Jacek Przybylski dyrektorem Cisco Kraków

  • Usługi dla klientów firmy i innowacje w obszarach Customer Experience, bezpieczeństwa i rozwoju oprogramowania nadal stanowią strategiczne obszary dla krakowskiego oddziału.
  • Jacek Przybylski, Senior Director, Cisco Customer Experience Centers EMEAR, objął funkcję Cisco Kraków Site Lead.
  • Cisco pozostaje w czołówce najlepszych pracodawców w Polsce i Europie oraz wdraża prawdziwie hybrydowy model pracy.

Cisco Global Services Center w Krakowie rozpoczyna 10. rok działalności z nowym dyrektorem oddziału. Jacek Przybylski, Senior Director, Cisco Customer Experience Centers EMEAR, obejmuje funkcję Cisco Kraków Site Lead.

Krakowski oddział firmy świadczy usługi zarówno techniczne, jak i biznesowe na rzecz klientów, partnerów i pracowników Cisco w wielu grupach funkcjonalnych, w tym Customer Experience, Finance i Operations. Obecnie w Cisco Kraków pracuje około 2200 osób. Jako szef placówki Jacek Przybylski będzie nadzorował działalność całego oddziału w Krakowie we wszystkich grupach funkcjonalnych. Będzie również reprezentował Cisco Kraków na zewnątrz i wewnątrz firmy.

Nowy lider krakowskiego oddziału

Jacek Przybylski dołączył do Cisco w sierpniu 2021 roku, przechodząc z firmy Atos, gdzie przez 16 lat pełnił różne stanowiska, zarówno na poziomie krajowym, jak i globalnym. Posiada ogromne doświadczenie zdobyte w obszarze usług IT i inżynierii. Ukończył Politechnikę Bydgoską na kierunku Telekomunikacja, a następnie uzyskał certyfikat Gold for Manager Program w HEC School of Business w Paryżu.

Jacek Przybylski przejmuje funkcję Cisco Kraków Site Lead od Ramona Tancinco, który pełnił ją przez ostatnie 5 lat. Ramon Tancinco awansował niedawno na stanowisko dyrektora Cisco Digital Enterprise Services (IT) w regionie EMEAR. Pozostaje w Krakowie i nadal będzie zasiadał w zarządzie krakowskiego oddziału.

Obszary strategiczne dla Cisco Kraków: bezpieczeństwo, rozwój oprogramowanie i innowacje

„Moje priorytety dla Cisco w Krakowie skupiają się na trzech obszarach: kontynuacja rozwoju tej lokalizacji, nie tylko pod względem wielkości zatrudnienia, ale przede wszystkim pod względem dojrzałości naszych zespołów i dojrzałości kompetencyjnej; przesunięcie Cisco Kraków jeszcze wyżej w łańcuchu wartości poprzez dodanie nowych kompetencji i wyspecjalizowanych funkcji strategicznych dla Cisco, również w zaawansowanych obszarach inżynierii, a także pielęgnowanie unikalnej kultury Cisco Kraków, polegającej na inkluzywności, różnorodności i działaniu na rzecz lokalnej społeczności” – mówi Jacek Przybylski, Senior Director, Cisco Customer Experience Centers EMEAR i nowy lider Cisco Kraków.

„Cyberbezpieczeństwo, rozwój oprogramowania i innowacje są dla nas w Krakowie obszarami kluczowymi. Naszym celem jest nie tylko rozwijanie się zgodnie z kierunkiem transformacji Cisco, ale także bycie na jej czele. Na terenie naszego kampusu znajduje się jedyne w regionie EMEAR Centrum Operacji Bezpieczeństwa Cisco (Security Operations Center – SOC) oraz zespół 300 specjalistów zajmujących się bezpieczeństwem cyfrowym. Niedawno staliśmy się również centrum dla akwizycji Cisco, takich jak AppDynamics i ThousandEyes, zapewniając wsparcie inżynierii oprogramowania dla naszych klientów w całym regionie EMEAR, pomagając im działać we współczesnym środowisku IT skoncentrowanym na aplikacjach. Posiadamy także 20 patentów opracowanych przez naszych inżynierów w Krakowie, które albo już są, albo wkrótce zostaną wdrożone w naszych produktach i usługach” – dodaje Jacek Przybylski.

Największe centrum Cisco Customer Experience w Europie

Ponad 70% wszystkich pracowników Cisco Kraków należy do organizacji Customer Experience (CX) & Operations, co czyni Kraków największym centrum Customer Experience dla Cisco w regionie EMEAR.

Zespół Customer Experience pomaga klientom Cisco zmaksymalizować wartość biznesową wykorzystywanej przez nich technologii, koncentrując się na kilku kluczowych obszarach:

  • Wsparcie techniczne dostarczane przez światowej klasy ekspertów i oparte na wiedzy zgromadzonej podczas rozwiązywania milionów problemów technicznych na całym świecie każdego roku.
  • Proaktywne zarządzanie, monitorowanie, optymalizacja i ochrona środowisk IT w celu skrócenia czasu uzyskania korzyści.
  • Zaangażowanie ekspertów w zakresie nowych technologii, od strategii i projektu po wdrożenie, przy minimalizacji ryzyka.

Prawdziwie hybrydowe środowisko pracy

Od sierpnia 2021 r. Cisco wdraża hybrydowy model pracy dla każdego pracownika. Niezależnie od tego, czy oznacza to pracę przez pięć dni w tygodniu w domu i spotykanie się z zespołem raz na jakiś czas, czy też przebywanie w biurze przez pięć dni w tygodniu z wykorzystaniem dostępnych w nim technologii do łączenia się z kolegami z całego świata, czy też wszystkie scenariusze „pomiędzy” – każdy pracownik Cisco ma swobodę wyboru hybrydowego modelu pracy. Dotyczy to również 2200 osób pracujących w Krakowie.

„Praca to nie miejsce, do którego się udajemy, ale to, co robimy. W przeprowadzonym niedawno badaniu, ponad 80% pracowników Cisco stwierdziło, że preferuje pracować 3-5 dni w tygodniu w domu, a nasz hybrydowy model pracy – Wielki Eksperyment Hybrydowy, jak go nazywamy – na to pozwala. Pracownicy Cisco w Polsce również korzystają z tej możliwości” – mówi Jolanta Nowak, People and Communities Leader, Cisco Poland and CX Centers EMEAR. „Naszą ambicją jest nie tylko utrzymanie się w czołówce rankingu Great Place to Work, ale także miano najlepszego hybrydowego miejsca pracy” – dodaje Jolanta Nowak.

ElevenEs ze wsparciem EIT InnoEnergy zbuduje gigafabrykę baterii LFP w Europie Środkowo-Wschodniej

  • Serbska firma ElevenEs opracowała własną baterię LFP na potrzeby elektrycznych samochodów osobowych, autobusów, wózków widłowych i innych przemysłowych pojazdów oraz magazynów energii.
  • Baterie LFP (litowo-żelazowo-fosforanowe) są przystępniejsze cenowo, trwalsze i bezpieczniejsze od konkurencyjnych rozwiązań, a do tego nie wymagają kobaltu, niklu i innych trudno dostępnych surowców.
  • Firma ElevenEs chce wykorzystać 25-letnie doświadczenie produkcyjne i zbudować gigafabrykę baterii o mocy 16GWh w pobliżu jednego z największych złóż litu na świecie.
  • W inwestycjach ElevenEs pomogą środki pozyskane od funduszu EIT InnoEnergy, który uczestniczy w finansowaniu innych głośnych przedsięwzięć na europejskim rynku bateryjnym takich jak gigafabryki Northvolt czy Verkor.
  • EIT InnoEnergy przewodzi przemysłowemu projektowi European Battery Alliance (EBA), którego celem jest zbudowanie silnego i konkurencyjnego europejskiego przemysłu bateryjnego i zabezpieczenie bazy surowcowej dla rozwoju nowoczesnego i ekologicznego sektora energetycznego w Europie.

Do 2030 r. zapotrzebowanie na baterie w Europie będzie aż 14-krotnie większe niż obecne moce produkcyjne. Wszystko za sprawą rozwoju elektromobilności i rynku magazynów energii – koniecznych do stabilizacji systemu energetycznego z rosnącym udziałem OZE. Dlatego baterie litowo-żelazowo-fosforanowe (LFP), które są nie tylko korzystniejsze cenowo, ale łączą w sobie zalety wysokiej wydajności, długiego czasu eksploatacji i bezpieczeństwa zyskują coraz silniejszą pozycję na szybko rozwijającym się rynku bateryjnym.

Spółka ElevenEs – biznesowy spin-off międzynarodowej Grupy Al Pack, działającej od 25 lat na rynku opakowań aluminiowych, opracowała własną zrównoważoną i efektywną technologię produkcji baterii LFP. Firma prowadzi prace badawczo-rozwojowe nad innowacyjnym produktem od 2019 r., a w czerwcu 2021 r. uruchomiła zaawansowane centrum B+R, w którym pracuje międzynarodowy zespół inżynierów i naukowców.

„Żywotność baterii LFP jest dwukrotnie dłuższa od konkurencyjnych rozwiązań, można je ładować aż 6000 razy, a do tego sam proces ładowania jest szybszy i nie wiąże się z ryzykiem zapłonu. Rosnącej popularności ogniw litowo-żelazowo-fosforanowych sprzyja także relatywnie niski koszt produkcji. Wszystko to sprawia, że baterie LFP już teraz stały się dominujące w Chinach, które są światowym liderem w rozwoju technologii bateryjnych.” – mówi Nemanja Mikać, założyciel i prezes ElevenEs.

Partnerstwo strategiczne na rzecz budowy gigafabryki

Spółka ElevenEs właśnie podpisała porozumienie z EIT InnoEnergy – wiodącym na świecie funduszem i akceleratorem innowacji, od lat inwestującym w rozwiązania z obszaru zielonej transformacji energetycznej. Podmioty ogłosiły strategiczne partnerstwo w celu budowy pierwszej w Europie gigafabryki akumulatorów litowo-jonowych LFP. Fundusz EIT InnoEnergy już wcześniej angażował się w finansowanie przedsięwzięć na europejskim rynku bateryjnym. Był pierwszym inwestorem szwedzkiej firmy Northvolt, która niedawno zakończyła rundę finansowania o wartości 2,75 mld USD i francuskiej spółki Verkor, która w lipcu tego roku zawarła strategiczne partnerstwo z Renault o wartości 100 mln USD.

Do 2023 r. ElevenEs chce produkować baterie LFP o łącznej pojemności 300 MWh rocznie. W 2024 r. w serbskiej Suboticy rozpocznie się budowa pełnoskalowej gigafabryki baterii o mocy 8 GWh, której moce produkcyjne zostaną w przyszłości zwiększone do 16 GWh. Pozwoli to na wyposażenie w akumulatory nawet 300 tys. pojazdów elektrycznych każdego roku. Spółka deklaruje także, że fabryka zasilana będzie w 100 proc. z odnawialnych źródeł energii, a w zakładzie zatrudnienie znajdzie docelowo nawet 2000 pracowników. ElevenEs podkreśla, że lokalizacja gigafabryki w serbskiej Suboticy, w pobliżu granicy z Węgrami i w bliskości ważnego europejskiego szlaku komunikacyjnego łączącego porty w Gdańsku i Salonikach, ma jeszcze jedną ważną zaletę. Znajduje się w pobliżu największych złóż litu w Europie odkrytych w dolinie Jadar w południowej części Serbii.

„Ogniwa LFP to kolejny ważny element europejskiego ekosystemu bateryjnego. Chociaż akumulatory niklowe prawdopodobnie pozostaną najlepszym wyborem dla samochodów klasy premium pod względem gęstości energii, to ogniwa LFP wygrywają w kategorii kosztów, bezpieczeństwa i żywotności. Czyni je to idealnym wyborem dla przemysłowych pojazdów elektrycznych, magazynów energii oraz małych aut miejskich operujących na krótszych dystansach.” – mówi Jakub Miler, CEO EIT InnoEnergy Central Europe. „Współpracę z ElevenEs rozpoczęliśmy półtora roku temu i największym zaskoczeniem dla nas było to, że aż 70 proc. procesu produkcyjnego i know-how firmy-matki ElevenEs – Grupy Al Pack – można z łatwością wykorzystać do produkcji ogniw bateryjnych. Teraz, po przetestowaniu i wdrożeniu własnej technologii produkcji ogniw LFP, doświadczenie przemysłowe grupy będzie stanowiło dla ElevenEs bezcenną przewagę konkurencyjną, która pozwoli firmie rozwijać się szybciej od konkurencji”.

Cyfrowa Grupa Wyszehradzka przebada kompetencje cyfrowe Czechów, Polaków, Słowaków i Węgrów

Organizacje branży cyfrowej z krajów Grupy Wyszehradzkiej, zrzeszone w Grupie Digital V4, sprawdzą kompetencje cyfrowe uczniów szkól podstawowych i średnich w Czechach, Polsce, na Słowacji i Węgrzech. Projekt o nazwie IT Fitness Test wystartuje w przyszłym roku dzięki wsparciu Funduszu Wyszehradzkiego.

W Polsce za projekt jest odpowiedzialny Związek Cyfrowa Polska, który połączył siły z partnerskimi organizacjami branżowymi partnerskimi z pozostałych krajów należących do Grupy Wyszehradzkiej, by wspólnie przebadać kompetencje cyfrowe młodych obywateli i sprawdzić ich przygotowanie do zmieniającego się rynku pracy.  – Projekt IT Fitness Test pozwoli na darmowe, dostępne dla każdego sprawdzenie umiejętności cyfrowych. Nasz test oceni kompetencje uczestników w pięciu obszarach, takich jak: internet, bezpieczeństwo i systemy komputerowe, narzędzia do współpracy i sieci społecznościowe, oraz narzędzia biurowe, sprawdzając ich praktyczne umiejętności – wyjaśnia prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik.

Każdy uczestnik testu po jego wykonaniu otrzyma imienny certyfikat opisujący uzyskany wynik oraz wskazujący zagadnienia, które wymagają dodatkowego dokształcenia przez respondenta. Jak podkreślają inicjatorzy projektu, choć badanie ma na celu zbadanie kompetencji cyfrowych uczniów szkół podstawowych i średnich, to – co ważne – Grupa Digital V4 zamierza udostępnić test wszystkim zainteresowanym, którzy chcą sprawdzić swój poziom cyfrowych umiejętności. Oficjalny start IT Fitness Test 2022 zaplanowano na kwiecień 2022 r.

Sprawdzone metody

Podobny projekt od dekady z powodzeniem realizowany jest już na Słowacji przez tamtejszą organizację branży cyfrowej – ITAS. Przy wsparciu Komisji Europejskiej do tej pory już ponad 300 tys. Słowaków wykonało test kompetencji cyfrowych. – Nasz projekt w 2014 r został nagrodzony przez Komisję Europejską za wkład w poprawę stanu alfabetyzmu cyfrowego wśród młodych ludzi w Europie. Teraz dzięki wsparciu Funduszu Wyszehradzkiego i przy współpracy ze organizacjami partnerskimi w Polsce, na Węgrzech oraz w Czechach, adaptujemy go na potrzeby pozostałych państw Grupy V4. Od przyszłego roku możliwość sprawdzenia swoich umiejętności cyfrowych w ojczystych językach będą mieli Czesi, Polacy i Węgrzy – mówi Mario Lelovsky, prezes ITAS.

Organizacje Grupy Digital V4, które współtworzą projekt zwracają uwagę, że wraz z postępem cyfryzacji, zmieniają się wymagane na rynku pracy i w życiu codziennym kompetencje. Pandemia przyspieszyła jedynie te przemiany i narzuciła na obywateli konieczność jeszcze szybszej adaptacji do realiów ery cyfrowej. Potrzeba ta była szczególnie widoczna wśród uczniów, ponieważ proces ich edukacji również przeniesiony został w dużej mierze do sieci. Zdaniem inicjatorów projektu IT Fitness Test, umiejętności cyfrowe obywateli zdeterminują również konkurencyjność gospodarek Grupy V4 wraz z rozwojem Przemysłu 4.0.

Pomoc w rozwijaniu społeczeństwa informacyjnego

Według opublikowanego w 2020 r. Indeksu Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego (DESI), który pozwala monitorować poziom zaawansowania cyfrowego Unii Europejskiej, Polska plasuje się na 23. lokacie. W kategorii „kapitał ludzki”, która opisuje m.in. jaki odsetek populacji danego kraju dysponuje przynajmniej podstawowymi umiejętnościami cyfrowymi, Polska zajmuje 22. miejsce pośród 28 badanych państw członkowskich UE. – Dlatego, aby skutecznie rozwijać kompetencje cyfrowe obywateli, potrzebujemy szczegółowych danych na temat ich aktualnego stanu. Musimy dowiedzieć się, z czym, jeśli chodzi o cyfryzację, młodzi Polacy mają największy problem, gdzie są luki i gdzie potrzebne są zmiany w kształceniu. Na te pytania spróbujemy odpowiedzieć dzięki naszemu testowi – podkreśla prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik. – IT Fitness Test 2022 Grupy Wyszehradzkiej to kolejny krok, który jako branża cyfrowa podejmujemy, by rozwijać społeczeństwo informacyjne w Polsce i regionie oraz umacniać ścisłą współpracę naszych państw. Narzędzie, które wkrótce oddamy w ręce polskiego szkolnictwa i wszystkich zainteresowanych obywateli to również element szerszego planu cyfryzacji edukacji w kraju. Polskie społeczeństwo potrzebuje pomocy w rozwijaniu kompetencji cyfrowych – dodaje Michał Kanownik.

Projekt współfinansowany jest przez rządy Czech, Polski, Słowacji i Węgier poprzez Granty Wyszehradzkie udzielane przez Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. Misją Funduszu jest rozwój pomysłów wspierających zrównoważony rozwój w Europie Środkowej.

SpeedUp Energy Innovation inwestuje 2 mln EUR w niemiecki resonanz

SpeedUp Energy Innovation Fund, fundusz należący do SpeedUp Venture Capital Group, przewodzi rundzie inwestycyjnej spółki resonanz energy RE Gmbh, opiewającej na kwotę 2 mln EUR. Niemiecki resonanz opracowuje platformę do handlu energią na krótkoterminowych giełdach towarowych. Celem tej inwestycji jest dalszy rozwój silnika przetwarzania danych oraz opracowanie algorytmów predykcji cen i automatycznej realizacji zleceń w celu wdrożenia strategii handlowej na pełną skalę.

Działający na hurtowym rynku energii resonanz to firma założona w Berlinie pod koniec 2019 roku przez Alexa Reinholda, Gautama Kotiana i Davida Eckardta. Zespół stworzył system informatyczny integrujący i przetwarzający fundamentalne dane z różnych źródeł (takie jak prognozy pogody, produkcja i zużycie energii, przepustowość sieci itp.). Dane generowane w tym procesie zasilają modele predykcyjne, które następnie pomagają zająć odpowiednią pozycję na rynku w czasie rzeczywistym. Tym, co wyróżnia resonanz na tle innych firm zajmujących się obrotem energią, jest znacznie wyższy stopień automatyzacji oraz zdolność szybszego reagowania na zmieniające się warunki rynkowe. Obecni konkurenci w dużym stopniu polegają na umiejętnościach analitycznych swoich traderów. resonanz natomiast nie zatrudnia traderów, zamiast tego polega na oprogramowaniu i inżynierii danych. – Naszą przewagą jest fakt, że w pełni automatyzujemy proces obrotu energią. Nasze autorskie algorytmy automatycznie zajmują pozycję na rynku, co jest nie tylko znacznie tańsze, ale także bardziej wydajne, skalowalne i gwarantuje obiektywne decyzje. Algorytm analizuje więcej możliwych scenariuszy i eliminuje błąd ludzkimówi Alex Reinhold, CEO resonanz.

Zespół resonanz posiada szeroki zakres umiejętności technicznych i wywodzi się z rynku handlu reklamą online w czasie rzeczywistym (tzw real time ad bidding). Jest to obszar wysoce zautomatyzowany, gdzie kluczowe znaczenie ma szybkość przetwarzania danych. Ponadto firma współpracowała z liderami branży energetycznej, takimi jak Statkraft, MVV, Enercity czy Sunnic Lighthouse. Dotychczasowe doświadczenie oraz opracowana technologia pozwalają resonanz konkurować z najlepszymi firmami tradingowymi w Europie.

Nieunikniona zmienność produkcji energii ze źródeł odnawialnych

W ostatnich latach udział OZE w światowym miksie energetycznym systematycznie wzrasta. Przy obecnym tempie wzrostu zainstalowanej mocy słonecznej i wiatrowej, wynoszącym 15-20% rocznie, do 2035 r. paliwa kopalne utracą dominującą pozycję w miksie energetycznym na rzecz odnawialnych źródeł energii. Według brytyjskiego think tanku Carbon Tracker do 2050 roku paliwa kopalne zostaną całkowicie wyparte. Jednocześnie, generowanie energii z OZE charakteryzuje się dużą zmiennością, co sprawia, że ​​jej hurtowa sprzedaż jest coraz bardziej krótkoterminowa – produkcja mocno zbliża się do konsumpcji, a energia jest dostarczana w terminie od nawet kilkunastu minut do dwudziestu czterech godzin po zawarciu kontraktu. W przeszłości łatwiej było zaplanować produkcję i sprzedaż energii, ale uzależnienie OZE od pogody sprawia, że ​​rynek energii elektrycznej staje jednym z najbardziej niestabilnych rynków ostatniej dekady. – Dobrze funkcjonujące krótkoterminowe rynki energii elektrycznej mają kluczowe znaczenie dla przejścia z paliw kopalnych na bardziej zrównoważoną gospodarkę z dostawami energii opartymi na OZE. Automatyzacja, jaką oferują spółki klasy resonanz, ma szansę istotnie zwiększyć płynność na rynkach towarowych oraz pomóc w procesie ustalania i szacowania przyszłych cen (tzw price discovery). W związku z tym, dokonywanie transakcji staje się łatwiejsze dla uczestników rynku, którzy mają dodatkowo dostęp do wielu narzędzi zarządzania ryzykiem rynkowym mówi Maciej Lehmann, analityk inwestycyjny SpeedUp Energy Innovation.

Anomalie w kształtowaniu się cen energii elektrycznej będą coraz częstsze z uwagi na zmiany klimatyczne. Jako przykład, Lehmann wskazuje obecny kryzys energetycznych w Wielkiej Brytanii. Ceny rynku dnia następnego (podstawowy produkt krótkoterminowy) wzrosły dziesięciokrotnie w porównaniu do średniej z września 2020 roku i około czterokrotnie do cen z początku roku. Zawiódł wiatr, który był wyjątkowo słaby we wrześniu, a do tego naniosło się kilka innych zdarzeń losowych (awaria transgranicznych sieci przesyłowych, wyłączenie reaktorów nuklearnych i bardzo wysokie ceny gazu). Rekordowe ceny doprowadziły do niewypłacalności mniejszych retailerów energii, a także zamknięcia kilku większych fabryk. W takich sytuacjach dostęp do wielu płynnych produktów terminowych i ogólna efektywność rynku są kluczowe wyjaśnia Maciej Lehmann.

Niewydajność rynku

Obecnie poziom automatyzacji na giełdach energii jest stosunkowo niski, a większość spółek uczestniczących w obrocie wolno przechodzi cyfryzację. – Algotrading na rynkach energetycznych jest niedojrzały w porównaniu do znaczącej roli, jaką odgrywa na rynkach finansowych, gdzie 80%-90% wolumenu obrotu generowane jest przez boty. W końcu zdominuje on także rynki energetyczne, a wraz z jego dalszym rozwojem traderom, co oczywiste, będzie coraz trudniej konkurować z komputeramimówi Bartłomiej Gola, partner generalny SpeedUp Group i dodajeKrótkoterminowe giełdy energii, takie jak paneuropejski EPEX SPOT czy skandynawski Nordpool, rozwijały się w ostatnich latach dynamicznie ze względu na rosnące znaczenie OZE. Zależność produkcji OZE od pogody powoduje, że ceny energii są systematycznie bardzo zmienne. Oczekuje się, że rosnąca konsumpcja energii będzie dalej wzmacniała znaczenie handlu krótkoterminowego. Dziś giełdy energii elektrycznej charakteryzują się niskim poziomem automatyzacji obrotu. Podobnie jak na rynkach finansowych w latach 90-tych, gdzie traderów zastąpiły boty, rynek mocy zmieni się wraz z transformacją energetyczną. Potencjał krótkoterminowego handlu energią już przyciągnął GoldmanSachs. W lipcu br. spółka stała się jedną z pierwszych instytucji finansowych, które obecne są na energetycznych giełdach krótkoterminowych, inwestując w duńskie InCommodities.

Savills uruchamia Workthere w Polsce

Międzynarodowa firma doradcza Savills uruchomiła polską wersję platformy internetowej Workthere (workthere.pl). Umożliwia ona wyszukanie dostępnych w Polsce elastycznych powierzchni biurowych oraz oferuje profesjonalną pomoc w wynajęciu optymalnej przestrzeni do pracy.

Workthere powstał w 2017 roku w Wielkiej Brytanii, w odpowiedzi na dynamiczny rozwój rynku biur serwisowanych i coworków. Obecnie działa w skali globalnej jest dostępny w Anglii, Irlandii, Francji, Hiszpanii, Niemczech, Holandii, Stanach Zjednoczonych, Singapurze, Indiach i Wietnamie. Polska tym samym jest już jedenastym krajem, w którym debiutuje usługa.

Na czele Workthere w Polsce stać będzie Jarosław Pilch, który pełni równolegle rolę dyrektora działu powierzchni biurowych, reprezentacja najemcy w Savills. W jego obowiązkach wspierać go będzie Aleksandra Barlik, konsultantka Workthere odpowiedzialna za biura elastyczne.

W Polsce Workthere obejmuje ponad 100 lokalizacji w największych miastach na terenie całego kraju, z możliwością ich szybkiego i prostego porównania. Firmy i klienci indywidualni zainteresowani wynajęciem powierzchni elastycznej mogą również liczyć na wsparcie doświadczonych ekspertów rynku nieruchomości, którzy bezpłatnie pomogą dobrać odpowiednie dla danej działalności biznesowej biuro oraz wynegocjować najkorzystniejsze warunki najmu.

„Workthere to kolejny naturalny krok Savills w kierunku nowych technologii. W dniu premiery pokrywamy około 80% rynku, współpracując z większością największych operatorów powierzchni elastycznych w Polsce. Workthere nie jest tablicą ogłoszeniową, na której można wykupić wyróżnienie jakiejkolwiek oferty, ale profesjonalną i przyjazną użytkownikom bazą nieruchomości, wspartą naszym doradztwem. Obserwuję rynek elastycznych powierzchni biurowych w Polsce od ponad 20 lat, aktywnie przez ten czas uczestnicząc w jego rozwoju i niezmiernie cieszę się, że mogę teraz wdrożyć narzędzie, którego tak brakowało na naszym rynku” – mówi Jarosław Pilch, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja najemcy w Savills, który stoi również na czele Workthere w Polsce.

Zgodnie z danymi Savills, w Polsce dostępnych jest już około 287 000 m kw. powierzchni elastycznej zlokalizowanej w nowoczesnych budynkach biurowych. Najbardziej dynamiczny rozwój tego sektora przypadł na lata 2016-2019, kiedy podaż zwiększyła się o ponad 55%. Oferta największych operatorów elastycznych biur jest zróżnicowana, a ceny za pojedyncze stanowiska pracy wahają się od 370 do ponad 2000 zł miesięcznie. Ich użytkownicy mogą liczyć na szereg usług dodatkowych, m.in. profesjonalną recepcję, dostęp do Internetu i sprzętu biurowego, a niekiedy nawet baristę.

„Pandemia przyśpieszyła pęd w kierunku elastyczności na rynku nieruchomości biurowych. Mniejsze przedsiębiorstwa, startupy i freelancerzy coraz częściej doceniają komfort korzystania z przestrzeni elastycznych. Trend dążenia do elastyczności sprawia również, że wiele dużych firm, z realną perspektywą przyrostu zatrudnienia, stara się obecnie unikać wynajmowania powierzchni większej, niż ich aktualne potrzeby. W przypadku ekspansji chcą móc korzystać z biur elastycznych, co traktują nie tylko jako alternatywne rozwiązanie w ramach swojego portfela nieruchomości, ale i dodatkowy wybór dla samych pracowników, zapewniający im różne miejsca, z których mogą pracować” – Cal Lee, dyrektor platformy Workthere na świecie.

Elastyczne biura, oprócz pojedynczych stanowisk pracy, umożliwiają również wynajęcie większych powierzchni na dłuższy okres. Jak podaje Workthere, coraz częściej korzystają z tego największe korporacje. Największa transakcja zrealizowana do tej pory za pośrednictwem Workthere obejmowała blisko 1000 stanowisk pracy.

„Jedną z największych zalet platformy Workthere jest to, że dzięki niej możesz szybko znaleźć miejsce do pracy w Twojej najbliższej okolicy. My pomożemy Ci upewnić się, że będzie ono odpowiadać Twojemu stylowi pracy oraz przeprowadzimy Cię przez wszystkie formalności. Chodzisz do pracy w garniturze i potrzebujesz reprezentacyjnego gabinetu? A może wolisz pracować w mniej formalnym otoczeniu kreatywnych ludzi? Szeroka oferta biur serwisowanych pozwoli Ci dobrać miejsce, w którym będziesz czuł się komfortowo. Z nami dokonasz najlepszych wyborów” – mówi Aleksandra Barlik, konsultant ds. powierzchni elastycznych, Workthere.

Trwałość inflacji będzie zależeć od tempa wzrostu płac

Dynamiczny wzrost wskaźników inflacyjnych w USA zwiększyło ryzyko, że wyższe ceny zostaną na dłużej. Głównym czynnikiem, od którego będzie to zależeć jest wysokość płac. W ostatnim czasie widać, że wykazują one silniejszy wzrost. Ryzyko spirali płacowo-cenowej stale rośnie.

Wrześniowy CPI w Stanach Zjednoczonych wypadł na poziomie 5,4 proc. Był to już czwarty miesiąc z rzędu, kiedy dynamika wzrostu cen utrzymywała się powyżej 5 proc. Prognozy pokazują, że do końca roku wysokie poziomy raczej się utrzymają. Trwałość inflacji w przyszłym roku będzie w dużej mierze zależeć od tego czy wzrost płac znacznie przyspieszy. Jeśli by się tak stało, spirala płacowo – cenowa zaczęłaby się napędzać, a to przekładało by się na inflację.

Najbardziej popularną miarą zarobków jest średnia stawka godzinowa, która jest podawana w ramach miesięcznego raportu z rynku pracy w USA. Przez wiele lat zarobki rosły dość stabilnie i umiarkowanie. Roczna stopa wzrostu znajdowała się w okolicach 2,3 proc. (dla stanowisk nie wymagających nadzoru). Początek pandemii spowodował, że płace dynamicznie wzrosły. Było to spowodowane tym, że pracownicy o niskim wynagrodzeniu stracili pracę. To spowodowało, że średnia podniosła się znacznie. Potem nastąpiło ożywienie gospodarcze, które przyniosło normalizację zarobków. Aktualnie jednak widać, że płace coraz bardziej oddalają się od trendu sprzed kryzysu.

Można zaobserwować, że w ostatnich kilku miesiącach dynamiczne zmiany nastąpiły w obszarze niskich wynagrodzeń. W rekreacji i hotelarstwie wzrosły one o 9,5 proc. przez ostatnie pół roku. W sektorze produkcji (gdzie płace są średnio dwukrotnie wyższe) dynamik zmian jest zdecydowanie mniejsza. Dzieje się tak dlatego, że hotelarstwo zostało mocno dotknięte przez COVID-19. Wiele miejsc pracy zostało zlikwidowane na początku pandemii. Teraz hotelarze mają problem z ponownym obsadzeniem tych stanowisk. Dlatego też proponują wyższe stawki, aby oferty były bardziej atrakcyjne.

Warto spojrzeć na wskaźnik dynamiki wynagrodzeń publikowany przez Fed z Atlanty. Pokazuje on medianę wzrostu płac. Jest on lepiej dostosowany do zmian strukturalnych na rynku pracy. Wskaźnik mierzy jak płace konkretnych pracowników zmieniły się w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W tym wypadku efekty struktury nie maja znaczenia. Widać, że ostatnie wzrosty pokazują najsilniejszą presję płacową od 2008 roku. Inną miarą, na którą warto zwracać uwagę jest ECI – wskaźnik kosztów zatrudnienia. Jest on jednak trochę opóźniony. Zostanie opublikowany dopiero 29 października (dane za III kwartał). W II kwartale widać było wzrost ECI o 0,7 proc. w porównaniu do okresu styczeń-marzec 2021. To wynik podobny do tego sprzed pandemii. Jednak należy wziąć pod uwagę fakt, że w I kwartale tego roku ECI było zawyżone przez efekty specjalne, tj. wysokie premie w sektorze finansowym. Gdyby nie one, wówczas wzrost w II kwartale byłby zdecydowanie wyższy.

Szybkie ożywienie gospodarcze powoduje, że wzrasta popyt na pracę. W lipcu wolnych miejsc zatrudnienia było ponad 11 mln co oznacza, że było to o ok. 5 mln więcej niż w szczytowym momencie ostatniego cyklu koniunkturalnego (przed wybuchem pandemii). Bawiąc się dalej liczbami wynika, że na każdą osobę bezrobotną przypada 1,2 wakatu.
Napięcia na rynku pracy prawdopodobnie utrzymają się przez pewien czas i będą wywierać presję na wzrost wynagrodzeń w średnim terminie. To pośrednio przełoży się na inflację. Być może wytchnienie da spadek cen niektórych towarów w USA (jak np. używanych samochodów). Z pewnością sytuację poprawią znikające z czasem wąskie gardła w gospodarce, ale w długim terminie presja płacowo-cenowa będzie postępować. Dane o wynagrodzeniach i (możliwe) wynikające z nich konsekwencje są w kontrze do ostatnich szacunków ekonomistów Fed, którzy zakładają spadek inflacji w przyszłym roku poniżej 2 proc.

Łukasz Zembk
DM TMS Brokers

Wrzesień kolejnym miesiącem stabilizacji odwiedzalności w centrach handlowych

  • We wrześniu 2021 roku odwiedzalność centrów handlowych osiągnęła 109 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem w 2020 roku.
  • Średnie wyniki odwiedzalności w centrach w porównaniu z rokiem 2019 wyniosły 92 proc.
  • W zachodniej Polsce footfall był wyższy niż przed pandemią. W regionie południowo-zachodnim odwiedzalność za wrzesień była wyższa o 29 proc., w stosunku do 2019 roku, a w północno-zachodnim o 3 proc.

Dane dotyczące odwiedzalności centrów handlowych w Polsce są zbierane nieprzerwalnie od 2008 roku przez firmę doradczą PwC na zlecenie Polskiej Rady Centrów Handlowych. Obecnie materiał porównawczy pochodzi ze 109 obiektów handlowych o łącznej powierzchni powyżej 4 mln mkw. GLA, stanowiącej ponad 34 proc. rynku centrów handlowych w Polsce.

Średnia odwiedzalność we wrześniu 2021 roku wyniosła 109 proc. wartości z analogicznego miesiąca ubiegłego roku oraz 92 proc. w porównaniu do września 2019 roku.

– Dane na temat odwiedzalności centrów handlowych pozwalają z ostrożnym optymizmem patrzeć na końcówkę roku, gdyż potwierdzają, że handel stacjonarny z miesiąca na miesiąc zbliża się do poziomów sprzed pandemii, a klienci wracają do swoich starych przyzwyczajeń zakupowych. Potrzebny jest nam teraz okres nieprzerywanych lockdownami operacji oraz stabilnej sytuacji epidemicznej, aby wzmocnić cały sektor handlowy i jego wyniki. Branża centrów handlowych – najemcy i wynajmujący – solidarnie wkładają bardzo wiele wysiłku oraz inwestują miliony złotych w zapewnienie wysokiego poziomu bezpieczeństwa sanitarnego obiektów handlowych oraz nieustannie edukują klientów w temacie bezpieczeństwa podczas zakupów i odpowiedzialności społecznej w czasie epidemii. Robimy wszystko, aby zapobiec kolejnym lockdownom, które są bardzo dotkliwe dla naszej branży i zapewnić możliwość korzystania z pełnej oferty obiektów handlowych. Aktywnie promujemy szczepienia oraz stosowanie zasad DDM – dystans, dezynfekcja, maseczka – mówi Krzysztof Poznański, dyrektor zarządzający PRCH.

Najwyższe wskaźniki odwiedzalności w zachodniej Polsce

Wśród najczęściej odwiedzanych we wrześniu centrów handlowych znajdują się obiekty z regionów południowo-zachodniego i północno-zachodniego, którym udało się przekroczyć poziom odwiedzalności z 2019 roku (odpowiednio o 29 proc. i 3 proc.).

Duże centra handlowe chętnie odwiedzane

Biorąc pod uwagę wielkość obiektów handlowych, najlepszy rezultat w badanym miesiącu osiągnęły centra duże (o powierzchni między 40 a 60 tys. mkw.). Ich odwiedzalność przekroczyła o  3 proc. wynik z 2019 roku. W obiektach średnich (20 – 40 tys. mkw.) i bardzo dużych (powyżej 60 tys. mkw.) footfall wyniósł ponad 92 proc. poziomu z roku 2019. Obiekty małe i bardzo małe (5 – 20 tys. mkw.) osiągnęły wynik 81 proc. w stosunku do ostatniego roku sprzed pandemii.

Najwyższy footfall we wrześniu zanotowano w sobotę 18 września. W ciągu jednego dnia średnio każdą galerię handlową odwiedziło wtedy prawie 17 tysięcy osób, co daje wynik wyższy o 13,5 proc. niż w analogicznym dniu – trzeciej sobocie września 2020 roku. Podobnie, jak w dwóch poprzednich latach, we wrześniu nie było niedzieli handlowej.

Saule coraz bliżej wejścia na NewConnect

Saule S.A., spółka specjalizująca się w produkcji ogniw perowskitowych, przyspiesza wejście na ASO NewConnect.

Spółka Saule, wraz z jej akcjonariuszami oraz głównym akcjonariuszem – Columbus Elite Global S.A. (wcześniej Blumerang Investors S.A.), podpisała dziś umowę inwestycyjną określającą warunki nabycia akcji Saule przez Columbus Elite Global (CEG). Dzięki temu Spółka wejdzie w strukturę grupy kapitałowej CEG, notowanej na rynku NewConnect. Akcjonariuszom Saule, w zamian za przeniesienie prawa własności akcji na Columbus Elite Global, zostaną przyznane akcje w podwyższonym kapitale zakładowym CEG.

Cieszę się, że Saule nie tylko dynamicznie rozwija produkcję i komercjalizację ogniw perowskitowych, ale także, że mogliśmy zrobić dzisiaj kolejny formalny krok w stronę notowania Saule na NewConnect. Jestem przekonany, że Saule ze swoim innowacyjnym na skalę światową produktem będzie prawdziwą perełką tego rynkukomentuje January Ciszewski, inwestor, Prezes JR Holding ASI S.A.

Wiemy, jak wiele korzyści nasza firma może zyskać dzięki obecności na giełdzie – twierdzi Olga Malinkiewicz, Co-Founder&CTO Saule S.A. – Jesteśmy w doskonałym momencie rozwoju Saule, nasze ogniwa perowskitowe weszły już w fazę komercjalizacji i jesteśmy gotowi, aby zwiększyć skalę naszej działalności. Chcemy budować fabryki o znacznie wyższych zdolnościach produkcyjnych na całym świecie. Obecność na rynku kapitałowym z pewnością wzmocni naszą transparentność i wiarygodność w oczach potencjalnych inwestorów, a tym samym umożliwi pozyskanie środków na realizację naszych ambitnych planów.

Warto podkreślić, że zainteresowanie perowskitowymi urządzeniami fotowoltaicznymi dynamicznie rośnie. Ogniwa firmy Saule mogą służyć za znakomite źródła energii dla sektorów IoT, BIPV, BAPV,    e-mobility i wielu innych. Jednym z przykładów komercjalizacji jest rozwiązanie wprowadzane na skalę komercyjną przez firmę Skanska. Obejmuje ono pokrywanie fasad budynków biurowych w Polsce, na wybranych rynkach europejskich, ameryki północnej (Stany Zjednoczone i Kanadzie) ogniwami słonecznymi (przeziernymi lub nieprzeziernymi) na bazie perowskitów dostarczanych przez Saule.

Marcowa nowelizacja ustawy AML wchodzi w życie już 31 października tego roku

Marcowa nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu (Ustawa AML) przeszła zaskakująco niezauważona. Niedobrze, ponieważ zmiana przepisów wchodzi w życie już 31 października tego roku.

Nowelizacja ustawy AML obejmuje regulacją dwa rodzaje działalności gospodarczej. Chodzi o tzw. działalność na rzecz spółek i trustów oraz działalność w zakresie walut wirtualnych. Podmioty objęte regulacją będą musiały legitymować się określonymi kompetencjami oraz zarejestrować w oficjalnych rejestrach.

Działalność na rzecz spółek lub trustów

Przyjrzyjmy się nowelizacji ustawy dotyczącej działalności na rzecz spółek i trustów, która to odnosi się do szerokiego katalogu usług obejmujących tworzenie spółek oraz pełnienie funkcji w zarządzie lub zapewnienie jego obsady. Jako działalność na rzecz spółek lub trustów traktowane jest także zapewnianie siedziby bądź adresu korespondencyjnego (tzw. wirtualne biura), zapewnianie powiernictwa, czy wykonywanie w cudzym imieniu praw z akcji.

Podmioty prowadzące działalność na rzecz spółek i trustów objęte są szeregiem obowiązków. Przede wszystkim muszą uzyskać wpis w rejestrze prowadzonym przez ministra ds. finansów publicznych. Z kolei osoby fizyczne, które faktycznie taką działalność realizują muszą legitymować się niekaralnością za szereg kategorii przestępstw wymienionych w Ustawie AML.

Takie osoby powinny także posiadać odpowiednią wiedzę lub doświadczenie. Reprezentant musi uwiarygodnić swoje kompetencje ukończeniem szkolenia lub kursu obejmującego prawne bądź praktyczne zagadnienia związane z działalnością na rzecz spółek lub trustów. Ewentualnie możliwe będzie przedstawienie dokumentów potwierdzających faktyczne wykonywanie tego typu działalności przez okres co najmniej roku.

Spod obowiązków regulacyjnych zwolnieni zostali radcy prawni, adwokaci oraz spółki, w których funkcjonują. Osoby te podlegają już bowiem własnym regulacjom i rejestrom prowadzonym przez samorządy zawodowe.

Czy każdy członek zarządu musi się zarejestrować?

Szczególne wątpliwości budzi fakt, że wśród działalności na rzecz spółek i trustów figuruje pozycja: „pełnienie funkcji członka zarządu”. Czy to oznacza, że każdy członek zarządu powinien się zarejestrować?

Wydaje się, że taka interpretacja byłaby stanowczo zbyt daleko idąca. Ustawa AML nakłada bowiem obowiązki na przedsiębiorców wykonujących działalność gospodarczej. Natomiast spójna linia orzecznictwa Sądu Najwyższego nie chce uznać pełnienia funkcji w zarządzie jako formy prowadzenia działalności gospodarczej. Jeżeli chcemy utrzymać jednolitość systemową to powinniśmy przyjąć, że pełnienie funkcji w zarządzie nie stanowi działalności gospodarczej. W efekcie członkowie zarządu nie stają się z tego tytułu przedsiębiorcami, a przez to nie podlegają pod nowe przepisy AML. Z drugiej strony oznaczałoby to, że nowa ustawa jest przynajmniej częściowo bezprzedmiotowa. Na pewno taka niejasność prawna nie sprzyja pewności obrotu

Od kiedy nowe obowiązki?

Ustawa wchodzi w życie 31 października br. Zgodnie jednak z przepisami przejściowymi Przedsiębiorcy, którzy w dniu wejścia w życie przepisów, wykonują działalność, która nie wymagała przed dniem wejścia w życie uzyskania wpisu do rejestru, są obowiązani dostosować swoją działalność do nowych wymogów w terminie 6 miesięcy od dnia ich wejścia w życie. W efekcie czas na dostosowanie się upływa 30 kwietnia 2022 r.

Autor: adwokat Bartosz Olszewski, specjalista w zakresie restrukturyzacji i reorganizacji spółek oraz grup kapitałowych Ślązak, Zapiór i Partnerzy – Kancelaria Adwokatów i Radców Prawnych, jedna z największych kancelarii działających na rynku południowej Polski. Świadczy kompleksowe usługi doradcze we wszystkich dziedzinach prawa związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów los światowej gospodarki może tak dalece zależeć od pogody

Polityka banków centralnych wygenerowała wysoką inflację. Zbyt łatwo drukowano pieniądze. Istnieje ryzyko, że w Polsce w przyszłym roku inflacja nie będzie spadać, utrzyma się powyżej 6 proc.

Czy wysoki wzrost inflacji jest nieunikniony ze względu na światowy kryzys energetyczny?

– Problem wywołany został przez podwyższony interwencjonizm państwowy i ma miejsce w bardzo niedobrym momencie ponieważ dzieje się to w okresie podwyższonej inflacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Popyt, który został wywołany populistycznym interwencjonizmem w okresie pandemii nie jest zaspakajany przez produkcję.

Już przed wzrostami cen surowców energetycznych wiedzieliśmy, że interwencjonizm związany z drukowaniem pieniędzy nie skończy się silnym wzrostem gospodarczym, a zostanie podzielony pomiędzy wzrost i inflację. Kryzys energetyczny spowoduje, że jeszcze więcej tej stymulacji pójdzie w ceny.

Nasila się ryzyko związane z przegrzaniem gospodarki, ponieważ politycy lubią rozdawać pieniądze.

– Politycy byli zachęcani przez banki centralne do wydawania pieniędzy – komentuje ekspert. – I politycy uznali, że mogą wydawać ile zechcą.

Wzrost cen surowców energetycznych będzie wywoływał większe koszty dla przemysłu i dla gospodarstw domowych, w tej sytuacji nasilą się oczekiwani płacowe, a więc już wysoka inflacja będzie jeszcze wyższa.

Istotne okaże się jaka będzie tegoroczna zima, jeżeli mroźna to wzrost cen gazu i prądu nasili się, możliwe więc, że banki centralne będą powstrzymywać się z większym wzrostem stóp procentowych do czasu, gdy zakończenie zimy będzie bliskie.

– Pierwszy raz od niepamiętnych czasów los światowej gospodarki może tak dalece zależeć od pogody – dodaje P.Kwiecień. – Inflacja w Polsce powyżej 6 proc. jest nieunikniona, teraz istotne jest pytanie czy są szanse, że będzie spadać w przyszłym roku.

Filmy reklamowe, a wizerunek marki – zobacz, co możesz zyskać

Wizerunek marki to dzisiaj znacznie więcej niż rozpoznawalność na rynku i wyróżnianie się na tle konkurencji. Spot reklamowy w TV czy animowana wizytówka mogą sprawić, że odbiorcy od razu pokochają markę lub nabiorą do niej dystansu – taka jest dzisiaj moc, drzemiąca w produkcji filmów promocyjnych.

Każdy dobrze zorientowany na rynku biznesmen wie, że zaangażowanie profesjonalnego studia filmowego do budowania pozytywnego wizerunku to absolutna konieczność. Jak w takim razie dobrze wykorzystać format wideo do tworzenia PR-u?

Film promocyjny firmy musi nawiązywać do strategii

Każda firma, która ma zamiar wejść na rynek i podbić serca przedstawicieli grupy docelowej, musi kierować się jakąś myślą przewodnią, ideą czy koncepcją, która pociągnie za sobą innych. Taka strategia marketingowa musi być spójna na wielu poziomach i przejawiać się również w filmikach reklamowych – w przeciwnym wypadku nie będzie wiarygodna. Najlepiej, aby produkcja filmów reklamowych była obmyślona jeszcze przed wejściem marki na rynek – dzięki temu jej obraz jest spójny i jednoznaczny od samego początku, w każdym kanale dotarcia.

Takie działania znacznie ułatwiają klientom klasyfikację firmy oraz produktów i umiejscowienie ich po „swojej” stronie lub po „przeciwnej”. Im ciekawszy i bardziej kreatywny pomysł na film promocyjny dla firmy, im bardziej zapadnie w pamięć, tym lepiej. Trzeba jednak wykazać się dużą dozą ostrożności, ponieważ granica między dobrym smakiem a „smaczkiem” jest bardzo cienka i nieodpowiednie studio filmowe może przyczynić się do klęski. Starając się wypromować nową markę, zawsze warto stawiać na doświadczenie w branży oraz nieocenioną, fachową pomoc – jaką można znaleźć w studiu filmowym MFA Film Studio.

Profesjonalna produkcja filmów reklamowych: https://www.mfa-film.pl/produkcja-filmow-reklamowych/

reklama2

Filmy reklamowe produktu – jakie powinny być, aby przyciągać uwagę?

Dobrze skrojone filmy reklamowe dla firm powinny opierać się – jak i wszystkie pozostałe działania marketingowe – na badaniach rynku, statystykach, ale też badaniach psychologicznych oraz socjologicznych (zwłaszcza w obrębie głównego targetu). Dopiero w efekcie takich badań najlepiej widać, w jaką stronę tworzenie filmów reklamowych powinno się skierować, aby osiągnąć zamierzony cel – wzbudzić zainteresowanie odbiorców. Wiele wskazuje na to, że dzisiaj doskonale przyjmują się animowane filmy reklamowe, zabawne, wzruszające, odwołujące się do podstawowych potrzeb i emocji każdego człowieka.

Właśnie produkcja takich filmów promocyjnych przebija się dzisiaj do mainstreamu – zachwycających, a nawet wyciskających łzę z oka. Tak przygotowane filmy przekładają się też bezpośrednio nie tylko na trudno mierzalny wizerunek, ale w dłuższej perspektywie też na całkiem wymierne korzyści dla inwestora.

Jak korzyści daje film promocyjny firmy?

Na pierwszy rzut oka każdy film promocyjny firmy to spora inwestycja, szczególnie na początku drogi do sukcesu. Tworzenie filmów promocyjnych to jednak nieodzowny element nowoczesnego marketingu, który musi być idealnie dobrany i dopasowany do produktu oraz samej marki. Korzyści z takiego podejścia są zauważalne nawet w krótkim horyzoncie czasowym.

Filmiki reklamowe po kilkukrotnej emisji w telewizji czy w Internecie są automatycznie kojarzone z jedną marką i mają bezpośredni wpływ na jej postrzeganie i sympatię. Z kolei sympatia uzyskana w ten sposób jest często jednym z głównych motorów napędowych sprzedaży. Im lepiej przygotowana jest produkcja filmów promocyjnych samej marki czy filmy reklamowe produktu, tym szybciej wzrasta popyt na dany produkt czy usługę.

reklama3

Film promocyjny – cennik zawsze do negocjacji

Siadając do przygotowania zarówno samego pomysłu filmu promocyjnego, jego produkcji, jak i sposobu realizacji, trzeba liczyć się z kosztami – w każdym przypadku to rodzaj inwestycji w przyszłość firmy, której cena jest uzależniona od kilku czynników. Jeśli w grę wchodzą filmy reklamowe wspomnianego wyżej studia MFA, oferta jest bogata, szeroka i dopasowana do różnorodnych potrzeb klientów, wśród których mogą znaleźć się korporacje, kameralne, kilkuosobowe przedsiębiorstwa, ale też gwiazdy z czerwonego dywanu, prosto ze sceny muzycznej, czy artyści wszelkiego innego pokroju. Niezależnie od tego, studio MFA Filming Studio stara się dopasować scenariusz i sposób realizacji do zakładanego budżetu – dlatego w przypadku filmów promocyjnych cennik zawsze jest ruchomy.

Realizacja filmów reklamowych krok po kroku

Budzącym najwięcej emocji i jednocześnie najbardziej euforycznym momentem w realizacji filmów reklamowych jest zawsze chwila, w której plan zamienia się w działanie. W pełni profesjonalne studio produkcyjne, z wieloletnim doświadczeniem w branży, posługuje się w tworzeniu filmów reklamowych nie tylko najlepszych sprzętem, ale i wszystkimi dostępnymi technologiami.

Wśród nich na uwagę zasługuje przede wszystkim system Green Screen oraz Motion Capture, dzięki któremu jesteśmy w stanie przygotować mini-produkcje niemal tak dobre, jak te spod ręki samego Petera Jacksona. W MFA Filming Studio odpowiedniej jakości sprzęt uzupełnia kreatywne podejście, co umożliwia tworzenia najlepszych materiałów reklamowych.

Wysokie ceny odstraszają Polaków od centrów handlowych. Szukają tańszych zakupów w sieci

Po ponownym otwarciu centrów handlowych ponad połowa Polaków zauważyła wzrost cen produktów – wynika z autorskiego raportu Cushman & Wakefield pt. „Rynek powierzchni handlowych – powrót optymizmu?”. Co więcej, negatywne zjawiska w centrach handlowych zachęcają konsumentów do zakupów online.

Podczas pierwszych wizyt w obiektach handlowych, po ich ponownym otwarciu, uwagę klientów zwróciły negatywne zjawiska, a w szczególności znaczny wzrost cen, który zauważyło 55% badanych, zamknięcie niektórych sklepów (26%) oraz brak promocji (25%). Znaczna część badanych (ok. 20%) odnotowała też ograniczenia w ofercie swoich ulubionych marek, braki w rozmiarówkach, a także mniejszą liczbę personelu, co często negatywnie wpływało na odbieraną przez klienta jakość obsługi w sklepie.wzrost cen

Zmiany zaobserwowane w centrach i parkach handlowych są elementem, który zachęca blisko 1/3 klientów do dokonywania zakupów online. Dla niewiele mniejszej grupy badanych (29%) nie stanowi to powodu do częstszego kupowania on-line. Pozostałe 37% respondentów wciąż się waha i to tej grupy klientów może dotyczyć największe ryzyko przejścia do e-commerce, jeśli ich doświadczenia w handlu stacjonarnym nie będą pozytywne – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

W czasach, kiedy klient jest coraz bardziej świadomy tego, czego oczekuje, po co idzie do obiektu handlowego, bardzo istotne jest zadbanie o to, aby jego potrzeby zostały już na miejscu zaspokojone. Nadszedł czas, w którym to nie tylko wynajmujący są odpowiedzialni za dbanie o klienta. Są to przede wszystkim najemcy. Covidowy kryzys pokazał, że elastyczne podejście i płynne dostosowywanie strategii sprzedażowych do zmieniających się warunków, pozwalają na zaspokajanie potrzeb konsumentów na niezmiennie wysokim poziomie – mówi Paulina Bauer, Associate, Head of Retail Asset Services Poland, Cushman & Wakefield.

Badanie konsumenckie zostało przeprowadzone na zlecenie Cushman & Wakefield przez Inquiry na reprezentatywnej próbie (N=1003) metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview) w czerwcu 2021 r.

Ford zainwestuje 230 mln funtów w pierwszą wytwórnię komponentów do pojazdów elektrycznych w Europie

  • Fabryka skrzyń biegów Forda w Halewood w Merseyside zostanie przekształcona w zakład produkujący elektryczne jednostki napędowe dla przyszłych w pełni elektrycznych pojazdów osobowych i użytkowych Forda, sprzedawanych w Europie.
  • Halewood – pierwszy europejski zakład montażu komponentów do pojazdów elektrycznych Forda rozpocznie produkcję w 2024 r.
  • Inwestycja w przekształcenie zakładu o wartości 230 milionów funtów zabezpieczy miejsca pracy w zakładach Forda w Halewood.
  • Restrukturyzacja Hellwood jest krokiem w kierunku realizacji zobowiązania Forda, zgodnie z którym do 2030 r. pełna gama samochodów osobowych Forda w Europie będzie korzystać z napędów w pełni elektrycznych, a dwie trzecie sprzedawanych pojazdów użytkowych będzie mogło poruszać się z zerową emisją spalin, jako pojazdy w pełni elektryczne lub hybrydowe typu plug-in.

Ford ogłosił, przypominając zaangażowanie firmy w proces elektryfikacji transportu w Europie, że zamierza zainwestować nawet 230 milionów funtów w zakład montażu skrzyń biegów w Halewood, który zostanie przekształcony w fabrykę elektrycznych jednostek napędowych dla przyszłych modeli Forda.

Produkcja elektrycznych jednostek napędowych w Halewood ma się rozpocząć w połowie 2024 roku. Zdolność produkcyjna ma wynosić około 250 000 komponentów rocznie. Inwestycja, która jest uwarunkowana wsparciem rządu brytyjskiego w ramach funduszu Automotive Transformation Fund, pomoże utrzymać miejsca pracy Forda w Halewood.

– To ważny krok, oznaczający pierwszą własną inwestycję marki Ford w produkcję komponentów do pojazdów elektrycznych w Europie. Wzmacnia to naszą szansę na realizację planu, zgodnie z którym do 2030 r. pełna gama samochodów osobowych Forda w Europie będzie korzystać z napędów w pełni elektrycznych, a dwie trzecie sprzedawanych pojazdów użytkowych będzie mogło poruszać się z zerową emisją spalin, jako pojazdy w pełni elektryczne lub hybrydowe typu plug-in – powiedział Stuart Rowley prezes Ford of Europe.

– Chcemy również podziękować rządowi Wielkiej Brytanii za wsparcie naszej ważnej inwestycji w Halewood, która potwierdza nieustanne zaangażowanie biznesowe Forda w Wielkiej Brytanii oraz naszą pozycję – jednej z najważniejszych firm, inwestujących w przemysł samochodowy i bazę technologiczną tego kraju – dodał Stuart Rowley.

Sekretarz rządu brytyjskiego ds. przemysłu, członek Parlamentu, Pan Kwasi Kwarteng, powiedział: – Decyzja Forda o otworzeniu pierwszej montowni komponentów do pojazdów elektrycznych w Europie, w zakładzie w Halewood, jest kolejnym dowodem na to, że Wielka Brytania pozostaje jedną z najlepszych lokalizacji na świecie dla firm dążących do wysokiej jakości produkcji motoryzacyjnej. W konkurencyjnym, globalnym wyścigu o zapewnienie produkcji pojazdów elektrycznych, naszym priorytetem jest zadbanie o to, by mogła z niej czerpać korzyści Wielka Brytania.

– Dzisiejsza zapowiedź, poparta finansowaniem rządu, jest wyrazem wiary w przyszłą kondycję ekonomiczną Wielkiej Brytanii i łączenie jej z planami zwiększenia produkcji pojazdów elektrycznych. Zabezpieczy ona w przyszłości chlubne dziedzictwo przemysłowe Halewood i zapewni wysoko wykwalifikowane, dobrze płatne miejsca pracy w całym regionie North West na długie lata – dodał Kwasi Kwarteng.

Napęd przyszłości Halewood

Jednostka napędowa jest kompletnym zespołem elektrycznym, który zastępuje silnik i skrzynię biegów, stosowane w konwencjonalnym pojeździe z silnikiem benzynowym lub wysokoprężnym.

O wyborze wytwarzającego skrzynie biegów zakładu Forda w Halewood jako dostawcy elektrycznych jednostek napędowych zadecydowały doskonałe wyniki w zakresie jakości, konkurencyjności oraz wielkie zasoby umiejętności i zaangażowania pracowników.

– Jesteśmy szczęśliwi, że firma zdecydowała się na tę ważną inwestycję, która pomoże utrzymać w przyszłości miejsca pracy w zakładach Forda w Halewood. Decyzja jest dowodem uznania dla doświadczenia, zaangażowania i konkurencyjności naszych doskonałych pracowników i powodem do dumy dla wszystkich zatrudnionych w Halewood Transmission Plant oraz dla całej lokalnej społeczności – powiedział Kevin Pearson, przewodniczący związków zawodowych zakładu w Halewood.

Halewood wytwarza obecnie skrzynie biegów do wielu modeli osobowych i użytkowych Forda, z przeznaczeniem całej produkcji na eksport. Przed całkowitym przejęciem przez Forda na początku tego roku, Halewood było przez ponad 20 lat częścią Getrag Ford Transmissions, zajmującej się produkcją przekładni spółki joint venture, należącej do Forda i Magna.

Ford jest jednym z największych eksporterów w Wielkiej Brytanii. Silniki i skrzynie biegów produkowane są na eksport do ponad 15 krajów na sześciu kontynentach, a sprzedaż zagraniczna Forda generuje około 2,5 miliarda funtów rocznie.

Ford stawia na elektryfikację w Europie

Dzisiejsza wiadomość jest następstwem szeregu ważnych zapowiedzi dotyczących elektryfikacji w Europie, które Ford ogłosił w tym roku.

Głównym impulsem dla Forda w kierunku całkowicie elektrycznej przyszłości jest nowa inwestycja o wartości 1 miliarda dolarów, mająca na celu modernizację montowni pojazdów w Kolonii w Niemczech, jednego z największych ośrodków produkcyjnych w Europie i siedziby Ford of Europe.

Inwestycja ta przekształca istniejące zakłady montażu pojazdów w Centrum Elektryfikacji Ford Cologne Electrification Center, ukierunkowane na produkcję pojazdów elektrycznych. Będzie to pierwszy taki zakład Forda w Europie. Pierwszy europejski, seryjny, w pełni elektryczny samochód osobowy Forda zjedzie z linii produkcyjnej zakładu w Kolonii w 2023 roku

Ford ogłosił również na początku tego roku, że następnym krokiem po rozpoczęciu w roku 2022 produkcji elektrycznego modelu E-Transit, będzie start produkcji w pełni elektrycznej wersji Transita Custom nowej generacji, którego w tureckim zakładzie w Kocaeli podejmie się od roku 2023 spółka joint venture Ford Otosan w Turcji. Nowy lekki samochód dostawczy, budowany przez zakłady montażowe Forda w Craiova w Rumunii, również od 2024 roku będzie miał w gamie wersję z napędem w pełni elektrycznym.

Praca hybrydowa sformatuje od nowa przestrzeń biur

W tej chwili ożywienie daje się zauważyć w całej Polsce, natomiast bezwzględnie prym wiedzie Warszawa, co wyraża się w popycie. W trzecim kwartale br. w Warszawie do najemców trafiło około 150 tys. mkw. biur, co stanowiło blisko 40 proc. powierzchni zakontraktowanych od początku roku. Ogółem wolumen najmu w Warszawie osiągnął po trzech kwartałach poziom niemal 400 tys. mkw. powierzchni. Największym powodzeniem cieszą się budynki zlokalizowane w centrum.

Statystyki dotyczące aktualnie prowadzonych negocjacji nie przekuwają się jeszcze w same transakcje najmu, ale powinno to nastąpić w 4 Q 2021. Najemcy wrócili do rozmów, zarówno na temat relokacji biur, jak i renegocjacji umów. Deweloperzy i właściciele nieruchomości skłonni są do większej elastyczności w negocjacjach, co daje najemcom możliwość zabezpieczenia atrakcyjnej powierzchni i uzyskania lepszych warunków. Obłożenie biur zwiększa się sukcesywnie. Już teraz jest na poziomie 30-40 proc., co widać także po zwiększonym porannym ruchu.

O stabilizacji warszawskiego rynku świadczyć może również współczynnik pustostanów biurowych, który w trzecim kwartale br. nie zmienił się, a od początku roku wzrósł tylko o 3 proc. przy wysokim poziomie nowej podaży. Na rynkach regionalnych natomiast współczynnik powierzchni niewynajętych kształtuje się średnio na nieco wyższym poziomie niż w stolicy.

Kraków i Wrocław nie mają w regionach konkurencji. Tam najemcy biorą najwięcej. W grupie liderów pod względem wynajmu plasuje się jeszcze Trójmiasto. Łącznie w regionach w tym roku do końca września wynajęte zostało tylko nieznacznie mniej powierzchni niż w Warszawie. W ostatnim czasie niewielką przewagę pod tym względem ma znów Warszawa.

W strukturze popytu, zarówno w Warszawie, jak w regionach przeważają nowe umowy. Na rynkach regionalnych znacznie przewyższają udziałem renegocjacje, których w Warszawie jest sporo więcej.

Jakie firmy poszukują biur w Warszawie, a jakie w regionach?

Jeśli chodzi o strukturę najemców w Warszawie i regionach nie są widoczne szczególnie duże zmiany. Warszawa to w znacznym stopniu siedziby zarządów oraz kluczowych działów sprzedaży. W regionach firmy lokują przede wszystkim centra usług dla biznesu, co w pierwszym półroczu br. szczególnie widoczne było w Katowicach i Krakowie, gdzie najemcy z sektora BSS mieli przytłaczająco duży udział w wolumenie transakcji. Biorąc pod uwagę zmieniający się rynek pracy granica między regionami a Warszawą zaczyna się jednak zacierać. Praca zdalna sprawia, że nie przywiązujemy się już tak bardzo do lokalizacji.

Zawsze broniły się ośrodki akademickie, natomiast w tej chwili na rynku pracy widzimy ogromną rywalizację o pracowników, szczególnie tych z doświadczeniem. Dlatego w ostatnim czasie w Warszawie zwiększa się zatrudnienie w centrach usług wspólnych, przede wszystkim w czołowych organizacjach, które potrzebują wysoko wykwalifikowanych ludzi. Stąd w Warszawie w pierwszych 6 miesiącach br. na firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu przypadła jedna piąta wynajętych biur. Na uwagę zasługuje fakt, że nasza stolica może się pochwalić najniższym bezrobociem wśród największych ośrodków europejskich.

Na warszawskim rynku zwiększyła się też dynamika działania branży e-commerce, firm z sektora IT i szeroko pojętych nowych technologii oraz kancelarii prawnych. W regionach natomiast silną grupę najemców, poza sektorem usług dla biznesu, stanowią firmy produkcyjne.

Czy firmy rezygnują z większych powierzchni na rzecz mniejszych biur? Jak zmieniają przestrzeń do pracy?

Znaczna część firm jest wciąż na etapie analizy swoich potrzeb, ale chęć powrotu do biur jest powszechna, bo pracodawcy zauważają negatywne skutki home office. Wiele z firm rozpoczęło już ten proces, część wdraża go etapami stopniowo zwiększając czas pracy w biurze. Niektóre z firm rzeczywiście optymalizują swoje powierzchnie. W związku z upowszechnieniem pracy hybrydowej zapotrzebowanie w niektórych firmach spadnie prawdopodobnie o około 15-20 proc. w porównaniu do powierzchni zajmowanych dotychczas. Optymizmem napawa natomiast fakt, że jednocześnie duża część organizacji mocno się rozwija i zwiększa przestrzeń do pracy. W Warszawie tacy najemcy przeważają. Nie tyle nawet utrzymują powierzchnie w takiej samej wielkości, ale zwiększają je czyniąc biuro bardziej komfortowym miejscem dla pracowników.

Pracodawcy, mając na względzie efektywność działania firmy poszukują sposobów, by zachęcić pracowników do pracy w biurach. Kluczowa staje się kwestia udogodnień, które skłaniałyby ludzi do przebywania w nich i rezygnacji z pracy w domu. Mówimy tu o zmianach w aranżacji przestrzeni sprawiających, by biuro stało się bardziej wygodnym miejscem do pracy w zespole, sprzyjającym budowaniu relacji międzyludzkich. Chodzi również o zapewnienie pracownikom szeregu dodatkowych usług i atrakcji, jak przestrzenie do integracji, pokoje relaksu, czy strefy fitness.

Przestrzeń biurowa przekształcana jest w taki sposób by wspierała pracę kreatywną, którą blokuje izolacja. W tym aspekcie żadne narzędzia online nie zastąpią możliwości ludzkiej interakcji. Firmy zwiększają obszar powierzchni wspólnych, w tym sal konferencyjnych. Pracodawcy stawiają teraz po prostu na „atrakcyjność” przestrzeni do pracy. Biuro ma się pracownikom podobać, zapewniać pozytywne doświadczenia, zachęcające do przebywania w nim. Znajdować w świetnej lokalizacji, oferującej cały wachlarz usług w zasięgu ręki. Przyciągać nowe osoby, a pracowników ściślej wiązać z firmą.

Czy powstają nowe biurowce? Gdzie?

W tym roku w Warszawie ukończone zostały m.in. cztery projekty wielkoskalowe, których budowa rozpoczęła się przed 2020 rokiem. Na rynek weszła wieża biurowa Skyliner, ukończone zostały kompleksy Generation Park Y oraz Warsaw UNIT, a niedawno oddany został wieżowiec Widok Towers, a także biurowce Galwan i Plater w Fabryce Norblina.

W ciągu 9 miesięcy tego roku zasoby biurowe Warszawy zwiększyły się o prawie 300 tys. mkw. powierzchni. W budowie jest ponad 370 tys. mkw. biur. Od wielu lat na warszawskim rynku nie budowało się tak niewiele. W tym roku rozpoczęła się budowa zaledwie kilku nowych projektów. Nie wstrzymana została natomiast żadna realizowana inwestycja, a w oddawanych budynkach trzy czwarte powierzchni jest zabezpieczone umowami. Zapowiadane są kolejne projekty biurowe i kompleksy wielofunkcyjne, głównie w obrębie najnowocześniejszego centrum biznesowego w kraju, w okolicy ronda Daszyńskiego. Planowana jest też modernizacja albo przekształcanie budynków w zagłębiu biurowym na Służewcu.

Inwestorzy stawiają teraz głównie na kompleksy typu mixed-use, które łączą wiele obszarów życia codziennego. Ich sukces rynkowy potwierdzają najnowsze, warszawskie obiekty miastotwórcze, oferujące funkcje biurowe, mieszkaniowe, handlowe, usługowe i gastronomiczne, jak Fabryka Norblina czy Browary Warszawskie.

W regionach natomiast na przestrzeni pierwszych trzech kwartałów tego roku oddane zostało o połowę mniej powierzchni niż w Warszawie. Kilkanaście nowych budynków biurowych, które weszło na rynki regionalne dostarczyło prawie 150 tys. mkw. powierzchni. Najwięcej buduje się obecnie w Krakowie i Wrocławiu.

Autor: Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz

Przedsiębiorcy w pandemii: rządzie, nie musisz pomagać, ale nie przeszkadzaj – raport Polskiej Rady Biznesu

Aż 62 proc. polskich firm nie chce pomocy państwa w nadchodzącej czwartej fali pandemii – wynika z najnowszego raportu „Przedsiębiorca odporny” przygotowanego przez Polską Radę Biznesu we współpracy z Polityką Insight. Przedsiębiorcy obawiają się chaosu i nieprzejrzystej komunikacji z administracją państwową. Ten i inne wnioski raportu zostaną szczegółowo omówione przez ekspertów na konferencji EFNI.

Przed czwartą falą pandemii COVID-19 Polska Rada Biznesu przygląda się, w jakim stopniu polscy przedsiębiorcy są na nią gotowi. Czy firmom udało się wypracować rozwiązania na trudne miesiące ewentualnego lockdownu? Jakich działań przedsiębiorcy oczekują
od państwa? I czy pracownicy powinni się obawiać zwolnień?

Przedsiębiorcy liczą głównie na siebie

Kluczowe wnioski raportu „Przedsiębiorca odporny” zaskakują – większość firm woli sama stawić czoła pandemii bez państwowej pomocy. Deklaruje tak aż 62 proc. badanych. Jak tłumaczy Jacek Olechowski, wiceprezes Polskiej Rady Biznesu, „bardziej niż wsparcie liczą się przyjazne warunki działania. Przedsiębiorcy nauczyli się funkcjonować w warunkach lockdownu, a przede wszystkim odrabiać straty w okresach luzowania obostrzeń. To najlepsze świadectwo odporności firm na kryzys. Kluczowe jest jednak, aby w okresie odbudowy gospodarki po pandemii państwo nie rzucało firmom kłód pod nogi”. Wielu respondentów badania wskazuje, że kluczowymi barierami dla funkcjonowania ich firm w czasie poprzednich fal pandemii były trudne kontakty z administracją, a także chaos w zarządzaniu kryzysem i realizacji programów pomocowych.

Najpotrzebniejsze programy z najgorszą oceną

Szczególnie uderza w wynikach raportu to, że badani przedsiębiorcy najgorzej oceniają te programy, które uważają za najpotrzebniejsze, czyli: ulgi w płatnościach danin publicznych
i możliwość odroczenia w czasie płatności na rzecz Skarbu Państwa. Widać wyraźnie, że zawodzi tu współpraca z przedsiębiorcami w sytuacjach kryzysowych, dlatego na gruncie badania eksperci opracowali zbiór praktycznych rekomendacji dla państwa.

Najważniejsi są pracownicy

Obostrzenia miały różne konsekwencje zależnie od branży, ale większość przedsiębiorców nawet na chwilę nie zawiesiła działalności, mimo że niemal wszyscy napotkali trudności finansowe, a jedna na cztery firmy całkowicie zrezygnowała z planów inwestycyjnych.
Co jednak najciekawsze, cięcia dotknęły w najmniejszym stopniu pracowników. Aż 84 proc. firm nie dokonało żadnych zwolnień, a 76 proc. nie obniżyło nawet wynagrodzeń. I to w sytuacji, gdy połowa badanych podmiotów miała wyraźny spadek przychodów i kłopoty z pokryciem bieżących wydatków.

„Te liczby pokazują, jak dużą wartość mają dla firm ich zespoły. Nawet jeśli jedna czwarta badanych przyznaje, że w reakcji na pandemię przyjęła strategię »tnij biznes do kości«,
to niemal połowa tych osób ostatecznie nikogo nie zwolniła. A równie spora grupa deklaruje, że w czasie kolejnych lockdownów priorytetowym celem było właśnie zatrzymanie pracowników” – komentuje dr Adam Czerniak, dyrektor ds. badań Polityki Insight i współautor raportu.

Kto zyskał na pandemii?

Dane z raportu dowodzą, że są również firmy, dla których kryzys stał się impulsem do rozwoju. Okazję w pandemii dostrzegło blisko 20% przedsiębiorców. W efekcie wprowadzonych ograniczeń bardzo duża grupa zyskała też nowe kanały dystrybucji. Jak wyjaśnia Jacek Olechowski, „z jednej strony, bolesną konsekwencją pandemii było zamrożenie wielu planowanych inwestycji, ale z drugiej strony w wielu branżach kryzys wymusił inwestycje w bardziej innowacyjne rozwiązania, które usprawnią funkcjonowanie firm na lata. Np. prawie jedna trzecia badanych rozpoczęła działalność e-commerce”.

Raport PRB na konferencji EFNI

To tylko niektóre z wniosków najnowszego raportu PRB „Przedsiębiorca odporny”. Z publikacji dowiemy się też m.in. które firmy okazały się najbardziej odporne na kryzys, jakie strategie przyjmowali polscy przedsiębiorcy w walce z pierwszymi falami pandemii i który z rządowych programów okazał się w ich oczach najskuteczniejszy. To przekrojowe opracowanie jest szczególnie aktualne dzisiaj, gdy stoimy na progu czwartej fali pandemii COVID-19 i ryzyko przywrócenia obostrzeń znów rośnie.

Eksperci Polskiej Rady Biznesu i Polityki Insight omówią wnioski z badań i rekomendacje dla przedsiębiorców i przedstawicieli administracji państwowej podczas panelu „Przedsiębiorca odporny. Jak przetrwał pandemię” na Europejskim Forum Nowych Idei (EFNI) w Sopocie
21 października o godz. 16.45. Po wydarzeniu raport będzie dostępny do pobrania na stronie Polskiej Rady Biznesu.

Raport „Przedsiębiorca odporny” to trzecia część z cyklu raportów Polskiej Rady Biznesu i Polityki Insight poświęconych polskim przedsiębiorcom. Pozostałe części cyklu, „Przedsiębiorca odczarowany” i „Przedsiębiorca wysłuchany”, dotyczą polskich przedsiębiorców jako grupy społecznej i ich oczekiwań wobec państwa.

Cyfrowe Trójmorze prezentuje władzom regionu kluczowe kierunki cyfrowego rozwoju Europy Środkowo-Wschodniej

Koalicja organizacji branży cyfrowej z Europy Środkowo-Wschodniej – CEE Digital Coalition – przedstawiła przedstawicielom państw oraz eurodeputowanym państw Inicjatywy Trójmorza priorytetowe kierunki działań na rzecz cyfryzacji krajów tego regionu. Dokument w formie deklaracji został przesłany do decydentów w środę.

Przekazane priorytety powstały w wyniku pracy koalicji 14 organizacji branży cyfrowej z 11 krajów należących do Inicjatywy Trójmorza – CEE Digital Coalition. To porozumienie zawiązane w 2020 r. z inicjatywy Związku Cyfrowa Polska i działające na rzecz rozwoju gospodarki cyfrowej w regionie. Deklaracja została zaprezentowana jako podsumowanie tegorocznego szczytu branży CEE Digital Summit, który odbywał się na początku października w Warszawie. Dokument przedstawia priorytetowe, zdaniem autorów, działania i cele w ramach cyfrowego Trójmorza na najbliższe lata. Organizacje deklarują gotowość do wsparcia swoich rządów i unijnych reprezentantów w ich realizacji.

Główne kierunki działań cyfryzacji Trójmorza

W przedstawionej władzom regionu Trójmorza deklaracji jako kluczowe dla rozwoju gospodarki cyfrowej regionu cele wskazano pracę na rzecz promowania polityk sprzyjającej wzrostowi gospodarki cyfrowej, wdrażania i rozwoju nowoczesnych technologii, poprawy łączności i rozbudowy sieci 5G z dbałością o cyberbezpieczeństwo oraz wsparcia transformacji cyfrowej małych i średnich przedsiębiorstw. Organizacje apelują również o stworzenie regionalnego mechanizmu finansowania cyfryzacji gospodarki i ścisłe ustrukturyzowanie współpracy na tym polu.

W dokumencie czytamy, że Europa Środkowo-Wschodnia powinna wykorzystać szansę, by stać się globalnym centrum cyfryzacji. Aby było to jednak możliwe konieczny jest wspólny głos i wysiłek oraz ścisła współpraca gospodarcza i polityczna.  „Pozwolą one na rozwój regionu i umocnienie jego pozycji na arenie europejskiej i światowej. Jako CEE Digital Coalition jesteśmy gotowi, by być napędem tej współpracy” – deklarują organizacje branży cyfrowej regionu. Sygnatariusze dokumentu podkreślają chęć dzielenia się z rządami swoich państw i regionalnymi inicjatywami politycznymi doświadczeniem, wiedzą i zasobami we wspólnym budowaniu cyfrowej gospodarki Europy Środkowo Wschodniej.

Prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik zaznacza, że postęp cyfryzacji jako kluczowy warunek dla rozwoju gospodarczego regionu i uporanie się z kryzysem wywołanym pandemią. – Jako branża doskonale zdajemy sobie sprawę z gwałtownych zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie i gospodarce. Pragniemy również stale uzmysławiać naszym władzom, że powszechna transformacja cyfrowa jest warunkiem koniecznym, by gospodarka i społeczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej wzrastały, a jedynym sposobem na jej osiągnięcie jest ścisła współpraca w regionie. Właśnie taki cel przyświeca naszej inicjatywie CEE Digital Coalition. Będziemy razem działać w ramach branży w kooperacji z przedstawicielami rządów naszych krajów na rzecz realizacji priorytetów ważnych dla cyfrowego rozwoju naszego regionu Europy, które przedstawiliśmy w deklaracji – mówi Michał Kanownik.

Cyfrowy szczyt w Warszawie

Zanim trafiła na biurka przedstawicieli rządów państw Europy Środkowo-Wschodniej, deklaracja została wypracowana w Warszawie podczas dwudniowego szczytu branży cyfrowej i nowych technologii z regionu – CEE Digital Summit 2021. W wydarzeniu wzięli udział przedstawiciele organizacji branżowych z Bułgarii, Chorwacji, Czech, Litwy, Łotwy, Polski, Rumunii, Słowacji, Węgier, Słowenii, a także z Białorusi oraz Ukrainy oraz reprezentanci krajów Inicjatywy Trójmorza.

Stabilizacja wartości indeksu GIP60

Wrzesień był drugim miesiącem z rzędu, w którym Giełdowy Indeks Produkcji nieznacznie spadł. Po sierpniowym spadku o 0,31%, notujemy 0,15% spadek GIP60 we wrześniu do poziomu 1116,63 pkt.  Należy więc mówić o przedłużeniu okresu stabilizacji kursu w okolicach 1100 punktów, która nastąpiła po półrocznym okresie nieprzerwanego wzrostu.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc wrzesień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„Wrześniowe ochłodzenie nastrojów na globalnym rynku akcji co prawda nie ominęło Warszawy, ale korekta na naszej Giełdzie Papierów Wartościowych była symboliczna. Indeks szerokiego rynku WIG w ostatnim miesiącu lata stracił 0,83% korygując swoją wartość do poziomu 70340,86 pkt. Tradycyjnie, w obliczu problemów „na Zachodzie” najwięcej tracił WIG20 – tutaj korekta osiągnęła 2,39%, co sprowadziło indeks polskich Blue Chipów do 2310,29 pkt. Najsilniejsze w tym roku małe spółki z SWIG80 na niewielkim plusie (0,31%), podobnie w przypadku MWIG40 (0,37%)”.

Taka sytuacja rynkowa nie pozwoliła spółkom z GIP60 odrobić strat z poprzedniego miesiąca, ale mimo wszystko indeks 60 największych polskich spółek produkcyjnych praktycznie utrzymał swoją wartość z początku miesiąca, notując 0,15% spadek z początkowych 1118,32 pkt. do poziomu 1116,63. W trakcie miesiąca kurs GIP60 poruszał się w wąskim 20 punktowym przedziale, z którego wybił się na początku października, co daje nadzieję na wzrosty w ostatnim kwartale.

Z perspektywy branżowej najlepszą okazją inwestycyjną września wśród polskich spółek produkcyjnych byli producenci z branży farmaceutycznej, wśród których mediana miesięcznego wzrostu kursu akcji wyniosła 9,1% – głównie za sprawą wysokozmiennego Biomed-Lublin (19,3%) i Mabionu (14,81%). Po drugiej stronie bieguna znalazły się spółki z branży chemicznej, dla których mediana miesięcznych stóp zwrotu wyniosła 7,2% – tutaj w roli antybohaterów wystąpiły spółki Mercator (-27,6%) i Ciech (-13,27%). Akcje spółek z pozostałych branż zachowywały się we wrześniu mniej lub bardziej stabilnie, choć oczywiście trafiały się wyjątki od tej reguły, co widać na podium wrześniowej klasyfikacji Giełdowego Indeksu Produkcji.

Ciężki sprzęt w cenie

Pierwsze miejsce dla producenta słodyczy, grupy Otmuchów za wzrost ceny akcji z 2,96 zł do 3,78 zł i miesięczną stopę zwrotu równą 27,7%. Akcje spółki, której zakłady posiadają wieloletnią tradycję produkcji słodyczy, sięgającą czasów powojennych, zyskały pod koniec września po ogłoszeniu przez spółkę wezwania do sprzedaży akcji spółki z oferowaną ceną 3,63 zł za akcję.

Drugą największą stopę zwrotu dla swoich inwestorów wypracował we wrześniu Famur, którego akcje podrożały z 2,36 zł do 2,84 zł, co dało 20,34% miesięcznego wzrostu i drugie miejsce w wrześniowej klasyfikacji Giełdowego Indeksu Produkcji. Wzrost kursu akcji obserwowany w pierwszej połowie września zbiegł się w czasie ze skupem akcji własnych przez spółkę. Zaś spadkowi ceny towarzyszył negatywny sentyment, jaki zapanował na rynkach akcji. Dopiero opublikowana pod koniec miesiąca informacja o nowej umowie opiewającej na ok. 10 mln euro, na dostawy na rynek indonezyjski spowodowała odwrócenie trendu i wzrost popytu na akcje spółki. Doprowadziło to w konsekwencji do wzrostu wyceny rynkowej spółki o 500 mln zł w trakcie kolejnych trzech tygodni.

Na najniższym stopniu podium spółka CDRL za osiągnięcie miesięcznej stopy zwrotu na poziomie 14,02%. Również w tym przypadku na kurs akcji spółki we wrześniu największe piętno odcisnęły informacje związane z procesem skupu akcji własnych. Pozytywnym bodźcem dla ceny akcji CDRL była informacja z połowy września o zakupie kilku pakietów akcji własnych w trakcie kilku kolejnych sesji. W ostatecznym rozrachunku spółka w pierwszej połowie września nabyła jedynie 676 akcji spółki, ale inwestorzy pozytywnie zareagowali na te działanie.

Spadek optymizmu w przemyśle

Wśród najważniejszych problemów trapiących producentów pozostają problemy z zaopatrzeniem oraz rosnącymi cenami. Globalny problem z podażą surowców dotyka również polskich wytwórców, co znalazło swoje odzwierciedlenie w nastrojach panujących wśród pracowników z branży. Według badań IHS Markit PMI® kierownicy logistyki z badanych firm zaobserwowali spadek poziomu zapasów, co mogłoby wskazywać na kontynuację problemu z nadążaniem produkcji za popytem, którego źródłem niezmiennie pozostaje brak surowców, materiałów i komponentów na rynku. Opinie ankietowanych o bieżącej sytuacji przełożyły się na spadek wskaźnika PMI® z 56 do 53,4 pkt.

Z całej Europy jedynie w Rosji i w Turcji zanotowano niższy wskaźnik PMI® niż w Polsce, było to odpowiednio 49,8 i 52,5. Średni odczyt w pozostałych krajach wyniósł 59 pkt. – znacznie powyżej wspomnianych odczytów. Tym, co łączy prawie wszystkie badane kraje, jest słabnący optymizm ankietowanych pracowników firm produkcyjnych – wyjątkiem jest jedynie Austria, gdzie wrześniowy odczyt PMI® (62,8) był wyższy od sierpniowego (61,8). Rekordzistami pod względem spadku PMI® w Europie zostali Niemcy, gdzie zanotowano spadek z 65,6 do 58,4 (-11%).

Dla odmiany, w obu Amerykach oraz w Azji nastroje uległy nieznacznej poprawie, jednak sytuacja w obu miejscach jest zgoła odmienna. Bo o ile prawdą jest, że zdecydowana większość krajów z tych regionów poprawiła swój PMI®, to w przypadku krajów azjatyckich możemy mówić o złagodzeniu panującego tam pesymizmu (średni PMI® wzrósł w Azji z 47,5 do 49,4, czyli poniżej neutralnego poziomu 50 pkt.), a w przypadku krajów amerykańskich należy mówić o wzroście optymizmu (wzrost średniego PMI® z 54,4 do 55,2). Oczy całego świata we wrześniu zwrócone były na Chiny, gdzie pogłębiające się problemy z płynnością największych deweloperów, są postrzegane jako możliwy punkt zapalny dla globalnej gospodarki i rynków finansowych. Wrześniowe PMI® w tym kraju osiągnęło neutralną granicę 50 pkt, co jest wynikiem lepszym niż miesiąc wcześniej, kiedy to zanotowano 49,2 pkt.

Wyzwania firm produkcyjnych

Sporym obciążeniem dla firm produkcyjnych w najbliższym czasie będą rosnące koszty energii, paliw i niektórych surowców, co nie ułatwi im pracy nad rozwiązaniem problemów zaopatrzeniowych. Z perspektywy cen akcji spółek z sektora kluczowa będzie reakcja banków centralnych na narastającą w wielu miejscach świata inflację. A wrześniowe decyzje prowadzące do podniesienia stóp procentowych w wielu krajach, w tym w Polsce, dają do zrozumienia, że problemy inflacyjne są coraz wyraźniej widoczne. Najbliższe tygodnie mogą być bardzo ważne dla przemysłu, jak i całej gospodarki, czyli w gruncie rzeczy nic nowego – komentuje dr Maciej Zaręba.

Wzrost płac wesprze inflację

Wzrost cen i jego wpływ na inne elementy gospodarcze jest obecnie tematem numer jeden na rynkach. Wygrywa nawet z przesłuchaniem premiera Mateusza Morawieckiego przed Parlamentem Europejskim.

Co z inflacją?

Główny Urząd Statystyczny poinformował wczoraj o wzroście płac i wynagrodzenia. Pensje rosną średnio względem zeszłego roku o 8,7%, co jest wynikiem symbolicznie powyżej oczekiwań. Zatrudnienie z kolei o 0,6%. Pamiętajmy, że wskaźnik ten jak każdy średnio ma swoje wady, bo to wcale nie znaczy, że nasze pensje też o tyle wzrosły. Jest to jednak wynik uśredniony dla wszystkich przedsiębiorstw mających minimalnie 10 pracowników. Pokazuje to, że pensje faktycznie rosną szybciej niż inflacja. Z drugiej strony skoro dostajemy jako ogół jeszcze więcej pieniędzy, to najprawdopodobniej będziemy je wydawać, a to tylko nakręca wzrost cen. W rezultacie tworzy się zjawisko określane mianem spirali inflacyjnej. Przy obecnych poziomach nie jest ono jeszcze szczególnie groźne dla gospodarki, ale absolutnie nie powinno się go lekceważyć.

MF uspokaja rynek

Główny ekonomista Ministerstwa Finansów Łukasz Czerniecki podzielił się w RMF FM informacją, że jego zdaniem inflacja zacznie obniżać się do celu inflacyjnego w przyszłym roku. Dodał również, że powinna powrócić do celu w ciągu kilku do kilkunastu kwartałów. Perspektywa, że inflacja może powrócić do celu w ciągu 1-4 lat wydaje się mało precyzyjna. Z drugiej strony ekspert słusznie zauważa, że wzrost cen nie wymaga zmian w polityce ekonomicznej państwa, gdyż rosnąca inflacja wspiera budżet. Patrząc jednak na rosnącą zarówno stopę procentową międzybankową, jak i na najwyższą od ponad dwóch lat rentowność polskich obligacji można łatwo zauważyć, że rynki oczekują jednak dalszych działań RPP. To właśnie oczekiwanie tych działań powoduje, że złoty mimo wczorajszego przedstawienia w Parlamencie Europejskim wciąż wyceniany jest poniżej poziomu 4,60 zł.

Węgrzy podnoszą stopy, ale powoli

Wczorajsza decyzja Banku Centralnego Węgier o podwyżce stóp procentowych o zaledwie 0,15% negatywnie zaskoczyła rynki. Inwestorzy spodziewali się większego wzrostu, czego efektem było osłabianie się forinta względem euro po decyzji. Ruch ten wynikał z faktu, że inwestorzy kupili więcej forintów licząc na wyższe wzrosty, w rezultacie odwracali swoje pozycje inwestycyjne. Sprzedając forinta spowodowali jego spadki. Warto zwrócić uwagę, że Węgrzy obecnie mają o 0,4% niższą inflację niż Polacy i o 1,3% wyższe stopy procentowe. Oznacza to, że ich oszczędności maleją rocznie o niemal 2% mniej niż nasze. Można patrząc na inflację wskazywać nieskuteczność tych działań, ale należy pamiętać, że od maja, gdy zaczęły się podwyżki, inflacja na Węgrzech wzrosła zaledwie o 0,4% a w Polsce o 1,2%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

ZPP: potrzebujemy imigracji osiedleńczej, a nie gastarbeiterskiej, ale jednocześnie musimy bronić szczelności granic

Polska polityka imigracyjna powinna opierać się na systemie kwotowym i przewidywać łatwą ścieżkę nabycia tytułu do stałego pobytu i legalnego zatrudnienia – to kluczowy wniosek z opublikowanego dzisiaj raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Eksperci ZPP od dawna zwracają uwagę na fakt, że rozsądna polityka w zakresie imigracji jest dla Polski koniecznością, a nie jedynie przejściową potrzebą.

Wskutek niskiej dzietności mamy poważny problem demograficzny, który przekłada się w tej chwili na sytuację na rynku pracy, a w dłuższej perspektywie wpłynie niemal na każdy aspekt funkcjonowania państwa – podkreśla Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Aby utrzymać tempo wzrostu gospodarczego po prostu musimy zaakceptować fakt, że imigranci są nam potrzebni.

Jak wskazują w raporcie eksperci Związku, problem demograficzny rodzi wyzwania zarówno w krótkim, jak i w długim okresie. Pierwsze wiążą się głównie z niedoborami kadr w niektórych sektorach gospodarki, drugie zaś mają charakter znacznie bardziej kompleksowy i wiążą się m.in. z obciążeniem Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, czy systemu opieki zdrowotnej.

Niestety, polska polityka imigracyjna odpowiada w tej chwili, i to nie do końca efektywnie, wyłącznie na pierwszy rodzaj wyzwań. Strukturalną jej słabością jest konsekwentne utrzymywanie modelu opartego na imigracji szybko rotującej i krótkotrwałej.

Można powiedzieć, że przyjęty w Polsce model polityki imigracyjnej ma charakter gastarbeiterski – kontynuuje Cezary Kaźmierczak Imigranci przyjeżdżają na krótko, pracują ciężko, a następnie są zmuszani do powrotu do kraju macierzystego. Nie są w żaden poważniejszy sposób związani z Polską. To błąd, który popełniła część państw zachodniej Europy, i który w tej chwili niestety powielamy.

Opisany wyżej system nie odpowiada na potrzeby zarówno pracodawców, jak i pracowników. Ci pierwsi poszukują pracowników na dłuższy okres, aby móc zapewnić stabilność i ciągłość funkcjonowania zakładów. Ci drudzy z kolei często deklarują chęć wyjazdu ze swojego kraju na stałe – potrzebują zatem państwa z przewidywalnymi i przyjaznymi procedurami osiedleńczymi.

Nasz model polityki imigracyjnej w ogóle nie przystaje do tych potrzeb, i to mimo że aktywność zawodowa imigrantów w Polsce pozostaje jedną z najwyższych w Unii Europejskiej – twierdzi Jakub Bińkowski, członek zarządu i dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Z punktu widzenia państwa jest to wartość, którą należałoby wykorzystać. Tymczasem istniejące regulacje definitywnie sprzyjają imigracji rotującej, która może pozwala na bieżąco uzupełniać braki w podaży pracy, jednak nie odpowie na nasze wyzwania rozwojowe w dłuższym okresie.

Eksperci ZPP wskazali w raporcie konieczne kierunki zmian – system powinien preferować imigrację osiedleńczą i rodzinną, umożliwiającą w dłuższej perspektywie czasowej nabycie obywatelstwa. Fizycznym świadectwem uzyskania tytułu do długotrwałego pobytu i legalnego zatrudnienia powinna być biało-czerwona karta, wydawana najpierw na okres 3 lat, a następnie, pod pewnymi warunkami, przedłużana bezterminowo. Aby zachować kontrolę nad procesem imigracji, rząd powinien podjąć polityczną decyzję dotyczącą liczby imigrantów z poszczególnych państw, którą w danym okresie państwo będzie w stanie przyjąć.

Nie ulega wątpliwości, że potrzebujemy imigrantów – konkluduje Cezary Kaźmierczak – Trzeba jednak rozróżnić imigrację legalną od nielegalnej. W sprawie tej drugiej mamy twarde stanowisko – należy stanowczo wykorzystywać doświadczenia innych państw i stosować szeroki wachlarz instrumentów: od fizycznych barier w postaci murów, poprzez wywóz nielegalnych imigrantów do kraju ich pochodzenia, aż do dożywotniego zakazu ponownego wjazdu na terytorium RP.

Ubytki produktów a koszty podatkowe

Przemieszczanie i magazynowanie towarów może prowadzić do powstania ubytków, szczególnie w przypadku podmiotów dokonujących obrotu na dużą skalę. W wielu sytuacjach firmy odpowiedzialne za transport, przechowywanie towarów czy usługi logistyczne ograniczają swoją odpowiedzialność w tym zakresie do minimum, najczęściej przyjmując pewne limity strat, od których zaczynają odpowiadać przed zleceniodawcą. W efekcie część szkód niepokryta żadną formą rekompensaty musi być wpisana w koszty prowadzenia działalności. Powstaje więc pytanie, czy takie koszty mogą stanowić koszty uzyskania przychodu w związku z prowadzoną działalnością. Temat podjął Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w jednej z ostatnich interpretacji z dnia 9 września 2021 r. nr 0111-KDIB1-1.4010.286.2021.1.SG.

Czego dotyczyła interpretacja?

Firma z grupy kapitałowej nabywała środki ochrony środowiska w masowych ilościach, zarówno w formie suchej, jak i w workach. Specyfika tego rodzaju produktów polega na tym, że są one bardzo rozdrobnione, co przekłada się bezpośrednio na dużą sypkość przewożonych produktów. Produkty są oczywiście odpowiednio zabezpieczone przed działaniem czynników zewnętrznych w trakcie transportu oraz magazynowania.

Spółka dokonywała transportu wyżej wskazanych towarów zgodnie z warunkami dostawy (incoterms FOB), czyli była odpowiedzialna za towar od momentu jego dostarczenia na statek lub nadania towaru. W związku z powyższym spółka wdrożyła wewnętrzne procedury postępowania w przypadku wystąpienia braków lub ubytków w transportowanym towarze. Warto wskazać, że umowy z firmami transportowymi ograniczały odpowiedzialność firm transportowych za ubytki towaru i w efekcie w przypadku, gdy waga kupionego towaru różniła się od wagi przyjmowanej na magazyn, konieczne było sporządzenie protokołu strat oraz uzyskanie podpisów zgodnie z wewnętrzną procedurą. Przedsiębiorca zwrócił uwagę, że ze względu na cechy charakterystyczne produktu, w tym głównie dużą jego sypkość sprzyjającą powstawaniu ubytków, nie jest w stanie wnioskować o korektę faktury zakupu lub rekompensatę w związku z powstałymi stratami produktu.

Ponadto spółka wynajmowała od podmiotu zewnętrznego magazyn i kupowała usługi logistyczne w zakresie odbioru ładunku, rozładunku, załadunku, pakowania i konfekcjonowania. W przypadku wystąpienia strat sporządzany był protokół wskazujący rodzaj szkody, ilość, wartość oraz przyczynę jej powstania, a także zawierający podpisy uprawnionych osób.

W związku z takim stanem faktycznym powstało pytanie, czy spółka będzie miała prawo zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów ubytki w towarze, za które nie jest uprawniona do otrzymania rekompensaty w postaci korekty faktury zakupu lub odszkodowania.

Stanowisko Dyrektora KIS

W indywidualnej interpretacji Dyrektor KIS zgodził się z podatnikiem i zaakceptował podejście, zgodnie z którym spółka może zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów wartość ubytków w towarze, która została ujawniona, ale tylko w zakresie, w jakim powstałe straty są niezawinione i związane ze standardowymi następstwami prowadzonej działalności gospodarczej.

W pierwszej kolejności warto odnieść się do kwestii zawinienia. Tu organ podatkowy wskazał, że konieczne jest indywidualne przeanalizowanie specyfiki towaru oraz prowadzonej działalności pod kątem stwierdzenia, czy straty są nieuniknione. Z powyższego wynika więc, że podejście organu można rozszerzyć na podobne przypadki, jednak należy podkreślić, że przyjęta interpretacja dotyczy towarów nieoznaczonych i nabywanych w masowych ilościach. Innymi słowy, jeżeli powstaną ubytki np. w wycieraczkach samochodowych, to kwestia zawinienia będzie analizowana zupełnie inaczej i dużo ciężej będzie znaleźć właściwą argumentację uzasadniającą brak zawinienia. Zatem strata powinna mieć charakter losowy i nieunikniony. W szczególności nie będzie więc można kwalifikować jako niezawinione np. kradzieży produktów.

Ponadto organ zaznaczył, że w przypadku zliczenia ubytku do kosztów podatkowych niezbędne jest właściwe jego udokumentowanie. W przypadku powstałych ubytków powinien to być protokół strat określający co najmniej przyczynę strat, ilość, wartość, rodzaj szkody oraz podpisy uprawnionych osób i datę sporządzenia dokumentu. Brak protokołu strat lub jakiegokolwiek innego dokumentu uniemożliwia kwalifikację powstałych strat do kosztów podatkowych.

Należyta staranność

W wydanej interpretacji organ podatkowy podkreślił także, że od podmiotu gospodarczego wymagana jest należyta staranność. W szczególności objawia się ona stworzeniem i przestrzeganiem wewnętrznych procedur, stosowaniem odpowiednich zabezpieczeń oraz innymi działaniami mającymi na celu niedopuszczenie do pojawienia się ubytków. Do kosztów podatkowych będą mogły być zaliczone jedynie straty powstałe pomimo zachowania należytej staranności. W tym zakresie organ wskazał, że w toku postępowania interpretacyjnego nie jest możliwe jednoznaczne określenie, czy w konkretnym przypadku dochowana została należyta staranność, czy nie, a ustalenie tego wymaga przeprowadzenia postępowania dowodowego, które nie może być wykonane w postępowaniu interpretacyjnym. W konsekwencji pomimo pozytywnej interpretacji dla podatnika organ wskazuje, że każdy konkretny przypadek ubytków powinien być rozpatrywany i analizowany osobno, a podatnik tak naprawdę nigdy nie będzie miał pewności, czy jego podejście nie będzie kwestionowane, ponieważ pojęcie „należytej staranności” jest bardzo nieostre, przez co jest przedmiotem licznych sporów z fiskusem w ostatnim czasie.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W 9 wyrokach z 19.10.2021 r. WSA potwierdził, że do dostaw dań gotowych na wynos – winna być stosowana 5 proc. VAT

W kolejnych dziewięciu wyrokach z dnia 19 października 2021 roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie podzielił argumentację Rzecznika MŚP i potwierdził, że do dostaw dań gotowych na wynos – winna być stosowana 5 proc. stawka podatku VAT.

W postępowaniach sądowo-administracyjnych toczących się przy udziale Rzecznika MŚP,
w sprawach o sygn. akt  III SA/Wa 660/19, o sygn. III SA/Wa akt 661/19, o sygn. akt III SA/Wa 662/19, o sygn. akt III SA/Wa 2047/19, o sygn. akt 2064/19, o sygn. akt III SA/Wa 869/19, o sygn. akt III SA/Wa 691/19, o sygn. akt III SA/Wa 692/19, o sygn. akt III SA/Wa 693/19 Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie uchylił w całości decyzje Organów II instancji oraz poprzedzające je decyzje Organów I instancji.

W ustnych motywach uzasadnień, WSA w Warszawie wskazał, że w całości podziela pogląd Naczelnego Sądu Administracyjnego wyrażony w wyroku o sygn. akt I FSK 1290/18 z dnia 30 lipca 2021 r. w zakresie opodatkowania 5 % stawką VAT sprzedaży produktów w systemie sprzedaży „food court” oraz „wewnątrz punktów sprzedaży” – na wynos oraz w zakresie sprzedaży w systemie „drive in” oraz „walk through”- gdyż jest on zgodny z zaleceniami zawartymi przez TSUE w wyroku w sprawie o sygn. akt C-703/19 z dnia 22 kwietnia 2021r.

Również w ślad za stanowiskiem NSA wskazanym w powołanym wyroku, WSA w Warszawie uznał, iż w toku prowadzonych postępowań  doszło do naruszenia przez organy podatkowe zasady zaufania wynikającej z art. 121 § 1 ustawy Ordynacja podatkowa. W ocenie WSA w Warszawie przedsiębiorcy z branży gastronomicznej opodatkowując sprzedaż produktów żywnościowych 5 % stawką podatku VAT działali w uzasadnionym przekonaniu, że jest ona stawką właściwą. Świadczy o tym m. in. fakt istnienia w obiegu prawnym wielu interpretacji indywidualnych potwierdzających, że do dostaw towarów na miejscu oraz na wynos znajdowała zastosowanie stawka 5%. Zdaniem Sądu w czasie do wydania przez Ministra Finansów interpretacji ogólnej, a więc do czerwca 2016 r. istniała utrwalona linia interpretacyjna organów podatkowych potwierdzająca prawidłowość stosowania powyższej stawki podatku VAT. W ocenie WSA w Warszawie zatem organy podatkowe naruszyły zasadę zaufania w związku z czym nie mogą żądać od podatników zwrotu podatku VAT również w zakresie dostaw produktów, z których to klient końcowy zdecydował się skorzystać na miejscu.

Dodatkowo w dwóch sprawach, WSA uznał za zasadny wskazany przez Rzecznika zarzut  naruszenia art. 75 §4 i §5 ustawy Ordynacja podatkowa w zw. z art. 2 i 32 Konstytucji RP,
w zakresie dokonanego przez organy podatkowe bezdecyzyjnego zwrotu nadpłaconego podatku VAT. W ocenie Sądu, należy zrównać bezdecyzyjny zwrot nadpłaconego podatku VAT w skutkach procesowych z ostateczną decyzją o stwierdzeniu nadpłaty. W konsekwencji czego organy podatkowe wszczynając postępowanie podatkowe, winny były najpierw wykazać wystąpienie kwalifikowanych przesłanek umożliwiających wzruszenie ostatecznego bezdecyzyjnego zwrotu nadpłaty podatku. W związku z tym zgodnie z zaleceniami Sądu przy kolejnym rozpoznaniu sprawy, powyższa okoliczności winna być wzięta pod uwagę przez organy podatkowe w pierwszej kolejności.

Powołane wyroki, są kolejnymi w których przy rozstrzygnięciu sprawy wojewódzkie sądy administracyjne wzięły pod uwagę wskazywany od samego początku przez Rzecznika MŚP zarzut naruszenia przez organy podatkowe zasady zaufania do działania organów podatkowych.

Jednocześnie oceniam bardzo pozytywnie przychylenie się przez WSA w Warszawie do zarzutu  Rzecznika MŚP w zakresie skutków procesowych bezdecyzyjnego zwrotu nadpłaty podatku. Okoliczność bezdecyzyjnego zwrotu podatku, nie może bowiem stawiać podatnika w gorszej w sytuacji procesowej, niż podatnika który otrzymał zwrot nadpłaty podatku w wyniku wydania decyzji o stwierdzeniu nadpłaty podatku, jest to niezgodne z art. 12 prawo przedsiębiorców nakazującym organom równe traktowanie przedsiębiorców – komentuje Jacek Cieplak, Zastępca Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Nie wielcy tego świata, lecz obywatele powinni zarządzać swoimi danymi. O ile obie strony dojdą do konsensusu

Rządy, korporacje, banki, portale społecznościowe… W miarę postępu technologicznego zdajemy się coraz mniej wiedzieć o tym, kto i jak wykorzystuje informacje na nasz temat. Jest jednak metoda, która proces zarządzania danymi oddaje bezpośrednio w ręce zwykłych ludzi – wspólnice danych. Ma ona szansę zastąpić skomplikowane regulacje prawne i pozwolić na stworzenie mega instytucji do zarządzania rozproszonymi danymi o aktywności obywateli. Wyzwaniem jest jednak pogodzenie interesów społeczeństwa i biznesu – pisze zespół naukowców wspólnie z czołowym urzędnikiem Komisji Europejskiej.

Na przestrzeni ostatnich dwóch dekad utrwaliło się przekonanie, jakoby dane miały być ropą naftową XXI wieku. Jednak nawet kilka bajtów informacji o obywatelach mogą się okazać znacznie cenniejsze niż przysłowiowa baryłka. Jak nimi zarządzać, żeby przynosiły ekonomiczną korzyść, a jednocześnie nie naruszały niczyich interesów? Na łamach czasopisma „Internet Policy Review” odpowiedzi na to pytanie udzielają Jan Zygmuntowski z Akademii Leona Koźmińskiego, Laura Zoboli z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Paul Nemitz, doradca Komisji Europejskiej ds. Sprawiedliwości, jeden z twórców unijnej dyrektywy RODO.

Nasze dane przez nas zarządzane

W artykule pt. „Embedding European values in data governance: A case for public data commons” badacze zwracają uwagę, że dane to dobro wspólne, dlatego potrzeba nowych instytucji do współzarządzania nimi. – Najbardziej skuteczny, ale na razie rzadko stosowany, jest model publicznych wspólnic danych (z ang. public data commons). W dużym uproszczeniu jest to zarówno platforma do przechowywania i przetwarzania udostępnianych publicznie zbiorów danych, jak i szereg zasad czy narzędzi, które umożliwiają korzystanie z tych zbiorów – tłumaczy Jan Zygmuntowski, ekonomista i ekspert w obszarze gospodarki cyfrowej z Akademii Leona Koźmińskiego.

Z jednej strony wspólnice gromadzą informacje o obywatelach, takie jak np. historia choroby, lokalizacja czy preferencje żywieniowe. Z drugiej zaś zbierają informacje statystyczne, dostępne zwykle tylko dla urzędów, czy technologiczne, z których korzystają duże korporacje jak Google czy Amazon. – Obecnie to są samoistne, niepowiązane ze sobą w żaden sposób bazy, które nie pozwalają wyciągnąć sensownych wniosków na temat zachowań i nawyków społeczeństwa. Zamiast stworzenia jednolitego systemu do zarządzania danymi mnoży się trudne w egzekwowaniu prawa, które czynią ten proces jeszcze bardziej oddalonym od obywateli – dodaje Zygmuntowski.

Praktyczne korzyści systemu wspólnicowego widać na przykładzie Barcelony. W 2017 r. mieszkańcy otrzymali kontrolę nad tym, w jaki sposób ich dane są gromadzone i przetwarzane przez władze. W ten sposób dały mieszkańcom głos w procesach decyzyjnych na temat rozwoju miasta. Lokalny portal typu Open Data zawiera obecnie 503 zbiory różnorodnych i precyzyjnych danych o poszczególnych gminach, w tym dostępne w czasie rzeczywistym informacje na temat korzystania z systemu rowerów publicznych.

Jak to wygląda w praktyce? – Obywatel wchodzi na stronę internetową, gdzie staje przed podjęciem decyzji, jak zostaną wykorzystane jego dane. Czy chce je udostępnić tylko dla naukowców, czy również dla lokalnych firm? A może chciałby dostawać rekomendacje zdrowotne, albo zastrzec dostęp do swoich danych? Użytkownicy mogą też wpływać na to, czy i jakie będą pobierane opłaty za dostęp do takiej wspólnicy danych – wyjaśnia badacz.

Zaznacza, że jest to przejaw demokratycznego sprawowania kontroli nad danymi, do którego powinny dążyć kraje europejskie. Zarządzanie wspólnym dobrem daje szansę na zwalczanie praktyk dyskryminacyjnych, zwiększenie ogólnego poczucia sprawiedliwości, a także odpowiedzialności za podjęte przez społeczeństwo decyzje.

– A w sytuacji, gdyby obywatele zdecydowali się na przyznanie dostępu do danych naukowcom, przedsiębiorcom czy administracji publicznej, to sami przyczyniliby się do lepszego podejmowania decyzji i tworzenia innowacyjnych rozwiązań. Przykładowo, dzięki temu władze miejskie lepiej zaplanują trasy linii autobusowych czy zastąpią kolejki do lekarza prostą aplikacją.

Prywatność obywateli i zyski firm zejdą na drugi plan?

Pomimo licznych atutów przemawiających za wdrożeniem wspólnic, poważną barierą w ich wdrożeniu są obawy co do potencjalnego naruszenia podstawowego prawa Europejczyków do ochrony danych osobowych. – W rzeczywistości wspólnice zapewniają większą prywatność, gdyż zamiast wielu nieszczelnych systemów mamy instytucję, która korzysta z nowoczesnych metod kryptograficznych i sprawdza, kto ma dostęp do danych i co z nimi robi. Obecnie kwestia prywatności pojawia się głównie jako argument Apple czy Google, które bronią interesów swoich akcjonariuszy.

Kolejną przeszkodą na drodze zainicjowania szerszej dyskusji wokół wspólnic danych jest to, że podmioty biznesowe najczęściej nie ufają sobie dostatecznie, by wymieniać się posiadanymi informacjami o swoich klientach czy użytkownikach. – Dane i wiedza to ich rynkowa przewaga konkurencyjna. Ten, kto jako pierwszy je wykorzysta i opatentuje, ugra najwięcej. Zyski z tego będzie czerpać biznes, nie zaś całe społeczeństwo, którego dane dotyczą. Jednakże to interes publiczny jest nadrzędną wartością w kwestii zarządzania danymi – zauważa Jan Zygmuntowski.

Naukowcy podkreślają, że dane rozproszone po serwerach największych firm czy instytucji mogą być wartością jedynie w przypadku, gdy tworzą spójną całość i mogą realnie służyć społeczeństwu. Konieczne jest jednak stworzenie odpowiedniego organu, który będzie stał na straży gromadzenia, współdzielenia i ochrony tych danych. – Wymiana danych wymaga infrastruktury, swego rodzaju autostrady do ich transferu. Europejska wspólnica mogłaby być wspierana przez algorytmy sztucznej inteligencji. Sprawi, że prawdopodobieństwo wykorzystania zebranych informacji w sposób nieuprawniony będzie minimalne – zaznacza badacz.

Dane to sposób na walkę z głodem i zmianami klimatycznymi

– Wspólnice danych mogłyby zostać zastosowane w różnych sektorach gospodarki: począwszy od ochrony zdrowia i finansów, przez energetykę i rolnictwo, aż po administrację publiczną. Dzięki dostępnym dla wszystkich danym można stworzyć algorytmy sztucznej inteligencji które poprawią jakość opieki zdrowotnej, zbudują bezpieczniejsze i ekologiczne systemy transportowe, a także wykorzystają energię w bardziej zrównoważony sposób. Jednym słowem: skorzystamy na tym my wszyscy – mówi Jan Zygmuntowski.

Instytucja, która dysponuje znaczną częścią cyfrowej wiedzy zgromadzonej na świecie, wspierana przez sztuczną inteligencję mogłaby nie tylko zapewnić postęp cywilizacyjny, ale też pozwolić obywatelom na poprawę jakości życia. Badacze wymieniają rozwiązania lekarza przyszłości, który na podstawie zbiorowych danych o całej populacji mógłby definiować rozwój choroby, szanse wyzdrowienia czy wspomagać tworzenie nowych leków. – Połączenie sił i dokonań firm w dziedzinie technologii pozwoli na większy postęp i rozwój nauki, a działania w służbie społeczeństwa mogą wskazać na rozwiązania odwiecznych problemów cywilizacyjnych związanych z głodem, masowymi migracjami czy zmianą klimatu – opisują badacze.

Europa podąża w złym kierunku

Europa zrobiła już pierwszy krok w stronę wspólnic danych. W Europejskiej Strategii Cyfrowej jest zapisana ambitna inicjatywa pod nazwą Common European Data Spaces. Ma ona na celu stworzenie jednolitego rynku, który zapewni Europie suwerenność w zakresie danych, a także sprawi, że powstaną duże zbiory publicznie dostępnych informacji do wykorzystania przez społeczeństwo i biznes. Jak zapewniają autorzy strategii UE, osoby fizyczne i firmy, które generują dane, zachowają pełnię kontroli nad nimi.

Jeśli wdrożenia inicjatywy na takich zasadach podejmie się Komisja Europejska, to w perspektywie najbliższych lat może powstać baza danych bazująca na zbiorowych informacjach o prawie pół miliona ludzi. Również z krajowego punktu widzenia jest to ogrom wiedzy dostępnej na wyciągnięcie ręki. Gdyby polskie władze zdecydowały się na wprowadzenie systemu zarządzania danymi za pomocą wspólnic i połączyły ze sobą dane z urzędów statystycznych w jeden system, to będą w gronie pionierów w skali świata – mówi Zygmuntowski.

Naukowcy twierdzą jednak, że na razie Europa zmierza w ślepą uliczkę. Istnieje bowiem ryzyko, że jest to kolejne rozporządzenie, które nie będzie miało praktycznego wymiaru zastosowania. – Konieczne jest przeniesienie dyskusji o danych z płaszczyzny ochrony prywatności na instytucje, które zarządzają danymi. Problem w tym, że unijne strategie i jej założenia raczej opierają się na rynkowym i nastawionym na zysk największych firm standardzie przekazywania, przechowywania i wykorzystania danych z różnych sektorów życia. Takie podejście utrudnia realizację pomysłu na wprowadzenie systemu wspólnicowego w krajach UE.

——

Analiza poprzedzająca przygotowanie artykułu „Embedding European values in data governance: a case for public data commons” opublikowanego w czasopiśmie naukowym „Internet Policy Review” została przeprowadzona w okresie maj-sierpień 2021 roku. Praca autorstwa Jana Zygmuntowskiego (Akademia Leona Koźmińskiego), Laury Zoboli (Uniwersytet Warszawski) oraz Paula Nemitza (doradcy Komisji Europejskiej ds. Sprawiedliwości) została częściowo dofinansowana z grantu Narodowego Centrum Nauki.

Sytuacja na warszawskim rynku biurowym na koniec III kwartału 2021 r.

Firmy podpisały więcej nowych umów, a „flexy” chętnie wykorzystują przed odebraniem docelowej powierzchni. Wciąż malejąca aktywność deweloperów pomogła w ustabilizowaniu wskaźnika pustostanów k-d-k, jednak jego wysoki poziom stanowi wyzwanie dla wynajmujących.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec III kwartału 2021 r.

Piotr Kamiński, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL
Piotr Kamiński, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL

Wiele firm kontynuuje pracę hybrydową jednocześnie szukając swojego docelowego modelu. Widzimy jednak także zwiększoną aktywność najemców zarówno jeżeli chodzi o nowe umowy, jak i zainteresowanie elastycznymi przestrzeniami do pracy. Nie zmienia to faktu, że deweloperzy utrzymują w Warszawie rekordowo niski poziom powierzchni w budowie i według naszych prognoz w ciągu najbliższych 3 lat nie wrócimy do aktywności sprzed 2020 r. Jednak w perspektywie najbliższych kwartałów wyższy poziom pustostanów będzie skłaniał wynajmujących do przemyślenia strategii leasingowych i intensyfikacji działań, informuje Piotr Kamiński, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, JLL.

Popyt – nowe umowy

Mateusz Polkowski
Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Od początku roku do końca września 2021 r. warszawscy najemcy wynajęli 398 100 mkw., co było wynikiem o 10% niższym niż w tym samym okresie 2020 r. Aż 60% popytu przypadło na Centrum i COB (Centralny Obszar Biznesu).

Trzeci kwartał cechował się największą aktywnością najemców w tym roku. W następstwie pandemii firmy nadal ostrożnie podchodzą do wynajmowania powierzchni biurowych, ale widzimy wzrost udziału nowych umów w całkowitym popycie do 54%. Dowodzi to, że firmy coraz odważniej podejmują decyzje związane z planowaniem dalszych kroków dla swoich portfeli nieruchomości, mówi Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań i Doradztwa, JLL.

Aktualny podział popytu pomiędzy nowe umowy a renegocjacje dobrze obrazują największe transakcje tego roku. Należą do nich: renegocjacja umowy poufnego najemcy na 20 600 mkw. w budynku Senator; renegocjacja umowy poufnego najemcy na 13 900 mkw. w Atrium Garden; przednajem Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy na 11 300 mkw. w Widok Towers; umowa przednajmu Zarządu Transportu Miejskiego w Fabryce PZO na 9800 mkw.; odnowienie umowy Johnson & Johnson na 7500 mkw. w Wiśniowy Business Park; renegocjacja umowy na 7500 mkw. przez Credit Suisse w Atrium 2, oraz przednajem CMS w Varso Tower na 7000 mkw.

Warto zauważyć, że trwające procesy związane z redefinicją długofalowych strategii biurowych, wraz z rosnącym zainteresowaniem warszawskim rynkiem ze strony firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych, mogą w pozytywny sposób wpłynąć w kolejnych miesiącach na wolumen transakcji najmu, dodaje Mateusz Polkowski.

Mniej podnajmów, więcej flexów

Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL
Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL

W I-III kw. zauważalne było spowolnienie dynamiki wzrostu liczby ofert podnajmów w Warszawie. Obecnie na stołecznym rynku biurowym dostępne jest 119 000 mkw. powierzchni na podnajem. Możliwość wystąpienia kolejnej fali pandemii wpływa na decyzje firm związane z utrzymaniem hybrydowego modelu pracy. Dlatego też dużym zainteresowaniem szczególnie ze strony małych i średnich firm cieszą się elastyczne przestrzenie.

Zwiększająca się aktywność najemców na rynku tradycyjnym powoduje, że coraz więcej dużych firm tymczasowo korzysta z „flexów” w oczekiwaniu na docelowe biuro. Jako że dynamika wzrostu podaży powierzchni elastycznych w minionych miesiącach zdecydowanie spadła, średni poziom obłożenia wielu operatorów przekracza już 80%. Przekłada się to na względną stabilizację cen, a w konsekwencji najpewniej na ich podwyżki w najbliższych kwartałach, wyjaśnia Adam Lis, Doradca ds. Elastycznych Rozwiązań Biurowych, JLL.

Podaż – tylko 330 000 mkw. w budowie

W ciągu dziewięciu miesięcy 2021 r. warszawski rynek biurowy powiększył się o 290 200 mkw. w ramach 13 budynków. Te największe to m.in.: Warsaw Unit (59 300 mkw., Ghelamco Poland), Skyliner (44 700 mkw., Karimpol) oraz wieża Generation Park Y (44 000 mkw., Skanska Property Poland).

Do końca roku nie należy spodziewać się znacznego wzrostu nowej podaży powierzchni biurowych w Warszawie. Z kwartału na kwartał maleje liczba mkw. w budowie, w związku z niewielką aktywnością deweloperów w uruchamianiu projektów. W ciągu ostatnich miesięcy na terenie Warszawy rozpoczęła się budowa tylko jednej nowej inwestycji wieżowej – The Bridge, realizowanej przez Ghelamco Poland, wylicza Piotr Kamiński.

Pustostany i czynsze

Aktualna aktywność najemców, która nie wróciła w pełni do poziomów sprzed pandemii, w połączeniu z oddaniem do użytku kilku kolejnych inwestycji, przekłada się na najwyższy od października 2017 r. poziom pustostanów w warszawskich biurowcach. Na koniec września 2021 r. sięgnął on 12,5%, czyli o 2,9 p.p. więcej r-d-r. Widzimy stabilizację, ale na realnie odczuwalny spadek musimy jeszcze poczekać, komentuje Mateusz Polkowski.

W efekcie niskiej aktywności deweloperskiej i możliwej luki podażowej dopiero w 2023 r. można spodziewać się niższego współczynnika pustostanów. Szczególnie poza centrum miasta, gdzie firmy szukające biura w nowym budynku będą̨ miały bardzo ograniczoną możliwość wyboru.

W dalszym ciągu najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości biurowych kształtują się na poziomie od 18 do 24 euro za mkw. miesięcznie w szerokim centrum i do 16 euro poza nim. Stawki bazowe w budynkach typu „prime” powinny utrzymać się na podobnym poziomie. Natomiast zauważalne jest poszerzanie pakietów zachęt dla najemców, a w szczególności budżetu na fit-out.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że właściciele niektórych biurowców w budowie decydują się na zaoferowanie pierwszym najemcom znacznie korzystniejszych warunków co do stawek, zachęt, jak i innych elementów umowy, dodaje Mateusz Polkowski.

Rynek inwestycyjny – nie tylko centrum Warszawy

Marcin Sulewski, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych, JLL
Marcin Sulewski, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych, JLL

Sektor biurowy pozostaje jedną z głównych sił napędowych rynku inwestycyjnego w Polsce. W porównaniu jednak z latami ubiegłymi, aktywność inwestorów jest raczej umiarkowana.

Warszawski rynek biurowy dominuje w tym roku pod kątem aktywności inwestorów. Od początku roku na stołecznym rynku właścicieli zmieniły obiekty o wartości ponad 860 mln euro – to ok. 70% sfinalizowanych w tym roku transakcji biurowych w Polsce. Uwaga inwestorów skupiona jest na warszawskich projektach typu „prime”, które mają największe szanse na przyciągnięcie i utrzymanie najemców. W ostatnich miesiącach właścicieli zmieniło kilka z najbardziej prestiżowych biurowców, czego przykładem jest sprzedaż przez Echo Investment projektu Biur przy Warzelni do Deka Immobilien za 152,3 mln euro. Ale zainteresowanie inwestorów nie ogranicza się tylko do Centrum. Ostatni kwartał roku otworzył się sprzedażą mokotowskiego projektu Moje Miejsce I za ponad 47,3 mln euro, również przez Echo Investment. Na przełomie roku oczekujemy kolejnych transakcji poza ścisłym Centrum, co będzie dalszym potwierdzeniem atrakcyjności tego obszaru i płynności nieruchomości tam zlokalizowanych, mówi Marcin Sulewski, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych, JLL.

Na koniec września stopa kapitalizacji dla najlepszych obiektów w Warszawie była szacowana na poziomie 4,50%.

Branża targowa z listem do premiera: przez błędny Kod PKD firmy okołotargowe pozbawione pomocy

O interwencję w sprawie zmiany numeru kategorii PKD dla firm projektujących i budujących stoiska zwraca się do premiera Komitet Obrony Branży Targowej. Przedsiębiorstwa zajmujące się wznoszeniem targowych stoisk podlegają bowiem wciąż temu samemu numerowi PKD 73.11.Z, co i firmy reklamowe, a te całkiem dobrze radziły sobie podczas spowodowanego pandemią kryzysu. Przez taką, a do tego – jak się okazuje – błędną, klasyfikację PKD firmy projektujące i budujące stoiska pozostawały bardzo często bez rządowej pomocy z tzw. „tarcz”. Od niemal roku Komitet Obrony Branży Targowej pertraktuje w tej sprawie z odpowiedzialnym za klasyfikowanie branż w ramach PKD Głównym Urzędem Statystycznym. Jak dotąd – bez rezultatu.

Wywołany pandemią kryzys okazał się dla branży targowej druzgocący. Główną jego ofiarą padły przedsiębiorstwa „okołotargowe”, które m.in. zajmują się projektowaniem i budową stoisk czyli tak zwanych targowych powierzchni wystawienniczych. – Odwołanie imprez, dla których pracowaliśmy, było dla nas zabójczym ciosem. Gwoździem do trumny okazał się zaś w większości przypadków brak rządowej pomocy z tzw. „tarcz” – przypomina Paweł Montewka z Komitetu Obrony Branży Targowej i przyznaje, że rządowe wsparcie iść miało, i w wielu przypadkach poszło, do najbardziej poszkodowanych przez pandemię branż. Jednak ta, która pracuje dla targów i zajmuje się tworzeniem powierzchni wystawienniczych, pozostała bez takiego wsparcia. – Rząd najwyraźniej doszedł do wniosku, że można pominąć wszystkie firmy z kodem PKD 73.11.Z ze względu na to, że podlegające mu także firmy reklamowe, znajdowały się we względnie dobrej sytuacji – tłumaczy i dodaje, że przedsiębiorstwa budujące stoiska targowe spotkał zgoła odmienny los. – W wyniku spowodowanych pandemią Covid 19 lockdownów, zostały na blisko półtora roku unieruchomione, a przez to – faktycznie pozbawione możliwości otrzymywania pomocy z kilku edycji rządowych „Tarcz”. Kod PKD, który został nam kilkanaście lat temu przyporządkowany, to 73.11.Z. W tej samej kategorii znalazły się też firmy reklamowe. Stało się tak wtedy na skutek pomyłki w tłumaczeniu – przeczytać można w wysłanym przez Komitet Obrony Branży Targowej do premiera piśmie. – Na etapie tworzenia listy kodów PKD dla poszczególnych sektorów, kilkanaście lat temu, stwierdzono, że skoro angielskie słowo „stand” oznacza zarówno targowe stoiska, jak i stojące w sklepach bannery reklamowe, to i firmy okołotargowe, i reklamowe, powinny podlegać temu samemu kodowi PKD – wyjaśnia Krzysztof Szofer z Komitetu Obrony Branży Targowej. – Przez lata dobrej koniunktury dla branży targowej pozostawało to poza naszą uwagą, a potrzebne było jedynie np. przy wypełnianiu urzędowych dokumentów. W czasie obecnego, pandemicznego, kryzysu firmy projektujące i budujące stoiska targowe (Kod PKD 73.11.Z) pomijane więc były przy większości „tarcz” – czytamy w piśmie Komitetu do premiera. O to, by firmy te mogły znaleźć się w innej kategorii, Komitet Obrony Branży Targowej wystąpił więc do Głównego Urzędu Statystycznego już blisko rok temu. – Cały czas czekamy na odpowiedź Urzędu w tej sprawie. W tym czasie wsparcie z kolejnych „tarcz” wysyłane jest do poszkodowanych przedsiębiorstw, a my jesteśmy pomijani – piszą sygnatariusze listu Komitetu do premiera i dodają, że na pytania, dlaczego tak długo trzeba czekać, GUS odpowiada, że prowadzi w tej sprawie działania w porozumieniu z jedną z podległych Komisji Europejskiej agend. Przedsiębiorcom „okołotargowym” zaczyna więc brakować cierpliwości, dlatego ci, zrzeszeni w Komitecie Branży Targowej, postanowili napisać o tym do premiera.

– Jako reprezentanci firm pracujących dla branżowych targów zwracamy się do Pana o interwencję w sprawie zmiany numeru kategorii PKD, której podlegamy – piszą.

Przyznają, że choć od już ponad miesięcy mogą działać, wiele z firm „targowych” boryka się z kłopotami wynikającymi z półtorarocznej, wymuszonej przez pandemię, przerwy. – Utrata płynności finansowej czy brak możliwości finansowania bieżącej działalności to najbardziej typowe problemy firm projektujących i budujących powierzchnie wystawiennicze – wymieniają w piśmie do szefa rządu, uzasadniając, że sporo z takich przedsiębiorstw po prostu zakończyło działalność lub przebranżowiło się, i to z ogromną, ale jeszcze słabo zauważalną, szkodą dla sektora targowego. – Mając na uwadze, że dla władz państwowych targi zawsze były głównym instrumentem promocji polskiej gospodarki, i w kraju, i na świecie, jesteśmy przekonani, że rząd, w dalszym ciągu, uważa tę formę promowania gospodarki za kluczową i z pewnością zależy mu na zachowaniu, w jak najlepszym stanie, całej infrastruktury targowej, tym bardziej, że przed pandemią odprowadzaliśmy do państwowej kasy 0,75 mld zł rocznie z podatków, zatrudniając 100 tysięcy osób – informuje Komitet Obrony Branży Targowej, zwracając się do premiera raz jeszcze o pomoc przy przyśpieszeniu prac nad nową kategoryzacją tej targowej „pod branży”, aby mogła ona skorzystać z rządowego wsparcia, o ile w ogóle się ono jeszcze pojawi, i jak najszybciej wyjść po pandemii na prostą. – Przede wszystkim jednak, trzeba wyraźnie oddzielić dziś reprezentowany przez nas segment firm od dobrze radzącej sobie mimo pandemii branży reklamowej, aby uniknąć zafałszowania statystyk. Do tego potrzebne jest zatem przyporządkowanie nas innemu niż dotychczas kodowi PKD – tłumaczą przedsiębiorcy „okołotargowi” w skierowanym do premiera piśmie.

Nadziei upatrują także w przygotowanej w senacie kilka miesięcy temu ustawie odszkodowawczej, na mocy której przedsiębiorcy z poszkodowanych najbardziej branż liczyć by mogli na rządowe wsparcie w wysokości 70 procent wartości tego, co z powodu poniesionych strat im się należy. Na razie jednak sejm zajmuje się innymi sprawami, a projektu ustawy odszkodowawczej na próżno szukać w programie prac Izby Poselskiej.

Widmo kolejnej fali nie budzi już takich obaw w polskich przedsiębiorcach. Wskaźnik nastrojów MŚP stabilizuje się

Po niemal roku systematycznego poprawiania się nastrojów w sektorze MŚP, odczyt Barometru EFL na IV kwartał br. wskazuje na nieznaczny spadek optymizmu. Główny indeks wyniósł 50,3 pkt. i jest 3,2 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. W szczególności zdecydowanie zmniejszyła się grupa przedsiębiorców prognozujących większą sprzedaż – z 47% w III kwartale br. do 26% w IV kwartale br. Eksperci EFL zwracają uwagę, że obecny spadek jest typowy dla ostatniego pomiaru w roku i może świadczyć, że sytuacja mikro, małych i średnich firm wraca do normy.

– Kryzys ma to do siebie, że trudno cokolwiek przewidzieć. Tak było z pomiarami naszego Barometru realizowanymi w miesiącach pandemicznych. Trudno było doszukiwać się trendów, podobnych zmian w analogicznych okresach kolejnych lat. Ostatni tegoroczny odczyt, mimo że czas pandemii nie minął, a nad nami ciąży widmo kolejnej fali COVID-19, jest typowym dla pomiaru na koniec roku. W historii naszego badania, które realizujemy już od 2015 roku, zawsze pomiędzy III a IV kwartałem wskaźnik spadał. Tak jest i tym razem. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale liczymy, że sytuacja powoli stabilizuje się, ewentualne ponowne „zamknięcie” nie budzi już takich obaw jak przy poprzednich falach, a przedsiębiorcy zaczynają ze spokojem i nowymi planami podchodzić do swoich biznesów – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Na granicy

Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Poziom 50,3 pkt. osiągnięty w IV kwartale 2021 roku nieznacznie przekroczył próg OR, co oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Jednak do „spadku” poniżej progu nie brakuje już wiele.

Niepewność rządzi nastrojami firm

Analizując dane z ostatnich czterech pomiarów widać, że w przypadku wszystkich czterech wskaźników (sprzedaż, inwestycje, płynność finansowa, finansowanie zewnętrzne) sytuacja przypomina tę z początku roku. Po okresowym wzroście optymizmu w III kwartale br. w przypadku sprzedaży i płynności finansowej znów zdecydowanie dominują odpowiedzi wskazujące na brak zmiany. Istotnie spadł odsetek przedsiębiorców liczących na większe zamówienia w końcówce roku – z 47% do 26%. Podobnie w przypadku oceny płynności finansowej – spadek z 42% do 24,5%.

Ponownie zagościła stagnacja w inwestycjach. Tylko 8% firm prognozuje ich wzrost, w III kwartale taką opinię wyraziło 7%, podczas gdy w II kwartale – 25%. Nieznacznie wzrósł odsetek firm przewidujących wzrost zapotrzebowania na finansowanie zewnętrzne (z 11% w III kwartale br. do 14% w IV kwartale br.).

Wielkość nabiera znaczenia

Po pomiarze z III kwartału, w którym wskaźniki dla przedsiębiorstw uwzględniające wielkość zatrudnienia, były bardzo zbliżone do siebie (firmy mikro, małe oraz średnie uzyskały wyniki oscylujące w okolicach 53 pkt.), w najnowszym pomiarze znowu powiększają się różnice pomiędzy poszczególnymi działami sektora MŚP. W IV kwartale optymizm przedsiębiorców rośnie wraz z liczbą zatrudnianych pracowników. W przypadku firm mikro Barometr EFL wyniósł jedynie 49,2 pkt, w małych firmach – 50,2 pkt, zaś w średnich 52,4 pkt. Niezależnie od wielkości podmiotu, w każdym przypadku został odnotowany spadek w ujęciu kwartalnym.

Istotne różnice pomiędzy podmiotami różnej wielkości widać w dwóch (na cztery) obszarach – w inwestycjach i finansowaniu zewnętrznym. Wśród najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników zaledwie 2% prognozuje więcej inwestować, w małych – 7,5%, a w średnich – 18,5%. Wraz z wielkością firmy spada natomiast zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. Jego wzrost przewiduje 18% mikro firm, 14% małych i 7,5% średnich.

Potencjał biznesowy Krakowa

Dynamiczny rozwój Krakowa i regionalnych rynków w ostatnim dziesięcioleciu jest spowodowany między innymi rozwojem branży nowoczesnych usług dla biznesu, która upodobała sobie region Europy Środkowo-Wschodniej, a w szczególności Polskę. Strategia rozwoju miasta sprzyja aranżowaniu współpracy najszerszego spektrum podmiotów, instytucji i środowisk na szczeblu miasta, gmin sąsiadujących oraz regionu. Polska Strefa Inwestycji jest jednym z wyznaczników atrakcyjności inwestycyjnej stolicy Małopolski.

Najnowsza, 3. edycja cyklu badań Antal, Cushman & Wakefield oraz Vastint – Business Environment Assessment Study, przedstawia ocenę środowiska biznesowego w Krakowie przez decydentów polskich firm. Pozwala ona spojrzeć na polski rynek z perspektywy biznesu i wskazać główne trendy w rozwoju ekonomicznym organizacji. W badaniu analizie poddano siedem czynników, które wpływają na atrakcyjność miast i zachęcają do inwestycji. Są to: infrastruktura, przestrzeń biurowa, wsparcie administracji publicznej, potencjał edukacyjny, potencjał zatrudnienia, potencjał biznesowy oraz ocena lokalizacji jako miejsca do życia. Projekt został objęty patronatem Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu oraz Pro Progressio.

Kraków stabilny mimo pandemii

Wśród respondentów badania Business Environment Assessment Study, którzy zadeklarowali inwestycje w rozwój geograficzny firmy, Kraków cieszy się wysokim zainteresowaniem. Średnia ocena miasta wynosi 6,7 punkta (spadek o 0,2 p w porównaniu do 2019 r.) w 10-stopniowej skali, co plasuje miasto na trzecim miejscu w rankingu (ex-equo z Katowicami). Najwyższe oceny otrzymały aspekty takie jak: ocena lokalizacji jako miejsca do życia (7,9 p), potencjał edukacyjny (7,7 p) oraz potencjał biznesowy (7,7 p).

Kraków to przede wszystkim silny ośrodek sektora nowoczesnych usług biznesowych czy start-upów. Notowana w ostatnich latach dynamika wzrostu to przede wszystkim zasługa firm działających w regionie, dzięki którym Małopolska otrzymała tytuł jedynego regionu w Polsce z wydatkami B+R powyżej 2% PKB. Bez dalszego rozwoju sektora przedsiębiorstw aktualny potencjał Krakowa i regionu może nie zostać wykorzystany w pełni, szczególnie w dobie pandemii COVID-19– mówi Agnieszka Pala, Manager, Centrum Business in Małopolska. KRAKÓW INWESTYCYJNĄ PERŁĄ MAŁOPOLSKI

Kraków to synonim miejsca atrakcyjnego do życia, dynamicznego rozwijania kariery zawodowej oraz prowadzenia biznesu. To miejsce zapewniające możliwości rozwoju napędzane potencjałem absolwentów najlepszych szkół wyższych, z dodatnim przyrostem naturalnym oraz bogatym zapleczem edukacyjnym i kulturalnym – tłumaczy Radosław Kostka, Acquisition Manager, Vastint.

Siła krakowskiej infrastruktury i nieruchomości

Kraków leży na skrzyżowaniu ważnych tras komunikacyjnych i jego korzystne położenie geograficzne sprzyja płynnej komunikacji. Transport lotniczy jest w tym obszarze wskaźnikiem o największej wartości, wynoszącym aż 7,5 p w dziesięciostopniowej skali w 2021 roku. Port Lotniczy im. Jana Pawła II w Krakowie – Balicach, drugi pod względem wielkości w kraju zapewnia bezpośrednie połączenia krajowe oraz międzynarodowe z wieloma miastami Europy i innych kontynentów. Wartością dodaną dla krakowskiego potencjału inwestycyjnego jest również wysoka dostępność powierzchni biurowej – 157 000 m2 w budowie. Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w stolicy województwa małopolskiego wynoszą obecnie 1 554 900 m2. Ocena infrastruktury plasuje się na poziomie 6,5 p a ocena dostępności powierzchni biurowej na 6,8 p w dziesięciostopniowej skali w 2021 r.

Kraków ma bardzo wydajną i efektywną komunikację miejską oraz nowoczesne międzynarodowe lotnisko, które w latach 2018-2019 obsłużyło ponad 8 mln pasażerów rocznie. Miasto jest także dobrze skomunikowane drogowo oraz kolejowo z resztą Polski. Atutem Krakowa jest niewątpliwie jego położenie w sąsiedztwie autostrady A4, dzięki czemu jest też rozpoznawalnym ośrodkiem logistycznym – komentuje Dariusz Madej, Senior Negotiator, Office Department, Cushman & Wakefield. Natomiast krakowski rynek biurowy postrzegany jest jako topowa lokalizacja dla firm świadczących usługi dla biznesu, które chcą rozwijać się w sektorze nowoczesnych technologii czy R&D. Motorem napędowym rynku biurowego jest popyt z sektora usług SSC/BPO, głównie w segmencie Business Services oraz IT, ale również R&D, call i service center – dodaje ekspert.

Rosnący potencjał edukacyjny

Dwadzieścia trzy uczelnie wyższe, a wśród nich jeden z najstarszych uniwersytetów, gwarantują bogate zaplecze kompetencyjne. Kraków liczy sobie ponad 129 tys. studentów. Najwięcej z nich specjalizuje się w obszarze inżynieryjnym (32,9 tys.), potem w obszarze finansowym (17,7 tys.) a następnie w IT (9 tys.). Potencjał edukacyjny został oceniony na 7,9 p w dziesięciostopniowej skali.studenci w krakowie

Pandemia zwiększyła w pewien sposób możliwości Krakowa poprzez angażowanie ludzi z regionu pracujących zdalnie. Obecna sytuacja nie wpłynęła znacząco na rozwój współpracy pomiędzy uczelniami biznesem i miastem. W dalszym ciągu branża IT przyciąga ludzi z całej Europy. Perła Małopolski nieustannie przyciąga inwestorów. Przykładem jest nowa inwestycja z branży Fintech. Firma wywodząca się z Austrii będzie szukać 300 pracowników. Obecni gracze też nie zwalniają tempa wzrostu, co gwarantuje także rozwój potencjału edukacyjnego, szczególnie w obszarach nowych technologii – wyjaśnia Sebastian Wysocki, Branch Manager, Engineering & Operations Antal.

Rozwój krakowskiego rynku pracy

Mocną stroną Krakowa są kadry o kompetencjach lingwistycznych, a także obecność kadry z obszaru administracji i HR. Równie wysokie wskaźniki oceny dostępności kadry zostały zanotowane wśród pracowników o kompetencjach z zakresu IT oraz wśród kadry o kompetencjach z zakresu inżynierii. Z perspektywy potencjału zatrudnienia, otwartość na kandydatów zlokalizowanych w innych miastach przyniosła Krakowowi korzyści.zatrudnienie w krakowie

Bez wątpienia Kraków pod względem potencjału zawodowego jest wciąż jedną z bardziej obiecujących lokalizacji. W związku z trwającą pandemią przedsiębiorcy działający w Krakowie stanęli w obliczu nowej rzeczywistości, jaką jest praca zdalna. Chodzi nie tylko o pracę zdalną aktualnych pracowników, ale także tych, którzy w niedługiej perspektywie mieli dołączyć do organizacji. Część krakowskich firm w bardzo dużym stopniu otworzyła się na całkowitą lub częściową pracę z domu. To spowodowało, że potencjał zatrudniania specjalistów IT w Krakowie wzrósł. Kandydaci z innych miast, którzy do tej pory nie rozważali Krakowa na swoich mapach zawodowych, zaczęli uczestniczyć w rekrutacjach, a firmy, które wcześniej nie brały pod uwagę osób dojeżdżających z daleka, zapraszały takich kandydatów do procesów rekrutacyjnych – komentuje Karolina Giza, Team Leader, Antal IT Services.

O badaniu 

Badanie „Business Environment Assessment Study” zostało zrealizowane metodą CAWI wśród szefów 809 firm w Polsce w IV kwartale 2020 r. Cykl raportów dedykowanych głównym ośrodkom miejskim w Polsce ma na celu opis rzeczywistości biznesowej, w jakiej funkcjonują firmy. Materiał pozwala spojrzeć na polski rynek z perspektywy biznesu i wskazać główne trendy w rozwoju ekonomicznym przedsiębiorstw. Raport przygotowywany co roku, zawiera informacje dotyczące poziomu wynagrodzeń specjalistów i menedżerów na polskim rynku. Pełny raport dostępny jest na stronie: www.investmentpotential.pl  

Jaką formę zatrudnienia najczęściej wybierają Polacy?

Warszawa, 20 października  – Aż 88 proc. Polaków twierdzi, że wybrałoby pracę na etat zamiast kontraktu – wynika z raportu „People at Work 2021: A Global Workforce view” firmy ADP. W porównaniu do poprzedniego roku jest to wzrost o 9 p.p. Co ciekawe, najchętniej na pracę w oparciu o kontrakt zdecydowaliby się najstarsi pracownicy, powyżej 55. roku życia (20 proc.), natomiast pracę na etacie wybrałyby najczęściej kobiety – 90 proc.

Na podstawie raportu „People at Work 2021: A Global Workforce View”, który objął 32 tys. pracowników z 17 krajów, w tym Polski, można stwierdzić, że Polacy chętniej decydują się na tradycyjną formę zatrudnienia. Ponad połowa przebadanych (53 proc.) uważa jednak, że pandemia nie miała wpływu na ich stosunek do preferowanej formy zatrudnienia, choć co trzeci badany (33 proc.) przyznaje, że wzrosło u niego zainteresowanie możliwościami, które otwiera praca kontraktowa. Istotnymi czynnikami, które wpływają na nastawienie Polaków do pracy na kontrakcie są: szansa na uzyskanie benefitów (31 proc.), otworzenie się na nowe możliwości (29 proc.), a także nauka nowych umiejętności (21 proc.).

Różnice pokoleniowe

W wyborze pracy na etat przodują osoby w wieku od 25 do 34 lat. Tylko 9 proc. milenialsów deklaruje, że praca kontraktowa jest dla nich korzystniejsza. 87 proc. pracowników z dwóch grup wiekowych (od 35-44 oraz 45-54), preferuje pracę na etacie (po 87 proc.). Natomiast pokolenie Z dużo odważniej podchodzi do pracy w ramach kontraktu – 17 proc. z nich opowiada się za elastyczną formą zatrudnienia. Największymi zwolennikami umów krótkoterminowych są badani z grupy powyżej 55 lat. Jeden na pięciu starszych pracowników wybrałby pracę w tej formule.

Preferowana forma zatrudnienia jest silnie skorelowana z wiekiem pracownika. Dla osoby, która rozpoczyna swoją karierę zawodową, a do tego jest na etapie zakładania rodziny, poczucie bezpieczeństwa i komfortu będą kluczowymi wartościami. Dlatego też częściej zdecyduje się na pracodawcę oferującego zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska. – Warto dodać, że u osób starszych dużo silniejsza może być potrzeba autonomii. Oni już osiągnęli stan dobrostanu i mają wiedzę, jak pracować w formie B2B, dlatego też chętniej pracują na kontrakcie. Najmłodsi pracownicy również są skłonni wybrać tę formę zatrudnienia, jednak w ich przypadku powody są znacznie inne. To właśnie przedstawiciele pokolenia Z najbardziej ucierpieli w wyniku pandemii COVID-19, dlatego też są bardziej skłonni do podejmowania ryzyka i dostosowania się do wymagań pracodawców – dodaje Anna Barbachowska.

Płeć ma znaczenie w wyborze formy zatrudnienia

90 proc. kobiet woli pracę na etat i jest to o 5 p.p. więcej niż w przypadku mężczyzn. Jeżeli pod uwagę weźmiemy rodziców to ta różnica jest podobna – 93 proc. matek oraz 88 proc. ojców wybrałoby pracę w pełnym wymiarze. Umowy krótkoterminowe wybierają chętniej kobiety bezdzietne (84 proc.).

  Poczucie bezpieczeństwa, które idzie w parze z etatem, jest najważniejszym czynnikiem branym przez uwagę przy wyborze pracodawcy. W świadomości wielu osób ich interesy w relacji z firmą skutecznie zabezpiecza Kodeks pracy. Kwestia regulacji prawa do urlopu czy dni na opiekę nad dziećmi są poruszane jeszcze częściej niż kiedyś ze względu na niedawne doświadczenia związane z pandemią COVID-19. Szczególnie matki musiały skutecznie godzić pracę zawodową z obowiązkami domowymi i opieką nad dziećmi tłumaczy Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Drogie mieszkania czy niskie płace? Tak wypada Polska na tle Europy

Dynamiczny wzrost cen na polskim rynku nieruchomości od dłuższego czasu wzbudza nad Wisłą spore poruszenie. Podobnie jest w przypadku średnich zarobków Polaków. Z danych serwisu z nieruchomościami tabelaofert.pl wynika, że na popularne mieszkanie o powierzchni 60 mkw. statystyczny poznaniak mógłby sobie pozwolić, gromadząc około dziewięciu rocznych pensji, tymczasem warszawiak musiałby przeznaczyć na ten cel prawie 12 rocznych wynagrodzeń. Jak wypadamy w tym zestawieniu na tle innych europejskich państw?

Poziom cenowy mieszkań na rynku pierwotnym w największych miastach w Polsce w relacji do średniego wynagrodzenia brutto i netto w danym mieście (styczeń-czerwiec 2021 r.)

Miasto Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw okresie styczeń-czerwiec 2021 r.*
[PLN]
Przeciętne miesięczne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw w okresie styczeń-czerwiec 2021 r.**
[PLN]
Średnia cena ofertowa mieszkań pozostających w ofercie na koniec czerwca 2021 r.
[PLN/mkw.]
ile mkw. mieszkania można kupić w danym mieście za średnie miesięczne wynagrodzenie netto
[mkw.]
ile mkw. mieszkania można kupić w danym mieście za średnie roczne wynagrodzenie netto
[mkw.]
Łódź 5 459 3 937 7 426 0,53 6,36
Wrocław 6 210 4 468 10 081 0,44 5,32
Poznań 6 345 4 562 8 378 0,54 6,53
Kraków 7 011 5 033 10 807 0,47 5,59
Gdańsk 7 029 5 044 10 726 0,47 5,64
Warszawa 7 118 5 108 12 184 0,42 5,03

* wynagrodzenie zawierające podatek dochodowy od osób fizycznych i składki ZUS
** wynagrodzenie po potrąceniu obciążeń (składki na ubezpieczenie społeczne, podatek dochodowy od osób fizycznych, składki na ubezpieczenie zdrowotne), bez uczestnictwa w PPK

Źródło: REDNET Consulting, na podstawie danych pochodzących z serwisu www.tabelaofert.pl oraz GUS

Mimo że w Warszawie odnotowuje się najwyższe przeciętne roczne wynagrodzenie w porównaniu do innych polskich miast, to statystyczny warszawiak może kupić za nie najmniej metrów kwadratowych mieszkania – 5,03 mkw. Kolejny pod tym względem wśród polskich miast jest Wrocław, gdzie za przeciętne roczne wynagrodzenie netto można nabyć 5,32 mkw. nieruchomości z rynku pierwotnego.

Najlepszy stosunek przeciętnego rocznego wynagrodzenia netto do średniej ceny ofertowej mieszkań pozostających w zestawieniu serwisu na koniec czerwca 2021 r. analitycy tabelaofert.pl zaobserwowali w Poznaniu oraz Łodzi, w których można zakupić najwięcej metrów kwadratowych mieszkania – odpowiednio 6,53 mkw. i 6,36 mkw. W Poznaniu w ciągu roku można nabyć równo 1,5 mkw. nieruchomości więcej niż w Warszawie.

W Polsce ceny mieszkań wciąż rosną

Jak wynika z danych tabelaofert.pl, w ostatnich kwartałach średnie ceny mieszkań w największych polskich miastach cechuje tendencja wzrostowa. Najwyższe stawki ofertowe na koniec czerwca 2021 r. serwis z nieruchomościami odnotował w Warszawie (12 184 PLN/mkw.), Krakowie (10 807 PLN/mkw.) i Gdańsku (10 726 PLN/mkw.), natomiast najniższe w Łodzi (7 426 PLN/mkw.) oraz Poznaniu (8 378 PLN/mkw.).

– Punktem zwrotnym na rynku polskich nieruchomości był pierwszy kwartał 2013 roku. Od tamtego momentu obserwujemy już tylko trend wzrostowy. Zwiększenie cen mieszkań z rynku pierwotnego w ostatnich latach spowodowane jest m.in. zwyżką kosztów wykonawstwa i materiałów, wysokim popytem na mieszkania, wprowadzaniem do oferty przez deweloperów większej liczby lokali w wyższym standardzie oraz drożejącymi gruntami pod inwestycje mieszkaniowe. Rekordowo niskie oprocentowanie lokat skłania także inwestorów do poszukiwania stosunkowo bezpiecznych i dających wyższy zwrot przedsięwzięć na lokalnym rynku. Zakup mieszkań, np. pod wynajem, zaspokaja tę potrzebę – mówi Maciej Dymkowski, prezes zarządzający tabelaofert.pl.

Zwyżki cen nieruchomości to zjawisko utrzymujące się w ostatnich latach nie tylko w Polsce. Jak wylicza Eurostat, między 2010 r., a pierwszym kwartałem 2021 r. w całej Unii Europejskiej ceny mieszkań wzrosły średnio prawie o jedną trzecią. Co więcej, w wielu krajach wspólnoty postępują one znacznie szybciej niż nad Wisłą, m.in. w Estonii (+126%) oraz na Łotwie (+86%). Na przestrzeni 11 lat ceny mieszkań w Polsce wzrosły o około 33%.

Wśród polskich miast najdroższa w dalszym ciągu jest stolica. Czy jednak w porównaniu z innymi europejskimi metropoliami mieszkania nad Wisłą są faktycznie drogie?

Jak wypadamy na tle innych europejskich państw?

Z badania Eurostatu za 2020 r. dotyczącego średnich rocznych zarobków netto w krajach Unii Europejskiej wynika, że Polska plasuje się na 24. miejscu, czyli szóstym od końca, z wynikiem ok. 10 404 euro. Wśród krajów badanych przez Eurostat najgorzej pod względem zarobków wypadła Bułgaria, gdzie średnia roczna pensja wyniosła 6 385 euro. Węgrzy i Słowacy zarabiają nieco lepiej, lecz nadal mniej niż Polacy, a ich roczne zarobki wynoszą kolejno – 9488 euro oraz 10 098 euro. Polaków wyprzedzili m.in. południowi sąsiedzi – Czesi – którzy zarabiają rocznie 11 420 euro. Z kolei u naszych zachodnich sąsiadów przeciętne wynagrodzenie jest już o wiele wyższe – obywatele Niemiec inkasują rocznie średnio 31 830 euro.

Jak pokazuje raport Deloitte z 2020 r., w przypadku Berlina, gdzie ceny nieruchomości należą do jednych z najwyższych w Europie, w ubiegłym roku za metr kwadratowy mieszkania trzeba było zapłacić blisko 6 200 euro. Niemcy na 60-metrowe mieszkanie w stolicy swojego kraju musieliby zatem przeznaczyć pensje z blisko 11,6 lat. W przypadku naszych południowych sąsiadów – Czechów – stawki są nieco niższe. Za metr kwadratowy nieruchomości w Pradze Czesi płacą ok. 3 624 euro, co przy ich średnich rocznych zarobkach daje ponad 19 lat, żeby zarobić na podobnej wielkości nieruchomość. W Bratysławie, w której ceny mieszkań wydają się być najbardziej zbliżone do tych z rynku warszawskiego, za metr kwadratowy nowego „M” należy zapłacić ok. 2805 euro. Przy średnich wynagrodzeniach Słowacy muszą liczyć się z wydaniem na 60-metrowe mieszkanie równowartości 16,6 rocznych pensji.

– Ubiegły rok okazał się czasem wzrostu cen transakcyjnych nowych lokali praktycznie w całej Europie. Co ciekawe, warszawskie mieszkania na tle innych europejskich stolic nie są aż tak drogie, jak mogłoby się wydawać. W wielu krajach, szczególnie w Europie Zachodniej, cena za metr kwadratowy mieszkania jest znacznie wyższa niż w Polsce. Oczywiście to zarobki stanowią ważny aspekt w postrzeganiu cen, choć ich wysokość nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na rynek nieruchomości. Stawki są zależne m.in. od dostępności i oprocentowania kredytów, demografii czy liczby nowo wybudowanych inwestycji – wyjaśnia Katarzyna Tworska, dyrektor zarządzająca redNet 24, firmy specjalizującej się w sprzedaży mieszkań deweloperskich.

FPP: Prezesie Kaczyński, przedsiębiorcy to NIE cwaniacy!

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) apeluje do Prezesa Kaczyńskiego, aby nie sugerować, że przedsiębiorcy to cwaniacy. Bo to nie cwaniacy, a właśnie przedsiębiorcy stracą najwięcej na zmianach zapisanych w Polskim Ładzie – aż o 12 mld zł rocznie zwiększą się ich łączne obciążenia. Takie uproszczenia językowe są nieprawdziwe i szkodzą polskiej gospodarce. Sektor przedsiębiorstw tworzy ok. 1,7 biliona złotych PKB oraz 12,5 mln miejsc pracy w Polsce. Przedsiębiorcy w ogromnej mierze przyczyniają się do tworzenia dochodów budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego, finansując usługi publiczne i programy społeczne rządu. Można szacować, że tylko w 2021 r. przedsiębiorcy bezpośrednio zapłacą prawie 65 mld zł w CIT, 40 mld zł w PIT, 71 mld zł w składkach finansowanych po stronie pracodawcy oraz ponad 14 mld zł w różnych podatkach sektorowych – w sumie ok. 190 mld zł.

To na przedsiębiorcach jest też oparty system poboru podatków pośrednich od konsumpcji – VAT i akcyzy – które przyniosą w tym roku budżetowi kolejne 290 mld zł, jak również to na nich spoczywa obowiązek odprowadzania zaliczek na podatek dochodowy i składek ubezpieczeniowych pracowników. Przedsiębiorcy mają również ogromny pośredni wkład w generowanie dochodów sektora finansów publicznych, poprzez tworzone miejsca pracy, popyt rynkowy i inwestycje.

Przedsiębiorcy również w ogromnej mierze odpowiadają za inwestycje, które są główną siłą napędową stabilnego wzrostu gospodarczego. W 2019 r. sektor przedsiębiorstw przeznaczył na inwestycje ok. 249 mld zł. Dla porównania inwestycje publiczne w tym samym czasie wyniosły niewiele ponad 98 mld zł.

„Wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego dzieląca przedsiębiorców na tych uczciwych i tych „żyjących z cwaniactwa” jest zarówno niebezpieczna, jaki i krzywdząca wobec setek tysięcy małych i średnich polskich przedsiębiorców. Jest również krzywdząca wobec przedsiębiorców zagranicznych, którzy zainwestowali w naszym kraju i stworzyli setki tysięcy miejsc pracy. Wypowiadając te słowa Prezes Kaczyński wykazał się wielką nieodpowiedzialnością – ponieważ nie definiując rzekomego „cwaniactwa” wprowadza przeświadczenie, jakoby tych przedsiębiorców były tysiące. Krzywdzi również takim podejściem tysiące ciężko pracujących pracowników administracji skarbowej, ubezpieczeń społecznych i inspekcji pracy – bo jak mała jest ich skuteczność, skoro trzeba uciekać się aż do zmiany ustawy żeby rozprawić się z tzw. przez Pana Prezesa „cwaniakami”. Czas skończyć z tym chocholim tańcem i zacząć wsłuchiwać się w postulaty, chociażby partnerów społecznych. Federacja Przedsiębiorców Polskich wspólnie z Niezależnym Związkiem Zawodowym „Solidarność” już dwa lata temu postulowała likwidację tzw. umów śmieciowych przez pełne oskładkowanie umów zleceń. Do tej pory Rząd jednak nie zdecydował się przeprowadzić reformy, której celem było zabezpieczenie choćby minimalnej emerytury najmniej zarabiającym. Zamiast tego stanowiąc nieszczelne prawo w ramach Polskiego Ładu otwiera kolejną furtkę omijania umowy o pracę, jaką jest samozatrudnienie – jednocześnie przedstawiając projekt dający możliwość Państwowej Inspekcji Pracy dokonywania z urzędu przekwalifikowania umowy zlecenia na umowę o pracę. Polscy przedsiębiorcy to mądrzy, zaradni i uczciwi ludzie i zamiast nazywać ich „cwaniakami” należy tworzyć takie prawo, które będzie uczciwe dla wszystkich uczestników rynku, transparentne i łatwe w stosowaniu. Wówczas przedsiębiorcy będą mogli się zająć spokojnym rozwojem swoich firm, urzędy kontrolne będą miały mniej pracy, a państwo zwiększone wpływy do budżetu. Obrażanie na pewno nie rozwiąże tych problemów” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Deloitte: Polacy częściej niż przed wakacjami boją się powrotu do biur i odwiedzin w restauracjach

Obserwowane w ostatnim czasie problemy z dostępnością nowych pojazdów oraz nienajlepsze nastroje wśród polskich konsumentów nie pomagają im w podjęciu decyzji w sprawie kupna samochodu. Niemal połowa ankietowanych w ogóle nie ma takich planów, a prawie jedna trzecia nie ma zdania na ten temat. Jak wynika z najnowszej edycji raportu Global State of the Consumer Tracker opracowanego przez firmę doradczą Deloitte, odsetek osób deklarujących, że czują się bezpiecznie podczas robienia zakupów spadł o 12 p.p. względem końca czerwca, a jeszcze bardziej, bo o 13 p.p., wzrosły obawy związane z powrotem do biura.

Badanie „Global State of the Consumer Tracker” zostało zapoczątkowane przez Deloitte, gdy społeczeństwo i gospodarka musiały mierzyć się z konsekwencjami wybuchu pandemii Covid-19. Ponad półtora roku później badanie pozostaje miernikiem nastrojów oraz sposobu funkcjonowania konsumentów na świecie i w Polsce w warunkach zmienionych przez koronawirusa, ale także w obliczu potencjalnych zagrożeń związanych z możliwą czwartą falą zakażeń.

Po okresie względnego uspokojenia, a często nawet poprawy nastrojów ankietowani w niektórych obszarach ponownie wyrażają obawy dotyczące własnego bezpieczeństwa. Odwrócenie trendu jest bardzo wyraźne w przypadku deklaracji dotyczących tradycyjnego sposobu robienia zakupów. Odsetek osób czujących się bezpiecznie podczas wizyty w sklepie stacjonarnym spadł z 74 proc. do 62 proc. To wszystko przekłada się na nasze wybory konsumenckie – mówi Michał Tokarski, partner zarządzający działem doradztwa finansowego Deloitte w Polsce, lider Consumer Industry w Deloitte.

23. edycja badania, przeprowadzona pod koniec września br. w 22 państwach, pokazuje, że nieznacznie zmalały też wskazania dotyczące podróżowania samolotem (z 40 do 39 proc.) oraz korzystania z indywidualnych usług, takich jak kosmetyczka, fryzjer czy dentysta (z 62 do 60 proc.).

W przypadku pozostałych badanych aktywności, o ile w czerwcu ankietowani często i wyraźnie mówili o rosnącym poczuciu bezpieczeństwa, teraz widać, że dynamika tej pozytywnej zmiany zdecydowanie zwolniła. Z hoteli boi się obecnie korzystać 44 proc. badanych, a wizyta w restauracji niepokoi 38 proc. – w obu przypadkach jest to wskazanie niższe zaledwie o 1 p.p. Wyjątkiem pozostaje uczestnictwo w wydarzeniach masowych, takich jak koncerty, imprezy sportowe, wizyty w kinach i teatrach, które jako bezpieczne określa 51 proc. ankietowanych i jest to wzrost z 45 proc. deklarowanych w czerwcu br.

Podróże i praca w cieniu ograniczeń i przyzwyczajeń

Trudne doświadczenia dotyczące ograniczonych możliwości podróżowania spowodowały, że ankietowani we wrześniu na następny urlop najchętniej wybraliby destynację niezbyt odległą od domu (40 proc.) lub też taką, gdzie wyjazd można zaplanować w ostatniej chwili (39 proc.). Zdaniem ekspertów Deloitte ciekawe jest, że niemal tyle samo wskazań zebrały dwie, całkiem wydawałoby się przeciwne, postawy. Z jednej strony 28 proc. chce wybrać miejsce, gdzie nie sprawdza się stanu zdrowia odwiedzających, z drugiej, 30 proc. poszukuje lokalizacji umożliwiającej zachowanie dystansu społecznego od nieznajomych.

W nadchodzących trzech miesiącach wyraźna większość ankietowanych przewiduje też konieczność odbycia podróży służbowej – tak deklaruje 56 proc. Polaków, a przeciwnego zdania jest 35 proc. W jednej piątej przypadków powodem wyjazdu jest konieczność bezpośredniego spotkania z klientem, a dla 18 proc. pytanych – uczestnictwo w konferencji, wystawie lub targach. Wśród osób, które nie przewidują delegacji, jedna czwarta jako powód podaje możliwość skorzystania z rozwiązań technicznych pozwalających na zdalny kontakt, bądź udział w jakimś wydarzeniu, a 20 proc. wskazuje na obowiązujące zawieszenie takich wyjazdów przez ich firmy.

W Polsce coraz powszechniejsze powroty do pracy w tradycyjnym, stacjonarnym modelu spowodowały najbardziej widoczny wzrost zaniepokojenia. Pod koniec czerwca 69 proc. ankietowanych nie miało obaw co do tego. Teraz nie martwi się tym już tylko 56 proc. To nadal ponad połowa badanych, ale zmiana na niekorzyść jest tu bardzo zauważalna.

Przy założeniu przychylnego nastawienia pracodawcy do pracy zdalnej, tylko z takiej formy wykonywania obowiązków służbowych chciałoby korzystać 30 proc. Polaków, a jedynie co dziesiąty odpowiedział, że w ogóle mu to nie odpowiada. Drugie najpopularniejsze wskazanie (19 proc.) to model hybrydowy, gdzie praca z domu zajmowałaby trzy dni w tygodniu.

Jak wynika z badania, w ostatnim czasie dwukrotnie spadł odsetek Polaków twierdzących, że w praktyce w ogóle nie pracują z domu. Jeszcze w czerwcu tak mówiło 40 proc. ankietowanych, a we wrześniu już tylko 18 proc. Jedna piąta z domu pracuje cały roboczy tydzień.

Co ciekawe, 3 proc. pytanych wskazało, że pracuje z domu sześć dni w tygodniu, a 6 proc., że codziennie. Może to dowodzić, że nie tak dalekie od prawdy są opinie, że w związku z częstszym wykonywaniem obowiązków służbowych w domu, pewna grupa pracowników nie potrafi albo nie ma możliwości odcięcia się od nich nawet w dni wolne od pracy – mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce, Deloitte.

Niepewna kondycja finansowa konsumentów

Mimo chwilowego unormowania się sytuacji pandemicznej, kondycja domowych budżetów jest bardzo niestabilna. Świadczy o tym rosnący odsetek deklaracji ponoszenia przez gospodarstwa wydatków większych niż dochody. W czerwcu tak mówiło 17 proc. ankietowanych, a we wrześniu już 21 proc. Jednocześnie blisko co trzeci pytany martwi się o swoje oszczędności, a prawie połowa odkłada na późnej poważne zakupy – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Polsce, lider zarządzania ryzykiem oraz doradztwa regulacyjnego, Deloitte.

Na równowagę między uzyskiwanymi a wydawanymi środkami wskazuje obecnie 40 proc. odpowiedzi (wzrost o 3 p.p.). O 7 p.p. (z 46 do 39 proc.) spadł natomiast odsetek deklaracji większych wpływów.

Wyniki badania pokazują też, że prawie dwie trzecie ankietowanych martwi się o wysokość posiadanych oszczędności, a 53 proc. o skalę zadłużenia swojej karty kredytowej. Taka sama część (po 41 proc.) mówi natomiast o tym, że nie poradzi sobie z najbliższymi płatnościami lub że nie jest to dla nich problem. Na możliwość poprawy sytuacji finansowej w nadchodących 3 latach wskazuje 44 proc. odpowiedzi, a przeciwnie twierdzi co trzeci badany.

Zdaniem ekspertów Deloitte znamienne jest, że aż 81 proc. Polaków martwi się możliwością wzrostu w najbliższej przyszłości cen najczęściej kupowanych dóbr. Już teraz 79 proc. pytanych patrząc na wydatki domowych budżetów zauważa wyższe rachunki za produkty spożywcze i napoje. Nieznacznie mniej, 71 proc. mówi o większych kwotach zostawianych w restauracjach, 56 proc. wydaje więcej na ubrania i obuwie, a 54 proc. na alkohol i papierosy.

Zakupy nie tylko online

W wynikach wrześniowej fali badania nadal widoczna jest tendencja ograniczonego wykorzystania zdalnych kanałów zakupu niezbędnych towarów. Ankietowani najczęściej jako dobra, które w ciągu najbliższego miesiąca będą kupować wyłącznie w tradycyjnym modelu, w punktach sprzedaży, wymieniali artykuły spożywcze (72 proc.), leki (60 proc.) i domowe artykuły pierwszej potrzeby (55 proc.).

Badanie Deloitte pokazuje też, że Polacy nie wrócili do restauracji, a wręcz częściej boją się jeść na mieście. To w tej kategorii dało się zauważyć największy spadek deklaracji konsumpcji wyłącznie w lokalach – w czerwcu tak wskazywało 38 proc. pytanych, we wrześniu już tylko 28 proc.

– Wydaje się, że tak duży spadek zainteresowania wizytami w restauracjach można motywować niepewnością. W tym przypadku najwięcej, 21 proc. badanych wspominało, że połowę zamówień zamierzają składać online. Podobne preferencje występują podczas planowanych zakupów elektroniki – 20 proc. i ubrań – 19 proc. Te dwie kategorie to jednocześnie produkty, które Polacy najczęściej nabywają w pełni online – odpowiednio 13 proc. i 10 proc. wskazań – mówi Anita Bielańska, dyrektor w dziale konsultingu, liderka Consumer Industry w Deloitte.

Trudne decyzje ws. zakupu samochodu

We wrześniowym badaniu o 4 p.p. (do 73 proc.) względem czerwca spadł odsetek ankietowanych posiadających bądź leasingujących samochód. Jednocześnie zaledwie 7 proc. mówi, że codziennie korzysta z transportu zbiorowego. 17 proc. natomiast w ogóle nie jeździ komunikacją miejską i dokładnie taki sam odsetek wspomina, że w przyszłości zamierza częściej korzystać z samochodu, a 11 proc., że będzie to robić rzadziej.

Wśród ankietowanych w Polsce najpopularniejsze są samochody trzyletnie (15 proc.), a po 13 proc. porusza się pojazdami dwu-, cztero- i pięcioletnimi. Aż 8 proc. badanych mówi o autach dziesięcioletnich, a 6 proc. – o mających 15 lat lub więcej. Mimo to, wśród 22 proc. planujących nabycie samochodu, połowa bierze pod uwagę pojazd nowy, a co piąty – używany, ale prawie nowy, certyfikowany. 29 proc. wskazuje na pojazdy starsze. Generalnie ostatnie miesiące nie pomagają w podjęciu decyzji w sprawie kupna samochodu – prawie jedna trzecia pytanych nie ma zdania na ten temat, a 48 proc. w ogóle nie bierze takiego kroku pod uwagę.

W ostatnich miesiącach korzystanie ze środków masowej komunikacji nie było zbyt popularne – z jednej strony to efekt częstej pracy z domu, z drugiej – obaw o przebywanie wśród innych ludzi. Wielu Polakom sytuacja ekonomiczna nie pozwala jednak na zakup własnego pojazdu. A ewentualne plany w tym zakresie mogą im jednak dodatkowo mocno pokrzyżować narastające problemy z łańcuchami dostaw i wydłużający się czas oczekiwania na realizację zamówień – mówi Daniel Martyniuk, partner, lider doradztwa technologicznego, Deloitte.

O badaniu

Najnowsza fala badania została przeprowadzona pod koniec września 2021 r. Była to 23. edycja przeprowadzona globalnie i 17, w której wzięli udział konsumenci z Polski. W sumie eksperci Deloitte przebadali mieszkańców 22 krajów, oprócz Polski, byli to obywatele: Australii, Belgii, Kanady, Chile, Chin, Danii, Holandii, Hiszpanii, Francji, Niemiec, Indii, Irlandii, Japonii, Meksyku, RPA, Korei Południowej, Szwajcarii, Szwecji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych.

Rosnące koszty działalności wywołają kolejną lawinę restrukturyzacji

Skokowe podwyżki cen energii, drożejące paliwo i rosnąca inflacja – to kluczowe czynniki, które w opinii ekspertów PMR Restrukturyzacje wkrótce doprowadzą do niewypłacalności – w zależności od sytuacji pandemicznej – od 2 do 4 tysięcy przedsiębiorstw w Polsce. Wzrost kosztów działalności może sprawić, że liczba restrukturyzacji znów osiągnie rekordowy poziom, który już teraz jest najwyższy w historii.

Według firmy Coface, w trzech pierwszych kwartałach bieżącego roku ponad 1,8 tys. firm w Polsce dotknęła niewypłacalność, co było wynikiem o 131 proc. wyższym, niż w roku poprzedzającym. Na niechlubne statystyki złożyły się przede wszystkim pozasądowe uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu, które stanowiły 66 proc. wszystkich przypadków. Równolegle do rosnącej liczby restrukturyzacji, zmniejszyła się jednak liczba upadłości firm – od stycznia do września br. było ich o 27 proc. mniej niż przed rokiem.

Cieszyć może fakt, że firmy coraz częściej walczą o swój byt i zamiast upadać, decydują się na naprawę swojego biznesu. Liczba postępowań jest jednak przygniatająca i niewiele dziś wskazuje, by w najbliższym czasie tendencja wzrostowa miała się odwrócić. Czynnikiem, który w najbliższych miesiącach może doprowadzić kolejne firmy na skraj bankructwa są gwałtownie rosnące koszty pracy, które w bliskiej perspektywie najmocniej odczują małe i średnie firmy, często nie posiadające żadnego zaplecza finansowego twierdzi Małgorzata Anisimowicz, prezes zarządu PMR Restrukturyzacje i kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny.

Zdaniem Małgorzaty Anisimowicz, skalę zjawiska spotęgować może potencjalna decyzja o wprowadzeniu kolejnych obostrzeń gospodarczych, o których coraz częściej mówi się w kontekście rosnącej liczby potwierdzonych zachorowań na koronawirusa. – Coface w swoim ostatnim raporcie jasno wskazywał, że najliczniej reprezentowanym sektorem wśród niewypłacalnych firm były usługi, co wynikało z wielomiesięcznego zamknięcia branży HoReCa, szkoleniowej czy eventowej. Te branże nie mają już „marginesu” na kolejny lockdown i jeśli taki nastąpi, liczba firm które utracą płynność może sięgnąć nawet kilku tysięcy wskazuje Anisimowicz.

Jest drogo, a może być jeszcze drożej

Według danych Eurostatu w drugim kwartale br. Polska była jednym z krajów, w których koszty pracy rosły najszybciej w Unii Europejskiej. Podczas gdy godzinowe koszty pracy w strefie euro spadły o 0,1 proc. rdr, w Polsce wzrosły one aż o 7,9 proc. rdr. (w przemyśle o 7,1 proc., w budownictwie o 8,4 proc., zaś w usługach o 7,2 proc.).

Firmy w Polsce mierzą się dziś ze wzrostem wydatków niemal w każdej przestrzeni działalności. Jednym z nich są skokowo rosnące ceny energii. W ostatnich tygodniach kolejne firmy energetyczne zapowiedziały drastyczne podwyżki cen taryf – w przypadku głównych operatorów mogą one sięgnąć nawet rzędu 20-30 proc. dla pojedynczego gospodarstwa domowego. Pomimo tych wzrostów osoby fizyczne są jednak częściowo zabezpieczone – głównie dzięki instytucji Urzędu Regulacji Energetyki, określającej obowiązujące limity. Takiego komfortu nie mają przedsiębiorstwa, które mogą liczyć się z jeszcze większym wzrostem kosztów.

Podwyżki cen paliw uderzą po kieszeni wszystkich

W opinii ekspertów PMR Restrukturyzacje dużym obciążeniem dla firm stają się także rosnące ceny paliw. – Problemem jest w tym przypadku nie tyle koszt bezpośredni, co pośredni. Droższe paliwa przekładają się na droższe koszty dostaw, co z kolei skutkuje wyższymi wycenami usługi podwykonawców. Firmy działające w sieci dostaw, korzystające z szerokiej gałęzi usługodawców, bardzo szybko odczują to na swoim budżecie tłumaczy Małgorzata Anisimowicz. W opinii analityków firmy e-Petrol w najbliższych miesiącach nie powinniśmy spodziewać się spadków cen, a nie można wykluczyć, że czekają nas dalsze wzrosty. Tego samego zdania są analitycy Goldman Sachs, którzy zapowiadają, że do końca bieżącego roku cena ropy wzrośnie o kolejne 13 dolarów za baryłkę.

Od stycznia przyszłego roku czynnikiem potęgującym koszty pracy będzie także wzrost wysokości wynagrodzenia minimalnego, które będzie wynosić 3 010 zł – o 210 zł więcej niż dotychczas. Wraz z nowym rokiem zmieni się także minimalna stawka godzinowa, która urośnie do 19,70 zł brutto.  – To wszystko w połączeniu z rekordową inflacją, która zarówno w sierpniu, jak i we wrześniu br. przekroczyła 5 proc. w skali roku, stanowi dla firm w Polsce ogromne wyzwanie. Nawet przy utrzymaniu wysokiego popytu na konsumpcję, przedsiębiorcom trudno będzie zrekompensować ogromny wzrost kosztów. Szczególnego znaczenia w takim momencie nabiera rozsądne zarządzanie budżetem i reagowanie w porę, zanim firma utraci płynność finansową i popadnie w długi podkreśla Małgorzata Anisimowicz.

Szybka reakcja może uchronić firmy przed upadłością

W opinii Małgorzaty Anisimowicz dużym problemem wielu polskich przedsiębiorców wciąż pozostaje obawa przed podjęciem działań naprawczych i zwlekanie z decyzją do ostatniej chwili. – Gwałtowny wzrost liczby restrukturyzacji przy jednoczesnym spadku liczby upadłości wskazuje, że dojrzałość polskich przedsiębiorców z roku na rok jest coraz większa. Według naszych szacunków około 60 proc. firm wciąż nie podejmuje jednak działań naprawczych we właściwym czasie lub w ogóle nie decyduje się na restrukturyzację, która mogłaby uchronić je przed bankructwem. Przyczyną jest słaba znajomość  dostępnych narzędzi, ale równie często także poczucie wstydu i niechęć w przyznaniu się do biznesowej porażki. To niewłaściwe podejście i stereotyp, który warto obalić. Problemy finansowe firmy nie muszą bowiem świadczyć o złej strategii finansowej i braku umiejętności przedsiębiorcy, a bardzo często są od nich wręcz całkowicie niezależne. Dlatego tak ważne jest zwiększanie świadomości w tym aspekciemówi ekspert PMR Restrukturyzacje i dodaje, że sam wybór rodzaju postępowania zależy od stopnia kryzysu w firmie oraz szczegółowo określonej przez doradcę restrukturyzacyjnego architektury działania.

Największą „popularnością” wśród przedsiębiorców nie bez powodu cieszy się wspomniane na początku uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne, które obala mit, jakoby restrukturyzacja była procesem skomplikowanym, bardzo długim i uciążliwym dla przedsiębiorcy. Jej uproszczona wersja – wprowadzona w czerwcu 2020 roku wraz z tarczą antykryzysową 4.0 – toczy się niemal w całości poza sądem. Ponadto, przedsiębiorca samodzielnie wybiera doradcę restrukturyzacyjnego i podpisuje z nim umowę o sprawowanie nadzoru nad przebiegiem postępowania. Po zawarciu umowy, przedsiębiorca sam zamieszcza stosowne obwieszczenie w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, a dzień jego publikacji automatycznie staje się dniem otwarcia postępowania i to bez oczekiwania na decyzję sądu. Od tego momentu rozpoczyna również bieg czteromiesięcznego terminu na zawarcie układu z wierzycielami. – Nowa formuła realnie chroni majątek przedsiębiorstwa, ponieważ bezpośrednio po otwarciu postępowania zawieszeniu ulegają wszczęte wcześniej postępowania egzekucyjne. Chronione są również kluczowe dla przedsiębiorstwa umowy. Bez zgody nadzorcy układu niedopuszczalne jest np. wypowiedzenie umów najmu lub dzierżawy, leasingu, ubezpieczeń majątkowych, umów rachunku bankowego czy umów poręczeń. A to tylko początek listy zabezpieczeń, z których może skorzystać restrukturyzowany podmiot. W połączeniu z właściwie obraną strategią i przemyślanym planem naprawczym, przedsiębiorca uzyskuje silne fundamenty, by szybko uzdrowić swój biznes, spłacić wierzycieli i powróć na właściwe torypodsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Dane KAS: Zagraniczni podatnicy tylko w I półroczu br. wygenerowali blisko 2 mld złotych zaległości

Dane z KAS: Rosną zaległości zagranicznych podatników. Wzrost jest na poziomie dwucyfrowym.

Jak wynika z danych KAS, na koniec czerwca br. zaległości podmiotów zagranicznych wobec naszego Skarbu Państwa wyniosły przeszło 1,6 mld zł w przypadku organizacji oraz 307 mln zł dla osób fizycznych. W ciągu pół roku kwoty te zwiększyły się odpowiednio o 14% i 2%, a w porównaniu z końcówką 2019 roku – o ponad 27% i 3,6%. Tylko w pierwszej połowie br. organy egzekucyjne dokonały prawie 25% więcej czynności niż w całym ub.r. W wyniku ostatnio przeprowadzonych działań wyegzekwowano ponad 33,5 mln zł.

Z danych Krajowej Administracji Skarbowej wynika, że na koniec czerwca br. zaległości podmiotów zagranicznych oznaczonych jako organizacje wyniosły ponad 1,64 mld złotych. 6 miesięcy wcześniej było to 1,437 mld zł, a 31 grudnia 2019 roku – 1,288 mld zł. Natomiast w przypadku podmiotów zagranicznych będących osobami fizycznymi mówimy ostatnio o kwocie ponad 307 mln zł. W ciągu pół roku nastąpił skok z przeszło 300 mln zł, a od końca 2019 roku – z ponad 296 mln zł.

– Dane dotyczą należności pozostałych do zapłaty na koniec wybranego okresu. Są to zaległości wymagalne, jak również należności niewymagalne, tzn. te, których termin płatności jeszcze nie upłynął. Dane dotyczą zarówno niezapłaconych podatków powstałych w bieżącym roku, jak również zobowiązań z poprzednich lat – wyjaśnia Anita Wielanek, rzecznik prasowy Szefa KAS.

Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów, powyższe dane są zniekształcone przez czynniki niewystępujące w poprzednich okresach, tzn. wszystkie skutki lockdownów i ograniczeń. Zdaniem eksperta, w związku z tym należy ostrożnie wyciągać wnioski z lat 2020-2021. Natomiast porównanie z 2019 rokiem, a więc ostatnim okresem przedpandemicznym, pokazuje tendencję wzrostową zaległości. Szokującej zmian nie ma, ale jest ona istotna.

– Przyrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych w I półroczu 2021 roku jest związany ze wzrostem o 150 mln zł należności niewymagalnych, tj. tych, których termin płatności nie upłynął, głównie w podatku CIT. Są to w dużej mierze należności wynikające z deklaracji CIT-8. Termin złożenia deklaracji oraz zapłaty podatku z nich wynikających za 2020 rok został przedłużony do 30 czerwca 2021 roku – informuje rzecznik prasowy Szefa KAS.

Według prof. Modzelewskiego, niewiadomą jest to, na ile trudna sytuacja gospodarcza wpłynęła na wzrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych w I półroczu br. Na pewno część podatników ma zaległości, które są efektem pogorszenia się ich sytuacji w okresie pandemii. Ograniczenia sprawiły, że dobre firmy zaczęły notować górne wyniki finansowe. Z kolei inne przedsiębiorstwa np. zwiększyły sprzedaż wysyłkową i nagle stały się potentatami rynkowymi. Jednocześnie ekspert podkreśla, że długi mogły też wzrosnąć w sposób niezależny. Zdecydowanie spadła liczba kontroli i w związku z tym działanie organów też jest nieporównywalne.

– Wzrost niezapłaconych zobowiązań podatkowych na koniec czerwca 2021 roku był też związany ze zwiększeniem się tych, które zostały objęte ratami lub miały odroczony termin płatności. Do tego na koniec I półrocza znacząco urosły zaległości wynikające z wydanych decyzji określających wysokość podatku – dodaje Anita Wielanek.

Ponadto z danych KAS wynika, że w pierwszych sześciu miesiącach br. organy egzekucyjne dokonały ponad 71,6 tys. czynności, w wyniku których wyegzekwowano przeszło 33,5 mln zł. W całym 2020 roku było powyżej 57,3 tys. tego typu działań, a odzyskana kwota wyniosła 41,5 mln zł. Z kolei w 2019 roku odnotowano odpowiednio blisko 53 tys. czynności oraz 52,6 mln zł.

– Cieszy mnie fakt, że państwo ściąga więcej długów, ale popatrzmy, o jakich kwotach mówimy. To jest kilkadziesiąt milionów złotych w każdym z analizowanych okresów. Porównajmy to z całością zaległości i popatrzmy, jaki to jest procent. Państwa współczesne, w tym Polska, mają minimalną efektywność egzekucyjną swoich ujawnionych długów podatkowych – zaznacza były wiceminister finansów.

Jak podkreśla prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Pracodawców RP, przedsiębiorstwa sygnalizują znaczny przyrost opresyjności aparatu skarbowego. Symptomem tego jest ponad dwukrotny wzrost wszczynania postępowań w tym roku w porównaniu z rokiem ubiegłym. Tylko częściowo można to przypisać popandemicznemu przebudzeniu fiskusa. Zdaniem eksperta, główną przyczyną jest stosowanie nowych algorytmów wykrywających potencjalne nieprawidłowości, a także wszczynanie postępowań, aby zapobiec przedawnianiu możliwości dochodzenia potencjalnych roszczeń. Pracodawcy RP nie mają sygnałów, aby fiskus szczególnie uwziął na zagraniczne spółki, mimo iż dynamika wzrostu zobowiązań podatkowych tych podmiotów wyniosła prawie 10% w skali roku w okresie pandemii.

– Zawsze zdolność skutecznego uchylania się od zapłaty zobowiązania jest wyższa ze strony podmiotu zagranicznego niż krajowego. Dzieje się tak ze względu na ograniczone możliwości egzekucyjne wobec majątku tego, który jest za granicą. Ale współczesne państwo jest nieefektywne również w stosunku do tutejszych podmiotów. Nie obawiam się jednak wzrostu zadłużenia nieściągalnego w tym roku, a także w pierwszej połowie następnego. Mamy koniunkturę, której skutkiem są również podwyżki cen, co poprawia płynność podatników. Widać też większy popyt – podsumowuje prof. Witold Modzelewski.

Dla niektórych ulga, dla niektórych problem. Zakaz handlu w niedzielę uszczelniony

We wtorek Prezydent RP Andrzej Duda podpisał ustawę zaostrzającą zakaz handlu w niedzielę. Poważnie ograniczona została furtka na placówkę pocztową. Od połowy stycznia w niedzielę działać będą mogły tylko placówki, w których ponad 40% działalności stanowi biznes pocztowy. To fatalna wiadomość dla niemal wszystkich dyskontów, marketów i hipermarketów , które od połowy sierpnia, weekend po weekendzie otwierały kolejne sklepy.  – Od początku lipca do połowy października odebraliśmy ponad 100 wiadomości od pracowników dyskontów i sklepów wielkopowierzchniowych. Główny zarzut dla pracodawców dotyczył zmuszania do pracy w niedzielę, informowania o konieczności pracy w niedzielę w ostatniej chwili czy zbyt małej liczby pracowników na zmianach. Więcej skarg było w wakacje, gdy w miejscowościach turystycznych często na jednym sklepie było 2-3 pracowników na cały dzień – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

„Nie ma szans, by w kurorcie nadmorskim czy górskim dwie osoby dobrze obsłużyły klientów, rozpakowały towar i zadbały o porządek”

   Zakaz handlu w niedzielę to temat, który od lat budzi wielkie emocje w społeczeństwie. Klienci chcą robić zakupy, czego dowodem jest fakt, że kolejki w sklepach w niedzielę są tak samo duże jak w tygodniu. Dobra wiadomość dla detalistów, to zwykle zła wiadomość dla pracowników – musieli oni wrócić do pracy w niedzielę, często wbrew swojej woli. Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom odebrało ponad 100 skarg, wiadomości i pytań w tej sprawie.

– Pracodawca ma prawo zobowiązać pracownika do pracy w niedzielę. Wykorzystywanie furtki na placówkę pocztową właściwie wiązało nam ręce. Jeżeli pracownik nie chciał pracować w niedzielę, to tylko od dobrej woli kierownika zmiany zależało, czy znajdzie się w grafiku czy nie. Zdarzały się jednak sytuacje w których interweniowaliśmy. Uważam, że w złym stylu jest informować pracownika w piątek, że będzie pracować w niedzielę. Niektóre sieci również bardzo nieładnie zachowywały się komunikacyjnie. Najpierw ogłaszano zespołom, że praca w niedzielę będzie dobrowolna, a tydzień później dobrowolność stawała się przeszłością i pracownicy byli zmuszani do pracy pod groźbą kar dyscyplinarnych. Takich skarg odebraliśmy kilkanaście – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Największym problemem w przypadku handlu w niedzielę są niedobory kadrowe. To one powodowały, że dyskonty przegrywały komunikacyjnie temat otwarcia w siódmy dzień tygodnia.

– Nie ma rąk do pracy, więc pracownicy byli do niej zmuszani. Czasem w jednym dyskoncie w niedzielę były na miejscu dwie osoby. Nie ma szans, by w kurorcie nadmorskim czy górskim dwie osoby dobrze obsłużyły klientów, rozpakowały towar i zadbały o porządek. Takie wiadomości dostawaliśmy w lipcu i sierpniu – mówi Prezes Marczulewska.

Co należy docenić – niektóre sieci zaproponowały pracownikom niedzielnym dodatkowe wynagrodzenia, wyższe premię czy dodatkowe benefity.

Byli jednak też tacy, którzy chwalili sobie pracę w niedzielę

Czy wszyscy pracownicy handlu są zadowoleni z zakazu handlu w niedzielę i tego, że niedzielne zakupy zakończą się w styczniu? Prezes Małgorzata Marczulewska nie ma wątpliwości, że handel w niedzielę ma też swoje zalety.

– Do nas się piszę zwykle ze skargami, a nie pochwałami. W mediach społecznościowych niektórzy piszą jednak, że handel w niedzielę pozwalał na znalezienie pracy studentom czy seniorom. Praca w niedzielę była także argumentem negocjacyjnym przy podnoszeniu wynagrodzeń w dyskontach. Niektórzy też chętnie pracowali w ten dzień, bo później przysługiwał im dzień wolny w tygodniu – mówi prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

– Jako stowarzyszenie nie jesteśmy zwolennikami ograniczeń w biznesie. Uważamy jednak, że praca w niedzielę powinna być dobrowolna i dobrze opłacana. Przykładowo 200% stawki dziennej i np. nie jeden, a dwa dodatkowe dni wolne w tygodniu. To rozwiązania realne do wprowadzenia, ale niestety wymagające poważniejszej logistyki w zakresie budowania zespołu do pracy, a przy obecnych brakach kadrowych, menadżerowie nie są otwarci na takie rozwiązania – mówi Prezes Marczulewska.

Korekta na dolarze

Korekta na dolarze trwa. Wczoraj EUR/USD przetestował techniczny opór na 1,1660 po czym widoczne było dynamiczne odejście od tego poziomu. Pytanie teraz brzmi, czy to już koniec korekty i wracamy do spadków na głównej parze walutowej, czy jednak jest szansa na 1,17 w najbliższym czasie. Na wykresie dziennym wczorajsza świeca wzrostowa została mocno wygaszona co może świadczyć, że rynek nie ma siły w tym momencie na kolejne wzrosty.

Na początku tygodnia dolara osłabiały szacunki ekonomistów Fed, którzy zakładają, że w przyszłym roku inflacja dynamicznie spadnie. Wczoraj z kolei ciekawe były komentarze prezesa francuskiego banku centralnego. Pan Villeroy jest święcie przekonany, że dynamika wzrostu cen spadnie poniżej 2 proc. i dlatego nie ma powodów do podnoszenia stóp procentowych. Tą wypowiedź można traktować jako przyczynę wczorajszych zmian na EUR/USD. Spoglądając na układ na wykresie, dzisiejszy dzień na EUR/USD widzę bardziej spadkowy, co może spowodować, że ponownie zobaczymy kurs poniżej 1,16.

W ostatnich godzinach widać było ponowny atak złota na okolice 1780 dolarów za uncję. Wycena metalu jest wspierana przez słabego dolara. Indeks ważony obrotem handlowym spadł do poziomu najniższego od trzech tygodni. Cały czas jednak brakuje powrotu inwestorów na rynek ETF. To właśnie ten czynnik w dużej mierze determinuje cenę złota. W ostatnim czasie ponownie odnotowano odpływy kapitału z tego rynku (3,3 tony surowca). Oznacza to, że od początku października stan posiadania metalu przez ETF-y zmniejszył się prawie o 21 ton. Z kolei od początku roku redukcja wynosi już 265 ton. Spoglądając na dane ten rok może okazać się najgorszym dla tego segmentu od 6 lat. Dopóki nie wróci zainteresowanie funduszami replikującymi fizyczne złoto, wówczas cena surowca będzie miała problem z wejściem na wyższe poziomy. Na metalu nie robią wrażenia nawet szwajcarskie dane handlowe opublikowane przez Szwajcarską Federalną Administrację Celną. Wskazują one na solidny popyt na fizyczny kruszec w Indiach oraz Chinach. Większe zainteresowanie metalem w tych krajach to efekt m.in. tańszego złota w lokalnych walutach. W pierwszych trzech kwartałach Szwajcaria wyeksportowała ponad 210 ton złot do Państwa Środka oraz ok. 400 ton do Indii.

Od strony technicznej złoto od sierpnia 2020 roku podąża w kanale spadkowym. W dłuższym terminie zniżki trwające ponad rok można traktować nadal jako korektę techniczna. Lokalnym wsparciem jest poziom 1725 a oporem 1830 dolarów za uncję.

Bardziej interesująco jest na rynku gazu ziemnego. Doniesienia o tym, że dostawy tego surowca z Rosji są nadal ograniczone spowodowały, że cena gazu notowanego w Europie (TTF) wzrosła na początku tygodnia w pewnym momencie o 20 proc. do ponad 100 EUR/MWh. W kolejnych godzinach nastąpiła jednak redukcja szybkiej zwyżki. W rezultacie na koniec dnia cena oscylowała wokół 89,5 EUR. Z kolei cena gazu w USA spadła w poniedziałek o 8 proc. Wg agencji Bloomberg dzienny eksport gazu ziemnego przez rosyjskiego monopolistę Gazprom na kluczowe rynki Europy, Turcji oraz Chin był w pierwszych dwóch tygodniach października o 12 proc. niższy od średniego poziomu sprzed miesiąca. Dane te są sprzeczne z wypowiedziami prezydenta Putina sprzed dwóch tygodni, który twierdził, że dostawy do Europy maja zostać znacznie zwiększone. Widać, że była to tylko gra i wywarcie presji na Nord Stream 2 (ostatnio rozpoczęto prace nad wypełnieniem go gazem technicznym po to, aby stworzyć odpowiednie ciśnienie potrzebne do regularnego transportu surowca). Również w przyszłym miesiącu nie zanosi się na poprawę sytuacji. Dane Regional Booking Platform (elektronicznej platformy handlu gazem tranzytowym) pokazują, że na listopad nie dokonano żadnych większych rezerwacji surowca. Z kolei z danych Gas Infrastructure Europe wynika, że magazyny w Europie na koniec ubiegłego tygodnia były wypełnione jedynie w 77 proc. Sytuacja na rynku pozostanie więc mocno napięta w najbliższym czasie a ceny gazu będą reagować dynamicznie na jakiekolwiek doniesienia z Rosji.

EUR/PLN jest z dnia na dzień coraz wyżej. Złotemu z pewnością nie pomaga konflikt na linii Warszawa – Bruksela. Po zejściu do 4,5550 aktualnie kurs znajduje się na 4,58. Trwalszą aprecjację PLN może jedynie w tym momencie spowodować jasne stanowisko NBP w sprawie przyszłej ścieżki stóp procentowych.

Łukasz Zembik
DM TMS Brokers

Zatory płatnicze w MŚP: te branże i regiony potrzebują skutecznej szczepionki

Jak wynika z danych Krajowego Rejestru Długów, największy problem z dyscypliną płatniczą partnerów biznesowych mają jednoosobowe działalności gospodarcze z branż: handlowej, budowlanej, przemysłowej i transportowej oraz z województw: mazowieckiego, śląskiego i kujawsko-pomorskiego. W sumie polskie JDG-i muszą odzyskać od swoich dłużników 821,5 mln zł. Problem z zatorami byłby mniejszy, gdyby mikrofirmy częściej korzystały z dostępnych rozwiązań, takich jak np. faktoring, który skutecznie motywuje kontrahenta do zapłaty w terminie oraz pomaga odzyskać należność, gdy płatność nie następuje.

W Krajowym Rejestrze Długów widnieje 1,2 mln zobowiązań finansowych firm na łączną kwotę 11,5 mld zł. Z tego 821,5 mln zł to długi nierzetelnych kontrahentów wobec jednoosobowych działalności gospodarczych. Zdaniem ekspertów, problem z zatorami w sektorze MŚP byłby mniejszy, gdyby przedsiębiorcy każdorazowo zabezpieczali swoje transakcje. Jednym z takich rozwiązań jest faktoring, który pomaga chronić płynność finansową.

Do niedawna była to usługa dostępna wyłącznie dla dużych firm, jednak od kilku lat mogą po nią sięgać również mikro i małe przedsiębiorstwa. I rzeczywiście świadomość korzyści, jakie niesie faktoring, rośnie w sektorze MŚP z roku na rok. Natomiast tam, gdzie firmy się jeszcze wahają, problem przeterminowanych należności występuje na większą skalę, co pokazują dane Krajowego Rejestru Długów i firmy faktoringowej NFG.

Doskonale widać to na przykładzie mapy regionów. Tam, gdzie w ciągu ostatniego roku zainteresowanie faktoringiem spadło wśród mikrofirm, czyli w województwach: mazowieckim (-19 proc.), śląskim (-6 proc.) czy kujawsko-pomorskim (-21 proc.), tam przedsiębiorstwa notują też najwięcej przeterminowanych należności: mazowieckie 180 mln zł, śląskie 86 mln zł i kujawsko-pomorskie 81,5 mln zł. To ostatnie, czyli kujawsko-pomorskie, dodatkowo boryka się z największą, bo sięgającą niemal 12,5 tys. liczbą dłużników – wymienia Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu NFG.

Handel nie szuka ratunku

W przypadku branż sztandarowym przykładem może być tutaj handel. Według danych Krajowego Rejestru Długów, najwięcej należności do odzyskania od nierzetelnych kontrahentów mają jednoosobowe działalności gospodarcze z branży handlowej – blisko 205 mln zł. Tymczasem, według danych NFG, sektor handlowy jest właśnie jednym z tych, które w ostatnim roku najrzadziej wnioskowały o mikrofaktoring (spadek o 15%).

– Ciekawe, że wśród mikroprzedsiębiorstw handlowych spadło w ostatnim czasie zainteresowanie faktoringiem. Jeśli w tym sektorze wyraźnie widać, że dyscyplina płatnicza kontrahentów pogarsza się, to tym bardziej przedsiębiorstwa handlowe powinny lepiej chronić swoją płynność finansową. Zwłaszcza że zobowiązania wobec tej branży, jak również jej zadłużenie najmocniej wzrosło w pandemii. Lepszą praktyką w tej sytuacji byłoby zapobieganie zatorom płatniczym niż leczenie później ich skutków – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu NFG.

Drugie w kolejności są mikrofirmy budowlane, które do odzyskania mają 112 mln zł, następnie mali producenci, którzy czekają na zwrot 97 mln zł, oraz przewoźnicy z 77 mln zł należności do odzyskania. Z tego grona zainteresowanie faktoringiem w ostatnim roku wzrosło wśród firm przemysłowych (+7%), ale w pozostałych dwóch sektorach odnotowano spadek liczby wniosków faktoringowych: transport: -14%, budownictwo -3%.

Lepiej przeciwdziałać niż leczyć

Nie bez powodu faktoring nazywa się „odmrażaniem faktur”, ponieważ uwalnia on środki uwięzione w fakturach. Innymi słowy, faktoring polega na wykupie przez firmę faktoringową faktury wystawionej kontrahentowi przez przedsiębiorcę. Ten ostatni otrzymuje od faktora pieniądze za usługę lub towar, na które normalnie musiałby czekać z zapłatą od kontrahenta. Dzięki temu natychmiast zyskuje dostęp do środków finansowych, którymi może dysponować od razu i w dowolny dla siebie sposób – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.

Warto jednak wiedzieć, że faktoring to nie lek, a szczepionka na zatory płatnicze. Dlatego należy po niego sięgać, zanim pojawią się pierwsze symptomy utraty płynności finansowej, a nie wtedy, gdy te problemy są już zaawansowane.

Faktoring zapewnia firmie stały dopływ gotówki, co sprawia, że chroni płynność finansową przedsiębiorstwa i minimalizuje ryzyko bankructwa. Ale jest to działanie prewencyjne, rekomendowane firmom, które chcą zapobiegać zatorom. Finansowaniu bowiem podlegają tylko faktury niewymagalne, czyli takie, których termin płatności jeszcze nie upłynął. Dodatkowo, to rozwiązanie nie pomoże przedsiębiorcom, którzy już wpadli w kłopoty finansowe i sami stali się dłużnikami. W takiej sytuacji przedsiębiorca musi się liczyć z tym, że trudniej mu będzie pozyskać zewnętrzne wsparcie. Mam tu na myśli nie tylko faktoring, ale też ubezpieczenie należności czy potencjalny kredyt w banku – dodaje prezes NFG.

ALDI wprowadza nowy koncept sklepów w całej Polsce

Koncept ANIKo 1.1. został zaprojektowany zgodnie z globalną strategią marki z uwzględnieniem stylu zakupowego polskiego konsumenta.Prace związane z wdrożeniem zmian ruszyły w kwietniu br. i objęły już około 150 sklepów. Sieć  rozpoczęła również testy kolejnego konceptu, ANIKo 2.0.aldi 2

Zmodernizowane wyposażenie, odświeżona szata graficznato główne zmiany jakie pojawiły w przebudowanych placówkach. Głównym założeniem zmian jest lepsze zaprezentowanie asortymentu z naciskiem na wyeksponowanie stref promocyjnych i akcyjnych. Przestrzeń została wzbogacona o nowe oznaczenia stref promocyjnych w poszczególnych grupach asortymentowych oraz stref akcyjnych. Nowy układ organizacyjny sklepu gwarantuje maksymalny komfort zakupów poprzez zachowanie ciągów komunikacyjnych.

– Wprowadzeniem nowego konceptu pokazujemy, że zmieniamy się i rozwijamy nie tylko w aspekcie powstawania nowych sklepów, ale też zmiany aranżacji, by na bieżąco odpowiadać na potrzeby klientów i reagować na aktualne trendy. Wnętrza sklepów po zmianach są bardziej  przejrzyste i optymalne zarówno pod kątem doświadczeń zakupowych naszych klientów, jak i procesów sklepowych – komentuje Radosław Kozyrski, Dyrektor Obszaru Organizacji Sprzedaży w ALDIKilkadziesiąt naszych sklepów wyposażyliśmy w krajalnice do chleba, nowe, większe meble kasowe ze znacznie powiększoną strefą pakowania zakupów dla klienta, nowoczesne regały na pieczywo, owoce i warzywa, jak również nowoczesne zamrażarki ścienne – wszystko po to, aby poprawić komfort dokonywania zakupów – dodaje Radosław Kozyrski.

Dodatkowo sieć wdrożyła testowo w pięciu sklepach format Aniko 2.0 różniący się sposobem rozmieszczenia grup asortymentowych. Testowany koncept Aniko 2.0 można poznać w wybranych sklepach w Bydgoszczy, Łodzi, Bytomiu, Tychach oraz Bielsku-Białej. Pozytywne wyniki testów były podstawą do decyzji sieci o wprowadzeniu konceptu 2.0 w kolejnych nowych sklepach ALDI, otwieranych na przełomie 2021/2022 roku. Koncept 2.0 dodatkowo zakłada jeszcze lepszą ekspozycję artykułów świeżych takich jakowoce i warzywa oraz świeże mięso i ryby.

Obok przebudów sklepów istniejących, sieć zapowiada też kolejne otwarcia. Niemal każdego tygodnia ALDI otwierać będzie kolejne sklepy.W Polsce ALDI do końca roku będzie miał 200 sklepów i z każdym kolejnym rokiem liczba ta będzie dynamicznie wzrastać.Ekspansja sieci jest realizowana zgodnie z planami zwiększenia rozpoznawalności marki i dotarcia do coraz szerszego grona klientów.

ALDI w Polsce posiada 185 sklepów i zatrudnia blisko 3500 pracowników. Spółka stawia na długotrwałe, sprawiedliwe i niezawodne relacje handlowe z dostawcami oraz spełnianie wymogów firmy odpowiedzialnej społecznie. Nowe hasło marki brzmi „Raz ALDI, zawsze ALDI”, bo po ulubione produkty chętnie się wraca.

Co piąty emeryt twierdzi, że rodzina prosi go o pomoc finansową

Przeciętna emerytura w Polsce oscyluje wokół kwoty 2500 zł brutto. Z danych GUS wynika, że seniorzy wydają świadczenia emerytalne przede wszytskim na jedzenie i napoje bezalkoholowe (28 proc.), użytkowanie mieszkania (blisko 20 proc.) oraz zdrowie (8 proc.).[1] W domowym budżecie muszą jednak znaleźć zaskórniaki dla swoich dorosłych dzieci i wnuków. Z najnowszego badania opinii Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że co piąty emeryt jest proszony o pomoc finansową przez bliskich.[2] Jakiej pomocy udziela?

Jeszcze trzy lata temu 41 proc. seniorów twierdziło, że pomaga finansowo swoim dorosłym dzieciom.[3] W badaniu opinii przeprowadzonym przez ARC Rynek i Opinia dla BIG Info Monitor seniorzy przyznawali, że pieniądze, które przeznaczają na wsparcie dla najbliższych pochodzą głównie z ich świadczeń emerytalnych (tak odpowiedziało 79 proc.), oszczędności (16 proc.) lub dodatkowych zarobków (12 proc.). Emeryci przeznaczali miesięcznie średnio 430 zł na wsparcie finansowe dla dzieci lub wnuków przy czym kwota deklarowana przez kobiety była nieco niższa i wynosiła 370 zł, a przez mężczyzn 540 zł. [4]

Z najnowszego badania opinii Funduszu Hipotecznego DOM, przeprowadzonego w pademii, wynika że co piąty senior jest proszony o pomoc finansową. Aż 81 proc. emerytów twierdzi, że dzieci i wnuki nie proszą ich o wsparcie.

W jaki sposób seniorzy pomagają finansowo dzieciom i wnukom? Z badania Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że największa liczba osób, bo aż 47 proc. daje pieniądze wnukom, kupuje im prezenty i drobne upominki.[5] Co piąty emeryt przyznaje, że w ramach tej pomocy kupuje dorosłym dzieciom artykuły spożywcze. Również co piąty (18 proc.) deklaruje, że płaci za nich raty kredytów i inne zobowiązania finansowe. 12 proc. seniorów twierdzi, że stara się wspierać dzieci i wnuki przy zakupie większych rzeczy – czasem to wsparcie polega na dołożeniu do zakupów, a czasem na sfinansowaniu zakupu pralki, telewizora czy komputera. Tylko 5 proc. emerytów płaci za dorosłe dzieci rachunki np. czynsz za mieszkanie, rachunek za prąd lub Internet.

– Seniorzy czują ogromną odpowiedzialność za swoją rodzinę. Zdarza się, że dysponują bardzo skromnym budżetem, ale starają się odłożyć pieniądze na czarną godzinę, uzbierać jakieś oszczędności, by móc wesprzeć finansowo dzieci i wnuki. W pandemii wielu młodych ludzi straciło stałe źródło utrzymania, musiało zawiesić swoją działaność gospodarczą lub straciło pracę na etacie. Te osoby właśnie od rodziców, a więc seniorów, otrzymują w tej chwili wsparcie finansowe, zwłaszcza, że emerytury – choć niskie – są jednym z najpewniejszych i stałych źródeł dochodu – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

[1] Raport „Emerytury i renty w 2019 roku”, GUS. Link: file:///C:/Users/Aga/Downloads/emerytury_i_renty_w_2019.pdf

[2] Badanie opinii Funduszu Hipotecznego DOM zrealizowane we wrześniu 2021 na próbie 141 osób w wieku 65+.

[3] Badanie ARC Rynek i Opinia dla BIG Info Monitor, 2018. Link: https://media.bik.pl/informacje-prasowe/387636/big-infomonitor-co-siodmy-emeryt-regularnie-pomaga-finansowo-rodzinie

[4] Tamże.

[5] Badanie opinii Funduszu Hipotecznego DOM zrealizowane we wrześniu 2021 na próbie 141 osób w wieku 65+.

PAYBACK zainwestuje w Polsce 50 mln dolarów

PAYBACK rozwija w Polsce swój technologiczny HUB, w którym w ciągu trzech kolejnych lat zatrudnienie znajdzie 250 specjalistów z dziedziny IT, analityki, Big Data i marketingu. Blisko 100 osób dołączy do zespołu firmy do końca tego roku. Łączna wartość inwestycji wyniesie niemal 50 milionów dolarów.

Warszawski HUB jest częścią organizacji odpowiedzialną za obsługę wszystkich dziesięciu rynków, na których działa PAYBACK, czyli Niemiec, Austrii, Włoch, Meksyku, a także Czech, Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Węgier i oczywiście – Polski. Eksperci zatrudnieni w ramach HUBu pracują w ramach różnych zespołów, np. deweloperskich, marketingowych czy analitycznych, a jego struktura ma charakter matriksowy – tłumaczy Marcin Pilarski, Dyrektor Zarządzający PAYBACK w Polsce.

Za współpracę zespołów analitycznych działających w ramach HUBu na wszystkich dziesięciu rynkach odpowiada Rafał Latkowski, Global Analytics Director, a nad kwestiami związanymi z zasobami IT czuwa Piotr Awdziewicz, IT & Development Director. Za koordynację projektu, kwestie organizacyjne oraz komunikacyjne w ramach jednostki jest odpowiedzialny Dawid Pyzowski na nowo utworzonym stanowisku Commercial Head of HUB & Controlling w PAYBACK Polska.

Polska była oczywistym wyborem

Powodem, dla którego firma zdecydowała się rozwijać swój technologiczny HUB właśnie w Warszawie, jest bardzo zasobny, lokalny rynek pracy.

Doskonała marka polskich specjalistów IT oraz analityków jest znana na całym świecie. Dodatkowo, nasz kraj, a w szczególności polska stolica, jest atrakcyjną destynacją zawodową dla ekspertów z Ukrainy, Białorusi oraz krajów UE, do których PAYBACK również adresuje swoją ofertę rekrutacyjną – dodaje Marcin Pilarski.

Za tą decyzją stoją też bardzo dobre wyniki notowane przez polski oddział firmy. Jak podsumowuje PAYBACK, w ciągu ostatnich 12 miesięcy w Programie było 8,5 miliona unikalnych, aktywnych kart, a aktualnie na kontach uczestników do dyspozycji pozostawało łącznie niemal 150 milionów PLN. Pomiędzy wrześniem 2020 a wrześniem tego roku, użytkownicy wymienili na nagrody punkty o wartości prawie 67 milionów PLN, zebrali punkty o wartości ponad 93 milionów PLN i dokonali transakcji opiewających na ok. 14 miliardów PLN. Jednocześnie wszystkie te wskaźniki odnotowały wzrost o kilka procent r-d-r.

Co więcej liczba unikalnych, aktywnych użytkowników aplikacji PAYBACK to już prawie 1,8 mln osób, co stanowi niemal 30-procentowy wzrost w porównaniu do września ubiegłego roku. Z kolei, średnia liczba osób korzystających w ostatnim miesiącu z aplikacji wzrosła o ponad 40 procent r-d-r i wyniosła ok. 750 tysięcy osób. Tak doskonałe wyniki potwierdzają naszą pozycję lidera wśród multipartnerskich programów lojalnościowych i są rezultatem innowacyjnego podejścia naszych ekspertów, ich wiedzy oraz świetnego rozeznania w potrzebach i zachowaniach konsumentów, nie tylko tych polskich – komentuje Marcin Pilarski.

Nieważne, ilu użytkowników pobiera aplikację, ważne, jak wielu z niej korzysta

Jak zwraca uwagę PAYBACK, lojalność konsumentów i skuteczność aplikacji zakupowych mierzona liczbą jej pobrań nijak ma się do realnej wartości, którą przedstawia ona dla klientów firmy. Na rynku nadal panuje zbyt mała transparentność m.in. odnośnie danych dot. aktywnych użytkowników aplikacji, co napędza sztuczną i w efekcie – mało konstruktywną konkurencję o to, kto zbierze większą grupę klikających na ekranach swoich telefonów przycisk „pobierz”.

Na sukces platform zakupowych i lojalnościowych składają się natomiast inne elementy – umiejętność skutecznego poszerzania bazy aktywnych, lojalnych klientów oraz wiedza, jak zidentyfikować i zatrzymać tych konsumentów, którzy zamierzają zrezygnować z oferty marki – zwraca uwagę Marcin Pilarski.

Wiedza i doświadczenie ekspertów PAYBACK pozwala firmie odpowiada wprost na potrzeby tych marek, które stawiają doświadczenie klienta w centrum swoich strategicznych działań. Docenianie i nagradzanie konsumenta to fundament całej koalicji. Na podstawie badań (Monitor Programów Lojalnościowych) można zdecydowanie stwierdzić, że multipartnerskość to ten atrybut, który użytkownicy szczególnie cenią. Jedna karta/aplikacja, z której można śmiało korzystać u różnych partnerów ze świata online i offline to unikalna, różnicująca cecha PAYBACK. Personalizacja komunikacji (no spam policy), elastyczność rozwiązań wykorzystujących nie tylko punkty, ale także rabaty i oferty specjalne dostępne wyłącznie dla społeczności PAYBACK, możliwość wykorzystania zgromadzonych punktów, by obniżać codzienne rachunki, zdobywać nagrody lub przekazywać je na cele charytatywne sprawiają to elementy szczególnie ważne dla uczestników Programu.

Inflacja szaleje. A najgorsze jeszcze przed nami

Gwałtowny wzrost cen towarzyszy nam od dłuższego czasu. Przyczyniają się do niego pewne czynniki przejściowe związane z pandemią – takie, jak zaburzenia w łańcuchach dostaw oraz skok cen surowców. Część czynników, które napędzają dzisiaj inflację, jest przejściowa. To problemy, które wynikają z szybszego odbicia popytu niż podaży. Na to nakładają się jeszcze podwyżki cen regulowanych – np. energii oraz odbioru śmieci. Ale do wysokiej inflacji przyczynia się też połączenie ekspansywnej polityki fiskalnej i pieniężnej z ostatnich lat. To widać w inflacjogennej strukturze wzrostu PKB: wzrost gospodarczy polega w dużym stopniu na konsumpcji, która jest wspierana przez świadczenia socjalne, a jednocześnie inwestycje rosną wolno. W rezultacie, gdy dochodzi do skoków popytu, firmy nie są w stanie zwiększyć szybko produkcji. Eksperci przewidują, że inflacja będzie rosła do połowy następnego roku. Jednocześnie ostrzegają o następnym wzroście, który ma nastąpić w roku 2023.

– Przed nami wciąż jeszcze górka inflacji. Zakładamy, że wskaźnik CPI dojdzie do około 7% w grudniu tego roku. Następnie utrzyma się mniej więcej na tym samym poziomie i będzie spadał w drugiej połowie roku 2022, a ponowne podwyższenie inflacji będzie miało miejsce w roku 2023. Obecnie wyróżniamy kilka głównych powodów wzrostu inflacji. Po pierwsze wysokie koszty surowców i problemy z łańcuchami dostaw, a także niewystarczająca podaż i duży popyt. Jednak w kolejnych miesiącach ujawni się drugie oblicze inflacji w postaci coraz mocniejszej koniunktury i mocnej presji popytowej – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Bank Śląski. – Polska gospodarka bardzo dynamicznie odbiła się po recesji, a presja popytowa będzie coraz bardziej widoczna. W przyszłym roku czeka nas sporo wydatków budżetowych – w związku z tym coraz istotniejszym czynnikiem utrzymującym wysoką inflację będzie presja popytowa. Pojawia się także nowe zagrożenie. W momencie, gdy firmy i gospodarstwa domowe uwierzą w trwałość inflacji, wówczas walka z nią może okazać się trudniejsza. Dlatego banki centralne na świecie zaczynają mówić o tym, że zamierzają podnieść stopy procentowe. Należy wspomnieć, że w naszym regionie dzieje się to dosyć szybko. Przewidujemy, że podwyższona inflacja zostanie z nami na dłużej. Polska różni się w pewnym stopniu od państw europejskich tym, że u nas inflacja była wysoka także przed pandemią. Obawiam się, że o ile w Europie można mówić o przejściowości wysokiej inflacji, to w przypadku Polski ta trudna sytuacja będzie trwała znacznie dłużej – ocenia Benecki.

Relacja z konferencji „Ład korporacyjny 2021” organizowanej przez Polską Agencję Nadzoru Audytowego

19 października br. odbyła się międzynarodowa konferencja online Ład korporacyjny 2021: jak wzmacniać zaufanie w gospodarce, zorganizowana przez Polską Agencję Nadzoru Audytowego (PANA).

Podczas 4 paneli 35 panelistów z Polski, Francji, Wielkiej Brytanii i USA dyskutowało o zasadach ładu korporacyjnego, ich znaczeniu i konieczności ich stosowania przez przedsiębiorstwa. W konferencji uczestniczyli przedstawiciele OECD, MF, MAP, KNF, wykładowcy ALK, SGH i Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu oraz przedstawiciele organizacji zrzeszających inwestorów i emitentów. Omawiano stan stosowania zasad ładu korporacyjnego w Polsce, zagadnienia związane z raportowaniem czynników ESG, akcentowano istotną rolę audytorów w przestrzeganiu zasad ładu korporacyjnego przez przedsiębiorstwa oraz kwestię dobrych praktyk. We wszystkich panelach brali udział eksperci Polskiej Agencji Nadzoru Audytowego.

Konferencję poprzedziło wystąpienie prezesa PANA Marcina Obronieckiego:

Ład korporacyjny to pojęcie odwołujące się między innymi do przejrzystości sprawozdań finansowych, czyli coś, co ma fundamentalne znaczenie z punktu widzenia bezpieczeństwa obrotu gospodarczego. Ma to szczególne znaczenie teraz, kiedy wychodzimy z okresu pandemii i na rynku pojawiają się niekiedy nowe trendy, często o charakterze spekulacyjnym. Rola biegłych rewidentów jest tutaj absolutnie zatem kluczowa” – powiedział prezes PANA.

Dyrektor departamentu finansów i przedsiębiorczości OECD, Mathilde Mesnard zaprezentowała strategię organizacji w warunkach pandemii i realiach postpandemicznych. „Kryzys pokazał, że dużego znaczenia nabrały czynniki niefinansowe. W przyszłości będą akcentowane kwestie klimatu i ESG, wzrośnie rola interesariuszy”.

Konferencja była objęta honorowymi patronatami Ministerstwa Finansów, Rektora SGH i Rektora Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.