Ograniczenia emisji CO2 na 2021 rok spowodują miliardy euro kar dla producentów samochodów w Europie

Szanse dużych producentów działających na europejskim rynku na uniknięcie ogromnych kar za sprzedawanie zbyt wysoko emisyjnych samochodów są już nikłe. W ubiegłym roku średnie emisje większości marek wzrosły zamiast spadać, a do wejścia w życie limitu 95 g/km zostały już tylko dwa lata. Wśród dużych marek najlepiej radzi sobie pod tym względem Toyota, której średnia emisja spadła w 2018 roku poniżej 100 g/km. Do tej pory udało się to tylko marce Smart i oczywiście Tesli.

Od 2021 roku producenci samochodów działający na europejskim rynku prawdopodobnie będą płacić wysokie kary za przekroczenie poziomu emisji CO2 swoich aut. Mogą one sięgnąć łącznie 33,6 miliardów euro. Tak wynika z raportu portalu analitycznego JATO, opartego na średnich poziomach emisji samochodów sprzedanych w 2018 roku oraz na wysokości kar nakładanych przez Komisję Europejską od 2019 roku. W ubiegłym roku średnia emisja samochodów sprzedanych w Europie wzrosła. Jeśli nic się nie zmieni w ciągu najbliższych dwóch lat, najwięksi producenci będą musieli się zmierzyć z poważnymi problemami, gdyż żaden z nich nie zbliża się do celów wyznaczonych na 2021 rok.

Władze unijne jasno dały do zrozumienia, że do 2021 roku średnia emisja CO2 wszystkich nowych samochodów musi zmieścić się w limicie 95 g/km. To o 24,7 g/km mniej niż wyniosła średnia emisji 11 producentów, którzy sprzedali na europejskim rynku w 2018 roku powyżej 300 000 samochodów.jato_top_average_co2_emissions_1

Rośnie przepaść między celami CO2 a rzeczywistością

W ubiegłym roku tylko 12 na 50 producentom obecnym w Europie udało się obniżyć średnią emisję CO2 sprzedanych samochodów. Emisja wzrosła u 36 producentów – w przypadku Mercedesa, Land Rovera, Infiniti, Maserati i Alpiny aż o dwucyfrowe wyniki, sięgające nawet 26,2%. Średnia emisja Volkswagen Group, PSA, Renault Group, Nissan Group, BMW Group, Hyundai-Kia, Forda, FCA, Daimlera, Toyoty i Volvo wyniosła 119,7 g/km, o 2,4 g/km więcej niż rok wcześniej. W tej grupie dużych producentów tylko Toyota zanotowała spadek emisji CO2.

Średnia emisja samochodów marki Toyota w 2018 roku wyniosła 99,9 g/km. To najlepszy i jedyny poniżej 100 g/km wynik wśród dużych marek samochodowych, oferujących szeroką gamę modeli. Smart uzyskał wynik 89,8 g/km, choć nie oferuje dużych sedanów, aut dostawczych, SUV-ów czy terenówek, zaś Tesla oczywiście 0 g/km.

Grupa Volkswagena i PSA najbardziej ucierpią na nowych limitach

Gdyby limity CO2 z 2021 roku zostały nałożone dziś na podstawie wyników z 2018 roku, wielu producentów znalazłoby się w bardzo trudnej sytuacji. Portal JATO odkrył, że w takim wypadku kary pochłonęłyby niemal połowę łącznych zysków tych producentów. Grupa Volkswagena musiałaby zapłacić niemal 2525 euro za każdy sprzedany samochód, co daje łącznie 9,2 miliarda euro. W ubiegłym roku firma uzyskała zysk po opodatkowaniu 12,15 miliarda euro. Zatem kara wyniosłaby trzy czwarte zeszłorocznych zysków niemieckiego producenta.

W koncernie PSA sytuacja jest jeszcze trudniejsza. Średnia emisja CO2 tego producenta wyniosła w ubiegłym roku 114,2 g/km, o 2,3 g/km więcej niż rok wcześniej. Wynik ten jest za wysoki o 23,1 g/km w stosunku do normy na 2021 rok, co przełożyłoby się na konieczność zapłaty 2194 euro za każdy samochód, czyli 5,4 miliarda euro rocznie. Jednak zysk netto w ubiegłym roku francuskiego producenta wyniósł 2,83 miliarda euro, a zatem jeśli nic się nie zmieni, firmę czekają w niedalekiej przyszłości znaczące straty.

Pozytywnym przykładem jest Toyota, której dobra pozycja wynika z dwóch czynników. Po pierwsze Toyota Motor Europe (Toyota i Lexus) ma najniższą średnią emisję CO2 wśród dużych producentów (101,3 g/km), głównie za sprawą szerokiej gamy hybryd. Po drugie, Toyota w mniejszym stopniu niż inni producenci opiera się na europejskim rynku.

Jak uniknąć wysokich kar?

Z raportu JATO wynika, że producentów samochodów działających w Europie czekają trudne czasy. Przewidywania analityków portalu opierają się jednak na założeniu, że do 2021 roku producenci nie poprawią swoich wyników emisji CO2, co niekoniecznie musi być prawdą. Wielu producentów planuje intensywną elektryfikację swojej gamy modelowej, lecz z drugiej – wzrost średniej emisji w 2018 roku u większości z nich budzi niepokój.

Prawdopodobnie część modeli zostanie wycofanych z rynku, jeśli koszty dostosowania ich napędów do nowych wymagań przekroczą generowane przez nie zyski. Cięcia obejmą także zapewne wiele mocnych silników spalinowych, dużych i ciężkich samochodów oraz aut niszowych.

Ostatnia wspólna Wielkanoc. Co dalej? Funt będzie mocniejszy

Po wielu miesiącach niełatwych negocjacji na temat opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię warto przedstawić prognozy dla brytyjskiej waluty.

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

Gdy cztery lata temu Brytyjczycy i Polacy szykowali się do Wielkanocy, kurs GBP/PLN oscylował w okolicy 5,5. Wtedy wydawało się, że to okazja na „promocyjny” zakup brytyjskiej waluty. W dalszej części 2015 roku funt się umacniał. Jednak pod koniec wspominanego roku zapadła decyzja, która doprowadziła do znacznego spadku wartości funta. 17 grudnia 2015 r. zarządzono referendum w sprawie Brexitu. Od tego czasu wszystkim przedsiębiorcom używającym brytyjskiej waluty do rozliczeń biznesowych zaczęła towarzyszyć duża niepewność.

Dzień, który zmienił wszystko

Niepewność zmieniła się w nerwowość, gdy niemal trzy lata temu Brytyjczycy zagłosowali w referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej.

Przewaga głosów była minimalna: 51,9% było za opuszczeniem Wspólnoty, a 48,1% za pozostaniem w UE. Był to niewątpliwy szok. „Dzisiaj rano obudziła nas szokująca informacja ze Zjednoczonego Królestwa. Obywatele Wielkiej Brytanii zagłosowali we wczorajszym referendum za opuszczeniem Unii Europejskiej. (…) Funt doświadcza kilku najgorszych godzin od co najmniej 1992 r., notując spadek o 11% podczas sesji azjatyckiej i obniżając się do najniższego poziomu od 31 lat względem dolara. Brytyjska waluta straciła na wartości 8% względem euro i pozostałych głównych walut. Rynki akcji notują poziomy niższe o około 5-10% już w momencie otwarcia, w związku ze zmniejszaniem ekspozycji większości inwestorów. Ze względu na wydarzenia w Wielkiej Brytanii pieniądze są większym stopniu lokowane w rządowe obligacje i gotówkę” – pisał 24 czerwca Enrique Díaz-Álvarez, dyrektor ds. oceny ryzyka w Ebury.

To co wydarzyło się później stanowi bogaty materiał na wielostronicowe analizy i książki. Spróbujmy jednak w kilku zdaniach podsumować ostatnie miesiące. Premier Wielkiej Brytanii – Theresa May – nie zdołała przekonać brytyjskich parlamentarzystów do porozumienia w sprawie opuszczenia Wspólnoty, które zdołała uzgodnić z Unią Europejską. Przy pierwszej próbie, 432 parlamentarzystów zagłosowało przeciwko tzw. Withdrawal Agreement, a zaledwie 202 opowiedziało się „za” umową proponowaną przez May. Była to niewątpliwa klęska premier Wielkiej Brytanii (przewaga głosów z jaką projekt został odrzucony była niespotykana w historii brytyjskiego parlamentu). Theresa May jeszcze dwukrotnie próbowała zyskać przychylność Izby Gmin – bezskutecznie. Na szczęście posłowie odrzucili scenariusz tzw. Brexitu bez umowy, co miałoby katastrofalne skutki dla gospodarki Wielkiej Brytanii.

Brak konsensusu sprawił, że odkładano dzień opuszczenia Wielkiej Brytanii z UE (pierwszy termin był wyznaczony na 29 marca br., później 12 kwietnia). Obecnie został on wydłużony do 31 października br. Elastyczny element porozumienia oznacza, że faktyczna data opuszczenia UE może nadejść znacznie wcześniej, jeśli May w międzyczasie uda się przekonać większość parlamentarną do poparcia jej porozumienia.

Oczywiście cała ta niełatwa sytuacja komplikuje planowanie handlu zagranicznego, zarówno polskim, jak i brytyjskim, przedsiębiorcom.

Funt będzie mocniejszy

Dziś kurs GBP/PLN znajduję się nieco poniżej poziomu 5. Co go czeka w kolejnych miesiącach?

Jak podkreślają analitycy Ebury, do końca 2019 r. zmiany kursu funta brytyjskiego w relacji do złotego będą zależały niemal wyłącznie od postępów w kwestii Brexitu. Odrzucenie przez Izbę Gmin scenariusza „twardego” Brexitu jest oczywiście bardzo optymistycznym sygnałem, jednak nie wyklucza możliwości wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy regulującej dalsze relacje kraju z UE. „No deal” byłby katastrofalny dla szterlinga i najpewniej doprowadziłby do gwałtownej wyprzedaży funta względem wszystkich pozostałych walut.

Na drugim końcu spektrum możliwych scenariuszy jest przeprowadzenie drugiego referendum. Zdaniem analityków Ebury takie rozstrzygnięcie byłoby bardzo pozytywne dla funta i najpewniej doprowadziłoby do jego umocnienia.

Faktyczny rezultat znajdzie się prawdopodobnie gdzieś pomiędzy wspomnianymi scenariuszami. Zapewne premier May ostatecznie uda się uzyskać akceptację większości brytyjskiego parlamentu w dalszej części roku. Dlatego prognoza Ebury na koniec roku (uwzględniająca również lekkie umocnienie złotego w parze z euro) zakłada kurs GBP/PLN na poziomie 5,15.

Autor: Jakub Makurat, Dyrektor generalny Ebury Polska

Game Jam Square, czyli impreza dla twórców gier i fanów wirtualnej rozrywki

Już 26 kwietnia rusza Game Jam Square. Impreza jest skierowana do twórców gier oraz przedstawicieli biznesu, a jej organizatorami są Agencja Rozwoju Przemysłu oraz ARP Games. Wydarzenie jest inwestycją polskiego rządu w rozwój branży gier komputerowych. Impreza trwa trzy dni na Torze Służewiec w Warszawie, a w jej trakcie możemy spodziewać się zawodów dla programistów oraz rozgrywek esportowych.

Według raportu Forbesa polska branża gier jest warta 26 mld zł, co daje jej 23. miejsce na świecie. Newzoo i Wargaming wskazują Polskę jako 8. na świecie pod względem wydatków na gry. Ale jedną z barier rozwoju, na którą wskazało badanie przeprowadzone przez Krakowski Park Technologiczny jest brak właściwych kompetencji na rynku talentów w obszarze GameDevu. Dlatego jako ARP Games zaangażowaliśmy się w stworzenie game jamu z atrakcyjną pulą nagród. Jest to okazja dla twórców gier, by z jednej strony zaprezentować swoją kreatywność i specjalistyczne umiejętności, a z drugiej pracować pod dużą presją czasu -Remigiusz Kopoczek, prezes ARP Games.

W trakcie imprezy twórcy gier będą mogli stworzyć zupełnie nowy projekt, a fani e-sportu zobaczyć w akcji swoje ulubione drużyny.

Gry komputerowe. Branża z miliardowym potencjałem

Impreza organizowana jest przez Agencję Rozwoju Przemysłu i ARP Games, we współpracy z Totalizatorem Sportowym i Polską Fundacją Narodową, a partnerem technologicznym wydarzenia są AMD oraz Actina.

ARP Games, to jedyny w Polsce akcelerator gier wideo, który wspiera młodych twórców gier wideo. Spółka powstała w 2016 r. Została założona przez Agencję Rozwoju Przemysłowego S.A. SPIN-US sp. z o.o. – spółkę celową Uniwersytetu Śląskiego oraz Powiat Cieszyński.

Według 4. edycji raportu Polish Gamers Research przygotowanego na zamówienie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego aż 79% badanych respondentów deklaruje, że w wolnym czasie zdarza im się grać w gry. Badania świadczą o bardzo wysokim poziomie zainteresowania Polaków rozrywką wirtualną oraz wysokim potencjale branży gier w naszym kraju.

Sektor gier jest szczególny, bo bazuje na konkretnych, ludzkich umiejętnościach, które są dużo ważniejsze niż kapitał finansowy. Inwestowanie w „ludzi” jest naturalnym kierunkiem dla naszej gospodarki, między innymi dlatego powołaliśmy spółkę ARP Games. Jej celem jest nie tylko wsparcie finansowe młodych twórców gier wideo, ale także merytoryczna opieka mentorów z branży -mówi Dariusz Śliwowski, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu S.A.

ARP Games ma w założeniu wesprzeć finansowo i merytorycznie startupy działające na rynku gier wideo. Wsparcie projektów zorganizowane jest w formie programu akceleracyjnego. Uczestnicy mogą liczyć na wsparcie finansowe, pomoc mentora, specjalistyczne szkolenia i udział w branżowych wydarzeniach. Aktualnie zakończono cztery edycje programu, z których w ramach programu akceleracyjnego zostało założonych 6 spółek. Pierwsze gry mają ukazać się jeszcze w tym roku.

Sukces polskich gier obudził ambicje w młodych, ambitnych ludziach. Codziennie przed komputerami starają się spełnić swoje marzenia i stworzyć nowego Wiedźmina. Każdego dnia dopisują nowy kod, często w wirtualnych zespołach, połączonych przez sieć. Wierzymy w sieć, ale spotkanie twarzą w twarz z innym deweloperami i użytkownikami z pewnością ma co najmniej taką samą wartość! Dlatego zaprosiliśmy twórców gier na te kilka dni na warszawski Służewiec. Jestem przekonany, że to wyjątkowe miejsce będzie źródłem inspiracji dla uczestników Game Jame Square -dodaje Śliwowski.

Agencja Rozwoju Przemysłu S.A. (ARP S.A.) to spółka Skarbu Państwa, działająca w ramach Grupy Polskiego Funduszu Rozwoju. Od początku swojej działalności (1991 r.) odpowiada na najważniejsze potrzeby polskiej gospodarki. W okresie transformacji ARP S.A. uratowała tysiące miejsc pracy, unowocześniając duże i średnie przedsiębiorstwa. Portfel spółek ARP S.A. obejmuje m.in. przedsiębiorstwa produkcyjne działające w sektorach: budowlanym, energetycznym, elektromaszynowym, a także w obszarze wzornictwa przemysłowego czy innowacji.

Co zobaczymy podczas Game Jam Square?

W trakcie Game Jam Square twórcy gier sprawdzą się w 40-godzinnym hackathonie, czyli zawodach w tworzeniu gier komputerowych na czas. Zmagania wystartują w piątek 26 kwietnia. Wówczas zostanie ogłoszony temat zadania. Uczestnicy będą mieli 40 godzin na stworzenie prostej i ciekawej gry. Ich poczynania oceniać będzie jury, które nominuje najlepszych w siedmiu kategoriach: Best Game Play, Best 2D Art, Best 3D Art, Best Audio, Best Story, Best Small Team, Best Multiplayer Game. Najlepsze zespoły otrzymają Grand Prix i dwa równorzędne wyróżnienia. Na uczestników czekają nagrody o łącznej wartości 250 tysięcy PLN.

Dla wszystkich zainteresowanych Game Jam Square, organizator oprócz hackathonu przygotował wiele atrakcji, które będzie można śledzić podczas transmisji live na kanale Piotra “Izaka” Skowyrskiego w Twitch.tv. Każdy fan sportów elektronicznych będzie mógł oglądać e-sportowy turniej najlepszych polskich drużyn Counter-Strike: Global Offensive. Zostanie on zorganizowany przy wsparciu Totalizatora Sportowego.

Dodatkowo w trakcie imprezy obecne będą stoiska startupów gamingowych wspieranych przez ARP Games. Przy wsparciu  Polskiej Fundacji Narodowej zostali zaproszeni zagraniczni Youtuberzy, a całość wydarzenia wzbogaci relacja live ze specjalnego studia, w którym głównym tematem dyskusji będzie polski rynek GameDev.

W hackathonie Game Jam Square wezmą udział zespoły zaproszone po dokonaniu rejestracji. Impreza jest zamknięta dla widzów.

Łapiąc wielkanocnego króliczka

  • Na tegoroczne święta Wielkiej Nocy Polacy planują przeznaczyć aż o 43 zł więcej niż w roku poprzednim, czyli średnio 563 zł.
  • Jednocześnie pojawiają się sezonowe rekrutacja pomagające uzupełnić domowy budżet.
  • Zapotrzebowanie na personel w centrach logistycznych może wzrosnąć nawet o 100 proc., a na kasjerów o 50 proc.

Okres wielkanocny to szczególny czas, nie tylko pod względem przygotowań do świąt czy samego świętowania, ale także pod kątem zatrudnienia. Wzmożona ilość pracy dla wszystkich podmiotów związanych z FMCG i produkcją sezonową powoduje wzrost zatrudnienia i umożliwia zwiększenie wynagrodzenia pracowników. Przykładem dla takiego stanu rzeczy może być produkcja tradycyjnych świątecznych figurek – jajek i króliczków z czekolady. To typowo sezonowy biznes realizowany zarówno przez największe firmy zajmujące się produkcją słodyczy, jak i wyspecjalizowane małe firmy zwiększające zatrudnienie o 800 – 900 proc., a czasem otwierające produkcję tylko w tym okresie.

  • Czas przed świętami Wielkiej Nocy, to dogodny moment, aby zarobić dodatkowe pieniądze na świąteczne zakupy. Jak przewidują analitycy firmy Provident w tym roku jesteśmy gotowi przeznaczyć na nie aż o 43 zł więcej niż w 2018 r., czyli średnio 563 zł. Gdzie znaleźć dodatkowe źródło dochodów? Okazuje się, że możliwości jest wiele. Potrzebie sezonowej rekrutacji podlega także np. Poczta Polska oferująca zatrudnienie dodatkowym 600 osobom w marcu i kwietniu. Są to miesiące charakteryzujące się wzrostem zakupów internetowych a także wysyłanych kartek z życzeniami świątecznymi. – mówi Piotr Modliński, szef działu outsourcingu personalnego w ASM Sales Force Agency, spółki należącej do ASM Group.

Przygotowane figurki czekoladowe od razu po spakowaniu zostają przygotowane do wysyłki.   Razem z innymi szybko zbywalnymi produktami, niezbędnymi w okresie świąt jak majonez, kajmak, jajka, napoje, a także chemia gospodarcza czy ozdoby świąteczne, trafiają do centrów logistycznych. To tutaj zostają odpowiednio przesortowane, przepakowane i skompletowane do wysyłki do sklepów, marketów czy stoisk handlowych. Co roku, operatorzy logistyczni na 4 – 5 tygodni przed świętami wielkanocnymi odnotowują wzrost zapotrzebowania na personel nawet do 100%. Stan utrzymuje się jeszcze chwile po świętach.

  • Wielkanoc, mimo całej swojej powagi jest świętem, do którego przygotowujemy się krócej i mniej ekspansywnie. Zapotrzebowanie na pracowników jest niższe niż w grudniu, jednak często bardziej długotrwałe. Przyczyniają się do tego wolne dni na początku maja. Osoby znajdujące zatrudnienie w sezonie świątecznym mogą liczyć na utrzymanie go przynajmniej do drugiego tygodnia maja w przypadku TSL i handlu. – dodaje mówi Piotr Modliński.

Co następnie dzieje ze świątecznym króliczkiem? Za pośrednictwem firmy logistycznej trafia do punktów sprzedaży. Pierwsze świąteczne aranżacje, dekoracje oraz atrakcje dla klientów dostępne są w sklepach już na 2 – 3 tygodnie przed Wielkanocą. Osoby zajmujące się ekspozycją dbają, aby czekoladowy króliczek znalazł się na półce w przygotowanymi dla siebie miejscu i wyeksponowany, jak przystało na symbol świąteczny. Z drugiej strony,  osoby zajmujące się promocją starają się, aby nie został ominięty przy realizacji świątecznej listy zakupów. W tym także okresie, właściciele sklepów odczuwają potrzebę dodatkowych rąk do pracy. Z jednej strony wydłużają godziny obecności promotorów pracujących na stałe, z drugiej zatrudniają dodatkowych, którzy organizują degustacje oraz animacje mające na celu zwrócenie uwagi konsumentów na konkretne produkty wykorzystywane w okresie świątecznym. Również zapotrzebowanie na kasjerów zwiększa się o ponad 50 proc.

Od dziś wchodzą nowe regulacje w obszarze e-fakturowania

Ruszyła Platforma Elektronicznego Fakturowania. Od północy administracja publiczna ma obowiązek przyjmowania od dostawców usług i wykonawców zamówień publicznych, automatycznych e-faktur. Tym samym Polska staje się jednym z pierwszych krajów, które zaczynają w pełni wdrażać europejską dyrektywę o obowiązkowym przyjmowaniu e-faktur w administracji publicznej.

Są drogie w obsłudze, często zawierają błędy i zwiększają ryzyko finansowych wyłudzeń – z tego powodu faktury papierowe a także te przesyłane w postaci pliku PDF, mają być w UE stopniowo zastępowane przez faktury automatyczne. Komisja Europejska chce w ten sposób m.in. ustandaryzować metodę wymiany i dokumentowania rozliczeń w Unii oraz uszczelnić system podatkowy.

Kilkaset podmiotów

Od dziś, 18 kwietnia, polska administracja ma obowiązek przyjmowania od dostawców towarów i wykonawców zamówień publicznych faktur w jednolitym, europejskim standardzie. Tym samym Polska stała się jednym z pierwszych krajów, które wdrożyły unijną dyrektywę 2014/55/UE o e-fakturowaniu w dostawach publicznych.

To duża zmiana, która w długofalowej perspektywie może wpłynąć na popularyzację automatycznych faktur wśród przedsiębiorców i wyeliminowanie problemów wynikających z przetwarzania faktur papierowych lub tych przesyłanych w plikach PDF. Mam tu na myśli zmniejszenie opóźnień w płatnościach, wyeliminowanie błędów czy obniżenie kosztów obsługi przetwarzania faktur – komentuje Tomasz Kuciel, prezes zarządu firmy Edison będącej członkiem konsorcjum PEF Expert, które na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii przygotowało Platformę Elektronicznego Fakturowania.

Pośredniczy ona w bezpłatnej wymianie automatycznych e-faktur pomiędzy wykonawcami zamówień publicznych a administracją publiczną. Umożliwia także składanie zamówień, awizowanie dostaw, potwierdzanie ich odbioru, a także wystawianie faktur korygujących i not księgowych. Także za granicę. – Faktury automatyczne można od dziś wysyłać za pośrednictwem strony WWW lub aplikacji. Można też zintegrować platformę z własnymi systemami IT – tłumaczy Tomasz Kuciel z PEF Expert.

Na razie powyżej 30 tys. EUR

Nowe przepisy o e-fakturach dotyczą wszystkich podmiotów, które realizują zamówienia publiczne w trybie ustawy Prawo zamówień publicznych, ustawy o partnerstwie publiczno-prywatnym oraz ustawy o umowie koncesji na roboty budowlane i usługi. W praktyce oznacza to, że obowiązkiem przyjmowania automatycznych faktur są objęte m.in. organy władzy publicznej wszystkich szczebli, w tym jednostki samorządu terytorialnego, urzędy, państwowe szkoły i uczelnie oraz placówki medyczne. Regulacje dotyczą na razie zamówień o wartości powyżej 30 000 Euro. Od 1.08. br. zamawiający będzie miał jednak obowiązek przyjmować także automatyczne faktury na kwotę poniżej 30 000 Euro. Oczywiście oba te przypadki dotyczą zamówień publicznych wszczętych po 18 kwietnia 2019. Co istotne, decyzja o wystawieniu jednolitej e-faktury należy tylko do dostawcy (wykonawcy), gdyż w przypadku zamówień publicznych nie jest już wymagana zgoda nabywców na wystawianie faktur elektronicznych.

To kolejny krok w stronę informatyzacji państwa. Chcielibyśmy, aby z nowego rozwiązania korzystała nie tylko strona publiczna, która jest do tego prawnie zobowiązana, ale również biznes. Kolejnym krokiem będzie wymiana faktur między przedsiębiorcami, a następnym w relacjach biznes–klient – mówiła podczas prezentacji portalu Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Zastosowanie ustrukturyzowanych e-faktur sprawia, że dokumenty handlowe wymieniane są automatycznie, a po stronie człowieka jest wyłącznie ich akceptacja. Szacuje się, że wdrożenie takiego systemu zmniejsza koszty obsługi zamówień i fakturowania nawet o 60-80%.

Rejestracji i wymiany dokumentów można dokonywać na stronie https://brokerpefexpert.efaktura.gov.pl/. Korzystanie z Platformy jest bezpłatne.

W Poznaniu powstaje najwięcej biur od dekady

Obecny rok ma być dla stolicy Wielkopolski rekordowy pod względem podaży nowej powierzchni biurowej. W budowie znajduje się ponad 80 tys. mkw. biur, czyli najwięcej od dekady. W 2018 roku w Poznaniu oddano ich do użytku ponad 21 tys. mkw.

Według szacunków Colliers International obecne zasoby biurowe Poznania przekroczą magicznie 0,5 miliona mkw., co plasuje miasto na piątym miejscu wśród rynków regionalnych, po Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Katowicach.

Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu
Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu

— Prawie 40% istniejącej powierzchni biurowej zlokalizowane jest w centrum między ulicami Solną, Małe Garbary, Matyi, Królowej Jadwigi, Roosevelta oraz rzeką Wartą. Jednocześnie właśnie w tej części miasta występuje luka podażowa, czyli przewaga popytu nad podażą. Pozostałe dwa obszary o dużej koncentracji biurowców to okolice Jeziora Maltańskiego oraz zachodnia część miasta, przy ul. Bułgarskiej, gdzie znajduje się kompleks Business Garden — mówi Sebastian Bedekier, partner, dyrektor regionalny Colliers International w Poznaniu.

Dwie największe realizowane w mieście inwestycje biurowe w Poznaniu to Nowy Rynek (Skanska Property) oraz Business Garden II (Vastint). Pozostałe inwestycje planowane do oddania do użytku w nadchodzących kwartałach to Giant Office (15,2 tys. mkw., Giant), Zajezdnia Poznań (6,5 tys. mkw., REF Eastern Opportunities) oraz rozbudowa projektu Mercator (6 tys. mkw., Mercator).

Najwięcej renegocjacji wśród miast regionalnych

W skali ostatnich 9 lat zapotrzebowanie na nową powierzchnię biurową było w ubiegłym roku wysokie, choć o 11% niższe niż w rekordowym pod tym względem roku 2017. Całkowity wolumen transakcji najmu wyniósł 70,4 tys. mkw.

— Cechą charakterystyczną rynku poznańskiego jest największy spośród wszystkich miast regionalnych udział renegocjacji w zawartych kontraktach (38%). Wśród największych najemców odnawiających swoje umowy, a zarazem naszych klientów, znalazł się Bank Santander w Poznań Business Garden (10,2 tys. mkw. plus ekspansja na 4,5 tys. mkw.), Carlsberg Shared Services w Nowych Garbarach (4 tys. mkw.) oraz Grant Thorton w Malta Office Park F (3,1 tys. mkw.). W 2018 roku Colliers International umocnił pozycję lidera na poznańskim rynku biurowym osiągając najwyższy wynik przeprowadzonych transakcji wśród firm doradczych — mówi Sebastian Bedekier.

Nowe kontrakty stanowiły w 2018 r. 44% najmów, a umowy typu pre-let odpowiadały za 17% całkowitego popytu. Poziom wynajęcia projektów oddanych do użytku wynosił 61%.

Czynsze wysokie, ale stabilne

Poznański rynek biurowy oferuje stabilne warunki najmu. W najnowszych projektach czynsze wywoławcze wynoszą średnio od 13,25 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie. Tym samym stolica Wielkopolski pod względem stawek plasuje się na drugim miejscu wśród ośrodków regionalnych po Wrocławiu, który jest nieco droższy (od 13,25 do 15,5 euro za mkw. miesięcznie). Poznański rynek był do tej pory rynkiem wynajmującego, a prognozy dotyczące najbliższych kwartałów nie przewidują większych zmian w tym zakresie.

Współczynnik powierzchni niewynajętej pod koniec ubiegłego roku osiągnął najniższą wartość od 2010 r. i wyniósł 7,3%. Ten wynik oznacza zarazem spadek o 1,3% w porównaniu do IV kw. 2017 r. i wiąże się między innymi z faktem stopniowego wchłaniania oddawanej w ostatnich latach powierzchni biurowej. Zdaniem ekspertów Colliers International w kolejnych kwartałach bieżącego roku pustostany powinny utrzymywać się na poziomie zbliżonym do minionego roku. Obecnie w Poznaniu jest prawie 35 tys. mkw. wolnych biur – zarówno w klasie A, jak i B/B+.

Polski pacjent czeka dłużej. Gorzej tylko w Grecji

18. kwietnia obchodzimy Europejski Dzień Praw Pacjenta. Z tej okazji warto pokazać, jak opieka zdrowotna w Polsce wypada na tle Europy. Jak można się spodziewać, znajdujemy się w ogonie nie tylko pod względem liczby lekarzy i dostępnego sprzętu, ale także czasu poświęcanego pacjentom. Ponadto, czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wydłużył się o około dwa tygodnie w porównaniu do ubiegłego roku. Dlatego coraz częściej pacjenci decydują się na opiekę prywatną i dodatkowe zabezpieczenie oferowane przez ubezpieczycieli.

W większości krajów europejskich pacjenci są zadowoleni z jakości opieki zdrowotnej. Według badania  „European Quality of Life Survey” na prowadzenie w tym względzie wysuwają się Austria, Luksemburg i Malta, w okolicach średniej europejskiej znajdują się też nasi sąsiedzi – Litwa i Czechy. Lepsza jakość opieki zdrowotnej jest zazwyczaj związana z wyższymi wydatkami publicznymi. Średnia całkowitych wydatków zdrowotnych dla krajów Unii Europejskiej wynosi 2 773 euro – prawie o połowę więcej niż w Polsce (z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej PPP). Dla porównania w 2016 roku w Luksemburgu wydatki te wyniosły aż 4 713 euro.

Subiektywnie gorzej tylko w Grecji

Zgodnie z przypuszczeniami Polska znajduje się w ogonie państw europejskich pod względem zadowolenia pacjentów. Jedynie Grecy oceniają służbę zdrowia gorzej niż Polacy. Z raportu OECD „Health at Glance: Europe 2018” wynika, że 60 proc. pacjentów w naszym kraju uważa, że lekarze poświęcają im wystarczającą ilość czasu, podczas gdy za naszą zachodnią granicą twierdzi tak już 86 proc. pacjentów. Wśród analizowanych krajów europejskich jesteśmy jedynym, w którym mniej niż połowa pacjentów deklaruje, że lekarze biorą pod uwagę ich zdanie przy podejmowaniu decyzji dotyczących leczenia.

Tyle samo wizyt, mniej lekarzy

Mimo, że w większości rankingów negatywne postrzeganie rzeczywistości jest domeną Polaków, to niska jakość służby zdrowia może być potwierdzona za pomocą wielu obiektywnych danych i wskaźników. Mamy do dyspozycji średnio 2,4 lekarzy na 1000 mieszkańców, podczas gdy średnia europejska to 3,6. Zajmujemy w tym aspekcie niechlubne ostatnie miejsce wśród krajów Unii. Gabinety lekarskie odwiedzamy przeciętnie równie często co mieszkańcy innych krajów, co oznacza, że lekarze w Polsce przyjmują znacznie więcej pacjentów niż ich zachodni sąsiedzi. Bardziej obciążeni są jedynie węgierscy i słowaccy medycy.

Czas oczekiwania na wizytę u lekarza coraz dłuższy

Przodujemy również pod względem czasu oczekiwania na wizyty u specjalistów i zabiegi operacyjne. Dla przykładu w 2016 roku czas oczekiwania na usunięcie zaćmy wynosił w Polsce 484 dni, na kolejnym miejscu znalazła się Estonia z czasem oczekiwania równym 283 dni. W Holandii na podobny zabieg czeka się jedynie nieco ponad miesiąc. Zraportu Fundacji Watch Health Care wynika, że czas oczekiwania na wizytę u specjalisty w Polsce wynosi obecnie około cztery miesiące, czyli o około dwa tygodnie dłużej niż w ubiegłym roku.

Ubezpieczyciele w stronę europejskich standardów

Nadzieją może napawać fakt, że spada liczba skarg złożonych do Rzecznika Praw Pacjenta. W 2017 roku wyniosła 61 218 zgłoszeń, a rok wcześniej – 68 832. Jednak dziesięć lat temu podobnych wniosków składano zdecydowanie mniej, co może wynikać z rosnącej świadomości pacjentów co do przysługujących im praw.

Pacjenci coraz częściej wybierają prywatną opiekę zdrowotną oferowaną najczęściej w formie benefitów przez zakłady pracy. Szacuje się, że nawet 60 proc. Polaków korzysta równocześnie z opieki w ramach NFZ, jak i prywatnej służby zdrowia. W segment usług medycznych coraz częściej wchodzą również  ubezpieczyciele. W ramach polis zdrowotnych i dodatków do polis na życie zapewniają pełne wsparcie na etapie diagnozy, leczenia i dochodzenia do zdrowia.

– Potrzeby pacjentów w Polsce są ogromne. Coraz częściej nawet w prywatnych przychodniach musimy czekać na konsultację lekarską, co wiąże się z ogromnym stresem. Dlatego proponujemy naszym klientom kompleksową pomoc również w umówieniu wizyty i znalezieniu najlepszych specjalistów – mówi Edyta Fundowicz, Dyrektor ds. Marketingu i Produktów w Nationale-Nederlanden. – Mogą oni liczyć także na konsultacje u dietetyka i psychologa, a także organizację procesu rehabilitacyjnego.

Dywersyfikacja i polaryzacja, czyli rynek handlowy w obliczu zmian

Deweloperzy weryfikują swoje strategie rozwoju. Rozwija się rynek centrów convenience i projektów wielofunkcyjnych. W 2019 r. może przybyć 430 000 mkw. nowej powierzchni handlowej w całym kraju.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec I kwartału tego roku.

Podaż – deweloperzy poszukują nowych opcji rozwoju

„Rynek dużych centrów handlowych stopniowo się nasyca, w związku z czym deweloperzy zmieniają swoje strategie biznesowe. Obecnie jesteśmy świadkami sukcesywnej polaryzacji rynku pomiędzy dużymi galeriami handlowo-rozrywkowymi a obiektami typu „convenience”. Mniejsze centra i parki handlowe powoli wypełniają niszę rynkową, co ma odzwierciedlenie zarówno w obiektach oddanych do użytku w I kwartale, jak również tych planowanych do ukończenia w dalszej części roku”, tłumaczy Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Na razie na rynku przybyło niewiele ponad 38 000 mkw. powierzchni, z czego największym nowo otwartym projektem był Silesia Outlet w Gliwicach (12 000 mkw. GLA). Wśród obiektów otwartych w minionym kwartale znalazły się także mniejsze centra handlowe: ATUT Ruczaj w Krakowie (6 800 mkw.) i Galeria Hosso w Drawsku Pomorskim (9 000 mkw.).

Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL
Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

„Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce wynosi 14,3 mln mkw. z czego 10,1 mln mkw. oferują 422 centra handlowe. Pozostałe formaty, czyli parki i wielkopowierzchniowe magazyny handlowe oraz centra wyprzedażowe odpowiadają odpowiednio za 3,9 mln mkw. oraz blisko 300 000 mkw. Choć I kwartał – tradycyjnie już – nie obfitował w nowe otwarcia, to w całym 2019 roku może przybyć 430 000 mkw. nowej powierzchni w ramach wszystkich formatów”, komentuje Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

Największym nowym projektem w 2019 roku będzie Galeria Młociny w Warszawie (78 500 mkw. i 6 200 mkw. powierzchni biurowej), której otwarcie zaplanowano na maj.

Popyt – „phygital” na topie

Polski rynek handlowy nadal oczekuje debiutów znanych marek, takich jak Abercrombie & Fitch, Banana Republic i Urban Outfitters. Póki co w I kwartale tego roku zadebiutowały u nas dwie sieci – czeski TEPfactor otworzył pierwszy park rozrywki w warszawskim Blue City, natomiast niemiecka grupa Deichmann zadebiutowała ze swoim najnowszym konceptem My Shoes jednocześnie w trzech lokalizacjach (w Galerii Mokotów, Galerii Katowickiej i Galerii Echo Kielce).

„Analizując trendy na rynku handlowym w Polsce i Europie nie sposób nie wspomnieć o wciąż rosnącej popularności zakupów online. Z tego powodu wiele marek, mając na względzie zapewnienie klientom pozytywnych doświadczeń, decyduje się na kombinację fizycznych narzędzi z bogactwem cyberświata, czyli tzw. „phygital”. Przykładem jest tzw. HubStyle, który otwiera stacjonarne sklepy marek Sugarfree i Cardio Bunny”, dodaje Joanna Tomczyk.

Czynsze i pustostany

Czynsze „prime”[1] są tradycyjnie najwyższe w Warszawie (do 130 euro/ mkw./ miesiąc). Na większości rynków lokalnych poziom czynszów „prime” wynosi od 42 do 60 euro za mkw. miesięcznie.

Średni poziom pustostanów w centrach handlowych w ośmiu głównych aglomeracjach w kraju wyniósł 3,5% według stanu na koniec 2018 roku.

Anna Wysocka JLL
Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

„Wzrost siły nabywczej i wydatków konsumpcyjnych Polaków to dobry prognostyk dla przyszłości rynku handlowego w Polsce. To z tego powodu zakaz handlu w niedzielę nie wpłynął w tak znaczący sposób na kondycję wielu centrów handlowych w kraju. Odwiedzalność w większości galerii faktycznie spadła, jednak obroty w wielu lokalizacjach nieznacznie wzrosły. Potencjał handlowy niedziel, z uwagi na zakaz handlu, jest jednak niewykorzystany a wzrosty obrotów mogłyby być znacznie większe. Według Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zakaz handlu w niedziele doprowadził także do bankructwa ok. 16 000 małych sklepów, czyli tych, których miał najbardziej chronić”, informuje Anna Wysocka.

Jednocześnie, już od dłuższego czasu właściciele dużych centrów handlowych dostosowują swoją ofertę do zmieniających się oczekiwań konsumentów poprzez zwiększenie oferty rozrywkowej, usługowej i gastronomicznej. Dzięki temu centra stają miejscem nie tylko robienia zakupów, ale także spędzania wolnego czasu, również w niehandlowe niedziele miesiąca.

[1] Czynsze prime odnoszą się do najlepszych lokali handlowych o powierzchni około 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych.

Ostatni normalny dzień w tym tygodniu

To prawdopodobnie będzie ostatni „żywy” dzień na rynkach w tym tygodniu, gdyż w wielu krajach Wielki Piątek jest dniem wolnym od handlu. Oznacza to też, że dwa dni publikacji zostały upakowane w jeden. Na pierwszym planie są ważne dane o aktywności biznesowej z Eurolandu, które wskażą, czy odbicie sygnalizowane w Chinach znajduje szoki wtórne w Europie. Od tego będzie zależeć, czy rynki podtrzymają pozytywny klimat.

Po dwóch miesiącach wyraźnych spadków indeksów PMI dla przemysłu strefy euro po kwietniowych danych oczekuje się przynajmniej stabilizacji (prog. 48, poprz. 47,5). Pozytywny wkład odreagowania słabości w Chinach może się ujawnić w lepszej postawie wytwórców nastawionych na eksport. Najważniejsze będą dane z niemieckiego przemysłu (prog. 45, poprz. 44,1), który jest motorem dla całego bloku i także tutaj ostatnie załamanie aktywności było najdotkliwsze. Dla rynku, który w ostatnich dniach łatwo akceptuje preteksty do podtrzymania apetytu na ryzyko, nie będzie potrzeba wiele, by odebrać dane pozytywnie. Ale też wrażliwość na rozczarowanie będzie silna, gdyż da podstawy do wątpliwości, że odbicie w Chinach nie rozlewa się na pozostałe kluczowe gospodarki. Przy wizji długiego weekendu inwestorzy nie będą silnie bronić pozycji, jeśli dane przygaszą dotychczasowy entuzjazm.

Reszta dzisiejszych odczytów (a jest ich sporo) będzie miała znaczenie tylko pod warunkiem, że europejskie PMI nie zaliczą super-niespodzianki (pozytywnej lub negatywnej) i nie skupią na sobie całej uwagi. Produkcja przemysłowa z Polski jest najważniejszą figurą z krajowego zestawu, a po danych marcowych spodziewamy się nieznacznego spowolnienia, ale głównie w oparciu o niekorzystny układ dni roboczych. Poza tym sytuacja w sektorze nie jest niepokojąca i dane nie powinny wyrwać EUR/PLN z drzemki na 4,27.

Co do danych z Wielkiej Brytanii w tym tygodniu miałem nadzieję, że pozwolą one odreagować funtowi presję związaną z brexitem, ale jak na razie moje oczekiwania okazały się złudne. Publikowana dziś sprzedaż detaliczna to bardzo zmienny wskaźnik, który może zaoferować wszystko, ale to też oznacza, że inwestorzy z rezerwą będą podchodzić do silnych zaskoczeń.

Po południu najważniejsze będą odczyty sprzedaży detalicznej z Kanady i USA. W pierwszym przypadku po wczorajszym silnym odczycie CPI z Kandy pojawiły się wątpliwości, czy rynkowe oczekiwania powrotu Banku Kanady do obniżek są słuszne i teraz kolejny mocny odczyt jeszcze bardziej zachwieje pewnością siebie inwestorów. W USA oczekuje się odreagowania słabości z lutego, co w przypadku ogólnego wskaźnika będzie prostsze przez wzrost cen paliw. Ważniejsza będzie tzw. sprzedaż bazowa i brak odbicia tutaj mocno kłóciłby się z systematyczną poprawa na rynku pracy i wzrostem dochodów. Ale słabe dane z USA to sygnał, że Fed na dłużej odłoży pomysły podwyżki stóp procentowych do szuflady, więc w ogólnym rozrachunku mogłoby to być dobre dla rynkowego apetytu na ryzyko. Taki mamy rynek.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trzy zmiany w podatku dochodowym planowane przez rząd

Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt

Według zapowiedzi rządzących w 2020 roku miałyby wejść w życie znaczące zmiany w PIT. Dotyczą one obniżenia pierwszego progu podatkowego do 17%, zerowego PIT dla osób do 26 roku życia oraz podniesienia kosztów uzyskania przychodu dla pracowników. Projekt ustawy zmieniającej ma w ciągu najbliższych dwóch tygodni trafić do konsultacji.

Nowy próg podatkowy

Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę, zlecenie, a także wielu przedsiębiorców rozlicza się według zasad ogólnych. Obecnie przy podatku progresywnym obowiązują dwie stawki PIT:

  • 18% – do kwoty 85 528 dochodu
  • oraz 32% – powyżej kwoty 85 528 zł.

Według zapowiedzi od 1 stycznia 2020 r. mają być obowiązywać trzy stawki:

  • 17% – do kwoty 42 764 dochodu,
  • 18% – powyżej 42 764 zł, a nie więcej niż 85 528 zł,
  • 32% – powyżej kwoty 85 528 dochodu.

Oczywistym jest, że dodanie nowej stawki podatku, niższej o 1 punkt procentowy, przyniesie podatnikowi zysk w postaci niższego podatku. Różnica wyniesie od 428 zł do 855 zł w skali roku – mówi Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe.

Zerowy PIT dla młodych

Zerowy PIT dla młodych, jeden z elementów tzw. „piątki Kaczyńskiego”, to po prostu nowe zwolnienie z podatku dochodowego. Ma ono dotyczyć osób do 26 roku życia. Według wstępnych założeń zwolnione z podatku będą przychody z umowy o pracę, aby ograniczyć liczbę zawieranych umów zlecenie czy dzieło – często nazywanych umowami śmieciowymi. Ze zwolnienia nie będą mogły skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą.

Rząd proponuje jednak wprowadzić limit dochodów w kwocie 42 764 zł. Jeśli osoba do 26 roku życia przekroczyłaby tę kwotę, płaciłaby podatek na zasadach ogólnych liczony od nadwyżki ponad tę kwotę.

Zwolnienie z PIT dla młodych ma zostać wprowadzone od  czwartego kwartału 2019 roku, ale w tym okresie wciąż będą pobierane zaliczki na podatek. Jego zwrot nastąpi w zeznaniu rocznym składanym za 2019 rok. Jeśli zgodnie z prognozami zwolnienie zostanie wprowadzone od 1 października 2019 r., to dla osób do 26 roku życia limit przychodów zwolnionych na 2019 r. wyniesie 10 691 zł.

Jak podkreśliła Minister Finansów Teresa Czerwińska, należy pamiętać jeszcze o składkach ZUS. Zgodnie z przepisami każdy pracownik podlega obowiązkowo ubezpieczeniom społecznym i zdrowotnemu. Rządzący zatem z jednej strony zachęcają zwolnieniem z PIT, ale z drugiej strony przypominają o należnościach, jakie trzeba uregulować do ZUS.

Rozwiązaniem najkorzystniejszym finansowo, bez żadnych zobowiązań dla młodych osób do 26 roku, które są uczniami szkół ponadpodstawowych lub studentami, byłyby umowy zlecenie zwolnione z PIT. W tej sytuacji nie zapłaciliby ani składek ZUS, ani podatku dochodowego. Oznaczałoby to, że dana osoba otrzymałaby dokładnie taką kwotę, która zapisana jest w umowie, bez pomniejszania jej o jakiekolwiek zobowiązania – zauważa ekspert inFakt.

Wyższe koszty uzyskania przychodu pracownika

Zatrudnieni na podstawie umowy o pracę są grupą podatników, których obowiązują bardzo niskie koszty uzyskania przychodu. Standardowo wynoszą one 1335 zł rocznie. – Ich wysokość jest tak niska, że można się pokusić o stwierdzenie, że pracownicy na dobrą sprawę płacą podatek od przychodu, nie od dochodu – wskazuje Aneta Socha-Jaworska.

Rok 2020 ma przynieść zmiany w tym zakresie i podwyżkę rocznych kosztów uzyskania przychodu do kwoty 3 000 zł. Dla pracownika, który otrzymuje minimalne wynagrodzenie, w skali roku oznacza to niższy podatek o około 252 zł.

Koszty pracownicze mają zostać podniesione do kwot:

  • 3 000 zł – ma zastąpić kwotę 1 335 zł (koszty standardowe z jednego stosunku pracy),
  • 3 600 zł – zamiast 1 668,72 zł (podwyższone koszty[1] uzyskania z jednego stosunku pracy),
  • 4 500 zł – ma zastąpić kwotę 2 002,05 zł (standardowe koszty z więcej niż jednego stosunku pracy),
  • 5 400 zł – w miejsce kwoty 2 502,56 zł (podwyższone koszty uzyskania z więcej niż jednego stosunku pracy).

[1] Są to koszty, gdy miejsce stałego lub czasowego zamieszkania pracownika jest położone poza miejscowością, w której znajduje się zakład pracy i podatnik nie uzyskuje dodatku za rozłąkę.

Minimalizacja szarej strefy, czyli pomysł FPP na uzdrowienie systemu podatkowego

Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje aktywne podejście do problemów, które dotykają system podatkowy. Wspólna debata Ministerstwa Finansów i polskich przedsiębiorców mogłaby doprowadzić do zmniejszenia szarej strefy, której istnienie przyczynia się do dużych strat budżetu państwa. Środki obracane „na szaro” oscylują w granicach 400 miliardów złotych. Podatki, które mogłyby zostać odprowadzone od transakcji i dochodów w szarej strefie, stanowiłyby znaczący dodatek do budżetu państwa i miałyby pozytywny wpływ na polską gospodarkę. Jednak zmiany w tym zakresie nie mogą się odbyć bez współpracy państwa i przedsiębiorców.

– Nasza propozycja poprawy systemu podatkowego opiera się na rzetelnej i partnerskiej współpracy biznesu z administracją – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Szara strefa zaburza warunki konkurencji wśród przedsiębiorców i powoduje, że nieuczciwe podmioty zyskują przewagę nad uczciwymi. Niewątpliwie sukcesem państwa jest stworzenie platformy „Głos Przedsiębiorców”. W ostatnim czasie chęć współpracy wyraził też zespół do spraw wsparcia przedsiębiorców Ministerstwa Finansów, nadzorowany przez Krajową Administrację Skarbową. Upatrujemy w tym szansę na to, aby wspólnie doprowadzić do sytuacji, w której zminimalizujemy istnienie szarej strefy. Będziemy razem podejmowali i realizowali działania, które będą korzystne dla budżetu państwa i dla samych przedsiębiorców – planuje Korzeb.

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci

Polacy bardziej niż Niemcy i Brytyjczycy są przywiązani do tradycyjnych sklepów. Mimo to już połowa robi zakupy w sieci 1

Handel internetowy rozwija się w Polsce bardzo szybko – w tym roku będzie wart już 50 mld zł, a zakupy online robi już 15 mln Polaków. Z drugiej strony polscy konsumenci wyróżniają się na tle innych nacji przywiązaniem do tradycyjnego kanału sprzedaży. 49 proc. chce mieć możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie przed zakupem – wynika z badań SAP. Polacy oczekują spójnego podejścia marek do klientów we wszystkich kanałach sprzedaży. To dla sprzedawców wyzwanie, w którym wsparciem może być wdrożenie odpowiednich technologii. 

– Szacuje się, że w tym roku Polacy wydadzą w kanale online około 50 mld zł, co nie oznacza jednak zapaści w kanale offline, czyli fizycznych sklepach. Myślę, że zmienia się głównie ich rola. Tym, czego oczekują klienci, to pewna integracja obu kanałów i spójne doświadczenie zakupowe niezależnie od sposobu, w jaki nabywamy produkty czy usługi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Niebylski, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Cały handel – w tym zwyczaje zakupowe klientów i podejście sprzedawców do obsługi klienta – jest na etapie zmian wywołanych rozwojem technologii. Według raportu Ecommerce Europe i SAP regularne zakupy w sieci robi już 49 proc., czyli około 15 mln Polaków. Z roku na rok ten odsetek rośnie, a Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-handlu na świecie.

Mimo to w Polsce nadal istotną rolę odgrywa segment tradycyjny. Według PwC udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi w Polsce raptem ok. 5 proc. W krajach takich jak Chiny, Korea Południowa, Niemcy czy Wielka Brytania jest on ponaddwukrotnie wyższy. To oznacza, że tradycyjne sklepy wciąż są najpopularniejszym kanałem sprzedażowym. Wielu klientów nadal traktuje zakupy jako sposób na spędzanie wolnego czasu, w tradycyjnym sklepie mogą też dotknąć produktu, obejrzeć go i przymierzyć albo zasięgnąć rady wykwalifikowanego sprzedawcy.

– Aż 49 proc. Polaków deklaruje, że potrzebuje fizycznego kontaktu z produktem w tradycyjnym sklepie. Dla polskiego konsumenta ten proces musi się w pewien sposób przenikać. Z jednej strony bardzo chętnie wchodzimy w online, inicjując proces zakupowy, ale ta część związana ze sprawdzeniem, przymierzeniem, odbiorem czy zwrotem produktu często odbywa się w kanale tradycyjnym – mówi Tomasz Niebylski.

Jak wynika z SAP Consumer Propensity Report, Polska jest w gronie państw, w których możliwość przetestowania produktów w fizycznym sklepie jest dla konsumentów szczególnie ważna. Pod tym względem wyprzedzają nas tylko Rosjanie (56 proc. chce testować produkt w sklepie). Dla porównania w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji ten odsetek wynosi odpowiednio 29, 34 i 38 proc.

– Jako konsumenci oczekujemy też spójnych doświadczeń. Chcemy być traktowani w ten sam sposób niezależnie od kanału, w którym toczy się dany proces zakupowy. Polacy oczekują również spójnych cen w kanale online i offline. Aż 40 proc. klientów jest w stanie w ogóle zrezygnować z kontaktu z daną marką i z zakupu produktu, jeżeli stwierdzi, że występują różnice cenowe pomiędzy tymi dwoma kanałami – mówi Tomasz Niebylski.

Dlatego jednym z największych wyzwań dla sprzedawców jest budowa wielokanałowej strategii kontaktu z klientem, tak aby zapewnić mu zintegrowane i pozytywne doświadczenia zarówno online, jak i offline.

– Trzeba łączyć najlepsze cechy obu tych kanałów. W kanale online wygodna jest możliwość porównywania towarów i cen, bo mamy dostęp do szeregu różnych narzędzi. Z drugiej strony kanał offline daje dużo lepszą możliwość interakcji z klientem. Jeżeli w sklepie jest sprzedawca, który interesuje się klientem, sprawdza jego preferencje, to doświadczenie zakupowe jest znacznie bogatsze. Firmy powinny w sprytny, inteligentny sposób łączyć te cechy, tak żeby proces zakupowy czerpał z każdego kanału to, co najlepsze – mówi Tomasz Niebylski.

Jak podkreśla, budowa wielokanałowej, spójnej strategii kontaktu z klientem w kanale cyfrowym i tradycyjnym wymaga odpowiednich rozwiązań IT dla branży retail. Te m.in. wpierają proces interakcji klienta i pomagają w tworzeniu spersonalizowanych ofert. Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Fundacji Kronenberga i Citi Handlowego, 39 proc. firm uważa, że stosowanie rozwiązań takich jak machine learning czy big data do lepszego personalizowania oferty dla klientów to w tej chwili jedno z największych wyzwań dla branży e-commerce. Dla prawie połowy (45 proc.) takim wyzwaniem jest też wprowadzanie ułatwień w procesie komunikacji klienta z marką.

– Narzędzia IT są konieczne. Jeżeli sklep chce adresować do klienta spersonalizowaną ofertę, musi mieć odpowiednie narzędzia do budowy strategii marketingowych. Konsumentów denerwuje zalew ofert, które ich nie dotyczą i nie trafiają w ich oczekiwania. To może skutecznie odwieść klienta od kontaktów z daną marką. Tego nie da się zrobić w sposób manualny, potrzebne są zaawansowane narzędzia informatyczne. Te zbierają dane o preferencjach klientów i wykorzystują np. sztuczną inteligencję i mechanizmy predykcyjne do tworzenia spersonalizowanych ofert dla konkretnego klienta – mówi Tomasz Niebylski.

Przykładem wykorzystania potencjału, jaki stwarzają w retailu narzędzia IT, są wdrożenia zrealizowane przez SAP w Polsce i za granicą. W SPAR Switzerland, która zarządza siecią 160 sklepów spożywczych, firma wdrożyła platformę SAP Marketing Cloud. W ciągu tygodnia od jej uruchomienia program lojalnościowy SPAR Friends przyciągnął 20 tys. klientów, a w kolejnych kilku miesiącach – łącznie ponad 100 tys.

– Program premiuje uczestników darmowymi zakupami – jedna transakcja na tysiąc jest darmowa. Klient, kiedy przychodzi do kasy, dowiaduje się o tym, że jest tysięcznym konsumentem, dla którego zakupy są za darmo. Z jednej strony firma mocno przyciąga tym klientów, a z drugiej zbiera informacje o tym, co klienci wkładają do koszyka, jakie mają preferencje i na tej podstawie tworzy dla nich spersonalizowane oferty w aplikacji mobilnej – wyjaśnia Tomasz Niebylski.

W ubiegłym roku SAP stworzył pakiet C/4 HANA, czyli integrację swoich rozwiązań wspierających budowę relacji zarówno w kanale B2B, jak i B2C. System analizuje zwyczaje zakupowe, bieżące zasoby magazynowe i trendy, tworząc na bazie tych danych spersonalizowaną ofertę dla klienta. Takie właśnie rozwiązanie wdrożyła firma Under Armour, która jest jedną z wiodących na rynku odzieży sportowej.

– Firma Under Armour wbudowała w swoje buty czujniki zbierające informacje o liczbie przebytych kilometrów. Dzięki temu klient dostanie powiadomienie o tym, że parametry jego butów, np. elastyczność podeszwy, spadły poniżej określonych progów i ich dalsze używanie może się skończyć kontuzją i warto pomyśleć o zakupie nowej pary. Firma, wiedząc, kto tych butów używa, jaki jest jego profil zużycia, czy biega w terenie czy po twardych nawierzchniach, jest w stanie zaproponować klientowi nowy, odpowiedni dla niego model. Poprzez zachętę w postaci dodatkowego rabatu w wysokości 5 proc. przy odbiorze w tradycyjnym w sklepie, istnieje możliwość sprzedaży innych usług, np. dedykowanego programu żywieniowego. W ten sposób buduje się ekosystem, który wiąże klienta z daną marką i wyzwala u niego pozytywne doświadczenia – podkreśla dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w SAP Polska.

Wykorzystanie nowych technologii w handlu i zalety z tego wynikające były głównym tematem kwietniowej edycji SAP Intelligent Enterprise Truck w Warszawie.

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł

Agencja Rozwoju Przemysłu wesprze małe i średnie firmy. Na ich finansowanie w tym roku przeznaczy 200 mln zł 2

Do końca tego roku Agencja Rozwoju Przemysłu przeznaczy 200 mln zł na finansowanie małych i średnich firm. Takim podmiotom trudniej jest pozyskać środki komercyjne od banków, zwłaszcza jeżeli są krótko na rynku. ARP udzieli im pożyczek m.in. na realizację innowacyjnych projektów, inwestycji, wsparcie płynności finansowej czy finansowanie zamówień. Co istotne, spółki nie ogranicza prawo bankowe czy regulacje KNF, co daje jej większą elastyczność i pozwala finansować przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznane za zbyt ryzykowne.

Małe i średnie firmy mają utrudniony dostęp do kapitału zewnętrznego, gdyż banki zwykle patrzą na nie tak jak na korporacje i próbują ocenić je według tych samych wzorów i schematów. W związku z tym one często mają zły standing finansowy, są źle oceniane. Jest jednak dość duża różnica pomiędzy takim przedsiębiorstwem a korporacją. Wielu właścicieli małych i średnich firm obawia się też pożyczać pieniądze, co jest związane m.in. ze złym prawem upadłościowym w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jeżeli ktoś w Polsce znajdzie dobrą metodę finansowania małego i średniego biznesu, to odniesie wielki sukces. Ale musi przestać myśleć o spółce Jana Kowalskiego i jego żony jak o General Electric.

Małym i średnim przedsiębiorstwom dodatkowe środki są na ogół potrzebne na zakup urządzeń czy maszyn, zatrudnienie dodatkowych pracowników, stworzenie nowych linii technologicznych czy zakup samochodu albo sprzętu komputerowego. Takie inwestycje, nawet niewielkie, umożliwiają im rozwój i podnoszenie konkurencyjności.

Oferty takie jak ta stworzona przez Agencję Rozwoju Przemysłu stanowią alternatywę dla systemu bankowego. Mam nadzieję, że ARP będzie trochę inaczej niż banki patrzeć na małe oraz średnie przedsiębiorstwa i przyjmie trochę inne zasady ich finansowania czy udzielania im kredytów. I to z całą pewnością może skłonić wiele firm do podjęcia inwestycji – mówi Cezary Kaźmierczak.

Agencja Rozwoju Przemysłu jest kojarzona przede wszystkim z finansowaniem restrukturyzacji. Na początku jej działalności większość pożyczek dla firm miało charakter pomocowy, teraz jednak większość pożyczek jest udzielana na zasadach komercyjnych. Wynika to z faktu, że w realiach stabilnego wzrostu gospodarczego coraz mniej firm szuka koła ratunkowego, a coraz więcej jest zainteresowanych finansowaniem potrzeb związanych z luką w kapitale obrotowym czy finansowaniem inwestycji.

ARP SA w ciągu ostatnich 10 lat przeznaczyła ponad 5 mld zł na finansowanie przedsiębiorstw działających w różnych sektorach gospodarki. Są wśród nich zarówno firmy państwowe, jak i prywatne, w tym spółki giełdowe. Działalność agencji rozszerzyła się o ofertę dedykowaną małym i średnim przedsiębiorstwom.

Składają się na nią trzy elementy. Po pierwsze, pożyczki, po drugie, oferta leasingu przemysłowego, i po trzecie, oferta nazwana przez nas International Desk [wspierająca eksport – red.] – mówi Paweł Kolczyński, wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu SA. – Pożyczki to podstawowy instrument, jaki możemy zaoferować właścicielom małych i średnich przedsiębiorstw. Uzupełnia on tradycyjne pożyczki dla dużych podmiotów, które są domeną Agencji Rozwoju Przemysłu, natomiast postanowiliśmy nieco zdywersyfikować naszą działalność.

Na finansowanie MŚP ARP SA przeznaczy tylko w tym roku 200 mln zł. Ta kwota może zostać wykorzystana przez małe i średnie przedsiębiorstwa m.in. na sfinansowanie potrzeb inwestycyjnych, kontraktów albo potrzeb związanych z oczekiwaniem na rozliczenie VAT-u – jest to instrument w szczególności dla tych przedsiębiorców, którzy dobrowolnie skorzystali z instrumentu split payment, czyli podzielonej płatności.

Wreszcie są to pożyczki innowacyjne, a także restrukturyzacyjne. Zdarzają się przypadki, kiedy firma powstaje, rozwija się, ale przeżywa również trudne okresy. Tutaj również chcemy wykorzystać doświadczenia Agencji Rozwoju Przemysłu w zakresie restrukturyzacji i doradzić im merytorycznie oraz ewentualnie udzielić finansowania restrukturyzacyjnego – mówi Paweł Kolczyński.

Jak podkreśla, oferta ARP SA jest raczej uzupełnieniem niż konkurencją dla komercyjnej oferty banków. Zaletą jest m.in. to, że nie ogranicza jej prawo bankowe, co pozwala się angażować w branże i przedsięwzięcia, które przez banki mogłyby być uznawane za zbyt ryzykowne. W odróżnieniu od banków ARP SA ma większą elastyczność. Może np. sfinansować niestandardowy przedmiot inwestycji albo pomagać firmom przeżywającym przejściowe trudności finansowe i uruchomić proces nawet wtedy, kiedy spółka ma ujemne wyniki finansowe. Każdy projekt jest traktowany indywidualnie, poprzedzony analizą sytuacji przedsiębiorstwa i szyty na miarę jego potrzeb.

Nasza oferta może być bardziej elastyczna. Nie oznacza to jednak, że nie weryfikujemy przedsiębiorców, nie stosujemy odpowiedniego portfela zabezpieczeń – podkreśla Paweł Kolczyński.

Co istotne, ARP SA finansuje kapitał obrotowy na okres dłuższy niż banki. Dzięki temu firmy nie muszą co roku występować o przedłużenie finansowania i nawet krótkoterminowe osłabienie sytuacji firmy lub kondycji danej branży nie powodują ryzyka nieprzedłużenia finansowania. Okres i harmonogram spłat kapitału, także okres karencji, ustalane są przez ARP SA indywidualnie z każdym przedsiębiorstwem.

Możemy zapewnić naszym kontrahentom z sektora MŚP dłuższy okres karencji w spłacie kapitału głównego. W pewnych uzasadnionych przypadkach może wynosić nawet 18 miesięcy. Dzięki temu przedsiębiorca realizujący inwestycję może ją w spokoju zakończyć i uruchomić, a tym samym uzyskać źródło przychodów, które pomoże mu w spłacie kapitału głównego pożyczki – mówi Paweł Kolczyński.

Oferta Agencji Rozwoju Przemysłu dla małych i średnich przedsiębiorstw skierowana jest do wszystkich branż. Wśród dotychczasowych pożyczkobiorców są firmy z różnych sektorów – od przemysłu lekkiego i ciężkiego, poprzez spożywczy, telekomunikacyjny, paliwowy, maszynowy, RTV i AGD czy przemysł motoryzacyjny.

Co do zasady pożyczka nie może być mniejsza niż 800 tys. zł, a aplikujący przedsiębiorca powinien osiągać w skali roku przychody nie mniejsze niż 4 mln zł. Dostępne są jednak odstępstwa od tych zasad. Pożyczki sięgają od kilku do kilkudziesięciu milionów złotych, w zależności od finansowanego przedsięwzięcia, najwyższa jak do tej pory wyniosła 150 mln zł.

Każdego przedsiębiorcę zainteresowanego ofertą Agencji Rozwoju Przemysłu zapraszamy do Centrum Obsługi Przedsiębiorców, otwartego już we Wrocławiu. Niedługo ruszają też centra w Katowicach oraz Gdyni. Nasi doradcy pomogą dobrać najbardziej efektywne finansowanie dla danego przedsiębiorcy – mówi Paweł Kolczyński.

Przykładem firmy, która rozwinęła się dzięki finansowaniu ARP SA, jest spółka Libru Sea, która działa na rynku od stycznia ubiegłego roku. Średniej wielkości przedsiębiorstwo produkuje wędzone ryby. Nieco ponad pół roku po rozpoczęciu działalności firma otrzymała 8,9 mln zł pożyczki na zakupu dzierżawionej wcześniej nieruchomości wraz z zakładem przetwórstwa rybnego, modernizację tego zakładu oraz zasilenie kapitału obrotowego. Dzięki temu powstało ok. 50 nowych miejsc pracy w regionie ze znaczną stopą bezrobocia, a to też ważny czynnik, który ARP SA bierze pod uwagę przy udzielaniu pożyczki.

Agencja Rozwoju Przemysłu podchodzi do finansowania w sposób bardzo biznesowy. Podobnie jak fundusze inwestycyjne analizuje cały model biznesowy i benefity, które płyną z rozwoju tego biznesu. Podobnie jak fundusze interpretuje też model wyjścia z biznesu, czyli finansuje go w jakimś określonym czasie i oczekuje zwrotu z inwestycji. Patrzy na to zupełnie inaczej niż bank, który żąda bardzo dużych profitów tu i teraz, co uniemożliwia rozwój biznesu właściwie od zera – mówi Kamil Jerominek, prezes Libru Sea.

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie

Firmy stawiają na racjonalne wykorzystywanie zasobów. W całej UE może to przynieść 600 mld euro oszczędności rocznie 3

Po cyfrowej transformacji firmy czeka w najbliższych latach kolejna duża zmiana. Do 2030 roku muszą się dostosować do wymogów gospodarki obiegu zamkniętego (GOZ), która zakłada optymalne wykorzystanie odpadów i surowców naturalnych. Jak wynika z badań Stena Recycling, oczekują tego sami konsumenci. 65 proc. z nich jest skłonnych zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Gospodarka cyrkularna pomoże też firmom zmniejszyć koszty działalności – w skali UE przyniesie 600 mld euro oszczędności i stworzy 2 mln nowych miejsc pracy. Część firm zaczęła już transformację w kierunku GOZ – przykłady najlepszych zostały wyłonione w Stena Circular Economy Award. ​ 

Gospodarka obiegu zamkniętego, inaczej gospodarka cyrkularna, bardzo mocno zyskuje na znaczeniu. Jest ogólnoświatowym trendem, którego głównym założeniem jest to, żeby racjonalnie gospodarować zasobami. Chodzi o zasoby naturalne, których nie mamy nieskończenie wiele, a z drugiej strony o racjonalne korzystanie z zasobów, których dostarczają nam istniejące produkty w momencie, kiedy przestajemy z nich korzystać. Wszystko po to, żeby minimalizować negatywny wpływ na środowisko – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Bruździak, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Stena Recycling.

Gospodarka obiegu zamkniętego to koncepcja, według której produkty, materiały i surowce powinny pozostawać w gospodarce tak długo, jak jest to możliwe, a odpady – jeżeli już powstaną – powinny być traktowane jako surowce wtórne, które można przetworzyć i ponownie wykorzystać. To odróżnia ją od gospodarki linearnej, opartej na zasadzie „wyprodukuj, zużyj i wyrzuć”, w której odpady są przeważnie ostatnim etapem cyklu życia produktu.

Sytuacja, kiedy odpady pochodzące z produkcji i produkty, które przestają być używane, będą mogły zostać wykorzystane ponownie, to idealny model, do którego powinniśmy dążyć – mówi Piotr Bruździak.

GOZ jest jednym z priorytetów polityki Unii Europejskiej. Pod koniec 2015 roku Rada UE przyjęła pakiet odpadowy ustanawiający nowe przepisy gospodarki odpadowej. Do 2030 roku państwa członkowskie UE są zobowiązane osiągnąć poziom 75 proc. recyklingu odpadów opakowaniowych, 65 proc. odpadów komunalnych oraz ograniczyć składowanie odpadów do maksymalnie 10 proc. i nie oddawać na składowiska żadnych odpadów nadających się do recyklingu lub odzysku. UE wprowadziła także tzw. system rozszerzonej odpowiedzialności producentów, którzy mają odpowiadać – także finansowo – za zarządzanie odpadami, które powstają po wykorzystaniu ich produktów.

Ludzi na świecie przybywa, coraz więcej osób wychodzi z ubóstwa, mogą sobie na więcej pozwolić, zwiększyć wydatki i konsumpcję. Dla biznesu to jest szansa, ale jednocześnie – biorąc pod uwagę ograniczone zasoby naturalne – rodzi to też zagrożenia. Dlatego tak ważne jest, żeby promować i przechodzić na gospodarkę obiegu zamkniętego. To jest rozwiązanie, które pozwoli nam budować biznes, jednocześnie służąc klientom, odpowiadając na ich potrzeby w sposób zrównoważony, przyjazny dla planety i społeczności – dodaje Agata Czachórska, liderka projektu Circular IKEA w IKEA Retail w Polsce.

Gospodarka obiegu zamkniętego odpowiada na takie wyzwania, jak wyczerpywanie się surowców naturalnych, wzrost ich cen oraz zanieczyszczenie i eksploatacja środowiska. GOZ pozwoli zmienić model konsumpcji na bardziej świadomy i odpowiedzialny, racjonalniej gospodarować zasobami i zaoszczędzić energię. Przyczyni się też do większej innowacyjności europejskich firm, które będą musiały wypracować odpowiednie rozwiązania w tym modelu. Według Parlamentu Europejskiego przejście na gospodarkę obiegu zamkniętego przyniesie europejskim przedsiębiorstwom 600 mld euro oszczędności, przyczyni się do zredukowania odpadów oraz emisji gazów cieplarnianych o 2–4 proc. rocznie i powstania w UE 2 mln nowych miejsc pracy.

Przeanalizowanie procesów produkcyjnych: w jakich miejscach powstają odpady, na ile można zoptymalizować miejsce ich magazynowania, kwestie logistyki i kompaktowania materiału oraz możliwości ponownego przetworzenia – to są rzeczy, które wpisują się w model GOZ i nad którymi przedsiębiorstwa już muszą się zastanawiać – mówi Piotr Bruździak. – Dyskusja na ten temat wchodzi na zupełnie inny poziom. Są firmy, które stawiają sobie już ambitne cele, chcą uzyskiwać wyższe poziomy gospodarowania odpadami, chcą podnosić poziomy recyklingu.

Zdaniem ekspertów przedsiębiorstwa muszą się przeorganizować i stworzyć nowe modele biznesowe, żeby dostosować się do GOZ. Z drugiej strony to pomoże im zwiększyć konkurencyjność i zmniejszyć koszty działalności przy jednoczesnym podniesieniu jakości świadczonych usług. Poza tym oczekują tego sami konsumenci. Według badania przeprowadzonego przez SW Research dla Stena Recycling 69 proc. Polaków chciałoby, żeby ich ulubione produkty pochodziły ze zrównoważonej produkcji (były zaprojektowane i wytworzone według zasad GOZ). Podobny odsetek (65 proc.) jest skłonny zmienić swoje przyzwyczajenia i zrezygnować z produktów ulubionej firmy, a w zamian wybrać taką, która wdraża zasady GOZ. Prawie 60 proc. Polaków uważa, że ich wybory konsumenckie mają wpływ na wdrażanie GOZ przez firmy.

– Polscy przedsiębiorcy w ostatnich 2–3 latach bardzo dużo słyszeli na temat gospodarki obiegu zamkniętego. Odbyło się mnóstwo dyskusji, warsztatów, debat na ten temat, jednak one wszystkie skupiały się głównie wokół tego, że jest to ważne zagadnienie, którym musimy się zająć, że to szansa dla polskich przedsiębiorstw. Mało było w tym praktyki. Firmy przychodzą do nas i mówią: „No dobrze, jesteśmy przekonani, że to ważny temat, ale od czego mamy zacząć?”. Widzimy, że jest wielka potrzeba tworzenia praktycznych rozwiązań i narzędzi, które pozwoliłyby firmom prowadzić pilotaże tych rozwiązań – mówi Małgorzata Greszta, partner zarządzający CSR Consulting.

Odpowiadając na tę potrzebę, Stena Recycling organizuje Stena Circular Economy Award – Lider Gospodarki Obiegu Zamkniętego, pierwszy w Polsce konkurs dla biznesu i środowiska akademickiego pozwalający na wymianę pomysłów i doświadczeń w obszarze GOZ. Projekt jest skierowany do studentów, którzy mają ciekawe pomysły z tego obszaru, oraz firm, które mogą się pochwalić swoimi „cyrkularnymi” praktykami.

Przede wszystkim chcemy pokazać, że gospodarka cyrkularna nie jest odległą perspektywą. To jest coś, co zaczyna się tu i teraz, i wcale nie jest takie trudne. Nagradzamy tych, którzy już działają na rzecz gospodarki cyrkularnej, i młodych ludzi, którzy mają na to pomysł – mówi Piotr Bruździak.

– Takie konkursy, które wydobywają z rynku dobre praktyki, to jest bardzo dobre narzędzie, żeby zachęcać kolejne firmy. Dopiero widząc przykłady innych, przedsiębiorcy chcą robić coś podobnego. Staje się to inspiracją do uruchomienia kolejnych działań, a baza dobrych praktyk z roku na rok rośnie – dodaje Małgorzata Greszta.

Jednym z tegorocznych finalistów Circular Economy Award jest IKEA Retail, doceniona za projekt „Przyda się!”, który ma zwrócić uwagę na liczbę i wartość posiadanych przez ludzi przedmiotów, często zapomnianych. W tym celu została stworzona wirtualna kolekcja rzeczy leżących na strychach, w piwnicach oraz szafach. Program „Przyda się!” to również szereg wskazówek od IKEA, co zrobić, by zapomnianym przedmiotom podarować kolejne życie, np. poprzez naprawę, przerabianie lub przekazywanie innym.

Celem kolekcji było wzbudzenie refleksji nad tym, co już posiadamy. To wciąż są wartościowe rzeczy i tę wartość – czy to emocjonalną, czy funkcjonalną – możemy przywrócić. Cały program, „Przyda się!” spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem. To jest coś, czego ludzie potrzebują – mówi Agata Czachórska.

Jak wynika z badania Stena Recycling, trzech na czterech Polaków w ogóle nie zetknęło się z pojęciem GOZ – ponad 40 proc. nigdy o nim nie słyszało, a 30 proc. nie wie, czy je zna. Spośród Polaków, którzy słyszeli o GOZ (29 proc.), najwięcej osób kojarzy ten termin głównie z kwestiami ekologicznymi: możliwością zmniejszenia liczby składowisk i odpadów oraz ogólną poprawą stanu środowiska naturalnego.

Z drugiej strony proekologiczne działania cieszą się coraz większą popularnością wśród Polaków. Najwięcej osób segreguje odpady (74 proc.) oraz oszczędza energię w domu lub miejscu pracy (71 proc.). Większość oszczędza też wodę (68 proc.) oraz zwraca uwagę na to, aby nie marnować jedzenia (67 proc.). Ponad połowa Polaków minimalizuje także liczbę odpadów, używając produkty wielokrotnego użytku (54 proc.) lub unikając korzystania z jednorazowych reklamówek w trakcie zakupów (52 proc.).

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny

Trwa czwarta rewolucja przemysłowa łącząca pracę ludzi z pracą maszyn. Niedoskonałe prawo i problem z ochroną danych mogą jednak wstrzymać postęp technologiczny 4

Czwarta rewolucja przemysłowa będzie mieć przełożenie na gospodarkę, biznes i rynek pracy. Jak podaje Ministerstwo Cyfryzacji, szerokie wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego i analizy danych pozwoli osiągnąć poziom PKB zaplanowany na lata 2035–2036 już o pięć lat wcześniej. Jednak nowe technologie oznaczają także duże wyzwania związane z legislacją oraz cyberbezpieczeństwem. Pod tym względem przełomowy był ubiegły rok, kiedy weszły w życie ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO – wynika z nowego raportu NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Szybkie tempo rozwoju technologii to z jednej strony szansa na to, żeby użytkownicy otrzymywali coraz bardziej spersonalizowane i zautomatyzowane usługi. Z drugiej strony, wprowadza to cała masę nowych kategorii zagrożeń. Technologie, takie jak sieci 5G, są wielką szansą dla nowych usług, ale też wprowadzają kolejne pakiety zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa i trzeba wiedzieć, jak się przed tym chronić – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji.

Cyberbezpieczeństwo to kluczowe wyzwanie z puntu widzenia Przemysłu 4.0. Z danych Związku Cyfrowa Polska wynika, że tylko w 2017 roku podjęto w Polsce 6 mln prób cyberataków na urządzenia końcowe, a wciągu ostatnich sześciu lat liczba ataków na notebooki, laptopy i komputery stacjonarne wzrosła o 232 proc. Cyberprzestępcy próbowali się włamać do prywatnych, firmowych oraz państwowych urządzeń i sieci średnio 700 razy na godzinę. Coraz częstszym celem ataków są także urządzenia internetu rzeczy.

Nie jesteśmy gotowi zapewnić sobie bezpieczeństwa w Gospodarce 4.0. Nowe zagrożenia pojawiają się szybciej, niż rośnie świadomość i gotowość do reagowania na nie. Sztuczna inteligencja jeszcze dla większości ludzi wydaję się fikcją, a ona już działa, już mamy algorytmy, które myślą za nas. Pojawiają się nowe zastosowania robotyzacji, nowe zagrożenia związane np. z pojazdami autonomicznymi, które lada moment wejdą na rynek – mówi dr hab. Rafał Mrówka, ekspert warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Jak podkreśla zastępca dyrektora NASK, cyberbezpieczeństwo należy rozpatrywać nie tylko w aspekcie technologicznym, lecz także organizacyjnym i regulacyjnym. Pod tym ostatnim względem przełomowy był ubiegły, 2018 rok, kiedy weszła w życie nowa Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa oraz RODO, czyli nowe przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

– Ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa stanowi ramę systemowego podejścia dla cyberbezpieczeństwa w Polsce, ale we współpracy z całym ekosystemem w Unii Europejskiej – mówi Krzysztof Silicki.

Ustawa o KSC weszła w życie 28 sierpnia ubiegłego roku. Nowe prawo wdraża na gruncie krajowym wymogi unijnej dyrektywy NIS, przyjętej w 2016 roku, której celem jest zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium całej Unii Europejskiej.

UE kontynuuje też prace nad stworzeniem Jednolitego Rynku Cyfrowego i jest to jedno z największych wyzwań w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i cyberbezpieczeństwa na nadchodzący rok. Kolejnym są m.in. negocjacje dotyczące Cybersecurity Act, wprowadzenie certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla przetargów publicznych czy rozporządzenie, które ustanawia Europejskie Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa. Szeroko omawia je zaprezentowany w tym tygodniu raport NASK „Cyberbezpieczeństwo A.D. 2018”.

Ten raport pokazuje cyberbezpieczeństwo od strony policy level – czyli tego, co w standardach, regulacjach i strategiach jest wyrażone zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i całego świata. Tutaj nastąpiło wielkie przyspieszenie – podkreśla Krzysztof Silicki.

Wraz z prezentacją raportu NASK uruchomił nową odsłonę strony www.cyberpolicy.nask.pl, która jest zbiorem informacji na temat cyberbezpieczeństwa w kontekście strategicznym, regulacyjnym i organizacyjnym. Publikowane są na nim m.in. omówienia obowiązujących aktów prawnych oraz opisy dobrych praktyk i inicjatyw z całego świata.

Eksperci podkreślają, że potrzebne są zmiany w prawie dotyczące nie tylko bezpieczeństwa, lecz także możliwości wdrażania nowych technologii. Obecnie postęp technologiczny przebiega na tyle szybko, że nie nadążają za nim zmiany legislacyjne. Stąd wyzwaniem pozostaje zlikwidowanie barier legislacyjnych i stworzenie takich ram prawnych, które umożliwią wdrażanie tych technologii.

Przykładowo, od lat jest już możliwość wykorzystywania dronów przez firmy kurierskie, ale to nie funkcjonuje, ponieważ brakuje właściwych uregulowań prawnych, które pozwalałyby używać dronów do celów komercyjnych. Ta sfera uregulowań prawnych zupełnie odstaje od nowych technologii, które już się pojawiają – mówi dr hab. Rafał Mrówka.

Czwarta rewolucja przemysłowa bazuje na rosnącym udziale nowych technologii w gospodarce. Dane z milionów czujników, połączonych internetem rzeczy, zapewniają w czasie rzeczywistym informacje potrzebne do optymalizowania biznesu, a robotyzacja produkcji zwiększa jej wydajność. Z ubiegłorocznego raportu Manpower Group („From C-Suite do Digital Suite”) wynika, że to się zwyczajnie firmom opłaca – te, które wdrażają transformację cyfrową, odnotowują średnio o 26 proc. większe zyski od konkurencji i osiągają o 12 proc. wyższą wycenę rynkową. Do 2020 roku 30 proc. dochodów w przemyśle będzie pochodzić z nowych modeli biznesowych, a już w tej chwili 89 proc. liderów biznesu planuje, testuje i wdraża cyfrowe rozwiązania.

Polska ma ambicję stać się krajem, w którym firmy bazujące na nowych technologiach staną się siłą napędową gospodarki. Musimy stworzyć warunki ku temu, żeby stopień ich adaptacji i wykorzystania był jak najwyższy w stosunku do pozostałych krajów Europy. Niestety, pod względem wykorzystania technologii chmurowych, sztucznej inteligencji czy blockchain, polskie firmy na razie zdecydowanie odstają od średniej europejskiej, a na pewno od liderów – mówi Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa.

Wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 i cyfrowych technologii w gospodarce jest dla Polski o tyle istotne, że – według wyliczeń McKinsey & Company („Polska jako cyfrowy challenger”) – cyfryzacja mogłaby przynieść krajowej gospodarce 275 mld zł dodatkowego PKB do 2025 roku i stać się jej nowym motorem napędowym wobec słabnącej podaży wykwalifikowanej siły roboczej czy napływu środków z UE.

Z ubiegłorocznego raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Politechnikę Warszawską, wynika, że polskie firmy postrzegają automatyzację i analitykę danych jako dwie technologie o największym wpływie na wzrost zysków firmy. Z drugiej strony, 45 proc. małych i średnich przedsiębiorstw nie ma działów badawczo-rozwojowych, a na wdrażanie technologii opartych na automatyzacji i informatyzacji przeznaczają raptem 14,5 proc. przychodów. Jako największe bariery hamujące rozwój technologiczny MŚP wymienia brak środków (65 proc.), brak czasu (62 proc.) i brak pracowników (53 proc.). To oznacza, że polskie firmy wciąż mają sporo do nadrabiania.

– Im więcej wykorzystamy tych nowych rozwiązań, tym większą produktywność polskich firm możemy osiągnąć, co z kolei przełoży się na ich konkurencyjność, możliwość oferowania swoich usług za granicą, a w konsekwencji również na wyższe wpływy z podatków, więc tym samym wszyscy będziemy zadowoleni – mówi wiceminister cyfryzacji.

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów

Ekspert ICNIRP: Sieci 5G bez niekorzystnego wpływu na ludzkie zdrowie. Brak dowodów na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów 5

Pola elektromagnetyczne są wszechobecne. Ich źródła znajdziemy w środowisku naturalnym, jednak te pochodzące ze sztucznych źródeł mają miliony razy większe natężenie. Tymczasem rośnie liczba urządzeń komunikacji bezprzewodowej. Każdy człowiek narażony jest na złożoną mieszankę słabych pól elektrycznych i magnetycznych od wytwarzania i przesyłania energii elektrycznej, sprzętu gospodarstwa domowego i urządzeń przemysłowych, po telekomunikację i nadawanie. Choć na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed promieniowaniem, zdaniem ekspertów lek jest bezzasadny, a pole elektromagnetyczne jest mniej szkodliwe niż kawa czy aloes.

– Przeprowadzono bardzo mało badań na temat częstotliwości i modulacji 5G. Są one jednak bardzo zbliżone do tych już użytkowanych, a Międzynarodowa Komisja ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym sprawdziła wszystkie dostępne informacje medyczne i naukowe w celu aktualizacji zaleceń w sprawie ochrony przed narażeniem na promieniowanie niejonizujące. Naszym zdaniem, jeżeli utrzymamy ekspozycję poniżej zalecanej granicy, nie wiąże się z nim żaden niekorzystny wpływ na ludzkie zdrowie – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Zenon Sienkiewicz z Międzynarodowej Komisji ds. Ochrony przed Promieniowaniem Niejonizującym (ICNIRP).

Jak wskazuje WHO, w obszarze efektów biologicznych i zastosowań medycznych promieniowania niejonizującego w ciągu ostatnich 30 lat opublikowano około 25 tys. artykułów. Wiedza naukowa w tej dziedzinie jest teraz bardziej obszerna niż w przypadku większości chemikaliów. Obecne dowody nie potwierdzają istnienia jakichkolwiek konsekwencji zdrowotnych wynikających z narażenia na pola elektromagnetyczne. Co więcej, bardziej szkodliwe dla człowieka mogą się okazać kawa, aloes, a nawet talk dziecięcy.

Z fal elektromagnetycznych korzystają telefony komórkowe, systemy GPS, Bluetooth, czy Wi-Fi (częstotliwość od 2,4 do 5 GHz). Promieniowaniem jest też zwykłe światło. Dla porównania kuchenka mikrofalowa operuje w tym samym paśmie co sieci komórkowe i emituje minimum 600 watów, podczas gdy antena telefonii komórkowej ma ok. 40 W.

– Ludzi martwi ból głowy, bezpłodność, rak. Jeśli jednak przyjrzymy się dowodom, to nie widać tutaj spójnego obrazu, na podstawie którego badacze z ICNIRP i ogół społeczeństwa mogliby nakreślić wytyczne i ograniczenia dot. ekspozycji na pole elektromagnetyczne. Z naukowego punktu widzenia nie ma dowodów wskazujących na związek ekspozycji na częstotliwości radiowe z rakiem mózgu, chorobami serca lub innych narządów, pod warunkiem że utrzymujemy poziom ekspozycji w rozsądnych granicach – podkreśla Zenon Sienkiewicz.

Wokół promieniowania elektromagnetycznego narosło sporo mitów. Choć faktycznie istnieją osoby szczególnie wrażliwe na pole elektromagnetyczne, większość z nas w żaden sposób tego nie odczuwa. Fałszywe newsy, jak np. ten, jakoby w Holandii po uruchomieniu sieci 5G doszło do masowej śmierci ptaków, choć okazał się mocno przesadzony, jest podawany jako przykład śmiercionośnego działania fal elektromagnetycznych. Dlatego na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które mają chronić przed śmiertelną pułapką – w sprzedaży są np. bokserki, które tłumią fale i zapobiegają niepłodności. Można się też zaopatrzyć w maty ekranujące, śpiwór, siatki czy folie okienne, które powstrzymają fale radiowe.

Jak wskazuje ekspert, obawy przed promieniowaniem mogą się wiązać z myleniem różnych pojęć, bo pole elektromagnetyczne ze względu na częstotliwość można podzielić na tzw. pole o charakterze niejonizującym i jonizującym. Z polem niejonizującym można się zetknąć w energetyce, w telefonii komórkowej czy przekazach telewizyjnych i radiowych.

Dopiero promieniowanie jonizujące potrafi zniszczyć wiązania atomowe. Średni poziom dawki od wszechobecnego tzw. promieniowania tła w Polsce to 2,5 mSv rocznie. Na przykład na stacji kolejowej Grand Central w Nowym Jorku dawka promieniowania wynosi 5,4 mSv/rok (z powodu użycia podczas budowy granitu, w którym są substancje promieniotwórcze). W niektórych rejonach Norwegii i Szwecji promieniowanie ze źródeł naturalnych wynosi od 10 do 35 mSv rocznie. W rekordowym pod tym względem Ramsar w Iranie roczna dawka promieniowania sięga nawet 132 mSv.

– Spektrum promieniowania elektromagnetycznego jest bardzo rozległe. Z jednej strony mamy statyczne pola elektromagnetyczne, dalej mamy zmienne w czasie pola elektromagnetyczne tworzone przez słupy wysokiego napięcia. Zmieniając częstotliwość, otrzymujemy pola elektromagnetyczne o częstotliwości radiowej. Na drugim końcu spektrum mamy promieniowanie optyczne – światło, podczerwień, ultrafiolet. Po osiągnięciu odpowiedniego poziomu energii otrzymamy promieniowanie jonizujące, np. rentgenowskie lub gamma. W ICNIRP zajmujemy się jednak niejonizującą częścią spektrum elektromagnetycznego – tłumaczy Zenon Sienkiewicz.

Na co chorują nauczyciele?

  • Nauczyciele co roku stanowią ok. 10% pracowników zapadających na choroby zawodowe.
  • 96% z nich cierpi na przewlekłe choroby narządów głosu.
  • W zapewnieniu sprawnej profilaktyki zdrowotnej w ramach medycyny pracy i wczesnym wykryciu problemów pomaga grupowe ubezpieczenie zdrowotne.
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia
Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia

Nauczyciele są jedną z grup o najwyższej zapadalności na choroby zawodowe. W 2017 współczynnik zapadalności na 100 tys. pracujących wynosił 20,7 (przy ogólnym współczynniku dla wszystkich branż 12,7), a rok wcześniej 17,9 (ogólny – 14,3). W liczbach bezwzględnych oznacza to, że w 2017 r. zachorowało 239 nauczycieli, a rok wcześniej 204 osoby. To odpowiednio 12% i 10% ogółu zarejestrowanych w tych latach nowych przypadków osób borykających się z przypadłościami zawodowymi[1]. Bardziej narażonymi od nauczycieli grupami zawodowymi w 2017 r. byli tylko górnicy i przedstawiciele sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa.

Nauczyciele od lat stanowią grupę o podwyższonym ryzyku występowania chorób narządów głosu i słuchu. W związku z tym ich pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę na zapewnienie im dostępu do jak najlepszych świadczeń w ramach medycyny pracy oraz nie ograniczać ich jedynie do odbywających się co kilka lat badań okresowych. Działania prozdrowotne pracodawcy powinny też uwzględniać odpowiednią profilaktykę, np. w postaci corocznych testów medycznych pod kątem wybranych schorzeń. W ich sprawnej i regularnej organizacji pomocne może okazać się grupowe ubezpieczenie zdrowotne – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Na co chorują nauczyciele?

Jak wynika ze statystyk gromadzonych przez Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, zdecydowaną większość schorzeń zawodowych, z jakimi borykają się nauczyciele,  są problemy z narządami głosu, spowodowane ich nadmierny wysilaniem. Stanowią one aż 96% przypadków. Do najczęściej diagnozowanych należą: guzki głosowe twarde, wtórne zmiany przerostowe fałdów głosowych oraz niedowład mięśni przywodzących i napinających fałdy głosowe z niedomykalnością fonacyjną głośni i trwałą dysfonią.

Pierwsze z wymienionych schorzeń to forma zapalenia krtani. W jego wyniku powstają guzki na fałdach głosowych w miejscu, gdzie wibracje są największe. Na ich powstanie najbardziej narażone są osoby charakteryzujące się głosem o wyższym zakresie częstotliwości. Do najbardziej powszechnych  objawów należą: chrypka, szybkie zmęczenie głosu i jego łamliwość.

Druga z występujących u nauczycieli chorób zawodowych objawia się wytworzeniem polipów na fałdach głosowych. Podobnie jak w przypadku guzków objawem jest chrypka, ale też i obniżenie głosu. W niektórych przypadkach może również dojść do bezgłosu. Duży rozmiar polipa może też powodować duszność.

Trzecia z omawianych przypadłości skutkuje tym, że fałdy głosowe nie zwierają się na całej długości. Powoduje to pogorszenie wydolności i jakości głosu. Oprócz chrypki i bezdźwięczności skutkiem może być także uczucie napięcia i ból mięśni w okolicy krtani.

Jak powinna wyglądać profilaktyka zdrowotna?

Podstawowym działaniem, które pozwala uniknąć tych schorzeń, jest odpowiednia dbałość o nieprzeciążanie narządów głosowych, ale jak wiadomo w przypadku nauczycieli może się to okazać niewykonalne. W związku z tym powinni oni szczególnie dbać o higienę jamy ustnej, spożywać odpowiednie ilości wody niegazowanej dziennie, ograniczyć ilość wypijanej kawy i mocnej herbaty, a także unikać ostro przyprawionych potraw i bardzo gorących lub zimnych napojów. Oprócz tego powinni również pamiętać o regularnym wykonywaniu badań profilaktycznych.

Każde wykrycie schorzenia na wczesnym etapie jego rozwoju daje większe szanse na jego zwalczenie i powrót do zdrowia. Dlatego nauczyciele, zwłaszcza ci z długim stażem pracy, powinni przynajmniej raz w roku poddać się rzetelnej kontroli laryngologicznej. Fakt ten powinni mieć również na uwadze zarządcy szkół i starać się zapewnić im dostęp do tych świadczeń w ramach medycyny pracy  – dodaje Xenia Kruszewska z SALTUS Ubezpieczenia.

Jednym ze sposobów na zagwarantowanie szybkiej pomocy w ramach medycyny pracy jest zakup grupowego ubezpieczenia zdrowotnego. Ponieważ polisa zapewnia dostęp do prywatnych placówek zdrowotnych, to czas oczekiwania na konsultacje lekarskie i badania jest znacznie krótszy w porównaniu z publiczną służbą zdrowia, w której na wizytę u specjalisty czeka się średnio co najmniej 3 miesiące. Grupowe ubezpieczenie zdrowotne pozwala na umówienie konsultacji odległej o kilka dni.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

[1] Beata Świątkowska, Wojciech Hanke, N. Szeszenia-Dąbrowska, Choroby zawodowe w Polsce w 2017 r., Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera, Centralny Rejestr Chorób Zawodowych, Łódź 2018

Zmiany na rynku najmu powierzchni biurowych

Nie ulega wątpliwości, że duże parki biurowe w centrach miast nadal będą dominowały na rynku wynajmu. Coraz więcej przesłanek świadczy jednak o tym, że biurowce lokowane przy lotniskach, podmiejskich liniach kolejowych i dużych węzłach komunikacyjnych będą najdynamiczniej rozwijającym się sektorem rynku biurowego.

Kuehne + NagelMiędzynarodowy trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast coraz dynamiczniej rozwija się także w Polsce, czego dowodem są istniejące i budowane kompleksy biurowe np. w Gdańsku czy Krakowie. Najnowszy przejaw tej tendencji możemy zaobserwować również na Dolnym Śląsku, gdzie w podwrocławskich Bielanach spółka Megapolis zrealizowała biurowiec Bielany Business Point. Jego oferta adresowana jest przede wszystkim do najemców stawiających na bliskość autostrady A4 i lotniska. – Nasi najemcy stawiają na dobre warunki dojazdu. To niezaprzeczalnie jeden z najsilniejszych trendów jakie zauważamy. Lokalizacja naszego biurowca jest kluczowa. Budynek położony jest przy autostradzie A4, a dojazd na lotnisko zajmuje zaledwie 10 minut. Te atuty sprawiają, że międzynarodowi najemcy, poszukując miejsca na organizację międzynarodowych spotkań, coraz częściej decydują się na Dolny Śląsk – mówi  Adam Pietkiewicz, współwłaściciel Megapolis.

W dużych kompleksach biurowych znajdujących się w centrach miast, w których nierzadko pracuje po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w godzinach szczytu nawet sprawna organizacja ruchu powoduje paraliż komunikacyjny. W efekcie dojazdy praca-dom często zajmują dużo więcej czasu niż w przypadku analogicznej sytuacji na przedmieściach. Rozwój miast w ostatnich latach obejmował wiele obszarów podmiejskich, czemu nie towarzyszył jednak rozwój odpowiedniej infrastruktury drogowej.

Rozwijający się trend do lokowania parków biurowych poza centrami miast potwierdza Marcin Faleńczyk z międzynarodowej firmy doradczej JLL: Obecni i przyszli pracownicy parków biurowych zlokalizowanych poza centrami miast nie będą mieli co prawda dostępu do infrastruktury śródmiejskiej, ale zyskają dogodne warunki dojazdu do pracy, czy szybkiego wyjazdu w inne części Polski. Nawet jeśli nie wybiorą transportu publicznego, to w godzinach szczytu będą podróżować w przeciwnych kierunkach względem korków tworzących się między miastem, a głównymi drogami wyjazdowymi – podkreśla. – Budowanie centrów biurowych na obrzeżach ma swoje uzasadnienie, zwłaszcza w sąsiedztwie portu lotniczego – mówi Faleńczyk i jak dodaje obecnie tak buduje się na całym świecie, ponieważ łatwy dojazd do lotniska znacznie usprawnia podróże o charakterze biznesowym.

Biura blisko osiedli mieszkalnych

W świetle panującej tendencji do rozlewania się miast na tereny podmiejskie, taka lokalizacja może również oznaczać przewagę konkurencyjną. Wyniki badań rynku pracy, przeprowadzone przez Kantar Millward Brown dla Work Service pokazują, że blisko połowa ankietowanych preferuje firmy mające swoje siedziby w odległości maksymalnie 15 km od ich miejsca zamieszkania. Ankietowani cenią sobie przede wszystkim krótki czas dojazdu, dlatego też praca w biurze znajdującym się w niedalekiej odległości od miejsca zamieszkania może być jednym z kluczowych czynników, skłaniających do podjęcia zatrudnienia.

Dla niezmotoryzowanych pracowników komunikacja publiczna zorientowana jest na godziny szczytu – przyjazdy i wyjazdy z pracy. Spółka Megapolis dodatkowo uruchomiła dedykowaną linię autobusową prowadzącą do centrum Wrocławia. Zainteresowanie linią autobusową jest na tyle  duże, że rozpoczęliśmy już rozmowy z operatorem w sprawie rozbudowania tego połączenia – mówi Adam Pietkiewicz Inwestor wychodzi naprzeciw również innym potrzebom najemców. W ostatnich tygodniach w obiekcie uruchomiona została również kantyna, zapewniająca pracownikom menu śniadaniowe i lunchowe.

Wrocławski rynek biurowy należy do ścisłej polskiej czołówki według analizy CBRE przeprowadzonej w sierpniu 2018 r. Obejmuje on 40% powierzchni dostępnej w regionach. Większą liczbą powierzchni biur dysponuje jedynie Warszawa, w której dostępnych jest 5,4 mln mkw. biur. W ubiegłym roku stolica Dolnego Śląska przekroczyła liczbę 1 mln mkw. powierzchni, przy czym niewynajętej przestrzeni biurowej dostępnej w mieście jest niespełna 10%. Do największych najemców należą przedstawiciele sektora finansów i IT. To właśnie we Wrocławiu i Poznaniu w 2018 r. miała miejsce rekordowa transakcja najmu o łącznej powierzchni 41,8 tys. mkw. przez spółki z Grupy Santander. Rozwój parków biurowych poza centrum miasta będzie naturalnym procesem, adresowanym do pracowników, dla których wygoda i łatwość dostępu z podmiejskich dzielnic będzie sporym atutem.

Cena benzyny na stacjach paliw najwyżej od 4 lat

Benzyna bezołowiowa na polskich stacjach jest ponownie droższa i kosztuje najwięcej od ponad 4 lat. Co się dzieje na rynku paliw i czy sytuacja w Polsce jest wyjątkowa? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane Komisji Europejskiej z 15 kwietnia pokazują poważne wzrosty cen paliw na unijnym rynku. W Polsce litr popularnej „95” kosztuje już 5,17 zł, co oznacza tygodniowy wzrost aż o 11 groszy. 5,17 zł to dodatkowo najwyższa cena benzyny od października 2014 r. i prawie o 50 gr więcej niż na początku marca br. Rośnie również koszt tankowania pojazdów zasilanych dieslem. Olej napędowy podrożał jednak tylko o 1 gr w ciągu tygodnia, do 5,15 zł/litr, co oznacza, że pierwszy raz od pół roku jest tańszy od benzyny. Gdzie leży przyczyna tak gwałtownych wzrostów cen benzyny na polskich stacjach?

Problemy po drugiej stronie globu

Chociaż 11-groszowy wzrost cen benzyny w ciągu tygodnia był procentowo drugim z najwyższych w Unii, to jednak samo paliwo w Polsce kosztuje tylko o 1 eurocent powyżej unijnej średniej (bez podatków). Ta różnica mieści się więc w normalnym przedziale wahań i nie powinna wywoływać większego niepokoju, że coś szczególnego dzieje się na polskim rynku.

Po odpowiedź na pytanie, co kreuje ruchy cen paliw w Europie oraz w Polsce, trzeba udać się na drugą stronę oceanu, czyli do USA. To tam rytm zmian na rynku benzyny często wyznacza ceny globalne tego paliwa. W Stanach Zjednoczonych jeszcze kilka miesięcy temu była olbrzymia nadpodaż benzyny (ropa z łupków jest głównie przerabiana na benzynę), co sprowadziło marżę rafineryjną na tym paliwie do najniższych poziomów od dekady.

Teraz jednak sytuacja się odwróciła. Popyt na benzynę jest silny, doszło też do wielu nieplanowanych wyłączeń rafinerii w USA (według danych Bloomberga na początku drugiej dekady kwietnia ubytek w produkcji paliw wynosił 1,3 mln baryłek wobec połowy tego tej wartości rok wcześniej). Jak wynika z danych EIA, zapasy tego paliwa spadły w USA poniżej 5-letniej średniej pierwszy raz od 2017 r. Dodatkowo ten spadek pojawił się przed sezonem wzmożonego popytu letniego. W USA cena detaliczna benzyny bezołowiowej według AAA (American Automobile Association) wzrosła do poziomu 2,83 dolara za galon, podczas gdy jeszcze w połowie lutego było to 2,28 dolara. Finalnie więc niewiele brakuje, by cena osiągnęła granicę trzech dolarów, czyli najwięcej od października 2014 r.

Ból kierowców i przedsiębiorców oznacza radość udziałowców działających rafinerii – i to praktycznie na całym świecie. Marża na przerobie benzyny w USA (crack-spread) wzrosła z 5 dolarów do ponad 20 USD na jednej baryłce. Marża na przerobie ropy na diesla utrzymuje się także wysoko (powyżej 20 USD na baryłce), m.in. ze względu na ubytek wenezuelskiej ropy. Dzięki temu rafinerie mogą liczyć na sowite zyski.

Zapomnijmy o poziomach poniżej 5 zł

Rekordowo droga benzyna prawdopodobnie pozostanie z nami na najbliższe tygodnie, a ceny powyżej 5,20 zł za litr popularnej „95” nie powinny nas dziwić. Diesel także będzie drogi, ale na razie nie powinien przekraczać ceny detalicznej bezołowiówki. Chociaż jest jeszcze stosunkowo wcześnie, by robić przewidywania na wakacje, ale rośnie ryzyko, że zarówno diesel, jak i benzyna podczas letnich podróży będą najdroższe od 5 lat.

„Test Przedsiębiorcy” budzi obawy

Ponad 160 tys. firm w Polsce wykonuje pracę dla jednego klienta – świadcząc tak naprawdę pracę i omijając zatrudnienie. Czy rząd pozbawi je możliwości prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej? Na tym miałby polegać Test Przedsiębiorcy, co do którego wprowadzenia otrzymujemy sprzeczne sygnały.

Michał Pawlik, prezes SMEO
Michał Pawlik, prezes SMEO

Prowadzisz działalność, która wystawia miesięcznie tylko jedną fakturę, w dodatku tej samej firmie? Test Przedsiębiorcy da urzędnikom możliwość zablokowania Twojego biznesu – tak samo jak ponad 160 tys. innych jednoosobowych działalności gospodarczych, które są dla Ministerstwa Finansów niczym innym, jak próbą ominięcia regularnych form zatrudnienia jak umowa o pracę.Test przedsiębiorcy_SMEOPomysł spotkał się z ogromnym sprzeciwem nie tylko mikroprzedsiębiorstw, ale również ekspertów.  Oddzielenie osób pracujących na własny rachunek, czyli przedsiębiorców, od pracowników etatowych w praktyce jest niezwykle trudne czy wręcz niemożliwe – ocenia Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

– Pomysł jest sprzeczny z Konstytucją dla Biznesu, czyli inną propozycją rządu mającą ułatwić życie polskim przedsiębiorcom – mówi Michał Pawlik, prezes firmy faktoringowej SMEO. Ekspert zwraca uwagę na to, że taki zapis można i tak obejść. Na przykład uruchamiając spiralę wystawiania licznych fikcyjnych faktur pomiędzy firmami.

Wymagań Ministerstwa byłoby na pewno znacznie więcej, więc koniec końców, prócz zero-jedynkowych danych, to urzędnik musiałby zadecydować, czy dany przedsiębiorca jest “prawdziwym” – według urzędnika – przedsiębiorcą.

Kiedy test na przedsiębiorcę?

Gdyby test przedsiębiorców wszedł w życie, byłaby to bezprecedensowa zmiana rewolucjonizująca polski sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Ale może to raczej burza w szklance wody? Cała sprawa ma drugie dno, ponieważ informacje dotyczące pracy nad testem różnią się od siebie, również pomiędzy Ministerstwami. Najpierw prześledźmy zatem, jakie komunikaty o tym innowacyjnym pomyśle pojawiały się w ciągu jednego tygodnia.

Test przedsiębiorcy_Timeline_SMEO

Ministerstwo przeciw Ministerstwu (ZAPIS DZIEŃ PO DNIU)

  • W poniedziałek (25 marca, ok. godz. 17) wiceminister finansów Filip Świtała oraz Maciej Żukowski, dyrektor Departamentu Podatków Dochodowych w Ministerstwie Finansów, goszczą na konferencji naukowej na Uczelni Łazarskiego. Najpierw minister narzeka na jednoosobowe przedsiębiorstwa, które według niego “tylko pozornie prowadzą działalność gospodarczą” po to, by płacić niższy podatek. W panelu dyskusyjnym na temat opodatkowania dochodów z pracy pada głośne zdanie drugiego z przedstawicieli Ministerstwa Finansów: – Pracujemy nad „testem przedsiębiorcy”, który miałby określić, kto jest prawdziwym przedsiębiorcą, a kto nim nie jest – powiedział Żukowski. – Będziemy starali się skalibrować ten test w taki sposób, żeby mysz się nie przecisnęła – dodał.
We wtorek (26 marca) informacja zostaje opublikowana w mediach.

W środę (27 marca)

    •  Jadwiga Emilewicz stojąca na czele Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii torpeduje pomysł… innego Ministerstwa. To dość rzadka praktyka. –

Dzisiaj będziemy rozmawiać z Ministerstwem Finansów na ten temat. Naszym zdaniem to jest ryzykowne rozwiązanie. Podatek liniowy jest jednym z tych, który polscy średni i mali przedsiębiorcy bardzo sobie cenią. To ważny bodziec rozwojowy

     – powiedziała Emilewicz.
    • W piątek (29 marca o godz. 2:16) w środku nocy rzecznik MF zapewnił na Twitterze, że jego Ministerstwo tylko dyskutuje o pomyśle. “Nie zapadły jednak decyzje co do rozpoczęcia prac nad takim testem. Nie ma też żadnego projektu ani harmonogramu działań”.

      Przy tak sprzecznych informacjach trudno orzec, jaką formę przyjmie ostatecznie test przedsiębiorcy. – Już teraz mikroprzedsiębiorcy są obciążeni zbyt wieloma procedurami. Z badania SMEO “Bezpieczeństwo małych firm w Polsce” wynika, że osobiście o finanse dba aż 53 proc. właścicieli. Nie powinno się ich obciążać kolejnym testem – mówi Michał Pawlik. Eksperci zauważają również, że Ministerstwo Finansów koncentruje się na wyniku, zamiast na przyczynie: czyli niesłabnącej popularności samozatrudnienia.

Wyniki finansowe deweloperów za 2018 r. świadczą o rozgrzaniu rynku nieruchomości

Sezon publikacji wyników finansowych za 2018 r. spółek z GPW w pełni. Kilka tuzów branży deweloperskiej pochwaliło się swoimi zyskami. Czy były krociowe i co zapowiadają w bliższej i dalszej perspektywie mieszkaniowego rynku pierwotnego.

– Dom Development osiągnął zysk na poziomie 227 mln zł. Jest to prawie 40 mln zł więcej niż w roku 2017. Druga spółka Atal miała ponad 206 mln zł zysku w stosunku do 180 mln zł w 2017 roku. Z tych firm, które już podały wyniki, tylko JW Construction zaprezentował nieco mniejsze wyniki za 2018 w stosunku do 2017 – mówi Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny.

Branża deweloperska bardzo wyróżnia się na giełdzie pod względem dywidendy. Spółki zadeklarowały wypłatę dywidendy na poziomie stopy dywidendy przekraczającej 11%.

– Jesteśmy akurat na górce na rynku nieruchomości. Obowiązuje cykl koniunkturalny i jeżeli na kimś zrobiła wrażenie ta dywidenda i teraz kupi akcje to może się zdziwić – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Jarosław Jędrzyński, Rynek Pierwotny i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

Zatrudnienie i płace w firmach rosną, ale wolniej

Duży wzrost wynagrodzeń w niektórych branżach, np. górnictwie może zwiększyć oczekiwania płacowe w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Jak wskazują dane GUS, sektor przedsiębiorstw jest w dobrej kondycji. Rośnie przeciętne zatrudnienie – w marcu br. zatrudnionych w przedsiębiorstwach było 6 393,6 tys. osób, co oznacza wzrost w stosunku do lutego o 0,2%., zaś w stosunku do marca 2018 roku o 3% Zgodnie z przewidywaniami liczba zatrudnionych nie rośnie już tak szybko jak rok wcześniej, kiedy to mieliśmy do czynienia ze zwiększeniem liczby pracujących w ciągu roku o 3,7%.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5164,53 zł i było wyższe od tego wypłacanego rok wcześniej o 277,97 zł (czyli 5,7%). Widać również wzrost wysokości wynagrodzenia w stosunku do miesiąca poprzedzającego (o 4,3%). Porównanie tych wskaźników z sytuacją sprzed roku wskazuje, że wzrost płac nie jest już tak znaczący jak w 2018, kiedy to – w porównaniu z rokiem poprzednim – zatrudnieni w sektorze przedsiębiorstw otrzymali w skali całego roku podwyżki na poziomie 6,7%.

Co ciekawe, w porównaniu z rokiem wcześniejszym, widać większe zróżnicowanie wzrostu płac pomiędzy sektorami w pierwszym kwartale roku br.. W 2018 roku przeciętne wynagrodzenie rosło od 1,3% w sekcji „górnictwo i wydobywanie” do 10,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę”, dając ogólny wskaźnik wzrostu wynagrodzeń na poziomie 7,1%. W tym roku, w pierwszym kwartale wskaźnik wzrostu wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 6,7%, ale jest to wynikiem wzrostu płac sięgających od 1,2% w sekcji „wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę” do aż 16,6% w sekcji „górnictwo i wydobywanie”.

Duży wzrost wynagrodzeń w wyodrębnionych branżach może być impulsem do wzrostu oczekiwań płacowych w innych, szczególnie tych, które w mniejszym stopniu odczuły wzrost płac.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

Chińska gospodarka przyspiesza. Akcje w Szanghaju dają zarobić

Światowi inwestorzy chcą się przeprosić z chińską giełdą. W tym roku mocno tam inwestują. Główny indeks giełdowy wzrósł o 30 proc.

Najnowsze dane z chińskiej gospodarki (wzrost PKB w I kw. 2019 r. o 6,4% rok do roku) mogą świadczyć o tym, że najgorsze ma już ona za sobą. Chińczycy produkują i kupują więcej niż oczekiwali analitycy, to samo dotyczy eksportu. Warto przypomnieć, że tamtejszy rząd prowadzi program stymulujący gospodarkę. Nadzieję można wiązać też ewentualnym osiągnięciem porozumienia handlowego między Chinami i USA. Prezydent Trump sygnalizował ostatnio, że może to nastąpić nawet w ciągu najbliższego miesiąca.

Z drugiej strony gospodarka chińskiego smoka nie rośnie już tak szybko, jak przed dziesięcioma laty. – Teraz inwestorzy cieszyliby się, gdyby jej wzrosty PKB wróciły do 7 proc. rocznie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią. – Aby osiągnąć szczyty sprzed ponad 10 lat, indeksy chińskiej giełdy musiałyby podskoczyć o ponad 100 proc. To jednak pokazuje, że jest perspektywa wzrostów.

Apetyty inwestorów na chińskie aktywa wydają się rosnąć. Dla osób z Polski, które chciałaby zarabiać na zmianach cen chińskich akcji i indeksów giełdowych, ważne jest to, że mają taką możliwość. Pozwalają na to nie tylko fundusze inwestycyjne, ale też instrumenty pochodne, takie jak fundusze ETF, kontrakty terminowe czy kontrakty na różnice kursowe (CFD).

Rząd wraca do pomysłu zniesienia limitu składek na ZUS

Osoby, których roczne zarobki przekroczą limit 30 – krotności średniej pensji dalej płacić będą składki emerytalne. Obecnie są z tego obowiązku zwolnieni. Zdaniem Roberta Lisickiego z Konfederacji Lewiatan spowoduje to w dłuższej perspektywie rozwarstwienie wysokości świadczeń emerytalnych, ograniczy obecnie deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, ale w przyszłości znacznie go zwiększy. Nowe przepisy dotkną pracowników zatrudnionych na umowę o pracę. Budzą one też zastrzeżenia w kontekście obciążeń, które już wprowadziły Pracownicze Plany Kapitałowe.

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

Efektem zniesienia limitu składek na ZUS będzie powstanie „kominów emerytalnych” (duże zróżnicowanie wysokości świadczeń), które są sprzeczne z zasadą solidarności społecznej i szkodliwe z punktu widzenia długofalowej stabilizacji wydatków z FUS. Deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych doraźnie się zmniejszy, ale w przyszłości znacznie wzrośnie, pogłębiając nierównowagę dochodów i wydatków FUS (nastąpi akumulacja przyszłych zobowiązań systemu) – ostrzega Robert Lisicki, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

Nastąpi dalsze rozwarstwienie obowiązków składkowych i przenoszenie ciężarów utrzymania systemu ubezpieczeń społecznych na osoby posiadające status pracowników.

Rząd szacuje, że po zniesieniu limitu składek do ZUS do budżetu wpłynie 5,1 mld zł. To są koszty, które poniosą pracodawcy i pracownicy. O tyle zmniejszą się bowiem wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosną koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających.

Przykładowo, przy wynagrodzeniu miesięcznym brutto pracownika w wysokości 15 tys. zł, jego miesięcznie zarobki netto będą niższe o ok. 300 zł, a koszt, który poniesie pracodawca wyniesie ok. 700 zł miesięcznie.

Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy będą zmotywowani do unikania podwyższonych składek, co nie będzie sprzyjało zatrudnianiu specjalistów w ramach stosunku pracy, szczególnie w środowisku nowych technologii i wysokich kompetencji.

– Istnieje poważne ryzyko, że znaczący wzrost kosztu pracy wysokiej klasy specjalistów zmniejszy atrakcyjność tworzenia w naszym kraju właśnie takich miejsc pracy i skłoni inwestorów do zrewidowania dotychczasowej polityki inwestycji i zatrudnienia – dodaje Robert Lisicki.

Zmiana dotknie w szczególności sektor zaawansowanych procesów biznesowych oraz nowych technologii, które swoją działalność opierają na wysoko wykwalifikowanych specjalistach.

Powstaje największy magazyn do obsługi logistycznej Warszawy

ROHLIG SUUS Logistics rozpoczyna budowę największego na rynku operatorów logistycznych obiektu magazynowo-przeładunkowego do obsługi logistycznej stolicy i regionu Mazowsza. Nowy obiekt stanie w Sokołowie na terenie Panattoni Park Warsaw South Janki i zajmie ponad 48,5 tys. m kw.

Warszawski oddział firmy ROHLIG SUUS Logistics rozpoczął swoją działalność w Sokołowie w 2013 r. Mieścił się on wówczas w Prologis Park Janki i obejmował powierzchnię niemal 26 tys. m kw. W ciągu 5 lat intensywnego rozwoju warszawski oddział spółki powiększył swoją powierzchnie o kolejne 15 tys. m kw., zlokalizowane w pobliskim Panattoni Park Janki I oraz Panattoni Park Janki II. W związku z rozwojem działalności ROHLIG SUUS Logistics w 2019 r. podjął decyzję o rozbudowie dotychczasowej powierzchni oddziału. Po konsolidacji dwóch z trzech budynków do nowoczesnego Centrum Logistycznego, całość powierzchni warszawskiego oddziału Rohlig Suus Logistics będzie wynosiła 58 tys. m kw. i powstanie
w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki.

– Popyt na usługi logistyczne w rejonie Warszawy stale rośnie. Dzięki dobrej lokalizacji i połączeniu z Warszawą, Sokołów k. Janek stał się ważnym zapleczem logistycznym stolicy. Stąd nasza decyzja o powiększeniu powierzchni magazynowej i terminalowej w tym miejscu. Nowoczesny terminal przeładunkowy pozwoli dwukrotnie zwiększyć obsługiwany wolumen przesyłek drobnicowych krajowych i międzynarodowych. Nowy multikliencki magazyn logistyczny, tworzony w oparciu o nasze autorskie rozwiązania, będzie służył obecnym i przyszłym klientom, ze szczególnym uwzględnieniem branży AGD, FMCG i elektronicznej – mówi Krzysztof Gąsiewski, Dyrektor Oddziału Warszawa w ROHLIG SUUS Logistics.

Nowy obiekt w ramach Panattoni Park Warsaw South Janki  zastąpi dwa dotychczasowe, w tym główny obiekt zlokalizowany w Prologis Park Janki. Będzie składał się z wydzielonego terminala przeładunkowego typu cross-dock o powierzchni 10 tys. m kw. oraz z 36 tys. m kw. ponadstandardowej wysokości powierzchni magazynowej. Całość biur zostanie rozlokowana na powierzchni 2,5 tys. m kw.

Magazyn logistyczny zostanie wyposażony w system składowania typu VNA (Verry Narrow Aisle) oraz standardowy system składowania z użyciem wózków bocznych. Wszystko to w podwyższonej wysokości, która ma zwiększyć wykorzystanie powierzchni magazynowej. Część magazynu zostanie zagospodarowana również przez układ lokalizacji do składowania blokowego towarów objętościowych (AGD). Pojemność magazynu logistycznego przekroczy liczbę 55 tys. miejsc paletowych EUR oraz 25 tys. m sześc. towarów objętościowych AGD.

Unikalny układ Centrum Logistycznego, obejmującego pod jednym dachem zarówno terminal przeładunkowy, jak i magazyn wysokiego składowania, pozwoli na ograniczenie liczby operacji handlingowych, co przełoży się na efektywność pracy, bezpieczeństwo przesyłek i skrócenie czasu realizacji zleceń. Za realizację projektu odpowiedzialny jest deweloper powierzchni magazynowych PANATTONI EUROPE.

Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe
Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe

Historia ROHLIG SUUS Logistics w regionie Warszawy to niezwykle dynamiczny rozwój tego operatora, którego niezmiennie wspieramy od lat, dostarczając możliwie najlepsze rozwiązania, w najciekawszych lokalizacjach – w obiektach Panattoni firma wynajęła łącznie ok. 100 tys. m kw. – komentuje Marek Dobrzycki, Managing Director, Panattoni Europe. – Cieszę się, że naszemu stałemu klientowi mogliśmy zaproponować kolejną, gwarantującą sukces inwestycję Panattoni Park Warsaw South Janki.

Centrum dystrybucyjne o charakterze multi-tenant i planowanej powierzchni ponad 70,5 tys. m kw., zlokalizowane jest tuż przy węźle łączącym S8 z DK7 i nieopodal S2, wchodzącej w skład Południowej Obwodnicy Warszawy. Lokalizacja jest jednym najważniejszych punktów transportowych, a Panattoni Park Warsaw South Janki już w IV kwartale 2019 zostanie w oddane w całości i będzie mogło przyczynić się do kolejnych sukcesów firmy – dodaje.

Co to jest upadłość konsumencka i jak ją ogłosić?

W ubiegłym roku upadłość konsumencką ogłosiło ponad 6,5 tys. osób, czyli o 18,7 proc. więcej niż w 2017 r., a suma ich niespłaconych zobowiązań wyniosła łącznie ponad 732 mln zł[1]. Od początku roku tylko do końca marca br. w Polsce przybyło prawie 2 tys. „bankrutów”[2]. Najczęściej z tego rozwiązania korzystają mieszkańcy Mazowsza, Śląska i Małopolski. Co czwarta osoba ogłaszająca upadłość ma między 36 a 45 lat[3]. Panuje mit, że upadłość konsumencka jest dla tych, którzy lekką ręką wydają pieniądze, żyją ponad stan, popadają w długi, a potem nie radzą sobie z ich spłatą. W rzeczywistości może być to ostatnia deska ratunku dla dłużników, którzy np. z powodu trudnej sytuacji życiowej nie są w stanie spłacać zaciągniętych zobowiązań i wisi nad nimi groźba utraty dorobku życia. Warto zatem wiedzieć, co tak naprawdę oznacza ogłoszenie upadłości konsumenckiej i czy rzeczywiście uwalnia ona od długów. 

Co to jest upadłość konsumencka?

Upadłość konsumencka, czyli ogłoszenie niewypłacalności przez „Kowalskiego” nie jest rozwiązaniem przeznaczonym dla osób, które w beztroski sposób podchodzą do kwestii finansów. Z tej opcji może skorzystać tylko ten dłużnik, który nieświadomie doprowadził do sytuacji, w której się znalazł, czyli jest ona wynikiem zdarzeń losowych, takich, jak np. choroba czy wypadek, które uniemożliwiły pracę przez dłuższy czas pracę, co następnie skutkowało brakiem pieniędzy na spłatę zaciągniętych zobowiązań. – Sąd nie przystanie na upadłość konsumencką, jeżeli dłużnik jest odpowiedzialny za ciężką sytuację finansową, w której się znalazł, np. zaciągnął kredyt czy pożyczkę w sytuacji, gdy miał pewność, że nie będzie mógł ich spłacić. Chodzi tu o wszelkie przypadki, które związane są umyślnym zwiększeniem swojej niewypłacalności lub też tzw. rażące niedbalstwo, czyli niefrasobliwość w podejściu do realizowania spłaty zaciągniętego zobowiązania. Ogłosić upadłość mogą natomiast te osoby, które popadły w spiralę długów nie ze swojej winy. Dla nich często jest to jedyny sposób, by zacząć normalnie funkcjonować bez obciążeń finansowych i ciągłego strachu, że wierzyciele zajmą ich majątek życia – wyjaśnia Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Jak ogłosić upadłość?

Zgodnie z przepisami, upadłość konsumencką mogą ogłosić osoby, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Sam proces ogłoszenia „bankructwa” składa się z kilku etapów. Są to kolejno: przygotowanie wniosku o upadłość, właściwe postępowanie upadłościowe oraz wykonanie planu spłaty wierzycieli. Jednak przebieg tych procesów w rzeczywistości zależy w dużej mierze od indywidualnej sytuacji dłużnika. Warto jednak wiedzieć, jak przebiega każdy z nich:

Etap 1: przygotowanie wniosku

Wniosek o upadłość złożymy w wydziale gospodarczym sądu rejonowego, właściwym dla naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście, we wniosku musimy uzasadnić, dlaczego znaleźliśmy się w trudnej sytuacji finansowej, która uniemożliwiła nam spałę zobowiązań. Zadbajmy o to, aby do formularza dołączyć wszelkie zaświadczenia, które potwierdzą to, że nie mogliśmy dokonywać regularnych spłat, np. zaświadczenie o pobycie w szpitalu i przebytej chorobie. W formularzu trzeba także przedstawić spis naszych długów wraz z listą wierzycieli. – Do dokumentów obowiązkowo dołącza się również spis posiadanego majątku. Co ważne, nie zaliczają się do niego wszystkie nasze dobra, a jedynie te, które mają realną wartość rynkową i mogą zostać sprzedane z zyskiem. Nie warto ukrywać przed sądem żadnych oszczędności czy innych składowych majątku, które teoretycznie mogłyby być przeznaczone na spłatę naszego zobowiązania.  Za takie działania mogą dłużnika spotkać konsekwencje– sąd oddali wniosek o ogłoszenie upadłości, sam dłużnik natomiast nie będzie mógł starać się o taką „ulgę” przez kolejne 10 lat – zaznacza Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Krok 2: przeprowadzenie postępowania upadłościowego, czyli liczenie majątku dłużnika

Jeżeli wniosek zostanie pozytywnie rozpatrzony, sąd wyznaczy syndyka, który będzie nadzorował wykonanie planu podziału masy upadłościowej. Oznacza to, że majątek osoby zadłużonej zostanie spieniężony, a środki
z tego tytułu pokryją roszczenia wierzycieli. Czy to oznacza, że dłużnik zostanie pozbawiony środków do życia?

Przy temacie upadłości konsumenckiej istnieje popularny mit, że dłużnik straci cały majątek i nie będzie miał za co żyć. Mimo, że postępowanie upadłościowe prowadzi do likwidacji całego majątku upadłego, nie oznacza to pozostawienie upadłego bez środków do życia. Warto wiedzieć, że w skład masy upadłościowej – oprócz oszczędności i zgromadzonych dóbr – wchodzi także wynagrodzenie, jednak tylko w części podlegającej zajęciu. W przypadku egzekucji świadczeń alimentacyjnych wynagrodzenie podlega zajęciu do wysokości trzech piątych, a w przypadku pozostałych świadczeń, do wysokości połowy wynagrodzenia. Warto również zaznaczyć, iż do dyspozycji upadłego pozostają środki w wysokości wynagrodzenia minimalnego (obecnie około 1800 zł netto) – środki do tej wysokości nie podlegają zajęciu. Szczegółowe zasady dot. zajęć wynagrodzenia znajdziemy w prawie pracy. Nie mogą być również odebrane przedmioty, które są nam niezbędne w celach zarobkowych, np. samochód czy sprzęt komputerowy. W trakcie postępowania upadłościowego osoba zadłużona nie zostanie również bez dachu nad głową. Mieszkanie czy dom zostanie spieniężony, jeżeli nie ma innego sposobu, by pokryć wszystkie roszczenia wierzycieli, szczególnie, gdy zadłużenie było bardzo duże. Jednak w takich przypadkach sąd przydziela bankrutowi sumę uzyskaną z masy upadłości, która pozwoli na wynajęcie lokum „zastępczego”. Jej wysokość jest ustalana indywidualnie i zależy np. od tego, jak liczną rodzinę na utrzymaniu ma dłużnik – tłumaczy Dominik Mystkowski, ekspert Intrum.

Etap 3 – „awaryjny” – ustalanie planu spłaty wierzycieli

W przypadku, kiedy wysokość całkowitego zadłużenia była wyższa niż majątek dłużnika, który wchodził w masę upadłościową, sąd ustala „dodatkowy” plan spłaty długów, aby zaspokojone zostały wszystkie roszczenia wierzycieli. Nie może on trwać dłużej niż 36 miesięcy. Sałata będzie dokonywana z bieżących dochodów dłużnika. I ponownie – sąd nie pozbawi takiej osoby środków do życia. Chodzi bowiem o to, aby pomóc jej wyjść z kłopotów finansowych, a nie pogłębić zadłużenie. – Dobrą informacją jest to, że jeżeli sytuacja finansowa upadłego będzie naprawdę ciężka, sąd może odstąpić od planu spłaty umorzyć część, a w niektórych przypadkach nawet całość pozostałych zobowiązań – dodaje Dominik Mystkowski.

Z chwilą zakończenia postępowania upadłościowego lub/i zrealizowaniu planu spłaty wyznaczonego przez sąd, kończą się problemy dłużnika – dochodzi do oddłużenia.

Czy planowane zmiany ułatwią nam ogłoszenie upadłości?

W ostatnim czasie bardzo dużo mówi się o planowanej zmianie prawa upadłościowego. Ustawodawca już w zeszłym roku przedstawił projekt zmian, które mają wejść w życie jeszcze w 2019 r. Na czym będą polegać? Najogólniej mówiąc – łatwiej będzie ogłosić upadłość konsumencką. Według pomysłodawców nowelizacji wprowadzenie zmian jest konieczne, bo obecnie połowa wniosków jest odrzucana. Dłużnicy nie spełniają podstawowych kryteriów, by oficjalnie ogłosić bankructwo. Według planowanych, nowych regulacji, sąd nie będzie brał pod uwagę przyczyn niewypłacalności dłużnika,
a do ogłoszenia upadłości wystarczy to, że taka osoba po prostu jest niewypłacalna. Te powody będą mieć znaczenie ewentualnie na późniejszym etapie postepowania, gdy będzie ustalany plan spłaty wierzycieli. Jeżeli wina dłużnika w powstaniu jego problemów finansowych okaże się ewidentna, to plan spłaty może wydłużyć się z 36 miesięcy nawet do
4-7 lat. Dla jednych może być to dodatkowe ułatwienie, a dla innych problem. Stygmat „bankruta” może utrudnić, chociażby kwestie związane ze staraniem się o wizę na wyjazd czy nową pracę. Najważniejszą ze zmian będzie jednak dopuszczalność upadłości nawet w przypadku rażącego niedbalstwa.

– Niewątpliwie pozytywnym skutkiem prac nad nowelizacją prawa upadłościowego jest skierowanie uwagi na problem zadłużenia polskiego społeczeństwa. Ułatwienie ogłoszenia upadłości umożliwi wielu osobom wyjście z kłopotów finansowych. Istnieje jednak wątpliwość, czy nowe prawo zadba we właściwy sposób o interesy wierzycieli oraz jaki wpływ na rynek będzie miała dalsza liberalizacja przepisów w tym zakresie Ogromna liczba przedsiębiorców w naszym kraju boryka się z problemem niewypłacalnych klientów i kontrahentów. Przez zatory płatnicze sami zaczynają mieć problem
z płynnością finansową
– komentuje Dominik Mystkowski, Intrum.

[1] Dane: BIG InfoMonitor oraz BIK. i Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[2] Dane: Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej.

[3] Dane: BiG InfoMonitor oraz BIK.

GUS: Mniej wypadków śmiertelnych na budowach

W roku ubiegłym w polskich firmach miało miejsce 84 tys. wypadków, w tym 209 śmiertelnych – wynika z najnowszych danych opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny. Jak wypada na tym tle branża budowlana?

Dane GUS pokazują niewielką poprawę bezpieczeństwa pracy w polskich firmach. W sumie zgłoszono 4,6 proc. mniej osób poszkodowanych w wypadku przy pracy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadł też wskaźnik wypadkowości, a więc liczba poszkodowanych przypadająca na 1000 osób pracujących – z 6,84 do 6,37. Niemal o jedną czwartą spadła liczba wypadków śmiertelnych (22,3 proc. mniej w stosunku do 2017 r.) i ciężkich (21,8 proc. mniej).

Budowlanka w środku stawki

Podobną tendencję możemy zaobserwować również w branży budowlanej, gdzie w porównaniu do ubiegłego roku liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy spadła o 3 proc. W 2018 r. odnotowano też mniej wypadków ciężkich (84 osoby poszkodowane) i śmiertelnych (48 wypadków). Chociaż na pierwszy rzut oka te informacje napawają optymizmem, to jednak szersze spojrzenie na wyniki GUS dają do myślenia. Analitycy wskazują, że faktyczne zatrudnienie w tej branży uległo zmniejszeniu; na przykład firma badawcza Spectis mówi tutaj o spadku poniżej 1,2 mln osób, czyli o około 1 proc. mniej względem roku ubiegłego.

Warto pamiętać o tym, że mniejsza wypadkowość w budownictwie jest w pewnej mierze powiązana ze spadkiem zatrudnienia w tej branży. Chociaż różne źródła nie są do końca zgodne co do wyników, to obecnie przyjmuje się, że całkowite zatrudnienie w branży budowlanej zmniejszyło się o około 1 proc. w porównaniu do ubiegłego roku. Oczywiście w statystykach tych nie są uwzględniane osoby pracujące bez żadnej umowy, wśród których mogą być również obcokrajowcy. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że w 2018 roku „na czarno” pracowało aż 14 proc. zatrudnionych w tej branży Ukraińców – zauważa Magdalena Grońska, Dyrektor ds. Bezpieczeństwa, Ochrony Zdrowia i Zrównoważonego Rozwoju Lafarge w Polsce, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. W zestawieniu sektorów za rok 2018 przygotowanym przez GUS branża budowlana znalazła się w środku stawki, ze wskaźnikiem wypadkowości 6,02, czyli nieco poniżej średniej.

Więcej obcokrajowców, mniej wypadków?

W ubiegłym roku w usługach budowlano-remontowych w Polsce odsetek pracujących Ukraińców był równy odsetkowi Polaków w tej branży w 2016 roku.  44 proc. z nich deklaruje, że wykonuje cięższe i bardziej niebezpieczne prace niż rodzimi pracownicy. Kolejne dane nie świadczą dobrze o stanie bezpieczeństwa wśród naszych wschodnich sąsiadów pracujących w Polsce – 36 proc. z nich nie wie, jak się zachować w razie wypadku przy pracy i tyle samo nie potrafi udzielić pierwszej pomocy. Wina czasem leży po stronie pracodawcy, który nie zapewnił takiemu pracownikowi odpowiedniego przeszkolenia i środków ochrony indywidualnej, a czasem po stornie pracownika, który przygotowanie bhp traktuje po macoszemu. Zaledwie 44 proc. Ukraińców biorących udział w badaniu zadeklarowało, że odbyło szkolenie bhp w obecnym miejscu pracy. Co więcej, dokładnie taki sam odsetek badanych pracujących w branży usług remontowo-budowlanych musi kupować sprzęt ochronny za własne pieniądze. A tymczasem odpowiedzialność za ŚOI leży po stronie pracodawcy. – Problem wypadków przy pracy w budownictwie dotyka również obywateli Ukrainy, których coraz częściej można spotkać na polskich budowach. Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce” pokazał, że grupa ta ma ogromne braki szkoleniowe, ale i utrudniony dostęp do odpowiedniej odzieży roboczej czy środków ochrony indywidualnej, które niejednokrotnie mogą uratować życie – przypomina Ewa Gawrysiak, Sales and End User Marketing Manager Eastern Europe & Russia w firmie TenCate Protective Fabrics, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.

Fikcyjne szkolenia

Raport „Bezpieczeństwo pracy w Polsce 2018” pokazał dość istotny problem z odpowiednim przygotowaniem cudzoziemców do podjęcia pracy. Połowa z nich nie przeszła szkolenia, głównie z powodu tego, że nie obyło ono organizowane. – Dane z raportu pokazały, że nadal w Polsce pokutuje mit bhp, jako niepotrzebnej formalności, do której zobowiązana jest firma. Obecne przepisy również nie pomagają instytucjom kontrolnym w rzetelnym sprawdzeniu, na ile pracodawca wywiązał się z ustawowego obowiązku. Lekceważenie szkoleń potrafi się jednak mścić, bowiem aż 18 proc. respondentów badania stwierdziło, że w ciągu ostatnich dwóch lat miało wypadek przy pracy. Nawet biorąc pod uwagę nieścisłości wynikające z metodologii, liczba jest niezwykle wysoka – alarmuje Marek Maszewski, Dyrektor Działu Nadzoru SEKA S.A., członek Koalicji Bezpieczni w Pracy.  – Warto zauważyć, że branża budowlana pod względem dbałości o bezpieczeństwo pracy w ostatnich latach przeszła ogromną rewolucję. Potwierdzają to m. in. dane GUS. Ważne jednak, aby nie spocząć na laurach, tym bardziej że rynek pracy zmienia się dynamicznie – dodaje.

Wyniki chińskiej gospodarki budzą optymizm

Ostatnie informacje płynące z Państwa Środka są pozytywne. Najpierw, dwa tygodnie temu, in plus zaskoczyły marcowe indeksy PMI dla przemysłu i usług Chin, a teraz dane o PKB w pierwszych trzech miesiącach roku i szczegółowe dane z końca I kwartału.

Dynamika wzrostu gospodarczego Chin w I kwartale br., wbrew oczekiwaniom konsensusu, w ujęciu rocznym nie zwolniła, a pozostała na poziomie 6,4%, notowanym na koniec ubiegłego roku. To, że chińska gospodarka radzi sobie całkiem dobrze widać też w szczegółowych odczytach z końcówki kwartału. Dane z dziś pokazały, iż zarówno sprzedaż detaliczna, jak i produkcja przemysłowa w marcu zaskoczyły konsensus na plus, przy czym zaskoczenie w przypadku drugiego z indeksów było ogromne. Dynamika produkcji przemysłowej wyniosła aż 8,5% i była najwyższa od lipca 2014 r. Rozwiało to sporo obaw dotyczących tego, jak chińska gospodarka radzi sobie w kontekście wojny handlowej z USA (mimo, iż aż tak imponujący skok był w części związany z czynnikami sezonowymi).

Dzisiejsze dane z Państwa Środka przekładają się na poprawę sentymentu do ryzyka: zyskują waluty emerging markets, spora część indeksów akcji świeci się na zielono. Gorzej radzą sobie z kolei dolar amerykański i pozostałe waluty safe-haven.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wspólna europejska waluta wczoraj radziła sobie słabo w parze z dolarem amerykańskim, dziś jednak wyraźnie zyskuje. Nie pomogły w tym jednak lepsze dane makroekonomiczne ze strefy euro. Dzisiejsze rewizje szacunków inflacji w marcu nie przyniosły istotnych zmian. Znaczenie dla wspólnej waluty miały informacje z Chin. Spadek ryzyka globalnego spowolnienia i nieco mniejsze ryzyko, że czynniki zewnętrzne będą negatywnie oddziaływać na gospodarki strefy euro wspierają nastroje nie tylko w Azji, ale również na Starym Kontynencie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,93-4,96. Brytyjska waluta wczoraj radziła sobie słabo również w relacji do głównych walut, kontynuując osłabienie również dziś. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy okazały się zgodne z oczekiwaniami i pokazały, że Zjednoczone Królestwo w lutym odnotowało imponujący wzrost płac rzędu 3,5% w ujęciu rocznym, co powinno sprzyjać zarówno gospodarce Wielkiej Brytanii, jak i presji inflacyjnej. Dziś sama inflacja jednak rozczarowuje. Wbrew oczekiwaniom konsensusu, zarówno wskaźnik bazowy jak i inflacja CPI w marcu pozostały na poziomie z lutego, odpowiednio 1,8% i 1,9% w ujęciu rocznym. Jeśli inflacja nie wzrośnie, pomimo ciasnego rynku pracy, Bank Anglii będzie dłużej mógł pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W najbliższym czasie i tak trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek działania banku centralnego. BoE przed zmianami jakichkolwiek parametrów polityki monetarnej powinien zaczekać na rozwiązanie kwestii Brexitu, a to może potrwać.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,78-3,79. Wczoraj dolar amerykański radził sobie dobrze, zyskując w relacji do głównych walut. Dziś jednak rozpoczął dzień oddając zyski, zwłaszcza w parze z euro. Ostatnie dni nie przynoszą zbyt wielu istotnych informacji ze Stanów Zjednoczonych. W kontekście wczorajszego dnia można wspomnieć o rozczarowujących danych o produkcji przemysłowej: miesięczna dynamika w marcu spadła o 0,1% wobec oczekiwanego wzrostu rzędu 0,2%. Na wskaźnik w marcu niekorzystnie działała aktywność w sektorze wydobywczym.

Dziś po południu poznamy dane o handlu zagranicznym USA w lutym, wieczorem natomiast opublikowana zostanie „Beżowa Księga” Fed, czyli zbiór anegdotycznych informacji o stanie gospodarki z dwunastu rejonów obserwowanych przez bank centralny.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o handlu zagranicznym USA w lutym
  • 15:00 – przemawia przewodniczący BoE, Mark Carney
  • 16:30 – przemawia Sabine Lautenschlaeger z EBC
  • 20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” Fed

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Auta elektryczne coraz częściej biorą udział w kolizjach drogowych

Auta elektryczne zyskują na popularności, ale czy na pewno są bezpieczne? Jak pokazuje przykład Norwegii, gdzie już niemal co trzeci samochód ma napęd elektryczny, odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Z danych DNB wynika, że w ubiegłym roku ich udział w wypadkach i kolizjach drogowych w tym kraju wynosił ponad 34 proc., a razem z hybrydami było to aż 65 proc. wszystkich typów aut. Zdaniem ekspertów DNB Bank Polska taki stan rzeczy może wynikać paradoksalnie ze zbyt dużej liczby udogodnień technologicznych w samochodach elektrycznych, które powodują, że kierowcy oraz inni uczestnicy ruchu tracą czujność.

Statystyki DNB dotyczące norweskich dróg nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku udział aut elektrycznych w wypadkach i kolizjach drogowych wynosił 34,15 proc. W przypadku hybryd było to 30,58 proc., samochodów napędzanych benzyną 20,75 proc., a dla porównania aut z silnikiem diesla blisko 28 proc. (procenty te nie sumują się do 100 proc., ze względu na to, że w jednym wypadku lub kolizji mogły brać udział samochody z różnym typem silnika).

Ze względu na to, że Norwegia jest modelowym przykładem rozwoju elektromobilności, warto przeanalizować, gdzie leży przyczyna tych zaskakujących danych. Większość samochodów elektrycznych i hybrydowych ma tak dobre przyspieszenie, że może ono sprawiać kłopot wielu kierowcom. Można powiedzieć, że mają one w warunkach miejskich lepsze osiągi niż większość przeciętnych aut spalinowych. Ponadto samochody elektryczne najczęściej spotyka się w miastach, gdzie naturalnie występuje większe ryzyko kolizji – mówi Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A. – Inną przyczyną wypadków z udziałem e-pojazdów jest to, że samochody te mają wiele innowacji technicznych, wyświetlaczy oraz systemów wspomagających, które mogą – paradoksalnie – rozpraszać kierowców. Duża część z tych zdarzeń wynika z nieuwagi i braku koncentracji. Jednym słowem auta elektryczne usypiają naszą czujność – dodaje. Inną kwestią jest fakt, że auta te nie emitują dźwięków znanych z klasycznych pojazdów, co stanowi realne zagrożenie dla niezmotoryzowanych uczestników ruchu. Unia Europejska świadoma tego zagrożenia, podjęła postanowienie – od 1 lipca 2019 samochody elektryczne i hybrydowe muszą wydawać dźwięk ostrzegawczy.

W większości modeli aut elektrycznych zastosowano takie rozwiązania, jak adaptacyjny tempomat z automatycznym hamulcem, system ostrzegający o niezamierzonym zjeździe z pasa ruchu, układ monitorujący martwe pole czy asystent jazdy w korku. Najdroższe i najbardziej zaawansowane modele są wyposażone w systemy autonomicznej jazdy. Norweskie statystyki pokazują, że marką samochodów elektrycznych, które najczęściej ulegały wypadkom i kolizjom była w ubiegłym roku Tesla. Być może wynika to faktu, że ta marka jest tam bardzo popularna. Co ciekawe od dwóch tygodni w Warszawie istnieje możliwość testować BMW i3 w carsharingu od firmy innogy. I w tym krótkim czasie doszło już do jednej kolizji.

Norweski ewenement

W ubiegłym roku w Norwegii zarejestrowano blisko 148 tys. nowych samochodów osobowych, w tym ponad 46 tys. samochodów o zerowej emisji. Było to prawie 40 proc. więcej niż w 2017 roku. Ten rok wydaje się być jeszcze bardziej rekordowy. Sprzedaż samochodów elektrycznych w tym kraju po raz pierwszy wyprzedziła tradycyjne pojazdy: 58 proc. wszystkich nowych aut sprzedanych w marcu 2019 r. było zasilanych przez baterie. Poziom około 50 proc. w sprzedaży utrzyma się prawdopodobnie przez cały ten rok. Pod tym względem reszta Europy, w tym także Polska, znajdują się na bardzo początkowym etapie rozwoju elektromobilności.

W Polsce w 2018 r. zarejestrowano 1,6 mln samochodów osobowych i dostawczych. Według Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych udział modeli elektrycznych w sprzedaży nowych samochodów wyniósł zaledwie 0,2 proc. i zamknął się liczbie 1 324 sztuk (1068 w 2017 r.). Na polskich drogach można spotkać w sumie około 3,5 tys. e-pojazdów, podczas gdy całkowita liczba samochodów osobowych i dostawczych wynosi około 20 mln. Najchętniej kupowanym modelem zeroemisyjnym w 2018 r. był w Polsce Nissan LEAF, zaraz po nim uplasowało się BMW i3.

Infrastruktura ładowania rozwijała się znacznie bardziej dynamiczniej niż flota e-pojazdów. Z danych PSPA wynika, że w ubiegłym roku zainstalowano 293 publicznie dostępne punkty ładowania i w konsekwencji ich łączna liczba zwiększyła się z 552 w 2017 r. do 845 w roku 2018, ale mimo tak dużego wzrostu to nadal nie jest wystarczające infrastruktura, aby móc swobodnie poruszać się po całej Polsce.

Polska droga do elektromobilności

W ramach rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju planowany jest dynamiczny wzrost liczby samochodów elektrycznych w Polsce, co będzie wymagało zastosowania odpowiednich form wsparcia publicznego. – Zachętą do kupna w Norwegii przyjaznych dla środowiska samochodów z napędem elektrycznym były ulgi podatkowe, a także inne przywileje jak np. bezpłatne parkowanie, bezpłatne ładowanie akumulatorów, możliwość jazdy po buspasach czy bezpłatne korzystanie z promów – mówi Olga Plewicka. Rozwój polskiego modelu elektromobilności do 2020 roku ma pochłonąć około 19 mld złotych, dalszych 40 mld na rozwój sieci przeznaczą spółki energetyczne. W 2017 roku rozpoczęto prace nad wprowadzeniem do systemu prawnego kompleksowego systemu zachęt dla nabywców pojazdów elektrycznych, czego wyrazem jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Zgodnie z jej założeniami, do końca 2020 r. w Polsce ma powstać m.in. 6 tys. punktów ładowania samochodów elektrycznych. W 2025 roku ma jeździć 300 tys. aut elektrycznych. Pierwszy e-pojazd polskiej produkcji ma zjechać z linii fabrycznej na przełomie 2022 i 2023 roku. Według zapowiedzi spółki ElectroMobility Polska w 2023 roku nasz kraj ma produkować 100 tys. aut elektrycznych rocznie. – Biorąc pod uwagę że mamy już 2019 rok, to ten plan wydaje się bardzo ambitny, ale trzymam kciuki żeby został zrealizowany w wyznaczonych ramach czasowych – mówi Olga Plewicka.

Dyrektywa o ochronie sygnalistów weszła w życie

16 kwietnia 2019 r. Parlament Europejski przyjął Dyrektywę o ochronie sygnalistów. Państwa członkowskie mają obowiązek implementować jej zapisy do krajowych porządków prawnych.

W powszechnym znaczeniu „sygnalista” to pracownik przedsiębiorstwa, który nagłaśnia i informuje o nielegalnej lub nieuczciwej działalności swojego pracodawcy. Pojęcie „sygnalisty” po raz pierwszy pojawiło się w Stanach Zjednoczonych i jest tam używane zwłaszcza w kontekście zgłaszania nieprawidłowości w instytucjach finansowych lub korporacjach. W krajach anglosaskich (Stany Zjednoczone, Australia, Kanada) wprowadzono ustawy przyznające szeroką ochronę sygnalistom ze względu na spotykające ich działania odwetowe pracodawców. Dyrektywa stanowi więc odpowiedź na palącą potrzebę uregulowania kwestii sygnalizowania nieprawidłowości także na gruncie prawa europejskiego. 

Sygnalistami będą mogli zostać pracownicy, samozatrudnieni, wspólnicy i udziałowcy spółek oraz osoby na stanowiskach zarządczych w przedsiębiorstwach, osoby pracujące pod kierownictwem wykonawców, podwykonawców i dostawców, kandydaci na stanowisko pracy, jeśli dowiedzieli się o nieprawidłowościach w trakcie rekrutacji, a także byli pracownicy. Sygnaliści będą podlegać ochronie, gdy istniały uzasadnione powody, aby uważać, że zgłaszane przez nich informacje są prawdziwe oraz pod warunkiem, że zgłosili informacje zgodnie z procedurami przewidzianymi w dyrektywie. Dyrektywa przewiduje, że w każdej instytucji – publicznej czy prywatnej, zatrudniającej co najmniej 50 osób, będzie musiała powstać procedura zgłaszania nieprawidłowości czy nadużyć w miejscu pracy.

Dyrektywa wprowadza trzy procedury zgłaszania nieprawidłowości:

    • procedurę wewnątrz przedsiębiorstwa;
    • procedurę zewnętrzną polegającą na zgłaszaniu nieprawidłowości bezpośrednio do organów państwa;
    • oraz procedurę publiczną polegającą na ujawnieniu informacji o naruszeniach publicznie, np. w mediach.

Odpowiedzialność podmiotów zbiorowych

Dyrektywa przewiduje również szereg środków prawnych chroniących sygnalistów. Sygnaliści zgłaszający nieprawidłowości do organów państwowych będą m. in. mieli zagwarantowaną anonimowość. Państwa członkowskie będą miały obowiązek zapewnić, aby sygnaliści byli odpowiednio chronieni przed działaniami odwetowymi. – Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal

W wypadku wytoczenia przez sygnalistę uzasadnionego pozwu o odszkodowanie, sąd będzie domniemywał, że szkoda powstała na skutek działań odwetowych podjętych przez pracodawcę. To pracodawca będzie musiał udowodnić, że nie podejmował nielegalnych działań odwetowych. Karane będą osoby fizyczne lub prawne, które m. in. przeszkodzą w zgłaszaniu nieprawidłowości, podejmą działania odwetowe wobec sygnalistów czy też naruszą obowiązek poufności.

Pochylając się nad tym tematem warto zaznaczyć od razu, iż także na poziomie prawa polskiego projektowane są już przepisy chroniące sygnalistów. Warto wskazać chociażby na projekt Ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, który 10 stycznia 2019 r. został skierowany do Sejmu.

Zgodnie z projektem sygnalistą będzie mógł zostać pracownik, członek organu lub inna upoważniona osoba. Organy podmiotów zbiorowych, w szczególności organy zarządcze (np. zarząd w spółce) będą miały obowiązek wyjaśniać nieprawidłowości zgłoszone przez sygnalistę. Obowiązek wyjaśnienia będzie dotyczył informacji świadczących o:

  • podejrzeniu przygotowania, usiłowania lub popełnienia czynu zabronionego;
  • niedopełnieniu obowiązków lub nadużyciu uprawnień przez organy podmiotu zbiorowego lub inne – wymienione w ustawie osoby – działające w jego imieniu, na jego rzecz lub zlecenie;
  • niezachowaniu należytej staranności przez powyższe osoby; lub
  • nieprawidłowościach w organizacji działalności podmiotu zbiorowego, które mogłyby prowadzić do popełnienia czynu zabronionego.

W sytuacji, gdy organ podmiotu zbiorowego nie przeprowadzi postępowania wyjaśniającego albo nie usunie występujących nieprawidłowości lub naruszeń, sąd może nałożyć na niego karę pieniężną do wysokości 60 milionów złotych.

Organy podmiotu zbiorowego będą musiały również zapobiegać działaniom odwetowym wobec sygnalistów. Sygnalista, który został zwolniony z pracy, będzie mógł domagać się przywrócenia do pracy lub odszkodowania, jeżeli zgłoszone przez niego informacje były zasadne i mogły doprowadzić do zapobiegnięcia czynowi zabronionemu lub szybszego wykrycia czynu zabronionego. Wysokość odszkodowania wyniesie trzy miesięczne pensje sygnalisty, jednakże w uzasadnionych wypadkach sąd może orzec odszkodowanie za cały okres pozostawania bez pracy przez sygnalistę.  – Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal

Także obowiązująca od 13 lipca 2018 r. Ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu przewiduje obowiązek wprowadzenia procedur dla sygnalistów, ich ochronę oraz kary za naruszenie przepisów dotyczących sygnalistów.

Ustawa reguluje zgłaszanie nieprawidłowości tylko w zakresie prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. Do wprowadzenia procedur zostali zobowiązani przedsiębiorcy prowadzący działalność, przy wykonywaniu której występuje zwiększone ryzyko rozpoznania transakcji prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu, np. instytucje finansowe, domy maklerskie, biura rachunkowe, doradcy podatkowi lub prawnicy. Na gruncie ustawy przedsiębiorcy ci są określani jako „instytucje obowiązane”.

Na uwagę zasługuje fakt, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów stworzył kanały komunikacji dla osób, które posiadają informacje o praktykach ograniczających konkurencję. UOKiK umożliwia komunikację anonimową, przez pośrednika oraz osobistą.

Podobne rozwiązanie przyjęto na poziomie unijnym, gdzie możliwe jest jawne bądź anonimowe zgłaszanie informacji o kartelach i praktykach ograniczających konkurencję bezpośrednio do Komisji Europejskiej.

Autorzy artykułu:

  • Wojciech Łyszczarz, Senior Managing Associate, Deloitte Legal
  • Magdalena Bartosiewicz, Radca Prawny, Managing Associate, Deloitte Legal
  • Jędrzej Siarkowski, Aplikant radcowski, Deloitte Legal

Zakupy okazją do spotkań. Trendy w branży retail

Detaliści nieustannie mierzą się z wymaganiami, stawianymi przez współczesnych konsumentów – to ich upodobania i preferencje kształtują trendy w branży retail. Właściciele sklepów, chcąc zachować konkurencyjność, muszą w dzisiejszych czasach uwzględniać w planach biznesowych potrzeby swoich odbiorców. Dotyczy to zarówno asortymentu, jak i zagospodarowania powierzchni, odpowiedniego doboru personelu, czy planowanych promocji.

Rynek detaliczny zmienia się pod wpływem postępujących zmian demograficznych i realizowanej polityki społecznej. Właściciele sklepów muszą dostosować obiekty w taki sposób, żeby te wpisywały się w nowoczesny, dynamiczny styl życia konsumentów. By skutecznie tego dokonać warto skorzystać z porad doświadczonych i uznanych ekspertów, takich jak dr Jacek Pogorzelski, specjalista w zakresie strategii marketingowej oraz zarządzania marką i doświadczeniem klienta, który będzie gościem panelu tematycznego Modern Retail Forum organizowanego przez Modern-Expo podczas tegorocznej edycji Kongresu FMCG.

Z jednej strony klienci oczekują większej wygody i szybkości realizacji zakupów. Z drugiej jednak, gdy wybierają się do sklepu, szukają w nich doświadczeń i pozytywnych doznań. Obiekt handlowy, który działa na zmysły i budzi emocje, zyskuje przewagę – zauważa dr Jacek Pogorzelski.

Nowa rola sklepów stacjonarnych

W dobie nowoczesnych technologii i rosnącej popularności rozwiązań e-commerce, sklep nie jest już wyłącznie miejscem prezentacji produktu. Klient będzie w nim szukał tego, czego nie znajdzie, przeglądając dostępne w Internecie oferty. Dlatego pierwszym wyzwaniem, z którym powinni zmierzyć się detaliści, jest odpowiedź na pytanie – czy ich sklep oferuje jakąś wartość dodaną dla konsumenta, która zachęci ich do wylogowania się z sieci i odwiedzenia stacjonarnego punktu sprzedaży?

Odpowiednie zdiagnozowanie potrzeb konsumentów daje szansę na zdystansowanie konkurencji. Dla osób prowadzących jednoosobowe gospodarstwa domowe oraz seniorów, którzy w obliczu starzenia się społeczeństw powoli stają się dominującą grupą pośród konsumentów, placówki handlowe coraz częściej są miejscem nawiązywania kontaktów społecznych. Oni w obrębie sklepów będą rozglądać się za strefą kawiarnianą, dającą możliwość spędzenia czasu z innymi ludźmi.

Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро
Bogdan Łukasik, przewodniczący Rady Nadzorczej i Dyrektor Generalny Modern-Eхро

Paradoksalnie w dzisiejszych czasach, kiedy stacjonarne i wirtualne kanały sprzedaży wzajemnie się uzupełniają, główną rolą obiektu handlowego wcale nie musi być sprzedaż detaliczna. Oczywiście, w fizycznym sklepie klient ma namacalny kontakt z produktem – może go dotknąć, podnieść i ocenić przed podjęciem decyzji o zakupie. Jednak to nie wszystko. Odpowiednia aranżacja obiektu i dobór pracowników,
z naciskiem na indywidualną obsługę i doświadczanie emocji jest dla sprzedawców skutecznym narzędziem do budowania trwałych relacji z klientem
– opowiada Bogdan Łukasik, szef rady nadzorczej Modern-Expo Group – międzynarodowego producenta kompleksowego wyposażenia dla branży retail.

Zmiany coraz bardziej widoczne

Zacierają się różnice między formatami sklepów. Wcześniej wyróżnialiśmy typowy dyskont i delikatesy. Dziś te dwa formaty łączą się ze sobą. Zarówno pod względem wystroju placówek jak i oferty asortymentowej. Sklepy wielkopowierzchniowe do swojej oferty dołączają usługi. Coraz liczniej pojawiają się stoiska dedykowane, głównie gastronomiczne – miejsca, które przyciągną klienta zarówno w porze lunchu jak i po południu.

 – Zrozumienie preferencji i zachowań konsumenta jest kluczowe już na etapie konstruowania planu przestrzennego sklepu, czego przykładem może być jedna z ostatnich realizacji sieci handlowej REWE. W Monachium i Berlinie uczestniczyliśmy w tworzeniu wielofunkcyjnego sklepu Mój REWE, który łączy przyjazną przestrzeń handlową z miejscem towarzyskich spotkań. Na powierzchni 2 000 m kw. dominują świeże produkty. Wdrożone w REWE kompleksowe rozwiązania, obejmujące systemy regałów i półek Modern Expo, zaprojektowane z myślą o wyraźnym wyodrębnieniu warzyw i owoców, zapewniają przejrzystą prezentację asortymentu. Obiekt Mój REWE oferuje odwiedzającym klientom dobrze zorganizowaną przestrzeń łączącą strefę handlową i wypoczynkową z miejscem na szybki obiad z rodziną w zintegrowanej ze sklepem knajpce – dodaje ekspert.

Zmieniające się oczekiwania konsumentów mają również wpływ na te elementy procesu zakupowego, które są realizowane poza obiektem stacjonarnym, takie jak dostawy do domu, płatności on-line i dostępność zamówień przez Internet. Zakupy, dawniej postrzegane przez klientów jako konieczny obowiązek, dzisiaj stają się platformą do przeżywania doświadczeń, czyniąc z powierzchni sklepu miejsce towarzyskich spotkań.

Czas na rozmowy dla branży

Najbliższą okazją do rozmowy na tematy związane ze zmianami w handlu i sposobami na wykorzystanie szans, jakie ze sobą niosą, będzie tegoroczna edycja Kongresu Rynku FMCG, gdzie pod patronatem Modern-Expo wystąpią wybitni prelegenci z całego świata, związani z branżą retail. Podczas organizowanego przez firmę panelu tematycznego Modern Retail Forum uczestnicy przeanalizują prognozy dla sektora handlowego wraz z ekspertami Modern-Expo oraz ich gośćmi – wybitnymi specjalistami z dziedzin zarządzania marką, neuromarketing, retailu i wielu innych.

Wszystkich zainteresowanych przyszłością branży retail zapraszamy na nasz panel, gdzie polscy i zagraniczni prelegenci, min. z Wielkiej Brytanii i USA, przedstawią najnowsze analizy i wyniki badań. Jednym z nich będzie dr Jacek Pogorzelski, który opowie o nowym podejściu do insightu konsumenckiego: jak go pozyskać, prawidłowo zanalizować i skutecznie wykorzystać – zachęca Bogdan Łukasik z Modern-Expo Group. – Jako współorganizator tegorocznej edycji chcemy wzbogacić merytoryczną część Kongresu o tematy najbardziej interesujące przedstawicieli branży. Jesteśmy przekonani, że nasze doświadczenie na rynku oraz świeże spojrzenie zaproszonych gości pomogą uczestnikom panelu „Droga do sklepu przyszłości” w jeszcze lepszym zarządzaniu swoim biznesem i przygotowaniu się na zmiany, które niesie przyszłość.

Kongres Rynku FMCG 2019 odbędzie się w dniach 28-29 maja, w Warszawie w hotelu Double Tree by Hilton Warsaw, przy ul. Skalnicowej 21. Na Panel Modern-Expo zapraszamy pierwszego dnia Kongresu do sali tematycznej nr 1. Prelekcje potrwają od godziny 14:30.

Najwięcej opóźnionych płatności w handlu i transporcie

35 proc. małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce czeka na płatność faktury od dwóch tygodni do miesiąca po terminie, a 17 proc. – ponad miesiąc. Rekordziści przyznają, że zdarzyło im się czekać na opóźnioną płatność dłużej niż 3 miesiące. Tak wynika z przeprowadzonego w marcu 2019 badania Bibby MSP Index.

– Można odnieść wrażenie, że niepłacenie w terminie jest wręcz specyfiką polskiego rynku, i jest w sektorze MŚP traktowane jako alternatywa finansowania zewnętrznego – komentuje dr Anna Czarczyńska z Katedry Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego.

W monitorowanych w ramach Bibby MSP Index branżach widać istotne różnice w częstotliwości występowania problemu faktur nieopłaconych na czas. Kilka razy w miesiącu problem ten dotyka ponad ¾ przedsiębiorstw handlowych i transportowych, a blisko 2/3 firm produkcyjnych. Z kolei w budownictwie zaledwie ¼ ankietowanych przyznała się do relacji z nieterminowymi kontrahentami.

Wydaje się, że polskie małe i średnie przedsiębiorstwa wkalkulowały ryzyko opóźnionych płatności w swoją działalność – mówi Jerzy Dąbrowski, dyrektor generalny Bibby Financial Services. – Obawiam się jednak sytuacji, w której przedsiębiorca czekający na opóźniającą się płatność, sam nie płaci na czas swoim dostawcom i nawarstwiają się zatory płatnicze. To już może mieć wpływ na całą gospodarkę.

Czy sytuacja się pogarsza?

Wprawdzie w poprzedniej fali Bibby MSP Index na opóźnione płatności narzekało więcej przedsiębiorców (we wrześniu 2018 r. o problemie mówiło 71 proc., w marcu 2019 r. – 62 proc.), ale obecnie aż 39 proc. badanych uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej niż pół roku temu.

Na pogarszającą się dyscyplinę płatniczą zwracają uwagę szczególnie przedsiębiorcy z branży handlowej (46 proc. uznało, że ich kontrahenci płacą gorzej) i produkcyjnej (37 proc.) Najlepsza sytuacja zdaje się panować w budownictwie: 65 proc. badanych twierdzi, że kontrahenci płacą tak samo jak pół roku temu.

Trudno ocenić, czy są to symptomy pogarszającej się koniunktury, czy zwykła praktyka gospodarcza.

Szybkie przepływy finansowe i dobry stan kondycji gospodarczej pozwalają MŚP na krótkoterminowe radzenie sobie z problemem opóźnionych płatności, co jeszcze w sytuacji prosperity nie powoduje groźnych dla kondycji firmy zatorów płatniczych, ale w momencie spowolnienia szybko może potencjalnie prowadzić do niewypłacalności finansowej – dodaje dr Anna Czarczyńska. – Sygnały rynkowe opóźnień obecnie znowu najszybciej są widoczne w branży handlowej, która będąc na końcu łańcucha tworzenia wartości kumuluje przesunięcia płatności.

Rynek magazynowy we Wrocławiu 10 lat temu i dziś

Sylwia Jagódka z AXI IMMO
Sylwia Jagódka z AXI IMMO

W przeciągu ostatnich dziesięciu lat podaż powierzchni magazynowej w regionie Wrocławia wzrosła o przeszło 240% i na koniec 2018 r. wyniosła 1,85 mln mkw. Z roku na rok dolnośląskie umacnia swoją pozycję w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a inwestorzy coraz chętniej lokują swoje biznesy w mniejszych ośrodkach regionu takich jak Legnica czy Bolesławiec.  W 2019 r. popyt w sektorze powinien utrzymać się na stabilnym poziomie. Jednak wyzwaniem będzie utrzymanie tempa rozwoju w obliczu spowolnienia w gospodarce niemieckiej, zwłaszcza w przemyśle motoryzacyjnym  – podają eksperci AXI IMMO.

Agencja doradcza AXI IMMO aktywna na rynku nieruchomości komercyjnych przeanalizowała dane dotyczące rozwoju rynku magazynowego we Wrocławiu w ostatniej dekadzie. Analiza swoim horyzontem czasowym nawiązuje do 10. jubileuszu działalności AXI IMMO, który w tym roku świętuje polska firma.

Dobrze rozwinięta sieć drogowa, duży potencjał gospodarczy oraz demograficzny, a także bliskość granicy z Niemcami i Czechami to główne atuty regionu Wrocławia. Zebrane przez nas dane rynkowe pokazują, że Wrocław w ostatniej dekadzie umacniał swoją pozycję wśród głównych lokalizacji magazynowych w kraju oraz najważniejszych centrów dystrybucyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej – komentuje Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

Spowolnienie na początku i skokowe przyspieszenie w połowie dekady, dzięki kontraktom dla Amazona

Według danych AXI IMMO pierwsze trzy kwartały 2008 r. były dla regionu udane, czego efektem był popyt na poziomie 185 tys. mkw. Podaż przekraczała 540 tys. mkw., co stanowiło wówczas 12% całkowitych zasobów kraju. Deweloperzy byli we Wrocławiu bardzo aktywni i budowali dużo powierzchni spekulacyjnych. Pierwsze efekty kryzysu widoczne były po czwartym kwartale, kiedy wskaźnik pustostanów osiągnął najwyższy w minionej dekadzie poziom 23%.

Szczytowe spowolnienie przypadło na wrocławskim rynku magazynowym na lata 2009-2010. W 2010 r. popyt wśród najemców był na najniższym w dekadzie poziomie 107 tys. mkw. Po dwóch latach, w 2011 r. rynek powrócił na ścieżkę rozwoju, odnotowując najem powyżej 216 tys. mkw., a w 2013 r. osiągnął swój rekord pod względem popytu – 458 tys. mkw., głównie za sprawą dwóch umów podpisanych przez firmę Amazon, których udział w wolumenie transakcji wynosił prawie 50%. – wyjaśnia Sylwia Jagódka, Konsultant Industrial & Logistic w AXI IMMO.

„Efekt Amazon” umocnił region na logistycznej mapie kraju na długie lata.  Ponadto w 2013 roku zauważalne stało się także zainteresowanie regionem jako lokalizacją projektów produkcyjnych nie tylko we Wrocławiu. W 2013 r. w m.in. Legnicy zainwestowały w projekty BTS firmy z sektora motoryzacyjnego Lear Corporation i Faurecia.

Jak wynika z danych zebranych przez analityków AXI IMMO, kolejne lata przenosiły kolejne sukcesy na rynku magazynowo przemysłowym – podaż całkowita w 2014 r. wzrosła rekordowo o prawie 43%, a w kolejnych 4 latach średnio o 12%. Na koniec 2018 r. całkowita podaż osiągnęła poziom 1,85 mln ( 4. rynek magazynowy w Polsce), przy czym jeśli chodzi o wolumen budowanej powierzchni  na koniec IV kw. 2018 r. wyniki rynku wrocławskiego wzrosły w stosunku do analogicznego okresu 2017 r. o ponad 76%, co plasuje Wrocław 3. miejscu wśród najintensywniej rozwijających się rynków magazynowych kraju. Również wolumen popytu był w 2018 r. na bardzo wysokim poziomie 453,3 tys. mkw., niewiele niższym niż w rekordowym 2013 r. Na koniec IV kwartału 2018 r. rynek wrocławski charakteryzował się jedną z najniższych dostępności powierzchni „wolnej od ręki” w kraju. Wskaźnik pustostanów spadł o 3,2 p. proc. w stosunku do roku 2017 i wyniósł 3,3%.

Dziś główną grupę najemców w regionie Wrocławia stanowią operatorzy logistyczni, sieci handlowe, sektor e-commerce, a także podmioty przemysłu motoryzacyjnego oraz elektrotechnicznego, które generują znaczącą część zapotrzebowania na projekty BTS oraz BTO.

Rozwój w oparciu o nowe lokalizacje i formaty projektów czy spowolnienie śladem niemieckich sąsiadów?

Eksperci AXI IMMO podają, że w 2019 r. wrocławski rynek magazynowy mimo silnych powiązań ze słabnącą gospodarką niemiecką utrzyma swoją pozycję wśród najpopularniejszych lokalizacji magazynowych w kraju i regionie dzięki dobrze prosperującym najemcom obecnym w regionie. W całkowitym wolumenie powierzchni wynajętej będzie się zwiększał udział transakcji na mniejszych rynkach jak np.  Legnica czy Bolesławiec, głownie ze względu na coraz większe trudności w rekrutacji pracowników.

Prognozowana jest ekspansja najemców na terenie całego regionu. Tak jak na innych wiodących rynkach spora część projektów poza największą aglomeracją będzie rozwijana w oparciu o formaty BTS i BTO.  Równolegle w odpowiedzi na wzrastające zainteresowanie najemców będą rozwijane lokalizacje miejskie z dostępem do komunikacji publicznej, zapewniające sprawniejszą obsługę lokalnego rynku konsumenckiego – przewiduje Sylwia Jagódka z AXI IMMO.

Sylwia Jagódka dodaje, że kryzys branży motoryzacyjnej w Niemczech, który rozpoczął się w drugiej połowie 2018 r. z pewnością jest wyzwaniem dla regionu. Perspektyw nie poprawia także osłabienie gospodarcze w innych krajach Zachodniej Europy, którego symptomy są widoczne od kilku miesięcy.

Południe Polski wygrywa walkę o najemców z sektora BPO i SSC

Kraków zajmuje drugie po Warszawie miejsce pod względem zasobów powierzchni biurowej. Utrzymuje również pozycję regionalnego lidera sektora BPO/SSC. Rośnie mu jednak poważna konkurencja. Najemcy z sektora usług dla biznesu obok Krakowa, coraz częściej wybierają też Wrocław i Katowice – wynika z raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” poświęconego regionalnym rynkom biurowym. Zaletą Katowic jest bliskość sąsiednich miast tworzących aglomerację śląską. Wrocław natomiast zapewnia dostęp do doświadczonej kadry wyspecjalizowanej w technologiach informatycznych.

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

– Z punktu widzenia pracodawców m.in. z sektora BSS Kraków, Katowice i Wrocław to bardzo atrakcyjne rynki pracy. Kraków kusi wielokulturowością i atrakcyjnym poziomem życia europejskiego miasta. Wrocław stawia na technologie informacyjne i tworzy środowisko przyjazne start-upom. Z kolei mała odległość dzieląca te lokalizacje, potencjał aglomeracyjny Śląska oraz świetnie rozwinięta infrastruktura czynią Katowice dynamicznie rozwijającym się i nowoczesnym centrum biznesowym. To co wyróżnia wszystkie trzy miasta to silna kultura akademicka, mocny nacisk na rozwój infrastruktury oraz coraz większa liczba stref zielonych w centralnych punktachkomentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor w Dziale Reprezentacji Najemcy CBRE.

Patrząc na liczbę inwestycji realizowanych w regionie widać wyraźnie, że cały czas pozostaje on wyjątkowo interesujący dla deweloperów. Jak wynika z najnowszego raportu CBRE „Poland Office Destinations 2019” Kraków obecnie ma w swojej ofercie 1,26 mln mkw. już istniejącej powierzchni biurowej. W przypadku Wrocławia jest to ponad 1 mln mkw. Natomiast katowicki rynek biurowy dysponuje 519 tys. mkw. Ponadto w samym Krakowie ponad 200 tys. mkw. znajdujących się obecnie w budowie ma być oddanych do użytku jeszcze w 2019 r. – podają eksperci CBRE.

W 2018 r. największy popyt na powierzchnię biurową odnotował Kraków, gdzie wynajętych zostało 211 tys. mkw. (w porównaniu do Wrocławia – 163 tys. mkw. i Katowic – 38 tys. mkw.). Co więcej, na rynkach biurowych w Krakowie, Wrocławiu czy Katowicach poziom pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie (pomiędzy 8,5 a 9,7%), zbliżonym do średniej krajowej. Jednak każdy z tych rynków stoi przed wyzwaniem rosnącego popytu na lokalizacje premium. Najemcy szukają biur w centrum miasta z odpowiednią infrastrukturą i ofertą usług, ponieważ w ten sposób mogą przyciągnąć lub zatrzymać największe talenty danej branży.

Kraków bez zdefiniowanego centrum biznesowego

Kraków nie ma jednego określonego ośrodka biznesowego, przez co biura do wynajęcia znajdują się w różnych częściach miasta. Z uwagi na świetne warunki (atrakcyjne czynsze, dostęp do wykwalifikowanej kadry, dobry dojazd) oferowane przez stolicę Małopolski spośród wszystkich polskich miast, to właśnie w Krakowie ulokowało się najwięcej firm z sektora usług BPO i SSC. Co istotne, Kraków w ciągu ostatnich 10 lat zwiększył zatrudnienie w sektorze hi-tech aż o 66%. Zapewne to wpłynęło na zdobycie wysokiej lokaty w rankingu CBRE „EMEA Tech Cities”, który identyfikuje największe klastry technologiczne w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce oraz te z największymi szansami na dynamiczny rozwój. W zestawieniu miast z największym potencjałem wzrostu w sektorze technologicznym poza Krakowem znalazły się także Katowice i Poznań.

Kraków, jako rynek najbardziej dojrzały, wciąż wiedzie prym pod kątem zainteresowania ze strony najemców szukających atrakcyjnych lokalizacji pod swoje centra usług wspólnych. Kolejne zachodnie firmy rozwijają swój biznes w stolicy Małopolski, przede wszystkim ze względu na wysoką podaż wykwalifikowanej kadry pracowniczej i wszechobecną znajomość realiów panujących w sektorze BPO/SSC – podsumowuje Kamil Tyszkiewicz.

Wrocław zwiększa swoją rolę

Szeroka gama powierzchni biurowych to jedna z wielu zalet Wrocławia. Najbardziej dogodne lokalizacje dla biznesu to granice centrum miasta, gdzie mieszczą się najnowsze budynki, m.in. Sagittarius Business House, Retro Office House. W całym Wrocławiu do dyspozycji najemców jest ponad 1 mln mkw. powierzchni biurowej, a w budowie znajduje się kolejne 150 tys. mkw. Co więcej, Wrocław oferuje dostęp do doskonale wyszkolonych pracowników, absolwentów jak i  specjalistów z doświadczeniem przede wszystkim z zakresu technologii informacyjnych, finansów, a także z sektora usług wspólnych.

Katowice o potencjale BPO i SSC

Katowicki wynajem biur i rynek biurowy cieszy się coraz większym zainteresowaniem ze strony międzynarodowych firm i najemców, w tym sektora usług BPO i SSC. 66 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni jest obecnie w budowie, w tym 30 tys. mkw. ma zostać oddanych do użytku do końca 2020 r. Atrakcyjną zachętę stanowią biura do wynajęcia o relatywnie niskich stawkach czynszu w porównaniu do innych miast w Polsce. Region ten tworzą duże aglomeracje miejskie, w tym katowicka, które poza dogodnymi warunkami najmu, maja do zaoferowania znaczną liczbę studentów, absolwentów jak i pracowników z doświadczeniem.

Wynagrodzenia rosną, ale wolniej. Złoto w dół

Dane GUS na temat wynagrodzeń i zatrudnienia są wciąż dobre, aczkolwiek trochę niepokoi spadek tempa wzrostu płac. Złoto najtańsze od trzech miesięcy, co wskazuje wzrost apetytu na ryzyko. Gospodarka Chin utrzymuje tempo.

Wynagrodzenia rosną wolniej

Poznaliśmy dzisiaj dane GUS na temat rynku pracy w Polsce. Zatrudnienie rośnie w tempie 3% rocznie. To więcej niż oczekiwane 2,9%. Oznacza to, że jak tylko zaczną się prace sezonowe, powinniśmy zobaczyć kolejne historyczne minima bezrobocia, a przynajmniej najniższy wynik od końca fikcji pełnego zatrudnienia (w PRL-u). Gorzej wypadają wynagrodzenia. Wzrost w skali roku o 5,7% nie jest złym wynikiem. Analitycy oczekiwali jednak wyższej dynamiki na poziomie 7,2%. Doszliśmy do momentu, kiedy przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw osiągnęło 5000 złotych brutto.

Spadki cen złota

Rynki finansowe mają swoje barometry. Jednym z nich jest złoto. Teoretycznie niepowiązane z walutami, w praktyce od dawna wygląda to inaczej. Złoto uchodzi za bezpieczną inwestycję na trudne czasy. Im więcej ryzyk, tym chętniej inwestorzy lokują swoje środki w tzw. bezpiecznych inwestycjach. Jedną z nich jest złoto, które często drożeje podczas wzrostu napięć. Z drugiej strony, jeżeli na rynku jest spokojniej, to złoto tanieje. Obecne trzymiesięczne minimum cenowe świadczy o tym, że inwestorzy chętniej podchodzą do ryzykownych aktywów. Potwierdzają to ostatnie umocnienia się PLN względem głównych walut.

Chiny nie zwalniają

Po tym jak dane za luty pokazały (pierwszy raz od dekady) wzrost gospodarczy w ujęciu rocznym poniżej 6,5%, prognozy przewidywały dalsze spadki. Jednak dane za marzec uspokoiły rynki. Wzrost PKB w dalszym ciągu utrzymuje się na poziomie 6,4%. Analitycy wskazują, że jest to zasługa zarówno stonowania nastrojów w tzw. “wojnie handlowej”, jak i końca polityki zmniejszania zadłużenia społeczeństwa. Lepiej od oczekiwań wypadła również sprzedaż detaliczna oraz produkcja przemysłowa. W efekcie tych danych juan wyraźnie zyskał względem pozostałych walut.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:30 – USA – bilans handlu zagranicznego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Poznaj EU(ro)sceptyków. Odliczanie do wyborów w UE

Lekko i wyraźnie EU(ro)sceptyczne i antyestablishmentowe partie mogą uzyskać od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w nowym Parlamencie Europejskim (PE) według naszych prognoz opartych na aktualnych sondażach. Sondaże wskazują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum mogą zwiększyć swój udział mandatów w PE następnej kadencji do blisko 26% z obecnego poziomu 23%, natomiast partie z lewej strony spektrum prawdopodobnie utrzymają niezmieniony udział na poziomie około 7%.

Gdyby Wielka Brytania uczestniczyła w wyborach do PE, wpływ na rozkład mandatów w następnym PE byłby ograniczony. Obóz eurosceptyczny zyskałby dodatkowy udział mandatów rzędu 2-3 pp w porównaniu z naszymi podstawowymi prognozami. Chociaż nie zmieniłoby to zasadniczo równowagi w PE, mogłoby wpłynąć na tworzenie się eurosceptycznych grup.

Mamy wątpliwości, czy eurosceptyczne i nacjonalistyczne grupy w PE będą potrafiły przełamać to, co je wcześniej różniło i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Chociaż ich polityczna i ekonomiczna retoryka może być podobna, konkretne punkty widzenia i żądania często znacząco się różnią. Jednak nawet bez wspólnego planu eurosceptycy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) będzie znacznie bardziej złożone.

Gdyby eurosceptyczne grupy osiągnęły wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów obecnie otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii.

Gospodarcze oddziaływanie zwiększonego wpływu eurosceptyków w Parlamencie Europejskim trudno skwantyfikować, ponieważ grupy te charakteryzują się dość zróżnicowanymi programami ekonomicznymi i fiskalnymi. Ale z pewnością dodatkowo zwiększają niepewność dotyczącą możliwości podejmowania decyzji i spójności polityki w UE, a w ten sposób mogą negatywnie wpłynąć na zaufanie inwestorów oraz postrzeganie ryzyka politycznego przez rynki.

Poznaj EU(ro)sceptyków

Do wyborów do Parlamentu Europejskiego pozostało mniej niż 50 dni i z dnia na dzień atmosfera staje się coraz gorętsza. W tym naszym trzecim opracowaniu dotyczącym wyborów, skupiamy się na jednej z głównych kwestii wokół wyborów – rosnącej sile partii antyeuropejskich. Co to za partie, ile ich jest i jaki będzie ich wpływ w kolejnym PE? Co napędza ich rozwój i co motywuje ich elektorat?

Jak wskazują nasze aktualne prognozy, wokół wyborów panuje duża niepewność. Według prognoz opartych na sondażach, prawicowe antyunijne i eurosceptyczne partie mogą uzyskać ponad jedną czwartą mandatów. Jeśli dodać do tego łagodnie eurosceptyczne i antyestablishmentowe partie ze skrajnej lewicy, ich udział mógłby wzrosnąć do jednej trzeciej. Oznacza to, że szersze porozumienie grup z politycznego centrum byłoby konieczne do konstruktywnego tworzenia polityki w kolejnym Europarlamencie.

Rosnąca pozycja eurosceptyków również pokazuje, że tradycyjne spektrum polityczne od lewicy do prawicy, a także osie geograficzne Północ-Południe i Wschód-Zachód wydają się być w coraz większym stopniu zastępowane podziałem na siły pro- i antyunijne. Wynik majowych wyborów do Europarlamentu może pokazać, jak głęboki stał się ten podział. Jeśli eurosceptyczne grupy osiągną wyniki nawet lepsze niż przewidywane, Europarlament mógłby w większym stopniu podzielić się na dwa obozy: jeden „prounijny”, który ogólnie jest zaangażowany na rzecz projektu europejskiego, i jeden „antyunijny”, który (w różnym stopniu) kwestionuje aktualny układ instytucjonalny UE. Wraz z poprzednimi przesunięciami w Radzie, gdzie niektórzy z liderów teraz otwarcie ścierają się z UE na temat jej zasad i wartości, a także perspektywą nowej Komisji, w skład której prawdopodobnie wejdą (wybrani w na poziomie krajowym) Komisarze mniej oddani UE w jej obecnej postaci, może się to przyczynić do coraz większego podziału Unii .

Aktualizacja prognoz – EFDD prawdopodobnie straci status grupy

Nasze zaktualizowane na podstawie sondaży prognozy wskazują na pewne znaczące zmiany w porównaniu z naszymi szacunkami z początku lutego: Eurosceptyczna EFDD straci status grupy, ponieważ kilku z jej członków, w tym włoski Ruch Pięciu Gwiazd, zapowiedziało, że będzie poszukiwać nowych sojuszników po majowych wyborach.1 Obecnie przewiduje się, że udział EFDD w ogólnej liczbie mandatów spadnie o ponad dwie trzecie (3,9 punktu procentowego), podczas gdy nasza poprzednia prognoza przewidywała lekki wzrost o 0,5 pp (patrz Wykresy 1 i 2). Przewidywana strata mandatów S&D i EPP w porównaniu z obecnym składem Europarlamentu lekko rośnie odpowiednio do -6,5 pp (Δ -0,4 pp) i -3,8 pp (Δ -0,5 pp). Przewidywany przyrost mandatów En Marche, Zielonych i Zjednoczonej Lewicy pozostaje bez zmian, podczas gdy udział ALDE według obecnych prognoz wzrośnie o 2,2 pp (Δ +1,2 pp). ENF zwiększa prowadzenie do 3,7 pp (Δ +0,4 pp). Według aktualnych sondaży nowe partie zyskają 7,2 pp w kolejnym Europarlamencie (obecnie z uwzględnieniem M5S i hiszpańskiego VOX), podczas gdy partie nie należące obecnie do większego bloku mogą lekko zmniejszyć swój udział o 0,4 pp. Tak jak we wcześniejszych prognozach, przewiduje się, że EPP i S&D pozostaną największymi frakcjami w kolejnym Europarlamencie, przed ALDE i ENF. Pozycja ECR rośnie o jeden poziom do #5 kosztem Zjednoczonej Lewicy. EFDD staje się najmniejszą grupą stojącą za partią prezydenta Macrona En Marche.

Dużo się mówi o nasilaniu się antyunijnego populizmu w Europie, ale co to właściwie są za grupy i partie?

Eurosceptyczne i antyunijne partie nie stanowią jednorodnej grupy i nie ma tu wyraźnej klasyfikacji. Znajdują się głównie na skrajnej prawicy i skrajnej lewicy politycznego spektrum, ale można je znaleźć również wśród partii z centrum. Często realizują wyraźnie populistyczny program, tj. oferują uproszczone i emocjonalnie atrakcyjne odpowiedzi na złożoną rzeczywistość polityczną. Ale z pewnością nie są jedynymi używającymi populistycznej retoryki i wytyczenie wyraźnej linii podziału może w związku z tym być trudnym zadaniem.

Tym, co często łączy eurosceptycznych populistów, jest ich twierdzenie, że znają i reprezentują „ludzi”, przy czym to określenie może niekoniecznie odnosić się do całości czy choćby większości elektoratu. Postrzegają siebie jako głos „ludzi” przeciwko zniechęconej i skorumpowanej krajowej i europejskiej „elicie” lub „establishmentowi” partii głównego nurtu (do których, jak twierdzą, nie należą).

Zazwyczaj Eurosceptycy przedstawiają się również jako obrońcy narodowych interesów przed „brukselską bańką” europejskich instytucji i biurokracji. Prawicowi Eurosceptycy i antyunijne partie zwykle koncentrują się na takich tematach jak tradycyjne wartości, tożsamość, narodowa suwerenność, nacjonalizm i imigracja, podczas gdy grupy lewicowe na ogół mocniej skupiają się na takich tematach jak środki oszczędności, nierówność dochodów, globalizacja i handel (chociaż wiele z nich zaczęło w ostatnich latach również przyjmować bardziej antymigracyjną retorykę).

Eurosceptyczne i antyunijne partie można znaleźć w całej UE, chociaż występują istotne różnice we wpływie, jaki wywierają na poziomie kraju, i poparciu głosujących. Generalnie można zaobserwować rosnącą atrakcyjność tych grup dla części europejskiego elektoratu w ostatnich latach, szczególnie od czasu kryzysu finansowego z lat 2009/8 i kryzysu migracyjnego w 2015 r.

W Europarlamencie eurosceptyczne i antyunijne partie są głównie zorganizowane w cztery spośród obecnych ośmiu transnarodowych grup lub partyjnych rodzin:

— Skrajnie prawicowa, nacjonalistyczna, antymigracyjna i często wprost antyeuropejska Europa Narodów i Wolności (ENF). Do ENF należą „Zjednoczenie Narodowe” (wcześniej „Front Narodowy”) Marine Le Pen z Francji, włoska „Lega” Matteo Salviniego, austriacka FPÖ oraz holenderska Partia Wolności.

— Do antyestablishmentowej, częściowo skrajnie prawicowej i twardo eurosceptycznej Europy Wolności i Demokracji Bezpośredniej (EFDD). Do EFDD należy niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD). Obecnie największy członek ugrupowania, brytyjska partia UKIP odpadnie po brexicie, natomiast włoski Ruch Pięciu Gwiazd ogłosił, że znalazł nowy sojusz do następnego PE.

— Eurosceptyczna i antyfederalistyczna grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (ECR), która przesunęła się bardziej na prawo przez włączenie nordyckich partii prawicowych. Po brexicie grupa straci brytyjskich torysów, którzy zapewniali pragmatyczne podejście do polityki w ECR. Największym członkiem grupy zostanie polski PiS, który walczy z Brukselą w kontekście naruszenia przez Polskę europejskich zasad praworządności.

— Skrajnie lewicowa Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica (GUE/NGL), która skupia partie socjalistyczne, komunistyczne i antyestablishmentowe, ale również eurosceptyczne. Do tej grupy należą: niemiecka partia Linke, hiszpańska partia Podemos, ale też umiarkowanie eurosceptyczna partia „La France Insoumise” i grecka Syriza.

Fidesz węgierskiego premiera Viktora Orbána jest z pewnością najbardziej wyrazistą eurosceptyczną partią w na ogół proeuropejskiej i centrowej EPP, a członkostwo grupy ostatnio zawieszono w związku z ciągłą antyunijną retoryką i naruszeniami unijnego prawa. Niektórzy (radykalnie lub ekstremalnie) antyeuropejscy europarlamentarzyści i niektóre partie krajowe nie należą do żadnej grupy i w związku z tym zasiadają w Europarlamencie jako członkowie niezrzeszeni lub „Non-Inscrits” (na przykład węgierski Jobbik, niemiecka NPD czy grecki Złoty Świt).

W których państwach i regionach UE (i dlaczego) antyunijne grupy są najsilniejsze?

Mimo że eurosceptyczne i antyunijne grupy można znaleźć w całej UE, ich pozycja jest znacznie silniejsza w pewnych państwach niż w innych. Eurosceptycyzm nie ogranicza się do konkretnych regionów geograficznych i występuje zarówno wśród starych jak i nowych członków UE. Można go zaobserwować w państwach UE mających bardzo różne doświadczenia historyczne, warunki społeczno-gospodarcze i strukturę demograficzną. Większość europejskich systemów partyjnych w UE obejmuje co najmniej jedną prawicową lub lewicową populistyczną partię eurosceptyczną. Podczas gdy w większości państw UE partie te na ogół znajdują się wśród politycznej opozycji (tak jak we Francji, Niemczech i Hiszpanii), w ostatnim roku udział państw członkowskich z eurosceptycznym rządem (lub partnerem w koalicji rządowej) istotnie się zwiększył, obejmując Węgry, Polskę, Austrię, Danię, Finlandię i od ubiegłego roku Włochy.

Jeśli chodzi o udział głosujących, węgierski Fidesz (50%) i polski PiS (41%) mają szczególnie dobre wyniki (patrz Wykresy 4-8), a zaraz za nimi jest włoska Lega (33%). Wraz z M5S (22%) włoską koalicję rządową wspiera ponad połowa włoskiego elektoratu. Grecka Syriza, którą kieruje premier Alexis Tsipra, czy „Koalicja Radykalnej Lewicy” mają 26% głosów w ostatnich sondażach. FPÖ, którą kieruje Heinz- Christian Strache w Austrii i która należy do koalicji rządowej z konserwatywną partią ÖVP Sebastiana Kurza, ma poparcie około 23% wyborców. Francuskie Zjednoczenie Narodowe Le Pen (22%) jest w krajowych sondażach na równej pozycji z „En Marche” prezydenta Macrona. „Demokraci Szwecji” mają 19%, a niemiecka „Alternative für Deutschland” (AfD) późno dołączyła do grona eurosceptycznych partii. Liczba jej wyborców skurczyła się w ciągu ostatnich miesięcy ze szczytowego poziomu 15-16% do aktualnego poziomu około 10%-13%.4 Również atrakcyjność PVV Geerta Wildera dla wyborców w Holandii spadła do 8%.

Wzrost siły eurosceptycznego populizmu w ostatnich latach nie jest w pełni zrozumianym zjawiskiem, wydaje się, że występują zarówno wspólne jak i specyficzne dla poszczególnych państw czynniki nasilające ten wzrost, ale również czynniki oporu wobec tego zjawiska. Skrajnie lewicowe partie odgrywają małą rolę w większości państw członkowskich UE, które dawniej należały do Układu Warszawskiego. A jeśli chodzi o prawicowy populizm, Grecja, Portugalia i Hiszpania wykazały się znaczną odpornością, co często wyjaśnia ich doświadczenie prawicowego totalitaryzmu do drugiej połowy XX wieku. Jednak to doświadczenie wydaje się blaknąć w ostatnich latach, czego ilustracją jest powstanie ekstremalnie prawicowego Złotego Świtu w Grecji (obecnie 8% w sondażach) oraz ostatnio prawicowej populistycznej partii VOX (13%) w Hiszpanii.

Za czym (lub przeciwko czemu) opowiadają się EU(ro)sceptycy?

Często wyróżnia się „lekko” i „twardo” eurosceptyczne partie, chociaż są spory co do stopnia tych rozróżnień. W uproszczonej formie za „lekki” eurosceptycyzm można uznać ogólną zgodę na europejskie ramy instytucjonalne i członkostwo w UE przy nawoływaniu do reform pewnych aspektów Unii (np. oddanie większej suwerenności na poziom krajowy). Twardy eurosceptycyzm zwykle kwestionuje integrację europejską i samo członkostwo w UE oraz obejmuje nawoływania do opuszczenia UE w całości. Jednak często partie nie mieszczą się w jednej z tych grup i mogą gładko między nimi przechodzić.

Również w ramach eurosceptycznych grup w Europarlamencie partie różnią się stopniem antyeuropejskiej retoryki i programu politycznego. Gdyby spróbować szerokiej kategoryzacji, to twardy eurosceptycyzm nawołujący do opuszczenia UE można znaleźć głównie w ENF i EFDD, podczas gdy eurosceptycyzm występujący wśród partii w ECR na ogół jest łagodny lub umiarkowany z wyraźnymi wyjątkami takimi jak Demokraci Szwecji w ECR. GUE/NGL nie jest ogólnie eurosceptyczną grupą, ale u niektórych jej członków można znaleźć łagodnie eurosceptyczne stanowiska, np. grecka Syriza.

Istotne jest to, że kilka twardo eurosceptycznych partii ostatnio złagodziło swoją retorykę i skorygowało swoją narrację. Już nie zalecają, aby ich kraj opuścił UE, ale raczej kwestionują porządek instytucjonalny UE. Często nawołują do „odzyskania” kontroli państwa w pewnych obszarach polityki, w szczególności w zakresie migracji i polityki gospodarczej, oraz do obrony tego, co nazywają „prawdziwą Europą”, przed scentralizowaną w Brukseli biurokracją. Zamiast o opuszczaniu UE Zjednoczenie Narodowe Le Pen we Francji teraz mówi o „zreformowanej UE”, a dla niemieckiej AfD „DEXIT” nie jest podstawowym żądaniem, ale możliwością „ostatniej szansy”, jeśli reformy się nie powiodą.5 To może odzwierciedlać brak poparcia dla radykalnych kroków wśród krajowego elektoratu, którego większość w większości państw europejskich popiera członkostwo w UE, a także może być próbą dotarcia do bardziej umiarkowanych wyborców. Z pewnością odzwierciedla to również przestrogi, jakimi są brytyjskie doświadczenia z brexitem. Eurosceptyczne partie, którym udaje się wejść w skład rządu, też wydają się dość szybko łagodzić swoje stanowisko w sprawie wyjścia z UE, jak to miało miejsce w przypadku włoskiej partii Lega i Ruchu Pięciu Gwiazd.6 Jednak z perspektywy prounijnych i centrowych grup, ta zmieniona retoryka „decentralizowania” UE i przekształcania jej „od wewnątrz” w „Europę narodów” może być jeszcze większym wyzwaniem, ponieważ program „reform” eurosceptyków kwestionuje zasadność podstawowych instytucji UE, takich jak Parlament Europejski i Komisja. Gdyby eurosceptykom udało się skanalizować lęki wokół migracji i obawy elektoratu dotyczące tożsamości kulturowej i perspektyw gospodarczych wobec instytucji europejskich, sama akceptacja kształtu UE mogłaby być w coraz większym stopniu kwestionowana.

Kim są osoby popierające Eurosceptyków i ich grupy docelowe?

Odwołując się często do programu opartego na nastrojach niż na faktach, wielu eurosceptycznym i antyeuropejskim partiom udało się przemówić do tych części elektoratu w Europie, które coraz bardziej czuły się opuszczone (i pozostawione samym sobie przez partie centrum) w ogólnie obserwowanym wzroście pomyślności przypisywanej globalizacji, integracji europejskiej i postępowi technologicznemu. Ponieważ ta sytuacja dotyczy części ludności na całym kontynencie, partie z wyraźnym programem antyunijnym, antyglobalizacyjnym i antymigracyjnym zyskały na popularności w całej Europie. Ale to nie oznacza, że mają poparcie tylko części elektoratu w niepewnej i ekonomicznie niekorzystnej sytuacji albo elektoratu w strukturalnie słabych regionach UE.

Niemiecki projekt badawczy dotyczący nasilania się pozycji skrajnie prawicowej AfD stwierdza na przykład, że pomimo wymiernego wpływu czynników socjodemograficznych, takich jak bezrobocie i przeciętny poziom wykształcenia, nie można generalizować, kim jest „typowy wyborca AfD”.7

Jakie czynniki i kwestie powodują nasilanie się ruchów antyunijnych w Europie?

Z pewnością nie jest możliwe wskazanie jednego czynnika wyjaśniającego nasilanie się w ostatnich latach eurosceptycznego czy antyeuropejskiego populizmu. Są pewne trendy strukturalne, które zdecydowanie należy uwzględnić, w tym wpływ globalizacji, cyfryzacji, mniej jednorodnych społeczeństw, zmieniającego się zaangażowania politycznego oraz niższych poziomów zaufania instytucjonalnego – co nie ogranicza się do Europy, ale jest powszechnie obserwowanym zjawiskiem w zachodnich społeczeństwach.

Lewicowy i prawicowy eurosceptycyzm może się różnić pod względem intensywności odwoływania się do czynników ekonomicznych i kulturowych, ale do pewnego stopnia to rozróżnienie stało się zbyt uproszczone i nieaktualne. Lewicowe eurosceptyczne partie z pewnością mocniej koncentrują się na szkodliwym wpływie socjoekonomicznych konsekwencji globalizacji, takich jak rosnąca nierówność, natomiast prawicowi eurosceptycy raczej instrumentalizują sprzeciw wobec zagrożenia wartości kulturowych wśród wyborców. Jednak ostatecznie czynniki te są blisko ze sobą powiązane i często nie daje się ich łatwo rozdzielić. Brak poczucia bezpieczeństwa ekonomicznego może zwiększać indywidualne lęki, a tym samym podatność na myślenie w kategoriach „moja grupa” / „nie moja grupa” oraz postrzeganie zagrożeń gospodarczych ze strony zewnętrznych grup (imigranci, instytucje UE). Z tego powodu skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe partie często trafiają na obrzeża grup społecznych, a ich grupy docelowe wśród elektoratu się nakładają.

Te zjawiska o charakterze globalnym zbiegają się ze zmianami nastrojów w Europie w związku z kryzysem euro w latach 2011/12 i kryzysem uchodźctwa kilka lat później, które postrzega się jako kryzysy źle zarządzone przez rządy państw unijnych i organy UE, niezależnie od tego, czy jest to postrzeganie słuszne (patrz też Focus Europe, październik 2018). Również tarcia w procesie podejmowania decyzji mogą zaostrzyć postrzeganie nieudolności i przyczyniać się do sfrustrowania polityką Unii, która jest często postrzegana jako oderwana od spraw obywateli UE.

Jak silni staną się Eurosceptycy w następnym PE?

W naszym podstawowym scenariuszu (bez udziału Wielkiej Brytanii w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego) prognozy oparte na sondażach sugerują, że eurosceptyczne partie z prawej strony politycznego spektrum zwiększą udział mandatów w kolejnym PE do prawie 26% z obecnego poziomu 23%. I pomimo tego że po brexicie ECR straci swojego obecnie największego członka, torysów, a EFDD i ENF UKIP, poprzednio jedną z największych (obecnie podzieloną) spośród partii w PE. Partie skrajnej lewicy politycznego spektrum zachowają udział stosunkowo bez zmian na poziomie około 7%. Zatem całkowity udział łagodnych i twardych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii może wynieść od jednej czwartej do jednej trzeciej mandatów w kolejnym PE.

Pozostaną silne w państwach, w których zyskały znaczną pozycję już w poprzednich wyborach do Europarlamentu, takich jak Francja (Front Narodowy/ Zjednoczenie Narodowe), Austria (FPÖ), Węgry (Fidesz) i Polska (PiS), gdzie są nawet w rządzie. Ale jeśli chodzi o największe wygrane populistycznych, nacjonalistycznych antyunijnych partii, znowu wyróżniają się dwa państwa – Włochy i Niemcy. We Włoszech antyunijna rządowa koalicja partii Lega Nord i M5S może zdobyć 46 mandatów, czyli 60% ogólnej liczby mandatów przypadających na Włochy. W Niemczech skrajnie prawicowa antymigracyjna AfD może zdobyć co najmniej 10 mandatów w porównaniu z obecnie posiadanymi 7.

Jak będzie wyglądać układ eurosceptycznych grup i mandatów w kolejnym PE?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Większość prawicowych i skrajnie lewicowych eurosceptycznych i antyestablishmentowych partii należy obecnie do ECR, EFDD i ENF. Ale do stworzenia grupy w PE wymagane jest minimum 25 europosłów z jednej czwartej państw UE (tj. aktualnie 7). Jak pokazano na Wykresie 6, przewiduje się, że EFDD nie spełni żadnego z tych dwóch kryteriów. Poprzednio największy członek grupy, UKIP, jest teraz podzielony i częściowo przeniósł się do ENF. Ale jeśli brexit nie zostanie przesunięty (lub odwołany), parta ta tak czy inaczej wypadnie z PE. Francuska partia „Debout la France”, dotychczas członek EFDD, ogłosiła zamiar przystąpienia do ECR po majowych wyborach.

Włoski Ruch Pięciu Gwiazd już ogłosił, że rozważa utworzenie nowej grupy w PE razem z polską skrajnie prawicową partią Kukiz’15, chorwacką Živi zid i dwiema innymi mniejszymi partiami z Grecji i Finlandii. Ale potrzebowaliby co najmniej jeszcze dwóch członków z innych państw UE, żeby utworzyć własną grupę, a według aktualnych sondaży nie wszystkie z tych partii mogą wejść do PE.8 Okaże się, czy starania M5S o pozyskanie francuskich „żółtych kamizelek” mogą sprawić, że M5S znajdzie potencjalnych sojuszników w kolejnym PE. Kilka grup spod znaku „żółtych kamizelek” planuje start w wyborach z własnych list, które według sondaży mogą uzyskać 13% głosów we Francji.9 ECR, która według przewidywań zyska nowych członków takich jak holenderskie „Forum dla Demokracji” i francuską partię DLF, pozostanie największą grupą pod względem reprezentowanych państw UE, ale nie pod względem europosłów. Tutaj grupa ENF, do której należy francuskie Zjednoczenie Narodowe i włoska Lega, stanie się największym eurosceptycznym blokiem z udziałem 8,7% i czwartą pod względem wielkości grupą w PE. W przypadku rozwiązania EFDD pozostali dwaj członkowie grupy: niemiecka AfD i litewska TT mogą przystąpić do ECR, ENF, działać niezależnie lub dołączyć do nowo zakładanej koalicji np. z Ruchem Pięciu Gwiazd. Również nie jest jeszcze ustalone, do jakiej grupy przystąpi hiszpańska skrajnie prawicowa partia VOX, która według przewidywań wejdzie do kolejnego PE jako nowy gracz, a także niektóre z dotychczas niezrzeszonych partii takie jak węgierski Jobbik.10 Również węgierski Fidesz, który według przewidywań wyśle 12 przedstawicieli do kolejnego PE i którego członkostwo w EPP zostało ostatnio tymczasowo zawieszone, już dał się skusić do wstąpienia w szeregi ECR.11

Gdyby wszystkie prawicowe eurosceptyczne i antyunijne partie utworzyły jedną grupę (wraz z aktualnie niezrzeszonymi oraz nowymi partiami i węgierskim Fideszem), mogłyby nawet zostać największą grupą w PE z blisko 26% mandatów, wyprzedając konserwatywną grupę EPP. Jednak taka grupa wydaje się raczej mało prawdopodobna, ponieważ obejmowałaby szerokie spektrum ideologiczne od łagodnych eurosceptyków i narodowych konserwatystów po wprost antyeuropejskie partie i radykalnie prawicowych ekstremistów. Na skrajnej lewicy antyestablishmentowa i częściowo (łagodnie) eurosceptyczna Zjednoczona Lewica/Nordyccy Zieloni (GUE/NGL) zachowują udział mandatów na względnie stałym poziomie około 7%, podczas gdy udział niezrzeszonych partii antyestablishmentowych i socjalistycznych/komunistycznych jest marginalny na poziomie poniżej 0,5% mandatów.

Co z brexitem?

Już szeroko omawialiśmy wpływ Brexitu na wybory europejskie w informacji nr #1 w ramach odliczania do wyborów do Europarlamentu. Jeśli Wielka Brytania wyjdzie z UE zgodnie z pierwotnym planem przed 22 maja, tj. dzień przed rozpoczęciem wyborów, żaden brytyjski europoseł nie zasiądzie w następnym PE. Jeśli Wielka Brytania poprosi o większe przedłużenie artykułu 50 i tym samym będzie musiała wziąć udział w wyborach, miałoby to wymierny, ale jednak ograniczony wpływ na rozkład mandatów. Nasze aktualne prognozy potwierdzają poprzednio przewidywane wyniki, według których obóz eurosceptyczny zyskałby około 2 do 3 pp w porównaniu z prognozami w scenariuszu podstawowym. UKIP, która przystąpiła do EFDD w 2014 r., jest teraz rozbita pomiędzy ENF, EFDD a niezrzeszonymi, podczas gdy poprzedni lider partii Nigel Farage przystąpił do nowo utworzonej „Brexit Party”. Udział Wielkiej Brytanii w wyborach do PE nie zmieniłby znacząco równowagi w kolejnym PE, mógłby jednak mieć wpływ na tworzenie grup.

Czy eurosceptycy w PE mają wspólny program?

W ubiegłym roku pomysł paneuropejskiego wspólnego ruchu rozproszonego nacjonalistycznego, eurosceptycznego obozu zyskał szeroką uwagę. Przywódcy partii z całego antyunijnego spektrum wyrażali chęć bardziej zjednoczonej frakcji w ramach parlamentu. Wicepremier Włoch Matteo Salvini (Lega) wzywał do utworzenia „Ligi Lig Europy, łączącej wszystkie wolne i suwerenne ruchy, które chcą bronić swoją ludność i granice”.12 Zaprosił również skrajnie prawicowe partie z całej UE na spotkanie 8 kwietnia w Mediolanie w celu utworzenia sojuszu przed majowymi wyborami. Jednak tylko kilka partii faktycznie uczestniczyło w spotkaniu.13 Zjednoczony antyunijny sojusz jest z pewnością tym, co miał na myśli były doradca prezydenta Trumpa, Steve Bannon, kiedy ostatnio dofinansował „Ruch” na rzecz zgromadzenia wszystkich eurosceptycznych i nacjonalistycznych sił pod jednym sztandarem. Ale dotychczas reakcja na starania Bannona wśród eurosceptycznych przewódców partii jest raczej chłodna.14

Mamy wątpliwości, czy antyunijne i nacjonalistyczne grupy w PE będą w stanie przełamać swoje poprzednie rozbieżności i zbudować znacznie bardziej zjednoczony blok. Wynika to częściowo z różnic w politycznej orientacji i ideologii partii, ale też częściowo wynika z osobowości i zabiegania o przywództwo w dużych antyeuropejskich i eurosceptycznych partiach. Włoska koalicja rządowa Lega-M5S jest dobrym przykładem tego, jak trudne może być uzgodnienie i realizowanie wspólnego programu przez prawicowe i lewicowe partie populistyczne. Ale również z powodów strukturalnych silniejsze zjednoczenie eurosceptycznych partii może być wyzwaniem, co sprawia, że utworzenie jednej dużej grupy lub sojuszu w następnym PE jest raczej mało prawdopodobne. Pomimo wspólnych elementów ideologicznych, np. w sprawie migracji i zewnętrznej granicy, istnieją zasadnicze (regionalne) podziały dotyczące preferowanej reakcji politycznej, na przykład w zakresie redystrybucji uchodźców w Unii. Niektóre z tych partii, takie jak francuskie Zjednoczenie Narodowe, włoska Lega, niemiecka AfD i austriacka FPÖ, uznaje się za bliskie Rosji, podczas gdy zwłaszcza polski PiS ma poważne zastrzeżenia wobec wschodniego sąsiada.15

Jednak o ile jedność i konsensus wśród krytyków Unii są niezbędne do konstruktywnego tworzenia polityki, o tyle nie aż tak bardzo są niezbędne do utrudniania życia innym grupom w PE. Nawet bez wspólnego programu te grupy mogą sprawić, że budowanie koalicji (na poziomie krajowym) stanie się o wiele bardziej złożone.16

Jakie są polityczne i gospodarcze konsekwencje antyunijnego populizmu?

Nie przewidujemy w następnym PE zasadniczej zmiany większości prowadzącej do mocno zmienionego programu. Jednak zwiększone rozproszenie sił w kolejnym parlamencie utrudni podejmowanie ważnych decyzji. Może to wpłynąć na szeroki wachlarz tematów instytucjonalnych i ekonomicznych, w tym wybór nowego Przewodniczącego Komisji, następnego wieloletniego budżetu UE, umowy handlowe z państwami trzecimi oraz relacje z wielką Brytanią po brexicie. Również styl dialogu politycznego oraz retoryka mogą stać się bardziej populistyczne. To może utrudnić realizację polityki z długoterminowymi korzyściami (których pozytywny wpływ niekoniecznie będzie od razu widoczny).

Zwiększony wpływ antyeuropejskich populistycznych partii zarówno w następnym PE, jak i w Radzie Europejskiej oraz polityce krajowej, przyczyniają się do podwyższonego poziomu niepewności politycznej, co wpływa zarówno na wewnętrzne sprawy UE, jak i na jej pozycję w zmieniającym się i coraz bardziej konkurencyjnym globalnym porządku. Wysoki poziom niepewności może mieć istotne koszty ekonomiczne. Prawdopodobnie będzie stwarzać przeszkody dla inwestowania, ponieważ przedsiębiorstwa mogą odkładać decyzje lub zmniejszać budżety inwestycyjne. Najlepiej ilustruje to przykład Wielkiej Brytanii przed jej historycznym wystąpieniem z UE.

Poza przedsiębiorstwami niepewność polityczna może również podkreślać bardziej krótkowzroczną orientację rządowej polityki gospodarczej i inwestycji publicznych. Tutaj oczywistym przykładem są Włochy i ich spór z Komisją Europejską w sprawie polityki fiskalnej, polityki zadłużenia i reform. Niepewność może również wpłynąć na konsumentów, którzy są skłonni do powstrzymywania się od konsumpcji.

Warunki gospodarcze w UE są bardzo zróżnicowane i nie wszystkie państwa, gdzie kwitnie antyeuropejski populizm, zmagają się z wysokim bezrobociem i powolnym wzrostem. Jednocześnie antyeuropejskie lub eurosceptyczne rządy niekoniecznie prowadzą szkodliwą politykę gospodarczą, przynajmniej krótkoterminowo, jak pokazuje przykład Polski czy Węgier. Ale w państwach, gdzie populiści zyskują wpływy lub władzę z powodu braku równowagi gospodarczej, ich ambicja, aby zadowolić wyborców krótkowzrocznym luzowaniem fiskalnym, może pogorszyć warunki w perspektywie średnioterminowej. Złe zarządzanie na poziomie krajowym może przyczynić się do powstawania warunków, w których populiści znakomicie się rozwijają, i dodatkowo zwiększyć poczucie słabnięcia Unii Europejskiej, co może dalej napędzać apetyt na rozwiązania krajowe.

Pod względem polityki gospodarczej populiści często nie wpisują się w tradycyjny podział na lewicę/prawicę. Chociaż czasem rozróżnia się lewicowych i prawicowych populistów, polityka gospodarcza nie jest ich cechą definiującą. Populiści podkreślają inny podział („ludzie” i „elity”). Przy tym polityka gospodarcza ma wtórne znaczenie i to raczej jako środek niż cel. Potrzebują być popularni a nie konsekwentni. Pozwala to na znaczny zakres (i zmiany) stanowisk w sprawie typowych tematów w dziedzinie polityki gospodarczej, takich jak redystrybucja i opodatkowanie lub protekcjonizm i handel. Podobnie ogólne podejście do polityki gospodarczej może łączyć interwencjonizm z mieszankami laissez faire. Można argumentować, że populistyczna polityka gospodarcza jest skrzywiona w kierunku rozwiązań krótkookresowych (i z kolei ma tendencje do pomijania lub umniejszania roli ryzyk średnio- i bardziej długookresowych, np. wynikających z rosnącego deficytu, inflacji), z większym naciskiem na tematy makroekonomiczne niż mikroekonomiczne, takie jak reformy strukturalne. Głównymi ryzykami populistycznej polityki gospodarczej są protekcjonizm, zadłużenie i osłabienie instytucji (gospodarczych).

Jaka jest odpowiedź partii proeuropejskich na to wyzwanie?

Odpowiedzią jest często jedna z dwóch możliwości:

— Atakują populistów jako populistycznych demagogów i wrogów europejskich wartości i osiągnięć. Francuski prezydent Macron i jego wezwanie do utworzenia „proeuropejskiego sojuszu” i do „europejskiej odnowy” jest doskonałym tego przykładem.

— Partie centrum mogą też zaadaptować lub naśladować (częściowo) program i retorykę eurosceptyków, mając nadzieję na odebranie im siły oddziaływania. Przykładem (udanego) zastosowania tego podejścia jest centroprawicowa koalicja rządowa austriackiego premiera Kurza, ale też przesunięcie się Niemiec w kierunku bardziej restrykcyjnej polityki migracyjnej.

Oba podejścia można zakwalifikować jako (krótkoterminowe) środki zaradcze, ale mogą one też łatwo obrócić się przeciwko tym, którzy je stosują.

— Dla eurosceptyków prezentowanie się swojemu elektoratowi jako walczących z zewnętrznym przeciwnikiem, w tym przypadku z „uciskającymi” instytucjami/establishmentem UE i ich przedstawicielami, jest podstawową formą działania. Przyjęcie tej udawanej walki poprzez otwarty atak może jeszcze bardziej wzmocnić poparcie dla eurosceptyków na poziomie krajowym.

— Próba odzyskania wyborców poprzez dostosowanie populistycznego programu antymigracyjnego i antyeuropejskiego może również przynieść pożądany skutek, przynajmniej krótkoterminowo. Ale może też pomóc w przeniesieniu poprzednio niechętnie widzianych stanowisk i poglądów z politycznych obrzeży do centrum społeczeństwa i promować debatę polityczną coraz bardziej opartą na emocjach a nie na faktach.

Co mogą zrobić proeuropejskie partie i przywódcy, żeby odzyskać rozczarowanych i niezaangażowanych wyborców?

Nie ma łatwej i uniwersalnej odpowiedzi na to pytanie. Można zakładać, że proeuropejskie partie i przywódcy mają pełną świadomość wyzwań, ale jak wskazano powyżej, znalezienie dobrej odpowiedzi to inna para kaloszy.

— Generalnie zaufanie do unijnego porządku demokratycznego, instytucjonalnego i prawnego wymaga, aby UE zaspokajała potrzeby swoich obywateli w zakresie bezpieczeństwa, dobrobytu i partycypacji. Odzwierciedla to wezwanie Komisji do tworzenia „Europy, która realizuje swoje obietnice”. Jednak jednoczesne spełnienie oczekiwań ponad 500 milionów obywateli UE z różnych obszarów geograficznych, kulturowych i zróżnicowanych gospodarczo jest ogromnym zadaniem. Wymaga też otwartej i ciągłej dyskusji o europejskich dobrach publicznych.

— Wskazanie powodów nasilenia się pozycji eurosceptycznych zarówno w UE, jak i na poziomie krajowym jest również istotne. Emocjonalna i uproszczona retoryka oraz bezpodstawne roszczenia mogą być użyte w celu zmanipulowania wyborców, ale nie trafiałyby do szerszego elektoratu, gdyby nie występowały jakieś zaburzenia równowagi społecznej i słabe punkty. Zwiększony niepokój dotyczący indywidualnej i zbiorowej przyszłości Europejczyków, często związany z szybkimi zmianami gospodarczymi, kulturowymi i technologicznymi w ostatnich latach, wymaga szczerej reakcji. Odpowiednie zakomunikowanie tego powinno być możliwe tam, gdzie obawy są bezpodstawne lub przesadzone. Tam, gdzie są uzasadnione, wyborcy zażądają odpowiedniej polityki.

— (Międzypokoleniowe) nierówności szans i rosnące nierówności w zakresie dochodów i poziomu zamożności mogą być pożywką dla populistów i eurosceptyków, jednak podejście do tych kwestii poprzez zastosowanie krótkowzrocznego i niemożliwego do utrzymania luzowania podatkowego może się w średniookresowej perspektywie obrócić przeciwko stosującym takie rozwiązania. Wreszcie niejednorodność UE może wymagać szytych na miarę, specyficznych dla danego kraju reakcji.

— Krytyka instytucji europejskich i europejskiego przywództwa nie jest automatycznie antyeuropejska. Jednak często uogólnione oskarżenia o gospodarczą i polityczną „elitarność”, korupcję i politykę klienteli nie mają mocnych podstaw w faktach. Aby jednak wykazać fałszywość takich twierdzeń, jeśli są nieuzasadnione, oraz aby zapobiegać przyszłym nadużyciom, jeśli takie mogą wystąpić, najwyższe standardy transparentności i uczciwości wśród europejskich przedstawicieli politycznych nabierają coraz większego znaczenia.

— Nie do końca jasny jeszcze wpływ technologii i mediów społecznościowych na debatę polityczną i ich wpływ na wyborców. Chociaż granica pomiędzy informacją a manipulacją w polityce nigdy nie była wyraźna, celowa dezinformacja i profilowanie psychologiczne stosowane w celu wywierania systematycznego wpływu na zachowanie wyborców to niebezpieczne zjawisko zmieniające reguły gry w demokratycznych społeczeństwach. Zajęcie się tą kwestią, czy to w kontekście Parlamentu Europejskiego, czy w kontekście wyborów krajowych, wymaga wspólnego wysiłku na poziomie europejskim oraz wyraźnej świadomości związanego z tym ryzyka cenzury.

— Instytucje europejskie i ich przedstawiciele są często wykorzystywani jako kozły ofiarne przez krajowych polityków nie tylko z obozu eurosceptycznego, ale też generalnie z obozu proeuropejskiego i z centrum sceny politycznej w celu odwrócenia uwagi od własnych niepowodzeń, wzmocnienia władzy lub forsowania własnego programu na poziomie kraju. Chociaż może być to kuszące, potencjalne koszty polityczne i reakcja na taką taktykę stają się coraz bardziej widoczne.

— UE dołożyła znacznych starań w celu zakomunikowania obywatelom Europy zalet członkostwa w Unii i historycznych osiągnięć integracji europejskiej. Dla porównania, proeuropejska komunikacja ze strony krajowych przywódców i przedstawicieli często pozostaje z tyłu.

— Pogląd, że „więcej Europy” nie jest z definicji najlepszym podejściem do wszystkich spraw europejskich, nie ogranicza się do eurosceptyków. Proeuropejskie partie i rządy z centrum sceny politycznej również z rosnącą ostrożnością podchodzą do dalszej integracji i centralizacji tych obszarów polityki unijnej, w których nie ma wyraźnego poparcia większości wyborców.

W 2019 r. ceny mieszkań będą rosnąć, ale mniej dynamicznie

W najnowszym raporcie dotyczącym rynku mieszkaniowego eksperci Emmerson Evaluation wskazują, że 2018 był rokiem znacznych podwyżek – zarówno cen mieszkań, które w wielu lokalizacjach osiągnęły rekordowe poziomy, jak i kosztów wykonawstwa budowlanego oraz cen gruntów pod nowe inwestycje mieszkaniowe. W 2019 r. tempo podwyżek będzie jednak mniej dynamiczne, prognozują autorzy raportu EVALUER INDEX 2019.

W raporcie EVALUER INDEX 2019 eksperci Emmerson Evaluation, firmy zajmującej się profesjonalną wyceną nieruchomości, przebadali najważniejsze rynki mieszkaniowe w Polsce. – Zgromadzone przez nas dane pokazują, że w 2018 r. ceny mieszkań wzrosły we wszystkich największych miastach w Polsce i to zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wzrosty cen nowowybudowanych lokali były większe niż w przypadku tych z drugiej ręki – zaznacza Dariusz Książak, Prezes Emmerson Evaluation.

Na rynku padły kolejne rekordy

W 6 z analizowanych w raporcie EVALUER INDEX 2019 miast mediana cen mkw., po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 5 tys. zł. Taki rekord autorzy opracowania zanotowali na rynkach Katowic, Szczecina, Bydgoszczy, Olsztyna, Białegostoku i Rzeszowa. W Warszawie po raz pierwszy w 6-letniej historii raportów EVALUER INDEX mediana ceny mkw. na rynku pierwotnym przekroczyła 9 tys. zł, a w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku – 7 tys. zł. Bardzo mocno wzrosły też ceny mieszkań w Gdyni, gdzie mediana w 2018 r. uplasowała się na poziomie powyżej 8 tys. zł/mkw. To wzrost o prawie 1,8 tys. zł w stosunku do poziomu z 2017 r. W ujęciu rok do roku, w ponad 3/4 z analizowanych lokalizacji wzrosty przekroczyły poziom 10%. Największe podwyżki Emmerson Evaluation odnotował we wspomnianej już Gdyni, ale także w Sopocie i Szczecinie (wynosiły one odpowiednio 28%, 21% i 19%). Nieco mniej dynamiczny wzrost (poniżej 10%) zanotowały rynki w m.in. Łodzi, Zielonej Górze, Toruniu (odpowiednio 9%, 8% i 7%). Wzrosty do 5% widoczne były jedynie w dwóch miastach – Lublinie i Kielcach. Mediana ceny lokali w stolicy województwa świętokrzyskiego zbliżyła się do poziomu 5 tys. zł/mkw.

Nie tylko kupujący doświadczają podwyżek

W opinii analityków Emmerson Evaluation wzrost cen mieszkań w 2018 r. spowodowany był kilkoma głównymi czynnikami. Po stronie podażowej, czyli deweloperów, największy wpływ miał wzrost kosztów generalnego wykonawstwa, w tym zarówno materiałów budowalnych, jak i robocizny. Wzrost twardych kosztów budowy był szczególnie widoczny w Warszawie, gdzie wg obliczeń ekspertów firmy sięgał średnio 17% względem roku 2017. Podwyżki nie ominęły również mniejszych miast wojewódzkich, gdzie zanotowano średni wzrost na poziomie 9% w porównaniu do 2017 r. W wartościach bezwzględnych we wszystkich analizowanych w raporcie miastach twardy koszt budowy 1 mkw. Powierzchni Użytkowej Mieszkalnej (PUM) przekroczył 4 tys. zł, przy czym w Warszawie wyniósł ok. 4,5 tys. zł/mkw. PUM.

Ceny zakupu terenów pod budowę w 2018 r. również wzrastały. Według szacunków analityków firmy największy, bo aż dwucyfrowy, wzrost ceny gruntu w przeliczeniu na 1 mkw. PUM nastąpił we Wrocławiu i Warszawie (po 11% w każdym z tych miast względem roku poprzedniego) oraz Poznaniu (o 10% w porównaniu do 2017 r.).

Wzrost cen nowych mieszkań był stymulowany także ze strony popytowej. Już kolejny rok z rzędu wyprzedawały się one na etapie „dziury w ziemi”. Deweloperzy zatem nie mieli oporów w oferowaniu coraz wyższych cen za mieszkania. Podnosili ceny ofertowe nawet raz na miesiąc, więc kupujący nie mieli zbyt dużego pola do negocjacji – dodaje Dariusz Książak.

Sytuacja na rynku pierwotnym stymulowała rynek wtórny. Tam również mieszkania wyprzedawały się „na pniu”. Ceny mieszkań z drugiej ręki mocno więc wzrosły. W 2018 r. mediana ceny w Warszawie, po raz pierwszy od 2013 r., przewyższyła 8 tys. zł/mkw., a w Gdańsku 6 tys. zł/mkw. Prawie 1/3 z analizowanych lokalizacji zanotowała wzrosty cen na poziomie co najmniej 10% w porównaniu do 2017 r. Największe podwyżki nastąpiły w Łodzi (18%). Główną motywacją nabywców dokonujących zakupu mieszkań na rynku wtórnym była niższa cena mkw. niż w przypadku lokali z rynku pierwotnego. Dodatkowe czynniki, jak atrakcyjna lokalizacja, w tym dobry dostęp do komunikacji miejskiej czy społecznej (szkoły, przedszkola) także były brane pod uwagę podczas decyzji o zakupie.ceny mieszkań 2019 prognoza

Sprzedaż w 2018 r. nadal na wysokim poziomie

Zaprezentowane w raporcie EVALUER INDEX 2019 dane świadczyły o bardzo dobrej sytuacji sprzedających mieszkania w ubiegłym roku. Mimo, iż w 2018 r. dynamika sprzedaży spadła w kilku lokalizacjach, m.in. w Katowicach, Wrocławiu oraz Poznaniu, to zanotowany poziom i tak należy do jednych z najwyższych w historii. Liczba sprzedanych mieszkań w 7 największych polskich miastach (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Łódź i Katowice) w 2018 r. była jedynie o 0,3% niższa niż w 2016 r. i o 17% niższa niż w 2017 r. Jest to więc trzeci wynik w historii. – Spadek liczby transakcji odnotowaliśmy głównie w przypadku zakupów gotówkowych, dokonywanych zwykle przez osoby inwestujące w mieszkania na wynajem. Dla części z nich ceny w niektórych lokalizacjach mogły już osiągnąć poziom zagrażający uzyskaniu oczekiwanej rentowności z inwestycji – zauważa Prezes Emmerson Evaluation. Dobrą sytuację dla nabywców dokonujących zakupów na własne cele mieszkaniowe stymulowały preferencyjne warunki kredytowe oferowane przez banki, dodaje ekspert.

W 2019 r. dalszy wzrost cen, ale już mniej dynamiczny

W 2019 r. analitycy Emmerson Evaluation spodziewają się, że dynamika wzrostu cen mieszkań będzie stopniowo zwalniać. Z jednej strony, ceny mieszkań wciąż będą znajdować się pod presją wysokich kosztów budowy. Deweloperzy, w obliczu rosnących kosztów gruntów, materiałów budowlanych oraz siły roboczej będą musieli podnosić ceny w celu utrzymania swoich marż przynajmniej na notowanym dotychczas poziomie. Do tego mogą dojść kolejne czynniki, które mogą kreować wzrost nakładów na produkcję mieszkań, jak chociażby perspektywa zwiększenia kosztów prowadzenia rachunków powierniczych w związku planowaną przez rząd zmianą przepisów dotyczących działalności deweloperskiej. Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę, że ceny mieszkań rosną systematycznie od 2014 r. i w tym czasie wzrosły średnio o ok. 30%, a w najlepszych lokalizacjach nawet znacznie więcej. Dalszy wzrost cen może nie być już akceptowany przez potencjalnych nabywców, w szczególności dla kupujących lokale mieszkalne inwestycyjnie – z przeznaczeniem na wynajem.  – Właśnie powszechność zakupów inwestycyjnych, jakie miały miejsce w ostatnich latach, postrzegamy jako główne zagrożenie dla dalszego rozwoju polskiego rynku mieszkaniowego. Nabywcy inwestycyjni w mniejszym stopniu, niż osoby kupujące na własne potrzeby mieszkaniowe, kierują się emocjami czy sentymentem do danej lokalizacji, koncentrując się głównie na ekonomicznych aspektach transakcji, w szczególności potencjalnej rentowności, jaką może dać zakup konkretnego lokalu. W związku z konsekwentnym wzrostem cen mieszkań w ostatnich latach stopa zwrotu z takich inwestycji zaczęła spadać. Dla tej grupy nabywców może być to argumentem przemawiającym za wstrzymaniem się z zakupami do momentu ustabilizowania się sytuacji na rynku. Z kolei osoby, które nabywają mieszkania na własne potrzeby, motywowane głównie obawą przed dalszymi podwyżkami, nie powinny wycofać się z rynku – tłumaczy Dariusz Książak.

Analitycy firmy przewidują, że tegoroczne zakupy mieszkań będą zatem nieco mniejsze niż w roku ubiegłym. W efekcie, w drugiej połowie roku dostępność mieszkań powinna nieco wzrosnąć, bo i wielkość oferty deweloperskiej wciąż znajduje się na poziomie zbliżonym do rekordowego. Taki stan powinien utrzymać się jeszcze przynajmniej przez lata 2019 i 2020 w związku rekordową liczbą mieszkań, na które wydano pozwolenia na budowę w ciągu ostatnich dwóch lat. – Korzystna dla kupujących relacja podaży do popytu nie będzie jednak na tyle znacząca, aby w 2019 r. całkowicie zahamować wzrost cen. Taki scenariusz, jest naszym zdaniem możliwy dopiero w roku 2020 – zaznacza Prezes Emmerson Evaluation. Głównymi czynnikami wspomagającymi dalszy rozwój rynku w najbliższym czasie będzie niski koszt kredytów, rosnące wynagrodzenia oraz niski poziom bezrobocia.

ZPP: Polska pilnie potrzebuje Doktryny Energetycznej

Aktualny stan i perspektywy rozwoju polskiej energetyki to nasz największy problem w kontekście konkurencyjności całej gospodarki. Zaniechania i brak strategicznego myślenia niebezpiecznie zbliżają nas do systemowej recesji i spadku poziomu życia obywateli. Polska pilnie potrzebuje doktryny energetycznej uwzględniającej procesy zachodzące na świecie, a nie tylko życzeniowe myślenie polityków. Tak wynika z najnowszego raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pt. „Założenia do strategii rozwoju energetyki w Polsce”.

Warunkiem poprawy otoczenia biznesowego Polski jest zbudowanie konsensusu politycznego wokół długoterminowego programu transformacji energetyki. Bez tego nie może być mowy o długoterminowej transformacji energetycznej Polski. Dla zapewnienia stałych i konkurencyjnych cen energii dla polskiego przemysłu, konieczna jest stopniowa prywatyzacja źródeł wytwarzania i linii przesyłowych, co wymusi rynkowe zachowania państwowych producentów.

Doktryna na czterech filarach

Filar Nr 1; Zmiana struktury własności i dywersyfikacja źródeł wytwarzania. Systematycznie zastępowanie państwowych kombinatów prądotwórczych prywatną energetyką rozproszoną. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, tak aby w 2030 roku energetyka węglowa stanowiła 50% polskiego miksu, a drugą połowę powinna stanowić energia uzyskana ze źródeł odnawialnych i paliw gazowych. Jeśli w miksie pojawi się atom, to nastąpi to na pewno dopiero po 2030 roku. Największe i nowo wybudowane bloki węglowe, muszą zostać w rękach państwa, choć zapewniać będą jedynie 30 – 40 % najwyższego zapotrzebowania krajowego. O ile linie przesyłowe 400 kV i 220 kV jeszcze przez wiele lat pozostaną w rękach państwa, to pozostała część źródeł wytwarzania oraz linii przesyłowych, (rewitalizowane bloki 200 MW), energetyka wiatrowa, gazowa, energia z odpadów, fotowoltaika, oraz linie 110 kV, linie średniego i niskiego napięcia, powinny zostać sprywatyzowane i podlegać mechanizmom rynkowym.

Filar Nr 2; Węgiel pozostaje ważnym źródłem energii. Zmienia się jednak strategia wydobycia i myślenie o znaczeniu samego węgla. To oznacza ograniczenie wydobycia do opłacalnych złóż, przy uwzględnieniu niezbędnych inwestycji górniczych. Konwencjonalna energetyka węglowa, docelowo ma jedynie gwarantować dostawy energii elektrycznej na wypadek zapaści systemu, czy zwiększonego zapotrzebowania.

Filar Nr 3; Rozwój odnawialnych źródeł energii, jako części ogólnokrajowej polityki rozwoju źródeł rozproszonych. Potrzeba optymalizacji i zwiększenia efektywności energetycznej, przy jednoczesnym ryzyku dalszego wzrostu cen energii powodują, że inwestycje w OZE stają się coraz bardziej powszechne i pożądane. Należy uruchomić programy regionalne i pozostawić decyzje o rozwoju źródeł rozproszonych lokalnym społecznościom, przy ogólnokrajowym systemie wsparcia dla inicjatyw regionalnych oraz założeniu, że okres wsparcia kończy się po 15 latach. Okres wsparcia można różnicować dla poszczególnych technologii.

Filar Nr 4; Państwo dalej musi ponosić odpowiedzialność za dostawy energii elektrycznej. Nie oznacza to jednak, że musi być właścicielem wszystkich źródeł wytwórczych i całości linii przesyłowych. Strategiczne źródła wytwórcze i strategiczne linie przesyłowe mogą, ale nie muszą, pozostawać w rękach państwa, jako gwarant bezpieczeństwa energetycznego kraju. Docelowo rola państwa musi się sprowadzać jedynie do kreowania i nadzoru nad polityką energetyczną.

Mając na uwadze powyższe założenia, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców rekomenduje:

• Szybkie wdrażanie polityki zmiany miksu nośników energii. Stopniowe ograniczenie udziału paliw stałych, zwiększenie udziału OZE i zwiększenie udziału paliwa gazowego, głównie, jako regulatora pracy źródeł odnawialnych. W ciągu 10 lat powinniśmy osiągnąć wielkości 50% w bilansie wytwarzania ze źródeł gazowo-odnawialnych, a 50% ze źródeł węglowych;

• Zdefiniowanie i ujawnienie krajowych zasobów węgla kamiennego w oparciu o dostępność ekonomiczną tych surowców. Porównanie krajowego potencjału wydobywczego z możliwościami importowymi, zarówno w zakresie cen, terminów i gwarancji dostaw;

• Opracowanie planów inwestycyjnych w elektrownie węglowe i górnictwo, w oparciu o gwarancje pokrycia 50% maksymalnego zapotrzebowania systemu;

• Ograniczenie do 2030 roku pracy bloków na węgiel brunatny i zastępowanie ich OZE, blokami gazowymi, a na terenach po górniczych w ramach rekultywacji tych terenów budowanie zespołów szczytowo pompowych;

• Przedstawienie programu doktryny energetycznej Komisji Europejskiej, uzyskanie akceptacji i negocjowanie darmowych emisji CO2, uzasadniając to koniecznością przeprowadzenia kompleksowej transformacji w dłuższym okresie czasu;

• Umożliwienie jak najszybszego rozwoju połączeń transgranicznych zarówno z krajami Unii Europejskiej, jak i najbliższymi sąsiadami;

• Sprywatyzowanie poprzez giełdę, przy zachowaniu nadzoru państwa, spółek dystrybucyjnych tak, żeby zmusić państwowych potentatów do zachowań rynkowych.

• Umożliwienie podmiotom rynkowym swobodny obrót energią, zarówno ze źródeł krajowych jak i z importu z dowolnego kierunku;

• Poprzez ułatwienia legislacyjne, intensywny rozwój partnerstwa publiczno-prywatnego w samorządach w zakresie uruchamiania źródeł wytwórczych energii i ciepła oraz tworzenia lokalnych sieci przesyłowych;

• Prawne uregulowania pozwalające na rozwój klastrów i spółdzielni energetycznych;

• Intensywny rozwój programu małej energetyki indywidualnej poprzez system zachęt dla odbiorców, jak również poprzez preferencje inwestycyjne w tym zakresie;

• Należy rozważyć przeniesienie polskiego programu budowy elektrowni atomowej w obszary stopniowo likwidowanych elektrowni na węgiel brunatny;

• Należy jak najszybciej podjąć decyzję o budowie morskich farm wiatrowych, stworzyć odrębną ścieżkę legislacyjną ułatwiającą prowadzenie tych inwestycji;

• Natychmiastowy powrót do wspierania rozwoju lądowych farm wiatrowych, najtańszego źródła wytwarzania energii elektrycznej;

• W możliwie najkrótszym terminie należy wdrożyć skuteczny i racjonalny system wsparcia dla źródeł fotowoltaicznych.

Sprzedaż samochodów osobowych w I kw. 2019 r. ze spadkiem

Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów ACEA podało, że z polskich salonów w marcu br. wyjechało ponad 50 tys. nowych samochodów osobowych, o 3% mniej niż rok temu, a jednocześnie 14,5% więcej niż w lutym br. Od początku roku zarejestrowano prawie 140 tys. osobówek, czyli zaledwie o 76 sztuk mniej (-0,1% r/r) niż w I kwartale ubiegłego roku. Mniej optymistyczne wieści płyną z Unii Europejskiej, gdzie wszystkie największe rynki zanotowały spadki. Eksperci Exact Systems, zwracają uwagę na stabilność naszego rynku względem UE i prognozują, że sprzedaż aut na koniec roku przekroczy 540 tys. Podkreślają także wagę rekordu rejestracji pojazdów elektrycznych ustanowionego w Norwegii.

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

– W porównaniu do państw Europy Zachodniej sytuacja na rynku motoryzacyjnym w Polsce jest stabilna. Potwierdzają to wyniki z kolejnych miesięcy 2019 r. Mimo że nasz rynek szczyt koniunktury ma już raczej za sobą i w tej chwili notuje minimalnie ujemną dynamikę w stosunku do zeszłego roku, to pod względem wolumenu sprzedaży jest to drugi najlepszy wynik w XXI wieku. To cieszy i wiele wskazuje na to, że w dalszej części roku również będziemy mieć do czynienia z wysokim popytem na nowe samochody osobowe. Oprócz sytuacji w największych państwach UE, warto także obserwować rynek norweski, który w marcu pobił kolejny rekord. Właśnie tam, po raz pierwszy w historii motoryzacji, sprzedano więcej aut elektrycznych niż tych z napędem tradycyjnym.[1] Ten wynik wytrąca elektrosceptykom kolejny argument z ręki i urzeczywistnia wizję elektromobilności jako dominującego trendu w branży automotive w niezbyt odległej przyszłości – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Marki premium z 10% wzrostem

W marcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 50 118 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli o 3% mniej niż w tym samym miesiącu 2018 roku.[2] Jest to drugi najwyższy wynik w XXI wieku. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 69,1% kupujących. Tylko 30,9% nabywców to klienci indywidualni. TOP3 marek nie zmieniło się w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca: najchętniej kupowane są modele Skody, druga na liście uplasowała się Toyota, a trzeci był Volkswagen. Rekordowy skok o +33% r/r zanotowała Dacia, co dało jej 5 miejsce w marcowym rankingu sprzedaży. Warto także zwrócić uwagę na ponadrynkową dynamikę rejestracji aut klasy premium +10,2% r/r.

W całym I kwartale 2019 roku zarejestrowano w Polsce 139 809 nowych samochodów osobowych, czyli o 76 sztuk mniej (-0,1%) rok do roku.

Auta elektryczne ze znacznym wzrostem, hybrydy i diesle ze spadkiem

Z danych PZPM wynika, że w marcu z salonów w Polsce wyjechało niemal 1 500 hybryd (-21,4% r/r) oraz 387 aut z napędem elektrycznym (+186,7% r/r). W porównaniu z ubiegłym rokiem zmniejszył się udział diesli (z 24,1% do 22,5%), a zwiększył silników benzynowych (z 70,6% do 72%).

Od początku roku, w Polsce zostało zarejestrowanych 4 900 hybryd (-10,1% r/r) oraz 615 samochodów z napędem elektrycznym lub hybrydowym plug-in (+78,3% r/r). Samochody z silnikami benzynowymi mają 72,9% udziału w rynku, a diesle 21,6% (I-III 2018: odpowiednio 71,1% i 23,2%).

W 2019 roku 500+

Z szacunków Exact Systems wynika, że roczna sprzedaż nowych samochodów osobowych w 2019 r. ponowie przekroczy 500 tys. sztuk. Jednakże wyniki za I kwartał skłaniają ekspertów do bardziej zachowawczych prognoz niż na początku roku.

– W styczniu przewidywaliśmy, że dynamika sprzedaży w 2019 r. wyniesie 5-9%. Niestety będzie ona prawdopodobnie niższa. Liczba rejestracji powinna utrzymywać się na poziomie podobnym do ubiegłorocznego, ale obecnie liczymy na jednocyfrowy wzrost dynamiki w granicach 3-5%, co powinno dać wynik na poziomie 540-560 tys. sprzedanych aut – podsumowuje Paweł Gos.

W UE kwartał na minusie

Kiepska passa nadal trwa w Europie. Z danych ACEA[3] wynika, że w marcu br. Europejczycy kupili ponad 1,72 mln nowych osobówek (-3,9% r/r). W trzecim miesiącu 2019 r. spadki odnotowały wszystkie największe rynki: Włochy (‐9.6%), Hiszpania (‐4.3% r/r), Wielka Brytania (‐3.4% r/r), Francja (‐2.3% r/r) i Niemcy (‐0.5% r/r). Pozycją numer 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie 2,2% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

W I kwartale popyt na nowe samochody spadł w Unii o 3,3% r/r, do nieco ponad 4 mln sztuk. W Niemczech rejestracje pozostały na prawie niezmiennym poziomie (+0.2% r/r), ale inne kluczowe rynki pogorszyły swoje wyniki, zwłaszcza Hiszpania (‐6.9% r/r) i Włochy (‐6.5% r/r).

[1] https://www.reuters.com/article/us-norway-autos-idUSKCN1RD2BB?fbclid=IwAR3ylhxS3eJD-KEJm44dH9njtm936hGWOAzfUEr7Rz-aiOEeKdUPnaSoDFA

[2] http://www.pzpm.org.pl/pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Marzec-2019r

[3] https://www.acea.be/uploads/press_releases_files/20190417_PRPC_1903_FINAL.pdf

Kiedy decyzja administracyjna podlega wykonaniu?

Wykonanie decyzji administracyjnej należy rozumieć szeroko – nie tylko jako czynności podejmowane w celu uzyskania stanu o charakterze przymusowym, określonego w orzeczeniu, ale również o charakterze dobrowolnym. To rezultat wydanego przez organ administracji rozstrzygnięcia. Podatnikowi może przynieść korzyść lub wyegzekwować od niego określony obowiązek.

Decyzja nieostateczna

Z art. 239a Ordynacji podatkowej wynika, że wykonaniu podlega wyłącznie decyzja ostateczna. Mianem ostatecznych należy natomiast określić te decyzje, które nie mogą zostać zaskarżone odwołaniem, nie zostały zaskarżone, mimo że odwołanie przysługiwało oraz te, w stosunku do których upłynął 14-dniowy termin do wniesienia odwołania. Przy czym zasada ta odnosi się nie tylko do decyzji stricte podatkowych, ale również nakładających na stronę obowiązek podlegający wykonaniu w trybie przepisów o postępowaniu egzekucyjnym. W odniesieniu do wykonalności wyłącznie decyzji ostatecznych ustawodawca przewidział tylko jeden wyjątek. Dotyczy on sytuacji wyjątkowej, w której możliwe jest nadanie orzeczeniu rygoru natychmiastowej wykonalności decyzji nieostatecznej.

Rygor natychmiastowej wykonalności

Rygor natychmiastowej wykonalności daje organom uprawnienie do przymusowej realizacji wydanego orzeczenia. Należy podkreślić, że stanowi on wyjątek i dotyczy tylko szczególnych, uzasadnionych sytuacji. Z tego względu organy podatkowe, nadając danej decyzji rygor, powinny zachować swoistą wstrzemięźliwość. Przesłanki do wydania takiego rozstrzygnięcia należałoby natomiast interpretować ściśle, bez marginesu swobody. Nadanie decyzji rygoru natychmiastowej wykonalności możliwe jest po spełnieniu dwóch kumulatywnych przesłanek. Oznacza to, że obie muszą wystąpić jednocześnie. Przepisy art. 239b Ordynacji podatkowej wskazują, że rygor jest możliwy w sytuacji, gdy organ podatkowy posiada informacje, z których wynika, że wobec strony toczy się postępowanie egzekucyjne w zakresie innych należności pieniężnych, wtedy, gdy strona nie posiada majątku o wartości odpowiadającej wysokości zaległości podatkowej wraz z odsetkami za zwłokę, na którym można ustanowić hipotekę przymusową lub zastaw skarbowy, w sytuacji, gdy strona dokonuje czynności polegających na zbyciu majątku znacznej wartości, a także wtedy, gdy okres do upływu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego jest krótszy niż trzy miesiące. Dodatkowo rygor nadawany jest wtedy, gdy organ podatkowy uprawdopodobni, że zobowiązanie wynikające z decyzji nie zostanie wykonane.

Rygor natychmiastowej wykonalności – kwestie techniczne

Rygor natychmiastowej wykonalności nadaje danemu orzeczeniu organ podatkowy pierwszej instancji w drodze postanowienia. Rozstrzygnięcie to podlega zaskarżeniu w drodze zażalenia. Wniesienie tego środka nie powoduje jednak wstrzymania wykonania decyzji. Co również istotne, nadanie rygoru nie powoduje skrócenia terminu płatności, który został wskazany w decyzji podatkowej lub który wynika z odpowiednich przepisów prawa. W ramach kwestii technicznych związanych z rygorem natychmiastowej wykonalności należy też wskazać, że określone typy orzeczeń są wyłączone od nadania rygoru. Ustawowy katalog obejmuje w tym zakresie: decyzję ustalającą lub określającą wysokość zobowiązania podatkowego, wysokość zwrotu podatku lub wysokość odsetek za zwłokę albo orzekającą o odpowiedzialności podatkowej płatnika lub inkasenta, osoby trzeciej albo spadkobiercy.

Decyzja ostateczna

Z kolei decyzja ostateczna, w oparciu o przepis art. 239e Ordynacji podatkowej, podlega wykonaniu, chyba że wstrzymano jej wykonanie. Do takiego wstrzymania wykonalności może dojść wówczas, gdy strona wniesie skargę do sądu administracyjnego. Decyzja podatkowa w takiej sytuacji pozostanie w swoistym zawieszeniu do momentu uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego. Wstrzymanie wykonalności zostaje stwierdzone na wniosek podatnika, po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Może też dojść do wstrzymania wykonalności z urzędu – po prawomocnym wpisie hipoteki przymusowej lub wpisie zastawu skarbowego, korzystających z pierwszeństwa zaspokojenia, które zabezpieczają wykonanie zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę – do wysokości odpowiadającej wartości przedmiotu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego. Wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji możliwy jest także w związku ze skargą do sądu administracyjnego, ale na wniosek podatnika skierowany bezpośrednio do sądu.

Dobrowolne wykonanie decyzji

W kontekście wykonania decyzji należy również zauważyć, że ewentualne wstrzymanie wykonalności nie pozbawia strony możliwości dobrowolnego wykonania orzeczenia. Wstrzymanie wykonalności dokonywane jest w interesie strony. Jeżeli dojdzie ona jednak do wniosku, że takiej formy „ochrony” nie potrzebuje, ma swobodę aby z niej zrezygnować. Wstrzymanie wykonalności ma charakter jednostronny, ponieważ stanowi swoiste ograniczenie dla organu, ale nie dla podatnika.

Naliczanie odsetek za zwłokę

Istotnym aspektem wykonania decyzji jest również przesądzenie o tym, czy wstrzymanie jej wykonalności ma wpływ na naliczanie odsetek za zwłokę. Zapis art. 239h Ordynacji podatkowej raczej nie budzi wątpliwości. Wstrzymanie wykonalności decyzji nie wpływa w żaden sposób na naliczanie odsetek za zwłokę. Ich wysokość określa się natomiast wciąż na zasadach ogólnych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.