tzw. sprzedaży wiązanej, tzn. uzależniać przyznania kredytu od zakupu innych produktów bankowych. Banki, owszem, mają prawo proponować klientom te produkty, np. dodatkowe ubezpieczenia, ale klient nie może być do nich przymuszany. Musi sam podjąć decyzję, że chce skorzystać z takiego dodatkowego produktu” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Przemysław Przybylski, dyrektor Biura Komunikacji Korporacyjnej i rzecznik prasowy w Credit Agricole.

Klienci mają być lepiej doinformowani

Kolejna zmiana odnosi się do sposobu informowania o ofercie kredytowej. Banki zarówno w swoich materiałach informacyjno-reklamowych, jak i odpowiedziach na zapytania konsumentów muszą przedstawiać ją rzeczowo, jednoznacznie oraz otwarcie. Tak aby klient mógł z łatwością porównać zaprezentowaną ofertę z innymi i wybrać tę najlepszą dla siebie.

Można się rozmyślić

Jak zauważa ekspert: „Zmieniają się również zasady dotyczące terminu wydania decyzji kredytowej. Po złożeniu wniosku przez klienta bank ma obowiązek podjąć ją w ciągu 21 dni. Później klient ma jeszcze 14 dni na to, żeby dokładnie zapoznać się z umową kredytową i ostatecznie zdecydować, czy chce z tego kredytu skorzystać. W czasie tych 14 dni bank nie może zmieniać jego warunków ani przymuszać klienta do tego, żeby podjął decyzję szybciej”. A jeśli ktoś zawrze umowę kredytową, ale potem się rozmyśli, w ciągu 14 dni od złożenia podpisu wolno mu od niej odstąpić bez opłat.

Timmermans grozi Polsce „opcją atomową”. Co kryje art. 7 UE?

Zmiany w systemie sprawiedliwości odbiły się echem w Unii Europejskiej. Frans Timmermans, wiceszef KE zagroził uruchomieniem artykułu 7 Traktatu UE, czyli nazywanego opcją atomową. Co to może dla nas oznaczać?

– Intencja artykułu 7 jest taka aby państwo członkowskie UE, które się wyłamuje z prawa, które uznają wszyscy inni naprowadzić na właściwą drogę. Mechanizmy, które do tego służą mają kilka poziomów i też kilka kalibrów, czy skali swojego oddziaływania. Najgorszym, już ostatecznym rozwiązaniem jest zawieszenie państwa członkowskiego w prawie głosu w Radzie Unii Europejskiej – mówi newsrm.tv dr Małgorzata Bonikowska, Akademia Finansów i Biznesu Vistula, prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych i dodaje. – Mamy Węgry, które wprost na razie deklarują, że tego nie poprą. Formalne zastosowanie tej sankcji jest bardzo trudne. To też jest ostateczność, więc upłynie jeszcze dużo czasu zanim do tego w ogóle dojdzie.

Żeby mogło dojść do zawieszenia prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej potrzebna jest zgoda wszystkich pozostałych państw członkowskich. Z głosowania wyłączone jest tylko to państwo, którego sprawa dotyczy. Unia nie musi też sięgać po takie rozwiązanie, gdyż ma jeszcze inne narzędzia. Pierwszy etap to rozmowy.

– Wcześniejsze etapy to jest na pewno monitorowanie sytuacji. Zastosowanie bardzo dokładnych analiz dotyczących co wymaga poprawy. Wysłanie informacji do polskiego rządu jaka jest diagnoza ze strony pozostałych partnerów, co wymaga naprawy. Dialog, próba dogadywania się i cały czas tłumaczenie co obie strony mają na myśli i dojścia do porozumienia aby nie stosować kolejnego poziomu jakim są inne sankcje – wyjaśnia dr Małgorzata Bonikowska.

Te sankcje mniejsze nie są zapisane wprost w Traktacie. One oznaczają, że usztywnia się stanowisko instytucji unijnych do kraju, który nie współpracuje. Sytuacja, w której Polsce będzie na czymś zależało może być mniej pozytywnie odbierana niż do tej pory.

– Większym jeszcze, mocniejszym sygnałem będzie rozmowa o obecnym budżecie. Nie wspominając już o przyszłym budżecie UE. W obecnym budżecie mamy sytuację problemową wynikającą z Brexitu. Brexit oznacza negocjacje z Wielką Brytanią ale również wyjście Wielkiej Brytanii z budżetu unijnego, czyli pomniejszenie pieniędzy we wspólnej kasie. Oczywiście nie wiemy czym te negocjacje się skończą. Brytyjczycy chcieliby przestać płacić od momentu wyjścia z Unii Europejskiej, czyli w 2019 roku. Strona europejska mówi, że powinni płacić do końca tej perspektywy, czyli 2020 rok plus trzy, bo to jest ten czas na rozliczanie. Nie wiemy na czym te negocjacje się skończą ale już widać, że jest ogólny kłopot z dotrzymaniem zapisów obecnego budżetu – opowiada dr Małgorzata Bonikowska.
Kolejnym problemem może być przyszły budżet. Podział środków trzeba będzie wynegocjować.

Adblock – wyzwanie dla afiliacji

Oprogramowanie blokujące reklamy internetowe (adblocking software) na trwałe wpisało się w krajobraz sieciowej rzeczywistości. Świadomi użytkownicy Internetu, dysponujący rozwiązaniami technologicznymi blokującymi niepożądane treści, stanowią wyzwanie dla operujących na dynamicznym rynku ekspertów marketingu afiliacyjnego.

Wymagający odbiorca

Współczesny odbiorca internetowych treści to odbiorca selektywny, a zapotrzebowanie na filtrowanie niepożądanych treści powoduje rozwój technologii zaprojektowanej do blokowania agresywnej reklamy. To jednak nie jedyny powód wzrastającej popularności adblockerów. Wykładniczy wzrost wykorzystania smartfonów to potrzeba lepszych osiągów również w kontekście technologii mobilnej, a to oznacza większe wymagania w stosunku do przeglądanych treści i konieczność blokowania inwazyjnej reklamy. To kwestia, nad którą muszą również pochylić się specjaliści od marketingu afiliacyjnego. Atrakcyjność tego modelu działań marketingowych, wraz z bogatym pakietem propozycji konsumenckich, wydaje się stanowić elastyczną reakcję na wymagania stawiane przez dynamiczny rynek reklamy online.

Adblocking: kontekst i geneza

Użytkownicy sieci, chcący decydować o jakości i rodzaju przeglądanych treści, to zjawisko znane od lat. Przeglądarki internetowe niemal od początku mają wbudowaną funkcjonalność, która pozwala użytkownikom kontrolować zachowania online. Po części jest to „wina” branży reklamowej: intensywność marketingu cyfrowego dynamicznie rosła, a agresywne kampanie reklamowe zaowocowały narzucającymi się banerami, nakładkami wideo i aplikacjami typu pop-up, co spowodowało nierównowagę między reklamą a bezpłatnym contentem. W niektórych przypadkach, przeciążenie oprogramowaniem reklamowym uniemożliwiało wręcz prawidłowe ładowanie się witryn.

Rozwój technologii mobilnej tylko zaognił sytuację. Niedoskonałość systemu Wi-Fi, wraz z ograniczonym zasięgiem sygnału telekomunikacyjnego, w konfrontacji ze stronami przeciążonymi formatami nieprzystosowanymi do konfiguracji mobilnej, prowadziły wprost do blokowania funkcjonalności urządzeń przenośnych.

Statystyki

Wyniki badania przeprowadzonego wśród użytkowników Internetu we wrześniu 2016 roku przez GlobalWebindex są jednoznaczne. Większość respondentów stwierdziła, że ​​zbyt wiele reklam jest irytujących lub nieadekwatnych w stosunku do przeglądanych treści. Nieco mniej niż połowa twierdzi, że reklamy zajmują zbyt dużo miejsca na ekranie, podobne wskazanie (48%) zyskuje opinia o zbyt dużej ich ilości, a kolejne miejsce w wyliczeniu to odpowiedź określająca internetową reklamę jako zbyt nachalną (44%). Respondenci wymienili cały szereg problemów związanych z agresywną reklamą, w większości deklarując niechęć i irytację w stosunku do tego powszechnego w sieci zjawiska. Fakt ten stanowi podatny grunt dla coraz liczniejszych producentów oprogramowania blokującego niepożądane treści.

Z kolei badanie przeprowadzone przez firmę PageFair, specjalizującą się w tematyce oprogramowania blokującego reklamy, wykazuje odnotowany w 2016 roku 30% wzrost wykorzystania adblockerów na całym świecie, co wynika wprost z rozwoju technologii mobilnej. Precyzyjne statystyki wskazują, iż do końca ubiegłego roku odnotowano 615 milionów urządzeń blokujących reklamy na całym świecie, z czego 62% (308 milionów) zainstalowanych zostało na urządzeniach mobilnych. Z kolei wykorzystanie adblockerów na komputerach stacjonarnych wzrosło o 17% w stosunku do roku 2015, a szacowana liczba urządzeń to 236 milionów.

Europa i świat

Wielka Brytania, z odsetkiem użycia adblockerów oscylującym w okolicach 20%, jest krajem, który statystyki lokują w dolnej połowie tabeli obejmującej europejskie państwa. Dla odmiany bardzo wysoko sytuuje się Polska, w której według badań przeprowadzonych przez MEC Wavemaker, aż 40% konsumentów decyduje się blokować reklamy. Co ciekawe, to samo badanie wykazało, iż 60% konsumentów rozważyłoby odinstalowanie technologii adblock, gdyby w Internecie było mniej reklam. Wśród krajów o najniższej adaptacji oprogramowania blokującego niepożądane treści warto wymienić Japonię, gdzie wskaźnik ten ledwo przekracza 10%. W innych krajach, w których operuje Awin, trudniej jest o precyzyjne dane. Różnice w metodologii badań oznaczają skrajnie rozbieżne wskazania. Na przykład Niemcy według PageFair wykazują adblocking rate na poziomie 27%, natomiast według lokalnego instytutu badawczego BVDW, liczba ta jest o dziesięć punktów procentowych niższa i wynosi zaledwie 17%.
Opracowanie firmy GroupM, bazujące na danych PageFair i innych źródłach informacji, sytuuje Francję na poziomie 34% , Holandię w przedziale od 17 do 29%, Szwecję 30%, a Włochy – około 20%. Hiszpania reprezentuje zakres od 19 do 26%. Amerykańskie dane wydają się konsekwentnie osiągać od 16 do 18%, choć istnieją też opracowania wskazujące, że 30% amerykańskich konsumentów używa obecnie oprogramowania adblock. Rezydujący w USA użytkownicy sieci wskazują też wyraźnie na potrzebę bezpieczeństwa online, jako główny powód blokowania treści reklamowych. Ten fakt nadaje dyskusji ciekawy wymiar – marketing internetowy stał się bowiem synonimem braku prywatności i nadużycia w kwestii ochrony danych osobowych.

Ogólny obraz sytuacji jest złożony, jasne jest jednak, że reklamodawcy i marketingowcy mają wiele do zrobienia, aby odzyskać zaufanie konsumentów na całym świecie. Prosty, uczciwy przekaz i bezpłatna treść w zamian za odpowiedzialną reklamę, jest częścią tego procesu.

Rynek adblockerów w Polsce

Badanie przeprowadzone w Polsce w kwietniu 2016 przez MEC Wavemaker pokazuje na jednoznaczne poirytowanie respondentów nadmiarem reklamy w Internecie. Trzy czwarte ankietowanych wskazuje właśnie to jako główny powód instalacji oprogramowania typu adblock. Co ciekawe, tylko 9% odnosi się do kwestii prywatności w sieci, podczas gdy 15% wskazuje jako powód na brak zainteresowania produktami przedstawionymi w reklamach. Jako powód wskazywane są także: utrudnienie w zapoznawaniu się z treściami na stronie oraz długi czas ładowania strony przez występujące tam reklamy.

Adblocking_1

W jakiej zatem sytuacji użytkownicy rozważyliby odinstalowanie oprogramowania blokującego? 60% ankietowanych byłoby gotowych to zrobić, gdyby liczba reklam w sieci została zmniejszona. Nieco mniej niż połowa zapytanych dezaktywowałaby adblocki w przypadku, gdyby ograniczały one dostęp do darmowych treści. Kolejne argumenty za rezygnacją z adblock to zmniejszenie dochodów dla ulubionych witryn oraz konieczność opłacenia dostępu do interesującego contentu.

Adblocking_2

Pomimo wszystkich wymienionych wyżej czynników, wydatki na reklamę cyfrową w Polsce rosną bardzo szybko. Według Interactive Advertising Association Europe (IAB Europe) i IHS Markit, wydatki na treści reklamowe publikowane w Internecie wzrosły w 2015 r. o 21,8%. To jedno z najwyższych wskazań na europejskim rynku. Wyżej sytuują się tylko kraje, takie jak Irlandia i Bułgaria.

Adblock Plus

Wyspecjalizowane oprogramowanie blokujące niepożądane treści stanowi element portfolio wielu branżowych firm, natomiast liderem na europejskim rynku jest niemiecka firma Adblock Plus. Charakterystyczna dla oferty tego start-upu jest możliwość zdefiniowania listy dopuszczalnych reklam. Poszczególne marki mogą być skatalogowane na białej liście, co stanowi gwarancję, że treści przez nie generowane nie będą blokowane przez dedykowaną technologię.

Praktyka ta może budzić kontrowersje, ponieważ pojawiły się pogłoski, iż niektóre firmy płacą Adblock Plus za dodanie do białej listy. W odpowiedzi na te zarzuty przedsiębiorstwo oświadczyło, że katalog obejmuje tylko te firmy, które podejmują odpowiedzialne podejście do swoich działań marketingowych oraz generowanych treści i reklam. Co ciekawe, mniejsze podmioty zwolnione są od wszelkich związanych z tym opłat, co jest szczególnie korzystne dla tych operujących w systemie marketingu afiliacyjnego, ponieważ większość zamieszczanych odnośników oparta jest na wysokiej jakości treści oraz witrynach typu cashback i voucher code.

Adblocking i marketing afiliacyjny

Funkcjonujące na stronach banery i linki prowadzące do stron partnerskich muszą zostać kliknięte i przekonwertowane w sprzedaż, aby wygenerować prowizję dla wydawcy. Z tego też względu, afiliowane podmioty wybierają starannie wyselekcjonowane, stargetowane reklamy, interesujące dla użytkowników.

W sieci Awin rzadko spotyka się irytujące formaty reklam, ponieważ stowarzyszeni wydawcy używają standardowych formatów banerów i łączy tekstowych. Formaty bardziej inwazyjne mogą wręcz stanowić naruszenie warunków współpracy z siecią afiliacyjną.

Adblocking w kontekście grupy docelowej

Odsetek użytkowników oprogramowania adblock różni się w poszczególnych witrynach i w zależności od grupy docelowej. Witryny z grami i treścią związaną z technologią mają znacznie wyższą liczbę użytkowników stosujących oprogramowanie adblock, niż inne strony, takie jak na przykład blogi lifestylowe. Jest to potwierdzone badaniami, które wskazują, że mężczyźni są znacznie bardziej skłonni do blokowania treści w Internecie, niż kobiety.

Ponieważ ponad 90% przychodów w marketingu afiliacyjnym pochodzi z łączy tekstowych, a oprogramowanie adblock zazwyczaj nie ma na celu blokowania tego rodzaju działalności, afiliowani wydawcy nie podlegają obostrzeniom w takim stopniu, jak ci, którzy są uzależnieni od reklamy banerowej. To jednak nie powinno stanowić powodu do samozadowolenia, a każdy wydawca powinien przeprowadzić kilka podstawowych testów, aby zrozumieć, w jaki sposób dane oprogramowanie ma wpływ na jego działalność.

Świadome użytkowanie Internetu

Istnieje ogólne założenie, że większość internetowych treści jest bezpłatna, ale dostęp do nich może wiązać się z mniejszą lub większą ekspozycją na reklamę. Inną kwestią jest fakt, iż witryny, które wcześniej dostarczały wysokiej jakości treści za darmo, ze względu na technologię blokującą reklamy zmuszone będą do pobierania opłat dostępowych. To zjawisko w jasny sposób zmniejszy ilość i jakość bezpłatnych materiałów dostępnych w Internecie i jest to zasadnicze wyzwanie, przed którym stoją wydawcy stron internetowych. Wspólne działanie powinno pozwolić wypracować zestaw standardów dotyczących jakości prezentowanych treści. Docelowo należy też wyzbyć się agresywnej reklamy, będącej głównym powodem stosowania aplikacji blokujących treści.

Co dalej?

Według Wall Street Journal, Google może wkrótce zaproponować funkcję blokowania reklam w przeglądarce Chrome. Biorąc pod uwagę, że 86% przychodów Google pochodzi z reklamy, może się to wydawać ryzykowną strategią.

To nie byłby pierwszy raz, kiedy Google próbował przejąć władzę nad całą branżą. Taka polityka oznaczałaby jednak edukacyjną odpowiedzialność w stosunku do publikujących reklamy, a także zobowiązanie do wskazania użytkownikom sieci zależności pomiędzy jakością doświadczanego contentu, a częstotliwością i zasięgiem reklamy online.

Autorem jest Mateusz Łukianiuk, Dyrektor Zarządzający polskiego oddziału Awin.

Moralność finansowa Polaków 2017

Czy w sprawach finansów osobistych Polacy są wystarczająco moralni, by firmy ubezpieczeniowe, kredytodawcy i wierzyciele nie musieli obawiać się strat z powodu świadomych i nierzetelnych zachowań swoich klientów? Skłonność obywateli do usprawiedliwiania odstępstw od zasad i norm społecznych została sprawdzona po raz drugi w badaniu „Moralność finansowa Polaków 2017”. I – jak wynika z raportu – sytuacja jest jedynie nieznacznie lepsza niż przed rokiem.

Wiele mówi się o konieczności poprawy zaufania do polskich przedsiębiorców, szczególnie tych z branży finansowej. Zrealizowanie tego celu uznaje się za warunek dalszej poprawy poziomu ochrony praw konsumentów, a także rozwoju gospodarki.

– Zbyt mało uwagi poświęcamy w debacie społecznej problemowi moralnych postaw konsumentów, które w znaczącym stopniu decydują o sprawności państwa i gospodarki. A przecież nawet drobne nadużycia w masowej skali poważnie wpływają na funkcjonowanie rynku i ograniczają jego rozwój. Wpływają też negatywnie na poziom cen produktów i usług ofertowanych przez przedsiębiorców, dotkniętych zjawiskiem niskiej moralności ich klientów czy kontrahentów. Wyniki tej edycji badań nie budzą wątpliwości – moralność finansowa Polaków nie stanie się w najbliższym czasie źródłem wzrostu naszej gospodarki – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Jak bowiem wynika z badania „Moralność finansowa Polaków”, przeprowadzonego po raz drugi na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, we współpracy z Rejestrem Dłużników BIG InfoMonitor, Ferratum Bank oraz firmą windykacyjną Lindorff – Polacy są skłonni usprawiedliwiać naruszanie przez konsumentów norm prawnych i standardów etycznych w ponad jednej piątej sytuacji. Tę skłonność odzwierciedla Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych, będący syntetyczną miarą wszystkich odpowiedzi udzielonych przez respondentów. W ciągu roku wskaźnik ten lekko się poprawił. Obecnie wynosi 21,7 i jest nieco niższy niż przed rokiem, kiedy to sięgnął 23,2.

W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 1000 Polaków powyżej 18 roku życia. Zostali oni poproszeni o ocenę poszczególnych nadużyć, dokonywanych przez konsumentów. W ten sposób zbadano akceptację społeczną dla naruszania norm moralnych oraz przyzwolenia na nadużycia czy wyłudzenia, m.in. takie jak: posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, by uzyskać kredyt, zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie, czy przepisywanie majątku, aby uciec przed wierzycielami. W tym roku obniżył się poziom akceptacji dla pięciu z dziewięciu prezentowanych krytycznych zachowań, co świadczy o niewielkiej poprawie etycznych standardów wśród polskich konsumentów. W największym stopniu spadło zrozumienie dla dokonywania płatności bez pobierania rachunku celem uniknięcia płacenia VAT, przepisywania majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem oraz zaciągania kredytu bez dokładnego zapoznania się z warunkami spłaty.

– Chociaż deklarowanie przez ludzi pewnych norm i wartości w ograniczonym stopniu rzutuje na ich rzeczywiste zachowania, to może być uznane za wskaźnik moralnej kondycji rynku, będącej ważnym czynnikiem jego efektywnego funkcjonowania. Przyzwolenie dla nadużyć tworzy sprzyjające środowisko dla ich faktycznego występowania, ponieważ osoby popełniające je nie tylko nie muszą obawiać się społecznego ostracyzmu, ale mogą liczyć na swoiste wsparcie ze strony otoczenia. Takie przyzwolenie może polegać na przykład na tym, że pracodawcy podają nieprawdziwe dane o dochodach swoich pracowników, by pomóc im w uzyskaniu kredytu, a sąsiedzi i znajomi dłużnika nie tylko nie okazują dezaprobaty dla jego nierzetelności, ale nierzadko utrudniają wierzycielom dotarcie do niego – wyjaśnia prof. dr hab. Anna Lewicka-Strzałecka, autorka badań.

Oceny respondentów badania są w znacznym stopniu zróżnicowane, począwszy od zachowań, które są potępiane bez wyjątku, a kończąc na zachowaniach usprawiedliwianych przez blisko jedną trzecią badanych osób. Moralność finansowa okazuje się współgrać z normami prawa, ponieważ najrzadziej usprawiedliwiane nadużycia konsumenckie to te, które są zagrożone sankcjami karnymi, jak np. kradzież tożsamości. Względnie dużym przyzwoleniem cieszą się zaś zachowania, naruszające w różnej formie zasadę nakazującą wywiązywanie się z zaciągniętych zobowiązań finansowych, w tym częste zmienianie rachunków bankowych, by uciec przez komornikiem.

– Tego typu postawy mogą mieć przełożenie na podejście do spłaty zobowiązań – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Z naszego ostatniego Raportu InfoDług wynika, że bieżące zobowiązania takie jak raty kredytów, pożyczek, rachunki za media, czynsz, telefon, internet i TV, ale też alimenty i zobowiązania wobec sądów, płaci z co najmniej 60-dniowym opóźnieniem, ponad 2,4 mln osób. Ich łączne zaległości wynoszą już 55,66 mld zł. W ciągu I kwartału tego roku liczba niesolidnych dłużników wzrosła o 5,3 proc. w stosunku do końca 2016 roku.

Zaskakująca decyzja prezydenta ratuje złotego

Politycy znów w głównej roli. Piątek pod znakiem ucieczki inwestorów od złotówki w obliczu nowej ustawy o Sądzie Najwyższych. Poniedziałek przynosi odreagowanie w efekcie zawetowania ustaw przez prezydenta. Od początku tygodnia krajowa waluta odrabia ostatnie straty. Tydzień pod znakiem Fed, rozstrzygnie sytuację na USD/PLN.  

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.06.2017-24.07.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1800 3,7974 3,6224 4,6949
Maksimum 4,2670 3,9195 3,8190 4,8405

1Para EUR/PLN ma za sobą sporą huśtawkę nastrojów. Skok w górę niemal 7 groszowy może robić wrażenie. Za wszystkim oczywiście stoi polityka w naszym kraju. Inwestorzy bali się weekendu i gwałtownie wyprzedawali krajową walutę. Sprawa rozchodzi się o nową ustawę o Sądach Najwyższych, która delikatnie mówiąc nie podoba się również większości krajów europejskich. Głosy z Niemiec były najostrzejsze i mówiły o groźbach wprowadzenia sankcji wobec naszego kraju, w tym odcięcia od funduszy europejskich. Sytuacje na szczęście uspokoił nieco prezydent Duda, który zawetował ustawy. Stąd dzisiaj mamy ponad 3 groszowe umocnienie złotego i tym samym odrobienie połowy strat z piątku. Trzeba jednak zauważyć, że waluta europejska jest mocna na szerokim rynku w efekcie wzrostu wiary w jastrzębią politykę EBC. Na wykresie EUR/PLN jesteśmy w ciekawym miejscu, strefa silnego oporu w okolicach 4,2640 póki co wytrzymała. Przekroczenie tej strefy wybiło by kurs ponad 4,28. Kluczowe teraz będą kolejne dni jeśli kurs nie przebije tego oporu bardzo możliwe będą spadki nawet w okolice 4,15. Wszystko zależy teraz od propozycji prezydenta Dudy w sprawie zmian w Sądach Najwyższych. Jeśli nowe pomysły będą mniej rewolucyjny i spotkają się z aprobatą UE to złoty ma szansę sporo się umocnić. Silnym argumentem za tym jest solidna gospodarka. Trzeba jednak i spojrzeć na to co się stanie na szerokim rynku. A tutaj przede wszystkim decyzja Fed w sprawie stóp procentowych. Są spore szanse, że władze monetarne USA utrzymają swój jastrzębi kurs a to spowodowałoby w końcu wzrosty na dolarze i niekorzystnie odbiło się na walutach emerging markets.

2

Bardzo podobna sytuacja miała miejsce na CHF/PLN. Tutaj również zawirowania polityczne sprawiły, że złoty stracił ponad 7 groszy w kilka chwil. I to w sytuacji gdy kredytobiorcy frankowi zacierali już ręce, bo wsparcie w postaci 3,80 było już niemal sforsowane i był możliwy ruch nawet w okolice 3,76. Sytuacja dzisiaj nieco się uspokoiła po mimo wszystko dość zaskakującej decyzji prezydenta Dudy i zawetowaniu ustaw. Niemniej jednak mimo lekkiego umocnienia złotego jesteśmy dość daleko od ostatnich minimów. Oczywiście wszystko zależy teraz od dalszych losów ustawy o Sądzie Najwyższym. Na szerokim rynku brak jest póki co czynników, które spowodowałyby wzrost zainteresowania walutami bezpiecznymi. Stąd frank szwajcarski pozostanie stabilny. Ale o nagłe pogorszenie nastrojów nie trudno.

3

USD/PLN pozostaje w trendzie spadkowym. Niemniej jednak po dojściu w okolice 3,61 nastąpiła reakcja byków. Kontra kupujących dotarła w okolice 3,65. Co istotne odbyło się to przy słabym dolarze na szerokim rynku. Wydaje się więc, że było to odreagowanie na bazie chęci wprowadzenia przez PiS dość kontrowersyjnej ustawy o Sądach Najwyższych, która odbiła się szerokim echem w krajach europejskich. Dość silnym oporem wydaje się być 3,70. Z pewnością o dalszych losach USD/PLN zdecyduje środowe posiedzenie Fed. W ostatnich tygodniach narosło sporo wątpliwości czy władze monetarne USA będą dalej prowadzić politykę zacieśniania czy jednak trochę wyhamują. Efekt tych wątpliwości widać na EUR/USD gdzie jesteśmy blisko górnego ograniczenia formacji w okolicach 1,17. Wydaje się jednak, że pole do pogłębienia spadków na dolarze jest już niewielkie. A odbicie na EUR/USD w dół byłoby idealne dla techników, którzy z pewnością liczą na taką okazję. Ale potrzeba jasnej deklaracji Fed, że będzie redukował bilans, sama decyzji mogłaby nastąpić we wrześniu ale zapowiedź musiała by być teraz. Następnie decyzja o podwyżce stóp musiałaby nastąpić w grudniu i Fed wypełnij by obietnice. Takie słowa byłyby zaskoczeniem i pozytywem dla waluty amerykańskiej.

4

Również na GBP/PLN złoty poniósł nieco strat. Ale to nie zmienia ogólnego scenariusza spadkowego na tej parze w perspektywie ostatnich kilku miesięcy. Głównie przez zawirowania związane z Brexitem. Fundamenty brytyjskiej waluty pozostają dość słabe więc nawet słabość polskiej waluty nie przełożyła się na gwałtowną przecenę. Polska gospodarka ma się dobrze ale dość uszczypliwe komentarze agencji ratingowych mogą powodować osłabienie złotówki. W końcu grożenie palcem w sprawie nowej ustawy to jedno ale negatywny ruch i zmiana ratingu z pewnością sporo by osłabiła krajową walutę. Jak widać na ten moment i GBP i PLN mają swoje problemy więc trudno wyrokować gdzie kurs podąży. Wsparciem będzie ostatnie minimum, oporem w przypadku wzrostów górne ograniczenie kanału spadkowego.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Prezydent Duda wstrząsnął złotym

Prezydent Andrzej Duda wstrząsnął dziś nie tylko polską polityką, ale również złotym. Zapowiedź weta ustawy o SN i KRS ograniczyło ryzyko polityczne, wzmacniając tym samym polską walutę.

Poniedziałek na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem polityki. Tym samym inne tematy chwilowo zeszły na drugi plan. Wrócą jednak już we wtorek.

Zapowiedziane dziś przez prezydenta Andrzeja Dudę zawetowanie ustawy o Sądzie Najwyższym (SN) i Krajowej Radzie Sądowniczej (KRS), a więc 2 z 3 uchwalonych ostatnio kontrowersyjnych ustaw, które opozycja, organizacje pozarządowe i Unia Europejska określają jako pozakonstytucyjną próbę zmiany ustroju Polski (m.in. likwidację trójpodziału władzy), wywołało skokowe umocnienie złotego. O godzinie 13:54 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2450 zł (-2,3 gr), CHF/PLN 3,8515 zł (-1,8 gr), a USD/PLN 3,6440 zł (-1,4 gr), po tym jak w piątek euro i frank podrożały o 5,5 gr, a dolar o 3,5 gr, co również miało swe źródła w polityce.

Weto prezydenta Dudy obniża ryzyko polityczne. Jednak ono nie znika całkowicie. Dlatego jakkolwiek do końca dnia złoty może zyskiwać na wartości, to jednak powrót do poziomów z piątkowego otwarcia (euro po 4,2130 zł) to mało prawdopodobny scenariusz. Należy oczekiwać, że EUR/PLN zakończy dzień nie niżej niż 4,23 zł, CHF/PLN blisko 3,84-3,85 zł, a USD/PLN w pobliżu poziomu 3,64 zł.

O ile dziś polityka do końca dnia pozostanie tematem numer jeden na rynku walutowy, to już jutro przestanie ona się liczyć, a inwestorzy w swych decyzjach kierować będą się impulsami płynącymi z rynków globalnych oraz zachowaniem EUR/USD. To sprawi, że na pierwszym planie znajdą się doniesienia z USA, gdzie zostanie m.in. opublikowany przez Conference Board indeks zaufania tamtejszych konsumentów (prognoza: 116,6 pkt.) i indeks S&P/Case-Shiller odnośnie cen domów w 20 największych metropoliach (prognoza: 5,8 proc. R/R), a także gdzie rozpocznie się gra pod kończące się w środę posiedzenie Rezerwy Federalnej. Posiedzenie, który wprawdzie nie przyniesie zmian w polityce monetarnej, ale może przynieść odpowiedź na pytanie, na ile zasadne jest oczekiwane we wrześniu ogłoszenie ograniczenia sumy bilansowej banku centralnego i grudniowa podwyżka stóp procentowych?

We wtorek ponadto poznamy jeszcze czerwcowe dane o stopie bezrobocia w Polsce (prognoza: 7,1 proc.) oraz lipcowy odczyt indeksu Ifo dla Niemiec (prognoza: 114,9 pkt.). Tyle tylko, że ten pierwszy raport tradycyjnie nie wywołuje emocji, a wpływ drugie na rynki obecnie nie jest duży.

Wspomniane wcześniej posiedzenie Fed, razem z piątkową publikacją wstępnych danych o amerykańskim PKB za II kwartał, to główne wydarzenia tego tygodnia na rynku walutowym.  Dużą rolę może też odgrywać amerykańska polityka. W weekend przywódcy Republikanów i Demokratów poinformowali, że porozumieli się ws. zaostrzenia sankcji wobec Rosji w związku z jej ingerencją w ostatnie wybory prezydenckie w USA. Porozumienie to jest wbrew dotychczasowemu stanowisku prezydenta Donalda Trumpa, co dodatkowo osłabia jego pozycję. Podobnie jak zaplanowane na środę przesłuchanie syna prezydenta przed senacką komisją w sprawie tzw. afery rosyjskiej.

Ostatnie dwa dni przyniosły zmianę układu sił na wykresach dziennych EUR/PLN i CHF/PLN. Euro obroniło wsparcie na 4,20 zł, a wybijając się w piątek mocno w górę pokazało, że ma dużo większą łatwość do zwyżki, niż do trwałego przełamania 4,10 zł. Szwajcarski frank natomiast zawrócił z poziomu 3,80 zł, tym samym powtarzając scenariusz grany już w maju. Póki co natomiast o wzrostowej korekcie możemy mówić w przypadku USD/PLN. Dopiero zdecydowany powrót powyżej 3,70 zł mógłby zapowiadać zmianę sytuacji i sygnał zakończenia trendu spadkowego.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Przemysł turystyczny i wczasowicze przestali bać się chmur

Pochmurne niebo, deszczowe i chłodne tygodnie mogą popsuć letni wypoczynek urlopowiczów a także negatywnie wpłynąć na obroty firm z branży turystycznej. Jest jednak taki rodzaj chmury, który w świecie gospodarki cyfrowej przyczynia się do szybkiego rozwoju sektora usług turystycznych a podróżnikom ułatwia dotarcie do wybranych destynacji. Chodzi o chmurę obliczeniową, która zmienia sposób, w jaki firmy prowadzą biznes. Doniosłość modelu cloud podkreślają analitycy Gartnera. Według nich do 2020 roku niewykorzystywanie chmury będzie w przedsiębiorstwach zjawiskiem tak rzadkim, jak obecnie brak dostępu do Internetu. Co zatem sprawia, że usługi chmurowe szybko zyskują popularność wśród touroperatorów i podróżnych?

Branża turystyczna coraz ważniejszą gałęzią polskiej gospodarki

Wraz ze wzrostem stopy życiowej obywateli rośnie ich zapotrzebowanie na usługi turystyczne. Według danych Ministerstwa Sportu i Turystyki w 2016 roku gospodarka turystyczna stanowiła już 6 proc. PKB, zaś łączne wydatki w tym sektorze wyniosły 25,3 mld euro. Polacy coraz częściej wyjeżdżają za granicę a spośród tych wyjazdów 58 proc. ma na celu zwiedzanie i wypoczynek. Polska staje się także coraz częstszym celem podróży dla turystów z Europy i świata. W minionym roku nasz kraj odwiedziło blisko 17,5 mln turystów, z których każdy podczas swojego pobytu wydał przeciętnie blisko 460 dolarów.

Popularność usług w modelu cloud rośnie także w sektorach związanych z podróżowaniem

Jak wskazuje Gartner jednym z głównych trendów w gospodarce światowej jest dziś Cloud Shift, czyli coraz silniejszy nacisk na wykorzystanie chmury obliczeniowej. Nie inaczej jest wśród touroperatorów, hotelarzy i przewoźników, którzy coraz śmielej wykorzystują możliwości oferowane przez model SaaS (oprogramowanie jako usługa), a także IaaS, czyli infrastrukturę IT ulokowaną w chmurze. Przykładowo linie lotnicze, które w ostatnich latach notorycznie borykały się z nieplanowanymi przestojami, wynikającymi z przestarzałego zaplecza IT, obecnie stawiają na jego modernizację z wykorzystaniem cloud computingu.

O wzroście zainteresowania usługowym IT decyduje m.in. to, że dostawca może zaoferować klientowi zarówno serwery w chmurze, hosting, jak też aplikacje, czy dodatkowe narzędzia, np. do backupu, awaryjnego odzyskiwania danych, monitoringu lub zwalczania cyberzagrożeń. Niemniej ważne jest to, że firmy z branży turystycznej potrzebują rozwiązań dostępnych online bez względu na lokalizację. Serwery i oprogramowanie w chmurze idealnie wpisują się w te potrzeby. Co więcej, w przypadku outsourcingu usług IT, przedsiębiorca w ogóle nie musi martwić się o inwestycje we własną infrastrukturę. Może on powierzyć dużą część odpowiedzialności za obszar IT zaufanemu usługodawcy, który wydatnie odciąża firmę, pozwalając jej skupić się na rozwijaniu działalności.

Sezonowość wyzwaniem dla organizatorów ruchu turystycznego

Specyfika sektora turystycznego sprawia, że jego przedstawiciele największe obroty notują w letnim sezonie urlopowym. Według danych Eurostatu szczyt sezonu w Polsce przypada na sierpień, w którym obywatele wybierają się w podróż 4,2 razy częściej niż w listopadzie, miesiącu najmniejszego popytu na wycieczki. Oprócz szczytu w sierpniu i lipcu, także czerwiec i grudzień charakteryzują się zwiększoną aktywnością turystów. Sezonowość popytu ma w tej branży wiele wymiarów i powoduje szereg wyzwań. Jednym z rzadziej wspominanych jest zwiększone obciążenie infrastruktury informatycznej. Wzmożony ruch na stronie popularnego biura podróży stanowi wyzwanie nie tylko dla pracującego w nim personelu, ale także dla infrastruktury IT, na której zainstalowana jest witryna i aplikacje sprzedażowe. Niewydolne IT może spowodować, że strona, aplikacja webowa lub mobilna (jak wyszukiwarka hoteli, połączeń czy ofert last minute) zacznie się zawieszać lub zupełnie przestanie działać. Dla współczesnego internauty taki przestój jest nie do zaakceptowania. Jakiekolwiek trudności w korzystaniu z witryny lub aplikacji danego touroperatora sprawiają, że szybko sięga on po alternatywne rozwiązanie konkurencyjnej firmy.

Chmura a problem zwiększonego obciążenia systemów IT w szczycie sezonu

Wzmożony ruch w letnim sezonie urlopowym na stronie dostawcy usług turystycznych, oraz wyraźnie mniejszy w innych okresach roku, powodują, że firma powinna posiadać odpowiednio dopasowane do tej specyfiki zasoby IT. Optymalnym sposobem poradzenia sobie z sezonowością popytu jest wykorzystanie chmury obliczeniowej. Zaletą takiego rozwiązania, jak np. wirtualny serwer prywatny w modelu cloud, jest elastyczność i skalowalność, co oznacza zdolność do zwiększania oferowanych zasobów IT wraz ze zmieniającymi się potrzebami firmy. Touroperator – spodziewając się, że w danym okresie jego stronę będzie chciało odwiedzić wielokrotnie więcej użytkowników niż zazwyczaj – może błyskawicznie, bezpośrednio z panelu użytkownika, zamówić dodatkowe zasoby. Pozwolą mu one bezproblemowo obsłużyć spiętrzony ruch, nawet jeśli wyjątkowo atrakcyjne oferty last minute przyciągną zaskakująco dużą liczbę urlopowiczów. Warto wspomnieć, że w przypadku usługowego IT firma płaci tylko za realnie wykorzystane zasoby, co jest niewątpliwym atutem tego rozwiązania.

Nie tylko biznes. Turyści także korzystają z zalet rozwiązań chmurowych

Cloud computing przenika dziś coraz więcej usług internetowych i wiele z nich staje się naturalnym wyborem dla konsumentów, choć nie zawsze zdają sobie oni sprawę z ich chmurowego charakteru. Nikogo nie dziwi już, że podróżujący planują swoje eskapady ze smartfonem w ręku, szukając najlepszych hoteli i połączeń np. przez aplikację Booking.com lub Skyscanner. Ta pierwsza dostępna jest w przeszło 40 językach a za jej pośrednictwem turyści każdego dnia rezerwują ponad 1,2 mln noclegów. Jedynie na system Android pobrało ją ponad 50 mln użytkowników. Z kolei podobną aplikację TripAdvisor ściągnęło już przeszło 100 mln użytkowników Androida a zainteresowanie wciąż rośnie.

 

Wysoką dostępność aplikacji webowych i mobilnych coraz powszechniej gwarantuje elastyczność i skalowalność modelu cloud. Dzięki temu aplikacje z mapami, wyszukiwarkami noclegów, przelotów i atrakcji turystycznych pozostają dostępne na każde żądanie, nawet gdy jednocześnie logują się do nich miliony użytkowników na całym świecie. Zarówno webowe rozwiązania w modelu SaaS, jak też mobilne wersje usług internetowych stale zyskują na znaczeniu. Tylko w sklepie Google Play jest już blisko 110 tys. aplikacji z kategorii „Podróże”, a wśród nich niemal 3400 zostało pobranych przez minimum 50 tys. użytkowników. Aplikacje mobilne nie tylko ułatwiają podróżowanie ale także porozumiewanie się z obcokrajowcami. Mobilne usługi tłumaczące rozmowy w czasie rzeczywistym pozwalają ludziom z całego świata prowadzić dyskusje, wyzwalając ich od barier językowych. Baza słów i wyrażeń idiomatycznych może być uzupełniana w tych aplikacjach i udostępniania na bieżąco właśnie dzięki przetwarzaniu danych w chmurze.

 

Biznes stawia na chmurę … ale co z kwestią bezpieczeństwa?

Pomimo obaw niektórych organizacji, większość nowoczesnych przedsiębiorstw wykonuje zdecydowany zwrot ku chmurze, m.in. właśnie w celu lepszej ochrony zasobów IT. Niedawne badanie firmy NetApp, technologicznego partnera Aruba Cloud, pokazało, że główną motywacją przedsiębiorstw z regionu EMEA przy wdrażaniu chmury jest chęć zwiększenia poziomu bezpieczeństwa. 60 proc. dyrektorów ds. IT z tego regionu dostrzega możliwość usprawnienia ochrony zasobów informatycznych poprzez wykorzystanie modelu cloud. Jedynie oszczędności oraz elastyczność oferowane przez chmurę w podobnie dużym zakresie motywują firmy do implementacji usługowego IT. Wnioski z 19. Światowego Badania Bezpieczeństwa Informacji firmy doradczej EY również sugerują, że obecnie organizacje chętnie wdrażają chmurę w ramach strategii bezpieczeństwa. Spośród 1735 dyrektorów i menadżerów IT, blisko 40 proc. stwierdziło w tym sondażu, że w bieżącym roku w ich firmach chmura otrzymała wysoki priorytet. Co więcej 45 proc. ankietowanych przyznało, że w 2017 roku przeznaczy na chmurę więcej środków finansowych niż rok wcześniej.

Autor: Marcin Zmaczyński, dyrektor regionalny Aruba Cloud w Europie Środkowo-Wschodniej.

Nigdy nie byliśmy tak nisko

Ten tydzień na rynkach rozpoczął się podobnie jak zakończył się poprzedni – upiornie cicho. Indeks zmienności VIX zamknął się w piątek na nowym, rekordowo niskim poziomie 9.36. Nigdy wcześniej nie był tak nisko. Zarówno, giełda europejska, jak i amerykańska nieco się wycofała w piątek, ale w tym tygodniu namieszała Azja.

Indeks_VIX_24_07_2017Tymczasem dolar amerykański wciąż pogrąża się w zapomnieniu. Od początku roku spadł o prawie 8,8%. Nie tylko Trump go podtapia. Zawyżenie, które niedawno obserwowaliśmy, było ruchem w dużej mierze w nadziei, że Fed podniesie stopy procentowe. Teraz ze względu na mniejsze oczekiwania na ten ruch, dolar stracił impet i zaczyna spadać.

USDOLLAR_24_07_2017

Z uwagi na wiele ważnych dzisiejszych wydarzeń, trudno jest określić, które z nich mają największy wpływ na rynki. Londyńskie sprawozdanie do Waszyngtonu mogłoby mieć pewien wpływ na funta, ze względu na próby ustalenia ram dla stosunków USA-Wielka Brytania po Brexicie.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy przyciągnie również uwagę, podczas ogłoszenia swoich globalnych prognoz wzrostu gospodarczego. Fundusz jest prawdopodobnie najbardziej wykwalifikowaną organizacją, która może przedstawić prognozy dotyczące gospodarki światowej. Dzisiejsze optymistyczne sprawozdanie mogłoby mieć wpływ na późniejszy nastrój inwestorów.

Ropa_24_07_2017Najważniejsze jednak, według mnie, jest spotkanie OPEC w Rosji. Przede wszystkim chcemy usłyszeć o Nigerii i Libii. Te dwa kraje zostały zwolnione z obecnych cięć produkcyjnych, ponieważ dopiero co odzyskują siły po twardej geopolityce. Teraz, gdy mniej więcej przywrócono ich poziomy produkcji do normalnych, możemy oczekiwać, że ustalą dla siebie maksymalnie wysokie limity. W ciągu ostatniego roku ceny ropy kształtowały się stosunkowo stabilnie w przedziale od 40 do 55 dolarów. Ostre wycofanie pod koniec ubiegłego tygodnia było niebezpieczne, ale jeżeli dzisiejsze spotkanie OPEC będzie ciekawe, może namieszać na rynku.

BTC_24_07_2017Sądząc po cenie Bitcoina w ciągu ostatnich kilku dni, wygląda na to, że największe kłopoty mamy za sobą, ale sądząc po opiniach pochodzących z forów internetowych i sygnałów z różnych środowisk górników, możemy jeszcze zobaczyć pewne turbulencje w przyszłości. Na ten moment wygląda na to, że możemy uniknąć całkowitego zniszczenia sieci, ponieważ rozwiązanie SegWit prawie na pewno zostanie wkrótce wdrożone. Czuję, że wielu, którzy wskazują na SegWit, faktycznie jest za SegWit2x i że możemy się jeszcze skierować w stronę hard forka przed końcem roku.

Na ten moment musimy wziąć pod uwagę analizę techniczną, jak i podstawy. Istnieje szeroki zakres około 1200 dolarów na Bitconie. Jest to zakres ceny, która znajduje się pomiędzy rekordowo wysokimi notowaniami, w wysokości 3000 dolarów, a niskimi notowaniami wycofania, które zakończyło się w ostatnią niedzielę.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Branża e-papierosów – nowe technologie najlepiej odbierane przez media RAPORT

Ponad milion osób – na tyle szacuje się liczbę użytkowników elektronicznych papierosów w Polsce, których z roku na rok przybywa. Wynika to m.in. z ogólnego odwrotu od papierosów tradycyjnych, wzrostu zainteresowania nowymi technologiami oraz podążaniem za aktualnymi trendami. Na decyzje zakupowe konsumentów wpływają jednak nie tylko panujące trendy, ale także publikacje medialne. Jaki obraz branży e-papierosów i e-liquidów kształtują media?

Z badania agencji informacyjnej PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, przeprowadzonego na zlecenie firmy LIPRO e-Liquid Production, wynika, że na temat branży e-papierosowej
w 2016 r. odnotowano łącznie 4 976 publikacji. Najwięcej z nich ukazało się w Internecie (72 proc.), następnie w prasie (15 proc.), radiu (9 proc.) i telewizji (4 proc.), w zdecydowanej większości w mediach o zasięgu ogólnopolskim (64%). Wielkość publikowanych materiałów rozłożyła się niemal równomiernie między artykuły (30%), notki (38%) i wzmianki (32%). Potencjalny kontakt z publikacjami dotyczącymi e-papierosów wyniósł ponad 3,163 mld.

Przełom w branży

Prawie połowa materiałów (2 261) dotyczyła regulacji prawnych, co stanowiło najpopularniejszy temat w mediach. W dalszej kolejności dziennikarze najchętniej pisali
o wpływie e-papierosów na zdrowie, podatkach, badaniach i statystykach branżowych oraz nowych produktach i ofertach. Wyjątkowo duże zainteresowanie nowymi regulacjami prawnymi wynikało z mnogości zmian w tym segmencie rynku, które zrewolucjonizowały funkcjonowanie branży elektronicznych papierosów i e-liquidów.

Rok 2016 r. był dla naszej branży wyjątkowo dynamiczny. W sierpniu 2016 r. została podpisana nowelizacja ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu
i wyrobów tytoniowych, której przepisy zaczęły obowiązywać w Polsce we wrześniu zeszłego roku. Producenci i importerzy musieli rozpocząć przystosowanie swoich produktów do nowych wymogów, zmieniły się także zasady użytkowania e-papierosów i e-liquidów,
ich sprzedaży i dostępności
– tłumaczy Justyna Lipowicz, prezes LIPRO e-Liquid Production.

Media zrównywały e-papierosy z tradycyjnymi wyrobami tytoniowymi oraz informowały,
że ich używanie jest uciążliwe dla otoczenia bez pisania o redukcji szkodliwości. W rezultacie zdecydowana większość przekazu odnosiła się do branży w sposób negatywny (88 proc.).

E-papierosy oczami mediów

W skali roku biorąc pod uwagę wszystkie publikacje – pozytywnie do branży e-papierosów odnosiło się 10 proc. całości przekazu. 32 proc. miało wydźwięk neutralny. Pozostałe 58 proc. materiałów na temat elektronicznych papierosów prezentowało wiadomości w negatywnym świetle. – Co warto zauważyć, negatywne publikacje były częściej powielane przez media niż te o innych wydźwiękach. Przykładowo, awarie i wady e-papierosów nie zdarzały się często, jednak nagłaśniano te przypadki zdecydowanie negatywnie – mówi Marcin Szczupak, kierownik działu raportów medialnych w PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

W większości pozytywny obraz branży w oczach odbiorców kształtowały artykuły
o nowych produktach. Można zauważyć, że również opinie użytkowników na temat
e-papierosów oraz nowe technologie wdrażane w branży są odbierane korzystnie. Z badania wynika, że najprzychylniejsze temu segmentowi produktów media to media specjalistyczne, które najczęściej publikowały materiały z wydźwiękiem pozytywnym (20 proc.).

Eksperci potrzebni od zaraz

Tylko w ok. 14 proc. materiałów medialnych (1 011 publikacji) mieliśmy do czynienia
z wypowiedzią eksperta, m.in. specjalistów z zakresu medycyny, ekonomii, przedstawicieli rządu oraz firm. Najczęściej wypowiadali się w nich przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia oraz Ministerstwa Finansów. Jeszcze mniejszą część stanowiły opinie producentów
e-liquidów i e-papierosów. Przykładowo w kontekście regulacji prawnych odnotowano tylko 23 publikacje z udziałem ekspertów pochodzących z firm.

Chcielibyśmy, żeby w mediach pojawiało się więcej rzetelnych informacji na temat branży e-papierosowej. Z jednej strony wymaga to większej aktywności przedstawicieli nauki
i biznesu w prasie, telewizji i radiu oraz gotowości do udzielenia rzetelnych i merytorycznych komentarzy. Z drugiej, potrzeba impulsu i chęci sięgania po opinie ekspertów ze strony redakcji –
mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Raport medialny został zaprezentowany przez firmę LIPRO e-Liquid Production w czerwcu  br. podczas międzynarodowej konferencji Światowego Forum Nikotynowego (Global Forum on Nicotine), mającego miejsce w Hotelu Marriott w Warszawie. Przybyło na nią prawie 400 specjalistów i ekspertów z całego świata.

Badanie dotyczy obecności medialnej branży e-papierosów w roku 2016 w Polsce. Analizie poddano materiał pochodzący z monitoringu ponad 1 100 tytułów prasowych, 5 mln źródeł internetowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych. Zgromadzony materiał przeanalizowano, że pomocą technik służących badaniu efektywności działań PR. W tym celu użyto wskaźników: wielkości, dotarcia przekazu do odbiorcy, indeksu wydźwięku wizerunkowego oraz analizy SWOT.

Polityka rządzi notowaniami złotego. Słabe dane w Europie

Piątek to duże spadki na złotówce i strach przed tym co się stanie. Dzisiaj rano sytuację na rynku uspokoiła zapowiedź prezydenckiego weta. Słabsze dane z Europy.

Piątkowy strach

Od dawna polska sytuacja polityczna nie mieszała na rynkach walutowych. Już w piątek inwestorzy widząc eskalację problemów i nadchodzą weekend postanowili wycofać się ze złotego. Zdaniem analityków był to strach, że przy zamkniętych rynkach dojdzie do jakiegoś przesilenia. Nie obyło się oczywiście bez wypowiedzi polityków europejskich na temat sytuacji w Polsce. Pierwszoplanowe postacie na razie nie zabrały jeszcze zdecydowanie głosu. W rezultacie polska waluta osłabła do dawno nie oglądanych poziomów. Euro kosztowało już nie 4,21 zł a 4,26 zł. Franki ku rozpaczy kredytobiorców skoczyły z 3,81 zł na 3,87 zł. Dolar stracił z 3,61 zł na 3,66 zł.

Prezydenckie Weto

Sytuację od rana na konferencji prasowej wyjaśnił prezydent Andrzej Duda. Zapowiedział zawetowanie obydwóch kluczowych ustaw. Z jednej strony było to spełnienie postulatów odbywających się od kilku dni manifestacji społecznych. Z drugiej strony zapowiedział własną ustawę w ciągu 2 miesięcy. Sądząc po argumentach użytych na konferencji prasowej można się spodziewać, że będzie ona mniej rewolucyjna. Nie zmienia to faktu, że kierunek zmian pozostanie zbliżony. Główną różnicą ma być znacznie mniejsze zwiększenie roli prokuratora generalnego. Jak zareagowały rynki? Zarówno złotówka jak i giełda szły w górę. Złoty odrobił obecnie mniej więcej połowę piątkowych spadków. Nie wiadomo jak zachowa się w dalszej części dnia. Warto w tym miejscu przypomnieć, że był przed piątkiem wyjątkowo mocny. W rezultacie ruch ten składał się nie tylko ze strachu, ale również z realizacji zysków z gry na umocnienie złotego.

Słabe dane z Europy

Dzisiaj poznaliśmy wstępne odczyty indeksów PMI dla przemysłu. Parametr ten wskazuje poziom optymizmu w menadżerach odpowiadających za zamówienia. Gorzej od oczekiwań wypadła zarówno Francja jak i Niemcy. W rezultacie łączny parametr dla całej Unii europejskiej spadł nie jak oczekiwano o 0,2 pkt, ale o 0,6 pkt. W rezultacie euro osłabło wobec dolara.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – wstępny odczyt indeksu PMI dla przemysłu.
  • 16:00 – USA – sprzedaż domów na rynku wtórnym.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Nowy Prezes Zarządu Euro Banku S.A.

Alexis Lacroix 21 lipca 2017 r. został powołany na stanowisko Prezesa Zarządu Euro Banku S.A. – decyzją Rady Nadzorczej Euro Banku S.A. i po wcześniejszej akceptacji Komisji Nadzoru Finansowego.

Alexis Lacroix od września 2016 r. pełnił obowiązki Prezesa Zarządu Euro Banku S.A. W Grupie Société Générale pracuje od 2004 r., początkowo na stanowisku dyrektora marketingu Sogecap we Francji. W 2008 r. kierował projektem rozwoju biznesu Société Générale Insurance w Indiach. W styczniu 2010 r. Alexis Lacroix objął kierownictwo Société Générale Insurance w Rosji oraz we Wspólnocie Niepodległych Państw. W 2013 r. rozpoczął pracę na stanowisku dyrektora marketingu i rozwoju detalicznego w Rosbanku. W listopadzie 2014 r. został mianowany na stanowisko Wiceprezesa Zarządu Rosbanku, odpowiadającego m.in. za transformację części detalicznej Rosbanku.

Dolny Śląsk liderem energii odnawialnej. Powstał kolejny klaster

Domaniów, Kondratowice, Przeworno, Strzelin i Wiązów powołały w piątek Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Strzelińskich. Do 44,5 tys. osób popłynie tańsza energia, a gminy z czasem staną się „wyspami energetycznymi”. To kolejna tego typu inicjatywa – wcześniej klastry stworzyło 15 dolnośląskich samorządów.

Powołanie klastra oznacza, że w gminach Domaniów, Kondratowice, Przeworno, Strzelin
i Wiązów mogą powstać elektrownie fotowoltaiczne i bioelektrownie. Przewidywana moc odnawialnych źródeł energii wyniesie średnio 3 MW w jednej gminie – 2 MW z fotowoltaiki oraz minimum 1 MW z bioelektrowni. Docelowo gminy staną się tak zwanymi „wyspami energetycznymi”, czyli uzyskają całkowitą samowystarczalność. Nadwyżka będzie mogła zostać przeznaczona na potrzeby Wrocławia.

– Źródła energii odnawialnej są przyszłością sektora energetycznego – mówi Dorota Pawnuk, burmistrz miasta i gminy Strzelin. – Od dłuższego czasu pracujemy nad utworzeniem elektrowni fotowoltaicznej na terenie po byłej oczyszczalni ścieków. Liczymy, że współpraca z innymi samorządami stworzy taką możliwość. Mieszkańcy są bardzo zainteresowani tym tematem. Zdają sobie sprawę, że czysta energia przyniesie oszczędności, ale też przysłuży się środowisku – dodaje.

Miejsce na swoją elektrownię wytypowała również gmina Domaniów. – Planujemy farmę fotowoltaiczną na dwóch nieużytkach zlokalizowanych w Danielowicach i Grodziszowicach, na łącznym obszarze 4,3 ha. Dzięki temu z pożytkiem wykorzystamy ten teren. Jednocześnie chcemy instalować panele słoneczne na dachach budynków użyteczności publicznej, a z czasem wymieniać źródła ciepła w domach mieszkańców – mówi Wojciech Głogulski, wójt gminy Domaniów.

Podobne plany ma gmina Przeworno. – Wdrażamy efektywne programy i rozwiązania służące poprawie środowiska naturalnego. Przy udziale środków zewnętrznych, pragniemy montować panele fotowoltaiczne na budynkach użyteczności publicznej, będących naszą własnością. Zamierzamy magazynować, przetwarzać i wykorzystywać energię, którą uda nam się pozyskać z odnawialnych źródeł. W perspektywie chcemy pomagać naszym mieszkańcom  w działaniach proekologicznych, w tym w wytwarzaniu „czystego” prądu – mówi Jarosław Taranek, wójt gminy Przeworno.

Zasady funkcjonowania klastrów reguluje znowelizowana w ubiegłym roku ustawa o odnawialnych źródłach energii. Jej celem jest restrukturyzacja i modernizacja polskiej energetyki, połączone z dążeniem do osiągnięcia gospodarki niskoemisyjnej. Zgodnie z brzmieniem ustawy, obszar działania tego rodzaju klastra nie może przekraczać granic jednego powiatu lub pięciu gmin, a jego koordynatorem powinien być jeden z członków – w tym przypadku jest to gmina Strzelin.

Pozyskanie środków zewnętrznych oraz współpraca pomiędzy samorządami otwierają zdecydowanie większe możliwości niż ma to miejsce w przypadku inwestycji prowadzonych przez pojedyncze gminy – mówi Wojciech Bochnak, wójt gminy Kondratowice. – To nie pierwszy raz, gdy łączymy siły. Wcześniej z sukcesem realizowaliśmy projekt wyposażenia szkół w nowoczesne pracownie komputerowe. Jestem przekonany, że powołanie klastra energii powtórzy ten sukces. Aktualnie wprowadzamy zmiany w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Farma fotowoltaiczna powstanie prawdopodobnie w okolicach Gołostowic – dodaje.

Podobnego zdania jest Jerzy Krochmalny, burmistrz miasta i gminy Wiązów: – Klastry energii odnawialnej mają ogromne znaczenie nie tylko, gdy chodzi o ochronę środowiska, ale również ze względu na zwiększenie innowacyjności, obniżenie kosztów funkcjonowania gminy oraz możliwość pozyskiwania środków zewnętrznych na realizację planowanych inwestycji – dodaje.

Przygotowaniem kompleksowej strategii rozwoju i realizacją inwestycji w ramach przedsięwzięcia zajmie się jego koordynator, spółka komunalna Strzelin PS Energetyka Odnawialna, utworzona przez gminę Strzelin i firmę Polski Solar Holding. Powołanie klastra umożliwia dostęp do dodatkowych dotacji, w tym krajowych oraz ze środków unijnych.

Cieszymy się, że kolejne gminy postawiły na odnawialne źródła energii, zwiększenie niezależności energetycznej i rozwój lokalnej przedsiębiorczości. Potwierdziły swoją innowacyjność, gospodarność i zaangażowanie w ochronę środowiska, a także stały się przykładem dla innych samorządów – mówi Jacek Ryński, członek rady nadzorczej spółki komunalnej Strzelin PS Energetyka Odnawialna.

Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Strzelińskich jest czwartym tego rodzaju przedsięwzięciem w Polsce realizowanym przez samorządy. Pierwszą tego typu inicjatywą był Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Łużyckiej, który powołały gminy Olszyna, Gryfów Śląski, Leśna, Siekierczyn i Lubań. W ślady tych samorządów poszły Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród, tworząc Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich. Z kolei Mirsk, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski i Stara Kamienica połączyły siły tworząc Izerski Klaster Energii Odnawialnej. Wszystkie cztery gminy zamieszkuje ponad 200 tys. mieszkańców. Tym samym Dolny Śląsk stał się krajowym centrum energetyki odnawialnej. Trwają rozmowy dotyczące uruchomienia kolejnych klastrów.

Analiza pozycji dużych graczy 24.07.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 24.07.2017 15– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 24.07.2017 16-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Antypody

Uwaga na antypody. Z ostatniego raportu COT wynika, że dolar australijskie oraz nowozelandzki ma bardzo mało miejsca do kontynuacji ostatnich wzrostów. Dlaczego? W obydwu przypadkach pozycje netto znalazły się na dawno niewidzianych poziomach, zatem należy zadać sobie pytanie „kto będzie wstanie wypchnąć te waluty na wyższe poziomy”. Pomimo tego, że nie powinniśmy walczyć z trendem, to warto zapamiętać jedno zdanie – „trend jest Twoim przyjacielem dopóki się nie skończy”. Zarówno w przypadku AUD oraz NZD możemy wyczekiwać mocniejszej korekty, dopiero po niej należy oczekiwać mocniejszego ruchu wzrostowego.

Dolar nowozelandzki

Fundusze lewarowane posiadają w swoich portfelach 45 287 długich pozycji względem 8 381 krótkich. Daje to imponujący wynik netto rzędu 36 906 pozycji po długiej stronie rynku, co jest najwyższą wartością w historii! Historycznie patrząc tak jednostronne pozycjonowanie funduszy nigdy nie kończyło się zbyt dobrze, dlaczego? Bowiem wystarczy minimalny ruch spadkowy, który uruchomi lawinę zleceń sprzedaży długich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Dodatkowym argumentem przemawiającym za końcem trendu jest fakt, że od 4 tygodni fundusze lewarowane nie dobierają pozycji długich, ale redukują krótkie. Reasumując, ostatnie wzrost spowodowane są jedynie zamykaniem krótkich pozycji, a nie otwieraniem długich.

Na wykresie dziennym pary walutowej NZD/USD doszliśmy do mocnego oporu 0.741-0.748. Na dzień dzisiejszy jego pokonanie jest bardzo mało prawdopodobne. Ponadto MACD wskazuje na dywergencję, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo spadków. Niemniej jednak z trendem nie należy walczyć, na samym początku musi zostać pokonana linia trendu wzrostowego.

Notowania NZD/USD, interwał dzienny

Notowania NZD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dolar australijski

Sytuacja wygląda bardzo podobnie. Niemniej jednak w tym przypadku analiza techniczna wskazuje miejsce na 200 pipsową korektę, po czym powinniśmy zobaczyć kontynuację trendu wzrostowego. Po przerwaniu tygodniowego wsparcia 0.771-0.783 byki otworzyły sobie drogę do poziomu 0.81.

AUD/USD, interwał tygodniowy

AUD/USD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Aczkolwiek analizując poczynania pozycji lewarowanych na rynek powinna zawitać korektą, dopiero potem należy oczekiwać ruchu wzrostowego. Pozycję netto fundusze lewarowanych na kontraktach terminowych po raz kolejny zawędrowały w okolicę 52 tysięcy. W tych rejonach dochodziło do upłynnienia pozycji długich. Z kolei warto zauważyć, że od dawna nie było na tej parze walutowej tak mało pozycji krótkich.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Analiza pozycji dużych graczy 24.07.2017 17

Źródło: Cme Group

Reasumując, trend na AUD/USD oraz NZD/USD jest już przegrzany, należy wypatrywać korekty. Dopiero po zakończeniu korekty możemy oczekiwać dalszych wzrostów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Droga żywność zafunduje nam inflację. Ceny rosną najmocniej od pięciu lat

W pierwszym półroczu wskaźnik inflacji wyniósł 1,9 proc., jednak ceny żywności notują wzrost największy od pięciu lat. W czerwcu były wyższe aż o 3,9 proc. niż rok wcześniej. Wiele wskazuje na to, że drożyzna nie ustąpi tak szybko, a jej powodem są między innymi warunki pogodowe oraz tendencje na rynkach światowych.

W czerwcu inflacja wyniosła „jedynie” 1,5 proc., po tym jak w poprzednich miesiącach sięgała 1,9-2,2 proc. W całym pierwszym półroczu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyższy niż przed rokiem o 1,9 proc. Jednocześnie ceny żywności i napojów bezalkoholowych były wyższe w czerwcu o 3,9 proc. niż w 2016 r., a podobnie wysoka dynamika utrzymuje się od początku roku.  Wcześniej z tak silnymi zwyżkami mieliśmy do czynienia w 2012 r., czyli pięć lat temu. Powodów drożyzny jest wiele, od tendencji panujących na światowych rynkach produktów rolno-spożywczych, poprzez lokalne warunki pogodowe. Indeks cen żywności, obliczany przez działającą przy ONZ organizację FAO (Food and Agriculture Organisation), jest na poziomie najwyższym od pierwszych miesięcy 2015 r. W kraju, po wiosennych przymrozkach, czyniących spustoszenie w sadach, mamy pierwsze sygnały o zagrożeniu niektórych upraw z powodu suszy. Jak wynika z raportów Instytutu Upraw, Nawożenia i Gleboznawstwa, że na obszarze Polski występuje zagrożenie suszą rolniczą, mogącą mieć wpływ na zbiory zbóż, kukurydzy, rzepaku, warzyw, krzewów owocowych, truskawek i roślin strączkowych. W kilku regionach, między innymi na Lubelszczyźnie, Dolnym Śląsku i części Małopolski, plony mogą być niższe o co najmniej 20 proc. w porównaniu do normalnych warunków pogodowych.

ceny żywmości Źródło: Food and Agriculture Organisation

Z danych GUS wynika, że w czerwcu ceny skupu czterech zbóż (pszenica, żyto, jęczmień, pszenżyto) były wyższe niż przed rokiem o 12 proc., żywca wieprzowego o 14,6 proc., mleka o 33 proc. O ponad 9 proc. tańsze były ziemniaki, minimalnie potaniał drób. W maju zwiększył się skup żywca wieprzowego (o 2 proc.), ale w pierwszych pięciu miesiącach był nieznacznie (0,3 proc.) mniejszy niż w 2016 r. Jednocześnie o 11 proc. wzrósł eksport żywca, mięsa i przetworów z wieprzowiny, w tym mięsa o 17 proc. i przetworów o 8 proc., a jednocześnie o 5 proc. mniejszy był import wieprzowiny. Ceny zbytu żywca wieprzowego były w maju o 24 proc. wyższe niż przed rokiem, a w czerwcu o 14 proc. Na dalszy wzrost lub utrzymywanie się  wysokiego poziomu wskazuje 40 proc. w czerwcu wzrost cen prosiąt (w Unii Europejskiej  o 36 proc.). Drób był w maju tańszy niż przed rokiem o 14 proc., ale w czerwcu podrożał o 10 proc. Cukier paczkowany kosztował w maju w zbycie 2,64 zł i był droższy o 17 proc. niż rok wcześniej. Na światowych giełdach notowania cukru zniżkują o 30 proc. Szeroko opisywana ostatnio sytuacja na rynku masła nie powinna aż tak bardzo martwić i wpływać znacząco na wzrost cen żywności, biorąc pod uwagę, że jego średnie spożycie w Polsce nieznacznie przekracza 4 kg na osobę, co oznacza że nawet przy cenie detalicznej sięgającej 6-8 zł za kostkę (200 g) trzyosobowa rodzina wydaje rocznie 360-480 zł.

dynamika cen żywmości

Źródło: Gerda Broker na podstawie danych GUS

Pogodowe anomalie odczuwalne są również w wielu innych krajach. W Stanach Zjednoczonych z tego powodu przewiduje się znaczący spadek zbiorów zbóż, szczególnie niektórych odmian pszenicy. Notowania kontraktów terminowych na pszenicę Wheat Spring wzrosły od początku roku o prawie 45 proc., a od lipca 2016 r. 60 proc. Od początku roku drożeją na giełdach także ryż (o 28 proc.), masło (o 25 proc.), żywiec wołowy (o 22 proc.), kukurydza (o 12 proc.). Według prognoz Komisji Europejskiej, w całej Unii zbiory zbóż mają być w tym roku nieco wyższe, jednak spadną między innymi w Rosji, na Ukrainie, w USA, Kanadzie i Australii.

Ceny żywności mają największy wpływ nie tylko na domowe budżety, ale także na wskaźnik inflacji. Do jego wyliczania GUS przyjmuje, że żywność ma dominujący, sięgający 24,3 proc. udział w koszyku inflacyjnym, czyli w całkowitych wydatkach na towary i usługi konsumpcyjne. Na drugim miejscu, z udziałem wynoszącym 20,5 proc. znajdują się wydatki związane z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii. Koszty transportu, które obejmują także paliwo do prywatnych pojazdów, stanowią jedynie 8,6 proc. wydatków gospodarstw domowych, a więc wpływ ich zmian na inflację jest mocniej odczuwalny jedynie w przypadku znaczących wahań cen ropy naftowej, a z takimi mieliśmy do czynienia w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy. Gdy sytuacja na rynku surowców energetycznych ulegnie stabilizacji, to właśnie ceny żywności mogą przesądzić o sile inflacyjnej tendencji.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Opozycja osłabia złotówkę

W zeszłym tygodniu euro ostro zyskało na wartości i od początku roku jest silniejsze do amerykańskiego dolara o 11%. Traci natomiast polska waluta, co należy wiązać z wydarzeniami politycznymi w naszym kraju. Mimo że wskaźniki gospodarcze Polski są bardzo dobre i eksperci przewidują kontynuację tego trendu, a Adam Glapiński, prezes NBP, zapewnia, że polski system finansowy jest stabilny, to inwestorzy coraz bardziej zaczynają dostrzegać konflikt polityczny. W efekcie protesty opozycji ciągną złotówkę w dół, która sporo traci wobec głównych walut światowych.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do głównych walut: do euro (-0,09%), brytyjskiego funta (-0,19%), dolara australijskiego (-0,14%), dolara kanadyjskiego (-0,04%) oraz japońskiego jena (-0,1%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,167, GBP/USD – 1,302, USD/CAD – 1,253, AUD/USD – 0,793 i USD/JPY – 111. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,02%) i kurs EUR/JPY wynosi 129,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,897. Złotówka ostro traci do głównych walut. W poniedziałek rano dolar kosztuje ponad 3,65 zł, euro – ponad 4,26 zł, funt – prawie 4,76 zł, a frank szwajcarski – 3,86 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,47%, frankfurcki indeks DAX – 1,66%, a francuski indeks CAC 40 – 1,57%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,04%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,82%, a brazylijski indeks Bovespa stracił 0,39%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,62%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,39%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,5%.

Ropa i złoto: Cena ropy naftowej kontynuuje spadki. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 48,06 USD (-2,58%), a ropy WTI – 45,77 USD (-2,51%). Roczna prognoza ceny baryłki ropy spadła o 1 USD do 52 USD. Z kolei złoto kontynuuje wzrost. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1254 USD. To 8 USD więcej (+0,64%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 9:30 – Niemcy – PMI dla przemysłu i dla usług
  • 10:00 – Strefa euro – PMI dla przemysłu i dla usług
  • 15:45 – USA – PMI dla przemysłu i dla usług

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Desant Z. Setki tysięcy absolwentów wchodzą na polski rynek pracy

Wraz z końcem sesji letniej na rynek pracy weszło kolejne ciekawe pokolenie. Według GUS pod koniec 2016 roku uczelnie miały 1,35 mln studentów, a w roku akademickim 2016/2017 mury szkół wyższych opuściły 364 tysiące absolwentów[1]. Generacja Z, do której w większości należą, wciąż stanowi dla pracodawców zagadkę. Raport Accenture Operations „Gen Z Rising” wykazuje, że w wielu aspektach obecni stażyści i młodsi specjaliści przypominają pokolenie swoich rodziców. W ich podejściu do kariery wracają pracowitość i poświęcenie dla pracy, uzupełnione o wrodzoną skłonność do nowych technologii.

Generacja Z to – w dużym skrócie – pokolenie osób urodzonych w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Według jednej z popularniejszych klasyfikacji zaliczają się do niej 18-24-latkowie z roczników 1993-1999[2]. Zastępują oni obecnie na niższych szczeblach kariery swoich starszych znajomych reprezentujących Generację Y. Część obiegowych opinii o obecnych absolwentach i studentach podkreśla ich skupienie na własnym interesie, przesadne przywiązanie do technologii oraz niską lojalność wobec pracodawców. Tymczasem, jak podkreślają eksperci, Generacja Z nie stanowi tylko bardziej cyfrowej wersji Pokolenia Millenium.  Co więcej, widać u niej powrót do części „tradycyjnych” wartości zawodowych.

Dla przedstawicieli Generacji Z nowe technologie stanowią naturalny element życia prywatnego i zawodowego. Pod tym względem przypominają osoby z coraz silniej dominującej w organizacjach Generacji Y. Najnowszy raport Accenture „Gen Z Rising” zwraca jednak uwagę na ważne różnice między tymi dwiema grupami. Dla Generacji Y bardzo ważną rolę odgrywa balans między życiem prywatnym i zawodowym, a także możliwość samorealizacji. W przypadku pokolenia Z widać natomiast przesunięcie w kierunku tradycyjnych wartości zawodowych, takich jak m.in. jasna ścieżka kariery i stabilizacja, a także możliwość wykorzystania wiedzy nabytej podczas studiów – mówi Edyta Gałaszewska-Bogusz, Dyrektor Accenture Operations w Polsce. Jej organizacja zatrudnia ponad 2000 specjalistów w Warszawie i Krakowie, przede wszystkim przedstawicieli Generacji Y i Z.

Według badań Accenture aż 54% reprezentantów Generacji Z uważa, że ich starsi znajomi są zatrudnieni na stanowiskach poniżej swoich kompetencji. Chcąc uniknąć podobnej sytuacji, obecni studenci i absolwenci starają się podejmować racjonalne decyzje zawodowe i inwestować w swoją wiedzę[3]. Te ustalenia ciekawie pokrywają się z wynikami badań Fundacji Akademii Liderów Innowacji i Przedsiębiorczości[4] przeprowadzonych w Polsce wśród obecnych uczniów starszych klas liceum. Własną firmę planuje założyć 56% z przebadanych chłopców i połowa dziewczyn. Wierzą też, że mogą się nauczyć przedsiębiorczości, a większy wpływ na powodzenie ma ciężka praca niż talent. Przedstawiciele Pokolenia Z mają więc wysokie poczucie własnej wartości, ale też świadomość dużej roli stałej nauki.

Aż 88% spośród badanych przez Accenture deklaruje, że przed wyborem specjalizacji dokładnie sprawdzili sytuację na rynku pracy, a 8 na 10 odbyło staże przed zakończeniem studiów. Blisko 3 / 4  brało także udział w kursach technologicznych już przed rozpoczęciem pierwszej pracy[5]. Tą dużą samoświadomość Generacji Z i pęd do wiedzy obserwujemy także wśród kandydatów w naszych biurach w Polsce. Zestaw cech ich wymarzonego miejsca pracy jest u nas podobny, jak w Stanach Zjednoczonych. To przede wszystkim możliwość kreowania ścieżek kariery i awansu, dostępność szkoleń, a także szansa na długotrwały rozwój – dodaje Edyta Gałaszewska-Bogusz.

Obecni absolwenci są elastyczni i pracowici. Tym, co odróżnia ich od pokolenia rodziców, jest nie tylko zamiłowanie do technologii, ale także asertywność. Swoje zaangażowanie w pracę uzależniają bowiem od podobnego podejścia ze strony pracodawcy.

– W rywalizacji o najmłodszego zdolnego pracownika największe szanse mają więc firmy, które potrafią połączyć skalę i różnorodność działań z otwartą kulturą pracowniczą. Pomagają to osiągnąć konkretne rozwiązania, które stosujemy w swojej codziennej praktyce HR. Integrujemy procesy rekrutacyjne z narzędziami cyfrowymi, np. łącząc oferty pracy z LinkedIn czy interaktywnymi grami. Rozbudowujemy pakiety szkoleń i sieć mentorów wewnątrz firmy. Dbamy o zrozumienie przez pracowników ich ról w organizacji i szans, jakie przed nimi otwierają. To zestaw, który dla ambitnej Generacji Z odgrywa szczególną rolę – przekonuje Edyta Gałaszewska-Bogusz.

W odróżnieniu od Pokolenia Y, Generacja Z rzadziej wchodzi także w rolę tzw. skoczków (ang. jumper), czyli osób regularnie zmieniających miejsca pracy w poszukiwaniu optymalnej oferty pracodawcy. Według badań Accenture aż 62% absolwentów w Stanach Zjednoczonych planuje zostać w pierwszej pracy przez co najmniej 3 lata[6].

Firmy powinny coraz uważniej obserwować cele i potrzeby Generacji Z. Dlaczego? Według badań ManPower Group „Millenial Careers” to pokolenie już w 2020 roku będzie stanowić 24% globalnej kadry pracowniczej  – przy czym badacze uznali za Generację Z tylko osoby urodzone po 1996 roku[7]. Co więcej, to właśnie obecni studenci i absolwenci już za chwilę staną się główną grupą rekrutowanych na stanowiska młodszych specjalistów.

[1] http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/edukacja/edukacja/szkolnictwo-wyzsze-w-roku-akademickim-20162017-dane-wstepne,8,4.html

[2] https://www.accenture.com/us-en/insight-gen-z-rising

[3] https://www.accenture.com/us-en/insight-gen-z-rising

[4] https://wiedza3g.pl/programy-i-projekty/item/3609-raport-badanie-przedsiebiorczosci-wsrod-mlodziezy-2017.html

[5] https://www.accenture.com/us-en/insight-gen-z-rising

[6] https://www.accenture.com/us-en/insight-gen-z-rising

[7] http://www.manpowergroup.com/wps/wcm/connect/660ebf65-144c-489e-975c-9f838294c237/MillennialsPaper1_2020Vision_lo.pdf?MOD=AJPERES

Jaka przyszłość czeka farmy wiatrowe w Polsce?

Zagadnienie farm wiatrowych w Polsce i wytwarzanej przez nie energii elektrycznej nie jest tematem z zakresu ciekawostek związanych z nowymi technologiami ani niejasnym mirażem tematyki „new age”.  Fakty są takie, że na terenie naszego kraju mamy już mniej więcej tysiąc wysokich na 100 metrów wiatraków, które mają już potencjał do zaspokojenia potrzeb energetycznych naszego kraju na poziomie jednej trzeciej. Nie są to wyłącznie akademickie wyliczenia, bowiem wiosną 2016 r. były odnotwane dni, gdy energia z farm wiatrowych faktycznie zaspokoiła 1/3 zapotrzebowania krajowych odbiorców na energię. Jest  to swoisty rekord w historii polskiej energetyki. Należy również pamiętać, że energetyka wiatrowa jest niezwykle dynamicznie rozwijającą się w ostatnich latach branżą, w którą zaangażowane są pokaźne środki prywatnych inwestorów, a także kapitał pochodzący z kredytów bankowych – tu wyróżnia się zdecydowanie Bank Ochrony Środowiska. Sektor energetyczny, a w ślad za tym branża Odnawialnych Źródeł Energii, jest regulowany centralnie i jako taki mocno uzależniony od „chimerycznych” decyzji polityków.

Wieloletni, wytyczony w naszym kraju kurs inicjowania i wspierania rozbudowy infrastruktury farm wiatrowych w Polsce był wpisany w generalną politykę Unii Europejskiej (rozwój Odnawialnych Źródeł Energii), a także w ogólnoświatowy trend występujący we wszystkich rozwiniętych przemysłowo krajach. Aktualny rząd polski swoją działalnością legislacyjną mocno przystopował rozwój tej gałęzi energetyki. Stało się tak na rzecz tradycyjnych elektrowni węglowych, które mają być niepodważalnym i podstawowym dawcą energii elektrycznej w Polsce. Na pewno nie jest to dobra wiadomość dla wielu indywidualnych inwestorów, którzy zaangażowali się w farmy wiatrowe.  Jeszcze do niedawana wydawało się, że jest to biznes tylko z dobrymi perspektywami, z domniemanym parasolem państwowym, który w ramach realizacji wizji państwa nowoczesnego – z niezależną i czystą energią – będzie odpowiadał na wyzwania XXI wieku.

Ustawa z lipca 2016 roku wprowadziła jednak dwa restrykcyjne dla branży przepisy, co zupełnie zmieniło rzeczywistość w jakiej działają elektrownie wiatrowe. Wśród nowych regulacji znalazły się więc zapisy o tym, że każdy nowy wiatrak musi stać w odległości co najmniej 10-krotności swojej wysokości (wliczając najwyższy punkt, w którym może znaleźć się jej wirnik) od najbliższych zabudowań mieszkalnych, wszelkich form ochrony przyrody lub leśnych kompleksów promocyjnych. Łatwo się domyślić, że wspomniane regulacje odległościowe mocno ograniczają możliwości nowych inwestycji lub w wielu przypadkach całkowicie je wręcz uniemożliwiają. Np. w przypadku wiatraków o wysokości 200m potrzebujemy dwukilometrowego promienia spełniającego te kryteria. Istniejące już wiatraki, które nie spełniają kryterium odległości, nie mogą być natomiast rozbudowywane, dopuszczalny jest jedynie ich remont oraz prace niezbędne do eksploatacji. Kolejną nowością, która wprowadziła ustawa jest to, że wiatraki są w całości traktowane jako budowle (nie jak dotychczas tylko ich fundamenty i wieża), podlegają więc kontroli nadzoru budowlanego. Nie trzeba wspominać, że rozszerzona definicja budowli wiąże się z większym podatkiem od nieruchomości. Środowiska reprezentujące właścicieli farm wiatrowych podkreślają, że nowe przedefiniowanie podstawy naliczania podatku od nieruchomości będzie całą branżę kosztowało około 500 mln zł. Ostatnia z kolei, jednak niemniej istotna zmiana stanowi, że nowe wiatraki można stawiać wyłącznie na podstawie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.

Na reakcję branży w sprawie nowej ustawy nie trzeba było długo czekać, wszystkie nowe inwestycje zostały praktycznie wstrzymane, a inwestorzy czekają już tylko na rozwój wydarzeń. Branża stoi przed poważnym wyzwaniem. Pamiętajmy, że daje ona pracę kilku tysiącom ludzi. Banki, które najbardziej zaangażowały się w finasowanie projektów farm wiatrowych, przyznają, że mogą pojawić się problemy z obsługą zadłużenia przez kredytobiorców. Może to skutkować powszechnym trendem do restrukturyzacji zadłużenia, np. poprzez wydłużenie okresu spłaty kredytu. Z kolei banki muszą być gotowe na zawiązanie rezerw z tytułu utraty wartości kredytów, które przestałyby być obsługiwane przez kredytobiorców. Jest to istotne zagrożenie, gdyż na koniec 2016 r. wartość kredytów udzielonych branży wytwarzania energii wiatrowej wynosiła 6 mld zł.

Odgórne i skoordynowane wyhamowanie rozwoju farm wiatrowych w Polsce może spowodować reperkusje ze strony Unii Europejskiej. Pamiętajmy, że Polska jest zobowiązana do stałego zwiększania udziału energii elektrycznej pochodzącej z Odnawialnych Źródeł Energii tak, aby w 2020 roku osiągnąć wymagany poziom 19 proc.. Na chwilę obecną udział ten wynosi około 14 proc., co nie wróży skutecznego osiągnięcia minimalnego oczekiwanego pułapu. Taka sytuacja pociągnie za sobą finansowe konsekwencje dla naszego kraju, od wysokich kar finansowych począwszy, a na przymusowym odkupie zielonej energii wytworzonej przez kraje ościenne kończąc.

Rządząca obecnie większość parlamentarna przywoływała liczne argumenty na poparcie dokonanych przez siebie zmian. Przywołano raport Najwyższej Izby Kontroli, która w ostatnim czasie  negatywnie oceniła proces powstawania lądowych farm wiatrowych. NIK wypunktowywał liczne nieprawidłowości w tym sektorze oraz powszechne ignorowanie sprzeciwów lokalnych społeczności, którym nie odpowiadało zbyt bliskie sąsiedztwo potężnych konstrukcji, stawianych tuż przy ich domostwach. Ludzie obawiają się takiego sąsiedztwa, m.in. ze względu na hałas emitowany przez pracujące turbiny, w tym tzw. infradźwięki. Następnie przywołuje się „efekt migotania cieni”, powodowany przez obracające się łopaty wirnika turbiny. Jest to jednak zjawisko ledwo zauważalne, występujące w krótkich okresach dnia, gdy słońce jest usytułowane na niebie na tyle nisko, że świeci dokładnie zza turbiny. Stopień szkodliwości powyższych zjawisk dla zdrowia i życia człowieka jest więc tematem sporów naukowców. Na koniec, jak na ironię, trzeba dodać argument ekologów, którzy podkreślają zagrożenie jakie pracujące wiatraki stwarzają dla ptaków i nietoperzy. Końcowym argumentem jest „fatalny efekt wizualny”, o który oskarża się potężne konstrukcje wiatrowe. Minister Energii twierdzi zaś, że wiatraki są zbyt drogie, ich produkcja jest nieprzewidywalna i marginalna oraz wymagają utrzymywania w stałej gotowości elektrowni węglowych.

Podsumowując, trudno jednoznacznie orzec czy wyhamowywanie rozwoju Odnawialnych Źródeł Energii w Polsce na rzecz tradycyjnego modelu gospodarczego opartego na energii eklektycznej wytwarzanej z węgla jest krokiem w dobrym kierunku. Warto jednak zaznaczyćzaznaczyć, że w tym samym czasie światowym liderem w wytwarzaniu tzw. zielonej energii jest Chińska Republika Ludowa, na kolejnym miejscu plasuje się największa gospodarka świata – Stany Zjednoczone. W Europie zaś prym wiedzie najbardziej uprzemysłowiony  – co warto podkreślić –  kraj starego kontynentu, czyli Niemcy. Nie da się ukryć, że jesteśmy obecnie świadkami wielkiej transformacji energetycznej i to na wszystkich  kontynentach naszego globu. Jak na tym tle w niedługim czasie wypadnie Polska?

Paweł Koczorowski, ekspert Domu Maklerskiego Michael/Ström

Koniec letniej sielanki złotego

Poniedziałki zazwyczaj bywają spokojne, ale dziś przed nami cała seria wstępnych odczytów indeksów PMI. Wskaźniki te powinny potwierdzić siłę koniunktury w Eurolandzie, ale jednocześnie przybrać wartości minimalnie niższe niż poprzednio. Euro jest nadal bardzo silne i rynek szybko nie utraci wiary, że Rada Prezesów ECB porzuci optymistyczne spojrzenie na perspektywy inflacji. Z tego względu scenariuszem bazowym pozostaje zbliżenie się przez EUR/USD do szczytu z 2015 roku, który leży przy 1,1720. Siły euro warto szukać jednak przede wszystkim na takich crossach jak EUR/GBP, EUR/AUD, czy EUR/CAD. Wydarzeniem dnia jest spotkanie OPEC z niezrzeszonymi w kartelu krajami wydobywającymi ropę, które w listopadzie sygnowały porozumienie o redukcji produkcji surowca.

W całym tygodniu najciekawszym wydarzeniem będzie posiedzenie FOMC, gdyż w ostatnich tygodniach narosło wiele wątpliwości wokół determinacji Fed do podwyżek stóp procentowych i redukcji sumy bilansowej. Losy dolara mogą zależeć od niezłomności optymizmu władz monetarnych, ale też od pierwszych szacunków PKB USA za II kwartał, które poznamy w piątek. Biorąc pod uwagę, że rynek wycenia mniej niż 50 – proc. prawdopodobieństwo podwyżki w tym roku nie widzimy znacznego pola do pogłębienia słabości dolara. Szczególnie negatywnie postrzegamy perspektywy walut gospodarek wschodzących a w gronie G-10: funta oraz dolara kanadyjskiego i zwłaszcza dolara australijskiego. Skala aprecjacji tych walut nie koresponduje już z fundamentami a w dwóch ostatnich przypadkach istotnym czynnikiem może stać się koniunktura na rynkach towarowych.

Spodziewamy się, że dzisiejsze, petersburskie spotkanie państw OPEC i państw spoza kartelu, które sygnowały porozumienie o ograniczeniu wydobycia przyniesie rozczarowanie.

Nie sądzimy by rozwiązano na nim kwestię rosnącej produkcji w Libii i Nigerii, czyli w krajach, na które (ze względu na wydobycie poniżej historycznych norm) nie nałożono limitów. Jeszcze mniejsze są szanse na to, że – zgodnie z ostatnimi plotkami – Arabia Saudyjska zaproponuje jednostronne i dobrowolne zmniejszenie dostaw surowca. Sezonowy spadek zapasów w miesiącach letnich jest sprawą absolutnie typową. W tym świetle inwestorzy powinni znów swoją uwagę przerzucić na rosnącą aktywność wydobywczą w USA oraz ewidentnie słabsze przestrzeganie zobowiązań z końcówki ubiegłego roku. W takim scenariuszu dolara kanadyjski znajdzie w fazie korekty ostatniego umocnienia, które USD/CAD sprowadziło na długoterminowe maksima tuż powyżej 1,25.

Podobnie: nie uważamy, że ceny rudy żelaza czy miedzi będą kształtować się w tak korzystny dla dolara australijskiego sposób jak dotychczas. W przypadku metali przemysłowych na zniżki trzeba będzie dłużej poczekać, ale są one nieodzowne. Sądzimy, że chińska gospodarka, która zużywa ich więcej niż wszystkie państwa OECD łącznie, w drugiej połowie roku wytraci impet. Mając to na uwadze nie można zapominać, że miedź na wysokich poziomach w większym stopniu stabilizowana była przez zaburzenia dostaw niż siłę popytu. Bliźniaczo wygląda sytuacja rudy żelaza oraz aluminium. Gigantyczny przyrost produkcji w Chinach nie daje podstaw by wierzyć w możliwość przerodzenia się odbicia w długoterminowe trendy. Z tego względu nie liczymy, że kanał cen metali przemysłowych będzie w stanie wspierać dolara australijskiego, który będzie jedną z najwrażliwszych walut w momencie, gdy dolar amerykański zacznie odrabiać straty.

Złoty przed weekendem został mocno przeceniony ze względu na kryzys polityczny wokół reformy sądownictwa. Dziś można spodziewać się stabilizacji siły polskiej waluty, ale spodziewamy się, że maksima siły złotego już za nami i teraz przyjdzie czas na średnioterminowe osłabienie. Pozostajemy negatywnie nastawieni do wszystkich walut emerging markets. Warto odnotować, że europejskie indeksy znalazły się w końcówce tygodnia w głębokiej defensywie. W świetle przytoczonych już argumentów nie widzimy wsparcia w koniunkturze na rynkach towarowych.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Czy jest szansa na korektę złotego?

Wydarzenia polityczne w Polsce zostały zauważone przez inwestorów, a niepewność czy też niewiedza, co do treści merytorycznej uchwał powoduje, iż ryzyko związane ze złotym jest większe. Inwestorzy będą bardziej zważać uwagę nie tylko na dobre wyniki gospodarcze, lecz także na sentymenty polityczne, czy też reakcję świata finansów na poszczególne ustawy w Polsce. Złoty jest relatywnie mocny, pomimo lekkiej korekty końcem tygodnia.

Kurs złotego do euro EURPLN

Kurs złotego do euro EURPLNW bardzo ważnym punkcie jesteśmy na EURPLN. W piątek cena przetestowała nawet 4,27, po czym popyt wyhamował. Strefa pomiędzy 4,26-4,28 jest w tym momencie kluczowa, gdyż wielokrotnie na przestrzeni ostatniego roku była testowana. Najpierw była istotnym wsparcie, a następnie oporem, zgodnie z zasadą zmiany biegunów. Po jej ewentualnym wybiciu górą droga do 4,36 będzie otwarta, lecz nie powinno się to zdarzyć tak od razu, z marszu. W przypadku korekty wsparciem pozostają poziomy 4,25, a następnie 4,23.

Kurs złotego do dolara USDPLN

Kurs złotego do dolara USDPLNPomimo rekordowo słabego, w ostatnich latach dolara, w piątek po reteście 3,61 doszło do reakcji byków. Mocny ruch w górę, przy słabym sentymencie do dolara na szerokim rynku, pozwala myśleć, iż inwestorzy wzięli jednak pod uwagę to, co się dzieje na polskich ulicach. Jesteśmy już w połowie drogi do 3,70, gdzie mamy silny opór. Cena nie miała siły przetestować dolnego ograniczenia kanału trendowego, co jest kolejnym sygnałem na to, że siła sprzedających słabnie. Teoretycznie jest jednak szansa na kolejny test 3,63, by wyrysować coś w rodzaju formacji odwróconej głowy z ramionami. W krótkim terminie można jednak myśleć o zakupie dolara.

Czy jest szansa na korektę złotego? 18

Komentarz walutowy nie jest rekomendacją w rozumieniu Rozporządzenia MF z 19 października 2005 roku. Został sporządzony w celach informacyjnych i nie powinien stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Goldem Sp. z o.o., właściciel marki ergokantor.pl i autor komentarza nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszym komentarzu.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Złoty stabilny po politycznej wyprzedaży w piątek

Poranek przynosi stabilizację notowań złotego, po tym jak w piątek był on mocno wyprzedawany, co miało swe źródła w krajowej polityce. W najbliższych dniach polityka i nastroje na rynkach globalnych zdecydują o losach polskiej waluty.

O godzinie 08:39 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2670 zł, CHF/PLN 3,8680 zł, USD/PLN 3,6605 zł, a GBP/PLN 4,7590 zł. To poziomy zbliżone do tych z piątkowego zamknięcia, gdy euro, szwajcarski frank i funt w jeden dzień podrożały po 5,5-6 gr, a dolar o 3,5 gr. Była to reakcja na kontrowersje jakie wzbudza pozakonstytucyjna zmiana funkcjonowania Sądu Najwyższego i masowe protesty społeczeństwa tym spowodowane, a także płynące m.in. z Unii Europejskiej i USA głosy zaniepokojenia zmianami w sądownictwie.

Na wyłącznie krajowe źródła piątkowej wyprzedaży złotego wskazuje nie tylko fakt, że polityka była wówczas jednym impulsem do zmian, ale i to, że podczas gdy euro do złotego podrożało tego dnia o 1,3 proc., wyznaczając nowy 3-miesięczny szczyt, w relacji do węgierskiego forinta wspólna waluta podrożała zaledwie o 0,1 proc., do czeskiej korony nie zmieniała swej wartości, a w relacji do rumuńskiego leja straciła 0,1 proc.

Spór polityczny wokół Sądu Najwyższego przypomina podobny spór wokół Trybunału Konstytucyjnego. Tyle tylko, że obecnie siła jego oddziaływania, również z uwagi na głosy zaniepokojenia płynące od największych partnerów gospodarczych i politycznych Polski, jest dużo większa. Dlatego nie jest wykluczone, że jeżeli tylko prezydent Duda nie zawetuje 3. ustaw „sądowych”, to złoty może dalej tracić na wartości. Aczkolwiek trzeba jednocześnie pamiętać, że teraz kondycja rodzimej gospodarki jest dużo lepsza niż na jesieni, więc powrót polskich par do poziomów z końca roku jest mało prawdopodobny. Tak samo jak obniżka ratingu wywołana tylko i wyłącznie osłabieniem otoczenia instytucjonalnego.

Piątkowa wyprzedaż złotego zmieniła układ sił na wykresach EUR/PLN i CHF/PLN. W tym pierwszym przypadku euro nie tylko zawróciło z poziomu wsparcia na 4,20 zł, ale też wybiło się powyżej czerwcowych maksimów. Dynamika wybicia sprawia, że na gruncie analizy technicznej otwarta została droga w okolice 4,36 zł.

Drożeć też może szwajcarski frank, który w poprzednim tygodniu w sposób niebudzący wątpliwości obronił majowy dołek (3,7994 zł). To może zwiastować powrót do czerwcowych maksimów, czyli powyżej 3,92 zł.

Na wykresach dziennych USD/PLN i GBP/PLN sytuacja nie jest już tak jednoznaczna. Stąd też ostatnie mocne wzrosty, jakkolwiek stopują tendencje spadkową, to jeszcze nie oznaczają zmiany trendu na wzrostowy.

W poniedziałek, oprócz krajowej polityki, wpływ na notowania złotego niezmiennie będą miały nastroje na rynkach globalnych. Te zaś będą kształtowane z jednej strony przez publikowane dziś dane makroekonomiczne. Z drugiej, przez oczekiwania co do całego tygodnia.

Pomiędzy godziną 09:00 a 10:00 zostaną opublikowane wstępne odczyty lipcowych indeksów PMI obrazujących kondycję w sektorze przemysłowym i usługowym we Francji, Niemczech i całej strefie euro. Oczekuje się odczytów zbliżonych do tych z czerwca, a więc wciąż potwierdzających bardzo dobrą koniunkturę gospodarczą w Europie. To już jest w cenach, dlatego ewentualne lepsze dane przejdą bez echa. Lekkim zaskoczeniem byłyby natomiast odczyty wyraźnie poniżej konsensusu.

Po południu światło dzienne ujrzą analogiczne indeksy PMI dla USA, a także czerwcowy raport o sprzedaży tam domów na rynku wtórnym. Zważywszy, że od wielu tygodni dane z amerykańskiej gospodarki w większości negatywnie zaskakują, więc teraz każde pozytywne zaskoczenie byłoby impulsem wzmacniającym dolara.

Pewien (pośredni) wpływ na nastroje mogą też mieć doniesienia z Petersburga, gdzie państwa należące do OPEC spotkały się z Rosją, żeby omówić sytuację na rynku ropy.

Wspomniane wcześniej indeksy PMI to jedno z wydarzeń rozpoczynającego się tygodnia na rynkach finansowych. Jednak wcale nie najważniejsze. Uwaga inwestorów przede wszystkim skupi się na USA. W centrum uwagi znajdzie się środowe posiedzenie Fed, piątkowy raport o PKB, a także polityka.

Powszechnie się oczekuje, że Fed na najbliższym posiedzeniu nie zmieni polityki monetarnej. Jednocześnie się zakłada, że we wrześniu ogłosi on redukcję sumy bilansowej, a w grudniu trzeci raz w tym roku podniesie stopy procentowe w USA. Środowe posiedzenie posłuży więc do oceny, na ile te prognozy są realne.

Do oceny realności powyższych prognoz posłużą również publikowane w piątek wstępne szacunki amerykańskiego PKB za II kwartał br. Oczekuje się, że gospodarka przyspieszyła do 2,6 proc. z 1,4 proc. w pierwszych 3. miesiącach roku.

Dużą rolę będzie też odgrywała amerykańska polityka. W weekend przywódcy Republikanów i Demokratów poinformowali, że porozumieli się ws. zaostrzenia sankcji wobec Rosji w związku z jej ingerencją w ostatnie wybory prezydenckie w USA. Porozumienie to jest wbrew dotychczasowemu stanowisku prezydenta Donalda Trumpa, co dodatkowo osłabia jego pozycję. Trump znajdzie się w tym tygodniu jeszcze raz na cenzurowanym, gdy w środę syn prezydenta (a także były szef kampanii wyborczej Trumpa) będzie zeznawał przed senacką komisją w sprawie tzw. afery rosyjskiej.

W tym tygodniu ponadto warto jeszcze zwrócić uwagę na wstępne oszacowanie dynamiki PKB za II kwartał dla Wielkiej Brytanii, a także niemieckie dane nt. inflacji konsumenckiej i indeksu Ifo. Nie można też zapominać, że na Wall Street trwa sezon publikacji wyników kwartalnych, co pośrednio też może wpływać na nastroje na rynku walutowym.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Mitsubishi wchodzi na rynek z nowym modelem Eclipse Cross. W przyszłym roku chce sprzedać 2 tys. egzemplarzy sportowego SUV-a

Mitsubishi wchodzi na rynek z nowym modelem Eclipse Cross. W przyszłym roku chce sprzedać 2 tys. egzemplarzy sportowego SUV-a 19

Minęło sześć lat, od kiedy z linii produkcyjnej zjechał ostatni model legendarnego już modelu Eclipse. Mitsubishi odświeża legendę i wchodzi na rynek z zupełnie nowym, dynamicznym, komfortowym, bezpiecznym i zaawansowanym technologicznie modelem Mitsubishi Eclipse Cross. Ten sportowy SUV z nadwoziem coupé ma otworzyć nowy rozdział w historii marki, która obchodzi w tym roku stulecie produkcji samochodów. Na polskich ulicach auto pojawi się w grudniu tego roku. Cel sprzedażowy na przyszły rok to dwa tysiące egzemplarzy.

– Branża motoryzacyjna stawia dziś na crossovery i SUV-y. To kierunek, w którym Mitsubishi jest pionierem, gdyż konstruuje napędy na cztery koła od 80 lat. Ale nie zapominamy też o kierowcach, którzy lubią sportowy styl jazdy i z niego czerpią przyjemność. Mitsubishi Eclipse Cross jest połączeniem tych dwóch rzeczy – mówi agencji Newseria Biznes Yasuyuki Oyama, prezes MMC Car Poland.

Japoński koncern zaprezentował w tym tygodniu nowy model SUV-a. Mitsubishi Eclipse Cross, który w czwartek miał swoją przedpremierę na Torze Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu, ma otworzyć nowy rozdział w historii motoryzacyjnej marki, świętującej w tym roku stulecie produkcji samochodów.

Mitsubishi Eclipse było sportowym coupé, modelem dobrze znanym i lubianym, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, gdzie zyskało już status kultowego. Cross to skrót od crossover. Nowy model ma więc połączyć najlepsze cechy z obu tych typów samochodów. Eclipse Cross ma być dopełnieniem dwóch SUV-ów marki: ASX oraz Outlandera.

 Mitsubishi Eclipse Cross to dynamiczny design i wyraziste linie. W środku naszpikowany jest innowacyjnymi technologiami, nawiązującymi do tradycji produkcji aut sportowych, z napędem na cztery koła, którą rozwijaliśmy wraz z ewolucją modeli Lancer i Pajero. Ten samochód ma z jednej strony ostry i sportowy charakter, a z drugiej jest bardzo przestronny. Przypomina coupé, ale w środku jest przestrzeń, którą może się cieszyć nie tylko kierowca, lecz także pasażerowie. Chcemy podkreślić, że ten samochód pochodzi z Japonii i widać w nim połączenie japońskiej tradycji, kreatywności oraz niezawodności technologicznej – mówi Yasuyuki Oyama.

Eclipse Cross ma się pojawić na polskich ulicach w grudniu tego roku. Marka ma ambitne plany sprzedażowe związane z nowym modelem.

 W 2018 roku planujemy sprzedać 2–3 tysiące egzemplarzy tego modelu. Jestem przekonany, że Eclipse Cross zostanie doceniony przez naszych klientów. Crossovery stają się coraz popularniejsze, to ogólnoświatowa tendencja. My byliśmy prekursorem tego trendu. Produkowaliśmy SUV-y jeszcze zanim stały się modne. Jestem więcej, niż przekonany, że osiągniemy dobre wyniki – mówi Yasuyuki Oyama.

Nowy SUV Mitsubishi wyróżnia się mocnym i niebanalnym designem. Ma dynamiczną, sportową sylwetkę, a przód auta nadaje mu wyrazisty charakter. Wnętrze jest przestronne, dobrze wyciszone i rozplanowane funkcjonalnie, z myślą o osobach, które żyją aktywnie. Nowością jest przezierny wyświetlacz HUD (head-up display), który prezentuje w polu widzenia kierowcy wszystkie najważniejsze informacje dotyczące m.in. obrotów czy prędkości jazdy. To technologiczna nowinka po raz pierwszy zastosowana w modelu Mitsubishi.

– Mitsubishi Eclipse Cross z pewnością przyciągnie klientów nowoczesnym, pięknym designem, budzącym skojarzenia ze sportowcem w blokach startowych. Na pewno będzie to też jakość, o której świadczą detale wnętrza – zupełnie nowe fotele, rozplanowanie wnętrza, łatwa i intuicyjna obsługa. Cechą wyróżniającą ten samochód będą również bardzo dobre osiągi, innowacyjne rozwiązania, przyjazne technologie służące obsłudze i sterowaniu samochodem oraz kwestie bezpieczeństwa – wylicza Kinga Lisowska, PR Manager w MMC Car Poland.

Do napędzania auta zastosowano dwa silniki – benzynowy 1,5 litra i zmodernizowany silnik wysokoprężny (oba turboładowalne i z bezpośrednim wtryskiem paliwa). Silnik benzynowy będzie połączony z 6-stopniową skrzynią biegów lub przekładnią CVT o 8 przełożeniach wirtualnych dla trybu jazdy sport. Wersja turbodiesel o pojemności 2,2 l będzie połączona z 8-stopniową, automatyczną skrzynią biegów. Specjalista ds. technicznych Mitsubishi Motors Polska Miłosz Majewski podkreśla, że pod maską znalazła się nowa benzynowa jednostka napędowa, która została opracowana specjalnie na potrzeby nowego modelu Mitsubishi Eclipse Cross.

W Eclipse Cross wykorzystano także najnowszą generację słynnego, znanego z Lancera Evolution, systemu kontroli napędu 4 kół Super-All Wheel Control (S-AWC). To mechaniczno-elektroniczny układ przeniesienia napędu i stabilizacji toru jazdy, który ma między innymi zapewniać lepszą stabilność przy zmianie pasa ruchu albo jeździe po śliskiej nawierzchni.

– Napęd ten nie tylko zapewnia optymalną trakcję na wszystkie cztery koła, lecz także wyprzedza działanie kierowcy, dzięki czemu jazda tym samochodem jest jeszcze przyjemniejsza i bezpieczniejsza. Poza tym w samochodzie został zastosowany szereg rozwiązań umilających komfort podróżowania, takich jak gładzik dotykowy, dzięki któremu można sterować funkcjami radia w sposób zbliżony do rozwiązań, które znamy z laptopów – mówi Miłosz Majewski.

W Mitsubishi Eclipse Cross kierowca ma możliwość wyświetlenia zawartości smartfonów (zarówno Apple, jak i urządzeń opartych na systemie Android) na 7-calowym wyświetlaczu umiejscowionym w centralnym miejscu deski rozdzielczej. Dzięki temu może korzystać w samochodzie ze wszystkich ulubionych aplikacji, które ma na swoim smartfonie.

– To trend, bez którego nie może już obyć się żaden nowy samochód – dodaje Miłosz Majewski.

Polskie szpitale onkologiczne coraz bardziej przyjazne pacjentom. Zamiast długiej hospitalizacji krótkie wizyty i nowoczesne formy terapii

Polskie szpitale onkologiczne coraz bardziej przyjazne pacjentom. Zamiast długiej hospitalizacji krótkie wizyty i nowoczesne formy terapii 20

Możliwość umawiania terapii na konkretną godzinę oraz oferowanie leczenia podskórnego zamiast dożylnego pozwala chorym prowadzić normalne życie, także zawodowe. Dlatego coraz więcej szpitali wprowadza takie udogodnienia. Organizatorzy kampanii „Choroba? Pracuję z nią!” wyróżnili 19 szpitali w całej Polsce, które pomagają pacjentom godzić leczenie z pracą zawodową. Jako pierwszy godło „Szpitala przyjaznego” otrzymał warszawski szpital przy ul. Banacha.

W ciągu ostatnich trzydziestu lat zachorowalność na nowotwory zwiększyła się w Polsce ponaddwukrotnie. Z danych GUS i Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że rocznie na choroby onkologiczne zapada ponad 150 tys. Polaków. Chorują osoby coraz młodsze, aktywne zawodowo, dla których rezygnacja z normalnego życia, w tym pracy zarobkowej, łączy się z utratą poczucia własnej wartości, problemami z motywacją oraz kłopotami finansowymi.

 Należy zapewniać taką drogę podawania leków, aby chorzy jak najkrócej przebywali u nas na oddziale, aby przychodzili w określonych dniach na podanie chemioterapii, jeśli tego wymagają. Ma to ogromne znaczenie – część z pacjentów żyje w miarę normalnie, pracują, uczą się, studiują, zajmują się wnukami. Chodzi o to, aby czuli się jak najbardziej dowartościowani. Często takie uzależnienie od innych bardzo źle na nich wpływa, a przebywanie w szpitalu na pewno pogarsza jakość życia – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Jadwiga Dwilewicz-Trojaczek z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Choroba onkologiczna nie musi oznaczać rezygnacji z normalnego życia, w tym zawodowego. Nowotwory cechują się różnorodnym przebiegiem, nie zawsze powodują znaczne, uniemożliwiające pracę zarobkową, wycieńczenie organizmu. Nowoczesne formy terapii pozwalają ponadto ograniczyć czas spędzany w szpitalu do minimum przy zachowaniu tego samego poziomu skuteczności i bezpieczeństwa co tradycyjne formy leczenia. Do innowacyjnych terapii należy m.in. podskórne wprowadzanie leku, które w przeciwieństwie do leczenia dożylnego, nie wymaga hospitalizacji i trwa zaledwie kilkanaście minut. Takie rozwiązania udostępniane są kolejnym grupom pacjentów, m.in. z rakiem piersi czy niektórymi rodzajami chłoniaków. Z leków w formie podskórnej mogą korzystać także pacjenci z RZS, choć nie wszyscy, ponieważ nie wszystkie opcje lecznicze są refundowane.

– Jest to szybkie podanie leku, pacjent nie musi być długo hospitalizowany, może zostać obsłużony szybko i na przykład wrócić do pracy i normalnie funkcjonować – mówi Bartosz Poliński, prezes zarządu Fundacji Onkologicznej Osób Młodych „Alivia”.

Fundacja Alivia wraz z organizatorami kampanii „Choroba? Pracuję z nią!” postanowili przyznawać specjalne wyróżnienie szpitalom, które szanują czas pacjenta. Do otrzymania godła „Szpitala przyjaznego” niezbędne jest spełnienie dwóch warunków: placówka musi mieć salę do podskórnej iniekcji leków oraz zapewniać pacjentom możliwość umówienia się na terapię na konkretną godzinę. Jako pierwszy wyróżnienie otrzymał warszawski Samodzielny Publiczny Centralny Szpital Kliniczny przy ul. Banacha, w którym w ramach Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych leczeni są m.in. pacjenci z nowotworami krwi.

To olbrzymia satysfakcja dla szpitala, a w szczególności dla naszej kliniki, która została wyróżniona. Dobrze wpływa to na samopoczucie personelu, który zajmuje się chorymi. To też jest ważne, aby lekarz, pielęgniarka czy salowy byli usatysfakcjonowani – mówi prof. Jadwiga Dwilewicz-Trojaczek.

Przy Klinice Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych działa sześć poradni hematologicznych oraz jedna onkologiczna. Jej pracownicy działają w taki sposób, by jak największą liczbę pacjentów poddawać leczeniu ambulatoryjnemu, a nie hospitalizacji. Chorzy mają możliwość umówienia się na terapię na konkretną godzinę, a zamiast trwających wiele godzin wlewów poddawani są trwającemu kilkanaście minut leczeniu podskórnemu. W większości placówek onkologicznych każda wizyta pacjenta trwa nawet kilka godzin, jest to bowiem bardziej opłacalne kosztowo dla placówki medycznej.

„Alivia” stworzyła stronę internetową, tzw. onkomapę, na której znajduje się wykaz szpitali, które pracownicy fundacji uznali za sprzyjające pacjentom. Obecnie takich placówek jest w całej Polsce 19. W najbliższym czasie godło „Szpitala przyjaznego” otrzyma Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie przy ul. Roentgena w Warszawie. Zdaniem prezesa fundacji Alivia polskie szpitale coraz bardziej zmieniają podejście do pacjenta, wychodząc z założenia, że pozytywnie zmotywowany, traktowany po partnersku chory jest bardziej zdyscyplinowanym i lepszym pacjentem.

 Oceny nie są aż tak złe w porównaniu z obiegowym myśleniem na ten temat. Wielu pacjentów jest bardzo wdzięcznych za to, w jaki sposób zostali potraktowani w szpitalu, ale nie oznacza to, że nie ma pola do poprawy. Są ośrodki i lekarze oceniani bardzo dobrze, są też ośrodki, które nieco odstają – mówi Bartosz Poliński.

Kampania „Choroba? Pracuję z nią!” została zainicjowana w 2016 roku. Jej organizatorami są Pracodawcy RP, wiodąca organizacja zrzeszająca ponad 12 tysięcy firm w Polsce oraz siedem aktywnie działających organizacji pacjentów: Ogólnopolskie Stowarzyszenie Młodych z Zapalnymi Chorobami Tkanki Łącznej „3majmy się razem”, Federacja Stowarzyszeń Amazonki, Polskie Amazonki Ruch Społeczny, Fundacja Onkologiczna Osób Młodych Alivia, Fundacja Rak’n’Roll – Wygraj Życie!, Fundacja OnkoCafe – Razem Lepiej, Stowarzyszenie Przyjaciół Chorych na Chłoniaki „Przebiśnieg”. Celem kampanii jest wspólne działanie na rzecz tworzenia dogodnych warunków pracy dla chorujących przewlekle pracowników. Więcej informacji na www.pracujeznia.pl.

M. Grzesiak: Doradztwo przenosi się do sieci. Internetowi eksperci mają ogromny wpływ na decyzje odbiorców niezależnie od rzeczywistych kompetencji

M. Grzesiak: Doradztwo przenosi się do sieci. Internetowi eksperci mają ogromny wpływ na decyzje odbiorców niezależnie od rzeczywistych kompetencji 21

Rośnie popularność internetowych ekspertów. Działają oni przede wszystkim w mediach społecznościowych, a określani jako specjaliści mają duży wpływ na wybory internautów. Działalność cyfrowych ekspertów nie zawsze idzie w parze z kwalifikacjami i doświadczeniem. Jak zaznacza dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu, często o popularności decyduje tytuł marketingowy, nie merytoryczny, więc słuchając ekspertów, należy kierować się własną intuicją i rozsądkiem.  

– Internetowy ekspert to marka osobista, która funkcjonuje przede wszystkim w nowych mediach, czyli mediach społecznościowych. Ma on reputację specjalisty w określonej dziedzinie. Wywiera wpływ przez pryzmat zasięgu oraz nadanego mu przez grupę odbiorców autorytetu. Jest to tzw. key opinion leader – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu.

Z mediów społecznościowych aktywnie korzysta blisko 40 proc. Polaków – wynika z tegorocznego raportu agencji We Are Social. Statystycznie każdy użytkownik spędza w nich 1 godz. 45 min. dziennie, czyli nieco mniej niż wynosi globalna średnia (2 godz. 19 min.). Zdecydowana większość, bo aż 70 proc. osób mających konta na Facebooku, aktywnie korzysta z ich każdego dnia.

Internet i social media są dla Polaków nie tylko kanałem komunikacji i jednym z głównych źródeł informacji, lecz także miejscem, z którego czerpią inspiracje i w którym szukają opinii. Media społecznościowe to raj dla internetowych autorytetów. Jak jednak podkreśla dr Mateusz Grzesiak, cyfrowy ekspert znacznie różni się od tego z rzeczywistego świata.

– Cyfrowy ekspert nie musi pokonywać barier wejścia, które są wymagane dla eksperta rzeczywistego, nie musi mieć formalnego wykształcenia w dziedzinie, w której się wypowiada, nie musi mieć udokumentowanych lat doświadczeń, a tytuły merytoryczne zamienia tytułami marketingowymi, np. najbardziej znany sportowiec w Polsce. Może być samozwańcem i samodzielnie nadawać sobie określone tytuły. Jego moc polega na dużej sile rażenia zasięgu i grupie docelowej. Źródłem wiedzy są jego poglądy i osobiste doświadczenia, a nie paradygmat doświadczeń rynkowych oraz badań naukowych – wskazuje psycholog biznesu.

Liderami opinii zostają nie tyko osoby o dużej wiedzy w danej dziedzinie, lecz także często te rozpoznawalne, kojarzone z inną dziedziną, ale cieszące się sympatią czy szacunkiem internautów. Jak przekonuje Grzesiak, rzeczywistego eksperta od tego brylującego w mediach społecznościowych można stosunkowo łatwo odróżnić. Przede wszystkim należy wziąć pod uwagę wykształcenie, doświadczenie oraz to, czy jest ono związane z obszarem, jakim dana osoba się zajmuje.

– Drugą kwestią są wyniki, referencje i to, czy działa przez pryzmat pewnej powtarzalności, czy też wypowiada się jedynie jednorazowo. Należy wziąć pod uwagę sensowność i merytorykę jego wypowiedzi w mediach tradycyjnych oraz społecznościowych i zwrócić uwagę, czy istnieje spójność na linii tego, co robi, i tego, co mówi – przekonuje Grzesiak.

Opinie cyfrowych autorytetów mogą w znaczącym stopniu kształtować opinię publiczną i wpływać na wybory konsumentów. Z tego powodu takie osoby są również często wykorzystywane przez firmy jako wsparcie w zarządzaniu komunikacją. Nie należy jednak przyjmować ich opinii bezkrytycznie.

– Aby podjąć odpowiedzialnie decyzje, należy po pierwsze skorzystać z kilku różnych, niezależnych od siebie źródeł, po drugie kierować się intuicją oraz własnymi doświadczeniami, a także wziąć pod uwagę to, czy to, co ktoś nam doradza, jest poparte jego wykształceniem, edukacją, doświadczeniem oraz określonego rodzaju reputacją rynkową. Wówczas zwiększamy szansę na to, że podejmiemy odpowiednią decyzję – podkreśla dr Mateusz Grzesiak.

Codziennie podejmowane są próby wyłudzenia nawet 1 mln zł. Najczęściej przy użyciu skradzionych dokumentów

Codziennie podejmowane są próby wyłudzenia nawet 1 mln zł. Najczęściej przy użyciu skradzionych dokumentów 22

Od stycznia do marca 2017 roku każdego dnia próbowano wyłudzać blisko 1 mln zł, głównie przy pomocy skradzionych dowodów osobistych – wynika z danych Związku Banków Polskich. Dzięki bazie zastrzeżonych dokumentów instytucjom finansowym łatwiej takie próby udaremnić, ale są też inne sposoby, np. Biuro Informacji Kredytowej. Z problemem wyłudzeń spotykają się także firmy pożyczkowe, choć jego skala nie jest znacząca.

Problem wyłudzeń, jakie obserwujemy, z wykorzystaniem skradzionych dokumentów jest stosunkowo niewielki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ovais Siddiqui, prezes zarządu firmy pożyczkowej Aasa Polska. – W skali całego kraju sprawa wygląda poważniej, zwłaszcza w ujęciu liczbowym, bo codziennie próbuje się wyłudzić ok. miliona złotych. Jednak stanowi to niewielki odsetek udzielonych kredytów. Zdarzają się przypadki próby kradzieży tożsamości, ale to nie więcej niż 3–4 proc. Korzystamy z wielu różnych narzędzi służących do weryfikacji klienta przy udzielaniu pożyczek.

Z danych ZBP wynika, że w I kwartale 2017 próbowano dokonać wyłudzeń na ok. 1 mln zł dziennie. To dało w sumie przeszło 90 mln zł, a samych prób było niemal 1750. Od 2008 r., kiedy to rozpoczęte zostały dokładne badania w tym zakresie, udaremniono już 69,5 tys. prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę 3,7 mld zł.

Przypadki wyłudzeń w internecie są nieco łatwiejsze niż w realnym świecie, ponieważ nie dochodzi do kontaktu bezpośredniego. W sieci przestępcy starają się wykorzystać skradzione tożsamości, z nazwiskiem i pasującym do niego numerem PESEL, by uzyskać pożyczkę. Warto więc mocno pilnować swoich danych osobowych, a na przykład przy utracie dowodu osobistego, natychmiast to zgłosić.

Wykorzystujemy różne bazy danych, takie jak BIK, które pozwalają nam sprawdzić, czy ktoś nie posługuje się skradzioną tożsamością. Także osoby prywatne mogą korzystać z takiej bazy, żeby dowiedzieć się, czy ktoś analizuje ich historię kredytową – mówi Siddiqui. – Więc jeżeli nie ubiegasz się o pożyczkę, a BIK poinformuje cię, że ktoś sprawdza twoje dane online, powinieneś być czujny. Jest szereg rzeczy, które my możemy zrobić i które osoby prywatne mogą zrobić, by chronić się przed kradzieżą tożsamości.

W sierpniu ubiegłego roku Polską wstrząsnęła informacja o rzekomym wycieku danych 1,4 mln Polaków z bazy PESEL – chodziło o nienaturalnie zwiększoną liczbę zapytań ze strony kancelarii komorniczych. Spowodowało to zainteresowanie konsumentów ochroną swoich danych osobowych. BIK zaoferował nawet roczny darmowy monitoring z wysyłaniem alertów z informacją, czy odnotowano zapytania o kredyt na nazwisko danej osoby.

Jest kilka metodologii, z których korzystamy. BIK, o którym już wspominałem, ale są również inne biura informacji kredytowej, które pomagają dopasować nazwisko do numeru PESEL, historię kredytową i adresy. Inny bardzo ważny system, którego używamy, nazywa się Blue Media – mówi szef Aasa Polska, firmy działającej od pięciu lat, która udzieliła już pożyczek 200 tys. osób. – Pozwala nam on dopasować PESEL danej osoby do jej konta bankowego. System polega na tym, że złotówka jest wysyłana z konta osoby, która ubiega się o finansowanie, a następnie zwraca. Dzięki temu transferowi widzimy dane z banku: nazwisko, szczegóły konta, adres i numer PESEL.

Inne firmy weryfikujące dane poza BIK to np. Deltavista, BIG czy ERIF. Aasa stara się także korzystać z analizy big data jako zaawansowanej metody oceny ryzyka oszustwa. Polega ona na sprawdzeniu, jak wyglądała dotychczasowa historia kredytowa danej osoby.

– Sprawdzamy połączenia z adresami, związki z innymi osobami, numery PESEL, nawet konto bankowe. Jeżeli przy okazji wyjdzie jakieś oszustwo z przeszłości, ryzyko związane z takim wnioskiem rośnie – tłumaczy Ovais Siddiqui. – Rozpatrujemy nawet do 4000 wniosków dziennie, ale jesteśmy w stanie wyeliminować te, które mogą sprawiać kłopoty, więc ryzyko wyłudzeń jest u nas w istocie bardzo niskie.