Kalkulator PPK – optymistyczna symulacja dodatku do emerytury

Wśród wielu istotnych i niepodważalnych zalet Pracowniczych Planów Kapitałowych padł strzał w stopę. Zaprezentowany kalkulator przyszłego świadczenia emerytalnego może być niezwykle mylący. Dlaczego? Według informacji uzyskanych z Polskiego Funduszu Rozwoju nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Klamka zapadła. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych wchodzi w życie od 1 stycznia 2019 r., a pierwsze składki popłyną w drugiej połowie przyszłego roku. Chociaż nie brakuje sceptycznych opinii, PPK poprzez miękkie zachęty i kary motywują nas do rezygnacji z bieżącej konsumpcji i zmniejszają ryzyko, że na stare lata nasze świadczenie emerytalne będzie głodowe.

Zagwarantowana w ustawie prywatność środków znacznie redukuje też ewentualność, że w razie problemów finansowych państwa PPK podzielą los OFE. Dysponowanie oszczędnościami w PPK zasadniczo będzie podobne do tego, co obowiązuje w IKE czy w IKZE, oczywiście z uwzględnieniem wszystkich różnic formalnych pomiędzy programami.

Często podnoszoną wadę jest fakt, że symulowane wypłaty są obliczane tylko na okres 10 lat, czyli znacznie mniej niż wynosi średni okres życia na emeryturze. Z drugiej jednak strony może to zachęcać wiele osób, by dłużej pozostawać na rynku pracy i tym samym zwiększać swoje całościowe świadczenie (razem z wypłatą z ZUS). Również wystarczająco długi odkładanie w PPK może finalnie wystarczyć nawet na relatywnie wysokie świadczenie dożywotnie.

PPK to także korzyści dla całego kraju. Poprzez zwiększenie poziomu oszczędności w gospodarce będzie więcej kapitału na inwestycje. Kapitał dodatkowo będzie miał pochodzenie krajowe, co powinno uniezależniać Polskę od dopływu środków na rozwój z zagranicy.

Zagubiona inflacja i opłaty? Dostaniesz blisko połowę wyliczeń kalkulatora

By przyszły świadczeniobiorca oszacował swoją wypłatę z PPK, Polski Fundusz Rozwoju (PFR) uruchomił kalkulator przyszłej wypłaty z PPK. Jest to użyteczne narzędzie pozwalające ocenić wartość naszego dochodu podczas jesieni życia.

30-latek zarabiający 4 tys. zł brutto i wybierający podstawowy wariant programu, czyli składka pracodawcy 1,5 proc. wynagrodzenia, składka własna 2 proc. i dopłata od państwa, po 35 latach oszczędzania na podstawie wyliczeń kalkulatora przez 10 kolejnych lat będzie otrzymywał po 1824 zł miesięcznie.

To dużo, biorąc pod uwagę, że beneficjent PPK rezygnuje z zaledwie 2 proc. (ok. 80 zł) swojego dochodu, a udział pracodawcy i państwa to drugie 80 zł. Można jednak pójść dalej i orzec, że to wręcz zadziwiająco dużo, biorąc pod uwagę fakt, że założenia modelu są dość realistyczne. Roczna stopa zwrotu w okresie oszczędzania w okolicach 3,5 proc. jest możliwa do osiągnięcia. Również roczny wzrost wynagrodzenia na poziomie 2,8 proc. także nie wydaje się przesadzony. Gdzie więc tkwi haczyk?

Model, zgodnie z przekazanymi przez PFR informacjami, nie uwzględnia inflacji oraz opłat za zarządzanie. Naiwne byłoby oczekiwanie, że ceny przez 35 lat w ogóle nie wzrosną. Gdyby jednak ceny rosły każdego roku o ok. 1,5 proc. (to jest nasze ostrożne założenie, biorąc pod uwagę, że cel inflacyjny większości banków centralnych to 2,0 proc, a NBP 2,5 proc.) i uwzględniono opłatę za zarządzanie tymi środkami (ok. 0,5-0,6 proc. rocznie), to ujęte w przykładzie 1824 zł po 35 latach będzie wartę ok. połowę, czyli 966 zł w bieżącej wartości pieniądza.

Symulacja dodatku do emerytury

Po uwzględnieniu inflacji i kosztów zarządzania można także postarać się o symulację wariantu dożywotniego świadczenia w PPK.

Dane Eurostatu pokazują, że 65-letni mężczyzna ma przed sobą jeszcze średnio 16 lat życia. Wprawdzie, gdy zaczną się wpłaty z PPK, statystyczna długość życia jeszcze wzrośnie, ale dla uproszczenia przyjmijmy obecne warunki. Jeżeli chcemy dostawać emeryturę przez 16 lat, to świadczenie na koniec oszczędzania spada do 1232 zł, bez uwzględnienia inflacji i opłat za zarządzanie, oraz do 652 zł z uwzględnieniem tych obu elementów.

W przypadku kobiety ta wypłata będzie jeszcze niższa ze względu na dłuższy okres życia. Uwzględniając scenariusz, że wiek emerytalny dla kobiet wzrośnie do tego czasu do poziomu 65 lat, jej realna wypłata, biorąc pod uwagę inflację i opłaty za zarządzanie, wyniesie ok. 530 zł, a nie 999 zł, jak pokazuje kalkulator.

Błąd, który nie przekreśla PPK

Trochę dziwić może nieodpowiednia budowa kalkulatora. Polski program jest praktycznie kalką brytyjskiego, a szacunki przyszłych świadczeń na Wyspach pokazują wartości z uwzględnieniem inflacji i opłat za zarządzanie. Dodatkowo większość parametrów jest modyfikowalna i obywatel sam może oszacować, w jakim stopniu dane rozwiązanie jest dla niego satysfakcjonujące. U nas natomiast mimo sporego wysiłku związanego z wprowadzeniem programu i akcji promocyjnej tego brakuje.

Poważne niedopatrzenia dotyczącego kalkulatora nie zmieniają faktu, że sam program PPK jest ciekawy i warty uwagi dla większości pracowników. Jeżeli okaże się sukcesem, to powinien przyczynić się do wzrostu oszczędności Polaków i lepszych perspektyw rozwoju dla całego kraju.

FBI zatrzymało hakerów, którzy wyłudzili 30 milionów dolarów na fałszywych reklamach

FBI zatrzymało hakerów, którzy manipulowali ruchem sieciowym, aby generować zyski z reklam w internecie. Cyberprzestępcy wykorzystywali do tego nawet 1,7 mln urządzeń użytkowników – tworzyli z nich tzw. botnety[1], wyłudzając niemal 30 milionów dolarów.

Grupa, którą US-CERT nazwał 3ve[2], rozpowszechniała złośliwe oprogramowanie Kovter oraz Boaxxe za pomocą e-maili oraz odpowiednio spreparowanych stron www. Hakerzy wykorzystywali do tego m.in. swoje data center w Niemczech. Przejmowali kontrolę nad urządzeniami nieświadomych użytkowników i kierowali ruch sieciowy do reklam, pozorując, że jest on organiczny. Wśród kupujących reklamy sprawiało to wrażenie, że ich oferty były oglądane przez ogromną liczbę osób.

Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure
Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure

Przestępcy masowo rozsyłali spam, którego nie wykrywały filtry poczty elektronicznej. Po otwarciu załącznika lub kliknięciu w link użytkownicy byli infekowani złośliwym oprogramowaniem. Hakerzy nakłaniali również ofiary do aktualizacji oprogramowania. W rzeczywistości na ich urządzeniach instalowany był Kovter. Następnie uruchamiała się ukryta przeglądarka, która kierowała ruch sieciowy do odpowiednich reklam – mówi Paivi Tynninen, analityk w firmie F-Secure, która wspierała FBI w ujęciu oszustów i udostępniła informacje na temat botnetów oraz złośliwego oprogramowania wykorzystywanego przez hakerów.

Aby przerwać działania hakerów, FBI przeszukało 89 serwerów i 31 domen[3] oraz zajęło konta bankowe powiązane z grupą 3ve. Operacja doprowadziła do postawienia zarzutów ośmiu osobom.

Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure
Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure

Może się wydawać, że oszustwa reklamowe nie są istotnym problemem. Firmy tracą jednak na tych wyłudzeniach ogromne pieniądze, a koszty w końcu i tak ponoszą konsumenci. Botnety są bardzo odporne na próby zakłócenia ich działalności. Wystarczy, że część urządzeń jest wciąż zarażona, a wtedy botnet może się odbudować – dlatego nie można z całkowitą pewnością stwierdzić, czy działania 3ve zostały przerwane. Niezmiernie istotne jest, aby użytkownicy korzystali z rozwiązań ochronnych i na bieżąco monitorowali swoje komputery pod kątem złośliwego oprogramowania – podsumowuje Sean Sullivan, doradca ds. bezpieczeństwa w firmie F-Secure.

Według szacunków do 2025 r. dochody z oszustw reklamowych mogą wynieść od 50 do 150 mld dolarów rocznie[4].

[1] Grupa urządzeń zarażonych złośliwym oprogramowaniem, które pozwala twórcy na ich zdalne kontrolowanie.

[2] https://www.us-cert.gov/ncas/alerts/TA18-331A

[3] Według komunikatu prasowego Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych, https://www.justice.gov/usao-edny/pr/two-international-cybercriminal-rings-dismantled-and-eight-defendants-indicted-causing

[4] Raport Światowej Federacji Reklamodawców, https://www.wfanet.org/app/uploads/2017/04/WFA_Compendium_Of_Ad_Fraud_Knowledge.pdf

Sektor produkcyjny inwestuje w pracowników

Ocena perspektyw rozwoju sektora produkcji przemysłowej jest coraz lepsza. Dobrze to świadczy również o ogólnej kondycji gospodarki. Branża uważana za papierek lakmusowy całego rynku od dłuższego czasu zgłasza bardzo wysokie zapotrzebowanie na ręce do pracy. Narastający niedobór pracowników sprawia, że firmy dbają o nich coraz bardziej i sięgają po wyszukane sposoby ich angażowania.

Dynamika rozwoju sektora produkcyjnego w Polsce rośnie. Prognoza zatrudnienia dla produkcji jest jedną z najbardziej optymistycznych wśród rynków regionu EMEA i najlepszą, względem innych sektorów, w Polsce[1]. Umocnienie pozytywnego trendu przekłada się na kształt polityki personalnej przedsiębiorstw. To świetna wiadomość dla osób poszukujących zatrudnienia – firmy mają do zaoferowania nie tylko miejsca pracy, ale też coraz lepsze warunki, w tym systemy motywacyjne.

– Dynamiczny rozwój gospodarczy zwiększa popyt na pracowników, a ich niedobór na rynku skłania firmy do większych starań o pozyskanie kandydatów – mówi Izabela Bąkowska-Jurga, Partner Biznesowy HR w Imperial Tobacco Polska. – Bardzo pozytywnym zjawiskiem jest rosnąca świadomość roli i wartości pracownika. Pracodawcy wprowadzają coraz bardziej rozbudowane systemy motywacyjne, chcąc przyciągnąć nowych, jak i zatrzymać dotychczasowych zatrudnionych. Kluczem do sukcesu są różnorodne metody, jednak pod warunkiem, że wynikają z uważnego wysłuchania potrzeb pracowników. Jak pokazuje nasze doświadczenie, podobne zainteresowanie może wzbudzać darmowy transport do miejsca pracy, jak i np. dopłaty do urlopu dla rodzin pracowników. Istotne jest też samo wynagrodzenie oraz premia, choć równie ważnymi oczekiwaniami naszych kandydatów są stabilność, rozwój zawodowy i dobra atmosfera w pracy – podsumowuje Izabela Bąkowska-Jurga.

Globalny koncern tytoniowy ma w Polsce dwie fabryki – w Radomiu oraz w podpoznańskich Jankowicach. Rozwija się dynamicznie, dlatego do obydwu miejsc poszukuje większej liczby pracowników produkcji o kompetencjach technicznych, jak np. mechaników maszyn, automatyków, operatorów maszyn, pracowników transportowych czy pracowników linii produkcyjnej. Na długiej liście oferowanych im benefitów znajdują się m.in. bezpłatny transport do miejsca pracy z okolicznych miejscowości, świeże owoce w stołówce, dodatki finansowe do wyżywienia, bonusowe dni wolne, premia roczna, bezpłatny dostęp do lekarza w miejscu pracy, a także specjalne programy dla świeżo upieczonych rodziców czy osób po 50. roku życia.

Podobnie o pracowników dba produkujący światłowody Corning Optical Communications. Obok dotychczasowej fabryki pod Łodzią firma otworzyła właśnie drugi zakład, jeden z największych nie tylko w skali regionu, ale i Europy. To wynik szybkiego rozwoju automatyzacji oraz rosnącego popytu na rozwiązania optyczne dla przemysłu telekomunikacyjnego. By sprostać popytowi, Corning nie tylko intensywnie rekrutuje nowych pracowników, ale też poświęca dużo uwagi ofercie dla tych już zatrudnionych.

– Bez sprawdzonych systemów motywacji czy elastyczności w podejściu do potrzeb naszych pracowników nie jest możliwe zachowanie na obecnym rynku pozycji konkurencyjnej komentuje Mariusz Bielawski, Dyrektor Corning Optical Communications. – Zapewnienie benefitów jest oczywistością, ale i wyzwaniem. Zwłaszcza kiedy tak jak u nas, firma zatrudnia na różnych szczeblach, na stanowiskach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych, specjalistycznych, inżynieryjnych. Potrzeby i oczekiwania pracowników są więc bardzo zróżnicowane i oferta pozapłacowa musi to odzwierciedlać. Taka inwestycja przynosi jednak efekty i warta jest zachodu. Corning zawsze stawiał na równe traktowanie oraz partnerskie podejście do pracowników. Zależy nam na długofalowej współpracy z nimi, a nasz system motywacyjny jest jednym z elementów, które istotnie się na to przekładają. Benefitami staramy się odpowiadać na faktyczne potrzeby, bo tylko tak możemy skutecznie wspierać zadowolenie i efektywność naszych ludzi dodaje Mariusz Bielawski.

Firma oferuje więc pracownikom dofinansowanie do posiłków w firmowej kantynie, opiekę medyczną i bezpłatny dojazd do pracy. Dofinansowane są karta sportowa i wypoczynek, firma regularnie organizuje też firmowe pikniki i imprezy integracyjne. To jednak nie wszystko. Dużym zainteresowaniem cieszą się oferowane przez Corning możliwości rozwoju, otwierające drogę do awansu, w tym przejścia pomiędzy działami w ramach firmy.

Jak twierdzą eksperci, zbudowanie skutecznego systemu motywacji wymaga czasu i zaangażowania, jednak pozwala na współczesnym rynku skutecznie walczyć o pracownika i rozwijać firmę.

– Poszukiwanie nowych sposobów na przyciągnięcie i związanie z sobą pracowników to w tej chwili konieczność – mówi Anna Mikulska, dyrektor w MJCC, agencji specjalizującej się w doradztwie w obszarze employer brandingu. – Rynek pracy uległ zmianie, a wraz z nim zmieniło się też nastawienie pracowników. Są oni bardziej świadomi własnej wartości, szukając pracodawcy, nie są przecież skazani na pierwszą ofertę. Wybierają więc z większą rozwagą, patrząc na konkrety, które proponują im firmy. Programy motywacyjne odzwierciedlają podejście firmy do pracownika – jeśli są dostosowane do preferencji załogi, dają realną przewagę nad innymi pracodawcami dodaje ekspertka.

[1] Wyniki globalnego raportu Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia.

Nowe biura mają wzięcie. Duży popyt na wynajem powierzchni biurowych

Zarówno w Warszawie, jak i na rynkach regionalnych utrzymuje się wciąż duży popyt na wynajem powierzchni biurowych    

Na głównych rynkach w Polsce powstaje obecnie około 1,74 mln mkw. powierzchni biurowych. Z danych Walter Herz wynika, że tylko w Warszawie w budowie jest około 760 tys. mkw. biur, a w pozostałych ośrodkach biznesowych w kraju w trakcie realizacji pozostaje łącznie około 980 tys. mkw. nowoczesnych powierzchni biurowych.

Prawie 70 proc. nowych biur, które budowane są w regionach, znajduje się w inwestycjach prowadzonych we Wrocławiu, Krakowie i Trójmieście. I to właśnie te aglomeracje odnotują wkrótce największy wzrost podaży. Niemniej, we wszystkich największych ośrodkach biurowych w Polce widoczna jest duża aktywność firm deweloperskich. Do wzmożonej działalności motywuje inwestorów wciąż ogromny popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe zgłaszany, zarówno przez firmy już obecne na rynku,  jak wchodzące do Polski.

Trzy miasta z ponad milionem mkw. biur

Jak obliczają specjaliści Walter Herz, zasoby polskiego rynku biurowego przekraczają dziś 10,2 mln mkw. powierzchni, w czego 5,42 mln mkw. biur oferuje Warszawa. Na czołowych rynkach regionalnych podaż powierzchni biurowych wynosi łącznie ponad 4,8 mln mkw. Z tego Kraków, w którym w budowie jest teraz ponad 280 tys. mkw. biur  i Wrocław, gdzie powstaje około 240 tys. mkw. powierzchni, mogą się pochwalić zapleczem biurowym przekraczającym 1 mln mkw.

Trójmiasto, w którym realizowane jest prawie 160 tys. mkw. nowoczesnej przestrzeni biurowej, jest coraz bliższe osiągnięcia tego poziomu, choć przekroczy go prawdopodobnie dopiero w 2021 roku. Natomiast konkurujące ze sobą Poznań, Katowice i Łódź niedługo dysponować będą zasobami wysokości 500 tys. mkw. biur.

Mimo dużej ilości nowych biur dostarczanych na główne rynki regionalne w okresie pierwszych dziewięciu miesięcy br. – łącznie około 440 tys. mkw. powierzchni – wskaźnik pustostanów w regionach utrzymuje się na średnim poziomie 9,7 proc. Z danych Walter Herz wynika, że najmniejszy odsetek wolnych biur notuje Poznań i Trójmiasto. Zaledwie około 6,4 – 6,7 proc. powierzchni pozostaje w tych lokalizacjach niewynajęte.

Warszawa z najmniejszą ilością wolnych biur od 5 lat

Dzięki dużej absorpcji notowanej na stołecznym rynku także w Warszawie ilość pustostanów spadła do wartości nieobserwowanej od pięciu lat, tj. poziomu poniżej 10 proc. Najmniej wolnej powierzchni jest w biurowcach zlokalizowanych w centralnej części miasta, gdzie na najemców czeka tylko 6,5 proc. biur.

Warszawa jest najbardziej chłonnym rynkiem biurowym w Polsce i plasuje się pod tym względem także w czołówce europejskiej. Z danych Walter  Herz wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2018 roku w aglomeracji zakontraktowane zostało blisko 630 tys. mkw. powierzchni biurowych.

Napływ nowych, międzynarodowych firm i ekspansja najemców obecnych już na tym rynku, a także coraz większe zainteresowanie wynajmem powierzchni komercyjnych ze strony instytucji państwowych motywuje inwestorów do działania. Na biurowej mapie Warszawy przybywa nowych inwestycji, z których część to projekty spektakularne, jakich w Polsce jeszcze nie było. Obok dużych, widowiskowych obiektów, na rynek wchodzą jednocześnie atrakcyjne cenowo projekty, jak na przykład kompleks Neopark położony w biznesowej części warszawskiego Mokotowa, którego budowa właśnie się zakończyła, czy prowadzona przez firmę Yareal inwestycja związana z realizacją projektu Lixa na stołecznej Woli.

W Polsce będzie najwyższa wieża biurowa w Unii Europejskiej

W Warszawie szczególnie intensywnie rozbudowuje się rejon Ronda Daszyńskiego i obszar wzdłuż ulicy Prostej i Świętokrzyskiej. Powstaje tam nowoczesna dzielnica biznesowa. Wkrótce w biurowy krajobraz miasta wpiszą się realizowane w tym rejonie takie biurowce jak The Warsaw Hub (75 tys. mkw.), Skyliner (44 tys. mkw.), Generation Park Z (20 tys. mkw.) Spark B (16 tys. mkw.), czy Mennica Legacy Tower (60 tys. mkw.). Przy ulicy Świętokrzyskiej do budowy przygotowywany jest też kompleks PHN Tower, który dostarczy około 40 tys. mkw. powierzchni najmu i powstaje Central Point z 18 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Przy rondzie Dmowskiego, obok nowej Rotundy, na miejscu biurowca Universal stanie natomiast Widok Towers. Prawie 95 metrowa wieża, która przyniesie 35 tys. mkw. powierzchni. Największą prowadzoną Warszawie inwestycją jest jednak projekt Varso realizowany w narożniku ulicy Chmielnej i alei Jana Pawła II w stronę Żelaznej. Kompleks zaoferuje 140 tys. mkw. powierzchni najmu.

Jak podają analitycy Walter Herz, całkowita podaż nowej powierzchni biurowej w Warszawie w tym roku zamknie się w granicach 250 tys. mkw. W 2019 roku warszawski rynek wzbogaci się o podobną ilość powierzchni. Dopiero 2020 rok przyniesie miastu potężny zastrzyk nowej powierzchni biurowej, kiedy ukończone zostaną duże, realizowane aktualnie projekty.

ID Logistics uruchamia nowy magazyn w Woli Bykowskiej

Firma ID Logistics uruchamia kolejny magazyn koło Piotrkowa Trybunalskiego i już na początku 2019 roku planuje zatrudnienie ponad 150 osób, które będą odpowiadać za jego kompleksową obsługę. Pracę w nowym centrum dystrybucji ID Logistics znajdą zarówno magazynierzy, pracownicy obsługi klienta jak i managerowie.

Nowy obiekt o powierzchni 13 tys. m² znajduje się w centrum logistycznym P3 Piotrków położonym w Woli Bykowskiej, oddalonej o 6 km od Piotrkowa Trybunalskiego i 40 km od Łodzi. O wyborze tego miejsca zadecydowała m.in. dobra infrastruktura i lokalizacja, w pobliżu autostrady A1 oraz drogi ekspresowej E67. Dodatkowo centrum logistyczne jest bardzo dobrze skomunikowane z Piotrkowem Trybunalskim i Łodzią, co będzie dużym ułatwieniem dla dojeżdżających pracowników. W procesie poszukiwania lokalizacji i przygotowania długoterminowej umowy wynajmu ID Logistics wspierała firma JLL. To już trzecie centrum logistyczne, zarządzane przez operatora, które zostało uruchomione w tym regionie.

Rekrutacja do magazynu w Woli Bykowskiej już trwa

W Woli Bykowskiej praca czeka m.in. na magazynierów, operatorów wózków widłowych, pracowników administracji magazynowej, pracowników biura obsługi klienta i reklamacji a także managerów tj. kierownik zmiany czy manager ds. technicznych i ochrony. Proces rekrutacji właśnie się rozpoczął i jest prowadzony dwutorowo, w ramach rekrutacji wewnętrznej oraz zewnętrznej.  Do nowego zespołu ID Logistics poszukuje pracowników o różnych kompetencjach i doświadczeniu. Odpowiednimi uprawnieniami muszą wykazać się operatorzy wózków widłowych wysokiego składowania, ważna jest umiejętność obsługi komputera, analityczne myślenie oraz doświadczenie i wiedza na temat procesów magazynowych. W przypadku stanowisk związanych z zarządzaniem wymagana jest wiedza z zakresu prawa pracy, umiejętności managerskie i negocjacji.

„Oferujemy ciekawą pracę w dużej, międzynarodowej firmie, która jest liderem dedykowanej logistyki kontraktowej. Jako pracodawca kładziemy nacisk na wspieranie rozwoju zawodowego pracowników. Zapewniamy możliwości awansu w rekrutacjach wewnętrznych. „Od magazyniera do dyrektora” to nie pusty slogan, ale częsta ścieżka kariery w ID Logistics” – mówi Małgorzata Hornig, dyrektor HR, ID Logistics. „Do aplikowania zachęcamy wszystkie osoby, które interesują się logistyką, bez względu na to czy mają już doświadczenie czy dopiero chciałyby spróbować swoich sił w naszej branży”.

ID Logistics zapewnia także swoim pracownikom różne benefity pozapłacowe, m.in.  karty przedpłacone na święta, wyjazdy szkoleniowo – integracyjne, także ubezpieczenie na życie czy kursy języków obcych.

Innowacje wspierają rozwój ID Logistics

ID Logistics, które jest obecnie w Polsce od ponad 10 lat, zarządza 8 centrami logistycznymi o łącznej powierzchni 200 tys. m². Za ich obsługę odpowiada zespół 1600 pracowników. We wszystkich obszarach działalności firma stawia na wykorzystanie nowoczesnych i  innowacyjnych technologii oraz systemów, które zwiększają efektywność procesów zarządzania. Na przykład wsparciem w zarządzaniu zasobami ludzkimi są nowe narzędzia obsługi kadrowej i rejestracji czasu pracy (RCP). W centrach logistycznych, przy wdrażaniu innowacyjnych i zautomatyzowanych rozwiązań, kluczowe znaczenie ma zarówno upraszczanie procesów jak i zwiększanie komfortu oraz bezpieczeństwa pracy. Eksperci ID Logistics nie tylko testują rozwiązania już dostępne na rynku, ale także sami są autorami rozwiązań, które ułatwiają pracę w magazynach, takich jak Auto-Stretch Manager (ASM), czyli prosty w użyciu podajnik do folii, stosowanej w magazynach do owijania palet.

Przy niemieckiej granicy powstanie jedna z największych farm fotowoltaicznych w Polsce

Urząd Regulacji Energetyki podał właśnie wyniki aukcji z 15 listopada br, dotyczącej źródeł fotowoltaicznych i wiatrowych, o mocy do 1 MW. W ramach aukcji URE, członkowie Zgorzeleckiego Klastra Rozwoju Odnawialnych Źródeł Energii i Efektywności Energetycznej złożyli zwycięskie oferty, umożliwiające budowę i efektywną eksploatację źródeł fotowoltaicznych o łącznej mocy aż 46 MW. Co stanowi blisko 10% z wszystkich zwycięskich projektów. ZKlaster dysponuje drugim co do wielkości, obok  kontrolowanego przez Zygmunta Solorza Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin SA (ZE-PAK), kompleksem farm fotowoltaicznych w Polsce. Razem z poprzednimi 18MW daje to możliwość generacji 64MW w klastrze.

Albert Gryszczuk, Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii
Albert Gryszczuk, Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii

– Podczas, gdy większość polskich klastrów energii jest wciąż w fazie planowania, Zklaster jest pewnego rodzaju ewenementem, ponieważ w ramach naszej struktury skupiliśmy podmioty będące w posiadaniu projektów OZE już w pełni gotowych do realizacji. Potwierdzeniem tego jest zwycięstwo tych podmiotów w aukcji zorganizowanej przez URE w połowie listopada tego roku. 46MW nowych źródeł fotowoltaicznych, skupionych na obszarze jednego powiatu, z gwarancją ceny energii, gotowych do budowy w okresie nie przekraczającym 1 roku, to coś wyjątkowego w skali całego kraju. Zgorzelecki Klaster Energii zdecydowanie przechodzi „od słów do czynów” również w obszarze wytwarzania energii z OZE, co jest przecież osią każdej inicjatywy klastrowej w Polsce – komentuje Prezes Zarządu Zgorzeleckiego Klastra Energii, Albert Gryszczuk.

Zgorzelecki Klaster energii jest szeroką i wielowątkową inicjatywą, ale bez energii wytwarzanej z OZE nie miałby szansy istnieć. Należy pamiętać, że klaster musi być oparty o energię odnawialną, wytworzoną wyłącznie na obszarze funkcjonowania klastra (co najwyżej powiatu), a jednocześnie zaspokajającą co najmniej 30% łącznego zapotrzebowania odbiorców z tego obszaru. Zazwyczaj jest to  poważne wyzwanie z poziomu technicznego, organizacyjnego i finansowego.

– W naszym Zklastrze zdajemy sobie z tego sprawę od początku, czyli od 1,5 roku, gdy nasza inicjatywa wystartowała. Dlatego szukaliśmy synergii w działaniach poszczególnych członków klastra, pomagaliśmy w procesie przygotowania projektów do realizacji oraz do świeżo zakończonej aukcji URE. Podkreślić należy również wyjątkowo sprzyjający klimat dla innowacyjności na obszarze powiatu zgorzeleckiego oraz bardzo dobrą współpracę z władzami samorządowymi. Teraz widzimy tego efekty – dodaje Albert Gryszczuk

Klaster to naturalne środowisko dla przygotowania i realizacji tego typu projektów. Zagregowanie projektów o dużym wolumenie w ramach skupionej na wspólnym celu, skoordynowanej i skutecznie zarządzanej struktury – takiej jak w Zklastrze – pozwala uzyskać pozytywne rezultaty. Duża skala realizowanych jednocześnie projektów sprawia, że klaster staje się partnerem dla wszystkich, poważnych światowych dostawców technologii OZE. Bez klastra energii, żaden pojedynczy inwestor nie miałby na to szansy.

Kolejne duże wyzwanie, jakie stoi przed polskimi klastrami, to zagospodarowanie energii. Należy ją  odebrać od lokalnych producentów, a następnie dostarczyć do odbiorców, jednocześnie skutecznie bilansując popyt i podaż na poziomie lokalnym. W Zklastrze funkcjonuje pierwsza i na dziś jedyna w Polsce „klastrowa spółka dystrybucyjna” z koncesją na obrót i dystrybucję energii elektrycznej na obszarze klastra. Spółka posiada własną sieć dystrybucyjną oraz jest przygotowana do przyłączenia – między innymi – na dzień dzisiejszy źródeł PV o łącznej mocy 55 MW. Dzięki klastrowi energii podmioty, które właśnie wygrały aukcję, będą miały techniczną możliwość sprzedaży wytworzonej energii elektrycznej. Harmonogram realizacji zgorzeleckiej inwestycji zamyka się już w 2020r.

– Oczywiście, w ramach struktury Zklastra, szykujemy kolejne inwestycje z zakresu OZE. Jest to co najmniej 200MW mocy wytwórczej. Sądzę, że inne klastry energii też będą przygotowywać i realizować swoje projekty. Nie wiem, czy uda się uzyskać podobną skalę. Jestem natomiast przekonany, że w każdym dobrze zaplanowanym klastrze energii jest potencjał do budowy nowych źródeł OZE i uzyskania realnych korzyści z ich eksploatacji – kończy Albert Gryszczuk

Polska chmura kosmiczna przetwarza już ponad 10 PB danych z satelitów

Ponad 10 PB cyfrowych informacji z satelitów, czyli równowartość ponad 15 mln płyt CD lub 100 mld zdjęć na Facebooku, jest już przechowywanych na platformie CREODIAS, czyli w „polskiej chmurze kosmicznej”. Projekt realizowany przez konsorcjum firm, m.in. CloudFerro oraz Creotech Instruments we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną ma na celu dostarczanie obywatelom, firmom i instytucjom bezpłatnych informacji satelitarnych. 

Petabajt to 1 milion gigabajtów – taką przestrzeń dyskową zająłby film nagrany w bardzo dobrej jakości, którego długość miałaby mniej więcej 40 lat. To teraz pomnóżmy tę wartość przez 10 i otrzymamy mniej więcej wielkość repozytorium danych satelitarnych jakie zgromadzono do tej pory na platformie CREODIAS, której operatorem jest polska firma CloudFerro. Wykorzystując technologię chmury obliczeniowej, udostępnia ona bezpłatnie internautom dane z 7 satelitów. To największy projekt w historii polskiej branży kosmicznej, warty około 15 mln EUR.

Magiczna granica

Jeszcze do niedawna dane satelitarne były dostępne odpłatnie i dla wąskiego grona odbiorców. Ich źródłem były satelity należące do ogromnych koncernów oraz rządów konkretnych państw, najbardziej zaawansowanych w podboju kosmosu.  Wszystko zmieniło się za sprawą programu Copernicus prowadzonego przez Komisję Europejską i Europejską Agencję Kosmiczną, który zaowocował wystrzeleniem na orbitę Ziemi nowoczesnych satelitów, a następnie uruchomieniem 5 platform udostępniających dane z tych urządzeń. Jedną z nich jest właśnie CREODIAS.

W rok od uruchomienia platformy CREODIAS, zgromadziliśmy na niej ponad 10 PB cyfrowych informacji satelitarnych. To dane, zarówno aktualne jak i historyczne, które znajdują zastosowanie m.in. w monitorowaniu zmian klimatycznych, poziomu zanieczyszczenia powietrza czy w badaniu wilgotności gleby. Wykorzystuje je m.in. branża ubezpieczeniowa do oceny szkód oraz służby ratownicze, ale zdjęcia są również doskonałym źródłem informacji np. dla rolnictwa oraz administracji. Dane pozwalają optymalizować gospodarkę wodną czy rolną a także szacować ryzyko wystąpienia klęsk żywiołowych – tłumaczy prezes CloudFerro, dr Maciej Krzyżanowski.

Od San Francisco po zanieczyszczenie powietrza

Najwięcej, bo ponad 4,7 PB danych, dostarczyły satelity Sentinel-1. To informacje z tych urządzeń pozwoliły m.in. zdiagnozować problem z jakim borykał się wieżowiec Millennium Tower, zlokalizowany w centrum San Francisco. Okazało się, że jest on podtapiany średnio kilkoma centymetrami wody rocznie i systematycznie przechyla się w jedną stronę. Problem zapadania się gruntu zdiagnozowano też m.in. w Bytomiu – tutaj powodem były szkody górnicze.

Łączenie wielu obrazów radarowych z różnych przelotów satelitów Sentinel-1  pozwala na uzyskanie bardzo precyzyjnych danych o przesunięciach terenu czy obiektów na nim, z dokładnością do kilku mm. Mimo, że satelity robią swoje pomiary z wysokości kilkuset kilometrów. Pozwalają one zdiagnozować problemy, których nie widać gołym okiem – tłumaczy Maciej Krzyżanowski.

Duży wkład w szybki rozwój platformy mają też dane z satelitów misji Sentinel-2, obserwujących w kolorze powierzchnię lądu, duże wyspy, zbiorniki śródlądowe i wybrzeża na całym świecie. Każdy satelita Sentinel-2 wyposażony jest w innowacyjną multispektralną kamerę wysokiej rozdzielczości, obserwującą lądy i roślinność w 13 pasmach widma. Połączenie wysokiej rozdzielczości, zdolności widmowych oraz pola widzenia obejmującego 290 km pozwala usprawniać rolnictwo, monitorować lasy, wykrywać zanieczyszczenia jezior i wód przybrzeżnych oraz wspierać zarządzanie kryzysowe. Dane z Sentinel 2 zasiliły do tej pory platformę aż 3,3 PB cyfrowych informacji.

Najmniejszą część repozytorium stanowią dane z satelitów Sentinel-5P (ponad 80 TB) oraz Landsat USGS (ponad 10 TB). Ten pierwszy satelita został wystrzelony w październiku ubiegłego roku i dostarcza danych dotyczących składu i zanieczyszczenia powietrza. Wyposażony w najnowocześniejszy instrument Tropomi może zaobserwować takie związki chemiczne jak dwutlenek węgla, metan, tlenek węgla oraz aerosole (zawiesiny cząstek stałych). Każdy z tych czynników wpływa na jakość powietrza, którym oddychamy oraz na nasz klimat.

Rewolucyjny Copernicus

W tym roku mija 20 lat od podpisania w 1998 roku we włoskim mieście Baveno manifestu, zakładającego utworzenie europejskiego programu Copernicus monitorującego środowisko. Obecnie, dzięki siedmiu satelitom Sentinel umieszczonym na orbicie, Copernicus tworzy największe na świecie repozytorium danych z obserwacji Ziemi. Dane te pomagają firmom i instytucjom państwowym sprostać aktualnym wyzwaniom związanym m.in. z rosnącą urbanizacją, bezpieczeństwem zaopatrzenia w żywność, klęskami żywiołowymi i zmianami klimatycznymi. Niezwykle istotny jest fakt, że wszystkie te dane oferowane są całkowicie bezpłatnie i dla każdego, w tym również przysłowiowego Kowalskiego.

Podejmując blisko rok temu współpracę przy europejskim projekcie Copernicus, rozpoczęliśmy udział w najbardziej ambitnym projekcie obserwacji Ziemi na świecie. Jeszcze do niedawna najwięcej działo się na tym polu za Oceanem, jednak obecnie coraz więcej firm i startupów z Europy rozwija swoje usługi oparte na danych satelitarnych. Poprawa jakości życia ludzi dzięki wykorzystaniu technologii kosmicznych staje się faktem – zauważa Maciej Krzyżanowski.

Według badań nowojorskiej firmy P&S Research Market, w 2023 roku światowy rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym będzie warty już ponad 5,2 miliardów dolarów.

Zmiany klimatyczne wymuszają zmiany na rynku nieruchomości

2 grudnia uwaga międzynarodowej społeczności skupi się na zagadnieniach związanych ze stanem klimatu i z działaniami, które mają zapobiec grożącej nam w perspektywie kilkudziesięciu lat katastrofie ekologicznej. W Katowicach rozpocznie się szczyt klimatyczny COP24. Zgromadzi on ponad 25 tysięcy uczestników, w tym delegacje 196 państw, i potrwa niemal do połowy miesiąca. Sektor nieruchomości komercyjnych w Polsce rozwija się w znacznej mierze w zrównoważony sposób, ale podjęte w trakcie COP24 decyzje niewątpliwie wpłyną na dynamikę i dalszy kierunek tego rozwoju.

Zdecydowane zmiany są koniecznością

Ocieplenie klimatu nie jest w debacie międzynarodowej tematem nowym, ale raport opublikowany na początku października tego roku przez Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu Narodów Zjednoczonych (IPCC) przyniósł alarmujące wnioski. Z dokumentu wynika, że aby uniknąć katastrofalnych skutków zmian klimatu, takich jak coraz bardziej dotkliwe powodzie, huragany, susze itp., należy podjąć natychmiastowe działania ograniczające dalszy wzrost średniej globalnej temperatury. W praktyce oznacza to zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych o 50% już do 2030 r., a w ciągu kolejnych 20 lat całkowite wyeliminowanie ich emisji do atmosfery. Do 2050 r. energia powinna być więc pozyskiwana wyłącznie ze źródeł innych niż węglowe, co z kolei oznacza konieczność większego wykorzystania zasobów odnawialnych, np. energii słonecznej, oraz większej dbałości o efektywność energetyczną stosowanych technologii.

Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International
Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International

– Sektor nieruchomości na swój własny sposób przyczynia się do zmian zachodzących w atmosferze. Z danych Komisji Europejskiej wynika, że 40% energii zużywanej obecnie na terenie Unii jest przeznaczane na eksploatację budynków, zaś użytkowanie nieruchomości generuje emisję dwutlenku węgla na poziomie 36%. Ten stan rzeczy będzie się zmieniał. Zgodnie z unijną dyrektywą dotyczącą charakterystyki energetycznej budynków po 31 grudnia 2020 r. wszystkie nowo powstające w UE obiekty powinny być budynkami o niemal zerowym zużyciu energii – mówi Andrzej Gutowski, dyrektor w dziale Certyfikacji Zielonych Budynków Colliers International.

Deweloperzy działający na rynku nieruchomości komercyjnych już dziś decydują się na certyfikację swoich biurowców, centrów handlowych czy magazynów w wielokryterialnych międzynarodowych systemach oceny budynków– w Polsce najpopularniejszymi są  BREEAM i LEED. Co zyskuje dzięki temu środowisko, użytkownicy i sami inwestorzy?

Nowoczesne znaczy ekologiczne

Najczęściej stosowane u nas systemy certyfikacji mają anglosaski rodowód – BREEAM wywodzi się z Wielkiej Brytanii, LEED ze Stanów Zjednoczonych – i ogólnoświatowy zasięg. Ich zadanie polega na ocenie oddziaływania budynku na środowisko naturalne i użytkowników.

O przyznanie certyfikatu można starać się na różnych etapach życia budynku. W przypadku obiektów nowo powstających możliwe jest uzyskanie certyfikatów typu New Construction, zazwyczaj podzielonego na dwie fazy. W fazie początkowej (Interim) pod lupę bierze się projekt obiektu z punktu widzenia jego późniejszego zapotrzebowania na energię. Dużą rolę odgrywają tu takie czynniki jak zwarta orientacja budynku, projektowane instalacje, materiały budowlane oraz praktyki podczas trwania budowy. Po oddaniu obiektu do użytkowania, można ubiegać się o certyfikat „Final”, który będzie stanowił potwierdzenie właściwego wykonania deklarowanych podczas projektowania rozwiązań. Z kolei budynki już użytkowane podlegają certyfikacji typu „In-Use” oceniającej m.in. parametry ich rzeczywistej eksploatacji, zużycie mediów, jakość środowiska wewnętrznego czy świadomość użytkowników dotyczącą wykorzystania zastosowanych technologii. W odróżnieniu od systemów dedykowanych budynkom nowo powstającym, certyfikaty „In-Use” nie są przyznawane bezterminowo, ale wymagają okresowego odnawiania (BREEAM co 3 lata, LEED co 5 lat) i – potencjalnie – unowocześniania wprowadzanych rozwiązań, co z punktu widzenia właścicieli i zarządców nieruchomości jest bardzo dużym wyzwaniem.

– W ocenie właścicieli, zarządców i najemców nieruchomości komercyjnych certyfikaty świadczące o zrównoważonym charakterze obiektów zawsze miały duże znaczenie prestiżowe i biznesowe. Współcześnie certyfikacja nowo powstających budynków biurowych jest w Polsce właściwie standardem, mimo że oznacza ona konieczność spełnienia znacznie wyższych kryteriów niż wynika to z obowiązujących norm prawnych. Jednak dziś, gdy rządy państw muszą zacząć bardzo szybko reagować na pogarszającą się sytuację klimatyczną – o czym będzie mowa m.in. w tracie szczytu COP24 – wdrożone zawczasu przyjazne dla środowiska rozwiązania dają dużą przewagę zielonym budynkom i ich właścicielom – mówi Andrzej Gutowski. 

Zielone rozwiązania

Czym certyfikowany obiekt różni się od innych? Przede wszystkim cechuje go znacznie większa efektywność energetyczna, przekładająca się m.in. na ograniczenie zużycia energii do ogrzewania, chłodzenia i oświetlania budynku,  a poza tym oszczędne gospodarowanie wodą, większa dbałość o jakość środowiska wewnętrznego, redukcja i ponowne wykorzystanie odpadów. Do realizacji tych celów wykorzystuje się nowoczesne technologie oparte na zautomatyzowanym działaniu i elastycznym dostosowywaniu warunków panujących w pomieszczeniach ściśle do potrzeb, m.in. do liczby przebywających w nich użytkowników. Na etapie projektowania i budowy istotne jest poszukiwanie lokalizacji, która zapewni łatwy dostęp do obiektu środkami transportu publicznego oraz wykorzystanie materiałów cechujących się niskim śladem węglowym, czyli zużyciem energii w trakcie ich wytwarzania,  przewożenia itp. W praktyce starania i nakłady poniesione przez inwestorów i zarządców przekładają się na niższe koszty eksploatacji i większy komfort przebywania w tego typu obiektach. Kompleksowy system ocen pozwala także na oszacowanie realnego wpływu takich budynków na środowisko naturalne.

Polska regionalnym liderem zrównoważonego budownictwa

Zmiany w sektorze nieruchomości z pewnością nastąpią szybciej, niż się spodziewamy, jednak nawet jego obecna sytuacja w Polsce przedstawia się bardzo dobrze na tle regionu. Z danych PLGBC z końca 2017 r. wynika, że na terenie naszego kraju znajduje się aż 48% certyfikowanych obiektów (w systemach BREEAM, LEED, ale także DGNB, HQE oraz WELL) występujących w Europie Środkowo-Wschodniej, co czyni nas regionalnym liderem w dziedzinie zrównoważonego budownictwa. Jeśli przyjrzeć się temu z uwzględnieniem różnorodnego przeznaczenia obiektów, okaże się, że 62% nowoczesnej powierzchni biurowej dostępnej w Polsce pod koniec 2017 roku stanowiła powierzchnia certyfikowana, zaś w odniesieniu do powierzchni handlowej ten współczynnik wynosił 33%.

Banki centralne w centrum uwagi

Ostatnie kwartały obfitowały w globalne zawirowania polityczne. Obecnie jednak uwaga inwestorów ponownie skupia się na kwestii perspektyw działań kluczowych banków centralnych świata, a te w ostatnim czasie ulegają dość istotnym przeobrażeniom.

Jeszcze kilka miesięcy temu inwestorzy wierzyli (albo chcieli wierzyć), że Europejski Bank Centralny podniesie stopy procentowe w drugiej połowie 2019 r. Obecnie jednak, w konsekwencji napływu serii rozczarowujących danych gospodarczych – w tym szczególnie indeksów aktywności, danych o nastrojach biznesowych oraz samych odczytów dynamiki PKB za dwa ostatnie kwartały – wygląda na to, że decyzja Banku o normalizacji polityki pieniężnej nie będzie tak łatwa, jak się wcześniej wydawało i może nastąpić później.

Po drugiej stronie Atlantyku również ciężko być czegokolwiek pewnym. Zaledwie nieco ponad dwa miesiące temu, członkowie FOMC sugerowali, że chcą podnosić stopy procentowe jeszcze raz w bieżącym i trzy razy w przyszłym roku. W ostatnim czasie retoryka decydentów uległa jednak pewnym zmianom, coraz wyraźniej zwracają oni uwagę na zagrożenia związane ze wzrostem stóp oraz na fakt, że dalsze, tak szybkie podwyżki kosztów pieniądza niekoniecznie muszą być potrzebne.

Wczoraj wieczorem szok na rynkach finansowych wywołały słowa prezesa Rezerwy Federalnej, który stwierdził, że polityka monetarna w USA nie jest na „wcześniej wyznaczonej” ścieżce [preset path], dodając jednocześnie, że obecnie poziom stóp procentowych znajduje się „tuż poniżej” poziomu neutralnego – czyli takiego poziomu, który nie przekłada się na przyspieszenie wzrostu gospodarczego, jak również go nie spowalnia. Można to uznać za potwierdzenie, że FED będzie w istotny sposób reagował na zmiany bieżącej sytuacji i perspektyw gospodarczych. Inwestorzy odebrali to jako sugestię, że FED może zbliżać się do końca podwyżek stóp procentowych.

W kontekście wielu niewiadomych, które będą determinowały działania banków centralnych po obu stronach Atlantyku, można powiedzieć jedynie, że z całą pewnością rok 2019 będzie ciekawym okresem.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Mimo lekkiej słabości w parze ze złotym, wspólna europejska waluta radziła sobie wczoraj nadzwyczaj dobrze w relacji do głównych walut, zyskując przede wszystkim na słabości dolara amerykańskiego.

Wczorajszy dzień nie przyniósł istotnych publikacji danych makro, dziś jednak warto zwrócić uwagę na odczyt inflacji z Niemiec w listopadzie, który poznamy w drugiej części dnia. Będzie on stanowił pewien punkt zaczepienia przed jutrzejszymi, wstępnymi szacunkami dynamiki cen w całym wspólnym bloku. Z tego też powodu, jeśli będzie istotnie różnił się od oczekiwań, może wpływać na kurs europejskiej waluty.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,83-4,87.

W kontekście środy warto wspomnieć o raporcie opublikowanym przez Bank Anglii, w którym ekonomiści nakreślili nowe scenariusze dla Wielkiej Brytanii w konsekwencji opuszczenia UE. Najbardziej niekorzystny zakłada silniejszy wstrząs dla gospodarki niż przyniósł globalny kryzys finansowy z 2008 r. W przypadku „nieuporządkowanego Brexitu” na przestrzeni roku miałoby dojść m.in. do drastycznego spadku cen nieruchomości (dochodzącego do 30%), skokowego wzrostu stopy bezrobocia (do 7,5% z 4,1% obecnie) oraz skurczenia się gospodarki o 8%. Obawy dotyczące najgorszego scenariusze potwierdził wczoraj również prezes Banku Anglii stwierdzając, iż „Wielka Brytania nie jest w pełni gotowa na Brexit bez porozumienia”.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,8%, wahając się w widełkach 3,76-3,81. Oprócz kluczowej informacji, jaką były wczorajsze słowa Powella, warto wspomnieć o kilku odczytach z amerykańskiej gospodarki. Po pierwsze, wczorajsze dane pokazały, że wzrost dynamiki PKB USA w III kwartale br. roku wyniósł 3,5% w ujęciu zanualizowanym, tak jak wstępnie szacowano. Jest to wynik bardzo przyzwoity. Nie wszystkie informacje płynące z USA są jednak równie dobre. Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości rozczarowały, sugerując powolną kontynuację pogarszania się sytuacji w sektorze. Sprzedaż nowych domów w ujęciu miesięcznym spadła o 8,9%, tym samym zaliczając największy miesięczny spadek od ponad 3 lat (niemniej, w tym miejscu warto zaznaczyć, że dane są wyjątkowo zmienne, czymś normalnym są również znaczące rewizje odczytów).

 

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – wstępny szacunek inflacji w Niemczech w listopadzie
  • 14:30 – bazowa inflacja PCE w USA w październiku
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 14:30 – dane o dochodach i wydatkach osobistych w USA w październiku
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w październiku
  • 20:00 – przemawia Charles Evans, prezes FED z Chicago
  • 20:00 – publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Ile w 2019 r. zarobi kierowca ciężarówki?

Od 5 do 8,5 tysiąca PLN na rękę. Tyle może zarobić kierowca ciężarówki w polskim przedsiębiorstwie transportowym. Jak to możliwe, skoro będzie zatrudniony na najniższą krajową, która w 2019 roku wyniesie 2250 PLN brutto miesięcznie? Na wynagrodzenie truckera składa się jeszcze wiele innych elementów wynikających ze specyfiki zawodu. Na co warto zwrócić uwagę, wybierając pracę „za kółkiem” oraz co może przynieść przyszłość, podpowiadają eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

– Analiza zatrudnienia kierowców w polskich firmach transportowych przeprowadzona przez OCRK[1] wskazuje, że osób młodych zatrudnionych na tym stanowisku z roku na rok przybywa. Nadal największy odsetek stanowią doświadczeni czterdziestolatkowie[2], jednak pracowników w przedziale wiekowym 20-29 lat jest coraz więcej. To młodzi adepci zawodu, którzy przemierzają pierwsze kilometry zazwyczaj po kraju, w podwójnej obsadzie. Dopiero poznają tajniki codziennej pracy, warto jednak, by już na początku tej drogi znali swoje prawa i możliwości dotyczące systemu pracy oraz płacy – mówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert OCRK.

Co młodych przyciąga i dlaczego?

Według ostrożnych szacunków w Polsce może brakować obecnie aż 100 tysięcy kierowców.
A w ciągu najbliższych siedmiu lat ilość wakatów może zwiększyć się o kolejne 200 tysięcy. Obecnie przedsiębiorcy kuszą szczególnie młodych dofinansowaniem lub finansowaniem w pełni zdobycia uprawnień do prowadzenia pojazdów o DMC powyżej 3,5 tony. Kuszą również zarobki, bo wynagrodzenie niedoświadczonego kierowcy wykonującego trasy międzynarodowe zazwyczaj będzie się składać z niskiej podstawy ale wysokich zwrotów kosztów z tytułu podróży służbowej.

Przedsiębiorca winien wypłacić podstawę najpóźniej do 10 dnia kolejnego miesiąca. Aby dotrzymać terminu tej wypłaty z uwagi na mobilny charakter pracy kierowcy oraz konieczność dokładnych wyliczeń przysługującego wynagrodzenia, pracodawca ustala tzw. ryczałty za pracę w nocy oraz w godzinach nadliczbowych, a także zaliczkę za dyżur. Taka struktura rozliczenia ma na celu późniejsze sprawdzenie, czy stały dodatek pokrył pracę w godzinach nadliczbowych, nocnych i dyżurach oraz wykazanie ewentualnego wyrównania do dodatku do pensji z tytułu pracy za granicą. Na przykład w Niemczech, Francji czy Austrii obowiązują różne stawki płacy minimalnej – wyjaśnia Zgudziak. – Przykładowa struktura wynagrodzenia młodego kierowcy w 2019 roku może wyglądać następująco: 2000 PLN wynagrodzenie zasadnicze, 250 PLN wynagrodzenie za dyżur, 200 PLN ryczałt za pracę w godzinach nadliczbowych, 50 PLN ryczałt za pracę w godzinach nocnych. Łączne miesięczne wynagrodzenie przy takich założeniach to 2500 PLN brutto, kwota na rękę wyniesie zatem około 1800 PLN. Do tego należy doliczyć oczywiście należności z tytułu krajowej lub zagranicznej podróży służbowej. W tej pierwszej kierowcy przysługuje dieta w wysokości 30 PLN oraz ryczałt za nocleg, w wysokości 45 PLN. Przykładowe przeliczenie należności z tzw. krajówki dla kierowcy, który przepracował cały miesiąc i wracał na każdy weekend do bazy, prezentują poniższe dane z programu 4Trans – dodaje ekspert OCRK.

wykres 1

Łącznie z tytułu służbowej podróży krajowej młody kierowca mógłby więc zarobić 1485 PLN, co z podstawą daje nieco ponad 3200 PLN netto.

Za granicą można więcej?

W transporcie międzynarodowym pracodawca może wybrać stawkę diety zagranicznej. Minimalna kwota za dobę w takiej podróży to 30 PLN, a maksymalna określona jest w załączniku do rozporządzenia w sprawie podróży służbowych1. Na przykład w Niemczech maksymalna dieta za dobę wyniesie 49 euro, we Francji 50 euro. Ważny jest też zwrot kosztów z tytułu noclegów, a ten najczęściej wypłacany jest w formie ryczałtu za nocleg. Według niemieckich stawek będzie to równowartość 37,5 euro, we Francji aż 45 euro.

Młode pokolenie kierowców chce zarabiać jak najwięcej, w jak najkrótszym czasie. Przedsiębiorca, wypłacający diety i ryczałty za nocleg, w całości zwraca koszty z tytułu podróży służbowej swojemu pracownikowi. Należności te są wolne od podatku i składek ZUS do limitów określonych w rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z 2013 roku[3]. Taka struktura zarobków, tj. niska część opodatkowana i oskładkowana, a wysoka składowa pensji na rękę, jest najbardziej pożądana przez młodych – komentuje Bartłomiej Zgudziak.

Poniżej przedstawiono przykładowy miesiąc pracy kierowcy (czas pobytu w delegacji 18 dni, wyjazd 03.04.2018 – przyjazd 21.04.2018) i różnice w zwrocie kosztów z tytułu podróży służbowej w stosunku do ustalonej diety w przedsiębiorstwie przy stałym ryczałcie

podróż służbowaW zależności od wypłacanej diety zagranicznej w przedsiębiorstwie – łączny zarobek kierowcy mógłby się kształtować w granicach od około 5 do 8,5 tysiąca PLN.

Co może się zmienić z Pakietem Mobilności?

Duże zmiany czekają firmy w transporcie międzynarodowym. Dyskusja na temat zakresu stosowania w sektorze transportu zasady „równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu” nadal trwa. Ostatnia dyskusja dotyczyła scenariusza, zgodnie z którym transgraniczne przewozy drogowe będą zwolnione od nowych przepisów do 10 dni w miesiącu, a kabotaż i transport kombinowany będzie nimi w całości objęty. Najnowsza propozycja zakłada z kolei objęcie zasadami delegowania kabotażu oraz transportu z załadunkiem i rozładunkiem w krajach trzecich, bez przewozów typowo dwustronnych. Dla przedsiębiorców oznacza to, że nie mają żadnych podstaw do właściwego i opartego na konkretach planowania przyszłych kosztów związanych z wynagrodzeniami kierowców w transporcie międzynarodowym, ponieważ w dalszym ciągu regulacje opierają się na nieszczegółowej „starej” dyrektywie 96/71. Projekty przepisów wróciły ponownie do dalszych prac komisji TRAN. – Nie ma jednak żadnej pewności, że zasady akceptowalne dla PE, a później także Rady UE i KE zostaną szybko wypracowane. Z pewnością każda z zainteresowanych stron będzie chciała znaleźć i zatwierdzić optymalne rozwiązanie przed kolejnymi wyborami w 2019 roku. Jednak już teraz polscy przedsiębiorcy mogą podjąć pewne kroki w celu ograniczenia skutków zmian, np. poprzez modyfikację struktury wynagradzania kierowców, automatyzację pracy przy rejestrowaniu czasu pracy w różnych krajach czy choćby podejmowanie rozmów i negocjacji z kontrahentami w związku ze wzrostem kosztów pracowniczych wynikających z dyrektywy o delegowaniu pracowników – mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Polski dialog?

Na rozwiązanie czeka również rewolucyjny projekt zmian w ustawie o czasie pracy kierowców, zaproponowany przez Ministerstwo Infrastruktury. Sytuacja jest związana nie tylko z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego, który to poddał w wątpliwość w ogóle sens istnienia instytucji podróży służbowej w przypadku pracowników stale przemieszczających się (kierowców), ale również z Pakietem Mobilności. Nowelizacja ustawy miała być odpowiedzią na regulacje lobbowane przez kraje zachodnie, które oprócz podwyżki wynagrodzenia minimalnego oraz nakładu obowiązków administracyjnych, planowały należności związane z podróżą służbową wyłączyć z płacy minimalnej, co przy obecnej strukturze wynagrodzenia kierowców wiązałyby się z ogromnym wzrostem kosztów pracowniczych.

W przypadku przyjęcia proponowanych zmian, nowe przepisy podniosą całkowite koszty zatrudnienia kierowcy od 5% do nawet 35% w zależności od przedsiębiorstwa, ale z drugiej strony zabezpieczą firmy przed zachodnią płacą minimalną. Zmienione regulacje nie uproszczą także prawidłowego wyliczania wynagrodzeń, gdyż w celu zastosowania ulg przysługującym pracownikom delegowanym, konieczne będzie określenie tak zwanych wirtualnych diet przysługujących w każdym kraju delegowania. Zgodnie z projektem, obowiązkowa dla wszystkich pracowników będzie też pełna ewidencja czasu pracy. Jest dużo pytań i wątpliwości związanych z tym projektem. Czekamy na rozwój sytuacji. Jest to z pewnością, wraz z Pakietem Mobilności, jeden z najważniejszych tematów dotyczących wynagradzania kierowców w Polsce – komentuje Kamil Wolański, OCRK.

[1] Analiza danych firm transportowych rozliczanych przez Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców w okresie 2013-2018.

[2] Potwierdza to raport „Kim jest polski kierowca ciężarówki”, opracowany przez OCRK, 2018.

[3] Rozporządzenie MPiPS z dnia 29 stycznia 2013 r. w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu
w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej.

Niższy podatek CIT w 2019 roku? – fakty i mity

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ostatnie doniesienia medialne w zakresie nowelizacji podatków dochodowych skupiają się m.in. na obniżce stawek CIT. Do postulatu obniżenia CIT z 15% do 9% należy jednak podchodzić z ostrożnością, gdyż głównym celem fiskusa jest kontynuacja uszczelniania systemu podatkowego. Oznacza to, że większość z wprowadzanych zmian będzie jeszcze mniej korzystna dla przedsiębiorców niż dotychczas.

Z całą pewnością propozycja obniżenia stawki CIT jest wizerunkowym sukcesem fiskusa. Mało kto zwraca jednak uwagę, że obniżeniu CIT od 2019 r. będzie towarzyszyła redukcja katalogu podmiotów uprawnionych do stosowania stawki preferencyjnej. Tym samym projektodawca poprzez obniżenie stawki podatku osiągnie pożądany rezultat społeczny, a jednocześnie tylnymi drzwiami wprowadzi zmiany, które spowodują, że z preferencji niższego opodatkowania skorzysta dużo mniej firm niż ma to miejsce obecnie.

Preferencyjny CIT – komu przysługuje?

Z obniżoną stawką podatku dochodowego od osób prawnych mamy do czynienia począwszy od rozliczeń CIT za 2017 r. To wówczas Ministerstwo Finansów wprowadziło do ustawy CIT pojęcie tzw. małego podatnika uprawnionego do zastosowania w miejsce dotychczasowego 19% CIT obniżonej stawki podatku 15%. Co do zasady preferencją zostały wówczas objęte podmioty, u których wartość przychodu ze sprzedaży – wraz z kwotą należnego podatku od towarów i usług – nie przekroczyła w poprzednim roku podatkowym 1,2 mln EUR, a także firmy, które rozpoczynały działalność gospodarczą w danym roku podatkowym w rozliczeniu za pierwszy rok działalności. Warunki stosowania tej preferencji były dość oczywiste, a co za tym idzie korzystne dla firm.

Zachęta dla niewielu

Tymczasem już na etapie prac legislacyjnych w 2016 r. przedsiębiorcy oraz eksperci zwracali liczne uwagi, że obniżka CIT do 15% dla najmniejszych firm de facto nie zmniejszy istotnie obciążeń podatkowych, gdyż zdecydowana większość tzw. małych podatników w Polsce podlega opodatkowaniu PIT. Jak wynika bowiem z danych statystycznych przygotowanych przez MF, ok. 90% firm w Polsce (w tym jednoosobowych działalności gospodarczych) rozlicza się z fiskusem jako działalność gospodarcza osób fizycznych i są one opodatkowane na zasadach ogólnych (skala podatkowa 18% lub 32%) albo podatkiem liniowym wynoszącym 19% podstawy opodatkowania. W dodatku samych tylko przedsiębiorców opodatkowanych tzw. liniowym PIT było w 2016 r. ok. 530 tys., czyli więcej niż wszystkich podatników CIT razem wziętych, tj. ok. 480 tys. Spośród wszystkich podatników CIT przeciętny przychód wyniósł nieco ponad 11 mln zł, a podatek należny do zapłaty wykazał zaledwie co trzeci podatnik CIT.

Większa obniżka, mniej uprawnionych

Zgodnie z uchwaloną w dniu 23 października 2018 r. nowelizacją ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych preferencyjna stawka, o której mowa w art. 19 ust. 1 pkt 2 ustawy CIT, ulegnie od rozliczenia za 2019 r. zmniejszeniu z 15% do 9% podstawy opodatkowania. Jednocześnie wyraźnie zaznaczono, że obniżka ta będzie dotyczyła wyłącznie przychodów innych niż zyski z kapitałów pieniężnych, a więc wyłącznie przychodów z tzw. działalności operacyjnej przedsiębiorstwa. Nowelizacja przewiduje, że preferencja będzie przysługiwać wyłącznie małym podatnikom oraz podatnikom rozpoczynającym prowadzenie działalności gospodarczej, których przychody osiągnięte w bieżącym roku podatkowym (przed zmianami był to rok poprzedzający rok podatkowy – przyp. aut.) nie przekroczyły wyrażonej w złotych kwoty odpowiadającej równowartości 1,2 mln EUR. Ta drobna z redakcyjnego punktu widzenia zmiana jest szczególnie niekorzystna dla tych przedsiębiorców, którzy osiągnęli przychód poniżej ustawowego limitu w poprzednim roku podatkowym, a jednocześnie odnotowali wyższe od tego pułapu przychody w roku bieżącym.

Niższa stawka, ale za to wyższy podatek

W stanie prawnym obowiązującym do końca 2018 r. mały podatnik mógł korzystać z preferencyjnej stawki podatkowej przez cały bieżący rok podatkowy, bez względu na przekroczenie limitu w trakcie roku. Nowe zasady oznaczają natomiast, że do zastosowania obniżonej stawki CIT w całym roku podatkowym będą uprawnione wyłącznie te podmioty, które nie przekroczyły przychodu ze sprzedaży w kwocie 1,2 mln EUR zarówno w roku poprzedzającym, jak i w bieżącym roku podatkowym. W konsekwencji od 2019 r. z chwilą uzyskania przychodu w kwocie wyższej od ustawowego limitu firma straci prawo do obniżonej stawki i będzie zobowiązana płacić 19% zaliczki CIT już od miesiąca, w którym limit ten został przekroczony. Ponadto uchwalone przepisy znacznie rozszerzą katalog wyłączeń ustawowych uniemożliwiających skorzystanie z niższej stawki CIT, m.in. nie będzie można jej zastosować w stosunku do spółki dzielonej (art. 19 ust. 1c znowelizowanej ustawy CIT).

Powyższe oznacza, że w stosunku do lat 2017-2018 krąg podmiotów uprawnionych do obniżonej stawki CIT zostanie znacząco zredukowany. Paradoksalnie największe korzyści z tytułu obniżki stawki CIT może odnieść sam fiskus, ponieważ ewentualny fiskalny koszt tej obniżki będzie dla Skarbu Państwa jedynie symboliczny. Z kolei rządzący politycy z pewnością nie omieszkają przy każdej nadarzającej się okazji przypominać o tej wątpliwej „obniżce CIT”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak długo Polacy muszą pracować na świąteczne zakupy?

Statystyczny Polak musi przepracować niecałe 5 dni roboczych, aby zarobić na tegoroczne Święta Bożego Narodzenia. Ponad dwa razy więcej czasu (10 dni) będą musiały spędzić w pracy osoby zarabiające minimalne wynagrodzenie – wynika z analizy Personnel Service. Najszybciej na świąteczne zakupy zarobią pracownicy budowlani, produkcyjni oraz magazynowi – zajmie im to ok. 4,5 dnia. Najwięcej, bo ponad 7 dni, muszą poświęcić nauczyciele.

Krzysztof Inglot - Work Service
Krzysztof Inglot – Work Service

W porównaniu do października zeszłego roku, przeciętne wynagrodzenie netto r/r jest o 242 zł wyższe. Jednak ten wzrost jest wciąż zbyt powolny i nierównomierny, co może być szczególnie odczuwalne przed świętami. Przedstawiciele branż takich jak np. budownictwo czy przemysł, potrzebują aż 3 dni roboczych mniej niż np. nauczyciele czy kelnerzy, żeby zarobić na standardowe świąteczne wydatki. Natomiast osoby otrzymujące najniższą krajową potrzebują na to aż 10 dni. Co ciekawe, branże, które najszybciej gromadzą środki na święta, są jednocześnie tymi, które skarżą się na największe braki kadrowe – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.

Tydzień zaciskania pasa

Najnowsze dane z cyklicznego Barometru Providenta wskazują, że w tym roku Polak wyda na święta średnio 719 zł. To kwota zbliżona do tych z poprzednich lat – w 2017 r. średnie planowane wydatki wyniosły 721 zł, a w 2016 r. było to o złotówkę więcej. Z kolei z danych GUS wynika, że w październiku br. przeciętne wynagrodzenie w Polsce wyniosło 4921 zł brutto (3495 zł netto). Przyjmując, że w miesiącu pracujemy średnio 22 dni, w trakcie dnia pracy za średnią krajową pensję zarabiamy 159 zł. Statystyczny Polak potrzebuje więc 4,5 dnia roboczego, by zgromadzić środki finansowe na Święta Bożego Narodzenia.

Ponad dwa razy więcej czasu będą musiały spędzić w pracy osoby zarabiające najniższą krajową stawkę (1530 zł netto). By wydać na święta przeciętne 719 zł, powinny pracować 10 dni – ich dzienna stawka przy 22 dniach roboczych w miesiącu to niecałe 70 zł.

Ile Polacy pracują na świąteczne wydatki?

Kategoria zarobków Pensja
(zł, brutto)
Pensja
(zł, netto)
Stawka dzienna

(zł, netto)

Dni pracy
na Święta
Przeciętne wynagrodzenie 4921 3495 159 4,5
Minimalne wynagrodzenie 2100 1530 70 10
Nauczyciel mianowany 2824 2034 92 7,5
Pracownik budowlany 5103 3622 165 4,3
Pracownik HoReCa 3589 2568 116 6,2
Pracownik produkcyjny 4923 3497 159 4,5
Sprzedawca, kasjer 4523 3217 146 4,9
Pracownik magazynu 4794 3406 155 4,6
Pracownik administracji 3501 2506 114 6,3
Źródło: Personnel Service na podstawie danych GUS, MEN, Provident

 

Budowlańcy z pierwszą gwiazdką

Z analizy Personnel Service wynika, że najszybciej na święta w tym roku zarobią pracujący w budownictwie – potrzebują niewiele ponad 4 dni (4,3). Najbliżej statystycznej średniej są osoby zatrudnione w przemyśle (4,5) oraz transporcie i logistyce (4,6). Zajmującym się handlem, np. kasjerom i sprzedawcom zdobycie środków na świąteczne zakupy zajmie 4,9 dnia.

Z kolei wśród grup, które potrzebują najwięcej czasu, są pracownicy hoteli i restauracji oraz administracji – potrzebują odpowiednio 6,2 i 6,3 dnia roboczego. Jednak najwięcej czasu spośród analizowanych zawodów będą musieli przepracować nauczyciele mianowani – aż 7,5 dnia.

Jakie cechy osobowości wpływają na inteligencję emocjonalną managera?

Badania potwierdzają, że inteligencja emocjonalna odgrywa istotną rolę w osobowości człowieka. Przedstawiamy listę cech, które się na nią składają oraz jakie ma to konsekwencje przy zarządzaniu zespołem.

O tym, czy osoba pasuje na dane stanowisko decydują jej sposób rozumowania, posiadana wiedza oraz indywidualne zdolności. Natomiast umiejętne zarządzanie emocjami sprawia,
że na danym stanowisku sprawdzamy się, bądź nie.

Na inteligencję emocjonalną składają się osobiste kompetencje człowieka, dzięki którym potrafimy panować nad swoimi emocjami, kontaktami społecznymi, a także umiejętność podejmowaniem właściwych decyzji. Dzięki niej efektywność naszych działań jest większa. Pozwala również lepiej rozumieć własne emocje i nimi zarządzać. Dzięki inteligencji emocjonalnej jesteśmy również zdolni  do obserwowania i rozumienia uczuć innych osób. – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Poland.

Jakie cechy składają się na inteligencję emocjonalną?

Inteligencję emocjonalną opisuje model mieszany, na który składa się kilka elementów:

Samoświadomość – umiejętność rozpoznawania swoich emocji, mocnych i słabych stron, zdolność wpływania na innych oraz na ich emocje. To także używanie intuicji. Na skali osobowości HPI odpowiada za nią stabilność, czyli pewność siebie i opanowanie w sytuacjach stresowych.

Samokontrola – rozpoznawanie swoich negatywnych i wyniszczających emocji, kontrolowanie swoich impulsów, posiadanie zdolności do adaptacji w zmiennych warunkach. Za ten element odpowiada skala stabilności i systematyczności (samodyscyplina, odpowiedzialność i sumienność).

Umiejętności społeczne – to zarządzanie relacjami, kierowanie ludźmi w pożądaną stronę i znajdowanie właściwych motywatorów u swoich pracowników, a także komunikowanie o pozytywnych zachowaniach . Składają się na nią ambicja (inicjatywa, współzawodnictwo oraz potencjał twórczy), towarzyskość (ekstrawersja, bogactwo kontaktów oraz dążenie do interakcji społecznych) i wrażliwość interpersonalna (takt, społeczna wnikliwość oraz zdolność do utrzymywania relacji z innymi).

Empatia – to umiejętność identyfikowania się z wyzwaniami innych i rozważanie uczuć
innych przy podejmowaniu decyzji. Odpowiadają za nią stabilność i wrażliwość interpersonalna.

Motywacja –motywowanie siebie z sukcesem, osiąganie celów i poszukiwanie zwycięstwa
dla „samej wygranej”. Za motywację na skali HPI odpowiada ambicja (inicjatywa,
współzawodnictwo oraz potencjał twórczy).

Główne cechy osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej

W latach 2012 – 2017 Assessment Systems Polska przebadała 3542 polskich, czynnych
zawodowo managerów ze średnich i dużych firm o polskim i międzynarodowym kapitale.
Przebadane osoby były bardzo dobrze wykształcone, miały wysokie kwalifikacje zawodowe
i podobne kompetencje. Ponadto, były mocno skupione na karierze zawodowej i obracały się w podobnych kręgach.

Osoby o wysokiej inteligencji emocjonalnej wyróżnia umiejętność panowania nad emocjami. Znają również swoją wartość i wiedzą nad jakimi obszarami swojej osobowości muszą jeszcze pracować. Takie osoby lubią wyzwania, ale mają także wysoki czynnik samokontroli, empatii i asertywności. Osoby posiadające te cechy są doskonałymi przywódcami, potrafią dobrze zarządzać zespołami i osiągać z nim ponadprzeciętne sukcesy.

Różnice w inteligencji emocjonalnej kobiet i mężczyzn

Motywacja jest elementem, w którym widać największe różnice w rozróżnieniu na płeć.
Z uwagi na silniejsze motywatory, mężczyźni mają wyższą inteligencję emocjonalną.

Istotny wpływ na wyniki badania oraz różnice pomiędzy inteligencją emocjonalną kobiet
i mężczyzn mają czynniki motywacyjne, które nami kierują zarówno w życiu osobistym jak
i zawodowym, i są
silnie powiązane z wewnętrznym systemem wartości.  Mediana wyników pokazała tu aż 12 punktów różnicy. Na motywatory wpływ mogą mieć również role społeczne, które narzucane są kobietom. Warto również dodać, że u kobiet silniej rozwinięty jest altruizm, co sprawia, że mają wyższą wrażliwość emocjonalną – mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Badanie wykazało, że mężczyźni większą uwagę przywiązują do pieniędzy, władzy
i rozpoznawalności. Panowie na skali finansów są na 64 percentylu, podczas gdy panie jedynie na 46 percentylu. Na skali władzy, która odpowiada za indywidualne osiągnięcia i posiadanie wpływu w otoczeniu zawodowym mężczyźni są na 59 percentylu, a kobiety na 44 percentylu. Natomiast na skali rozpoznawalności, która odpowiada za pragnienie uwagi i pochwał mężczyźni są na 68 percentylu, a kobiet na 59 percentylu.

Kobiety natomiast są wyżej na skali tradycji odpowiadającej za działania zgodne
z obwiązującymi zasadami, czy regulaminami oraz za osobiste przekonania i poczucie
obowiązku (mężczyźni są w ok. 49 percentylu, a kobiety w ok. 55 percentylu).

Kobiety przywiązują także większą uwagę do wyglądu przedmiotów i mają bardziej intuicyjny niż mężczyźni styl podejmowania decyzji, dlatego na skali estetyki plasują się w okolicach 60 percentyla, a mężczyźni w ok 48 percentylu. U kobiet wysoko są również tzw. motywatory społeczne. Panie na skali altruizmu są na poziomie 50 percentyla, a panowie w okolicy 44 percentyla. To oznacza, że kobiety mają wyższą wrażliwość emocjonalną.

Dlaczego podczas rekrutacji na wysokie stanowiska warto zbadać inteligencję
emocjonalną?

Firma przed awansem pracownika, czy zatrudnieniem nowej osoby z zewnątrz powinna wiedzieć, czy dana osoba podoła wyzwaniu i odniesie sukces na nowym stanowisku. Kwestionariusze dr Roberta Hogana, które badają zarówno osobowość jak i inteligencję emocjonalną wypełniło już 6 milionów osób na całym świecie. Są rekomendowane przez Amerykańskie i Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne. Dzięki nim można obiektywnie ocenić poszczególnych kandydatów, ponieważ nie są brane pod uwagę wiek, płeć, uprzedzenia, stereotypy, czy inne kwestie pozamerytoryczne. Przedstawicielem Metody Hogana w Polsce jest Assessment Systems Polska.

*Raport na podstawie badania Assessment Systems Polska przeprowadzonego na grupie 3542 osób w latach 2012-2017.

Elastyczna (r)ewolucja <> Europejski rynek elastycznych powierzchni biurowych rośnie w tempie 30% rocznie

Według najnowszego raportu JLL Disruption or Distraction, sektor flex – elastycznych przestrzeni do pracy[1] w Europie urósł ponad dwukrotnie od 2014 r. i może rozwijać się w tempie nawet 30% rocznie w ciągu najbliższych pięciu lat[2]. Prognozy te – oparte o analizę 20 głównych rynków europejskich – uwzględniają również Warszawę, która dominuje na polskim rynku flex.

Milion elastycznych metrów kwadratowych w rok

Jak pokazują dane JLL, wolumen elastycznej powierzchni biurowej na 20 największych tego typu rynkach zwiększył się w ubiegłym roku o 30%, co stanowiło ok. 1 mln mkw. Co więcej, do 2023 r. Europa wzbogaci się o kolejne 7 milionów mkw. tzw. powierzchni flex.

„Wzrost podaży elastycznych przestrzeni do pracy powoduje jedno z największych przesunięć w sektorze nieruchomości, z jakim kiedykolwiek mieliśmy do czynienia. Zjawisko konsumeryzacji, które do tej pory obserwowaliśmy w branży hotelarsko-gastronomicznej, zmienia zarówno modele biznesowe, jak i strategie inwestycyjne na rynku nieruchomości. Ponieważ dynamiczny wzrost sektora flex nie wykazuje żadnych oznak spowolnienia, najemcy, inwestorzy i deweloperzy muszą być na bieżąco z zachodzącymi zmianami, aby zrozumieć, co to oznacza dla ich konkretnych planów biznesowych”, komentuje Dan Brown, Head of Flex Space, EMEA, JLL.

Elastyczne biura mają się w Polsce dobrze. A będzie jeszcze lepiej
Eksperci JLL szacują, że w ostatnich latach rynek flex w Polsce rósł o ok. 30-40% rocznie, a w ciągu ostatniego roku urósł o 100%. Firmy oferujące elastyczne przestrzenie biurowe mają już w swoich zasobach ponad 220 000 mkw. 75% tej powierzchni jest zlokalizowane w Warszawie.

Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa w JLL

„Według naszych danych, tylko w Warszawie do końca III kwartału operatorzy elastycznych przestrzeni biurowych wynajęli aż 91 000 mkw., potwierdzając tym samym, że stają się coraz ważniejszym źródłem popytu na biura. To bardzo dobry wynik, który wraz z rozwojem start-upów, małych i średnich firm czy przemysłu kreatywnego, ale również coraz częściej dużych korporacji, może jeszcze urosnąć. Zwłaszcza, że na rynku wciąż przybywa nowych inwestycji, między innymi Regus, Spaces, WeWork, Business Link, czy CitySpace. Z naszych danych wynika, że co czwarty metr kwadratowy wynajmowanego biura w Centrum Warszawy w tym roku był przestrzenią elastyczną”, komentuje Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Pięciu głównych operatorów skupia już 57% całej dostępnej elastycznej powierzchni biurowej w Polsce. Co stoi za rosnącym sukcesem konceptów flex?

Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL
Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL

„Elastyczne przestrzenie do pracy świetnie odpowiadają na zmieniające się potrzeby pracowników i ewolucję lub nawet rewolucję naszego stylu pracy. Dziś coraz częściej poszukujemy kreatywnych przestrzeni dostępnych na godziny, które sprzyjają współpracy, są naturalnym źródłem nowych relacji biznesowych i codziennej inspiracji. A takie oczekiwania spełnia bogata oferta elastycznych biur, która oprócz sal konferencyjnych, przypisanych biurek czy wirtualnych biur uwzględnia również dostęp do rozmaitych wydarzeń organizowanych przez lokalną społeczność”, wyjaśnia Anna Młyniec, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, JLL.

[1] Do tego sektora zaliczane są biura serwisowane, coworkingowe i hybrydowe.

[2] Na 20 największych rynkach europejskich: w Amsterdamie, Barcelonie, Berlinie, Brukseli, Budapeszcie, Dublinie, Dusseldorfie, Frankfurcie, Hamburgu, Lizbonie, Londynie, Madrycie, Mediolanie, Monachium, Oslo, Paryżu, Pradze, Rzymie, Sztokholmie i Warszawie.

Deloitte: Inwestycje społeczne zyskują coraz większe uznanie

W ciągu ostatnich prawie trzydziestu lat kraje Europy Środkowo-Wschodniej zrobiły ogromny postęp w zakresie rozwoju gospodarczego i społecznego. Gospodarki Polski i innych krajów naszego regionu rozwijają się w tempie szybszym niż kraje Europy Zachodniej. Nie pozostało to jednak bez wpływu na rozwój społeczny, który przebiega bardzo nierównomiernie, a kraje Europy Środkowo-Wschodniej wciąż borykają się z wieloma problemami. Stworzony przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z European Venture Philanthropy Association (EVPA) oraz Global Social Entrepreneurship Network (GSEN) wskaźnik Deloitte Social Investment Leveraging Index (DSILI) pokazuje, że inwestycje w rozwój społeczny w regionie Europy Środkowo-Wschodniej mogą nieść ze sobą potencjalny zwrot z inwestycji oraz mieć znaczny wpływ społeczny. O tych kwestiach będzie mowa podczas 14. konferencji EVPA w Warszawie.

Raport „Social Investment Leveraging Index. Investing for Impact in Central and Eastern Europe” wskazuje, że średni budżet funduszy venture philantrophy i inwestycji społecznych wyniósł w 2017 roku 10,7 mln euro, o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Jedynie 7 proc. pieniędzy przeznaczanych na ten cel trafiło do Europy Środkowej i Wschodniej, choć zaznaczyć należy, że jeszcze dwa lata wcześniej było to tylko 2 proc. Wzrost ten j wynikał przede wszystkim z większych nakładów lokalnych inwestorów. Dla porównania 54 proc. środków z wyżej wspomnianych funduszy, mających rozwiązać najbardziej kluczowe problemy społeczne, ulokowano w krajach Europy Zachodniej.

Inwestowanie społeczne zyskuje coraz większe uznanie i to nie bez powodu. Polega na takim lokowaniu środków finansowych, które ma przynieść nie tylko określony zwrot finansowy, ale także określoną korzyść społeczną. Takie podejście pozwala maksymalizować zyski, ale też rozwiązywać najbardziej kluczowe problemy społeczne i środowiskowe – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej w Deloitte. – O ile w krajach Europy Zachodniej jest ono bardzo popularne, w naszym regionie znajduje się w początkowym stadium rozwoju. W raporcie pokazujemy, że zminimalizowanie problemów społecznych w Europie Środkowej i Wschodniej wpłynie na rozwój regionu i dalszą integrację całego kontynentu – dodaje.

Na co przeznaczane są środki przedsiębiorców społecznych? Z danych EVPA wynika, że przede wszystkim na rozwój ekonomiczny i społeczny, ale też niwelowanie różnic gospodarczych i edukację. Beneficjentami tych działań są, m.in.: osoby o niższych dochodach, dzieci i młodzież, osoby niepełnosprawne  czy wykluczone społecznie oraz  migranci i uchodźcy.

Grupa Wyszehradzka na tle regionu

Licząca 169 mln mieszkańców, z łącznym PKB sięgającym biliona dolarów Europa Środkowo-Wschodnia (Rosja i Białoruś nie są brane pod uwagę w raporcie ze względów m.in. na dostępność danych) jest interesującym miejscem dla inwestorów społecznych. W związku z tym, że jest to region bardzo różnorodny, autorzy raportu podzielili go na cztery grupy państw: Grupę Wyszehradzką (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry), kraje bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia), region centralno-południowy Europy Wschodniej (Rumunia, Mołdawia, Ukraina i Bułgaria) oraz Bałkany (Słowenia, Chorwacja, Kosowo, Albania, Czarnogóra, Serbia, Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina). Wskaźnik Deloitte Social Investment Leveraging Index pokazuje potencjał inwestycji społecznych w danym regionie. Wskaźnik obejmuje trzy elementy: ekosystem inwestycji społecznych (w tym jakość pomocy świadczonej przez NGO czy pomoc państwa), potrzeby społeczne, a także socjalne oraz ekonomiczne zaplecze (w tym wzrost PKB czy poziom bezrobocia). Ich waga wpływająca na ostateczny poziom wskaźnika, wynosi odpowiednio 60, 30 i 10 proc. Wagi zostały ustalone przez konsultacje z przedsiębiorcami społecznymi i ekspertami w zakresie inwestycji społecznych i „venture philanthropy”.

W 100-punktowej skali wysoki wynik oscyluje powyżej 50 punktów. Obecny wynik Grupy Wyszehradzkiej to 45,1 punktów. ––Liczymy na to, że raport rozpocznie dialog na temat barier i wyzwań naszego regionu i zwróci uwagę na jego duże możliwości. Wyniki indeksu wskazują na duży potencjał zmian społecznych. Dla przykładu, w  Grupie Wyszehradzkiej jedną z najważniejszych kwestii jest zintegrowanie społeczności zmarginalizowanej, w tym m.in. społeczności wiejskich i osób niepełnosprawnych– mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w zespole ds. zrównoważonego rozwoju Deloitte. Najwyższy poziom wskaźnika osiągnęły kraje bałtyckie (50,3 punkty). Dla porównania na Bałkanach było to 40,7 punktów, a w grupie, w której znalazły się Rumunia i Ukraina 50,1 punktów.

Dlaczego warto?

Powodzenie inwestycji społecznych w Europie Środkowo-Wschodniej jest ściśle powiązane z położeniem geograficznym regionu, bliskością do rynków unijnych oraz kwalifikacjami i przedsiębiorczością osób zaangażowanych w działania społeczne. Silna infrastruktura sektora społecznego i świadomość istniejących wyzwań gwarantują, że dzięki odpowiedniemu finansowaniu sytuacja i warunki życiowe wrażliwych grup osób, będących beneficjentami działań społecznych, mogą ulec istotnej poprawie. Aby uzyskać niezbędne informacje oraz  wiedzę, społeczni inwestorzy mogą polegać na szeregu funkcjonujących sieci inwestorów, którzy od długiego czasu są obecni w tym sektorze i mogą stać się ich partnerami. – Adresatami raportu są przedstawiciele banków, społecznych funduszy inwestycyjnych (tzw. Impact funds), funduszy private equity i venture capital, filantropi, prywatne fundacje, firmy rodzinne i wiele innych, angażujących się we wspieranie zmiany społecznej w swoich krajach i na świecie – mówi Ewa Konczal, Dyrektor EVPA w Europie Środkowej i Wschodniej.  W raporcie wskazano, że wiele podmiotów aktywnych w obszarze inwestycji społecznych uważa, że kluczowym czynnikiem, który może przyczynić się do urzeczywistnienia się zmian społecznych, jest inwestowanie w zrównoważone organizacje, które mogą realizować projekty na dużą skalę. W krajach Europy Środkowo-Wschodniej istnieje pilna potrzeba alokacji istniejących i nowych zasobów w taki właśnie sposób. Publikacja raportu podczas Corocznej Konferencji EVPA, która po raz pierwszy odbywa się w tym regionie, stanowi krok w kierunku pozyskania wiedzy jak tego można dokonać – dodaje Ewa Konczal.

Wojna handlowa? Nie do końca (lub – jeszcze nie). Raport o światowym handlu w 2019

  • Jutro w Buenos Aires rozpoczyna się szczyt G-20 w atmosferze obaw związanych z amerykańskim protekcjonizmem. Niemniej jednak światowy handel towarami i usługami pozostał w tym roku stosunkowo odporny na te przeciwności.
  • W 2019 r. dynamika rozwoju handlu ma opaść do +3,6% (z +3,8% w 2018 r.), podobnie jak zwalniający globalny wzrost gospodarczy, ze względu na bardziej rygorystyczne warunki finansowania i niepewność wokół handlu.
  • Poza hipotetycznym dalszym wzrostem protekcjonizmu, przedsiębiorstwa powinny przygotować się na wyższe koszty handlu, większą dywersyfikacje jego kierunków i rosnące ryzyko polityczne.

W dniach 30 listopada – 1 grudnia światowi przywódcy ponownie spotkają się, tym razem w Buenos Aires. W oficjalnej agendzie spotkania najważniejsza jest wymiana handlowa, ponieważ rosnące napięcia handlowe pomiędzy dwiema największymi gospodarkami mogą zagrozić globalnemu wzrostowi gospodarczemu.

W 2019 roku dynamika wymiany handlowej ma zmaleć, wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB. Nie mniej, nie więcej

Światowy handel towarami i usługami pozostał w tym roku stosunkowo odporny na protekcjonistyczną retorykę USA, w efekcie czego jego wzrost wyniósł +3,8%. Wolumen (wielkość) obrotów towarowych nadal rósł powyżej średniej wyników z lat 2012-2016 w przedziale od 2 do 4%, czemu sprzyjał solidny wzrost światowego popytu.
W 2019 r. tempo wymiany handlowej ma zmaleć wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB. Oczekuje się, że tempo wzrostu wolumenu globalnego handlu towarami i usługami zmniejszy się w 2019 r. do poziomu 3,6% (z +3,8% w 2018 r.), a wzrost jej wartości spowolni do +6,3% (z +7,2%). W ujęciu dolarowym (USD) światowa wymiana handlowa wzrośnie w 2019 r. o +1,3 biliona USD (w porównaniu do +1,7 biliona USD w 2018 r.).
Założenia ekonomiczne leżące u podstaw tej prognozy są następujące:

  • W 2019 r. wzrost gospodarczy na świecie nieznacznie wyhamuje (+3,1% z +3,2% w 2018 r.).
  • Oczekuje się, że zacieśnienie polityki pieniężnej w USA doprowadzi do spowolnienia wzrostu inwestycji i spowolnienia rozwoju, zwłaszcza na rynkach wschodzących.
  • Jeśli chodzi o poziom cen wymiany handlowej to spodziewamy się, że w 2019 r. ceny ropy Brent spadną średnio do 69 USD za baryłkę, a odporność (na wahania kursów wymiany) walut i rosnąca inflacja wspierać będą wzrost handlu w ujęciu wartościowym.

Wojna handlowa? Nie do końca…

Do tej pory protekcjonizm miał bardzo ograniczony wpływ, jednak na nastroje wpływ miały zagrożenia pojawiające się w handlu, o czym świadczy spadek indeksów PMI głównych gospodarek.

Nawet jeśli ogłoszone przez prezydenta Trumpa 23 września podwyżki spowodowały wzrost średniej taryfy celnej w USA o +1,7 punktu procentowego do szacowanego poziomu 5,2% (co odpowiada poziomowi taryf z lat 80-tych), protekcjonizm powinien pozostać pod globalną kontrolą.

W rzeczywistości istnieją trzy powody, dla których należy unikać wojny handlowej. Są to: pragmatyzm w Ameryce, chińska “sieć” zabezpieczenia handlu i ogólne zmęczenie protekcjonizmem. Oczekujemy bardziej konstruktywnego podejścia do handlu ze strony Stanów Zjednoczonych, a odwet Chin wobec amerykańskiej rywalizacji nie “łamie” światowego handlu. Z drugiej strony, ułatwienia w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują spór na linii USA-Chiny.

Jeśli doszłoby do dalszej przepychanki, dalszej eskalacji waśni handlowych (średnie amerykańskie cła powyżej 6%) mogłoby to obniżyć o pół punktu procentowego PKB w USA, podczas gdy wojna handlowa (średnie amerykańskie cła powyżej 12%) kosztowałaby USA zmniejszenie PKB o dwa punkty procentowe i wywołałaby globalną recesję.

Wilfried Verstraete
Wilfried Verstraete, przewodniczący zarządu Euler Hermes

„Reformy w zakresie ułatwień w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują kłótnię amerykańsko-chińską. Poza Stanami Zjednoczonymi kraje generalnie skłaniają się ku inicjatywom na rzecz wolnego handlu. Ostatnia edycja World Bank Doing Business (Doing Business 2019) wskazuje na pozytywny trend: handel transgraniczny wzrósł w prawie wszystkich głównych gospodarkach, a zwłaszcza na rynkach wschodzących” – powiedział Wilfried Verstraete, przewodniczący zarządu Euler Hermes.

Narastają nowe zagrożenia: koszty handlu, dywersyfikacja handlu i ryzyko polityczne
Oprócz protekcjonizmu, przedsiębiorstwa powinny przygotować się na wyższe koszty handlu, przekierowanie handlu i rosnące ryzyko polityczne wykraczające poza protekcjonizm.

Po pierwsze, luka w finansowaniu handlu (1,5 biliona USD) wzrośnie wraz z zaostrzaniem się warunków monetarnych i finansowych w dolarach, a także ze wzrostem ryzyka walutowego, politycznego i ryzyka braku płatności.

Po drugie, przekierowanie handlu może wykreować zarówno zwycięzców, jak i przegranych: największe korzyści powinny odnieść centra handlu w Azji.

Ponadto – spodziewamy się 400 nowych środków protekcjonistycznych na całym świecie (w porównaniu do 560 w 2017 r.), ale bardziej wyrafinowanych, wzrośnie również ryzyko konfiskaty i wywłaszczenia jako efekty miękkiego, ale jednak “przyziemienia” globalnej gospodarki.Raport o światowym handlu w 2019Raport o światowym handlu w 2019Uwaga dotycząca stwierdzeń wybiegających w przyszłość: Stwierdzenia zawarte w niniejszym dokumencie mogą zawierać stwierdzenia dotyczące przyszłych oczekiwań oraz innego rodzaju stwierdzenia wybiegające w przyszłość, oparte na aktualnych opiniach i założeniach kierownictwa firmy, obejmujących znane i nieznane czynniki ryzyka oraz niepewności, które mogą powodować osiągnięcie rzeczywistych wyników, rezultatów lub zdarzeń mogących istotnie odbiegać od tych wyrażonych lub dorozumianych w takich stwierdzeniach. Obok stwierdzeń wybiegających w przyszłość, co wynika z ich kontekstu, wyrazy „może”, „będzie”, „powinno”, „oczekuje”, „planuje”, „zamierza”, „przewiduje”, „uważa”, „szacuje”, „prognozuje”, „potencjalny” lub „kontynuuje” oraz podobne wyrażenia oznaczają stwierdzenia wybiegające w przyszłość. Rzeczywiste wyniki, rezultaty lub zdarzenia mogą w istotnym zakresie odbiegać od przewidywanych w takich stwierdzeniach

7 rzeczy, które warto wiedzieć o handlu światowym w 2019 r.

  1. W 2019 r. dynamika wymiany handlowej lekko spowolni do +3,6% w 2019 r. (z +3,8% w 2018 r.) analogicznie do stopnia spowolnienia dynamiki globalnego wzrostu – ni mniej, ni więcej.
  2. Protekcjonizm pozostanie pod kontrolą: nie należy spodziewać się wojny handlowej.
  3. Istnieją trzy powody, dla których należy unikać wojny handlowej:
  • Pragmatyzm w Ameryce: oczekujemy od Stanów Zjednoczonych bardziej konstruktywnego podejścia do handlu.
  • Chińska “sieć” zabezpieczenia handlu: odwet Chin wobec amerykańskiego rywala nie załamuje światowej wymiany handlowej.
  • Zmęczenie protekcjonizmem: ułatwienia w handlu i nowe umowy o wolnym handlu częściowo rekompensują kłótnię amerykańsko-chińską.
  1. Pięć głównych rynków dla eksporterów w 2019 r.:
  • USA (+193 mld USD dodatkowego popytu na przywóz)
  • Chiny (+161 mld USD)
  • Niemcy (+67 mld)
  • Indie (+58 mld USD)
  • Japonia (+48 mld)
  • Polska (+25 mld USD)
  1. Mistrzowie eksportu w 2019 r.:
  • Chiny (+146 mld USD)
  • USA (+134 mld USD)
  • Indie (+71 mld USD)
  • Niemcy (+64 mld USD)
  • Niderlandy (+52 mld USD)
  • Polska (+22 mld USD)
  1. Sektory osiągające najlepsze wyniki:
  • Usługi (+365 mld USD zysków z eksportu): ze względu na rosnącą klasę średnią na rynkach wschodzących, obsługę sektora produkcyjnego, przyśpieszenie z powodu cyfryzacji.
  • Produkty elektroniczne i elektryczne (+337 mld USD).
  1. Poza protekcjonizmem przedsiębiorstwa powinny aktualnie przygotować się na:
  • Wyższe koszty handlu: luka w finansowaniu handlu (1,5 biliona USD) wzrośnie wraz z zaostrzaniem się warunków monetarnych i finansowych w dolarach oraz wzrostem ryzyka walutowego, politycznego i ryzyka braku płatności.
  • Przekierowanie handlu, które mogłoby doprowadzić do powstania zwycięzców i przegranych.
  • Rosnące ryzyko polityczne: 400 nowych środków protekcjonistycznych w 2019 r. (z 560 w 2017 r.), ale bardziej wyrafinowanych, rośnie też ryzyko konfiskat i wywłaszczeń.

Dolar zanurkował a Wall Street skoczyło

Dolar zanurkował a Wall Street skoczyło w reakcji na słowa szefa Fed Powella, które zostały odebrane jako gołębie, chociaż reakcja rynku wydaje się przesadzona i więcej mówi o podwyższonej wrażliwości inwestorów na informacje z Fed. Jednak na zagubionym rynku każdy kierunek jest dobry i z błędnej histerii może urodzić się coś dobrego.

Wczoraj rynkiem wstrząsnęły słowa szefa Fed Jerome’a Powella, według którego stopy procentowe są „tuż poniżej” poziomu neutralnego, co błyskawicznie zostało zinterpretowane jako sygnał rychłego końca cyklu podwyżek. Inwestorzy stali się ostatnio bardzo przewrażliwieni na punkcie komentarzy z Fed i analizowali każdy komentarz, który mógłby świadczyć, że globalne spowolnienie i wyhamowanie inflacji (tąpnięcie cen ropy naftowej) będzie skłaniać Fed do przerwania, albo całkowitego zakończenia, cyklu podwyżek. Stąd „tuż poniżej” Powella może oznaczać, że po przesądzonej podwyżce w przyszłym miesiącu przyszły rok może nic już nie przynieść w temacie zacieśniania monetarnego.

Jednak czy na pewno przekaz Powella był tak gołębi? Niekoniecznie. Pełna wypowiedź Powella brzmiała: „stopy procentowe wciąż są historycznie nisko i pozostają tuż poniżej szerokiego przedziału szacunków poziomu, który mógłby zostać uznany za neutralny gospodarki”. Jest ogromna różnica w tym, czy uznajemy poziom neutralny jako 2,5 proc. (i dzieli nas od niego jedna podwyżka), czy gdzieś w przedziale 2,5-3,5 proc. Takie sformułowanie nie powinno być odebrane jako wyraźnie gołębie. To, że Fed coraz intensywniej poszukuje stopy neutralnej i analizuje dane z gospodarki krajowej i światowej wiadomo już od jakiegoś czasu i dla rynku nie powinno być to niespodzianką. Sam Powell wczoraj potwierdził swój ostrożny, ale pozytywny ton w opisie sytuacji gospodarczej. Stąd reakcja dolara i rynku akcji wydaje się przesadzona, ale może też być produktem niepewności, jaka w ostatnich tygodniach panowała na rynkach. Brak kierunku i duży bagaż czynników ryzyka tłamsiły apetyt na ryzyko, zatem perspektywa (nawet mglista) wyhamowania normalizacji polityki Fed jest pretekstem dobrym, jak każdy inny, by nadać kierunek. Jeśli do tego dołożyłyby się pozytywne doniesienia ze spotkania Trump/XI na szczycie G20 w weekend, rynki mogą dostać impuls do realizacji grudniowego rajdu.

Rynek akcji stoi przed szansą, pytanie czy ją wykorzysta? Na FX dolar już dawno przestał być wzmacniany wizją jastrzębiego Fed, ale trzymało go posiadanie statusu waluty pierwszego wyboru przy rosnącej awersji do ryzyka. Przy poprawie klimatu inwestycyjnego ta zaleta przestanie być istotna i dolar może zaliczyć wyjątkowo słabą końcówkę roku. I to prędzej z tego powodu, a nie dlatego, że Powell zapowiedział zwrot w polityce Fed. Warto o tym pamiętać w sytuacji, gdy sentyment rynkowy się jednak nie podniesie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zwyżkujące ceny mieszkań na wynajem spowodują koniec mody na ich zakup?

Czy warto wstrzymywać się z zakupem mieszkania na wynajem w związku z galopującym wzrostem cen nieruchomości? Czy jednak warto rezygnować z zakupu, skoro stawki wynajmu także rosną, w niektórych miastach, np. Łódź, nawet o 30%? Sprawdzamy, jak zmieniła się opłacalność inwestycji w lokal na wynajem dla metra kwadratowego, jak i dla różnej wielkości mieszkań. Wnioski zaskakują.

Ceny zakupu metra kwadratowego nieruchomości na rynku wtórnym wzrosły średnio o 12,49% w ciągu ostatniego roku. Równolegle urosły stawki najmu średnio o 8,57%, choć zdarzają się miasta, w których poszybowały aż o 30%, wynika z analizy blisko 50 tys. ofert sprzedaży i wynajmu lokali. Jednak średnia opłacalność inwestycji (ROI) odnotowała zaledwie delikatny spadek do poziomu 7,45%, choć w przypadku 30-40m2 lokali wzrosła do 8,49%. Nadal więc opłaca się kupować mieszkania na wynajem. Gdzie jest to obecnie najbardziej opłacalne?

Wraz z rosnącymi cenami nieruchomości może wydawać się, że drastycznie spada opłacalność inwestycji (ROI) w lokale na wynajem oraz że przestanie być atrakcyjnym i alternatywnym instrumentem dla osób chcących pomnożyć swój kapitał w większym stopniu, niż to oferują np. lokaty bankowe czy obligacje skarbowe. W przypadku tych pierwszych oprocentowanie najbardziej atrakcyjnych lokat 12-miesięcznych jest aktualnie na poziomie 2,85% brutto. Jeżeli chodzi zaś o obligacje dwu lub trzyletnie to poziom ich oprocentowania oscyluje wokół 2,1-2,2% brutto, w przypadku trzymiesięcznych jest to zaledwie 1,5%. A jak zmieniła się rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem na przestrzeni ostatniego roku?

Jak wynika z analiz przeprowadzonych przez platformę Rentier.io, ceny sprzedaży jednego metra kwadratowego mieszkania, liczone dla 7 miast, tj. Gdańska, Katowic, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Warszawy zwiększyły się średnio o 12,49% w ciągu ostatniego roku. Jednak w tym samym czasie stawki najmu urosły średnio o 8,57%, choć zdarzały się także wzrosty na poziomie 13%, np. w Gdańsku. Przełożyło się to na obniżenie opłacalności – rentowności inwestycji w wynajem nieruchomości średnio o jedynie – 0,27%. Choć w analizowanych miastach, w przypadku Łodzi, odnotowano także wzrost ROI na poziomie 0,91%.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w wartości sprzedaży w czasie dla metra kwadratowego.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży dla m2
Gdańsk -0,23% 13% 16,28%
Katowice -0,55% 2% 8,67%
Kraków -0,67% 3% 13,39%
Łódź 0,91% 30% 16,32%
Poznań -1,00% 0% 16,58%
Warszawa -0,28% 7% 10,87%
Wrocław -0,04% 5% 5,34%
Średnia -0,27% 8,57% 12,49%

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

Z podobną zmianą trendów, choć w zakresie wartości, mamy do czynienia w przypadku wzrostu cen i stawek najmu dla mieszkań o różnej powierzchni. Średni wzrost cen sprzedaży dla lokali o powierzchni 30-40 metrów kwadratowych, liczonych także do 7 największych miast, zwiększyły się w ciągu ostatniego roku o 8,99%. Jednak w przypadku mniejszych mieszkań, średnie stawki najmu urosły bardziej niż ceny sprzedaży. W tym przypadku bardzo duża dynamika wzrostu cen zakupu lokali została zrównoważona jeszcze wyższym (o 1,72%) wzrostem stawek najmu do poziomu  10,71%. To przełożyło się na wzrost średniego ROI – opłacalności inwestycji – o 0,11% w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Największy wzrost opłacalności inwestycji (2,16%) odnotowano w Łodzi, gdzie w ciągu ostatnich miesięcy nastąpił spadek cen sprzedaży nieruchomości najmniejszych lokali.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w cenach sprzedaży w czasie dla mieszkań o powierzchni 30-40 m2.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży mieszkań o pow. 30-40 m2
Gdańsk 0,85% 22% 11,09%
Katowice -1,32% -2% 13,58%
Kraków -0,32% 7% 10,94%
Łódź 2,16% 27% -1,42%
Poznań -0,09% 4% 5,31%
Warszawa 0,07% 9% 8,20%
Wrocław -0,56% 8% 15,20%
Średnia 0,11% 10,71% 8,99%

 

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

W przypadku większych mieszkań o powierzchni 50-60m2, wzrost ceny sprzedaży na przestrzeni ostatniego roku był najniższy – wzrosły jedynie o 6,75%. W przypadku stawek najmu mamy do czynienia z analogiczną sytuacją co w przypadku mniejszych mieszkań, tj. zwiększyły się one bardziej niż ceny sprzedaży i były wyższe o 1,11% od wzrostu cen zakupu. W konsekwencji średnia opłacalności inwestycji nie spadła, lecz wzrosła o 0,08%.

Zmiana ROI, stawek najmu oraz różnica w cenach sprzedaży w czasie dla mieszkań o powierzchni 50-60 m2.

Miasto Zmiana ROI Zmiana stawki najmu Zmiana wartości sprzedaży mieszkań o pow. 50-60 m2
Gdańsk -0,40% 5% 10,33%
Katowice 0,37% 15% 9,43%
Kraków 0,11% 5% 3,47%
Łódź 0,97% 20% 5,46%
Poznań -1,03% -5% 10,77%
Warszawa 0,08% 5% 4,32%
Wrocław 0,46% 10% 3,45%
Średnia 0,08% 7,86% 6,75%

Źródło: Rentier.io, dane za okres XI 2018 vs XI 2017

Aktualny rynek nieruchomości w Polsce w największym stopniu kształtują szybko rosnące ceny nieruchomości, zmiana przyzwyczajeń Polaków – większa otwartość na wynajem, zwiększająca się mobilność siły roboczej, postępujące zmiany demograficzne w społeczeństwie, a także zmiany na rynku pracy.

Millenialsi, którzy w coraz większym stopniu wchodzą na rynek pracy, w przeciwieństwie do osób z pokolenia X lub Baby boomers, są dużo bardziej elastyczni, mniej chętni do posiadania rzeczy i niechętni do ryzyka. Przejawia się to nie tylko w rosnącej mobilności, m.in. na rynku pracy, ale także w dużo większym zainteresowaniu wynajmem mieszkań w dogodnych lokalizacjach, niż ich zakupem i zaciąganiem w tym celu długoterminowych zobowiązań finansowych.

Dodatkowo, jak wynika z danych Eurostatu w Polsce odnotowuje się dotychczas bardzo niski odsetek, zaledwie 15,85%, wynajmu mieszkań i domów. Wypadamy nie tylko słabo na tle zachodnioeuropejskich nacji, np. Niemcy 48,6%, Francja 35,6%, Włochy 27,6%, Hiszpania 22,9%, ale także naszych sąsiadów z regionu, np. Bułgaria 17,1% czy Czechy 21,5%. Widać zatem, że wraz ze zmianą nastawienia, zwłaszcza młodszego pokolenia, Polacy będą coraz chętnie wynajmowali mieszkania.

Konstatując, zarówno strona podażowa, tj. w dalszym ciągu dość wysoka opłacalność inwestycyjna (ROI) mieszkań na wynajem w porównaniu do innych tradycyjnych instrumentów finansowych – lokaty i obligacje skarbowe, jak i strona popytowa tj. zmiana przyzwyczajeń, niski odsetek wynajmujących w naszym kraju – duży potencjał rozwoju tego rynku, a także większa mobilność młodego pokolenia w największym stopniu wpływają na atrakcyjność inwestowania w nieruchomości na wynajem, zarówno teraz, jak i w przyszłości. Zatem inwestorzy, którzy już zainwestowali, jak i Ci którzy dopiero rozważają inwestycje w mieszkania na wynajem mogą robić to ze spokojem inwestycyjnym w dalszym ciągu.

***

Jak liczono ROI, stawki najmu i wartość sprzedaży?

Dane analizowane przez platformę Rentier.io dotyczyły okresu XI 2018 i XI 2017, dla siedmiu polskich miast: Gdańska, Katowic, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Warszawy dla próby 19 607 mieszkań w przypadku wyników dotyczących ofert sprzedaży oraz 7594 dla ofert wynajmu dla jednego m2. W przypadku mieszkań 30-40 m2, liczba badanych ofert sprzedaży wyniosła 4638 oraz 2168 dla wynajmu, a dla mieszkań 50-60m2 liczba badanych ofert sprzedaży w polskiej sieci wyniosła 7060 i 3723 dla wynajmu.

Testy e-sądu ULTIMA RATIO – będzie rozstrzygał spory gospodarcze między przedsiębiorcami

Pierwszy w Polsce elektroniczny sąd polubowny ULTIMA RATIO rozpoczął właśnie prowadzenie symulowanych spraw sądowych. Premierę sądu dla przedsiębiorców zaplanowano na kwiecień 2019 r. Wyroki Ultima Ratio ma wydawać dla zasady w ciągu 21 dni, czyli średnio ponad… 20 razy szybciej niż w sądzie tradycyjnym. Twórcami sądu są spółka Causa Finita SA oraz Stowarzyszenie Notariuszy RP. Arbitrami sądu są notariusze wybrani przez Stowarzyszenie.

Ultima Ratio z siedzibą w Warszawie będzie rozstrzygał spory gospodarcze między przedsiębiorcami. Będą one dotyczyć na przykład niezapłaconych w terminie należności z umów sprzedaży czy zlecenia. Każdego roku w Polsce prowadzi się ponad 300 tysięcy podobnych sprawa. Już od samego początku działalności ULTIMA RATIO i jego arbitrzy będą gotowi do rozstrzygania kilku tysięcy spraw miesięcznie. To znakomite rozwiązanie dla firm telekomunikacyjnych, banków, towarzystw ubezpieczeniowych, firm produkcyjnych, hurtowni, firm transportowych i kurierskich czy przedsiębiorstw energetycznych, które współpracują z setkami albo tysiącami klientów bazując na powtarzalnych umowach.

Arbitrami ULTIMA RATIO są wybrani i przeszkoleni notariusze ze Stowarzyszenia Notariuszy RP. Stowarzyszenie sprawuje kompleksowy nadzór nad procesem orzeczniczym. Jest także odpowiedzialne za proces szkolenia arbitrów oraz za zapewnienie panelu eksperckiego do rozpoznawania spraw o szczególnie zawiłym charakterze. Korporacja notarialna liczy ponad 4.000 czynnych zawodowo notariuszy. Bezstronność, wysoka etyka pracy oraz dyscyplina są wpisane w istotę ich zawodu. Niezależnie od powyższego, działalność Sądu będzie monitorowana przez dziesięcioosobową Radę Sądu Polubownego, złożoną z wybitnych przedstawicieli biznesu, nauki i praktyki prawa procesowego w Polsce. Zadaniem Rady będzie monitoring i opiniowanie każdego potencjalnego przypadku mogącego nasuwać jakiekolwiek wątpliwości co do legalności funkcjonowania Ultima Ratio.

„Ultima Ratio” jest polubownym sądem nowej generacji. Jest on wyłącznie internetowy – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać a które wcale nie muszą się odbyć ani listów poleconych, które trzeba doręczyć. Nie ma w konsekwencji żadnego powodu, dla którego nawet najbardziej skomplikowana sprawa miałaby trwać dłużej niż 21 dni. Mówiąc o zaletach Ultima Ratio, nie sposób nie wspomnieć o kosztach postępowania. W naszym projekcie jedynym zasadniczo kosztem jest opłata arbitrażowa odpowiadająca mniej więcej standardowemu wpisowi sądowemu w sądzie powszechnym. Ogólne koszty prowadzenia postępowania przed Ultima Ratio są więc sporo niższe niż w sądach powszechnych, nie mówiąc już o innych sądach polubownych.”- komentuje Robert Szczepanek, przewodniczący Rady Nadzorczej ULTIMA RATIO.

Czynności procesowe pełnomocników i stron również zajmują co najmniej kilkanaście razy mniej czasu, nie licząc oszczędności czasu związanego z brakiem konieczności dojazdu i udziału w rozprawach przed sądami powszechnymi czy innymi sądami polubownymi. Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej.

„Sprawy w Ultima Ratio rozpoznawane są w składzie jednoosobowym. Arbitrzy wybierani są przez system w drodze losowania. Arbiter po otrzymaniu informacji o przydzieleniu sprawy ma 24 godziny na to, aby potwierdzić jej przyjęcie. Jeżeli tego nie zrobi na przykład dlatego że wybiera się na urlop albo przebywa na zwolnieniu lekarskim system powtarza losowanie. Właśnie rozpoczęliśmy prowadzenie pierwszych symulowanych spraw w naszym sądzie, żeby dobrze przygotować się do premiery ULTIMA RATIO w kwietniu 2019 roku.” – komentuje Paweł Orłowski, Członek Zarządu Stowarzyszenia Notariuszy RP.

System elektroniczny jest prosty i intuicyjny – działa na zasadzie wirtualnej sali sądowej, przez co czynności procesowych można dokonywać o każdej porze dnia i nocy i w każdym miejscu na świecie, posiadającym oczywiście dostęp do Internetu. Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Dzięki umowie z Polskim Stowarzyszeniem Rzeczoznawców i Biegłych Sądowych, Stowarzyszenie przygotuje dla Ultima Ratio zespół biegłych sądowych. Opinie z zakresu rachunkowości, grafologii, techniki samochodowej, szacowania wartości ruchomości i nieruchomości oraz informatyki będą przygotowywane w terminie 10 dni od daty zlecenia, zaś biegli otrzymają dostęp do profilu sprawy i bezpośrednio na nim przedstawią opinię oraz na czacie odpowiedzą na ewentualne zarzuty stron.

Operatorem sądu jest spółka Causa Finita S.A. W ramach tej spółki funkcjonuje zespół specjalistów z dziedziny informatyki, procesów biznesowych, kreacji, etc. Jest ona powiązana ze znaną kancelarią prawną Causa Finita Commercial Real Estate Law Firm. Kancelaria CAUSA FINITA Commercial Real Estate Law Firm jest miejscem, w którym zrodziła się idea Ultima Ratio. Zrzesza prawników zaangażowanych w prace nad tym projektem i konsultujących rozwiązanie pod względem prawnym.

Powell macha flagą – białą. Trump triumfuje

FOMC już nie takie jastrzębie, ciekawe raporty o PKB, złoty w natarciu.

“Just below”

Słowa te od wczorajszego wieczoru są w centrum uwagi prawie całego rynku. Wypowiedział je Jerome Powell, podczas swojego wystąpienia publicznego, czym wstrząsnął rynkami. Inwestorzy od pewnego już czasu spekulowali, że seria podwyżek stóp procentowych powoli dobiega końca, jednak tak wyraźnej i oficjalnej zapowiedzi jeszcze nie było. Nie może więc dziwić, że rynek podszedł do tych słów z dużym entuzjazmem. Z oczywistych względów traci dolar, wczoraj ponad 0,6% względem euro, dzisiaj zresztą kontynuuje ten ruch. Oddech łapią za to parkiety akcyjne, popadając momentami w hurraoptymizm. Warto zastanowić się co tak naprawdę oznacza zwrot “just below” odnośnie poziomu docelowego stóp procentowych. W tym momencie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem są jeszcze kolejne dwie podwyżki, a potem dłuższa przerwa. Grudniowy ruch mimo zmiany nastawienia wydaje się niezagrożony. Pewne wątpliwości budzi za to marcowa decyzja, rynek jednak skłania się ku opcji, że podwyżka będzie. Warto pamiętać, że jeszcze w wakacje podstawowy scenariusz zakładał trzy podwyżki w 2019 roku, teraz mowa już tylko o jednej.

Trump triumfuje

Zmiana nastawienia nie może być omawiana w oderwaniu od polityki Donalda Trumpa. Prezydent USA od dłuższego czasu negatywnie oceniał tempo podwyżek kosztu pieniądza, ostatnio jednak wyraźnie zintensyfikował swoje działania. Powell z jednej strony był atakowany w mediach, przez coraz ostrzejsze wywiady Trumpa. Z drugiej część inwestorów zauważa zwiększoną aktywność sekretarza skarbu Mnuchina, który bardziej zakulisowo wywierał wpływ na FED. Rosnące zadłużenie wraz ze wzrostem kosztu obsługi długu (stopy procentowe mają realne przełożenie na rentowność obligacji) coraz bardziej uwierały administrację prezydenta. Z globalnego punktu widzenia żal tylko, że kolejny bank centralny wywiesza białą flagę w walce o swoją niezależność.

Sporo odczytów PKB

            Wypowiedź Powella stała trochę w sprzeczności z wczorajszym odczytem PKB dla USA. Dynamika wzrostu gospodarki wyniosła zgodnie ze wstępnym odczytem 3,5%. Jest to, co prawda wynik niższy niż po drugim kwartale, jednak odczyt z lipca był najwyższy od kilku lat. Co ważne wzrost ten ma solidne fundamenty, jego głównym czynnikiem pro wzrostowym jest konsumpcja. Wynik zapewne byłby jeszcze lepszy, gdyby nie wojna handlowa prowadzona przez Trumpa. Handel zagraniczny był głównym hamulcowym i odjął od wyniku prawie 2 punkty procentowe. Dużo mniej powodów do zadowolenia mają Szwajcarzy, którym gospodarka się zmniejszyła podczas ostatniego kwartału. Wynik ten jest sporym zaskoczeniem, analitycy co prawda spodziewali się spowolnienia, ale i tak liczyli na wzrost o 0,4%. W skali roku oznacza to, że dynamika zwolniła do poziomu 2,4% i choć to ciągle całkiem dobry wynik, to jednak takie ostrzeżenie należy potraktować bardzo poważnie. Podobny problem mają Szwedzi, ich gospodarka również w trzecim kwartale 2018 roku zmniejszyła się o 0,2%, przy czym roczna dynamika spadła do zaledwie 1,6%. Warto zauważyć, że zarówno Szwecja, jak i Szwajcaria utrzymują główne stopy procentowe poniżej zera.

Mocny złoty

            Odwrót od dolara dodał skrzydeł naszej walucie. Złoty od momentu wystąpienia Jerome Powella zyskuje względem wszystkich głównych walut. Dolar obecnie kosztuje 3,77 zł, euro 4,28 zł, frank 3,79, a funt brytyjski 4,83 zł.

Krzysztof Adamczak – analityk finansowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kryzysy na tle kulturowym i integracji z obcokrajowcami w polskich firmach

Jak wynika z raportu „Różnorodność kulturowa a wizerunek pracodawcy” opracowanego przez Procontent Communication, co piąty badany polski pracownik wskazuje, że jego firma nie jest gotowa na przyjęcie obcokrajowców. Ponad 17% badanych pracowników firm doświadczyło konfliktu na tle kulturowym w miejscu pracy. Respondenci najbardziej sprzeciwiają się zatrudnianiu pracowników z krajów arabskich i Azji – odpowiednio 45% i 29% badanych jest temu przeciwnych. Najmniej jako współpracowników obawiamy się imigrantów z Unii Europejskiej.

W związku z malejącym bezrobociem i rosnącym zapotrzebowaniem na pracowników coraz więcej firm decyduje się na zatrudnienie obcokrajowców. Czy pracodawcy w naszym kraju są jednocześnie gotowi na wprowadzenie obcej siły roboczej do firm? Jak wynika z badania agencji Procontent Communication, specjalizującej się w komunikacji korporacyjnej i employer branding, niewiele ponad połowa badanych pracowników firm wskazała, że ich zakłady pracy są gotowe na przyjęcie obcokrajowców. Blisko 3/4 respondentów odpowiedziało, że w ich firmach nie są prowadzone działania w zakresie edukacji nt. różnic kulturowych. Jednocześnie Polacy coraz częściej zgłaszają problemy na tle komunikacji z pracownikami innych nacji.  Aż 17% ankietowanych w ciągu ostatnich trzech lat przeżyła nieporozumienie ze swoim współpracownikiem z powodu różnic na tle kulturowym.

Czy firma, w której Pan/i pracuje jest gotowa na przyjęcie do pracy obcokrajowców?Czy firma w której Pan i pracuje jest gotowa na przyjęcie do pracy obcokrajowców

Czy firma, w której Pan(i) pracuje prowadzi działania w zakresie edukacji na temat różnorodności kulturowej i integracji z pracownikami z innych krajów?

Czy firma w której Pan pracuje prowadzi działania w zakresie edukacji na temat różnorodności kulturowej i integracji z pracownikami z innych krajów

„Pilnie potrzebne są działania edukacyjne skierowane do obu stron zarówno polskich pracowników –nastawione na pogłębianie zrozumienia, dialogu i otwartości oraz dla pracowników z zagranicy by mogli łatwiej zasymilować się w nowym miejscu pracy. W takich  procesach komunikacji wewnętrznej pomagają wydarzenia integracyjne, kursy językowe i warsztaty ze zrozumienia różnic kulturowych, ale też projekty, w których obie strony mogą zaprezentować swoją kulturę. W komunikacji dobrym pomysłem może być np. wspólne wydanie książki kucharskiej z okolicznościowymi przepisami z państw, z których pochodzą nasi pracownicy, wieczory podróżnicze, kiedy to możemy pokazać zdjęcia i opowiedzieć o specyfice regionu, z którego pochodzi część załogi, czy też warsztaty z przygotowaniem regionalnych potraw. Dobrym pomysłem dla przyjezdnych jest przygotowanie dla nich materiałów edukacyjnych o tym co zobaczyć w danym mieście czy kraju, jak się zachować w zwykłych sytuacjach dnia codziennego i co jest ogólnie przyjęte w relacjach biznesowych w Polsce. Warto przygotować też prezentacje o firmie (onboarding’owe) w językach, którymi mówią nasi pracownicy, tak by poznali wartości firmy, podstawowe zasady i procesy firmy” – podkreśla Iwona Kubicz, prezes Procontent Communication.

W podjęciu decyzji o wprowadzeniu działań komunikacyjnych może pomóc znajomość opinii Polaków w kwestii zatrudniania obcokrajowców. Największy odsetek (prawie 60% badanych) zgadza się z zatrudnianiem w Polsce obywateli z innych krajów Unii Europejskiej. Przeciwników zatrudnienia pracowników z krajów UE takich jak: Niemcy, Francja, Hiszpania jest mniej niż 10%. Duży odsetek badanych (blisko połowa respondentów) jest przeciwny zatrudnianiu w firmie osób z krajów arabskich. Głosy co do zatrudniania osób z Azji są podzielone – 29% respondentów jest przeciwnych, 32% popiera zatrudnianie imigrantów z tego obszaru. Co czwarty ankietowany jest przeciwny zatrudnianiu obywateli z krajów Europy Wschodniej, ale blisko 40% popiera ich zatrudnienie w Polsce.

Proszę wskazać, jaka jest Pana/i opinia w kwestii zatrudniania pracowników z podanych krajów (w firmie, w której obecnie Pan(i) pracuje). Proszę wskazać jaka jest Pana i opinia w kwestii zatrudniania pracowników z podanych krajów

„Moim zdaniem istnieją silne bariery, stereotypy dotyczące osób odmiennych kulturowo, z innych kręgów kulturowych. Związane są one głównie na niewiedzy, np. pracownicy z za Wschodniej granicy uważani są za „tanią siłę roboczą”, posiadającą niskie kwalifikacje. W związku z tym, jeśli firma planuje zatrudnianie obcokrajowców, osób z odrębnego kręgu kulturowego, powinna pomyśleć o działaniach mających na celu integrację pracowników i możliwość poznania danej kultury, uświadamiając załogę że panujące stereotypy nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. Z doświadczenia mogę stwierdzić, iż jest to proces długotrwały i wymaga ciągłego przypominania o wartościach nadrzędnych, jakimi są współpraca, tworzenie zespołu i praca dla tej samej organizacji.

Należy zaznaczyć, iż naturalnym procesem obronnym jest podświadome odrzucenie „inności” ze względów kulturowych, religijnych czy historycznych. Równocześnie organizując pracę załogi, uwzględniając kompetencje poszczególnych pracowników, można tak dobrać składy osobowe, iż te różnice nie wpływają na przebieg procesów. Osobnym zagadnieniem jest asymilacja pracowników z danym środowiskiem. Występuje ona także przy migracji wewnętrznej, ponieważ różne regiony charakteryzują się specyficznymi cechami kulturowymi.” – komentuje Krzysztof Kosek, Dyrektor Zakładu Mebloform

Badanie zostało zrealizowane w dniach 30.10-31.10.2018 metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel, W ramach badania przeprowadzono 1012 ankiet  z pracownikami firm powyżej 50 pracowników.

Kazimierz Kustra: Kto zyskał, a kto stracił na zakazie handlu w niedziele?

Brexit a unijne prawo o ochronie danych osobowych

Maciej Kawiorski, kancelaria Maruta Wachta
Maciej Kawiorski, Kancelaria Maruta Wachta

25 listopada przyjęto porozumienie ws. Brexit, chociaż możliwość zatwierdzenia takiego kształtu porozumienia przez parlament brytyjski stoi pod znakiem zapytania, w związku z dynamicznym rozwojem sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii. Co więcej, mimo przyjętego porozumienia, w chwili obecnej scenariuszy związanych z Brexit jest wciąż kilka, dlatego warto szerzej spojrzeć na problem przetwarzania danych osobowych w Wielkiej Brytanii w okresie przejściowym oraz po wystąpieniu kraju z Unii Europejskiej.

Jeśli porozumienie ws. Brexit zostanie przyjęte przez parlament brytyjski, 29 marca 2019 r., będzie ostatnim dniem Wielkiej Brytanii w UE. 30 marca 2019 r., z kolei rozpocznie się okres przejściowy (inaczej zwany okresem implementacji), który ma na celu usprawnienie procesu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zapewniając jednocześnie minimalizację zakłóceń z tym związanych. Okres przejściowy ma potrwać do 31 grudnia 2020 roku (z możliwością ewentualnego przedłużenia na wniosek strony brytyjskiej). Wobec niepewności co do dalszych losów porozumienia ws. Brexit, mamy do czynienia z kilkoma scenariuszami kształtowania się zasad przepływów danych osobowych pomiędzy UE a Wielką Brytanią. Uwagę należy również zwrócić na podpisaną także 25 listopada 2018 r., deklarację polityczną określającą ramy przyszłych stosunków między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Jest ona istotna z punktu widzenia ewolucji stanowiska Komisji Europejskiej co do momentu rozpoczęcia oceny standardów ochrony danych osobowych w Wielkiej Brytanii oraz uznania jej za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych wraz z upływem okresu przejściowego Brexit.

Okres przejściowy – czego możemy się spodziewać

Dotychczasowe stanowisko Komisji Europejskiej w zakresie uznania UK za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych osobowych zakładało, że proces ten nie może być rozpoczęty przed uznaniem UK za państwo trzecie w rozumieniu RODO. Tymczasem w deklaracji, o której wspomniano wyżej, widać znaczące  ustępstwo po stronie KE, gdyż ukończenie oceny adekwatności stopnia ochrony danych osobowych w UK przed końcowym terminem okresu przejściowego korzystnie wpłynie na płynność transferu danych osobowych pomiędzy UE a Wielką Brytanią oraz na pewność obrotu gospodarczego (o ile ocena KE będzie pozytywna, chociaż dotychczasowy dorobek Wielkiej Brytanii w zakresie ochrony danych osobowych oraz praktyka brytyjskiego organu nadzorczego nie wskazują na to, by miało być  inaczej).

Jak naprawdę mają się sprawy ze wskazanym okresem przejściowym?

Pierwotnie określony na 21 miesięcy (od 30 marca 2019 do 31 grudnia 2020 roku), może zostać wydłużony – obie strony negocjacji już zadeklarowały prawdopodobieństwo skorzystania z tej możliwości. Bez względu na to czy okres ten potrwa do końca roku 2020, czy też zostanie przedłużony o kolejne miesiące, pewnym jest, że podczas okresu przejściowego w Wielkiej Brytanii nadal obowiązywać będą przepisy RODO oraz pozostałe akty prawne UE dotyczące danych osobowych. To daje poczucie względnego spokoju do czasu upływu okresu przejściowego. Punkt pierwszy może jednak nie mieć zastosowania jeśli porozumienie ws. Brexit ostatecznie nie zostanie przyjęte, a wraz z porozumieniem przepadnie koncepcja okresu przejściowego. Co wtedy? Scenariusze znajdują się poniżej.

Co po okresie przejściowym?

Po zakończeniu okresu przejściowego przewiduje się dwa podejścia znajdujące się w porozumieniu ws. Brexit. Pierwsze przewidziane w art. 71 ust. 1 porozumienia wskazuje, że unijne prawo o ochronie danych osobowych będzie nadal obowiązywało w odniesieniu do osób przebywających poza Wielką Brytanią, których dane osobowe były już przetwarzane w Wielkiej Brytanii przed końcem okresu przejściowego. To samo prawo będzie miało również zastosowanie do przetwarzania danych osobowych podejmowanych po upływie okresu przejściowego, na podstawie przepisów porozumienia o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Podejście drugie zakłada uznanie Wielkiej Brytanii za zapewniającą adekwatny stopień ochrony danych osobowych na mocy decyzji Komisji Europejskiej. Wskutek takiej decyzji transfer danych osobowych do Wielkiej Brytanii jest możliwy bez podejmowania dodatkowych zabiegów, przy czym należy pamiętać, że decyzja o adekwatności stopnia ochrony danych osobowych zawsze określa, zgodnie z art. 45 ust. 3 RODO, terytorialny i sektorowy zakres jej zastosowania. W takim przypadku Wielka Brytania nie będzie już podlegać bezpośrednio przepisom prawa Unii Europejskiej w zakresie ochrony danych, ale może zamiast tego stosować własne prawa (i wprowadzać do nich zmiany), o ile przepisy te nadal będą spełniać wymogi adekwatności.

Swoboda w kształtowaniu przez Wielką Brytanię przepisów prawa z zakresu danych osobowych może być jednakże zdecydowanie ograniczona, o ile dojdzie do przyjęcia porozumienia ws. Brexit przez parlament brytyjski. Wielka Brytania zobowiązuje się bowiem do zapewnienia poziomu ochrony danych osobowych „zasadniczo równoważnego” do tego, z jakim mamy do czynienia w UE. Konsekwencje? Nie dość, że własna inicjatywa ustawodawcza Wielkiej Brytanii będzie zdecydowanie ograniczona, to również koniecznym będzie dotrzymanie kroku zmianom legislacyjnym w UE.

A jeśli do porozumienia ws. Brexit ostatecznie nie dojdzie…?

Z uwagi na dynamiczny rozwój sytuacji politycznej w Wielkiej Brytanii, zatwierdzenie porozumienia ws. Brexit wcale nie jest do końca pewne. Brak osiągnięcia porozumienia oznacza, że Wielka Brytania już za nieco ponad 4 miesiące może zostać uznana za państwo trzecie w rozumieniu przepisów RODO. Jeśli tak się stanie, od tego momentu każdy przepływ danych osobowych do Wielkiej Brytanii będzie podlegał przepisom rozdziału V RODO.

(Awaryjne) plany działania

Niepewny stan prawny kontra ciągłość biznesowa i niezakłócony transfer danych osobowych – któż tego nie doświadczył w dobie transformacji wywołanej uchwaleniem RODO? I gdyby tego było mało,  większą część uwagi pod tym kątem wymagają możliwe warianty wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Podmioty wykorzystujące w swej działalności tzw. „cross-border data processing” pomiędzy UE a Wielką Brytanią, jeśli dotychczas nie wdrożyły odpowiednich planów wobec różnych scenariuszy Brexit, powinny rozważyć opracowanie i stosowanie odpowiednich planów działania czy dalej idąc – planów awaryjnych. Wśród nich powinny znaleźć się również standardowe klauzule umowne jako jeden z mechanizmów legalizujących transfer danych osobowych do państwa trzeciego.

Autor: Maciej Kawiorski, Kancelaria Maruta Wachta

Sztuczna inteligencja – chatboty, voiceboty w obsłudze klienta

Jak informuje ostatnie doniesienie Massachusettts Institute of Technology, aktualnie już 90% firm i organizacji z całego świata wykorzystuje sztuczną inteligencję do poprawy doświadczeń zakupowych klientów oraz maksymalizacji sprzedaży.

Zgodnie z analizą Instytutu, nawet do 50% zgłoszeń klienckich jest już rozpatrywanych oraz rozwiązywanych od początku do końca przez narzędzia SI. IDC przekonuje natomiast, że liczba ma ta dużą szansę na szybki wzrost w najbliższej przyszłości. Z opublikowanego niedawno przez firmę badawczą raportu Worldwide Semiannual Cognitive Artificial Intelligence Systems Spending Guide wynika, że wydatki światowych przedsiębiorstw na narzędzia sztucznej inteligencji oraz tzw. systemy kognitywne potroją się w ciągu 4 lat, rosnąc z poziomu 24 mld $ w 2018 do 77,6 mld $ w 2022 roku. Podział na poszczególne kategorie wydatków nie pozostawia zaś złudzeń, że dominującym segmentem będą wirtualni doradcy, automatyzujący obsługę klienta. „Przejmą oni” ponad 12% ogółu globalnych inwestycji we wspominane rozwiązania SI oraz Cognitive.

Siła wyręczania

Według analityków MIT, implementacja rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji istotnie poprawia szybkość przetwarzania zapytań klientów, zwiększa efektywność obsługi a także przekłada się na wzrost interakcji klientów z firmą. Niemal 90% przedsiębiorstw zwróciło również uwagę na skrócenie procesu obsług reklamacji.

Jednym z nadrzędnych, poza-finasnowych benefitów z automatyzacji procesów obsługi klienta jest zdaniem autorów opracowania wyręczanie pracowników. O czym tutaj mowa? O rozdzielaniu zadań pomiędzy narzędziami SI – takimi jak chatboty, voiceboty czy aplikacje mobilne – a konsultantami. Pierwsze mają za zadanie zatrzymać u siebie zgłoszenia, pytania i kwestie możliwe do rozstrzygnięcia przy użyciu ich „wiedzy”, która dzięki uczeniu maszynowemu cały czas się powiększa. Jeśli zaś rozwiązania automatyzujące obsługę uznają, że nie są w stanie pomóc klientowi, ze względu na zbyt duże skomplikowanie jego sprawy – automatycznie oddelegują interesanta do konsultanta. Praktyka pokazuje, że w tym modelu udaje się zmniejszyć obłożenie pracowników nawet o ponad 70% – co wcale nie oznacza jednak, że zaczynają oni narzekać na brak pracy. Wówczas, trafiają do nich zapytania wymagające największego zaangażowania i doświadczenia – dodaje Maciej Stanusch ze Stanusch Technologies.

Im większa firma oraz liczba klientów nawiązujących interakcje z obsługą klienta, tym większe są możliwości automatyzacyjne. Stąd, największe przedsiębiorstwa, o skali zatrudnienia przekraczającej 30.000 osób, były o ponad 50% bardziej przekonane do dużych wdrożeń rozwiązań sztucznej inteligencji dedykowanych obsłudze klienta, względem mniejszych firm.

Nieco liczb

Autorzy badania, w którym udział wzięło 600 menadżerów z 18 państw, zapytali jego uczestników również o finansowe benefity automatyzacji obsługi klienta przy użyciu SI. Wzrost przychodów, będący jej bezpośrednim efektem zauważyło 70% respondentów. Ponad połowa potwierdziła powiększenie wyników finansowych firmy o 5%, zaś według 30% uczestników badania wzrosły one o ponad 10%. Co ciekawe, niemal 70% ankietowanych dodało, że nie wykorzystuje sztucznej inteligencji jedynie do poprawy doświadczeń klientów z interakcji z obsługą klienta, a nastawia się także na budowanie przy jej użyciu głębszych relacji z konsumentami.

Zdaniem analityków Juniper Research, którzy skupili się z kolei na oszczędnościach z implementacji wirtualnych asystentów w branży bankowej oraz medycznej, wykorzystanie chatbotów do automatyzacji obsługi klientów pozwala zaoszczędzić 4 minuty pracy konsultanta przy każdym zgłoszeniu klienta. Zwrócili oni także uwagę na rosnącą efektywność rozwiązywania spraw konsumentów dzięki wirtualnym doradcom, posiłkując się przykładem branży finansowej. O ile jeszcze przed rokiem, pełnym sukcesem kończyło się zaledwie 20% prowadzonych przez nich rozmów, o tyle w 2022 roku prognozowana efektywność interakcji botów bankowych ma osiągnąć już 93%.

Kurs dolara spada po wystąpieniu prezesa Fed

Po aukcji zamiany nowa podaż może lekko osłabiać dłuższy koniec krzywej. J.Powell osłabił dolara sugerując, że stopy w USA są bliskie poziomu neutralnego. Wzrost kursu EUR/USD do 1,139 USD wywołał spadek notowań EUR/PLN do blisko 4,28.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W środę uwagę przyciągało popołudniowe wystąpienie szefa Fedu, które finalnie przyczyniło się do wzrostu kursu EUR/USD do 1,139 USD i spadku notowań EUR/PLN do blisko 4,28.

Wypowiedź J.Powella uznano za gołębią. Zasugerował on, że Fed jest już blisko neutralnego poziomu stóp procentowych. Jest to istotna zmiana tonu wypowiedzi, po tym jak na początku października mówił, że stopy procentowe są dalekie od poziomu neutralnego. Nasiliło to oczekiwania, że być może amerykański bank centralny w przyszłości nieco ograniczy dynamikę i częstotliwość zacieśniania polityki. Powell zaznaczył, że jest ryzyko, iż działania Fedu mogą być zbyt wolne lub zbyt szybkie, a stopniowe podwyżki mają zapobiec realizacji tych scenariuszy. Zbyt szybkie podwyżki stóp mogłyby bowiem przyczynić się do wyhamowania dynamiki wzrostu PKB w USA, a z kolei utrzymywanie przez zbyt długi okres zbyt niskich stóp procentowych mogłoby doprowadzić do wyższej inflacji bądź destabilizacji równowagi finansowej.

Podczas handlu w Europie, oczekując na wystąpienie prezesa Fedu i nadal widząc wysokie ryzyko związane z weekendowym szczytem G20 oraz dodatkowo mając w pamięci gołębie stanowisko EBC w kwestii perspektyw polityki monetarnej w 2019 roku, kurs EUR/USD spadł do 1,126, co skutkowało podejściem EUR/PLN do 4,30. Wsparciem dla dolara stały się wówczas kolejne wypowiedzi wiceszefa Fed-u, R. Claridy, które brzmiały już znacznie bardziej jastrzębio niż ostatnio. Oczekuje się, że 19 grudnia koszt pieniądza w USA po raz czwarty w br. zostanie podwyższony o 25pb (z obecnych 2,00-2,25%). Z kolei z punktu widzenia przyszłego roku istotne będą czwartkowe minutes z listopadowego posiedzenia FOMC, ale przede wszystkim grudniowa projekcja makroekonomiczna pokazującymi oczekiwania członków FOMC odnośnie perspektyw stóp procentowych.

Na rynku stopy procentowej środa przyniosła wzrost rentowności krótkoterminowych obligacji i niewielki spadek długoterminowych. W przypadku krótkich papierów można mówić o technicznym odreagowaniu wtorkowej zwyżki cen. Warto zwrócić uwagę, że ASW w sektorze 10 lat wzrósł powyżej 40 pb.

Najciekawszym wydarzeniem czwartkowej sesji będzie aukcja zamiany. Ministerstwo Finansów emitować będzie OK0521, PS0424, WZ0524, WS0428 i WZ0528 w zamian za odkupowane WZ0119, OK0419, PS0719 i DS1019. MF powinno wyemitować obligacje za 6 mld PLN. Spodziewać się można, że wartość emisji papierów WZ wyniesie 1,5 mld PLN, a obligacji OK 0,9 mld PLN, PS 1,5 mld PLN i WS 2,1 mld PLN. Popyt na obligacje wspierać będą: perspektywa stabilizacji stóp procentowych w Polsce (w przypadku papierów o stałym kuponie), bardzo dobra sytuacja finansów publicznych i silny krajowy popyt na obligacje skarbowe. Z drugiej strony negatywny wpływ będą miały: niestabilna sytuacja na globalnym rynku finansowym (skutkująca wzrostem premii za ryzyko kredytowe), zaostrzanie polityki pieniężnej w USA i sytuacja wokół Idea Banku i Getin Noble Banku. Rentowności OK0521 mogą wynieść blisko 1,77%, PS0424 2,59% i WS0428 3,18%, z kolei ceny WZ0524 98,99 PLN i WZ0528 96,00 PLN.

Aukcja zmiany nie powinna mieć większego wpływu na rynek długu, który pozostaje od dłuższego czasu w trendzie bocznym. Niemniej, dodatkowa podaż na dłuższym końcu krzywej może wspierać wzrost dochodowości obligacji 10-letnich w kierunku średnioterminowego punktu równowagi blisko 3,20%.

Wykres dnia: Ostatnie tygodnie przyniosły silny wzrost discount margin dla obligacji serii WZ (pb.).

Ostatnie tygodnie przyniosły silny wzrost discount margin dla obligacji serii WZ
Źródło: Bloomberg

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Work Service z przychodami powyżej 1,5 mld zł

Po pierwszych 9 miesiącach tego roku Grupa Kapitałowa Work Service zanotowała niemal 1,57 mld zł przychodów. Głównymi źródłami poprawy wyników była działalność na polskim i węgierskim rynku. W samym trzecim kwartale Work Service wypracował niemal 10,5 mln zł zysku operacyjnego. Wskaźnik EBITDA na koniec września wyniósł ponad 13 mln zł. Jednak odpisy niepieniężne dokonane w pierwszej połowie 2018 roku obciążyły wyniki operacyjne o ponad 26 mln zł. Grupa osiągnęła porównywalne rezultaty z analogicznym okresem roku ubiegłego. Zarząd spółki zapowiada dalsze aktywne działania mające na celu podniesienie rentowności oraz dalszą znaczącą redukcję zadłużenia.

Na koniec trzeciego kwartału 2018 roku przychody Work Service wyniosły 1,568 mld zł. Jest to porównywalny wynik do rezultatu sprzed roku – wówczas w analogicznym okresie było to 1,558 mld zł. Nieznaczny wzrost poziomu przychodów Grupy jest związany z jednej strony z negatywnym wpływem – za sprawą procesu restrukturyzacji biznesowej – wyników na rynku niemieckim oraz w obszarze kontraktów realizowanych przez Grupę Work Express (transgraniczna wymiana pracowników). Z drugiej strony trendy wzrostowe na innych rynkach zapewniły nieznacznie wyższy poziom przychodów całej Grupy. Warto odnotować pozytywny trend wzrostowy na dwóch kluczowych i największych dla Work Service rynkach: polskim (+4%) i węgierskim (+18%).

Działalność na perspektywicznym rynku usług personalnych w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce, gdzie mamy do czynienia z rekordowo niską stopą bezrobocia, bezpośrednio przekłada się na możliwości poprawy wyników finansowych naszej Grupy. W trzecim kwartale tego roku udział przychodów Work Service pochodzących z działalności zagranicznej sięgnął 50,5%, co pokazuje jak duże jest zapotrzebowanie na usługi personalne nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach. Oznacza to, że źródła naszych dochodów z rodzimego rynku i zagranicznej działalności, po raz pierwszy w historii się wyrównały i zapewniły odpowiednią dywersyfikację – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. – W wyniku rosnącego popytu na transgraniczne wymiany pracowników, odnotowujemy stały wzrost zatrudnienia przez Work Service personelu z Ukrainy na terenie Polski. Od początku roku liczba ich zwiększyła się o 64%. Z kolei w samej Grupie Work Service liczba pracowników przeliczona na pełny etat wzrosła o 8,5% – dodaje.

Wynik EBIT Grupy Work Service na koniec września wyniósł -12,7 mln zł, co w głównej mierze spowodowane było odpisami dokonanymi w pierwszej połowie tego roku, które obniżyły go o 26,6 mln zł. Natomiast bez uwzględnienia tych zdarzeń jednorazowych zysk operacyjny Grupy wyniósłby 13,9 mln zł, z czego niemal 10,5 mln zł zostało wypracowanych w samym trzecim kwartale bieżącego roku. Wynik operacyjny powiększony o amortyzację Work Service w omawianym okresie zwiększył się o nieco ponad 13 mln zł.

Dalsza realizacja strategii „Work Service 2020”

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Work Service jest w trakcie realizacji strategii rozwoju Grupy, której celem jest podniesienie rentowności oraz dalsza znacząca redukcja zadłużenia. Na początku listopada spółka zawarła umowę sprzedaży 100% udziałów w spółce Exact Systems. Dzięki pozyskanym środkom z tej transakcji, Work Service mógł przeznaczyć ponad 100 mln zł na spłatę niemal połowy zadłużenia bankowego. Jednocześnie spółka otworzyła nowy proces dezinwestycyjny, który polega na zbyciu udziałów w Grupie Prohuman, liderze węgierskiego rynku agencji pracy tymczasowej.

Maciej Witucki
Maciej Witucki

Realizując sukcesywnie zapowiedzianą strategię rozwoju dążymy do nowego modelu biznesowego, który będzie oparty w głównej mierze na niskokosztowej i zrównoważonej działalności w Polsce. W ubiegłym roku z sukcesem zrealizowaliśmy transakcje sprzedaży IT Kontrakt, a na przełomie 2017/2018 roku przeprowadziliśmy dezinwestycję rosyjskich aktywów ProService. Na początku listopada zakończyliśmy proces sprzedaży Exact Systems. Z kolei  planowane zbycie udziałów w węgierskiej Grupie Prohuman chcemy sfinalizować w ciągu najbliższych 18 miesięcy. Środki pozyskane z tej transakcji przeznaczymy na redukcję do minimum zadłużenia i zobowiązań wobec udziałowców mniejszościowych spółek zależnych – zaznacza Maciej Witucki.

OZE zamiast węgla kamiennego? Polska musi przemodelować miks energetyczny

Trwałe opanowanie wzrostu cen energii wymaga przemodelowania polskiego miksu energetycznego. Konieczne jest ułożenie źródeł wedle krańcowego kosztu wytworzenia kolejnej megawatogodziny. Elementy wymagające CO2, paliwa oraz te, które są pracochłonne powinny być na końcu – a nie na początku. Już teraz spółki energetyczne, według tzw. merit order, tak właśnie układają swoją produkcję. Na początku wchodzą takie źródła, jak wiatr na lądzie, potem gaz, a dopiero na końcu – węglowe. Te ostatnie w obecnej sytuacji regulacyjnej stały się niekonkurencyjne do pozostałych i alternatywnych rozwiązań.

– Niestety polski model produkcji energii i ciepła musi ulec zmianie. Pierwsze efekty będą widoczne dopiero po 5-10 latach po tym, jak przemodelujemy sposób wytwarzania energii – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego –  Bardzo mocno staniały odnawialne źródła energii. Wiatr na lądzie to ok. 250 złotych za mWh, bardzo podobnie kształtuje się też fotowoltaika. Cena wiatru na morzu wynosi trochę ponad 260 złotych/mWh, wedle aukcji z Wielkiej Brytanii. Projekcje takich przedsięwzięć, jak np. elektrownia w Ostrołęce – która jeszcze nie powstała – to ceny na poziomie ponad 400 złotych. Projekt ten cały czas ma problemy ze złożeniem finansowania. Warto podkreślić, że w sektorze wydobywczym istnieje pewien dylemat. Z jednej strony jest węgiel brunatny, spalany na miejscu – te elektrownie cały czas funkcjonują. Tam natomiast, gdzie mamy sektor wydobywczy węgla kamiennego, bardzo mocno spada wydobycie i rośnie import surowca do Polski. Dane z pierwszych siedmiu miesięcy 2018 roku pokazują, że zamknie się on na poziomie około 17 milionów ton węgla przywiezionego z zagranicy. To rekordowy poziom, który uniemożliwia modernizację polskiego sektora wydobywczego – ocenił Roszkowski.

Polska zbrojeniówka generuje zbyt mało innowacji. Współpraca międzynarodowa jest szansą na skok technologiczny

Polska zbrojeniówka generuje zbyt mało innowacji. Współpraca międzynarodowa jest szansą na skok technologiczny 1

Przemysł obronny to duża gałąź gospodarki, która znacząco przekłada się na PKB i nowe miejsc pracy. Specyfiką zbrojeniówki jest również to, że powstaje w niej wiele innowacji i technologii, które następnie trafiają do sektora cywilnego. – W Polsce ciągle skala innowacji produkowanych przez rodzimy przemysł obronny jest jednak zbyt mała. Nawet jeżeli się pojawiają, to pozostają ciągle w obszarze militarnym – ocenia Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters. Szansą na rozwój i skok technologiczny jest współpraca międzynarodowa. 

– Wpływ przemysłu zbrojeniowego na rozwój gospodarczy Polski jest ciągle zbyt mały. W wielu innych krajach – zwłaszcza tam, gdzie gospodarka jest wysoce zaawansowana technologicznie – przemysł obronny jest takim źródłem nowych rozwiązań i innowacji, które potem trafiają – mówiąc umownie – do cywila. W Polsce skala innowacji produkowanych przez rodzimy przemysł obronny jest ciągle zbyt mała, a nawet jeżeli one się pojawiają, to pozostają w obszarze militarnym. Na szczęście w śmigłowcach dzieje się nieco inaczej, dlatego że tutaj przenikanie się naszej działalności w obszarze wojskowym i działalności cywilnej jest znacznie większe. Stąd wiele rozwiązań, które wymyśliliśmy lub zaprojektowaliśmy najpierw dla wojska, jest teraz powszechnie używanych w cywilnych śmigłowcach – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Z opublikowanego w połowie br. raportu Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju, która oceniła zmiany w polskiej zbrojeniówce w latach 2007–2016 wynika, że w ciągu blisko dekady w tym sektorze dokonał się regres. Dotyczy to przede wszystkim spółek należących do Skarbu Państwa, które w dużej mierze utrzymują rentowność dzięki publicznej pomocy finansowej, a ich potencjał eksportowy się obniżył. Z drugiej strony coraz lepiej radzą sobie prywatne polskie firmy z sektora, które w latach 2015–2016 odpowiadały za blisko 80 proc. eksportu, a według ekspertów ich rentowność jest porównywalna z największymi światowymi firmami zbrojeniowymi.

Autorzy raportu wskazali też, że w latach 2007–2016 zmienił się udział firm prywatnych i państwowych w sprzedaży realizowanej przez cały polski przemysł zbrojeniowy. Jeszcze blisko dekadę temu spółki kontrolowane przez Skarb Państwa odpowiadały za 61,5 proc. sprzedaży, natomiast w 2016 roku ich udział spadł do 31,6 proc. W tym samym czasie udział prywatnych podmiotów wzrósł z 36 do 64 proc. Eksperci podkreślili, że – zwłaszcza w państwowym sektorze zbrojeniowym – konieczne są zmiany polegające m.in. na korekcie obecnej polityki czy doborze odpowiednich kadr.

Dobra sytuacja przemysłu obronnego jest o tyle istotna, że ma ona duże przełożenie na krajową gospodarkę. Filip Seredyński, członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP, podkreśla, że zbrojeniówka generalnie jest dość dużym sektorem, który w wielu krajach generuje kilkanaście procent PKB, pociągając za sobą naturalne korzyści takie jak tworzenie nowych miejsc pracy i dochody z podatków. Specyfiką przemysłu obronnego jest również to, że powstaje w nim wiele innowacji i technologii, które trafiają następnie do sektora cywilnego.

– Sektor zbrojeniowy to nie tylko standardowe korzyści dla gospodarki, lecz także innowacje, nowe technologie. Współcześnie stan polskiego przemysłu zbrojeniowego, jeżeli chodzi o generowanie tych nowych technologii, nie jest najlepszy. Przyczyn tego stanu jest wiele, więc dzisiaj tych bezpośrednich transferów do sektora cywilnego nie ma – mówi Filip Seredyński.

– Bardzo ważną kwestią jest także fakt, że przemysł obronny pozostaje istotnym filarem bezpieczeństwa państwa. Nie możemy traktować przemysłu obronnego na równi z każdym innym sektorem, ponieważ ma on jeszcze tę drugą, niezwykle ważną funkcję, jaką jest zapewnianie bezpieczeństwa nas wszystkich. Wobec tego silny przemysł obronny musi współgrać z silną armią i ją wzmacniać. W drugą stronę – silna armia powinna opierać swój rozwój, swoją modernizację o własny, silny, krajowy przemysł obronny – dodaje Krzysztof Krystowski.

Wiceprezes Leonardo Helicopters ocenia, że jednym z głównych wyzwań przed rodzimym przemysłem obronnym jest dzisiaj sprostanie potrzebom polskiego wojska, które jest na etapie modernizacji. Zwiększone wydatki na ten cel to szansa dla zbrojeniówki na tworzenie nowych rozwiązań i technologii.

– Polskie wojsko modernizuje się bardzo szybko, a skala wydatków, z jakimi mamy do czynienia, jest nieporównywalna z latami poprzednimi. To wielka szansa, ale i wielkie wyzwanie dla polskiego przemysłu, dlatego że wojsko chce mieć sprzęt najlepszy, niezawodny, chce, aby ten sprzęt był dostarczany szybko i był serwisowany. To wszystko może zapewnić polski przemysł obronny, ale on boryka się również z wieloma problemami, które narosły przez lata. Jednym z nich jest zapotrzebowanie na nowe technologie. Rozwiązaniem jest tutaj współpraca międzynarodowa – ocenia Krzysztof Krystowski.

Jak podkreśla, włoska Grupa Leonardo, do której należą zakłady lotnicze PZL-Świdnik, chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym. Na stole leży m.in. propozycja wspólnej realizacji programu Kruk, który zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich Sił Zbrojnych. Koncern zaoferował polskiemu Ministerstwu Obrony Narodowej śmigłowce AW249. Jeśli oferta Leonardo zostanie wybrana przez MON, w produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn będą uczestniczyć spółki Grupy PGZ, a polski przemysł zbrojeniowy będzie mógłby się zaangażować w produkcję tych maszyn już od samego początku, czyli od etapu ich projektowania. W połowie lipca br. Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały już list intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249.

– Chcemy robić przedsięwzięcia modernizacyjne dotyczące śmigłowców, ale w przyszłości chcemy razem z PGZ i z polskim przemysłem opracować, a potem produkować i sprzedawać – nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie – najnowszy europejski śmigłowiec bojowy, czyli AW249. Ta oferta leży na stole, czekamy na odzew polskiego rządu, bo to musi być porozumienie międzyrządowe. My, jako przemysł, jesteśmy gotowi do współpracy, ponieważ wszystkie aspekty tej współpracy omówiliśmy już z PGZ – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.

Udział kobiet w nowych technologiach wciąż za niski. Citi chce podwoić ich liczbę w działach IT w Polsce w ciągu trzech lat

Udział kobiet w nowych technologiach wciąż za niski. Citi chce podwoić ich liczbę w działach IT w Polsce w ciągu trzech lat 2

W Citibank Europe PLC, czyli w warszawskim centrum usług biznesowych Citi, kobiety stanowią 16 proc. z 1200 pracowników działów IT, ale organizacja chce w ciągu najbliższych 3 lat podwoić ten odsetek. Poszukuje kandydatek praktycznie w każdym obszarze – począwszy od analityków, poprzez specjalistów aż po stanowiska menadżerskie w Polsce i Europie. Według raportu „Women in Digital Age” Komisji Europejskiej tylko 13 proc. kobiet, które kończą kierunki informatyczne i technologiczne podejmuje pracę w swojej branży. To 2 pkt proc. mniej niż w 2011 roku. Udział kobiet w  sektorze cyfrowym nie zmienił się znacząco w ciągu ostatnich dekad.

– Udział kobiet w technologii jest według nas wciąż zdecydowanie za niski i chcielibyśmy, żeby w ciągu najbliższych 3 lat liczba kobiet w działach IT Citibank Europe PLC wzrosła dwukrotnie – mówi agencji Newseria Biznes Marek Cendrowicz, Szef Infrastruktury IT na Polskę w Citibank Europe PLC.

Polityka Citi zakłada wspieranie różnorodności i stawia mocny akcent na wspieranie kariery i rozwoju kobiet. Z danych niefinansowych za 2017 rok wynika, że w ubiegłym roku kobiety stanowiły 51 proc. zatrudnionych w procesach rekrutacyjnych. Wśród 7,8 tys. pracowników Citi w Polsce dokładnie 51,75 proc. stanowią kobiety, które zajmują także ponad połowę (50,89 proc.) stanowisk menadżerskich.

 Innowacyjne produkty i najwyższej jakości usługi dostarczają osoby, które mają bardzo szerokie doświadczenia, ale – co ważniejsze – pochodzą z różnych kultur, różnych środowisk i są różnej narodowości. Wierzymy, że to właśnie dzięki tej różnorodności i włączającej kulturze organizacyjnej osiągamy sukces. Dlatego angażujemy się w wiele inicjatyw, poszukujemy nowych możliwości, żeby nieustanie się wzmacniać w tym zakresie – mówi Marek Cendrowicz.

Przykładem takich inicjatyw jest program „IT for SHE”, którego zadaniem jest pomoc utalentowanym studentkom kierunków informatycznych w wejściu na rynek pracy. Składają się na niego m.in. największy w Europie obóz tematyczny dla kobiet w IT (Women in Tech Camp) oraz program mentoringowy w najlepszych firmach technologicznych. Kulminacją programu jest Women in Tech Summit – największe wydarzenie dla kobiet w technologiach w tej części świata. Citi jest jego strategicznym partnerem.

Zachęcamy kobiety, żeby wybierały kierunek studiów w obszarach STEM [Science, Technology, Engineering, Mathematics – red.] i decydowały się na pracę IT. Wspieramy je w tym, dzielimy się swoim doświadczeniem i swoim know-how, żeby mogły szybciej się rozwijać i osiągać sukces. Wewnątrz Citi mamy bardzo prężnie działającą grupę „Women in Technology” w ramach Women’s Network Poland, która organizuje szereg warsztatów i szkoleń. Poprzez Fundację Kronenberga już od kilku lat finansujemy program akcelerujący młodych przedsiębiorców w ramach Sieci Przedsiębiorczych Kobiet, więc działamy w tym zakresie bardzo szeroko – wylicza Marek Cendrowicz.

W  Polsce – jak wynika z raportu „Kobiety w IT 2018” Fundacji Carrots – 53 proc. pań zatrudnionych w IT uważa, że jest im trudniej niż mężczyźnie poradzić sobie w branży nowych technologii. Połowa z nich ocenia też, że zarabiają mniej niż mężczyźni na tych samych stanowiskach. Mimo to aż 72 proc. kobiet zatrudnionych w branży IT jest zadowolonych ze swojej pracy.

W Citi w obszarze technologii kobiety zajmują obecnie różne stanowiska – od ról menadżerskich, w których zarządzają pracą zespołów lokalnych i globalnych, po analityków i stanowiska eksperckie w zespołach technologicznych. Bank szuka kandydatek w każdym z tych obszarów.

– Technologia w centrum usług biznesowych Citi jest bardzo szeroka – pracujemy w ramach globalnych zespołów i obsługujemy 96 różnych państw na świecie. Spektrum funkcji technologicznych jest w zasadzie pełne – począwszy od development, poprzez analizę biznesową, architekturę systemów, wdrażanie i utrzymywanie systemów operacyjnych i baz danych, finanse w działach IT, poprowadzenie projektów. Działamy zarówno w modelu DevOps, jak i w klasycznych modelach. Tam, gdzie mamy taką potrzebę, budujemy wewnętrzne rozwiązania w ramach cloud, poszukujemy rozwiązań hybrid cloud – podkreśla szef infrastruktury IT na Polskę na Polskę w Citibank Europe PLC.

Jak wynika z raportu Citi Research „Women in Economy II”, w ciągu następnej dekady wpływ kobiet na globalną gospodarkę będzie co najmniej tak znaczący, jak wpływ ponadmiliardowych populacji Chin i Indii. Jak szacują analitycy Citi, sprawiedliwy system wynagrodzeń oparty o kompetencje oraz zrównanie warunków finansowych kobiet i mężczyzn może doprowadzić do co najmniej 6-proc. wzrostu PKB w krajach rozwiniętych w ciągu dekady, maksymalnie dwóch. Natomiast Raport „Diversity Matters” McKinsey pokazuje, że firmy zatrudniające zarówno kobiety, jak i mężczyzn notują o 15 proc. większe przychody. Te, w których są zespoły złożone z przedstawicieli różnych narodowości – nawet o 35 proc. wyższe. Warunkiem jest jednak odpowiednie zarządzanie różnorodnością.

Firmy za rzadko biorą pod uwagę potrzeby starszych klientów. Problemem jest przechodzenie na nowoczesne technologie

Firmy za rzadko biorą pod uwagę potrzeby starszych klientów. Problemem jest przechodzenie na nowoczesne technologie 3

Mimo że rośnie odsetek starszych ludzi, którzy chętnie korzystają z komputerów i surfują po internecie, duża grupa seniorów wciąż unika nowych technologii. Przede wszystkim z powodu strachu przed popełnieniem błędów. Eksperci podkreślają, że nowe technologie przyniosły nieograniczone możliwości, dlatego metryka nie powinna być żadnym ograniczeniem i firmy powinny się otwierać na potrzeby ludzi w każdym wieku, dostosowując do nich swoje produkty i usługi.

Młodzi ludzie z pokolenia Z są zaznajomieni z nową technologią i mają stały dostęp do internetu, gdzie natychmiast mogą zweryfikować każdą informację. Doskonale wiedzą, jak się poruszać po sieci, nie mają problemów z komunikacją wirtualną i korespondują z osobami z odległych krańców świata. Kilkulatek potrafi znacznie szybciej opanować obsługę smartfona czy laptopa niż niejedna osoba dorosła.

– Wszyscy próbują znaleźć sposób na to, jak rozmawiać z pokoleniem Z, jakich oni potrzebują produktów, ale zapominamy o reszcie społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Martin Zalewski, ekspert w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm.

Grupą, o której firmy często zapominają, są seniorzy, którzy mają nieco inną ocenę przydatności technologii, a także wiele obaw związanych z nieumiejętnym wykorzystaniem nowoczesnych urządzeń, programów czy aplikacji. Co więcej, ludzie starsi znacznie częściej deklarują też nieufność wobec bezpieczeństwa aktywności online. Szczególnie niepokój ten ma związek z zarządzaniem finansami, zwłaszcza jeśli chodzi o korzystanie z bankowości internetowej.

– W Polsce osoby powyżej 50 lat mają bardzo mało styczności z technologią i to jest problemem. Często idą do banków, żeby po prostu porozmawiać z kimś innym i to jest bardzo trudno zastąpić. Banki tego nie rozumieją, skupiają się na nowych generacjach, zapominając o osobach starszych, które nie mają dużo styczności z technologią i nie można ich odłączyć od budowania tych projektów, trzeba z nimi to robić – mówi Martin Zalewski.

Eksperci sugerują, aby zagwarantować osobom starszym właściwe wsparcie i przewodnictwo w kontakcie z nowoczesnymi technologiami. Tylko wtedy seniorzy będą w stanie pokonać swoje obawy związane z korzystaniem z komputera i internetu, a zaczną czerpać z tego korzyści.

– Bardzo często nawiązuję do tego, żebyśmy włączyli głos klienta ze starszych generacji, które po prostu mają mniej styczności z technologią. Można zastąpić osobę w banku, w oddziale bankowym przez virtual reality, żeby taki klient miał lepszą styczność z firmą bankową przez technologię – mówi Martin Zalewski.

Rozwój nanotechnologii będzie rewolucją dla medycyny. Skorzystają na niej przede wszystkim pacjenci

Rozwój nanotechnologii będzie rewolucją dla medycyny. Skorzystają na niej przede wszystkim pacjenci 4

Nanodiagnostyka i nanomedycyna to cały czas raczkujące w Polsce technologie, ale w przyszłości ich rozwój może zmienić oblicze medycyny. Za pomocą nanorobotów, mniejszych od bakterii, możliwe będzie m.in. dostarczanie leków bezpośrednio do chorych organów, co poprawi skuteczność i szybkość terapii albo wczesne wykrywanie komórek rakowych. Nanocząsteczki mogą też znaleźć zastosowanie na przykład w implantologii albo leczeniu stomatologicznym. Efektem będzie radykalna poprawa skuteczności, kosztów i bezpieczeństwa leczenia, na czym skorzystają przede wszystkim pacjenci.  

Nanotechnologia może mieć spektakularny wpływ i rewolucyjnie wpłynąć na rozwój medycyny. Przede wszystkim, stosując inteligentne leki, zwiększamy skuteczność i bezpieczeństwo terapii, czy stosując nowe rozwiązania w implantologii, możemy zmieniać kierunek działania leków. Oprócz tego możemy również wpływać w znaczący sposób na bezpieczeństwo pacjentów. Wcześniejsze wykrywanie chorób zmniejszy też liczbę hospitalizacji, co przełoży się na spadek kosztów leczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Renata Pawlak-Morka, dyrektor rozwoju produktów w Gedeon Richter Polska.

Zarówno w Polsce, jak i za granicą prowadzonych jest obecnie szereg projektów związanych z wykorzystaniem nanotechnologii w medycynie. Takie prace prowadzą m.in. Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu, uczelnie wyższe w Poznaniu i Toruniu oraz Politechnika Warszawska. Wszystkie projekty prowadzone w jednostkach naukowych są związane z wczesnym wykrywaniem chorób, diagnostyką, zwiększaniem skuteczności i bezpieczeństwa leków oraz implantologią bądź stomatologią.

Nanotechnologia w medycynie jest wykorzystywana wielokierunkowo. Jest wykorzystywana w modelach diagnostycznych, m.in. do wczesnego wykrywania komórek rakowych, dzięki czemu możemy szybko rozpocząć terapię, a z drugiej strony – zwiększyć prawdopodobieństwo wyleczenia pacjenta. Oprócz diagnostyki możemy wykorzystywać nanotechnologię również w terapii celowanej, możemy wpływać na farmakokinetykę, farmakodynamikę leków, jak również bardziej precyzyjnie określać miejsce ich działania – wymienia Renata Pawlak-Morka.

Wykorzystanie nanotechnologii w farmacji to skuteczniejsze i bezpieczniejsze leki, co jest oczywistą korzyścią dla pacjentów. Z kolei w implantologii pozwoli na przykład pokrywać endoprotezy specjalnymi cząsteczkami, które zminimalizują ryzyko odrzucenia wszczepionego materiału.

– Biorąc pod uwagę wiedzę, którą dysponuję, współpracując z jednostkami naukowymi, mogę powiedzieć, że nanotechnologia w Polsce jest na bardzo wysokim poziomie. Prowadzimy szereg prac badawczych, które mają zarówno publikacje, jak i zgłoszenia patentowe. Nie odbiegamy od norm europejskich, jesteśmy na tym samym poziomie – ocenia dyrektor rozwoju produktów w Gedeon Richter Polska.

Nanotechnologia cały czas się rozwija – w ubiegłym roku po raz pierwszy zastosowano ją do leczenia in vivo. Wykorzystując mikromotory naukowcy skutecznie wyleczyli bakteryjne zapalenie żołądka u myszy, co oznacza, że w przyszłości z dużym prawdopodobieństwem możliwe będzie leczenie ludzi poprzez dostarczanie leku bezpośrednio do chorego organu za pomocą mikroskopijnych robotów, które same ulegną autodestrukcji, nie wywołując działań niepożądanych.

Interaktywne tagi zamieniają wideo w bezpośredni kanał sprzedażowy. Technologię z globalnym potencjałem opracował polski start-up

Interaktywne tagi zamieniają wideo w bezpośredni kanał sprzedażowy. Technologię z globalnym potencjałem opracował polski start-up 5

Klikalne tagi pozwalają internautom kupić wyświetlany na filmie produkt od ręki, bez przekierowania na inne strony i opuszczania oglądanego wideo. Pozwalają także dodawać linki www, obrazy albo pliki .pdf, dzięki czemu użytkownik, klikając w taki tag, pogłębia wiedzę o firmie lub produkcie i – jak wynika z niedawnych badań IAB – lepiej ocenia promującą się w ten sposób markę. Technologia stworzona przez polski start-up Tagmax zmienia pasywne wideo w interaktywną treść, windując wskaźniki interakcji i zaangażowania użytkowników. Otagowany w ten sposób materiał wideo łączy funkcje reklamowe, sprzedażowe i informacyjne, nie kolidując przy tym z innymi kanałami dotarcia do klientów. Twórcy start-upu podkreślają, że potencjał tego rozwiązania jest globalny. 

– Tagowanie wideo jest świetnym narzędziem do wykorzystania pod kątem biznesowym. Tag można dodać do każdego materiału wideo, przekłada się to bezpośrednio na informację i sprzedaż. Wideo można wypuścić w określonym miejscu, czasie, do określonej publiki, można je włączyć w danym zasięgu albo wymienić w nim daną informację – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Radosław Sosnowski, członek zarządu Free TiVi i partner zarządzający Tagmax. – Dla przykładu, rok temu zapraszałem do udziału w pewnym kongresie za pomocą filmu. Ten sam film mogę wykorzystać również w tym roku, zapraszając na tegoroczną edycję, jeżeli tylko wymienię tag, który będzie zawierał zupełnie inne przekierowanie.

Platforma stworzona przez Tagmax pozwala dodawać do materiałów wideo klikalne tagi, umożliwiające widzom dokonywanie zakupów albo uzyskiwanie informacji bezpośrednio z poziomu oglądanego materiału. Platforma ma zintegrowaną technologię sprzedaży, własny CMS oraz system płatności i rozliczeń. To autorskie rozwiązanie polskiego start-upu, wykorzystujące m.in. mechanizmy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

– Chcieliśmy stworzyć wideo, które umożliwi bezpośrednią sprzedaż. To rozwiązanie nie koliduje z e-commerce, bo nie jest to sklep z pełną ofertą. Oferuje tylko wybrane rzeczy, skierowane do konkretnej publiki. Nie konkuruje też z marketingiem. Oczywiście, można wykorzystać to narzędzie jako przekaz marketingowy, do promocji danego produktu i pokazania go na rynku. Natomiast jest to głównie kanał sprzedaży – do wideo, które ludzie umieszczają w internecie, możemy dodać warstwę produktową. W ten sposób nie konkurujemy z własnym e-commerce ani przekazem marketingowym, który dotyczy czegoś innego – mówi Radosław Sosnowski.

Interaktywne tagi, dodawane do wideo z poziomu platformy Tagmax, pozwalają widzom kupić wyświetlany na filmie produkt od ręki, bez opuszczania oglądanego materiału. Klikając w wyskakujące okienko, użytkownik może na przykład zasięgnąć dodatkowych informacji albo błyskawicznie i prosto przekazać pieniądze na zbiórkę charytatywną. Z danych start-upu wynika, że wykorzystanie tego rozwiązania zwiększa wskaźnik interakcji o 67 proc. i wskaźnik kliknięć o 16 proc., a także podwaja zaangażowanie użytkowników.

 Ten rynek w Polsce ani nigdzie na świecie jeszcze nie istnieje. Są podejmowane próby stworzenia takich technologii, ale jest pewien logiczny problem. Polega on na tym, że zwykle są to szyte na miarę, jednorazowe akcje marketingowe, reklamowe albo eventowe. Natomiast nikt, może poza YouTube, nie próbował do tej pory stworzyć bardziej kompleksowego rozwiązania. Dopiero wchodzą narzędzia, które umożliwiają rozwinięcie funkcji wideo, natomiast cały czas ten ciąg zdarzeń w pewnym momencie zatrzymuje się na interakcji z widzem polegającej na przekierowaniu do landing page. My tego nie robimy, my umieszczamy wszystko w tym samym filmie – wyjaśnia Radosław Sosnowski.

Analizy, które przeprowadził start-up, pokazują, że Polacy nie muszą się obawiać konkurencji ze strony globalnych gigantów.

– YouTube jest kanałem, który pokazuje filmy, i wprowadzając takie rozwiązanie, de facto musiałby dodatkowo obsługiwać z tyłu cały sklep. To jest poza jego biznesem. Z tego samego powodu nie prowadzi na przykład piekarni. Znowuż Amazon, który jest sklepem e-commerce, nie ma interesu w tym, żeby budować sobie drugiego YouTube’a, bo to się biznesowo nie skleja. Z kolei firma taka jak nasza, która szyje technologię dla innych, pozwala wykorzystywać produkty z Amazona oraz filmy z YouTube, skleić to i wysyłać np. do mediów zasięgowych – tłumaczy Sosnowski.

Technologia stworzona przez start-up została już wykorzystana na dużą skalę m.in. w talent show „Start NaGranie”, organizowanym przez Program 3 Polskiego Radia we współpracy z Tagmax. Zastosowano tam mechanikę głosowania na wykonawców uczestniczących w konkursie bezpośrednio w materiałach wideo z ich nagraniami. Widzowie głosują, kupując piosenki wybranych artystów. W tym celu należy kliknąć na interaktywny tag pojawiający się w wideo z występu. Z podsumowania pierwszej części konkursu wynika, że prawie połowa oglądających nagrania konkursowe weszła w interakcje z materiałami wideo.

Twórcy Tagmax wskazują, że interaktywne tagi mają praktycznie nieograniczone zastosowanie – można dodać je np. do filmów promujących marki, gier, social media video, filmów edukacyjnych albo instruktażowych, webinariów czy slotów viralowych.

Soundbary coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Wkrótce z dźwiękiem przestrzennym w jednym urządzeniu, mogącym zastąpić kino domowe

Soundbary coraz bardziej zaawansowane technologicznie. Wkrótce z dźwiękiem przestrzennym w jednym urządzeniu, mogącym zastąpić kino domowe 6

Wraz z upowszechnieniem się ultracienkich telewizorów wzrosło zapotrzebowanie na dobre systemy nagłośnienia. W wąskich ramkach współczesnych telewizorów nie ma miejsca na głośniki, które byłyby w stanie wyprodukować mocny i donośny dźwięk. Coraz częściej zamiast zestawów kina domowego, które nie sprawdzą się w małych mieszkaniach, sięgamy po soundbary, które dysponują już dźwiękiem przestrzennym. Najnowszym trendem w tym segmencie jest dźwięk 3D.

– Soundbary stają się coraz bardziej popularnym produktem na rynku, ponieważ każdy z nas ma telewizor w domu. Użytkownicy, którzy czerpią ogromną przyjemność z rozrywki audiowizualnej, stawiają na dobry telewizor. Kolejnym krokiem jest zdobycie dobrego dźwięku i tutaj wchodzi w grę soundbar, który jest w stanie zapewnić najlepszą możliwą jakość dźwięku w domowych warunkach. Ludzie, którzy kupują drogie telewizory w najnowszej technologii, zyskają tym samym komplet najwyższej jakości kina domowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Edward Popławski z Sennheiser Polska

Najprostsze soundbary składają się z jednej belki z głośnikami, stawianej bądź wieszanej pod telewizorem. Osobne głośniki zapewniają zwykle lepszy dźwięk od głośników wbudowanych w coraz bardziej płaskich telewizorach, które są zbyt smukłe, aby umieścić w nich głośniki o dużej mocy. Aby pogłębić brzmienie niskich tonów, producenci często sprzedają soundbary w zestawie z subwooferem. Samsung poszedł o krok dalej, projektując zestaw HW-K950 składający się z soundbara, subwoofera i dwóch głośników satelitarnych odbijających dźwięk od sufitu. Takie rozwiązanie ma być kompromisem pomiędzy pełnym zestawem kina domowego a klasycznym kompaktowym soundbarem.

Firma Sennheiser, znana do tej pory głównie z produkcji słuchawek, proponuje zaś jedno urządzenie, wyposażone w symulowany dźwięk przestrzenny 7.1.

– Nasz soundbar Ambeo będzie charakteryzował się tym, że to będzie jedna bryła, w której będzie upakowana technologia, którą teraz inni producenci rozszywają na kilka urządzeń, np. soundbar plus dodatkowy subwoofer. U nas wszystko będzie mieściło w jednej obudowie i dodatkowo będzie to tworzyło efekt dźwięku 7.1 – zapowiada Edward Popławski.

Z symulowaniem dźwięku przestrzennego eksperymentują także inne firmy, które podobnie jak Sennheiser szukają sposobu na stworzenie pojedynczego urządzenia, które będzie w stanie wypełnić pomieszczenie przestrzennym brzmieniem. Projektanci Yamahy zaprojektowali soundbar YAS-108 z dwoma zintegrowanymi subwooferami oraz głośnikami rozmieszczonymi tak, aby symulować brzmienie przestrzenne. Taka konstrukcja sprawia, że dźwięk charakteryzuje się dużą głębią i dochodzi do użytkownika z każdej strony, dlatego nie ma potrzeby instalowania dodatkowych bocznych bądź tylnych głośników.

System LS-T10 od Onkyo z kolei to masywna skrzynka, która może służyć za podstawkę pod telewizor. Zamontowano jednak w niej zestaw głośników pracujących w technologii dźwięku przestrzennego AuraSphere. Sprzęt jest także kompatybilny z technologią Dolby Digital, systemem kodowania dźwięku w formacie 5.1. Coraz bardziej zaawansowane technologicznie soundbary mają szansę wyprzeć zestawy kina domowego z rynku.

– Soundbar Ambeo, który zaprezentujemy w przyszłym roku, będzie porównywalny albo nawet lepszej jakości niż oferowane aktualnie produkty kina domowego. Bardzo efektywnie odtwarza dźwięk 7.1, de facto w jednym produkcie mamy zaawansowany system audio, nie potrzeba dodatkowych elementów systemu kina domowego – zapewnia przedstawiciel Sennheiser Polska.

Według badań przeprowadzonych przez firmę Market Research Future rynek rozwiązań z zakresu kina domowego osiągnie do 2023 roku wartość 31 mld dol. i w najbliższych latach będzie rozwijał się przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19 proc.

Domowy sprzęt medyczny z elementami sztucznej inteligencji może ratować życie. W opracowywaniu mobilnych rozwiązań przodują polskie start-upy

Domowy sprzęt medyczny z elementami sztucznej inteligencji może ratować życie. W opracowywaniu mobilnych rozwiązań przodują polskie start-upy 7

Coraz częściej zaawansowane badania można wykonywać już w domu, a domowy sprzęt medyczny dzięki sztucznej inteligencji jest nieraz bardziej skuteczny od lekarzy internistów przy wykrywaniu chorób. Rewolucyjne urządzenie opracowane przez polski start-up zwiększy skuteczność profilaktyki raka piersi. Badanie przeprowadzone z jego użyciem trwa zaledwie kwadrans i może być przeprowadzane samodzielnie przez kobiety w warunkach domowych w comiesięcznych odstępach, stanowiąc tym samym uzupełnienie badania mammograficznego. Roczna zapadalność na raka piersi w Polsce wynosi około 18 tys. przypadków. Rynek mHealth do 2025 roku ma osiągnąć wycenę na poziomie niemal 112 mld dol. 

– Ocenia się, że w USA 40 proc. wizyt u lekarza można zastąpić analizą domową. W Stanach Zjednoczonych to się już dzieje. 20 mld dol. w telemedycynie w USA, przede wszystkim we wczesnej diagnostyce, zostało przeniesione do domu. Sam fakt, że płatnicy będą naciskali na potanienie kosztu diagnostycznego, będzie powodował, że coraz więcej badań będziemy wykonywali w domu. Duża część badań może być przeniesiona do domu i będzie, bo przede wszystkim jest to tańsze i wygodniejsze dla użytkownika – przewiduje  w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Halicki, prezes zarządu Braster.

Mammografia, czyli nieinwazyjna metoda badania piersi z wykorzystaniem promieniowania rentgenowskiego, jest uważana za bezpieczną i obecnie najskuteczniejszą metodę wykrywania raka piersi. W Polsce wykorzystywana jest jako badanie profilaktyczne w grupie kobiet w wieku od 50 do 69 lat. Jednak aby z niej skorzystać, trzeba się udać do specjalistycznego ośrodka dysponującego zaawansowanym sprzętem. Polska firma opracowała urządzenie, które może stanowić bardzo ważne uzupełnienie dla badania mammograficznego i metodę na jeszcze wcześniejsze wykrywanie potencjalnych zmian nowotworowych w piersiach.

– Braster jest urządzeniem umożliwiającym badanie zarówno samodzielne, jak i poprzez profesjonalistę w kierunku raka piersi – czy to poprzez samą kobietę w domu, czy w gabinecie lekarskim przez lekarza lub pielęgniarkę. Jego działanie opiera się przede wszystkim na wykorzystaniu ciekłych kryształów do robienia zdjęć termograficznych. Rak piersi w zdecydowanej większości przypadków niesie za sobą anomalie termiczne. Szukamy więc takich anomalii termicznych w piersi i na tej podstawie dajemy wstępny sygnał, że coś się niepokojącego dzieje i należy iść na dalsze, pogłębione badania – wyjaśnia Marcin Halicki.

Samo badanie jest bardzo łatwe do przeprowadzenia i trwa zaledwie kwadrans. Kobiety mogą je wykonywać samodzielnie właściwie bez wcześniejszego przeszkolenia. To dużo prostsze niż chociażby w przypadku zalecanego przez lekarzy samobadania piersi. Za rejestrowanie i interpretację sygnałów odbieranych przez urządzenie odpowiada aplikacja mobilna Braster Care, którą instaluje się na smartfonie lub tablecie. Łączy się ona bezprzewodowo z urządzeniem i intuicyjnie prowadzi przez cały proces badania, po czym wysyła zebrane dane do Centrum Telemedycznego Braster w celu sporządzenia analizy.

– Wynik dostajemy już po kilku godzinach, w zależności od tego, co się tam dzieje. Odpowiedzialna jest za to automatyczna interpretacja, która ten wynik generuje. To niezwykle istotne, bo jest to bardzo tanie badanie. Nie potrzebujemy czasu lekarza, żeby taką diagnozę postawić – przekonuje Marcin Halicki.

Koszt zakupu urządzenia to około tysiąc złotych. Cena badania mammograficznego na warunkach komercyjnych to według cennika Świętokrzyskiego Centrum Onkologii 80 zł brutto za jedną lub 90 zł brutto za dwie piersi. Należy do tego doliczyć jeszcze koszt konsultacji, który wynosi 60 zł. Całe badanie kosztuje zatem około 150 zł. Zaleca się je wykonywać profilaktycznie raz na 24 miesiące, a w grupie ryzyka raz na 12 miesięcy. Tymczasem proponowane przez polską firmę urządzenie pozwala na przeprowadzenie comiesięcznej kontroli przesiewowej, dzięki czemu możliwe jest wykrycie guza już na bardzo wczesnym etapie. To z kolei pozwala na szybsze postawienie diagnozy i wdrożenie odpowiedniego leczenia.

– Jeżeli jestem w grupie ryzyka, to dlaczego mam tego nie zrobić? Więcej poświęcam czasu miesięcznie na paznokcie i fryzjera, a nie na taką rzecz, więc oczywiście uważam, że osoby, które jakiś niepokój odczuwają, powinny to mieć. Niekoniecznie wszystkie panie, ale jako że w Polsce notuje się prawie 18 tys. raków piersi rocznie i jest to statystyka rosnąca, to na pewno dobrze byłoby to rozpowszechnić, na początku poprzez lekarzy, ale w przyszłości myślę, że jak najwięcej gospodarstw domowych powinno to mieć – mówi prezes Braster.

Urządzenie do przeprowadzania badania piersi w warunkach domowych jest kolejnym rozwiązaniem, który wpisuje się w ideę diagnostyki domowej i telemedycyny. Bezprzewodowy stetoskop StethoMe – według twórców, czyli polskiego start-upu – cechuje się skuteczniejszą wykrywalnością chorób płuc niż lekarze interniści. Po przyłożeniu stetoskopu do klatki piersiowej pacjenta urządzenie rejestruje dźwięki, które następnie są analizowane przez algorytmy sztucznej inteligencji.

Jeszcze w tym roku do sprzedaży ma trafić zestaw słuchawkowy VitaScale analizujący skład wydychanego powietrza. Na tej podstawie obliczane jest to, ile użytkownik spala tłuszczu i węglowodanów, a dzięki temu może wspomagać na przykład odchudzanie.

Według analityków z SNS Research średnioroczne tempo wzrostu rynku mHealth utrzyma się w najbliższych latach na poziomie 35 proc. Z kolei Grand View Research zakłada, że w 2025 roku wartość tego rynku ma wynieść niemal 112 mld dol.

Najlepsze aplikacje biznesowe na iPhone

Współczesny biznesmen ze względu na ogrom obowiązków, jakich na nim ciąży, ma dość duże oczekiwania względem sprzętu technologicznego. Jednym z narzędzi, które zawsze ma pod ręką, jest smartfon. Urządzenie to jest małe i poręczne, a przy tym technologicznym zaawansowaniem do złudzenia przypomina komputer. Można na niego ściągać ułatwiające pracę aplikacje i korzystać z nich w dowolnym miejscu o dowolnej porze. Które bezpłatne aplikacje warto mieć na swoim smartfonie?

Adobe Acrobat Reader

Jest to absolutne minimum, jakie człowiek biznesu powinien posiadać na telefonie. Pozwala mu onoprzeprowadzać podstawowe czynności, jakie wykonuje się w biurze, bez względu na miejsce, w którym przebywa. Dzięki niemu można otworzyć pliki PDF przesłane w wiadomości e-mail. Dodatkowo umożliwia zaznaczanie ważnych fragmentów tekstu, dodawanie podpisów czy zapisywanie plików. Adobe Acrobat Reader warto mieć na swoim telefonie.

Tripit

Osoby pracujące w biznesie często podróżują, czy to w zagraniczną delegację czy na rozmowę z klientem odbywającą się na drugim końcu kraju. Aplikacja Tripit umożliwia sprawne zaplanowanie biznesowej podróży, by w natłoku terminów żaden nam nie umknął. W końcu trzeba pamiętać o wszystkim – począwszy od rezerwacji lotu, na przebiegu pobytu skończywszy. Dzięki tej aplikacji chaos zamieni się w ład i porządek.

Pocket

Każdy, bez względu na branżę, powinien orientować się w aktualnościach polityczno-ekonomiczno-społecznych. Niektóre zdarzenia mogą mieć bezpośredni wpływ na daną dziedzinę, więc warto o nich wiedzieć zaraz po ich zajściu. W aplikacji Pocket znajdziesz artykuły, video i linki, które możesz zachować w bibliotece i wrócić do nich, gdy czas będzie Ci na to pozwalał. Żadne istotne z punktu widzenia Twojej pracy wydarzenie już nigdy Ci nie umknie.

Bloomberg Business

To jeden z największych serwisów, poświęcony w pełni biznesowi i finansom. Aplikacja jest przejrzysta i intuicyjna, dostarcza najświeższych informacji z 45 branż. Zaletą jest to, że dzięki inteligentnemu oprogramowaniu Bloomberg Business dobiera dla nas tylko ważne dla nas informacje, dzięki czemu możemy skupić się tylko na sprawdzaniu tych newsów, które mają znaczenie dla posiadanego przez nas kapitału.

Aby bezpiecznie korzystać z aplikacji w pracy i w podróży, warto pamiętać o ubezpieczeniu smartfona –cheap iPhone insurance, które ma za zadanie chronić inwestora m.in. przed skutkami nieautoryzowanego użycia telefonu.

Aneta Bińkiewicz nową prezes zarządu AWBUD SA

Z dniem 28 listopada 2018 r. stanowisko prezesa zarządu AWBUD SA objęła Aneta Bińkiewicz, obecnie pełniąca funkcję prezesa zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o., jednej z największych firm instalacyjnych w Polsce, należącej do grupy kapitałowej AWBUD.

Aneta Bińkiewicz jest związana z grupą AWBUD od 06 listopada 2014 r., najpierw jako członek zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o. i dyrektor techniczny, a od listopada 2017 r. jako prezes zarządu Spółki. Od 01 maja 2016 r. do 28 lutego 2017 r. pełniła także funkcję dyrektora ds. instalacji oraz zakupów centralnych w AWBUD SA., następnie od 01 marca 2017 r. do 31.12.2017 r. zajmowała stanowisko dyrektora ds. instalacji sanitarnych. Wcześniej, w latach 2009 – 2014 zdobywała doświadczenie zawodowe na stanowiskach menedżerskich w firmach Strabag Sp. z o.o., Windpol Sp. z o.o. oraz Bieltom Sp. z o.o. Jest absolwentką Wyższej Szkoły Ekologii i Zarządzania w Warszawie, Wydziału Ekologii na kierunku Ochrona środowiska.

– W ciągu ponad czterech lat pracy na stanowiskach kierowniczych, najpierw w spółce AWBUD, a następnie w zarządzie INSTAL LUBLIN pani Aneta Bińkiewicz doskonale poznała specyfikę całej grupy AWBUD. Już jako prezes zarządu INSTAL LUBLIN w krótkim czasie dokonała bardzo skutecznej reorganizacji tej Spółki i w zdecydowany sposób poprawiła jej wyniki finansowe. Dlatego też, jestem przekonany, że rozszerzona współpraca z panią Anetą Bińkiewicz będzie korzystna dla całej grupy kapitałowej, a jej efekty będą widoczne już niebawem, śladem INSTALU, także w Spółce matce. – mówi Wiesław Cholewa, przewodniczący rady nadzorczej AWBUD SA. – W imieniu całej rady nadzorczej życzę nowej Pani Prezes powodzenia w realizacji niemałych wyzwań oraz zapewniam o otwartości na współpracę oraz pełnym wsparciu całej Grupy Murapol w osiąganiu kolejnych celów biznesowych jakie stoją przed grupą AWBUD – dodaje Wiesław Cholewa.

– Doceniam i dziękuję za zaufanie jakim obdarzono moją osobę powierzając mi funkcję prezesa zarządu firmy z ponad 28 letnim doświadczeniem w branży. Dołożę wszelkich starań aby AWBUD, pomimo niełatwej sytuacji na rynku, osiągał wyniki na miarę swoich możliwości oraz otoczenia, w którym funkcjonuje. – mówi Aneta Bińkiewicz, prezes zarządu INSTAL LUBLIN Sp. z o.o. oraz prezes zarządu AWBUD SA.

Od 2017 r. Grupa AWBUD należy do holdingu Murapol. We wrześniu br. obydwa podmioty podpisały list intencyjny, na mocy którego AWBUD jako generalny wykonawca będzie zaangażowany w budowę ok. 25 proc. powierzchni użytkowej mieszkań powstającej rocznie w projektach inwestycyjnych Murapolu w latach 2019-2021. Z zacieśnionej współpracy z holdingiem grupa AWBUD będzie wypracowywać co najmniej 120 mln zł przychodów rocznie w ww. okresie.

Dane z satelitów coraz popularniejsze: rynek będzie wart niebawem już ponad 5 mld dolarów

Według badań nowojorskiej firmy P&S Research Market, w 2023 roku światowy rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym będzie warty już ponad 5,2 miliardów dolarów. To ogromna szansa dla firm i instytucji z wielu sektorów rynku. Także z Polski.

Satelity krążące nad Ziemią dostarczają ogromną ilość danych geoprzestrzennych i informacji w czasie rzeczywistym. Te dane mogą być wykorzystywane m in. w zarządzaniu zasobami naturalnymi, ochronie granic geograficznych, mapowaniu projektów budowalnych, w sektorze rolniczym czy monitorowaniu środowiska i zmian klimatycznych. Dane satelitarne są także bardzo cenne dla sektora wydobywczego, budowlanego czy usług ubezpieczeniowych.

Rynek rośnie dzięki regionom

Według raportu opublikowanego przez amerykański instytut badawczy P&S Market Research, globalny rynek usług opartych na obrazowaniu satelitarnym dynamicznie rośnie i już za 4 lata ma osiągnąć wartość ponad 5,2 mld dolarów. Analitycy zwracają uwagę, że w ubiegłym roku w największym stopniu wykorzystywano dane satelitarne w sektorze obronnym, w najbliższej przyszłości najszybciej rosnącym obszarem będzie jednak zarządzanie klęskami żywiołowymi. Stopa wzrostu w tym przypadku wyniesie 17% rdr. W tym roku zdjęcia satelitarne wykorzystywano m.in. do monitorowania pożarów w Grecji czy w Kalifornii, ale także zjawiska suszy w Polsce.

– Obrazowanie satelitarne ma tę przewagę nad zdjęciami lotniczymi, że pozwala na analizę parametrów, których nie widać gołym okiem, dzięki wykorzystaniu bliskiej podczerwieni czy ultrafioletu. Dane satelitarne umożliwiają np. ocenę stopnia nawilżenia gleby na danym obszarze, która dzięki odpowiednim analizom, również danych historycznych, pomaga w prognozowaniu plonów. To kluczowe dane z punktu widzenia przedsiębiorcy – plantatora, ale także istotne dla firmy ubezpieczeniowej, która podejmując się ubezpieczenia plonów takiego klienta, może sprawnie wyliczyć kwotę ubezpieczenia i szybko zlikwidować szkodę” – wyjaśnia Stanisław Dałek, wiceprezes i CTO firmy CloudFerro, która to jest operatorem platformy CREODIAS.

Według wspomnianego raportu, największym rynkiem technologii opartych na danych satelitarnych są Stany Zjednoczone, a najszybciej rozwijającym się – Indie. Z raportu wynika też, że na rozwój rynku w dużej mierze wpłynie zapotrzebowanie na geo-obrazowanie satelitarne w regionach. Dobrze widać to na przykładzie Europy.

Monitoring Ziemi dostępny dla każdego z UE

Komisja Europejska wraz z Europejską Agencji Kosmiczną uruchomiły jesienią 2017 roku w ramach projektu Copernicus, mającego na celu monitorowanie Ziemi, 4 platformy gromadzące i udostępniające dane satelitarne. Jedną z nich jest polska platforma CREODIAS, stworzona przez konsorcjum Creotech Instruments, CloudFerro, Eversis, Geomatys, Sinergise oraz Wrocławski Instytut Zastosowań Informacji Przestrzennej i Sztucznej Inteligencji. 

Dając powszechny dostęp do zdjęć satelitarnych, unijny program stworzył impuls do rozwoju branży kosmicznej i usług opartych o geo-obrazowanie satelitarne. W tej chwili gromadzimy już ponad 10 PB danych z satelitów Sentinel i Landsat. Dane te mają ogromny potencjał badawczy, nie tylko dla administracji państwowej, ale firm z różnych sektorów rynku, np. ubezpieczeń, naukowców oraz odbiorców indywidualnych. Stwarza to możliwości szerokiego ich wykorzystywania do najróżniejszego rodzaju analiz, granicą pozostaje tutaj jedynie wyobraźnia  – zwraca uwagę Stanisław Dałek.

Jeden obraz wart więcej niż tysiąc słów

Wykorzystanie zdjęć satelitarnych może służyć celom obronnym państw, monitoringowi i ochronie zasobów naturalnych i infrastruktury, ochronie środowiska czy zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi. Ze zdjęć korzysta już z powodzeniem np. przemysł wydobywczy w Stanach Zjednoczonych, gdzie kilka miesięcy temu, na podstawie analizy danych satelitarnych ustalono, że na terenie stanu Teksas dochodzi do osunięć znacznych połaci ziemi. Zmiany te były wynikiem intensywnego wydobycia ropy naftowej w tym regionie w XX wieku. To jeden z wielu przykładów dowodzących, że stały monitoring satelitarny obszarów ziemskich może mieć kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa ludzi i infrastruktury.

Technologie obrazowania satelitarnego wykorzystywać może także przemysł budowlany oraz instytucje zajmujące się badaniami infrastruktury. Zdjęcia z satelitów dostarczają informacje dotyczące większych obszarów terenu, a dodatkowa analiza danych w bliskiej podczerwieni, bliskim ultrafiolecie w połączeniu z danymi pochodzącymi z programów obrazujących naprężenia terenu, mogą pomóc prognozować ewentualne zagrożenia. Daje to możliwość oszacowania ryzyka związanego z obecną infrastrukturą czy planowaną inwestycją.

Zastosowanie analizy zdjęć satelitarnych pozwala na ocenę uszkodzeń powstałych w wyniku ruchów sejsmicznych, można ocenić m.in. uszkodzenia mostu, sprawdzić, czy nie osunęła się jego podbudowa. Podobnie w przypadku branży górniczej, przy dodatkowym zastosowaniu programu do pomiaru natężeń można określić, czy np. nie ma istotnych zmian w obiektach po wybuchu górniczym. Niektóre techniki przetwarzania danych pozwalają na wczesne wykrycie nawet subtelnego ruchu powierzchni lub stabilności konstrukcji i infrastruktury, takich jak tamy lub grunty w bliskim sąsiedztwie dróg i kolei – zwraca uwagę Stanisław Dałek.

Zdjęcia satelitarne pomogą rozwinąć się startupom?

Co istotne, według raportu P&S Research Market, firmy oferujące komercyjne produkty i usługi związane z obrazowaniem satelitarnym intensywnie inwestują we własne badania i rozwój w celu poprawy rozdzielczości obrazu i technologii wykrywania. To z pewnością wpłynie na możliwości ich szerszego wykorzystania w przyszłości.

Ważnym impulsem dla rozwoju rynku jest wsparcie państwa. – Na rozwój technologii satelitarnych stawiają dziś poszczególne kraje, mając na względzie nie tylko bezpieczeństwo wewnętrzne, ale również rozwój technologiczny w różnych sektorach gospodarki. Również w u nas, w Polsce, zauważamy pozytywne działania w tym kierunku, chociaż nadal publiczne środki są często ‘przejadanie’ przez państwowe instytucje zamiast wspierać rozwój nowych technologii przez organizowanie przetargów i zakupy konkretnych usług od firm prywatnych – mówi Stanisław Dałek. W styczniu 2017 roku Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii ogłosiło Polską Strategię Kosmiczną, która zakłada stworzenie nowego modelu polskiej gospodarki, opartej w większym stopniu na wiedzy, innowacji i postępie technologicznym niż na niskich kosztach produkcji. Otwartą kwestią pozostaje jednak to, w jaki konkretnie sposób instytucje rządowe będą udzielały wsparcia polskim firmom.

Ogromny potencjał analityczny, jaki oferują zdjęcia satelitarne, może wpłynąć na rozwój nowych firm związanych z branżą kosmiczną – podkreśla Stanisław Dałek.

Według raportu organizacji Startup Poland dotyczącego roku 2018, 83 proc. polskich startupów działa w modelu B2B, czyli sprzedaje swoje technologie i usługi innym firmom, a głównymi obszarami ich działalności są Big Data, analityka oraz IoT. Można się spodziewać, że część z nich może być potencjalnie zainteresowana wykorzystywaniem w swojej działalności także danych satelitarnych.

O platformie CREODIAS

CREODIAS jest częścią przedsięwzięcia Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA). Kontrakt na budowę i obsługę tej platformy ma wartość 15 mln euro i jest to to największa umowa w historii polskiej branży kosmicznej. Kontrakt udało się pozyskać jesienią 2017 roku przez konsorcjum na czele którego stoi firma Creotech Instruments S.A., a jednym z członków jest firma CloudFerro Sp. z o.o.

O programie Copernicus

Program Copernicus finansowany jest przez Komisję Europejską, zaś operatorem jest Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). W jego ramach satelita Sentinel-5P został wyniesiony na orbitę 13 października 2017 roku. Satelity Sentinel regularnie dostarczają różnorodnych danych, które są za darmo udostępniane dla podmiotów operujących w państwach członkowskich Unii Europejskiej. Dotychczas wyniesione zostały już satelity zbierające dane radarowe, wizualne, podczerwone czy służące też do monitoringu oceanów.

Carsharing i automatyzacja zrewolucjonizują przemysł motoryzacyjny

Z raportu przygotowanego przez PwC wynika, że w nadchodzących latach zwiększy się skala współdzielenia pojazdów – do 2030 r. na europejskim rynku udział takich aut wyniesie co najmniej 30%. Producenci samochodów, wykorzystując możliwości transformacji cyfrowej, w znacznej mierze zautomatyzują swoje procesy, co z jednej strony będzie oznaczać zmniejszenie liczby pracowników, z drugiej zaś rosnące zapotrzebowanie na osoby o kompetencjach związanych z nowymi technologiami – przede wszystkim inżynierów danych i inżynierów oprogramowania.

Raport „Transformacja produkcji pojazdów: jak współdzielenie pojazdów i automatyzacja zrewolucjonizują przemysł motoryzacyjny do 2030 r.” (Transforming vehicle production: How shared mobility and automation will revolutionize the auto industry by 2030) skupia się na analizie najważniejszych trendów zachodzących w sektorze motoryzacyjnym, których skutki będą odczuwalne zarówno dla producentów, jak i konsumentów.

Zdaniem autorów opracowania, w kolejnych latach produkcja samochodów podzieli się na rynek masowy, obejmujący samochody współdzielone („na żądanie”), najczęściej z podstawowym wyposażeniem i wynajmowane na pojedyncze przejazdy oraz rynek pojazdów dostosowanych do indywidualnych potrzeb konsumentów dla osób, które będą chciałby mieć samochód na własność. Ten kierunek zmian wymusi na producentach wyposażenia oryginalnego (original equipment manufacturers, OEM) szybki rozwój dwóch odrębnych typów fabryk. Pierwszy z nich będzie koncentrować się na znormalizowanych, połączonych z siecią pojazdach typu „plug and play”, drugi typ — „flex champion” — będzie produkować pojazdy bardziej zaawansowane, zgodne z konkretnym zamówieniem klienta, podobnie jak ma to dziś miejsce w segmencie luksusowych modeli prestiżowych marek.

Z raportu wynika, że do 2030 r. co najmniej 30% wszystkich samochodów w Europie będą stanowiły wystandaryzowane auta współdzielone o podstawowym wyposażeniu. Zgodnie z prognozą ekspertów PwC odsetek tego typu pojazdów może być jeszcze wyższy w Stanach Zjednoczonych i Azji.

W produkcji obu typów pojazdów wymagany będzie wysoki poziom automatyzacji. Szacunki wskazują, że do 2030 r. zatrudnienie w przemyśle motoryzacyjnym spadnie o ok. 50%, a od pracowników, którzy pozostaną w zakładach, będą wymagane nowe, bardzo specjalistyczne kwalifikacje. Producenci, którzy obecnie są po prostu montowniami pojazdów, będą musieli stać się także administratorami danych i dostawcami usług w zakresie mobilności. Dlatego też zapotrzebowanie na inżynierów danych i inżynierów oprogramowania może wzrosnąć nawet o 90%.

Nadchodzące lata dla przemysłu motoryzacyjnego będą czasem intensywnej transformacji, w której zdolność do adaptacji, wykwalifikowana kadra oraz zarządzanie danymi będą miały zasadnicze znaczenie. Właściwe inwestycje w te obszary pozwolą na znalezienie odpowiedzi na rosnącą presję na coraz bardziej efektywne – pod względem czasu i kosztów – procesy oraz zmieniające się zachowania i potrzeby konsumentów. – Piotr Michalczyk, partner w PwC

Zgodnie z prognozami autorów raportu, w przyszłości znacząco skróci się także czas pomiędzy etapem badawczo-rozwojowym a produkcją. Obecnie wynosi on od 3 do 5 lat, docelowo mogą być to zaledwie 2 lata.

Nie ulega wątpliwości, że megatrendy, takie jak cyfryzacja, urbanizacja, czy automatyzacja mają ogromny wpływ na zmiany zachodzące w branży motoryzacyjnej. Tempo tych zmian w poszczególnych regionach czy państwach jest jednak zróżnicowane. Poziom infrastruktury, jakość transportu publicznego, czy też popularyzacja car sharingu w krajach takich jak Japonia, Holandia czy Wielka Brytania, znacząco odbiegają od tego w Polsce. Dlatego też obserwowany w krajach wysoko rozwiniętych spadek popularności samochodów osobowych na własność u nas będzie miał zupełnie inną skalę i dynamikę, a co za tym idzie zmiany na rynku pracy w tym sektorze będą przebiegać również mniej radykalnie.- Michał Zwyrtek, dyrektor w PwC

Mentoring nie coaching

Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL
Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL

Mentoring, coaching – zdarza się, że pojęcia te używane są niemal zamiennie. To błąd, ponieważ od mentora wymaga się zupełnie innego przygotowania i przynajmniej częściowo odmiennych predyspozycji niż od coacha.

Coaching bywa ostatnio ostro krytykowany, co wynika z faktu, że udzielaniem tego rodzaju wsparcia zajmują się osoby o bardzo różnych, nie zawsze wystarczających kompetencjach. Tymczasem próg wejścia w mentoring jest ustawiony znacznie wyżej. Aby stać się mentorem dla innych, samemu trzeba mieć duże doświadczenie oraz dokonania, które uzasadniają pełnienie takiej roli.

Różnic jest zresztą znacznie więcej. Podczas pracy coachingowej klient sam powinien dotrzeć do odpowiedzi na nurtujące go pytania. Coach pomaga mu poprzez zadawanie trafnych pytań, ale nie powinien udzielać gotowych odpowiedzi. Takie wsparcie może być bardzo wartościowe, szczególnie gdy dotyczy wyborów o charakterze osobistym, ale zazwyczaj nie wystarcza w sprawach zawodowych.

Nauka poprzez działanie

Mentor także nie powinien bezwzględnie narzucać swoich rozwiązań, jednak relacja z nim ma zupełnie inny charakter. Mentor dzieli się swoją wiedzą, daje wskazówki, wspiera, ale wszystko to robi w oparciu o konkretne doświadczenie, ściśle związane z dziedziną, której dotyczy mentoring. Mentor to także wzór do naśladowania. To osoba, która poznając kulturę danej organizacji, pomaga swojemu mentee postępować w zgodzie z jej wartościami i zasadami.

– Mentoring to relacja, w której mentee uczy się przez działanie, przez doświadczenie. Zadania, z którymi pracownik spotyka się być może po raz pierwszy, mentorowi są już dobrze znane. Wspólnie realizują oni zadania lub cele, które są wyznaczone mentee – mówi Iwona Wencel, mentor, prezes w firmie doradczej WNCL.

W Polsce mentoring dopiero zdobywa popularność. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych ponad 70% firm z listy Fortune 500 korzysta z mentoringu. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że to właśnie sprawnie przeprowadzany transfer wiedzy wyjaśnia sukcesy wielu spośród tych przedsiębiorstw. W USA mentoring bywa także argumentem ułatwiającym pozyskanie najwybitniejszych specjalistów i menedżerów. Kandydat do pracy często decyduje się na ofertę tego pracodawcy, który zaproponuje mu lepszego, bardziej cenionego w danej branży mentora.

Wiedza, relacja i… networking

O ile coach może koncentrować się na indywidualnej relacji ze swoim klientem, o tyle mentor musi w swoich działaniach uwzględniać cały ekostystem, w którym funkcjonuje dany pracownik. Chodzi tu jednak nie tylko o wiedzę na temat tego, jak funkcjonuje przedsiębiorstwo, jaka jest jego struktura organizacyjna czy też jak przedstawiają się formalne i mniej formalne zależności pomiędzy poszczególnymi stanowiskami i osobami. Często zapomina się o tym, że mentor to także osoba, która jest dobrze umocowana w przedsiębiorstwie lub branży czy danej funkcji – ma kontakty i potrafi pomóc mentee w nawiązaniu odpowiednich relacji lub w uzyskaniu potrzebnej pomocy od innych pracowników. Mentor to często ceniony ekspert w swojej dziedzinie, przed którym większość drzwi pozostaje otwartych. A to znacznie więcej niż „tylko” rola dobrego nauczyciela.

Istotne jest również to, że relacja pomiędzy mentee i mentorem nie ma przeważnie charakteru podległości służbowej. Pracownik może więc korzystać z pomocy doświadczonej osoby, zgłaszać jej swoje wątpliwości i problemy, uczyć się od niej, ale bez lęku, że np. z powodu niewystarczającej wiedzy spotkają go konsekwencje służbowe. To z kolei sprzyja szczerości i otwartości. Z drugiej strony – sesje mentoringowe nie mają nic wspólnego z przyjacielskimi pogadankami „o wszystkim i o niczym”.

– Żeby mentoring miał sens, mentee powinien posiadać sprecyzowany cel zawodowy i dążyć do samorozwoju. Ważne, aby był osobą zaangażowaną, gotową do realizowania zadań wypracowanych na sesjach z mentorem – mówi Iwona Wencel. –  Między obiema stronami musi obowiązywać zasada całkowitej poufności, wzajemny szacunek i oczywiście otwartość w dzieleniu się informacjami. Spełnienie tych warunków niemalże gwarantuje sukces – podkreśla mentorka.

Sposób na lojalność i zaangażowanie

Dzięki mentoringowi pracownik może odnieść rozmaite korzyści. Te najbardziej oczywiste to inspiracja i motywacja do tego, by zastanowić się nad własnym rozwojem, wyznaczyć konkretne cele i ustalić sposoby ich osiągania. Mentor powinien zwracać uwagę na to, by zarówno cele, jak i metody ich realizacji były zgodne z wartościami i kulturą organizacyjną firmy.

Dzięki mentorowi pracownik wzmacnia swoje kompetencje, a co za tym idzie, rośnie jego pewność siebie i pozycja w organizacji. Większy zasób wiedzy i umiejętności przekłada się także na poprawę wydajności. Do mniej oczywistych korzyści należy natomiast wzmacnianie więzi pomiędzy pracownikiem a firmą.

Blisko 80% pracowników objętych programami mentoringowymi pozostaje w danej firmie na dłuższy czas i nie szuka dla siebie miejsca poza organizacją. Tymczasem tak rozumiana lojalność pracowników nie objętych mentoringiem szacowana jest na poziomie 35%. Osoby poddane mentoringowi silniej identyfikują się z marką pracodawcy, bardziej angażują się w rozwój własny i firmy, są też bardziej wytrwałe w dążeniu do wyznaczonych celów.

Kiedy mentoring ma największe uzasadnienie?

Choć mentor mógłby bardzo pomóc pracownikom na rozmaitych stanowiskach, to jednak da się wyróżnić takie sytuacje, w których jego wsparcie okazuje się szczególnie uzasadnione. Będzie tak na przykład wtedy, gdy na szefa działu zostaje awansowany menedżer mający doświadczenie jedynie w części obszarów, którymi ma się zajmować na nowym stanowisku. Wówczas doświadczony mentor może pomóc mu uzupełnić niezbędne deficyty, czyniąc z niego znacznie bardziej wszechstronnego menedżera.

Mentor wskazany będzie również wówczas, gdy osoba na stanowisku specjalistycznym ma już wystarczającą wiedzę, by stać się menedżerem, ale nie ma doświadczeń związanych z zarządzaniem ludźmi. Wówczas konieczne jest rozszerzenie jego perspektywy o kwestie personalne i związane z przywództwem.

– Z mentoringu korzysta się głównie wtedy, gdy kandydat jest gotowy w 60-70% do pełnienia nowej funkcji – czy to w wymiarze potencjału, czy też dotychczasowych doświadczeń – podkreśla mentorka z WNCL.

Kolejny przykład sytuacji, w której przedsiębiorstwo powinno zainteresować się wsparciem mentora, to konieczność przeprowadzenia trudnego, wielowymiarowego projektu o strategicznym znaczeniu (np. związanego z fuzją lub zmianami struktury organizacyjnej). Przy dużym stopniu skomplikowania jest bardzo ważne, aby menedżer odpowiedzialny za przeprowadzenie zmian mógł na bieżąco przedyskutować pojawiające się problemy i wyzwania z kompetentnym mentorem.

Zdarza się także, że zarząd chce podwyższyć poziom wiedzy i umiejętności menedżera, uzupełniając jego kompetencje operacyjne, kompetencjami o charakterze strategicznym. Wtedy także wskazany jest mentor z odpowiednim doświadczeniem.

Od awansu do kolejnych sukcesów

Bardzo często na mentorów wyznaczane są osoby pracujące wewnątrz danej organizacji. Plusem takiego rozwiązania jest fakt, że taki pracownik zazwyczaj doskonale zna przedsiębiorstwo i panujące w nim zasady. Ale minusy też są. Mentor wewnętrzny nie zawsze będzie miał odpowiednie predyspozycje do pełnienia takiej funkcji, może też zwyczajnie nie mieć czasu na mentoring, szczególnie gdy nowe obowiązki ma łączyć z dotychczasową pracą w niezmienionym wymiarze.

Dlatego w wielu sytuacjach lepszy może okazać się mentor zewnętrzny, rozliczany z tego, na ile przygotuje konkretnego pracownika do pełnienia określonej roli. Czasem może to być ekspert zatrudniany początkowo na zasadzie outsourcingu. Na przykład w przypadku zarządzania zasobami ludzkimi, mentoring może być powiązany z pracą dyrektora HR na godziny. Dyrektor zatrudniony na zasadzie interim managera może przejąć tymczasowo obszar HR, a jednocześnie prowadzić sesje mentoringowe z pracownikiem, który w przyszłości obejmie funkcję HR Business Partnera. Pozwoli to takiej osobie na miękki start w nowej roli.

– Moje doświadczenia dotyczą prowadzenia mentoringu w obszarze HR. Np. w jednym przypadku pozwolił on rozszerzyć zakres kompetencji HR-menedżera o zagadnienia z poziomu strategicznego. W dwóch innych, osoby o dużym potencjale i „haerowskiej” intuicji uczyły się fachu pod okiem doświadczonego mentora, wspólnie projektując i wdrażając potrzebne danej firmie procesy HR – mówi Iwona Wencel.

Można uznać, że wsparcie mentoringowe szczególnie duże znaczenie będzie miało w tych okresach, w których dane przedsiębiorstwo przechodzi przez proces poważnych zmian. Zazwyczaj wiążę się to także z awansami lub zatrudnianiem nowych osób na kluczowych stanowiskach. Dzięki pomocy doświadczonego mentora, zmiany mogą zostać przeprowadzone mniejszym kosztem, z mniejszą liczbą błędów, a odpowiedzialni za poszczególne procesy pracownicy będą mogli połączyć w jedno rozwój własny oraz rozwój przedsiębiorstwa, dla którego pracują.

Dzięki mentorowi nie pozostają osamotnieni, kiedy muszą zmierzyć się z największymi wyzwaniami w swojej karierze. W chwilach, w których najbardziej potrzebują rady i wsparcia, są niejako prowadzeni przez osobę, której ufają. Pomaga wtedy świadomość, że osoba ta przeszła już kiedyś drogę podobną do tej, która teraz staje się także ich udziałem.