Jakie zmiany w podatkach przyniesie Wieloletni Plan Finansowy państwa?

Resort finansów podejmuje kolejne działania zmierzające do uszczelniania systemu podatkowego. Świadczy o tym przyjęty w ostatnim tygodniu kwietnia Wieloletni Plan Finansowy państwa na lata 2019-2022. Ministerstwo Finansów wynajduje coraz to nowe sposoby na poszukiwanie źródeł dochodów budżetowych. Co resort wymyślił tym razem i jakie niesie to ze sobą konsekwencje dla podatników?

Założenia Wieloletniego Planu Finansowego

Głównym motywem wprowadzanych zmian jest dążenie do ustabilizowania wydatków państwa oraz stawienie czoła poważnym wyzwaniom finansowym dla budżetu państwa, w postaci inicjatyw rządowych, takich jak chociażby program 500+. Rząd nie ma zamiaru rezygnować ze swojej polityki społecznej i gospodarczej, co dla podatników oznacza dalsze poszukiwania źródeł jej finansowania w ich kieszeniach.

Uszczelnienie systemu podatkowego ma także na celu stopniowe obniżanie wysokości państwowego długu publicznego w relacji do PKB, a także zmniejszenie luki podatkowej VAT. Rzeczywistości nie da się jednak oszukać pięknymi planami. Resort finansów przewiduje, że pomimo wzrostu gospodarki krajowej o 4% PKB, stanowi to spowolnienie względem ubiegłego roku.

Ministerstwo Finansów planuje wcielić swoje plany w życie za pomocą następujących narzędzi:

  • wprowadzenia obligatoryjnego w niektórych branżach mechanizmu podzielonej płatności (split payment),
  • postępującego wdrażania oraz rozwijania Systemu Teleinformatycznego Izby Rozliczeniowej,
  • modyfikacji klauzuli przeciwko unikaniu podwójnego opodatkowania,
  • obowiązek przekazywania organom podatkowym informacji o wdrażanych schematach podatkowych.

Obowiązkowy split payment dla wybranych branż

Jednym z budzących największe kontrowersje założeń Wieloletniego Planu Finansowego państwa jest wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności dla wybranych branż. Wybranych to znaczy takich, które są szczególnie podatne na nadużycia w podatku VAT.

Co do zasady mechanizm podzielonej płatności pozwala uwolnić środki z rachunków VAT na wniosek podatnika. W praktyce oznacza to utworzenie dwóch kont bankowych dla przedsiębiorców. Na zwykły rachunek wpływa kwota netto z transakcji. Natomiast na drugi przelewana jest część odpowiadająca podatkowi VAT. Pozornie oznacza to transparentność środków, którymi dysponuje przedsiębiorca. Wadą mechanizmu podzielonej płatności jest jednak ograniczenie możliwości korzystania ze środków zgromadzonych na koncie VAT właściwie tylko do regulowania zobowiązań wobec fiskusa.

Do tej pory split payment był dobrowolny – przedsiębiorcy sami decydowali, czy chcą skorzystać z jego mechanizmu. Wieloletni Plan Finansowy zakłada, że już od 2020 r. stanie się obowiązkowy dla wybranych branż, tj. przede wszystkim dla branży elektronicznej, budowlanej, paliwowej oraz handlu węglem i częściami samochodowymi. Obligatoryjny split payment ma więc dotyczyć tych branż, w których obowiązuje odwrócony podatek VAT lub solidarna odpowiedzialność.

Zmiany w kosztach uzyskania przychodów oraz skali PIT

Wieloletni Plan Finansowy państwa zakłada także pozornie istotne i korzystne dla podatników zmiany w zasadach naliczania kosztów uzyskania przychodów oraz stawki podatku dochodowego od osób fizycznych.

Według Planu od stycznia przyszłego roku koszty uzyskania przychodu wzrosną z 1 335 zł do aż 3 000 zł. Pozornie oznacza to, że podatnicy będą mieli do zapłaty niższy podatek roczny albo uzyskają wyższą kwotę zwrotu podatku.

Druga zmiana polega na zmniejszeniu wysokości podatku dochodowego od osób fizycznych z 18% do 17% dla podatników, którzy rozliczają się na podstawie skali podatkowej i tylko do dochodu rocznego niższego niż 42 764 zł.

Problem w tym, że obie zaprezentowane zmiany nie będą odczuwalne. Wprawdzie jest to krok w dobrym kierunku, jednak, biorąc pod uwagę skalę fiskalną zmian, trudno nie odczuć, że ich główny wymiar ma charakter czysto propagandowy. Podwyższenie kosztów uzyskania przychodów dla podatnika oznacza oszczędności rzędu 25 zł miesięcznie. Natomiast zmniejszenie wysokości stawki podatkowej będzie dotyczyło relatywnie niewielkiej liczby podatników.

Koniec końców zapowiadane zmiany okazują się nie wielką reformą prawa podatkowego korzystnie zmieniającą sytuację podatników, a jedynie walką o głosy wyborców.

Obowiązkowa wymiana kas fiskalnych

Wcześniej jednak, bo od maja 2019 r., przedsiębiorcy zostaną zobowiązani do wymiany tradycyjnych kas na kasy fiskalne online. Zabieg ten w założeniu ma pomóc walczyć z wyłudzeniami podatku VAT. Takie kasy będą przesyłać informacje o transakcji do Centralnego Repozytorium Kas. Dzięki temu urzędnicy nie będą mieli problemu z ustaleniem wysokości podstawy opodatkowania, kwoty podatku należnego, stawki podatku, rodzaju towaru lub usługi, a także czasu i miejsca instalacji kasy.

Podatników może natomiast zastanawiać słuszność przechowywania przez szefa Krajowej Administracji Skarbowej informacji o nich oraz przeprowadzanych transakcjach. Takie informacje będą bowiem przekazywane za pośrednictwem kas. W praktyce dane z kas będą stanowiły elektroniczne odbicie tradycyjnych paragonów.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W I kw. 2019 r. zaskoczyły nas wyniki ze sprzedaży OC

Komisja Nadzoru Finansowego niedawno podała wyniki działalności zakładów ubezpieczeń w I kw. 2019 roku. Publikacja tych danych zawsze jest oczekiwana przez osoby zainteresowane sytuacją aktualnie panującą na polskim rynku ubezpieczeniowym. Tym razem dane KNF – u mogą wzbudzać jeszcze większe zainteresowanie. Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny nieco wcześniej (na podstawie własnych kalkulacji) podał bowiem, że w I kw. 2019 r. po raz pierwszy od dawna odnotowano spadek łącznej składki przypisanej brutto z OC dla kierowców. Kwartalne informacje Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że ten spadek nie był jedyną niespodzianką dotyczącą rynku obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl postanowili wskazać inne ciekawe zmiany „komunikacyjnych” wyników ubezpieczycieli, które miały miejsce na początku 2019 r.

Składka przypisana brutto z OC rzeczywiście nieco spadła

Analizę kwartalnych informacji niedawno podanych przez KNF warto rozpocząć od potwierdzenia wniosków Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Szacunki UFG wskazywały, że roczny spadek składki przypisanej brutto z obowiązkowego OC dla kierowców wyniósł 43 mln zł (wynik dla I kw. 2019 r. względem I kw. 2018 r.). „Po sprawdzeniu rozbudowanych tabel, które publikuje Komisja Nadzoru Finansowego okazuje się, że składka przypisana brutto z OC komunikacyjnego rzeczywiście spadła w ujęciu rocznym. To sygnał potwierdzający, że obniżki składek obowiązkowych polis komunikacyjnych wpłynęły na finanse ubezpieczycieli” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Zmiany łącznej składki OC to dowód na cenową stagnację

Poniższe zestawienie przygotowane przez analityków Ubea.pl dostarcza nam szerszych informacji na temat wyników ze sprzedaży obowiązkowych polis komunikacyjnych (grupa 10 działu II ubezpieczeń). Po podsumowaniu obliczeń Komisji Nadzoru Finansowego można na przykład stwierdzić, że łączny poziom zebranej składki (w odróżnieniu od składki przypisanej brutto) nieco wzrósł w ujęciu rocznym (od I kw. 2018 r. do I kw. 2019 r.). Wzrost z 2,95 mld zł do 3,01 mld zł w skali dwunastu miesięcy trudno jednak uznać za imponujący. „To wynik bardzo daleki od dodatnich zmian, które były widoczne w czasach intensywnych podwyżek składek OC. Porównanie łącznej wartości składek OC komunikacyjnego zebranych w I kw. 2018 r. oraz I kw. 2019 r. sugeruje cenową stagnację na rynku” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Spadek świadczeń dla ofiar wypadków jest przejściowy …

W kontekście wyników krajowych ubezpieczycieli dotyczących obowiązkowych polis komunikacyjnych, największą niespodzianką wydaje się roczny spadek wartości świadczeń wypłaconych ofiarom wypadków. Od początku stycznia do końca marca 2019 roku takie świadczenia miały łączną wartość 2,19 mld zł. Oznacza to spadek o 0,05 mld zł względem I kw. 2018 r. „Warto odnotować, że ta niewielka zmiana została skompensowana przez wzrost kosztów działalności ubezpieczeniowej i pozostałych kosztów technicznych na udziale własnym (zobacz poniższa tabela)” – zauważa Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W poniższym zestawieniu uwagę zwraca również wzrost wyniku technicznego ze sprzedaży obowiązkowych polis komunikacyjnych. Ten wzrost w ujęciu rocznym (I kw. 2018 r./I kw. 2019 r.) wyniósł 0,07 mld zł. Oczywiście jest to dobry prognostyk dla ubezpieczycieli na cały bieżący rok. Trzeba jednak pamiętać, że wyniki prezentowane poniżej dotyczą tylko I kw. 2019 r. Wydaje się, że w kolejnych miesiącach bieżącego roku widoczna będzie ujemna presja na zysk techniczny ze sprzedaży OC. Taka presja może być związana przede wszystkim ze wzrostem wartości wypłat dla ofiar wypadków drogowych i malejącym lub stałym przypisem składki. Roczny spadek świadczeń wypłaconych osobom poszkodowanym (widoczny od stycznia do marca br.) to raczej tylko wyjątek potwierdzający wzrostową regułę. Ciekawą kwestią wydaje się również perspektywa ewentualnego spadku zebranych składek OC lub ustabilizowania ich łącznej wartości. „Wskazania barometru cenowego Ubea.pl sugerują, że w dwóch miesiącach drugiego kwartału 2019 r. (kwiecień – maj) na rynku był widoczny powolny trend spadkowy dotyczący składek obowiązkowych polis komunikacyjnych. Wspomniane polisy dla kierowców w maju powróciły do poziomu cenowego z lutego bieżącego roku” – przypomina Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

wyniki-ubezpieczycieli-i-kw-2019-ubea-tab-1

USA świętują Dzień Niepodległości, Trump oskarża Chiny i strefę euro za manipulację kursem

USA świętują Dzień Niepodległości, co zwykle obfituje w pokazy fajerwerków, ale dla rynków finansowych to oznacza, że zamiast huków będziemy raczej słychać cykanie świerszczy. Jeszcze wczoraj było mnóstwo powodów, by odcisnąć piętno na handlu, a jednak inwestorzy myśleli, by w spokoju dobrnąć do piątku.

Ani mieszany wydźwięk danych z USA, ani komentarze prezydenta Trumpa nie zdołały wczoraj rozbudzić zmienności, co tylko świadczy o tym, że nikt nie chce angażować się w głębsze analizy i transakcje, kiedy na następny dzień będzie nieobecny. Z perspektyw inwestorów z Europy także bezowocnym jest poświęcać czas na handel na w połowie nieobecnym rynku. Tak było w przeszłości i tak będzie dziś. Nie oznacza to oczywiście, że środowe wydarzenia są kompletnie bez znaczenia. ISM dla sektora usługowego (najważniejszego segmentu gospodarki) spadło do 55,1, mocniej niż oczekiwane 56. To wciąż wysoki poziom (o który w Eurolandzie i Chinach mogą pomarzyć), ale od miesięcy tendencja jest zniżkująca i daje podstawy, by Fed na posiedzeniu w lipcu rozważył „asekuracyjną” obniżkę stóp procentowych.

Raport ADP o zmianie zatrudnienia wskazał na przyrost miejsc pracy w czerwcu tylko o 102 tys. przy prognozie 140 tys., co podnosi negatywne ryzyko przez jutrzejszym odczytem NFP. Wreszcie dane z handlu zagranicznego za maj wskazały silniejszy przyrost deficytu d 55,5 mld USD przy skokowym wzroście deficytu z Chinami i rekordowej nierównowagi w wymianie z Meksykiem. Dane tylko utwierdzą prezydenta Trumpa, że zmiany w polityce handlowej są konieczne. Sam Trump postanowił uderzyć z innej strony i na Twitterze skrytykował Chiny i strefę euro za manipulację kursem i pompowanie pieniędzy do gospodarki, by konkurować z USA. Dla nikogo nie jest już tajemnicą, że był to kolejny atak w politykę Fed, od którego prezydent USA domaga się szybkich obniżek stóp procentowych. Ogólnie zatem otrzymaliśmy sporo powodów, które w normalnych warunkach byłby idealnym paliwem do wzrostu oczekiwań na luzowanie polityki Fed i osłabienie USD. Inwestorzy zostawiają sobie jednak reakcję na później.

Złoty dalej koczuje przy 4,24 za euro. Komunikat i konferencja Rady Polityki Pieniężnej nie pomogły rozruszać waluty. Zgodnie z oczekiwaniami RPP nie zmieniła stóp procentowych ani do takiej zmiany się nie szykuje. Rada zapoznała się z nową projekcją, według której inflacja w tym roku ma kształtować się blisko 2 proc., wzrosnąć średnio do 2,8 proc. w 2020 r., a potem spaść do 2,4 proc. w 2021 r. Innymi słowy cały czas pozostanie w granicach celu inflacyjnego NBP i prezes Glapiński powtórzył, że w jego opinii do końca 2021 r. nie będzie potrzeby zmieniać stóp procentowych. Obecny na konferencji prasowej Łukasz Hardt ma i większe obawy o dalsze przyspieszenie inflacji, ale na razie także i on nie widzi potrzeby zmiany stóp. Tym samym mamy potwierdzenie, że zarówno obóz gołębi (Glapiński), jak i jastrzębi (Hardt) preferuje neutralne nastawienie w polityce pieniężnej w bliskim horyzoncie. O tym, co będzie w przyszłym roku, nikt nie chce wyrokować. I NBP, i rynek. nawet jeśli inflacja zacznie przyspieszać, to w obliczu globalnego spowolnienia i łagodzenia polityki EBC RPP na dłużej pozostanie w pasywnym nastawieniu. Oczekujemy, że stopy procentowe pozostaną bez zmian przynajmniej do I kw. 2021 r.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja idzie na zakupy

E-commerce jest bardzo dynamicznym sektorem, nie tylko ze względu na ciągłe wzrosty jego popularności. Właściciele i menedżerowie e-sklepów muszą nieustannie śledzić trendy rynkowe i technologiczne, które mogą przyczynić się do rozwoju ich przedsiębiorstw. Także, a może przede wszystkim, w branży handlu online takie zjawiska, jak sztuczna inteligencja, personalizacja czy marketing automation to kluczowe elementy rozwoju. Firmy muszą nieustannie się zmieniać i dostosowywać do ewoluującego otoczenia konkurencyjnego.

PayU, polski operator płatności online wyszczególnił 10 trendów w e-commerce na 2019 r. Są to m.in.: rozwój sztucznej inteligencji, chatboty, personalizacja, rozwój kanałów mobilnych, marketing treści czy obsługa głosowa. Technologia zatem jest kluczowa w dalszym rozwoju branży e-commerce.

E-commerce… 4.0?

Mówienie o cyfrowej transformacji w przypadku sektora sprzedaży online jest nieco paradoksalne, ponieważ funkcjonowanie każdego e-sklepu czy platformy sprzedażowej opiera się właśnie na technologii, nawet w przypadku tych najmniejszych, „garażowych” podmiotów. Niemniej, rozwój IT sprawił, że możliwa jest optymalizacja w wielu „analogowych” obszarach każdego przedsiębiorstwa.

Co właściwie kryje się pod hasłem „cyfrowa transformacja”? W dużym uproszczeniu jest to usprawnienie procesów we wszystkich obszarach przedsiębiorstwa właśnie poprzez wykorzystanie danych cyfrowych. Technologie, które wykorzystuje się w tym zakresie to przede wszystkim sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe, Internet rzeczy, cloud computing, ale także automatyzacja procesów. Jest tu zatem duże pole do zagospodarowania przez sektor e-commerce.

Naucz swojego robota

„Machine learning”, czyli uczenie maszynowe to procesy, które coraz powszechniej stosuje się w wielu obszarach przedsiębiorstw różnych branż. Świetnym przykładem wykorzystania tej technologii jest popularna aplikacja Google Translate, która nieustannie poprawia jakość swoich tłumaczeń wraz z liczbą wykonywanych operacji przez użytkowników. Uczenie maszynowe świetnie sprawdza się także w działaniach marketingowych w e-commerce. Specjalne algorytmy potrafią coraz trafniej i skuteczniej wykorzystywać duże ilości danych, jakie zostawiamy po sobie korzystając z Internetu. Są to informacje dotyczące odwiedzanych stron, poszukiwań danych produktów, a także tego w jakich porach dnia czy z jakich rejonów kraju najczęściej robimy zakupy czy w którym momencie zostawiamy wirtualny koszyk na stronie nie finalizując transakcji.

Informacje te pozwalają lepiej dostosować treści marketingowe do oczekiwań potencjalnych klientów. Machine learning w e-commerce pozwala także lepiej zaplanować działania marketingowe i reklamowe. Uczenie maszynowe wspiera także rozwój chatbotów, wirtualnych asystentów, a także optymalizować wyniki wyszukiwań produktów przez użytkownika.

Inteligentne rekomendacje zakupowe

Sztuczna inteligencja jest coraz powszechniejszym zjawiskiem w biznesie. Według badań Salesforce „The AI Revolution”, już w 2017 r., aż 80% działów sprzedaży uważało, że sztuczna inteligencja (AI) pozytywnie wpływa na efektywność pracy przedstawicieli handlowych, a 74% odnotowało lepsze wyniki. 58% badanych konsumentów zauważyło pozytywne zmiany związane z użyciem przez firmy technologii AI, 55% z nich oczekiwało personalizacji oferty.

Ciekawym przykładem zastosowania sztucznej inteligencji jest algorytm TMV (Tradus Market Value) wykorzystywany przez firmę Tradus. Tradus to globalna platforma internetowa kupna–sprzedaży używanego maszyn ciężkich i pojazdów użytkowych – samochodów ciężarowych, maszyn budowlanych i rolniczych. Algorytm ten określa rynkową wartość wystawionego pojazdu w czasie rzeczywistym.

„Algorytm TMV opiera się on na analizie szerokiego wachlarza danych, takich jak marka, model pojazdu, rok produkcji, przebieg, pochodzenie czy bardzo szczegółowe dane techniczne. Algorytm korzysta z danych rynkowych, z milionów innych ogłoszeń oraz danych historycznych. Modele predykcyjne uczą się w czasie rzeczywistym, a ich szacunki osiągają dokładność do 1 tys. EUR. System pokazuje, czy proponowana przez sprzedającego cena jest rynkowa, czy przekracza realną wartość pojazdu lub czy jest korzystna.” – mówi Szymon Wantuch, inżynier ds. danych w firmie Tradus. „Sugeruje on również kupującemu kwotę, którą można realnie starać się utargować ze sprzedającym. Rekomendacje tego typu to prawdziwa rewolucja na rynku sprzętów z drugiej ręki, gdzie zrozumienie, czy sugerowana cena jest „uczciwa” było to tej pory wyraźną trudnością. Z tym algorytmem nabywcy dostają szansę pozyskania nowych terytoriów i wzmocnienia pewności siebie podczas nawiązania kontaktu ze sprzedającymi z zagranicy i negocjacji cen” – dodaje Szymon Wantuch.

Technologia rozwija się w coraz szybszym tempie, a obszary i sposoby jej zastosowania są nieograniczone. Branża e-commerce jest jednym z wielu przykładów pokazujących w jaki sposób można kreatywnie podejść do stosowania takich rozwiązań, jak uczenie maszynowe czy sztuczna inteligencja.

5 na 10 firmowych urządzeń IoT ma luki w zabezpieczeniach

Każde urządzenie znajdujące się w firmie, niezależnie czy jest to zamek na kartę magnetyczną, inteligentny włącznik światła czy bezprzewodowa drukarka, może być wektorem wejścia dla cyberprzestępcy. Testy przeprowadzone przez TestArmy CyberForces pokazały, że aż 5 na 10 popularnych sprzętów IoT ma dziury w systemach bezpieczeństwa.

Zgodnie z szacunkami IDC, w 2019 roku światowe wydatki na Internet Rzeczy mają wynieść 745 mld dolarów, czyli o 15,4 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Jednocześnie na zabezpieczanie inteligentnych urządzeń nadal przeznaczany jest zaledwie ułamek tej kwoty (1,5 mld dolarów w 2018 roku). Trudno się więc dziwić, że blisko 20% organizacji w ciągu ostatnich trzech lat zaobserwowało przynajmniej jeden atak oparty na IoT (raport Gartner: „Forecast: IoT Security, Worldwide, 2018”), a Internet Rzeczy niezmiennie uznawany jest za jeden z najbardziej zagrożonych sektorów technologii.

Dobry firewall czy monitoring infrastruktury sieciowej to obecnie zbyt mało, aby mówić o efektywnej ochronie przed cyberzagrożeniami. Jeżeli firma chce korzystać z inteligentnych urządzeń, a przy tym eliminować ryzyko skutecznie przeprowadzanych cyberataków, konieczna jest dokładna analiza wszystkich wykorzystywanych przez nią systemów, zarówno tych fizycznych, jak i wirtualnych – mówi Szymon Chruścicki, ekspert z firmy TestArmy CyberForces, która przebadała popularne urządzenia IoT pod kątem ich podatności na cyberwłamanie.

Połowa urządzeń IoT ma luki w systemach bezpieczeństwa. W tym drukarka prezesa znanej firmy

Aby udowodnić ryzyko związane z korzystaniem z nieodpowiednio zabezpieczonych urządzeń podłączanych do sieci, eksperci z TestArmy CyberForces przeprowadzili dwa testy penetracyjne. W pierwszym zbadali poziom zabezpieczeń popularnych sprzętów IoT dostępnych w sklepach. W drugim podjęli próbę włamania się do systemu znanej korporacji obracającej setkami tysięcy danych osobowych pochodzących ze zgód marketingowych. Wyniki obu testów dały do myślenia:

Połowa przebadanych urządzeń IoT posiada luki w systemach bezpieczeństwa

Pod lupą ekspertów od cyberbezpieczeństwa znalazły się popularne urządzenia wykorzystywane w smart firmach i smart domach – m.in. inteligentne przełączniki i włączniki światła, inteligentne żarówki, programowalne termostaty, słuchawki czy lampki na USB. Okazało się, że aż 5 na 10 z przetestowanych urządzeń IoT posiadało dziury w oprogramowaniu. Złamanie systemu i dostanie się do sieci bezprzewodowej, do której były podłączone, zajmowało ekspertom nie więcej niż kilkadziesiąt minut (ok. 30 minut w przypadku najtańszych urządzeń).

Drukarka otwiera dostęp do wrażliwych danych i… gabinetu prezesa

Każda firma wyposażona w urządzenia podłączane do sieci narażona jest na atak cyberprzestępcy, szczególnie gdy korzysta z niezweryfikowanych pod kątem bezpieczeństwa sprzętów. Do takiej sytuacji doszło w jednej ze znanych na rynku korporacji, zajmującej się przetwarzaniem wrażliwych danych osobowych pochodzących ze zgód marketingowych.

Podczas zaplanowanych testów infrastruktury bezpieczeństwa eksperci z TestArmy CyberForces odkryli, że firmowy system posiada lukę pozwalającą na uzyskanie zdalnego połączenia z bezprzewodową, zintegrowaną z laptopami pracowników drukarką. Odkryli też możliwość podłączenia się do firmowych kamer bezpieczeństwa, sterowania nimi, a nawet odbierania obrazu “na żywo”. Po podejrzeniu wprowadzanych przez pracowników 6-cio cyfrowych kodów do zamków magnetycznych, przeprowadzili więc udany atak socjotechniczny. Po godzinach pracy, posługując się uzyskanymi kodami, weszli do biura, zostawiając tajemniczą kartkę i wizytówkę.

Zawsze wychodzę z firmy jako ostatni, więc byłem mocno zdziwiony, gdy rano zobaczyłem na biurku kartkę z informacją, że “test socjotechniczny firmy został ukończony” oraz wizytówkę do eksperta od cyberbezpieczeństwa. Po nawiązaniu kontaktu wyszło, że cała sytuacja była prowokacją, a jej celem ukazanie katastrofalnych konsekwencji, do których mogłoby dojść, gdyby luka w systemach bezpieczeństwa nie została wykryta i załatana. Przypomnę, że nasza firma operuje wrażliwymi danymi osobowymi. Nie możemy pozwolić sobie na naukę na błędach. Dlatego na bieżąco śledzimy sytuację, wychwytujemy wszystkie potencjalne czynniki zagrażające cyfrowemu bezpieczeństwu i odpowiednio szybko na nie reagujemy – mówi Konrad, prezes zaatakowanej spółki (imię zostało zmienione).

Jakie jeszcze urządzenia IoT mogą zawieść? Zobaczmy najprostsze i najtańsze czytniki kart magnetycznych, które mają chronić pomieszczenia przed dostępem osób nieupoważnionych. Choć wydają się bezpieczne, tak naprawdę są bardzo łatwe do złamania. Karty magnetyczne posiadają swoje ID, najczęściej nadrukowywane na ich wierzchniej części. Wystarczy więc aparat fotograficzny z dobrym zoomem lub bezpośredni kontakt z posiadaczem, aby poznać numer i zakodować go na własnej karcie, zyskując dostęp do chronionej przestrzeni.

Oczywiście, bardziej zaawansowane karty posiadają wewnętrzny mikroprocesor, a sklonowanie sygnału otwierającego zamek wymaga umiejętności technicznych. Niemniej koszt całego przedsięwzięcia to ok. 30 zł. Wystarczy bowiem zakupić moduł WiFi oparty na chipie ESP8266 (ok. 12 zł), odpowiednio go zaprogramować i podpiąć pod niego moduł czytnika kart RFID (ok. 15 zł). Poza tym urządzenie musi znajdować się blisko czytnika, co nie jest trudne, bo jest tylko trochę większe od pendrive i można je dodatkowo spłaszczyć. – Zasięg przesyłania sklonowanego sygnału w przestrzeni biurowej wynosi ok. 20 m, więc wystarczy przejść się po klatce schodowej, aby urządzenie bezprzewodowo odczytało numery kart należących do osób przebywających w biurze – tłumaczy Sebastian Gilon, twórca takich urządzeń, ekspert ds. cybersecurity w TestArmy CyberForces.

Nieodpowiednio zabezpieczonych urządzeń IoT na rynku jest mnóstwo. Nie ucichła jeszcze afera po tym, jak ujawniono, że australijskie smart watche TicTocTrac oraz inteligentne zegarki Enox z Islandii posiadają luki w oprogramowaniu pozwalające cyberprzestępcom na śledzenie używających ich dzieci. Nie zapominając o dużej aferze ostatnich lat, kiedy lalka My Friend Cayla od Genesis Toys została wycofana z rynku niemieckiego po tym, jak okazało się, że zabawka bez wiedzy innych nagrywała i transmitowała rozmowy.

IoT to wielkie zagrożenie, ale jeszcze większy potencjał – o ile kwestie bezpieczeństwa tych urządzeń będą traktowane priorytetowo.

Źródło: TestArmy CyberForces

6 na 10 Ukraińców uważa migrację zarobkową za bardzo ważny problem

Migracja zarobkowa i spowodowane nią zmiany w populacji Ukrainy stanowią jedno z kluczowych wyzwań dla 61% mieszkańców kraju – wynika z badań przeprowadzonych przez Ukraiński Instytut Badań Społecznych i Grupę Socjologiczną „Raiting”.  Jednocześnie wśród najważniejszych problemów Ukraińcy wymieniają dostępność miejsc pracy i bezrobocie oraz poziom płac i emerytur. Jak wskazują eksperci Personnel Service liczba Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce utrzymuje się na stałym poziomie, więc problem migracji zarobkowej w kraju naszych wschodnich sąsiadów może przybierać na sile.

Problemy na rynku pracy wywołujące największy niepokój wśród Ukraińców to przede wszystkim płace i emerytury, na które wskazało aż 83% respondentów badania. Ponad trzy czwarte za bardzo ważny problem uznało dostępność miejsc pracy i bezrobocie (75,6%), a niemal dwie trzecie aktualną wysokość podatków i innych opłat (66%). Kolejną kwestią, istotną dla 6 na 10 mieszkańców Ukrainy, są masowe migracje zarobkowe, które drenują rynek pracy przede wszystkim z młodych i najbardziej przedsiębiorczych obywateli.

Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy

– Obserwujemy sytuację na ukraińskim rynku pracy i widzimy wyraźnie, że zainteresowanie pracą za granicą wśród Ukraińców nie ustaje. Tylko w naszej firmie mamy cały czas około 2 tys. Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce, a pamiętajmy, że coraz więcej naszych wschodnich sąsiadów zasila czeski, węgierski czy słowacki rynek pracy. Migracja może przybrać na sile po osłabieniu barier zatrudnienia w Niemczech. Wyjadą nie tylko specjaliści, ale także słabiej wykwalifikowani pracownicy, którzy decydując się na pracę w szarej strefie będą próbowali poznać rynek i nauczyć się języka mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Praca i opieka tuż za wojną

Z ukraińskiego badania wynika także, że najbardziej palący problem dla Ukraińców stanowi przede wszystkim to, co związane z wojną toczącą się na wschodzie kraju. Aż 88% respondentów badania stwierdziło, że zaprzestanie walk w Donbasie jest bardzo ważnym wyzwaniem, a 84% powiedziało tak o powrocie ukraińskich jeńców wojennych i osób zatrzymanych. Podobna liczba zapytanych postrzega reintegrację Donbasu jako ważny problem społeczny. Ukraińcy narzekają też na ochronę socjalną i zdrowotną – te kwestie wzbudzają niepokój wśród trzech czwartych naszych wschodnich sąsiadów.

Wojna i problemy ukraińskiego rynku pracy są ze sobą powiązane. Trudna sytuacja w kraju wywołała spadek zarobków i zamknięcie wielu miejsc pracy. Jak wskazują eksperci Personnel Service, w obszarze konfliktu na Ukrainie zamkniętych zostało np. wiele restauracji, niedużych instytucji usługowych, a te które zostały musiały znacząco obniżyć pensje. W efekcie źródło utrzymania straciło dużo osób, w tym także dobrych specjalistów w swoich zawodach, np. kucharzy czy fryzjerów. By ratować swoją sytuację finansową zdecydowali się na wyjazd do Polski.

Jednak nie tylko zarobki przyciągają sąsiadów ze wschodu – stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza jest dla Ukraińców jednym z ważnych powodów wyboru Polski jako miejsca emigracji zarobkowej. Wskazuje na to 12,5% naszych wschodnich sąsiadów przyjeżdżających do nas do pracy, zapytanych w ramach „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018”.

METODOLOGIA

Badanie zostało przeprowadzone przez Ukraiński Instytut Badań Społecznych i Grupę Socjologiczną „Raiting” dniach 30 kwietnia – 10 maja 2019 r. na Ukrainie, metodą wywiadów bezpośrednich. W badaniu wzięło udział 3 tys. respondentów.

ŹRÓDŁO: http://ratinggroup.ua/en/research/ukraine/ukraina_segodnya_vyzovy_i_perspektivy.html

400 tys. cudzoziemców z ważnymi zezwoleniami na pobyt

Liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy w Polsce osiągnęła 400 tys. osób. Prawie 50 proc. tej grupy stanowią obywatele Ukrainy. Większość obcokrajowców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą.

W ciągu dwóch lat populacja cudzoziemców posiadających prawo długoterminowego pobytu w Polsce wzrosła o 100 tys. osób. W dziesiątce najliczniej reprezentowanych państw pochodzenia znajdują się obecnie: Ukraina – 199 tys. osób, Białoruś – 23 tys., Niemcy – 21,3 tys., Rosja – 12,2 tys., Wietnam – 12,1 tys., Indie – 9,6 tys., Chiny – 8,7 tys., Włochy – 8,4 tys., Wielka Brytania – 6 tys. oraz Hiszpania – 5,8 tys.

Największy wzrost w ostatnich dwóch latach dotyczył obywateli Ukrainy – o 72 tys. osób, a także Białorusi – o 9,5 tys., Indii – o 3,9 tys. oraz Gruzji – o 2,7 tys. Najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 76 tys. oraz stały – o 18 tys.

Najbardziej popularnymi regionami wśród cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt są województwa: mazowieckie – 116,9 tys. osób, małopolskie – 40,5 tys., dolnośląskie – 32,2 tys., wielkopolskie – 31,7 tys. oraz śląskie – 23,8 tys.

Prawie 56 proc. cudzoziemców to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, ok. 31 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 10 proc. poniżej 20. roku życia. Przeważają mężczyźni – 246,6 tys. osób (61 proc.), w porównaniu do 153,7 tys. kobiet.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Najczęściej jest to karta pobytu lub dokumenty wydawane obywatelom państw Unii Europejskiej.

Wśród najpopularniejszych typów dokumentów posiadanych przez obcokrajowców dominują zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – 56 proc., na pobyt stały – 18,5 proc. oraz zarejestrowany pobyt obywatela UE – 18 proc.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Kserokopia dowodu osobistego nie oznacza więzienia

W połowie lipca wchodzi w życie ustawa o dokumentach publicznych, która ogranicza możliwość kopiowania dokumentów osobistych. Wbrew obiegowej opinii, ustawa nie wprowadza kary więzienia za wykonywanie kopii dokumentów przez fintechy czy serwisy carsharingowe – wyjaśnia Tomasz Klecor z kancelarii prawnej Legal Geek.

Nowe przepisy dotyczą posługiwania się, przechowywania lub wytwarzania tzw. replik dokumentów. I kluczowe jest tu dobre zrozumienie terminu “replika”.

Banki nadal mogą kopiować dokumenty

Banki, instytucje płatnicze czy nawet giełdy kryptowalut będą mogły nadal wykonywać kopie całych dokumentów tożsamości. Pozwalają im na to przepisy ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, tzw. ustawy AML.

Ustawa o dokumentach publicznych nie ma zastosowania do kopii tworzonych w oparciu o inne przepisy, takie jak ustawa AML. Co więcej, praktyka kontroli prowadzonych przez Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Komisję Nadzoru Finansowego pokazuje, że podmioty rynku finansowego zobligowane do przeciwdziałania praniu pieniędzy nie tylko mogą, ale wręcz muszą sporządzać kserokopie dokumentów tożsamości, aby wykazać prawidłowe realizowanie obowiązków ustawowych. W przypadku kopii sporządzonych w oparciu o przepisy ustawy AML – instytucja obowiązana (bank, instytucja płatnicza czy giełda kryptowalut) może wykonać kopię 1:1.

Ustawa AML jest stosunkowo bezwzględna – w przypadku fintechów działających online żądanie kopii (skanów) dokumentów tożsamości jest w zasadzie jedynym sposobem skutecznego stosowania tzw. środków bezpieczeństwa finansowego. Polska nie jest w tym przypadku wyjątkiem – również zagraniczne fintechy z państw o długiej tradycji ochrony prywatności (np. brytyjski Revolut) żądają wykonywania kopii dokumentów tożsamości właśnie w celu realizacji obowiązków AML.

AML pozwala na wykonywanie kopii dokumentów tożsamości również przez inne instytucje obowiązane, np. biura rachunkowe, pośredników nieruchomości czy podmioty udostępniające tzw. wirtualne biura.

Replika a kserokopia – czym się różnią?

Nawet jeśli dany podmiot nie jest instytucją obowiązaną w rozumieniu ustawy AML – jak np. firma telekomunikacyjna – to nadal może sporządzić ksero dokumentu, o ile kserokopia nie będzie repliką w rozumieniu ustawy. Za replikę nie można uznać ksera, które w sposób wyraźny pozbawione jest cech autentyczności, np. zawiera wyraźny napis KOPIA czy pozbawione zostało części informacji zawartych na dokumencie.

Telekomy powszechnie stosują specjalne „koszulki” do kserowania dokumentów osobistych, które zasłaniają np. zdjęcie i informacje, które nie są niezbędne danemu podmiotowi. W przypadku takiej kserokopii ciężko mówić o autentyczności. Podobnie w przypadku opisanych odpowiednio kserokopii czarno-białych.

Przeskalowana kopia nie jest repliką

Jeśli na pierwszy rzut oka widać, iż dana kopia nie jest autentyczna, nie ma mowy o replice. Sporządzenie takiej kopii jest dozwolone. Co więcej, zgodnie z przepisami ustawy o dokumentach publicznych, repliką jest kopia sporządzona w skali od 75% do 120% oryginału. Kopia dokumentu, nawet nieopisana, ale będąca np. dwukrotnym powiększeniem oryginału, nie będzie repliką i ustawa nie ma do niej zastosowania.

W praktyce większość kserokopii sporządzanych w obrocie gospodarczym – np. przez pracodawców na potrzeby akt osobowych czy przedsiębiorców, z którymi konsumenci zawierają umowy (np. telekomy) – już dziś sporządzana jest w taki sposób, iż nie stanowi replik w rozumieniu przepisów o dokumentach publicznych.

Kopii dokumentów żądają od klientów również serwisy carsharingowe czy aplikacje do wypożyczenia hulajnogi. Po wdrożeniu odpowiednich mechanizmów zapisywania takich kopii nie ma przeciwwskazań, aby żądały tego dalej.

Podsumowując, jeśli przedsiębiorca zadba o to, aby kserokopia pozbawiona była cech autentyczności, a co więcej wykona ją w istotnym powiększeniu, jako czarno-białą i wyraźnie opisze jako KOPIA – nie ma podstaw do obawiania się sankcji karnych, które wejdą w życie 12 lipca 2019 r.

Tomasz Klecor, partner zarządzający kancelarią prawną Legal Geek

Maleją wpływy z abonamentu RTV. W dziesięciu woj. zebrano mniej środków niż w zeszłym roku

Jak wynika z danych KRRiT, w pierwszym kwartale 2019 roku zainkasowane wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę wyniosły ponad 340 mln złotych. W analogicznym okresie ub. roku była to kwota blisko 352 mln zł. Na rachunek Rady wpłynęło odpowiednio 319 i 330 mln zł. Pozostałą część stanowiła prowizja Poczty Polskiej. Najwięcej środków przekazali mieszkańcy woj. mazowieckiego (60,264 mln zł), śląskiego (51,619 mln zł) oraz wielkopolskiego (34,579 mln zł). Na końcu zestawienia znajduje się świętokrzyskie (7,008 mln zł). Przed nim jest podkarpackie (8,326 mln zł) oraz podlaskie (8,356 mln zł). Warto też dodać, że w dziesięciu województwach zebrano mniej pieniędzy niż rok wcześniej.

Na zainkasowaną w pierwszym kwartale kwotę 340,693 mln zł złożyły się wpływy z tytułu abonamentu (337,777 mln zł), odsetki za zwłokę (482 tys.) oraz opłaty za używanie niezarejestrowanych odbiorników (2,434 mln zł). Po uwzględnieniu prowizji Poczty Polskiej (21,512 mln zł), na rachunek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wpłynęło 319,180 mln zł. Jak informuje Teresa Brykczyńska, rzecznik prasowy KRRiT, na początku 2018 roku kwota była wyższa o 11,133 mln zł. Suma 351,826 mln zł została uzyskana z wpływów z tytułu abonamentu (347,693 mln zł), odsetek za zwłokę (2,516 mln zł) oraz opłat za używanie niezarejestrowanych odbiorników (1,616 mln zł). Ostatecznie na koncie Rady pojawiło się kwota 330,005 mln zł, już pomniejszona o prowizję Poczty Polskiej.

– Ponad 11 mln zł różnicy to nie jest gigantyczna kwota dla funkcjonowania mediów publicznych. Jeśli jednak tę sumę odniesiemy tylko do radia publicznego, to stanowi ona już istotną część jego budżetu. Sądziłem, że wpływy wzrosną, głównie ze względu na coraz lepszą sytuację finansową gospodarstw domowych. Ponadto mamy boom mieszkaniowy, co też sugerowałoby zwiększenie płatności abonamentowych. Jest więc zasadnicze wytłumaczenie tej sytuacji. Mamy do czynienia z dziurawym system poboru abonamentu – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jak przekonuje prof. UW dr hab. Tadeusz Kowalski z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii, bogacenie się społeczeństwa ma znikomy wpływ na opłacanie tego typu abonamentu. Niespełna 23 zł miesięcznie jest wydatkiem marginalnym dla gospodarstwa domowego, nie tak odczuwalnym jak np. płatność za telewizję kablową. Z kolei Marek Zuber zaznacza, że sporo osób, zwłaszcza młodych, rezygnuje z korzystania z tradycyjnych mediów, szczególnie z posiadania odbiornika telewizyjnego. I dodaje, że przyczynia się do tego rozwój Internetu.

– Kiedy ludzie wprowadzają się do nowego mieszkania, to często zgłasza się do nich operator kablowy, który oferuje im np. telewizyjno-internetowy pakiet. Po podpisaniu umowy, zazwyczaj nikomu nie przychodzi do głowy, że trzeba jeszcze płacić abonament RTV. Nadawcy kablowi często o tym nie przypominają, bo to nie jest w ich interesie – dodaje prof. Kowalski, do 2015 roku członek Rady Nadzorczej TVP.

W porównaniu z początkiem ubiegłego roku, nie zaszły zmiany w czołówce województw, które przyniosły największe wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę. Jak wskazuje Teresa Brykczyńska, listę otwierają mazowieckie (spadek z 64,463 do 60,264 mln zł), śląskie (z 56,421 do 51,619 mln zł) oraz wielkopolskie (wzrost z 32,844 do 34,579 mln zł). Na drugim krańcu znajduje się świętokrzyskie (z 7,552 do 7,008 mln zł). Nieco lepiej wypada podkarpackie (z 9,210 do 8,326 mln zł) oraz podlaskie (z 8,751 do 8,356 mln zł). Rok wcześniej ostatnie było świętokrzyskie, a przed nim – podlaskie i lubuskie (9,209 mln zł – I kw. 2018 roku, 9,407 mln zł – I kw. 2019 roku).

– Te dane mają związek z liczbą gospodarstw domowych. W samej Warszawie mamy ponad 2 miliony mieszkańców, więc siłą rzeczy te wpływy muszą być spore, nawet jeśli jakaś część osób nie płaci. Najmniej środków trafia z prorządowych województw, czyli podkarpackiego, świętokrzyskiego i podlaskiego. Wnioskuję, że tam ludzie są podatni na propagandę mediów publicznych, ale przekazywane kwoty wynikają z mniejszego potencjału ludnościowego – stwierdza prof. Kowalski.

W analizowanym okresie zainkasowano większe wpływy abonamentowe i odsetki za zwłokę w sześciu województwach. Czołówkę tej listy tworzą woj. wielkopolskie (wzrost o 1,734 mln zł), łódzkie (621 tys. zł) oraz pomorskie (558 tys. zł). Natomiast spadki odnotowano w 10 województwach, przy czym największe nastąpiły w śląskim (o 4,801 mln zł), mazowieckim (o 4,198 mln zł) oraz małopolskim (o 1,408 mln zł).

– Prawdopodobnie jest to w poważnym stopniu związane z aktywnością oddziałów Poczty Polskiej. Nie sądzę, żeby Wielkopolska nagle zakochała się w mediach publicznych, bo wszystkie wyniki wyborów pokazują, że nie akceptuje tego, co się w nich dzieje. Ponadto ten region kojarzy się z solidnością. Być może ludzie spełniają tam obowiązki bez względu na osobiste odczucia – mówi profesor z Wydziału Dziennikarstwa Informacji i Bibliologii.

Natomiast Marek Zuber podkreśla, że jeżeli wzrost zamożności społeczeństwa nie spowodował zwiększonych wpływów z abonamentu, to mamy dwie możliwości. Pierwszą jest zaostrzenie poboru. Jednak listonosze, którzy się tym zajmują, już odczuwają dyskomfort związany z dodatkowymi obowiązkami. Drugą opcją jest likwidacja abonamentu i finansowanie mediów publicznych z budżetu państwa, co już odbywało się w formie wsparcia dla radia i telewizji. Być może ten krok byłby związany z podniesieniem istniejącego lub wprowadzeniem nowego podatku.

Konflikt Chin i USA – co może zyskać Polska jako element geostrategicznej gry?

Niewiele ponad 200 lat temu nikt nie przypuszczał, że Stany Zjednoczone staną się światową potęgą i to już na początku XX wieku. Tak samo w 1970 roku nie zakładano, że Chiny w ciągu czterech dekad staną się ich największą konkurencją. Osłabienie wyraźnego prymatu gospodarczego i politycznego na rzecz Państwa Środka umknęło samym USA. Zbyt późno zaobserwowano to zjawisko i dlatego rozpoczęły się bezwzględne negocjacje między rządem amerykańskim a Chinami – mające na celu ustalenie pewnego kompromisu na drodze do hegemonii. Można powiedzieć, że zawierany jest kruchy, czasowy rozejm – a wyścig gospodarczo-militarny będzie trwał nieprzerwanie w tle. Jeśli nie doprowadzi do uznania przez oba kraje przewagi jednego nad drugim, może zakończyć się wojną.

– W tym samym czasie państwa zajmujące wcześniej pozycję imperiów stają się elementami gry geostrategicznej. Wykorzystuje się lokalne konflikty, aby tworzyć doraźne sojusze, które mają zapewnić przynajmniej czasową przewagę – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Jeśli chodzi o Polskę, to najdalej idącą propozycją, jaką otrzymano ze strony Chin było ulokowanie tu końcówki Jedwabnego Szlaku – przeznaczając na to miliardy dolarów. Nie została ona jednak wykorzystana, dlatego przyjęto wyłącznie opcję stacjonowania wojsk amerykańskich w naszym kraju. Odbyło się to bez próby ważenia intencji zainteresowanych z różnych części świata. Polska jest istotna dla wielu krajów – oprócz Stanów Zjednoczonych i Chin – także dla sąsiednich państw w ramach Unii Europejskiej. Dyplomacja na najwyższym światowym poziomie pozwoliłaby na skorzystanie z zainteresowania nie tylko jednego z nich. Można byłoby uzyskać znaczące korzyści od każdej ze stron, pozostawiając interes narodowy jako nadrzędny dla tej dyplomatycznej gry, jaka powinna być w tym momencie prowadzona – podsumował Sadowski.

W. Orłowski: Wprowadzenie euro w Polsce nie musi oznaczać wzrostu cen. Pozostawanie poza Eurolandem może zepchnąć nasz kraj na margines UE

W. Orłowski: Wprowadzenie euro w Polsce nie musi oznaczać wzrostu cen. Pozostawanie poza Eurolandem może zepchnąć nasz kraj na margines UE 1

Analiza sytuacji po wprowadzeniu euro w czterech podobnych do Polski państwach Europy Środkowo-Wschodniej pokazuje, że przystąpienie do unii walutowej nie musi się wiązać ani ze wzrostem cen, ani z utratą wpływów. Przeciwnie, zdaniem prof. Witolda Orłowskiego, współautora raportu „Jak żyć z euro? Doświadczenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej”, to pozostawanie poza strefą wspólnej waluty skazuje nasz kraj na marginalizację.

– Główny problem ze strefą euro polega na tym, że to już nie jest wybór ekonomiczny, tylko bardziej polityczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Witold Orłowski, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula. – Ponad 80 proc. Polaków chce, żeby Polska była w Unii. Otóż strefa euro to nie jest jakiś dodany kwiatek. Używanie euro zaczyna być widziane przez większość krajów unijnych i instytucje unijne jako po prostu uczestnictwo w Unii Europejskiej. Kto chce być w Unii Europejskiej, musi uczestniczyć w tym projekcie, zwłaszcza że jest to projekt korzystny dla krajów, które oczywiście umieją sobie dobrze radzić.

Z 28 krajów tworzących obecnie Unię Europejską tylko dziewięć pozostaje poza Eurolandem. Największy z nich – Wielka Brytania – ma w tym roku opuścić wspólnotę. Kolejne trzy – Bułgaria, Rumunia i Chorwacja – zadeklarowały chęć przyjęcia euro i możliwe, że pierwsze z tych trzech państw zrobi to już w 2022 roku. Po ich akcesji strefę euro tworzyć będą 22 kraje, a członków Unii z własną walutą zostanie zaledwie pięciu. Wśród nich Polska, Czechy i Węgry oraz siłą rzeczy mające inną pozycję przetargową Szwecja i Dania.

– Obawa jest taka, że kraj, który nie będzie miał euro, będzie coraz mniej znaczyć w Unii Europejskiej, nie będzie miał głosu w najważniejszych decyzjach, choćby dotyczących tego, jak ma wyglądać budżet UE – wyjaśnia prof. Witold Orłowski. – Możemy stanąć przed wyborem: albo chcemy być w środku Unii, albo zostaniemy na zewnątrz, co się określa czasem mianem polexitu, chociaż formalnie nie musi oznaczać wystąpienia z UE. Większości politykom w Polsce wydaje się, że możliwe jest bycie cały czas w przedpokoju, ale bardzo prawdopodobne, że ten okres się po prostu skończy i trzeba wybrać.

Z przeanalizowanej w raporcie uczelni Vistula „Jak żyć z euro? Doświadczenia krajów Europy Środkowo-Wschodniej” historii Słowacji i krajów bałtyckich, które przyjmowały euro w latach 2009–2015, wynika, że wstąpienie do unii walutowej ani nie zahamowało rozwoju tych gospodarek, ani nie wpłynęło na wzrost cen. Zdecydowana większość obywateli tych krajów jest zadowolona z posiadania wspólnej europejskiej waluty. W przypadku Słowacji tempo wzrostu cen po przyjęciu euro okazało się znacznie niższe niż w przypadku średniej z Polski, Czech i Węgier, przede wszystkim dzięki temu, że po wprowadzeniu euro Słowacja uniknęła gwałtownego podrożenia towarów importowanych. W całym okresie od wprowadzenia euro do 2017 roku ceny na Słowacji wzrosły łącznie o 12 proc., a w krajach przeciętnie o 18 proc.

– Ludzie się boją euro i wzrostu cen. Jest na to odpowiedź: dobrze się przygotujmy, a żadnego wzrostu cen nie będzie, tylko korzyści – uspokaja rektor Akademii Vistula. – Ważne jest rozproszenie obaw, czasem nieprawdziwych, które są wmawianie Polakom, że wzrost cen po wprowadzeniu euro musi mieć miejsce i będzie katastroficznych rozmiarów.

Jak argumentują autorzy raportu, ceny większości towarów przemysłowych i porównywalnych towarów żywnościowych już obecnie nie są bardzo zróżnicowane na terenie UE, inaczej niż ceny usług. W czterech badanych krajach po wprowadzeniu euro nie nastąpiło znaczące zbliżenie przeciętnego poziomu cen do niemieckiego. Wyjątkiem jest Estonia, w której poziom cen wzrósł z 65 do 71 proc. poziomu niemieckiego, głównie dzięki szybko rosnącym wraz ze wzrostem dochodów cenom usług. Na Słowacji od momentu wprowadzenia wspólnej waluty poziom cen obniżył się z 65 do 61 proc. poziomu niemieckiego. W tym samym czasie w krajach EŚW-3 (Polska, Czechy, Węgry) spadł on z 64 proc. do 59 proc. poziomu niemieckiego. Na Litwie poziom cen od momentu wprowadzenia euro wzrósł z 57 do 58 proc., a na Łotwie obniżył się z 65 do 64 proc. poziomu niemieckiego.

– Rzeczywiście w krajach Europy Zachodniej, które się nie spodziewały tego, że przy dobrej gospodarce może być coś takiego jak zaokrąglanie cen, rzeczywiście ceny wzrosły, nie tak bardzo jak się mówi, ale o 1–2 proc. – przyznaje prof. Witold Orłowski. – Natomiast kraje naszego regionu, które wprowadziły euro, często biedniejsze od Polski, wyszły na tym bardzo dobrze i nie dopuściły do wzrostu cen. Najlepszym przykładem jest Słowacja, która od momentu przyjęcia wspólnej waluty do dzisiaj rozwijała się w takim samym tempie jak Polska. Dzisiaj 80 proc. Słowaków mówi, że są zadowoleni z tego, że kraj ma euro.

Ubezpieczenie crime może uchronić firmę przed błędem albo oszustwem pracownika. W Polsce rynek takich polis jest jednak marginalny

Ubezpieczenie crime może uchronić firmę przed błędem albo oszustwem pracownika. W Polsce rynek takich polis jest jednak marginalny 2

Ubezpieczenie crime zabezpiecza firmę zarówno od wyłudzeń, kradzieży i innych przestępstw ze strony pracowników, jak i przed stratami wynikającymi z ich niefrasobliwości czy niewiedzy, np. w sytuacji, gdy ktoś otworzył załącznik do e-maila ze złośliwym oprogramowaniem. To dla firm istotny obszar, bo – jak wynika z badań KPMG i EY – właśnie czynnik ludzki jest najsłabszym ogniwem systemów zabezpieczeń. W Polsce rynek ubezpieczeń crime jest jeszcze słabo rozwinięty. Ekspert Marsh Polska podkreśla, że taka polisa może uchronić firmę przed milionowymi stratami, ale leży też w interesie samych menadżerów i kadry zarządzającej.  ​ 

Rynek ubezpieczeń crime w Polsce jest stosunkowo nieduży. Aktualnie na polskim rynku tylko jedno towarzystwo ubezpieczeniowe oferuje takie polisy. Zdecydowanie większe możliwości znalezienia oferty są na rynkach zagranicznych. Obserwujemy, że świadomość tego ryzyka jest nadal na stosunkowo niskim poziomie, co przekłada się na liczbę zawartych polis – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Golewski, broker specjalista w dziale FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) w Marsh Polska. – Ubezpieczenie crime do tej pory traktowane było jako dodatkowy element ochrony do takich polis jak ubezpieczenie mienia czy OC działalności, które dla większości firm są oczywiste. Warto jednak podkreślić, że utrata środków finansowych na skutek podszywania się pod kontrahentów firmy jest dla większości przedsiębiorstw znacznie bardziej prawdopodobna niż np. ryzyko pożaru.

Ubezpieczenie crime w Polsce nazywane jest także ubezpieczeniem od ryzyka sprzeniewierzenia. Zabezpiecza firmę przed szeroko rozumianymi przestępstwami związanymi z działalnością pracowników i osób z wewnątrz organizacji, np. w przypadku wyłudzenia środków finansowych przez pracowników, którzy są zatrudnieni w dziale księgowości czy uczestniczą przy wykonywaniu transferów. Obejmuje również przestępstwa związane z cyberprzestępczością, np. na skutek ataków phishingowych, czyli rozsyłania do pracowników firmy linków lub załączników instalujących złośliwe oprogramowanie na ich komputerach. W ten sposób przestępcy uzyskują dostęp do komputerów swoich ofiar i zbierają wrażliwe dane o firmie, jej klientach, partnerach i procedurach.

– Kiedy przestępcy będą mieli dostateczną liczbę informacji, przeprowadzą atak – może to być np. mailing do osób z działu finansowego zawierający bardzo dokładne instrukcje dotyczące przekazania określonej sumy pieniędzy w związku z jakąś ważną transakcją czy prośba o zapłatę zaległej faktury z informacją o zmianie numeru konta albo o zapłatę za dostawę towaru dla nowego dostawcy. Przelane środki trafiają na konta przestępców, a następnie transferowane są do innych banków, z reguły poza UE, skąd nie ma możliwości ich odzyskania – mówi Piotr Golewski.

Jak wyjaśnia, tego typu ryzyka nie wchodzą w zakres coraz popularniejszych w Polsce cyberubezpieczeń. Dlatego te dwa rodzaje polis powinny być wobec siebie komplementarne, by mówić o szerokim zakresie ochrony ubezpieczeniowej od cyberprzestępczości.

Niektórzy ubezpieczyciele pracują nad przygotowaniem nowego produktu, który będzie łączył w sobie elementy polis cyber oraz crime. Część ubezpieczycieli stoi jednak na stanowisku, że tych produktów nie należy łączyć ze względu na duże różnice w sposobie oceny ryzyka czy jego skali. Spodziewamy się, że rynek polis crime będzie się nadal rozwijał, wraz z rosnącą świadomością klientów – mówi Piotr Golewski.

Obszar cyberbezpieczeństwa w kontekście pracowników jest dla firm kluczowy. Jak wynika z ubiegłorocznego „Barometru cyberbezpieczeństwa” KPMG, wśród największych zagrożeń przedsiębiorstwa wskazują ataki malware (APT, wycieki danych, ransomware) oraz właśnie czynnik ludzki (kradzież danych przez pracowników, phishing). Z kolei w „Światowym badaniu bezpieczeństwa informacji” firmy doradczej EY ponad połowa (55 proc.) firm wymieniła czynnik ludzki, czyli beztroskę lub nieświadomość swoich pracowników, jako najsłabsze ogniwo swoich systemów bezpieczeństwa.

O ile procedury można usprawnić, o tyle nie da się w zupełności wyeliminować błędów spowodowanych czynnikiem ludzkim. Na tym właśnie opiera się skuteczność metody social engineering fraud – mówi Piotr Golewski.

Oszuści podszywający się pod kontrahentów czy pracowników firmy mogą spowodować konkretne straty finansowe i wizerunkowe bądź zyskać cenne informacje, które następnie posłużą do szantażu albo trafią na czarny rynek.

– W ostatnich latach obserwowany jest wzrost szkodowości z polis crime, również w Polsce. W ciągu ostatniego półrocza wystąpiły dwie bardzo duże szkody w tym obszarze. W pierwszym przypadku ofiarą padła firma z branży zbrojeniowej, w drugim – przedsiębiorstwo przemysłu lotniczego. Scenariusz był bardzo podobny: przestępcom udało się nakłonić te firmy do przelania pieniędzy za dostawy towarów na fałszywe konta. Łączna wartość strat poniesionych przez te firmy wyniosła kilka milionów złotych: w pierwszym przypadku było to nieco ponad 4 mln zł, w drugim niemal 2,5 mln zł – mówi Piotr Golewski.

Jak podkreśla, ochrona ubezpieczeniowa od ryzyka sprzeniewierzenia leży zarówno w interesie przedsiębiorstwa, jak i samych dyrektorów i menadżerów, ponieważ praktyka pokazuje, że skutkiem takich incydentów jest na ogół zwolnienie i konsekwencje wyciągane wobec kadry zarządzającej.

Standardem stają się polisy z udziałami własnymi na poziomie kilkuset tysięcy złotych, niemniej można znaleźć na rynku także polisy z udziałami własnymi poniżej 100 tys. zł – mówi Piotr Golewski. – Atrakcyjnych ofert poszukujemy także przy stosunkowo niskich udziałach własnych. Jednak większość rynków dąży do podnoszenia udziałów własnych, dlatego obecnie warto jest zawrzeć dobre ubezpieczenie, które później będzie można kontynuować na tych samych lub podobnych warunkach.

Social media pomagają markom budować wokół siebie silną społeczność. To sposób na podniesienie reputacji firmy

Media społecznościowe coraz mocniej budują zaangażowanie klientów i kreują wizerunek marek. Nawet co czwarta osoba na bieżąco śledzi profile marek, a znalezione w internecie opinie mają znaczący wpływ na decyzje o zakupie produktu czy indywidualną opinię o marce. Media społecznościowe dają firmom nie tylko możliwość dotarcia bezpośrednio do odbiorcy, lecz także budowania wokół siebie silnej społeczności – przekonuje Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

 Platformy społecznościowe są dziś nieodłącznym elementem komunikacji marek. W zasadzie nie ma takiej możliwości, żeby marka dzisiaj w komunikacji posiłkowała się wyłącznie tradycyjnymi mediami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Bykowski, dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

Raport agencji ASAP CARE 24 „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” wskazuje, że niemal co czwarty internauta (23 proc.) kontaktuje się z markami przez social media, podobny odsetek na bieżąco śledzi tam profile marek. Co więcej, znalezione opinie mają duży wpływ na decyzje o zakupie produktu lub usługi (80 proc. badanych) czy indywidualną opinię o marce (76 proc).

– Media społecznościowe nie tylko dają możliwość dotarcia bezpośrednio do odbiorcy bez jakiegokolwiek pośrednictwa, lecz także niezwykle ważne jest to, że marka jest w stanie budować wokół siebie silną społeczność, która nierzadko staje się ambasadorem marki w przekazywaniu jej wartości na zewnątrz. Dzięki temu przekaz firmy jest bardziej wiarygodny i skuteczny – tłumaczy Sebastian Bykowski.

Kluczowe znaczenie dla konsumentów mają szybkość odpowiedzi oraz łatwość nawiązania kontaktu (odpowiednio 39 i 33 proc.). O ile często trudno jest skontaktować się z firmą przez infolinię, a kontakt mailowy nie jest wystarczająco szybki, to wpis na profilu marki w social mediach znacznie przyspiesza kontakt. Budowanie dobrego wizerunku wymaga jednak aktywnego dialogu i dostosowania języka komunikacji do grupy odbiorców.

 Prowadzimy marketing na różnych forach, w różnych mediach, na różne sposoby, w zależności od produktu. Nasze marki Apap i Ibuprom mają bardzo wiele rozszerzeń, są obecne zarówno w produktach dla dorosłych, jak i dla dzieci, stosowane są w przeziębieniu czy przy bólu zatok. W związku z tym każdy z tych wariantów, każdy z produktów, wymaga trochę innego sposobu komunikacji i wsparcia – tłumaczy Ewelina Kraskowska, dyrektor kategorii przeciwbólowej w USP Zdrowie.

Nawet najlepszy profil nie będzie mieć znaczenia, jeśli wpisy klientów zostaną bez odpowiedzi, a w najgorszym rozwiązaniu dla firm – po prostu kasowane. Ponad 40 proc. osób przyznaje, że w przypadku zetknięcia się z negatywnymi opiniami lub komentarzami na temat marki rezygnuje z zakupu. Jeżeli jednak marka potrafi się przyznać do błędów i je naprawić, wówczas konsumenci są bardziej skłonni do zakupu jej produktów. Zaangażowany przekaz może mieć kluczowe znaczenie, bo buduje reputację. Dzięki temu można łatwiej zażegnać kryzys wizerunkowy.

 Jedną z charakterystycznych cech marek o wysokiej reputacji jest to, że mają one znacznie wyższy udział pozytywnych przekazów w swojej komunikacji w stosunku do przekazów neutralnych, nie mówiąc już o negatywnych. Pozytywne publikacje mają znacząco szerszy zasięg. Są często przekazywane dalej, cytowane, co sprawia, że docierają do większej grupy odbiorców. Negatywne informacje, jeśli już się pojawiają, to są albo uciszane przez społeczność, albo nie znajdują większego zainteresowania – przekonuje Sebastian Bykowski.

Fundacja na rzecz Reputacji Marki „Premium Brand” oraz PRESS-SERVICE Monitoring Mediów w 14. edycji badania reputacji osób, marek, firm i miast „Premium Brand” wyróżniły 14 marek i firm. Analizowano zaufanie do marki, lojalność, atmosferę medialną towarzyszącą marce, zaangażowanie społeczne (CSR) czy wizerunek firmy jako pracodawcy. Wśród nagrodzonych znalazły się m.in. marki Apap czy Ibuprom.

– Reputacja przekłada się na sprzedaż właśnie dlatego, że konsumenci wybierają marki, którym mogą zaufać, na których mogą polegać. Taki jest sens budowania marek – podkreśla Ewelina Kraskowska.

Jeśli Twoja firma pragnie budować silną społeczność w mediach społecznościowych, dotrzeć bezpośrednio do klientów i kreować pozytywny wizerunek marki, to warto skorzystać z profesjonalnej agencji, która zrozumie Twoje potrzeby. Agencja Rise Up to ekspert w dziedzinie mediów społecznościowych, oferujący kompleksowe rozwiązania dopasowane do Twojej marki. Ich doświadczenie w budowaniu zaangażowania klientów i skutecznej komunikacji online przekłada się na sukces i wzrost sprzedaży. Odwiedź stronę https://www.riseupagencja.pl/ i pozwól, aby profesjonaliści pomogli Ci osiągnąć zamierzone cele marketingowe. Nie trać czasu i dołącz do firm, które odnoszą sukces dzięki odpowiednio prowadzonej strategii mediów społecznościowych.

Ule w miastach mogą uratować populację pszczół. Pasieki pojawiają się coraz częściej na dachach budynków i w parkach logistycznych

Ule w miastach mogą uratować populację pszczół. Pasieki pojawiają się coraz częściej na dachach budynków i w parkach logistycznych 3

W niektórych krajach Unii Europejskiej liczba pszczół w ciągu ostatnich lat zmniejszyła się o połowę. To o tyle istotne, że bez pszczół prawie 1/3 roślin uprawnych musiałaby być zapylana w inny sposób, aby produkcja żywności drastycznie nie spadła. O populację pszczół coraz częściej dbają deweloperzy, a pasieki powstają na dachach nowoczesnych biurowców. W parkach logistycznych Segro Logistics Park Warsaw Pruszków oraz Poznań Gądki mieszka już pół miliona pszczół. W ciągu roku są w stanie wyprodukować nawet 200 kg miodu. To tylko część naszych proekologicznych rozwiązań – przekonują przedstawiciele firmy.

 Na rynku nieruchomości komercyjnych ule stają się coraz bardziej istotnym tematem. Jesteśmy pierwszym deweloperem magazynowym, który się na nie zdecydował. Natomiast deweloperzy biurowi już od jakiegoś czasu instalują ule na dachach biurowców. Industrializacja, postępujący rozwój cywilizacyjny odciskają piętno na ekosystemie. Jako deweloperzy staramy się zbalansować środowisko naturalne poprzez dodatkowe działania wspierające, żeby w miarę możliwości ten ekosystem funkcjonował tak jak dotychczas – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Sabat, manager ds. marketingu i komunikacji w SEGRO.

W ostatnich latach coraz więcej pasiek powstaje w miastach, na dachach budynków. W niektórych metropoliach na Zachodzie jest ich już kilka tysięcy. Ule stoją np. na londyńskiej giełdzie papierów wartościowych. W centrum Warszawy pasiek nie ma tak dużo, ale pojawiają się coraz częściej, zwłaszcza od 2015 roku, kiedy warszawscy radni uznali, że pszczoły miodne nie będą już traktowane jako zwierzęta hodowlane. Od tego czasu mogą być więc hodowane w miastach.

Na świecie ten trend jest coraz bardziej popularny, ale jako Polska jesteśmy zdecydowanie jednym z pionierów. W ramach naszej grupy jesteśmy drugim krajem, który zdecydował się na tego typu rozwiązanie, a więc wyznaczamy standardy w branży – wskazuje Agnieszka Sabat.

Obecnie w dziesięciu ulach w parkach logistycznych SEGRO Logistics Park Warsaw (Pruszków) oraz w SEGRO Logistics Park Poznań (Gądki) mieszka pół miliona pszczół. Wybór lokalizacji był nieprzypadkowy. Ule stanęły stosunkowo blisko upraw – pszczoły zapylają bowiem aż 3/4 głównych roślin uprawnych. Zamieszkujące w pasiekach na terenie parków pszczoły mogą produkować ok. 200 kg miodu rocznie.

 Pomysł na projekt jest elementem naszej strategii społecznej odpowiedzialności biznesu. Firma skupia się m.in. na tym, żeby chronić środowisko naturalne przed coraz większym rozwojem cywilizacyjnym. Pomysł jest kontynuacją całej strategii naszej grupy. Jako pierwszy ule zainstalował nasz oddział we Włoszech, my jesteśmy drugim krajem w ramach Grupy SEGRO, który te ule wprowadza na teren parków – wyjaśnia Agnieszka Sabat.

Pasieki zobaczyć można w parku logistycznym Vialog Logistics Park Castel San Giovanni w Mediolanie, a także w Slough Trading Estate, czyli najstarszym parku SEGRO w Europie. Jak zapewnia Sabat, kolejne ule w innych lokalizacjach w Polsce to tylko kwestia czasu.

W tym roku na pewno ule staną w naszych parkach na Śląsku. Mamy 18 parków w całej Polsce i będziemy się starali w miarę możliwości stawiać ule w tych parkach, gdzie to jest uzasadnione – zapowiada przedstawicielka SEGRO.

Powstające ule to tylko część działań wpisujących się w proekologiczną politykę firmy. W trzech parkach SEGRO w Europie Centralnej (Logistics Park Poznań, Gądki, Logistics Park Warsaw, Nadarzyn oraz Logistics Park Prague) stoją już wykonane przez pracowników SEGRO hotele dla owadów.

– Wdrożyliśmy także projekt wymiany oświetlenia zewnętrznego we wszystkich naszych parkach na ekologiczne, nowoczesne oświetlenie LED. Zapewnia ono o ponad 30 proc. mniejsze zużycie energii elektrycznej, zatem jest to konkretna korzyść dla środowiska naturalnego, a także dla naszych klientów, którzy odczuwają to finansowo. Jednocześnie jest to większe bezpieczeństwo w parku, bo oświetlenie LED jest lepsze i dużo bezpieczniej manewruje się nim o zmroku – przekonuje ekspertka.

Dodatkowo oświetlenie LED we wnętrzach magazynów jest często sterowane systemem DALI, tym samym w alejach, w których nie ma ruchu, światła są stopniowo wyłączane. Wszystkie budynki SEGRO są poddawane rygorystycznej certyfikacji BREEAM. Ponadto wdrożony system monitoringu mediów w chmurze, udostępniony większości klientów parków w całej Polsce, pozwala lepiej kontrolować zużycie mediów w czasie rzeczywistym.

W parkach SEGRO w Poznaniu, Strykowie, Łodzi, Gliwicach oraz Tychach działa też kilkanaście ładowarek do samochodów elektrycznych. Docelowo do końca 2019 roku będą w nie wyposażone wszystkie parki dewelopera w Polsce.

W tym sezonie na popularności zyskują rowery gravelowe. Sprawdzają się zarówno w mieście, jak i w terenie

0

W tym sezonie na popularności zyskują rowery gravelowe. Sprawdzają się zarówno w mieście, jak i w terenie 4

Producenci kuszą szeroką gamą różnych modeli rowerów, z bogatym wyposażeniem i o fantazyjnej kolorystyce. By jednak nie dać się zwieść reklamom i promocjom, na początku trzeba zadać sobie pytanie: w jakich warunkach zamierzamy jeździć. Warto też zwrócić uwagę na osprzęt i akcesoria. Kwota, jaką możemy wydać na rower, często ograniczona jest domowym budżetem, ale zdaniem ekspertów lepiej przez pewien czas zacisnąć pasa, by później móc zainwestować w lepszy sprzęt. Hitem sezonu są rowery gravelowe, łączące zalety rowerów szosowych i tzw. górali.

Jeśli rower ma nam służyć do codziennych dojazdów do pracy, najlepiej sprawdzi się rower miejski lub trekkingowy. Te ostatnie pozwalają pokonywać dłuższe trasy, a także posłużą jako środek transportu podczas weekendowego wypadu za miasto.

Rowery te mają przystosowane bagażniki, koszyki do przewożenia zakupów czy laptopa do pracy. Mamy rowery górskie, z pełnym zawieszeniem oraz częściowo zawieszone – mowa o widelcu przednim. Mamy również rowery typowo szosowe dla ludzi, którzy przygotowują się do triathlonu bądź wyścigów szosowych. Są to rowery o charakterystyce sportowej, wymagające lepszego przygotowania i mające mniej komfortową pozycję niż te miejskie, na których jedziemy wyprostowani – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Pasikowski, ekspert marki rowerowej LeGrand.

Coraz większą popularnością cieszą się rowery gravelowe, które są połączeniem modelu górskiego z szosowym. Można na nich jeździć po szosie i utwardzonych ścieżkach, a także w lesie. Wybierając rower, warto się zdecydować na ramę karbonową.

Ramy karbonowe są bardzo popularne i teraz wiodą prym. Większość firm produkuje swoje rowery w Azji i następnie dostosowuje je na miejscu. Natomiast my przygotowujemy ramy karbonowe w naszej fabryce, jest specjalny projekt temu dedykowany, więc to jest coś wyjątkowego – podkreśla Jakub Pasikowski.

Przy wyborze roweru szczególną uwagę warto zwrócić na osprzęt. Od niego w dużej mierze zależy cena. Nowością jest osprzęt elektryczny, który jest bardzo precyzyjny i łatwiejszy w serwisowaniu.

Mamy wszelkiego typu koszyki, które umożliwiają nam przewiezienie praktycznie wszystkiego, od zakupów poprzez swoich pupili, małych psów czy kotów. Jeżeli chodzi o rowery bardziej sportowe, rynek akcesoriów jest mniejszy. To np. koszyki na bidon czy oświetlenie, które jest niezwykle istotne, ponieważ gwarantuje nam bezpieczeństwo – mówi Jakub Pasikowski.

Na rynku można znaleźć rowery w pełnej gamie cenowej. Zdaniem ekspertów warto się zastanowić, czy nie przeznaczyć nieco większego budżetu, by móc wybrać droższy sprzęt, wyższej jakości, który posłuży nam dłużej. Rower przeznaczony dla amatora nie musi mieć wielu gadżetów czy akcesoriów, ale warto postawić na elementy wysokiej jakości.

– Chodzi przede wszystkim o to, żeby jazda cieszyła, żeby się nie martwić tym, że coś odpadnie czy trzeba będzie regularnie korzystać z serwisu. Takie rowery spełniające podstawowe normy bezpieczeństwa i jakości zaczynają się od ok. 2 tys. zł. Górnego limitu nie ma – możemy równie dobrze wydać na rower około 30 tys. zł – mówi Jakub Pasikowski.

Wszystkie rowery, które są dla dorosłych, występują również w wersjach dla dzieci.

– Są również repliki rowerów zawodniczych, które są używane przez zawodników podczas zawodów pucharu świata czy największych imprez. Więc jeżeli dziecko ma swojego idola, który startuje w zawodach, może mieć taki sam rower jak on. Dla najmniejszych dzieci są odpowiednio przystosowane rowery z kółkami bocznymi. Tutaj trzeba zwrócić uwagę na to, aby rower był dobrany do budowy fizjologicznej dziecka i jego rozmiarów – mówi Jakub Pasikowski.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się również rowery elektryczne.

Jest to bardzo fajne rozwiązanie, ponieważ umożliwia jazdę większemu gronu ludzi, nie trzeba być aż tak dobrze przygotowanym fizycznie. Natomiast cały czas jest przekonanie, że rower elektryczny jest jak skuter, czyli nie trzeba na nim pedałować. Warto pamiętać o tym, że on nie będzie pomagał nam, jeżeli nie będziemy kręcić – mówi Jakub Pasikowski.

Progresywne aplikacje internetowe odmienią sposób korzystania ze smartfonów. Zamiast kilkudziesięciu aplikacji wystarczy przeglądarka

Progresywne aplikacje internetowe odmienią sposób korzystania ze smartfonów. Zamiast kilkudziesięciu aplikacji wystarczy przeglądarka 5

W sieci coraz częściej pojawiają się strony, których funkcjonalność wykracza dalece poza możliwości witryn projektowanych według klasycznego schematu. Dzięki technologii Progressive Web Apps możliwe staje się projektowanie takich stron, które swoją funkcjonalnością przypominają natywne aplikacje. Pozwala to tworzyć uniwersalne aplikacje, które można bez problemu odtworzyć w dowolnym środowisku, bez konieczności pisania oddzielnych wersji oprogramowania dla wielu systemów operacyjnych na komputerach i smartfonach.

–  W świecie zdominowanym przez technologie mobilne niemal wszystko musi być dostępne na urządzeniach przenośnych. Jako programista wiem, ile niepotrzebnej pracy trzeba poświęcić na tworzenie kodu najpierw dla komputerowej przeglądarki, następnie dla aplikacji na Androidzie, a potem jeszcze raz dla aplikacji na iOS. A gdyby tak połączyć to w jedno, napisać aplikację raz i uruchomić na wszystkich platformach? Mieliśmy już aplikacje hybrydowe, kod wirtualny Kahlua i inne narzędzia, ale dzięki progresywnym aplikacjom internetowym nie ma potrzeby wprowadzania dużych zmian w kodzie na różne urządzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Trishul Goel, reprezentant fundacji Mozilla.

Potencjał progresywnych aplikacji internetowych tkwi nie tylko w ich wszechstronności, kluczową zaletą technologii PWA jest jej uniwersalność umożliwiająca stworzenie jednego spójnego środowiska, które będzie prawidłowo działało na dowolnym systemie operacyjnym. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie upowszechni się model udostępniania takich witryn w formie natywnych aplikacji.

Google od dłuższego czasu umożliwia zainstalowanie stron PWA w formie oprogramowania dla własnych systemów Android oraz Chrome OS. Jednak milowym krokiem na drodze do upowszechnienia tej technologii było wdrożenie pod koniec ubiegłego roku obsługi progresywnych aplikacji internetowych w ramach systemu Windows 10. Dzięki temu użytkownicy mogą odinstalowywać aplikacje PWA tak jak inne oprogramowanie działające w tym systemie za pośrednictwem panelu sterowania.

W technologię tę inwestuje również Mozilla, która ułatwiła korzystanie z aplikacji PWA w ramach przeglądarki Firefox na Androida. Użytkownicy, którzy trafią na progresywną aplikację internetową w Firefoksie, będą mogli stworzyć do niej skrót w formie aplikacji. Dzięki temu możliwe będzie błyskawiczne uruchomienie konkretnej witryny PWA bez uruchamiania przeglądarki i wpisywania jej adresu internetowego.

– Współczesne przeglądarki oferują potężne możliwości, a obecne technologie wychodzą poza przeglądarki. Możemy uzyskiwać dostęp do natywnych funkcji urządzenia, np. czujnika orientacji, aparatu czy geolokalizacji. Możemy sterować innymi urządzeniami, np. połączyć się z urządzeniem Bluetooth i włączyć żarówkę. Ogranicza nas tylko wyobraźnia. Większość stron już korzysta z tej technologii – przekonuje ekspert.

Warto zauważyć, że choć aplikacje PWA są we wczesnej fazie rozwoju, to zyskują uznanie firm odpowiedzialnych za rozwój systemów operacyjnych. Microsoft chce ściśle zintegrować je ze swoim sklepem cyfrowym. Korporacja opracowała algorytmy, które automatycznie przeszukują sieć w poszukiwaniu treści PWA, a następnie dodają je do oferty Microsoft Store. Takie rozwiązanie z jednej strony pozwala zwiększyć portfolio cyfrowego sklepu, z drugiej zaś umożliwia twórcom nawet najbardziej niszowych aplikacji dotarcie do szerokiego grona odbiorców.

Potencjał aplikacji PWA dostrzegli także pracownicy IBM, którzy współpracują z organizatorami turnieju tenisowego Wimbledon nad technologiami zwiększającymi zaangażowanie miłośników tenisa tym turniejem. Jednym z projektów realizowanych w ramach tego partnerstwa jest właśnie progresywna aplikacja internetowa, która ma ułatwić śledzenie przebiegu turnieju w miejscach, w których dostęp do szybkiego internetu jest bardzo ograniczony. Dzięki niej fani tenisa z krajów rozwijających się otrzymają dostęp do narzędzia, które pozwoli błyskawicznie sprawdzić wyniki rozgrywek czy aktualny przebieg meczu.

– Dzięki tej technologii progresywne aplikacje internetowe staną się niezwykle potężne. Mamy do czynienia z ciągłym rozwojem przeglądarek internetowych. Tempo zmian jest zawrotne. Progresywne aplikacje internetowe to już nie przyszłość, a teraźniejszość i w tym kierunku będziemy zmierzać. Na naszym smartfonie możemy już zainstalować samą przeglądarkę internetową, ewentualnie dwie–trzy inne aplikacje i to wszystko, czego potrzebujemy – twierdzi Trishul Goel.

Według AppInstitute progresywne aplikacje internetowe pozwalają zwiększyć ruch mobilny o 68 proc.

Roje dronów mogłyby patrolować granice Unii Europejskiej. Latające pojazdy sprawdzają się już w zbieraniu danych, jednak potrzebne są zmiany w prawie, by móc je wykorzystać

Roje dronów mogłyby patrolować granice Unii Europejskiej. Latające pojazdy sprawdzają się już w zbieraniu danych, jednak potrzebne są zmiany w prawie, by móc je wykorzystać 6

Potencjał dronów wykracza daleko poza zastosowania rozrywkowe. Zdalnie sterowane pojazdy latające znajdują coraz szersze zastosowanie w systemach inteligentnych. Wykorzystuje się je do dostarczania paczek, analizowania zanieczyszczenia powietrza czy jako element nowoczesnych systemów monitoringu. Roje dronów w przyszłości mogą patrolować granice Unii Europejskiej. Już teraz drony zbierają lepszej jakości dane niż np. satelity. Problem jest jednak w ich wykorzystaniu. Eksperci zwracają uwagę na potrzebę zmian w prawie.

Jednym z najbardziej przyszłościowych obszarów gospodarki dla rozwiązań dronowych jest branża kurierska. Przedstawiciele DHL Express podpisali umowę z chińską firmą Ehang, wyspecjalizowaną w produkcji autonomicznych dronów, a pierwszy lot na regularnej trasie odbył się w maju tego roku. Dron kurierski pozwolił skrócić czas dostawy z 40 do 8 minut. Nowa metoda dostarczania paczek jest także bardziej ekologiczna – zużywa mniej energii i emituje do atmosfery mniej dwutlenku węgla niż dostawy realizowane za pośrednictwem kurierów samochodowych.

Taką technologię testuje się także na terenie Europy. Kursy terenowe na terenie Finlandii przeprowadza spółka Alphabet. Korporacja planuje wykorzystywać drony Wing do dostarczania jedzenia mieszkańcom Helsinek za pośrednictwem aplikacji mobilnej. Największą zaletą pojazdów Wing jest ich wysoka wydajność – są w stanie na jednym ładowaniu przenieść pakunek o wadze do 1,5 kg na dystans ok. 20 km.

Drony mogą być wykorzystane nie tylko do dostarczana paczek. Mogą także ułatwić pozyskiwanie i przetwarzanie dużych zasobów danych.

– Nowe systemy w branży dronowej to na pewno systemy formacji dronowych, roje dronów. Przestajemy tutaj mówić o dronach pracujących w pojedynkę, mówimy tutaj o dronach, które w rojach kilku, kilkunastu urządzeń są w stanie realizować jakieś zadania. Znamy formacje dronowe, które mają kilkaset, a nawet parę tysięcy sztuk dronów, więc ta liczba rzeczywiście daje niesamowite możliwości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dariusz Werschner, prezes Polskiej Izby Systemów Bezzałogowych.

Eksperymenty z rojem dronów prowadzi m.in. australijska firma Aquabotix, która opracowała pojazdy SwarmDiver. Pojazdy te zaprojektowano z myślą o funkcjonowaniu w środowisku wodnym i przystosowano do komunikowania się ze sobą oraz opracowywania wspólnych strategii działania. Po zainstalowaniu na ich pokładzie kamer oraz czujników mogą się sprawdzić w roli wielkoobszarowego narzędzia badawczego do patrolowania dużych obszarów morskich.

Roje dronów są także w polu zainteresowania konsorcjum ROBORDER, które w ramach programu Horizon 2020 pracuje nad wdrożeniem zautomatyzowanego systemu kontroli granicznej. Jego kluczowym elementem miałyby być autonomiczne pojazdy monitoringu powietrznego, lądowego i wodnego, które utrzymywałyby ze sobą stały kontakt i wymieniały się informacjami o potencjalnym naruszeniu granic Unii Europejskiej.

– Drony to nowy, fenomenalny sposób pozyskiwania danych, uzupełniający sposoby, które wykorzystujemy obecnie, czyli takie systemy, jak satelity czy pozyskiwanie danych np. z samolotów. Drony świetnie uzupełniają te dwa źródła, robią to szybciej i te dane bardzo często są dużo lepsze niż np. dane satelitarne. W związku z tym wykorzystuje się je choćby do tworzenia różnego rodzaju ortofotomap, analiz terenu, a w rolnictwie precyzyjnym np. do szacowania stanu upraw czy stanu lasów. Tutaj drony spełniają się bardzo dobrze i rzeczywiście ta jakość, która płynie z wykorzystania danych, jest znacząca – zauważa ekspert.

Na rynku pojawił się innowacyjny dron Stormbee S wyposażony w układ mapowania dużych powierzchni. Pojazd zaprojektowany przez specjalistów z firm Faro i Stormbee może posłużyć np. do stworzenia dokładnych map dróg, infrastruktury kolejowej czy miast, a w terenie o ograniczonym dostępie sprawdzi się w roli mobilnego systemu monitoringu czy rekonesansu militarnego.

– Drony są źródłem pozyskania pewnej wiedzy, danych. Dobrze byłoby opracować takie przepisy, które lepiej umożliwiłyby wykorzystanie tych danych w różnego rodzaju obszarach, np. w oblotach dotyczących smogu czy też np. w geodezji i kartografii przy pozyskiwaniu danych z niskich pułapów. Tutaj bardziej bym się skupił na walce z barierami legislacyjnymi – twierdzi Dariusz Werschner.

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów w 2018 roku wyniosła 13,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Jak zadbać o dane wejściowe o produktach w systemie WMS?

magazynSystem do zarządzania magazynem klasy WMS stał się standardem w wielu magazynach i centrach dystrybucji. Coraz częściej prowadzone są prace, które mają na celu doskonalenie funkcjonowania systemu, tak aby gwarantował on jeszcze lepsze efekty pracy działów logistyki wewnętrznej. Jednym ze sposobów podniesienia efektywności jest udoskonalenie tak zwanej master daty, czyli danych wejściowych, na których system operuje.

Masterdata Produktowa- jaki wpływ na funkcjonowanie magazynu mają dane o produktach?

Właściwe określenie danych produktowych ma znaczny wpływ na kilka aspektów funkcjonowania magazynu. Najważniejsze z nich to:

– właściwy dobór miejsc składowania

– właściwy dobór opakowań wysyłkowych

– optymalizacja procesu kompletacji

– obniżka kosztów współpracy z firmami kurierskimi i przewoźnikami

W dalszej części artykułu omówimy każdy z wymienionych powyżej aspektów oraz przedstawimy sposoby lepszego opracowania danych produktowych.

Właściwy dobór miejsca składowania- jak efektywnie zarządzać przestrzenią magazynową?

Znalezienie odpowiedniego sposobu składowania towaru to zawsze kompromis pomiędzy jego gabarytami wraz z wagą, a miejscem składowania dostępnym w magazynie. System WMS na podstawie danych o wymiarach produktów oraz biorąc pod uwagę wyporność oraz maksymalne gabaryty miejsc odkładczych znajduje najbardziej optymalny sposób składowania towaru. Opisując kwestie związane ze składowaniem zwrócić należy uwagę, na fakt umożliwienia przez system WMS rozłożenia produktów w sposób wymieszany, to znaczy mieszania rodzaju produktów na jednej lokalizacji, przy jednoczesnym zachowaniu kontroli nad jego stanami. Dzieje się to dzięki zastosowaniu technologii kodów kreskowych w ramach obsługi systemu WMS.

Właściwy dobór opakowań wysyłkowych- jak pakować optymalnie?

Z perspektywy Odbiorcy nie ma nic bardziej frustrującego niż otrzymanie przesyłki zamówionej w sklepie internetowym w kartonie znacznie przekraczającym gabaryty samego produktu. Sytuacja taka jest nieefektywna nie tylko ze względu na niezadowolenie Klienta, ale również ze względu na wzrost kosztów i obniżenie efektywności obsługi takiej paczki wewnątrz magazynu. Duże paczki bardzo często muszą być przenoszone przez więcej niż jednego operatora, często z pominięciem systemów transportu wewnętrznego. System WMS powinien dobierać paczki tak, aby były one idealnie dostosowane do wymiarów produktu. Jest to możliwe w przypadku dokładnego określenia tych właśnie wymiarów i w sytuacji zagwarantowania dostępności kilku standardów wielkości kartonów.

Optymalizacja procesu kompletacji- jak dostosować się do wymogów sieci handlowych?

Duże centra dystrybucyjne są konfrontowane ze specyficznymi wymogami swoich Klientów (zwłaszcza sieci handlowych) w kwestiach związanych z przygotowaniem palet wysyłkowych. Reguły tworzenia palet zakładają specyficzne ułożenie towaru, zazwyczaj według reguły ciężkie na dnie, lekkie na górnych poziomach. Bardzo często wysokość palet nie może przekroczyć zakładanego poziomu. Spełnienie tych warunków staje się bardzo proste dzięki zastosowaniu systemu WMS wzbogaconego o funkcjonalność bazującą na danych wejściowych o produktach. Jednym słowem jeśli chcecie dostarczać do sieci handlowych to kompletne dane o produkcie są koniecznością.

Obniżka kosztów współpracy z firmami kurierskimi- jak przewozić tanio i szybko?

Filozofia działania firm transportowych i kurierskich zmienia się dość radykalnie. W chwili obecnej zauważalny jest mocny nacisk na właściwe planowanie załadunku pojazdów. Dane niezbędne do optymalizacji przestrzeni załadunkowej to przede wszystkim precyzyjne dane o gabarycie paczki, czy palety. Dane takie powinny być przekazywane do przewoźnika drogą elektroniczną, przed faktycznym załadunkiem, dzięki czemu systemy informatyczne przewoźnika mogą optymalnie zaplanować zawartość przyczepy, czy samochodu. Aby tego typu wymiana danych działała bezproblemowo niezbędne jest zasilenie systemu WMS, który komunikuje się z systemem przewoźnika informacjami o gabarytach paczek, czy towarów.

Wymiarowanie produktów- przyszłość logistyki.

Uzyskanie wszystkich, opisanych powyżej korzyści możliwe jest poprzez zastosowanie systemów wymiarowania produktów Cubiscan, połączonych z systemem WMS. Zastosowanie tego typu rozwiązania umożliwia zautomatyzowanie procesów kolekcji informacji o produktach wchodzących do magazynu.

PKN ORLEN bliżej połączenia z Grupą LOTOS

PKN ORLEN złożył w Komisji Europejskiej formalny wniosek o zgodę na przejęcie kapitałowe Grupy LOTOS. Finalizacja procesu pozwoli na stworzenie jednego silnego gracza z międzynarodowym potencjałem, zintegrowanego wewnętrznie, jeszcze bardziej liczącego się na rynku dostaw ropy.

Daniel Obajtek
Daniel Obajtek

– W biznesie skala ma znaczenie. Rozumieją to wszyscy znaczący europejscy i światowi gracze w branży paliwowo-energetycznej, którzy procesy konsolidacyjne mają dawno za sobą. Jeden silny podmiot to możliwość skutecznego konkurowania na wymagającym rynku, większa stabilność krajowej gospodarki, również w obszarze cen paliw, a także intensyfikacja inwestycji ukierunkowanych na rozwój. Podjęliśmy się tego wyzwania, bo połączenie jest konieczne z punktu widzenia przyszłości biznesowej obu firm, budowania ich wartości dla akcjonariuszy, bezpieczeństwa energetycznego Polski, a także interesu klientów indywidualnych i lokalnych społeczności. Sprawne przeprowadzenie procesu to dla nas priorytet, a złożenie formalnego wniosku do Komisji najlepiej pokazuje, że jesteśmy zdeterminowani i skuteczni w jego realizacji – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Złożony przez PKN ORLEN wniosek zawiera m.in. założenia transakcji, opis działalności stron na określonych rynkach właściwych oraz argumentację dotyczącą wpływu transakcji na konkurencję na tych rynkach. Do wniosku załączono pakiet dokumentów wewnętrznych obydwu spółek, które mają pozwolić Komisji Europejskiej na zweryfikowanie trafności podnoszonej argumentacji.

Proces przejęcia kapitałowego Grupy LOTOS przez PKN ORLEN został zainicjowany w lutym 2018 roku, podpisaniem Listu Intencyjnego ze Skarbem Państwa, który posiada w gdańskiej spółce 53,19% głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy. W dokumencie nakreślone zostały ramy struktury transakcji. W pierwszym etapie PKN ORLEN planuje nabyć 32,99% akcji od Skarbu Państwa. W kolejnym konieczne będzie ogłoszenie wezwania na zakup akcji reprezentujących do 66% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu Grupy LOTOS.

W kwietniu 2018 roku w gdańskiej firmie rozpoczął się proces due dilligence, czyli badanie jej kondycji handlowej, finansowej, prawnej i podatkowej pod kątem przejęcia. Natomiast w listopadzie ubiegłego roku PKN ORLEN wysłał do Komisji Europejskiej wstępną wersję wniosku o zgodę na koncentrację. W trakcie prac nad dokumentem PKN ORLEN i Grupa LOTOS otrzymały z KE setki pytań, na które sukcesywnie odpowiadały. Dobra współpraca wszystkich stron pozwoliła opracować ostateczny kształt wniosku.

Konsolidacja PKN ORLEN i Grupy LOTOS to włączenie się Polski w światowy trend budowania znaczących graczy na rynku paliwowo-energetycznym. To odpowiedź polskich przedsiębiorstw na globalne trendy przemysłu rafineryjnego, która w przyszłości zmniejszy ryzyko utraty płynności przez krajowe rafinerie. Procesy konsolidacyjne w tej branży trwają od dawna i podyktowane są przede wszystkim koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego państw. Podobne konsolidacje w sektorze przechodziły np.: węgierski MOL, norweski Statoil, hiszpański Repsol, portugalski GalpEnergia, włoskie ENI, austriackie OMV, francuski TOTAL.

Wszystkie zrealizowane w Europie procesy konsolidacji w żaden sposób nie ograniczyły konkurencji na tych rynkach w obszarze paliw, czy logistyki. Tak będzie również w przypadku połączenia PKN ORLEN z Grupą LOTOS. Polski rynek jest bardzo konkurencyjny w tym obszarze i to się w przyszłości nie zmieni.

Finalizacja transakcji przełoży się na większe możliwości inwestycyjne, m.in. w zakresie rozwoju aktywów, czy ekspansji zagranicznej. Jeden silny podmiot zagwarantuje wyższy potencjał w tym zakresie, przy jednoczesnym utrzymaniu wskaźników finansowych na bezpiecznym poziomie. Pod tym względem transakcja znacząco wzmocni siłę polskiej gospodarki.

Połączenie PKN ORLEN i Grupy LOTOS będzie również atrakcyjne ze względu na komplementarność technologiczną i produktową oraz pozycję spółek na rynku paliw. Dzięki połączonym zdolnościom rafineryjnym, zakłady z obu Grup Kapitałowych będą w stanie wyprodukować łącznie ok. 12 milionów ton rocznie produktów lek¬kich (głównie benzyn) i 20 milionów ton rocznie średnich destylatów (przede wszystkim oleju napędowego i paliwa lotniczego). Co istotne około 2/3 tej produkcji będzie pochodziło z polskich zakładów. W przyszłości zakładany jest dalszy wzrost tych wolumenów w związku z realizowanymi i planowanymi inwestycjami rozwojowymi.

Połączony podmiot to również zdecydowanie większy potencjał do wygospodarowania znaczących środków na badania, które są niezwykle istotne dla zrównoważonego rozwoju każdej gospodarki. PKN ORLEN buduje obecnie w Płocku Centrum Badawczo-Rozwojowe, którego celem jest realizacja prac ukierunkowanych na wdrażanie nowych rozwiązań technicznych oraz prac nad nowymi produktami i technologiami. Zespół Grupy LOTOS będzie mógł korzystać zarówno z doświadczeń, jak i infrastruktury PKN ORLEN w Płocku, w tym z Centrum Badawczo-Rozwojowego oraz ośrodków naukowo-badawczych w Czechach.

Jednym z głównych beneficjentów procesu koncentracji spółek będzie Pomorze i jego mieszkańcy. Dzięki wzmocnieniu LOTOSU wzrośnie liczba i skala zamówień, firma wejdzie w nowe obszary działalności i jeszcze bardziej będzie rozwijać te, w których LOTOS jest już aktywny, m.in. elektromobliność i wydobycie. Siedziba spółki pozostanie w Gdańsku i tu, na takich samych zasadach jak dzisiaj, trafiać będzie część podatków CIT. Budynki Grupy LOTOS wciąż będą użytkowane, więc wpływy z podatków od nieruchomości pozostaną w Gdańsku. Podobnie będzie z redystrybucją dochodów z PIT pracowników do lokalnego samorządu.

Konsolidacja spółek to również szansa dla pracowników. Ambitne plany inwestycyjne i rozwojowe będą wiązały się z tworzeniem nowych stanowisk pracy. Wzmocnione zostanie też zaangażowanie w działania prospołeczne, sportowe i kulturalne w regionie.

Komentarz po spotkaniu RPP. Stopy procentowe bez zmian

Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w lipcu podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Zgodnie z retoryką prezesa NBP stopy procentowe – które pozostają stabilne od czterech lat – powinny pozostać na niezmienionym poziomie również w kolejnych kwartałach.

W kontekście komunikacji po spotkaniu Rady warto wspomnieć o kilku kwestiach. Przede wszystkim należy nadmienić o odnotowaniu przez Radę nieco wyższej dynamiki cen, która jednak – zgodnie z retoryką prezesa Adama Glapińskiego, jak i towarzyszących mu prof. Grażyny Ancyparowicz i dr hab. Łukasza Hardta – nie sprawi, że Rada zacznie rozważać podwyżki stóp procentowych. Członkowie RPP zwracają uwagę, że inflacja nadal znajduje się w celu inflacyjnym, dopiero ostatnio przechodząc do górnego przedziału odchyleń od środka wspomnianego celu.

Rada zwraca również uwagę na zmianę sytuacji zewnętrznej, szczególnie na istotny zwrot w polityce Rezerwy Federalnej i Europejskiego Banku Centralnego. Z retoryki prezesa Glapińskiego nie wynika jednak, żeby RPP miała również decydować się na podobną woltę. Prezes Glapiński podkreśla, że Polska na tle krajów Zachodu nadal znajduje się w dobrej sytuacji posiadając dodatnie stopy procentowe.

Prezes Glapiński odczytał również fragment projekcji Działu Analiz Ekonomicznych NBP (pełną ich treść poznamy w poniedziałek), z których wynika, że analitycy banku centralnego spodziewają się średnio wyższego niż zakładali w marcu wzrostu gospodarczego w 2019 i 2020 roku. A także średnio niższej niż zakładali w marcu inflacji w 2019 roku, po której w 2020 roku nastąpić ma wzrost do poziomu średnio wyższego niż zakładany w poprzedniej projekcji.

Prezes Glapiński powtórzył, że spodziewa się utrzymania stabilnych stóp procentowych do końca 2021 roku. Jego zdaniem lipcowa projekcja wspiera stabilizację stóp procentowych w jej horyzoncie. Istotnie odmiennej opinii zdawali się również nie wyrażać prof. Ancyparowicz i dr hab. Hardt.

Poniżej projekcje DAE NBP na podstawie PAP. Z 50% prawdopodobieństwem wskaźniki gospodarcze powinny, zdaniem analityków NBP, znaleźć się w wyznaczonych widełkach.

Roczny wzrost inflacji CPI (%) Roczny wzrost PKB (%)
2019 1,7 – 2,3 (1,2 – 2,2) 3,9 – 5,1 (3,3 – 4,7)
2020 1,9 – 3,7 (1,7 – 3,6) 3,0 – 4,8 (2,7 – 4,6)
 2021 1,3 – 3,5 (1,3 – 3,5) 2,4 – 4,3 (2,4 – 4,3)

*projekcja marcowa

Podsumowując: zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre, a inflacja powinna pozostawać umiarkowana. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe niemal na pewno pozostaną stabilne przez całość 2019 r., a może i dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Tomasz Czechowicz: Venture Capital ciągle szansą dla polskich startupów

Ogromne znaczenie dla firm w początkowej fazie rozwoju ma zewnętrzne finansowanie. Jest czynnikiem decydującym o ich rozwoju, a co za tym idzie – ich dalszych losach. Pozwala przetrwać krytyczny moment, z którym często mierzą się startupy – powiedział Tomasz Czechowicz podczas spotkania organizowanego przez Kancelarię Prezydenta RP.

3 lipca, w trakcie spotkania w Pałacu Prezydenckim, organizowanego w ramach projektu „Startupy w Pałacu” Tomasz Czechowicz wspólnie z Julią Krzysztofiak-Szopą (prezes Fundacji Startup Poland) oraz Jarosławem Królewskim (CEO Synerise) wziął udział w dyskusji Finansowanie i rozwój startupów w Polsce.

Venture Capital ciągle szansą dla polskich startupówSytuacja startupów w kraju nie jest taka zła, jak mogłoby się wydawać. Oczywiście Chiny i USA są niezaprzeczalnymi liderami w dziedzinie innowacji, ale Polska znajduje się w czołówce krajów CEE – skomentował Tomasz Czechowicz z Grupy MCI. Zwrócił uwagę, że wyprzedzają nas jedynie Estonia i Czechy. – Przykładem spółek z polskiego rynku, które osiągnęły niezaprzeczalny sukces, są takie firmy jak Allegro czy PayU. Rozwinęły swoją działalność dzięki wsparciu inwestorów zewnętrznych – mówił Czechowicz.

Mimo potencjału drzemiącego w polskich startupach, krajowy rynek nie jest atrakcyjny dla europejskich i globalnych funduszy Venture Capital. Czechowicz ocenia, że potrzeba wiele czasu, aby ta sytuacja uległa zmianie. Aby nasz rynek oferował wysoką podaż spółek, w które zagraniczne fundusze będą chciały inwestować, Polska musi stać się pewnego rodzaju regionalnym centrum rozwoju – zbudowanym z najlepszych zespołów specjalistów. Istotnym elementem tego rozwiązania mogłaby być np. zmiana w systemie podatkowym dla osób prowadzących biznes technologiczny na bardziej przyjazny.

Czechowicz zwrócił także uwagę na podstawy rozwoju każdej spółki. To przede wszystkim ludzie zaangażowani w dany projekt. Podkreślił, że polscy specjaliści są pożądani przez zagraniczne firmy. – To bardzo ważne, aby takich ekspertów zatrzymać w Polsce, bo jest to kapitał, bez którego nie da się rozwijać żadnych projektów. Wiedzą o tym w szczególności firmy mające potencjał, by zostać tzw. jednorożcami. Ich sukces determinuje przede wszystkim praca liderów – podsumował Tomasz Czechowicz.

Projekt Startupy w Pałacu organizuje Dziennik Gazeta Prawna i Kancelaria Prezydenta RP. Inicjatywa ma na celu wsparcie innowacyjnych polskich firm w poszukiwaniu możliwości rozwoju, w tym ewentualnych inwestorów, partnerów biznesowych i nowych rynków zbytu. W ramach projektu organizowane są publiczne prezentacje najciekawszych inicjatyw biznesowych przed potencjalnymi inwestorami, szefami spółek skarbu państwa, przedstawicielami instytucji grantowych i organizacji typu Venture Capital, tzw. aniołami biznesu oraz ambasadorami zagranicznych państw. Dziś odbyła się piąta edycja spotkania.

Czy wystarczy nam rządowy remont wielkiej płyty?

Rząd zamierza wydać więcej pieniędzy na modernizację bloków z wielkiej płyty. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się temu, jak przez ostatnie kilkanaście lat wyglądało wspieranie inicjatyw termomodernizacyjnych i remontowych.

Niedawna zapowiedź rządu związana z wydatkowaniem o wiele większych środków na termomodernizację i remonty bloków wielkopłytowych, wzbudziła duże zainteresowanie. Trudno się temu dziwić, ponieważ budynki wykonane z prefabrykatów nadal stanowią nieodłączny element krajobrazu polskich miast i dom dla milionów naszych rodaków. W ramach niedawno ogłoszonego planu, rząd zamierza również przeznaczyć dodatkowe środki na wspieranie termomodernizacji i remontów wielu gminnych budynków. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przyjrzeć się temu, jak przez ostatnie kilkanaście lat wyglądało wspieranie inicjatyw termomodernizacyjnych i remontowych.

Wcześniej termomodernizacja była nierównomiernie finansowana

Niedawno zaprezentowany przez rząd projekt ustawy o zmianie ustawy o wspieraniu termomodernizacji i remontów przewiduje, że program modernizacji bloków wielkopłytowych i budynków mieszkalnych należących do gmin zostanie sfinansowany z Funduszu Termomodernizacji i Remontów. Ten fundusz działający w ramach Banku Gospodarstwa Krajowego już od dłuższego czasu wspiera modernizację zasobów mieszkaniowych. Utworzono go na mocy ustawy z dnia 21 listopada 2008 r. (Dz.U. 2008 nr 223 poz. 1459). Wcześniej (przez około 10 lat) podobne cele finansował Fundusz Termomodernizacji powołany ustawą z dnia 18 grudnia 1998 r. o wspieraniu przedsięwzięć termomodernizacyjnych (Dz.U. 1998 nr 162 poz. 1121). Poniższa tabela przedstawia poziom bezpośrednich wydatków, jakie budżet państwa w latach 2000 – 2018 poniósł na działanie obydwu wspomnianych funduszy. Zestawienie przygotowane przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl uwzględnia także plan wydatków budżetowych na 2019 r.

Po przeanalizowaniu poniższej tabeli uwagę zwraca bardzo zróżnicowany poziom wydatków, jakie budżet państwa przez lata ponosił na finansowanie funduszy termomodernizacyjnych. Przykładowo w 2010 r. działalność Funduszu Termomodernizacji i Remontów nie pochłonęła żadnych środków z budżetu. Później wydatki przeznaczone na działanie tego funduszu zmieniały się skokowo (np. z 330 mln zł w 2014 r. do 120 mln zł w 2015 r.). Cele dotyczące termomodernizacji i remontów pochłonęły największą część łącznych wydatków budżetu na sferę mieszkaniową w 2008 r. (27%), 2007 r. (25%) oraz 2014 r. (21%). Planowany wynik dla 2019 r. to zaledwie 6%. Prace termomodernizacyjne i remontowe przy budynkach wielorodzinnych były wspierane także z innych źródeł (m.in. unijnych). Tym niemniej, brak stabilnego finansowania obydwu funduszy termomodernizacyjnych raczej nie świadczy dobrze o polityce mieszkaniowej kolejnych rządów. Remonty wielka płyta RP tab.1

Na modernizację „wielkiej płyty” można wydać o wiele więcej …

Zgodnie ze wstępną oceną skutków regulacji, nowy program termomodernizacji i remontów dotyczący m.in. budynków wielkopłytowych oraz gminnych bloków, przez kolejne 10 lat ma kosztować blisko 4 mld zł. To niebagatelna kwota jak na realia polskiej mocno niedoinwestowanej „mieszkaniówki”. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że potencjalne potrzeby finansowe są o wiele większe. Planowane ocieplanie budynków wielkopłytowych i wzmacnianie połączeń między warstwami takich bloków stanowi absolutne minimum. Przykłady z krajów Europy Zachodniej wskazują, że w bardziej rozszerzonym wariancie modernizacja budynków z wielkiej płyty może objąć np. wymianę starych wind oraz instalację zewnętrznych szybów windowych (dla niższych budynków czterokondygnacyjnych lub pięciokondygnacyjnych, które obecnie nie posiadają windy).

Bardzo duże potrzeby w zakresie remontów zasobu mieszkaniowego dotyczą również bloków użytkowanych przez samorządy. Sugestywnym dowodem są wyniki badania ankietowego, które zostało przeprowadzone od lutego do marca 2019 r. W ramach wspomnianego badania, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju zapytało samorządy gminne o stan ich zasobów mieszkaniowych. Odpowiedzi  gmin wskazują, że 54% budynków mieszkalnych wymaga częściowego remontu. Około jedna trzecia gminnych bloków powinna zostać szybko poddana kapitalnemu remontowi. Takie dane „z pierwszej ręki” najlepiej pokazują skalę remontowych potrzeb.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

PPK – brytyjski program w polskim wydaniu. Jakie wnioski dla pracodawców?

Program PPK jest wzorowany na brytyjskim programie planów emerytalnych dla pracowników, wprowadzonym w 2012 roku. Poza wykorzystaniem najlepszych praktyk podczas tworzenia regulacji prawnych, warto również skorzystać z doświadczeń brytyjskich firm, tworzących plany dla swoich pracowników. W brytyjskich PPK uczestniczy ok. 10 milionów pracowników, czyli 87% objętych programem.

Podobne wyzwania demograficzne i emerytalne skłoniły Brytyjczyków do wprowadzenia w 2012 roku programu planów emerytalnych, które pracodawcy tworzą dla swoich pracowników (tzw. workplace pensions albo auto-enrolment programme). To brytyjskie rozwiązanie tak mocno zainspirowało twórców naszego programu PPK, że można określić PPK jako brytyjski program w polskim wydaniu.

Najważniejsze podobieństwa między brytyjskimi i polskimi PPK:

  • pracodawca tworzy program na podstawie umowy z wybraną instytucją finansową, do którego zgłasza automatycznie wszystkich zatrudnionych
  • obowiązkowy dla wszystkich pracodawców zatrudniających co najmniej 1 pracownika – obowiązek rozciągany stopniowo od największych do najmniejszych firm
  • składki do programu wpłacają solidarnie pracownik i pracodawca
  • limit opłat określony ustawowo na bardzo niskim poziomie (0,75% aktywów w Wielkiej Brytanii, 0,6% w Polsce)
  • pracownik może wystąpić z programu, składając odpowiednie oświadczenie

Ważną różnicą między PPK w obu krajach jest to, że Brytyjczycy dość mocno zwiększyli poziom minimalnej wpłaty do programu w relacji do wynagrodzenia:

  • 2012-2017: minimalna wpłata 3% (2% pracownik + 1% pracodawca)
  • 2018: minimalna wpłata 5% (3% pracownik + 2% pracodawca)
  • 2019: minimalna wpłata 8% (5% pracownik + 3% pracodawca).

Korzystanie z brytyjskich doświadczeń, w tym uczenie się na błędach, to dodatkowa wartość, jaką proponujemy polskim pracodawcom podejmującym decyzje w sprawie PPK. Jesteśmy liderem rynku w zarządzaniu brytyjskimi PPK, a zarazem mamy wieloletnie doświadczenie w Polsce. To dodatkowy atut wzmacniający ofertę naszego PPK, i tak już mocną jeśli chodzi o niski poziom opłat, odciążenie pracodawców od bieżącej obsługi pracowników uczestniczących w PPK oraz przejrzyste materiały informacyjne – mówi Marek Przybylski, prezes Aviva Investors TFI.

Pracodawcy RP: W systemie publicznej opieki zdrowotnej nie ma i nie będzie pieniędzy

Projekt planu finansowego NFZ na 2020 r. nie pozostawia żadnych złudzeń. W systemie publicznej opieki zdrowotnej nie ma i nie będzie pieniędzy, tym samym nie będą zaspokajane potrzeby zdrowotne Polaków.

Nominalne wydatki na ochronę zdrowia w Polsce wprawdzie rosną, ale wyłącznie za sprawą wzrostu naszych zarobków i tym samym składek na ubezpieczenie zdrowotne. Są one dzięki wzrostowi gospodarczemu coraz wyższe, ale pieniędzy i tak jest wciąż w systemie opieki zdrowotnej mało.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej wielokrotnie apelowali o urealnienie środków finansowych przeznaczanych na ochronę zdrowia, by pacjenci i świadczeniodawcy mogli czuć się w naszym kraju bezpiecznie.

W opinii Pracodawców RP powinien nastąpić znaczący wzrost wydatków na świadczenia opieki zwrotnej we wszystkich zakresach świadczeń gwarantowanych. Polska na tle innych państw Unii Europejskiej przeznacza bowiem na zdrowie niewystarczające środki – zarówno w odniesieniu do PKB, jak i per capita. W 2016 roku przeznaczono na ten cel 4,4 proc. PKB, podczas gdy Węgrzy 5,2 proc., Czesi 6,0 proc., Francuzi 8,7 proc., a Niemcy 9,5 proc. Uchwalona 24 listopada 2017 ustawa (później nowelizowana) miała doprowadzić do skokowego wzrostu finansowania ochrony zdrowia przez zwiększanie odsetka PKB przeznaczanego na ten cel. W latach 2018-2023 środki na ochronę zdrowia miały być nie niższe niż:

4,78 proc. PKB w 2018 roku,

4,86 proc. PKB w 2019 roku,

5,03 proc. PKB w 2020 roku,

5,30 proc. PKB w 2021 roku,

5,55 proc. PKB w 2022 roku,

5,80 proc. PKB w 2023 roku.

Docelowo – w 2024 roku na ochronę zdrowia miały wynieść 6,0 proc. PKB.

Planowane wielkości i ich harmonogram oznaczałby niespotykany dotąd wzrost wydatków na zdrowie, który powinien przełożyć się na odczuwalną poprawę sytuacji pacjentów, jak również podmiotów udzielających świadczeń opieki zdrowotnej. Nic jednak nie wskazuje na to, aby powyższe cele zostały zrealizowane, ponieważ:

1) w ustawie znalazły się zapisy, które dają możliwość brania do obliczeń wydatków publicznych na zdrowie na dany rok wartości PKB sprzed dwóch lat. To oznacza, że w 2024 roku będziemy najprawdopodobniej państwem, które przeznacza najmniej w Europie na ochronę zdrowia;

2) przedstawiony przez Ministerstwo Finansów Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2019–2022 wskazuje, że publiczne wydatki na ochronę zdrowia prawie nie będą rosły i że ich poziom nawet nie zbliży się do obiecanych 6 proc. PKB. Zapisane w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa wydatki na zdrowie w 2030 r. mają wynieść 4,5 proc. PKB, a po dołączeniu wydatków na opiekę długookresową może osiągną 5,2 proc. Gdyby zsumować te wartości – to deklarowane 6 proc. PKB osiągniemy dopiero w 2050 roku;

3) w projekcie planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia na 2020 rok zaplanowano przychody na poziomie niespełna 97,3 mld zł (aktualny plan finansowy NFZ zakłada przychody na poziomie 92,37 mld). Należy też zauważyć, iż projekt planu finansowego NFZ na 2020 rok nie realizuje również zapisów dokumentu rządowego „Polityka lekowa państwa na lata 2018-2022” w zakresie zagwarantowania minimalnego poziomu środków w ramach całkowitego budżetu na refundację. Według przedstawionego projektu udział całkowitego budżetu na refundację w kosztach świadczeń opieki zdrowotnej wyniesie 15,25 proc. i będzie o 1,15 mld zł niższy niż minimum określone w dokumencie strategicznym.

W opinii Pracodawców RP kwota 100 mld zł jest kwotą niezbędną do zabezpieczenia finansowania świadczeń opieki zdrowotnej – i to jeszcze w 2019 roku. Jest to mniej więcej tyle, ile powinien wynosić budżet NFZ gdyby sposób liczenia odsetka PKB przeznaczanego na zdrowie był liczony w stosunku do PKB roku bieżącego, a nie sprzed dwóch lat.

Pracodawcy RP ponownie apelują – należy planowane wydatki urealnić. Polski pacjent, polski świadczeniodawca, w kwestiach dotyczących opieki zdrowotnej musi czuć się w naszym kraju bezpiecznie.

Tomasz Wiatrak nowym Prezesem Unipetrolu

Decyzją organów Spółki od 3 lipca 2019 r. nowym Prezesem Zarządu Unipetrolu z Grupy ORLEN został Tomasz Wiatrak, dotychczasowy Wiceprezes  Zarządu firmy. Zastąpił on na stanowisku  Krzysztofa Zdziarskiego, którego trzyletnia kadencja właśnie wygasła. Katarzyna Woś i Maciej Libiszewski, dotąd Członkowie Zarządu zostali powołani na funkcje Wiceprezesów, natomiast Marek Kaszuba został nowym Członkiem Zarządu Unipetrolu.

Tomasz Wiatrak nowy Prezes Unipetrolu
Tomasz Wiatrak nowy Prezes Unipetrolu

Tomasz Wiatrak od marca 2018 zajmował stanowisko Wiceprezesa Zarządu Unipetrolu. Był odpowiedzialny w szczególności za sprzedaż detaliczną spółki. Unipetrol działa obecnie w tym obszarze poprzez nowoczesną sieć 413 stacji  paliw pod logo Benzina. W ciągu ostatnich dwóch lat udział Benziny w czeskim rynku wzrósł z 10 do 23,4 proc., a zysk przedsiębiorstwa (EBITDA LIFO) wzrósł o 29 proc. do poziomu 1,8 bilionów czeskich koron. Od tego roku stacje paliw pod logo Benzina pojawiły się również na Słowacji, gdzie Unipetrol rozpoczął budowę własnej sieci stacji paliw.

Oprócz obszaru sprzedaży detalicznej, Tomasz Wiatrak był w Grupie Unipetrol odpowiedzialny za przygotowanie i wdrożenie strategii Grupy Unipetrol. Odpowiadał także za inwestycje, rozwój zarządzania projektami i procesy integracyjne z obszaru IT.

Jego doświadczenie biznesowe to ponad 10 lat profesjonalnego zajmowania się optymalizacją i restrukturyzacją, audytami i zarządzaniem projektami w dużych przedsiębiorstwach. Przed rozpoczęciem pracy w Unipetrolu Tomasz Wiatrak pełnił stanowisko Prezesa Zarządu w polskiej firmie Energa Informatyka i Technologie Sp. z o. o., gdzie odpowiadał za procesy operacyjne i strategiczne zarządzanie w obszarze IT, zapewniając nowoczesne rozwiązania z tego obszaru w sektorze energetycznym.

Tomasz Wiatrak posiada certyfikaty audytora (CIA, CGAP) w tym uprawnienia audytorskie z zakresu systemów bezpieczeństwa zgodnie z normą ISO/IEC 27001 oraz z obszaru zarządzania (Prince2 Practitioner). Przez szereg lat pracował m.in  w Komisji Europejskiej, polskich instytucjach administracyjnych oraz w prywatnych przedsiębiorstwach. Tomasz Wiatrak otrzymał tytuł magistra na Uniwersytecie Warszawskim, na kierunku Zarządzanie.

Marek Kaszuba dołączył do Zarządu Unipetrolu z litewskiej spółki ORLEN Lietuva, w której pełnił stanowisko Dyrektora ds. Inwestycyjnych. Posiada wieloletnie doświadczenie w przemyśle rafineryjnym, petrochemicznym oraz inżynierii energetycznej. Marek Kaszuba przez 3 lata pracował również w Grupie ORLEN, gdzie odpowiadał za rozwój projektów inwestycyjnych w obszarach rafinerii i petrochemii. Marek Kaszuba otrzymał tytuł magistra na Śląskiej Politechnice w Gliwicach. Ukończył także MBA na Uniwersytecie Warszawskie i Uniwersytecie Illinois w Chicago.

Zarząd Unipetrolu od 3 lipca 2019 r. w pracuje następującym składzie:
-Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu
– Katarzyna Woś, Wiceprezes Zarządu
– Maciej Libiszewski, Wiceprezes Zarządu
– Tomáš Herink, Członek Zarządu
– Marek Kaszuba, Członek Zarządu
– Przemysław Wacławski, Członek Zarządu

Duże wyzwanie przed RPP

W jaki sposób ostatnie zmiany w globalnej polityce monetarnej i wzrost cen w Polsce mogą wpłynąć na retorykę RPP?

Wtorek na rynku walutowym przebiegał dość spokojnie. Większą zmienność odnotowaliśmy jedynie na funcie brytyjskim, który tracił z uwagi na bardzo rozczarowujące dane ekonomiczne i związane z nimi rosnące obawy o skutki Brexitu.

Dziś uwaga globalnych inwestorów skupia się przede wszystkim na nominacji Christine Lagarde na nowego prezesa EBC. Lokalnie warto jednak zwrócić uwagę na dzisiejsze spotkanie Rady Polityki Pieniężnej.

Będzie ono istotne ze względu na dwie kwestie. Po pierwsze, w ostatnim czasie nastąpił dość wyraźny zwrot w polityce dwóch kluczowych globalnych banków centralnych: Rezerwy Federalnej i Europejskiego Banku Centralnego. Obecnie inwestorzy liczą, że cięcia stóp procentowych po obu stronach Atlantyku nastąpią przed końcem roku. Po drugie, ostatnio wyraźnie zaskakuje wzrost cen. Inflacja CPI w ostatnim miesiącu pomiarów niespodziewanie przekroczyła środek celu inflacyjnego NBP, od początku roku wyraźnie wzrosła również inflacja bazowa.

Obie powyższe kwestie sugerują działania w przeciwnych kierunkach. Zwrot Fed-u i EBC w kontekście globalnej niepewności może sugerować rozważenie potrzeby niższych stóp procentowych. Rosnąca inflacja w kraju wskazuje jednak na zupełnie odwrotne działania. Naszym zdaniem nawet w obliczu globalnej niepewności i „gołębiego” zwrotu Fed i EBC, RPP nie powinna obniżać stóp procentowych ani w tym, ani w przyszłym roku. Uwzględniając ostatnią ewolucję dynamiki cen i perspektywy ich dalszego wzrostu bardziej skłaniamy się w stronę podwyżek stóp w przyszłym roku.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,24-4,25. Wspólna europejska waluta nie była wczoraj poddana większym wahaniom tak w parze ze złotym, jak i dolarem amerykańskim. Stabilizacji sprzyjał brak istotniejszych publikacji makroekonomicznych z obu stron Atlantyku.

Tematem numer jeden jest desygnacja przewodniczącej Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Christine Legarde na stanowisko szefowej Europejskiego Banku Centralnego. Jest to dość niespodziewany wybór. Wcześniej konsensus zakładał, że Mario Draghiego zastąpi któryś z członków banku centralnego, a nie osoba „z zewnątrz”. Informacja o desygnowaniu Legarde jest przyjmowana raczej ciepło. Jej kandydatura nie jest tak kontrowersyjna, jak kandydatura poprzedniego faworyta Jensa Weidmanna, prezesa Bundesbanku, uznawanego za konserwatystę i „jastrzębia”. Uwzględniając ostatnie zmiany w gospodarce strefy euro, wybór Legarde w dłuższym terminie wydaje się bezpieczniejszy pod kątem stabilności sytuacji we wspólnym bloku oraz przyszłości euro.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,73-4,75. Brytyjska waluta w ostatnim czasie powróciła do spadków, co można powiązać z bardzo słabymi danymi PMI, napływającymi z gospodarki Zjednoczonego Królestwa na przestrzeni ostatnich trzech dni. Do poniedziałkowych słabych odczytów dla przemysłu i wczorajszego katastrofalnego odczytu dla sektora budowlanego, dziś dołączyły dane dla najważniejszego sektora w Wielkiej Brytanii, który stanowi około 80% gospodarki, czyli usług. Zmiana indeksu nie była wprawdzie tak silna, jak w przypadku dwóch pozostałych wskaźników. Indeks również jako jedyny utrzymuje się powyżej poziomu 50, oddzielającego ekspansję od kurczenia się sektora. Niemniej, dane i tak są sporym rozczarowaniem, które potwierdza, że niepewność, związana tak z sytuacją wewnętrzną (Brexitem), jak i zewnętrzną (obawami w kwestii globalnego wzrostu) w istotny sposób wpływa na brytyjską gospodarkę.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,75-3,76. Amerykańska waluta pozostawała stabilna również w parze z euro. W kontekście informacji z wczoraj warto skupić się na retoryce Loretty Mester z Fed, która sugeruje, że – uwzględniając obecne informacje płynące z gospodarki – stopy procentowe przez jakiś czas powinny pozostać stabilne. Słowa Mester stanowią dość wyraźny kontrast dla retoryki sporej części jej kolegów w banku centralnym oraz rynkowej wyceny obniżek stóp procentowych. Obecnie rynki zakładają, że w lipcu stopy procentowe zostaną ścięte o co najmniej 25 punktów bazowych, po czym do końca roku mają zostać zmniejszone o dodatkowe 50 punktów bazowych.

Jednymi z istotniejszych danych z gospodarki, na które dziś będzie zwracał uwagę rynek będzie dzisiejsza publikacja odczytów PMI/ISM obrazujących aktywność w amerykańskim sektorze usług w czerwcu. Po poniedziałkowej publikacji dla sektora przemysłu, która zaskoczyła na plus, można mieć nadzieję, że i indeksy dla usług nie pokażą istotnego spadku. Oprócz danych o aktywności gospodarczej warto zwrócić uwagę na dane ADP o zatrudnieniu pozarolniczym w czerwcu, które będą wstępem do piątkowych „payrollsów”.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – posiedzenie decyzyjne RPP
  • 14:15 – dane o zmianie zatrudnienia pozarolniczego ADP w USA w czerwcu
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
  • 14:30 – bilans handlowy USA w maju
  • 15:15 – przemawia Ben Broadbent z BoE
  • 15:45 – indeks PMI dla usług w USA w czerwcu
  • 16:00 – indeks ISM pozaprzemysłowy w USA w czerwcu
  • 16:00 – dane o zamówieniach fabryk w USA w maju
  • 16:00 – konferencja prasowa RPP

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Jak instytucje oceniają elektronizację zamówień publicznych

Instytucje publiczne, które po 18 października 2018 roku biorą udział w e-przetargach, narzekają na ciągle zmieniające się założenia elektronizacji oraz niejasne interpretacje prawne ustawy, wynika z najnowszego raportu przygotowanego przez firmę Marketplanet na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród uczestników zamówień publicznych.wyzwania elektronizacji przetargów

W ubiegłym roku w życie weszły zmiany w ustawie Prawo zamówień publicznych, które nałożyły na zamawiających – organizujących przetargi publiczne powyżej progów unijnych – obowiązek elektronicznej komunikacji z wykonawcami.

Marketplanet, dostawca platformy e-Zamawiający, we współpracy z firmą szkoleniową z zakresu PZP ApexNet, przeprowadził wśród tych instytucji ankietę mającą na celu zbadanie, z jakimi trudnościami mierzą się one w związku z wprowadzeniem elektronizacji zamówień publicznych. W badaniu wzięło udział 200 podmiotów reprezentujących głównie jednostki samorządu terytorialnego (59,8%), administrację (18,63%), służbę zdrowia (14,71%), a także między innymi oświatę, spółki miejsce czy wojsko.

Przebadane instytucje przeprowadzają elektronicznie po 18 października 2018 roku przetargi i powyżej, i poniżej progów unijnych. 94% ankietowanych organizuje rocznie mniej niż 10 e-przetargów powyżej progów, a 85% mniej niż 10 postępowań o niższej wartości (poniżej progów).

W toku e-przetargów 30% ankietowanych zamawiających otrzymuje mniejszą liczbę ofert w porównaniu z czasem sprzed wprowadzenia zmian w przepisach. 44% instytucji dostaje od wykonawców podobną liczbę ofert, a 25% taką samą jak przed elektronizacją.

Co jest największym problemem dla zamawiających? Ciągle zmieniające się założenia elektronizacji oraz nowa wersja ustawy PZP (67%), niejasne interpretacje prawne ustawy (60%) i komunikacja z wykonawcami (46%).

– Obserwując rynek, widzę, że instytucje całkiem sprawnie radzą sobie z wyzwaniami, jakie postawiły przed nimi zmiany w ustawie PZP. Problemem pozostają jednak przede wszystkim zmieniające się założenia elektronizacji czy niejasna interpretacja nowych przepisów. Poprawę w tym zakresie przyniesie na pewno czas, kolejne orzeczenia KIO i tym samym ustabilizowanie się sytuacji prawnej postępowań publicznych – mówi Magdalena Szmalec, Business Director w Marketplanet.

Analizując odpowiedzi przedstawicieli poszczególnych branż, można zauważyć, że dla służby zdrowia problematyczne jest także przygotowanie złożonych, wielopakietowych postępowań (21% wskazań przedstawicieli branży), jednostki samorządu terytorialnego odczuły zmniejszenie liczby składanych ofert, a administracja dostrzega trudności związane z integracją platformy e-Usług z już istniejącymi systemami (10% wskazań).

Na rynku są dziś dostępne różne platformy e-Usług. Instytucje biorące udział w przetargach publicznych mogą w tym procesie skorzystać z rządowego miniPortalu, rozwiązania komercyjnego lub własnego. Pierwszą z tych możliwości wybrało 48% ankietowanych, drugą 36%, a trzecią 15%.

– Wybierając daną platformę, warto przeanalizować wszystkie dostępne na rynku rozwiązania i zdecydować się na dostawcę najbardziej odpowiedniego dla naszej instytucji. Należałoby mieć również na uwadze profil wykonawcy najczęściej ubiegającego się w danej instytucji o zamówienia i wybrać platformę, która sprawia, że proces złożenia oferty jest łatwy i intuicyjny. Platformy komercyjne nie są na razie kontrolowane przez urzędników, nie ma też żadnej ścieżki certyfikacji, którą powinny przejść, aby zostały dopuszczone do obsługi e-przetargów. Warto więc przy wyborze platformy rozeznać się, czy spełnia ona wszystkie wymagania ustawowe – tłumaczy Iwona Holka, prawnik, ekspert zamówień publicznych i trener ApexNet.

Badanie zostało przeprowadzone między 4 a 19 kwietnia 2019 roku wśród 200 instytucji, które zobligowane są do stosowania nowych przepisów Prawa zamówień publicznych, i jest pierwszą tego typu próbą zdiagnozowania skuteczności wprowadzenia nowych przepisów w zakresie e-przetargów.

– Ostatnie miesiące pokazały nam największe słabości elektronizacji systemu zamówień publicznych w Polsce. Wskazały jednak też kierunki, w których należy podążać, aby poprawić to, co dziś nie działa odpowiednio sprawnie. Najważniejsze jest jednak to, że polskie instytucje i polscy dostawcy technologii są otwarci na zmiany, chętni do współpracy i słuchają się nawzajem – podsumowuje Magdalena Szmalec z firmy Marketplanet.

Wojny handlowe w zawieszeniu, ale tylko do zakończenia kampanii wyborczej

Na światowych rynkach widać dobre nastroje. Wojny handlowe wygasają? Czy optymistyczna reakcja rynków finansowych na szczyt G20 powinna nas uspokoić?

Patrząc długoterminowo, to w negocjacjach nic nie zostało rozwiązane, dla Amerykanów pozostaje problemem, że druga gospodarka świata dogania USA i to także pod względem militarnym.

Krótsza perspektywa dotyczy kampanii wyborczej w USA. Donald Trump będzie chciał postawić na kilka kart, które mają mu zapewnić reelekcję. Już wiemy, że będzie chciał grać sukcesem gospodarczym i jak sam podkreśla miarą jego sukcesu jest hossa na rynkach. Nie będzie ryzykował załamaniem gospodarki z powodu konfliktów z Chinami w okresie kampanii wyborczej.

– Trump będzie balansował w negocjacjach z Chinami, a możliwości są dwie. Albo zdecyduje się na zawarcie słabego porozumienia, albo będzie tę kwestię przedłużał, aby utwardzić swoje stanowisko po wyborach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Do eskalacji konfliktu nie dojdzie przed zakończeniem kampanii wyborczej, ale też nie oznacza to, że relacje USA-Chiny wrócą do stanu sprzed dwóch lat.

Po wyborach przekonamy się czy nowe cła zostaną nałożone na Chiny. I także na Europę.

GPW rozpoczyna prace nad budową własnej Platformy Transakcyjnej z dofinansowaniem NCBR

  • Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) oraz Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) podpisały umowę na dofinansowanie z funduszy unijnych prac badawczo-rozwojowych związanych z budową nowej Platformy Transakcyjnej GPW
  • Realizacja projektu szacowana jest na około 90 mln zł, z czego 30,27 mln zł będzie pochodzić z dofinansowania przez NCBR
  • Budowa Platformy Transakcyjnej jest jedną z kluczowych inicjatyw strategicznych #GPW2022

Uroczyste podpisanie umowy na budowę Platformy Transakcyjnej GPW, z dofinansowaniem z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, odbyło się dziś w Sali Notowań GPW. W uroczystości udział wzięli Jarosław Gowin, Wiceprezes Rady Ministrów oraz Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Wojciech Kamieniecki, Dyrektor NCBR oraz Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Szacowany koszt projektu wyniesie około 90 mln zł, w tym przyznane dofinansowanie, w ramach konkursu „Szybka Ścieżka” NCBR, sięgnęło 30,27 mln zł. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju – agencja wykonawcza ministra nauki i szkolnictwa wyższego – wspiera innowacje finansowe, które służą rozwojowi polskiego rynku kapitałowego.

– Nowe technologie i ich szerokie zastosowanie w sektorze usług finansowych to błyskawicznie rosnąca gałąź polskiej i globalnej gospodarki. Dzięki dofinansowaniu z NCBR warszawska giełda, która jest jedną z największych w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, wzmocni swoją pozycję jako lidera innowacji  – powiedział Wicepremier, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego Jarosław Gowin podczas konferencji na GPW.

Przedmiotem projektu GPW będzie zbudowanie, w efekcie prac badawczo-rozwojowych, własnej Platformy Transakcyjnej obejmującej funkcje dedykowane instrumentom finansowym, a dzięki modułowej i elastycznej architekturze – również dla kolejnych klas instrumentów, posiadającej najlepsze parametry techniczne oraz nowe typy zleceń i autorskie algorytmy zawierania transakcji.

W 2018 roku w pięciu konkursach programu do NCBR wpłynęło ponad 1200 wniosków na łączną kwotę dofinansowania przekraczającą 9,6 mld zł. Tym samym „Szybka Ścieżka” była najczęściej wybieranym przez firmy źródłem finansowania nowatorskich projektów.

W 2019 roku NCBR zrealizuje łącznie aż sześć konkursów w ramach „Szybkiej Ścieżki”, których całkowity budżet wyniesie ponad 2,73 mld zł. Agencja po raz pierwszy zrealizuje trzy konkursy tematyczne poświęcone: projektom na rzecz dostępności, technologiom kosmicznym oraz technologiom tworzyw sztucznych.

– „Szybka Ścieżka” jest konkursem wyjątkowym, ponieważ z jednej strony pozwala na finansowanie wielomilionowych projektów dużych spółek, takich jak np. GPW, a z drugiej na wspieranie startupów czy firm z sektora MŚP. W ten sposób budujemy ekosystem innowacji, w którym najważniejszą wartością jest dobry pomysł, dzięki współpracy nauki i biznesu zmieniający się w przełomowe rozwiązania oraz technologie – komentuje dyrektor NCBR dr inż. Wojciech Kamieniecki. – Projekt Giełdy Papierów Wartościowych to potwierdzenie, że polski sektor finansowy doskonale absorbuje rozwiązania fintechowe, co pozwala zakładać, że w tej dziedzinie będziemy stale w awangardzie zmian.

System transakcyjny giełdy musi spełniać parametry, być wydajny, szybki i dostosowany do zmieniających się potrzeb rynku. Wykorzystywane technologie muszą charakteryzować się wysokim stopniem niezawodności, zapewniać jak najkrótszy czas między złożeniem zlecenia a potwierdzeniem jego obsługi, gwarantować wysoką odporność na dużą liczbę zleceń, przystosowaniem do przyjmowania i przetwarzania setek milionów komunikatów w ciągu dnia oraz do dużej zmienności obciążenia w czasie.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

– Stworzenie autorskiego systemu transakcyjnego jest wyjściem naprzeciw potrzebom rynku i wdrażanej Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego. Nowa platforma oznacza możliwość obniżenia kosztów transakcji oraz wprowadzenia nowych funkcjonalności dla członków giełdy, emitentów i inwestorów. System będzie charakteryzował się wysokim stopniem niezawodności i bezpieczeństwa. Już dziś myślimy o komercjalizacji tego nowego, światowej klasy rozwiązania technologicznego na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej i Bliskiego Wschodu – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Zbudowanie i wdrożenie nowego systemu transakcyjnego przyniesie także dywersyfikację przychodów dzięki możliwości sprzedaży systemu innym giełdom, umożliwi wprowadzenie nowych produktów pozwalających rozszerzyć ofertę GPW i zwiększyć jej atrakcyjność dla uczestników rynku kapitałowego. Budowa Platformy Transakcyjnej zwiększy również prestiż GPW.

Harmonogram realizacji projektu zakłada wdrożenie Platformy Transakcyjnej do końca czerwca 2023 r.

1 lipca br. NCBR zakończyło nabór wniosków w pierwszym w tym roku konkursie horyzontalnym tzn. dedykowanym projektom, których zakres tematyczny wpisuje się w przynajmniej jedną z Krajowych Inteligentnych Specjalizacji. Kolejny nabór wniosków dla MŚP, dużych firm i konsorcjów (w tym konsorcjów naukowo-przemysłowych) w konkursie horyzontalnym potrwa od 16 września do 16 grudnia br. Do podziału między autorów przełomowych przedsięwzięć jest aż 1,1 mld zł.

Wszystkie konkursy w formule „Szybkiej Ścieżki” realizowane są w ramach Poddziałania 1.1.1 „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa” Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój.

Moralność finansowa Polaków coraz wiekszym źródłem obaw

Skala społecznego przyzwolenia na nadużycia konsumenckie w finansach jest niepokojąca. Polacy są skłonni usprawiedliwiać odstępstwo od zasad prawnych i etycznych w ponad dwóch piątych sytuacji – pokazuje Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych, określany w badaniu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Według wykonanej po raz czwarty analizy, negatywnie wyróżniają się mężczyźni, osoby młode oraz zmagające się z problemami w spłacie kredytu lub pożyczki. Zdecydowana większość Polaków wie, że z powodu opóźnień w spłacie zobowiązań może trafić do rejestru prowadzonego przez Biuro Informacji Gospodarczej.

Zestaw 9 pytań zadawanych respondentom badania Moralność finansowa Polaków, zrealizowanego przez KPF w partnerstwie z BIG InfoMonitor, Everest Finance i Polską Siecią Windykacji, jest poprzedzany pytaniem weryfikującym poglądy Polaków na kwestię oddawania długów jako obowiązku moralnego, którego dotrzymywanie ze względu na jego istotę i wagę ma charakter stały w każdej życiowej sytuacji. Odpowiedzi na to pytanie mają charakter deklaracji moralnej naszego społeczeństwa i swoistego benchmarku, do jakiego możemy odwoływać się, analizując poziom akceptacji nieetycznych zachowań w różnych, konkretnych sytuacjach życiowych.

Na pytanie „Czy zgadza się Pani/Pan z poglądem, że oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym?” w bieżącej edycji badania twierdząco odpowiedziało 94,2 proc. respondentów, podtrzymując tym samym wynik z zeszłego roku. Dla porównania, w 2016 r. wynosił on 96,5 proc. Z upływem czasu wzrasta – i to ponad 3-krotnie – odsetek osób, które mają wątpliwości co do konieczności spłaty – z 1,4 proc. w 2016 r. do 4,6 proc. w 2019 r. Zmniejsza się natomiast grupa tych, którzy nie zgadzają się z powyższą normą moralną – z 2,1 proc. w 2016 r. do 1,2 proc. w 2019 r.

Moralność finansowa Polaków
Źródło: Moralność finansowa Polaków, projekt badawczy KPF.

Pierwowzorem cyklu badań KPF dotyczących moralności finansowej było badanie przeprowadzone w 2006 r.[1] Zadano w nim dokładnie takie samo pytanie o to, czy oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym. Uzyskany wówczas wynik był zbliżony do tego z roku 2016 – 96 proc. odpowiedzi pozytywnych co do uznawania oddawania długów zawsze za obowiązek moralny (3 proc. odpowiedzi „nie” oraz 1 proc. odpowiedzi „trudno powiedzieć”).

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

– Przybywa osób, które nie zawsze uznają spłatę długów za obowiązek moralny. Jak wynika z badań, negatywne zmiany w podejściu społeczeństwa do tego obowiązku moralnego nabrały tempa w ostatnich latach. Wywiązywanie się ze zobowiązań finansowych oraz prawa wierzyciela do odzyskania swoich należności podważa już ok. 6 na 100 Polaków. Powinno to zastanawiać i inspirować do dyskusji o przyczynach takiego zjawiska w szerokich kręgach – rządowych, finansowych, mediach, jak i w świecie akademickim i naukowym – alarmuje Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Analiza profilu osób, które nie zgodziły się z poglądem, że oddawanie długów jest zawsze obowiązkiem moralnym lub nie miały na temat opinii wskazuje, że częściej są to mężczyźni niż kobiety, najczęściej osoby młode (w wieku 18–29 lat) oraz zmagające się z problemami ze spłatą pożyczki lub kredytu.

Pozostałe pytania, dotyczące możliwości usprawiedliwiania konkretnych praktyk, jakie mogą być stosowane przez Polaków w codziennym życiu, dotyczyły akceptacji zachowań, takich jak:

  • zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie kredytu
  • zaciąganie kredytu nie zapoznając się dokładnie z warunkami spłaty
  • praca na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji
  • zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie
  • płacenie gotówką bez rachunku, by uniknąć płacenia VAT
  • częsta zmiana rachunku bankowego, by uniknąć zajęcia środków przez komornika
  • przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem
  • niezwracanie uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść
  • posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, by uzyskać kredyt.

Zachowania te zostały podzielone na trzy grupy tematyczne: spłata zobowiązań, zaciąganie kredytów oraz inne sytuacje życiowe. Co ciekawe, najwyższy poziom akceptacji zachowań niemoralnych i nierzetelnych (52 proc.) dotyczy spłaty zobowiązań. W badaniu obszar ten obejmowały pytania mówiące o: pracy na czarno w celu uniknięcia ściągania długów z pensji, zmianie rachunku bankowego po to, by komornik nie zajął pieniędzy i przepisywania majątku na rodzinę, aby uciec przed wierzycielem. W drugiej kolejności znalazła się grupa nieetycznych zachowań z zakresu zaciągania zobowiązań kredytowych – średnio ponad 44 proc. respondentów zadeklarowało w 2019 r. ich akceptację. Ankietowani byli tu pytani o zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie kredytu, zaciąganie kredytu bez zapoznania z warunkami jego spłaty oraz o posługiwanie się cudzym dokumentem tożsamości, w celu wyłudzenia kredytu. Akceptacja nieetycznego zachowania związanego z innymi obszarami niż spłata zobowiązań i kredyty, wymierzona m.in. przeciw ubezpieczycielom i państwu, wypadła na poziomie 39 proc. Objęła takie sytuacje jak: zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie, płacenie gotówką bez rachunku, by uniknąć płacenia VAT oraz niezwracanie uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść.

Pogarsza się poziom moralności finansowej Polaków
Źródło: Moralność finansowa Polaków, projekt badawczy KPF.

– Średnia wszystkich sum odsetków odpowiedzi czasem, często lub zawsze na pytania o możliwość usprawiedliwiania poszczególnych działań, wyznaczyła Indeks Akceptacji Nieetycznych Zachowań Finansowych (permisywizmu moralnego). Stanowi on wskaźnik przyzwolenia na naruszanie przez konsumentów norm prawnych bądź standardów etycznych. W 2019 roku wyniósł on prawie 41, co oznacza, że Polacy są skłonni usprawiedliwiać odstępstwa od zasad w ponad dwóch piątych sytuacji. Wynik ten wskazuje na bardzo duży zakres społecznego przyzwolenia na nadużycia konsumenckie w obszarze finansów – wyjaśnia prof. dr hab. Anna Lewicka-Strzałecka z IFiS PAN, autorka badania.

Potwierdzeniem tych obserwacji jest rosnąca liczba niesolidnych dłużników w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej. W ciągu trzech lat, od marca 2016 r. do marca 2019 r. liczba niespłacających w terminie swoich zobowiązań wzrosła o 30 proc., a kwota ich zaległości zwiększyła się o 67 proc. Niesolidnych dłużników jest już niemal 2,8 mln, mają na koncie nieopłacone w terminie 76 mld zł, z czego 11,8 mld zł to alimenty. Średnio na jedną osobę przypada 27 158 zł zaległości.

rosnąca liczba niesolidnych dłużników
* po zmianie prawa uwzględnieni zostali opóźniający spłatę o min. 30 dni, wcześniej było to min. 60 dni
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

 I to wszystko pomimo dobrze rozwijającej się gospodarki, spadającego bezrobocia, napływu pieniędzy z programów socjalnych i rosnących wynagrodzeń Polaków. Choć wzrost liczby dłużników widniejących w rejestrze BIG InfoMonitor, to częściowo wynik popularności BIG-ów jako narzędzia dochodzenia zaległości, ale w pełni nie da się tego zjawiska wytłumaczyć w ten sposób. W grę wchodzą również błędy w zarzadzaniu budżetem domowym przez nieradzących sobie z obsługą zobowiązań. Wzrost wydatków konsumpcyjnych części społeczeństwa wyprzedza wzrost ich dochodów. Wyższe wpływy służą do zwiększenia zdolności kredytowej i pożyczkowej, śmielszego decydowania o droższych zakupach i większych wydatkach przyspieszających spełnienie oczekiwań i aspiracji – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – W naszych badaniach 22 proc. osób mówi, że zdarza im się żyć ponad stan. W pokoleniu 25–34 latków problem ten ma nawet co trzecia osoba – dodaje.

Pytania dodatkowe, które znalazły się w badaniu Moralność finansowa Polaków, objęły postrzeganie biur gromadzących informacje o dłużnikach, tj. Biur Informacji Gospodarczej (BIG-ów) i pokazały, że 85 proc. respondentów wie, że jeśli nie będzie regulować zobowiązań to może trafić do rejestru dłużników prowadzonego przez BIG. Świadomość jest tym wyższa, im wyższe wykształcenie ankietowanych – najsłabsza jest wśród osób, które nigdy nie miały zobowiązania w instytucji finansowej w formie kredytu lub pożyczki. Prawie 80 proc. respondentów od razu spłaciłoby dług, by być wykreślonym z rejestru, a blisko 15 proc. spłaciłoby go, gdyby wpis utrudniał im życie, ale 6 proc. w żadnej sytuacji nie byłoby skłonne do zwrotu. Zupełnie innych odpowiedzi udzielają osoby, które zaciągnęły kredyt/pożyczkę i mają problem z płaceniem rat. W ich przypadku tylko połowa oddałaby dług natychmiast, dwie piąte (40,1 proc.) zrobiłoby to dopiero gdy wpis utrudniłby im życie, a 8,9 proc. w żadnej sytuacji nie byłoby skłonne do zwrotu zobowiązania.

Christine Lagarde na fotelu prezesa Europejskiego Banku Centralnego

Poznaliśmy następczynię Mario Draghiego na fotelu prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Niewiele wiadomo o jej poglądach, ale z domysłów wynika, że możemy być świadkami zwrotu w polityce budżetowej. Zamiast redukcji zadłużenia możliwa będzie stymulacja gospodarki za pomocą zwiększania długu publicznego. Byłaby to bardzo dobra wiadomość dla państw, które już teraz podążają tą ścieżką, czyli chociażby Włochów, cały czas ryzykujących rozpoczęciem procedury nadmiernego zadłużenia.

Christine Lagarde za sterami EBC

Christine Lagarde – EBC (3)Na stanowisko nowego prezesa najważniejszej europejskiej instytucji finansowej Rada Europejska desygnowała obecną dyrektor zarządzającą Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Teraz przed nami procedura akceptacyjna, która zajmie trochę czasu. Zdaniem obserwatorów jest ona raczej formalnością, ale biorąc pod uwagę konieczność potwierdzenia nominacji przez państwa członkowskie oraz Parlament Europejski, musimy uzbroić się jeszcze w cierpliwość. Niestety nie jest wiadomym, jakie są dokładnie poglądy kandydatki na najważniejszą dla rynków walutowych kwestię polityki monetarnej. Z racji ostatnich działań Funduszu przypisuje się jej keynesowskie podejście. W przypadku takiego scenariusza możemy się spodziewać poluzowania polityki, czyli zachęty do zwiększania deficytu budżetowego w celu przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Nie można jej natomiast odmówić doświadczenia zawodowego. W swojej karierze piastowała już stanowisko ministra finansów Francji i przez 8 lat kierowała MFW.

Karuzela kryptowalutowa trwa

Po tym, jak najpopularniejsza kryptowaluta świata niespodziewanie osiągnęła poziom 14 000 dolarów, wczoraj na pewien czas spadła poniżej 10 000. Analitycy zwracają uwagę na powiązanie ostatnich wahań z konfliktem handlowym. Wirtualne monety są użyteczne w obchodzeniu wszelkiego rodzaju sankcji, zatem nie powinno dziwić, że wzrost przyspieszył po zaognieniu konfliktu z Iranem. Natomiast uspokojenie sytuacji w tym tygodniu oraz dobre wyniki giełdy wyraźnie wyciągnęły kapitał z tego rynku. Część ekspertów widzi w Bitcoinie alternatywę dla złota na trudne czasy. Warto jednak zwrócić uwagę, że złoto w przeciwieństwie do kryptowalut ma znacznie stabilniejszą cenę.

Stopy procentowe w Polsce

Dzisiaj odbywa się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Decyzję poznamy zapewne zwyczajowo około 13:30, ale znacznie ważniejsza wydaje się konferencja prasowa o godzinie 16:00. Powodem tego stanu rzeczy jest fakt, że analitycy są zgodni co do tego, że RPP nie podejmie dziś decyzji o zmianie stóp, natomiast może dać cenne wskazówki na temat ich kształtowania w przyszłości. Jest to tym bardziej zasadny pogląd, że ostatnie posiedzenia EBC czy FED spowodowały zmiany w oczekiwaniach globalnych rynków. Polska stopa procentowa na tle Zachodu jest relatywnie wysoka. Warto pamiętać, że nadal jest niższa o 0,5% od tej u naszych południowych sąsiadów z Czech. Jeżeli sygnały do obniżki pojawią się szybciej, niż dotychczas sądzono, to prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z negatywnym bodźcem dla złotego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Stawka 0% VAT w eksporcie towarów: istotny wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej

Eksport towarów zgodnie z zasadą neutralności powinien być co do zasady zwolniony z opodatkowania (opodatkowany stawką 0%). Zgodnie z polską ustawą o podatku od wartości dodanej (VAT) stosowanie tej stawki jest obwarowane spełnieniem wielu warunków dotyczących przede wszystkim właściwego dokumentowania i ewidencjonowania transakcji. Spełnienie warunków opisanych w ustawie ma gwarantować, że eksport zostanie opodatkowany w państwie nabywcy. Warunki, od których spełnienia uzależnione jest zastosowanie stawki 0%, są określone w art. 41 ustawy o VAT. W związku z powyższym transakcje eksportowe są przedmiotem licznych kontroli podatkowych. W szczególności fiskus interesuje się dokumentacją potwierdzającą, że towar wyjechał. Często dokumentacja posiadana przez podatników jest kwestionowana, co prowadzi do opodatkowania transakcji według stawek krajowych (23%). Orzecznictwo TSUE oraz sądów administracyjnych pokazuje jednak, że podatnicy nie powinni się w takich sytuacjach poddawać.

Dokumentacja

Podstawą do zastosowania stawki 0% przy eksporcie jest potwierdzenie przebiegu transakcji odpowiednią dokumentacją. Należy więc zgromadzić odpowiednie dokumenty potwierdzające wywóz towaru. Ustawa o VAT nie przewiduje zamkniętego katalogu dokumentów potwierdzających wywóz towaru. Zgodnie z treścią art. 41 ust. 6a dokumentem potwierdzającym wywóz może być dokument w formie elektronicznej, otrzymany z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych. Podatnicy dokonujący eksportu pośredniego, którzy nie mają możliwości otrzymania dokumentu w formie elektronicznej bezpośrednio z systemu teleinformatycznego, mogą posłużyć się dokumentem w formie elektronicznej pochodzącym z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych, lecz otrzymanym poza tym systemem, jeśli zapewniona jest jego autentyczność pochodzenia względem „oryginału” dokumentu elektronicznego – podatnik otrzyma ten dokument drogą elektroniczną np. za pomocą poczty elektronicznej przy wykorzystaniu opcji „prześlij dalej”. Ponadto dokumentem wymienionym w tym przepisie jest dokument celny SAD.

Nie tylko IE599 czy SAD

W orzeczeniach sądów administracyjnych można spotkać się z podejściem, że nie tylko komunikat IE-599 czy SAD jest jedynym dowodem potwierdzającym wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej, zwłaszcza że niektóre państwa wyprowadzenia towaru mogą ich nie stosować (wyrok WSA w Łodzi z 23 czerwca 2016 r., I SA/Łd 437/16). Sądy zwracają uwagę, że jeśli okoliczność wywozu poza UE zostanie wykazana innymi dowodami, to organy podatkowe nie mogą tego pomijać, stosując do takiego wywozu stawkę jak dla obrotu krajowego (wyroki NSA: z 10 września 2014 r., I FSK 1304/13 oraz z 25 kwietnia 2013 r., I FSK 828/12).

Istotne, aby dokument, na który powołuje się podatnik, był wiarygodny, a więc miał postać oryginału lub kserokopii potwierdzonej za zgodność z oryginałem. Dokument taki musi również pozwalać na identyfikację wywiezionego towaru w taki sposób, aby możliwe było bez żadnych wątpliwości stwierdzenie, że dotyczy tego samego towaru, który został zgłoszony do procedury wywozu (wyrok NSA z 9 maja 2017 r., I GSK 975/15).

Również przepisy celne – podobnie jak regulacje dot. VAT, które się do nich odnoszą – nie zawierają zamkniętego katalogu dokumentów potwierdzających wywóz towarów do państwa trzeciego. Zgodnie z art. 335 ust. 4 rozporządzenia 2015/2447 dowodami świadczącymi o tym, że towary opuściły obszar celny Unii, mogą być przykładowo kopia potwierdzenia dostawy podpisana lub uwierzytelniona przez odbiorcę spoza obszaru celnego Unii czy dokument przetworzony przez organ celny państwa członkowskiego lub państwa trzeciego.

Stanowisko TSUE

Trybunał w wyroku wyrok z 28 marca 2019 r., Milan Vinš, C- 275/18, poszedł jeszcze dalej i wskazał, że wystarczający jest sam faktyczny wywóz towarów. TSUE wskazał, że Dyrektywa VAT nie przewiduje, aby towar musiał być objęty procedurą celną. Z punktu widzenia Dyrektywy VAT istotne jest fizyczne wywiezienie towarów poza terytorium Unii Europejskiej. Jest to jedyny warunek zwolnienia, który może być potwierdzony w dowolny sposób. Powyższy wyrok TSUE potwierdza podejście, że w przypadku eksportu towarów nie jest kluczowe posiadanie określonych dokumentów czy też objęcie towarów określoną procedurą, lecz sam fakt wywozu towarów poza granice Unii Europejskiej.

Skutki wyroku TSUE

Wyrok TSUE jest kolejnym argumentem dla podatników prowadzących spór z urzędem w zakresie prawidłowości zastosowania stawki 0% w eksporcie towarów. Pomimo że TSUE i sądy administracyjne wypracowały już jednolitą i korzystną dla podatników linię orzeczniczą, to organy podatkowe często próbują kwestionować dokumentację potwierdzającą eksport, w szczególności w przypadku braku komunikatu IE599 czy dokumentu SAD

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Etyczni hakerzy – wysokie zarobki za włamania pod kontrolą biznesu

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Według 2019 Hacker Report społeczność hakerów „w białych kapeluszach” podwaja się z roku na rok. W ubiegłym roku w formie premii przekazano im 19 milionów dolarów, co prawie odpowiada sumie wypłaconej hakerom w ciągu ostatnich sześciu lat łącznie. Raport szacuje, że najlepsi, czyli najlepiej zarabiający etyczni hakerzy, mogą uzyskiwać nawet czterdziestokrotność średniego rocznego wynagrodzenia inżyniera oprogramowania w swoim kraju.

Hakerzy stosują coraz bardziej wyrafinowane metody, a potencjalne obszary ataków wraz z rozwojem m.in. IoT czy rozwiązań chmurowych – ciągle rosną. W ochronie aplikacji szczególnie istotne jest wzięcie pod uwagę wszelkich możliwych kierunków ataku. A w ich zdefiniowaniu może właśnie pomóc etyczny haker.

Chociaż architekci zabezpieczeń mają bogatą wiedzę na temat najlepszych praktyk w branży, najczęściej brakuje im praktycznego doświadczenia, w jaki sposób atakujący wykonują swoje rozpoznanie, jak łączą wiele ataków lub uzyskują dostęp do sieci korporacyjnych.

Firmy wykorzystują więc metody cyberprzestępców, aby się lepiej zabezpieczyć i zatrudniają etycznych hakerów. Doświadczony haker posiada umiejętności i zna metody działania cyberprzestępców. Jeśli zostanie przez firmę upoważniony do wykorzystywania sieci bezpieczeństwa i ulepszania systemów poprzez naprawienie luk wykrytych podczas testów, jest wówczas także zobowiązany do ujawnienia wszelkich braków w zabezpieczeniach, które wykryje.

Pieniądze za kontrolowane włamania

Najpopularniejszą metodą firm na wykorzystanie wiedzy hakerów jest uruchamianie programów „bug bounty” – otwartych konkursów „znajdź lukę” działających na określonych warunkach. W takich programach każdy może wyszukać i zgłosić wykryte przez siebie luki w celu uzyskania nagrody od firmy. Jest to dobry sposób sprawdzania bezpieczeństwa dla publicznie dostępnych usług takich jak np. strony internetowe czy aplikacje mobilne. Przyznane wynagrodzenie zależy wtedy od poziomu wskazanego ryzyka i jest wypłacane po potwierdzeniu, że wykryte braki w zabezpieczeniach są rzeczywiście istotne dla firmy.

Ta forma swoistego crowdsourcingu i jego premiowania ma oczywiste korzyści. Hakerzy zdobywają reputację oraz szansę, aby zaprezentować i przetestować swoje umiejętności na publicznym forum. W zamian organizacja, która ogłasza program, zyskuje inteligentne rozwiązania i nową perspektywę w obszarze bezpieczeństwa.

Zatrudnię ex-cyberprzestępcę

Niektóre firmy decydują się na zatrudnienie hakerów, którzy mają udokumentowaną działalność przestępczą. Może się to wydawać ryzykowne, jednak ich praktyczne doświadczenie jest bardzo cenne. Zatrudnienie ex-cyberprzestępcy powinno być przemyślane, aby faktycznie miało szansę przynieść realne korzyści. Sprawdzenie kryminalnej przeszłości pozwala zidentyfikować dawnych przestępców, ale nie pokazuje szerszego kontekstu  i ich motywacji  do poprawy postawy. Szanowanymi konsultantami bezpieczeństwa i liderami w tej branży często np. zostają początkujący hakerzy, którzy w młodości popełnili przestępstwa o niskiej szkodliwości. Jednak etyczne działania podejmują także cyberprzestępcy, którzy mają na swoim koncie poważne wykroczenia. Przy podejmowaniu takiej współpracy, dla firm kluczowa jest klauzula poufności oraz, obok monitorowania pracy, zobowiązanie zatrudnianego do udzielania wszelkich informacji o wynikach pracy czy obszarach podejmowanych działań.

A może masz „hakerów” w swoim zespole?

Myśląc o dokładnym zabezpieczeniu firmy, warto zastanowić się, czy w pełni wykorzystujemy własne zasoby. Organizacje zauważające i doceniające umiejętności osób tworzących aplikacje, kod czy infrastrukturę sieciową, wiele zyskują w obszarze bezpieczeństwa. Bywa, że pracownicy wiedzą o lukach, ale ich nie zgłaszają, ponieważ nie jest to uwzględnione w zakresie ich obowiązków – dla firmy to zmarnowana szansa. Decydenci potrzebują pełnego zaangażowania zespołu, a często nie zdają sobie sprawy z tego, jakie możliwości drzemią w ich organizacji.

Etyczne hakowanie staje się coraz bardziej sformalizowane, dzięki czemu ma szansę na dalszy rozwój i upowszechnienie. Hakerzy w białych kapeluszach zdobywają certyfikaty, wśród nich m.in. Certified Ethical Hacker (CEH), Offensive Security Certified Professional (OSCP) lub Global Information Assurance Certifications, a także zrzeszają się w organizacje. Dzięki temu firmy mają pewność, że korzystają z usług odpowiednich osób. Etyczne hakowanie popularyzuje się, wraz z rosnącą potrzebą cyberbezpieczeństwa w biznesie.

Jak polscy konsumenci kupują w sieci – wyniki badania EY

57% Polaków dokonuje zakupów online, a 66% szuka w sieci informacji o produktach i ich cenach wynika z badania przeprowadzonego przez EY. Odsetek kupujących w sieci zależy nie tylko od kategorii produktów (elektronikę kupuje 71% konsumentów, a artykuły spożywcze zaledwie 10%), ale również od wieku, stanu cywilnego, miejsca zamieszkania, czy dochodów. Badanie EY pokazało, że większe i młodsze gospodarstwa domowe bardziej intensywnie używają kanałów online, natomiast mniejsze i starsze częściej wybierają sklepy tradycyjne.

Badanie EY pokazuje, że polski konsument staje się coraz bardziej cyfrowy. Już 57% Polaków dokonuje zakupów zarówno w skalpach internetowych, jak i stacjonarnych. 47% konsumentów wybiera wyłącznie tradycyjne punkty handlowe. Konsumenci w Polsce najczęściej za pośrednictwem sieci kupują sprzęt elektroniczny, 71% osób deklaruje zakup takich towarów online. Na drugim biegunie jest branża spożywcza, gdzie tylko 10% osób potwierdziło, że kupuje szeroko rozumianą żywność w intrenecie. W przypadku odzieży, obuwia i  kategorii „zrób to sam” (sklepy z narzędziami i markety budowlane) korzystanie z zakupów online sięga 50%.

Poszczególne kategorie handlu detalicznego mają przed sobą różne wyzwania. W przypadku elektroniki użytkowej udział sprzedaży w kanale online jest już wysoki. Dalszy wzrost tej kategorii w kanałach zdalnych będzie wymagał  np. wzrostu częstotliwości zakupów lub wartości koszyka. Natomiast w kategorii artykułów spożywczych największym wyzwaniem jest bardzo niska penetracja zakupów online względem ogólnych przyzwyczajeń konsumentów. Tutaj istotne  jest szczegółowe zidentyfikowanie barier, które odstraszają konsumentów od tej formy zakupowej, a także odpowiednie dostosowanie możliwości łańcucha dostaw – powiedział Łukasz Wojciechowski Partner EY, Lider Zespołu Dóbr Konsumpcyjnych.

Odsetek osób korzystających z oferty sklepów internetowych zależy od wieku konsumentów. Najwyższy jest w grupie najmłodszej 15-19 lat (74%), najniższy w grupie najstarszej +60 lat (39%). Wiek to nie jedyny istotny czynnik wpływający na popularność zakupów online. Kolejnym jest wielkość gospodarstwa domowego. Co ciekawe, badanie EY ujawniło, że gospodarstwa jednoosobowe i dwuosobowe rzadziej korzystają ze sklepów internetowych (odpowiednio 33% oraz 46%). Liczniejsze rodziny są bardziej otwarte lub też doceniają wygodę takiego rozwiązania – w przypadku trzyosobowych gospodarstw domowych ten odsetek wynosi już 59%, a wśród tych liczących cztery lub więcej osób – ponad 70%. Fakt posiadania dzieci również bardzo istotnie wpływa na odsetek gospodarstw domowych robiących zakupy przez internet. Spośród gospodarstw, które je mają, 69% korzysta z kanału online. Jeśli ich nie ma, odsetek jest znacznie niższy i wynosi 48%.

W celu lepszej klasyfikacji zachowania konsumentów w zależności od wieku, czy  sytuacji rodzinnej, EY w badaniu wyróżnił dziewięć „Etapów Życia” klienta. Są to młodzież, młody singiel, młode gosp. domowe bez dzieci w domu, młode gosp. domowe z dziećmi, starsze gosp. domowe z dziećmi, starsze gosp. domowe bez dzieci, starsze gosp. domowe na emeryturze bez dzieci w domu, starszy singel, singiel na emeryturze.

Spojrzenie na zachowanie konsumenta przez pryzmat „Etapów Życia” pozwala na precyzyjne określenie grup najbardziej zainteresowanych różnymi formami handlu w internecie. Są to większe gospodarstwa domowe i młodzież. Młodzi ludzie mają zdecydowanie najmniejsze problemy z aktywnością w wirtualnej rzeczywistości – 74% dokonuje zakupów online. Gdy rozpoczynamy samodzielne życie, wskaźnik ten spada do 66%. Ale gdy w rodzinie pojawia się pierwsze dziecko, odsetek kupujących w sieci zdecydowanie wzrasta do poziomu identycznego jak w przypadku młodzieży, czyli 74%. – tłumaczy Adam Malarski, Starszy menedżer w Zespole Dóbr Konsumpcyjnych.

 Miejsce zamieszkania konsumenta również wpływa na decyzje odnośnie sposobu dokonywania zakupów. Korelacja nie jest tak silna, jak w przypadku „Etapów Życia”, nie mniej jednak badanie EY pokazało, że to nie konsumenci z największych miast przodują w e-handlu. Wręcz przeciwnie, w przypadku wsi oraz miast do 50 tys. mieszkańców wykorzystanie kanału online jest wyższe od średniej i wynosi nieznacznie powyżej 60%. Najniższym wskaźnikiem charakteryzują się natomiast miasta zamieszkiwane przez 50–200 tys. osób – jest on niższy niż 50 proc. W większych ośrodkach zainteresowanie zakupami online rośnie. W miastach powyżej 200 tys. mieszkańców to już 54%, a w największych aglomeracjach (powyżej 500 tys. mieszkańców) odsetek osób kupujących w sieci wynosi 57%.

Handel omni-kanałowy to nie tylko zakupy dokonywane bezpośrednio w sieci, to cały proces komunikacji z konsumentem poprzez wszystkie dostępne kanały zarówno online ( np. media społecznościowe, aplikacje mobilne, porównywarki cenowe) jak i tradycyjne (m. in. gazetki reklamowe, telewizja, bilbordy). EY zbadał więc, gdzie Polacy poszukują informacji o cechach produktów i ich cenach.

61% badanych przez EY konsumentów korzysta zarówno z kanałów online i offline szukając informacji o produktach i ich cenach. Wyłącznie w kanałach tradycyjnych informacji poszukuje 32% osób. Natomiast tylko do Internetu, jako źródła wiedzy o produkcie ogranicza się zaledwie 5% osób. 2% ankietowanych przez EY deklaruje, że w żaden sposób nie docierają do nich informacje o produktach. Badanie EY pokazuje również preferencje dotyczące komunikacji na poszczególnych „Etapach Życia” konsumenta. Większe gospodarstwa domowe (szczególnie z dziećmi) oraz „młodzież” to grupy najbardziej intensywnie poszukujące informacji online. Warto też zauważyć, że we wszystkich grupach odsetek wyszukujących danych online przewyższa procent osób dokonujących w ten sposób zakupów – szczególnie wśród starszych i mniejszych gospodarstw domowych.

We wszystkich grupach docelowych większy odsetek konsumentów poszukuje informacji online niż dokonuje zakupu. Istotne jest zrozumienie barier zakupowych tych konsumentów. Szczególnie ciekawy jest przypadek małych starszych gospodarstw domowych (starszy singiel i singiel na emeryturze), gdzie ilość wyszukujących informacje prawie dwukrotnie przewyższa liczbę kupujących online – wyjaśnia Łukasz Wojciechowski.

Badanie zostało przeprowadzone w marcu 2019 roku na reprezentacyjnej dla Polski próbie 1628 osób w wieku 15-75 lat. Zastosowana metoda badawcza to wspomagany komputerowo wywiad za pomocą strony www (CAWI). Badanie obejmowało pięć kategorii produktowych handlu detalicznego. Wartość badanych kategorii stanowi ponad 80% wartości całego rynku handlu detalicznego.

Bank Pekao S.A. z kolejną dużą transakcją w sektorze energetycznym

Konsorcjum ośmiu banków, na czele z Bankiem Pekao, podpisało z Grupą Lotos S.A. umowę nowego 5-letniego kredytu terminowego i wielowalutowego kredytu odnawialnego o łącznej wartości 500 mln USD. Bank Pekao pełni wiodącą rolę agenta kredytu.

Bank Pekao pełni wiodącą rolę agenta kredytu, prowadzącego księgę popytu oraz organizatora konsorcjum. Przeznaczeniem umowy jest refinansowanie istniejącego zadłużenia zaciągniętego na realizację Programu 10+ oraz ogólne cele związane z działalnością gospodarczą.

W skład konsorcjum, które podpisało umowę z Grupą Lotos S.A., wchodzą banki: Bank Pekao S.A., Caixa Bank odział w Polsce, Erste Group Bank AG, ICBC SA oddział w Polsce, ING Bank Śląski S.A., Intesa Sanpaolo SpA S.A. Oddział w Polsce, PKO Bank Polski S.A., SMBC BANK EU AG.

Z dumą obserwuję dynamikę działań bankowości korporacyjnej Banku Pekao w obszarze obsługi strategicznych sektorów gospodarki. Cieszę się, że Grupa Lotos nam zaufała i jestem przekonany, że ta ważna transakcja podkreśli kluczową rolę Pekao na rynku bankowości korporacyjnej, na którym od lat zajmujemy czołowe miejsce. To kolejne znaczące finansowanie w tym sektorze w ciągu niecałych dwóch tygodni – powiedział Tomasz Styczyński, Wiceprezes Zarządu Banku Pekao S.A., nadzorujący działalność Pionu Bankowości Korporacyjnej, Rynków i Bankowości Inwestycyjnej.

Bank Pekao w ciągu ostatnich trzech lat udzielił finansowania o wartości 4,5 mld PLN dla największych podmiotów z sektora paliwowo-energetycznego w Polsce.

Fiskus sprawdza ulgę B+R

Wraz z upływem terminu na złożenie deklaracji CIT i PIT organy podatkowe zaczęły wysyłać zapytania do firm rozliczających w zeznaniu rocznym ulgę B+R za rok podatkowy 2018. Fiskus sprawdza poprawność dokumentów odnoszących się do ulgi, m.in. ewidencję czasu pracy, wykaz składek odprowadzanych do ZUS czy sposób wyodrębnienia kosztów kwalifikowanych w ewidencji księgowej. Jak przedsiębiorcy, którzy skorzystali z ulgi badawczo-rozwojowej, powinni przygotować się na ewentualne zapytania?

Urzędy skarbowe podejmują działania weryfikacyjne, ponieważ rozliczenie ulgi B+R ma charakter deklaratywny. Podatnicy, którzy chcą z niej skorzystać, muszą do rocznego zeznania podatkowego dołączyć PIT-BR lub CIT-BR. Weryfikacja rozliczenia jest czymś naturalnym i ma na celu sprawdzenie jego poprawności. Ulga B+R jest stosunkowo nowym instrumentem podatkowym – obowiązuje od 2016 r. – więc dzięki podejmowaniu czynności weryfikacyjnych organy podatkowe dowiadują się, co podatnikom sprawia największy kłopot.

Nie kontrola, a czynności sprawdzające

Zgodnie z ordynacją podatkową, urzędy skarbowe w ramach działań weryfikacyjnych mogą przeprowadzać kontrole skarbowe lub czynności sprawdzające. Te ostatnie nie wiążą się z przeprowadzeniem pełnego postępowania wyjaśniającego, które kończy się wydaniem decyzji podatkowej. Z doświadczenia Ayming Polska wynika, że obecnie działania podejmowane w stosunku do firm korzystających z ulgi B+R najczęściej przybierają formę czynności sprawdzających.

Czynności sprawdzające przeprowadzane przez organy podatkowe należy ocenić pozytywnie. Przedsiębiorcy prowadzący projekty badawczo-rozwojowe powinni w nich upatrywać szansę na sprawdzenie poprawności swoich rozliczeń i zebranej dokumentacji, co pozwoli im z większym zaufaniem korzystać z ulgi B+R w kolejnych latach. Taka forma weryfikacji poprawności może też uchronić firmy przed zaległościami podatkowymi – wyjaśnia Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Finansów i Innowacji w Ayming Polska.

Czynności sprowadzające dotyczą m.in. skontrolowania terminowości składania deklaracji, zbadania formalnej poprawności dokumentów odnoszących się do ulgi B+R czy ustalenia stanu faktycznego w zakresie niezbędnym do stwierdzenia zgodności z przedstawionymi dokumentami, które potwierdzą wydatki na B+R
i przypisanie ich do kosztów kwalifikowanych. Na etapie czynności sprawdzających organy podatkowe nie mogą przeprowadzać dowodów z innych źródeł, np. prosić o zeznania świadków czy o opinie biegłych, ale wkrótce może się to zmienić.

Projektowane zmiany przepisów ordynacji podatkowej przewidują uproszczenie czynności sprawdzających oraz ochronę prawa podatnika w jego relacjach z organami podatkowymi. Z drugiej strony, procedowane przepisy być może otworzą furtkę do stosowania postępowania dowodowego w ramach czynności sprawdzających. Jednak na tę chwilę urząd skarbowy powinien zminimalizować swoje działania w stopniu niezbędnym do stwierdzenia zgodności jedynie z przedstawionymi dokumentami – tłumaczy Michał Barszcz, Project Manager w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Niezbędne dokumenty

Działania podejmowane przez fiskus mogą nastręczać trudności firmom, które rozliczyły ulgę B+R bez odpowiedniego przygotowania, w szczególności w zakresie ewidencji kosztów kwalifikowanych i dokumentów potwierdzających ich poniesienie. Każdy przedsiębiorca powinien przechowywać dokumenty ściśle powiązane z realizowanymi projektami badawczo-rozwojowymi oraz z odnoszącymi się do nich wydatkami przez ustawowy okres pięciu lat.

Wśród dokumentów, o jakie najczęściej pyta urząd skarbowy, znajdują się:

  1. Ewidencja czasu pracy pracowników i współpracowników biorących udział w pracach badawczo-rozwojowych wraz z ich wykazem. Dotyczy to osób zatrudnionych na umowę o pracę, umowę zlecenie
    i umowę o dzieło.

W oparciu o te dokumenty możliwe jest ustalenie proporcji udziału wykonywania prac B+R w ogólnym czasie pracy pracownika i współpracownika w rozliczeniu miesięcznym. Podatnik może być również zobligowany do przedstawienia oświadczenia, że koszty osobowe zostały zakwalifikowane wyłącznie w zakresie wynikającym z ewidencji przesłanej do urzędu. Organ podatkowy ma także prawo poprosić o dostarczenie kart wynagrodzeń oraz dowodów wpłat do ZUS-u.

 

W odniesieniu do lat 2016-2017 urząd skarbowy może wymagać przedstawienia zakresów obowiązków służbowych pracowników, którzy realizują działania badawczo-rozwojowe.

 

  1. Wyodrębnienie kosztów kwalifikowanych w ewidencji księgowej przedsiębiorstwa

Przykładową dokumentacją poświadczającą odpowiednie wyodrębnienie kosztów kwalifikowanych jest zestawienie obrotów sald z kont, na których dokonano księgowań.

 

  1. Potwierdzenia zakupu materiałów i surowców, sprzętu specjalistycznego, nabycia usługi kwalifikowanej do ulgi (zamówienia, faktury, umowy)

W tym przypadku organ podatkowy weryfikuje, na jakiej podstawie podatnik skalkulował koszty kwalifikowane odnoszące się do projektów badawczo-rozwojowych.

 

 

Dokumenty uzupełniające

Wśród dokumentów przydatnych w wyjaśnieniach dla urzędu skarbowego znajdują się także:

 

  1. Oświadczenie, że koszty odliczone od podstawy opodatkowania nie zostały zwrócone podatnikowi
    w jakiejkolwiek formie lub nie zostały odliczone od podstawy obliczenia podatku, zgodnie z art. 18d 5 ustawy CIT oraz zgodnie z art. 26e ust. 5 ustawy PIT.
  2. Oświadczenie, że podatnik nie prowadził działalności gospodarczej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej na podstawie zezwolenia.

Prawo do odliczenia przysługuje jedynie w odniesieniu do kosztów kwalifikowanych, które nie są przez podatnika uwzględniane w kalkulacji dochodu zwolnionego z podatku na podstawie zezwolenia.

  1. Dokumenty potwierdzające, że koszty kwalifikowane, odliczone od podstawy opodatkowania zgodnie
    z art. 9 ust.1b ustawy o CIT oraz art. art. 24a ust. 1b ustawy o PIT, zostały wyodrębnione w ewidencji rachunkowej.

Podatnik może przedłożyć wydruk z zapisów księgowych kont, na których koszty kwalifikowane odjęte od podstawy opodatkowania zostały wyodrębnione.

  1. Karty projektów, które wskazują etapy i rodzaje przeprowadzonych prac badawczo-rozwojowych.

W przypadku nieprawidłowości

Jeżeli błędy popełnione w deklaracji CIT-BR mają wymiar techniczny i zawierają oczywiste pomyłki, organ podatkowy w zależności od charakteru i zakresu stwierdzonych uchybień może podjąć różne kroki. Kiedy zmiana wysokości zobowiązania podatkowego, kwota nadpłaty, kwota zwrotu podatku, kwota nadwyżki podatku do przeniesienia lub wysokość straty:

  • nie przekracza 5000 zł – urząd skarbowy koryguje deklarację, dokonując stosownych poprawek lub uzupełnień. Następnie przesyła przedsiębiorcy uwierzytelnioną kopię deklaracji CIT-BR;
  • przekracza 5000 zł – fiskus zwraca się do składającego deklarację o jej skorygowanie oraz złożenie niezbędnych wyjaśnień. Wskazuje również powody, dla których informacje zawarte w deklaracji zostały zakwestionowane.

W obecnym stanie prawnym niezłożenie stosownych wyjaśnień, niedostarczenie korekty deklaracji czy też bezczynność podatnika wobec urzędu skarbowego może spowodować uruchomienie procedury kontrolnej lub postępowania podatkowego.

Warto pamiętać, że – zgodnie z przyjętą strategią rozwoju – państwo ma na celu eliminację barier związanych z prowadzeniem działalności innowacyjnej oraz wprowadzenie skutecznych mechanizmów wspierania firm rozwijających projekty badawczo-rozwojowe. Można spodziewać się, że wnioski płynące z przeprowadzanych czynności weryfikacyjnych wpłyną pozytywnie na wzrost zainteresowania ulgą B+R wśród przedsiębiorców.

Zerowy PIT dla młodych – ograniczenia wiekowe, limity, zasady

Zerowy PIT dla młodych to nowy pomysł, który według zapowiedzi ma obowiązywać od 1 sierpnia 2019 r. Propozycja ta określa nowe zwolnienie z podatku dochodowego dla osób młodych do 26 roku życia.

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Ograniczenia wiekowe

Planowane zmiany sprowadzają się do dodania w ustawie o PIT kolejnego zwolnienia przedmiotowego z podatku. Nazwa „zerowy” jest nieco myląca, ponieważ nie będzie miała zastosowania stawka 0%, lecz z mocy prawa przychody będą mogły być zwolnione od podatku. Przywilej ten ma dotyczyć wyłącznie osób do 26 roku życia. Po ukończeniu tego wieku podatek będzie trzeba płacić. Miesiąc, w którym osoba młoda skończy 26 lat, będzie ostatnim okresem korzystania ze zwolnienia.

Limit przychodu

Przepisy wprowadzające tę zmianę określają limit przychodów, które mają być zwolnione z podatku dochodowego. Limit roczny wynosi 85 528 zł, czyli jest to kwota graniczna pierwszego progu podatkowego. Biorąc pod uwagę miesięczne wynagrodzenie daje to kwotę 7 127,33 zł brutto, którą miesięcznie można osiągnąć, aby nie płacić podatku.

Zmiana zapewne zostanie wprowadzona 1 sierpnia, zatem limit przychodów na 2019 rok będzie mniejszy, ponieważ zostanie przeliczony proporcjonalnie i wyniesie 35 636,67 zł (5/12 z kwoty 85 528).

Należy pamiętać, że po przekroczeniu limitu przez pracownika osoba zatrudniająca ma obowiązek pobierać zaliczki na podatek dochodowy i wpłacać je do urzędu skarbowego. W tej sytuacji pojawia się jeszcze jedno istotne pytanie: kto powinien pilnować limitu przychodów?

 

W mojej opinii należy tutaj rozpatrzyć dwa przypadki. Pierwszy, gdy osoba młoda ma jedno źródło przychodu, wówczas zatrudniający, jeśli będzie miał o tym wiedzę, powinien pilnować limitu.  W sytuacji drugiej, czyli gdy osoba do 26 roku życia ma więcej niż jedno źródło przychodów, czyli gdy podpisuje różne umowy z różnymi podmiotami, to samodzielnie powinna pilnować limitu. Osoby zatrudniające w tej sytuacji nie mają wiedzy o tym, ile kwoty z limitu zostało już wyczerpane.

Rozliczenie w 2019

W odniesieniu do przychodów uzyskanych od dnia 1 sierpnia 2019 r. zwolnienie będzie stosowane w zeznaniu podatkowym składanym przez podatnika za rok 2019 r. – czyli nadpłacony podatek ma być zwracany po złożeniu PIT-u. Ustawodawca przewidział jeszcze taką możliwość, że podatnik (np. pracownik) złoży płatnikowi (pracodawcy) oświadczenie, że jego przychody będą w całości korzystały ze zwolnienia od podatku na podstawie art. 21 ust. 1 pkt 148 ustawy PIT. Ta opcja daje możliwość skorzystania ze zwolnienia już w 2019 r. bez konieczności nadpłacania podatku. 

Rodzaje i liczba umów

Warte zaznaczenia jest, że zwolnienie będzie mogło być stosowane do umów o pracę czy też umów zlecenie (podpisanych z firmami). Nie będzie można natomiast z niego skorzystać, gdy zostanie podpisana umowa o dzieło lub gdy osoba przed 26 rokiem życia założy własną działalność gospodarczą. Co istotne, limit roczny  obowiązywał będzie niezależnie od liczby zawartych umów lub liczby podmiotów (płatników), z którymi umowa o pracę czy zlecenie została podpisana.

Realna korzyść

Myślę, że w kontekście tej zmiany warto jeszcze wskazać na to, jaka będzie realna korzyść dla osoby młodej, która z tego rozwiązania skorzysta. Weźmy pod uwagę dwie kwoty: minimalne wynagrodzenie na 2019 r., które wynosi 2 250 zł i miesięczną kwotę graniczną czyli 7 127,33 zł.

Przy umowie o pracę na kwotę 2 250 zł brutto miesięcznie trzeba zapłacić zaliczkę w kwocie 133 zł, czyli po wprowadzeniu zwolnienia zysk roczny wyniesie 1 596 zł. Gdyby na umowie o pracę była określona kwota 7 127,33 zł, to roczny zysk na podatku wyniósłby 9 960 zł.

Przy okazji projektowania tego nowego zwolnienia chciałabym zwrócić uwagę na jeszcze jedną sytuację. Jeśli będziemy mieć do czynienia ze studentem do 26 roku życia, który nie przekroczy limitu przychodów, to będzie on korzystał zarówno ze zwolnienia z PIT, jak i ze zwolnienia z opłacania składek ZUS. W tej sytuacji kwota brutto na umowie, całkowity koszt pracodawcy i kwota netto do wypłaty dla zleceniobiorcy będzie taka sama. Kwota 2 250 zł, czy też 7 127,33 zł z umowy zlecenia będzie faktycznym wynagrodzeniem netto.

Nadchodzą gorsze czasy dla branży motoryzacyjnej w Polsce

Perspektywy dla branży motoryzacyjnej nie są korzystne z powodu koniunktury w przemyśle strefy euro, a zwłaszcza w Niemczech. Jednak Europa Środkowo-Wschodnia, w tym Polska, może odczuć pogorszenie koniunktury mniej dotkliwie.

Ostatnie lata były sprzyjające dla branży motoryzacyjnej w Polsce. Główny kierunek eksportowy, czyli Europa Zachodnia, odnotowała ośmioletni okres wzrostu sprzedaży nowych pojazdów osobowych. Jednak najlepsze czasy dla branży już minęły, a niższy popyt, spowolnienie gospodarcze, wzrost protekcjonizmu, czy konieczność dostosowania się do bardziej restrykcyjnych norm emisji spalin sprawiają, że dla sektora rysują się niekorzystne perspektywy.

Sektor motoryzacyjny stał się istotną częścią eksportu, jak również gospodarki Polski oraz innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Region CEE odpowiada już niemal za ¼ produkcji samochodów w Unii Europejskiej, a kolejne inwestycje podnoszą poziom wytwarzanych pojazdów w naszym regionie. Inwestycja Jaguar Land Rover na Słowacji, fabryka BMW na Węgrzech, czy zakład produkcji jednostek napędowych Mercedesa w Polsce, to tylko kilka przykładów pozytywnego postrzegania regionu przez globalne koncerny motoryzacyjne. Zachęty podatkowe i sprawne przyciąganie inwestycji koncernów produkujących samochody pomogły znacznie mniejszym gospodarkom niż Polska, takim jak Czechy czy Słowacja, stać się liderami produkcji aut osobowych.

– Nieduża Słowacja jest krajem o największej produkcji pojazdów na mieszkańca na całym świecie. W zeszłym roku Rumunia prześcignęła Polskę pod względem liczby wyprodukowanych samochodów osobowych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Polsce. – Z kolei Polska stała się regionalnym liderem w obszarze produkcji części motoryzacyjnych.

W 2018 r. wartość eksportu pojazdów, przyczep i naczep z Polski sięgnęła 12,1 mld euro, a wartość eksportu podzespołów, części i akcesoriów była prawie dwukrotnie wyższa i wyniosła 22,1 mld euro.

Prognoza międzynarodowej firmy doradczej Coface zakłada, że wzrost gospodarczy Europy Zachodniej wyniesie 1,3 proc. zarówno w 2019 r. jak i w 2020 r. (wobec 2,3 proc. w 2017 r. i 1,7 proc. w 2018 r.). Największy partner handlowy Polski – Niemcy, do którego wysyłamy prawie 20 proc. łącznego eksportu branży motoryzacyjnej, będzie rozwijać się w tempie zaledwie 0,8 proc. w tym roku i 1,2 proc. w przyszłym roku. Koncerny motoryzacyjne są zmuszone dostosować się do bardziej wymagających norm emisji spalin, a kwestie ekologii oraz zmieniający się rynek motoryzacyjny przyczyniają się do wzrostu popularności aut napędzanych alternatywnymi źródłami energii. W konsekwencji firmy motoryzacyjne stają przed koniecznością przeprowadzania kosztownych inwestycji, aby sprostać zmianom na rynku.

– Dla polskiej branży motoryzacyjnej istotny jest także popyt globalny. Zwłaszcza, że jako producent części i akcesoriów, firmy z Polski zaangażowane są w tzw. globalne łańcuchy produkcyjne – wyjaśnia G.Sielewicz.

Zmniejszający się popyt na pojazdy potwierdzają dane statystyczne. W pierwszych czterech miesiącach tego roku rejestracje nowych samochodów osobowych w Europie Zachodniej obniżyły się o 3 proc. w porównaniu z analogicznym okresem roku ubiegłego. Spadek sprzedaży dotyczy tak istotnych dla Polski rynków eksportowych jak: Niemcy, Włochy, Francja czy Wielka Brytania. Z kolei w Europie Środkowo-Wschodniej dynamika popytu pozostaje dodatnia, jednak słabsza niż w latach poprzednich. W Polsce rejestracje nowych samochodów osobowych wzrosły zaledwie o 0,9 proc.

Spadek sprzedaży dotyczy tak istotnych dla Polski rynków eksportowych jak: Niemcy, Włochy, Francja czy Wielka Brytania. Z kolei w Europie Środkowo-Wschodniej dynamika popytu pozostaje dodatnia, jednak słabsza niż w latach poprzednich. W Polsce rejestracje nowych samochodów osobowych wzrosły zaledwie o 0,9 proc.

Perspektywy dla branży motoryzacyjnej nie przedstawiają się korzystnie. Wskaźniki koniunktury w przemyśle strefy euro, a zwłaszcza w Niemczech potwierdzają pesymistyczną ocenę przyszłości wśród przedsiębiorstw.

– Jednak Europa Środkowo-Wschodnia, w tym Polska, może odczuć pogorszenie koniunktury mniej dotkliwie – ocenia ekspert Coface. – Polska stała się także regionalnym liderem w produkcji samochodów dostawczych. Popyt na ten rodzaj pojazdów przez pierwsze miesiące tego roku nadal wzrastał zarówno w Europie Zachodniej, jak również w Europie Środkowo-Wschodniej.

Z kolei popyt w Polsce na części motoryzacyjne utrzymuje się w ramach rynku samochodów używanych, stale powiększającego się dodatkowo poprzez rosnący import. Jednak czynniki te nie zrekompensują rosnącego ryzyka branży motoryzacyjnej, która pozostaje uzależniona od sytuacji globalnej.

Podatek VAT od sprzedaży udziałów i akcji

Zatory płatnicze – branża elektroniczna z uwagami do projektu ustawy

Związek Cyfrowa Polska przedstawił Ministerstwu Przedsiębiorczości i Technologii oraz przedstawicielom sejmowej komisji gospodarki oraz finansów publicznych swoje uwagi i zastrzeżenia do proponowanych przez resort niektórych rozwiązań, które mają przyczynić się do ograniczenia występowania tzw. zatorów płatniczych.

W piśmie przesłanym m.in. do wiceministra przedsiębiorczości i technologii Marka Niedużaka, Związek zwraca uwagę na to, że zapisany w projekcie ustawy mechanizm polegający na dokonywaniu sprawozdań dotyczących stosowania terminów płatności przez największe przedsiębiorstwa będzie trudny do zastosowania w praktyce. Szczególnie przez te podmioty, które już dziś stosują faktoring.

Fakt stosowania przez firmy faktoringu pełnego oraz faktoringu odwrotnego (prefinansowania dostaw) powoduje, że raport nie będzie przedstawiał rzeczywistych relacji podmiotu z kontrahentami. Porównując raport (sprawozdanie) jednego podmiotu stosującego powyższe źródła finansowania z podmiotem z tej samej branży, który ich nie stosuje, spowoduje, że wskaźniki będą znacząco różne, co prowadzić może do błędnej oceny, że dany podmiot stosuje nieuczciwą politykę związaną z terminami płatności” – podkreślono w stanowisku.

Na skróceniu terminów płatności straci MŚP

Związek zgłasza zastrzeżenia także do zapisu w projekcie, który wprowadza zakaz stosowania płatności powyżej 60 dni przez duże przedsiębiorstwa wobec firm z sektora MŚP. „Co do zasady trudno dyskutować z zasadnością takiego zapisu. Jednakże biorąc pod uwagę nasza praktykę biznesową ustawa powinna jednak dopuszczać możliwość zastosowania dłuższego terminu, jeżeli jest to wyraźnie przez strony uzgodnione i nie jest nieuczciwe wobec wierzyciela” – napisano w piśmie.

W opinii Cyfrowej Polski na ograniczeniu możliwości ustalenia dłuższych terminów płatności mogą stracić przede wszystkim małe i średnie przedsiębiorstwa. W stanowisku podkreślono, że duże spółki często na początku współpracy z mniejszymi podmiotami mają obawy wobec ich ewentualnej niewypłacalności. Stąd dłuższy termin płatności ma na celu umożliwienie kompensaty wierzytelności z tytułu potencjalnych zwrotów, w tym wynikających z wadliwych produktów, z bieżącymi zobowiązaniami.

Skracając termin płatności odbiorca „otwiera” się na ryzyko niewypłacalności i upadłości dostawcy. Tego ryzyka nie da się ubezpieczyć. W takiej sytuacji duże przedsiębiorstwa mogą ograniczać współpracę z podmiotami, które nie mają wystarczająco silnej i stabilnej pozycji finansowej, jak również mogą oczekiwać dodatkowych zabezpieczeń, co spowoduje, że małe  i średnie przedsiębiorstwa nie będą miały szans na rozwój. A to w naszej ocenie pogorszy ich sytuację” – uzasadnił Związek Cyfrowa Polska.