Stenogramy z posiedzenia FED pomagają dolarowi. MFW straszy wizją spowolnienia w gospodarce. Dane z Wielkiej Brytanii rozczarowują inwestorów i osłabiają funta.
Beżowa Księga bez rewolucji
Pod tą nazwą znajdują się stenogramy z posiedzeń FED. Głównym tematem było wyhamowanie wzrostów w USA. Wśród zagrożeń wskazano brak wykwalifikowanych pracowników. Co ciekawe nie chodziło tylko o wysoko wykwalifikowanych ale nawet kierowców ciężarówek. Pojawił się oczywiście temat ceł i reperkusji wojny handlowej. Wydźwięk zdaniem obserwatorów nie był jednak tak negatywny jak poprzedniej konferencji. Jaki miało to wpływ na rynek? Inwestorzy uznali, że uwiarygadnia to kolejne podwyżki stóp procentowych w tym roku. To z kolei umacnia notowania dolara.
Międzynarodowy Fundusz walutowy przewiduje kryzys
Najnowsze prognozy wskazują, że dobrze już było. Największe gospodarki mają powoli redukowane perspektywy rozwoju w kolejnych latach. Powodem jest zarówno obawy o rosnące ceny ropy naftowej jak i rosnące ryzyko wojny handlowej. Oba te czynniki zniechęcają przedsiębiorców do większych inwestycji. Pewien niepokój budzą też rosnące rentowności obligacji. Drożej pożyczające państwa będą się szybciej zadłużać dalej co może przybliżyć nas do kolejnego kryzysu.
Słabsze dane z Wysp
Sprzedaż detaliczna w Wielkiej Brytanii spada w ujęciu miesięcznym. W skali roku wciąż mamy wzrost o 2,9%, ale to i tak słabiej niż oczekiwane 3,7%. Co zdaniem ekspertów jest powodem? Niepewność. Brytyjczycy od miesięcy żyją w cieniu negocjacji Brexitowych. Nikt nie wie co się będzie działo w przyszłości i jakie będą warunki gry. W rezultacie część konsumentów woli odłożyć zakupy na przyszłość. Jak nietrudno się domyślić taki przebieg spraw nie buduje zaufania inwestorów. W rezultacie po publikacji byliśmy świadkami przeceny funta na rynku o niemal 1,5 grosza względem złotego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Z ostatniego raportu OTTO Work Force wynika, że 89% badanych Ukraińców zatrudnionych w Polsce posiada wykształcenie średnie lub wyższe. Mimo to, 72% z nich pracuje w roli pracowników fizycznych. Oprócz zarobków, to również brak możliwości rozwoju osobistego jest największą bolączką ukraińskich imigrantów na polskim rynku pracy.
Praca poniżej kwalifikacji, a plany dalszej emigracji
Według raportu OTTO Work Force 39% badanych pracowników z Ukrainy chciałoby zmienić pracę na taką, która będzie bardziej odpowiadać ich kompetencjom. Sytuacja na rynku pracy i niedobory pracowników pokazują, że w przyszłości pracodawcy będą musieli zadbać o lepsze dopasowanie kwalifikacji pracownika do rodzaju wykonywanej pracy.
Wyniki badania sugerują, że polski rynek pracy nie wykorzystuje potencjału pracowników z Ukrainy. Mimo to, większość badanych utrzymuje, że chce pozostać w Polsce (68% planuje tutaj stały pobyt lub regularne przyjazdy w celu zarobkowym). Jednak jak wynika z raportu OTTO, z roku na rok coraz więcej pracowników planuje wyjazd do krajów zachodnich (takich jak Niemcy, Francja i Holandia) ze względu na wyższe stawki za tę samą pracę. Zmianę kraju pobytu rozważa 37% ankietowanych. 7% z nich planuje wyjazd jeszcze w tym roku. Raport OTTO pokazuje, że istnieje silna korelacja między poziomem zadowolenia z wynagrodzenia i możliwości rozwoju, a planami dalszej emigracji.
Czynniki decydujące o zadowoleniu pracowników tymczasowych z Ukrainy
„Skala problemu związanego z pracą poniżej poziomu wykształcenia u pracowników ukraińskich jest ogromna, dotyczy bowiem zdecydowanej większości imigrantów ze Wschodu. Wpływ na tę sytuację może mieć m.in. poziom znajomości języka, który został oceniony przez ankietowanych na 3 w 5-stopniowej skali.” – mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Operacyjny OTTO Work Force Polska.
Premia za wyniki i możliwość awansu poprawia efektywność
Z przeprowadzonego badania wynika, że kwestie takie jak premia za wyniki, kompetencyjny przydział obowiązków, pozytywna atmosfera w pracy i możliwość awansu wpływają na wzrost efektywności pracowników ukraińskich. Analiza danych pokazała, że im bardziej pracodawcy stawiają na przydzielanie obowiązków według mocnych stron, tym Ukraińcy są bardziej zadowoleni z oferowanej przez pracodawców ścieżki kariery. Dodatkowo im bardziej system motywacyjny dopasowany jest do charakteru pracy, tym bardziej pracownicy zadowoleni są z wynagrodzenia i możliwości awansu w firmie.
Czynniki poprawiające efektywność pracy pracowników tymczasowych z Ukrainy
„Im mniej możliwości rozwoju kariery zawodowej widzą przed sobą ankietowani pracownicy ze Wschodu, tym większą rolę przywiązują do zarobków. Podwyższone wskaźniki dotyczące planów wyjazdowych pracowników ukraińskich są spowodowane również rosnącą ilością paszportów biometrycznych, dzięki którym mieszkańcy Ukrainy mogą korzystać z ruchu bezwizowego. Przy okazji łatwiej im również znaleźć zatrudnienie w szarej strefie” – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Operacyjny OTTO Work Force Polska.
Polski złoty zakończył wczorajszy dzień osłabieniem w relacji do głównych walut. Najwięcej stracił w parze z silniejszym dolarem amerykańskim, jednak skala spadków była dosyć ograniczona.
Wczorajszy dzień nie przyniósł nadmiernych zaskoczeń ani silnych impulsów. USD kontynuował umocnienie z dwóch poprzednich dni, w istotnym stopniu determinując zachowanie innych walut.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
Kurs euro
Kurs EUR/PLN w środę wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wczorajsza rewizja czerwcowego odczytu inflacji bazowej nieco rozczarowała. Wspólna waluta nie doświadczyła jednak z tego powodu wyraźnej, utrzymującej się słabości. Euro w parze z dolarem zakończyło dzień na minusie, natomiast było to związane przede wszystkim z siłą tego ostatniego.
Kurs funta
Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,82-4,85. Wczorajsze dane o inflacji rozczarowały i zaszkodziły brytyjskiej walucie, która traciła w parze z euro i dolarem amerykańskim. W relacji do złotego funt zakończył dzień na lekkim plusie, jednak było to związane jedynie ze słabością polskiej waluty.
Dzisiejsze dane z Wielkiej Brytanii ponownie rozczarowały. Tym razem zawiodła sprzedaż detaliczna, która zamiast lekko wzrosnąć w czerwcu (+ 0,1% m/m) odnotowała niewielki spadek (-0,5% m/m). W ujęciu rocznym sprzedaż w czerwcu wyniosła 2,9% wobec oczekiwanych 3,7% rocznie. W górę wprawdzie zaktualizowano odczyty z poprzedniego miesiąca, jednak nie uchroniło to brytyjskiej waluty przed kontynuacją spadków. W parze ze złotym brytyjska waluta jest względnie stabilna, jednak w relacji do dolara znalazła się na najniższym poziomie od 10 miesięcy.
Kurs dolara
Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,68-3,72. Amerykańska waluta w środę kontynuowała umocnienie z poprzedniego dnia, zyskując również w relacji do głównych walut.
Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości zbiorczo były gorsze od oczekiwań, jednak nie miały przesadnie dużego wpływu na rynek walutowy. To, co miało nieco większe znaczenie, to komunikacja ze strony banku centralnego w postaci przemówienia prezesa FED przed Komisją Usług Finansowych Izby Reprezentantów oraz publikacja tzw. “Beżowej Księgi”, czyli zbioru informacji banków Rezerwy Federalnej z poszczególnych dystryktów.
Retoryka Powella z wczorajszego wystąpienia była podobna do tej z poprzedniego dnia. Prezes FED potwierdził, że obecny stan i perspektywy amerykańskiej gospodarki są dobre, informując, że nie dostrzega recesji w najbliższej przyszłości. Powell odniósł się do kwestii handlu stwierdzając, iż przedłużający się okres protekcjonizmu byłby zły dla gospodarki. Zwrócił uwagę, że z amerykańskich firm płyną sygnały o negatywnym efekcie taryf celnych. Firmy te opóźniają, a nawet wstrzymują inwestycje (co sugerowały ostatnie “minutki”), jednak ich zbiorcze decyzje na ten moment nie są odzwierciedlone w danych makro.
Lipcowa „Beżowa Księga” FED potwierdza, że poszczególne dystrykty USA doświadczają ekspansji gospodarczej. W kontekście tej publikacji najciekawszą rzeczą zdaje się być to, jak wiele jest w “Księdze” odniesień do konfliktu handlowego. Odniesienia do taryf celnych zaczęły pojawiać się już w kwietniu, jednak w lipcowej “Księdze” odniesień jest nieco ponad 30. Niewykluczone, że pojedyncze decyzje przedsiębiorstw ostatecznie zaczną przekładać się negatywnie na dane i osłabią ekspansję gospodarczą USA.
KLUCZOWE INFORMACJE
14:30 – wskaźnik przemysłowy FED z Filadelfii w czerwcu
Za nami rekordowe pierwsze półrocze na warszawskim rynku nieruchomości biurowych. Do użytkowania oddano łącznie ponad 173 tys. mkw. powierzchni. To aż 65% całkowitej podaży prognozowanej na 2018 rok – wynika z raportu CBRE „Warszawski Rynek Biurowy. Rekordowe półrocze 2018”. Eksperci zwracają uwagę, że popyt nadal przewyższa podaż, a poziom pustostanów jest na najniższym poziomie od lat, co daje przewagę właścicielom budynków. Czynsze na obecnym poziomie utrzymają się do 2020 roku.
Mikołaj Sznajder
– Obecna sytuacja na warszawskim rynku biurowym równoważny siły po trwającym jakiś czas „rynku najemcy” i to widać najbardziej w najlepszych lokalizacjach. W stolicy popyt przewyższa podaż. Wzmożona aktywność firm i ograniczona dostępność powierzchni stawia właścicieli budynków w lepszej pozycji negocjacyjnej niż w ostatnich latach. Za biuro w centrum w standardzie premium trzeba zapłacić średnio 24 euro/m-c/mkw. Prognozujemy, że te ceny utrzymają się do 2020 roku. Wtedy zostaną oddane do użytku duże projekty, które obecnie są w trakcie budowy, takie jak Varso, Generation Park, The Warsaw Hub czy Skyliner– komentuje Mikołaj Sznajder, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych w CBRE.
Nowe powierzchnie w natarciu
Pod koniec I półrocza 2018 roku podaż nowoczesnej powierzchni biurowej w Warszawie wyniosła 5,41 mln mkw. Do użytkowania oddano 15 nowych biurowców, których łączna powierzchnia przekroczyła 173 tys. mkw. Blisko 60% nowo oddanej powierzchni znalazło się w centrum, z czego aż 70% było wynajęte już w dniu oddania do użytkowania.
Eksperci CBRE zwracają uwagę, że w ostatnich latach powstał nowy obszar biznesowy w Warszawie, dla którego katalizatorem rozwoju stała się stacja metra Rondo Daszyńskiego. Do końca 2020 strefa bliskiej Woli zostanie powiększona o blisko 400 tys. mkw., co oznacza wzrost o aż 60% w stosunku do stanu obecnego.
Najemcy z rosnącym apetytem
Nowa powierzchnia biurowa rozchodzi się w Warszawie w szybkim tempie. W sumie w ciągu sześciu miesięcy aktywność najemców wyniosła 425 tys. mkw., osiągając blisko połowę prognozowanego poziomu na koniec 2018 roku. Ze względu na niską dostępność wolnych powierzchni w centrum, większa część popytu (52%) zlokalizowana była poza nim.
Popyt w Warszawie napędzany był w największej mierze przez firmy z sektora usług profesjonalnych, którzy odpowiadali za ponad 16% całkowitej wynajętej powierzchni i aż 21% przedsiębiorstwa działające w obszarze IT i nowych technologii oraz sektor bankowy, ubezpieczeniowy i inwestycyjny. Każdy z tych dwóch sektorów odpowiadał za 13% zapotrzebowania na powierzchnię poza centrum.
Duża aktywność najemców przekłada się na spadający poziom pustostanów, który na koniec czerwca wyniósł 11,1%, co oznacza spadek o 2,8 pp. w stosunku do analogicznego okresu w roku poprzednim.
Czynsze w centrum Warszawy
Dobra kondycja rynku, z której wynika wzmożona aktywność najemców, przesuwa przewagę w stronę właścicieli budynków. Trend ten widać wyraźnie w centrum Warszawy. Spowodowało to wzrost czynszów w centrum, pierwszy raz od 2012 roku, który wynosi średnio 24 euro/m-s/mkw. Oczekiwana jest kontynuacja tego trendu aż do 2020 roku, kiedy planowane jest oddanie do użytkowania aż 581 tys. mkw. powierzchni.
Alicja Zajler, dyrektor, Dział Wycen i Doradztwa, Colliers International
Do działu Wycen i Doradztwa Colliers International dołączyła Alicja Zajler, która z początkiem czerwca objęła stanowisko dyrektora. Wspólnie z Ewą Czarnecką, Senior Partnerem i Dyrektorem, Alicja będzie kierować działem i wyznaczać kierunki jego rozwoju.
Alicja jest licencjonowanym rzeczoznawcą majątkowym z akredytacją Ministerstwa Infrastruktury oraz członkiem Royal Institution of Chartered Surveyors. Jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej, stypendystką DAAD, ukończyła studia podyplomowe na Politechnice Warszawskiej. Alicja posiada 11-letnie doświadczenie w wycenach wszystkich rodzajów nieruchomości komercyjnych, w tym handlowych, biurowych i przemysłowych. Przed dołączeniem do Colliers doświadczenie zdobywała w międzynarodowych organizacjach, m.in. w Deutsche Bank Polska oraz Cushman&Wakefield.
— Colliers zajmuje się wycenami nieruchomości już od blisko 20 lat. Mamy w tym zakresie ogromne doświadczenie. Nadal jednak chcemy się w tym aspekcie rozwijać, tym bardziej, że wycena nieruchomości jest usługą komplementarną do innych, które oferujemy naszym klientom. Wierzę, że bogate doświadczenie Alicji będziemy dodatkowym kołem napędowym do rozwoju działu i jego usług — mówi Monika Rajska-Wolińska, partner zarządzający Colliers International w Polsce.
— Rolą rzeczoznawcy w dzisiejszym świecie nie jest już tylko rzetelne oszacowanie wartości i sporządzenie raportu. Powinien on stanowić dla klienta wsparcie w procesie decyzyjnym, służyć doradztwem opartym na profesjonalnych bazach danych i nowych technologiach. Colliers International działa zgodnie z najwyższymi standardami jakości i cieszę się, że będę miała udział w tworzeniu wartości dodanej dla klientów — mówi Alicja Zajler, dyrektor, Dział Wycen i Doradztwa, Colliers International.
Proceder wstrzymywanych przez fiskus zwrotów VAT zyskał silne podstawy wskutek powszechnej akcji uszczelniania systemu podatkowego. W jej ramach przymiotu legalności nabiera też urzędnicze bezprawie, do jakiego dochodzi w zakresie zwracania przedsiębiorcom nadpłaconego podatku od towarów i usług. Niedawny wyrok NSA umocnił organy podatkowe w przekonaniu, że lepiej jest wstrzymać VAT, niż go zwrócić.
Trwającą ponad dwa lata kontrolę podatkową do wojewódzkiego sądu administracyjnego zaskarżyła jedna ze spółek, oczekująca na zwrot podatku VAT. To właśnie on był przyczyną wszczęcia w spółce postępowania kontrolnego przez naczelnika urzędu skarbowego (dalej: NUS), które następnie wielokrotnie przedłużał (III SAB/Wa 34/17 z 04.10.2017 r.).
Karuzela VAT-owska
Spółka wnioskowała o zwrot podatku od towarów i usług za grudzień 2014 r. NUS przedłużającą się kontrolę uzasadniał koniecznością zbadania całego łańcucha dostaw, podejrzewając udział spółki w karuzeli VAT. Tym samym badaniu poddawał wszystkich kontrahentów spółki, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, mogących uczestniczyć w transakcji, w ramach której skarżąca domagała się zwrotu VAT.
Spółka zarzuciła organowi, że takie działanie powoduje jedynie komplikowanie kontroli podatkowej, która dotyczyć powinna tylko zasadności zwrotu u wnioskodawcy. Takie sztuczne komplikowanie i nieuzasadnione przedłużanie spółka wzięła za podstawę skargi na przewlekłość postępowania prowadzonego przez naczelnika urzędu skarbowego.
Poszczególne ogniwa łańcucha
WSA nie zgodził się z zarzutami skargi, uznając zasadność przedłużania trwającej w sumie ponad dwa lata kontroli. Spółka wystąpiła więc ze skargą kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który również obronił stanowisko organu podatkowego, że czynności kontrolne nie mogą ograniczyć się do zbadania samej tylko spółki. Rozpoznana karuzela VAT ma bowiem „charakter rozbudowany, transgraniczny, a uczestniczy w niej szereg podmiotów pełniących modelowe funkcje tzw. znikającego podatnika („słupa”), bufora oraz brokera (którym według dotychczasowych ustaleń może być skarżąca). Dokonywane ustalenia zorientowane są zaś na ustalenie zarówno poszczególnych ogniw łańcucha dostaw, którym przypisuje się możliwość oszustwa w zakresie VAT, jak i ich roli (w tym skarżącej spółki) w deklarowanym obrocie” (I FSK 579/18 z 25.05.2018 r.).
Jak coś trwa długo, to musi tyle trwać
Oddalając skargę kasacyjną NSA w pełni poparł ustalenia dokonane w sprawie przez sąd I instancji. Przyznał, że organ kontrolny przeprowadzał czynności bez zbędnej zwłoki, a długi czas ich trwania był w głównej mierze zależny od długiego terminu oczekiwania na odpowiedzi polskich i zagranicznych władz skarbowych. Dlatego zarzut przewlekłości prowadzenia kontroli podatkowej sąd uznał za niezasadny.
Jak masz działalność, to sam prosisz się o problemy
Oba sądy nie wzięły w ogóle pod uwagę sytuacji spółki, możliwości jej istotnego pogorszenia wskutek trwającego latami przetrzymywania przez urząd skarbowy kwoty zwrotu VAT. Chodzi m.in. o pozbawienie spółki kapitału obrotowego, co może skutkować obniżeniem jej konkurencyjności. Wstrzymywane zwroty podatku są w Polsce częstą przyczyną utraty przez firmy płynności finansowej, a to – jak pokazują realia obrotu gospodarczego – jest główną przyczyną upadłości przedsiębiorstw. „Ponadto organ podatkowy podnosząc fakt zaprzestania działalności gospodarczej przez Skarżącą zapomniał o tym, że wstrzymał zwroty VAT Skarżącej opiewające na wysokie kwoty, co mogłoby być kluczowym czynnikiem finansowym uniemożliwiającym prowadzenie dalszej działalności gospodarczej” (tak WSA we Wrocławiu w wyroku z 09.11.2017 r., I SA/Wr 203/17).
Nie uwzględniono również, że prowadzenie działalności gospodarczej obarczone jest ryzykiem nieuniknionej styczności z oszustwami. „Wskazuje się na świadomość prezesa w przedmiocie wspomnianych oszustw, którą zaczerpnął z mediów i celowe wydzielenie spółki celem minimalizacji ryzyka. (…) Przyjmując zatem argumentację organu w istocie podatnik nie powinien podejmować żadnych działań pomimo wiedzy o istnieniu oszustw podatkowych. Przy takim podejściu jedynym pewnym sposobem ochrony przed oszustami byłaby rezygnacja przez podatnika z prowadzonej działalności gospodarczej” (również I SA/Wr 203/17).
Lepiej nie zwracać VAT
Trudno stwierdzić, czy sądy wydając wyroki w przedmiotowej sprawie miały świadomość, że wstrzymywanie latami zwrotów VAT jest jedną z przyczyn upadłości przedsiębiorstw, często koniecznej, nawet mimo otrzymanego ostatecznie zwrotu. Niemniej NSA zgodził się z WSA, stwierdzając w uzasadnieniu, że: „zasada szybkości zwrotu podatku nie może (…) być faworyzowana kosztem zasady słuszności zwrotu, gdyż ta techniczna czynność zwrotu skutkować mogłaby daleko idącymi konsekwencjami prawnymi, tj. niemożliwością późniejszego odzyskania podatku w razie ustalenia, że ostatecznie zwrot nie był zasadny” (I FSK 579/18).
Przedsiębiorcy to oszuści
Należy jednak zadać pytanie, co jeśli po latach zwrot okaże się zasadny? Kto zrekompensuje firmie spowodowane wstrzymaniem środków finansowych straty? Taka linia orzecznicza sądów, biorąc za główny cel zabezpieczenie majątku Skarbu Państwa, narusza przy tym zasadę domniemania niewinności, której obowiązywanie w postępowaniu podatkowym potwierdza wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nr 27785/10 z 23.10.2014 r. W omawianej sprawie już sam fakt konieczności badania przez organ tak rozległych ogniw wspomnianego łańcucha dostaw sugeruje, że sama spółka nie jest bezpośrednim sprawcą oszustwa, a co najmniej jej zawinienie nie jest tak oczywiste.
Ochrona majątku i firmy
Łatwo sobie wyobrazić, że przedsiębiorca, który dopiero po latach otrzyma zwrot VAT, nie będzie czuł się pewnie w takich realiach obrotu, gdzie dla pewności bezpieczeństwa finansów państwa poświęca się pewność bytu firmy i zatrudnionych w niej ludzi. To właśnie takie postępowanie fiskusa jest głównym bodźcem do zakładania spółek za granicą czy przenoszenia tam biznesu w innej postaci.
Regulatorzy obrotu gospodarczo-prawnego nie powinni zapominać o najważniejszej rzeczy – płacący latami składki na ubezpieczenie zdrowotne w kraju, bardzo często, w następstwie ciężkiej choroby, zmuszeni są walczyć o zdrowie i życie za granicą. Przedsiębiorcy prowadzący biznes w Polsce mogą dla ocalenia firmy zrobić dokładnie to samo.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Szacuje się, że globalne wydatki na influencer marketing wzrosną z 6 mld USD w 2018 r., do 10 mld USD w 2020 r.
Influencer marketing od kilku lat rozwija się bardzo dynamicznie. Marki coraz częściej planują strategie komunikacji z udziałem blogerów i videoblogerów. Twórcy internetowi są liderami opinii, budują zasięg, zaangażowanie, dialog i wiarygodność a także autentyczną więź z marką, edukując odbiorców, wpływając na wzrost konwersji i generowanie leadów.
Statystycznie ponad 50% odbiorców deklaruje, że mają oni czynny udział w ich procesie zakupowym.
Rosnąca popularność influencer marketingu, powoduje, iż coraz więcej marek wpisuje go w strategie marketingowe swojej firmy.
– Badanie przeprowadzone na grupie marketerów ze Stanów Zjednoczonych wskazuje, że 94 % z nich uważa go za skuteczny, 86 % systematycznie z niego korzysta, z kolei 39% z nich deklaruje zwiększenie wydatków na ten kanał w 2018 rok, a co najmniej połowa z tej grupy potwierdza, że będą one rzędu przynajmniej 100 000 dolarów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paulina Jaktorska z MrTarget. – Z tego powodu warto opierać się w strategii swojej firmy, nie tylko na klasycznym modelu zarządzania relacjami z konsumentami (CRM), ale i postawić na nowoczesne, innowacyjne i przemyślane zarządzanie relacjami z influencerami (IRM).
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360
Rynek mobile programmatic rośnie w bardzo szybkim tempie i zyskuje coraz większą popularność. Trzeba jednak wiedzieć, jak skutecznie przeprowadzać kampanie z zastosowaniem zaawansowanej technologii oraz danych, tak aby w pełni wykorzystać ich potencjał. Jak tworzyć efektywne kampanie przy pomocy modelu programmatic reklamy mobilnej? O tym w artykule Mariusza Maksymiuka, CEO Adexon.
Siła reklamy mobilnej
Szacuje się, że w 2018 wydatki na reklamę mobilną mogą wynieść nawet 116,1 mld USD. Według prognoz Zenith, do 2019 roku prawie 80% wydatków na reklamę w modelu programmatic zostanie przeznaczonych właśnie na mobile. Wzrost liczby osób korzystających ze smartfonów sprawia, że marketerzy skupiają się na strategii mobile first, a reklama mobilna w modelu programmatic staje się coraz bardziej popularna. Zwiększa ona zaangażowanie odbiorów oraz pozwala docierać do klientów z odpowiednio dopasowanym przekazem. To wszystko dzięki zaawansowanej technologii, która umożliwia wyświetlanie kreacji w czasie rzeczywistym, a także dostarcza spersonalizowane komunikaty do odpowiednio wyselekcjonowanych odbiorców.
Reklama i aplikacje mobilne
Czas spędzany przez konsumentów na korzystaniu z urządzeń mobilnych stale rośnie, natomiast maleje wykorzystanie urządzeń desktopowych. Statystyki pokazują, że dziennie używamy smartfonów średnio od 3 do 5 godzin, z czego 90% tego czasu przeznaczamy na korzystanie z aplikacji mobilnych. Oznacza to, że reklamy in-app mają ogromny potencjał w angażowaniu użytkowników i wywoływaniu interakcji między konsumentem a marką. Aplikacje mobile są obecnie najlepszą platformą dla reklam w modelu programmatic, zarówno pod względem możliwości wykorzystania danych, jak i niezawodności. Banery reklamowe umieszczane w aplikacjach, wykorzystujące programmatic generują średnio 3 razy większe zaangażowanie konsumentów niż te standardowe. Z analiz Sociomantic Labs wynika, że reklamy w aplikacjach generują o 50% większą sprzedaż od tych umieszczanych na stronach mobilnych. Te same badania pokazują również, że dzięki reklamie mobilnej w modelu programmatic można osiągnąć nawet 70% wyższą konwersję.
Wykorzystanie lokalizacji
Cisco prognozuje, że do 2020 roku liczba użytkowników korzystających z urządzeń mobilnych wyniesie aż 5,5 mld, co stanowi 70% globalnej populacji. Reklama oparta na lokalizacji jest jedną z najlepiej rozwijających się i przyszłościowych form marketingu mobilnego. Dzięki zastosowaniu modelu programmatic, dane zbierane przez urządzenia pozwalają na dostosowanie ofert do indywidualnego odbiorcy oraz dotarcie z nimi w odpowiednim miejscu i czasie. Zazwyczaj są to informacje opierające się na statycznych danych geograficznych, takich jak kraj, miasto czy kod pocztowy. Zastosowanie programmatic jest również przydatne, gdy lokalizacja geograficzna zapewnia określone informacje demograficzne lub behawioralne o konsumencie. Przykładem może być dostosowywanie języka formatów reklamowych lub zapewnienie, że reklama produktów lub usług jest dostarczana tylko w regionach, w których dane marki mają swoje lokalizacje.
Reklama w modelu programmatic rośnie w siłę, stale zyskując na popularności. Wykorzystywanie automatyzacji i nowych technologii daje możliwości generowania przychodów i zaangażowania konsumentów, w oparciu o dokładne dane i inteligentną technologię. Narzędzia do analityki danych są cały czas udoskonalane, dzięki czemu możliwe jest jeszcze bardziej precyzyjne targetowanie. Z roku na rok programmatic ewoluuje i dostosowuje się do zmieniających się potrzeb branży, klientów oraz przepisów. Marketerzy muszą zatem stale obserwować tę szybko zmieniającą się branże, tak aby dostosowywać się do nowych zasad i zaspokajać potrzeby najbardziej wymagających konsumentów.
Lejek sprzedażowy ma za zadanie zwiększyć sprzedaż, a więc dokonać tego, do czego dążą zarówno największe koncerny, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. Nie jest jednak sztuką zbudowanie go, a zrobienie tego w sposób umiejętny, aby jakość lejka przełożyła się na realne efekty. Czym właściwie jest lejek sprzedażowy? W jaki sposób go budować, aby zagwarantował nam jak najlepsze wyniki sprzedażowe? Już w najbliższy czwartek, 26 lipca o godz. 18:00 w poznańskim Idea Hub opowie o tym Bartek Musioł, Brand Consultant w Bee Talents.
Przedsiębiorca nowo powstałej firmy często musi mierzyć się z różnymi wyzwaniami. Jednym z nich jest stałe udoskonalanie procesu sprzedaży swoich produktów w Internecie. Dlaczego to takie ważne? Z raportu „Reimaging Commerce” wynika, że aż 92 proc. użytkowników w trakcie pierwszej wizyty na stronie internetowej nie dokonuje żadnego zakupu, a jedynie odwiedza ją w celach rozpoznawczych. W dłuższej perspektywie może to przysporzyć wiele problemów młodej firmie. Jak można to zmienić?
Jednym ze sposobów stosowanych przez przedsiębiorców jest tzw. lejek sprzedażowy, czyli obrazowy proces pozyskiwania klientów. To swojego rodzaju ścieżka zakupowa, która wiedzie przez niezbędne etapy, w rezultacie prowadzące do podjęcia decyzji. Ma on za zadanie budować stopniowo relację marki z konsumentem, który, dzięki kolejnym fazom, coraz bardziej przekonuje się do dokonania zakupu. Cztery poziomy, z których składa się wspomniany konstrukt, oznaczają stopnie zainteresowania ofertą potencjalnego klienta.
Jak prowadzić skuteczną sprzedaż w Internecie i stopniowo powiększać koszyk zamówienia klienta? Na czym polegają poszczególne etapy budowania lejka sprzedażowego i w jaki sposób to robić, aby w rezultacie otrzymać jak najlepsze wyniki? Jakie inne działania marketingowe mogą wpłynąć na skuteczność sprzedaży? Jużw najbliższy czwartek, 26 lipca o godz. 18:00 w poznańskim Idea Hub opowie o tym Bartek Musioł, Brand Consultant w Bee Talents, który na co dzień w swojej pracy pomaga klientom odkrywać zakamarki online marketingu. Podczas spotkania uczestnicy dowiedzą się między innymi, jak wspierać sprzedaż w Internecie, a także w jaki sposób efektywnie zarządzać spływem leadów, dzięki działaniom online-marketingowym. W trakcie spotkania przedstawione zostaną także narzędzia, które pozwolą na automatyzację procesu sprzedażowego.
Idea Hub to przestrzeń coworkingowa, w której można bezpłatnie popracować, napić się kawy czy wynająć salę konferencyjną na spotkanie biznesowe. Regularnie odbywają się w niej również szkolenia dotyczące pozyskiwania i rozwijania przedsiębiorczych kompetencji.
Wstęp na warsztaty jest bezpłatny, jednak liczba miejsc jest ograniczona. Zapisy możliwe są pod adresem [email protected].
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI
Utrzymujący się od ponad 3 lat historycznie niski poziom stóp procentowych, przybierająca na sile dynamika wzrostu cen oraz poszerzanie oferty dostępnych obligacji skarbowych to główne powody, dla których – według ekspertów Aforti Holding – coraz więcej oszczędności trafia na rynek papierów dłużnych.
Rynkowy rekord padł w czerwcu 2018 roku. To właśnie w tym okresie sprzedaż obligacji skarbowych była najwyższa od 15 lat. Tylko w pierwszym półroczu 2018 roku Polacy zainwestowali w tę formę oszczędzania blisko 5,8 mld zł, co daje wyższą kwotę niż w całym 2016 roku, kiedy to sprzedaż obligacji szacowana była na 4,6 mld zł, w porównaniu do 6,8 mld zł w 2017 roku.
Według danych Ministerstwa Finansów tylko w samym czerwcu 2018 roku sprzedaż obligacji skarbowych przeznaczonych dla klientów detalicznych przekroczyła 1,17 mld złotych, co jest najwyższym wynikiem odnotowanym od 2003 roku. Warto również podkreślić, iż w pierwszym półroczu 2018 roku łączna wartość sprzedanych obligacji skarbowych sięgnęła 5,8 mld złotych, czyli aż 84,4 proc. całości oszczędnościowych papierów dłużnych, które Polacy nabyli w całym poprzednim – najlepszym od 15 lat – roku. Wszystko wskazuje więc na to, iż również na koniec grudnia Ministerstwo Finansów pochwali się historycznie wysokimi wskaźnikami.
Do popularyzacji obligacji skarbowych w znaczący sposób przyczyniło się m.in. samo Ministerstwo Finansów, które podjęło szereg działań mających na celu rozbudowę oferty państwowych papierów dłużnych. Tym samym wymienić należy 6 i 12 letnie rodzinne obligacje przeznaczone dla beneficjentów programu 500 plus, choć trzeba jednocześnie przyznać, iż nie cieszą się one specjalną popularnością. Zdecydowanie większym sukcesem okazały się zaproponowane w ubiegłym roku 3-miesięczne papiery dłużne, które bardzo szybko stały się dogodną alternatywą dla lokat bankowych. Miesiąc temu najwyższym zainteresowanie cieszyły się z kolei 10-miesięczne obligacje premiowe, które były pilotażowym projektem zrealizowanym przez urzędników Ministerstwa Finansów.
Rosnąca popularność papierów dłużnych nie jest jednak wynikiem zmiany stosunku polskich obywateli do chęci wspierania Państwa, jak ma to miejsce chociażby w Japonii, gdzie obok skrupulatnego płacenia wszystkich podatków, za powszechny obowiązek uznaje się również zakup rodzimych obligacji. Popularyzacja rynku papierów dłużnych to raczej efekt prostego rachunku ekonomicznego, który w obecnej sytuacji makroekonomicznej uwidacznia zalety płynące z inwestycji w obligacje.
Nie może to jednak nikogo dziwić, gdyż najpopularniejsza wśród Polaków forma oszczędzania, jaką jest lokata bankowa, przestała przynosić oczekiwane stopy zwrotu, a w wielu przypadkach nie pozwala wręcz zachować realnej wartości pieniądza. Warto bowiem podkreślić, iż ostatni czerwcowy odczyt dynamiki wzrostu cen wyniósł 1,90 proc., kiedy jeszcze 2 lata temu mieliśmy do czynienia z deflacją i wskaźnik ten znajdował się na poziomie -0,90 proc. Porównując przytoczone dane ze średnim oprocentowaniem 1, 3, 6, 12-miesięcznych lokat bankowych, które wynoszą odpowiednio: 1,06 proc., 1,83 proc., 1,57 proc. oraz 1,50 proc. okazuje się, iż cały wypracowane zysk zostanie pochłonięty przez inflację. Oczywiście instytucje finansowe oferują wyższe stopy zwrotu, jednak na ogół wiąże się z to z otworzeniem rachunku ROR, wpłatą dodatkowych środków lub rozpoczęciem korzystania z usług mobilnych, co często zniechęca klientów.
Słabe stopy zwrotu z lokat bankowych są następstwem historycznie niskich stóp procentowych, które decyzją Rady Polityki Pieniężnej już w 2015 roku znalazły się na obecnych minimach. Głównym celem takiej decyzji była walka z przybierającą na sile deflacją, czego udało się finalnie dokonać. Jednak początkowo, przy czasowym występowaniu zjawiska spadku przeciętnego poziomu cen (tj. do listopada 2016 roku), nawet niewielkie oprocentowanie lokat bankowych umożliwiało osiągnięcie zysku. Sytuację pogorszyła zmiana trendu i powrót inflacji, za którym niestety nie poszła zmiana stóp procentowych ani też znacząca podwyżka oprocentowania depozytów bankowych. Efektem tego było przekierowanie oszczędności Polaków na inne alternatywne metody oszczędzania, jak np. obligacje. Potwierdzają to dane Ministerstwa Finansów, według których w 2015 roku nabyto obligacje skarbowe za 3,2 mld złotych, w 2016 roku za 4,6 mld złotych, a już w roku 2017 za 6,8 mld złotych.
Podobnie sytuacja wyglądała na rynku Catalyst, którego wartość w okresie 2016-2017 wzrosła o 14 mld złotych, czyniąc Polskę liderem regionu CEE. Warto podkreślić, iż liczba serii obligacji notowanych w Warszawie jest dwa razy większa niż sumaryczna liczba obligacji korporacyjnych na parkietach w Pradze, Budapeszcie i Bukareszcie.
Rynek kapitałowy za sprawą spółki GetBack po raz kolejny przeżywa wstrząsy związane z niewypłacalnością instytucji oferującej produkty i usługi inwestycyjne. Od kilku miesięcy polski biznes również odnotowuje znaczący wzrost upadłości przedsiębiorstw. W wielu tych instytucjach oprócz Zarządów funkcjonowały także Rady Nadzorcze oraz Komitety Audytu, w związku z tym coraz częściej słyszy się pytanie, dlaczego nadzór nad upadającym biznesem się nie sprawdził?
– Obecnie bardzo łatwo stawiać pytania – gdzie była rada nadzorcza, gdzie był komitet audytu? Faktem jednak jest że już od wielu lat radami nadzorczymi nikt się nie interesuje. O przepraszam – bywają one czasami źródłem dodatkowego dochodu dla członka takowej, ale chyba nie o to chodzi, aby zasiadanie w radzie było formą gratyfikacji. Gdzie była rada nadzorcza, gdzie był komitet audytu? Była dokładnie w tym miejscu, w którym umiejscowił ją akcjonariusz – stwierdza Piotr Rybicki, ekspert NadzorKorporacyjny.pl, biegły rewident oraz orędownik zasad Corporate Governance.
– W mojej ocenie analizując sprawę spółki GetBack powinniśmy przede wszystkim skupić się na wyciągnięciu wniosków i zastanowieniu się w jaki sposób zminimalizować ryzyko wystąpienia takich i podobnych sytuacji w przyszłości. Wydaje się, że kierunek polegający tylko na zaostrzeniu przepisów nie jest jednak najlepszy, choć może rzeczywiście zadziała odstraszająco na jakiś czas. I problem absolutnie nie dotyczy tylko rad nadzorczych i komitetów audytu. Edukacja potrzebna jest na wszystkich szczeblach tj. musi dotyczyć wszystkich uczestników rynku kapitałowego, począwszy od inwestorów, a skończywszy na nadzorcach. Doprecyzowanie czy rozszerzenie przepisów też wydaje się nieuniknione – dodaje Piotr Rybicki z NadzorKorporacyjny.pl.
– Dodatkowo – w obecnym funkcjonowaniu rad nadzorczych istotnym problemem wydają się wynagrodzenia, a dokładnie ich wysokość. Czy można sprawować efektywny nadzór nie będąc za wykonywane zadania wynagradzanym? W ubiegłym roku aż 8% członków rad nadzorczych spośród spółek z warszawskiej GPW nie otrzymało wynagrodzenia, a Ci którzy je otrzymali odnotowali prawie 5% ich spadek (dane za raportem „Wynagrodzenia rad nadzorczych w 2017 roku” firmy Sedlak&Sedlak). Czy mamy zatem kryzys rad nadzorczych? A może, nikt ich już nie potrzebuje? – komentuje Piotr Rybicki z NadzorKorporacyjny.pl.
– Dzieje się tak pomimo, iż w ostatnich dwóch latach wprowadzono szereg nowych obowiązków dla członków rad nadzorczych, co automatycznie przekłada się na większą odpowiedzialność. Dla przykładu, wprowadzenie Dobrych Praktyk Spółek Notowanych w 2016 roku zobligowało rady nadzorcze do wypowiedzenia się m.in. na temat polityki sponsoringowej oraz prawidłowości wypełniania obowiązków informacyjnych przez spółki. W połowie 2016 roku regulacje MAR (Market Abuse Regulation) zobligowały do ujawnienia powiązań rodzinnych i kapitałowych. Z kolei w 2017 roku znacznie zmodyfikowano regulacje w zakresie komitetów audytu, wprowadzając m.in. odpowiedzialność finansową i nadzór Komisji Nadzoru Finansowego – wyjaśnia Piotr Rybicki z NadzorKorporacyjny.pl.
– Ogromnym problemem jest również całkowite niezrozumienie zadań i roli jaką pełni rada nadzorcza. I w tej kwestii również nie pomagają obecne regulacje prawne, które raczej utrudniają faktyczny nadzór niż go wspierają. Błędne jest bowiem myślenie, że rada nadzorcza potrafi i rzeczywiście odkryje każdą nieprawidłowość w firmie. Owszem może tak się stać, ale nie można przyjąć tego za pewnik. Ale… dobrze zaprogramowany system kontroli skutecznie minimalizuje ryzyka. I rada nadzorcza, która faktycznie wykonuje swoje obowiązki i ma wypracowany system kontroli, w dużej mierze minimalizuje wiele ryzyk. Skuteczność rady nadzorczej zależy jednak przede wszystkim od ludzi. I to zarówno od członków rad nadzorczych, jak i decydentów którzy ich do tych rad powołują. Jeżeli obecnie kluczowym czynnikiem decydującym o powołaniu jest… lojalność – to w wielu radach nadzorczych zasiadają tacy członkowie, którzy nie chcą, ale też nie pozwala im się zadawać pytań. Bo jakiekolwiek pytanie – oznacza ich odwołanie. Zresztą przykłady nieprawidłowości można mnożyć – i każdy kto choć raz był w radzie nadzorczej – potrafi ich wymienić nie kilka, a kilkanaście – dodaje Piotr Rybicki z NadzorKorporacyjny.pl.
Pierwsze półrocze bieżącego roku obfitowało w opóźnienia i odwołania lotów, kwalifikujące się do wypłaty odszkodowań. Według danych AirHelp kwota ta w wielu krajach potroiła się w porównaniu z pierwszymi sześcioma miesiącami 2017 r. Wzrost cen biletów ze względu na rosnące koszty paliwa, a także brak pilotów, strajki, niewystarczająca przepustowość lotnisk to kolejne problemy, z którymi boryka się sektor lotniczy w tym roku.
163 tys. pasażerów polskich lotnisk ma prawo do wypłaty odszkodowań o łącznej wartości prawie 200 mln złotych za problematyczne loty w pierwszym półroczu 2018 r.! To ponad trzy razy więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, gdzie ta wartość wyniosła 63 mln złotych (o rekompensaty może się ubiegać prawie 54 tys. poszkodowanych klientów linii lotniczych).
Na znaczny wzrost łącznej wartości rekompensat za zakłócenia lotów może mieć wpływ m.in. ostatnie orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ustanawiające, że strajki pracowników linii lotniczych nie mogą być już uważane za nadzwyczajną okoliczność zwalniającą linie lotnicze z wypłaty odszkodowania. Pojawiły się również korzystne orzeczenia chroniące prawa pasażerów w odniesieniu do utraconych połączeń podczas przesiadki czy międzylądowania.
AirHelp dostrzega wiele powodów, dla których nasze tegoroczne wakacje mogą być w niebezpieczeństwie. Na początku czerwca Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego obniżyło bowiem prognozę zysku branży na 2018 rok o 12%, motywując to rosnącymi kosztami paliwa i pracy.
Rosnące ceny biletów
Jeśli chodzi o ceny biletów, Brent Crude, światowy benchmark naftowy, wzrósł w tym roku o 12% do około 75 USD za baryłkę, co stanowi wzrost o ponad 25% w stosunku do 2017 roku. W odpowiedzi na to większość linii lotniczych może albo podwyższyć swoje ceny bazowe, albo sprzedać mniej tanich bilety niż wcześniej. Prawdopodobnie spowoduje to, że wakacje będą droższe dla pasażerów, którzy jeszcze nie zarezerwowali lotów.
Brak personelu
Ponadto linie lotnicze podnoszą temat braku pilotów. Boeing szacuje, że popyt wzrośnie do 637 000 dodatkowych pilotów w ciągu najbliższych 20 lat. Linie lotnicze twierdzą, że stoją w obliczu większego stresu finansowego i ryzykują zyski, również ze względu na wyższe wynagrodzenie dla pilotów w czasach rosnących cen paliw.
Tymczasem związki zawodowe na całym świecie nadal dążą do uzyskania większych korzyści dla pilotów. Piloci Ryanair tworzą związki zawodowe w całej Europie, mając nadzieję na lepsze warunki pracy, a piloci Air France walczą o wyższe wynagrodzenie. Jak argumentują linie lotnicze, jest to kolejny istotny czynnik zwiększający koszty podróży pasażerów linii lotniczych tego lata.
Nadmierny ruch
Istnieje trzeci powód, dla którego nasze wakacje marzeń mogą zamienić się w koszmar. Chodzi o historycznie najwyższe zapotrzebowanie na wakacyjne podróże. Coraz większa liczba podróżnych prowadzi do sytuacji, w której 10 największych globalnych destynacji (które stanowią 46% międzynarodowych przelotów) w ciągu zaledwie 3 lat będzie musiało pomieścić 70 mln turystów więcej. W rezultacie, oprócz cen paliw i braku pilotów, przemysł staje wobec kolejnego poważnego problemu – niewystarczającej przepustowości portów lotniczych, co może doprowadzić do znacznego wzrostu zakłóceń lotów już tego lata.
Henrik Zillmer, CEO i współzałożyciel AirHelp
– Podczas gdy ceny paliw rosną nie oczekujemy, że linie lotnicze zmniejszą swoje zyski. Oczywiste jest, że po prostu podniosą ceny biletów, zmuszając w ten sposób podróżnych do pokrycia tych strat. Spodziewamy się również poważnych zakłóceń lotów w tegorocznym sezonie wakacyjnym. Zgodnie z prawem linie lotnicze muszą zrekompensować podróżnym utrudnienia w podróży. Właśnie dlatego pięć lat temu stworzyliśmy AirHelp i pomagamy podróżującym w uzyskaniu odszkodowania, na które słusznie zasługują. Prawo jest prawem i musi być przestrzegane – komentuje Henrik Zillmer, CEO i współzałożyciel AirHelp.
Prawa pasażerów lotniczych
W przypadku opóźnionych lub odwołanych lotów oraz odmowy przyjęcia na pokład pasażerowie w pewnych okolicznościach mogą mieć prawo do rekompensaty finansowej w wysokości nawet do 600 euro na osobę. Przysługuje nam ono w przypadku, gdy korzystamy z linii lotniczych zarejestrowanych w Unii Europejskiej. Prawo to obowiązuje nawet jeśli startujemy lub lądujemy poza jej terytorium. Warto pamiętać, że odszkodowanie należy nam się również w sytuacji, gdy przewoźnik nie jest zarejestrowany w UE, ale lot rozpoczyna się lub kończy w jednym z państw unijnych. Regulacje te dotyczą także Islandii, Norwegii i Szwajcarii. Tylko „nadzwyczajne okoliczności”, takie jak burze lub nagłe przypadki medyczne, zwalniają linie lotnicze z obowiązku rekompensowania pasażerów.
Wysokość rekompensaty jest obliczana na podstawie długości lotu, a na złożenie roszczenia poszkodowani pasażerowie mają zazwyczaj 3 lata. Wniosek możemy przygotować sami i wysłać go bezpośrednio do linii lotniczej bądź skorzystać z pomocy takich firm jak AirHelp, które wyręczą nas w procesowaniu roszczenia.
Gdy mówimy o przyszłości tłumaczenia, wielu ludzi myśli o robotach tłumaczących tysiące słów w ciągu sekundy. Jednak czy taka wizja przedstawia właśnie to, co nas czeka w okresie kolejnych pięciu lub dziesięciu lat?
Technologia już wprowadziła istotne zmiany w branży usług językowych. Poza rzeczami, które każdy widzi, takimi jak Tłumacz Google czy Tłumacz Skype, pojawiły się ogromne zmiany o których specjaliści 20 lat temu mogli tylko pomarzyć. Oprogramowanie wspomagające tłumaczenie (ang. CAT- computer- assisted translation), natychmiastowy przesył danych, bazy tłumaczeniowe oraz kompletne glosariusze do których dostępu dzieli tylko jedno kliknięcie, są jedynie niektórymi przykładami tego jak technologia w ciągu ostatnich dwóch dekad ułatwiła życie tłumaczy.
A według większości specjalistów z branży, to co najlepsze dla przyszłości tłumaczenia jest jeszcze przed nami. Przyszłość tłumaczenia jest połączeniem inteligentnych narzędzi i ekspertów z tej dziedziny pracujących razem by dostarczyć dokładne odczyty o konkurencyjnych cenach. Spójrzmy.
Szybciej, taniej, ogólnoświatowo
W erze cyfrowej fizyczne granice nie mają już wpływu na biznes. Każda duża lub mała firma może osiągnąć zasięg globalny. A sekret skutecznego międzynarodowego biznesu leży w jakości usług tłumaczeniowych.
Globalizacja przynosi stały rozwój w branży– szacuje się, że do 2020 r. osiągnie 45 miliardów dolarów. Tłumacze muszą dostosować się do rosnącego zapotrzebowania. Oznacza to, że będą musieli dopasować swoje oferty, by sprostać nowym wymaganiom.
Firmy potrzebują więcej niż tłumaczenia dosłownego by podbić nowe rynki. Muszą szukać usług lokalizacyjnych, jest to proces wykraczający poza zwykłe tłumaczenie. Wyzwaniem nie jest już przekraczanie barier językowych. By sprzedawać poza narodowymi granicami, marki muszą pokonać różnice kulturowe. Firmy potrzebują wartościowej, ujmującej treści, łatwej do odczytania i zrozumienia przez dużą widownię.
Firmy muszą dostosować swoje marki do widowni międzynarodowych; mogą zmienić nazwę swojego produktu oraz wymyślić na nowo strategię marketingową by zbliżyć się do ludzi z różnych kultur.
By firmy wyszły naprzeciw konkurencji, wszystko musi dziać się szybko. Oznacza to, że tłumacze oraz inżynierowie lokalizacji w przyszłości będą musieli dostarczyć wysoką jakość usług tak szybko jak to możliwe, by spełnić wymagania zarówno swoich klientów jak i klientów pochodzących od klientów.
Poza prędkością, tłumacze muszą poradzić sobie z drugim istotnym elementem, a mianowicie kosztami. Wielkość branży się zwiększa, lecz usługi tłumaczeniowe muszą być tańsze by tłumacze pozostali konkurencyjnymi.
Z krótkimi terminami oraz potrzebą zmniejszania kosztów, tłumacze muszą nauczyć się wprowadzać oprogramowanie wspomagające tłumaczenie do codziennych zadań. Pojęcie 100 procentowego tłumaczenia wykonanego przez człowieka (bez wspomagania komputera) nie należy do przyszłości. Przynajmniej nie do tłumaczenia komercyjnego. Nie oznacza to jednak, że tłumacze stracą pracę. Będą musieli jednak nauczyć się używać więcej niż jedno narzędzie by przyśpieszyć proces tłumaczenia.
Szybki czas wykonania oraz niższe koszty nie wpływające na jakość już są istotne w branży.
Wszystko to przyśpieszy jeszcze bardziej w następnej dekadzie w związku ze wzrostem ilości inteligentnych narzędzi. Nowe możliwości sprawią, że tłumaczenie będzie łatwiejsze, szybsze oraz bardziej dokładne.
Zautomatyzowane tłumaczenie będzie nowym standardem
Automatyzacja jest rzeczywistością w branży tłumaczeniowej. Pozwala ona dostawcom usług językowych na optymalizowanie organizacji pracy oraz oszczędzanie czasu i pieniędzy z każdym nowym projektem. Wiele firm już automatyzuje część procesu, jednak przyszłość tłumaczenia wniesie jeszcze więcej korzystnych zautomatyzowanych narzędzi tłumaczeniowych.
Od oprogramowania, które konwertuje rodzaje plików do oprogramowania wspomagającego tłumaczenie, technologia pomaga tłumaczom zmniejszyć czas potrzebny na każdą czynność w procesie tłumaczenia. W ten sposób, zamiast pobierać i ładować pliki lub tracić czas na tłumaczenie terminów specjalistycznych specjaliści mogą się skupić na kreatywnej części pracy. By zmniejszyć czas wykonania, firmy muszą wprowadzić system zarządzania treścią. By ułatwiać wszystkie działania podczas procesu tłumaczeniowego oprogramowanie to stanie się bardziej intuicyjne.
Wszystkie funkcje, które potrzebujesz będą odległe jedynie o jedno kliknięcie:
Baza tłumaczeniowa zawierająca: przydatne dane odnośnie terminologii oraz słownictwo specjalistyczne
Łatwiejszy dostęp do wszystkich wcześniejszych prac oraz liczne źródła do zbierania informacji
Wielojęzyczny system optymalizacji dla wyszukiwarek internetowych, który pozwala na wprowadzenie lokalnych słów kluczowych do swojej treści
Śledzenie w celu uzyskania aktualnych informacje o postępie
Narzędzia te całkowicie zastępują e-maile, ręczne przenoszenie danych, oraz przesyłanie plików. Dzięki temu, spędza się mniej czasu na powtarzających się zadaniach oraz jest mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia błędów. Programy wykorzystywane podczas korekty tekstów również staną się łatwiejsze w użyciu, poprawią dokładność tłumaczenia oraz zmniejszą czas potrzebny na sprawdzenie każdego tłumaczenia.
Tłumacze będą używać sztucznej inteligencji
Przy użyciu sztucznej inteligencji Google znacznie ulepszyło swoje pierwotne oprogramowanie do tłumaczenia. Firmy tłumaczeniowe też wprowadzą podobne oprogramowanie do organizacji zadań by szybciej dostarczać dobre jakościowo tłumaczenia szerszemu gronu odbiorców.
Obecnie tłumaczenie automatyczne wciąż ma problemy z tłumaczeniem na wiele spośród 7.000 języków i dialektów. Zdobycie wiedzy na temat sztucznej inteligencji oraz gruntowna nauka stworzą nową generację oprogramowania tłumaczeniowego. Takie, które dostarcza bardziej dokładne wersje tłumaczenia treści źródłowych w większej liczbie języków.
W przyszłości tłumaczenie obejmie więcej kultur, ponieważ Internet przenika do krajów wschodzących na całym świecie. Poza najczęściej tłumaczonymi językami, oprogramowanie będzie zapewniać trafne rozwiązania w celu porozumienia się z odbiorcami, którzy posługują się mniej znanymi dialektami.
Oprogramowanie, które będzie używane w przyszłości jest łatwe w użyciu, ma minimalistyczny wygląd oraz może połączyć się w mgnieniu oka z technologią wspomagającą. Tłumacze nie będą potrzebować pomocy informatyków, jako że oprogramowanie będzie miało wysoką użyteczność oraz intuicyjny interfejs. Gdy urządzenia się ulepszą, tłumacze będą musieli dopasować swoje umiejętności, takie jak dobre zrozumienie docelowej grupy odbiorców, by zapewniać usługi dostosowane do indywidualnych potrzeb. Pozwoli im to na dopasowanie tłumaczonych treści dla podzielonych grup odbiorców.
Będziemy mieli więcej zabezpieczonych środowisk w chmurze
Przyszłość tłumaczenia znajduje się w chmurze. Wielu dostawców usług językowych wciąż się waha jeśli chodzi o model chmury obliczeniowej SaaS oraz użycie technologii internetowej. Jednak czasy, gdy można było bezpiecznie zachować wszystkie informacje na serwerze już dawno minęły.
Nadszedł czas by pogodzić się z wymianą plików w internecie oraz rozwiązaniom opartym na technologii chmury obliczeniowej. Narzędzia te pozwolą porozumiewać się szybciej, ulepszyć organizację pracy oraz chronić swoje dokumenty przed cyberatakami. Praca w sieci będzie nową „normalnością’’ w branży. Twoi tłumacze z jakiegokolwiek zakątka świata będą mogli mieć łatwiejszy wgląd do dokumentów, w bezpiecznym środowisku, bez potrzeby pobierania danych na komputery osobiste na których dostęp do poufnych danych jest ułatwiony.
Przyszłość tłumaczenia jest teraz!
Wiele z tych zmian już nastąpiło. Zarówno duże jak i małe firmy wprowadzają nowe narzędzia w celu zwiększania wydajności i zmniejszenia czasu wykonania.
Technologia przyniosła wiele możliwości dla dostawców usług tłumaczeniowych. Podczas gdy urządzenia wykorzystujące sztuczną inteligencję znajdują się jeszcze na początkowych etapach rozwoju, niezawodne narzędzia CAT już pomagają tłumaczom w wielu zakątkach świata.
Przyjęcie zmiany jest częścią sukcesu. A więc by twoja branża tłumaczeniowa przeszła do kolejnego etapu, musisz zacząć wprowadzać nowe technologie.
Czerwiec przyniósł wyraźnie wyższą dynamikę produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej, potwierdzając utrzymywanie się korzystnych tendencji w polskiej gospodarce. Oznak jej hamowania wciąż nie widać, choć lekkiego spowolnienia należy spodziewać się w drugiej połowie roku.
Produkcja przemysłowa była w czerwcu o 6,8 proc, wyższa niż rok wcześniej. To bardzo dobry wynik, wyższy niż majowa zwyżka o 5,4 proc. i wyraźnie lepszy niż oczekiwali ekonomiści. Średnia prognoz analityków sięgała 6,1 proc., zaś ministerstwo przedsiębiorczości spodziewało się wzrostu o około 5 proc. Te dane sugerują, że w drugim kwartale tempo wzrostu naszej gospodarki mogło oscylować wokół 5 proc., a w całym roku ma szanse utrzymać się na poziomie nie niższym niż w 2017 r., czyli 4,6 proc. Taki scenariusz potwierdzają podwyższane ostatnio przez wiele krajowych i zagranicznych ośrodków analitycznych prognozy. Znacznie lepsze rezultaty osiągnęło w czerwcu także budownictwo. Produkcja budowlano-montażowa wzrosła w porównaniu do czerwca ubiegłego roku o 24,7 proc., a więc wyraźnie mocniej niż w poprzednich trzech miesiącach. To potwierdza utrzymywanie się pozytywnych tendencji w inwestycjach, choć wciąż raczej tych realizowanych ze środków publicznych, głównie infrastrukturalnych.
Istotne jest również to, że na osiągnięte w czerwcu dobre rezultaty jedynie w niewielkim stopniu wpływ miały czynniki sezonowe. Po ich wyeliminowaniu produkcja w przemyśle wzrosła o 6,6 proc., a w budownictwie o 23,9 proc. W całym pierwszym półroczu produkcja przemysłowa była wyższa niż w tym samym okresie ubiegłego roku o 6,2 proc., a budowlano-montażowa o 23,7 proc. W obu przypadkach oznacza to wyraźne przyspieszenie, szczególnie mocne w budownictwie (w pierwszym półroczu 2017 r. produkcja budowlano-montażowa zwiększyła się o zaledwie 7,6 proc. w porównaniu do 2016 r.).
W czerwcu, podobnie jak miesiąc wcześniej, wzrost produkcji zanotowano w 27 spośród 34 działów przemysłu. Jednak tym razem to nie produkcja maszyn i urządzeń była liderem wzrostu (po majowym skoku o 21 proc, w czerwcu obniżył się o 5,9 proc.), a na czele znalazły się produkcja sprzętu transportowego (wzrost o 13,7 proc.) oraz energetyka i ciepłownictwo (wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę), gdzie wzrost sięgnął 13,6 proc.
Tezę o dominacji inwestycji infrastrukturalnych potwierdzają szczegółowe dane z budownictwa. Choć wzrost zanotowano we wszystkich działach tego sektora, to największy, wynoszący aż 33,6 proc., miał miejsce we wznoszeniu budynków, a więc związany był w sporej części z boomem mieszkaniowym, to 26,9 proc. wyniósł wzrost w budowie obiektów inżynierii lądowej, które z reguły obejmują prace o dużej skali i wartości.
Bez komórki jak bez ręki. Według badań, z telefonu komórkowego korzysta już ponad 90 proc. osób, co dziesiąty śpi z nim pod poduszką, a co trzeci regularnie wykorzystuje aż 13 jego funkcji. Nie przekłada się to jednak na terminowość płacenia rachunków za usługi telekomunikacyjne. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor, długi wobec telekomów o łącznej wartości 750 mln zł, ma 305,5 tys. osób. Najwięcej dłużników pochodzi ze Śląska, choć rekordzista to warszawiak, winien ponad 210 tys. zł. Jak on to zrobił?
Z danych BIG InfoMonitor wynika, że na koniec I półrocza br., liczba dłużników telekomunikacyjnych przekroczyła 305,5 tys. Kwota zaległości, na którą w przeważającej mierze składają się rachunki za telefony komórkowe wyniosła 750 mln zł. Średnia wartość długu to obecnie 2 455 zł. To sporo biorąc pod uwagę badanie TGI/ Net-Track przeprowadzone przez Kantar Millward Brown pokazujące, że trzy czwarte posiadaczy komórek płaci za rachunek nie więcej niż 70 zł miesięcznie, z czego jeden na pięciu ankietowanych od 21 do 30 zł. Tylko co dziesiąty badany ma do uregulowania w każdym miesiącu między 71 a 100 zł, a tylko nieliczni ponad 100 zł.
– Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że wystarczy 200 zł zaległości u jednego wierzyciela i 30 dni po terminie płatności, aby znaleźć się w rejestrze dłużników. Konsekwencją niepłacenia jest wpis do rejestru, który ogranicza możliwość podpisania kolejnej umowy na telefon, a także blokuje dostęp do kredytów, zakupów ratalnych i wielu innych usług. Firmy bowiem sprawdzają w BIG z kim mają do czynienia, a klient z długiem nie wzbudza zaufania – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Nie ma żadnych wątpliwości, że dłużnik nie ma też na co liczyć w firmie, w której ma dług. Podpisze umowę abonamentową w innych telekomach pod warunkiem, że wpłaci wcześniej sporą kaucję w gotówce. Wybór ofert telekomunikacyjnych będzie więc ograniczony do usług prepaidowych, a o zakupie telefonu czy tabletu z płatnością rozłożoną w czasie, również nie ma mowy. Takie ograniczenia mogą dla wielu okazać się kłopotliwe, bo rodacy deklarują w badaniach, że bez telefonu „nie da się żyć”.
Co drugi spóźni się do pracy i szkoły, ale wróci po telefon
Źródło: Badanie CBOS „Aktualne problemy i wydarzenia”
Według CBOS, 92 proc. Polaków ma telefon komórkowy i używa go nie tylko do rozmów, ale korzysta również z ponad 20 innych funkcji. Po rozmowach, drugą najpopularniejsza opcją są SMS-y, a dalej robienie zdjęć i budzik. Kolejne na liście wykorzystywanych funkcji jest: nagrywanie wideo, nawigacja GPS, dostęp do skrzynki mailowej i konta w serwisie społecznościowym. Wiele osób słucha też na telefonie muzyki lub radia, czy ogląda pliki tekstowe.
Z tak wszechstronnym urządzeniem trudno się rozstać. Według badania Ipsos wykonanego na zlecenie firmy Huawei, 95 proc. osób nie ruszy się bez telefonu z domu. 52 proc. ma telefon pod ręką przez ponad 13 godzin w ciągu doby. 43 proc. osób, gdy go zapomni wraca, nawet jeśli z tego powodu spóźni się do pracy lub szkoły. Prawie trzy czwarte respondentów (74 proc.) przed snem kładzie telefon w pobliżu łóżka, a 11 proc. śpi z nim pod poduszką. Po przebudzeniu pierwszą rzeczą, po którą sięga ponad połowa Polaków nie jest szczoteczka do zębów, czy kawa lecz smartfon. Prawie jedna trzecia (28 proc.) zabiera telefon do łazienki, a jeszcze więcej osób, bo 32 proc. nawet do toalety.
Jak można zrobić ponad 200 tys. zł długu?
Nie każdego jednak stać na wymarzony abonament, czy częstą wymianę telefonu na nowszy model – wynika z danych BIG InfoMonitor. Wśród dłużników, obok tych, którzy przeszacowali swoje finansowe możliwości, albo po prostu z przyczyn losowych przestają radzić sobie z obsługą zobowiązań, są też oszuści. Biorą po kilka drogich telefonów, i to czasami u kilku operatorów jednocześnie, nawet nie zakładając, że będą za nie płacić.
Do rejestru trafiają też gubiący dowód osobisty. Zakupy w firmach telekomunikacyjnych na cudzy dokument to nie rzadkość. Niestety nie każdy zgłasza zaginięcie dowodu do systemu dokumentyzastrzeżone.pl, do którego zaglądają operatorzy. Informacja o zagubionym czy skradzionym dowodzie osobistym zgłoszona wyłącznie na policji czy w urzędzie gminy nie wystarcza i nie jest od razu ogólnie dostępna dla banków oraz innych firm czy instytucji. Ostatecznie niewinny powstania długu klient zostanie skreślony z rejestru dłużników, ale wcześniej będzie musiał wyjaśnić sytuację. W gronie dłużników-konsumentów znajdują się też prowadzący działalność gospodarczą, którzy biorą po kilka telefonów na firmę. Gdy jednak biznes ma kłopoty, zostają z długiem zapisanym na prywatne konto. Zaległości telekomunikacyjne są często znacznie wyższe niż wynikałoby to z prostego przeliczenia niezapłaconych kwot. Operator nalicza bowiem wszystkie opłaty, które miały być uregulowane do końca trwania zawartej umowy, a stawkę może podbić dodatkowo odjęcie przyznanych wcześniej rabatów i gdy telefonów jest kilka, dług rośnie do dziesiątków tysięcy złotych i więcej.
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Rekord – niebotyczne ponad 210 tys. zł długu należy do 45-latka z Warszawy. Wśród rekordzistów jest jeszcze trzech innych mieszkańców stolicy. Na drugiej pozycji również uplasował się mieszkaniec Warszawy, 59-letni mężczyzna, który ma ponad 187 tys. zł zaległości. W pierwszej 10. jest tylko jedna kobieta, 29-letnia mieszkanka Lublina z długiem o wartości 85 tys. zł.
Kto i gdzie najczęściej nie płaci?
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Najwięcej dłużników telekomunikacyjnych mieszka na Śląsku – 46 tys., a ich łączny dług przekracza 113 mln zł. Dalej jest Dolny Śląsk z ponad 33 tys. dłużników i kwotą zaległości przekraczającą 83 mln zł. Na trzeciej pozycji znalazło się Mazowsze, gdzie mieszka ponad 32 tys. dłużników telekomów, a ich łączny dług dochodzi do 83 mln zł. Najmniej niepłacących operatorom telekomunikacyjnym zamieszkuje Podlasie oraz województwa świętokrzyskie i opolskie.
Statystycznie najbardziej ryzykowne dla firm telekomunikacyjnych są województwa: lubuskie, dolnośląskie oraz kujawsko-pomorskie, bo to tu można spotkać 14 dłużników telekomunikacyjnych na 1000 dorosłych mieszkańców. Na Śląsku jest ich 12, a po 11 na Warmii i Mazurach oraz na Pomorzu. 10 jest w Wielkopolsce, czyli tak jak w statystyce dla całego kraju.
Średnia wartość zadłużenia telekomunikacyjnego przypadająca na jedną osobę wynosi obecnie 2 455 zł i jest to o 122 zł wyższa niż przed rokiem. Najwyższą średnią 2600 zł mają klienci telekomów z Małopolski oraz Mazowsza – 2 586 zł.
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor
Analiza wieku i płci dłużników telekomunikacyjnych pokazuje, że najwięcej osób niepłacących rachunków to osoby między 25 a 34 rokiem życia – niemal 80 tys. osób, choć niewiele mniej ma od 35 do 44 lat – ponad 75,3 tys. osób. Podobnie jak w przypadku ogółu zaległości, tak i tu przeważają długi mężczyzn, stanowią one 60 proc. sumy, przy 58 proc. udziale panów w liczbie dłużników telekomunikacyjnych.
*Badanie „Aktualne problemy i wydarzenia” (326) CBOS przeprowadziło metodą wywiadów bezpośrednich (face-to-face) wspomaganych komputerowo (CAPI) w dniach 29 czerwca – 6 lipca 2017 r. na liczącej 977 osób reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców Polski. https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_099_17.PDF
Aby lepiej zrozumieć jak ważny dla polskich przedsiębiorców jest rozwój branży fintech, Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska, wyjaśnia na czym polega usługa „Get Paid”.
Od kilku lat coraz głośniej mówi się o „fintechowej rewolucji” (fintech-y to przedsiębiorstwa oferujące usługi finansowe przy wykorzystaniu najnowszych technologii), dzięki której osoby lub przedsiębiorstwa korzystające z usług finansowych mają dużo więcej możliwości, np. w obszarze płatności. Pojawia się dużo publikacji w tym temacie, które niestety mają jedną wadę – nie podają przykładów konkretnych korzyści. Dlatego warto przedstawić jak w praktyce wyglądają produkty i usługi z branży fintech.
Przykład dla przedsiębiorstw
Ważnym elementem w handlu zagranicznym jest sprawne inkaso należności z tytułu sprzedaży towarów, produktów lub usług. Niech to będzie więc to nasz przykład.
Inkaso to forma płatności, polegająca na pobraniu określonej należności przez instytucję inkasującą, działającą na rzecz zleceniodawcy (do tej pory na ogół był to bank), w zamian za wydanie kontrahentowi przedmiotu inkasa. Dotychczas w tym obszarze funkcjonowały jedynie banki, a polscy przedsiębiorcy nie mieli rynkowej alternatywy.
Jednak wraz z pojawieniem się fintechów to się zmienia. Ebury, firma oferująca m.in. rozliczania transakcji walutowych, postanowiła wykorzystać ostatnie zmiany prawne. W styczniu br. weszły bowiem w życie dyrektywy PSD2 oraz MIFID2. To właśnie te przepisy umożliwiły rynkową konkurencję wśród instytucji finansowych, w tym powstanie usługi „Get Paid” – umożliwiającą otrzymanie zapłaty z tytułu wystawionej faktury poprzez architekturę płatniczą na całym świecie.
Jak to wygląda w praktyce? Przeanalizujmy sytuację dwóch partnerów w handlu: brytyjskiego i polskiego. Dzięki „Get Paid” polscy eksporterzy mogą odbierać zapłatę w funtach brytyjskich bez konieczności korzystania z kosztownych przelewów zagranicznych od swoich klientów. Zwykle brytyjski klient polskiego eksportera płaci do Polski używając systemu SWIFT, a to powoduje, że jest obciążany przez brytyjskie banki kosztami w wysokości ok. 50-100 funtów za każdą płatność (zdarza się, że tymi opłatami obciążany jest sprzedawca z Polski). Jeśli firma realizuje rocznie setki czy więcej takich operacji, to obniżenie ponoszonych kosztów finansowych może mieć istotne znaczenie dla rentowności przedsiębiorstwa.
Od niedawna jest jednak dostępna alternatywa. Jest to możliwe dzięki platformie online. Korzystając z nowej usługi „Get Paid”, polski eksporter otrzyma zapłatę w czasie rzeczywistym na dedykowane konto w Wielkiej Brytanii. Otrzymane funty można wymienić po korzystnym kursie walutowym na złote, euro albo inną wybraną walutę. Przedsiębiorstwo może też przesłać dalej zapłatę brytyjskiego klienta, korzystając z narzędzi płatniczych na platformie online.
Usługa jest prosta i pomocna dla polskich firm. Jednak nie miałaby ona miejsca, gdyby nie dynamiczny rozwój firm z branży fintech.
Kim jest Ebury?
Ebury to międzynarodowa instytucja pieniądza elektronicznego specjalizująca się w usługach finansowych dla małych i średnich przedsiębiorstw, zwłaszcza importerów i eksporterów. Ebury to fintech, który pomaga przedsiębiorstwom rozwijać biznes na rynkach zagranicznych, eliminując bariery w obszarze rozliczeń, transakcji walutowych oraz zarządzania ryzykiem walutowym.
Ebury umożliwia transakcje w ponad 140 walutach, w tym wielu walutach odległych krajów (m.in. lira turecka, rupia indyjska, chiński juan, real brazylijski, tajski baht czy meksykańskie peso) oraz dostarcza sprawdzone rozwiązania w handlu zagranicznym, pozwalające chronić firmom ich marże.
Gwarancją bezpiecznej współpracy z Ebury jest działalność pod nadzorem FCA (brytyjskiego odpowiednika KNF), jako Instytucji Pieniądza Elektronicznego. W Polsce Ebury jest członkiem i aktywnie współpracuje z British Polish Chamber of Commerce (Brytyjsko Polska Izba Handlowa).
Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, Polski Fundusz Rozwoju, Biuro Informacji Kredytowej i Instytut Analiz i Ratingu podpisały umowę inwestycyjną z zamiarem utworzenia wspólnej agencji ratingowej, której misją będzie wypełnienie luki w ofercie ratingowej skierowanej przede wszystkim do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw
Umowa jest następstwem porozumienia zawartego 28 listopada 2017 r. między GPW, PFR i BIK, przy udziale IAiR, które dotyczyło współpracy na rzecz agencji ratingowej działającej w oparciu o Instytutu Analiz i Ratingu
Rozwój agencji wpisuje się w „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” i jest elementem zaktualizowanej strategii #GPW2022
Agencja rozpocznie działalność operacyjną w drugiej połowie 2018 r.
Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW), Polski Fundusz Rozwoju (PFR), Biuro Informacji Kredytowej i Instytut Analiz i Ratingu (IAiR) podpisały umowę inwestycyjną, zgodnie z którą GPW, PFR i BIK będą współdziałać na zasadach partnerskich w celu powołania w oparciu o IAIR silnej, lokalnej i rozpoznawalnej agencji ratingowej. Zamiarem GPW, PFR i BIK jest, aby struktura akcjonariatu Instytutu Analiz i Ratingu odzwierciedlała równy udział kapitałowy wszystkich tych podmiotów w IAIR (po 1/3). Przewidziane zasilenie kapitałowe pozwoli na pełne rozwinięcie działalności do czasu osiągnięcia przychodów umożliwiających samodzielne finansowanie działalności.
Podpisana przez GPW, PFR, BIK i IAiR umowa inwestycyjna jest następstwem zawartego 28 listopada 2017 r. porozumienia, które dotyczyło współpracy w zakresie rozwoju Instytutu Analiz i Ratingu, zajmującego się gromadzeniem i udostępnianiem informacji o ryzyku kredytowym podmiotów gospodarczych, przede wszystkim emitentów obligacji.
Głównym zadaniem wspólnej agencji ratingowej będzie budowanie w Polsce kultury ratingu poprzez oferowanie usług szerokiemu kręgowi podmiotów przede wszystkim z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. Misją agencji będzie wypełnienie istniejącej na rynku polskim luki w dostępie do krajowego ratingu, analiz i ocen ryzyka. Działanie agencji ratingowej ma również służyć zwiększeniu znaczenia rynku długu w finansowaniu gospodarki oraz poprawie jakości polskiego rynku kapitałowego poprzez ułatwienie wyceny ryzyka inwestorów giełdowych.
Funkcjonowanie niezależnej instytucji ratingowej zwiększy wiarygodność, przejrzystość i bezpieczeństwo obrotu gospodarczego w szczególności poprzez zapewnienie możliwości lepszego oszacowania ryzyka przez podmioty finansowe i niefinansowe. Powstanie agencji ratingowej daje uczestnikom rynku szansę na dostęp do unikalnych analiz ekonomicznych i oceny ryzyka w segmencie małych i średnich przedsiębiorstw. Jest to kolejna inicjatywa ułatwiająca rozwój rynku kapitałowego w Polsce.
Rozwój agencji ratingowej stanowi jeden z elementów „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, jest także jedną z inicjatyw strategicznych zaktualizowanej strategii #GPW2022, która 27 czerwca 2018 r została zaprezentowana przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Zamiarem GPW jest również utworzenie specjalnego segmentu Prime na rynku Catalyst, na którym notowane będą obligacje posiadające ocenę ratingową oraz podjęcie starań w celu umożliwienia bankom bezpośredniego zawierania transakcji obligacjami korporacyjnymi na rynku Catalyst.
Agencja rozpocznie działalność operacyjną w drugiej połowie 2018 r. oferując uczestnikom rynku pierwsze produkty analityczne. Niezbędnym warunkiem rozpoczęcia działalności ratingowej przez Instytut Analiz i Ratingu jest rejestracja w Europejskim Nadzorze Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA). Podpisana umowa otwiera drogę do rozpoczęcia tego procesu.
Nic nie zostało z bardzo silnego odbicia NZD/USD po publikacji danych inflacyjnych, które wskazały na rekordową dynamikę wskaźnika bazowego. Dziś w nocy zostały podane bardzo dobre odczyty z australijskiego rynku pracy, ale podobnie – nie powinny być one przesłanką do zmiany postrzegania perspektyw tej waluty na bardziej pozytywne.
Wzrost liczby miejsc pracy o około 50 tys. to wynik najlepszy od wielu miesięcy. Dodatkowo to zasługa głównie zmiany w zakresie zatrudnienia na pełen etat, któremu dodatkowo towarzyszy podniesienie się stopy partycypacji. Dobre informacje z tej sfery gospodarki nikogo nie dziwią, ale dzisiejszy raport można nazwać wręcz rewelacyjnym. Budować na jego podstawie bardziej konstruktywne spojrzenie na perspektywy australijskiej waluty byłoby jednak błędem. Przede wszystkim nie wnosi on wiele w kontekście przyszłej polityki RBA, rynek nie wycenia nawet 50 – proc. prawdopodobieństwa dokonania podwyżki przed końcem przyszłego roku. Bank w przedstawionym w tym tygodniu protokole z ostatniego posiedzenia zabrzmiał raczej gołębio i nic nie zwiastuje, by jego komunikacja z rynkiem stała się w najbliższych miesiącach bardziej korzystna dla waluty. Jednocześnie cały czas zdecydowanie negatywne dla AUD pozostaje otoczenie zewnętrzne. Australijska gospodarka stoi na pierwszej linii frontu wojen walutowych. W gronie G-10 nie ma drugiej, która tak mocno rykoszetem oberwać może prze zaognienie sytuacji na linii USA – Chiny. Przy taniejących metalach przemysłowych (miedź jest najtańsza od roku a indeks cen metali londyńskiej giełdy LME w miesiąc obniżył się o około 15 proc.) spadkowa presja na AUD powinna zostać utrzymana. Dodatkowo wszystkim ryzykowniejszym walutom (w tym złotemu, który zaczyna wymazywać część silnego odreagowania) nie sprzyja stale i stopniowo podnoszący się od kilku dni kurs USD/CNY. Nie pomaga to również nastrojom na bacznie obserwowanym szanghajskim parkiecie, gdzie główny indeks po pierwszym wyraźnym odbiciu od lipcowego dna, ponownie zaczyna się osuwać i wymazywać korekcyjne wzrosty. W takim środowisku pozostajemy negatywnie nastawieni do AUD, nie tylko względem dolara (przebicie dołków 0,7310 będzie przyspieszać zniżki w kierunku 0,72), ale także np. dolara kanadyjskiego, któremu sprzyjać powinno odbicie kursu ropy – przestrzeń do kontynuacji spadków cen surowca jest naszym zdaniem wyczerpana.
Można zatem powiedzieć, że rynki wschodzące i bardziej ryzykowne waluty G-10 oraz metale przemysłowe coraz mocniej są dotknięte spadkiem apetytu na ryzyko, którego nie widać patrząc np. na amerykański rynek akcji. Biorąc pod uwagę wakacyjny rynkowy marazm, trudno pokusić się o stwierdzenie, że rynkowy sentyment mógłby ulegać w najbliższym czasie diametralnej poprawie. Może to sprzyjać korekcie USD/JPY w ramach obowiązującej w szerszym ujęciu tendencji wzrostowej, osuwania się EUR/USD w ramach konsolidacji nad dołkiem 1,15. Także złoty powinien w najbliższym czasie tracić na wartości a EUR/PLN powinien mieć problem z trwałym naruszaniem 4,30.
W przypadku niemożliwości zapewnienia godziwych emerytur, państwo powinno edukować obywateli na temat konieczności dodatkowego oszczędzania. Polskie realia są odmienne. 20 ostatnich lat pokazuje, że wszelkie działania edukacyjne nie doprowadziły do oszczędzania na dodatkową emeryturę. Bez względu na sposób edukacji, ona i tak może zadziałać dopiero za kilka lat. PPK mają istotny element – zmuszają do odkładania i oszczędzania.
– Praktyka pokazuje, że za jakiś czas osoby przystępujące do PPK będą zadowolone, że nie wystąpiły z programu – powiedział agencji eNewsroom.pl dr Marcin Wojewódzka, radca prawny, wiceprezes Instytutu Emerytalnego – Ci, którzy wystąpią z PPK, będą żałowali za kilkanaście lat. PPK są szansą na zmianę naszej mentalności. Uważamy, że sami potrafimy zarządzać swoimi oszczędnościami i ZUS będzie naszym wentylem bezpieczeństwa. Może skończyć się to wyjściem na ulice i interwencją ze strony rządu. PPK jest pomysłem przerywającym ten krąg i zachęcającym do oszczędzania – ocenił Wojewódka.
Producent twardych opakowań z tworzyw sztucznych Plast-Box S.A. opublikował wstępne wyniki skonsolidowane za pierwsze półrocze 2018 roku, odnotowując wzrost sprzedaży o 5,1 % , w stosunku do pierwszych sześciu miesięcy 2017. Przychody grupy wyniosły 84 903 tys. zł. , EBITDA 6 982 tys. zł. , a zysk netto 2 364 tys. zł, co oznacza w porównaniu do półrocza ubiegłego roku zmniejszenie się wartości EBITDA o 20,2 %, a zysku netto o 24,9 % .
Krzysztof Pióro, Wiceprezes Plast-Box SA
– W minionym półroczu odczuwaliśmy, analogicznie jak cała branża, dużą presję po stronie kosztów zatrudnienia i kosztów zakupu surowców, których ceny rosły i znajdowały się na wysokim poziomie – komentuje wiceprezes Krzysztof Pióro. – Był to też dla nas okres przebudowy organizacyjnej spółki, związanej z uzyskaniem prestiżowego, najbardziej cenionego w Europie, certyfikatu BRC, wyznaczającego wyśrubowane normy jakości i bezpieczeństwa produkcji dla produktów związanych z żywnością. Certyfikat BRC w najwyższej kategorii „A” otrzymaliśmy w dniu 28 maja tego roku, po zrealizowaniu licznych inwestycji dostosowujących naszą fabrykę do najsurowszych wymogów, po licznych alokacjach maszyn, po całkowitym przedefiniowaniu procedur organizacyjnych, co wiązało się nie tylko z dużymi wydatkami, ale także z zaangażowaniem w ten proces niemal całej załogi naszej fabryki w Słupsku. Mamy to już na szczęście za sobą. Plast-Box obecnie ponad 50 % sprzedaży lokuje w branży spożywczej. Teraz liczymy na to, że certyfikat BRC umożliwi nam wejście z naszymi opakowaniami do wielu nowych klientów, renomowanych producentów żywności w Europie, którzy współpracują tylko i wyłącznie z dostawcami potrafiącymi sprostać ich najwyższym oczekiwaniom, dostawcami pracującymi zgodnie z BRC.
9 na 10 osób biorących udział w badaniu przeprowadzonym przez Linux Polska[1]przyznało, że firma, którą reprezentują, korzysta na co dzień z narzędzi open source. Według firmy doradczej Forrester, programiści pracujący aktualnie nad rozwojem nowych aplikacji nawet w 80-90 proc. korzystają z otwartych komponentów. Wspomniana technologia jest obecnie kluczowym kierunkiem rozwoju sektora IT, a także motorem napędowym innowacji w wielu gałęziach gospodarki. Ale jej początki nie były łatwe. W lutym minęło dokładnie 20 lat od spotkania The Open Source Initiative (OSI) uważanego za symboliczne narodziny ruchu open source, któremu początkowo nie wróżono sukcesu. Wydarzenie dało również początek organizacji, której misją jest promowanie otwartych rozwiązań. Jednym z założycieli OSI byłEric S. Raymond, autor „19 przykazań” zawartych w eseju, a potem w książce pt. The Cathedral and the Bazaar[2], które do dziś stanowią aktualną listę dobrych praktyk, ważnych dla programistów pracujących na otwartym kodzie.
Historia jednej przeglądarki
Na początku 1998 r. Netscape, firma współpracująca z Raymondem opublikowała kod źródłowy swojej przeglądarki Netscape Communicator, co stanowiło impuls do zorganizowania spotkania The Open Source Initiative, na którym powołano do życia organizację wspierającą rozwój otwartego oprogramowania. OSI przyczyniła się do opublikowania dokumentu pt. „Open Source Definition”, a tym samym do upowszechnienia się samego terminu. Open source dotyczy oprogramowania, którego kod źródłowy został upubliczniony i jest powszechnie dostępny – w odróżnieniu od rozwiązań zamkniętych, gdzie taka wiedza objęta jest tajemnicą przedsiębiorstwa.
Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska
Jak zaznacza Dariusz Świąder, Prezes Zarządu Linux Polska: – Popularność rozwiązań opartych o technologie open source pokazuje, że można z powodzeniem działać w branży technologicznej, udostępniając jednocześnie swoje know-how w postaci kodu źródłowego oprogramowania. Dwie dekady temu rynek nie widział w takim podejściu biznesowego uzasadnienia. Dziś z open source codziennie korzystają choćby miliony użytkowników smartfonów. Otwarty kod jest silnie obecny także w oprogramowaniu dla biznesu. Wiele firm posiadających własne centra danych, korzysta właśnie z otwartych systemów operacyjnych. Z kolei, jeśli przyjrzymy się najistotniejszym kierunkom rozwoju IT, okaże się, że również one są zdominowane przez otwarte technologie. Wystarczy wymienić rynek konteneryzacji, data science czy uczenia maszynowego. Open source należy więc postrzegać jako źródło innowacji w sektorze technologicznym.
Dlaczego firmy stawiają otwarte rozwiązania?
Wszechobecność open source w dzisiejszym świecie IT obrazuje analiza The Forrester Wave: Software Composition Analysis. Według tego opracowania, nawet 80-90 proc. kodu w nowo powstałych aplikacjach pochodzi z otwartego źródła, a tylko 10-20 proc. zostaje napisane od nowa przez deweloperów. Dostępność komponentów oprogramowania o otwartym kodzie źródłowym przyspiesza, usprawnia i zmniejsza koszt tworzenia nowych aplikacji, pomagając zaspokoić popyt generowany zarówno przez wewnętrzne potrzeby organizacji, jak i klientów zewnętrznych. Wyniki badania wskazują również na jedną z głównych zalet ruchu otwartego oprogramowania – dzielenie się wiedzą. Co skłania programistów do udostępniania swojego kodu, a co za tym idzie – dzielenia się własnym czasem i cennym doświadczeniem z innymi? Udział w projektach open source pozwala najszybciej i najefektywniej szlifować posiadane kompetencje oraz zdobywać nowe umiejętności. Co istotne, można również liczyć na rzetelną informację na temat swojej pracy. Nad otwartymi rozwiązaniami pracuje bowiem wielomilionowa społeczność specjalistów, która nieustannie weryfikuje jakość i poprawność kodu, oraz projektuje nowe funkcjonalności, które usprawniają pracę innych osób tworzących oprogramowanie.
Według badania Black Duck Open Source 360 Survey, przeprowadzonego wśród ok. 900 respondentów, już 90 proc. organizacji używa otwartego oprogramowania, a 60 proc. zwiększyło skalę jego wykorzystania w ciągu ostatniego roku.
– Popularność otwartych technologii jest dobrze widoczna również na naszym rynku. Ten trend potwierdzają wyniki badania przeprowadzonego przez Linux Polska w maju – Polski Rynek Open Source 2018. Otwarte oprogramowanie jest nie tylko powszechnie stosowanie w wielu przedsiębiorstwach, ale też ma realny wpływ na rodzimy biznes – dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.
Jeszcze więcej open source
Rozwój ruchu otwartego oprogramowania przyspiesza wraz ze wzrostem świadomości firm technologicznych, które zaczynają dostrzegać korzyści z kontrybucji. Co czwarta firma biorąca udział w ankiecie Black Duck przyznała, że przynajmniej połowa zatrudnionych w nich deweloperów uczestniczy w rozwijaniu minimum jednego projektu open source. Powszechność open source sprawia, że na tę technologię otwierają się również firmy kojarzone dotąd powszechnie z oprogramowaniem zamkniętym. Przykładem jest Microsoft, który dziś jest największym korporacyjnym kontrybutorem otwartego kodu.
[1] Linux Polska, Polski Rynek Open Source 2018.
[2] Eric S. Raymond, The Cathedral and the Bazaar: Musings on Linux and Open Source by an Accidental Revolutionary, O’Reilly Media, 1999.
Euler Hermes zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności. W I półroczu 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 511 przypadkach niewypłacalności polskich przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. (wzrost r/r o 22%). W samym czerwcu opublikowano informacje o niewypłacalności 105 przedsiębiorstw, co jest nowym rekordem w skali miesiąca, przy równie rekordowej skali wzrostu o +48% w stosunku do czerwca 2017 roku.
Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.
Kluczowe wnioski:
Liczba niewypłacalności polskich firm wciąż rosła, pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym.
W drugim półroczu skala wzrostu liczby niewypłacalności powinna być procentowo niewiele mniejsza (efekt bazy – dużej ich liczby zwłaszcza pod koniec 2017 roku), co nie oznacza zmniejszenia się bezwzględnej liczby niewypłacalności ani ustania przyczyn za nimi stojących.
W żadnym z sektorów liczba niewypłacalności nie uległa zmniejszeniu, ich liczba a więc i ryzyko biznesowe rosły we wszystkich z nich.
Polskie firmy w większym stopniu finansują, niż korzystają z efektów wzrostu gospodarczego – wzrost sprzedaży przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza większe zaangażowanie kapitału własnego, bez analogicznie dużej akumulacji zysków.
Oprócz niekorzystnych zmian otoczenia biznesowego – wzrostu kosztów pracy, zaopatrzenia a także z tytułu zmian prawnych i podatkowych znaczenie mają także czynniki leżące po stronie samego biznesu: niewykreowanie marek własnych, czyli wartości dodanej swoich produktów i usług oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Całe pierwsze półrocze, a w szczególności drugi kwartał to nie tylko rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego w polskiej gospodarce, ale także równie mocno, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze o kondycji samych firm. Liczba opublikowanych niewypłacalności rosła dynamicznie, pomimo wysokiej bazy, punktu odniesienia z lat ubiegłych. W skali całego półrocza wzrost ten wyniósł 22% r/r, przy czym kończący półrocze czerwiec był niestety mocnym i niezbyt optymistycznym na przyszłość akcentem, zamykając się rekordową liczbą 105 niewypłacalności w skali miesiąca, a także, również rekordowym, 48% wzrostem w porównaniu r/r.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy AllianzŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Jakkolwiek każdy sektor gospodarki posiada swoje specyficzne uwarunkowania, branżowe wyznaczniki koniunktury lub dekoniunktury, to w sytuacji powszechnego wzrostu liczby niewypłacalności można się pokusić o szukanie wspólnych przyczyn dla tego stanu rzeczy. Nie było bowiem w pierwszym półroczu sektora gospodarki, w którym liczba niewypłacalności zmniejszyłaby się w stosunku do roku ubiegłego.
Koszty rosły szybciej niż ceny produktów / usług końcowych, utrzymywanie się a niekiedy erozja niskich marż i rentowności
Wzrost konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży polskich przedsiębiorstw, ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej analogicznie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych. Z jednej strony – nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, a z drugiej strony marże są drenowane przez rosnące koszty pracy, zaopatrzenia (najjaskrawiej w budownictwie), nowych regulacji i podatkowe (m.in. zakaz handlu w niedzielę, RODO itd. – wszystko to rodzi określone koszty po stronie przedsiębiorstw). Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i nawet na wzroście gospodarczym… One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o zacieśnianiu podatkowym, przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim etc. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może dodatkowo pogłębić tę sytuację – przy zaletach tego rozwiązania, potencjalnych korzyściach dla budżetu mieć ono będzie jednocześnie niezbyt pozytywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka.
Firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać przynajmniej przez pewien czas „podatkową” częścią należności – jeśli ich odbiorca zdecyduje się na stosowanie mechanizmu split payment dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto za komponenty i surowce do produkcji. Pojawiają się więc nawet głosy, iż w tej sytuacji firmy de facto kredytować będą podatki, podobnie jak miało to miejsce wcześniej w sektorach stosujących odwrócony podatek VAT… Niewątpliwie powstaje pewna luka płynnościowa, której negatywny wpływ może zapewne z czasem zmaleć, tym niemniej aktualnie przyczyni się ona do problemów i niewypłacalności zwłaszcza sektora MSP – dodaje Tomasz Starus Członek zarządu Euler Hermes. – Sektora stricte polskich firm, zazwyczaj o regionalnym zasięgu – a te z nich, które w ostatnich trzydziestu latach nie zwiększyły agresywnie swojej skali działalności mieć będą coraz mniej sprzyjające otoczenie, aby to uczynić, nie tylko w handlu, ale w ślad za tym także w produkcji czy w usługach.
Zbyt anonimowe marki, za mała wartość dodana aby dyktować korzystne dla siebie ceny
Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różnego rodzaju wyroby z metali. Współgra to z tendencjami ogólnoświatowymi: nadwyżką w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej… czemu dodatkowo towarzyszy wzrost kosztów spowodowanych m.in. podwyżką cen nośników energii, których przy obecnym stanie rynku producenci nie mogą w prosty sposób zrekompensować sobie równorzędnym co do skali wzrostem cen wyrobów końcowych.
Podnoszenie cen wyrobów końcowych ma co prawda miejsce, łagodzi więc w pewnym stopniu wzrost cen czynników produkcji, ale nie rekompensuje ich w całości i następuje to z reguły z opóźnieniem. Na szybkie i adekwatne dostosowanie cen wyrobów końcowych do zmian kosztów produkcji pozwolić sobie mogą firmy, których produkty wyróżniają się pod względem atrybutów niepowtarzalności, marki, renomy. Bez tego są one zastępowalne i stają się w oczach rynku niczym nie wyróżniającymi się towarami. Odpowiedzmy sobie na pytanie: ilu polskich producentów – nie tylko wyrobów z metali (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), ale też np. mebli czy wyrobów spożywczych ma silną, rozpoznawalną markę w kraju jak i za granicą a w ślad za tym pozycję przetargową? – wskazuje Tomasz Starus,odpowiedzialny za ocenę ryzyka w Euler Hermes.
Polskie firmy – bariera średnich: efektywności i przychodu?
Znaczny, ponad 50% wzrost niewypłacalności spółek akcyjnych w tym roku zwraca uwagę na tę grupę firm. Były to firmy średniej jak na polskie warunki wielkości – już sama forma spółek akcyjnych świadczy o tym, że osiągnęły one określoną skalę działalności, nie były to małe, lokalne przedsiębiorstwa. Z drugiej strony były one dużo mniejsze niż najwięksi, czy nawet średni, rozpoznawalni gracze w swoich branżach. Ich nazwy nie były z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydawało się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów. Co za tym idzie – napotkały na aktualnie istotne bariery takie jak wspomniane wysokie koszty pracownicze oraz ograniczone pole do negocjacji zarówno z dostawcami, jak i odbiorcami na skutek koncentracji kolejnych obszarów rynku (nie tylko handel, ale i produkcja czy usługi). Nie były na to przygotowane nie tylko organizacyjnie, ale także finansowo, wykazując się niezbyt dużą efektywnością działania – zwrotem z kapitału. Firmy te przegrały walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności (spółki akcyjne, a więc skala działalności i zobowiązań uniemożliwiająca zmianę kosztów czy np. branży z dnia na dzień), nie bardzo mają wybór, musiały rozpocząć procedury upadłościowe bądź naprawcze.
Ich niewypłacalności, a niemalże po połowie upadłości i postepowania restrukturyzacyjne, nie wynikają więc stricte z niemożności pozyskania kapitału, ale raczej z jego niezbyt efektywnego wykorzystania, co siłą rzeczy odstręczało kolejnych inwestorów – podsumowuje Tomasz Starus.
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy AllianzŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy AllianzŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz
Rośnie liczba zachorowań na salmonellozę, wywołaną przez bakterie salmonella. W ciągu ostatnich dwóch lat przekraczała 10 tys. przypadków rocznie. Jednym ze źródeł zakażenia są jaja i drób, jeden z hitów polskiego eksportu. W 2017 roku w europejskim systemie blisko połowa ostrzeżeń o salmonellozach wykrytych w jajach konsumpcyjnych i mięsie drobiowym dotyczyła właśnie produktów z Polski. Bakterii salmonella nie da się wyeliminować, ale samej salmonellozie hodowcy mogą przeciwdziałać, m.in. dzięki zdobyczom nauki. Przykładem są bakteriofagi, czyli wirusy atakujące tylko określone bakterie, a przy tym całkowicie bezpieczne dla zwierząt i człowieka.
Salmonella jest w UE jednym z najczęściej występujących patogenów bakteryjnych odpowiedzialnych za zakażenia przewodu pokarmowego u ludzi – wynika z danych przywoływanych przez Proteon Pharmaceuticals w Białej Księdze na temat wyzwań dla branży drobiarskiej. Od dwóch lat skala zachorowań na salmonellozę rośnie. Wprowadzone na początku roku przepisy mają to zmienić.
– Władze publiczne w odpowiedzi na bezskuteczność dotychczasowych działań od stycznia 2018 roku zmieniły program zwalczania salmonelli. Przerzuciły odpowiedzialność za bezpieczeństwo łańcucha na producentów, głównie na rolników, którzy hodują zwierzęta gospodarskie i dostarczają te produkty do sieci żywnościowych. Podjęto decyzję, że zostaną wstrzymane rekompensaty dla farmerów za straty spowodowane salmonellą i w tej sytuacji będą musieli radzić sobie sami – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Franczak, dyrektor ds. komercyjnych w Proteon Pharmaceuticals.
Nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz, których celem jest dostosowanie polskiego prawa do unijnego, ale też poprawa standardów sanitarnych produkowanej żywności, obowiązują od początku 2018 roku. Zakładają one m.in. brak odszkodowań dla producentów skażonych jaj, co ma ich motywować do większego zaangażowania w walkę z zakażeniami bakteriami salmonella. Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Weterynarii, w 2016 roku wydatki na odszkodowania w związku z wykrytymi w hodowlach bakteriami salmonella wyniosły 33 mln zł, przy 19 mln zł w 2015 roku.
Obowiązujące od stycznia przepisy większy nacisk kładą na bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii u źródła. Oznaczają również, że główna odpowiedzialność spoczywa na hodowcy.
– Producenci żywności mogą zachować się biernie i próbować ograniczać straty spowodowane salmonellą, szukając form ubezpieczenia. Mają też możliwość aktywnego podejścia do problemu i szukania nowych metod bioasekuracji, ograniczania lub wyeliminowania salmonelli z łańcucha produkcyjnego. Jest bardzo wiele możliwości, które w tej chwili nauka daje rolnikom – zaznacza Stanisław Franczak.
Całkowite wyeliminowanie salmonelloz nie jest możliwe. Wywołujące je bakterie salmonella są bowiem naturalną częścią mikrobiomu jelitowego kur. Można jednak minimalizować zagrożenie, stosując metody ograniczania infekcji. W Polsce obowiązuje zakaz leczenia salmonelloz przy użyciu antybiotyków. Hodowcy mogą za to stosować szczepienia profilaktyczne (nie eliminują one jednak zjawiska „nosicielstwa” bakterii), kwasy organiczne (mają silne działania antybakteryjne, ale negatywnie wpływają na spożycie paszy) oraz probiotyki, prebiotyki i fitobiotyki. Innowacyjnym rozwiązaniem są bakteriofagi. To grupa wirusów, dla których komórkami docelowymi są bakterie.
– Bakteriofagi są naturalnym rozwiązaniem, które natura podsuwa nam do wykorzystania. Odkryte na początku XX wieku były przez wiele lat zapomniane. Są bardzo naturalne i precyzyjne metody pozyskiwania ich z natury i dostarczania do gospodarstw w celu eliminacji bakterii. To jest bardzo nowoczesne rozwiązanie w antybakteryjnej profilaktyce salmonelloz. Podkreśliła to Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności, wymieniając je w katalogu dostępnych rozwiązań antybakteryjnych – wyjaśnia dyrektor ds. komercyjnych w Proteon Pharmaceuticals.
Potencjał bakteriofagów był przez długi czas niewykorzystywany. Okazuje się jednak, że w przeciwieństwie do antybiotyków nie wymagają okresu karencji, nie niszczą też – jak kwasy organiczne – naturalnej mikroflory bakteryjnej układu pokarmowego.
– Bakteriofagi są skutecznym rozwiązaniem, ponieważ są naturalnym wrogiem bakterii żyjącym w środowisku. Z jednej strony potrafią się dostosować do zmieniającej się biologii bakterii, a z drugiej strony ich skuteczność jest praktycznie stuprocentowa. Jeżeli bakteriofagi udaje się dostarczyć w taki sposób, że są aktywne do określonego szczepu bakterii, to je eliminują – podkreśla Stanisław Franczak.
Polska jest największym producentem i jednym z większych eksporterów mięsa drobiowego i jaj. Blisko połowa produktów (48 proc,), co do których w 2017 roku pojawiły się ostrzeżenia o salmonellozach w europejskim systemie RASFF, dotyczyło właśnie jaj konsumpcyjnych i mięsa drobiowego z naszego kraju.
Nowe technologie mogą rozwiązać problem niehandlowych niedziel. Coraz więcej czynności wykonują maszyny. Samochody już teraz jeżdżą bez kierowców, a lodówki już niebawem same będą zamawiać produkty, które się skończą. W handlu maszyny mogą pomóc w wyborze, ale także mogą wydawać towary. Jeszcze w tym roku na rynek trafią wirtualne półki, które umożliwią robienie zakupów za pomocą interakcji z ekranem telewizora lub tabletu, a dzięki specjalnemu oprogramowaniu produkty trafią bezpośrednio do rąk klienta. To pozwoli na handel bez personelu.
– W handlu technologia może pomagać. Już są maszyny, które są kompaktowymi vending maszynami do wydawania towarów, aczkolwiek to może się rozszerzyć i możemy zaczynać handlować w niedzielę tak, że nie będzie potrzebna do tego obsługa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zsolt Fekete, prezes zarządu Algotech.
Maszyny coraz częściej zastępują człowieka, a inteligentne urządzenia ma w domu każdy z nas. Już teraz po drogach jeżdżą autonomiczne samochody bez kierowców, a już wkrótce na rynku pojawią się lodówki, które automatycznie zamawiają produkty, kiedy te już się skończą.
Pod koniec 2017 roku, sieć sklepów Carrefour otworzyła pierwszy market Carrefour Pro, wyposażony w dziewiętnaście interaktywnych ekranów. Klienci sklepu mogą domówić niedostępne w sklepie produkty, wrócić po nie później, zamówić do domu lub do odbioru w wystawionym przed sklepem Coolomacie (przystosowanym do przechowywania produktów spożywczych paczkomacie). Koncepcja firmy Algotech idzie jednak o krok dalej, gdyż zamówione na wirtualnej półce produkty będą dostępne od razu.
– Klient podchodzi do wirtualnej półki w sklepie, może przeglądać na niej dostępne produkty, może także je przeglądać równolegle w aplikacji mobilnej. Może wybrać produkty z asortymentu, identyfikować swoją kartą lojalnościową w danej sieci, a w tle maszyna przygotuje zakupy i je wyda – tłumaczy Zsolt Fekete.
Dzięki oprogramowaniu i połączeniu go z podajnikiem produkty trafią bezpośrednio do klienta bez udziału sprzedawcy. Program poinformuje także właściciela sklepu o tym, ile i jakie towary zostały zakupione, by mógł je na bieżąco uzupełniać. Firma Algotech jeszcze w tym roku chce uruchomić w wybranych punktach handlowych wirtualne półki.
Takie rozwiązania technologiczne mogą się przyczynić do skrócenia kolejek w sklepach. Jeśli skorzystamy z wirtualnej półki, zakupy zrobimy szybciej i sprawniej. Dotyczy to nie tylko sklepów spożywczych, lecz także odzieżowych.
– Dzisiaj w dowolnym sklepie z ubraniami każda powierzchnia jest wykorzystana na to, żeby towar wystawić. Jak mam jedną półkę wirtualną, to liczba ubrań, które mogę prezentować w zależności od preferencji kupującego, jest praktycznie nieograniczona. To daje też inne możliwości w zakresie identyfikacji klienta – można będzie gromadzić dane na temat tego, kto przychodzi czy w jakim celu przychodzi. Przygotowanie magazynów dzięki temu też może być bardziej optymalne – wskazuje prezes Algotech.
Jak wynika z analizy przeprowadzonej przez PWC, zakaz handlu w niedziele może spowodować spadek obrotów w sektorze handlu detalicznego o co najmniej 9,6 mld zł. Dzięki nowym technologiom sklepy mogą już wkrótce nie odczuć wprowadzonego prawa, a wręcz przeciwnie – nawet zwiększyć swoje obroty.
– Taki sposób prowadzenia handlu daje możliwości wizerunkowe, ale też wymierne korzyści biznesowe. Jeśli chodzi o handel detaliczny, jeden z największych kosztów to siedziba albo miejsce prowadzenia sklepu. W tym momencie wielkość sklepu nie będzie miała wpływu na liczbę towarów, które można wystawić na wirtualnej półce. Tak naprawdę to już bardziej decyzja marketingowo-logistyczna, ilu klientów mogę przyjąć, a nie ile towarów muszę wystawić – tłumaczy Zsolt Fekete.
Badania Oxford Martin School wskazują, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana.
Polacy kochają lody, zwłaszcza te o tradycyjnych smakach – wynika z badania przeprowadzonego dla marki Bracia Koral. Z rezerwą podchodzimy do eksperymentalnych, jak te o smaku oscypka czy ogórka kiszonego. Chętnie za to wracamy do wspomnień i sięgamy np. po lody o smaku sernika. Dla ponad połowy Polaków idealne lody to te, które smakują jak w dzieciństwie. Co trzeciej osobie lody kojarzą się właśnie z beztroskimi latami młodości. Także producenci coraz częściej sięgają po dawne, sprawdzone receptury.
– Polacy jedzą 4 litry lodów na głowę przez cały rok. W porównaniu z Amerykanami, którzy spożywają około 20 litrów, czy Nową Zelandią – w granicach 25 litrów, czy nawet Szwecją – 12 litrów, nie jest to piorunujący wynik. Jednak należy pamiętać o tym, że Polacy wciąż jedzą sezonowo, głównie wtedy kiedy za oknem dopisze słońce i jak ta pogoda się utrzymuje. Więc gdyby podzielić konsumpcję lodów na te dwa ciepłe miesiące w roku, to może okazałoby się, że to Polacy są rekordzistami – mówi agencji Newseria Biznes Olga Walentynowicz z biura prasowego marki Bracia Koral.
Z badania Instytutu Kantar Public przeprowadzonego na zlecenie marki Bracia Koral wynika, że dla 63 proc. Polaków lody kojarzą się z latem i wakacjami, a dla blisko 30 proc. – z dzieciństwem. Dla części lody oznaczają beztroskę, dla innych ochłodzenie. Dla co trzeciej osoby najważniejsze jest to, aby lody były zimne.
– Badania dowodzą, że lody mają magiczną funkcję przenoszenia nas w czasie. Nie dość, że sprawiają przyjemność, to jeszcze przenoszą nas do czasów dzieciństwa, za którymi często tęsknimy – tłumaczy Olga Walentynowicz.
Dlatego też na półkach najczęściej szukamy tych produktów, które kojarzą się z dzieciństwem. Ponad połowa Polaków wybiera te smaki, które pamięta z młodości. Królują śmietankowy (37 proc.), a co piąta osoba wybiera lody owocowe i czekoladowe. Nietypowe smaki wybiera jedynie 13 proc. osób.
– Lubimy być zaskakiwani, ale raczej w obrębie smaków, które już znamy. Skoro lubimy smak śmietankowy, to na tej bazie można przygotować śmietankę z wiśniami, z truskawką albo lody nawiązujące do smaków dzieciństwa, np. o smaku sernika. To przykład smaku, który Polacy znają, ale w lodach jeszcze go nie było. To nowość, zaskoczenie, ale w bezpiecznej strefie, którą znamy i lubimy – wskazuje przedstawicielka biura prasowego Braci Koral.
Producenci kuszą różnymi oryginalnymi smakami, np. oscypka, ogórka kiszonego, ale Polacy – jeśli nawet próbują – szybko wracają do swoich stałych preferencji. Chociaż niektóre nowinki na stałe weszły do lodowego menu, jak tiramisu czy słony karmel.
– Wracamy do dawnych receptur, retro deserów, wybieramy lody, które są na śmietance, z owocami od polskich producentów, których znamy i którym ufamy. Wybieramy to, co rośnie za rogiem, i to jest najważniejszy trend, którym również producenci lodów się kierują – tłumaczy Olga Walentynowicz.
Co trzecie nowe mieszkanie w dużych miastach, a w Warszawie nawet 40 proc., jest kupowane z myślą o późniejszym najmie. Niskie stopy procentowe zniechęcają Polaków do trzymania swoich oszczędności w bankach. Inwestycje w nieruchomości, choć niosą większe ryzyko niż lokaty czy obligacje, pozwalają na zysk na poziomie 6–8 proc. roku. Stopa zwrotu zależy przede wszystkim od lokalizacji i standardu mieszkania. Najbardziej opłacalne są inwestycje w mieszkania w dużych aglomeracjach, położone blisko centrum i ośrodków akademickich. Zapewnią ciągłość wynajmu i pewny zysk.
– Popyt na mieszkania z rynku pierwotnego nie słabnie. W 2017 roku według danych GUS oddano do użytkowania 178 tys. lokali mieszkalnych. Spodziewamy się, że w 2018 roku i na początku 2019 trend ten się utrzyma. Już widzimy na podstawie pierwszych prognoz i danych, że deweloperzy oddadzą do użytkowania w tym roku ponad 200 tys. lokali mieszkalnych, co będzie nowym rekordem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karol Andrzejewski, dyrektor regionalny TuMieszkamy.
Boom mieszkaniowy w Polsce utrzymuje się już od kilku lat. Jak podaje GUS, ze 178 tys. lokali oddanych do użytku w 2017 roku deweloperzy odpowiadają za blisko 90 tys. (wzrost o 13,5 proc. w porównaniu z danymi z 2016 roku) i podpisali umowy na sprzedaż ponad 100 tys. następnych (wzrost o 23,3 proc. w porównaniu z danymi z poprzedniego roku). W tym roku trend wzrostowy się utrzyma, mimo że ceny mieszkań stopniowo rosną, a wymagany wkład własny w bankach wynosi 20 proc. Nawet co trzecie mieszkanie kupowane jest za gotówkę, coraz częściej z myślą o najmie.
– Niskie stopy procentowe zniechęcają Polaków do trzymania swoich środków w bankach i zachęcają do szukania alternatywy. Jedną z nich są nieruchomości na wynajem. To stosunkowo prosta inwestycja, która nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Mieszkanie kupione na rynku pierwotnym jest już w wystarczającym standardzie i zazwyczaj w dobrej lokalizacji, aby sprawnie je wynająć. Inwestycja może zapewnić oczekiwaną stopę zwrotu, zwykle nawet kilkukrotnie większą niż na lokacie bankowej – przekonuje Karol Andrzejewski.
Badanie przeprowadzone przez Stowarzyszenie Mieszkanicznik wskazuje, że w 2017 roku w dużych miastach blisko 30 proc. nowych lokali, a w stolicy nawet 40 proc. mieszkań, było kupionych z myślą o późniejszym najmie. Szacunki wskazują, że obecnie ok. 900 tys. lokali jest legalnie wynajmowanych.
– Przy tej liczbie oddawanych lokali mieszkalnych inwestowanie w wynajem nadal ma sens. Przede wszystkim dlatego, że w ostatnich latach obserwujemy trend zwiększania mobilności. W poszukiwaniu pracy często zmieniamy miejsce zamieszkania, także coraz częściej będziemy poszukiwać mieszkań na wynajem – ocenia ekspert TuMieszkamy.
Z danych Eurostatu wynika, że blisko 5 proc. Polaków wynajmuje mieszkania na rynkowych zasadach. W Niemczech jest to prawie 40 proc. obywateli, w Szwajcarii – blisko połowa (49,2 proc.). Średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi 19,7 proc. – taki odsetek obywateli to najemcy, którzy płacą rynkowe stawki czynszu. Jednak zainteresowanie najmem stopniowo rośnie. Dla inwestorów to dobra informacja.
– Obecnie mając mieszkanie w dość dobrej lokalizacji i w przyzwoitym standardzie, mamy przede wszystkim gwarancję, że nie stracimy kapitału. Od kilku lat obserwujemy wzrost cen nieruchomości, co daje nam gwarancję stabilnego wzrostu wartości. Oprócz tego na bieżąco wynajmując mieszkanie, otrzymujemy pasywny dochód z tej nieruchomości, czyli czynsz najmu. Najważniejsze to unikać pustostanów – podkreśla Andrzejewski.
Jak przypomina dyrektor regionalny marki TuMieszkamy, najważniejsza przy zakupie mieszkania na wynajem jest lokalizacja – położenie blisko centrum, ośrodków akademickich lub w miejscu dobrze skomunikowanym z centrum pozwoli uniknąć przestoju w wynajmie. Dobrze sprawdzą się mieszkania 3–5 pokojowe do 70 mkw. oraz tzw. studia, czyli kawalerki z osobną kuchnią.
– Klienci coraz częściej zwracają uwagę na wyposażenie, standard wykończenia, ale i na sam budynek: w jakiej dzielnicy się on znajduje, jak wyglądają budynki okoliczne oraz cała okolica, czy jest zieleń, czy są dogodne miejsca parkingowe – wymienia ekspert.
Stopa zwrotu z takiej inwestycji zależy od wielu czynników, m.in. od miasta, choć średnio zysk wynosi ok. 6 proc. w skali roku.
– Kupując mieszkanie w Warszawie, możemy oczekiwać stopy zwrotu między 3 a 4 proc., co jest podyktowane tym, że ceny są dużo wyższe niż w innych aglomeracjach. W Poznaniu, Wrocławiu czy Krakowie będzie to 6–8 proc., a w Katowicach czy w Łodzi możemy oczekiwać najwyższych stóp zwrotu. Wynika to głównie z cen zakupu, które w Warszawie, Łodzi czy Wrocławiu są nieporównywalne, podczas gdy ceny wynajmu jednego pokoju są w granicach 800 zł i niewiele różnią się pomiędzy miastami. Kiedy mamy do wyboru kupić kawalerkę w Warszawie za 300 tys. złotych, dużo lepiej kupić dwie kawalerki w Katowicach – przekonuje Karol Andrzejewski.
Polska jest europejskim liderem w produkcji niektórych owoców i warzyw. Nie mamy sobie równych w produkcji czarnej porzeczki, wiśni czy buraków, a co czwarte jabłko produkowane w Europie pochodzi z naszego kraju. Produkcja w dużej mierze przewyższa krajowe potrzeby, dlatego rozwój eksportu jest koniecznością. Bez poszukiwania nowych rynków zbytu polskie ogrodnictwo będzie traciło rację bytu – podkreślają przedstawiciele producentów warzyw i owoców. Już teraz na zagraniczne rynki sprzedajemy blisko 3,5 mln ton owoców i warzyw.
– Jesteśmy jak na skalę UE dużym producentem. W niektórych kategoriach zajmujemy pierwsze miejsce. Są to przede wszystkim jabłka, ale wysokie miejsca zajmujemy też w produkcji marchwi, cebuli i borówki amerykańskiej. Większość tej produkcji musimy eksportować, ponieważ konsumpcja krajowa to tylko część zbiorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw.
Polska należy do największych w UE producentów jabłek, czarnej porzeczki, borówki, truskawek, aronii, kapusty białej, pieczarek, marchwi, cebuli czy pomidorów. Szacuje się, że co czwarte jabłko produkowane w Europie zbierane jest w Polsce. Naszymi flagowymi owocami są też czarna porzeczka i wiśnia, których zbieramy najwięcej w Europie. Dominujemy też w produkcji buraków, jesteśmy jednym z liderów w produkcji marchwi i ogórków. Krajowa konsumpcja nie nadąża za produkcją, dlatego coraz więcej eksportujemy.
– W przypadku borówki, która jest naszym hitem eksportowym, około 80 proc. produkcji przeznaczamy na rynki zagraniczne. W kraju zjadamy około 650 tys. ton jabłek rocznie, natomiast eksport w najlepszych latach sięgał 1,2 mln ton. W 2016 roku to było nieco ponad 1 mln ton, czyli więcej jabłek deserowych eksportujemy niż konsumujemy. W wielu produktach jest podobnie – podkreśla Witold Boguta. – Bez rozwoju eksportu i poszukiwania nowych rynków zbytu polskie ogrodnictwo będzie traciło rację bytu, ponieważ my stoimy eksportem.
Jak podaje Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, w 2017roku z Polski wyeksportowano 1,7 mln ton warzyw i przetworów warzywnych (wzrost o 2 proc. rdr.) o łącznej wartości 1,5 mld euro (wzrost o 3 proc.). Nieco spadł eksport owoców i przetworów owocowych – z 1,9 do 1,7 mln ton (wartość wyniosła 1,3 mld euro – wzrost o 3 proc.).
– Trzeba szukać swojego miejsca w kategoriach, w których już mamy zrobione podwaliny, w których jesteśmy dobrzy. To na pewno jabłka i ich przetwory, borówki, pomidory, marchew, cebula i pieczarki – wymienia prezes KZGPOiW.
Polska jest największym światowym eksporterem świeżych pieczarek – łącznie w 2017 roku wyeksportowano 226 tys. ton za kwotę 376,6 mln euro. W eksporcie owoców dominującą pozycję zajmują jabłka – w ubiegłym roku eksport wyniósł 991 tys. ton (spadek o 9 proc. rdr.), a jego wartość – 337 mln euro (wzrost o 6 proc.).
Eksportujemy przede wszystkim do krajów unijnych, gdzie trafia nawet 80 proc. produkcji, a także na Białoruś, Ukrainę czy do Kazachstanu.
– Rozwój eksportu wymaga jednak poszukiwania nowych rynków. Jeśli chodzi o nasz główny produkt, czyli jabłka, tych rynków poszukuje się w Afryce Północnej i Azji. Obiecującym rynkiem są Wietnam, Indie, również inne państwa tamtego regionu. Dużo nadziei wiązaliśmy z rynkiem chińskim, natomiast wymaga on jeszcze szeregu działań, uzgodnień, żebyśmy mogli tam nasze jabłka lokować. Znajdowanie nowych rynków wiąże się również z koniecznością budowy całej logistyki, której na razie nie mamy dobrze rozwiniętej. Nie sztuką jest podpisać kontrakt, trzeba go zrealizować i mieć jego ekonomiczne efekty – podkreśla Witold Boguta.
Kolejne unijne regulacje, które wpływają na kształt rynku kapitałowego, są dużym obciążeniem dla małych i średnich spółek i wiele z nich skłaniają do wycofania się z giełdy. W ubiegłym roku zdecydowało się na to dwadzieścia spółek. Na przeregulowanie rynku zwraca uwagę nie tylko warszawska giełda, lecz także Komisja Europejska. Urzędnicy pracują nad stworzeniem proporcjonalnego środowiska regulacyjnego, które ma wspomóc notowania małych i średnich spółek. Sytuację pomoże też unormować nowa strategia dla rynku kapitałowego, która będzie gotowa pod koniec roku.
– Dotychczas wprowadzone regulacje, czyli MAR, który uporządkował kwestie manipulacji na rynku akcji, i MIFID II, który wprowadził konkurencję między giełdami tradycyjnymi a elektronicznymi, zostały zaimplementowane do polskiego porządku prawnego. Pytanie, co dalej. To ważne szczególnie dla takich giełd jak nasza, które specjalizują się raczej w mniejszych spółkach. UE zaczęła już dostrzegać problem nadmiernej regulacji rynku publicznego, stąd pojawiają się pierwsze inicjatywy deregulacyjne, które dotyczą tzw. SME Growth Market [rynków rozwoju – red.] – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych.
Unijna dyrektywa MiFID II zrewolucjonizowała sposób dystrybucji produktów finansowych i nałożyła na podmioty rynku kapitałowego nowe obowiązki dotyczące ochrony inwestorów, doradztwa inwestycyjnego oraz nowe wymogi informacyjne i technologiczne (związane m.in. z raportowaniem i z tradingiem algorytmicznym).
Dla rynku kapitałowego rewolucją była też nowelizacja ustaw o ofercie i o obrocie instrumentami finansowymi, która wprowadziła do polskiego prawa unijną regulację MAR i MAD II (Market Abuse Directive). Uporządkowała ona kwestie manipulacji na rynku akcji, wprowadziła wysokie kary i obostrzenia dotyczące wykorzystywania informacji poufnych. Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych już na początku przestrzegało, że MAR będzie zbyt dużym obciążeniem dla małych i średnich przedsiębiorstw i skłoni wiele spółek do wycofania się z rynku.
Od listopada zeszłego roku Komisja Europejska prowadzi prace nad stworzeniem proporcjonalnego środowiska regulacyjnego, które ma wspomóc notowania małych i średnich spółek. Jak wskazuje Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych, które bierze udział w konsultacjach, będzie to mieć przełożenie na kształt polskiego rynku kapitałowego. Pojawiła się m.in. możliwość złagodzenia wielu wymogów wynikających z MAR w odniesieniu do tzw. rynków rozwoju (SME Growth Markets), przy czym obecna ich definicja pozwoliłaby objąć tymi ulgami całość polskiego rynku kapitałowego. Skutkiem prac ma być złożenie przez KE jeszcze w tym roku wniosku legislacyjnego dotyczącego zmian w rozporządzeniu MAR.
– Gdyby regulacje dla SME Growth Market zostały rozluźnione, natychmiast przekształcilibyśmy nasz NewConnect, żeby obowiązki dla emitentów wynikające z regulacji były mniejsze. Dla mnie była to główna przesłanka, aby kandydować do Rady Europejskiej Federacji Giełd, w której chcę podnosić temat małych i średnich przedsiębiorstw. To jest w tej chwili kluczowe dla giełdy i całej polskiej gospodarki, żeby obowiązki regulacyjne zachowały zasadę proporcjonalności, a potencjalne kary były proporcjonalne do tego, co może udźwignąć mniejsza firma. Pierwsze posiedzenia rady FESE wskazują, że trafiło to na podatny grunt. Zyskujemy sojuszników w postaci innych giełd. Mam nadzieję, że jesteśmy na dobrej drodze, żeby zderegulować ten rynek – mówi Marek Dietl.
Jesienią tego roku ma być również gotowa nowa strategia polskiego rynku kapitałowego. Projekt przygotowuje międzynarodowa firma doradcza BTA Consulting we współpracy m.in. z Ministerstwem Finansów i Europejskim Bankiem Obudowy i Rozwoju (EBOR). Dokument ma się składać z analizy aktualnych problemów, rekomendacji oraz strategii dla rządu, która wyznaczy kierunek działań legislacyjnych mających wzmocnić polski rynek kapitałowy.
– Strategia rynku kapitałowego na poziomie lokalnym ma dostosować część regulacji do naszych warunków, być może powstaną też pewne zachęty podatkowe. Jeśli chodzi o regulacje związane z SME Growth Market, musimy teraz powalczyć, żeby one się pojawiły, a potem zdecydowanie i szybko wprowadzić te zderegulowane rozwiązania. Na dzisiaj głównym wyzwaniem jest natomiast przekonanie Komisji Europejskiej, że w niektórych aspektach dotyczących MŚP poszła za daleko – mówi prezes Giełdy Papierów Wartościowych.
Jak wynika z raportu „IPO Watch Europe 2017” firmy doradczej PwC, w całym ubiegłym roku na GPW odnotowano dwadzieścia siedem ofert pierwotnych, w tym samym czasie z giełdy wycofano akcje dwudziestu spółek. Eksperci PwC prognozowali, że 2018 rok może być kolejnym, w którym będzie widoczna wzmożona aktywność w zakresie przejęć i wycofywania spółek z giełdy, zwłaszcza w przypadku spółek mniejszych. W I połowie 2018 roku z GPW wycofało się łącznie czternaście spółek krajowych i zagranicznych. W tym czasie zadebiutowało pięć podmiotów.
Choć produkcja budowlana rośnie w tempie dwucyfrowym, branża boryka się z poważnymi problemami. Na rynku brakuje nawet 150 tys. wykwalifikowanych pracowników. Wyższe koszty materiałów budowlanych i rosnące wynagrodzenia dla pracowników sprawiają, że wiele firm stoi na krawędzi bankructwa. Sytuacja może się przełożyć na większe problemy infrastrukturalne, nie tylko pod względem niedotrzymania terminów, lecz także na mniejszą nawet o 20 proc. realizację programu drogowego. Konieczne są ułatwienia w zatrudnianiu obcokrajowców i przyciągnięcie młodych ludzi do szkół zawodowych – podkreślają eksperci.
– W branży budowlanej obecnie brakuje prawie 150 tys. rąk do pracy. Jeśli porównamy liczbę pracujących w branży do liczby z 2012 roku, to mamy blisko 90 tys. mniej, a programy inwestycyjne są większe niż wtedy o mniej więcej 25–30 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.
Produkcja budowlano-montażowa od początku roku notuje rekordowe wyniki. Jak podaje GUS, w czerwcu produkcja obejmująca roboty o charakterze inwestycyjnym i remontowym była o 24,7 proc. wyższa niż przed rokiem. Nie przekłada się to jednak na sytuację firm budowlanych, które cierpią na deficyt pracowników. Portal Wielkiebudowanie.pl ocenia bezrobocie w branży na 2,8 proc. Na jednego przyszłego pracownika przypada prawie sto miejsc pracy. Największe zapotrzebowanie występuje na wykończeniowców, a także wśród murarzy, zbrojarzy, cieśli, tynkarzy i dociepleniowców czy operatorów sprzętu.
Z brakiem pracowników wiąże się także presja na wzrost wynagrodzeń. Portal Wielkiebudowanie.pl wylicza, że w lipcu robotnicy budowlani będą otrzymywać najwyższe propozycje płacowe od początku 1989 roku. A to nie jest jedyna bolączka firm – rosną bowiem także ceny materiałów budowlanych – w 2017 roku nawet o 20–30 proc.
– Wiele kontraktów było ofertowanych 2–2,5 roku temu, kiedy ceny zarówno materiałów budowlanych, jak i robocizny na rynku były zauważalnie niższe. Obecnie firmy muszą zapłacić znacząco więcej za szereg materiałów budowlanych, takich jak stal, cement i za pracę, podczas gdy ceny kontraktowe są stałe. W związku z tym wiele firm zamiast zysków z robót budowlanych musi tworzyć rezerwy na straty, które stają się coraz bardziej realne – przekonuje Jan Styliński.
Zdaniem ekspertów coraz trudniejsza sytuacja na rynku może doprowadzić do powtórki sprzed kilku lat, kiedy rocznie upadało nawet po dwieście firm budowlanych. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że na koniec I kwartału 2018 roku liczba budowalnych dłużników przekroczyła 39,3 tys., a łączne zaległości budowlane – 4,57 mld zł. W I półroczu tego roku liczba upadłości i restrukturyzacji firm budowlanych sięgnęła 73, co oznacza 7-proc. wzrost w skali roku – podaje Coface.
– Wzrost cen materiałów i kosztów roboczych prowadzi do możliwości realizacji programu drogowego w węższym zakresie, niż był pierwotnie zakładany – ocenia prezes PZPB. – Prawdopodobnie zrealizujemy o 15–20 proc. projektów mniej, chyba że uda się zwiększyć łączny budżet programu, tak żeby zrealizować wszystkie inwestycje. Nie będzie to jednak możliwe, jeśli nie znajdzie się dodatkowego finansowania.
Jak podkreśla ekspert, konieczne są zmiany systemowe, przede wszystkim pod względem zatrudniania cudzoziemców, np. łatwiejsze sprowadzanie z zagranicy osób o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskiwanie zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy. To o tyle istotne, że budownictwo jest branżą zatrudniającą najwięcej pracowników z Ukrainy. W 2017 roku złożono 214 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy osobom ze Wschodu.
– Dzisiaj pracownikowi łatwiej jest wyjechać do Niemiec niż uzyskać awans w Polsce, w tej samej firmie, w której już ma pozwolenie na pracę. To jest absurdalne i w pewnym zakresie się zmienia, ale na pewno są potrzebne zmiany o charakterze planistycznym, systemowym, które pozwolą firmom patrzeć w kilkuletniej perspektywie na proces pozyskiwania kadry – mówi Jan Styliński.
Istotne jest też przyciągnięcie do branży młodzieży, czyli zmiana systemu kształcenia i większego zainteresowania młodych ludzi szkołami branżowymi. Z danych MEN wynika, że w 2008 roku na naukę w zawodówkach decydował się co piąty uczeń, a w tym roku na szkoły branżowe zdecydowało się 15,3 proc. gimnazjalistów. Konieczny jest także system praktyk, tak by absolwent takiej szkoły był od razu przygotowany do pracy.
– Kształcenie młodych ludzi to proces, który trwa kilka lat, a my już w tej chwili mamy niedobory pracowników. Żebyśmy byli w stanie w sposób bezpieczny i uczciwy młodym ludziom zaoferować pracę, musimy być też adresatami rządowych programów. Jest kilka programów, które wykraczają poza ten magiczny 2023 rok, kiedy ma się skończyć finansowanie unijne dla dużych infrastrukturalnych programów drogowych i kolejowych – mówi prezes PZPB. – Jesteśmy w stanie uczciwie mówić młodym ludziom: pracujcie dla nas, my was nie zostawimy, będziecie mogli z nami spędzić długie lata swojej kariery.
Rozwój innowacji to priorytet dla firm technologicznych. Jednym z ich źródeł jest poszukiwanie rozwiązań, które wspierają cele zrównoważonego rozwoju. Firmy, które oferują produkty pozytywnie wpływające na społeczeństwo i środowisko naturalne, mogą do końca lipca zgłosić się do konkursu o nagrodę „Social Impact”, w ramach 19. edycji środkowoeuropejskiego rankingu, organizowanego przez firmę doradczą Deloitte, dla najszybciej rozwijających się firm technologicznych Technology Fast 50 Central Europe.
W tym roku po raz pierwszy zostanie przyznana nagroda „Social Impact” dla firm i organizacji, które sukces biznesowy łączą z pozytywnym wpływem oferowanych produktów czy usług na społeczeństwo oraz środowisko, przyczyniając się do realizacji przynajmniej jednego z Celów Zrównoważonego Rozwoju 2030 ONZ.
Według prognoz do 2030 roku ludność świata wzrośnie do 8,5 miliardów. Świat stoi więc przed wyzwaniem zapewnienia odpowiedniej jakość życia, dostępu do edukacji czy pomocy medycznej przy jednoczesnej ochronie zasobów naturalnych środowiska. Realizacja celów zrównoważonego rozwoju wymaga współpracy rządów państw, organizacji obywatelskich, środowisk naukowych i biznesu.
Szacuje się, że rynek produktów wspierających cele zrównoważonego rozwoju jest warty co najmniej 12 bilionów dolarów. Nowe technologie przyczyniają się do realizacji celów społecznych poprzez umożliwienie dostępu do informacji i usług drogą cyfrową, budowania sieci współpracy czy efektywnego gospodarowania zasobami.
Na świecie obserwujemy dynamiczny rozwój start-upów w takich obszarach jak:
rolnictwo i przemysł spożywczy (na przykład firmy biotechnologiczne, produkujące biodegradowalne opakowania czy technologie przeciwdziałania marnowaniu żywności)
zrównoważony rozwój miast (na przykład firmy rozwijające elektromobilność, smart metering, technologie wspierające adaptacje do zmian klimatu) energia i zasoby (na przykład firmy oferujące technologie antysmogowe, rozwiązania dotyczące gospodarki o obiegu zamkniętym, energetyki odnawialnej, efektywności energetycznej czy technologie pozyskiwania lub oczyszczania wody) zdrowie (na przykład firmy biotechnologiczne, firmy oferujące elektroodzież zdrowotną, aplikacje zdrowotne, rozwiązania telemedyczne czy zajmujące się przetwarzaniem dużych zbiorów danych) edukacja (na przykład firmy rozwijające aplikacje, platformy edukacyjne).
– Firmy rozwijające produkty w tych obszarach udowadniają, że można osiągać zysk i tworzyć innowacje wypełniając jednocześnie misję społeczną. Koncentrują się one na poszukiwaniu nowych produktów, które pozytywnie wpłyną na społeczeństwa i środowisko, znajdując zainteresowanie wśród klientów, inwestorów oraz społeczeństw. Może to być inspiracją także dla wielkich biznesów, dla który społeczna odpowiedzialność biznesu może przybrać nową formę. – mówi Paulina Kaczmarek, Manager, Zespół ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.
Warto dodać, że elementem napędzającym rozwój firm technologicznych jest postępująca regulacja. Przykładowo Komisja Europejska wydała szereg dokumentów, które mają związek z promowaniem gospodarki o obiegu zamkniętym, rozpoczynając prace regulacyjne od opakowań i tworzyw sztucznych. Według założeń, w 2030 roku aż 70 proc. wagowo wszystkich odpadów opakowaniowych powinno zostać poddanych recyklingowi. Nowa regulacja będzie zatem napędzać rozwój takich firm, które oferują innowacyjne technologie do recyklingu tworzyw sztucznych czy stosujących recyklaty (tworzywa regenerowane).
Firmy technologiczne, które w swojej działalności przywiązują wagę do pozytywnego wpływu na otoczenie, mogą także liczyć na zainteresowanie inwestorów. Coraz więcej z nich kieruje się przy podejmowaniu decyzji nie tylko kosztami czy zyskami finansowymi, ale także korzyścią społeczną oraz środowiskową. Szacuje się, że wartość inwestycji odpowiedzialnych społecznie w Europie w 2015 roku wynosiła już blisko 150 miliardów euro. Co więcej, jak wskazują badania Deloitte, firmy technologiczne wywierające pozytywny wpływ społeczny mogą liczyć na zainteresowanie najbardziej utalentowanych pracowników.
Aby wziąć udział w rankingu należy wypełnić formularz zgłoszeniowy w języku angielskim. Aplikacje on-line przyjmowane będą do 31 lipca 2018 roku. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni 11 października.
Do rankingu zgłaszać się można poprzez stronę http://www.deloitte.com/fast50ce. Na stronie dostępne są również informacje nt. kategorii i kryteriów rankingu oraz najważniejsze dane dotyczące jego poprzedniej edycji.
– Zajmujemy się zrównoważonym rozwojem od lat. Z uwagą obserwujemy rozwój firm technologicznych, które z sukcesem oferują produkty i usługi, rozwiązujące problemy społeczne oraz środowiskowe. Wyzwania związane z dostępem do edukacji, niskoemisyjnym transportem, marnowaniem żywności, jakością powietrza tworzą przestrzeń do kreowania innowacji, które osiągając sukces komercyjny przyczyniają się do realizacji Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ – mówi Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte. – Zależy nam na tym, by w ramach konkursu Fast 50 dla najszybciej rosnących, innowacyjnych firm w Europie Środkowej wyróżnić spółki z regionu, które odnoszą sukces rynkowy, jednocześnie pozytywnie zmieniając świat. Zapraszamy do udziału w konkursie i rywalizacji o Social Impact Award – dodaje.
Partnerem społecznym nagrody „Social Impact” jest Fundacja Ashoka. Innowatorzy dla dobra publicznego. – Misją Ashoki jest wzmacnianie podmiotowości i sprawczości ludzi, aby brali udział w rozwiązywaniu problemów społecznych. Cieszę się, że Deloitte zdecydował się na dodanie nowej kategorii do konkursu Fast 50. Widzimy, że organizacje mające pozytywny wpływ społeczny rozwijają się tak szybko, jak inne biznesy i rozwiązują problemy społeczne na międzynarodową skalę – mówi Marie Ringler, Lider Ashoka na Europę i Dyrektor Zarządzająca w Europie Środkowo-Wschodniej. – Jesteśmy szczęśliwi, że możemy być partnerami tej nagrody oraz dzielić się wiedzą i doświadczeniami naszej globalnej sieci innowatorów społecznych – dodaje.
O rankingu:
Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe skupia najszybciej rozwijające się przedsiębiorstwa technologicznie na podstawie wzrostu przychodów operacyjnych. W jego skład wchodzą kategoria główna Technology Fast 50 oraz dwie podkategorie Wschodzące Gwiazdy i Wielka Piątka. Celem konkursu Technology Fast 50 CE jest zwrócenie uwagi na najszybciej rozwijające się firmy technologiczne w regionie Europy Środkowej.
Firmy i organizacje ubiegające się o nagrodę muszą mieć swoją siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej (Albania, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Kosowo, Łotwa, Litwa, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowacja, Słowenia), spełnić kryteria opisane na stronie internetowej firmy Deloitte oraz wypełnić formularz zgłoszeniowy w języku angielskim. Aplikacje on-line przyjmowane będą do 31 lipca 2018 r. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni 11 października 2018 r.
To nominacja, która wzmocni ekspansję Honeywell w Europie Środkowej i Wschodniej
Honeywell, oferując najnowocześniejsze rozwiązania teleinformatyczne typu Connected wspierające tzw. Internet Rzeczy (IoT) w przemyśle, chce przyczynić się do rozwoju gospodarki w regionie
Ronald Binkofski – prezes Honeywell na Europę Środkową i Wschodnią
Honeywell (spółka notowana na nowojorskiej giełdzie papierów wartościowych – NYSE pod oznaczeniem HON) ogłosiła dziś, że Ronald Binkofski, menedżer z ponad 25-letnim doświadczeniem w zarządzaniu przedsiębiorstwami oraz transformacjami cyfrowymi, został powołany na stanowisko prezesa firmy na Europę Środkową i Wschodnią.
W swojej nowej roli, którą będzie sprawował z biura firmy w Warszawie, Roland Binkofski będzie odpowiedzialny za rozwój Honeywell w Europie Środkowej i Wschodniej, a także za zapewnienie klientom firmy z tego regionu możliwości korzystania z najnowszych rozwiązań opartych na technologiach typu Connected, udoskonalających bezpieczeństwo, ochronę, efektywność oraz produktywność w wielu sektorach przemysłu. Nowo mianowany prezes będzie podlegał Shane’owi Tedjarati, Prezesowi Regionów Wysokiego Wzrostu na poziomie globalnym (Global High Growth Regions) w Honeywell. Ronald Binkofski przechodzi do Honeywell z Microsoft, gdzie ostatnio pełnił funkcję Dyrektora Generalnego na Region Azji Środkowej.
Technologie Honeywell Pełnią kluczową rolę w „rewolucji” Internetu Rzeczy. Łączą produkty materialne z zaawansowanym oprogramowaniem i narzędziami analitycznymi w celu budowania i rozwoju świata inteligentnego, skomunikowanego, bezpiecznego i zrównoważonego. Wiele z tych zaawansowanych rozwiązań zostało zaprojektowanych i skonstruowanych w Europie Środkowej i Wschodniej, między innymi w ramach prac liczącego ponad 1500 osób zespół inżynierów Honeywell Technology Solutions, pracujących w ośrodku badawczo rozwojowym w Brnie, w Czechach.
Działalność Honeywell w regionie Europy Środkowej i Wschodniej obejmuje wszystkie cztery obszary działalności firmy: przemysł lotniczy, technologie wykorzystywane w budownictwie, materiały i technologie o wysokich parametrach oraz rozwiązania wspierające bezpieczeństwo i produktywność, włączając w to sprzedaż, wsparcie i obsługę klienta, zarządzanie, produkcję oraz badania i rozwój.
„Większe bezpieczeństwo lotów, lepsza efektywność energetyczna budynków, udoskonalona logistyka w branży eCommerce – technologie opracowywane przez Honeywell na co dzień pomagają ludziom, którzy korzystają z nich nawet nie zdając sobie z tego sprawy”, mówi Shane Tedjarati. „Działamy w wielu różnych sektorach gospodarki, a dzięki technologiom jakimi dysponujemy – jako jedni z niewielu możemy zaoferować szeroką gamę rozwiązań umożliwiających rozwój na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej. Doświadczenie Ronalda w obszarze oprogramowania i biznesu są w tym kontekście nieocenione, zwłaszcza że region Europy Środkowej i Wschodniej będzie odgrywał coraz większą rolę w długoterminowej strategii rozwoju Honeywell.”
„Europa Środkowa i Wschodnia weszła w etap zrównoważonego rozwoju gospodarczego, na którym dokonuje znaczących inwestycji w takich obszarach jak infrastruktura, transport, energetyka, obronność, eCommerce czy rozwiązania składające się na tzw. inteligentne miasta (smart cities)”, powiedział Roland Binkofski. „Jako lider w sektorze technologii sieciowych oraz przemysłowego Internetu Rzeczy, Honeywell posiada niezbędny potencjał, aby oferować rozwiązania zapewniające bezpieczeństwo, produktywność czy efektywność energetyczną we wszystkich branżach. Honeywell, jako firma która już dziś cieszy się wielką renomą, ma w chwili obecnej doskonałe możliwości rozwoju w Europie Środkowej i Wschodniej, a także udoskonalania i oferowania swoich wiodących technologii, z korzyścią dla klientów i użytkowników.”, dodał Binkofski.
Zanim dołączył do Honeywell, Roland Binkofski był dyrektorem Microsoft na Europę Środkową i Wschodnią, pełnił funkcję dyrektora generalnego na Polskę i Rumunię. Wcześniej przez 9 lat pracował w niemieckiej firmie Software AG.
Na swoim nowym stanowisku Roland Binkofski będzie kierował działalnością Honeywell w Europie Środkowej i Wschodniej, gdzie firma zatrudnia ponad 11.000 pracowników w około 30 oddziałach znajdujących się w Polsce, Rumunii, Czechach, Bułgarii, Serbii oraz na Węgrzech i Słowacji.
Ronald Binkofski jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, gdzie uzyskał stopień magistra w dziedzinie matematyki stosowanej, jest też absolwentem Zaawansowanego Programu Zarządzania prowadzonego przez Europejski Instytut Zarządzania Biznesem (Institut européen d’administration des affaires – INSEAD) w Fontainebleau we Francji.
Cena zielonych certyfikatów na warszawskiej Towarowej Giełdzie Energii w lipcu przekroczyła 100 zł/MWh. Ostatni raz tyle płacono za nie ponad dwa lata temu. To także niemal dwa drożej od opłaty zastępczej, dzięki której spółki energetyczne mogłyby uniknąć konieczności kupowania certyfikatów na rynku.
Na początku dekady opłata zastępcza (rosnąca co roku o wartość inflacji) była wyraźnym ograniczeniem dla wzrostu cen certyfikatów. W ostatnich latach ceny świadectw pochodzenia nawet się jednak o nią nie ocierały. Opłata przekraczała bowiem 300 zł, a certyfikaty sprzedawano – w wyniku ich ogromnej nadpodaży – poniżej 100 zł/MWh. Mimo tego w ubiegłym roku posłowie (inspirowani przez państwowy koncern energetyczny Energa – jak sam przyznał jeden z projektodawców) w błyskawicznym tempie uchwalili ustawę, która gwałtownie obniżyła opłatę zastępczą (dziś to nieco ponad 48 zł) i wprowadziła mechanizm, zgodnie z którym będzie ona wynosić 125% średniej giełdowej ceny certyfikatów z poprzedniego roku.
Taki mechanizm miał zapobiec szybszemu wzrostowi cen zielonych certyfikatów i – co za tym idzie – większemu obciążeniu odbiorców energii elektrycznej. Rynek spodziewał się, że certyfikaty będą każdego roku drożeć o nie więcej niż 25%. Tymczasem tylko od stycznia ich cena wzrosła o ponad 100%, a od najniższego poziomu sprzed roku aż o 300%.
W pisanej na kolanie i uchwalanej w ogromnym pośpiechu na ostatnim posiedzeniu Sejmu przed wakacjami ustawie (ochrzczonej jako Lex Energa), zaszyto jednak błąd logiczny. – Uniemożliwia on skorzystanie z opłaty zastępczej nawet, jeżeli certyfikaty na giełdzie są od niej wielokrotnie droższe – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Ustawa mówi bowiem, że z opłaty nie można skorzystać jeśli cena certyfikatów z poprzedniego roku jest niższa, niż tegoroczna opłata obliczona jako 125% ubiegłorocznej ceny.
Jedynym wyjściem z tej pętli jest przebicie przez certyfikaty średniorocznej ceny 300,03 zł, opłata zastępcza nie może bowiem przekroczyć tej wartości. Na to się jednak jeszcze długo nie zapowiada.
W efekcie przypadkowego pozbawienia spółek energetycznych bezpiecznika w postaci opłaty zastępczej, muszą one kupować certyfikaty na rynku niemal po każdej cenie. Tylko Enea sama generuje w swoich elektrowniach wiatrowych i na biomasę tyle certyfikatów, ile potrzebuje dla swoich klientów. Pozostałe koncerny – PGE, Tauron i Energa – produkują ich o ponad połowę mniej, niż potrzebują. Resztę muszą więc dokupić u bezpośrednio u wytwórców ekologicznej energii (np. w farmach wiatrowych należących do mniejszych producentów) albo na giełdzie. Państwowe koncerny w ostatnich latach robiły jednak bardzo wiele, aby nie realizować wieloletnich umów na skup certyfikatów od mniejszych producentów. Przy niskiej giełdowej cenie certyfikatów po prostu im się to nie opłacało. Zakupy muszą więc teraz realizować na giełdzie, gdzie cena od wielu miesięcy rośnie.
Perspektywa wojny handlowej zmusza Chiny do działania. Banki inwestycyjne nie wróżą dobrze forintowi. Rosjanie rezygnują z amerykańskich obligacji na rzecz złota.
Tani kredyt wraca do Chin
Jesteśmy świadkami zmiany polityki gospodarczej w Państwie Środka. Spowalniająca gospodarka, słabnący juan i giełda niespełniająca oczekiwań wraz z perspektywą wojny handlowej z USA to wystarczająco dużo by władze w Pekinie zmieniły metody działania. W efekcie znów wracamy do taniego kredytowania. W przeciwnym razie istnieje ryzyko, że w spowalniającej gospodarce firmy, które rozwijały się na kredyt nie będą miały jak spłacić zadłużenia. W rezultacie całe wysiłki na oddłużenie gospodarki właśnie biorą w łeb. Najludniejsza gospodarka świata znów sama wskakuje w pętlę kredytową tworząc bardzo duże zagrożenie dla całej globalnej ekonomii.
Słabsze perspektywy forinta
Banki inwestycyjne przewidują spadki węgierskiej waluty. Dlaczego forint ma tanieć? Po pierwsze polityka monetarna Banku Węgier jest dość liberalna co nie przyciąga kapitału. Powoduje to, że spośród wszystkich walut naszego regionu to forint traci na wartości najmocniej. Drugim powodem są generalnie słabsze perspektywy dla walut naszego regionu. Co prawda ostatnia korekta przeczy czym tendencją jednak analitycy wskazują, na przejściowość umocnienia złotego i forinta. Czas pokaże czy prognoza ta się sprawdzi.
Rosjanie wycofują się z dolarów
Moskwa sprzedaje obligacje USA i kupuje złoto. Od lat rezerwy tego kruszcu wyraźnie rosną. Teraz Rosjanie wykorzystali relatywnie mocnego dolara i taniejące złoto do dalszego zwiększenia zaangażowania w kruszec. Jaki będzie mieć to wpływ na rynki? Im mniej państwa będzie traktować obligacje USA jako pewne miejsce do lokowania kapitałów tym drożej będą się amerykanie zadłużać. To z kolei powinno negatywnie wpływać na dolara. Rosjanie nie byli bardzo istotnym graczem na tym rynku, ale przed redukcją byli wśród 10 największych wierzycieli USA.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – beżowa księga, czyli zapiski z posiedzenia federalnego komitetu otwartego rynku.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Jeśli egzekucja z majątku spółki okaże się bezskuteczna, to za jej zobowiązania podatkowe całym swym majątkiem będą odpowiadać solidarnie członkowie jej zarządu. Powstanie zaległości musi jednak nastąpić w okresie pełnienia funkcji członka zarządu, a on w odpowiednim czasie nie dokonał zgłoszenia wniosku o upadłość bądź otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego.
6 kwietnia 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną podatnika od wyroku WSA w Szczecinie w sprawie decyzji tamtejszego Dyrektora Izby Skarbowej o objęciu członka zarządu spółki z o.o. odpowiedzialnością za jej zaległości podatkowe (II FSK 745/16).
Egzekucja za zaległości publicznoprawne spółki
Naczelnik Urzędu Skarbowego stwierdził zaległości spółki w podatku od osób fizycznych oraz podatku od towarów i usług powstałe w okresie od lipca 2008 r. do grudnia 2011 r. Z tego tytułu prowadził postępowanie egzekucyjne wobec spółki, także celem windykacji należności wobec ZUS, czy PFRON. Zajęcie rachunków bankowych, ruchomości, a także sprzedaż nieruchomości spółki nie zaspokoiło wszystkich roszczeń Skarbu Państwa. Gdy komornik odebrał spółce i sprzedał wszystko, co miała, umorzył postępowanie egzekucyjne. Postanowienie o umorzeniu wydał Naczelnik Urzędu Skarbowego, argumentując, że: „…nie ujawniono żadnych innych składników majątku ruchomego i nieruchomego, z którego można przeprowadzić skuteczną egzekucję” (I SA/Sz 976/15).
Furtka do majątku byłego członka
Wojewódzki Sąd Administracyjny wskazał, że podstawą odpowiedzialności członków zarządu jest art. 116 Ordynacji podatkowej (zwanej dalej o.p., Dz.U. 1997, poz. 926). Zgodnie z subsydiarną zasadą odpowiedzialności, aby mogli oni zostać do niej pociągnięci w pierwszej kolejności, bezskuteczna musi okazać się egzekucja z majątku spółki. Umorzenie przez organy skarbowe dalszego postępowania egzekucyjnego, właśnie wskutek stwierdzenia jego bezskuteczności, otworzyło furtkę do skierowania go przeciw członkom zarządu. Oczywiście, mogą oni uniknąć odpowiedzialności, jeśli we właściwym czasie zgłoszą upadłość spółki bądź wskażą jej mienie, które będzie w znacznym stopniu zaspokajało istniejące zaległości podatkowe. Przy czym istotne jest określenie „znaczny”. Od odpowiedzialności nie może też uwolnić powołanie na wyzbycie się statusu członka zarządu spółki, jeśli tylko zaległości powstały w trakcie jego kadencji.
Brak zgłoszenia wniosku o upadłość
Sąd uznał, że były już członek zarządu spółki nie wykazał spełnienia zawartych w art. 116 o.p. przesłanek, które mogłyby wyłączyć jego odpowiedzialność. Nie zgłosił on bowiem upadłości we właściwym terminie, a w niedopełnieniu tego obowiązku można mu przypisać winę. Jak wskazał sąd, przywołując art. 10, 11 oraz 21 obowiązującej w ówczesnym kształcie ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze (zwana dalej – p.u.n., Dz.U. 2015, poz. 233): „…właściwym czasem dla zgłoszenia wniosku dłużnika o ogłoszenie upadłości jest termin 2 tygodni od dnia, gdy nie wykonuje on swoich wymagalnych zobowiązań lub gdy jego zobowiązania przekroczą wartość jego majątku”, nawet gdy spełnia te zobowiązania na bieżąco.
Warto w tym miejscu zaznaczyć, że od 1 stycznia 2016 r. zostały wprowadzone zmiany
w prawie upadłościowym. Obecnie termin na zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości wynosi 30 dni. Zmieniła się również definicja niewypłacalności, którą należy rozumieć, jako utrzymujący się przez ponad 3 miesiące stan opóźnienia w wykonywaniu zobowiązań pieniężnych. Niewypłacalną będzie też osoba prawna, której zobowiązania pieniężne przekraczają wartość jej majątku przez okres dłuższy niż 24 miesiące (ustawa Prawo upadłościowe, zwane dalej – p.u., Dz.U. 2018 r. poz. 398).
Brak współdziałania członków zarządu
Pociągnięty do odpowiedzialności majątkowej członek zarządu powołał się jeszcze na istniejący w spółce konflikt i brak współdziałania drugiego członka zarządu. Obowiązująca
w spółce dwuosobowa reprezentacja łączna, a także fakt odwołania go z zarządu, miały wykluczać zawinienie w niezłożeniu wniosku o ogłoszenie upadłości. Sąd orzekł, że okoliczności te nie mają żadnego znaczenia, bowiem „do orzeczenia o odpowiedzialności członka zarządu spółki z o.o. organ podatkowy jest obowiązany wykazać jedynie okoliczność pełnienia obowiązków członka zarządu w czasie powstania zobowiązania podatkowego, które przerodziło się w dochodzoną zaległość podatkową spółki” (I SA/Sz 976/15). Członek zarządu miał też na mocy art. 202 § 4 Kodeksu spółek handlowych możliwość rezygnacji z funkcji w każdej chwili. Nie czyniąc tego, wyraził w ocenie sądu zgodę na piastowanie stanowiska członka zarządu bez posiadanych uprawnień do samodzielnego decydowania o jej istotnych sprawach.
Znaczny stopień zaspokojenia
Aby wyłączyć osobistą odpowiedzialność majątkową, korzystając z możliwości nadanej w art. 116 § 1 pkt 2 o.p., nie wystarczy wskazać jakiegokolwiek mienia spółki, zwłaszcza gdy jest ono małej wartości. W ocenie sądu wierzytelność, którą w sprawie wskazał członek zarządu, a przysługująca spółce, nie stanowi mienia, które w znacznym stopniu mogłoby zaspokoić jej zaległości podatkowe.
Podobny pogląd znalazł odzwierciedlenie w wyroku z 30 marca 2012 r. WSA w Opolu. Nawiązując do wymogu z art. 116 § 1 pkt 2 o.p., sąd stwierdził, że: „dotyczy wskazania mienia, z którego egzekucja jest faktycznie możliwa, co w praktyce oznacza, iż egzekucja ta musi być realna do przeprowadzenia i skutkująca zaspokojeniem wierzyciela. Przy czym tylko realnie istniejące mienie wskazane wraz z jego usytuowaniem, istniejące w momencie, w którym toczy się postępowanie dotyczące przeniesienia odpowiedzialności, wypełniałoby przesłankę zwalniającą członka zarządu od odpowiedzialności z art. 116 § 1 Ordynacji podatkowej” (I SA/Op 43/12).
Kto jeszcze może ponosić odpowiedzialność?
Zmienione w 2016 r. przepisy prawa upadłościowego rozszerzają krąg osób, które będą pociągnięte do odpowiedzialności za niezgłoszenie w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości. Oprócz dłużnika (art. 21.1 p.u.) będą nimi wszyscy, którzy na podstawie ustawy, statutu lub umowy spółki mają prawo do reprezentowania i prowadzenia spraw osoby będącej dłużnikiem spółki (art. 21.2 p.u.).
Jak bronić się przed odpowiedzialnością?
Kolejne punkty ustawy wskazują na okoliczności mogące uchronić wymienione wyżej osoby przed poniesieniem odpowiedzialności za niezgłoszenie w terminie wniosku o ogłoszenie upadłości. Przede wszystkim pozwoli im to na udowodnienie przed organami podatkowymi,
a w ostateczności przed sądem, że nie ponoszą za to winy (art. 21.3 zd.1 p.u.). Jednak jak orzekł sąd w omawianym wyroku, ciężar udowodnienia jej braku, jak i wykazania którejkolwiek okoliczności uwalniającej od odpowiedzialności spoczywać będzie na osobie pragnącej się od tej odpowiedzialności uwolnić.
Od odpowiedzialności uchroni też otwarcie w terminie 30 dni od dnia, w którym wystąpiła podstawa do ogłoszenia upadłości, postępowania restrukturyzacyjnego, albo też nastąpi zatwierdzenie układu w postępowaniu o zatwierdzenie układu (art. 21.3 zd.2 p.u.).
Ostatnią z linii obrony przed poniesieniem odpowiedzialności za niezgłoszenie upadłości jest wykazanie, że zaniechanie to nastąpiło w czasie, gdy na podstawie przepisów Kodeksu postępowania cywilnego prowadzona była egzekucja w postaci: zarządu przymusowego lub sprzedaży przedsiębiorstwa (art. 21.5 p.u.).
Na ochronę majątku nigdy nie jest za późno
Nie należy zapominać, że zgłoszenie wniosku o ogłoszenie upadłości czy rozpoczęcie postępowania restrukturyzacyjnego ma przede wszystkim służyć ochronie majątku firmy. Przeprowadzone właściwie i w sposób profesjonalny może uchronić przed całkowitym upadkiem przedsiębiorstwa. Także na etapie wszczętego już postępowania przeciw firmie nie należy składać broni. Korzystając ze wsparcia, jakie oferuje doradca prawny lub kancelaria prawna można częściowo ugasić pożar, uzyskując pomoc w walce z nadużyciami urzędniczymi organów podatkowych czy wymiaru sprawiedliwości. Zanim dojdzie do zagrożenia majątku, przedsiębiorcy myślący nad zapewnieniem sobie większego stopnia jego ochrony mogą sięgnąć po oferowane przez polskie, a przede wszystkim międzynarodowe prawo odmienne formy prowadzenia działalności. Fundacje prywatne, trusty, spółki zagraniczne czy ich holdingi w jurysdykcji niektórych państw wyłączają odpowiedzialność majątkową członków zarządu lub dyrektorów, założycieli.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Brytyjska waluta w środę pogłębiła spadki z poprzedniego dnia. Funt doświadczył wyprzedaży po publikacji danych inflacyjnych za czerwiec, które sugerują utrzymanie niższego poziomu inflacji od zakładanego.
Inflacja bazowa w czerwcu wyniosła 1,9% r/r i była o 0,2 p.p. niższa niż miesiąc wcześniej. Konsensus spodziewał się, że inflacja wzrośnie i w czerwcu wyniesie 2,3% w ujęciu rocznym. Inflacja CPI z tego względu również zachowała się odmiennie od oczekiwań i wyniosła w czerwcu 2,4% w ujęciu rocznym, dokładnie tyle samo, co miesiąc wcześniej – konsensus i w tym wypadku spodziewał się wzrostu, do poziomu 2,6% w ujęciu rocznym.
Utrzymywanie się niższej od prognozowanej dynamiki cen przekłada się na słabość brytyjskiej waluty, gdyż sugeruje, że oczekiwana sierpniowa podwyżka stóp procentowych w Wielkiej Brytanii stanęła pod znakiem zapytania. W obliczu nowych danych większa część członków decyzyjnego ramienia banku może preferować utrzymanie stóp procentowych na niezmienionym poziomie.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek obniżył się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna waluta traciła wczoraj w relacji do silniejszego dolara amerykańskiego, zyskiwała natomiast w parze ze słabym funtem. Dzisiejsza rewizja odczytu inflacji w strefie euro w czerwcu przyniosła pewne zaskoczenie. Inflacja CPI wprawdzie zgodnie z wcześniejszym szacunkiem wyniosła 2% rocznie, bazowy indeks został zrewidowany w dół z poziomu 1% do 0,9% rocznie. Nie jest to bardzo duża zmiana i raczej nie będzie w istotny sposób wpływać na opinie decydentów, o ile oczywiście taka tendencja nie zostanie utrzymana.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek obniżył się o 0,6%, wahając się w widełkach 4,82-4,87. W ostatnich dniach funt był poddany presji wyprzedażowej ze względu na kwestie polityczne. Również wczoraj brytyjskiej walucie wczoraj szkodziły informacje o wyraźnych podziałach w partii Torysów, które wywołują obawy o to, że plan “łagodnego” Brexitu Theresy May może się nie powieść. Dziś jednak kwestie polityczne (przynajmniej w pierwszej części dnia) zostały przyćmione przez wspomniane wcześniej dane o inflacji.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,66-3,69. Wczorajsze przemówienie prezesa FED było dość optymistyczne. Wypowiadający się przed senacką komisją bankową, Jerome Powell stwierdził, że perspektywy gospodarki USA są dobre, inflacja w kolejnych latach powinna znajdować się w okolicy 2%, a rynek pracy powinien być silny. Powell sugerował, że ryzyka związane z wojną handlową mogą być zmitygowane przez ekspansywną politykę fiskalną USA. Dziś czeka nas drugie przemówienie Powella, tym razem przed Komisją Usług Finansowych Izby Reprezentantów.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w czerwcu
16:00 – przemawia prezes FED, Jerome Powell
20:00 – publikacja “Beżowej Księgi” FED
To już drugi tydzień, gdy spadają ceny ropy naftowej, choć nie dostrzegają tego klienci na stacjach paliw. Dalsze spadki cen światowych będą już niewielkie.
Ceny ropy spadają przede wszystkim dzięki temu, że wydobycie zwiększyła Arabia Saudyjska. Podaż zwiększali też inni jej producenci.
Obecnie cena ropy WTI oscyluje wokół 66 USD za baryłkę. – Spadki cen są możliwe, choć nie będą już tak duże, a po okresie wakacyjnym powinno dojść do odbicia cen – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.
Jak pokazuje najnowszy ranking UE Szwecja jest jedną z najbardziej zaawansowanych gospodarek cyfrowych w Unii Europejskiej obok Danii, Finlandii i Holandii.
Indeks Komisji Europejskiej ds. Cyfrowej gospodarki i społeczeństwa (DESI – The Digital Economy and Society Index) przedstawia pozytywny obraz wykorzystania technologii w tym nordyckim kraju.
Szwecja osiągnęła najwyższe wyniki w kategorii kapitał ludzki, dzięki powszechnym podstawowym umiejętnościom cyfrowym, a także rozwiniętym wysokim umiejętnościom cyfrowym wśród części ludności. Zdecydowana większość w Szwecji korzysta z Internetu co najmniej raz w tygodniu, a bardzo duża część siły roboczej ma jakąś formę umiejętności cyfrowych, zgodnie z raportem.
Szwecja zarejestrowała także jeden z najwyższych udziałów specjalistów ICT (Technologie informacyjno-komunikacyjne) w stosunku do całkowitego zatrudnienia (6,3 procent), za Finlandią (6,6 procent), w przeciwieństwie do Rumunii (2,0 procent) i Grecji (1,4 procent) , które znalazły się na końcu zestawienia. Średnia stopa zatrudnienia w całej UE wynosi 3,5%.
Obeznani z technologią cyfrową Szwedzi nie boją się wykorzystywać Internetu również do ważnych zadań. Aż 90% Szwedów korzysta z bankowości internetowej, w Bułgarii, która zajmuje ostatnie miejsce w tej kategorii, jedynie 9%. Szwecja, Dania, Holandia i Luksemburg mają najbardziej aktywnych użytkowników Internetu w ogóle.
Inne obszary, w których Szwecja przoduje, to między innymi integracja technologii cyfrowej (cyfryzacja biznesu i wykorzystanie handlu elektronicznego) oraz wykorzystanie technologii cyfrowych w usługach publicznych. W Szwecji powszechne jest przesyłanie formularzy do agencji rządowych przez Internet, a indeks DESI mówi, że robi to ponad 80% użytkowników internetu. Średnia w UE jest znacznie niższa i wynosi 58,5%.
Szwedzki minister ds. rozwoju cyfrowego powiedział, że pomimo dobrych wyników jego kraju, nadal pozostaje praca do zrobienia.
„Sektor publiczny pozostaje dużym wyzwaniem, w którym musimy rozszerzyć skalę cyfrowych udogodnień i na przykład zaoferować lepsze usługi cyfrowe w ramach opieki zdrowotnej, a także ułatwić kontakt cyfrowy z innymi rządowymi agencjami. Musimy również nadal aktywnie pracować nad zarządzaniem rozwojem szybkiej sieci szerokopasmowej na obszarach wiejskich” – powiedział w oświadczeniu Peter Eriksson.
Pierwsze półrocze 2018 r. to okres koncentracji inwestorów na rozwiązaniach o najniższym ryzyku. Wśród bezpiecznych funduszy o najwyższym ratingu (5*) znalazł IPOPEMA Obligacji SFIO TFI, z zyskiem na poziomie 0,49% w czerwcu 2018 r.
Fundusz IPOPEMA Obligacji to rozwiązanie dla inwestorów poszukujących stabilnych zysków i alternatywny dla depozytów bankowych. Działający od grudnia 2011 roku fundusz posiada w zarządzaniu ponad 270 mln złotych i skupia się głownie na inwestycjach w papiery skarbowe.
Wyniki funduszu IPOPEMA Obligacji od 2011 (AnalizyOnline)
– Celem funduszu jest osiągnięcie jak najwyższej stopy zwrotu przy jednoczesnym minimalizowaniu ryzyka. W praktyce jednak celem uznawanym za minimum dla funduszu to osiągnięcie stopy zwrotu wyższej od depozytu bankowego – podkreśla Bogusław Stefaniak, zarządzającym funduszem IPOPEMA Obligacji.
Czynnikiem wyróżniającym ten fundusz na tle konkurencji jest aktywne podejście do zarządzania portfelem. Fundusz cechuje się wysoką płynnością składników portfela, co pozwala na dynamiczne dopasowanie się do warunków rynkowych i poszukiwanie okazji rynkowych.
– Największy nacisk w strategii inwestycji kładziemy na część skarbową oraz inwestycje w krótkoterminowe obligacje denominowane w walucie obcej oraz papiery komercyjne. Przy takim podejściu niezwykle istotna dla funkcjonowania funduszu jest wysoka płynność jego składników, dlatego w przypadku obligacji emitowanych przed przedsiębiorstwa do portfela nabywane są obligacje znanych, dużych podmiotów, charakteryzujących się wysoką jakością kredytową – dodaje Bogusław Stefaniak.
Na przestrzeni ostatnich lat fundusz z powodzeniem realizuje przyjętą strategię. Z osiąganymi wynikami znalazł się w czołówce w swojej grupie porównawczej* i tak w perspektywie 1 i 3 miesięcy jest rynkowym liderem a w perspektywie 3 lat zajmuje 3 miejsce ze stopą zwrotu na poziomie +9,67% z pokaźną (+4,37%) nadwyżką nad przeciętnym wynikiem dla grupy porównawczej.
*Analizy Online – Rating dla funduszu IPOPEMA Obligacji 2018 (5* za 36 m-cy)
Passus SA zadebiutował we wtorek na rynku NewConnect. Do obrotu trafiło 71 400 akcji zwykłych na okaziciela serii B, 63 400 akcji zwykłych na okaziciela serii D, a także 248 300 akcji zwykłych na okaziciela serii F. Debiut giełdowy był okazją dla Passus do zaprezentowania wyników finansowych oraz strategii rozwoju spółki.
Passus, który jest liderem polskiego rynku APM/NPM (Application/Network Performance Management), a także ma mocną pozycję w obszarze bezpieczeństwa IT, w minionych trzech latach zdołał wypracować 4,7 milionów złotych zysku. Od samego początku większość zysków spółka przeznacza na rozwój własnych produktów. Podobnie środki pozyskane z emisji akcji serii F – w kwocie 1,259 mln złotych – zostaną przeznaczone na rozwój oferty firmy, w tym przez budowę grupy kapitałowej.
75 milionów przychodów w Passus w trzy lata działalności
Passus SA powstał w wyniku wydzielenia się w 2014 roku Działu Sieci i Bezpieczeństwa IT z Passus Sp. z o.o., firmy działającej w branży IT od 1992 roku. Od początku działalności rok rocznie spółka osiągała zysk. W ciągu ostatnich trzech lat działalności firma wygenerowała 75 milionów złotych przychodów.
W 2017 roku Passus wypracował 26.9 milionów złotych przychodów. Zysk netto z działalności operacyjnej spółki wyniósł 2 miliony złotych.
Passus najwięcej przychodów generuje z usług związanych z monitoringiem wydajności sieci i aplikacji (APM/NPM) – 58 proc., na drugim miejscu są usługi związane z infrastrukturą (21,8 proc.) i bezpieczeństwem IT (20 proc.). Najwięcej klientów Passus pochodzi z sektora publicznego (48.1 proc.), telekomunikacyjnego (26,5 proc.), finansowego (13,3 proc.) i handlowego (12.1 proc.).
„Wyniki finansowe Passus charakteryzują się pewną specyfiką, która wynika z charakteru naszego biznesu – większość projektów, które realizujemy, jest długoterminowa (rok i więcej). Rozliczenie któregoś z nich może okresowo zwiększyć przychody spółki. Dlatego warto analizować nasze wyniki finansowe w dłuższych okresach. Jednocześnie od początku naszej działalności inwestujemy większość zysków spółki w rozwój własnych produktów oraz zwiększamy ilość umów ramowych, żeby tą okresowość w zwiększaniu przychodów stopniowo wyeliminować” – mówi Tadeusz Dudek, Prezes Zarządu Passus SA.
Inwestycje w StressTestera i grupę kapitałową
Najważniejsze obecne produkty Passus SA to Passus Ambience (umożliwia ekstrakcję danych z ruchu sieciowego i strumieni informacji, ich przekształcenie, w tym uzupełnienie o dane z zewnętrznych źródeł, a następnie przekazanie do dowolnego sytemu) i nDiagram (system do wizualizacji danych z sieci rozległych).
Środki z debiutu giełdowego spółka chce przeznaczyć na rozwój rozwiązania StressTester, które umożliwi automatyczne prowadzenie testów wydajności aplikacji w oparciu o rzeczywisty ruch sieciowy. Na rozwój tego projektu wcześniej Passus pozyskał dotację z UE w wysokości 3 367 360 zł.
„Będziemy też rozwijać naszą ofertę przez budowę grupy kapitałowej. Pierwszą inwestycją w 2018 roku było nabycie akcji Chaos Gears, która specjalizuje w realizacji projektów z wykorzystaniem chmury publicznej dla dużych firm i instytucji, a także szybko rozwijających się start-upów. Spółka ta buduję swoją ofertę z wykorzystaniem technologii Amazon Web Services (AWS), udostępniając szereg usług i narzędzi służących automatyzacji procesów migracji i zarządzania infrastrukturą i aplikacjami w chmurze” – zapowiada Tadeusz Dudek.
Oferta Chaos Gears jest komplementarna w stosunku do oferty Passus, który ma w swoim portfolio rozwiązania dla dużych organizacji, zapewniające bezpieczny i wydajny dostęp do chmury, m.in. firm Riverbed i Symantec.
„Podobnie jest w przypadku naszej najnowszej inwestycji, którą jest spółka AISecurity. Specjalizuje się ona w zarządzanych usługach bezpieczeństwa, a jej celem jest zajęcie wiodącej pozycji na rynku MSS (Managed Security Services). AISecurity zamierza zrealizować ten cel przez stworzenie Security and Network Operating Center (SNOC) i sprzedaż kompleksowych usług z zakresu monitoringu, analizy i rozwiązywania problemów wszystkich aspektów działania infrastruktury IT organizacji” – ujawnia prezes Passus.
Innowacyjność rozwiązania AISecurity będzie polegać m.in. na jego kompleksowości – usługi świadczone za pośrednictwem SNOC nie tylko umożliwią diagnozę i przeciwdziałanie incydentom związanym z bezpieczeństwem, ale zapewnią również ciągłość i wydajność działania sieci i krytycznych aplikacji. Oferta AISecurity będzie kierowana zarówno do firm, które posiadają własne działy IT, jak i przedsiębiorstw, które są zainteresowane outsourcingiem tego obszaru działalności.
Rozwój oferty usług AISecurity pozwoli Grupie Passus pozyskać klientów, którzy posiadają zbyt małe zespoły IT, aby efektywnie wykorzystywać dane pozyskiwane za pomocą zaawansowanych rozwiązań z zakresu bezpieczeństwa IT lub APM/NPM. Docelowo usługi AISecurity będą oferowane także klientom zagranicznym, którzy są zainteresowani outsourcingiem IT.
We wtorek najważniejszym wydarzeniem na rynkach finansowych było wystapienie prezesa amerykańskiej Rezerwy Federalnej przed Komisją Bankową Senatu USA. J. Powell podtrzymał jastrzębią retorykę z ostatnich wypowiedzi, wzmacniając rynkowe oczekiwania na kolejne podwyżki stóp procentowych w latach 2018-2019. W ocenie szefa Fed-u gospodarkę USA czeka jeszcze „kilka lat” dobrej sytuacji na rynku pracy i inflacji w pobliżu celu, co rynek odebrał jako sygnał, że nie widzi on poważnego ryzyka ze strony wojny handlowej dla odbicia w gospodarce USA, czego obawiał się rynek.
W oczekiwaniu na wystąpienie prezesa FOMC złoty lekko zyskiwał na wartości, na EURPLN schodząc w okolice 4,29. Choć od czerwcowego posiedzenia FOMC zakłada się, że amerykański bank centralny, będzie kontynuował stopniowe zaostrzanie polityki monetarnej, to jednak w obliczu rosnących napięć w stosunkach handlowych, nie jest do końca pewne, jak Fed mógłby zareagować w razie zaostrzenia konfliktu USA z Chinami (agresywnie podniesie stopy ze względu na proinflacyjne oddziaływanie taryf importowych, czy wstrzyma się z podwyżkami ze względu na możliwe wyhamowanie wzrostu). W poniedziałek, Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) przestrzegł, że eskalacja napięć handlowych może zagrozić odbiciu w globalnej gospodarce i pogorszyć średnioterminowe perspektywy wzrostu PKB. Niemniej, po umacniającym się dolarze do euro (notowania EURUSD podczas workowej sesji europejskiej systemicznie schodząc w dół przebiły wsparcie na 1,17) widać jednak było, że rynek liczył na jastrzębie doniesienia z Senatu USA.
W tej sytuacji najprawdopodobniej tylko dzięki zaskakująco dobrym danym dot. polskiej gospodarki we wtorek notowania złotego rosły. W poniedziałek zaskoczeniem była nadwyżka w bilansie płatniczym, rzędu 42 mln euro, wczoraj rynek zaskoczyły zaś doniesienia z rynku pracy, a dzisiaj oczekuje się mocnego odczytu dot. produkcji przemysłowej (rynek zakłada wzrost o 6,4% r/r wobec 5,4% miesiąc wcześniej) i potwierdzenia rosnącej inflacji w cenach producenta (prognoza: wzrost PPI o 3,6% r/r wobec 2,8% w maju). Tymczasem jak podał we wtorek GUS, przy stabilnym zatrudnieniu (na poziomie 3,7% r/r już od pięciu miesięcy) przyspieszają płace (w czerwcu odnotowany wzrost na poziomie 7,5% r/r wobec oczekiwanych 7,0%). Opublikowany w poniedziałek przez NBP lipcowy Raport o inflacji nie wskazywał już na rynek pracy jako główne zagrożenie dla projekcji, stąd wtorkowe dane nie zmienią stanowiska RPP.
EURPLN złamał wsparcie na 4,30, jednak sama dynamika oraz skala ruchu wskazuje, iż w najbliższym czasie może dojść do wyhamowania umacniania się złotego. Jeszcze dane o produkcji przemysłowej za czerwiec, jeśli nie rozczarują, mogą lekko wspomóc naszą walutę, jednak wydaje się, że zbliżamy się już do końca spadków EURPLN.
Wykres dnia: Wg prezesa J. Powell’a stopy procentowe w USA nadal będą rosły stopniowo. Na utrzymanie jastrzębiej polityki FOMC wskazują też reguły dla polityki monetarnej Fed-u.Źródło: Thomson Reuters, BSRAutor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski