Przepis na dobre SEO

Pamiętasz, kiedy po raz ostatni zaglądałeś na drugą stronę wyników wyszukiwania? Odpowiedź jest prosta. Nigdy. Z tego właśnie powodu marketingowcy zrobią wszystko co w ich mocy, aby upewnić się, że ich marka pojawia się jako pierwsza, lub w najgorszym wypadku druga pozycja w wynikach Google.

Najważniejszym elementem w trakcie tworzenia contentu strony www jest analiza zdolnościowych treści do wyszukiwania. Wszak optymalizacja pod kątem wyszukiwarek to główny składnik sukcesywnej kampanii mającej na celu wsparcie lub wzmocnienie widoczności marki w Internecie.

Spójna strategia SEO musi obejmować wszystkie elementy marki: stronę internetową, blog, media społecznościowe oraz funkcjonujące w sieci materiały video – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET – Strona www powinna być jednak pierwszą rzeczą na którą potencjalny użytkownik sieci natknie się podczas wyszukiwania informacji związanych z marką w Internecie- dodaje. To, że strona powinna robić doskonałe pierwsze wrażenie jest oczywiste. Jak sprawić jednak aby klient z łatwością odnalazł nas w sieci?

Tytuł strony. Należy on do najczęściej lekceważonych aspektów SEO. Niesłusznie. Jest to pierwsza informacja odczytywana przez roboty wyszukiwarek, dzięki której określany jest profil strony. Ponadto pełni on kluczową rolę w zachęceniu użytkownika do odwiedzenia strony, którą znajdzie w wynikach wyszukiwania. Zaleca się aby był on nie dłuższy niż 70 znaków ze spacjami, interesujący oraz by zawierał w swojej treści kilka podstawowych słów kluczowych.
Opis strony, czyli meta opis. Jest to tekst, który wyświetla się użytkownikom pod linkiem prowadzącym do strony. Powinien zawierać logiczne i zachęcające zdania . Nie powinien natomiast przekraczać 150 znaków. Pomimo tego, iż nie pomaga on bezpośrednio w osiągnięciu lepszej pozycji, bez wątpienia pozwala efektywnie wykorzystać swoje stanowisko.

Nagłówek H1, podobnie jak tytuł na każdej stronie powinien występować tylko raz oraz zawierać jedno podstawowe słowo kluczowe. Warto ograniczyć jego długość do 70-80 znaków ze spacjami.

Treść/tekst właściwy. Liczy się tu kreatywność, intuicja i świadomość potrzeb potencjalnego użytkownika strony. Treść powinna być przejrzysta, podzielona na akapity, opatrzona nagłówkami. Warto umieszczać w treści więcej niż jedną frazę kluczową. Optymalnym rozwiązaniem jest wstawienie ich na początku, w środku i na końcu tekstu.

Obrazy/zdjęcia. Kolejny z pomijanych atutów SEO. Warto upewnić się, że tytuły dodawane do fotografii są odpowiednio dopasowane do treści umieszczonej pod zdjęciem. Pamiętajmy, że wyszukiwarki nie widzą tekstu osadzonego wewnątrz grafiki, dlatego powinien on zostać umieszczony w formacie HTML.

Linki wewnętrzne. Ważne jest aby układały się w logiczną całość, pełniły rolę przewodnika po stronie www. Maksymalna liczba kliknięć pozwalająca na znalezienie się w dowolnym miejscu na stronie nie powinna przekraczać trzech. W innym wypadku możemy zniechęcić potencjalnego użytkownika.

Linki zewnętrzne. Oprócz linków wewnętrznych na stronie www powinny znaleźć się również łączniki prowadzące do innych witryn.W zależności od rodzaju witryny powinniśmy w ostrożny sposób dobierać sposób linkowania. Podane w zbyt dużej ilości mogą zmniejszać konwersje na stronie poprzez utratę użytkowników w trakcie odwiedzin.
Optymalizacja pod kątem SEO to optymalne wykorzystanie możliwości w celu podniesienia pozycji strony. Podjęcie działań SEO powinno nastąpić równocześnie albo przed promocją nowej witryny i powinno zostać powierzone osobom specjalizującym się w tym zakresie. Dzięki temu możemy mieć pewność, iż zostaną spełnione wszystkie istotne warunki, od analizy treści i struktury strony przez porady techniczne i badanie słów kluczowych po ekspertyzy dotyczące poszczególnych rynków oraz regularne raportowanie potwierdzające skuteczność działań.

Prof. Jan Winiecki z RPP felietonistą Bankier.pl

Profesor Jan Winiecki, członek Rady Polityki Pieniężnej i znany polski ekonomista, został felietonistą portalu Bankier.pl. Dzięki temu Dział Analiz Bankier.pl, portalu giełdowego nr 1, wzbogacił się o autora znanego z licznych publikacji w wydawnictwach międzynarodowych (kilkanaście książek w jęz. angielskim), setek artykułów publikowanych na całym świecie, a także z uprawianej od wielu lat publicystyki i felietonistyki. Znany jest ze swej liberalnej, wolnorynkowej filozofii i jednoznacznych poglądów.

Od maja czytelnicy portalu Bankier.pl mogą znowu czytać najnowsze teksty prof Jana Winieckiego, w tej kadencji członka RPP. Prof. Winiecki współpracował już z Bankier.pl w latach 2002–06, kiedy to obok pracy akademickiej, był także doradcą ekonomicznym jednego z banków.

– Profesor Winiecki znany jest ze swoich wyrazistych poglądów, które bardzo często idą pod prąd nadmiernie uproszczonej wizji ekonomii, szczególnie często prezentowanej w realiach polskiej debaty gospodarczej. Dlatego cieszymy się, że tak nieszablonowa osobowość i autorytet dołączy do grupy autorów publikujących na łamach Bankier.pl – podkreśla dr Bogusław Półtorak, redaktor naczelny Grupy Bankier.pl. Skomplikowane tematy podejmowane są przez niego lekkim językiem, a używane porównania szybko trafiają do wyobraźni czytelników. To sprawia, że zagadnienia z pozoru trudne stają się interesujące i zrozumiałe nawet dla osób nie zainteresowanych tematyką ekonomiczną – dodaje.

Więcej informacji: http://www.bankier.pl/wiadomosc/Winiecki-Taniec-tchorza-nad-gornictwem-3126043.html

Profesor Jan Winiecki – polski ekonomista i felietonista, w tej kadencji członek Rady Polityki Pieniężnej, uprzednio profesor Uniwersytetu Aalborg (Dania) i Uniwersytetu Europejskiego Viadrina we Frankfurcie n. Odrą, współzałożyciel i prezes fundacji Centrum im. A. Smitha; b. członek Rady Nadzorczej EBOiR, współzałożyciel i przez cztery kadencje przewodniczący rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich; laureat Nagrody Kisiela.

Zmiana stanowiska w przedemerytalnym okresie ochronnym?

Zmiany struktury zatrudnienia wymagają niekiedy trudnych decyzji dotyczących zwolnienia części załogi lub modyfikacji zakresu ich obowiązków. Czy można przenieść podlegającego okresowi ochronnemu pracownika na inne stanowisko? Kiedy i na jakich zasadach jest to możliwe? Tłumaczy Izabela Tomasik, aplikant radcowski w TGC Corporate Lawyers.

Zmiana stanowiska i idąca za tym zmiana zakresu obowiązków pracownika jest ingerencją w istotne postanowienia umowy o pracę. Co za tym idzie, aby były one skuteczne, modyfikacje wymagają uzyskania zgody pracownika (zawarcie porozumienia), bądź też wypowiedzenia dotychczasowych warunków zatrudnienia przez pracodawcę.

Artykuł 39 k.p. stanowi, iż pracownikowi znajdującemu się w tzw. okresie ochronnym (tj. takiemu, któremu brakuje nie więcej niż 4 lata do osiągnięcia wieku emerytalnego) pracodawca nie może wypowiedzieć umowy o pracę (art. 39 k.p.), jeżeli okres zatrudnienia umożliwia pracownikowi uzyskanie prawa do emerytury z osiągnięciem tego wieku.

Zakaz ten obejmuje także zmianę warunków pracy lub płacy poprzez wypowiedzenie zmieniające. Wyjątkowo jednak pracodawca może wypowiedzieć te warunki pracownikowi w wieku przedemerytalnym. Dzieje się tak w sytuacji, gdy wypowiedzenie stało się konieczne ze względu na:
a) wprowadzenie nowych zasad wynagradzania dotyczących ogółu pracowników zatrudnionych u danego pracodawcy lub tej ich grupy, do której należy pracownik,
b) stwierdzoną orzeczeniem lekarskim utratę zdolności do wykonywania dotychczasowej pracy albo niezawinioną przez pracownika utratę uprawnień koniecznych do jej wykonywania (art. 43).

O ile więc nie zachodzą przesłanki z art. 43 k.p., pracodawca może wprowadzić omawiane zmiany jedynie na mocy obopólnej zgody.

Rozwiązaniem (jednak tylko o charakterze czasowym!) może być przeniesienia pracownika do innej pracy. Warunkiem skutecznego zastosowania tej instytucji jest wystąpienie uzasadnionych potrzeb pracodawcy. Powierzenie pracownikowi innej pracy nie może jednak prowadzić do obniżenia wynagrodzenia i musi odpowiadać kwalifikacjom pracownika. Przepis ten ma więc charakter gwarancyjny. Okres, na który pracodawca powierza pracownikowi inna pracę nie może przekroczyc 3 miesięcy w roku kalendarzowym (art. 42 § 4 k.p.)

950 mln zł – przychody ze składek brutto TUiR „WARTA” S.A.

Majątkowa Warta zebrała w I kwartale 2014 r. ponad 950 mln zł składek. Oznacza to dynamikę na poziomie ponad 102%. Wzrost na bardzo konkurencyjnym rynku wynika z dobrej sprzedaży zarówno ubezpieczeń indywidualnych jak i korporacyjnych. Mocną pozycję spółki podkreśla znakomita ocena ratingowa na poziomie A+ z perspektywą stabilną, przyznana przez Standard & Poor’s.

– Dobre wyniki osiągnięte w I kwartale 2014 r. przez spółkę majątkową są efektem zmian wdrożonych w ostatnich miesiącach w obszarze produktów i sprzedaży. Z początkiem roku wprowadziliśmy zupełnie nową ofertę ubezpieczeń komunikacyjnych. Uwzględnia ona różne potrzeby klientów marek HDI i Warty. Zgodnie z tym założeniem zmodfikowane zostały też ubezpieczenia mieszkaniowe oraz dla małych i średnich firm. Dzięki temu nasza spółka ma ofertę dla każdego Polaka. Równocześnie wszyscy nasi agenci posiadają w swoim portfelu zarówno ubezpieczenia marki HDI, jak i Warty. Szeroka, odpowiednio spozycjonowana oferta pozwoliła osiągnąć świetne wyniki sprzedażowe mimo, że ostra konkurencja cenowa wciąż trwa. Najlepiej widać to w ubezpieczeniach Autocasco, w których dynamika wyniosła prawie 106%. Część agentów sprzedająca dotąd głównie ubezpieczenia OC, po odpowiednim przeszkoleniu i wyposażeniu w nową paletę produktów, wykazuje bardzo dobre wyniki sprzedaży AC. Na przykład w sieci HDI przeciętna dynamika nowej sprzedaży AC sięgnęła w marcu niemal 200%. Rośnie też sprzedaż innych dobrowolnych opcji ubezpieczeń komunikacyjnych. Te wyniki do dobry prognostyk na dalszą część roku – mówi Jarosław Parkot, prezes TUiR „WARTA” S.A. i TUnŻ „WARTA” S.A.

W efekcie majątkowa Warta osiągnęła niemal 102% dynamikę wzrostu przychodów ze składek z ubezpieczeń indywidualnych. W ubezpieczeniach korporacyjnych wyniosła ona prawie 103%. To znakomite wskaźniki, pokazujące równomierny rozwój w kluczowych liniach biznesu. Dzięki odpowiedniej selekcji ryzyka spółka może mieć atrakcyjną ofertę dla klientów i jednocześnie osiągać bardzo dobre wyniki finansowe. Wynik techniczny na poziomie prawie 41 mln zł jest ponad dwukrotnie lepszy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. To właśnie bardzo dobra rentowność z działalności typowo ubezpieczeniowej pozwoliła wykazać spółce ponad 69 mln zł zysku netto.

Spółka życiowa Warty zebrała prawie 221 mln zł składek. Stabilnie rozwijają się ubezpieczenia o strategicznym dla spółki znaczeniu, czyli ze składką regularną (102% dynamiki) oraz ubezpieczenia grupowe (107% dynamiki). Towarzystwo notuje też bardzo dobre wyniki finansowe. Wynik techniczny wyniósł 13 mln zł, a wynik finansowy netto ponad 10 mln zł.

– W ubezpieczeniach na życie mamy zupełnie nową ofertę. Cały czas pracujemy nad rozwojem sieci dystrybucji np. przez zachęcanie agentów majątkowych do sprzedaży ubezpieczeń na życie. W ostatnim czasie ułatwiliśmy im pracę, wprowadzając wszystkie rodzaje ubezpieczeń do jednego systemu sprzedażowego. W obszarze bancassurance spodziewam się, że banki zgodnie z Rekomendacją U będą dokonywały dywersyfikacji w zakresie skali i liczby współpracujących podmiotów. To dla nas szansa na rozwój współpracy z obecnymi partnerami i pozyskanie kolejnych – mówi Jarosław Parkot.

Obie spółki tradycyjnie gwarantują swoim klientom stabilność. Wskaźniki bezpieczeństwa finansowego kształtują się na poziomie wyższym od wymogów ustawowych. W I kwartale 2014 r. wskaźnik pokrycia marginesu wypłacalności środkami własnymi w TUiR WARTA wyniósł 317%, a wskaźnik pokrycia rezerw techniczno-ubezpieczeniowych aktywami 123%. Dla spółki życiowej te wskaźniki wyniosły odpowiednio 244% i 113%. Warto też przypomnieć, że agencja ratingowa Standard & Poor’s przyznała Warcie ocenę na poziomie A+ z perspektywą stabilną. To znakomite potwierdzenie stabilności i siły finansowej ubezpieczyciela.

– Jestem dumny, że agencja podjęła tak rzadko spotykaną decyzję o przyznaniu spółce zarejestrowanej w danym kraju oceny wyższej niż rating państwa, w którym działa. Dodatkowo, Warta jest jedynym z zarejestrowanych w Polsce ubezpieczycieli z oceną na takim poziomie. Dla wszystkich naszych partnerów i kontrahentów to potwierdzenie, że Warta, teraz oceniona jako główna spółka Grupy Talanx, jest firmą stabilną i silną finansowo, o wyjątkowo mocnej pozycji. Dlatego cieszę się, że Talanx wszedł na warszawską Giełdę Papierów Wartościowych. To sygnał, że nasz akcjonariusz bardzo poważnie traktuje swoją obecność w Polsce. Obecnie Polska jest dla Talanx drugim co do wielkości rynkiem, poza rodzimym niemieckim – mówi Jarosław Parkot.

9 na 10 Polaków nie ufa politykom!

Zawód polityka od lat cieszy się − zarówno wśród Polaków, jak i innych Europejczyków − małym zaufaniem. Jak pokazują wyniki najnowszego badania European Trusted Brands przeprowadzonego przez Reader’s Digest, zaledwie 9% ankietowanych mieszkańców starego kontynentu ufa przedstawicielom sceny politycznej.

Niepokojący spadek zaufania do polityków odnotowywany został już kilka lat temu. Tendencja ta szczególnie widoczna jest w Polsce. Jedynie 3% Polaków deklaruje, że ufa przedstawicielom sceny politycznej, podczas gdy aż 93% polskich respondentów przyznaje, że w ogóle nie ma zaufania do polityków. Na liście najmniej zaufanych grup zawodowych znaleźli się także pracownicy call center (ufa im 11% ankietowanych), piłkarze (12%) i agenci nieruchomości (13%).

− Różnica pomiędzy stopniem zaufania Polaków do polityków a deklarowanym zaufaniem do przedstawicieli innych zawodów jest uderzająca. Jeśli pracownikom call center ufamy bardziej niż osobom decydującym o najważniejszych sprawach w kraju, to jest to powód do niepokoju – mówi Piotr Wierzbowski, redaktor naczelny polskiego wydania Reader’s Digest. Obok Polski politycy najmniejszym zaufaniem cieszą się we Francji (nie ufa im 94% ankietowanych) oraz w Rosji (91%).

Podobnie jak przed rokiem, tak i tym razem Polacy wybrali polityków godnych zaufania. Największym zaufaniem rodaków cieszy się prezydent Bronisław Komorowski (14%). Niewiele gorszy wynik uzyskali Ryszard Kalisz (13%) oraz premier Donald Tusk (12%). Na kolejnych miejscach znaleźli się: Jarosław Kaczyński (8%), Janusz Palikot (6%) i Aleksander Kwaśniewski (5%).

Z najnowszego badania European Trusted Brands wynika, że europejscy respondenci nie mają również zaufania do rządu oraz jego polityki. Choć Polacy są większymi optymistami niż pozostali Europejczycy i bardziej pozytywnie postrzegają swoją przyszłą sytuację materialną, to większość polskich ankietowanych (85%) nie wierzy, że to właśnie rząd zmieni te warunki na lepsze. Podobnego zdania są Francuzi (84%) i Słoweńcy (89%), natomiast największe nadzieje związane z poprawą stanu ekonomicznego mają Szwajcarzy. Połowa szwajcarskich respondentów wierzy, że polityka rządu wpłynie na poprawę ich sytuacji finansowej w przyszłości.

Wind Mobile S.A. zwiększy zysk o 228%

Pierwszy kwartał tego roku oraz akwizycja Software Mind stworzyły solidne fundamenty dla prognozowanego rocznego wzrostu zysku netto o 228%, a przedstawiona na konferencji strategia globalnego rozwoju wraz z akwizycją na rynkach MENA jeszcze bardziej obiecująco zapowiadają kolejne lata.

W opublikowanym raporcie na I kwartał 2014, Spółka osiągnęła przychody netto ze sprzedaży w wysokości 2 656 430,64 zł przy rentowności EBITDA na poziomie 918 853,26 zł oraz zysku netto w wysokości 524 553,24 zł. W porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku firma zanotowała wzrosty we wszystkich wymienionych obszarach, z których największy progres osiągnięto na poziomie EBITDA – wzrost o 15,70%.

Realizacja przejęcia Software Mind to zamknięcie jednego z wcześniej zapowiedzianych etapów, który w wynikach Spółki będzie prezentowany od drugiego kwartału 2014. Na podstawie skonsolidowanych wyników Spółka opublikowała prognozę przychodów ze sprzedaży netto w wysokości 61,2 mln zł oraz zysku netto na poziomie 8,9 mln zł.

Dzięki akwizycji poszerzyliśmy nie tylko naszą ofertę o dwa rewelacyjne produkty: iLumio ora Video Branch, ale udało nam się wejść w dwie znaczące branże – Finance i Travel – ze świetnymi referencjami, takimi jak mBank, Raiffeisen, BZ WBK, hotel Arłamów czy hotel Mikołajki. Już teraz adresujemy nasze produkty do odbiorców na rynkach Bliskiego Wschodu i Północnej Afryki, na których nasza kolejna akwizycja znacznie zwiększy potencjał połączonych spółek. Cieszy mnie również uzyskanie kapitalizacji powyżej 100 milionów złotych, niemniej uważam że mamy potencjał na wielokrotne jej zwiększenie w najbliższych kilku latach. – mówi Rafał Styczeń, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile SA.

W związku z ukierunkowaniem na rynki Bliskiego Wschodu, Spółka weszła w kolejny etap finalizacji przejęcia na tym rynku, angażując firmy Baker&McKanzie oraz Grant Thornton, jako agencje realizujące proces prawnego i finansowego due diligence przejmowanej organizacji.

Cieszę się, że rozwój firmy wkracza w okres tak dynamicznych wzrostów, pozwalających prezentować tak optymistyczne prognozy. Dotychczasowi inwestorzy już się przyzwyczaili, że realizujemy nasze obietnice finansowe, więc i tym razem nie może być inaczej. – mówi Tomasz Kiser, Wiceprezes Zarządu Wind Mobile SA.

Rządowe propozycje podatków od wydobycia gazu i ropy mogą spowolnić inwestycje polskich firm

CEO Magazyn Polska

Nawet 40 proc. podatku mogą zapłacić firmy zajmujące się wydobywaniem gazu i ropy w Polsce, w tym – gazu łupkowego. Proponowane przez rządu obciążenia uderzą przede wszystkim w polskie firmy, bo zagraniczne koncerny zmniejszyły swoją obecność w naszym kraju. Wysoki podatek może zaszkodzić dalszym inwestycjom przedsiębiorstw, co z kolei jest sprzeczne z założeniem zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju. Ekspert Instytutu Sobieskiego apeluje, by w trakcie prac w Sejmie zmniejszyć i uprościć podatki w tym sektorze.

Są trzy flagowe spółki: PGNiG, KGHM i Orlen, są to spółki giełdowe. Jeżeli one będą miały duże obciążenie podatkowe, może to wpłynąć na ich poziom inwestycji, również na poziom wypłacanej dywidendy dla akcjonariuszy. Więc oprócz ryzyka regulacyjno-gospodarczego pojawia się też kwestia rynku kapitałowego, trudno od tego uciec – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

W Sejmie trwają obecnie prace nad trzema ustawami, które wpłyną na poziom opodatkowania działalności związanej z wydobyciem gazu i ropy. Jak podkreśla Zajdler, obciążenie dotyczyć będzie zarówno zysku, przychodu, jak i kosztu wydobycia. Całkowity podatek może sięgnąć 40 proc., choć analizy rynkowe wskazują, że może być nawet wyższy.

Zupełnie nowym obciążeniem będzie planowany podatek węglowodorowy. Zgodnie z rządowym projektem ma on być pobierany od 2020 r. i wynieść od 0 do 25 proc. Stawka ma zależeć od relacji przychodów do wydatków. Zajdler zauważa jednak, że do kosztów nie będą wliczane wszystkie pozycje, które normalnie uważa się za koszty kwalifikowane wydobycia. Oznacza to, że przedsiębiorcy nie mogą być pewni tego, jaka dokładnie będzie wysokość tego podatku. Zgodnie z rządową propozycją podatku nie zapłacą spółki, których działalność wydobywcza nie przyniesie zysku lub nie będzie on znaczny (uzyskane przychody nie będą 1,5 raza większe od poniesionych kosztów).

Druga z tych ustaw już wcześniej funkcjonowała i opodatkowywała miedź i srebro. W tym projekcie rozszerzono zakres tej ustawy na gaz ziemny oraz ropę naftową, i tutaj jest opodatkowany przychód. Natomiast trzecia ustawa to jest Prawo geologiczne i górnicze, w której już było opodatkowane wydobycie gazu ziemnego i ropy naftowej – przypomina Zajdler.

Wysokość podatku od kopalin, rozszerzonego na gaz i ropę, będzie zależało od rodzaju złoża. W przypadku gazu konwencjonalnego wyniesie 3 proc. wartości wydobytego surowca, a gazu łupkowego – 1,5 proc. Dla ropy naftowej konwencjonalnej i z łupków stawki mają wynieść odpowiednio 6 proc. i 3 proc. Również, jak zauważa Zajdler, w ramach Prawa geologicznego i górniczego stawki podatków wzrosną półtora raza dla ropy naftowej i nawet czterokrotnie dla gazu.

Rząd zakłada, że w latach 2020–2029 budżet państwa zyska nawet do 16 mld zł dzięki tym podatkom. Zajdler ocenia jednak, że takie obciążenie działalności wydobywczej nie zachęca przedsiębiorstw do poszukiwania i wydobycia ropy i gazu. To działanie jest sprzeczne z celem zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego Polski, bo nie promuje większego udziału krajowych źródeł energii. Zajdler ocenia, że wspieranie wydobycia na terytorium Polski jest równie ważne, jak głośna ostatnio idea unii energetycznej.

Do tego podatki uderzą przede wszystkim w polskie firmy, bo zagraniczne koncerny zmniejszyły swoją obecność w obszarze poszukiwania i wydobycia gazu i ropy z łupków w Polsce.

Z punktu widzenia działania samych spółek to niewątpliwie wpłynie zarówno na ich bilans, dlatego że to jest dodatkowe obciążenie, które wpływa na rentowność. To również wpłynie na pewne pozycjonowanie spółek, bo jeżeli będą miały mniej pieniędzy własnych na inwestycje, to resztę będą musiały pożyczyć na rynku. Te przepisy trochę zniechęcają do tego, żeby taką działalność prowadzić, a zwłaszcza angażować się w działalność, która jest obciążona dużym ryzykiem – ocenia Zajdler.

Zajdler obawia się też, że poprzez swoje działania państwo może zaszkodzić innym, mniejszościowym udziałowcom dużych spółek wydobywczych.

Na pewno to wpłynie na wycenę takiej spółki i jej postrzeganie w oczach inwestorów. Jeżeli ta wycena będzie niższa niż teraz, to będzie wpływało na koszt pozyskania kapitału przez spółkę na dalszy rozwój i inwestycje – przewiduje Zajdler. – Rodzi się wątpliwość, czy to nie jest krzywdzenie mniejszych akcjonariuszy, że państwo trochę wcześniej, zanim zysk w formie dywidendy jest im wypłacony, bierze sobie jakąś większą część.

Dodaje, że brakuje jasności co do sposobów wyliczania niektórych podatków, zwłaszcza związanych z ceną sprzedaży surowca. W jego ocenie niektóre elementy ryzyka można by wykluczyć, regulując opodatkowanie działalności wydobywczej jedną ustawą. Podkreśla, że sama wysokość opodatkowania nie jest takim problemem, jak jego skomplikowanie i rozbicie na trzy ustawy. W Rumunii podobny podatek wynosi 30 proc., ale jest stabilny i przejrzysty.

W ubiegłym roku Polacy wydali 35 mld zł na prywatne leczenie i leki. Brakuje systemu dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych

CEO Magazyn Polska

Z roku na rok rosną w Polsce wydatki na prywatną służbę zdrowia. W ubiegłym roku wydaliśmy na ten cel rekordowe 35 mld zł, w tym 23 mld zł na leki  również te bez recepty  i suplementy diety. Dlatego eksperci podkreślają, że potrzebny jest w Polsce system dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. Powinien on oferować ubezpieczonym usługi, które odpowiadają ich potrzebom, powinien być masowy, a jednocześnie pozwolić na efektywne finansowanie publicznej opieki zdrowotnej.

Od 15 lat trwa w Polsce dyskusja na temat wprowadzenia dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych. Jest to bardzo potrzebne nie tylko sektorowi ubezpieczeniowemu, lecz przede wszystkim systemowi opieki zdrowotnej. Polska pod tym względem jest w ogonie Europy, w większości krajów europejskich dodatkowe, prywatne ubezpieczenia zdrowotne rozwinęły się i stanowią dziś efektywny strumień finansowania opieki zdrowotnej obok systemu publicznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

W Polsce obowiązuje publiczny system opieki zdrowotnej, który ma zapewnić wszystkim ubezpieczonym opiekę. To jednak teoria, bo długie kolejki do lekarzy powodują, że często Polacy decydują się na prywatną wizytę. W ubiegłym roku wydaliśmy na leczenie z własnej kieszeni 35 mld zł, ponad 4,5 proc. więcej niż w 2012 roku. W tym tempo może być jeszcze szybsze.

Problem polega na tym, że nie istnieje ucywilizowany strumień prywatnego finansowania opieki zdrowotnej, i z tego względu wydajemy te pieniądze w ponad 90 proc. przypadków w systemie fee-for-service, czyli płacąc za usługę czy za produkt – mówi Dorota M. Fal. – Z tych 35 mld zł ponad 23 mld to wydatki na leki. Najwięcej w Europie i na świecie na suplementy diety i leki OTC, czyli leki dostępne bez recepty (12 mld zł). Leczymy się sami, często ulegając reklamie.

Dlatego według ekspertów potrzebny jest w kraju system dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych. Dziś z dodatkowego ubezpieczenia korzysta 2,5 mln osób. Z tego mniej niż 800 tys. płaci za to z własnej kieszeni, pozostała grupa to ubezpieczeni przez firmy w ramach abonamentów medycznych.

Zdaniem przedstawicielki PIU system powinien spełniać co najmniej trzy warunki. Po pierwsze, powinien oferować to, czego ubezpieczeni potrzebują, i tylko pod takim warunkiem wykupią oni dobrowolne ubezpieczenie.  Po drugie, system musi być masowy, bo im więcej osób będzie z niego korzystać, tym będzie on bardziej dostępny cenowo.

Po trzecie, system powinien stworzyć sytuację win-win, w której wygrywają zarówno pacjenci, jak i świadczeniodawcy. Ten system wleje dodatkowe pieniądze świadczeniodawcom, czyli szpitalom, które się zadłużają, jak i całemu systemowi opieki zdrowotnej – podkreśla Dorota M. Fal. – Bez względu na to, jak będzie wyglądał system prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych, każdy z nas, który z nich skorzysta, zrobi miejsce, to znaczy zostawi swoje pieniądze w systemie publicznym, bo obowiązkową składkę zdrowotną tak czy inaczej będziemy płacić, dla kogoś, kogo na prywatne ubezpieczenie nie stać.

Fal przekonuje, że stworzenie sprawnego systemu wymaga porozumienia wszystkich partii politycznych, instytucji, świadczeniodawców i świadczeniobiorców. Dodaje, że taki system od kilku lat obowiązuje w Holandii i przynosi efekty. Pod względem zadowolenia społeczeństwa z opieki zdrowotnej kraj ten nieprzerwanie od 2005 roku plasuje się w pierwszej trójce rankingu (Polska – w trzeciej dziesiątce).

Chińska firma motoryzacyjna zadebiutuje na GPW. Dzisiaj startują zapisy na akcje

CEO Magazyn Polska

Chiński JJ Auto będzie drugą już spółką z Państwa Środka na GPW. Debiut producenta części samochodowych planowany jest na 9 czerwca. Dzięki niemu polscy inwestorzy zyskają szansę zarobienia na chińskim rynku motoryzacyjnym, który jest największy na świecie. GPW pracuje nad przyciągnięciem z Azji kolejnych spółek zainteresowanych debiutem oraz inwestorów. Szansą na to jest rosnąca konkurencja o kapitał w Chinach oraz regulacje, które ograniczają rozwój tamtejszych rynków finansowych. 

Pierwszą chińską spółkę na giełdzie notowaną od kilku miesięcy jest Peixin, producent sprzętu do wyrobu materiałów opatrunkowych, bardzo nowoczesnego, zaopatrującego też polskich klientów. Liczymy oczywiście na większą liczbę spółek z Chin, które chciałyby zainteresować polskich inwestorów i przeprowadzić emisję akcji, być może także obligacji, na naszym parkiecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Graniewski, wiceprezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Warszawska giełda stara się pozyskać nowych emitentów z Chin, ponieważ tamtejszy rynek kapitałowy staje się coraz trudniejszy dla firm – oceniał w styczniu prezes GPW Adam Maciejewski w rozmowie z Newserią Biznes. Powodem są bardziej restrykcyjne regulacje w porównaniu z zachodnimi parkietami oraz słabsza ochrona inwestorów. Chiny – w przeciwieństwie do wielu innych azjatyckich państw – tylko w niewielkim stopniu zliberalizowały swój rynek finansowy i dopiero niedawno rząd zapowiedział szeroki pakiet reform, który ma zwiększyć jego efektywność.

Ponadto rozwój chińskich giełd zwiększył konkurencję między firmami o wolny kapitał, którego nadwyżki nie są już tak wielkie, jak przed światowym kryzysem. Choć udział oszczędności w chińskim PKB pozostaje bardzo wysoki (w okresie 2009–2013 spadł z ok. 53 proc. do 50 proc.), to jednak zmniejsza się ich nadwyżka w stosunku do inwestycji. Ich wielkość w relacji do PKB jest niemal stabilna, na poziomie ok. 48 proc. Tymczasem Polska pozostaje gospodarką, gdzie miejscowe oszczędności nie wystarczają do sfinansowania inwestycji. Według danych MFW wyniosły one w 2013 r. odpowiednio 16,8 proc. PKB i 18,6 proc. PKB.

Każdy kapitał jest mile widziany, dlatego że Polska nie dysponuje wystarczającą ilością kapitału, ażeby rozwijać gospodarkę. W relacjach z chińskimi inwestorami i emitentami liczymy na wzajemność. Z jednej strony zapraszamy i witamy chińskich emitentów, ale z drugiej strony mamy również nadzieję, że będą inwestować na warszawskiej giełdzie także chińscy inwestorzy, zarówno instytucjonalni, jak i indywidualni – mówi Graniewski.

Ekspansji chińskich firm na zagraniczne rynki sprzyja prywatyzacja i liberalizacja miejscowych przepisów, które regulowały wiele branż. Według raportu KPMG z 2011 r. „Inwestowanie w Chinach” własność państwowa stanowi już mniej niż 10 proc. wartości przemysłu. Nie bez znaczenia jest także strategia Chin jako mocarstwa, które wspiera przedsiębiorstwa (także prywatne) w zdobywaniu przyczółków na zagranicznych rynkach. Polska giełda jako największa w regionie Europy Środkowej, wraz z jej otoczeniem w postaci stabilnej i rosnącej gospodarki, może być atrakcyjną lokalizacją. Pewną barierą są jednak różnice kulturowe oraz inne podejście chińskich firm to takich kwestii, jak sprawozdawczość i polityka informacyjna.

Spółki chińskie, chociażby z powodów kulturowych i językowych, nie zawsze są transparentne. Sądzę, że chińscy emitenci nie do końca doceniają znaczenie relacji inwestorskich, jakości oraz liczby udzielanych informacji. Z drugiej strony dla inwestorów ważne jest posiadanie dostępu do raportów zarówno na temat określonych spółek i sektorów, jak i makroekonomicznej sytuacji w samych Chinach. Jest to rynek bardzo odległy, aczkolwiek bardzo ważny i zyskujący coraz bardziej na znaczeniu. Sądzę, że jest to kwestia czasu. Europa musi się przyzwyczaić do spółek chińskich, a chińskie spółki i emitenci muszą lepiej zrozumieć wymagania i standardy, które rynek europejski narzuca – tłumaczy wiceprezes GPW.

Ze względu na dynamiczny rozwój chińskiej gospodarki i strukturalne zmiany, miejscowe statystyki są często poddawane korekcie. Zmienia się również metodologia, co często zaskakuje przedsiębiorstwa i utrudnia porównywanie danych wielkości z różnych okresów – wskazują autorzy raportu KPMG. W przypadku danych makroekonomicznych inwestorzy mają jednak dostęp do wielu źródeł, dlatego ważniejsze jest wypracowanie wspólnych standardów w zakresie wymogów informacyjnych dla giełdowych spółek. To podstawowy warunek zwiększenia zaufania inwestorów – zarówno z Polski, jak i z Chin.

Obecnie Komisja Nadzoru Finansowego z chińskim regulatorem negocjują podpisanie porozumienia o wymianie informacji na temat spółek emitentów – to jest standardowa procedura. Chiński regulator negocjuje tego typu porozumienia także z innymi rynkami europejskimi. Jest to na pewno potrzebne po pierwsze po to, żeby zwiększyć przejrzystość, a po drugie, żeby zachęcić chińskich inwestorów o inwestowania w Polsce – wyjaśnia Paweł Graniewski.

Łódzkie liczy na więcej miejsc pracy dzięki promocji regionalnych serów, przetworów i owoców. Pomóc mogą pieniądze z UE

CEO Magazyn Polska

Dzięki promocji produktów regionalnych w województwie łódzkim może przybyć miejsc pracy. Unijne środki można wykorzystać do rozwoju produkcji m.in. koziego sera, chrzanu, jabłek i chleba. Przedsiębiorcy mogą liczyć m.in. na 50 tys. bezzwrotnej zapomogi z Brukseli. Nowe miejsca pracy związane z produktami regionalnymi mogą ułatwić zatrzymanie młodzieży w regionie.

Bardzo ważne jest, żebyśmy się skoncentrowali na promocji produktów regionalnych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Malarecki, kandydat do Parlamentu Europejskiego z listy PO w Łodzi. – Pieniądze unijne i możliwości, które stwarza wspólny wielki rynek europejski, są na pewno bardzo ważne, niezbędne wręcz, żeby te produkty regionalne stały się czymś, co przyniesie zarówno pracę ludziom w województwie i w regionie, jak i wielkie korzyści finansowe.

Malarecki przypomina, że 75 łódzkich produktów zostało wpisanych na listę produktów tradycyjnych prowadzoną przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi. To m.in. kozie i krowie twarogi, kiełbasy wędzone, szynki, przetwory z jabłek, wiśni i warzyw, chleby i słodkie wypieki, dwa rodzaje masła, miody, a także wiele gotowych potraw i napojów. Żaden z nich nie jest jednak wpisany na listę unijnych certyfikatów dla produktów regionalnych i tradycyjnych, na której znajduje się obecnie 35 produktów z Polski.

Według kandydata do Parlamentu Europejskiego bardzo ważne jest, by Łódzkie, korzystając ze wsparcia UE, promowało swoje produkty. Dzięki temu może rozwinąć się gospodarka tego regionu, co zwiększy zatrudnienie i powstrzyma emigrację młodych mieszkańców województwa. Unijne środki mogą zostać przeznaczone na ten właśnie cel.

Unia ma takie możliwości, ponieważ obok funduszy spójnościowych jest jednocześnie wielka gama pomocy finansowej dla młodych przedsiębiorców, do walki z bezrobociem. Projekty z małymi i średnimi przedsiębiorstwami mogą uzyskiwać do 50 tys. zł bezzwrotnej zapomogi, która pozwala startować na rynku, na którym będziemy mogli prezentować właśnie to, co wyprodukujemy – podkreśla Malarecki.

Dodaje, że w tej chwili największą przeszkodą dla producentów są skomplikowane procedury. Popularność polskich jabłek w całej Europie świadczy jednak o tym, że gdy ta bariera zostaje przełamana, rynek staje otworem i stwarza duże możliwości.

W celu wsparcia produktów regionalnych w województwie łódzkim przeprowadzona zostanie akcja tworzenia Mapy Produktów Regionalnych Łódzkiego, wsparta plebiscytem na najlepszy produkt w regionie.

W ocenie Malareckiego wsparcie dla produktów regionalnych to równie ważny obszar wykorzystania środków unijnych, jak inwestycje w infrastrukturę. Pozwoli to na rozwój wszystkim obszarom województwa, nie tylko tym, które mają naturalne przewagi, jak Bełchatów (kopalnia węgla) i Uniejów (źródła termalne).

Zarówno promocja produktów regionalnych, jak i zagadnienie rewitalizacji, którą musimy podjąć, szerokiej rewitalizacji województwa, to są wielkie szanse stworzenia nowych miejsc pracy – uważa Malarecki.

Pod koniec czerwca będzie gotowy pierwszy koncentrat miedzi z kopalni Sierra Gorda

CEO Magazyn Polska

Pierwszy koncentrat miedzi, czyli podstawowy produkt Sierra Gorda, ma zostać wyprodukowany pod koniec czerwca. W tej chwili projekt kopali jest już gotowy w 96 proc. KGHM zakończył budowę wszystkich najważniejszych obiektów i uzyskał dostęp do linii energetycznych. Wodę z Oceanu Spokojnego dostarcza rurociąg o długości 143 km.

Kopalnia może okazać się bardziej opłacalna niż zakładano, dzięki możliwej produkcji z rudy tlenkowej.

Katoda została wyprodukowana z rudy tlenkowej na zasadzie testów przemysłowych w sąsiadującym z nami zakładzie przeróbczym. Wskazuje to na dodatkowy potencjał kopalni Sierry Gorda, a więc możliwość produkcji nie tylko z rudy siarczkowej, lecz także z rudy tlenkowej. To oznacza zwiększenie poziomu produkcji w kolejnych latach w stosunku do tego, co planowaliśmy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź SA.

KGHM usunął już 190 mln ton nadkładu, czyli warstwy przykrywającej właściwą rudę. Trwa już także składowanie rudy siarczkowej w zakładzie przeróbczym. W tym roku rozruch kopalni ma doprowadzić do ustabilizowania produkcji, aby od początku przyszłego roku osiągnęła docelowe tempo. Będzie to 110 tys. ton przerabianej rudy dziennie.

Dzięki temu roczna produkcja może sięgnąć 110 tys. ton koncentratu miedzi. To tyle samo, ile wyniosła całkowita produkcja koncentratu miedzi KGHM-u w I kwartale tego roku. W pierwszych latach Sierra Gorda będzie też pozyskiwać ponad 20 tys. ton molibdenu – może to być niemal 20 proc. światowej produkcji.  

W tym roku KGHM wypłaci 5 zł na akcję, czyli łącznie miliard złotych. To połowa dywidendy z 2012 r. – wtedy spółka wypłaciła 9,8 zł na akcję.

Myślę, że KGHM będzie konsekwentny w realizacji swojej polityki dywidendowej. Zawsze spółka dzieliła się szczodrze z akcjonariuszami wypracowanym zyskiem i myślę, że taka sytuacja będzie miała również miejsce w kolejnych latach – prognozuje Romanowski. – Zgodnie z rekomendacją zarządu, która została zatwierdzona przez radę nadzorczą, zamierzamy w tym roku wypłacić 1/3 zysku netto, więc 1 mld zł w dwóch transzach, 18 sierpnia i 18 listopada. W każdej transzy po 2,5 zł na akcję.

KGHM zarobił w pierwszym kwartale tego roku ponad 500 mln zł. To o połowę mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Na niższe niż przed rokiem wyniki spółki KGHM Polska Miedź wpłynął szereg czynników, przede wszystkim niższe notowania miedzi i srebra, jak również mocniejszy złoty do dolara. One wpłynęły w 45 proc. na obecne wyniki – zapewnia Jarosław Romanowski.

W tym roku KGHM nie opublikował prognozy zysku. Jarosław Romanowski zapewnia, że za cały rok 2014 wynik będzie zgodny ze średnią oczekiwań analityków.

Kompania Węglowa nie wstrzymuje inwestycji w kopalniach. To część planu restrukturyzacji

CEO Magazyn Polska

Nowy zarząd Kompanii Węglowej pracuje nad modernizacją planu, który ma wyprowadzić spółkę na prostą. Prezes Mirosław Taras zapewnia, że jest to plan rozsądny, który daje nadzieję na sukces. Jego częścią jest kontynuacja inwestycji w spółce. Kompania Węglowa duże nadzieje wiąże z inwestycją w Lubelskim Zagłębiu Węglowym  w złoże Pawłów.

Pieniędzy na tę inwestycję będziemy szukali na rynku finansowym, a nie we własnej kieszeni, bo nas w tej chwili na to nie stać – mówi Mirosław Taras, od niedawna prezes Kompanii Węglowej, a wcześniej przez wiele lat prezes LW Bogdanka. – To znakomity projekt, którego protoplastą jest kopalnia Stefanów, która przynosi w tej chwili ogromne zyski Lubelskiemu Węglowi. Dlaczego nie mielibyśmy zrobić tego samego?

Koncesję na rozpoznanie złóż węgla kamiennego w rejonie Pawłowa spółka uzyskała od resortu środowiska w październiku ub. r. Wyniki prowadzonych badań poszukiwawczych posłużą do stworzenia projektów budowy kopalni Pawłów.

Kompania Węglowa to największa firma górnicza w Europie i lider w wydobyciu węgla kamiennego. Silne spadki cen węgla na świecie i rosnąca konkurencja surowca importowanego przyczyniły się do problemów spółki, która obecnie notuje wielomilionowe straty. Ratunkiem dla Kompanii jest trudna restrukturyzacja, która ma przywrócić jej rentowność i umożliwić dalszy rozwój.

Istniejący plan restrukturyzacji Kompanii nie jest zły. To bardzo rozsądny plan, który wymaga jedynie modyfikacji – zapewnia Mirosław Taras.

Jak podkreśla, z planem restrukturyzacji spółki wiążą się konkretne plany inwestycyjne. Dlatego Kompania nie zamierza ich zaniechać.

Każda z kopalń, która jest w strukturze Kompanii Węglowej, ma swoje plany inwestycyjne. One są różne, od kilku do kilkudziesięciu milionów – mówi prezes KW.

Przyznaje, że w strukturze spółki znajdują się również nierentowne kopalnie. Nie podjęto jednak decyzji o tym, że zostaną one zamknięte lub zlikwidowane.

Trudno w tej chwili powiedzieć, czy i które kopalnie zatrzymamy, na takie decyzje jest jeszcze za wcześnie. Jeżeli zmieni się technologię, obniży koszty poprzez usprawnienie działalności i podniesienie się wydajności, to zamykanie kopalń nie będzie miało sensu – podkreśla Mirosław Taras. – Natomiast jeżeli nadal niektóre kopalnie będą nierentowne, to będziemy starali się wyeksploatować część złoża, która da nam najwyższą rentowność albo najmniejsze straty, i jeżeli w naturalny sposób kopalnie zakończą swoją żywotność, to jest oczywiste, że zostaną wykluczone z eksploatacji. Ale o takich dramatycznych rozwiązaniach absolutnie nie myślimy i takie rzeczy się nie zdarzą – zapewnia.

Zarządzanie dużymi firmami za pomocą smartfona możliwe dzięki nowoczesnym systemom informatycznym

CEO Magazyn Polska

Firmy logistyczne będą inwestować w systemy IT  takie wnioski płyną z poznańskiego Polskiego Kongresu Logistycznego. Coraz popularniejsze stają się otwarte i elastyczne systemy zarządzania przedsiębiorstwami, głównie ze względu na to, że są one tańsze. Dają one firmom szansę szybszej reakcji na zmiany na rynku i umożliwiają pracę z oprogramowaniem zewnętrznym. Dzięki nim nawet dużymi firmami można zarządzać za pomocą smartfona. Tym samym firmy odchodzą od skomplikowanych systemów zamkniętych, których wdrażanie jest długotrwałe i kosztowne, a każdorazowa aktualizacja systemu wymaga zmiany przez dostawcę.

System operacyjny jest odpowiedzialny za organizację pracy w całym przedsiębiorstwie, we wszystkich jego aspektach: relacjach z klientami, w sprzedaży, planowaniu produkcji, magazynowaniu, logistyce, fakturowaniu, rozliczeniach z kontrahentami – wyjaśnia Krzysztof Kędzierski, prezes zarządu Amur, spółki tworzącej rozwiązania IT dla firm logistycznych i transportowych. – Obecne trendy na rynku logistycznym wskazują, że firmy idą w kierunku rozwiązań lekkich, otwartych, tanich w eksploatacji, pozwalających bardzo szybko reagować na zmieniające się warunki na rynku.

Kędzierski wyjaśnia, że istnieją dwa główne typy systemów ERP, czyli systemów zarządzania zasobami przedsiębiorstwa. Pierwsze to systemy zamknięte, których pionierem już w latach 70. ubiegłego wieku była niemiecka firma SAP. Na podobnych zasadach działa Apple. System zamknięty jest dostarczany przez producenta i nie umożliwia wprowadzania swobodnych zmian przez użytkownika. Powoduje to, że koszty jego wdrożenia są duże, a proces może trwać nawet kilka lat.

Systemy zamknięte są też trudne w aktualizacji. Gdy potrzebne są nowe funkcje, niezbędne jest wdrożenie nowego systemu. Nie ma też możliwości szybkiego reagowania na zmiany na rynku i integracji z oprogramowaniem zewnętrznym.

Alternatywą dla nich są systemy otwarte, w których narzuty producenta nie zamykają drogi niezależnym firmom, programistom czy działom IT klienta, który zakupił taki systemu. Specjaliści mogą ingerować w niego bez uszczuplania jego funkcjonalności. W tym przypadku koszty wdrażania i utrzymywania systemu są znacząco niższe, nie przywiązujemy się do jednego dostawcy i możemy bardzo szybko reagować na zmieniające się warunki na rynku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kędzierski.

Jako system otwarty działa m.in. popularne oprogramowanie Android, Google, Linux czy Blackberry. Kędzierski podkreśla, że to właśnie w tym kierunku zmierzają systemów IT dla przedsiębiorstw. Zarządy spółek doceniają nie tylko ich niższy koszt, lecz przede wszystkim elastyczność takich systemów.

Dzięki wdrażaniu systemów ERP coraz łatwiejsze jest też zarządzanie firmą za pomocą osobistych urządzeń przenośnych. Kędzierski ocenia, że zwłaszcza firmy logistyczne będą dużo inwestować nie tylko w systemy IT, lecz także w sprzęty elektroniczne, takie jak smartfony i tablety. Dodaje, że nawet największe przedsiębiorstwa w Polsce, takie jak Orlen, mogą być zarządzane z poziomu urządzeń mobilnych.

Kędzierski przypomina, że ewolucja systemów ERP cały czas trwa, a konkurencja między dostawcami jest bardzo duża.

Na rynku nie ma uniwersalnego rozwiązania i nie może takiego być dla firm z branży logistycznej, wynika to z charakterystyki tego rynku. Firmy, które zaniechają rozwoju swoich systemów informatycznych, bardzo szybko albo zostaną do tego zmuszone, ponosząc duże nakłady inwestycyjne, albo całkowicie znikną z rynku – ocenia Kędzierski.

Wprowadzenie zaawansowanych systemów ERP może dać firmom dużą przewagę konkurencyjną. W logistyce nie ma zapotrzebowania na systemy działające online. Synchronizacja danych w czasie rzeczywistym jest potrzebna w sektorze bankowości i w przypadku sklepów internetowych. Przedsiębiorstwa produkcyjne i logistyczne mogą korzystać z systemów offline. Dla większości wystarczająca jest cogodzinna synchronizacja, ale możliwe jest aktualizowanie danych nawet co 10 sekund.

Do 2020 r. prawie wszystkie gospodarstwa domowe będą podłączone do internetu. Problemem pozostanie odpowiednia prędkość połączeń

CEO Magazyn Polska

Do 2020 r. gospodarstwa domowe niepodłączone do internetu będą stanowić zdecydowaną mniejszość. Głównym problemem pozostanie prędkość internetu i kapitał niezbędny do poprawy jakości połączeń. Paradoksalnie na przeszkodzie może stać presja ze strony konsumentów domagających się jak najniższych cen. – Trzeba stworzyć równowagę między stymulacją biznesu w tej dziedzinie a modelami biznesowymi i nie obciążać nadmiernie firm, które budują nam cyfrową przyszłość – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Zgodnie z założeniami Europejskiej Agendy Cyfrowej do 2020 roku każdy Europejczyk powinien mieć możliwość korzystania z internetowego łącza nie wolniejszego niż 30 Mb/s, a co najmniej połowa gospodarstw domowych ma mieć dostęp do internetu o prędkości 100 Mb/s.

Problemem nie jest sam dostęp do internetu, tylko jego przepływność, czyli mówiąc potocznie jego prędkość. Dzisiaj, jeśli chcemy szybko przesyłać informacje, duże pliki informacji, jeśli legalnie chcemy ściągnąć film i go obejrzeć, jeśli chcemy zobaczyć zasoby naukowe, edukacyjne, to chcemy mieć i musimy mieć do tego szybki internet, żeby to do nas przyszło w ciągu paru minut, a nie w ciągu paru godzin – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji.

Podkreśla, że w tym zakresie przed całą Europą stoi wiele wyzwań. To przede wszystkim budowa technologii LTE i 4G, która w niektórych krajach jest na początkowym etapie.

W wielu krajach jeszcze nie ma dostępu do 4G, a niektórzy, jak Niemcy czy Anglicy, zaczęli już rozmowy na temat 5G. Te inwestycje muszą być, ale żeby one były, to ci, którzy inwestują, muszą mieć poczucie, że robią to z sensem i że mogą mieć odpowiedni kapitał, także pochodzący z dobrych wyników finansowych. Dlatego trzeba stworzyć taką równowagę między stymulacją biznesu w tej dziedzinie a modelami biznesowymi, by nie obciążać nadmiernie firm, które budują nam cyfrową przyszłość – podkreśla były minister administracji i cyfryzacji.

Pewne obciążenie dla tych firm może wiązać się z presją ze strony konsumentów na coraz niższe ceny usług. Boni podkreśla, że obniżanie cen usług, nawet przy zwiększaniu ich dostępności, powoduje, że czas zwrotu z danej inwestycji znacznie się wydłuża. To zaś powoduje problemy w firmach inwestujących.

Tu potrzebne jest rozsądne myślenie – zarówno o konsumencie, żeby miał jak najlepiej i jak najtaniej, jak i o warunkach dla inwestujących, żeby mieli  pieniądze wypracowywane przez siebie na nowe inwestycje – przekonuje Michał Boni.

W kontekście realizacji założeń Europejskiej Agendy Cyfrowej wciąż istotna jest kwestia cyfrowego wykluczenia. Jedna trzecia całego społeczeństwa nie korzysta z internetu. Odsetek ten rośnie, kiedy weźmiemy pod uwagę tylko mieszkańców wsi (41 proc.) lub osoby starsze. Wśród 13,7 mln osób w wieku 50+ z sieci nie korzysta 67 proc., czyli ponad 9 mln osób. Na wykluczenie cyfrowe narażone są również osoby niepełnosprawne (tylko 38 proc. z nich korzysta z internetu).

Sporo osób, które mają internet i umieją z niego korzystać, nie używają go, bo nie wiedzą, dlaczego i po co. Trzeba więc zwiększać podaż, ofertę dla ludzi. Wtedy będą rozumieli, ze to się do czegoś przydaje – mówi Michał Boni.

Walce z wykluczeniem cyfrowym wśród osób powyżej 50. roku życia służyć mają takie inicjatywy, jak program Latarnicy, w którym wolontariusze uczą osoby starsze tego, jak korzystać z sieci. Według Boniego szansą na zaznajomienie się starszych ludzi z nowymi technologiami może być również wykorzystanie procesu cyfryzacji telewizji.

Będą się pojawiały coraz to nowe odbiorniki, które mają charakter hybrydowy, czyli łączą w sobie funkcje komputera i telewizora. Starsi ludzie są przyzwyczajeni i przyjaźnie nastawieni do ekranu telewizyjnego – mówi były minister. – Jeśli będzie z niego płynęła nauka dotycząca tego, jak obsługiwać internet i co można w nim znaleźć, to może się okazać, że będziemy mieli parę milionów osób więcej z umiejętnościami cyfrowymi. A to oznacza kilka milionów więcej użytkowników sieci, czyli klientów, którzy będą rozwijać popyt na usługi.

To o tyle istotne, że oferta usług cyfrowych, związana z różnymi dziedzinami życia, będzie coraz szybciej rosnąć.

W najbliższym okresie, moim zdaniem, nastąpi duże przyspieszenie. Wiele różnych usług publicznych, także te dotyczące spraw medycznych, zostanie informatyzowanych. I starsi ludzie nie mogą zostać poza ułatwiającymi życie rozwiązaniami – podkreśla Michał Boni.

Saxo Bank: Inwestorzy będą nieufni wobec powstającej Unii Euroazjatyckiej. Głównie z powodu agresywnej polityki Moskwy

Rosja, Kazachstan oraz Białoruś podpiszą 29 maja umowę o utworzeniu Unii Euroazjatyckiej. Ma ona być gospodarczą i polityczną przeciwwagą dla USA, UE oraz Chin. Prezydent Rosji Władimir Putin w jej gronie widzi niemal wszystkie państwa byłego ZSRR, łącznie z Gruzją i Mołdawią, które pod koniec czerwca mają podpisać umowy stowarzyszeniowe z UE. Przymusowa integracja pod dyktando Moskwy zwiększa ryzyko, że kapitał zagraniczny będzie omijał Unię Euroazjatycką szerokim łukiem.

Sama Unia jako związek gospodarczy będzie niosła korzyści dla poszczególnych państw, tak samo jak wprowadzenie Unii Europejskiej oznaczało wzrost, szczególnie dla słabszych regionów. Natomiast dużo istotniejszy od wymiaru ekonomicznego jest wymiar polityczny – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. – Widać, że wydarzenia na Krymie i obecnie wschodniej Ukrainie są elementem większego planu. To gra o ponowne zjednoczenie wokół Rosji państw byłego Związku Radzieckiego.

Polityka sąsiedztwa UE, a zwłaszcza Partnerstwo Wschodnie, są postrzegane przez Kreml w kategoriach geopolitycznej rywalizacji. Moskwa stara się zmienić układ sił w regionie, czemu służyć ma m.in. głęboka integracja w ramach Unii Euroazjatyckiej. Powstanie ona na bazie istniejącej od 2010 r. Unii Celnej pomiędzy Rosją, Kazachstanem i Białorusią, a w przyszłości grono państwa ma się powiększyć o Armenię, Kirgistan i Tadżykistan. Unia Euroazjatycka ma pewne podobieństwa do Unii Europejskiej, bo obok politycznej integracji zakłada także swobodny przepływ osób, kapitału, towarów i usług. Te obszary znajdą się w kompetencji Komisji Euroazjatyckiej. Zachętą do uczestnictwa w Unii jest m.in. dwukrotna obniżka cen gazu oraz preferencyjne kredyty.

29 maja odbędzie się podpisanie umowy pomiędzy Rosją, Kazachstanem a Białorusią, w której budowane są wszelkie podwaliny prawne i  organizacyjne pod nową unię. Jako dobry przykład można wskazać, że będzie Komisja Euroazjatycka na wzór Komisji Europejskiej, tylko z siedzibą nie w Brukseli, lecz w Moskwie. Jest planowana wspólna waluta, która ma działać po 2025 roku, to ledwie po 10 latach, która wyprze na przykład rubla. Więc będzie wspólny bank centralny. Tych elementów uwspólnotowienia będzie bardzo dużo, więc można powiedzieć, że jest to rzeczywiście powrót do Związku Radzieckiego – uważa Jędrzejak.

Proces integracji w ramach Unii Euroazjatyckiej będzie tym różnił od tego w ramach Unii Europejskiej, że w tym drugim przypadku polegał on na oddolnej, demokratycznie wyrażonej woli. Jeżeli integracja wokół Rosji miałaby podobny, pokojowy i dobrowolny charakter, to mogłaby budzić spore zainteresowanie inwestorów zagranicznych – uważa dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska. Zajęcie Krymu, destabilizacja wschodniej Ukrainy, pogróżki pod adresem Gruzji i Mołdawii i szereg innych działań Moskwy sprawiają jednak, że obszar przyszłej Unii doświadcza ucieczki kapitału i innych kosztów związanych z niepewnością w gospodarkach.

Widać, że jest tworzona przy użyciu środków nacisku militarnego, zmienia się zupełnie jej wymiar, więc trudno mówić o pozytywnym wpływie na rynki finansowe. Przykład Rosji, czyli odpływ kapitału zagranicznego w ostatnich miesiącach w kwocie ponad 70 mld [euro] i jego dalszy wyciek, to  pierwszy symptom, który sprawia, że to nie jest odbierane pozytywnie. Natomiast w dłuższej perspektywie, do roku 2025 może się jeszcze wiele wydarzyć i na pewno inwestorzy bardzo ostrożnie powinni obserwować sytuację – mówi dyrektor zarządzający w Saxo Bank Polska.

Polityka Rosji stanowi bardzo poważne wyzwanie także dla państw UE, zwłaszcza graniczących z obszarem poradzieckim. Po pierwsze, utrzymywanie się zagrożenia dla bezpieczeństwa niektórych państw będzie niekorzystnie oddziaływać na długoterminowy rozwój gospodarczy. Po drugie, zagrożona jest solidarność i spójność wewnątrz UE. I po trzecie, Rosja może naciskać na zatrzymanie integracji z UE i NATO takich państw, jak Mołdawia i Gruzja, a także przeciwdziałać próbom wzmocnienia militarnej obecności NATO w Polsce czy republikach bałtyckich.

W bezkompromisowy sposób Putin rozgrywa wewnętrzne tarcia w Unii Europejskiej pomiędzy Niemcami, Francją a państwami południa czy państwami, jak Polska, gdzie widać, że poprzez politykę energetyczną można bardzo łatwo złamać slogan dotyczący solidarności Europy. W przypadku zacieśniających się stosunków pomiędzy Mołdawią a Unia Europejską groźba energetycznego zamrożenia państwa powoduje, że mogą nastąpić zmiany w polityce międzynarodowej. Na razie wygląda na to, że Mołdawia nie ma zamiaru zmieniać swojej retoryki i całkowicie jest ukierunkowana na wejście w orbitę państw zachodnich – uważa Maciej Jędrzejak.

Na razie retoryki nie zmienia również Kreml i będące na jego usługach media. Rosja ociera się o recesję, prognozy na najbliższy rok są bardzo pesymistyczne, więc Putin używa polityki zagranicznej także do utrzymania i zwiększania popularności wewnątrz kraju. Według Jędrzejaka, rosyjska ulica entuzjastycznie zareagowała na zajęcie Krymu.

– Od tysięcy lat można zarządzać państwami, korzystając z dwóch recept: daje się albo igrzyska, albo chleb. Ponieważ chleba nie starcza, mamy w Rosji praktycznie recesję, podniesione stopy procentowe spowalniają gospodarkę i doprowadzają do tego, że z tej recesji będzie bardzo trudno wyjść. Osłabiony rubel i odpływ kapitału również nie będą wspierać wyjścia z recesji, biorąc pod uwagę jeszcze dodatkowe sankcje. Więc rozwiązaniem pozostają igrzyska – uważa dyrektor zarządzający w Saxo Bank Polska.

ENEA podpisała z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę programową dotyczącą emisji obligacji długoterminowych o wartości 1 mld zł

Spółka podpisała z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę programową dotyczącą emisji obligacji długoterminowych o wartości 1 mld zł. Celem będzie finansowanie bieżącej działalności oraz potrzeb inwestycyjnych Grupy ENEA. Umowę podpisano na placu kluczowego dla ENEA projektu, jakim jest budowa bloku 1075 MW w Kozienicach. W uroczystości wziął udział Minister Skarbu Państwa, Włodzimierz Karpiński.

Program emisji obligacji został zawarty na okres 12 lat i 7 miesięcy i kończy się 15 grudnia 2026 roku. Okres dostępności programu, w ramach którego przeprowadzane będą emisje obligacji, upływa 15 grudnia 2016 roku. Umowę podpisano w miejscu wyjątkowym, na placu kluczowej dla bezpieczeństwa energetycznego milionów Polaków inwestycji. W elektrowni w Kozienicach powstaje najnowocześniejszy na skalę europejską blok węglowy, który będzie spełniał wszystkie, najbardziej restrykcyjne normy ekologiczne. To jednak nie koniec ambitnych planów Grupy. ENEA do 2020 roku zainwestuje aż 20 mld zł.

Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.
Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.

– Grupa jest gotowa do dalszego rozwoju i inwestowania zarówno w konwencjonalne, kogeneracyjne i odnawialne źródła wytwarzania energii, jak i w obszar dystrybucji, od którego zależy jakość obsługi Klientów. Nasze inwestycje, to nie są decyzje, których skutki będziemy widzieli tylko dziś czy jutro. Ze względu na ich skalę i rozmach myślimy o nich w perspektywie najbliższych dekad – mówi Krzysztof Zamasz, Prezes Zarządu ENEA S.A.

Skuteczne pozyskanie funduszy to jedno z głównych zadań, od których zależy rozwój samej Grupy, ale również powodzenie modernizacji polskiej energetyki i wzmocnienia jej wobec niestabilnej sytuacji międzynarodowej.

– Od wielu miesięcy realizujemy Program Inwestycje Polskie, finansując duże i małe przedsięwzięcia ważne z punktu widzenia naszej gospodarki. Dzisiejsza transakcja doskonale się wpisuje zarówno w ten program, jak i w tradycję naszego banku. Kiedy w latach 20-tych ubiegłego wieku Polska odzyskiwała niepodległość, BGK pomagał budować Centralny Okręg Przemysłowy, miasto i port Gdynia, wspierał polski przemysł i inwestycje infrastrukturalne. Dzisiaj, realizując takie transakcje jak projekty ENEA, wracamy do korzeni – powiedział Dariusz Kacprzyk, prezes zarządu BGK.

W Kozienicach codziennie ponad 500 osób wznosi potężne konstrukcje. Teren elektrowni zmienia się z dnia na dzień. Najbardziej charakterystyczne są dwa ogromne pylony komunikacyjne oraz widoczna już z daleka okrągła chłodnia kominowa, która docelowo osiągnie wysokość 185 metrów przy średnicy 146 metrów. To na jej tle podpisana została dziś umowa.

– Nie ma wątpliwości, że potrzebujemy nowych megawatów, a nasza gospodarka jest w dużej mierze oparta na węglu. To niezaprzeczalne fakty, które tutaj w Kozienicach, ale także w Jaworznie i Opolu są wykorzystywane biznesowo. Dzięki takim projektom modernizujemy i przebudowujemy potencjał krajowej energetyki i zapewniamy sobie bezpieczeństwo dostaw prądu. Do 2020 r. spółki Skarbu Państwa zainwestują w energetykę 60 mld zł. ENEA będzie miała w tych inwestycjach znaczący udział. Plany spółki na najbliższe 6 lat opiewają na 20 mld zł. Podpisane dziś porozumienie z BGK zwiększa możliwości inwestycyjne Grupy – powiedział Włodzimierz Karpiński, minister Skarbu Państwa.

Po ukończeniu budowy w Kozienicach będzie tu powstawało 13 proc. polskiej energii elektrycznej. Co 9 Polak otrzyma prąd z Kozienic. Energia pozyskiwana będzie z węgla kamiennego, co wpisuje się w dyskusję na temat bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Nowoczesne technologie zapewnią niespotykaną dotąd wydajność przy zminimalizowanych konsekwencjach dla środowiska naturalnego. W ten sposób ENEA odpowiada na rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną w Polsce i ryzyko jej niedoborów. Co ważne, inwestycja została zaplanowana w sposób gwarantujący jej rentowność.

– Ogromnie się cieszę, że Elektrownia Kozienice – filar polskiej energetyki – rozwija się i unowocześnia. To źródło naszego bezpieczeństwa energetycznego i bardzo ważne miejsce także dla lokalnej społeczności – powiedział Jacek Kozłowski, wojewoda mazowiecki.

Prace w Kozienicach przebiegają zgodnie z harmonogramem. Na koniec pierwszego kwartału budowa osiągnęła prawie 30 proc. zaawansowania, do końca roku będzie to już 65 proc. Łącznie przy realizacji pracę znajdzie ok 2500 osób, a kolejne 200 osób zostanie zatrudnionych do obsługi uruchomionego już bloku. To ważna informacja dla mieszkańców i realna korzyść dla Kozienic i innych okolicznych gmin.

Grupa Kapitałowa ENEA to nowoczesny wytwórca, sprzedawca i dystrybutor energii elektrycznej. Ma prawie 2,4 miliona Klientów i 12,5 % udziału w sprzedaży na rynku detalicznym energii elektrycznej w Polsce. Jej sieć dystrybucyjna pokrywa 1/5 powierzchni kraju, głównie województwa: wielkopolskie, kujawsko-komorskie, lubuskie i zachodniopomorskie. Prawie 8% energii wytwarzanej w kraju pochodzi z elektrowni Grupy. ENEA Wytwarzanie S.A. w Kozienicach to największy w kraju producent prądu z węgla kamiennego.

Media pod presją online

Internet ma olbrzymi wpływ na ewolucję tradycyjnych mediów, nawet jeśli na co dzień tego nie dostrzegamy. Znaczenie sieci oraz zmiany nawyków konsumenckich dostrzegają i zaczynają rozumieć również nadawcy telewizyjni – pisze Michał Włodarczyk, ekspert firmy Gemius.

Kiedy kilka lat temu okazało się, że użytkownicy Internetu wolą oglądać, niż słuchać bądź czytać, stało się jasne, iż wydawcy tradycyjnych mediów muszą się mieć na baczności. Albo raczej, rozpocząć poszukiwania innowacyjnych rozwiązań z myślą o własnej przyszłości. Oczywiście, olbrzymiego przełomu dokonał YouTube, którego nowy właściciel Google, po pierwsze przekształcił w atrakcyjną platformę wideo, po drugie – upowszechniając nowe formaty reklamowe – uczynił dochodowym biznesem. Przykład YouTube nie dotyczy jednak większości wydawców, którzy tworzą różne modele udostępniania swych treści multimedialnych w Internecie. Platforma Google’a uderzyła zaś w przemysł muzyczny „starego typu“. Z czasem wielu muzyków uruchomiło tam oficjalne kanały (równolegle – największe dochody zaczęły im przynosić nie albumy płytowe, lecz platformy udostępniające online pliki audio; nie chodzi już tylko o internetowe sklepy jak iTunes, lecz serwisy w rodzaju szwedzkiego Spotify, obecnego od zeszłego roku również w Polsce).

Któż nie lubi filmów w sieci?

Trwoga miała prawo paść na wydawców tradycyjnej telewizji. Fala nowych trendów z Zachodu szybko dotarła nad Wisłę. Pamiętamy niezwykłą popularność serialu „Klatka B“, który dzięki reklamom mógł na siebie zarabiać. Reklamodawców przyciągały bowiem setki tysięcy odsłon. To tylko jeden z pierwszych, ale obrazowych przykładów, jak nowe rozwiązania w sieci zmieniają gusta użytkowników. Nie musimy już bowiem czekać na ustaloną przez wydawcę TV porę, aby obejrzeć serwis informacyjny albo premierowy odcinek ulubonego serialu. Włączamy treści wideo wtedy, kiedy mamy na to czas i ochotę, jak również – bez względu na to, gdzie się znajdujemy (korzystając z różnych narzędzi zarówno stacjonarnych, jak mobilnych). Co więcej, nowe rozwiązania w sieci umożliwiają komponowanie własnych playlist – prywatnego, osobistego programu. Doskonale zrozumieli to wydawcy radiowi uruchamiając na swoich serwisach www streaming audycji na żywo. Mechanizm był prosty, w studiu najpopularniejszych audycji Radia Zet czy Tok FM umieszczano kamerę i transmitowano online nie tylko fonię, lecz również obraz. Najdalej poszła Czwórka Polskiego Radia, transmitując stale obraz wideo ze studia. W międzyczasie wydawcy prasowi coraz chętniej zaczęli wzbogacać swoje serwisy internetowe o treści wideo. „Rzeczpospolita“ i „Gazeta Wyborcza“ udostępniały komentarze wideo własnych publicystów i dziennikarzy, odnoszące się do publikowanych tekstów, a nawet – dyskusje rejestrowane specjalnie na potrzeby serwisu internetowego. Wszystko po to, aby zaspokoić gusta i potrzeby już nie czytelników, lecz szerzej – odbiorców, konsumentów nowych mediów.

Prawie jak telewizja. Interakcja

Kilka lat temu, kiedy największe portale, jak Onet czy Wirtualna Polska, uruchamiały swoje serwisy TV, w USA rewolucja poszła już dużo dalej. Takie platformy, jak Hulu.com dawały już możliwość tworzenia własnej ramówki z wysokiej jakości treści, często tworzonej wyłącznie na potrzeby własnych kanałów. Ale przełom dotyczył też interakcji. O ile z telewizora może popłynąć do nas komunikat z zachętą wysłania SMS-a, to w sieci interakcja może przebiegać pomiędzy widzami. Parę lat temu Joost.com uruchomił aplikację umożliwiającą widzom tego samego programu wymianę opinii za pomocą komunikatora internetowego. Z czasem do gry włączono media społecznościowe (czego przykładem może być konkurs na najlepszego piłkarza meczu, prowadzony na Facebooku w czasie rzeczywistym, w takcie transmisji).

O rosnącej sile Internetu – wszak od kilku lat istnieją rynki, również w Europie, gdzie wydatki reklamowe na online przewyższają budżety telewizyjne[1] – świadczy również fakt szybkiego rozwoju platform online, wdrażanych przez nadawców „starej“ telewizji. W Polsce prześcigają się Polsat (Ipla), TVN (TVN Player) i TVP. Nadawcy sięgają też po aplikacje mobilne, dające dostęp do treści wideo na urządzeniach mobilnych. TVN transmituje na swoim portalu na żywo główne wydanie „Faktów“, a do korzystania z platform mają zachęcić przedpremierowe odcinki popularnych seriali, produkowanych przez poszczególne stacje.

W kontekście przechodzenia telewizji do świata online – czy też łączenia obu światów – ciekawe wydają się też inne wątki, jak postępująca cyfryzacja telewizji czy trwające w Polsce od kilku lat prace nad telewizją mobilną. W ten projekt swego czasu mocno zaangażowali się główni operatorzy telefonii cyfrowej, którzy swoją drogą – mają istotny wkład w poszerzenie dostępu do szybkich łączy internetowych.

Tamtej TV już nie będzie

Telewizja należy do tych mediów, które mocno się zmieniają – w dużej mierze za sprawą zaangażowania Internetu; już teraz odbiorniki TV spełniają wiele ról (stąd też pojęcia i zjawiska w rodzaju smart TV). Poza tym, telewizja coraz częściej przypomina towarzyszące nam w tle radio.

Dostępne online, telewizje – i ciągle rozwijane usługi w rodzaju VOD – będą dawać nam możliwość indywidualnego układania ramówki. Być może ważnym krokiem w tym kierunku są wspomniane już platformy, jak Ipla czy TVN Player.

Jak to zbadać?

Zmiana podejścia do rozumienia i konsumpcji TV powoduje niemałe wyzwanie. Jak badać telewizję, jej kondycję jako medium, oglądalność, skuteczność dotarcia i efektywność komunikacji marketingowej? Bo jeśli w ankiecie zadamy pytanie: „Czy oglądał Pan telewizję?”, to odpowiedź raczej nie uwzględni oglądania serialu na tablecie czy filmików z YouTube na Xboxie. Tymczasem to też są czynności związane z telewizją, czy może konsumpcją wideo. Owszem, są już wprowadzane systemy do pomiaru oglądalności wykorzystujące kamery w telewizorach (telewizor niejako sprawdza, czy ktoś się przed nim znajduje), ale technologia to budzi wiele kontrowersji, bo użytkownicy nie są przekonani do tego, czy etyczne jest, aby telewizor „ich śledził”.

Trudno już wątpić w tezę, że wydawcy i reklamodawcy powinni skupić się na wdrażaniu nowych rozwiązań dokładnie analizujących konsumpcję treści wideo umieszczonych w sieci. Za chwilę bowiem będzie to jedno z kluczowych narzędzi do planowania mediów, a tym samym – tworzenia strategii biznesowych i monetyzowania produkcji filmowej zupełnie nowego typu.

Minął już czas, również w Polsce, kiedy wydawcy tradycyjnych mediów z wyższością spoglądali na Internet. Teraz każdy z nich poszukuje najbardziej efektywnych i najatrakcyjniejszych modeli udostępniania własnych produkcji. Właśnie w sieci. Kolejny raz przy tej okazji warto sięgnąć po przykład zza oceanu. Jeden z amerykańskich gigantów, Amazon, rozpoczął z wielkim rozmachem produkcję i emisję własnego serialu „Alpha House”, rzucając wyzwanie największym gigantom, jak platforma Netflix (głośny „House of Cards”) z jednej strony i HBO z drugiej, słynący dotąd z produkcji ambitnych serii fabularnych. Za chwilę doświadczymy tego w Polsce.

Rośnie znaczenie zakupów mobilnych

Polscy internauci robią zakupy w sieci już nie tylko na ekranach komputerów. Korzystają z laptopów, tabletów, smartfonów i e-booków. Zaczynają na ekranie telefonu, a kończą na domowym PC. Choć rośnie znaczenie zakupów mobilnych, użyteczność stron www nadal kuleje.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez firmę Gemius dla e-Commerce Polska, co trzeci polski internauta już przynajmniej raz zrobił zakupy w sieci za pomocą smartfona, a co piąty tabletu. Niemal 4 proc. w tym celu wykorzystuje czytnik e-booków. Jednak nadal najczęściej e-klienci dokonują zakupu za pośrednictwem laptopa (86 proc.) i komputera stacjonarnego (69 proc.). Badania pokazują także, że ponad połowa internautów, spośród tych, którzy nabywają produkty w sieci przy pomocy różnych urządzeń, rozpoczyna zakupy na ekranie telefonu, a kończy na komputerze lub tablecie.

– Przejście od pecetów do tabletów i smartfonów zmienia biznes – komentuje Mateusz Gordon, ekspert od e-handlu z firmy Gemius. – Rosnąca liczba urządzeń mobilnych oznacza w praktyce zupełnie inne zachowania ich użytkowników. Odnosi się to do form spędzania czasu wolnego, częstotliwości przeglądania treści w sieci, jak również zakupów. Polacy korzystają z wielu kanałów sprzedaży naraz. Świadomość tego trendu powinna się przekładać na nowy model obecności biznesowej w sieci – tłumaczy Gordon.

Natomiast Grzegorz Wójcik, członek zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej, dodaje, że sprzedaż za pośrednictwem urządzeń mobilnych stanowi coraz większe zagrożenie dla dotychczasowych liderów tradycyjnego rynku internetowego. – Dlatego kluczowe jest to, by dostosować formę i treść oferty do wykorzystywanego sprzętu czy oprogramowania przez e-konsumentów – wyjaśnia Wójcik.

Badanych zapytano również o trudności, jakie napotykają podczas robienia zakupów w sieci przy pomocy urządzeń mobilnych. Okazuje się, że na problemy częściej narzekają mężczyźni. Zwracają uwagę na niewygodne formularze (73 proc.), niedostosowanie stron (63 proc.), skomplikowany proces finalizacji transakcji (54 proc.) oraz brak aplikacji mobilnej (45 proc.). Z kolei kobiety wskazują przede wszystkim na zbyt małe litery (51 proc.) i niewygodny sposób płatności (29 proc.).

– Sytuacja na rynku pokazuje, że e-sklepy same sobie utrudniają prowadzenie biznesu – mówi Michał Kot, dyrektor ds. badań w Interaktywnym Instytucie Badań Rynkowych (IIBR). – Pomimo szczerych chęci ze strony e-klientów, zakupy z wykorzystaniem urządzeń mobilnych są trudne, ponieważ strony nie są przystosowane do urządzeń mobilnych. Ta bariera może być kluczowa w procesie zakupowym i nasz potencjalny klient może się zrazić i szybko przejść na witrynę konkurencyjną dostosowaną do takiego urządzenia – dodaje Kot.

Celem badania było poznanie postaw, zwyczajów i motywacji związanych z kupowaniem online. Badanie zostało zrealizowane przy pomocy ankiet CAWI (ang. Computer-Assisted Web Interview) na grupie 1500 internautów powyżej 15 roku życia. Dane zebrano między 26 lutego a 7 marca 2014 roku.

Wyniki pochodzą z raportu „E-commerce w Polsce 2014. Gemius dla e-Commerce Polska”, który już niebawem zostanie opublikowany na stronach: www.gemius.pl i www.ecommercepolska.pl.

Wind Mobile sfinalizował przejęcie 100% akcji Software Mind

Nowa oferta produktowa Spółki adresuje teraz trzy najbardziej atrakcyjne potrzeby nowoczesnych konsumentów – mobilną rozrywkę, mobilne finanse oraz sektor hotelarski. Sprzedaż rozwijana będzie przede wszystkim na rynkach zagranicznych, a sfinalizowanie akwizycji podmiotu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich podwoi wyniki oraz otworzy wyjątkowe możliwości komercjalizacji w regionie MENA.

Wind Mobile w pełni zrealizował cel przejęcia 100% akcji Software Mind, pozyskując podmiot podwajający jego poziom rentowności (EBITDA Software Mind za 2013 wyniosła 5,8 mln PLN), czterokrotnie podnoszący poziom sprzedaży (przychody Software Mind za 2013 wyniosły 45 mln PLN) oraz wykazujący wysoką komplementarność działalności względem aktywności Spółki.

Połączone działalności obu spółek wykazują duży poziom komplementarności. Dotychczasowe doświadczenia Wind Mobile w umiejętnej ewolucji oferty zostaną zastosowane do kluczowych segmentów aktywności rynkowej Software Mind. Spółka koncentrująca się do tej pory głównie na mobilnej rozrywce, czyli oferowaniu platform RBT, pozwalających operatorom sprzedawać halodzwonki, zarządzaniu usługą halodzwonków dla operatora oraz bezpośredniej sprzedaży cyfrowej muzyki do konsumentów w modelu One Ringback. Potencjał firmy wzrośnie o perspektywiczne, flagowe produkty Software Mind – Video Branch będący wirtualnym oddziałem banku, wdrożonym w 3 z 5 największych banków w Polsce, oraz iLumio – interaktywny system obsługi gości hotelowych oraz multimedialne centrum rozrywki, które wybiera 8 na 10 nowych hoteli.

W oparciu o zwiększony potencjał produktowy, produkcyjny oraz wykorzystując synergię zasobową, Spółka intensywnie rozwija sprzedaż, ze szczególną koncentracją na rynkach zagranicznych. Prognozy zakładają realizację skonsolidowanych przychodów Spółki za rok 2014 na poziomie 61,2 mln PLN oraz EBITDA 14,8 mln PLN.

Spółka realizuje również decydującą fazę akwizycji podmiotu z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Firma ta dostarcza kontent muzyczny do 45 operatorów komórkowych w 22 krajach MENA, obejmujących 250 milionów abonentów. Przychody kształtują się na poziomie 75 mln PLN, a zysk netto 8 mln PLN. Oprócz podwojenia obecnych wyników, akwizycja otwiera wyjątkowe możliwości sprzedaży dla trzech głównych grup produktowych Spółki na dynamicznie rosnących rynkach Bliskiego Wschodu i Afryki.

Wydarzenia na Ukrainie a poczucie zagrożenia w Europie Środkowo-Wschodniej

Wydarzenia na Ukrainie budzą obawy znacznej części mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej. Obywatele poszczególnych państw naszego regionu istotnie różnią się jednak w ocenie zagrożenia. W Polsce i na Słowacji większość mieszkańców uważa, że istnieje zagrożenie dla ich bezpieczeństwa (odpowiednio: 61% i 57%). Przeciwnego zdania jest co trzeci Polak (33%) i Słowak (34%). O bezpieczeństwo swoich krajów obawia się także około połowy Czechów i Węgrów (50% i 48%), ale ponad dwie piąte nie dostrzega zagrożenia (odpowiednio: 44% i 45%).

Inflacja bazowa w kwietniu 2014

Dane NBP: W kwietniu inflacja po wyłączeniu cen żywności i energii wyniosła 0,8 proc. (r/r) i była o 0,3 pkt. proc. niższa niż w marcu. Wskaźnik CPI na koniec kwietnia wyniósł 0,3 proc.

Narodowy Bank Polski opublikował 15 maja komunikat o wskaźnikach inflacji bazowej w kwietniu 2014 r. W relacji rok do roku inflacja:

  • po wyłączeniu cen administrowanych (podlegających kontroli państwa) obniżyła się do -0,1 proc. z 0,3 proc. zanotowanych na koniec marca;
  • po wyłączeniu cen najbardziej zmiennych wyniosła 0,3 proc., podczas gdy miesiąc wcześniej wskaźnik ten wyniósł 0,5 proc.;
  • po wyłączeniu cen żywności i energii obniżyła się do 0,8 proc. z 1,1 proc. w marcu;
    tzw. 15-proc. średnia obcięta (eliminuje wpływ 15 proc. koszyka cen o najmniejszej i największej dynamice) wyniosła 0,1 proc., a miesiąc wcześniej 0,4 proc.

Podany 14 maja przez GUS wskaźnik CPI za kwiecień wyniósł 0,3 proc. r/r, na koniec marca wynosił 0,7 proc.

Narodowy Bank Polski co miesiąc wylicza cztery wskaźniki inflacji bazowej, co pomaga zrozumieć charakter inflacji w Polsce. Wskaźnik CPI pokazuje średni ruch cen całego, dużego koszyka dóbr kupowanych przez konsumentów. Przy wyliczaniu wskaźników inflacji bazowej analizie poddawane są zmiany cen w różnych segmentach tego koszyka. To pozwala lepiej identyfikować źródła inflacji i trafniej prognozować jej przyszłe tendencje. Pozwala też określić, w jakim stopniu inflacja jest trwała, a w jakim jest kształtowana np. przez krótkotrwałe skoki cen, wywołane nieprzewidywalnymi czynnikami.

Najczęściej używanym przez analityków wskaźnikiem jest wskaźnik inflacji po wyłączeniu cen żywności i energii. Pokazuje on ruch cen, na które polityka pieniężna prowadzona przez bank centralny ma relatywnie duży wpływ. Ceny energii (w tym paliw) ustalane są bowiem nie na rynku krajowym, lecz na rynkach światowych, czasem również pod wpływem spekulacji. Ceny żywności w dużej mierze zależą m.in. od pogody i bieżącej sytuacji na krajowym i światowym rynku rolnym.

Bilans płatniczy Polski w marcu 2014 r.

Dane NBP: W bilansie płatniczym za marzec 2014 r. zanotowano dodatnie salda transferów z Unią Europejską, usług i obrotów towarowych oraz ujemne saldo dochodów. Łączne saldo rachunku bieżącego i kapitałowego było dodatnie i wyniosło 858 mln EUR.

Z opublikowanych przez NBP 15 maja wstępnych danych o bilansie płatniczym Polski w marcu wynika, że polski eksport towarów wyniósł w tym miesiącu 14,2 mld EUR i był wyższy o 10,9 proc. niż przed rokiem. Import zwiększył się o 3,1 proc. i na koniec miesiąca osiągnął wartość 13,7 mld EUR. W rezultacie saldo obrotów towarowych było dodatnie i wyniosło 475 mln EUR i, w porównaniu do marca 2013 r., poprawiło się o 977 mln EUR.

Dodatnie saldo usług wyniosło 412 mln EUR. W tym czasie przychody z tytułu usług wzrosły o 1,2 proc. r/r – do 2,3 mld EUR, a rozchody zwiększyły się o 3,2 proc. r/r – do 1,9 mld EUR.

W marcu odnotowano także dodatnie saldo transferów z Unią Europejską, które wyniosło 1,2 mld EUR. Napływ środków z UE w transferach bieżących wyniósł 790 mln EUR, a w transferach kapitałowych – 383 mln EUR. W tym samym czasie Polska wpłaciła do budżetu Unii 353 mln EUR z tytułu składek i opłat członkowskich.

Saldo rachunku bieżącego w marcu było dodatnie i wyniosło 517 mln EUR. W analogicznym miesiącu 2013 r. saldo rachunku bieżącego było ujemne i wynosiło 272 mln EUR.

Komentarz Pawła Durjasza do inflacji w kwietniu 2014 r.

Inflacja w kwietniu po raz kolejny okazała się zaskakująco niska. Ceny konsumpcji (CPI) w kwietniu nie zmieniły się przeciętnie w stosunku do marca, a roczna inflacja obniżyła się do 0,3% r/r wobec 0,7% r/r w marcu. Spodziewano się tylko lekkiego obniżenia inflacji do 0,6% r/r.

Dwa główne czynniki zadecydowały o tym zaskakującym wyniku. Po pierwsze, ceny żywności obniżyły się o 0,5% r/r. To już trzeci kolejny miesiąc ich spadku, co nie zdarzało się dotąd w tym okresie – przynajmniej od początku tego wieku. Wpływ na to mogły mieć ograniczenia eksportu na Wschód oraz lekka zima, sprzyjająca przyspieszonej wegetacji roślin, dając nadzieję na dobre zbiory. Po drugie, dość stabilne z reguły ceny w grupie „łączność” obniżyły się o 1,5% m/m w wyniku potanienia sprzętu i usług telekomunikacyjnych. Znacząco wzrosły jedynie ceny odzieży i obuwia, ale był to wzrost sezonowy, który uwzględniano w prognozach.

Inflacja netto (CPI bez cen żywności i energii) obniżyła się najprawdopodobniej do ok. 0,8% r/r wobec 1,1% r/r w marcu. Sprzyjał temu oczywiście spadek cen „łączności”, ale w pozostałych grupach ceny były nadzwyczaj stabilne. Wpływ na to ma także bardzo niska inflacja u naszych głównych partnerów handlowych – „importowana” do Polski. „Rozjazd” inflacji bazowej z CPI pokazuje jednak, że istotny wpływ na spadek ogólnego wskaźnika cen konsumpcji mają obecnie także czynniki zmienne. W tym kontekście trzeba przypomnieć, że od kilku tygodni trwa wzrost cen na światowych rynkach żywności i prognozy wskazują na możliwość kontynuacji tej tendencji. Do spadku cen łączności przyczyniają się natomiast działania regulacyjno-administracyjne mające na celu zwiększanie konkurencyjności tego rynku.

W tej sytuacji średnioroczna inflacja w 2014 r. może wynieść zaledwie 0,5% r/r. Wprawdzie w maju i w czerwcu CPI wzrośnie prawdopodobnie do ok. 0,6% r/r, ale w lipcu zaniknie efekt ubiegłorocznego wzrostu opłat za wywóz nieczystości i w dwóch miesiącach wakacyjnych roczny wskaźnik inflacji może spaść poniżej zera. Od września zacznie się ponowny wzrost inflacji, ale w grudniu może ona sięgnąć zaledwie 0,9% r/r. Prognozujemy, że w 2015 r. średnioroczna inflacja może wynieść ok. 2,0% zakładając kontynuację stosunkowo dynamicznego wzrostu gospodarczego i stopniowe przełamywanie niskiej inflacji w krajach rozwiniętych.

Nie zakładaliśmy dotąd obniżki stóp procentowych. Niespodziewanie niska inflacja, która powiększa – i tak stosunkowo wysokie na tle innych krajów – realne stopy procentowe w Polsce, zwiększa jednak prawdopodobieństwo rozważenia takiej opcji przez RPP. Zwłaszcza, że Europejski Bank Centralny kilka dni temu jeszcze mocniej niż dotąd zasygnalizował możliwość poluzowania polityki pieniężnej na czerwcowym posiedzeniu. Przy zachowaniu rosnącej dynamiki PKB w ciągu 2014 roku obniżenie stóp procentowych nie wydaje się mimo wszystko bazowym scenariuszem. Gdyby jednak złoty zaczął się nadmiernie umacniać, a tempo wzrostu gospodarczego zaczęło hamować – stanie się to bardziej prawdopodobne.

Paweł Durjasz, Główny ekonomista PZU

Ericsson finalizuje przejęcie Red Bee Media

Ericsson sfinalizował przejęcie Red Bee Media – czołowej spółki świadczącej usługi medialne z siedzibą w Wlk. Brytanii od Creative Broadcast Services Holdings – jednostki kontrolowanej przez Macquarie Advanced Investment Partners, L.P.

Ericsson ogłosiła zamiar przejęcia Red Bee Media w dniu 1 lipca 2013 r., a brytyjski urząd ds. ochrony konkurencji (Competition Commission) formalnie zatwierdził przejęcie w dniu 27 marca 2014 r.

Ericsson liczy na owocną współpracę z dużą liczbą prestiżowych klientów Red Media świadczących usługi nadawcze, w tym m.in. BBC, BSkyB, BT Sport, Canal Digital, Channel 4, EE, UKTV, UPC i Virgin Media.

Dodatkowo spółka Ericsson pozyskała 1.500 wysoko wykwalifikowanych pracowników, a także obiekty do prowadzenia działań i usług medialnych w Wlk. Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii i Australii. Wzmocni to dodatkowo obszar działalności Ericsson w zakresie usług nadawczych, który powstał w 2007 r. wraz z zawarciem pierwszej umowy o usługi nadawcze z C More (wcześniej Canal+) w regionie nordyckim.

Magnus Mandersson, wiceprezes wykonawczy i dyrektor oddziału usług globalnych w Ericsson, oświadczył: „Z wielką radością witamy nowych pracowników; jesteśmy pewni, że pomogą nam podnieść na wyższy poziom naszą działalność dotyczącą usług nadawczych i sprawić, że zaistniejemy globalnie na szerszą skalę. Obecnie mamy ponad 5000 pracowników w Wlk. Brytanii (blisko 1/3 z nich pracuje w usługach nadawczych). W rezultacie to Wlk. Brytania jest najważniejszym globalnym węzłem medialnym dla Ericsson.”

Codziennie na wszystkich kontynentach ludzie oglądają programy telewizyjne przygotowane, kierowane i nadawane przez Ericsson.

Ericsson może pochwalić się znaczącym dorobkiem na globalnym rynku telewizyjnym i medialnym; w Wlk. Brytanii zapoczątkowała ona technologie kompresji wideo, które stymulują proces cyfryzacji telewizji na całym świecie i zapewniają widzom nowe doświadczenia związane z oglądaniem, jak np. HDTV, TV Anywhere czy UHDTV. Strategia Ericsson w zakresie telewizji i mediów polega na wspieraniu właścicieli treści, nadawców i dostawców usług telewizyjnych w ciągłym zaspokajaniu popytu odbiorców na możliwość śledzenia obrazu na każdym urządzeniu, w dowolnym czasie i miejscu. Ostatnio Ericsson przedstawiła swoją wizję przyszłej telewizji w swoim opracowaniu „Media Vision 2020” (Wizja mediów w roku 2020).

LZMO S.A. producent ceramicznych systemów kominowych wchodzi na rynki Bliskiego Wschodu

Zawarta umowa dotyczy promowania i oferowania izostatycznych systemów kominowych wytwarzanych przez LZMO w szeregu krajów Bliskiego Wschodu. Partnerem spółki w tych krajach jest doświadczona międzynarodowa firma, która będzie wyłącznym reprezentantem LZMO na tych rynkach.

– Rozpoczęcie współpracy z partnerem poza Europą jest kolejnym elementem realizacji strategii rozwoju LZMO. 2014 rok upływa pod znakiem dynamicznego wzrostu sprzedaży eksportowej. Niedawno rozpoczęliśmy dostawy naszych systemów kominowych na trzy rynki krajów bałtyckich. Efektem podpisanej umowy ma być w pierwszej kolejności wzrost rozpoznawalności naszej flagowej marki IZOSTAR na Bliskim Wschodzie, a w następstwie tego rozszerzenie możliwości sprzedaży w krajach, gdzie produkty LZMO nie były dotychczas dostępne – powiedział Artur Sławiński, Prezes Zarządu LZMO S.A.

W dniach 6-20 maja 2014 r. trwają zapisy w publicznej ofercie obligacji spółki. Zapisy w obecnie trwającej ofercie publicznej obligacji trwają w dniach 6-20 maja 2014 r. LZMO oferuje do 7.000 obligacji serii B na okaziciela, o nominalnej jednostkowej wartości 1.000 zł. Oprocentowanie jest stałe i wynosi 8,75% w skali roku, a odsetki będą wypłacane kwartalnie. Okres zapadalności papierów dłużnych wynosi 30 miesięcy. Obligacje są zabezpieczone hipoteką w wysokości 12 mln zł na gruncie ze złożami iłów ogniotrwałych, z których będą wydobywane surowce do produkcji ceramicznych systemów izostatycznych. Oferującym jest INVISTA Dom Maklerski S.A., natomiast doradcą ds. oferty publicznej jest Cellica sp. z o.o.

ADMIRAL BOATS opublikował wyniki za I kwartał 2014 r.

ADMIRAL BOATS S.A., jedyna spółka reprezentująca polski przemysł jachtowy i stoczniowy której akcje i obligacje znajdują się w obrocie giełdowym, wypracowała w I kwartale 2014 r. ponad 7,6 mln zł przychodów netto ze sprzedaży ogółem. Zysk ze sprzedaży wzrósł w stosunku do I kw. ub. r. ponad czterokrotnie i wyniósł ponad 1,1 mln zł.

Aktualnie spółka koncentruje się na modernizacji i uruchamianiu produkcji w nowym zakładzie w Tczewie w woj. pomorskim, który powstał na bazie przejętego w 2013 r. majątku. Wykorzystując jego potencjał w marcu spółka zrealizowała pierwszy kontrakt na budowę konstrukcji stalowych dla przemysłu okrętowego.

ADMIRAL BOATS prowadzi działalność charakteryzującą się silną sezonowością. Pierwszy kwartał jest okresem, w którym spółka ponosi koszty związane z utrzymaniem produkcji oraz przygotowaniem do realizacji zamówień w nowym sezonie. W okresie tym wynik obciążają prace montażowe, zakupy surowców oraz koszty stałe.

Ponadto na wyniki istotny wpływ miała inwestycja w przejęcie majątku Stoczni Tczew oraz związane z tym działaniem wydatki na jego pełne dostosowanie do potrzeb ADMIRAL BOATS. W wyniku inwestycji w tczewski zakład o 1/3 r/r wzrosła amortyzacja.

– Biorąc pod uwagę zaangażowanie kadry w proces uruchamiania produkcji w Tczewie jesteśmy bardzo zadowoleni z poziomu przychodów uzyskanych finalnie w pierwszym kwartale, w którym odnotowaliśmy niemal 2% wzrost r/r. Z kolei patrząc na czynniki zewnętrzne pozytywną oznaką jest dodatni wskaźnik konsumpcji w Holandii, gdzie trafia najwięcej naszych łodzi. Nie bez znaczenia były również dobre warunki pogodowe, które panowały w tym okresie w krajach Europy Zachodniej i krajach skandynawskich. Spowodowało to wzrost zamówień oraz wcześniejsze rozpoczęcie sezonu sprzedaży niż zazwyczaj – powiedział Andrzej Bartoszewicz, Prezes Zarządu ADMIRAL BOATS.

W bilansie spółki, przejęcie majątku Stoczni Tczew spowodowało podwojenie r/r wartości aktywów trwałych, będących w posiadaniu spółki. Z tego samego tytułu Spółka wykazuje pozycję ujemną wartość firmy. Ponadto w układzie r/r kapitały własne wzrosły z niecałych 15 mln zł do ponad 32 mln zł.

– W wynikach kolejnego kwartału uwzględnimy przesunięcie realizacji niektórych zamówień z pierwszego kwartału br. Ponadto w związku ze zwiększoną liczbą zamówień (m.in. na skutek dobrych warunków pogodowych w kwietniu i maju) spodziewamy się wzrostu przychodów. Jednak obecnie najwięcej pracy poświęcamy, aby w ciągu kilku kwartałów inwestorzy zobaczyli solidne efekty inwestycji w Tczewie – dodaje Andrzej Bartoszewicz.

ATM Grupa – ponad 4 mln zysku netto po I kwartale 2014 roku

Ponad 4 mln zysku netto to wynik, jaki zanotowała po pierwszym kwartale 2014 roku Grupa Kapitałowa ATM, największy polski niezależny producent programów telewizyjnych i filmowych. W porównaniu do analogicznego okresu 2013 r. zanotowano wzrost skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży o 18% jak również znaczącą poprawę rentowności na każdym poziomie działalności – o 3,9 mln wzrósł zysk ze sprzedaży a o 4,4 mln zysk netto.

Grupa Kapitałowa ATM prowadzi działalność w czterech segmentach operacyjnych – produkcja telewizyjna, zarządzanie aktywami trwałymi, nadawanie oraz działalność pozostała.

Główne źródło przychodów Grupy to produkcja telewizyjna. Mimo kontynuacji polityki oszczędnościowej przez nadawców, wygenerowała ona o wiele lepsze zyski na poszczególnych poziomach działalności w porównaniu do okresu analogicznego roku ubiegłego. Bardzo wysoką oglądalnością, ponad 18-to% udziałami w grupie komercyjnej i uzyskaniem pozycji lidera pasma może pochwalić się nowy codzienny serial paradokumentalny „Pielęgniarki”, emitowany o godzinie 12-ej, od początku marca w Telewizji Polsat. Kontynuowano realizację zdjęć do najpopularniejszych produkcji głównych stacji: „Pierwsza miłość” (10 lat na antenie i oglądalność sięgająca 3 mln widzów), kultowy sitcom produkowany dla Telewizji Polsat „Świat według Kiepskich” (nadawany już od 15 lat, co stanowi światowy rekord), hit TVP1 „Ojciec Mateusz” i serial kryminalny „Na krawędzi” dla Telewizji Polsat. Z kolei kanał ATM Rozrywka wyprodukował swój nowy autorski program „DobraNoc ATM”. Na uwagę zasługuje również fakt, iż na podstawie polskiej wersji „Ojca Mateusza” producent z Rosji realizuje dla publicznego Pierwszego Programu rosyjską wersję tego serialu.

Wzrost wyników odnotował także segment związany z nadawaniem własnego kanału telewizyjnego ATM Rozrywka TV: w pierwszym kwartale 2014 r. oglądalność wzrosła o 20% i wyniosła 53 tys., natomiast udział w grupie wiekowej 16-49 podniósł się o 25 %, dając 0,84%.

W I kwartale 2014 r. trwały przygotowania do uruchomieniem w jednej z hal studyjnych ATM Grupy, Sceny na Bielanach, mogącej pomieścić 400 osobową publiczność, posiadającą profesjonalne nagłośnienie, oświetlenie i bezpłatny parking. Scena zainaugurowała działalność 10 maja, premierą sztuki czeskiego dramaturga Antonina Prochazky i mimo krótkiego okresu działalności, już cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony widzów, jak i teatrów pragnących wystawić tam swoje sztuki.

Aż połowę zysku netto ogółem osiągnął segment związany m.in. z grami komputerowymi i aplikacjami na urządzenia mobilne, na co miały wpływ międzynarodowe sukcesy Spółki Aidem Media, producenta gier oraz programów komputerowych na różne platformy sprzętowe. W spółce tej ATM Grupa posiada 50% udziałów. Aidem Media będzie kontynuowała produkcję i sprzedaż własnych aplikacji, a także realizowała usługi na rzecz innych podmiotów z tego rynku.

W pierwszym kwartale 2014 r. najdynamiczniej rozwijał się segment zarządzania aktywami trwałymi, w którym nastąpił 26,2 % wzrost przychodów. Znaczącą poprawę zanotowały też spółki: ATM System świadcząca usługi związane z produkcją telewizyjną, ATM Studio wynajmująca powierzchnie studyjne i biurowe oraz ATM FX realizująca efekty specjalne. Poprawa wyników tego segmentu związana jest przede wszystkim z pozyskiwaniem coraz większej liczby zleceń od zewnętrznych kontrahentów.

ATM System i firma Live Park w marcu tego roku, w czasie meczu Legia Warszawa – Lech Poznań, po raz pierwszy w historii zaprezentowali pionierskie w telewizji polskiej użycie technologii 4K. Ta nowatorska emisja to skok do telewizji najwyższej jakości. Kontynuowane są prace nad kolejnymi rozwiązaniami zwiększającymi atrakcyjność transmisji. ATM System oferuje kompleksowe usługi realizacji telewizyjnych dla całego rynku producenckiego. Obsługuje programy produkowane dla największych stacji telewizyjnych w ATM Studio w Warszawie, takich jak: „The Voice of Poland”, „Top Chef”, „Hell`s Kitchen”, „Dancing with the stars. Taniec z Gwiazdami”, „Państwo w państwie” – rozszerzonego o udział widzów. Umacnia to zdecydowanie pozycję ATM Grupy na rynku. Wzrost sprzedaży powierzchni studyjnych i biurowych w ATM Studio oraz wyższe przychody pochodzące z obsługi technicznej i wynajmu sprzętu przez ATM System mają też wpływ na poprawę wyników na poszczególnych poziomach działalności.

Hale ATM Studio w Warszawie, od początku działalności cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem ze strony spółek z branży telewizyjnej i reklamowej (posiadających tam także swoje oddziały i biura), czy cenionych stołecznych teatrów, wynajmujących powierzchnie studyjne na swoje spektakle. Budynek ATM Studio to miejsce, w którym równolegle z produkcjami telewizyjnymi, odbywają się różnego rodzaju prestiżowe imprezy: w samym tylko marcu zrealizowano m.in. pokaz najnowszego modelu samochodu marki Porsche, event dla Polskiej Grupy Energetycznej oraz reklamę dla marki 4F z udziałem polskich skoczków narciarskich. Obiekt został wielokrotnie doceniony przez pisma branżowe i zdobył wiele pozytywnych ocen, wyróżnień i nominacji w zakresie funkcjonalności i jakości.

W drugiej połowie czerwca br. ATM Grupa weźmie udział, wraz z TVN S.A. i Monolith Films Sp. z o.o. w międzynarodowych targach telewizyjnych NATPE Europe 2014 Market & Screenings w Pradze. Grupa polska będzie specjalnym gościem targów i planowany jest m.in. polski pawilon, gdzie zaprezentowane zostaną własne produkcje spółek należących do Grupy Kapitałowej ATM Grupa, jak i innych producentów, których ATM będzie reprezentować jako agent sprzedaży.

Spółki ATM Grupa i Baltmedia kontynuowały prace dewelopmentowe przy produkcjach, których odcinki pilotowe lub scenariusze zostały zaprezentowane wiodącym stacjom i uzyskały ich pozytywną ocenę. W 2014 r. Grupa ATM spodziewa się wprowadzić na anteny TV co najmniej trzy nowe seriale.

*Wszystkie dane za Nielsen Audience Measurement.

TAURON wypłaci blisko 333 mln zł dywidendy dla akcjonariuszy

Zwyczajne Walne Zgromadzenie TAURON Polska Energia dokonało 15 maja m.in. podziału zysku wypracowanego w 2013 r. (w wysokości 1,69 mld zł) . Na dywidendę przeznaczono 332,98 mln zł, co daje 0,19 zł na jedną akcję. Akcjonariusze zdecydowali o przeznaczeniu reszty zysku na kapitał zapasowy.

Podczas obrad rozpatrzono również sprawozdania i wnioski, a następnie podjęto uchwały w sprawie zatwierdzenia sprawozdania finansowego TAURONA oraz skonsolidowanego sprawozdania finansowego Grupy zgodnych z MSSF (Międzynarodowymi Standardami Sprawozdawczości Finansowej) za rok zakończony 31 grudnia 2013 r.; zatwierdzenia sprawozdania zarządu z działalności TAURON Polska Energia oraz sprawozdania zarządu z działalności Grupy Kapitałowej TAURON Polska Energia za rok obrotowy 2013.

Oprócz podziału zysku ustalono także dzień dywidendy, który przypada na 14 sierpnia br., a jej wypłata nastąpi 4 września.

ZWZ udzieliło absolutorium wszystkim członkom zarządu oraz rady nadzorczej spółki, którzy pełnili swe funkcje w roku obrotowym 2013.

Z dniem odbycia Walnego rozpoczęła się nowa kadencja rady nadzorczej TAURON Polska Energia, w skład której wchodzą członkowie powołani przez Ministra Skarbu Państwa: Andrzej Gorgol, Michał Michalewski, Marek Ściążko, Antoni Tajduś, Agnieszka Woś oraz powołany przez ZWZ – Jacek Szyke.

Wyniki Grupy Kapitałowej Pragma Inkaso za I kwartał 2014 – 833% wzrost wyniku brutto

Według opublikowanych skonsolidowanych danych, GK Pragma Inkaso wypracowała wynik brutto na poziomie 1,8 mln zł. Prezentowane dane oznaczają skokowy wzrost w stosunku do I kwartału 2013 r. sięgający aż 833 proc.

Wynik na sprzedaży Grupy w I kwartale br. osiągnął wartość blisko 4,2 mln zł., był tym samym wyższy o 107 proc. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Skonsolidowane przychody netto sięgające 8,9 mln zł wzrosły o 28 proc. r/r. W raportowanym okresie o 39 proc. wzrósł także wynik netto przypadający na akcjonariuszy Pragma Inkaso S.A. i wyniósł 1 344 tys. zł. Zysk netto zwiększył się o 17 proc. r/r., a suma bilansowa o 23 proc. do kwoty 195,7 mln zł. Znaczny wzrost widać również na przychodach z działalności operacyjnej (o 90%).

Na znaczącą poprawę wyników miały wpływ zapoczątkowane w ubiegłym roku i kontynuowane intensywne zmiany struktury i modelu biznesowego Grupy. Po pierwszym kwartale 2014 r. można już dostrzec pierwsze efekty wprowadzanej strategii. – zaznacza Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO S.A.

Skonsolidowana wartość przychodów brutto wzrosła w porównaniu do I kwartału 2013 roku o 13%. Największy wzrost można zaobserwować w ramach usługi kupna wierzytelności pozapakietowych – o 40%, a usługi faktoringu stanowią 87% wartości skonsolidowanych przychodów brutto ogółem.

Największy wzrost w przychodach netto można zaobserwować również w ramach usługi kupna wierzytelności pozapakietowych – o 59%. Widoczny jest wzrost przychodów ze sprzedaży netto w ramach usługi faktoringu o 33% oraz windykacji na zlecenie o 11 proc. r/r.

Posiadając duży potencjał operacyjny możemy jako Grupa znacząco zwiększać skalę działania nie ponosząc jednocześnie wyższych kosztów operacyjnych. Liczę, że przychody i wyniki Grupy będą systematycznie wzrastać w kolejnych kwartałach – mówi Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PRAGMA INKASO SA.

Ruch w polskich i europejskich salonach samochodowych trwa

Kwiecień był ósmym miesiącem z rzędu, w którym w Europie rośnie sprzedaż samochodów osobowych. Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że Europejczycy kupili nieco ponad 1 mln „czterech kółek”, czyli o 4,6% więcej niż rok temu. Więcej klientów mają także polskie salony samochodowe, z których w kwietniu wyjechało o 17% więcej aut niż rok temu. Zgodnie z prognozami przedstawicieli Exact Systems, nowe przepisy obowiązujące od kwietnia br. nie zahamowały rynku.

W polskiej branży motoryzacyjnej zakończył się okres przebiegający pod hasłem „auto z kratką”, który wywołał lawinę zamówień na firmowe samochody. W kwietniu już nie mieliśmy do czynienia z tak wysoką sprzedażą, ale nadal obserwowaliśmy wzmożony ruch w salonach samochodowych. Wynika to między innymi z tego, że od kwietnia przedsiębiorców obowiązują nowe przepisy podatkowe, które co prawda są mniej optymistyczne niż te z okienka derogacyjnego, ale jednocześnie bardziej korzystne niż regulacje z 2013 r. – mówi Paweł Gos, prezes Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W kwietniu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 28 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 17% więcej niż w tym samym miesiącu 2013 r. Od początku roku z polskich salonów wyjechało 125 666 osobówek, co oznacza 26% dynamikę rok do roku. W strukturze nabywców firmy przeważają nad klientami indywidualnymi.

Europa nadal rośnie, Wielka Brytania także

Kwiecień to ósmy miesiąc, w którym sprzedaż samochodów osobowych w Europie jest na plusie. Europejczycy kupili ponad 1 mln nowych osobówek (+4,6% r/r), a w sumie od początku roku 4,3 mln, czyli o ponad 7% więcej aut niż w analogicznym okresie 2013 r. Cztery miesiące tego roku, które mamy już za sobą, i ich wyniki rejestracji osobówek napawają optymizmem. Czy ożywienie już na stałe powróciło do europejskich salonów, tego jeszcze nie możemy być pewni. Wolumenowo ciągle nie jest najlepiej, jednak bardzo cieszą nas rosnące słupki sprzedaży w poszczególnych krajach takich jak Hiszpania czy Włochy, które podobnie jak Polska powoli wychodzą z „dołka motoryzacyjnego” – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Fenomenem wciąż pozostają Wyspy Brytyjskie, których obywatele kupują więcej aut nieprzerwanie od 26 miesięcy. Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że w grupie nabywców aut coraz większą część stanowią klienci indywidualni, którzy z uwagi na atrakcyjne oferty finansowania i dodatkowe benefity chętniej wymieniają swoje stare cztery kółka na nowe – dodaje Jacek Opala.

Większość głównych rynków europejskich w kwietniu odnotowała wzrost rejestracji nowych aut osobowych: Hiszpania (+29% r/r), Włochy (+2% r/r) i Wielka Brytania (+8% r/r). Niewielki, 4% spadek odnotowali nasi zachodni sąsiedzi.
W Polsce i Europie rządzi grupa Volkswagen

W kwietniu najchętniej kupowaną marką samochodową w segmencie osobówek w Polsce była Skoda z ponad 3 300 sprzedanymi modelami. Za nią uplasowali się Toyota i Ford. Widzimy jednak zmiany w popularności poszczególnych modeli. Skoda Oktavia, którą Polacy najchętniej kupowali w pierwszym kwartale, zajęła dopiero trzecie miejsce, podczas gdy pierwsze przypadło VW Golfowi, a drugie Toyocie Auris – mówi Jacek Opala. W Europie nadal najlepiej radzi sobie marka Volkswagen z blisko 140 tys. sprzedanych aut w kwietniu.

Co przyniesie cały 2014 rok?

Jestem optymistą, jeśli chodzi o całoroczny wynik sprzedaży samochodów w naszym kraju. Z pewnością będzie miał na niego wpływ popyt inwestycyjny ze strony polskich przedsiębiorców, dla których prawo po 1 kwietnia br., m.in. w zakresie odliczania VAT od paliwa, jest korzystniejsze niż do tej pory. Z drugiej jednak strony, także zakupy klientów indywidualnych powinny podnieść całoroczny wynik. Konsumenci są coraz bardziej pewni o bezpieczeństwo ich zatrudnienia, więc śmielej wydają pieniądze, m.in. na zakup „czterech kółek”. W czasie niestabilnej gospodarki wiele osób wstrzymywało się z „większymi” zakupami, dlatego teraz obserwujemy nadrabianie tej zaległości. Liczba 310–320 tys. nowych rejestracji w całym 2014 r., czyli ok. 5-10% wzrost r/r, jest się moim zdaniem bardzo realna – ocenia Paweł Gos.

Polacy powodują coraz więcej szkód komunikacyjnych za granicą

CEO Magazyn Polska

W 2013 roku Polacy spowodowali 42 tysiące wypadków za granicą. W ciągu 10 lat liczba ta wzrosła dwukrotnie. Co ważne, większość z tych szkód ma dużo wyższą wartość niż w Polsce. Według analiz Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych, średnia wartość szkody w Polsce to 6 tys. zł, a poza granicami kraju – ok. 16 tys. zł. To przekłada się na wyższe składki polis.

W 2004 roku z winy Polaków doszło do 20 tys. wypadków za granicą. W ubiegłym roku było ich ponad dwukrotnie więcej.

Większość tych szkód jest o dużo większej wartości niż w Polsce. W związku z tym konsekwencje dla naszego rynku ubezpieczeniowego, które przekładają się na wartość polisy, są bardzo duże – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Wichtowski, prezes Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. – Średnia wartość szkody w Polsce według naszych analiz jest to około 6 tys. zł, natomiast średnia wartość szkody, która jest z całego obszaru Zielonej Karty, czyli z Europejskiego Obszaru Gospodarczego plus kilku innych krajów, jest to wartość około 16 tys. zł. Jeżeli pomnożymy 42 tys. razy średnią wartość, otrzymujemy ponad 600 mln zł.

Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych jest gwarantem wypłaty odszkodowań w sytuacji, kiedy Polak spowoduje wypadek za granicą. Jednocześnie gwarantuje wypłaty dla poszkodowanych Polaków, jeżeli wypadek zdarzy się w kraju z winy cudzoziemca.

Jak przypomina Mariusz Wichtowski, ubezpieczenie kupione w Polsce jest ważne we wszystkich krajach Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Biuro jest gwarantem wypłaty roszczeń również w sytuacji , kiedy sprawca wypadku nie ma wykupionego ubezpieczenia OC.

W takiej sytuacji nasze biuro udziela ochrony gwarancyjnej, pokrywa wszystkie zobowiązania wynikające ze szkody komunikacyjnej, a następnie dochodzi zwrotu wypłaconego odszkodowania od posiadacza pojazdu i od kierowcy tego samochodu równolegle, solidarnie – mówi prezes PBUK.

W niektórych wypadkach, kiedy wypłacane kwoty sięgają milionów złotych, praktycznie nie ma szans na odzyskanie tej sumy od sprawcy. Z drugiej strony, tolerowanie tego typu sytuacji też nie może mieć miejsca, więc Biuro musi dochodzić skutecznie zwrotu wypłacanych odszkodowań.

We wszystkich 46 krajach Systemu Zielonej Karty występuje określony poziom nieubezpieczonych pojazdów. Są rynki, na których jest to 0,01 proc., na przykład w Austrii czy Niemczech, ale są też rynki, na których jest to ponad 20 proc. To na przykład Bułgaria i kilka innych krajów – wymienia Mariusz Wichtowski. – Na polskim rynku nie jest to problem bardzo duży. To jest około 1 proc. W wymiarze procentowym plasujemy się w czołówce tych rynków, które są bezpieczne.

Ten 1 proc. oznacza jednocześnie, że ok. 220 tys. aut jest nieubezpieczonych. Prezes PBUK podkreśla, że na poziomie europejskim podejmowane są inicjatywy mające zmniejszać skalę tego zjawiska. To m.in. projekt „Walka z nieubezpieczonymi pojazdami”. Biuro walczy z tym również w Polsce.

Społeczne przyzwolenie na nieubezpieczanie pojazdów jest w dalszym ciągu nieproporcjonalnie wysokie. Rozumienie tego problemu przez niektóre organa w naszym kraju odbiega od rozumienia w innych krajach i jest bardziej tolerancyjne. Świadczyć o tym może na przykład zmniejszenie uprawnień dla policji w przypadku stwierdzenia, że ktoś jeździ bez ubezpieczenia. Na przykład w Wielkiej Brytanii tendencja jest dokładnie odwrotna. Zaostrza się sankcje, ażeby zminimalizować ryzyko – mówi Wichtowski.

Wyjaśnia, że w Wielkiej Brytanii nieubezpieczony samochód może być zatrzymany przez policję, razem z dokumentami. I jeśli właściciel pojazdu w ciągu kilku dni nie przedstawi dowodu ubezpieczenia, z mocy prawa auto może zostać zezłomowane na koszt właściciela i nie ma od tego odwołania.

W Polsce zdjęto z policji obowiązek i możliwość zatrzymania takiego samochodu, uznając, że byłoby to niesprawiedliwe w stosunku do ludzi, którzy zapomnieli się ubezpieczyć. Myślę, że w tym zakresie mamy jeszcze dużo do zrobienia – podkreśla prezes PBUK.

Na początku 2016 r. ze wszystkich autostrad znikną punkty ręcznego poboru opłat. Stawki za przejazd bez zmian

CEO Magazyn Polska

Za niecałe dwa lata z autostrad znikną bramki punktów poboru opłat i zostaną zastąpione przez system elektroniczny. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad zapłaci wprawdzie 8 mln zł kary za zerwanie kontraktu na rozbudowę punktów na autostradzie A4 między Wrocławiem a Gliwicami, ale dzięki temu państwo zaoszczędzi ponad 70 mln zł z niepotrzebnej inwestycji. Do 2018 r. korzyści z automatycznego poboru opłat mogą sięgnąć prawie 1 mld zł. Nie zmienią się stawki za przejazd autostradami.

Oczywiście zrealizowanie systemu elektronicznego wymaga nakładów, ale to jest tylko 400 milionów złotych bez tych narzędzi, które kierowcy będą musieli kupić albo – gdy będą chcieli – będą je wypożyczać – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adrian Furgalski, członek zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. – Datą graniczną – mam nadzieję, że do tego czasu uda się wszystko zrobić – jest 1 stycznia 2016 roku. Ewentualnie jakieś opóźnienia, ale I kwartał 2016 roku jak najbardziej jest możliwy. Po stronie operatora tego systemu, a więc firmy Kapsch, nie rodzi to problemów, które byłyby do 2016 roku nie do przejścia.

Zgodnie z planem do 2016 r. ze wszystkich autostrad, zarówno zarządzanych przez GDDKiA, jak i koncesyjnych, znikną place i stacje poboru opłat. Z prywatnymi firmami zarządzającymi odcinkami autostradami A1, A2 i A4 toczą się już rozmowy. Najbardziej zaawansowane są z firmą Gdańsk Transport Company (GTC), zarządcą autostrady A1 z Gdańska do Torunia.

Co prawda za zerwanie kontraktu na budowę bramek na autostradzie A4 GDDKiA będzie musiała zapłacić 8 mln zł, czyli 10 proc. jego wartości. Pozwoli to jednak zaoszczędzić 72 mln zł. Korzyści z rezygnacji z poboru manualnego są potencjalnie bardzo duże – Furgalski wylicza, że oszczędności związane z rezygnacją z wykupu gruntów, budowy i utrzymywania punktów poboru opłat sięgną łącznie nawet 1,5 mld zł. Branżowy portal rynekinfrastruktury.pl wyliczył, że do listopada 2018 r. Skarb Państwa zyska netto 920 mln zł po uwzględnieniu kosztów wdrożenia systemu elektronicznego.

Niestety, wyrzuciliśmy w błoto 1,2 mld zł – to są koszty, które ponieśliśmy od 2007 roku na wykup olbrzymich terenów, żeby tam zainstalować place poborów, na olbrzymią ilość betonu, który tam trzeba było położyć, czy już nawet na bramki i ich wyposażenie – krytykuje Furgalski. – Na pewno nie może być tak, że gdzieś te bramki zostawimy i będzie jakiś okres przejściowy, a kierowca będzie się musiał zastanawiać, czy tam płaci elektronicznie, czy manualnie. Nie – w tej godzinie zero musimy całkowicie przejść z bramek na system elektroniczny.

Furgalski dodaje, że w parlamencie rządowy projekt odpowiedniej ustawy powinien zostać przyjęty bez większych problemów, bo żadna z partii nie jest przeciwna przejściu na system automatyczny.

Dla kierowców zmiany oznaczają prostsze i szybsze płatności. Stawki za przejazd nie zmienią się ani na autostradach koncesyjnych, ani na państwowych. Na tych drugich kierowcy aut osobowych nadal będą płacić 10 groszy za kilometr. Choć system będzie wspólny, zarządzający autostradami koncesyjnymi utrzymają własne stawki.

Płatności będą pobierane w całości automatycznie za pomocą urządzenia w samochodzie. Kierowcy często podróżujący autostradami będą mogli na stałe wypożyczyć takie urządzenie, prawdopodobnie za 40 zł. Stan konta będzie można doładować m.in. poprzez internet lub SMS. Kierowcy rzadziej korzystający z autostrad będą mogli wypożyczyć urządzenie z odpowiednim kredytem na stacjach benzynowych lub miejscu obsługi podróżnych.

Wreszcie dla takich, którzy sporadycznie korzystają z autostrad, możliwa jest opcja opłacenia podróży albo z terminali, które będą w miejscach obsługi podróżnych, albo po prostu z domu. Wiedząc, że jutro jadą z Warszawy do Łodzi, opłacą tę drogę, podadzą numer tablicy rejestracyjnej i system przy wjeździe zarejestruje te tablice, sprawdzi, że wszystko jest w porządku, wszystko zostało opłacone i można jechać – tłumaczy Furgalski.

Rewolucja w sposobie korzystania z internetu. Może zmienić się rola wyszukiwarek internetowych

CEO Magazyn Polska

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że internauta może zażądać usunięcia swojego nazwiska z sieci, jeśli pojawia się ono w kontekście wypaczającym prawdę o tej osobie. Prawo do bycia zapomnianym w sieci (right to be forgotten) służy ochronie prywatności, choć usunięcie z wyszukiwarki danych osobowych będzie bardzo trudną technicznie operacją – uważa Michał Boni, były minister administracji i cyfryzacji. Jego zdaniem wyrok przyspieszy prace nad europejskim rozporządzeniem dotyczącym ochrony prywatności i danych osobowych.

Jeżeli wyniki wyszukiwania kierują do niepełnych, nieistotnych lub nieaktualnych informacji na temat danej osoby prywatnej, może ona żądać skasowania swojego nazwiska – orzekł we wtorek Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. W takiej sytuacji odpowiedzialność za przetwarzanie takich danych ponosi operator wyszukiwarki internetowej. Jeśli nie podejmie on odpowiednich działań, osoba, której dane dotyczą, może zwrócić się do właściwego organu nadzorczego lub sądowego o to, by on nakazał usunięcia linku.

Witam z uznaniem ten wyrok, on powinien już właściwie zapaść rok temu, bo wtedy się o tym mówiło, ale widocznie Europejski Trybunał uznał, że jeszcze różne kwestie musi przeanalizować – powiedział Michał Boni agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Eksperci podkreślają, że może to zrewolucjonizować sposób korzystania z internetu i zmienić rolę wyszukiwarek internetowych. Konkretna sprawa przed Trybunałem dotyczyła firmy Google. Gigant broni się przed koniecznością wymazywania niektórych wyników wyszukiwania, bo stanowi to pewnego rodzaju cenzurę. Firma podkreśla, że jedynie udostępnia dane, które są w internecie, ale ich nie kontroluje.

Mówimy o tym, że mogą się pojawiać w treściach odniesienia do konkretnych osób. I to już nie jest treść, tylko to jest informacja podmiotowa. Rozumiem stanowisko Google, bo technicznie to nie będzie łatwe, ale odróżniajmy treści, które swobodnie pozyskujemy i przekazujemy w internecie, od tego prawa podmiotowego, czyli wskazania jakiejś osoby lub oznaki tej osoby. Myślę, że trzeba będzie dla takiego wyroku znaleźć rozwiązanie – mówi Michał Boni.

Jego zdaniem prawo do wymazywania z obiegu błędnych informacji dotyczących osób prywatnych ma na celu ochronę ich prywatności, bo kasowanie danych nie będzie się odbywać automatycznie, lecz jedynie na wyraźną prośbę zainteresowanych. Podobnie ma być w rozporządzeniu unijnym dotyczącym ochrony prywatności i danych osobowych, nad którym trwają pracę. Według Boniego wyrok powinien przyspieszyć finalizację tych prac.

Udało się coś, co wydawało się takie trudne do przejścia, czyli prawo obywatela do tego, żeby dane o nim, co do których nie chce, żeby funkcjonowały w sieci, były wymazywane. To jest zbliżone do tej propozycji, która jest w rozporządzeniu, czyli że powinniśmy wyrażać zgodę na przetwarzanie naszych danych, bezpośrednią zgodę – wyjaśnia Boni. – Będzie pytanie, czy wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych. Jedni będą ją wyrażali, nawet bez specjalnego namysłu, inni nie będą jej wyrażali. Więc to nie jest żadne cenzurowanie, tylko kwestia realizacji tych praw podmiotowych.

Dodał, że wyrok Trybunału, jest ważnym sygnałem do rozpoczęcia debaty nad proponowanymi przez Parlament Europejski uregulowaniami prawnymi dotyczącymi ochrony danych osobowych. Do tych zmian trzeba jeszcze przekonać rządy poszczególnych państw, by rozporządzenie stało się jednolitym prawem dla całej Unii Europejskiej.

– Korzyści są oczywiste. Oczywiście trzeba dokładnie przeanalizować od strony technicznej, jak to ma wyglądać. I myślę, że to jest taki moment, w którym te prace analityczno-techniczne zostaną przyspieszone, żeby wiedzieć, jak tego typu dyspozycje od użytkowników przekładać na realne wdrożenie – zaznacza polityk.

Grupa Azoty stawia na ekspansję na rynku senegalskim. Będzie tam wydobywać surowce i rozwijać sprzedaż

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty ma zamiar wydać na inwestycje do 2020 roku 7 mld zł. Jest także zainteresowana rozwojem projektów z dużymi partnerami strategicznymi. Trwają analizy opłacalności budowy kompleksu petrochemicznego planowanego wspólnie z Grupą Lotos. Na etapie badań jest też projekt współpracy z KGHM, który zakłada wydobywanie polihalitu w Zatoce Puckiej. W planach Azotów jest również ekspansja na rynek senegalski, gdzie Grupa chce nie tylko pozyskiwać surowce, ale też rozwijać sprzedaż.

Rozwój działalności w Senegalu to dla Grupy Azoty projekt bardzo atrakcyjny i bardzo przyszłościowy. Polska firma kupiła tam już spółkę, która ma dostęp do złóż fosforytów – z jednego z nich surowiec dostarczany jest już do Polic. W 2014 r. ma do Polski trafić 400 tys. ton fosforytów z Senegalu. Spółka wylicza, że dzięki temu Police zaoszczędzą w 2014 r. ok. 30 mln zł.

Ale samo wydobycie to dla Grupy Azoty dopiero pierwszy etap ekspansji.

Rynek Senegalu, jak i też rynek afrykański, jest wielce rozwojowy. Powołaliśmy tam spółkę dystrybucyjną, która będzie zajmowała się dystrybucją nawozów grupy – mówi Andrzej Skolmowski, wiceprezes zarządu Grupy Azoty.

Grupa chce też aktywnie wpływać na zmiany w senegalskim rolnictwie, żeby budować tam rynek dla swoich produktów. Jak podkreśla Skolmowski, jest to niełatwe i trudno tu liczyć na szybkie efekty.

– To jest projekt rozpisany na lata, dlatego że musimy lokalnych rolników przekonać do naszych aplikacji, ale też i zmienić tę kulturę agrarną w Senegalu – tłumaczy wiceprezes Grupy.

Azoty mają także ambitne plany inwestycyjne w kraju. Najpewniejsze projekty, już realizowane przez Grupę, to nowa elektrociepłownia w Kędzierzynie-Koźlu i nowa wytwórnia poliamidów i granulacji mechanicznej w Tarnowie. Elektrociepłownia w Kędzierzynie zaspokoi w 25 proc. zapotrzebowania zakładów na energię elektryczną oraz w całości pokryje zapotrzebowanie na ciepło. Wytwórnia w Tarnowie pozwoli na większą niezależność od rynków dalekowschodnich.

Azoty zaangażowały się również w projekty z dużymi partnerami strategicznymi w kraju. Wspólnie z Grupą Lotos prowadzą analizy opłacalności budowy kompleksu petrochemicznego. Ta inwestycja, mająca powstać przy wsparciu Polskich Inwestycji Rozwojowych, może być warta nawet 12 mld zł. W tym roku ma zapaść decyzja, czy będzie ona realizowana.

– To jest jeszcze wstępna faza tzw. feasibility study – mówi Andrzej Skolmowski. – To badanie pozwoli nam, zarówno przemysłowi chemicznemu, jak i petrochemicznemu, na rzetelną odpowiedź, czy tego typu projekty mają szansę realizacji w tej części Europy, czy mają szansę realizacji tu w Polsce.

Duże nadzieje zarząd wiąże z deklaracjami KGHM-u, który chce mocniej zaangażować się w wydobycie surowców innych niż miedź i srebro. Między innymi zamierza wydobywać polihalit w Zatoce Puckiej, czyli siarczan potasowo-magnezowo-wapniowy, który może stanowić źródło potasu w produkcji nawozów wieloskładnikowych. A tu naturalnym odbiorcą są właśnie Azoty.

– Jesteśmy zainteresowani tym projektem, wspieramy go. Natomiast o zaangażowaniu kapitałowym na tym etapie mowy nie ma, jest to na razie część badawcza tego projektu – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes. – Również możemy powiedzieć o elektrowni poligeneracyjnej, o zagospodarowaniu góry fosfogipsów w Policach. Część projektów badawczych jeszcze przed nami.

Wiceprezes Skanska: kryterium niskiej ceny powinno zostać, bo zachęca do konkurencji i innowacyjności

0

CEO Magazyn Polska

Pomimo krytyki kryterium najniższej ceny pozostanie decydującym lub jednym z głównych czynników w większości przetargów. Przedstawiciele firmy Skanska AB Stockholm podkreślają, że zachęca ono do innowacyjności i tworzenia tańszych rozwiązań oraz napędza zdrową konkurencję. Jednak zmiany w prawie muszą wyeliminować problem nieuczciwych oferentów.

Administracja rządowa przygotowuje projekt ustawy, która będzie nieco bardziej kompleksowo spoglądać na możliwości wyboru oferentów i potencjalnych wykonawców do realizacji projektów, ale nie spodziewam się, powiedziałbym nawet, że nie oczekujemy jako firma, że nagle będziemy mieli tysiąc nowych przesłanek do wyboru oferty, bo wtedy zabije nam to klarowną, uczciwą, rzetelną konkurencję, która jest motorem rozwoju prywatnego biznesu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Roman Wieczorek, wiceprezes wykonawczy Skanska AB Stockholm.

Kryterium najniższej ceny jest często krytykowane jako źródło problemów w polskiej branży budowlanej. Nawet Najwyższa Izba Kontroli uważa, że ten sposób rozstrzygania jest zbyt często stosowany. Jednak Wieczorek przypomina, że kryterium najniższej ceny jest preferowane przez unijne przepisy, do których musi stosować się Polska. Dodaje, że kryterium to jest skutkiem walki o jak najtańsze inwestycje, a nie przyczyną problemów. Wieczorek zaznacza, że taka sytuacja dotyczy nie tylko branży budowlanej i infrastrukturalnej.

– Nie możemy wychodzić z założenia, że najniższa cena jest czymś złym, bo to ona powoduje, że konkurencja zaczyna funkcjonować, w ten sposób poszukuje się nowych rozwiązań technicznych, w ten sposób rozpoczyna się value engineering, w ten sposób firmy się rozwijają. A że zdarzają się takie, które w sposób nieodpowiedzialny przekazują cenę, to było, jest i niestety będzie w wolnej konkurencji – podkreśla Wieczorek.

Wieczorek dodaje, że choć ostatnie lata dla wielu wykonawców w Polsce były bardzo trudne, a nawet zakończyły się bankructwami, Skanska zatrudniła od 2011 r. ponad 2 tys. nowych pracowników. Podkreśla, że dzięki temu firma jest lepiej przygotowana do kolejnych lat, w których inwestycji znów powinno być bardzo dużo. Wieczorek oczekuje, że dzięki nauczce z poprzednich lat, pieniądze w nowej perspektywie unijnej będą jednak wydawane lepiej, a inwestycje – prowadzone do końca.

Te projekty już się zaczynają, już na rynku zaczynamy zauważać, że klienci, dysponenci środków finansowych, przygotowują oferty, w których firmy wykonawcze będą uczestniczyć. Kiedy będzie ta kumulacja, nie wiem. Byłoby najrozsądniej, gdyby udało się tak uczynić, żeby te środki były rozsądnie rozłożone w czasie. Przy czym nie możemy zapominać, że 2021 to jest koniec, w związku z tym jesteśmy ograniczeni czasowo. Ale myślę, że można tym zarządzić bardziej racjonalnie, niż to było poprzednio – ocenia Wieczorek.

Podkreśla, że zarządzanie ryzykiem w budownictwie to bardzo skomplikowany proces, który wymaga uwzględnienia wielu czynników. Na ostateczne powodzenie inwestycji wpływ mają m.in. ceny materiałów, koszty umów z podwykonawcami, dostępność materiałów i zasobów. Dlatego poprzednia unijna perspektywa budżetowa, w której na inwestycje drogowe wydanych zostało kilkadziesiąt miliardów euro, była okresem nauki.

Wieczorek zauważa, że wszyscy uczestnicy procesu inwestycyjnego, od rządu i instytucji publicznych aż po wykonawców, wiele się nauczyli. Te firmy, które nie poradziły sobie z nowymi wyzwaniami, upadły lub miały poważne problemy. To jednak normalne we wszystkich krajach, nie tylko w Polsce.

Dotknęła nas po prostu rzeczywistość biznesowa, która potrafi być twarda, a ekonomii się nie oszuka – mówi Wieczorek. – Nie możemy zapominać, że był święty rok 2012, który motywował nas do działań nie zawsze racjonalnych, i który wymuszał na administracji rządowej konieczność wydawania pieniędzy, nawet jeżeli rynek nie do końca był na to przygotowany. W związku z tym zbiegło się wiele okoliczności, których teraz nie ma. Nie ma żadnej imprezy tego typu, która wymusza określone działania.

Z tego powodu Wieczorek uważa, że kolejne lata będą bardzo udane dla branży budowlanej. Doświadczenia z ostatnich lat, dostępne środki oraz brak pośpiechu powinny zaowocować według niego skutecznymi inwestycjami.

Rośnie zainteresowanie Polaków ubezpieczeniami zdrowotnymi i abonamentami

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej korzystają z prywatnej opieki medycznej. W ubiegłym roku wartość tego rynku wyniosła ponad 35 miliardów złotych. Największy wzrost zainteresowania notują ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty. Ze względu na demografię oraz rosnący poziom zamożności Polaków rynek ten prawdopodobnie będzie wciąż rósł w siłę.

– Rynek prywatnej opieki medycznej od dłuższego czasu rozwija się w dość charakterystycznym dla siebie tempie. Jeżeli chodzi o ubezpieczenia zdrowotne i abonamenty, to jest to tempo dwucyfrowe, a pozostałe segmenty rynku rosną w tempie około 5-7 procent. W związku z tym jest to atrakcyjne, bo rynek ten rośnie znacznie szybciej niż inne segmenty gospodarki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Szyman, prezes zarządu Scanmed Multimedis.

W ramach wydatków na prywatną opiekę medyczną najniższy wzrost można zaobserwować w wydatkach na zakup leków i sprzętu medycznego. Pozostałe segmenty rynku mają się dobrze, a eksperci przewidują, że w najbliższych latach popyt na usługi medyczne będzie wciąż rósł. Ma na to wpływ nie tylko coraz większy poziom zamożności Polaków i ograniczone nakłady na zdrowie w sektorze publicznym, lecz także czynniki demograficzne. Społeczeństwo się starzeje, wydłuża się średnia długość życia. W połączeniu z większą świadomością i chęcią przeznaczania większych środków na zdrowie, dla segmentu prywatnej opieki medycznej oznacza to stały wzrost.

O dobrych perspektywach rynku świadczy również duże zainteresowanie ze strony inwestorów branżowych.

 Rynek opieki medycznej cieszy się dużym zainteresowaniem. Świadczą o tym chociażby transakcje, które na nim zachodzą. Myślę, że w najbliższym czasie się to nie zmieni. Przede wszystkim dlatego, że rynek jest wciąż rozdrobniony i jest w początkowej fazie konsolidacji. Samych szpitali mamy ponad tysiąc, ponad 19 tys. jednostek opieki ambulatoryjnej, ponad 11 tys. POZ-ów. W związku z tym potencjał jest naprawdę duży. W konsolidacji i w synergiach wynikających z łączenia organizacji tkwią potencjał i efektywność – przyznaje Szyman w rozmowie podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Większość prywatnych grup medycznych oferuje opiekę kompleksową – od lekarzy pierwszego kontaktu po specjalistów. Klienci doceniają zwłaszcza bogate zaplecze diagnostyczne i dobrze zaopatrzone szpitale – całodobowe, gdzie realizowane są procedury ratujące życie. Prywatne placówki przeważnie korzystają z finansowania prywatnego, ale też realizują kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia. W przypadku grupy Scanmed Multimedis 50 proc. przychodów pochodzi z NFZ-u.

– W naszym portfelu istotną część stanowi komponent związany z podstawową opieką zdrowotną i opieką szpitalną – te dwa segmenty usług w dużej części są finansowane z Narodowego Funduszu Zdrowia. W szpitalnictwie udział NFZ-etu kształtuje się na poziomie około 60-65 procent. W przypadku usług ambulatoryjnych ta proporcja jest oczywiście dużo niższa, oczywiście poza segmentem opieki podstawowej, gdzie dominuje rzeczywiście płatnik publiczny – mówi Joanna Szyman.

Rosja zmniejsza import polskich jabłek. Owoce znad Wisły trafią do Chin i krajów arabskich

CEO Magazyn Polska

Dystrybutorzy owoców planują zmianę kierunku eksportu polskich jabłek. Rosja, do której trafia blisko 2/3 owoców, stopniowo odbudowuje swój rynek produkcyjny. Także niepewna sytuacja polityczna skłania do tego, by stopniowo uniezależnić się od rynku rosyjskiego. Polskie jabłka już w 2015 roku mogą trafić do Azji i krajów arabskich.

Mimo wcześniejszych informacji wciąż nie doszło do rozmów ws. zapowiedzi wprowadzenia przez Rosję embarga na wwóz jabłek z Polski. W kwietniu rosyjska Federalna Służba Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego poinformowała, że chce nałożyć embargo na polskie jabłka. Tłumaczyła to przekraczającym normy poziomem pestycydów i azotanów. Po 10 maja miały być prowadzone w tej sprawie rozmowy, jednak jak na razie nie ma żadnych potwierdzonych informacji dotyczących ewentualnego embarga.

Najbliższe dni będą kluczowe. Wiemy, że odbędą się zarówno spotkania przedstawicieli naszych władz z przedstawicielami Rossielchoznadzoru, jak i wewnętrzne spotkania, gdzie mają zapaść kluczowe dla polskiego rynku decyzje. Natomiast dopóki ich nie ma, dopóty nie ma też embarga i w tym momencie nie chcemy wróżyć z fusów – komentuje Jolanta Kazimierska, prezes Stowarzyszenia Polskich Dystrybutorów Owoców i Warzyw „Unia Owocowa”.

Polska jest największym producentem jabłek w Europie i największym na świecie eksporterem tych owoców. Według danych Związku Sadowników RP, w ubiegłym roku zostało wyeksportowanych 1,2 mln ton jabłek, z czego ponad 2/3 trafiło do Rosji. Rosyjscy konsumenci cenią polskie jabłka ze względu na walory smakowe i atrakcyjną cenę. Największym zagrożeniem dla branży jest jednak stopniowe zmniejszanie się rosyjskiego rynku.

Rosja stopniowo odbudowuje swój rynek produkcyjny i w perspektywie najbliższych 5–10 lat ten rynek może się naturalnie skurczyć. W związku z tym jesteśmy zmuszeni do tego, aby eksport zdywersyfikować i podejmować działania zapewniające sprzedaż niebagatelnej polskiej produkcji jabłek – zapowiada Kazimierska.

W kwietniu tego roku Komisja Europejska podjęła decyzję, że jednym z wniosków, który otrzyma dofinansowanie, będzie program Stowarzyszenia, stworzony przy współpracy ze Związkiem Sadowników. Zakłada on promocję polskich jabłek w Chinach i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a jego wartość wynosi ok. 5 mln euro. Jolanta Kazimierska ocenia, że projekt może ruszyć już jesienią tego roku. Choć nie wiadomo jeszcze, jaka ilość polskich jabłek może trafiać do Chin, to zdaniem prezes Unii Owocowej jest to rynek perspektywiczny. Chiny tytuł największego eksportera jabłek straciły niedawno właśnie na rzecz Polski.

W tej chwili ich jabłka są przeznaczane na konsumpcję lub są przetwarzane na soki zagęszczone, więc Chiny są otwarte na dobrej jakości jabłka importowane z różnych stron świata. To szansa dla nas. Mam nadzieję, że będziemy tam sprzedawać dużo jabłek, ale jest jeszcze za wcześnie, by o tym mówić, nie mamy jeszcze w tym regionie doświadczenia – tłumaczy Kazimierska.

„Unia Owocowa” duże nadzieje wiąże również ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Kraj ten ma być platformą komunikacyjną i dystrybucyjną, a owoce miałyby być stamtąd wysyłane do Afryki Północnej – Algierii, Egiptu, Libii i Maroka.

Stowarzyszenie powstało w 2010 roku, a jego pierwsze działania dotyczyły eksportu na rynek wschodni, przede wszystkim do Rosji.

Nasza działalność ewoluuje. W tej chwili działamy zarówno na rzecz eksporterów, jak i organizacji producentów, które mierzą się z problemami dotyczącymi rozliczania projektów, nanoszenia zmian czy zatwierdzania planów dochodzenia do uznania. Jest to 23 procent zorganizowanego rynku w Polsce, który potrzebuje wsparcia merytorycznego, i takie staramy się mu udzielać – mówi Jolanta Kazimierska, agencji informacyjnej Newseria Biznes.

„Unia Owocowa” zabiega także o wypracowanie korzystnych norm, które pozwolą na sprawne funkcjonowanie grup producentów. Reprezentuje interesy dystrybutorów owoców i warzyw nie tylko w kraju, lecz także za granicą.

W tym miesiącu na rynek trafi nowa szczepionka przeciwko chorobie meningokokowej typu B

CEO Magazyn Polska

Inwazyjna choroba meningokokowa występuje rzadko, ale ma gwałtowny przebieg i doprowadza do ciężkich powikłań, a w 10 proc. przypadków kończy się śmiercią. Do polskich aptek jeszcze w maju trafi długo wyczekiwana szczepionka przeciwko serotypowi B meningokoków, odpowiedzialnemu za 70 proc. zakażeń w naszym kraju. Szczepienie zapewnia odporność w 90 proc. przypadków i jest szczególnie zalecana niemowlętom, nastolatkom oraz osobom w podeszłym wieku.

Neisseria meningitidis, czyli dwoinka zapalenia opon mózgowych, to bakteria odpowiedzialna za bardzo groźną, inwazyjną chorobę meningokokową. Zakażenia występują rzadko, ale mają bardzo szybki przebieg i w 10 proc. przypadków kończą się śmiercią. Według badań epidemiologicznych choroba 23 razy częściej dotyczy dzieci w pierwszym roku życia niż młodzieży czy osób dorosłych.

Zakażenia mają gwałtowny i początkowo skryty przebieg. Pierwsze cztery godziny to objawy grypopodobne, a później w ciągu następnych kilku godzin może dojść do masywnego uszkodzenia narządów wewnętrznych, co na zewnątrz objawia się wybroczynami. Te wybroczyny zatykają drobne naczynia. Jeżeli zakrzepica będzie zlokalizowana w palcach lub w nogach, może dojść nawet do amputacji – mówi agencji informacyjnej Newseria profesor Teresa Jackowska, przewodnicząca Polskiego Towarzystwa Pediatrycznego.

U pacjentów, których udało się wyprowadzić ze stanu krytycznego, może dojść do powikłań, w tym zaburzeń słuchu i zachowania oraz pogorszenia rozwoju umysłowego.

W naszym kraju zakażenia wywołują głównie meningokoki serotypu B oraz C. Do tej pory powszechnie stosowano szczepionki przeciwko serotypowi C, odpowiedzialnemu za 30 proc. zakażeń. W 2013 roku zarejestrowana została szczepionka przeciwko serotypowi B, który wywołuje 70 proc. przypadków inwazyjnej choroby meningokokowej.

Wiemy, że szczepienia meningokokowe są bardzo skuteczne. Około 90 proc. osób zaszczepionych nabywa odporność, czyli nie zachoruje na tę ciężką chorobę. Mamy trzy okresy, kiedy należy skupić się na szczepieniach: niemowlęta, nastolatkowie oraz osoby starsze, w wieku powyżej 60-65 lat – mówi prof. Jacek Wysocki, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Wakcynologicznego.   

Szczepionka przeciwko serotypowi B meningokoków została już wprowadzona do programu szczepień w Wielkiej Brytanii. Niedługo trafi do polskich aptek, jednak na razie nie została wpisana do koszyka świadczeń gwarantowanych NFZ.

Jak to w Polsce bywa, zwykle na początku jest to rynek prywatny. Nas ta sytuacja, że szczepionkę mają tylko pacjenci, których na nią stać, nie zadowala. Jednak zwykle jest to etap wstępny, który wcześniej czy później prowadzi do refundacji, czyli do tego, żeby każdy potrzebujący tej szczepionki pacjent dostaje ją za darmo – dodaje Jacek Wysocki.

Szczepionka znalazła się na liście szczepień zalecanych przez Głównego Inspektora Sanitarnego.

Rowery miejskie w trzech nowych miastach w tym roku. Liczba wypożyczeń w całym kraju rośnie o 10-15 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Białystok, Lublin i Konstancin zyskają w tym roku systemy rowerów miejskich. Wszystkie uruchomi firma Nextbike, która jest już operatorem systemów w Warszawie (Bemowo Bike i Veturilo), Wrocławiu, Poznaniu, Opolu i Sopocie, a także dostawcą systemu do Krakowa. W całym kraju w jej systemie odnotowano już 3,5 mln wypożyczeń, a ich liczba rośnie o 10-15 proc. rocznie.

Od początku roku wypożyczyliśmy 600 tys. rowerów we wszystkich miastach, natomiast globalnie jesteśmy na poziomie 3,5 miliona. 2 miliony to jest tylko wynik wypożyczeń z zeszłego roku. To jest dość duża liczba, która wzrasta o 10-15 proc., a pamiętajmy, że mówimy o setkach tysięcy wypożyczeń – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Wojtkiewicz, prezes zarządu Nextbike.pl.

Liczba wypożyczeń rośnie we wszystkich sześciu systemach, którymi zarządza Nextbike. W kwietniu we Wrocławiu wypożyczono rowery o 4 tys. razy więcej (25 proc.) niż w tym samym miesiącu w 2013 r. W niewielkim systemie w Opolu od początku roku liczba wypożyczeń wzrosła o 80 proc. Wojtkiewicz przyznaje, że częściowo odpowiada za to pogoda, bo w ubiegłym roku zima była znacznie dłuższa. Jednak podkreśla, że rozwój jest stabilny.

Coraz więcej samorządów chce mieć własny system. Do końca maja Nextbike uruchomi kolejny w Białymstoku. Będzie się on składał z 30 stacji i 300 rowerów. Latem zacznie działać liczący 40 stacji i 400 rowerów system w Lublinie, gdzie rowery będą wyposażone w audiobooki. Najmniejszym tegorocznym projektem jest Konstanciński Rower Miejski – to tylko 5 stacji i 55 rowerów (Konstancin liczy niespełna 18 tys. mieszkańców). Trwają także przetargi w Łodzi i Bydgoszczy, w których Nextbike liczy na zwycięstwo.

Podstawowym elementem wdrażania takich systemów jest umowa z miastem, drugim krokiem jest pewnego rodzaju pączkowanie tych systemów w miastach poprzez nawiązywanie współpracy z lokalnym biznesem. Tacy partnerzy, jak galerie handlowe, wyższe szkoły prywatne czy deweloperzy, zgłaszają się do nas z chęcią postawienia takiej stacji, ufundowania jej przy swojej siedzibie. Dzięki takiemu wsparciu z prywatnego sektora możemy ten system rozwijać jeszcze o kolejne stacje – tłumaczy Wojtkiewicz.

Dużym wyzwaniem jest nie tylko budowa nowych stacji, lecz także utrzymanie systemu. Wojtkiewicz podkreśla, że dostarczenie rowerów i stacji to tylko 25-30 proc. sukcesu. W sezonie letnim, gdy wypożyczeń jest najwięcej, nawet 120 osób pracuje przez całą dobę nad naprawami i przenoszeniem rowerów, by zapewnić ich dostępność we wszystkich stacjach.

Wojtkiewicz dodaje, że systemy rowerów miejskich są bardzo różnorodne, więc trudno mówić o średnim koszcie. Wartość kontraktu zależy m.in. od liczby stacji, ich lokalizacji i zagęszczenia oraz dodatkowych rozwiązań, takich jak lubelskie audiobooki. Od czerwca 2011 r. do końca tego roku we Wrocławiu radni miejscy przeznaczyli na rozwój systemu łącznie 1,6 mln zł. W Warszawie kontrakt na rowery Veturilo od 2012 r. do końca listopada 2016 r. jest warty 19 mln zł.

Wycena takiego projektu jest zmienna. Każdy traktujemy bardzo indywidualnie. Przykładem może być również Krakowski Rower Miejski, w którego uruchomieniu niedawno pomagaliśmy Zarządowi Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie. Pokazuje to, że system, który jest dobrze przemyślany, dobrze wdrożony, tak naprawdę startuje z wielkim impetem, ma duży sukces frekwencyjny i może bardzo dobrze funkcjonować – ocenia Wojtkiewicz.

Dodaje, że choć działalność Nextbike jest rentowna, poszczególne projekty są trudne z punktu widzenia finansowego. Wynika to przede wszystkim z tego, że na zwrot kosztów można liczyć najczęściej dopiero po 3-4 latach, bo tak skonstruowane są umowy z miastami. Koszty inwestycji w rowery i stacje są jednak wysokie. Planowanie jest jednak tak prowadzone, by uniknąć sytuacji niedofinansowania lub złej jakości projektów.

MCI Management inwestuje w Netię

0

Spółka kontrolowana przez MCI.PrivateVentures Fundusz Inwestycyjny Zamknięty, fundusz buyoutowy z Grupy MCI, nabyła w drodze transakcji zawieranych na rynku regulowanym akcje Netia S.A. stanowiące ponad 5% jej kapitału zakładowego.

Zespół inwestycyjny kontynuuje prace nad pozyskiwaniem nowych projektów inwestycyjnych do portfela MCI. Po zamknięciu w pierwszym kwartale 2014 r. inwestycji w Grupę Wirtualnej Polski, Feedo, Hojo.pl, mGenerator oraz Focus Telecom Polska, do grona rozwijanych aktywów dołączyła Netia S.A., największy alternatywny operator stacjonarny w kraju.

Zgodnie z zapowiedzią Cezarego Smorszczewskiego, Prezesa Zarządu MCI od marca br., Grupa MCI stawia na intensywny rozwój inwestycji buyoutowych. Nabywającym pakiet akcji stanowiący ponad 5% kapitału zakładowego Netii jest Navicorp Trust Polska Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością 3 S.K.A. z siedzibą w Warszawie, spółka w 100 % zależna od funduszu inwestycyjnego MCI.PrivateVentures Fundusz Inwestycyjny Zamknięty z wyodrębnionym subfunduszem MCI.EuroVentures 1.0, w którym MCI poprzez spółki zależne posiada 100 % certyfikatów inwestycyjnych. MCI.EuroVentures 1.0 jest wyspecjalizowany w takiego rodzaju inwestycjach.

– Jednym z filarów naszej strategii inwestycyjnej są inwestycje w tzw. digital ecosystem czyli spółki działające na rynku rozwoju infrastruktury internetowej. Netia wpisuje się doskonale w ten model – powiedział Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management SA. .

Obok inwestycji w ekosystem do rozwoju Internetu (digital ecosystem), MCI zakłada również angażowanie się w projekty typu digital disruption, czyli dotyczące czystych modeli internetowych (tzw. pure players), jak również digital adaptation, czyli modele biznesowe, które po osiągnięciu wiodącej pozycji w tradycyjnej gospodarce, mają zamiar zdynamizować swój rozwój dzięki wykorzystaniu możliwości Internetu.

Wcześniej Grupa MCI zapowiedziała również, że do końca aktualnego roku biznesowego, który kończy się w marcu 2015 r. zamierza pozyskać ze sprzedaży aktywów i dywidend ze spółek portfelowych 100 mln zł.

– Netia posiada pozycję największego alternatywnego operatora stacjonarnego w kraju i wpisuje się idealnie w naszą strategię inwestycyjną – komentuje Piotr Czapski, Senior Advisor i Członek Rady Nadzorczej MCI Management SA – Co ważne, silna pozycja finansowa spółki pozwala jej wypłacać wysokie dywidendy – dodaje.

W dniu 13 maja br. Grupa MCI opublikowała swoje wyniki za I kwartał 2014 r. W tym okresie wypracowała 108,5 mln zł skonsolidowanego zysku netto. Jej aktywa pod zarządzaniem wyniosły w pierwszym kwartale 2014 r. ponad 1,3 mld zł w stosunku do 838 mln zł w pierwszym kwartale 2013 r. Aktywa netto wyniosły 873 mln zł, względem 582,1 mln zł na koniec pierwszego kwartału 2013, co dało wskaźnik aktywów netto na akcję na poziomie 14 zł. Ogłoszona w grudniu 2013 r. prognoza zakłada wzrost aktywów netto na akcję z 12,20 zł na koniec 2013 r. do 16,50 zł na koniec 2014 r., co oznacza, że już po pierwszym kwartale tego roku osiągnięto połowę zakładanego wzrostu. Ponadto MCI zakłada, że poziom inwestycji w całym roku wyniesie nie mniej niż 305 mln zł.