Kurs dolara powoli odrabia straty

Mając nadzieję, że prezydent Trump nie uaktywni się z komentarzami na tematu dolara, inwestorzy skupiają uwagę na luzowaniu polityki w Chinach i dyskusji o potencjalnych zmianach w strategii Banku Japonii. USD powoli odrabia straty po przedweekendowej wyprzedaży, także względem CNY, co wywiera presję na waluty rynków wschodzących. Dziś w kalendarzu indeksy PMI.

Zgodnie z oczekiwaniami paplanina Trumpa o zbyt silny dolarze i szkodliwej polityce Fed starczyła tylko na wystraszenie krótkoterminowych inwestorów z ich długich pozycji w USD, ale nie przekłada się na pogłębianie sprzedaży poprzez budowanie trwalszych pozycji short. W szerszym ujęciu jest oczywiste, że za silnego dolara nie należy winić Fed, tylko samego Trumpa. Restrykcyjna polityka pieniężna Fed jest odpowiedzią na siłę gospodarki USA, normalizację inflacji i rosnącą konsumpcję i inwestycje. Te ostatnie dwa elementy są skutkiem reformy podatkowej, przez którą na kontach Amerykanów i firm zostaje więcej pieniędzy. Po drugie, zmiany USD/CNY i EUR/USD to nie tylko przejaw siły dolara, ale także słabości juana i euro, a jednym (jeśli nie najważniejszym) z powodów wyprzedaży tych walut są obawy o perspektywy gospodarcze Chin i strefy euro w obliczu potencjalnej wojny handlowej.

Ryzyko kolejnych „złotych myśli” prezydenta USA jest nie do zignorowania, szczególnie jutro, kiedy Trump spotka się z szefem Komisji Europejskiej Junckerem. Poza tym pozostaje rozgrywać fundamenty, a te w dalszym ciągu premiują dolara. Wczorajsze dane z rynku nieruchomości, choć na pierwszy rzut oka pokazały odczyt niższy od prognoz, to problemy ze sprzedażą biorą się z niewystarczającej liczbą wolnych domów. Amerykanie chcą dalej kupować, ale jest to coraz trudniejsze. Po drugie Chiny w nocy ogłosiły nowe działania w kwestii luzowania polityki monetarnej i fiskalnej, głównie nakierowane na zwiększenie akcji kredytowej i wzmocnienie popytu wewnętrznego. Efektem ubocznym (albo celowym na polu wojny handlowej) jest osłabienie juana i wypychanie kapitału w stronę USD. Po trzecie, obserwujemy wyprzedaż obligacji skarbowych USA i wzrost rentowności, co tradycyjnie pomaga dolarowi. Ten ostatni aspekt jest dość osobliwy, gdyż powody wyprzedaży długu leżą w spekulacjach o możliwej zmianie strategii Banku Japonii. BoJ ma pozwolić na wzrost rentowności japońskiego długu (utrzymując blisko 0 proc. rentowność 5-latek zamiast 10-latek), co zwiększy atrakcyjność obligacji dla japońskich inwestorów, którzy będą wracać z kapitałem m.in. z rynku USA. Jednak BoJ pozwoli tylko na niewielki wzrost dochodowości (gdyż dalej pozostaje w ekspansyjnym nastawieniu), za to pole do wzrostu rentowności w USA jest dużo większe. Stąd korzyści dla USD są też większe.

Trzymamy się zdania, że ogniskowanie wojny handlowej na Chinach będzie osłabiać AUD i NZD, a premiować USD (plus pomaga solidna postawa gospodarki USA). Oczekujemy wyższych poziomów USD/JPY na bazie zmian na rynku długu i generalnej odporności rynku akcji na zawirowania na rynku FX (mniejsza reaktywność na awersje do ryzyka). EUR potrzebuje silnego pozytywnego impulsu w postaci danych ma kro, by wyrwać się z marazmu. Przed dzisiejszymi odczytami indeksów PMI oczekiwania są delikatnie poniżej czerwcowych wartości, więc większym zaskoczeniem będzie wzrost wskaźników, który potwierdziłby, że konflikty handlowe nie dławią ożywienia po słabym pierwszym półroczu. Złoty ma za sobą bardzo dobrą postawę polskiej gospodarki, które jednak zwykła ginąc w cieniu globalnych czynników ryzyka, szczególnie gdy kłopoty Chin i taniejący juan nigdy nie są dobrą wiadomością dla walut rynków wschodzących. Asymetria ryzyk podnosi ryzyko testu EUR/PLN 4,35 niż forsowania 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nadchodzi rewolucja w morskim przemyśle. Przyszłością sektora są statki zasilane napędem hybrydowym i wiatrem

Nadchodzi rewolucja w morskim przemyśle. Przyszłością sektora są statki zasilane napędem hybrydowym i wiatrem 1

Nadchodzi era statków przyszłości. To rewolucja dla transportu morskiego i stoczni. Choć jeszcze nawet 90 proc. statków jest napędzanych ciężkim olejem opałowym, to paliwem przyszłości jest zielona energia. Napędem statków jest coraz częściej skroplony gaz LNG czy wiatr. To wyzwanie dla przemysłu stoczniowego, który napędzają zarówno nowe statki, jak i rozwój morskiej energetyki wiatrowej, np. konieczność zbudowania mobilnej jednostki, która będzie pływać po morzach i oceanach. W planach pojawiają się też statki autonomiczne.

– Sektor stoczniowy nastawiony jest na realizację całościowych polityk, które pojawiają się w gospodarce na świecie – to zielona gospodarka, zielona energetyka. Sektor widzi potrzebę i dostosowuje się w ramach swoich działań do tych dyrektyw, które się pojawiają tak na poziomie UE, jak i światowych organizacji, nakazujących ograniczyć szkodliwy wpływ jednostek pływających na środowisko, a w szczególności zużycie starych, tradycyjnych paliw ciężkich z udziałem siarki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Słupski, konsultant ds. stoczniowych, InvRest PS.

Od 2015 roku na obszarach SECA – o kontrolowanej emisji siarki – wprowadzono restrykcyjne przepisy dotyczące zawartości tlenków siarki w gazach spalinowych emitowanych przez statki. Dlatego statki napędzane olejem opałowym, choć wciąż jeszcze stanowią zdecydowaną większość, będą powoli zastępowane. Rozwiązaniem przyszłości jest wykorzystanie do zasilania statków gazu LNG. Obecnie na świecie pływa lub jest zakontraktowanych ok. 200 statków zasilanych ciekłym gazem ziemnym.

– Pojawiają się także rozwiązania związane z źródłami elektrycznymi, tak jak mówi się o elektromobilności w znaczeniu pojazdów na drogach, tak też elektromobilność nie jest wcale tylko hasłem, ale staje się rozwiązaniem dla sektora stoczniowego. Chociażby największy w Polsce budowany prom hybrydowy, łączący tradycyjne źródło zasilania silnika z energią elektryczną – wskazuje Piotr Słupski.

Nowy prom „Color Hybrid” ma wejść do eksploatacji latem 2019 roku i zastąpić na trasie Sandefjord-Strömstad (Norwegia-Szwecja) o połowę mniejszą jednostkę. Ładowanie baterii, w które zostanie wyposażona jednostka, ma się odbywać podczas postoju w porcie przy pomocy kabla zasilającego ze specjalnych obiektów nabrzeżnych Color Line lub na samym pokładzie statku, a w pełni naładowane baterie pozwolą pokonać całą trasę. Statek będzie miał 160 m długości i ponad 27 m szerokości, na pokład zabierze 2 tys. pasażerów oraz 500 pojazdów osobowych.

Przyszłością mogą się też okazać statki napędzane wiatrem, które mogłyby zredukować szkodliwą emisję nawet o 80 proc. Gdy wiatr będzie zbyt słaby, statek byłby napędzany skroplonym gazem ziemnym.

– Drugim bardzo ciekawym trendem, który jest dostrzegalny w rozwoju sektora stoczniowego i który stanowi o jego coraz większej innowacyjności, jest morska energetyka wiatrowa – ocenia ekspert. – Stocznie budują bardzo specjalistyczne jednostki do serwisu farm wiatrowych, ale również mogą budować same komponenty, które składają się na maszt, fundament itd., więc jednostkę niemobilną. Tutaj pojawiają się takie wyzwania technologiczne jak chociażby grubość blachy, która znacząco przekracza parametry typowe dla jednostek morskich pływających – twierdzi ekspert.

Z raportu McKinsey & Company „Rozwój morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Perspektywy i ocena wpływu na lokalną gospodarkę” wynika, że morska energetyka wiatrowa może w ciągu najbliższych lat stać się ważną branżą polskiej gospodarki. Do 2030 roku może powstać nawet 6 GW zainstalowanej mocy. Na rozwoju sektora skorzysta przede wszystkim branża stoczniowa, która może zmienić profil działania, pojawią się nowe zamówienia na duże statki do budowy farm.

Istotnym trendem na rynku są także statki autonomiczne zarówno w segmencie wojskowym, gdzie tego typu statki mają być wykorzystywane m.in. do rozbrajania min wodnych oraz patrolowania i monitorowania morza, jak i w zastosowaniach komercyjnych. Jak na razie niewielu producentów buduje tego typu pojazdy, ale sektor ma się dynamicznie rozwijać w najbliższych latach. Według Credence Research jego wartość w 2025 roku ma wynieść 155 mld dol.

Sztuczna inteligencja staje się coraz bardziej autonomiczna. Potrzebne są odpowiednie przepisy, by zapewnić bezpieczeństwo całej ludzkości

Sztuczna inteligencja staje się coraz bardziej autonomiczna. Potrzebne są odpowiednie przepisy, by zapewnić bezpieczeństwo całej ludzkości 2

Trwa wyścig zbrojeń w zakresie sztucznej inteligencji. Europa, aby dogonić USA i Chiny – potentatów na tym polu – planuje rocznie wydać na SI niemal 20 mld euro. Upowszechnienie rozwiązań bazujących na sztucznej inteligencji, w tym m.in. robotów, to jednak nie tylko korzyści, lecz także poważne zagrożenia. Obok cyberataków czy kradzieży danych sztuczna inteligencja mogłaby zostać wykorzystana do inwigilacji i propagandy. Autonomiczne roboty mogłyby też zostać wykorzystane jako śmiercionośna broń. Potrzebne jest stworzenie odpowiednich ram prawnych, które będą regulowały odpowiedzialność za SI i kwestie etyczne – podkreślają eksperci.

– Prawo dotyczące sztucznej inteligencji powinno regulować dwa znaczące obszary: z jednej strony kwestie odpowiedzialności za działania sztucznej inteligencji, a z drugiej kwestie etyczne, czyli w jaki sposób sztuczna inteligencja ma się zachowywać, żeby w którymś momencie nie zaczęła krzywdzić człowieka czy ludzkości – mówi agencji Newseria Innowacje dr Agnieszka Besiekierska, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu Kancelarii Noerr.

Największymi światowymi potęgami w zakresie sztucznej inteligencji są Stany Zjednoczone i Chiny, które wydają na nią najwięcej. SI w przyszłości może stanowić o przewadze gospodarczej poszczególnych krajów. Europa na tym polu zostawała w tyle – w dużej mierze dlatego, że kraje rywalizowały ze sobą, zamiast współtworzyć nowe rozwiązania. Ma się to jednak zmienić. Unia Europejska zapowiada aktywizację działań w obszarze sztucznej inteligencji, co roku na ten cel ma trafiać 20 mld euro. Na tle potęg to wciąż niewiele – raport Digital Poland „Przegląd strategii rozwoju sztucznej inteligencji na świecie” podaje, że Chiny na rozwój AI w 2017 roku wydadzą 28 mld dol. W USA tylko na jawne badania nad SI rząd wydał w 2016 roku 1,2 mld dol., a dodatkowe 30 mld dol. stanowiły inwestycje sektora prywatnego.

– W Europie jest kładziony nacisk z jednej strony na wspieranie rozwoju sztucznej inteligencji poprzez nadanie pewnych ram prawnych, swego rodzaju bodźców do rozwoju sztucznej inteligencji – takim obszarem będą regulacje dotyczące danych osobowych, danych nieosobowych i własności do danych nieosobowych – a z drugiej strony jest też kwestia zapewnienia odpowiednich ram bezpieczeństwa dla nas samych, żeby sztuczna inteligencja w którymś momencie nam nie zagroziła – mówi dr Agnieszka Besiekierska.

Jak podkreślają eksperci, wydatki to jedno, ale równie istotne jest stworzenie odpowiednich ram prawnych dla rozwoju SI.

 To są kwestie etyczne związane z użyciem sztucznej inteligencji, ale również zupełnie przyziemna kwestia odpowiedzialności, z jaką mamy do czynienia przy użyciu zwykłego pojazdu czy innej maszyny. Nowe rozwiązania różnią się od tradycyjnych technologii, bo tutaj wpływ człowieka na działania maszyny będzie w którymś momencie mniejszy, będzie on duży na etapie tworzenia rozwiązania, ale stopniowo będzie malał, bo ideą jest to, żeby to maszyna przejęła działania, zaczęła samodzielnie działać, a nawet podejmować decyzje – tłumaczy Agnieszka Besiekierska.

Raport „Złowrogie wykorzystanie sztucznej inteligencji” wskazuje, że ryzykiem w rozwoju SI jest możliwość jej użycia w złej wierze. Zagrożenia pojawiające się w sferze cyfrowej to np. kradzież danych i cyberataki. Potrzebne są też przepisy, które będą regulowały dane nieosobowe, równie istotne dla rozwoju sztucznej inteligencji. Zagrożenia są także natury politycznej i fizycznej. Dyktatorzy mogliby wykorzystywać SI do inwigilacji i dezinformacji, w czarnym scenariuszu – sztuczna inteligencja mogłaby zidentyfikować wrogów danego systemu i uwięzić ich, zanim podejmą jakiekolwiek działania.

– Nie jesteśmy w tej chwili w 100 proc. gotowi na najnowsze rozwiązania, np. na autonomiczne samochody. Odpowiedzi ze strony prawa są wciąż przygotowywane zarówno w odniesieniu do Polski, lecz przede wszystkim Europy i innych państw świata. W tej chwili korzystając z dotychczasowych rozwiązań prawnych, ocena niektórych sytuacji nie jest jednoznaczna ze względu na to, że one powstawały jeszcze w warunkach, kiedy rozwiązania sztucznej inteligencji nie istniały – ocenia prawniczka.

Militarne roboty już są wykorzystywane, są to m.in. autonomiczne drony. W strefie zdemilitaryzowanej na granicy Korei Północnej i Południowej funkcjonuje działko typu Sentry Gun, które za pomocą wbudowanych czujników wykrywa, automatycznie namierza i likwiduje cel. Chińczycy zaś opracowują bezzałogowe łodzie podwodne wspierane sztuczną inteligencją. Pierwsze takie łodzie mogą wypłynąć już w 2020 roku.

Autonomiczne roboty militarne mogłyby być wykorzystywane także do fizycznej eliminacji przeciwników. Już teraz 160 największych organizacji świata oraz ponad 2,4 tys. naukowców i ludzi związanych z branżą technologiczną podpisało petycję przeciwko robotom-zabójcom.

Według analityków ResearchAndMarkets.com światowy rynek sztucznej inteligencji do 2025 roku osiągnie wartość 190 mld dol. Obecnie jego wartość szacowana jest na ok. 21,5 mld dol. Rynek militarnych robotów do 2022 r. ma osiągnąć wartość 29 mld dol.

Większość Polaków utrzymuje dobre relacje z przełożonym także w mediach społecznościowych. Może to wpływać na życie zawodowe

Większość Polaków utrzymuje dobre relacje z przełożonym także w mediach społecznościowych. Może to wpływać na życie zawodowe 3

Dobre relacje z przełożonym utrzymujemy już nie tylko na gruncie zawodowym. Skracanie dystansu, np. w postaci zaproszenia do grona znajomych w serwisach społecznościowych, pomaga budować lepszą atmosferę w biurze, ale niesie ze sobą również pewne zagrożenia. Z jednej strony pracodawca, który dzięki Facebookowi wie o prywatnych problemach pracownika, może patrzeć na niego bardziej pobłażliwie. Z drugiej strony, nieprzemyślane wpisy w social mediach mogą doprowadzić do utraty pracy.

– Utrzymywanie relacji prywatnych poza pracą jest coraz częstszym zjawiskiem. Pracodawcy też często deklarują, że chcieliby wiedzieć o tym, co się dzieje u podwładnych. 43 proc. pracodawców przyznaje, że wiedza o życiu prywatnym i problemach, które trapią ich pracowników, ma wpływ na ich decyzje menadżerskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Jak wynika z badania Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy”, zarówno pracodawcy, jak i pracownicy zgodnie zauważają, że dobre relacje miedzy obiema stronami są bardzo istotne. Nie tylko na gruncie zawodowym, lecz także na prywatnym. Ponad 80 proc. pracodawców stwierdziło, że sympatia podwładnych jest dla nich ważna, przy czym 42 proc. zadeklarowało, że utrzymuje z pracownikami relacje prywatne. Sprzyja temu zacieranie granic między życiem prywatnym a zawodowym. Prawie połowa Polaków dostrzega zjawisko „work-life integration” w swoim życiu, a co trzecia osoba jest zwolennikiem pełnej integracji życia zawodowego z prywatnym. Mimo to kontakt z szefem w mediach społecznościowych chce utrzymywać tylko 26 proc. Polaków.

– Okazało się, że tylko 1/4 osób nie przeszkadza, że szef będzie miał dostęp do prywatnych zdjęć i informacji, którymi dzielimy się ze znajomymi na Facebooku, a niekoniecznie w biurze. Większość Polaków jednak nie podchodzi do tego tak bezproblemowo – wskazuje Katarzyna Merska.

Nieprzemyślane wpisy w social mediach mogą doprowadzić do utraty pracy. Z drugiej strony 43 proc. pracodawców przyznało, że wiedza o życiu prywatnym pracowników ma wpływ na decyzje zawodowe w obszarze zarządzania.

– Jeżeli pracodawca wie, że jego pracownik ma długotrwałe problemy w życiu osobistym, może być dla niego bardziej wyrozumiały – podkreśla ekspertka Gumtree Polska. – Te więzi są coraz bardziej zacieśniane, o czym świadczą coraz popularniejsze wyjazdy integracyjne, różnego rodzaju formy wspólnego spędzania czasu, szczególnie w ramach dużych firm.

Zacieśnianiu więzi sprzyja rozwój nowych technologii. Ponad połowa pracodawców oczekuje od pracownika stałej dostępności – niezależnie od kanału komunikacji. 55 proc. używa prywatnych kanałów (w tym mediów społecznościowych) do komunikacji z pracownikami.

– Po godzinach nowe technologie dają nam możliwość skontaktowania się z osobami, z którymi pracujemy, np. przez prywatne profile. 30–40 proc. pracodawców wykorzystuje swoje prywatne profile w social media lub pisząc na prywatny profil swojego pracownika do kontaktu i załatwiania spraw zawodowych – mówi ekspertka Gumtree Polska.

Prywatny telefon komórkowy do spraw zawodowych jest wykorzystywany przez 39 proc. Polaków, a telefon służbowy do spraw prywatnych przez 17 proc. Prywatna skrzynka w sprawach zawodowych jest używana przez 69 proc. osób.

– Bardzo dużo Polaków wykorzystuje swoje prywatne e-maile i komunikatory, np. Messengera podpiętego pod prywatne konto na Facebooku, konto na Facebooku czy LinkedIn do załatwiania spraw służbowych. Kiedy nasze konto prywatne jest identyfikowane w jakiś sposób z profilem firmy, musimy zachowywać się nieco ostrożniej. Znamy sprawy, kiedy ktoś coś opublikował na LinkedIn podpisany stanowiskiem i nazwą firmy, i zrobił się z tego bardzo duży kryzys wizerunkowy – mówi Katarzyna Merska.

Nowa metoda ataków zyskuje na popularności. Hakerzy wykorzystują cudze komputery do kopania kryptowalut

Nowa metoda ataków zyskuje na popularności. Hakerzy wykorzystują cudze komputery do kopania kryptowalut 4

Cryptojacking to stosunkowo nowa metoda ataków hakerskich, polegająca na wykorzystaniu mocy obliczeniowej czyjegoś komputera w celu kopania kryptowalut. Efektem są wyższe rachunki za prąd, spowolnienie działania urządzenia, a nawet poważne uszkodzenie komputera na skutek przegrzania. Eksperci obserwują w ostatnich miesiącach lawinowy wzrost ataków cryptojackingowych, sięgający 34 tys. proc. Ich ofiarą padają najczęściej indywidualne osoby, ale firmy i publiczne instytucje także nie są bezpieczne. 

– Kryptowaluty są wydobywane poprzez wykorzystanie dużej mocy obliczeniowej komputerów. Mówiąc o cryptojackingu, mamy na uwadze nieautoryzowane wykorzystanie mocy obliczeniowej komputera, smartfona bądź innych urządzeń mobilnych w celu wydobywania kryptowalut. Ofiary cryptojackingu najczęściej doświadczają spowolnienia pracy komputera, w niektórych przypadkach korzystanie z niego staje się całkowicie niemożliwe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Ancuta, Country Manager Norton by Symantec.

Cryptojacking polega na nielegalnym wykorzystywaniu mocy obliczeniowej czyjegoś komputera w celu kopania kryptowaluty. To nowa i zyskująca na popularności metoda ataków. Pojawiła się w końcówce ubiegłego roku wraz z nową technologią do kopania kryptowaluty Monero w przeglądarkach internetowych.

Aby komputer padł ofiarą cryptojackingu, nie trzeba ściągać żadnego oprogramowania czy zawirusowanych plików. Skrypty, czyli oprogramowanie do kopania kryptowalut, są instalowane przez hakerów na stronach internetowych. Za każdym razem, kiedy nieświadomy niczego użytkownik włącza komputer i surfuje po sieci, cyberprzestępcy wzbogacają się w wirtualnej walucie. Dlatego hakerzy najczęściej celują w strony, na których internauci spędzają więcej czasu, np. popularne serwisy do oglądania filmów i seriali.

– W ostatnim czasie zauważyliśmy bardzo duży wzrost ataków cryptojackingowych. W 2017 roku tylko poprzez przeglądarkę sięgnął on 34 tys. proc., wzrost zablokowanych ataków wyniósł 8,5 tys. proc. W maju tego roku obserwowaliśmy w Polsce detekcję na poziomie 28 tys. razy dziennie. Szkoda to nie tylko wyższe rachunki za energię elektryczną, lecz także spowolnienie pracy komputera, który może ulec uszkodzeniu na skutek przegrzania – mówi Jarosław Ancuta.

W dwóch przypadkach na trzy ofiarą cryptojackingu padają osoby prywatne. Ekspert Norton by Symantec jednak podkreśla, że w obszarze zainteresowania cyberprzestępców coraz częściej są również firmy, a nawet instytucje publiczne. W ostatnich miesiącach pojawiały się przypadki zainfekowania urzędowych witryn, ofiarą hakerów padła m.in. oficjalna strona gminy w Polanowie.

W przypadku cryptojackingu sygnałem ostrzegawczym jest wyraźne spowolnienie działania komputera i programów albo głośna praca wentylatorów świadcząca o tym, że urządzenie pracuje na wysokich obrotach. W takim przypadku należy sprawdzić wskaźniki dotyczące wykorzystania procesora i pamięci RAM. Jeżeli procesor jest wykorzystywany prawie w całości, jest wysokie prawdopodobieństwo, że urządzenia padło ofiarą cryptojackingu.

– Aby obronić się przed atakami cryptojackingowymi, powinniśmy stosować te same środki ostrożności, które należy stosować na co dzień, aby być bezpiecznym w cyfrowym świecie. Zalecamy kombinację osobistej ostrożności i stosowanie dobrego oprogramowania antywirusowego, które ochroni nas przed takimi atakami. Jako że cryptojacking dotyczy wszelkiego rodzaju urządzeń, dobrym rozwiązaniem może być Norton Security, który działa na wszelkich dostępnych dzisiaj platformach, tak na Windows, macOS, Androidzie czy iOS. Ważne jest również zachowanie ostrożności – radzi Jarosław Ancuta.

Kryptowaluty, nazywane często gorączką złota XXI wieku, biją kolejne rekordy popularności. Według serwisu CoinMarketCap istnieje ich obecnie ponad 1,6 tys., a kapitalizacja całego rynku przekracza 270 mld dol. (na dzień 17 lipca). Wirtualne waluty zapewniają anonimowość, można je szybko przetransferować w dowolny zakątek świata, a ponadto opierają się na innowacyjnej technologii – dlatego część ekspertów jest przekonana, że zrewolucjonizują rynek finansowy i stworzą podwaliny pod nowy, globalny system płatniczy. Z drugiej strony rynek kryptowalut jest bardzo młody, podlega dużym wahaniom i przyciąga spekulantów, a coraz więcej ekspertów jest zdania, że wykazuje wszystkie cechy bańki spekulacyjnej. Mimo ryzyka wielu inwestorów postrzega kryptowaluty jako szansę na łatwy zarobek, dużo większy w porównaniu z tym, co oferuje rynek regulowany.

Spółki giełdowe mogą zaskoczyć dobrymi wynikami. Zła sytuacja na giełdzie w ostatnich miesiącach to przede wszystkim efekt negatywnych emocji wśród inwestorów

Spółki giełdowe mogą zaskoczyć dobrymi wynikami. Zła sytuacja na giełdzie w ostatnich miesiącach to przede wszystkim efekt negatywnych emocji wśród inwestorów 5

W ostatnich tygodniach na polskim rynku akcji emocje wzięły górę, co przełożyło się na wyceny wielu spółek – podkreśla Andrzej Lis, zarządzający funduszami w Altus TFI. W inwestowaniu emocje są złym doradcą. Zamiast kierować się strachem czy nadmierną chęcią zysku, inwestorzy powinni powściągnąć emocje, zwracać większą uwagę na fundamenty rynku i wykazać się cierpliwością – radzi. W nadchodzącym okresie spółki powinny – zdaniem ekspertów  – nadrabiać straty i mogą zaskoczyć pozytywnymi wynikami.

 W ostatnich tygodniach na polskim rynku akcji emocje zdecydowanie wzięły górę. Fundamenty gospodarki cały czas są zdrowe, natomiast widać było, że skoncentrowanie negatywnych emocji w krótkim czasie sprawiło, że inwestorzy mimo wszystko spanikowali i podejmowali decyzje niekoniecznie logiczne czy racjonalne. To trochę jakby wszyscy próbowali przez te same, wąskie drzwi wybiec w jednym momencie. Powstaje panika, mamy psychologię tłumu, której trudno się oprzeć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Lis, zarządzający funduszami Altus TFI.

Ostatnie miesiące nie były dobre dla posiadaczy akcji spółek z WIG20, który od stycznia do 23 lipca stracił ponad 11,3 proc. Splot niekorzystnych czynników, w tym strach przed wojnami handlowymi toczonymi przez USA, który zwiększył awersję do ryzyka i spowodował odwrót od rynków wschodzących, zachwiał notowaniami wielu spółek. Jednak część ekspertów jest zdania, że przecenione papiery to dla inwestorów dobra okazja. Zwłaszcza że jak ocenia ekspert Altus TFI, fundamenty polskiego rynku akcji, który jest najbliższy inwestorom indywidualnym, wyglądają na zdrowe, szczególnie w segmencie małych i średnich spółek. Ubiegły rok przyniósł im połączenie niekorzystnych czynników, takich jak niekorzystny kurs walutowy czy rosnące koszty pracy, co nie wpływało pozytywnie na wyniki. Natomiast w nadchodzącym czasie spółki powinny już poprawiać wyniki.

 Dołek wynikowy jest już za nami i spółki będą poprawiały wyniki i marże w kolejnych okresach. Wszystko wygląda dobrze. Z drugiej strony – patrząc na wyceny i na sytuację na rynku akcji – większość spółek bardzo mocno przeceniła się w ostatnim roku. Historycznie wskaźniki ceny do zysku czy poziomy stopy dywidendy są na korzystnych poziomach i biorąc pod uwagę inne rynki akcji, polskie spółki wyglądają na tanie. Poza tym generują przepływy pieniężne, które pozwalają dzielić się dywidendą z akcjonariuszami mniejszościowymi, czego też jeszcze kilka lat temu nie mieliśmy. Tak więc w kolejnych kwartałach spółki mogą pozytywnie zaskoczyć wynikami – ocenia Andrzej Lis.

Jak podkreśla, inwestorzy często tracą logikę i bazują na przesadnej chciwości albo strachu, ale emocje zdecydowanie przeszkadzają w inwestowaniu i trzeba umieć nad nimi zapanować. Należy brać pod uwagę fundamenty, globalną sytuację makroekonomiczną i przekładać ją na sytuację na lokalnych rynkach akcji, przeprowadzić analizę finansową danej spółki, sprawdzić, jakie ma fundamenty i jakie generuje wyniki, bo w inwestowaniu liczy się długa perspektywa.

– Nie powinniśmy patrzeć na plotki i emocje, na cały ten szum informacyjny, który do nas dociera i nie pozwala podjąć racjonalnej decyzji. Warto też pamiętać o tym, że cierpliwość to cecha, której inwestorzy na ogół nie mają, a która jest bardzo potrzebna w inwestowaniu. Czasem oczekiwany scenariusz nie spełnia się przez dłuższy czas – wtedy inwestorzy też tracą cierpliwość zamiast spokojnie poczekać na rozwój sytuacji – mówi zarządzający funduszami Altus TFI.

Spadki na GPW ciągną się od stycznia, z kwietniową przerwą. Początek lipca na warszawskim parkiecie upłynął pod znakiem niskich obrotów, niewielkiej zmienności i niskiej aktywności inwestorów. Również czerwiec nie zaliczał się do udanych – łączna wartość obrotu akcjami na rynku głównym GPW sięgnęła 17,7 mld zł i była o 41 proc. niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Natomiast na rynku NewConnect łączna wartość obrotu wyniosła 149,3 mln zł i była o 15,3 proc. wyższa niż przed rokiem.

 W krótkim okresie trzeba pamiętać, że emocje często biorą górę. Nastroje mogą być bardzo słabe, mogą przez to pojawić się umorzenia w funduszach, a inwestorzy mogą po prostu chcieć sprzedać akcje, bo nie wytrzymują negatywnego napięcia. Często w takich sytuacjach każda pozytywna informacja jest ignorowana. Obecnie mamy do czynienia z taką sytuacją, więc musimy poczekać na jakiś czynnik sprawczy. Czasem wystarczy iskierka, która sprawi, że inwestorzy znowu przychylnym okiem spojrzą na spółki. Może się zdarzyć, że znów będą chcieli gremialnie wrócić na rynek akcji i też nie każdy zdąży je kupić po niskiej cenie, bo mogą równie szybko wzrosnąć – mówi Andrzej Lis.

Popyt na kredyty mieszkaniowe rośnie najszybciej od 10 lat. Polacy coraz chętniej zbierają na wkład własny w funduszach inwestycyjnych

Popyt na kredyty mieszkaniowe rośnie najszybciej od 10 lat. Polacy coraz chętniej zbierają na wkład własny w funduszach inwestycyjnych 6

Boom na rynku mieszkaniowym trwa. Wzrost popytu na kredyty hipoteczne jest najwyższy od ponad 10 lat. Tylko w I kwartale 2018 roku wartość nowo udzielonych kredytów wyniosła 11,9 mld zł. Taki zakup to jednak także duże obciążenia dla domowego budżetu, bo wymagany wkład własny wynosi 20 proc. wartości mieszkania. Eksperci podkreślają, że aby zebrać taką kwotę, o oszczędnościach należy pomyśleć nieco wcześniej. Ze względu na niskie oprocentowanie lokaty nie pomnożą szybko naszych pieniędzy. Bezpieczną alternatywą, która pozwoli zarobić więcej, są fundusze inwestycyjne – podkreślają eksperci Union Investment TFI.

Raport Narodowego Banku Polskiego wskazuje, że tylko w I kwartale 2018 roku wartość nowo udzielonych kredytów mieszkaniowych wyniosła ok. 11,9 mld zł. To o blisko 12 proc. więcej niż w poprzednim kwartale i o 9 proc. w skali roku.

– Wzrost popytu kredytów hipotecznych zaobserwowany przez banki był najwyższy od ponad 10 lat. Spowodowane to było m.in. ostatnią szansą na skorzystanie z programu Mieszkanie dla Młodych, który dostępny jest jeszcze tylko w tym roku, oraz prognozami dotyczącymi rynku nieruchomości –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, manager ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Do wzrostu popytu przyczyniło się także – w przypadku niektórych banków – złagodzenie kryteriów udzielania kredytów mieszkaniowych.

Z analizy Open Finance opartej o dane Eurostatu wynika, że już co druga złotówka wydawana przez Polaków na mieszkania trafia na konta deweloperów. Taki wynik daje Polsce pierwsze miejsce w gronie dużych krajów europejskich. Europejska średnia jest blisko dwukrotnie niższa (na rynek pierwotny trafia 25 centów z każdego euro wydanego na cele mieszkaniowe). W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy deweloperzy rozpoczęli budowę 117 tys. mieszkań, przez ostatnie cztery kwartały w siedmiu miastach sprzedali ok. 72 tys. mieszkań.

– Zakup mieszkania na kredyt to niewątpliwie poważne przedsięwzięcie, które wiąże nas z bankiem na lata. Obecnie niemożliwe jest finansowanie całego kosztu mieszkania kredytem hipotecznym, co jeszcze kilka lat temu było normą. Minimalny wkład własny wynosi 20 proc. wartości mieszkania, niektóre banki dają możliwość niższego wkładu własnego na poziomie 10 proc., co wiąże się z tzw. ubezpieczeniem niskiego wkładu. W praktyce oznacza to wyższe oprocentowanie kredytu, czyli wyższą ratę – mówi Łukasz Tymoszuk.

W zależności od wielkości mieszkania i miasta, w którym decydujemy się na zakup, na wkład własny trzeba mieć co najmniej kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zakup 40-metrowego mieszkania w Warszawie to koszt ok. 350 tys. zł, co oznacza, że na wkład własny trzeba dysponować kwotą 60 tys. zł.

– Uzbieranie kwoty na wkład własny rzędu 50–100 tys. zł wymaga czasu i może zająć nawet kilka lat. Zbierając środki na wkład własny, warto zastanowić się, gdzie je trzymać – czy na lokatach bankowych, których oprocentowanie obecnie jest dość niskie, czy warto poszukać innych rozwiązań, dzięki którym nasze środki zyskają więcej i jednocześnie nie będą narażone na zbytnie ryzyko. Takim rozwiązaniem mogą być fundusze inwestycyjne, gotówkowe i pieniężne – przekonuje ekspert Union Investment TFI.

Na lokatach pieniądze odkłada 43 proc. Polaków – wynika z badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH. To stosunkowo bezpieczny instrument finansowy, ale ze względu na stopy procentowe i inflację przynosi inwestorom raczej straty. Dlatego rozwiązaniem mogą być fundusze inwestycyjne. Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami podaje, że w ciągu I półrocza 2018 roku na fundusze gotówkowe i rynku pieniężnego wpłynęło 8,3 mld zł. Łączna wartość środków powierzonych funduszom inwestycyjnym w zarządzanie wynosi już 280,2 mld zł, a funduszom gotówkowym i pieniężnym – rekordowe 53,1 mld zł.

– Zaletą funduszy inwestycyjnych jest niski próg wejścia, który zaczyna się już od 100 zł. Dostęp do środków mamy w każdym momencie. W każdej chwili możemy środki wypłacić wraz z wypracowanym zyskiem. Paleta funduszy inwestycyjnych jest bardzo duża. Wybierając tę formę inwestowania, warto postawić na solidne i sprawdzone firmy. Warto też zwrócić uwagę na koszty i opłaty związane z funduszem, a także porównać wyniki funduszy na tle konkurencji – radzi Łukasz Tymoszuk.

KE proponuje zmianę przepisów o ochronie patentowej. Regulacje mogą niekorzystnie wpłynąć na europejską gospodarkę

KE proponuje zmianę przepisów o ochronie patentowej. Regulacje mogą niekorzystnie wpłynąć na europejską gospodarkę 7

Obowiązujące w Unii Europejskiej przepisy pozwalają wydłużyć 20-letnią ochronę patentową nowych leków o kolejne 5 lat. Stymuluje to rozwój nowych leków na terenie UE, a także zachęca innowacyjne firmy farmaceutyczne do inwestycji w krajach wspólnotowych. Teraz Komisja Europejska proponuje, by zakres ochrony ograniczyć. W ocenie ekspertów może to zmniejszyć skalę inwestycji na unijnym rynku i powodować, że przedsiębiorstwa farmaceutyczne będą rozwijać nowe produkty poza UE. 

Dodatkowe świadectwo ochronne (SPC, Supplementary Protection Certificate) to instrument prawny wprowadzony w Unii Europejskiej blisko 30 lat temu, obecny również w polskim prawie. Jego celem jest wydłużenie 20-letniej ochrony patentowej na szczególnego rodzaju wynalazki, takie jak nowe leki o kolejne 5 lat. Wynika to m.in. z faktu, że w tych kategoriach produktów okres pomiędzy zgłoszeniem wynalazku czy wniosku o ochronę patentową a efektywnym rozpoczęciem komercjalizacji produktu jest bardzo długi.

W trakcie obowiązywania SPC żaden inny producent – poza właścicielem patentu – nie może wytwarzać danego leku (nawet na eksport do państw, gdzie ten mechanizm nie obowiązuje) ani przygotowywać się do jego produkcji, żeby wejść na europejski rynek natychmiast po wygaśnięciu ochrony. To pozwala innowacyjnym producentom leków zrekompensować wydatki i czas poświęcone na prace badawcze, rozwój, procesy rejestracyjne, komercjalizację etc.

– Leki to produkty, które mają długi okres badań klinicznych, w ich przypadku formalności trwają dość długo. Bywa, że w trakcie 20-letniej ochrony patentowej połowa tego okresu albo i więcej to czas, w którym produkt nie jest jeszcze na rynku. W związku z tym, żeby umożliwić przedsiębiorcom farmaceutycznym uzyskanie zwrotu z inwestycji, wydłuża się ten okres poprzez przyznanie Dodatkowego Świadectwa Ochronnego – precyzuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Czyżewska, adwokat Kancelarii Adwokackiej Czyżewscy.

UE wprowadziła dodatkowe świadectwa ochronne, aby przyciągać i stymulować badania w Europie oraz zachęcić producentów do prowadzenia badań nad nowymi lekami. Teraz zamierza to prawo zmienić. 28 maja Komisja Europejska opublikowała projekt rozporządzenia, które modyfikuje unijne przepisy dotyczące SPC.

– Zmiana, którą proponuje KE, będzie zwalniać z ochrony wynikającej z dodatkowego świadectwa ochronnego w przypadku, w którym inny producent chce wytworzyć konkurencyjny produkt, ale wyłącznie na cele eksportu do krajów trzecich, w których nie obowiązuje ochrona z tytułu SPC – wyjaśnia adwokat Katarzyna Czyżewska.

Zdaniem Komisji modyfikacja zwiększy konkurencyjność europejskiej branży farmaceutycznej oraz umożliwi rozwój mniejszym producentom. Jednak jak podkreśla mecenas Czyżewska, ograniczenie dodatkowego świadectwa ochronnego (SPC) zachwieje dotychczasowym systemem i sprawi, że część firm nie będzie w stanie zrekompensować sobie ponoszonych przez wiele lat wydatków na badania i rozwój ani reinwestować w prace nad kolejnymi lekami. Straci na tym europejska gospodarka.

– Zmniejszy się atrakcyjność rynku europejskiego dla producentów leków innowacyjnych, dla których ochrona własności intelektualnej jest bardzo ważna. W sytuacji, w której skraca się okres ochrony nowego leku w UE, nawet jeżeli chodzi eksport do krajów trzecich, można się spodziewać, że zmniejszy się częstotliwość i zakres inwestycji w innowacyjne produkty na rynku europejskim – podkreśla Katarzyna Czyżewska.

Jak ocenia, propozycja KE przełożyłaby się również na rynek pracy.

– Oczywistym jest, że przedsiębiorstwa farmaceutyczne, które chcą rozwijać nowe produkty i prowadzić badania nad swoimi molekułami, będą chętniej wybierać rynki pozaeuropejskie, w których ochrona patentowa łącznie z dodatkowym świadectwem ochronnym jest dłuższa – ocenia adwokat Katarzyna Czyżewska.

Trump nadal w pierwszoplanowej roli. Czekamy na Draghiego

Ważna wizyta szefa Komisji Europejskiej w Waszyngtonie. Tematem przyszłe relacje handlowe. Trump znalazł kolejnego “winnego” w temacie mocnego dolara. Tym razem prezydent USA niezadowolony z podnoszenia stóp procentowych przez Fed. Posiedzenie EBC w czwartek w centrum uwagi. Ostatnio Draghi mocno osłabił euro jak będzie tym razem? Mimo słabszego dolara od piątku złoty nie umacnia się w relacji do głównych walut.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 11.06.2017-23.07.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2682 3,6670 3,6100 4,8290
Maksimum 4,4087 3,8120 3,7820 4,9830

EUR/PLN

Sytuacja techniczna na EUR/PLN nadal nie jest wyjaśniona. Teoretycznie opór w postaci linii krótkoterminowego trendu spadkowego został przełamany a więc powinniśmy się spodziewać ruchu w górę. Kurs nawet przez moment taki ruch próbował wykonać ale szybko przyszła kontra sprzedających. O kształcie złotego w tym momencie decyduje tylko i wyłącznie otoczenie zewnętrzne. Dobre dane z kraju póki co są lekceważone przez inwestorów i nie umacniają krajowej waluty. Głównym aktorem na rynek pozostaje Prezydent USA. Trump praktycznie codziennie udowadnia jakim nieobliczalnym i kontrowersyjnym jest człowiekiem. Z jednej strony na spotkaniu w Helsinkach pokazał postawę potulnego baranka po czym po kilku dniach zupełna odmiana i postawa drapieżcy tym razem wymierzona w kierunku Iranu. Padły słowa o tym, że Iran gorzko pożałuje swoich działań. Ale czy już nie znamy tych słów? Równie mocne padały w kierunku przywódcy Korei Północnej po czym panowie na spotkaniu obsypywali się komplementami. Oczywiście nieprzewidywalność Trumpa psuje klimat na rynkach i powoduje, że kapitał ucieka z rynków wschodzących. Oczywiście mamy wyjątki jak choćby ten z piątku wymierzony w Fed i mocnego dolara. Reakcja rynku była taka, że dolar stracił więc waluty rynków wschodzących mogły odetchnąć. Wydaje się więc wojna handlowa, która ciągle trwa zostanie poszerzona poza cłami dbaniem o słaby kurs waluty. Tym bardziej, że trzeba jasno powiedzieć Pekin steruje kursem juana choć oczywiście oficjalnie się nie przyzna. Co będzie kluczowe w tym tygodniu dla złotego? Losy EUR/PLN powinny się rozstrzygnąć po posiedzeniu EBC w czwartek. Trudno wyrokować czym tym razem zaskoczy Draghi. Oporem w przypadku wzrostów będzie ostatnie maksimum.

CHF/PLN

Napięcie na rynkach powoduje, że CHF/PLN ma problemy z zejściem nieco niżej. Mimo wszystko jednak poziom w okolicach 3,70 nie jest jakiś dramatyczny. Trudno też się spodziewać wystrzału nagle ponad granice 3,80. Na pewno zagrożeniem jest posiedzenie EBC. Jeśli Draghi będzie nastawiony gołębio osłabi tym samym euro co poskutkuje spadkami na parze EUR/CHF. W efekcie CHF/PLN może nieco wzrosnąć o kilka groszy. Jeśli chodzi o temat wojen handlowych to raczej nie doprowadzi on do istotnego umocnienia szwajcarskiej waluty. Złotówka osłabia się bo ucieka kapitał z rynków wschodzących. W tym przypadku frank nie jest wykorzystywany jako bezpieczna waluta. Inwestorzy wolą wybierać dolara. Stąd w ostatnim czasie obserwowaliśmy jego umocnienie.

USD/PLN

Interwencja słowna Trumpa, która miała na celu osłabienie dolara przyniosła efekt. Dolar nieco się osłabił na szerokim rynku co przyniosło wzrosty na EUR/USD i tym samym spadki USD/PLN. Kurs obecnie porusza się w ramach wyrysowanego kanału spadkowego. Wydaje się jednak, że reakcja rynku na słowa prezydenta USA będzie tylko krótkotrwała i amerykańska waluta może powrócić do wzrostów. Trump jest bardzo niezadowolony z mocnej swojej waluty i obwinia po części za to Fed. I trzeba przyznać nie ma racji, władze monetarne działają prawidłowo, gospodarka rośnie powyżej potencjału a inflacja przekracza zakładany cel. Wydaje się jednak, że Trump szuka winnych nie tu gdzie powinien. To władze Chin manipulują kursem a wydaje się, że ostatnie osłabienie juana nie jest w tej kwestii przypadkowe. Wprowadzenie ceł na towary importowane w USA Państwo Środka rekompensuje są najprawdopodobniej niższym kursem swojej waluty. Oczywiście nikt się do tego nie przyzna oficjalnie. Ważne w kontekście relacji USD/PLN i przede wszystkim EUR/USD będzie spotkanie na linii Bruksela-Waszyngton. Ewentualne ocieplenie stosunków może być pozytywne dla walut rynków wschodzących i nieco umocnić wspólną walutę. Odwrotnej sytuacji możemy się spodziewać po posiedzeniu EBC w czwartek. Jeśli Draghi nie zmieni gołębiego tonu osłabi euro. W przypadku wzrostów USD/PLN oporem będzie ostatnie maksimum.

GBP/PLN

Sytuacja na GBP/PLN uległa nieco zmianie od zeszłego tygodnia. Funt próbuje nieco odreagowywać ostatnie spadki. Brytyjska waluta obrywała niemal z każdej strony ostatnio. Najpierw zamieszanie polityczne związane z Brexitem. Premier May chciała by zadowolić wszystkich w polityce a tak się po prostu nie da. Sprzyjając nieco swoim przeciwnikom traci grunt pod nogami również w swojej partii. Trudno wyrokować jak saga brexitowa się zakończy ale możemy się spodziewać niemal wszystkiego. Do tego wszystkiego funt nie ma wsparcia w danych makro, które sieją wątpliwości w sprawie sierpniowej podwyżki stóp. Patrząc na teraz tej podwyżki nie powinno być. Inwestorzy więc rozczarowani takim faktem wyprzedawali brytyjską walutę. Kurs zatrzymał się w okolicach 4,82. Od tego momentu funt nieco odreagowuje i tym samym GBP/PLN jest kilka groszy wyżej. Wydaje się jednak, że to nie zmiana sentymentu do brytyjskiej waluty a raczej wykorzystanie faktu niższej wakacyjnej płynności i próba realizacji zysków przez inwestorów.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Tygodniowy przegląd sytuacji na rynku walut

Funt brytyjski w ostatnim tygodniu był najgorzej radzącą sobie walutą z grupy G10. A co czeka najważniejsze waluty w najbliższych dniach?

Szterlingowi zaszkodził zarówno rozczarowujący raport o dynamice cen, jak i informacje o rosnących trudnościach, które Theresa May napotyka na drodze do przeforsowania jakiegokolwiek spójnego planu na wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Przeciwko planom Theresy May pierwsi protestowali zwolennicy „twardego” Brexitu, ostatnio jednak niezadowolenie zaczęli wyrażać również proeuropejscy członkowie Partii Konserwatywnej.

Z innych tematów, niedawny miks komentarzy Donalda Trumpa dotyczący stóp procentowych i dolara (w których prezydent USA skrytykował FED za podnoszenie stóp procentowych i poinformował, iż silny dolar jest „niedogodnością” dla amerykańskiej gospodarki) miał wyjątkowo negatywny wpływ na walutę Stanów Zjednoczonych – to właśnie ze względu na nie USD stracił większość zysków z ubiegłego tygodnia.

Podsumowania i prognozy

PLN

Ubiegły tydzień był dość mieszany dla polskiego złotego. PLN reagował przede wszystkim na zmiany sentymentu i sytuację na głównych parach. Złoty nieco osłabił się w parze z euro, zyskał natomiast w relacji do dolara amerykańskiego i słabego funta brytyjskiego.

Informacje z Polski z ubiegłego tygodnia były w większości bardzo dobre. Pozytywnie zaskoczyła produkcja przemysłowa, dynamika płac i sprzedaż detaliczna. Zgodnie z oczekiwaniami (0,6% r/r) wypadła natomiast bazowa dynamika cen. W ujęciu ogólnym dane (a szczególnie te o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej) wskazują na to, że dynamika PKB w drugim kwartale powinna być zbliżona do tej odnotowanej w pierwszym kwartale bieżącego roku.

Ten tydzień nie przyniesie zbyt wielu istotnych danych z Polski. We wtorek poznamy jedynie czerwcową stopę bezrobocia, która zgodnie z szacunkiem MRPiPS wyniosła 5,9% r/r. Dla polskiego złotego znaczenie, oprócz (szczególnie globalnych) danych makroekonomicznych będzie miała kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących.

GBP

Ubiegły tydzień przyniósł nowy raport o inflacji w Wielkiej Brytanii w czerwcu. Inflacja bazowa niespodziewanie spadła, inflacja CPI z tego powodu wbrew oczekiwaniom nie wzrosła. Dane mocno rozczarowały, dając pretekst do wyprzedaży brytyjskiej waluty. Mimo to, nadal jednak spodziewamy się, że Bank Anglii podniesie stopy procentowe podczas spotkania w sierpniu. Ze względu na niską dynamikę cen, przewaga jastrzębi w BoE może jednak nie być duża.

Spory niepokój budzą działania Torysów w kwestii Brexitu. W zeszłym tygodniu wrażenie chaosu w rządzie jedynie wzrastało, wraz z tym jak zaczęły pojawiać się informacje o tym, że ostateczny termin zakończenia negocjacji wyznaczony przez artykuł 50 może zostać przesunięty w czasie. Uważamy jednak, że osłabienie jakiemu uległ szterling jest przesadne. Do wzmocnienia słabego funta w tym tygodniu powinien wystarczyć sam brak negatywnych informacji dotyczących Brexitu.

EUR

Ubiegły tydzień nie był zbyt obfity w istotne informacje ze strefy euro. W tym tygodniu uwagę inwestorów przeciągnie jednak czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego. Konsensus nie oczekuje żadnych zmian w polityce monetarnej czy kierowaniu oczekiwaniami rynku (forward guidance). Czekamy przede wszystkim na konferencję prasową po spotkaniu EBC. Podczas niej powinniśmy poznać opinię Rady Prezesów co do kwestii ryzyka związanego ze zmianami w globalnym handlu. Interesujące będą również wszelkie komentarze odnoszące się do inflacji bazowej i perspektyw jej wzrostu. Ostatnia rewizja odczytu tego wskaźnika bowiem rozczarowała. We wtorek natomiast poznamy kolejne kluczowe indeksy aktywności biznesowej PMI.

USD

Niepewność polityczna zaczyna powoli odbijać się na dolarze amerykańskim. Warto będzie obserwować, czy Donald Trump będzie próbował w jakikolwiek sposób odnieść się do wygłoszonych z marszu opiniach o podwyżkach stóp procentowych i sile dolara amerykańskiego. W bieżącym tygodniu uwagę inwestorów skupi na sobie jednak odczyt dynamiki PKB w drugim kwartale, która powinna pokazać silny wzrost. Wysoki wzrost gospodarczy, obok rosnącej inflacji powinien umożliwić Rezerwie Federalnej stopniowe  podnoszenia kosztów pieniądza.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Przestępstwa białych kołnierzyków – czy wszczęcie postępowania zawsze skończy się skazaniem

0

W marcu 2018 r. Prokuratura Krajowa ujawniła zalecenia dla prokuratorów w sprawach najpoważniejszych przestępstw gospodarczych i finansowych. Mają wnioskować o wymierzanie kar w górnych granicach ustawowego zagrożenia karą pozbawienia wolności. Bezwzględna walka z tzw. przestępczością białych kołnierzyków ma być priorytetem w działalności organów ścigania.

Zwalczanie przestępstw białych kołnierzyków, znanych w świecie pod angielską nazwą white collar crime, znalazło się na szczycie priorytetów organów państwa. Z najnowszych wytycznych Ministerstwa Sprawiedliwości, Prokuratora Generalnego i Prokuratora Krajowego płynie jasny przekaz, by służby ścigania kładły szczególny nacisk na zwiększenie stopnia wykrywalności tego typu przestępstw. Takie wzmożone ściganie przestępstw białych kołnierzyków ma na celu nie tylko aspekt sprawiedliwościowy, ale także uzasadnienie ekonomiczne.

Odbieranie korzyści sprawcom

Według policyjnych statystyk, w 2017 r. liczba stwierdzonych przestępstw gospodarczych wyniosła 189 871. To rekord. Najwięcej tego typu przestępstw ujawniono do tej pory w 2015 r. – 167 741. W roku ubiegłym było ich 150 386. Z kolei wg opublikowanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji „Raportu o stanie bezpieczeństwa w Polsce w 2016 r.”, straty spowodowane działalnością przestępczą wyniosły wówczas 3 807 592 571 zł, z czego 1 831 856 035 zł to straty bezpośrednio wywołane przestępczością gospodarczą. Stanowi to 48,11% ogólnej wartości strat. Jak wynika z treści raportu: „Odbieranie sprawcom korzyści osiąganych z nielegalnego procederu jest jedną z najefektywniejszych form walki z przestępczością, a przez to stanowi jedno z najważniejszych zadań organów ścigania. (…) przynosi wymierne korzyści nie tylko dla budżetu państwa, lecz także dla osób i podmiotów poszkodowanych w ramach przestępczego procederu” (www.bip.mswia.gov.pl).

Przedsiębiorca ze statusem podejrzanego

Raport stanowi wyraźnie, że „Przestępczość gospodarcza dotyczy zatem nie tylko sfery bezpieczeństwa i porządku publicznego, lecz również bezpieczeństwa ekonomicznego państwa…”. Czy tak ukierunkowane zdefiniowanie „wroga” może prowadzić do konkluzji, że każde wszczęcie postępowania w sprawie przestępstw białych kołnierzyków zawsze kończy się skazaniem, zwłaszcza z uwagi na aktualnie obowiązującą maksymę, zbliżoną do PRL-owskiej zasady: „dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf”? Przypomniał o tym choćby tytuł ubiegłorocznej, czerwcowej konferencji „Wystarczy nie kraść, czyli jak dobrze żyć z polskim fiskusem”.

Obowiązek stałego raportowania z przebiegu prowadzonej działalności w postaci cyklicznego przesyłania plików JPK, czy wprowadzenie zasady rozdzielnej płatności (split payment) tylko potwierdzają, że przedsiębiorcy muszą się pogodzić z nadaniem im statusu podejrzanego.

Zasada indywidualizacji kary

Przestępstwa białych kołnierzyków można zaszeregować jako jeden z rodzajów przestępczości gospodarczej. Mianem tym określa się głównie przestępstwa przeciwko mieniu i obrotowi gospodarczemu, których charakterystyczną cechą jest brak użycia fizycznej przemocy, a w zamian wykorzystanie specjalistycznej wiedzy prawnej, ekonomicznej czy finansowej. W doktrynie często wyróżnia się podział na white collar crimes popełnione przez podmiot, organizację, np. spółkę oraz te popełnione przez jej pracowników.

Zwłaszcza ta druga kategoria może nastręczać problemów z ustaleniem i doprowadzeniem do skazania właściwych i jedynie odpowiedzialnych osób oraz wymierzeniem im kary adekwatnej do popełnionych czynów. Wszystko za sprawą wyrażonych w kodeksie karnym zasad indywidualizacji odpowiedzialności karnej (art. 20), czy też sądowego, również zindywidualizowanego wymiaru kary (art. 53-56, zob. wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 12.12.2017 r. II AKa 405/17).

Skarżący i 34 innych podejrzanych

„Przepis art. 20 wyraża podwójną normatywną treść: po pierwsze, zasadę niezależności odpowiedzialności karnej poszczególnych współdziałających (…) po drugie, zasadę niezależności kwalifikacji prawnej zachowań poszczególnych współdziałających z punktu widzenia strony podmiotowej” (Postanowienie SN z 09.01.2018 r., II KK 272/17).

W 1989 r. przed sądem w Salzburgu wszczęto postępowanie przeciwko skarżącemu i trzydziestu czterem innym podejrzanym, pod zarzutem oszustwa na dużą skalę i nadużycia zaufania w kontekście inwestycji w funduszu nieruchomości. Tylko na etapie pierwszych, wstępnych czynności, które dotyczyły sieci ponad 300 firm, dokonano analizy około 1800 kont bankowych i 8000 tomów dokumentów. Aby uporać się z dużą ilością danych, zaprojektowano specjalny program komputerowy. Postępowanie w pierwszej instancji trwało blisko 11 lat.

Problemy z udowodnieniem winy

W listopadzie 2000 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał rację skarżącemu przewlekłość prowadzonego przeciwko niemu postępowania karnego. Skarżący powołał się na art. 6 § 1 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i publicznego rozpatrzenia jego sprawy w rozsądnym terminie …” (Dz.U. 1993, nr 61, poz. 284).

Trybunał przyznał, że ma świadomość trudności, jakie państwa członkowskie napotykają w prowadzeniu z należytą starannością postępowań karnych, dotyczących przestępstw białych kołnierzyków, oraz że sprawy te często dotyczą bardzo skomplikowanych faktów i obejmują dużą liczbę podejrzanych. Nie usprawiedliwia to jednak toczącego się wówczas w II instancji postępowania przeciwko skarżącemu, trwającego już ponad 11 lat i 4 miesiące. Jednocześnie Trybunał przyznał skarżącemu odszkodowanie w wysokości 100 000 szylingów austriackich. Sąd stwierdził, że skarżący żył i nadal żyje w niepewności i niepokoju ze względu na czas trwania postępowania (wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 28.11.2000 r., Rosslhuber przeciwko Austrii, 32869/96). Podobnie o przewlekłości postępowania karnego ETPC orzekł w sprawie działalności członka rady dyrektorów spółki akcyjnej w 2006 r. (wyrok ETPC z 27.07.2006 r., Hoffen przeciwko Liechtensteinowi, 5010/04).

17 lat w roli podejrzanego

Kategorii przestępstw białych kołnierzyków przypisuje się bardzo szerokie spektrum przestępczości. Tym trudniej jest odpowiedzieć na pytanie, czy w ich zakresie wszczęcie postępowania zawsze skończy się skazaniem. Można do nich zaliczyć bowiem przestępstwa ekonomiczne: przeciwko prawom własności intelektualnej i przemysłowej, przestępczość bankową, ubezpieczeniową, kapitałową czy pranie pieniędzy. Będą to również przestępstwa w zakresie podatków, zwłaszcza związane z podatkiem VAT i akcyzą.

Przez 17 lat status podejrzanej o popełnienie przestępstwa białych kołnierzyków nosiła spółka, która wnioskowała o zwrot VAT. W lutym 1999 r. Naczelnik Urzędu Skarbowego przedłużył po raz pierwszy termin dokonania zwrotu do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Aż do 2016 r. Naczelnik Urzędu Skarbowego, nie bacząc na korzystne dla spółki wyroki sądów, odmawiał dokonania zwrotu VAT. Podtrzymywał zarzut podejrzenia popełnienia przestępstwa z użyciem tzw. pustych faktur. Rok później, mimo upływu 18 lat, wciąż nie zwrócił należnej spółce nadwyżki VAT. Dyrektor Izby Skarbowej podniósł zarzut przedawnienia prawa do jej zwrotu (wyrok WSA w Warszawie z 16.05.2017 r., III SA/Wa 2136/16).

Wąska, szeroka specjalizacja

Powyższy przykład pokazuje, że w sprawach dotyczących przestępstw białych kołnierzyków krzyżuje się ze sobą wiele różnych gałęzi prawa: prawo karne czy karne skarbowe z prawem podatkowym, prawem cywilnym, prawem bankowym, przepisami ustawy o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, ustawy o ofercie publicznej, ustawy o funduszach inwestycyjnych i in.

Organy ścigania nie radzą sobie z tą wielopłaszczyznowością, z właściwą analizą materiału dowodowego gromadzonego w sprawie, co widać w długości trwania przywołanych wyżej spraw. Jak poinformował w 2016 r. Dyrektor Departamentu do Spraw Przestępczości Gospodarczej Prokuratury Krajowej Michał Ostrowski, w prokuraturze utworzono specjalne wydziały do spraw przestępczości gospodarczej, a także wydziały do spraw przestępczości finansowo-skarbowej (zapis przebiegu posiedzenia sejmowej komisji finansów publicznych z 13.09.2016 r.).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Sprawdź pozycję funduszy lewarowanych na rynku

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

W poprzedni tygodniu duzi gracze po raz kolejny wyprzedali metale szlachetne oraz powiększyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku na parze walutowej NZDUSD.

Gold – największy pesymizm od grudnia 2015 roku

W poprzedni tygodniu zarządzający na rynku kontraktów terminowych opiewających złoto po raz kolejny otworzyli więcej pozycji krótkich niż długich. Tym razem pozycja krótka wzrosła o 24 000, natomiast pozycja długa o jedyne 373 kontrakty terminowe. Oprócz tego warto zauważyć, że po raz pierwszy od grudnia 2015 roku linia netto spadła poniżej zera, co pokazuje bardzo duży pesymizm na całym rynku metali szlachetnych.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Historycznie patrząc w momencie, gdzie krótkie pozycje były na wyższym poziomie niż długie następowało bardzo mocne odreagowanie rzędu kilku lub nawet kilkunastu procent. Czy tym razem będzie tak samo?

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Spoglądając na interwał tygodniowy złota otrzymujemy mieszane sygnały. Z jednej strony po przebiciu poziomu 1236 USD niedźwiedzie otworzył drogę do kolejnego poziomu 1205 USD, który został już przetestowany. Natomiast z drugiej ostatni Pin Bar na przetestowanym poziomie może świadczyć o nadchodzącej korekcie nawet w okolicę 1280 USD.

Oprócz tego oscylator stochastyczny wskazuje na pozytywną dywergencje. W związku z tym bazowym scenariuszem pozostanie mocniejsza korekta.

NZDUSD – powolne budowanie długiej pozycji?

Ostatni raport COT wskazuje, że fundusze lewarowane po raz kolejny powiększyły swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku. Tym razem o 1 463 pozycje, odnotowano również wzrost pozycji krótkiej o 416 kontraktów terminowych. Pozycje długie wzrosły już drugi raz z rzędu, co daje szanse na większe odbicie pary walutowej NZDUSD.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Na interwale tygodniowym notowania znalazły się na wsparciu 0.667-0.677. Wygląd ostatnich świec wskazuje mocną walkę pomiędzy popytem a podażą. Oprócz tego poniżej wspomnianego wsparcia znajduje się dolna linia kanału spadkowego. Z kolei oscylator stochastyczny mówi o większym prawdopodobieństwie odbicia notowań, bowiem powstała pozytywna dywergencja.

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Notowania NZDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Gdyby kupującym udało się obronić wsparcie, to ich celem stanie się krótkoterminowa strefa podaży 0.706. Po jego pokonaniu strona kupująca otworzyłaby sobie drogę do górnej bandy kanału wzrostowego, ale przed nimi bardzo daleka droga.

Dział Analiz Admiral Markets

Najbardziej pożądani specjaliści IT w Polsce oraz ich wynagrodzenia

W branży IT niepodzielnie panuje rynek pracownika, programiści są rozchwytywani, a skrzynki pocztowe specjalistów od cyberbezpieczeństwa zapełnione są atrakcyjnymi ofertami pracy. Firma rekrutacyjna Michael Page w ramach swojego cyklu #Trendwatch, sprawdziła, jak polski sektor IT wygląda na tle światowych trendów, dokąd zmierza oraz w jaki sposób zmiany te wpłyną na sytuację pracowników i ich wynagrodzenie.

Cyber security

Chmura obliczeniowa to rozwiązanie o wiele tańsze i wygodniejsze niż budowa i obsługa własnej serwerowni. Wiążą się z nią jednak pewne zagrożenia, takie jak np. ataki hakerskie. – Świadomość niebezpieczeństw rośnie i firmy zdają sobie sprawę z konieczności uszczelnienia swoich systemów bezpieczeństwa. Tym bardziej, że w ostatnich latach wiele ataków hakerskich odbiło się szerokim echem w mediach. Dlatego firmy przeznaczają na zabezpieczenia coraz większe pieniądze, także pod kątem wykwalifikowanych pracowników. Specjaliści od cyberbezpieczeństwa oraz inżynierowie bezpieczeństwa systemów komputerowych mogą liczyć na wynagrodzenie rzędu 12-16 tys. zł brutto – mówi Marta Prudel, manager dywizji IT w Michael Page.

Od pewnego czasu widoczny jest w Polsce także trend tworzenia Security Operations Center (SOC). Wpływa na to renoma, jaką na świecie cieszą się polscy specjaliści ds. bezpieczeństwa IT oraz ugruntowana pozycja Polski jako silnego gracza na rynku outsourcingu usług IT. Zadaniem SOC jest wykrywanie i ostrzeganie przed zagrożeniami z sieci – np. próbami nieautoryzowanego dostępu do firmowego środowiska IT – oraz analiza i obsługa tego typu incydentów.

„Duże zachmurzenie”

Poza cyberbezpieczeństwem, obiektem zainteresowania firm jest także cloud computing oraz specjaliści odpowiedzialni za zaprojektowanie i wdrożenie tej usługi od początku do końca. – Cloud Engineers i Architects jeszcze przez długi czas będą bardzo potrzebni, szczególnie w sektorze finansowym, ubezpieczeniowym oraz telekomunikacyjnym. Ich wynagrodzenie oscyluje między 16 a 28 tys. zł brutto, przy czym zależne jest od doświadczenia i technologii w jakich się specjalizują. W przyszłości może one jeszcze wzrosnąć biorąc pod uwagę dane rynkowe Cisco, wg których w 2018 roku SaaS czyli Software as a Service lub mówiąc prościej oprogramowanie jako usługa, będzie jednym z popularniejszych modeli cloud computing – stanowić będzie 60% globalnego działania w chmurze zauważa – Marta Prudel.

Przyszłość IT

Powszechna dostępność technologii i coraz mniejsze jej koszty sprawiają, że nawet sektor MŚP może pozwolić sobie na zakup dedykowanych aplikacji biznesowych. Zgodnie ze światowymi trendami, będą one coraz częściej oparte o sztuczną inteligencję. W związku z czym, w najbliższym czasie, specjaliści w tym obszarze umocnią swoją pozycję na rynku pracy. – Programiści mogą spodziewać się wynagrodzenia miedzy 8 a nawet 21 tys. zł brutto. Pensja projektantów waha się natomiast między 16 a 25 tys. zł brutto i zależy od posiadanego doświadczenia oraz wykorzystywanej technologii. Analitycy mogą z kolei liczyć na 8-18 tys. zł brutto, a testerzy aplikacji do 10 tys. zł brutto (w przypadku manualnych) oraz 15 tys. zł brutto (w przypadku automatycznych). Pensja menedżerów projektów to z kolei kwota między 10 a 22 tys. zł brutto – podkreśla ekspertka Michael Page.

Ponadto, intensywny rozwój Internetu rzeczy (IoT) może spowodować, że cyberprzestępcy będą kierować ataki właśnie na ten – najsłabiej chroniony – element infrastruktury IT. Firmy muszą więc zabezpieczać nie tylko poszczególne urządzenia, co w praktyce jest mało możliwe, lecz cały ekosystem IT przedsiębiorstwa oraz zarządzać użyciem poszczególnych urządzeń tworzących firmową sieć. – Skorzystają na tym specjaliści ds. uprawnień oraz ryzyka i zgodności IT, a ich usługi będą bardzo potrzebne, stąd też mogą liczyć na pensję między 11-15 tys. zł brutto. Szczególnie, że prognozy mówią o tym, że wydatki na rozwiązania IoT w biznesie do 2021 roku wyniosą 6 bilionów dolarów – wskazuje Marta Prudel.

Wraz ze wzrostem popularności technologii blockchain – uznawanej przez ekspertów od cyberbezpieczeństwa za niemożliwą do rozszyfrowania – zwiększać będzie się jej rola przy tworzeniu aplikacji biznesowych, szczególnie w sektorze finansowym i administracji publicznej. – W najbliższych latach deweloperzy blockchain cieszyć się będą niesłabnącym zainteresowaniem, w związku z czym ich zarobki zaczynają się od 11 tys. zł brutto, a mogę nawet wynosić ponad 20 tys. zł brutto – dodaje Marta Prudel.

Przewiduje się też, że w najbliższych latach zapotrzebowanie na twórców mobilnych aplikacji – przede wszystkim dla urządzeń z systemem iOS – i stron będzie się zwiększać. Mobilne strony www są dziś ważniejsze niż te tradycyjne, wyświetlane na ekranach komputerów. Stąd tacy specjaliści jak architekt (15-30 tys. zł brutto), team leader (ponad 15 tys. zł brutto) oraz programista (między 6 a 22 tys. zł brutto) mogą spodziewać się atrakcyjnych wynagrodzeń.

W podobnie komfortowej sytuacji znajdą się programiści JavaScript, HTML i CSS – języków stanowiących podstawę coraz popularniejszego rozwiązania Single-Page Application, czyli witryn internetowych nieposiadających podstron, co zapewnia im szybsze działanie. Popularność tego rozwiązania przekłada się na wynagrodzenie na tym stanowisku, które oscyluje między 7 a 19 tys. zł brutto i uzależnione jest od doświadczenia danego kandydata, bowiem senior developer może zarobić nawet ponad 20 tys. zł brutto.

Najbardziej poszukiwani są…

Absolutnym liderem pod względem skali wykorzystania jest Java, która ma około dziewięciu milionów użytkowników na całym świecie. Popularność tego języka znajduje odzwierciedlenie w ofertach pracy dla programistów płynnie się nim posługujących. Drugie miejsce zajmuje JavaScript, natomiast na trzecim plasuje się Python – otwierający przed programistami szansę tworzenia aplikacji m.in. dla Androida, najczęściej wybieranego mobilnego systemu operacyjnego na świecie. Specjaliści od powyższych języków programowania z pewnością będą rozchwytywani w najbliższych latach, co będzie się wiązać z dobrym wynagrodzeniem.

W kontekście wzrostu popularności big data oraz Internetu rzeczy pozytywnie przedstawia się również sytuacja i zarobki specjalistów od data science (między 8 a 20 tys. zł brutto) oraz big data architecture (od 16 do 25 tys. zł brutto). Szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę konieczność obsługi nieustrukturyzowanych danych w każdej firmie. Według firmy Gartner, takie nieuporządkowane informacje stanowią ok. 80% wszystkich danych w przedsiębiorstwach.

Obsługa i zapewnienie bezpieczeństwa informacji będzie dla wielu firm priorytetem. Osoby planujące związać się z branżą IT powinny zdawać sobie sprawę, że o ile w przypadku programistów z reguły liczy się doświadczenie i umiejętności, a nie dyplom, to już na stanowisko administratora IT lub konsultanta ds. IT często wymaga się wyższego wykształcenia. Warto zresztą dodać, że dziś coraz bardziej rozmywa się pojęcie „typowego informatyka” – specjalizacje coraz bardziej się zazębiają, a analitycy big data działają na styku IT, biznesu i sprzedaży – wskazuje manager dywizji IT w Michael Page.

Rozwój nowych technologii polepszy też w najbliższych latach sytuację projektantów rozszerzonej i wirtualnej rzeczywistości, a poszukiwani dziś na rynku pracy specjaliści od UI/UX oraz twórcy aplikacji mogą spodziewać się wynagrodzenia od 8 do 19 tys. zł brutto. Wydaje się jednak, że w najlepszej sytuacji są web deweloperzy. Dopóki nikt nie wymyśli czegoś lepszego niż strona internetowa, zawsze znajdą oni pracę, w której pensja zaczyna się od 7,5 tys. zł brutto, a może nawet wynieść 14 tys. zł brutto.

Więcej informacji na temat wynagrodzeń w poszczególnych branżach można znaleźć na: https://www.michaelpage.pl/dla-medi%C3%B3w/badania-i-publikacje/przegl%C4%85dy-wynagrodze%C5%84

Zarabiamy o 350 zł więcej, niż rok temu. Czy rzeczywiście?

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw, wzrosło w ciągu roku o 7,5%. Wynosi 4848 zł, czyli 3444 netto. To realnie prawie 350 zł podwyżki na umowie i 220 zł “na rękę” w ciągu roku. Co ten parametr jednak oznacza realnie? O ile więcej zarabiają Polacy co roku? Czy naprawdę jesteśmy w ogonie Europy? Czy sytuacja się pogarsza czy poprawia?

Według danych GUS, średnio na jednego pracownika pracującego w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób, przypada właśnie prawie 5 tysięcy złotych. Jednak do takich statystyk trzeba podchodzić z dystansem, ponieważ mają one swoje wady. Po pierwsze to średnia. Po drugie w takich przedsiębiorstwa pracuje tylko 37% Polaków. Nie można zatem zakładać, że zjawisko dotyczy całej polskiej gospodarki.

Dlaczego zatem przywiązujemy uwagę do tego wycinka rzeczywistości? Dane dla przedsiębiorstw publikowane są miesięcznie, dane dla całej gospodarki publikowane są co kwartał. W rezultacie mamy tę informację trzykrotnie częściej. Nie bez znaczenia jest też podział na województwa. Czy wartości dla gospodarki i przedsiębiorstw się różnią? Oczywiście tak. Wynagrodzenie w przedsiębiorstwa w ostatnich latach kształtuje się około 5% wyżej niż średnia dla gospodarki narodowej. Mają jednak niemal takie same tendencje. Specjaliści wskazują dwa główne powody. Z jednej strony kadra zarządzająca zawyża średnią płacę, z drugiej w małych przedsiębiorstwach częściej część pensji dawana jest niestety wciąż “pod stołem”.

Nie trudno się domyślić, że wartości te nie są takie same dla całej Polski. Najlepiej wypada oczywiście Mazowsze. Średnia dla sektora przedsiębiorstw przekracza już 6000 zł. Najgorzej wypada za to województwo warmińsko-mazurskie. Średnia płaca znajduje się tam wciąż poniżej poziomu 4000 zł.

Jak to wypada w ostatnich latach? Ogólnie rzecz biorąc, widać wzrosty. W 2000 roku średnie wynagrodzenie ledwo przekraczało 2000 zł, a w kryzys 2008 roku wchodziliśmy już zarabiając średnio ponad 3000 zł. 4000 zł zarabialiśmy średnio w 2015 roku, a jeśli tendencja nie zmieni się, w tym roku przekroczymy 5000 zł. Oznacza to, że w ciągu 18 lat nasze zarobki wzrosną 2,5 krotnie! W tym samym czasie płaca minimalna rosła nawet szybciej, bo aż trzykrotnie. Niestety parametry te nie uwzględnia inflacji, a jak wiemy ceny także wzrastały. Wzrost cen na szczęście był wolniejszy –  w tym samym czasie zmieniły się e mniej więcej o połowę. Oznacza to, że gdyby produkty w 2000 roku kosztowały tyle, ile dziś, to, żeby kupić ich tyle samo zarabialiśmy średnio 3000 zł.

Jak wypadamy na tle Europy? Bardzo przyzwoicie. Tutaj nie ma się tak naprawdę czego wstydzić. Z nowych członków Unii, więcej od nas zarabiają tylko Estończycy i Czesi. Na tym samym poziomie są zarobki Słowaków i Chorwatów. Warto natomiast zwrócić uwagę, że już teraz przekroczyliśmy średnie wynagrodzenie Greków, a niewiele brakuje nam do Portugalczyków. Powodem nadrabiania dystansu do reszty Unii jest znacznie wolniejszy wzrost płac we wspólnocie. Podczas gdy u nas rosną one o 7,5%, w całej Unii zaledwie o 1,8%.

Maciej Przygórzewski – główny ekspert walutowy Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zielona Księga nt. zatorów płatniczych musi zostać uzupełniona

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii skierowało do konsultacji publicznych Zieloną Księgę w sprawie zatorów płatniczych. To bardzo wartościowy materiał, zawierający interesujące rozwiązania, które z pewnością poprawią sytuację prawną wierzycieli. Niestety, nie znalazło się w nim rozwiązanie jednego problemu, który jest bardzo poważną przyczyną zatorów płatniczych wśród wykonawców zamówień publicznych w sektorze rynku medycznego.

– Zgodnie z ustawą podmiot lecznicy może zakazać przeniesienia wierzytelności na inny podmiot. Oznacza to, że wykonawca nie ma możliwości dokonania cesji wierzytelności, która przysługuje mu od podmiotu leczniczego po to, by szybciej uzyskać finansowanie – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Prowadzi to do sytuacji, w której to podmiot leczniczy dysponuje swoim długiem. Teoretycznie, według ogólnych reguł prawa cywilnego jest to możliwe. Na rynku zamówień medycznych taka sytuacja jest jednak bardzo specyficzna. Terminy płatności oferowane przez szpitale są niezwykle długie i przekraczają dopuszczalne normy ustawowe. W związku z tym wielu przedsiębiorców widziałoby możliwość nawet dłuższego oczekiwania na zapłatę, jeżeli mogliby otrzymać finansowanie z tytułów tych umów wcześniej. FPP jest zdania, że resortowy pakiet przepisów o zatorach płatniczych powinien być uzupełniony o zmianę w ustawie o działalności leczniczej w taki sposób, aby podmiot leczniczy nie mógł zakazywać wykonawcy cesji wynagrodzenia po upływie ustawowego maksymalnego terminu zapłaty, czyli 60 dni – ocenił Lang.

Czasowa rejestracja samochodu a akcyza

Uszczelnianie systemu podatkowego weszło w nową fazę. Fiskus żąda zapłaty akcyzy od przedsiębiorców rejestrujących czasowo samochody, celem umożliwienia ich wywozu za granicę. Choć robią to zgodnie z literą prawa, zamykają sobie drogę do odzyskania opłaconej w kraju akcyzy.

Zgodnie z art. 107 ust. 1 ustawy o podatku akcyzowym (dalej: u.p.a.), w ramach wewnątrzwspólnotowej dostawy lub eksportu samochodu osobowego, z tytułu opłacenia akcyzy od niezarejestrowanego zgodnie z przepisami o ruchu drogowym na terytorium kraju samochodu osobowego, przysługuje prawo do uzyskania zwrotu tej akcyzy (Dz.U. 2009 nr 3 poz. 11). „…czasowa rejestracja samochodu, dokonana w celu jego późniejszej dostawy wewnątrzwspólnotowej (…) nie stanowi przeszkody do uzyskania zwrotu, o którym mowa w art. 107 ustawy o podatku akcyzowym” (interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach nr IBPP3/443-546/10/PH z 19.10.2010 r.). Na takim stanowisku do niedawna stał fiskus (przykłady: interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 04.03.2011 r., nr IPPP3/443-1187/10-2/KB; DIR w Bydgoszczy z 04.06.2012 r., nr ITPP3/443-101/12/JK; DIR w Poznaniu z 25.01.2012 r., nr ILPP3/443-77/10/11-S/TW). Obecnie organy podatkowe mówią już coś innego.

Dopuszczenie do ruchu

Mieszkaniec spoza terytorium RP, dokumentując fakturą nabycie auta w Polsce, otrzymywał potwierdzenie zapłaty podatku akcyzowego. Następnie, aby zadośćuczynić wymogom ustawy Prawo o ruchu drogowym, rejestrował czasowo auto w kraju, po czym mógł wyjechać nim za granicę, na kołach, do swego miejsca zamieszkania, gdzie dokonywał już „właściwej” rejestracji pojazdu. Zgodnie z art. 71 ust. 1 i 2 kodeksu drogowego: „Dokumentem stwierdzającym dopuszczenie do ruchu pojazdu samochodowego (…) jest dowód rejestracyjny albo pozwolenie czasowe. Pojazdy (…) są dopuszczone do ruchu, jeżeli (…) są zarejestrowane i zaopatrzone w zalegalizowane tablice (tablicę) rejestracyjne, a w przypadku pojazdów samochodowych, z wyłączeniem motocykli, w nalepkę kontrolną” (Dz.U. 1997 nr 98 poz. 602).

Rejestracja a rejestracja czasowa

To logiczne i zgodne z przepisami prawa zachowanie nabywcy auta, w ten sam logiczny sposób odbierały – podobnie jak w przywołanym we wstępie przykładzie – organy podatkowe. „…rejestracja czasowa samochodu osobowego w celu dopuszczenia do ruchu drogowego tymczasowo, na określony czas, niezbędny do dokonania czynności rejestracyjnych nie jest tożsama z czasową rejestracją samochodu w celu jego przemieszczenia poza granicę kraju (wywóz pojazdu poza granicę). W pierwszym przypadku czasowa rejestracja jest częścią procesu rejestracji pojazdu, którego celem jest trwałe dopuszczenie do ruchu samochodu na terytorium kraju. Natomiast w drugim przypadku czasowa rejestracja nie jest częścią wspomnianego wyżej procesu rejestracji, wobec powyższego nie należy jej traktować jako pierwszej rejestracji na terytorium kraju. Bowiem celem tej rejestracji nie jest trwałe dopuszczenie do ruchu drogowego pojazdu, lecz umożliwienie przemieszczenia samochodu poza granice kraju” (interpretacja Dyrektora Izby Skarbowej w Bydgoszczy z 04.06.2012 r., nr ITPP3/443-101/12/JK).

Odmowa zwrotu akcyzy

18 kwietnia 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku oddalił skargę na interpretację podatkową złożoną przez dilera samochodów, który chciał dokonywać czasowej rejestracji aut, celem umożliwienia przemieszczenia ich za granicę. Sąd przychylił się do stanowiska Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (nr 0111-KDIB3-3.4013.243.2017.1.JS z 05.01.2018 r.), że wynikające z art. 107 ust. 1 u.p.a. uprawnienie do zwrotu uiszczonej akcyzy nie przysługuje w przypadku dokonania rejestracji samochodu zgodnie z przepisami kodeksu drogowego: „…zakresem normowania art. 107 ust. 1 u.p.a. należy objąć, co do zasady, fakt wcześniejszej rejestracji samochodu osobowego na terytorium kraju, i to niezależnie od tego, czy miałaby to być rejestracja czasowa, czy też stała. Oznacza to, że chodzi o wszystkie przewidziane ustawą Prawo o ruchu drogowym sposoby rejestracji samochodu osobowego. Skoro więc pojazd został zarejestrowany na terytorium kraju, w związku z tym nie został spełniony jeden z warunków określonych w przepisach ustawy o podatku akcyzowym dla skutecznego zwrotu akcyzy” (I SA/Gd 245/18).

Wciągnięci w pułapkę prawną

Wewnątrzwspólnotowy nabywca samochodu osobowego zostaje więc przez prawo wciągnięty w pułapkę. Z jednej strony chcąc opuścić granice Polski „na własnych kołach”, zobowiązany jest do rejestracji pojazdu, z drugiej robiąc to, pozbawia się prawa do odzyskania akcyzy. Istnieją uzasadnione wątpliwości w ogóle, co do możliwości poboru omawianego podatku, o których zapominają organy podatkowe. Albowiem zgodnie z art. 101 ust. 2a. u.p.a. „Obowiązek podatkowy z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego samochodu osobowego (…) nie powstaje, jeżeli ten samochód osobowy został dostarczony wewnątrzwspólnotowo lub wyeksportowany w terminie 30 dni od dnia nabycia wewnątrzwspólnotowego …”. Akcyza nie powinna zatem dotykać nabytych w Polsce aut, które przed upływem 30 dni od nabycia przekroczą granice kraju. Przepis art. 101 ust. 2a u.p.a. tworzy kolejny element „karuzeli prawnej”, pułapki, w którą wpadają podatnicy. Skoro wobec wewnątrzwspólnotowego nabywcy samochodu osobowego, przez pierwsze 30 dni nie powstaje z tego tytułu obowiązek podatkowy, to jednak chcąc przekroczyć w tym okresie tym samochodem granicę Polski „na własnych kołach”, będzie musiał spełnić wymogi rejestracyjne wyrażone w art. 71 ust. 1 i 2 ustawy Prawo o ruchu drogowym. Jeśli to jednak uczyni, utraci prawo do zwrotu wpłaconej akcyzy, wskutek naruszenia wymogu „niezarejestrowania” wyrażonego w art. 107 ust. 1 u.p.a.

Naruszenie zasady stand still

W całej sprawie nasuwa się też pytanie, czy przy takiej karuzeli przepisów podatkowych nie zostaje naruszona zasada stand still, wyrażona w art. 25 Układu Europejskiego, ustanawiającego stowarzyszenie między RP a Wspólnotami Europejskimi i ich Państwami Członkowskimi z 16 grudnia 1991 r.: „Z dniem wejścia w życie Układu w handlu między Polską a Wspólnotą żadne nowe cła importowe lub eksportowe, lub inne opłaty o podobnych skutkach nie będą wprowadzane, ani już stosowane nie będą podwyższane” (Dz.U. 1994 nr 11 poz. 38). Pomiędzy datą przystąpienia Polski do UE a wejściem w życie ustawy o podatku akcyzowym, do obrotu prawnego zostały wprowadzone przepisy ustawy z dnia 9 maja 2008 r. o zwrocie nadpłaty w podatku akcyzowym, zapłaconym z tytułu nabycia wewnątrzwspólnotowego albo importu samochodu osobowego. Zgodnie z treścią art. 2 ww. ustawy: „Zwrot nadpłaty przysługuje podatnikowi podatku akcyzowego, który nabył wewnątrzwspólnotowo samochód osobowy albo dokonał importu samochodu osobowego po upływie 2 lat kalendarzowych od jego produkcji …” (Dz.U. 2008 nr 118 poz. 745). Skoro po wejściu w życie Układu Europejskiego na terenie RP obowiązywały przepisy, które nie uzależniały zachowania przez podatników prawa do zwrotu nadpłaconej akcyzy wewnątrzwspólnotowego nabycia samochodu osobowego od posiadania przez ten samochód statusu „niezarejestrowania”, to późniejsze wprowadzenie takiego obwarowania przepisem art. 107 ust. 1 ustawy o podatku akcyzowym względem zachowania prawa do zwrotu akcyzy może stanowić naruszenie wyrażonej w art. 25 Układu Europejskiego zasady stand still.

Podatnik zwierzyną łowną

Niewiarygodne w państwie prawa wydają się działania, które dokonywane są wobec podatników, zwłaszcza przedsiębiorców. Pod parasolem uszczelniania systemu podatkowego fiskus może uczynić wszystko, bo przecież robi to dla dobra ogółu. Co niebywałe, stan ten nie zmienił się od 30 lat, mimo przemian ustrojowych. Już w 1988 r. Naczelny Sąd Administracyjny wyraźnie wskazywał, że o ile wiadomym jest zgodnie z zasadą in dubio pro tributato, że organy podatkowe powinny rozstrzygać wątpliwości na korzyść podatnika, to tym bardziej niedopuszczalne jest rozstrzyganie ich na jego niekorzyść (wyrok NSA z 18.01.1988 r., sygn. akt. III SA 964/87). Jeszcze bardziej niedopuszczalne jest, aby tworzone przepisy prawa wciągały stosujących je podatników w pułapki. To właśnie z tych przyczyn rozrasta się urzędnicze bezprawie, mnożą się spory z fiskusem, który – jak widać – już nie tylko bezkarnie wstrzymuje przedsiębiorcom zwroty VAT, ale i odmawia należnego im prawa zwrotu akcyzy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Wirtualna biblioteka pozwoli studentom na dostęp do książek i publikacji naukowych w cenie ksero. To sposób na rosnącą falę piractwa

Wirtualna biblioteka pozwoli studentom na dostęp do książek i publikacji naukowych w cenie ksero. To sposób na rosnącą falę piractwa 8

Cena książki akademickiej w Polsce to średnio 80 zł, dlatego ponad 90 proc. studentów do egzaminów przygotowuje się z ksero. Wydawnictwa tracą na tym miliony złotych. Ten problem może rozwiązać opracowana przez Polaków wirtualna biblioteka książek akademickich. Dostęp do platformy jest przyznawany studentom w zamian za opłacenie miesięcznego abonamentu. Za dostęp do interesującej ich strony płacą tyle, ile za ksero. Zyskują wydawnictwa, które zarabiają na zamieszczeniu treści.

– Przeciętnie cena książki akademickiej w Polsce to 80 zł, w USA to aż 200 dol., rzadko który student może sobie na nią pozwolić. To powoduje, że studenci kserują te książki masowo, bądź ściągają je nielegalnie z internetu. To z kolei powoduje, że wydawnictwa tracą miliony dolarów. Nasze rozwiązanie BooksBox, umożliwia studentom tańszy dostęp do książek akademickich. Mogą wykupić tylko poszczególne strony, z których rzeczywiście korzystają w cenie ksera, natomiast wydawnictwa mogą odzyskać część utraconych przychodów, bo dzielimy się z nimi naszymi przychodami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Konrad Merino ze start-upu BooksBox.

Badanie „Kserowanie podręczników. Studenci mają głos!” wskazuje, że nawet 90 proc. studentów przygotowuje się do zajęć i egzaminów z kserówek. Korzystają z nich częściej niż z publikacji zamieszczonych w Internecie. Tylko połowa kupuje podręczniki. Wydawnictwa, które na kserowaniu książek tracą miliony, są praktycznie bezradne. Platforma BooksBox ma pomóc zarówno studentom, jak i wydawnictwom.

Platforma pozwala studentom na szybszy dostęp do interesujących ich fragmentów w cenie ksero. Nie muszą sprawdzać całej książki, ale wyszukać te fragmenty, które będą dla nich przydatne. Jednocześnie widzą też, z jakich podręczników korzystają inni studenci, mają też dostęp do ich notatek.

– Student po zalogowaniu się na naszej platformie ściąga aplikację i ma dostęp do kilkudziesięciu tysięcy różnych podręczników akademickich. Może wyszukać w naszej wyszukiwarce po fragmentach strony, jakie w danym podręczniku znajdzie treści, dzięki czemu wie, która strona dla niego jest wartościowa i której potrzebuje do nauki czy napisania pracy magisterskiej. Kiedy znajdzie interesujący go fragment, wykupuje dostęp do strony w  cenie mniej więcej 10 gr, czyli tyle, ile zapłaci w ksero w swojej bibliotece – tłumaczy Konrad Merino.

Dostęp do platformy jest możliwy po opłaceniu miesięcznego abonamentu. Student może wybrać wygodną dla siebie opcję (liczbę stron). Dla piszących prace dyplomowe czekają także liczne udogodnienia.

– Nasza aplikacja umożliwia przyspieszenie pisania pracy magisterskiej, dzięki niej można automatycznie stworzyć bibliografię. Student nie musi chodzić do biblioteki, więc oszczędza czas. Nie musi wertować ręcznie wszystkich stron, gdyż może wykorzystać naszą wyszukiwarkę, która naprowadzi go bezpośrednio na wartościowe treści. Może korzystać z całej społeczności studentów, którzy już przeczytali tę książkę i pozaznaczali interesujące fragmenty. Finalnie, pisząc pracę licencjacką czy magisterską, ma automatycznie zbudowaną bibliografię – wymienia Konrad Merino.

Według Global Market Insights globalny rynek rozwiązań sztucznej inteligencji dla edukacji ma być warty w 2024 roku ponad 6 mld dol. Z prognoz Orbis Research wynika, że globalny rynek e-learningu w 2022 r. osiągnie wartość 275 mld dol.

Komórki macierzyste mogą być przyszłością medycyny. Polacy już pracują m.in. nad lekiem na stwardnienie zanikowe boczne

Komórki macierzyste mogą być przyszłością medycyny. Polacy już pracują m.in. nad lekiem na stwardnienie zanikowe boczne 9

Komórki macierzyste uznawane są za ogromną nadzieję i przyszłość medycyny. Już dziś stosowane są w leczeniu ponad siedemdziesięciu jednostek chorobowych, m.in. ostrej białaczki limfoblastycznej czy szpiczaka mnogiego. Trwają badania nad kolejnymi ich zastosowaniami. Polski zespół badawczy chce wynaleźć lek na stwardnienie zanikowe boczne. Komórki macierzyste mogą też być wykorzystane w dermatologii czy medycynie estetycznej, a opracowywany jest także opatrunek na ciężko gojące się rany.

– Obserwujemy skokowy wzrost nakładów na badania nad komórkami macierzystymi, rozwija się to bardzo dynamicznie. Pojawiają się pierwsze leki zarejestrowane, komercjalizowane, a najlepszym miernikiem jest kwestia liczby transakcji, które wykonują różnego rodzaju podmioty – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Baran, prezes zarządu Polskiego Banku Komórek Macierzystych.

Komórki macierzyste to komórki pierwotne, wykazujące duży potencjał do namnażania się oraz wyjątkowe zdolności do przekształcania się w wyspecjalizowane komórki, tworząc w ten sposób tkanki. W medycynie wykorzystywane są od dawna, poprzez odbudowywanie lub zastępowanie uszkodzonych komórek. Komórki macierzyste występują m.in. w szpiku, ale częściej wykorzystuje się obecnie te występujące w krwi pępowinowej i sznurze pępowiny.

Polski Bank Komórek Macierzystych prowadzi obecnie badania nad lekiem na stwardnienie zanikowe boczne. Projekt Alstem, zgłoszony do konkursu InnoNeuroPharm, ma rozpocząć rekrutację pacjentów do badań klinicznych w przyszłym roku. Projekt zaplanowany jest na okres do końca 2022 roku. Jego wartość to niemal 24 mln zł. Ponad 11 mln zł stanowi dofinansowanie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. PBKM realizuje ponadto próby kliniczne w trzech chorobach serca, a także w schorzeniach z dziedziny dermatologii i medycyny estetycznej oraz przy stopie cukrzycowej.

– Mamy próby kliniczne w trzech chorobach serca różnego rodzaju. Jesteśmy w konsorcjum m.in. z Uniwersytetem Jagiellońskim, Akademią Górniczo-Hutniczą i ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym, dwie z tych trzech prób rekrutują już pacjentów. Oprócz tego w ramach projektu ABC Therapy, którego liderem jest Warszawski Uniwersytet Medyczny, mamy dwie próby kliniczne w obszarze dermatologii i medycyny estetycznej oraz stopy cukrzycowej. Obie te próby rekrutują pacjentów – mówi ekspert.

W konsorcjum z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, Polski Bank Komórek Macierzystych realizuje także projekt BIOOPA. To opatrunek biologiczny z ludzkiego materiału na trudno gojące się rany, który może być stosowany przy leczeniu pęcherzowego oddzielania się naskórka (choroby Epidermolysis Bullosa). Obecnie prace są na etapie prac badawczo-rozwojowych.

Badania nad komórkami macierzystymi prowadzone są jednak w odniesieniu do wielu chorób. W Polsce trwa nabór do badania klinicznego Admire-CD II, którego celem jest ocena nowego, potencjalnego leczenia obejmującego wykorzystanie komórek macierzystych w przypadku przetok okołoodbytniczych u osób cierpiących na Chorobę Leśniowskiego-Crohna. Chorzy otrzymają leczenie poprzez nastrzykiwanie komórkami macierzystymi wzdłuż kanału przetoki przez przeszkolonego chirurga.

– Myślę, że to jest kwestia może 10 lat, kiedy tych leków będzie kilkanaście wystandaryzowanych, a w ciągu następnych 10 lat pewnie nawet kilkaset. Prób klinicznych jest kilka tysięcy, liczba ta cały czas rośnie – twierdzi Jakub Baran.

Programy leczenia biologicznego z użyciem humanizowanych przeciwciał są już dostępne m.in. dla chorych na łuszczycę czy choroby ze spektrum nieswoistych zapaleń jelit. Według Grand View Research do 2025 roku wartość światowego rynku komórek macierzystych ma osiągnąć wartość 15,6 mld dolarów.

Pogoda nie rozpieszcza rolników. Skutki wiosennej suszy i letnich opadów może odczuć cała gospodarka

Pogoda nie rozpieszcza rolników. Skutki wiosennej suszy i letnich opadów może odczuć cała gospodarka 10

Susza, a następnie gwałtowne opady i grad spowodowały, że rolnicy już liczą straty. Przez suszę zostało poszkodowanych ponad 66 tys. gospodarstw i 1,2 mln hektarów upraw. Deszcze i grad spowodowały, że rolnicy musieli przerwać żniwa. Zagrożone są zwłaszcza pszenżyta czy rzepak, a ze względu na dużą wilgoć wyższe będą koszty zbiorów. Konieczne jest wsparcie dla rolników – rozszerzenie zakresu upraw objętych szacowaniem suszy, by rolnicy hodujący nasiona traw mogli uzyskać odszkodowania z tytułu poniesionych strat, oraz zwiększenie dopłat do materiału siewnego – oceniają eksperci.

– Niestety, pogoda już drugi rok rolnikom nie pomaga. W ubiegłym roku opady dużo powyżej normy, w tym roku ogromna susza. Kiedy rolnicy przygotowują się do żniw, rozpoczynają się pierwsze zbiory, zaczyna padać deszcz, który dzisiaj powoduje przede wszystkim porastanie roślin w kłosach. Takie zagrożenie jest już poważne, praktycznie na terenie całego kraju występują odmiany pszenżyt, które porastają. Powoduje to również straty w rzepakach, gdyż intensywnie padający deszcz, a tym bardziej grad, uszkadza strąki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Sowul, członek Polskiej Grupy Nasiennej.

Z danych resortu rolnictwa wnika, że w efekcie tegorocznej suszy poszkodowanych zostało 66,3 tys. gospodarstw, a straty dotknęły 1,2 mln hektarów upraw. Raport Instytutu Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa wskazuje zaś, że w odniesieniu do zbóż jarych zagrożonych suszą było 58 proc. gmin, blisko połowa zbóż ozimych i roślin bobowatych oraz krzewów owocowych.

Lipcowe silne opady deszczu i grad sprawiły, że rolnicy którzy rozpoczęli żniwa, musieli je przerwać.

– W tej chwili największe zagrożenie jest dla pszenżyt – one już powinny być zbierane. W drugiej kolejności są rzepaki. Trawy nasienne są najbardziej zaawansowane, więc w 70 proc. towar jest w magazynach u rolników czy w firmach. Natomiast kłopotem mogą być również takie rośliny jak facelia czy gorczyca – wymienia Przemysław Sowul.

Opady sprzyjają jedynie plantatorom kukurydzy i ziemniaków, a także hodowcom bydła. Dla pozostałych rolników ulewne deszcze oznaczają straty. Żniwa się opóźniają, a ze względu na wilgotny materiał ceny zborów będą znacznie wyższe.

– O stratach można mówić przede wszystkim przez suszę, a w tej chwili przy porastaniu pszenżyt to są kolejne, nawet 50-proc. dodatkowe straty. Taki materiał często nie nadaje się do skarmiania, jedynie świń, ale to też pod pewnymi warunkami. Natomiast z racji wzrostu cen energii, bo dotyczy to i ropy, i węgla, za tym idzie nam też gaz, mamy dodatkowe koszty ponoszone na suszenie – tłumaczy członek PGN.

Zdaniem eksperta rolnicy potrzebują wymiernego wsparcia. Bez tego opłacalność ich produkcji stoi pod znakiem zapytania.

– Jeżeli rolnicy dzisiaj podejmą nieracjonalne decyzje, np. wstrzymają zasiewy z racji braku finansowego, bo jeżeli nie będzie zbiorów, firmy nie kupią towaru gorszej jakości albo kupią go dużo mniej, to jak oni mają się dziś przygotować do siewów zbóż ozimych czy rzepaków, które również powinny być siane? Jest to duży kłopot, który objawi nam się w pełni w przyszłym roku. W tej chwili należy spodziewać się lekkiego wzrostu cen surowców rolniczych, nie za dużego, gdyż będąc w globalnym świecie, mamy pewną stabilizację, ale nie pomaga to naszemu rolnikowi – mówi Sowul.

Polska Grupa Nasienna apeluje o rozszerzenie zakresu upraw objętych szacowaniem suszy. Wówczas rolnicy hodujący nasiona traw mogliby uzyskać odszkodowania z tytułu poniesionych strat.

– Należałoby zwiększyć dopłaty do materiału siewnego, bo one pozwolą rolnikowi na pozyskanie dobrych nasion do zasiewów jesiennych. Niestety rolnicy nie będą mieli własnych nasion dobrej jakości, będą porośnięte grzybem, co będzie powodowało podwójną stratę dla nich, ale również za chwilę dla całej gospodarki – ocenia Przemysław Sowul.

Polacy wydają w sklepach internetowych znacznie więcej niż rok temu. Przyczyniają się do tego niehandlowe niedziele

Polacy wydają w sklepach internetowych znacznie więcej niż rok temu. Przyczyniają się do tego niehandlowe niedziele 11

Polacy przekonali się do zakupów przez internet. Oferty zakupu online finalizuje dziś 56 proc. internautów. Coraz częściej korzystają oni też ze sklepów zagranicznych. E-zakupy uważamy za bezpieczne i proste, a przekonuje nas do nich przede wszystkim całodobowa dostępność sklepów i nieograniczony czas wyboru. Co więcej, w internecie wydajemy coraz więcej pieniędzy – wzrosty zauważalne są w każdej z kategorii zakupowych. To m.in. efekt wprowadzenia niedziel wolnych od handlu – podkreślają eksperci Gemius.

 Już ponad połowa, bo aż 56 proc. wszystkich internautów, robi zakupy w sieci. Jest to wzrost o 2 pkt proc. w porównaniu do zeszłego roku. Zakupy online są bezpieczne, co wskazuje 60 proc. wszystkich internautów, a dla porównania w ubiegłym roku było to tylko 30 proc. internautów. Najpopularniejszymi kategoriami jest odzież, obuwie, dodatki, na kolejnym miejscu znalazły się książki, multimedia i bilety do kina czy teatru. Czyli coraz więcej wydajemy na rozrywkę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Binert, ekspert firmy Gemius.

Z raportu „E-commerce w Polsce 2018. Gemius dla e-Commerce Polska” wynika, że nie boimy się kupować w zagranicznych sklepach i serwisach. Do zakupów transgranicznych przyznaje się już 23 proc. osób, o 7 pkt proc. więcej niż przed rokiem.

– Niewątpliwy wpływ ma na to serwis AliExpress, chiński marketplace, na którym możemy kupić właściwie wszystko. Jedynym minusem zakupów na tym portalu jest długi czas oczekiwania. Zawsze też trzeba wziąć poprawkę na stosunek ceny do jakości – ocenia Katarzyna Binert.

Na zagranicznych serwisach oprócz odzieży najczęściej wybieramy kosmetyki i perfumy (32 proc.). Mężczyźni częściej niż kobiety kupują telefony i akcesoria GSM, sprzęt i oprogramowanie komputerowe, gry czy dokonują rezerwacji. Na zakupy przeznaczamy coraz wyższe kwoty – w kategorii odzież, obuwie, dodatki jest to średnio 224 zł, czyli dwukrotnie więcej niż przed rokiem. Na buty przeznaczamy ok. 300 zł, na książki i multimedia – 68 zł, a na same książki – blisko 100 zł.

– Po wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę konsumenci zaczęli wydawać więcej we wszystkich kategoriach. Co piąty internauta planuje wydawać więcej w związku z wprowadzeniem tego ograniczenia. Widzimy również, że coraz więcej sklepów przygotowuje specjalne oferty w niedziele niehandlowe, żeby przykuć uwagę osób mających potrzebę zakupową – mówi ekspertka Gemius.

Zakupy online postrzegane są jako nieskomplikowane i wygodne, a także tańsze i zajmujące mniej czasu niż kupowanie w sklepach tradycyjnych. Internauci narzekają jednak na zbyt długie oczekiwanie na dostawę (40 proc.), natrętne reklamy produktów już wcześniej obejrzanych (39 proc.) oraz wysokie koszty dostawy (37 proc.). Osobom najmłodszym przeszkadza brak aplikacji mobilnych, zaś osoby po 50. roku życia skarżą się na konieczność wykonania podczas zakupów zbyt dużej liczby operacji.

 Pytając respondentów, ile powinna trwać optymalna dostawa, jest to według nich 24 godziny. Respondenci chcieliby także, żeby dostawa była za darmo. Jednak trzeba zawsze wziąć poprawkę, że jeżeli dostawa jest za darmo, często po prostu przekłada się to na koszt produktu dla konsumenta – wskazuje Katarzyna Binert.

Wciąż ponad 40 proc. Polaków unika zakupów online. Jako przyczynę niechęci wymieniają przyzwyczajenie do zakupów tradycyjnych, zbyt wysokie koszty dostawy, ewentualne problemy z dostawą oraz trudności ze znalezieniem produktu w internecie. Wielu klientów ocenia ceny produktów dostępnych w internecie jako wysokie. Blisko połowa (45 proc.) ankietowanych woli obejrzeć produkt przed zakupem, a co piąta osoba tłumaczy to przyzwyczajeniem do tradycyjnych sklepów .

 Osoby niekupujące online chciałyby indywidualnego traktowania, czyli specjalnych ofert przygotowanych dla nich oraz niższych cen niż w sklepach stacjonarnych. To przede wszystkim wpłynęłoby na to, że one kupowałyby online. Byliby do tego bardziej skłonni, gdyby dostawa była za darmo – podkreśla Katarzyna Binert.

Połowa Polaków stosuje samoleczenie. W 90 proc. kończy się ono sukcesem

Połowa Polaków stosuje samoleczenie. W 90 proc. kończy się ono sukcesem 12

W dobie starzejącego się społeczeństwa i utrudnionego dostępu do lekarza samoleczenie stanowi istotne wsparcie państwowego systemu opieki zdrowotnej. Stosuje je już co drugi Polak, a w 90 proc. takie działanie kończy się sukcesem. Aby samoleczenie było bezpieczne i skuteczne, trzeba jednak znać zasady prawidłowego odczytywania objawów oraz stosowania leków bez recepty. Wiedzę tę można zdobyć dzięki kampanii HASHSiedemZasad prowadzonej z okazji Międzynarodowego Dnia Samoleczenia.

Światowa Organizacja Zdrowia definiuje samoleczenie z jednej strony jako przyjmowanie leków dostępnych bez recepty bez konsultacji z lekarzem w przypadku nagłych dolegliwości, np. bólu głowy czy przeziębienia, z drugiej natomiast jako szeroko rozumiane dbanie o zdrowie, w tym utrzymywanie ciała w dobrej kondycji w przypadku chorób przewlekłych, m.in. cukrzycy czy nadciśnienia tętniczego. Zdaniem ekspertów samoleczenie jest zjawiskiem naturalnym i dotyczy niemal każdego dorosłego członka populacji. Co więcej, jest promowane przez środowiska medyczne uznające, że korzystanie z porady lekarskiej w przypadku nawet lekkich objawów, nie jest postępowaniem racjonalnym.

– Rekomendacje chociażby brytyjskiego systemu ochrony zdrowia są dość jasne i mówią, że jeżeli występują lekkie objawy, należy stosować samoleczenie, nie obciążając tym samym systemu ochrony zdrowia, ustępując miejsca osobom u których rzeczywiście występują ciężkie objawy i które rzeczywiście potrzebują porady lekarza specjalisty – mówi agencji informacyjnej Newseria dr n. med. Dominik Olejniczak, członek zarządu Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani.

Eksperci nie mają wątpliwości, że przy świadomym i odpowiedzialnym podejściu samoleczenie stanowi niezastąpione wsparcie dla systemu ochrony zdrowia. Już w 1996 roku Parlament Europejski promował samoleczenie jako element długofalowej polityki zdrowotnej państw UE, głównie ze względu na problem starzejących się społeczeństw i utrudnienia w dostępie do lekarzy. Polska już od dłuższego czasu zmaga się z niedoborem personelu medycznego, przez co wydłuża się czas oczekiwania na usługi medyczne. Taki stan rzeczy powoduje, że pacjent jest zmuszony do podjęcia samoleczenia, dlatego warto więc znać podstawowe i bezpieczne zasady samoleczenia.

– Samoleczenie stosuje około 50 proc. Polaków i aż 90 proc. prób samoleczenia kończy się sukcesem, więc możemy stwierdzić, że jesteśmy społeczeństwem dość wyedukowanym i że samoleczenie jest rzeczywiście skuteczne – mówi dr Dominik Olejniczak.

– Średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty to 365 dni. Pacjenci często zgłaszają problem z długim czasem oczekiwania na wizytę. Lekarz przyjmuje tylko w wybranych dniach, a często zdarza się, że coś się dzieje w sobotę czy niedzielę – uzupełnia dr n. med. Anna Staniszewska, prezes Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani.

Aby samoleczenie było skuteczne i bezpieczne dla zdrowia pacjenta powinno dotyczyć wyłącznie leków dostępnych bez recepty. Kluczowe jest tu posiadanie wiedzy na temat prawidłowego zażywania i przechowywania tego rodzaju preparatów medycznych. Warto pamiętać, że lek, który pomógł komuś na podobne objawy, nie musi być równie skuteczny w przypadku innego człowieka. W razie wątpliwości można skonsultować się z farmaceutą. Eksperci przestrzegają ponadto przed kupowaniem leków z niewiadomego źródła, mogą być bowiem sfałszowane.

– To są najczęściej łagodne objawy, dolegliwości typu ból głowy, ból zęba, gorączka, stosujemy leki, które już znamy, wcześniej ich używaliśmy, stosujemy w krótkim okresie, 2–3 dni. Jeżeli nam to leczenie samodzielnie aplikowane nie pomaga, jest to absolutnie wskazanie do tego, żeby zgłosić się do specjalisty, bo być może jest jakaś poważniejsza dolegliwość i wymagana jest konsultacja specjalisty – mówi dr Anna Staniszewska.

W celu uświadamiania polskich pacjentów w zakresie samoleczenia Fundacja Obywatele Zdrowo Zaangażowani prowadzi liczne działania edukacyjne m.in. kampanię Zdrowo Zaangażowani oraz akcja „Przewietrz apteczkę!”. W ich ramach powstały publikacje stanowiące kompendium wiedzy na temat odpowiedzialnego samoleczenia. W tym roku fundacja zainicjowała kampanię HASHSiedemZasad jako element obchodów Międzynarodowego Dnia Samoleczenia, przypadającego 24 lipca. We współpracy z polskim artystą Tomaszem Pieńczakiem fundacja opracowała plakaty przedstawiające zasady bezpiecznego samoleczenia – wśród nich przypomnienie o potrzebie ruchu, unikaniu stresu, czytaniu ulotek i odpowiedzialnym doborze leków.

– Te plakaty będą dostępne w social mediach, są skierowane do osób młodych. Jest to populacja, która wbrew pozorom jest narażona na stres, w związku z tym jest to jeden z głównych elementów Międzynarodowego Dnia Samoleczenia – mówi dr Dominik Olejniczak.

Polskiej gospodarce nie zabraknie paliwa do wzrostu. Przez najbliższych 30 miesięcy będzie się rozwijać szybciej niż inne kraje UE

Polskiej gospodarce nie zabraknie paliwa do wzrostu. Przez najbliższych 30 miesięcy będzie się rozwijać szybciej niż inne kraje UE 13

Dalszy wzrost konsumpcji oraz stopniowe przejmowanie ciężaru inwestycji przez prywatne przedsiębiorstwa od państwowych i samorządowych inwestorów to tendencje, jakich Narodowy Bank Polski spodziewa się do końca dekady. Mimo lekkiego osłabienia eksportu i realnych dochodów konsumentów poważnych zagrożeń dla polskiej gospodarki na horyzoncie nie widać. W kolejnych 30 miesiącach będzie ona rosnąć szybciej niż gospodarki państw unijnych.

– Gospodarka polska pracuje na kilku silnikach. Nadal konsumpcja ma największy wkład we wzrost. Mamy doskonałą sytuację na rynku pracy, rosnące wynagrodzenia, dobre nastroje konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kotłowski, wicedyrektor Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP. – Ale włączył się drugi silnik, czyli inwestycje. Na początku to są głównie inwestycje sektora finansów publicznych, finansowane ze środków UE, ale krok po kroku jest uruchamianych coraz więcej inwestycji prywatnych firm. Trzeci czynnik to eksport. On jest trochę słabszy w ostatnim okresie ze względu na to, że UE zwolniła, ale ten czynnik prawdopodobnie będzie cały czas polskiej gospodarce pomagał.

Z najnowszego „Raportu o inflacji” opublikowanego w połowie lipca wynika, że w 2018 roku polska gospodarka rozwijać się będzie w tempie 4,6 proc. – to wzrost o 0,4 pkt proc. w stosunku do poprzedniego szacunku z marca br. i wynik identyczny z ubiegłorocznym. Z już opublikowanych przez Główny Urząd Statystyczny danych za I półrocze wynika, że w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku PKB urósł o 5,0–5,2 proc. Oznacza to, że w tym roku po raz pierwszy wartość polskiego PKB przekroczy 2 bln zł.

I choć kolejne lata przyniosą spowolnienie wzrostu, to na tle większości krajów wynik rzędu 3,8 proc. w 2019 r. i 3,5 proc. w 2020 i tak jest imponujący. Kraje strefy euro odnotują łącznie wynik o ponad połowę słabszy, jeszcze gorzej będzie w Wielkiej Brytanii, która dopiero za dwa lata zdoła dotrzymać kroku Eurolandowi. Stany Zjednoczone poradzą sobie lepiej, ale od Polski i tak rozwijać się będą w tempie o 1–1,5 pkt proc. wolniejszym.

– Perspektywy oceniamy korzystnie. Dynamika konsumpcji w kolejnych latach będzie prawdopodobnie już trochę niższa, ponieważ przy podobnej dynamice wynagrodzeń jak obecnie rosnąca inflacja będzie te dochody do dyspozycji ograniczała, ale to będzie cały czas bardzo solidna konsumpcja – przewiduje Jacek Kotłowski. – Natomiast w przypadku inwestycji będziemy mieli wymianę – w coraz mniejszym stopniu będą uczystniczyły w tym inwestycje sektora finansów publicznych, a to firmy będą w coraz większym stopniu przyjmowały na siebie ciężar wzrostu inwestycji.

Według NBP dynamika wynagrodzeń obecnie pozostająca na poziomie ok. 6 proc., powinna jeszcze przyspieszyć do 7 proc., jednak rosnąca – choć powoli – inflacja będzie nieco ograniczać wzrost wydatków. W tym roku średnie ceny powinny podskoczyć mniej niż w ubiegłym, gdy inflacja średnioroczna wyniosła 2 proc., czyli o 1,8 proc. Za rok i dwa lata będzie już wyższa (odpowiednio 2,7 proc. oraz 2,9 proc.), wciąż jednak są to wartości mieszczące się w dopuszczalnym paśmie wahań celu inflacyjnego (2,5 proc. +/- 1 pkt proc.).

– Obserwujemy ostatnio nieco wyższą dynamikę cen towarów, na co składa się z jednej strony trochę słabszy kurs walutowy, z drugiej strony powoli rosnąca inflacja na świecie. Trochę nieoczekiwanie obniżyła się dynamika cen usług, które zazwyczaj były czynnikiem ciągnącym inflację. Ostatnie kilka miesięcy to były spadki cen w takich branżach, jak ubezpieczenia, telefonia komórkowa, abonament radiowo-telewizyjny i one wpłynęły na to spowolnienie – tłumaczy przedstawiciel Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP. – Naszym zdaniem to były raczej czynniki o charakterze przejściowym i w kolejnych miesiącach czy kwartałach spodziewamy się powolnego wzrostu inflacji, ale do poziomu relatywnie niskiego.

Jacek Kotłowski zwraca uwagę na to, że wzrost wynagrodzeń prognozowany dla Polski wciąż jest niższy niż w innych krajach regionu, co sprawia, że mimo dojrzałości gospodarki polskie firmy wciąż mogą konkurować z sąsiadami kosztowo. Zestawiając ze sobą wszystkie te czynniki i dokładając stabilność złotego, można być w miarę pewnym dobrych perspektyw dla polskiej gospodarki.

– Zagrożenia widzimy na zewnątrz polskiej gospodarki. Nie wiemy, jak szybko będzie się rozwijała gospodarka światowa, mamy pewne sygnały spowolnienia ze strefy euro. Uważamy, że one w dużym stopniu są przejściowe. Gospodarka strefy euro zwolni, nadal utrzymując wysokie tempo wzrostu, nie można jednak wykluczyć, że spadek tempa wzrostu będzie silniejszy – zastrzega Jacek Kotłowski. – Są pewne działania protekcjonistyczne, które na razie mają charakter bardziej medialny, ale gdyby miały się rozwinąć, to stanowiłyby jakiś czynnik ryzyka. Jeszcze gospodarki wschodzące, które są dyżurnym ryzykiem, ale w ostatnich kwartałach sytuacja tam się uspokoiła i właściwie one wszystkie rozwijają się w miarę stabilnie.

Liczba fuzji i przejęć na polskim rynku będzie rosnąć. Rekordowej transakcji można się spodziewać w energetyce

Liczba fuzji i przejęć na polskim rynku będzie rosnąć. Rekordowej transakcji można się spodziewać w energetyce 14

Ten rok ma być dla rynku fuzji i przejęć równie udany jak poprzednie 2–3 lata. Sprzyja temu dobra koniunktura gospodarcza – spółki mają kapitał do przejęć, z drugiej strony finansowanie tego typu transakcji jest tanie przy obecnym historycznie niskim poziomie stóp procentowych. Jak prognozują eksperci Instytutu Staszica, ze względu na konieczność wielomiliardowych inwestycji oraz dalszej konsolidacji kolejnych transakcji na rynku M&A można wypatrywać w sektorze energetycznym. I będą to rekordowe transakcje. 

Dla rynku fuzji i przejęć to był bardzo dobry rok. Na całym świecie zawarto 34 tys. transakcji, obrót sięgnął prawie 3,5 bln dol. Polska jest pod tym względem drugim po Rosji krajem w regionie tzw. Emerging Europe, a pierwszym pod względem liczby transakcji w Europie Środkowo-Wschodniej – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Narożny, ekonomista i ekspert rynku fuzji i przejęć (M&A).

Ostatnie 2–3 lata dla rynku M&A można zaliczyć do bardzo udanych, mimo że w 2017 roku wartość ogłoszonych na całym świecie fuzji i przejęć była nieznacznie niższa – o 3,5 proc. w porównaniu do 2016 roku (3,55 bln dol.). Mniej było też dużych transakcji o wartości przekraczającej 5 mld dol. – wynika z raportu kancelarii Allen&Overy. Eksperci zwrócili uwagę na to, że rynki M&A na całym świecie wykazały wysoką odporność pomimo wzrostu ryzyka geopolitycznego związanego m.in. z brexitem, reformą podatkową w USA czy napięciami na Półwyspie Koreańskim i w hiszpańskiej Katalonii.

Jak wynika z „Barometru transakcji fuzji i przejęć” firmy doradczej EY, w regionie Europy Środkowo-Wschodniej liczba transakcji M&A w ubiegłym roku była o 2,8 proc. niższa niż rok wcześniej. Wzrost aktywności w ujęciu rocznym odnotowało tylko sześć państw, w tym Polska. Prawie połowę (47 proc.) wszystkich zawartych transakcji w tym regionie stanowiły wewnętrzne fuzje i przejęcia, w których kupujący i sprzedający pochodzą z tego samego kraju. Według ekspertów firmy doradczej EY, w tym roku można się jednak spodziewać wzrostu liczby międzynarodowych transakcji w Europie i poza nią.

Wydaje mi się, że 2018 rok nie będzie odbiegał od ostatnich 2–3 lat. Dużo się dzieje, koszty wykonywania transakcji fuzji i przejęć są cały czas dobre dla przejmujących – ocenia Paweł Narożny.

Z danych EY wynika, że w ubiegłym roku Polska odnotowała największą liczbę transakcji M&A w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Łącznie zawarto 265 umów (czyli o ponad 1/5 więcej niż przed rokiem) o wartości 13,9 mld dol. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się sektor nieruchomości. Za 70 proc. transakcji na polskim rynku odpowiadali inwestorzy strategiczni, za pozostałe 30 proc. – inwestorzy finansowi. Blisko połowę umów stanowiły transakcje wewnętrzne, a najbardziej aktywnymi inwestorami zagranicznymi byli Niemcy, Amerykanie i Francuzi.

Najbardziej spektakularne, ubiegłoroczne transakcje na polskim rynku M&A to m.in. przedwstępna umowa nabycia portfela 28 nieruchomości przez Chariot Top Group – spółkę współzarządzaną przez Griffin Real Estate, przejęcie aktywów EDF w Polsce przez PGE SA oraz nabycie Żabki przez fundusz CVC w lutym ubiegłego roku.

W II kwartale tego roku na polskim rynku zawarto 48 transakcji M&A, co oznacza spadek w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej (57 transakcji) – wynika z ostatniego „M&A Index Poland” opracowanego przez Navigator Capital i Fordata. Największe transakcje minionego kwartału to przejęcie przez Bank BGŻ BNP Paribas głównej części działalności Raiffeisen Polbanku za 3,25 mld zł oraz przejęcie przez Maxima Grupe w drodze wezwania giełdowego pakietu 94 proc. akcji Emperia Holding za 1,19 mld zł.

Trochę zmieniła się struktura, bo dwa lata temu mieliśmy bardzo duże transakcje – Pekao SA, Żabkę, Allegro, które miały bardzo duży obrót. Teraz mamy więcej transakcji o mniejszej skali, ale podobnej kwocie łącznego obrotu. Można powiedzieć, że rynek jest w natarciu i na razie nic nie wskazuje, żeby miał się w jakiś sposób zmniejszyć – mówi Paweł Narożny.

Eksperci Navigator Capital i Fordata spodziewają się w najbliższych miesiącach wzmożonej aktywności na rynku M&A. Jedna z największych transakcji w nadchodzącym okresie może mieć miejsce w sektorze energetycznym. Do końca tego roku, najpóźniej w 2019 roku, do Komisji Europejskiej ma trafić wniosek dotyczący planowanego połączenia Orlenu z Lotosem. PKN Orlen jest obecnie w trakcie badania due diligence przed przejęciem kontroli kapitałowej nad Grupą Lotos. Jak podkreśla Jerzy Kurella, ekspert ds. energetycznych Instytutu Staszica, tak duża transakcja musi zostać przeprowadzona z dużą rozwagą.

Jednym z głównych celów tej transakcji była chęć współpracy w zakresie budowy elektrowni jądrowej. Na obecnym etapie jest cicho o tym pomyśle, więc trzeba sobie zadać pytanie: jaki jest cel tej transakcji? Jeśli intencją rzeczywiście jest dokonanie kolejnych, istotnych inwestycji w sektorze paliwowym, taka transakcja ma sens. Jeżeli celem jest tylko chęć stworzenia jeszcze większego podmiotu, można natrafić na bardzo istotne przeszkody, takie jak różnice w kulturze organizacyjnej obu firm, bardzo istotne różnice partykularne, a na koniec dnia także różne interesy polityczne. Pomysł jest ciekawy, natomiast czas pokaże, czy uda się go przeprowadzić – mówi Jerzy Kurella.

Jak ocenia, polski rynek fuzji i przejęć jest jeszcze słabo rozwinięty w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. Do niedawna tak duże i znaczące transakcje odbywały się głównie w sektorze energetycznym i polegały na łączeniu zakładów energetycznych w większe podmioty ze względu na konieczność przeprowadzenia ogromnych inwestycji. Taki proces konsolidacji rynku energetyki miał miejsce w latach 2006–2008, kiedy powstały cztery duże grupy energetyczne: Enea, Energa, Tauron i PGE.

– Z perspektywy ponad 10 lat ten proces należy uznać za udany, natomiast niewątpliwie stoimy przed kolejnymi wyzwaniami. Przed polskim sektorem energetycznym stoi konieczność olbrzymich inwestycji w nowe moce wytwórcze i dystrybucję. Szacuje się, że do 2030 roku inwestycje w samą energetykę – nie licząc potencjalnej inwestycji w elektrownię jądrową, wyniosą około 240 mld zł. Żeby temu podołać, musimy mieć mocne podmioty na rynku – podkreśla Jerzy Kurella.

Wielomiliardowym inwestycjom, które wymuszają m.in. polityka klimatyczna UE nastawiona na redukcję emisji gazów cieplarnianych oraz rosnące skokowo zapotrzebowanie na energię, mogą sprostać tylko silne kapitałowo spółki w dobrej sytuacji finansowej. Dlatego w tym sektorze można się spodziewać kolejnych, dużych transakcji. Dodatkowo konsolidacja wzmocniłaby pozycję polskich spółek energetycznych na europejskim rynku.

Polskie firmy z sektora energetycznego są małe, zwłaszcza na tle konkurentów z Europy Zachodniej. Jeśli nie będziemy potrafili w sposób inteligentny, mądry i przemyślany dokonać połączeń i fuzji, przegramy konkurencję. Z drugiej strony fuzje często są też podyktowane poprawą efektywności – zarówno jeśli chodzi o efektywności kosztową, jak i możliwość pokazania swoim klientom lepszego towaru po niższej cenie i na lepszych warunkach – mówi ekspert ds. energetyki Instytutu Staszica.

Agencja doradztwa personalnego – czy warto z niej korzystać?

Kiedy szukamy nowego pracownika na wolne stanowisko, na pewno zależy nam na tym, aby nasze działania były skuteczne. Oczywiście będzie to zależeć od wielu kwestii, jednak jedną z najważniejszych jest to, jakie narzędzia wykorzystamy w naszych poszukiwaniach. Mimo tego, że w większości przedsiębiorstw istnieją całkiem dobrze rozwinięte działy HR, to i tak czasami korzysta się z usług agencji doradztwa personalnego. Dlaczego?

Samodzielne działania – nie zawsze skuteczne

Jak już wspominaliśmy, spora część firm poszukując pracowników, stawia na własną wiedzę i własne zasoby. Najczęściej jest to motywowane tym, że niechętnie pragniemy oddać gestię w pozyskiwaniu nowych członków zespołu w czyjeś ręce i przede wszystkim – kosztuje to pewną kwotę pieniędzy. Jednak czy tak naprawdę daje to wymierne oszczędności, niemożliwe do osiągnięcia we współpracy z agencją doradztwa? Otóż nie do końca! Cały proces poszukiwań jest znacznie bardziej skomplikowany! To nie tylko zamieszczenie ogłoszenia, lecz także dodatkowe roboczogodziny dla osób odpowiedzialnych za ich pozyskanie! A dobrze wiemy, że czas to pieniądz!

Skuteczność przede wszystkim

Czasami wydaje nam się, że nie ma większej różnicy, kto będzie szukał pracownika, gdyż pozornie mamy do dyspozycji takie same narzędzia jak profesjonalny rekruter. Łatwo się domyślić, że jest to nieprawdziwe stwierdzenie! Doświadczeni specjaliści mają dostępy do rozbudowanych baz danych pracowników mogących spełnić stawiane przez nas wymagania. Oczywiście nie oznacza to tego, że znalezienie tego „idealnego” kandydata jest banalne! Zanim to się stanie, specjalista wykona ogromną ilość telefonów, wyśle setki maili i spotka się z tymi, którzy mogą wpisać się w nasze potrzeby! Pomyślcie tylko: ile zajęłoby to Twojej firmie?

Podsumowanie

Skorzystanie z usług agencji doradztwa personalnego takiej jak Lobo HR daje nam większe szanse na znalezienie pracownika, którego poszukujemy. Często nie zdajemy się sobie sprawy, jak dużo pieniędzy, jak i czasu poświęcamy na jeden proces rekrutacji, który niekoniecznie może zakończyć się sukcesem. Gdy jednak poszukamy innych, zwykle skuteczniejszych narzędzi – prawdopodobnie zmieni to się na dobre!

Jak polskie firmy transportowe mają konkurować z zagranicznymi przewoźnikami?

Pomysł ujednolicenia stawek dla kierowców TIR-ów w Unii Europejskiej był odebrany przez polskich przewoźników bardzo negatywnie. Firmy transportowe zostały zobligowane do stosowania płacy minimalnej wobec kierowców wykonujących przewozy międzynarodowe. Gdy w Niemczech wprowadzono podstawową pensję w dokładnie określonej wysokości, której wcześniej nie było, miał miejsce bunt ze strony firm. Problemem były wynagrodzenia, które należało płacić w różnych częściach kraju, podczas gdy stawki te były nie były jednakowe.

– Od półtora roku sprawa ta przestała stanowić problem w Europie. Analogiczna sytuacja będzie miała miejsce w Polsce – powiedział serwisowi eNewsroom Artur Sosna z Polsko-Luksemburska Izba Handlowa – Firmy i kierowcy zastanawiają się, jak mają teraz konkurować z Luksemburgiem, Francją czy Hiszpanią. To jednak tylko kwestia czasu i dopasowania się tego działu gospodarki. Chodzi o jakość, szybkość, wielojęzyczność podmiotów obsługujących wiele rynków. To ważniejsze niż różnice w stawkach, jakie oferują – ocenił Sosna.

Czeka nas krach na rynku mieszkaniowym?

Pogarszające się wyniki sprzedaży deweloperów mieszkaniowych notowanych na giełdzie rodzą obawy kolejnego kryzysu na rynku nieruchomości. W branży pojawia się coraz więcej głosów sugerujących całkowite załamanie obecnej koniunktury. Czy krach sprzed dekady może się powtórzyć?

„Zaprezentowane ostatnio wyniki sprzedaży deweloperów mieszkaniowych notowanych na warszawskiej giełdzie okazały się tym razem gorsze zarówno w ujęciu kwartalnym jak i półrocznym, licząc rok do roku odpowiednio o 11,3 i 4,1 proc. .” – informuje Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl. To pierwsze dość niepokojące sygnały z rynku mieszkaniowego, które mogą zwiastować niebezpieczny dla deweloperów kryzys.

Wysoka podaż i cofający się popyt zazwyczaj zwiastują też niższe ceny nieruchomości dla ich nabywców. Spadające wskaźniki na rynku nieruchomości „Do myślenia daje też sytuacja na giełdzie. Pomimo wciąż doskonałej koniunktury na rynku mieszkaniowym, akcje deweloperów mieszkaniowych od początku roku są systematycznie wyprzedawane, w wyniku czego branżowy indeks WIG-Nieruchomości znajduje się już od stycznia w regularnym średnioterminowym trendzie spadkowym.” – komentuje Jarosław Jędrzyński. Według ekspertów spadki są jednak zbyt słabe, aby spowodować kolejne załamanie rynku.

Na sytuację wpływają bowiem dodatkowe czynniki, takie jak np. rosnąca gospodarka. Hossa gospodarcza trwa już od pięciu lat i mimo cykliczności procesów rynkowych, w tym momencie istnieją małe szanse na jej zakończenie.

Sytuacja konsumentów ma największe znaczenie „Prawdopodobieństwo, że już w najbliższej przyszłości czeka nas poważniejszy kryzys na pierwotnym rynku mieszkaniowym, podobny do tego sprzed dekady, jest niewielkie.

Przemawia za tym wiele czynników, takich jak dobra sytuacja gospodarcza, poprawiająca się sytuacja konsumentów, coraz wyższe płace, dobra sytuacja na rynku pracy i wreszcie duży deficyt mieszkaniowy, który trzeba będzie uzupełnić.” – dodaje Jędrzyński.
Powiększające się portfele nabywców i tanie kredyty hipoteczne zachęcają do inwestycji w nieruchomości. Wszystko wskazuje na to, że ze względu na stały popyt nie mamy co liczyć na spektakularne spadki cen nowych mieszkań już w najbliższym czasie. Musimy mieć jednak na uwadze, że bańka na rynku mieszkaniowym kiedyś pęknie. Analitycy wskazują natomiast, że w tym momencie gospodarka jest bardziej stabilna niż dekadę temu, co może oznaczać łagodniejszy przebieg bessy.

Miesięczna prognoza Fidelity International dotycząca runku papierów dłużnych

W prezentowanej w tym miesiącu prognozie dotyczącej rynku papierów dłużnych Andrea Iannelli, Dyrektor ds. Inwestycji w Fidelity International, mówi o przyczynach, dla których jego zdaniem mimo że „kotwice” dla rentowności utrzymujące się globalnie na niskim poziomie pozostają nietknięte – starzenie demograficzne oraz nawis długu redukują potencjalny wzrost – pod względem taktycznym, zespół nadal widzi pewne ryzyko wyższych stop rentowności, szczególnie w strefie euro.

Poniższe fragmenty pochodzą z Miesięcznej prognozy Fidelity International dotyczącej rynku papierów dłużnych i obejmują średnioterminowe opinie zespołu ds. rynku papierów dłużnych. Jeżeli chcieliby Państwo uzyskać pełną treść raportu, prosimy o kontakt.

„Zgodnie z oczekiwaniami rynku Europejski Bank Centralny (ECB) ogłosił w czerwcu, że pod koniec roku planuje zakończyć program luzowania ilościowego, obniżając jednocześnie skalę skupu obligacji o połowę względem kwoty 15 mld euro z września”.

„Największe zainteresowanie budzi obecnie to, kiedy ECB zacznie podnosić stopy procentowe. Osłabione perspektywy ekonomiczne oraz wyraźne wytyczne ze strony ECB sprawiły, że – zgodnie z naszymi oczekiwaniami – rynki porzuciły chwilowo nadzieje na wzrost stóp procentowych. Najbliższym realnym terminem wydaje się być teraz grudzień 2019.”

„W przypadku niemieckich obligacji rządowych trudno o konstruktywność ze względu na niskie stopy rentowności w odniesieniu do podstawowych mierników wyceny, takich jak oczekiwania względem nominalnego PKB. W związku z tym spodziewamy się ryzyka dotyczącego wzrostu rentowności i zalecamy przyjęcie krótkiej zapadalności (duration), choć stroma krzywa rentowności oraz utrzymujące się ryzyko polityczne we Włoszech powinny ograniczać zakres wszelkich wyprzedaży niemieckich obligacji rządowych”.

„W ramach posunięcia taktycznego skorzystaliśmy z osłabienia będącego wynikiem ekspozycji dłużnej w odniesieniu do włoskiego długu publicznego w drugim kwartale, utrzymując jednocześnie przeważenie na Hiszpanii. Wierzymy, że siły rynkowe będą nadal pełnić we Włoszech funkcję automatycznych stabilizatorów poprzez ograniczanie entuzjazmu koalicji rządzącej dla prowadzenia działań skrajnych. Podczas gdy rynki nie dość poważnie traktują ryzyko przedterminowych wyborów we Włoszech, pogorszenie się sytuacji fiskalnej ma w dużej mierze wpływ na cenę obligacji BTP”.

„Mimo że ogólna sytuacja w Europie jest raczej pozytywna, mamy świadomość ryzyka zbliżającego się osłabienia”.

„Choć dźwignia finansowa w środowisku kredytowym opierającym się na ratingu inwestycyjnym uległa złagodzeniu, a wskaźniki pokrycia odsetek są wysokie, na mierniki te duży wpływ ma dynamika wzrostu, dlatego prawdopodobnie ulegną one pogorszeniu w drugiej połowie 2018 roku. Szeroko obserwowany w ostatnim czasie wzrost w zakresie fuzji w regionie europejskim to znak pojawiających się „zwierzęcych instynktów”, czyli nieprzewidywalnych i nieracjonalnych zachowań. Być może w końcu wchodzimy w późną fazę cyklu koniunkturalnego w odniesieniu do środowiska kredytowego”.

„Ogólnie rzecz biorąc, Europa pozostaje naszym preferowanym regionem kredytowym, mimo że argumenty przemawiające za tą opinią stale się zmieniają ze względu na pogarszające się analizy fundamentalne firm i polepszające się wyceny”.

Skonsolidowane wyniki finansowe PKN ORLEN za II kwartał 2018 r.

PKN ORLEN w II kwartale 2018 roku osiągnął najwyższy w historii wynik segmentu detalicznego w wysokości 677 mln zł, co oznacza wzrost o 18% (r/r). Łącznie wszystkie segmenty działalności wypracowały zysk operacyjny EBITDA wg LIFO na poziomie 2,1 mld zł. Dobry wynik finansowy został wypracowany pomimo realizacji zaplanowanych postojów remontowych we wszystkich rafineriach oraz trudniejszego otoczenia makroekonomicznego (r/r),, na które wpływ miała przede wszystkim drożejąca ropa naftowa. Niekorzystny wpływ makro został częściowo zrekompensowany wzrostem wolumenów sprzedaży o 2% (r/r).
Kluczowym wydarzeniem drugiego kwartału było rozpoczęcie Programu Rozwoju Petrochemii. Koncern na inwestycje w tym obszarze przeznaczy 8,3 mld zł do 2023 r., co po zakończeniu inwestycji powinno przełożyć się na wzrost wyniku EBITDA o ok. 1,5 mld zł rocznie. W omawianym okresie zakończono również budowę nowoczesnej elektrociepłowni gazowo-parowej w Płocku, a także uzyskano zgodę Czeskiego Banku Narodowego na wykup pozostałych akcji Unipetrol. Zwyczajne Walne Zgromadzenie PKN ORLEN zatwierdziło rekomendowaną przez Zarząd wypłatę dywidendy za 2017 r. w wysokości 3 zł na akcję.
W II kwartale 2018 roku PKN ORLEN osiągnął:
• 2,1 mld zł EBITDA wg LIFO
• Rekordowy wynik EBITDA wg LIFO segmentu detalicznego na poziomie 677 mln zł, wyższy o 18% (r/r)
• Wzrost wolumenów sprzedaży o 2% (r/r)
• Wzrost przychodów o 16% (r/r)
W II kwartale 2018 roku odnotowano spadek modelowej marży downstream o (-) 1,2
USD/bbl (r/r), głównie w efekcie wzrostu średniej ceny ropy Brent o prawie 50% (r/r). W Polsce wzrosła konsumpcja zarówno oleju napędowego, jak i benzyny o 5% (r/r). Wzrost konsumpcji paliw odnotowano również w Czechach i na Litwie.
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

– Wypracowane w drugim kwartale tego roku dobre wyniki finansowe, w tym rekordowy rezultat detalu oraz silne fundamenty finansowe dają solidne podstawy do realizacji naszych planów strategicznych. Podejmując decyzje biznesowe kładziemy nacisk na zwiększanie wartości Koncernu również w dłuższej perspektywie. M.in. dlatego rozpoczęliśmy Program Rozwoju Petrochemii, który pozwoli na dalszą dywersyfikację źródeł przychodów i będzie skuteczną odpowiedzią na wyzwania przyszłości. Dobrą informacją „na dzisiaj” dla akcjonariuszy jest oddanie do użytku elektrociepłowni gazowo-parowej w Płocku co umacnia naszą pozycję w obszarze energetyki – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Segment downstream Koncernu w II kwartale 2018 roku wypracował wynik EBITDA wg LIFO na poziomie prawie 1,6 mld zł. Dobry rezultat został osiągnięty dzięki wzrostowi wolumenów sprzedaży o 1% (r/r). W omawianym okresie wzrosła m.in. sprzedaż oleju napędowego, poliolefin, nawozów, PCW i PTA przy niższej sprzedaży benzyn, LPG i olefin (r/r). Dodatni efekt wolumenowy został zniwelowany przez ujemny wpływ otoczenia głównie w efekcie wyższych kosztów zużyć surowców na własne potrzeby energetyczne oraz pogorszenia marż na produktach petrochemicznych, ciężkich frakcjach rafineryjnych i SN150.
Segment detaliczny w II kwartale 2018 roku wypracował rekordowy rezultat EBITDA wg LIFO na poziomie 677 mln zł, przy jednoczesnym wzroście wolumenów sprzedaży o 5% (r/r). PKN ORLEN odnotował w tym czasie także wzrost udziałów na wszystkich rynkach, w tym w Czechach o 2,9 pp (r/r). W omawianym okresie Koncern dynamicznie rozwijał sieć detaliczną, która na koniec II kwartału liczyła 2782 stacji, co oznacza wzrost o 38 obiektów (r/r). Rozwijano również ofertę pozapaliwową – sieć punktów gastronomicznych liczyła łącznie 1907 obiektów (wzrost o 170 punktów r/r), w tym 1621 Stop Cafe w Polsce (włączając w to 231 sklepów convenience pod marką O!SHOP), 229 Stop Cafe w Czechach, 23 Ventus Stop Cafe na Litwie oraz 34 Star Connect w Niemczech. W II kwartale wprowadzono na polski rynek paliwa EFECTA, które dzięki zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym plasują Koncern w europejskiej czołówce wytwórców paliw.
W II kwartale 2018 roku Koncern odnotował wzrost średniego wydobycia o 20% (r/r), osiągając poziom 18 tys. boe/d, co przełożyło się na wynik segmentu EBITDA wg LIFO w wysokości 82 mln zł. W Polsce rozpoczęto akwizycję danych sejsmicznych 3D na obszarze Karpaty i Edge oraz kontynuowano analizę wcześniej pozyskanych danych sejsmicznych 2D/3D. Rozpoczęto również wiercenie otworu poszukiwawczego Chwalęcin-1K. W lipcu rozpoczęto wiercenie otworu Bystrowice-OU1K w województwie podkarpackim, na obszarze posiadającym długą historię naftową i duży potencjał poszukiwawczy. Na aktywach kanadyjskich wspólnie z partnerami rozpoczęto wiercenie 1 odwiertu, a 4 odwierty zostały poddane szczelinowaniu. Do produkcji zostały włączone 3 odwierty na obszarze Kakwa oraz Ferrier. W rejonie Kakwa kontynuowano rozbudowę instalacji do wstępnego przerobu gazu oraz instalacji do magazynowania wody. Ponadto, rozpoczęto budowę rurociągu zbiorczego na obszarze Lochend.
Zgodnie ze strategicznymi kierunkami rozwoju, Koncern konsekwentnie zwiększa swoje zaangażowanie w segment energetyki w oparciu o kogenerację. W II kwartale 2018 roku blok parowo-gazowy w Płocku przeszedł pomyślnie próby i testy realizowane wspólnie z PSE, w wyniku czego inwestycja została przyjęta do wykorzystania ruchowego. Uzyskano również wszystkie niezbędne decyzje do eksploatacji CCGT, w tym koncesję, pozwolenie zintegrowane oraz pozwolenie na użytkowanie.
W II kwartale Koncern zredukował poziom zadłużenia netto o 0,9 mld PLN (kw/kw) głównie w efekcie dodatnich wpływów z działalności operacyjnej w wysokości 1,9 mld PLN, redukując jednocześnie poziom dźwigni finansowej do 12,7%, która znajduje się na bezpiecznym, przewidzianym w strategii poziomie. Również w II kwartale br. Koncern z sukcesem zakończył program emisji obligacji detalicznych, o łącznej wartości 1 mld zł, który pozwolił na dalszą dywersyfikację źródeł finansowania.

Niefortunna wypowiedź Trumpa i reakcja kursu dolara

Donald Trump w tym tygodniu już dwa razy mocno skonfundował cały świat. Pierwszy raz, na początku tygodnia, kiedy słowa Putina przedkładał nad ustalenia własnego wywiadu. Drugi, gdy wczoraj powiedział, że nie podoba mu się polityka podnoszenia stóp przez Fed (siedem podwyżek w ostatnich latach). Utyskiwał też, że silny dolar jest kulą u nogi atrakcyjności eksportu USA, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że CNY „spada jak kamień.”

Wprawdzie Prezydent USA zaznaczył, że nie zamierza wpływać na politykę banku centralnego i na jego niezależność, z Białego Domu szybko wyszło też dementi, że Trump wcale nie to miał na myśli, co powiedział, ale rynek nie wymazał pierwszej reakcji, którą oczywiście mogło być tylko odwrócenie wcześniejszego, wyraźnego umocnienia dolara. W końcu indeks dolarowy wybijał się wczoraj na nowe maksima i był najwyżej od roku.
Niefortunna wypowiedź Trumpa to także zerwanie z dwudziestoletnią historią nierecenzowania polityki Fed przez Prezydentów USA. Przypomnijmy, że na początku roku administracja dokonała innego zwrotu poprzez odejście od retoryki, że mocny dolar jest dowodem na siłę gospodarki. Wtedy wywołało to pogłębienie wyprzedaży dolara, teraz wstrzymało aprecjację a przynajmniej odłożyło ją w czasie.

Biorąc pod uwagę, że wszystko rozgrywa się w płytkim, letnim handlu, brak odreagowania pierwszego ruchu niekoniecznie musi mówić o załamaniu się sentymentu względem dolara. Widzimy szanse na kontynuacje spadków AUD/USD, a mocne cofnięcie USD/JPY na ważne wsparcie powinno pobudzić popyt. Eurodolar osuwał się w ramach dominującej konsolidacji i wczorajszy ruch w tym kontekście nie zmienia perspektyw kursu na bardziej konstruktywne. EUR/PLN przy niskiej płynności zaliczył wystrzał ponad 4,35 i przy wymazaniu na finiszu handlu w Azji osłabienia CNY oraz ostrej zwyżce Shanghai Composite można spodziewać się odreagowania wczorajszego osłabienia.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Polski start-up chce zrewolucjonizować pracę z projektem. Nowa platforma pozwoli konsultować projekty graficzne 3D z klientem na każdym etapie

Polski start-up chce zrewolucjonizować pracę z projektem. Nowa platforma pozwoli konsultować projekty graficzne 3D z klientem na każdym etapie 15

Na rynku oprogramowania coraz popularniejszy staje się trend oferowania usług w formie subskrypcji, a nie produktów w formie plików instalacyjnych. Podążają za nim najwięksi producenci oprogramowania, tacy jak Adobe czy Microsoft. W ten trend wpisuje się także rozwiązanie polskiego start-upu, który w formie usługi chmurowej, chce zrewolucjonizować prace z projektami graficznymi. Specjalna platforma pozwoli załadować nawet bardzo duże grafiki 3D do chmury i wyświetlać je w przeglądarce internetowej, by na każdym etapie prac móc się skonsultować z klientem.

– Specyfiką plików 3D jest ich duży rozmiar. Najczęściej potrzebujemy lokalnego oprogramowania, żeby móc je otworzyć, a klient końcowy nie chce takiego software’u u siebie instalować. Dzięki iMeshup możemy przerzucić pliki do chmury dużo szybciej. Pliki będą dzięki platformie wyglądały lepiej, możemy w łatwy sposób przekazywać je i oglądać za pomocą przeglądarki internetowej, czego nie mogliśmy zrobić wcześniej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Katarzyna Radziejewska z iMeshup.

Narzędzie iMeshup ma być pomostem między pracownikami kreatywnymi a ich klientami. Pozwala prezentować trójwymiarowe, edytowalne projekty graficzne w prostej aplikacji webowej lub za pośrednictwem gogli wirtualnej rzeczywistości, bez konieczności posiadania wydajnego komputera oraz inwestowania w kosztowne oprogramowanie. Takie rozwiązanie pozwala klientowi na bieżąco monitorować postęp prac oraz wprowadzać poprawki we wczesnej fazie projektowania, bez ponoszenia dodatkowych kosztów – za dostęp do usługi płaci wyłącznie zespół projektowy.

– Grafik wchodzi na naszą platformę, zakłada konto, dodaje osoby do swojego teamu, a oni między sobą współpracują i mogą zaprezentować klientowi końcowemu efekt swojej pracy. Klient może w prosty sposób umieścić komentarze bezpośrednio na modelu, tak żeby graficy wiedzieli, gdzie i co mają zmienić, i dzięki temu zakończyć zlecenie zgodnie, szybko i bez konieczności spotykania się twarzą w twarz. Wszystko odbywa się za pośrednictwem przeglądarki internetowej – tłumaczy Katarzyna Radziejewska.

Na rynku oprogramowania coraz popularniejszy jest trend oferowania subskrypcyjnych usług chmurowych zamiast programów instalowanych lokalnie. Wielu producentów decyduje się już wyłącznie na taki rodzaj dostarczania swoich produktów. Adobe oferuje swój pakiet graficzny wyłącznie w ramach usługi Creative Cloud, na podobnej zasadzie działają także usługi Microsoft Office 365 czy Dropbox Business. Dzięki takiemu modelowi dystrybucji firma nie musi inwestować jednorazowo dużej kwoty na zakup oprogramowania, koszty licencjonowania rozkładają się w czasie.

Oprogramowanie chmurowe ma jeszcze jedną zaletę – ułatwia współdzielenie się plikami. Do dokumentów umieszczonych w chmurze dostęp mają wszyscy pracownicy współpracujący w ramach jednego zespołu projektowego. Takie rozwiązanie pozwala m.in. synchronizować fonty w programach Adobe czy komentować dokumenty utworzone w Officie 365 bez konieczności instalowania oprogramowania na komputerze, za pośrednictwem strony internetowej.

– Pozwalamy w obszarze teamu graficznego wymieniać się plikami, komentarzami i współpracować z deweloperami w ramach jednej firmy. Ale pozwalamy też pracować z klientem końcowym, np. prezentując mu pliki, żeby wzajemne oczekiwania się spełniały i żeby ten model dowieźć jak najszybciej, w jak najlepszym standardzie. Przyspieszamy i usprawniamy kontakt, zmniejszamy liczbę e-maili, które są wymieniane pomiędzy podmiotami, czy liczbę spotkań face to face – twierdzi przedstawicielka iMeshup.

Usługa w podstawowej wersji z ograniczeniami jest obecnie dostępna za darmo. Za konto z większą liczbą miejsca na pliki i obsługą większej liczby projektów zapłacić będzie trzeba od 15 do 56 dol. miesięcznie za jedno stanowisko.

Według raportu opracowanego przez WiseGuyReports rynek mapowania i modelowania 3D w 2022 roku osiągnie wartość 2,36 mld dol.

W Polsce trwają badania nad sposobem magazynowania i wykorzystania wodoru. To może stanowić przełom w generowaniu energii

W Polsce trwają badania nad sposobem magazynowania i wykorzystania wodoru. To może stanowić przełom w generowaniu energii 16

Nadchodzi nowa era w transporcie. Przyszłością jest wodór, który pozwala nie tylko napędzać pojazdy, ale daje też lepsze możliwości magazynowania energii. Trwają prace nad sposobami jego magazynowania i wykorzystania go do zasilania ogniw paliwowych. Rozwiązanie mogłoby znaleźć zastosowanie w bezemisyjnych środkach transportu, ale i w technologiach służących magazynowaniu energii pochodzącej z OZE. W Polsce program, którego celem jest opracowanie mobilnego zbiornika wodoru, realizuje NCBiR. Na badania trafi ponad 30 mln zł.

– Program magazynowania wodoru organizowany przez NCBiR polega na opracowaniu koncepcji magazynowania wodoru oraz jego mobilnego wykorzystania. Chodzi o to, aby stworzyć alternatywne źródła energii dla pojazdów, które mogłyby być wykorzystywane zamiast paliwa ON czy benzyny, czy nawet energii elektrycznej – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Ziółkowski, szef gabinetu politycznego wiceprezesa Rady Ministrów.

Program „Magazynowanie wodoru” ma wspomóc rozwój niskoemisyjnego transportu w Polsce. Jego celem jest opracowanie technologii magazynowania wodoru oraz zamówienie prototypu zasobnika wodorowego do zastosowań mobilnych. To kluczowy element do upowszechnienia technologii wykorzystania wodoru jako magazynu energii. Zmagazynowany wodór może być wykorzystywany do zasilania ogniw paliwowych, wytwarzających prąd elektrycznych w sposób bezpieczny dla środowiska.

– Na świecie prowadzonych jest wiele badań, aby wprowadzać ekologiczne rozwiązania energetyczne w zakresie mobilności. Ten program ma na celu opracowanie takiej gotowej koncepcji, która byłaby wykorzystywana przez polskich producentów, np. autobusów – wskazuje Piotr Ziółkowski.

Niedawno Coradia iLint, czyli pierwszy na świecie pociąg pasażerski z wodorowymi ogniwami paliwowymi, uzyskał zezwolenie Niemieckiego Urzędu Transportu Kolejowego na przewożenie pasażerów. Opracowane w Polsce rozwiązania mogą znaleźć zastosowanie w bezemisyjnych środkach transportu, jako mobilne źródła prądu elektrycznego. Wodór może napędzać nie tylko samochody osobowe, ale także cięższe pojazdy – autobusy, samoloty czy pociągi.

– Alokacja środków wynosi 32 mln, ale jest on podzielony na 3 etapy. W pierwszej kolejności wyłaniamy wiele zespołów, które przygotowują koncepcję wstępną prowadzonych prac badawczych, następnie spośród nich wyłaniane są najlepsze koncepcje. Na pierwszym etapie dofinansowanie wynosi do 100 tys. złotych. Drugi etap to to już bardziej zaawansowane prace badawcze, naukowcy otrzymują dofinansowanie rzędu do 2,2 mln złotych. W etapie trzecim, projekty, które są bliskie założonemu celowi, otrzymują finansowanie rzędu 6,6 mln złotych – wylicza ekspert.

Program NCBiR będzie realizowany do 2021 roku i prowadzony jest w modelu „problem-driven research”. W efekcie mają zostać opracowane co najmniej dwa rozwiązania, które mogą znaleźć zastosowanie i w środkach transportu i w technologiach służących magazynowaniu energii elektrycznej pochodzącej z zielonych źródeł energii. To szansa na rozwój polskich przedsiębiorstw i zwiększenie ich konkurencyjności na globalnym rynku

– Paliwo wodorowe jest jednym z alternatywnych źródeł energii. Chcielibyśmy, aby Polska nie tylko pozyskiwała z zagranicy gotowe rozwiązania technologiczne, ale żebyśmy my także byli kuźnią własnych projektów, własnej technologii. W Polsce mamy duży potencjał jeśli chodzi o wodór, mamy dużo zakładów, w tym spółki skarbu państwa, które w tym zakresie inwestują, mamy ogromny potencjał w postaci kadry naukowej, inżynierów zatrudnionych w tych zakładach i chcielibyśmy ten potencjał właściwie wykorzystać – podsumowuje Piotr Ziółkowski.

MarketsandMarkets szacuje, że do 2022 roku rynek wytwarzania wodoru osiągnie wartość blisko 155 mld dolarów. Z kolei Allied Market Research podaje, że rynek wodorowych ogniw paliwowych dla motoryzacji ma osiągnąć wartość 12,3 mln dol. do 2023 r., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 72 proc.

Konsultacje społeczne przenoszą się do sieci. Nowa internetowa platforma pozwala mieszkańcom kontaktować się z samorządami i wyrażać opinie

Konsultacje społeczne przenoszą się do sieci. Nowa internetowa platforma pozwala mieszkańcom kontaktować się z samorządami i wyrażać opinie 17

Coraz bardziej zwiększa się dostępność cyfrowych usług w administracji publicznej. Projekt mDokumenty pozwala m.in. potwierdzić swoją tożsamość za pomocą smartfona, a większość spraw z urzędami można już załatwić za pośrednictwem przeglądarki internetowej. Cyfrowa transformacja wchodzi także do samorządów. Platformy internetowe coraz częściej służą do wymiany informacji między mieszkańcami a władzami samorządowymi i urzędami. Świetnie sprawdzają się np. w zbieraniu opinii o zagospodarowaniu danego terenu, a także przy obsłudze budżetu obywatelskiego. Polski startup stworzył platformę, dzięki której mieszkańcy mogą wypowiadać się w ważnych dla nich kwestiach.

– Stworzyliśmy platformę internetową do usprawniania komunikacji między mieszkańcami a władzami miast, dzięki czemu mieszkańcy mogą wypowiadać się na ważne dla nich tematy w dowolnej chwili, poprzez narzędzia internetowe takie jak ankieta oraz dyskusje, wykorzystujące dodatkowe funkcje, takie jak mapy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dariusz Walczak ze startupu Lopi.

Tradycyjnie organizowane konsultacje społeczne, czyli spotkania samorządów z mieszkańcami, na których dyskutowane są np. plany zagospodarowania przestrzennego, organizowane są coraz rzadziej. Dyskusja przenosi się do Sieci, a forum do wyrażania swoich opinii przez mieszkańców stają się internetowe platformy, takie jak Lopi. Narzędzie służyć ma także do zbierania i analizy lokalnej wiedzy na temat życia mieszkańców, takiej jak sposób odpoczywania, podróżowania czy wykonywania zakupów, w celu lepszego zarządzania miastem.

– Najważniejszym i najczęstszym zastosowaniem jest wspomaganie procesu planowania przestrzennego, gdzie mieszkańcy mogą się wypowiedzieć na temat planów zagospodarowania. To najczęstszy przypadek, ale robimy również inne wdrożenia, np. badania dotyczące gospodarki komunalnej czy badania odnośnie ustawy reklamowej, czy transportu w mieście – tematyka zależy od problemu występującego na danym obszarze – przekonuje Dariusz Walczak.

Przykładem platformy służącej do zbierania propozycji w ramach budżetu obywatelskiego może być serwis Idea Kielce. W stolicy województwa świętokrzyskiego konsultacje społeczne odbywają się za pośrednictwem specjalnie stworzonej strony internetowej, poprzez którą mieszkańcy mogą zgłaszać swoje propozycje do budżetu. Co więcej, strona umożliwia również głosowanie na zgłoszone i zatwierdzone inwestycje. Ogłaszane są na niej wyniki każdej edycji budżetu obywatelskiego. Idea Kielce jest również miejscem przeprowadzania innych konsultacji społecznych, np. związanych z koncepcją budowy przebiegających przez miasto dróg.

– To się wpisuje w ideę smart city, również w ideę e-demokracji, staje się to coraz bardziej popularne, ludzie chcą się wypowiadać, chcą aby ich głos miał znaczenie. Jest to popularny trend, w Polsce możemy zaobserwować to na przykładzie budżetów obywatelskich, praktycznie większość dużych miast już takie konsultacje przeprowadza, myślimy, że kolejne będą właśnie dotyczyły przestrzeni miejskiej, więc mamy nadzieję na taki sam wzrost popularności jak w przypadku budżetów obywatelskich – twierdzi ekspert.

Lopi ma już na koncie około 30 wdrożeń w polskich miastach. Twórcy chcą także rozszerzyć swoją działalność na kraje europejskie i Stany Zjednoczone.

Według analityków MarketandMarkets, globalny rynek platform do komunikacji opartych na chmurze osiągnie wartość prawie 4,5 mld dol. w 2021 roku.

Inwestycje w dzieła sztuki mogą przynieść nawet 10 proc. zysk. Wymagają jednak dużej uwagi i cierpliwości

Inwestycje w dzieła sztuki mogą przynieść nawet 10 proc. zysk. Wymagają jednak dużej uwagi i cierpliwości 18

W Polsce inwestycje w obrazy, fotografie czy rzeźby są jeszcze stosunkowo mało popularne, ale z roku na rok przybywa chętnych. Już teraz co trzecia zamożna osoba planuje taką inwestycję, a polski rynek aukcyjny notuje rekordowe wyniki. Największym zainteresowaniem cieszy się sztuka współczesna, a zyski przy dwudziestoletnim okresie inwestycji przekraczają nawet 10 proc. Należy jednak śledzić trendy na rynku i patrzeć, co kupują inni kolekcjonerzy. Bardzo łatwo popełnić błąd, który może nas słono kosztować – podkreślają eksperci.

– Polacy coraz częściej inwestują w sztukę. To typ inwestycji, który budzi zainteresowanie również przez to, że takich praktyk do tej pory było mało. Teraz rośnie zarówno świadomość, jak i możliwości inwestowania. Pojawiają się kompetentni doradcy. Obecnie nadrabiamy to, czego nie robiliśmy przez ostatnie 10 lat. W ciągu ostatnich 2 lat znacząco wzrosły zapytania i praktyki kolekcjonerskie, inwestycyjne w obszarze sztuki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Theiss, partner firmy artconsultingowej Aurabilia.

Dane portalu Artinfo wskazują, że polski rynek aukcyjny na koniec I półrocza 2018 osiągnął wartość 105 mln zł (wzrost o blisko 22 proc. rdr.). Wartość sprzedaży dzieł sztuki na aukcjach przekroczyła 100 mln zł jeszcze w czerwcu. Dla porównania w 2017 roku rynek osiągnął ten pułap dopiero na koniec września. Choć liczba aukcji i obiektów w ofercie jest zbliżona do ubiegłorocznych, to o ponad 10 proc. wzrosła liczba transakcji. Znacznie więcej (o 35 proc.) było też aukcji z obrotami powyżej 1 mln zł.

– Tak jak do niedawna inwestowaliśmy w akcje, obligacje, nieruchomości, biżuterię, złoto, od niedawna Bitcoin, tak samo sztuka staje się bardzo potężnym instrumentem inwestycyjnym – ocenia Beata Niemczuk, partner w Aurabilia.

Z badania KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce 2017” wynika, że blisko połowa bogatych Polaków inwestowała w sztukę, inwestuje lub planuje taki krok w przyszłości.

Raport „Rynek sztuki 2017” wskazuje, że polscy inwestorzy chętnie kupują dzieła artystów z XIX i XX wieku.

– Polacy najchętniej inwestują w dwie grupy dzieł sztuki. Po pierwsze, to są starzy klasycy, tacy jak Henryk Stażewski, Stefan Gierowski, Stanisław Fijałkowski. Do tej grupy ostatnio dołączył Ryszard Winiarski. To są takie nazwiska i takie dorobki, wokół których została wykonana duża praca kuratorska, kolekcjonerska, stąd rosnąca wartość tych prac. Drugą grupą są prace nowych klasyków: Rafała Bujnowskiego, Pauliny Ołowskiej, prace młodszych artystów – wymienia Niemczuk.

W ubiegłym roku rekordowe kwoty padły za pastel „Macierzyństwo” Stanisława Wyspiańskiego (4,36 mln zł) oraz „Zabicie Wapowskiego w czasie koronacji Henryka Walezego” Jana Matejki (3,68 mln zł). Rekordy aukcyjne pobili też twórcy współcześni: Wojciech Fangor (1,53 mln zł), Magdalena Abakanowicz (1,53 mln zł) czy Ryszard Winiarski (ponad 1 mln zł).

– Inwestuje się w różne media w sztuce: malarstwo, grafikę, fotografię, rzeźbę, również wideo, chociaż jest to rzadziej spotykana formuła inwestycji. Wszystko zależy od zasobności naszego portfela i strategii inwestycyjnej, którą przyjmują takie osoby – zaznacza Beata Niemczuk.

Inwestycje można zacząć w każdej chwili. Początkujący inwestor powinien dysponować ok. 10 tys. zł. Jak jednak podkreślają eksperci, rynek sztuki jest trudny, nie ma gwarancji zysku i potrzebna jest odpowiednia wiedza.

– Rynek sztuki jest najbardziej chwiejnym rynkiem inwestycyjnym. To są inwestycje długofalowe. Trzeba się liczyć z tym, że zanim faktycznie zarobimy na sztuce, musi minąć trochę czasu. Należy śledzić trendy na rynku, patrzeć na to, co kupują inni kolekcjonerzy, być na bieżąco, ponieważ bardzo łatwo jest popełnić błąd, który będzie nas słono kosztował – przekonuje Beata Niemczuk.

– Problemem w inwestycjach w sztukę jest kompetencja związana z tym, jak wydać pieniądze, żeby nie stracić. Z drugiej strony mówimy o cenach, które są niedoszacowane, niższe niż ceny dobrej sztuki za granicą, co daje możliwość lepszego zainwestowania pieniędzy – dodaje Anna Theiss.

Stopa zwrotu z inwestycji zależy od dzieła sztuki, popularności autora i koniunktury na rynku. Wysoką stopę zwrotu może przynieść inwestycja w dzieła już uznanych artystów.

– Poziom zwrotu jest na poziomie 6,4 proc. Potocznie mówi się, że jest to poziom 10 proc., natomiast zawsze to są inwestycje długofalowe. To dotyczy inwestycji w sztukę dawną, współczesną. Ciekawostką cały czas jest rynek antyków chińskich, egipskich, z Mezopotamii, bo tam stopa zwrotu jest znacznie wyższa, na poziomie 14, a nawet 17 proc. w skali 10 lat – mówi Beata Niemczuk.

Polska liderem wykorzystania środków unijnych na infrastrukturę. Do 2023 roku nowa jakość na polskich drogach i kolei

Polska liderem wykorzystania środków unijnych na infrastrukturę. Do 2023 roku nowa jakość na polskich drogach i kolei 19

Pod względem wykorzystania środków unijnych na inwestycje infrastrukturalne jesteśmy liderem w Europie – podkreśla Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury. Tylko z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko zostało zakontraktowane dwie trzecie środków z tej perspektywy unijnej. Lwia ich część jest przeznaczana na kolej i budowę dróg. Po zakończeniu tej siedmiolatki na polskich drogach i kolei będziemy mieć nową jakość – zapewnia resort inwestycji i rozwoju.

Pod względem wykorzystania środków unijnych w inwestycjach infrastrukturalnych jesteśmy dzisiaj liderem w Europie. Sytuacja zmieniła się diametralnie w porównaniu do tego, co zastaliśmy pod koniec 2015 roku, kiedy byliśmy na 25. pozycji w UE pod względem kontraktacji i wykorzystania środków unijnych. Staramy się coraz szybciej, coraz bardziej zdecydowanie wykorzystać środki europejskie, dzięki którym budujemy więcej i realizujemy najbardziej oczekiwane inwestycje – mówi agencji Newseria Biznes minister infrastruktury Andrzej Adamczyk.

W środę podpisane zostały umowy dotyczące dofinansowania ze środków unijnych trzech dużych projektów infrastrukturalnych. GDDKiA otrzyma prawie 448 mln zł na budowę obwodnicy Szczecinka oraz odcinka drogi ekspresowej S17 Warszawa–Garwolin między węzłami Zakręt i Lubelska.

Natomiast 17 mln zł unijnego dofinansowania trafi do Urzędu Żeglugi Śródlądowej w Szczecinie na rozbudowę Systemu Informacji Rzecznej na Dolnej Odrze. Pieniądze na wszystkie trzy inwestycje pochodzą z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko z perspektywy 2014–2020.

Program operacyjny Infrastruktura i Środowisko to największy program unijny, który ma dostępną alokację środków w wysokości około 118 mld zł. Do dziś zostało zakontraktowane około 65 proc., co stanowi kwotę 77 mld zł, ale to są same środki unijne. Wartość uruchomionych inwestycji z wykorzystaniem tych pieniędzy wynosi prawie dwa razy więcej – mówi Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Jak podkreśla minister Andrzej Adamczyk, środki unijne są wydatkowane głównie na realizację inwestycji drogowych w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych i Autostrad.

– To przede wszystkim takie inwestycje jak drogi ekspresowa S5 i S7, również S17, S11 oraz S3 – tutaj również mamy zaangażowane fundusze z CEF [instrument Connecting Europe Facility, „Łącząc Europę” – red]. Realizujemy te przedsięwzięcia, które tworzą ruch komunikacyjny naszego kraju – mówi Andrzej Adamczyk.

Cały czas pracujemy nad kontraktacją całej dostępnej alokacji, przy czym największe wsparcie jest w ramach sektora transportowego. Z całej puli pieniędzy ponad 80 proc. przeznaczone jest na transport drogowy, jak również kolejowy. Kolej również dysponuje ogromnym finansowaniem – z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko jest to ponad 5 mld euro, ale mamy również środki wysokości około 3,5 mld euro z programu „Łącząc Europę”, jak również środki z regionalnych programów operacyjnych i programu Polska Wschodnia – dodaje Witold Słowik.

Drogi i kolej otrzymują największe wsparcie w ramach przedsięwzięć infrastrukturalnych. W obecnej perspektywie kolej dysponuje łącznie około 10,5 mld euro, porównywalną kwotą z PO Infrastruktura i Środowisko dysponuje też sektor drogowy.

– Mimo że od wstąpienia Polski do UE zostało już wydatkowane bardzo dużo środków, w moim odczuciu w dalszym ciągu jesteśmy mniej więcej w połowie drogi do modelu docelowego. Bardzo dużo inwestycji jest w trakcie budowy czy w trakcie przygotowania. Po skończeniu tej perspektywy, czyli w 2023 roku, sytuacja na polskich drogach i na kolei się zdecydowanie poprawi, będzie nowa jakość – ocenia Witold Słowik.

– Co prawda docierają do nas sygnały, że tych środków będzie mniej [po 2020 roku – red.] na projekty społeczne i infrastrukturalne, ale mamy nadzieję, że inwestycje kolejowe i drogowe, inwestycje liniowe będą dofinansowane na dotychczasowym poziomie. Liczymy na to, ponieważ pozwoli nam to zrealizować docelowy plan sieci drogowej w Polsce, określony w Strategii Rozwoju Transportu. Mam nadzieję, że w 2030 roku zrealizujemy te przedsięwzięcia, które są w niej określone – dodaje minister infrastruktury Andrzej Adamczyk.

Dodatkowo stale toczą się inwestycje dotyczące transportu w polskich miastach.

Te działania obejmują zarówno budowę infrastruktury, jak i zakup taboru. Staramy się, żeby w ramach finansowania z POIiŚ ten tabor był możliwie jak najbardziej ekologiczny. Podpisaliśmy już kilka umów na zakup elektrycznych autobusów. Inne środki komunikacji również z założenia mają być proekologiczne, przystosowane dla osób niepełnosprawnych, przyjazne dla mieszkańców również w aspekcie infrastruktury, czyli przystanki, miejsca przesiadkowe – wymienia Witold Słowik.

Na wsparcie zrównoważonego transportu przeznaczono 58 mld zł z funduszy UE.

– Całość ma być zintegrowana, żeby jak najwięcej osób porzucało swoje samochody i przesiadało się do transportu publicznego. Mam nadzieję, że po zrealizowaniu inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych sytuacja poprawi się na tyle, że polskie miasta będą mniej zakorkowane i zmniejszy się poziom zanieczyszczeń – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Jak informuje Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, do końca 2017 roku Komisja Europejska wypłaciła Polsce 32,3 mld zł (7,7 mld euro) z funduszy unijnych na lata 2014–2020. To ponad 27 proc. całej kwoty przekazanej dotychczas wszystkim państwom członkowskim. Pozostałe dwadzieścia siedem krajów otrzymało łącznie 88,5 mld zł (21,1 mld euro).

Do 15 lipca br. podpisano 37,3 tys. umów o dofinansowanie projektów na kwotę blisko 197 mld zł. Stanowi to 58,6 proc. wartości funduszy unijnych z perspektywy 2014–2020. Liczba wniosków o dofinansowanie jest jednak znacznie większa – wyniosła blisko 88 tys. na kwotę 536,8 mld zł (z czego wartość dofinansowania z UE to 331,8 mld zł).

Warszawska giełda ma szanse na odbicie jeszcze w tym roku. Spółkom pomogłaby wyższa inflacja

Warszawska giełda ma szanse na odbicie jeszcze w tym roku. Spółkom pomogłaby wyższa inflacja 20

Wysoki wzrost gospodarczy w Polsce i korzystna koniunktura na amerykańskich giełdach powinny się przełożyć jeszcze w tym roku na wzrost wartości firm na warszawskim parkiecie. Pierwsza połowa roku nie była jednak dla inwestorów korzystna. Według dyrektora Departamentu Inwestycji w Investors TFI pesymizm inwestorów na GPW sięgnął już tak głębokich poziomów, że teraz sytuacja może się odwrócić tylko na dobre.

W tym roku – w przeciwieństwie do poprzedniego – na naszej giełdzie nie radzą sobie żadne segmenty rynku, ani duże spółki, ani średnie, ani małe, wszystkie indeksy spadają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Niedzielewski, dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI. – W zeszłym roku dzięki hossie na rynkach wschodzących przynajmniej duże spółki radziły sobie bardzo dobrze. W ostatnich tygodniach nastąpił odpływ kapitału z rynków wschodzących, w związku z tym nawet nasze większe spółki z WIG20 sobie nie radzą.

Od początku roku indeks największych dwudziestu spółek stracił niemal 13 proc., a od rekordowych poziomów z końca 2007 roku wciąż dzieli go ponad 1700 punktów. Średnie spółki z indeksu mWIG40 poszły w dół o ponad 13 proc., podobnie jak sWIG80. Indeks szerokiego rynku ma wartość o niemal 11,5 proc. niższą niż na początku roku.

Mniejsze i średnie spółki stały się ofiarą sukcesu polskiej gospodarki. To już było widać w ubiegłym roku, kiedy dane finansowe wskazywały z kwartału na kwartał coraz mniejszą rentowność. Firmy nie są w stanie przerzucić wzrostu kosztów pracy i surowców na swoich klientów, nie są w stanie utrzymać marż z poprzednich lat – wyjaśnia Jarosław Niedzielewski. – Wysoki wzrost polskiego PKB nie przekłada się na zyski w tym segmencie, w którym zazwyczaj się przekładał. W każdym poprzednim cyklu spółki należące do indeksów sWIG i mWIG zachowywały się zdecydowanie lepiej niż duże spółki, rosły ze względu na to, że siła polskiej gospodarki oznaczała też siłę firm.

W pierwszym półroczu 2018 roku zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło w ujęciu rocznym o 3,8 proc., natomiast średnie płace zwiększyły się o 7,3 proc. To wyraźnie więcej niż wskazywałby wskaźnik inflacji: ceny towarów i usług wzrosły w tym czasie średnio tylko o 1,6 proc., a według lipcowej projekcji inflacji NBP w całym 2018 roku ceny mają pójść w górę tylko o 1,8 proc. wobec 2 proc. w 2017 roku. Jeszcze w marcu ekonomiści oczekiwali na ten rok wzrostu cen o 2,1 proc.

To się może zmienić, jeżeli inflacja w Polsce zacznie wracać, pobudzi możliwości zwiększenia marż i przychodów przez te firmy i pokrycia wzrastających wcześniej kosztów – ocenia dyrektor Departamentu Inwestycji w Investors TFI. – Natomiast jeżeli chodzi o całą giełdę i duże spółki, dopóki jest nadzieja na kontynuowanie trendu wzrostowego na amerykańskiej giełdzie, dopóty mamy jeszcze szanse jako polska giełda z tej słabości jakoś wyjść, bo bez hossy na Wall Street niestety za wiele nie zdziałamy.

W przeciwieństwie do warszawskiego parkietu amerykański indeks S&P 500 wciąż jest blisko rekordowych poziomów ze stycznia br., a technologiczny Nasdaq bije rekordy wszech czasów. Nieco niżej niż na początku roku znalazł się Dow Jones, jednak i on od początku lipca odnotowuje trend wzrostowy.

Świetnie ma się także polska gospodarka. Według najnowszych prognoz NBP polskie PKB wzrośnie w tym roku o 4,6 proc., podobnie jak w roku ubiegłym. To wzrost o 0,4 pkt proc. wobec przewidywań sprzed czterech miesięcy. Tylko w I kwartale br. gospodarka urosła o 5,2 proc. Według Jarosława Niedzielewskiego musi to w końcu spowodować wzrost cen na tyle wyraźny, by firmy zaczęły odczuwać poprawę rentowności.

Mam nadzieję, że inflacja powróci na tyle, żeby tym mniejszym czy średnim spółkom pomóc w odbudowie marżowości. W każdym cyklu to następowało. Wydaje mi się, że powinno to w końcu nastąpić, nawet jeżeli nie na taką skalę jak zazwyczaj. Przy takim wzroście gospodarczym inflację powinno być bardziej widać nie tylko u nas, lecz także na całym świecie – mówi Niedzielewski.

Negatywne nastroje na stołecznym parkiecie odzwierciedlają także obroty: w I półroczu wyniosły one 104,9 mld zł, o ponad jedną czwartą mniej niż rok wcześniej. Najmocniej spadły one w przypadku najmniejszych spółek – o niemal jedną trzecią. Zdaniem Jarosława Niedzielewskiego pora już jednak na odwrócenie trendu.

– Wśród inwestorów pesymizm jest duży, na tyle duży, że może być już tylko lepiej. Liczę na to, że jest to kontrariański sygnał, zazwyczaj tak bywało, że indeksy zaczynały rosnąć i ten pesymizm zmieniał się w optymizm inwestorów. Mam nadzieję, że dokładnie też tak będzie jeszcze w tym roku również na naszej giełdzie – podkreśla Jarosław Niedzielewski.

Polscy przedsiębiorcy coraz częściej zakładają fundacje za granicą. To efekt przestarzałych przepisów w kraju

Polscy przedsiębiorcy coraz częściej zakładają fundacje za granicą. To efekt przestarzałych przepisów w kraju 21

Prawo fundacyjne w Polsce wymaga gruntownej nowelizacji i doprecyzowania zasad działania takich podmiotów – podkreślali eksperci podczas debaty Krajowej Izby Gospodarczej. Obowiązujące przepisy są przestarzałe i niejasne, ustawa o fundacjach pochodzi z lat 80. i liczy raptem dwadzieścia artykułów. Ponadto regulacje dotyczące opodatkowania fundacji budzą wątpliwości, bo często wywołują spory z organami podatkowymi. Dlatego polscy przedsiębiorcy coraz częściej decydują się na założenie fundacji poza granicami Polski. Szacuje się, że takich podmiotów może być łącznie prawie tysiąc.

Eksperci podczas debaty nt. prawa fundacyjnego w Polsce, zorganizowanej przez KIG, podkreślali, że pełna swoboda zakładania i działania fundacji jest konstytucyjnym prawem, opisanym w art. 12., I rozdziale dotyczącym swobód obywatelskich. To oznacza, że ustawodawca jest zobowiązany wyłącznie do stworzenia właściwych ram prawnych, które pozwolą na korzystanie z tej swobody. Zdaniem ekspertów obecnie prawo fundacyjne w Polsce nie spełnia jednak swojej roli i wymaga przeglądu. Zdaniem Krajowej Izby Gospodarczej konieczna jest publiczna debata dotycząca prawa fundacyjnego, ponieważ przestarzałe przepisy w tej chwili szkodzą nie tylko fundacjom i ich beneficjentom, lecz także Skarbowi Państwa.

 Zmiany są potrzebne, aby zlikwidować pewne niejasności, szczególnie w kwestiach finansowych i wpływu administracji państwowej na fundacje. Te sprawy powinny być jednoznacznie przesądzone w akcie prawnym, jakim jest ustawa o fundacjach. W tej chwili nie są, bo obowiązująca ustawa ma już wiele lat i powstała w zupełnie innej sytuacji ustrojowej i politycznej. Dzisiaj fundacje do rozwoju potrzebują nowego prawa. Są na tyle ważnymi instytucjami społeczeństwa obywatelskiego, że prawo powinno im służyć i je wspierać, a nie hamować ich rozwój – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Fundacje w Polsce działają na podstawie ustawy z 1984 roku, która zdaniem ekspertów nie odpowiada ani standardowi konstytucyjnemu, ani dobrym praktykom europejskim. Ustawa, która liczy raptem dwadzieścia artykułów, nie doczekała się jak dotąd gruntownej nowelizacji. Również obowiązujące obecnie przepisy dotyczące opodatkowania fundacji są niejasne i często wywołują spory z organami podatkowymi.

 Polskim przedsiębiorcom potrzebne są fundacje rodzinne. Na dziś polski porządek prawny nie pozwala im otworzyć takich fundacji w Polsce. Efekt jest taki, że zakładają je za granicą. Według różnych źródeł liczba tych fundacji w różnych krajach europejskich przekracza łącznie tysiąc. Powodem nie są korzyści podatkowe, bo często są to wręcz rozwiązania niekorzystne podatkowo dla tych rodzin. Wybór innych krajów dyktuje fakt, że polskie prawo spadkowe jest z lat 60. ubiegłego wieku i jest bardzo nieelastyczne. Efekt jest taki, że ogromne majątki polskich przedsiębiorców powstałe z ich ciężkiej pracy w tym kraju są formalnie transferowane do takich krajów, jak Austria, Szwajcaria, Lichtenstein i inne w Europie Zachodniej – mówi Jacek Pawłowski, radca prawny i partner PwC.

Zmiany w prawie wprowadziły w ostatnich latach inne państwa z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu powstaje w nich coraz więcej fundacji.

 Czesi i Węgrzy dwa lata temu pozmieniali swoje kodeksy cywilne, wprowadzili instytucje powiernicze, przejściowe formy do fundacji, czyli możliwość przekazania do zarządzania określonych aktywów, które tym samym wychodzą z majątku prywatnego. Coraz więcej takich zmian szykuje się w regionie, więc warto byłoby, żeby Polska również dołączyła do tego peletonu i uzupełniła ofertę dla polskich przedsiębiorstw – wskazuje Jacek Pawłowski.

Prawo fundacyjne zawiera wiele luk, których wypełnienie wymaga skomplikowanych technik interpretacyjnych – na przykład stosowania na zasadzie analogii niektórych przepisów kodeksu cywilnego czy kodeksu spółek handlowych. To powoduje liczne spory, a w efekcie znaczna część ram prawnych dla działalności fundacji w Polsce jest de facto ustalana w orzecznictwie sądowym.

 Niektórzy uważają, że obecna ustawa jest dobra przez swoją ogólnikowość, niedoprecyzowanie. Uważam, że musi być pewien akt prawny regulujący obszary, których nie określa statut fundacji. Z tymi statutami też jest problem. Wiele fundacji ma duże kłopoty przy rejestracji, ponieważ w niektórych przypadkach zapisy są w miarę precyzyjne, np. że fundacja musi działać zgodnie z podstawowym interesem państwa – co to znaczy i kto ma o tym decydować? Czy budowanie studni w Sudanie jest zgodne z podstawowym interesem państwa? Nie wiemy – mówi Maciej Radziwiłł, Prezydent Fundacji Trzy Trąby

Jak podkreśla, zamożne fundacje dysponujące większymi środkami często wzbudzają też zainteresowanie polityków i państwowych instytucji. Organy władzy wykonawczej mają coraz większy wpływ na działania fundacji. To efekt m.in. niejasnych, opartych na nadmiernej swobodzie zasad nadzoru nad działalnością fundacji, zbyt szerokich uprawnień do wydawania rozporządzeń wykonawczych, które są zawarte w ustawie o fundacjach, a także zasad rozdysponowania środków na fundacje przez Narodowy Instytut Wolności.

 Fundacje, które są zamożne i mają pewne środki, siłą rzeczy mogą wzbudzać zainteresowanie różnych instytucji. Wreszcie fundacje, które jakoś ocierają się o politykę, promują pewne wartości, mogą się rządzącym nie podobać. W tych przypadkach użycie pewnych instrumentów władzy wykonawczej może być bardzo niebezpieczne. Niestety, stare prawo z 1984 roku pozostawia obszar nieokreślony, który może powodować nadużycia ze strony różnych organów władzy wykonawczej, administracji państwowej – tylko dlatego, że komuś się dana fundacja nie podoba. Nie mówimy tutaj przecież o działalności czysto przestępczej, unikaniu podatków czy innych formach patologicznych – mówi Maciej Radziwiłł.

Zaczyna brakować ryb. Coraz większa konsumpcja grozi wyginięciem niektórych gatunków

Zaczyna brakować ryb. Coraz większa konsumpcja grozi wyginięciem niektórych gatunków 22

Rośnie globalne spożycie ryb. Już teraz przeciętny człowiek konsumuje ponad 20 kg ryb rocznie. Coraz większy popyt na ryby nie pozostaje bez wpływu na cały ekosystem. Co trzecie stado ryb jest już przeławiane. Najgorzej wygląda sytuacja na Morzu Śródziemnym i Czarnym, ale problem nie omija także Bałtyku. W bardzo złym stanie jest populacja dorsza i łososia bałtyckiego. Eksperci podkreślają, że należy kupować ryby tylko ze zrównoważonych połowów, żeby kolejne pokolenia mogły się cieszyć ich smakiem.

Przez ostatnie 50 lat intensyfikacja połowów spowodowała, że zaczyna nam brakować ryb. Według raportu FAO opublikowanego w lipcu br. 33 proc. stad jest przełowionych. Kolejne 50–60 proc. jest poławianych na możliwie maksymalnym poziomie, czyli jakakolwiek zmienna, w metodach połowowych, zmianach klimatycznych czy katastrofa ekologiczna, może spowodować również załamanie się tych stad – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Dębicka z Marine Stewardship Council.

Raport FAO „The State of World Fisheries and Aquaculture 2018” wskazuje, że globalne spożycie ryb systematycznie rośnie. W latach 60. było to ok. 9 kg na osobę rocznie, w latach 90. – ponad 14 kg, a obecnie to już ponad 20 kg. Najwięcej ryb i owoców morza jedzą Chińczycy – nawet 40 kg rocznie. Im większe spożycie, tym lepiej dla naszego zdrowia, ale skutki dla ekosystemu są znacznie gorsze. Coraz więcej stad ryb jest przeławianych.

Najbardziej zagrożonym rejonem w tej chwili jest Morze Śródziemne, gdzie ponad 60 proc. stad jest już przełowionych – wskazuje Anna Dębicka. – Północny Atlantyk i Pacyfik wypadają zdecydowanie lepiej. Tam większość połowów jest już certyfikowana, jest dosyć sprawne zarządzanie, jednakże należy pamiętać, że nie jest to sytuacja na stałe.

Z danych FAO wynika, że przeławianych jest już ponad 33 proc. stad ryb – trzykrotnie więcej niż w połowie lat 70. Najgorsza sytuacja panuje na Morzu Śródziemnym i Morzu Czarnym, gdzie problem dotyka ponad 62 proc. stad, także na południowo-wschodnim Pacyfiku (61,5 proc.) czy południowo-zachodnim Atlantyku (58,8 proc).

Według ostatnich szacunków naukowców, którzy badali zasoby ryb i owoców morza, jedynie 58 proc. stad ryb na całym świecie jest poławianych w sposób zrównoważony, który gwarantuje ich naturalne odnawianie.

Jeśli danego drapieżnika zabraknie, może się to przyczynić do rozwoju np. roślin. Następuje wówczas proces eutrofizacji, to, co czasami spotykamy w Bałtyku, czyli zielona poświata na plażach. To zatrucie danego akwenu morskiego powodujące braki tlenowe. To może mieć później konsekwencje dla zmian klimatycznych i powodować wzrost intensywnych zmian pogodowych oraz zamykać dostęp do plaż. Zachowanie odpowiednich proporcji między rybami a funkcjonowania całego ekosystemu jest gwarancją przetrwania naszej planety w przyszłości – przekonuje Anna Dębicka.

Wyginięciem zagrożony jest m.in. tuńczyk błękitnopłetwy, obecnie najdroższa ryba na świecie, używana do przygotowania ekskluzywnego sushi.

Z naszych regionalnych gatunków nie polecamy dorsza bałtyckiego, a także łososia bałtyckiego. To ryba, która jest odtwarzana w naszym rejonie, cały czas ma problemy z naturalnymi siedliskami rozrodu w basenie Morza Bałtyckiego, potrzebuje czasu, żeby mogła się odrodzić. Na szczęście większość niedużych ryb, które spożywamy, ma krótki okres rozwoju, więc wystarczą 2–4 lata, żeby ryba mogła się odrodzić – ocenia ekspertka MSC.

W ciągu ostatnich 40 lat światowy handel rybami i produktami rybnymi wzrósł osiemnastokrotnie. W 2016 roku wart był 143 mld dol. Rośnie też świadomość konsumentów dotycząca problemów, z jakimi borykają się morza i oceany. Jak wynika z badania GlobeScan, już 41 proc. osób wskazuje, że przełowienie oraz spadek liczby gatunków ryb to jeden z najważniejszych problemów, z jakim borykają się morza i oceany.

– Kiedy kupujemy mięso, to wybieramy kurczaka, polędwicę wołową, wieprzową, jesteśmy zainteresowani tym, jaki to jest gatunek mięsa. Tak samo przy rybach. Powinniśmy się interesować, czy kupujemy dorsza atlantyckiego, który jest poławiany stabilnie i ma certyfikat MSC, czy kupujemy halibuta, który jest gatunkiem zagrożonym – mówi Anna Dębicka.

Międzynarodowe certyfikaty to najprostszy sposób, by w czasie zakupów wybrać produkty, które pozyskiwane są w sposób nieeksploatujący zasobów mórz i oceanów, np. certyfikat MSC. Obecnie już ponad trzysta dwadzieścia rybołówstw z trzydziestu pięciu krajów świata ma taki certyfikat, a ponad osiemdziesiąt kolejnych jest w trakcie procesu oceny.

Program MSC stworzył dwa standardy. Jeden dotyczy zrównoważonego rybołówstwa i ocenia pracę rybaków, ale również administracji, nauki, oraz pokazuje kierunki, w których może się zmieniać, żeby dostarczać więcej cennego surowca i zachować zdrowe stada ryb na przyszłość. Kolejnym etapem jest standard łańcucha dostaw. To on zapewnia, że ryba, która została złowiona w sposób zrównoważony, to jest na pewno ta ryba, którą kupujemy w sklepie – wskazuje Anna Dębicka.

Przedsiębiorcy znowu zapłacą za obietnice rządu

„Danina solidarnościowa” nie będzie zasilana wyłącznie z kieszeni grupy kilkudziesięciu tysięcy najbogatszych Polaków. Pieniądze pójdą z Funduszu Pracy, na który składają się wszyscy przedsiębiorcy. Według opublikowanego przez Ministerstwo Finansów projektu ustawy na nowy fundusz pomocy osobom niepełnosprawnym zostanie odprowadzone 0,15 proc. podstawy wymiaru składki na Fundusz Pracy.

Sama danina, będąca de facto nowym progiem podatkowym PIT, nie wystarczy bowiem na spełnienie obietnic rządu dotyczących pomocy niepełnosprawnym. Jak rząd chce ten problem rozwiązać stało się jasne po publikacji projektu ustawy o Solidarnościowym Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych.

Okazuje się, że źródłem jego przychodów będą przede wszystkim obowiązkowe składki, wyodrębnione z już płaconych przez przedsiębiorców składek na Fundusz Pracy. Składka na nowy fundusz będzie wynosić 0,15 proc. podstawy wymiaru składki na Fundusz Pracy. Do tego dojdzie danina solidarnościowa od dochodów osób fizycznych, w większości osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Ci podatnicy, którzy w roku podatkowym uzyskają dochód w wysokości ponad 1 mln zł, będą obowiązani do zapłaty daniny solidarnościowej w wysokości 4 proc. od nadwyżki ponad tę kwotę.

Zgodnie z projektem, środki z nowego funduszu mają być przeznaczone m.in. na wsparcie społeczne i zawodowe osób niepełnosprawnych, na zadania związane z promowaniem i wzmacnianiem systemu wsparcia dla osób niepełnosprawnych oraz zadania z zakresu innowacyjnych rozwiązań dotyczących rehabilitacji społecznej i zawodowej. W projekcie wskazano, że pozostałymi źródłami przychodów mają być m.in. dotacje z budżetu państwa na realizację programów współfinansowanych ze środków UE na rzecz osób niepełnosprawnych.

Propozycję rządu należy potraktować jako doraźne działanie podyktowane potrzebą zapewnienia dodatkowych środków osobom niepełnosprawnym i ich rodzinom. Danina solidarnościowa to kolejna proteza w systemie podatkowym, która ten system dodatkowo komplikuje. Co bardziej istotne, wprowadzenie daniny solidarnościowej to potencjalnie bardzo niebezpieczny precedens.

– Nie mam wątpliwości, że pomoc niepełnosprawnym jest niezbędna i zgadzam się, że państwo ocenia się po tym, jak traktuje najsłabszych. Ale też państwo ocenia się po tym, jak traktuje wszystkich obywateli – podkreśla dr Andrzej Malinowski, Prezydent Pracodawców RP. – I okazuje się, że jedyną odpowiedzią rządu na problemy rozmaitych grup społecznych i zawodowych jest opodatkowanie przedsiębiorców. A oni już teraz odprowadzają do budżetu państwa największe kwoty! – mówi Prezydent Malinowski.

Sytuacja, w której pracodawcy płacą składkę na jeden fundusz po to, by została ona przekazana na inny fundusz jest tym bardziej niezrozumiała, że Fundusz Pracy został utworzony, by przeciwdziałać bezrobociu i łagodzić jego skutki, a tymczasem coraz częściej służy do finansowania zadań niezwiązanych z jego celami.

– Stało się swego rodzaju niechlubną tradycją, że kolejne rządy w poszukiwaniu pieniędzy zawsze wyciągają rękę do kieszeni przedsiębiorców. Czekam na moment, kiedy rządzący zamiast poszukiwać pieniędzy u obywateli, dokonają autorefleksji i skoncentrują się na sprawnym zarządzaniu i ograniczaniu kosztów rozbuchanej administracji – podsumowuje Andrzej Malinowski.

Wielka piątka polskiego outsourcingu

Sektor usług dla biznesu najszybciej rośnie w Warszawie, Krakowie, Trójmieście, Wrocławiu i w Katowicach.

Odpowiednią kadrę, jak i bogate zaplecze biurowe zapewnia inwestorom z sektora nowoczesnych usług dla biznesu dziewięć największych aglomeracji w naszym kraju. Firmy z tego segmentu najchętniej lokują nowe centra BPO/SSC/IT jednak przede wszystkim w pięciu miastach – Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście i Aglomeracji Katowickiej. Trzy pierwsze lokalizacje stają się kluczowe dla branży.

– Warszawa, Kraków i Wrocław skupia niemal połowę działających w Polsce ośrodków obsługi biznesu, w których pracuje większość osób zatrudnionych w tym segmencie w naszym kraju – przyznaje Bartłomiej Zagrodnik, Partner w firmie doradczej Walter Herz.

Warszawa z największą liczbą nowych centrów

Pomiędzy I kwartałem 2017 roku, a I kwartałem 2018 roku największym przyrostem centrów świadczących usługi dla biznesu mogła pochwalić się Warszawa. W stolicy, w której funkcjonuje 210 tego typu placówek, przybyło w tym czasie 18 ośrodków. W tym samym okresie Trójmiasto zyskało 14 nowych jednostek, Kraków – 10 centrów, a we Wrocławiu i Katowicach przybyło po 8 ośrodków. Na te miasta przypadła większość otwieranych w Polsce w ciągu tamtego roku centrów BPO/SSC/IT.

Bartłomiej Zagrodnik zauważa, że wiodące dla branży lokalizacje zdążyły już wypracować swoją specyfikę, jeśli chodzi o kategorie usług, które w nich przeważają. – W Warszawie w strukturze zatrudnienia w sektorze dominuje outsourcing procesów biznesowych (BPO). W Krakowie najszerzej zakrojoną działalność prowadzą centra usług wspólnych (SSC), a w Aglomeracji Katowickiej przewagę zyskały ośrodki pracujące w obszarze technologii informatycznych i badawczo-rozwojowych (IT&R+D) – wymienia ekspert Walter Herz.

280 tys. osób zatrudnionych w sektorze usług dla biznesu

Relacja kosztów pracy do poziomu kwalifikacji pracowników w Polsce sprawia, że jesteśmy bardzo konkurencyjną lokalizacją w porównaniu z krajami Europy Zachodniej. To przyciąga do naszego kraju coraz większą rzeszę inwestorów, w tym największych, światowych graczy, którzy przenoszą biznes nad Wisłę.

Ostatni raport ABSL mówi, że najwięcej nowych miejsc pracy w sektorze obsługi biznesu od marca 2017 roku do marca 2018 roku wygenerowanych zostało w Warszawie (6,8 tys.) i Krakowie (6,7 tys.). We Wrocławiu przybyło natomiast 4,8 tys. nowych pracowników branżowych. W tych trzech ośrodkach łącznie powstała większość miejsc pracy, które zostały utworzone przez firmy sektorowe w ciągu omawianych 12 miesięcy.

W całej Polsce sektor usług dla biznesu skupia około 280 tys. pracowników. W ciągu minionych dwóch lat zatrudnienie w outsourcingu wzrosło w naszym kraju o 30 proc., co świadczy o wyjątkowo dużym potencjale polskiego rynku. Prognozy wskazują, że na początku 2020 roku sektor liczył będzie już około 340 tys. pracowników.

Segment BFSI rośnie szybciej niż cały sektor

Zdecydowanym liderem pod względem liczby zatrudnianych osób pozostaje Kraków, w którym pracuje niemal co czwarta osoba reprezentująca branżę w naszym kraju. Druga pod względem wielkości zatrudnienia w usługach dla biznesu jest Warszawa z ponad 51 tys. pracowników sektorowych. Dalej plasuje się Wrocław, Trójmiasto i Aglomeracja Katowicka.

Na szczególną uwagę, jak zauważa Bartłomiej Zagrodnik, zasługuje szybki wzrost w Polsce centrów usług firm z sektora bankowości, usług finansowych i ubezpieczeń (Banking, Financial Services and Insurance – BFSI). – Segment BFSI rośnie szybciej niż cały sektor usług dla biznesu, o czym świadczy choćby szybki wzrost powierzchni biurowej, którą zajmuje. Podmioty działające w bankowości i finansach należą do najemców, którzy poszukują dużych powierzchni w najlepszych obiektach – mówi specjalista.

Centra BPO/SSC/IT największym najemcą powierzchni biurowych

W 2017 roku sektor usług dla biznesu ogółem wygenerował około jednej trzeciej popytu na powierzchnie biurowe w Polsce. Aż 25 proc. powierzchni, która zakontraktowana została przez firmy sektorowe, przypadła na podmioty z segmentu bankowości, finansów i ubezpieczeń (BFSI).

Swoje centra w naszym kraju ma już 13 spośród 50 największych pod względem wartości aktywów banków świata, w tym JP Morgan Chase, HSBC, BNP Paribas, Citigroup, Deutsche Bank, Banco Santander, Royal Bank of Scotland Group, UBS, ING, UniCredit, Goldman Sachs, Crédit Suisse, Nordea. Spośród 51 centrów BFSI znajdujących się w Polsce, 17 ośrodków funkcjonuje w Warszawie, 11 placówek działa w Krakowie, we Wrocławiu – 6, a w Trójmieście – 5 centrów.

W ciągu roku przybyło ponad 90 ośrodków outsourcingowych

Ogółem, według danych ABSL pod koniec marca br. było w Polsce 1236 centrów usług dla biznesu, o 91 więcej niż rok wcześniej. Wśród centrów, które powstały w ostatnim czasie najwięcej (21) jest inwestycji z USA, a polskie firmy z 13 utworzonymi jednostkami plasują się za nimi.

W Warszawie, a także na rynkach regionalnych, na których sektor BPO/SSC/IT najszybciej się rozwija, jak informuje Bartłomiej Zagrodnik, deweloperzy starają się zabezpieczyć odpowiedni poziom nowej podaży biurowej.

Według danych Walter Herz, w aglomeracji warszawskiej w budowie jest obecnie 770 tys. mkw. powierzchni biurowej. Większość z realizowanych biurowców ukończona zostanie po 2018 roku. A ponieważ popyt na stołeczne biura jest większy niż podaż, poziom pustostanów na warszawskim rynku spadł aktualnie do poziomu nienotowanego od pięciu lat.

Wraz z sektorem BPO/SSC rosną rynki biurowe w Polsce

Poza Warszawą najintensywniej rozbudowuje się Kraków i Wrocław. – Nieprzypadkowo są to lokalizacje, w których najsilniejszą grupę najemców stanowią właśnie firmy z rosnącego w ekspresowym tempie sektora usług dla biznesu – zwraca uwagę Bartłomiej Zagrodnik.

Kraków, w którym w sektorze zatrudnionych jest najwięcej osób w Polsce, uznany został za najlepszą lokalizację w Europie dla inwestycji z sektora nowoczesnych usług biznesowych. Miasto dysponuje zasobami biurowymi przekraczającymi 1,1 mln mkw. powierzchni. W budowie na terenie aglomeracji powstaje prawie 340 tys. mkw. powierzchni biurowych, z których według obliczeń Walter Herz, do końca tego roku oddanych ma zostać ponad 180 tys. mkw. biur.

Kraków i Wrocław z największym wzrostem w regionach

Zdaniem Bartłomieja Zagrodnika, tak szybki przyrost podaży na rynku biurowym w stolicy Małopolski jest rezultatem silnego popytu na powierzchnie, który zgłaszany jest przede wszystkim przez firmy świadczące usługi dla biznesu. W 2017 roku popyt na krakowskie biura przekroczył 200 tys. mkw., z czego ponad 100 tys. mkw. wynajęły podmioty z sektora BPO/SSC.

Podobnie jak w Krakowie, także we Wrocławiu firmy sektorowe zakontraktowały w ubiegłym roku około 100 tys. mkw. powierzchni biurowej. Na wrocławskim rynku w budowie jest aktualnie prawie 290 tys. mkw. biur, z których jak szacują analitycy Walter Herz, jeszcze w tym roku oddane zostanie prawie 170 tys. mkw. powierzchni. Dzięki temu, przed końcem tego roku biurowe zasoby stolicy Dolnego Śląska powinny przekroczyć poziom 1 mln mkw. powierzchni.

Trójmiasto i Katowice gonią liderów

Aby Trójmiasto mogło zaoferować 1 milion mkw. powierzchni biurowych muszą upłynąć jeszcze co najmniej dwa lata. Na tym rynku, w trakcie realizacji jest ponad 170 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni. Ubiegłoroczny popyt na biura osiągnął tam rekordową wartość 114 tys. mkw. Całkowita podaż biurowa w Trójmieście sięga teraz 700 tys. mkw. powierzchni.

Licząca 2 miliony mieszkańców Aglomeracja Katowicka dysponuje ponad 460 tys. mkw. powierzchni biurowej, a w budowie pozostaje około 35 tys. mkw. Na rynek katowicki wchodzą jednak wciąż nowe inwestycje. W ostatnim czasie firma GTC zapowiedziała realizację nowego budynku biurowego o powierzchni około 15 tys. GLA przy ulicy Mikołowskiej, którego budowa ma się rozpocząć w przyszłym roku. Na realizację czeka też 130 metrowa wieża, która ma powstać w drugim etapie budowy kompleksu .KTW, czy dwa biurowce Echa w projekcie Face 2 Face Business Campus, z których jeden wszedł właśnie do realizacji.

Autor: Walter Herz

GUS: w nieruchomościach rekord i sygnały spowolnienia

Pierwsze półrocze przyniosło rekordową liczbę mieszkań oddanych do użytkowania, ale jednocześnie potwierdzenie wcześniejszych sygnałów, wskazujących na zbliżające się przesilenie na rynku nieruchomości.

Historyczny rekord sprzed 27 lat pobity…

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

W pierwszych sześciu miesiącach tego roku do użytkowania oddano 83 217 mieszkań. To największa liczba nowych mieszkań od 1991 r., czyli od kiedy GUS publikuje dane na ten temat. Jednocześnie to o 6,3 proc. więcej niż w rekordowym dotąd pierwszym półroczu 2017 r. Tempo wzrostu było jednak nieco niższe niż po pięciu miesiącach, gdy sięgało 6,9 proc. Z tej liczby 48 159 tys. – czyli ponad połowę mieszkań – oddali do użytku deweloperzy. W tej kategorii także dynamika wyhamowała z 10,4 proc. do końca maja, do 8,9 proc na koniec półrocza.

… lecz spowolnienie jest już faktem

To niejedyny i prawdopodobnie nie najważniejszy sygnał nadchodzącego spowolnienia dotychczasowych trendów na rynku nieruchomości. W ocenie kształtowania się przyszłych tendencji szczególnie istotne są bowiem dane o liczbie wydawanych zezwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów. Te zaś pozwalają spodziewać się wyraźniejszej zadyszki po stronie podaży. W pierwszym półroczu wydano zezwolenia (łącznie ze zgłoszeniami projektów) na budowę 132,3 tys. mieszkań. Ta liczba wydaje się duża, ale to tylko o 1,4 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 r., podczas gdy w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku wzrost liczby zezwoleń przekroczył 33 proc. To już poważna dysproporcja i sygnał hamowania aktywności podażowej mieszkań. Jeszcze po pierwszym kwartale obecnego roku liczba wydanych zezwoleń rosła o ponad 10 proc., więc można sądzić, że z miesiąca na miesiąc sytuacja ulega pogorszeniu. Podobnie jest w przypadku rozpoczętych budów, których liczba zwiększyła się o 7,2 proc., podczas gdy po pierwszym kwartale rosła o 8,6 proc., a po pierwszych pięciu miesiącach o 9,3 proc. Porównanie z ubiegłorocznymi danymi nie pozostawia złudzeń, że rynek coraz ostrzej hamuje – w pierwszym półroczu 2017 r. wzrost sięgał aż 23 proc.

Przyczyny zmian: brak działek, mocy produkcyjnych i gwałtownie rosnące koszty

Trudno przypuszczać, by deweloperzy, widząc nieustający napór popytu na mieszkania, wstrzymywali swoją aktywność „bez powodu” lub – jak głoszą niektóre opinie – by wywołać większą presję na wzrost cen. Nie ma większych wątpliwości, że napotykają oni na ograniczenia dostępności działek, trudności w wykonawstwie wynikające z wyczerpujących się mocy produkcyjnych firm budowlanych. Narastającym ograniczeniem hamującym rozwój w branży stał się brak pracowników, a także związany z tym zjawiskiem wzrost kosztów. Nie bez znaczenia może też być wciąż mająca miejsce niepewność co do kształtu przyszłych regulacji i ich konsekwencji. Na korzyść deweloperów i rynku zdaje się przemawiać tzw. specustawa mieszkaniowa, mająca ułatwić pozyskiwanie działek oraz uprościć i skrócić formalne procedury związane z inwestycjami. W przeciwnym kierunku działają przepisy dotyczące rozliczeń VAT oraz ustawy deweloperskiej, zmierzające do wyeliminowania otwartych rachunków powierniczych, a w ich miejsce wprowadzenia jedynie rachunków zamkniętych, z których środki deweloper będzie mógł wykorzystać dopiero po przeniesieniu na nabywcę prawa do lokalu.