Eesti Energia poszukuje partnerów do inwestycji w morską farmę wiatrową

Eesti Energia kontynuuje badania w Zatoce Ryskiej i poszukuje partnerów do inwestycji w morską farmę wiatrową zlokalizowaną na tym obszarze. Wszystko dzięki decyzji estońskiego rządu o rozpoczęciu procedury związanej z pozwoleniem na budowę.

Według Aavo Kärmasa, prezesa Enefit Green, spółki należącej do grupy Eesti Energia, Morski Pan Przestrzenny Pärnu zakłada, że obszar objęty pozwoleniem na budowę jest odpowiedni do rozwoju energetyki wiatrowej. Potwierdziły to też pomiary wiatru, pokrywy lodowej oraz migracji ptaków przeprowadzone dotychczas przez Eesti Energia.

Łotewska strefa rozwoju farm wiatrowych znajduje się zaledwie 10 km od Zatoki Ryskiej. Morska farma wiatrowa znajdująca się na tym obszarze mogłaby być pierwszym wspólnym estońsko-łotewskim projektem produkcji energii odnawialnej – powiedział Kärmas. Estonia nie ma doświadczenia w budowie morskich farm wiatrowych. Z tego powodu, oraz ze względu na rozmiar przedsięwzięcia, projekt ma być realizowany we współpracy z kilkoma firmami. Biorąc pod uwagę jego potencjalnie transgraniczny charakter, należy też podkreślić znaczenie współpracy między estońskim Ministerstwem Gospodarki i Komunikacji a jego łotewskim odpowiednikiem, przy uzgodnieniu rozwiązania infrastrukturalnego niezbędnego do opracowania projektu. Mamy nadzieję kontynuować bardzo dobrą współpracę w tym zakresie – dodał.

Według planów morska farma wiatrowa ma mieć do 160 turbin wiatrowych o łącznej mocy 1000 MW. Energia produkowana przez tej wielkości farmę pokryłaby prawie połowę zapotrzebowania Estonii na energię elektryczną. Byłby to też istotny krok w kierunku osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r.

Projekt ma być realizowany w pełnej współpracy ze społecznością lokalną, w tym władzami i mieszkańcami gmin Kihnu i Häädemeeste. Ukończenie budowy ma nastąpić przed 2030 r.

Wchodzimy w nową dekadę. Dla branży Consumer Finance to nie czas na lifting tylko poważną transfigurację

Początek nowej dekady będzie dla branży pożyczkowej pełen wyzwań. Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney, w ramach badań doktoranckich dotyczących Consumer Finance podsumowuje, które 4 obszary w 2020 roku będą wyznaczały kierunki zmian na rodzimym rynku.

Analityka, algorytmy, wykorzystanie uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji, czyli coraz bardziej skuteczna analiza danych, możliwa dzięki nowoczesnym technologiom; rosnąca liczba zwinnych organizacji działających w formule smart-techów i doceniających wartość analityki; coraz więcej rozwiązań hybrydowych odpowiadających na różne potrzeby konsumentów – to tylko kilka prognoz na 2020 rok. Oto najważniejsze z nich.

Po pierwsze – innowacje

Online, mobile, big data, AI, cyberbezpieczeństwo, prywatność

Konsumenci są non-stop online. Korzystają ze smartfonów, mają coraz więcej innych urządzeń z kategorii wearables. Oplata ich sieć, z której czerpią informacje i w której informacje zostawiają. Miliony danych, których wykorzystanie dzisiaj jest śladowe w stosunku do możliwości, bez wątpienia zaczną nabierać znaczenia  O ile z tą ilością danych, które już zebrano ludzie i systemy jeszcze sobie nie radzą, w branży jest coraz więcej smart-techów, które doceniają wartość analityki, algorytmów, wykorzystania uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Właściwe wykorzystanie dostępnych informacji powinno znacząco poprawić obsługę klientów, zoptymalizować procesy i ograniczyć ryzyka.

Warto tu wspomnieć, że aż 7 na 10 badanych przez Autopay Research w 2019 uważa, że zmiany technologiczne w naszym życiu są nieuniknione. Dodatkowo aż 60 proc. jest zdania, że postęp czyni nasze życie łatwiejszym. Polacy chętnie korzystają z nowych rozwiązań. Bez tego ani rusz w kolejnej dekadzie. Smart-tech pomoże zatem i firmom w branży i samym klientom.

Po drugie – aspekt ludzki

Zmiany demograficzne i wiążące się z tym oczekiwania klientów

Branża będzie musiała nauczyć się obsługiwać zarówno starzejące się społeczeństwo (które zwiększy wydatki na zdrowie, opiekę medyczną, ubezpieczenia i infrastrukturę ułatwiającą jej życie), jak i młodą generację osób urodzonych po 2000 roku, która dorosła, zacznie lub już zaczęła pracować, wynajmować mieszkania, samochody… To grupa tych konsumentów, którzy nie musieli zmieniać przyzwyczajeń z „offline” na „online” jak chociażby Millenialsi, tylko po prostu urodzili się w erze Internetu i smartfonów. To klienci przyzwyczajeni do szybkich rozwiązań, najlepiej dostępnych ze smartfonu, lubiący próbować, nie przywiązujący się do marek, lecz do smart – rozwiązań. To wreszcie ci, którzy pierwsi wypróbują szybkie i proste rozwiązania finansowe proponowane przez Google czy Facebooka podczas wymarzonych zakupów w sieci. Bo przecież jak przewidują badania, to jest to co przekształci Consumer Finance i zmieni siły na rynku zapewne już w tej dekadzie.

Po trzecie – regulacje

Już dzisiaj z widocznym ryzykiem przeregulowania, nie tylko w Polsce zresztą, trzeba się będzie zmierzyć – poszukać balansu w taki sposób, by jednocześnie chroniąc klienta nie zabijać innowacyjności i postępu. Regulacje musza nadążać za technologiami, by klient mógł w tej sieci bezpiecznie i szybko kupować. Z drugiej strony, zasada fair play, odpowiedzialne finansowanie i „klientocentryczność” powinny być absolutnie podstawowymi wartościami każdego gracza w branży.

Po czwarte – ekonomia

Czy Polskę dopadnie stadium zerowych stóp z którymi mierzą się już rynki zachodnie? Presja ceny, szczególnie w obliczu pozostałych czynników, zapewne nabierze wielu barw i wymusi na branży nowe modele biznesowe. I dotyczy to wszystkich graczy, czy to tych dzisiaj ogarniętych poszukiwaniami rozwiązań wynikających z open banking, czy szukających nowych produktów firm pożyczkowych i banków, czy firm zarządzających wierzytelnościami.

Klient w centrum tej zmiany będzie wygrany – otrzyma tańsze finansowanie, w momencie zakupu, na klik, szybko i bezpiecznie.

Nie zapominajmy zaś o jednej ważnej rzeczy. Wśród światowych megatrendów, które wpływają na konsumpcję jest myślenie o planecie, klimacie, zdrowym życiu bez plastiku. Coraz większa liczba osób decyduje się na tzw. świadomą konsumpcję, czy też zrównoważoną konsumpcję (w tym także świadome, zrównoważone finanse). W Polsce, w badaniu doktoranckim Katarzyny Jóźwik te czynniki  przejawiały się w wypowiedziach ekspertów jeszcze dość rzadko. Ale czy słusznie? Trendy proekologiczne wpływają przecież na styl życia, konsumpcję i ludzkie wybory. Czy będą wpływały na decyzje konsumpcyjne, no to co i jak finansujemy w kolejnej dekadzie? Czas pokaże, ale pewnym jest, ze smart living to droga do przyszłości.

Optymistyczna końcówka 2019 r.

Druga połowa ubiegłego roku była nerwowa w związku z ryzykiem eskalacji wojen handlowych oraz niepewnością co do wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Wybory na Wyspach, których wyniki praktycznie wykluczyły możliwość twardego Brexitu, oraz większa chęć Donalda Trumpa do negocjacji z Chinami przyniosły na koniec roku więcej optymizmu na rynkach finansowych.

W 2019 nie spełniły się czarne scenariusze, co nie oznacza jednak, że handel europejski i światowy może spocząć na laurach. Nadal istnieją problemy, które zagrażają światowej gospodarce praktycznie od czasu ostatniego kryzysu. Ryzyka te obejmują niezrównoważony wskaźnik zadłużenia krajów, firm oraz gospodarstw domowych w najbardziej rozwiniętych gospodarkach. W Europie możemy wspomnieć chociażby o bardzo wolno rosnącym PKB Niemiec, nadmiernym zadłużeniu i problemach gospodarczych Włoch, czy też wprowadzaniu niepopularnych reform we Francji. Wiodące wskaźniki również nie przewidują poprawy sytuacji na Starym Kontynencie. Nie spodziewamy się jednak wybuchu kryzysu. Po wyeliminowaniu największych zagrożeń – eskalacji wojen handlowych i twardego Brexitu, prognozujemy jedynie spowolnienie wzrostu gospodarczego w Europie i w Polsce. W obliczu bardzo łagodnej polityki pieniężnej EBC oraz możliwości złagodzenia polityki pieniężnej w Polsce, perspektywa głębokiej recesji wydaje się być odległa. Najprawdopodobniej doczekamy się jednak spowolnienia we wszystkich sektorach gospodarczych, przede wszystkim w przemyśle.

Spokojna atmosfera w handlu na rynkach finansowych w tym tygodniu pomogła złotemu w umocnieniu. W piątek rano kurs wobec wspólnej waluty wynosił 4,25 EUR/PLN. Eurodolar w piątek rano był wyceniany na 1,116 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Komentarz ZPP w sprawie nowych przepisów dotyczących przewozu osób

Przepisy ustanawiające ramy prawne dla funkcjonowania pośredników przy przewozie osób teoretycznie obowiązują już od 1 stycznia 2020 roku. Teoretycznie, ponieważ wciąż brak jest kluczowych z punktu widzenia ich realizacji przepisów wykonawczych. Wyrażamy głębokie zdumienie, że po przeprowadzeniu bardzo rozsądnej reformy stanowiącej efekt wielomiesięcznych prac i dialogu między Ministerstwem Infrastruktury a stroną społeczną, prawodawca nie zdołał w odpowiednim czasie przygotować stosownych rozporządzeń. Rezultatem tych opóźnień jest niemożliwy do zaakceptowania brak pewności prawnej – zarówno po stronie platform i kierowców, jak i pasażerów.

Ustawa z 16 maja 2019 roku o zmianie ustawy o transporcie drogowym oraz niektórych innych ustaw w istotnym stopniu zmieniła warunki funkcjonowania dużej części podmiotów na rynku przewozu osób. Brzmienie przepisów zmieniało się na poszczególnych etapach trwających dwa lata prac, jednak ostatecznie przyjęte podejście było bardzo rozsądnym kompromisem – zmniejszono poziom restrykcyjności regulacji dotyczących rynku taksówkarskiego (choćby poprzez zlikwidowanie egzaminów z topografii miasta), dostosowano przepisy do wymogów współczesności (wprowadzenie możliwości rozliczania opłat za przejazdy z wykorzystaniem aplikacji mobilnej, niekoniecznie taksometru) oraz uregulowano działalność platform świadczących usługi pośrednictwa przy przewozie osób, na przykład przez zobowiązanie ich do uzyskania osobnej licencji, czy też prowadzenia pośrednictwa wyłącznie na rzecz przedsiębiorców posiadających licencję na przewóz osób.

Wiele kwestii technicznych, takich jak wzór licencji na wykonywanie pośrednictwa przy przewozie osób, a także standardy i wymagania dotyczące kas fiskalnych mających postać oprogramowania, czy aplikacji mobilnej służącej do rozliczania opłaty za przewóz osób, nie zostało uregulowanych bezpośrednio w ustawie – wprowadzono w tym zakresie delegacje do wydania rozporządzeń przez poszczególnych ministrów. O ile rezultat procesu legislacyjnego dotyczącego nowelizacji ustawy o transporcie drogowym możemy ocenić jak najbardziej pozytywnie, o tyle prawodawca nie zdał egzaminu, jeśli chodzi o wydanie do niej aktów wykonawczych. Dla przykładu – rozporządzenie Ministra Infrastruktury zmieniające rozporządzenie w sprawie warunków technicznych pojazdów oraz zakresu ich niezbędnego wyposażenia, eliminujące wymóg wyposażania taksówek w taksometry, zostało ogłoszone 31 grudnia 2019 roku, czyli dokładnie dzień przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o transporcie drogowym, która w części zmieniającej ustawę Prawo o ruchu drogowym uwzględniła możliwość stosowania w taksówkach aplikacji mobilnej zamiast taksometru. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury w sprawie wzorów zezwolenia na wykonywanie zawodu przewoźnika drogowego i wzorów licencji na wykonywanie transportu drogowego oraz wypisów z tych dokumentów, zawierające wzór licencji na wykonywanie pośrednictwa przy przewozie osób, zostało ogłoszone dopiero 10 grudnia 2019 roku. W tym akurat przypadku problem jest jednak mniejszy, bo zgodnie z ustawą z 16 maja 2019 roku, pośrednicy mają trzy miesiące na uzyskanie stosownej licencji. Prawdziwy kłopot dotyczy jednak rozporządzeń, które powinien wydać Minister Finansów oraz Minister Cyfryzacji, tj. poświęconych kasom fiskalnym mającym postać oprogramowania oraz aplikacji mobilnej służącej do rozliczania opłaty za przewóz osób. Te przepisy bowiem nie zostały jeszcze w ogóle ogłoszone, a mają kluczowe znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania podmiotów prowadzących działalność w zakresie pośrednictwa przy przewozie osób. Nie ulega wątpliwości, że jedną z ważniejszych zmian wprowadzonych w ramach nowelizacji ustawy o transporcie drogowym, była właśnie zmiana umożliwiająca rozliczanie opłat za przejazd z wykorzystaniem aplikacji mobilnej.

Jednym z celów przedmiotowej nowelizacji było uporządkowanie rynku przewozu osób w Polsce. Niestety, skutek braku stosownych rozporządzeń jest wprost odwrotny – sytuacja ta generuje chaos i ogromne poczucie niepewności co do sytuacji prawnej przedsiębiorców działających na rynku przewozu osób. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców konsekwentnie wspierał zmiany legislacyjne ukierunkowane na zmodernizowanie regulacji dotyczących rynku przewozu osób w Polsce. Uważamy, że ustawa będąca efektem wielomiesięcznych prac to dobry akt, który spełnia swoją rolę. Fatalnie byłoby, gdyby wysiłki te poszły na marne tylko i wyłącznie przez opieszałość w przygotowaniu odpowiednich przepisów wykonawczych. Apelujemy wobec tego do Ministra Cyfryzacji i Ministra Finansów o jak najpilniejsze opublikowanie stosownych rozporządzeń.

Czarne chmury z Bliskiego Wschodu

Po wczorajszym, pozytywnym starcie roku na rynkach nie ma już śladu, gdyż sentyment zaczęły dyktować obawy o konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie. Ropa jest wyżej, indeksy tracą, a kapitał ucieka w stronę bezpiecznego jena i złota po tym, jak w amerykańskim ataku drona w Iraku zginął dowódca irańskich wojsk specjalnych. Oczywisty risk-off.

Napięcia między USA i Iranem narastały od jakiegoś czasu i kwestią czasu było, kiedy prezydent Donald Trump przerzuci uwagę na Bliski Wschód po tym, jak na jakiś czas „zamknął” sprawę sporu handlowego z Chinami. Nie mamy tu do czynienia z ostrzeliwaniem strategicznych celów, ale z bezpośrednim zamachem na czołowego irańskiego generała. Jest to agresywny pokaz siły i jawna prowokacja, czego Teheran nie pozostawi bez odpowiedzi. Niewykluczone, że niestabilny Irak stanie się polem walk o dominację w regionie. Ma to oczywiście bezpośredni wpływ na rynek ropy naftowej. Sam Irak odpowiada za eksport ok. 3,4 mln baryłek, ponad 10 proc. produkcji OPEC. w szerszym ujęciu rozprzestrzenienie konfliktu na obszar cieśniny Ormuz zagraża transportowi ropy z całego regionu. Kontrakty na WTI i Brent skoczyły o 3 USD i biorąc pod uwagę, że zaraz zaczyna się weekend, który może przynieść wszystko, tylko nie rozejm, trzeba się liczyć z dalszym podbijaniem cen.

Eksplozja ryzyka geopolitycznego trafia na rynek rozgrzany entuzjazmem po porozumieniem handlowym USA-Chiny z ubiegłego miesiąca, a zatem na rynku jest dużo pozycji nastawionych na zarabianie przy wzroście apetytu na ryzyko. Już widzimy domykanie tych pozycji na AUD/USD, NZD/USD, ale też EUR/USD i rynku akcji. Po stronie bezpiecznych przystani wygrywa JPY, a dalej CHF, a USD jest nieco zostawiony z boku z uwagi na zaangażowanie USA w konflikt. Słabość dolara pomaga za to cenom złota, które są najwyższe od września. O ile rynki nie znajdą kojącego punktu zaczepienia dla stabilizacji sentymentu (np. lepsze dane makro – dziś ISM dla przemysłu z USA), strach przed wyparowaniem gromadzonych rynków będzie napędzał korektę.

Niebezpiecznie mocny w obliczu wzrostu awersji do ryzyka jest złoty. Wczoraj EUR/PLN zdołał zejść półkę niżej pod 4,24, ale ktokolwiek uznał za sensowne kupowanie polskiej waluty na rynku z nieodbudowaną płynnością na pewno nie przewidywał tak niekorzystnego zwrotu w otoczeniu rynkowym. To nie jest moment na rozważanie fundamentalnego uzasadnienia za siłą lub słabością złotego. Przed nami długi weekend z potencjalnym zagrożeniem nasilenia ucieczki od ryzyka. EUR/PLN na poziomach najniższych od prawie pół roku może być dla spekulantów okazją trudną do zignorowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jeszcze nie kryzys, ale powolne wyhamowanie gospodarki w 2020 r.

Po szczytowym roku 2018 gospodarka światowa w ciągu ostatnich 12 miesięcy weszła już w fazę spowolnienia. Kolejny, 2020 rok przyniesie kontynuację spadku światowego wzrostu gospodarczego. Według ekspertów istnieje wiele przyczyn, które wpływają na mało optymistyczne prognozy. W obliczu pojawiających się czynników spowolnienia pojawia się pytanie o jego wpływ na Polską gospodarkę.

– Głównym powodem spowolnienia jest niepewność związana z Brexitem oraz wojnami handlowymi między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Sytuacja Polski na tym tle kształtuje się średnio – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W 2020 roku rozwój gospodarczy w naszym kraju, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyraźniej wolniejszy niż w 2019 roku. Można jednak spodziewać się wyniku na poziomie powyżej 3 proc. Chociaż będzie to wynik gorszy niż w 2019 roku, nadal pozwoli uplasować się Polsce w czołówce państw europejskich. Należy więc zakładać pewne spowolnienie w gospodarce, jednak zdecydowanie 2020 rok nie okaże się rokiem kryzysowym – ocenił Sawulski.

Skarbówka kontroluje przedsiębiorcę od 6 lat, traktując go jak przestępcę

W opublikowanym 2 stycznia 2019 r. podsumowaniu raportu na temat „Barier prawnych w rozwoju firm rodzinnych w Polsce” Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła: „Kontrola w urzędach skarbowych i Ministerstwie Finansów pokazała, że skomplikowany charakter przepisów prawa oraz częste jego zmiany mogą w dalszym ciągu stanowić główną barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej”. W swoim raporcie NIK wskazała m.in. na dużą liczbę błędów popełnianych przez urzędników skarbowych. W zbadanym okresie I kwartału 2018 r. NIK stwierdziła aż 55% uchylonych przez sądy administracyjne interpretacji indywidualnych wydanych przez organy podatkowe i aż 29,1% uchylonych decyzji podatkowych przez organy drugiej instancji oraz 16,1% uchyleń tych decyzji przez wojewódzkie sądy administracyjne (łącznie aż 45% uchyleń decyzji organów podatkowych; podobne wartości, jak w raporcie działalności urzędów kontroli skarbowych opublikowanym przez NIK w 2015 r.). W przypadku jednego z klientów warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec organ już od 6 lat zawzięcie prowadzi postępowanie kontrolne, mimo że w tym czasie inny organ, wyższego stopnia, dwukrotnie uchylił jego błędne decyzje.

Brak dostatecznego udowodnienia winy przedsiębiorcy

Raport wskazuje także na naruszenia zasad prowadzenia postępowań podatkowych aż w połowie skontrolowanych urzędów skarbowych. Ma to swoje odzwierciedlenie w orzecznictwie. Wśród głównych przyczyn uchylania decyzji organów podatkowych przez organy drugiej instancji oraz sądy Dyrektor Departamentu Poboru Podatków w Ministerstwie Finansów wskazał m.in. na: braki w materiale dowodowym, niewyjaśnianie wszystkich okoliczności stanu faktycznego sprawy, błędne określanie wysokości zobowiązania podatkowego, a także brak dostatecznego udowodnienia, że przedsiębiorca nie działał w dobrej wierze lub zachował się niedbale, dokonując transakcji stanowiącej ogniwo w łańcuchu karuzeli VAT.

Kontrola, która trwa już 6 lat

Powyższe ustalenia NIK to nie suche dane, a znajdujące swe odzwierciedlenie w rzeczywistości fakty. Jedna z wałbrzyskich firm z branży stalowej, obecnie klient Kancelarii Prawnej Skarbiec z Warszawy, w listopadzie 2013 r. stała się podmiotem postępowania kontrolnego, wszczętego w zakresie prawidłowości rozliczeń w PIT i w VAT za rok 2011. Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w Wałbrzychu (obecnie Naczelnik Dolnośląskiego Urzędu Celno-Skarbowego we Wrocławiu) prowadzi je nadal, mimo upływu 6 lat, choć organ drugiej instancji już dwukrotnie uchylił jego decyzje wymiarowe. Urząd kontroli skarbowej z uporem próbuje wykazać, że podatnik, który w branży działa od wielu lat, jest przestępcą podatkowym. Kwestionuje dokonane przez podatnika transakcje ze słowackim kontrahentem, twierdząc, że oba podmioty uczestniczyły w łańcuchu transakcji mających na celu wyłudzenie podatku VAT, czyli w tzw. mechanizmie karuzelowym.

Nieprzekonujące, wybiórcze i niezgodne z literą prawa ustalenia organu

Zdaniem organu podatnik wiedział lub powinien był wiedzieć, że w takim procederze uczestniczy. Co ciekawe, organ wciąż ponawia te same argumenty przeciwko podatnikowi, mimo iż dwukrotnie zostały one uznane za niewystarczające przez organ wyższego stopnia. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej we Wrocławiu, uchylając decyzję organu po raz drugi, ponownie wskazał na następujące nieprawidłowości organu pierwszej instancji: niezasadne przyjęcie, że prawo do uwzględnienia kosztów podatkowych uzależnione jest od dobrej wiary czy też świadomości podatnika, podczas gdy uzależnione jest od poniesienia wydatku i jego właściwego udokumentowania, odzwierciedlającego rzeczywiste zdarzenie gospodarcze; dokonanie niespójnych ustaleń w zakresie transakcji zakupu towarów od polskich podmiotów gospodarczych, w istocie nie wyjaśniających okoliczności faktycznych, tym samym nie pozwalających na prawidłowe zastosowanie przepisów prawa materialnego (stwierdzono więc naruszenie przez organ skarbowy przepisów prawa procesowego, tj. art. 122, 187 § 1 i 191 Ordynacji podatkowej); brak ustalenia w sposób niebudzący wątpliwości okoliczności dotyczących istnienia towaru, który miał być przedmiotem zakupu i sprzedaży (nie ustalono, czy podatnik faktycznie nabył towar, czy przez jego firmę tylko przechodziły puste faktury, czy podmioty wskazane na fakturach miały na celu wprowadzenie przez firmę podatnika do obrotu towaru niewiadomego pochodzenia); pominięcie faktu, iż niekorzystna dla kontrahenta podatnika decyzja podatkowa, z której organ wywiódł niekorzystne dla podatnika argumenty, dotyczy innego okresu niż przeprowadzone przez podatnika transakcje; brak dokonania ustaleń w sposób przekonujący i zgodny z literą prawa, czy towar, który miał być sprzedany słowackiemu kontrahentowi, odpowiadał towarowi podatnika zakupionemu od polskiego kontrahenta; brak ustaleń w zakresie stanu faktycznego w sposób umożliwiający prawidłowe ustalenie przebiegu poszczególnych transakcji, tzn. czy faktycznie różniły się one między sobą w sposób uprawniający organ pierwszej instancji do wywodzonych twierdzeń, czy też faktycznie odbywały się na podobnych zasadach, jak te zakwestionowane; wybiórcze przedstawienie w uzasadnieniu decyzji stanu faktycznego sprawy, co oznacza, że organ pominął istotne okoliczności mogące mieć wpływ na podjęte rozstrzygnięcie; wykorzystanie materiału dowodowego zgromadzonego w innej sprawie przy niewykazaniu, że faktycznie ma on bezpośrednie przeniesienie na grunt niniejszej sprawy.

Konkludując swoje wywody na temat stwierdzonych nieprawidłowości, Dyrektor Izby Administracji Skarbowej we Wrocławiu już drugi raz pouczył, że dla prawidłowego rozstrzygnięcia sprawy konieczne jest przeprowadzenie postępowania dowodowego w znacznej części wskazanego przez organ drugiej instancji i z uwzględnieniem zasad wyrażonych w art. 122, art. 187 § 1 i art. 191 Ordynacji podatkowej, a także odniesienie się również do zarzutów podniesionych w odwołaniu od decyzji, czego organ pierwszej instancji nie zrobił.

Postępowanie karne bez celu

Jednak dla organu skarbowego było jasne, że wałbrzyski przedsiębiorca jest przestępcą. Dlatego też bez większych skrupułów, a – jak się później okazało – także bez żadnych argumentów wszczął przeciw niemu postępowanie karne skarbowe we wrześniu 2016 r. Następnie sam je zawiesił do czasu zakończenia sprawy podatkowej. Pełniący rolę pełnomocnika radca prawny Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec, złożył jednak w imieniu przedsiębiorcy zażalenie na postanowienie o zawieszeniu procesu (przedsiębiorca chciał kontynuować proces mający rzekomo udowodnić, że jest przestępcą). Sąd przychylił się do tego zażalenia, zgadzając się z zarzutem, że skoro organ wszczął postępowanie i postawił zarzuty, a następnie zawiesił postępowanie, to w jakim celu w ogóle wszczął samo postępowanie karne. Postępowanie to toczy się więc nadal, mimo że na wniesienie aktu oskarżenia się nie zanosi. Jedno, co udało się organowi tym trudnym do zrozumienia działaniem uzyskać, to przerwanie biegu terminu przedawnienia zobowiązania przedsiębiorcy. Zgodnie bowiem z art. 70 § 6 pkt 1 O.p.: „Bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu, z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe…” (Dz.U. 2019 poz. 900). Dzięki wniesionemu zażaleniu organ nie będzie mógł w nieskończoność wydłużać tego okresu.

Bezprawie urzędnicze to smutna rzeczywistość

Przykład wałbrzyskiego przedsiębiorcy to nie tylko potwierdzenie faktów zgromadzonych w raporcie Najwyższej Izby Kontroli. To przede wszystkim obraz rzeczywistości, w jakiej funkcjonują na co dzień osoby prowadzące działalność gospodarczą w Polsce. Rzeczywistości, w której każdego dnia organy podatkowe dopuszczają się urzędniczego bezprawia. Dlatego tak trudno jest przedsiębiorcom dać wiarę w bezstronność działań organów skarbowych. Nastawienia tego nie jest w stanie zmienić żadna Konstytucja biznesu czy tworzenie instytucji rzeczników, bo tak jak i inne pro przedsiębiorcze deklaracje, w zderzeniu z rzeczywistością okazują się być deklaracjami od niej oderwanymi.

Jeżeli jeden z organów państwowych powołanych do kontroli działalności innych organów państwowych, takich jak organy podatkowe, w swym raporcie nie pozostawia na nich „suchej nitki” m.in. w zakresie popełnianych błędów co do zasad i oceny gromadzenia materiału dowodowego oraz co do oceny działań podatnika w zakresie dobrej wiary, to naturalne jest, że w oczach przedsiębiorców, jak i innych podatników, organy te będą niewiarygodne. Postępujący wbrew literze prawa fiskus, publicznie piętnowany z tego powodu przez inny organ, w tym przypadku organ najwyższej kontroli państwowej, nie może skutecznie dokonywać oceny prawnej postępowań podatników, bo wtedy nazywałoby się to ignorancją, a już na pewno hipokryzją.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W tych regionach Polski będzie najłatwiej o nową pracę

W pierwszym kwartale 2020 roku najwięcej ofert pracy będzie we wschodnim i północno-zachodnim regionie kraju. To ważna informacja dla osób rozważających zmianę pracodawcy, ponieważ właśnie tam o nową pracę będzie najłatwiej. Dla firm oznacza to, że powinny utrzymać atrakcyjne oferty i intensywne sposoby poszukiwania kandydatów, ponieważ nadal mogą spodziewać się dużej rywalizacji o kadry. Na drugim biegunie znajduje się Polska południowo-zachodnia oraz centralna, gdzie ofert zatrudnienia będzie mniej. Dowiedz się więcej z analizy przygotowanej przez ManpowerGroup.

Według raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” na pierwszy kwartał 2020 roku pracodawcy we wszystkich sześciu badanych regionach planują rekrutować nowych pracowników. Początek roku oznacza dla kandydatów stosunkowo korzystne warunki do poszukiwania nowej pracy, jednak ofert będzie zdecydowanie mniej niż w ostatnich miesiącach.

Najwięcej firm, które planują zwiększyć zatrudnienie, znajduje się na wschodzie Polski – prognoza netto zatrudnienia (różnica pomiędzy odsetkiem pracodawców, którzy deklarują wzrost, a spadek liczby pracowników) wskazywana przez lokalne firmy wynosi +12% i jest najwyższa spośród wszystkich badanych regionów. Na dobre perspektywy znalezienia nowej pracy mogą liczyć również mieszkańcy północno-zachodniej części kraju (+9%). Mniejszych wzrostów zatrudnienia można oczekiwać w Polsce północnej (+6%) i południowej (+6%). Najsłabsze prognozy rekrutacyjne wskazały firmy z centrum kraju (+5%), a także z południowego-zachodu (+5%).

– Z powodu sezonowości firmy w wielu sektorach na pierwszy kwartał mają mniejsze potrzeby kadrowe niż w końcówce roku, dlatego najbliższe miesiące będą dla pracownika mniej korzystne pod względem znalezienia nowej pracy. Przykładem jest branża logistyczna rozwijająca się w regionie centralnym i południowo-zachodnim, która ze względu na intensywność zamówień w sezonie świątecznym największe zapotrzebowanie na pracowników zgłasza właśnie w końcówce roku – wyjaśnia Dominik Malec, dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower. – Z kolei trudności ze znalezieniem pracy na południu i w południowym-zachodzie to efekt mniejszego zapotrzebowania na pracowników w przemyśle wydobywczym i produkcji przemysłowej, które mają dominujący udział w gospodarce tych części Polski. Chęć większego powiększania zespołów jest z kolei widoczna w regionie północnym, na co wpływ mają między innymi zaplanowane inwestycje przebudowy portów morskich. Mimo różnych prognoz w regionach, wciąż brakuje pracowników fizycznych wykwalifikowanych i niewykwalifikowanych. Ze znalezieniem nowej pracy nie powinni mieć problemu specjaliści IT oraz inżynierowie z różnych branż – dodaje Dominik Malec.

Plany rekrutacyjne polskich firm są niższe w ujęciu kwartalnym i rocznym. Największą różnicę odczują osoby zainteresowane pracą w regionie południowo-zachodnim i południowym, gdzie prognozy zatrudnienia najbardziej się obniżyły. W ujęciu rocznym dla południowego-zachodu to różnica 11 a dla południa 9 punktów procentowych. W ujęciu kwartalnym zostały zanotowane podobne zmiany. Na przestrzeni ostatniego roku prognoza poprawiła się dla północnego-zachodu. Więcej ofert pracy niż w minionym kwartale będzie też w Polsce wschodniej, północnej i centralnej.
W tych regionach Polski będzie najłatwiej o nową pracę– Pracodawcy ostrożnie podchodzą do decyzji o powiększaniu swojego zespołu również ze względu na spowolnienie obserwowane na rynkach zachodnich. Spadek popytu na pracowników jest najbardziej widoczny w regionach ulokowanych na ścianie zachodniej Polski, gdzie biznes firm skierowany jest na potrzeby rynku niemieckiego. Mniejsze zapotrzebowanie na pracowników w centrum kraju, gdzie lokowany jest głównie kapitał firm SSC, BPO, IT i R&D, może wiązać się z planami zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS. Przyczyniłoby się to do wzrostu kosztów zatrudnienia, zwłaszcza dla firm zatrudniających wysoko wykwalifikowanych specjalistów – wyjaśnia ekspert.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Cyberbezpieczeństwo, bigtechy i dezinformacja wśród największych wyzwań dla rozwoju internetu w 2020 roku. Część z nich wiąże się z wdrożeniem sieci 5G

Wielkimi krokami zbliża się komercyjne uruchomienie w Polsce sieci 5G. Nowa technologia, a także rozwój Internetu rzeczy, pociągają za sobą zwiększenie znaczenia zagrożeń cybernetycznych, dlatego kluczowe w tym kontekście będą m.in. kwestie ochrony danych, cyberbezpieczeństwa i rozbudowy infrastruktury. W skali globalnej wyzwaniami dla rozwoju internetu pozostają m.in. dezinformacja i monopol technologicznych gigantów, czyli tzw. grupy GAFA. Wszystkie te wyzwania będą w tym roku dyskutowane, także w Polsce mówi minister cyfryzacji Marek Zagórski.

– Zjawiska takie jak dezinformacja, cyberprzemoc czy cyberprzestępczość są dla internetu największym zagrożeniem. Kradzieże tożsamości, próba wykorzystywania internetu do prowadzenia działalności agresywnej w stosunku do innych państw – te zjawiska prowadzą do różnych ograniczeń. Wyzwaniami są także rola mediów społecznościowych i dyskusja o łańcuchu wartości – kto i w jakim stopniu powinien wpływać na rozwój infrastruktury i w nią inwestować oraz jak sprawiedliwie dzielić zyski z internetu poprzez odpowiednie regulacje – mówi agencji Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Jak podkreśla, w tym kontekście nie ustaje dyskusja o pozycji technologicznych gigantów, którzy mają decydujący wpływ na rynek technologiczny. Tak zwane bigtechy zagrażają konkurencyjności rynku i konsumentom, którzy często nie mają kontroli nad tym, jak wykorzystywane są ich dane osobowe i informacje o ich aktywności w sieci. W Stanach Zjednoczonych i wielu krajach Europy nasiliły się w ostatnim roku działania urzędów monopolowych wymierzone w tzw. grupę GAFA (Google, Amazon, Facebook i Apple).

– Internet jest fantastycznym narzędziem, ale jednocześnie sprzyjającym monopolizacji. Mamy do czynienia z dominacją gigantów technologicznych – mówi Marek Zagórski. – Wszystkie te wyzwania będą w nadchodzącym roku dyskutowane także w Polsce. Internet jest dynamiczny, pojawiają się coraz to nowe wyzwania i zagrożenia, ale także nowe możliwości. Dlatego dyskusja powinna się toczyć, bo dzięki niej będziemy w stanie wytyczyć granice.

W kontekście rozwoju internetu i ograniczania dominacji tzw. grupy GAFA ważnym elementem jest podatek cyfrowy. W ciągu kilku kolejnych miesięcy Komisja Europejska ma przedstawić projekt daniny obowiązującej we wszystkich krajach UE. Taki krok rozważa też polski rząd, który wstrzymuje się jednak do czasu decyzji Brukseli. Jak dotąd na wprowadzenie podatku cyfrowego na własną rękę zdecydowały się już m.in. Czechy (7-proc. stawka zacznie obowiązywać z początkiem 2020 roku).

– Wyzwaniem dla internetu w kolejnych latach będzie szybkość działania, a po drugie – wprowadzenie internetu rzeczy opartego na technologii 5G i wypracowanie w tym zakresie odpowiednich standardów – podkreśla prof. Jacek Leśkow, dyrektor NASK.

W Polsce komercyjne wdrożenie sieci 5G zbliża się wielkimi krokami. Testy tej technologii były już prowadzone w Warszawie i kilku innych dużych miastach, a we wrześniu ub.r. prezydent Andrzej Duda podpisał tzw. megaustawę telekomunikacyjną, która wprowadza ułatwienia niezbędne do rozwoju nowej technologii. Na jej upowszechnieniu mają skorzystać konsumenci, MŚP i cała gospodarka.

Wdrożenie 5G oznacza jednak szereg wyzwań. Będzie wiązać się m.in. z koniecznością rozbudowy infrastruktury telekomunikacyjnej, wliczając w to infrastrukturę szkieletową oraz nowe punkty dostępowe i stacje bazowe. Potrzebne będą środki finansowe, jak i nowe regulacje, które to umożliwią. Polski Instytut Ekonomiczny szacuje koszty uruchomienia nowej technologii w Polsce na 20,3 mld zł. Z punktu widzenia rozwoju sieci 5G kluczowe będą również kwestie ochrony danych i cyberbezpieczeństwa nowej sieci i jej poszczególnych komponentów, oraz odpowiednia edukacja społeczeństwa.

– Wyzwaniem dla nas obecnie jest nie tylko IoT (internet rzeczy – przyp. red.) i 5G, lecz także walor edukacyjny. Część mediów koncentruje się na tym, żeby przerażać widzów czy słuchaczy różnymi zagrożeniami. Oczywiście niebezpieczeństwa istnieją, ale patrzymy na pozytywny aspekt tej nowej rewolucji cyfrowej, która się na naszych oczach rozgrywa – mówi prof. Jacek Leśkow.

– Bezpieczny i coraz szybszy internet – tego oczekują od nas wszyscy użytkownicy, zarówno biznes, instytucje rządowe, jak i zwyczajni internauci – wskazuje Roman Malinowski, dyrektor rejestru krajowego .pl – domeny narodowej. – Największym wyzwaniem jest dziś utrzymanie otwartości sieci – tak jak do tej pory, ale z zachowaniem prywatności i bezpieczeństwa. Możemy mówić o przetwarzaniu danych, algorytmach i sztucznej inteligencji, ale to są elementy pochodne, które dzieją się w ekosystemie internetu. Sieć musi pozostać otwarta dla wszystkich.

Jak podkreśla, większe bezpieczeństwo w sieci będzie wymagać wypracowania pewnego kompromisu pomiędzy wszystkimi jej użytkownikami – od pojedynczych internautów po rządy i duże koncerny – oraz wdrożenia regulacji, które będą z jednej strony chronić prywatność, a z drugiej – inwestycje w gospodarkę cyfrową.

– Wszystkie strony tego kompromisu muszą ustąpić, zgodzić się na pewną wspólną regulację. Istotne jest, żeby nie wyłączyć nikogo z dyskusji o tym, jak ta regulacja ma wyglądać, czego ma dotyczyć i jak ma być zaimplementowana – mówi Roman Malinowski. – Rok 2019 był okresem dobrych zmian w internecie. To był kolejny rok jego dojrzałego użytkowania i tak będzie również w 2020 roku.

Jak ocenia dyrektor NASK, przyszły rok nadal będzie upływać pod znakiem dyskusji o równowadze pomiędzy bezpieczeństwem a wolnością słowa w internecie. Prof. Jacek Leśkow podkreśla, że nie jest ona niczym nowym, ale zupełnie nowy wymiar ma zasięg tej debaty, ponieważ obecnie cyfrowe media i cyfrowe środowisko komunikowania się umożliwiają propagowanie rozmaitych poglądów z dużą szybkością i na dużą skalę. To z kolei stwarza szereg zagrożeń związanych m.in. z dezinformacją.

Fake newsy to narastający problem, którego efektem jest spadek zaufania społecznego. Przeciwdziałanie temu zjawisku jest trudne, ponieważ w dobie cyfrowej fałszywe informacje rozprzestrzeniają się błyskawicznie i są nie do zatrzymania. Eksperci zauważają, że fake newsów nie da się oddzielić od faktów, dopóki nie zmienią się nawyki czytelników, przyzwyczajonych do szybkiej i pobieżnej konsumpcji treści. Stąd potrzebny jest większy nacisk na edukację.

– Osoby, które nie mają pojęcia na dany temat, wypowiadają się w sposób autorytarny, tworzą przykładowo swój blog, a potem te wypowiedzi są multiplikowane i – często nieświadomie, bez złych intencji – powstaje fake news. Dlatego musimy nauczyć się filtrować informacje, oddzielać szum informacyjny od autentycznych treści. Wielkim wyzwaniem jest również to, jak zdefiniować autorytety, gdzie szukać fachowców, kogo słuchać i jak konstruować sobie spójny obraz rzeczywistości w świecie cyfrowym – mówi prof. Jacek Leśkow.

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Komisji Europejskiej, 68 proc. obywateli UE spotyka się ze zmanipulowanymi lub fałszywymi informacjami co najmniej raz w tygodniu. W Polsce ma z nimi do czynienia ponad połowa internautów – wynika z tegorocznego badania NASK. 35 proc. natrafia na nie przynajmniej raz w tygodniu lub częściej. Mimo to co piąty internauta (19 proc.) nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji ani ich źródeł.

W tym roku wzrosną ceny prądu. Gospodarstwa domowe mogą liczyć na rekompensaty, ale w trudniejszej sytuacji będzie przemysł

Prezes URE zatwierdził nowe taryfy na sprzedaż energii elektrycznej dla odbiorców w gospodarstwach domowych dla Tauronu, Enei i Energi Obrót. Przyszłoroczne rachunki wzrosną średnio o 9 zł, ale na tym nie koniec podwyżek. – W 2020 roku zostanie wprowadzona tzw. opłata mocowa, oznaczająca podwyżkę w wysokości kilkudziesięciu złotych, którą wszyscy odbiorcy energii będą musieli uwzględnić w swoich rachunkach – mówi radca prawny Jan Sakławski. Rząd pracuje już nad projektem ustawy, która ma zrekompensować gospodarstwom domowym wzrost cen energii w 2020 roku, tak aby nie płaciły więcej niż w ubiegłym. Biznes nie może jednak liczyć na taką pomoc.

 Turbulencje na rynku energii w bardzo znaczący sposób wpłynęły na działalność firm w ubiegłym roku i w 2020 roku również będzie to odczuwalne – mówi agencji Newseria Biznes Jan Sakławski, radca prawny, wspólnik w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

W ubiegłym roku odbiorcy końcowi nie odczuli podwyżek na rachunkach za energię elektryczną na skutek wprowadzenia ustawowych mechanizmów gwarancji cen. Tak zwana ustawa prądowa zamroziła stawki na poziomie z czerwca 2018 roku. Jednak zabieg ten spowodował, że spółki obrotu przez długi czas nie były w stanie nawet oszacować, jakie będą ich rzeczywiste przychody z tytułu sprzedaży energii.

– Zawarte przez nie kontrakty na zakup energii już funkcjonowały, więc spółki musiały płacić za energię, którą już zakupiły, żeby następnie sprzedać ją swoim klientom. To spowodowało, że część sprzedawców energii zdecydowała się wycofać z rynku, a część zdecydowała się na postępowania restrukturyzacyjne, żeby ratować się przed niewypłacalnością i koniecznością ogłoszenia upadłości – mówi Jan Sakławski. – Zawirowania na rynku i niepewność przełożyły się na problemy z wyborem sprzedawcy. Ci, którzy wycofywali się z rynku, często pozostawiali portfele, które były przejmowane przez inne podmioty. W takich sytuacjach odbiorcy przemysłowi przez pewien czas musieli korzystać ze stawek rezerwowych, które były bardzo wysokie. One potem zostały objęte gwarancjami z ustawy cenowej, ale mimo wszystko duża niepewność prawna i regulacyjna zawsze odbija się negatywnie na gospodarce.

Rynkowy kryzys najlepiej zniosły spółki o największym kapitale, które mogły liczyć na wsparcie dużej grupy kapitałowej. To przede wszystkim czterej najwięksi gracze energetyczni: Tauron, Enea, Energa i PGE.

– Zawirowania, które miały miejsce w 2019 roku, zdecydowanie wpłyną na to, co będzie działo się w tym roku. Zwłaszcza w kontekście wypadnięcia z rynku części podmiotów, umocnienia się pozycji największych sprzedawców i przejęcia przez nich części portfela tych, którzy musieli się z rynku wycofać – mówi Jan Sakławski.

Jak podkreśla, w tym roku wprowadzone ustawowo mechanizmy gwarancji cen stracą ważność i odbiorcy muszą liczyć się z możliwością podwyżek. Spółki obrotu będą próbowały powetować sobie straty na działalności operacyjnej wynikające z ustawy prądowej.

– Sprzedawcy muszą podnieść ceny. Rynek wie to od dłuższego czasu. Spółki energetyczne będą musiały odbić sobie brak bądź zmniejszenie zysków za ubiegły rok cenami w 2020 roku. To nie pozostanie bez wpływu na sytuację przedsiębiorstw w Polsce – mówi Jan Sakławski.

Z końcem grudnia prezes URE zatwierdził już firmom Enea i Energa Obrót nowe taryfy na sprzedaż energii elektrycznej dla odbiorców w gospodarstwach domowych korzystających z tzw. sprzedawcy z urzędu. Ich tegoroczne rachunki (w grupie G11) będą wyższe o ok. 9 zł miesięcznie. Enea i Energa Obrót mogą zmienić ceny za energię elektryczną w rozliczeniach z odbiorcami w gospodarstwach domowych najwcześniej po 13 stycznia 2020 roku.

Wcześniej, w połowie grudnia, prezes URE zatwierdził już taryfę operatora systemu przesyłowego (PSE), pięciu największych dystrybutorów energii elektrycznej (PGE Dystrybucja, Tauron Dystrybucja, Enea Operator, Energa Operator, innogy Stoen Operator) oraz taryfę na sprzedaż energii dla sprzedawcy z urzędu – Tauron Sprzedaż. Te taryfy przedsiębiorcy mogą stosować od początku stycznia br. W przypadku klientów detalicznych obsługiwanych kompleksowo (sprzedaż i dystrybucja) przez Tauron wzrost rachunków wyniesie ok. 12 proc. w stosunku do ubiegłego roku, czyli nie więcej niż 9 zł miesięcznie.

W końcówce grudnia wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin poinformował w mediach, że rząd pracuje nad projektem ustawy, która zrekompensuje gospodarstwom domowym wzrost cen energii w 2020 roku, tak aby nie płaciły więcej niż w ubiegłym.

 Mamy już zapowiedzi rządzących, że postarają się w jakiś sposób zrekompensować tę podwyżkę cen energii, ale tylko gospodarstwom domowym. Biznes – przede wszystkim przemysł – będzie musiał radzić sobie sam. Odbiorcy biznesowi będą musieli przygotować się na to, że nikt do nich żadnego mechanizmu nie skieruje i w związku z tym będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni – mówi Jan Sakławski.

Wzrost cen będzie dotkliwy zwłaszcza dla przedsiębiorstw produkcyjnych, dla których energia jest kluczowym elementem działalności i głównym kosztem. Firmy działające w branżach energochłonnych, zużywające duże wolumeny energii, będą narażone na największe wahnięcia w zakresie rentowności.

– Nie mówimy tutaj jednak o podmiotach energochłonnych ustawowo, które mają dedykowany system rekompensat. Mówimy o podmiotach z branży przemysłowej czy produkcyjnej, które po prostu kupują duże wolumeny energii. To są koszty rzędu kilkuset tysięcy lub nawet kilku milionów złotych miesięcznie i one są bardzo istotne w wydatkach i działalności operacyjnej przedsiębiorstw. Dla tych przedsiębiorstw nawet podwyżka o 20 zł na megawatogodzinie oznacza wzrost rzędu kilkuset tysięcy złotych miesięcznie – mówi Jan Sakławski.

Co istotne, ceny energii w Polsce, windowane m.in. przez uprawnienia do emisji CO2 i rosnące koszty paliw, i tak już w tej chwili należą do najwyższych w Europie. Z analiz MPiT wynika, że ceny energii na rynku hurtowym w Polsce są najwyższe w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi. W latach 2015–2018 były wyższe średnio o 20 proc. w stosunku do Niemiec, o 22 proc. wobec Czech i 17 proc. wobec Słowacji.

Inaczej jest w przypadku cen dla gospodarstw domowych. Z danych Eurostatu wynika, że w pierwszym półroczu polskie gospodarstwa domowe płaciły za energię 0,13 euro za kWh. Tylko w pięciu krajach UE (Chorwacja, Malta, Litwa, Węgry i Bułgaria) ceny były niższe niż w Polsce.

– Wpływ podwyżek cen energii na sytuację gospodarstw domowych jest kwestią bardzo indywidualną. W skali mikro to jest zużycie bardzo niewielkie, więc podwyżka o kilka, kilkanaście złotych miesięcznie nie będzie bardzo dotkliwa. Te pieniądze w pewnym zakresie finansują transformację energetyczną, więc można pokusić się o niepopularne stwierdzenie, że podwyżka jest konieczna – mówi Jan Sakławski. – Trzeba też zwrócić uwagę, że w 2020 roku zostanie wprowadzona tzw. opłata mocowa. To również będzie podwyżka w wysokości kilkudziesięciu złotych, którą wszyscy odbiorcy energii, również gospodarstwa domowe, będą musieli uwzględnić w swoich rachunkach.

PIE: Polska wciąż za mało eksportuje na rynki poza UE. To duża niewykorzystana szansa

Większość polskich eksporterów za główne bariery wejścia na rynki krajów pozawspólnotowych uważa takie czynniki jak znacząca odległość i związane z nią wysokie koszty transportu, większe ryzyko biznesowe czy obciążenia celne. Na te kwestie nie mają wpływu ani firmy, ani władze państwa. Jednak zdaniem ekspertów wsparcie administracji mogłoby znacząco pomóc w nawiązywaniu relacji handlowych z partnerami z innych kontynentów. – Wciąż pozostaje pole do usprawnienia działań w tym obszarze – uważa kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

– Z sukcesem weszliśmy na rynek europejski, natomiast udział krajów rozwijających się w naszym eksporcie jest dzisiaj niższy niż 30 lat temu, gdy zaczynaliśmy transformację gospodarczą. Niewątpliwie jest to olbrzymi obszar do zagospodarowania, a jednocześnie wielka szansa do wykorzystania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Chojna, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Pole dla działań pobudzających aktywność naszych eksporterów na tych rynkach istnieje, ale jest dość ograniczone, gdyż główne przeszkody, tak jak oni je dziś postrzegają, mają charakter obiektywny.

Według firm prowadzących wymianę handlową z innymi krajami głównymi przeszkodami w podejmowaniu współpracy z partnerami pozaeuropejskimi są większa odległość i związane z nią koszty transportu, obawy przed korupcją i nierzetelnością miejscowych firm, a także wysokie cła. Na wszystkie wymienione czynniki nie mają wpływu ani sami przedsiębiorcy, ani polskie władze. Jednak kilkanaście procent respondentów Polskiego Instytutu Ekonomicznego za najważniejszą barierę uważa brak informacji albo brak wsparcia ze strony państwa.

– Możliwe jest tu podejście dwojakie: typowanie perspektywicznych rynków, i to już się robi, bo są programy promocyjne z serii Go: Go China, Go Africa, Go Arctic, jest też mapa pewnych rynków uznawanych za priorytetowe, na które państwo stawia w polityce wspierania eksportu. Generalnie są to wybrane kraje afrykańskie, bliskowschodnie, nie można zapominać o wielkich rynkach azjatyckich typu Indie czy Chiny, ale bardzo atrakcyjne są rynki krajów Azji Centralnej, np. Kazachstan – tłumaczy Janusz Chojna. – Drugie podejście może polegać na tym, że rozstrzyga rynek i sami eksporterzy. Będą wchodzić tam, gdzie uznają, że jest to dla nich zyskowne, opłacalne, a państwo powinno ich w tym wspierać.

Państwa europejskie wciąż dominują w strukturze polskiego eksportu, przy czym od 1990 roku liderem są  Niemcy z 27,7-proc. udziałem w okresie styczeń – październik 2019 roku. Drugie w kolejności Czechy odbierają 6,1 proc. polskich towarów, a zamykająca podium Wielka Brytania odpowiada za 6 proc. eksportu. W pierwszej dziesiątce znalazły się tylko dwa kraje pozaunijne: Rosja i Stany Zjednoczone, do których łącznie trafia 6 proc. wartości wywozu polskich towarów. Jednak spowolnienie gospodarcze w Niemczech, nadchodzący brexit, zła prasa polskiej żywności w Czechach, rosyjskie embargo i amerykańskie cła powinny zmotywować rodzimych eksporterów do poszukiwania nowych odbiorców.

– Na każdym z kontynentów można znaleźć potencjalny obszar ekspansji. Są rynki Ameryki Łacińskiej, co prawda ten kontynent ma ostatnio swoje kłopoty gospodarcze, niemniej jest to ciągle wielki, szybko rozwijający się obszar, który przez polskich eksporterów – ze względu na odległość i słabe tradycje kontaktów gospodarczych – nie jest dostatecznie silnie wykorzystywany – uważa przedstawiciel Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Branża farmaceutyczna stawia na innowacyjność. Farmaceutyczni giganci skupiają się na chorobach serca i nowotworach

Opracowywane są coraz bardziej innowacyjne metody leczenia ciężkich chorób. Trendem jest łączenie najnowszych technologii – produktów drobnocząsteczkowych, sztucznej inteligencji oraz cyfryzacji. Leczenie nowotworów odbywa się już coraz częściej z wykorzystaniem genetycznie modyfikowanych komórek pozyskiwanych z organizmu chorych, a najnowsze leki swoim działaniem nie są już wymierzone w konkretnie umiejscowiony nowotwór, ale w komórki o cechach nowotworowych. Wprowadzenie na rynek nowego leku jest jednak niezwykle kosztowne i długotrwałe.

– Jednym z wyzwań dla medycyny jest starzenie się i ciągły wzrost liczebności populacji. W związku z tym będziemy potrzebować innowacyjnych leków do leczenia chorób, na które nie wynaleziono jeszcze leków. W sektorze opieki zdrowotnej możemy się spodziewać pewnej liczby innowacyjnych rozwiązań. Będą one związane przede wszystkim z leczeniem chorób serca oraz nowotworów – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Markus Baltzer, prezes firmy Bayer w Polsce.

W 2020 roku większe grono pacjentów zostanie prawdopodobnie poddanych immunoterapii CAR-T, która jest obecnie najnowocześniejszą spersonalizowaną metodą leczenia agresywnych nowotworów krwi i szpiku kości. Terapia opiera się na pracy zmodyfikowanych genetycznie limfocytów T, które są w stanie rozpoznawać cechy komórki nowotworowej odróżniające ją od komórki zdrowej. Dzięki temu są zdolne do jej zniszczenia. W Polsce dwaj pierwsi pacjenci zostali poddani tej terapii pod koniec 2019 roku.

We wrześniu 2019 roku do obrotu w Europie został dopuszczony rewolucyjny lek na raka. Larotrectinib nie jest preparatem, którego działanie wymierzone jest w konkretny rodzaj nowotworu, ale w czynnik genetyczny nowotworu. Larotrectinib wykazał w badaniach 75-proc. skuteczność. Stosowany był w leczeniu m.in. mięsaka tkanki miękkiej, a także nowotworu tarczycy oraz płuc.

– Onkologia należy do obszarów, w których cała branża farmaceutyczna ma jeszcze dużo do zrobienia. W nim też koncentrują się nasze wysiłki. Opracowanie nowego leku jest jednak niezwykle kosztowne, mówimy tu nawet o kwotach rzędu 12 mld euro, a zatem pokrycie kosztów wprowadzenia na rynek nowego specyfiku stanowi nie lada wyzwanie pod względem finansowym – zaznacza prezes firmy Bayer w Polsce.

Wprowadzenie na rynek nowego leku jest nie tylko kosztowne, lecz także czasochłonne. Drogę do pełnego zastosowania wydłuża dodatkowo czas potrzebny na objęcie leku procedurą refundacyjną. Przykładem może być lek Gazyvaro stosowany w leczeniu przewlekłej białaczki limfocytowej (PBL), która jest najczęstszym typem białaczki występującym w Europie. Lek został zarejestrowany przez Europejską Agencję Leków w 2014 roku. W polskim programie lekowym leczenia chłoniaków złośliwych pojawił się dopiero w 2020 roku.

Mimo tego na rynku farmaceutycznym pojawia się coraz więcej innowacji.

– Trendem jest łączenie technologii – produktów drobnocząsteczkowych, sztucznej inteligencji oraz cyfryzacji. Będzie to dla nas wyzwanie na kolejną dekadę, ponieważ w tym czasie będziemy mieli do czynienia z bardziej świadomymi pacjentami, posiadającymi większą wiedzę na temat swoich schorzeń i bardziej zaangażowanymi w proces leczenia. Do tego czasu udostępnimy technologie, które będą pomagały ludziom w poprawianiu ich stanu zdrowia – mówi Markus Baltzer.

Według Allied Market Research światowy rynek leków onkologicznych i przeciwnowotworowych został wyceniony na 97,4 mld dol. w 2017 r., a do 2025 r. osiągnie wartość 176,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu osiągnie poziom 7,6 proc.

Rośnie liczba Ukraińców z ważnymi zezwoleniami na pobyt w Polsce. Mimo wielu zapowiedzi spadku, liczby wciąż rosną

Na koniec trzeciego kwartału 2019 r. ponad 415 tys. cudzoziemców miało ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Wg danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców (UdSC), od stycznia największy wzrost dot. obywateli Ukrainy, Białorusi, Gruzji, Indii oraz Mołdawii. Zdaniem ekspertów, należy spodziewać się coraz mniejszego napływu Ukraińców. Będzie też trudniej niż dotychczas zatrzymać ich na rynku pracy. Rośnie odsetek firm mających problemy z przyciągnięciem kandydatów z tamtego rejonu. Polska rywalizuje przede wszystkim z Niemcami, Czechami i Węgrami. Znawcy tematu przekonują, że na sile przybierze migracja osób z Azji.   

Kierunek Polska

Według stanu na 30 września 2019 roku, ważne zezwolenia na pobyt w naszym kraju posiadało 415,5 tys. cudzoziemców, o czym informuje Jakub Dudziak, rzecznik prasowy UdSC. W pierwszych trzech kwartałach br. największy wzrost dotyczył obywateli Ukrainy – o 30,8 tys. (do 210 tys. osób), Białorusi – o 4,3 tys. (do 24,4 tys.), Gruzji – o 1,9 tys. (do 4,8 tys.), Indii – o 1,1 tys. (do 9,9 tys.) oraz Mołdawii – o 0,8 tys. (do 2,2 tys.). Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.

– Dane te nie dotyczą nowych osób poszukujących pracy, lecz takich, które już przebywają w naszym kraju. Procedury legalizacji pobytu aktualnie trwają 3-4 razy dłużej niż jeszcze kilka lat temu. W związku z tym można stwierdzić, że wyniki obejmują osoby, które przyjechały do nas w 2018 roku. Dodatkowo cudzoziemcy, po okresie adaptacji i podjęciu decyzji o pozostaniu w Polsce, niejednokrotnie mogą zmieniać pracodawców, tym samym zwiększając statystyki ważnych zezwoleń – komentuje Jana Bednarek, ekspert rynku pracy z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Natomiast Jakub Dudziak podkreśla, że w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku liczba Ukraińców posiadających ważne dokumenty pobytowe wzrosła o 27,5 tys. (do 172,7 tys.). W przypadku obywateli Białorusi przybyło 3,5 tys. (do 18,9 tys.), Gruzji – 0,8 tys. (do 2,4 tys.), Indii – 1,7 tys. (do 8,7 tys.), a Mołdawii – 0,2 tys. (do 1,4 tys.).

– Ukraińcy od dawna przyjeżdżają do nas i do Rosji. Dla nich rosyjski rynek stawał się coraz mniej atrakcyjny, kiedy tamtejsza gospodarka zaczęła wyraźnie słabnąć pod wpływem sankcji zachodnich. Dalej tam jeżdżą zarabiać, ale rzadziej niż kiedyś. Jednocześnie sytuacja gospodarcza u nas stawała się coraz lepsza, co było sygnałem nie tylko dla Ukraińców, ale też dla obywateli innych państw – analizuje Andrzej Korkus, prezes EWL SA, agencji rekrutującej pracowników z rynków wschodnich.

Z kolei Monika Banyś, rzecznik prasowy Personnel Service stwierdza, że najprawdopodobniej już minął okres największego boomu na przyjazdy Ukraińców do pracy. Teraz należy spodziewać się, że chętnych z tego kraju będzie coraz mniej. Ekspert odwołuje się do „Badania Imigracji Zarobkowej”. W nim co drugi pracodawca stwierdził, że coraz trudniej jest przyciągnąć pracowników z Ukrainy. To najbardziej zaskakujący wynik. Rok wcześniej takie trudności wskazało tylko 14% ankietowanych.

– Spodziewamy się spadku liczby przyjeżdżających obywateli Ukrainy, trudniej będzie ich również zatrzymać w kraju. Jak wynika z badania preferencji migracji zarobkowych Ukraińców, które Manpower przeprowadził dokładnie rok temu, co czwarty Ukrainiec chce stąd wyjechać. Według naszych obserwacji, w ciągu ostatnich 12 miesięcy znacznie wzrosło zainteresowanie wyjazdem do Niemiec, a w ostatnim czasie pytają oni także o oferty z Czech – mówi Jana Bednarek.

Walka o pracownika

W opinii prezesa Korkusa, atutem Polski jest nie tylko sytuacja na naszym rynku pracy. Mamy bardzo liberalną politykę przyjmowania pracowników w pierwszym kroku. Wystarczą tylko dwa dokumenty – paszport biometryczny i oświadczenie, by dana osoba mogła w ciągu tygodnia tu przyjechać. Tym długo wygrywaliśmy walkę o pracowników w tej części Europy, co przełożyło się na falę przyjazdów do nas. Ale w innych krajach także zachodzą zmiany i „monopol” Polski dobiega końca.

– Konkurują z nami głównie Czechy, Węgry i Niemcy. Przewagą dwóch pierwszych państw nad Polską jest wydawanie zezwoleń dla Ukraińców na okres dwóch lat. U nas takie dokumenty są ważne tylko przez pół roku i to też kształtuje w znaczny sposób charakter imigracji zarobkowej z Ukrainy. Do nas ci pracownicy przyjeżdżają na bardzo krótkie okresy – podkreśla Monika Banyś.

Dziś jeszcze nie wiadomo, jak w praktyce będzie wyglądało otwarcie rynku niemieckiego dla Ukraińców. Zdaniem prezesa EWL SA, to może wpłynąć na skalę migracji do Polski. Ponadto, warto uważnie przypatrywać się zmianom zachodzącym na samej Ukrainie. Przykładowo, w tamtejszym sektorze budowlanym wynagrodzenia znacznie wzrosły w pierwszej połowie u.br. Jest dużo nowych inwestycji, za którymi też pójdą kolejne miejsca zatrudnienia.

– Już samo ogłoszenie tego, że Niemcy otworzą swój rynek, sprawiło, że wyjechało tam wielu Ukraińców. Oni najpierw przyjeżdżają do Polski, dostają zezwolenie, żeby tu pracować, ale potem przekraczają granicę i nielegalnie zarabiają w Niemczech. Łamią prawo, bo chcą odłożyć więcej pieniędzy. A to istotne, zwłaszcza przy imigracji, która trwa np. tylko 3 miesiące – dodaje Monika Banyś.

Jak zaznacza Jana Bednarek, obywateli Gruzji i Mołdawii można zatrudnić w Polsce, korzystając z procedury uproszczonej. Z kolei Hindusi przyjeżdżają głównie ze względu na wynagrodzenia. Nasz rynek pracy jest atrakcyjny pod względem dostępności tego typu ofert. Natomiast prezes Korkus podkreśla, że Gruzini wyjeżdżali zarabiać do Rosji, ale z czasem więcej z nich zaczęło wybierać Polskę. Do tego przyczynił się wzrost napięcia w stosunkach gruzińsko-rosyjskich, w efekcie Moskwa wstrzymała loty przewoźników do swojego sąsiada.

Napływ Azjatów

– Pracownicy z Azji będą pojawiać się u nas coraz częściej. Z raportu MRPiPS wynika, że w pierwszej połowie 2019 roku wydano ponad 35 tysięcy zezwoleń na pracę dla Azjatów. To o 42% więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Ten wzrost jest więc tutaj mocno widoczny. Oczywiście, skala jest nieporównywalna, bo w przypadku Ukraińców jest to ok. 200 tys. i tylko 35 tys. Azjatów – stwierdza rzecznik prasowy Personnel Service.

W opinii eksperta z Manpower, polskie firmy są coraz bardziej otwarte na zatrudnienie kandydatów z zagranicy. Chcąc zapewnić sobie odpowiednią liczbę pracowników, sięgają chętniej m.in. po osoby z  Indii, Nepalu oraz Filipin. Natomiast prezes EWL SA zaznacza, że nasza gospodarka jest w dobrej kondycji, pensje rosną dynamicznie. To sprawia, że stajemy się atrakcyjniejszym krajem do emigracji.

– Pracownicy z Ukrainy są wciąż dominującą grupą imigrantów i tak najprawdopodobniej zostanie. Wynika to z tego, że oni są nam bliscy kulturowo, dobrze pracują i łatwo się można z nimi porozumieć. Dużo prościej jest mieć pracownika, który mówi po ukraińsku niż np. Hindusa posługującego się tylko językiem ze swojej ojczyzny. Tego zupełnie nie da porównać. Należy podkreślić, że Ukraińcy już pracują w usługach i rozmawiają z klientami. Nie jest to może mocna tendencja, ale dostrzegamy ją  – podsumowuje Monika Banyś.

Najwyższy wzrost inflacja osiągnie w I kwartale 2020 r.

Wzrost cen będzie w I kw. 2020 r. najwyższy od 2012 r. Nie tylko ze względu na podwyżki opłat za energię elektryczną, ale także z powodu wyjątkowo drogiego mięsa.

W pierwszych trzech miesiącach roku inflacja w Polsce wzrośnie nawet do 3,5 proc., w ocenie międzynarodowej firmy doradczej Coface.

– Rosną ceny wieprzowiny na rynkach światowych w związku z tzw. afrykańskim pomorem świń, a skutki są takie, że drożeją też inne typy mięsa, również drobiowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Coraz więcej wiemy o wzroście cen energii elektrycznej, kolejni jej wytwórcy dostają zgody na podwyżki od krajowego regulatora. Przed rokiem te podwyżki zostały zablokowane ze względu na kumulację okresu wyborczego, teraz będą więc tym bardziej wysokie, ich 5 proc. wzrost staje się założeniem coraz bardziej optymistycznym. Nie wiadomo jeszcze jaka ostatecznie będzie reakcja rządu, bo napływające informacje były sprzeczne.

– Wzrost inflacji będzie miał miejsce głównie w I kw., później będziemy obserwowali już niższą dynamikę cen – komentuje G.Sielewicz z Coface. – Pod koniec 2020 r. będzie sięgała 1,5 proc., ale stopy procentowe powinny pozostać na rekordowo niskim poziomie nie tylko w 2020 r., ale także w kolejnym roku.

Czy prawdą jest, że warszawska giełda umiera?

Indeks WIG20 jest powodem do rozpaczy dla inwestorów. Znajduje się wśród najgorszych 20 głównych indeksów giełdowych na świecie. W tym gronie są przede wszystkim indeksy krajów Afryki i Bliskiego Wschodu, a nie ma żadnego z Europy.

Złe były wyniki 2019 r. Kiepska okazała się cała dekada dla warszawskiej giełdy. GPW jest w gronie pięciu najgorszych giełd europejskich. Jest to o tyle zadziwiające, że po 2008 r. Polska nie była krajem, który znalazł się w kryzysie gospodarczym, natomiast nasza giełda jest w gronie rynków akcji krajów UE dotkniętych największym kryzysem.

– W ostatnich dnach rozgorzała dyskusja czy warszawska giełda umiera – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To tsunami krytyki, która spada na GPW nie jest bezpodstawne, zwłaszcza, że w 2019 r. nie tylko Stany Zjednoczone widziały 20-50 proc. wzrosty indeksów.

W Europie bardzo wysokie były wzrosty indeksów w krajach bałkańskich. Pomimo recesji w Niemczech giełda tego kraju też miała dobre wyniki w 2019 r.

WIG20 zamknął rok na minusie. Przyczyn należy szukać w składzie indeksu. Wśród tworzących go spółek są cztery banki, których kurs ucierpiał z powodu wyroku TSUE dotyczącego frankowiczów. WIG20 to także dwa koncerny energetyczne, które pomimo rosnących kosztów produkcji energii z węgla kamiennego nie mogły podnieść cen, bo mieliśmy intensywny rok pod względem wyborczym. Współwłaścicielem dwóch banków jest Skarb Państwa. W sumie jest on bardzo ważnym akcjonariuszem w połowie spółek tworzących indeks WIG20. To nie jest akcjonariusz, który cieszy się zaufaniem inwestorów indywidualnych.

– Polacy mają coraz więcej oszczędności, a wielkim zainteresowaniem cieszą się inwestycje w nieruchomości, które na dłuższą metę gospodarce niespecjalnie się przysłużą – ocenia dr P.Kwiecień. – Dla gospodarki byłoby lepsze, gdyby choć część tych pieniędzy trafiała na GPW i była zagospodarowana przez polskie firmy, które dzięki temu mogłyby szybciej się rozwijać.

Potrzebne jest odbudowanie zaufania inwestorów do warszawskiego rynku. Spółki z udziałem Skarbu Państwa z WIG20 zbyt często dodawały sobie nowy profil działalności, nie wyjaśniając przyczyn tego swoim pozostałym akcjonariuszom.

– Potrzebne są też nowe zachęty dla inwestorów, a taką byłoby zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych z inwestycji długoterminowych – dodaje ekspert XTB.

8 innowacji, które będą rządzić w biznesie w 2020 roku

Rozwój autonomicznych samochodów i dronów, roboty-akrobaci rodem z filmów science fiction czy ostra walka ze zjawiskiem „deepfake” – to trendy, które będą nadawać ton rozwojowi branży. Rok 2020 może stać się przełomowym dla tych innowacji – do tej pory zdecydowanie nie powiedziały one ostatniego słowa. Marcin Dąbrowski, Chief Innovation Officer w ITMAGINATION, wskazuje 8 innowacji które będą źródłem zmian nie tylko w obszarze technologii, ale też w biznesie.

W 2019 roku rządziły voiceboty i chatboty, pokazując kierunek, w jakim powinien podążać biznes jeśli chodzi o automatyzację kontaktów z klientami. Był to także czas przygotowań i wdrożenia dyrektywy PSD2 na unijnym rynku finansowym. Mijający rok przyniósł również wiele nowych, niekiedy ogromnych skoków technologicznych w przyszłość. Zdaniem Marcina Dąbrowskiego z ITMAGINATION 2020 rok zapowiada się wręcz futurystycznie. Autonomiczne samochody, roboty zdolne do akrobatycznych skoków czy komputery kwantowe to tylko niektóre innowacje kształtujące trend na nadchodzący rok.

  1. Nowy wymiar bezpieczeństwa w bankach

Od września 2019 roku logowanie do kont bankowych wymaga od użytkowników dodatkowego uwierzytelniania – oprócz loginu i hasła także kod SMS lub dana biometryczna. Oprócz tego banki wraz z wejściem w życie dyrektywy PSD2, musiały udostępnić fintechom i innym podmiotom trzecim w pełni funkcjonalne API. Pozabankowi dostawcy usług płatniczych (TPP), poszli w ślady tradycyjnych instytucji bankowych i zaczęły oferować swoim klientom także usługi finansowe. Aby nie stracić swojej pozycji rynkowej, a nawet rosnąć i pozyskiwać kolejnych nowych klientów, banki zaczęły z kolei wprowadzać do swojej oferty usługi dodane, tzw. VAS (Value-Added Services). Możliwości banków, tempo i skala poszerzenia ich usług w 2020 roku pozostaną jednym z najważniejszych tematów w świecie finansów.

  1. Ewolucja sztucznej inteligencji

Sztuczna inteligencja już nie gra tylko w szachy czy w japońską grę planszową Go, ale znacząco przyspiesza i ułatwia obsługę klienta. AI wspiera lekarzy, producentów, czy sprzedawców w sklepach internetowych. Jej możliwości i zastosowania rosną z roku na rok. Sztuczna inteligencja może przewidywać ruch w sklepie, pomagać w optymalizacji zatrudnienia oraz wspomagać efektywne rozmieszczanie towarów na półkach. Ponadto systemy bazujące na sztucznej inteligencji mają możliwość analizowania milionów aktywności użytkowników jednocześnie, w czasie rzeczywistym, co jest idealnym wsparciem dla banków i innych firm usługowych, których konkurencyjność zależy od umiejętności podania klientowi dopasowanej indywidualnie oferty „tu i teraz” w odpowiedzi na jego realne potrzeby. Inwestycje w AI będą na pewno silnie rosły w 2020 roku. Sztuczna inteligencja jest na tyle ważna, że brak rozwoju w tym segmencie może wyłączyć firmę z głównego nurtu na rynku.

  1. Smart świat tworzony przez Internet Rzeczy

Wbrew pozorom Internet Rzeczy nie rośnie tak szybko, jak niektórzy chcieliby to widzieć 10 lat temu. Idealnym przykładem jest sieć 5G, podstawa do IoT, która wydaje się być z jednej strony must have, a z drugiej wielkim wyzwaniem dla telekomów. Mimo najszczerszych chęci, wiele krajów nadal nie jest przygotowanych na przyjęcie nowego wymiaru łączenia bezprzewodowego. Za IoT podąża Edge computing i Edge AI, które odpowiadają za przetwarzanie ogromnych ilości danych na urządzeniach końcowych i w chmurze w każdej branży. Sukces wielu technologii należących do Internetu Rzeczy zależy od tego, czy dane zostaną odpowiednio szybko przetworzone, dostarczając znaczących, wartościowych informacji. Od tych procesów zależy, czy w najbliższej przyszłości ujrzymy inteligentne miasta, transport czy budynki. Dobrze byłoby, aby 2020 rok przyniósł odpowiedź na pytanie czy IoT i nowe technologie udźwigną ogromną ilość danych produkowaną przez korporacje.

  1. Roboty z filmów science fiction

W 2019 roku furorę w świecie innowacji zrobiły psy futurystyczne i humanoidy od firmy Boston Dynamics, które doskonale sobie radzą z zadaniami w naturalnych warunkach. Od września ubiegłego roku w sprzedaży dostępne są roboty Spot przypominające psy do zastosowań przemysłowych, np. do monitorowania placu budowy czy prostych manipulacji przy instalacjach gazowych lub energetycznych. Autor tych robo-psów pochwalił się także kolejnym osiągnięciem – humanoidalnym robotem Atlas, który może wykonywać wymyślne akrobacje, takie jak przewroty w przód, obroty w powietrzu czy imponujące wyskoki. Nie oznacza to jednak, że inne firmy pozostają w tyle. Popularna marka Samsung równie śmiało wkroczyła do robotyki. Firma może się pochwalić Samsung Botem – metrowej wysokości robotem, który może przedstawić prognozę pogody, zmierzyć nam ciśnienie, a także wezwać karetkę, jeśli użytkownik upadnie i nie będzie reagował przez określony czas. Zdaniem eksperta ITMAGINATION w 2020 roku można spodziewać się kolejnych osiągnięć w dziedzinie robotyki i nowych, spektakularnych rozwiązań technologicznych z wykorzystaniem robotów.

  1. Samochody bez kierowców

Możliwości autonomicznych samochodów czy dronów są coraz większe, a intensywne testy wyraźnie pokazują, że firmy kładą szczególny nacisk na wprowadzenie tej technologii w życie. W 2019 roku Tesla wdrożyła ulepszenie do wszystkich swoich aut. Przykładowo – za pomocą aplikacji mobilnej kierowca może „przyzwać” auto do siebie. Na razie jednak producent zastrzegł, że najbezpieczniej korzystać można z tego dodatku wyłącznie pod warunkiem utrzymywanie przez kierowcę kontaktu wzrokowego
z pojazdem. Pozwoli mu to zareagować i zatrzymać samochód w przypadku, gdy na drodze auta pojawi się nieoczekiwany obiekt niewychwycony przez czujniki. Marcin Dąbrowski podkreśla, że ten rok będzie należał do maszyn autonomicznych – ich flota będzie rosła w stajni samochodów Ubera, Tesli czy dronów dostarczających paczki Amazona. Do wyścigu dołączają już kolejne znane marki i firmy,
a kwestią czasu pozostaje moment, kiedy samochody bez kierowcy będą masowo wozić ludzi po miastach.

  1. Czas na kryptowaluty

Blockchain zaliczył już duży rozwój w ostatnich latach – tak jeśli chodzi o zastosowanie go w  biznesie jako sposobu na bezpieczne przechowywanie i przesyłanie danych, jak i jeśli chodzi o kryptowaluty. Dla tych ostatnich ważnym momentem było wejście do gry takich gigantów, jak Facebook, Amazon czy Samsung. W 2019 roku wiodący gracz na rynku e-zakupów wydał Amazon Managed Blockchain, który umożliwia klientom skonfigurowanie sieci blockchain w ich organizacjach. Revolut umożliwia każdemu wymianę pieniędzy na najpopularniejsze kryptowaluty, niwelując bariery związane z skomplikowanym światem Blockchain. Z kolei flagowy model telefonu Samsunga – Galaxy S10 – może przechowywać klucze prywatne do portfeli na kryptowaluty. Facebook z kolei dalej pracuje nad ogłoszoną w czerwcu 2019 roku własną kryptowalutą Libra do szybkich płatności na platformie. Wdrożenie Libry planowane jest na 2020 rok. Moment ten pokaże czy tak innowacyjne podejście sprawdzi się w sieci społecznościowej. Z kolei Chiny obawiają się inwestycji w kryptowaluty i choć popierają przemysł blockchain i chcą w niego inwestować, odradzają to w przypadku walut cyfrowych.

  1. Komputery kwantowe

Google twierdzi, że w 2019 roku jego komputer kwantowy dokonał skomplikowanych obliczeń w 200 sekund, co klasycznemu, najszybszemu komputerowi zajęłoby około 10 000 lat. W związku z tak imponującym wynikiem, wokół sprawy pojawiło się dużo wątpliwości, czy firmie faktycznie udało się osiągnąć sukces. Nie zmienia to jednak faktu, że Google zasługuje na pochwałę choćby dlatego, że już robi duże postępy w sferze, która dla wielu firm i naukowców pozostaje w obszarze marzeń. Komputery kwantowe mogą wspierać rożne sektory gospodarki. W branży medycznej ciekawym rozwiązaniem jest symulacja struktury molekuł, co może pomóc w opracowaniu nowych lekarstw. Również sektor finansowy przygląda się tej technologii ze względu na możliwość podniesienia poziomu bezpieczeństwa i udoskonalenia sztucznej inteligencji odpowiedzialnej m.in. za ocenę ryzyka. 2020 rok może pokazać, ile było prawdy w sukcesie giganta technologicznego i na ile konkurenci faktycznie pozostali w tyle
w kwantowym wyścigu zbrojeń.

  1. Walka z deepfake

Pojęcie fake news stało się już powszechnie znane, jednak „deepfake” to stosunkowo nowy, niepokojący trend i godny zastępca fałszywych informacji, który zagościł w sieci. Łatwy dostęp do zaawansowanych technologii umożliwia manipulowanie obrazem online. Sztuczna inteligencja może podmienić obraz nieruchomy lub ruchomy innym i stworzyć „nową prawdę”. Facebook, Microsoft, a także Amazon połączyli siły w walce ze zjawiskiem deepfake w sieci. Duży wkład finansowy i opracowane materiały badawcze pomogą w poszukiwaniach skutecznej metody wykrywania fałszywek. Prawdziwy test walki
z deepfake będzie można zaobserwować już w 2020 roku w związku z planowanymi na listopad wyborami prezydenckimi w USA. To wtedy Facebook będzie mógł się najlepiej wykazać rezultatami przeprowadzanych badań i postarać się poprawić zszarganą reputację po wyborach prezydenckich w USA w 2016 roku i skandalem związanym z Cambridge Analytica.

Koniec świątecznej przerwy, inwestorzy wracają

Koniec świątecznej przerwy i rynki wracają do regularnego działania. Ostatnim dniom towarzyszyły zubożałe warunki płynnościowe, co na FX szkodziło USD, ale pomagało m.in. EUR, AUD a finalnie także GBP. Rynek akcji zakończył mocny rok w szampańskich nastrojach, gdyż nie słabnie entuzjazm wokół porozumienia handlowego USA-Chiny.

Na starcie nowego roku o zdrowe perspektywy chińskiej gospodarki chce zadbać bank centralny, który obniżył o 50 pb stopę rezerw obowiązkowych, czym uwolni do systemu 800 mld CNY (115 mld USD). Z drugiej strony należy zadać sobie pytanie, czy działania Ludowego Banku Chin są czysto prewencyjne, czy jednak biorą się z obaw, że gospodarka nie może podnieść się po spowolnieniu wywołanym skutkami wojny handlowej z USA? Pekinowi zależy na zapewnieniu wzrostu PKB blisko 6 proc. i choćby z tego powodu będzie luzować politykę, ale jeśli nie zacznie się to przekładać na poprawę w danych makro, rynki nie znajdą w ekspansywnej polityce wyraźnego powodu do zadowolenia. Wskaźniki PMI dla przemysłu (rządowe i komercyjne) sygnalizują ekspansję, ale bardzo powolną (50,2 i 51,5). Jakkolwiek odczyty grudniowe mogą jeszcze nie odzwierciedlać zadowolenia porozumieniem Pierwszej Fazy, to jeśli następna aktualizacja nie przyniesie istotnej poprawy, inwestorów może czekać bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Magicznie wybrzmiewa podsumowanie roku na rynku akcji z S&P500 wyżej o prawie 30 proc., choć bez zająknięcia o tym, że grudzień 2018 przyniósł ostry zjazd o ponad 12 proc. Od tego czasu nastąpił zwrot w polityce handlowej Białego Domu, ale też w nastawieniu Fed. Bank centralny nie tylko dokonał trzech obniżek stóp procentowych po 25 pb każda, ale także przeprowadza ukryte QE w postaci skupu bonów skarbowych i wpompowania w rynek międzybankowy 300 mld USD. Oficjalnie celem jest przeciwdziałanie zaburzeniom płynności, ale pieniądza na rynku chyba jest pod dostatkiem, skoro dolary „uciekają” na inne rynki. Z marazmu próbują się wybić EUR/USD (ponad 1,12) i AUD/USD (0,70), a popyt ciągle szuka okazji, by odbudować pozycje w GBP, mimo że ryzyko polityczne wciąż nie odpuszcza.

Na starcie 2020 r. przekonamy się, na ile ostatnie ruchy mają tylko uzasadnianie w zaburzeniach płynności, a na ile maja silniejsze podparcie w fundamentach. Na razie oczekiwania na owoce porozumienia handlowego są zawieszone wysoko, ale szybko muszą znaleźć potwierdzenie w poprawie danych. Dziś indeksy PMI z Eurolandu i USA raczej taki drogowskazami nie będą, gdyż są to jedynie rewizje wcześniejszych wskazań. Osobiście pozostaje ostrożny, gdyż uważam, że rynki zapędziły się za daleko z entuzjazmem i oczekują po danych tego, czego szybko nie dostaną. Tańczmy, póki muzyka gra, ale nie spuszczajmy orkiestry z oka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polskie firmy rekrutacyjne bez kompleksów na światowych rynkach

Polskie agencje rekrutacyjne szukają pracowników już nie tylko dla firm w Europie, ale również w krajach arabskich. Okazuje się, że to lepszy biznes niż współpraca z Norwegami czy Czechami.

Polskie agencje pracy coraz częściej skupiają się na rynkach Zatoki Perskiej. Kraje takie jak Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Emiraty Arabskie mają ogromne zapotrzebowanie na pracowników. W hotelarstwie, usługach, pomocy domowej, opiece nad osobami starszymi i dziećmi, jako monterzy konstrukcji i spawacze. Pracę znajdują tam głównie ludzie z Pakistanu, Egiptu i Bangladeszu oraz Filipińczycy, których mieszka tam około 300 tysięcy. To głównie ich na potrzeby firm arabskich rekrutuje agencja Workroom z Warszawy. Okazuje się, że mimo działalności lokalnych agencji, silny partner z Polski jest tam równie atrakcyjny lub nawet bardziej, jeśli oferuje dodatkowe kierunki zatrudniania dla pracowników z Dalekiego i Bliskiego Wschodu.

– Zapewniamy pracowników z Filipin na Półwyspie Arabskim, ale także w Europie, w tym w Polsce. To, że obsługujemy kilka destynacji i mamy siedzibę w Kuwejcie, czyni nas wiarygodnym partnerem dla tamtejszych pracodawców – mówi Arkadiusz Jankowski z Workroom. – Dla nas również jest to bardzo atrakcyjne, bo procedury i przepisy dotyczące legalizowania pobytu i zatrudnienia są tam łatwiejsze niż w Polsce.

Agencja działa w Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, które poszukują pracowników z Egiptu, Bangladeszu i Filipin.

Mniej ofert w Skandynawii

Kraje arabskie wciąż się rozwijają, ale niełatwo tam o pracowników, bo nie każdy dobrze czuje się w kraju o odmiennej mentalności, religii i surowych zasadach określających życie codzienne kobiet. Dlatego kraje te stanowią często tylko etap dla szukających pracy. Po upływie czasu określonego w umowie wracają do swoich krajów lub próbują znaleźć zatrudnienie w Europie.

– Odkrywamy i sprawdzamy różne kierunki i ten okazał się bardzo dobry dla działalności takich firm jak nasza. Rekrutujemy też w Europie, ale te najpopularniejsze kierunki są mocno obstawione przez agencje – dodaje Jankowski.

Z kolei w niektórych krajach, do niedawna jeszcze uznawanych za „eldorado” dla Polaków, zaczyna brakować ofert. Jest tak np. w Norwegii, w której coraz częściej pracują Szwedzi oraz imigranci z szeregu ościennych krajów. Zdaniem Rafała Borowskiego, prezesa agencji MR JOB zapotrzebowania na pracowników w Norwegii nie jest wysokie, bo nie ma tak wielu otwartych na współpracę przedsiębiorstw jak w Polsce czy innych krajach europejskich.
– Norwegowie nie mają problemu ze znalezieniem pracowników na miejscu. Kolejka chętnych jest tam wystarczająco długa – mówi Borowski. – Oni wiedzą, że płaca u nich, nawet ta minimalna, jest wysoka, więc podnoszą poprzeczkę, jeśli chodzi o kwalifikacje. Wejście na ten rynek jest kuszące, natomiast w branży przemysłowej – przez wysoki próg wejścia – mało realne.

Czechy już nie tak atrakcyjne

Podobna sytuacja jest w Czechach, gdzie jeszcze kilka lat temu zarobki w branży przemysłowej były wyższe niż w Polsce.

– Kiedy wynagrodzenia w Polsce nie były tak atrakcyjne jak w Czechach, Polacy, szczególnie ci mieszkający w pobliżu granicy, chętnie wyjeżdżali tam do pracy. Wracali do Polski na weekendy a niektórzy nawet codziennie – mówi Aneta Janik-Barciś, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia. – Dzisiaj, kiedy ta różnica wynagrodzeń nie jest tak duża, mniej Polaków pracuje w Czechach, chociaż wciąż są tam poszukiwani, bo bariera językowa nie jest duża. Poza tym Polacy pracują tam niemal w każdej fabryce na stanowiskach kierowniczych.

W ostatnim czasie Czesi odczuwają problem braku rąk do pracy i wspomagają się Ukraińcami. Ściągają też do pracy ludzi z Indii, Wietnamu i Filipin.
Filipińczycy cenieni i bliscy Polsce

Właśnie zatrudnianiem tych ostatnich coraz mocniej interesują się firmy z Polski. Przyjezdnych z innych krajów, głównie z Ukrainy jest w Polsce wielu, ale ich ilość nie przyrasta tak jak w ubiegłych latach. Część z nich, po wejściu nowej ustawy imigracyjnej w Niemczech, która wejdzie w życie w styczniu 2020 r., wyjedzie tam pracować. Filipińczycy mogliby ich zastąpić oraz wypełnić lukę w zatrudnieniu w branżach, gdzie wciąż jest zapotrzebowanie – w rolnictwie, branży spożywczej i budownictwie.

Choć Filipińczycy pochodzą z innej części świata, gdzie dominuje kultura Wschodu, to okazuje się, że nie trzeba uczyć ich realiów świata zachodu i świetnie odnajdują się na emigracji. W ich kraju działają ośrodki kształcenia zawodowego przygotowujące ich do życia za granicą i uczą tam nie tylko języka angielskiego, ale też różnic kulturowych.
– Również poprzez to, że na Filipinach jest dużo amerykańskich baz wojskowych, mieszkańcy tego kraju są bardzo obyci z kulturą zachodnią, co bardzo ułatwia współpracę z nimi – wyjaśnia Jankowski. – Wszyscy też dobrze mówią po angielsku. Są pracowici, lojalni, sromni, mają wysoką kulturę pracy. Dodatkowym atutem dla nas Polaków jest też bliskość kulturowa, ponieważ są katolikami.

Zaletą zatrudniania Filipińczyków, jest również to, że po załatwieniu wszelkich formalności mogą pracować na kontrakcie przez cały rok. Dla porównania, Ukraińcy otrzymują pozwolenie na pół roku, potem trzeba je przedłużać, co angażuje ludzi, czas i pieniądze. Ryzyko, że Filipińczyk zrezygnuje z pracy przed upływem czasu zawartego w umowie, jest nikłe. Rekrutacja pracowników na Filipinach nadzorowana jest urzędowo i za rezygnację z pracy przed upływem roku grozi kara – trzyletni zakaz wyjazdu do pracy za granicę organizowany przez urząd i agencje pracy. Samodzielne zorganizowanie wyjazdu do pracy w Europie jest możliwe, ale trudne. Dlatego Filipińczycy, zanim wyjadą, bardzo dokładnie wypytują o warunki pracy, sposób pracy i ilość godzin. Jeśli coś im nie pasuje na wstępie, wycofują się i szukają lepszej oferty.

– To pracownicy pożądani nie tylko w Polsce i Europie, ale ze względu na bliskość geograficzną, także na Bliskim Wschodzie – mówi Jankowski. – Patrząc na problemy na rynku pracy myślę, że ta tendencja będzie się utrzymywać przez dłuższy czas.

9 milionów procent – taki wzrost zanotował bitcoin w ciągu ostatniej dekady

Jeśli ktoś 10 lat temu zainwestował w kryptowaluty, prawdopodobnie zyskał fortunę. Dziewięć milionów – taki procentowy wzrost zanotował bitcoin w ciągu ostatniej dekady (od lipca 2010 r.), wg danych agencji Bloomberg. W tym samym czasie główne indeksy giełdowe w USA wzrosły o 300 proc., złoto o 25 proc., a indeks największych polskich spółek WIG20 spadł o ok. 8 proc. – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Bitcoin na koniec 2019 r. mógł pochwalić się tak silnymi wzrostami, mimo że jego bieżąca cena ok. 7220 dolarów stanowi ledwie jedną trzecią szczytu z grudnia 2017 r.

To już się nie zdarzy?

Tak istotne wzrosty mogą jednak być niezwykle trudne do powtórzenia, o ile w ogóle możliwe. Już dziś wiemy, że nie spełni się wiele nadziei napędzających ten 9-milionowy zysk. Nie następuje szybka adaptacja bitcoina, a jednocześnie mnożą się kryptowalutowe alternatywy. Jest ich obecnie blisko 5 tys. – wg CoinMarketCap.

Zwolennicy bitcoina mogą szukać nadziei na 2020 r. w zjawisku halvingu, czyli zmniejszeniu o połowę otrzymywanych bitcoinów w rekompensacie za ich „wykopywanie”. Nastąpi to w maju, a wynagrodzenie spadnie z 12,5 do 6,25 bitcoina. Nadzieja opiera się na dwóch wcześniejszych halvingach. Wg danych Bloomberga po pierwszym z nich w 2012 r. cena kryptowaluty wzrosła o blisko 8,2 tys. proc. w rok, natomiast po drugim w 2016 r. o ok. 2,2 tys. w półtora roku.

Próbka danych jest oczywiście bardzo mała i nie daje gwarancji, że historia powtórzy się po raz trzeci. Sytuacja na rynku jest także nieco inna niż w poprzednich latach. Bitcoin, ale także bodaj wszystkie kryptowaluty ogółem, nie mają aż takiej ekspozycji medialnej, jaką mogły cieszyć się jeszcze dwa lata temu. Niewielka skala ich wykorzystania w codziennych transakcjach zniechęciła wiele instytucji finansowych do zwiększenia zainteresowania kryptowalutami z kręgu bitcoina.

Konkurencja, jakiej nie było

Kilka lat temu nie toczyła się jeszcze tak szeroka, jak dziś dyskusja o tzw. stablecoinach, czyli kryptowalutach powiązanych z tradycyjnymi aktywami, np. dolarami. Na tym bazuje m.in. tworzona przez Facebook libra, która jednak i tak napotka duże problemy w USA i UE, a z projektu wycofali się już najwięksi partnerzy.

Pojawiają się koncepcje tworzenia własnych kryptowalut przez największe banki centralne na świecie. Gdyby CBDC (Central Bank Digital Currency), czyli kryptowaluty banków centralnych zostały wprowadzone w poszczególnych krajach czy grupach państw, mogłyby zadać kolejny cios bitcoinowi. Te projekty kłócą się z ideą stojącą w jakiejś mierze za 9-milionową aprecjacją wartości bitcoina w ostatniej dekadzie. Najbardziej znana kryptowaluta pozostaje przecież poza systemem finansowym i nie zależy od żadnego z banków centralnych czy rządu.

Stabilizacja? Nawet o to nie będzie łatwo

Prawdopodobnie najlepszym, czego można życzyć cenie bitcoina na 2020 r., jest stabilizacja. Tyle że nawet z tym nie będzie łatwo. Może się okazać, że wspomniany halving bitcoina, zaplanowany na maj, został już w całości uwzględniony w cenie. Jeśli tak jest, to obecny poziom może być już nieco na wyrost optymistyczny. Bieżący kurs ok. 7220 dol. w ostatni dzień 2019 r. znajduje się od nieco ponad miesiąca poniżej trzech istotnych poziomów długookresowych średnich ruchomych cen – 50-dniowej, 100-dniowej i 200-dniowej. Bez pozytywnych bodźców dla rynku obecny trend spadkowy może doprowadzić cenę bitcoina z powrotem do 3-4 tys. dol, czyli w okolice poziomów z pierwszego kwartału 2019 r. Nadzieje na szerszą adaptację, odreagowanie i powrót wzrostów mogą podtrzymywać popyt i tym samym cenę bitcoina na relatywnie wysokich poziomach oraz powodować w dalszym ciągu silne wahania wartości. Jednak sen o siedmiocyfrowym wzroście najprawdopodobniej już się nie powtórzy, w każdym razie już nie w przypadku bitcoina.

Zmiany w znakowaniu żywności bez GMO. Nowe przepisy mogą jednak wprowadzać konsumentów w błąd

Większość Polaków chce zakazu upraw roślin genetycznie modyfikowanych, a mając wybór, wybrałaby produkt pochodzący od zwierząt karmionych paszą bez GMO – wskazują badania, na które powołuje się resort rolnictwa. Od 1 stycznia zaczęły obowiązywać nowe zasady oznaczania takich produktów – „Bez GMO” w przypadku produktów roślinnych i „Bez stosowania GMO” w przypadku żywności pochodzenia odzwierzęcego. Nowy system znakowania ma pomóc konsumentom w świadomym wyborze, ale może jednak wprowadzać w błąd.

– Od 1 stycznia 2020 roku weszły w życie nowe przepisy w zakresie znakowania żywności bez GMO. Do tej pory warunki stosowania takich oświadczeń nie były w żaden sposób wprost uregulowane, natomiast teraz prawodawca przewidział określone wymogi, jakie muszą spełnić producenci , żeby takie oznaczenia na etykietach mogły się pojawiać – mówi agencji Newseria Biznes dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska z Centrum Prawa Żywnościowego.

Producenci mogą opatrzyć swoje produkty roślinne znakiem „Bez GMO”, jeśli spełnione zostaną dwa warunki.

– Taka żywność nie może zawierać GMO, składać się z GMO ani być wyprodukowana za pomocą GMO. Na rynku musi też znajdować się odpowiednik, który jest genetycznie modyfikowany – tłumaczy dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska. – Hasło „Bez GMO” będzie więc mogło pojawić się na kukurydzy, ponieważ na rynku europejskim jest dozwolona kukurydza GMO, ale nie będzie mogło pojawić się na puszce groszku, bo ten nie został wpisany do unijnego rejestru roślin genetycznie modyfikowanych, które mogą być wprowadzane do obrotu.

Również pasza może być oznaczona hasłem „Bez GMO”, o ile ma swój genetycznie modyfikowany odpowiednik. W przypadku produktów odzwierzęcych, w myśl nowych przepisów, znak „Wyprodukowano bez stosowania GMO” może pojawić się wówczas, gdy zwierzęta były karmione bez użycia pasz genetycznie modyfikowanych.

Zdaniem ekspertki nowe przepisy mogą jednak wprowadzić konsumentów w błąd. Przykładowo także produkty pochodzące od zwierząt, które leczono genetycznie modyfikowanymi lekami czy karmiono modyfikowaną paszą, o ile nie były dostępne inne pasze, mogą zostać opatrzone znakiem o produkcji bez zastosowania GMO.

– Prawodawca wprowadza okresy karencji, czyli okresy, w których zwierzęta będą mogły być karmione paszami genetycznie modyfikowanymi. Mówimy tutaj tylko o okresie karencji przed wyprodukowaniem wyrobu gotowego, czyli wypuszczeniem na rynek jajek, mleka czy mięsa. W tym czasie rzeczywiście nie będzie można stosować pasz genetycznie modyfikowanych, ale przed nim będzie można. Dlatego jeśli chodzi o pełną informację, to mam wątpliwość, czy rzeczywiście konsumenci będą do końca świadomi tego, co stoi za tymi oznaczeniami – ocenia ekspertka Centrum Prawa Żywnościowego.

Jako produkty bez GMO mogą być także sprzedawane gotowe środki spożywcze zanieczyszczone GMO, o ile zawartość modyfikacji genetycznej wynosi nie więcej niż 0,1 proc.

– W mojej ocenie ustawa wbrew pozorom liberalizuje możliwość stosowania oznaczeń „Wolne od GMO” w kontekście choćby okresów karencji. Dzisiaj, jeśli producent stosuje takie oznaczenie, to nie wyobrażam sobie, żeby w jakimkolwiek momencie produkcji wyrobu końcowego był stosowany jakiś produkt genetycznie modyfikowany – podkreśla Szymecka-Wesołowska.

Producent, który wprowadza na rynek produkty bez GMO, musi wcześniej przeprowadzić odpowiednie testy, a dokumenty przechowywać przez dwa lata. Za fałszowanie wyników badań i wprowadzenie na rynek żywności o zbyt niskiej jakości grożą kary finansowe – w przypadku naruszeń w znakowaniu żywności do 10 proc. przychodu osiągniętego w roku rozliczeniowym poprzedzającym rok nałożenia kary, ale nie mniej niż 1 tys. zł, natomiast za niespełnienie obowiązku przeprowadzania badań laboratoryjnych i przechowywania dokumentacji – do czterdziestokrotnego przeciętnego wynagrodzenia.

– Kontrola nad tymi nowymi oznaczeniami będzie sprawowana przez trzy inspekcje: Inspekcję Weterynaryjną, Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych i Inspekcję Handlową – mówi dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Portal Statista podaje, że największy obszar upraw genetycznie zmodyfikowanych na świecie znajduje się w Stanach Zjednoczonych (75 mln hektarów w 2018 roku) i Brazylii (nieco ponad  51 mln hektarów). Pod względem areału najczęściej modyfikowanymi genetycznie uprawami są bawełna (80 proc. bawełny uprawianej na całym świecie zostało zmodyfikowane genetycznie), soja (77 proc.) i kukurydza (ok. 30 proc.). W Polsce, jak podaje ekspertka, nawet 90 proc. białka to proteiny genetycznie modyfikowane.

– Zgodnie z ustawą o paszach stosowanie pasz genetycznie modyfikowanych jest zakazane. Tylko ten przepis jest martwy, ponieważ w zasadzie od 2008 roku obowiązuje vacatio legis, co dwa lata przedłużany jest moment wejścia w życie tego zakazu. Wydanie tej ustawy [o znakowaniu żywności – red.] w czerwcu 2019 roku pokazuje, że prawodawca raczej nie zamierza w najbliższym czasie tego zakazu faktycznie wprowadzić w życie – dodaje dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Jeśli producenci wprowadzą do obrotu produkty niespełniające wymogów ustawy, a oznaczone jako wolne GMO na podstawie obowiązujących do tej pory przepisów ogólnych, to będą one mogły pozostawać na rynku do czasu wyczerpania zapasów, ale nie dłużej niż do końca 2022 roku. Zgodnie z nowymi przepisami informacje o tym, że produkt jest wolny od GMO, będą mogli przekazywać także sprzedawcy w przypadku żywności sprzedawanej luzem (np. kolby kukurydzy na stoiskach z warzywami).

Płaca minimalna w tym roku wyższa niż w ubiegłym o 350 zł. Zbyt gwałtowne wzrosty mogą doprowadzić do zwolnień w mniejszych miastach

Od stycznia 2020 roku minimalne wynagrodzenie wzrasta do rekordowego poziomu 2600 zł brutto. To o 150 zł więcej, niż pierwotnie planowano. Z kolei stawka godzinowa zwiększa się z 14,70 do 17 zł. Według dr. Stanisława Kluzy ze Szkoły Głównej Handlowej, choć rynek pracy wymaga jeszcze pewnego uporządkowania zarówno przez państwo, jak i przez pracodawców, to zbyt wysokie podwyżki płacy minimalnej mogą dać efekt odwrotny do zamierzonego i doprowadzić do zwolnień w mniejszych miastach.

 Płaca minimalna jest czymś koniecznym, ale trzeba uważać, żeby nie podrożyła funkcjonowania małych i średnich przedsiębiorstw do poziomu, który będzie eliminował albo zmniejszał konkurencyjność tego segmentu w gospodarce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Stanisław Kluza, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej. – Próba podniesienia płacy minimalnej do zbyt wysokiego poziomu może mieć negatywne konsekwencje dla wielu pracodawców, ale także dla pracowników.

Od nowego roku minimalne wynagrodzenie zwiększyło się o 350 zł i sięga 2600 zł brutto. To niemal dwa razy tyle, co dekadę temu. Z kolei zatrudnionym na umowy cywilnoprawne pracodawcy będą musieli zapłacić co najmniej 17 zł brutto. Podwyżka jest rekordowa; w poprzednich latach pensja minimalna wzrastała rokrocznie od kilkudziesięciu do stu kilkudziesięciu złotych. Dla pracodawcy oznacza to całkowity koszt zatrudnienia jednej osoby przekraczający 3 tys. złotych. O ile w dużych miastach, gdzie wynagrodzenia i tak są wyższe, nie będzie to miało znaczenia, o tyle w mniejszych ośrodkach przedsiębiorcy mogą nie udźwignąć wzrostu kosztów osobowych.

– Są regiony mniej zamożne niż Warszawa, gdzie koszty życia są dużo niższe. Tu nadmierne podniesienie płacy minimalnej w przedsiębiorstwach, które są zbyt mocno obciążone kapitałem ludzkim, a jest zbyt mało czynnika technologicznego, może nieść ryzyko zwolnień – podkreśla Stanisław Kluza. – W niektórych małych miejscowościach może to dotyczyć bardzo dużego odsetka pracowników. W tym wypadku pracodawcy ograniczając koszty, a jednocześnie nie mogąc się nadmiernie umaszynowić, będą dużo chętniej skłaniali się w kierunku zwolnień. Uważam, że jest w tym zbędne ryzyko.

Były minister finansów w rządzie Jarosława Kaczyńskiego podkreśla, że porządkowaniu sytuacji na rynku pracy w Polsce sprzyjają warunki rynkowe: wchodzenie na rynek pracy pokoleń niżu demograficznego i przechodzenie na emeryturę powojennych liczniejszych generacji, co przekłada się na systematyczne, postępujące od niemal sześciu lat spadki bezrobocia. Dlatego nawet mimo spodziewanego spowolnienia gospodarczego ekonomiści nie oczekują wzrostu liczby bezrobotnych. W październiku stopa bezrobocia rejestrowanego zmniejszyła się do 5 proc., co jest poziomem najniższym od września 1990 roku. Choć w listopadzie minimalnie wzrosła (5,1 proc.), można to uznać za efekt sezonowy. Dla porównania w najgorszym pod tym względem miesiącu – lutym 2003 roku – wynosiła ona 20,7 proc.

– Należy się cieszyć z niskiej stopy bezrobocia, gdyż ona w dużej mierze będzie się przekładała na wzrost dobrobytu społecznego, na utrwalenie się relacji na rynku pracy – przekonuje dr Stanisław Kluza. – Przez 20–25 lat mieliśmy rynek pracodawcy, który mógł często twardo i brutalnie dyktować reguły gry. Obecnie mamy rynek pracownika, czyli pracodawca musi coś zaoferować, żeby zawalczyć o najlepszych. Nie tylko płacę, ale również dobrą atmosferę w pracy, szacunek dla pewnej proporcji w życiu zawodowym i w życiu osobistym, szkolenia i rozwój. Z tego punktu widzenia nie jest to tylko i wyłącznie rozwiązanie problemów społecznych, ale też podniesienie jakości polskiego rynku pracy.

Gdynia przyciągnęła w 2019 roku ponad 3 mln turystów. Miasto stawia na rozwój przemysłu spotkań

Rośnie liczba turystów, którzy wypoczywają nad polskim morzem. W 2018 roku województwo pomorskie odwiedziło ok. 9 mln osób, a samą Gdynię – 2,5 mln. W 2019 roku było ich już ponad 3 mln. Gości przyciąga nie tylko morze, lecz również bogata oferta kulturalna. Miasto rozwija też przemysł spotkań – ogółem na Pomorzu odbyło się ponad 1,8 tys. spotkań i wydarzeń biznesowych.

– Spodziewamy się, że w 2019 roku liczba turystów w Gdyni przekroczy 3 mln. Do sierpnia było ich około 2,8 mln, więc są to już znaczące wyniki, biorąc pod uwagę wielkość miasta – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Debis, dyrektor projektów strategicznych w Agencji Rozwoju Gdyni.

Z „Raportu z działań Pomorskiej Regionalnej Organizacji Turystycznej za rok 2018” wynika, że województwo pomorskie odwiedziło w ubiegłym roku ok. 9 mln turystów. Spośród dużych miast najwięcej gości przyjechało do Gdańska (3,1 mln), Gdyni (2,5 mln) i Sopotu (blisko 2 mln). Liczba turystów systematycznie rośnie, na co wskazują także dane GUS-u. Tylko w lipcu i sierpniu 2019 roku obszar nadmorski odwiedziło  o 3,6 proc. osób więcej niż przed rokiem.

– Miasto stara się budować atrakcyjną przestrzeń publiczną i ofertę wydarzeń kulturalnych. Wszystko to wpływa na to, że wizerunkowo Gdynia jest  postrzegana jako miejsce atrakcyjne do przyjazdów turystycznych, ale również dla samych mieszkańców – ocenia Jacek Debis.

Turystów przyciąga do Gdyni m.in. bogaty kalendarz imprez kulturalnych i sportowych o randze międzynarodowej, m.in. Open’er, Globaltica, Ladies’ Jazz Festiwal, Mistrzostwa Świata FIFA U-20, Mistrzostwa Świata Juniorów w Żeglarstwie czy Gdynia Aerobaltic.

– Gdynia słynie z dużych wydarzeń znanych już od lat, jak Festiwal Filmów Fabularnych, w Open’erze bierze udział 100 tys. uczestników, Volvo Gdynia Sailing Days czy Gdynia Design Days. To wydarzenia bardzo charakterystyczne dla miasta, które wskazują na jego otwartość i połączenie z morzem. To cecha unikalna nie tylko na tle Polski, ale w ogóle tej części Europy – przekonuje ekspert Agencji Rozwoju Gdyni.

Gdynia ma także szeroką ofertę muzeów – Muzeum Miasta Gdyni, Muzeum Emigracji, Muzeum Marynarki Wojennej czy zabytkową siedzibę Automobilklubu Morskiego. Dużą popularnością cieszy się Akwarium Gdyńskie.

– Podjęliśmy się realizacji projektów związanych z tożsamością miasta. Jest to np. projekt związany z dwudziestoleciem międzywojennym i gdyńskim modernizmem. Stworzyliśmy Gdyński Szlak Modernizmu, który cieszy się coraz większym zainteresowaniem – mówi Jacek Debis.

Każdego lata organizowane są spacery architektoniczne trasami Gdyńskiego Szlaku Modernizmu, fotospacery czy konkursy fotograficzne. Co roku odbywa się tu także cykl międzynarodowych konferencji na temat modernizmu w Europie. Gdynia stara się o wpisanie modernistycznego śródmieścia na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. W październiku zostało ono wpisane na listę tentatywną, która jest ostatnim etapem przed listą zasadniczą.

– Kolejnym projektem jest Legenda Morska Gdyni, która obejmuje nie tylko historię, ale również zintegrowaną ofertę współczesną. Warto wspomnieć o Szlaku Kulinarnym Centrum Gdyni – to pierwszy szlak kulinarny w Polsce, który zrzesza blisko 80 restauracji w samym centrum miasta – wymienia Debis.

Gdynia ma duże zaplecze turystyczne oraz związane z przemysłem spotkań. To m.in. 14 hoteli, 10 dużych obiektów sportowo-rekreacyjnych, w tym Gdynia Arena, gdzie w imprezach może wziąć udział do 5 tys. osób. Jak zaznacza ekspert, hotele coraz mocniej nastawiają się na klientów biznesowych.

– Miasto próbuje już od jakiegoś czasu stawiać na rozwój przemysłu spotkań. Wiąże się to chociażby ze stworzeniem Centrum Konferencyjnego na terenach Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego, ale też rozwojem nowej bazy turystycznej, chociażby przy takich instytucjach uniwersyteckich jak Uniwersytet Morski czy Akademia Marynarki Wojennej. Kolejne hotele, kolejne miejsca, które mają powstać m.in. na terenie na styku z morzem, również będą w dużej mierze nastawiały się właśnie na przemysł spotkań – zaznacza Debis.

Z raportu Polskiej Organizacji Turystycznej „Przemysł spotkań i wydarzeń w Polsce” przytaczającego dane Gdańsk Convention Bureau wynika, że w 2018 roku na Pomorzu – m.in. w Gdańsku, Gdyni i Sopocie, a także w innych miastach regionu – odbyło się nieco ponad 1,8 tys. spotkań i wydarzeń dla 50 osób i więcej. Najwięcej, bo ok. tysiąca, zorganizowano konferencji i kongresów. W ubiegłym roku odbyły się 624 wydarzenia korporacyjne i motywacyjne oraz 179 targów i wystaw.

– Bez wątpienia turystyka morska będzie cały czas istotnym elementem rozwoju tej gałęzi gospodarki, ale elementem najdynamiczniej się rozwijającym będzie przemysł spotkań, czyli oferta konferencyjna, wydarzenia kulturalne, biznesowe, ekonomiczne oraz tzw. city breaki, czyli inteligentna turystyka miejska, łącząca ofertę zarówno kulturalną i kulinarną, jak i związaną np. z turystyką edukacyjną – wymienia Jacek Debis.

Minister M. Zagórski: Najważniejsze cele na 2020 rok to dostęp do szybkiego internetu, wdrożenie 5G i rozwój administracji cyfrowej

2020 rok będzie kluczowy dla rozwoju projektów związanych z cyfryzacją państwa. Minister Marek Zagórski zarysował wyzwania Ministerstwa Cyfryzacji na najbliższy rok. Priorytetowo potraktowane zostaną projekty związane z rozwojem infrastruktury sieciowej. Rząd sfinalizuje projekty dotyczące upowszechniania internetu oraz wdrożenia systemów cyfrowej administracji publicznej. Można spodziewać się także zwiększonych nakładów na projekty związane z poprawą krajowych systemów cyberbezpieczeństwa.

 2020 rok jest dla Ministerstwa Cyfryzacji rokiem, w którym kilka ważnych projektów osiągnie swoją dojrzałość. Przede wszystkim zakończymy budowę Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej i wraz z nią większość projektów budowy sieci światłowodowej będzie już w fazie końcowej w ramach tych umów, które zostały zawarte w latach 2017, 2018 i 2019 . Liczba gospodarstw domowych, która w Polsce jeszcze nie ma dostępu do szybkiego internetu, spadnie z ponad 5 do poniżej 3 mln, co będzie bardzo znaczącym punktem w rozwoju dostępu do usług telekomunikacyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Jednym z największych wyzwań, przed jakimi stanie polski rząd, będzie wdrożenie pierwszej w pełni funkcjonalnej sieci 5G. Komisja Europejska zobligowała wszystkie państwa członkowskie Unii Europejskiej do uruchomienia infrastruktury 5G przynajmniej w jednym mieście do końca 2020 roku.

Dyrektywa ma wyjść naprzeciw wyzwaniom, jakie stawia przed całą Europą dynamiczny rozwój systemów internetu rzeczy oraz wzrost liczby urządzeń mobilnych. Z tegorocznego raportu opracowanego przez Instytut Łączności oraz przedstawicieli Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji wynika, że jeśli w Polsce nie zostaną przeprowadzone zmiany infrastrukturalne związane z modernizacją sieci łączności bezprzewodowej, w tym m.in. wdrożeniem 5G, w perspektywie najbliższych trzech lat może grozić nam masowy blackout systemów telekomunikacyjnych.

Wdrożenie sieci 5G może także poprawić sytuację gospodarczą naszego kraju. Analitycy z firmy Accenture we współpracy z Pracodawcami Rzeczypospolitej Polskiej opracowali raport „Sieci 5G w Polsce. Szanse i wyzwania”, z którego wynika, że uruchomienie sieci 5G pozwoli wdrożyć szereg innowacji zarówno w sektorze usług, jak i administracji publicznej. Przełoży się to na zwiększenie PKB do 2028 roku o 1,2 proc.

– Chcemy uruchomić podejście procesowe, żeby całe procesy życiowe obywatela, także w różnych zawodach, np. rolnika, mogły być obsługiwane w sposób spójny. Będziemy pracować nad integracją systemów, portali, platform nie tylko administracji rządowej, lecz także razem z administracją samorządową – wskazuje minister Zagórski.

Sercem nowoczesnego, cyfrowego systemu administracji publicznej będzie Portal RP  platforma, w ramach której znajdą się dane udostępniane na bazie ustawy o dostępie do informacji publicznej oraz wszystkie rządowe usługi elektroniczne.

– Uruchamiamy, bo mamy już do tego także podstawy formalne, chmurę publiczną i chmurę rządową, rozpoczynamy więc proces przenoszenia administracji do chmury obliczeniowej. W związku z tym mamy nadzieję, że to będzie impuls także dla przedsiębiorców, żeby pełniej korzystać z usług chmurowych, także w kontekście innego ważnego wyzwania, jakim jest podnoszenie poziomu bezpieczeństwa w sieci – zapewnia Marek Zagórski.

Eksperci z Grupy Roboczej ds. Cyberbezpieczeństwa przy Ministerstwie Cyfryzacji przygotowali wstępne założenia do Aktu o cyberbezpieczeństwie, dokumentu opisującego kroki, jakie administracja publiczna powinna podjąć w trosce o cyfrowe bezpieczeństwo obywateli. Proponowany model zakłada ścisłe współdziałanie sektora publicznego i prywatnego, aby zwiększyć dostępność certyfikowanych rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa.

Ministerstwo planuje także inwestować w rozwój platformy mObywatel, która ma być uniwersalnym punktem dostępowym dla najróżniejszych usług publicznych i prywatnych. Urzędnicy chcą umożliwić podpięcie do niej usług komercyjnych, aby obywatele mogli obsługiwać za pośrednictwem jednej aplikacji zarówno wszelkiego rodzaju wnioski urzędowe, jak i systemy transportu miejskiego czy nawet cyfrowe karty członkowskie do siłowni.

 Symbolicznym wydarzeniem w 2020 roku będzie także organizacja Światowego Forum Zarządzania Internetem, czyli IGF, który w listopadzie odbędzie się w Katowicach. To najważniejsza impreza gromadząca wszystkie autorytety, środowiska, podmioty, organizacje, ruchy, a także rządy, które chcą i mają coś do powiedzenia w kwestii rozwoju internetu na świecie – zapowiada Marek Zagórski.

Czy współwłasność mieszkania jest problemem?

Współwłasność mieszkania to dość częsta sytuacja. Postanowiliśmy wyjaśnić, jak można pozbyć się kłopotliwej współwłasności.

Wbrew pozorom, współwłasność mieszkania nie jest rzadkim zjawiskiem. Mieszkaniowymi wspólnikami są na przykład osoby, które otrzymały całość lub pewną część nieruchomości w ramach spadku. Posiadanie udziału w nieruchomości jest oczywiście mniej korzystne niż wyłączna (samodzielna) własność. Wiąże się to nie tylko z faktem, że udział będzie warty o wiele mniej niż całość danego lokalu lub domu. Warto również zdawać sobie sprawę, że posiadanie lokum „na spółkę” w praktyce generuje spore problemy. Wystarczy tylko wspomnieć, że współwłaściciele mogą mieć zupełnie inne pomysły na dalsze wykorzystanie lokalu lub domu. Na całe szczęście, współwłasność mieszkania może zostać zniesiona. Pokrótce wyjaśniamy, na czym polega procedura zniesienia współwłasności.

Współwłasność ułamkowa jest o wiele mniej kłopotliwa

Jeżeli chodzi o współwłasność mieszkania, to w pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę na pewną kwestię. Chodzi o różnicę pomiędzy dwoma rodzajami współwłasności, czyli współwłasnością łączną oraz ułamkową. Współwłasność łączna jest mało wygodna dla współwłaścicieli ze względu na jej specyficzny (bezudziałowy) charakter. Osoba posiadająca prawo współwłasności łącznej nie może nim swobodnie rozporządzać. Na całe szczęście, współwłasność nieruchomości w częściach ułamkowych okazuje się o wiele częstszym wariantem. Zgodnie z artykułem 198 kodeksu cywilnego, który dotyczy współwłasności ułamkowej: „każdy ze współwłaścicieli może rozporządzać swoim udziałem bez zgody pozostałych współwłaścicieli”. Wspomniany przepis wyjaśnia, że sprzedaż swojego ułamkowego udziału w mieszkaniu lub działce zabudowanej domem nie wymaga zgody innych współwłaścicieli. „Wykorzystują to między innymi specjalne firmy tanio skupujące udziały w mieszkaniach” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kolejny przepis kodeksu cywilnego (art. 199 KC) wskazuje natomiast, że do rozporządzania wspólną rzeczą (np. jej wynajęcia) lub innych czynności przekraczających zakres zwykłego zarządu potrzebna jest zgoda wszystkich współwłaścicieli. Jeżeli takiej zgody nie ma, to współwłaściciele posiadający przynajmniej połowę udziałów mogą domagać się, aby sąd podjął decyzję dotyczącą sporu, mając na względzie interesy wszystkich zainteresowanych stron. „Warto jednak zdawać sobie sprawę, że takie postępowanie prowadzone na podstawie art. 199 KC często jest bardzo przewlekłe” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Współwłasność lokum znosi się notarialnie lub sądowo

Problemy jakie powoduje współwłasność mieszkania sprawiają, że wiele osób chce się jej pozbyć. Od kłopotu można uwolnić się sprzedając swój ułamkowy udział w danym lokum. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że oferta sprzedaży udziału raczej nie wzbudzi dużego zainteresowania na rynku. Typowy nabywca mieszkania nie jest bowiem zainteresowany perspektywą zakupu np. 1/3 lub 1/2 nieruchomości i zarządzania lokalem lub domem razem z obcymi osobami. Co więcej, w sprzedaży udziału raczej nie pomoże agent nieruchomości. Leszek Markiewicz ostrzega, że propozycja cenowa ze specjalnej firmy zajmującej się skupem udziałów w nieruchomościach prawdopodobnie będzie bardzo niska.

Na całe szczęście, istnieje rozwiązanie inne niż sprzedaż swojego ułamkowego udziału w nieruchomości. Współwłasność mieszkania może zostać zniesiona poprzez umowę podpisaną u notariusza albo na wskutek postępowania sądowego. Najlepiej jest wtedy, gdy współwłaściciele sami wypracują porozumienie i ustalą wszystkie szczegóły związane np. ze sposobem podziału nieruchomości oraz spłatami/dopłatami. Niestety porozumienie nie zawsze jest możliwe do osiągnięcia. Właśnie dlatego zniesienie współwłasności na drodze sądowej często okazuje się koniecznością. Warto wiedzieć, że taka opcja już na wstępie będzie kosztowała 1000 zł. „Opłata sądowa jest zredukowana do 300 zł, jeżeli wniosek do sądu rejonowego (o zniesienie współwłasności) zawiera projekt zaakceptowany przez wszystkie zainteresowane strony” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Sprzedaż mieszkania może być jedynym rozwiązaniem

Zniesieniem kłopotliwej współwłasności zajmuje się sąd rejonowy w trybie nieprocesowym. Warto również wiedzieć, że sędzia rozpatrujący sprawę ma do wyboru trzy warianty zniesienia współwłasności. Mowa o fizycznym podziale nieruchomości, przyznaniu własności co najmniej jednego współwłaścicielowi (z obowiązkiem spłaty pozostałych osób) albo sprzedaży nieruchomości. Fizyczny podział domu lub lokalu to rozwiązanie, które tylko z pozoru wydaje się najprostsze. W praktyce może się okazać, że taki podział jest niewykonalny ze względów konstrukcyjnych i technicznych. Wtedy pozostają dwa alternatywne rozwiązania. „Warto wiedzieć, że sąd nie może przyznać całej nieruchomości z obowiązkiem spłaty pozostałych osób, gdy potencjalny (przyszły) właściciel sprzeciwia się takiemu rozwiązaniu” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Jeśli dwa wcześniej omawiane rozwiązania są niemożliwe, to sąd prawdopodobnie zadecyduje o sprzedaży kłopotliwej nieruchomości i podziale wpływów z transakcji. „Orzeczenie sądu będzie przewidywało sprzedaż nieruchomości również wtedy, gdy wszystkie zainteresowane strony akceptują taki wariant znoszący współwłasność mieszkania” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Nudnawy koniec roku

Od dwóch tygodni jesteśmy świadkami poruszania się złotego w wąskim korytarzu pomiędzy 4,25 zł a 4,28 zł i patrząc na ilość wolnego w najbliższym czasie, możemy w nim jeszcze chwilę pozostać. 

Dolar wciąż w odwrocie

Pomimo wczorajszych lepszych danych z chicagowskiego PMI, dolar w dalszym ciągu jest w odwrocie. Indeks ten wyniósł 48,9 punktów wobec oczekiwanych 48 punktów. To wciąż poniżej psychologicznej bariery 50 punktów oddzielającej przewagę pozytywnych odpowiedzi od negatywnych. Słabo wypadł indeks Dallas FED dla przemysłu, który dalej spada. W rezultacie tych i poprzednich danych dolar jest obecnie najsłabszy względem euro od sierpnia tego roku. Patrząc jednak w dłuższej perspektywie, wciąż jest ponad 12% mocniejszy niż na początku 2018 roku.

Ceny prądu wzrosną, ale nie nie zapłacimy więcej

Minister Aktywów Państwowych, pan Jacek Sasin, poinformował, że trwają prace nad ustawą mającą na celu zrekompensować obywatelom wzrost cen prądu. Na szczęście nowe ministerstwo, chcąc podkreślić swoje istnienie, postanowiło ulżyć polskim rodzinom. Wzrost rachunków wyniesie niecałe 10 zł miesięcznie, ale widać jest to temat na tyle medialny, że warto. Większy wpływ na budżety rodzin miało podniesienie kosztów pracodawcy przez wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. To są jednak hipotetyczne podwyżki, więc wiele osób tego nie porównuje. Jaki wpływ te działania mają na rynek? By zrównoważyć wzrost rachunków, trzeba znaleźć na to pieniądze, a w budżecie z zakładanym zerowym deficytem ich nie ma.

Skrócona sesja na Sylwestra

Dzisiaj większość państw szybciej niż zwykle zamyka swoje rynki. Problem w tym, że Amerykanie, pomimo wcześniej zamkniętych giełd w Europie, wciąż pozostają w pracy. Spowoduje to najprawdopodobniej mniejszą aktywność inwestorów, którzy bardziej myślą o podsumowaniach obecnego roku. Dzisiaj złoty znów próbował zbliżyć się do 4,25 zł za euro, ale ponownie odbił się odrobinę powyżej tej wartości. Dzieje się to zresztą już od niemal dwóch tygodni.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

ID Logistics wkracza na rynek amerykański i ogłasza strategiczne przejęcie Jagged Peak

ID Logistics, jeden z europejskich liderów logistyki kontraktowej, rozszerza sieć logistyczną i rozpoczyna działalność w Ameryce Północnej. Operator ogłosił nabycie udziałów amerykańskiej firmy Jagged Peak, specjalizującej się w usługach logistycznych e-commerce, multi-channel oraz FMCG. Wartość transakcji wyniosła 15 mln USD. Rozpoczęcie działalności w Stanach Zjednoczonych oznacza dla ID Logistics nowe możliwości rozwoju na jednym z największych rynków na świecie.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, komentuje: „To przejęcie stanowi wyjątkową i strategiczną okazję do rozszerzenia zasięgu geograficznego Grupy o nowy kontynent.  Oprócz tego, że wchodzimy na rynek amerykański, o bardzo dużym potencjale dla naszej działalności, ta operacja świadczy też o zaufaniu i satysfakcji Nespresso, jednego z naszych długoletnich klientów, który właśnie nam powierza zarządzanie przepływami logistycznymi w Stanach Zjednoczonych”.

Jagged Peak jest firmą logistyczną założoną w 2000 roku, z siedzibą w Tampie na Florydzie, która specjalizuje się w e-commerce. Obecnie zatrudnia prawie 200 pracowników. W 2018 roku spółka osiągnęła przychód ze sprzedaży w wysokości 80 mln USD. Jagged Peak wyróżnia się ofertą preparacji i dystrybucji zamówień w całych Stanach Zjednoczonych. Firma świadczy usługi samodzielnie lub poprzez sieć partnerów, dzięki sprawnej organizacji i unikalnemu systemowi informatycznemu. Firma wykorzystuje zintegrowane narzędzie do zarządzania, z modułami OMS (system zarządzania zamówieniami), WMS (system zarządzania magazynem) oraz TMS (system zarządzania transportem). Jego zastosowanie zapewnia kluczowym klientom z branży e-commerce możliwość dystrybucji produktów na terenie całej Ameryki Północnej w rekordowo krótkim czasie.

Znaczna część przychodów Jagged Peak generowana jest przez Nespresso, w ramach obsługi kanałów B2B i B2C. Od wielu lat Nespresso jest też klientem ID Logistics w Europie. Teraz współpraca między firmami rozszerzyła się o Stany Zjednoczone, jeden z najszybciej rozwijających się rynków na świecie.

Przejęcie amerykańskiej firmy logistycznej jest dla Grupy ID Logistics wyjątkową, strategiczną okazją do rozszerzenia zasięgu sieci logistycznej o Stany Zjednoczone. Otwiera też nowe możliwości ekspansji i rozwoju organicznego.

Czego przewoźnicy mogą się spodziewać w 2020 roku?

Czy polskie ciężarówki nadal będą podróżowały do Wielkiej Brytanii? Jakie nowe kierunki obiorą rodzime TIRy i kto będzie je prowadził? O szansach i zagrożeniach dla polskiego transportu drogowego w nadchodzącym 2020 r. oraz o wyzwaniach transportowych z minionego roku mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Ponad 10 mln wyników wyszukiwania z 2019 r. wskazuje Google po wpisaniu frazy „pakiet mobilności”, natomiast informacje o brexicie z ostatniego roku pojawiają się na 184 mln stron www. Te liczby pokazują skalę zainteresowania tematami, które będą miały ogromny wpływ między innymi na branżę transportową. Można zaryzykować stwierdzenie, że zmienią dotychczasowy system międzynarodowego transportu drogowego. Co jeszcze spędzało sen z oczu polskim przewoźnikom w 2019 roku?

SENT

Pierwszą dużą zmianą były nowe sankcje wynikające z ustawy dotyczącej przewozu towarów wrażliwych, tzw. SENT. Od stycznia pojazd transportujący takie artykuły jak np. leki lub oleje napędowe, musi co minutę wysyłać informacje nt. m.in. swojego położenia i prędkości, z jaką się porusza. W przypadku niewywiązania się z tego obowiązku kierowcę może czekać kara wynosząca nawet 7,5 tys. zł, a dla przewoźnika taryfikator przewiduje sankcję nawet o wartości 100 tys. zł. Mimo, że przepisy obowiązują od stycznia, to wciąż GITD donosi o kolejnych przypadkach kierowców zaskoczonych tymi wymogami.[1]

Tacho w busach

W kwietniu informowaliśmy, że Parlament Europejski przyjął zmiany w rozporządzeniu 561/2006, na mocy których urządzenia rejestrujące czas pracy będą instalowane także w pojazdach od 2,5 do 3,5 tony przewożących towary w ruchu międzynarodowym. Co to oznacza? To ogromna zmiana, bo dotychczas kierowcy busów nie podlegali przepisom regulującym czas jazdy, odpoczynki i przerwy, a nowe przepisy nakładają na nich w tej kwestii obowiązki identyczne jak te, które dotyczą kierowców ciężarówek. To oczywiście krok ku poprawie bezpieczeństwa drogowego, ale mimo to rodzi niepokój wśród przewoźników dysponujących lżejszą flotą, głownie ze względów na radykalną zmianę w planowaniu i organizacji pracy – przypomina ekspert.

Pakiet mobilności

Prace UE nad tzw. pakietem mobilności w 2019 r. nabrały tempa. Aktualnie mija 30 miesiąc, gdy decydenci w Brukseli debatują nad regulacjami, które zakładają zmiany w obszarach delegowania pracowników – kierowców, płac minimalnych, kabotażu lub dostępu do zagranicznych rynków. Według obliczeń OCRK, jeśli pakiet mobilności będzie przyjęty w obecnej formie – a wszystko na to wskazuje – to koszty pracownicze w polskich przedsiębiorstwach transportowych mogą wzrosnąć nawet o 30 proc.- mówi Kamil Wolański, OCRK.  

Najnowsze regulacje z 12 grudnia zakładają obowiązkowe powroty do kraju siedziby przewoźnika co 8 tygodni, objęcie zasadami delegowania kabotażu i operacji cross-trade (z wyłączeniem dwóch operacji doładunku lub rozładunku przeprowadzanych w ramach przewozu bilateralnego), możliwość odbioru dwóch skróconych odpoczynków z rzędu i powrót przed trzecim tygodniem podróży, decyzję o utrzymaniu zasad operacji kabotażowych na dotychczasowych zasadach, z wyjątkiem wprowadzenia 4-dniowej przerwy pomiędzy kolejnymi operacjami kabotażowymi w tym samym kraju.

Inteligentne tachografy

Od połowy czerwca 2019 roku we wszystkich nowych pojazdach w ruchu międzynarodowym wymagane są tzw. smart tachografy, czyli najnowsza wersja cyfrowych rejestratorów czasu jazdy, które odnotowują położenie ciężarówki przy starcie podróży, na jej końcu oraz co 3h jazdy. Umożliwiają także prowadzenie tzw. preselekcji, czyli zdalnej kontroli wstępnej. Nowe urządzenia ułatwiają zintegrowanie z zewnętrznym systemem ITS, a dane z tacho mogą być na bieżąco przetwarzane i przekazywane do przewoźnika. – Głównym celem nowych tachografów jest walka z manipulacjami czasu pracy i usprawnienie wykrywania tego typu nielegalnych praktyk – wyjaśnia ekspert.

Brexit

Z ankiety, którą przeprowadziło OCRK, wynika, że aż 70 proc. polskich przewoźników ocenia negatywnie wpływ brexitu na swój biznes. Wciąż oficjalnie nie wypracowano regulacji, które miałby obowiązywać w momencie secesji Zjednoczonego Królestwa od UE. Wprawdzie zasady wymiany handlowej pozostaną niezmienione do końca 2020 roku, jednak nadal konsekwencje brexitu budzą niepokój  – zauważa Wolański z OCRK.

Brak rąk do pracy

Jednym z głównych wyzwań, któremu przewoźnicy stawiali czoła w 2019 roku, był deficyt wykwalifikowanych pracowników. Z badań przeprowadzonych przez OCRK wynika, że ponad 50 proc. firm transportowych boryka się z problemem kadrowym. „Rynek pracy kierowców w Polsce” szacuje, że rocznie z branży odchodzi ok. 25 tys. truckerów, a zapotrzebowanie na transport drogowy rośnie. Promocja zawodu, zmiany edukacji zawodowej w zakresie kierunku kierowca-mechanik i napływ pracowników ze Wschodu mają za zadanie zapełnić puste wakaty. Sytuacja jest trudna, z deficytem pracowniczym w sektorze transportowym mierzą się także nasi zachodni sąsiedzi, którzy są dla Ukraińców i Białorusinów atrakcyjniejszym pracodawcą – mówi ekspert OCRK.

Co czeka transport w 2020?

Nowy rok to szereg wyzwań, które są już przewoźnikom znane z poprzednich lat, jednak najistotniejszymi pozostaną tematy związane z pakietem mobilności, brexitem i deficytem pracowników. Od dłuższego czasu także podnoszone są głosy dotyczące zminimalizowania emisji CO2 przez ciężarówki, zatem pewnym jest, że rok 2020 przyniesie nowe obostrzenia dla najbardziej szkodliwych dla środowiska pojazdów. Co jeszcze? Po nowym roku wyklaruje się kwestia smart tacho II generacji. Możliwe jest także, że zostaną wprowadzone zapowiadane wcześniej zmiany w polskim prawie drogowym dotyczące pierwszeństwa pieszych i zaostrzenia kar dla „piratów drogowych” – prognozuje Kamil Wolański z OCRK.

Mobilni po Europie

Choć polscy europosłowie zapowiadają walkę, a KE oceniła negatywnie spójność projektu z ekologicznymi założeniami Wspólnoty, to coraz bliżej jest ostatecznego zatwierdzenia pakietu mobilności. Jeśli nowe prawo transportowe zostanie przyjęte, to polscy przewoźnicy będą mieli 18 miesięcy na przygotowanie się do respektowania nowych zapisów względem delegowania pracowników, naliczania stawek minimalnych i dostępności do rynków zagranicznych – mówi ekspert.

Europejski Urząd ds. Pracy (ELA)

Europejski Urząd ds. Pracy – to nowy podmiot, którego zadaniem jest kontrola w przestrzeganiu europejskiego prawa pracy w zakresie delegowania pracowników. Choć obecnie instytucja jest na etapie organizowania własnych struktur i jeszcze nie obraduje w swojej siedzibie w Bratysławie, to pierwsze działania operacyjne Urzędu są planowane na połowę 2020 r. – Można spodziewać się, że w dużej mierze w obrębie zainteresowania urzędników ELA będzie delegowanie pracowników i płace minimalne (wynikające z postanowień pakietu mobilności), szczególnie w sektorze transportowym, na co zwracano już uwagę  – twierdzi Kamil Wolański.

Ekologia

Założenia UE wskazują, że emisja CO2 przez pojazdy ciężarowe  powinna zostać ograniczona o 15 proc. do 2025 roku, zatem z pewnością nadchodzący rok przyniesie wiele obostrzeń dla tych ciężarówek, które najbardziej zanieczyszczają środowisko. Niższe opłaty drogowe mają zachęcić do zmiany parku pojazdów na te, które są przyjaźniejsze dla środowiska. Dużą przeszkodą dla diesli mają być strefy czystego powietrza obejmujące całe miasta m.in. Paryż lub Ateny.

Jedwabny Szlak

Do 2040 r. ma powstać 60 tys. km dróg, które mają stworzyć nowy szlak wymiany handlowej. Przez Polskę w ramach tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku miałyby przebiegać dwie główne nitki transportowe łączące Europę Zachodnią z Azją. Eksperci z Centre for Economics and Business Research wskazują, że dzięki temu w ciągu 20 lat Rzeczpospolita mogłaby zarobić nawet 48 mld dolarów.[2] Choć największymi beneficjentami szlaku będą Chiny, USA, Rosja, Japonia, to dla Polski uczestnictwo w wymianie handlowej w ramach nowych dróg będzie olbrzymią gospodarczą szansą. Zobaczymy, co w tym zakresie przyniesie 2020 rok.

[1] GITD, komunikat z 17.12.2019 https://gitd.gov.pl/dla-mediow/aktualnosci/artykul/news/nie-zglosil-przewozu-oleju-do-systemu-sent/

[2] CIOB, From Silk Road to Silicon Road, Londyn, maj 2019

Ponad 40 proc. Polaków korzysta już z e-usług administracji. W największym stopniu wykorzystują je przedsiębiorcy

W 2019 roku z usług administracji publicznej za pomocą internetu skorzystało ponad 40 proc. Polaków, co oznacza wzrost o prawie 5 pkt proc. W tej chwili już prawie 100 proc. jednostek administracji publicznej udostępnia swoje usługi online, a 3/4 z nich wskazuje, że dzięki temu skrócił się czas potrzebny na ich realizację – wynika z danych GUS. E-usługi cieszą się wśród Polaków rosnącą popularnością – zwłaszcza Twój e-PIT oraz możliwość wnioskowania online o dowód osobisty i środki z programu Rodzina 500 plus.

– Dane GUS pokazują, że ponad 40 proc. Polaków skorzystało już z usług e-administracji. W największym stopniu cyfrowe usługi wykorzystują przedsiębiorcy, dlatego że dziś praktycznie wszystkie procesy w relacji firma – urzędy i administracja odbywają się już drogą elektroniczną. Oczywiście potrzebny jest dalszy wzrost wykorzystywania usług cyfrowych przez firmy w ich działalności biznesowej, zwłaszcza wśród małych i średnich przedsiębiorstw jest jeszcze wiele do poprawy – mówi agencji Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji.

Jak podkreśla, e-usługi oferowane przez administrację i samorządy działają coraz lepiej, a tylko w pierwszej połowie tego roku Profil Zaufany założyło 1,26 mln osób, dzięki czemu liczba Polaków posiadających cyfrową tożsamość sięgnęła 4 mln. Obecnie zbliża się już do 4,5 mln użytkowników.

Osiągnięcie tego 4-milionowego poziomu było krokiem milowym w popularyzacji e-usług – mówi Marek Zagórski. – Kolejnym etapem było też uruchomienie konta Mój Gov, które pozwala na uzyskanie dostępu do praktycznie całej administracji.

Uruchomiona we wrześniu platforma Mój Gov pozwala m.in. wysłać wniosek o wpisanie do rejestru wyborców, zapewnia dostęp do PUE ZUS i Indywidualnego Konta Pacjenta oraz danych zgromadzonych m.in w rejestrze PESEL, Rejestrze Dowodów Osobistych czy Centralnej Ewidencji Pojazdów.

W ramach portalu Gov.pl działają już obecnie serwisy wszystkich ministerstw i pięciu urzędów centralnych, a także serwisy tematyczne i karty ponad 140 e-usług, które można załatwić online (wraz z intuicyjnym mechanizmem ich wyszukiwania).

Tylko w październiku portal Gov.pl odwiedziło 6 mln Polaków, co jest naprawdę bardzo dużym postępem od momentu startu, kiedy było ich zaledwie 250 tys. Mamy też postęp w aplikacji mObywatel, która przenosi te usługi dla obywateli do smartfonów, czyli tam, gdzie najczęściej korzystają z internetu – mówi minister cyfryzacji.

W tym roku zakres oferowanych przez administrację e-usług rozszerzył się również o wdrożony w lutym Twój e-PIT, w ramach którego urząd skarbowy wypełnia deklaracje PIT-37 i PIT-38 zamiast podatników. Według resortu cyfryzacji to najpopularniejsza – obok wnioskowania online o dowód osobisty – usługa, z której skorzystało w tym roku prawie 7 mln Polaków. W przyszłym roku podobna usługa ma zostać uruchomiona również dla przedsiębiorców.

– Obraz cyfryzacji Polski mocno się zmienił, głównie za sprawą liczby usług oferowanych w administracji. Odeszliśmy od tego, co dotychczas było normą, że obywatel o coś wnioskuje, coś składa. Trzeba skoncentrować się na myśleniu, jak obywatela obsłużyć, żeby miał on jak najmniej interakcji z urzędem, bo to opłaca się obu stronom – mówi Marek Zagórski.

Jak wynika ze statystyk GUS („Wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych w jednostkach administracji publicznej”), w ubiegłym roku swoje usługi przez internet udostępniała obywatelom zdecydowana większość jednostek administracji publicznej (96,6 proc.), w tym wszystkie urzędy marszałkowskie. Trzy na cztery jednostki wskazywały, że skrócił się dzięki temu czas realizacji usług świadczonych na rzecz obywateli.

Odsetek Polaków, którzy w ciągu minionego roku skorzystali z usług administracji publicznej za pomocą internetu, wynosi obecnie 40,4 proc. To blisko 5 pkt proc. więcej niż w roku poprzednim („Społeczeństwo informacyjne w Polsce w 2019”). Rosnącą popularność e-usług potwierdza również fakt, że w tym roku ponad ćwierć miliona Polaków (264,4 tys.) złożyło online wnioski o dopisanie do rejestru oraz spisu wyborców. To dotychczasowy rekord – dla porównania przed majowymi wyborami do PE takich wniosków było tylko 45 tys.

Przed nami wciąż bardzo wiele do zrobienia. To m.in. upowszechnienie usług chmurowych w biznesie i administracji, bo tutaj Polska cały czas jeszcze odstaje. Istotne jest też wspieranie budowy rozwiązań, które bazują na nowoczesnych technologiach, jak chociażby sztuczna inteligencja, internet rzeczy czy sieć 5G, której uruchomienie spodziewane jest w przyszłym roku – wymienia minister. – Jednym z najważniejszych projektów, który będziemy realizować w następnych latach, jest też elektronizacja doręczeń.

Według aktualnych danych GUS z rozwiązań chmurowych korzysta 17,5 proc. polskich przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 6 pkt proc. względem ubiegłego roku. Około 1/3 z nich wciąż stanowią duże firmy. Dla porównania według Eurostatu z chmury korzysta ponad połowa przedsiębiorstw w Finlandii (65 proc.), Szwecji (57 proc.) i Danii (56 proc.). W styczniu tego roku wystartowała rządowa chmura obliczeniowa. To projekt Ministerstwa Cyfryzacji i Centralnego Ośrodka Informatyki, który dostarcza moc obliczeniową (serwery, oprogramowanie, bazy danych, sieć, analizy itp.) na potrzeby ważnych z puntu widzenia państwa systemów i rejestrów. Na razie w rządowej chmurze działają już aplikacja mObywatel i baza Otwarte Dane, ale resort cyfryzacji zapowiada, że wkrótce dołączą kolejne systemy administracji publicznej.

Ostatni dzień na wpis do systemu BDO. Obowiązek dotyczy większości firm wytwarzających odpady inne niż komunalne

Rejestr BDO gromadzi dane o podmiotach gospodarujących odpadami oraz wprowadzających na rynek produkty w opakowaniach. Wszystkie takie przedsiębiorstwa – pod rygorem wysokich kar – muszą pamiętać o obowiązkowym wpisie do systemu, bo z początkiem 2020 roku zostanie on rozbudowany o dwa nowe moduły. Oznacza to, że sprawozdawczość i ewidencjonowanie odpadów będą prowadzone już wyłącznie w formie elektronicznej. Ma to uszczelnić system i umożliwić skuteczniejszą walkę z szarą strefą. Z obowiązku wpisu do BDO zwolniona jest jednak m.in. drobna działalność usługowa, np. krawiecka, księgowa czy fryzjerska.

– Podstawowym organem, który dokonuje kontroli ewidencji, sprawozdawczości oraz wpisu do rejestru BDO, są jednostki Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. W przypadku braku rejestracji kara przewidziana przez ustawodawcę jest bardzo wysoka. Jest to kara administracyjna od 5 tys. do nawet 1 mln zł. Ustawodawca przewidział również karę aresztu albo grzywny za podanie w rejestrze danych nieprawdziwych, czyli niezgodnych ze stanem faktycznym – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Modzelewski, prawnik kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Elektroniczny rejestr BDO został uruchomiony przez Ministerstwo Środowiska w styczniu ubiegłego roku. Wpisowi do rejestru podlegają wszystkie podmioty działające w obszarze gospodarowania odpadami.

 Kwestia obowiązku wpisu do rejestru budziła od początku wiele kontrowersji. Nie ulega wątpliwości, że podmiotami zobowiązanymi do wpisu są te, które wytwarzają odpady i muszą je ewidencjonować. Są to również podmioty, które dokonują transgranicznego przemieszczania odpadów, jak również te podmioty, które wprowadzają do obrotu produkty w opakowaniach bądź produkty takie jak samochody, baterie, pojazdy czy opony – precyzuje Wojciech Modzelewski.

Jak zauważa Wojciech Modzelewski, do tej pory jednym z problemów była kwestia zwolnienia części podmiotów z obowiązkowego wpisu do BDO. Jednak Ministerstwo Środowiska opublikowało objaśnienia, według których wpisowi do BDO nie będą podlegać wytwórcy odpadów komunalnych ani działalność gospodarcza, której efektem są odpady zbliżone do tych, jakie powstają w gospodarstwach domowych. Oznacza to, że z obowiązku zwolniona będzie drobna działalność usługowa, np. biurowa, kosmetyczna, fryzjerska, księgowa czy krawiecka.

– Ministerstwo Klimatu opublikowało 14 grudnia projekt rozporządzenia w sprawie rodzajów oraz ilości odpadów, które nie wymagają ewidencji. Z lektury tego projektu możemy wysnuć wniosek, że mikro-, mali oraz średni przedsiębiorcy nie będą zobowiązani do prowadzenia ewidencji oraz do wpisu do BDO. Oznacza to, że również jednoosobowa działalność gospodarcza będzie z tego obowiązku zwolniona – precyzuje prawnik kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Rejestr BDO i lista wpisanych do niego podmiotów są ogólnodostępne. To oznacza, że podmioty, które prowadzą działalność w zakresie gospodarki odpadami, mogą sprawdzić legalność działalności prowadzonej przez potencjalnych kontrahentów, w tym odbiorców zbierających, transportujących, sprzedających lub przetwarzających odpady.

 Rejestr BDO to system teleinformatyczny, który zawiera dane o produktach w opakowaniach oraz o gospodarujących odpadami. Ma służyć przede wszystkim zwalczaniu wszelkich nieprawidłowości, jakie powstają w tym sektorze – mówi Wojciech Modzelewski. – Od 2020 roku rejestr zostaje rozszerzony o dwa moduły: moduł ewidencyjności oraz sprawozdawczości. To oznacza, że przedsiębiorcy, którzy są lub dopiero zostaną wpisani do rejestru BDO, będą prowadzili ewidencję i sprawozdawczość wyłącznie w tym systemie teleinformatycznym.

Do tej pory przedsiębiorcy mogli prowadzić ewidencję odpadów i wystawiać dokumenty takie jak karta przekazania odpadów (KPO) czy karta ewidencji odpadów (KEO) w formie papierowej bądź w elektronicznym systemie BDO – pod warunkiem posiadania podpisu elektronicznego. Jednak od 2020 roku ewidencję trzeba będzie obowiązkowo prowadzić już wyłącznie w formie elektronicznej.

Pełne uruchomienie wszystkich funkcjonalności BDO z początkiem przyszłego roku ma uszczelnić system, umożliwić skuteczniejszą kontrolę rynku gospodarki odpadami i walkę z szafą strefą. Pozwoli m.in. organom inspekcji ochrony środowiska na efektywną walkę z nieprawidłowościami. Ponadto dzięki BDO organy kontroli będą mogły sprawdzić zgodność faktycznie prowadzonej działalności w obszarze gospodarki odpadami z jej zakresem zadeklarowanym przez przedsiębiorcę w rejestrze.

Ostatni dzień w roku coraz chętniej spędzamy z dala od domu. Największą popularnością cieszą się polskie kurorty i zorganizowane imprezy w największych miastach

Choć sylwestra najczęściej spędzamy w domu lub na domówkach u znajomych, coraz więcej osób decyduje się powitać Nowy Rok na wyjeździe. Najpopularniejsze destynacje to Zakopane i duże polskie miasta – Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań i Łódź. Tylko 5 proc. wszystkich rezerwacji i zapytań o sylwestra dotyczyło zagranicy – mówi Mateusz Goliat z portalu Sylwestrowo.pl. Coraz częściej decydujemy się na pełen pakiet – noclegi, wyżywienie i dodatkowe atrakcje na miejscu.

– Porównując popularność wyjazdów zagranicznych do tych w obrębie naszego kraju, z naszych analiz wynika, że zdecydowanie popularniejsze są wyjazdy w Polsce. Około 5 proc. zapytań wszystkich użytkowników,k którzy dokonali rezerwacji, dotyczy sylwestra zagranicznego, natomiast cała reszta to są wyjazdy krajowe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Goliat, dyrektor marketingu portalu Sylwestrowo.pl.

Według danych BIG InfoMonitor Polacy zamierzają w tym roku wydać na sylwestra nieco ponad 300 zł. Największe kwoty przeznaczymy na jedzenie lub alkohol, a nie wyjazdy, bo zdecydowana większość przywita Nowy Rok u znajomych lub podczas zorganizowanej u siebie domówki. Blisko 10 proc. wybiera imprezę w lokalu, a 3 proc. – pod gołym niebem. Nie brakuje jednak chętnych na wyjazdy.

 Najpopularniejsze miasta w Polsce na sylwestra to zdecydowanie Zakopane, Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań i Łódź. Właściwie rok do roku cała ta czołówka się nie zmienia – wskazuje Mateusz Goliat.

Zdecydowanie najdroższym miejscem jest Zakopane, gdzie za sylwestrową zabawę trzeba zapłacić średnio ok. 300 zł za osobę. Nieco tylko mniej kosztuje ona w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie. Często decydujemy się na zorganizowane opcje sylwestra, obejmujące noclegi, wyżywienie i sylwestrowo-noworoczną zabawę. Właściciele restauracji i miejsc noclegowych próbują przyciągnąć gości dodatkowymi atrakcjami.

– Najpopularniejsze to basen, sauna, ale też kuligi czyi ogniska z pieczeniem kiełbasek. Polacy zdecydowanie na sylwestra wybierają komfortowe oferty, pełne pakiety, aczkolwiek dla osób, które szukały osobno noclegów i osobno dodatkowych atrakcji, było dużo ofert np. samych kuligów sylwestrowych – wymienia ekspert portalu Sylwestrowo.pl.

Ceny wyjazdów sylwestrowych w Polsce są nawet o 400–500 proc. wyższe od przeciętnych. Według obliczeń Sylwestrowo.pl, czterodniowy pobyt jednej osoby w apartamencie w Wiśle w listopadzie kosztuje 230 zł, a w czasie sylwestra, ale bez imprezy – już 640 zł. W Kościelisku za dwa dni pobytu dwóch osób w połowie grudnia zapłacimy 360 zł, a pod koniec miesiąca już ok. 2 tys. zł.

Na zagraniczne wycieczki decydujemy się rzadko. Według BIG InfoMonitor za granicą sylwestra spędzi zaledwie 0,6 proc. Polaków. Z analiz TravelPlanet wynika, że najtańsze wyjazdy do ciepłych krajów w okolicy Bożego Narodzenia i sylwestra to koszt 900 – 1 tys. zł. Najchętniej wybieramy Egipt, Wyspy Kanaryjskie, Turcję czy Maltę. Popularnością cieszą się też city breaki, czyli krótkie wyjazdy do jednego z europejskich miast.

 Popularnością cieszy się sylwester w Pradze, w dalszej kolejności Budapeszt, Wenecja, ale też i Grecja – wymienia Mateusz Goliat.

Alternatywne energetyki podbijają rynek. Mają być zdrowszym zamiennikiem dla słodzonych napojów taurynowych

Z badań klinicznych przeprowadzonych przez American Heart Association wynika, że wypicie 23 puszek napojów energetycznych w ciągu godziny może zwiększyć ryzyko wystąpienia zaburzeń rytmu serca. W odpowiedzi na coraz częstsze wątpliwości związane ze spożywaniem energetyków powstają propozycje ich zdrowszych zamienników bazujących m.in. na ziołowych składnikach. Polski start-up chce sprowadzać egzotyczną roślinę, by na jej bazie produkować naturalne energetyki.

– Od wieków ludzie znają rożne naturalne rośliny, które potrafią stymulować organizm i umysł, m.in. guayusa, która pochodzi z Amazonii, z Ekwadoru. Jest zupełnie inna od wszystkich innych roślin, dlatego że dodaje czystej energii, dobrego skupienia, ale bez efektu spadku, tzw. crashu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mariusz Jakubowski, założyciel Tribe Natural Energy.

Na rynku coraz częściej pojawiają się alternatywne napoje energetyczne, które mają być zdrowszą alternatywą dla klasycznych napojów taurynowych. Jednym z głośniejszych produktów tego typu jest napój Foods by Ann opracowany przez Annę Lewandowską. Przyrządzono go z naturalnie mętnego soku jabłkowego bez dodatku konserwantów, wody i cukru, zaś efekt energetyzujący osiągnięto poprzez dodanie ekstraktu z guarany oraz kofeiny.

Własny niskokaloryczny napój energetyczny opracowała także firma Razer, producent sprzętu komputerowego. Razer RESPAWN nie jest klasycznym napojem, funkcjonuje w formie saszetek do rozpuszczania w wodzie i ma poprawić koncentrację i spostrzegawczość podczas gry na komputerze. Saszetki nie zawierają cukru, w skład mieszanki pobudzającej wchodzi m.in. kofeina, witaminy z grupy B, cholina czy niacyna.

– Każdy potrzebuje odrobiny energii, dlatego pijemy kawę czy herbatę i dlatego też niestety często sięgamy po energy drinki. Ale my chcemy odejść od chemii i wykorzystać tylko to, co jest znane w naturze, i to, co było znane od wieków. W ten sposób rozwiązujemy problem cukru, bo 12 gramów cukru na 100 ml to jest zdecydowanie za dużo. My nie dodajemy cukru. A po drugie, każdy może stymulować swój umysł i być bardziej efektywnym dzięki temu, że stosuje naturalne produkty, naturalne napoje – podkreśla Mariusz Jakubowski.

Guayusa, susz liści ostrokrzewu Ilex guayusa wykorzystywany przez firmę Tribe Natural Energy, charakteryzuje się wysoką zawartością kofeiny dochodzącą do 4 proc. Napar sporządzony na bazie tego suszu może pobudzać organizm przez wiele godzin, dlatego dobrze sprawdza się jako podstawowy składnik napoju energetyzującego.

– To jest czysta energia plus skupienie i motywacja. I co najważniejsze, nie ma takiego efektu roztrzęsienia, nerwowości, czyli efektów typowych dla picia kawy i zwykłych energetyków – przekonuje Mariusz Jakubowski.

Polski start-up przeprowadził już pierwsze testy rynkowe i jest przygotowany, aby ściągać guayusę bezpośrednio od ekwadorskich producentów. Pierwsze napoje Tribe Natural Energy bazujące na tym suszu mają się pojawić w sprzedaży w ciągu kilku miesięcy.

Według analityków z firmy MarketWatch wartość globalnego rynku napojów energetycznych do 2026 roku wzrośnie do 84,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,3 proc.

Twój telefon się nagrzewa? Sprawdź, co może być przyczyną

Nagrzewanie się telefonu to dość częsta sytuacja, która może skutkować nawet uszkodzeniem sprzętu. W smartfonach przegrzaniu ulega elektronika oraz akumulator, a jak wiadomo, wysoka temperatura nie sprzyja ich wydajności. Podpowiadamy więc, co zwykle stanowi źródło tego typu problemu i jak można temu zapobiegać. Szczegóły poniżej.

Źródła przegrzewania telefonu

„Thermal throttling” to pojęcie odnoszące się do przegrzewania urządzeń elektronicznych. Wyróżnia się throttling CPU i GPU – pierwszy odnosi się do obniżenia traktowania procesora w wyniku przegrzania urządzenia, drugi – przegrzania układu karty graficznej. Jeżeli procesor lub karta graficzna ulegają przegrzaniu, najłatwiej rozpoznać to po tym, że temperatura ekranu jest wyższa niż zwykle. Przegrzana tylna część urządzenia świadczy z kolei o problemach z akumulatorem. Aby sprawdzić, czy temperatura urządzenia mieści się w normie (między 37 a 43°C), można wykorzystać np. aplikację AIDA 64.

Przyczyny, które mogą powodować przegrzewanie telefonu, to m.in.:

  • niesprawnie działający sprzęt,
  • usterki produkcyjne,
  • problemy z ładowarką,
  • usterki w systemie operacyjnym,
  • zainfekowanie złośliwym oprogramowaniem,
  • zbyt wiele działających jednocześnie aplikacji,
  • wielogodzinny streaming filmów,
  • niewłaściwe ustawienia telefonu.

Obciążenie procesora oraz pamięci telefonu generuje ciepło, które ma negatywny wpływ na urządzenia elektroniczne, ograniczając prędkość oraz wydajność ich pracy.

Jak sobie z tym radzić

Aby uniknąć przegrzania, trzeba po prostu wykluczyć czynniki wymienione wyżej, gdy jednak już do niego dojdzie, można np. skorzystać z aplikacji (np. Cooling Master), która wykrywa wyższą temperaturę urządzenia i podejmuje działania mające na celu jej obniżenie, np. poprzez wyłączenie funkcji obciążających smartfon. Jeżeli mimo podjętych kroków, telefon notorycznie się nagrzewa, a Ty nie możesz znaleźć przyczyny, to zdecydowanie nie zwlekaj i zanieś telefon do serwisu, gdzie problem zostanie zdiagnozowany. Być może będzie konieczna wymiana niektórych podzespołów. Jeżeli z kolei rozważasz kupno nowego urządzenia, to zachęcamy do zapoznania się z asortymentem: https://www.t-mobile.pl/telefony-i-urzadzenia/telefony/cat10019.chtml. Znajdziesz tam różne telefony w korzystnych ofertach abonamentowych, dzięki czemu nie musisz jednorazowo wydawać znacznej kwoty na zakup urządzenia.

Pracowita końcówka roku i przyspieszenie w prywatnym sektorze najmu mieszkań

Rok 2019 na polskim rynku mieszkaniowym upłynął pod znakiem przyspieszenia i zwiększenia skali inwestycji w segmentach mieszkań na wynajem i prywatnych akademików. Nasz kraj nadal jest na celowniku dużych inwestorów zagranicznych, a części z nich udało się sfinalizować spektakularne transakcje. Mimo, że potencjalni nabywcy instytucjonalni wciąż nie mogą nabyć gotowych portfeli o oczekiwanej skali, a wejście na ten rynek oznacza przede wszystkim powstanie nowych zasobów, zainteresowanie najmem instytucjonalnym rośnie i bez wątpienia sektor ten będzie w 2020 roku pożądaną kategorią bezpiecznych aktywów.

Polska jest w prawdzie wciąż niedojrzałym, ale niezwykle atrakcyjnym rynkiem dla podmiotów, które koncentrują się na inwestowaniu w najem instytucjonalny. Wejście na nasz rynek wiąże się co prawda z większym ryzykiem, ale kompensuje to wyższa stopa kapitalizacji. W krajach Europy Zachodniej nie da się uzyskać 6-8% zwrotu z inwestycji, jaki wciąż jeszcze pozwala osiągnąć inwestowanie w Polsce. Rosnące zainteresowanie najmem młodszych pokoleń i konsekwentnie rosnące czynsze najmu, które od 2014 roku wzrosły o blisko 25%, wydają się dostatecznie przekonywać kolejnych graczy.

Stare po nowemu

Dla tych inwestorów, którzy pierwsze inwestycje w Polsce mieli już za sobą, miniony rok był czasem poszerzania portfeli. Intensywnie upłynął rok 2019 czeskiego inwestora Zeitgeist Asset Management. W połowie 2019 roku podpisano umowę kupna historycznego budynku, Poczty Głównej w Krakowie przy ul. Wielopole 2 i okazałej działki z zabudowaniami przy ul. Cystersów 21. W prawdzie rozpoczęcie prac rewitalizacyjnych planowane jest dopiero w 2022 roku, a plany inwestora dotyczące przeznaczenia poszczególnych obiektów nie są znane, ale już dziś inwestycja budzi duże zainteresowanie ze względu na swoją wyjątkową lokalizację i potencjał rozbudowy. Podobnie jest w przypadku działki o powierzchni 1 ha przy ul. Nowogrodzkiej i św. Barbary w Śródmieściu Warszawy kupionej przez Zeitgeist AM od Orange Polska za imponującą kwotę 350 mln zł (81 mln euro). W celu zapewnienia odpowiedniego czasu na przeniesienie infrastruktury telekomunikacyjnej znajdującej się w obiektach, sprzedający ma leaseback, czyli zwrotną umowę najmu na część nieruchomości do 2026 roku.

Ogłoszono natomiast rozpoczęcie prac przy rewitalizacji kamienicy na warszawskiej Pradze Północ, w pobliżu Portu Praskiego, gdzie pod koniec 2021 roku ma zostać oddanych do użytkowania ponad 100 mieszkań, część w zabytkowej kamienicy. Obecnie inwestor ma już w Polsce 6 nieruchomości, w większości z nich planuje mieszkania na wynajem lub akademiki.

Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL
Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL

Specjalnością Zeitgeist AM są inwestycje w budynki istniejące, często z elementami zabytkowymi. Kamienice mają swój klimat i są czymś wyjątkowym – przede wszystkim w Warszawie, gdzie niewiele z nich przetrwało II wojnę światową. Na pewno nie brakuje chętnych by zamieszkać w wyremontowanych i zmodernizowanych „budynkach z historią”. Dostosowywanie tych nieruchomości na potrzeby rynku najmu można też potraktować jako przywracanie im ich pierwotnej funkcji. Wiele z nich powstało przecież z inicjatywy czy to prywatnych przedsiębiorców czy instytucji (m.in. ZUS) właśnie jako budynki czynszowe – komentuje Maximilian Mendel, Dyrektor Działu Inwestycji Mieszkaniowych JLL.

Podobną ścieżkę na zaistnienie w Polsce wybrała izraelska firma AFI Europe. Wiosną br. inwestor rozpoczął rewitalizację zabytkowej kamienicy Wolfa Krongolda zwanej potocznie „Pekinem”, przy zbiegu ulic Złotej i Żelaznej. Firma nabyła nieruchomość w 2015 r. za 21 mln zł i planuje tam około 160 mieszkań. Kamienica od 16 lat stała pusta, pozwolenie na budowę zostało wydane w 2018 roku, a długo oczekiwany remont ruszył w 2019 roku i ze względu na swoją unikalność, potrwa około 30 miesięcy.

Zdecydowanie więcej, bo aż 60 mln zł przyszło zapłacić inwestorowi za kamienicę Natansona przy Nowym Świecie. Transakcja zakupu znanego warszawiakom „Roleksa” została ogłoszona na początku listopada b.r. Inwestor zapowiedział, że w budynku należącym dotychczas do Warszawskiego Przedsiębiorstwa Geodezyjnego powstaną mieszkania na wynajem klasy premium.
Pracowita końcówka roku i przyspieszenie w segmencie PRS

Utartą deweloperską ścieżką

Niezależnie od przyszłego scenariusza rozwoju naszego kraju, Warszawa jest skazana na dalszy wzrost Zupełnie inną strategię przyjął niemiecki inwestor TAG Immobilien. Niemałą sensacją na polskim rynku była ogłoszona w listopadzie informacja o przejęciu za ok. 365 mln zł (85 mln euro, za część mieszkaniową) wiodącego wrocławskiego dewelopera Vantage Development. Strategia inwestora zakłada zbudowanie w krótkim czasie 10 000 mieszkań na wynajem, przede wszystkim we Wrocławiu.

Duże zagraniczne podmioty od dawna obserwują polski rynek, ale problemem jest brak produktu. Większość deweloperów nie są zbyt skłonni budować dla inwestorów instytucjonalnych, bo wciąż sprzedaż detaliczna zapewnia im lepsze marże. Zakup spółki deweloperskiej ze sporym portfelem gruntów i inwestycji w przygotowaniu pozwala na skrócenie procesu budowania portfela i zapewnia łatwiejsze zarządzanie tym procesem – komentuje Krystyna Pietruszyńska, konsultant w Dziale Inwestycji Mieszkaniowych JLL.

Odważnie na nowym gruncie

Kolejny gracz, który chce zgarnąć premię za pierwszeństwo to LRC. Wartość europejskiego portfela Grupy LRC to ponad 5 mld euro, a poza obiektami komercyjnymi podmiot zarządza ponad 16 tys. mieszkań. Firma działająca na rynku komercyjnych nieruchomości w Polsce od 2016 roku w tym roku postawiła pierwsze kroki w kierunku najmu instytucjonalnego mieszkań. Pierwszą transakcją przeprowadzoną w marcu 2019 roku był zakup 175 mieszkań w Pacific Residence przy ul. Solec 24 w Warszawie. Dwunastopiętrowy budynek z Powiśla z ok. 200 mieszkaniami stał prawie pusty przez 6 lat. Druga transakcja Grupy LRC przeprowadzona wspólnie z Atrium European Real Estate Limited oraz z jeszcze jednym nieujawnionym podmiotem to zakup w ramach transakcji forward purchase wieży mieszkalnej z apartamentami na wynajem przy ul. Grzybowskiej 59 w Warszawie. Realizowany drapacz chmur znajdzie się w sercu biznesowej Woli, w sąsiedztwie hotelu Hilton i kompleksu apartamentów na wynajem Platinum Towers. Sprzedający, Golub GetHouse, kupił atrakcyjnie zlokalizowaną działkę dwa miesiące przed transakcją odsprzedaży za około 150 mln zł (ok. 54 tys. netto za 1 m² działki). Budynek o planowanej wysokości 170 m z 900 lokalami ma zacząć piąć się w górę na przełomie 2020 i 2021.

Co istotne, we wzrost znaczenia sektora PRS (Private Rented Sector) wierzy również sam Golub GetHouse, który w 2019 roku stworzył nową markę – Inspirentals, rdzeniem działalności, której będzie realizacja projektów na wynajem. W I kw. 2020 r. ruszy pod jej szyldem budowa osiedla Postępu Apartments z ponad 350 mieszkaniami na warszawskim Służewcu. Na II kw. zaplanowano rozpoczęcie budowy 42-kondygnacyjnego wieżowca pod nazwą Liberty Tower, po sąsiedzku projektu sprzedanego LRC. Zgodnie z planem w III kw. 2023 roku portfel firmy zasili 500 wykończonych apartamentów na wynajem. Budynek będzie dzielił funkcje z hotelową marką Radisson RED. Obok Liberty Tower inwestor odrestauruje także historyczną, 7-kondygnacyjną kamienicę, w której powstaną 34 apartamenty na wynajem.

Działający z rozmachem Golub GetHouse nie ogranicza się zresztą tylko do rynku najmu mieszkań. W tandemie z amerykańskim partnerem CA Ventures International zaczęli również inwestować i zarządzać siecią akademików LivinnX. Pierwszy akademik tej sieci działa już w Krakowie. Niedawno ogłoszono również plany uruchomienia kolejnego – tym razem w Warszawie.

Konsekwentnie na czele stawki

18 grudnia br. finalizację kolejnej, trzeciej już na polskim rynku transakcji ogłosiła Catella, która nabyła na rzecz funduszu pod nazwą Catella European Residential (CER) Fund za 20 mln euro od firmy Hines trzy budynki przy ul. Rakowickiej w Krakowie. W dwóch z nich znajdują się 154 mieszkania na wynajem, a w trzecim, prywatnym akademiku, 139 pokoi dla studentów. Oferta ta z początkiem stycznia trafi na rynek najmu. W swoim polskim portfelu Catella ma już 72 luksusowe apartamenty zlokalizowane w charakterystycznej dla warszawskiej panoramy wieży mieszkalnej Złota 44 oraz 193 mieszkania w inwestycji na ul. Pereca w Warszawie.

Inwestycje z udziałem ryzyka deweloperskiego, a nawet takie typu forward deals są dla wielu podmiotów rozważających wejście na polski rynek dużym wyzwaniem. Dla wielu funduszy – zwłaszcza tych konserwatywnych – obok ryzyka kursowego czynnikiem wykluczającym. Trzecia z kolei, z powodzeniem przeprowadzona transakcja Catelli, w której mieliśmy zaszczyt uczestniczyć jako doradca transakcyjny, potwierdza, że jest to skuteczny i efektywny sposób ekspansji – komentuje Maximilian Mendel, szef zespołu Inwestycji Mieszkaniowych JLL, który był również doradcą transakcyjnym przy pierwszej, pionierskiej na polskim rynku transakcji zakupu całego budynku mieszkalnego z przeznaczeniem na wynajem na ul. Pereca.

Rośnie też systematycznie profesjonalna platforma najmu instytucjonalnego Resi4Rent uruchomiona w 2018 roku, która buduje portfel mieszkań w standardzie popularnym. Obecnie spółka ma 7 projektów w budowie lub w fazie zaawansowanego planowania. Pierwsze obiekty oddane zostały do wynajmu w listopadzie 2019 r. – we Wrocławiu przy (302 mieszkania ul. Rychtalskiej) i Łodzi (219 mieszkań przy ul. Wodnej). Kolejne spośród realizowanych 1 200 mieszkań powstają we Wrocławiu (Kępa Mieszczańska) i Warszawie (Browary Warszawskie oraz Taśmowa). Docelowo, za 2-3 lata platforma ma zarządzać 5-7 tys. mieszkaniami w 6 największych polskich miastach – w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku Poznaniu i Łodzi. Za planowanie, projektowanie i realizację inwestycji odpowiada Echo Investment (30% udziałów), jeden z liderów na polskim rynku deweloperskim. Drugim, większościowym udziałowcem o międzynarodowym znaczeniu jest renomowany fundusz inwestycyjny (70% udziałów). Nad jakością dostarczanych usług czuwa profesjonalny zespół asset managerów z Griffin Real Estate. Potencjał wzrostu tego segmentu dostrzegł węgierski WING, który w końcówce grudnia sfinalizował zakup pakietu 56% akcji Echo Investment.

Prognozy i oczekiwania w 2020 r.

Polski rynek najmu mieszkań z każdym rokiem staje się coraz bardziej dojrzały, na co wskazuje spora podaż nowych, dobrych jakościowo zasobów, wzrost czynszów i rosnąca liczba podmiotów instytucjonalnych działających w tym segmencie rynku. Świadczyć mogą o tym także postępy w komercjalizacji pierwszych aktywów instytucjonalnych. Prawie wszystkie budynki mieszkalne nabyte przez inwestorów w ramach umów pakietowych, po początkowych trudnościach osiągnęły bardzo wysoki poziom obłożenia. Większość z nich jest w całości wynajęta, w innych w ofercie pozostają pojedyncze jednostki. Czynnikiem napędzającym inwestycje w tym sektorze są też zmiany demograficzne i społeczne.
Polski rynek jest jednym z najatrakcyjniejszych w Europie pod względem stopy zwrotu z inwestycji. W ostatnich pięciu latach zainwestowano w tym sektorze ponad 3 mld złotych, a pamiętać należy, że jeszcze 5 lat temu ten segment nie istniał tu w ogóle. Wzrost aktywności i liczby inwestorów już teraz operujących na polskim rynku zwiastuje wysyp kolejnych dużych transakcji w nadchodzącym roku – podsumowuje Maximilian Mendel, ekspert JLL.

Jakie oferty pracy proponuje agencja zatrudnienia?

Agencje zatrudnienia proponują wiele ofert pracy, które są dostosowane do potrzeb poszczególnych typów pracowników. Za ich pośrednictwem bez trudu można więc znaleźć zarówno zajęcie stałe, jak i tymczasowe w kraju lub za granicą. Oferowane ogłoszenia dostępne są też w firmach z różnorodnych branż.

W jakich branżach można się zatrudnić przez agencję zatrudnienia?

Praca przez agencję zatrudnienia kojarzy się najczęściej z podjęciem zajęcia zarobkowego w firmach zajmujących się produkcją lub magazynowaniem. W rzeczywistości, proponowane przez nią oferty mogą być bardziej zróżnicowane. Wiele zależy jednak od charakteru i profilu działalności konkretnej placówki. Należy przy tym zaznaczyć, że renomowane agencje zatrudnienia specjalizują się często w dostarczaniu ogłoszeń z różnorodnych branż. Do takich firm należy, np. Randstad. Najnowsze oferty zatrudnienia za jej pośrednictwem można znaleźć na oficjalnej stronie internetowej przedsiębiorstwa, pod adresem: https://www.randstad.pl.

W jakich sektorach można zatem podjąć pracę przez agencję? Wybór okazuje się naprawdę szeroki. Poza magazynowaniem i produkcją, na kandydatów czekają oferty związane z zatrudnieniem w firmach zajmujących się m.in. finansami i bankowością, sprzedażą, obsługą klienta, telemarketingiem, gastronomią, marketingiem, IT, administracją, reklamą czy HR. Co ważne, za pośrednictwem agencji bez trudu można znaleźć ogłoszenia skierowane zarówno do wykwalifikowanych specjalistów, jak i osób z małym doświadczeniem zawodowym, które dopiero wkraczają na rynek pracy.

Praca tymczasowa i stała

Bardzo często agencje pracy skupiają się na dostarczaniu ofert dotyczących zatrudnienia tymczasowego. To szczególny rodzaj pracy świadczonej jedynie przez określony czas, którego zasady wyznacza prawo. Zgodnie z przepisami, aby podjąć takie zajęcie, konieczne jest podpisanie umowy między trzema stronami: pracownikiem, tzw. pracodawcą użytkownikiem i właśnie agencją. Co istotne, praca tymczasowa w jednej firmie może być wykonywana jedynie przez 18 miesięcy w okresie kolejnych 36 miesięcy. 

Tego typu oferty skierowane są często do osób, które dopiero rozpoczynają karierę, a także do pracowników, którzy chcą się przekwalifikować lub od dłuższego czasu pozostają bezrobotni. Tak naprawdę mogą z nich jednak skorzystać wszyscy ci, którym zależy na rozwoju kompetencji z danej dziedziny, a także szybkim zarobieniu pieniędzy.

Wiele agencji zatrudnienia oferuje też pracę stałą. Ogłoszenia tego typu dotyczą zarówno stanowisk niższego szczebla, jak i tych przeznaczonych dla fachowców z danej branży.

Oferty pracy w kraju i za granicą

W zależności od typu agencji pracy, może ona zaproponować oferty zatrudnienia w Polsce lub za granicą. Niektóre placówki, zwłaszcza te większe, dostarczają obu typów ogłoszeń.  Daje to szerokie możliwości wyboru. Biorąc pod uwagę indywidualne preferencje pracowników, mają oni zatem szansę na rozwijanie swojej kariery również w środowisku międzynarodowym. Co ważne, zaaplikowanie na ofertę pracy w innym kraju za pośrednictwem agencji daje im gwarancję bezpieczeństwa i legalności zatrudnienia.

Wyjadą z Polski? Jak zachęcić Ukraińców do pozostania w Polsce?

Pierwszego stycznia Niemcy otwierają się na zatrudnianie pracowników z Ukrainy. Polscy pracodawcy i agencje zatrudnienia sondują opinie Ukraińców na ten temat. Chodź kwestia ich pozostania lub wyjazdu wciąż jest jeszcze loterią, to wydaje się, że dla firm równie ważne jak poszukiwanie pracowników z coraz odleglejszych krajów staje się pytanie „jak zachęcić Ukraińców do pozostania w Polsce”?

Z inicjatywy Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu organizacji branżowej w Polsce, ankietę dotyczącą nastrojów związanych z wyjazdem do pracy w Niemczech przeprowadziła agencja pracy tymczasowej Alikon. Agencja przeprowadziła badanie w mediach społecznościowych, w grupach dyskusyjnych Ukraińców pracujących w Polsce oraz tych, którzy pracowali w Polsce w ostatnim roku. Respondenci mieli wybrać swoje odpowiedzi (można było wybrać kilka) na pytanie „Mieszkasz i pracujesz w Polsce? Co myślisz na temat możliwości wyjazdu do pracy zarobkowej w Niemczech?”.

– Opinie pracowników z Ukrainy są dla nas bardzo ważne. Pracodawcy bardzo ich cenią i wciąż jest duże zapotrzebowanie na nich. Wystarczy powiedzieć, że wśród agencji zrzeszonych w SAZ są takie, które w 80 procentach zatrudniają właśnie obywateli Ukrainy – mówi Iwona Szmitkowska, prezes SAZ. – Warto znać ich opinie i motywować ich do tego, aby zostali i rozwijali się w Polsce.

Deklarują, że zostają

Jak informuje Tatiana Dembska, prezes APT Alikon, większość osób, które wzięły udział w ankiecie deklaruje chęć pozostania i pracy w Polsce. Zdecydowaną chęć wyjazdu w najbliższym czasie do Niemiec w celach zarobkowych zadeklarowało 15 proc. ankietowanych.

– 32 procent osób, biorących udział w ankiecie, nie planuje wyjazdu do Niemiec, gdyż są zadowoleni z pracy w Polsce i większość z nich sprowadziła już tu swoje rodziny, żeby osiedlić się na stałe. 24 procent pomimo chęci wyjazdu, nie zrobi tego z powodu nieznajomości języka niemieckiego i większych różnic kulturowych pomiędzy Ukrainą a Niemcami w porównaniu z Polską – mówi Tatiana Dembska.

Plotką okazują się też doniesienia o tym, że Ukraińcy masowo uczą się języka niemieckiego. Informacja taka pojawiła się w mediach w pierwszej połowie 2019 r. Nie potwierdzają jej jednak największe szkoły językowe z siedzibami w całej Polsce, do których zadzwoniliśmy.

Dembska dodaje, że pozostali ankietowani wyrazili niechęć do wyjazdu w celach zarobkowych do Niemiec, a jako powód podawali najczęściej: zaostrzone wymagania do co udokumentowania kwalifikacji pracownika, oraz dużą liczbę ofert pracy bez legalnego zatrudnienia.

– Z drugiej strony, z nieoficjalnych źródeł wiemy, że większość osób, które przymierzają się do wyjazdu w celach zarobkowych do Niemiec w przyszłym roku, najczęściej będzie tam niestety pracować „na czarno” – mówi Tatiana Dembska. – Otwarcie granic dla pracowników ze Wschodu, z pewnością, będzie wiązało się z zaostrzeniem kontroli przez niemieckie Urzędy. Można spodziewać się zwiększenia liczby „deportacji” na Ukrainę, z zakazem wjazdu do Niemiec. Dlatego też, nie dziwi mnie fakt, że bardziej świadomi konsekwencji prawnych Ukraińcy wolą pewną, stabilną i przede wszystkim legalną pracę u polskiego pracodawcy – dodaje.

Dlatego firmy rekrutujące i zatrudniające pracowników z Ukrainy, coraz bardziej dbają o relację z nimi i ciągłość dokumentów pobytowych.

– Zauważyłam, że łatwiej jest nam nawiązać relację z tymi pracownikami, ze względu na większą świadomość ich potrzeb oraz komunikację, którą prowadzimy w ich języku. Dając im wybór wśród ofert pracy, budujemy długotrwałą współpracę, a tym samym obniżamy koszty rekrutacji oraz rotację pracowników tymczasowych ze Wschodu – mówi Dembska.

Rodzina jest ważna

Anastasiia Serdiuk, starszy specjalista ds. legalizacji pobytu agencji SAS Logistic jest w Polsce od trzech lat. Z wykształcenia prawniczka, przyjechała ze swoim mężem, żeby szukać pracy, początkowo do Gdańska. Procedura pobytowa trwała jednak tak długo, że nie udało im się tam zostać. Ale nie zrezygnowali, po kilku miesiącach wrócili do Polski, tym razem do Warszawy, gdzie po pół roku pani Anastasiia znalazła pracę w dziale legalizacji pobytu w agencji SAS Logistic, a mąż w firmie zajmującej się montażem okien.
– Mamy legalną pracę, często odwiedza nas rodzina, sami też możemy bez problemu jeździć do nas. Moja mała, dwunastoletnia siostrzyczka już uczy się języka polskiego. Mówi, że chce tutaj iść na studia – mówi Serdiuk.

Jej zdaniem dla osób, które myślą o pracy „na czarno” otwarcie niemieckiej granicy nic nie zmienia, bo albo już tam są, albo organizują już taki wyjazd na bazie swoich kontaktów.
– Za to ci, którzy chcą pracować legalnie, jak np. wykwalifikowani spawacze, boją się, że praca, którą zaoferują im w Niemczech okaże się pracą „na czarno” i będą mieli kłopoty. Odstraszają też koszty życia. Wynagrodzenie może jest i wyższe, ale mieszkanie, kursy językowe, czy pomoc prawna, to wszystko kosztuje bardzo dużo, więc niewiele da się odłożyć – mówi. – A do Polski łatwiej jest przyjechać, jest tu sporo Ukraińców, którzy chętnie pomogą, za prostą pracę można uczciwie zarobić, a jeszcze dostać mieszkanie i pomoc koordynatora.

Dodaje, że coraz ważniejszym faktorem staje się możliwość sprowadzenia rodziny. – W naszej agencji zatrudniamy około dwóch tysięcy osób z Ukrainy, z czego kilkanaście jest już w Polsce z rodziną i stara się tu osiedlić – mówi Serdiuk.

W jej opinii otwarcie niemieckiej granicy może spowodować, że polscy pracodawcy podniosą nieco wynagrodzenie, może też procedury legalizacja pracy tutaj staną się łatwiejsze. A to wpłynie na decyzje Ukraińców.

Wróżenie z fusów?

Zdaniem Andrzeja Drozda, wiceprezesa Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej (PUIG) Ukraińcy, którzy sprowadzili się już do Polski z rodziną to grupa rosnąca i bardzo istotna, ale nie do końca reprezentatywna. Większość pracowników zza wschodniej granicy to osoby, które przyjeżdżają, żeby intensywnie pracować, zarobić (i zaoszczędzić) jak najwięcej, wrócić na Ukrainę i za jakiś czas znów przyjechać.

– Można oczywiście dyskutować, czy taki model jest dobry czy nie. Dla pracodawców, którzy muszą inwestować w dokształcanie jest to z pewnością niewygodne, ale np. w budowlance, gdzie najczęściej pracują Ukraińcy jest to naturalne i wygodne dla obu stron – mówi Andrzej Drozd.

Jego zdaniem regulacje i prognozy związane z rynkiem niemieckim to temat do głębokiej analizy i rozważania, jednak w tym momencie trudno o jakąkolwiek wiążącą statystykę.
– Nie wszyscy którzy dziś deklarują, że chcą pracować w Niemczech będą mogli to robić, nie wiadomo też ilu z tych, którzy dziś mówią, że chcą zostać w Polsce ostatecznie zdecyduje się jednak na wyjazd. Pamiętajmy, że przepisy niemieckie, które wchodzą w 2020 roku też mają charakter sondujący rynek – mówi Drozd. – Na razie jest spokojnie. Warto jednak zastanowić się jak usprawnić legalizację pobytu, żeby przeciwdziałać szarej strefie. Jaki pakiet motywacyjny działałby w kierunku zatrzymania osób bardziej zdecydowanych, żeby zostać. Mamy też przecież w Polsce wielu absolwentów z zagranicy. Należałoby zachęcać ich do pozostania tutaj.

Jego zdaniem to ważny temat do dyskusji dla mediów, organizacji pozarządowych i branżowych oraz instytucji państwowych, które decydują o kształcie polskiego prawa. Szczególnie biorąc pod uwagę zjawiska takie, jak postępująca geriatryzacja i stała tendencja emigracyjna społeczeństwa polskiego oraz wysokie tempo rozwoju gospodarczego.

Najważniejsze zdaniem wiceprezesa PUIG problemy na dziś, to zmniejszająca się liczba pracowników różnego stopnia wykwalifikowania (np. szwaczki czy stoczniowcy), którzy znikają z rynku, bo „wyjeżdżają dalej”. Problem „podkupywania” pracowników, którzy przyjeżdżają do jednego pracodawcy, a po drodze zmieniają go na innego. Kwestia eliminacji patologii, które podminowują zaufanie i zostają w pamięci zbiorowej. Potrzeba wydłużenia okresu pracy na podstawie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy z 6 do 12 miesięcy, co zmniejszyłoby kolejki i niedrożność polskich urzędów.

W 2020 r. gospodarka nie pomoże rynkowi deweloperskiemu?

Czynniki makroekonomiczne znacząco wpływają na kondycję rynku pierwotnego. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak w tym kontekście wyglądają prognozy na 2020 r.

Kondycja branży deweloperskiej zwykle odzwierciedla sytuację makroekonomiczną całej gospodarki. Właśnie dlatego w kontekście rynku nowych mieszkań ciekawe wydają się najnowsze prognozy gospodarcze Narodowego Banku Polskiego. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak NBP widzi przyszłość krajowej gospodarki w latach 2020 – 2021. Okazuje się, że nie wszystkie prognozy są negatywne dla deweloperów.

Wskaźniki ekonomiczne, które postanowili przeanalizować eksperci RynekPierwotny.pl pochodzą z listopadowej projekcji inflacji oraz wzrostu gospodarczego. Według oczekiwań Narodowego Banku Polskiego, wspomniane wskaźniki będą wyglądały następująco:

  • 2019 rok – 2,3% (roczna inflacja CPI) oraz 4,3% (roczny wzrost gospodarczy)
  • 2020 rok – 2,8% (roczna inflacja CPI) oraz 3,6% (roczny wzrost gospodarczy)
  • 2021 rok – 2,6% (roczna inflacja CPI) oraz 3,3% (roczny wzrost gospodarczy)

Powyższe prognozy nie wydają się bardzo optymistyczne dla krajowych deweloperów. Takich inwestorów mogą natomiast ucieszyć projekcje dotyczące sytuacji na rynku pracy. Narodowy Bank Polski spodziewa się bowiem stabilizacji stopy bezrobocia na bardzo niskim poziomie.

Wedle prognoz, stopa bezrobocia obliczana według metody BAEL nie powinna przekroczyć 4,5% w 2020 roku, 2021 roku oraz 2022 roku. To wiadomość, która z punktu widzenia deweloperów może być nawet ważniejsza niż prognozowany spadek dynamiki PKB. Brak trudności ze znalezieniem pracy będzie bowiem pozytywnie wpływał na poziom płac i optymizm konsumentów. Poprzednie lata już pokazały, że sytuacja na rynku pracy jest bardzo ważna dla rynku pierwotnego.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Od stycznia wyższa akcyza. Papierosy droższe średnio o 1 zł, wódka 1,4 zł

Prezydent podpisał ustawę podnoszącą podatek akcyzowy. Wejdzie on w życie  jeszcze w tym tygodniu. Jak zauważa wielu komentatorów, dobrze, że nie kilka dni wcześniej, bo wielu Polaków odczułoby to dotkliwiej.

Świąteczna nuda

Zgodnie z oczekiwaniami, w święta aktywność na rynkach była zdecydowanie mniejsza. Nastąpiły jedynie drobne zmiany, ale w przypadku głównych walut ciężko uznać je za istotne. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że pomimo trzech dni (a w rzeczywistości dwóch, bo 25 grudnia nie jest właściwie dniem transakcyjnym) najważniejszą zmianą jest spadek o 1 grosz w dół szwajcarskiego franka z 3,92 zł na 3,91 zł.

Dobre dane ze Szwajcarii

Indeks Instytutu KOF wyniósł 96,4 punktów wobec oczekiwanych 94,5 punktów. Jest to wskaźnik pokazujący optymizm co do przyszłości przedsiębiorców. Odczyty poniżej 100 punktów świadczą co prawda o pesymizmie grupy badanej, ale warto zwrócić uwagę na zmianę rezultatu. Jeszcze miesiąc temu było to zaledwie 92,6 punktów. Oznacza to, że Szwajcarzy bardziej optymistycznie patrzą w przyszłość, a zatem będą bardziej skłonni do inwestowania. W wyniku tych danych zyskiwał frank szwajcarski. Na szczęście dla polskich kredytobiorców połączyło się to w czasie z umacnianiem się złotego względem euro, zatem nie było widać ruchu franka w górę.

Wzrost akcyzy od stycznia

Jeszcze w tym tygodniu w Polsce wzrośnie akcyza na wyroby tytoniowe oraz alkohol. Należy spodziewać się wzrostu cen tych produktów. Wyjątkiem jest perry i cydr, które zostaną opodatkowane preferencyjną stawką podatku akcyzowego w ramach wsparcia polskiego sadownictwa gruszek i jabłek. Jeżeli ceny wzrosną “tylko” o akcyzę, a nie proporcjonalnie, to powinniśmy spodziewać się 1,4 złotego podwyżki na pół litra wódki, 6 groszy na piwie i mniej więcej złotówki na paczce papierosów. Ma to dać 1,7 mld złotych dodatkowych wpływów do budżetu. Biorąc pod uwagę, że celem jest dbanie o nasze zdrowie, to, jeśli zabieg się uda i zmienimy przyzwyczajenia, to budżet nie zobaczy aż takiego wzrostu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

10 rzeczy o których powinien pamiętać każdy pracodawca na przełomie roku

Przełom roku to nie tylko intensywny czas bilansów, analiz wyników i podsumowań w zakresie funkcjonowania firmy. Jest to również okres, w którym następują istotne zmiany prawne, pociągające za sobą nowe obowiązki pracodawców.  O czym każdy zatrudniający powinien więc pamiętać, mając na uwadze aktualne przepisy prawa pracy, ubezpieczeń społecznych i socjalnych? Aplikant radcowski Agata Majewska z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy specjalnie dla pracodawców, przygotowała listę 10 zadań do zrealizowania na przełomie roku. 

  1. Zaległy urlop wypoczynkowy

Przepisy Kodeksu Pracy nakazują pracodawcy udzielić urlopu wypoczynkowego w roku, w którym pracownik nabył do niego prawo. Wzorcowo więc powinien on zostać w całości wykorzystany w danym roku kalendarzowym. Dni zaległego urlopu, którego pracownik nie wykorzystał w 2019 r., pracodawca musi udzielić nie później niż do końca września 2020 r.

  1. Plan urlopów

Plan urlopów powinien zostać sporządzony przed rozpoczęciem lub na początku roku kalendarzowego. Może obejmować zarówno cały rok, jak i jego część (np. kwartał). Powinien uwzględniać on wnioski pracowników, a jednocześnie zapewnić normalny tok pracy w firmie. Obowiązek sporządzenia planu urlopów nie dotyczy pracodawców, u których nie działa organizacja związkowa, jak również gdy działająca zakładowa organizacja wyraziła zgodę na jego brak.. Wówczas urlopy udzielane powinny być w porozumieniu z pracownikami.

  1. Zebranie oświadczeń o korzystaniu z dni wolnych na opiekę nad dzieckiem.

Pracownik, który wychowuje przynajmniej jedno dziecko do 14. roku życia, ma prawo do zwolnienia  od pracy w wymiarze 16 godzin albo 2 dni w roku kalendarzowym, przy zachowaniu prawa do wynagrodzenia. Zwolnienie przysługuje najpóźniej do końca dnia, w którym dziecko kończy 14 lat. Wspomniane 2 dni lub 16 godzin przysługuje w każdym nowym roku kalendarzowym. Dni niewykorzystane w 2019 roku, nie przechodzą jednak na rok na następny.

  1. Dostosowanie nowego sposobu prowadzenia dokumentacji pracowniczej.

Od 1 stycznia 2019 r. obowiązują nowe przepisy dotyczące prowadzenia dokumentacji pracowniczej. Pracodawcy otrzymali możliwość prowadzenia i przechowywania dokumentacji w sprawach związanych ze stosunkiem pracy i akt osobowych w formie papierowej lub elektronicznej – w zależności od dokonanego przez siebie wyboru. Obowiązek ujednolicenia systemu prowadzenia dokumentacji, ze względu na to, że dotyczy nie tylko nowo zatrudnionych, ale i dotychczasowych pracowników, rozciągnięty został na cały 2019 r. Od 1 stycznia 2020 r. powinien więc w całości odpowiadać rygorom rozporządzenia w sprawie dokumentacji pracowniczej i jej elektronizacji.

  1. Korekta odpisu na ZFŚS

Obowiązek utworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych mają pracodawcy, zatrudniający według stanu na 1 stycznia danego roku co najmniej 50 pracowników w przeliczeniu na pełny etat. Natomiast najpóźniej do 31 grudnia 2019 r. pracodawcy obowiązani są dokonać korekty odpisu na ZFŚS do rzeczywistej, przeciętnej liczby zatrudnionych pracowników za mijający rok kalendarzowy. Jeśli faktyczna przeciętna liczba zatrudnionych przewyższa przewidywaną, różnicę między odprowadzonym, a należnym odpisem należy odprowadzić na rachunek ZFŚS do 31 grudnia 2019 r. Jeśli liczba ta jest niższa, w 2020 roku możliwe jest odprowadzenie odpisu pomniejszonego o nadpłaconą kwotę.

  1. Wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych

Pracodawcy zatrudniający co najmniej 25 pracowników, w tym pracowników niepełnosprawnych, jak i pracodawcy, którzy nie osiągają odpowiedniego wskaźnika zatrudnienia takich pracowników, do 20 stycznia 2020 r. mają obowiązek złożenia informacji rocznej w formie dokumentu elektronicznego w ramach systemu e-PFRON.

Pracodawcy, którzy uzyskują odpowiedni wskaźnik zatrudnienia niepełnosprawnych obowiązani są w tym samym terminie do złożenia informacji rocznej o tymże zatrudnieniu, a także o zatrudnieniu i kształceniu osób niepełnosprawnych lub działalności na ich rzecz.

  1. Informacja nt. liczby członków ZOZ

Do 10 stycznia 2020 r. zakładowa organizacja związkowa działająca u pracodawcy ma obowiązek przekazać mu informację o liczbie swoich członków. Obowiązkiem pracodawcy jest zaś udostępnienie takiej informacji do wglądu innej działającej u niego organizacji związkowej, jeśli złoży w tym zakresie pisemny wniosek. Rozwiązanie to zapewnić ma lepszą weryfikację liczby faktycznych członków organizacji związkowych działających u poszczególnych pracodawców i zapobiec jej sztucznemu zawyżaniu.

  1. Podwyżka płacy minimalnej

Rok 2020 przynosi kolejną podwyżkę płacy minimalnej. Od 1 stycznia wynosić ona będzie 2.600,00 zł brutto w stosunku do pracowników zatrudnionych na pełen etat. Oznacza to konieczność przeglądu płac w firmie celem zapewnienia ustawowego minimum. Bez znaczenia pozostaje, czy podwyżka polegać będzie na podwyższeniu wynagrodzenia zasadniczego, czy będzie miała charakter dodatku wyrównawczego. Kluczowym jest jedynie, by pracownik rzeczywiście otrzymał wynagrodzenie minimalne.

  1. II faza wdrożenia PPK

Obowiązująca od 1 stycznia 2019 r. ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych 1 lipca 2019 r. objęła pierwszą pulę największych pracodawców. Od 1 stycznia 2020 r. dotyczyć będzie również podmiotów, które zatrudniają co najmniej 50 osób zatrudnionych według stanu na dzień 30 czerwca 2019 r. Oznacza to przede wszystkim obowiązek zawarcia przez nie umów o zarządzanie oraz prowadzenie PPK, a także odprowadzania należnych składek za pracowników objętych programem.

  1. Dodatek stażowy wliczony do podstawy wynagrodzenia

Zapowiadaną od kilku miesięcy zmianą jest zaliczenie od 1 stycznia 2020 r. do wynagrodzenia zasadniczego dodatku za staż pracy. Oznacza to, iż pracownikom, którym przyznano dodatek stażowy, zostanie on wyłączony ze składników wynagrodzenia uwzględnianych przy obliczaniu wysokości płacy minimalnej. Skutkiem tego nastąpić ma faktyczne podwyższenie wynagrodzenia pracowników legitymujących się najdłuższym stażem zatrudnienia.

Zaplanuj karierę w 2020 roku

Marzysz o awansie lub nowym miejscu pracy? Jeśli Twoim priorytetem w Nowym Roku jest rozwój kariery to już dziś warto rozpocząć starania. Oto kilka wskazówek, które pomogą Ci dotrzeć do wyznaczonego celu.

Przełom starego i nowego roku to dla wielu z nas czas na podsumowania i plany.
Jeśli rozwój zawodowy jest jednym z Twoich aktualnych priorytetów to warto jak najszybciej ustalić konkretne cele i dążyć do ich realizacji.

Katarzyna Richter – międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej podpowiada co jest kluczowe w doskonaleniu zawodowym:

Przede wszystkim warto zastanowić się, jak chcemy, by potoczyła się nasza kariera,
np. w jakiej firmie i na jakim stanowisku chcielibyśmy pracować za 2-3 lata lub ile chcemy zarabiać. Dzięki temu łatwiej nam będzie ustalić krótko i długoterminowe cele. Warto również znać swoje mocne i słabe strony oraz zainwestować czas w rozwój osobisty, ponieważ ma to bezpośredni wpływ na realizację wytyczonych celów.

Poznaj swoje mocne i słabe strony i ustal plan działania

Świadomość mocnych i słabych, a także plan tego co w najbliższych miesiącach chcemy osiągnąć uświadomi nam jakiego stanowiska szukamy i w jakim kierunku powinniśmy się rozwijać. Pozwoli też wyznaczyć zawodowy kierunek i podjąć odpowiednie kroki.

Pogłębiaj swoją wiedzę i umiejętności

Priorytetem firm w XXI wieku stało się wykonanie planu, czy tzw. „budżetu” w 100%
a nawet 120%. Organizacje koncentrują się na coraz większej wydajność i efektywność swoich pracowników a przez to mniejszą uwagę przywiązują do rozwoju ich umiejętności, czy też psychicznego dobrostanu.

Warto zatem postarać się o wygospodarowanie przynajmniej 1 godziny w tygodniu na poszerzanie swojej wiedzy.

W sieci znajdziemy mnóstwo przydatnych przydatnej wiedzy, np. w formie webinarów, kursów online, czy podcastów, zarówno bezpłatnych, jak i tych w symbolicznej cenie nie przekraczającej zakupu kawy i rogalika w ulubionej piekarni. Warto zainteresować się też ofertą kursów i szkoleń organizowanych przez uniwersytety i inne, wyższe uczelnie.  Prócz przystępnych cen ich dodatkowym atutem jest to, że większość z nich jest dostępna nie tylko dla studentów. Dobrym źródłem wiedzy jest również literatura specjalistyczna. Pogłębiania wiedzy i umiejętności jest niezwykle istotne. Nasza przyszłość zależy
od ciągłego, osobistego rozwoju.

Zadbaj o dobrostan

Dobrostan (well-being) to poznawcza i emocjonalna ocena swojego życia jako przyjemnego i wartościowego, jak również satysfakcjonujący dla człowieka stan osiągany w wyniku zaspokojenia istotnych potrzeb i umożliwiający samorozwój w różnych obszarach życia, w tym również pracy zawodowej.

Jedną z najistotniejszych aktywności życiowych dorosłego człowieka jest praca zawodowa. Bardzo silnie determinuje ona sposób, w jaki ludzie oceniają własne życie. Poczucie dobrostanu w miejscu pracy ma zatem istotne znaczenie dla odczuwania ogólnego dobrostanu każdego człowieka.

Według badań polskich naukowców, dr Agnieszki Czerw oraz dr Anny Borkowskiej na dobrostan w pracy wpływa 12 różnych czynników. To m.in.: posiadanie wpływu i kontroli nad zakresem zadań, swoboda w podejmowaniu decyzji, zróżnicowanie zadań wykonywanych w pracy, intensywność i jakość kontaktów towarzyskich, odpowiednie wynagrodzenie oraz rozwój ścieżki kariery.

Wiedząc co składa się na dobrostan możemy świadomie kierować swoją karierą
i dokonywać lepszych wyborów.
– mówi Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista w zakresie HR i psychologii międzykulturowej.

Trzymaj rękę na pulsie

Nawet jeśli w najbliższym czasie nie planujemy zmiany pracodawcy warto systematycznie sprawdzać aktualnie dostępne możliwości.

Pozwala to zorientować się, jakie umiejętności są wymagane na naszym stanowisku. Dzięki temu dostajemy konkretne informacje, w których obszarach powinniśmy podnosić kwalifikacje. To także dobry sposób na sprawdzanie pracodawców – być może są firmy
i stanowiska, do których bardzo pasujemy, a nie wiedzieliśmy o ich istnieniu.

Pamiętajmy, że prócz typowych serwisów rekrutacyjnych mamy także portale dedykowane konkretnym branżom. Warto również na bieżąco aktualizować swój profil na LinkedIn. Szacuje się, że zagląda na niego ok 87% rekruterów. Dobrym źródłem informacji o ofertach pracy są również dedykowane poszczególnym branżom grupy na Facebooku.
– podpowiada Katarzyna Richter.

Emerytury od stażu pracy? Czy emerytury stażowe do dobry pomysł?

Emerytury stażowe to pomysł związków zawodowych, popierany przez prezydenta. W najgorszej sytuacji znajdą się kobiety kończące pracę zawodową, chyba że doprowadzimy do ruiny cały system emerytalny.

Takie emerytury to rozwiązanie stosowane w niektórych krajach, które jest adresowane do osób nie idących na studia czyli wcześnie podejmujących pracę, a więc wcześniej tracących możliwości wykonywania ciężkiej pracy fizycznej.

– Jestem zdecydowanie przeciwny, aby w Polsce wprowadzać emerytury stażowe na warunkach, które proponują związki zawodowe. Proponują one, aby staż zawodowy dla kobiet wynosił 35 lat, wliczając do niego urlopy macierzyńskie i wychowawcze, co oznacza, że część kobiet przechodziłaby na emeryturę już w wieku 55 lat – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jeremi Mordasewicz, członek Rady Dialogu Społecznego, ekspert Konfederacji Lewiatan. – Nie możemy tego zrobić naszym dzieciom i wnukom.

Wprowadzenie emerytur stażowych doprowadzi do tego, że coraz więcej kobiet będzie otrzymywało emerytury minimalne, dofinansowywane z budżetu państwa

Jednak emerytury stażowe to nie jest zły pomysł, jeżeli zostanie wprowadzony po spełnieniu określonych warunków.

– Powinniśmy stopniowo, w ciągu 10 lat, wyrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. Staż pracy powinien wynosić ok. 42 lat – mówi ekspert Lewiatana.