Komitet do spraw otwartego rynku podjął decyzję w sprawie stóp procentowych. Złotówka od rana traci. Jeszcze trochę emocji w tym tygodniu.
Bez niespodzianki
Wczoraj o godzinie 20:00 poznaliśmy decyzję Rezerwy Federalnej. Sama decyzja nie przyniosła zaskoczenia. Tak jak prognozowali analitycy koszt pieniądza w Stanach Zjednoczonych wzrósł o 25 punktów bazowych, co oznacza że aktualnie stopa procentowa w USA wynosić będzie od 2% do 2,25%. Dodatkowo również członkowie FED sugerują jeszcze jedną podwyżkę w tym roku oraz trzy kolejne w następnym. Takie informacje nie mogły wpłynąć inaczej na zachowanie kursu dolara jak tylko go umocnić. Co prawda pierwsze ruchy osłabiły jednak dolara to ostatecznie po wczorajszym odczycie zyskał na wartości.
A na złotym korekta
Ostatnie dobre dni dla naszej waluty musiały się kiedyś skończyć. Wszystko to za sprawą wczorajszych wydarzeń w Stanach Zjednoczonych. Jak to na rynku często bywa, że kiedy dolar zaczyna zyskiwać to tracą waluty z koszyka EM. wydaje się, że tak jest i tym razem. Od początku sesji złotówka traci bowiem do głównych walut, odbijając się tym samym od kluczowych poziomów oporów. Pomimo porannych wzrostów za euro zapłacimy “tylko” 4,27 zł. Dolar amerykański wyceniany jest na 3,65 zł. Cena franka szwajcarskiego wynosi 3,77 zł, a funta brytyjskiego 4,79 zł.
Dziś też ciekawie
Czwartkowy kalendarz makroekonomiczny jest pełen odczytów. Od rana poznamy nastroje w gospodarce w Strefie Euro, a także inflację konsumencką w NIemczech. Z kolei popołudnie to seria danych ze Stanów Zjednoczonych. Poznamy m.in. dynamikę zamówień na dobra, liczbę wniosków dla bezrobotnych czy też tygodniową zmianę zapasów paliw. Odczyty zza oceanu przerwane zostaną wystąpieniami prezesów EBC i BoE.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Andre Boulanger, związany z Grupą BNP Paribas od 1989 r., 1 listopada br. dołączy do Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas. Zastąpi on Blagoya Bocheva, który nadzorował obszar Bankowości CIB, w tym Pion Rynków Finansowych, Departament Klientów Strategicznych CIB, Departament Wsparcia CIB.
– Jesteśmy Bankiem zmieniającego się świata, więc również zmiany w Zarządzie są naturalne. Bardzo dziękuję Blagoyowi za profesjonalizm, zaangażowanie, ciężką pracę i wprowadzenie Segmentu Bankowości Korporacyjnej i Instytucjonalnej na ścieżkę wzrostu, którą – zgodnie ze strategią Fast Forward – planujemy utrzymać. Po pięciu latach Blagoy przekazuje pałeczkę Andre, który ma ogromne doświadczenie w bankowości korporacyjnej, a niemal całą zawodową karierę budował w ramach Grupy BNP Paribas. Dziękujemy Blagoyowi i życzymy mu sukcesów w realizacji przyszłych projektów. Witamy jednocześnie Andre na pokładzie, życząc powodzenia – mówi Józef Wancer, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ BNP Paribas.
Andre Boulanger karierę w bankowości rozpoczął w 1986 r. w dzisiejszym belgijskim banku Belfius, zaś do Grupy Paribas dołączył w 1989 r., zajmując stanowisko Dyrektora Oddziału Bankowości Detalicznej BNP Paribas w Brukseli. Bankowością korporacyjną zajmuje się od 1994 r., a w swojej karierze zajmował liczne stanowiska dyrektorskie w strukturach Paribas, a po fuzji z BNP – w strukturach BNP Paribas w Belgii i Francji. Był też Prezesem Zarządu BNP Paribas Holandia, a w latach 2014-2017 pracował na stanowisku Dyrektora Zarządzającego Obszarem Operacji w Bankowości Korporacyjnej w regionie Europy (2014), a następnie jako Dyrektor Zarządzający Obszarem Operacji w Regionie EMEA (2015) w BNP Paribas Francja i Belgia. Do Warszawy przeprowadza się z Rosji, gdzie od 2017 r. był Prezesem Zarządu BNP Paribas JSC oraz Dyrektorem Generalnym dla obszaru Federacji Rosyjskiej.
– Chciałbym podziękować Blagoyowi za ostatnie 5 lat pracy w Polsce, w czasie których nastąpił wyraźny rozwój obszaru Bankowości Korporacyjnej i Instytucjonalnej. Dziękuję również za zaangażowanie i wkład w prace naszego Zarządu. Gratuluję podjęcia kolejnych ambitnych wyzwań i życzę wielu sukcesów w nowej roli. Andre dołączy do naszego zespołu w bardzo ciekawym momencie. Wierzę, że pod jego wodzą będziemy umacniać naszą pozycję jednego z najlepszych graczy w Bankowości Korporacyjnej i Instytucjonalnej – mówi Przemek Gdański, prezes Banku BGŻ BNP Paribas.
Firma, która zostawia negatywne wrażenie z rekrutacji ponosi nie tylko straty wizerunkowe, lecz także biznesowe. W Polsce 6 na 10 kandydatów nie kupi produktów lub usług firmy, która niewłaściwie ich potraktowała w procesie rekrutacyjnym. Co więcej, swoim negatywnym doświadczeniem podzielą się z innymi osobami – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup. Na negatywne wrażenia kandydatów wpływają między innymi brak jasnych zasad w kwestii wynagrodzenia, niejednoznaczny opis stanowiska pracy, brak odpowiedzi firmy na przesłane cv.
Doświadczenia kandydata w procesie rekrutacyjnym zmieniają jego podejście do zakupu produktów i usług firmy, do której aplikował. Jak potwierdzają wyniki najnowszego raportu ManpowerGroup „Dodaj do koszyka: kandydaci to też klienci”, 59% kandydatów w Polsce zniechęci się do zakupu produktów i usług firmy, która źle ich potraktowała w trakcie rekrutacji. Czym jest to spowodowane? To przede wszystkim brak jasności w kwestii wynagrodzenia lub opisu stanowiska pracy – przyznało 63% badanych. Na negatywne doświadczenia z rozmowy rekrutacyjnej wskazuje 62% respondentów, 60% mówi o braku odpowiedzi na przesłane cv i tyle samo o braku kontaktu ze strony pracodawcy po odbytej rozmowie wstępnej.
Iwona Janas
– Podczas gdy efektywny proces rekrutacyjny może sprzyjać budowaniu pozytywnego „candidate experience”, tak nic nie zastąpi silnych i trwałych relacji pomiędzy kandydatami a pracodawcami. Transparentność jest kluczową wartością dla poszukujących pracy, szczególnie w kwestii wynagradzania, opisu stanowiska pracy, obowiązków zatrudnionego oraz możliwości awansu – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Kandydat wchodząc w relacje z firmą staje się nie tylko potencjalnym pracownikiem, lecz także klientem. I odwrotnie – klienci mogą stanowić potencjalną grupę wartościowych talentów. Dzięki znajomości produktów i usług znają organizację i jej potrzeby, a w wielu przypadkach już rozumieją i podzielają wiele z podstawowych wartości organizacji. Usatysfakcjonowany klient chętniej też podejmie pracę w przedsiębiorstwie, z którego produktów i usług korzysta – dodaje Iwona Janas.
Efekt domina
W Polsce aż 64% badanych podzieli się z innymi osobami informacjami o swoim negatywnym doświadczeniu z procesu rekrutacyjnego. Zdecydowana większość (78%) zrobi to podczas bezpośredniej rozmowy, 23% opublikuje post w mediach społecznościowych, a 18% wykorzysta do tego celu stronę www z opiniami o pracodawcy. Na efekty nie będzie trzeba długo czekać, ponieważ 57% respondentów rzadziej sięgnie po produkty i usługi firmy, która niewłaściwie potraktowała ich znajomych w trakcie rekrutacji.
Polska wysoko w rankingu globalnym
Polska wypada wysoko w rankingu globalnym. Wśród 24 przeanalizowanych rynków zajmujemy czwartą pozycję (z wynikiem 64%) na liście krajów, gdzie najwięcej kandydatów zadeklarowało wpływ negatywnych doświadczeń rekrutacyjnych na ich decyzje zakupowe. Dla porównania, w Niemczech podobną postawę wskazało 42% respondentów, we Francji – 47%, w Czechach – 51%, w Wielkiej Brytanii – 58%, w Hiszpanii – 61%.
Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.
Wszyscy ankietowani są aktywnymi zawodowo osobami między 18. a 65. r.ż. W sumie badaniem objęto 17 994 kandydatów na całym świecie, w Polsce 748. Ankietowani reprezentowali cały przekrój zawodowy – od osób rozpoczynających karierę zawodową, do przedstawicieli kadry kierowniczej wyższego szczebla.
Łącznie 72% konsumentów sprawdza opinie o sprzęcie elektronicznym przed jego zakupem. Ponad połowa badanych szuka ich w Internecie. Przeszło 30% pyta o nie sprzedawców, a tylko 8% zwraca się z tym do swoich znajomych. W sumie blisko 60% klientów nie wie, jak oceniany jest sklep stacjonarny, w którym kupuje ww. artykuł.W przypadku serwisów internetowych trend jest zupełnie odwrotny. Informacji o e-sklepach poszukuje aż 74% respondentów. Zainteresowani głównie znajdują je w sieci. Natomiast ci, którzy chcą wiedzieć więcej o fizycznych placówkach, przeważnie rozmawiają o nich ze znajomymi.
Badanie zostało przeprowadzone przez Grupę AdRetail i Hiper-com Poland na terenie Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Łodzi we wrześniu br. W ankiecie wzięło udział ponad 500 konsumentów w wieku od 18. do 55. roku życia, bezpośrednio robiących zakupy w sklepach ze sprzętem elektronicznym. Wśród respondentów było 56% kobiet i 44% mężczyzn. Badano tylko te osoby, które na wstępie rozmowy wyraźnie zadeklarowały, że minimum raz w roku same nabywają takie urządzenia, a także szukają na nie promocji w papierowych lub w elektronicznych gazetkach handlowych.
– Świadomość konsumencka Polaków z każdym rokiem wyraźnie się powiększa. Opinie o produktach i o sklepach to kluczowe czynniki wpływające na decyzje zakupowe, zaraz po cenach. Zmieniają się tylko źródła informacji, z których najchętniej czerpią wiedzę nabywcy towarów. Patrząc na to, jak często ludzie dzielą się swoimi wrażeniami, szczególnie w Internecie, przewiduję, że znaczenie recenzji produktów jeszcze wzrośnie w kolejnych latach – komentuje Tomasz Jankowski z Ceneo.pl.
Sprawdzanie opinii
W sumie 72% konsumentów twierdzi, że przed zakupem sprzętu elektronicznego sprawdza opinie na jego temat. Jak wyjaśnia Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Polska, ta metoda pozwala klientom dokonywać najbardziej świadomych wyborów w zakresie urządzeń, które nie należą raczej do najtańszych produktów. Testy użytkowników mogą rozwiać wątpliwości potencjalnych nabywców w zakresie jakości, użyteczności i wytrzymałości wybranych artykułów.
– Warto zauważyć, że 14% badanych nie ma jednak potrzeby sprawdzania opinii na temat sprzętu przed jego zakupem. W mojej ocenie, w tej grupie są przede wszystkim klienci, którzy nabywają większość towarów w sposób spontaniczny i emocjonalny, bez względu na ich ceny. Doświadczenia innych konsumentów są mniej istotne dla tych osób, bo liczy się dla nich przyjemność kupowania – stwierdza Maciej Tygielski, Szef Sprzedaży w Grupie AdRetail.
Badani sprawdzają opinię o wybranym sprzęcie elektronicznym głównie w Internecie – 53% wskazań. Zdaniem Huberta Majkowskiego, popularność tego źródła informacji wynika głównie z jego powszechności i dostępności. Większość konsumentów rozpoczyna poszukiwanie wybranego towaru od wpisania jego nazwy na klawiaturze komputera lub telefonu. I to jest oczywiście prawidłowe działanie. Niektórzy tylko zapominają o tym, że trzeba podchodzić ostrożnie do komentarzy internetowych, gdyż w wielu wypadkach są one jednostronne lub nieprawdziwe.
– Z badania także wynika, że 31% respondentów kieruje się opiniami sprzedawców w sklepach. Ich rola jest istotna, ponieważ w niektórych grupach cieszą się dużym zaufaniem. Dotyczy to szczególnie starszych osób, które mają potrzebę przeprowadzenia bezpośredniej rozmowy z drugim człowiekiem. Ponadto klienci, bez względu na ich wiek i doświadczenia, bardzo często chcą otrzymać potwierdzenie informacji, do których samodzielnie dotarli, np. w Internecie – zwraca uwagę Tomasz Jankowski.
Z kolei Maciej Tygielski przypomina, że poleganie na opinii sprzedawcy jest dość ryzykownym sposobem zdobywania informacji o towarze. Rolą pracownika sklepu jest zachęcanie klientów do kupna danego sprzętu, zgodnie ze strategią pracodawcy. Często wynika ona z kontraktów zawieranych pomiędzy siecią handlową a producentem. W ocenie eksperta, kupującym zdecydowanie brakuje świadomości w tym zakresie. O wiele bezpieczniej jest pytać znajomych o ich doświadczenia, ale tylko 8% badanych zadaje sobie taki trud.
Informacje o sklepach
– Co ciekawe, łącznie 58% badanych nie sprawdza opinii o sklepie stacjonarnym, w którym dokonuje zakupu sprzętu elektronicznego. Konsumenci sami wyrabiają sobie zdanie na temat konkretnej placówki handlowej, obserwując ją na miejscu. Potrzeba potwierdzenia własnych odczuć nie wydaje się duża i w tym przypadku klienci mniej zwracają uwagę na oceny innych ludzi. Sprawna, merytoryczna i miła obsługa dodatkowo ją obniża – wyjaśnia ekspert z Hiper-com Poland.
W przypadku sklepów internetowych trend jest zupełnie odwrotny. Opinie o nich sprawdza w sumie 74% ankietowanych. Według Macieja Tygielskiego, wynika to z tego, że klienci mają mniejsze zaufanie do miejsca, którego nie mogą fizycznie sprawdzić. I to jest zupełnie naturalne, że chcą lepiej poznać wirtualnych sprzedawców. Oni sami temu sprzyjają, udostępniając informacje na swój temat czy też zachęcając klientów do wyrażania swoich sugestii o jakości obsługi.
– Konsumenci szukają opinii o sklepie stacjonarnym głównie wśród znajomych – 61%, a dopiero potem w Internecie – 35%. Ten wynik nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem. Wrażenia na temat nowych galerii handlowych czy sklepów klienci często przekazują sobie w trakcie różnych spotkań. Są one wiarygodne i bardzo często wystarczające. Jednak ten trend ma szanse wkrótce się zmienić, ponieważ ludzie coraz chętniej dzielą się swoimi obserwacjami w mediach społecznościowych – zauważa Tomasz Jankowski.
W zakresie poszukiwania opinii o e-sklepie sytuacja jest odwrotna. Konsumenci odnajdują je głównie w Internecie – w sumie niespełna 80%. Tylko 18% badanych pyta o nie znajomych. Jak podsumowuje ekspert z Grupy AdRetail, jeśli ktoś częściej robi zakupy przez Internet, to jest on dla niego naturalnym źródłem informacji. Sposób pozyskiwania recenzji zależy od kanału, w którym klient faktycznie robi zakupy. Dlatego też zwolennicy stacjonarnego handlu częściej zwracają się z pytaniami na temat fizycznych placówek bezpośrednio do innych osób.
Szeroko rozumiane bezpieczeństwo naszego kraju opiera się, podręcznikowo, na dwóch głównych filarach – Unii Europejskiej i NATO. Pierwszy ma się koncentrować na współpracy gospodarek i zamienianiu konfliktów zbrojnych na rywalizację gospodarczą w ramach pewnej wspólnoty. Drugi jest sojuszem obronnym, którego Polska jest aktywnym uczestnikiem. Zajmuje się on kwestiami wojskowymi. Problem pojawia się wtedy, gdy przestrzenie te zaczynają przenikać się z innymi aspektami. Przykładem są działania Federacji Rosyjskiej.
– Rosja lubi rozbijać relacje, umowy i pakty, w których bierzemy udział. Wybiera poszczególnych członków i obdarowuje ich wyjątkowymi przywilejami w relacjach z Federacją Rosyjską. Kraj ten jest bardzo mocno uzależniony od eksportu surowców energetycznych – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Świetnym przykładem jest wybór Niemiec do współpracy po to, aby realizować z nimi projekty gazowe. Te z kolei na całe lata uzależniają całą Europę od rosyjskiego gazu. Rosja nie jest w stanie rywalizować militarnie w konwencjonalny sposób z NATO, wybiera półśrodki zastępcze, w tym konflikty – testując wspólnotę międzynarodową i granice jej wytrzymałości. Potwierdza to agresja na Gruzję – kiedy państwa członkowskie UE i NATO nie zareagowały tak, jak oczekiwano – czy też wydarzenia z Donbasu i Krymu. Federacja Rosyjska naruszyła w obu przypadkach prawo międzynarodowe, niszcząc suwerenność tych narodów. W ten sposób, przez bilateralne i punktowe akcje, zachwiane zostają dwa filary zapewniające Polsce bezpieczeństwo – wskazał Roszkowski.
W Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Koninie wdrożono System Obsługi Wsparcia dofinansowania ze środków PFRON. Do końca tego roku Fundusz zamierza wdrożyć system w kolejnych 40 samorządach, a do połowy przyszłego roku chce nim objąć cały kraj. To oznacza, że osoby niepełnosprawne od połowy przyszłego roku będą mogły internetowo złożyć wniosek o dofinansowania. Dziś potrzebują do tego co najmniej trzech wizyt w urzędzie, co dla wielu jest barierą nie do pokonania.
– System Obsługi Wsparcia finansowanego ze środków PFRON jest nowoczesną platformą internetową, która umożliwi wszystkim osobom z niepełnosprawnościami ubieganie się o dofinansowanie z naszych środków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Habich, p.o. prezesa zarządu Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. – Warunkiem, żeby każda osoba mogła z tego skorzystać, jest włączenie się do tego systemu wszystkich jednostek samorządu terytorialnego, którym Fundusz przekazuje środki na realizację zadań.
Do tej pory osoba niepełnosprawna, która chciała uzyskać dofinansowanie ze środków PFRON, musiała udać się do urzędu, żeby złożyć stosowny wniosek. Z danych Funduszu wynika, że co roku takich wniosków składa się ponad pół miliona. Tylko w 2017 roku samorządy rozdysponowały kwotę ponad 1 mld zł. Platforma informatyczna nie tylko ułatwi niepełnosprawnym sam proces składania wniosku, ale też podpowie, na jakie cele można je otrzymać. Odciąży też urzędników i ułatwi przepływ danych sprawozdawczych między samorządami a Funduszem.
– Każda osoba niepełnosprawna, a przede wszystkim osoby, które nabyły niepełnosprawność i nie znają zasad wspierania, będzie mogła być przeprowadzona przez kreator do składania wniosków, przez proces aplikowania, ale też przez dobór odpowiedniej formy wsparcia – informuje Dorota Habich. – Może to być dofinansowanie nowoczesnej protezy, sprzętu informatycznego, wizyty u lekarza, który dobierze protezę, czy też nawet dofinansowanie studiów, ponieważ wspieramy też uzyskiwanie edukacji wyższej, a nie wszystkie osoby z niepełnosprawnościami o tym wiedzą.
Jeszcze w tym roku PFRON planuje włączenie do SOW 41 powiatów, a kolejne w 2019 roku. W ramach projektu powstał też portal informacyjny (https://portal-sow.pfron.org.pl) i specjalna infolinia. Fundusz przekaże blisko 2 tys. urządzeń digitalizujących i mobilnych, organizuje także szkolenia stacjonarne dla ponad 1200 osób z jednostek samorządowych oraz szkolenia e-learningowe dla beneficjentów projektu.
– Zainteresowanie Systemem Obsługi Wsparcia jest nadspodziewanie duże – mówi Dariusz Łazar, kierownik projektu SOW. – Otrzymaliśmy wiele deklaracji o chęci przystąpienia do systemu ze strony jednostek samorządu terytorialnego, mamy mnóstwo wejść na portal informacyjny, sporo telefonów na infolinię z pytaniem, kiedy SOW będzie dostępny na poziomie lokalnych samorządów.
Stworzenie systemu, którego wdrożenie rozpoczęto w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie w Koninie 18 września, jest współfinansowane ze środków europejskich. Przed jego rozpoczęciem przeprowadzono wiele testów, powołano też specjalny zespół do testowania dostępności systemu ze strony osób niepełnosprawnych. W ciągu dwóch pierwszych dni wdrożenia systemu SOW nie pojawily się żadne zastrzeżenia co do jego działania i funkcjonalności.
– Do połowy przyszłego roku zamierzamy tym systemem objąć cały kraj. Nie możemy go wdrożyć wcześniej ze względów logistycznych, wtedy w połowie przyszłego roku wszystkie osoby niepełnosprawne, wszyscy beneficjenci będą mogły złożyć wniosek w formie elektronicznej w całym kraju – mówi Dariusz Łazar.
Dziś osoba niepełnosprawna musi co najmniej trzykrotnie odwiedzić urząd, by otrzymać wsparcie z PFRON. Często jest to dla nich duży problem, który wymaga również zaangażowania opiekunów
– Platforma elektroniczna, którą proponujemy, w ogóle wyklucza konieczność pojawiania się w urzędzie – mówi kierownik projektu SOW.
– Polityka dostępności jest dla osób niepełnosprawnych bardzo ważna. Poza tym, co robimy w ministerstwie, czyli fundusz solidarnościowy, mapa drogowa, Strategia na rzecz Osób Niepełnosprawnych, mamy również projekty finansowane ze źródeł europejskich, takie jak SOW. Dają nam one możliwość finansowania dodatkowych działań, które są czymś pozytywnym. Wszystko, co jest robione dla osób niepełnosprawnych w obszarze dostępności i w obszarze informacyjnym, jest przez nas bardzo pozytywnie oceniane – mówi Michał Pelczarski, dyrektor Biura Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.
Wielozadaniowy śmigłowiec Sokół to sztandarowy produkt zakładów PZL-Świdnik, wykorzystywany w Polsce od lat 90., zarówno w wojsku, policji, ratownictwie górskim, jak i w straży granicznej. Takie maszyny są używane także w kilkunastu innych krajach na świecie. Od ponad 20 lat w wersji transportowej służą m.in. w czeskich Siłach Powietrznych. W tym czasie przetransportowały już ponad 11,5 tys. pacjentów i wylatały ponad 40 tys. godzin. W ciągu 20 lat służby niemal nie było dnia, podczas którego W-3A Sokół nie byłby używany. Jeden z nich jest pierwszą tego typu maszyną na świecie, która wylatała 5 tys. godzin.
– Mocną stroną Sokoła jest przede wszystkim duże doświadczenie. Ta maszyna jest na rynku od ponad 25 lat. W tym czasie dokonaliśmy wielu modyfikacji tego śmigłowca, a więc mamy z jednej strony doświadczenie, a z drugiej – czynimy ciągłe usprawnienia. Ten śmigłowiec jest łatwy w pilotażu, lubiany przez pilotów. To maszyna klasy 6,5-tonowej, a więc średnia, która dosyć często wykorzystywana jest zarówno w celach militarnych, jak i cywilnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters.
Śmigłowce Sokół to flagowy produkt zakładów lotniczych PZL-Świdnik, należących do włoskiej grupy zbrojeniowej Leonardo. W Polsce Sokoły są powszechnie wykorzystywane od lat 90., służąc zarówno w wojsku, policji, ratownictwie górskim, jak i w straży granicznej.
– W polskiej armii służy dzisiaj prawie 70 takich maszyn w różnych zastosowaniach. Są śmigłowce Sokół w wersji Anakonda, służące do działań poszukiwawczo-ratowniczych na Bałtyku. Mamy śmigłowce w wersji Głuszec do wsparcia pola walki, które są mocno uzbrojone. Mamy też Sokoła w wersji transportowej. Myślimy o przyszłości tego śmigłowca, chcemy go modernizować i mamy konkretne plany z tym związane – mówi Krzysztof Krystowski.
Najnowocześniejsza, bojowa wersja Sokoła to śmigłowiec W-3PL Głuszec, który powstał w wyniku współpracy świdnickich zakładów lotniczych, polskiego wojska i sektora B+R. Maszyna, uzbrojona m.in. w karabin maszynowy z obrotową wieżyczką, wyrzutnie rakiet i systemy samoobrony, powstała na bazie doświadczeń, które polscy żołnierze zdobywali na misjach w Iraku i Afganistanie.
Ta i inne wersje wielozadaniowego Sokoła są wykorzystywane nie tylko w Polsce, lecz także kilkunastu innych krajach na świecie. Na Filipinach spełniają zadania transportowe, natomiast Hiszpania, Chile i Korea Południowa wykorzystują Sokoły do zadań przeciwpożarowych. W Ugandzie zaś służy w policji.
Maszyny te w wersji transportowej od 1996 roku służą również w czeskich Siłach Powietrznych. Są wykorzystywane głównie do celów ratowniczych i misji poszukiwawczych. W czerwcu tego roku czeskie ministerstwo obrony poinformowało, że śmigłowiec Sokół w bazie lotniczej Praga-Kbely jest pierwszą tego typu maszyną na świecie, która wylatała w powietrzu ponad 5 tys. godzin.
– Dla śmigłowca nalot 5 tys. godzin to naprawdę rekord. To jest zupełnie niestandardowa długość eksploatacji śmigłowca i duma dla nas, jako producenta – mówi Krzysztof Krystowski.
– Nalot 5 tys. godzin świadczy o tym, że ten śmigłowiec jest bardzo często używany. To unikat. W naszych Siłach Zbrojnych ten śmigłowiec służy głównie w ratownictwie medycznym. Lata głównie z pomocą medyczną do ofiar wypadków lub służy do transportu pacjentów. Od 20 lat śmigłowiec służy w ratownictwie medycznym i nigdy nie miał większej, technicznej usterki, tylko drobne bieżące naprawy, których takie maszyny zawsze wymagają – dodaje mjr Petr Šafařík, pilot z 24. Bazy Lotnictwa Transportowego Praga-Kbely. – Ten śmigłowiec przeszedł chrzest bojowy podczas powodzi w 1997 roku i okazał się niezawodny. Maszyna była też wykorzystywana podczas powodzi na Morawach w 1997 roku i pięć lat później przy wielkiej powodzi w krainie czeskiej.
Jak podkreśla, ich zaletą jest większa przestrzeń w kabinie pasażera, co pozwala transportować nawet dwóch leżących pacjentów. To przewaga Sokołów nad innymi, mniejszymi maszynami. Kolejną jest fakt, że mogą one wylądować nawet na bardzo niewielkim i trudnym terenie.
– Najmniejszy obszar, na którym możemy lądować podczas akcji ratowniczej, wynosi 25 na 20 metrów. To mała powierzchnia. Wykonywaliśmy nim zadania na trudnych terenach: wśród skał, kamieniołomów, na autostradach – mówi Petr Šafařík.
Czeskie siły powietrzne mają na wyposażeniu dziesięć Sokołów, których całkowity nalot przekracza w sumie 40 tys. godzin. Przez 20 lat służby maszyny przetransportowały już ponad 11,5 tys. pacjentów.
Wiceprezes Leonardo Helicopters podkreśla, że w planach są kolejne modyfikacje śmigłowców Sokół, które zostały już wstępnie przedstawione polskiej armii i spotkały się z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza ze strony żołnierzy.
– Podstawowe zmiany, jakie chcemy wprowadzić, to przede wszystkim nowe łopaty, czyli śmigła, które mają być wykonane w nowej technologii kompozytowej. Dzięki temu użyteczna masa tego śmigłowca się zwiększy, a jego osiągi będą lepsze. Chcemy też wprowadzić glass cockpit, a więc zamienić urządzenia analogowe, które służą pilotom do sterowania śmigłowcem, na urządzenia w standardach nowoczesnych ekranów ciekłokrystalicznych. Co istotne z punktu widzenia wojska, chcemy zintegrować z tymi śmigłowcami rakiety przeciwpancerne, bo jest to dzisiaj ważne wyposażenie dla polskiej armii. Zamierzamy nadać śmigłowcom Sokół nową jakość, żeby latały przez kolejne dziesięciolecia i spełniały oczekiwania żołnierzy – mówi Krzysztof Krystowski.
Wirtualna rzeczywistość jest coraz częściej i na coraz większą skalę wykorzystywana w przemyśle. Mocny akcent na innowacje w tym zakresie stawia PGNiG. Technologia VR pozwala firmie szkolić pracowników w realistycznych warunkach, lecz z zachowaniem maksymalnego poziomu bezpieczeństwa. Ogranicza przy tym czas i koszty. Przedstawiciele firm stosujących wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość np. do szkoleń pracowników oraz autorzy takich rozwiązań dla biznesu wzięli udział w „Spotkaniu z technologią” zorganizowanym w centrum start-upowym InnVento prowadzonym przez PGNiG.
PGNiG stosuje interaktywny model stacji pomiarowo-redukcyjnej przy szkoleniach operatorów. Uczą się w ten sposób m.in. uruchamiania instalacji. Wykorzystują oni podczas treningów i egzaminów specjalne gogle VR i zakładane na dłonie kontrolery, „wirtualne ręce”. Do tej pory z tego typu szkoleń skorzystało kilkadziesiąt osób. PGNiG zaoferowało też je innym firmom.
– Dzięki symulatorowi mamy możliwość przeszkolenia pracowników w rzeczywistych warunkach pracy, ale w sposób kontrolowany, co skutkuje wymierną oszczędnością, ponieważ pracownik szybko wdraża się do pracy, a jednocześnie pracuje bezpieczniej. VR daje nowe, nieograniczone możliwości. Rozwiązania tego typu pozwalają na symulowanie wielu różnych scenariuszy szkoleniowych, które do tej pory wydawały się niemożliwe do przeprowadzenia w warunkach innych niż terenowe – powiedział agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Rosłonek, dyrektor Centralnego Laboratorium Pomiarowo-Badawczego PGNiG SA.
– Co najważniejsze, metodą VR udaje nam się zasymulować sytuacje awaryjne, których unika się na obiektach terenowych i z punktu widzenia edukacyjnego jest to bardzo duża zaleta. Poza tym wykorzystanie technologii VR przekłada się na wyniki biznesowe. Oszczędzamy na kosztach szkoleń, w krótkim czasie jesteśmy w stanie przeszkolić więcej ludzi niż w warunkach szkolenia na obiektach terenowych – przekonuje ekspert PGNiG.
Aplikację wykorzystującą technologię VR do potrzeb spółki dostosował zespół 1000 realities. Projekt rozwijany był w ramach centrum start-upowego InnVento. To tutaj wraz z PGNiG start-upy pracują nad innowacyjnymi rozwiązaniami dla sektora energetycznego.
Programiści dopracowali aplikację w najdrobniejszych szczegółach, tak aby wirtualna instalacja była pełnym odwzorowaniem tej prawdziwej.– Na początku zapoznaliśmy się z całym procesem szkolenia pracowników obsługujących zespoły gazowe i stacje redukcyjno-pomiarowe. Następnie – po nagraniu przebiegu takiego szkolenia – odwzorowaliśmy je w wirtualnej rzeczywistości, programując każdą interakcję. Instalacja została oddana za pomocą skanowania 3D, więc jest bardzo fotorealistyczna – przekonuje Justyna Janicka z 1000 realities.
ABI Research przewiduje, że do 2022 r. rynek usług związanych ze szkoleniami VR w przedsiębiorstwach osiągnie wartość 6,3 mld dol. Wykorzystanie technik VR w szkoleniach to przede wszystkim oszczędność czasu i kosztów, gdyż szkolenia przeprowadzane są na miejscu, a nie w terenie, zaś w krótkim czasie można przeszkolić w ten sposób wielu pracowników.
– Rozwiązania VR i AR rozwijają się w bardzo szybkim tempie. Liderzy przemysłowi na całym świecie zastępują już fizyczne szkolenia wirtualnymi odpowiednikami. To przynosi wiele korzyści, w szczególności kiedy szkolenie jest trudne do przeprowadzenia, bo wymaga dostępu do rzeczywistej infrastruktury albo jest niebezpieczne. Takie rozwiązania są na tyle dojrzałe i zaawansowane, że zastępują rzeczywistość – twierdzi Justyna Janicka.
Wirtualna rzeczywistość może być wykorzystana np. podczas przygotowywania pracowników do pracy w strefie zagrożonej wybuchem, w kopalniach czy na platformach wiertniczych. Na świecie VR i AR stosowane są m.in. do szkoleń BHP, szkoleń z inspekcji i konserwacji urządzeń wielkogabarytowych, stosują je pracownie architektoniczne oraz producenci samochodów i wagonów.
– Realizowaliśmy już wart 2 mld dolarów projekt dla firmy paliwowej, polegający na stworzeniu pływającej jednostki wstępnej obróbki i wydobycia ropy i gazu. Stworzyliśmy wirtualny model 3D tej instalacji, a operatorzy zostali przeszkoleni ze standardowych procedur operacyjnych i bezpieczeństwa pracy. Chodziło o to, żeby jeszcze przed fizycznym uruchomieniem instalacji produkcyjnej operatorzy, jak i cała obsługa była świadoma jak poprawnie obsługiwać instalację, z którą przyjdzie im pracować w rzeczywistości. Firma paliwowa zyskała czas, który przekładał się na konkretne pieniądze – mówi Ludomir Błeszyński, ekspert z firmy Siemens.
Dynamicznie rośnie także liczba zastosowań VR i AR w przemyśle. Wirtualna rzeczywistość głównie pomaga tam, gdzie w warunkach rzeczywistych szkolenia mogłyby narażać życie pracowników. Jak podkreślają eksperci, wystarczy kilkudniowe szkolenie VR, żeby pracownik nabrał odpowiedniego doświadczenia.
– VR może być wykorzystywana np. do szkolenia specjalistów, zajmujących się obsługą różnych maszyn lub mechaników, którzy muszą nauczyć się skomplikowanych procedur i składania elementów urządzeń. Wirtualna rzeczywistość pozwala także zasymulować kryzysowe scenariusze, które nie wydarzają się codziennie: awarie, pożary czy uszkodzenia instalacji. Zasadniczo nie mamy możliwości przetestowania takich sytuacji w praktyce, ale możemy to zrobić dzięki VR – przekonuje Adrian Gasiński, założyciel firmy Physical Toys – Game & VR Technologies.
Według analityków Zion Market Research globalny rynek wirtualnej rzeczywistości osiągnie w 2022 roku wartość niemal 27 mld dol. Tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie ponad 54 proc. średniorocznie. Z kolei według prognoz P&S Market Research, globalny rynek VR i AR ma osiągnąć w 2023 r. wartość blisko 95 mld dol.
Nauka może być perspektywiczną drogą zawodową – przekonują eksperci Adamedu, jednej z największych w Polsce firm farmaceutycznych i biotechnologicznych. Program ADAMED SmartUP ma na celu wyłuskać i wesprzeć największe młode talenty w dziedzinie nauk ścisłych i przyrodniczych. Najlepsi dostaną stypendia, które mogą przeznaczyć na wymarzone studia i rozwój kariery naukowej. Kolejna edycja programu startuje w październiku.
– Program ADAMED SmartUP pokazuje, że młodzi ludzie zdecydowanie interesują się nauką, przedmiotami ścisłymi i przyrodniczymi. Nasze działania prowadzimy już od 4 lat i z roku na rok liczba osób zgłaszających się do programu jest coraz większa – mówi agencji Newseria Biznes Martyna Strupczewska, kierownik programu ADAMED SmartUP.
Program naukowo-edukacyjny ADAMED SmartUP jest skierowany do uczniów szkół ponadpodstawowych w wieku 15–19 lat. Jego celem jest popularyzacja nauk ścisłych i przyrodniczych oraz wsparcie szczególnie uzdolnionej młodzieży.
– Pokazujemy, że nauka dotyczy nas na co dzień – chociażby poprzez eksperymenty, które można wykonać we własnym domu. Nasz program to także bezpłatne warsztaty prowadzone w profesjonalnych laboratoriach przez wykładowców i pracowników naukowych – mówi Martyna Strupczewska.
Częścią inicjatywy jest także program stypendialny dla wybitnie utalentowanych młodych ludzi, którzy interesują się naukami ścisłymi. Stypendia mogą przeznaczyć na wymarzone studia i rozwijanie swojej kariery naukowej.
– Dzięki programowi ADAMED SmartUP w październiku rozpocznę wymarzone studia chemiczne. Odbyłam też zajęcia z chemii w ramach indywidualnych konsultacji edukacyjnych oraz staż na Uniwersytecie Cambridge. W trakcie programu zobaczyłam, że młode osoby są w stanie wejść do laboratoriów, rozpocząć swoje pierwsze badania. Dało mi to wiarę w siebie, mogę już teraz zacząć myśleć, jakiego typu badania chciałabym prowadzić w przyszłości – mówi Anna Kotańska, stypendystka 3. edycji programu ADAMED SmartUP.
W czterech dotychczasowych edycjach ADAMED SmartUP zarejestrowało się już blisko 25 tys. uczestników. Spośród nich 200 wzięło udział w obozach naukowych z naukowcami i wykładowcami topowych uczelni. Z roku na rok program cieszy się coraz większym zainteresowaniem.
Na Wydziale Fizyki Politechniki Warszawskiej odbyła się w połowie września uroczysta gala podsumowująca 4. edycję programu ADAMED SmartUP. W trakcie wydarzenia wyłoniono 10 laureatów nagrody głównej, którzy przez najbliższy rok będą rozwijać swoje kariery naukowe pod okiem doświadczonych naukowców. Ogłoszono również nazwiska 3 stypendystów, którzy od zarządu Fundacji Grupy Adamed i Rady Naukowej otrzymali symboliczne czeki. Kolejni młodzi i uzdolnieni kandydaci dostaną taką szansę z początkiem października, kiedy wystartuje rejestracja do 5. edycji programu ADAMED SmartUP.
– Przed nami już za chwilę 5. edycja programu, w październiku rozpoczynamy rekrutację. Wszyscy zainteresowani, czyli uczniowie w wieku 15–19 lat, mogą zarejestrować się poprzez naszą stronę internetową i zostaną zaproszeni do udziału w grze alternatywnej rzeczywistości, która jest naukowym wyzwaniem do sprawdzenia swojej wiedzy, umiejętności, kojarzenia faktów, nieszablonowego podejścia do rozwiązywania problemów. Spośród osób, które najlepiej poradzą sobie z tym zadaniem, wyłonimy uczestników kolejnego etapu – mówi Martyna Strupczewska.
Organizatorem ADAMED SmartUP jest Fundacja Grupy Adamed, której celem jest wspieranie działalności badawczo-rozwojowej, naukowej i oświatowej, popularyzacja nauki oraz wsparcie rozwoju młodzieży i środowiska naukowego. Wśród patronów honorowych programu są między innymi: Minister Edukacji Narodowej, Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Minister Przedsiębiorczości i Technologii, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Polska Akademia Nauk.
Duże galerie i centra handlowe są dominującym formatem na polskim rynku. Odpowiadają za 3/4 podaży powierzchni handlowej. Natomiast parki handlowe w mniejszych miastach to niezagospodarowana nisza. Według ekspertów Cushman & Wakefield miasta poniżej 100 tys. mieszkańców cechują się niewykorzystanym potencjałem, co w kolejnych latach może przyciągać inwestorów. Na tym segmencie zamierza skupić się PA Nova, która powiększa bank ziemi w mniejszych miejscowościach, a w 2019 roku rozpocznie budowę kolejnych parków handlowych w Zielonej Górze.
– W naszej ocenie najbardziej perspektywiczna z punktu widzenia najbliższych 2–3 lat jest budowa parków handlowych w mniejszych miejscowościach, liczących już nawet 10–15 tys. mieszkańców. Parki handlowe w małych miejscowościach to odpowiedź na potrzeby klientów, którzy przesycili się wielkimi powierzchniami, którzy nie chcą marnować czasu po pracy. Chcą zrobić zakupy szybko, w miejscu łatwo dostępnym, zaparkować jak najbliżej wejścia i w ciągu 15–20 minut pojechać do domu, do swoich spraw – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ewa Bobkowska, wiceprezes PA Nova SA.
Miejscowości poniżej 100 tys. mieszkańców to białe plamy na handlowej mapie Polski. Niewielka konkurencja, niższe koszty pracy i niski poziom nasycenia powierzchnią handlową powodują, że lokalne rynki są bardzo atrakcyjne dla inwestorów.
– To są miejscowości, w których wielkich supermarketów nie ma i nie będzie, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Natomiast bliskość parku handlowego, gdzie można zrobić codzienne zakupy, zarówno food jak i non-food – powoduje, że klient przyjeżdża do niego 2–3 razy w tygodniu. Oczywiście jeżeli są to zakupy typu meble albo odzież – wtedy klienci jadą do dużej galerii, do większego miasta. My chcemy natomiast zapewnić im szybki dostęp do bieżących, codziennych zakupów. Tym bardziej że jak pokazują statystyki, przeciętny Polak robi zakupy 2–3 razy w tygodniu, a przeciętny Niemiec czy Austriak raz na tydzień – mówi Ewa Bobkowska.
Jak wynika z danych Cushman & Wakefield, w ubiegłym roku otwarto w Polsce 20 nowych obiektów handlowych – z czego 10 to duże centra handlowe o łącznej powierzchni przekraczającej 280 tys. mkw. oraz 3 parki handlowe o sumarycznej powierzchni najmu 20,7 tys. mkw. W budowie było natomiast 0,5 mln mkw. powierzchni handlowej, a działalność deweloperska koncentruje się w większych miastach powyżej 400 tys. mieszkańców. Centra handlowe pozostają w Polsce dominującym formatem handlowym, stanowiąc 73 proc. całkowitej podaży. Natomiast parki handlowe w mniejszych miastach to niezagospodarowana nisza. „Miasta poniżej 100 tys. mieszkańców cechują się jeszcze niewykorzystanym potencjałem, co może stanowić w najbliższych latach istotny kierunek dalszego rozwoju rynku” – wskazali eksperci Cushman & Wakefield.
– Realizujemy w dwóch formułach, zarówno design and build, czyli projektujemy, budujemy pod klienta, ale działamy też jako deweloper, czyli wyszukujemy ziemię, klientów i zawieramy długoterminowe umowy najmu, minimum 10–15-letnie. Obecnie realizujemy dwa parki handlowe, w Sosnowcu i Jaworznie, w przyszłym roku zaczynamy kolejne w Zielonej Górze. W skali roku możliwych do wybudowania jest około kilkuset takich obiektów. W naszym odczuciu ten trend będzie dotyczyć także nowo budowanych dzielnic w wielkich miastach, gdzie powstają domy i powstają osiedla wielorodzinne, natomiast nie ma tam tej podstawowej możliwości zrobienia bieżących zakupów – mówi Ewa Bobkowska.
Jak ocenia, na rynku widać również duże zainteresowanie budownictwem przemysłowym. PA Nova pracuje nad projektem w tej chwili nad powierzchni magazynowych zarówno dla start-upów, jak i firm, które nie potrzebują tysięcy metrów powierzchni składowania, ale powierzchni mniejszych, z krótszym okresem najmu.
– Pracujemy nad takim modelem w miastach, gdzie jest dobra, szybka komunikacja i gdzie pozyskalibyśmy takich klientów. Na pewno jest to trend, który w dobie e-sprzedaży będzie się szybko rozwijał – mówi Ewa Bobkowska.
Spółka dysponuje w tej chwili bankiem ziemi przekraczającym 25 ha. Kolejne grunty stara się pozyskiwać w mniejszych miastach, głównie skupując je od osób prywatnych.
– Ceny gruntów w naszym odczuciu nieco spadły. Mamy jednak takie sytuacje, w których osoby prywatne pokazują nam, że kilka lat temu kupiły ziemię po bardzo wysokiej cenie i teraz chcą osiągnąć podobną cenę, nierynkową jak na obecne czasy. Jeżeli chodzi o gospodarkę gruntami w Polsce – nierozwiązanym od wielu lat problemem jest przede wszystkim własność a użytkowanie wieczyste. W tej chwili został on połowicznie rozwiązany dla budownictwa mieszkaniowego, natomiast pozostałe grunty to dalej wielka niewiadoma. Wielu kontrahentów zagranicznych zwraca uwagę na formę własności, więc jest to problem. Legislacyjnie jest dużo do zrobienia – mówi Ewa Bobkowska.
We wrześniu w Gliwicach wystartowało Centrum Badawczo-Rozwojowe Technologii Przetwarzania Dużych Zbiorów Danych na potrzeby Geoinformacji i Inżynierii Odwrotnej. Inwestycja powstała kosztem 5,5 mln zł, przy czym 30 proc. stanowiło unijne dofinansowanie.
Centrum będzie przetwarzać duże zbiory danych przestrzennych, m.in. w celu prognozowania kryzysowego czy projektowania obszarów urbanistycznych w oparciu o wielkopowierzchniowe skany terenów. Takie rozwiązania znajdą zastosowanie w planowaniu przestrzennym i urbanistyce, czyli przede wszystkim w urzędach miast. Drugi segment działalności centrum to inżynieria odwrotna, która ma znaleźć zastosowanie głównie w przemyśle.
– Planujemy otwarcie dla naszych klientów i inwestorów w październiku. W tej chwili wchodzimy z programem 3D, czyli trójwymiarowe plany zagospodarowania miast, co łączy się też z analizą energetyczną. To pierwszy segment działania centrum. Drugi to tzw. inżynieria odwrotna, czyli modele 3D. Mamy zakupiony odpowiedni sprzęt, dostaliśmy też grant w ramach dofinansowania i uruchamiamy produkcję na zamówienie klientów. Będziemy działać w przemyśle motoryzacyjnym, maszynowym. Mamy już pierwsze zamówienia i myślę, że w ciągu roku, dwóch, powinno to stanowić około 10 proc. obrotów firmy – mówi Ewa Bobkowska, wiceprezes PA Nova SA.
Już wkrótce w Polsce może się pojawić stado jednorożców. Kandydatów do spółek wycenianych na przynajmniej miliard dolarów jest już kilka. To nie tylko CD Projekt, który w 2016 roku jako pierwsza polska firma IT dołączyła do grona najważniejszych firm technologicznych na świecie. Takim potencjałem dysponują także m.in. LiveChat, Booksy czy Znany lekarz. Problemem w Polsce jest jednak brak kapitału. Średnio, aby stać się jednorożcem, firma zbiera nawet 260 mln dol. dofinansowania. Największe firmy technologiczne – Apple i Amazon – są już warte ponad bilion dolarów.
– Naszym zdaniem polskie start-upy, my wolimy mówić polskie spółki technologiczne, mają bardzo duży potencjał. Polska ma bardzo dużo deweloperów, programistów, inżynierów, którzy tworzą fajne firmy z dużym potencjałem. Te firmy sprzedają globalnie, mogą to być i będą w najbliższych latach bardzo duże firmy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Świeboda z funduszu Inovo.
Zdaniem ekspertów, spółek wycenianych na miliard dolarów, czyli tzw. jednorożców, już wkrótce może w Polsce pojawić się całkiem sporo. Z raportu „Polskie start-upy 2018” wynika, że liczba start-upów deep tech i kandydatów na jednorożca systematycznie rośnie: w 2015 roku było ich tylko 8, w kolejnych latach odpowiednio 11 i 35, a w 2018 roku już 174. Wśród nich kilka ma duże szanse by dołączyć do grona tych największych.
Z najnowszego raportu CBInsight wynika, że łączna wycena światowych jednorożców wśród start-upów przekroczyła już kwotę 864 mld, a takich start-upów jest już 260. Na liście dominują te ze Stanów Zjednoczonych (121) i z Chin (80). Z polskich start-upów żaden nie zyskał miana jednorożca, ale niedługo może się to zmienić.
– CD Projekt jest już bardzo dużą firmą technologiczną. Jest LiveChat, który jest już na giełdzie i też ma się szansę stać polskim jednorożcem. Jest także kilka firm z dużym potencjałem, bliskich statusu jednorożca. To np. Booksy, firma, która robi oprogramowanie dla fryzjerów i dla sektora beauty. Także Znany lekarz, czyli firma, która w Polsce jest pod marką Znany lekarz, ale globalnie pod marką Docplanner. Te firmy zdecydowanie mają potencjał być polskim unicornem – przekonuje Tomasz Świeboda.
Producent i dystrybutor serii gier o Wiedźminie CD Projekt już w 2016 roku jako pierwszy przekroczył wartość miliarda dolarów, choć na liście jednorożców nie znalazł się ze względu na to, że nie jest spółką giełdową. Coraz śmielej na rynku poczyna sobie LiveChat, firma która stworzyła narzędzie służy do komunikacji między właścicielem strony internetowej a użytkownikami. Obecnie ma 24 tys. klientów. Dobrze radzi sobie Booksy. Z aplikacji do umawiania wizyt u fryzjerów, kosmetyczek, barberów i masażystów korzysta już 120 tys. salonów i 2 mln użytkowników miesięcznie. Od 2015 roku Booksy zdobył 21,2 mln dol. finansowania. Portal Znany Lekarz do umawiania wizyt lekarskich co miesiąc odwiedza zaś 8 mln osób z 25 krajów.
Większość ekspertów właśnie te start-upy wymienia jako te, które mogą dołączyć do grona największych. Aby były warte tyle, co Amazon czy Apple, których wartość przekroczyła niedawno bilion dolarów, sporo im brakuje – przede wszystkim dużych inwestycji w pierwszych latach po powstaniu.
– W Polsce wydaje mi się, że największą barierą dzisiaj jest brak kapitału. Z jednej strony jest bardzo dużo kapitału na start-upy, ale na bardzo wczesnym etapie. Na trochę późniejszym etapie tego kapitału w Polsce jest coraz mniej, a na świecie jest go bardzo dużo. Mało ludzi zdaje sobie sprawę, że zbudowanie dużej firmy technologicznej kosztuje bardzo dużo pieniędzy, to nie jest kilka milionów złotych, to jest kilkadziesiąt milionów złotych bądź dolarów i to są bardzo duże koszty – twierdzi ekspert.
Raport „Polskie start-upy” wylicza, że w naszym kraju państwo wydało do tej pory na start-upy ponad 1,5 mld zł – 890 milionów z PARP, 440 mln z KFK i 250 mln z NCBiR. Problemem jest jednak niski poziom finansowania inwestorów prywatnych. Blisko połowa start-upów wskazuje, że brakuje im też wykwalifikowanych kadr.
Opracowano elastyczne czujniki, które potrafią wykryć nacisk dłoni na kierownicę lub drążek do sterowania samolotem. Gdy ręce kierowcy lub pilota nie mają kontaktu z układem sterującym, system zawiadomi odpowiednie służby, wysyłając lokalizację potencjalnego wypadku. Szybka reakcja może uratować życie poszkodowanym. Nad bezpieczeństwem w samochodach już teraz czuwają systemy wykrywające np. niezamierzoną zmianę pasa ruchu. W przyszłości w autach mogą być też instalowane detektory zamkniętych oczu.
– Zajmujemy się wdrażaniem elastycznych czujników do elementów sterujących, takich jak kierownice, dźwignie zmiany biegów czy drążki sterowe do samolotów. Chcemy zapewnić rozwiązania w zakresie wykrywania dłoni i generowania sygnałów, w tym alarmowych, w celu rozpoczęcia procedury łańcucha ratunkowego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Denis Güzelocak, prezes CurveSYS.
Inteligentne rozwiązania znajdują coraz to nowsze zastosowania. Dzięki specjalnym czujnikom można zautomatyzować proces zarządzania magazynami, a także podnieść bezpieczeństwo w transporcie. Na ukończeniu są już prace nad elastycznymi czujnikami, które wykryją puszczenie przez kierowcę lub pilota kierownicy lub drążka sterującego i wyślą sygnał do wszczęcia procedury ratunkowej.
CurveSYS chce wykorzystać swoje czujniki do automatycznego aktywowania procedury eCall.
– Aktywujemy system eCall, rozpoznając stałą aktywność dłoni na kierownicy. W przypadku sytuacji krytycznej, zdjęcia rąk z kierownicy lub spadku nacisku na kierownicę, ustalamy za pomocą technologii GSM i GPS lokalizację kierowcy. Postaramy się w bezpieczny sposób zatrzymać samochód i wysłać ustalone dane do odpowiedniego centrum powiadamiania ratunkowego – zapewnia prezes CurveSYS.
Moment wykrycia ryzykownej sytuacji jest kluczowy do podjęcia odpowiedniej akcji. Systemy wykrywania dłoni na kierownicy czy drążku muszą być jednak połączone z innymi systemami, takimi jak eCall. Ogólnoeuropejski system szybkiego powiadamiania o wypadkach drogowych ma znacząco zwiększyć przeżywalność wypadków komunikacyjnych. Od 31 marca 2018 r. urządzenia eCall są obowiązkowo montowane we wszystkich nowych samochodach osobowych i dostawczych do 3,5 tony.
Czujniki CurveSYS można jednak zastosować w szerszej gamie pojazdów.
– System ten może być wykorzystywany do modernizacji wszystkich pojazdów, np. samochodów, motocykli, rowerów, traktorów i pojazdów wykorzystywanych w rolnictwie. Obecnie prowadzimy współprace, jazdy testowe i spodziewamy się, że rozwiązanie uda się wprowadzić na rynek na przełomie roku 2019 i 2020 – zapowiada Denis Güzelocak.
Tymczasem już teraz w samochodach o bezpieczeństwo podróżujących dba szereg inteligentnych czujników i rozwiązań. System Lane Assist, zapobiegający niezamierzonej zmianie pasa ruchu, obecny jest w coraz większej liczbie pojazdów. Traffic Jam Asssist to z kolei asystent jazdy w korku, który dba o utrzymanie bezpiecznej odległości od poprzedzającego pojazdu i utrzymuje właściwy tor jazdy. System może być dodatkowo wyposażony w funkcję zjazdu na pobocze w przypadku, gdy kierowca nie trzyma rąk na kierownicy, a także nie reaguje na zmieniające się warunki na drodze. Systemy inteligentne w samochodach są już nawet w stanie rozpoznawać znaki drogowe.
W przyszłości do samochodów trafi także system wykrywania zamkniętych oczu. Pierwszy na świecie system śledzenia oka szwedzkiej firmy Tobii Tech po wykryciu, że kierowca zasypia, wyśle ostrzeżenie lub aktywuje systemy bezpieczeństwa, np. asystenta zjazdu na pobocze. Algorytm działa w oparciu o obserwację specyfiki zamykania powiek w połączeniu z ustaleniem wzorców charakterystycznych dla kierowcy. Czujnik wykrywa też rozproszenie uwagi charakteryzujące się skupieniem wzroku z dala od drogi. W przypadku, gdy system jest połączony z czujnikami zamontowanymi z przodu pojazdu, automat może wysłać sygnał do wykonania przez samochód manewru zapobiegającego zderzeniu.
Inteligentne czujniki znajdują zastosowanie nie tylko w branży automotive. Opracowywane przez CurveSYS czujniki mogą znaleźć także zastosowanie w sklepach i magazynach.
– Obecnie realizujemy nowy projekt, w ramach którego wykorzystujemy nasze czujniki na inteligentnych półkach. Sensory umożliwiają wykrywanie rodzaju i liczby produktów na regałach, co pozwala wielu firmom przyspieszyć pracę i oszczędzić czas – informuje Denis Güzelocak.
Na podstawie takich danych można na przykład dokonywać zamówień i oceniać pracę osób odpowiedzialnych za ekspozycję towaru w sklepach wielkopowierzchniowych. Jeżeli czujnik wykryje pustą półkę i w systemie magazynowym występuje brak towaru, który powinien na niej leżeć, będzie to sygnałem do sporządzenia zamówienia.
Według danych statystycznych policji, tylko na polskich autostradach w minionym roku doszło do 478 wypadków, w których śmierć poniosło 70 osób, a niemal 700 zostało rannych. Do 60 wypadków doszło w wyniku zmęczenia lub zaśnięcia kierowcy. Zginęło w nich 10 osób, a 108 zostało rannych. Z danych opracowanych przez twórców portalu planecrashinfo.com wynika z kolei, że błąd pilota jest przyczyną ponad połowy wypadków lotniczych.
Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek inteligentnych czujników do 2022 roku osiągnie wartość ponad 57 mld dol. Prognozowane średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się w latach 2016–2022 na poziomie 18,1 proc.
Dąbrowski Radziejewska, nowy butik prawny na rynku nieruchomości i inwestycji, powiększa swój zespół o Magdalenę Moczulską, wcześniej przez wiele lat związaną z kancelarią Wardyński i Wspólnicy
Kancelaria Dąbrowski Radziejewska, która w czerwcu br. wyodrębniła się z Bartosiak i Partnerzy, powiększyła swój zespół o doświadczonego prawnika, radcę prawnego, Magdalenę Moczulską, która przez wiele lat była ekspertem w dziedzinie prawa korporacyjnego w kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
Magdalena Moczulska specjalizuje się w kompleksowej obsłudze prawnej podmiotów gospodarczych. Na koncie swoich znaczących doświadczeń posiada przeprowadzenie z sukcesem jednego z pierwszych połączeń transgranicznych spółek w Polsce. Realizowała kompleksowe projekty związane z połączeniami spółek polskich i z kapitałem zagranicznym. Sporządzała opinie w zakresie działalności spółek Skarbu Państwa, a także ekspertyzy na zlecenie Banku Światowego obejmujące polskie prawo spółek.
Pozyskanie Magdaleny Moczulskiej jest spójne z rozwojem komplementarnej oferty dla klientów kancelarii Dąbrowski Radziejewska. Założyciele kancelarii, Łukasz Dąbrowski i Paulina Radziejewska, wraz z zespołem zbudowali swoją ekspertyzę prawną i biznesową oraz doświadczenie, obsługując wieloaspektowe projekty dla polskich i międzynarodowych klientów działających na rynku nieruchomościowym i budowlanym.
Główny obszar specjalizacji kancelarii obejmuje nieruchomości i inwestycje budowlane (mieszkaniowe i komercyjne – obiekty handlowe, hotele, biura i magazyny), finansowanie projektów, komercjalizacje i rozwiązywanie sporów około nieruchomościowych.
Life Science Open Space (#LSOS18) to doroczne FORUM INNOWACJI i WSPÓŁPRACY DLA ZDROWIA I JAKOŚCI ŻYCIA. Impreza zgromadzi profesjonalistów, fanów i użytkowników technologii służących człowiekowi – ludzi nauki, biznesu, polityki i administracji nastawionych na działanie i rezultaty.
Celem wydarzenia, które odbywa się już po raz ósmy, jest zachęcanie i inspirowanie do działania oraz umożliwianie nawiązywania ciekawych i praktycznych kontaktów. Open Space nawiązuje do otwartej, przyjaznej atmosfery, sprzyjającej efektywnemu networkingowi w pięciu kategoriach: Open Innovation, Challenge, Demo, Kariera i StartUp. Tematy obejmują – badania nad lekami; zdrową żywność; aktywne zdrowe życie; digital healt; nanotechnologie; kosmetyki; zdrowe budynki i inne.
Więcej informacji o kategoriach prezentacji i sesjach tematycznych na stronie konferencji http://lsos.info. Do prezentacji zostanie wybranych tylko na 70 prezentacji – najlepszych pod względem jakości, możliwości podjęcia współpracy i korzyści dla uczestników.
Rejestracja już trwa – zgłoś swoją prezentację! Daj się poznać i znaleźć potencjalnym partnerom i przedstaw swoje działania na forum #LSOS’18.
Abstrakty prezentacji wybranych na konferencję są promowane wcześniej na stronach www.lifescienceopenspace.pl. Nie ma lepszej okazji, aby przedstawić lub zweryfikować swoje działania, pozyskać partnerów, kooperantów, pracowników czy testerów dla innowacyjnych projektów z obszaru Zdrowie i Jakość Życia.
Spotkaniem w Warszawie, dotyczącym bieżących i ewentualnych przyszłych warunków prowadzenia handlu z Wielką Brytanią, rozpoczyna się kolejna edycja Programu Rozwoju Eksportu (PRE) prowadzonego przez Santander Bank Polska. W siedmiu poprzednich edycjach Programu, jeszcze pod szyldem Banku Zachodniego WBK, wzięło udział ponad 3100 przedstawicieli polskich przedsiębiorstw.
– Naszym celem było stworzenie projektu długoterminowego. Inaugurując serię spotkań, konferencji, warsztatów oraz misji zagranicznych już po raz ósmy, pokazujemy, że zaangażowanie w zwiększanie aktywności eksportowej i importowej polskich firm ma dla nas wymiar strategiczny – mówi Michael McCarthy, Członek Zarządu nadzorujący Pion Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej Santander Bank Polska.
Wspieranie przedsiębiorstw, które działają na rynkach międzynarodowych oraz spektrum i zaawansowanie rozwiązań finansowych dla handlu zagranicznego są wyróżnikiem banku od momentu, gdy jeszcze jako BZ WBK stał się częścią międzynarodowej Grupy Santander. Było to ponad 7 lat temu. – Niezmiennie chcemy być bankiem pierwszego wyboru dla eksporterów, importerów oraz firm, które prowadzą ekspansję poprzez inwestycje greenfield czy fuzje i przejęcia. Jesteśmy przekonani, że potencjał polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych – szczególnie w wybranych branżach – jest ogromny. Będąc w międzynarodowej Grupie, która działa na 10 kluczowych rynkach świata możemy pomóc przedsiębiorcom dotrzeć do ponad 1 mld potencjalnych klientów – podkreśla Michael McCarthy.
Klienci korporacyjni jako jedni z pierwszych mieli możliwość poznania korzyści z obecności swojego banku w globalnej Grupie Santander. Od kilku lat mają dostęp do portalu informacyjnego SantanderTrade.com, na którym zgromadzone są opracowania na temat ponad 180 ciekawych rynków zagranicznych. Dzięki tym raportom firmy mogą wstępnie zbadać szanse na sukces w konkretnych krajach. Inną możliwością jest Santander Network – platforma, na której firmy mogą znaleźć sprawdzonych, wiarygodnych podwykonawców w podstawowych kategoriach usług, takich jak obsługa prawna czy działania marketingowe. Z kolei sieć International Desk zapewnia bardzo szybką organizację współpracy z innym bankiem Grupy Santander. Są to unikalne i co bardzo ważne praktyczne rozwiązania, które realnie ułatwiają ekspansję na rynkach zagranicznych.
W ostatnim czasie Santander Bank Polska wprowadził do oferty m.in. płatności oparte o technologię blockchain Santander One Pay FX czy możliwość zarządzania rachunkami, które firma prowadzi w bankach zewnętrznych, poprzez bankowość elektroniczną iBiznes24. To unikalne na polskim rynku rozwiązania, które sprawiają, że Santander Bank Polska ma jedną z najbardziej zaawansowanych na rynku ofert dla handlu zagranicznego. Bank stale rozwija moduł Trade Finance w iBiznes24. Pracuje też nad bardzo wyspecjalizowanymi rozwiązaniami, takimi jak np. finansowanie międzynarodowego łańcucha dostaw we współpracy z Santander Hong Kong.
Ósma edycja Programu Rozwoju Eksportu będzie, tak jak dwie poprzednie, mocno „sektorowa”, zgodnie ze strategią biznesową Santander Bank Polska. Bank ponownie zdecydował się położyć nacisk na misje zagraniczne, które pozwalają nawiązać realne relacje biznesowe i stwarzają największą szansę na kontrakty. Dotychczas odbyło się 20 wydarzeń o takim charakterze. W tym momencie Santander Bank Polska ma zaplanowane sesje B2B towarzyszące targom International Import Expo w Chinach, misje do Wielkiej Brytanii i Niemiec dla branży meblowej, a także do Kazachstanu dla producentów maszyn rolniczych i dystrybutorów roślin oleistych oraz misję przyjazdową do Polski dla hiszpańskich firm z sektora agro.
Pierwsze wydarzenie PRE tej jesieni odbywa się 28 września w Warszawie. Tematyka dyskusji będzie dotyczyła m.in. inwestowania i zakładania biznesu w Wielkiej Brytanii; otoczenia makroekonomicznego, finansowego i biznesowego na Wyspach; najświeższych informacji nt. Brexitu (w tym statusu negocjacji) oraz implikacji dla biznesu oraz związanych z tym szans i wyzwań dla polskich firm. W agendzie znalazły się wystąpienia Piotra Bielskiego, Dyrektora Departamentu Analiz Ekonomicznych Santander Bank Polska, Elisabeth Chapman, Sekretarz ds. Brexitu przy ambasadzie brytyjskiej w Polsce, jak też przedstawicieli kancelarii EBS i firmy logistycznej Hutchinson Ports UK / Logistics Ltd.
Organizatorzy zaplanowali również panel dyskusyjny pt. „Jak wejść „po polsku” kiedy inni wychodzą” na temat tegorocznych doświadczeń polskich przedsiębiorców z rynku brytyjskiego. W panelu wezmą udział praktycy biznesu, przedstawiciel Departmentu Handlu Zagranicznego przy Ambasadzie Wielkiej Brytanii w Warszawie oraz ekspert Santander UK.
Spotkania wg tej samej agendy odbędą się również 12 października w Katowicach oraz 19 października br. w Gdańsku. Zgłoszenia są przyjmowane pod adresem [email protected]. Udział w spotkaniach jest bezpłatny. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc rejestracja jest aktywna wyłącznie po uzyskaniu potwierdzenia od organizatora.
Grupa Kapitałowa Progres zamknęła pierwsze półrocze 2018 roku ze wzrostem przychodów sięgającym ponad 50% w stosunku do analogicznego okresu w roku poprzednim. Jak komentuje Cezary Maciołek – Wiceprezes Zarządu Grupy Kapitałowej Progres – dynamiczny rozwój usług rekrutacyjnych związany jest m. in. z bardzo dobrą kondycją polskiej gospodarki, aktualną sytuacją demograficzną, niedopasowaniem szkolnictwa z biznesem oraz falą emigracji. To wszystko wpływa na wzmożone zapotrzebowanie na pracowników, których zaczyna brakować praktycznie w każdej gałęzi polskiej gospodarki.
W pierwszym półroczu 2018 roku skonsolidowane przychody Grupy Kapitałowej Progres wyniosły 136 368.854 zł co oznacza wzrost w stosunku do pierwszej połowy 2017 roku o ponad 50%. – Tak dynamiczny wzrost to efekt realizacji kluczowych projektów w przyjętej strategii na lata 2017-2020, m. in. ekspansji terytorialnej w Polsce i za granicą, zmian strukturalnych, uruchomienia nowych specjalizacji branżowych oraz zawiązania dobrych aliansów biznesowych – podkreśla Cezary Maciołek, Wiceprezes Zarządu Grupy Kapitałowej Progres. Biznes i sektor HR reagują też na aktualną sytuację rynkową. – Najniższe w historii bezrobocie przy jednocześnie intensywnym rozwoju polskiej gospodarki determinuje zwiększone zapotrzebowanie na pracowników i usługi HR – dodaje Cezary Maciołek.
– Z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że Polska stała się ofiarą własnego sukcesu. To my zyskaliśmy najwięcej ze wszystkich nowych krajów UEpo 2000 roku. Bardzo dobrze wypromowaliśmy się jako kraj i miejsce do inwestowania, z dobrą koniunkturą oraz idealnym położeniem w środkowej Europie. Dostępność zasobów ludzkich, w tym specjalistów branżowych oraz wykształconych absolwentów ze znajomością języków obcych, wpłynęła na znaczny wzrost nowych inwestycji w naszym kraju. Tak szybkie tempo wzrostu, przy słabnącej podaży pracownika powoduje, że wiele firm nie jest w stanie realizować swoich procesów biznesowych z powodu braku kapitału ludzkiego zarówno wyższego, jak i niższego szczebla. Przed branżą HR stoi zatem wiele wyzwań, którym musimy sprostać, by utrzymać dobrą sytuację w polskiej gospodarce i nie zaprzepaścić ostatniej dekady polskiego sukcesu – komentuje Cezary Maciołek.
W styczniu tego roku sprzedano za ponad 8 mln złotych polską studukatówkę Zygmunta III Wazy. Była to najdroższa europejska moneta w ostatnich latach i jednocześnie świetny interes dla jej dotychczasowego właściciela. Jak wynika z opublikowanego wczoraj „Raportu o rynku numizmatów”, nie tylko prywatni inwestorzy, ale także instytucje publiczne dostrzegają w branży numizmatycznej ogromny potencjał inwestycyjny.
Raport, opracowany przez Granatowe Góry Weronika A. Kosmala jest pierwszym podsumowaniem sprzedaży na krajowych aukcjach, powstałym przy współpracy z antykwariatami, ekspertami, Muzeum Narodowym w Krakowie oraz międzynarodową bazą danych CoinArchives i zawiera kilkadziesiąt stron analiz, wywiady i zestawienia światowych rekordów.
Eksperci zgodnie przyznają, że rynek numizmatyczny pozwala bardzo dobrze lokować pieniądze, jest wiarygodny ze względu na szeroką dostępność archiwalnych danych i możliwość szybkiego porównywania obiektów w tzw. gradingu oraz cechuje się stosunkowo wysoką płynnością. Wartościowe numizmaty są często traktowane przez inwestorów także jako stabilny filar emerytalny.
– Grading (czyli skala oceny stanu monet) narodził się na potrzeby rynku inwestycyjnego w Stanach Zjednoczonych, kiedy zarówno fundusze, jak i kolekcjonerzy byli zainteresowani przede wszystkim zyskowną lokatą i potrzebowali miarodajnego określania jakości kupowanych pozycji oraz ich oryginalności. Uświadamiając sobie, że na rynku mamy do czynienia nie tylko z unikatami, ale przede wszystkim z przedmiotami powtarzalnymi, zauważymy, w jak dużej mierze cena zależy od stanu zachowania – i jak ważne jest, żeby certyfikację przeprowadzała niezależna instytucja, a nota była łatwa do zinterpretowania. Kiedy jeden egzemplarz oceniony został na 50/70, a drugi na 60/70, wiemy dokładnie, który ma również wyższy potencjał inwestycyjny – wyjaśnia Damian Marciniak z Gabinetu Numizmatycznego Damian Marciniak w Warszawie.
Jak wynika z raportu, rozwój rynku numizmatycznego widać na każdym kroku, a szeroka dostępność i rozpiętość cen numizmatów, w przeciwieństwie do rynku sztuki, pozwala rozpocząć przygodę z nimi praktycznie każdemu. Ceny monet zaczynają się od symbolicznych kilku złotych, ale mogą sięgać nawet kilkuset tysięcy. Codziennie na licytacjach sprzedawane są dziesiątki numizmatów. Najlepsze z nich trafiają na aukcje stacjonarne.
Atrakcyjność numizmatyki, łatwość aktywnego uczestnictwa w aukcjach przez internet i potencjał inwestycyjny rzadkich obiektów przyciąga na takie aukcje coraz szersze grono pasjonatów – bywa, że nawet 1 000 osób. Licytacje prowadzone w Polsce cieszą się również dużym zainteresowaniem kolekcjonerów zagranicznych i rozproszonej po świecie Polonii. Potwierdzeniem tego faktu może być największa aukcja numizmatyczna w Polsce, której kolejna edycja będzie miała miejsce już w sobotę 6 października br., w sali Kometa Hotelu Marriott w Warszawie. Wydarzenie będzie transmitowane na żywo w serwisie www.aukcje.gndm.pl. Na licytację wystawiono ponad 3 500 pozycji wartych kilka milionów złotych. Aukcję poprzedzi sesja wykładowa „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”.
Co siódmy polski przedsiębiorca nie otrzymuje na czas płatności za sprzedane towary czy wykonane usługi. Przynajmniej raz w miesiącu z tym problemem styka się 65% małych i średnich firm – wynika z 16. fali badania Bibby MSP Index. Przyczynia się to do utraty płynności finansowej organizacji i trudności w opłacaniu bieżących zobowiązań m.in. wobec ZUS, pracowników i kontrahentów.
Według najnowszych wyników Bibby MSP Index 24% przedstawicieli sektora MŚP otrzymuje płatności średnio do 7-14 dni po terminie, a prawie jedna trzecia (32%) od 14 dni do miesiąca. Co piąty przedsiębiorca czeka jeszcze dłużej – od 1 do 3 miesięcy po dacie wskazanej na fakturze.
Nieterminowe regulowanie zobowiązań przez jedną firmę pociąga za sobą szereg negatywnych konsekwencji dla innych uczestników rynku. Gospodarka to system naczyń połączonych. Jedna nieopłacona faktura wpływa nie tylko na płynność finansową danego podmiotu, ale także powstawanie zatorów płatniczych w jej otoczeniu – wskazuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services.
Płynność finansowa i stały przepływ środków decyduje o kondycji ekonomicznej firmy. Polscy przedsiębiorcy pozytywnie oceniają sytuację prowadzonych biznesów. Zdaniem 27% respondentów 16. fali badania Bibby MSP Index w minionym półroczu forma ich organizacji polepszyła się. Jest to wyższy wynik, o 2,8 pkt proc., niż ten uzyskany podczas poprzedniej edycji pomiaru w kwietniu 2018 roku. Ponadto co trzeci ankietowany spodziewa się poprawy kondycji finansowej prowadzonej działalności w ciągu kolejnych sześciu miesięcy.
Przedsiębiorcy wykorzystują różne rozwiązania przeciwdziałające opóźnieniom w płatnościach i pojawianiu się zatorów płatniczych. Dla zdecydowanej większości z nich (74%) najlepszym narzędziem jest sprawnie działający dział księgowy monitorujący i pilnujący należnych zaległości. Jako drugi sposób przedstawiciele małych i średnich przedsiębiorstw wskazują kontakt właściciela firmy/prezesa ze zwlekającym z płatnością kontrahentem (29%). W oczach ankietowanych zyskuje także faktoring, który ceniony jest za skracanie oczekiwania na gotówkę (24%) oraz dyscyplinowanie dłużników (prawie 7%).
Wagę regulowania na czas zobowiązań wobec partnerów biznesowych podkreślamy w naszej autorskiej kampanii „Płacę faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny”. Podczas drugiej edycji akcji ponownie podkreślamy, że płynność finansowa jest niezbędnym elementem funkcjonowania każdego biznesu. Warto być odpowiedzialnym przedsiębiorcą i płacić swoim kontrahentom w terminie. Takie działanie uruchamia pozytywną reakcję łańcuchową. Firmy uzyskując na czas finansowanie są w stanie regulować własne zobowiązania i nie stawiać z kolei swoich klientów w sytuacji, w której nie mogą terminowo zapłacić choćby podwykonawcom – mówi Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services.
Bibby MSP Index to cykliczny projekt badawczy realizowany na zlecenie Bibby Financial Services. Celem badania jest pozyskanie informacji na temat aktualnej oceny sytuacji ekonomicznej przedsiębiorstw, ich otoczenia zewnętrznego i klimatu ekonomicznego do prowadzenia biznesu w Polsce. Raport dostarcza także szacunkowych prognoz co do najbliższej (w perspektywie 6 miesięcy) przyszłości przedsiębiorstw. Na podstawie zebranych danych dotyczących zatrudnienia, sprzedaży, inwestycji, płynności finansowej oraz zadłużenia przedsiębiorstw wyznaczany jest wskaźnik (Bibby MSP Index) obrazujący kondycję firm z grupy MSP.
Kampania pt. „Płacę faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny”. Skierowana jest do przedsiębiorców z sektora MŚP. Głównym celem działań jest zwiększenie świadomości przedsiębiorców o wadze płynności finansowej w każdym przedsiębiorstwie oraz wprowadzenie do świadomości sektora MŚP pojęcia „odpowiedzialność gospodarcza”.
Patronat honorowy nad działaniami objął: Polski Związek Faktorów.
Akcję wspierają również: BIG InfoMonitor – Biuro Informacji Gospodarczej, Brytyjsko-Polska Izba Handlowa, Info Credit, Marsh Polska, Izba Polskich Przedsiębiorców, Vindicat.
Patroni medialni kampanii: 4budowlani.pl, 6krokow.pl, biznes2biznes.com, Business Magazine MANAGER, CEO Magazyn Polska, Eurologistics, Fintek.pl, Gazeta MSP, Gazeta Przemysłu Drzewnego i Meblarstwo, LOG24.pl, Logistics Manager, MŚP Biznes, My Company Polska, Production Manager, Strefawystawcy.pl, Transport Manager, Truck & Business.
Więcej informacji o kampanii znajdą Państwo na stronie: placefaktury.pl.
Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w Gdańsku, bo aż o 16 proc., porównując II kwartał r/r. Z dużych miast wzrost cen był najniższy w Krakowie, wyniósł 2,4 proc. Dla Warszawy zmiana to 6,6 proc.
– Ceny na rynku pierwotnym rosną, a sprzedaż maleje – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław M.Skoczeń z Emmerson Realty SA. – Jednak nie powinniśmy porównywać obecnej sytuacji do tej z lat 2004-2008, bo wtedy ceny rosły o 30 proc. Rocznie.
Jest też inna, istotna różnica z okresem “bańki” mieszkaniowej. Wówczas większość mieszkań kupowana była na kredyt, gdy obecnie połowa – za gotówkę.
-To, że mieszkania kupowane są za gotówkę, powinno napędzać rynek, tym większym zaskoczeniem jest, że sprzedaż spada – ocenia J.M.Skoczeń.
Agencja indeksowa FTSE Russell zmieniła klasyfikację polskiego rynku kapitałowego – został on przeniesiony z grupy państw rozwijających się do grupy państw rozwiniętych. Jednak dla innych agencji Polska nadal jest rynkiem wschodzącym, co z kilku powodów niekorzystnie wpływało w ostatnich miesiącach na kondycję złotego. Pod presją znalazła się nie tylko nasza waluta, ale również inne waluty, nadal zaliczane do rynków wschodzących.
Na początku bieżącego roku polski złoty w relacji do euro umocnił się do najwyższego poziomu od połowy 2015 roku. Od tamtej pory waluta doświadczyła jednak wyprzedaży. Niemniej, w przeciwieństwie do 2016 roku, kiedy to PLN cierpiał głównie ze względu na czynniki wewnętrzne, słabość z ostatnich kilku miesięcy była związana niemal w pełni z czynnikami zewnętrznymi. Pod presją ostatnich miesięcy znalazła się grupa walut gospodarek rynków wschodzących.
Kurs EUR/PLN (styczeń ‘18-wrzesień ‘18)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Zagrożenia, które doprowadziły do deprecjacji walut rynków wschodzących – w tym i złotego – nadeszły z kilku stron. Część z nich wygasa, a część kompletnie straciła na znaczeniu. Kilka czynników ryzyka jednak pozostało, a niektóre wraz z upływem czasu nasiliły się, w rezultacie sprowadzając znaczną część walut rynków wschodzących do poziomów nieuzasadnionych przez ich fundamenty. Co zatem miało wpływ na te ostatnie ruchy?
– Zmiany w polityce monetarnej
a) Normalizacja polityki Rezerwy Federalnej oraz siła dolara
W grudniu 2015 roku Rezerwa Federalna rozpoczęła cykl zacieśniania polityki monetarnej. Ze względu na pozytywną sytuację na rynku pracy, nabierający tempa wzrost cen i ogółem dobrą kondycję amerykańskiej gospodarki można przypuszczać, że w 2018 roku FED zdecyduje się łącznie na 4 podwyżki stóp procentowych. Sugerują to też indywidualne oczekiwania członków FOMC co do poziomu stóp procentowych.
Dotychczas w 2018 roku bank centralny podniósł stopy w marcu i w czerwcu, łącznie o 50 punktów bazowych. Jest wysoce prawdopodobne, że przed końcem roku FED zdecyduje się na podwyżki we wrześniu i w grudniu. Tym samym wraz z początkiem następnego roku stopy powinny znaleźć na poziomie 2,25-2,5%, w porównaniu z obecnym poziomem 1,75-2,00%. Zwiększony koszt pożyczek nie jest jednak na rękę amerykańskim firmom, ponoszą one bowiem z ich powodu wyższe koszty finansowe. Rosnące stopy procentowe powinny stanowić wsparcie dla dolara amerykańskiego, co z kolei źle wróży firmom w gospodarkach wschodzących, zwłaszcza tych korzystających z finansowania w USD. Podmioty z gospodarek EM stają się bowiem narażone jednocześnie na ryzyko z powodu możliwej zmiany stóp procentowych oraz z tytułu wahań kursów walutowych.
Dla gospodarek zależnych od pożyczek denominowanych w walutach obcych obsługa długu może stać się zbyt uciążliwa, zwłaszcza jeżeli jednocześnie zmaterializują się ryzyka stopy procentowej oraz kursu walutowego. Zważywszy na fakt, że naszym zdaniem w tym roku prawdopodobne są jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych w USA, dolar amerykański powinien nadal pozostawać względnie mocny, nawet w obliczu nadciągającej normalizacji polityki monetarnej ze strony Europejskiego Banku Centralnego. W tym miejscu warto jednak zwrócić uwagę, że rynki finansowe nie wyceniają jeszcze w pełni dwóch dodatkowych podwyżek stóp Rezerwy Federalnej w bieżącym roku.
Rynkowe szacunki prawdopodobieństwa trzech lub czterech podwyżek stóp procentowych do końca roku (maj ‘18-wrzesień ‘18)
Źródło: Bloomberg Data: 19/09/18
b) Zmiany w polityce Europejskiego Banku Centralnego
W czerwcu EBC ogłosił plany zakończenia sztandarowego programu skupowania obligacji rządowych. Do końca września Europejski Bank Centralny będzie kontynuował skup obligacji o równowartości 30 mld euro miesięcznie. Na przestrzeni trzech ostatnich miesięcy roku, wartość skupowanych obligacji spadnie do 15 mld euro. Bank centralny ma nadzieję zakończyć program luzowania ilościowego wraz z końcem grudnia.
Miesięczna wartość obligacji skupowanych przez EBC (2014-2018)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Kolejnym krokiem po zakończeniu przez EBC programu QE będzie podniesienie stóp procentowych, celem normalizacji polityki monetarnej. Obecnie dwie główne stopy procentowe w strefie euro, czyli stopa refinansowania oraz stopa depozytowa, wynoszą odpowiednio 0% oraz -0,4%. Ostatnie komunikaty EBC potwierdziły, że Bank nie planuje natychmiastowej podwyżki stóp procentowych. Zamiast tego Europejski Bank Centralny oświadczył, że spodziewa się utrzymania stabilnego poziomu stóp procentowych „przez lato 2019 roku”. Można zatem wnioskować, że pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro nastąpi w drugiej połowie przyszłego roku.
Wyższe stopy procentowe w strefie euro mają potencjał, aby wpłynąć na percepcję inwestorów i zadziałać jak „odkurzacz”, wysysając kapitał z powiązanych krajów, które nie są zaangażowane w cykl zacieśniania polityki monetarnej. Kapitał może opuszczać kraje, w których rekompensata za ryzyko może zostać uznana za niewystarczającą
c) Ograniczanie bilansu Rezerwy Federalnej
Zmiana polityki monetarnej Rezerwy Federalnej nie ogranicza się jedynie do podwyżek stóp procentowych. Od października 2017 roku FED stara się ograniczyć rozmiar bilansu, który znacznie wzrósł po wprowadzeniu przez bank centralny programu luzowania ilościowego. Banki centralne wielu z najbardziej rozwiniętych gospodarek świata zaangażowały się w proces skupowania aktyw na masową skalę. Zjawisko to doprowadziło do spadku rentowności obligacji, oraz wywarło istotny wpływ na rynki finansowe. Inwestorzy przyzwyczaili się do pewnego poziomu stóp zwrotu, w związku z czym w celu uzyskania podobnych wyników jak wcześniej, musieli zwiększyć akceptowalny poziom ryzyka. W obliczu niskich rentowności byli oni bardziej chętni do lokowania kapitału w gospodarkach wschodzących, które oferowały często względnie wysokie stopy zwrotu.
Suma bilansowa banków centralnych krajów G3 i indeks walut MSCI EM (2010-2018)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Inwestowanie na rynkach wschodzących staje się mniej atrakcyjne w obliczu wzrostu rentowności obligacji w krajach rozwiniętych – w tym już obecnie wysokich rentowności w Stanach Zjednoczonych. Wraz z upływem czasu premia za ryzyko może nie wystarczać inwestorom do uzasadnienia inwestycji w gospodarkach EM. Może zatem dojść w ich przypadku do odpływu kapitału. W niektórych przypadkach może to już mieć miejsce.
d) Zmiany w polityce monetarnej w Europie Środkowo-Wschodniej
Polska jest jednym z nielicznych znaczących krajów regionu CEE, który nie znajduje się obecnie w cyklu zacieśniania polityki monetarnej. Narodowy Bank Polski nie spodziewa się, żeby w najbliższym czasie istniała potrzeba podniesienia stóp procentowych. Inflacja bazowa wynosi aktualnie 0,9%, a sam NBP jest obecnie jednym z najbardziej gołębich banków centralnych Europy Środkowo-Wschodniej.
Stopy procentowe w Czechach niemal na pewno dogonią w tym roku poziom stóp w Polsce, a najpewniej przekroczą go bliżej końca 2018 r., albo na początku następnego roku. Tymczasem w Rumunii stopy wzrosły znacznie w porównaniu z pozostałymi krajami regionu, a w obliczu znacznego tempa wzrostu cen można się spodziewać dalszych podwyżek ze strony Narodowego Banku Rumunii (NBR). Dynamika cen w Rumunii wynosi obecnie 5,1%, a preferowany przez bank centralny wskaźnik core3 obecnie znajduje się w okolicy poziomu 3%. Zmian w retoryce dokonał również poprzednio najbardziej gołębi z banków centralnych CEE, czyli Narodowy Bank Węgier. Inflacja w tym kraju znalazła się w widełkach celu inflacyjnego, osiągając poziom 3,4% rocznie. W jej obliczu bank centralny powinien być bardziej skłonny do zacieśniania stóp procentowych.
Bierność Narodowego Banku Polskiego może zachęcić inwestorów do wybrania innych gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej. Jesteśmy jednak zdania, że dla PLN większy wpływ będzie miała nadchodząca normalizacja polityki monetarnej strefy euro, niż zmiany dokonywane przez banki centralne regionu CEE.
Innymi istotnymi źródłami ryzyka są:
– Konflikt na tle handlu
Jednym z istotnych czynników wpływających na kondycję walut gospodarek wschodzących pozostaje eskalacja napędzanego przez Stany Zjednoczone konfliktu na tle handlu zagranicznego. Głównym celem ataków USA pozostają Chiny, i z tego względu juan chiński był jedną z najgorzej radzących sobie walut w 2018 roku. Na przestrzeni nieco ponad pół roku waluta Chin w relacji do dolara doświadczyła wyprzedaży o skali dochodzącej do 9%.
Kurs USD/CNY (styczeń ‘18-wrzesień ‘18)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Mimo, że największe spadki dotknęły juana chińskiego, również waluty gospodarek EM niebędących w konflikcie ze Stanami Zjednoczonymi doświadczyły spadków z powodu rosnącego napięcia.
Jednym z kluczowych celów gospodarczych Donalda Trumpa było poprawienie pozycji Stanów Zjednoczonych w handlu międzynarodowym. Oficjalne kroki podjęte pod kątem realizacji tego planu rozpoczęły się na początku 2018 roku. Najważniejsze decyzje USA obejmują: (1) nałożenie ceł na import stali i aluminium (odpowiednio 25- oraz 10-procentowego) na kraje i ugrupowania integracyjne, m.in. Unię Europejską, Kanadę, Indie oraz Chiny; (2) wprowadzenie 25-procentowej opłaty celnej na chińskie towary, głównie produkty przemysłowe, o wartości około 50 mld USD; (3) nałożenie 10-procentowych ceł na inne chińskie towary o wartości około 200 mld USD. Taryfy na te towary wzrosną do 25 procent na początku przyszłego roku
Działalność Stanów Zjednoczonych spotkała się z odwetem państw obciążonych taryfami celnymi. Meksyk, Chiny, Unia Europejska, Kanada, Indie oraz Turcja – wszyscy nałożyli własne cła na towary importowane ze Stanów Zjednoczonych. Narastający konflikt na tle handlu doprowadził do pogorszenia sentymentu wśród inwestorów, może także negatywnie wpłynąć na nastroje przedsiębiorców – a to oznacza potencjalnie niższą dynamikę produkcji, ograniczone perspektywy inwestycyjne i zmiany w zatrudnieniu. W rozważanym scenariuszu może dojść do spowolnienia gospodarczego na skalę światową. Ucierpieć z jego powodu mogą zwłaszcza gospodarki rynków wschodzących, na czele z Chinami.
Cła najpewniej przełożą się na wyższy koszt dóbr na rynkach, które zdecydują się na ich nałożenie. Oclenie wpływa bowiem zarówno na koszt importowanych dóbr, jak i na decyzje podejmowane przez krajowych producentów. Naruszenie łańcuchów dostaw najpewniej ograniczy możliwości produkcyjne przedsiębiorstw. Trudności w zwiększeniu, a nawet utrzymaniu dotychczasowego poziomu sprzedaży mogą dotknąć szczególnie sektor przemysłowy. Niepewność w kwestii wolnego przepływu dóbr może negatywnie odbić się na inwestycjach zagranicznych. To z kolei może skutkować brakiem kapitału w krajach uzależnionych od zagranicznych projektów inwestycyjnych.
Państwa-eksporterzy mogłyby potencjalnie zmniejszyć negatywne skutki ceł poprzez zaniechanie środków odwetowych. Niemniej, dotychczas kraje w większości odpowiadały na nałożenie dodatkowych ceł, co uderzało zarówno w nakładających taryfy, jak i podmioty, na które cła są nakładane.
– Wewnętrzne problemy poszczególnych gospodarek wschodzących
Część gospodarek rynków wschodzących cierpi na szczególny brak stabilności i problemy gospodarcze. Te indywidualne problemy, zdaniem inwestorów, mogą również zagrażać pozostałym rynkom wschodzącym. Dwoma gospodarkami, które obecnie uważane są za najbardziej problematyczne, są Argentyna i Turcja. Oba kraje w ostatnim czasie cierpiały z powodu kryzysu walutowego.
Kurs USD/TRY oraz ARS/TRY (styczeń ‘18-wrzesień ‘18)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Turcja
Głównymi czynnikami odpowiedzialnymi za obecne problemy gospodarcze Turcji są:
istotne obciążenie banków i firm w postaci kredytów denominowanych w walutach obcych;
znaczny deficyt na rachunku obrotów bieżących.
Uzależnienie kraju od środków pochodzących z zagranicy umożliwiło wysoki wzrost gospodarczy w ostatnich latach. Kosztem tej imponującej ekspansji jest jednak silna ekspozycja tureckiej gospodarki na zmiany stóp Rezerwy Federalnej, wahania kursu dolara oraz spadek zaufania inwestorów. Obecnie Turcja cierpi z powodu wysokiej inflacji – wynosi ona ok. 18%, a zważywszy na deprecjację liry, jej wysoki poziom może utrzymywać się również w następnych miesiącach.
Słabość krajowej waluty powinna skłonić Centralny Bank Republiki Turcji (CBRT) do podniesienia stóp procentowych, co ograniczyłoby inflację i stanowiło wsparcie dla liry tureckiej. Inwestorzy stracili jednak wiarę w niezależność banku centralnego. Prezydent Turcji, który samodzielnie określa się „wrogiem stóp procentowych” wielokrotnie interweniował w sprawy banku centralnego. Erdogan zaapelował, żeby zamiast zacieśniania polityki pieniężnej bank centralny zmniejszył koszt pożyczek, co ma (zdaniem prezydenta) pobudzić wzrost gospodarczy w Turcji. W tym miejscu należy jednak wspomnieć, że we wrześniu CBRT przeciwstawił się jednak Erdoganowi, podnosząc główną stopą w turcji Turcji o 6,25 punktu procentowego, do 24%. Pomogło to bankowi odzyskać pewien poziom wiarygodności wśród inwestorów. Pytanie czy to faktyczna niezależność, czy „sztuczka” Erdogana?
Sytuację pogarsza konflikt Turcji ze Stanami Zjednoczonymi. Aresztowanie Andrew Brunsona, amerykańskiego pastora, którego tureckie władze podejrzewają o związki z organizacjami terrorystycznymi, doprowadziły USA do nałożenie sankcji na dwóch tureckich ministrów. Stany Zjednoczone podwoiły również sankcje na turecki eksport stali i aluminium, co pogłębiło deprecjację liry tureckiej w zeszłym miesiącu.
Bardziej wrażliwe waluty odczuły już skutki tureckiego kryzysu. Jedną z walut podatnych na obawy o sytuację w Turcji był rand południowoafrykański (ZAR). Spośród różnych ryzykownych aktywów to właśnie waluta RPA doświadczyła w konsekwencji ruchów o największej skali – tylko w sierpniu ZAR osłabił się o ponad 10% w relacji do dolara amerykańskiego. Innymi walutami, na które negatywnie wpłynęła sytuacja w Turcji były również m.in. rubel rosyjski, waluty Ameryki Łacińskiej oraz część walut gospodarek Europy Środkowo-Wschodniej – przede wszystkim polski złoty i forint węgierski.
Kursy EUR/PLN, EUR/HUF oraz EUR/TRY (08/08/18-17/08/18)
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/18
Argentyna
Problemy Argentyny zaczynają się od znacznego deficytu strukturalnego. Dochody z podatków nie są wystarczające do pokrycia wydatków rządowych, szczególnie tych, związanych z bardzo wysokim zatrudnieniem w sektorze publicznym. Potrzeby argentyńskiego rządu są często finansowane z pomocą kredytów denominowanych w walutach obcych. Uzależnienie od zagranicznego finansowania doprowadziło do wysokiego deficytu rachunku obrotów bieżących. Kraj jest tym samym szczególnie narażony na aprecjację dolara amerykańskiego, podwyżki stóp procentowych w USA jak i zmiany sentymentu inwestorów. W rezultacie Argentyna mierzy się między innymi ze spowalniającym wzrostem, przyspieszającą inflacją i cierpi z powodu utrzymującego się niepokoju politycznego.
Znaczącym problemem Argentyny jest gwałtowny spadek wartości krajowej waluty. Od początku roku peso argentyńskie doświadczyło deprecjacji o niemal 50%. Argentyński bank centralny zdecydował się na podwyżkę stóp procentowych do niebotycznych 60%, co miało na celu wsparcie peso argentyńskiego w obliczu kursu pary USD/ARS, który na moment przekroczył psychologiczny poziom 40. Argentyna posiada obecnie najwyższe stopy procentowe na świecie.
Bank centralny w ostatnim czasie kontynuował również interwencje na rynku – wyprzedawał regularnie rezerwy walut obcych celem ustabilizowania peso. Kurs peso mocno ucierpiał, ale obecnie wydaje się, że Argentyna zmierza w lepszym kierunku, wraz ze wzrostem stóp procentowych i wsparciem ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Jeśli rząd podejmie niezbędne kroki i uda mu się ograniczyć podwójny deficyt, waluta powinna się ustabilizować.
– Napięcia polityczne w strefie euro
Polityka wielokrotnie okazywała się istotnym czynnikiem odpowiedzialnym za kształtowanie cen na rynkach finansowych w 2016 i 2017 roku, zwłaszcza w krótkim okresie. Wybory w Niemczech, Francji i Holandii wpływały na rynki europejskich obligacji i akcji, a także odgrywały istotną rolę w kształtowaniu kursu euro i walut powiązanych ze wspólną walutą, takich jak waluty CEE.
Aktualnie największym źródłem niepewności w strefie euro są działania rządu Włoch. Koalicja populistów i eurosceptyków zniechęca inwestorów do inwestowania we Włoszech, zwłaszcza, uwzględniając zapowiadane przez nich plany fiskalne. Napięcie w strefie euro odbiło się na koszcie pożyczek we Włoszech, ucierpiało na tym również samo euro.
Mimo wszystko, jesteśmy zdania, że obecna sytuacja we Włoszech stanowi ryzyko drugiej kategorii. Niemniej, jeżeli kolejne wieści z Włoch pokażą wzrost ryzyka, nieuwzględniony w wycenie włoskich obligacji, taki scenariusz mógłby wpłynąć na kurs wspólnej europejskiej waluty jak i na waluty krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Podsumowanie
Nie sądzimy, jakoby złoty miał znacznie ucierpieć ze względu na zacieśnianie polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych. Polska nie opiera się na pożyczkach denominowanych w walutach obcych i ma bezpieczną zewnętrzną pozycję płatniczą. Jeśli Narodowy Bank Polski nie podąży za Europejskim Bankiem Centralnym i nie będzie podnosił stóp procentowych, PLN może jednak reagować na zmiany kosztu kredytu w strefie euro, oraz w mniejszym stopniu na wyższe stopy w sąsiednich krajach.
Nie jest to nasz scenariusz bazowy, zwłaszcza w długim okresie, niemniej jeżeli ryzyka będą nasilały się z biegiem czasu, a presja na waluty gospodarek wschodzących wzrośnie, złoty może po raz kolejny doświadczyć wyprzedaży. Efekt zarażania w przeszłości negatywnie wpływał na polską walutę. W przypadku rosnącej awersji do ryzyka na rynku, złoty mógłby znów być poddany wyprzedaży.
Autorzy: analitycy Ebury – Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Rozpoczęła się rejestracja do największego konkursu edukacyjnego GPW – Szkolnej Internetowej Gry Giełdowej skierowanej do uczniów szkół ponadpodstawowych i gimnazjów
Gra będzie się toczyć na platformie GPWtr@der, wiernie oddającej rynek giełdowy i pozwalającej na symulowane inwestycji w instrumenty finansowe
Pula nagród wynosi 85 tys. zł
Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zaprasza uczniów szkół ponadpodstawowych i gimnazjów do udziału w XVII edycji Szkolnej Internetowej Gry Giełdowej (SIGG) – największego projektu edukacyjnego uczącego w sposób praktyczny inwestowanie na giełdzie.
Edukacja odgrywa bardzo ważną rolę na GPW. Każdy projekt, który przybliża wiedzę o finansach jest dla nas cenny. SIGG ma tę szczególną zaletę, że łączy edukację z rywalizacją i w bardzo przystępny sposób uczy zgłębiać tajniki świata giełdowego – mówi Alina Bączar-Bednorz, członek Zarządu Fundacji GPW.
Rejestracja do projektu potrwa do 20 października tego roku. Do tej pory w SIGG wzięło udział blisko 260 tys. nastolatków z całej Polski. W tym roku na najlepszy zespół czeka 10 tys. zł nagrody, a łączna pula do zdobycia wynosi 85 tys. zł.
Organizatorami projektu są Giełda Papierów Wartościowych oraz Fundacja GPW, a partnerami Fundacja im. Lesława A. Pagi (Partner Strategiczny), Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych oraz Warszawski Instytut Bankowości. Honorowy patronat nad projektem objęło Ministerstwo Finansów.
Dla kogo jest SIGG?
W SIGG mogą wziąć udział uczniowie szkół ponadpodstawowych i gimnazjów z całej Polski w zespołach liczących od dwóch do czterech osób (pod opieką nauczyciela). Gra jest dostępna także dla uczniów, którzy wcześniej nie mieli okazji zapoznać się z zasadami funkcjonowania giełdy. Potrzebną wiedzę mogą zdobyć na kursach e-learningowych. Udział w SIGG-u jest bezpłatny.
Na czym polega SIGG?
SIGG to internetowa gra inwestycyjna realizowana na specjalnie przygotowanej do tego celu platformie GPWtr@der. Każdy zespół dysponuje jednym rachunkiem inwestycyjnym i określoną kwotą wirtualnych pieniędzy. Uczestnicy najpierw poznają instrumenty finansowe notowane na warszawskiej giełdzie: akcje, ETF-y i kontrakty terminowe, a następnie wspólnie decydują, w jakie chcieliby zainwestować i dokonują transakcji. Zarówno inwestowane pieniądze, jak i zawierane transakcje są wirtualne, ale zlecenia są realizowane na podstawie pochodzących z rzeczywistego rynku ofert kupna i sprzedaży. Taki mechanizm doskonale oddaje giełdową rzeczywistość, a uczniowie-inwestorzy będą mogli poczuć się jak na prawdziwym parkiecie. Zadaniem zespołów jest pomnożenie pieniędzy oraz uzyskanie możliwie najwyższej stopy zwrotu. Dla uczniów dostępna jest także mobilna wersja SIGG.
SIGG to nie tylko teoria i podstawy inwestowania w przystępnej formie, to także praca zespołowa, analizowanie, śledzenie informacji rynkowych i notowań, wspólne podejmowanie decyzji oraz składanie zleceń i dokonywanie transakcji. To świetne przygotowanie do zarządzania własnym portfelem oraz inwestowania prawdziwych pieniędzy w przyszłości. Udział w projekcie daje uczniom możliwość wykorzystania wiedzy teoretycznej, z którą zapoznają się w ramach przedmiotu „Podstawy przedsiębiorczości” oraz w ramach kursu e-learningowego, który jest istotną częścią SIGG.
Gra podzielona jest na etapy:
Gra testowa: (22 października 2018 – 31 października 2018),
Etap 1: transakcje na akcjach i ETF-ach (5 listopada 2018 – 11 stycznia 2019),
Etap 2: transakcje na kontraktach terminowych (25 lutego 2019 – 29 marca 2019 r.),
Finał w Sali Notowań GPW (17 kwietnia 2019 r.).
Szczegółowe harmonogramy na https://sigg.gpw.pl/
Dodatkowo każdy zespół ma możliwość korzystania z doświadczenia i wiedzy ponad trzydziestu koordynatorów regionalnych współpracujących z organizatorami projektu.
10 tys. zł dla najlepszych młodych inwestorów
10 tysięcy złotych to nagroda dla najlepszego zespołu. Pozostałe zespoły i nauczyciele, którzy zajmą kolejne miejsca na podium oraz miejsca od czwartego do 20. także mogą liczyć na nagrody finansowe (w sumie do zdobycia jest 85 tys. zł). Nagrody rzeczowe czekają na osoby z najlepszymi wynikami w kursie e-learningowym. Finał konkursu odbędzie się w siedzibie GPW na Sali Notowań, gdzie zmierzą się najlepsze zespoły.
Jak się zarejestrować?
Pierwszy krok wykonuje nauczyciel – opiekun grupy, który rejestruje szkołę oraz dodaje nazwy zespołów na https://sigg.gpw.pl/sigg/signup/teacher. Następnie każdy z uczniów zakłada własne konto, wybiera szkołę, nauczyciela oraz zespół. Konkurs rozpoczyna rozgrzewka, czyli gra testowa, a potem czas na wirtualne inwestowanie.
Rejestracja trwa do 20 października br. Wcześniej należy zapoznać się z regulaminem dostępnym na stronie https://www.gpw.pl/pub/GPW/files/PDF/Regulamin_SIGG_v2.pdf.
Grupa Murapol podpisała umowę dotyczącą sprzedaży terenu inwestycyjnego w Zossen k/Berlina za kwotę 5,9 mln euro netto, stanowiącą blisko 200 proc. ceny zakupu nieruchomości sprzed nieco ponad roku. Uzyskana cena zbycia działki jest efektem prac projektowych oraz opracowania miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego, w który wpisuje się przygotowywana inwestycja. W modelu biznesowym spółki docelowo zakłada się koncentrację na krajowym rynku mieszkaniowym.
Nieruchomość w Zossen to teren inwestycyjny o powierzchni 2 ha, zakupiony przez Grupę Murapol za cenę 3,1 mln euro netto, pod realizację inwestycji nieruchomościowej obejmującej 15 budynków, w których przewidziano 230 lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej ok. 13 tys. mkw.
Od momentu podpisania umowy zakupu gruntu pracownia projektowo-wykonawcza należąca do holdingu Murapol – Murapol Architects Drive – wspólnie ze spółką z Grupy dedykowaną działalności na rynku niemieckim – Murager – oraz niemiecką pracownią architektoniczną prowadzoną przez arch. Łukasza Siubiaka – procedowała formalności administracyjne, w tym m.in. wspólnie z tamtejszym samorządem opracowała miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, w który wpisuje się przygotowywana inwestycja.
Zgodnie z umową zakupu nieruchomości, Grupa Murapol nabyła prawo własności do nieruchomości w marcu br., po wejściu w życie ww. planu miejscowego przewidującego możliwość jej zabudowy obiektami mieszkalnymi wielorodzinnymi. Wtedy też uregulowała pozostałe 92 proc. kwoty transakcji, tj. 2,85 mln zł netto.
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.
– Decyzję o wyjściu z inwestycji podjęliśmy po opracowaniu i zatwierdzeniu przez gminę planu zagospodarowania przestrzennego, w który wpisuje się nasza inwestycja. Efektem tego działania jest znaczący wzrost wartości zakupionego terenu inwestycyjnego w Zossen, czego odzwierciedleniem jest cena uzyskana w transakcji jego sprzedaży. Od momentu zainwestowania gotówki, tj. od marca br. uzyskaliśmy rentowność na tej inwestycji na poziomie 100 proc. Tymczasem gdybyśmy kontynuowali projekt, to dodatni cash flow ze sprzedaży mieszkań ponad uzyskaną dzisiaj w transakcji cenę sprzedaży gruntu, przypadałby na końcówkę 2021 roku, zwłaszcza ze względu na konieczność opracowania projektów architektonicznych oraz wykonawczych i pozyskanie niezbędnych pozwoleń. Tak więc po raz kolejny dzięki kompetencjom zespołu projektowego zrealizowaliśmy strategię osiągania ponadprzeciętnej rentowności na inwestycjach w grunty. – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA – Pomimo tego, że takie procesy optymalizujące bank ziemi są naturalną konsekwencją w działalności firmy deweloperskiej, to chcąc zachować dotychczasowy poziom produkcji i sprzedaży mieszkań, nie moglibyśmy sobie na nie pozwolić, gdybyśmy nie dysponowali rozbudowanym zasobem aktywów nieruchomościowych. Podjęte wcześniej decyzje dotyczące kontraktowania oraz nabywania gruntów, obecnie dają nam możliwość elastycznego reagowania na uwarunkowania rynkowe i realizowania tych projektów, które są najbardziej ekonomiczne z punktu widzenia efektywności Grupy. – dodaje Nikodem Iskra.
Przedmiotem umowy sprzedaży, poza własnością gruntu, są także prawa do dokumentacji projektowej opracowanej przez Murapol Architects Drive, a zgodnej z założeniami zamierzenia inwestycyjnego Grupy. Umowa sprzedaży wejdzie w życie po jej zatwierdzeniu przez kupującego, co nastąpi w ciągu 14 dni od doręczenia mu dokumentu. Umowa sprzedaży jest zawarta pod warunkiem zawieszającym, jakim jest podpisanie przez kupującego umowy z Miastem Zossen, na podstawie której wejdzie on we wszystkie prawa i obowiązki Murager, które wynikają z umowy o infrastrukturę jaką spółka ta podpisała z urzędem. Jeżeli powyższy warunek nie zostanie spełniony do 16 listopada br. to umowa sprzedaży gruntu wygasa.
Sprzedany grunt w Zossen nie posiadał obciążeń hipotecznych, a środki z transakcji zostaną przeznaczone na finansowanie podstawowej działalności deweloperskiej Grupy Murapol związanej z realizacją projektów mieszkaniowych w Polsce.
– Jednocześnie zaznaczam, żewyjście z inwestycji w nieruchomość w Zossen nie oznacza, że rezygnujemy z aktywności na niemieckim rynku mieszkaniowym. Murager, spółka dedykowana naszej obecności w tym kraju, nieprzerwanie działa i wyszukuje oraz analizuje grunty, które wpisują się w nasz model biznesowy – podsumowuje Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.
Obecnie Grupa jest obecna także w Edynburgu, gdzie trwają prace nad dwoma przedsięwzięciami deweloperskimi, przy London Road i Ferry Road. Nieruchomość przy London Road jest już własnością Grupy, a zaplanowana na niej inwestycja posiada już decyzje o pozwoleniu na budowę i prowadzone są prace nad jej projektem wykonawczym.
Już za kilkanaście dni zacznie obowiązywać nowa ustawa o dystrybucji ubezpieczeń, która dostosowuje polski porządek prawny do norm unijnych stosowanych już w innych krajach. Wielu agentów wskazało, że najbardziej istotnym zagadnieniem jest konieczność przeprowadzenia analizy potrzeb klienta.
– Nowa ustawa o dystrybucji ubezpieczeń jest jednym z najważniejszych zmian w sposobie sprzedaży ubezpieczeń, jakie zostały wprowadzone w ostatnich latach. Celem nadrzędnym jest zlikwidowanie zjawiska zakupu przez klientów polis im niepotrzebnych. Mimo że branża ubezpieczeń miała kilka dodatkowych miesięcy na przygotowanie odpowiednich rozwiązań do sprostania nowym obowiązkom, to niektóre zagadnienia, jak analiza potrzeb klienta, nie są jeszcze jasno sprecyzowane. Z rozmów z przedstawicielami rynku wnioskujemy, że problem ten wpłynie najmocniej na pracę multiagentów – mówi Piotr Bartos, Country Manager Insly w Polsce.
Multiagenci mają więcej pracy do wykonania
Nowe zasady dystrybucji ubezpieczeń miały pierwotnie obowiązywać już od lutego tego roku, jednak europejscy ustawodawcy zdecydowali się przedłużyć ostateczny termin ich wprowadzenia do października, żeby przedstawiciele branży ubezpieczeń mogli się jak najlepiej przygotować. Mimo to ostateczny zakres i poziom szczegółowości analizy potrzeb klienta wciąż jest przedmiotem domysłów i niepewności, ponieważ nie ma jasnych wytycznych co do jej kształtu.
Choć większość ubezpieczycieli przygotowała już odpowiednie formularze i procedury, z których powinni korzystać agenci, to w związku z brakiem odgórnego doprecyzowania zasad przeprowadzenia analizy potrzeb klienta (APK), mogą one się między sobą różnić. Problem ten dotknie przede wszystkim multiagenów, którzy w związku z tym będą mieli więcej pracy do wykonania w porównaniu z agentami wyłącznymi. Ci drudzy mogą w pełni polegać na procedurach wypracowanych przez towarzystwa ubezpieczeń, ponieważ sprzedają wyłącznie produkty konkretnego ubezpieczyciela i tylko je między sobą porównują, żeby zaoferować klientowi najkorzystniejsze rozwiązanie. Z kolei multiagenci, powinni wypracować taki sposób postępowania, który pogodzi zarówno wymogi wielu różnych APK poszczególnych towarzystw, a jednocześnie pozwoli im zrealizować ustawowy obowiązek rzetelnej analizy, jak i przedstawienia klientom rekomendacji polis najlepiej spełniających ich oczekiwania.
Nadrzędna rola technologii
Najlepszym rozwiązaniem powyższego dylematu wydaje się inwestycja w odpowiednie oprogramowanie do zarządzania procesem sprzedaży ubezpieczeń, które pozwoli spełnić zarówno wymagania ustawowe, jak i oczekiwania ubezpieczycieli. Niestety nie każdy dystrybutor jest w stanie samodzielnie stworzyć tego typu narzędzie. W związku z tym można zauważyć dwie tendencje na rynku. Pierwszą jest konsolidacja i dołączanie mniejszych multiagentów do dużych sieci, a drugą inwestycja w nowe systemy zarządzania sprzedażą polis.
– Z naszych obserwacji wynika, że istnieje na rynku duża grupa multiagentów, którzy cenią sobie własną niezależność i nie chcą rezygnować z wypracowanej przez lata renomy. Są oni gotowi zainwestować w zakup odpowiedniego oprogramowania. Poszukują zatem partnerów technologicznych oferujących gotowe rozwiązania, które spełnią wymogi ustawy i oczekiwania towarzystw, a pozwolą im uniknąć konsolidacji z większymi graczami – dodaje Piotr Bartoś
W 2016 r. administracja Rzymu ogłosiła, że idąc śladem wielu instytucji z sektora publicznego na całym świecie, rezygnuje z rozwiązań zamkniętych i chce zacząć korzystać z open source. W kwietniu tego roku władze miasta zrobiły krok dalej i na 14 tys. komputerów ratusza, został zainstalowany program LibreOffice. Niedawno uruchomiono ostatni proces zmian, w efekcie którego wspomniane oprogramowanie bazujące na otwartym kodzie źródłowym, stanie się jedynym pakietem narzędzi biurowych dostępnym dla pracowników.
W okresie przejściowym pracownicy będą mogli korzystać zarówno z dotychczasowych narzędzi biurowych, czyli z zamkniętego oprogramowania działającego na zasadzie zastrzeżonej i płatnej licencji, jak i z opensourcowego, i co w tym przypadku istotne – darmowego rozwiązania. Postanowiono jednak odinstalować płatny pakiet ze wszystkich komputerów tych pracowników administracji, którzy korzystają np. z edytorów tekstów mniej niż godzinę w miesiącu. Reszcie pozostawiono wybór, której opcji chcą używać, ale w ciągu kilku następnych miesięcy, LibreOffice stanie się docelowym programem biurowym.
Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska
– Należy docenić władze Rzymu za wdrożony plan przejścia administracji na rozwiązanie open source. Z naszych doświadczeń współpracy z firmami prywatnymi, jak i podmiotami z sektora publicznego, które decydują się na taki krok, wynika bowiem, że największe trudności, które pojawiają się w trakcie przeprowadzanych zmian, nie dotyczą bezpośrednio kwestii technicznych. Większym problem jest natomiast bariera psychologiczna. Choć technologia open source już na stałe zadomowiła się w biznesie i po narzędzia IT bazujące na otwartym kodzie coraz częściej sięgają również instytucje publiczne, to jednak pracownicy wielu urzędów są przyzwyczajeni do używania zamkniętych i komercyjnych rozwiązań, gdyż nie mieli okazji zapoznać się z alternatywą. Dlatego też, w procesie zmiany warto jest dać czas i przestrzeń na oswojenie się z elementami nowej infrastruktury IT i poznanie opensourcowych narzędzi, które będą wykorzystywane w codziennej pracy. Na takie podejście zdecydowano się w rzymskim ratuszu – komentuje Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, firmy IT będącej ekspertem w zakresie open source na rynku polskim i w regionie CEE, która wspiera największe marki i instytucje z sektora publicznego w przeprowadzaniu transformacji informatycznej.
Osoby zatrudnione w rzymskiej administracji otrzymają także dodatkową pomoc w zapoznawaniu się z rozwiązaniem open source, a to za sprawą 112 pracowników ratusza – zwolenników i propagatorów otwartego oprogramowania. Grupa ta ma zachęcać swoich kolegów do pogłębiania wiedzy na temat narzędzi IT bazujących na otwartym kodzie, poprzez korzystanie z platformy e-learningowej Moodle[1], która również jest opensourcowa i rozpowszechniana za darmo zgodnie z licencją GNU GPL. Wspominanych 112 innowatorów – jak zostali nazwani – w czerwcu ukończyło również dedykowane szkolenie, na którym otrzymali cenne wskazówki, w jaki sposób mogą przekonać kolejne grupy pracowników do korzystania z open source.
Administracja Rzymu już w październiku 2016 r. podjęła decyzję o przejściu na otwarte oprogramowanie. Na początku 2017 r. przeprowadzono inwentaryzację wszystkich aplikacji komputerowych i narzędzi serwerowych obecnych w urzędach miejskich. Stworzona lista umożliwiła zrobienie kolejnego kroku, czyli przyjrzeniu się umowom miasta z dostawcami oprogramowania i usług ICT, aby sprawdzić, które z obecnie stosowanych rozwiązań przestały odpowiadać na potrzeby administracji, stały się nieefektywne i zbyt kosztowne w utrzymaniu. Władze Rzymu chcą bowiem, aby do 2020 r. infrastruktura informatyczna obecna we wszystkich jednostkach administracji miasta, składała się wyłącznie z takich narzędzi i oprogramowania IT, które usprawnią działanie urzędów, a przez to i obsługę spraw mieszkańców. Dużą rolę w tym planie odgrywa technologia open source, której zastosowanie ma dodatkową zaletę, o czym wspomina Dariusz Świąder:
– Zaletą wdrożenia rozwiązań open source, szczególnie istotną z punktu widzenia sektora publicznego, na co również zwracają uwagę przedstawiciele administracji Rzymu, jest uniezależnienie się od jednego dostawcy, czyli uniknięcie zjawiska vendor lock-in. Zachodzi ono wtedy, kiedy zakup danego oprogramowania łączy się z koniecznością nabycia kolejnych narzędzi od tego samego producenta, ponieważ tylko one będą kompatybilne z wcześniej zamówionym oprogramowaniem.
W przypadku rozwiązań open source ten problem nie występuje. Skupiając się na konkretnym przykładzie, czyli na programie LibreOffice, należy zaznaczyć, że na jego wdrożeniu skorzystają wszyscy – miasto nie będzie musiało płacić za licencję pakietu biurowego, a pracownicy będą mogli otrzymać za darmo kopię oprogramowania na komputery domowe. LibreOffice używa również otwartych formatów dokumentów, co oznacza, że pliki mogą być otwierane bez żadnych problemów również na komputerach, na których zostały zainstalowane inne pakiety biurowe.
25 września 2018 roku Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza (SPCC) wraz z Urzędem Marszałkowskim Województwa Zachodniopomorskiego zorganizowała w Szczecinie debatę pt. „Skandynawskie Firmy na Pomorzu Zachodnim – stare dobre małżeństwo z perspektywami na przyszłość” na temat perspektyw rozwoju firm skandynawskich na Pomorzu Zachodnim. Kluczowymi tematami poruszanymi podczas debaty z udziałem skandynawskich inwestorów i władz lokalnych były zachodniopomorski rynek pracy oraz sektor nowoczesnych usług dla biznesu. Skandynawskie inwestycje bezpośrednie stanowią bowiem blisko połowę wszystkich inwestycji zagranicznych w Zachodniopomorskiem. Uczestnicy spotkania dyskutowali także o najczęstszych problemach związanych z transportem i logistyką w regionie. W debacie udział wzięli Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz, Ambasador Królestwa Danii Ole Mikkelsen, Ambasador Królestwa Szwecji Stefan Gullgren, Prezes SPCC Carsten Nilsen oraz skandynawscy przedsiębiorcy zrzeszeni w SPCC.
Od lewej: Ambasador Danii – Ole Mikkelsen, Prezes SPCC – Carsten Nilsen, Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego – Olgierd Geblewicz , Ambasador Szwecji – Stefan Gullgren
Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne (BIZ)
Dzięki swojemu położeniu i doskonałemu skomunikowaniu – poprzez bliskość sieci europejskich autostrad – Pomorze Zachodnie jest dla skandynawskich inwestorów szczególnie atrakcyjnie. Spośród 100 największych inwestycji zagranicznych w regionie w 2015 roku aż 46 proc. reprezentowały firmy pochodzące ze Skandynawii, zaś krajem z największą liczbą inwestycji była Dania – 16,9 proc. ogółu BIZ na Pomorzu Zachodnim[1]. Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego Olgierd Geblewicz tłumaczy, że skandynawskie firmy inwestują w regionie dzięki stworzonym ku temu korzystnym warunkom, takim jak dostępność do wykształconej kadry czy pomoc ze strony administracji lokalnej. „Wspólnie stworzyliśmy dobry klimat, który uzupełnia położenie Pomorza Zachodniego i naszą bliskość do Skandynawii” – tymi słowami rozpoczął marszałek spotkanie.
Jak podkreśla Agnieszka Zielińska, Dyrektor Zarządzająca Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej: „Zachodniopomorskie jest kluczowym regionem dla skandynawskich inwestorów- jednym z największych poza Polską centralną. Przede wszystkim ze względu na dogodne warunki oferowane przez region oraz dużą skandynawską społeczność, która wspiera nawzajem swoje działania, dzieli się wiedzą i doświadczeniem, czego dowodem jest debata między inwestorami a lokalnymi władzami”.
Skandynawski kapitał reprezentuje w Polsce ponad 2 tys. firm, które odgrywają ważną rolę na polskim rynku pracy. Liczba miejsc pracy przez nie utworzona szacowana jest na około 170 tys. Firmy skandynawskie są cenionymi pracodawcami, szczególnie dzięki skandynawskiej kulturze pracy. W oparciu o statystyki GUS i REGON Urząd Marszałkowski szacuje, że na Pomorzu Zachodnim skandynawskie firmy zatrudniają łącznie około 15 tys. osób.
Z pewnością wyzwaniem dla przedsiębiorców w regionie jest zmniejszająca się liczba kandydatów do pracy, przede wszystkim w obszarach technicznych. Kolejnym sprawdzianem jest utrzymanie pracowników, w dokształcenie których pracodawca zainwestował. Osoby, które pracują kilka lat w firmie o wysokich standardach stają się bardzo atrakcyjnymi pracownikami dla zewnętrznego rynku pracy. Coraz większego znaczenia nabierają nie tylko bieżące działania rekrutacyjne – ukierunkowane na określoną akcję zatrudniania w firmie – ale także długofalowe działania employer brandingowe. Bożena Doroszenko, Country HR Director z Cargotec Poland Sp. z.o.o. tak przedstawia sukces rekrutacyjny swojej firmy na rynku zachodniopomorskim: „Podwoiliśmy liczebność pracowników fabryki Kalmar w Stargardzie w ciągu ostatnich dwóch lat, co wiązało się z zatrudnieniem wykwalifikowanych monterów, elektryków i magazynierów z uprawnieniami UDT, a także specjalistów i inżynierów z wielu innych dziedzin. Większość (aż 85 proc.) tych rekrutacji zostało zakończonych na czas, przy niższym niż planowano wykorzystaniu budżetu. W naszej ocenie kluczowym czynnikiem sukcesu tej rekrutacji była dobra opinia o pracodawcy, zarówno wśród zatrudnianych przez nas pracowników, jak i w rejonie Stargardu oraz działania bieżące związane z dostosowywaniem struktury stanowisk i wynagrodzeń do zmieniającej się produkcji oraz rynku pracy”.
Sektor nowoczesnych usług biznesowych
Rok 2017 był rekordowy dla polskiego rynku nieruchomości. Nie tylko dla deweloperów mieszkaniowych, ale także komercyjnych. Popyt na biura generowały międzynarodowe korporacje, które lokowały w Polsce swoje centra obsługi. Polska cały czas jest atrakcyjnym miejscem lokowania projektów BPO. Sprzyja temu dobre wykształcenie polskich pracowników, duża liczba szkół wyższych oraz nadal względnie niskie – w porównaniu z Europą Zachodnią -płace. Jak donosi najnowszy raport ABSL i JLL „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce w 2018”[2] w I kwartale br. w Polsce funkcjonowało łącznie 1 236 centrów usług BPO, SSC, IT, R&D zatrudniających razem 279 tys. osób. Z tego 68 proc. (czyli 840 centrów) było zagranicznych. Warto też zwrócić uwagę na wzrostową tendencję liczby pracowników centrów usług BPO, SSC, IT, R&D. W I kwartale 2018 roku była ona o 30 proc. wyższa niż w I kwartale 2016 roku. Szacuje się, że liczba osób zatrudnionych w tym sektorze w Polsce osiągnie w 2020 roku 340 tys. Szczecin należy do 11 największych ośrodków usług biznesowych w Polsce, z zatrudnieniem 4,5 tys. osób, pracujących w 31 ośrodkach usług biznesowych.[3] O znaczeniu branży świadczy też udział sektora usług dla biznesu w zajętej powierzchni biurowej. Według danych JLL z września 2018 roku w Szczecinie sektor użytkuje 31 proc. powierzchni biurowej w mieście.
Firmy ze Skandynawii w regionie
Początkowo skandynawskie firmy na Pomorzu Zachodnim inwestowały jedynie w swoje siedziby i zakłady produkcyjne, jak również centra logistyczne. Dopiero po kilku latach zdecydowały się na lokowanie w regionie również pozostałych procesów. Mieszko Czarnecki, leasing manager Posejdon Szczecin oraz ambasador Pro Progressio tak charakteryzuje pozycję Szczecina w branży: „Jesteśmy miastem, w którym znana sieć Netto, z ogólnopolską centralą w podszczecińskim Motańcu, prowadzi u nas swoje centrum finansowo-księgowe. Podobnie rozwinął się duński DGS, który od lat produkuje u nas aparaty słuchowe, a teraz ma tu również swoje globalne centrum operacyjne. Norweski Wilhelmsen – jedna z największych firm w branży morskiej – rozwinął swoje przedstawicielstwo w regularny korporacyjny back-office.”
Niewielka odległość nie tylko od krajów skandynawskich, ale także od kluczowych rynków – np. niemieckiego – oraz dostępność wykwalifikowanych pracowników i zaplecza edukacyjnego są dużym atutem regionu dla firm, które decydują się na umieszczenie centrów nowoczesnych usług dla biznesu w woj. zachodniopomorskim. Jak podkreśla Wojciech Faszczewski, Managing Director Coloplast Business Centre: „Wybraliśmy Szczecin spośród 60 lokalizacji na całym świecie – to właśnie tutaj w 2009 roku otworzyliśmy Globalne Centrum Biznesowe (SSC). Od tamtego momentu sukcesywnie zwiększamy skalę oraz obszary wsparcia.Dzisiaj Centrum liczy 400 fantastycznych pracowników, którzy są zaangażowani w wiele procesów i projektów globalnych”. Wojciech Faszczewski zauważa także nowy trend – region zaczyna przyciągać pracowników z innych miast np. Krakowa czy Warszawy. Coraz częściej, oprócz ciekawej pracy, którą gwarantuje zachodniopomorskie, kryterium wyboru miejsca pracy staje się także jakość życia: bez korków i smogu. „Ten region mocno wpisuje się w model skandynawski, w którym dostęp do wszelakich aktywności, takich jak np. żagle, kajaki, bieganie, rowery i wiele innych jest częścią życia codziennego bez większego planowania. Czyli ciekawa. rozwojowa pracai życie w zdrowym, bogatym w wydarzenia miejscu. Tu jest wszystko”. – podkreśla Wojciech Faszczewski.
Szczecin – największe miasto w województwie – skupia w sobie najwyższe wartości potencjału gospodarczego regionu. Agnieszka Zielińska, Dyrektor Zarządzająca Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej tak podsumowuje znaczenie stolicy Pomorza Zachodniego: „Zaletą Szczecina jest szczególne położenie, które sprzyja rozwojowi regionu jako hubu logistycznego – coraz więcej firm z tego sektora dostrzega ten potencjał. Mają tu swoje siedziby innowacyjne fabryki, m.in. Ikea, Cargotec czy Klippan Safety. Coraz większy udział mają firmy z sektora usług wspólnych. Przykładami takich inwestycji są nagradzane oraz rozszerzające swoje kompetencje przedsiębiorstwa takie jak Coloplast, DGS czy NCDC. Skandynawskie firmy chętnie reinwestują i unowocześniają swoje procesy właśnie tutaj. W tej chwili udział kapitału skandynawskiego w regionie zbliża się do 25 proc., co stanowi ogromny rynek pracy, a także świadczy o randze tych inwestycji dla rozwoju Pomorza Zachodniego”.
Jacek Wójcikowski, Dyrektor COIE Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego podsumowuje: „Firmy skandynawskie są, obok inwestorów niemieckich, najliczniej reprezentowane na Pomorzu Zachodnim. Naszą rolą jako Centrum Obsługi Inwestorów i Eksporterów Urzędu Marszałkowskiego Województwa Zachodniopomorskiego jest wspieranie inwestorów nie tylko na etapie inwestycji, ale również wtedy, gdy pojawiają się problemy w ich już bardziej dojrzałym życiu. Polsko-skandynawski okrągły stół jest formą dialogu na temat wyzwań, jakie stoją przed firmami zagranicznymi w regionie i w Polsce. Mamy również możliwość porozmawiać o sukcesach naszych inwestorów, które na Pomorzu Zachodnim są naprawdę spektakularne”.
[1] Dane za Urzędem Marszałkowskim Województwa Pomorskiego
[2]Raport ABSL „Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce w 2018”
Upłynął ponad rok od ogłoszenia nowego standardu IFRS 17 dotyczącego wyceny umów ubezpieczeniowych. Nowe przepisy zaczną obowiązywać od 2021 r. Dla większości firm ubezpieczeniowych na świecie, wdrożenie standardu będzie bardziej złożonym i bardziej kosztownym wysiłkiem niż samo pierwotne wdrożenie standardów międzynarodowych (IFRS), wymagającym głębokich zmian zarówno operacyjnych, jak i w obszarach technicznych.
W momencie publikacji standardu, 4-letni termin wdrożenia mógł się wydawać dla większości firm ubezpieczeniowych niezwykle odległy, ale obecnie, kiedy duża ich część rozpoczęła projekty wdrożeniowe, wszyscy wydają się być świadomi tego, jak dużych nakładów pracy i jak dużo czasu będzie to wymagać. Z pierwotnych czterech lat upłynął już rok, ale w przypadku niektórych spółek właściwe procesy jeszcze się nie rozpoczęły, a zakres zmian okazuje się w praktyce dużo większy, niż pierwotnie zakładano.
Sam standard może nie jest zbyt precyzyjny i wymaga ciągle wielu własnych interpretacji, jednak nie może to być usprawiedliwieniem, wstrzymywania rozpoczęcia prac nad jego wdrożeniem. Firmy, które jeszcze tego nie zrobiły, nie powinny zwlekać ze startem prac – mówi Marcin Dymek, partner w dziale Financial Services, szef sektora ubezpieczeniowego w KPMG w Polsce.
Bazując na badaniu KPMG przeprowadzonym w drugim kwartale 2018 r. wśród 160 firm ubezpieczeniowych z 30 krajów, wnioski wydają się być jednoznaczne. Coraz więcej podmiotów odczuwa rosnącą presję czasową, przy czym kontrowersyjnie wydaje się ona być nawet większa wśród spółek bardziej zaawansowanych w procesie wdrożenia – wynika to z faktu, że im bardziej organizacja jest zaawansowana w procesie, tym większą ma świadomość ile jest jeszcze do zrobienia. Ponadto wiodący ubezpieczyciele zamierzają wykorzystać prace związane z wdrożeniem standardu do optymalizacji swoich systemów i procesów, dążąc tym samym do osiągnięcia długoterminowych korzyści i oszczędności, które zrekompensują nakłady związane z obecnymi pracami.
Jak wynika z badania KPMG, jedna czwarta firm nie rozpoczęła jeszcze prac przygotowawczych – na najmniej zaawansowanym etapie są mniejsi ubezpieczyciele, co może prowadzić do jeszcze większych kosztów i problemów z zasobami w nieodległej przyszłości.
Dla firm, które jeszcze nie rozpoczęły swoich przygotowań, jest to w zasadzie ostatni moment. W przeciwnym wypadku w roku 2021 ich rozwiązania będą tylko tymczasowe, a wdrożenie docelowych systemów i niezbędnej automatyzacji będą opóźnione. Oznaczać to będzie zwiększony udział procesów obsługiwanych ręcznie, które po pierwsze są bardziej kosztowne, a po drugie są dużo bardziej narażone na zwykłe ryzyko błędów ludzkich – mówi Piotr Lachowicz, partner, szef zespołu aktuarialnego i zarządzania ryzykiem w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.
Większość firm zakłada konieczność prowadzenia równoległego raportowania przynajmniej przez rok lub dwa lata, co będzie znaczącym obciążeniem dla zespołów back office. Prawie wszyscy respondenci badania (90%) przewidują problemy w znalezieniu odpowiednich specjalistów. Widać, że problem ten jest postrzegany jako dużo ważniejszy, niż np. samo zapewnienie budżetów na projekty wdrożeniowe – na ten problem wskazuje połowa respondentów.
Wobec rosnącej świadomości złożoności problemów związanych z wdrożeniem i rosnącej presji czasowej, coraz więcej firm decyduje się na wsparcie własnych zespołów przez zewnętrznych ekspertów, co jest widoczne zwłaszcza w takich obszarach jak zarządzanie projektami czy aktuariat.
Samo wdrożenie standardu to olbrzymi wysiłek dla firm ubezpieczeniowych, należy jednak pamiętać, że stosując obecne procesy bardzo trudno będzie sprostać wymogom po jego wdrożeniu. Obecnie wewnętrzne terminy raportowania do właścicieli często wynoszą klika dni i firmom ubezpieczeniowym trudno będzie przekonać zewnętrznych inwestorów, że musieliby czekać na komunikaty o wynikach kolejne tygodnie. Realnie rzecz biorąc chyba nikt nawet nie będzie próbować, stawką jest tu reputacja całej branży – mówi Piotr Lachowicz, partner, szef zespołu aktuarialnego i zarządzania ryzykiem w KPMG w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej.
Firmy ubezpieczeniowe są coraz bardziej świadome wpływu, jakie nowy standard będzie miał na procesy biznesowe (poza samymi procesami finansowymi). Wśród najczęściej wskazywanych obszarów są produkty i – co równie ważne – pricing, zarządzanie ryzykiem (przy czym na to głównie wskazują ubezpieczyciele spoza reżimu Solvency II) czy też strategie reasekuracyjne.
Nowy standard będzie wymagał otwartego dialogu z inwestorami – ale zanim to nastąpi także z zarządami lokalnych spółek, jak i całych grup – o tym jak wyniki firm ubezpieczeniowych będą wyglądały po wdrożeniu standardu i jak należy je interpretować. Samo przygotowanie do tego będzie wymagało wiele pracy z zastosowaniem zaawansowanych symulacji, tak aby przygotować wszystkich zainteresowanych z dużym wyprzedzeniem – mówi Marcin Dymek, partner w dziale Financial Services, szef sektora ubezpieczeniowego w KPMG w Polsce.
Ubezpieczyciele muszą rozpocząć realne działania w projektach wdrożeniowych. Zwłaszcza ci mniejsi, dla których względnie będzie to nawet większy wysiłek. W przeciwnym przypadku kluczowe dane finansowe, z których rozliczani będą zarządzający spółkami, będą powstawały w procesach pełnych lat i manualnych rozwiązań, co biorąc pod uwagę złożoność samych obliczeń, jest niemal gwarancją błędu. Narażona byłaby również reputacja grup na rynkach kapitałowych wśród zewnętrznych inwestorów. Jak zatem należy zacząć? Trzeba jak najszybciej skoncentrować wysiłki na identyfikacji wymogów dotyczących danych i samych systemów oraz jak najszybciej rozpocząć wdrożenie obejmujące istniejące portfele polis ubezpieczeniowych. Bo sama optymalizacja procesów, pomimo że powinna zacząć się zaraz potem, zajmie na pewno wiele lat, nawet już po samym wdrożeniu standardu.
Największe firmy ubezpieczeniowe wydają się już zdawać sobie sprawę ze skali koniecznych zmian. Większość z nich weszło już zresztą w fazę opracowywania docelowych rozwiązań. I co ważne, zaczynają również dostrzegać korzyści, jakie tego rodzaju projekty przyniosą dla ich procesów operacyjnych.
Bardzo ważne jest jak najszybsze zrozumienie, jakie konsekwencje będą miały nowe wymogi dla sprawozdań finansowych ubezpieczycieli i rozpoczęcie dialogu z inwestorami.
Scalenie rynków państw Unii Europejskiej jest jednym z głównych założeń, od kilku lat konsekwentnie realizowanych w praktyce. Kolejnym etapem tej polityki będzie wprowadzenie pod koniec tego roku, nowej dyrektywy. Sprawi ona, że już od 3 grudnia 2018 r[i]. sklepy internetowe stracą możliwość blokowania dostępu do swoich stron klientom z krajów UE. Nowe rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2018/302[ii] wprowadzi kilka istotnych zmian w sektorze e-commerce. Będzie również dotyczyć zagadnień związanych z chmurą.
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud
Jedną z istotniejszych zmian będzie wymóg, by usługodawcy prowadzący działalność w Unii nie traktowali usługobiorców w zróżnicowany sposób ze względu na ich przynależność państwową lub miejsce zamieszkania. Dzięki temu usługodawcy nie będą mogli blokować dostępu do swoich stron klientom z krajów UE. Nie będzie możliwe również automatycznie przekierowywanie na inne wersje stron, czy różnicowanie warunków płatności za zamówienie, ze względu na to, że klient ma inne obywatelstwo, miejsce zamieszkania czy prowadzi działalność gospodarczą w innym państwie, niż to, na którego obszarze dany sklep chce sprzedawać swoje produkty lub usługi. Wprowadzenie zakazu blokowania geograficznego w założeniu ma wyeliminować automatyczne różnicowanie przez sklepy internetowe warunków zakupu, zwłaszcza cen, towarów, czy usług oferowanych na miejscu w kraju, w którym przedsiębiorca prowadzi działalność.
E-commerce w liczbach
Jak wynika z danych, przytaczanych przez Parlament Europejski aż 63 proc. stron internetowych[iii] nie pozwala kupującym z innego państwa UE na dokonywanie zakupów. Wprowadzenie nowej dyrektywy może przyspieszyć rozwój i tak już dobrze prosperującego rynku e-commerce. Jest też odpowiedzią na zapotrzebowanie unijnych konsumentów, u których widać rosnący popyt na transgraniczne zakupy internetowe. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek Europejczyków dokonujących zakupów w sieci niemal się podwoił. Jak wynika z badania ,,European E-commerce report 2018”[iv], wydanego przez E-commerce Europe, handel detaliczny online nadal odnotowuje dwucyfrowy wzrost. Niedawno opublikowane dane dokładniej obrazują skalę wzrostu. Obrót w europejskim handlu elektronicznym wzrósł o 11 proc., do 534 mld EUR w 2017 roku. Przewiduje się też jego wzrost dalszy wzrost, o 13 proc. do 602 mld EUR w 2018 r. Dla porównania w 2013 było to nie więcej niż 307 mld euro.
Nowa dyrektywa dotyczy też chmury
Zakaz blokowania geograficznego dotyczy również usługi świadczonych drogą elektroniczną. Obejmują one na przykład usługi w chmurze, usługi hurtowni danych, hosting stron internetowych i dostarczanie zapór sieciowych, a także korzystanie z wyszukiwarek i katalogów internetowych. Obecnie wybór dostawcy usług cloud nadal ma duże znaczenie, ponieważ za każdą usługą chmury stoją konkretne centra danych. Jednak trzeba pamiętać, że chmura jest rozproszonym środowiskiem, które może obejmować więcej niż jedną lokalizację, a świadczenie usług może odbywać się niezależnie od lokalizacji klienta. W przypadku dostawców, takich jak Aruba Cloud, klient może wybrać, w którym centrum danych mają znaleźć się jego dane, co jest postrzegane jako zaleta. Ostatecznie centrum danych musi być gdzieś fizycznie zlokalizowane. Jednak w przypadku usług w chmurze znacznie większe znacznie niż sama lokalizacja fizyczna, lecz to, jakie standardy spełnia określone centrum danych i czy ma najnowsze certyfikaty, takie jak ANSI Rating IV, będące gwarantem jakości. Warto też przyjrzeć się, czy spełnia ono wszystkie kryteria biznesowe klientów, których oczekiwania w tej kwestii stale rosną.
Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud
Allianz opublikował dziewiątą już edycję globalnego raportu o zamożności, w którym bardzo szczegółowo przeanalizowane zostały dane dotyczące majątku i długów gospodarstw domowych w ponad 50 krajach na całym świecie.
Autorzy raportu zwracają uwagę, że rok 2017 był wyjątkowy. Wskazują, że mimo rosnących napięć politycznych był to prawie idealny rok dla inwestorów. Ożywienie gospodarcze po kryzysie finansowym doprowadziło do jednoczesnego ożywienia na całym świecie. Rynki finansowe osiągnęły wysokie wyniki, w szczególności rynki akcji. W rezultacie aktywa finansowe gospodarstw domowych wzrosły o 7,7%. Natomiast globalne aktywa finansowe brutto wzrosły do poziomu 168 bilionów euro.
– Ostatni rok był bardzo dobry dla osób oszczędzających. Było tak dobrze, jak pozwoliła na to epoka pokryzysowa, która skończyła się na dobre. Minęły czasy, kiedy niezwykle ekspansywna polityka monetarna zapewniała stały i stabilny trend wzrostu na rynkach finansowych. Jednak widoczne są niepokojące sygnały: rosnące stopy procentowe, konflikty handlowe i coraz bardziej populistyczna polityka powodująca napięcia i zawirowania. Pierwszy miesiąc 2018 roku dał nam przedsmak tego, czego możemy się spodziewać w kolejnych. – mówi Michael Heise, główny ekonomista Allianz.
Powrót inwestycji w papiery wartościowe
W 2017 roku nastąpiła zauważalna zmiana w zachowaniach inwestycyjnych. Po tym, jak oszczędzający w dużym stopniu pominęli akcje i fundusze inwestycyjne w latach po kryzysie, w minionym roku odnotowano znaczący napływ środków do tej klasy aktywów. Ich udział w ubiegłym roku osiągnął prawie 1/5 nowych funduszy, to więcej niż w latach poprzedzających kryzys.
W kontekście dynamicznie rozwijających się rynków akcji oznaczało to, że papiery wartościowe cieszyły się zdecydowanie najsilniejszym wzrostem wszystkich klas aktywów w 2017 r., zwiększając się łącznie o 12,2% i reprezentując ponad 42% wszystkich oszczędności na koniec 2017 r. Na drugim miejscu znalazły się należności z tytułu ubezpieczeń i emerytur, które stanowią 29% portfela aktywów i wzrosły w ubiegłym roku o 5,2%. Podczas gdy inwestorzy ponownie odkryli rynki kapitałowe, depozyty bankowe wypadły z łask ich posiadaczy w gospodarstwach domowych całym świecie. Tylko 42% nowych inwestycji trafiło do banków, w porównaniu do 63% rok wcześniej. W liczbach bezwzględnych oznaczało to spadek o ponad 390 miliardów euro. W konsekwencji wzrost depozytów spadł o dwa punkty procentowe do 4,3% (udział portfela aktywów prawie 27%).
– Osoby oszczędzające w końcu rozpoznały znaki czasu. Wycofanie się z depozytów bankowych, szczególnie w „starych” uprzemysłowionych krajach, nastąpiło w sama porę, ponieważ inflacja powróciła. Podwyżki cen w tych krajach potroiły się w 2017 r. – choć wciąż są na niskim poziomie. W rezultacie spadły również siły nabywcze depozytów bankowych: szacuje się, że w samym tylko 2017 roku suma ta wyniosła 400 miliardów – mówi Kathrin Brandmeir, współautorka raportu.
Kraje uprzemysłowione nadrabiają zaległości – USA wyprzedziły Chiny
Lata następujące po kryzysie charakteryzowały się głównie, relatywnie słabym wzrostem aktywów w państwach uprzemysłowionych w porównaniu do krajów rozwijających się. Zmieniło się to również w 2017r. Przyspieszenie wzrostu było spowodowane wyłącznie rozwojem w krajach uprzemysłowionych. Podczas gdy wzrost w tych krajach wzrósł o ponad jeden punkt procentowy (do 6,5%), w krajach wschodzących obniżył się o trzy punkty procentowe (do 12,9%). Różnica wzrostu między tymi dwiema grupami krajów była zatem najniższa od 2005 r. i wynosiła 6,5 punktów procentowych. Średnia wartość z ostatniego dziesięciolecia była dwukrotnie wyższa i wynosiła 13 punktów procentowych. Ten kontrastujący rozwój, jeśli chodzi o wzrost aktywów finansowych, w dużej mierze wynika z działalności największych graczy na rynku: Chin (gdzie wzrost zwolnił z 18,3% do 14%) i USA (gdzie wzrost przyspieszył z 5,8% do 8,5%). W Europie Wschodniej wzrost nieznacznie spadł do 7,5% (2016: 8,3%). W ten sposób USA ponownie wyprzedziły Chiny pod względem wzrostu bezwzględnego. W 2017 r. Stany Zjednoczone stanowiły około 44% globalnego wzrostu aktywów finansowych brutto gospodarstw domowych, podczas gdy Chiny stanowiły jedynie około 25%. Wskaźnik ten wynosił średnio 26% w porównaniu do 35% w ciągu ostatnich trzech lat – jednak z Chinami na szczycie zestawienia.
Wzrost zadłużenia przyspiesza
Światowe zobowiązania gospodarstw domowych wzrosły o 6% w 2017 r. Tempo wzrostu było więc nieco powyżej poziomu z poprzedniego roku wynoszącego 5,5%. Również w Europie Wschodniej przyspieszył wzrost zadłużenia, do 7,4%, i jest to najszybszy wzrostu od trzech lat. Jednak dzięki silnemu wzrostowi gospodarczemu wskaźnik długu globalnego (zobowiązania jako procent PKB) wzrósł jedynie minimalnie do 64,3% (Europa Wschodnia: 22,7%). Te globalne średnie naturalnie maskują ogromne różnice. W niektórych krajach poziom zadłużenia i jego dynamika osiągnęły krytyczne wartości w ciągu ostatnich kilku lat.
– W większości analizowanych krajów dynamika długu prywatnego nie jest niepokojąca. Jednak w szczególności w Azji jest kilka krajów – np. Tajlandia, Malezja, Korea Południowa i Chiny – w których agencje nadzoru powinny bardzo uważnie monitorować rozwój w kontekście zadłużania się. W tych krajach nie można przeoczyć podobieństw do nadwyżek kredytowych przed kryzysem finansowym. Pomimo silnego wzrostu zobowiązań, aktywa finansowe netto, tj. różnica pomiędzy aktywami finansowymi brutto i długiem osiągnęła nowy rekordowy poziom 128,5 biliona na zakończenie 2017 r. Oznacza to wzrost o 8,3% w porównaniu z rokiem poprzednim. – skomentowała Michaela Grimm, współautorka raportu.
Polska: Ostry spadek wzrostu aktywów finansowych
Aktywa finansowe polskich gospodarstw domowych wzrosły o 6,1% w 2017 r. – znacznie wolniej niż przed rokiem (9%). Głównym „winowajcą” tych słabszych wyników były depozyty bankowe: wzrost spadł do 4,2%, najniższego poziomu od czasu kryzysu finansowego. Natomiast aktywa ubezpieczeniowe i emerytalne odnotowały 11,3% wzrost, co stanowi najszybszy wzrost od „szoku emerytalnego” w 2014 r. W rezultacie ich udział w portfelu aktywów wzrósł prawie do 16%; jest to jednak nadal 10 punktów procentowych poniżej najwyższego poziomu odnotowanego w 2013 r. Jednocześnie zobowiązania wzrosły zaledwie o 2%, i jest to najniższy wzrost od pięciu lat. W związku z tym wskaźnik zadłużenia gospodarstw domowych spadł do 36%, niewiele powyżej średniej regionalnej członków Unii Europejskiej z Europy Wschodniej.
Aktywa finansowe netto wzrosły o 8,5% w 2017 r. Przy aktywach netto na mieszkańca w wysokości 8 270 EUR, Polska zajęła 36. miejsce na liście najbogatszych krajów, zrzucając o jeden szczebel i zamieniając się miejscami z Malezją. Na szczycie listy ponownie znajduje się Szwajcaria, którą rok wcześniej wyprzedziły Stany Zjednoczone. Ogólnie rzecz biorąc, kraje europejskie zrobiły wynik lepszy niż w poprzednich latach; odzwierciedla to jednak przede wszystkim mocniejsze euro. W rankingu regionalnym Polska pozostała na 8. miejscu a na czele rankingu znajdują się Czechy i Słowenia.
Więcej uczestnictwa dzięki globalizacji
Ostatnie dwie dekady gwałtownej globalizacji doprowadziły do powstania nowej globalnej klasy średniej zamożności, która obejmowała prawie 1,1 miliarda ludzi pod koniec 2017 roku. Mniej niż pół miliarda ludzi należało do tej grupy na przełomie tysiącleci, a niewiele poniżej połowy z nich pochodzi z Europy Zachodniej, Ameryki Północnej lub Japonii. Dziś kraje te stanowią zaledwie jedną czwartą światowej zamożnej klasy średniej. Z kolei udział Chin wzrósł w tym okresie z nieco poniżej 30% do ponad 50%. Liczby towarzyszące tej historii sukcesu są imponujące: około 500 milionów Chińczyków dołączyło do globalnej klasy średniej zamożności od 2000 r., a ponad 100 milionów więcej może nawet uważać się za część globalnej klasy wyższej zamożności. W przeciwieństwie do tego tylko około 7% członków światowej klasy średniej majątkowej żyje w Europie Wschodniej (i mniej niż 1% światowej klasy wyższej majątkowej).
Więcej nierówności w krajach uprzemysłowionych
Rozwój nierówności w kontekście krajowym pokazuje jednak bardzo niejednorodny obraz. Podział bogactwa poprawił się w wielu krajach od przełomu tysiącleci, ale w wielu innych krajach uległ pogorszeniu. Ta ostatnia grupa obejmuje dużą liczbę krajów uprzemysłowionych, od USA po kraje kryzysu euro, w tym także Niemcy i Japonię. W Polsce sytuacja była względnie stabilna.
Nowy wskaźnik krajowego podziału bogactwa
Aby uzyskać szczegółowy obraz dystrybucji krajowej w kontekście międzynarodowym, w raporcie został wprowadzony nowy wskaźnik – Allianz Wealth Equity Indicator (AWEI). Niektóre wyniki są zaskakujące. Oprócz „zwykłych podejrzanych” czyli USA, Południowej Afryki, Indonezji i Wielkiej Brytanii, kraje, w których dystrybucja dóbr jest stosunkowo mocno zniekształcona, obejmują także Danię, Szwecję i Niemcy. W Skandynawii może to być spowodowane przede wszystkim wysokim poziomem zadłużenia wśród dużej części populacji; w Niemczech kluczową rolę odgrywa opóźnione zjednoczenie kraju i ogólny niedobór kapitałowych systemów emerytalnych. Z drugiej strony, kraje, w których dystrybucja majątku jest względnie zrównoważona, obejmują wiele krajów Europy Wschodniej i Zachodniej, niektóre z nich to kraje kryzysu euro, takie jak Włochy, Hiszpania i Grecja. Nawet jeśli ostatnie lata kryzysu i oszczędności mogły doprowadzić do większej nierówności (w szczególności w Hiszpanii i Grecji), wciąż mają one stosunkowo solidną podstawę, na której mogą się oprzeć, ponieważ zasoby tradycyjnie były szeroko rozpowszechnione – zwłaszcza gdy chodzi o aktywa nieruchomości. Polska należy do krajów o najlepszych wynikach w tym rankingu, odzwierciedlając dziedzictwo liberalnych reform po upadku komunizmu w latach 90. XX wieku. – Nasz nowy wskaźnik kapitału majątkowego wyraźnie pokazuje, że powinniśmy uważać na wyciąganie pochopnych lub ogólnych wniosków. Poza Stanami Zjednoczonymi, prawie żaden kraj nie pasuje do stereotypu, który mówi, że dystrybucja bogactwa, jest obecnie bardzo zniekształcona i wciąż się pogarsza.
W większości krajów przeważają odcienie szarości. – dodaje Michael Heise.
Polska firma zmienia rynek suplementów diety. Wprowadziła do sprzedaży pierwszy w Europie spersonalizowany preparat, którego skład jest tworzony indywidualnie w oparciu o wyniki wywiadu zdrowotnego i badań medycznych. To prawdziwa rewolucja w branży, w której rocznie w samej Polsce pojawia się kilka tysięcy nowych produktów[1].
Michał Gołkiewicz i Tomasz Styk
Suplement XXI wieku
Sundose, wymyślony przez Michała Gołkiewicza i Tomasza Styka, to zestaw dwóch saszetek do codziennej suplementacji. W jednej znajduje się proszek do rozpuszczenia w szklance wody, w drugiej – tabletka do połknięcia. W ich składzie znajdują się tylko te witaminy, minerały, substancje bioaktywne i probiotyki, których dany organizm rzeczywiście potrzebuje. Preparatów nie można kupić w aptece, ponieważ są przygotowywane ręcznie przez dietetyka klinicznego na podstawie wyników opracowanego przez specjalistów szczegółowego wywiadu zdrowotnego i dodatkowych badań, takich jak morfologia czy badanie DNA.
– Suplementy mają za zadanie wspierać nasze zdrowie, ale skąd – bez wykonania wcześniejszych badań – mamy wiedzieć, jakich substancji tak naprawdę potrzebujemy? Sundose to suplement XXI wieku, maksymalnie dopasowany do stylu życia danej osoby, jej problemów zdrowotnych czy celów żywieniowych. Głęboko wierzymy, że personalizacja to kierunek, w którym zmierza współczesna medycyna oraz farmakologia, oraz że ten trend możemy z sukcesem wykorzystać również w suplementach diety. Każdy z nas jest inny, dlaczego więc mamy przyjmować takie same zestawy witamin czy minerałów, w z góry ustalonych ilościach? – tłumaczy Michał Gołkiewicz, współzałożyciel firmy Sundose.
– Chcemy zmienić kurs rozwoju europejskiego rynku suplementów, na wzór tego, co dzieje się już w Stanach Zjednoczonych, i dotrzeć również do zagranicznych klientów, dlatego umożliwiamy już wysyłkę preparatu do krajów starego kontynentu. Mamy nadzieję, że to dopiero początek globalnej ekspansji Sundose – mówi Bartłomiej Foszer, jeden z inwestorów w firmie Sundose.
Sundose od dostępnych na sklepowych półkach suplementów wyróżnia także brak konserwantów – co sprawia, że należy go przechowywać w lodówce i zużyć w ciągu maksymalnie 65 dni. W preparacie nie występują również barwniki, utrwalacze, substancje modyfikowane genetycznie, a także gluten i laktoza – wszystko po to, aby produkt był jak najbardziej bezpieczny i dostępny również dla osób nietolerujących tego typu składników.
Tomasz Styk, dietetyk i wspólnik Gołkieiwcza dodaje: Ponad połowa ze stosujących suplementy diety Polaków wybiera je samodzielnie, często emocjonalnie, pod wpływem reklam. Tylko 17 proc. z nich swój wybór konsultuje z lekarzem lub z farmaceutą, nie zważając na ewentualne konsekwencje zdrowotne. Pracując nad Sundose, szukaliśmy rozwiązania, które bazowałoby na wiedzy merytorycznej, a nie na umiejętnie skonstruowanym przekazie marketingowym – stąd ścisła współpraca z dietetykami klinicznymi i konieczność wypełnienia wywiadu zdrowotnego przez naszego klienta. Nie chcemy, by kolejne osoby suplementowały się w ciemno, i z dumą mogę powiedzieć, że jesteśmy pionierami w Europie w takim podejściu do suplementacji wśród producentów tego typu preparatów. Jednocześnie chcieliśmy stworzyć produkt jak najprostszy do zastosowania w codziennym życiu, ponieważ wiemy, że na korzystanie z bardziej złożonych rozwiązań dietetycznych czy zdrowotnych wiele osób po prostu nie ma czasu.
Sundose to produkt w stu procentach szyty na miarę. Jak przyznaje Tomasz Styk, działanie firmy można porównać do działania krawca – tyle że krawca w świecie suplementów. – W odróżnieniu od producentów „gotowych” suplementów, jesteśmy elastyczni i podążamy ze składem naszego produktu za zmieniającym się życiem naszych klientów. Pierwsza miara, czyli wywiad zdrowotny, jest dla nas dopiero punktem wyjścia do „uszycia” preparatu jak najlepiej dopasowanego do danych potrzeb. Jesteśmy w stanie modyfikować skład preparatu co miesiąc, np. zmienić go w przypadku zajścia klientki w ciążę albo podjęcia większej aktywności fizycznej. Reagujemy na bieżąco dzięki temu, że każdy nasz klient znajduje się pod opieką dietetyka klinicznego, który regularnie kontaktuje się z nim, pytając o efekty suplementacji i badając jego aktualne potrzeby –wyjaśnia Styk.
Budowa zdrowych nawyków
Tak nowatorskiego podejścia do opieki nad klientem mogą pozazdrościć Sundose światowe koncerny farmaceutyczne. Docelowo firma chce stworzyć dla swoich klientów program kompleksowej opieki profilaktycznej, a także umożliwić lekarzom przygotowywanie unikalnego składu suplementu dla pacjenta w czasie wizyty w gabinecie.
– Podchodzimy do tematu zdrowia od strony profilaktycznej. Zadaniem Sundose jest nie tylko wspieranie zdrowia, ale też zapobieganie zachorowaniom przez poprawę odporności i budowę zdrowych nawyków, które naszym klientom podpowiadają dietetycy w czasie rozmów o efektach suplementacji. Pragniemy też umożliwić zdalny kontakt ze specjalistami oraz stworzyć taki system e-medycyny, poprzez który nasz klient będzie mógł w prosty i szybki sposób umówić się na rekomendowane badania – opowiada Michał Gołkiewicz.
[1] W 2016 r. złożono do GIS blisko 7,4 tys. powiadomień o wprowadzeniu bądź zamiarze wprowadzenia po raz pierwszy do obrotu suplementów diety, co stanowiło średnio ponad 600 powiadomień miesięcznie. Dane z raportu NIK na temat dopuszczania do obrotu suplementów diety (2017 r.).
Polski wydawca gier niezależnych, Fat Dog Games rozpoczął sprzedaż swoich tytułów na rynku chińskim oraz japońskim. Jako pierwsze do dystrybucji na rynku chińskim trafią Dream Alone, The Chronicles of Nyanya, Exorder oraz Motorbike. W Japonii zadebiutuje na Nintendo Switch Japan Dream Alone. Ponadto, Fat Dog Games spotka się z chińskimi inwestorami w ramach ”Online + Offline” Roadshow organizowanymi przez Bank of China oraz Shenzhen Stock Exchange.
Rynek azjatycki jest obecnie najważniejszym celem twórców gier ze względu na gwałtowny wzrost. Wartość sprzedaży na tym rynku osiągnie w tym roku 71,8 miliardów dolarów, co odpowiada 51,8% całej sprzedaży gier na świecie. Obecnie wydawnictwo rozpoczęło sprzedaż na rynku chińskim o wartości sprzedaży ponad 20 miliardów dolarów oraz japońskim o wartości 12 miliardów dolarów.
Fat Dog Games po raz pierwszy pokazał swoje produkcje w styczniu 2017 roku na Taipei Games Show. Następnie kontynuował budowanie relacji w trakcie ChinaJoy w Szanghaju oraz na kolejnej imprezie w Tajpej w 2018 roku.
Dnia 12 października br., Fat Dog Games zaprezentuje się w ramach ”Online + Offline” Roadshow organizowanymi przez Bank of China oraz Shenzhen Stock Exchange. Fat Dog Games otrzymało w ramach eventu dostęp do narzędzia V-Next udostępnionego tylko kilku firmom z Polski, które ma za zadanie pomagać w kontaktach z inwestorami z Chin.
Efektem tych starań jest uruchomienie sprzedaży gier Dream Alone, The Chronicles of Nyanya, Exorder i Motorbike Garage Mechanic Simulator na chińskiej platformie Sonkwo oraz Dream Alone w japońskiej dystrybucji na konsolę Nintendo Switch przy współpracy z lokalnym partnerem Worker Bee. Sonkwo jest wymieniane jako jedna z dwóch najważniejszych (obok Tencent) platform dystrybucji na tym rynku przez raport “CHIŃSKI RYNEK GIER Raport nt możliwości ekspansji polskich producentów gier na chiński rynek gamingowy” stworzony przez Instytut Polski – Wydział Kultury Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Pekinie.
Firma Worker Bee, z siedzibą w Tokio, powstała w 2003 roku to kluczowy partner Fat Dog Games na rynku japońskim. Worker Bee wydało z sukcesami takie tytuły jak m.in. Badland, R-TYPE, Lost In Harmony, Knights of Pen and Paper.
Celem Fat Dog Games S.A. jest dystrybucja wszystkich gier z portfela na tych rynkach oraz uczynienie z nich głównych kanałów przychodu firmy.
Fat Dog Games dotychczas wydało 7 gier na platformie PC oraz pierwszą produkcję na platformie Nintendo Switch. Najbliższe premiery to Dream Alone w japońskiej dystrybucji Nintendo Switch oraz Exorder na Nintendo Switch w Europie, Amerykach i Australii. Do końca tego roku firma wyda jeszcze 5 produkcji na konsoli Nintendo Switch, dwie na Xbox One oraz 5 na PC. Na pierwszy kwartał przyszłego roku zaplanowano 7 premier na konsoli Nintendo Switch, 9 na konsoli Xbox One oraz 5 na PC. Spółka notowana jest na NewConnect.
Według GUS około 40-45% Polaków w ogóle nie oszczędza ani nie inwestuje. Jednak ci, którzy pozytywnie wyróżniają się swoją finansową postawą, zgromadzili w 2017 r. ponad 2 biliony złotych. W czerwcu tego roku Nest Bank zapytał ich o zwyczaje w zakresie inwestowania – Z naszego Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego wynika, że pierwszym źródłem informacji inwestycyjnych dla 70% badanych jest Internet, jednak całkiem chętnie sięgamy po fachową pomoc banków. Nie najgorzej wypada również kwestia systematyczności – 42% inwestujących robi to regularnie – mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku.
Wyniki czerwcowego Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku pokazały, że aż 42% inwestujących Polaków lokuje środki regularnie – przynajmniej raz w miesiącu. Większość ankietowanych (63%) inwestuje maksymalnie 1000 zł miesięcznie. Jedynie 7% lokuje od 3 do 6 zł. tys. Co ciekawe znacznie większa grupa, bo aż 16% przeznacza na ten cel ponad 6 tys. złotych miesięcznie.
Ile Polacy zarabiają na inwestycjach?
Prawie ¾ badanych zarobiło na swoich dotychczasowych inwestycjach mniej niż 10 tys. złotych. 13% inwestujących wzbogaciło się o 10-20 tys. złotych, 11% o 20-50 tys. złotych. Jedynie 4% badanych zadeklarowało, że udało im się zarobić więcej niż. 50 tys. złotych.
Skąd czerpiemy wiedzę inwestycyjną?
Pierwszym źródłem informacji dla Polaków jest oczywiście Internet. Nie dziwi więc, że 70% osób czerpie z niego wiedzę o inwestowaniu. Co jednak ważne, aż 39% osób korzysta z rekomendacji doradcy bankowego, a 29% z pomocy doradcy inwestycyjnego. To sygnał, że instytucje, które jak Nest Bank, dynamicznie rozwijają się w zakresie produktów i usług w Internecie, mają największy wpływ na edukację Polaków w zakresie zarządzania budżetem czy inwestowania. -Agnieszka Porębska-Kość, Dyrektor Zarządzająca Obszarem Bankowości Przedsiębiorstw i Finansowania
Inwestowanie a bezpieczeństwo
Ponad 60% inwestujących Polaków uważa, że można zarobić pieniądze inwestując bezpiecznie. Za najbezpieczniejsze formy inwestowania Polacy uważają: obligacje skarbowe, indywidualne konta emerytalne oraz ubezpieczenia z gwarancją zwrotu. – Zarobki Polaków wciąż jeszcze nie dorównują większości europejskich krajów. Polacy pracują ciężko i doceniają wartość pieniądza. Ważne jest, żeby instytucje finansowe oferowały im wsparcie w bezpiecznym lokowaniu ich inwestycji. – mówi Agnieszka Porębska-Kość z Nest Banku – Naszą rolą jako banku jest wybranie odpowiednich okazji inwestycyjnych i zaoferowanie ich naszym klientom w formie zrozumiałych produktów, dopasowanych do potrzeb i możliwości domowego budżetu – dodaje Agnieszka Porębska-Kość.
Co z Polakami, którzy nie inwestują?
Okazuje się, że w grupie Polaków, którzy nigdy nie korzystali z produktów inwestycyjnych, dominuje przekonanie, że „do inwestowania potrzebne są duże pieniądze”. Aż 52% badanych stwierdziło, że nie ma wystarczających oszczędności, aby inwestować, a 35% deklaruje, że nie ufa produktom inwestycyjnym.
Indeks Bezpieczeństwa Finansowego* to badanie zrealizowane na zlecenie Nest Banku w czerwcu 2018 roku przez instytut Kantar Millward Brown na reprezentatywnej grupie Polaków. Celem badania było sprawdzenie postaw i przekonań Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa finansowego.
Materiał nie stanowi oferty handlowej w rozumieniu art. 66 Kodeksu cywilnego.
*Indeks Bezpieczeństwa Finansowego to badanie opinii zrealizowane na reprezentatywnej grupie Polaków przez Instytut Kantar Millward Brown, w dniach 06 czerwca 2018 – 13 czerwca 2018 r.
Produkcja sprzedana całego sektora poligraficznego w 2017 r. w Polsce wyniosła 15,4 mld zł, a wg prognoz w 2018 r. wzrośnie o 4,4% osiągając poziom 16,1 mld zł. Ważną rolę w utrzymaniu wzrostowej tendencji sektora poligraficznego niezmiennie odgrywa eksport na rynki zagraniczne – blisko 60% respondentów sprzedaje swoje produkty za granicę. Badanie przeprowadzone wśród przedsiębiorstw poligraficznych wskazuje, że firmy nieco mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku, niż w 2016 r.
Polski sektor poligraficzny pod względem przychodów na poziomie 3,38 mld EUR pozostaje największym w Europie Środkowo-Wschodniej i plasuje się na 7. miejscu w Unii Europejskiej. Jest to awans o jedną pozycję w porównaniu z poprzednią edycją badania.
W przemyśle poligraficznym pracuje w Polsce ponad 50 tys. osób. Biorąc pod uwagę przychody i zatrudnienie, polski przemysł poligraficzny pozostaje zdecydowanie największym tego typu sektorem w Europie Środkowo-Wschodniej. Odpowiada za 36% przychodów branży w regionie, które według danych Eurostatu wyniosły 9,1 mld EUR. Firmy poligraficzne w regionie Europy Środkowo-Wschodniej zatrudniały łącznie 148 tys. osób, co oznacza, że Polska z 50 tys. pracowników stanowi 34% całkowitej siły roboczej tej części kontynentu. W porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej, polski sektor poligraficzny zajmuje 7. miejsce pod względem przychodów, 6. miejsce pod względem liczby zatrudnionych oraz 7. miejsce z uwagi na liczbę firm – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego w KPMG w Polsce.
58% firm eksportuje swoje towary za granicę
Kluczową rolę w utrzymaniu tendencji wzrostowej polskiej branży poligraficznej odgrywa eksport. Wysoka jakość usług i produktów w połączeniu ze stosunkowo niskimi kosztami pracy pozwala polskim firmom poligraficznym skutecznie konkurować zarówno na rynku europejskim, jak i poza nim. Według danych Eurostatu całkowity eksport produktów przemysłu poligraficznego w latach 2011-2016 zwiększył się nominalnie o 114%, a sam rok 2016 przyniósł wzrost o 11,5%, osiągając poziom 9,42 mld zł. Blisko 6 na 10 ankietowanych przedsiębiorstw (58% wskazań) zadeklarowało sprzedaż swoich wyrobów na rynki zagraniczne. W 2017 r. firmy poligraficzne wyeksportowały za granicę 25,2% swojej całej produkcji, podczas gdy w 2016 r. na eksport trafiło 23,4% produkcji. Krajami najczęściej importującymi wyroby polskiego przemysłu poligraficznego są: m.in. Niemcy, Francja, Belgia i Szwajcaria.
Eksport stanowi potężne koło zamachowe branży poligraficznej. Wolumen sprzedaży rośnie nieprzerwanie od wielu lat na poziomie kilkunastu procent rocznie, znacznie przekraczając wyniki osiągane na rodzimym rynku. Ten stan rzeczy może i powinien pozostać niezmieniony przez najbliższe 2 lata. Jednak do osiągnięcia tego celu, będzie potrzeba coraz więcej wysiłku. Dotychczasowa przewaga konkurencyjności polskich firm, wynikająca z niższych kosztów pracy, zaczyna się wyczerpywać. Sektor będzie potrzebował dodatkowych nakładów inwestycyjnych, podnoszących stopień automatyzacji procesów produkcyjnych oraz wydatków na marketing i promocję. Oprócz wymienionych w raporcie rynków, tj. Szwajcarii, Niemiec, Belgii i Francji, musimy rozwijać aktywność w Wielkiej Brytanii, Holandii, Austrii i krajach skandynawskich. Należy również bacznie przyglądać się Ukrainie, bowiem w najbliższych latach, można spodziewać się dynamicznego rozwoju tamtejszych drukarń – mówi Jacek Kuśmierczyk, kanclerz Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga.
Firmy mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku
Spośród wszystkich ankietowanych firm, 35% wskazało na poprawę ogólnej sytuacji ekonomicznej. Z kolei 26% przyznało, że ich sytuacja się pogorszyła w porównaniu z edycją badania przeprowadzoną w 2016 r. Oznacza to, że obecnie optymizm firm jest mniejszy. O ile żadne duże przedsiębiorstwo poligraficzne w Polsce, zatrudniające ponad 250 osób, nie wskazało na pogorszenie swojej sytuacji, to już 13% firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników przyznało, że sytuacja organizacji uległa pogorszeniu. Gorszą sytuację wskazywała jeszcze większa liczba mniejszych firm – 27% przedsiębiorstw zatrudniających od 10 do 49 osób oraz aż 35% najmniejszych firm, które zatrudniają nie więcej niż 9 osób. Podobnie respondenci oceniają zmianę popytu na świadczone usługi. Spośród wszystkich badanych firm 22% wskazało na spadek popytu, 46% organizacji uznało, że popyt się nie zmienił, a 32% firm przyznało, że popyt na ich usługi wzrósł. Zdecydowanie najmniej optymistycznie sytuację na rynku oceniają firmy najmniejsze – tylko 14% z nich uważa, że popyt na świadczone usługi wzrósł, ale aż 38% respondentów zauważa spadek popytu. Z kolei 75% przedstawicieli największych organizacji uważa, że popyt wzrósł.
Warto zwrócić uwagę na przychody badanych przedsiębiorstw poligraficznych. Zdecydowana większość z nich, ok. 70%, osiąga przychody mniejsze niż 10 mln zł w skali roku. Tylko jedno przedsiębiorstwo uzyskało przychody w przedziale 101-200 mln zł.
Wyniki ekonomiczne sektora poligraficznego są dobre, natomiast w odniesieniu do przedsiębiorstw sytuacja jest już złożona. Nowoczesne technologie, których znaczna część napłynęła do firm wraz z funduszami unijnymi, pozwoliły na budowę przewagi konkurencyjnej wspartej niższymi płacami w stosunku do krajów Unii Europejskiej. Przywiązywanie uwagi jedynie do technologii nie jest dominującym modelem biznesowym. Liderzy sektora dostrzegli walory równowagi technologii, organizacji i marketingu. W zmieniającym się otoczeniu zaczynają dominować media elektroniczne, które skutecznie ograniczają dotychczasowe obszary aktywności produkcyjnej. Aktywność firm poligraficznych rozciąga się między twórczą działalnością, a sentymentalnymi marzeniami o stabilizacji. Tymczasem poligrafia to idealne miejsce dla innowatorów. Szczególnie dzisiaj, kiedy tradycyjna perspektywa inwestycyjna, 3-5 – letnia, jest zbyt długa w odniesieniu do dynamiki zmian – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera, Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, przedsiębiorstwa poligraficzne sygnalizują problem z dostępem do wykwalifikowanej kadry w sektorze poligraficznym – taką opinię wyraziło aż 90% respondentów. Podobne wskazania dotyczą ekspertów w konkretnych technologiach: druk offsetowy, fleksografia i druk cyfrowy.
Ambitne cele inwestycyjne firm poligraficznych na najbliższe lata
Przedsiębiorstwa poligraficzne w Polsce w perspektywie nadchodzących 2-3 lat planują duże inwestycje. Ponad 8 na 10 firm (81% wskazań) w najbliższym czasie planuje połączyć się lub przejąć inny podmiot z branży. Podobna liczba organizacji (80% wskazań) planuje w perspektywie 2-3 lat otworzyć nowy oddział. Ważnym elementem strategii są plany związane bezpośrednio z funkcjonowaniem firmy – 71% respondentów deklaruje chęć zwiększenia efektywności przedsiębiorstwa. Taki sam odsetek organizacji zamierza znaleźć nowych dostawców oraz zakupić nowe technologie. Tak duże inwestycje nie powinny dziwić, biorąc po uwagę fakt, że większość respondentów badania stanowiły średnie i duże firmy.
Planując inwestycje, przedsiębiorstwa poligraficzne zamierzają korzystać z różnych form finansowania. Blisko 3 na 10 firm (28% wskazań) zamierza inwestować tylko i wyłącznie korzystając z własnego kapitału. Natomiast 30% organizacji w celu przyszłych inwestycji deklaruje wykorzystanie zgromadzonego, własnego kapitału oraz kredytu.
O BADANIU:
Raport KPMG w Polsce, Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga i Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego pt. „Rynek poligraficzny i opakowań z nadrukiem w Polsce” powstał na podstawie badania polskiego rynku poligraficznego już po raz 7. W tym roku badanie przedsiębiorców zostało przeprowadzone przez Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego na 266 firmach w terminie maj-czerwiec br. Respondentami były osoby ze ścisłego kierownictwa firm. Realizacja badania odbyła się za pomocą dwóch metod: CATI (ang. Computer Assisted Telephone Interviews) przez Laboratorium Badań Medioznawczych (LBM) WDIB UW oraz wypełnionych ankiet otrzymanych od firm.
Udział samochodów elektrycznych, w tym hybryd typu plug-in, w globalnym rynku motoryzacyjnym wynosi obecnie około 1,3 proc. Jednak z roku na rok będzie się on zwiększał, by po 2040 roku sięgnąć ponad 50 proc. Według różnych szacunków do 2030 roku po światowych drogach może jeździć od 56 do nawet 160 mln aut elektrycznych oraz hybryd plug-in. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportów „Powering the future of mobility” i „A reality check on advanced vehicle technologies” rozwój tego sektora stwarza duże szanse rozwoju dla gospodarki globalnej.
Producenci aut i firmy technologiczne inwestują ogromne środki, aby udoskonalić oraz popularyzować pojazdy elektryczne i autonomiczne. Te pierwsze mogą zmniejszyć negatywny wpływ na środowisko spowodowane przez spalanie paliw kopalnych. Z kolei samochody autonomiczne mają szansę w znaczący sposób przyczynić się do radykalnej poprawy bezpieczeństwa na drogach.
– Pierwszy krok, jaki trzeba zrobić w kierunku zwiększenia popularności elektrycznych pojazdów ma na celu przedstawienie klientom korzyści płynących z ich posiadania. Działania te mogą obejmować na przykład zniżki i rabaty na leasing czy zakup tego typu aut oraz sprzętu ładującego, darmową instalację ładowarki, a także specjalne plany taryfowe dla właścicieli. Branża musi zacząć działać już teraz. Odpowiednia edukacja i zachęcanie do zakupu pojazdów elektrycznych, mogą na dobre zmienić obraz rynku motoryzacyjnego – mówi Andrzej Zienkiewicz, Partner w Zespole ds. Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.
W pierwszej połowie 2018 zostało sprzedanych ok. 3,5 miliona samochodów elektrycznych. Obecnie tego typu pojazdy cieszą się największym powodzeniem w Chinach, gdzie stanowią ok. 4 proc. tamtejszego rynku sprzedaży nowych samochodów. Dla porównania w Europie sprzedaż stanowi ok. 2,3 proc., a w Ameryce Północnej 1,6 proc.. W Polsce w 2017 roku zostało sprzedanych 484 samochodów elektrycznych, co stanowiło ok. 0,1 proc. całości rynku samochodów osobowych. – Czynniki, które mają wpływ, na to, że konsumenci coraz częściej decydują się na zakup aut elektrycznych to przede wszystkim spadające ceny przy wzrastających parametrach technicznych – rosnący zasięg i połączenie nowoczesnego designu oraz zaawansowanych technologii, a także sprzyjające otoczenie regulacyjne. Również rozwój mobilności przyspiesza absorpcję pojazdów elektrycznych. Takie zjawiska jak carsharing i rosnąca świadomość ekologiczna konsumentów wpływają pozytywnie na dynamizację rynku aut elektrycznych – zaznacza Karol Wierzbicki, Ekspert w Zespole ds. Elektromobilności Deloitte.
Do 2030 roku po światowych drogach ma już jeździć, wedle różnych szacunków, od 56 do nawet 160 mln aut elektrycznych, by dziesięć lat później osiągnąć ponad 50-procentowy udział w rynku.
– Ważną rolę w procesie zakupu odgrywają taniejące ceny baterii. Producenci wprowadzają nowe, bardziej korzystne dla użytkownika modele o większej pojemności. Jest to o tyle ważne, że 30-40 proc. kosztu elektrycznego pojazdu stanowi pakiet baterii, który je zasila. W rzeczywistości ceny baterii spadły od 2013 roku o ponad 50 proc., z 599 dolarów za kilowatogodzinę do 273 dolarów za kilowatogodzinę w 2016 r. Niewykluczone, że koszt ten zmaleje jeszcze bardziej, potencjalnie dochodząc do 100 dolarów za kilowatogodzinę w 2026 roku, co będzie sprawiać, że pojazdy elektryczne staną się konkurencyjne cenowo w stosunku do pojazdów o napędzie tradycyjnym. To atrakcyjna opcja dla konsumentów – wyjaśnia Karol Wierzbicki.
Elektromobilność w Polsce
Państwowe spółki oraz fundusze aktywnie uczestniczą w rozwoju elektromobilności, przeznaczając znaczne kwoty na finansowanie projektów badawczych oraz wdrożenie pojazdów zeroemisyjnych. Wymiana flot przewoźników transportu publicznego rozpoczęła się już w Polsce – w roku 2017 zarejestrowano 81 autobusów z napędem hybrydowym, 63 autobusy elektryczne oraz 12 pojazdów z napędem na sprężony gaz ziemny (CNG). Plany przewoźników pokazują, że w kolejnych latach proces ten będzie przyspieszać – sama Warszawa planuje ogłosić w najbliższym czasie przetargi na zakup 80 autobusów napędzanych gazem CNG oraz 130 autobusów elektrycznych. Wymiana flot będzie współfinansowana m.in. przez projekty finansowane przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który w latach 2019 – 2023 ma zamiar przeznaczyć fundusze w wysokości 2,2 mld PLN (w tym zwrotne formy dofinansowania w wysokości 1,2 mld PLN, a bezzwrotne 1,0 mld PLN) na zakup pojazdów elektrycznych.
– W ostatnich latach obserwujemy rozwój elektromobilności w Polsce, zwłaszcza w obszarze transportu publicznego. Jest on postrzegany jako szansa na wzrost innowacyjności polskiej gospodarki oraz ograniczenie zanieczyszczenia środowiska. W związku z tym rząd kładzie silny nacisk na stworzenie odpowiednich ram regulacyjnych i zapewnienie odpowiednich źródeł finansowania. Jednym z głównych aktów prawnych jest ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych, wspierająca rozwój transportu niskoemisyjnego, którego napęd jest oparty na energii elektrycznej, gazie ziemnym, wodorze oraz innych paliwach alternatywnych – mówi Andrzej Zienkiewicz.
Na finalnym etapie są również prace prowadzone nad wdrożeniem do produkcji pierwszych pojazdów wodorowych. Pierwszy autobus zasilany tym paliwem ma wyjechać na ulice już na początku przyszłego roku.
Preferencje konsumentów dotyczące typu silnika w ich przyszłym pojeździe (2018)
Przemysł 4.0 to już nie przyszłość, ale rzeczywistość wielu firm na całym świecie. Dotyczy to również Polski. Aż 94 proc. menedżerów, którzy wzięli udział w globalnym badaniu firmy doradczej Deloitte, wskazuje, że transformacja cyfrowa jest najwyższym strategicznym celem ich organizacji.
Przemysł 4.0 różni się tym od poprzednich rewolucji technologicznych, że łącząc istniejące technologie, zaciera granice między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną.
– Do najważniejszych rozwiązań napędzających rozwój Przemysłu 4.0 należy Internet Rzeczy (IoT), uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja oraz rozszerzona i wirtualna rzeczywistość. Jego rozwojowi sprzyjają nie tylko postęp technologiczny, ale także potrzeby konsumentów, ograniczenia podażowe, zwłaszcza w zakresie surowców nieodnawialnych i pracy oraz zachęty finansowe ze strony sektora publicznego – mówi Michał Pieprzny, Partner w Zespole Strategy w Deloitte Consulting.
Czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka. Nie brakuje w niej jednak wyzwań. Pierwszym z nich jest cyberbezpieczeństwo. Przemysł 4.0 zwiększa możliwość wystąpienia cyberataków. Drugim – nieprzychylne reakcje społeczne, związane chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Do tego dochodzi kwestia pracowników i ich umiejętności. Z jednej strony tylko 15 proc. respondentów w badaniu Deloitte wskazuje, że muszą znacznie zmienić skład i zestawy umiejętności, aby wspierać cyfrowe transformacje, a z drugiej dla 35 proc. badanych najważniejszym wyzwaniem organizacyjnym i kulturowym jest znalezienie, szkolenie oraz zatrzymanie odpowiednio utalentowanych ludzi.
– Automatyzacja oraz rozwój sztucznej inteligencji sprawi, że umiejętności miękkie staną się istotniejszym wyróżnikiem na rynku pracy – wyjaśnia Damian Olko, Ekspert w zespole ds. analiz ekonomicznych Deloitte. – Wynika to z faktu, że znaczną część zadań będą wykonywać maszyny i roboty. Niezwykle istotne jest więc to, aby firmy w odpowiedni sposób zarządzały tą zmianą, czerpiąc z niej jak najwięcej korzyści dla zbudowania lub utrzymania swojej przewagi konkurencyjnej – dodaje Damian Olko.
Według badanych najważniejszymi czynnikami napędzającymi transformację cyfrową są: poprawa produktywności oraz cele operacyjne. Istotną rolę odgrywają także możliwości innowacyjne. Dziewięciu na dziesięciu menedżerów, których firmy inwestują w transformację cyfrową, odnotowało w ubiegłym roku umiarkowany lub znaczny zwrot z inwestycji. – Czwarta Rewolucja Przemysłowa może zmienić dotychczasowy układ sił na rynkach lub zakłócić ich działanie. Mniejsze firmy, które potrafią umiejętnie wykorzystać nowe technologie, mają szansę na osiągnięcie lepszych wyników, konkurując z większymi graczami przemysłowymi – mówi Michał Pieprzny.
Firmy w Polsce najczęściej ubezpieczają się od odpowiedzialności cywilnej i na kwotę do 100 tysięcy złotych – wynika z analizy serwisu Oferteo.pl. Najczęściej ubezpieczeń poszukują małe firmy, zatrudniające mniej niż dziesięciu pracowników.
Jaki zakres i na jaką kwotę?
Aż 86% firm badanych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, było zainteresowanych ubezpieczeniem od odpowiedzialności cywilnej. W dalszej kolejności firmom zależało na ubezpieczeniach od zniszczenia oraz kradzieży. Co ciekawe, tylko 16% przedsiębiorstw poszukiwało ubezpieczeń pracowników od nieszczęśliwych wypadków (NNW).
Polskie firmy najczęściej ubezpieczały się na kwoty nieprzekraczające 100 tysięcy złotych. Wskazała tak ponad połowa badanych. Jedynie 17% poszukiwało ubezpieczenia na kwotę wyższą niż pół miliona złotych.
–Warto pamiętać, że firmy ubezpieczeniowe często są otwarte na negocjacje stawek w przypadku potencjalnej współpracy z przedsiębiorstwami – podpowiada Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Tym bardziej należy porównać oferty przynajmniej kilku z nich, aby znaleźć najdogodniejsze dla siebie rozwiązanie. Może się zdarzyć, że koszty polis pokrywających taki sam zakres ubezpieczenia będą się różnić w zależności od towarzystwa nawet o kilkadziesiąt procent.
Należy przy tym zwrócić uwagę, że koszt polisy będzie zależał nie tylko od preferowanego zakresu ubezpieczenia, ale również od rodzaju wykonywanej działalności, wielkości firmy i innych czynników.
Jakie firmy szukają ubezpieczeń?
Według analizy Oferteo.pl o ubezpieczenia najczęściej pytają najmniejsze firmy, zatrudniające do 10 osób. W większości są to osoby fizyczne prowadzące własną działalność gospodarczą (79%), natomiast odsetek zapytań od spółek kapitałowych wyniósł 15%. Jeśli chodzi o branże, w których działają firmy poszukujące ubezpieczeń, najczęściej jest to budownictwo i nieruchomości (24%) oraz handel (23%). Rzadziej ubezpieczeń poszukują m. in. przedsiębiorstwa działające w obszarze IT (9%), przemyśle (8%) czy logistyce i transporcie (3%). Wskazanie ubezpieczycielowi rodzaju wykonywanej działalności jest bardzo ważne. Towarzystwa ubezpieczeniowe mogą nie wypłacić odszkodowania za straty wynikające z innej działalności niż wymieniona w polisie.
Metodologia badań
Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 500 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl od 1 września 2017 do 30 sierpnia 2018 roku przez podmioty poszukujące ubezpieczenia dla firm.
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360
Sztuczna inteligencja zrewolucjonizowała sposób, w jaki marki docierają online do swoich klientów. Zarówno marketerzy, jak i klienci coraz chętniej wykorzystują AI do realizacji celów sprzedażowych. Wiele wskazuje na to, że niebawem treści wideo będą kształtowane głównie przez sztuczną inteligencję. Czy czeka nas zatem rewolucja w wideo marketingu?
Sztuczna inteligencja umożliwia markom podejmowanie decyzji opartych na licznych danych. Jest to niezwykle skuteczne, gdyż pozwala na obranie skutecznej taktyki opartej na wyjątkowo dokładnym targetowaniu i optymalizacji. W dzisiejszych czasach jesteśmy świadkami stałego wzrostu konsumpcji wideo i zaangażowania odbiorców w treści, które przekazuje. Dodatkowo coraz więcej specjalistów jest zdania, że spośród wszystkich treści online to właśnie wideo zapewnia najlepsze ROI.
AI w strategii marketingowej
Treści wideo staną się jeszcze bardziej angażujące, ponieważ marki mogą teraz tworzyć je w oparciu o dane i analizę upodobań konsumentów. Dzięki sztucznej inteligencji, w prosty sposób można zyskać szeroką wiedzę na temat klientów. Informacje, jakie pozwala zdobyć nowoczesna technologia są kluczem do stworzenia lepszej strategii marketingowej. Jak wiadomo, odbiorcy angażują się wyłącznie w treści, które są odzwierciedleniem ich zainteresowań.
AI vs personalizacja
Istnieje wiele powodów, dla których marketing spersonalizowany jest niezbędnym elementem każdej strategii. Nie tylko zwiększa zaangażowanie, ale także pozwala tworzyć w przestrzeni cyfrowej bardziej zindywidualizowany przekaz, którego oczekują klienci. Coraz więcej marek dostrzega, że spersonalizowane treści wideo prowadzą do wyższego poziomu zaangażowania, dlatego też coraz częściej wykorzystują je w swoich działaniach. W ciągu najbliższych lat, sztuczna inteligencja zapewne otworzy drzwi do możliwości, które z pewnością zadowolą wszystkich klientów.
ROI
W przypadku wielu firm, szczególnie tych mniejszych, decyzja o zainwestowaniu w nowe kanały wymaga pewności dobrego ROI. Analityka AI daje możliwość sprawdzenia jaki zysk przyniosą poszczególne działania. Dodatkowo analityka umożliwia na tworzenie wielu kreacji i przeprowadzenie testów, które dają informację o reakcji na dane treści. AI pozwala także na dostarczenie aktualizacji w czasie rzeczywistym, dzięki czemu marketerzy są w stanie optymalizować działania na bieżąco.
Użytkownicy internetu większość czasu w sieci spędzają na oglądaniu filmów. Dlatego też wiele z nich może postrzegać nie interesujące ich reklamy jako uciążliwe. Najnowsze badania pokazują, że klienci dużo częściej nabywają produkty, które widzieli w reklamie wideo, nie te o których czytali. Co więcej, dzięki AI promocja w mediach społecznościowych może zostać ulepszona za pośrednictwem opartych na sztucznej inteligencji międzykanałowych platform reklamowych. Wykorzystanie tej technologii zapewni również dotarcie do właściwej grupy, gwarantując tym samym wyższą konwersję przy niższych kosztach.
Dokąd zmierzamy?
Stały wzrost liczby firm inwestujących w treści wideo, dowodzi ich skuteczności. Sztuczna inteligencja wyraźnie wpłynie na przyszłość marketingu, oferując markom możliwość dostosowania treści i kształtowania strategii za pomocą analityki. Właśnie dlatego AI jest i niewątpliwie będzie istotnym narzędziem, które pomoże markom w opracowywaniu odpowiednich treści wideo dla docelowej grupy odbiorców.
Po skrótem VR czyli po polsku wirtualna rzeczywistość ukrywa się zbiór technologii – obrazu i dźwięku – które tworzą przestrzeń stworzoną przez programistów. Natomiast technologia AR – rzeczywistość rozszerzona – poprzez specjalne okulary tzw. smartglassy łączy świat cyfrowy z tym, w którym przebywamy fizycznie. Te dwie przestrzenie nakładają się na siebie generując zupełnie nowy wymiar.
Czego potrzebujemy?
Do przeniesienia się w świat wirtualnej rzeczywistości potrzebujemy specjalnych gogli, najlepiej dających silne odczucie imersji czyli przebywania w cyfrowym świecie. W zależności od tego do czego wykorzystujemy tą technologię przydatne będą również dodatkowe akcesoria.
– Część gogli wyposażona jest również w specjalne kontrolery, które trzymamy w rękach i za ich pomocą możemy wchodzić w interakcje z otoczeniem. Możemy łapać przedmioty, otwierać zawory, rzucać przedmiotami , wchodzić w interakcje tak jak ma to miejsce w rzeczywistości. – mówi Justyna Janicka z 1000 realities.
Z rzeczywistością rozszerzoną jest podobnie. Jednak nie zakładamy gogli, które odcinają nas zupełnie od świata fizycznego, a tylko specjalne okulary tzw. smartglassy, na których mogą być wyświetlane dodatkowe warstwy informacji. Co ciekawe AR możemy oglądać nawet z poziomu naszego telefonu.
Korzyści z wykorzystania VR i AR
Wirtualna rzeczywistość daje ogromne możliwości jeśli chodzi o zastosowanie biznesowe. Korzyści wynikające z jej użytkowania już dawno odkryły takie branże jak wydobywcza czy naftowa. VR wpływa na poprawę bezpieczeństwa pracowników i redukcję kosztów.
Przykładem mogą być szkolenia dla operatorów platform wiertniczych, które nie wymagają wielkich nakładów finansowych, można je powtarzać wiele razy, a jednocześnie odbywają się w bezpiecznych dla warunkach. Zysku z wykorzystania w firmie nie sposób zmierzyć i przełożyć na wynik finansowy.
Rzeczywistość rozszerzona sprawdza się tam, gdzie chodzi o szybkie przekazanie informacji. Dzięki jej zastosowaniu pracownicy mogą pracować szybciej i wydajniej. Na bieżąco dostają informacje potrzebne do pracy, zadania czy nawigację wewnętrzną.
– Innym praktycznym przykładem jest zdalna pomoc eksperta. Specjalista, który znajduje się w biurze dostaje na swój komputer obraz z kamery użytkownika smartglassów, dostaje informację, co ta osoba widzi. Następnie za pomocą komunikacji głosowej, albo oznaczeń na tym widoku z kamery może zaznaczyć dodatkowe wskazówki – dodaje Justyna Janicka.
Decyzja FTSE o reklasyfikacji polskiego rynku akcji i nadaniu mu statusu rynku rozwiniętego stanowi istotną zmianę dla krajowej giełdy. Niemniej jednak, nie oczekujemy znaczącego wpływu na kształt funduszy akcyjnych oraz procesu podejmowania decyzji przez naszych zarządzających portfelami. Wynika to z tego, że w procesie inwestycyjnym Fidelity wykorzystuje analizę bottom-up, ukierunkowaną na identyfikację atrakcyjnie wycenionych spółek z perspektywicznymi fundamentami, niezależnie od tego, czy wchodzą one w skład konkretnych benchmarków. Reklasyfikacje indeksów są dla nas wydarzeniami drugorzędnymi w kontekście naszych decyzji inwestycyjnych. Dołączenie Polski nie doprowadzi do istotnej zmiany składu indeksów FTSE Russell dla rynków rozwiniętych, a co za tym idzie relatywnego pozycjonowania tych funduszy, które są zarządzane względem tych benchmarków przez pryzmat ryzyka. W tym kontekście oczekuje się, że Polska będzie odpowiadała za ok. 0,1% indeksu FTSE Developed All Cap Index. Stale monitorujemy nasze spektrum inwestycyjne, ale na chwilę obecną widzimy ograniczone możliwości inwestycyjne na polskim rynku akcji. Po części wynika to z tego, że warszawska giełda jest w dużej mierze zależna od spółek z sektora finansowego, w szczególności od banków, które to były silne w 2017 r., z uwagi na oczekiwania dotyczące rosnącej marży odsetkowej. Zdajemy sobie sprawę, że działają one w bardzo konkurencyjnym lokalnym środowisku, gdzie o udział w rynku rywalizuje wiele podmiotów. Obecnie bardziej zyskowne pomysły na inwestowanie w sektor bankowy dostrzegamy w innych krajach. Poza finansami, niektóre sektory mogą być podatne na działania rządu, szczególnie sektor użyteczności publicznej.
Dominik Bekkewold – Przedstawiciel Fidelity International w Polsce
Wczorajsza publikacja GUS wspiera złotego. Co dalej z podwyżkami stóp procentowych w Stanach? Konferencja Powella już dziś wieczorem.
Mało bezrobotnych
Wczoraj Główny Urząd Statystyczny opublikował najnowsze dane z rynku pracy. Stopa bezrobocia znalazła się na rekordowo niskim poziomie – 5,8%. Najmniejszym bezrobociem pochwalić się może Wielkopolska, gdzie wynosi ono 3,3%, z kolei najwyższy współczynnik bezrobocia występuje w warmińsko-mazurskim – 9,9%. Niewątpliwie dobre dane pozytywnie wpłynęły na złotówkę, która wczoraj zyskiwała wobec większości głównych walut. Dziś z rana za jednego dolara zapłacimy 3,64 zł. Euro kosztuje 4,28 zł. Cena franka szwajcarskiego wynosi 3,77 zł, a funta brytyjskiego 4,79 zł.
Stany rozdają karty
Dzisiejszy handel przebiegać będzie pod dyktando odczytów płynących zza oceanu. Tuż po godzinie 16:00 poznamy informacje z rynku nieruchomości w Stanach, a chwilę później opublikowane zostaną dane dotyczące zmiany zapasów paliw. Nie będą to jednak najistotniejsze dziś odczyty. Bowiem o godzinie 20:00 poznamy decyzję Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych. Rynki spodziewają się wzrostu kosztu pieniądza z przedziału 1,75%-2% do przedziału 2%-2,25%. Jednak o ile analitycy tą decyzję przyjmują za pewną, dlatego też większym zainteresowaniem cieszyć się będą projekcje makroekonomiczne oraz konferencja prasowa prezesa FED. Analitycy będą próbowali doszukać się wskazówek co do prowadzenia dalszych działań monetarnych w Stanach Zjednoczonych, tym bardziej w przypadku gdy ostatnie odczyty inflacyjne odbiegały od oczekiwań.
Emocje do końca tygodnia
Wieczorne posiedzenie FED rozpocznie serię ciekawych odczytów w tym tygodniu. W czwartek i piątek czekają nas publikacje m.in danych inflacyjnych oraz odczytów dynamik PKB z państw europejskich i Stanów Zjednoczonych. Należy zatem spodziewać się większych ruchów na głównych walutach w okolicach godzin publikacji.
Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Branża spożywcza w Polsce jest bardzo konkurencyjna. Jest to związane nie tylko z obecnością dużych koncernów i znanych marek, ale także z bardzo dynamicznym sektorem małych firm, które poszukują swojego miejsca na rynku. Nie oznacza to jednak, że muszą to być trendy przeciwstawne. Pojawianie się nowości i możliwość wyboru dla konsumenta sprawia, że cały sektor staje się bardziej atrakcyjny. Nie należy stawiać po przeciwnych stronach małych, startupowych podmiotów i obecnych jednocześnie na rynku wielkich brandów.
– To jeden ekosystem, który się uzupełnia. Ważny jest konsument, który ma wybór – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Pawiński, prezes Grupy Maspex – Analizujemy nowe trendy – czy są wyraźne, czy mają szansę urosnąć. Większość start upów jest małoformatowa i nigdy nie stanie się dużymi projektami. Część ma jednak potencjał i to na nich skupia się Maspex. Nie ma jednak prostej odpowiedzi na to, czy i które z nich brać pod uwagę i w jakim stopniu być skupionym na obszarze nowych pomysłów, zachowań i innowacyjnych produktów. Z jednej strony część projektów przebije się, ale inne się nie przeskalują i nie staną dużymi biznesami. Te, które mają realną szansę na wzrost sprzedaży mogą być ciekawe i pasować do strategii Maspexu. To projekty, które mogą stać się elementami przyszłej akwizycji czy innych wspólnych przedsięwzięć – dodał Pawiński.