ABB: Cyfrowe kopalnie to przyszłość górnictwa

W tym dziesięcioleciu będziemy świadkami nieustannego wzrostu wydatków, które mają dostosować branżę wydobywczą do energetycznej rewolucji i potrzeb przemysłu 4.0. W 2030 roku globalny sektor górniczy przeznaczy ponad 9 mld USD na cyfryzację, prognozuje ABI Research.

Pandemia odbiła się od przemysłu górniczego jak od ściany. Branża nie tylko nie odczuła skutków załamania gospodarczego, a wręcz się wzmocniła – donosi PwC w raporcie Mining 2021, w którym sklasyfikowano czterdzieści wyselekcjonowanych przez firmę badawczą najlepszych spółek górniczych na świecie. By wybrać „najlepsze” z nich, posłużono się zbiorem zróżnicowanych wskaźników, które miały wyłonić te, które należą do grona globalnych liderów.

Elita wyznacza kierunek

Eksperci brytyjskiej firmy doradczej uważają, że górnictwo jest jedną z niewielu branż, które wyszły z kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią COVID-19 w doskonałej sytuacji finansowej i operacyjnej. Gdy wzięto pod uwagę wyłącznie wyniki spółek górniczych z regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), okazało się, że w przełomowym 2020 roku ich łączny przychód wyniósł 132,6 mld USD. To o ponad 15 proc. więcej niż rok wcześniej (114,7 mld USD). W tym wyniku ma swój udział także Polska. W rankingu czterdziestu najlepszych firm górniczych na świecie znalazła się rodzima spółka KGHM Polska Miedź S.A., którą sklasyfikowano na trzydziestym miejscu.

Pojawia się pytanie, czy to nie jedynie łabędzi śpiew, a przed branżą już nie ma większej przyszłości? – W żadnym wypadku. Firmy górnicze nie negują procesu zmian, a dostosowują się do nich. Inwestują w cyfryzację, dzięki czemu ich działalność staje się bezpieczniejsza dla samych pracowników, efektywniejsza, a także dopasowana do rosnących wymagań w zakresie odpowiedzialnego rozwoju i ochrony środowiska. Dlatego oczekuje się, że sytuacja największych firm górniczych na świecie będzie jeszcze lepsza – mówi Paweł Powroźnik z ABB, dyrektor ds. kluczowych klientów.

Przykładów nie musimy szukać za granicą, bo również polskie górnictwo wchodzi w epokę cyfrową. Lubelski Węgiel „Bogdanka” jako pierwsza kopalnia na świecie opracowała, wdrożyła i uruchomiła zintegrowany system monitoringu i predykcji kompleksu ścianowego. Rozwiązanie wykorzystujące technologię chmury obliczeniowej pozwala m.in. przewidywać ryzyko awarii kluczowych urządzeń, ułatwia operatorom podejmowanie decyzji i zwiększa efektywność wydobycia – co ma szczególne znaczenie w dobie zmniejszonej podaży na rynku węgla. – To kolejny krok w kierunku stworzenia autonomicznej kopalni przyszłości – dodaje ekspert ABB, który od samego początku uczestniczy w inwestycji, realizowanej w „Bogdance” przy współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą.

Kopalnia cyfrowa

ABI Research, globalna firma doradcza zajmująca się rynkiem technologicznym, opracowała raport „Cyfrowa Transformacja i Przemysł Górniczy”, z którego wynika, że wydatki sektora wydobywczego na technologie cyfrowe będą rosły w tym dziesięcioleciu w średniorocznym tempie 5,2 proc. i osiągną pułap 9,3 mld USD w 2030 roku.

Firmy górnicze zaczynają doceniać korzyści, jakie mogą przynieść technologie cyfrowe. Precyzyjny monitoring stanu warunków geologicznych wpływa na poprawę bezpieczeństwa, zaś wgląd w stan urządzeń i analiza danych to sposób na zminimalizowanie liczby przestojów. Istnieją miejsca, gdzie z powodzeniem wykorzystuje się także flotę autonomicznych maszyn – tłumaczy Paweł Powroźnik.

Analitycy ABI Research wskazują, że kluczowe inwestycje przemysłu wydobywczego będą dotyczyć sieci 4G/5G,  mających stanowić wsparcie niezbędne do realizacji projektów zbierania danych do mapowania miejsc lub wykorzystania dronów do generowania obrazów całego terenu. Oprogramowanie do analizy danych pomoże górnikom np. uniknąć nieplanowanych przestojów, a także przewidywać, np. efekt wybuchów w przypadku kopalni odkrywkowych. Nic dziwnego, że według prognoz ekspertów, wydatki na analitykę danych w sektorze górniczym wzrosną średniorocznie o 8,9 proc. i w 2030 roku osiągną wartość 1,4 mld USD.

Jeszcze do niedawna kopalnia kojarzyła się głównie z wąskimi korytarzami, kilofem czy wagonikami. Patrząc jednak na rozmach, z jakim wdrażane są kolejne zaawansowane rozwiązania, wkrótce głównym atrybutem tego typu obiektów staną się technologie cyfrowe, a widok sztygara z tabletem w ręku nikogo nie będzie dziwić.

Bezczynność organów skarbowych w postępowaniach karnych skarbowych

W kwietniu 2008 r. spółka złożyła w urzędzie skarbowym korektę zeznania podatkowego CIT-8 za 2007 r., w której wykazała dochód w kwocie ponad 170 tys. zł i należny CIT w wysokości 32 tys. zł. Po ponad 11 latach, we wrześniu 2019 r., naczelnik urzędu celno-skarbowego wydał decyzję, w której stwierdził, że spółka zaniżyła w objętym zeznaniem okresie przychód i zawyżyła koszty. Określił jej zobowiązanie w podatku dochodowym na nowo. Dlaczego rewidował rozliczenia przedsiębiorcy po aż 11 latach? Bo przed upływem 5-letniego terminu przedawnienia wszczął przeciw niemu postępowanie karne skarbowe, co zawiesiło bieg tego terminu, mimo że przez 9 lat nie podjął żadnych czynności.

Organy podatkowe mają 5 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku, na dochodzenie jego zapłaty. Później zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Jednak, aby wydłużyć termin „ściągalności” podatków, urzędy skarbowe korzystają z furtki, jaką daje im regulacja art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej. Stanowi ona bowiem, że: „Bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu, z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania” (Dz. U. 1997 Nr 137, poz. 926, ze zm.).

Trwająca 11 lat kontrola rozliczeń podatkowych spółki

Jedna ze spółek z o.o. w kwietniu 2008 r. złożyła korektę deklaracji w podatku dochodowym od osób prawnych za 2007 r. Ponad 11 lat później, we wrześniu 2019 r., naczelnik urzędu celno-skarbowego uznał dokonane przez firmę rozliczenia za błędne i sam określił wysokość jej zobowiązania w CIT za 2007 r. Spółka wniosła odwołanie od jego decyzji, ale w grudniu 2020 r. dyrektor izby administracji skarbowej jako organ II instancji utrzymał ją w mocy, wskazując, że w listopadzie 2010 r. wszczęto śledztwo w sprawie o przestępstwo skarbowe w zakresie podania przez przedsiębiorcę nieprawdy w korekcie deklaracji o wysokości osiągniętego w 2007 r. dochodu, czym spółka naraziła Skarb Państwa na straty w CIT co najmniej na kwotę 65 000 zł. O wszczęciu śledztwa, a w związku z tym i o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania w podatku dochodowym, przedsiębiorcę poinformowano w listopadzie 2012 r., a więc dwa lata później.

Sprzedaż pojazdów używanych z 22% VAT

Konsekwencją przeprowadzonej w spółce kontroli było również określenie jej zobowiązania w VAT za 2007 r. Organ ustalił, że przedsiębiorca stosował w sposób nieuprawniony opodatkowanie VAT marża. Rozliczając transakcje sprzedaży pojazdów używanych, zobligowany był bowiem stosować podstawową stawkę VAT wynoszącą wówczas 22%. Z kolei tam, gdzie mógł procedurę VAT marża zastosować, nie zrobił tego.

Zarzuty spółki

Spółka, wnosząc skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego, zarzuciła, że organ nie zawiadomił jej o zakończeniu postępowania i możliwości zapoznania się z jego aktami. Nie wyznaczono jej również 7-dniowego terminu na skorygowanie zakwestionowanych rozliczeń. Owo postanowienie nigdy nie zostało jej doręczone. Przedsiębiorca podniósł też, że organ podatkowy nie przeprowadził wszystkich dowodów, przede wszystkim z zeznań świadków: prezesa spółki, pracowników, dostawców i odbiorców.

Sądy zobowiązane są badać, czy skarbówka nie wszczyna postępowań karnych skarbowych sztucznie

WSA w Gdańsku zaznaczył, że kontrolując zgodność decyzji podatkowej z prawem, w której organ powołał się na art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej, sąd administracyjny zobligowany jest do przeprowadzenia kontroli w zakresie prawidłowości zastosowania przez organ tej normy, co wymaga uzasadnienia jej zastosowania. Jeśli zachodzi podejrzenie o instrumentalne wykorzystanie tego przepisu, organ w swojej decyzji zobowiązany jest przedstawić dowody i chronologię podejmowanych czynności karno-procesowych, które obaliłyby to domniemanie. Gdański sąd stwierdził, że w przedmiotowej sprawie takich wymogów organ nie spełnił. Uchylając decyzję obu organów I i II instancji, w sposób wyrazisty potępił działania organów podjęte w tej sprawie wobec przedsiębiorcy:

„… z postanowienia Dyrektora UKS z dnia 17 sierpnia 2011 r. wynika, że śledztwo w sprawie o czyny z art. 56 § 1 i 2 k.k.s., polegające m.in. na narażeniu na uszczuplenie podatku dochodowego od osób prawnych za lata 2007-2009, zostało zawieszone. Z kolei z pisma […] Urzędu Celno-Skarbowego […] z dnia 3 lutego 2020 r. wynika, że śledztwo to nie zostało jeszcze podjęte (nadal jest zawieszone). Taka sytuacja wskazuje na instrumentalne powołanie się na art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej, gdyż organ przez 9 lat nie podjął żadnej czynności w postępowaniu karnym skarbowym” (wyrok WSA w Gdańsku z 22 sierpnia 2021 r., sygn. akt I SA/Gd 205/21).

9 lat postępowania karnego skarbowego bez podejmowania jakichkolwiek czynności

To kolejny wyrok potępiający podejmowane przez skarbówkę działania wymierzone w przedsiębiorców w postaci sztucznego wszczynania postępowań karnych skarbowych jedynie w celu dania sobie czasu na prowadzenie swoich postępowań i kontroli. Co ważne, jak zawarł w swoim wyroku gdański sąd, jeśli organy powołują się na instytucję zawieszenia biegu terminu przedawnienia z uwagi na wszczęcie przeciw przedsiębiorcom postępowań karnych, sądy zobowiązane są zbadać, czy takie działania organów nie stanowią nadużycia prawa, tak jak miało to miejsce w omawianej sprawie. Nadużycia, na które przedsiębiorcy nie muszą się godzić.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Pracownicy nie lubią zmian, te ich frustrują

Pracownicy nie lubią zmian. Przynajmniej jeżeli chodzi o IT. Wdrożenie nowego systemu, to źródło ich frustracji. Jak wynika z badania Gartnera, zdecydowana większość pracowników (60%) na takie zmiany, jak wdrożenie nowego oprogramowania, kręci nosem. Ponad połowa pytanych najchętniej wróciłaby do swojej strefy komfortu, czyli tego, co sprawdzone i znane.

Na przestrzeni ostatnich 2 lat przynajmniej 60% pracowników było w mniejszym lub większym stopniu sfrustrowane, donoszą eksperci Gertnera. Czym? Nowym oprogramowaniem w pracy. Aż 56% było tak zniechęconych do nowego systemu, że woleliby wrócić do rozwiązania niższego rzędu, które może i jest stare, ale na pewno sprawdzone. – To badanie pokazuje, jak ważne jest umiejętne wprowadzenie zmian. Cyfrowa transformacja ma rozwiązywać problemy, a nie ich dostarczać – mówi Anna Kornaś, Menadżer ds. Kluczowych Klientów z BPSC i dodaje, że warto angażować załogę w zmianę. – Jak uniknąć uprzedzeń względem zmian? Włączając pracowników do procesu, nie tylko na etapie wdrożenia, ale znacznie wcześniej, najlepiej na etapie wyboru oprogramowania. Technologia jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Manager będzie miał inne potrzeby i oczekiwania niż pracownik szeregowy. Nie można myśleć jednowymiarowo. Kierownictwo musi wyjść ze swojej bańki – kończy ekspert ze śląskiej spółki IT.

Pierwsze wrażenie ma znaczenie

Mawia się, że dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Nie inaczej jest w przypadku zetknięcia się z nowym oprogramowaniem. Jak wynika z globalnej ankiety, aż 81% pytanych uważa, że to jakość pierwszych doświadczeń determinuje stosunek do oprogramowania i zaangażowanie w wykorzystanie możliwości systemu. 40% badanych po negatywnym doświadczeniu z nowym systemem zaczęła wykorzystywać jego funkcjonalności w minimalnym stopniu albo wręcz unikać lub opóźniać korzystanie z oprogramowania. Natomiast po pozytywnym doświadczeniu z aplikacją, 41% poświęciło więcej czasu na zagłębienie się w jej rozwiązania. Ta grupa użytkowników nie ignorowała zaawansowanych funkcji, a wręcz poświęcała dodatkowy czas na rozwinięcie swoich kompetencji. – Wartość, jaką organizacja otrzymuje z oprogramowania, jest uzależniona od poziomu wykorzystania poszczególnych aplikacji. To załoga, a właściwie jej zaawansowanie technologiczne decyduje o tym, czy wdrożenie się opłaciło i w jak wielkim stopniu – mówi Anna Kornaś z BPSC.

Oswoić system

Niezadowoleni (42%) chętniej dzielą się negatywnymi wrażeniami z innymi pracownikami, niż pracownicy, którzy mają pozytywny stosunek (38%) do nowo wdrożonego systemu IT. Adresatami uwag pierwszej grupy są również działy IT (42%), ale też kadra c-level (25%). Co dziesiąty poświęca prywatny czas i pisze negatywną opinię w mediach społecznościowych.

Kiedy zapytano nieprzekonanych do zmiany pracowników o to, co firma może zrobić, by zachęcić ich do używania nowego oprogramowania to ponad połowa (51%) odpowiedziała, że ma ono być po prostu… prostsze. Dodawanie kolejnych funkcji, jakich brakuje im w nowej wersji software, przekonałoby raptem dla co trzeciego z respondentów.

Ekspert z BPSC uważa, że pracownicy jasno wskazują, że w firmach kuleją szkolenia. – To naturalne, że pracownicy potrzebują czasu, żeby oswoić się z nowym systemem. Szkolenia i warsztaty wewnętrzne są prostym i najskuteczniejszym rozwiązaniem. Przy okazji można przeprowadzić wewnętrzną ankietę. Informacje od pracowników bywają bardzo cenne i pomagają usprawniać wiele obszarów i procesów. Swobodna komunikacja to cecha rozwiniętych i świadomych organizacji – mówi Anna Kornaś i dodaje: – Bywa, że firmy wydają krocie na badania i raporty, które mogą zrobić własnymi siłami. Wystarczy tylko zachęcić pracowników do wyrażania opinii w myśl zasady: chcesz się czegoś nauczyć, to nie pytaj, co robisz dobrze, a gdzie są błędy – kończy manager z katowickiej spółki IT.

Raport EY: Liderzy rynku to liderzy technologiczni

Jedynie 3% liderów rynkowych nie jest jednocześnie liderem technologicznym w swoim sektorze gospodarki. Raport EY Technologiczna transformacja marketingu pokazuje, że firmy w komunikacji z konsumentami najchętniej korzystają z narzędzi marketing automation. Przyszłość należy jednak do technologii opartych o sztuczną inteligencję lub umożliwiających zaawansowaną personalizację.

Raport Technologiczna transformacja marketingu przygotowany przez ekspertów EY skupia się na podejściu oraz działaniach firm – zarówno liderów swoich sektorów jak i podmiotów do tej pozycji aspirujących – we wdrażaniu cyfrowych narzędzi marketingowych. Przedstawiona analiza wskazuje, że ważna jest nie tylko skala inwestycji, ale również umiejętność ich wdrażania w ramach organizacji.

– Rynkowi liderzy inwestują znacznie więcej w nowoczesne technologie niż podmioty aspirujące do tej pozycji. Taki wynik nie jest zaskoczeniem. Firmy muszą mierzyć się z niezwykle dynamicznym wzrostem liczby kanałów dotarcia do konsumentów, jak również zmianami w ich preferencjach. W rezultacie, rynkowy sukces budują nie tylko fundusze wydane na innowacje, ale również umiejętność efektywnego korzystania z posiadanych technologii – mówi Michał Kopyt, Partner i Lider EY Technology Consulting.

W wyścigu z konkurencją

Największe wyzwania firm działających na polskim rynku wiążą się z tradycyjnymi formami rozwoju. Wśród Liderów widać rosnącą świadomość na temat konieczności podejmowania prób z wykorzystaniem zaawansowanych kanałów cyfrowych. Aspirujący w dalszym ciągu skupiają się na zwiększeniu efektywności oraz dywersyfikacji kanałów sprzedaży. W naturalny sposób może to rodzić pytanie czy w średnim i długim okresie takie podejście nie przyczyni się do zwiększenia dystansu pomiędzy firmami zajmującymi pierwsze miejsca w swoich branżach, a tymi które pragną je dogonić.

Rys. 1. Największe wyzwania w zakresie realizacji strategii biznesowej

Największe wyzwania w zakresie realizacji strategii biznesowej

W konsekwencji, to właśnie cyfrowy marketing będzie stwarzał największe możliwości w budowaniu przewagi konkurencyjnej wynikającej z dotarcia do konsumentów. Okres pandemii w naturalny sposób przeniósł ich do świata cyfrowego. Postawienie na odpowiednie narzędzia pozwala firmom na jeszcze efektywniejsze poznanie potrzeb klientów.

Ankietowane przedsiębiorstwa najczęściej korzystały z marketing automation. Oznacza to, że przewarzająca większość organizacji posiadła umiejętność wykorzystywania podstawowych narzędzi. Jednak, jak pokazują wyniki badania, wiele firm pozostaje na tym etapie. Jedynie co trzecia organizacja wykorzystuje całkowity potencjał mikrosegmentacji klientów oraz personalizacji doświadczeń, a co czwarta – podejście omnichannel i integracji danych z wielu źródeł.

Rys. 2. W jakim stopniu poniższe stwierdzenia odpowiednio określają działalność Państwa firmy?

W jakim stopniu poniższe stwierdzenia odpowiednio określają działalność Państwa firmy

Po pierwsze – personalizacja

Personalizacja łączy moc danych i technologii w celu budowania głębokich relacji z klientami. Zdecydowana większość (70%) organizacji wykorzystuje w tym celu dane historyczne oparte o pliki cookies. Równocześnie, 35% firm pozyskuje dane z innych kanałów. Zaledwie 10% przy tworzeniu indywidualnych rekomendacji opiera się na sztucznej inteligencji.

Najpopularniejszymi kanałami wykorzystywanymi do personalizacji doświadczeń są e-mail (94%), strona www (84%) oraz portal kliencki (67%). Co ciekawe, w dobie rozwoju aplikacji mobilnych jedynie 39% badanych organizacji korzysta z tego środka dotarcia do konsumentów.

Rys. 3. W jakich kanałach personalizują Państwo doświadczenia klienta?
W jakich kanałach personalizują Państwo doświadczenia klienta

E-mail, wiadomości SMS i Push pozostają najczęściej wykorzystywanymi działaniami. Wskazało na nie aż 85% badanych firm. Kolejne pozycje na liście – „inni kupili również” lub „personalizowane rekomendacje” – uzyskały ponad dwukrotnie gorszy wynik. Równocześnie, w pandemii wzrosło znaczenie takich działań jak marketing kontentowy oraz wykorzystujący źródła audio i video. Niemniej, w dalszym ciągu korzysta z nich odpowiednio 20% i 13% badanych.

– Spersonalizowany marketing daje klientom poczucie tożsamości. Przestają być oni elementem bezosobowej masy, a stają się jednostkami o wyjątkowych pragnieniach i potrzebach. Konsumenci ignorują masowy marketing, ponieważ są nim bombardowani ze wszystkich stron. Indywidualny, dopasowany do kontekstu przekaz, znacznie częściej przyciąga ich uwagę oraz dodaje wiarygodności komunikacji– komentuje Marcin Bartoszewski, Dyrektor i Experience Platforms Leader w EY Polska

Co przyniesie przyszłość

Pandemia przyniosła całkowitą zmianę zachowań konsumentów i wzrost znaczenia kanałów e-commerce. To właśnie miniony rok był czasem, w którym firmy znacząco przyspieszyły inwestycje w technologie cyfrowe. W efekcie, jak pokazuje raport EY, w kolejnych 18 miesiącach aż 2/3 przedsiębiorstw nie deklaruje planu implementacji kolejnych rozwiązań.

Warto w tym kontekście zwrócić uwagę, że pomimo iż 91% firm posiada narzędzia do marketing automation, to aż 40% ankietowanych przedsiębiorstw planujących inwestycje chce dokonać zmian właśnie w tym obszarze. Wskazuje to wyraźnie, że organizacje planują dalszy rozwój w obszarze cyfrowego marketingu w oparciu o sprawdzone rozwiązania.

– Raport EY potwierdza, że rynkowi liderzy inwestują znacznie więcej w nowe technologie oraz innowacje. Zdecydowanie częściej korzystają z systemów CRM, platform CDP oraz narzędzi do analityki i predykcji. Chętniej wykorzystują także rozwiązania bazujące na wykorzystaniu chmury. Ich działania są również w większym stopniu oparte na permanentnym testowaniu nowych narzędzi i rozwiązań, eksperymentowaniu, wyciąganiu trafnych wniosków oraz personalizacji. Cechują się oni zdecydowanie większą otwartością i doceniają wagę nauki oraz umiejętność obserwacji, a także zaawansowaną analitykę danych. Równocześnie uczestnicy badania wskazali na marketing automation jako kluczową technologię przyszłości oraz deklarują dalsze inwestycje w najnowsze rozwiązania – podsumowuje Michał Kopyt.

Rekomendacje EY

W oparciu o rozmowy z liderami rynku i własne doświadczenie, eksperci EY przygotowali rekomendacje dla ośmiu kluczowych obszarów, które organizacje powinny wziąć pod uwagę planując swoje działania w obszarze cyfrowej interakcji z klientami:

  1. Ewoluująca rola marketingu: rozwój technologii sprawił, że działy marketingu odgrywają coraz bardziej istotną rolę w kontekście rozwoju organizacji. Marketing generuje znaczącą część przychodów i na bieżąco weryfikuje skuteczność działania firmy. CMO coraz powszechniej stają się kluczowymi partnerami CEO, a ich wspólnym obszarem działania, zapewniającym wzrost biznesu, są głównie dane i analityka. CEO powinni wspierać CMO w realizacji ich misji poprzez podejmowanie decyzji oraz realizowanie inicjatyw ułatwiających dostęp do danych, co jest niezbędnym warunkiem skutecznego zaspokajania potrzeb klientów. Działy marketingu, w celu efektywnego działania, powinny dysponować szybkim oraz szerokim dostępem do informacji, ujednoliconymi źródłami danych, elastycznym modelem ich dostarczania, zapewniającym skalowalność wykorzystania. Istotne znaczenie ma również wsparcie funkcji marketingu danymi pochodzącymi od partnerów (second-party data) oraz stron trzecich (third-party data), które wzmacniają zdolności predykcyjne oraz analitykę korelacji.
  2. Kultura i organizacja pracy: organizacje powinny inwestować w rozwój posiadanych zespołów oraz talenty. Najważniejsi są ludzie, ponieważ to oni są odpowiedzialni za tworzenie strategii, wybór i rozwój technologii oraz wyciąganie wniosków na bazie poczynionych obserwacji. Kluczowym aspektem jest otwartość kultury organizacyjnej oraz docenianie wagi eksperymentowania oraz uczenia się na błędach. Działy marketingu powinny w trybie ciągłym wymieniać się pozyskaną wiedzą oraz spostrzeżeniami na temat tego, co działa, co nie działa, co warto poprawić. Dynamika zmian na rynku jest tak duża, że konieczne jest obserwowanie pojawiających się nowości technologicznych, trendów, ruchów konkurencji, a także preferencji oraz zachowań konsumentów. Liczy się umiejętność szybkiej selekcji istotnych informacji, wyciągania wniosków, zaimplementowania zmiany, a następnie testy, analityka i podsumowanie rezultatów. Jest to proces permanentny. Współczesne działy marketingu powinny więc pracować zwinnie, przy czym należy mieć na uwadze, że odejście od tradycyjnych kampanii na rzecz spersonalizowanego, indywidualnego podejścia do klienta wymaga fundamentalnej zmiany sposobu funkcjonowania zespołów odpowiedzialnych za marketing. Nowe wyzwania wymagają szybkich interakcji, krótkich ścieżek decyzyjnych, większej ilości treści oraz bliskiej współpracy w ramach multidyscyplinarnych zespołów. Jednocześnie działy marketingu powinny wytyczać ramowe cele strategiczne, które wyznaczać będą kierunek przyszłego rozwoju – przy czym należy zachować elastyczność w definiowaniu środków do ich osiągnięcia oraz stale monitorować ich zasadność, ponieważ optymalny zestaw narzędzi może się zmieniać w czasie wskutek konieczności dostosowania się do nowych wymagań rynku.
  3. Technologia i narzędzia: badanie wykazało, że technologia jest istotnym czynnikiem budowania przewagi konkurencyjnej. Niemniej jednak, w świetle dynamiki zmian rynkowych, szybko staje się ona przestarzała. Negatywny wpływ na adaptację nowych rozwiązań czy innowacji, możliwości rozbudowy ekosystemu partnerstw lub elastyczność procesów wytwórczych ma także zawiłość architektury współczesnych, złożonych organizacji. Dlatego konieczne jest dokonywanie cyklicznych przeglądów i udzielanie odpowiedzi na pytanie – czy dalsze inwestycje w rozwój są racjonalne i opłacalne, czy nadszedł czas na zmianę. Wsparcie w przeprowadzeniu całościowego przeglądu architektury IT w połączeniu z usługami doradczymi umożliwiają szybkie i sprawne reagowanie na stale rosnące potrzeby klientów oraz otoczenia biznesowego. Trzeba również mieć na uwadze, że decyzje o wdrożeniu nowych platform i narzędzi muszą uwzględniać aspekt zwrotu z inwestycji (ROI). Jeśli „najnowsza i najlepsza” technologia nie zapewnia wartości dla CMO, prawdopodobnie spowoduje to zmarnowanie wydatków.
  4. Time to market: nie bez powodu mówi się, że dane są najcenniejszym zasobem, jakim dysponują organizacje, a ich ilość rośnie w tempie niemal wykładniczym. Wyzwaniem pozostaje ich identyfikacja, składowanie, walidacja oraz umiejętność inteligentnego przetwarzania w czasie rzeczywistym, a wszystko to przy uwzględnieniu aspektu konieczności zachowania zasad bezpieczeństwa. Najnowsze technologie, takie jak data lakes, czy sztuczna inteligencja pomagają uzyskać pełniejszy wgląd w te rezerwuary informacji, niezależnie od tego, gdzie się znajdują w organizacji. Dawno minęły czasy, kiedy dane trzeba było przenosić i gromadzić cyklicznie w jednym miejscu z wielu baz i hurtowni danych. Nowoczesne narzędzia skutecznie wspierają działy marketingu, oferując elastyczne rozwiązania, które umożliwiają błyskawiczną dystrybucję danych, będących podstawą budowania wiedzy o klientach oraz adresowania ich potrzeb, a także źródłem zaawansowanych analiz – w czasie rzeczywistym. W cyfrowym marketingu liczy się czas. Organizacje powinny dążyć – po pierwsze, do precyzyjnego, natychmiastowego adresowania kampanii (w odpowiednim miejscu i czasie), po drugie – skracania czasu ich implementacji. Badanie wykazało, że umiejętność zrozumienia klienta jest niezwykle istotnym elementem budowania przewagi konkurencyjnej. Jednak ważnym aspektem w kontekście optymalizacji time to market jest także monitoring wewnętrznych procesów w celu dążenia do doskonałości operacyjnej. Tymczasem co czwarty respondent wskazał, że nie posiada wiedzy na temat efektywności poszczególnych etapów pracy nad kampanią, co wskazuje na silosowe struktury reprezentowanych firm. Warto przyjrzeć się bliżej, jak te obszary funkcjonują w ramach organizacji i czy nie nadszedł czas na zmiany.
  5. Hiperpersonalizacja: spersonalizowane rekomendacje Next Best Action sprawiają, że klienci czują się ważni, wyróżnieni oraz mają dostęp do wyjątkowych korzyści. Badanie wykazało, że zastosowanie personalizacji przynosi organizacjom wymierne rezultaty. Personalizacja daje więc możliwość budowania wzajemnie korzystnych relacji. Należy przy tym pamiętać, że sukces zależy od umiejętności odpowiedniego budowania przekazu. Istnieje cienka granica między dostarczaniem spersonalizowanych rekomendacji a naruszaniem prywatności klienta. Liderzy muszą myśleć strategicznie o swoich rekomendacjach, aby zmaksymalizować doświadczenie oraz jednocześnie budować zaufanie – personalizacja w połączeniu z poczuciem bezpieczeństwa klientów to duża szansa rynkowa i przyszłość, która właśnie nadchodzi.
  6. Egzystencja w świecie cookieless: stopniowe wycofywanie plików cookie stron trzecich w większości przeglądarek internetowych w 2022 r. znacząco wpłynie na relacje z klientami i marketing oparty na danych. Własne pliki cookie nadal będą miały bardzo dużą wartość w budowaniu zaangażowania klientów w kanały cyfrowe, ale firmy będą musiały położyć większy nacisk na skalowalność danych – swoich oraz zewnętrznych. Dane własne z powodzeniem mogą stać się kluczowym źródłem realizacji celów zwrotu z inwestycji, ale niewiele firm zbudowało procesy umożliwiające międzyfunkcjonalną integrację tych informacji. Obecnie kluczowe więc staje się przygotowanie odpowiednich strategii bazujących na własnych danych („1st party data” oraz CRM), budowie odpowiednich partnerstw („2nd party data”).
  7. Omnichannel: Z badań przeprowadzonych przez EY wynika, że prawie 60% Polaków to konsumenci omnichannel. Jednocześnie niniejsze badanie pokazuje, że tylko 27% organizacji posiada w pełni zaimplementowaną strategię w tym obszarze. W czasach multimedialnej konwergencji organizacje powinny budować biznes, który zapewni klientom bezproblemowe zakupy czy obsługę na żądanie we wszystkich kanałach kontaktu klienta z marką. Przejście na omnichannel pozwala bowiem odpowiedzieć na to, czego konsumenci intuicyjnie oczekują, czyli dostarczyć im spójne doświadczenia, bez względu na rodzaj kanału interakcji.
  8. Wdrożenie efektywnej strategii omnikanałowej jest dużym wyzwaniem dla organizacji ze względu na jej wielowymiarowy charakter. Łączy ona bowiem dojrzałe zarządzanie danymi, zaawansowanie technologiczne oraz elementy ładu organizacyjnego, które powinny zapewniać współpracę, a nie konkurencje pomiędzy poszczególnymi kanałami.
    Fundamentem i pierwszym krokiem do wypracowania omnikanałowego środowiska jest zapanowanie nad danymi, budowa profilu klienta 360 oraz wdrożenie architektury danych umożliwiającej reakcję na zdarzenia biznesowe. Na tej bazie można budować efektywną komunikacje omnikanałową.
  9. W obliczu szybko zmieniającego się ekosystemu cyfrowego, organizacje muszą tak dobierać technologię i narzędzia do zarządzania interakcjami, aby potencjalne wdrożenie nowego kanału nie wiązało się ze zbyt wysokim kosztem. Należy tutaj wziąć pod uwagę otwartość technologii na integracje oraz dostępność kompetencji wewnątrz organizacji lub na rynku. Warto podkreślić, że dla dużych organizacji korzystających z wielu kanałów własnych i zewnętrznych, kluczowe będzie wdrożenie centralnego „mózgu decyzyjnego”, który będzie odpowiadał za podjęcie decyzji, jaki komunikat powinien zostać dostarczony klientowi w danym momencie.
  10. Customer experience: customer experience jest bardzo szerokim pojęciem, obejmującym całokształt wrażeń, jakie posiada klient w interakcji z marką, nie tylko w kanałach online ,ale także offline. Ważny w tym kontekście jest każdy aspekt cyklu życia klienta – od procesu akwizycji, obsługi płatności, sposobu realizacji usługi, korzystania z produktu, procesu dostawy, rozpatrywania reklamacji oraz zwrotów czy zachęt do ponownego wejścia w proces zakupowy. Należy pamiętać, że nie tylko duże zmiany oraz przełomowe funkcjonalności są w stanie wpłynąć na percepcję marki w oczach klienta. Na poprawę NPS może mieć wpływ również szereg drobniejszych zmian, na przykład dokładniejsze opisy produktów i usług, wyjaśnienie procesu zakupowego, czy możliwości zwrotu, dające konsumentom poczucie bezpieczeństwa. Badanie wykazało, że znacząca część polskich organizacji nie dostarcza klientom nowoczesnych kanałów komunikacji. Respondenci nie postrzegają ich jako przynoszących korzyść dla biznesu, chociaż na rynku istnieje wiele interesujących przypadków wykorzystania np. komunikatorów do usprawniania procesów składania zamówień. Należy pamiętać, że łatwość wejścia w kontakt z przedstawicielem firmy jest istotnym elementem budowania pozytywnych doświadczeń klientów, a tym samym budowania lojalności oraz zwiększania ich wartości w czasie.

Kurs euro znów poniżej 4,60 zł. Kolejne rekordy kryptowalut

Rynki powoli się stabilizują po ostatnich podwyżkach stóp procentowych. Coraz więcej inwestorów zauważa dobre perspektywy rodzimej waluty pomimo rosnących ryzyk.

Złoty znów się umacnia

Pomimo podwyżek stóp procentowych złotówka w dalszym ciągu oscyluje w okolicach 4,60 zł. Powodem tego, że nasza waluta nie umacnia się tak, jak mogłoby wynikać z podwyżki o 0,75%, jest wzrost pewnych ryzyk. To właśnie kwestie niestabilności politycznej na linii Unia – Polska i problemy z pandemią powodują wzrost awersji do ryzyka. W rezultacie mamy dwie silne grupy bodźców. Jedne umacniają złotówkę, a drugie osłabiają. W tym tygodniu silniejsza okazuje się tendencja wynikająca ze wzrostu stóp procentowych. Wynikiem tego jest umacnianie się złotego względem głównych walut.

Co zrobi bank Rumunii?

Dzisiaj posiedzenie Banku Rumunii. Jest to jedyny w naszym regionie bank centralny, który na razie bardziej ospale reaguje na rosnącą inflację niż NBP. Z drugiej strony, pomimo iż dotychczas podniósł stopę procentową o zaledwie 0,25%, należy pamiętać, że zaczynali od poziomu 1,25%. W rezultacie już teraz są na tym samym poziomie co Polska po wzroście o 1,4%. Jutro poznamy wskaźnik inflacji, ale już teraz oczekiwania mówią o 7,3%. Nawet gdyby ta prognoza (w przeciwieństwie do innych państw regionu) nie została przekroczona, można spodziewać się, że stopy procentowe będą musiały wzrosnąć o więcej niż oczekiwane 0,5%, by sytuacja była pod kontrolą.

Kolejne rekordy kryptowalut

Rynek kryptowalut niesamowicie zyskuje na obecnej inflacji. Pytanie, jak długo trwać będą wzrosty, po raz kolejny wraca i po raz kolejny brak jasnej odpowiedzi. Widać tylko kolejnych inwestorów, którzy skoro nie załapali się na poprzednią falę wzrostów, teraz próbują nadrobić. W rezultacie napływ kapitału na rynki jest niemal ciągły, co powoduje, że ceny rosną. Jeżeli jednak stopy procentowe będą rosnąć, w końcu może się okazać, że na rynku równowaga się odwróci i przybędzie sprzedających. Aż strach pomyśleć, jak nisko potencjalnie może doprowadzić nas taka korekta.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
11:00 – Niemcy – indeks instytut ZEW.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Rekordy S&P500 napędzane przez dobre wyniki spółek za trzeci kwartał

Indeks S&P500 ósmy dzień z rzędu zakończył dzień z rekordowym kursem zamknięcia. To najdłuższa taka seria od 1997 roku. Tym, co napędza indeks są bardzo dobre wyniki firm za trzeci kwartał.

W poniedziałek S&P500 zakończył notowania na poziomie 4701,70 punktu. Jest to już ósmy kolejny dzień notowań, w którym indeks zamyka się z rekordem. Takiej serii nie obserwowaliśmy na amerykańskim rynku od czerwca 1997 roku. Na takie wzrosty wpływ miały ogłaszane w ostatnich tygodniach dobre wyniki amerykańskich spółek za trzeci kwartał.

Sezon publikacji wyników rozpoczął się 12 października i zbliża się ku końcowi. Obecnie swoje wyniki przedstawiło już 445 spośród 500 spółek z indeksu S&P500. W tym tygodniu wyniki przedstawi kolejnych 13. Dotychczas wyniki powyżej oczekiwań analityków przestawiło 80,7 proc. firm. W poprzednim kwartale oczekiwania przewyższyło aż 86,2 proc. firm i tego rekordu nie uda się pobić. Jednak wieloletnia średnia z ostatnich 30 lat to 66 proc. i obecny kwartał pod tym względem jest jednym z najlepszych w historii. Tak dobrym wynikom wobec oczekiwań pomagają konserwatywne prognozy analityków, jakie obserwujemy od kilku kwartałów.

Warto pamiętać, że odnosimy się do wcześniejszych prognoz dlatego, że zwykle są one już zawarte w wycenie akcji danej firmy. Zatem tylko zmiany wobec oczekiwań i prognoz mogą mieć wpływ na cenę akcji danej spółki. Na przykład, jeśli spółka ogłasza rekordowo dobre wyniki, lecz były one w pełni przewidywalne i są zgodne z prognozami, wtedy kurs akcji nie powinien znacząco wzrosnąć, poniewaz dobre wyniki zostały już wcześniej zawarte w wycenie.

Same wyniki także są bardzo dobre, bo zaraportowane dotychczas zyski firm z S&P500, wzrosły o 41,5 proc. r/r. Gdyby wyłączyć z tych wyników firmy z sektora energetycznego, których wyniki wzrosły najbardziej, to ogólny wzrost wyniósłby 33,2 proc. Trzeba pamiętać, że te wyniki odnoszą się do 3 kwartału 2020, który był gorszy z powodu pandemii i lockdownów. W poprzednim kwartale zyski wzrosły o 96 proc. r/r, ale prognozy analityków na przyszłość cały czas pozostają zaniżone. Aktywność gospodarcza cały czas rośnie, a marże pozostają na niezmienionym poziomie. Największymi beneficjentami tej sytuacji powinny być spółki cykliczne, od branży energetycznej do przemysłowej. Oceniamy, że wzrost zysków w przyszłym roku może być procentowo nawet dwa razy wyższy od obecnych prognoz.

Amerykańskie spółki, które w większości działają poza granicami USA, przebiły w wynikach te, które skupiają się głównie na rodzimym rynku. Bardzo dobre wyniki przedstawiły też spółki europejskie. Wyniki zaprezentowała ponad połowa spółek z europejskiego indeksu Stoxx60 – zyski są o 57 proc. wyższe r/r. Największy wzrost zysków zanotowano w Wielkiej Brytanii (+170 proc.), Polsce (+133 proc.) oraz Holandii (+112 proc.). Wśród polskich spółek wchodzących w skład tego indeksu wchodzą są m.in. KGHM, CD Project oraz PZU.

Paweł Majtkowski, analityk eToro

Rośnie popyt w branży meblarskiej, a wraz z nim… długi

125,6 mln zł – tyle wynosi obecnie zadłużenie branży meblarskiej. Od początku pandemii zwiększyło się o blisko 18 mln zł. Większość, bo aż 70% tej kwoty stanowi zadłużenie najmniejszych firm, czyli JDG-ów. I choć popyt na meble w koronakryzysie wzrósł, to nie lada wyzwaniem jest produkcja w atmosferze galopujących cen surowców, problemów z dostawami i coraz droższej energii. Aby zrekompensować sobie straty i opłacić kluczowych kontrahentów, meblarze będą podnosić ceny swoich produktów.

KRD – Zadłużenie branży meblarskiej_1

Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, zadłużenie przedsiębiorców zajmujących się produkcją mebli wzrosło w czasie pandemii o 15 mln zł. Z kolei firmy, które sprzedają gotowe szafy, stoły czy kanapy, zwiększyły dług o 3 mln zł. W sumie branża meblarska ma do oddania ponad 125,6 mln zł.

Mały biznes na wielkim rynku

Od 2016 roku sprzedaż mebli za granice kraju stale rośnie. W 2020 roku polscy producenci wyeksportowali meble o łącznej wartości sięgającej ponad 233 mld euro. Ten wynik dał rodzimej branży meblarskiej 4. miejsce na rynku światowych dostaw. Jednak mimo stałego rozwoju sektora, problemy go nie omijają. Największe zmartwienia mają najmniejsi gracze.

– Branża meblarska w Polsce jest bardzo zróżnicowana. Firmy podzielone są na dwie grupy. Pierwszą stanowią duzi gracze, którzy produkują przeważnie na eksport lub mają własne rynki zbytu. Drugą tworzą małe firmy i zakłady, które sprzedają meble w Internecie lub pod konkretne zamówienie. To właśnie one mają największe problemy i popadają w coraz to większe tarapaty. Te małe firmy są bardziej wrażliwe na wahania koniunktury i zatory płatnicze, a pandemia i związane z nią zawirowania gospodarcze tylko pogorszyły ich sytuację finansową. W naszej bazie danych wpisanych jest blisko trzy tysiące takich jednoosobowych działalności gospodarczych, które muszą oddać wierzycielom ponad 90 mln zł – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Średnio jedna firma meblarska ma do spłaty prawie 37,6 tys. zł. Najbardziej zadłużone przedsiębiorstwo z tej branży, to spółka jawna z województwa łódzkiego, która musi się rozliczyć z wierzycielami na kwotę sięgającą prawie 3,3 mln zł.

Prognozy nie napawają optymizmem

Coraz droższe płyty wiórowe, wysokie ceny pianki i okuć, wyższe ceny drewna oraz problemy z pozyskiwaniem tego surowca – to tylko niektóre z kłopotów branży, wpływające również na kondycję finansową firm. Produkcję materiałów wykorzystywanych do wyrobu mebli podrażają także wymogi polityki ekologicznej, braki w materiałach oraz wzrost cen gazu i prądu. Wzrost kosztów produkcji przeniesie się na podwyżkę cen w sklepach, ale nasi przedsiębiorcy mogą również stracić na eksporcie.

Polscy producenci mebli są konkurencyjni na rynku zagranicznym głównie ze względów cenowych. Jednak wzrost kosztów produkcji sprawi, że rodzime produkty cenowo mogą zbliżyć się do europejskich producentów. W Polsce koszty materiałów są obecnie wyższe nawet o kilkaset procent w stosunku do cen sprzed pandemii. Do tego dochodzi koszt transportu komponentów głównie z Chin, który również podrożał. Jak wynika z kalkulacji firmy B+R Studio, cena energii wzrosła o ok. 60 proc., a wynagrodzenia średnio o 16 proc. To wszystko negatywnie wpłynie na funkcjonowanie całego sektora. Firmy, które mają zaplecze finansowe, będą w stanie przetrwać ten trudny czas. Dużym graczom też łatwiej negocjować ceny u dostawców, ponieważ zamawiają więcej i często znajdują się w grupie strategicznych klientów. W znacznie gorszej sytuacji są mali przedsiębiorcy, którzy z reguły nie mają ani odłożonych środków pieniężnych, ani argumentów do rozmów o cenach – zauważa Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Przedsiębiorstwa z branży meblarskiej największe trudności mają z regulowaniem rat za kredyty, leasingi czy ubezpieczenie. Ich zobowiązania wobec firm finansowych i ubezpieczeniowych stanowią 64% wartości całego zadłużenia i sięgają 80 mln zł. Drugie w kolejce po płatności są firmy zajmujące się handlem hurtowym, głównie dostawcy materiałów. Branża meblarska winna jest im ponad 11 mln zł. Przedsiębiorcy przemysłowi czekają na zwrot należności od meblarzy w wysokości 7 mln zł.

Zagłębie meblarskie w najgorszej sytuacji

Najwyższe zadłużenie mają firmy zarejestrowane w Wielkopolsce, która została uznana za stolicę branży. To właśnie tam sektor prężnie się rozwija. Fabryki działające od lat przechodzą w ręce nowych właścicieli często drogą sukcesji. Powstają również nowe przedsiębiorstwa. W tym województwie działa najwięcej firm z branży, ale jest tam również najwięcej dłużników (531). Kwota zadłużenia wielkopolskich meblarzy przekracza 20 mln zł. Zdecydowanie mniej mają do spłaty przedsiębiorcy z centralnej Polski. Meblarze z Mazowsza muszą oddać wierzycielom 14 mln zł. Podium najbardziej zadłużonych firm z sektora meblarskiego zamykają te ze Śląska (12 mln zł).

Do najmniej zadłużonych przedsiębiorstw z sektora meblarskiego należą firmy zarejestrowane w województwach: opolskim (1,6 mln zł), podlaskim (2 mln zł) oraz lubuskim (2,5 mln zł).

Zmiana u steru leasingu Gemini Holding

Joanna Zemczak, dotychczasowa Senior Leasing Manager w Gemini Holding, awansowała właśnie na stanowisko Head of Lease. Nowa kierownik odpowiadać będzie m.in. za koordynowanie prac zespołu oraz nadzór nad realizacją strategii leasingowej trzech obiektów Gemini Park w Tychach, Tarnowie i Bielsku-Białej.

Koniec października przyniósł w Gemini Holding awans na jednym z kluczowych, kierowniczych stanowisk. Joanna Zemczak objęła właśnie stanowisko Head of Lease w krakowskiej firmie.

Z holdingiem związana jest od 4 lat. Przez ostatnie dwa lata zajmowała stanowisko Senior Leasing Managera, a wcześniej stanowisko Menadżera ds. Leasingu w należącej do Gemini Holding spółce GREM Gemini Real Estate Management Sp. z o.o. Wcześniej, przez ponad 11 lat zajmowała się leasingiem w Galerii Sfera w Bielsku-Białej.

– Joanna to właściwa osoba na właściwym miejscu, mająca ogromne, bo blisko 15-letnie doświadczenie w działaniach związanych z komercjalizacją obiektów handlowych. To również manager, który doskonale zna naszych partnerów, a także samo portfolio holdingu, a przez to rozumie potrzeby leasingowe naszych obiektów i wyzwania, z jakimi się mierzą, budując swój tenant-mix oraz rynkową przewagę. Jesteśmy przekonani, że kierowany przez nią dział leasingu podoła wszystkim wyzwaniom. Tym bardziej, że Joanna ma na swoim koncie wiele sukcesów związanych z komercjalizacją i rekomercjalizacją – mówi Anna Malcharek, dyrektor zarządzający Gemini Holding.

Na nowym stanowisku Joanna Zemczak odpowiadać będzie m.in. za kierowanie zespołem leasingowym, a także współpracę z zewnętrznymi partnerami wspierającymi komercjalizację centrów Gemini Park. Do zadań nowej Head of Lease będzie należało także tworzenie strategii komercjalizacji obiektów w Tychach, Tarnowie i Bielsku-Białej oraz nadzór nad ich realizacją. Jako zarządzająca działem Joanna Zemczak będzie też odpowiedzialna za pozyskiwanie strategicznych dla centrów najemców, a także budowanie i rozwój dobrych relacji z nimi.

– Przed naszym działem sporo pracy, a także wyzwania, z którymi musimy się zmierzyć w dobie pandemii. Nowe stanowisko obejmuję jednak pełna zapału i optymizmu, patrząc na to, jak w ostatnich latach rozwijają się obiekty z rodziny Gemini Park. Jestem przekonana, że moje dotychczasowe doświadczenie, a także nowe pomysły sprawią, że z powodzeniem będziemy realizować założone cele, zapewniając wszystkim trzem centrom Gemini Park stabilnie rozwijający się, atrakcyjny dla klientów tenant-mix – komentuje awans Joanna Zemczak, Head of Lease w Gemini Holding.

Lokum Deweloper prezentuje wyniki finansowe po III kwartałach 2021 r.

  • Grupa Lokum Deweloper po trzech kwartałach 2021 r. osiągnęła 198,1 mln zł przychodu i 72,9 mln zł zysku brutto ze sprzedaży
  • Zysk netto wyniósł 39,0 mln zł
  • Od początku roku w wyniku zostało rozpoznanych 379 lokali

Po trzech kwartałach 2021 r. Grupa Lokum Deweloper odnotowała przychody w wysokości 198,1 mln zł, co stanowi wzrost o 46,7% w stosunku do 135,0 mln zł wypracowanych w analogicznym okresie 2020 r. Zysk netto wyniósł 39,0 mln zł w porównaniu do 21,7 mln zł w roku poprzednim (+79,3% r/r). Wygenerowana przez Grupę marża brutto na sprzedaży w raportowanym okresie to 36,8% (+4,6 p.p. r/r). Rentowność netto osiągnęła poziom 19,7%, czyli o 3,6 punktu procentowego wyższy wynik niż rok wcześniej. Do końca września br. Grupa rozpoznała 379 lokali, umowami deweloperskimi i przedwstępnymi zostały objęte 524 mieszkania. Dodatkowo na dzień 30 września 2021 r. Grupa miała zawartych 95 umów rezerwacyjnych.

– Grunty pod inwestycje, z których rozpoznajemy wyniki finansowe, kupowane były przez nas kilka lat temu, w niskich, nieosiągalnych jak na bieżące realia cenach. Nie sposób pominąć tego faktu analizując wyniki finansowe, jakie prezentujemy. Budowy prowadzone są zgodnie z przyjętym na ten rok harmonogramem. W III kwartale rozpoznane zostały głównie lokale z inwestycji zakończonych w poprzednich okresach. Do końca roku planujemy zrealizować jeszcze dwa projekty: II etap osiedla Lokum Monte w podwrocławskiej Sobótce oraz I i II etap inwestycji Lokum Salsa w Krakowie. Mieszkania z tych przedsięwzięć będziemy przekazywać klientom w IV kwartale br., co przełoży się na wynik całego 2021 roku – mówi Bartosz Kuźniar, prezes zarządu Lokum Deweloper.

Z końcem III kwartału suma lokali rozpoznanych oraz objętych umowami deweloperskimi, przedwstępnymi i rezerwacyjnymi wynosiła 617, co stanowi 72% potencjału rozpoznań na 2021 rok.

W lipcu br. Grupa Lokum Deweloper zawarła umowę nabycia prawa własności działki znajdującej się przy ul. Lothara Herbsta we Wrocławiu, finalizując tym samym zakup tej nieruchomości. Na jej powierzchni, liczącej 1,9 ha, Grupa planuje realizację inwestycji Lokum la Vida, w ramach której powstanie 330 mieszkań.

We wrześniu br. miało miejsce ustanowienie przez Grupę programu emisji obligacji, których maksymalna łączna wartość nominalna może wynieść 100 mln zł. Zgodnie z przyjętym programem Lokum Deweloper przydzielił w październiku obligacje serii I o łącznej wartości 50 mln zł, których termin zapadalności ustalono na kwiecień 2025 r. Oprócz serii I na rynku giełdowym w obrocie są jeszcze trzy serie obligacji Grupy Lokum Deweloper: obligacje serii H o łącznej wartości nominalnej 100 mln i terminach wykupu 25 tys. sztuk w marcu 2024 r. oraz 75 tys. sztuk we wrześniu 2024 r., obligacje serii G o łącznej wartości 35 mln zł i terminie zapadalności w październiku 2023 r., oraz obligacje serii F o łącznej wartości nominalnej 65 mln zł i terminie wykupu w czerwcu 2023 r.

W październiku małe sklepu nadal w odwrocie. Nastroje „pod kreską”

Październikowe odczyty wskaźników nastroju w handlu tradycyjnym (NHT i NHT+1) wskazują na utrzymanie nastrojów po pesymistycznej stronie. NHT za ubiegły miesiąc wyniósł 33,0 pkt. i był wyższy od wrześniowego o 5,9 pkt., zgodnie z wcześniejszymi oczekiwaniami. Prognozy na listopad znajdują się na podobnym poziomie. NHT+1 wyniósł natomiast 33,9 pkt. i był niższy o 0,9 pkt m/m – wynika z badania przeprowadzonego w ostatnim tygodniu października przez M/platform wśród osób prowadzących małe i średnie sklepy detaliczne.

Na odczyt wskaźników wpływ wywiera czwarta fala pandemii, która może odbić się negatywnie także na grudniu, który tradycyjnie jest najlepszym miesiącem w handlu. Ponadto, negatywne odbicie w wynikach badania mają wzrost cen energii oraz związana z tym wysoka inflacja.

Październik był kolejnym miesiącem z rzędu, w którym obserwujemy kilkuprocentowy wzrost obrotów w handlu tradycyjnym. Rok do roku obroty w tym kanale sprzedaży wzrosły o 3,7%. Przeciętny koszyk jest bardzo podobny do ubiegłorocznego, ale zapłaciliśmy za niego o 80 groszy więcej – skomentowała badanie Ewa Rybołowicz, dyrektor ds. analiz rynkowych M/platform.

Analogicznie jak w poprzednim miesiącu, spadek wartości sprzedaży odnotowały wyroby tytoniowe (-3,7%), piwo (-4,3%) oraz wódka (-5,7%). W październiku, podobnie jak we wrześniu, wzrostem obrotów charakteryzowała się grupa produktów świeżych, a także alkohole mocne typu whisky, rum, gin czy likery (+6,8%), ale także – w odróżnieniu od września – napoje bezalkoholowe (+1,5%) .

Analitycy M/platform, cyfrowej platformy usług, wspierającej tradycyjne punkty handlowe, na początku każdego miesiąca analizują nastroje wśród właścicieli i kierowników tradycyjnych sklepów. Wyniki badania pozwalają określić ogólne nastroje w handlu detalicznym, a także prognozy na kolejne miesiące.

Metodologia NHT: Wskaźniki mogą przyjmować wartość od 0 do 100. Wynik powyżej 50 świadczy o nastrojach optymistycznych, a poniżej o przewadze opinii negatywnych. Oba wskaźniki będą publikowane na początku każdego miesiąca.

Jak przedsiębiorcy oceniają Polski Ład?

Regulacje proponowane w Polskim Ładzie stanową największą w historii podwyżkę podatków dla przedsiębiorców i osób najbardziej zaangażowanych w budowę polskiej gospodarki. Zawierają przy tym masę błędów i wprowadzone są nagle – dramatycznie komplikując i tak już skomplikowany system, a często wręcz wywracając do góry nogami dotychczasowy porządek. W Sejmie skończyło się procedowanie ustawy o Polskim Ładzie. Nowe przepisy Polskiego Ładu zaczną obowiązywać od stycznia 2022 roku. Niestety, Sejm nie wyraził zgody na wydłużenie okresu vacatio legis dla ustawy Polski Ład. Mogło to nie tylko zwiększyć możliwość dopracowania nowych przepisów prawa – lecz również wydłużyć okres, w jakim podatnicy będą mogli zaznajomić się z obszernymi zmianami i wprowadzić je w życie.

– W praktyce wygląda to tak, że ustawa trafiła do Sejmu praktycznie bez poprawek i weszła do Senatu. Aktualnie specjaliści mówią, że jest ona obarczona wieloma wadami prawnymi i rzeczywiście wielokrotnie podkreślaliśmy, że można zastosować wiele innych rozwiązań – które są mniej agresywne dla przedsiębiorców, a nadal korzystne dla budżetu państwa – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Mamy świadomość, że budżet państwa, który został wyraźnie zmniejszony przez Covid, musi odzyskać pewną sytuację finansową. Natomiast nie można ratować budżetu przez destrukcję prawną – a zaproponowane zmiany cofają nas o kilkanaście lat. Prawo, które obowiązywało w Polsce, utrwaliło się przez wyroki sądowe i jako przedsiębiorcy nauczyliśmy się z tym żyć. Obecnie serwuje się nam rozwiązania, których będziemy na nowo uczyć się przez następne 15 lat. W związku z tym nadal wnioskujemy o możliwość lepszego przygotowania się i wprowadzenia rocznego vacatio legis – apeluje Kowalski.

Bo do pracy w logistyce trzeba dwojga?

W pierwszych dwóch kwartałach 2021 r. liczba nowych miejsc pracy utworzonych w transporcie i gospodarce magazynowej wynosiła w sumie 27 tys. (GUS). Branża przygotowuje się do wzmożonej pracy przed Świętami, a etatów do obsadzenia przybywa, gorzej z kandydatami. By ich zdobyć – pracodawcy z sektora TSL – coraz chętniej zatrudniają pary obcokrajowców, dla których nasz kraj jest popularnym miejscem do życia i pracy, często właśnie w logistyce. Jak wynika z badania Grupy Progres, ukraińskie duety stanowią 48 proc. wszystkich kandydatów zgłaszających swoją gotowość do opuszczenia swojego kraju i przyjazdu do Polski w celach zarobkowych.

Nasz kraj staje się logistycznym hubem, którego liczne przewagi konkurencyjne przyciągają kolejne firmy zainteresowane lokalizacją biznesu nad Wisłą. Według wstępnych szacunków wolumenu inwestycyjnego – przygotowanych przez firmę doradczą Savills – po trzecim kwartale bieżącego roku wartość inwestycji w sektorze magazynowym osiągnęła już blisko 1,7 mld euro, co stanowiło ok. połowę całkowitego wolumenu transakcji w Polsce.

Powierzchni do wynajęcia nie brakuje, podobnie jak ofert pracy w sektorze TSL. W II kw. 2021 r. liczba wolnych etatów, w tym tych zgłoszonych do UP w Polsce, przekroczyła 15 tys. Popyt na pracowników był i jest widoczny również w stronach internetowych z ogłoszeniami rekrutacyjnymi. W ciągu ostatnich 30 dni – tylko na portalu pracuj.pl – umieszczono w sumie 8 069 oferty pracy w kategoriach łańcuch dostaw i transport, spedycja, logistyka. Rekrutacje prowadzą także urzędy pracy, przez ostatnie cztery tygodnie do Centralnej Bazy Ofert Pracy zgłoszono niemal 1 000 wolnych stanowisk dla pracowników magazynów oraz ich pomocników, logistyków i operatorów wózków widłowych. W puli ogłoszeń rekrutacyjnych dominują „męskie stanowiska”, na które brakuje chętnych panów.

Gdzie Ci mężczyźni?

Według danych GUS w II kwartale 2021 r. populacja pracujących w wieku 15–89 lat liczyła
16597 osób i zwiększyła się względem poprzedniego kwartału o 1,0 proc. Mężczyźni stanowili 54,7 proc. (ponad 9 tys.) tej zbiorowości. To oni mogli – i nadal mogą – liczyć na etat praktycznie „od ręki”. Tylko w II kwartale 2021 r. w Polsce utworzono 145,8 tys. nowych miejsc pracy – w tym w jednostkach prowadzących działalność w zakresie transportu i gospodarki magazynowej powstało 12,4 tys. etatów, o ponad 5 tys. więcej w porównaniu do analogicznego okresu w 2020 r. (7 tys. nowych miejsc pracy). Mimo, że liczba mężczyzn chętnych do ich obsadzenia rośnie, to nie w takim tempie by pokryć ogromną pulę czekających etatów.

– Obecnie praktycznie w każdej branży obserwujemy deficyt mężczyzn zainteresowanych rekrutacją i mogących wykonywać znacznie cięższe prace niż panie. Najwięcej nieobsadzonych wakatów odnotowujemy m.in. w branży logistycznej – mówi Justyna Lach, Dyrektor Linii progres HR Logistics. – Niestety braków kadrowych nie są w stanie załatać również pracujący Ukraińcy, mimo że ich liczba w Polsce rośnie szybciej niż liczba aktywnych zawodowo Polaków i ten wzrost dotyczy obu płci – podkreśla.

Logistyczne pary

Jak wynika z danych Grupy Progres, w pierwszych ośmiu miesiącach 2021 r. liczba kobiet pracujących tymczasowo rosła wolniej niż liczba mężczyzn podejmujących tę formę zatrudnienia. Od stycznia do sierpnia br. liczba pań aktywnych zawodowo wzrosła o ponad 11 proc., a liczba mężczyzn zwiększyła się o 35 proc. Porównując Polaków do Ukraińców – liczba Polek wzrosła o 10 proc., a Ukrainek o 13 proc. W przypadku panów – o 24 proc. wzrosła liczba Polaków pracujących tymczasowo i aż o 49 proc. zwiększyła się liczba Ukraińców zatrudnionych na podstawie umowy o pracę tymczasową.

– Rozwiązaniem problemu deficytów kadrowych mężczyzn może być np. rekrutacja par. Możliwa, gdy dysponujemy lub planujemy stworzyć etaty, które chętnie wybierają także panie tj. prace związane ze sprzątaniem hal, inwentaryzacją, pakowaniem i sortowaniem lekkich towarów czy kontrolą jakości. Takie działanie może znaczenie przyspieszyć procesy rekrutacji m.in. obcokrajowców – chętnych do przyjazdu do Polski ze swoją drugą połówką – którzy uzupełnią braki w zespole na stanowiskach dedykowanych panom – zaznacza Justyna Lach.

Ukraińskie duety najczęściej chcą pracować w branży produkcyjnej i logistycznej, które od lat cieszą się popularnością wśród naszych wschodnich sąsiadów. Już w 2018 r. aż 66 proc. Ukraińców myślących o wyjeździe do Polski w celach zarobkowych deklarowało, że w naszym kraju chciałoby podjąć pracę właśnie w logistyce. Myślało o niej 58 proc. kobiet i 42 proc. mężczyzn. Co więcej, zainteresowanie naszym krajem jest bardzo wysokie wśród osób będących w związku. Według danych Grupy Progres, tylko w styczniu 2021 r. w grupie ukraińskich kandydatów chcących przyjechać do pracy w Polsce, ponad połowę stanowiły duety. Chęć podjęcia pracy wspólnie ze swoją drugą połówką deklarowało 32 proc. mężczyzn i aż 88 proc. kobiet szukających zatrudnienia w naszym kraju. Obecnie, ponad połowa (52 proc). kandydatów do pracy w Polsce – przebywających na Ukrainie – chce przyjechać do nas na dłużej niż 3 lata, zaznaczają też, że sprowadzą tu również swoją rodzinę.

To dobra wiadomość dla pracodawców z sektora logistyki, którzy patrzą przychylnie na kandydatów chcących podjąć zatrudnienie wspólnie ze swoją drugą połówką. Gdy tylko mogą zaoferować im stanowiska – odpowiadające umiejętnościom i kondycji fizycznej obu płci – chętnie to robią. Co więcej, bardzo często zyskują na takim podejściu, bo osoby będące w związku i zatrudnione w jednej firmie wzajemnie się wspierają, motywują oraz dopingują do lepszego wykonywania obowiązków – podsumowuje ekspertka.

Inflacja nadal tematem nr 1

Dynamika wzrostu cen jest nadal dominującym tematem na rynkach. Nie powinno to nikogo dziwić, ponieważ potocznie nazywana „drożyzna” dotyka każdego, oczywiście w różnym stopniu. Coraz częściej pojawiają się wątpliwości, czy wysokie wskaźniki CPI są rzeczywiście przejściowe. Dziś w USA zostaną podane ceny producentów a jutro dowiemy się w jaki sposób kształtowała się inflacja konsumencka.

Wśród bankierów centralnych nadal utrzymuje się grupa, która wierzy w przejściowy charakter inflacji. Przykładem może być Charles Evans z oddziału Fed w Chicago. Taką teorię przedstawiciel Rezerwy Federalnej powtórzył wczoraj, choć dodał, że widzi pewne ryzyka wzrostu. W podobnym tonie głos zabrał wczoraj Richard Clarida. Widać jednak, że pewna nerwowość wkrada się w szeregi obozu gołębi w Fed. To może podsycać spekulacje o wcześniejszym lift-off. Dobre dane z ostatniego piątku dotyczące kondycji rynku pracy z pewnością dają fundament do kreowania takiego właśnie scenariusza. Kolejną cegiełkę obaw o inflację mogą dołożyć dzisiejsze dane PPI oraz jutrzejszy CPI ze Stanów Zjednoczonych. Prognozy dotyczące cen producentów są na poziomie 8,7 proc. a konsumentów 5,8 proc. r/r. W tym tygodniu EUR/USD lekko rośnie, jednak wysokie odczyty powinny ponownie wesprzeć dolara.

Spójrzmy na inflację w Szwajcarii, która w październiku wzrosła do poziomu 1,2 proc. Oczywiście w porównaniu do innych krajów jest to poziom ekstremalnie niski. CPI mieści się w przedziale docelowym SNB (poniżej 2 proc.). Mimo to pojawiają się głosy ostrzegające przed ryzykiem inflacyjnym w tym kraju. Wczoraj poznaliśmy dane z rynku pracy, które były potwierdzeniem kontynuacji ożywienia. One dodatkowo podsycają obawy o wzrost cen. W tym kontekście pojawia się pytanie w jakim stopniu SNB będzie trzymał się swojej dotychczasowej strategii interwencji wobec silnego franka. W przeszłości instytucja musiała skupiać się na ryzyku deflacji, teraz na horyzoncie pojawia się inflacja. Uczestnicy rynku muszą w tym momencie wziąć pod uwagę ryzyko, że SNB może zareagować interwencjami na rynku FX przeciwko aprecjacji franka. W przypadku jednak gdyby na rynek wyszedł komunikat, że bank będzie akceptować bardzo silną walutę, wówczas CHF mógłby jeszcze mocniej zyskać. SNB będzie prawdopodobnie chciał tego uniknąć. Jeśli inflacja w Szwajcarii będzie nadal przyspieszać, wówczas instytucji będzie trudno przekonać rynek, że zamierza trzymać się ekspansywnej polityki pieniężnej i strategii interwencji.

Po piątkowym wywiadzie profesora Glapińskiego opadł już kurz. Aktualnie złoty podlega działaniom czynników globalnych. Wzrosty na EUR/USD w pewnym stopniu spychają parę walutową EUR/PLN na niższe poziomy. Dziś rano złoty w relacji do euro jest kwotowany po 4,5868. Jest jednak szansa na dalsza aprecjację i zejście poniżej 4,58.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Trwa dominacja transakcji magazynowych, widać jednak większe ożywienie w segmencie nieruchomości biurowych. Podsumowanie trzeciego kwartału 2021 r. na rynkach

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała trzeci kwartał 2021 r. na rynku nieruchomości komercyjnych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Wolumen transakcji inwestycyjnych na koniec trzeciego kwartału wyniósł 6,7 mld euro i był o prawie 13% niższy niż w analogicznym okresie w 2020 r.

Ożywienie aktywności inwestycyjnej w 2021 r. jak dotąd nie znalazło odzwierciedlenia w wolumenie transakcji sfinalizowanych w trzecim kwartale – jest on o 13% niższy w skali całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej, pomimo przełamania trendu spadkowego w Czechach i na Słowacji, gdzie odnotowano wzrosty w ujęciu rok do roku. Proces zamykania transakcji się wydłużył, dlatego przewidujemy, że w czwartym kwartale nastąpi korekta wartości obrotów. To przesunięcie w czasie świadczy o spowolnieniu procesów inwestycyjnych, a nie o braku kapitału, dlatego prognozujemy dalszy wzrost wolumenów w 2022 r. Na rynku inwestycyjnym nadal dominują transakcje w sektorze magazynowym, ale widać już ożywienie aktywności w segmencie nieruchomości biurowych.

POLSKA

Wartość transakcji w toku świadczy o tym, że tegoroczny wolumen może być jednak zbliżony do odnotowanego w 2020 r. dzięki sfinalizowaniu zakupów zarówno pojedynczych aktywów, jak i portfeli obiektów na rynku magazynowym w czwartym kwartale, a także ożywieniu aktywności inwestycyjnej w sektorze biurowym w wyniku powrotu zainteresowania akwizycjami większych budynków biurowych klasy core oraz mniejszych, pojedynczych aktywów w segmentach core plus i value-add.

CZECHY

Na czeskim rynku nieruchomości hotele i najlepsze obiekty handlowe w Pradze nadal odczuwają skutki zastoju w turystyce i mniejszej mobilności pracowników. Inne sektory, zwłaszcza handlowy, radzą sobie wyjątkowo dobrze pomimo pandemii Covid-19. Z powodu niewystarczającej podaży odpowiednich produktów na rynku w stosunku do ilości dostępnego kapitału, wartość transakcji inwestycyjnych w tym roku może wynieść ok. 1 mld euro, a udział segmentu biurowego ukształtuje się na poziomie ok. 50%. Według prognoz, obecne trendy, tj. niska aktywność inwestycyjna i wysokie ceny, nie ulegną większym zmianom w przyszłym roku, pomimo prawdopodobnego wzrostu liczby transakcji zawieranych w sektorze magazynowym i handlowym.

WĘGRY

Węgierski rynek kończy bieżący rok z dobrymi wynikami i rekordowymi stopami kapitalizacji w ostatnich transakcjach sprzedaży aktywów w sektorze zarówno biurowym, jak i logistycznym. Ubiegłoroczne wolumeny transakcji inwestycyjnych, które odnotowały mniejszy spadek niż na innych rynkach, prawdopodobnie zostaną wkrótce przekroczone. Wartość transakcji w sektorze nieruchomości biurowych, który charakteryzuje się największą aktywnością inwestorów, już przewyższa poziom z 2020 r.

Na szczególną uwagę zasługuje wzrost zainteresowania ze strony międzynarodowych funduszy instytucjonalnych, ponieważ niektóre z nich wracają na ten rynek po ponad dekadzie nieobecności. Węgry nadal oferują stosunkowo dużą wartość w porównaniu z innymi rynkami w regionie, a inwestorzy doceniają dobre wskaźniki na rynku najmu. Z tymi podmiotami konkurują niektóre większe fundusze krajowe, które przez ostatnie dwa lata były mało aktywne, a także nowi gracze, którzy w tym okresie zdominowali ten rynek.

RUMUNIA

Wartość transakcji inwestycyjnych zaplanowanych na najbliższe miesiące osiągnie poziom zbliżony do wcześniejszych – dzięki sfinalizowaniu kilku transakcji całoroczny wolumen w Rumunii może wynieść pomiędzy 800 mln euro a 1 mld euro, co będzie wielkością porównywalną do odnotowanych w poprzednich latach. Obserwujemy jednak ograniczoną liczbę zleceń sprzedaży w trakcie realizacji, co może wpłynąć na wolumen obrotów w 2022 r., pomimo utrzymującego się wysokiego poziomu płynności i zainteresowania inwestorów.

Firmy doświadczyły ponad dwa razy więcej cyberwłamań w pierwszej połowie 2021 r.

O 125% wzrosła liczba cyberwłamań na świecie w pierwszej połowie 2021 r. w porównaniu do tego samego okresu w ubiegłym roku. Tak wynika z raportu działu Cyber Investigations, Forensics&Response (CIFR) firmy Accenture, który zbiera informacje na etapach świadczenia klientom pomocy w reagowaniu na włamania cybernetyczne i późniejszego odzyskiwania danych.

Do trzycyfrowego wzrostu najbardziej przyczyniły się ataki „web shell”, czyli włamania cybernetyczne z wykorzystaniem małych fragmentów złośliwego kodu w celu uzyskania zdalnego dostępu i kontroli. Cyberprzestępcy często przeprowadzali również włamania do łańcucha dostaw oraz targetowane ataki ransomware blokujące dostęp do systemu komputerowego i mające na celu wymuszenie opłaty okupu.

Ponad 70% incydentów zaobserwowanych przez zespół CIFR dotyczyło tylko trzech krajów. Najczęściej atakowanym państwem, gdzie wydarzyło się 36% incydentów, były Stany Zjednoczone, następnie Wielka Brytania (24%) i Australia (11%). Najwięcej ataków było wymierzonych w sektory: towarów i usług konsumenckich (21% cyberataków), przemysłowy (16%), bankowy (10%) oraz turystyczny (9%).

– Wiele organizacji zabezpiecza jedynie swoje podstawowe systemy korporacyjne, nie chroniąc w pełni całego łańcucha dostaw, spółek zależnych lub stowarzyszonych. W naszym podsumowaniu wskazujemy na ogromne znaczenie kompleksowych planów zabezpieczenia obejmujących cały ekosystem firmy podkreśla Robert Boyce, kierownik działu Cyber Investigations, Forensics & Response Accenture na świecie. Branże, które na wcześniejszych etapach pandemii doświadczyły niższego poziomu cyberataków –  takie jak sektor towarów i usług konsumenckich, przemysłowy, turystyczny oraz handlu detalicznego – teraz powinny na nowo ocenić swoją gotowość w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego. Zwiększona aktywność konsumentów w kanałach online w tych branżach stwarza nowe możliwości dla cyberprzestępców – uprzedza Robert Boyce.

Raport Accenture zawiera szczegółowe informacje na temat różnych kategorii złośliwego oprogramowania według skali rozpowszechnienia, wskazuje najskuteczniejsze warianty ransomware oraz branże najczęściej atakowane w pierwszej połowie 2021 r. Opracowanie uwidacznia rosnącą wśród cyberprzestępców popularność oprogramowania skierowanego na wymuszanie opłaty okupu, czyli ransomware:

  • Największą kategorią pod względem liczby zaobserwowanych zgłoszeń było oprogramowanie typu ransomware (38%), a następnie backdoory, czyli tzw. tylne furtki, które narażają firmę na wyciek danych i nieautoryzowaną kontrolę nad jej działaniami (33%).
  • Najskuteczniejszym zaobserwowanym wariantem ransomware był REvil/Sodinokibi, odpowiadający za 25% wszystkich ataków, których celem było wyłudzenie pieniędzy.
  • Sektorami najczęściej atakowanymi przez ransomware była branża ubezpieczeniowa (23%), a następnie branże towarów i usług konsumenckich (17%) oraz telekomunikacyjna (16%).
  • Ponad połowę (54%) ofiar ransomware stanowiły firmy o rocznych przychodach od 1 mld USD do 9,9 mld USD, a na drugim miejscu znalazły się firmy o rocznych przychodach od 10 mld USD do 20 mld USD (20%).

Raport CIFR pokazuje, że pomimo tego, że organizacje funkcjonują w nowej rzeczywistości już ponad półtora roku, to skala ataków cybernetycznych nadal rośnie. Hakerzy ciągle dostosowują swoje działania wykorzystując słabe punkty firm, także te wynikające z pracy zdalnej. Bardzo ważne jest, aby przedsiębiorstwa zrozumiały, dlaczego i przez kogo są atakowane motywacje hakerów różnią się w zależności od branży. Organizacje powinny przemyśleć model zagrożeń również pod kątem bezpieczeństwa stosowanych rozwiązań chmurowych czy też dużego uzależnienia od firm zewnętrznych, które niekoniecznie mają ten sam poziom zabezpieczeń – mówi Artur Józefiak, dyrektor Accenture Security w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.

Za nami tydzień banków centralnych

W środę Rada Polityki Pieniężnej podniosła podstawowe stopy procentowe, w tym stopę referencyjną do 1,25%, czyli aż o 0,75 p.p. Analitycy oczekiwali podwyżki o 0,50 p.p., więc RPP ponownie zaskoczyła. Obecne stopy procentowe w Polsce są i tak niższe od stóp procentowych naszych sąsiadów Węgier i Czech, więc zacieśnianie polityki monetarnej nie jest zaskoczeniem, natomiast zaskoczeniem jest kompletny brak komunikacji. To co się obecnie dzieje w polskiej polityce monetarnej należy nazwać chaosem informacyjnym. Jeszcze dwa miesiące temu Prezes NBP zapewniał nas, że podwyżka stóp procentowych byłaby „szkolnym błędem”, po czym doszło do dwóch podwyżek zaskakujących rynek. Następnie w piątek (05.11) Prezes Glapiński w rozmowie z TVN24 powiedział „wszystko wskazuje, że od stycznia inflacja będzie spadać i nie trzeba będzie dalej podnosić stóp procentowych”. Najbardziej zaskoczeni w tym wszystkim są najprawdopodobniej klienci funduszy obligacyjnych, które zanotowały kolejną serię spadków. Wydaje się, że spadki cen obligacji dobiegają już końca, bo obecnie rynek wycenia podwyżkę stopy referencyjnej do 3,5% w zaledwie 12 miesięcy, co byłoby niewątpliwie bardzo szybkim cyklem podwyżek. W tym chaosie informacyjnym nie może się odnaleźć nasz polski złoty, który pomimo podwyżek stóp procentowych traci do euro i dolara. Ewidentnie obecna komunikacja jednej z najważniejszych instytucji w Polsce, czyli Rady Polityki Pieniężnej, nie podoba się inwestorom.

Tego samego dnia, co posiedzenie RPP, miało miejsce także posiedzenie FED. Amerykańska Rezerwa Federalna zgodnie z zapowiedzią rozpoczęła proces taperingu, czyli zmniejszenia dodruku pieniądza. Wydźwięk konferencji Prezesa Powella był bardziej gołębi ze względu na wypowiedź: „jeszcze nie nadszedł czas na rozważania na temat ewentualnych podwyżek stóp procentowych”. Nie można wykluczyć, że jednak cykl podwyżek nie rozpocznie się w 2022 roku, tak jak wcześniej rynek oczekiwał. Z pewnością jest to dobra informacja dla rynków metali szlachetnych i akcji, które rosły w kolejnych dniach po konferencji.

W piątek, jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, opublikowane zostały dane z amerykańskiego rynku pracy. Zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wzrosło o 531k (prognoza 455k), średnie zarobki wzrosły o 0,4% m/m (prognoza 0,4% m/m), a stopa bezrobocia wyniosła 4,6% (prognoza 4,7%). Dane były powyżej oczekiwań.

Co prawda pandemia koronawirusa nie ustępuje, to jednak ogólna sytuacja społeczna poprawia się. Na obecną chwilę nie słychać o planach zamykania gospodarek, co zawdzięczamy szczepieniom. Niewątpliwie potrzebny jest jeszcze lek na COVID19, a wprowadzenie takiego na rynek jest już coraz bliżej. W ostatnim tygodniu Pfizer poinformował o wynalezieniu leku na COVID19, który redukuje śmiertelność i potrzebę hospitalizacji aż o 89%.

W kolejnym tygodniu będzie miała miejsce publikacja danych o inflacji cen producenckich i konsumenckich w USA oraz niemiecki ZEW. Czwartek będzie dniem wolnym w Polsce oraz w USA. Na zakończenie tygodnia w piątek poznamy wstępne dane o PKB w Polsce za III kw.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Polski startup technologiczny przejęty przez Intela

RemoteMyApp, szczeciński startup dostarczający technologię i usługi do streamingu gier z chmury międzynarodowym korporacjom, sam stał się własnością globalnego gracza – spółkę kupiła firma Intel Corporation.

– Moja przygoda z gamingiem zaczęła się od kultowej gry Duke Nukem 3D i doprowadziła do miejsca, w którym wspólnie z zespołem RemoteMyApp stworzyliśmy najwyższej jakości usługę technologiczną, dzięki której miliony graczy na całym świecie mają dostęp do ulubionych gier w dowolnym miejscu i czasie. Jesteśmy dumni, że dołączamy do zespołu firmy Intel i wspólnie dalej będziemy tworzyć innowacje zmieniające świat – mówi Andreas Hestbeck, prezes zarządu w RemoteMyApp.

Po sfinalizowaniu transakcji RemoteMyApp stała się częścią firmy Intel.

– Gaming to nie tylko przyszłość rozrywki: dla milionów graczy na świecie już teraz jest nieodłączną częścią codziennego życia. Wspieranie RemoteMyApp w budowaniu usługi, która jest ważnym składnikiem tego ekosystemu, to był prawdziwy przywilej. Cieszymy się, że będziemy mogli kontynuować tą przygodę wspólnie z Intel – dodaje Simon Seefeldt, członek zarządu i dyrektor operacyjny w spółce.

RemoteMyApp powstała w 2014 r. Jej współzałożycielem był szczeciński Red Sky – startup studio funkcjonujące w ramach grupy, na której czele stoi fundusz Tar Heel Capital Pathfinder. Spółka była rozwijana w modelu venture buildingu, w którym fundusz tworzy od zera biznesy technologiczne z potencjałem na globalny rozwój. Do czasu sprzedaży startupu Tar Heel Capital Pathfinder pozostawał jego największym udziałowcem.

– RemoteMyApp założyliśmy w czasach, gdy streaming gier nie był jeszcze znany, a jego potencjał był mocno ograniczony technicznie. Ta transakcja pokazuje, że budując nowe rozwiązania technologiczne warto podejmować odważne decyzje. Jesteśmy bardzo zadowoleni, a zespołowi RemoteMyApp gratulujemy i życzymy dalszych sukcesów – komentuje Michał Wrzołek, starszy dyrektor inwestycyjny w Tar Heel Capital Pathfinder.

W 2016 roku rozwój spółki przyspieszyła inwestycja funduszu VC Internet Ventures z portfela MCI Capital. W 2020 roku do grona inwestorów dołączył Deutsche Telekom, który dokapitalizował RemoteMyApp poprzez swój strategiczny wehikuł inwestycyjny, Telekom Innovation Pool.

– Cieszymy się, że mogliśmy wspierać rozwój RemoteMyApp w trakcie tej niezapomnianej podróży, która kończy się strategicznym nabyciem spółki przez Intel Corporation. Jest to bez wątpienia jeden z największych sukcesów funduszy typu early stage wspieranych przez grupę MCI Capital i PFR – mówi Tomasz Czechowicz, prezes MCI Capital SA.

Zakup RemoteMyApp przez międzynarodowego gracza jest unikalną transakcją na polskiej scenie startupowej i technologicznej: na przestrzeni ostatnich lat rynek w Polsce odnotowuje stały wzrost liczby i wartości inwestycji, znaczące wyjścia z inwestycji są jednak nadal rzadkością.

Wyłącznym doradcą sprzedających w kwestiach transakcyjnych była IEG – Investment Banking Group.

MRPiT: Działalność nierejestrowa coraz popularniejsza wśród Polaków

W ciągu ostatnich dwóch lat w Polsce ponad dwukrotnie wzrosła liczba osób, które prowadzą nierejestrową działalność zarobkową, czyli taką, która nie wymaga oficjalnego zakładania firmy. W 2020 r. było to prawie 23,5 tys. osób. W tym okresie uzyskały one przychody w wysokości prawie 85 mln zł, co oznacza trzykrotny wzrost od 2018 r.

Działalność nierejestrowa spełnia wszystkie warunki charakterystyczne dla działalności gospodarczej, czyli jest zorganizowania i wykonywana we własnym imieniu, a także ma charakter zarobkowy i ciągły. Jednak ze względu na określony poziom przychodów, nie jest uznawana za działalność gospodarczą. W ciągu ostatnich dwóch lat widać duży wzrost zainteresowania Polaków tą formą prowadzenia działalności. Podczas gdy w 2018 r. działalność nierejestrową prowadziło 10 745 osób, w 2020 r. było ich już ponad dwukrotnie więcej – 23 467. Spory wzrost widać także rok do roku – od 2019 r. liczba prowadzących tę formę działalności zarobkowej wzrosła o prawie 4 tys.

Ponadto, w 2020 r. wszystkie działalności nierejestrowe w Polsce wygenerowały przychód w wysokości 84,5 mln zł. Dla porównania, rok wcześniej było to niespełna 68 mln zł, a w 2018 r. – niespełna 30 mln zł.

Kto może prowadzić działalność nierejestrową

Działalność nierejestrową co do zasady może prowadzić każda osoba fizyczna, która w ciągu ostatnich 60 miesięcy nie wykonywała w Polsce działalności gospodarczej. Przychody z tej formy działalności w żadnym miesiącu nie mogą przekraczać 50 proc. kwoty minimalnego wynagrodzenia, a więc w 2021 r. nie mogą być wyższe niż 1 400 zł.

Ponieważ ta forma działalności nie jest uzależniona od posiadania pełnej zdolności do czynności prawnych, mogą ją wykonywać również osoby niepełnoletnie. Przy zawieraniu umów ze swoimi kontrahentami na dostawę towarów czy sprzedaż produktów, jest im natomiast potrzebna zgoda rodziców lub opiekunów – mówi Olga Semeniuk, wiceminister rozwoju i technologii, pełnomocnik rządu ds. małych i średnich przedsiębiorstw. Działalność nierejestrową mogą również wykonywać urzędnicy, a także pod pewnymi warunkami rolnicy i osoby zarejestrowane jako bezrobotne.

Działalność nierejestrowa nie może być prowadzona w ramach umowy spółki cywilnej. Ponadto, nie może zostać za nią uznana działalność reglamentowana, czyli taka, której wykonywanie wymaga uzyskania koncesji, zezwolenia albo wpisu do rejestru działalności regulowanej.

Korzyści z prowadzenia działalności nierejestrowej

Jest wiele korzyści wynikających z prowadzenia tej formy działalności. Nie trzeba jej zgłaszać w CEIDG, GUS i w urzędzie skarbowym. Nie ma też obowiązku uzyskiwania numerów NIP i REGON, czy też opłacania zaliczek na podatek oraz prowadzenia skomplikowanej księgowości. Osoba prowadząca działalność nierejestrową nie płaci za siebie składek na obowiązkowe ubezpieczenia społeczne i ubezpieczenie zdrowotne – mówi Olga Semeniuk. Jeśli jednak osoba prowadząca działalność nierejestrową wykonuje umowę o świadczenie usług lub umowę zlecenie, podlega ubezpieczeniom jak każdy zleceniobiorca na zasadach ogólnych. W takiej sytuacji podmiot zawierający z nią umowę powinien wywiązać się z obowiązków, jakie przepisy wiążą z byciem płatnikiem składek ZUS.

O czym trzeba pamiętać

Na osobie, która prowadzi działalność nierejestrową, ciążą także pewne obowiązki. W głównej mierze dotyczą one kwestii:

  • rozliczania przychodów w zeznaniu rocznym PIT-36,
  • przestrzegania praw konsumentów, w tym prawa do odstąpienia w terminie 14 dni od umowy zawartej na odległość,
  • wystawiania faktury lub rachunku na żądanie kupującego,
  • prowadzenia uproszczonej ewidencji sprzedaży.

Nasze drogi są trzy razy mniej bezpieczne niż szwedzkie?

Ze względu na pandemię koronawirusa, w 2020 r. zmniejszyła się śmiertelność na polskich drogach. Powodów do zadowolenia jest jednak mniej niż można by sądzić.

Jeżeli można wskazać jakieś pozytywne skutki pandemii koronawirusa, to z pewnością zalicza się do nich przejściowa poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego. W skali całego 2020 r. taka zmiana na terenie Polski była dobrze widoczna (mimo pogorszenia się statystyk drogowych z III kw. oraz IV kw.). Niestety, nawet po uwzględnieniu tej pandemicznej poprawy, polskie dane dotyczące np. śmiertelności drogowej nie prezentują się szczególnie dobrze na tle Europy. Porównanie statystyk z innymi krajami Starego Kontynentu pokazuje, jak dużo jest jeszcze do zrobienia.

Podczas pandemii drogi w UE były bezpieczniejsze

W kontekście statystyk dotyczących bezpieczeństwa ruchu drogowego problemem jest to, że ukazują się one z dość dużym opóźnieniem. Dlatego ubiegłoroczne statystyki nadal wydają się ciekawe. Warto wspomnieć, że wstępne europejskie dane, które eksperci Ubea.pl zaprezentowali w poniższej tabeli pochodzą z rocznego raportu Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego. Te statystyki wskazują, że w 2020 r. pod względem liczby śmiertelnych ofiar wypadków drogowych na 1 mln osób Polska zajmowała dwudzieste siódme miejsce na trzydzieści analizowanych państw. „Gorszy wynik odnotowano tylko w przypadku innych, typowych outsiderów, czyli Łotwy, Rumunii oraz Bułgarii” – informuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Pozycji Polski w rankingu śmiertelności drogowej nie poprawił fakt, że liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych na 1 mln osób w 2020 r. zmniejszyła się o 15%. Okazuje się, że nie był to wynik szczególnie imponujący w skali całego kontynentu. Średnia zmiana dla całej Unii Europejskiej wyniosła bowiem (-17%) i przełożyła się na 4000 mniej drogowych śmierci. „Trzeba jednak zwrócić uwagę, że w kilku porównywanych krajach Starego Kontynentu drogowa śmiertelność wyraźnie wzrosła. Mowa o Estonii, Szwajcarii, Islandii, Łotwie, Luksemburgu oraz Irlandii” – wylicza Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Mała Słowenia może być drogowym przykładem

O bardzo dużym zróżnicowaniu bezpieczeństwa drogowego w skali kontynentu świadczy fakt, że przez cały miniony rok na 1 mln mieszkańców Norwegii i Szwecji przypadało tylko 18 ofiar wypadków drogowych. W przypadku Polski, analogiczny wynik wynosił aż 65. Dużo lepsze wartości porównywanego wskaźnika odnotowano między innymi dla Czech (48), Słowacji (45) oraz Węgier (46). „Na uwagę zasługuje także wynik Słowenii, która osiągnęła już stosunkowo niski poziom analizowanego wskaźnika – typowy chociażby dla Francji, Włoch oraz Austrii. Wśród nowych państw członkowskich UE lepiej prezentuje się tylko malutka Malta” – podkreśla Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Tempo poprawy bezpieczeństwa jest zbyt wolne

Obiektywna analiza sytuacji wymaga potwierdzenia, że przez poprzednie dwie dekady Polska poczyniła duże postępy w zakresie zmniejszania drogowej śmiertelności. Informacje zaprezentowane na poniższej mapie wskazują, że w latach 2001 – 2019 roczna liczba osób ginących na polskich drogach zmniejszyła się o 47%. „Analogiczny spadek śmiertelności drogowej obliczony dla okresu 2010 r. – 2019 r. wyniósł 26%” – podaje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Satysfakcję z widocznego postępu nieco psuje fakt, że szybka poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego ma miejsce nie tylko na terenie Polski. Wręcz przeciwnie, wiele krajów Starego Kontynentu przez ostatnie dwadzieścia lat poczyniło większe postępy niż Polska. Przykład może stanowić wspomniana wcześniej Słowenia, gdzie liczba śmiertelnych ofiar wypadków na drodze spadła aż o 63% w latach 2001 – 2019 (zobacz poniższa mapa). „Wyniki lepsze od polskich odnotowano również na terenie takich krajów jak na przykład Słowacja (-57%), Belgia (-57%), Austria (-57%), Portugalia (-59%), Francja (-60%), Norwegia (-61%), Szwecja (-62%), Grecja (-63%), Szwajcaria (-66%), Hiszpania (-68%), Luksemburg (-69%), Estonia (-74%), Islandia (-75%) oraz Łotwa (-76%)” – wymienia Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Wyniki dotyczące 2020 r. potwierdzają, że pomimo stosunkowo szybkiej poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego Polsce trudno jest opuścić grupę unijnych outsiderów. „To prawdopodobnie jeden z powodów, które sprawiły, że rząd zapowiedział bardziej zdecydowane działania idące w kierunku poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego” – podsumowuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Tempo poprawy bezpieczeństwa jest zbyt wolneTempo poprawy bezpieczeństwa jest zbyt wolne 2Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Polscy kierowcy spowodowali szkody na zagranicznych drogach o wartości 1,3 mld zł

W 2020 r. kierujący pojazdami zarejestrowanymi w Polsce spowodowali za granicą 63,5 tys. wypadków i kolizji. 653 sprawców nie miało ważnego ubezpieczenia OC. Łączna wartość szkód wyrządzonych przez polskich kierowców wyniosła około 1,3 mld zł.

Tak wynika z danych Polskiego Biura Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK), które przeanalizowali eksperci rankomat.pl. Jednocześnie w 2020 r. kierujący pojazdami zarejestrowanymi za granicą doprowadzili na polskich drogach do 12,7 tys. wypadków i kolizji. Łączna wartość tych szkód wyniosła około 89,5 mln zł.

Średnio polscy kierowcy spowodowali za granicą 170 szkód dziennie

W ubiegłym roku kierujący pojazdami z polskimi tablicami rejestracyjnymi spowodowali na zagranicznych drogach 63,5 tys. kolizji i wypadków. Średnio dochodziło do 170 szkód dziennie z winy kierowców z Polski.  W 2020 r. liczba wypadków i kolizji spowodowanych przez kierujących pojazdy z polskimi tablicami rejestracyjnymi na zagranicznych drogach spadła o 13% w porównaniu do 2019 r. Główną przyczyną było znaczne ograniczenie ruchu transgranicznego z powodu pandemii koronawirusa.Szkody za granicą

Najczęściej do wypadków i kolizji z winy polskich kierowców dochodzi w Niemczech

Zdecydowanie najwięcej szkód kierujący pojazdami zarejestrowanymi w Polsce spowodowali w 2020 r. w Niemczech (54%). Z kolei, na drogach Francji doprowadzili do 8 proc. wypadków i kolizji, we Włoszech – 7%, w Holandii – 6%, a w Wielkiej Brytanii – 5%. 

Wypadki i kolizje drogowe spowodowane przez polskich kierowców za granicą są dużym obciążeniem dla branży ubezpieczeniowej. W 2020 r. łączna wartość zlikwidowanych szkód za pośrednictwem PBUK wyniosła około 1,3 mld zł.

Liczba szkód spowodowanych za granicą bez ważnego OC wzrosła o 11,6%

Niestety, liczba wypadków i kolizji spowodowanych przez kierujących pojazdami zarejestrowanymi w Polsce na zagranicznych drogach bez ważnego ubezpieczenia OC, wzrosła z 585 w 2019 r. do 653 w 2020 r. Łączna wartość szkód zlikwidowanych z tego tytułu za pośrednictwem PBUK wyniosła około 13 mln zł.szkody bez oc

Często szkody nieubezpieczonymi pojazdami zarejestrowanymi w Polsce na zagranicznych drogach powodują kierowcy, którzy przeprowadzili się do innego kraju, ale jednocześnie nie przerejestrowali swoich samochodów. Niestety jazda autem bez ważnej polisy OC może mieć bardzo surowe konsekwencje. Za spowodowanie wypadku lub kolizji grozi kara przewidziana przez lokalne prawo, która może być znacznie wyższa niż w Polsce. Ponadto sprawca zostanie również obciążony kosztami likwidacji powstałych szkód – wyjaśnia Kamil Sztandera, ekspert ds. ubezpieczeń komunikacyjnych w porównywarce rankomat.pl.

Za jazdę nieubezpieczonym pojazdem grożą również wysokie kary ze strony Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego (UFG). W 2021 r. za brak ważnej polisy OC powyżej 14 dni właściciel samochodu osobowego może zostać obciążony karną opłatą w wysokości 5600 zł.kara-za-brak-oc

Zagraniczni kierowcy wyrządzili szkody na polskich drogach o wartości 89,5 mln zł

W 2020 r. kierujący pojazdami z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi spowodowali na polskich drogach 12,7 tys. wypadków i kolizji. Średnia kwota wypłaconych przez towarzystwa ubezpieczeniowe odszkodowań wyniosła ponad 7 tys. zł, a łączna wartość zlikwidowanych za pośrednictwem PBUK szkód około 89,5 mln zł.

Liczba szkód spowodowanych przez zagranicznych kierowców spadła w 2020 r. o 4,3 tys. w porównaniu do 2019 r. Główną przyczyną było znaczne ograniczenie ruchu transgranicznego z powodu pandemii koronawirusa.Liczba szkód spowodowanych przez obcokrajowców

Kierowcy z Niemiec najczęściej powodują szkody na polskich drogach

W 2020 r. najwięcej szkód na polskich drogach wśród kierujących pojazdami z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi wyrządzili Niemcy (29%). Następnie kierowcy z Ukrainy (11%), Litwy (8%), Białorusi i Czech (po 7%). 

Najczęściej wypadki i kolizje powodują kierowcy prowadzący pojazdy zarejestrowane w krajach sąsiadujących z Polską. Ten trend utrzymuje się od wielu lat. Wynika to z bardzo intensywnego ruchu transgranicznego oraz migracji ekonomicznej. 

Burmistrz Nowego Jorku weźmie pensję w bitcoinach

Burmistrz-elekt Nowego Jorku, Eric Adams, obiecał wziąć swoje pierwsze trzy wypłaty w bitcoinach, po wymianie tweetów z burmistrzem Miami.

Nowy burmistrz Nowego Jorku, jednego z największych centrów finansowych na świecie, podkreślił swoją wizję przekształcenia miasta w centrum kryptowalut. Adams, odpowiadając na tweeta burmistrza Miami, Francisa Suareza, zobowiązującego się do wzięcia wypłaty w bitcoinach, podniósł stawkę, mówiąc, że weźmie swoje pierwsze trzy wypłaty w kryptowalutach.

Nowy burmistrz również napisał na Twitterze w czwartek: „NYC będzie centrum branży kryptowalut”.

Adams w pewnym stopniu dogaduje się z Suarezem i Miami, które podczas pandemii ściągnęły talenty finansowe z Nowego Jorku i ogłosiły już szereg środków pro-krypto, w tym przyjmowanie płatności podatków w bitcoinach i umożliwienie pracownikom pobierania pensji w kryptoaktywach.

Wydaje się, że z Adamsem na czele Nowego Jorku, narzędzia przeciwne kryptoaktywom, takie jak zakaz ich wydobycia w mieście, zostały w dużej mierze porzucone.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Pandemia zmieniła preferencje pacjentów i przyspieszyła innowacje w opiece zdrowotnej

Ponad 90 proc. przedstawicieli systemu opieki zdrowotnej za najbardziej oczekiwany efekt cyfrowej transformacji uznaje poprawę doświadczenia pacjentów – wynika z raportu Digital transformation. From a buzzword to an imperative for health systems, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Skupienie się na podejściu bardziej przyjaznym dla pacjentów wiąże się jednocześnie ze zmianami w bieżącej działalności operacyjnej, kulturze biznesowej oraz sposobie i zakresie wykorzystania najnowszych rozwiązań technologicznych. Największą barierą w tej cyfrowej rewolucji są jednak niewystarczające finanse.

W ciągu ostatnich 20 lat wiele szpitali i placówek medycznych w różnych obszarach swojej codziennej działalności wprowadziło rozwiązania technologiczne. W większości przypadków było to jednak podejście fragmentaryczne, koncentrujące się przykładowo na stworzeniu aplikacji, wykorzystaniu elektronicznych rejestrów medycznych czy funkcjonalności sztucznej inteligencji. Dopiero pandemia koronawirusa zmusiła sektor zdrowotny do wprowadzenia znaczących zmian.

Zdalna opieka i telewizyty stały się nie tylko koniecznością, ale i w wielu okolicznościach preferowaną formą relacji z pacjentami. Ta zmiana nie wzięła się jednak znikąd – pandemia przyspieszyła adopcję trendów digitalizacyjnych już wcześniej obserwowanych w branży opieki zdrowotnej. Kluczowe dla szerszego wdrożenia takiej transformacji jest przyjęcie jasno określonej strategii w podejściu do technologii cyfrowych. Obejmuje ona nie tylko nowy model budowania relacji z pacjentami, ale również zmianę kultury organizacyjnej, – mówi Jan Michalski, partner, lider Deloitte Digital CE.

Cyfryzacja kluczowa dla zmiany relacji z pacjentami

Zdaniem ekspertów Deloitte wraz z coraz powszechniejszym przejmowaniem przez pacjentów odpowiedzialności za własne zdrowie i dobre samopoczucie, systemy opieki zdrowotnej adekwatnie dopasowują inwestycje w obszarach cyfrowych do swojej strategii biznesowej.

Respondenci za najważniejszy efekt transformacji cyfrowej w swoich organizacjach uznają poprawę satysfakcji pacjentów i skali ich zaangażowania (92 proc.) oraz poprawę jakości opieki i osiąganych efektów (56 proc.). Koncentracja właśnie na takich efektach przyczynia się do osiągnięcia sukcesu przez jednostki medyczne zarówno w wymiarze strategicznym, jak i finansowym. W otoczeniu szybkich i złożonych zmian w opiece medycznej, które spowodował COVID-19, tradycyjne podejście do decyzji w oparciu o aspekty finansowe jest niewystarczające

Sukces transformacji to efekt inwestycji w konkretne rozwiązania technologiczne. Badani najczęściej, w 76 proc. przypadków, wymieniają tu analitykę danych. Z kolei 68 proc. mówi o rozwoju usług wirtualnych, a 56 proc. o wykorzystaniu chmury.

Podstawą efektywnego przeprowadzenia zmiany jest zbudowanie zbiorów zunifikowanych danych pacjentów, zebranych możliwie szeroko oraz budowa algorytmów, które w oparciu o te dane uruchamiają komunikację do pacjenta. Co więcej, wraz z gwałtowną cyfryzacją, kwestią wymagającą uwagi są też zagadnienia z obszaru cyberbezpieczeństwa, szczególnie w zakresie zachowania prywatności i ochrony wrażliwych danych pacjentów, – mówi Paweł Kuśmierowski, partner associate w zespole Life Sciences & Health Care, Deloitte Digital.

Długa droga cyfrowej transformacji

Choć digitalizacja oznacza trochę co innego dla każdego z systemów opieki zdrowotnej i ich interesariuszy, większość respondentów jest zgodna, że jest to coś znacznie więcej niż przeniesienie dotychczasowych papierowych procesów do środowiska cyfrowego – to całkiem nowy sposób zapewniania opieki i wyjście naprzeciw oczekiwaniom konsumentów. To więcej niż podejmowanie cyfrowych działań, to przyjęcie całkowicie cyfrowego sposobu funkcjonowania, a to wymaga czasu.

Zdaniem większości badanych, reprezentujących organizacje znajdujące się na różnych etapach transformacji, są one jeszcze daleko od osiągnięcia zaplanowanego, idealnego poziomu cyfryzacji. 60 proc. twierdzi, że są co najwyżej w połowie tego procesu. Jednocześnie 52 proc. wskazuje, że zajmie im on nie mniej niż 3 lata, a jedna piąta dopiero planuje swoje działania w tym zakresie. Co więcej, 40 proc. respondentów uważa, że reprezentowane przez nich instytucja nie może poszczycić się posiadaniem dobrze określonej strategii transformacyjnej.

Największe przeszkody i szanse transformacji

W trakcie procesu dotarcia do zakładanego poziomu digitalizacji systemy opieki zdrowotnej muszą mierzyć się z szeregiem przeciwności. Ponieważ najczęściej wymienianą przeszkodą na drodze cyfrowej transformacji systemów opieki zdrowotnej są kwestie finansowe (68 proc. wskazań), kluczowym kryterium decydującym o alokacji środków budżetowych jest spodziewany stopień zwrotu z inwestycji.

Wśród najważniejszych barier respondenci wymieniają też kwestie dotyczące jakości wykorzystywanych danych (64 proc.) oraz ich dostępność (52 proc.). Problemem do pokonania jest też pozyskanie wykwalifikowanej kadry, na co wskazuje 48 proc. badanych. Zaledwie 12 proc. z nich uważa, że ma wystarczająco dużo pracowników. Nie powinno więc dziwić, że dla jednej trzeciej to właśnie jest obszar priorytetowych inwestycji w nadchodzących 3 latach.

Zdaniem ekspertów Deloitte istotne jest też, że na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się np. metodyka mierzenia wydajności. Podczas, gdy kiedyś za wystarczające uznawano sprawdzenie liczby pobrań aplikacji przez pacjentów, teraz znacznie bardziej odpowiednie wydają się złożone wskaźniki, takie jak liczba aktywnych użytkowników w miesiącu czy długość trwania pojedynczej sesji.

Wśród kluczowych czynników przyspieszających transformację badani przez Deloitte najczęściej wymieniają natomiast skuteczne przywództwo (80 proc.) i kierowanie procesem zmiany (68 proc.). Podkreślali przy tym, jak ważne jest, aby zarządzający organizacją rozumieli te wysiłki oraz wspierali je odpowiednimi środkami, delegowaniem personelu i umożliwianiem podejmowania decyzji, wpływając na zmianę kultury organizacyjnej.

O raporcie „Digital transformation. From a buzzword to an imperative for health systems”

Raport powstał w oparciu o badanie wykonane między majem a lipcem 2021 r. przez Deloitte Center for Health Solutions we współpracy z Scottsdale Institute. Składało się ono z ankiety, wywiadów oraz dyskusji panelowej przeprowadzonych wśród dyrektorów technologicznych systemów ochrony zdrowia.. Zarejestruj się aby pobrać darmową publikację „Digital transformation. From a buzzword to an imperative for health systems.”

Urlop rodzicielski tylko dla ojców. Debata ekspercka nt dyrektywy unijnej work-life balance

Do sierpnia 2022 roku Polska, jak i inne kraje członkowskie UE, muszą wdrożyć dyrektywę „work-life balance”, która nakazuje m.in. wprowadzenie dwumiesięcznego urlopu rodzicielskiego wyłącznie dla ojców. To ogromnie ważny krok w stronę bardziej partnerskiego podziału opieki nad dzieckiem między matkę a ojca. Dialog społeczny na temat skutków implementacji tego przepisu do prawa polskiego jest bardzo ważny i będzie mieć w przyszłości wpływ na odbiór przez rodziców i zastosowanie przez pracodawców ustalonych przez państwo zasad.

16 listopada w Centrum Kreatywności Targowa w Warszawie Fundacja Rodzic w mieście organizuje pierwszą publiczną debatę na temat dyrektywy work-life balance. Chcemy porozmawiać o dyrektywie, zastanowić się jak przygotować rodziców i pracodawców na zmianę w prawie do urlopów, aby zarówno rodzice jak i zatrudniający nie bali się tych zmian i z nich korzystali. Celem debaty jest także przedstawienie dobrych praktyk z zakresu Corporate Family Responsibility – CFR, w tym wspierania rodziców w firmach oraz potrzeb i oczekiwań rodziców względem dyrektywy.

Czy matki chcą pracować?

Według badań “Macierzyństwo a aktywność zawodowa”[1] przeprowadzonych przez Fundację Rodzic w mieście wynika, że aż 94% kobiet chce wrócić do pracy po urodzeniu dziecka. Mamy jednoznacznie deklarują, że chcą pracować. Jednak jedynie połowie z nich udaje się wrócić do pracy przed ukończeniem przez dziecko 3 roku życia[2]. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele i leżą zarówno po stronie pracodawców, jak i społecznego modelu rodziny.

Wyrównywanie szans matek na rynku pracy

Najczęstszą trudnością, z jaką mierzą się mamy po powrocie do pracy, jest zmiana podejścia do kobiet wynikająca z faktu, że stały się one mamami. Po pierwsze pracodawcy często odnoszą się do kobiet przez pryzmat ich macierzyństwa, a nie posiadanych kompetencji. Po drugie postrzegane są jako pracownicy “wyższego ryzyka”. Co 3. matka wskazała czynnikiem wspierającym powrót do aktywności zawodowej właśnie atmosferę w firmie wspierającą rodziców.

Aby to zmienić podstawą jest kultura zarządzania, która uwzględnia interesy rodziców. Pracodawca powinien być inicjatorem zmian, który nie tylko zachęca ojców do korzystania z przywilejów rodzicielskich, ale też promuje to jako element kultury organizacyjnej firmy. Dobrze przemyślane działania pracodawców i budowanie kultury organizacyjnej wspierającej rodziców mogą sprawić, że pojęcie work-family balance stanie się standardem

Partnerski model rodziny

Rośnie również oczekiwanie kobiet wobec partnerów dotyczące pomocy w opiece nad dzieckiem i dzielenia się obowiązkami domowymi. Z badania “Macierzyństwo a aktywność zawodowa” wynika, że co 3. mama wskazała wsparcie partnera w opiece nad dzieckiem jako czynnik ułatwiający powrót do pracy. Ponadto coraz więcej ojców chce aktywnie uczestniczyć w życiu swoich dzieci z własnego wyboru. W rezultacie to nie tylko matki zgłaszają swoim pracodawcom potrzeby odnośnie uelastycznienia godzin pracy, czy ograniczenia godzin nadliczbowych. O to samo coraz częściej proszą swoich szefów mężczyźni.

Wprowadzenie dyrektywy work-life balance to ważny krok w stronę bardziej partnerskiego podziału opieki nad dzieckiem między matkę a ojca, a co za tym idzie wyrównania szans matek na rynku pracy. Jednak bez szerokiego nagłośnienia tej zmiany, bez pokazania korzyści, jakie ta zmiana przynosi, ten przepis również będzie martwy i mężczyźni nie będą korzystać z przysługującego im prawa.

Work-life balance. Debata ekspercka nt dyrektywy unijnej

Zapraszamy wszystkich zainteresowanych tematem work-life balance – ekspertów CSR,

organizacje wspierające rodziców i pracodawców w godzeniu aktywności zawodowej z rodzicielstwem, pracodawców i przedstawicieli federacji pracowniczych, przedstawicieli instytucji publicznych a także rodziców i przyszłych rodziców – na wydarzenie “Work-life balance. Debata ekspercka na temat dyrektywy unijnej”.

Data: 16 listopada 2021, godziny: 9.00-13.30

Miejsce: Warszawa, Centrum Kreatywności Targowa

PLAN SPOTKANIA

9.00-9.20 powitanie gości i wprowadzenie do debaty

9.20 – 10.30 I panel: Dyrektywa work-life balance: obawy pracodawców; dobre praktyki w firmach;

Paneliści:

  • pr. Robert Lisicki – Dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan
  • Ewa Leśnowolska – Ekspertka z zakresu diversity&inclusion i zaangażowania społecznego biznesu. Związana z Better i Divercity+.
  • Michał Celibała – Doradca podatkowy, prawnik, wykładowca akademicki, przedsiębiorca. Współzałożyciel firmy Biuro Rachunkowe BIUREX Sp. z o.o w Kielcach
  • dr Michał Mazur – doktor nauk o polityce Uniwersytetu Warszawskiego, polityk społeczny, koordynator dostępności Ministerstwa Zdrowia, doradca CSR.

Prowadzenie: Karolina Adrian – założycielka i prezeska Fundacji  Share the Care

10.30-10.50 dyskusja, pytania

10.50 – 11.15 przerwa kawowa

11.15 – 12.30 II panel: Potrzeby  i oczekiwania rodziców względem dyrektywy work-life balance

Paneliści:

  • Karolina Bury – wiceprezeska Fundacji Rodzic w mieście; odpowiada za działania związane z obszarem work-family balance, koordynuje projekty Klub Przedsiębiorczych Mam oraz Pracuję i wychowuję.
  • Robert Mikulski – radca prawny, Partner Zarządzający w Brillaw Kancelaria Radców Prawnych Mikulski & Partnerzy.
  • Dorota Bojemska – Przewodnicząca Rady Rodziny przy Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej.
  • Kamil Polny – rodzic, przedsiębiorca, autor bloga „Tata w pracy”.
  • dr hab. Ewa Giermanowska – dr hab. nauk społecznych w zakresie socjologii, pracuje w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalizuje się w socjologii pracy i polityce zatrudnienia

Prowadzenie: Agnieszka Krzyżak-Pitura, fundatorka, założycielka i prezeska Fundacji Rodzic w mieście

12.30-12.50 dyskusja, pytania

12.50-13.30 podsumowanie i zamknięcie debaty

Więcej informacji o debacie oraz formularz rejestracyjny tutaj: https://pracujeiwychowuje.pl/debata/#zapisy

[1] https://pracujeiwychowuje.pl/raport/

 

[2] GUS, Praca zawodowa a obowiązki rodzinne w 2018 roku, 2019

Dolar zyskuje, funt traci

W zeszłym tygodniu Rada Polityki Pieniężnej zaskoczyła rynek, ogłaszając podczas listopadowego posiedzenia silniejszą niż się spodziewano podwyżkę stóp procentowych. Funt stracił po spotkaniu Banku Anglii, który zdecydował się nie podnosić stóp procentowych. Dolar za to pozostaje stabilny po tym, jak Rezerwa Federalna ogłosiła ograniczenie skupu obligacji, które było w dużej mierze oczekiwane przez rynek, oraz po mocnym piątkowym raporcie o zatrudnieniu.

Reakcja złotego na wieści z NBP nie była duża. Po lekkim umocnieniu w środę w dalszej części tygodnia waluta oddała praktycznie wszystkie zyski względem euro i obecnie para EUR/PLN pozostaje w okolicy poziomu 4,60. Jednocześnie euro wciąż ma problemy, jako że prezes EBC Christine Lagarde podkreśla, że nie obawia się inflacji, i sprzeciwia się podwyżkom stóp.

Ruchy walut G10 skorelowane są z jastrzębią bądź gołębią postawą odpowiednich banków centralnych. Punktem odniesienia dla zwolenników zacieśniania polityki monetarnej jest niezwykle gołębi konsensus, zgodnie z którym wśród krajów rozwiniętych polityka ta pozostaje wciąż bardzo luźna.

Najważniejszymi odczytami w tym tygodniu będą te dotyczące inflacji w USA – PPI (wtorek 9.11) i CPI (środa 10.11). W obu przypadkach przewidywany jest ich dalszy wzrost z i tak już wysokich poziomów. Istotne będą także przemówienia członków Fedu. Nadal spodziewamy się, że będzie rosła niezgoda co do zasadności utrzymywania ultraluźnej polityki monetarnej w obliczu pozostającej przez dłuższy czas znacznie powyżej celu inflacji.

PLN

Stopa referencyjna wzrosła o 75 pb. do 1,25% – powyżej oczekiwanych przez rynek 50 pb., co sugeruje, że decydenci są zaniepokojeni narastającą presją inflacyjną znacznie bardziej, niż wydawało się inwestorom. Bank istotnie podniósł też projekcję inflacji i jej centralna ścieżka zakłada obecnie, że inflacja CPI w przyszłym roku wyniesie 5,8% zamiast prognozowanych w lipcu 3,3%.

W trakcie konferencji prasowej po posiedzeniu RPP prezes NBP Adam Glapiński powiedział, że w grudniu prawdopodobna jest kolejna podwyżka stóp. Jego późniejsza retoryka wskazująca na oczekiwany spadek inflacji po styczniu 2022 r. sugeruje, że obecny cykl może być dość skoncentrowany. Komunikacja banku z rynkiem nadal nie jest jednak precyzyjna.

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na piątkowe wstępne dane o PKB Polski w III kwartale. Poznamy też sporo wieści z regionu: we wtorek decyzję w sprawie stóp podejmie Narodowy Bank Rumunii, w trakcie tygodnia poznamy też dane o inflacji w październiku w części krajów CEE.

EUR

Poważnym problem dla euro jest gołębia postawa prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde, która póki co nie obawia się rosnącej inflacji. W związku z powyższym postanowiliśmy zrewidować w dół naszą prognozę dla wspólnej waluty.

Uważamy, że utrzymująca się dłużej niż oczekiwano presja inflacyjna jest zjawiskiem wyraźnie globalnym. Pojawiła się najpierw w USA, a ostatnio dotarła z opóźnieniem również do strefy euro, jak często bywa z trendami makroekonomicznymi. To opóźnienie może jednak umożliwić Europejskiemu Bankowi Centralnemu poleganie jeszcze przez jakiś czas na jego optymistycznych prognozach dotyczących przejściowej inflacji, a w tym otoczeniu trudno o umocnienie euro.

USD

Decyzja Fedu w listopadzie, by ograniczyć skup obligacji skarbowych i listów zastawnych, była mniej więcej zgodna z oczekiwaniami rynku. Spodziewamy się nieco jastrzębiego zwrotu w komunikatach, jednak prezes Jerome Powell pozostaje wyraźnie pewny, że inflacja będzie przejściowa – choć Fed nie przewidział wcześniej jej nadejścia, wysokości ani czasu trwania skoku. Dolar nieco się zachwiał po tym „gołębim taperingu”, ale odbił po silnym raporcie z rynku pracy opublikowanym następnego dnia.

Wszystkie oczy będą teraz zwrócone na środowy raport inflacyjny. Prognoza zakłada kolejny silny wzrost zarówno głównej, jak i bazowej miary. Nie oczekujemy żadnych natychmiastowych zmian w polityce, ale Fed nie może ignorować tych odczytów bez końca.

GBP

Wydaje się, że Bank Anglii poważnie nadwyrężył zaufanie rynku. Po tygodniach jastrzębich sygnałów postąpił wbrew oczekiwaniom rynku i na listopadowym zebraniu pozostawił niezmienione stopy – tylko dwóch z dziewięciu członków głosowało za natychmiastową podwyżką. Bank nie zobowiązał się również do podniesienia stóp w konkretnym terminie, pozostawia jednak możliwość podwyżek na kolejnych posiedzeniach. Funt nie przyjął tego dobrze i był w zeszłym tygodniu jedną z najgorzej radzących sobie walut na świecie.

W tym tygodniu w centrum uwagi będą ponownie publikacje danych. Mimo że raport inflacyjny z USA może być najważniejszym czynnikiem kształtującym kurs USD/GBP, to miesięczne dane o PKB Wielkiej Brytanii we wrześniu pokażą, w jakim tempie sektor usług normalizuje się po problemach z wariantem Delta.

CHF

Frank szwajcarski poruszał się w stosunkowo wąskim zakresie względem euro i zakończył tydzień niedaleko kursu, z którym go zaczął – blisko najlepszej pozycji od maja 2020 r. Reakcja waluty na silniejszy niż oczekiwano odczyt inflacji w Szwajcarii w ostatni wtorek była niewielka. Główna stopa wzrosła do 1,2% w ujęciu rocznym, co jest najwyższą wartością od sierpnia 2018 r. Ten wzrost cen jest jednak wciąż w dużej mierze efektem bazy, co bez wątpienia zmniejsza presję na Szwajcarski Bank Narodowy, by wkrótce podnieść stopy procentowe. Rynek terminowy nie wycenia obecnie pierwszej podwyżki przed 2023 r., co jest jednym z najpóźniejszych terminów w przypadku banków centralnych G10.

Poza danymi o inflacji PPI w piątek, które zapewne zostaną pominięte przez rynek, w kalendarzu ekonomicznym dla Szwajcarii raczej nic nie ma, więc frank będzie zależny od wydarzeń na świecie.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Itsaso Apezteguia – analitycy Ebury

Umowa o dożywocie. Zakres, korzyści, opodatkowanie

Z roku na rok liczba umów o dożywocie zawieranych w Polsce rośnie coraz szybciej. Z najświeższych danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w roku 2018 podpisano nieco ponad 11 tys. tego typu umów, w 2019 roku ponad 12 tys. a w 2020 ponad 13 tys.[1] Jeśli dynamika wzrostu z ostatnich lat zostanie utrzymana, wzrost liczby nowych umów w tym roku wyniesie 12,8 proc. Czego dotyczy umowa o dożywocie i z kim można ją zawrzeć? Czy zawsze jest zawierana w formie aktu notarialnego? Jakie podatki obowiązują w przypadku umowy o dożywocie? Oto kilka faktów.

Umowa o dożywocie może być dobrym pomysłem na dodatkowe środki pieniężne na emeryturze. Podpisując taką umowę i przenosząc prawo własności nieruchomości (na określoną osobę lub instytucję) można otrzymać dożywotnią opiekę lub świadczenia pieniężne wypłacane np. co miesiąc. Kodeks Cywilny w artykułach 908-916 zawiera opis takiego rodzaju umowy.

Oto 4 fakty na temat umowy o dożywocie.

Dotyczy ona przeniesienia prawa własności nieruchomości

Renta dożywotnia jest dostępna dla właścicieli mieszkań hipotecznych, domów oraz mieszkań spółdzielczych własnościowych. W obecnej sytuacji umowa  opiera się na instytucji Dożywocia (Kodeks Cywilny, art. 908-916) lub umowie Renty (Kodeks Cywilny, art. 903-907) określającej świadczenie jako wypłacane dożywotnio. Senior otrzymuje świadczenia do końca życia, umowa może trwać nawet kilkadziesiąt lat, a fundusz hipoteczny pokrywa koszty podwyżek czynszu oraz podatku od nieruchomości, jak również opłaty za wieczyste użytkowanie gruntów (lub opłaty przekształceniowe, w przypadku gdy prawo użytkowania wieczystego przekształciło się w prawo własności gruntu) czy też koszty ubezpieczenia mieszkania lub domu.

– Pamiętajmy, że umowę o dożywocie można podpisać z osobą prywatną np. sąsiadem, znajomym, kimś z rodziny, ale można ją również podpisać z profesjonalnym funduszem hipotecznym zrzeszonym w Związku Przedsiębiorstw Finansowych. Wtedy senior ma pewność, że będzie ona obwarowana nie tylko przepisami Kodeksu Cywilnego. Taka umowa będzie też sporządzona w zgodzie z normami etycznymi, czyli Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionych w ramach ZPF – przypomina Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Warto przypomnieć, że umowa o dożywocie może przysługiwać małżonkom, którzy w ten sposób mogą przenieść prawo do wspólnej nieruchomości na osobę trzecią lub instytucję np. fundusz hipoteczny.

Może obejmować nieruchomości rolne i nierolnicze

Umowa o dożywocie może dotyczyć każdej nieruchomości gruntowej lub lokalowej np. domu lub mieszkania. Przedmiotem umowy może być też udział we współwłasności nieruchomości oraz prawo użytkowania wieczystego. Co ważne, umowa o dożywocie, może dotyczyć również gospodarstwa rolnego. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że niegdyś liczba umów dotyczących nieruchomości rolnych i nierolniczych była podobna. Przykładowo w 2000 roku liczba tych pierwszych umów wynosiła 1902, a tych drugich 1143. Dla porównania w 2021 roku ta proporcja uległa diametralnej zmianie oscylując wokół 1950 umów dotyczących nieruchomości rolnych oraz 11 536 umów dotyczących nieruchomości nierolniczych.[2]

Musi być sporządzona przez notariusza

Umowa o dożywocie musi być sporządzona w formie aktu notarialnego. W tym wypadku trzeba zatem liczyć się z opłatami m.in. za sporządzenie umowy (taksa notarialna oraz wysokość podatku od czynności cywilnoprawnych w tym wypadku zależy od wartości nieruchomości). Dodatkowym kosztem może być sporządzenie wypisów aktu notarialnego. Ilość takich wypisów może być różna, zazwyczaj jest ich kilka – po jednym dla dożywotnika oraz nabywcy nieruchomości ale również dla Wydziału Ksiąg Wieczystych Sądu Rejonowego, Urzędu Skarbowego itd. Notariusz pobierze też opłatę sądową (która jest stała) związaną z wpisem do księgi wieczystej. Mowa o wpisaniu faktu nabycia prawa własności. Warto przypomnieć, że w przypadku podpisywania umowy z instytucją np. funduszem hipotecznym powyższe koszty ponosi fundusz.

Jest opodatkowana podatkiem od czynności cywilnoprawnych

Umowa dożywocia, zgodnie z Ustawą o podatku od czynności cywilnoprawnych (Art. 1 ust. 1 w zw. z art. 7 ust. 1) jest opodatkowana podatkiem w wysokości 2 proc. wartości nieruchomości, czyli działki, domu, mieszkania etc. Zapłata podatku jest obowiązkiem nabywcy prawa własności, a nie dożywotnika. Zgodnie z Ustawą o podatku od spadków i darowizn (Art. 1 ust. 1 – czynność niewymieniona jako opodatkowana) umowa ta nie podlega natomiast podatkowi od spadków i darowizn.

[1] Dane Ministerstwa Sprawiedliwości, akty notarialne w latach 1991-2021. Źródło:
https://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/opracowania-wieloletnie/download,2853,1.html

[2] Tamże.

Wyniki finansowe Allegro za 3 i 9 miesięcy 2021 roku

Rewolucja cyfrowa zmieniała handel detaliczny przez ostatnią dekadę, prowadząc do powstania nowych modeli biznesowych, ekosystemów handlowych i nowych możliwości dotarcia i zaangażowania konsumentów. Pandemia COVID-19 przyspieszyła przejście na e-commerce, ponieważ konsumenci, nie mając dostępu do produktów w sklepach, zaczęli korzystać z kanałów cyfrowych. Allegro jako wiodący gracz na polskim rynku handlu detalicznego umocniło swoją pozycję w kraju – z 32% udziałów w wartości rynku e-commerce w 2019 roku (rok przed pandemią), do 40% w 2021 roku, na podstawie wstępnych danych Euromonitor International. W ciągu ostatnich dwóch lat Allegro ponad dwukrotnie zwiększyło swoją sprzedaż w Polsce. Spółka zajmuje nie tylko pozycję lidera wśród e-commerce w Polsce, ale jest również drugim po Biedronce (należącej do Jeronimo Martins Polska SA) detalistą w kraju.

Allegro inwestuje w badania konsumenckie, aby zrozumieć, co i kiedy preferuje obecny konsument oraz szybko reaguje na zmieniające się warunki rynkowe. Spółka oferuje niezwykle szeroki asortyment – od produktów popularnych po unikatowe i niszowe, których nie można dostać w sklepach offline i trudno znaleźć na innych stronach internetowych.

Po udanym IPO w październiku 2020 roku, Allegro kontynuuje aktywną ekspansję. Allegro przejęło Mall Group, wiodącego gracza e-commerce w Europie Środkowo-Wschodniej. Mall Group jest liderem e-commerce na Słowacji i drugim co do wielkości graczem na rynku e-commerce w Czechach, według danych Euromonitor International. Dzięki temu przejęciu konsumenci będą mieli większy wybór asortymentu. Dla sprzedawców oznacza to większy zasięg geograficzny – nowe rynki, nowi konsumenci, nowe możliwości. Biorąc pod uwagę silną pozycję rynkową w Polsce, można było się spodziewać, że Allegro skupi się na ekspansji geograficznej w całej Europie.

Spółka ma dobrze rozwiniętą strukturę, logistykę, doświadczenie w kategorii e-commerce. Co więcej, e-commerce jest najszybciej rozwijającym się kanałem sprzedaży – prognozuje się, że w ciągu najbliższych 5 lat jego wzrost w Europie Wschodniej wyniesie 12% w ujęciu rocznym. Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione czynniki, Allegro będzie umacniać swoją pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej.

Marija Milasevic, Senior Consultant w Euromonitor International

Instrumentalny charakter wszczynania postępowań karnych skarbowych

Dyrektor izby administracji skarbowej ustalił, że przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą w branży budowlanej w 2013 r. w sposób nieuprawniony odliczył VAT naliczony na fakturach zakupowych od jednego z kontrahentów. Czy organ mógł sięgać tak daleko wstecz do rozliczeń podatkowych przedsiębiorcy? Mógł, bo na miesiąc przed upływem terminu przedawnienia zobowiązań wszczął przeciw niemu postępowanie karne skarbowe. Tylko dlaczego tak późno, skoro o popełnieniu przez niego przestępstwa dowiedział się już trzy lata wcześniej?

Zgodnie z art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania.

Nabycie 9 pustych faktur w 2013 r.

Dyrektor izby administracji skarbowej uznał, że firma budowlana w 2013 r. nienależnie odliczyła VAT naliczony na fakturach wystawionych przez jednego z jej podwykonawców. Wystawił on wówczas 9 faktur za swoje podwykonawstwo przy realizacji jednej z inwestycji budowlanych. W opinii organu skarbowego wykazane na tych fakturach czynności nie zostały nigdy wykonane, a tzw. fikcyjności faktur firma budowlana była świadoma.

Powiadomienie o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia na miesiąc przed jego upływem

Odnosząc się do podniesionego przez przedsiębiorcę zarzutu przedawnienia dochodzonych przez organ zobowiązań podatkowych, dyrektor izby administracji skarbowej oznajmił, że 4 grudnia 2018 r. poinformował przedsiębiorcę o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia, doręczając mu zawiadomienie o wszczęciu przeciw niemu dochodzenia o przestępstwo skarbowe. Ponieważ termin przedawnienia upływał wraz z dniem 31 grudnia 2018 r., fiskus zdążył poprzez wspomniane doręczenie zawiadomienia skutecznie zawiesić jego bieg. Jak wyjaśnił organ, postępowanie karne skarbowe nadal się toczy, choć od 27 maja 2020 r. zostało zawieszone w oparciu o art. 114a Kodeksu karnego skarbowego. Co stanowi ten przepis? Że postępowanie w sprawach o przestępstwa i wykroczenia skarbowe może zostać zawieszone, jeżeli jego prowadzenie jest w istotny sposób utrudnione ze względu na prowadzoną kontrolę podatkową, kontrolę celno-skarbową lub toczące się postępowanie przed organami: podatkowymi, celnymi lub administracyjnymi.

Urząd skarbowy wiedział już trzy lata wcześniej

Przedsiębiorca skierował sprawę przed Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach. Kielecki sąd nie odnalazł w działaniach organu podatkowego argumentów, które uwiarygodniłyby, że wszczęcie postępowania karnego skarbowego nie miało jedynie instrumentalnego charakteru, a było konieczne w aspekcie popełnienia przez przedsiębiorcę czynu zabronionego. Dlatego uchylił zaskarżoną przez firmę decyzję dyrektora izby administracji skarbowej, orzekając, że organ: „Badając czy postępowanie karnoskarbowe nie zostało wszczęte instrumentalnie, rozważy termin jego wszczęcia w kontekście tego, że zawiadomienie o możliwości popełnienia przez podatnika czynu zabronionego Naczelnik Pierwszego Urzędu Skarbowego otrzymał trzy lata wcześniej to jest 28 XII 2015 r., a samo postępowanie wszczęto na miesiąc przed upływem terminu przedawnienia zobowiązań podatkowych za I –III kw. 2013 r. tj. 27 XI 2018 r.” (wyrok WSA w Kielcach z 9 września 2021 r., sygn. akt I SA/Ke 232/21).

Podsumowanie

To niedopuszczalne działania organów podatkowych, nagminnie stosowane wobec przedsiębiorców. Działania, które łamią fundamentalne reguły pewności prawa, jak i zaufania obywateli do organów państwa. Działania, które w świetle wydanego już w 2012 r. orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego można nazwać bezprawnymi. TK, wyraźnie stwierdzając o naruszeniu ww. zasad, wskazał bowiem, że:

„Celem instytucji przedawnienia w prawie podatkowym jest zagwarantowanie podatnikom, że po upływie określonego w ustawie czasu nie będą narażeni na jakiekolwiek działania ze strony organów podatkowych zmierzające do określania i egzekwowania od nich należności podatkowych. (…) ustawodawca powinien kształtować mechanizmy prawa podatkowego w taki sposób, aby wygaśnięcie zobowiązania podatkowego następowało w rozsądnym terminie. (…) egzekwowanie długu podatkowego i towarzysząca mu niepewność podatnika co do stanu jego zobowiązań podatkowych nie mogą trwać przez dziesięciolecia” (wyrok z 17 lipca 2012 r., sygn. akt P30/11).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Bańka mieszkaniowa czy kolejny rekord?

Wciąż wysoki popyt i niedostateczna podaż odzwierciedlają stale rosnące ceny. Mieszkania są o około 10 proc. droższe niż przed rokiem. To dane uśrednione dla siedmiu największych miast, gdzie nawet 70 proc. wartości transakcji było finansowane gotówką. W ostatniej dekadzie rynek nieruchomości zarówno komercyjnych, jak i mieszkaniowych przechodzi fazę szybkiego wzrostu. Polska ma jeden z najniższych wskaźników dostępności mieszkań w Europie, wg szacunków wciąż brakuje ich nawet 2 – 2,5 miliona, a także jedną z najniższych średniej liczby pokoi na osobę.

W połączeniu z rosnącą inflacją i coraz większą liczbą osób kupujących nieruchomości jako inwestycję kapitałową, obserwujemy stale rosnący popyt. Z drugiej strony Polacy posiłkują się również łatwo dostępnymi kredytami mieszkaniowymi: od stycznia do końca sierpnia zaciągnęli ich o 28,6 proc. więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

Co wpływa na ciągły wzrost cen nieruchomości?

Bloomberg Economics ocenia, że rynki mieszkaniowe na całym świecie doświadczają trendów, które nieprzyjemnie przypominają te, które pojawiły się w okresie poprzedzającym kryzys finansowy z 2008 r. Według ich raportu, Nowa Zelandia, Kanada i Szwecja wykazują najbardziej niepokojące wskaźniki bańki mieszkaniowej, na liście także wysoko plasuje się Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Natomiast Polska uznawana jest za bezpieczną. Z kolei, jak podaje UBS global real estate bubble index 2021 dla wybranych miast, największe ryzyko bańki występuje we Frankfurcie, Toronto i Hong Kongu, a najniższe w Dubaju. Miasta jak Madryt, Mediolan i Warszawa oceniono jako bezpieczne.

Bańka na rynku nieruchomości to wzrost cen mieszkań napędzany dużym popytem, wydatkami spekulacyjnymi, aż do załamania. Mamy z nią do czynienia wtedy, gdy ceny osiągają absurdalne poziomy. Chodzi o sytuację, gdy nie mają znaczenia dochody mieszkańców czy zysk jaki można uzyskać z wynajmu. Zakupy dokonywane są tylko dlatego, że kupujący wierzą, że za chwilę będzie jeszcze drożej i chcą w ten sposób szybko uzyskać duży profit. W pewnym momencie popyt spada lub znajduje się w stagnacji, a podaż rośnie, co powoduje gwałtowny spadek cen – i pęknięcie bańki.

W Polsce ustawa deweloperska nakłada na inwestorów bardzo wiele obowiązków związanych z realizacją przedsięwzięcia deweloperskiego, to np. wymóg zakładania bankowych rachunków powierniczych, na których ulokowane pieniądze klientów kupujących mieszkania mogą trafiać na konto dewelopera w zależności od realizacji inwestycji. Powołano Deweloperski Fundusz Gwarancyjny (DFG), z którego w kryzysowych sytuacjach, takich jak upadłość firmy deweloperskiej lub banku, nabywcy mieszkań otrzymają zwrot wpłaconych środków.

Przewlekłe procedury windują ceny mieszkań

– Wzrosty cen mieszkań są przede wszystkim wynikiem dużej przewagi popytu nad podażą. W obliczu wysokiej inflacji Polacy lokują swoje oszczędności w nieruchomościach mieszkaniowych, aby uchronić je przed utratą wartości. Deweloperzy starają się ten popyt zaspokajać, jednak w obliczu kurczącej się oferty szybko drożejących terenów pod zabudowę oraz przedłużających się procedur administracyjnych nie są w stanie zaproponować odpowiednio wysokiej podaży. W tej sytuacji trudno oczekiwać nagłego spadku popytu – spowolnienie na rynku musi w końcu nadejść, ale będzie miało łagodny charakter. – ocenia Andrzej Oślizło, prezes zarządu, Develia S.A. To jedna z największych firm deweloperskich w Polsce. W ciągu 15 lat działalności Develia zrealizowała 36 osiedli – to ponad 13 tys. mieszkań o powierzchni przeszło 700 tys. m kw.

Na naszym rynku przy wciąż rekordowym popycie ze strony rodzimych nabywców indywidualnych do gry włączają się na coraz większą skalę inwestorzy instytucjonalni – w tym renomowane zagraniczne fundusze nieruchomościowe, w efekcie czego deweloperzy nie nadążają z wprowadzaniem nowych mieszkań do ofert. I to właśnie jest największym zagrożeniem dla stanu koniunktury już w bezpośredniej perspektywie. Jeśli tego typu tendencja nie zostanie powstrzymana w najbliższych miesiącach, na rynku zrobi się bardzo nerwowo i niebezpiecznie, a ryzyko gwałtownego przesilenia znacząco wzrośnie. Eksperci ostrzegają też, że wkrótce tanie kredyty nie będą już takie tanie, bo szalejąca inflacja skłania Radę Polityki Pieniężnej do podnoszenia stóp procentowych, co zaczynie się przekładać na wysokość spłacanych rat.

Obecnie, jak w wielu krajach, nad Wisłą dyskusje budzą globalne skutki ewentualnego upadku Evergrande, czyli drugiego największego dewelopera w Chinach z 30 mln niesprzedanych mieszkań. Jego zobowiązania, również wobec dużych zagranicznych inwestorów, przekraczają gigantyczną kwotę 260 mld euro. Wierzycielami holdingu jest ponad 170 lokalnych banków i więcej niż 120 innych instytucji finansowych.

Ograniczenia inwestycyjne

Pamiętajmy też, że polacy mają ciągle bardzo ograniczone możliwości inwestycyjne, np. przez brak REIT-ów, tylko 4 proc. nieruchomości komercyjnych jest w posiadaniu krajowych inwestorów. W Czechach, gdzie w 2013 r. uchwalono ustawy regulujące funkcjonowanie REIT-ów, proporcja udziału lokalnego kapitału wzrosła z kilku do 21 proc. w ub.r. W Niemczech udział ten jest wyższy niż 50 proc. Wielkim powodzeniem cieszą się natomiast wszelkie dostępne na polskim rynku demokratyzujące inwestowanie w formaty, jak hotelowe: condo, apart czy nieruchomościowe equity. Gdzie inwestor dysponujący nawet niewielkim kapitałem staje się udziałowcem w zarządzanym apartamencie lub inwestycji i otrzymuje gwarantowany zysk.

– Brak REIT-ów w Polsce niesie ze sobą spore ograniczenia dla potencjalnych inwestorów. Ten model biznesowy, który od lat sprawdza się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemczech od dłuższego czasu nie może zaistnieć w Polsce. Głównym problemem są ugruntowania legislacyjne. Szkoda, bo to wielka szansa na inwestowanie w nieruchomości, bez konieczności posiadania dużych oszczędności. Nie musimy martwić się też o bieżące utrzymanie, co jest niemożliwe w przypadku np. najmu. Poza tym REIT-y dają możliwość inwestowania w nieruchomości komercyjne. Dziś mogą pozwolić sobie na to tylko dobrze prosperujące firmy. – mówi Michał Sapota, prezes HRE Investments, jednego z liderów rynkowych. Wartość brutto aktywów zarządzanych przez ten niezależny holding działający jako fundusz private equity, przekracza już 6,3 mld zł i systematycznie rośnie.

Rosnące ceny i popyt

Wartość mieszkań na naszym rynku wzrosła w rok o 13,5 proc. i łącznie wynosi prawie 5 bln zł. Najnowsze dane Eurostatu stawiają Polskę wśród krajów europejskich o największym udziale rynku pierwotnego w łącznej wartości sprzedanych nieruchomości. Dla przykładu tylko od stycznia do września 2021 r. oddano do użytkowania ponad 164 tys. nowych mieszkań, w 2020 r było ich prawie 222 tys., czyli o 7 proc. więcej niż w 2019 r.

– Jeżeli chodzi o to, jak Covid-19 wpłynął na rynek nieruchomości, to z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jeszcze bardziej go umocnił. Miniony rok zamknęliśmy z wynikiem ponad 3 tys. nowych mieszkań. Obecnie w całej Polsce prowadzimy kilkanaście inwestycji, które pozwolą na oddanie ponad 5 tys. lokali. Patrząc szerzej, koniunktura na rynku nieruchomości cały czas trwa. Pokazują to rekordowe wyniki sprzedaży. Mimo wzrostu cen coraz więcej osób decyduje się na własne lokum. Dochodzi do sytuacji, w której deweloperzy nie nadążają z budowaniem nowych mieszkań, by sprostać popytowi. To pokazuje, że lokowanie kapitału w nieruchomości jest bardzo bezpieczne i nastawione na spore zyski. – mówi Michał Sapota, prezes HRE Investments. Firma, którą zarządza znana jest z wielu innowacyjnych projektów jak np. platformy łączącej deweloperów HREIT, prefabrykacji, analizującego rynek HRE Think Tank-u czy zyskującego na popularności “Equity” – instrumentu do inwestowania w projekty mieszkaniowe dla nawet małych inwestorów prywatnych.

Pandemia nakręciła rynek mieszkaniowy

W Polsce stale rośnie też liczba aktów notarialnych dotyczących sprzedaży nieruchomości. W pandemicznym 2020 r. podpisano łącznie 565 tys., a od kilku lat największy wzrost ich liczby dotyczy działek niezabudowanych, czyli gruntów. Z deficytem terenów budowlanych deweloperzy borykają się już od kilku lat, a wciąż przyśpieszająca koniunktura pogłębia ten problem. W 2020 r. ceny ziemi pod budownictwo wielorodzinne wzrosły w Warszawie o 13 proc. oraz od 11 do 17 proc. w pozostałych lokalizacjach. Do największych przeszkód firm deweloperskich w Polsce należą wspomniany brak gruntów inwestycyjnych, powolne ciągnące się latami procesy administracyjne, wydłużające nawet do 7 lat cykl inwestycyjny oraz rosnące ceny materiałów budowlanych i pracowników. Ostatni czynnik mocno stymuluje rozwój prefabrykacji i rozwiązań modułowych.

– Warto podkreślić, że rynek pierwotny odbudował się po niej stosunkowo szybko i to mimo dość restrykcyjnej na początku polityki kredytowej banków. Klienci odpowiedzieli na te obostrzenia uruchomieniem zasobów własnych. Kupowane są mieszkania zarówno na zaspokajanie własnych potrzeb mieszkaniowych, jak i jako ciągle atrakcyjna lokata kapitału. Mamy, co prawda, obecnie pewne problemy z dostępnością niektórych materiałów i składników do wykańczania i ma to swoje znaczenie kosztotwórcze, ale nie są to przeszkody o charakterze zasadniczym. Podobnie jest z wciąż niską efektywnością administracji samorządowej w kwestii wydawania różnego typu pozwoleń. Generalnie wpływa to na nieco mniejszą, niż mogłaby być, podaż. Przy wciąż silnym popycie i wysokim poziomie inflacji praktycznie w całej Europie, winduje to w górę ceny. – mówi Waldemar Wasiluk, wiceprezes Victorii Dom. Ten deweloper ma na koncie sprzedanych ponad 6,4 tys. mieszkań i domów, a różnych fazach realizacji i przygotowania ma obecnie ponad 10 tys. mieszkań. Jest jednym z liderów warszawskich, ale buduje także w Krakowie oraz od 5 lat, w Berlinie i Lipsku.

Obecnie wielu deweloperów upatruje szansę na rozwój w mniejszych miejscowościach związanych z lepszą dostępnością gruntów. Na koniec 2020 r. w Polsce na 1 tys. osób przypadały średnio 393 mieszkania. Jednak im mniejsze miasto, tym mniej lokali i tym większy ich niedobór. Dla przykładu, podczas gdy w Warszawie na 1 tys. mieszkańców przypada ok. 569 mieszkań, w Łodzi ta liczba wynosi już 549, a w Szczecinie czy Opolu oscyluje wokół 460. Tymczasem podaż inwestycji na takich rynkach jest dziś mocno niewystarczająca.

– Pandemia nie ostudziła popytu na mieszkania. 2021 rok to jeden z najlepszych w historii naszej firmy. Widoczny wpływ koronawirusa na rynek mieszkaniowy to zmiana preferencji nabywców – pandemiczne ograniczenia istotnie zwiększyły zainteresowanie lokalami o większej liczbie pomieszczeń, w których można wygospodarować osobny pokój do pracy. Szybciej sprzedają się również nieruchomości z ogródkami, tarasami i dużymi balkonami. Kupujący przykładają także coraz większą wagę do przestrzeni wspólnych i zieleni na terenie inwestycji. Uwzględniamy te zmiany w nowych projektach. – mówi Andrzej Oślizło, prezes zarządu, Develia S.A.

Mocny segment premium

Pandemia nie zatrzymała rozwoju segmentu premium. Wartość krajowego rynku luksusowych nieruchomości w ub. r. to już około 1,8 mld zł, czyli wzrost o 35% r/r,. Jednocześnie, coraz więcej polaków jest zaliczanych do grona ludzi zamożnych. Liczba milionerów w polskich zł, wynosi już 34,8 tys.

– Dla osób bardzo zamożnych nie jest niczym niezwykłym posiadanie wielu nieruchomości mieszkalnych. Ze względu na tę ograniczoną podaż znalezienie wymarzonego apartamentu czy rezydencji nie jest łatwe. Mimo pandemii, ceny nieruchomości premium w Polsce i na świecie nadal stabilnie rosną. W ciągu ostatniej dekady ceny premium w Berlinie wzrosły o blisko 146 proc., a na krajowym rynku ich dalszy wzrost prognozowany jest na poziomie 7 proc. rocznie. Nabywców w tym segmencie nie brakuje, a oferta stale rośnie. Luksusowe apartamenty to w Polsce wciąż mniej niż 1 proc. całego rynku pierwotnego, jednak w najatrakcyjniejszych miastach, jak np. Gdańsk to już 7 proc. Największą ofertę premium od lat notujemy w Warszawie, ale też obserwujemy jej intensywny wzrost skoncentrowany na innych dużych aglomeracjach oraz lokalizacjach o walorach turystycznych – pasie nadmorskim oraz pasie górskim. Dla przykładu w segmencie apartamentów wakacyjnych, tzw. “second home” od lat króluje nadmorskie Trójmiasto.- mówi Tomasz Porowski, właściciel Agencji Nieruchomości Premium Pantera Invest w Warszawie.

Potrzeby przyszłości

Proces konsolidacji i powstanie na rynkach, w tym polskim, kilku dominujących podmiotów, znacząco zmienią zasady gry oraz wysokości marży deweloperskich, bazując na dużej skali inwestycji. Na polskim rynku działa łącznie prawie 2,5 tys. podmiotów budujących mieszkania, jednak większość nowych mieszkań to wynik pracy topowej 30 deweloperów. Aby dostarczyć atrakcyjny i dobrze sprzedający produkt bardzo ważne jest doświadczenie, specjalizacja i konkurencyjność. Nie bez znaczenia w kreowaniu długofalowych kierunków rozwoju pozostaje również demografia i innowacyjne rozwiązania PropTech czy coraz popularniejsze zastosowanie technologii Blockchain jako sposób finansowania projektów sektora nieruchomości.

Dynamicznie rozwija się elektromobilność, już od tego roku obowiązuje unijna dyrektywa nakazująca deweloperom budowanie miejsc parkingowych. Normą stają się energooszczędne systemy oświetleniowe i technologie poprawiające efektywność energetyczną budynków. Nowe osiedla podłączane są do istniejącej sieci ścieżek rowerowych, a na ich obszarze stawiane są paczkomaty, znikają też bariery dla osób niepełnosprawnych. Współczesne materiały dają wiele możliwości i sprawiają, że rynek mieszkaniowy może zaoferować jeszcze bardziej funkcjonalne i komfortowe inteligentne mieszkania i domy. Od lat oczekiwana jest reforma planowania przestrzennego, uproszczenie prawa budowlanego i aktywizacja Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych – słowem poprawa sytuacji w polskiej mieszkaniówce, którą po raz kolejny zapowiedział ostatnio Piotr Uściński, Wiceminister rozwoju.

Moda na wynajem instytucjonalny (PRS)

Dominującym rynkiem w Polsce jest sprzedaż mieszkań klientom detalicznym. Wielu jednak uważa, że popularny w Europie trend PRS, ma też tam podstawy do wzrostu. Jak obliczył Polski Związek Firm Deweloperskich, udział mieszkań Private Rented Sector w całym zasobie najmu to obecnie wręcz niezauważalny wskaźnik na poziomie 0,34 proc. To właśnie w Europie Wschodniej mieszka największy odsetek właścicieli z największą na świecie liczbą 96,4 proc. gospodarstw domowych posiadających swoją nieruchomość w Rumunii. W Polsce wynosi ona aż 83,5 proc, co daje 10 globalna pozycję. Dla porównania w Holandii to jedynie 67,8 proc.,a Wielka Brytania znajduje się poza 50 czołowymi krajami.

Niemniej zmieniające się oczekiwania konsumentów, nowy model życia oraz częste zmiany miejsca zamieszkania związane z zatrudnieniem wywołują zainteresowanie elastyczną ofertą dostosowaną do potrzeb chwili. Choć w tym modelu klient nie uzyskuje mieszkania na własność jako kapitału zabezpieczającego jego przyszłość, to młodsza generacja jest słabiej przywiąza do pełnej własności czy mniej chętna do wiązania się z bankiem na długie lata kredytem hipotecznym. W dłuższej perspektywie udział w rynku inwestorów instytucjonalnych mających na uwadze wieloletnią perspektywę wpływa na ustabilizowanie cen najmu.

Obecnie duże obawy inwestorów budzą zmiany wprowadzone w ramach programu rządowego “Nowy Polski Ład”, które mogą zahamować rozwój sektora PRS. Zgodnie z nowym prawem amortyzacja powinna być wyłączona z odliczeń podatkowych do czasu sprzedaży nieruchomości. Ponieważ wszystkie inwestycje na wynajem są kalkulowane długoterminowo, w perspektywie wieloletniej, a także nigdy nie są sprzedawane klientowi końcowemu, tylko wynajmowane. Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii analizuje wpływ, jaki mają na rynek zakupy inwestycyjne zarówno funduszy PRS, jak i zwykłych obywateli.

Autor / fot.: Adam Białas – ekspert rynku nieruchomości i komunikacji, dyr BIALAS Consulting & Solutions, dziennikarz

Notus Finanse: 3 mld zł udzielonych kredytów hipotecznych w III kw. 2021. Nowa struktura N4P motorem napędowym spółki

Notus Finanse SA w III kwartale 2021 r. pośredniczyła w przyznaniu kredytów hipotecznych na kwotę niemal 3 mld zł, notując prawie 90-proc. wzrost r/r. Spółka z grupy kapitałowej Nationale-Nederlanden poza historycznymi wynikami ogłosiła nową identyfikacją wizualną nowego brandu N4P (Notus4Partners) i strategię opartą na rozwoju współpracy z partnerami, poszerzaniu oferty produktowej i innowacjach technologicznych.

Notus4Partners jako sieć partnerska zrzeszająca obecnie 600 placówek, od lat stanowi kluczową siłę napędową Notus Finanse SA, brokera należącego do międzynarodowej grupy kapitałowej Nationale-Nederlanden. Wraz z pozostałymi sieciami holdingu w II kwartale 2021 r. osiągnęła blisko 12 proc. udziału w rynku kredytów hipotecznych, zajmując drugą pozycję wśród pośredników kredytowych w Polsce.

Sama sieć Notus4Partners po w III kwartale br. osiągnęła wynik ponad 700 mln, tj. o 110 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. Dążąc do pozycji lidera pod wodzą nowego prezesa Pawła Komara, Notus Finanse oczekuje jeszcze szybszego rozwoju sieci partnerskiej. – Pod koniec października zaprezentowaliśmy naszym partnerom misję, wizję i nową strategię rozwoju Notus4Partners. Zmianom towarzyszy odświeżona identyfikacja wizualna sieci – powiedział Paweł Komar, który od sierpnia br. pełni funkcję prezesa zarządu Notus Finanse.

Niezmiennie misją Notus4Partners pozostaje budowanie unikatowej przestrzeni dla rozwoju biznesów kooperantów Notusa i zapewnianie narzędzi pozwalających na systematyczny wzrost rentowności pracy ekspertów kredytowych. – Pod nową odsłoną brandu chcemy jednak jeszcze silniej otworzyć się na współpracę i efektywność biznesową partnerów, uwzględniając także bezpieczeństwo i najwyższe standardy etyczne – dodaje Paweł Komar.

By stać się pośrednikiem pierwszego wyboru dla wszystkich ekspertów finansowych działających na rynku, Notus4Partners strategicznie koncentruje się na podnoszeniu użyteczności wykorzystywanych rozwiązań technologicznych i procesów obsługi klienta.

Według Krzysztofa Makarewicza, który odpowiada za rozwój tego obszaru w Notus Finanse, użyteczność narzędzi jest kluczowa dla osiągania przewagi konkurencyjnej na rynku pośrednictwa finansowego. – Rynek na każdym kroku jest niemal zalewany propozycją nowych rozwiązań wspierających sprzedaż i bieżącą pracę ekspertów. Jednak zaledwie promil z nich jest choćby w minimalnym stopniu użyteczny i funkcjonalny – wyjaśnia Krzysztof Makarewicz, dyrektor ds. wsparcia i rozwoju sieci partnerskiej Notus Finanse.

Zespół brokera konsekwentnie rozwija porównywarkę kredytową 4Notus. Jako jeden z pierwszych na rynku, Notus osiągnął też zdolność do bezpośredniego wpięcia systemowego do banków poprzez tzw. API i aktualnie pracuje nad tym, by jak najszybciej przekuć tę gotowość w faktyczne współdziałanie systemów. Z kolei przebudowując proces weryfikacji, przyspieszył i ułatwił rejestrację sprzedaży, a obecnie zajmuje się rozwiązaniem systemowym roboczo nazywanym 4Cash, które umożliwi rozliczenia za wypłacone kredyty nawet w ciągu 4 dni od ich uruchomienia.

Notus Finanse poszerza również ofertę produktową. W ostatnim czasie nawiązał współpracę z Ikano Bankiem i Aion Bankiem, który posiada najbardziej zaawansowaną usługę ochrony danych z aplikacji i serwerów, tzw. BaaS (Backup as a Service). – W najbliższych miesiącach planujemy premierę kolejnych rozwiązań technologicznych z przedrostkiem „N4- Notus for…”, skierowanych zarówno do sieci własnej i zewnętrznej, opartych m.in. na narzędziach botowych sztucznej inteligencji – zapowiada Makarewicz. We współpracy z podmiotami zewnętrznymi sieć Notus4Partners rozpoczęła także prace nad Benefits 4Partners – pakietem benefitów przeznaczonych dla członków sieci partnerskich.

Obecnie Notus4Partners zrzesza ponad 600 placówek w całej Polsce. W ciągu roku zamierza rozwinąć sieć do 1200 jednostek. Ekspansji Notus4Partners towarzyszy rozwój kadry. Spółka zamierza zatrudnić 16 managerów na nowe stanowiska dyrektorów regionalnych sieci N4P. – To szeroko zakrojona rekrutacja wysokiej kadry managerów jak na obecne realia branży finansowej – wyjaśnia Paweł Komar.

Mamy pomysł, zaplecze procesowe i organizacyjne oraz kapitał na intensywny rozwój sieci partnerskiej. Chcemy szybko rozbudować ten kanał sprzedaży, a odpowiednie know how w połączeniu z ambicją predysponuje nas do walki o tytuł lidera w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy – zapowiada prezes Notus Finanse.

Rynki pracy za oceanem

Piątek przyniósł ważny pakiet danych z rynku pracy. Pokazał on, że odczyty wracają bardzo sprawnie na poziomy sprzed pandemii.

Lepsze dane z USA

Piątek przyniósł kolejne lepsze dane z amerykańskiego rynku pracy. Stopa bezrobocia spadła do 4,6%, czyli o 0,1% mocniej niż oczekiwania. To kolejna redukcja z rzędu. W ciągu 4 miesięcy parametr ten spadł o imponujące 1,3%. Wyżej od oczekiwań plasują się również zmiany zatrudnienia, co akurat nie powinno dziwić. Spadek bezrobocia wynika bowiem z owych nowych miejsc pracy. Słabszym akcentem jest natomiast tempo wzrostu wynagrodzeń. 4,9% to niby dużo, ale należy pamiętać, że to wartość niższa od obecnego poziomu inflacji, na szczęście niewiele niższa. Po tych danych dolar umocnił się, chwilowo osiągając najwyższy poziom względem euro od drugiej połowy 2020 roku.

Rośnie nadwyżka handlowa Chin

W niedzielę opublikowano dane na temat handlu zagranicznego z Państwa Środka. Bilans handlu zagranicznego jest kwotowo najwyższy w historii. Pokazuje to, jak bardzo próba Chin przejścia na konsumpcję wewnętrzną okazuje się fiaskiem. Dla porównania skali obecne 84,5 mld dolarów nadwyżki handlowej to zaledwie 15% mniej niż dochody budżetu Polski z ostatniego roku przed pandemią.

Kanada też pokazuje dobre dane

Dobre dane w piątek nie dotyczyły tylko USA. Dobre wyniki pokazała również Kanada. Co ciekawe, bezrobocie spadło tam pomimo słabszej od oczekiwań zmiany zatrudnienia. Bezrobocie wynosi jednak 6,7%. Może się wydawać to bardzo dużo, biorąc pod uwagę rezultat w USA. Z drugiej strony jest to wynik 1,2% powyżej minimów sprzed pandemii. Jest to bardzo podobna wartość jak u południowego sąsiada. Dolar kanadyjski po tych danych zyskiwał na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, ale należy pamiętać, że w weekend w USA doszło do zmiany czasu na zimowy i dane makroekonomiczne wracają na standardowe godziny.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Raport Grupy Roboczej prezydenta Bidena potwierdza potencjał stablecoin

Raport administracji Bidena na temat rynków finansowych podkreślił potencjał stablecoinów dla konsumentów.

W raporcie stwierdzono, że stablecoiny mogą zmienić sposób, w jaki obywatele USA płacą za produkty codziennego użytku, od wizyty u fryzjera po telefony. Badanie wykonano na zlecenie Białego Domu, a jego autorami byli kluczowi doradcy ekonomiczni prezydenta Bidena.

Podkreślając znaczenie regulacji rynku, w raporcie stwierdzono, że stablecoiny mogą: „obsługiwać szybsze, wydajniejsze i bardziej inkluzywne opcje płatności… Co więcej, przejście na szersze wykorzystanie stablecoinów jako środka płatności może nastąpić szybko ze względu na sieciowe efekty lub relacje między stablecoinami a istniejącymi bazami użytkowników lub platformami.”

Stablecoiny stanowią teraz znaczną część rynku kryptowalut. Największy pod względem kapitalizacji rynkowej jest tether, wynoszący ponad 74 miliony dolarów. Stablecoiny różnią się od kryptowalut, takich jak bitcoin, ponieważ ich wartość jest zazwyczaj powiązana z walutą fiducjarną.

Na przykład tether jest powiązany z dolarem amerykańskim. Wykorzystuje posiadane środki pieniężne i krótkoterminowy dług zwany papierami komercyjnymi, aby wzmocnić jego stabilną wartość.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Wrocławski Biocelitx zadebiutował na NewConnect

Na rynku New Connect zadebiutowała dziś pierwsza spółka biotechnologiczna o profilu weterynaryjnym. Bioceltix rozwija produkty lecznicze dla zwierząt towarzyszących ze szczególnym uwzględnieniem psów i koni. Spółka prowadzi działalność w oparciu o autorską technologię wykorzystującą mezenchymalne komórki macierzyste. Kilka dni temu podpisała umowę na kompleksową realizację badania klinicznego dla jednego z kandydatów na lek.bioceltix

– Z technologicznego punktu widzenia na rynku zwierząt towarzyszących obserwujemy od kilku lat coś w rodzaju nowego rozdania – wyraźnie zadomowiła się tutaj biotechnologia. Bardzo szybko znalazło to odzwierciedlenie w strategiach rozwoju największych firm i pierwszych lekach biologicznych dostępnych na rynku. Sytuacja ta jest bez wątpienia następstwem istniejących trendów społecznych dotyczących opieki nad zwierzętami. Obecnie traktujemy zwierzęta jak członków rodziny, wydajemy na nie coraz więcej, coraz lepiej dbamy o ich zdrowie i dobrostan. Przekłada się to na wzrost świadomości i oczekiwań co do jakości i skuteczności dostępnych terapii, a to w naturalny sposób pociąga za sobą rozwój rynku w kierunku nowych, skuteczniejszych i bezpieczniejszych terapii. Stąd właśnie bierze się w weterynarii nowoczesna biotechnologia – mówi dr inż. Paweł Wielgus, członek zarządu Bioceltix, debiutującego dziś na NewConnect.

Kurs odniesienia na debiucie ustalono na 20,50 zł, co oznacza wyjściową kapitalizację spółki na poziomie około 67 mln zł. Do kluczowych, największych akcjonariuszy Bioceltix należą Infini ASI (15,2 proc. akcji) oraz Kvarko Group ASI (14,3 proc. akcji). Długoterminowe plany biotechnologicznej spółki są jasne: za kilka lat Bioceltix będzie właścicielem i wytwórcą kilku produktów stosowanych w leczeniu najczęściej występujących u zwierząt towarzyszących chorób.

U zwierząt, podobnie jak u ludzi, obserwuje się wyraźny wzrost liczby pacjentów cierpiących z powodu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym – już 20% psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu, z kolei 15% populacji psów cierpi z powodu atopowego zapalenia skóry. Leki biologiczne oparte na komórkach macierzystych mogą tutaj odegrać kluczową rolę podkreśla Łukasz Bzdzion, prezes i współzałożyciel wrocławskiej spółki.

Kilka dni temu spółka poinformowała o podpisaniu umowy z wiodącą, międzynarodową firmą typu CRO (ang. Clinical Research Organization) na kompleksową realizację badania klinicznego dla kandydata na lek stosowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Wybór ten nie jest przypadkowy, jako że ta sama firma brała udział w procesie rozwoju i dopuszczenia do obrotu pierwszego na świecie weterynaryjnego produktu leczniczego na bazie komórek macierzystych.Biocelitx (3)

Rynek zaprasza do rozwoju

W weterynarii wciąż najbardziej powszechnym sposobem leczenia chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym jest leczenie objawowe za pomocą̨ klasycznych leków chemicznych. Rodząca się właśnie biotechnologia weterynaryjna ma szansę zmienić tę sytuację i dostarczyć nowe produkty lecznicze i technologie, zwiększając skuteczność leczenia i zmniejszając jednocześnie występowanie skutków ubocznych, lub jak ma to miejsce w przypadku komórek macierzystych dając szansę na leczenie przyczynowe.  Duże koncerny nie potrafią jednak samodzielnie uzupełnić swojego portfolio o produkty biotechnologiczne, gdyż nie mają odpowiedniego doświadczenia i nie są w stanie szybko nadrobić zaległości technologicznych i infrastrukturalnych. Produkcja leków biologicznych jest bowiem znacznie trudniejsza niż klasycznych leków chemicznych. Stąd też mniejsze firmy specjalizujące się w biotechnologii szybko przykuwają uwagę dużych graczy.

– Na rynku pojawia się szansa dla takich firm jak Bioceltix, które budują swoje kompetencje i zaplecze naukowe od początku wyłącznie w obszarze biotechnologii weterynaryjnej. Duże koncerny patrzą w stronę takich firm, bo jest im łatwiej nabyć gotową technologię z zewnątrz niż próbować tworzyć ją od podstaw bez odpowiedniego doświadczenia – dodaje dr inż. Paweł Wielgus.Biocelitx (2)

Po wcześniejszych przejęciach Nexvet Biopharma przez Zoetis (transakcja z 2017 r. o wartości 85 mln USD dotycząca przeciwciał monoklonalnych na atopowe zapalenie skóry u psów oraz zapalenie stawów u psów i kotów) oraz Aratana Therapeutics przez Elanco (transakcja z 2019 r. o wartości 245 mln USD dotycząca m.in. leku przeciwbólowego w chorobach stawów u psów), trend ten został po raz kolejny potwierdzony przed kilkoma tygodniami. Kolejnego przejęcia dokonało bowiem Elanco, tym razem wykładając 440 mln USD za Kindred Biosciences, spółkę badawczo-rozwojową posiadającą portfolio przeciwciał monoklonalnych m.in. na atopowe zapalenie skóry u psów. Transakcja na linii Elanco – Kindred pokazuje, że globalne koncerny widzą duży potencjał segmentu weterynaryjnych leków biologicznych, szczególnie w chorobach skóry i stawów, a więc tam, gdzie swoje produkty rozwija również Bioceltix.

Wrocławska spółka wyznacza globalne standardy

Bioceltix rozwija swoje produkty w oparciu o autorską technologię ALLO-BCLX wykorzystującą allogeniczne (to znaczy podawane między różnymi osobnikami tego samego gatunku) mezenchymalne komórki macierzyste. W lipcu b.r. spółka otrzymała od Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego certyfikat Dobrej Praktyki Wytwarzania (ang. Good Manufacturing Practice, GMP) na terapie komórkowe w weterynarii. Obecnie firma pracuje nad trzema kandydatami na lek – dwoma przeznaczonymi dla psów oraz jednym dla koni.

– Jesteśmy na dobrej drodze, by zarejestrować i wdrożyć na rynek weterynaryjny leki biologiczne na bazie komórek macierzystych, których skuteczność i bezpieczeństwo potwierdzimy badaniami klinicznymi. Najbardziej zaawansowany jest proces badań kandydata na lek stosowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów i to ten produkt wejdzie jako pierwszy w fazę kliniczną. Obecnie czekamy na raport końcowy fazy bezpieczeństwa w podaniu dostawowym. Kilka tygodni temu otrzymaliśmy także wersję roboczą raportu z fazy bezpieczeństwa w podaniu dożylnym, gdzie nie zaobserwowano żadnych poważnych objawów klinicznych związanych z bezpośrednim podaniem naszego produktu. Otwiera nam to również na przyszłość ścieżkę kliniczną dla kandydata na lek w atopowym zapaleniu skóry – mówi Łukasz Bzdzion, prezes zarządu Bioceltix.

Faza bezpieczeństwa, czyli tzw. TAS (ang. Target Animal Safety), jest odpowiednikiem pierwszej fazy badań klinicznych u ludzi. Oba badania w podaniu dożylnym i dostawowym zostaną formalnie zrealizowane do końca bieżącego roku. Po pozytywnym przejściu fazy TAS otwiera się droga do kolejnego etapu, czyli terenowych badań klinicznych potwierdzających skuteczność naszych kandydatów na leki.

– Po wykazaniu skuteczności w badaniach klinicznych będziemy mogli złożyć do Europejskiej Agencji Leków wniosek o zezwolenie na dopuszczenie do obrotu, rozpoczynając tym samym procedurę związaną z rejestracją produktu leczniczego. Mamy szansę być pierwszą na świecie spółką, która zarejestruje weterynaryjny lek biologiczny wykorzystujący komórki macierzyste jako substancję aktywną w leczeniu chorób o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym u psów dodaje Łukasz Bzdzion.

 

W przypadku kandydata na lek przeznaczonego dla koni, firma jest na etapie wytwarzania trzech serii pilotażowych w standardzie farmaceutycznym GMP. Na przyszły rok zaplanowane jest badanie bezpieczeństwa dla tego produktu.

Ethereum ustanawia nowy rekord wszech czasów

Bitcoin (BTC) w ciągu weekendu zbliżył się do ostatniego rekordu wszechczasów (ATH), podczas gdy Ethereum wybił się ponad swój poprzedni ATH.

ETH osiągnął ATH w weekend. Po osiągnięciu poziomu 4000 dolarów pod koniec października, kryptowaluty poszły w górę. W zeszły poniedziałek ETH kosztował około 4300 dolarów, ale wzrósł do ponad 4600 dolarów we wtorek i środę, zanim spadł.

Ale teraz kryptowaluta oscyluje powyżej poziomu 4700 dolarów, osiągając ATH w wysokości 4768 dolarów. Wartość ETH wzrosła o około 59 proc. od początku października.

W międzyczasie BTC zwyżkowało w weekend, aby teraz kształtować się nieco ponad 66 000 dolarów po tygodniu utrzymywania się między 62 000 a 64 000 dolarów. Kryptowaluta zbliża się teraz do trzytygodniowych maksimów po nowym ATH w połowie października.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Ponad 627 mln zł przychodów klubów Ekstraklasy w sezonie 2020/2021

Pomimo pandemii, najlepsze polskie kluby piłkarskie, grające w Ekstraklasie w sezonie 2020/2021 wypracowały 627,2 mln zł przychodów. Jak wynika z 15. edycji raportu „Piłkarska liga finansowa”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z klubami PKO Bank Polski Ekstraklasy oraz spółką Ekstraklasa SA, jest to wynik rekordowy. Do tej kwoty należy doliczyć 206 mln zł wpływów z tytułu transferów, z czego 97 proc. stanowiły umowy z klubami zagranicznymi. Zwycięzcą rankingu pozostaje niezmiennie Legia Warszawa, która podium dzieli z Lechem Poznań i Lechią Gdańsk.

W stosunku do poprzednich edycji tegoroczne dane zostały przedstawione w ujęciu sezonowym (lipiec 2020 – czerwiec 2021), a nie kalendarzowym. Łączne przychody klubów Ekstraklasy z działalności operacyjnej (bez uwzględnienia transferów) osiągnęły najwyższą wartość w historii rankingu Deloitte – 627,2 mln zł. Pandemia wpłynęła na spadek przychodów z dnia meczowego. Wszystkie kluby Ekstraklasy wygenerowały 24,2 mln zł przychodów z tego tytułu w sezonie 2020/2021, co oznacza spadek o 63,4 mln zł w porównaniu do roku kalendarzowego 2019, kiedy mecze nie były objęte żadnymi restrykcjami. Jednocześnie, dzięki wsparciu PZPN oraz PFR w ramach tarcz finansowych, kluby Ekstraklasy otrzymały 46 mln zł subwencji. Część klubów spełni warunki dofinansowania w sezonie 2021/2022, dlatego pełna ocena tego wsparcia będzie możliwa dopiero w kolejnym raporcie.

Kluby Ekstraklasy w ostatnim sezonie wypracowały imponujące przychody pomimo trudnej sytuacji pandemicznej. Źródłami tego sukcesu są przede wszystkim wpływy komercyjne, które przyniosły 301 mln zł oraz wpływy z transmisji w wysokości 302 mln zł. Pozostałe 24 mln zł pochodzą z dnia meczowego. Po uwzględnieniu przychodów transferowych w wysokości 206 mln zł, kluby Ekstraklasy wygenerowały aż 833 mln zł, co należy uznać za bardzo dobry wynik – mówi Przemysław Zawadzki, partner associate, lider Sports Business Group Poland, Deloitte.

Wygrani i przegrani

W tegorocznej edycji raportu na pierwszym miejscu uplasowała się ponownie Legia Warszawa z przychodami na poziomie 119,1 mln zł. Drugi na podium klub – Lech Poznań – wypracował 74,5 mln zł przychodów. W finałowej trójce znalazła się też Lechia Gdańsk (44,6 mln zł), która spadła o jedno miejsce w rankingu, w porównaniu do ubiegłorocznej edycji.

Legia Warszawa już dziesiąty rok z rzędu wygrywa ranking Deloitte. Od 2011 r. warszawska drużyna aż 7 razy sięgnęła po Mistrzostwo Polski. W analizowanym sezonie Legia zanotowała spadek przychodów o 5,2 mln zł w porównaniu do sezonu 2019/2020. Lech Poznań zmniejszył przychody z dnia meczu (o 3,4 mln zł) oraz komercyjne (o 4,3 mln zł), natomiast istotnie budżet klubowy podreperowały wpływy z kategorii transmisje, obejmującej także wpływy ze scentralizowanych praw marketingowych, premii za udział w pucharach krajowych oraz zagranicznych, a także Pro Junior System (wzrost o 22,6 mln zł). Było to efektem sukcesu sportowego, czyli awansu do fazy grupowej Ligi Europy. Lechia Gdańsk na podium rankingu przychodów znajduje się po raz czwarty. W porównaniu z sezonem 2019/2020 klub z Gdańska spadł z miejsca 2 na 3 i zarobił o 9,7 mln zł mniej. Największą część zysków gdańskiego klubu stanowią przychody komercyjne, które wynoszą 30,1 mln zł.

Wśród klubów, które w sezonie 2020/2021 występowały na boiskach Ekstraklasy łącznie wzrost przychodów zanotowało aż 13 drużyn: Lech Poznań, Raków Częstochowa, Pogoń Szczecin, Podbeskidzie Bielsko-Biała, Warta Poznań, Lechia Gdańsk, Śląsk Wrocław, PGE FKS Stal Mielec, Górnik Zabrze, Cracovia, Wisła Płock, KGHM Zagłębie Lubin, Wisła Kraków. Spadek łącznych przychodów odnotowały jedynie trzy kluby: Jagiellonia Białystok, Legia Warszawa i Piast Gliwice.

Jestem dumy, że kluby Ekstraklasy w niezwykle trudnym okresie osiągnęły tak fantastyczny wynik finansowy. Współpraca, otwartość na zamianę i umiejętność dostosowania się do nowych warunków w połączeniu ze ścisłą dyscypliną pozwoliły nam poradzić sobie z przeciwnościami. Również w ramach ligi dołożyliśmy cegiełkę do tego sukcesu. Mimo mniejszej o siedem liczby kolejek meczowych Ekstraklasa SA po raz kolejny wypracowała na rzecz klubów rekordowo wysoką kwotę przychodów za prawa mediowe i marketingowe. Było to możliwe między innymi dzięki zawarciu w ubiegłym roku nowego porozumienia z nadawcami, Canal+ i TVP, dotyczącego praw do krajowych transmisji na cztery sezony o łącznej wartości 1 mld zł. Te kontrakty, a także umowy z pozostałymi partnerami, w tym tytularnym – PKO Bankiem Polskim i głównym – Totalizatorem Sportowym, zapewniają klubom Ekstraklasy stabilne źródło finansowania i środki na rozwój szkolenia na najbliższe lata, mimo pewnej niepewności związanej z pandemią Covid-19 – mówi Marcin Animucki, prezes zarządu Ekstraklasy SA.

Rekordowe umowy transferowe

Przychody transferowe z roku na rok stają się coraz bardziej istotnym źródłem finansowania polskich klubów. W sezonie 2020/2021 kluby Ekstraklasy zaksięgowały aż 206 mln zł przychodów z tytułu transferów wychodzących, a ich udział w całościowych przychodach wynosił 32,8 proc. (27,2 proc. w 2019 roku). Jest to najwyższy wynik w historii raportu. Prawie całość tych przychodów (97 proc.) stanowią transfery zagraniczne. Oznacza to, że wewnętrzny rynek transferowy niemal nie istnieje lub większość zmian klubowych zawodników jest bezgotówkowa.

Niekwestionowanym liderem rankingu przychodów transferowych jest Lech Poznań, który zarobił z tego tytułu ponad 82 mln zł, czyli więcej niż z trzech podstawowych źródeł przychodu, w których klub uzyskał 74,5 mln zł. Drugie miejsce w tej kategorii zajmuje KGHM Zagłębie Lubin z wynikiem 26,4 mln, trzecie zaś Legia Warszawa (24 mln zł).

W najbliższych latach istotnym czynnikiem wpływającym na poprawę ogólnej kondycji finansowej klubów i budowy dochodowej polityki transferowej powinien być udział w europejskich pucharach. W poprzednim sezonie najlepiej zaprezentował się Lech Poznań, dzięki czemu klub uzyskał 31,7 mln zł przychodów od UEFA. Podobną kwotę powinna otrzymać Legia Warszawa dzięki awansowi w obecnie trwającym sezonie 2021/2022 do fazy grupowej Ligi Europy – mówi Karol Furmanek, starszy menedżer, ekspert Sports Business Group, Deloitte.

Puste trybuny

W poprzedniej edycji raportu prognozowano, że zasady ograniczające frekwencję na stadionach do maksymalnie 50 proc. pojemności, nie wpłyną negatywnie na większość klubów. Jednak dalsze ograniczenia możliwości uczestnictwa kibiców na stadionach wpłynęły negatywnie na sytuację klubów. Jedynie 7 z 30 kolejek Ekstraklasy odbyło się z ograniczeniem publiczności do 25 proc., pozostałe 77 proc. meczów rozegrano bez udziału publiczności. Na zamknięciu stadionów, w porównaniu do roku kalendarzowego 2019 (w którym nie obowiązywały żadne restrykcje), najwięcej straciły: Legia Warszawa (17,5 mln), Wisła Kraków (11 mln zł), Lechia Gdańsk (7,3 mln zł) oraz Lech Poznań (6,1 mln zł). Klubem, który utracił największą część swoich przychodów z dnia meczu była Jagiellonia Białystok, której przychody z tego tytułu spadły aż o 94 proc., czyli o 4,2 mln zł.

Odpowiedzialna polityka płacowa

Rozsądne zarządzanie kontraktowaniem graczy jest niezwykle istotne, aby utrzymywać odpowiednią relację wynagrodzeń do przychodów, tym bardziej, że jest to największa część składowa kosztów w klubach piłkarskich. Za optymalny wskaźnik tej relacji uznawane jest 60 proc., co jest też najczęstszym punktem odniesienia na świecie.

Nie uwzględniając przychodów transferowych, do grona klubów ze zbyt wysokim wskaźnikiem wynagrodzeń zaliczyć należy cztery zespoły: Piast Gliwice, Śląsk Wrocław, Jagiellonia Białystok i Wisła Płock. Dwanaście pozostałych klubów trzyma swoje wynagrodzenia w bezpiecznych ryzach, przy czym zdecydowanie najmniej na ten cel wydaje Stal Mielec – jedynie 25 proc. Zwycięzca poprzedniego sezonu Ekstraklasy – Legia Warszawa, na wynagrodzenia przeznaczył 47 proc. przychodów. Po dodaniu transferów tylko jeden klub wydaje zdecydowanie więcej niż jest to przyjęte – Wisła Płock (79 proc.). Wskaźnikiem optymalnym może pochwalić się natomiast Warta Poznań.

Wysokie wynagrodzenia graczy nie zawsze przekładają się na pozycję klubu w rozgrywkach, aby jednak z sukcesem konkurować w europejskich pucharach należy przeznaczyć na nie poważne sumy. Legia Warszawa, prawdopodobnie również dzięki wysokiemu budżetowi płacowemu (56,5 mln zł), zdołała kolejny raz tryumfować w Ekstraklasie. Środki na wynagrodzenia okazały się też być niezwykle rozsądnie wykorzystane w przypadku Warty Poznań, która przy kosztach wynagrodzeń wynoszących 9,6 mln zł zajęła 5. miejsce w tabeli Ekstraklasy – mówi Mateusz Korytkowski, starszy konsultant, Sports Business Group, Deloitte.

Opłacenie składek ZUS przed końcem roku pomoże ominąć Polski Ład

Podatnicy już teraz szukają sposobów na uniknięcie konsekwencji przepisów Polskiego Ładu i zminimalizowanie ich wpływu na obciążenia składkowo-podatkowe. Jednym z rozwiązań jest wcześniejsze opłacenie składek ZUS za grudzień 2021 roku. Dzięki temu w portfelu przedsiębiorcy może zostać prawie 330 złotych.

Według obecnych przepisów termin zapłaty składek ZUS dla przedsiębiorców, którzy nie zatrudniają pracowników, to 10. dzień kolejnego miesiąca. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby uregulować należności wcześniej.

Przedsiębiorcy mogą opłacić składki za grudzień przed końcem 2021 roku. Taki zabieg umożliwi odliczenie od podatku składki zdrowotnej za ten miesiąc jeszcze na starych zasadach. Daniny na rzecz ZUS odliczane są według daty ich faktycznej zapłaty, dlatego nie będzie takiej możliwości jeśli przedsiębiorca zdecyduje się opłacić je dopiero w przyszłym roku.

Zgodnie z projektem przepisów podatkowych Polskiego Ładu, od przyszłego roku zniknie możliwość odliczenia składki zdrowotnej od podatku na dotychczasowych zasadach. Projekt znajduje się obecnie na biurku prezydenta. Jest to ostatni etap przed wejściem w życie nowych przepisów, już za niespełna dwa miesiące.

Mateusz Boguszewski, główny księgowy w firmie inFakt

Polskie MŚP wciąż optymistyczne, ale ostrożniejsze niż wiosną

Bibby MSP Index, diagnozujący nastroje polskich przedsiębiorców, osiągnął w październiku 2021 r. wartość 51,8 pkt. To o 0,6 pkt. mniej niż wiosną tego roku. Widać więc, że po okresie dynamicznego odbicia, mamy do czynienia z bardziej ostrożnym podejściem. Jedynie branża produkcyjna spodziewa się wyraźnej poprawy koniunktury; handel, transport, usługi i budownictwo obawiają się spadku zamówień i sprzedaży.

– Chociaż wartość Bibby MSP Index wciąż jest powyżej 50 pkt., a więc wskazuje na optymizm, to jednak pogorszyły się nastroje prawie we wszystkich badanych przez nas branżach. Oznacza to, że przedsiębiorcy dostrzegają coraz więcej trudności w codziennym biznesie: spadają zamówienia, słabnie sprzedaż, pojawiają się trudności z dostępem do finansowania bankowego, brakuje surowców czy komponentów – komentuje Tomasz Rodak, dyrektor sprzedaży Bibby Financial Services, spółki, która od 10 lat regularnie prowadzi badanie Bibby MSP Index.

Zaskakująco dobra koniunktura w firmach produkcyjnych

Sektor produkcyjny, jako jedyny wśród badanych w ramach Bibby MSP Index, notuje poprawę. Przedsiębiorcy liczą przede wszystkim na większą sprzedaż i lepszą płynność finansową. Spodziewają się też, że uda im się obniżyć zadłużenie. Aż 28 proc. z nich planuje zwiększyć zatrudnienie w nadchodzących miesiącach. Sub-indeks dla branży produkcyjnej wyniósł 57,2 pkt., co jest prognostykiem dobrej koniunktury.

– Codziennie słyszymy o zaburzeniach w łańcuchach dostaw, o przestojach w fabrykach, czy o gwałtownym wzroście cen. Ale mimo tego, nastroje w firmach produkcyjnych są dobre. Potwierdza to nie tylko nasz Bibby MSP Index, ale również indeksy PMI, w Polsce i na świecie. Bieżąca produkcja rośnie wprawdzie wolniej, ale oczekiwania względem przyszłości są optymistyczne. To pozytywne zaskoczenie: i dla ekonomistów i dla nas w branży faktoringowej. Cieszy zwłaszcza to, że firmy produkcyjne chcą się rozwijać. 28 proc. producentów badanych w ramach Bibby MSP Index planuje w najbliższym półroczu zwiększyć wydatki na inwestycje. Od naszych klientów wiemy, że część inwestycji nie byłaby możliwa bez stabilnego finansowania, jakie daje faktoring – mówi Tomasz Rodak, dyrektor sprzedaży Bibby Financial Services.

Niepewność w firmach usługowych i transportowych

Sektor usług odnotował stosunkowo niewielki spadek sub-indeksu (z 55,3 pkt w kwietniu 2021 r. do 53,3 pkt. w październiku 2021 r.), wciąż pozostając po stronie optymistów przewidujących pozytywne warunki do prowadzenia działalności. A jednak usługodawcy informują o pogorszeniu sprzedaży i spodziewają się dalszego pogłębienia tego trendu. Mimo to, 27 proc. z nich chciałaby inwestować. Prognozują także poprawę poziomu zadłużenia.

Transport odnotował najbardziej znaczące pogorszenie nastrojów. Sub-indeks dla tej branży utrzymuje się właściwie na granicy kryzysu (50, 2 pkt. w październiku 2021 r., spadek o 7,5 pkt. w porównaniu z poprzednią falą badania). Widać, że przedsiębiorcy zajmujący się transportem najpierw bardzo pozytywnie zareagowali na poprawę warunków funkcjonowania w rzeczywistości post-covidowej, teraz natomiast zaczęli dostrzegać wiele barier rozwoju. Uważają, że kolejne półrocze upłynie im pod znakiem mniejszej sprzedaży, spadnie również zatrudnienie.

– W transporcie nie sposób uciec od rynkowych wyzwań, czy zmian w regulacjach, takich jak: nowa dyrektywa dotycząca eurowiniety, konieczność redukcji CO2 w transporcie o 20 proc. już do 2025 roku, zakaz ruchu diesli w miastach, czy wreszcie zmiany w polskiej ustawie o systemie monitorowania drogowego transportu towarowego, elektronicznym rejestrze naruszeń i ryzyku utraty licencji. Wszystko to wymaga od przedsiębiorców kolejnych inwestycji. Z badania Bibby MSP Index wiemy, że aż 36 proc. MŚP działających w branży transportowej planuje w najbliższym półroczu zwiększyć wydatki na inwestycje. Dlatego aktywniej wychodzimy z propozycją faktoringu dla transportu. Zabezpieczenie płynności daje komfort w zakresie planowania inwestycji – podkreśla Tomasz Rodak.

Kryzysowe obawy w budownictwie i handlu

Małe i średnie przedsiębiorstwa budowlane po półtora roku pandemii zaczynają odczuwać pogorszenie kondycji i dostrzegać symptomy kryzysu. Wcześniej branża ta skutecznie opierała się spowolnieniu. Do obecnej sytuacji przyczynił się spadek zamówień i wzrost cen materiałów. Obecnie sub-index wynosi 49,6 pkt. Firmy liczą jednak na lepszą płynność i spadek zadłużenia.

W handlu panują najgorsze nastroje spośród wszystkich branż badanych w ramach Bibby MSP Index. Sub-indeks dla tej branży spadł poniżej 50 pkt. osiągając poziom 48,5 pkt., a więc uznawany za kryzysowy. Spadki notujemy niemal w każdym obszarze działalności firm, zaś największy jeśli chodzi o płynność finansową i zamówienia. Za pesymizm handlowców odpowiedzialne są zapewne drożejące paliwa i niepewność warunków działania.

Reprezentanci pozostałych typów działalności (czyli przede wszystkim działający w rynkowych niszach lub dywersyfikujący na kilka różnych aktywności) również spodziewają się spadku sprzedaży. Ich optymizm sprzed pół roku gdzieś się ulotnił i aktualnie są już na granicy nastrojów kryzysowych. Sub-indeks dla branż określanych jako pozostałe wynosi 50,1 pkt.

Kiepski klimat dla przedsiębiorców

Klimat ekonomiczny panujący w ciągu ostatnich 6 miesięcy aż 52 proc. badanych małych i średnich przedsiębiorców oceniło jako niesprzyjający. Z drugiej strony, znalazła się grupa (22 proc.), która potrafiła wykorzystać warunki panujące w okresie poluzowywania pandemicznych restrykcji i uznała je za sprzyjające dla prowadzenia działalności. Pozytywnie o klimacie ekonomicznym w Polsce istotnie częściej informują firmy średnie (50-249 pracowników), które mają lepiej opracowane strategie działania i potrafią elastycznie dostosować się do zmiennych warunków rynkowych.

W badaniu Bibby MSP Index przedsiębiorcy pytani byli również o ocenę kondycji ekonomicznej swojej firmy. Chociaż w poszczególnych branżach nastroje są zróżnicowane, to jednak aż połowa respondentów uznała, że sytuacja w ich firmie nie zmieniła się w ciągu ostatniego półrocza. 28 proc. donosi o pogorszeniu się sytuacji, a 19 proc. – o poprawie.

Kolejne już miesiące przedstawiciele MŚP funkcjonują w stanie wyczekiwania. Zdecydowana większość nie spodziewa się zmian poziomu sprzedaży, zatrudnienia, wydatków na inwestycje i zewnętrznego finansowania działalności.

Jak zlikwidować emerytury niższe niż minimalne?

Prawa do minimalnej emerytury nie mają osoby ze stażem składkowym poniżej 20 (w przypadku kobiet) lub 25 lat (w przypadki mężczyzn). Przyczyny są różne – długotrwała bierność zawodowa, praca w szarej strefie, zbiegi umów zlecenia. Na podstawie danych ZUS można oszacować, że około 365 tys. osób w Polsce otrzymuje emerytury niższe gwarantowane ustawowo minimum. Jest to coraz większy problem społeczny biorąc pod uwagę, że każdego roku przybywa 30-40 tys. emerytów. W związku z tym konieczna jest interwencja na poziomie legislacyjnym, władz publicznych – aby temu problemowi zaradzić. Problem emerytur niższych niż minimalne sprowadza się do kilku kwestii. Pierwszą z nich są emerytury groszowe – tak niskie, że ich wartość jest mniejsza niż koszt wypłaty takiej emerytury przez ZUS. Zatem jest to pole, na którym konieczne są pewne optymalizacje procesów na poziomie prawnym. W takich przypadkach wydaje się uzasadnione, by takie świadczenie wypłacić raz na rok – zamiast raz na miesiąc – lub w ogóle w ramach jednorazowej wypłaty zgromadzonego kapitału emerytalnego. W ten sposób ZUS byłby odciążony od konieczności wykonywania ciężkich procedur waloryzacji takiego świadczenia lub comiesięcznej wypłaty. Rozwiązaniem problemów zbyt niskich emerytur jest oskładkowanie umów zleceń, które ma wejść w życie od 1 stycznia 2022 roku. W tej chwili w Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej trwają prace nad odpowiednią ustawą, która nakaże pracodawcom odprowadzać składki od pracowników zatrudnionych na zleceniach.

– Należy zaznaczyć, że w przypadku przekazów pocztowych jest to bardzo kosztowne. Szacujemy, że koszt wypłaty jednej emerytury to około 120 zł rocznie – więc w przypadku emerytur groszowych nie ma to żadnego sensu – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Natomiast w przypadku osób, które podczas swojej kariery zawodowej zapłaciły więcej niż jedną składkę, a mimo to emerytura jest niższa niż minimalna – jest to spowodowane prawdopodobnie tym, że staż pracy był niższy niż 20 lub 25 lat w zależności od płci. Wydaje się, że rozwiązaniem tego problemu byłaby tzw. restytucja ubezpieczeń społecznych – którą proponowaliśmy jako Federacja Przedsiębiorców Polskich już od 2018 roku. Jest to sytuacja osób, które zostały poszkodowane przez wadliwy system zamówień publicznych w Polsce. Powodował on, że przez wymuszanie na wykonawcach najniższej ceny, standardem rynkowym było zatrudnianie na podstawie nieoskładkowanej umowy zlecenia. Beneficjentem tej sytuacji było państwo, które taniej kupowało usługi. Skoro państwo korzystało na tym, że za tych pracowników nie płacono składek – to teraz wydaje się uzasadnione, by te składki zaewidencjonować na rachunkach emerytalnych tych osób. Natomiast na przyszłość konieczne jest w naszej ocenie pełne oskładkowanie umów zlecenia – tak, aby podobne sytuacje już nie miały miejsca. Byłoby to rozwiązanie korzystne zarówno dla ubezpieczonych, przyszłych emerytów oraz samych pracodawców – ponieważ wyrównywałoby to warunki konkurencyjne i eliminowałoby niższą cenę kosztem niższych składek i niższej emerytury pracowników w przyszłości – analizuje Kozłowski.

Będzie szansa na odbicie. Przyspieszająca inflacja może dać dobrze zarobić na metalach szlachetnych

Eksperci przekonują, że obecnie inwestowanie w metale szlachetne wydaje się rozsądną opcją. Ale dodają, że zawsze z takim działaniem związane jest ryzyko. Najmniejsze wahania notowań dotyczą złota, będącego w nieznacznym trendzie wzrostowym. Dobrym rozwiązaniem dla inwestorów z niewielkim portfelem jest też srebro. Ponadto warto zwrócić uwagę na platynę, bardzo rzadki kruszec. Można również postawić na pallad i rod, ale wielki zarobek na nich dopiero co minął. Jednocześnie znawcy tematu przedstawiają różne scenariusze na ostatnie tygodnie tego roku.

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania, czy opłaca się inwestować w metale szlachetne. Jak stwierdza Łukasz Zembik, kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers, w dobie realnych ujemnych stóp procentowych takie lokowanie środków wydaje się dość rozsądną opcją. Przed nami możliwy jest jeszcze scenariusz stagflacji, czyli spadku wzrostu gospodarczego i rosnącej inflacji. Historia pokazała, że w takich okresach szczególnie złoto sobie dobrze radziło. Natomiast Paweł Baranowski z coininvest.com podkreśla, przyspieszająca inflacja może być ostatnim dzwonkiem przed intensywnym wzrostem cen kruszców.

– Z inwestowaniem w surowce, a więc także w metale szlachetne, zawsze wiąże się podwyższone ryzyko. Natomiast spośród wszystkich dostępnych kruszców, najmniej ryzykowne jest złoto. Cechuje się bowiem najmniejszymi wahaniami notowań – komentuje Dorota Sierakowska, analityk surowcowy z Domu Maklerskiego BOŚ.

Dr Piotr Szczurowski ze Społecznej Akademii Nauk podkreśla, że metalem szlachetnym obarczonym najmniejszym ryzykiem inwestycyjnym jest złoto. Jego kurs jest stosunkowo stabilny. Od maja 2019 roku cena dynamicznie rosła. W sierpniu ub.r. przekroczyła pułap 2 tys. dolarów za uncję, co jest nominalnym rekordem wszechczasów. Później nastąpiła dość naturalna korekta. Ekspert zaznacza również, że w tej chwili złoto jest w nieznacznym trendzie wzrostowym, a cena SPOT za uncję tego kruszcu kształtuje się w okolicach 1,8 tys. dolarów.

– Inwestorzy w Polsce mogą również lokować kapitał na rynkach srebra, platyny oraz palladu. Ceny tych metali, zwłaszcza srebra, są częściowo powiązane ze złotem, ale warto pamiętać o ich szerokim wykorzystaniu w przemyśle i podatności na wahania koniunktury. Te 3 kruszce są uznawane raczej za inwestycję ryzykowną, przeznaczoną dla doświadczonych inwestorów – mówi Dorota Sierakowska.

Według dr. Szczurowskiego, dobrym rozwiązaniem dla inwestorów z niewielkim portfelem jest srebro. Ono pozostaje znacznie tańsze od pozostałych metali szlachetnych. Najwięcej kosztowało w kwietniu 2011 roku, prawie 50 dolarów za uncję. Obecnie jest o połowę tańsze. Zdaniem eksperta, srebro, podobnie jak złoto, ma długoterminowy potencjał wzrostowy. Warto również zwrócić uwagę na platynę, czyli bardzo rzadki kruszec. W ostatnim czasie jej cena wynosi około 1 tys. dolarów za uncję. Ale bywały już okresy, w których platyna była droższa niż złoto. Dla przykładu, w lutym i marcu 2008 roku kosztowała ponad 2 tys. dolarów za uncję.

– Nie ma metali szlachetnych, w które Polacy nie powinni inwestować. Do każdej inwestycji należy podchodzić z rozsądkiem, posiadając odpowiednia wiedzę. Radzę, żeby unikać kupowania metali szlachetnych w formie fizycznej z nieznanego lub podejrzanego źródła. W przypadku instrumentów finansowych, tzn. kontraktów CFD czy futures, przed podjęciem decyzji ich kupna, powinniśmy zaznajomić się z mechanizmem działania tych produktów i zrozumieć je – podkreśla ekspert TMS Brokers.

Z kolei ekspert ze Społecznej Akademii Nauk stwierdza, że obecnie jest więcej przesłanek przeciwko inwestycjom w pallad i rod niż argumentów przemawiających za nimi. Wielki zarobek na tych kruszcach dopiero co minął. Pierwszy z tych metali przekroczył na początku maja br. pułap 3 tys. dolarów za uncję, co było nominalnym rekordem wszechczasów. Dla porównania, w marcu ub.r. cena wynosiła około 1,7 tys. dolarów, a w sierpniu 2018 roku – około 900 dolarów. Jeszcze większe wzrosty odnotował rod, który swoje apogeum cenowe osiągnął w okresie od marca do maja br. Wówczas uncja tego metalu kosztowała prawie 30 tysięcy dolarów, a w czerwcu 2017 roku – zaledwie ok. 1 tys. dolarów. Jak podkreśla dr Szczurowski, ostatnio ceny palladu i rodu spadły, odpowiednio do ok. 2 tys. dolarów oraz 11-14 tys. dolarów.

– Bodźce stymulacyjne i podwyżki stóp procentowych mają tendencję do podnoszenia rentowności obligacji rządowych, zmniejszając atrakcyjność złota. W związku z tym możliwe są spadki cen kruszcu jeszcze przed końcem tego roku. W przypadku srebra, możemy zaobserwować wczesne oznaki osłabienia popytu przemysłowego, który od dłuższego czasu wspierał ten metal – informuje Paweł Baranowski.

Według Łukasza Zembika, cała grupa metali szlachetnych powinna do końca roku być na nieco wyższych poziomach. Złoto raczej będzie drożeć z racji wysokiej inflacji i ujemnych realnych stóp procentowych. W tym przypadku wzrosty mogą być ograniczane przez silnego dolara, który umacnia się w związku z zapowiedzią normalizacji polityki pieniężnej w USA. Z kolei ceny srebra, platyny i palladu mogą być kreowane przez sektor motoryzacyjny, w którym te surowce są wykorzystywane. Ekspert TMS Brokers podkreśla, że platyna jest na relatywnie niskich poziomach i tu jest szansa na większe odbicie. Ceny palladu również dość mocno zostały zredukowane od maja zatem i w tym wypadku istnieje przestrzeń do zwyżek.

– Do końca roku możliwe są duże wahania cen metali szlachetnych. Plany zacieśniania polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną w USA mogą nadal umacniać dolara i negatywnie wpływać na ceny złota i pozostałych metali, tj. srebra, platyny i palladu. W przypadku tych ostatnich szczególnie istotne będą doniesienia związane z kryzysem energetycznym i jego wpływem na produkcję metali. Na razie jednak wiele wskazuje na to, że nie zostanie ona istotnie zakłócona. Ceny kruszców mogą znaleźć się pod presją podaży – stwierdza analityk surowcowy z DM BOŚ.

Natomiast w ocenie dr. Piotra Szczurowskiego, do końca roku powinniśmy się spodziewać wzrostów cen złota, srebra i platyny. Nie będą to jednak spektakularne podwyżki. Te już odnotowaliśmy w związku z pandemią COVID-19. Ekspert ze Społecznej Akademii Nauk nie spodziewa się istotnych wzrostów na palladzie i rodzie, co najwyżej niewielkich, krótkookresowych, przeplatanych raczej większymi spadkami.

Badanie Cisco: praca hybrydowa wymusza odejście od tradycyjnych haseł na rzecz uwierzytelniania biometrycznego

  • Znaczenie uwierzytelniania wieloskładnikowego rośnie, ponieważ przedsiębiorstwa coraz częściej odchodzą od haseł, aby lepiej zabezpieczyć pracowników hybrydowych.
  • Wykorzystanie uwierzytelniania biometrycznego wyraźnie rośnie (o 48% rok do roku).
  • Już ponad połowa decydentów odpowiedzialnych za kwestie IT planuje rezygnację z haseł w swoich organizacjach.
  • Eksperci Cisco Duo odnotowali pięciokrotny wzrost wykorzystania metody uwierzytelniania Web Authentication (WebAuthn) od kwietnia 2019 r.

Jak wynika z nowego raportu opublikowanego przez zespół odpowiadający za Cisco Duo Security, wiodące rozwiązanie w zakresie uwierzytelniania wieloskładnikowego (MFA) i bezpiecznego dostępu, przedsiębiorstwa podejmują aktywne kroki w celu odejścia od tradycyjnych haseł. Zastępują je alternatywnymi metodami uwierzytelniania, aby lepiej chronić pracowników hybrydowych. Podczas gdy całkowita liczba potwierdzeń tożsamości użytkowników w Duo MFA wzrosła w ubiegłym roku o 39%, wykorzystanie metod biometrycznych rosło jeszcze szybciej, bo aż o 48%.

Na potrzeby „2021 Duo Trusted Access Report” przeanalizowano dane z ponad 36 milionów urządzeń, ponad 400 000 unikalnych aplikacji i około 800 milionów miesięcznych uwierzytelnień z globalnej bazy klientów Cisco Duo. Zestawienie ujawniło, w jaki sposób organizacje we wszystkich branżach umożliwiają pracę z dowolnego miejsca i na dowolnym urządzeniu, wdrażając mechanizmy kontroli zapewniające bezpieczny dostęp do zasobów.

Biometria była włączona na ponad 71% telefonów komórkowych należących do analizowanych użytkowników, co dobrze ilustruje wzrost liczby wdrożeń tej technologii. Jest on napędzany przez coraz większą akceptację użytkowników dla alternatywnych metod uwierzytelniania oraz dostępność sprzętu, który umożliwia korzystanie z nich. Dzięki temu użytkownicy nie muszą przechowywać dużej ilości haseł w pamięci podręcznej. W Cisco Duo odnotowano również pięciokrotny wzrost wykorzystania Web Authentication (WebAuthn) od kwietnia 2019 r. WebAuthn umożliwia bezpieczne przechowywanie i walidację danych biometrycznych lokalnie na urządzeniu, w przeciwieństwie do scentralizowanej bazy danych, jak ma to miejsce w przypadku innych zabezpieczeń.

Zespół Cisco Duo od dawna realizuje działania na rzecz popularyzacji alternatywnych form potwierdzania tożsamości użytkowników. Jako członek grupy roboczej W3C przyczynił się do upowszechnienia standardu WebAuthn i wprowadził na rynek swój produkt do uwierzytelniania bezhasłowego w marcu 2021 roku.

Odejście od tradycyjnych haseł znacząco usprawni proces logowania dla zdecydowanej większości użytkowników i podniesie poziom bezpieczeństwa. Jak wynika z badania przeprowadzonego wśród globalnych decydentów IT, ponad połowa organizacji planuje wdrożenie strategii bezhasłowej. Co więcej, 46% respondentów przyznało, że problemy związane ze przechwyconymi danymi uwierzytelniającymi są najbardziej frustrującym lub niepokojącym aspektem zarządzania hasłami.

„Dotarliśmy do punktu, w którym doświadczenie użytkownika jest samo w sobie kontrolą bezpieczeństwa” – powiedział Dave Lewis, Global Advisory CISO w Cisco Duo Security. „Przedsiębiorstwa zmierzają w kierunku nowych, bardziej efektywnych sposobów kontroli dostępu. Zabezpieczenia powinny być prostsze, dzięki czemu pracownicy hybrydowi mogą skupić się na swoich podstawowych obowiązkach nie narażając się na zagrożenia”.

Opublikowane niedawno badanie Cisco Hybrid Work Index wykazało kluczową rolę rozwiązań bezpieczeństwa, które uwzględniają nowe sposoby pracy, umożliwiając użytkownikom uzyskanie dostępu do zasobów i jednocześnie zatrzymanie cyberprzestępców. Podczas gdy na początku pandemii COVID-19 nastąpił gwałtowny wzrost wykorzystania technologii VPN i bezpiecznego zdalnego dostępu, liczba prób ataków wzrosła 2,4-krotnie. Osiemnaście miesięcy później takich incydentów jest nadal bardzo dużo. Chcąc przeciwdziałać tym zagrożeniom, organizacje wprowadzają bardziej rygorystyczne zasady weryfikacji użytkowników i urządzeń przed przyznaniem dostępu do aplikacji. W latach 2020-2021 liczba nieudanych prób uwierzytelniania spowodowanych brakiem aktualizacji urządzeń wzrosła o 33%.

7 pensji – tyle kosztuje firmę wdrożenie nowego pracownika

Zatrudniony kandydat potrzebuje minimum 3 miesięcy, żeby wdrożyć się do pracy i zacząć przynosić firmie zysk. Okres próbny jest dla pracodawcy kosztem i to niemałym, kilka razy wyższym niż koszt rekrutacji. Eksperci Gamfi, firmy tworzącej aplikację do onboardingu pracowników, wyliczyli, że wynosi nawet 7-krotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli ponad 40 tys. zł. W przypadku zatrudnienia 100 nowych pracowników w ciągu roku daje to zawrotną sumę aż 4 mln zł. Ta kwota może być o 15% niższa, jeśli zaoszczędzimy czas pracy menedżerów i działów HR, a rotacja nowych pracowników o połowę mniejsza dzięki usprawnieniu procesu wdrożenia.

-Kiedy firma, która rocznie zatrudnia 100 nowych pracowników, nieefektywnie wydaje kilkadziesiąt tysięcy złotych, może to nie robić wrażenia. Ale jeśli kwoty te idą w miliony złotych, każdej osobie odpowiedzialnej za zarządzanie biznesem powinna zapalić się pomarańczowa lampka. Onboarding pracownika jest procesem obejmującym wiele funkcji organizacji i angażującym wiele różnych ról. W odróżnieniu od rekrutacji, gdzie czarno na białym widać, za co płaci pracodawca – za ogłoszenie o pracę, program ATS, koszt poleceń czy wynagrodzenie rekrutera – w przypadku wdrożenia pracownika znaczna część kosztów nie jest tak oczywista. Sprzęt, szkolenia, badania to tylko ich wycinek. Prawię połowę stanowią koszty ludzkie – godziny pracy zaangażowanych w proces zespołów HR, kadr, menedżerów i członków zespołu. Mało pracodawców jest świadomych tego, ile taka inwestycja w nowego pracownika kosztuje i że może być „tańsza” bez utraty efektywności całego procesu – mówi Adrian Witkowski, prezes zarządu Gamfi.

7 pensji

Z wyliczeń firmy Gamfi wynika, że całkowity koszt 3-miesięcznego wdrożenia pracownika zarabiającego średnią krajową wynosi 40395 zł . Na tę sumę składają się takie pozycje jak konieczny sprzęt do pracy, szkolenia, badania lekarskie, wynagrodzenia osób zaangażowanych w proces onboardingu czy wynagrodzenie nowego pracownika (który w czasie swojego okresu próbnego pobiera pensję, ale nie jest jeszcze efektywny na swoim stanowisku).

Tym samym przygotowanie nowego członka zespołu do pełnienia jego obowiązków kosztuje firmę niemal 7-krotność przeciętnego wynagrodzenia w Polsce i jest aż 7 razy droższe niż proces rekrutacji (wyliczenie Gamfi – 5787 zł). Organizacja, która rocznie zatrudnia 100 nowych pracowników, musi się liczyć z kosztami wdrożenia wynoszącymi ok. 4 mln zł. – W przypadku firm zatrudniających pracowników droższych, np. programistów, koszty wdrożenia są kilkukrotnie wyższe i sięgają kilkunastu milionów złotych – zwraca uwagę Adrian Witkowski.

Mniej pracy, mniejsza rotacja

38% kosztów procesu wdrożenia stanowią koszty ludzkie. To w sumie setki godzin pracy zaangażowanych zespołów HR, kadr i menedżerów. Aplikacja Gamfi Onboarding pozwala zaoszczędzić aż 40% tego czasu, co przekłada się na zmniejszenie kosztu całego procesu o 15%. To oznacza, że firma, która zatrudnia 100 pracowników w skali roku może zmniejszyć koszty ich wdrożenia nawet o 615 tys. złotych. – Automatyzacja procesu wdrożenia pozwala uwolnić prawie połowę czasu pracy menedżerów. Zamiast poświęcać go na wprowadzanie pracownika w nowe obowiązki i zapoznawanie go z kulturą organizacji, mogą przeznaczyć go na zarabianie marży dla firmy i zwiększanie jej przychodów. W efekcie nie tylko zmniejszamy koszty onboardingu, ale zwiększamy zyski – mówi Adrian Witkowski.

To nie wszystko. Dostępne badania rynkowe pokazują, że rotacja nowo zatrudnionych osób w wyniku złego onboardingu sięga nawet 20% w pierwszych 45 dniach zatrudnienia. Usprawnienie procesu wdrożenia może ten wskaźnik zmniejszyć nawet o połowę. A to istotne w kontekście bieżącej sytuacji na polskim rynku pracy, która wyróżnia się na tle innych krajów. Z danych Eurostatu wynika, że we wrześniu 2021 roku stopa bezrobocia w naszym kraju wyniosła zaledwie 3,4% i była jedną z niższych w UE (niższy wskaźnik odnotowano jedynie na Malcie, w Czechach i w Niderlandach). Dodatkowo, z danych GUS wynika, że tylko we wrześniu br. pracodawcy zgłosili do urzędów pracy 121,9 tys. wolnych miejsc pracy. To o 9,4% więcej niż rok wcześniej. To oznacza, że walka o pracowników będzie coraz zacieklejsza, a ich utrzymanie stanie się bardziej kluczowe.