GK ACTION S.A. po I kwartale 2016

Grupa Kapitałowa ACTION S.A. zamknęła I kwartał 2016 roku zgodnie z oczekiwaniami zarządu spółki. Działając na nasyconym, w pełni dojrzałym rynku dystrybucji IT, GK ACTION osiągnęła w omawianym okresie 1 089 529 tys. zł przychodów ze sprzedaży oraz 382 tys. zł zysku netto. Rentowność marży brutto wyniosła 6,18%, co oznacza wzrost o 1,2 p.p. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku.

Wyniki finansowe w rynkowym trendzie

Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.
Piotr Bieliński, współzałożyciel i Prezes Zarządu ACTION S.A.

– Wyniki za pierwsze trzy miesiące 2016 r. są już historią – etapem, który trzeba było przejść, by wzbogacić się o nowe doświadczenia na kolejne kwartały. Dla nas był to czas na zoptymalizowanie kluczowych działań i procesów biznesowych w Grupie, a także na wykonanie przeglądu posiadanych w portfolio projektów w celu usprawnienia ich funkcjonowania. Wszystko po to, aby w tym przełomowym dla rynku momencie być jak najlepiej przygotowanym do nowych wyzwań, które stoją przed nami.komentuje Piotr Bieliński, Prezes Zarządu ACTION S.A.

Wyniki Grupy Kapitałowej ACTION S.A. są odzwierciedleniem trendu, który obecnie dotyka całą branżę IT w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych, a nawet w Azji.

– Nasza organizacja nie żyje w próżni. Tak jak pozostałe firmy w branży, musimy się dostosować do sytuacji panującej na światowych rynkach IT. I kiedy najwięksi gracze publikują wyniki poniżej oczekiwań rynkowych, to dla wielu firm z naszego regionu jest to sygnał ostrzegawczy do nadchodzących zmian, bo kosmetyczne poprawki na dłuższą metę nie wystarczą, aby budować trwały zysk. I właśnie tak do tego podchodzimy, by powiększać wartość Grupy Kapitałowej ACTION, poprzez szukanie synergii działań w konsolidacji obszarów sprzedażowych i kosztowych oraz poprzez inwestycje w całkowicie nowe projekty.stwierdza Sławomir Harazin, Prezes Zarządu Action Europe Gmbh i Wiceprezes Zarządu ACTION S.A.

Grupa Kapitałowa ACTION S.A. w branży medycznej i spożywczej
Oprócz prowadzenia działań mających na celu utrzymanie skali i rentowności w branży dystrybucji IT, Grupa rozwija nowe projekty. Jednym z nich jest spółka ActionMed, która w pierwszym kwartale 2016 r. zrealizowała kontrakt na RTG o wartości ponad 2 mln zł i rozszerzyła sprzedaż sprzętu USG do klinik weterynaryjnych. Równolegle został uruchomiony projekt Active&Food – eksport polskiej żywności do Chin. Chiny to jeden z największych na świecie rynków zbytu, na którym znaczna część społeczeństwa zaczyna dostrzegać benefity kultury Zachodu, w tym trend na żywność ekologiczną.

– Po przedstawieniu załogi, planów i pierwszych sukcesów ActionMed, przyszedł czas na zaprezentowanie naszego nowego biznesu. To projekt Active&Food, którego szefowie mają za zadanie rozwijać eksport najbardziej pożądanych produktów spożywczych do Chin.informuje Piotr Bieliński, Prezes Zarządu ACTION S.A.

Chiny straszą, ale Ameryka rządzi

Ten tydzień nie będzie miał takiego finału, jak ubiegły, ale może nie być tak nudny, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Ostatni piątek przyniósł dobre dane z USA, a noc z piątku na sobotę – ocenę Moody’s dla Polski. Ameryka miała oczywiście znaczenie globalne i otworzyła znowu pole do dyskusji nad polityką Fed. Moody’s był przede wszystkim ważny dla naszej gospodarki, co zostało docenione przez złotego, który urósł i nabrał wiatru w żagle. Agencja ratingowa nie potraktowała nas surowo, z czego można się tylko cieszyć.

Część Europy dzisiaj pauzuje z powodu Zielonych Świątków, więc ruch na rynkach jest mniejszy niż zwykle. Po południu trochę życia mogą tchnąć dane z USA. Ameryka w tym tygodniu i tak – po piątkowych danych o sprzedaży detalicznej – będzie skupiała uwagę inwestorów, którzy starają się odgadnąć, co zdobi Rezerwa Federalna. Dzisiejszy indeks z amerykańskiego rynku nieruchomości NAHB (National Association of Home Builders) nie należy wprawdzie do kluczowych, ale na bezrybiu i rak ryba. Juto będzie znacznie ciekawiej. Na razie w roli straszaka występują Chiny (produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna i inwestycje w środki trwałe wypadły słabiej od prognoz), ale do głównej roli hamulcowego jeszcze im daleko. 

Szefowa Rezerwy Federalnej, Janet Yellen, w tym tygodniu nie będzie zabierała głosu, a to ona jest jednak spiritus movens amerykańskiego banku centralnego. Jak wiadomo, Yellen zachowuje daleko idącą ostrożność, więc dane z gospodarki – amerykańskiej i globalnej – muszą być naprawdę mocne, by skłonić Fed do zmian w polityce monetarnej. W środę zostaną opublikowane minutes z kwietniowego posiedzenia FOMC, więc wiedza inwestorów na temat układu sił w Rezerwie Federalnej, i argumentów używanych przez jej członków, powinna być większa.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

81 proc. przedsiębiorców przyznaje, że podczas procesu rekrutacyjnego spotkało się z próbą oszustwa

Większość z nas kłamie w swoim CV – aż 81 proc. przedsiębiorców przyznaje, że podczas procesu rekrutacyjnego spotkało się z próbą oszustwa. Kandydaci najczęściej, bo aż w 85 proc. przypadków naciągają informacje na temat posiadanych umiejętności dodatkowych. Najmniej prawdomówną grupą według ankietowanych są handlowcy – tak stwierdziło ponad 60 proc. pracodawców. Czy można więc wierzyć w to, co piszą w swoich dokumentach aplikacyjnych osoby poszukujące zatrudnienia, co najczęściej próbują ukryć i jak nie dać się nabrać?

Kłam jak z… CV

Bardzo dobra znajomość języków obcych, świetna obsługa programów komputerowych, prawo jazdy, przebyte dodatkowe kursy – to kwestie, o których kłamiemy w CV najczęściej – zgodnie z raportem „Kłamstwa w CV na polskim rynku pracy” (IBBC Group, 2015 r.) robi to aż 85 proc. z nas. Wynika z niego również, że ponad 58 proc. osób poszukujących pracy zmyśla też w związku z czasookresem zatrudnienia w poprzednich firmach, prawie 54 proc. podkolorowuje dane dotyczące zakresu pełnionych tam obowiązków, a niemal jedna trzecia z nas (28,9 proc.) kłamie na temat zajmowanych wcześniej stanowisk. I chociaż kreatywność jest cenioną cechą w wielu branżach, to sami pracodawcy zauważają, że kwestia naciągania prawdy wśród kandydatów poszukujących zatrudnienia to dziś plaga. – Tylko 19 proc. przedsiębiorców deklaruje, że nigdy nie spotkało się z jakąś próbą oszukania ich podczas procesu rekrutacyjnego. Sami potencjalni pracownicy nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że informacje, które umieszczają w dokumentach, można bardzo łatwo sprawdzić – mówi specjalistka HR, Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People.– Kłamstwo w CV w większości przypadków da się wyłapać już podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo jeśli selekcję kandydatów przeprowadza profesjonalny HR-owiec, to wystarczy mu kilka sprytnie zadanych pytań, aby przekonać się, czy dana osoba napisała prawdę – dodaje

Handlowcy z fantazją

Z badań wynika, że najłatwiej fantazjowanie na temat swoich osiągnięć i dotychczasowego przebiegu kariery przychodzi handlowcom – twierdzi tak aż 66,3 proc. ankietowanych. Kolejne niechlubne miejsca w tym rankingu zajmują osoby aplikujące do działów produkcyjnych (31,4 proc.), administracyjnych (29,7 proc.) i finansowych (18,1 proc.). Pierwszą piątkę zamyka kadra menadżerska (14,5 proc.). Stosunkowo często kłamią też chętni na wakat w działach personalnych oraz marketingu (w obu przypadkach to około 11,5 proc. z nich).

Rodzajów i sposobów „naginania” rzeczywistości jest wiele. Niektórzy kandydaci jedynie koloryzują i upiększają fragmenty oraz drobne szczegóły, inni praktycznie tworzą całe fikcyjne życiorysy. Wiele osób w swoich dokumentach nie kłamie wprost, a jedynie ukrywa lub pomija pewne fakty uważając to za mniejsze zło. – Stosują oni wtedy pewne triki i zabiegi, którymi może i jednoznacznie nie oszukują, ale też nie do końca prezentują prawdziwy obraz sytuacji. Najczęściej na przykład nie wpisują konkretnych dat zatrudnienia w danej firmie i podają w tej kwestii jedynie ogólnikowe czy nawet roczne czasookresy. Na pierwszy rzut oka wydłuża to czas pracy kandydata u poprzedniego pracodawcy, jednak wprawnemu rekruterowi daje sygnał, że warto dopytać i doprecyzować ten fakt – mówi Agnieszka Szczypińska z Agencji Pracy GP People. – Inny popularny chwyt to wpisywanie w rubryce dotyczącej edukacji wszystkich rozpoczętych uczelni, szkoleń i kursów, bez określania tego, czy zostały one zrealizowane i zakończone pozytywną oceną, uzyskaniem oficjalnego tytułu czy certyfikatu. Często też kandydaci przypisują sobie różnego rodzaju zasługi czy projekty z poprzedniej pracy, w realizacji których wcale nie uczestniczyli – dodaje.

Rzeczywistość kontra aplikacja

Nawet drobne kłamstewko w życiorysie pracownika może oznaczać dla firmy poważne konsekwencje, w tym także te finansowe. Ankietowanym przedsiębiorcom trudno było jednak określić, na jakie konkretnie straty może narazić firmę osoba, która wprowadziła ich w błąd swoim CV. Prawie 60 proc. z nich nie umiało wycenić poniesionej w ten sposób szkody, ponad 25 proc. z nich oszacowało ją na mniej niż 50 tys. zł w skali roku, straty rzędu 50-100 tys. zł wskazało 10,7 proc. pytanych, a kwotę powyżej 100 tys. zł – jedynie 4,1 proc. z nich. – Niestety nadal większość przedsiębiorców samodzielnie przeprowadza wiele rozmów kwalifikacyjnych, często robiąc to bardzo powierzchownie i wierząc we wszystkie informacje przedstawione przez kandydata. Nie jest to dobre podejście, ponieważ chcąc zatrudnić profesjonalistę i być pewnym jego umiejętności, kwalifikacji oraz doświadczenia, podczas rekrutacji powinniśmy zawsze kierować się zasadą ograniczonego zaufania i przynajmniej wybiórczo sprawdzać, czy dane przedstawiane przez potencjalnego pracownika są zgodne z rzeczywistością – mówi Agnieszka Szczypińska.

Przeprowadzenie całego procesu rekrutacyjnego lub tylko zbadanie zawodowego background kandydata można zlecić firmie zewnętrznej i wyszkolonym rekruterom, którzy sprawnie „prześwietlą” naszego przyszłego pracownika i nierzadko dostarczą takich informacji, których nie zawarł on w dokumentach. Pracodawca może także, jeśli znajdzie na to czas, sam skonfrontować, czy kandydat nie mija się z prawdą. Najlepiej wtedy kolejno: zadzwonić do byłego pracodawcy, poprosić o referencje, poszukać w internecie informacji na temat danej osoby i przejrzeć jej profile w różnorakich mediach społecznościowych. Takie przeszpiegi to najlepszy sposób, aby sprawdzić, czy dostarczona do nas aplikacja pokrywa się z rzeczywistością i czy dany kandydat jest na tyle godny zaufania, aby włączyć go do zespołu i powierzyć mu firmowe tajemnice.

Polski rynek reklamy mobilnej szybko rośnie. Reklamy w aplikacjach generują wyższą sprzedaż niż na mobilnych stronach

Polski rynek reklamy mobilnej w 2015 roku wart był ponad 0,5 mld złotych i stanowił 16 proc. wszystkich wydatków reklamy online, notując wzrost na poziomie 259 proc. rok do roku. Rozwój „mobilnej potęgi” nie powinien nikogo dziwić – już blisko 60 proc. Polaków posiada smartfona, a aż trzech na czterech z nich korzysta z aplikacji mobilnych. Okazuje się, że to w aplikacjach reklamy generują wyższą sprzedaż niż na mobilnych stronach.

Infografika: Jak reklama w mobile to w aplikacjachJuż sześciu na dziesięciu Polaków posiada smartfony, z których korzystają średnio 2,5 godziny dziennie, spoglądając na ekran wyświetlacza ok. 240 razy.  I nic nie zapowiada, aby mobilna rewolucja miała się zatrzymać – do 2020 roku liczba smartfonów na świecie osiągnie 6,1 mld. Dlatego marketerzy przestają traktować kanał mobilny jako dodatek w stosunku do innych kanałów dotarcia do potencjalnego klienta i skupiają na nim coraz większą uwagę. Eksperci z Sociomantic Labs podkreślają, że chcąc prowadzić skuteczne działania w mobile, warto skoncentrować się na kampaniach w aplikacjach.

Reklamy w aplikacjach sprzedają więcej

Badania pokazują, że 76 proc. użytkowników smartfonów korzysta z aplikacji mobilnych. 24 proc. z nich stanowią aplikacje zakupowe. – Reklamy w aplikacjach dostarczają o 70 proc. wyższy współczynnik konwersji i 50 proc. większą sprzedaż w porównaniu do mobilnych stron internetowych – mówi Mariusz Pawełczyk, Commercial Director CEE w Sociomantic Labs. Taki wynik może być efektem kilku czynników. Po pierwsze, wielu marketerów ze względu na sposób użytkowania tego kanału uznaje środowisko reklamowe w aplikacjach za bardziej sprzyjające niż na stronach mobilnych czy na desktopie. Konsumenci korzystają z aplikacji w innych celach niż w przypadku przeglądania mobilnych stron internetowych – w pierwszych przypadku głównym powodem jest rozrywka, w drugim zaś poszukiwanie informacji. Ponadto w aplikacjach nie znajdziemy jeszcze tylu reklam co na stronach internetowych, dlatego tzw. „ślepota bannerowa” nie musi obniżać drastycznie wyników prowadzonych w aplikacjach kampanii reklamowych. Natomiast wysoka sprzedaż dzięki aplikacjom to w dużej mierze skutek znajomości przez kupujących środowiska danej aplikacji, zaufanie do określonej marki lub sklepu oraz wynik ułatwienia metod płatności. Eksperci z Sociomantic Labs podkreślają, że w prowadzeniu skutecznej kampanii reklamowej zwiększającej sprzedaż poprzez aplikację szczególnie pomocna jest integracja samej aplikacji z technologią  podmiotu, który prowadzi kampanie reklamowe danego sklepu. Dzięki takiemu rozwiązaniu marketerzy mogą zbierać, przetwarzać i wykorzystywać pochodzące z niej dane np. do pozyskania nowych użytkowników aplikacji lub emisji mocno spersonalizowanych reklam jej aktualnym użytkownikom.

Moc social mediów w mobile’u

Mobile jest social – wśród najchętniej wykorzystywanych aplikacji mobilnych prym wiodą te społecznościowe, takie jak Facebook czy Instagram. Według danych Bussiness Insider, aż 60 proc. czasu spędzanego w social media pochodzi z mobile. Kanały social media nie tylko stają się mobile first, ale wręcz mobile only. Jak podaje  Sproutsocial.com aż 581 milionów użytkowników Facebooka korzysta z niego tylko i wyłącznie za pośrednictwem z telefonu komórkowego. Mobilni użytkownicy korzystają z social media inaczej niż użytkownicy desktopów – częściej udostępniają treści i znacznie chętniej klikają w reklamy. Aż 78 proc. dochodu z reklam na Facebooku pochodzi właśnie z kanału mobilnego. W przypadku social mediów i mobile najchętniej stosuje się reklamę natywną – moduł reklamowy zaprojektowany w taki sposób, aby płynnie zintegrował się z portalem społecznościowym, idealnie „wtapiając” w otoczenie. Według danych LiveRail, reklamy natywne stanowią blisko 79 proc. reklam na Facebooku. Kampanie reklamowe przy jej wykorzystaniu docierają w mediach społecznościowych do 88 proc. użytkowników i są co najmniej dwa razy skuteczniejsze od kampanii prowadzonych poza kanałami social media.

Gry i marketing

Jak wynika z badania Payback Opinion Poll, 73 proc. wykorzystywanych aplikacji to gry. Marketerzy już od dawna wiedzą, że mogą być one dobrą przestrzenią do umieszczania przekazów reklamowych. Jak podaje eMarketer, w 2015 roku amerykańskie firmy wydały na reklamę w grach mobilnych 894 mln dolarów – dziesięciokrotnie więcej niż w 2010 roku. Stosując przekazy reklamowe w tego typu aplikacjach, najlepiej sięgać po te spersonalizowane, dostosowane do potrzeb i upodobań konsumenta, które trafią do niego we właściwym momencie. Użytkownik, który zobaczy przekaz w formie banneru lub przerywnika reklamowego w sprzyjających okolicznościach (ma więcej czasu, jest w odpowiednim nastroju, relaksuje się grając) i w odpowiednim kontekście (reklama będzie dotyczyć np. nowej konsoli do gier lub innego produktu powiązanego z rozrywką), z dużym prawdopodobieństwem chętniej kliknie w reklamę. Taki przekaz nie tylko może osiągnąć dwukrotnie lepsze efekty, ale jeszcze przekona użytkownika, że nie każda reklama musi być irytującym spamem, który warto zablokować, wykorzystując AdBlocka.

Aplikacje mobilne jako kanał dotarcia do klienta powoli stają się dla reklamodawców strategiczne. Im szybciej marketerzy zaczną poświęcać swój czas na działania służące rozwijaniu strategii reklamowej w mobile’u oraz przeznaczać środki na dedykowane rozwiązania usprawniające i podnoszące wyniki kampanii reklamowych, tym więcej mogą zyskać.

Blokowanie reklam deklaruje co piąty internauta

Blokowanie reklam wykorzystuje co piąty internauta

Blokowanie reklam w sieci zadeklarowało 22% internautów. Najpopularniejszym wykorzystywanym do tego programem jest AdBlock/ AdBlock Plus – 6 na 10 osób używających blokerów reklam zadeklarowało jego użycie (59%). Drugim najczęściej wymienianym był AdBlocker (17%). 5% respondentów podało, że korzysta z blokowania reklam ofertowanego przez ich program antywirusowy, a 1% wymieniło program Adobe.Blokowanie reklam w sieci - podział na wiek i płeć

Co dziesiąta osoba nie wie z jakiego programu korzysta

Prawie co dziesiąty respondent (8%) korzystający z blokowania reklam nie wiedział, z jakiego programu lub wtyczki korzysta. Korzystanie było tutaj wynikiem interwencji dzieci lub informatyków – „nie wiem, informatyk mi ustawił”, „nie wiem, syn zablokował reklamy”. 3% internautów nie chciało natomiast podać nazwy programu w obawie o późniejszego jego zablokowanie – „nie ma glupich, nie będzie potem dzialac”, „nie powiem bo zaraz przestana blokować”.

Mężczyźni i ludzie młodzi najczęściej blokują reklamy

Im młodsza grupa respondentów, tym częściej deklaruje blokowanie reklam. W grupie wiekowej 15-24 lata 36% osób zadeklarowało korzystanie z blokerów, w nieco starszej grupie 25-34 lata 26%, w grupie 35-44 lata 18%, natomiast w najstarszej grupie 45-59 lat już tylko 9%. Blokowanie częściej deklarowali też mężczyźni (26%) niż kobiety (17%). Reklamy częściej blokują też heavy userzy internetowi – osoby korzystające przynajmniej kilka razy w tygodniu z popularnych platform internetowych.

NIK o bezpieczeństwie danych w instytucjach publicznych

Stosowane przez skontrolowane podmioty państwowe systemy ochrony danych nie zapewniają ich bezpieczeństwa. Działania realizowane w celu jego zapewnienia są prowadzone opieszale, bez z góry przygotowanego planu, a środki przeznaczane na ten cel są niewystarczające. W efekcie istnieje ryzyko, że działanie istotnych dla funkcjonowania państwa systemów teleinformatycznych zostanie zakłócone, a dane w nich się znajdujące trafią w niepowołane ręce.

To kolejna z kontroli NIK dotyczących obszaru bezpieczeństwa systemów teleinformatycznych i przechowywanych w nich danych. Przypomnijmy, że 2015 r. opublikowana został informacja o wynikach kontroli Realizacja przez podmioty państwowe zadań w zakresie ochrony cyberprzestrzeni Rzeczypospolitej Polskiej, która wykazała, że państwo polskie nie jest przygotowane do walki z zagrożeniami występującymi w cyberprzestrzeni. Przykłady, takie jak choćby publikacja w internecie danych osobowych 50 mln obywateli Turcji w 2016 r., kradzież danych klientów Plus Banku w 2015 r. czy wyciek danych o kontach 5 mln użytkowników Gmail w 2014, pokazują, że zagrożenia te są realne, a konsekwencje wycieku danych poważne i mogą stanowić zagrożenie nie tylko dla wizerunku podmiotów, z których te dane wyciekły, ale przede wszystkim dla osób, których dane zostały wykradzione. Dlatego też NIK postanowiła przyjrzeć się, jak bezpieczne są dane znajdujące się w wybranych systemach informatycznych, mających istotne znaczenie dla funkcjonowania państwa. Kontrola objęła:

Jednostka System objęty badaniem Zadania publiczne realizowane za pomocą systemu
Ministerstwo Skarbu Państwa (MSP) Zintegrowany System Informatyczny (ZSI) Podstawowym systemem informatycznym, który obsługuje realizację ustawowych zadań MSP (gospodarowanie mieniem SP, komercjalizacja i prywatyzacja itd.) oraz wspomaga funkcjonowanie ministerstwa (m.in. księgowość i kadry).
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Centralna ewidencja wydanych i unieważnionych dokumentów paszportowych (CEWiUDP) System obsługujący wydawanie paszportów przez urzędy wojewódzkie oraz umożliwiający pogląd danych paszportowych.
Ministerstwo Sprawiedliwości Nowa Księga Wieczysta(NKW) System umożlwiający gromadzenie, przetwarzanie i udostępnianie informacji zawartych w księgach wieczystych (m.in. dane o właścicielu i stanie prawnym nieruchomości).
Komenda Główna Straży Granicznej Centralna Baza Danych Straży Granicznej (SI NKW) System którego jednym z podstawowych zadań jest wspomaganie realizacji podstawowych, statutowych zadań, nałożonych na Straż Graniczną w zakresie odprawy granicznej i kontroli realizowanych przez funkcjonariuszy SG
Narodowy Fundusz Zdrowia Elektroniczna Weryfikacja Uprawnień Świadczeniobiorców (eWUŚ) System pozwalający szerokorozumianej służbie zdrowia na weryfikację posiadanych przez pacjenta praw do świadczeń opieki zdrowotnej.
Kasa Rolniczego Ubezpieczenia Rolniczego FARMER System informatyczny wspomagający wypłatę świadczeń emerytalno-rentowych dla rolników. W chwili obecnej wspomaga wypłatę dla ok. 1,5 mln. świadczeniobiorców.

Niestety, wnioski z tej kontroli są  alarmujące. Oto obraz sytuacji w poszczególnych obszarach.

Zarządzanie bezpieczeństwem i procedury bezpieczeństwa

Stopień przygotowania oraz wdrożenia Systemu Zapewnienia Bezpieczeństwa Informacji w kontrolowanych jednostkach nie zapewniał akceptowalnego[1] poziomu bezpieczeństwa danych zgromadzonych w systemach informatycznych, wykorzystywanych do realizacji istotnych zadań publicznych. Procesy zapewnienia bezpieczeństwa informacji realizowane były w sposób chaotyczny i wobec braku procedur intuicyjny.

KRUS była jedyną skontrolowaną instytucją, w której formalnie wdrożono System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji. W KRUS, w przeciwieństwie do pozostałych skontrolowanych jednostek, formalnie wprowadzono wszystkie procesy wymagane dla zapewnienia bezpieczeństwa danych. Było to związane z działaniami podjętymi w celu uzyskania przez KRUS certyfikatu ISO 27001.

Jednakże również w systemie funkcjonującym w KRUS kontrola wykryła nieprawidłowości w postaci błędów w implementacji wymagań norm stanowiących podstawę uzyskania certyfikatu. W ocenie NIK, niektóre z nich były poważne i mogą mieć istotny, negatywny wpływ na wiele procesów zapewnienia bezpieczeństwa IT w KRUS. Stwierdzone nieprawidłowości dotyczyły m.in. rozbieżności pomiędzy deklarowanym a faktycznym poziomem zabezpieczenia informacji. W odniesieniu do głównych procedur bezpieczeństwa Izba wniosła wiele uwag do ich czytelności i kompletności. Przyjęta koncepcja powierzenia zasobów KRUS wykonawcy zewnętrznemu, m.in. w zakresie systemów służących realizacji podstawowych zadań ustawowych, nie została poprzedzona stosownymi analizami – m.in. nie określono sposobu szacowania ryzyka związanego z utratą informacji w sytuacji powierzenia zasobów firmie zewnętrznej.

W pozostałych skontrolowanych jednostkach sytuacja była niestety nieporównywalnie gorsza. Opierano się w nich wyłącznie na uproszczonych lub nieformalnych zasadach wynikających z dobrych praktyk lub dotychczas zdobytego doświadczenia pracowników działów IT. Doraźnie prowadzone działania nie zapewniały odpowiedniego, bezpiecznego i spójnego zarządzania bezpieczeństwem danych.Kontrola wykazała w tym obszarze m.in.: brak planów zapewnienia bezpieczeństwa danych, niewdrożenie systemów zarządzania bezpieczeństwem informacji, brak niezbędnych opracowań analitycznych i procedur (w tym dotyczących incydentów, identyfikacji zadań, dystrybucji oprogramowania antywirusowego), ograniczony zakres nadzoru, testowania i monitorowania bezpieczeństwa.

Identyfikacja ryzyka

Kontrolowane jednostki w ograniczonym zakresie wykorzystywały metody identyfikacji, monitorowania i zapobiegania ryzyku związanemu z bezpieczeństwem informacji przetwarzanych w systemach teleinformatycznych.

W trzech skontrolowanych jednostkach proces ten był prowadzony jedynie w zakresie niezbędnym dla realizacji wymagań Polityki Ochrony Cyberprzestrzeni, przepisów o ochronie informacji niejawnych lub obowiązków związanych z operowaniem infrastrukturą krytyczną. Te ograniczone działania nie mogły zastąpić odpowiednio przygotowanego procesu szacowania ryzyka przeprowadzonego w odniesieniu do wszystkich posiadanych i przetwarzanych informacji, z uwzględnieniem realizowanych zadań i specyfiki instytucji. Rzetelne przeprowadzenie procesu szacowania ryzyka powinno być poprzedzone m.in. doborem metodyki prac, zidentyfikowaniem aktywów i określeniem ich wartości. Działania te mają zasadnicze znaczenie dla rozpoznania obszarów z jednej strony „najcenniejszych” dla jednostki, a z drugiej strony najbardziej zagrożonych. W sytuacji ograniczonych zasobów przeznaczanych na bezpieczeństwo systemów przetwarzających dane, szacowanie ryzyka oraz kosztów niezbędnych celem jego ograniczenia powinno być podstawowym zadaniem osób odpowiedzialnych za ich bezpieczeństwo. W konsekwencjidecyzje w sprawie wydatkowania środków na zapewnienie bezpieczeństwa przetwarzanych informacji były podejmowane
w sposób intuicyjny
.

Zabezpieczenie informacji w kontrolowanych jednostkach

Istniała duża dysproporcja pomiędzy działaniami podejmowanymi dla ochrony poszczególnych grup informacji, tj. informacji objętych ustawową ochroną (niejawnych i danych osobowych) oraz innych informacji, których ochrona nie została wprost usankcjonowana w przepisach, ale które mają istotne znaczenie dla prawidłowej realizacji podstawowych zadań tych jednostek.

W jednostkach kontrolowanych brak było świadomości, że oprócz informacji, których wymóg ochrony zapisany jest wprost w przepisach prawa istnieją także inne informacje, równie ważne, o których ochronę każda jednostka powinna zadbać samodzielnie. W przeciwieństwie do normatywnie określonych wymogów dla ochrony informacji niejawnych i danych osobowych, zidentyfikowanie wszelkich innych, istotnych informacji oraz wybór metod ich chronienia jest praktycznie pozostawiony
w gestii ich posiadacza. Prowadzi to do sytuacji, w których instytucje, opierając się wyłącznie na analizie aktualnie funkcjonujących przepisów, nie widzą konieczności podejmowania innych działań związanych z bezpieczeństwem informacji niż te wprost zapisane w ustawie o ochronie informacji niejawnych oraz
w ustawie o ochronie danych osobowych. W ocenie NIK, stwierdzona w trakcie kontroli praktyka ograniczania zakresu ochrony do jedynie niektórych istotnych informacji może mieć poważne konsekwencje dla właściwego szacowania ryzyka, dzielenia zasobów, a przede wszystkim zapewnienia ciągłości działania instytucji mających istotne znaczenie dla funkcjonowania państwa.

Odpowiedzialność za bezpieczeństwo

W żadnej ze skontrolowanych jednostek nie określono precyzyjnie zakresu odpowiedzialności poszczególnych osób za zapewnienie bezpieczeństwa danych, co prowadziło do sporów kompetencyjnych. W większości kontrolowanych jednostekzagadnienia dotyczące bezpieczeństwa informacji znajdowały się wyłącznie w gestii komórek bezpośrednio odpowiedzialnych za systemy informatyczne. Skutkowało toograniczeniem faktycznego zakresu ochrony informacji jedynie do systemów informatycznych i nośników danych. Podejście to zawężało, z przyczyn kompetencyjnych, możliwości budowania systemów ochrony informacji obejmujących całe instytucje, ignorując powszechną prawdę, że system ochrony jest tak skuteczny, jak jego najsłabszy element. Należy zauważyć, że wiele udanych ataków hakerskich wcale nie polegało na fizycznym przełamaniu zabezpieczeń informatycznych, lecz na wykorzystaniu metod socjotechnicznych w celu uzyskania dostępu do chronionych systemów. Przyjęty w kontrolowanych jednostkach model organizacyjny powodował natomiast, że pozostałe komórki organizacyjne, nie czując się współodpowiedzialnymi za ochronę informacji, uznały jej wymagania jako nieuzasadnione utrudnienia, wynikające jedynie ze specyfiki pracy informatyków. Również kierownictwa tych instytucji, niejako „przekazując problem do rozwiązania” specjalistycznej komórce, w niedostatecznym zakresie uznawały swoją rolę w kreowaniu i osiąganiu strategicznych celów dotyczących bezpieczeństwa informacji.

W praktyce więc odpowiedzialność za zapewnienie bezpieczeństwa informacji spoczywała przede wszystkim na wyznaczonym koordynatorze (często było to stanowisko jednoosobowe), który nie miał dostatecznych uprawnień i możliwości do działania w sferze zarządzania procesem i skoordynowania działań związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa w skali całej jednostki.

Audyty bezpieczeństwa

We wszystkich kontrolowanych jednostkach prowadzono audyty bezpieczeństwa. Raporty ztych audytów stanowiły dla kierownictw kontrolowanych jednostek jedyne istotne źródło informacji o realnym stanie bezpieczeństwa, różnych aspektach jego utrzymania oraz działaniach niezbędnych do przeprowadzenia. Ustalony w kilku jednostkach stan dynamicznego wzrostu zainteresowania ich kierownictw jakością wykorzystywanych polityk bezpieczeństwa i towarzyszących im dokumentów, wdrażaniem Systemów Zapewnienia Bezpieczeństwa Informacji oraz modyfikowaniem struktur odpowiedzialnych za bezpieczeństwo, wynikał bezpośrednio z otrzymanych raportów, m.in. obowiązkowych audytów wynikających z realizacji rozporządzenia KRI. Istotnym problemem był jednak brak konsekwencji i zaangażowania kierownictw kontrolowanych jednostek w realizację zaleceń audytorów. Większość podjętych interwencyjnie działań, mających poprawić stan bezpieczeństwa IT, utraciło początkowy impet, powołane zespoły specjalistyczne zbierały się nieregularnie, przygotowywanie nowych regulacji przebiegało opieszale, co przy ograniczonych zasobach wymuszało powrót do realizacji jedynie rutynowych zadań.

Zalecenia pokontrolne NIK

W dobie dynamicznego wzrostu zagrożeń, zapewnienie bezpieczeństwa systemów przetwarzających istotne dla funkcjonowania państwa dane nie może być oparte na podejmowanych ad hoc, ukierunkowanych jedynie na przezwyciężanie aktualnych trudności, chaotycznie zarządzanych działaniach.

Dostrzegając działania podjęte przez Ministra Cyfryzacji w zakresie budowy systemu ochrony polskiej cyberprzestrzeni, będące odpowiedzią m.in. na wnioski sformułowane przez NIK po kontroli Realizacja przez podmioty państwowe zadań w zakresie ochrony cyberprzestrzeni Rzeczypospolitej Polskiej, NIK postuluje rozszerzenie tych działań o zalecenia dla podmiotów publicznych w zakresie ochrony systemów przetwarzających dane istotne dla funkcjonowania państwa. Zdaniem NIK, konieczne jest opracowanie i wprowadzenie na szczeblu centralnym, ujednoliconych, obowiązujących wszystkie podmioty publiczne, generalnych zaleceń i wymagań dotyczących zapewnienia bezpieczeństwa systemów przetwarzających dane.


[1] W przypadku systemów IT, ze względu na szybki rozwój technologii, nie można mówić o zapewnieniu pełnego bezpieczeństwa. Celem podmiotów publicznych powinno być natomiast dążenie do minimalizacji ryzyka utraty danych lub zakłócenia funkcjonowania systemów IT do poziomu akceptowalnego, który to poziom powinien być indywidualnie określany dla poszczególnych systemów.

Krajobraz po decyzji Moody’s

Złotówka odrabia straty do większości głównych walut. Czwartkowe dane makro z polskiej gospodarki mogą wspomóc ruchy umacniające złotego. USD/PLN uzależniony od ruchów na głównej parze walutowej świata czyli EUR/USD.

Krzysztof Pawlak - dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 02.05-16.05.2016

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,3644 3,9653 3,7683 5,5377
Maksimum 4,4360 4,0205 3,8975 5,6145

 

EUR/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

EUR/PLN - analiza od 1 kwietnia do 16 maja
EUR/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

Od początku kwietnia na parze EUR/PLN rysuje się kanał wzrostowy, mający swój początek w okolicach poziomu 4,23. Początkowo wzrost kursu przebiegał dość spokojnie, pod koniec kwietnia jednak sytuacja nabrała rozpędu. Kurs w dość krótkim czasie przebił poziom 4,40. W maju kurs osiągnął poziom ponad 4,43. Przebicie tego poziomu oznaczałoby ruch w okolice nawet 4,50. Tak się jednak nie stało, kurs zawrócił. Ruch typowo korekcyjny nabrał swojej siły po decyzji agencji Moody’s. Obecnie EUR/PLN zbliża się do wsparcia w postaci ostatnich minimów w okolicach 4,36. Przebicie tego poziomu mogłoby spowodować ruch nawet w okolice 4,32, czyli dolne ograniczenie kanału wzrostowego. Wszystko zależy w tym momencie od czwartkowych danych z rodzimej gospodarki, które mogłyby wesprzeć polską walutę. W przeciwnym wypadku możliwy jest ruch w górę kanału powyżej poziomu 4,40.

CHF/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

CHF/PLN - analiza od 1 kwietnia do 16 maja
CHF/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

Kurs CHF/PLN pod koniec kwietnia wszedł w dość dynamiczny trend wzrostowy. Od poziomu 3,88 w krótkim czasie zyskał niemal 14 groszy, ustanawiając maksimum na 4,02. Od tego momentu kurs się konsolidował w wąskim kanale pomiędzy 4,02 a 3,96. Wydawało się, że sytuacja ta może trwać jeszcze długo. Z pomocą przyszła jednak agencja ratingowa Moody’s, która spowodowała, że inwestorzy przychylniejszym okiem spojrzeli na polską walutę. Efektem było umocnienie się złotego do poziomu 3,95 a tym samym wybicie z kanału w którym kurs przebywał od końca kwietnia. Gdyby założyć, że dane z polskiej gospodarki w tym tygodniu będą przynajmniej dobre możliwe jest dojście do linii wsparcia w postaci minimów ostatnich tygodni w okolicach 3,89. Oporem w przypadku wzrostów będzie poziom 3,96.

USD/PLN – analiza od 1 marca do 16 maja

USD/PLN - analiza od 1 kwietnia do 16 maja
USD/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

Kurs USD/PLN od początku kwietnia porusza się w ramach trójkąta zwyżkującego. Pole manewru robi się coraz mniejsze więc możliwe jest wybicie z tego trójkąta. Kurs obecnie testował górne ograniczenie trójkąta w okolicach 3,89. Po pozytywnym odebraniu decyzji agencji Moody’s przez inwestorów złoty zyskał także do dolara. Wiemy jednak, że kurs USD/PLN jest silnie skorelowany z główną parą walutową świata EUR/USD. Ewentualne ruchy na tej parze będą wpływać na złotego. Dolar do głównych walut odrabia straty, a co za tym idzie po krótkiej euforii na złotym możliwy jest powrót w okolice 3,89. Przebicie tego oporu oznaczałoby testowanie ostatniego maksimum na poziomie 3,92. Wsparcie stanowić będzie dolne ograniczenie trójkąta na poziomie 3,80.

GBP/PLN – analiza od 14 marca do 16 maja

GBP/PLN - analiza od 1 kwietnia do 16 maja
GBP/PLN – analiza od 1 kwietnia do 16 maja

Kurs od początku kwietnia zyskał niemal 40 groszy w przeciągu 2 tygodni. Po osiągnięciu maksimum na poziomie 5,69 kurs zawrócił i doszło do korekty ostatniego ruchu. GBP/PLN od początku maja porusza się w ramach wąskiego kanału spadkowego. Na fali powrotu sentymentu do złotego kurs zyskał ponad 7 groszy. W najbliższych godzinach możliwe jest testowanie wsparcia w postaci dolnego ograniczenia kanału na poziomie 5,52. Gdyby czwartkowe dane makro z polskiej gospodarki okazały się dobre możliwe jest dalsze zejście kursu, a nie wykluczone utworzenie jakiegoś trendu spadkowego. Trzeba też wziąć pod uwagę cały czas widmo brexitu, które ciąży notowaniom funta na szerokim rynku.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

BIG InfoMonitor: Wzajemne płatności przedsiębiorstw poprawiają się

Z 48 do 43 proc. ubyło firm skarżących się na problemy z zatorami płatniczymi, w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Poprawę sytuacji zasygnalizował również wzrost Indeksu Zatorów Płatniczych BIG 30. edycji Raportu BIG InfoMonitor oraz spadek średniej wartości przeterminowanych należności. Jeśli lepsze wyniki utrzymają się w kolejnej fali badania, można będzie mówić o korzystnym trendzie. Przedsiębiorcy są jednak bardzo ostrożni w swoich przewidywaniach. Widać u nich jedynie mniejszą pewność, że sytuacja pozostanie bez zmian.

Wskaźnik BIG podniósł się od poprzedniego pomiaru z 3 do 9,1 punktu. Co oznacza, że firmy posiadające zatory płatnicze lepiej oceniają bezpieczeństwo działalności gospodarczej nadal jednak prawie połowa musi się zmagać z opóźnionymi płatnościami – wynika z 30. edycji Raport BIG na temat zatorów płatniczych (pomiar uwzględniający opinie mikroprzedsiębiorstw, obok firm małych i średnich – wykonany został po raz drugi).

Jak pod względem przeterminowanych płatności będzie wyglądała sytuacja za pół roku, przedsiębiorcom dziś trudniej stwierdzić. W swoich prognozach są niepewni – odsetek przekonanych, że się nie zmieni spadł z 68 proc. do 56 proc. Pozostali, przy z niewielkiej przewadze optymistów, są niemal równo podzieleni na przekonanych, że będzie lepiej lub gorzej.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Budownictwo wciąż na minusie

Dziewięć kolejnych kwartałów wzrostu PKB przekraczającego 3 pkt. proc., a pod koniec zeszłego roku dochodzącego do 4 proc. zaczęło przekładać się na lepszą sytuację we wzajemnych płatnościach przedsiębiorstw, choć niestety nie aż tak wyraźne, jak można by się było tego spodziewać – mówi Sławomir Grzelczak, prezes Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Pozytywne skutki poprawy rozkładają się nierówno wśród firm, a więc mimo lepszych warunków działalności nie wszystkie to odczuwają. Korzystnej zmiany nie widać np. w branży budowlanej dla której notowania Wskaźnika Zatorów Płatniczych BIG pozostały na minusie. Wprawdzie kłopoty z płatnościami kontrahentów ma mniej firm budowlanych, ale dotyczą one większych kwot – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Sygnały niewielkiej poprawy płynności w firmach:

  • Ubyło firm zgłaszających problem z zatorami z 48 proc. do 43 proc., wciąż jednak kłopot dotyczy niemal połowy przedsiębiorstw.
  • Szacunkowy poziom przeterminowanych należności obniżył się z 41,6 tys. zł do 29,1 tys. zł.
  • W gronie firm z zatorami płatniczymi zmalał odsetek przedsiębiorstw, które uważają, że problem ten występuje często – z 68 proc. do 58 proc.
  • W przypadku niemal 8 na 10 firm zgłaszających problem z zatorami płatniczymi należności opóźnione o ponad 60 dni nie przekraczają jednej piątej wszystkich należności. Wcześniej w takiej sytuacji było 7 na 10 firm.
  • Średni udział opóźnionych należności w stosunku do wszystkich należności firm zmagających się z zatorami wynosi 12,5 proc. Co oznacza, że na każde wystawione na fakturze 1000 zł przedsiębiorcy czekają ponad 60 dni na 125 zł.
  • Firmy z zatorami płatniczymi lepiej regulują swoje zobowiązania. Średnio zgodnie z terminem opłacają obecnie 63 proc. zobowiązań, wobec 53 proc. wcześniej.
  • Sytuacja poprawiła się w trzech z czterech analizowanych branż, w usługach, handlu i produkcji. Wyjątkiem pozostaje budownictwo. Wprawdzie zmalał odsetek firm budowlanych z problemem nieterminowego regulowania należności przez kontrahentów, ale tam gdzie występują zatory, kwoty zaległości wzrosły z przeciętnie 67,4 tys. zł do ponad 71 tys. zł.
  • Zwiększył się odsetek firm podejmujących działania wobec odbiorców towarów i usług, którzy nie płacą w terminie – z 67 proc. do 82 proc. Jedną z metod nacisku na dłużnika jest wpis dłużnika do rejestrów dłużników czyli do Biur Informacji Gospodarczej.

Firmom z zatorami szkodzi większa skłonność do ryzyka

– Kłopoty firm z zatorami płatniczymi to nie tylko pochodna koniunktury gospodarczej, ale również specyfika branży oraz bardziej ryzykownego podejścia do prowadzenia biznesu m.in.: większej akceptacji ponad 30-dniowych terminów płatności i dwa razy częstszego nawiązywania współpracy z kontrahentami ogłaszającymi upadłość – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Wśród firm z zatorami współpracę w firmą zmuszona ogłosić bankructwo ma za sobą 65 proc. w przypadku pozostałych jest to 35 proc. Większość firm z zatorami płatniczymi (60 proc.) uznaje też, że aby współpracować z dużymi firmami konieczne jest akceptowanie ich długich terminów płatności – powyżej 30 dni uważa 57 proc. firm z zatorami płatniczymi i 44 proc. firm, które aktualnie nie mają takiego problemu. Choć poczucie „przymusu” spada, bo pół roku wcześniej takie przekonanie miało odpowiednio 64 proc. i 51 proc. badanych – wynika z ostatniej edycji Raportu BIG InfoMonitor na temat problemów firm z nieterminowym regulowaniem zobowiązań.

Co gorsza firmy z zatorami, mimo, że działają bardziej ryzykownie i poruszają się w trudniejszym otoczeniu najwyraźniej tego nie czują i w większości przypadków nie przygotowują planu na wypadek utraty płynności finansowej – zwraca uwagę prezes BIG InfoMonitor.

– Należy też mieć na uwadze, że niezależnie od koniunktury zawsze występuje grupa firm o gorszej kondycji, charakteryzujących się słabszą dyscypliną. Ich udział wpływa negatywnie na cały obieg gospodarczy, ograniczając skalę poprawy płynności – dodaje.

ERNE VENTURES po I kwartale 2016

ERNE VENTURES, fundusz kapitałowy notowany na rynku NewConnect, wypracował 2.134 tys. zł jednostkowego zysku netto w 1 kw. 2016 r. Spółka cały czas rozwija podmioty wchodzące w skład jej portfela inwestycyjnego, co powinno pozwolić utrzymać wzrost wyników finansowych w kolejnych kwartałach.

Jednostkowy zysk netto Spółki w 1 kw. ub. roku ukształtował się na poziomie 1.159 tys. zł. Skonsolidowany zysk netto ERNE VENTURES w 1 kw. 2016 r. wyniósł 1.710 tys. zł wobec 722 tys. zł rok wcześniej. Tak znacząca poprawa wyników finansowych zarówno w ujęciu jednostkowym, jak i skonsolidowanym, była rezultatem dynamicznego rozwoju spółek portfelowych oraz dokonywanych transakcji kapitałowych. ERNE VENTURES przeprowadza bardzo wnikliwą selekcję podmiotów, które trafiają do jej portfela inwestycyjnego, co pozwala na osiąganie wysokich stóp zwrotu z zainwestowanych środków, a tym samym i znaczących zysków.

Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES
Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES

„Nasze doświadczenie inwestycyjne w branży Venture Capital oraz kryteria inwestycyjne przyjęte przez fundusz umożliwiają nam efektywny dobór spółek portfelowych. Obecnie wszystkie z nich znajdują się w fazie bardzo dynamicznego wzrostu, więc spodziewam się dalszego zwiększania zysku ERNE VENTURES w nadchodzących kwartałach. Nasze dobre wyniki finansowe są zauważane przez inwestorów, bowiem widoczne jest utrzymanie trendu wzrostowego na kursie naszych akcji oraz w zakresie wartości obrotów” – ocenia Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES.

Pierwszy kwartał 2016 r. był okresem, w którym spółka portfelowa Arrinera S.A. przeprowadziła światową premierę pierwszego polskiego samochodu wyścigowego Arrinera Hussarya GT4 podczas największych europejskich targów branży motorsport „Autosport International – The Racing Car Show”, które odbywały w styczniu w Birmingham. Dwie ze spółek portfelowych ERNE VENTURES z branży gier komputerowych: Huckleberry Games oraz QubicGames, dokonały przekształcenia w spółki akcyjne, co znacząco przybliża je do planowanego upublicznienia na rynku NewConnect. Z kolei spółka NanoStal, podmiot w którym ERNE VENTURES posiada 33,3% udziałów w kapitale zakładowym, weszła w skład Konsorcjum, które pozyskało dofinansowanie w wysokości 8,61 mln zł z NCBiR na realizację projektu dotyczącego opracowania innowacyjnej technologii produkcji elementów uzębionych z hybrydowymi warstwami powierzchniowymi o podłożu nanostrukturalnym do zespołów napędowych przenośników przeznaczonych do pracy w ekstremalnych warunkach eksploatacyjnych.

„Wszystkie nasze spółki prowadzą niezwykle interesujące i innowacyjne projekty, dlatego z dużym optymizmem podchodzę do ich dalszego rozwoju. Branża gier komputerowych i mobilnych jest dla nas niezwykle interesująca, bowiem oprócz Huckleberry Games i QubicGames, posiadamy również akcje notowanej na rynku NewConnect Spółki The Farm 51 Group. Realizuje ona unikatowe przedsięwzięcie o nazwie „Chernobyl VR Project”, które łączy świat gier komputerowych ze światem aplikacji edukacyjnych oraz narracji filmowej. W marcu br. zawiązaliśmy również spółkę ERNE CONSULTING zajmującą się doradztwem w zakresie pozyskiwania finansowania przez polskie i zagraniczne spółki, które planują debiut na rynku publicznym w Polsce.” – zakończył Prezes Kuich.

ERNE VENTURES będzie Sponsorem na Konferencji Digital Dragons 2016, która odbywa się w dniach 16-17.05.2016 r. w Krakowie i jest jedną z największych growych imprez w Polsce oraz w Europie Środkowo-Wschodniej przeznaczonych dla profesjonalistów.

ERNE VENTURES jest notowanym na rynku NewConnect funduszem kapitałowym (Venture Capital), który jako inwestor krótkoterminowy lub średnioterminowy nastawia się na inwestycje w produkty i usługi charakteryzujące się potencjałem rozwoju na rynku globalnym. Spółka zakończyła 2015 r. jednostkowym zyskiem netto w wysokości prawie 5 mln zł.

ERNE VENTURES konsekwentnie realizuje założenia przyjętej strategii rozwoju, co przekłada się  na istotny wzrost wartości jej akcji: w ciągu całego 2015 roku kurs akcji ERNE VENTURES wzrósł o 466,7%. Wysoka płynność obrotu (blisko 30 mln zł w roku 2015) pozwoliła również Spółce wejść w skład indeksu NCIndex30, który obejmuje swoim portfelem jedynie 30 najbardziej płynnych spółek spośród 420 notowanych na rynku NewConnect.

50 polskich branż skazanych na sukces za granicą wg BZ WBK

BZ WBK: eksport wzrośnie w tym roku o 6-7 proc i będzie głównym czynnikiem wzrostu PKB
Robert Antczak, dyrektor Sprzedaży Produktów Bankowości Korporacyjnej BZ WBK

O tym, że dynamicznie rosnący eksport to jeden z największych sukcesów polskiej gospodarki i siła napędowa rozwoju kraju wiedzą już wszyscy. Tylko co dalej? Eksperci Banku Zachodniego WBK prognozują, że przed nami kolejne lata dobrej passy i w swoim rankingu Eksportowe TOP50 2016 wskazują 50 branż, którym będziemy ją zawdzięczać. Na te towary zagranica będzie zgłaszała popyt, a my dostarczymy je w pierwszorzędnej jakości.

W 2015 r. polski eksport urósł o 7,8 proc., rok wcześniej o 7 proc.[1]. Według ekonomistów Banku Zachodniego kolejne lata również powinny być udane. Na ten moment prognoza to +6,9 proc. w 2016 r., +9,6 proc. w 2017 r. i +9 proc. w 2018 r. – Wzrosty eksportu wypracują wszyscy polscy eksporterzy, ale w rankingu Eksportowe TOP50 2016 typujemy branże z największym potencjałem mierzonym punktami od 0 do 100, które wyliczamy przy wykorzystaniu autorskiego indeksu. Wartości indeksów dla poszczególnych grup towarów ilustrują silną pozycję powszechnie znanych polskich hitów eksportowych, ale wskazują też działy mniej oczywiste – podkreśla Feliks Bentkowski, dyrektor kredytowy ds. sektorów Banku Zachodniego WBK.

Ranking Eksportowe TOP50 2016: na podium meble, produkty ze zbóż i mleka oraz skóry futerkowe i sztuczne futra

Na 1. miejscu w rankingu (z 75 pkt. indeksowymi na 100 możliwych), znalazły się meble i akcesoria wyposażenia wnętrz, znana od lat polska specjalność eksportowa. Wyniki zagranicznej sprzedaży tej branży rosną dynamicznie od wielu lat, w 2015 r. wzrost wyniósł 9,6 proc. r/r przy wartości 42,2 mld zł. Polskie elementy wystroju wnętrz trafiają głównie do europejskich domów i mieszkań, ale krajowi producenci wysyłają swoje produkty także na inne kontynenty, m.in. do USA, Chin czy Kanady. – Na razie Polska w eksporcie mebli zajmuje 3. miejsce w Europie i 5. miejsce na świecie. Z naszych analiz jasno wynika, że to jeszcze nie jest kres możliwości krajowych firm – mówi Feliks Bentkowski.

Miejsce 2. w rankingu Eksportowe TOP50 2016 zajęły przetwory ze zbóż, mąki i mleka (60 pkt.). Wartość eksportu tych towarów w 2015 r. stanowiła niecały 1 proc. całości, jednak bardzo duża dynamika wzrostu (+20,7 proc.) i wysokie miejsce w rankingu sugerują, że eksporterzy produktów zbożowych i mlecznych mogą swój udział mocno zwiększyć. W ich ślad pójdzie też wiele innych kategorii rolno-spożywczych.

Miejsce 3. eksperci BZ WBK przyznali skórom futerkowym i sztucznym futrom (55 pkt.). Polska jest czołowym eksporterem futer w Europie a branża futrzarska bardzo szybko się rozwija. W ubiegłym roku wysłała za granicę wyroby o wartości blisko 1,7 mld zł. Od dłuższego czasu triumfy świeci także eksport branży pokrewnej tj. artykułów ze skór. W zestawieniu Eksportowe TOP50 2016 znalazły się one na 14. miejscu. – W przypadku wyrobów skórzanych ubiegłoroczny wzrost był astronomiczny, wartość eksportu urosła prawie o połowę (+47,2% r/r). Z takimi wynikami i świetnymi prognozami branża futrzarska i skórzana mogą stać się kolejną polską wizytówką eksportową – wskazuje Feliks Bentkowski.

Zgodnie z rankingiem Eksportowe TOP50 2016 w najbliższych latach wzmocni się silna pozycja maszyn i urządzeń elektrycznych, które w tym roku znalazły się tuż za podium. – Nadal prężnie rozwijać się będzie polski eksport w sektorze automotive (w tym roku 6. miejsce), jak i statków powietrznych, kosmicznych (11. miejsce). Można się też spodziewać dalszej ekspansji branży kosmetycznej oraz preparatów czyszczących, w tym mydeł, proszków czy preparatów dentystycznych – dodaje Feliks Bentkowski. Ranking Eksportowe TOP50 2016 wskazuje na duży eksportowy potencjał branży drzewnej (7. miejsce), firm sprzedających obuwie (9. miejsce) czy tworzywa sztucznych i artykuły z nich (10. miejsce).Eksportowe TOP 50 2016

[1] Dane GUS, liczone w euro

Sporo eksportowych „tygrysów”

W zestawieniu najbardziej perspektywicznych branż polskiego eksportu znalazło się także kilka mniej oczywistych i powszechnie znanych kategorii towarów. Wśród mniej kojarzonych, które wyróżniono w rankingu, znalazły się np. cynk i art. z cynku; wata, filc i włókniny oraz przędze specjalne i artykuły z nichegary i zegarki, specjalistyczne przyrządy i aparatura np. optyczna, pomiarowa i medyczna, nakrycia głowy oraz osobliwa kategoria, do której GUS zalicza razem pierze, sztuczne kwiaty i artykuły z włosów ludzkich.

Eksport bez względu na branżę

Eksperci BZ WBK podkreślają, że choć ranking Eksportowe TOP50 2016 wskazuje na branże z największym potencjałem eksportowym, to zagraniczny sukces jest w zasięgu każdej firmy i w dowolnej branży. – Na każdym rynku zagranicznym są nisze, które można zapełnić lub branże bardzo mocne, które „zasysają” sporo importu. Wszystko jest kwestią dobrej analizy i przygotowania. To niełatwe, wymaga czasu i energii, ale narzędzia wspomagające są łatwo dostępne. Mówię tu o źródłach wiedzy na temat poszczególnych rynków, narzędziach badania ewentualnego popytu, ale też o instrumentach finansowych zabezpieczających eksportera i jego biznes zagraniczny: akredytywach, gwarancjach, usługach wymiany walut i płatności, forwardach czy faktoringu międzynarodowym – podkreśla Robert Antczak, dyrektor Sprzedaży Produktów Bankowości Korporacyjnej BZ WBK.

Eksportowe branze 2016Ranking Eksportowe TOP50 to opracowanie przygotowane przez ekspertów Banku Zachodniego WBK w oparciu o autorski indeks towarów eksportowych. Indeks jest wyliczany dla poszczególnych kategorii towarów (przyjęto klasyfikację wg CN GUSu) i przyjmuje wartości od 0 do 100 punktów, gdzie 100 punktów to maksymalny potencjał. Przy wyliczeniu wartości indeksu brane są pod uwagę: nominalna wartość polskiego eksportu danego towaru, tempo jego wzrostu, udział eksportu Polski w rynku światowym, wzrost światowej wymiany handlowej danym towarem i poziom koncentracji krajów odbiorców. Ranking Eksportowe TOP50 będzie publikowany cyklicznie.

Perspektywa w dół, rating bez zmian

Moody’s obniżyło tylko perspektywę, a nie sam rating. Złoty i giełda w Polsce zyskują. Słabsze dane z Chin i lepsze z USA.

Atmosferę na rynku, po decyzji agencji ratingowej Moody’s, najprościej można określić słowem ulga. Rating pozostał niezmieniony, aczkolwiek obniżono perspektywę na przyszłość. Jest to tak naprawdę najmniejszy wymiar kary. Większość agencji ratingowych w sytuacji, kiedy nie dzieje się nic nadzwyczajnego w rodzaju wojen czy ciężkich kryzysów, właśnie w ten sposób postępuje. Najpierw pojawiają się ostrzeżenia. Dla przypomnienia, od października 2015 roku wydano 3 ostrzeżenia, że sprawy idą w złą stronę. Następnym krokiem jest pogorszenie perspektywy ratingu. Dopiero po tym przeważnie następuje obniżka. W przypadku styczniowych ruchów procedura ta nie została utrzymana, aczkolwiek Moody’s znacznie bardziej dba o wizerunek racjonalnego i przewidywalnego partnera. Kolejne posiedzenie, na którym już sam rating może zostać obniżony, odbędzie się dopiero na początku lipca. W tym czasie Polska ma okazje na wyjaśnienia i poprawę, by uniknąć redukcji.

Jak to wpłynęło na rynki? Przed samą decyzją złoty wyraźnie osłabiał się. Inwestorzy przewidywali mniej korzystny scenariusz. W rezultacie skoro z góry zakładali, że złoty będzie jeszcze droższy, to kupując go wczesnej jeszcze podbijali cenę. Decyzja agencji została opublikowana już po zamknięciu notowań. W rezultacie mieliśmy tzw. lukę na otwarciu. Frank szwajcarski w piątek wieczorem kosztował niemal dokładnie 4,00zł, w nocy, gdy otwarto rynki, od razu znalazł się poniżej 3,98zł i od tego momentu do otwarcia giełd w Europie dalej trwał ruch, doprowadzając go niemal do 3,95zł. Podobnie zachowywały się wszystkie waluty wobec złotówki. Euro kosztuje dzisiaj zaledwie 4,37zł, co jest znacząco poniżej 4,42zł, gdzie znajdowało się jeszcze w zeszłym tygodniu. Dolar dotarł do 3,86zł, a funt do 5,54zł. Zyskuje również giełda – inwestorzy wycofywali się bojąc się obniżki ratingu.

W weekend poznaliśmy dane z Chin. Produkcja przemysłowa rośnie wolniej niż oczekiwano, bo “zaledwie” na poziomie 6%. Również sprzedaż detaliczna z rocznym wzrostem 10,1% zawiodła oczekiwania analityków. Spodziewali się oni odpowiednio 6,5% i 10,5%.

Lepsze okazały się piątkowe dane z USA. Sprzedaż detaliczna w ujęciu miesięcznym rośnie o 1,3% przy oczekiwaniach 0,7%. Również indeks Uniwersytetu z Michigan wypadł powyżej oczekiwań osiągając 95,8pkt wobec spodziewanych 90pkt. Dane te umocniły dolara wobec euro.

Dzisiaj Zielone Świątki w Niemczech, Szwajcarii, na Węgrzech i w Norwegii. W Polsce święto to przypadało wczoraj. W związku z dniem wolnym w tych krajach kalendarz danych makroekonomicznych jest uboższy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

98% menedżerów HR otwartych na byłych pracowników

Zamiast stołków – gorące krzesła. Według najnowszych analiz LinkedIn, absolwenci zmieniają firmy dwukrotnie częściej, niż ich rówieśnicy przed dwoma dekadami. Przez 5 lat po skończeniu uczelni młodzi zaliczają średnio 2,85 miejsc pracy[1]. Przyczyną nie zawsze jest niestabilność rynku, coraz częściej także ambicje i odważne decyzje specjalistów. Z drugiej strony rośnie liczba osób, które bogatsze o nowe doświadczenia chcą wrócić do byłych pracodawców. Eksperci nazywają ich „bumerangami”. Niegdyś traktowani z rezerwą, dziś są coraz chętniej przyjmowani przez pracodawców. W Stanach Zjednoczonych gotowość ich rekrutacji deklaruje aż 98% menedżerów HR[2].

Adam Bolesta, wówczas pracownik Globalnego Centrum Operacyjnego Mercer w Warszawie, był odpowiedzialny za przygotowanie raportów dotyczących wynagrodzeń i świadczeń pozapłacowych dla regionu Europy. Poczuł jednak, ze czas na nowe wyzwania.

Chciałem zobaczyć, jak w praktyce wygląda wdrażanie rozwiązań, które wcześniej znałem z raportów. Z Mercer przeszedłem do sektora bankowego, gdzie odpowiadałem za systemy motywacyjne i premiowe. Z Mercer rozstawaliśmy się w dobrych relacjach. Cieszyłem się dobrą opinią, zbudowaną między innymi dzięki utrzymaniu wysokiego zaangażowania w realizację zadań po tym, jak już podjąłem decyzję o odejściu – opowiada Adam Bolesta.

Po 3 latach zdecydował się jednak na powrót jako specjalista od raportów Business Analytics. Jego główną motywacją do ponownego wejścia do Mercer był styl firmy, kultura organizacyjna i tempo projektów, praca zespołowa, brak silnej rywalizacji. Dodaje też, że bardzo ważna była możliwość obserwowania na co dzień, jak jego praca przekłada się realnie na decyzje klientów.

To charakterystyczna historia dla pokolenia młodych, ale już doświadczonych specjalistów nazywanych „bumerangami” – zbierających nowe doświadczenia i z tym bagażem wracających „na stare śmieci”. Pracodawcy, którzy przyjmują dawnych pracowników, jako kluczowy powód wskazują właśnie wysoką znajomość firmowej kultury i idące za nią szybkie wdrożenie w obowiązki[3]. Aż 85% menedżerów badanych przez Workplace Trends otrzymywało aplikacje od dawnych pracowników, średnio 4 na 10 – zatrudniło ponownie takie osoby. O skali zjawiska może świadczyć choćby przykład PwC, którego 17% kadry w Stanach Zjednoczonych stanowią „bumerangi”[4].

Pracodawca nie zapomina, ale sprawdza

Otrzymując aplikację od byłego pracownika sprawdzamy, czy jego umiejętności wpisują się w portfolio usług i projektów naszej firmy. To podstawa oceny każdego CV. Później przyglądamy się jego historii zawodowej po odejściu. Gdzie pracował, jakie projekty realizował, w którym kierunku się rozwijał, np. poprzez zdobycie nowego certyfikatu czy naukę nowego języka obcego. Oczywiście ważne jest również to, jakim był pracownikiem podczas pracy w naszej firmie i jak pracował z zespołem oraz w zespole – opowiada Irmina Izdebska, HR Manager, Application Services, Capgemini Polska.

Choć dawni pracownicy są coraz lepiej postrzegani jako kandydaci w rekrutacji, wśród specjalistów wciąż pokutuje opinia, że odpowiedzialność za zainicjowanie powrotu leży po stronie zatrudnianego. Twierdzi tak ponad połowa (55%) badanych przez Spherion, mniej niż co trzeci (28%) – że impuls powinien wyjść ze strony pracodawcy. Ta sytuacja jednak ulega zmianie. Zwłaszcza w branżach charakteryzujących się tzw. rynkiem pracownika, stale cierpiących na deficyt specjalistów – centrach operacji biznesowych, finansach, a przede wszystkim w branży IT. Za przykład może służyć historia Tomasza Jędrośki, obecnie Site Managera w Luxoft Poland, w którego przypadku pierwsze trudne doświadczenia zaowocowały później świetną relacją zawodową.

Miałem dołączyć do zespołu programistów Luxoft w projekcie dla banku inwestycyjnego. Okazało się jednak, że z powodu zmian w strukturze organizacyjnej klienta stanowisko nie powstanie. W oczekiwaniu na nową propozycję, już zatrudniony w firmie, nadrabiałem technologiczne zaległości, odbyłem wiele warsztatów. Po 4 miesiącach znalazłem jednak inne zajęcie i wyjechałem do Londynu. Po jakimś czasie zadzwonił do mnie ówczesny dyrektor Luxoft w Polsce, dziś globalny wiceprezes. Moja historia nie dawała mu spokoju. Zaoferował powrót, zawodowy awans i prowadzenie nowego zespołu. Po miesiącu byłem z powrotem. Odtąd brałem udział w projektach w Krakowie, a później również w Trójmieście i Skandynawii. Paradoksalnie, dzięki trudnej sytuacji często rozmawiałem z kierownictwem firmy, miałem możliwość przedstawienia swoich pomysłów i ambicji, co wkrótce zaprocentowało – opowiada Tomasz Jędrośka, Site Manager w Luxoft Poland.

Żelazne zasady zamiast palenia mostów

To  właśnie utrzymywanie kontaktów z dawnymi współpracownikami uważane jest za jeden z głównych czynników sukcesu przy powrocie do pracy. Szczególnie ważną rolę odgrywa, gdy przychodzi do zbierania opinii na nasz temat przez dział rekrutacji, a także w przypadku wystąpienia szczegółowych pytań o życie firmy podczas rozmów kwalifikacyjnych[5]. Takie relacje procentują nawet w wypadku wieloletniej rozłąki. Tak jak w wypadku Włodzimierza Mrozka, menedżera projektów IT w MakoLab, który wrócił do firmy po sześciu latach. Jego historia pokazuje także, że powroty dotyczą nie tylko pracowników niskiego i średniego szczebla.

Ze względu na swoje doświadczenie i wejście firmy na rynek NewConnect zostałem zaproszony w 2007 r. do jej Rady Nadzorczej. Po roku postanowiłem jednak skupić się na innych projektach z obszaru IT, w które byłem zaangażowany. Nie straciłem jednak kontaktu z MakoLabem. Przez sześć kolejnych lat obserwowałem, jak poszerza swoje obszary działalności. W końcu w 2014 r. postanowiłem wrócić, tym razem jako pełnoetatowy menedżer. Dlaczego? Firma, podobnie jak dziś, była na etapie bardzo intensywnego rozwoju, rozszerzała działalność międzynarodową. Stawała się także coraz bardziej innowacyjna – opowiada Włodzimierz Mrozek, Project Manager w MakoLab.

Z kolei Agnieszka Olszacka, RTR Lead w Accenture Operations, zwraca uwagę na dobrą atmosferę w momencie odejścia. Kiedy opuszczała firmę w 2009 r., zarządzała dużymi zespołami księgowymi, ale chciała zdobyć nowe doświadczenia. Zanim jednak przeszła do jednej z głównych firm farmaceutycznych w Polsce, dobrze przygotowała swoje odejście.

Bardzo zależało mi, żeby pozostawić po sobie dobre wrażenie. Dopilnowałam, by mój sukcesor otrzymał wszystkie informacje niezbędne do wykonywania nowych obowiązków, wspólnie stworzyliśmy plan i sposób komunikacji z klientem, aby nikt w tej sytuacji nie okazał się pokrzywdzony. Równie istotne było dla mnie pożegnanie się z kolegami i koleżankami. Każdemu uścisnęłam dłoń i podziękowałam za współpracę, a mój zespół zapewniłam, że w razie jakichkolwiek problemów mogą na mnie liczyć – opowiada Agnieszka Olszacka.

Dobre wspomnienia związane z odejściem zaowocowały, gdy po kilku latach Accenture odezwało się do niej z propozycją pracy przy ciekawym projekcie z zakresu raportowania na rzecz spółki z branży social media. Sama dodaje, że doświadczenia zdobyte podczas przerwy w pracy w firmie przydają się jej na co dzień i pozwoliły stać się jeszcze lepszą specjalistką.

Stara miłość nie rdzewieje

Oczywiście powroty nie są rozwiązaniem dla każdego, a doświadczenia zdobyte w nowych miejscach mogą utwierdzać byłych pracowników w ich decyzjach. Według badań Accountemps przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych, możliwość powrotu do dawnej pracy bierze pod uwagę tylko 48% specjalistów. Do najczęstszych powodów wskazywanych przez osoby niechętne do rozpoczęcia ponownej przygody z dawnym pracodawcą należą źli, niekompetentni menedżerowie (23%), nieodpowiednia kultura firmy i nudne zadania (po 14%), a co dziesiąty badany mówił, że firma zamknęła przed nimi drogę powrotną.

Mimo tych wątpliwości „bumerangi” są dziś widziane coraz lepiej przez dawnych pracodawców. Co więcej, zjawisko tymczasowego rozstania z dotychczasowym środowiskiem zawodowym częściej postrzegane jest jako możliwość zdobywania nowych doświadczeń, rzadziej – jako brak lojalności. Dobry specjalista zawsze będzie w cenie – jeśli nie zdecydował się palić za sobą mostów, może wrócić na wcześniej wydeptaną ścieżkę. Z korzyścią dla firmy i samego siebie.

[1] https://blog.linkedin.com/2016/04/12/will-this-year_s-college-grads-job-hop-more-than-previous-grads

[2] http://www.thestreet.com/story/13520491/1/boomerang-employees-are-rising-in-popularity.html

[3] https://workplacetrends.com/the-corporate-culture-and-boomerang-employee-study/

[4] http://www.thestreet.com/story/13520491/1/boomerang-employees-are-rising-in-popularity.html

[5] http://money.usnews.com/money/blogs/outside-voices-careers/articles/2016-02-09/4-steps-to-becoming-a-boomerang-employee

XSystem S.A. zwiększa przychody w 1 kw. 2016 r.

XSystem S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2011 r., wypracowała w 1 kw. 2016 r. skonsolidowane przychody ze sprzedaży w wysokości 1.362 tys. zł, notując ponad 42% wzrost w ujęciu rdr. Emitent będzie dążył do dalszej komercjalizacji autorskiego oprogramowania do archiwizacji i zarządzania obiegiem dokumentów – ACCELO.

W 1 kw. 2015 r. Spółka osiągnęła skonsolidowane przychody ze sprzedaży w kwocie 956 tys. zł. XSystem S.A. znacząco obniżył również stratę netto w 1 kw. br. do poziomu 183 tys. zł wobec 480 tys. zł rok wcześniej. Zrealizowane przez Emitenta wdrożenia własnego oprogramowania ACCELO zaowocowały otrzymaniem istotnych referencji, które powinny pozwolić na pozyskiwanie kolejnych kontraktów. Zarząd Spółki przewiduje, że przyjęty kierunek rozwoju w zakresie rozwijania własnego oprogramowania pozwoli na dalsze umacnianie jej pozycji rynkowej. XSystem S.A. zanotował w 1 kw. 2016 r. wyraźny wzrost przychodów w segmencie obiegu dokumentów, usług skanowania i archiwizacji, a także usług serwisowych, co jest zgodne z planowaną zmianą struktury przychodów.

„To co nas cieszy najbardziej to 85% wzrost sprzedaży w ujęciu rok do roku w obszarze naszego portfolio produktowo-usługowego. Chcemy podtrzymać ten bardzo pozytywny trend w kolejnych kwartałach i temu podporządkowujemy nasze wszelkie działania biznesowe.” – ocenia Adrian Weremiuk, Prezes Zarządu Spółki XSystem S.A.

Emitent podpisał w 1 kw. br. kolejną umowę usługową o wartości 300 tys. zł netto na przetworzenie cyfrowe dokumentacji technicznej oraz pracował nad rozbudową oprogramowania ACCELO u jednego ze swoich obecnych klientów. Spółka kontynuuje prace nad rozwojem swojego autorskiego oprogramowania i liczy, że jego dalsza komercjalizacja przyniesie oczekiwane rezultaty w postaci istotnego wzrostu przychodów.

W lutym 2016 r. XSystem S.A. złożył wniosek o dofinansowanie z RPO Województwa Łódzkiego na realizację projektu związanego z przeprowadzeniem prac badawczych, które mają na celu opracowanie innowacyjnej metody przetwarzania dokumentów wprowadzonych do istniejącego już systemu zarządzania dokumentami. Przewidywana wartość projektu wynosi 1.045 tys. zł, a wnioskowana wartość dofinansowania sięga ponad 696 tys. zł. Spółka złożyła także dwa wnioski o dofinansowanie w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, Oś priorytetowa: Wsparcie Innowacji w przedsiębiorstwach, na przeprowadzenie emisji akcji oraz obligacji. Łączna Wartość obu projektów wynosi ponad 387 tys. zł przy dofinansowaniu na poziomie 44%. Dzięki środkom pozyskanym z emisji Emitent będzie mógł kontynuować realizację przyjętej Strategii Rozwoju.

XSystem S.A. opublikował w kwietniu br. prognozy finansowe na lata 2016-2018. Prognozowana wartość przychodów ze sprzedaży netto w 2016 r. ma sięgnąć 10,0 mln zł, a zysk ma wynieść 180 tys. zł. W 2017 r. ma to być odpowiednio: 12,0 mln zł przychodów ze sprzedaży netto oraz 1,0 mln zł zysku. Natomiast w 2018 r. Spółka chce osiągnąć 2,0 mln zł zysku przy przychodach ze sprzedaży netto kształtujących się na poziomie 14,0 mln zł.

 W marcu br. Emitent dokonał terminowego wykupu obligacji serii B, których łączna wartość nominalna wynosiła 1.200 tys. zł oraz wykupił w terminie pozostałe obligacje serii A. Spółka opublikuje raport roczny za 2015 r. w dniu 03.06.2016 r.

XSystem S.A. zajmuje się dostarczaniem rozwiązań biznesowych z zakresu optymalizacji, przetwarzania oraz obiegu dokumentów zarówno w formie tradycyjnej, jak i elektronicznej. Spółka opracowała autorskie oprogramowanie do budowy archiwów cyfrowych i zarządzania obiegiem dokumentów – ACCELO. Emitent jest notowany na rynku NewConnect od września 2011 r.

Nie można przenieść Warszawy do Krakowa czy Poznania

0

W innych miastach Polski nie ma miejsca na taki sam produkt premium, jak w Warszawie. Dotyczy to zwłaszcza takiej części rynku premium, jakim są apartamentowce.
Każde duże miasto w Polsce ma swój segment premium, ale w innym przedziale cenowym. Jednak Warszawa odróżnia się od tych miast. – Warszawa jest typową aglomeracją i metropolią, odsysa kapitał z okolic metropolii, natomiast Poznań jest typowo miejski, buduje kapitał wokół miasta – mówi w rozmowie z MarketNews24 Karolina Kaim, prezes Tacit Investment. – Nie ma miejsca w Poznaniu i innych miastach na taki sam produkt premium jak w Warszawie.

Stabilny rynek nieruchomości

Dalsza stabilizacja cen mieszkań, wzrost podaży lokali oddawanych do użytku, niższa dynamika liczby noworozpoczynanych inwestycji i wydawanych pozwoleń na budowę – takie są prognozy dotyczące rynku nieruchomości w 2016 r. na podstawie analiz Banku BGŻ BNP Paribas. Z zebranych danych wynika również, że istnieje zapotrzebowanie na budownictwo na wynajem.

Na rynku mieszkaniowym przeważać będzie w dalszym ciągu stabilizacja cen. Będzie ona wynikała z większej liczby oferowanych mieszkań, również tych wprowadzonych do sprzedaży w 2016 r. względem popytu, który pozostanie wysoki. Niewielkie podwyżki cen możliwe są w przypadku inwestycji zlokalizowanych w atrakcyjnych miejscach lub o podwyższonym standardzie. Obniżki stawek możliwe są za sprawą czasowych promocji, zakupów pakietowych lub wyprzedaży ostatnich mieszkań w danej inwestycji.

Osiągniecie wyższej, a nawet porównywalnej sprzedaży mieszkań w 2016 r. do ubiegłorocznej, rekordowej w historii, która na rynku pierwotnym wg REAS wyniosła blisko 52 tys., wydaje się mało prawdopodobne. Jednocześnie drastycznemu spadkowi popytu zapobiegać powinna stabilna kondycja polskiej gospodarki i niskie stopy procentowe – powiedziała Monika Orłowska, ekspert z Dep. Analiz Ekonomicznych, Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.

Nadal będzie również widoczne, szczególnie na obrzeżach dużych miast, dostosowanie części nowej oferty do programu MdM. Jednocześnie w większym stopniu może to dotyczyć 2017 r., ponieważ środki w ramach MdM na 2016 r. zostały praktycznie wykorzystane w pierwszym kwartale tego roku.

– Po zakończeniu programu MdM w 2018 r. prawdopodobnie powstaną nowe programy rządowe wspierające budownictwo mieszkaniowe. Jednakże mogą być one w większym stopniu skoncentrowane na kasach oszczędnościowo-mieszkaniowych i rozwoju budownictwa pod wynajem z możliwością nabycia lokalu – dodała Monika Orłowska.

Na krajowym rynku istnieje potencjał dla budownictwa na wynajem. Szczególnie, jeśli porównamy Polskę do krajów Europy Zachodniej, gdzie wynajem jest znacznie popularniejszy. Rozwój tego segmentu rynku został zainicjowany poprzez Fundusz Mieszkań na Wynajem. Pierwsze mieszkania w ofercie najmu instytucjonalnego pojawiły się w Poznaniu. Jak podaje fundusz w całym 2015 r. udostępnił on 2400 mieszkań, z czego 380 zostało oddanych na wynajem, 1071 zakontraktowano, a 949 jest w trakcie finalizacji decyzji inwestycyjnej. Ponad połowa z tych mieszkań zostanie wynajęta do końca 2017 r., a 2600 mieszkań do końca 2018 r. Nieruchomości będą zlokalizowane w największych aglomeracjach: warszawskiej, trójmiejskiej, krakowskiej, wrocławskiej, łódzkiej, poznańskiej i śląskiej.

Rainbow Tours S.A. po I kwartale 2016

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy LafargeHolcim 2016: Wnioski Zarządu zatwierdzone przez akcjonariuszy

Akcjonariusze LafargeHolcim obecni na dzisiejszym zwykłym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy Grupy zatwierdzili wszystkie wnioski złożone przez Zarząd. W zgromadzeniu, które odbyło się w Zurychu, uczestniczyło 640 akcjonariuszy reprezentujących około 69 procent kapitału akcyjnego spółki.

Beat Hess, który uzyskał 98,03 procent uprawnionych głosów, został wybrany przez akcjonariuszy na nowego Przewodniczącego Zarządu. Jürg Oleas został nowym członkiem zarządu, co zatwierdzono 97,98 procentami uprawnionych głosów. Wszyscy dotychczasowi członkowie Zarządu (wyłączając Wolfganga Reitzle, który nie ubiegał się o sprawowanie funkcji w kolejnej kadencji), pozostali na swych stanowiskach.

Akcjonariusze zatwierdzili wypłatę z kapitału rezerwowego w wysokości 1,50 CHF za zarejestrowaną akcję. Wypłata nastąpi dnia 19 maja br. Ponadto akcjonariusze zatwierdzili raport roczny oraz roczne sprawozdania finansowe Grupy oraz LafargeHolcim Ltd.

Przeprowadzono również głosowanie doradcze, w efekcie którego zatwierdzono sprawozdanie dotyczące wynagrodzeń. Natomiast w dwóch odrębnych wiążących głosowaniach akcjonariusze zatwierdzili łączną maksymalną kwotę wynagrodzenia członków Zarządu na okres od Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy 2016 do Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy 2017 oraz łączną maksymalną kwotę wynagrodzenia członków Komitetu Wykonawczego w roku finansowym 2017.

Paul Desmarais, Jr., Oscar Fanjul oraz Adrian Loader pozostali członkami Komitetu ds. Nominacji i Wynagrodzeń. Nassef Sawiris i Hanne Birgitte Breinbjerg Sørensen zostali nowymi członkami ww. komitetu.

Zdecydowano, że spółka Ernst & Young Ltd pozostanie audytorem spółki; Thomas Ris został ponownie wybrany na funkcję pełnomocnika niezależnego.

Jak korzystać z usług bankowych by nie przepłacać – 7 prostych zasad

Niskie stopy procentowe, nowy podatek bankowy oraz wyższe kwoty odprowadzane na Bankowy Fundusz Gwarancyjny to dla banków trudny orzech do zgryzienia i ryzyko zmniejszenia zysków. Często pojawiają się obawy, że instytucje finansowe będą starały sobie to odbić na klientach – komunikaty o podwyżkach opłat płynące z niektórych banków mogą potwierdzać ten kierunek. Jednak kilka prostych zasad stosowanych przez klienta może spowodować, że większość podstawowych usług bankowych będzie bezpłatna. Eksperci akcji „Miliony Polaków” oraz porównywarki finansowej Comperia.pl  przygotowali krótki poradnik dla każdego klienta banku.

 Bądź bezgotówkowy!

Banki doceniają aktywnych klientów, często uzależniają pobranie opłaty miesięcznej za kartę od liczby lub kwoty transakcji wykonanych kartą w ciągu miesiąca. Liczą się tylko operacje kartą w sklepach, punktach usługowych czy w Internecie, A NIE WYPŁATY GOTÓWKI Z BANKOMATÓW! Jeśli wydasz w miesiącu kartą np. 200, 300 czy 500 zł, to Twoja karta okaże się darmowa! Podobnie jest z opłatą za prowadzenie konta – regularne zasilanie go, na przykład comiesięcznym wynagrodzeniem może spowodować, że bank nie pobierze opłaty za jego prowadzenie.

 Nie masz problemu z bankomatami!

Nie we wszystkich bankach klienci mają możliwość bezpłatnych wypłat gotówki ze wszystkich bankomatów w kraju. Darmowe są tam tylko własne bankomaty banku, a za skorzystanie z innych maszyn zapłacimy np. 3 czy 5 zł. Banki informują o zmianach opłat, ale jeśli akurat umknie Ci to, możesz załapać się na koszty! Im częściej płacisz kartą, tym rzadziej potrzebujesz gotówki z bankomatu. Choć oczywiście zawsze warto mieć przy sobie trochę gotówki, dlatego rozważ wypłaty nieco większych kwot jednorazowo.

 Możesz na tym zarobić!

Banki mają w ofertach m.in. programy lojalnościowe gwarantujące zniżki u partnerów programu przy płatności kartą, czy moneyback czyli zwrot części wydatków kartą. Zatem korzystając z karty robisz TAŃSZE zakupy!

 Jest bezpieczniej!

Jeśli zgubisz gotówkę – raczej już się z nią pożegnaj. Tymczasem gdy stracisz kartę do konta, możesz ją szybko i łatwo zastrzec. Od tego momentu Twoją kartą nie będzie już możliwe dokonywanie żadnych operacji. Zastrzeżenia karty można dokonać w kilka sekund m.in. z poziomu aplikacji mobilnej banku, bankowości internetowej czy poprzez infolinię. Pamiętaj, że nie musisz znać na pamięć numeru do swojego banku – jest jeden bardzo prosty numer do wspólnego, międzybankowego Systemu Zastrzegania Kart. To 828 828 828, więcej o tym dowiesz się na stronie www.zastrzegam.pl.

 Bądź aktywny!

Banki siłą rzeczy wolą klientów, którzy korzystają z ich usług nie tylko od święta. Nadal na rynku jest sporo tanich kont, ale wyłącznie pod warunkiem, że masz jakieś wpływy na taki rachunek (choćby 500 czy 1000 zł) albo chętnie korzystasz z karty (kilka transakcji w sklepach w miesiącu, zwykle wystarczy wydać ok. 300 zł). Płacąc kartą możesz zgarniać bonusy, punkty lojalnościowe czy zwrot części wydatków.

Interesuj się swoim kontem!

Wiadomo – to trochę nudne czytać komunikaty od banku, ale nie omijaj ich bo mogą umknąć Ci ważne zmiany! Potem spostrzeżesz, że bank pobrał jakąś opłatę, i będziesz zawiedziony! Dlatego warto uważnie czytać każdą korespondencję jaką wysyła do nas bank tradycyjną pocztą lub poprzez serwis transakcyjny. Warto pamiętać o tym, że każdy bank musi poinformować o zmianach w regulaminie lub taryfie opłat i prowizji z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Nigdy nie wyrzucaj korespondencji z banku przed przeczytaniem.

Pamiętaj, że możesz zmienić rachunek w ramach tego samego banku. Taki ruch jest szczególnie atrakcyjny w sytuacji, gdy Twoje obecnie konto trafiło już w banku na drugi plan, a teraz promowany w blasku reflektorów jest jakiś nowy rachunek. Takie nowości w ofercie są zwykle tańsze niż ich poprzednicy. W ostateczności możesz też skorzystać ze specjalnej procedury i przenieść swoje konto do innego banku. Od 2010 roku banki stosują specjalną Rekomendację Związku Banków Polskich, która znacznie ułatwiła taką operację.

 Bądź ambasadorem

Jesteś zadowolony ze swojego konta? Uważasz, że Twój bank robi dobrą robotę? Poleć go znajomym, a jeszcze na tym zarobisz. Naprawdę sporo banków ma programy rekomendacyjne, w których płacą swoim klientom za skuteczne namówienie innych do założenia konta. Możesz podesłać znajomemu czy bratu/cioci/żonie (itp.) ofertę, a jeśli ten założy konto z Twojego polecenia – dostaniesz za to pieniądze!

 Bądź internetowy i mobilny!

Banki po to udostępniają za darmo systemy bankowości internetowej czy mobilnej, żebyśmy z nich korzystali. To między innymi dlatego przelew internetowy zwykle jest darmowy, a w oddziale kosztuje kilka złotych. Podobnie np. zlecenia stałe. Nie ma się tu co bankom dziwić – utrzymanie placówki jest droższe niż systemu bankowości internetowej. Przy okazji pamiętaj, że lepiej autoryzować transakcje internetowe przysyłanym przez bank SMS-em ze specjalnym kodem. Za tradycyjne karty z kodami jednorazowymi (np. do zdrapywania) częściej są opłaty!

 Masz kontrolę

Sprawdzenie ile pieniędzy masz na koncie albo czy przyszła już wypłata to poprzez bankowość internetową czy aplikację mobilną dosłownie kilka kliknięć, oczywiście za darmo. Tymczasem sprawdzając saldo w bankomacie czasem zapłacisz za to nawet kilka złotych. Możesz też udać się do banku, ale trudno wyobrazić sobie aby była to metoda na ciągłe trzymanie ręki na finansowym pulsie. Tymczasem nie ma już żadnego problemu, abyś po każdej zmianie salda na rachunku otrzymywał SMS-a, albo, jeśli korzystasz z aplikacji mobilnej, powiadomienia na smartfonie. To pozwala Ci mieć absolutną kontrolę nad stanem konta, i natychmiast reagować gdyby działo się coś niepokojącego.

 Bądź oszczędny!

Rachunek osobisty to coś więcej niż przechowalnia Twoich pieniędzy. To konglomerat usług, o których istnieniu czasem nawet nie masz pojęcia. A one naprawdę się przydają. Banki ochoczo dołączają do rachunku osobistego czy karty na przykład dodatkowe ubezpieczenia. Ot, choćby assistance, który przynajmniej przez pierwszych kilka miesięcy czy rok jest zupełnie darmowy. Zapewnia m.in. wsparcie medyczne (np. wizyta lekarza czy pielęgniarki, transport do i ze szpitala, dostarczenie leków), domowe (pomoc hydraulika, elektryka, szklarza) czy samochodowe (drobna naprawa na miejscu, holowanie). Warto zajrzeć co ma się w koncie, bo być może następnym razem zamiast płacić za naprawę rury wystarczy zadzwonić do banku po darmową pomoc.

Banki bardzo chętnie do kont dorzucają też programy lojalnościowe czy rabatowe. Czasem nawet nie wiesz, że bank za każdą Twoją płatność kartą nalicza Ci jakieś punkty, które za miesiąc czy rok możesz wymienić na nagrody. Albo – że w określonych sklepach zakupy Twoją kartą będą kilka albo kilkanaście procent tańsze. No i moneyback, czyli zwrot części wydatków kartą – o tym też nie zawsze pamiętamy. A tymczasem ziarnko do ziarnka i zakupy można robić taniej.

Poluj na lokaty

Oprocentowanie lokat czy kont oszczędnościowych nie jest ostatnimi laty szczególnie porywające z uwagi na niski poziom stóp procentowych ustalanych przez Radę Polityki Pieniężnej. Tym ważniejsze jest poszukiwanie najlepszych okazji. A wbrew pozorom nie ma ich wcale tak mało. Miej uszy i oczy szeroko otwarte, bo banki organizują aukcje lokat, promocje na nowe środki albo podwyższają oprocentowanie rachunku oszczędnościowego za Twoją aktywność.

Poza tym lokat poszukuj przede wszystkim w systemie bankowości internetowej czy mobilnej. Tam masz szansę na dużo lepsze oferty niż w oddziale, gdyż w ten sposób banki chcą Cię przekonać do korzystania z tych nowoczesnych kanałów.

 Bądź szybszy

Może nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele rzeczy możesz robić szybciej dzięki bankowi. Musisz tylko… wiedzieć, że tak można! Prosty przykład to doładowania telefonu. Zamiast iść do kiosku, w kilka sekund i za darmo doładujesz telefon sobie albo znajomemu z poziomu systemu bankowości internetowej albo aplikacji mobilnej.

Zapewne Twój bank udostępnia też np. usługę cashback. To możliwość wypłaty gotówki (do 300 zł) z kasy sklepu niczym z bankomatu, przy okazji zakupów. Zatem – nie musisz szukać bankomatu, bo jeśli akurat sklep, punkt usługowy czy stacja benzynowa na której jesteś ma przy wejściu naklejkę „VISA Cashback” lub „MasterCard Cashback”, to możesz właśnie tam zaopatrzyć się w gotówkę. Wypłata cashback jest darmowa, lub kosztuje symboliczne 1-2 zł – to mniej niż wypłata z obcego bankomatu (jeśli nie masz wszystkich darmowych).

Technika idzie do przodu

Ufając nowościom można bankować dużo wygodniej. A nowinek jest naprawdę sporo. To choćby możliwość płacenia telefonem – zbliżeniowo (HCE) lub przepisując na terminalu wygenerowany kod (BLIK). Możesz robić znajomym przelewy nie znając ich numeru rachunku – na numer telefonu, e-mail lub konto na Facebooku. A niektóre aplikacje mobilne po zeskanowaniu rachunku automatycznie „zaciągają” dane (numer konta, kwota, tytuł) do szablonu przelewu.

Bądź zautomatyzowany!

Bank bardzo chętnie może Cię wyręczać w opłacaniu rachunków, a także… w odkładaniu pieniędzy. Dzięki temu zaoszczędzi Ci dużo czasu, nerwów i pieniędzy.

Zamiast co miesiąc wykonywać taki sam przelew za Internet, czynsz czy czesne – ustanów zlecenie stałe. Wówczas zawsze konkretnego dnia miesiąca ustalona kwota zejdzie z Twojego konta i trafi do adresata. Oczywiście w każdej chwili zlecenie stałe możesz odwołać lub zmodyfikować.

Jeszcze wygodniejszą opcja jest tzw. polecenie zapłaty, które przydaje się w sytuacji, kiedy każdego miesiąca wysokość rachunku jest inna. Dzięki poleceniu zapłaty odpowiednia kwota zostanie automatycznie pobrana z rachunku po przekazaniu faktury do banku przez dostawcę. Jedynym Twoim zadaniem będzie zapewnienie środków na rachunku. Oczywiście taką dyspozycję w każdej chwili możesz wycofać, możesz także ustalić maksymalną kwotę jaką może zostać obciążone Twoje konto.

Banki mają swoje sposoby na pomoc nie tylko tym, co nie mają głowy do opłacania rachunków, ale i tym, którym z trudem przychodzi ogarnianie budżetu domowego. Na coraz inteligentniejszych menedżerach domowych finansów banki podsumowują transakcje z ostatnich miesięcy, kategoryzują je, rysują na ich podstawie wykresy. Dzięki temu szybko zorientujesz się, ile pieniędzy w danym miesiącu wydajesz na jedzenie, paliwo czy lekarstwa i być może skłoni Cię to do poszukania oszczędności czy zracjonalizowania swoich wydatków.

 Metody na oszczędzanie

Nie tylko rachunki mogą automatycznie schodzić z Twojego konta. Patent ze zleceniem stałym możesz zastosować także do odkładania pieniędzy, np. na konto oszczędnościowe. Raz ustanowisz zlecenie stałe, nawet na100 czy 200 zł co miesiąc, i już nie musisz pamiętać o systematycznym oszczędzaniu – automat robi to za Ciebie! Wyobraź sobie, że dzięki temu na koniec każdego roku na Twoim koncie uzbiera się kilka tysięcy złotych, które możesz przeznaczyć na dowolny cel.

Kilka banków automatycznie przesuwa także pewne kwoty z konta osobistego na oszczędnościowe za każdym razem, gdy płacisz kartą albo robisz przelew. W zależności jak to ustalisz – może to być np. zawsze określona kwota (np. 2 zł), jakiś procent kwoty transakcji (np. 10%, wtedy płacąc 15 zł z Twojego konta „zejdzie” jeszcze dodatkowo 1,5 zł które trafi na rachunek oszczędnościowy) lub kwota brakująca np. do pełnych dziesiątek (czyli np. przy transakcji na 16,45 zł na konto oszczędnościowe trafi 3,55 zł).

Bądź świadomy

Konto osobiste to nie tylko worek do którego wrzucasz i z którego wyjmujesz pieniądze. To olbrzymi mechanizm, łączący w sobie multikanałowość (Internet, aplikacja mobilna, placówka, infolinia, bankomaty), nowoczesne narzędzia płatnicze czy atrakcyjne usługi ułatwiające codzienne zadania oraz cały szereg zabezpieczeń, który chroni Twoje pieniądze. W sumie to nawet ciekawa perspektywa, kiedy człowiek uświadomi sobie, jak wiele osób, ich pomysłów i dziesiątek przepracowanych godzin kryje się za tym wszystkim, co dziś załatwiamy przy bankomacie, w Internecie, w aplikacji mobilnej czy przy terminalu płatniczym w sklepie w dosłownie kilka sekund!

Konto bankowe nie musi być tylko obowiązkiem – bo tam trafia wypłata czy renta. Może być autentycznym wsparciem, może wspomagać w zarządzaniu budżetem domowym, kształtować nasze postawy przedsiębiorcze, oszczędzać czas, być po prostu niesamowicie wygodne!

Teraz możesz także sam powiedzieć bankowi, za jakie usługi chcesz płacić, a co powinno być bezpłatne. Podziel się w badaniu „MILIONY POLAKÓW” swoimi przemyśleniami na temat bankowania – jak to robisz, co Ci się podoba, czego oczekujesz. Pokaż bankom, że jesteś świadomym klientem, który wie czego chce! Dzięki współpracy porównywarki finansowej Comperia.pl oraz Związku Banków Polskich, banki wysłuchają Twojego głosu.

 

 

Polskie firmy rodzinne istotną siłą napędową gospodarki, jednak potrzebują profesjonalizacji

Firmy rodzinne w Polsce wytwarzają prawie jedną piątą PKB. Ich atutem jest silne przywiązanie pracowników, elastyczne zasady działania i szybka decyzyjność. Słabością jest niejednokrotnie brak strategii działania, która mogłaby przyciągnąć inwestorów i pomóc im stać się bardziej konkurencyjnymi. O sytuacji polskich firm rodzinnych, a także praktycznej stronie innowacyjności oraz inteligentnych miastach będzie mowa podczas zbliżającego się VIII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, którego partnerem merytorycznym jest firma doradcza Deloitte.

 Po 25 latach od rozpoczęcia transformacji rynkowej w Polsce bardzo silnie rozwinął się sektor firm rodzinnych. Z danych Polskiej Konfederacji Pracodawców „Lewiatan” wynika, że odpowiadają one za wytworzenie 18 proc. PKB i jedną czwartą PKB wygenerowanego przez cały sektor przedsiębiorstw.

„Atuty polskich firm rodzinnych to niezwykle silne więzi pomiędzy firmą a jej pracownikami, elastyczne zasady działania i szybka decyzyjność. Dzięki większej zdolności dostosowania się do zmiennych warunków rynkowych są one w stanie oprzeć się negatywnym skutkom okresów dekoniunktury” – mówi Adam Chróścielewski, Partner odpowiedzialny za praktykę firm rodzinnych Deloitte. „Jednakże na pewnym etapie rozwoju firmy rodzinne stają też przed decyzjami związanymi z profesjonalizacją biznesu. To kluczowy proces, którego odpowiednie wdrożenie pozwoli na bardziej efektywne działanie, większą transparentność wobec potencjalnych inwestorów i podniesienie konkurencyjności wobec innych graczy rynkowych” – dodaje.

Proces ten wymaga jednak zmiany mentalności konserwatywnie podchodzących do zarządzania właścicieli firm rodzinnych lub też przekazania sterów młodszemu pokoleniu, bardziej otwartemu na angażowanie w procesy zarządcze zewnętrznych specjalistów. „Jesteśmy w Polsce w trakcie pierwszej fali sukcesyjnej. Jest to proces kluczowy z perspektywy podstawowego celu firmy rodzinnej, jakim jest zabezpieczenie jej długowieczności. Aby zakończył się on sukcesem, musimy patrzeć na doświadczenia zachodnich firm rodzinnych i korzystać z narzędzi, które wspierają procesy zmiany pokoleniowej, takich jak choćby – niezwykle popularna na Zachodzie – konstytucja rodzinna” – wyjaśnia Artur Czepczyński, właściciel firmy rodzinnej ABC Czepczyński.

Temat innowacyjności jest obecny od kilku lat podczas katowickich spotkań. W tym roku będzie mowa o jej praktycznych aspektach i w kontekście rozwoju startupów. Jak się okazuje najwyższe wyceny w rankingu S&P 500 mają firmy, które stosują innowacje w więcej niż pięciu obszarach swojej działalności i są otwarte na innowacje z zewnątrz. Dla korporacji poszukiwanie pomysłów na nowe produkty w oparciu o partnerstwo z małymi spółkami technologicznymi stało się koniecznością. W Polsce duże przedsiębiorstwa uczą się współpracować z małymi (np. dostosowując wewnętrzne procedury przetargowe), a małe potrzebują bardziej sprzyjającego otoczenia regulacyjnego, by szybciej rosnąć. „W związku z tym trzeba nadal upraszczać procedury administracyjne oraz obniżać koszty związane z zakładaniem i prowadzeniem startupów, zwiększać dostępność finansowania i ulg podatkowych na działalność innowacyjną, wspierać rozwój kapitału społecznego, a więc takie wartości jak zaufanie, respektowanie wzajemnych zobowiązań, przestrzeganie wspólnych norm i zaangażowanie w życie wspólnotowe. Wysoko rozwinięty kapitał społeczny niweluje bowiem ryzyko i obniża koszty transakcyjne, co jest szczególnie ważne w początkowych fazach cyklu życia startupów” – mówi Magdalena Burnat-Mikosz, Partner, Lider w zakresie B+R i innowacyjności w Polsce, Deloitte.

W Katowicach będzie również mowa o idei smart city, czyli tzw. inteligentnego miasta. „Idea smart city kojarzy się przede wszystkim z nowoczesnymi technologiami. Tymczasem na koncepcję tę składa się wiele powiązanych ze sobą sfer m.in. gospodarka, mobilność, środowisko, mieszkańcy, sposób zarządzania miastem czy też wreszcie jakość życia w mieście. Łączy je wspólny cel, czyli sprawne funkcjonowanie miasta i wygodne życie jego mieszkańców. Dlatego rozumiejąc pojęcie smart cities nie tylko w kontekście technologii, łatwiej będzie je nam oswoić” – wyjaśnia Agnieszka Dawydzik, Menedżer, Zespół Public Sector, Deloitte.

W koncepcji smart city mieści się również idea zrównoważonego rozwoju. O jej roli w strategii firm będą rozmawiać eksperci podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Wartość współczesnych organizacji nawet w 84 proc. zależy od kwestii niematerialnych, coraz bardziej związanych z odpowiedzialnym sposobem zarządzania biznesem. Dlatego coraz ważniejsze stają się transparentna komunikacja, reputacja oraz wpływ biznesu na gospodarkę, społeczeństwo i środowisko. „Ujawnianie danych niefinansowych w postaci raportu może przynieść firmom wiele korzyści, m.in. większe zaufanie ze strony inwestorów, lepsze zrozumienie modelu biznesowego, strategii i ryzyk oraz identyfikację nowych szans biznesowych. Co więcej, od 1 stycznia 2017 r. sprawozdawczość niefinansowa stanie się wymogiem dla blisko 300 największych podmiotów gospodarczych w Polsce. To z pewnością zmieni postrzeganie roli i znaczenia zrównoważonego rozwoju i CSR przez biznes i jego otoczenie” – tłumaczy Irena Pichola, Partner, Zespół ds. Zrównoważonego Rozwoju w Europie Środkowej w Deloitte.

Stałym elementem katowickiego kongresu jest także polityka energetyczna. Baza wytwórcza energii elektrycznej w Polsce, pomimo prowadzonych na dużą skalę inwestycji w energetyce konwencjonalnej i coraz większej mocy zainstalowanej OZE, starzeje się. Popyt na energię elektryczną, rosnący wraz z PKB jest zaspokajany z coraz mniejszym marginesem bezpieczeństwa. Z drugiej strony rynek energii w Polsce i Europie rozchwiany jest niespójnymi regulacjami i nie wysyła sygnałów cenowych pozwalających na finansowanie inwestycji bez długoterminowych instrumentów wsparcia. „W tej sytuacji planowanie i finansowanie budowy nowych mocy wytwórczych jest sporym wyzwaniem, również dla dużych krajowych grup energetycznych, które posiadają coraz mniejszą zdolność finansowania bilansowego. Doświadczenia krajów Unii wskazują tu na kluczową rolę dobrze dobranych mechanizmów wsparcia. W średnim i długim terminie, dużą niewiadomą jest tempo rozwoju nowych technologii, takich jak magazynowanie energii i ich wpływ na obecny model biznesowy energetyki, bo pamiętajmy, że mówimy o inwestycjach o półwiecznym okresie ekonomicznego życia” – mówi Michał Lubieniecki, Partner w Zespole Doradztwa Finansowego Deloitte.

 

Polski biznes jest zacofany technologicznie?

Polski sektor MMŚP charakteryzuje jednak niewielki poziom inwestycji w ICT, co hamuje jego wzrost oraz zmniejsza możliwości konkurowania na globalnym rynku. Takie wnioski płyną z raportu „Cyfryzacja polskiego sektora MMŚP” przygotowanego wspólnie przez Konfederację Lewiatan, home.pl oraz Microsoft.

Polski-biznes-jest-zacofany-technologicznie– Polacy są bardzo przedsiębiorczy, chcemy zakładać firmy, chcemy aby one się rozwijały, ale jednocześnie niechętnie inwestujemy w cyfryzację. Niestety nasze firmy ciągle wolą zainwestować w samochód czy maszynę. Nie myślą o tym, że nowe technologie dają nowe możliwości – mówi newsrm.tv dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Polska może pochwalić się jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej. Niestety inną cechą rodzimego rynku jest niski poziom cyfryzacji a także wyjątkowo niski poziom inwestycji, których stopa wynosi jedynie 20%. Dla porównania w krajach, które wchodziły razem z Polską do UE udział inwestycji w PKB jest zdecydowanie wyższy, np. na Słowacji oscyluje on w granicach 25%. Na uwagę zasługuje również fakt, że aż 50% spośród wszystkich inwestycji jest przeprowadzanych przez duże firmy, podczas gdy przedsiębiorstwa z sektora MMŚP przeznaczają na te cele łącznie jedynie 2,6-3,0% PKB. Innym problemem jest struktura lokowania funduszy. W Polsce wciąż dużo przeznaczamy na budynki i środki trwałe, a zdecydowanie mniej na nowe technologie. A to one dają szansę rozwoju oraz ekspansji na nowe rynki.

– Firmy, które nie korzystają z nowych technologii tracą możliwość konkurowania z tymi firmami, które już nowe technologie wdrożyły. Firmy dzięki cyfryzacji stają się bardziej wydajne, mogą pracować z dowolnego miejsca i mają zawsze dostęp do swojej dokumentacji. Dużym problemem przedsiębiorstw małych i średnich jest uporządkowanie swojej dokumentacji. Oczywiście nowe technologie jak chmura pomagają nad tym zapanować – wyjaśnia Przemysław Szuder, dyrektor ds. Klientów Kluczowych, Małych i Średnich Firm oraz Partnerów w Microsoft.

Polska jest w grupie sześciu krajów UE, w których pracuje się najdłużej. Wynika to głównie z niskiej wydajności pracy, która z kolei jest związana ze słabym uzbrojeniem technicznym i niewielką skalą cyfryzacji polskich firm. – Niska efektywność pracy w porównaniu do innych rynków UE zmusza do konkurowania cenami i powoduje, że zarówno praca, jak i kapitał jest w Polsce słabo opłacany. Bez inwestycji w nowoczesne technologie nie uda się zmienić tego stanu rzeczy – przekonuje dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan, która opracowała raport „Cyfryzacja polskiego sektora MMŚP”.

Na potrzeby raportu wyróżniono siedem prostych zastosowań ICT w biznesie, takich jak: obsługa klientów przez Internet z wykorzystaniem poczty elektronicznej, posiadanie strony w mediach społecznościowych, prowadzenie portalu on-line, posiadanie mobilnej wersji strony www, wystawianie e-faktur, zarządzanie zasobami z wykorzystywaniem odpowiedniego oprogramowania, czy przesyłanie danych w chmurze, które określają cyfrowy charakter przedsiębiorstwa. Wyznacznikiem digitalizacji była liczba technologii informatycznych wykorzystywanych przez przedsiębiorstwa z poszczególnych sektorów.

– My obserwujemy na świecie trzy główne tereny wśród mikro i małych firm, które „ciągną” za sobą technologie  tj. mobilność, rozwiązania w chmurze oraz praca grupowa. W każdej z tych kategorii mamy szereg rozwiązań, które w efektywny sposób podnoszą pracę firm – opowiada Marcin Kuśmierz, prezes home.pl. – Praca grupowa np. w efektywny sposób optymalizuje procesy zachodzące w firmie. Pracując nad jednym dokumentem nie musimy go sobie przesyłać, ale możemy jednocześnie w kilka osób go edytować.

Polskie przedsiębiorstwa z sektora MMŚP nie są jeszcze cyfrowe, ale powoli dostrzegają biznesowy potencjał tkwiący w korzystaniu z technologii informatycznych. Świadczy o tym fakt, że prawie 40% przedsiębiorstw wykorzystuje co najmniej 3 z 7 badanych rozwiązań. Wszystkie 7 zastosowań technologii wykorzystuje tylko 1,1% MMŚP. Jednocześnie z żadnej z tych technologii nie korzysta blisko co czwarta firma MMŚP.

Polskie firmy cyfrowe działają przede wszystkim w przemyśle, sektorze usług profesjonalnych, a także branży naukowej i technicznej. Główną cechą liderów cyfryzacji jest wyższe wykształcenie menedżerów i właścicieli zarządzających przedsiębiorstwami. Nie bez znaczenia jest również lokalizacja firmy. Przedsiębiorstwa mieszczące się w metropoliach i miastach średniej wielkości częściej korzystają z nowoczesnych technologii, niż firmy posiadające siedzibę w małych miejscowościach. Co ciekawe, inwestycje w technologie pozwalają znacząco niwelować różnice wynikające z lokalizacji firmy.

– Nowoczesne technologie sprawiają, że niezależnie od tego, gdzie mieści się dana firma i kto nią zarządza, wiedza o rynku, obserwowanych na nim trendach rozwojowych oraz dostęp do klientów są takie same. Dlatego przedsiębiorstwa, które mają pozornie gorszy start np. ze względu na fakt, że działają w miejscu, gdzie jest mało potencjalnych klientów, mogą szczególnie dużo zyskać wdrażając rozwiązania ICT – tłumaczy dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Najczęściej wykorzystywanymi technologiami przez przedstawicieli sektora MMŚP są: poczta elektroniczna, e-faktury oraz oprogramowanie do zarządzania zasobami firmy. Wciąż stosunkowo mało przedsiębiorstw stawia na mobilność, dlatego wersje stron internetowych dostosowane do otwierania na smartfonach czy tabletach nadal cieszą się małą popularnością. Niepokojący jest również fakt, że niewielki odsetek przedsiębiorstw (11,7%) korzysta z chmury obliczeniowej. Tymczasem technologia ta wydaje się być idealna dla mikro i małych firm, gdyż nie wymaga posiadania rozbudowanej infrastruktury informatycznej i zatrudniania specjalistów IT, a jednocześnie daje szerokie spektrum możliwości pracy zdalnej.

Wykorzystanie technologii teleinformatycznych pozwala wyrównywać szanse rozwojowe oraz budować przewagę konkurencyjną. Jednak nawet najnowocześniejsze rozwiązania nie pomogą w zmianie zachowawczego sposobu myślenia i kierowania się stereotypowymi przekonaniami: „nie wiem, po co te nowinki, nie widzę potrzeby ich zastosowania w biznesie, do tej pory funkcjonowałem bez nich”. Jak wynika z omawianego raportu, przedsiębiorstwa korzystające z technologii informatycznych są bardziej nastawione na rozwój niż firmy analogowe. Świadczą o tym cele strategiczne, które sobie stawiają: wzrost udziału w rynku, wzrost sprzedaży, a także wzrost zysku i budowanie wartości firmy w długim okresie.

„Niepodważalną zaletą zwrotu ku nowoczesnym technologiom jest wzrost efektywności pracy oraz oszczędność czasu, wynikające np. z szybszej wymiany informacji umieszczonych w chmurze. Zaoszczędzony w ten sposób czas pracownicy mogą przeznaczyć na pozyskiwanie i realizację nowych zleceń co w konsekwencji zaowocuje większymi zyskami” – mówi Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w Microsoft.

Potwierdzają to przykłady firm korzystających z rozwiązań mobilnych takich jak smartfony Lumia czy urządzania 2w1 z systemem Windows oraz usług chmurowych Office 365. W firmie 3D Plan, działającej w branży usług projektowo-inżynieryjnych, wdrożenie nowych technologii pozwoliło zaoszczędzić 20-30% czasu potrzebnego na realizację bieżących zleceń. Dzięki temu zespół może skupić się na nowych projektach i dalszym rozwoju biznesu.

Rozwiązania teleinformatyczne są również niezwykle pomocne w budowaniu relacji z klientem. Jednocześnie umożliwiają pozyskiwanie danych dotyczących oceny jakości obsługi, czy preferencji zakupowych. Korzyści związane z poprawą obsługi klientów potwierdza przykład firmy rekrutacyjnej FIT Specialist Recruitment, która dzięki technologiom teleinformatycznym znacznie przyspieszyła proces wymiany informacji i swoją zdolność do szybkiej realizacji zleceń klientów. Jest to niezwykle istotne w branży rekrutacyjnej, gdzie konkurencja jest duża, a szybkie znalezienie odpowiedniego kandydata determinuje pozycję na rynku.

„Usługi w chmurze usprawniają pracę małych firm i zwiększają ich efektywność. Dzięki nim mogą korzystać z najnowszych rozwiązań technologicznych bez konieczności inwestowania dużych środków w zakup oprogramowania i infrastruktury IT. Usługi w chmurze zapewniają małym firmom elastyczność i optymalne wsparcie ich rozwoju ” – wyjaśnia Marcin Kuśmierz, CEO w firmie home.pl.

Przykład tego jak sprawdza się dokumentacja w wersji cyfrowej daje firma ZEMO, specjalizująca się w naprawach jednostek pływających. Wdrożenie usług chmurowych Microsoft umożliwiło pracownikom skatalogowanie danych oraz zachowanie ciągłości pracy mechaników, dzięki czemu w łatwy sposób można sprawdzić jaka jest historia napraw w danej jednostce.

Pomimo wyczerpania środków, deweloperzy zachęcają do MdM

Pomimo wstrzymania dopłat w programie „Mieszkanie dla Młodych” w 2016 roku, deweloperzy nadal oferują lokale z rządowym dofinansowaniem. Widoczne jest to w takich miastach jak Wrocław czy Katowice, w których w II kwartale 2016 roku zmieniły się limity cenowe mieszkań objętych MdM.   

Rekordowa popularność MdM w 2016 roku  

15 marca Bank Gospodarstwa Krajowego wstrzymał przyjmowanie wniosków o dofinansowanie wkładu własnego do kredytu w ramach programu MdM w 2016 roku. Tegoroczny limit wynosił 730 mln zł, z czego zarezerwowano 95 proc. środków. W takiej sytuacji pozostałe 5 proc. trzeba było przeznaczyć na sfinansowanie ponad 5 tys. wniosków złożonych w dniu ogłoszenia postanowienia.

W efekcie, cały 2016 rok okazał się rekordowy w historii MdM. Złożono ponad 27 tys. wniosków, czyli trzykrotnie więcej niż w pierwszym roku działania programu.

Deweloperzy reagują na zmiany limitów

Decyzja BGK znacząco wpłynęła na rynek nieruchomości – w wielu miastach, jak np. Warszawa, Poznań, Kraków obniżono limity cenowe kwalifikujące do dopłaty.

Spadek odnotowano nawet we Wrocławiu, gdzie do tej pory obserwowano raczej tendencję wzrostową. O ile w I kwartale 2016 roku cena m2 na rynku pierwotnym mogła wynosić 5243,70zł, to już w II kwartale tylko 5181zł. Mimo to, wielu deweloperów nie zrezygnowało z MdM-u.

Na naszym osiedlu Nowy Horyzont na wrocławskich Stabłowicach nadal dostępne jest wiele mieszkań objętych programem – mówi Monika Sobczyńska, specjalista ds. marketingu w Grupie Deweloperskiej Geo. – W sprzedaży jest jeszcze kilkadziesiąt lokali, których ceny rozpoczynają się od 4,4 tys. zł/m2. – dodaje.

Co ciekawe, wstrzymanie wniosków w niektórych miastach wywołało odwrotny skutek. Dla przykładu, w Katowicach cena m2 za na rynku pierwotnym w II kwartale wzrosła o ponad 80 zł i wynosi obecnie 4850,45 zł/m2.

Dzięki temu wiele firm utrzymało swoją dotychczasową ofertę w MdM. Przykładowo, w Atrium Geo w Katowicach nadal można kupić własne „M” z rządową dopłatą, w cenach rozpoczynających się od 4550 zł/m2.

Nie czekaj do 2017, skorzystaj z MdM!

Dla tych, którym zależy na zakupie mieszkania jeszcze w tym roku jest kolejna dobra wiadomość. Pomimo wyczerpania limitu na 2016 rok nadal można skorzystać z programu. Wiele będzie zależało jednak od ustaleń z inwestorem lub deweloperem.

Nasi klienci nadal kupują mieszkania w MdM we Wrocławiu i Katowicach. Wszyscy zainteresowani mogą również liczyć na porady doradców w dziale sprzedaży dotyczące szczegółów takiego procesu zakupowego – mówi przedstawicielka Grupy Geo.

Jedną z możliwości jest ustalenie ze sprzedającym, aby poczekał na wypłatę środków z MdM-u do stycznia. Nie oznacza to jednak, że kupujący mogą być spokojni.

W puli przeznaczonej na rok 2017 znajduje się prawie 670 mln zł, ale do tej pory złożono już ponad 3 tys. wniosków wykorzystując limit w 12 proc. Sądząc po rosnącym zainteresowaniu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że limit na 2017 również szybko zostanie wyczerpany.

Warto pamiętać, że już można starać się o dopłatę na rok 2018. Do dyspozycji jest łącznie 760 mln zł, a do tej pory zarezerwowano jedynie 0,12 proc.

Nowe kontrakty i wyższe przychody Grupy Impel

Ponad 471,5 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracowała w I kwartale 2016 r. Grupa Impel. Największy krajowy dostawca usług outsourcingowych pozyskał nowe prestiżowe kontrakty, jednak wyższe koszty pracy i trwające negocjacje w sprawie waloryzacji wartości umów z kontrahentami spowodowały pogorszenie zyskowności Grupy w pierwszych miesiącach bieżącego roku.

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy Impel wzrosły w pierwszym kwartale 2016 roku, w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego, o 11,3%. Wzrost ten po części wynikał z waloryzacji podpisanych wcześniej kontraktów, a po części z nowych umów. –Grzegorz Dzik 3Cieszy nas, że udaje nam się zarówno podpisywać umowy z nowymi kontrahentami, jak i rozszerzać współpracę z dotychczasowymi. Dobrym przykładem może być kontrakt z Auchan. Od podpisania kontraktu systematycznie zwiększamy liczbę obiektów będących pod naszą opieką – powiedział Grzegorz Dzik, prezes Grupy Impel. Umowa na usługi ochrony została podpisana z Auchan w lipcu ubiegłego roku i początkowo obejmowała 3 obiekty. Obecnie jest ich już 14, a łączna wartość kontraktu to 2,8 mln zł rocznie.

Należące do Grupy Impel firmy zależne podpisały też prestiżowe kontrakty z Volkswagen Poznań, mBankiem oraz na ochronę i utrzymanie czystość popularnego katowickiego Spodka i otwartego w ubiegłym roku Międzynarodowe Centrum Kongresowego (MCK) w Katowicach. MCK i Spodek to kolejne obiekty, wchodzące w skład tzw. Strefy Kultury (należą do niej również Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia i Muzeum Śląskie), które znalazły się w portfolio Grupy Impel. Łączna kwota, na którą opiewają wszystkie kontrakty z podmiotami wchodzącymi w skład Strefy Kultury, wynosi rocznie 8,3 mln zł.

Ze względu na fakt, że od 1 stycznia 2016 r. weszła w życie nowelizacja Ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, której głównym efektem był wzrost kosztów pracy, pomimo wzrostu przychodów ze sprzedaży Grupy Impel odnotowano spadek rentowności. Skonsolidowany zysk netto przypadający akcjonariuszom podmiotu dominującego wyniósł po trzech miesiącach 2016 r. 2,2 mln zł wobec 4,1 mln zł rok wcześniej.Wojciech RembikowskiRenegocjacje kontraktów i konieczność uwzględniania przez nas w umowach z klientami wyższych kosztów pracy to proces wymagający czasu. Z dużym prawdopodobieństwem w 2017 roku czeka nas kolejna podwyżka kosztów związana z wzrostem minimalnego wynagrodzenia – wyjaśnił Wojciech Rembikowski, wiceprezes Grupy Impel.

Z początkiem przyszłego roku ma wejść w życie podwyżka do 12 zł minimalnej stawki godzinowej za pracę dla zatrudnionych na umowę zlecenie i samozatrudnionych, którzy jednoosobowo świadczą usługi dla firm. ­-Jeśli nowe przepisy wejdą w życie czeka nas kolejna tura renegocjacji umów. Niestabilność otoczenia regulacyjnego wymaga wielu działań kompensujących podwyższone koszty pracy, które są intensywnie implementowane. Oczekujemy poprawienia się wyników w najbliższych miesiącach. Jesteśmy jednym z największych prywatnych pracodawców w kraju i od lat angażujemy się w ochronę rynku pracy w Polsce. By utrzymać miejsca pracy potrzebujemy regulacyjnych ram funkcjonowania, które nie zmieniają się tak często – powiedział prezes Dzik.

Zakłócenia podaży wspierają ceny ropy, jednak widać opór

  • Sektor energetyczny i rolny zyskują kosztem metali szlachetnych i przemysłowych
  • Aprecjacja USD przyczynia się do spadku cen surowców denominowanych w dolarach
  • Rajd cen soi uzależniony od suszy w Stanach Zjednoczonych tego lata

Dla surowców był to mieszany tydzień: zyski w sektorze energetycznym i rolnym niemal zrównoważyły straty w sektorze metali szlachetnych i przemysłowych. W ogólnym ujęciu w ciągu ostatnich trzech tygodni ceny w tym sektorze plasowały się w granicach przedziału; coraz mniej można liczyć na powtórkę znacznych zysków odnotowanych w ciągu pierwszych czterech miesięcy 2016 r.

Istotnym czynnikiem była na pewno deprecjacja dolara w tych miesiącach, jednak nie tylko ona odpowiada za wzrost cen surowców w bieżącym roku. 3 maja indeks dolarowy Bloomberg (odzwierciedlający kurs USD względem koszyka 10 głównych walut) osiągnął roczne minimum.

Od tego czasu jednak dolar się umacniał, przyczyniając się do spadku cen surowców denominowanych w dolarach.

Jednak umocnienie USD nie wystarczyło, by zapobiec kolejnej próbie wybicia w kierunku istotnego pod względem psychologicznym poziomu 50 USD za baryłkę na rynku ropy. W efekcie zakłóceń w Kanadzie i Nigerii podaż została tymczasowo znacznie ograniczona.

W połączeniu z pierwszym sezonowym spadkiem stanu zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych i prognozowanym przez EIA wzrostem światowego popytu ceny ropy, które dotychczas w coraz większym stopniu wykazywały oznaki osłabienia impetu, poszły w górę.

Chaos polityczny w Brazylii oraz deficyt podaży przyczyniły się do wzrostu cen cukru, susza w Wietnamie i aprecjacja BRL – cen kawy, a gwałtowna redukcja przewidywanych na przyszły rok zapasów soi spowodowała gwałtowny jednodniowy skok.

Na ceny metali przemysłowych negatywnie wpłynęło pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku chińskich surowców, takich jak ruda żelaza czy stal, jak również obawy o przyszły popyt w Państwie Środka.

Chińskie kontrakty terminowe na stal zbrojoną, które pomimo stałej nadpodaży w ubiegłym miesiącu najwięcej zyskały na wartości, obecnie poszły w dół. Odnotowany w tym tygodniu spadek o 12% był największym do tej pory i przyczynił się do obniżenia popytu na inne metale przemysłowe, przy czym najgorsze wyniki miały aluminium i miedź.

Ceny złota i srebra nadal mają solidne wsparcie pomimo faktu, iż w tym roku osiągnięto już zyski przekraczające 20%. Główne czynniki tej sytuacji to m.in. niewielkie tempo wzrostu, coraz mniejsze szanse na podwyżkę stóp w Stanach Zjednoczonych, ujemne stopy procentowe w efekcie polityki banków centralnych oraz dewaluacje chińskiej waluty.

Światowa Rada Złota w dokumencie „Trendy popytu na złoto w I kwartale 2016 r.” uznała te czynniki za główną przyczynę rekordowego wzrostu cen złota w I kwartale tego roku.

Ponieważ większość powyższych czynników utrzyma się w najbliższym czasie, inwestorzy – zarówno instytucjonalni, jak i detaliczni – nadal szukają alternatywnych inwestycji, takich jak złoto. Ten „papierowy” popyt co najmniej zrównoważył spadek popytu na biżuterię, ze swej natury znacznie bardziej wrażliwego na poziom cen i wzrostu.

W ubiegłym tygodniu ceny złota i srebra spadły w miarę umocnienia dolara, jednak trend rosnący utrzymuje się, a wszelkie dotychczasowe przystanki równoważyły dodatkowe zlecenia kupna.

Dalsza aprecjacja USD może oznaczać pewne problemy, jednak w czerwcu odbędzie się referendum w sprawie Brexitu, po którym nastąpią wahania na giełdzie, co wygeneruje wystarczającą niepewność na rynku, by zapewnić stałe wsparcie.

Liczne zakłócenia podaży wspierają ceny ropy

Zarówno ceny ropy Brent, jak i ceny ropy WTI w ubiegłym tygodniu kolejny raz podjęły próbę wybicia w górę. Globalne zakłócenia podaży i znaczny popyt przyczyniły się do największego wzrostu cen od czasu minimów z początku 2016 r.

Ostatnie zakłócenia podaży w takich krajach, jak Wenezuela, Kanada czy Nigeria znacznie zmniejszyły bieżącą dzienną nadpodaż.

W połączeniu z pierwszym sezonowym spadkiem stanu zapasów ropy w Stanach Zjednoczonych i prognozowanym przez EIA wzrostem światowego popytu ceny ropy, które dotychczas w coraz większym stopniu wykazywały oznaki osłabienia impetu, poszły w górę.

Po dotarciu do podwójnego wierzchołka na wykresach, ceny obydwu rodzajów ropy w piątek nieco spadły.

Ropa naftowa jest silnie skorelowana z dolarem, a aprecjacja USD w ubiegły piątek, w połączeniu z doniesieniami, że w kwietniu produkcja OPEC osiągnęła nowe wieloletnie maksimum, wywołały falę realizacji zysków.

Mimo iż OPEC nadal zwiększa produkcję – przede wszystkim ze względu na Iran – w coraz większym stopniu uzależniona jest od redukcji podaży w innych krajach, aby uzyskać wsparcie dla bieżących cen.

Hamująca produkcja w Stanach Zjednoczonych jest nadal wrażliwa na ceny, a biorąc pod uwagę, że cena ropy WTI (na rok kalendarzowy 2017 r.) plasuje się niemal na poziomie 50 USD za baryłkę, potencjalny koniec spadkowego trendu w produkcji oznaczałby mniejszą szansę na szybkie przywrócenie równowagi na rynku.

Dlatego podtrzymujemy nasz pogląd, że trwający obecnie proces przywracania równowagi jest w znacznym stopniu uzależniony od poziomu cen. Pozytywnie wpływa na niego przede wszystkim wymuszone spowolnienie produkcji spoza OPEC (tj. amerykańskiej ropy z łupków) oraz liczne tymczasowe zakłócenia podaży.

Mimo iż w bieżącym kwartale ceny mogą sięgnąć poziomu 50 USD za baryłkę, ryzyko w coraz większym stopniu jest spadkowe. Rozpoczął się coroczny spadek stanu zapasów ropy amerykańskiej, a w nadchodzących tygodniach można się spodziewać dodatkowych redukcji ze względu na ograniczenie importu z Kanady, która powoli przywraca wcześniejszy poziom wydobycia po fali pożarów.

Jeżeli tempo wzrostu zapasów nie spadnie, uwaga inwestorów zwróci się w kierunku rafinerii i ich zapotrzebowania na ropę do przetwarzania. Implikowany popyt na benzynę jest obecnie na poziomie o 325 000 baryłek wyższym niż w ubiegłym roku, z drugiej strony jednak stan zapasów jest o około 14 milionów baryłek wyższy (a marże rafinerii są mniej więcej o 15% niższe) niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku.

Cena ropy WTI znajduje się obecnie w przedziale 43-47 USD za baryłkę, natomiast cena ropy Brent – w przedziale 43,5-48 USD za baryłkę. Na tym etapie rynki ropy mogą zagwarantować jedynie dalszą wyboistą drogę.

Ceny ropy ostatecznie wzrosną, aby przyciągnąć nowe inwestycje i możliwości nowych odwiertów. Na razie jednak termin przywrócenia równowagi pomiędzy popytem a podażą pozostaje wielką niewiadomą, która w nadchodzących miesiącach niewątpliwie będzie generować znaczną zmienność.

Kontrakty terminowe na soję zyskują po obniżeniu prognoz dotyczących zapasów

Szacunki na kwiecień zawarte w raporcie w sprawie podaży i popytu na światowych rynkach rolnych pozytywnie wpłynęły na rynek zbóż, w szczególności soi. Był to pierwszy miesięczny raport zawierający szacunkowy stan zapasów na koniec roku obrotowego 2016/17.

Kontrakty terminowe na soję odnotowały siedemnastomiesięczne maksimum, a wiele kontraktów osiągnęło dzienny maksymalny limit. Nastąpiło to po publikacji raportu, który wykazał, że stan zarówno światowych, jak i amerykańskich zapasów ropy był znacznie poniżej przewidywanego poziomu.

Stan światowych zapasów był o 5 mln ton poniżej oczekiwanego poziomu i wyniósł 68,2 mln, osiągając trzyletnie minimum. Równocześnie amerykańskie zapasy oszacowano na 305 mln buszli, czyli około 100 mln poniżej oczekiwań.

Po tym, jak soja z terminem dostawy w listopadzie zyskała w tym roku jedną czwartą na wartości, pojawiły się obawy o trwałość ostatniego wzrostu. Jeżeli latem w Stanach Zjednoczonych nie będzie suszy, stan zapasów może wzrosnąć, przez co obecne ceny mogą zahamować.

Ole Hansen, szef działu strategii rynków towarowych, Saxo Bank

Ekokogeneracja S.A. mocno rozpoczyna 2016 r.

Ekokogeneracja S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2012 r., zakończyła 1 kw. 2016 r. skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości 573 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 1.179 tys. zł. Emitent przekroczył także prognozy skonsolidowanych wyników finansowych na 2015 r.

 Grupa Kapitałowa Ekokogeneracja S.A. zanotowała w 1 kw. 2015 r. stratę netto w wysokości 44 tys. zł, a jej przychody ze sprzedaży sięgnęły 451 tys. zł. Znacząca poprawa wyników finansowych Spółki w ujęciu rdr. wynika przede wszystkim z realizacji części umowy dostawy instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów o mocy 1,2 MW. Emitent poprawił osiągnął także wzrost przychodów i zysków na poziomie jednostkowym. W 1 kw. 2016 r. wyniosły one odpowiednio: 708 tys. zł i 120 tys. zł. Rok wcześniej Ekokogeneracja S.A. miała 162 tys. zł straty netto przy przychodach ze sprzedaży w wysokości 22 tys. zł.

„Realizacja umowy dostawy instalacji do wytwarzania energii cieplnej z odpadów, dzięki której osiągnęliśmy dobry wynik za I kwartał 2016 r., powinna zakończyć się w II kwartale tego roku, co przyniesie Spółce dodatkowy 1 mln zł przychodów ze sprzedaży. Pracujemy nad nowymi kontraktami dostawy instalacji do wytwarzania energii cieplnej z odpadów, których realizacja w przypadku uzyskania przez klientów wymaganych pozwoleń formalno-prawnych mogłaby się rozpocząć III kwartale 2016 r. Biorąc pod uwagę duże zainteresowanie rynku wspomnianymi instalacjami spodziewamy się w przyszłym roku nawet kilku dwa razy większych kontraktów do realizacji.” – ocenia Wojciech Rychlicki, Prezes Zarządu Spółki Ekokogeneracja S.A.

W 1 kw. 2016 r. Spółka zakończyła proces reorganizacji Grupy Kapitałowej, który  umożliwi jej skoncentrowanie się na działalności produkcyjno-montażowej oraz na sprzedaży kolejnych instalacji do wytwarzania energii cieplnej z odpadów. Podjęte działania pozwolą również na uproszczenie struktury organizacyjnej i zmniejszenie kosztów działania Grupy Kapitałowej. Zarząd Emitenta bardzo dobrze ocenia efekty przeprowadzonej reorganizacji oraz liczy na wzrost sprzedaży oferowanych przez niego instalacji w związku ze zmianami w regulacjach prawnych wprowadzających z dniem 01.01.2016 r. zakaz składowania odpadów palnych o kaloryczności powyżej 6 MJ/kg.

 Ekokogeneracja S.A. wypracowała 2.126 tys. zł skonsolidowanego zysku netto w 2015 r. przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 9.426 tys. zł. Przekroczone zostały tym samym prognozy finansowe Grupy Kapitałowej, które zakładały osiągnięcie 1.946 tys. zł zysku netto oraz 5.222 tys. zł przychodów ze sprzedaży. W 2014 r. skonsolidowana strata netto Spółki wyniosła 1.722 tys. zł, a jej sprzedaż ukształtowała się na poziomie 454 tys. zł.

 „Przekroczenie prognozy skonsolidowanego wyniku finansowego Spółki za rok 2015 wynika z mniejszej straty jednostki stowarzyszonej Ekotermika S.A. w minionym roku, konsolidowanej metodą praw własności, jak również lepszego wyniku na realizowanym kontrakcie dostawy instalacji do wytwarzania energii cieplnej z odpadów. Ze względu na to, że wspomniany kontrakt był realizowany do połowy stycznia 2016 r. przez podmiot zależny, wyniki Spółki za I kwartał 2016 najlepiej odzwierciedla wynik skonsolidowany. W związku z dokonanym w kwietniu 2016 r. przez Spółkę zbyciem ostatniego podmiotu zależnego spodziewamy się poprawy naszych wyników skonsolidowanych w tym roku.” – podsumowuje Prezes Rychlicki.

 Emitent zakończył w ostatnim czasie emisję akcji serii O, z której pozyskał łącznie ponad 1,6 mln zł. Środki te zostaną przeznaczone na zwiększenie kapitału obrotowego oraz zakup niezbędnych aktywów od spółki WGE Sp. z o.o., od której Ekokogeneracja S.A. przejęła produkcję pieców rusztowych WGE. W emisji akcji serii O inwestorzy objęli łącznie 1.393.000 szt. akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 1,15 zł za szt.

Spółka Ekokogeneracja S.A. zajmuje się prowadzeniem sprzedaży dla klientów zewnętrznych oraz podmiotów działających w ramach jej Grupy Kapitałowej instalacji i elementów instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów. Emitent oferuje potencjalnym klientom dwa rodzaje instalacji. Pierwszym są instalacje do produkcji energii cieplnej z odpadów o użytecznej mocy cieplnej od 1,2 do 2,4 MW w piecach ceramicznych WGE. Natomiast drugim rodzajem instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów są piece obrotowe o użytecznej mocy cieplnej od 3 MW do 10 MW.

MLP Group utrzymuje wzrostowy trend wartości aktywów netto

Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes MLP Group S.A.
MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki za I kwartał 2016 r. W tym okresie Grupa wypracowała 3,9 mln zł zysku netto, przy obrotach na poziomie 23 mln zł. Aktywa netto w ciągu pierwszych trzech miesięcy roku wzrosły o 0,7% do 651,8 mln zł.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, na koniec marca br. osiągnął wzrost wartości aktywów netto (NAV) do poziomu 651,8 mln zł.  To o 0,7% więcej niż na koniec minionego roku oraz aż o 16,8% więcej niż na koniec I kwartału 2015 r. „Grupa osiągnęła wzrost aktywów netto w pierwszym kwartale br. pomimo sprzedaży w minionym roku dwóch dużych nieruchomości. Przyrost ten wynikał z osiągniętego zysku netto oraz z ujętej w kapitałach wyceny instrumentów zabezpieczających” – podkreślił Radosław T. Krochta, Dyrektor Generalny, Wiceprezes Zarządu MLP Group S.A. Jednocześnie wartość nieruchomości inwestycyjnych na koniec marca br. wzrosła o 1,5% do 858,1 mln zł, względem końca grudnia minionego roku.

W I kwartale 2016 roku Grupa wypracowała 3,9 mln zł zysku netto, w porównaniu do 0,2 mln zł na plusie w tym samym okresie poprzedniego roku. Z kolei skonsolidowane przychody w pierwszych trzech miesiącach br. wyniosły 23 mln zł. Na koniec marca br. MLP Group wynajmowało łącznie 324,8 tys. m2 powierzchni komercyjnej.

Aktualnie w skład portfela nieruchomości MLP Group wchodzą cztery parki logistyczne zlokalizowane w Polsce: MLP Pruszków I, MLP Pruszków II, MLP Poznań oraz MLP Lublin. W trakcie budowy jest piąty park MLP Teresin. W minionym roku Grupa kupiła grunty pod realizację dwóch nowych parków logistycznych: MLP Gliwice i MLP Wrocław, na terenie których zamierza wybudować łącznie 142 tys. m2. Uwzględniając te projekty docelowa powierzchnia magazynowa MLP Group wynosi 767,3 tys. m2. Łączna wielkość posiadanego przez MLP Group banku ziemi w Polsce to 96,3 hektarów.

Specyfika polskiego rynku kantorów internetowych

0

Rynek jest mocno spolaryzowany. Z jednej strony są kantory wymiany walut, które należą do banków. Po drugiej stronie są kantory prywatne, które powstały kilka lat temu. Najwięksi gracze na rynku chwalą się posiadaniem nawet 200 tys. klientów. – To rynek z potencjałem. Kantory poszukują nowych rynków i już wychodzą zagranicę. Są dwa, może trzy podmioty, które na rynku zaistniały. Jest przestrzeń do zagospodarowania – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Hojowski z Rkantor.com. Więcej w materiale wideo.

Pylon S.A. po I kwartale 2016

Pylon S.A.  Spółka notowana od 2013 roku na rynku NewConnect – zamknęła I kwartał 2016 roku z doskonałymi wynikami finansowymi.

Producent zestawów oraz obudów głośnikowych nie tylko zwiększył w pierwszych trzech miesiącach 2016 roku przychody ze sprzedaży produktów własnych o ponad 58 proc. względem IQ 2015, osiągając 74 proc. wzrost w ujęciu ilościowym. To zdecydowanie najlepszy – pod względem sprzedaży autorskich zestawów głośnikowych – kwartał w historii działalności spółki, która coraz dynamiczniej zaznacza swoją obecność zarówno w Polsce, jak też na międzynarodowych rynkach.

W I kwartale 2016 roku Pylon S.A. odnotował 0,87 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów własnych w porównaniu do 0,55 mln zł rok wcześniej. Początek 2016 roku okazał się dla polskiego producenta niezwykle atrakcyjny pod względem zbytu – tylko krajowi konsumenci kupili bowiem w tym czasie aż 625 autorskich zestawów głośnikowych marki Pylon Audio w porównaniu do 359 rok wcześniej i 233 w pierwszych trzech miesiącach 2014 roku. Jednocześnie zysk Pylon S.A. z działalności operacyjnej – mimo bieżących inwestycji w infrastrukturę produkcyjno-badawczą oraz rozwój sieci sprzedaży – wyniósł 28,7 tys. zł.

– Wyniki za IQ 2016 są w naszej ocenie niezwykle satysfakcjonujące. Zwłaszcza, że był to zdecydowanie bardzo intensywny okres, który przyniósł znaczące efekty naszych dotychczasowych działań biznesowych. Nie tylko kupiliśmy nową nieruchomość pod działalność produkcyjną, ale uruchomiliśmy również sprzedaż pierwszych zestawów głośnikowych z autorskimi przetwornikami elektroakustycznymi sygnowanymi marką Pylon Audio. W I kwartale 2016 roku udało nam się również sfinalizować – w ramach projektu GO_GLOBAL.PL realizowanego przy współpracy z NCBiR – pierwszy kontrakt z niemieckim dystrybutorem, dzięki któremu nasze produkty są dostępne od kwietnia 2016 roku w berlińskich salonach audio. Te wydarzenia stanowią skok milowy w dotychczasowej działalności Pylon S.A. i są doskonałym punktem wyjścia do dynamicznego rozwoju naszej spółki w kolejnych latach. Nie poprzestajemy na chwilowych sukcesach, tylko z precyzyjnie zakrojonym planem aktywności wchodzimy w nowe obszary, dążąc do maksymalizacji przychodów i zysków oraz wartości Pylon S.A. – podsumowuje Mikołaj Rubeńczyk, przewodniczący rady nadzorczej Pylon S.A.

Pylon S.A. – kluczowe wydarzenia biznesowe i branżowe w działalności spółki w IQ 2016 roku:

  • Zakup 1,09 ha nieruchomości zabudowanej w Jarocinie, na której uruchomiony zostanie jeszcze w 2016 roku nowy zakład produkcyjny o łącznej powierzchni ponad 3,3 tys. m2styczeń 2016
    • Inwestycja we własną infrastrukturę to nie tylko sposób na optymalizację bieżących kosztów operacyjnych, ale przede wszystkim zwiększenie możliwości produkcyjnych – już z uwzględnieniem nowego asortymentu – a tym samym potencjał do dynamicznej ekspansji Pylon Audio na rynki europejskie.
  • Rynkowa premiera pierwszych zestawów głośnikowych, wyposażonych w autorskie przetworniki elektroakustyczne Pylon Audio marzec 2016:
    • Premiera zestawu głośnikowego Opal 23, którego przetworniki zostały zaprojektowane i skonstruowane przez Pylon

Jednocześnie – w związku z zakupem nieruchomości przemysłowej w Jarocinie – zarząd Pylon S.A. poinformował w styczniu 2016 roku, że rozważa emisję nowych akcji z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych akcjonariuszy. Ewentualna emisja miałaby miejsce nie wcześniej niż na przełomie III i IV kwartału 2016 roku, przy cenie emisyjnej nie niższej niż 0,22 zł za jedną akcję. Celem reinwestycji pozyskanych w ten sposób środków byłoby maksymalne ograniczenie zobowiązań wynikających z kredytu inwestycyjnego oraz pożyczki stanowiącej wkład własny na poczet zakupu nieruchomości przeznaczonej pod działalność produkcyjną.

Płaciłeś za wysokie składki wypadkowe? Pieniądze da się odzyskać

Marketing sensoryczny – jak firmy kuszą klientów

Kojące wonie, uspokajające kolory, relaksująca muzyka – to wszystko sprawia, że czujemy się przyjemnie i komfortowo. Nic dziwnego, że sklepy i punkty usługowe, aby zachęcić do swoich produktów, już od dawna łechcą nasze zmysły zapachem, obrazem i dźwiękiem. Co najbardziej sprawdza się w marketingu sensorycznym?

„Marketing sensoryczny to działania ukierunkowane na zmysły konsumenta przebywającego w sklepie bądź innym punkcie sprzedaży. Celem tych działań jest wywołanie u klienta określonych zachowań lub reakcji” – mówi serwisowi infoWire.pl Aleksandra Potrykus-Wincza, dyrektor w firmie Mood Polska.

Nie chodzi jedynie o samo zachęcenie do zakupu. Marketing sensoryczny ma sprawić, że konsument będzie się w sklepie dobrze czuł i zapamięta go jako miejsce przyjazne, dzięki czemu chętnie do niego wróci oraz poleci je znajomym. Co ważne, ten rodzaj oddziaływania na klienta znajduje zastosowanie nie tylko w handlu detalicznym, lecz także hotelarstwie czy innych usługach. „Dodatkowo marketing sensoryczny może spełniać funkcję relaksacyjną, uspokajającą i wyciszającą. Ma to znaczenie np. w branży finansowej i sektorze medycznym, ponieważ konsument nabiera przeświadczenia o rzetelności wykonywanych usług” – zauważa ekspertka.

Bardzo ważną kwestią jest umiejętne dobranie zapachów. Wiele z nich jest bowiem postrzeganych przez dość znaczną część społeczeństwa negatywnie. Wśród tych, którymi warto raczyć klientów, można wymienić między innymi zapachy wanilii, lawendy czy białej herbaty. Pozytywnie kojarzy się na ogół również aromat kawy. Jeśli chodzi o muzykę, szeroko akceptowane są utwory utrzymane w tempie bicia ludzkiego serca. Oprócz tego należy zadbać o kolorystykę. Użyte barwy powinny być dopasowane do wartości, które konsument ma z nami kojarzyć, i reakcji, które chcemy u niego wywołać. Przykładowo kolor niebieski uspokaja i zwiększa zaufanie, czerwony dodaje energii oraz wzmaga ekscytację, a żółty podnosi optymizm, a także pozytywnie nastraja.

Uczucie ulgi po Moody’s, złoty mocniejszy

Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets
Marcin Kiepas, dyrektor działu analiz Admiral Markets
W poniedziałek rano główne waluty tanieją po około 3 grosze. To rynkowa reakcja na decyzję agencji Moody’s, która wbrew obawom nie obniżyła ratingu Polski, a jedynie jego perspektywę. Nie można jednak zapominać, że samo cięcie perspektywy to poważne ostrzeżenie ze strony agencji ratingowej.

Rodzimy rynek walutowy rozpoczyna trzeci tydzień maja od umocnienia złotego. O godzinie 08:10 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3818 zł, USD/PLN 3,8727 zł, CHF/PLN 3,9680 zł, a GBP/PLN 5,5640 zł. Oznacza to spadek notowań tych par po około 3 grosze w stosunku do poziomów z piątkowego zamknięcia. Ruch ten to reakcja na weekendową decyzję agencji Moody’s Investors Service, która utrzymała rating Polski na poziomie A2 (nie zmienił się on od 2002 roku), obniżając jednakże jego perspektywę do „negatywnej” ze „stabilnej”. Właściwie ruch ten to takie uczucie ulgi towarzyszące tej decyzji, gdyż w cenach było cięcie ratingu.

Obniżenie perspektywy oceny wiarygodności kredytowej Polski, co jest przecież ostrzeżeniem przed możliwym obniżeniem samego ratingu, to efekt zaniepokojenia analityków Moody’s sytuacją budżetu z rosnącymi wydatkami, trwającym kryzysem wokół Trybunału Konstytucyjnego i niepewności związanej z przygotowywaną ustawą o pomocy dla tzw. frankowiczów. Nie jest więc wykluczone, że przy okazji kolejnego, zaplanowanego na wrzesień przeglądu ratingu, ten zostanie obniżony. Temat ratingu Polski zresztą pojawi się już wcześniej. W lipcu bowiem zaplanowany jest jego przegląd przez agencje S&P i Fitch.

Obserwowana rano skala umocnienia złotego jest zgodna z naszymi prognozami wydanymi po ogłoszeniu decyzji przez Moody’s. W ciągu dnia może ona jeszcze się powiększyć. Wzrost popytu na polską walutę będzie prowokowany przez poprawę nastrojów na rynkach azjatyckich, które zupełnie zignorowały opublikowane w weekend słabsze od prognoz dane z chińskiej gospodarki (produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna w kwietniu). W kalendarzu ponadto brak jest potencjalnych impulsów, które mogłyby tę sprzyjającą złotemu atmosferę zaburzyć. Dodatkowo dziś część europejskich rynków (m.in. Niemcy) pozostaje zamknięte.

Umocnienie złotego w reakcji na decyzję Moody’s będzie mieć jedynie jednorazowy charakter. W kolejnych dniach wpływ na jego notowania będą miały już nowe czynniki. W tym przede wszystkim sygnały płynące z rynków globalnych oraz publikowane w najbliższych dniach, bardzo ważne z punktu widzenia oceny kondycji rodzimej gospodarki, dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Polsce. Te ostatnie raporty ujrzą światło dzienne w najbliższy czwartek. Oczekuje się, że po zaskakującym załamaniu w marcu, roczna ich dynamika wróci w okolice 3,5%. Wyraźnie gorsze od prognoz dane byłyby mocnym ostrzeżeniem, że w gospodarce zaczyna się źle dziać, co musiałoby przełożyć się na osłabienie złotego (szczególnie w kontekście piątkowych rozczarowujących danych o PKB za I kwartał br.). Zgodne z prognozami dane, podobnie jak wyniki powyżej nich, umocnią polską walutę.

Dzień wcześniej, bo w środę 18 maja, GUS opublikuje kwietniowe dane o wynagrodzeniach (prognoza: 3,8% R/R) i zatrudnieniu (prognoza: 2,8% R/R). O ile ten pierwszy raport może być nieco poniżej oczekiwań, to drugi ma szansę zaskoczyć na plus. Oba jednak nie wywołają zbyt dużych emocji wśród inwestorów.

Komentarz przygotował:

Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce

Plast-Box zapowiada dobry rok

Grzegorz Pawlak Prezes Zarządu Plast-Box S.A.
Grzegorz Pawlak Prezes Zarządu Plast-Box S.A.

Grupa kapitałowa Plast-Box, producent opakowań z tworzyw sztucznych, w pierwszym kwartale zwiększyła zysk netto o 169 % do 1,9 mln zł i uzyskała stopę zysku netto 5,5 % oraz stopę EBITDA 15,5 %. Od  stycznia do marca 2016 roku wypracowała 35,7 mln zł skonsolidowanych przychodów wobec 35,0 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego, co stanowi 2,2 % wzrostu r/r. Spółka matka w tym czasie przynosząca ponad 90 % przychodów urosła o 10,5 %. Spółka córka Plast-Box Ukraina w okresie pierwszego kwartału zwiększyła przychody wyrażone w hrywnach o 6,7 % do 45,6 mln hrywien i osiągnęła stopę EBITDA w wysokości 13,2 %.

Specyfika sytuacji na Ukrainie wpływa na ocenę wyników grupy kapitałowej Plast-Box – mówi wiceprezes Plast-Boksu Krzysztof Pióro. – W ubiegłym roku w pierwszym kwartale grupa uzyskała unikalnie wysoką stopę EBITDA wynoszącą 19,1 %, na co miała wpływ stopa EBITDA wykazana w spółce córce na Ukrainie w wysokości 38,6 %, a ta z kolei była skutkiem gwałtownego wzrostu cen produktów, nadganiających galopującą wówczas na Ukrainie inflację.

Spółka matka, czyli Plast-Box S.A. w Słupsku, w pierwszym kwartale 2016 odnotowała wzrost sprzedaży do wartości 32,6 mln zł (10,5%), wzrost wartości EBITDA o 18,9 % do  4,3 mln zł, i wzrost zysku netto o 27,6 % do 2,1 mln zł.

Od stycznia do marca 2016 grupa Plast-Box notuje wprawdzie obniżenie wartości i stopy EBITDA w stosunku do roku ubiegłego, ale jako skutek porównania do nienaturalnie wysokich wyników operacyjnych – mówi prezes zarządu Plast-Box S.A. Grzegorz Pawlak.– Obecnie wyniki grupy kapitałowej są już o wiele mniej niż w ubiegłym roku zaburzone przez spadek wartości hrywny, o czym świadczy dobra branżowa rentowność operacyjna i satysfakcjonujący poziom stopy zysku netto. Zwracamy też uwagę na znakomite wyniki spółki matki, która wciąż poprawia wydajność, mimo małych inwestycji w dwóch poprzednich latach.

Plast-Box dostarcza swoje produkty do zdecydowanej większości krajów europejskich. W I kwartale 2016 roku eksport do Unii Europejskiej, w tym do Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, stanowił ponad 40 % udziału w przychodach grupy. Od stycznia do marca tego roku sprzedaż eksportowa na rynki unijne wzrosła o 10,4 % do 14,4 mln zł.

Pracujemy nad wzrostem sprzedaży i realizujemy tak potrzebne spółce inwestycje w nowe maszyny. Zarząd dokładnie wie co robić, realizując strategiczny plan rozwoju na lata 2016-2021 – dodaje  prezes Pawlak. – Nasze akcje stanowią obecnie dużą szansę inwestycyjną, bo są poważnie niedoszacowane, a zarząd przewiduje kolejny udany rok dla spółki.  

A. Kurnicki: Rynek czeka na wybór nowego prezesa NBP. Bank centralny powinien pełnić funkcję stabilizatora finansowego

CEO Magazyn Polska

Niecały miesiąc pozostał do końca kadencji prezesa Narodowego Banku Polskiego prof. Marka Belki. Rynek dobrze ocenia kandydaturę Adama Glapińskiego, wysuniętą przez prezydenta Dudę. Zdaniem dra Andrzeja Kurnickiego z Uczelni Łazarskiego polscy ekonomiści związani z NBP dotychczas zbyt mało angażowali się w sprawy międzynarodowe.

– To od prezydenta zależy, czy na następcę prof. Belki zostanie wybrana osoba odpowiedzialna, znająca rynek finansowy, rynek kapitałowy i rynki międzynarodowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Andrzej Kurnicki, kierownik Zakładu Rynków Kapitałowych Uczelni Łazarskiego. – Czy będzie to osoba, która ma wykształcenie z zakresu finansów, polityki pieniężnej, czy będzie to osoba, która może wyjechać np. na ważną konferencję w Jackson Hole czy w Davos, przedstawić swój referat, zabrać głos w dyskusji.

Kadencja prof. Marka Belki wygasa 10 czerwca. Prezydent Andrzej Duda wytypował na to stanowisko prof. Adama Glapińskiego, ekonomistę kojarzonego ze środowiskiem PiS-u, ale bardzo poważanego przez rynek. Przez ostatnich sześć lat Glapiński był członkiem Rady Polityki Pieniężnej, której teraz najprawdopodobniej będzie przewodził. To Rada w niemal całkowicie nowym składzie – jedyną osobą, której kadencja nie dobiegła jeszcze nawet do połowy, jest prof. Jerzy Osiatyński, wybrany po rezygnacji prof. Zyty Gilowskiej.

– Mam nadzieję, że nowy prezes zapewni rozwój zaplecza kadrowego, naukowego i intelektualnego w NBP. Do tej pory poziom intelektualny, analityczny jest wyjątkowo słaby – ocenia Kurnicki. – Wystarczy porównać niektóre opracowania banków centralnych. Widać, że nasi ekonomiści związani z bankiem centralnym nie uczestniczą w większości znanych konferencji, gdzie mogliby się pokazać. Gdyby tego nie zmieniono, toby było jedno z największych zaniechań, które zarządu NBP. Jedynym okresem, w którym próbowano to zmienić, był czas, kiedy prezesem był Sławomir Skrzypek.

Zdaniem Kurnickiego ogólnym problemem Rady Polityki Pieniężnej i NBP była do tej pory troska o niską inflację. Tymczasem gdy spojrzeć na średnioroczne poziomy zmian cen w ciągu 12 pełnych lat, gdy cel inflacyjny wynosił 2,5 proc. z odchyleniem o 1 pkt proc. w górę i w dół, tylko przez pięć lat dynamika pozostawała w celu inflacyjnym.

– Ważne jest to, aby bank centralny określił swoją rolę jako stabilizatora systemu finansowego. U nas ta rola została konstytucyjnie ograniczona w większości do stabilizatora cenowego, tzn. dbania o niską inflację –  wyjaśnia Kurnicki. – Ale jak wiemy, zbyt niski poziom inflacji, a szczególnie ten proces inflacyjny dławienia inflacji w sposób szokowy, jak to do tej pory robił Narodowy Bank Polski, przynosi większe szkody gospodarce narodowej, szczególnie rynkowi społecznemu, czyli rynkowi pracy.

Szczególnie kontrowersyjna okazała się decyzja RPP z maja 2012 roku, gdy Rada niespodziewanie podniosła stopy procentowe o 25 pkt bazowych. Inflacja oscylowała wówczas w okolicach 4 proc. rdr. i do września pozostała powyżej górnej granicy celu. Już jednak w lutym następnego roku spadła poniżej dolnego zakresu wahań i do tej pory do niego nie powróciła pomimo dokonanych od tamtego czasu 10 cięć. Produkt krajowy brutto natomiast przez następny rok nie wyszedł poza 1 proc. wzrostu.

– W takiej sytuacji tempo rozwoju gospodarczego spada, następuje deprecjacja aktywów. Nieumiejętna polityka pieniężna prowadzi do wielu kryzysów, szoków, z których czasami wyjście może trwać nawet do 5–6 lat – przekonuje Kurnicki. – Rola banku centralnego coraz bardziej przesuwa się w kierunku patrzenia na ryzyko systemowe, czyli ryzyko, które może zaistnieć w sektorze finansowo-bankowym, i na rolę stabilizatora systemu finansowego wspierającego procesy gospodarcze. Widać to zwłaszcza po Rezerwie Federalnej. Odchodzi się od tej ortodoksyjnej, starej koncepcji walki z inflacją, zwłaszcza że tak naprawdę w Polsce mamy większy problem z deflacją niż z inflacją.

Złoto nie ma już potencjału do wzrostów. Ceny ropy się stabilizują

CEO Magazyn Polska

W najbliższych miesiącach ropa kosztować będzie 35–50 dolarów za baryłkę, uważa Piotr Bujak, szef Zespołu Analiz Makroekonomicznych PKO Banku Polskiego. To zasługa uspokojenia sytuacji na rynkach wschodzących, zwłaszcza w Chinach. Dzięki niemu inwestorzy śmielej inwestują w bardziej ryzykowne instrumenty. Z tego powodu nie można już również liczyć na dalsze wzrosty na rynku złota.

Po półtora roku nieustannych spadków ropa naftowa zaczęła przed dwoma miesiącami drożeć. Teksańska WTI przed połową lutego spadła poniżej granicy 30 dolarów za baryłkę. Dwa lata wcześniej kosztowała przeszło 100 dolarów. Po ostatnich tygodniach odbicia surowiec powrócił w okolice 40 dolarów. Europejska ropa Brent utrzymuje się na podobnych poziomach – jest o 2 dolary droższa. Jak zaznacza Piotr Bujak z PKO BP, taka sytuacja może się utrzymywać przez najbliższe miesiące, a nawet kwartały.

– Po ostatnim odbiciu cen ropy naftowej od dna i napływie dobrych informacji z rynków wschodzących, oznakach pewnej poprawy koniunktury oraz stabilizacji wzrostu gospodarczego w Chinach można się spodziewać, że ceny ropy powinny się w najbliższych miesiącach, kwartałach ustabilizować w okolicy 40 dol. za baryłkę. Mogą się wahać się w dość szerokim przedziale 35–50 dol. za baryłkę – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bujak, szef Zespołu Analiz Makroekonomicznych PKO Banku Polskiego.

W marcu wskaźnik PMI obrazujący kondycję sektora usług wzrósł w Chinach do 52,2 pkt z 51,2 pkt w lutym. To nie tylko poprawa, lecz także wynik znacznie lepszy od oczekiwań. Rynek spodziewał się bowiem wskazania na poziomie 51,4 pkt. Według danych chińskiego urzędu statystycznego odczyt był jeszcze lepszy: 53,8 pkt. Poprawiły się także dane dla przemysłu, choć międzynarodowy wskaźnik wciąż jeszcze znajduje się lekko pod kreską, czyli poniżej granicy 50 pkt (49,7 pkt). Na rynku nieruchomości odnotowano także wzrost cen nowych domów (w lutym o 3,6 proc.).

Złagodzenie obaw o stan chińskiej gospodarki zaowocowało zahamowaniem wzrostu cen innego surowca, uważanego za bezpieczną przystań – złota. Kruszec ten miał znakomity początek roku, gdy w ciągu sześciu tygodni podrożał o niemal 20 proc. Od połowy lutego jego kurs się zatrzymał w przedziale 1200–1270 dol. za uncję. Zdaniem Piotra Bujaka potencjał wzrostu został już w przypadku tego metalu wyczerpany.

– Ustąpiły największe obawy o kondycję dużych rynków wschodzących takich jak Chiny i Brazylia. To spowodowało, że zmniejszyła się awersja do ryzyka na globalnych rynkach finansowych, dlatego widać wyraźne odbicie cen złota. Widoczne było to na początku tego roku i powinno się zatrzymać, ponieważ nie ma dużego potencjału do dalszego wzrostu cen tego szlachetnego kruszcu – podkreśla.

Drugie półrocze z rzędu obniża się optymizm dyrektorów finansowych w Polsce. Sześciu na dziesięciu uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest wysoki

CEO Magazyn Polska

Dyrektorzy finansowi oceniają polską gospodarkę jako stabilną, a jej perspektywy jako korzystne, jednak ich niepokój rośnie. I to drugie półrocze z rzędu. Sześciu na dziesięciu badanych przez Deloitte dyrektorów przyznaje, że ma do czynienia z wysoką niepewnością ekonomiczną. W Europie Zachodniej odsetek ten jest jeszcze wyższy. Eksperci podkreślają jednak, że tam niepokój budzi sytuacja geopolityczna, a w Polsce dodatkowo – obawa o spadek popytu, walkę cenową i konsekwencje zapowiadanych zmian w prawie.

Prognozy dyrektorów finansowych dla Europy i dla Polski na ten rok są bardzo pozytywne – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Pniewski, partner Deloitte Consulting odpowiedzialny za program CFO. – Podkreślają oni, że w Europie sytuacja ma być podobna do tej, jaka była w ostatnich miesiącach. Natomiast w Polsce przez następne 12 miesięcy powinno być lepiej.

Jak wynika z przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte badania opinii dyrektorów finansowych „CFO Survey”, wskaźnik optymizmu netto dla Europy Zachodniej, także poza strefą euro, znajduje się około zera, natomiast dla Polski wynosi aż 21 proc. Jest to różnica między odsetkiem osób przewidujących poprawę sytuacji finansowej ich przedsiębiorstw a odsetkiem mówiących o jej pogorszeniu.

Krajowy wskaźnik optymizmu netto ponownie się obniżył w ciągu ostatnich sześciu miesięcy [z 32 proc. pół roku temu – red.]. To już drugie półrocze spadków z rzędu – precyzuje Krzysztof Pniewski. – Historyczne zmniejszenie się tego wskaźnika oznaczało korelację ze zmianą PKB. Biorąc to pod uwagę, można się spodziewać, że w perspektywie kolejnych 6–12 miesięcy może nastąpić spadek tempa wzrostu gospodarczego w Polsce.

Pogorszenie nastrojów w Europie jest związane z takimi zjawiskami, jak kryzys migracyjny, spowolnienie wzrostu gospodarczego w Chinach, ryzyko brexitu, ciągle nie rozwiązany kryzys grecki. W kraju natomiast jest to przede wszystkim bardzo silna konkurencja, związane z tym ryzyko obniżenia popytu i presji cenowej oraz niepewność dotycząca zapowiedzi wprowadzenia do systemu prawnego nowych regulacji.

Krajowi przedsiębiorcy obawiają się dużej liczby zmian, nad którymi nie będą w stanie zapanować – podkreśla Krzysztof Pniewski. – Z jednej strony mamy rosnące poczucie niepewności ekonomicznej, a z drugiej strony twarde prognozy ekonomiczne, które pokazują dobry obraz gospodarki polskiej na 2016 rok.

Dyrektorzy finansowi są zdania, że wzrost gospodarczy Polski w tym roku nie przekroczy 3,5 proc., czyli nieco mniej niż w założeniach budżetowych (3,8 proc.), zbieżnie z prognozą OECD (3,4 proc.). Kurs euro ma być stabilny i zdaniem większości CFO zamknie się pod koniec roku w przedziale od 4,1 do 4,4 zł. Inflacja natomiast powinna być niska, a presja deflacyjna mimo ostatnich wyników powoli przestaje niepokoić. CFO prognozują także nieznaczny spadek bezrobocia, które poza sektorem energetycznym i górnictwem ma dotyczyć większości branż.

Przeważająca grupa przedsiębiorstw w Polsce i Europie planuje w tym roku wzrost przychodów i poprawę rentowności, przy czym w kraju więcej podmiotów spodziewa się wyższych wzrostów niż w Europie – informuje Krzysztof Pniewski. – Z tego też wynika dosyć dobre nastawienie do inwestycji. W Polsce, aż 57 proc. firm prognozuje zwiększenie nakładów na ten cel i dotyczy to większości branż. Najbardziej optymistycznie do inwestycji podchodzą sektory usług biznesowych, produkcji, dóbr konsumpcyjnych, budownictwa. Największego ograniczenia przychodów, rentowności oraz inwestycji spodziewają się CFO w energetyce oraz wydobyciu.

Sektor energetyczny i wydobywczy jest też jednym z sektorów, których perspektywy na ten i kolejny rok oceniane są najgorzej. Po drugiej, pozytywnej stronie rankingu są sektor przemysłowy, sektor usług biznesowych i budownictwa.

Poprzednie edycje badania pokazały, że dyrektorzy finansowi wiarygodnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich wcześniejsze prognozy wzrostu PKB dla Polski na 2013 rok (ok. 1,5 proc PKB), 2014 rok (około 3 proc.) i 2015 rok (około 3 proc.) się sprawdziły.

Fundusze absolutnej stopy zwrotu dadzą zarobić 6–7 proc. rocznie. To atrakcyjna alternatywa dla lokat czy obligacji

CEO Magazyn Polska

W okresie dużej zmienności na rynkach atrakcyjną alternatywę są fundusze absolutnej stopy zwrotu – przekonuje Andrzej Lis z Altus TFI. Ekspert wyjaśnia, że inwestycja tego typu może przynieść 6–7 proc. zysku rocznie, co w otoczeniu niskich stóp procentowych stanowi bardzo interesującą alternatywę dla lokat czy obligacji. Fundusze absolute return nie są przy tym tak ryzykowne, jak te akcyjne. W okresie spadków mogą się całkowicie pozbyć akcji ze swoich portfeli i uchronić kapitał inwestorów przed stratami.

– Sytuacja na rynkach finansowych jest na tyle niepewna, że trudno przekonać klientów do tego, żeby kupowali fundusze akcyjne, czyli te najbardziej ryzykowne. Wobec zmiennych, które napływają do nas czy to z gospodarki lokalnej, czy z rynków światowych, lepiej pozostać w takim trybie nietracenia, czyli zarobić mniej, ale bez zbędnego ryzyka – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Lis, zarządzający portfelem akcyjnym Altus TFI.

Ekspert tłumaczy, że stopy zwrotu uzyskiwane przez fundusze akcji są w dużym stopniu zależne od zachowania indeksów giełdowych. Jeśli w najbliższym czasie ceny akcji na polskich i światowych parkietach będą rosły wraz z nimi swoją wartość powinny zwiększać także jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych.

– Na początku roku wydawało nam się, że ten rok powinien być całkiem niezły, ale styczeń pokazał, że trudno prognozować stopy zwrotu z inwestycji – wyjaśnia Andrzej Lis.

Jedynie w styczniu 2016 roku indeks WIG20 stracił na wartości ponad 5 proc. Jeszcze większe starty zanotowały indeksy mWIG40 oraz sWIG80, które zakończyły miesiąc odpowiednio 5,4 oraz 5,9 proc. pod kreską. Styczeń był słaby także w wykonaniu światowych parkietów giełdowych. Starty rzędu 5–6 proc. odnotowały m.in. rynki w Nowym Jorku, Frankfurcie czy Paryżu.

Luty i marzec w przypadku większości rynków przyniosły z kolei silne odbicia. Dziś większość indeksów znajduje się już na wyższych poziomach niż na początku roku, a WIG20 mimo słabego stycznia zyskał od początku roku niemal 7,5 proc.

– Chodzi o to, żeby na spadkach nie tracić, czyli niekoniecznie mieć te najbardziej ryzykowne fundusze. Natomiast warto wykorzystywać krótkoterminowe szanse, które daje rynek. Zarobić trochę mniej, ale zbierać po 1–2 procent. W skali roku może dać to całkiem pokaźny zwrot – tłumaczy przedstawiciel Altus TFI.

Według raportu serwisu Analizy Online w marcu 2016 roku saldo napływu środków funduszy inwestycyjnych było dodatnie i wyniosło ponad 850 mln zł. Oznacza to przerwanie trwającej 10 miesięcy serii, w której bilans wpłat i umorzeń był ujemny.

– Wobec ciągle niepewnej sytuacji rynkowej proponowałbym inwestycje w fundusze absolutnej stopy zwrotu. Są to fundusze, które nie mają żadnego minimalnego progu posiadania akcji – rekomenduje Andrzej Lis. – Jak pokazuje choćby styczeń, mając tylko akcje w portfelu, można było tylko stracić, bo wszystkie indeksy traciły. Natomiast fundusze, które nie musiały mieć akcji, notowały zerowe bądź nawet dodatnie stopy zwrotu – podkreśla.

Zarządzający w Altus TFI tłumaczy, że w przypadku funduszy absolutnej stopy zwrotu realne do uzyskania są zyski rzędu 6–7 proc. rocznie. Przekonuje, że w stosunku do obecnego poziomu stóp procentowych (stopa referencyjna w Polsce to 1,50 proc.) jest to bardzo satysfakcjonujący wynik.

– Jeszcze kilka lat temu wydawałoby się, że to jest bardzo mało. Natomiast patrząc na to, jak wyglądają stopy depozytów, ile oferują banki, na jakim poziomie jest WIBOR, okazuje się, że to jest kilkukrotność stawki WIBOR, co jest całkiem dobrą inwestycją – stwierdza.

Rozwój energetyki wiatrowej zagrożony przez nową ustawę. Farmy staną przestaną być atrakcyjne dla prywatnych inwestorów

CEO Magazyn Polska

Nowa ustawa dotycząca farm wiatrowych może ograniczyć wzrost energetyki wiatrowej w Polsce – przekonuje prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki. Przy ograniczeniu odległości turbiny wiatrowej od zabudowań do 2 km, możliwości obszarowe inwestycji zostaną ograniczone do 30 tys. ha. Tym samym moc elektrowni wiatrowych, którą obecnie szacuje się na 5,2 GW, może do 2020 roku wzrosnąć do zaledwie 6,5 GW. Farmy wiatrowe staną się mniej atrakcyjne dla prywatnych inwestorów, zainteresowane nimi będą tylko duże spółki państwowe.

Polska musi zwiększać liczbę OZE w swoim miksie energetycznym. Jeśli mamy wypełniać regulacje Unii Europejskiej, to uważam, że lepiej jest produkować OZE u siebie, niż wcześniej czy później być zmuszonym do kupowania jej z zagranicy. Obecnie te cele wynoszą 19,3 proc. w energii elektrycznej do 2020 i nieobligatoryjnie 27 proc. do 2030 – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Konrad Świrski, ekspert ds. energetyki, prezes zarządu Transition Technologies.

Obecnie udział energii odnawialnej w całkowitym zużyciu energii elektrycznej wynosi od ok. 13 do 15 proc. (podawane dane są rozbieżne). Największe szanse na spełnienie celów OZE dawał rozwój energetyki wiatrowej. Na koniec 2015 roku dane URE wskazywały, że moc elektrowni wiatrowych sięgnęła 4,5 GW. Obecnie może być to 5,2 GW w całkowitej mocy OZE na poziomie ponad 7 GW. Poza elektrowniami wiatrowymi inne źródła zielonej energii stanowiły niewielki procent.

W Polsce nie możemy już mieć więcej wody, bo przecież nie zalejemy pewnych obszarów. Mikroinstalacje to raczej uzupełnienie, ale jednak nic istotnego. W perspektywie następnej dekady to będzie albo biomasa, albo wiatr. Jeśli wprowadzimy ograniczenie dotyczące budowy farm wiatrowych, to w OZE będzie zwyciężała biomasa i odwrotnie – tłumaczy Świrski.

Jeszcze niedawno prognozy wskazywały, że jeśli energetyka wiatrowa będzie rozwijać się w podobnym tempie co obecnie, to w 2020 roku ich zainstalowana moc sięgnie od 9 GW do nawet 13 GW. Nowa ustawa wiatrakowa ten wzrost znacznie ograniczy. Wiatraki nie będą mogły powstawać w odległości od zabudowań sięgającej dziesięciokrotnej wysokości wiatraka. Dla największych obecnych instalacji, jednocześnie najbardziej efektywnych ekonomicznie, oznacza to skuteczne zablokowanie nowych inwestycji.

– Zapisy odległościowe radykalnie ograniczają liczbę miejsca, gdzie można postawić nowe wiatraki – przekonuje Świrski. – Dane Instytutu Ochrony Środowiska wskazują, że w ten sposób redukujemy potencjalny obszar do 30 tys. ha w całej Polsce. To zmniejsza liczbę możliwych inwestycji, a to oznacza wyższe ceny i dramatyczny spadek atrakcyjności energetyki wiatrowej – ocenia ekspert.

Analizy IOŚ wskazują, że przy ograniczeniu turbiny wiatrowej od zabudowań do 1 km potencjalne obszary lokalizacji elektrowni wiatrowych to 800 tys. ha, czyli 2,6 proc. powierzchni. Przy odległości do 2 km, będzie to już zaledwie 0,1 proc. powierzchni.

Na mniejszej dynamice rozwoju elektrowni wiatrowych zyskają elektrownie na biomasę, które po elektrowniach wiatrowych odpowiadają za największy udział w OZE (ok. 1,3 GW). Zdaniem prof. Świrskiego zmiany w prawie wpłyną również na większą koncentrację wytwórców OZE w obecnych koncernach. Trudniej będzie natomiast zaistnieć na rynku nowym graczom.

Więcej będzie się produkowało z biomasy, więcej we współspalaniu, w dużych kotłach energetycznych. Jednocześnie farmy wiatrowe staną się mniej atrakcyjne dla prywatnych inwestorów. Wygrają na tym duże koncerny energetyczne, które mogą produkować biomasę w specjalnych kotłach albo przez współspalanie, ale mogą też inwestować w farmy wiatrowe. Dla nich te regulacje nie będą tak bardzo bolesne, mogą poczekać dłużej na zwrot z inwestycji – przekonuje prof. Konrad Świrski.

Ubezpieczyciele chcą komunikować się z klientami online. Pod względem stopnia cyfryzacji relacji z klientem dogonią banki za 5–7 lat

CEO Magazyn Polska

Niespełna co ósmy Polak posługujący się internetem korzysta z urządzeń cyfrowych w celu kontaktu z ubezpieczycielem. Ponad połowa uważa jednak, że takie rozwiązanie byłoby przydatne. Relacje ubezpieczyciel–ubezpieczony będą stopniowo przechodzi do sfery cyfrowej. Tym bardziej że badania KPMG wykazały, że 92 proc. konsumentów cyfrowych korzysta z różnych form ubezpieczenia. Agenda cyfrowa w tej branży stanie się jednak normą dopiero po 2020 roku.

W przypadku kont online i dostępu do produktów przez internet czy urządzenia mobilne z żalem trzeba przyznać, że ubezpieczyciele są dosyć daleko za branżą bankową. Wciąż niewiele firm w Polsce oferuje dostęp do swoich produktów przez internet czy przez telefon komórkowy, ale to się będzie bardzo szybko zmieniało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Uszpolewicz, prezes Avivy w Polsce.

Z raportu KPMG na temat usług ubezpieczeniowych online wynika, że co najmniej 30 proc. ubezpieczonych chciałoby się kontaktować z ubezpieczycielem za pośrednictwem internetu. Szczególnie chętnie kanały te preferowane są przy poszukiwaniu informacji o ubezpieczeniu, obsłudze polisy i likwidacji szkody (odpowiednio 68, 62 i 51 proc.). Najchętniej online Polacy załatwialiby ubezpieczenia komunikacyjne oraz turystyczne, natomiast przy polisach mieszkaniowych deklarują chęć korzystania z usług agenta.

My w Avivie jesteśmy jednym z liderów, mamy ponad 100 tys. aktywnych rachunków dla naszych klientów życiowych, kilkaset tysięcy dla kont OFE, kilkadziesiąt tysięcy w naszym TFI i będziemy to na pewno dynamicznie rozwijać – mówi Uszpolewicz. – Stworzenie dostępu do usług i produktów przez internet nie tyle będzie budowało przewagę konkurencyjną, ile po prostu będzie koniecznością na tym rynku. Klienci są przyzwyczajeni do korzystania z takich rozwiązań w bankach, do tego, że mają dostęp do swoich informacji i do pewnych transakcji przez 24 godziny na dobę, i tego samego będą oczekiwali od ubezpieczycieli.

Jak mówi prezes Avivy, z ubiegłorocznych danych wynika, że w Polsce wśród 10 największych ubezpieczycieli tylko połowa oferowała tego rodzaju rozwiązania. W Niemczech czy Francji były one w ofercie wszystkich największych towarzystw ubezpieczeniowych.

Internetowe konto może się stać bardzo pożytecznym kanałem do komunikacji z klientem, ale raczej nie zastąpi sprzedawcy. Wystarczy tylko spojrzeć na banki – klienci raczej nie kupują produktów przez internet w bankach, oni raczej dokonują pewnych transakcji czy samoobsługi – podkreśla Adam Uszpolewicz. – Tak samo będzie w branży ubezpieczeniowej, czyli raczej widziałbym internet jako narzędzie obsługowe i komunikacyjne niż sprzedażowe.

54 proc. pytanych przez KPMG uważa, że zintegrowane konto u ubezpieczyciela byłoby bardzo przydatne. Pozwalałoby na dostęp do posiadanych i oferowanych polis, wgląd w stan płatności i ulg, stan likwidacji szkód czy przedłużenie wygasającej polisy. Pozwoliłoby także na częstsze kontakty ubezpieczonych z ubezpieczycielami. Dziś są one wyraźnie rzadsze niż np. z bankami. Dwie trzecie Polaków kontaktuje się z ubezpieczycielem nie rzadziej niż raz w roku, a 23 proc. – raz na kwartał. Ci ostatni chętniej korzystają z cyfrowej formy kontaktu. W całej grupie ubezpieczonych niemal co trzeci najchętniej korzysta z infolinii, a 29 proc. woli osobiście pofatygować się do punktu sprzedaży.

W Polsce co roku pojawia się nawet 30 nowych marek handlowych. Coraz więcej z nich interesuje się ulicami handlowymi

0

CEO Magazyn Polska

Polski rynek wciąż jest interesujący dla międzynarodowych marek. Co roku pojawia się na nim nawet 30 nowych graczy. Rozwijają się przede wszystkim w centrach handlowych, które zapewniają nowoczesną przestrzeń, marketing, dobry dojazd i miejsca parkingowe. Coraz więcej marek interesuje się jednak także polskimi ulicami handlowymi, szczególnie są to sieci spożywcze, restauracje i kawiarnie, a także sklepy z towarami luksusowymi.

Polska jest gotowa na nowe marki handlowe. To bardzo duży rynek zbytu, ponad 38 mln mieszkańców, których charakteryzuje rosnąca siła nabywcza. Te dwa elementy powodują, że marki międzynarodowe i nasze marki rodzime bardzo chętnie rozwijają swoje sieci na terenie Polski – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Frątczak, dyrektor działu powierzchni handlowych w CBRE.

Jak podkreśla, co roku na rynku pojawia się około 30 nowych marek, przede wszystkim z branży modowej i restauracyjnej. Ten rok – w opinii ekspertów –nie powinien znacząco różnić się od poprzednich lat.

– Oczekujemy na bardzo interesujące marki jak Forever 21. Benihana z części restauracyjnej czy Décimas – marka sportowa to takie brandy, które pojawiły się w ostatnich miesiącach i mam nadzieję, że tego typu marki będą też widziane w Polsce w kolejnych – mówi Magdalena Frątczak. – Warszawa jest miejscem pierwszych spotkań z nowymi sieciami, ale po kilku miesiącach działalności wchodzą one również do innych miast.

Bardzo często pierwszy kontakt z rynkiem nowe marki mają podczas specjalistycznych targów branżowych, takich jak organizowane przez Polską Radę Centrów Handlowych Targi ReDI, CEE Trade Fair for Retail Investment. Organizatorzy deklarują, że zainteresowanie polskim rynkiem i obecność na Targach potwierdzili przedstawiciele francuskich, skandynawskich czy tureckich marek nieobecnych do tej pory w Polsce. Miejscem pierwszego wyboru takich sieci zwykle są centra handlowe. W tym zakresie polski rynek ma bogatą ofertę. Z raportu PRCH Retail Research Forum wynika, że tylko w 2015 roku oddano do użytku 27 nowych centrów handlowych, a 18 rozbudowano.

Współczesne centra handlowe są przygotowane do tego, żeby prowadzić w nich biznes handlowy. Mają marketing, dobrą lokalizację, miejsca parkingowe, dogodny dojazd, różne formy transportu zarówno publicznego, jak i transportu własnego – mówi Radosław Knap, dyrektor generalny Polskiej Rady Centrów Handlowych. – Dostrzegamy w Polsce coraz lepszą koordynację zarządzania ulicami handlowymi, co przekłada się na większe zainteresowanie sieci handlowej rozwojem w tych miejscach.

Jak podkreśla, lokalizacja zależy często od profilu działalności. Ulice handlowe najsilniej przyciągają biznesy restauracyjne, kawiarnie, knajpki, fast-foody. Również luksusowe marki starają się o lokale przy prestiżowych alejach. Natomiast marki modowe z segmentu casual dobrze czują się w galeriach handlowych.

Myślę, że w najbliższych 3–5 latach zauważymy zmianę tych tendencji, szczególnie ze strony marek z wyższej półki, które szukają bardzo prestiżowych lokalizacji ulicznych, które będą świadczyły tak naprawdę o jakości marki – podkreśla Magdalena Frątczak. – Mamy coraz większą odwiedzalność. Ona jest spowodowana obecnością restauracji, klubów muzycznych i rewitalizacją przestrzeni miejskiej. Myślę, że ulice handlowe zaczną powoli odnajdywać się na rynku powierzchni handlowych.

Jak podkreśla Radosław Knap, cieszy również fakt, że polskie marki coraz lepiej radzą sobie na zagranicznych rynkach. Pierwszym krokiem są zwykle kraje Europy Środkowo-Wschodniej, a także Niemcy. Firmy wciąż jednak poszukują nowych rynków zbytów.

Grupa LPP świetnie sobie radzi w ekspansji zagranicznej. Również poczynania 4F wyglądają bardzo ciekawie. Także obecność firmy Kazar w Dubaju jest imponująca. Nasze marki potrzebują wsparcia ze strony partnerów na lokalnych rynkach, ale naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Polskie marki radzą sobie na rynkach europejskich, azjatyckich czy na Dalekim Wschodzie – dodał Radosław Knap.

Co piąty Polak korzysta z pralni chemicznej. Coraz popularniejsze stają się pralniomaty

CEO Magazyn Polska

Nieco ponad 20 proc. Polaków korzysta z pralni chemicznych. Nadal kojarzą się one konsumentom z drogimi i trudno dostępnymi usługami. To podejście zmienić mają pralniomaty. Zapotrzebowanie na te usługi rośnie kwartalnie nawet w trzycyfrowym tempie. Najczęściej w pralniomatach konsumenci zostawiają koszule i inne elementy odzieży biznesowej.

Widzimy wzrost liczby transakcji. Powiększa się dynamicznie grono klientów korzystających na co dzień z pralniomatów – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Staszkiewicz, dyrektor generalny Hi’Shine. – W takich urządzeniach najczęściej czyszczona jest odzież biznesowa. 90 proc. obrotów zapewniają nam koszule, garnitury, garsonki, czyli odzież wykorzystywana przede wszystkim w pracy.

Razem z popytem na usługi rozwija się także uruchomiona w 2014 roku sieć Pralniomatów Hi’Shine. Obecnie w jej skład wchodzą 154 punkty umożliwiające nadanie odzieży do prania. Na razie sieć koncentruje się na rynkach lokalnych Warszawy i Krakowa.

Obserwujemy dwu-, a nawet trzycyfrowe wzrosty liczby transakcji co kwartał – wskazuje Rafał Staszkiewicz. – Naszym hitem są koszule, ponieważ po pierwsze Polacy nie lubią ich prasować, po drugie – cena takiej usługi jest atrakcyjna. Wypranie i wyprasowanie tego elementu garderoby kosztuje tylko 5,90 za sztukę. Bardzo łatwo podejść do pralniomatu, oddać koszule na cały tydzień, następnego dnia odebrać gotowe, czyste, zafoliowane i przygotowane do założenia.

Ruch przy pralniomatach rośnie także sezonowo, są miesiące, kiedy Polacy częściej piorą płaszcze czy kurtki puchowe.

Jak podkreśla, Hi’Shine chce przekonać Polaków, że korzystanie z pralniomatów ułatwia życie. Tym bardziej że – w przeciwieństwie do pralni chemicznych – są one dostępne 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu.

Musimy też przekonać Polaków do tego, że warto korzystać z pralni chemicznych, ponieważ w tej chwili zaledwie nieco ponad 20 proc. Polaków korzysta z ich usług. Cały czas kojarzą nam się z tym, że są drogie, że musimy pojechać specjalnie do centrum handlowego – mówi Rafał Staszkiewicz.

Firma chce dalej rozwijać swoją ofertę. Nowością będzie możliwość wykupienia abonamentów.

Otrzymujemy zapytania z różnych rynków, m.in. Francji i Niemiec, od partnerów, którzy widzieli nasze rozwiązanie i bardzo ich zainteresowało – informuje Rafał Staszkiewicz. – W Europie jest kilka podobnych projektów, nieco mniej zaawansowanych, bardziej skierowanych do biur. Widzimy jednak, że branża tradycyjnych pralni chemicznych jest w tej chwili stabilna, ale nie generuje dużych wzrostów. Pralniomat może być dla niej nowym kanałem sprzedaży. Być może więc szybciej niż do innych polskich miast wejdziemy na rynki zagraniczne, gdzie ludzie częściej korzystają z pralni chemicznych.