Wyjątkowo wysokie wpływy z CIT

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy br. wpływy z CIT, zrealizowane przez tzw. wyspecjalizowane urzędy skarbowe, wyniosły ponad 35 mld zł. Z kolei w przypadku VAT, Krajowa Administracja Skarbowa informuje o kwocie przeszło 77 mld zł. Według ekspertów, wpływy z pierwszej z wymienionych danin są wyjątkowo wysokie. Przeszło połowę z nich odnotowano w województwie mazowieckim. Za nim znajduje się śląskie, a dalej – wielkopolskie. Na końcu jest podlaskie. Zestawienie dotyczące VAT również otwiera mazowieckie. Następnie jest wielkopolskie, a po nim – małopolskie. Listę zamyka woj. lubuskie.

Dokładnie 35 235 640 544 złotych wyniosły po III kwartach br. wpływy z CIT, zrealizowane przez tzw. wyspecjalizowane urzędy skarbowe, a 77 466 633 078 złotych – z VAT. Jak podkreśla Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału komunikacji KAS, te jednostki zajmują się obsługą największych podmiotów gospodarczych. Takich urzędów działa w kraju 20, w tym 3 są w woj. mazowieckim, 2 w wielkopolskim, a także 2 w śląskim i po jednym w pozostałych województwach.

– Wydaje się, że przychody z CIT są wyjątkowo duże. Zwykle powinny stanowić około 1/3 wpływów z VAT-u. Może to oznaczać znaczące zmniejszenie dochodów z tego podatku albo generowanie większego zysku przez duże podmioty – komentuje Marek Zieliński, prezes Krajowego Instytutu Kontroli Biznesowej (KIKB), były dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej we Wrocławiu.

Z kolei Marek Niczyporuk, doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI, stwierdza, że zaskakująca jest proporcja wpływów z VAT w stosunku do wpływów z CIT. Okazuje się bowiem, że w wyspecjalizowanych urzędach skarbowych wpływy z CIT kształtują się na poziomie ok. 45% wpływów z VAT. Ekspert zaznacza, że w latach 2015-2018 wpływy z CIT stanowiły ok. 10% ogólnego udziału w dochodach budżetu państwa, a te z VAT – ok. 50%. To oznacza, że poziom dochodów z CIT jest szczególnie wysoki.

– Oczywiście większe wpływy z tych podatków pozwalają na poszerzenie wydatków państwa. To przekłada się m.in. na dodatkowe środki na służbę zdrowia czy bezpieczeństwo wewnętrzne, w tym organy i służby zajmujące się przeciwdziałaniem i zwalczaniem grup przestępczych. Pozwala to również rządowi na realizację polityki socjalnej, ubezpieczeń społecznych czy szkolnictwa – dodaje Marek Zieliński.

Największe wpływy w podatku dochodowym od osób prawnych, wg stanu na dzień 30 września 2019 roku, odnotowano w województwie mazowieckim (18,6 mld zł). Kolejną pozycję zajęło śląskie (4 mld zł), a za nim – wielkopolskie (3,4 mld zł), dolnośląskie (2,3 mld zł) i pomorskie (2,2 mld zł). Natomiast wyjątkowo niskie wpływy z CIT były w podlaskim (213,8 mln zł), warmińsko-mazurskim (243,2 mln zł), lubuskim (282,2 mln zł), opolskim (297,7 mln zł) oraz świętokrzyskim (394 mln zł).

– W województwie mazowieckim działalność prowadzą największe korporacje i jest najwięcej siedzib firm zagranicznych w podziale na poszczególne regiony. Te podmioty generują wysokie przychody i tym samym wpływy z podatku CIT w tym obszarze są większe. Zaskakuje w związku z tym brak w czołówce województwa małopolskiego, które ma wysoką pozycję we wpływach VAT – analizuje prezes KIKB.

Jak podkreśla doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI, dane pochodzą z wyspecjalizowanych urzędów skarbowych, a więc obsługujących największych podatników z regionu. Wpływy z CIT są zatem wprost proporcjonalne do liczby przedsiębiorstw obsługiwanych w poszczególnych województwach przez te organy, ale również do wolumenu ich obrotów.

– Potencjał podatkowy województw z najmniejszymi wpływami nie jest zaskoczeniem. Trudno jednoznacznie ustosunkować się do tych danych, nie mając informacji z lat poprzednich. Można jedynie postawić diagnozę, że na tych obszarach nie jest powadzona działalność przez dużą liczbę firm, które generowałyby spore przechody CIT. Dlatego zaskakuje wysoka pozycja województwa świętokrzyskiego, które notuje prawie dwukrotnie większe wpływy niż z woj. podlaskie – dodaje Marek Zieliński.

Największe przychody z podatku VAT wg stanu na koniec trzeciego kwartału br. odnotowano w mazowieckim (54,6 mld zł). Za nim znalazły się takie województwa, jak wielkopolskie (13,1 mld zł), małopolskie (9,6 mld zł), pomorskie (9,5 mld zł) i śląskie (8,3 mld zł). Z kolei wyjątkowo niskie przychody z tego podatku były w woj. lubuskim (220 mln zł), podlaskim (492 mln zł), warmińsko-mazurskim (536 mln zł), zachodniopomorskim (1 mld zł) i świętokrzyskim (1,22 mld zł).

– O sporej przewadze mazowieckiego nad pozostałymi województwami decyduje Warszawa, której status centrum biznesowego kraju jest niepodważalny. W stolicy skupia się duży biznes z kapitałem zagranicznym. Ponadto coraz więcej polskich firm decyduje się na zmianę siedziby i przeniesienie jej do Warszawy. Przemawiają za tym zarówno względy wizerunkowe, ale często także mniejsze ryzyko kontroli z uwagi na bardzo dużą liczbę przedsiębiorstw podlegających pod dany organ podatkowy – przekonuje Marek Niczyporuk.

W opinii byłego dyrektora UKS we Wrocławiu, zaskakuje też wysoka pozycja woj. małopolskiego. Może to świadczyć o szczególnie aktywnym działaniu tamtejszych urzędów w zakresie ograniczania zwrotów. Natomiast nisko względem potencjału regionu znalazło się śląskie. Prezes KIKB dodaje, że regiony z czołówki zestawienia mają zasadniczo wiele firm i przedsiębiorców, w tym duże korporacje (podatników podatku VAT). Te podmioty, składając deklaracje podatkowe VAT-7 czy VAT-7K, generują wpływy z tego zakresu do US w danym regionie.

– Na wielkość wpływów z podatku VAT znaczący wpływ ma wysokość dokonanych przez urząd zwrotów VAT. Może wystąpić sytuacja, w której w określonym przedziale czasowym zwroty będą wyższe od wpłat. Natomiast wpływy z CIT w oczywisty sposób będą zawsze uzależnione od liczby i „wielkości” podatników znajdujących się we właściwości danego urzędu – zaznacza naczelnik Szkodzińska.

Jak podkreśla Marek Zieliński, na aktywność gospodarczą podatników, a w konsekwencji na wpływy danin do Skarbu Państwa, oddziałuje sporo czynników. Wśród nich są m.in. reguły prawa podatkowego. Istotny też jest charakter kontroli fiskusa (prewencyjny, rozliczeniowy czy sankcyjny). Według eksperta, zapowiadane spowolnienie gospodarcze nie pozwala wyciągać optymistycznych wniosków w zakresie wpływów z CIT i VAT. Likwidacja luki VAT i zbyt rygorystyczne podejście KAS do kontroli podatników, przy jednoczesnym wprowadzaniu narzędzi typu split payment, poważnie ograniczają przepływ środków pieniężnych. A to największy problem dla naszej gospodarki.

Jak podsumować roczne działania marketingowe?

W marketingu bardzo ważne jest tworzenie planów, w których zawarte są przemyślane cele. Kiedy efekty są mierzalne liczbowo, możliwe staje się wykorzystanie rozmaitych wskaźników. W ten sposób możemy dowiedzieć się, czy wyodrębnione cele zostały zrealizowane oraz porównać rezultaty osiągnięte w ostatnich latach. W tym artykule dowiesz się, jak wykonać roczne podsumowanie działań marketingowych, aby było wiarygodne i pomogło w dalszym rozwoju firmy.

Dlaczego należy cyklicznie kontrolować działania marketingowe firmy?

Głównym powodem, który sprawia, że istotna jest kontrola wyników działań działu marketingu, są oczywiście kwestie finansowe. W końcu firma przez cały rok ponosi koszty po to, aby osiągnąć konkretne cele, które powinny przynieść firmie wymierne korzyści. W ten sposób możemy ocenić, czy w kolejnym roku warto zainwestować środki na tożsame kampanie marketingowe, czy też wyniki nie były satysfakcjonujące i lepiej obrać inną strategię. W tym miejscu uwidacznia się kolejny powód, dla którego warto kontrolować działania marketingowe — czyli możliwość testowania i reagowania, gdy efekty nie spełniają oczekiwań.

Obecnie marketing odgrywa fundamentalną rolę w każdej firmie, a wszystko przez to, że przenika do innych sektorów. Wpływa na sprzedaż, logistykę, finanse itd. Zatem to naturalne, że systematyczne kontrolowanie rezultatów wdrażanych działań staje się priorytetowe. W końcu marketing jest związany z kondycją całej firmy i może nawet doprowadzić do drastycznego spadku obrotów lub w przypadku nowych firm — bardzo wolnego wzrostu zysków.

Ponadto wymaga cierpliwości i czasu. Kluczowe jest odpowiednie przygotowanie zespołu do dorocznego audytu marketingowego i wyznaczenie mierzalnych wskaźników KPI.

Przeprowadzenie kontroli krok po kroku

Przeprowadzenie wiarygodnego rocznego podsumowania działań marketingowych firmy wymaga analitycznego podejścia. Matematyka stanowi dziś integralną część marketingu. Stając przed wyzwaniem rocznego podsumowania, musimy wyznaczyć konkretne wskaźniki. Przedstawiamy ściągę, którą można wykorzystać do oceny działań zarówno dla małych, jak i większych przedsiębiorstw.

Udział w rynku

Uznaje się, że to jeden z najważniejszych wskaźników, gdyż zaliczany jest do grupy strategicznych celów marketingowych. Do obliczenia go musisz wziąć pod uwagę własną sprzedaż (Sw) oraz obroty, które zanotowano w całym sektorze (Ss) przez konkurencję. Istnieje także alternatywne porównanie, gdzie zamiast sprzedaży osiągniętej przez cały sektor, bierze się pod uwagę jedynie obroty osiągane przez największego konkurenta.

Oba rozwiązania mają swoje zalety — w pierwszym możesz dowiedzieć się, jak kształtuje się Twoja pozycja pod względem sprzedaży w kontekście globalnym, a z kolei w drugim w odniesieniu do głównej konkurencji. W ten sposób dostrzeżesz jaki dystans was dzieli i czy w perspektywie czasu się on zmniejszył.

Im wskaźnik związany z udziałem w rynku jest wyższy, tym pozycję firmy uznaje się za silniejszą i stabilniejszą. Nie oznacza to, że przy wysokim wyniku możesz osiąść na laurach. Po prostu będziesz mógł zająć się wypełnianiem kolejnym celów, np. jakościowych.

Aby obliczyć udział w rynku, możesz wykorzystać następujący wzór:

Wielkość sprzedaży

Innym bardzo ważnym wskaźnikiem ściśle wpływającym na kondycję finansową firmy jest wielkość sprzedaży. W zależności od branży i własnych założeń masz dwie możliwości związane z podawaniem tej wielkości, gdyż może być wyrażona jako:

  • liczba produktów, które zostały sprzedane w danym roku,
  • uzyskany obrót, co oczywiście wyrażone jest w jednostkach pieniężnych.

Jeśli firma działa już dłużej niż rok, to możliwe staje się porównanie wielkości sprzedaży. Warto zdawać sobie sprawę z tego, że w trakcie kontroli wyników spadek sprzedaży może być uwarunkowany różnymi kwestiami. Nie musi oznaczać to, że zostały podjęte niewłaściwe plany marketingowe. Często przyczyną jest pojawienie się większej liczby konkurentów, którzy np. zaczęli sprzedawać tańsze lub bardziej udoskonalone zamienniki Twoich produktów.

Zysk

Kiedy chcesz określić, czy produkcja jest opłacalna, a firma rentowna, oblicz zysk przedsiębiorstwa. Jego poziom kształtuje wiele czynników m.in. wysokość kosztów własnych, oferowane ceny i marże czy też jakość produkcji. Aby ocenić, jak kształtuje się sytuacja finansowa w kontekście działań marketingowych po upłynięciu całego cyklu, tj. roku warto zbadać:

  • rentowność,
  • płynność środków obrotowych,
  • wzrost — obrotów, zysku czy udziału w rynku.

Rentowność inwestycji (ROI)

W skrócie wskaźnik rentowność inwestycji pozwala określić, jaki jest stosunek sprzedaży zanotowanej przez Twoją firmę względem całkowitego kapitału.

Oznacza to, że możesz wyliczyć go w następujący sposób:

= ROS

Jednak to nie wszystko, gdyż ROI doskonale sprawdzi się także do tego, aby określić, czy zanotowano zwrot z inwestycji, np. realizując konkretną kampanię marketingową. Wówczas jednak warto wykorzystać uproszczoną wersję wzoru:

Przy zastosowaniu tego wzoru im uzyskamy wskaźnik będzie miał wyższą wartość, tym będzie oznaczało, że Twoje przedsięwzięcie odniosło powodzenie i zrealizowało swój cel.

Możliwości zwiększenia rentowności obrotu tkwią przede wszystkim w analizie zysku i podjęciu decyzji, czy można przy niezmienionym obrocie podwyższyć zysk.  Inną możliwością jest podwyższenie rentowności obrotu jest utrzymanie zysku na dotychczasowym poziomie, ale przy niższych obrotach. Wreszcie drogą  do zwiększenia rentowności jest obniżanie kosztów działalności.

3 konkretne wskaźniki online marketingu

Pamiętaj, że kluczowe w trakcie wykonywania kontroli wyników jest dobranie takich wskaźników, które będą ściśle związane z konkretnym celem. Zatem nie sztuką jest dokonać pomiaru wszystkich możliwych wskaźników, a wybranie tych odpowiednich i prawidłowe ich zinterpretowanie. Prowadząc działania online, warto skontrolować: ruch na stronie, współczynnik konwersji i koszt pozyskania leada.

Ruch na stronie

Kiedy posiadasz sprzedażową stronę internetową, to szczególnie ważne jest dla Ciebie to, aby jak najwięcej osób ją odwiedzało. W końcu wśród tych osób są potencjalni klienci. Obecnie możesz wykorzystać różne narzędzia, które pozwolą Ci uzyskać szczegółowe informacje na temat ruchu na stronie, np. Google Analytics. Wykorzystując narzędzia dowiesz się, kto najczęściej odwiedza Twoją witrynę, ile czasu na niej spędza, jaki jest współczynnik odrzuceń, czy też skąd użytkownicy trafiają na Twoją stronę. Informacje na temat ruchu na stronie możesz porównać do wielkości zanotowanej sprzedaży.

Współczynnik konwersji

W marketingu internetowym współczynnik konwersji odgrywa szczególną rolę. W końcu wyższa konwersja oznacza wyższą sprzedaż i zyski. Możesz obliczyć ją poprzez wykorzystanie tego wzoru:

x 100%

Konwersja rozumiana jest tutaj jako pożądane działanie np. liczba wypełnionych formularzy, liczba zakupów, liczba pobrań e-booka itp.

Koszt pozyskania leada

Podczas podsumowań ważne staje się też obliczenie, ile wynosił koszt pozyskania pojedynczego klienta. Może wiązać się z poświęconym czasem na uzyskanie leada lub też z konkretnymi wydatkami za dostęp do narzędzi marketingowych. Aby dokonać obliczeń, podziel sumę wydatków wydanych na kampanię przez liczbę pozyskanych leadów i dowiesz się, czy Twoje działania marketingowe przynoszą oczekiwane rezultaty.

Nowa strategia na 2020

Po sumiennym dokonaniu analizy nadchodzi moment, kiedy konieczne staje się wyciągnięcie rzeczywistych wniosków. Od teraz będziesz już w stanie znacznie wyraźniej dostrzec mocne i słabe strony zarówno konkretnej kampanii, jak i całej strategii. Uwidocznione rezultaty staną się niezastąpioną wskazówką podczas tworzenia strategii na kolejny rok.

Wyznaczając cele na 2020 rok, warto posłużyć się metodologią smart. SMART jest jedną z zasad perspektywicznego, konceptualnego, a przede wszystkim mądrego zarządzania projektami. Według zasad SMART wyznaczone cele powinny być – konkretne, mierzalne, osiągalne, istotne i określone w czasie.

Agnieszka Szklarczyk, CEO Agencji Marketingowej IAM

Enefit Green dostrzega na Litwie największy potencjał rozwoju w najbliższej przyszłości

Portfolio deweloperskie na rynku litewskim, należące do Enefit Green, największego producenta energii wiatrowej na Litwie i w krajach bałtyckich, to między innymi trzy projekty farm wiatrowych z potencjałem łącznej mocy 350 MW. Aavo Kärmas, prezes Enefit Green, powiedział podczas seminarium poświęconego energetyce, które odbyło się w grudniu w ambasadzie Estonii w Wilnie, że czyni to obecnie z Litwy rynek zagraniczny o największym potencjale rozwoju dla spółki.

Enefit Green, spółka grupy Eesti Energia zajmująca się wytwarzaniem energii ze źródeł odnawialnych, jest obecnie właścicielem pięciu farm wiatrowych na Litwie. Ich łączna moc to 140 MW.

Według Aavo Kärmasa, Litwa jest strategicznie ważnym rynkiem dla Enefit Green. Litewskie farmy wiatrowe już teraz wytwarzają prawie połowę energii wiatrowej produkowanej przez Enefit Green. Mamy ambitne plany wzrostu, więc budujemy na Litwie trzy nowe farmy wiatrowe. Inwestycje będące obecnie w rozwoju zapewnią łącznie około 350 megawatów mocy, co po ich uruchomieniu potroiłoby obecną produkcję na Litwie – powiedział Aavo Kärmas, dodając, że w ostatnich latach Litwa była najszybciej rozwijającym się rynkiem pod względem produkcji energii wiatrowej w grupie krajów bałtyckich.

350 megawatów to więcej mocy, niż obecnie jest zainstalowane w Estonii.

Litwa jest pierwszym krajem bałtyckim, w którym przeprowadzano aukcje energii odnawialnej, dając przykład innym państwom z regionu. Enefit Green bierze też udział w aktualnie toczącej się aukcji i czekamy na wyniki – skomentował Kärmas. – Aukcje to jednak tylko jeden sposób osiągnięcia krajowych celów w zakresie energii odnawialnej. Wierzę, że wkrótce ten obszar będzie wymagał coraz mniejszych dotacji publicznych, a długoterminowe umowy sprzedaży energii elektrycznej, zawierane bezpośrednio pomiędzy producentami energii odnawialnej i dużymi odbiorcami, będą nową szansą w nadchodzących latach. Nie tylko na Litwie, ale w całym regionie.

Strategicznym celem Eesti Energia jest wytwarzanie 45% energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych lub alternatywnych w 2023 r., do czego przyczyni się również rozwój aktywów wiatrowych Enefit Green na Litwie. W Estonii i na Litwie łączna moc farm wiatrowych Enefit Green to prawie 400 MW, co czyni spółkę największym producentem energii wiatrowej w krajach bałtyckich. Litewskie farmy wiatrowe odpowiadają za jedną trzecią tej wartości, a ich szacunkowa produkcja w tym roku wyniesie około 450 GWh. To 45% całkowitej rocznej produkcji energii wiatrowej Enefit Green.

Jak Polacy spędzą Sylwestra i ile wydadzą w 2019?

W ostatnią noc 2019 roku większość z nas planuje dobrze się bawić. Ta przyjemność jednak kosztuje niemało, bo ponad 300 zł. Dwie trzecie Polaków planuje spędzić Sylwestra na domówkach i na balach, dlatego najwięcej wydamy na wystawny stół i odpowiedni strój – wynika z badania wykonanego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Jak co roku, dla wielu Polaków sylwestrowa noc jest okazją do świętowania. Czasami aż nazbyt hucznego, co część odczuje w swoich portfelach. Badanie* BIG InfoMonitor pokazuje, że dla blisko 9 proc. z nas sylwestrowe wydatki mogą się nawet stać powodem finansowych problemów. Równie duży odsetek nie jest w stanie przewidzieć, czy oprócz miłych wspomnień, po zabawie nie zostanie mu dziura w domowym budżecie.

Sylwester 2019 – ile wydamy
Źródło: Badanie dla BIG InfoMonitor

Smart shopping na ratunek portfelom

Jak sprawić, by ostatnia noc w roku była wyjątkowa i jednocześnie nie zrujnowała naszego portfela? 65 proc. planuje wydatki odpowiednio wcześniej i chętnie korzysta z przedświątecznych wyprzedaży, aby zrobić zakupy niezwiązane bezpośrednio ze świętami Bożego Narodzenia. Część z nich to zakupy z myślą o Sylwestrze.

– Odpowiednie zaplanowanie wydatków związanych ze Świętami oraz Sylwestrem jak co roku jest bardzo istotne. Badania BIG InfoMonitor wskazują, że blisko co jedenasty Polak spodziewa się kłopotów finansowych w związku z wydatkami na zabawę sylwestrową. Odsetek osób, które mają taki problem po Świętach Bożego Narodzenia jest jeszcze wyższy (prawie 17 proc.) – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – To spiętrzenie wydatków przekłada się na kondycję domowych budżetów – dodaje.

Wydatki, wydatki i jeszcze raz wydatki

W sumie na ostatnią noc 2019 roku planujemy wydać średnio 307 zł i jest to prawie taka sama kwota jak przed rokiem (wtedy przeciętny budżet wynosił 314 zł). Tradycyjnie największe koszty stanowią jedzenie i alkohol. Ciepłe i zimne przekąski to dla 37 proc. badanych największa część budżetu. Wynik jest zbliżony do zeszłorocznego, co świadczy o tym, że raczej nikt nie wyszedł z imprezy sylwestrowej głodny. Ale już zakupów alkoholu nie udało się zaplanować optymalnie, bo w tym roku 23 proc. osób przeznacza największą część budżetu na trunki, w zeszłym roku był to priorytet dla 16 proc. respondentów.

Poza zwiększeniem ilości alkoholu, zdaniem badanych do poprawy w tym roku są też stroje. Tym razem aż 7,5 proc. nie stawia sobie żadnych ograniczeń budżetowych przy zakupie sylwestrowych kreacji wobec 3 proc. w 2018. Odpowiedni wygląd to także fryzjer i kosmetyczka, jednak dla większości taki wydatek nie będzie numerem 1.

Ważnym elementem sylwestrowej zabawy, mimo apelów obrońców zwierząt, wciąż są fajerwerki. Dla 5,5 proc. badanych ich odpalenie to wręcz kulminacyjny moment zabawy, dlatego planują przeznaczyć na nie największą część sylwestrowych wydatków. Blisko 5 proc. sięgnie głęboko do kieszeni by kupić bilet wstępu na sylwestrową imprezę. Spora część z nas (18,2 proc.) do ostatniej chwili nie jest w stanie przewidzieć na co wyda najwięcej. Być może pozwoli porwać się wirowi zabawy i zda się na spontaniczne decyzje.

Sylwester 2019 – ile wydamy 2
Źródło: Badanie dla BIG InfoMonitor

Odpowiedzi, że największe wydatki dla większości to jedzenie lub alkohol sugerują, że sami będziemy organizatorami sylwestrowej imprezy. I faktycznie królować będą domówki. Do kogoś do domu idzie niemal jedna trzecia, a jedna czwarta zaprasza do siebie. Sąsiedzi muszą być wyrozumiali, bo w niejednym mieszkaniu będzie tej nocy bardzo głośno. Co dziesiąta osoba wybiera się na zorganizowaną imprezę do lokalu lub do teatru, kina czy na koncert. W tym roku większość Polaków planuje celebrować koniec roku w towarzystwie. W porównaniu do zeszłorocznego badania to spora zmiana, bo wówczas połowa spędzała Sylwestra na spokojnie, w domowym zaciszu. Dziś takich osób jest niecałe 24 proc.

Sylwester 2019 – ile wydamy 3
Źródło: Badanie dla BIG InfoMonitor
*Badanie ”Wydatki świąteczne Polaków” wykonane przez Instytut Keralla Research na zlecenie BIG InfoMonitor. Badanie wykonano w grudniu 2019 r. na reprezentatywnej próbie 1065 Polaków w wieku 25-65 lat, metodą CAWI.

Czy dyplom zagranicznej uczelni ma wpływ na zarobki? Sprawdzamy

Czym należy się kierować wybierając studia, by w przyszłości dobrze zarabiać? Według danych opublikowanych przez amerykański Departament Edukacji są dwa główne czynniki wpływające na wysokość pensji po ukończeniu studiów. Jak to wygląda w Polsce? Czy wybór zagranicznych studiów może mieć wpływ na wynagrodzenie w przyszłości?

Młodzi Polacy wybierając kierunek myślą o przyszłych zarobkach. Jak wynika z ankiety “Badamy przedsiębiorczość młodych”, przeprowadzonej przez Elab Education Laboratory, aż 54 proc. odpowiadających, wybierając studia, kieruje się perspektywą dobrze płatnej pracy.

– Receptą na dobre zarobki są studia ścisłe albo kierunek niszowy, który daje dobrą pozycję na rynku pracy. Wartość kandydata podczas zatrudnienia podwyższa też tytuł prestiżowej lub zagranicznej uczelni – mówi Przemysław Jeziorowski z Elab Education Laboratory.

Jak podaje “The Economist”, według danych departamentu, który gromadzi dane dotyczące zarobków w odniesieniu do uczelni i rodzaju studiów, na bardzo dobre zarobki w rok po ukończeniu nauki mogą liczyć absolwenci najbardziej elitarnych uczelni i “najlepszych” kierunków.

Zarobki uzależnione od dostępności wiedzy

Najwyższe zarobki gwarantują kierunki: matematyka, fizyka, informatyka oraz biznes i ekonomia. Absolwenci tych kierunków na prestiżowych uczelniach mogą zarabiać nawet dwa razy więcej niż absolwenci tych samych kierunków na przeciętnym uniwersytecie.

Według amerykańskiego Departamentu Edukacji przyszłe zarobki zależą od liczby przyjmowanych na rok studentów. W przypadku nauk ścisłych, jeśli uczelnia przyjmuje więcej niż około jedną czwartą aplikantów, wynagrodzenie większości absolwentów danego kierunku będzie na podobnym poziomie. Niezależnie od tego, czy uczelnia przyjmuje 35 czy 75 proc. osób starających się o przyjęcie. Z kolei absolwenci uczelni, które przyjmują mniej niż 25 proc. aplikantów mają szansę na prawie dwa razy wyższe zarobki. Rekordowymi zarobkami rok po ukończeniu studiów mogą się pochwalić analitycy z Uniwersytetu Pensylwania, osiągając średni roczny dochód w wysokości 135 000 dolarów.

Najmniejszy wzrost zarobków, w odniesieniu do prestiżu uczelni, jest zanotowany wśród absolwentów nauk biologicznych. Na nieco więcej mogą liczyć absolwenci nauk humanistycznych, czy studiów językowych. Relatywnie niewielkie różnice są zauważalne również w przypadku inżynierów i architektów. Ich zarobki są jednak zdecydowanie wyższe, niezależnie od prestiżu uczelni.

Czy w Polsce jest podobnie?

W Polsce sprawdzenie związku między uczelnią, kierunkiem i zarobkami umożliwia system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów (ELA). Jego bazą są dane administracyjne. Tegoroczne badanie pokazuje, że na najwyższe zarobki, po dwóch latach od uzyskania dyplomu, mogą liczyć absolwenci kierunków związanych z informatyką. Mogą oni oczekiwać zarobków ponad dwa razy wyższych niż wynosi średnie wynagrodzenie w miejscowościach, które zamieszkują. Inaczej przedstawia się choćby sytuacja kończących studia związane ze sztuką. Najczęściej ich zarobki są niższe niż średnia płaca w miejscu zamieszkania.

Badanie pokazuje jak ważne jest zdobywanie doświadczenia zawodowego już w trakcie studiów. Średnie zarobki absolwentów, którzy pracowali na etacie lub w formie samozatrudnienia w trakcie studiów stanowią ponad 90 proc. średnich lokalnych zarobków. Ci, którzy przespali tę szansę lub nie mogli podjąć pracy, średnio zarabiają jedynie 58 proc.

Zagraniczna uczelnia zachęca polskich pracodawców?

Porównując polskie i zagraniczne uczelnie warto zapytać, czy ukończenie studiów w innym kraju daje szansę na wyższe zarobki. Według analiz, Amerykanie studiujący za granicą mają szansę na zarobki o jedną czwartą wyższe niż absolwenci rodzimych uczelni. Często prezentują oni nowe, świeże spojrzenie.

Co wnoszą Polacy, którzy ukończyli zagraniczne uczelnie?

– Nie tylko wiedzę teoretyczną. Studia na zachodzie Europy, czy w Stanach Zjednoczonych mają bardziej praktyczny wymiar, niezależnie od kierunku. Jeśli do tego dołożymy roczne, płatne programy stażowe, które studenci mogą realizować u potentatów w danej branży, okazuje się, że już w momencie obrony dyplomu mają niemałe doświadczenie w swoim zawodzie – komentuje Przemysław Jeziorowski z Elab. – Bywają oni też inicjatorami wdrażania na naszym rynku, podpatrzonych w innych krajach, nowych usług czy rozwiązań. Kolejna wartość dodana to kontakty w zagranicznych firmach, nie tylko w tych, w których odbyli staż. W końcu partnerami biznesowymi mogą okazać się również koleżanki i koledzy z roku – dodaje Jeziorowski.

SMS od dziennikarza? Nowe medium dla redakcji na 2020 r.

Dostajemy od mediów tyle informacji, że nie potrafimy ich przyswoić. Często nie mamy nawet wyboru, co wyświetla się nam na ekranach. A gdyby na telefon odbiorcy przychodziło to, co naprawdę go interesuje? Powiadomienia o pracy ulubionego reportera albo relacje z wybranych wydarzeń. W USA media już wprowadzają takie usługi, a doświadczenia SMSAPI pokazują, że jest to możliwe także w Polsce.

Przed Igrzyskami Olimpijskimi w Rio de Janeiro dziennik New York Times uruchomił nową usługę. Dziennikarz działu sportowego Sam Manchester zaczął pisać do czytelników SMS-y prosto z miejsca zdarzenia. Nie było w nich wyników kolejnych startów, a doniesienia zza kulis imprezy. Zawierały teksty, grafiki i krótkie filmy, a także pytania, na które subskrybenci mogli odpowiadać. Relacja przypominała serię wiadomości od kolegi i tworzyła wrażenie bliskości z dziennikarzem, miejscem i wydarzeniem.

New York Times, który jest liderem w przenoszeniu papierowego pisma do mediów cyfrowych, zorientował się już, że media społecznościowe tracą swój osobisty wymiar. Dlatego właśnie do innowacyjnego olimpijskiego projektu wybrał stary, sprawdzony SMS.

Text message journalism przyszłością mediów?

W tym roku pomysł podchwyciły amerykańskie media lokalne. Kilku reporterów serwisu Cleveland.com z Ohio pisze teraz nie tylko artykuły, ale też SMS-y do czytelników, którzy je subskrybowali. W cenie 4 dolarów za miesiąc są na bieżąco z tematami, nad którymi pracują dziennikarze portalu i polecanymi przez nich wydarzeniami w okolicy. Narzędzie do komunikacji dostarcza platforma Subtext, która przekonuje amerykańskie media, że mogą zyskać nie tylko nową formę kontaktu z odbiorcami, ale też nowe źródło dochodu.

– SMS-y subskrybowane od dziennikarza mają charakter prywatnych wiadomości. Są bezpośrednie i spontaniczne. Wpisy na Facebooku czy Twitterze teoretycznie też, ale na kanałach tych algorytmy potrafią ukryć treści obserwowanych profili i zasypać użytkownika spamem. W przypadku wiadomości tekstowych mamy gwarancję, że subskrybenci dostaną je “na żywo” i nieco bardziej ekskluzywnie, co sprzyja budowaniu lojalności. Dzięki zdobytemu zaufaniu media mogą pokazać nieco dziennikarskiej kuchni, a przy okazji na tym zarobić – zauważa Maja Wiśniewska, PR & Content Marketing Manager w SMSAPI.

Newsletter SMS, czyli w Polsce też już to mamy

Nowatorskie rozwiązanie prosto z Ameryki to w rzeczywistości nic innego jak newsletter, który zamiast zamiast e-maila wykorzystuje SMS. Popularność tego SMS-owego narzędzia rośnie, w miarę jak internet w smartfonach pozwala rozbudować je o nowe funkcje. Mocy linka przychodzącego prosto na telefon świadomi są np. organizatorzy i uczestnicy konferencji TEDx Katowice.

– Po kilku edycjach imprezy stali bywalcy przekonali się, że bilety na wydarzenie rozchodzą się błyskawicznie. Najlepszym sposobem, by nie przegapić momentu, kiedy są jeszcze dostępne, okazał się na Newsletter SMS. Z każdym rokiem liczba jego subskrybentów rośnie, a dzięki temu, że docieramy bezpośrednio do osób zainteresowanych, nie mamy problemu z frekwencją – wyjaśnia Karola Stachowicz, koordynator TEDxKatowice.

Z newslettera SMS już od jakiegoś czasu z powodzeniem korzystają sklepy internetowe. Oprogramowania SMSAPI łatwo użyć do tego zadania dzięki dostępnym widżetom. Wykorzystuje je m.in. butik Click Fashion. Zachęca on klienta do subskrypcji, pisząc, że jako pierwszy dowie się o nowych ofertach. Nie jest to wcale obietnica na wyrost – jak wynika z badań SMSAPI większość wiadomości SMS odczytywana jest w ciągu kilku minut od otrzymania.

I dla sklepów i dla mediów szybkie i bezpośrednie dotarcie do odbiorcy, które do niedawna było konkurencyjną przewagą, w nadchodzącej dekadzie stanie się standardem. Mniej istotny stanie się zasięg, coraz ważniejsza będzie lojalność. Wiadomości tekstowe są prostym i skutecznym sposobem na jej zbudowanie. Przekonują się o tym nie tylko sprzedawcy czy organizatorzy wydarzeń, ale także samorządy, czego przykładem jest np. działający od kilku lat Katowicki Informacyjny Serwis SMS-owy. To kolejny powód, by nie tylko redakcje przyjrzały się bliżej starej-nowej technologii.

Podsumowanie 2019 roku w polskiej gospodarce. Co przyniesie rok 2020?

Rok 2019 był bardzo zróżnicowany pod wieloma względami. Mieliśmy do czynienia z trudnym środowiskiem makroekonomicznym. Minione 12 miesięcy było trudnym czasem dla gospodarki Niemiec – głównego partnera handlowego Polski. Z drugiej strony, Unia Europejska cały czas przygotowywała się do Brexitu – który finalnie jednak nie nastąpił. Istotny wpływ na 2019 rok miała także amerykańsko-chińska wojna handlowa, która zmieniała układ sił w gospodarce światowej i wymianie handlowej. Konflikt skutkował ciągłym pojawianiem się nowych ceł i barier, formalnych czy pozataryfowych. Na tle globalnych zagrożeń ostatniego roku Polska wypada jednak relatywnie dobrze.

– Pierwsza połowa 2019 roku była czasem wzmożonych inwestycji i dużego odbicia, jak na Polską skalę. Spowodowało to wzmożony popyt na nowe miejsca pracy. W Q1 wygenerowano ich kwartalnie najwięcej od ponad dekady. W kolejnych miesiącach zagrożenia zewnętrzne zaczęły odbijać się także na kondycji polskiej gospodarki – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

– Cały czas prognozowany wzrost PKB za 2019 rok przekracza poziom 4 proc. – co będzie plasowało nasz kraj w samej czołówce europejskiej. W zależności od prognoz możemy zająć 3-4 miejsce. Jednak w kolejnych latach widoczne będzie spowalnianie gospodarki światowej, na co powinna przygotować się także Polska. Tymczasem 2019 rok był także ciekawym czasem z perspektywy przedsiębiorstw. Z najnowszych badań PIE wynika, że 48 proc. firm odczuło wzrost popytu na swoje usługi i produkty. Wyniki potwierdzają więc czas dobrej koniunktury. Jednocześnie przedsiębiorcy zmagają się z brakami kadrowymi. Już 28 proc. firm zadeklarowało, że w 2019 roku pozyskiwanie pracowników było znacznie trudniejsze niż w poprzednim. Sytuacja ta związana jest z narastającą presją płacową i wzrostem wynagrodzeń. Według danych GUS-u mediana płac była w 2019 roku najwyższa od ponad dekady – wskazał Kubisiak.

Główne ryzyka 2020

Do czynników ryzyka, mogących wpłynąć na osłabienie tempa wzrostu gospodarczego w 2020 roku, należy zaliczyć przede wszystkim spowolnienie u naszego głównego partnera gospodarczego, czyli w Niemczech oraz nadchodzący brexit.

Z badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że wśród firm eksportujących do Niemiec, 40 proc. postrzega spowolnienie u naszego zachodniego sąsiada jako bardzo dotkliwe. Najczęściej dotyczy to firm dużych, z udziałem kapitału zagranicznego, wyspecjalizowanych w eksporcie oraz reprezentujących średni i wysoki poziom stosowanych rozwiązań technicznych. Wśród tak charakteryzowanych przedsiębiorstw pojawia się także obawa przed brexitem. Ponad 16 proc. eksportujących do Wielkiej Brytanii obawia się spadku tego eksportu w wyniku opuszczenia Unii Europejskiej przez ten kraj oraz konsekwencji z tym związanych.

Sektor przedsiębiorstw trzymał się mocno

Badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego wskazują, że relatywnie dobra koniunktura była widoczna także po stronie przedsiębiorstw. Wzrost popytu na produkty i usługi zanotowało 47,8 proc. firm, zaś 14,4 proc. z nich wskazało na wzrost dostępności zewnętrznego finansowania. Jednocześnie poprawiła się sytuacja w obszarze zatorów płatniczych. Wzrost ich nasilenia zgłosiło 11,2 proc. przedsiębiorstw, o 7,7 pkt. proc. mniej niż przed rokiem. Co więcej, aż 40 proc. badanych przedsiębiorstw twierdzi, że w ich branży nie występuje zjawisko szarej strefy, która w największym stopniu dotyka sektora usług oraz firm budowlanych.Sektor przedsiębiorstw trzymał się mocno

Polityka klimatyczna szansą, ale i wielkim wyzwaniem

W analizach i prognozach dotyczących stanu gospodarki nie da się pominąć elementu, którego znaczenie dynamicznie wzrasta, a więc polityki klimatycznej. Dyskutowana na forum UE kwestia neutralności klimatycznej będzie miała fundamentalne znaczenie dla kształtu gospodarki europejskiej. W przypadku Polski te zmiany będą wyjątkowo duże. Nie sposób nie zauważyć, że proces transformacji energetycznej w naszym kraju już się stopniowo dokonuje. W porównaniu z sytuacją sprzed dekady, zatrudnienie w sektorze węgla kamiennego spadło o 31 proc., wydobycie o 20 proc., zaś wydajność wzrosła o 15 proc. Sektor energetyczny, poza wymiarem ekonomicznym, ma jednak także wymiar związany z bezpieczeństwem gospodarczym. W tym kontekście za bardzo ważny czynnik należy uznać planowane na 2022 rok zakończenie importu gazu z kierunku rosyjskiego. Radykalnemu zmniejszeniu uległ także import ropy z Rosji do Polski. W 1996 r. surowiec ten pozyskiwaliśmy w 100 proc. od Rosjan, w tej chwili ten wskaźnik wynosi 63 proc. Dążenie do utrzymania bezpieczeństwa energetycznego, przy jednoczesnym wypełnianiu zobowiązań klimatycznych, będzie trudnym, acz niezwykle ważnym zadaniem dla Polski na 2020 oraz kolejne lata.

Duże zmiany dla firm z początkiem 2020 roku. Likwidacja zatorów płatniczych i automatyzacja przedsiębiorstw wśród najważniejszych wyzwań

W przyszłym roku przedsiębiorstwa czeka szereg legislacyjnych zmian. 1 stycznia wejdą w życie tzw. ustawa antyzatorowa, która ma ograniczyć problem nieterminowych płatności, oraz duża część Pakietu Przyjazne Prawo – w tym m.in. prawo do błędu dla początkujących przedsiębiorców czy ułatwienia dla rzemiosła i gastronomii. Z kolei z początkiem lutego zacznie obowiązywać tzw. Mały ZUS Plus, który obejmie nawet 320 tys. podmiotów. Jak podkreśla wiceminister rozwoju Marek Niedużak – resort pracuje nad kolejnymi ułatwieniami dla biznesu. Wśród priorytetów na nadchodzące miesiące jest m.in. pakiet rozwiązań, które mają zachęcić polskie firmy do automatyzacji.

– 1 stycznia 2020 roku w życie wchodzi ustawa antyzatorowa, która zawiera cały pakiet rozwiązań zmierzających do ograniczenia zatorów płatniczych. Wśród najważniejszych są m.in. nowe kompetencje Prezesa UOKiK, który zyska możliwość kontrolowania i karania firm generujących największe zatory. To również tzw. ulga na złe długi w podatku PIT i CIT, na wzór tej, która już dziś funkcjonuje w VAT-cie. Ona zobowiąże nielojalnego dłużnika – który przez ponad 90 dni nie uregulował swoich faktur – do korekty swojego zeznania podatkowego właśnie o tę nieuregulowaną kwotę – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niedużak, wiceminister rozwoju.

Tzw. ustawa antyzatorowa, która wejdzie w życie z początkiem przyszłego roku, to rozwiązanie długo wyczekiwane przez przedsiębiorców, zwłaszcza małych i średnich firm, dla których nieterminowe płatności stanowią duży problem. Z danych KRD wynika, że w III kwartale br. polskie firmy czekały na opłacenie wystawionej faktury średnio 3 miesiące i 25 dni. Firma, która nie dostaje zapłaty na czas, nie ma z czego inwestować, opłacić kontrahentów ani pracowników. Stąd zatory płatnicze stanowią poważny problem dla całej gospodarki.

Nowe przepisy wprowadzają maksymalne terminy płatności dla faktur (30 dni w relacjach administracji z biznesem i 60 dni w relacjach dużych firm z MŚP). Ustawa nakłada też nowy obowiązek na największe przedsiębiorstwa – te co roku będą musiały składać do Ministerstwa Rozwoju publiczny, ogólnodostępny raport o stosowanych przez siebie terminach zapłaty.

Z początkiem stycznia w życie wchodzi również duża część Pakietu Przyjazne Prawo, w tym m.in. prawo do błędu dla początkujących przedsiębiorców (będzie obowiązywać przez rok od dnia podjęcia działalności) zarejestrowanych w CEIDG. Rozwiązanie wzorowane na przepisach funkcjonujących m.in. we Francji i na Litwie obejmie 300 tys. przedsiębiorców. Ci, którzy popełnią błąd, za który grozi im mandat karny lub kara pieniężna – nie dostaną kary, a jedynie pouczenie i będą zobowiązani do usunięcia naruszeń oraz ich skutków w wyznaczonym terminie.

Wśród zmian zawartych w pakiecie Przyjazne Prawo będą również ułatwienia dla rzemiosła (obejmą ponad 211 tys. rzemieślników z dyplomem mistrza lub świadectwem czeladnika) oraz gastronomii. Od nowego roku pracownicy gastronomii będą mogli przebadać się pod względem sanitarno-epidemiologicznym na własny wniosek, a nie jak dotychczas wyłącznie na wniosek pracodawcy.

Miesiąc później, z początkiem lutego 2020 roku zacznie z kolei obowiązywać ustawa, która wprowadzi tzw. Mały ZUS Plus. To rozwiązanie obejmie ok. 320 tys. osób, których składki na ubezpieczenia społeczne będą liczone proporcjonalnie do dochodu osiągniętego przez nich w poprzednim roku. Oznacza to dla nich oszczędność średnio kilkuset złotych miesięcznie (łącznie ok. 1,3 mld zł rocznie wg szacunków resortu rozwoju).

– Wspólnie z Ministerstwem Finansów będziemy także konstruować pakiet rozwiązań promujących robotyzację i automatyzację w polskich przedsiębiorstwach. Chcemy stworzyć w prawie – w tym również prawie podatkowym – nowe bodźce do tego, aby firmy odchodziły od budowania swojej przewagi konkurencyjnej w oparciu o niskie koszty zatrudnienia. Chcemy, aby przedsiębiorstwa przestawiły się na model, w którym produkcja jest nowocześniejsza, w większym stopniu zautomatyzowana i efektywna. To na pewno jeden z naszych priorytetów w najbliższym czasie – podkreśla Marek Niedużak.

Z aktualnych danych GUS wynika, że robotyzację w swojej działalności wykorzystuje w tej chwili zaledwie 7,5 proc. polskich przedsiębiorstw (w tym 5,7 proc. – roboty przemysłowe, a 2,9 proc. – usługowe). Najwięcej, bo blisko jedna trzecia (28,4 proc.) to duże firmy. Większa automatyzacja polskich firm z wykorzystaniem robotów ma być rozwiązaniem, które pomoże im poradzić sobie z aktualnymi bolączkami rynku pracy – historycznie niskim bezrobociem i brakiem rąk do pracy – oraz podnieść efektywność w obliczu zapowiadanego spowolnienia gospodarczego.

– Polska jest obecnie wiceliderem wzrostu w Europie, według projekcji Komisji Europejskiej i Banku Światowego w przyszłym roku możemy liczyć na wzrost rzędu 3,3-3,6 proc. W 2021 roku będzie to ok. 3,3 proc. Sytuacja gospodarcza Polski jest naprawdę dobra, jednak to oznacza mniejsze tempo wzrostu niż dzisiaj – mówi Marek Niedużak. – Polscy przedsiębiorcy stoją także przed wyzwaniami związanymi z rynkiem pracy. Rozwiązania wspierające automatyzację i wzrost efektywności to w dużej mierze wyjście naprzeciw temu problemowi, który będzie jeszcze bardziej dotkliwy w przyszłości. Dlatego właśnie chcielibyśmy stworzyć regulacje, które będą zachęcały firmy do zwiększonej automatyzacji ich działalności.

Z początkiem stycznia w ramach Pakietu Przyjazne Prawo zaczną również obowiązywać nowe ułatwienia w sukcesji przedsiębiorstw (m.in. zasada przejęcia koncesji, zezwoleń i licencji w przypadku zmiany właściciela przedsiębiorstwa, a także możliwość powołania po śmierci małżonka przedsiębiorcy tymczasowego przedstawiciela). Jak podkreśla wiceminister rozwoju Marek Niedużak, kontynuowanie działań w obszarze szeroko pojętej sukcesji to kolejny priorytet MR na najbliższe miesiące.

– Sukcesja to problem, przed którym stoi dzisiaj około 800 tys. polskich firm rodzinnych. Po upływie 30 lat od transformacji, te firmy powoli przechodzą dziś w ręce kolejnego pokolenia. W ubiegłej kadencji uchwaliliśmy już ustawę o sukcesji dla firm jednoosobowych. Teraz zaś pracujemy nad rozwiązaniem zwanym fundacją rodzinną, adresowanym do większych firm. Wypuściliśmy i konsultowaliśmy już publicznie poświęconą mu zieloną księgę, a w tej kadencji podsumujemy te konsultacje i w oparciu o nie przygotujemy projekt ustawy o fundacji rodzinnej – zapowiada wiceminister rozwoju Marek Niedużak.

Jak ocenia firma doradcza PwC – fundacje rodzinne, które nie występują jeszcze w polskim systemie prawnym, w innych krajach europejskich są narzędziem pozwalającym zaplanować sukcesję przedsiębiorstwa i uniknąć związanych z tym trudności, takich jak np. konflikty pomiędzy członkami rodziny czy konieczność spłaty niektórych spadkobierców. Fundacja rodzinna wyłącza firmy rodzinne spod zwykłego trybu dziedziczenia, precyzuje zasady zarządzania takim biznesem i zmniejsza ryzyko konfliktów pomiędzy spadkobiercami. To rozwiązanie długo wyczekiwane przez polskich przedsiębiorców, czego potwierdzeniem są stanowiska organizacji skupiających biznes rodzinny w Polsce – zauważa PwC.

Firmy w Polsce mogą wynajmować roboty z Agencji Pracy Robotów. Największe zapotrzebowanie jest w księgowości

Ponad połowa firm ma problemy z rekrutacją pracowników, co trzecia nie może z tego powodu zawierać nowych kontraktów. W realiach braków kadrowych, rosnących kosztów pracy i blisko 150 tys. wolnych wakatów w gospodarce firmy coraz chętniej automatyzują swoje procesy przy pomocy robotów. Na wynajęcie ich w zamian za miesięczną „pensję” pozwala Agencja Pracy Robotów. Firma nie płaci ZUS ani pozostałych składek i oszczędza czas, bo robot już pierwszego dnia swojej pracy jest gotowy do działania, wykonując przy tym pracę dwóch etatowych stanowisk. Największe zapotrzebowanie na takie roboty zgłasza w tej chwili księgowość.

Prędzej czy później roboty wejdą do każdej firmy – od najmniejszych po największe. Każde przedsiębiorstwo, które myśli przyszłościowo, powinno już dzisiaj brać to pod uwagę. W tej chwili łatwo jest znaleźć biznesowe uzasadnienie dla zatrudnienia robota w dużej firmie, ale coraz częściej decydują się na to również te małe. Jakość pracy, wyeliminowanie błędów, dostęp do robota 24/7 to są korzyści, z których nawet małe firmy mogą skorzystać – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kaczmarek, dyrektor ds. rozwoju w Pirxon.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu firmy doradczej Deloitte („The robots are ready. Are you? Untapped advantage in your digital workforce”), 53 proc. największych firm na świecie rozpoczęło wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów (RPA), a 19 proc. ma to w najbliższych planach. Trzy czwarte (78 proc.) zakłada, że w ciągu najbliższych trzech lat istotnie zwiększy nakłady inwestycyjne na ten cel.

Eksperci Deloitte podkreślają, że w tym tempie automatyzacja procesów z wykorzystaniem robotów osiągnie niemal powszechne zastosowanie w ciągu kolejnych 5 lat, a roboty mogą zastąpić od 20 do nawet 52 proc. etatów (pełnych jednostek etatowych).

– Roboty najlepiej sprawdzają się w branżach produkcyjnych, ale to też rozwiązanie dla firm, które mają w Polsce shared service’y. Jest ich na rynku kilkadziesiąt i działa w nich już bardzo wiele robotów – mówi Piotr Kaczmarek.

Roboty najlepiej sprawdzają się w takich branżach jak m.in.: księgowość, controlling, logistyka, HR czy finanse. W tej ostatniej branży – jak pokazuje tegoroczny raport CIMA „Future of Finance” – aż 61 proc. specjalistów przewiduje, że co najmniej 20 proc. zadań finansowych zostanie zautomatyzowane w ciągu najbliższych trzech lat, a 55 proc. już zauważyła przestawienie się na automatyzację procesów.

Za kilka lat praca robotów może być już mniej zależna od człowieka, bo teraz to człowiek wskazuje procesy, które mają wykonywać, i sprawuje nad nimi kontrolę. Ale w przyszłości roboty same będą potrafiły się doszkalać i będą mogły realizować o wiele bardziej skomplikowane zadania – mówi Piotr Kaczmarek.

W tym roku wystartowała na polskim rynku pierwsza Agencja Pracy Robotów. Utworzyły ją międzynarodowa firma rekrutacyjna Antal i Pirxon, spółka z branży IT, która ma piętnastoletni staż we wdrażaniu m.in. technologii robotic process automation (RPA) i augmented reality. Agencja pozwala pracodawcom, którzy mają problem ze znalezieniem specjalistów, wynająć roboty i obsadzić nimi wolne wakaty. Wrześniowe badanie Work Service wskazuje, że problemy ze znalezieniem pracowników ma 56 proc. polskich przedsiębiorstw, ale wśród tych dużych ten odsetek wzrasta już do 73 proc.

Działa dokładnie tak, jak każda inna agencja pracy, tyle że firma może zatrudnić na dane stanowisko albo człowieka, albo robota – mówi Piotr Kaczmarek. – Proces zatrudniania robota jest bardzo podobny do standardowej rekrutacji. Na początek firma musi określić kompetencje i zakres zadań, a agencja szuka odpowiedniego robota, a mówiąc dokładniej, szkoli go do wykonywania określonych zadań. Następnie firma opłaca jego miesięczne wynagrodzenie.

Wirtualne roboty działają dokładnie tak samo jak pracownik, który siada do komputera, loguje się i wykonuje przydzielone zadania. Mogą realizować wiele powtarzalnych procesów, opartych na wykorzystaniu danych. Logują się do systemów, wpisują dane w odpowiednie miejsca, generują raporty, wysyłają e-maile, pobierają informacje z wewnętrznych systemów firmy i zewnętrznych źródeł danych. Korzystają swobodnie z systemów ERP, poczty e-mail, portali internetowych, pakietu Microsoft Office i wielu innych aplikacji.

Największe zapotrzebowanie jest w tej chwili na roboty do księgowości, które zastępują młodszych księgowych czy stażystów. Ale znajdują zatrudnienie również w działach administracji czy kadr, bo  zasadzie nie ma ograniczenia funkcji, którą robot może pełnić – mówi Piotr Kaczmarek.

Zatrudniając robota, firma może zautomatyzować każdy proces, który jest powtarzalny i nie występuje w nim zbyt duża liczba wyjątków. Roboty mogą m.in. księgować faktury, tworzyć raporty, naliczać pensję, generować oferty sprzedażowe i wysyłać je do potencjalnych klientów, obsługiwać zamówienia, reklamacje czy zwroty, a także zamawiać transporty czy harmonogramować zlecenia produkcyjne.

Robot to de facto aplikacja, oprogramowanie RPA, zaprojektowane do wykonywania konkretnych procesów. Zajmuje to od 7 do 40 dni, czyli znacznie mniej niż standardowa rekrutacja nowego pracownika. Następnie robot jest wynajmowany pracodawcy za miesięczne wynagrodzenie. Firma opłaca tylko jego „pensję”.

W zależności od tego, ile robot przepracuje, na tyle obciążana jest firma, która korzysta z robotyzacji. Przykładowo, jeżeli robot pracuje na pół etatu, taką stawkę płaci przedsiębiorca. Roboty są zawsze tańsze niż pracownicy, oszczędności na tym poziomie sięgają nawet 70 proc. Kolejna korzyść to m.in. brak nadgodzin, ponieważ roboty są rozliczne w nadgodzinach w standardowej stawce, inaczej niż ludzie – mówi Piotr Kaczmarek.

Główna korzyść to oszczędność środków i czasu, bo robot już pierwszego dnia swojej pracy jest gotowy do działania (co eliminuje konieczność szkolenia i wdrażania nowego pracownika). Bezbłędnie realizuje powtarzalne i rutynowe zadania, wykonując przy tym pracę dwóch etatowych stanowisk.

– W przyszłości roboty znajdą pracę w każdym dziale, w każdym departamencie firmy. Rozwój sztucznej inteligencji pozwala sądzić, że w przyszłości roboty będą uczestniczyć nawet w procesach decyzyjnych. Pracujemy już nad własnym modułem sztucznej inteligencji i liczymy, że w przyszłym roku nasze roboty będą w stanie same się uczyć i wspierać procesy decyzyjne. To oznacza, że robot będzie mógł pomóc zarówno prezesowi, jak i sprzątaczce – mówi dyrektor ds. rozwoju w Pirxon.

Zapotrzebowanie na polskie wina znacznie przewyższa możliwości produkcyjne winnic. Chcą więc robić je z gruszek, porzeczek i wiśni

W Polsce rozwija się produkcja wina, które cieszy się coraz większym uznaniem wśród konsumentów. Zbiory winogron z 400 polskich winnic pozwalają wyprodukować ok. 700 tys. butelek, a popyt zdecydowanie przewyższa podaż. Dlatego w planach jest wykorzystanie takich popularnych w kraju owoców jak gruszka, porzeczka czy wiśnia, do tej pory niewykorzystywane przez winiarstwo. Można z nich wytwarzać wysokogatunkowe wino, pod warunkiem, że w prawie pojawi się restrykcyjna definicja tego produktu, która uniemożliwi wszelką drogę na skróty w procesie produkcji. Ma o to zabiegać powołana właśnie Fundacja Winiarnie Zamojskie, która będzie też wspierać polskich winiarzy i lokalne winnice.

Klimat się zmienia, co ma wiele negatywnych stron, ale pozytywem jest fakt że granica klimatyczna uprawy winorośli przesuwa się na północ. Polska, która ma raczej niekorzystne warunki do produkcji wina, teraz może rozwijać się jako kraj winiarski – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Ogór, prezes AMBRA. – Polskie winiarstwo również od strony konsumentów rozwija się bardzo dobrze. Rynek rośnie, bo konsumenci są coraz bardziej zainteresowani. 

Rynek wina w Polsce rośnie nieprzerwanie od 10 lat, w tempie średnio 7 proc. rocznie i jest w tej chwili wart ok. 2,1 mld zł [potrzebna weryfikacja źródła]. Rośnie również liczba winnic i entuzjastów lokalnych win. Według danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa w 2019 roku zarejestrowanych było w Polsce 230 producentów win i ponad 400 winnic, których łączna powierzchnia upraw przekroczyła 400 hektarów. Zbiory winogron pozwalają wyprodukować około 700 tys. butelek polskich win. To dużo mniej, niż chcieliby kupić polscy konsumenci.

– Zapotrzebowanie i popyt są dzisiaj dużo większe niż możliwości produkcji – mówi Robert Ogór. – Polskie wino jest produktem drogim, trudno znaleźć tańsze niż 50 zł. Mimo to popyt jest na tyle duży, że właściwie wszystkie są sprzedawane. Te ilości, które powstają w niewielkich polskich winnicach, w zdecydowanej większości trafiają do restauracji albo sklepów specjalistycznych, natomiast nie wystarcza ich dla super- czy hipermarketów.

Jak podkreśla, wino można produkować nie tylko z winogron, lecz także z innych szlachetnych owoców, takich jak gruszka, porzeczka czy wiśnia. W Polsce są duże plantacje tych owoców, które do tej pory nie były wykorzystywane przez winiarstwo.

– Szlachetne białe wino może powstawać z gruszki, która ma wiele ciekawych walorów. Z kolei owoce czerwone – czerwona i czarna porzeczka czy wiśnia – mają nieodkryty potencjał w takiej winifikacji, którą znamy z win gronowych. Najlepsze odkrycia jeśli chodzi o winiarski potencjał polskich owoców jeszcze przed nami – mówi Robert Ogór. – Wina z owoców były produkowane przemysłowo w okresie PRL, lecz z uwagi na jakość niezbyt dobrze się kojarzyły. Dzisiaj można mówić o ponownym odkryciu polskich owoców dla winiarstwa. Ten trend ma promować Fundacja Winiarnie Zamojskie, którą otworzyliśmy na terenie Roztocza, na Ziemi Zamojskiej. Fundacja wspiera tamtejsze winnice, ale również rozwój winiarstwa na wysokim poziomie ze szlachetnych, polskich owoców.

Fundacja Winiarnie Zamojskie ma działać na rzecz rozwoju polskiego winiarstwa oraz zapewnić wsparcie dla lokalnych winnic i sadowników. W obecnym systemie prawnym borykają się oni z biurokracją, niejasnością przepisów podatkowych i ubezpieczeniowych i utrudnionym dostępem do sieci handlowych.

Z drugiej strony fundacja zabiega o zrównanie statusu wina owocowego z winem gronowym i wypracowanie restrykcyjnej definicji tego produktu, która będzie gwarantować jego jakość. Przy odpowiedniej promocji, wina ze szlachetnych owoców mogłyby dorównać popularności, jaką dzisiaj cieszą się piwa rzemieślnicze.

– Sadownicy – inaczej niż winiarze – nie mają ochrony prawnej w postaci definicji produktu, jakim jest cydr czy wino owocowe. Wino gronowe ma z kolei bardzo restrykcyjną definicję prawną. Żeby je wyprodukować i tak oznaczyć, trzeba przestrzegać szeregu zakazów. Do wina gronowego nie można dodawać wody, nie można fermentować z koncentratów, tylko ze świeżych owoców, nie można dodawać  również cukru. Dzięki temu powstał sektor mocno związany z rolnikami, w którym mają oni przewagę nad wielkim przemysłem, ponieważ taka definicja naturalnego sposobu produkcji w zasadzie obroniła cały sektor wina przed globalizacją. Takiej definicji i ochrony nie ma w przypadku win z innych owoców – mówi Robert Ogór.

Jak podkreśla, pierwszym krokiem powinno być wprowadzenie restrykcyjnej definicji win owocowych opartej na świeżym surowcu, zakazie użycia dodatków i koncentratów. Takie przepisy stworzyłyby podstawę do budowania świadomości i wizerunku produktów, jednocześnie atrakcyjnych dla konsumentów i ważnych dla rolnictwa.

W tej chwili definicja jest zbyt szeroka i dopuszcza zbyt wiele działań, które ułatwiają jego produkcję, a w efekcie potaniają produkt – mówi prezes AMBRA. – Szlachetne produkty spożywcze są zaprzeczeniem strategii konkurencyjności kosztowej. W przypadku takich wyrobów jak hiszpańska szynka czy sery francuskie produkcja prawnie jest utrudniona i przez to droższa. One nie konkurują ceną z innymi produktami spożywczymi, ale tworzą bogactwo swoich regionów w inny sposób. Takich strategii w Polsce brakuje w odniesieniu do sektora żywności ogółem, w szczególności do tych największych skarbów jakimi są polskie owoce. One mogą być przetwarzane w szlachetne wina, ale pod warunkiem, że ich definicja bardzo jasno ukierunkuje sektor w stronę produktów wysokiej jakości i uniemożliwi wszelką drogę na skróty.

W Gliwicach można zobaczyć i przetestować najnowsze systemy inteligentnego domu. Black House to jedyny tego typu budynek na świecie

Inteligentne lustra sprawdzają stan skóry, czujniki zdrowia wykrywają oznaki zbliżającej się choroby. Budziki nastawiają się same, bo sprawdzają kalendarz i wiedzą, kiedy trzeba szybciej przyjechać do pracy. Inteligentne lodówki zasugerują dietę, jeśli zauważą, że zbyt często sięga się po słodkie przekąski i gazowane napoje. Coraz więcej domów jest już smart, a na rynku pojawiają się nowe urządzenia, które ułatwiają życie. Niemal wszystkie można znaleźć i przetestować w Polsce, w Black House, jedynym tego typu biurowcu na świecie.

– Black House to budynek, który adaptuje wszystkie technologie, które są dostępne na rynku. W tym budynku one są uruchamiane, testowane i powstaje rekomendacja dla świata, czy warto inwestować w daną technologię. To jest budynek stricte technologiczny, tutaj znajdziemy rozwiązania internetu rzeczy, które znajdujemy w biurowcach klasy A, w nowoczesnych hotelach, ale również w nowoczesnych rezydencjach i mieszkaniach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Artur Pollak, prezes zarządu APA Group, której Black House jest siedzibą.

Inteligentne kamery skanują otoczenie wokół domu i reagują na potencjalne zagrożenia, systemy skanujące tęczówki wpuszczają do domu, a czujniki wewnątrz pomieszczenia sprawdzają stan powietrza i same decydują o otwarciu bądź zamknięciu okien. To jednak tylko początek. Szwedzka firma badawcza Berg Insight twierdzi, że do 2022 roku już 63 miliony amerykańskich domów zakwalifikuje się jako „inteligentne”. W ciągu 10 lat, zdaniem ekspertów, będziemy już całkowicie zanurzeni w świecie internetu rzeczy.

Firma IoT Crestron pracuje nad oprogramowaniem, które śledzi nawyki danej osoby – jaką muzykę chce usłyszeć rano lub jakie światła chce włączyć o określonej porze dnia. Następnie, gdy zrozumie preferencje użytkownika, automatycznie odtwarza właściwe listy odtwarzania lub przygasza światła przed snem. Ori Living, firma zajmująca się meblami robotycznymi, pracuje z Ikeą nad elementami, które zmieniają się w zależności od potrzeb, odsuwając łóżko, gdy potrzeba biurka, lub chowając szafę, gdy jest pora obiadowa.

Czy takie i inne najnowsze rozwiązania faktycznie się sprawdzają, można sprawdzić w siedzibie APA Group w Gliwicach. Black House to budynek, który ma rozpoznawać swoich gości i pokazywać praktyczny wymiar technologii.

– Na etapie inwestycji, na etapie doboru technologii powinniśmy już wiedzieć, jak chcemy korzystać z danego obiektu i wykorzystać jego szczególne cechy. W związku z tym tutaj pokazujemy środowisko, które jest ze sobą zintegrowane, każdy może przyjść tutaj, dotknąć, zobaczyć, czy ta technologia pomaga w życiu, czy wręcz może komuś szkodzić. Bo świadome podejmowanie decyzji polega na tym, że najpierw musimy wiedzieć, co chcemy wykluczyć ze swojego środowiska – tłumaczy Artur Pollak.

Jeszcze przed wejściem do Black House można poczuć nowoczesny wymiar technologii. Kolory donic na zewnątrz budynku można zmieniać dowolnie, dobierając barwę do gustu lub wymogów gości. Mata, przez którą przechodzą odwiedzający, wyświetla spersonalizowany komunikat powitalny, a tuż po wejściu do nowoczesnej recepcji system rozpoznawania uśmiechu dobierze komunikat powitalny lub muzykę do nastroju gości. Pod terenem zielonym umieszczono gruntowy wymiennik ciepła. Pod schodami umieszczono system rekuperacji, czyli odzysku ciepła, a na schodach rozciągnięto matę grzewczą, która pozwala uniknąć poślizgu. Dzięki informacjom z czujników doglebowych, podłączonej stacji pogodowej oraz serwerom przewidujących pogodę dom automatycznie dba o zieleń wokół. Z kolei oświetlenie zewnętrzne może być dopasowane do pory dnia i nocy, a także natężenia promieni słonecznych. Światło może służyć także jako sygnalizator stanu zagrożenia.

To jednak tylko część technologii, jakimi naszpikowany jest budynek.

– Bardzo mocno obserwujemy trendy i kierunki rozwoju nowoczesnego budownictwa. Na dachu mamy np. ul pszczeli, gdzie badamy kondycję rodziny pszczelej, badamy, jak pszczoły funkcjonują w przyrodzie. Mamy nowoczesną szklarnię, gdzie robot zajmuje się plantowaniem roślin, a później dozuje specjalnie wodę, usuwając jednocześnie chwasty. W związku z tym to są tak różne technologie, które być może nie są dla wszystkich, ale szczątkowo mogą być wykorzystywane przez każdego – przekonuje Artur Pollak.

Część rozwiązań to te, które dopiero powstały na świecie, inne są już stosowane w domach, jeszcze inne to nowinki opracowane w Polsce.

– Wierzę, że Polska jest w stanie być taką drugą Doliną Krzemową. Mamy potencjał intelektualny i technologiczny, w związku z tym układamy tę technologię w takie rozwiązania, których na świecie być może można nie zobaczyć, one nie są typowym podejściem. To jest tzw. podejście zorientowane na klienta, na jego potrzeby i problemy – podkreśla Artur Pollak.

Stan Polskiego Rynku Tekstylnego – co mówią ludzie, a jak przedstawiają się liczby?

Turystyka i rozrywka są branżami, które przeżywają zauważalne odrodzenie. Po latach zastoju turystycznego, wiele wartościowych, urokliwych miejsc odzyskuje dawną świetność. Dzięki inwestycjom w prace remontowe oraz dbałości o profesjonalną aranżację przestrzeni hotelowych, polskie placówki niewiele mają już wspólnego z obiektami noclegowymi sprzed pół wieku. Wysoka jakość obsługi, wyborna, dopasowana do preferencji gości kuchnia, bogate wyposażenie oraz estetyka, sprawiająca, że w pokoju hotelowym można komfortowo wypocząć. Goście hotelowi doskonale zdają sobie sprawę z faktu, iż poczucie komfortu w największym stopniu wiąże się z hotelowymi tekstyliami, dlatego szczególną uwagę przywiązuje się nie tylko do czystości, która jest obligatoryjna, ale do jakości tekstyliów. Wyglądające jak nowe, a dodatkowo sprawiające wrażenie miękkości, przytulności i ciepła. Jak przedstawia się sytuacja tekstyliów w polskich hotelach? Czy ten dział obsługi nie został potraktowany ulgowo? Czy jest w czym wybierać?

Tekstylia w hotelach – co mówią przepisy i liczby?

Surowe wymogi, określające wyroby tekstylne, przeznaczone do branży HoReCa określone zostały przepisami, które bezwzględnie respektowane są w obiektach. Przede wszystkim istotne jest zastosowanie materiałów trudnopalnych oraz nieemitujących szkodliwych substancji. Norma BS 7177-2008 określa wymogi, które muszą być spełnione dla pościeli, materacy i dywanów hotelowych. Według PN EN 13501-1 oraz DIN 4102 wybierane są zasłony i firany do obiektów noclegowych. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r. jest przepisem wykonawczym krajowym, który obowiązuje wraz z regulacjami Unii Europejskiej. Polski rynek tekstylny wciąż się rozwija, o czym świadczy systematyczny wzrost liczby przedsiębiorstw, które zajmują się produkcją tekstyliów oraz wzrost ich zysków. Według raportu EnterPoland Focused and Results pod koniec 2016 r, firm, produkujących w Polsce wyroby tekstylne było już blisko 9 tysięcy, przy zachowaniu kilkuletniej tendencji wzrostowej. Polskie hotele doceniają jakość oraz konkurencyjne ceny rodzimych tekstyliów. O tym, jak wyglądają tekstylia w hotelach opowie pani Adrianna Wypych z Polskiej Grupy Tekstylnej.

Tekstylia hotelowe w praktyce

„Właściciele obiektów hotelarskich rozumieją, jak ważna jest jakość obsługi klienta oraz perfekcyjne przygotowanie aranżacji przestrzeni. Wśród licznej konkurencji, obiekty cieszące się dużym zainteresowaniem, tworzą wyjątkową atmosferę, w której goście czują się doskonale i chcą do niej wracać. Tekstylia są bardzo istotnym elementem wyposażenia. Zauważam, że w hotelach coraz więcej jest pościeli, ręczników, obrusów i przesłon okiennych, spełniających wymogi funkcjonalne, ale i estetyczne. Goście, otuleni miękkością tkanin, które jednocześnie zachowują parametry trwałości i odporności na utratę kolorów zdecydowanie chętniej korzystają z takich miejsc. W hotelach, w których duży nacisk kładziony jest na dopracowanie szczegółów, można zauważyć tendencję, w myśl której goście czują się bezpiecznie, komfortowo, jak w domu. Wybierając dywaniki łazienkowe Polskiej Grupy Tekstylnej można zwiększyć wrażenie domowości. Najwyższej jakości tekstylia, takie jak pościel i obrusy, odporne są na działanie wysokich temperatur prania oraz stosowanie środków chemicznych, odpowiednich w placówkach. Trwałość oznacza doskonały wygląd nawet po wielokrotnym użytkowaniu. Polskie, wysokojakościowe tekstylia hotelowe to jakość, która nie pozwala na utratę intensywności kolorów, doskonałe wzornictwo oraz praktyczne wymiary. Dostępne w szerokiej ofercie tekstylia, mogą służyć również w użytku domowym. Inwestując w najlepsze rozwiązania, tworzymy komfort, który na co dzień staje się naturalny. Z tego względu, przyzwyczajając się do wysokiego standardu, tak bardzo narzekamy, gdy spotykamy się z miejscem, niedostosowanym do obowiązujących norm i konwenansów. Oby tendencje wzrostowe się utrzymywały, a hoteli, w których dawno czas się zatrzymał, było coraz mniej.”

Jakie trendy podbiją świat nowych technologii w biznesie w 2020 roku?

Nadchodzące miesiące w branży nowych technologii staną pod znakiem dalszej ekspansji rozszerzonej (AR) i wirtualnej rzeczywistości (VR). Planowana budowa sieci 5G w Polsce znacznie przełoży się na rozwój Przemysłowego Internetu Rzeczy (IIoT). Systemy e-commerce natomiast z każdą chwilą ewoluują i stają się inteligentniejsze, co spowoduje, że postarają się nam jeszcze więcej sprzedać.

O najważniejszych trendach, które wpłyną na branżę nowych technologii w kolejnych miesiącach wypowiada się Tomasz Gibas, CEO Kogifi, firmy specjalizującej się w dostarczaniu nowoczesnych rozwiązań e-commerce oraz systemów wspierających rozwój trendu Industry 4.0.

Tomasz Gibas, CEO Kogifi
Tomasz Gibas, CEO Kogifi

Rok 2020 to kontynuacja rozpędzonego nurtu prekursorskich rozwiązań opierających się na zastosowaniu sztucznej inteligencji (SI). Dalszy rozwój dotychczas znanych platform e-commerce odbywać się będzie już nie tylko na ekranie laptopa, telefonu czy tabletu, ale także poprzez okulary rozszerzonej rzeczywistości (AR). Nowy rok, zapewne przyniesie wiele potwierdzonych sukcesami projektów treningowych wykorzystujących wirtualną rzeczywistość (VR). Efektywne wykorzystanie wszelkiego rodzaju sensorów IoT w procesach produkcyjnych, wizualizacja danych w czasie rzeczywistym oraz zdalna komunikacja, pozwalająca przesłać ogromne ilości danych w standardzie 5G, to kolejna rewolucja w Industry 4.0, której także będziemy świadkami.

Sieć 5G a Smart Maintenance i Industry 4.0

5G będzie miało duży wpływ na implementację nowych technologii w biznesie. Proces wprowadzania tej sieci na całym świecie jest już w toku. Biorąc pod szczególną uwagę Polskę, mówimy tu nadal o fazie testów. Przewiduje się, że w kraju nad Wisłą, 5G zostanie przekazane operatorom telekomunikacyjnym tuż przed najbliższymi wakacjami, a sieć, według Ministra Cyfryzacji, pokryje jedno z większych miast już w czwartym kwartale 2020 roku. Wdrożenie 5G będzie się wiązało ze zwiększeniem przepustowości Internetu, co pozwoli na wzrost globalnego ruchu z sieci komórkowych.

Rozwój tej technologii pociągnie za sobą ożywienie innej branży – Industrial Internet of Things, mającej za zadanie poprawić wydajność produkcji i uczynić ją bardziej zintegrowaną. Dzięki IIoT można bowiem przewidzieć wycieki z rur, kontrolować temperaturę sprzętu czy ciśnienie gazów. Umieszczenie sensorów w wybranych systemach sprawi, że firmy będą mogły pozyskiwać na bieżąco informacje istotne dla konserwacji urządzeń, zdalnej diagnozy oraz wsparcia w naprawie. Liczne wdrożenia rynkowe w wielu nowoczesnych firmach potwierdzają skuteczność rozwiązań IIoT, Przykładem jest wprowadzona przez amerykański konglomerat – General Electric Company, centralna sieć zarządzania (IIoT). Firma GE działająca między innymi w branżach produkcji maszyn i sprzętu, produkcji energii i wydobycia ropy naftowej, jest również jednym z największych producentów silników do farm wiatrowych. Wdrożona siatka czujników IIoT pozwoliła stworzyć centralną sieć zarządzania maszynami. Dodatkowe informacje spowodowały, że farmy są znacznie bardziej zintegrowane. Rezultatem nowoczesnych rozwiązań był wzrost wydajności i przedłużenie życia samych maszyn, ze względu na lepiej zoptymalizowaną eksploatację.

Rozwiązania Smart Maintenance wykorzystywane są już dzisiaj, ale wprowadzenie sieci 5G sprawi, że spotkamy się z nimi znacznie częściej. Wszystko to za sprawą szybszego przesyłu danych oraz faktu, że sieć będzie prawidłowo funkcjonować również w przypadku podpięcia sporej liczby urządzeń na małym obszarze.

Szybciej, wygodniej, efektywniej – zastosowanie SI w sprzedaży online

Rozwój narzędzi z zakresu Sztucznej Inteligencji, generujący zwiększenie zasięgu działań marketingowych, spowoduje, że działy te chętniej sięgną po wcześniej wspomniane rozwiązania. W nadchodzącym roku staną się one wręcz koniecznością na rynku pełnym konkurencji. Ogromnym atutem sztucznej inteligencji jest fakt, że mocno ułatwia ona pracę marketerom, co pomaga im efektywniej przewidywać trendy i dopasowywać produkty. Kontynuując, dzięki algorytmom, AI jest w stanie się uczyć i na podstawie znanych sobie przykładów podejmować konkretne działania. Takich systemów używa, chociażby Netflix do proponowania swoim widzom kolejnych filmów i seriali, bazując na ich upodobaniach. Coraz bardziej inteligentne ChatBoty czy VoiceBoty, które zastąpią przynajmniej wstępny proces zakupowy lub obsługi posprzedażowej, dadzą dodatkową możliwość budowy efektu skali także małym graczom. Przykładem na to jest wykorzystująca VoiceBoty sieć salonów fryzjerskich Jean Louis David ze swoim wirtualnym asystentem Anią Grzywką, umawiającą klientów na wizyty. Według danych firmy Gartner już 85 proc. kontaktów na linii firma – klient w przyszłym roku odbędzie się z pominięciem człowieka, a 61 proc. marketingowców już teraz uważa sztuczną inteligencję za najważniejszy aspekt strategii zarządzania danymi.

Obok SI, należy także wspomnieć platformy sprzedażowe e-commerce, które z roku na rok prześcigają się w coraz bardziej zaawansowanych funkcjach. Te mają na celu zaangażowanie przychodzącego użytkownika poprzez przemyślane strategie sprzedażowe, wynikiem czego ma wzrosnąć konwersja i pozytywne rezultaty firmy. Liderem na rynku będzie niezmiennie Adobe wraz z Magento oraz Sitecore i Sitecore Commerce, a także Salesforce, które wyspecjalizowały się w segmencie klienta średniego i dużego. Właściciele sklepów internetowych będą poszukiwali bardziej modularnych rozwiązań, które same w sobie będą udostępniały przynajmniej podstawowe funkcje zakupowe, analityczne, automatyzację marketingu czy mailingu. Dodając do tego rozwiązania chmurowe, szybko będą mogli budować efekt skali. Model sprzedaży licencji opierający się na subskrypcji da szansę skorzystania z wyżej wspomnianych globalnych platform także mniejszym sklepom.

Świąteczna nuda

Jeżeli ktoś życzył spokojnych Świąt, to przynajmniej na rynkach, życzenia te się spełniły. Kiedy spędzaliśmy czas z bliskimi, na rynkach działo się niewiele, a waluty znajdują się na bardzo podobnych poziomach co przed Świętami.

Spokojne Święta

Zgodnie z oczekiwaniami w Święta aktywność na rynkach była zdecydowanie mniejsza. Nastąpiły jedynie drobne zmiany, ale w przypadku głównych walut ciężko uznać je za istotne. Najlepszym dowodem tego jest fakt, że pomimo trzech dni (a w rzeczywistości dwóch, bo 25 grudnia nie jest właściwie dniem transakcyjnym) najważniejszą zmianą jest spadek o 1 grosz w dół szwajcarskiego franka z 3,92 zł na 3,91 zł.

Dobre wyniki za oceanem

Zgodnie z oczekiwaniami analityków spadła ilość wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Była, co prawda, drobna różnica, ale 1% na tygodniowych danych to właściwie zgodność. W górę za to szła giełda, a indeksy główne giełdowe po raz kolejny w grudniu ustanowiły historyczne maksima. Na szczególną uwagę zasługuje przebicie psychologicznej bariery 9000 punktów na NASDAQ. Co ciekawe, pomimo wzrostów na giełdach dolar traci względem euro.

Nie tak źle w Japonii

Dane makroekonomiczne z Japonii to dosyć dziwny temat. Z jednej strony gospodarka jest od dekad w stagnacji, co mogłoby sugerować, że dzieje się źle. Dobrym dowodem jest np. spadająca o zaledwie 8,1% w ujęciu rocznym produkcja przemysłowa. Warto zwrócić uwagę, że w ciągu ostatniej dekady tylko dwa lata nie miały chociażby kilku miesięcy bez spadku produkcji przemysłowej. Z drugiej strony pomimo słabych danych bezrobocie wynosi 2,2%, co jest wynikiem nieosiągalnym dla niemal każdej gospodarki zachodniej niezależnie od koniunktury. Rynek przyjął te informacje pozytywnie i jen zyskał względem głównych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Ile zapłacą firmy za dystrybucję prądu w 2020 roku?

W ostatnich dniach dużo mówi się o skali podwyżek cen prądu dla klientów indywidualnych, przede wszystkich tych, którzy są klientami firmy Tauron. Warto jednak pamiętać, że zatwierdzone przez Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki taryfy dotyczyły także klientów biznesowych. Regulowane są stawki za dystrybucję energii elektrycznej dla firm. Uśredniając zmiany w cenach dystrybucji rok do roku  wszystkich taryf można odnieść wrażenie, że tak samo jak w przypadku klientów indywidualnych, tak samo dla biznesu ceny dystrybucji wzrosły o ok. 3%. Jeśli jednak spojrzymy na bardzo popularne grupy taryfowe tzw. jednostrefowe (stała cena 1 kWh prądu w ciągu doby) czyli C11, C21 czy B21 okazuje się, że skala zmian cen może zaskakiwać.

Kim w praktyce są odbiorcy biznesowi rozliczani w taryfie C11, C21 i B21?

Sklepy spożywcze, fryzjerzy czy też kawiarnie to przedsiębiorcy rozliczający się w grupie taryfowej C11. Taryfa C21 jest przeznaczona dla małych i średnich przedsiębiorstw, które ze względu na liczbę urządzeń jednocześnie podłączonych do sieci mają moc umowną wyższą niż 40kW. Są to np. stolarnie czy większe piekarnie. Ostatnia z analizowanych taryf B21 różni się od poprzednich przede wszystkim tym, że przedsiębiorstwo takie jest zasilane z sieci średniego napięcia. Wykorzystywana jest często przez większe fabryki, w halach magazynowych czy też centrach handlowych.

Który składnik faktury za prąd dla firm wpływa najbardziej na koszty dystrybucji?

Rachunek za prąd dla firm składa się z 7 podstawowych pozycji. Są to: składnik zmienny stawki sieciowej, składnik stały stawki sieciowej, stawka opłaty abonamentowej, stawka jakościowa, stawka opłaty przejściowej, opłata OZE, opłata kogeneracyjna. Największy wpływ na koszty dystrybucji mają 2 pierwsze z wymienionych. Pierwszy (składnik zmienny stawki sieciowej) jest obliczany jako iloczyn zużytej energii oraz stawki za 1 kWh. Z kolei składnik stały stawki sieciowej to comiesięczna opłata wynikająca z iloczynu stawki stałej i ustalonej ceny za każdy 1 kW mocy umownej.

Zmiana kosztów dystrybucji prądu w 2020 roku dla firm zależy także od grupy taryfowej. Są firmy, które zapłacą ponad 8% więcej, ale także takie, które zapłacą 3% mniej.

Nie wszystkie firmy zapłacą więcej za dystrybucję energii. Okazuje się, że klienci firmy PGE Dystrybucja zapłacą mniej w taryfie C21 (-0,6%) oraz B21 (-3%), tak samo jak firmy z obszaru Tauron Dystrybucja, którzy w taryfie B21 poniosą o ok. 0,4% niższe koszty dystrybucji. Na przeciwległym biegunie znajduje się firma Energa Operator oraz Enea Operator. Dla przykładu klienci tych firm w najbardziej popularnej wśród jednostrefowych taryfie C11 zapłacą ponad 4,5% więcej, a klienci firmy Energa w taryfie B21 prawie 9% więcej niż w roku 2019.

Ogromne dysproporcje pomiędzy stawkami dystrybutorów energii. Firma z Warszawy ponosi nawet 2 razy mniejsze koszty dystrybucji prądu od tej z Trójmiasta!

Jeszcze ciekawiej robi się, kiedy porównamy ceny dystrybucji prądu w jednym roku pomiędzy 5 największymi dystrybutorami w kraju. Przedsiębiorca będący klientem Innogy w taryfie B21 zapłaci połowę niższe koszty dystrybucji prądu od firmy obsługiwanej przez Energa Operator. W najpopularniejszej z omawianych taryf czyli C11 najmniej zapłaci klient firmy Tauron. Przy założeniu rocznego zużycia energii na poziomie 10 MWh rocznie i mocy umownej 11 kW koszty dystrybucji wyniosą 2 845 złotych. Klient firmy Energa Operator o tym samym zużyciu i mocy umownej zapłaci ponad 4 268 złotych. Różnica to ponad 50%.INFOGRAFIKA_Dystrybucja_Pradu_dla_firm

W 2020 r. podwyżka prądu wpłynie na wzrost inflacji i spadek konsumpcji

Nasza gospodarka jest zakładnikiem pakietów socjalnych. To oznacza, że wyższe ceny mogą zmniejszyć dynamikę PKB w nowym roku.

Spowolnienia gospodarcze mogą być zdrowe, jeśli wydłużają i stabilizują okres wzrostu. Mamy jednak problem, który nasili się w 2020 r.

– Spowolnienie gospodarcze w Polsce, którego jesteśmy świadkami, nie jest jeszcze powodem do zmartwień, bo mówimy o zdrowym wyhamowaniu prędkości polskiej gospodarki – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. Jednak powinno niepokoić, że cała polska gospodarka jest oparta nie na inwestycjach, ale na konsumpcji, wspieranej przez rządowe pakiety socjalne. „W pierwszym kwartale nowego roku będziemy mieć wzrost cen energii, co może generalnie wpłynąć na poziom cen w kraju. Konsumpcja może więc relatywnie ucierpieć” – tłumaczy Wardyn.

Inne zagrożenie związane z inflacją wynika z pogłębiającego się dystansu pomiędzy dynamiką cen a stopami procentowymi, który może szkodzić kursowi złotego. – Taką właśnie sytuację mieliśmy na Węgrzech. Zaniepokojeni nią inwestorzy w pewnym momencie zaczęli wyprzedawać węgierskie aktywa i forint na tym stracił – wyjaśnia ekspert CMC Markets.

– Jeżeli jednak w kolejnych miesiącach inflacja osłabnie, to 2020 r. może być kolejnym dobrym rokiem dla polskiej gospodarki – uspokaja Ł.Wardyn. Jedno jest pewne: z ekonomicznego punktu widzenia 2020 r. nie będzie jednak już tak pozytywny, jak 2019 r.

Poziomy emisji CO2 w najwyższe historii. Szczyt klimatyczny nie przyniósł oczekiwanych rezultatów

Zakończył się szczyt klimatyczny Organizacji Narodów Zjednoczonych w Madrycie, tzw. COP 25. Odbywał się w ramach prezydencji chilijskiej, a jego głównym założeniem było ograniczenie i zapisanie konkretnych kwot redukcji CO2 i metanu. Niestety, cel ten nie został jednak osiągnięty. W 2015 roku 105 państw współtworzących proces klimatyczny uzgodniło tzw. porozumienie paryskie. Zobowiązały się wtedy do ustanawiania i wdrażania założeń redukcyjnych, ale i monitorowania tego procesu. Poza tym ustalono dedykowanie na ten cel odpowiednich środków. Tymczasem okazuje się, że postanowienia te nie weszły w życie.

– Emisje wzrastają. Według Niezależnej Stacji Meteorologicznej obecnie odnotowuje się najwyższe poziomy emisji CO2 w historii pomiarów. Z pomiarów słupów lodowych widać także, że jest to największe stężenie dwutlenku węgla w powietrzu od trzech milionów lat – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland. – Sytuacja ta powinna bardzo niepokoić. W ramach ONZ konkluzja i podsumowanie Antoniego Guterresa, sekretarza generalnego, były bardzo jednoznaczne. Madrycki szczyt okazał się fiaskiem i straconą okazją do realizacji ważnego planu. Należy pracować nad tym, aby za rok, przy okazji COP 26 stworzyć bardziej ambitną strategię naprawczą – analizuje Wyszkowski.

Pandemia cukrzycy rozprzestrzenia się także w Polsce. Eksperci: poziom leczenia nie odbiega już od standardów europejskich

Według WHO, cukrzyca jest epidemią XXI wieku, a liczba chorych na całym świecie sukcesywnie rośnie. W Polsce cierpi na nią ok. 3 mln osób. a 5 mln Polaków ma już stan przedcukrzycowy. Lekarze i pacjenci podkreślają, że w Polsce przez długie lata leczenie cukrzycy zwłaszcza typu II zasadniczo odbiegało od standardów europejskich. Zmieniło się to niedawno, głównie za sprawą refundacji nowoczesnych leków. – Trzeba powiedzieć, że dzięki temu Polska doszlusowała do standardów europejskich i w tej chwili jesteśmy krajem, który trzyma europejskie standardy leczenia cukrzycy – podkreśla prof. Edward Franek ze Szpitala Klinicznego MSWiA.

– WHO uznało cukrzycę za pierwszą niezakaźną epidemię, właściwie pandemię w skali całego świata. W Polsce również mamy z nią do czynienia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Edward Franek, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Endokrynologii i Diabetologii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA.

Zgodnie z danymi Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) i Komisji Europejskiej, liczba chorych na cukrzycę na całym świecie sukcesywnie wzrasta. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią ok. 3 mln osób przy czym duża część nie została jeszcze zdiagnozowana. Stan przedcukrzycowy ma już około 5 mln Polaków.

– Najnowsze dane pokazują, że w Polsce na cukrzycę choruje około 3 mln osób. Wśród nich co najmniej pół miliona to osoby niezdiagnozowane – cukrzyca już sieje spustoszenie w ich organizmie, ale one jeszcze o tym nie wiedzą. Przewiduje się, że zachorowań na cukrzycę będzie coraz więcej. Trend jest wzrostowy, zarówno w Polsce, w Europie, jak i na całym świecie – wskazuje Anna Śliwińska, prezes głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Wzrost liczby zachorowań pokazują też dane NFZ: w 2018 roku liczba dorosłych osób, którym udzielono świadczenia z rozpoznaniem cukrzycy, wyniosła 2,18 mln. W porównaniu do 2013 roku jest to ponad 14-procentowy wzrost na przestrzeni pięciu lat. Z kolei łączna wartość refundacji świadczeń, wyrobów medycznych i leków stosowanych w leczeniu cukrzycy sięgnęła w ubiegłym roku 1,9 mld zł i była o 23 proc. wyższa niż jeszcze pięć lat temu – wynika z najnowszego raportu Funduszu („NFZ o zdrowiu. Cukrzyca 2019”).

Zdecydowana większość, bo około 80 proc. chorych cierpi na cukrzycę typu II, której podstawowe czynniki ryzyka to m.in. nadwaga i otyłość, brak aktywności fizycznej i niewłaściwa dieta. Stąd w tej grupie notuje się największy wzrost zachorowalności. Na cukrzycę chorują osoby coraz młodsze, a nieleczona lub niewłaściwie kontrolowana prowadzi do groźnych powikłań, wśród których są m.in. choroby sercowo-naczyniowe, udar mózgu, niewydolność nerek czy zawał serca.

– Cukrzyca ma dwa podstawowe typy. Pierwszy to choroba autoimmunologiczna, typ drugi to cukrzyca związana z wiekiem i otyłością. I w tej drugiej grupie mamy najwięcej zachorowań, co wynika po prostu z dobrobytu. Ludzie są coraz bogatsi, jedzą coraz więcej niezdrowego jedzenia, które powoduje otyłość – mówi prof. Edward Franek.

– Odnotowujemy rosnącą liczbę zachorowań na cukrzycę – zarówno I, jak i II typu. W pierwszym przypadku nie znamy przyczyny, ponieważ cukrzyca typu I to choroba wynikająca z autoagresji, która zdarza się coraz częściej i naukowcy badają różne możliwe przyczyny. Natomiast głównym winowajcą cukrzycy typu II jest niezdrowy tryb życia, czyli brak aktywności fizycznej, używki, niewłaściwe odżywianie. To po prostu choroba XXI wieku – dodaje Anna Śliwińska.

Jak podkreśla, w Polsce przez długie lata leczenie cukrzycy zwłaszcza typu II zasadniczo odbiegało od standardów europejskich. Zmieniło się to niedawno, głównie za sprawą refundacji nowoczesnych leków flozyn, których refundacja weszła w życie w listopadzie tego roku oraz inkretyn, które będą refundowane od stycznia.

– Środowisko diabetologów i pacjentów długo mówiło o tym, że standardy leczenia cukrzycy w Polsce nie są na odpowiednim poziomie i jesteśmy pod tym względem w tyle za Europą. To zmieniło się w tym roku. Ministerstwo Zdrowia wprowadziło nowe leki przeciwcukrzycowe na listy refundacyjne – zarówno flozynę, jak i niektóre leki z grupy agonistów GLP-1 i receptora GLP-1. Dzięki temu Polska doszlusowała do standardów europejskich. Jesteśmy krajem, który trzyma europejskie standardy leczenia cukrzycy – podkreśla prof. Edward Franek.

Refundowane od listopada flozyny to grupa leków, która pozwala przedłużyć życie chorych na cukrzycę z powikłaniami. Ogranicza ryzyko chorób sercowo-naczyniowych i nefropatii cukrzycowej, poprawiając rokowania pacjentów.

– Dużo pozytywnych zmian zadziało się w ostatnim czasie w kwestii dostępu do leczenia cukrzycy, natomiast chorzy nadal oczekują pewnych zmian. W cukrzycy typu II na pewno jest to zniesienie obostrzeń w refundacji długo działających analogów insulin, jak również stopniowe rozszerzanie kryteriów refundacyjnych dla flozyn i inkretyn, które są na razie refundowane dla wąskiej grupy pacjentów. Z kolei w cukrzycy typu I to wprowadzanie do refundacji nowoczesnych technologii dla osób dorosłych, czyli pomp insulinowych dla chorych powyżej 26. roku życia oraz systemu monitorowania cukrzycy typu flash dla osób powyżej 18. roku życia – wskazuje Anna Śliwińska, prezes głównego Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Eksperci podkreślają, że w walce z cukrzycą kluczowa jest profilaktyka i edukacja, która pozwala uświadomić pacjentom, jak wiele zależy od nich samych i od trybu życia. Zwiększanie społecznej świadomości zagrożenia chorobą daje możliwość wcześniejszego rozpoznania cukrzycy i uniknięcia groźnych dla zdrowia powikłań.

– Działania profilaktyczne są o tyle trudne, że muszą być skierowane do jak największej grupy ludzi i w dodatku jak najwcześniej, tzn. już w dzieciństwie. Już dzieci w szkole powinny być uczone, że to co jedzą i jakie mają nawyki będzie wpływać na ich zdrowie w przyszłości. Dlatego profilaktyka powinna skupiać się przede wszystkim na edukacji – mówi prof. Edward Franek.

Od marca 2020 roku duże zmiany w prawie upadłościowym. Liczba upadłości konsumenckich może znacząco wzrosnąć

Upadłość od stycznia ogłosiło ponad 7 tys. konsumentów. To więcej niż w całym 2018 roku. Dzięki nowelizacji prawa upadłościowego, która wejdzie w życie w marcu 2020 roku, może być ich jeszcze więcej. Nowe przepisy uproszczą procedurę ogłoszenia upadłości, ale będzie to dopiero otwarcie właściwego postępowania upadłościowego, podczas którego sąd zbada, czy dłużnik doprowadził do tego umyślnie, czy nieumyślnie. Obecnie z przeterminowanymi długami nie mogą się uporać nawet 2 mln Polaków.

 Myślę, że w 2020 roku liczba osób, które złożą wnioski o upadłość konsumencką i ogłoszą upadłość będzie dwukrotnie większa niż w 2019 roku. Być może będzie jeszcze większa liczba tych osób, które skutecznie otworzą postępowania upadłościowe – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Bufnal, radca prawny.

Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej podaje, że od stycznia do grudnia 2019 roku upadłość konsumencką ogłosiło  7 117 osób. To rekordowa liczba – w 2018 roku takich upadłości było nieco ponad 6,5 tys., a w 2017 roku – ok. 5,5 tys. Nowelizacja prawa upadłościowego, które wejdzie w życie w marcu 2020 roku, zupełnie zmieni ten proces.

– W tej chwili, jeżeli ktoś uzyskał postanowienie o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej, czyli sąd stwierdził, że taka osoba nie doprowadziła do powstania stanu niewypłacalności na skutek winy umyślnej lub rażącego niedbalstwa, to ona znajduje się już na półmetku pozwalającym uwolnić się od długów. Po nowelizacji sam fakt wydania postanowienia o ogłoszeniu upadłości konsumenckiej będzie jedynie zweryfikowaniem okoliczności, że dana osoba nie jest w stanie na bieżąco obsługiwać wymagalnych zobowiązań, i zostaje otwarte postępowanie upadłościowe – tłumaczy Anna Bufnal.

Obecnie sąd oddala wniosek o ogłoszenie upadłości, jeżeli dłużnik doprowadził do swojej niewypłacalności umyślnie. Po nowelizacji bankructwo będą mogli ogłosić również ci, którzy doprowadzili do swojego zadłużenia z premedytacją. Przyczyna zadłużenia będzie badana dopiero po ogłoszeniu upadłości, co ma usprawnić całą procedurę, a sprawy w sądzie mają trwać znacznie krócej.

– Konsument po nowelizacji będzie potrzebował prawnika albo doradcy restrukturyzacyjnego, który skrupulatnie, krok po kroku przeprowadzi go przez poszczególne etapy i szczeble postępowania upadłościowego – przekonuje radca prawny. – Dziś sąd dysponuje ograniczoną wiedzą na temat danego dłużnika. Po nowelizacji decyzje będą podejmowane na sam koniec całego postępowania upadłościowego, czyli również po przekazaniu informacji przez wierzycieli. Tym samym wierzyciele będą mieli większy wpływ na postępowanie, a ich prawa będą w większej mierze zabezpieczone.

Dopiero po ustaleniu przyczyn upadłości zostanie podany harmonogram spłat. Jeśli dłużnik doprowadził do niewypłacalności umyślnie lub przez własne zaniedbania, musi spłacać swoje zobowiązania od 36 miesięcy do siedmiu lat. Osoby, które ogłaszają upadłość z przyczyn niezależnych, czyli np. ze względu na chorobę czy utratę pracy, będą miały na spłatę 36 miesięcy. Jeśli dłużnik nie posiada majątku i zostanie uznany za trwale niezdolnego do spłaty zobowiązań, będzie można całkowicie umorzyć dług.

– Absolutnym novum będzie możliwość ogłoszenia upadłości układowej, czyli zatwierdzenia układu wypracowanego z wierzycielami. To coś, co w tej chwili jest zarezerwowane jedynie dla przedsiębiorców. To restrukturyzacja przedsiębiorstwa, która polega na zachowaniu składników majątku przy jednoczesnym ustaleniu planu restrukturyzacyjnego. Takie rozwiązanie nie jest dostępne dla konsumentów, upadłość konsumencka jest upadłością likwidacyjną i wiąże się każdorazowo z likwidacją majątku – mówi Anna Bufnal.

Dzięki nowym przepisom z upadłości może skorzystać znacznie więcej osób niż dotychczas. Ministerstwo Sprawiedliwości szacuje, że z przeterminowanymi długami nie są w stanie się uporać nawet dwa miliony osób.

– Po nowelizacji pojawi się kolejna kategoria osób, które będą uprawnione i zainteresowane skorzystaniem z procedury upadłościowej, czyli osób, które mają majątek, dochód, chcą zachować swój majątek, utraciły natomiast zdolność do bieżącego obsługiwania wymagalnych zobowiązań i potrzebują pomocy przy ich spłacie – wskazuje Anna Bufnal.

Nowelizacja rozszerza także grupę osób, które mogą wnioskować o upadłość konsumencką, o przedsiębiorców prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą.

Szczecin z rekordowym w historii budżetem na inwestycje. Mimo wzrostu kosztów i stagnacji w dochodach

Zmiany w PIT uchwalone przez rząd – m.in. obniżka stawki z 18 do 17 proc. i zwolnienie z podatku osób do 26. roku życia  odbijają się na budżetach samorządów, dla których PIT stanowi główne źródło dochodów. W połączeniu z rosnącymi kosztami, na wielu z nich już wymusiło to cięcia inwestycyjne, co potwierdza spadek dynamiki inwestycji z 9,1 do 4,7 proc. w III kwartale br. Jednym z wyjątków pozostaje Szczecin, który przyjął właśnie nowy budżet na 2020 rok. Przyszłoroczne wydatki miasta zakładają rekordową, najwyższą jak dotąd kwotę 1 mld zł na inwestycje.

Budżet miasta jest rekordowy, zarówno pod względem wydatków bieżących, jak i wydatków majątkowych. O ile plan zostanie zrealizowany, będzie to największy rok inwestycyjny,na kwotę miliarda złotych. Takiej do tej pory w historii Szczecina nie było – mówi zastępca prezydenta miasta Michał Przepiera.

W budżecie Szczecina na 2020 roku po raz pierwszy dochody miasta przekroczyły 3 mld zł (w tym 400 mln zł z rządowego programu 500+). Wydatki przekraczają nieznacznie 3,5 mld zł, co oznacza deficyt w wysokości 439 mln zł. Rekordowa jak dotąd kwota 1 mld zł zostanie przeznaczona na inwestycje.

To przede wszystkim kontynuacja tych inwestycji, które już realizujemy, jak budowa stadionu (Pogoni Szczecin – przyp. red.), budowa Fabryki Wody, naszego szczecińskiego aquaparku oraz kontynuacja przebudów ulic, jak węzeł Łękno czy węzeł Granitowa. Ale to także rozpoczęcie nowych inwestycji, które w tej chwili po rozstrzygnięciu przetargowym albo w fazie przygotowania przetargów. Co do zasady są to projekty z unijnym dofinansowaniem, podobnie jak w innych miastach Polski – mówi Michał Przepiera.

Jak podkreśla, dla liczącego 400 tys. mieszkańców Szczecina – który jest 3. miastem w Polsce pod względem zajmowanej powierzchni – wyzwaniem jest przede wszystkim transport i taka organizacja komunikacji, które pozwoli mieszkańcom sprawnie się po nim poruszać.

Dlatego wśród, kluczowych planowanych przez miasto inwestycji na lata 2020-2024 jest wiele projektów komunikacyjnych, m.in. kolejny etap Trasy Północnej, modernizacja kilkudziesięciu ulic, przebudowa torowisk tramwajowych (na które zarezerwowano ponad 470 mln zł) i węzłów komunikacyjnych.

Rośnie liczba samochodów, więc musimy rozwijać komunikację miejską i zachęcać mieszkańców, żeby się do niej przesiadali. Oczywiście, tak jak w wielu miastach, problemem jest też szeroko pojęta ekologia. Tu Szczecin stawia na swoją strategię Floating Garden zielonego miasta nadwodnego i wszystkie inwestycje zmierzają ku temu, by ten standard miasta utrzymać. Trzeci aspekt to polityka skupiona wokół mieszkańców, czyli właściwa edukacja, żłobki i przedszkola, a z drugiej strony dbanie o seniorów, ponieważ mamy starzejące się społeczeństwo – mówi Michał Przepiera.

Przyszłoroczny budżet inwestycyjny Szczecina będzie rekordowy, mimo rosnących kosztów i stagnacji w dochodach. Te będą niższe od planowanych m.in. wskutek uchwalonych przez rząd zmian w podatku PIT – który dla samorządów stanowi główne źródło dochodów – oraz zbyt niskiej subwencji oświatowej, która nie pokrywa wszystkich kosztów ponoszonych przez miasto. Wiceprezydent Szczecina podkreśla jednak, że budżet został skonstruowany w sposób bezpieczny.

Co do zasady jest to budżet zbilansowany, prorozwojowy, ale również bezpieczny i zrównoważony, z kontrolowanym deficytem i takim podziałem kosztów, w których udział środków unijnych, własnych oraz środków z kredytów rozkłada się po 1/3 – mówi Michał Przepiera.

W przyszłorocznym budżecie miasto musiał jednak odłożyć kilka ważnych inwestycji, m.in. modernizację Trasy Zamkowej i wartą 150 mln zł budowę Teatru Współczesnego. W sumie „do zamrażaki” trafiły na razie projekty warte 800 mln zł. Wzrost kosztów i niższe od planowanych dochody pociągnęły też za sobą cięcia w wydatkach bieżących. Mieszkańcy odczują z kolei wzrost czynszów w mieszkaniach komunalnych oraz podwyżki opłat za śmieci – ale akurat z tym problemem borykają się w tej chwili wszystkie miasta w Polsce.

Naturalnym jest, że rosną nam w tej chwili koszty usług świadczonych na rzecz mieszkańców. Wzrasta wynagrodzenie krajowe, inflacja, coraz trudniej jest pozyskać pracownika. My te usługi zamawiamy i siłą rzeczy potem ich koszt przekłada się na mieszkańca. Dla przykładu w komunikacji miejskiej ciągle brakuje nam kierowców i motorniczych. Stale ich poszukujemy, a jedną z zachęt jest oczywiście płaca. To powoduje, że koszty tych usług są wyższe. Staramy się to rekompensować z budżetu na ile się da, ale musimy również wspólnie z mieszkańcami składać się na rosnące koszty tych usług – mówi Michał Przepiera.

Wiceprezydent miasta zauważa też, że w Szczecinie ma w ostatnich latach miejsce boom inwestorski – zwłaszcza są to inwestycje logistyczne, spedycyjne, budowa hal montażowych, etc. Natomiast miasto dotkliwie odczuwa brak jednego, kluczowego podmiotu – jakim jest np. PKN Orlen dla Płocka – który byłby gwarantem wysokich dochodów z podatku CIT.

Mamy oczywiście dużych przedsiębiorców, związanych głównie z Zarządem Portów Morskich Szczecin i Świnoujście oraz przemysłem offshore’owym. Obszarem, w którym Szczecin chce funkcjonować jest też rozwój branży BPO i IT, chociażby w sferze automotive. To silne przedsiębiorstwa, stawiające na ludzi młodych, którzy są biegli w informatyce i potrafią się sprawnie posługiwać językami obcymi – mówi Michał Przepiera, zastępca prezydenta miasta Michał Przepiera.

Największymi wyzwaniami w 2020 r. będą wycieki danych osobowych i zabezpieczenie usług kluczowych. Codziennie odnotowywanych jest już ponad 2 tys. ataków hakerskich

Rośnie zagrożenie cyberatakami. Jest ich coraz więcej, hakerzy atakują ponad 2 tys. razy dziennie, nie tylko zwykłych internautów, lecz także firmy i instytucje ważne dla bezpieczeństwa kraju. Co roku na kluczowe dla Polski systemy notuje się ok. 20 tys. cyberataków. Doświadczenia kilku krajów już pokazały, że cyberataki są w stanie sparaliżować funkcjonowanie państwa. Wprowadzona ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa reguluje kwestie reagowania na zagrożenia. Wyzwaniem na 2020 r. jest jednak wprowadzenie zabezpieczeń przez nowych operatorów usług kluczowych. Kluczowa będzie też ochrona danych osobowych.

– Najważniejsze wyzwania na poziomie państwowym, zarówno polskim, jak i europejskim, to z pewnością jest dalsze wdrażanie postanowień dyrektywy cyberbezpieczeństwa. Przedsiębiorstwa, które świadczą kluczowe usługi dla funkcjonowania państwa takie, jak np. świadczenie płatności elektronicznych, usług bankowych, przesył ciepła czy energii, są tzw. operatorami usługi kluczowej – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa to pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący zwiększenia bezpieczeństwa w kluczowych instytucjach. Przepisami objęto m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną. Wyznaczeni operatorzy usług kluczowych muszą w ciągu 24 godzin od momentu wykrycia zagrożenia zgłosić to do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego, czyli CSIRT MON, ABW lub NASK. Jednocześnie ustawa nakłada na operatorów usług kluczowych obowiązek wdrażania odpowiednich środków bezpieczeństwa.

– Część z tych przedsiębiorstw została wyznaczona dopiero w tym roku, dlatego w 2020 r. będą one musiały wprowadzić odpowiednie zabezpieczenia do swoich usług w kontekście systemów informatycznych, w kontekście zapewnienia różnych organizacyjnych rozwiązań, np. obsługi potencjalnych incydentów – mówi Kamil Gapiński.

Takie przepisy to konieczność, zwłaszcza że jak podaje resort cyfryzacji, co roku w Polsce odnotowuje się ok. 20 tys. ataków na kluczowe dla bezpieczeństwa systemy. O konsekwencjach takich ataków przekonały się już Estonia, USA czy Ukraina. W maju tego roku cyberprzestępcy wykorzystali złośliwe oprogramowanie, aby wymusić od władz Baltimore wypłatę okupu. Przy odmowie hakerzy zablokowali systemy administracyjne, płatnicze i komunikacyjne, w efekcie paraliżując funkcjonowanie całego miasta. W przypadku instytucji kluczowej dla funkcjonowania nie tylko regionu, lecz całego państwa, skutki byłyby znacznie bardziej odczuwalne.

Jednym z kluczowych wyzwań w przyszłym roku będzie także radzenie sobie z naruszeniami danych osobowych.

– W 2020 roku będą z pewnością miały miejsce kolejne incydenty naruszenia ochrony danych osobowych, także w kontekście RODO. Jeszcze w 2019 roku było kilka incydentów naruszenia ochrony danych, które doprowadziły do wymierzenia kar dla przedsiębiorców. Wyzwanie dla właściwego urzędu, który analizuje te przypadki, jest takie, żeby te analizy, ta identyfikacja, były na tyle rzetelne, by nie budziły kontrowersji tak, jak było to np. w przypadku Morele.net – ocenia Kamil Gapiński.

Pierwsza wysoka kara za naruszenie przepisów RODO została nałożona w marcu tego roku. Spółkę Bisnode Polska ukarano za przetwarzanie danych przedsiębiorców pozyskanych ze źródeł publicznie dostępnych do celów zarobkowych. W efekcie prezes UODO uznał, że firma nie dopełniła obowiązku informacyjnego wobec ponad 6 mln osób i nałożył niemal milionową karę. UODO ma zająć się problemem jeszcze raz, bo zmieniła się liczba osób dotkniętych naruszeniem – 12 tys. osób sprzeciwiło się przetwarzaniu ich danych. W grudniu 2019 r. sąd uchylił karę.

We wrześniu UODO nałożyło z kolei karę 2,8 mln zł na portal morele.net za niezastosowanie odpowiednich zabezpieczeń w celu ochrony danych. Sklep internetowy także odwołuje się od tej decyzji.

Budownictwo mieszkaniowe – ostatni rok na fali?

Ostatnia w 2019 roku informacja GUS, prezentująca dane budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do listopada, wciąż nie komunikuje jakichkolwiek niepokojących sygnałów, które mogłyby zapowiadać osłabienie aktywności budowlanej inwestorów i schyłek inwestycyjnej prosperity rynku pierwotnego. Pytanie, jak długo jeszcze tak dobra koniunktura może się utrzymać?

Nieustający inwestycyjny optymizm

Sezonowość rynku budowlanego w odniesieniu do deweloperskiego segmentu mieszkaniowego, już dość dawno przestała obowiązywać. Prace postępują tu od lat już w podobnym tempie latem, zimą czy jesienią. Po części to efekt sprzyjających warunków atmosferycznych, czyli ciepłych okresów jesienno-zimowych, po części zaś determinacji deweloperów w dążeniu do utrzymywania produkcji mieszkań na rekordowych poziomach.

W tegorocznym listopadzie deweloperzy rozpoczęli budowę kolejnych blisko 13 tys. lokali. To o prawie 17 proc. więcej rok do roku, choć jednocześnie o blisko 15 proc. mniej niż w poprzednim miesiącu. Natomiast od początku roku ruszyła budowa już ponad 130 tys. mieszkań deweloperskich, a więc 5,5 proc. więcej rdr, co pozwala już dziś oszacować całoroczny wynik na grubo ponad 140 tys. Będzie to ponownie rekordowy poziom przedmiotowych statystyk w historii rynku deweloperskiego.

Zdecydowanie inaczej wygląda sytuacja u inwestorów indywidualnych, którzy z kolei tradycyjnie  respektują zasady sezonowości w budownictwie mieszkaniowym. I tak w listopadzie rozpoczęli budowę niespełna 5,6 tys. domów, co jest wolumenem o około jedną trzecią mniejszym od wyniku z poprzedniego miesiąca i znacznie poniżej średniej miesięcznej tego roku.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego od stycznia do listopada br. rozpoczęto budowę 221,5 tys. lokali mieszkalnych, co oznacza progres rok do roku o dokładnie 5 proc., wypracowany rzecz jasna głównie przez deweloperów.

Rekordy mieszkań oddanych i nowych pozwoleń

Tradycyjnie z miesiąca na miesiąc rośnie liczba mieszkań oddanych do użytkowania, która w przypadku deweloperów jest naturalnym następstwem najnowszej historii statystyk mieszkań rozpoczętych. W efekcie osiągnięto jeden z najwyższych historycznie wyników miesięcznych w listopadzie na poziomie 13,3 tys. oddanych lokali deweloperskich. Z kolei od początku roku wolumen takich mieszkań wyniósł już 116,3 tys., co oznacza wzrost w stosunku do analogicznego okresu ub. roku o – bagatela – 17 proc.

W ramach wszystkich form budownictwa od początku roku oddano już 184,3 tys. lokali, czyli o 11,6 procent więcej licząc rok do roku.

Statystyki mieszkań oddanych do użytkowania nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury inwestycyjnej sprzed około dwóch lat, a więc okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W kolejnych miesiącach i kwartałach niezależnie od bieżącej koniunktury należy więc oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach.

Już od dłuższego czasu elementem comiesięcznych raportów GUS z rynku mieszkaniowego, który budzi największe emocje, są statystyki dotyczące ilości mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym. Liczba pozwoleń w deweloperskich portfelach rośnie jak na drożdżach od początku roku, a średnia miesięczna ich wolumenu utrzymuje się na historycznie rekordowym poziomie.

Tym razem listopadowy rezultat na poziomie 12,4 tys. nowych pozwoleń deweloperskich nie dorównuje osiąganym w tym roku rekordowym statystykom miesięcznym, co jednak należy uznać za naturalną korektę wcześniejszych wzlotów. W sumie deweloperzy do listopada osiągnęli już poziom blisko 155 tys. pozwoleń, co oznacza, że na koniec roku ich wolumen może zbliżyć się do historycznie rekordowego wyniku 170 tys.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Można zatem na ich podstawie dowiedzieć się, jak deweloperzy oceniają perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie. Jak widać z prezentowanych danych, branża deweloperska ocenia je jako wręcz rewelacyjne. Pytanie, czy aby wciąż trafnie.

Perspektywy z ostrożnymi rokowaniami

W kończącym się roku w ramach pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki pojawiło się szereg czynników wskazujących na wciąż trwające ożywienie koniunkturalne, którego końca póki co nie widać. Zanotowano więc bardzo dobrą sprzedaż i dalsze wzrosty cen lokali deweloperskich, a także raczej dość zaskakujące wybicie statystyk kredytów mieszkaniowych. Czy tego typu sytuacja ma szansę utrzymać się w nadchodzącym roku?

Tegoroczne wyniki inwestycyjne deweloperów gwarantują utrzymanie podaży nowych mieszkań w najbliższych miesiącach na zdecydowanie zadowalającym poziomie. Z drugiej strony oczekiwane hamowanie całej krajowej gospodarki może w istotnym stopniu ograniczyć popyt na coraz droższe lokale z pierwszej ręki, których ceny trudno będzie w przyszłym roku deweloperom obniżyć, głównie za sprawą drożejącej energii czy wprowadzenia instytucji Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego.

Tego typu okoliczności mogą oznaczać powrót do czasów, kiedy to deweloperzy mieszkaniowi z dużo większą determinacją musieli zabiegać o zainteresowanie klientów. Wiele czynników sugeruje wręcz, że rynek znalazł się na szczycie koniunkturalnej cyklicznej górki, co nieuchronnie musi doprowadzić już w przewidywalnej przyszłości do hamowania koniunktury, wyraźniejszego spadku popytu na nowe lokale, wzmożenia akcji promocyjnych na pierwotnym rynku mieszkaniowym, a w dłuższym terminie także do korekty cen. Innymi słowy, najprawdopodobniej wielkimi krokami zbliżają się czasy znacznie bardziej komfortowych warunków dla poszukujących okazji wśród mieszkaniowych ofert deweloperskich.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Spokojniej przed Świętami. Co ze stopami procentowymi?

Na rynkach wyraźnie widać uspokojenie przed Świętami Bożonarodzeniowymi. Warto jednak pamiętać, że nie wszędzie drugi dzień świąt jest dniem wolnym. W rezultacie zobaczymy w piątek, w jakim świecie walutowym przyjdzie nam się obudzić.

Słabsze dane z USA

Wczoraj poznaliśmy dane zza Oceanu. Zamówienia na dobra trwałego użytku nie tylko nie wzrosły o 1,5%, ale spadły o 2%. Co ciekawe subindeks dóbr bez środków transportu miał znacznie mniejszą różnicą i wyniósł 0,0% wobec oczekiwanych 0,1%. Tłumaczy to, w jakim segmencie podziała się większość różnicy. Wolniej od oczekiwań rośnie też sprzedaż nowych domów, warto jednak zwrócić uwagę, że parametr mimo wszystko wzrasta. Dolar zareagował na te dane niepewnie, oddając część zeszłotygodniowych wzrostów względem euro.

Co ze stopami procentowymi

Przed świętami postanowił o sobie przypomnieć jeszcze członek Rady Polityki Pieniężnej Eryk Łon. Tym razem obyło się bez typowych dla niego bardzo odważnych pomysłów jak słynne już przyjęcie przez Unię Europejską złotego jako waluty. Wypowiedział się on o składaniu wniosków o obniżkę stóp procentowych. Ostatnio sam głosuje za swoim wnioskiem, jednakże uważa, że do momentu, kiedy indeks PMI nie wzrośnie do 50 pkt, będzie te wnioski składał. Wskazuje również na prognozę wygaszania presji inflacyjnej. Gdyby nie miała ona spadać, to obniżka stóp byłaby sprzeczna z celem RPP, którym jest dbanie o stabilność inflacji.

Spokojniej przed świętami

Dzisiaj z dużych gospodarek niemal wszystkie mają wolne lub pracują krócej. Dotyczy to zarówno największych państw Unii Europejskiej, jak i USA. W rezultacie można się spodziewać, że pomimo tego, że do pracy przyjdą inwestorzy z Wielkiej Brytanii, czy też USA, to przez skrócone sesje ich aktywność powinna być raczej mniejsza. Święta są zwyczajowo momentem, kiedy na rynkach zmienność spada.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Kryptowaluty mogą zastąpić tradycyjne waluty do 2030 roku. Rynek wymaga jednak ustabilizowania i regulacji

Przed 2030 roku popyt na kryptowaluty znacznie wzrośnie i do tego czasu mogą one już zastąpić tradycyjne waluty fiducjarne – prognozuje Deutsche Bank w ostatnim raporcie „Imagine 2030”. Zanim do tego dojdzie, potrzebna jest jednak m.in. ustabilizowana wycena i uzyskanie akceptacji w oczach rządów i organów regulacyjnych. Tymczasem kurs bitcoina, najpopularniejszej z kryptowalut, wciąż podlega dużym wahaniom. Zdaniem dużej części analityków planowany w przyszłym roku tzw. halving, czyli podział nagród za wydobycie, przyczyni się do skokowego wzrostu wyceny. Wszyscy eksperci zgodnie podkreślają, że rynek kryptowalut wymaga uregulowania, żeby zapewnić bezpieczeństwo jego uczestnikom.

– Dopóki wyceniamy bitcoina w walucie deflacyjnej, dopóty będziemy mieć problem z tym, że jego kurs będzie rósł bądź spadał. Akurat w tym momencie kurs spada, ponieważ się stabilizuje. Jednak patrząc w dłuższym okresie, powinien rosnąć ze względu na medium, w jakim jest wyceniany, czyli dolara. Zakładamy, że tendencja spadkowa nie powinna się utrzymywać. Niemniej na cenę bitcoina wpływa tak wiele różnych elementów, że naprawdę trudno przewidywać, w jakim kierunku pójdzie – mówi agencji Newseria Biznes Filip Pawczyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.

Bitcoin jest wart nieco ponad 7,4 tys. dol., podczas gdy jeszcze w lipcu tego roku był wyceniany w okolicach 11 tys. dol. Wciąż daleko mu do rekordów z 2017 roku, kiedy cena oscylowała wokół 20 tys. dol. Duże wahania kursów są cechą charakterystyczną wszystkich kryptowalut i są uzależnione od wielu czynników. Jednym z podstawowych, jak podkreśla prezes PSB, jest popyt i podaż, czyli standardowe mechanizmy rządzące cały rynkiem. W przeciwieństwie do walut fiducjarnych, które są oficjalnym środkiem płatniczym i zawsze istnieje możliwość ich dodrukowania, podaż bitcoina jest ograniczona, docelowo będzie ich dokładnie 21 mln sztuk. W tej chwili wykopano już około 85 proc. wszystkich bitcoinów. Szacuje się, że ostatni pojawi się ok. 2140 roku.

Ograniczona podaż oznacza niemal pewny wzrost popytu i część analityków ocenia, że przekroczenie bariery 90–95 proc. znacznie zwiększy cenę najpopularniejszej kryptowaluty. Co istotne, jest niemal pewne, że przyczyni się do tego również planowany na maj 2020 roku tzw. halving, czyli podział nagrody dla górników za wykopanie bloku bitcoina (w wyniku którego spadnie liczba bitcoinów trafiających na rynek).

– Rosnąca akceptacja i rozwijająca się technologia kryptowalut, także w finansach i życiu codziennym, również wpływają bezpośrednio na cenę. Biorąc pod uwagę ten aspekt, wycena bitcoina powinna rosnąć – mówi Filip Pawczyński.

W tym roku Nowa Zelandia – jako pierwszy kraj na świecie – zalegalizowała wypłacanie pensji w bitcoinach (część można otrzymać w kryptowalucie, a część w formie tradycyjnej gotówki lub przelewu). Chiny pracują nad własnym, cyfrowym juanem, a sposoby wykorzystania cyfrowej waluty analizuje też Europejski Bank Centralny. Rewolucję – i znaczny wzrost wyceny kryptowalut – może też wywołać planowanie pojawienie się na rynku Libry, czyli kryptowaluty Facebooka, co ma nastąpić już w 2020 roku.

Mimo niestabilności bitcoin ma też wiele przewag nad tradycyjnym pieniądzem, jak np. brak możliwości jego sfałszowania czy prostota transferu środków, które mogą być przesyłane nawet bez dostępu do internetu. Stąd duża część analityków (m.in. Satis Group, założyciel Morgan Creek Mark Yusko) uważa, że bitcoin osiągnie pułap ok. 100 tys. dol. pomiędzy 2020 a 2022 rokiem.

Jak ocenia, rynek potrzebuje regulacji, które zapewnią większe bezpieczeństwo użytkownikom. W tej chwili nie podlega on żadnej kontroli, przez co możliwe są takie sytuacje, jak afera OneCoin. Twórczyni tej piramidy finansowej Ruja Ignatova jest obecnie poszukiwana m.in. przez FBI i podejrzewana o wyłudzenie ponad 3,5 mld funtów. Konieczne są więc przepisy, które będą piętnować takie projekty i ostrzegać przed nimi klientów. Regulacje obejmujące rynek kryptowalutowy nie powinny jednak iść za daleko, żeby nie hamować jego rozwoju. Odpowiednimi przepisami powinny zostać objęte m.in. giełdy kryptowalutowe.

Samej technologii, protokołu czy użytkowników tego systemu nie da się w odpowiedni sposób regulować. Jednak usługi przechowywania, wymiany, użyteczności, wręcz powinniśmy wprowadzać i stosować przepisy, które umożliwią zabezpieczenie obydwu stron rynku. To oznacza większą dbałość o klienta, standardy związane z jego obsługą i wszystkie regulacje, które sprawią, że będzie mógł uczestniczyć w tym rynku bezpiecznie. Ważne jest  przede wszystkim określenie podstawowych norm i zasad współpracy – podkreśla prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.

Komercjalizacja Bożego Narodzenia zmieniła świąteczne zwyczaje połowy Polaków. Duży wpływ miały na to też nowe technologie

Dla 30 proc. Polaków Boże Narodzenie to najpiękniejsze chwile w ciągu roku. Ponad 70 proc. święta spędzi tradycyjnie, a celebrować będziemy wigilijną kolację, ubieranie choinki i obdarowywanie się prezentami – wynika z badania serwisu PrezentMarzeń. Jednocześnie zdaniem niemal połowy Polaków ze względu na komercjalizację zmieniają się świąteczne zwyczaje i przygotowania. Wyzwaniem jest też zakup prezentów. Ponieważ boimy się porażki, coraz częściej wybieramy karty podarunkowe i bony.

W ostatnich latach możemy zauważyć, że te tradycje, przygotowania czy obyczaje się zmieniają. Głównie wpływa na to wszystkim komercjalizacja świąt. Dajemy się porwać szałowi przygotowań, gorączce zakupowej. To wszystko odbija się na tym, że trochę tracimy ideę świąt – mówi agencji Newseria Biznes Filip Sosnowski z portalu PrezentMarzeń.com.

Badanie „Zmiany w zwyczajach i preferencjach świątecznych Polaków” serwisu PrezentMarzeń wskazuje, że zdaniem blisko połowy osób (47 proc.) komercjalizacja zmieniła sposób przygotowania i celebrowania świąt Bożego Narodzenia. Choć według sondy „Emocje Polaków podczas Świąt” zrealizowanej przez serwis PrezentMarzeń, Boże Narodzenie wzbudza w nas głównie radość, to dla co trzeciej osoby przygotowania to źródło stresu.

Polacy odbierają święta jako czas mocnej gonitwy za prezentami, jako czas, który poświęcamy na szaleńcze przygotowania. Myślę, że każdy z nas odczuwa to w tym okresie przedświątecznym i odbija się to niestety również na tym czasie przeznaczonym tak naprawdę na celebrację. Często ucieka nam idea świąt – ocenia Filip Sosnowski.

Ponad 70 proc. Polaków spędzi święta tradycyjnie. Dla 30 proc. osób Boże Narodzenie to najpiękniejsze chwile w ciągu roku, z niepowtarzalną atmosferą. Będziemy celebrować biesiadowanie przy wigilijnym stole (29 proc.), ubieranie choinki (22 proc.) oraz obdarowywanie się prezentami (21 proc.). Jednoczenie dla 28 proc. z nas święta oznaczają przede wszystkim zakupową gorączkę, a tylko 9 proc. deklaruje, że w czasie świąt na chwilę zatrzyma się w codziennej gonitwie. Duży wpływ na zmianę postrzegania świąt mają nowe technologie.

Co trzeci Polak szukając przepisu na świąteczne dania, wspiera się internetem, 45 proc. z nas kupuje prezenty w internecie. Zazwyczaj nawet, zamiast iść na pasterkę, oglądamy po prostu relację w telewizji. Wpływu nowych technologii nie da się odciąć, tym bardziej że z pewnością każdy z nas część życzeń na pewno wysłał czy dostał poprzez SMS-a bądź portale społecznościowe – wskazuje ekspert.

Podczas świąt źródłem stresu jest też kupowanie i wręczanie prezentów. Co trzeci Polak woli kupować prezenty, niż je otrzymywać, bo w ten sposób może kogoś uszczęśliwić (37 proc,),  wyrazić wdzięczność (21 proc.). Blisko 35 proc. osób boi się porażki podczas wyboru prezentów, a 23 proc. nie wie, jakie są preferencje ich najbliższych. Dlatego podczas dawania prezentów głównie towarzyszy nam stres, czy prezent się spodoba. Coraz częściej decydujemy się na bezpieczny podarunek.

Polacy postawili nie tylko na tradycyjne prezenty, lecz także na prezenty w formie kart podarunkowych czy też voucherów. Takie prezenty pozwalają przede wszystkim ograniczyć ryzyko nietrafienia z danym prezentem – mówi Sosnowski.

Z roku na rok na święta wydajemy coraz więcej (50 proc. z nas), z czego 43 proc. ocenia, że lubi w grudniu finansowo zaszaleć. Przeważnie zakupy finansujemy z bieżących dochodów, co trzeci sięga po oszczędności.

Ponad połowa Polaków wydaje co roku na święta więcej niż w roku poprzednim. W tym roku 52 proc. Polaków zorganizowało święta w kwocie do 500 zł, 36 proc. zmieściło się w kwocie do 1 tys., natomiast już co dziesiąty z nas wydał kwotę do 2 tys. zł – wylicza Filip Sosnowski.

Polska zajmuje 5. miejsce w Unii Europejskiej pod względem marnowania żywności. Nowe przepisy powoli zmieniają skalę marnowania żywności

Co roku statystyczny Polak wyrzuca 235 kg żywności. Najczęściej jest to pieczywo, wędliny, warzywa, owoce oraz nabiał. Do marnowania żywności przyznaje się 42 proc. Polaków i to gospodarstwa domowe odpowiadają za największą ilość wyrzuconego jedzenia. Nowe przepisy zobowiązały za to duże sklepy do przekazywania artykułów spożywczych do banków żywności, dzięki czemu więcej ich trafia do potrzebujących.

– W Polsce marnujemy 9 mln ton żywności rocznie, co daje nam na osobę około 235 kg, tym samym zajmujemy 5. miejsce w Unii Europejskiej pod względem marnowania żywności. Przyczyn jest wiele, przede wszystkim lubimy kupować za dużo. Zdarza się także, że nie wiemy, co mamy w lodówce oraz jesteśmy zewsząd kuszeni reklamami zachęcającymi do kupowania – mówi agencji Newseria Karolina Woźniak z Too Good To Go.

We wrześniu w życie weszło nowe prawo, zgodnie z którym sklepy i hurtownie są zobowiązane do nieodpłatnego przekazywania żywności wybranej organizacji pozarządowej. Chodzi o żywność dobrą do spożycia, pozostającą w terminie ważności. Mogą to być zarówno gotowe dania, mrożonki, wędliny, kasze, jak i pieczywo, warzywa czy owoce.

– Ustawa o przeciwdziałaniu marnowania żywności dotyczy przede wszystkim sklepów wielkopowierzchniowych, czyli takich powyżej 400 mkw. Mniejsze sklepy jeszcze nie są objęte ustawą. Jest to pierwszy krok w działaniu, abyśmy systemowo podeszli do problemu – mówi Karolina Woźniak.

Do tej pory współpraca między organizacjami a sklepami odbywała się na zasadach dobrowolnych. Banki Żywności szacują, że dzięki nowym przepisom zostanie uratowane nawet kilkadziesiąt tysięcy ton żywności więcej niż do tej pory.

– Ustawa o przeciwdziałaniu marnowania żywności pomogła. Wiemy od Banków Żywności, że coraz więcej jej trafia do potrzebujących. Niemniej to gospodarstwa domowe są tym miejscem, gdzie marnujemy najwięcej. Połowa żywności marnuje się w naszych domach – tłumaczy Karolina Woźniak.

Jak wynika z badania instytutu Kantar na potrzeby Federacji Banków Żywności, 42 proc. Polaków przyznaje, że zdarzyło się im wyrzucić żywność. Chociaż problem nadmiernego marnowania żywności jest aktualny przez cały rok, szczególnie nasila się on w okresie przedświątecznym. W tym czasie nawet 1/3 przygotowanej żywności ląduje w śmietniku. Powodem tego jest głównie przywiązanie do tradycji, nakazującej spędzić Boże Narodzenie przy suto zastawionym stole, pełnym ciast, wędlin i innych specjałów. Według raportu Deloitte na jedzenie przed świętami polska rodzina wyda średnio 524 zł.

Przeciętny Polak wyrzuci około kilograma do 2 kg żywności w tym okresie. Tradycja 12 potraw nawiązuje do tego, abyśmy suto zastawili stół. Poza tym nie planujemy dobrze naszych porcji, co prowadzi do tego, że w efekcie nie jesteśmy w stanie tej całej żywności skonsumować, a niestety jej przydatność się kończy, w związku z czym ląduje ona w koszu – mówi Karolina Woźniak.

Aby poprawić sytuację, zespół Too Good To Go i Federacja Polskich Banków Żywności w ramach kampanii „Wszystkiego Niezmarnowanego na Święta”, przygotowali wspólnie kilka porad, które pomogą rozsądnie rozplanować świąteczne zakupy.

Przyszłością branży spożywczej są roślinne substytuty mięsa. Naukowcy pracują już także nad pokarmem wytwarzanym z powietrza

Rosnąca popularność wegetarianizmu i weganizmu sprawia, że konsumenci poszukują coraz doskonalszych substytutów roślinnych dla mięsa zwierzęcego. W ślad za tym idą innowacje wdrażane przez producentów żywności. Z substytutu mięsa produkowane są już m.in. burgery, nuggetsy czy krewetki. Z dwutlenku węgla zawartego w powietrzu można natomiast wytworzyć produkt wysokoproteinowy. Wprowadzenie na rynek nowych składników spożywczych musi się jednak odbywać według ściśle określonej procedury.

– Nowości na rynku żywności, jakie teraz się pojawiają i o których się bardzo dużo mówi ostatnio, to są przede wszystkim różnego rodzaju zamienniki mięsa, czyli produkty najczęściej pochodzenia roślinnego, które imitują, w pewien sposób przypominają w swojej teksturze, smak i zapach mięsa – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska z Centrum Prawa Żywnościowego.

Amerykańska firma Impossible Foods wprowadziła na rynek burgery zrobione z roślinnego substytutu wołowiny. Producent twierdzi, że porcja tego produktu zawiera podobną ilość białka, co jego zwierzęcy odpowiednik, nie zawiera cholesterolu, a przy tym nie odbiega od niego smakiem. Marka Tyson Foods Raised & Rooted produkuje roślinne nuggetsy, zainwestowała też w roślinne odpowiedniki krewetek. Producenci poszukują także innych sposobów pozyskiwania żywności.

– Innowacją, która teraz w mediach robi duży szum, jest mięso z powietrza. Amerykańskiej firmie udało się wyekstrahować za pomocą mikroorganizmów, które przetwarzają dwutlenek węgla obecny w powietrzu w produkt wysokoproteinowy w 80 proc., więc w zasadzie możemy powiedzieć, że mamy dzisiaj do czynienia z takim mięsem z powietrza, czy będziemy mogli mieć w przyszłości do czynienia z takim innowacyjnym produktem – mówi ekspert z Centrum Prawa Żywnościowego.

Amerykański start-up Air Protein zaprezentował już pierwsze prototypy mięsa „powietrznego”. Technologia, która się za tym kryje, wywodzi się z pomysłu opracowanego przez NASA w latach 60. XX wieku. Naukowcy próbujący rozwiązać problem karmienia astronautów w kosmosie odkryli, że możliwe jest wykorzystanie mikroorganizmów do konwersji dwutlenku węgla wydychanego przez astronautów na żywność. Air Protein nazywa tę technologię probiotycznym procesem produkcyjnym, podobnym do wytwarzania jogurtu. Wewnątrz fermentora naturalnie występujące drobnoustroje zużywają dwutlenek węgla i opatentowaną mieszankę mineralnych składników odżywczych, aby wytworzyć składnik, który w 80 proc. stanowi białko pełne, o tym samym profilu aminokwasowym, co białko wołowe lub kurze. Zawiera również witaminy takie jak B12, których zwykle nie ma w wegańskim jedzeniu. W przeciwieństwie do niektórych białek zwierzęcych nie zawiera natomiast żadnych antybiotyków i hormonów.

Choć rynek żywności stale się rozwija, a producenci chętnie stosują nowe składniki w swoich produktach, to nie zawsze jest to zgodne z prawem. Popularny niedawno kannabidiol decyzją niemieckiego sądu oraz zgodnie ze stanowiskiem brytyjskiego Urzędu ds. Norm Żywnościowych powinien być uznany za novel food. Choć konopie włókniste, z których jest pozyskiwany, są znane od stuleci, to samo CBD jest już składnikiem zupełnie nowym. Dla rozwijającego się również w Europie rynku produktów z kannabidiolem, w ramach którego wytwarzane są m.in. olejki, susze, kremy, a nawet lizaki czy miód z tym składnikiem, może oznaczać to załamanie. Tymczasem – według Grand View Research – rynek wyceniany w 2018 roku w skali globalnej na 4,6 mld dol. będzie rósł w średniorocznym tempie na poziomie ponad 22 proc.

– Jest cała lista produktów, surowców albo nawet samych technik uzyskiwania pewnych produktów, które są uznane za nową żywność. Takim najbardziej spektakularnych ostatnio przykładów były nasiona chia wprowadzane do obrotu bardzo szeroko. Robiły wielką furorę, były bardzo modne i nagle okazało się, że są stosowane do różnego rodzaju produktów, zwłaszcza jogurtów i deserów w sposób nieuprawniony. Nie było zezwolenia na stosowanie nasion szałwii hiszpańskiej, czyli nasion chia właśnie w tych produktach – wskazuje dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Novel food, czyli według rozporządzenia unijnego z 2015 roku, żywność, która nie była stosowana w znacznym stopniu w krajach Unii Europejskiej przed 15 maja 1997 roku, podlega ściśle określonym procedurom związanym z jej wprowadzeniem na rynek. Producent musi zacząć od sprawdzenia, czy składnik, którego planuje użyć, był stosowany przed określoną w przepisach datą. Jeśli zbierze dowody na to, że tak było, to może go stosować bez przeszkód. Jeśli nie – musi przejść przez procedurę rejestracyjną.

– W ramach tej procedury wydawana jest opinia EFSA, czyli Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności i w końcowej fazie przyjmowane jest zezwolenie Komisji Europejskiej na wprowadzenie do obrotu takiego produktu pod określonymi warunkami. Nie ma pełnej dowolności innowacyjnej, prawodawca czuwa i sprawdza, czy rzeczywiście te produkty są bezpieczne i czy mogą być wprowadzane do obrotu w sposób bezpieczny – wyjaśnia specjalistka.

Tymczasem potrzeba innowacji na rynku żywnościowym staje się coraz bardziej widoczna, zwłaszcza w obrębie substytucji mięsa. TMR przewiduje, że globalny rynek alternatyw dla mięsa będzie do 2026 roku rósł w średniorocznym tempie ponad 6 proc. Segment ten wygeneruje w 2026 roku przychody w wysokości ponad 45 mld dol.

– Konsumenci coraz bardziej potrzebują oferty bezmięsnej, w trendzie wege i w trendzie wegańskim. W ślad za tym od razu mamy odpowiedź ze strony branży, która proponuje różnego rodzaju zamienniki. Co jeszcze na rynku się pojawi? Nie wiem, to już zależy wyłącznie od działów rozwoju poszczególnych sektorów, poszczególnych przedsiębiorstw branżowych – mówi dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Według danych Nielsena w październiku sprzedaż roślinnych substytutów mięsa w USA osiągnęła 946,6 mln dol., czyli o 10,2 proc. więcej niż w poprzednim roku. Do 2020 roku sprzedaż może osiągnąć poziom miliarda dolarów.

Dni wolne na rynkach

Po dobrych informacjach dotyczących ustaleń w sprawie umowy handlowej na linii USA – Chiny, nastroje na rynkach w ostatnim tygodniu były bardzo dobre. S&P 500 zdecydowanie przebiło 3 200 pkt., tym samym osiągając nowe maksima. Rynki finansowe są bardzo optymistyczne, co do dalszego przebiegu negocjacji. W sobotę (21.12.2019) Donald Trump zapewnił, że podpisanie pierwszego etapu porozumienia handlowego z Chinami nastąpi bardzo szybko. Ramy umowy są już uzgodnione. Pełne wdrożenie pierwszego etapu porozumienia powinno mieć miejsce już w styczniu, a niezwłocznie po tym rozpoczną się negocjacje dotyczące drugiej fazy.

W poniedziałek (16.12.2019) poznaliśmy odczyty PMI zarówno z Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. W Europie wciąż gorzej wypadają PMI dla przemysłu – 45,9 (prognoza 47,3), podczas gdy PMI dla usług wyniósł 52,4 (prognoza 52,0). W Stanach Zjednoczonych PMI dla przemysłu wyniósł 52,5 (prognoza 52,6), a PMI dla usług 52,2 (prognoza 52,0). W środę (18.12.2019) poznaliśmy dane z polskiego rynku pracy. Zatrudnienie wzrosło 2,6% r/r, a wynagrodzenia o 5,3% r/r. Natomiast w czwartek (20.12.2019) pojawiły się dane produkcji przemysłowej, która wzrosła o 1,4% r/r, co dało wynik powyżej konsensusu. Dane dotyczące sprzedaży detalicznej w Polsce opublikowane w piątek (23.12.2019) identyfikują wzrost 5,2% r/r. Widać wyraźnie że popyt konsumpcyjny utrzymuje się na solidnym poziomie.

W ostatnim tygodniu rosły na GPW zarówno duże, średnie, jak i małe spółki. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości w ciągu tygodnia 0,84%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco wyższy wzrost 1,02%. Indeksy średnich i małych spółek zakończyły tydzień bez większych zmian: mWIG40 wzrósł na wartości o 0,64%, natomiast sWIG80 wzrósł o 0,24%.

Nadchodzący tydzień nie przyniesie zbyt wiele danych makroekonomicznych. Największego gospodarki na świecie, a także Polska, będą obchodziły święta Bożego Narodzenia. W zdecydowanej większości krajów banki oraz rynki finansowe będą nieczynne w środę (25.12.2019) oraz w czwartek (26.12.2019).

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Ambitne cele sieci Lewiatan – 200 nowych sklepów i 14,3 mld zł obrotów w 2020 r.

Dwudziestopięcioletnie doświadczenie na polskim rynku to silna baza w drodze ku kolejnym sukcesom. Wykorzystując wiedzę o rynku i klientach, Lewiatan wyznaczył sobie na najbliższy rok ambitne cele – otwarcie 200 nowych sklepów i zwiększenie obrotów sieci do 14,3 mld zł. W ich realizacji pomocne będą wypracowane przez lata bliskie relacje z klientami, a także ścieżka biznesowa, którą od lat podąża sieć. 

Lewiatan wkroczył w jubileuszowy rok 25-lecia, mając 3 200 sklepów w całej Polsce i generując obroty w wysokości 12,5 mld złotych. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie unikatowy model biznesowy, oparty na autorskiej koncepcji franczyzy, który umożliwia skuteczne dopasowywanie się do zmian rynkowych oraz potrzeb klienta. Dziś sieć stawia sobie kolejne cele – na koniec 2020 r. planuje osiągnąć obrót 14,3 mld złotych, a także kontynuować ekspansję i uruchomić kolejne 200 sklepów.

Jak zaznacza Wojciech Kruszewski, Prezes Zarządu Lewiatan Holding SA, sieć chce również wzmocnić swoją pozycję wśród najlepiej ocenianych przez konsumentów sklepów. – Tworzymy i rozwijamy przyjazne i bliskie sklepy, najlepiej dopasowane do potrzeb i oczekiwań konsumentów. Jesteśmy siecią ogólnopolską, ale też jesteśmy blisko lokalnych potrzeb naszych klientów. W codziennej działalności biznesowej najważniejsi są dla nas ludzie i dobre relacje – zarówno z klientami, jak też z partnerami. Kluczem do sukcesu jest zaangażowanie naszych franczyzobiorców, autentycznych gospodarzy sklepów, którzy od lat tworzą siłę Lewiatana – podkreśla Wojciech Kruszewski.

Rewolucja rynku, ewolucja strategii biznesowej

Rynek detaliczny w Polsce jest szczególny na tle Europy – małe i średnie sklepy odpowiadają bowiem za niemal połowę handlu FMCG. Jeszcze kilka lat temu konsumenci wybierając miejsce dokonywania zakupów oczekiwali głownie dużego wyboru produktów w jednym miejscu w niskiej cenie,  dlatego też wybierali hipermarkety. Dziś podejmując decyzje zakupowe, zwracają uwagę na wiele innych czynników. Istotne stały się również kwestie związane z pochodzeniem produktów, czy też wpływem na środowisko naturalne i zdrowie.

Robert Rękas - Lewiatan Holding S.A.
Robert Rękas – Lewiatan Holding S.A.

Dla konsumentów bardzo cenny stał się czas, dlatego chcą robić zakupy wygodnie – blisko domu, w dogodnych godzinach i bez kolejek. Do wyboru sklepu zachęca nie tylko jego bliskość, ale przede wszystkim znajomość potrzeb lokalnego klienta. Istotny jest również szeroki wybór produktów od regionalnych, polskich dostawców – tłumaczy Robert Rękas, Członek Zarządu Lewiatan Holding S.A.

W odpowiedzi na dynamicznie rozwijający się trend convenience planujemy wdrożenie rozwiązań technologicznych, które zwiększą efektywność pracy sklepów, m.in. ułatwią optymalizację asortymentu czy pozwolą wnikliwie analizować otoczenie rynkowe. Zależy nam również na usprawnieniu procesu zakupowego, dlatego planujemy wprowadzenie kas samoobsługowych oraz rozwój projektu POS TV w naszych placówkach handlowych – informuje Robert Rękas.

Kolejnym projektem, który sieć będzie rozwijać w najbliższych miesiącach jest program lojalnościowy w poszczególnych regionach, a docelowo personalizacja ofert dla klientów sklepów. Lewiatan planuje również udostępnić klientom aplikację na urządzenia mobilne dającą wiele korzyści oraz informującą o nowościach w ofercie i promocjach.

Mając na uwadze cały rynek, bardzo istotne jest otoczenie prawne, które reguluje jego funkcjonowanie. Wyzwaniem dla polskiego handlu w ostatnich latach jest przede wszystkim niepewna sytuacja w kwestiach silnie rzutujących na organizację handlu. Lewiatan inicjuje dyskusje, m.in. w kwestii ograniczenia handlu w niedziele czy ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności, a także – po raz kolejny odroczonego – wprowadzenia podatku handlowego.

Aby być konkurencyjnym na dynamicznie zmieniającym się rynku, jako sieć stale się zmieniamy i rozwijamy. Rozwojowi sieci towarzyszy wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań i narzędzi w tym, nowej wizualizacji placówek handlowych, a także aktualizacja umów z franczyzobiorcami. Jesteśmy otwartą franczyzą, w której każdy właściciel sklepu działającego pod szyldem Lewiatan ma możliwość wyboru i realnego wpływu na to, jak rozwijać swój biznes mówi Wojciech Kruszewski, Prezes Zarządu Lewiatan Holding S.A.

Historia sukcesu polskiej przedsiębiorczości

Ćwierćwiecze obecności na polskim rynku sieć świętowała nie tylko w gronie przedsiębiorców zrzeszonych w sieci – podczas Zjazdu Franczyzobiorców i Gali Jubileuszowej, ale przede wszystkim ze swoimi klientami, którzy na co dzień robią zakupy w sklepach Lewiatan. To właśnie z myślą o nich sieć zorganizowała loterię jubileuszową, w ramach której rozlosowano 10 samochodów i rozdano 100 000 urodzinowych toreb, a także podczas Dnia Urodzin Lewiatana częstowała klientów w sklepach okazjonalnym tortem. W grudniu zadebiutowała też nowa odsłona kampanii reklamowej, „Do Lewiatana jeden krok”. Składa się ona z trzech spotów adresowanych do kluczowych grup klientów. Nowa reklama odzwierciedla hasło marki: „Lewiatan, Twój dobry sąsiad”.

Polska Sieć Handlowa Lewiatan powstała 25 lat temu jako organizacja zrzeszająca kupców prowadzących działalność handlową. Głównym celem, jaki przyświecał inicjatorom projektu, było stworzenie zintegrowanej detalicznej sieci sklepów spożywczych, która stanie się największą franczyzową siecią handlową, która wzmocni jej członków przed konkurencją ze strony innych sieci.

W kontekście głównego celu założycieli sieci można mówić o pełnym sukcesie – Lewiatan jest największą siecią franczyzową w kraju i lokuje się obecnie na trzecim miejscu zestawienia sieci handlowych o najwyższych osiąganych obrotach. Jest również jednym z największych pracodawców – zatrudnia ponad 30 000 pracowników, w dodatku odnotowuje największą, bo aż 11-procentową dynamikę wzrostu zatrudnienia.

Silny eksport obroni nas przed ostrym hamowaniem gospodarki?

Dynamika polskiego eksportu utrzymuje się na przyzwoitym poziomie. Przed dziesięciu laty wysoki eksport uchronił gospodarkę przed recesją. Ta sytuacja może się powtórzyć.

Po 10 miesiącach 2019 r. dynamika polskiego eksportu to 5,3 proc. – Jest to tempo wolniejsze niż w 2018 r., gdy eksport wzrósł 0 7 proc., a rok wcześniej nawet o 10 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Jednak w obliczu zawirowań na rynkach światowych wyniki eksportu są nadal dobre.

Polski eksport może ucierpieć z kilku powodów. Ocieplenie w wojnach handlowych pomiędzy USA i Chinami jest tylko chwilowe. Coraz większe problemy mają Niemcy czyli nasz najważniejszy partner w handlu zagranicznym. Według prognoz Coface niemiecka gospodarka w 2020 r. będzie rosła w tempie zaledwie 0,5 proc. Zaledwie przed pięciu laty było to tempo 5-krotnie wyższe.

– Po kryzysie w 2008 r. zagraniczne firmy szukały kontrahentów, którzy produkowali taniej zapewniając dobrą jakość i wówczas Polska wyszła obronną ręką z kryzysu – komentuje G.Sielewicz. – Może się okazać, że nasz eksport pozostanie na dobrym poziomie w 2020 r. Powrót do dwucyfrowej dynamiki z 2017 r. nie jest jednak w najbliższych latach realny.

Kolejne dobre dane z Polski

W piątek i dzisiaj poznaliśmy pakiet danych z naszego kraju. Nie ma tutaj rewolucji, jest to raczej kontynuacja znanego już trendu. Cieszy przyspieszenie w sprzedaży detalicznej. Trochę może martwić produkcja budowlano-montażowa.

Sprzedaż detaliczna dalej silna

Pomimo spowolnienia w produkcji przemysłowej, sprzedaż detaliczna w Polsce nie zwalnia. Analitycy spodziewali się wzrostu o 4,8%, a sprzedaż rosła o 5,9%. Jest to efektem transferowania środków do społeczeństwa, które trafiają głównie do grup, które przeznaczają je na konsumpcję, a nie inwestycje. Złoty przyjął te dane delikatnym umocnieniem, spadając w piątek poniżej 4,26 zł za jedno euro.

Dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z USA. Wzrost gospodarczy po wyrównaniu rocznym zgodnie z oczekiwaniami przyspieszył do 2,1%. Lepiej od oczekiwań wypadły też dochody Amerykanów, które rosną o 0,5% w ujęciu miesięcznym wobec oczekiwanego 0,3%. Wydatki, zgodnie z oczekiwaniami, rosły o 0,4%. Dolar umocnił się w piątek w rezultacie tych dobrych danych o około pół centa względem euro. Tym samym pomimo dobrej kondycji złotego, amerykańska waluta podrożała około 1 grosza przebijając 3,84 zł.

Kolejne dane z Polski

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane na temat produkcji budowlano-montażowej oraz bezrobocia. Pierwszy wskaźnik co prawda spada o 4,7%, ale warto zwrócić uwagę, że rok temu mieliśmy gwałtowne wzrosty, nie można zatem mówić o problemach w budowlance z tego powodu. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami wzrosło w listopadzie do 5,1% z 5% w październiku. Powodem jest koniec prac sezonowych w rolnictwie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – zamówienia na dobra,

16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Zapobieganie represjom i lepsza ochrona sygnalistów. Kary i sankcje od 2021 r.

W związku z przyjęciem nowej, unijnej dyrektywy, Polska do 2021 r. będzie musiała wdrożyć kompleksowe regulacje pozwalające na lepszą i pełniejszą ochroną sygnalistów.

Sygnaliści to osoby, najczęściej pracownicy, które z racji zajmowanych stanowisk w przedsiębiorstwach, posiadają informacje niedostępne publiczne, a które mogą zostać użyte w celu wykrycia naruszenia prawa.

W Polsce obowiązywały dotychczas jedynie szczątkowe regulacje pozwalające na ochronę osób zgłaszających takie nieprawidłowości, które pozostawały rozproszone w kilku aktach prawnych.

Unijny trend, zmierzający do zapewnienia możliwie najpełniejszej ochrony sygnalistom, spowoduje, że firmy i instytucje będą zobligowane do wprowadzenia odpowiednich procedur i narzędzi.

– Instytucje te to nie tylko prywatne przedsiębiorstwa, ale także te w sektorze publicznym. Dyrektywa odnosi się bowiem wszystkich podmiotów zatrudniających ponad 50 pracowników oraz gmin liczących ponad 10 000 mieszkańców – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Ziemska, prawnik z kancelarii Zięba&Partners. – Szeroki zakres dyrektywy obejmie takie dziedziny, jak między innymi: zamówienia publiczne, usługi finansowe, zdrowie publiczne, zapewniając jednocześnie ochronę sygnalistom o różnym statusie, w tym wolontariuszom stażystom, czy udziałowcom.

Dyrektywa nakłada na wymienione podmioty między innymi obowiązek wdrożenia skutecznych, wewnętrznych kanałów i procedur zgłaszania nieprawidłowości i podejmowania działań następczych, w tym wyznaczenia bezstronnej osoby lub wydziału odpowiedzialnego za podejmowanie działań w związku ze zgłoszeniami.

Podmioty w sektorze prywatnym i publicznym zobowiązane będą również do zapewniania zrozumiałych i łatwo dostępnych informacji na temat procedur dokonywania zgłoszeń, a sygnaliście zostaną objęci dodatkowymi procedurami gwarantującymi brak działań odwetowych.

Zgodnie z dyrektywą, państwa członkowskie zostaną zobowiązane do ustanowienia skutecznych, proporcjonalnych i odstraszających sankcji wobec podmiotów, które utrudniają dokonywanie zgłoszeń czy podejmują działania odwetowe wobec sygnalistów.

– Pomimo, że na tym etapie trudno antycypować, jakiego rodzaju kary zostaną zaproponowane przez polskiego ustawodawcę, wydaje się, ze już na tym etapie wszystkie przedsiębiorstwa powinny rozpocząć pracę nad własnymi procedurami – komentuje J.Ziemska (Z&P).

Ma to szczególne znaczenie także wobec wprowadzania do polskiego porządku prawnego nowych narzędzi ułatwiających zgłaszanie naruszeń, czego przykładem jest wdrożona niedawno przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów specjalna platforma internetowa dla sygnalistów.

Nowe regulacje prawne, dodatkowe sankcje, a także nowe narzędzia technologiczne, powinny już na tym etapie skłonić podmioty gospodarcze do wprowadzania przemyślanych, kompleksowych regulacji w zakresie ochrony sygnalistów.

Rynek pracy: najbardziej pożądane benefity w 2019 r.

Na przestrzeni tego roku, średnio 46 proc. Polaków było zadowolonych
z wysokości swojego wynagrodzenia – pokazują wyniki badania „Confidence Index” podsumowujące cztery kwartały 2019 r. W ostatnich miesiącach niesatysfakcjonujące zarobki były czynnikiem motywującym do zmiany pracy podobny odsetek ankietowanych (43 proc.). Coraz więcej pracodawców jest świadomych konieczności dostosowania polityki kadrowej do oczekiwań pracowników, aby podnieść konkurencyjność swojej organizacji na rynku pracy. W związku z tym, firmy proponują szereg pozapłacowych dodatków, które mają zwrócić uwagę kandydatów i przyciągnąć ich do firmy, ale także zatrzymać obecne talenty. Co było dla polskich pracowników najważniejsze w miejscu zatrudnienia i które benefity były najbardziej pożądane w minionym roku?

Niskie zarobki główną przyczyną zmiany pracy w 2019 r.

Koszt nieudanej rekrutacji może wynieść kilkadziesiąt tysięcy złotych, dlatego pracodawcom coraz bardziej zależy na utrzymaniu talentów w firmie. Okazuje się, że zachęcenie pracownika do zostania w organizacji jest bardziej korzystne finansowo niż przeprowadzenie procesu rekrutacyjnego od początku i wdrożenie nowej osoby. Niesatysfakcjonujące zarobki to jedna z głównych przyczyn rezygnacji z pracy, na którą wskazało niemal 42 proc. ankietowanych w 2019 r. Kolejnymi powodami podjęcia takiej decyzji były brak możliwości rozszerzania umiejętności (58,9 proc.) i ograniczone perspektywy rozwoju zawodowego w obecnym miejscu zatrudnienia (35,6 proc.).

Co za to skutecznie przyciągało kandydatów do firmy?

Atrakcyjne miejsce pracy

– Z podsumowania naszych kwartalnych badań „Confidence Index” wynika, że w miejscu pracy największą uwagę zwracamy na panujące w firmie relacje z przełożonymi i współpracownikami (98 proc.). Istotna jest dla nas również możliwość zachowania work-life balance (93,2 proc.) w miejscu zatrudnienia oraz dostęp do szkoleń (92,2 proc.). Dla niemal 80 proc. respondentów ważne są struktury etyczne firmy oraz jej zaangażowanie w działalność z zakresu CSR79,4%). 61,5 proc. ankietowanych potwierdziło również, że chciałoby od czasu do czasu pracować zdalnie, a 71% badanych doceniłoby elastyczny czas w jakim może wykonywać obowiązki – mówi Piotr Dziedzic, senior dyrektor w Michael Page.

Najbardziej pożądane benefity

Do najbardziej pożądanych przez Polaków pozapłacowych dodatków należą prywatna opieka zdrowotna (91,2 proc.) oraz ubezpieczenie na życie (78,1 proc.). Spośród szerokiego wachlarzu benefitów, co drugi z nas (54 proc.) ceni także dofinansowanie karnetów na siłownię. 39 proc. respondentów zależy także na otrzymaniu zniżek pracowniczych, a co trzeci (29,2%) chciałby mieć
w biurze dostęp do darmowych przekąsek.

Pozapłacowe benefity, które oferują pracodawcy są często uzupełnieniem pensji i mogą stanowić formę podwyżki. Są one tak samo negocjowalną częścią umowy jak wynagrodzenia, czy awans, dlatego warto przełożonemu przedstawić swoje oczekiwania także względem dodatków. Możemy to zrobić na każdym etapie pracy, nawet podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Coraz więcej firm ma szeroki wachlarz ofert, którymi kusi kandydatów. Mogą to być kursy językowe, karnety na siłownię, czy nawet dofinansowania do urlopów. Dzisiejszy rynek pracy jest nastawiony na pozyskiwanie najlepszych talentów, dlatego więcej organizacji wykazuje coraz bardziej propracownicze podejście – podsumowuje Piotr Dziedzic z Michael Page.

****

O badaniu Confidence Index

Confidence Index to cykliczny sondaż przeprowadzany przez Michael Page, który bada nastroje wśród osób poszukujących pracy w wybranych krajach w Europie, Ameryce Północnej, Ameryce Południowej, Azji oraz Australii. Badanie mierzy poziom optymizmu kandydatów na stanowiskach specjalistycznych i managerskich w odniesieniu do szans na znalezienie nowej pracy, przewidywanego czasu trwania poszukiwań, oczekiwań wobec własnej sytuacji zawodowej i sytuacji gospodarczej kraju oraz powodów, które skłoniły ich do zmiany miejsca zatrudnienia. Badanie jest prowadzone online wśród kandydatów, którzy aplikowali na ofertę pracy za pośrednictwem strony Michael Page.

Mieszkanie z licytacji komorniczej: czy to dobra okazja?

Wiele osób szukających cenowych okazji zastanawia się, czy mieszkanie z licytacji komorniczej może być dobrym wyborem. Odpowiadamy na to ciekawe pytanie.

Szybki wzrost kosztów zakupu mieszkań motywuje wiele osób do poszukiwania okazji cenowych. Jednym ze źródeł takich okazji mogą być licytacje komornicze. Najczęściej są one związane z licytacją majątku osoby, która nie potrafiła spłacić licznych kredytów gotówkowych lub kredytu hipotecznego. Do wzrostu zainteresowania licytacjami komorniczymi mieszkań przyczynił się Internet, w którym można łatwo znaleźć informacje o takich kolejnych licytacjach. Przykład stanowią ogłoszenia umieszczane na serwisie internetowym Krajowej Rady Komorniczej. Każda osoba, którą zainteresowało jakieś mieszkanie z licytacji komorniczej, powinna najpierw dowiedzieć się, jak dokładnie wygląda taka aukcja. Warto zdawać sobie sprawę, że ewentualne problemy mogą dotyczyć nie tylko eksmisji byłego właściciela lokum. Kłopotliwe bywają także kwestie związane ze sfinansowaniem wylicytowanego mieszkania przy pomocy kredytu hipotecznego.

Lokum od komornika nie zawsze można kupić tanio …

Mieszkanie z licytacji komorniczej jest kupowane zupełnie inaczej niż typowy lokal na rynku wtórnym. Różnica dotyczy między innymi faktu, że potencjalny nabywca mieszkania od komornika musi działać sam i nie może liczyć na wsparcie eksperta. Agent nieruchomości zwykle nie będzie zainteresowany pomocą w zakupie mieszkania od komornika. Wiąże się to na przykład z faktem, że zakupu lokum na licytacji nie można zagwarantować. Czasem okazuje się, że jeden z licytantów został „przebity” o zaledwie 1% ceny wywoławczej. „Tyle bowiem wynosi minimalny próg postąpienia podczas licytacji komorniczej nieruchomości mieszkaniowych (tzn. lokali mieszkalnych oraz działek zabudowanych domami)” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

W kontekście warunków licytacji komorniczej warto również wspomnieć, że pierwsza publiczna aukcja nieruchomości rozpoczyna się od ceny wywoławczej wynoszącej 75% oszacowania rzeczoznawcy. Do sprzedaży wystarczy zaproponowanie takiej minimalnej ceny przez przynajmniej jednego licytanta. Jeśli podczas pierwszej licytacji domu lub lokalu nie będzie chętnych, to analogiczny limit ceny wywoławczej spadnie do 2/3 oszacowania. „Jeżeli nieruchomość jest atrakcyjna, to nie można wykluczyć, że już podczas pierwszej licytacji komorniczej osiągnie ona cenę końcową przekraczającą 100% oszacowania” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Jeszcze przed licytacją trzeba przygotować rękojmię

Cena wywoławcza jest ważna dla wszystkich licytantów nie tylko dlatego, że wyznacza ona minimalny koszt nabycia danego lokum od komornika. Warto również wiedzieć, że każda osoba zamierzająca kupić mieszkanie z licytacji komorniczej, bezwarunkowo musi wnieść tzw. rękojmię. Wspomniany termin nie ma nic wspólnego z odpowiedzialnością za wady mieszkania i w tym kontekście oznacza po prostu wadium. Licytant najpóźniej w dniu poprzedzającym aukcję musi przekazać rękojmię stanowiącą 10% wyceny (sumy oszacowania) domu lub lokalu. „Takie wadium, które wpłacił zwycięzca zostanie zaliczone na poczet ostatecznej ceny sprzedaży mieszkania. Pozostali licytanci otrzymają natomiast zwrot wpłaconej rękojmi” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

 Czasem trudno uniknąć eksmisji byłego właściciela

Wiele osób obawia się zakupu mieszkania z licytacji komorniczej, ponieważ taki wariant może skutkować problemami oraz nieprzyjemnościami dotyczącymi eksmisji byłego właściciela. Życie pisze różne scenariusze i dlatego nie można wykluczyć, że potrzebne będzie eksmitowanie byłego właściciela lokum oraz członków jego rodziny. Najbardziej drastyczny wariant zakłada konieczność otwarcia drzwi siłą i skorzystania z asysty policji. Na całe szczęście, taki scenariusz ma miejsce dość rzadko. „Większym problemem bywa opóźnienie związane z koniecznością oczekiwania na mieszkanie socjalne lub pomieszczenie tymczasowe dla byłych właścicieli lokalu lub domu” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Ewentualny kredyt trzeba załatwiać bardzo szybko

Jeżeli chodzi o specyficzne aspekty kupna mieszkania z licytacji komorniczej, to warto również wspomnieć o pewnych kłopotach dotyczących finansowania transakcji kredytem hipotecznym. Trzeba zdawać sobie sprawę, że wiele osób biorących udział w licytacjach komorniczych to inwestorzy płacący za lokal lub dom „gotówkowo” (tzn. bez wykorzystania kredytu). Takie rozwiązanie jest najbardziej wygodne, ponieważ wyklucza problemy związane z krótkim terminem płatności. „Przepisy kodeksu postępowania cywilnego wskazują, że osoba kupująca mieszkanie z licytacji komorniczej zasadniczo ma tylko 14 dni na wpłatę ostatecznej ceny pomniejszonej o wadium (rękojmię)” – ostrzega Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Dwutygodniowy termin może nie wystarczyć do załatwienia wymaganych formalności, które są związane z kredytem mieszkaniowym. Dlatego wiele osób wnioskuje do komornika o warunkowe wydłużenie terminu płatności do jednego miesiąca. Nie można jednak przesądzać ze stuprocentową pewnością, że komornik zgodzi się na takie rozwiązanie. Trzeba również pamiętać, że w razie przekroczenia terminu płatności za mieszkanie, wniesione wadium przepada niezależnie od winy pechowego licytanta. „Tak stwierdził Sąd Najwyższy w swojej uchwale z dnia 20 listopada 2009 r. (zobacz sygn. akt III CZP 88/09)” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Fiskus wstrzymuje VAT nie podając przyczyn, a firmom grozi likwidacja

Zawiązana w 2012 r. spółka o zasięgu międzynarodowym, w której przez 7 lat nie ujawniono nigdy żadnych nieprawidłowości, od ponad roku nie mogła odzyskać należnego jej zwrotu VAT, co sprowadziło na nią widmo likwidacji. Firma reprezentowana przez radcę prawnego Roberta Nogackiego z warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec wygrała z fiskusem w sądzie, wykazując zarówno brak merytorycznych podstaw do przedłużania terminu zwrotu należnego jej podatku VAT, jak i prawnych z uwagi na nieskuteczność doręczenia postanowienia o przedłużeniu.

Konieczność sprawdzenia zasadności zwrotu

Przepisy art. 87 ustawy o podatku od towarów i usług stanowią, że termin zwrotu podatku VAT wynosi 60 dni od dnia złożenia deklaracji podatkowej, a przy spełnieniu określonych w ustawie przesłanek lub na złożony wraz z deklaracją wniosek podatnika urząd skarbowy jest zobowiązany dokonać zwrotu w terminie 25 dni.

17 września 2018 r. jedna ze spółek z branży motoryzacyjnej złożyła w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za sierpień 2018 r. z wykazaną do zwrotu w 25-dniowym terminie kwotą podatku VAT w wysokości ponad 85 000 zł. Trzy tygodnie później Naczelnik Zachodniopomorskiego Urzędu Celno-Skarbowego w Szczecinie wszczął w spółce kontrolę celno-skarbową za sierpień 2018 r., a Naczelnik Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek postanowieniem z 10 października 2018 r. przedłużył termin zwrotu podatku do 29 marca 2019 r. Organ wskazał na konieczność sprawdzenia zasadności zwrotu przed jego dokonaniem.

Postanowienie o przedłużeniu terminu zwrotu VAT doręczone lokatorowi

Pełnomocnik spółki mec. Robert Nogacki wniósł zażalenie na to postanowienie, podnosząc, że organ w żaden sposób nie wykazał wystąpienia przesłanki podważającej zasadność zwrotu, która powodowałaby konieczność przeprowadzenia dodatkowej weryfikacji. Jednocześnie radca prawny z Kancelarii Prawnej Skarbiec wskazał, że organ działa w sprawie w sposób przewlekły i niebudzący zaufania, nie informując spółki o pobudkach, jakimi kieruje się przy jej załatwianiu.

Pośród zarzutów spółka podniosła, że od 12 października 2018 r. organ pozostaje w nieuzasadnionej zwłoce ze zwrotem należnego jej podatku, bowiem tego dnia upłynął wiążący organ 25-dniowy termin na jego dokonanie. Stało się tak, bo Naczelnik Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek nie mógł skutecznie przedłużyć terminu, który wygasł. A wygasł, bowiem organ podatkowy doręczył postanowienie o przedłużeniu osobie trzeciej, nieupoważnionej do odbioru korespondencji kierowanej do spółki. Kancelaria wskazała, że w związku z tym nieskutecznym doręczeniem postanowienie Naczelnika Urzędu Skarbowego Warszawa-Targówek z dnia 10 października 2018 r. nie zostało wprowadzone do obiegu prawnego. Zatem organ podatkowy nie mógł skutecznie przedłużyć terminu należnego spółce zwrotu VAT. Zgodnie bowiem z art. 151 § 1 zd. 1 Ordynacji podatkowej:

„Osobom prawnym oraz jednostkom organizacyjnym niemającym osobowości prawnej pisma doręcza się w lokalu ich siedziby lub w miejscu prowadzenia działalności – osobie upoważnionej do odbioru korespondencji lub prokurentowi” (Dz.U. 2019 poz. 900).

Organ nie wskazał przyczyn dodatkowej weryfikacji

Skarżąca zwróciła uwagę, że naczelnik urzędu skarbowego przyznał, iż u podstaw jego wątpliwości co do zasadności zwrotu leży wysokość wnioskowanego zwrotu, a przecież wnioskowana kwota zwrotu jest znacząco niższa od kwot zwrotów VAT za inne miesiące tego samego roku, o jakie wnioskowała spółka. Dlatego też zdaniem skarżącej organ przedstawił jej tylko pretekst, a nie realny powód wstrzymania zwrotu. Podobnie, jako na nieznajdujące oparcia w prawie wskazała uzależnienie dokonania zwrotu VAT od wyniku kontroli prowadzonej przez inny organ, podczas gdy organ wstrzymujący zwrot nie wykazał przyczyn konieczności przeprowadzenia dodatkowej weryfikacji.

Dowód organu

Organ drugiej instancji, Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Warszawie, bronił ustaleń dokonanych przez NUS, w tym prawidłowości wykazania przez niego istnienia przesłanek uzasadniających potrzebę przedłużenia zwrotu VAT. W zakresie podnoszonego przez pełnomocnika spółki nieskutecznego doręczenia postanowienia o przedłużeniu organ poinformował o posiadaniu dowodu potwierdzającego to doręczenie. Miała nim być notatka sporządzona przez pracownika urzędu skarbowego, który doręczał pismo:

„Doręczenia koperty z korespondencją dokonałem z lokatorem (…) Na pytanie, czy jest uprawniony do odbioru wszelkiej korespondencji podatnika, odpowiedział, że tak i to on wszystko kwituje co przychodzi na ten adres na firmę (…) Spytałem się również, czy posiada pełnomocnictwo, na co on zadzwonił do właściciela budynku i prezesa firmy (…) mówiąc, iż takiego pełnomocnictwa nie posiada nikt w spółce, nawet pracownicy (…) A sam właściciel firmy przebywa poza Warszawą. Dlatego korespondencję pozostawiłem na miejscu, zaznaczając na zwrotce, kto faktycznie odbiera list, wpisując numer dowodu osobistego…” (sygn. akt III SA/Wa 676/19).

Zdaniem organu notatka ta potwierdza, że prezes spółki podczas rozmowy telefonicznej udzielił w formie ustnej, a więc doniosłej prawnie w świetle przepisów kodeksu cywilnego, pełnomocnictwa lokatorowi budynku należącego do spółki.

Notatka potwierdza, że doręczył niewłaściwie

Co innego z powyższej notatki odczytali reprezentujący spółkę prawnicy. Rozpoznający skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie zgodził się ze stanowiskiem spółki, że z notatki pracownika urzędu skarbowego nie wynika, aby osoba, której wręczył pismo, posiadała pełnomocnictwo do jego odebrania. Wręcz przeciwnie, potwierdza, że prezes spółki nie udzielił takiego pełnomocnictwa nikomu, a zatem i tej osobie. Sąd potwierdził również, że lokator wynajmujący ten sam budynek, co siedziba spółki, nie jest jej pracownikiem. Regulacja art. 151 § 1 O.p. wyklucza możliwość doręczenia do rąk osoby trzeciej, która zobowiązuje się do oddania pisma adresatowi. Pokwitowanie odbioru pisma przez podmiot mający siedzibę lub miejsce prowadzenia działalności w tym samym budynku nie może stanowić skutecznego doręczenia, nawet gdyby dysponował on pieczątką firmową adresata.

Samo wszczęcie kontroli nie może stanowić samoistnej przesłanki wstrzymania zwrotu VAT

WSA, orzekając na korzyść spółki, zgodził się również z podniesionymi przez nią zarzutami braku uzasadnienia ze strony organu konieczności wstrzymywania zwrotu VAT:

„Zdaniem Sądu zaskarżone postanowienie nie wskazuje na istotne (uzasadnione) wątpliwości ani okoliczności przemawiające za potrzebą dodatkowej weryfikacji. Organ odwoławczy wskazał (za organem pierwszej instancji), że jedyną podstawą do przedłużenia terminu zwrotu było: przeprowadzenie dodatkowej weryfikacji w ramach kontroli celno-skarbowej (…) przy czym nie wskazano, jakie okoliczności wywołały wątpliwości organu, skutkujące koniecznością przedłużenia terminu zwrotu. Niewątpliwie sama okoliczność wszczęcia kontroli celno-skarbowej wobec Skarżącej, nie jest samoistną przesłanką wstrzymywania zwrotu podatku VAT” (wyrok WSA w Warszawie z 19 września 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 676/19).

Działania organów mogły doprowadzić do likwidacji uczciwej, płacącej podatki firmy

Szybka reakcja firmy w sytuacji kryzysowej i skuteczna pomoc prawna uchroniły spółkę od wieloletniego wstrzymywania zwrotu należnych jej pieniędzy. Bo to mogłyby uczynić organy skarbowe, wydając kolejne postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu. W przypadku opisywanej firmy kwestia jej wygranej w sporze z fiskusem oznaczała dla niej być albo nie być.

„Skarżąca podniosła, że żadna z dotychczas przeprowadzonych kontroli wobec niej nie ujawniła nigdy jakichkolwiek nieprawidłowości w jej rozliczeniach podatkowych. W toku swojej działalności wygenerowała dla budżetu znaczne wpływy z tytułu podatków, uczciwie odprowadzanych od siedmiu już prawie lat. Obecne działania organów podatkowych mogą w niedługim czasie doprowadzić do likwidacji firmy…” (sygn. akt III SA/Wa 676/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Świątecznych prezentów szukamy w niedzielę. Nie wydajemy na nie więcej niż 100 zł

Ponad połowa Polaków (55%) na jeden świąteczny prezent wyda nie więcej niż 100 zł. Na hojniejszy podarunek zdecyduje się 45% z nas. Pod choinką najczęściej znajdą się książki, zabawki i kosmetyki – wynika z badania zleconego przez CBRE. Eksperci firmy doradczej przyznają, że okres przedświąteczny pokazuje ciągłe przywiązanie Polaków do zakupów w niedzielę. To właśnie w ten dzień ruch w niektórych centrach handlowych jest największy.

– Tłumy klientów w okresie przedświątecznym to dla centrów handlowych nie lada wyzwanie. Świąteczne dekoracje, muzyka czy stoiska z prezentami i ich pakowaniem to jeden wymiar przygotowań. Kolejny to logistyka związana m.in. z wzmożoną ochroną czy ułatwieniami na parkingach. To szczególnie istotne w dwa ostatnie weekendy przez Świętami, kiedy najwięcej osób wybiera się na zakupy. Było to widoczne w miniony weekend 21 i 22 grudnia, kiedy odwiedzalność niektórych centrów handlowych wzrosła nawet o 10% w porównaniu do pierwszych weekendów grudnia. Z naszych danych wynika także, że duża część klientów nadal bardzo ceni sobie niedzielne zakupy i w wielu centrach handlowych ten dzień jest nawet popularniejszych pod względem odwiedzin niż sobota – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Świąteczne podium zakupowe należy do kosmetyków

Największa grupa Polaków, bo aż 35%, na jeden prezent świąteczny przeznacza od 51 zł do 100 zł. Mniejszą kwotę na ten cel wydaje jedna piąta z nas, natomiast droższe prezenty, za kwotę od 100 do 200 zł kupuje około jedna czwarta osób (26%). Do grona najhojniejszych Polaków zalicza się co piąty respondent, który planuje na prezent dla każdego z bliskich przeznaczyć więcej niż 200 zł.

Jak wskazują eksperci CBRE, jednymi z najbardziej obleganych sklepów w galeriach handlowych przed Bożym Narodzeniem są drogerie. I nic dziwnego – na prezent w postaci kosmetyku decyduje się aż 43% Polaków. Na drugim miejscu znajdują się zabawki, które kupuje dla najmłodszych 38% osób. Niewiele mniej niż jedna trzecia w świąteczną paczkę zapakuje książki (31%), a po 27% wybierze ubrania i dodatki oraz perfumy. Na sprzęt elektroniczny i akcesoria domowe decyduje się odpowiednio 19% i 17% Polaków, a 16% kupuje biżuterię. Dużo mniejszą popularnością cieszą się m.in. suplementy diety (7%) i muzyka (5%).

Wolimy w promocji

Mimo świątecznej gorączki, podgrzewanej jeszcze przez galerie handlowe klimatyczną muzyką i święcącym wystrojem, większość Polaków zwraca uwagę na cenę i stara się wybierać produkty, które są w promocji (63%). Dostępność takich okazji i ich promocja to ważne aspekty przedświątecznych przygotowań wśród zarządzających centrami handlowymi. Jak podkreślają eksperci CBRE, wspierają oni swoich najemców informując o rabatach w social mediach, na plakatach, bilbordach czy informacjach nadawanych przez głośniki w centrach handlowych.

To, czy prezent zostanie kupiony w okazyjnej cenie nie ma żadnego znaczenia tylko dla 8% Polaków. Okazuje się zatem, że nie tylko zakupy na ostatnią chwilę są częścią naszej tradycji, ale też poszukiwanie produktów w promocyjnej cenie. Nie ma się zresztą co dziwić, w momencie gdy do obdarowania mamy kilka a nawet kilkanaście osób, poszukiwanie okazji wydaje się naturalne, a sklepy chętnie to wykorzystują i kuszą już tak naprawdę od listopada, promocyjnymi zestawami – podsumowuje Magdalena Frątczak.   

Metodologia: Badanie przeprowadzone w dniach 29.11-3.12.2019 roku dla CBRE na panelu Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa. Liczba respondentów: 1028 osób powyżej 18 roku życia. Kwoty dobrane według reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI.

Polacy wciąż wstydzą się kupować używane prezenty. Ale liczba transakcji z roku na rok będzie rosła

Badanie, przeprowadzone przez serwis DING.pl, wykazało, że 35% konsumentów planuje kupić używany prezent na święta, a 13% się waha. Aż 43% Polaków twierdzi, że zrobi to ze względu na znane marki. Dopiero później liczy się cena – 35%, a także ekologia – 8%. Ponad połowa badanych wstydziłaby się wręczyć taki przedmiot. Niektórzy uważają, że raczej nie wypada tego robić – 31%. Tymczasem największym zainteresowaniem cieszy się nienowa odzież – 41%, jak również stara biżuteria – 12%. Respondenci dodają, że upominki z drugiej ręki najchętniej wyszukają w Internecie i odbiorą osobiście. Tak powiedziało blisko 60% osób.

Jedna czwarta badanych deklaruje, że przynajmniej raz w swoim życiu kupiła używaną rzecz na prezent świąteczny. W tym roku zamierza tak zrobić 35%. Wzrost wynosi 10%. Jak komentuje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, daleko nam jeszcze do krajów Europy Zachodniej i USA, gdzie tego typu zachowanie jest pewnego rodzaju standardem i wynika głównie z pobudek ekologicznych.

– Osobom, które przewidują zakup używanej rzeczy na prezent, zależy głównie na znanych markach – 43%. Następnie znaczenie ma cena – 35%, dopiero później – ekologia – 8%, a także posiadany budżet – 7%. To pokazuje, jak dużą wartość ma dla konsumentów znak firmowy. Są gotowi postąpić nawet wbrew ogólnie przyjętym normom społecznym, w tym ekologicznym, by podarować upominek wyróżniający się znanym symbolem – zauważa socjolog, prof. Janusz Hryniewicz z Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei przeciwnicy nowego trendu twierdzą, że zwyczajnie byłoby im wstyd dać komuś na Gwiazdkę używaną rzecz – 56%. Część osób uważa, że tak raczej nie wypada postępować – 31%. Natomiast 10% badanych z tej grupy stanowczo podkreśla, że stać ich na zakup nowych przedmiotów.

– W naszej kulturze panuje przekonanie, że prezent powinien być nowy, bo tak wypada. Polscy konsumenci obawiają się, że zakup używanej rzeczy na prezent może mocno obrazić obdarowywaną osobę. I z daleko posuniętej ostrożności wolą nie narażać się na taki zarzut. To podejście dopiero zaczyna się zmieniać, ale utrwalenie nowego zwyczaju zakupowego wymaga co najmniej dekady – wyjaśnia ekspert z Grupy AdRetail.

Jeżeli już polscy konsumenci zdecydują się na zakup używanej rzeczy na prezent, to głównie postawią na odzież – 41%. Część osób może włożyć pod choinkę biżuterię – 12%, płyty z muzyką – 9%, a także sprzęt RTV – 8%. Mniej respondentów wskazywało gry i konsole – 6%, smartfony – 5%, sprzęt AGD – 4%, tablety – 3%, komputery stacjonarne i laptopy czy sprzęt car audio – po 2%.

– Trzeba mieć pełną świadomość tego, że osoba obdarowana może być mocno zawiedziona. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, które nie spodziewają się tego, że dostaną po kimś sukienkę albo naszyjnik. Taka niespodzianka wymaga sporego wyczucia i odwagi. Wyjątkiem może być np. wymarzone futro, gdy na zakup nowego nie stać męża. Wszystko zależy od okoliczności – zaznacza prof. Hryniewicz.

Jak tłumaczy Karol Kamiński, głównie chodzi o znane marki, tak popularne wśród młodych ludzi. Dla przykładu, za koszulkę znanego światowego projektanta trzeba zapłacić w cenie regularnej nawet kilkaset złotych, co jest poza zasięgiem wielu z nas. Jeżeli używana sztuka jest w bardzo dobrym stanie, to faktycznie różnica cenowa może okazać się znacząca. Z kolei w przypadku biżuterii, niektórym konsumentom zależy na antykach. Jak wiadomo, z roku na rok ich wartość rośnie. W ocenie eksperta, takie prezenty nie powinny być odbierane jako przejaw skąpstwa, złośliwości czy zwykłego nietaktu.

– Z badania wynika również, że konsumenci chcą nabywać ww. prezenty głównie przez Internet, ale tylko z odbiorem osobistym – 57%. Preferowany jest też zakup bezpośredni w placówce stacjonarnej – 31%. Zaledwie 9% wskazało, że najchętniej kupi używany przedmiot w sieci, bez oglądania go. To wyraźnie pokazuje, że większość osób ma jednak na względzie jakość towaru i nie bierze przysłowiowego kota w worku – podsumowuje prof. Hryniewicz.

Badanie zostało zrealizowane przez serwis oraz aplikację mobilną DING.pl (Grupa AdRetail). Ankieta była prowadzona w okolicach dużych centrów handlowych oraz małych i średnich sklepów na przełomie listopada i grudnia br. Łącznie odbyły się 1004 wywiady bezpośrednie z losowo wybranymi osobami. Struktura próby odpowiadała strukturze kobiet i mężczyzn w wieku 18-80 lat.

Pracodawcy obawiają się wyższej płacy minimalnej

Wizja podwyższenia płacy minimalnej do poziomu 4 tys. w 2020 roku nie wzbudza entuzjazmu w środowisku pracodawców i ekspertów zajmujących się rynkiem pracy. Ankieta przeprowadzona przez Pracodawców RP pokazuje, że 82% przedsiębiorców ocenia, że wyższa płaca minimalna negatywnie wpłynie na ich sytuację finansową.

Sam wzrost płacy minimalnej nie jest ani zły, ani zaskakujący. Problemem jest jednak dynamika zmian – 13 zł, które w 2017 było bez większych problemów osiągalne, zaledwie 3 lata później ma się zamienić w 16 zł, które może już dla niektórych firm stanowić nie lada wyzwanie. Czy przez ubiegłe 3 lata gospodarka zmieniła się na tyle, żeby ten kaliber wzrostu był uzasadniony? Każdorazowa podwyżka płacy minimalnej powinna mieć uzasadnienie w pozostałych wskaźnikach ekonomicznych. W tym przypadku zostały one pominięte.

Mali przedsiębiorcy na najgorszej pozycji

Grupą, która moim zdaniem najmocniej odczuje zmiany są mali przedsiębiorcy, w szczególności z sektora usług gastronomicznych. Przez wiele lat wynagrodzenie kelnerów było symboliczne, ponieważ dużą część otrzymywali od klientów w formie napiwków. Doświadczony kelner w lokalu o umiarkowanym obłożeniu jest w stanie zarobić w ten sposób nawet dodatkowe 30 zł na godzinę. Restauracja w ten sposób rekompensowała sobie koszty poniesione w innych obszarach, a pracownik i tak wychodził na swoje. Obecnie lokale gastronomiczne pracujące na niskich marżach stają przed nie lada wyzwaniem: przekształcić się w lokal samoobsługowy, zatrudniać na czarno czy podnieść ceny w karcie?

Podwyżek cen usług i produktów powinnyśmy spodziewać się w każdej dziedzinie, zaczynając od cen podstawowych produktów na wyższych czynszach mieszkaniowych kończąc. Może się więc okazać, że chociaż wynagrodzenie, które otrzymamy będzie wyższe niż obecnie, wysokie koszty życia sprawią, że zapowiadane minimum 4 tys. okaże się niewystarczające.

Podwyżki mogą okazać się sporym wyzwaniem dla sektora publicznego, chodzi o szpitale, szkoły czy domy opieki. W tych instytucjach wiele osób odpowiedzialnych za utrzymanie porządku, czy techniczną obsługę obiektu otrzymuje wynagrodzenie na najniższym poziomie. Jego wzrost będzie wyzwaniem dla dyrektorów i samorządów odpowiedzialnych za te placówki.

Problem płacy minimalnej jest bardziej złożony i dotyczy tzw. pułapki średniego dochodu, z którą w Europie borykają się dziś min. Czechy. Wzrost kosztów pracy prowadzi do spowolnienia produkcji, a z czasem do nasycenia rynku i stagnacji. W praktyce oznacza to zatrzymanie się na średnim dochodzie i brak perspektyw na jego podwyższenie.

Reasumując, rozwijająca się gospodarka musi prowadzić do wzrostu wynagrodzeń, wzrost ten jednak powinien być stabilny, przewidywalny a co najważniejsze powinien uwzględniać prognozy i wskaźniki gospodarcze.  Obecne plany w tym zakresie niestety nie spełniają żadnego z tych warunków, nie mogą więc być postrzegane jako pozytywne.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, Prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Komentarz rynkowy: Podsumowanie 2019 r. i prognozy na 2020 r

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 roku. Przypomnijmy, że koniec roku 2018 był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co również wpływało na stawiane tezy i oceny. Należy jednak przeanalizować prognozy inwestycyjne na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność, i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Pierwsza prognoza 2019 roku: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”

Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na ten fakt nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym. Patrząc nieco kontrariańsko, jeśli nic nie wskazuje na katastrofę, należy się jej spodziewać.

Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”

Teza wydawała się dość bezpieczna i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono. Owszem, okresy podwyższonej zmienności pojawiały się, w szczególności w momentach aktywacji problemów związanych z wojną handlowa, jednak zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała, jakkolwiek teza pozostaje aktualna na rok 2020.

Trzecia prognoza „Europa Zachodnia dobra na drugą połowę roku”

Teza sprawdziła się w 50%, gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.

Czwarta prognoza: „Czas surowców – możliwe wzrosty na rynku złota”

Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to nasza najlepsza teza na ten rok. Notowania złota od końca maja 2019 roku przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dolarów, można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w roku 2020, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału.

Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów S&P 500 i Nasdaq. Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30%, warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały ten indeksy na początku roku. Od szczytowych poziomów z roku 2018 nowe historyczne rekordy zostały ustanowione około 8% wyżej, co nieco zmienia optykę oceny ostatnich wzrostów.

W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół sprawy Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę odczytów ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020r., co było dyskontowane przez inwestorów na przestrzeni roku.

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku, gdzie widoczna była defragmetyzacja

Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz wewnętrznych problemów, związanych z wyrokami TSUE w przypadku banków oraz różnych inicjatyw i projektów w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa. Z drugiej strony, relatywnie dobry okres mają za sobą małe spółki. Trzeba jednak pamiętać, że część ruchu wzrostowego była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.

Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018 upłynął pod znakiem wojny handlowej

Wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami w wersji uproszczonej, a de facto USA a resztą świata. Opisując przebieg wydarzeń, można by zapełnić całość niniejszego komentarza. Wystarczy stwierdzić, że na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało, również przez proaktywne działania Donalda Trumpa i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku, wywołując protesty społeczności międzynarodowej z uwagi na próby zgaszenia ich przez stronę chińską.

Do istotnych tematów w 2019 roku zaliczyć należy również politykę Fed, który dokonał wolty na przestrzeni roku, z polityki zaostrzania prowadzonej przez quantitative tapering oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Sytuacja ta, pomijając podważenie wiarygodności obecnego prezesa Fed, wpłynęła w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Co czeka nas w 2020 roku?

Jest kilka tematów, na których powinni skupić się inwestorzy w nadchodzących miesiącach:

Stany Zjednoczone dalej w grze, ale przy innych regułach

Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji wieść będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku. Szacujemy, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 roku wyniesie około 10% w przypadku indeksu S&P 500. Większe znaczenie będzie miała selekcja, w szczególności w przypadku spółek technologicznych, gdzie części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki, jak również kontynuacji pozytywnych tendencji w przypadku części spółek technologicznych. Stawialibyśmy jednak na mniejsze podmioty, niż sławne kiedyś FAANG. W dalszym ciągu dobrze mogą sobie radzić modne obecnie spółki z sektora SAAS (software as a service) oraz podobnych rozwiązań w zakresie infrastruktury i platform informatycznych.

Zmienność powróci

Jak już wcześniej pisaliśmy, ten typ na 2019 rok nie zrealizował się w pełni. Zdecydowaliśmy się go jednak powtórzyć, z uwagi na brak istotnej korekty na rynkach w ciągu ostatniego roku. Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i brak rozwiązań w zakresie kluczowych problemów, jak i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawa impeachmentu Donalda Trumpa. Nie można również zapominać, że rok 2020 jest rokiem wyborczym w USA, który kieruje się swoją specyfiką, zarówno w USA, jak i pośrednio na innych rynkach, które podążają za rynkiem amerykańskim. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA, która nie nastąpiła od rekordowo długiego okresu. Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.

Spółki z Europy

Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Teza wynika zarówno z ostatniej poprawy wskaźników gospodarczych, jak i korzystnych wskaźników wycenowych, w porównaniu chociażby do Stanów Zjednoczonych. Zagrożeniem dla tematu może być reeskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska.

Powrót rynków wschodzących

Ewentualne złagodzenie taryf celnych połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 roku wspierać rynki wschodzące. Na szeroko pojętych emerging markets można znaleźć wiele atrakcyjnych i przecenionych aktywów. Nie polecamy jednak ekspozycji typu buy and hold, raczej wykorzystywanie pojawiających się okazji inwestycyjnych.

Polska – szanse i zagrożenia

Krajowa giełda zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników. Z drugiej jednak strony historycznie niski poziom wycen może w końcu zrealizować scenariusz powiększenia napływów kapitału. Tutaj rolę stabilizatora z punktu widzenia inwestorów zagranicznych mogą pełnić PPK, chociaż opublikowana w grudniu stopa partycypacji w programie jest daleka od zadowalającej. Szansą dla inwestorów mogą, podobnie jak w 2019 roku, stanowić wyzwania, dostarczające nowego – starego kapitału na rynek. Inwestorzy powinni inwestować w Polsce selektywnie, wybierając spółki, które wygrywają trwające obecnie trendy, jak wzrost kosztów pracy. Krajowemu rynkowi w pierwszych miesiącach roku pomóc może chwilowa stabilizacja sytuacji wokół wojen handlowych i Brexitu. W innych segmentach rynku w dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie na rynku staje się coraz bardziej ryzykowne.

Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

W tym roku pod choinkę przedsiębiorcy dostaną droższy prąd, droższą pracę i podwyżkę ZUS

  • Przedsiębiorcy w tym roku znajdą pod choinką znaczący wzrost kosztów prowadzenia działalności – droższy prąd, wzrost minimalnego wynagrodzenia, podwyżkę ZUS.
  • Nie będzie za to prezentów od banków – te niechętnie udzielają kredytów i finansują małe firmy.
  • Obawy o pogorszenie koniunktury i recesję powodują, że przedsiębiorcy będą musieli mocniej trzymać się za portfele i dokładniej pilnować płynności finansów.

Firmy mogą liczyć na wielopak

Pierwszym „prezentem” dla przedsiębiorców może być podwyżka cen prądu. Eksperci z Forum Energii prognozują wzrost kosztów o 15-20% w przypadku gospodarstw domowych, podkreślają jednak, że zmiany w taryfach i urealnienie cen w największym stopniu dotkną sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Tej grupy nie chroni żaden z mechanizmów „zamrożenia” cen. Oznacza to, że podwyżki dla biznesu będą na pewno wyższe niż dla gospodarstw domowych. Wszyscy najwięksi dostawcy energii w swoich taryfach na 2020 r. przewidują podwyżki. Ci, którzy nie dostali na razie na to zgody od regulatora będą próbować ponownie.

Problemem dla wielu firm będzie wzrost płacy minimalnej. Plany rządzących zakładają zwiększenie jej o prawie 78 proc. w ciągu pięciu lat, a w przyszłym roku do 2600 zł. To duże zagrożenie dla biznesu, które mogą mieć problem z utrzymaniem płynności przy tak gwałtownym skoku wynagrodzeń. „Droższa praca” spowoduje wzrost kosztów działania firm, które będą jeszcze intensywniej poszukiwać kapitału i łatać dziury finansowaniem zewnętrznym np. faktoringiem. Duży i drastyczny skok kosztów wynagrodzeń, może być niebezpieczny dla całej gospodarki, ale w szczególności dla małych firm. Wg danych GUS w Polsce, co siódma osoba zarabia pensję niższą niż minimalna. W przemyśle spośród 2 mln 719 tys. pracowników w 2018 r. 228 tys. jest zatrudnionych w zakładach, w których przeciętne wynagrodzenie jest niższe niż 3 tys. zł. Są branże, w których czynnik związany z kosztami pracy ma szczególnie duże znaczenie, a gwałtowny wzrost wynagrodzeń może doprowadzić do poważnych perturbacji.

Oczywiście od nowego roku rośnie też składka do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Dotknie to wszystkich – zarówno najmniejszych, prowadzących jednoosobową działalność, jak i tych większych – zatrudniających pracowników i odprowadzających za nich składki proporcjonalne do wynagrodzenia.

– Podwyżka cen prądu może być dla przedsiębiorców bardzo dotkliwa, a przecież to nie jedyny „prezent”, jaki prowadzący biznes dostaną w najbliższym czasie. Firmy powinny szykować się na prawdziwy wielopak, niektórym ciężko będzie go udźwignąć. Codziennie prowadzimy rozmowy z wieloma przedsiębiorcami i ten niepokój o sytuację gospodarczą i wzrost kosztów w przyszłym roku jest wyraźnie widoczny. Z pewnością przedsiębiorcy powinni teraz „czyścić przedpole” tzn. skracać terminy, w jakich otrzymują od swoich klientów pieniądze za usługi lub wytworzone produkty. Tam, gdzie to możliwe warto negocjować krótsze terminy zapłaty. Jeśli partnerzy nie są skorzy do szybszej płatności inną opcją jest faktoring, który pozwala otrzymać własne już zarobione pieniądze w 24h. Trzeba się wprawdzie podzielić prowizją, ale w przyszłym roku oczekiwanie na przelew przez np. 3 miesiące może być zabójcze – mówi mówi Anna Konecka – Pająk – Dyrektor Makroregionu Mazowieckiego w eFaktor.

Od banków prezentów brak

Do obdarowywania przedsiębiorców nie przyłączą się za to banki. W najbliższym czasie dostępność kredytów będzie jeszcze mniejsza. Wynika to z pogarszającej się sytuacji gospodarczej i niższych prognoz wzrostu PKB.

W sytuacji spodziewanego wzrostu kosztów działalności przedsiębiorstw i poszukiwania przez nie kapitału, który mógłby wesprzeć inwestowanie, a w innych sytuacjach łatać bieżące dziury w finansowaniu, oczy właścicieli firm kierują się na banki. Jednak szukanie tam pomocy może być złudne. Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów firmom – szczególnie tym najmniejszym, które tego najbardziej potrzebują.

Barierą jest ocena ryzyka kredytowego. Duża część przedsiębiorstw, zwłaszcza krótko funkcjonujących na rynku, nie posiada żadnej zdolności kredytowej możliwej do udokumentowania w banku. Małym firmom, szczególnie bez długiego stażu na rynku, o kredyt jest bardzo trudno.

Pozostają drogie pożyczki w firmach pozabankowych lub faktoring – w tym drugim przypadku koszty i prowizje zmniejszają się w związku z dużą konkurencją firm oferujących te usługi. Dla coraz większej liczby przedsiębiorców faktoring staje się alternatywą w przypadku rosnących kosztów działalności i potrzeb kapitałowych.

Przedsiębiorcy będą musieli się bardzo pilnować

Obawy o globalną recesję są coraz silniejsze. Napędzają je niepokojące dane z Niemiec, głównego partnera i odbiorcy produktów dla wielu polskich firm. Niestety im dalej na Zachód tym gorzej. Sytuacja Wielkiej Brytanii jest jeszcze bardziej niepewna. Czy Brexit będzie miał miejsce 31.01? Na jakich warunkach? Odpowiedzi na takie pytanie to kluczowe tematy, wpływające na decyzje inwestycyjne czy kadrowe. Po Brexicie mogą pojawić się problemy w rozliczeniach z firmami działającymi na tamtym rynku. Obecnie ponad 50 tysięcy firm prowadzi wymianę handlową z Wielką Brytanią.

– W takim kontekście kluczowe jest zapewnienie sobie płynności finansowania i skrócenie długich terminów zapłaty faktur. Popularne w polskim obrocie handlowym odroczone terminy płatności, czasem nawet na pół roku, to duże ryzyko w tak niepewnej sytuacji. Zapewnienie sobie stabilnego dostawcy finansowania rozumiejącego potrzeby najmniejszych, zaniedbanych przez rynek, przedsiębiorców jest dla takich firm bardzo ważne. Dostępność do kapitału obrotowego to możliwość swobodnego planowania działań w biznesie. Szczególnie kiedy po stronie kosztów dochodzą nowe pozycje – mówi Anna Konecka – Pająk z eFaktor.