Konflikt Rosja-Ukraina bez większego wpływu na kurs złotego

Sytuacja na Ukrainie istotnie nie szkodzi polskim aktywom. Z innych ważnych informacji rynkowych – inwestorzy czekają na głosowanie w brytyjskim parlamencie ws. porozumienia dot. Brexitu.

W poniedziałek na krajowym rynku było nieco nerwowo: polski WIG20 spadał w kontrze do rosnących indeksów akcji wiodących krajów strefy euro i krajów naszego regionu (Czech, Węgier). Lekko osłabił się również polski złoty. Częściowo (przynajmniej w przypadku rynku akcji) można było powiązać to z sytuacją za naszą wschodnią granicą, gdzie tego samego dnia ogłoszono 30-dniowy stan wojenny.

Zarówno wtorek, jak i środa, przynoszą jednak poprawę sytuacji polskich aktywów. Złoty pozostaje względnie stabilny, zyskują krajowe akcje, nieco silniejsze są również papiery dłużne. Rentowności 10-letnich obligacji Polski dziś rano spadły poniżej progu 3,15%, schodząc do najniższego poziomu w tym miesiącu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wtorek był dość mieszany dla euro, waluta zyskiwała w relacji do słabszego funta brytyjskiego, poddała się natomiast sile dolara amerykańskiego.

Włoska batalia z UE trwa. Wygląda na to, że optymizm dotyczący wprowadzenia przez populistów poprawek do budżetu odrzuconego przez KE mógł być przedwczesny – z Rzymu nie napłynęły bowiem żadne konkretne sygnały dotyczące działań zmierzających do ograniczenia potrzeb wydatkowych rządu. Z tego też powodu rentowności obligacji kraju przestały istotnie spadać. Są one jednak wyraźnie niższe od październikowych i listopadowych szczytów i obecnie znajdują się w okolicy poziomu 3,25%. Zgodnie z doniesieniami, UE ma rozpocząć uruchomianie Procedury Nadmiernego Deficytu wobec Włoch przed świętami, pełne wdrożenie potrwa jednak dłużej.

Dzisiejsze dane GfK o klimacie konsumpcyjnym w Niemczech w grudniu były zbliżone do oczekiwań – ostatnie wskaźniki znajdują się nieco niżej od tych notowanych kilka miesięcy temu. Jednak nadal znajdują się na bardzo wysokich poziomach, sugerujących, że konsumpcja może pozostać czynnikiem, przynajmniej w części, chroniącym niemiecką gospodarkę przed niekorzystnymi efektami zamieszania w globalnym handlu (należy jednak pamiętać, że to obosieczne ostrze, może bowiem również sprzyjać importowi, którego kontrybucja do PKB jest negatywna).

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,83-4,86. Funt brytyjski zakończył wczorajszy dzień osłabieniem również w relacji do głównych walut. Brytyjskiej walucie w ostatnim czasie szkodziły informacje dotyczące Brexitu: krytyka ze strony prezydenta USA (który sugerował, że porozumienie handlowe USA-UK może być zagrożone), oraz partii DUP (koalicyjnej partii May), której członkowie wypowiadają się przeciwko porozumieniu z Unią Europejską w jego obecnej formie.

Wynik zaplanowanego na 11 grudnia głosowania w brytyjskim parlamencie nt. porozumienia ws. Brexitu nie jest wcale oczywisty. Obecnie szacuje się, że szanse na zaakceptowanie porozumienia to nieco mniej niż 50%. Rynek instrumentów pochodnych jednak zdaje się wyceniać nieco większe ryzyko odrzucenia porozumienia (ceny miesięcznych opcji pozwalających zarobić na spadkach pary GBPEUR są wyraźnie droższe niż odwrotnych opcji).

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,78-3,81. Dolar amerykański zakończył ubiegły dzień umocnieniem również w parze z głównymi walutami.

Wtorek nie przyniósł zbyt wielu istotnych informacji z USA. Indeks nastrojów konsumentów Conference Board w listopadzie znalazł się w okolicy poziomu oczekiwanego przez konsensus i sugeruje utrzymanie bardzo dobrych nastrojów w konsumpcji. We wczorajszym przemówieniu Richard Clarida z FOMC w większości powtórzył swoją ostatnią wiadomość, sugerując, że Rezerwa Federalna może być bardziej ostrożna przy podejmowaniu decyzji dotyczących stóp procentowych w USA na tym etapie cyklu normalizacji polityki pieniężnej. Ciekawostką w kontekście działań FED są kolejne komentarze prezydenta USA, który zasugerował wczoraj, iż „nie jest on nawet w najmniejszym stopniu zadowolony” z [działań] prezesa Rezerwy Federalnej.

Środa przyniesie rewizję szacunku dynamiki PKB USA w III kwartale br. oraz dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku. Szczególną uwagę warto zwrócić jednak przede wszystkim na wieczorne przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – rewizja szacunku dynamiki PKB USA w III kwartale br.
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 18:00 – przemawia prezes FED, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

 

Euro Bank S.A. nawiązał współpracę z Union Investment TFI

Dodatkowe środki finansowe na emeryturę oraz brak podatku od zysków kapitałowych – to korzyści czekające na osoby, które decydują się na oszczędzanie w ramach III filaru. Od dzisiaj taka oferta jest dostępna w placówkach eurobanku.

Euro Bank S.A. nawiązał współpracę z Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych Union Investment. To jedno z największych TFI na polskim rynku – według danych na koniec września 2018 r. zarządzało aktywami o wartości 12,7 mld zł.

Dzięki temu od 28 listopada 2018 r. w placówkach własnych eurobanku klienci mogą rozpocząć oszczędzanie na przyszłą emeryturę w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE) oraz Indywidualnych Kont Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE).

Konta emerytalne prowadzone przez Union Investment TFI zostały uznane w rankingu „Rzeczpospolitej” w 2017 r. za najlepsze tego typu rozwiązania na polskim rynku prowadzone przez TFI.

– Oszczędzanie w celu zgromadzenia dodatkowych środków na przyszłą emeryturę staje się coraz popularniejsze wśród Polaków. W IKE i IKZE zgromadzili już oni około 10 mld zł. Chcieliśmy, by w ofercie eurobanku również znalazł się produkt służący do długoterminowego oszczędzania – mówi Arkadiusz Cempura, dyrektor Departamentu Bankowości Codziennej w eurobanku.

Krzysztof Orlik, zastępca dyrektora ds. sprzedaży detalicznej Union Investment TFI
Krzysztof Orlik, zastępca dyrektora ds. sprzedaży detalicznej Union Investment TFI

– Konta emerytalne, a szczególnie IKZE, są bardzo dobrym rozwiązaniem dla osób pracujących na własny rachunek lub dobrze zarabiających na etacie – pozwalają na stopniowe zbudowanie rezerwy finansowej, którą można przeznaczyć na nagłe wydatki albo zostawić na emeryturę. Dodatkowym atutem są niemałe ulgi podatkowe – w tym roku nawet do 1706 zł. Oprócz tego pieniądze inwestowane na koncie emerytalnym cały czas pracują, a to daje potencjał dodatkowego zysku – mówi Krzysztof Orlik, dyrektor Działu Sprzedaży Detalicznej w Union Investment TFI.

Poniżej prezentujemy podstawowe informacje na temat IKE i IKZE Union Investment TFI, dostępnych w eurobanku:

  • IKE/IKZE są prowadzone na podstawie umowy zawieranej przez klienta z Union Investment TFI na czas nieokreślony. eurobank jest dystrybutorem tych produktów.
  • Umowę może zawrzeć osoba fizyczna, która ukończyła 16 lat.
  • IKE/IKZE nie mogą być prowadzone w ramach rejestrów wspólnych i rejestrów małżeńskich.
  • Pierwszej wpłaty na IKE/ IKZE klient musi dokonać w terminie nie dłuższym niż 30 dni od podpisania umowy. Pierwsza wpłata nie może by niższa niż 1 tys. zł, kolejne wpłaty nie mogą być niższe niż 100 zł.
  • Pieniądze mogą być lokowane w 4 portfelach: bezpiecznym, umiarkowanym, dynamicznym, indywidualnym. Różnią się one rozłożeniem środków pomiędzy subfunduszami w zależności od wieku posiadacza IKE/IKZE i jego poziomu akceptacji ryzyka inwestycyjnego.
  • Posiadacz IKE/IKZE korzysta z możliwości zwolnienia z podatku od zysków kapitałowych. Wpłaty na IKZE wiążą się również z możliwością odpisania wpłat od podstawy opodatkowania w rozliczeniu PIT. Wypłata zgromadzonych środków z zachowaniem korzyści podatkowych następuje po spełnieniu określonych warunków, m.in. tym, że klient wypłaci je najwcześniej po ukończeniu 60. roku życia (IKE) lub 65. roku życia (IKZE).

Rekordowa sprzedaż kredytów hipotecznych

Rekord dziesięciolecia jest już bardzo blisko. Od stycznia do września udzielono 160 983 kredyty mieszkaniowe na kwotę 40,2 mld zł. To bardzo blisko wyniku z 2008 r., gdy ostatni kwartał przyniósł pęknięcie bańki i spadek cen.

– Dotychczasowe wyniki w segmencie kredytów mieszkaniowych wskazują, że banki przekroczą w tym roku poziom 210 tys. kredytów hipotecznych o wartości 52-53 mld zł, a więc na poziomie nie notowanym od 10 lat, czyli od wybuchu kryzysu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Furga, prezes AMRON SA.

Międzynarodowy kryzys finansowy, który zaczął się od amerykańskiego rynku nieruchomości wywołał spadek cen mieszkań także w Polsce.

Po trzech kwartałach liczba udzielonych kredytów stanowi 84,40 proc. wyniku z całego 2017 r., a kwota kredytów 90,25 proc.

Wydatki z tytułu umowy deweloperskiej uprawniają do ulgi mieszkaniowej

Dochód z odpłatnego zbycia nieruchomości podlega 19% opodatkowaniu. Daniny można uniknąć, przeznaczając uzyskane ze sprzedaży środki na własne cele mieszkaniowe, czyli np. na zakup innej nieruchomości, w terminie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiła sprzedaż. Fiskus wymagał jednak, by w terminie tym nastąpiło przeniesienie własności nabywanej na własne cele mieszkaniowe nieruchomości. Jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu w wyroku z 11 października 2018 r.: „…z art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o PDOF nie można wywieść, że dla zastosowania zwolnienia konieczne jest, by w terminie wskazanym w tym przepisie nastąpiło również nabycie prawa własności rzeczy lub prawa, o którym mowa w art. 21 ust. 25 ustawy o PDOF” (sygn. akt I SA/Po 500/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

„Wolne od podatku dochodowego są dochody z odpłatnego zbycia nieruchomości (…) jeżeli począwszy od dnia odpłatnego zbycia, nie później niż w okresie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie, przychód uzyskany ze zbycia tej nieruchomości lub tego prawa majątkowego został wydatkowany na własne cele mieszkaniowe (…)” (art. 21 ust. 1 pkt 131 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych; dalej zwana: u.p.d.o.f.). Za wydatki na cele mieszkaniowe zgodnie z art. 21 ust. 25 pkt 1 lit. a) u.p.d.o.f. uważa się „wydatki poniesione na nabycie budynku mieszkalnego, jego części lub udziału w takim budynku lokalu mieszkalnego stanowiącego odrębną nieruchomość lub udziału w takim lokalu…” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 ze zm.).

Zapłata przed a przeniesienie własności już po upływie 2-letniego terminu

Podatniczka nabyła dom w zabudowie bliźniaczej, który sprzedała w lipcu 2015 r., tj. jeszcze przed upływem 5 lat od jego nabycia. W grudniu 2016 r. zawarła umowę deweloperską w formie aktu notarialnego na zakup mieszkania. W umowie tej deweloper zobowiązał się do wybudowania budynku i przeniesienia wyodrębnionej w nim własności samodzielnego lokalu mieszkalnego na rzecz podatniczki. Przed upływem 31 grudnia 2017 r. kupująca dokonała na rzecz dewelopera ustalonych płatności. Odbiór lokalu, jak i przeniesienie jego własności miało nastąpić w 2018 r.

Podatniczka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: KIS) z wnioskiem o wydanie interpretacji podatkowej, czy poniesienie przez nią w 2016 i 2017 r. wydatków na zakup mieszkania od dewelopera uprawnia ją do skorzystania z ulgi mieszkaniowej, jeśli przeniesienie jego własności nastąpi już po upływie 2-letniego terminu określonego w art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f.

Fiskus wymagał przeniesienia własności w terminie

Dyrektor KIS stwierdził, że art. 21 ust. 25 pkt 1 u.p.d.o.f., a zwłaszcza użyte w nim sformułowanie: „wydatki poniesione na nabycie” definitywnie przesądza o konieczności osiągnięcia w wymaganym terminie celu w postaci przeniesienia własności, by uznać je za wydatki poniesione na cele mieszkaniowe w rozumieniu tego przepisu. Zatem podatniczka miała czas do 31 grudnia 2017 r. na zawarcie w formie aktu notarialnego umowy przenoszącej własność. Za taką umowę zdaniem organu nie można uznać umowy deweloperskiej, stanowiącej jedynie przejaw wzajemnego zobowiązania stron do zawarcia umowy przenoszącej własność.

Podatnik buduje lokal mieszkalny rękami dewelopera

Ze stanowiskiem organu podatkowego nie zgodził się WSA w Poznaniu. Zdaniem Sądu ustawodawca, ustanawiając ulgę mieszkaniową dla możliwości skorzystania z niej, wymagał od podatnika jedynie celowości działania w kierunku spełnienia jej przesłanek. Jednym z tych wymogów nie jest nabycie przez podatnika określonego prawa, a wydatkowanie określonych środków na cele mieszkaniowe w oznaczonym terminie.

Sąd zwrócił uwagę, że ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych za wydatek poniesiony na cele mieszkaniowe uważa również wydatki poniesione na „budowę, rozbudowę, nadbudowę, przebudowę lub remont własnego budynku mieszkalnego, jego części lub własnego lokalu mieszkalnego” (art. 21 ust. 25 pkt 1 lit. d)). Jako że w rozumieniu prawa budowlanego nie jest możliwe wybudowanie pojedynczego samodzielnego lokalu mieszkalnego, chcący zostać właścicielem takiego lokalu, zlecają jego wybudowanie deweloperowi. Ponoszą z tego tytułu wydatki, których celem jest doprowadzenie do stanu umożliwiającego im zamieszkanie we własnym lokalu.

Wydatki z tytułu umowy deweloperskiej oraz na wykończenie lokalu uprawniają do skorzystania z ulgi

Uchylając zaskarżoną interpretację organu, WSA przywołał najnowsze orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego (z 07.02.2018 r., sygn. akt II FSK 3510/17, oraz z 31.07.2018 r., sygn. akt II FSK 44/18), zgodnie z którym nieuzasadnione jest różnicowanie sytuacji podatników samodzielnie budujących budynki z sytuacją podatników, którzy kupują je od deweloperów. Nie może być o tym zwłaszcza mowy, skoro samo państwo taką możliwość dopuszcza i akceptuje, a nawet ustanawia regulacje prawne chroniące nabywających nieruchomości od deweloperów. Podatnicy budujący samodzielnie dom mogą korzystać z ulgi mieszkaniowej, nawet jeśli w oznaczonym przez ustawodawcę 2-letnim okresie nie zostanie on oddany do użytku.

„Wykładnia językowa i celowościowa prowadzą zatem do wspólnego wniosku, że wpłaty dokonywane przez nabywcę w wykonaniu umowy deweloperskiej i wydatki ponoszone na wykończenie tego lokalu są wydatkami na budowę własnego lokalu mieszkalnego w rozumieniu art. 21 ust. 25 pkt 1 lit.a) i d) ustawy o PDOF” (wyrok WSA w Poznaniu z 11.10.2018 r., sygn. akt I SA/Po 500/18).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Druk 3D, tworzywa kompozytowe i innowacje medyczne – ich potencjał dostrzegł Michał Sołowow

Michał Sołowow, kierujący jedną z największych grup kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej, w swojej strategii inwestycyjnej postawił m.in. na tworzywa kompozytowe, druk 3D i innowacje w medycynie. Na jakiej podstawie biznesmen wybiera potencjalne projekty? Zwraca uwagę na pomysł, poziom jego zaawansowania oraz pracujący nad nim zespół.

Druk 3D_zdjęcieSołowow, jeden z największych polskich inwestorów giełdowych, od wielu lat współpracuje ze startupami, głównie z branży medycznej, biotechnologicznej i chemicznej. Wciąż szuka jednak firm i technologii, w które mógłby się zaangażować.

– Jestem otwarty na współpracę, można mnie znaleźć bez problemu m.in. na LinkedInie. Właśnie tym kanałem dociera do mnie sporo ciekawych ludzi i projektów. Mam też cały czas otwartego e-maila oraz aktywny zespół, którego zadaniem jest szukanie dobrych pomysłów – mówił Michał Sołowow podczas jednego z wystąpień.

Inwestor w pierwszej kolejności zwraca uwagę na to, czy potrafi zrozumieć przedstawiony mu projekt. Twórcy technologii muszą więc umieć opowiedzieć o niej w taki sposób, aby nawet osoba spoza branży mogła ją przeanalizować i ocenić. Równie ważny jest zespół, który pracuje nad rozwiązaniem.

– Przykład sprzed kilku lat – OncoArendi. Projekt był dla mnie na początku całkiem niezrozumiały. Jednak profesor Gołąb potrafił wszystko tak przystępnie wytłumaczyć, tak opowiedzieć o raku i metodach jego leczenia, że byłem w stanie łatwo sobie to w głowie zmonetyzować i podjąć decyzję o inwestycji. To był zespół doskonały – komentuje Sołowow.

Trzecie kryterium wyboru stanowi potencjał rynku. To jeden z powodów, dla którego Michał Sołowow zainteresował się drukiem 3D i przejął firmę 3DGence. Już dziś ta branża rośnie w tempie 30% rocznie, a specjaliści przewidują, że w przyszłości wzrosty osiągną nawet 50%. Niewiele jest takich rynków, zwłaszcza że zakres zastosowania druku 3D wciąż się rozszerza. Jednym z najbardziej perspektywicznych sposobów wykorzystania drukarek 3D jest aktualnie wsparcie procesów produkcyjnych.

– Żeby park maszynowy mógł dobrze funkcjonować, potrzebna jest ogromna liczba części zamiennych. To sprawia, że kapitał obrotowy firmy jest zamrożony. Wszystkie te części powinny być produkowane “on-demand” i w miejscu, w którym są potrzebne. Tu właśnie jest miejsce na wykorzystanie druku 3D, który również daje fenomenalne możliwości modelowania. Przyszłością druku jest produkcja 24/7, a modelowanie za 2-3 lata w 80-90% będzie odbywać się przy pomocy druku 3D – tłumaczy Michał Sołowow.

Według Sołowowa, nadejdzie taki moment, kiedy duże koncerny uznają, że druk 3D jest najlepszym sposobem na produkowanie części zamiennych, bycie blisko swojego klienta, łamanie barier logistycznych, ale przede wszystkim na uwolnienie kapitału obrotowego, który teraz musi pozostawać w częściach zamiennych.

– Mnie interesuje właśnie ten etap druku 3D. Wierzę głęboko w istotną rolę technologii addytywnych, które zajmą ważne miejsce w produkcji na świecie i zdobędą istotny udział rynkowy – mówi Sołowow. – Jeżeli będzie to nawet 5-10% produkcji światowej, rozmawiamy o ogromnym rynku pod względem technologicznym, ale również produkcyjnym i materiałowym. To jest prawdziwa przyszłość druku 3D, rozumianego jako produkcja 24/7 – podsumowuje.

Michał Sołowow kontroluje jedną z największych grup kapitałowych w regionie CEE, składającą się ze spółek operacyjnych, holdingowych oraz inwestycji portfelowych. Grupa działa w ponad 60 krajach na 6 kontynentach i zatrudnia prawie 15 000 osób na całym świecie. Sołowow od lat inwestuje też w młode firmy technologiczne. W jego portfelu znajdują się m.in.: OncoArendi, New Era Materials (ultranowoczesne kompozyty) i 3DGence (druk 3D). Michał Sołowow w 2018 roku znalazł się na pierwszym miejscu listy najbogatszych Polaków opublikowanej przez „Wprost”.

Kurs dolara zrównał się z frankiem szwajcarskim. Główne waluty solidarnie drożeją

Zaczynają się “gierki” przed weekendowym szczytem G20. Europa nie ma pomysłu na Ukrainę. FED, FOMC, Powell.

Zapraszamy do Buenos Aires

            Wyjątkową symbolikę ma miejsce nadchodzącego szczytu przywódców 20 największych gospodarek globu. Argentyna dla świata finansjery od dawna jest synonimem kolejnych krachów i kryzysów, nadchodzących po sobie z zadziwiającą regularnością. I teraz w stolicy tego kraju możni tego świata mają debatować nad tym, jak uniknąć zbliżającej się wielkimi krokami globalnej recesji. Ktoś przesądny mógłby powiedzieć, że to nie ma prawa się udać. Zresztą ci bardziej pragmatyczni inwestorzy mogą mieć podobne zdanie. Dla sporej części analityków ten szczyt zostanie spłycony do spotkania Trump – Xi, od którego zależy los wojny celnej. Co ciekawe, rynek do tej rozmowy podchodzi z ogromnym pokładem nadziei, co może być o tyle zastanawiające, że ani strona amerykańska, ani chińska nie dają za dużo powodów do optymizmu. Wygląda jednak na to, że inwestorom dobrze się patrzy zza różowych okularów, przez które widać, że agresywny ton jednej i drugiej strony to tylko technika negocjacyjna. Budzi to żywe skojarzenia z ostatnim szczytem ekonomicznym azjatycko-pacyficznym. Nadzieje były ogromne, a wyszło, jak wyszło.

Jak daleko posunie się Rosja?

            W Europie cały czas da się wyczuć nerwowy nastrój związany z weekendowymi wydarzeniami w Cieśninie Kerczeńskiej. Zachodnie media nie mają wątpliwości, że prezydent Putin testuje Europę, sprawdzając, jak daleko może się posunąć. Problem w tym, że na Starym Kontynencie brakuje wspólnego stanowiska wobec Rosji. Pragmatyzm i wewnętrzne interesy (jak choćby Nord Stream 2) biorą górę. Mocnym echem odbija się również milczenie Amerykanów, którzy praktycznie w żaden sposób nie zareagowali na wydarzenia z niedzieli. Budzi to obawy, podnoszone również przez Poroszenkę, że Kreml może szykować się do lądowej ofensywy. Efektem tego jest ogłoszenie stanu wojennego na części terytorium Ukrainy. Eskalacja konfliktu przyniosłaby destabilizację praktycznie w całym regionie, co z pewnością wpłynie także na rynek walutowy. Do tej pory ucierpiały tylko rubel i hrywna, jednak w kolejce czekają już złoty, lej, lew czy forint. Ze względu na kraje bałtyckie euro również może być zagrożone.

Odczyty tylko ze Stanów

            W środę wszystko, co najciekawsze w kalendarzu makro, płynie ze Stanów. Po pierwsze poznamy zrewidowany odczyt PKB. W ostatnim czasie rewizje nie różnią się znacząco od pierwszych odczytów, dlatego rynek trzyma rękę na pulsie, jednak nie nastawia się na mocniejszy handel. Inaczej ma się sytuacja z wystąpieniem Powella. W tym przypadku inwestorzy będą się doszukiwać wskazówek na temat przyszłorocznej ścieżki podwyżek stóp procentowych. O ile grudniowy ruch jest już praktycznie przesądzony, to marcowy stawia coraz więcej znaków zapytania. Sesję zamkniemy protokołem z posiedzenia FOMC, który również powinien wzbudzić spore zainteresowanie.

Złoty pozostaje dzisiaj pod presją podaży. Główne waluty solidarnie drożeją, choć zwyżka nie jest raczej znacząca. Zarówno dolar, jak i frank kosztują obecnie 3,81 zł, euro 4,29 zł, a funt brytyjski 4,85 zł. Większej zmienności możemy spodziewać się dopiero wieczorem, wraz z rozpoczęciem wystąpienia Powella.

Krzysztof Adamczak – analityk finansowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Cyberzagrożenia w świecie inteligentnych miast‎ Smart City

Znamy tę scenę – jest rok 2022, więzień zbiega z policyjnego konwoju, próbuje ukryć się w wąskich uliczkach, ale dostrzega go lokalny patrol. Wbiega więc na główną arterię, schodzi do metra, ale rozpoznany przez ochronę zmienia plan i zmierza do pobliskiego sklepu, a stamtąd, przez zaplecze dociera na parking, kradnie auto i ucieka dalej. Policyjne syreny są co raz głośniejsze, rozpoczyna się szaleńczy pościg i obława.

Obława, którą każdy z nas śledzi na ekranach – wiemy, gdzie nasz antybohater się znajduje, widzimy go dzięki kamerom monitoringu miejskiego (zarówno z kamer wewnętrznych i zewnętrznych), poprzez prywatny stream przechodniów, czy z urządzeń zamontowanych w autach i transporcie publicznym. Więcej, my tę obławę nie tylko obserwujemy, uczestniczymy w jej transmisji, nadajemy, rejestrujemy, udostępniamy dalej. Sieć takiego organicznego monitoringu, złożona z systemów publicznych i prywatnych kamer oraz kompatybilnych sensorów oplata „złego” i pozwala ograniczyć jego pole manewru; dane z detekcji twarzy, sylwetki, ruchu i głosu już docierają do policji, a przy każdej możliwej okazji, z głośników wysyłany jest do zbiega komunikat ostrzegawczy. Finał tej historii możemy dopisać sami.

Ale historia z monitoringiem wizyjnym w roli głównej wcale nie musi kończyć się happy end’em, zwłaszcza jeśli uwzględnimy odwróconą, wcale nie niemożliwą, logikę zdarzeń. Wyobraźmy sobie, że ktoś wykorzystuje sieć dozoru do elektronicznej obserwacji, a może i dyskredytacji, osób prywatnych lub publicznych, o konkretnym statusie zawodowym lub politycznym; albo, że w sposób nielegalny przejmuje kontrolę nad systemem monitoringu na lotnisku, dworcach, bądź w obiektach rządowych, lub nawet wojskowych. Co więcej, wraz z przejęciem tej kontroli – uzyskano też dostęp do baz danych wrażliwych. Niemożliwe? Bynajmniej! Im bardziej będziemy rozwijać świat IoT, tym więcej ryzyka łamania systemów bezpieczeństwa. W Polsce coraz wyraźniej widać popularność idei smart city, w tym temat inteligentnego monitoringu. To cieszy, wydaje się jednak, że ciągle mało w tej rodzimej debacie akcentu na zagrożenia; zwłaszcza hakowanie dozoru wideo nie znalazło w niej jeszcze należnej uwagi, a temat staje się niezmiernie ważny, również z tego względu, że w Europie, także w Polsce, na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań z dalekiej Azji.

Czym jest i dlaczego warto mówić o hakowaniu monitoringu oraz sposobach walki z tym procederem, jak w ogóle w praktyce dbać o cyberbezpieczeństwo systemów dozoru w kontekście smart city? Na te pytania spróbują odpowiedzieć eksperci Axis Communications.

Bezpieczeństwo smart city

Inteligentne miasto to przestrzeń, w której nowoczesne technologie wspierają rozwiązania infrastrukturalne, ale także samą dystrybucję usług publicznych, w takim stopniu, aby ułatwić życie mieszkańcom. Istotą funkcjonalności smart city są przede wszystkim – integracja, komplementarność, automatyzacja i bezpieczeństwo systemów, poprzez które następuje wymiana danych, czy to odnośnie indywidualnych rozliczeń czy zakupów, użytkowania transportu publicznego i prywatnego, mapowania lokalizacji, ułatwień dla niepełnosprawnych, dostępu do informacji publicznej, rozrywki itd. Od strony technicznej, smart city opiera się oczywiście na dostępie do, lub posiadaniu, konkretnych urządzeń (np. telewizor, smartfon, kamera, czujnik) oraz na zaawansowanych systemach informatycznych, m.in. sztucznej inteligencji, rozwiązaniach uczenia maszynowego i analizy big data, wymagających ciągłego doskonalenia i testowania.

Ze względu na wagę rejestrowanych, przetwarzanych i przesyłanych danych smart city – jako swoisty mega-system ICT – jest istotnie wrażliwe na wszelkiego typu ingerencje fizyczne, ale zwłaszcza na cyberataki. Jak wynika z badań (m.in. Wi-Sun Alliance; Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń) – w Szwecji, Danii, Wielkiej Brytanii, USA, czy Polsce – inwestycje w IoT są coraz bardziej popularne, uważane za potrzebne lub niezbędne dla wdrażania rozwiązań inteligentnego miasta. W praktyce wiele z projektów nie może jednak wyjść z fazy opracowywania lub testu z uwagi na brak gwarancji wystarczającego bezpieczeństwa, co wynika bądź to z wad i nieścisłości projektowych (niejednokrotnie wymarzona aplikacja zlecającego zderza się z rzeczywistością ograniczeń infrastrukturalnych), bądź z niedoskonałego środowiska instytucjonalnego, które nie nadąża za technologią (uwarunkowania prawne i administracyjne), lub z kompetencji cyfrowych użytkownika końcowego, czy – wreszcie – z „kreatywności” i zasobów strony atakującej.

Na bezpieczeństwo inteligentnego miasta należy więc patrzeć wielowarstwowo. Jego hakowanie może odbywać się na poziomie czynnika ludzkiego (jednostki operacyjnej i kontrolującej), na poziomie hardware’u oraz software’u. W tej szerokiej perspektywie możemy dopiero wyobrazić sobie rodzaje ryzyk i zagrożeń.

Kontrola nad monitoringiem – dlaczego ma znaczenie?

Jednym z kluczowych obszarów podatnych na cyberzagrożenia są usługi i działania wykorzystujące technologie komunikacji bezprzewodowej, np. kamery sieciowe i wszelkiego typu smart-sensory, oparte m.in. na wiązkach laserowych i IR, stosowane w szeroko pojętym sektorze handlowym, logistycznym, transportowym, ale też przy infrastrukturze krytycznej i w ochronie obwodowej instytucji rządowych, czy należących do służb mundurowych; przy obiektach i obszarach związanych z usługami komunalnymi, przestrzeniach strategicznych z punktu widzenia bezpieczeństwa publicznego: w obrębie obiektów użyteczności publicznej, portów pasażerskich i handlowych, oczyszczalni ścieków, magazynów LNG, czy elektrowni lub ciepłowni.

Systemy dozoru, oparte na zminiaturyzowanych modułach, wyposażone w dodatkowe czujniki, są jak komputery, z tą kluczową różnicą, że ich dodatkową funkcją jest wychwytywanie określonych danych. Ogólnie ujmując, kontrola nad monitoringiem to kontrola nad danymi o nas samych, włączając kluczową daną – czyli nasz wizerunek i konteksty, w jakich się on pojawia. Dane te nie powinny dostać się w niepowołane ręce i firmy oferujące powyższe systemy muszą gwarantować odpowiednie zabezpieczenia. Trzeba podkreślić, że wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z mniej lub bardziej rozbudowanym systemem obserwacji opartym na sieciowych kamerach i czujnikach, istnieje potrzeba magazynowania tych danych w serwerach i chmurach. I one również wymagają specjalnej ochrony. Słabe algorytmy szyfrujące, bądź niewystarczająca świadomość zagrożeń na poziomie administratora mogą być dotkliwie wykorzystane przez hakera, którego ostatecznych intencji możemy nigdy nie poznać. Kamera może posłużyć jako urządzenie szpiegujące. Nie bez przyczyny administracja amerykańska zakazała swoim urzędnikom użytkowania urządzeń niektórych chińskich producentów.

Scenariusze zagrożeń można wreszcie rozbudować o cyberataki na system sterowania ruchem miejskim, detekcji numerów rejestracyjnych aut i poboru opłat, systemu oświetlenia ulic i przystanków; wyobraźmy sobie również manipulację przy systemach dostępu biometrycznego, alarmowania zanieczyszczeń powietrza, czy detekcji temperatury lub deszczu. Dodajmy do tego ataki na kamery multisensoryczne, czy czujniki w ogóle, służące ochronie dziedzictwa przyrodniczego lub kulturowego, bądź wykorzystywane w inteligentnych urządzeniach gospodarstwa domowego. Wszystkie te nielegalne działania mogą wywoływać określoną aktywność, niepokój, bądź po prostu chaos. Niepożądana ingerencja w systemy obserwacji może prowadzić również do intensyfikacji fałszywych alarmów i w konsekwencji paraliżu służb ratunkowych, ale może być też elementem tzw. wojny hybrydowej. Dlatego też, na oba scenariusze – punktową ingerencję, lub skomasowany atak –państwa muszą być przygotowane. Przy czym świadomość tych zagrożeń powinny mieć nie tylko wyspecjalizowane służby, ale też każdy podmiot, zaangażowany w obrót gospodarczy, rejestrację i przetwarzanie danych (nie zapominając
o RODO).

Hakowanie w praktyce

O aktach skutecznego przejęcia kontroli nad monitoringiem miejskim nie pisze się często, bo i nie jest to powód do chwały, tym bardziej, że w niektórych przypadkach – o czym opinia publiczna mogła się dowiedzieć dopiero po dłuższym czasie – cyberataki dotyczyły istotnych obszarów bezpieczeństwa wewnętrznego. Ataki złośliwego oprogramowania powodują z reguły zmiany w ustawieniach obrazowania i kalibracji sceny, w zawartości lub właściwościach danego pliku, a także w ustawieniach karty sieciowej. Niektóre mogą prowadzić do chwilowego zatamowania lub przekierowania jakiegoś kanału informacji, inne w skutkach mogą prowadzić do większych szkód. Oczywiście, są też zaaranżowane crash-testy i hakowanie „służebne”, o których wiemy nieco więcej.

Jednym z ciekawszych przypadków udanego, kontrolowanego hackingu jest właśnie badanie Vasiliosa Hioureasa oraz Thomasa Kinsey’a, które ujawniło, że sieci, które mają chronić przed przestępcami i terrorystami, mogą stać się niebezpiecznym narzędziem. Wykazali oni, że w jednym z monitoringów miejskich nie było stosowane żadne szyfrowanie, mimo tego, że urządzenia posiadały odpowiednie funkcje. W dość prosty sposób stworzyli własną wersję oprogramowania, które umożliwiło pełną kontrolę nad kamerami, dzięki czemu byli w stanie przechwycić obraz z każdego miejsca, manipulować nim, zamieniać rzeczywiste filmy na fałszywe. Mechanika ataku polegała – najogólniej – na wykorzystaniu podatności sieci-siatki (mesh) na takie ataki jak ARP (gdy użytkownik podszywa się pod jeden z węzłów rout’ujących, przesyłając pakiety, następnie zmienia dane wysyłane do i z routera). Takie „okłamywanie” innych węzłów oznacza, że atakujący „mówi” użytkownikowi, że jest routerem, a routerowi, że jest użytkownikiem; w ten sposób atakujący uzyskiwał bezpośrednie pole widzenia np. posterunku policji,
a imitując węzeł sprawiał, że kamery ustawione w pobliżu rzeczywiście zaczęły przesyłać swoje pakiety bezpośrednio do niego. Konfiguracja ta umożliwia tzw. atak man-in-the-middle znany z niektórych gier strategicznych.

W tym scenariuszu możemy wyobrazić sobie jakąś grupę przestępczą, która poprzez zhakowany system najpierw zobrazuje fikcyjne przestępstwo lub zdarzenie wymagające pilnej interwencji, następnie przekona policję i inne służby, że ma ono miejsce w określonym miejscu i spowoduje wysłanie grupy operacyjnej w ten rejon. W tym samym momencie powstaje okazja do popełnienia przestępstwa w innej części miasta, w której faktycznie potrzebna interwencja z konieczności zostanie opóźniona, albo wręcz niedokonana. To scenariusz rodem z Hollywood, ale wcale nie musi być fikcją.

Znane są również inne kontrolowane ataki na systemy monitoringu, przeprowadzane niekiedy przez specjalistów z Polski w ramach audytów bezpieczeństwa. Dzięki przysłowiowej jednej linijce kodu, w 2017 roku zhakowano kamery w stopniu pozwalającym nagrywanie audio i video, a nawet na dostęp do nagrań. Co ciekawe była to dość popularna kamera jednej z japońskich firm, wykorzystywana m.in. w więzieniach, ale także przez nowojorską policję, czy FBI. W przypadku innej kamery, przeznaczonej do miejskiej obserwacji zewnętrznej i wewnętrznej, ale poprzez nieuwierzytelnione zapytanie HTTP udało się np. zrzucić zawartość pamięci i uzyskać dane logowania administratora. Popularny staje się również google hacking, finalnie pozwalający na dostęp do streamu z kamer publicznych lub prywatnych (w przedsiębiorstwach lub w domach) poprzez testowanie domyślnego hasła producenta kamer. W Internecie można znaleźć wiele przykładów takiego prostego łamania zabezpieczeń, bazującego na niedostatecznej wyobraźni użytkownika.

Jeden z poważniejszych aktów hakowania monitoringu, bo o kryminalnej charakterystyce, miał miejsce w Waszyngtonie, gdy dwójka rumuńskich hakerów opanowała większość zewnętrznych kamer obserwacyjnych stołecznej policji. Przejęli oni kontrolę nad 123 z 187 kamer używanych przez MPDC na cztery dni, od 9 do 12 stycznia 2017 r.

Motywem działania tych osób podobno nie było użycie kamer w celach inwigilacji lub aktu terroryzmu. Według śledczych usiłowano jedynie użyć podłączonych do Internetu systemów (komputer plus kamery), aby w sposób masowy rozsiać ransomware, wyłudzający pieniądze.

Pamiętajmy też, że rozwiązania z obszaru inteligentnego monitoringu stosowane są w wielu innych urządzeniach przynależnych do IoT. Jak dowodzą audytorzy, np. podczas pokazów na Def Con, możemy być – jakkolwiek to zabrzmi – szpiegowani przez lodówki, czy odkurzacze. Jeden z ostatnich przykładów przejęcia smart-odkurzacza pewnej koreańskiej firmy uświadamia nam, że mimo rozmaitych zabezpieczeń sprzętowych, softwareowych
i sieciowych ciągle należy je doskonalić. Zwłaszcza, że poprzez jedno usieciowione „smart-coś”, atakujący może dotrzeć do innych urządzeń, w tym ważnych dla użytkownika danych.  Badania pokazują, że w coraz większej liczbie inteligentnych urządzeń RTV-AGD z wbudowanymi kamerami, mikrofonami i czujnikami można znaleźć luki w zabezpieczeniach. Przerażające jest to, że mogą one zostać wykorzystane nie tylko do niewykrywalnych naruszeń prywatności, ale też do nieinwazyjnego szpiegowania, czy niewidocznych przestępstw o charakterze wirtualnym, ale i fizycznym.

Jaką naukę możemy wynieść z tych i innych przypadków? Przede wszystkim otrzymujemy wiedzę o istotnych brakach w konkretnych systemach. Po drugie, zyskujemy dane do opracowania scenariuszy możliwych zdarzeń, bądź co bądź uniwersalnych. W konsekwencji – po trzecie – możemy lepiej projektować, planować i wdrażać środki zapobiegania i obrony.

Jak się bronić?

Nie ma potrzeby przywoływać tu działań leżących w domenie samych producentów i projektantów, security developerów itd. (systematyczne badania nad potencjalnymi i dokonanymi atakami, pod kątem projektowania odpowiednich łat i upgrade’ów to podstawa). Z perspektywy bezpieczeństwa systemów monitoringu wskażmy na kilka ogólnych technik zapobiegania i „profilaktyki”, zarówno na poziomie technologicznym jak i operacyjnym.

Po pierwsze, jedną z podstawowych metod, jakimi należy się posługiwać jest odpowiednie planowanie i rozdzielanie uprawnień w systemie dozoru. Niby rzecz oczywista, ale nie zawsze przywiązuje się do niej właściwą uwagę. Po drugie, jakość urządzenia, oprogramowania i powiązanych zabezpieczeń. Mowa tu przede wszystkim o odpowiednich algorytmach szyfrujących, procedurach logowania i potwierdzania tożsamości, procedurach zmiany haseł i uprawnień; a także o funkcjach kodowania obrazu, które umożliwiają zamazywanie sylwetek i twarzy ludzkich na określonym poziomie dostępu, uwzględniając również potrzeby służb.

Po trzecie – systematyczne aktualizowanie zabezpieczeń, a także stosowanie zaleceń i instruktarzy. Z cyberatakami jest jak z grypą. Ciągle powstają nowe mutacje i żadna szczepionka nie jest w pełni skuteczna. Każdy producent kamer powinien jasno alarmować o podatnościach na ataki cyfrowe, a także informować, co przy danym zagrożeniu zrobić. Axis od lat spełnia tą powinność, ale nie jest to normą u wszystkich dostawców na rynku.

Zauważalny jest jednak problem po stronie użytkownika końcowego – większości ataków można by uniknąć, gdyby na etapie konfiguracji zastosowano dobre praktyki. W tym kontekście warto wspomnieć np. o „Axis Hardening guide”, czyli zasadach i procedurach, które należy zastosować podczas wdrożenia, aby uodpornić system na cyberataki.

Tą krótką analizę warto zakończyć dwoma wnioskami generalnymi. Ograniczanie cyberzagrożeń musi być szczególnie ważne w zarządzaniu bezpieczeństwem w dziedzinach i sektorach strategicznych. Tym bardziej, że domena cyberbezpieczeństwa monitoringu sięga obecnie nawet poziomu geopolityki i geostrategii. Dlatego należy dbać o bezpieczeństwo systemów monitoringu służących nie tylko w obserwacji ruchu drogowego, lub kolejowego; ale też tych składających się na dozór obiektów rządowych, przedsiębiorstw i instytucji strategicznych dla bezpieczeństwa państwa i społeczeństwa.

Wracając do popularyzacji idei i technologii smart-city, trzeba podkreślić, że skoro zależy nam na inteligentnym mieście, nie zapominajmy o inteligencji… własnej. Nic nam po wygodniejszym podróżowaniu i zakupach, wspieraniu energooszczędności, optymalizacji finansów, wspieraniu inicjatyw antysmogowych z użyciem high-smart-tech, jeśli zapomnimy o potencjalnych cyberzagrożeniach i nie wyciągniemy wniosków z tych ataków, które mamy za sobą. Niewiele ostatecznie da nam kolejna „mądra” aplikacja w pracy lub domu, jeśli pozostaniemy na etapie autoryzacji admin-admin.

Materiał przygotowali: Agata Majkucińska, Karol Dominiczak

Inteligentne budynki mogą przynieść w Polsce 4 mld zł oszczędności

  • Przekształcenie nieruchomości komercyjnych i placówek administracji publicznej w inteligentne budynki może zostać sfinansowane z oszczędności wynikających z prowadzonej modernizacji – bez konieczności angażowania dodatkowego kapitału.
  • W Polsce jest potencjał do „samofinansowania” modernizacji budynków komercyjnych i publicznych o wartości 4 mld zł – wynika z badania Siemens Financial Services.
  • Wdrożenie inteligentnych rozwiązań pozwala ograniczyć zużycie energii nawet o 50 proc.

Siemens Financial Services zbadał możliwości przekształcenia nieruchomości komercyjnych w budynki inteligentne, przy wykorzystaniu oszczędności płynących z wdrożonych usprawnień, za to bez konieczności angażowania dodatkowego kapitału. Analiza objęła potencjał do „samofinansowania” konwersji na budynki inteligentne w 13 krajach w sektorach budynków komercyjnych oraz administracji publicznej.

Z obliczeń Siemens Financial Services wynika, że w Polsce potencjał do samofinansowania modernizacji nieruchomości jest duży i tylko w sektorze budynków administracji publicznej i komercyjnych sięga ok. 4 mld zł* (w tym prawie 2,3 mld zł (634 mln USD) dla budynków komercyjnych i 1,7 mld zł (446 mln USD) dla budynków administracji publicznej).

Wydatki na nieruchomości to druga pod względem wielkości pozycja kosztowa dla wielu organizacji. Koszty operacyjne stanowią do 80 proc. wydatków w całym cyklu życia budynku, a połowa z nich wynika ze zużycia energii, które można w zdecydowanym stopniu ograniczyć. Nieefektywne budynki to także nieplanowane konserwacje i wymiany sprzętu oraz odpowiedzialność za słaby stan zdrowia i niską produktywność użytkowników. Dlatego właściciele nieruchomości komercyjnych, a coraz częściej także podmioty publiczne, podejmują kroki zmierzające do transformacji budynków w inteligentne. To globalna tendencja, z rosnącym potencjałem na przestrzeni kolejnych pięciu lat – mówi Marek Trejda, Ekspert ds. finansowania energetyki i przemysłu z Siemens Financial Services.

Dla porównania w Hiszpanii wartość modernizacji budynków komercyjnych wynosi ponad 3,7 mld zł, a dla budynków administracji publicznej – 2,7 mld zł. Według OrbisResearch.com w 2023 r. wartość światowego rynku cyfrowej transformacji budynków sięgnie 57,81 mld dolarów (213,89 mld zł), co oznacza średnioroczny wzrost w tempie ponad 30 proc.

Oszczędności finansowe i nie tylko

Wdrożenie inteligentnych rozwiązań pozwala ograniczyć zużycie energii nawet o 50 proc. Daje również szansę na spełnienie coraz bardziej rygorystycznych wymogów w zakresie jakości powietrza i ochrony środowiska. Jak szacują eksperci, budynki niemieszkalne odpowiadają za 10-15 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery. Ich modernizacja zgodnie z koncepcją „Smart Buildings” może zredukować to negatywne zjawisko o 15-25 proc.

– Każdy dzień opóźnienia w implementacji inteligentnych rozwiązań w infrastrukturze budynków oznacza marnowanie cennych zasobów finansowych i środowiskowych. Zignorowanie tego faktu w budynkach użyteczności publicznej, można uznać wręcz za zaniedbanie. Nieefektywne budynki to nieplanowane naprawy, wymiany sprzętu i większe koszty operacyjne związane chociażby z rosnącymi obecnie cenami energii. Jednakże, podstawowa działalność biznesowa i wspomagające ją aktywności konkurują ze sobą o ten sam roczny budżet inwestycyjny. W efekcie, działaniom zwiększającym efektywność budynku przypisuje się niższy priorytet, co zazwyczaj oznacza brak wystarczających środków na wdrożenie. Dlatego tak ważne jest właściwe rozpoznanie potencjału „samofinansowania” konwersji na budynki inteligentne, a jeśli dodatkowo efektywność budynkowa zostanie dostarczona w usłudze, z pisemną gwarancją oszczędności, to umożliwimy przedsiębiorcom osiągnięcie lepszych wyników operacyjnych bez potrzeby angażowania dodatkowego kapitału – mówi Marek Trejda z Siemens Financial Services.

Inteligentne budynki są tańsze w eksploatacji i utrzymaniu, mają dłuższe cykle odświeżania infrastruktury. – Inteligentne rozwiązania w nieruchomościach wykorzystują zaawansowane technologie do poprawy wydajności funkcjonowania, bezpieczeństwa i komfortu użytkowania budynków, dzięki czemu łatwiej spełnić wymagania stawiane przez inwestorów w obszarze funkcjonalności i kosztów utrzymania. Zbierają dane na przykład o temperaturze w pomieszczeniach czy ewentualnych usterkach. Na podstawie tych informacji system może automatycznie zmienić wartości – zmniejszając lub podwyższając temperaturę w pomieszczeniach lub powiadomić służby techniczne o konieczności dokonania naprawy – wyjaśnia Mark Trejda z Siemens Financial Services.

Konwersja na budynki inteligentne może oznaczać duże oszczędności m.in. dla jednostek samorządu terytorialnego – głównie dzięki bardziej efektywnemu zarządzaniu posiadanymi nieruchomościami. Inteligentny system ogranicza zużycie energii poprzez lepsze sterowanie instalacjami grzewczymi, wentylacyjnymi czy oświetleniowymi, a także monitoring, w których miejscach przebywają użytkownicy budynku.

Większy komfort oraz lepsze zdrowie

Odpowiednio zaprojektowane rozwiązania przekształcające zwykły budynek w inteligentny są nie tylko gwarancją bezpośrednich korzyści finansowych, ale uwzględniają również potrzeby wszystkich zaangażowanych stron począwszy od właściciela obiektu, po działy utrzymania, najemców oraz gości. Inteligentne budynki nie tylko pomagają nam osiągać nasze cele i dostosowują się do naszych upodobań, ale dzięki swoim technologiom również angażują użytkowników we współtworzenie otaczającej ich rzeczywistości.

Większości z nas zanieczyszczenie powietrza kojarzy się ze smogiem, który widać na zewnątrz w dni, gdy jest ono szczególnie wysokie. Zwykle jednak nie uzmysławiamy sobie, że tym samym powietrzem oddychamy w budynkach. W pomieszczeniach spędzamy często całe dnie. Zatem powietrze, które się w nich się znajduje ma ogromne znaczenie dla naszego zdrowia. Odpowiednie technologie wsparte zaawansowanym sterowaniem pozwalają zmniejszyć jego zanieczyszczenie i o 11 proc. zwiększyć naszą wydajność pracy przy niższej absencji – mówi Arkadiusz Lehmann, Dyrektor Centrum Zarządzania Energią w firmie Siemens.

Nasz świat jest w trakcie zasadniczych przemian, które zmuszają nas do myślenia w nowy sposób: zmiany demograficzne, digitalizacja, urbanizacja, wzrastająca świadomość potrzeby ochrony środowiska oraz powiększający się niedobór zasobów. Powodują one, że konieczna jest zmiana sposobu myślenia odnośnie tego jak podchodzimy do kwestii zwiększania wydajności pracy ludzi oraz maszyn. Powinno to być naszym priorytetem i to nie tylko w kontekście wykorzystywania energii. Ważne jest również zwiększanie komfortu użytkowników budynków, którzy dzięki temu mogą podnieść jakość swojego życia i lepiej pracować. Dla coraz większej liczby naszych klientów sprostanie tym wyzwaniom jest miarą ich sukcesu – dodaje Arkadiusz Lehmann.

Jakiego wybrać partnera do modernizacji budynku?

Jeżeli firma zdecyduje się na modernizację swojego budynku ważne jest by znalazła dobrego i sprawdzonego partnera, który przeprowadzi ją przez cały proces unowocześniania obiektu. – Takie projekty są bardzo trudne i stawiają przed wykonawcą poważne wyzwania. Jednym z nich jest umiejętne zastosowanie wysokich technologii w celu zwiększenia efektywności energetycznej budynków. Potrafią to tylko firmy z wieloletnim doświadczeniem w tym obszarze. Co więcej, wiele firm zawiera kontrakty ułomne z punktu widzenia klientów, ponieważ zawarta w nich gwarancja poprawienia efektywności energetycznej jest pozorna – mówi Marek Tobiacelli, Szef działu efektywności energetycznej w Siemens.

Dlatego według eksperta warto wybrać firmę, która może pochwalić się doświadczeniem w tym obszarze i dobrymi referencjami. Także dlatego, że inwestycja w infrastrukturę jest długoterminowa, więc wszelkie niedociągnięcia będą oddziaływać na funkcjonowanie budynku przez lata. Dobrze jest też zwrócić uwagę na to, czy firma modernizująca budynek będzie mogła sprawować opiekę nad obiektem, a jeżeli tak, to w jaki sposób. Ponieważ to właśnie od działań podejmowanych już po etapie wdrażania usprawnień zależy w znacznym stopniu skuteczne wykorzystanie dobrodziejstw nowych technologii.

Przykłady modernizacji inteligentnych budynków

W Polsce Siemens posiada obecnie podpisanych kilkadziesiąt umów wieloletnich, w ramach których zdalnie monitoruje i zarządza energią w trzystu budynkach. Za przykład może tu posłużyć duży ośrodek medyczny, gdzie dzięki zastosowanym przez Siemens zaawansowanym technologiom koszty produkcji, dystrybucji i odbioru energii spadły o 50 proc. Ważnym projektem jest również modernizacja obiektów oświatowych dla UM Płocka (PPP). W tym wypadku oszczędności wynoszą dwa miliony złotych rocznie, a koszty nakładu w okresie kontraktu zostają zwrócone całkowicie. Jeżeli chodzi o przykłady zagraniczne, to w zakładzie mleczarskim w Niemczech modernizacja budynków pod względem efektywności energetycznej pozwoliła osiągnąć 800 tys. EUR oszczędności rocznie. Z kolei w hotelach Marriott w Europie zastosowanie nowych technologii doprowadziło do obniżenia kosztów energii o 1 mln EUR rocznie.

Marek Tobiacelli, Szef Działu efektywności energetycznej w Siemens

* Wartość przeliczona na złotówki po kursie 3,7 zł za 1 USD

Dorota Wysokińska-Kuzdra pokieruje działem Corporate Finance CEE w Colliers International

Colliers International rozszerza zakres usług dla inwestorów – będzie się zajmowała doradztwem w zakresie potrzeb finansowych klientów, rozpoczynając od finansowania dłużnego, poprzez finansowanie mezzanine, kończąc na pozyskiwaniu kapitału lub partnerów kapitałowych, a także wsparcie przy procesach nabycia spółek lub wejścia spółek na giełdę. Do firmy dołączyła Dorota Wysokińska-Kuzdra, która stanęła na czele nowego działu Corporate Finance CEE na stanowisku partnera. 

Monika Rajska-Wolińska
Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający Colliers International w Polsce

Nowa linia biznesowa — Zgodnie z przyjętą strategią oferujemy naszym klientom zintegrowaną platformę usług, tak by wspierać ich na każdym etapie decyzji biznesowych. W ramach platformy inwestycyjnej nie mogło zabraknąć doradztwa w zakresie finansowania. Jestem przekonana, że ponad 20-letnie doświadczenie Doroty w obszarze nieruchomości, finansów i bankowości będzie stanowić wartość dodaną dla naszych klientów, a kompetencje zdobyte na stanowiskach kierowniczych pomogą jej poprowadzić nowy zespół — mówi Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający Colliers International w Polsce.

Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International
Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International

— Cieszę się, że dołączam do firmy, która koncentruje się   na udzielaniu klientom zintegrowanego wsparcia, dostosowanego do ich indywidualnych potrzeb. W ramach tych potrzeb są także te natury finansowej, czy to na poziomie długu bankowego, czy też pozyskiwania kapitału. Nasi klienci to firmy globalne, stąd też doradztwo Corporate Finance będzie obejmowało nie tylko Polskę, ale także cały region CEE, który będziemy obsługiwać we współpracy z lokalnymi biurami naszej firmy — mówi Dorota Wysokińska-Kuzdra, partner, dyrektor działu Corporate Finance CEE w Colliers International.

Z początkiem września Dorota Wysokińska-Kuzdra objęła stanowisko przewodniczącej polskiego oddziału Urban Land Institute – międzynarodowej organizacji non-profit wspierającej odpowiedzialne planowanie i zrównoważony rozwój miast oraz stanowiącej platformę wymiany wiedzy pomiędzy czołowymi ekspertami i uczestnikami rynku nieruchomości w kraju i zagranicą.

Przed dołączeniem do Colliers International, Dorota Wysokińska-Kuzdra pełniła przez 11 lat funkcję starszego partnera w Griffin Real Estate, gdzie odpowiadała za zarządzanie i inwestycje Grupy, a także za pierwszy w Polsce fundusz typu mezzanine. Ostatnio współtworzyła platformę logistyczną, która jest współzarządzana przez Griffin. Wcześniej, jako prezes zarządu Griffin Premium RE, pierwszej spółki typu REIT, z sukcesem wprowadziła ją na GPW w Warszawie.  Była członkiem zespołu odpowiedzialnego za nabycie udziałów w Echo Investment SA, jednej z największych transakcji na polskim rynku nieruchomości, odpowiadając za proces due diligence oraz finansowanie nabycia. Przed dołączeniem do Griffin, przez blisko 10 lat zajmowała stanowiska dyrektorskie w grupie HypoVereinsbank / UniCredit Group, a także w ich spółkach zależnych, nadzorując finansowanie nieruchomości, bankowość inwestycyjną i zarządczą w zakresie nieruchomości. Dorota Wysokińska-Kuzdra jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Uniwersytetu w Kolonii i Uniwersytetu w Duisburgu-Essen w Niemczech.

CBRE: za 10 lat liczba pracowników magazynowych może być nawet o połowę niższa

Zdaniem najliczniejszej grupy przedsiębiorców, nawet 20-29% pracowników magazynów może zostać zastąpionych przez technologię w ciągu najbliższych 10 lat. Uważa tak 28% zapytanych w raporcie CBRE i Panattoni Europe „Confidence Index 2018/2019”. Natomiast co dziesiąty przewiduje, że aż 40-49% prac wykonywanych przez ludzi w magazynach przejmą automaty i roboty. Co piąty przedsiębiorca wierzy w przyszłość technologii big data i narzędzi analitycznych, ale tylko 5% dostrzega potencjał Internetu Rzeczy i autonomicznych samochodów dostawczych.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

– Nie ulega wątpliwości, że nowe technologie odgrywają ogromną rolą w prowadzeniu działalności w ramach łańcucha dostaw, niezależnie, czy dotyczy to branży logistycznej czy wytwórczej i handlowej. Aż 69% respondentów z naszego badania uważa, że wykorzystanie nowych technologii jest kluczowe w uzyskiwaniu przez ich organizację przewagi konkurencyjnej, a 29% uważa je za „w miarę ważne”. 2% nie przypisuje im żadnego znaczenia – to zaskakujące, ale może wynikać z różnorodnego charakteru usług zapytanych firm – mówi Beata Hryniewska, Dyrektor Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Automaty zamiast ludzi

W perspektywie najbliższych 5 lat liczba pracowników magazynowych może zmniejszyć się maksymalnie o 9% – takiego zdania jest aż 4 na 10 przedsiębiorców. Niemal co trzeci uważa, że będzie to 10-19%. Zapytani o okres 10 lat, właściciele firm są bardziej optymistyczni – 28% przewiduje, że będzie zatrudniać o 20-29% mniej, a co siódmy zakłada przedział 30-39%. Co dziesiąty przewiduje, że nawet 40-49% prac wykonywanych przez ludzi w magazynach przejmą automaty i roboty. Wyniki wskazują, że automatyzacja i robotyzacja pracy w magazynach jest dla firm kusząca, potrzebują jednak czasu, aby przygotować się do zmian i je wdrożyć.

Największe modyfikacje w liczbie pracowników magazynowych w ciągu najbliższych 10 lat przewidują produkcja i handel – co piąty taki przedsiębiorca uważa, że ponad połowa jego obecnych zasobów ludzkich zostanie zastąpiona przez technologie, a 13% prognozuje nawet 60-69%. Wśród firm logistycznych automatyzację połowy czynności wykonywanych obecnie przez pracowników prognozuje 8%. Jeśli chodzi o krótszy horyzont czasowy – najbliższe 5 lat, zastąpienie przez automaty i roboty może dotknąć do 9% pracowników magazynowych – twierdzi tak 4 na 10 przedsiębiorców, niezależnie od branży. Kolejnych 3 na 10 uważa, że będzie to 10-19%.

Pomimo tego, że logistyka prawdopodobnie nie będzie w stanie funkcjonować bez czynnika ludzkiego, technologia – jak chociażby automatyzacja magazynów – niesie za sobą fantastyczne możliwości. W ten sposób potencjalnie umożliwia rozwiązania problemu rosnącego niedoboru zasobów ludzkich w branży logistyki kontraktowej, ale także pozwala zwiększyć wartość usług dla naszych klientów, a także skutecznie dostosować się do wymaganych zmian w łańcuchach dostaw napędzanych przez nowe tryby konsumpcji, jak na przykład e-commerce – mówi Yann Belgy, dyrektor zarządzający w firmie ID Logistics.  

Nowe technologie dają przewagę

Przedsiębiorca, który uważa, że technologia nie ma znaczenia dla rozwoju jego firmy to wyjątek – uważa tak jedynie 2%. Zdaniem ekspertów raportu CBRE i Panattoni, nawet tak niewielka liczba dziwi, ale może wynikać po prostu ze specyfiki usług świadczonych przez odpowiadające tak firmy. Większość – niemal 7 na 10 zapytanych – widzi bardzo duży potencjał wykorzystywania technologii w budowaniu przewagi konkurencyjnej organizacji, a kolejne 29% uważa, że są one „w miarę ważne”.

Każda z zapytanych branż – produkcyjna i handlowa oraz logistyczna oczekuje od technologii przede wszystkim zwiększenia wydajności operacji magazynowych – odpowiednio 32% i 29%. Oprócz tego, produkcyjna i handlowa wiąże szczególne nadzieje z rozwojem transparentności operacyjnej i raportowania – wskazało na to 36% zapytanych. Z kolei w logistyce kolejne największe oczekiwane korzyści to wydajniejsza obsługa procesu dystrybucji, skuteczniejsza współpraca z klientami i konkurencją oraz rozwój oferty usług – na jeden z tych elementów wskazał odpowiednio co szósty przedsiębiorca.

„Futurystyczne” technologie w praktyce

Choć dla wielu przedsiębiorców szerokie zastosowanie niektórych technologii w praktyce to wciąż melodia przyszłości, można wyodrębnić konkretne obszary, które ich zdaniem najbardziej wpłyną na kształt łańcucha dostaw. Niezależnie od branży, co czwarty przedsiębiorca wskazał na aktualizację i wymianę istniejących systemów zarządzania, np. flotą, magazynem, transportem. Niewielu mniej widzi nadzieję w automatyzacji i robotyce (23%), a co piąty w obszarze big data, narzędzi analitycznych, rozwiązań blockchain. Co ciekawe, firmy nie dostrzegają potencjału w tak popularnych ostatnio druku 3D oraz wykorzystywaniu dronów – na te kategorie jako znaczące wskazało jedynie 1% zapytanych.

Raport „Confidence Index 2018/2019” do pobrania na stronie https://confidenceindex.industrialgo.pl/.

Metodologia „Confidence Index 2018/2019”

Druga edycja raportu „Confidence Index 2018/2019. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce” została opracowana przez CBRE i Panattoni Europe przy wsparciu agencji badawczej Analytiqa. Badanie zostało zrealizowane na grupie 53 respondentów, w tym 27 firm logistycznych oraz 26 firm z branży produkcyjnej i handlowej (firmy korzystające z usług logistyków). Wszyscy respondenci reprezentowali stanowiska dyrektorskie lub kierownicze. Badanie zostało przeprowadzone metodą ankietową w 2018 r.

Wydatki na działalność B+R w Polsce wzrosły o zaledwie 4,7 proc. r/r

Aby spełnić rozwojowe cele Unii Europejskiej, Polska musi prawie dwukrotnie zwiększyć wydatki na działalność badawczo-rozwojową, która jest jednym z priorytetów Komisji Europejskiej i polskich władz na najbliższe lata. Z opublikowanych właśnie danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w 2017 r. nakłady krajowe brutto na badania i rozwój wzrosły rok do roku o 14,7 proc. i stanowią obecnie 1,3 proc. PKB. Eksperci Deloitte zauważają, że słaby wynik może wynikać m.in. z tego, że przedsiębiorcy nie raportują wydatków lub raportują ich zaniżone wartości. Tymczasem firmy mogą korzystać z coraz większej liczby skutecznych narzędzi wsparcia B+R, w tym debiutującego w styczniu IP Box, które nie tylko pomogą przyspieszyć rozwój innowacji w Polsce, ale również przyniosą realne korzyści podmiotom, które zainwestują w działalność badawczo-rozwojową. Przedsiębiorca, który w ciągu roku zainwestuje w B+R 1 mln zł, tylko korzystając z ulgi podatkowej może zyskać 190 tys. zł.

Unijny przemysł jest oceniany jako innowacyjny, ale pozostaje w tyle za światowymi liderami, takimi jak Korea Południowa czy Japonia. W dobie globalizacji i szybkiego tempa zmian technologicznych innowacje są kluczowe dla rozkwitu gospodarki europejskiej i tym samym zapewnienia dobrobytu obywatelom Unii Europejskiej.

Droga do czołówki wciąż daleka

Polska należy do grona tak zwanych umiarkowanych innowatorów. W tegorocznym Europejskim Rankingu Innowacyjności, publikowanym przez Komisję Europejską, z wynikiem 57 punktów jesteśmy na czwartym miejscu od końca, wyprzedzając tyko Rumunię, Bułgarię i Chorwację. Dla porównania Szwecja, która jest liderem tego zestawienia, osiągnęła wynik 149 punktów. – Na uwagę zasługuje fakt, że od 4 lat wynik Polski w rankingu KE poprawia się o punkt lub dwa w porównaniu z rokiem poprzednim. Nasze mocne strony to edukacja, duża liczba osób z wyższym wykształceniem, środowisko społeczne sprzyjające innowatorom i wynalazkom. Nadrabiamy też zaległości dotyczące wsparcia finansowego dla innowatorów – mówi Adam Wacławczyk, Partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Jak wynika z opublikowanych właśnie danych Głównego Urzędu Statystycznego, liczba podmiotów angażujących się w działania B+R rośnie wolno – w ubiegłym roku prowadzenie lub finansowanie tej działalności zadeklarowało 5102 organizacji (4871 w 2016 r.). Nakłady wewnętrzne na badania i rozwój w 2017 r. w sektorze przedsiębiorstw wyniosły 13,3 mld zł, a ich relacja do nakładów krajowych ogółem stanowiła 64,5 proc. (65,7 proc. w ubiegłym roku). Nakłady krajowe brutto na działalność B+R były wyższe o 14,7 proc. rok do roku i wyniosły 20,6 mld zł. Ich relacja do PKB wyniosła z kolei 1,03 proc. (0,97 proc. w 2016 r.). Dla porównania wydatki na B+R to 3,25 proc. PKB Szwecji, pierwszego kraju w rankingu i 1,68 proc. PKB Czech. Sąsiad Polski ma najmocniejszą pozycję w grupie umiarkowanych innowatorów i osiągnął najlepszy wskaźnik innowacji w naszym regionie Europy.

Relacja nakładów wewnętrznych na B+R w sektorze przedsiębiorstw do nakładów krajowych ogółem od dwóch lat utrzymuje się na zbliżonym poziomie, co może oznaczać, że nadal część przedsiębiorców nie ma świadomości, że taką działalność prowadzi. Tymczasem rozwój innowacyjności na poziomie przedsiębiorstwa to nie tylko wypracowanie nowych produktów, ale także ich nowych cech, zmian w procesie produkcji lub sposobie prowadzenia dotychczasowej działalności – mówi Dominika Alicka, Starszy Menedżer w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte.

Innowacje priorytetem UE

Stymulowanie gospodarki to najważniejszy obecnie cel Unii Europejskiej. Zgodnie ze strategią „Europa 2020”, której jednym z priorytetów jest intensyfikacja działalności badawczo-rozwojowej, Komisja Europejska chce podnieść poziom inwestycji w badania i rozwój do 3 proc. unijnego PKB do 2020 roku. Każde z państw członkowskich posiada cele, które przyczyniają się do realizacji ogólnych zamierzeń UE. Zgodnie z nimi w ciągu dwóch lat Polska powinna osiągnąć lepszy wynik niż Czechy – do 2020 roku nasz kraj musi mieć poziom nakładów na działalność B+R w wysokości co najmniej 1,7 proc. PKB.
Aby zrealizować te założenia, na poziomie Unii Europejskiej powstały programy dofinansowujące działalność B+R – „Horyzont 2020” i „Horyzont Europa”. W ramach pierwszego na dofinansowanie prac badawczych w latach 2014-2020 dostępnych jest niemal 80 mld euro. Z kolei „Horyzont Europa”, który będzie realizowany w latach 2021-2027 przewiduje na działalność naukowo-badawczą 100 mld euro – mówi Dominika Alicka. W kolejnej perspektywie finansowej zwiększeniu mają ulec również środki alokowane na wsparcie B+R w ramach budżetów poszczególnych krajów.

Unijna pomoc to za mało

Polska ma najbardziej efektywny, mieszany system wsparcia działalności badawczo-rozwojowej, łączący bezzwrotne dotacje z ulgami podatkowymi. Dzięki uldze na działalność badawczo-rozwojową przedsiębiorca może ponownie (poza standardowym kosztem) obniżyć podstawę opodatkowania wydatków poniesionych na B+R. Od tego roku wysokość ulgi wynosi 100 proc. dla wszystkich rodzajów przedsiębiorstw i 150 proc. dla centrów badawczo-rozwojowych. Przykładowo przedsiębiorca, który w ciągu roku zainwestuje w badania i rozwój 1 mln zł, zyska niemal 200 tys. zł. Od września natomiast działa nowy system wspierania inwestycji. Decyzję o wsparciu (DoW) można uzyskać niezależnie od miejsca inwestycji, a nie jak to było wcześniej, tylko w przypadku jej usytuowania w granicach odpowiedniej strefy. – W praktyce to oznacza, że Polska zmienia się w jedną wielką strefę ekonomiczną. Nowe zasady programu pomocowego wydłużają też okres wsparcia do nawet 15 lat i obniżają warunki dotyczące kosztów kwalifikowanych inwestycji. W przypadku inwestycji w zakresie nowoczesnych usług dla biznesu albo prac badawczych i rozwojowych o nawet 95 proc. – mówi Marek Sienkiewicz, Partner Associate w dziale Doradztwa Podatkowego, Deloitte. Ponadto w fazie konsultacji publicznych jest projekt ustawy wprowadzającej ulgi na produkcję kulturowych gier wideo, których koszty kwalifikowane wynoszą co najmniej 100 000 zł. Według projektu wysokość wsparcia finansowego, przy uwzględnieniu wszystkich źródeł pomocy publicznej, nie może przekroczyć połowy kosztów oraz 50 mln euro rocznie wsparcia dla jednego przedsiębiorcy.

Dochód z praw własności intelektualnej na specjalnych zasadach

Od przyszłego roku przedsiębiorcy będą mogli korzystać z tzw. IP Box (Intellectual Property Box). To rozwiązanie stosowane już w innych krajach ma na celu zwiększenie aktywności polskich przedsiębiorców prowadzących działalność B+R w obszarze ochrony wytworzonych wyników tych prac. IP Box pozwala płacić niższy podatek CIT (5 proc. zamiast 19) przedsiębiorstwom osiągającym przychody z komercjalizacji praw własności intelektualnej, powstałej w wyniku działalności badawczo-rozwojowej. Według ekspertów Deloitte przedsiębiorca, który w ciągu roku wygeneruje 1 mln zł dochodu z tytułu zbycia lub udostępnienia wypracowanego patentu lub innego prawa, zyska 140 tys. zł.

Niestety, mechanizm liczenia podstawy opodatkowania w przypadku sprzedaży lub udostępniania zarejestrowanego prawa na rzecz innych podmiotów jest dość skomplikowany. Będzie wymagał od przedsiębiorców prowadzenia dodatkowej ewidencji oraz monitorowania wydatków ponoszonych w poprzednich latach na działalność B+R – mówi Adam Wacławczyk.

Coraz atrakcyjniejsze zachęty mogą poprawić sytuację innowatorów w Polsce. Co istotne, korzystanie z nich wymaga precyzyjnego raportowania wydatków na cele badawczo-rozwojowe. Z jednej strony może to poprawić statystyki Polski w tym zakresie, z drugiej zbyt restrykcyjne podejście organów skarbowych i skomplikowane regulacje prawne mogą do tego zniechęcić. Kluczowe jest, by władze uważnie obserwowały praktyki wdrażania ulg i były gotowe do ewentualnych modyfikacji.

Najstarszy uniwersytecki ośrodek transferu technologii kończy 20 lat

Dwie dekady działalności Uniwersyteckiego Ośrodka Transferu Technologii Uniwersytetu Warszawskiego (UOTT) stały się okazją do dyskusji o wyzwaniach związanych z komercjalizacją nauki oraz o dalszych kierunkach rozwoju uczelni na polu współpracy z biznesem.

27 listopada 2018 r. w gmachu Starej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego odbyły się uroczyste obchody dwudziestolecia działalności UOTT UW. Jest to najstarsze w Polsce centrum transferu technologii utworzone przy uniwersytecie. Wydarzenie stało się okazją do spotkania władz uczelni, naukowców i dyrektorów UOTT z przedstawicielami biznesu. W szerokim gronie rozmawiano m.in. o wyzwaniach, przed jakimi stoją dziś polskie uniwersytety chcące pogłębiać współpracę z otoczeniem rynkowym i społecznym. Mówiono o tym, jakie warunki może zapewniać dziś zespołom naukowym i studentom uniwersytet, tak aby pobudzać komercjalizację, a jednocześnie, jak doskonalić działanie centrów transferu technologii pod kątem oczekiwań przedsiębiorstw poszukujących nowych rozwiązań i współpracy ze światem naukowym.

„To, co wyróżnia najlepsze uczelnie, to nie tylko prowadzenie przełomowych badań i jakość kształcenia. To także silne oddziaływanie na otoczenie, m.in. poprzez komercjalizację wyników prac badawczych i wspieranie przedsiębiorczości pracowników, doktorantów i studentów. Na UW rozwijamy wiele inicjatyw idących w tym kierunku. Działa Uniwersytecki Ośrodek Transferu Technologii, spółka celowa UWRC, Inkubator. To miejsca, w których każdy może uzyskać pomoc w realizacji swoich planów. Nasze działania w tym zakresie przynoszą rezultaty. W ostatnich latach powstało na uczelni już kilkanaście spółek spin-off, a oferta inkubatora cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem naszej społeczności” – powiedział dr hab. Marcin Pałys, prof. UW, rektor Uniwersytetu Warszawskiego.

Trudne początki, dobre praktyki i odważne spojrzenie w przyszłość

Wśród uczestników wydarzenia znaleźli się Jacek Kosiec, jeden z inicjatorów powstania UOTT (obecnie dyrektor zarządzający w technologicznej spółce Creotech) oraz prof. Wojciech Dominik, wieloletni dyrektor UOTT. Obaj panowie podkreślali trudne początki formowania się struktur i kompetencji UOTT – ośrodek powstawał w czasie, gdy w Polsce poza pierwszymi dwoma centrami utworzonymi przy politechnikach nie było jeszcze tego typu organizacji. Prof. Wojciech Dominik wspominał, że od początku była to oddolna inicjatywa realizowana przez grupę kilku pracowników naukowych. „Ponieważ nie było w Polsce wzorców, formowałem zasady działania UOTT w oparciu o dobre praktyki centrów działających przy uniwersytetach w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe, przez pierwsze lata działalności UOTT utrzymywał się wyłącznie ze środków zewnętrznych pozyskiwanych we własnym zakresie. Mimo to, w pierwszych latach udało nam się wypracować i wdrożyć na Uniwersytecie Warszawskim regulamin prowadzenia pracy naukowej oraz procedury prowadzenia projektów komercjalizacji. Były to podwaliny do upowszechnienia zasad zapewniania ochrony własności intelektualnej powstającej na uniwersytecie” – wspominał prof. Wojciech Dominik.

Dziś UOTT działa w oparciu o dobre praktyki wypracowane przez ostatnie dwie dekady. „Obecnie ośrodek zatrudnia piętnastu pracowników, którzy wspierają naukowców na kilku polach. Po pierwsze, od strony zapewnienia ochrony własności intelektualnej – w ramach biura ds. patentów. Po drugie, naukowcy mają do dyspozycji kilkuosobowy zespół brokerów technologii, którzy w ich imieniu nawiązują współpracę z przedstawicielami biznesu. Przy UOTT działa spółka celowa UW, UWRC, która obejmuje w imieniu uniwersytetu udziały w spółkach typu spin-off i wspiera ich rozwój w pierwszych latach działalności. UWRC opiekuje się również obiecującymi projektami zgłaszanymi przez studentów i pracowników naukowych, które trafiają do fazy preinkubacji. Od półtora roku w ramach UOTT działa Inkubator UW, z którego oferty skorzystało już około trzech tysięcy osób. Inkubator z jednej strony rozwija w uczestnikach kompetencje przedsiębiorcze, a z drugiej domyka pełen proces transferu technologii na pierwszym etapie jej powstawania. Tu bowiem odbywa się kreacja i selekcja setek pomysłów, które po fazie doskonalenia mogą przemienić się w preinkubowany projekt, spin-off lub wynalazek” – mówił dr Robert Dwiliński, obecny dyrektor UOTT.

Nagradzane dokonania: największa w Polsce komercjalizacja, najlepszy spin-off

W trakcie obchodów wyróżnione zostały założone w ubiegłych latach spółki uniwersyteckie (spin-off) oraz naukowcy – twórcy wynalazków o dużym potencjale komercjalizacyjnym. Nagrody główne przyznano w kategoriach najlepszej spółki spin-off oraz najlepiej komercjalizującego zespołu naukowego. Pierwszą z tych nagród odebrał zespół ze spółki Warsaw Genomics, kierowanej przez dr hab. med. Annę Wójcicką i prof. med. Krystiana Jażdżewskiego. Warsaw Genomics specjalizuje się w wykonywaniu w testów genetycznych – spółka czyta geny, by zdiagnozować aktualnie toczące się choroby, określić ryzyko ich wystąpienia w przyszłości, bądź też dobrać najlepszą dla danego pacjenta terapię. Dzięki temu naukowcy budują w Polsce medycynę XXI wieku, w której opieka nad pacjentem prowadzona jest w sposób dostosowany do jego indywidualnych potrzeb.

Nagrodę dla najlepiej komercjalizującego zespołu odebrało trzech naukowców: dr Joanna Kowalska, prof. Jacek Jemielity i prof. dr hab. Edward Darżynkiewicz. Nagrodzony zespół odkrył metodę uzyskania trwałego i efektywnego mRNA, które dziś jest wykorzystywane przez firmy farmaceutyczne do opracowywania innowacyjnych szczepionek przeciwnowotworowych. Odkrycia te okazały się bezkonkurencyjne w skali światowej, co wywołało zainteresowanie globalnych firm farmaceutycznych, a dokonany na tym polu transfer technologii uznaje się za największy w historii nauki polskiej – dotychczas dwie firmy farmaceutyczne kupiły sublicencje na opracowane przez Polaków trwałe i efektywne mRNA za łączną sumę 670 milionów dolarów.

Wśród gości znaleźli się przedstawiciele przedsiębiorstw mających udział w transferze technologii pochodzącej z Uniwersytetu Warszawskiego – Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska, jednej z firm farmaceutycznych, która zainwestowała w polski wynalazek, a także Marek Metrycki, prezes zarządu Deloitte w Polsce, firmy, która wspiera rozwój programu Badamy Geny realizowanego przez Warsaw Genomics.

„Już od kilku lat mamy zaszczyt współpracować z Uniwersyteckim Ośrodkiem Transferu Technologii UW czerpiąc kreatywność i inspiracje do tworzenia innowacyjnych, nieszablonowych rozwiązań, które są tak ważne we współczesnej medycynie, równolegle dzieląc się swoim know-how” – mówił Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska. „Mam ogromną nadzieję, że zainicjowane przez nas partnerstwa publiczno-prywatne, które wnoszą nową wartość dla rozwoju ochrony zdrowia oraz polskiej gospodarki, wpłyną na postrzeganie potencjału współpracy nauki i biznesu. Wierzymy, że nasze zaangażowanie otworzy innych partnerów na współpracę z ośrodkami akademickimi” – dodał Wiktor Janicki.

„Jednym z przykładów transferu technologii opracowanej na Uniwersytecie Warszawskim do biznesu może być współpraca Deloitte z uniwersytecką spółką spin-off Warsaw Genomics. Warsaw Genomics przy wykorzystaniu nowatorskiej metody prowadzi w ramach programu Badamy Geny testy genetyczne pod kątem określenia ryzyka zachorowania na nowotwory złośliwe jajnika, piersi i prostaty” – wyjaśniał Marek Metrycki, prezes zarządu Deloitte w Polsce. „Zaangażowaliśmy się w program badań przesiewowych Badamy Geny, ponieważ korzyści dla naszych pracowników wynikające z uniknięcia poważnej choroby lub jej szybszego wykrycia są nieporównywalnie większe od jakiegokolwiek innego świadczenia. Poza pomocą dla naszych pracowników zależało nam również na wspieraniu polskich innowacji. Program jest realizowany przez bardzo młodą, niezwykle innowacyjną firmę, mającą unikatową formułę badania i prewencji, pozwalającą pacjentom przeciwdziałać zagrożeniom wynikającym z choroby nowotworowej niezależnie od programów realizowanych przez publiczną służbę zdrowia” – dodał Marek Metrycki.

Co pomaga naukowcom komercjalizować?

Laureaci nagród w panelu dyskusyjnym powiedzieli, jakie czynniki pomogły im w osiągnięciu sukcesu rynkowego. W obu przypadkach była to udana odpowiedź na potrzeby rynkowe – w przypadku Warsaw Genomics jest to potrzeba społeczna, w przypadku zespołu prof. Jacka Jemielitego – zainteresowanie firm farmaceutycznych. Oba zespoły, poza możliwością wykorzystania potencjału badawczego dostępnego w murach uniwersytetu – laboratoriów, finansowania, dostępnej kadr naukowej – doceniły autonomię i wolność badacza, które pozwalały samodzielnie decydować o kierunkach prowadzenia eksperymentów. Z perspektywy spółki spin-off w pierwszych latach działalności kluczowe było uwiarygodnienie wynikające z możliwości posługiwania się marką i prestiżem Uniwersytetu Warszawskiego. Z kolei prof. Jacek Jemielity zaznaczył, że na pewnym etapie komercjalizacji nieocenione okazały się kompetencje negocjacyjne, które zapewnił zagraniczny partner naukowy, uniwersytet ze Stanów Zjednoczonych.

Co w opinii biznesu pozwoli lepiej komercjalizować polskim naukowcom? „Aby relacje biznesu z innowacyjnymi ośrodkami naukowymi były jeszcze lepiej rozwijane w przyszłości, powinniśmy zdecydowanie większą uwagę przykładać do kształcenia u młodych ludzi kompetencji miękkich, między innymi umiejętności przywódczych, prezentacji, komunikacji, promocji, ale również krytycznego spojrzenia i oceny ryzyka przedsięwzięć biznesowych. Posiadanie takich kompetencji ułatwi młodym naukowcom budowanie własnego zaplecza biznesowego i grona ambasadorów na rynku, którzy będą ich wspierać we wstępnej fazie komercjalizacji projektów” – mówił Marek Metrycki z Deloitte.

Jakie wyzwania na polu komercjalizacji stoją przed uniwersytetami

W trakcie uroczystości nagrodzeni naukowcy wspólnie z szefami dużych firm rozmawiali o wyzwaniach na polu komercjalizacji nauki i współpracy z biznesem. Wspólnie zastanawiano się, jakie rozwiązania należy wdrożyć, aby uczelnie mogły pogłębiać współpracę ze swoim otoczeniem i realizować więcej projektów na miarę Warsaw Genomics czy osiągnięć zespołu prof. Jacka Jemielitego. Zidentyfikowano kilka wyzwań, wśród których podkreślono potrzebę:

  • wzmocnienia kompetencji negocjacyjnych uczelni z doświadczonymi graczami rynkowymi,
  • uregulowania kwestii odpowiedzialności za decyzje podejmowane w zakresie komercjalizacji,
  • wdrożenia dobrych praktyk ograniczających ryzyko szpiegostwa technologicznego,
  • udoskonalenia systemu wynagrodzeń brokerów technologii, tak by wykorzystywał on elementy prowizji od skomercjalizowanych projektów,
  • lepszej organizacji procesu komunikacji w całym obszarze opisywania charakteru i znaczenia osiągnięć naukowych oraz promowania ich na zewnątrz uczelni.

Jak wspólnie zgodzili się uczestnicy panelu, UOTT działający na uniwersytecie, który od lat figuruje na szczycie rankingów najlepszych w Polsce uczelni, jest na dobrej drodze, by z odwagą i śmiałością patrzeć w przyszłość.

Koszty uzyskania przychodu dla początkujących właścicieli firm

Przedsiębiorcy rozpoczynający prowadzenie własnej działalności gospodarczej często zadają pytanie, jakie wydatki mogą ujmować w kosztach firmowych. Nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, do czego mają prawo zgodnie z przepisami i na co zwrócić uwagę przy dokonywaniu zakupów.

Definicja kosztu uzyskania przychodu

Beata Kostrzycka
Beata Kostrzycka, ekspert wFirma.pl

Przede wszystkim trzeba mieć na uwadze ogólną definicję kosztu podatkowego, która wynika z art. 22 ust.1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej: updof):

Kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów, z wyjątkiem kosztów wymienionych w art. 23.

Zatem pierwszą zasadą jest konieczność powiązania poniesionych kosztów z osiąganiem przychodów. Każdy wydatek powinien mieć swoje uzasadnienie. W samej ustawie próżno szukać informacji, co może być kosztem, natomiast znajdziemy katalog wydatków, które nie mogą nim być. Do najpopularniejszych wyjątków należą koszty reprezentacji, podatek dochodowy, odsetki za zwłokę z tytułu nieterminowych wpłat podatków do urzędu skarbowego lub płaconych z opóźnieniem składek ZUS czy też kwoty udzielonych pożyczek.

Prawidłowe udokumentowanie kosztu

Przedsiębiorcy powinni również zadbać o prawidłowe dokumentowanie kosztów. W przypadku prowadzenia ewidencji księgowej w oparciu o księgę przychodów i rozchodów, rozporządzenie w sprawie KPiR wyjaśnia, jakie typy dokumentów mogą być podstawą zapisu w księdze oraz w jaki sposób dokumentować koszty. Są to m.in.:

  1. faktury, faktury VAT RR, rachunki oraz dokumenty celne,
  2. dokumenty określające zmniejszenie kosztów uzyskania przychodów lub zwiększenie przychodów na podstawie art. 22p updof,
  3. inne dowody, wymienione w § 13 i 14 rozporządzenia w sprawie KPiR, oznaczone numerem, stwierdzające fakt dokonania operacji gospodarczej zgodnie z jej rzeczywistym przebiegiem i zawierające takie dane jak wskazanie stron transakcji, datę wystawienia, przedmiot operacji gospodarczej i podpisy.

Do innych dowodów opisanych w pkt c należą między innymi dowody wewnętrzne dokumentujące takie wydatki jak dowody opłat pocztowych i bankowych czy też koszty diet z tytułu podróży służbowych.

Dokumentem najczęściej występującym w obrocie gospodarczym, będącym podstawą do ujęcia wydatku w kosztach, jest faktura. Ustawa o VAT określa natomiast, jakie elementy powinna zawierać i są to m.in.:

  • dane nabywcy i sprzedawcy wraz z NIP-ami,
  • data wystawienia i sprzedaży,
  • numer dokumentu,
  • nazwa towaru lub usługi,
  • miara i ilość (liczbę) dostarczonych towarów lub zakres wykonanych usług,
  • cena jednostkowa,
  • łączna wartość bez podatku i z podatkiem,
  • kwoty VAT z podziałem na stawki VAT.

Zdarza się, że nowi przedsiębiorcy nie mają wyrobionego nawyku dbania o odpowiednie udokumentowanie kosztów. Do częstych przypadku należą np. opłaty za taksówkę, za które otrzymuje się sam paragon. Nie może on być podstawą do zapisu w KPiR. Kierowcę należy poprosić o wystawienie faktury.

Popularne rodzaje wydatków

Częstym pytaniem, szczególnie wśród nowych przedsiębiorców, jest: co można ująć w kosztach firmowych? W jaki sposób obniżyć podatek dochodowy do zapłaty i to zgodnie z prawem? Wszystko oczywiście zależy od rodzaju prowadzonej działalności i faktycznych potrzeb przedsiębiorców. Natomiast do bardzo popularnych kosztów firmowych należą:

Rozliczenie kosztów związanych ze środkami lokomocji

Pojazdy są jednym z najczęściej pojawiających się wydatków w firmie, a wśród nich wyróżnić można samochody osobowe. Mogą one występować w firmie w różny sposób i tu należy mieć na uwadze, że od 2019 roku następują zmiany w przepisach w zakresie księgowania kosztów z nimi związanych. Ich rozliczenie różni się w zależności od formy używania pojazdu.

Rozliczenie kosztów związanych z samochodami osobowymi w rozróżnieniu na przepisy obowiązujące do końca 2018 roku i od początku 2019 roku

Forma używana pojazdu Ujęcie w kosztach do końca 2018 roku Ujęcie w kosztach od 2019 roku
prywatny przedsiębiorcy używany w firmie – wydatki eksploatacyjne do limitu kilometrówki – wydatki eksploatacyjne w wysokości 20% kwoty z faktury (w tym niepodlegająca odliczeniu część kwoty VAT)
środek trwały – wydatki eksploatacyjne bez limitu

– odpisy amortyzacyjne do limitu 20 000 euro

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% kwoty z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

– odpisy amortyzacyjne do limitu 150 000 zł

leasing operacyjny – wydatki eksploatacyjne bez limitu

– opłaty leasingowe bez limitu

 

*Do umów zawartych do końca 2018 roku będą w dalszym ciągu obowiązywać powyższe zapisy, do momentu zmiany lub odnowienia umowy.

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

 

– opłaty leasingowe do limitu 150 000 zł

najem krótkoterminowy – wydatki eksploatacyjne do limitu kilometrówki

– opłaty za wynajem bez limitu

– wydatki eksploatacyjne w wysokości 75% z faktury (auto z możliwością użytku prywatnego) lub 100% (auto używane jedynie w działalności, co zostanie potwierdzone szczegółową kilometrówką jak dla VAT)

 

– opłaty za najem przy umowie do 6 miesięcy do limitu 150 000 zł

Źródło: opracowanie własne

Należy pamiętać, że w kosztach można ująć również wykorzystywane w codziennej pracy inne środki lokomocji. Popularne są także motocykle, rowery i coraz częściej – hulajnogi elektryczne. Nic nie stoi na przeszkodzie, by w firmie znajdował się samochód oraz rower – używane zamiennie w zależności od okoliczności.

Sprzęt komputerowy, tablet, telefon w firmie

Bardzo częstym wydatkiem niezbędnym w działalności jest komputer lub tablet oraz smartfon. Ich cena najczęściej nie przekracza 10 000 PLN i tym samym sprzęty te będą stanowić jednorazowo księgowany koszt. Telefon jest obecnie niezbędny w każdym rodzaju działalności. Natomiast sprzęty komputerowe są potrzebne nawet w takich zawodach jak tynkarz czy murarz – wystarczy udowodnić potrzebę posiadania komputera, np. do reklamowania swoich usług w Internecie, wysyłania klientom ofert i wycen usług, zamawiania materiałów czy do wystawiania faktur bądź prowadzenia własnej księgowości online.

Majątek prywatny na cele firmowe

Przedsiębiorca ma prawo do ujęcia w kosztach majątku prywatnego przeznaczonego na cele firmowe. Konieczne jest sporządzenie odpowiedniego oświadczenia o przekazaniu sprzętu czy pojazdu do firmy oraz ujęcie go w ewidencji środków trwałych. Sprzęt prywatny nie może być kosztem bezpośrednio, ale poprzez dokonany odpis amortyzacyjny. Dobrze mieć na uwadze, że w przypadku wartości do 10 000 PLN możliwe jest zastosowanie jednorazowej amortyzacji w miesiącu przyjęcia środka trwałego do używania w firmie.

Warto tutaj zaznaczyć, że w przypadku przekazania na cele firmowe telefonu, który związany jest z prywatną umową abonamentową, do kosztów można ująć wydatki związane z rozmowami telefonicznymi przeprowadzonymi w celach firmowych. Takiego podziału dokonuje się na podstawie billingu. Natomiast sama opłata za abonament uznawana jest za wydatek o charakterze prywatnym (musi zostać poniesiona niezależnie od tego, czy telefon używany jest w rozmowach prywatnych, czy firmowych) i tym samym nie może stanowić kosztu podatkowego.

Księgowanie towarów handlowych

Kupowane do dalszej odsprzedaży towary są jednym z wydatków, których nie można pominąć w księgowaniu. Jest to istotne, aby prowadzona księga przychodów i rozchodów nie została uznana za nierzetelną. Zdarza się, że dostawa z towarami dociera do firmy wcześniej niż faktura VAT. W takim wypadku rozporządzenie w sprawie KPiR przewiduje, by sporządzić szczegółowy opis otrzymanego materiału lub towaru, zamieszczając na nim:

  • imię, nazwisko (firmę) i adres dostawcy,
  • ilość i rodzaj materiału lub towaru,
  • cenę jednostkową i łączną wartość,
  • datę zakupu,
  • podpis osoby przyjmującej towar.

Powyższy opis jest podstawą do księgowania w KPiR i musi zostać połączony z nadesłaną następnie fakturą. Ewentualną różnica w stosunku do wartości podanej w fakturze księguje się w dniu otrzymania faktury.

Jak rozliczyć składki społeczne?

Składki społeczne opłacane za przedsiębiorcę mogą być rozliczane w dwojaki sposób:

  • jako odliczenie od dochodu w zaliczce na podatek dochodowy,
  • bezpośrednio jako koszt w KPiR.

Drugie z rozwiązań może być korzystne w przypadku poniesienia straty z działalności. Opłacone składki społeczne powiększą wysokość straty, którą z kolei można odliczyć w 5 kolejnych latach. Natomiast gdyby przy stracie pozostawić składki ZUS jako odliczenie od dochodu, to ponieważ on nie występuje, same składki przepadłyby.

Prowadzenie biura firmy w domu

W przypadku prowadzenia działalności we własnym mieszkaniu czy domu, przy wydzieleniu części lokalu na prowadzenie działalności (np. jednego pokoju), możliwe jest ujęcie w kosztach części opłat eksploatacyjnych (np. ogrzewanie, prąd) oraz czynszu. W tym wypadku wylicza się proporcję metrażu pomieszczenia przeznaczonego na działalność do całości lokalu i według tego klucza wyznacza, jaka część wydatków może zostać ujęta w kosztach firmowych. Przeznaczenie pomieszczenia na działalność należy zgłosić do swojego urzędu gminy i trzeba mieć na uwadze możliwe zwiększenie opłat z tytułu podatku od nieruchomości.

Powyższe przykłady są tylko częścią wydatków, jakie mogą stanowić koszty firmowe. Przedsiębiorcy przy ponoszeniu wydatków za każdym razem powinni kierować się racjonalnością, umieć uzasadnić poniesiony koszt oraz zadbać o jego poprawne udokumentowanie.

Ważny wyrok TSUE dot. odszkodowania z polisy OC

  • Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) uznał, że odszkodowanie z obowiązkowego ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów mechanicznych może zostać wypłacone poszkodowanemu także wtedy, gdy pasażer stojącego pojazdu otwierając drzwi uszkodzi inne auto.
  • Wyrok TSUE jest wskazówką dla działających w Polsce ubezpieczycieli i sądów, które podejmują decyzję o odszkodowaniach za szkody komunikacyjne.
  • W ramach polisy OC ubezpieczyciel przejmuje na siebie odpowiedzialność za wypłatę odszkodowania po wypadkach i kolizjach – w jakich dokładnie sytuacjach działa ochrona?

Opublikowany 15 listopada 2018 r. wyrok TSUE[*] jest odpowiedzią na zapytanie łotewskiego Sądu Najwyższego. Dotyczyło ono następującego dylematu: czy ubezpieczyciel powinien przejąć na siebie odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną nie przez posiadacza czy kierującego samochodem, ale przez pasażera, który wysiadając uderzył drzwiami w stojące obok auto. Zdaniem TSUE tak właśnie powinno się stać, ponieważ wspomniane działanie pasażera należy zaliczyć do czynności związanych z prawidłowym wykorzystaniem samochodu jako środka transportu. W związku z tym drugorzędne znaczenie ma to, czy pojazd był zatrzymany, miał włączony silnik czy drzwi otworzyła inna osoba niż kierujący nim lub jego posiadacz.

Wyrok TSUE jest ważny, ponieważ nie pozostawia wątpliwości, w jaki sposób w świetle prawa na szczeblu europejskim należy interpretować tego rodzaju zdarzenia. Stanowi zatem istotną wskazówkę zarówno dla ubezpieczycieli, jak i dla sądów, które niekiedy także są angażowane w rozstrzyganie sporów o przyznanie odszkodowania i jego wysokość. Nie oznacza to jednak, że do tej pory szkody wyrządzane przez pasażerów były automatycznie wykluczane jako podstawa do wypłaty pieniędzy poszkodowanemu. Każda sprawa jest zawsze rozpatrywana indywidualnie, bo przyczyny szkód są bardzo różne, składa się na nie wiele czynników – mówi Damian Andruszkiewicz, Dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Komunikacyjnych w Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group.

W Polsce funkcjonowanie ubezpieczeń OC oparte jest o przepisy ustawy z dnia 22 maja 2003 r. o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Poniżej kilka najważniejszych reguł.

Kilka podstawowych zasad działania OC

Zgodnie z zapisami polskiej ustawy odszkodowanie przysługuje wtedy, gdy w następstwie zdarzenia spowodowanego przez posiadacza lub kierującego autem, osoba lub osoby trzecie poniosły śmierć, doszło do uszkodzenia ich ciała, a także utraty, zniszczenia lub uszkodzenia mienia. W krajowym prawie jest wprost wskazane, że szkodą związaną z ruchem pojazdu są także zdarzenia powstałe przy wsiadaniu do pojazdu i wysiadaniu z niego, w związku z załadowywaniem i rozładowywaniem go, a także podczas zatrzymania, postoju lub garażowania pojazdu.

Warto zwrócić uwagę, że wśród szkód kwalifikujących się do wypłaty odszkodowania nie ma w ustawie wymienionych  zdarzeń spowodowanych przez pasażerów. Często jednak ich zachowanie trudno  traktować jako czynność nie mającą związku z jazdą samochodem i na to zwrócił uwagę TSUE – dodaje Damian Andruszkiewicz z towarzystwa ubezpieczeń Compensa.

Szkody, których polisa OC nie obejmuje

Co ważne, zgodnie z ustawą za niektóre zdarzenia zakłady ubezpieczeń nie odpowiadają. Przede wszystkim są to szkody, które kierujący pojazdem wyrządzi jego posiadaczowi – aby chronić się przed tego rodzaju sytuacją, właściciel może wykupić dobrowolną polisę autocasco (AC).

Ubezpieczeniem nie są też objęte szkody:

  • polegające na zanieczyszczeniu lub skażeniu środowiska (np. powstałe po wypadku z cysterną),
  • polegające na utracie gotówki, biżuterii, papierów wartościowych, wszelkiego rodzaju dokumentów oraz zbiorów filatelistycznych, numizmatycznych itp.,
  • wynikłe w przewożonych za opłatą ładunkach, przesyłkach czy bagażach.

Warto także zauważyć, że w niektórych przypadkach zakład ubezpieczeń wypłaca odszkodowanie z ubezpieczenia OC, ale następnie występuje do sprawcy wypadku o refundację kwoty, która została wypłacona poszkodowanemu. Tak będzie, gdy kierujący wyrządził szkodę umyślnie lub był pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających czy psychotropowych. Podobnie będzie wtedy, gdy wszedł w posiadanie pojazdu nielegalnie lub zbiegł z miejsca zdarzenia lub nie posiadał uprawnień do kierowania samochodem. Od ostatniej reguły jest wyjątek – użytkowanie samochodu w celu ratowania życia lub mienia, a także pościg za osobą, który został podjęty tuż po popełnieniu przez nią przestępstwa.

Źródło: Compensa TU S.A. Vienna Insurance Group

[*] Pełny wyrok TSUE dostępny jest na tej stronie: http://curia.europa.eu/juris/document/document.jsf?text=&docid=207786&pageIndex=0&doclang=pl&mode=req&dir=&occ=first&part=1&cid=4693107.

Krytyka Fed przez Trumpa może odbić się na kursie dolara i rynku akcji

Prezydent USA Trump wykorzystał najnowszy wywiad dla Washington Post do ponowienia ataku na Fed i krytykę restrykcyjnej polityki. Stanowisko prezydenta USA nie jest nowe, stąd nie stanowi zaskoczenia dla rynków, również dlatego, że niezależność Fed traktowana jest jako pewnik. Jednakże sam fakt, że Trump nie rezygnuje ze swojej tyrady, może w końcu odbić się echem po wycenie USD i akcji.

Prezydent Trump nie jest zadowolony z tego, jak prowadzona jest polityka Fed przez prezesa Powella, którego sam mianował i teraz tego żałuje. Ważniejsze wydaje się chyba jednak uzasadnienie jego opinii. Otóż Trump „ma przeczucie”, które czasami mówi mu więcej niż „umysły” innych. Trudno z tym polemizować i lepiej skupić się na formie krytyki Fed i Powella. Tym razem nie mamy do czynienia z frywolną wypowiedzią podczas kolacji dobroczynnej, ale z autoryzowanym wywiadem do krajowej gazety. Słowa są przemyślane i pokazują, jak świadome jest niezadowolenie Trumpa z podwyżek stóp procentowych. W przyszłości prawdopodobnie będziemy słyszeć więcej słów krytyki, które mogą być źródłem turbulencji rynków lub podsycać nerwowość w chwilach pogorszenia sentymentu. Z drugiej strony Trump nie ma władzy do zmiany polityki Fed i odwołania Powella (potrzebna decyzja Kongresu). Ponadto Fed pielęgnuje swoją niezależność, a w decyzjach kultywuje sumienną kalkulację czynników ekonomicznych. Ani ja, ani chyba nikt inny na rynku nie wyobraża sobie, aby Fed był pod presją Trumpa. Jest to ważne w kontekście dzisiejszego wystąpienia prezesa Powella. Powell pozostanie niewzruszony krytyką i powtórzy nastawienie Fed do powolnego tempa podwyżek stóp procentowych. Jego wypowiedź nie powinna wiele odbiegać od wczorajszych słów wiceprezesa Claridy, zdaniem którego tempo podwyżek pozostaje uzależnione do napływających danych, a monitorowanie sytuacji gospodarczej stało się coraz istotniejsze, kiedy Fed zbliża się do neutralnego poziomu stopy procentowej. Grudniowa podwyżka jest przesądzona, a rynek może spekulować czy i kiedy Fed zdecyduje się na pauzę w planie podwyżek co kwartał. Na tą kwestię USD pozostanie najbardziej wrażliwy.

Optymizm związany z oczekiwaniem na spotkanie Trump/Xi w Argentynie na szczycie G20 przygasł, choć nie pozwolono my całkowicie wystygnąć. Poniedziałkowe słowa Trumpa, że wstrzymanie decyzji o podwyżce ceł na chińskie towary jest „wysoce nieprawdopodobne” zostały wczoraj nieco złagodzone przez doradcę ekonomicznego Białego Domu Kudlowa, który porozumienie uznaje za „możliwe”. Możliwe na ile: 10 proc czy 80 proc.? Inwestorzy giełdowi w Azji mają przeczucie, że może to być więcej (wzrosty w Szanghaju i Tokio), ale rynek walut G10 jest bardziej powściągliwy. EUR dodatkowo czuje presję po wczorajszych prasowych spekulacjach, że Waszyngton szykuje cła na import samochodów z Europy. Rynek jeszcze nie wypracował silnego podparcia po ostatnich zawirowaniach i rozgrzebanie konfliktów handlowych nie pomoże nikomu poza USD, który będzie traktowany jako bezpieczna przystań.

Na rynku złotego jest bardzo spokojnie – EUR/PLN dryfuje pod 4,30, a osuwanie się EUR/USD jest problemem dla importerów dolarowych, gdyż USD/PLN wraca ponad 3,80. Ogólnie jednak widać, że złoty jest niewrażliwy na informacje z „wielkiego świata”. Ani na kwestie wojen handlowych, ani na konflikt rosyjsko-ukraiński. Oczekujemy, że tak na razie pozostanie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

FPP i CALPE: Porozumienie KAS ze stroną społeczną to dobry sygnał dla podatników

Szef Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) podpisał porozumienie ze stroną społeczną, którego kierunkowym założeniem jest podjęcie wspólnych działań zmierzających do poprawy warunków pracy oraz wzrostu wynagrodzeń pracowników KAS. Naprawa KAS nie obejdzie się jednak bez realizacji rzeczywistej kontroli nad wykonywanymi zadaniami przez pracowników organów skarbowych.

21 listopada 2018 roku zostało podpisane porozumienie pomiędzy Szefem Krajowej Administracji Skarbowej a stroną społeczną, którego kierunkowym założeniem jest podjęcie wspólnych działań zmierzających do poprawy warunków pracy członków korpusu służby cywilnej, funkcjonariuszy Służby Celno-Skarbowej i pracowników nieobjętych mnożnikowymi systemami wynagrodzeń zatrudnionych w KAS.

Porozumienie przewiduje m. in. powołanie zespołu do opracowania programu modernizacji KAS oraz podwyżki wynagrodzeń i uposażeń dla pracowników oraz funkcjonariuszy KAS od 1 stycznia 2019 r. w miesięcznej wysokości 655 zł brutto dla każdego. Kwoty podwyżek mają zostać wypłacone najpóźniej do końca III kwartału 2019 r., z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku.

Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„W ocenie przedsiębiorców działania kierownictwa Krajowej Administracji Skarbowej należy ocenić pozytywnie. Przypominamy jednak, że podwyżki wynagrodzeń powinny być jednocześnie powiązane z kompetencjami pracowników administracji. Odpowiednie premiowanie pracowników zaangażowanych i kompetentnych pozwoliłoby również na przyciągnięcie do pracy w administracji osób wysoko wykwalifikowanych. Sumarycznie działania kierownictwa KAS są niezbędne. Szybka reakcja i podpisanie porozumienia z organizacjami związkowymi pozwoliło zapobiec paraliżowi administracji skarbowej. Kierownictwo KAS powinno także zwrócić szczególną uwagę na zapewnienie realnego nadzoru nad wykonywanymi zadaniami przez pracowników organów skarbowych, co pozwoliłoby jednocześnie poprawić funkcjonowanie administracji w obszarze obsługi podatników” – mówi Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Komputronik podsumował sprzedaż w Black Friday 2018

Jak podaje KPMG niemal połowa Polaków wstrzymuje się z zakupami czekając na wyprzedaże i obniżki cenowe. Co więcej, 47% ankietowanych najchętniej skorzystałoby z promocji właśnie na Black Friday. Dane zebrane przez Komputronik z tegorocznej edycji Czarnego Piątku potwierdzają te statystyki. W piątek 23 listopada sklep internetowy marki odwiedziła rekordowa liczba osób i o ponad 20% większa niż tego samego dnia w roku ubiegłym!

Zakupowe szaleństwo pod koniec listopada jest coraz bardziej znanym zwyczajem wśród Polaków. Szczególnie ze względu na fakt zbliżających się świąt i możliwości nabycia prezentów dla najbliższych w niskich cenach. Tak też w piątek 23 listopada było w Komputronik – rabaty przekraczające 80% oraz dedykowane promocje w kanałach online, przyczyniły się do sukcesu marki oraz rekordowych statystyk. Tylko w Czarny Piątek sprzedano 50% więcej produktów niż miało to miejsce tego samego dnia rok temu. – Do akcji Black Friday przygotowywaliśmy się od kilku miesięcy. W teamie projektowym pracowało kilkadziesiąt osób z różnych działów. Był to zarówno marketing, zakupy, sprzedaż, e-commerce, jak i IT oraz wiele innych – mówi Karolina Pietz-Drapińska, Dyrektor Marketingu w Komputronik S.A. – Dzięki wielkiemu zaangażowaniu oraz współpracy między działami odnieśliśmy wielki sukces i odnotowaliśmy imponujące statystyki – w piątek liczba paczek, która wyjechała z naszego magazynu wzrosła o 138% w stosunku do średniego wyniku w tym miesiącu. Jeśli chodzi o palety to wzrost kształtował się na poziomie 87%. Jest to doskonały wynik całej marki, jak i każdego z nas z osoba, bo każdy dołożył cegiełkę do tego wyniku. Rekordy pobiliśmy w każdym z obszarów: od wejść na stronę, poprzez liczbę połączeń z naszą infolinią aż po sumę obsłużonych zamówień.  Jesteśmy rekordowo zmęczeni, ale bardzo usatysfakcjonowani – dodaje Pietz-Drapińska.

Raport KMPG dowodzi, że zakupy przez internet są najwygodniejsze. Tę formę wybrały prawie 2/3 ankietowanych w badaniu. Liczby te mają odzwierciedlenie także w danych zebranych przez Komputronik. Ruch w sklepie internetowym marki wzrósł tego dnia aż o 150%, a internauta spędził tam o 33% więcej czasu niż średnio to robi w inny listopadowy dzień. W dodatku liczba przeglądanych stron przez użytkownika wzrosła o 25% w stosunku do przeciętnego dnia w tym miesiącu. Na www.komputronik.pl klienci najczęściej tego dnia dodawali do koszyka pozycje z kategorii: małe AGD, laptopy, smartfony i komputery PC. Są to właśnie grupy, z których na ogół wybieramy świąteczne podarunki. Poza wynikami online, Komputronik zanotował też tego dnia znaczący wzrost sprzedaży w salonach stacjonarnych.

Black Friday oraz Cyber Monday nie zamyka sezonu obniżek w Komputronik, a wręcz dopiero ją rozpoczyna. Marka szykuje się także do wielkiej świątecznej wyprzedaży, do której przygotowany będzie specjalny landing page. – Rozbudziliśmy apetyty klientów, więc nie zawiedziemy  w najbliższym czasie. Atrakcyjne ceny kupujący spotka u nas także po świętach, podczas wielkiej wyprzedaży, do której już trwają intensywne przygotowania – podkreśla Karolina Pietz-Drapińska, Dyrektor Marketingu w Komputronik S.A.

Rekordowe wyniki osiągnięte przez markę Komputronik to zasługa zarówno atrakcyjnej cenowo i dobrze dobranej oferty dla klientów, ale także rosnącej popularność Black Friday wśród Polaków. Oba czynniki wpłynęły wzrosty procentowe w wielu aspektach sprzedażowych, co marka traktuje jako wielki sukces na zakończenie 2018 roku.

Azimo – nowy fintech na polskim rynku przekazów pieniężnych

Azimo, fintech działający w ponad 27 krajach, oferujący usługi związane z transferem pieniędzy, wchodzi do Polski. Celuje w polski rynek wart 6 mld USD.

Azimo jest spółką portfelową Funduszu MCI.TechVentures.

Azimo, platforma do przelewów pieniężnych online, uruchamia w Polsce usługę dla klientów, którzy chcą wysyłać pieniądze za granicę. Ten ruch ma na celu wejście na wart 6 miliardów dolarów polski rynek przekazów pieniężnych, który od 2013 roku urósł czterokrotnie.

Nowa usługa pozwoli klientom w Polsce korzystać z tego samego produktu, który Azimo oferuje w 27 innych krajach europejskich. Klienci będą mogli wysyłać pieniądze do 190 krajów i terytoriów na całym świecie, korzystając z takich metod dostawy, jak przelew bankowy, odbiór gotówki czy doładowanie telefonów komórkowych.

Polacy mieszkający za granicą wysyłają do ojczyzny równowartość ok. 7 miliardów dolarów rocznie, nic więc dziwnego, że polscy emigranci od dawna są atrakcyjną grupą docelową dla firm zajmujących się przekazami pieniężnymi. Jednak w ostatnich latach niedobór pracowników, spowodowany szybkim wzrostem gospodarczym i emigracją 2 mln Polaków, uczynił z tego kraju czołowy cel wyjazdów dla pracowników z sąsiednich państw, takich jak Ukraina. W 2017 r. wydano Ukraińcom ok. 1,7 mln pozwoleń na pracę w Polsce.

Azimo jest jedną z pierwszych międzynarodowych firm, które dostrzegają potencjał Polski jako rynku dla wychodzących przekazów pieniężnych. Michael Kent, CEO Azimo, stwierdził: „Polska jest w naszym DNA. Mamy siedzibę w Krakowie i ludzi na terenie całego kraju. Stereotyp Polaków emigrujących w poszukiwaniu lepszego życia gdzie indziej jest szybko zastępowany przez emigrantów przybywających tłumnie do Polski, by tutaj mieszkać i pracować.”

Azimo ma nadzieję, że zapewniane przez platformę bezpieczne szyfrowanie danych przyciągnie klientów, którzy nadal decydują się na transport pieniędzy podczas podróży do domu z powodu braku zaufania do instytucji finansowych. Obecnie, nawet do 95% pieniędzy przesyłanych na Ukrainę może być dostarczanych fizycznie w gotówce.

„Wysyłanie pieniędzy za pomocą odpowiednio zabezpieczonej, zaszyfrowanej usługi, takiej jak Azimo, jest znacznie bezpieczniejszą opcją niż transport gotówki do domu samolotem lub autokarem. Pracujemy w branży, gdzie bardzo ważnym czynnikiem jest zaufanie i musimy dotrzeć z tym komunikatem do potencjalnych klientów.” – mówi Kent.

„Azimo już teraz jest jednym z największych dostawców europejskich przekazów pieniężnych w Polsce”, powiedział Dan Martins, Chief Product Officer w Azimo. „Kiedy przeprowadzamy wywiady konsumenckie z naszymi polskimi klientami, rzeczą, o którą najczęściej proszą jest zawsze dodanie Polski jako kraju, z którego można wysyłać pieniądze. Cieszymy się z udostępnienia wszystkich funkcji naszej wielokrotnie nagradzanej strony internetowej i aplikacji mobilnej tak wielu osobom, które już znają naszą markę.”

Azimo powstało w 2012 roku. Spółka jest wspierana przez kilka renomowanych funduszy inwestycyjnych; obok polskiego MCI, także przez azjatyckiego giganta Rakuten, Sillicon Valley Bank, e.ventures, Frog Capital, TA Ventures oraz GR Capital.

Arkusz informacyjny

Wszystkie dane finansowe pochodzą ze strony Banku Światowego (https://databank.worldbank.org). Azimo zostało założone w 2012 roku i ma swoją siedzibę w Krakowie i w Londynie. W 2018 roku Azimo zostało umieszczone na liście Sunday Times Hiscox Tech Track 100 na pozycji numer 34.

SARE podsumowuje wyniki Grupy po III kwartale 2018 roku

Grupa SARE, działająca w branży komunikacji i marketingu w Internecie, w trzech kwartałach 2018 roku wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 34 012 tys. zł, co oznacza wzrost w stosunku do analogicznego okresu roku 2017 o 2,7 proc. EBITDA wyniosła 4 007 tys. zł, natomiast zysk netto wyniósł 1 199 tys. zł. Obecnie Grupa koncentruje się na dalszym rozwoju oferowanych narzędzi, procesach akwizycyjnych oraz efektywnym wykorzystaniu wzmożonego sezonu w branży e-commerce.

Grupa SARE konsekwentnie realizuje strategię na lata 2017-2019 powiększając osiągane przychody ze sprzedaży. Do tej pory udało się rozszerzyć i przeorganizować ofertę produktową i sposób obsługi klienta, dostosowując go do czterech głównych modeli biznesowych. Grupa rozwija swoją działalność w obszarze e-commerce, co jest możliwe m.in. dzięki akwizycji i integracji systemu Sales Intelligence.

Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE SA
Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE SA

– „Przed nami gorący okres dla branży marketingu i e-commerce. Jak każdego roku, w IV kwartale spodziewamy się wyraźnego zwiększenia nakładów na kampanie marketingowe. Jesteśmy dobrze przygotowani na intensyfikację działań w tym okresie, co już w tej chwili ma miejsce. Dzięki przejęciu i integracji Sales Intelligence mamy jeszcze szerszą ofertę dla handlu i większą ekspozycję na rosnący rynek e-commerce. Posiadanie danych o 7,4 milionach intencji zakupowych miesięcznie daje nam unikatową pozycję na rynku. Mimo, że cały segment e-mail marketingu w ostatnim czasie odnotował duże spadki, nasze przychody wciąż pokazują tendencję wzrostową.– komentuje Dariusz Piekarski, prezes zarządu SARE.

Grupa SARE, w trzech kwartałach 2018 roku odnotowała wzrost skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży o 2,7 proc. względem analogicznego okresu roku 2017 osiągając kwotę 34 012 tys. zł, natomiast zysk netto wyniósł 1 199 tys. zł i był niższy niż rok temu o 42,7 proc. EBITDA utrzymała się na poziomie 4 007 tys. zł, co oznacza spadek względem trzech kwartałów 2017 roku o 4,4 proc.

„Wypracowane w przeciągu trzech kwartałów 2018 roku wyniki pokazują, że konsekwentnie budujemy pozycję rynkową Grupy SARE i zwiększamy generowane przychody. Duży wpływ na osiągnięte wyniki miał sezon wakacyjny, który w tym roku charakteryzował się większą sezonowością i ograniczeniem nakładów na kampanie marketingowe niż w poprzednich latach. Było to związane przede wszystkim z wejściem w życie RODO i wstrzymaniem niektórych działań marketingowych naszych klientów. Już teraz widzimy jednak, że te budżety zostały przesunięte na wrzesień i październik, co powinno pozytywnie wpłynąć na wyniki IV kwartału.” –  mówi Tomasz Kuciel, członek zarządu SARE.

Niższy wynik EBITDA i zysk netto osiągnięty w okresie trzech kwartałów, względem analogicznego okresu w 2017 roku, wynika przede wszystkim ze zmian na rynku marketingu internetowego a także wzrostu kosztów wynagrodzeń i ubezpieczeń społecznych oraz wzrostu amortyzacji, w związku z zakończeniem prac rozwojowych. Implementacja  rozporządzenia RODO sprawiła, że klienci ostrożniej podchodzą do realizacji kampanii i wstrzymują część swoich działań.

 – „Ostatnie miesiące były trudnym okresem dla branży e-mail marketingu. Wprowadzenie RODO zobligowało nas do dostosowania autorskiej technologii do wymogów rozporządzenia. Zmiany te obejmowały m. in. animizowanie danych, przygotowanie rejestru zmian przetwarzanych danych osobowych czy zmiany w backupach zgodne z zapisami rozporządzenia, przez co ponieśliśmy dodatkowe koszty.” – dodaje Dariusz Piekarski.

W 2018 roku Grupa intensywnie rozwija nowe projekty, dające większą ekspozycję na rynek e-commerce oraz projekty skierowane bezpośrednio do konsumentów (m.in. Zrabatowani.pl oraz RynekFinansowy.info).

W polskich aptekach brakuje ponad 300 leków. Od 2019 roku pacjenci mogą mieć utrudniony dostęp do kilkuset kolejnych

W polskich aptekach brakuje ponad 300 leków. Od 2019 roku pacjenci mogą mieć utrudniony dostęp do kilkuset kolejnych 1

Obecnie na aptecznych półkach brakuje już ponad 300  leków. Wynika to przede wszystkim z ich nasilonego nielegalnego eksportu – należą bowiem do najtańszych w Europie. Leki o ograniczonej obecnie dostępności stosowane są w chorobach przewlekłych, np. nadciśnieniu, cukrzycy i schorzeniach kardiologicznych. Od 1 stycznia w aptekach może zabraknąć nawet 700 kolejnych. Taki może być niezamierzony efekt toczących się obecnie negocjacji między Ministerstwem Zdrowia a firmami farmaceutycznymi ws. dalszego obniżania cen.

Na początku listopada Ministerstwo Zdrowia opublikowało zaktualizowaną listę leków zagrożonych brakiem dostępności. Znajduje się na niej 311 pozycji, a więc o 45 więcej niż na liście z 15 września tego roku. Wśród wymienionych produktów brakuje przede wszystkim leków niezbędnych w chorobach przewlekłych, m.in. przeciwzakrzepowych, kardiologicznych, na nadciśnienie oraz cukrzycę. Wiele z nich to leki ratujące życie. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest ich nielegalny wywóz za granicę, wynikający z ich niskiej ceny na rynku polskim. Leki w Polsce są bowiem dużo tańsze niż ich odpowiedniki za granicą. Nielegalny proceder nasilił się po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej w 2011 roku.

Negocjacje cen dotychczas refundowanych leków dawały szansę na finansowanie dla kolejnych, innowacyjnych terapii, dlatego ocenialiśmy je zwykle bardzo pozytywnie. Dzięki poprzednim negocjacjom wiele innowacyjnych leków udało się zrefundować dla różnych grup pacjentów. Zatem środki zwiększały skromny nadal budżet na leki. Natomiast fakt jest taki, że są to czwarte negocjacje cen leków z listy aptecznej. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że wiele produktów ma już najniższą cenę w Europie, to może się pojawić problem z realizacją dalszych obniżek i uzyskaniem podobnych korzyści jak w przeszłości – mówi Beata Ambroziewicz, prezes zarządu Polskiej Unii Organizacji Pacjentów „Obywatele dla Zdrowia”.

W efekcie hurtownikom bardziej opłaca się sprzedawać leki za granicę, aptekom natomiast odsprzedawać je hurtownikom. Kolejne rządy od kilku lat próbują walczyć z nielegalnym eksportem, wprowadzając nowe regulacje prawne. W czerwcu tego roku wdrożono ustawę zmieniającą zasady monitorowania przewozu produktów leczniczych i wyrobów medycznych zagrożonych brakiem dostępności w Polsce. Złamanie nowych przepisów karane jest od tego czasu grzywną w wysokości min. 20 tys. zł. Zdaniem ekspertów nie wpłynie to jednak znacząco na zahamowanie nielegalnego eksportu.

Żadne administracyjne środki nie ukrócą eksportu, dopóki w Ministerstwie Zdrowia będzie obowiązywać paradygmat jak najniższej ceny urzędowej. Nie musiałoby tak być, ponieważ możliwe jest zastosowanie innych narzędzi negocjacyjnych. Można obniżać wydatki państwa na dane leki, bez obniżania ceny, a więc bez zachęty do eksportu, ale trzeba chcieć – mówi mec. Paulina Kieszkowska-Knapik, adwokat w zakresie prawa farmaceutycznego i refundacyjnego.

Sytuacja chorych może się jeszcze bardziej pogorszyć w 2019 roku, ponieważ część leków może utracić refundację. Komisja Ekonomiczna Ministerstwa Zdrowia negocjuje bowiem nowe warunki dla 2 500 leków, które objęte były pełnym lub częściowym finansowaniem z budżetu. Zgodnie z prawem przy przedłużaniu decyzji refundacyjnej cena leku nie może być wyższa niż dotychczasowa. Komisja Ekonomiczna najczęściej oczekuje jednak od producenta znacznego jej obniżenia, nawet o kilkadziesiąt procent. Nie oznacza to jednak realnych oszczędności dla NFZ, negocjowane są bowiem głównie ceny leków, które nie ustalają limitu ceny w danej grupie leków.

 Trzykrotnie te ceny leków były już obniżane w procesie refundacji. Teraz nasze firmy chciałyby tę cenę zachować, zachowując tym samym możliwość funkcjonowania w Polsce, żadna z nich nie oczekuje podwyżki cen tych leków. Najważniejsze jest to, żeby zachować bezpieczeństwo pacjentów – mówi Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

– Dla organizacji pacjenckich ważne jest to, żeby przy negocjacjach mieć na uwadze przede wszystkim dobro pacjenta, czyli dostępność i bezpieczeństwo leków oraz zapewnienie kontynuacji terapii. Obawiamy się, że w sytuacji dalszych obniżek cen część leków może zniknąć z polskich aptek, zarówno z powodu wywozu leków za granicę, jak i wycofania się z rynku producentów – mówi Beata Ambroziewicz.

Żądania resortu zdrowia sprawiają, że produkcja niektórych leków stanęłaby na granicy opłacalności. Wiele firm nie będzie w stanie sprostać tym oczekiwaniom i nie obniży ceny, co będzie równoznaczne z usunięciem leków z listy refundacyjnej. Zamiast kilku złotych dopłaty pacjenci będą musieli uiścić 100 proc. ceny. Nie będą też mogli zamienić takiego leku na tańszy odpowiednik, bowiem zgodnie z prawem na tańszy odpowiednik można zamienić wyłącznie produkt podlegający refundacji. Może to spowodować problemy z ciągłością terapii, a nawet zagrożenie życia niektórych chorych.

 Jeżeli pacjent jest przyzwyczajony do swojego leku, a lek traci refundację to i dla pacjenta, i dla jego lekarza jest to zła wiadomość. Chory przyzwyczaja się do określonych terapii. Jeśli one pomagają, a przecież zgodnie ze swą najlepszą wiedzą takie zaleca lekarz, to rzeczą oczywistą jest, że musimy dbać o niezaburzony do nich dostęp. Inaczej pacjenci będą czuli się zagubieni. A jeśli leku w ogóle zabraknie, to już jest bardzo źle – mówi dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.

Efekty leczenia chorób przewlekłych, np. nadciśnienia tętniczego, zazwyczaj osiąga się po długim okresie stabilnej terapii. Utrata dostępu do leków może oznaczać konieczność dodatkowych wizyt, często zmiany terapii, a to może się wiązać z ryzykiem działań niepożądanych, a nawet bezpośrednim zagrożeniem życia. Wpływa to na dodatkowe koszty z budżetu państwa obejmujące kolejne wizyty u lekarza oraz konsultacje u specjalisty w celu znalezienia zamiennika, a także zagraża bezpieczeństwu lekowemu Polaków. Dalsze obniżanie cen może bowiem prowadzić do eskalacji nielegalnego eksportu leków.

– Większość naszych leków jest skierowana do szerokiego grona odbiorców i korzystają z nich także pacjenci 75+, czyli ci, którzy w tej chwili mają leki wydawane bezpłatnie. Jeśli z 2 500 leków, które są w tej chwili negocjowane, zniknie ok. 700, to pacjenci mogą od 1 stycznia mieć poważny problem z dostępnością tych leków – mówi Krzysztof Kopeć.

Branża cyfrowa z państw regionu Trójmorza przeciwna unijnej reformie praw autorskich nazywanej ACTA2. Apeluje do rządów o zablokowanie prac nad nią

Branża cyfrowa z państw regionu Trójmorza przeciwna unijnej reformie praw autorskich nazywanej ACTA2. Apeluje do rządów o zablokowanie prac nad nią 2

Organizacje z sześciu państw regionu Trójmorza, które reprezentują branżę cyfrową, wspólnie zaapelowały do rządów swoich krajów o wspieranie inicjatywy Jednolitego Rynku Cyfrowego i zablokowanie propozycji zawartych w unijnej dyrektywie dotyczącej praw autorskich, nazywanej popularnie ACTA2. W ich ocenie nowe przepisy będą mieć druzgocący wpływ na cyfryzację i rozwój nowych technologii, które są kluczowe dla przyszłości gospodarki UE. – Jeżeli Europa ma być globalnym graczem, musi nadawać rytm i wyznaczać kierunki rozwoju gospodarki światowej, wnosić wartość dodaną – podkreśla Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Dla przyszłości gospodarek UE kluczowe są kwestie innowacyjności, cyfryzacji, sztucznej inteligencji, robotyki. One dotyczą całej Europy, natomiast kraje Trójmorza są w szczególnym stopniu zainteresowane, żeby nadgonić trochę zaszłości względem Europy Zachodniej i potrzebują szczególnego impulsu, pomocy – również regulacyjnej – w tym zakresie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Kanownik, prezes Związku Cyfrowa Polska.

Organizacje z państw grupy Trójmorza, które reprezentują branżę cyfrową, wspólnie zaapelowały do rządów swoich krajów o wspieranie inicjatywy Jednolitego Rynku Cyfrowego i zablokowanie propozycji zawartych w unijnej dyrektywie dotyczącej praw autorskich (nazywanej popularnie ACTA2), które są szkodliwe dla sektora kreatywnego i nowoczesnych technologii. Pod apelem – skierowany również do premiera Mateusza Morawieckiego – podpisały się największe organizacje sektora cyfrowego z Polski, Czech, Słowacji, Estonii, Litwy oraz Rumunii. Z inicjatywą wspólnych działań wyszedł Związek Cyfrowa Polska. Jego prezes podkreśla, że współpraca wzmocni głos branży cyfrowej z krajów Trójmorza w toczącej się dyskusji nad nowymi unijnymi regulacjami.

 Uznaliśmy, że inicjatywa Trójmorza jest doskonałą platformą do współpracy również pomiędzy branżą nowych technologii z uwagi na wspólnotę interesów, podobny poziom rozwoju nowych technologii i innowacyjności gospodarek tych krajów, a jednocześnie ich potencjał. Stąd nasz pomysł, żeby nawiązywać współpracę pomiędzy organizacjami branżowymi krajów Trójmorza i wspólnymi siłami monitorować to, co się dzieje w legislacji europejskiej, oraz wskazywać najlepsze rozwiązania dla regionu – mówi Michał Kanownik.

Sygnatariusze apelu wskazują, że to właśnie nowe technologie i poziom cyfryzacji zadecydują o tym, na ile Europa będzie konkurencyjna wobec reszty świata. Dlatego we wspólnym interesie są takie inicjatywy i uregulowania prawne, które pomogą w rozwoju branży cyfrowej. Zwłaszcza w państwach grupy Trójmorza, dla których innowacyjność jest ważnym impulsem dla rozwoju gospodarek krajowych. W dwunastu państwach wchodzących w skład Trójmorza mieszka w sumie ok. 114 mln obywateli.

Skupiamy uwagę na Jednolitym Rynku Cyfrowym oraz przeciwdziałaniu negatywnemu wpływowi, jaki może mieć dyrektywa o prawie autorskim. Wskazujemy zagrożenia, jakie ten projekt może nieść dla rozwoju Jednolitego Rynku Cyfrowego w całej Europie, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju potencjału cyfrowej gospodarki w naszym regionie – mówi Michał Kanownik.

Jednolity Rynek Cyfrowy ma ułatwić wymianę danych w ramach UE, a w efekcie pobudzić innowacje i unijne PKB, stworzyć setki tysięcy miejsc pracy i nowe możliwości rozwoju biznesu. Znaczenie przepływu danych – jako głównego surowca przyszłości – podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD. Według raportu „Data Utilization Intensity 2017” dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB UE. Jednolity Rynek Cyfrowy to jeden z głównych punktów unijnej polityki w obszarze transformacji cyfrowej.

Idei JRC mogą zagrozić propozycje zawarte w unijnych rozporządzeniach takich, jak te dotyczące ePrivacy, P2B czy zapobieganiu rozpowszechnianiu treści terrorystycznych online. Ograniczą one powstawanie innowacyjnych produktów i usług oraz obciążą wysokimi kosztami przedsiębiorstwa z branży internetowej – oceniają przedstawiciele sektora.

– Mówimy o sztucznej inteligencji, która będzie przyszłością europejskiej cyfrowej gospodarki na dziesięciolecia wprzód. Nie możemy z jednej strony promować rozwoju sztucznej inteligencji, z drugiej strony – wprowadzać wprost zapisów w dyrektywie o prawie autorskim, które będą ograniczały, a właściwie uniemożliwiały jej rozwój w skali europejskiej – podkreśla Michał Kanownik.

Sygnatariusze apelu zgłaszają zastrzeżenia także do projektu unijnej reformy prawa autorskiego. Ich zdaniem państwa członkowskie powinny mieć prawo do utrzymywania lub rozszerzania możliwości korzystania przez przedsiębiorców z eksploracji tekstu i danych (TDM – text and data mining), do których mają legalny dostęp bez potrzeby uzyskiwania dodatkowych licencji. Tymczasem wprowadzenie projektowanego zapisu w dyrektywie w sprawie praw autorskich utrudni TDM i w konsekwencji również rozwój gospodarki opartej na danych i sztucznej inteligencji w Europie, m.in. zmniejszy zainteresowanie ze strony międzynarodowych koncernów lokowaniem centrów R&D na Starym Kontynencie.

Przegłosowany w połowie września projekt unijnej dyrektywy, nazywanej ACTA2, na nowo reguluje kwestię praw autorskich w internecie i zmienia zasady publikowania treści w sieci. Ma stanowić oręż w walce z takimi gigantami, jak Google czy Facebook, które do tej pory nie płaciły za treści wytwarzane przez artystów i inne media. Unijna dyrektywa o prawach autorskich od początku wzbudza jednak bardzo wiele kontrowersji.

Organizacje, które podpisały się pod listem, ostrzegają, że obecny projekt dyrektywy – o którym przyjęciu zdecyduje głosowanie na Radzie Unii Europejskiej – znacznie ograniczy dostęp do informacji, wiedzy czy dzieł kultury, co w praktyce szybko odczują przede wszystkim konsumenci. W ich ocenie obowiązek filtrowania treści przesyłanych przez użytkowników sieci, który zostanie nałożony na dostawców internetu, zaszkodzi rozwojowi innowacyjnych przedsiębiorstw, rynkowi e-commerce i ograniczy swobodę wypowiedzi.

 Żeby skutecznie konkurować na rynku światowym, gospodarka i społeczeństwo europejskie muszą mieć nieograniczony dostęp do wiedzy, informacji i kultury. Dzisiaj procedujemy projekt dyrektywy, która w sposób jawny stwarza możliwości ograniczania tego dostępu. Ryzykujemy, że społeczeństwo europejskie za lat kilka czy kilkanaście będzie wyraźnie do tyłu z rozwojem własnej wiedzy, doświadczenia na tle innych światowych społeczeństw. Przez to europejska gospodarka nie będzie w stanie konkurować z takimi gigantami, jak Stany Zjednoczone czy Chiny – podkreśla Michał Kanownik.

Prezes Związku Polska Cyfrowa podkreśla, że rozwój branży cyfrowej i nowych technologii to przyszłość europejskiej gospodarki.

– Dzisiaj wartości dodanej danej gospodarki nie buduje się w nowych fabrykach, które będą produkowały traktory czy statki. Kluczem do prawdziwego skoku cywilizacyjnego jest właśnie cyfrowa gospodarka, czyli usługi cyfrowe, cały sektor kreatywnego myślenia o tym, jakie produkty i usługi zaoferować, żeby z jednej strony ułatwiały życie konsumentów, a z drugiej – przyspieszały procesy biznesowe w całej gospodarce – podkreśla Michał Kanownik.

Jak informuje prezes Związku Polska Cyfrowa, branża cyfrowa reprezentująca kraje Trójmorza planuje dalszy monitoring legislacyjny i promowanie najlepszych rozwiązań dla postępu cyfryzacji w europejskiej gospodarce. Podpisany w ubiegłym tygodniu wspólny apel w Polsce został skierowany m.in. do premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremierów oraz ministrów cyfryzacji i przedsiębiorczości.

– Chcemy zachęcić polski rząd oraz rządy państw regionu, by bardzo aktywnie włączyły się do tej europejskiej dyskusji i wspólnymi siłami stworzyły silną grupę, która będzie forsowała rozwiązania legislacyjne korzystne dla całej europejskiej gospodarki, ze szczególnym uwzględnieniem naszej części Europy –podkreśla Michał Kanownik.

Nowoczesna platforma informatyczna pomoże osobom niepełnosprawnym wrócić na rynek pracy. Obecnie tylko 1/4 z nich pracuje zawodowo

Nowoczesna platforma informatyczna pomoże osobom niepełnosprawnym wrócić na rynek pracy. Obecnie tylko 1/4 z nich pracuje zawodowo 3

Odsetek aktywnych zawodowo osób z niepełnosprawnościami wynosi w Polsce 28 proc. i jest dużo niższy od unijnej średniej. Barierę stanowią m.in. stereotypy i obawy pracodawców, ale również brak wiedzy po stronie osób niepełnosprawnych, które często nie orientują się, z jakiego rodzaju dofinansowań mogą skorzystać, w jakich programach uczestniczyć i gdzie zgłaszać się po wsparcie, aby aktywizować się zawodowo. Pomocnym narzędziem dla osób z niepełnosprawnościami – które chcą wejść na rynek pracy – jest uruchomiony przez PFRON system SOW (System Obsługi Wsparcia), który dostarcza informacji o rodzajach wsparcia PFRON na platformie (https://portal-sow.pfron.org.pl) i jednocześnie stwarza możliwość aplikowania o dofinansowanie ze środków PFRON w formie elektronicznej (https://sow.pfron.org.pl).

– Myślę, że świadomość pracodawców dotycząca osób z niepełnosprawnościami jest niewielka, przede wszystkim mają oni nieduże doświadczenie we współpracy z takimi osobami. Są także utrwalone stereotypy, że osoby z niepełnosprawnościami są bardzo roszczeniowe, chcą korzystać ze swoich przywilejów, czyli skróconego czasu pracy, dodatkowego urlopu czy możliwości odbycia wizyt lekarskich. Pracodawcy są przekonani, że tych przywilejów będą mocno nadużywać, co oczywiście wcale nie jest zgodne z prawdą – mówi Magdalena Świtajska, trener pracy w Warszawskiej Agencji Zatrudnienia Osób z Niepełnosprawnościami.

Z danych GUS wynika, że zaledwie 28 proc. osób niepełnosprawnych w Polsce jest aktywnych zawodowo – przy średniej unijnej na poziomie 40 proc. Dlatego aktywizacja zawodowa i zmniejszenie bezrobocia w tej grupie (przykładowo wśród osób głuchych i niedosłyszących przekracza ono 70 proc.) jest jednym z najpilniejszych wyzwań. Jedną z barier są obawy pracodawców dotyczące na przykład kosztów dostosowania miejsca pracy do ich potrzeb.

– Panuje takie przekonanie, że to jest proces bardzo długi, trudny, natomiast w praktyce bardzo wiele osób z niepełnosprawnościami kompletnie nie potrzebuje dostosowania tego miejsca pracy. Na pewno barierą jest też fakt, że cukrzyca czy epilepsja są to schorzenia, których pracodawcy po prostu się boją. Są przekonani, że łączy się to z niesamowicie trudnymi sytuacjami, których będą udziałem. Natomiast z naszej wiedzy i doświadczeń wynika, że czasami wystarczy po prostu przygotować pracodawcę, wytłumaczyć, na czym polega dane schorzenie, i okazuje się, że nie taki diabeł straszny i naprawdę zatrudnienie takiej osoby nie jest niczym skomplikowanym – mówi Magdalena Świtajska.

Jak podkreśla, bardzo pomocnym narzędziem dla osób z niepełnosprawnościami, które chcą wrócić na rynek pracy, jest uruchomiony w lipcu system SOW. Narzędzie stworzone przez PFRON ma wyeliminować konieczność osobistej wizyty osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w jednostkach samorządowych, które dystrybuują pomoc. Nowoczesna platforma informatyczna umożliwia tym osobom składanie wniosków w formie elektronicznej i ubieganie się o dofinansowanie ze środków PFRON online. Osoba wnioskująca może złożyć wniosek przez internet i podpisać umowę z użyciem podpisu elektronicznego lub Profilu Zaufanego. Z drugiej strony platforma SOW to źródło informacji o wszystkich dostępnych programach i formach wsparcia, również tych dotyczących aktywizacji zawodowej.

– Do tej pory osoby niepełnosprawne, żeby uzyskać tę pomoc, musiały się wybierać do urzędów powiatowych, stać w kolejkach. Platforma elektroniczna umożliwia złożenie takiego wniosku poprzez internet o dowolnej porze. Osoba niepełnosprawna może to zrobić z domu, bez pomocy pośredników, może dołączyć do wniosku również skany niezbędnych dokumentów. SOW w bardzo istotny sposób zmienia życie beneficjentów. Sama platforma elektroniczna zmienia podejście do wnioskowania, do zawierania umów. Dzięki niej beneficjenci mogą złożyć wniosek w formie elektronicznej, prowadzić korespondencję elektroniczną z daną jednostką samorządu terytorialnego, zawierać umowę na dofinansowanie z tą jednostką, a następnie – w trakcie realizacji tej umowy – także rozliczać dofinansowanie – mówi Dariusz Łazar, kierownik projektu SOW PFRON.

Magdalena Świtajska z Warszawskiej Agencji Zatrudnienia Osób z Niepełnosprawnościami zauważa, że część osób niepełnosprawnych kompletnie nie orientuje się, z jakiego rodzaju dofinansowań mogą skorzystać, w jakich programach uczestniczyć i gdzie zgłaszać się po wsparcie. Dlatego możliwość uzyskania takich informacji online, w jednym miejscu, jest dla nich dużym ułatwieniem.

Będą mogły z niej skorzystać nawet osoby wykluczone cyfrowo, bo PFRON przekaże około 1,5 tysiąca tabletów pracownikom socjalnym w całej Polsce, którzy będą pełnić funkcję mobilnych asystentów i pomagać w korzystaniu z platformy osobom bez dostępu do internetu. Fundusz uruchomił też specjalną infolinię, gdzie osoby z niepełnosprawnością mogą uzyskać wsparcie w wykorzystaniu systemu i pełną informację.

– Infolinia może zdecydowanie ułatwić uzupełnienie tej wiedzy, jeżeli ktoś nie będzie mógł znaleźć informacji na platformie SOW. Może się okazać, że wiele osób z niepełnosprawnościami uzna, że warto się przebranżowić, podnieść swoje kwalifikacje i skorzystać chociażby z dofinansowania na zdobycie wyższego wykształcenia, czego wcześniej nie zrobiły, bo przeraził ich ogrom formalności czy choćby prozaiczna kwestia dotarcia do urzędu. W przypadku osób z dysfunkcjami ruchowymi jest to bardzo trudne i wymaga logistycznych przygotowań – mówi Magdalena Świtajska.

– Dofinansowanie ze środków PFRON pomaga zyskać niezależność, a system SOW jeszcze bardziej ułatwia osobom niepełnosprawnym uzyskanie tego dofinansowania. Po pierwsze, jest to źródło informacji o tym, z jakich narzędzi dana osoba może skorzystać, jakiej pomocy może oczekiwać. Można to wszystko zrobić przez internet, bez wychodzenia z domu, a jeżeli ktoś nie ma komputera – można skorzystać z pomocy urzędników wyposażonych w tablety, którzy pomogą złożyć odpowiedni wniosek. Wiele barier zostało zniwelowanych dzięki SOW i staranie się o tę pomoc jest łatwiejsze – dodaje Tomasz Gańko, doradca zawodowy w Galerii Apteka Sztuki.

Dariusz Łazar, kierownik projektu SOW, podkreśla, że z platformy mogą korzystać zarówno osoby niepełnosprawne, jak i instytucje działające na ich rzecz, a także przedsiębiorcy, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne we własnych zakładach, oraz jednostki samorządu terytorialnego.

– Myślę o około tysiącu instytucji samorządowych, które zajmują się dystrybucją tego wsparcia na poziomie powiatu i województw. Zakres pomocy jest bardzo szeroki, myślimy głównie o aktywizacji społecznej i zawodowej osób niepełnosprawnych. One mogą się starać o dofinansowanie protez kończyn, dofinansowanie prawa jazdy, studiów, a nawet pozyskać środki na dofinansowanie rozpoczęcia własnej działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy, którzy zatrudniają osoby niepełnosprawne, mogą się starać o dofinansowanie stanowiska pracy, przeszkolenie takiej osoby, a nawet zatrudnienie pracownika wspomagającego, który będzie jej pomagał – wylicza Dariusz Łazar, kierownik zespołu SOW PFRON.

Według danych GUS osób niepełnosprawnych jest w Polsce ok. 5 mln (co stanowi ok. 14 proc. ogółu społeczeństwa). Wyższe szacunki podaje Eurostat, według którego na koniec 2014 roku z niepełnosprawnością borykało się 7,7 mln Polaków (badanie EHIS – European Health Interview Survey). Co roku 3 grudnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych, ustanowiony przez ONZ, który jest okazją do tego, aby przybliżyć społeczeństwu problemy osób niepełnosprawnych i włączyć się w działania przeciwdziałające ich wykluczeniu.

Polscy konsumenci nie polegają na znanych markach. Tylko 28 proc. z nich uważa, że to gwarancja jakości

Polscy konsumenci nie polegają na znanych markach. Tylko 28 proc. z nich uważa, że to gwarancja jakości 4

Dla 71 proc. konsumentów jakość produktu jest najważniejszym kryterium zakupowym. Choć niewiele wiedzą o procedurach certyfikacji, to robi na nich wrażenie informacja, że dany produkt został przebadany. Na drugim miejscu jest cena, decydująca dla 61 proc. Polaków. Zaufanie do produktów znanych marek deklaruje jedynie 28 proc. konsumentów, natomiast 32 proc. kupuje towary mniej znanych producentów, bo ich zdaniem są porównywalnej lub nawet lepszej jakości – wynika z nowego badania firmy TÜV Rheinland Polska, która przyjrzała się wyborom konsumenckim Polaków.

– Polacy nie mają zbyt dużej świadomości na temat funkcjonowania jednostek certyfikujących czy procedur badania samych wyrobów, ale intuicyjnie ufają takim badaniom i sloganom. Wierzą, że coś jest przebadane, potwierdzone, poszukują na etykietach takich informacji na rynku. Polacy ufają certyfikatom, ale ich wiedza na ten temat jest niewystarczająca – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Milena Zielińska, kierownik ds. rozwoju certyfikacji wyrobów TÜV Rheinland Polska.

Jak wynika z nowego badania przeprowadzonego na zlecenie TÜV Rheinland Polska przez instytut Kantar Millward Brown, często źródłem wiedzy na temat produktów są certyfikaty jakości, które sprawdza przed dokonaniem zakupu aż trzy czwarte Polaków, a ponad połowa (61 proc.) im ufa. Z drugiej strony tylko 29 proc. badanych wie, w jaki sposób są testowane produkty w laboratorium.

Z roku na rok Polacy są coraz bardziej świadomymi konsumentami. Poszukują informacji na temat certyfikatów i potwierdzonej jakości, natomiast nie do końca rozumieją procedurę certyfikacji. Nie wiedzą, jaki proces muszą przejść te produkty, aby otrzymać znak jakości. Dlatego też są podatni na wszelkiego rodzaju manipulacje, jeśli chodzi o mass media, reklamy. Lubią stwierdzenia, że coś jest potwierdzone, przebadane przez niezależny instytut badawczy. Jest potrzeba edukowania społeczeństwa pod kątem procedur sprawdzania i weryfikowania produktów pojawiających się na rynku – mówi Milena Zielińska.

Wyniki badania pokazują, że Polacy chcą postrzegać siebie jako świadomych konsumentów, którzy kierują się jakością kupowanego towaru i są raczej obojętni na markę produktu oraz nie sugerują się jego reklamą. Tylko 6 proc. Polaków deklaruje, że na ich decyzję zakupową ma wpływ obejrzana reklama.

Konsumenci różnie interpretują pojęcie jakości produktu. Dla większości oznacza to przede wszystkim trwałość (jest zrobiony z dobrego materiału, dobrze złożony) oraz bezpieczeństwo dla życia i zdrowia użytkowników – uważa tak siedmiu na dziesięciu badanych. Ponad połowa (55 proc.) postrzega jakość jako użyteczność (produkt jest wygodny, ergonomiczny), a także jako zgodność z normami i przepisami prawnymi (51 proc.). 45 proc. rozumie jakość produktu jako jego sprawność (np. szybkie działanie).

 Starsi i lepiej wykształceni konsumenci kierują się jakością, natomiast młodsi – wychowani w dobie mass mediów czy internetu – bardziej kierują się reklamą czy marką produktów. Polacy często kupują produkty mniej znanych producentów, ponieważ szukają raczej potwierdzonej jakości aniżeli znanej marki. Marka wcale nie jest synonimem jakości – mówi Milena Zielińska.

Blisko połowa (45 proc.) nie widzi zależności między marką a jakością, przeciwnego zdania jest 39 proc. badanych. Stosunek do marek najlepiej oddają jednak deklaracje zakupowe Polaków – tylko 28 proc. konsumentów twierdzi, że kupuje produkty markowe, bo gwarantują jakość. Natomiast 32 proc. badanych kupuje towary mniej znanych producentów, bo ich zdaniem są porównywalnej lub nawet lepszej jakości.

Autorzy badania podkreślają, że rosnące aspiracje konsumentów w Polsce mogą stanowić wyzwanie dla producentów, co w długim terminie może wymusić na nich inwestowanie przede wszystkim w poprawę jakości produktów dostępnych na polskim rynku.

Lotnisko w Łodzi poprawia wyniki. Stawia na rozbudowę siatki czarterów

Lotnisko w Łodzi poprawia wyniki. Stawia na rozbudowę siatki czarterów 5

Port lotniczy w Łodzi zdecydowanie poprawia wyniki. Ruch pasażerski rośnie kolejny kwartał z rzędu – w sierpniu lotnisko obsłużyło o 35 proc. więcej pasażerów niż rok wcześniej, a we wrześniu wzrost przekroczył 20 proc. To m.in. zasługa pozyskania Lufthansy, uruchomienia nowego połączenia Ryanair do Aten, na którym obłożenie przekracza 90 proc., oraz lotów czarterowych do Burgasu i na Antyle. Wyniki czarterów okazały się tak dobre, że lotnisko nawiązało współpracę z kolejnymi touroperatorami. W kolejnych miesiącach Łódź postawi na dalszą rozbudowę siatki czarterów. Priorytetem jest pozyskanie kolejnych przewoźników i jak najlepsze wykorzystanie obecnej infrastruktury. 

– Dla łódzkiego lotniska ten rok był znakomity. Poczyniliśmy kilka ważnych kroków, możemy też wymienić pewne sukcesy, jak dywersyfikacja przewoźników. Poza Ryanair, który jako jedyny operował u nas do tej pory, udało nam się zaprosić na łódzkie lotnisko Lufthansę i od końca marca tego roku przewoźnik ten operuje pięć razy w tygodniu, latając do Monachium. Dzięki temu mamy coraz większą liczbę pasażerów. Zwiększa się również zapotrzebowanie na ten kierunek – mówi agencji Newseria Biznes Anna Midera, prezes Łódzkiego Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta.

Łódzkie lotnisko w ostatnich latach przynosiło głównie straty (głównym udziałowcem jest miasto), a liczba pasażerów spadała. W 2017 roku obsłużyło rekordowo niską liczbę pasażerów – 207 377 osób, co stanowiło 14-proc. spadek względem poprzedniego roku. Łódź-Lublinek był obok Bydgoszczy jednym z dwóch portów lotniczych w Polsce, które zanotowały spadki. Wszystkie pozostałe porty regionalne poprawiły wyniki, a łącznie wszystkie polskie lotniska obsłużyły w 2017 roku blisko 40 mln pasażerów, co stanowiło 18-proc. wzrost.

Statystyki pokazują, że sytuacja się poprawia. Ogólny ruch pasażerski rośnie kolejny kwartał (46,5 tys. w I kwartale, 54,5 tys. w II i 62,8 tys. w III kwartale), podobnie jak liczba operacji. We wrześniu lotnisko obsłużyło o ponad 20 proc. więcej pasażerów niż rok wcześniej, a tendencja wzrostowa utrzymuje się od czerwca, w którym wzrost był 18-proc. W lipcu i sierpniu liczba podróżnych wzrosła kolejno o 28,5 oraz 35 proc.

To m.in. zasługa pozyskania Lufthansy, uruchomienia nowego połączenia Ryanair do Aten (władze portu podają, że samoloty do Aten latają z Łodzi wypełnione w 96 proc.) oraz lotów czarterowych do Burgasu i na Antyle.

Zapotrzebowanie na loty i wypełnienie tych kierunków turystycznych spowodowało, że na przyszły rok rozpoczęliśmy już współpracę z kolejnymi touroperatorami, takimi jak TUI czy Neckermann i wprowadzamy nową ofertę. Widać, że nasze lotnisko okazało się bardzo atrakcyjne dla czarterów, więc być może powinniśmy obrać ten kierunek, biorąc pod uwagę jego położenie – mówi Anna Midera.

Z danych portalu Pasażer.com, który sprawdził, jak zmieniło się oferowanie linii lotniczych w porównaniu do poprzedniego sezonu zimowego, wynika, że w sezonie zima 2018/2019 lotnisko w Łodzi zaoferuje 103 tys. miejsc, czyli o 27 proc. więcej niż w ubiegłym. W przyszłym roku zwiększona zostanie częstotliwość lotów czarterowych na Antyle i do Burgasu, uruchomione mają zostać też loty do Dubrownika i na Zákynthos.

Obecnie z Łodzi pięć razy w tygodniu odbywają się rejsy Lufthansą do Monachium, które jest popularnym hubem przesiadkowym. Ryanair obsługuje z Łodzi cztery trasy – do Aten, Dublina, East Midlands i Londynu.

W tej chwili nie mamy żadnych nowych planów inwestycyjnych. Lotnisko jest przygotowane na przyjęcie około 2 mln pasażerów. Poza pewnymi remontami nie musimy prowadzić nowych inwestycji. Naszym priorytetowym celem jest pozyskanie kolejnych przewoźników, żeby móc wykorzystywać obecną infrastrukturę, bardzo dobrze przygotowaną. Równolegle prowadzimy rozmowy z różnymi firmami, ten proces jest długotrwały, żeby pozyskać nowego przewoźnika potrzeba średnio 2–3 lata – mówi Anna Midera.

Port Lotniczy Łódź im. Władysława Reymonta znajduje się w samym centrum Polski, ok. 6 km od centrum Łodzi i niedaleko skrzyżowania autostrad A1 i A2. Jego roczna przepustowość to od 1,5 do 2 mln podróżnych. W 2012 roku do użytku oddano nowy, czterokondygnacyjny terminal pasażerski o powierzchni 26,5 tys. mkw.

Identyfikacja na podstawie biometrii umożliwi podróżowanie bez dokumentów. Potrzebne są jednak odpowiednie regulacje prawne i ich ujednolicenie

Identyfikacja na podstawie biometrii umożliwi podróżowanie bez dokumentów. Potrzebne są jednak odpowiednie regulacje prawne i ich ujednolicenie 6

Dzięki wykorzystaniu biometrii chodu będziemy się mogli przemieszczać po różnych obszarach, nie mając przy sobie dokumentów. Już dziś dane biometryczne są wykorzystywane na szeroką skalę do zabezpieczania urządzeń czy dostępu do pomieszczeń, a za pomocą linii papilarnych można autoryzować przelewy bankowe. Szersze wykorzystanie biometrii w zastosowaniach komercyjnych w Polsce i Europie wymagać będzie jednak odpowiednich regulacji prawnych. Do 2023 roku światowy rynek systemów biometrycznych ma wzrosnąć niemal 2,5-krotnie.

– Biometria będzie mieć wpływ na sposób, w jaki się przemieszczamy. Aby dostać się na określony obszar, nie będziemy potrzebować dokumentów fizycznych, ponieważ wszystko będzie się odbywać z wykorzystaniem danych biometrycznych. Takie rozwiązanie ułatwi też podmiotom handlowym utworzenie unikalnej bazy danych bez ryzyka powielania danych poszczególnych osób znajdujących się w bazie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Charles Contremoulin z Argus TrueID.

Do szeroko znanych i dość powszechnie stosowanych w użytku prywatnym danych biometrycznych, takich jak linie papilarne czy siatkówka oka, dochodzą kolejne sposoby identyfikacji. Biometria chodu to identyfikowanie człowieka na podstawie sposobu poruszania się. Analizie poddawane są elementy biomechaniki chodu, takie jak długość i szerokość kroku, kąt układania stopy, nacisk przy stawianiu kroku czy ciężar ciała. Do tego dochodzi analiza obrazu ścieżki chodu, czyli ichnogram i wynikające z niego unikatowe cechy, takie jak kierunek i linia chodu, zmiany tempa czy anomalie ruchowe.

Wykorzystanie biometrii chodu może być przydatne np. w udoskonalaniu systemów bezpieczeństwa w budynkach użyteczności publicznej, na lotniskach czy w obiektach takich jak stadiony lub hale koncertowe.

– Rozwiązanie to znajduje się obecnie na etapie wdrażania w Chinach. Wdrażanie w warunkach europejskich będzie jednak zupełnie inne z uwagi na istotne różnice regulacyjne. Konieczne będzie dokładniejsze rozeznanie się i zapoznanie ze wszystkimi wymogami regulacyjnymi, które są różne w Polsce, Czechach, Francji czy Wielkiej Brytanii. Mimo istnienia Unii Europejskiej niektóre kraje wprowadziły własne przepisy dotyczące wykorzystywania rozwiązań biometrycznych i nie można ich w żaden sposób porównać z tymi, które obowiązują w Chinach – tłumaczy Charles Contremoulin.

Już dziś stosowanie biometrii linii papilarnych, siatkówki oka czy układu naczyń krwionośnych pozwala zabezpieczać dostęp do pomieszczeń, tym samym powoli wypierając chociażby karty i czytniki RFID. Biometryczne zabezpieczenie dostępu do schowka zamierza w swoich samochodach wprowadzić Bentley. Po technologię identyfikacji człowieka na podstawie indywidualnych cech ciała sięga też coraz częściej handel detaliczny, by tworzyć unikalną ofertę dla konkretnego klienta, w oparciu m.in. o pomiar emocji i procesu poznawczego. W fińskich i koreańskich sklepach stosowana jest w tym celu technologia rozpoznawania twarzy.

Powszechne stało się już natomiast stosowanie biometrii linii papilarnych czy kształtu twarzy do zabezpieczania urządzeń, takich jak komputery osobiste czy smartfony. Stosowanie biometrii na szerszą skalę wymaga jednak ujednolicenia kwestii prawnych.

– Obecnie kwestia ta nie jest uregulowana prawnie, ponieważ zawiera się w obszarze użytku prywatnego, a ten różni się od komercyjnego czy państwowego. W chwili obecnej odciski palców w większości europejskich krajów należą do państwa i można z nich korzystać wyłącznie na potrzeby badań kryminalistycznych. Nie można ich natomiast wykorzystywać w celach komercyjnych. Jest to obszar budzący obecnie zainteresowanie organów regulacyjnych i z pewnością zajdą w nim pewne zmiany, choć w tej chwili trudno dokładnie określić, kiedy to nastąpi – mówi przedstawiciel Argus TrueID.

Tymczasem biometria znajduje coraz szersze zastosowanie również w systemach bankowości elektronicznej. Na 2019 rok Citi Handlowy planuje wdrożenie nowej aplikacji mobilnej, w której biometria zastąpi tradycyjny sposób logowania. Zaktualizowaną aplikację mobilną oferuje natomiast już teraz Alior Bank. Oprócz funkcji logowania odciskiem palca oferuje ona również możliwość autoryzowania takim sposobem zlecanych przelewów.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek systemów biometrycznych wzrośnie do 2023 roku do poziomu niemal 42 mld dol. Zakładane tempo wzrostu w ciągu pięciu najbliższych lat wyniesie 20 proc. średniorocznie.

Systemy inteligentnych domów stają się coraz bardziej zaawansowane i proste w obsłudze. Do aplikacji smart home wkraczają asystenci głosowi

Systemy inteligentnych domów stają się coraz bardziej zaawansowane i proste w obsłudze. Do aplikacji smart home wkraczają asystenci głosowi 7

Współczesne inteligentne domy nie ograniczają się wyłącznie do systemów zarządzania zasilaniem i oświetleniem. Coraz więcej sprzętów elektronicznych możemy kontrolować za pośrednictwem komend głosowych, a inteligentne rozwiązania znajdziemy nawet w muszlach klozetowych, kamerach czy domowych drukarkach, które same zamówią kartridże z tuszem. Coraz prostsze staje się także instalowanie smart urządzeń w domu. Budowę inteligentnego domu można prowadzić krok po kroku, dodając stopniowo kolejne produkty.

– Dom inteligentny jest łatwy w obsłudze. Wszystkie produkty opracowujemy w taki sposób, aby ich instalacja była prosta dla każdego. Większość z nich wystarczy podłączyć do prądu, aby działały. Następnie trzeba połączyć je z siecią WiFi za pomocą aplikacji, co jest również bardzo proste. Zawsze przy opracowywaniu produktów staram się, by były na tyle proste, żeby moja babcia potrafiła je zainstalować i ich używać – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Florian Deluil z firmy Netatmo.

Na początku systemy inteligentnych domów ograniczały się niemal wyłącznie do zautomatyzowanych gniazdek, włączników światła czy rolet antywłamaniowych. Dziś do internetu rzeczy podpinane są coraz wymyślniejsze urządzenia. Firma Xiaomi wprowadziła do sprzedaży już trzecią generację inteligentnych muszli klozetowych, które można kontrolować za pośrednictwem opaski inteligentnej Xiaomi Mi Band 3.

Potencjał tej branży dostrzegli także projektanci drukarek. Na początku listopada firma HP zaprezentowała urządzenie o nazwie Tango, które doskonale komunikuje się z innymi inteligentnymi urządzeniami. Sprzęt może być kontrolowany za pośrednictwem komend głosowych, wydrukuje dokumenty z chmury a nawet zadba o to, aby tusz nie skończył się w najmniej odpowiednim momencie i automatycznie zamówi nowy kartridż.

Z podobnych rozwiązań korzystają także producenci sprzętów AGD – najnowsze ekspresy do kawy od Siemensa wyposażono w system inteligentny, który może automatycznie rozpoznać usterkę i zgłosić ją za pośrednictwem internetu do licencjonowanego serwisanta. Branżę inteligentnych domów napędza możliwość nieustannego, niemal nieograniczonego rozwoju sieci urządzeń połączonych.

– Nasze okna i gniazda elektryczne, opracowane we współpracy z firmą Velux, mają większy wpływ na infrastrukturę budynku, więc ich zakup powinien być przemyślany. Łączenie poszczególnych urządzeń nie jest bardzo drogie w trakcie budowy domu, ponieważ i tak będziemy potrzebować ekipy montażowej. Połączenie urządzeń znajdujących się w domu może zwiększyć koszty jego budowy o jakieś 10–20 proc., ale korzyści z tego wynikające są bez wątpienia tego warte – przekonuje ekspert.

W inteligentnym domu rośnie rola urządzeń wyposażonych w inteligentnego asystenta. Wraz z popularyzacją Siri, Aleksy oraz Asystenta Google wzrosło zapotrzebowanie na sprzęty sterowane za pośrednictwem komend głosowych. Dziś w ten sposób obsłużymy już nie tylko małe inteligentne głośniki. Asystentów głosowych znajdziemy we wszystkich najpopularniejszych urządzeniach elektronicznych: soundbarach, pudełkach strumieniujących czy inteligentnych telewizorach. Najnowsze OLED-y od LG wykorzystują nawet sztuczną inteligencję, aby uczyć się naszych predyspozycji i lepiej dopasowywać wyniki wyszukiwania do użytkownika. Co więcej, doskonale rozumieją i interpretują komendy w języku polskim.

– Na rynku rozwiązań inteligentnych nastąpiło przesunięcie w kierunku rozwiązań sterowanych głosowo, więc mamy do czynienia z rozwojem takich produktów jak Siri firmy Apple, Google Assistant oraz Alexa firmy Amazon. Rozwiązania te funkcjonują w specjalnych środowiskach, np. Apple Home Kit.  Korzystanie z urządzeń sterowanych głosowo stanowi dobry początek na drodze do ułatwienia sobie życia –  podkreśla Florian Deluil.

W ramach inteligentnego domu bardzo dynamicznie rozwijają się także wszelkie systemy monitoringu. Firma Abode zaprezentowała zintegrowany system bezpieczeństwa Iota. Projektantom tego sprzętu udało się zmieścić w jednym urządzeniu inteligentną kamerę, system wykrywania ruchu oraz jednostkę do zarządzania całym systemem inteligentnym. Z kolei inżynierowie TP-Linka opracowali niewielką, kilkucentymetrową kamerę Kasa Smart Spot, która po wykryciu ruchu w zasięgu obiektywu automatycznie uruchamia nagrywanie i pozwala prowadzić dwustronną komunikację za pośrednictwem aplikacji Kasa.

– Kamery wysyłają powiadamiania na telefon użytkownika, jeśli coś się wydarzy w domu. Weźmy za przykład mój dom w Paryżu – otrzymałem powiadomienie, że pojawiła się w nim moja dziewczyna, dzięki czemu jestem o nią spokojny, ponieważ wiem, że bezpiecznie dotarła do domu. Dzięki naszemu systemowi można również sprawdzić, co dzieje się przed domem. Użytkownik może zobaczyć, co dzieje się w jego ogrodzie, włączyć światła lub włączyć albo wyłączyć telewizor, jeśli ma urządzenie inteligentne –  powiedział Florian Deluil.

Według raportu opracowanego przez Lucintel w ciągu najbliższych pięciu lat globalny rynek urządzeń inteligentnego domu będzie się rozwijał w średniorocznym tempie 9,5 proc. Szacuje się, że w 2023 roku branża osiągnie wartość 107,4 mld dol.

MF przeprowadzi przetarg zamiany zamiast regularnej aukcji obligacji

Na wtorkowej sesji na krajowym rynku długu informacją dnia była decyzja Ministerstwa Finansów o zastąpieniu aukcji regularnej przetargiem zamiany prefinansującym przyszłoroczne potrzeby, co może mieć związek z bardzo dobrym wykonaniem tegorocznego budżetu. Wraz z informacją o aukcji, MF podało też, że po październiku odnotowana została kolejna nadwyżka budżetowa w wysokości 6,5 mld PLN. Mając nadzieje na taką decyzję inwestorzy mogli kupować krótsze papiery tak, aby później móc brać udział w aukcji zamiany (odkupowane będą papiery WZ0119, OK0419, PS0719 i DS1019, a sprzedawane OK0521, PS0424, WZ0524, WS0428 i WZ0528).

Poza wspomnianym oczekiwaniem na komentarz resortu finansów, średnioterminowo popyt na krótkie papiery pobudzać mogły też ostatnie wypowiedzi członków RPP sugerujące utrzymanie stóp procentowych bez zmian w dłuższym okresie, spadające w ostatnim czasie ceny ropy naftowej i pojawiające się na świecie spekulacje nt. możliwości spowolnienia cyklu podwyżek stóp procentowych w USA.

W najbliższych dniach można spodziewać się dalszej stabilizacji rentowności papierów skarbowych w kraju. Niemniej w oczekiwaniu na czwartkową aukcję możliwa jest lekka przecena papierów długoterminowych. Spodziewać się można, że tak jak dotychczas MF będzie preferowało papiery o dłuższych terminach wykupu. To w najbliższych dniach może przynieść lekki wzrost rentowności 10-letnich obligacji w okolice 3,20%, a także rozszerzenie ASW powyżej 40 pb. Przy obecnych uwarunkowaniach globalnych trudno jednak zakładać silniejszą przecenę. Tym bardziej, że na koniec tygodnia MF powinno opublikować harmonogram aukcji w grudniu. W scenariuszu bazowym spodziewać się można, że odbędzie się jedna aukcja zamiany, chociaż jak pokazują komunikaty MF pozytywnych zaskoczeń nie można wykluczyć.

Podczas środowej sesji nie zostały zaplanowane istotniejsze wydarzenia w kraju. Dlatego rynek powinien pozostawać pod wpływem informacji napływających z rynków bazowych. Tu z kolei również trudno spodziewać się silniejszych zmian przed ważnym spotkaniem prezydentów USA i Chin na szczycie G20, który rozpoczyna się 30 listopada. Na środę zaplanowana została publikacja danych nt. PKB w USA za III kw. 2018 r. Będzie to jednak druga publikacja, stąd zapewne wpływ danych na rynek nie będzie istotny. Ponadto z publikowanych dotychczas informacji nie wynika, aby miało dojść do istotnej korekty wskaźnika (ostatni zannualizowany odczyt wyniósł 3,5%).

Wykres dnia: Przed komunikatem Ministerstwa Finansów odnośnie listopadowej aukcji na rynku wtórnym widać było mocny popyt na krótkoterminowe papiery. Częściowo wpływ na to mogły mieć oczekiwania na zastąpienie aukcji regularnej aukcją zamiany.

Przed komunikatem Ministerstwa Finansów odnośnie listopadowej aukcji na rynku wtórnym widać było mocny popyt na krótkoterminowe papiery
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Ceny Mercedesa-AMG A 35 4MATIC na rynku polskim

W polskich salonach Mercedesa można zamawiać już nowego Mercedesa-AMG A 35 4MATIC – bazowy model w świecie sportowych osiągów AMG. Jego sercem jest nowo opracowany 4-cylindrowy silnik turbo o pojemności 2 litrów, rozwijający moc 225 kW (306 KM). Wysoką dynamikę jazdy zapewniają również: dwusprzęgłowa przekładnia AMG SPEEDSHIFT DCT 7G, typowe dla maszyn AMG zawieszenie oraz aktywny napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC. Jeszcze większą indywidualność oferuje specjalna wersja Edition 1, z wyrazistym wzornictwem karoserii i wnętrza. Ceny A 35 4MATIC w Polsce startują do 188 500 zł. Wariant Edition 1 kosztuje od 234 971 zł.

Nowy AMG A 35 4MATIC poszerza gamę modeli AMG o atrakcyjny model bazowy. Jego 4-cylindrowy silnik turbo o pojemności 2 litrów generuje moc 225 kW (306 KM) oraz maksymalny moment obrotowy 400 Nm. Przyspieszenie od 0 do 100 km/h trwa 4,7 s, a prędkość maksymalna pojazdu wynosi 250 km/h (ograniczona elektronicznie). Standardowy napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC aktywnie steruje rozkładem momentu obrotowego między osiami, od konfiguracji całkowicie przednionapędowej do stosunku 50:50, łącząc najlepszą możliwą trakcję z wyśmienitą przyjemnością z jazdy. Pięć trybów jazdy AMG DYNAMIC SELECT zapewnia szeroką rozpiętość charakterystyki samochodu, od komfortowej do dynamicznej.

Der neue Mercedes-AMG A 35 4MATIC: Neuer Einstieg in die Welt der Driving Performance The new Mercedes-AMG A 35 4MATIC: New entry-level model opens up the world of driving performance
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Sonnengelb;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 7,4-7,3 l/100 km, CO2-Emissionen kombiniert: 169-167 g/km*
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Sun yellow;Combined fuel consumption: 7.4-7.3 l/100 km, Combined CO2 emissions: 169-167 g/km*

Przykuwa wzrok – na zewnątrz i wewnątrz

Wzornictwo karoserii A 35 4MATIC – z prowadnicami powietrza w przednim zderzaku, charakterystyczną osłoną chłodnicy AMG, spojlerem zderzaka oraz elementami ozdobnymi w odcieniu srebrnego chromu – reprezentuje charakterystyczny design AMG. Podkreślają go opcjonalnie dostępne 19-calowe obręcze i panele progowe AMG.

W kabinie uwagę zwraca panoramiczny kokpit z zestawem wskaźników i ekranem nowego systemu multimedialnego MBUX, który łączy intuicyjną obsługę z utrzymanym w sportowej stylistyce interfejsem. Szczególnie emocjonująco prezentuje się tryb wyświetlania informacji Supersport, z umieszczonym pośrodku obrotomierzem i paskowymi wskaźnikami z efektem 3D. Nowością jest efektowna konsola środkowa AMG z panele dotykowym i dodatkowymi przełącznikami do obsługi ustawień m.in. ESP, trybu ręcznej zmiany przełożeń oraz adaptacyjnego tłumienia. 

Der neue Mercedes-AMG A 35 4MATIC: Neuer Einstieg in die Welt der Driving Performance The new Mercedes-AMG A 35 4MATIC: New entry-level model opens up the world of driving performance
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Leder Titangrau/schwarz, AMG Performance Sitze;Kraftstoffverbrauch kombiniert: 7,4-7,3 l/100 km, CO2-Emissionen kombiniert: 169-167 g/km*
Mercedes-AMG A 35 4MATIC (2018), Leather Titan grey/black, AMG Performance seats;Combined fuel consumption: 7.4-7.3 l/100 km, Combined CO2 emissions: 169-167 g/km*

Wyposażenie dodatkowe

Opcjonalny pakiet aerodynamiczny AMG (7607 zł), opracowany w tunelu aerodynamicznym, poprawia prowadzenie pojazdu przy wysokich prędkościach. Przedni zderzak z większym spojlerem i dodatkowe prowadnice powietrza z wykończeniem na wysoki połysk w połączeniu z tylnym skrzydłem AMG zwiększają siłę docisku. Czarne, lśniące wykończenie maja także elementy tylnego zderzaka – boczne spojlery przy atrapach wylotów powietrza i listwa dyfuzora.

Na życzenie jest dostępny również pakiet AMG Night (3681 zł), który dzięki lakierowanym na czarno dodatkom podkreśla ekspresyjny design A 35 4MATIC. Efekt ten wzmacniają przyciemniane tylne szyby (za słupkiem B).

Edition 1

Przygotowany z okazji premiery A 35 4MATIC wariant Edition 1 wyróżnia się jeszcze większym ładunkiem ekskluzywności i dynamiki. Jego dostępność będzie ograniczona do 18 miesięcy od chwili debiutu. Specyfikacja pojazdu obejmuje pakiety aerodynamiczny AMG i AMG Night, niebieski lakier denim blue, a także złote akcenty na obudowach lusterek bocznych i w dolnych partiach drzwi. Ten sam odcień mają wypełnienia 19-calowych obręczy Livorno z wykończeniem na wysokim połysk i osłoną piast przypominającą mocowanie centralną śrubą. Sportowy klimat w kabinie podkreślają fotele AMG Performance z szaro-czarna tapicerką ARTICO/DINAMICA, niebieskimi akcentami i szarymi, kontrastowymi przeszyciami, a także kierownica AMG Performance. Uwagę zwracają również aluminiowe elementy ozdobne i emblemat „Edition” na kierownicy. Ponadto standardowe wyposażenie A 35 4MATIC Edition 1 obejmuje podgrzewane fotele oraz nastrojowe oświetlenie.

Dane techniczne w skrócie:

  Mercedes-AMG A 35 4MATIC
Silnik 2.0 R4 turbo
Pojemność skokowa 1991 ccm
Moc maks. 225 kW (306 KM) przy
5800-6100 obr./min
Maksymalny moment obr. 400 Nm przy 3000-4000 obr./min
Układ napędowy napęd na obie osie AMG Performance 4MATIC ze zmiennym rozdziałem siły napędowej
Przekładnia AMG SPEEDSHIFT DCT 7G, dwusprzęgłowa
Średnie zużycie paliwa 7,3-7,4 l/100 km*
Średnie emisje CO2 167-169 g/km*
Klasa efektywności D
Przyspieszenie 0-100 km/h 4,7 s
Prędkość maksymalna 250 km/h**

* Podane wartości określono zgodnie z zalecaną metodą pomiarową – NEDC dla emisji CO2 (zgodnie z art. 2 nr 1 rozporządzenia wykonawczego EU 2017/1153). Dane dotyczące zużycia paliwa obliczono w oparciu o te wartości. ** Ograniczona elektronicznie.

Już 2 marca 2019 odbędzie się premierowa edycja targów Franczyza Expo

Targi Franczyza Expo to międzynarodowe spotkanie przedsiębiorców i osób poszukujących pomysłu na biznes. Podczas wydarzenia franczyzobiorcy będą mogli zaprezentować swoją ofertę i zgłosić swoją franczyzę do konkursu Franchising Awards.Targi Franczyza Expo

Dla potencjalnych franczyzobiorców czeka :

  • Strefa wystawiennicza to 15 sektorów franczyzowych skupionych pod jednym dachem PGE Narodowego. Na wydarzeniu będą inwestorzy z Polski i zagranicy oraz szerokie grono franczyzodawców.
  • Strefa Ekspertów – to miejsce, gdzie eksperci z czołowych firm będą udzielać konsultacji z marketingu, zarządzania franczyzą, sprzedaży, prawa w biznesie i negocjacji
  • Akademia Franczyzy to konferencja, gdzie liderzy franczyzy opowiedzą m.in. jakie są źródła siły i słabości w negocjacjach, jakimi kanałami dotrzeć do klientów, czy jak negocjować warunki umowy.
  • Business Speed Dating, czyli 15 minutowe biznesowe randki między franczyzodawcą a potencjalnym franczyzobiorcom. To innowacyjna forma spotkań połączona z dedykowaną aplikacją mobilną ułatwia nawiązanie współpracy.
  • Networking biznesowy prowadzony przez Grzegorza Turniaka i Akademie Rekomendacji – to okazja do nawiązania nowych kontaktów biznesowych oraz dotarcie do nawet najtrudniejszych klientów.
  • Franchising Awards – prestiżowy konkurs dla franczyzodawców, gdzie jury złożone z branżowych ekspertów wyłoni zwycięzców w 6 kategoriach.
  • Wydarzenie to jest miejscem spotkań dla  aktualnych liderów biznesu i najbardziej obecnych trendów w franczyzie.

Premierowa edycja odbędzie się  2 marca 2019 na PGE Narodowym.

Więcej informacji o programie i biletach na www.FranczyzaExpo.pl

Podsumowując, targi Franczyza Expo to wydarzenie dla osób poszukujących pomysłu na biznes i franczyzodawców, którzy szukają nowych partnerów do współpracy, które mamy przyjemność objąć Patronatem Medialnym.

Polisa na życie dla zawodów medycznych INTER Medyk Life

Ilu pracowników sektora ochrony zdrowia uległo wypadkom w pracy? Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w pierwszym półroczu 2018 roku w sektorze „Opieka zdrowotna i pomoc społeczna” wypadek miało 3 997 osób. Średni czas przebywania na zwolnieniu lekarskim wyniósł  w tym okresie ponad 21 dni. Branża ta jest od lat na trzecim miejscu pod względem liczby wypadków przy pracy. Warto więc, aby przedstawiciele zawodów medycznych rozważyli zakup polisy na życie, która zabezpieczy ich i ich rodziny.

Branże z ryzykiem

Sektory, w których  pracownicy najczęściej ulegają wypadkom przy pracy nie zmieniają się od kilu lat. Pierwsza trójka to nadal: przetwórstwo przemysłowe, handel i naprawa pojazdów samochodowych oraz opieka zdrowotna i pomoc społeczna. Tylko w 2017 roku wypadkom w pracy w branży opieki zdrowotnej i pomocy społecznej uległo 9 337 osób, to o 139 mniej niż w roku 2016. Łączny czas, w którym te osoby nie pracowały to aż 268 709 dni w roku 2017 i 252 424 dni w roku 2016. Średnio daje to w obu przypadkach blisko 27 dni niezdolności do pracy. Pierwsze półrocze roku 2018 to już blisko 4 tys. osób, które miało wypadek w pracy (3 997 osób, średni czas przebywania na zwolnieniu to 21 dni). Niestety zdarzają się też wypadki śmiertelne: Dwie osoby w wyniku wypadku poniosły śmierć w roku 2017. Rok wcześniej w tym samym okresie śmiertelnych wypadków było 6, a w pierwszym półroczu tego roku 1. Właśnie z myślą o osobach pracujących w zwodach medycznych firma INTER przygotowała nową wersję grupowego ubezpieczenia na życie INTER Medyk Life, które zabezpiecza finansowo w przypadku nieprzewidywanych zdarzeń losowych.

Ochrona na życie dla zawodów medycznych i pracowników służby zdrowia

INTER Medyk Life to propozycja w ramach ubezpieczenia na życie. Polisa obejmuje ochroną zarówno ubezpieczonego jak i jego najbliższych w przypadku nieszczęśliwych zdarzeń losowych. Jest to pakiet, który został opracowany z myślą o pracownikach medycznych – lekarzach, lekarzach dentystach, lekarzach weterynarii, pielęgniarkach, ratownikach medycznych, fizjoterapeutach, a także innych osobach wykonujących zawody medyczne lub pracujących w służbie zdrowia. Środki z polisy uruchamiane są m.in. w przypadku śmierci ubezpieczonego lub członka jego rodziny, w sytuacji gdy wykonywanie pracy zawodowej jest niemożliwe z powodu choroby lub wypadku, a także w związku z poddaniem się operacji i pobytem w szpitalu lub rozpoznaniem poważnej choroby czy urodzeniem dziecka (w wybranych wariantach). Do ubezpieczenia można przystąpić indywidualnie lub wraz współmałżonkiem, partnerem oraz pełnoletnimi dziećmi.

Mamy świadomość specyfiki pracy w branży medycznej oraz faktu, że jest to grupa narażona na liczne wypadki w pracy, dlatego przygotowaliśmy program ubezpieczeniowy INTER Medyk Life, który nie tylko uwzględnia potrzeby medyków, ale też zabezpiecza ich rodziny. Oferujemy go w 5 różnych wariantach różniących się wysokością świadczeń, które maksymalnie mogą wynieść nawet 1.000.000 zł. To co wyróżnia to ubezpieczenie to możliwość uzupełnienia ochrony w zakresie ryzyk związanych z wykonywaniem zawodu – lekarza, pielęgniarki lub położnej i innych zawodów medycznych. Chronimy przed tym, co może przydarzyć się w specyficznych warunkach pracy – tj. trwałe uszkodzenie wzroku przez promieniowanie laserowe lub uszkodzenie słuchu przez ultradźwięki, poważne zachorowania związane z zarażeniem się wirusem HIV, czy zapaleniem wątroby wirusem typu C, a także przewlekłe zatrucia lekami, płynami sterylizującymi, gazami anestetycznymi. Ochrona obejmuje również „wtórny zespół stresu pourazowego” i trwały uszczerbek na zdrowiu w wyniku agresji pacjenta, a także urazy kręgosłupa będące następstwem wykonywanej pracy. Wypłacamy też świadczenia pieniężne w przypadku poważnego zachorowania, takiego jak m.in. nowotwór, zawał serca czy udar mózgu.– mówi Teresa Domańska – Dyrektor Biura Ubezpieczeń na Życie, Towarzystwa Ubezpieczeń INTER-Życie Polska S.A.

Pakiet INTER Medyk Life jest dedykowany wszystkim osobom zatrudnionym w branży medycznej, które w dniu złożenia deklaracji przystąpienia, miały ukończone 18 lat i nie ukończyły 65 roku życia. Procedura przystąpienia do umowy jest prosta i nie wymaga wykonywania dodatkowych badań lekarskich, wystarczy tylko wypełnić deklarację zgody oraz skróconą ankietę medyczną.

Nowy wariant ubezpieczenia

Od początku października br oferowany jest nowy wariant ubezpieczenia INTER Medyk Life, który łączy w sobie dwie korzyści: wysokie sumy gwarancyjne w przypadku śmierci oraz bardzo przystępną cenę. Jest to taki wariant „amerykański” – ochrona ubezpieczenia koncentruje się na podstawowych ryzykach utraty życia lub zdrowia. Zakres ubezpieczenia nie obejmuje ryzyk dodatkowych, takich jak np. operacja chirurgiczna czy urodzenie dziecka. W nowym wariancie już za 55 zł miesięcznie INTER oferuje 100 000 zł z tytułu śmierci ubezpieczonego w wyniku nieszczęśliwego wypadku, zawału serca lub udaru mózgu. Maksymalna kwota świadczenia to 200 000 zł, jeśli śmierć ubezpieczonego nastąpiła w wyniku wypadku komunikacyjnego przy pracy. Szczególnie polecamy ten wariant osobom wykonującym zawód np. ratownika medycznego czy pielęgniarki lub fizjoterapeuty, gdzie częste wyjazdy do chorych mogą wiązać się z podwyższonym ryzykiem wypadku komunikacyjnego.

Experty – aplikacja z własnym tokenem dostępna na BitBay

Experty to aplikacja do dzwonienia, która łączy ekspertów z osobami poszukującymi wiedzy oraz umożliwia im natychmiastowe rozliczenia w tokenie EXY. Od teraz EXY jest również wymienialny na PLN, EUR i BTC dzięki listingowi na giełdzie BitBay.net.

Jednym z założycieli Experty jest Kamil Przeorski. Od 2014 razem ze wspólnikiem prowadzą firmę doradczą. W grudniu 2016 roku zgłosił się do nich klient, który chciał stworzyć platformę randkową. Ze współpracy nic nie wyszło, ponieważ klient wybrał innego podwykonawcę.

Kamil Przeorski miał poczucie, że swój czas na wstępny konsulting oddał za darmo. Okazało się, że na rynku nie ma rozwiązania, które pomogłoby spieniężyć jego wiedzę i czas. Wtedy właśnie powstał pomysł, aby stworzyć narzędzie do usług doradczych, ale z natychmiastową płatnością. Prace nad start-upem ruszyły w pełni w maju 2017r.

Zespół Experty wierzy, że wiedza powinna być sprawiedliwie wynagradzana i wykorzystuje do osiągnięcia tego celu blockchain. Płatności i system komunikacji opiera się na w pełni przejrzystej zdecentralizowanej technologii.

Naszą misją jest dostarczenie innowacyjnego rozwiązania związanego z procesem płatności konsultantom, ekspertom i konsumentom online oraz zachęcenie do używania z kryptowalut na skalę globalną poprzez stworzenie intuicyjnej, łatwej w użyciu aplikacji o szerokim zastosowaniu. – mówi Kamil Przeorski.

Wśród ekspertów, którzy już teraz korzystają z Experty i są wynagradzani tokenami znajdziemy ponad 100 przedstawicieli wielu branż. Ich pełna lista jest dostępna tutaj. Nie zabrakło również ekspertów z polski – na aplikacji Experty znajdziemy na przykład Szczepana Bentyna.

Bardzo cieszymy się z faktu, że dwie polskie firmy ze świata kryptowalut mogą tworzyć wspólną przyszłość. Współpraca między BitBay i Experty jest początkiem czegoś większego. Naszą wizją jest stworzenie najlepszego produktu w branży konsultingowej. Kiedy pomyślisz o konsultacjach online, Experty będzie twoim pierwszym skojarzeniem. – dodaje Kamil Przeorski.

Experty ma ogromne ambicje, ale też umiejętności, aby je zrealizować. Bardzo podoba nam się idea aplikacji, dzięki której eksperci są zarówno łatwo osiągalni, jak i doceniani. Miło nam, że to właśnie na BitBay będą mogli obracać zarobionymi tokenami. Mamy nadzieję, że potencjał EXY dostrzegają też nasi użytkownicy – puentuje Justyna Laskowska, CMO w BitBay.

Token Experty to kolejna w tym miesiącu nowość na BitBay – jednej z największych giełd kryptowalut w Europie. W listopadzie na platformie pojawił się token AMLT oraz aplikacja mobilna iOS i Android.

Hakerzy wysoko cenią dane kancelarii prawnych i mają na nie sposoby

  • Kancelarie prawne mają w swoich zasobach dokumenty atrakcyjne dla hakera – np. akta spraw, w tym protokoły rozpraw, strategie obrony, wyroki, uzasadnienia czy wrażliwe dane osobowe.
  • To powinno czynić tę grupę zawodową szczególnie ostrożną i wyczuloną na potencjalne ataki cyberprzestępców – tak jednak nie jest.
  • Powodem jest nie tylko niska świadomość zagrożeń, ale i charakter pracy – niektóre wiadomości, choć wyglądają podejrzanie, muszą zostać odczytane.
  • Receptą na ataki hakerskie jest zaawansowana cyberochrona, która integruje nowoczesne technologie, zabezpiecza przed różnymi rodzajami zagrożeń i pozwala korzystać z nich nawet laikowi.

Szanowny Panie, uprzejmie proszę o ocenę możliwości zajęcia się moją sprawą – szczegóły w załączeniu – tak może wyglądać typowy e-mail od hakera. Otworzenie załącznika powoduje instalację złośliwego oprogramowania przechwytującego hasła lub blokadę zawartości komputera, a w kolejnym kroku żądanie zapłaty okupu.

Wiedza o metodach, jakimi posługują się hakerzy, jest coraz powszechniejsza i duża część przedsiębiorców takiego maila nie „kliknie”, podejrzewając oszustwo. Jest jednak grupa zawodowa, której przedstawiciele bez wahania taką korespondencję otworzą. To prawnicy.

– Nie wynika to jednak z niefrasobliwości czy braku ostrożności. Charakter naszej pracy zmusza nas do czytania takich maili. Tego typu korespondencja to przykład kontaktu potencjalnego klienta, kogoś, kto ma jakiś problem prawny i pisze w tej sprawie. Rzecz jasna jest to dla nas obca osoba, niemożliwa do zweryfikowania po nazwisku czy adresie. Może to być nawet ktoś, kto pisze z zagranicy, z konta w nieznanej domenie, a nawet używając pseudonimu. Przecież osoba chowająca się za pseudonimem np. „kajeczka” czy „tomasz88”, może być Kają Kowalską czy Tomaszem Nowakiem – potencjalnym klientem szukającym pomocy prawnej. W tym kontekście najpoważniejszym zagrożeniem związanym z uzyskaniem przez hakera dostępu do zasobów kancelarii prawnej może być ryzyko naruszenia tajemnicy zawodowej – adwokackiej lub – co gorsza – tajemnicy obrończej, która ma charakter bezwzględny, bo nikt – nawet sąd – nie może adwokata z takiej tajemnicy zwolnić. Zgodnie z § 19 Zbiorem Zasad Etyki Adwokackiej i Godności Zawodu adwokat zobowiązany jest zachować w tajemnicy oraz zabezpieczyć przed ujawnieniem lub niepożądanym wykorzystaniem wszystkiego, o czym dowiedział się w związku z wykonywaniem obowiązków zawodowych. Tajemnicą adwokacką objęte są w szczególności znajdujące się w aktach adwokackich materiały, wszystkie wiadomości, notatki i dokumenty dotyczące sprawy uzyskane od klienta oraz innych osób, niezależnie od miejsca, w którym się znajdują” – wyjaśnia Adwokat Liliana Trzaskoś – Kancelaria Adwokacka w Opolu.

Hakerzy nie poprzestają na fikcyjnych nadawcach, podszywają się też pod znane i renomowane instytucje. Tylko w ciągu ostatniego roku były to Zakład Ubezpieczeń Społecznych, profil zaufany czy Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. Właśnie GIODO zostało wykorzystane do jednego z ataków na kancelarię prawną.

Dla cyberprzestępców kancelarie prawne to łakomy kąsek

Mają w swoich zasobach dokumenty atrakcyjne dla hakera – np. szczegóły spraw, strategie obrony, wrażliwe dane osobowe. Przestępcy coraz częściej to wykorzystują – od kilku lat zauważalne jest ich rosnące zainteresowanie adwokatami. Poważne upublicznione zdarzenie miało miejsce w 2015 roku. Skuteczny okazał się atak wymierzony w jedną z największych kancelarii adwokackich w Polsce. Hakerzy przejęli wrażliwe dane i zażądali pół miliona euro w zamian za ich niepublikowanie. Kancelaria zlekceważyła groźby i zignorowała fakt, że miał miejsce groźny atak. W odpowiedzi hakerzy ujawnili w tzw. Darknecie część skradzionych danych. Straty (nie tylko wizerunkowe) kancelarii adwokackiej były ogromne.

– Kancelarie prawne w szczególny sposób zobowiązane są do zapewniania cyberbezpieczeństwa, nie tyle sobie samym, co przede wszystkim swoim klientom. Upublicznienie informacji o zarzutach karnych i szczegółach spraw może być dla klienta rujnujące, a dla kancelarii oznaczać pozbawienie racji bytu. Możliwa jest nawet utrata prawa do sprawowania patronatu nad aplikantami, a nawet prawa do wykonywania zawodu. Wielkim utrudnieniem jest także postępowanie dyscyplinarne związane z naruszeniem tajemnic powierzonych przez klientów. Przepisy, ale i przyjęte normy społeczne zobowiązują tę grupę zawodową do realizacji usług charakteryzujących się dbałością w stopniu wyższym niż wymagany od innych profesjonalistów. Inną kwestią jest fakt, że małe, kilkuosobowe kancelarie mogą mieć problem ze znalezieniem skutecznej ochrony w rozsądnych kosztach – mówi Wojciech Gołębiowski, dyrektor zarządzający Veronym, firmy zapewniającej najnowocześniejsze i kompleksowe chmurowe cyberbezpieczeństwo w modelu subskrypcji usługi, który jest tańszy oraz skuteczniejszy niż zatrudnianie specjalistów IT.

Nieobecność na rozprawie to przegrana sprawa

Wzrost ryzyka wiąże się z ogólną tendencją przenoszenia kanałów komunikacji między profesjonalnymi pełnomocnikami a sądem do sieci –  od kilku lat sądy na portalach internetowych udostępniają pełnomocnikom stron akta spraw, w tym protokoły rozpraw (także niejawnych czy odbywających się za zamkniętymi drzwiami), wyroki, uzasadnienia itp. Dlatego też obecnie – inaczej niż jeszcze kilka lat wcześniej – adwokaci w swoich zasobach komputerowych przechowują nie tylko własne pisma, lecz także te pobrane pochodzące od sądu. Podobnie popularną praktyką jest skanowanie i przechowywanie na dysku komputera pism pochodzących od przeciwników procesowych. To odchudza papierowe akta sprawy, lecz jednocześnie stwarza dla prawnika nowe zagrożenia.

Potencjał kancelarii prawnych, który może być wykorzystany przez hakerów, to nie tylko dane osobowe, dane wrażliwe czy informacje procesowe i objęte karami umownymi. Coraz więcej kancelarii korzysta już z oprogramowania przypominającego o terminach urzędowych i datach rozpraw sądowych. Haker może uniemożliwić działanie aplikacji, a prawnik przez to nie pojawi się na rozprawie. W takiej sytuacji nie tylko przegra sprawę, może też narazić się na karę, a ogromną stratę wizerunkową poniesie również kancelaria. Sam brak dostępu do aplikacji Lex czy Polskie Kodeksy jest poważnym utrudnieniem i w krytycznym momencie może mieć negatywne konsekwencje dla pracy adwokata.

Jaką cyberochronę powinny mieć kancelarie adwokackie

Niestety kancelarie prawne w większości nie doceniają zagrożenia wynikającego z charakteru ich pracy i zainteresowania hakerów tą grupą zawodową. Chociaż korespondencja elektroniczna jest najpopularniejszą formą kontaktu prawnika z jego klientem, właśnie tu widać niski poziom ochrony. Na przykład poprzez dość częste używanie adresów w domenach @gmail.com, @o2.pl, @wp.pl, które nie gwarantują odpowiedniego zabezpieczenia. Nadal powszechną praktyką jest przesyłanie projektów pism jako całkowicie nieszyfrowanych załączników do wiadomości e-mail, choć nawet ich szyfrowanie z pewnością nie jest wystarczającym zabezpieczeniem w 2018 roku. Protokoły i schematy wiadomości e-mail powstały kilkadziesiąt lat temu i od tego czasu nie zostały zasadniczo zmienione.

– Zasadniczym zajęciem prawnika nie jest zabezpieczanie komputera i nie można oczekiwać, że pracownicy kancelarii będą na tym się znali. Dlatego najlepsze dla tej grupy zawodowej są rozwiązania, które pozwalają im nie martwić się o programy zabezpieczające, inwestowanie w sprzęt czy zatrudnianie drogich informatyków. Wszystkie te kompetencje i dostęp do najlepszych technologii do walki z cyberprzestępczością mogą być dostarczane zewnętrznie, np. w modelu miesięcznego abonamentu. Ważne, aby ochrona była wielowarstwowa, zapewniała nie tylko zaawansowane, nowoczesne zabezpieczenia, ale uwzględniała też możliwe do popełnienia błędy ludzkie. Obecnie wyróżnia się 27 technik włamań, a przestępcy cały czas pracują nad kolejnymi. Najważniejsza jest oczywiście ochrona styku z Internetem i oprogramowanie analizujące znane przypadki ataków oraz te jeszcze nie rozpoznane. Wspomniana już wielowarstwowość zabezpieczeń gwarantuje natomiast, że jeśli atak pokona jedno z nich, np. antywirus, kolejne moduły nie dopuszczą do jego powodzenia. Ochrona powinna też być konfigurowana i optymalizowana w zależności od pojawiających się nowych typów ataków i zagrożeń – ocenia Wojciech Gołębiowski z Veronym.

Na stacjach benzyna tańsza od diesla

Na polskich stacjach olej napędowy ON jest droższy o 24-27 gr/l od benzyny Pb 95. Właściciele diesli są zszokowani, ale istnieje wyjaśnienie dlaczego tak się stało i jak długo stan taki może potrwać.

– Fakt tej anomalii cenowej diesel versus benzyna bezołowiowa wynika z ograniczonej podaży na rynku niemieckim – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Susze, które miały miejsce we wrześniu i październiku, spowodowały, że rzeka Ren, która jest ważnym kanałem przesyłowym dla diesla osiągnęła najniższe poziomy od lat, zapasy oleju napędowego drastycznie spadły, a to się przełożyło na ceny produktu na stacjach benzynowych.

Taka sytuacja potrwa jeszcze prawdopodobnie do roztopów, które zakończą zimę i spowodują podniesienie poziomu wody na Renie. A więc do wiosny.

Niezależnie od dysproporcji między ceną benzyny i ON, paliwo ogólnie powinno w najbliższych tygodniach tanieć, ze względu na niższe ceny ropy naftowej na globalnych giełdach. Notowania ropy Brent spadły z ponad 85 USD za baryłkę na początku października do nieco ponad 60 USD obecnie, a ceny ropy WTI zniżkowały analogicznie, z ok. 75 USD do nieco ponad 50 USD. Średnio w ciągu 2 miesięcy spadki giełdowych notowań ropy sięgnęły więc ok. 30%. Powinno to wkrótce znaleźć odzwierciedlenie w cenach na stacjach benzynowych, w zależności o kursu USD/PLN, polityki OPEC oraz szybkości reakcji koncernów paliwowych. Można jednak oczekiwać spadku cen benzyny w okolice pułapu 5 zł za litr.

Bartosz Turek: 2019 r. będzie najgorszy dla posiadaczy lokat

Jeszcze trzy lata będzie trzeba czekać na to, aby bankowe depozyty dały realnie zarobić. Powód? Inflacja ma przyspieszyć, przekraczając poziom 3%. Rok 2019 będzie najgorszy dla posiadaczy lokat.

Dziś przeciętna roczna lokata jest oprocentowana na 1,68% (dane NBP za wrzesień). Po potrąceniu podatku daje to realny zysk na bardzo skromnym poziomie 1,36%. To po pierwsze oznacza, że powierzony bankowi tysiąc złotych na rok da zaledwie 13,6 zł odsetek. Jakby jednak tego było mało, to po drugie – przy prawie 2-proc. inflacji – oznacza to także, że wzrost cen postępuje szybciej niż doliczanie odsetek do oszczędności przez bank. Realnie na przeciętnej lokacie po prostu tracimy – za rok odbierając powierzone pieniądze wraz z odsetkami będziemy mogli kupić za nie mniej niż dziś.

Przyszłość maluje się w jeszcze czarniejszych barwach. Inflacja ma lada moment przyspieszyć przekraczając poziom 3%. Przy niemal niezmienionym oprocentowaniu lokat bankowych oznacza to, że realne straty na lokatach będą jeszcze większe.

– Już niedługo inflacja będzie pochłaniała wartość oszczędności ponad dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Z tak niekorzystną sytuacją nie mieliśmy do czynienia od ponad dekady – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.

Z szacunków Open Finance wynika, że w przyszłym roku posiadacze lokat będą notowali najwyższe straty od dekady, oczywiście po opodatkowaniu i uwzględnieniu inflacji. Może nawet dojść do sytuacji, w której inflacja będzie pochłaniała wartość oszczędności ponad dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Oczywiście wciąż mówimy o sytuacji, w której zakładamy przeciętną roczną lokatę.

Ratunkiem dla deponentów są limitowane i promocyjne produkty bankowe. Aby z nich skorzystać trzeba jednak często spełnić dodatkowe wymagania (aktywnie korzystać z konta, być nowym dla banku klientem lub przynajmniej wpłacić do niego nowe środki). I tak, jeśli uda nam się upolować depozyt oprocentowany na 4% w skali roku, to po potrąceniu podatku oznacza to 3,24% zysku netto. To odrobinę więcej niż przewidywana przez NBP inflacja w 2019 r. (3,2%).

Jeśli faktycznie przyszłość będzie wyglądać tak jak sugerują to dzisiejsze prognozy, to na realne zyski z przeciętnych lokat przyjdzie nam jeszcze poczekać co najmniej trzy lata. W sumie więc niekorzystna dla deponentów sytuacja może trwać minimum 5 lat. W obliczu takiej perspektywy osoby posiadające oszczędności już od dłuższego czasu szukają alternatywy dla swoich pieniędzy. W 2019 r. skłonność Polaków do lokowania pieniędzy poza bankami może jeszcze wzrosnąć.

Póki co spora część inwestorów jest dość zachowawcza omijając najbardziej ryzykowne formy lokowania kapitału. To dlatego bardzo dużą popularnością cieszą się mieszkania kupowane z myślą o wynajmie, obligacje skarbowe czy bezpieczniejsze rodzaje funduszy inwestycyjnych (gotówkowe i rynku pieniężnego).

Od 25 listopada 2018 r. obowiązują nowe przepisy o zarządzie sukcesyjnym

Nie jest tajemnicą, że myśląc o sukcesji polscy przedsiębiorcy korzystają z rozwiązań zagranicznych. Wokół tego narosło dużo mitów. W Polsce nie ma odpowiednich rozwiązań prawnych do umożliwienia sukcesji międzypokoleniowej. Sprawy tej nie rozwiążą – skądinąd bardzo potrzebne – przepisy o zarządzie sukcesyjnym, które weszły w życie 25 listopada 2018 r.

– Wprowadzane zmiany utrudniają dziedziczenie firm – mówi w rozmowie z MarketNews24 doradca podatkowy Anna Turska z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Przedsiębiorcy mogą oczywiście stosować rozwiązania pośrednie, lecz brakuje im narzędzi, które zwiększałyby szansę przetrwania majątku nie przez jedno pokolenie, lecz co najmniej kilka. Takim narzędziem może być fundacja rodzinna. Tego typu fundacje, jako rozwiązania systemowe, istnieją w wielu krajach europejskich. Dla przykładu można wymienić tu Holandię, Szwajcarię, Maltę, Liechtenstein, Austrię, Monako, Niemcy, Irlandię, Belgię czy Cypr.

Najnowsze zmiany dokonywane na gruncie prawa podatkowego od 1 stycznia 2019 r., dodatkowo utrudnią korzystanie z zagranicznych fundacji rodzinnych i spowodują nałożenie dodatkowych podatków na polskich przedsiębiorców korzystających z takich rozwiązań. Pierwszym z nich będzie podatek od nierealizowanych dochodów (tzw. exit tax), który będzie dotyczył między innymi polskich przedsiębiorców, nawet tych nieprowadzących działalności gospodarczej, którzy przeniosą posiadane przez siebie udziały czy akcje w spółkach za granicę. Drugi z podatków wprowadzają przepisy dotyczące zagranicznych spółek kontrolowanych (tzw. CFC), które  obejmą również zagraniczne fundacje rodzinne, w których polski podatnik jest fundatorem lub beneficjentem,  jeśli przysługuje mu prawo do uczestnictwa w zyskach fundacji (w określonej przepisami wysokości), jak również – co wzbudza wśród prawników i przedsiębiorców najwięcej kontrowersji – ekspektatywa do uzyskania tych zysków w przyszłości.

Czym de facto jest fundacja rodzinna? Jej istotą fundacji rodzinnej jest odseparowanie majątku, w tym środków pieniężnych, udziałów czy akcji w spółkach operacyjnych od osoby jej założyciela (fundatora). Aktywa znajdujące się w majątku fundacji stają się odrębnym majątkiem nie wchodzącym w skład masy spadkowej w przypadku śmierci fundatora. Podlegają one dalszemu zarządowi i dystrybucji zgodnie z wolą fundatora wyrażoną w statucie fundacji. W ten sposób firmy należące do fundacji mogą trwać i działać przez pokolenia.

Fundacja rodzinna nie musi być rozwiązaniem, z którego będą chcieli skorzystać wszyscy. O  fundacji powinniśmy myśleć, jeżeli chcemy niewzruszalnej struktury na lata, jeśli jesteśmy przekonani, że między spadkobiercami może dojść do konfliktu – bo się nie lubią albo któryś z nich po prostu poczuje się pokrzywdzony naszą dyspozycją, jeśli chcemy, aby beneficjentem był ktoś spoza rodziny, bądź jeśli posiadamy małoletnie dzieci i chcemy, aby zachowany został dla nich majątek pracujący, a nie jego równowartość w pieniądzu.

– W Polsce potrzebne są przepisy, które na terenie kraju umożliwiałyby tworzenie fundacji w celu zapewnienia sukcesji – ocenia mec. Anna Turska.

Krakowskie lsd.studio wśród zwycięzców tegorocznej edycji Best Shop Concept

Krakowskie lsd.studio znalazło się w gronie zwycięzców tegorocznej edycji konkursu Best Shop Concept, i to aż w 2 kategoriach: Najlepszy Sklep Odzieżowy
i Najlepszy Sklep Specjalistyczny. Jurorzy nagrodzili projekty i realizacje, jakie lsd.studio wykonało dla Sklepu Koncepcyjnego Bytomia w gdańskiej Galerii Handlowej Forum, a także warszawskiego lokalu gastronomicznego Tutti Santi. Best Show Concept to konkurs, który już po raz kolejny przygotowują organizatorzy Retail Show.

Wygrana w dwóch różnych kategoriach konkursu Best Shop Concept Awards to lsd.studio potwierdzenie słuszności przyjętej strategii.

– Wywodzimy się z branży odzieżowej. Postanowiliśmy jednak wypłynąć na inne obszary, stąd wyróżnienie dla projektu, który łączy w sobie handel i gastronomię czyli znajdującego się w Warszawie lokalu Tutti Santi – mówi Samir Tiliouine – jeden z szefów i założycieli lsd.studio.

Wyróżnione w kategorii Najlepszy Sklep Specjalistyczny projekt i realizacja koncepcji wnętrza warszawskiego lokalu Tutti Santi, w którym można zjeść dania kuchni włoskiej, a także kupić oryginalne produkty kulinarne z Italii, opierają się na ciepłych, a przy tym nowoczesnych wnętrzach. Autorzy projektu nawiązali tu do nazwy lokalu i wyposażyli go m.in. w monumentalne freski kojarzące się ze sztuką sakralną czy pop artowe witraże, nad którymi dominuje motyw gotyckich ostrołuków, na surowym i ceglanym tle.

– Wystrój lokalu, będący balansem między światem sacrum i profanum, ciekawie tworzy „duchową” i wizualną otoczkę dla serwowanej tu przepysznej pizzy („jej jakość gwarantuje mistrz Valerio Valle, który osobiście  certyfikuje  pracowników i nadzoruje jakość produktów”), która jest zdecydowanie najważniejszym powodem, dla którego warto odwiedzić to miejsce – zwraca uwagę Agnieszka Gawron – szefowa i założycielka lsd.studio.

Sklep Koncepcyjny Bytom, który wygrał tegoroczną edycję Best Shop Concept w kategorii Najlepszy Sklep Odzieżowy, prezentuje całe spektrum doświadczeń lsd.studio w pracy dla tego typu placówek handlowych. Lsd.studio od dłuższego już czasu współpracuje z firmą Bytom przy tworzeniu ich w najbardziej prestiżowych miejscach w Polsce. Znajdujący się w gdańskiej Galerii Handlowej Forum sklep to przykład, jak zaprojektować obiekt handlowy typu premium, wykorzystując miejscowe otoczenie i tradycję.

– Morze i wiatr – to dwa żywioły, dzięki którym sklep ten zyskał swoją niepowtarzalną tożsamość – opisuje zrealizowany przez lsd.studio projekt Samir Tiliouine.

Sufit z żagli czy podłoga przypominająca piaszczyste wydmy i aluminiowo szklane przegrody dzielące wnętrze na dwie sale, jak również lada kasowa kojarząca się z akwarium, a do tego przymierzalnie łudząco podobne do tych z dawnego uzdrowiska w Sopocie – to główne elementy wystroju nagrodzonego projektu.

Nagrody za gdański sklep Bytomia i za lokal Tutti Santi w Warszawie to już kolejne, jakie w ramach konkursu Best Shop Concept Awards otrzymało lsd.studio. W 2017 roku jurorzy uznali projekt i realizację pracowni dla sklepu firmy Bytom w łódzkiej Galerii Handlowej Manufaktura za najlepszą w kategorii Sklep Odzieżowy.

Dane i analityka – klucze do transformacji cyfrowej

Z raportu „Global State of Enterprise Analytics 2018”, przygotowanego przez firmę MicroStrategy, wynika, że 90 procent ankietowanych analityków oraz profesjonalistów przyznaje, że dane i analityka to ważny albo bardzo ważny czynnik potrzebny do przeprowadzenia cyfrowej transformacji w firmie. Ich skuteczna implementacja pomaga rozwinąć nowe modele biznesowe, zapewnia większą efektywność, a także formułuje na nowo doświadczenia klientów. Droga do sukcesu nie jest jednak łatwa i wymaga wielu zmian w organizacji i to nie tylko technicznych, ale również procesowych.

Raport „Global State of Enterprise Analytics 2018” bazuje na wypowiedziach 500 osób decyzyjnych z całego świata, reprezentujących wiodące na rynku firmy. Został przygotowany przez firmę MicroStrategy, światowego dostawcę w zakresie analityki i mobilnego oprogramowania. Jego celem było zbadanie jak wygląda obecnie wykorzystanie danych w organizacjach.

Poza potrzebą rozwoju analityki w firmach, 63 procent ankietowanych zauważyło, że firma oparta na danych oznacza wzrost produktywności i efektywności, 57 procent wskazało na możliwość podejmowania szybszych i bardziej trafnych decyzji, a 51 procent na uzyskanie lepszych wyników finansowych. Dodatkowe zalety są związane z doświadczeniem klientów, lepszymi możliwościami ich pozyskiwania, identyfikacji, a w konsekwencji pozyskiwania nowych źródeł pozyskiwania dochodów. Na tej podstawie 64 procent decydentów przyznało, że ich organizacje zamierzają zainwestować więcej środków w inicjatywy analityczne w ciągu najbliższego roku. W dłużej perspektywie, pięciu lat, ten wskaźnik wynosi już 71 procent.

W osiągnięciu statusu przedsiębiorstwa opartego na danych, czyli według MicroStrategy – Inteligentnego Przedsiębiorstwa – pomóc może stworzenie jasnej analitycznej strategii, a także rozwój wewnątrz organizacji kultury promującej wykorzystanie dostępnych informacji i ułożenie odpowiedniej architektury technicznej.

Transformacja cyfrowa i zbudowanie organizacji opartej o dane i analitykę jest wyzwaniem. Prawie połowa ankietowanych przyznała, że jedną z barier stojącej na drodze do sukcesu są ochrona i bezpieczeństwo danych. Kolejnymi przeszkodami są ograniczona demokratyzacja danych w obrębie ich organizacji (33%) oraz brak szkoleń na temat jak najlepszego wykorzystania rosnącego napływu danych (29%). Ponadto, 45% organizacji wskazuje, że mniej niż połowa ich danych organizacyjnych podlega lub jest zgodna z jedną wersją prawdy, czyli opiera się o jedno źródło danych.

Respondenci uznali Cloud Computing (24%), Big Data (20%) i AI / uczenie maszynowe (18%) jako trendy o największym wpływie na inicjatywy analityczne w perspektywie najbliższych pięciu lat. Tuż za nimi są Internet Rzeczy (16%), zarządzanie tożsamością cyfrową (12%), Blockchain (7%) i głos / język naturalny (3%).

W konsekwencji, na drodze do transformacji cyfrowej pojawia się konieczność zatrudnienia osób o analitycznych umiejętnościach, które będą przygotowane do zmiany podejścia do funkcjonowania organizacji. Rola Chief Data Officerów staje się, wobec tego, coraz bardziej znacząca i będzie polegała na demokratyzacji danych i analityki w organizacji, tak aby stałe się one w pełni dostępne dla wszystkich osób w niej pracujących. Obecnie, tylko 16 procent badanych organizacji przyznało, że dostęp do danych i analiz ma 1/4 ich pracowników. W kolejnych latach ponad 90 procent organizacji planuje zainwestować więcej albo przynajmniej tyle samo co obecnie, w zatrudnianie talentów z zakresu danych i analityki.

Raport „Global State of Enterprise Analytics 2018” powstał na podstawie wyników ankiety internetowej, którą MicroStrategy przeprowadziło w kwietniu 2018 r., korzystając z usług globalnego doradztwa naukowego Hall & Partners. Odpowiedzi zostały zebrane od 500 analityków korporacyjnych i specjalistów wywiadu biznesowego zlokalizowanych w Brazylii, Niemczech, Japonii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Uczestnicy reprezentowali organizacje zatrudniające od 250 do 20 000 pracowników na całym świecie. W ankiecie nie przeprowadzono świadomej ankiety wśród użytkowników MicroStrategy ani żadnego innego dostawcy rozwiązań analitycznych.

Rozbudowa rynku hotelarskiego w Polsce

Od kilku lat rynkowi hotelarskiemu w Polsce sprzyja dobra koniunktura, dzięki czemu jego potencjał stale rośnie. Ze względu na opóźnienia w realizacji hoteli, w tym roku otworzy się jednak mniej obiektów niż zaplanowano.  

Według danych GUS, w ciągu trzech pierwszych kwartałów bieżącego roku na terenie naszego kraju udzielone zostało ogółem ponad 71 mln noclegów, w tym prawie 39 mln w obiektach hotelowych. Skorzystało z nich 26,4 mln osób, wśród których prawie 5,5 mln było turystów z zagranicy, najwięcej z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Ukrainy i USA. Już od dawna rośnie liczba turystów odwiedzających nasz kraj, czego naturalną konsekwencją są wzrosty statystyk dotyczące przewozów pasażerskich realizowanych przez przewoźników lotniczych i rozbudowa rynku hotelarskiego w Polsce.

Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz
Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz

Katarzyna Tencza, Associate Director w Dziale Hotelowym Walter Herz, przyznaje że największy rozwój segmentu hotelarskiego widoczny jest w Warszawie. – W stolicy od początku bieżącego roku otwartych zostało kilka znaczących obiektów hotelowych i ukończonych inwestycji aparthotelowych, dzięki czemu na warszawskim rynku  przybyło ponad tysiąc pięćset nowych pokojów – informuje.

Warszawa z luksusowymi markami

Warszawskie zasoby hotelowe wzrosły m.in. dzięki otwarciu przy Krakowskim Przedmieściu luksusowego hotelu Raffles Europejski ze 106 pokojami, hotelu Krakowska Residence Grupy Arche z przeszło 350 pokojami, hotelu Renaissance Warsaw Airport z 225 pokojami, hotelu Hampton by Hilton Warsaw Mokotów ze 163 pokojami, czy hotelu ibis Styles Warszawa City przy ulicy Grzybowskiej.

Warto również wspomnieć o nowych inwestycjach aparthotelowych na mapie stolicy – 165- pokojowym obiekcie Platinum Hotel&Residence w Wilanowie, 150-pokojowym obiekcie Grupy Arche – Hotel Poloneza, a także 311-pokojowym Varsovia Apartamenty Kasprzaka.

Na początku przyszłego roku gości powitać ma również hotel Four Points by Sheraton, który zaoferuje 192 pokoje oraz hotel Vienna House ze 164 pokojami.

Najwięcej inwestycji o charakterze hotelowym w mieście realizowanych jest w Śródmieściu, na Mokotowie i Woli, w rejonach gdzie znajdują się największe skupiska biurowe. Nowa oferta noclegowa w Warszawie skierowana jest przede wszystkim do klientów biznesowych.

Pięknieje gdańskie Stare Miasto

Trójmiejski rynek hotelowy zasilony został zaś w tym roku przez gdańskie hotele: Hampton by Hilton Gdańsk Old Town ze 154 pokojami i IBB Hotel Długi Targ z 90 pokojami oraz sopocki Focus Premium, w którym znalazło się 70 pokojów i hotel Testa oferujący kilkanaście pokoi, zlokalizowany również w Sopocie.

Najbardziej optymistyczne prognozy, co do rozwoju bazy hotelowej trójmiasta dotyczą Gdańska. – Na szczególną uwagę zasługuje znajdująca się w pobliżu gdańskiej Starówki Wyspa Spichrzów, której teren od kilku lat jest intensywnie rewitalizowany. Na tym obszarze prowadzone są liczne projekty o różnym charakterze, w tym inwestycje: hotel Radisson w kompleksie Deo Plaza z 350 pokojami, hotel Holiday Inn Gdańsk City Centre z 240 pokojami, hotel Grano w kompleksie Grano Residence ze 136 pokojami w systemie condo, czy condo hotel Grand Hotel z 340 pokojami.

Kraków i Poznań z mniejszym wzrostem

Sporym wzrostem branża pochwalić może się również na Śląsku. A szczególnie w Katowicach i Gliwicach, w których wybór miejsc noclegowych do końca 2020 roku zwiększy się o jedną czwartą.

Krakowski rynek urósł w tym roku o niespełna 500 pokojów. Poza niedawno oddanym hotelem B&B przy ulicy Monte Cassino ze 130 pokojami, do bazy hotelowej w stolicy Małopolski dołączył również hotel Puro Hotel Kraków Kazimierz z 228 pokojami. W Krakowie otworzył się także aparthotel sieci Artery Hotel.

Z danych Walter Herz wynika, że również stolica Wielkopolski wzbogaciła się w tym roku o ponad 350 pokojów hotelowych. Nowe otwarcia to m.in. hotel Altus ze 109 pokojami i hotel Focus z 94 pokojami. Swój jedenasty hotel w Polsce ze 166 pokojami otworzyła też w Poznaniu Grupa Radisson. Wkrótce otwarty zostanie także hotel Hampton by Hilton Poznań.

Nowe Centrum Łodzi z dużymi projektami

W opinii ekspertki Walter Herz, duży potencjał wzrostu, jeśli chodzi o rynek hotelarski ma również Łódź, w której trwa realizacja szeroko zakrojonego projektu Nowe Centrum Łodzi. Dzięki dużym, wielofunkcyjnym inwestycjom, które są planowane i prowadzone w ramach tego przedsięwzięcia za kilka lat miasto dysponowało będzie o około 30 proc. większą bazą hotelową niż obecnie.

Wkrótce, jak podaje Walter Herz, poprawi się również jakość bazy noclegowej w polskich kurortach. W miejscowościach turystycznych pojawi się wiele markowych obiektów, jak Hilton Garden Inn w Kołobrzegu, Hilton w Świnoujściu, hotele Radisson Blu w Zakopanem oraz w Szklarskiej Porębie, Best Western Premier Navy w Świnoujściu, MGallery by Sofitel w Juracie, czy Crowne Plaza w Sopocie. W Wiśle ma powstać zaś pięciogwiazdkowy hotel Crystal Mountain Resort z około 500 pokojami, zapleczem restauracyjnym, centrum konferencyjnym, strefą SPA i aquaparkiem z zewnętrznym basenem.

Plany operatorów

W 2019 roku sieć hotelowa Orbis/Accor otworzy w Krakowie pierwszy obiekt pod marką MGallery by Sofitel w Polsce. Kolejna nowa na polskim rynku marka tej sieci – Adagio, pojawi się w Krakowie w 2021 roku. Kraków będzie również miejscem debiutu w Polsce marki z portfela Hiltona – Curio Collection by Hilton.

Nowością w działalności Grupy Louvre Hotels będzie zaś otwarcie w grudniu br. w Krakowie pierwszego w Europie, czterogwiazdkowego hotelu chińskiej marki Metropolo by Golden Tulip. Obiekt położony przy ulicy Orzechowej zaoferuje 220 nowoczesnych pokojów. Ponadto firma wprowadza też do Polski markę Kyriad, która w przeszłości była już obecna na polskim rynku. Pierwszy obiekt pod tym szyldem ma zostać otwarty w 2021 roku w Katowicach.

W warszawskim kompleksie Varso firmy HB Reavis powstającym przy skrzyżowaniu alei Jana Pawła II i ulicy Chmielnej w 2020 roku rozpocznie również działalność pierwszy w kraju czterogwiazdkowy hotel marki NYX sieci Leonardo Hotels, który wzbogaci stołeczną bazę o 331 pokojów.

o Walter Herz

Bierni zawodowo ruszyli do pośredniaków

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Pierwszy raz od niemal trzech lat wzrosło w Polsce bezrobocie. Coś, co zwykle brzmi złowieszczo, tym razem stanowi dobrą informację, ze względu na rosnący w tym samym czasie poziom zatrudnienia i aktywności zawodowej, które jednocześnie osiągnęły wieloletnie rekordy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane GUS o rynku pracy za trzeci kwartał (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności) pokazały wzrost bezrobocia z poziomu 3,6 do 3,8 proc. Przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do spadków liczby szukających pracę. Dlaczego sytuacja się odwróciła i czy wzrost odsetka bezrobotnych można odebrać pozytywnie?

Jest lepiej mimo wzrostu bezrobocia

O 45 tys. osób wzrosło bezrobocie w III kw. br. w porównaniu do ubiegłego kwartału. To jednak w większości przypadków wcale nie oznacza, że tyle osób utraciło pracę, gdyż w tym samym czasie zatrudnienie wzrosło o 52 tys., do 16,62 miliona osób.

Wzrost zatrudnienia i wzrost bezrobocia musi oznaczać, że zmniejszył się odsetek biernych zawodowo. To te osoby są zwykle największym problemem rynku pracy. Jeżeli ktoś nie szuka zatrudnienia, to bardzo trudno, by znalazł się w gronie pracowników. Niewykluczone jednak, że rosnące wynagrodzenia wreszcie zaczęły „wyciągać” część osób z bierności i zmotywowały je do podjęcia próby znalezienia pracy. Niektórym to udało i otrzymali zatrudnienie, a niektórzy jeszcze nie i trafili do grupy bezrobotnych.

Współczynnik bierności zawodowej (czyli odsetek osób nieszukających zatrudnienia w wieku powyżej 15 lat) spadł do poziomu 43,2 proc. Cały czas jest to bardzo wysoka wartość na tle krajów z najlepszymi parametrami na europejskim rynku pracy (Holandii, Szwecji czy Szwajcarii – przedział od 31 do 35 proc.), ale jednocześnie w Polsce jest to wynik najlepszy od III kw. 2000 r.

Rekordowe zatrudnienie

Rekordowy poziom (przynajmniej od 20 lat) osiągnął także odsetek zatrudnionych do populacji w wieku 15-64 lata, który przez Eurostat jest uznawany za bazowy przy większości analiz związanych z rynkiem pracy. Wynosi on obecnie według danych GUS 68 proc.

Polskie rekordy nie oznaczają jednak, że w tej konkurencji jesteśmy w europejskiej czołówce. Obecnie osiągamy rezultaty blisko unijnej średniej, razem z Bułgarią oraz Irlandią. Liderzy Unii to kraje ze wskaźnikiem zatrudnienia do populacji na 75-80 proc. (Czechy, Niemcy, Estonia, Holandia, Szwecja).

By udało się osiągnąć wyniki tych krajów, polska gospodarka musiałaby wytworzyć 2-2,5 miliona miejsc pracy. Wymagałoby to wprowadzenia szerokich zachęt (np. podatkowych) do zatrudnienia osób względnie młodych (18-24 lata), a także tych, którzy zbliżają się do wieku emerytalnego (55-64 lata). Konieczne byłyby również znaczne poszerzenie oferty instytucjonalnej opieki nad dziećmi i promocja zatrudnienia na część etatu, by kobiety miały możliwości względnie szybkiego i możliwie bezproblemowego powrotu do pracy po urodzeniu dziecka.

RODO, split payment i e-podpis oczami MŚP

Zmiany prawno-podatkowe wprowadzone w 2018 roku spędzają sen z powiek mikro, małym i średnim firmom. Z Barometru EFL wynika, że przedsiębiorcy najbardziej obawiają się podzielonej płatności podatku od towarów i usług, tzw. split payment (14 proc. wskazań). Negatywnie na sytuację firmy w opinii 13 proc. przedstawicieli MŚP mogą wpłynąć zmiany w obszarze ochrony danych osobowych (tzw. RODO[1]). Co dwudziesty zapytany obawia się wymogu dotyczącego podpisu elektronicznego.

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Obecnie największym problemem większości firm w Polsce jest dostępność pracowników oraz rosnąca presja płacowa, na co wskazała połowa zapytanych przez nas przedsiębiorców. Jednak nie możemy zapomnieć o szeregu innych czynników, które mogą wpłynąć negatywnie na kondycję i dalszy rozwój przedsiębiorczości w naszym kraju. Mam tutaj na myśli przede wszystkim nowe regulacje prawno-podatkowe, w które obfitowały ostatnie miesiące, takie jak split payment czy RODO. To bardzo istotne zmiany, które rzutują zarówno na ten najmniejszy jak i korporacyjny biznes. O ile jednak w przypadku dużych firm, najczęściej działają wydzielone komórki zajmujące się prawem czy IT, które analizują bieżące zmiany i wprowadzają je w życie firmy, o tyle mikroprzedsiębiorcy w jednych rękach skupiają wiele różnych obowiązków. Tutaj nikt nie ma czasu, żeby codziennie poświęcać czas na lekturę przepisów. Stąd ważne jest, aby zmiany prawa w Polsce odbywały się z uwzględnieniem interesów i możliwości wszystkich stron zainteresowanych – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFLS.A.

Prawna bariera nr 1 – split payment

Wśród czynników prawno-podatkowych, mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, najwięcej zapytanych przedstawicieli MŚP wskazało na split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności – 14 proc. Nowe przepisy obowiązują od 1 lipca 2018 roku i wpływają na sposób płatności za faktury. W praktyce chodzi o to, że sposób płatności za usługi i towary polega na wpłacie kwoty netto na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty podatku od towarów i usług („VAT”) na oddzielny rachunek VAT. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorstw, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisów zależy od dokonującego zapłaty, nie jest obowiązkowe).

Najbardziej mechanizmu podzielonej płatności obawiają się mikroprzedsiębiorcy, wśród których aż 20 proc. wskazuje, że nowe regulacje mogą wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Na drugim biegunie są średnie firmy – 8 proc. wskazań. Biorąc pod uwagę branże, pesymistów jest najwięcej w produkcji i usługach (po 17 proc.), najmniej wśród hotelarzy i restauratorów – 4 proc.

Prawna bariera nr 2 – RODO

Z Barometru EFL[2] wynika, że 13 proc. przedstawicieli sektora MŚP obawia się RODO. Jest to unijne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które weszło w życie w maju 2016 roku. Jednak przedsiębiorcy otrzymali 2-letni okres przejściowy na dostosowanie swoich struktur i procedur do nowych przepisów, dlatego nowe przepisy są bezpośrednio stosowane dopiero od 25 maja 2018 roku. Obawy firm są uzasadnione, gdyż RODO wprowadza szereg nowych obowiązków w obszarze ochrony danych osobowych klientów, kontrahentów, pracowników czy kandydatów do pracy oraz poważne sankcje finansowe za ich nieprzestrzeganie.

Najbardziej za pan brat z RODO są średnie firmy – wśród nich tylko 4 proc. obawia się nowych regulacji. Za to wśród małych firm ten odsetek jest zdecydowanie wyższy i wynosi ponad 18 proc. Wśród badanych branż RODO może najbardziej negatywnie wpłynąć na kondycję firm usługowych (21 proc. wskazań) oraz HoReCa (18 proc.), najmniej tej regulacji obawia się przemysł (4 proc.).

Prawna bariera nr 3 – e-podpis

Trzecią zmianą prawno-podatkową, której na razie obawia się tylko 5 proc. mikro, małych i średnich firm, jest wymóg podpisu elektronicznego[i]. Podpis elektroniczny to bardzo użyteczne, lecz nadal mało popularne narzędzie. Jest składany za pomocą specjalnej karty procesorowej lub tokena oraz oprogramowania służącego do składania podpisu elektronicznego. Pod względem prawnym kwalifikowany podpis elektroniczny jest równoważny z podpisem własnoręcznym. Można go stosować m.in. do podpisywania umów i dokumentów czy składania deklaracji podatkowych. Jego instalacja wiąże się jednak z kosztem. Być może dlatego, najbardziej e-podpisu obawiają się najmniejsze podmioty zatrudniające do 9 pracowników (7 proc. wskazań), najmniej zaś średnie firmy (2 proc.). Patrząc na branże, ponownie z największym dystansem na ten obowiązek patrzą firmy usługowe (12 proc. ma obawy).

***

[1] Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE

[2] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 20-28 września 2018 r.

[i] Od 1 stycznia 2015 r. zaczęły obowiązywać nowe regulacje dotyczące zasad kontaktu z organami skarbowymi. Przedsiębiorstwa zatrudniające ponad 5 osób oraz wszystkie biura rachunkowe niektóre formularze i rozliczenia muszą teraz obowiązkowo przesyłać drogą elektroniczną, wykorzystując kwalifikowany podpis elektroniczny. Nowy obowiązek dotyczy informacji PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1/IFT-1R, IFT-3/IFT-3R, deklaracji PIT-4R, PIT-8AR i rocznego obliczenia podatku PIT-40. Wysyłanie elektronicznych deklaracji wiąże się bezpośrednio z obowiązkiem korzystania z bezpiecznego podpisu elektronicznego weryfikowanego za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu. Wymóg ten nie dotyczy jedynie najmniejszych firm, gdzie pracuje maksymalnie do 5 osób – podmioty te mogą składać dokumenty nadal w formie papierowej.