Umowa na zastępstwo – wszystko co warto wiedzieć

W sezonie wakacyjnym przybywa ofert pracy na zastępstwo. Poszukiwani są księgowi, pracownicy biurowi, osoby do pracy na recepcji oraz doradcy klienta.

Decydując się na podjęcie pracy na zastępstwo, warto znać swoje prawa i obowiązki. Oto, co warto wiedzieć, zanim podpiszemy umowę.

Absencja pracownika. To powód, dla którego pracodawca może zatrudnić nową osobę na zastępstwo, a dokładnie na umowę na czas określony. Nieobecność pracownika musi być związana m.in. z urlopem wypoczynkowym, macierzyńskim, rodzicielskim, wychowawczym bądź bezpłatnym. Może też być wynikiem niezdolności do pracy spowodowanym chorobą lub inną usprawiedliwioną nieobecnością.

BHP. Pracodawca ma obowiązek zorganizowania dla pracownika szkolenia BHP. Nie ma znaczenia czy zastępstwo będzie trwać trzy miesiące, czy też rok.

Czas pracy. To jeden z elementów, który należy szczegółowo opisać w umowie. Zgodnie z kodeksem czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę.

Dane do umowy. Standardowe przy umowie o pracę tj. dane osobowe, dane urzędu skarbowego oraz numer konta.

Elementy umowy. W umowie na zastępstwo powinno znaleźć się oznaczenie stron umowy, jej rodzaj, data zawarcia oraz sprecyzowane warunki pracy i płacy.

Formalny stan. Według kodeksu pracy po nowelizacji w 2016 roku umowa na zastępstwo już formalnie nie istnieje. Została zastąpiona umową o pracę na czas określony. Mimo to umowa na zastępstwo nawet gdy ustawodawca nazywa ją inaczej, musi zachować swoją specyfikę. I tak termin zakończenia współpracy na zastępstwie jest datą powrotu pracownika, który przebywa na urlopie czy zwolnieniu lekarskim.

Grafik. Zastępując pracownika, można pracować w systemie jasno określonych godzin np. na podstawie grafiku. Jeśli grafik przewiduje pracę na trzy zmiany, w tym nocną, pracownik powinien dowiedzieć się o tym przed podpisaniem umowy.

Informacja. Pracownik ma prawo oczekiwać pełnej informacji dotyczącej zasad współpracy już w trakcie rekrutacji. Pracownik na zastępstwo jest ważnym członkiem zespołu, gdyż odciąża go w trudnym urlopowym czasie.

Konkretna data. Czasem np. z powodu przedłużającej się choroby etatowego pracownika, wskazanie konkretnego dnia powrotu do pracy może być niemożliwe. W takiej sytuacji trudno określić termin umowy na zastępstwo. W takiej sytuacji, w umowie na zastępstwo można wpisać, że stosunek pracy zostaje zawarty na czas nieobecności zastępowanego pracownika.

Lista obowiązków i praw wynika z prawa pracy oraz wewnętrznych ustaleń między pracownikiem a pracodawcą.

Miejsce wykonywania pracy. Powinno być wskazane w umowie na zastępstwo.

Nielimitowana liczba umów na zastępstwo. Przepisy dopuszczają możliwość zawarcia nielimitowanej liczby umów na zastępstwo na nielimitowany okres. Oznacza to, że jeżeli pracownik nie wróci w zapowiadanym terminie, to można podpisać kolejną umowę z zastępcą.

Oferty pracy. Z reguły poszukiwani są księgowi, pracownicy biurowi, osoby do pracy na recepcji, doradcy klienta oraz handlowcy. Wysyp ofert obserwowany jest w serwisach rekrutacyjnych tuż przed wakacjami.

Płaca. Wysokość wynagrodzenia powinna być określona w umowie o pracę.

Rodzaj pracy. Osoba zastępująca pracownika powinna być zatrudniona na takim samym stanowisku jak pracownik zastępowany oraz wykonywać taki sam rodzaj pracy.

Składki ZUS. Są odprowadzane w czasie trwania umowy.

Taryfa ulgowa. Nie można jej oczekiwać. Pracodawcy inwestują w pracownika, aby nie ucierpiały usługi oferowane przez firmę np. w okresie urlopowym.

Urlop. Na umowie na zastępstwo pracownik ma prawo do urlopu. „Pracownikowi należy się: 20 dni- jeśli jest zatrudniony krócej niż 10 lat oraz 26 dni- jeśli jest zatrudniony co najmniej 10 lat. Co ważne, przy pierwszej pracy w pierwszym roku kalendarzowym zatrudnienia, urlop naliczany jest proporcjonalnie.”przypomina Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Wypowiedzenie. Trwa tyle samo, co w przypadku umów na czas nieokreślony i wynosi odpowiednio: 2 tygodnie – przy zatrudnieniu krócej niż 6 miesięcy, 1 miesiąc – dla osoby zatrudnionej co najmniej przez 6 miesięcy, 3 miesiące – gdy zatrudnienie wynosi co najmniej 3 lata.

Zwolnienie. Strony umowy mają możliwość rozwiązania umowy o pracę na zastępstwo przed powrotem do pracy zastępowanego pracownika. „Przepisy pozwalają na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, bez wypowiedzenia z winy pracownika lub pracodawcy, przed końcem umowy poprzez złożenie wypowiedzenia.” – opowiada Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Kurs dolara po wystąpieniu Jeroma Powella

Brak nowych informacji dotyczących rozwoju handlowego sporu pomiędzy USA i Chinami pozwala skupić się na innych tematach. Wczoraj było to przede wszystkim wystąpienie Powella przed Kongresem. Dziś czeka nas jego druga odsłona.

Polityka Fed jest naszym zadniem na „autopilocie – naprawdę dużo musiałoby się wydarzyć, żeby odmienić jej najbliższe perspektywy (czyt. zapobiec podwyżce we wrześniu i kolejnej w grudniu). Mimo to część rynku liczyła się z możliwością pojawienia się gołębich akcentów w wystąpieniu lub na sesji pytań i odpowiedzi. Były one przede wszystkim związane z wpływem wybuchu zmienności na rynkach EM i strachu przed wojnami handlowymi na koniunkturę w USA oraz przebiegiem krzywej rentowności długu. W drugiej kwestii Powell nabrał wody w usta, w pierwszej kolejny raz zaprezentował typowy dla siebie optymizm i silne przekonanie o solidnych i trwałych podstawach wzrostu gospodarczego w USA. Wsparło to dolara, który pozostaje mocny (EUR/USD pod 1,1650, USD/JPY nad 113,00, złoto najtańsze od roku z uncją wycenianą na 1225 USD). Wokół dolara aura pozostaje jednoznacznie pozytywna. Za USD stoi wiarygodny bank centralny podążający jasno wytyczoną ścieżką w kierunku normalizacji polityki i rozpędzona gospodarka, która dość nieoczekiwanie znów zaczęła wyróżniać się siłą. W tej chwili w przestrzeni G-10 to unikalna charakterystyka.

Ostatnia odsłona siły dolara maskuje nieco poprawę nastrojów inwestycyjnych. Przynajmniej jeśli spojrzymy na notowania bardziej ryzykownych walut G-10, AUD, NZD, czy CAD. Połączenie braku nowych, alarmujących wieści w sprawie wojen handlowych przekłada się na jednak na spadek popytu na defensywnego jena, wzrosty USD/JPY dodatkowo wspiera silniejszy dolar – aktualnie dominujące tendencje na tej parze działają w tym samym kierunku. Po przebiciu 200 – tygodniowej średniej 113,30 następny opór to szczyty z listopada 2017 roku usytuowane przy 114,75. Rynek jest już jednak stosunkowo mocno wykupiony i może mieć problem z kontynuacją zwyżki bez korekty i w dotychczasowym tempie. W krótkim terminie zanegowaniem wzrostowego scenariusza byłoby zejście pod 112,00. W średnim horyzoncie za obowiązującą tendencję należy przyjmować trend wzrostowy tak długo jak kurs nie spadnie pod 110,50. W przypadku AUD czy NZD – opisane tendencje znoszą się. Nie widzimy w tych walutach zbyt wiele mocnych punktów. Jedyne na co mogą liczyć, to rajdy ulgi, które rynek będzie wykorzystywać do sprzedaży (vide NZD po wczorajszych danych o inflacji bazowej). Spodziewamy się pogłębienia zniżki przez AUD/USD oraz relatywnej słabości względem m.in. dolara kanadyjskiego. EUR/USD spada w ramach obowiązującego przedziału wahań w kierunku 1,16. W przypadku głównej pary walutowej zakładamy utrzymanie konsolidacyjnego charakteru notowań.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

W e-handlu wciąż najważniejsza cena, ale coraz ważniejsza wygoda

85 proc. polskich internautów kupuje w sieci. Zmieniają się decydujące czynniki wyboru sklepu internetowego. Choć wciąż najbardziej liczy się cena, to jej znaczenie – w ciągu dwóch lat – zmalało aż o 10 punktów proc. Częściej zwracamy uwagę na wygodę realizacji zakupu, w tym duży wybór metod płatności – wynika z tegorocznej edycji badania Blue Media “Jak kupujemy w internecie”.

​W porównaniu do ubiegłego roku rzadziej patrzymy na wiarygodność sklepu, firmy obsługującej płatności oraz kwestie związane ze zwrotem towaru, ale są to prawdopodobnie czynniki tak oczywiste z punktu widzenia kupujących, że ci nie używają ich do kategoryzowania sklepów internetowych.

– Wydawałoby się, że odnalezienie szukanego produktu w dobrej cenie to koniec przygód konsumenta. Nasze badanie pokazuje, że tak zwane peryferyjne czynniki wyboru naprawdę mają znaczenie. Klienci przyglądają się nie tylko produktowi i jego cenie, ale biorą pod uwagę czas, w którym przesyłka zostanie do nich dostarczona, wygodę procesu zakupowego, w szczególności na urządzeniach mobilnych i wreszcie – czy mogą zapłacić w taki sposób, jaki preferują. Obecnie niska cena to śmiesznie mało. Tylko kompleksowe zadbanie o wszystkie elementy procesu zakupowego daje nadzieję na sukces w ecommerce – komentuje Krystian Wesołowski, ekspert Blue Media od rynku ecommerce.

czynniki wyboru sklepu

Chcemy szybkich płatności

Polscy internauci coraz częściej rezygnują z zakupu, jeśli nie znajdą odpowiedniej dla siebie formy płatności – deklaruje tak już ponad połowa badanych (55 proc).

Polacy najczęściej korzystają z płatności elektronicznych. Zauważalnie rośnie zainteresowanie płatnością kartą płatniczą. Takiej sytuacji sprzyja spadek zainteresowania płatnością za pobraniem, choć nadal jest to najczęściej wybierana opcja (43 proc.). Maleje również popularność samodzielnego wykonywanych przelewów. Liczba osób finalizujących w ten sposób transakcję spadła o 6 punktów proc. w porównaniu do 2017 roku – niespełna co trzeci kupujący online kiedykolwiek korzysta z tej formy płatności. Tym samym tradycyjny przelew wypadł poza podium, mimo że w zeszłym roku był to drugi wybór Polaków.

– Tendencja jest zauważalna. Płatność za pobraniem wciąż jest najpopularniejsza, ale gdy zliczymy łącznie wszystkie formy płatności elektronicznej, okazuje się, że to one są najczęstszym wyborem kupujących online. Samodzielne wykonywanie przelewu jest czasochłonne i niepraktyczne, i nawet małe sklepy odchodzą od oferowania tej opcji swoim klientom lub traktują ją jako uzupełnienie listy metod płatności. Polacy są otwarci i chcą płacić wygodnie – mówi Krystian Wesołowski.

Potwierdza to również wyraźny spadek popularności innych, bardziej tradycyjnych form uiszczania należności: np. gotówką (z 17 do 12 proc.) lub kartą w punkcie odbioru ( z 10 do 5 proc.).

w jaki sposob placimy

Młodzież chce niezależności, trzydziestolatkowie pieniędzy – za co Polacy cenią własne firmy

Osoby zakładające działalność gospodarczą chcą przede wszystkim cieszyć się niezależnością i odnieść korzyść finansową – wynika z „Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości 2018” przeprowadzonego przez firmę inFakt. Wyłania się z niego ciekawy obraz polskiego przedsiębiorcy – zadowolonego ze swojej działalności i podjętych wyborów.

Młodzieńczy entuzjazm. Odpowiedzialność trzydziestolatków. Wolność po pięćdziesiątceCo skłoniło cię do założenia działalności gospodarczej

Przedsiębiorcy ankietowani przez inFakt, firmę oferującą im nowoczesne rozwiązania księgowe, wskazali dwa główne powody zakładania działalności gospodarczej. Po pierwsze, potrzebę bycia swoim własnym szefem (64% ankietowanych), po drugie, perspektywę osiągnięcia wyższych zarobków niż na etacie lub w ramach innych form zatrudnienia (55% ankietowanych).

Widać jednak, że przedsiębiorcy inaczej określali priorytety w zależności od swojego wieku. W najmłodszej grupie osób, mających od 18 do 24 lat, widać wyraźnie młodzieńczy entuzjazm i potrzebę niezależności. Aż 83% osób w tym wieku deklarowało, że chce prowadzić działalność gospodarczą, aby być samodzielnym, niezależnym i nie mieć nad sobą szefa.

Nieco inaczej patrzyli na to przedsiębiorcy będący w wieku od 25 do 35 lat. Dla nich najważniejsza była możliwość zarabiania lepszych pieniędzy. – Trudno się temu dziwić, zazwyczaj właśnie w tym wieku podejmujemy ważne życiowo decyzje o zakładaniu i powiększaniu rodziny, stąd też potrzeba wejścia na wyższy poziom finansowy – ocenia Wiktor Sarota, CEO inFaktu. – Poza tym osoby w wieku około trzydziestu lat często mają już bogate doświadczenie zawodowe, umiejętności i kontakty, które pomagają im w podjęciu decyzji o „przejściu na swoje”.

Co ciekawe, również dla przedsiębiorców po pięćdziesiątym roku życia najważniejsza jest potrzeba samodzielności i niezależności. W tej grupie zarazem najrzadziej wskazywano na motywację finansową. – Po latach pracy na etacie, mając ustabilizowaną sytuację życiową, ludzie chcą spróbować jeszcze czegoś nowego – zauważa Wiktor Sarota.

Rzeczywistość nie rozczarowujeJakie są twoim zdaniem największe korzyści z prowadzenia działalności

Z badania inFaktu płynie również wniosek, że polscy przedsiębiorcy nie żałują decyzji o założeniu własnej działalności, a rzeczywistość ich nie rozczarowała. Wśród największych korzyści płynących z przejścia „na swoje” wymieniali bowiem przede wszystkim możliwość decydowania o sobie oraz większe miesięczne zarobki. To, co najbardziej motywowało ich do założenia własnego biznesu, okazało się więc zarazem tym, co przynosi im najwięcej profitów.

Warto zwrócić uwagę, że przedsiębiorczość przynosi satysfakcję nie tylko na poziomie finansowym czy organizacyjnym. Dla przedsiębiorców istotne jest także to, że prowadząc działalność, realizują się życiowo i robią to, co naprawdę lubią.Czy mając obecną wiedzę zdecydowałbyś się powtórnie założyć działalność

W tej sytuacji nie dziwi więc, że 59% przedsiębiorców, mając obecną wiedzę i doświadczenia, zdecydowałoby się ponownie na założenie działalności. Wskazywali tak zarówno najmłodsi, jak i najstarsi ankietowani przez inFakt. Wygląda więc na to, że zarówno z punktu widzenia młodzieńczego entuzjazmu jak i życiowego doświadczenia prowadzenie działalności gospodarczej może przynosić wiele satysfakcji i korzyścipodsumowuje Wiktor Sarota.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone między 15 a 28 marca 2018 metodą wywiadów internetowych (CAWI) przez agencję badawczą ARC Rynek i Opinia. Badanie było skierowane do mikroprzedsiębiorców, czyli osób prowadzących jednoosobowe działalności gospodarcze lub przedsiębiorstwa zatrudniające do 9 osób. Respondenci zostali poproszeni o odpowiedzi na pytania o ich nastroje odnośnie do prowadzonej działalności gospodarczej, swoją ocenę działania urzędów i instytucji oraz sposób prowadzenia księgowości.

W badaniu wzięło udział 1 018 mikroprzedsiębiorców z całej Polski.

Oczekiwania vs. rzeczywistość. Czy przedsiębiorcy odpowiadają na potrzeby pracowników?

Kawa, świeże owoce i szkolenia językowe to w wielu firmach już standard, a przedsiębiorcom coraz trudniej zaskoczyć pracowników oferowanymi świadczeniami pozapłacowymi. Pracodawcy przyzwyczaili się do myśli, że mogą zostać zapytani o możliwość przyprowadzania do biura psa, wyjazdu na dwumiesięczne wakacje albo o dostęp do gier komputerowych w miejscu pracy. Rekrutowanym marzą się także firmowe wyjścia do escape roomu czy sfinansowany przez pracodawcę skok na bungee. Gdzie spotykają się oczekiwania pracowników i możliwości pracodawców?

Choć niektóre propozycje pracowników mogą wzbudzić zdumienie niejednego przedsiębiorcy, w rzeczywistości oczekiwania większości pracowników są bardziej przyziemne. Osoby szukające pracy oceniają jednak potencjalne miejsce zatrudnienia w kompleksowy sposób. Jak pokazuje badanie Nationale-Nederlanden, respondenci biorą pod uwagę nie tylko wysokość pensji, ale także atmosferę w firmie i jej odległość od miejsca zamieszkania (po 49 proc.) oraz oferowane przez pracodawcę pozapłacowe elementy wynagrodzenia (34 proc.). Takie wyniki powinny stanowić sygnał dla pracodawcy, co należy szczególnie wyróżnić w ofercie zatrudnienia. Wyjazd integracyjny połączony z wycieczką na quadach może okazać się mniej trafionym pomysłem niż tradycyjne benefity – takie jak pakiet medyczny czy ubezpieczenie.

Klucz do sukcesu

Już co czwarty pracodawca przyznaje, że podczas rekrutacji doskwiera mu brak kandydatów o odpowiednich kompetencjach – wynika z raportu „Sektor MŚP w obliczu rotacji pracowników” . W Stanach Zjednoczonych pracodawcy nieszablonowo radzą sobie z takimi problemami. Niektórzy z nich oferują pracownikom nie tylko dostęp do usług masażysty czy fryzjera, ale nawet pomoc asystenta, który zrobi za nich zakupy i odstawi samochód do mechanika. Polscy przedsiębiorcy pozostają tradycjonalistami. Większość z nich stara się zaradzić rotacji pracowników, stosując atrakcyjne systemy premiowe (49 proc.) i jasną ścieżkę awansu (40 proc.), znaczna część skłania się także ku pozapłacowym benefitom. Można śmiało powiedzieć, że to efektywna platforma porozumienia między pracodawcami a pracownikami – jej wagę podkreśla odpowiednio 34 proc. i 40 proc. respondentów każdej z grup.

Zatrudnieni bez wahania wskazują także, które z dodatkowych elementów wynagrodzenia są dla nich najważniejsze. Prym wiedzie ubezpieczenie grupowe na wypadek utraty zdrowia – tę pozycję wskazała ponad połowa badanych. Istotną rolę odgrywa także prywatne ubezpieczenie zdrowotne (48 proc.) i ubezpieczenie grupowe na życie (43 proc.). W tyle pozostają karty umożliwiające korzystanie z obiektów sportowych oraz bony podarunkowe. Można zatem bez wahania powiedzieć, że wsparcie w zakresie ochrony życia i zdrowia znajduje się w centrum uwagi potencjalnych pracowników, a bardziej wymyślne benefity schodzą na dalszy plan.

Nieuzasadnione obawy

Świadomość osób zarządzających kadrami w tym obszarze jest duża – to niewątpliwie dobry znak dla uczestników rynku pracy. Niemal wszyscy badani pracodawcy wiedzą, że mogą zapewnić swoim pracownikom ubezpieczenie grupowe na życie dopasowane do potrzeb i specyfiki firmy. Zarazem tylko co czwarty respondent dostrzega możliwość, by jego firma przystąpiła do takiego ubezpieczenia – wśród najczęściej wymienianych przyczyn znajduje się obawa przed ponoszeniem wysokich kosztów. Tymczasem przedsiębiorca dysponuje w tym zakresie dużą elastycznością.

– Model finansowania składki ubezpieczeniowej różni się w zależności od specyfiki firmy. Wpłaty mogą być odprowadzane z pensji pracownika lub być ponoszone przez pracodawcę. W grę wchodzi także podział składki między te dwa podmioty. W ten sposób ubezpieczenie grupowe nie będzie dla przedsiębiorcy obciążeniem, a jednocześnie będzie on mógł wzbogacić ofertę zatrudnienia o element, który jest postrzegany jako istotny przez potencjalnych pracowników – podkreśla Michał Jakubowski, Dyrektor Departamentu Klienta Korporacyjnego i Partnerów Zewnętrznych w Nationale-Nederlanden TUnŻ.

To dobra wiadomość dla świadomych pracodawców, którzy chcą zagwarantować zatrudnionym zabezpieczenie w razie nieszczęśliwego wypadku, ciężkiej choroby, pobytu w szpitalu czy operacji. Ubezpieczenie może także obejmować specyficzne dla danej branży choroby zawodowe oraz oferować nie tylko wsparcie finansowe, ale również pomoc w uzyskaniu specjalistycznej diagnozy i konsultacji lekarskich. W przypadku dojrzałych pracowników takie rozwiązanie będzie znacznie bardziej przekonujące niż benefity w postaci firmowych wyjazdów czy biletów na sportowe atrakcje.

Zaangażowanie pracodawcy

Korzyści płynące z tego rodzaju zabezpieczenia dostrzegają nie tylko pracownicy. Wśród przedsiębiorców, którzy widzą możliwość wprowadzenia ubezpieczenia grupowego, aż 60 proc. byłoby skłonnych opłacić zatrudnionym co najmniej połowę miesięcznej składki. Dalsze 10 proc. jest gotowych, by pokryć jej większość lub nawet całą kwotę. Jednocześnie prawie 2/3 przedsiębiorców uczestniczących w badaniu deklaruje, że chciałoby objąć ubezpieczeniem również członków rodzin pracowników.

Co na to sami zainteresowani? Aż 60 proc. zatrudnionych potwierdza, że byłby to dla nich wartościowy benefit. Jednocześnie nieco mniej niż co drugi respondent jest zatrudniony w firmie, która oferuje ubezpieczenie grupowe swoim pracownikom. Okazuje się, że największe szanse na taki benefit mają osoby posiadające umowę o pracę – 70 proc. z nich może przystąpić do ubezpieczenia. W wielu przypadkach oczekiwania pracowników co do pozapłacowych benefitów nie zostają jednak spełnione. Ten wniosek to bez wątpienia cenna wskazówka dla przedsiębiorców, którzy chcą poprawić swój wizerunek jako pracodawcy. Kluczem do pozyskania wartościowych pracowników okazuje się nie tyle oryginalność proponowanych benefitów, co umiejętność uważnego słuchania głosu pracowników.

System autonomicznego lądowania w ruchu rozwiąże problem krótkiego zasięgu dronów. Z technologii opracowanej przez Polaków jako pierwsza skorzysta straż pożarna

System autonomicznego lądowania w ruchu rozwiąże problem krótkiego zasięgu dronów. Z technologii opracowanej przez Polaków jako pierwsza skorzysta straż pożarna 1

Drony mogą być wykorzystywane do rozmaitych zadań. Sprawdzają się przy wykonywaniu zdjęć i filmów z powietrza, a także przy monitoringu gazociągów czy w akcjach ratunkowych. Jedną z poważnych wad związanych z użytkowaniem tych urządzeń jest stosunkowo krótki czas pracy na baterii. Pozwalają one najczęściej na lot nie dłuższy niż 30 minut. Polacy opracowali specjalny system autonomicznego lądowania pojazdów na mobilnej stacji dokującej, w której w sposób w pełni automatyczny można także podmienić baterię. Jako pierwsza z tego rozwiązania skorzysta Państwowa Straż Pożarna, ale system może być wykorzystany także przy budowie autostrad czy monitorowaniu smogu.

– Stworzyliśmy moduł automatycznego lądowania dla dronów wraz ze stacją dokującą, który może być w łatwy sposób dostosowany do większości obecnie istniejących dronów. To pozwala na autonomię lądowania, nawet na czymś, co się porusza, np. na łódce albo na samochodzie. Dron ląduje samodzielnie, a po wylądowaniu w stacji dokującej wymieniana jest automatycznie bateria bądź przesyłka w zależności od przykładu użycia. W ciągu minuty dron jest gotowy do ponownego startu i kontynuowania swojego zadania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Raczkowski z firmy Solutions 4 Tomorrow.

Stacja dokująca jest niezbędnym elementem systemu autonomicznego lądowania, ponieważ zapewnia stabilność urządzenia na przykład na poruszającym się obiekcie. Dron ląduje więc w gnieździe stacji dokującej, a wewnątrz niej automatycznie wymieniana jest bateria. W precyzyjnym i autonomicznym lądowaniu, zwłaszcza na poruszającym się obiekcie, pomaga technologia nawigacji optycznej.

– Kiedy podchodzimy do lądowania, to w pewnym momencie nasz dron przechodzi na sterowanie optyką. Identyfikuje wówczas markery, które są na stacji dokującej i obniża się powoli, a odczyt z tych markerów pozwala mu na bardzo dokładne pozycjonowanie się względem stacji dokującej. Dzięki temu dron jest w stanie bardzo precyzyjnie określić jej pozycję i wylądować w tym miejscu, w którym jest to potrzebne. To zupełnie innowacyjne rozwiązanie – twierdzi Łukasz Raczkowski.

Z rozwiązania skorzysta Państwowa Straż Pożarna. W ramach projektu e-pionier, realizowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, stacje dokujące systemu mają być montowane na strażackich pick-upach. Zadaniem strażaków będzie zaprogramowanie trasy lotu drona i sczytywanie wysyłanych przez niego danych. Możliwych zastosowań jest jednak znacznie więcej. Jak zapewniają twórcy, może to być na przykład monitoring linii wysokiego napięcia, gazociągów, platform wiertniczych na morzach czy upraw rolniczych.

Drony w ramach pilotażowego programu Polskiej Grupy Naftowej i Gazowniczej mają także pomóc w walce ze smogiem przy wykorzystaniu czujników monitorujących cząsteczki w powietrzu, a także przy budowie autostrad.

– Zwykle geodeci przejeżdżają całą trasę planowanej autostrady i robią wszystkie swoje obmiary. Dzięki naszemu rozwiązaniu mogliby je wykonać dużo szybciej. Dron leciałby za nimi, lądował na stacji, żeby wymieniać baterie i po minucie wracałby do wykonywania pomiarów. Wraz z Centrum Badań Kosmicznych i firmą Hexagon myślimy także o rozwiązaniu do bardzo szybkiego przetwarzania zdjęć na mapy 3D, co mogłoby umożliwić lepsze rozpoznanie terenu w akcji czy zastąpić zdjęcia Google – zapowiada przedstawiciel Solutions 4 Tomorrow.

Zaletą zdjęć wykonywanych z drona w porównaniu ze zdjęciami lotniczymi i satelitarnymi, z których korzysta Google, jest niższy pułap lotu dronów – poniżej chmur. Nie ma w tym przypadku więc ryzyka, że zdjęcia będą niewidoczne z powodu występującego zachmurzenia. Co ważne, rozwiązanie proponowane przez polską firmę można wdrożyć w już istniejących dronach. Polska firma jest więc zainteresowana sprzedażą swojej technologii w postaci udostępnienia licencji producentom dronów.

Zgodnie z przewidywaniami Goldman Sachs światowy rynek dronów ma być do 2020 roku wyceniany na 100 mld dol.

Polscy naukowcy opracowali innowacyjną metodę pozyskiwania pierwiastków ziem rzadkich. Będą wykorzystywane w smartfonach i sektorze kosmicznym

Polscy naukowcy opracowali innowacyjną metodę pozyskiwania pierwiastków ziem rzadkich. Będą wykorzystywane w smartfonach i sektorze kosmicznym 2

Wraz z rozwojem nowoczesnych technologii rośnie zapotrzebowanie na metale ziem rzadkich. Ich wydobywanie to proces niezwykle skomplikowany i czasochłonny, na dodatek pozyskuje je się w znacznie mniejszych ilościach niż metale przemysłowe. Polscy naukowcy opracowują innowacyjną technologię pozyskiwania metali ziem rzadkich, które wydobywać będzie można także w Polsce. Rzadkie pierwiastki, takie jak m.in. ksenotym, monacyt czy cyrkon, wykorzystywane są przez przemysł wysokich technologii – od produkcji telefonów komórkowych, przez budowę farm wiatrowych, aż po loty kosmiczne.

– Technologia pozyskiwania metali ziem rzadkich będzie polegała na pozyskaniu na specjalnych membranach oraz żywicach poszczególnych pierwiastków. Jest to bardzo skomplikowany proces. Chcemy pozyskiwać strategiczne metale jakimi są pierwiastki ziem rzadkich, a następnie sprzedawać je na rynku  – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Karol Zglinicki, kierownik projektu z Wydziału Geologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Badacze z Wydziału Geologii UW postanowili opracować innowacyjną metodę pozyskiwania metali ziem rzadkich. Podczas badań geologicznych prowadzonych w Indonezji, pobrano próbki m.in. z hałd, odpadów i osadników. Po wstępnych badaniach materiałów odpadowych odkryto w nich znaczącą koncentrację metali ziem rzadkich, co postanowiono wykorzystać.

Opracowywany na UW proces technologiczny składa się z kilku etapów. W związku z tym, że pozyskiwany materiał składa się z wielu minerałów, stworzona technologia pozwala na poszczególnych etapach oddzielać i pozyskiwać minerały. W pierwszym etapie prac zastosowano spiralę separacyjną, stół koncentracyjny oraz urządzenie do separacji magnetycznej.

– Druga część projektu dotyczy flotacji minerałów, które zawierają pierwiastki ziem rzadkich, a następnie końcowym etapem będzie tworzenie produktu handlowego, jakim będą tlenki pierwiastków ziem rzadkich. Obecnie jesteśmy na drugim etapie naszego projektu – twierdzi dr Karol Zglinicki.

Nowa metoda ma charakter uniwersalny, więc pozyskanie minerałów ciężkich wzbogaconych w minerały ziem rzadkich możliwe byłoby nie tylko w Indonezji, ale także w Polsce, np. z Ławicy Słupskiej, gdzie znajdują się ich udokumentowane złoża. Niedawne odkrycia dowodzą, że minerały ziem rzadkich zlokalizowane są także w okolicach Helu. Złoża piasków bogatych w minerały ciężkie, które można odzyskiwać, znajdują się również na Ukrainie. Pozyskane minerały ciężkie w ostatnim etapie opisywanej metody będzie można rozdzielić na poszczególne pierwiastki ziem rzadkich.

– W Polsce nie mamy złóż pierwiastków ziem rzadkich, niestety jesteśmy skazani na import tego materiału z Chin. Pierwiastki ziem rzadkich wykorzystywane są w wysokich technologiach, tzw. high-tech, w szczególności w lotnictwie, w przemyśle strategicznym, wojskowym, obecnie wykorzystywane są w silnych magnesach neodymowych, które wykorzystywane są w wiatrakach stawianych np. na morzu czy oceanie. Pierwiastki ziem rzadkich możemy wykorzystać również jako elementy do części reaktorów atomowych, do prętów, które są wykorzystywane właśnie w reaktorach jądrowych – tłumaczy przedstawiciel Uniwersytetu Warszawskiego.

Metale ziem rzadkich, takie jak m.in. ksenotym, monacyt czy cyrkon, są jednym z najważniejszych elementów nowoczesnych technologii. Wykorzystuje się je do produkcji m.in. ekranów ciekłokrystalicznych, paneli słonecznych, laserów czy światłowodów. Pierwiastki te są także niezbędne w branży urządzeń mobilnych – bez nich nie byłoby współczesnych smartfonów, tabletów czy laptopów.

Naukowcy liczą na to, że ich projekt przysłuży się firmom zajmującym się przemysłem wysokich technologii i pozwoli dostarczyć pierwiastki do produkcji m.in. magnesów stosowanych w elektrowniach wiatrowych, prętów reaktorów atomowych oraz urządzeń wykorzystywanych w lotnictwie czy przemyśle wojskowym.

– Zakończenie projektu przewidujemy w 2020 roku, mam nadzieję, że wtedy uzyskamy produkt handlowy, który będzie sprzedawany na rynku – podsumowuje dr Karol Zglinicki.

Chiny kontrolują aż 95 proc. rynku wydobycia metali ziem rzadkich i posiadają 36 proc. światowych rezerw tych pierwiastków. Nowa metoda pozyskiwania może uniezależnić nas od chińskich dostawców.

Według prognoz Grand View Research, rynek metali ziem rzadkich w latach 2018-2025 wykaże średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 6,4 proc., a do 2025 roku jego wartość wzrośnie do 38 mld dol.

Miasta inwestują w inteligentne oświetlenie. Dzięki czujnikom i kamerom, lampy mogą zbierać dane i monitorować bezpieczeństwo

Miasta inwestują w inteligentne oświetlenie. Dzięki czujnikom i kamerom, lampy mogą zbierać dane i monitorować bezpieczeństwo 3

Nowoczesne systemy miejskiego oświetlenia to jedne z najczęstszych projektów, które samorządy realizują w ramach koncepcji inteligentnych miast. Są bardziej wydajne, oszczędzają energię i zmniejszają rachunki. Dzięki czujnikom i kamerom mogą spełniać inne funkcje, niż tylko sterowanie światłem. Polski start-up stworzył system, który pozwala zintegrować system oświetleniowy z miejskim monitoringiem i poprawić bezpieczeństwo w mieście. Do roku 2025 inteligentne miasta przyniosą dochód przekraczający 2 bln dolarów.

– Stworzyliśmy system oświetlenia sterowany poprzez inteligentne kamery monitoringu, z przesyłem danych po liniach energetycznych. W lokalizacji, w której zainstalowane jest nasze rozwiązanie, analizujemy ruch i obraz danego terenu, rozpoznając obiekty. Jeżeli są to ludzie, samochody lub rowerzyści – sterujemy natężeniem oświetlenia do poziomu 100 proc. Natomiast jeżeli są to zwierzęta albo szumy drzewne, natężenie oświetlenia pozostaje na poziomie 5-30 proc. – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Ostanek z polskiego startupu Lesss.

Nowoczesny system miejskiego oświetlenia pozwala dostosować natężenie światła zarówno do warunków pogodowych, jak i natężenia ruchu. Dzięki temu jest bardziej wydajny, oszczędza energię i zmniejsza rachunki za energię elektryczną (oszczędności pozwalają pokryć koszty inwestycji) oraz ogranicza emisję dwutlenku węgla. Może także spełniać inne funkcje, niż tylko sterowanie natężeniem światła. Przykładowo, dzięki zintegrowanym czujnikom i kamerom może gromadzić i analizować dane dotyczące natężenia ruchu w różnych częściach miasta albo monitorować wybrane obszary.

– Rozpoznajemy zdarzenia, np. zbyt dużą ilość ludzi wchodzących do parku – wtedy możemy informować policję, że być może trzeba wysłać tam patrol. Rozpoznajemy pozostawione obiekty, możemy też zbierać dane statystyczne. Przykładowo, możemy zbierać informacje o ruchu, kontrolować jak wielu rowerzystów przejeżdża ścieżką rowerową, a także czy projekt rewitalizacyjny przyniósł efekty, które były szacowane przed rozpoczęciem inwestycji – wylicza Piotr Ostanek.

System inteligentnego sterowania oświetleniem Lesss składa się z energooszczędnych opraw i kamer HD z zaawansowaną analizą obrazu, co umożliwia rozpoznanie znajdujących się w pobliżu obiektów (zwierzę, człowiek, rowerzysta, samochód osobowy  albo ciężarowy, etc.). Kamery odpowiadają za przekazywanie sygnałów do modułów sterujących oświetleniem, które są umieszczone w oprawach oświetleniowych. Kamery nagrywają i rejestrują obraz w jakości HD, co wpływa na poziom bezpieczeństwa na danym obszarze.

– Na ten moment mamy już pięć wdrożeń, które nie dość, że są efektywne energetycznie, to jeszcze zapewniają bezpieczeństwo. Dzięki współpracy z Wojskową Akademią Techniczną udokumentowaliśmy jedną z naszych instalacji i uzyskaliśmy oszczędność energii na poziomie 74 proc. w porównaniu do zainstalowanego wcześniej, starego systemu lamp sodowych, które były zapalane i gaszone o odpowiedniej porze dnia bądź wieczorem – mówi Piotr Ostanek.

System może być wykorzystywany nie tylko na osiedlach mieszkaniowych, w parkach, w pobliżu przejść dla pieszych czy przystanków komunikacji. Sprawdza się też w trudniej dostępnych miejscach, jak tunele czy przejazdy kolejowe. Opiera się na istniejącej infrastrukturze kablowej, więc inwestycja w wymianę oświetlenia nie wiąże się z koniecznością jej modernizacji. To znacznie obniża koszty wdrożenia systemu.

– Kamery i lampy komunikują się i działają na liniach energetycznych. Dzięki temu niepotrzebne są roboty drogowe, dodatkowe okablowanie czy transmisja danych radiowych, za którą trzeba potem płacić miesięczny abonament firmom telekomunikacyjnym. Przykładowo, mamy stary park miejski do rewitalizacji i ze względu na normy unijne musimy zmniejszyć emisję CO2. My jesteśmy w stanie zainstalować w tym parku system oświetlenia oszczędzający energię plus monitoring, który tym oświetleniem steruje- i to bez robót drogowych – zapewnia przedstawiciel Lesss.

Smart city to najpopularniejsza obecnie koncepcja rozwoju miast i samorządów. Globalna firma doradcza Frost & Sullivan szacuje, że do roku 2025 inteligentne miasta przyniosą dochód o wartości ponad 2 bln dol. Dzięki wykorzystaniu nowych technologii, inteligentne miasto jest bardziej przyjazne mieszkańcom, energooszczędne i przyjazne środowisku, a przy tym tańsze w utrzymaniu. Modelowymi przykładami są zachodnioeuropejskie metropolie jak Londyn, Kopenhaga czy Amsterdam, ale i w Polsce szybko przybywa takich projektów.

Integralną częścią smart city jest inteligentny i energooszczędny system miejskiego oświetlenia. Zgodnie z danymi NFOŚiGW w Polsce znajduje się około 3,3 mln lamp ulicznych, z których 60-65 proc. stanowią lampy sodowe (pozostałe to m.in. lampy rtęciowe, żarowe i neonowe). Oświetlenie w miejscach publicznych co roku pochłania w Polsce ponad 1500 GWh – jest mało wydajne i drogie w utrzymaniu, a dodatkowo odpowiada za znaczną część emisji CO2. Dlatego wiele gmin już zdecydowało bądź ma w planach wymianę oświetlenia – na taki krok zdecydowały się już m.in. Gdańsk, Kielce, Legnica, Szczecin i Kraków.

Już wkrótce 3,5 tysiąca zielonych autobusów wyjedzie na polskie drogi

Autobusy elektryczne w Polsce nie są wielką nowością. Chociażby rodzimy producent Solaris już od kilku lat produkuje takie pojazdy. Podobnie jak reszta jego produkcji, są to autobusy znane, doceniane nie tylko w Europie. W najbliższym czasie pojawi się ok. 3,5 tysiąca autobusów komunikacji miejskiej, nie tylko elektrycznych, ale napędzanych gazem, a być może nawet z zastosowaniem wodoru. Mimo tego, że są one droższe od swoich odpowiedników, które jeżdżą zasilane olejem napędowym, to istnieją na nie dopłaty – z Unii Europejskiej oraz krajowych funduszy związanych z ekologią.

– Kupowanie takich pojazdów jest opłacalne dla miast. Później, w okresie eksploatacji są one znacznie tańsze. W programie EBUS pokładane są – w przeciwieństwie do samochodów elektrycznych w Polsce – wielkie, ale realne nadzieje – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Bez zachęt finansowych Polaków jeszcze przez długi czas nie będzie stać na zakup aut elektrycznych. Nie ma szans, aby ich liczba wzrosła do 2025 roku do 1 miliona. Należy stawiać na takie formy rozwoju naszej motoryzacji, które będą pomagały walczyć ze smogiem w polskich miastach – gdzie komunikacja indywidualna jest dużym problemem. Konieczne jest zachęcanie do korzystania z transportu zbiorowego. Nawet jeżeli samochód jest na wodór albo elektryczny, nadal zajmuje on miejsce w przestrzeni publicznej i przyczynia się do tworzenia korków. Dobrze, jeżeli nie zanieczyszcza środowiska – ale trzeba pamiętać, że ulice naszych miast nie są z gumy. Oprócz czystej komunikacji indywidualnej, nie można rezygnować ze wsparcia jej zbiorowej formy – ocenił Furgalski.

Wzrost wynagrodzeń może jeszcze przyspieszyć. Coraz dotkliwiej odczuwają to firmy

Wzrost wynagrodzeń może jeszcze przyspieszyć. Coraz dotkliwiej odczuwają to firmy 4

Firmy oferują pracownikom coraz wyższe płace. Dzięki temu zatrudnienie rośnie w stałym tempie wynoszącym 3,7 proc. Presja na wzrost wynagrodzeń jest dla nich jednak coraz bardziej dotkliwa. W czerwcu średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4848,2 zł i było o 7,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Zdaniem Romana Przasnyskiego, głównego analityka Gerda Broker, wysokie tempo wzrostu płac może utrzymać się jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy i zatrzymać na poziomie 8–9 proc. 

– Z punktu widzenia pracowników sytuacja na rynku pracy jest bardzo dobra. Stopa bezrobocia mocno spadła i jest rekordowo niska. Prawdopodobnie ta tendencja będzie kontynuowana w kolejnych miesiącach. Są prognozy, które mówią, że doszłaby nawet do około 5 proc. Przekładając to na konkrety, już w maju było niewiele ponad milion osób zarejestrowanych jako bezrobotne, ta liczba na pewno znacznie się jeszcze obniży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Przasnyski, główny analityk Gerda Broker.

Stopa bezrobocia rejestrowanego utrzymuje się na historycznie niskim poziomie już od kilkunastu miesięcy. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że czerwcu wyniosła 5,9 proc., podczas gdy rok temu była na poziomie ok. 7 proc. To oznacza, że liczba osób pozostających bez pracy w ciągu miesiąca spadła o ponad 33 tys.

Zgodnie z metodologią BAEL bezrobocie w Polsce wynosi 3,8 proc. Jak wynika z najnowszego „Raportu o inflacji” Narodowego Banku Polskiego, w którym przedstawione zostały prognozy dotyczące rynku pracy, na koniec tego roku stopa bezrobocia ma już spaść do poziomu 3,6 proc., a w przyszłym do 3,4 proc. W grudniu 2020 roku bezrobocie w Polsce ma już wynosić 3,3 proc.

Rekordowo niska podaż pracy hamuje rozwój przedsiębiorstw, które wskazują niedobór pracowników jako główną barierę dla rozwoju działalności. W najtrudniejszej sytuacji jest m.in. przemysł i branża budowlana.

– Ze strony pracodawców od dość dawna sygnalizowane są problemy z pozyskiwaniem pracowników, szczególnie o odpowiedniej specjalizacji i kwalifikacjach. Są też kłopoty związane z nierównomiernym rozłożeniem wolnych etatów i kandydatów do pracy. Skala tych problemów jest niebagatelna. Na koniec I kwartału br. mieliśmy ponad 150 tys. wolnych wakatów, z czego 37 tys. nieobsadzonych nowych miejsc pracy, czyli takich, które pracodawcy dopiero co utworzyli i nie mogą znaleźć pracowników – mówi Roman Przasnyski.

Ekspert ocenia, że mimo trudności z pozyskaniem nowych pracowników, sytuacja nie jest dramatyczna, a firmy radzą sobie, zachęcając wyższymi płacami. Zatrudnienie w firmach rośnie w stałym tempie wynoszącym 3,7 proc. W czerwcu liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się o 12,1 tys. osób względem poprzedniego miesiąca – to największy wzrost od stycznia br. W porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku wzrosła o 220,1 tys. osób (do 6,2 mln).

Główny analityk Gerda Broker zwraca uwagę na to, że polska gospodarka w coraz większym stopniu liczy na imigrantów, ale z drugiej strony jest duża grupa osób w wieku produkcyjnym – około 5,2 mln – które wciąż można zaktywizować. Dotyczy to między innymi osób w wieku przedemerytalnym, których aktywność zawodowa jest bardzo niska w porównaniu z państwami Europy Zachodniej.

– Wzrost płac sprzyja takiej aktywizacji, ale z drugiej strony mile widziane byłyby działania rządowe. Szczególnie jeżeli chodzi o miejsca do zamieszkania, do wynajęcia tymczasowo czy na dłuższy termin, co zwiększyłoby mobilność potencjalnych pracowników – mówi Roman Przasnyski.

Zgodnie z propozycją resortu pracy od przyszłego roku wejdzie w życie kolejna podwyżka płacy minimalnej. Od stycznia 2019 roku ma wynosić do 2 250 zł brutto (stawka godzinowa dla zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych ma wzrosnąć do 14,70 zł).

– Rządowa propozycja jest  trochę kompromisem, bo wiadomo, że strona społeczna i organizacje pracownicze chciałyby, żeby ta płaca minimalna była jak najwyższa, a pracodawcy argumentują, że nie może być zbyt wygórowana. Wydaje się, że jest to propozycja kompromisowa, która prawdopodobnie wejdzie w życie – podkreśla Roman Przasnyski. – W tej chwili sytuacja na rynku pracy jest bardzo dobra, więc nie rodzi to problemów, natomiast trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że płaca minimalna to miecz obosieczny: trzeba doceniać socjalne zalety, ale jednak interes pracodawców też musi być brany pod uwagę.

Główny analityk Gerda Broker ocenia, że presja płacowa jest w tej chwili duża, ale nie aż tak, jak w okresie poprzedniego boomu gospodarczego z lat 2006–2007, kiedy dynamika wzrostu płac była dwucyfrowa. Obecnie wynagrodzenia rosną nominalnie średnio o ok. 7 proc. rocznie. W czerwcu średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4 848,20 zł i było o 7,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Zdaniem eksperta wysokie tempo wzrostu płac może się utrzymać jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy i zatrzymać na poziomie 8–9 proc.

– To jeszcze nie przekłada się na inflację. Widać, że firmy mają problem z rekompensowaniem sobie wzrostu kosztów, w tym kosztów wynagrodzenia, podnosząc ceny, ale myślę, że to prędzej czy później nastąpi. Duże firmy łatwiej sobie radzą, te mniejsze są w trudniejszej sytuacji, więc presja płacowa dotyka firmy w różnym stopniu, ale jest odczuwalna. Są dostrzegalne negatywne zjawiska, takie jak większe kłopoty z płynnością, co w skrajnych przypadkach przekłada się na wzrost liczby upadłości czy postępowań restrukturyzacyjnych. Mimo bardzo dobrej koniunktury widzimy, że tego typu zjawiska się nasilają – podkreśla główny analityk Gerda Broker.

Łączenie TFI w Polsce nabiera tempa. Proces przyspieszają unijne regulacje i Pracownicze Plany Kapitałowe

Łączenie TFI w Polsce nabiera tempa. Proces przyspieszają unijne regulacje i Pracownicze Plany Kapitałowe 5

Presja regulacyjna, która wpływa na rosnące koszty, a z drugiej strony spadki przychodów związane z konkurencją i potrzeba zwiększania liczby klientów to powody, dla których konsolidacja towarzystw funduszy inwestycyjnych w Polsce nabrała rozpędu na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Zdaniem Andrzeja Ladko, członka zarządu Altus TFI, ten proces dodatkowo pogłębi nowa, unijna regulacja MiFID II i Pracownicze Plany Kapitałowe, które mają ruszyć w przyszłym roku. 

– Rynek TFI w Polsce charakteryzuje się dość dużą koncentracją. Mamy trzy towarzystwa, które zarządzają aktywami powyżej 5 mld zł, i siedem, które zarządzają aktywami powyżej 10 mld zł. Jest także druga linia TFI, które zarządzają wyłącznie aktywami niepublicznymi. W tej grupie mamy pięć towarzystw, które w sumie zarządzają aktywami powyżej 5 mld zł. To oznacza, że na rynku mamy piętnastkę istotnie liczących się TFI. Pozostałe to kilkadziesiąt niewielkich towarzystw, zarządzających małymi aktywami i szukających swojego miejsca na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Ladko, członek zarządu Altus TFI.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego na koniec grudnia ubiegłego roku na polskim rynku działały sześćdziesiąt cztery towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI). Jak podaje Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami, wartość aktywów netto funduszy inwestycyjnych zarządzanych przez krajowe TFI na koniec czerwca wyniosła 280,2 mld zł.

Rosnące koszty i konkurencja, która wpływa na ceny i powoduje spadek przychodów, oraz coraz większa presja regulacyjna powodują, że rynek TFI się konsoliduje. Ten proces nabrał tempa na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. TFI muszą umacniać swoją pozycję, żeby równoważyć rosnące koszty działania. Przejęcie innego podmiotu jest na to najlepszym sposobem.

– Mamy do czynienia z szukaniem efektywności. Wszystkie towarzystwa szukają oszczędności i możliwości zwiększenia przychodów. Chociażby poprzez nowe produkty i pomysły albo, jeżeli chodzi o koszty, poprzez różnego rodzaju redukcje, wprowadzanie nowych rozwiązań technologicznych, które pozwalają na zwiększanie efektywności działań. W celu szybszego zwiększenia masy klientów decydują się też na przejmowanie innych towarzystw. Rynek TFI konsoliduje się ze względu na istotnie rosnące koszty, wynikające z nowych regulacji dotyczących zarządzania ryzykiem, zarządzania depozytami zabezpieczającymi, RODO, regulacji dotyczących AML-u czy związanych z MiFID II. Te koszty będą rozkładane, jeżeli będzie zwiększana masa aktywów w zarządzaniu. A najlepszym sposobem zwiększenia tej masy jest przejęcie innego towarzystwa – precyzuje Andrzej Ladko, członek zarządu Altus TFI.

Przykładem procesów konsolidacji rynku jest ubiegłoroczne przejęcie BPH TFI (obecnie Rockbridge TFI) przez Altus TFI czy niedawno rozpoczęty proces łączenia się Altus TFI z Esaliens TFI, który spowoduje, że giełdowe TFI będzie zarządzać w sumie aktywami przekraczającymi 20 mld zł. Proces połączenia obu spółek ma zostać sfinalizowany jeszcze w tym roku.

– W końcówce ubiegłego roku kontrolująca PKO TFI Grupa PKO BP przejęła KBC TFI, natomiast Union Investment prawdopodobnie będzie się łączył z jednym z dużych towarzystw inwestycyjnych (PZU TFI, ING TFI lub PKO TFI). To się rzeczywiście dzieje, a te procesy konsolidacyjne powinny być jeszcze bardziej intensywne niż do tej pory – ocenia Andrzej Ladko.

Konsolidację TFI w dużym stopniu napędzi także unijna dyrektywa MiFID II, która z początkiem roku zaczęła obowiązywać we wszystkich krajach członkowskich UE. W Polsce szczegółowe regulacje w tym zakresie zostały przyjęte z opóźnieniem – w marcu 2018 roku (w tym okresie została przyjęta ustawa o zmianie ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, która implementuje ją do polskiego porządku prawnego).

W przypadku MiFID II dla zarządzających aktywami istotne są także zmiany związane ze stopniowym obniżeniem stawek za zarządzanie funduszami inwestycyjnymi otwartymi. Oprócz opłat pobieranych przez TFI nowe przepisy zmieniły również zasady dystrybucji jednostek uczestnictwa.

– MiFID II zmienia sposób wynagradzania dystrybutorów w zakresie certyfikatów inwestycyjnych czy jednostek uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. To oznacza, że za dystrybucję tych funduszy będą płacić nabywcy, a nie towarzystwa. TFI będą płacić dystrybutorom tylko, jeśli udowodnią, że dają wartość dodaną do sprzedawanego produktu. Jeżeli tej wartości nie będzie – towarzystwo nie będzie mogło zapłacić dystrybutorom wysokich opłat dystrybucyjnych – mówi Andrzej Ladko.

Jak podkreśla, to całkowicie zmieni strukturę opłat. Zmniejszą się opłaty jednostkowe dla dotychczasowych dystrybutorów, ale z drugiej strony – dystrybutorzy przy niższych opłatach mogą wcale nie chcieć sprzedawać tych produktów. W takim scenariuszu TFI będą musiały szukać innych kanałów dystrybucji.

– Znalezienie nowych kanałów dystrybucji w Polsce będzie dość trudne, dlatego że głównymi kanałami są w tej chwili banki i domy maklerskie. Jeżeli one z przyczyn przychodowych nie będą chciały sprzedawać produktów innych towarzystw inwestycyjnych spoza ich grup kapitałowych, wtedy może się pojawić problem – podkreśla Andrzej Ladko.

Zdaniem członka zarządu Altus TFI, proces konsolidacji TFI pogłębi wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. To nowy system długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach III filaru, na który będą się składać zarówno pracownicy, pracodawcy, jak i budżet państwa. Rozwiązanie ma zostać wdrożone od 2019 roku.

Pieniędzmi zebranymi w ramach PPK mają zarządzać wybrane przez pracodawców TFI. Poziom opłat maksymalnych może się jednak okazać za niski, a koszty związane z dostosowaniem się do obsługi Pracowniczych Planów Kapitałowych mogą się okazać na tyle wysokie, że dla większości TFI, zwłaszcza tych mniejszych, będzie to zwyczajnie nieopłacalne.

– PPK mogą pogłębić ten proces, ponieważ będą określone maksymalne stawki opłat za zarządzanie, określone wymogi systemowe i wymogi limitowe. Tylko duże towarzystwa będą mogły sobie pozwolić na obsługę Pracowniczych Programów Kapitałowych, dlatego że liczyć się będzie masa klientów, a nie kwestie regulacyjne dostosowania pojedynczego towarzystwa do obsługi PPK. Moim zdaniem będą mogły sobie na to pozwolić wyłącznie duże towarzystwa – podkreśla Andrzej Ladko.

Nieprawidłowa dieta i niska aktywność fizyczna wśród dzieci mogą prowadzić do rozwoju cukrzycy typu 2

Dieta bogata w cukier i tłuszcze oraz zbyt mała dawka ruchu – to jedne z głównych przyczyn cukrzycy typu 2. Ta groźna w skutkach przewlekła choroba latami rozwija się niepostrzeżenie i bezboleśnie, mając źródło w niezdrowych nawykach z dzieciństwa. Zapobiec jej mogą holistyczne działania ukierunkowane na zmianę stylu życia dziecka prowadzone zarówno w domu, jak i w szkole. Rodzice nie zawsze są w stanie samodzielnie pomóc dziecku porzucić nieprawidłowe nawyki żywieniowe i zachęcić do większej aktywności, chociażby regularnych spacerów. Wsparciem dla nich jest Ogólnopolski Program Profilaktyki Cukrzycy typu 2 i Chorób Cywilizacyjnych PoZdro! Fundacji Medicover zapewniający bezpłatną, interdyscyplinarną opiekę specjalistów, tzn. lekarza, dietetyka, trenera sportowego oraz psychologa.

Mianem chorób cywilizacyjnych określa się grupę schorzeń, których częstotliwość występowania zwiększa się wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej i degradacją środowiska naturalnego. Na ich rozwój wpływa niezdrowy, siedzący i „podjeżdżający” tryb życia, przywiązanie do komputerów i telewizorów oraz niewłaściwa dieta oparta na przetworzonych produktach, szkodliwych tłuszczach i cukrze. Podczas gdy jeszcze w latach 50–60 XX w. spożycie cukru wynosiło statystycznie 5 kg na osobę rocznie, dzisiaj jest to już około 50 kg.

Do grupy chorób cywilizacyjnych, które w Polsce stanowią przyczynę 80 proc. zgonów, należą otyłość, schorzenia sercowo-naczyniowe, nowotwory oraz cukrzyca. Ta ostatnia może prowadzić do poważnych powikłań, zmniejszonej odporności, utraty wzroku, uszkodzenia nerek i układu sercowo-naczyniowego czy stopy cukrzycowej.  Na cukrzycę choruje ok. 3 mln Polaków, czyli około 10 proc. dorosłej populacji. Szacuje się jednak, że nawet kilkaset tysięcy osób wciąż pozostaje niezdiagnozowanych.

 Cukrzyca typu 2 jest najczęstszym typem cukrzycy. Jest to choroba ogólnoustrojowa, związana przede wszystkim z nieprawidłowym stylem życia, rozumianym jako otyłość, głównie brzuszna, oraz ograniczoną aktywnością fizyczną. To wszystko prowadzi do narastającej insulinooporności oraz zaburzonej gospodarki węglowodanowej, w tym także do zaburzonych przemian glukozy – precyzuje lek. med. Sebastian Więckowski, lekarz Ogólnopolskiego Programu Profilaktyki Cukrzycy typu 2 i Chorób Cywilizacyjnych PoZdro!.

Cukrzyca typu 2 jest chorobą, w której najważniejszym zaburzeniem jest narastająca insulinooporność, czyli niezdolność organizmu do odpowiedniej reakcji na insulinę. Jest to hormon wydzielany przez trzustkę, który reguluje metabolizm węglowodanów.

Otyłość, sama w sobie będąca jednostką chorobową, stanowi przyczynę większości chorób cywilizacyjnych. Tymczasem z badań przeprowadzonych przez Instytut Żywności i Żywienia wynika, że z problemem nadmiernej masy ciała boryka się większość polskiego społeczeństwa: 60 proc. dorosłych mężczyzn i 50 proc. kobiet. Badania pokazują też, że nadwagę ma co drugi Polak, natomiast co piąty cierpi z powodu otyłości. Mimo to jak wynika z danych GUS i KPMG, prawie 40 proc. dorosłych Polaków sięga po słodycze pięć razy w tygodniu, a 11 proc. – nawet kilka razy dziennie.

Od tego problemu nie są wolne także dzieci, wśród których 20 proc. ma nieprawidłową masę ciała, a około 5 proc. cierpi z powodu otyłości. Statystyki przytaczane przez Fundację Medicover pokazują, że 70 proc. takich dzieci w wieku 10–13 lat pozostanie otyłymi dorosłymi.

 W diecie dzieci obserwuję głównie nadmiar cukrów prostych, słodkich napojów i słodyczy oraz brak warzyw. To powoduje, że przybierają na wadze i nie chcą być aktywne fizycznie – mówi Katarzyna Gołąbek, dietetyk Programu PoZdro! Fundacji Medicover.

Eksperci nie mają wątpliwości, że walkę ze złymi nawykami należy rozpocząć na gruncie domowym. To rodzice winni stanowić pierwsze autorytety i wsparcie w tej dziedzinie. Dotyczy to zarówno przygotowywania pełnowartościowych i niskokalorycznych posiłków w domu i do szkoły, jak i pokazywania na własnym przykładzie, że zdrowe odżywianie jest naturalnym zachowaniem. Często sami rodzice wymagają jednak fachowego wsparcia, ponieważ gubią się w nadmiarze informacji medialnych i zmieniających się wytycznych ekspertów. Rodzicielski autorytet często przegrywa też w konkurencji z przekazem reklamowym lub negatywnym wpływem rówieśników.

Na kształtowanie postaw, stylu życia i odpowiednich nawyków wśród dzieci i młodzieży ma wpływ także środowisko szkolne. Dlatego tak ważna jest współpraca pomiędzy rodzicami a szkołą, która m.in. zapewnia dostęp do zajęć sportowych i rekreacyjnych, sprzęt sportowy i – co bardzo ważne – prowadzi równolegle odpowiednie działania edukacyjne, pełniąc rolę promotora zdrowia.

– Wspieranie rodziców w walce z nadwagą i otyłością jest niezmiernie ważne. Bardzo często czują się oni bezradni i potrzebują pomocy specjalistów, ponieważ często sami są mocno zagubieni i nie wiedzą, w którym kierunku rozpocząć proces zmiany – mówi Anna Kohut, psycholog Programu PoZdro! Fundacji Medicover.

Takim wsparciem dla rodziców jest również społeczny Ogólnopolski Program Profilaktyki Cukrzycy typu 2 i Chorób Cywilizacyjnych PoZdro!, prowadzony od 2014 roku przez Fundację Medicover. Pierwszym etapem projektu były szkolne badania przesiewowe, tzw. Kompleksowa Analiza Zdrowotna, przeprowadzone w czterech miastach Polski: Gdyni, Warszawie, Lublinie i Wrocławiu, oraz kilku gminach ościennych. W sumie przebadanych zostało ponad 24 tys. uczniów, przy czym u ok. 3 tys. stwierdzono zagrożenie wystąpieniem chorób cywilizacyjnych. Aż 22 proc. dzieci biorących udział w badaniach okazało się mieć nadwagę lub otyłość, natomiast 65 proc. odznaczało się dostateczną, słabą lub bardzo słabą wydolnością fizyczną.

Dzieci, u których stwierdzono czynniki zachorowania na cukrzycę typu 2, zostały wraz z rodzinami zaproszone do kolejnego etapu programu w ramach Zintegrowanej Opieki Indywidualnej PoZdro!. Aktualnie objęte są nim dzieci z Wrocławia, Warszawy oraz Lublina i kilku sąsiednich gmin.

 Program PoZdro! objął zakwalifikowanych pacjentów cyklem ośmiu spotkań w ciągu 2 lat. Pacjenci byli pod opieką lekarzy, dietetyków, psychologów, jak również specjalistów z zakresu aktywności fizycznej. Ci różni specjaliści byli w stanie skutecznie wpłynąć na zmianę nieprawidłowych nawyków prezentowanych przez pacjentów, którzy mieli nadwagę lub otyłość – mówi Sebastian Więckowski.

Spotkania ze specjalistą z zakresu aktywności fizycznej w ramach PoZdro! mają na celu określenie zdolności i możliwości ruchowych, poziomu wydolności fizycznej dziecka oraz sukcesywne jej podnoszenie. Program PoZdro! rozbudza zainteresowania dzieci sportem poprzez bogatą ofertę atrakcyjnych zajęć sięgających do różnorodnych dyscyplin. Dla każdego z uczestników projektu opracowywany jest indywidualny program działań. Proponowane przez ekspertów treningi i sugerowane ćwiczenia w domu mają poziom trudności optymalny dla danego ucznia. Nie bazują na intensywnym wysiłku i dążeniu do szybkiego zbicia wagi, co mogłoby się okazać szkodliwe dla zdrowia. Trenerzy uświadamiają rodziców i dzieci, że proces redukcji masy ciała powinien się odbywać stopniowo i być rozłożony w czasie, a jego podstawą powinna być systematyczność w wykonywaniu zalecanych ćwiczeń.

– Współpracowaliśmy z rodzicami poprzez testy i zajęcia dodatkowe, które prowadziłem w klubie AZS AWF Wrocław z szermierki. Rodzice i dzieci ćwiczyli na nich wspólnie. Były różnego rodzaju zajęcia sportowe, podczas których rodzice mogli dowiedzieć się, jak ćwiczyć z dziećmi, co mogą z nimi robić. To wszystko zbudowało fajny klimat i przyczyniło się do sukcesu programu – mówi Tomasz Motyka, szpadzista, medalista olimpijski, trener w programie PoZdro!.

Także w zakresie żywienia rodzice i dzieci nie otrzymują gotowych diet – zdrowy jadłospis ustalany jest indywidualnie z dietetykiem i dostosowywany do potrzeb każdego z uczestników. Z kolei rozmowy z psychologiem pomagają uczniom uporać się z problemami emocjonalnymi wynikającymi z nadmiaru kilogramów, zrozumieć, że waga nie determinuje charakteru, oraz znaleźć źródło motywacji do zmiany stylu życia i utrzymania zdrowych nawyków w przyszłości.

 Program podchodzi do uczestników holistycznie. Dlatego też, jako dietetykowi, świetnie mi się tutaj pracuje, bo mam zaplecze w postaci wyników badań czy aktywności fizycznej. Dodatkowo, psycholog pomaga dzieciom mentalnie przejść zmianę żywieniową. To bardzo istotne, co my myślimy o jedzeniu, czy chcemy zmienić swoje nawyki, czy traktujemy to jako zło konieczne – mówi Katarzyna Gołąbek.

Korzyści z udziału w programie odnosi cała rodzina. Wśród efektów są m.in. poprawa stanu zdrowia, większa aktywność fizyczna, wzrost pewności siebie, odkrywanie własnych pasji przez dzieci oraz poprawa świadomości zdrowotnej pośród wszystkich członków rodziny, często także babć i dziadków, którzy również mają możliwość uczestnictwa w warsztatach edukacyjnych, a nawet zajęciach sportowych. Z obserwacji Fundacji Medicover wynika, że 60 proc. uczniów po ukończeniu Programu PoZdro! zauważyło u siebie mniejszy poziom tkanki tłuszczowej, 85 proc. dostrzegło natomiast zmianę świadomości, co może się przełożyć na trwałą zmianę sposobu odżywiania i podejścia do aktywności fizycznej w przyszłości.

Część pacjentów jest w stanie w bardzo korzystnym stopniu przebudować skład ciała oraz zredukować masę ciała do prawidłowego BMI. Czasem, ze względu na złożoność problemu otyłości, pacjenci nie są w stanie zmienić pewnych przyzwyczajeń żywieniowych, co niekorzystnie przekłada się na końcowy efekt. Ale w każdym wypadku walor edukacyjny programu i możliwość dowiedzenia się, na czym polega prawidłowe odżywianie i jaki jest wpływ aktywności fizycznej na stan zdrowia, jest wartością dodaną – podsumowuje Sebastian Więckowski.

Dla wszystkich rodzin, które poszukują wsparcia, porad i inspiracji w zakresie wprowadzenia zdrowszych nawyków wśród domowników, przekonania dzieci do większej aktywności fizycznej i trafnych wyborów jedzeniowych, prowadzona jest witryna po-zdro.pl. Strona zawiera także zdrowe przepisy na pyszne dania, a także ciekawy, ogólnodostępny obszerny e-Poradnik do pobrania.

Każdego dnia satelity przesyłają na Ziemię miliony gigabajtów danych. To szansa również dla prywatnych firm

Program Obserwacji Ziemi Copernicus każdego dnia dostarcza miliony gigabajtów danych satelitarnych. – Gdyby wszystkie te dane nagrywać na dyski CD, każdego dnia mielibyśmy 15 tys. nowych dysków – mówi dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Polska firma jest jednym z pięciu podmiotów na świecie, które stworzyły platformę umożliwiającą dostęp i analizę danych z programu Copernicus. Można je wykorzystać m.in. w administracji, geologii, ochronie środowiska, jak i w sektorze prywatnym – do tworzenia na ich podstawie nowych produktów i usług.

Program Obserwacji Ziemi to flagowy projekt europejski na poziomie KE i Europejskiej Agencji Kosmicznej. Uczestniczymy w nim jako ministerstwo, wspieramy polskie jednostki naukowe i wszystkie programy, które umożliwiają rozbudowywanie konstelacji Sentinel – satelitów, które są częścią Galileusza, czyli całego systemu obserwacji Ziemi spiętego pod nazwą Copernicus. W początkowej fazie Copernicus miał dostarczać dane przede wszystkim naukowcom. Teraz bardzo dynamicznie się rozwija – zastanawiamy się już nie tylko nad tym, jak budować system obserwacji, ale też jak wykorzystywać wszystkie te dane, które są zbierane i dostarczane na Ziemię przez satelity w ramach Programu Obserwacji Copernicus – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Copernicus jest koordynowany i zarządzany przez Komisję Europejską we współpracy z państwami członkowskimi Unii Europejskiej i Europejską Agencją Kosmiczną. W ramach programu konstelacja satelitów Sentinel, która krąży nad Ziemią, przekazuje na powierzchnię planety w czasie rzeczywistym dane dotyczące m.in. atmosfery, zmian klimatycznych, stanu lądów i oceanów, które służą np. do monitorowania bezpieczeństwa czy zarządzania zasobami naturalnymi. Dane satelitarne pozyskane w ramach programu Copernicus są dostępne bez ograniczeń i bezpłatnie. Jednak do tej pory pobieranie i zapisywanie ogromnych ilości tych danych było dużym wyzwaniem logistycznym.

To zmieniło się dzięki DIAS (Data and Information Access Services). W uproszczeniu, jest to platforma ze wszystkimi danymi z satelitów programu Copernicus w chmurze, która zapewnia także dostęp do zaawansowanych narzędzi przetwarzania danych. W końcówce ubiegłego roku ESA w imieniu Komisji Europejskiej podpisała kontrakty na stworzenie takich platform z czterema konsorcjami przemysłowymi. Wśród nich jest polska spółka Creotech Instruments, która jest jednym z pięciu w Europie konsorcjów udostępniających dane z największego programu obserwacji Ziemi (obecnie funkcjonuje pięć DIAS, piąta platforma jest prowadzona jest przez European Organisation for the Exploitation of Meteorological Satellites EUMETSAT).

Jesteśmy w piątce wyróżniających się krajów. Pozostałe DIAS powstają w Niemczech, we Francji, więc jesteśmy absolutnie w szpicy. Mamy dobre firmy, które są w stanie budować takie platformy, potrafimy takie dane wykorzystywać. Polska ma duży potencjał i już go wykorzystuje, to jest dostrzegane przez ESA. Trzeba pamiętać, że ta platforma będzie służyła nie tylko Polsce, bo to jest platforma ogólnoeuropejska, globalna – mówi Piotr Dardziński.

Kontrakt na stworzenie platformy DIAS w wysokości około 16 mln euro podpisany przez Creotech Instruments jest największym jak do tej pory kontraktem dla polskiej instytucji w ramach programów unijnych w zakresie sektora kosmicznego.

To są gigantyczne ilości danych, które w sposób łatwy i bezpłatny powinny być dostarczane użytkownikom końcowym. Mamy więc satelity i system przetwarzający dane, który wspieramy na poziomie zarówno ESA, jak i KE, angażując w to jednostki naukowe i polskich przedsiębiorców – mówi Piotr Dardziński.

Każdego dnia satelity w ramach programu Copernicus dostarczają miliony gigabajtów danych, zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe, które trafiają do repozytorium. Copernicus DIAS ma zapewnić łatwy, bezpłatny i nielimitowany dostęp do tych informacji potencjalnym użytkownikom. Platforma umożliwia między innymi wybór konkretnego satelity czy zakresu dat, z którego ma pochodzić zdjęcie satelitarne, zapewnia też dostęp do narzędzi obliczeniowych.

Gdyby wszystkie te dane z satelitów nagrywać na dyski CD, każdego dnia mielibyśmy ich 15 tys. Takie ilości danych są przesyłane na Ziemię przez satelity. Możliwość łączenia ich z innymi zbiorami powoduje, że tworzy nam się nieobejmowalna ludzkim rozumem liczba informacji. Nikt nie jest w stanie do końca powiedzieć, jaki jest ostateczny potencjał tych danych, moim zdaniem on będzie się zwiększał i cały czas się rozwijał – mówi Piotr Dardziński.

Możliwości wykorzystania danych satelitarnych są nieograniczone. Takie informacje mogę być przydatne dla administracji w zarządzaniu kryzysowym czy planowaniu inwestycji, dla geologów i rolników, wykorzystywane w nawigacji albo monitorowaniu zmian klimatu. Mogą też być wykorzystywane komercyjnie, przez firmy, które będą na ich bazie tworzyć nowe rozwiązania i usługi.

System obserwacji Ziemi obniżył koszty przeprowadzania kontroli w ramach polityki rolnej, bo wszystkie grunty rolne zostały zweryfikowane nie przy pomocy mierniczych, ale przy pomocy satelitów, które dokładnie określiły ich powierzchnię. Istotna rzecz to uświadomienie użytkowników, że takie dane istnieją i można z nich korzystać. Gdy myślimy o tym, jak regulować ruch w mieście albo poziomy wód, najczęściej korzystamy z systemów naziemnych, natomiast satelity są w stanie na bieżąco dostarczać takie informacje 24/7, z rozbiciem na różne dodatkowe, szczegółowe informacje. Drugi krok to zdolność do przetwarzania tych danych w taki sposób, że przestają być niezrozumiałym zbiorem, a stają się konkretnym produktem. To jest już rola firm, które mogą korzystać z tych danych w sposób wolny – mówi podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Polska jest członkiem ESA od listopada 2012 roku. Rodzimy sektor kosmiczny bierze m.in. udział w badaniu Marsa, badaniu atmosfery księżyców Jowisza (misja JUICE), obserwacji korony Słońca (misja Proba3) oraz w obserwacji Ziemi (satelita Biomass). Na portalu ESA zarejestrowanych jest ponad 300 polskich podmiotów, a od momentu przystąpienia do ESA krajowe firmy uzyskały kontrakty na kwotę ok. 57 mld euro, co stanowiło silny impuls dla rozwoju polskiego sektora kosmicznego. Mimo to Polska wciąż przeznacza na niego bardzo niewiele – około 0,01 proc. swojego PKB. Dla porównania, w USA i Rosji jest to ok. 0,25 proc. PKB.

Uchwalona w lutym ubiegłego roku Polska Strategia Kosmiczna zakłada jednak, że do 2030 roku obroty rodzimych firm z tego sektora mają wynosić co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów całej tej branży w Europie. Rodzime firmy mają być bardziej konkurencyjne i w większym stopniu uczestniczyć w programach kosmicznych, takich jak Horyzont 2020, Copernicus, Galileo czy GovSatCom. W sektorze kosmicznym powstają patenty i innowacje, które adaptują później inne branże, dlatego ma on przełożenie na całą gospodarkę. Morgan Stanley szacuje, że wartość globalnego przemysłu kosmicznego wynosi obecnie ok. 350 mld dol., natomiast w 2040 roku przekroczy już 1,1 bln dol. Z kolei Merrill Lynch Bank of America szacuje, że wartość branży kosmicznej sięgnie nawet 2,7 bln dol. w ciągu najbliższych 30 lat.

Polscy producenci drzwi podbijają zagraniczne rynki. Coraz częściej szukają ich poza UE

Polscy producenci drzwi podbijają zagraniczne rynki. Coraz częściej szukają ich poza UE 6

Ubiegły rok był rekordowy dla polskiej branży stolarki otworowej, która od trzech lat utrzymuje się na pozycji lidera w Unii Europejskiej. Polskie okna i drzwi są w Europie hitem eksportowym. W tym roku wyniki, zarówno produkcji, jak i eksportu, powinny być równie dobre. Jednak żeby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju, polscy producenci muszą szukać nowych rynków poza Europą. Sprzedażą rządzą w tej chwili trendy nastawione na biel i okleiny drewnopodobne.

Branża stolarki otworowej prężnie się rozwija, zwłaszcza w kategorii okien, które są produktem łatwiejszym do zaimplementowania na rynkach zagranicznych. W przypadku drzwi jest trudniej, ponieważ elementy certyfikacji i atestów na poszczególnych rynkach są indywidualne. Jednak ten sektor także dynamicznie się rozwija. W naszym przypadku udział eksportu w całości obrotów sięga 27 proc., to jest ponad 100 mln zł. Chcielibyśmy, żeby w najbliższych latach ten udział zwiększył się do 40 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Pęksyk, dyrektor marketingu Porta KMI Poland.

Polska od trzech lat pozostaje liderem eksportu stolarki otworowej w Europie. Według danych KE rodzima branża ma w nim 22,3-proc. udział. W ubiegłym roku polscy producenci sprzedali za granicę 10,4 mln sztuk okien i drzwi o wartości 1,7 mld euro. To oznacza, że na eksport trafiło 45 proc. całej produkcji.

– Jakość i cena to marka, którą oferujemy klientom. Cała branża stolarki słynie z tego, że za atrakcyjną cenę możemy dostarczyć bardzo dobry jakościowo produkt – podkreśla Artur Pęksyk.

Głównymi odbiorcami polskich okien i drzwi są Niemcy, Wielka Brytania i Francja. Polscy producenci, żeby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju, muszą jednak szukać nowych rynków poza UE. Jak wynika z danych Centrum Analiz Branżowych, już w ubiegłym roku wzrost wartości eksportu polskiej stolarki otworowej na rynki pozaunijne przekroczył 20 proc.

My działamy na trzydziestu rynkach zagranicznych, natomiast większość z nich wynika z bezpośrednich kontaktów inwestycyjnych, handlowych. To nie jest funkcjonowanie z całą marką, z całym zapleczem, tak samo jak w Polsce, i na rozwijanych rynkach kluczowych, czyli w Czechach, na Słowacji czy w Rumunii. To są rynki, na których promuje się nie tylko sam produkt, jakość i design, lecz także całą markę. Pozostałe kraje to bardzo mocno intensyfikacja działań B2B, gdzie handel i warunki handlowe, kontraktowe i indywidualne zamówienia są kluczem – mówi Artur Pęksyk.

W ubiegłym roku branża stolarki otworowej odnotowała nie tylko znaczący wzrost eksportu, lecz także całej produkcji. Polskie fabryki wyprodukowały w sumie 23,4 mln sztuk okien i drzwi, co stanowiło blisko 6-proc. wzrost w porównaniu z rokiem poprzednim. Natomiast w ciągu ostatnich czterech lat produkcja stolarki otworowej w polskich zakładach wzrosła w sumie o jedną czwartą.

– Dynamiczny rozwój rynku budowlanego ma odzwierciedlenie także w kategorii drzwi. Remonty, chęć wprowadzenia zmian, rewolucji we wnętrzach, a z drugiej strony rynek inwestycyjny, pokazują, że 6-proc. trend w tym roku również się utrzyma. My wychodzimy trochę ponad rynek. Ubiegły rok zamknęliśmy z 11-proc. wzrostem produkcji, czyli 407 mln zł. Liczymy, że i w tym roku wzrost będzie dwucyfrowy – mówi dyrektor marketingu Porta KMI Poland.

Jak wskazuje, sprzedażą drzwi rządzą w tej chwili trendy nastawione na biel. Około 50 proc. wszystkich sprzedawanych drzwi w okleinach i malowanych jest właśnie w tym kolorze.

Najczęściej wybierane są okleiny syntetyczne, drewnopodobne, które prawie idealnie upodabniają się do drewna, przez nas są określane jako okleiny 3D. One oddają charakter prawdziwego drewna, a jednocześnie dają przewidywalność koloru. Naturalne okleiny mają to do siebie, że wzór, który widzimy na ekspozycji, nie do końca da się powtórzyć, bo w lesie nie ma dwóch takich samych drzew. W przypadku naśladujących naturę oklein syntetycznych możemy ten kolor powtarzać przy zamówieniu 5, 10 bądź 20 sztuk – mówi Artur Pęksyk.

Na rynku przybywa ofert kredytów hipotecznych ze stałym oprocentowaniem. Na razie jednak tylko w ograniczonym zakresie

Na rynku przybywa ofert kredytów hipotecznych ze stałym oprocentowaniem. Na razie jednak tylko w ograniczonym zakresie 7

Rekordowo niskie stopy procentowe to dla kredytobiorców z jednej strony niskie raty, z drugiej strony pewność, że prędzej czy później oprocentowanie ich kredytów wzrośnie. To może spowodować problemy z ich spłacalnością. Rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie kredytów ze stałym oprocentowaniem, o co apeluje UOKIK. Na rynku jest coraz więcej ofert tego typu, ale o ograniczonym zakresie. Urząd rekomenduje też, by banki wypracowały system wczesnego ostrzegania konsumentów o przewidywanych niekorzystnych dla nich zmianach na rynku.

Klienci, którzy biorą kredyt hipoteczny, są narażeni na dwa główne ryzyka. Po pierwsze, na utratę źródła dochodów, na podstawie których mogą regulować ratę miesięczną. Drugie ryzyko jest takie, że rata w związku ze wzrostem stóp procentowych tak może wzrosnąć, że ten ciężar będzie zbyt duży jak na budżety gospodarstw domowych. Chcielibyśmy ten drugi czynnik, czyli potencjalną zmianę wysokości raty, ograniczyć do minimum, co zapewniałyby stałe stopy procentowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Stopy procentowe kształtują się na rekordowo niskich poziomach. Ostatnia podwyżka miała miejsce w 2015 roku. Od tamtego czasu raty kredytów utrzymywały się na zbliżonym poziomie. Dodatkowo odsunięcie w czasie podwyżek stóp procentowych zachęca kolejne osoby do zaciągania kredytów. Analizy BIK wskazują, że wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych może w tym roku wynieść ponad 50 mld zł. Po serii podwyżek, która prędzej czy później nastąpi, wiele gospodarstw może mieć problem ze spłatą zadłużenia. Dlatego UOKIK apeluje o wprowadzenie na szerszą skalę kredytów ze stałym oprocentowaniem.

– Nawet świadomemu konsumentowi, który idzie do banku, oferuje się tylko kredyty hipoteczne o zmiennym oprocentowaniu, a jeśli są o stałej stopie, to są to kredyty na 5–7 lat. W Europie standardem są stałe stopy procentowe, a nie zmienne, tak jak u nas. To byłoby też dojście do standardu, z którym spotykają się konsumenci w innych państwach Europy – przekonuje Marek Niechciał.

Obecnie tylko kilka banków ma taką ofertę, ale zwykle mają one ograniczony zakres. Przykładowo, umowa na kredyt ze stałą stopą obowiązuje przez np. 5 lat, a następnie negocjuje się dalsze warunki.

– Jeśli Kowalski nie lubi ryzyka, to nie ma szans na to, żeby znaleźć produkt, który odpowiadałby jego profilowi konsumenckiemu. Gdyby banki miały konsumentów płacących co miesiąc tę samą ratę, miałyby lepszą jakość tych kredytów. Mniej kredytów się zepsuje z tego tytułu, że wzrośnie oprocentowanie i rata, a konsument wpadnie w kłopoty finansowe i przestanie płacić. W interesie banków jest, żeby rozpowszechnić stałą stopę – podkreśla prezes UOKiK.

Jak podkreśla, niższe ryzyko dla banków mogłoby oznaczać niższe marże.

To kwestia tego, żeby banki zmieniły swoje nastawienie, a pieniądze poszły na akcję uświadamiającą, reklamową, dzięki czemu zmieni się świadomość konsumentów. Mamy najniższe w historii Polski stopy procentowe i najniższe bezrobocie. Pytanie, czy te stopy procentowe mogą spadać jeszcze bardziej – większa jest jednak szansa, że mogą rosnąć. Bezrobocie może spadać, ale są okresy, kiedy rośnie, więc byłoby pożyteczne, żeby klient miał kredyt o stałej racie i spał spokojnie – mówi Marek Niechciał.

UOKiK apeluje, by banki wdrożyły rozwiązania, które zapewnią kompleksową i zrozumiałą informację o ryzyku związanym z umową kredytu hipotecznego, zwłaszcza możliwych podwyżkach stóp procentowych i ich konsekwencjach. Instytucje finansowe powinny też na każdym etapie współpracy brać pod uwagę sytuację klienta. Banki miałyby też wypracować system wczesnego informowania i ostrzegania konsumentów o przewidywanych niekorzystnych dla nich zmianach dotyczących stóp procentowych.

Na mieście jemy coraz chętniej i coraz więcej wydajemy. Obok frytek najczęściej zamawianym daniem są burgery

Na mieście jemy coraz chętniej i coraz więcej wydajemy. Obok frytek najczęściej zamawianym daniem są burgery 8

Coraz więcej osób stołuje się poza domem – przynajmniej raz w tygodniu jada dwie trzecie badanych. Posiłek na mieście traktujemy jako pretekst do spotkań, a w restauracjach spędzamy coraz więcej czasu. W czołówce zamawianych posiłków znalazły się burgery, które można dowolnie modyfikować pod kątem upodobań klientów. Cena nie ma już decydującego znaczenia. Liczy się przede wszystkim smak i jakość serwowanych posiłków – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Bobby Burger.

– Jedzenie na mieście stało się stałym elementem stylu życia mieszkańców dużych miast w Polsce. Ponad 65 proc. zbadanych przez nas Polaków stołuje się na mieście minimum raz w tygodniu, kolejne 15 proc. robi to nawet częściej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Żurkowska, R&D manager w Bobby Burger.

Z badania „Gastronomiczne preferencje mieszkańców dużych miast” przeprowadzonego na zlecenie Bobby Burger wynika także, że na jedzenie w restauracjach wydajemy coraz więcej.

 Średnia wartość rachunku z wizyty w lokalu gastronomicznym wynosi około 43 zł, natomiast wydatki miesięczne to około 100 zł. Co warto zauważyć, to najwyższa jak dotąd odnotowana wartość – wskazuje Dorota Żurkowska.

O wyborze lokalu decyduje smaczne jedzenie (dla 61 proc. badanych to jeden z głównych powodów) oraz odpowiednia lokalizacja (55 proc.). Rzadziej zwracamy uwagę na cenę.

– Polacy przywiązują coraz większą wagę do jakości spożywanych produktów. 63 proc. badanych deklaruje, że jest skłonnych zapłacić więcej za produkty wyższej jakości, co jest spójne z tym, że cena była dopiero na czwartym miejscu wśród kryteriów, którymi kierują się klienci lokali gastronomicznych –podkreśla Maciej Sobolewski, brand manager w Bobby Burger.

Z raportu sporządzonego przez GfK wynika, że wartość polskiego rynku gastronomicznego w 2017 roku wyniosła ponad 36 mld zł. W ciągu roku wzrost przekroczył 10 proc.

Do wizyty w restauracji najczęściej motywuje nas głód, ale także potrzeba społeczna. Blisko 75 proc. badanych przyznaje, że posiłki poza domem traktują jako pretekst do spotkania ze znajomymi.

– Ponad 65 proc. wizyt w lokalach gastronomicznych, o których opowiedzieli nam respondenci, było wcześniej zaplanowanych. Osoby badane wiedziały nie tylko co, gdzie, ale też z kim zjedzą. Co istotne, większość takich wizyt odbywa się w towarzystwie partnera bądź przyjaciół i znajomych. Warto zauważyć, że większość respondentów wskazuje na kontekst społeczny takich wyjść – mówi Dorota Żurkowska.

Najchętniej poza domem jemy frytki, choć często jest to prostu dodatek do dań. W czołówce są też pizza czy dania obiadowe, ale wysoką pozycję zajmują burgery, które już teraz są drugim najczęściej zamawianym daniem.

 Fenomen burgerów polega głównie na formie, w jakiej są podawane. Ograniczeniem jest jedynie bułka, która również może być dowolnie modyfikowana przez klienta. Możemy zjeść burgera w bułce bezglutenowej, pełnoziarnistej, maślanej, z sezamem i możemy w niej zamknąć dowolny produkt. Może to być wołowina, kurczak, jak również burger wegetariański. Burgery umożliwiają również korzystanie z sezonowości warzyw. Tworząc oferty sezonowe, możemy dowolnie modyfikować ofertę pod kątem preferencji i upodobań klientów – tłumaczy Maciej Sobolewski.

Większość fast foodów ma w swojej ofercie burgery, jednak Polacy doceniają produkty wysokiej jakości i chętnie wybierają burgerownie – z większym wyborem rodzajów bułek i mięsa, oferujących też produkt dla wegetarian i wegan.

– Od burgerowni oczekuje się również znacznie więcej niż tylko usługi gastronomicznej. Klienci lokali chcą spędzać tam coraz więcej czasu, co z kolei przekłada się na wzrost średniej wartości rachunku. Chcą np. mieć możliwość oglądania transmitowanych meczy, wydarzeń sportowych czy takich rozrywek jak gry planszowe lub po prostu spędzenia czasu ze znajomymi – wymienia Maciej Sobolewski.

Coraz większe ryzyko salmonelli. W skutecznej walce hodowcom mogą pomóc bakteriofagi

Coraz większe ryzyko salmonelli. W skutecznej walce hodowcom mogą pomóc bakteriofagi 9

Rośnie liczba zachorowań na salmonellozę, wywołaną przez bakterie salmonella. W ciągu ostatnich dwóch lat przekraczała 10 tys. przypadków rocznie. Jednym ze źródeł zakażenia są jaja i drób, jeden z hitów polskiego eksportu. W 2017 roku w europejskim systemie blisko połowa ostrzeżeń o salmonellozach wykrytych w jajach konsumpcyjnych i mięsie drobiowym dotyczyła właśnie produktów z Polski. Bakterii salmonella nie da się wyeliminować, ale samej salmonellozie hodowcy mogą przeciwdziałać, m.in. dzięki zdobyczom nauki. Przykładem są bakteriofagi, czyli wirusy atakujące tylko określone bakterie, a przy tym całkowicie bezpieczne dla zwierząt i człowieka.

Salmonella jest w UE jednym z najczęściej występujących patogenów bakteryjnych odpowiedzialnych za zakażenia przewodu pokarmowego u ludzi – wynika z danych przywoływanych przez Proteon Pharmaceuticals w Białej Księdze na temat wyzwań dla branży drobiarskiej. Od dwóch lat skala zachorowań na salmonellozę rośnie. Wprowadzone na początku roku przepisy mają to zmienić.

Władze publiczne w odpowiedzi na bezskuteczność dotychczasowych działań od stycznia 2018 roku zmieniły program zwalczania salmonelli. Przerzuciły odpowiedzialność za bezpieczeństwo łańcucha na producentów, głównie na rolników, którzy hodują zwierzęta gospodarskie i dostarczają te produkty do sieci żywnościowych. Podjęto decyzję, że zostaną wstrzymane rekompensaty dla farmerów za straty spowodowane salmonellą i w tej sytuacji będą musieli radzić sobie sami – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Stanisław Franczak, dyrektor ds. komercyjnych w Proteon Pharmaceuticals.

Nowe zasady krajowego programu zwalczania salmonelloz, których celem jest dostosowanie polskiego prawa do unijnego, ale też poprawa standardów sanitarnych produkowanej żywności, obowiązują od początku 2018 roku. Zakładają one m.in. brak odszkodowań dla producentów skażonych jaj, co ma ich motywować do większego zaangażowania w walkę z zakażeniami bakteriami salmonella. Jak wynika z danych Głównego Inspektoratu Weterynarii, w 2016 roku wydatki na odszkodowania w związku z wykrytymi w hodowlach bakteriami salmonella wyniosły 33 mln zł, przy 19 mln zł w 2015 roku.

Obowiązujące od stycznia przepisy większy nacisk kładą na bioasekurację i skuteczną eliminację bakterii u źródła. Oznaczają również, że główna odpowiedzialność spoczywa na hodowcy.

Producenci żywności mogą zachować się biernie i próbować ograniczać straty spowodowane salmonellą, szukając form ubezpieczenia. Mają też możliwość aktywnego podejścia do problemu i szukania nowych metod bioasekuracji, ograniczania lub wyeliminowania salmonelli z łańcucha produkcyjnego. Jest bardzo wiele możliwości, które w tej chwili nauka daje rolnikom – zaznacza Stanisław Franczak.

Całkowite wyeliminowanie salmonelloz nie jest możliwe. Wywołujące je bakterie salmonella są bowiem naturalną częścią mikrobiomu jelitowego kur. Można jednak minimalizować zagrożenie, stosując metody ograniczania infekcji. W Polsce obowiązuje zakaz leczenia salmonelloz przy użyciu antybiotyków. Hodowcy mogą za to stosować szczepienia profilaktyczne (nie eliminują one jednak zjawiska „nosicielstwa” bakterii), kwasy organiczne (mają silne działania antybakteryjne, ale negatywnie wpływają na spożycie paszy) oraz probiotyki, prebiotyki i fitobiotyki. Innowacyjnym rozwiązaniem są bakteriofagi. To grupa wirusów, dla których komórkami docelowymi są bakterie.

Bakteriofagi są naturalnym rozwiązaniem, które natura podsuwa nam do wykorzystania. Odkryte na początku XX wieku były przez wiele lat zapomniane. Są bardzo naturalne i precyzyjne metody pozyskiwania ich z natury i dostarczania do gospodarstw w celu eliminacji bakterii. To jest bardzo nowoczesne rozwiązanie w antybakteryjnej profilaktyce salmonelloz. Podkreśliła to Europejska Agencja ds. Bezpieczeństwa Żywności, wymieniając je w katalogu dostępnych rozwiązań antybakteryjnych – wyjaśnia dyrektor ds. komercyjnych w Proteon Pharmaceuticals.

Potencjał bakteriofagów był przez długi czas niewykorzystywany. Okazuje się jednak, że w przeciwieństwie do antybiotyków nie wymagają okresu karencji, nie niszczą też – jak kwasy organiczne – naturalnej mikroflory bakteryjnej układu pokarmowego.

– Bakteriofagi są skutecznym rozwiązaniem, ponieważ są naturalnym wrogiem bakterii żyjącym w środowisku. Z jednej strony potrafią się dostosować do zmieniającej się biologii bakterii, a z drugiej strony ich skuteczność jest praktycznie stuprocentowa. Jeżeli bakteriofagi udaje się dostarczyć w taki sposób, że są aktywne do określonego szczepu bakterii, to je eliminują – podkreśla Stanisław Franczak.

Polska jest największym producentem i jednym z większych eksporterów mięsa drobiowego i jaj. Blisko połowa produktów (48 proc,), co do których w 2017 roku pojawiły się ostrzeżenia o salmonellozach w europejskim systemie RASFF, dotyczyło właśnie jaj konsumpcyjnych i mięsa drobiowego z naszego kraju.

Ryzyko walutowe – jak się przed nim zabezpieczyć?

Ryzyko walutowe – jak się przed nim zabezpieczyć?Na ryzyko kursowe narażona jest w zasadzie każda firma posiadająca zobowiązania walutowe, takie jak kredyty czy nieopłacone faktury. Z oczywistych względów największe zagrożenie stanowi ono dla przedsiębiorstw prowadzących aktywną wymianę handlową z zagranicznymi kontrahentami. Na rynku mogą oni jednak znaleźć kilka instrumentów finansowych, pozwalających skutecznie zabezpieczyć się przez ryzykiem walutowym.

Przed ryzykiem walutowym pozwalają się zabezpieczyć przede wszystkim walutowe: opcje, kontrakty terminowe czy swapy. Warto jednak podkreślić, że z tego typu rozwiązań korzystają głównie większe firmy, w których zatrudniani są specjaliści ds. zarządzania ryzykiem kursowym. Działanie tych instrumentów jest bowiem dość skomplikowanie, a zastosowanie ich w praktyce wymaga sporych umiejętności i wiedzy z zakresu inwestowania oraz rynków finansowych. Sprawdźmy więc, na czym polegają wspomniane sposoby zabezpieczania się przed ryzykiem na rynku walutowym.

Walutowe kontrakty terminowe

Najczęściej stosowanym w kontekście zabezpieczania pozycji walutowych rozwiązaniem są kontrakty terminowe – forward i futures. Na czym polegają? Zawierając kontrakt terminowy zyskujemy pewność, że w przyszłości wymienimy walutę po określonym kursie. Oczywiście najczęściej wykorzystywane są tutaj kontrakty futures, w przypadku których nie dochodzi do fizycznej wymiany waluty. W dniu zamknięcia kontraktu terminowego ustalana jest różnica między kursem transakcyjnym (kursem waluty w chwili zawarcia kontraktu) a kursem rynkowym (kursem waluty w momencie rozliczenia kontraktu). Tę różnicę mnoży się następnie przez wartość kontraktu, co wyraża rzeczywisty zysk/stratę na zawartej transakcji terminowej.

Zawierając kontrakt terminowy korzystamy z działania dźwigni finansowej, czyli inaczej mówiąc angażujemy kapitał (poprzez wniesienie depozytu zabezpieczającego) w wysokości odpowiadającej tylko kilku procentom wartości kontraktu. Bieżące kursy walut można śledzić na takich profesjonalnych serwisach jak https://xopenhub.pro/liquidity-provider/, przy czym należy pamiętać, że sposób rozliczenia danego kontraktu walutowego ustalany jest przez giełdę, na której zawieramy transakcję.

Opcje walutowe

Drugi popularny sposób na zabezpieczenie się przed ryzykiem walutowym stanowią kontrakty opcyjne, często zwane po prostu opcjami. Mogą być wykorzystywane do zajmowania zarówno jednej, konkretnej pozycji rynkowej, jak również do tworzenia złożonych strategii opcyjnych. W tym drugim wypadku możemy zarabiać na przykład: niezależnie od tego, czy kurs danej waluty wzrośnie lub spadnie, albo gdy pozostanie na względnie stałym poziomie. Ponieważ stosowanie takich rozwiązań wymaga już naprawdę zaawansowanej wiedzy, w wielu firmach wykorzystywane są jedynie proste strategie opcyjne polegające na kupnie bądź sprzedaży opcji walutowych.

Opcje a kontrakty terminowe – główne różnice

Zakup opcji, w porównaniu do kontraktów terminowych, charakteryzuje się tym, że zyskujemy prawo a nie obowiązek rozliczenia transakcji po danym kursie w przyszłości. Uściślając, jeśli w przyszłości kurs podąży w niekorzystnym dla nas kierunku i nie będzie dla nas opłacalna wymiana waluty, to po prostu zakupionych opcji nie realizujemy. Takie rozwiązanie jest korzystne, niemniej jednak musimy pamiętać, że wiąże się z koniecznością zapłacenia premii opcyjnej stronie wystawiającej opcje; inaczej mówiąc, za gotowość drugiej strony do wymiany waluty po określonym kursie, musimy zapłacić jej jej ustaloną cenę.

Co jeszcze warto wiedzieć?

Jak wspomniano, małe przedsiębiorstwa rzadko kiedy korzystają z powyższych metod ograniczania ryzyka walutowego. Warto bowiem odnotować, że opcje, kontrakty czy swapy wiążą się z prowizjami dla banków czy firm hedgingowych, co generuje dodatkowe koszty. Dlatego częściej decydują się one na naturalne formy ograniczania ryzyka kursowego, poprzez na przykład równoważenie pozycji walutowych, albo rozliczanie płatności zagranicznych w walucie krajowej (jeśli tylko godzą się na to ich kontrahenci).


International MBA – zostań menedżerem w międzynarodowej firmie

office-3295556_1280Prowadzenie biznesu w środowisku międzynarodowym wymaga szczególnych umiejętności oraz wiedzy w zakresie międzynarodowej dystrybucji, mechanizmów przepływu finansów oraz międzykulturowego komunikowania. Wszystkie te umiejętności oraz wiele innych opanujesz dzięki studiom International MBA.

International MBA – czego nauczysz się wybierając ten program?

Globalne otoczenie biznesowe jest zdecydowanie bardziej wymagające i skomplikowane niż rynki krajowe. Właśnie dlatego menedżerowie, którzy mają ambicje, by zarządzać międzynarodowymi projektami oraz zespołami pracowników potrzebują szczególnego wykształcenia, które pomoże im sprawnie i skutecznie funkcjonować w tym środowisku.

Jakie aspekty prowadzenia międzynarodowego biznesu poznasz w programie International MBA?

Programy International MBA poruszają każdy aspekt funkcjonowania w międzynarodowym biznesie. Zobacz, czego nauczysz się, zdobywając dyplom International MBA.

  • Finanse. W celu skutecznego zarządzania finansami przedsiębiorstwa konieczna jest znajomość instrumentów, które umożliwiają międzynarodowy przepływ finansów. W tej kwestii studenci zdobywają również wiedzę na temat pozyskiwania środków z międzynarodowych funduszy, a także o wzajemnych zobowiązaniach interesariuszy z różnych krajów.
  • Strategie biznesowe i projekty. Różne strategie mogą inaczej sprawdzać się na poszczególnych rynkach. Dlatego menedżer międzynarodowego biznesu musi znać narzędzia komunikacyjne oraz potrafić prowadzić skuteczną komunikację międzynarodową i międzykulturową. Studia International MBA dadzą Ci wiedzę na temat rozumienia potrzeb konsumentów na różnych rynkach.
  • Liderowanie. Program International MBA pozwoli Ci posiąść umiejętności dotyczące zarządzania wielonarodowymi i wielokulturowymi zespołami. W takim środowisku rola lidera, który potrafi zmotywować do pracy ludzi pochodzących z różnych kultur, jest szczególnie istotna.
  • Logistyka. Przepływ i transport dóbr, a także zarządzanie poszczególnymi zadaniami na arenie międzynarodowej jest znacznie trudniejszy niż na rynkach krajowych. Studia w programie International MBA uczą rozwiązywać logistyczne problemy na rynkach międzynarodowych.

Jakie korzyści po International MBA

Uczelnie oferujące program International MBA bardzo często nawiązują międzynarodową współpracę nie tylko pomiędzy ośrodkami naukowymi, ale również z korporacjami i innymi podmiotami biznesowymi. Dzięki temu studenci już w trakcie studiów mają możliwość przyjrzenia się z bliska realiom panującym w przedsiębiorstwach o międzynarodowym zasięgu oraz zdobycia doświadczenia i nawiązania wartościowych kontaktów. Wiele perspektyw dają również oferowane wyjazdy na zagraniczne stypendia.

Dyplomy International MBA są honorowane przez przedsiębiorstwa i uczelnie wyższe w wielu krajach. Są przepustkami do podjęcia pracy na stanowiskach menedżerskich w międzynarodowych firmach. Program International MBA prowadzony jest mi.in.  w szkole biznesu IBD Business School – https://ibd.pl/

Analiza techniczna: kurs dolara, euro, franka i funta

Złotówka wskutek zmniejszenia braku napięć na rynkach odrabia straty. Temat wojen handlowych nieco ucichł ale nie można go nadal lekceważyć. Inwestorzy z niepokojem czekają na nowe kontrowersyjne pomysły prezydenta USA. Kredytobiorcy frankowi odetchnęli z ulgą. Ciężki czas dla funta z jednej strony zamieszanie polityczne z drugiej dane nie pomagają decyzji Banku Anglii o kolejnej podwyżce stóp procentowych.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 05.06.2017-17.07.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2582 3,6570 3,6000 4,8240
Maksimum 4,3387 3,8020 3,7620 4,9830

 

EUR/PLNEURPLN..H4

Sytuacja techniczna na wykresie EUR/PLN jest bardzo ciekawa. Po wystrzale na początku lipca w okolice 4,40 sytuacja uległa odwróceniu. Kurs zawrócił i podąża w ramach krótkoterminowego trendu spadkowego. Przede wszystkim jest to pokłosie słabszego dolara w ostatnich dniach. A i zamieszanie z wojnami handlowymi nieco mniej nerwowo wpływa na rynki. Choć oczywiście rzucane kolejne pomysły Trumpa mrożą krew w żyłach. I to już nie tylko są to cła wymierzone w Chiny ale również i w Europę. Obecnie kurs testuje wsparcie na poziomie 4,30. Poranna próba się nie udała ale niewykluczone, że w najbliższych godzinach będzie kolejny test. Przebicie tej granicy otwiera drogę do poziomu nawet 4,2590. Wiele będzie oczywiście zależało od dolara i jego siły. Nie można zapominać o Trumpie, który o dziwo nie namieszał na spotkaniu z prezydentem Rosji a wielu się tego obawiało. Trzeba jednak pamiętać, że umocnienie złotego nie ma podstaw fundamentalnych. Negatywnie odbijają się bowiem brak perspektyw podwyżki stóp w Polsce nawet do 2020 roku i słabsze prognozy inflacji. Oczywiście należy wspomnieć o progpagandowym wystąpieniu premiera Morawieckiego, który obwieszcza dalszy wzrost PKB w tym roku i podwyższył wynik do poziomu 4,6%. Ale trzeba zauważyć, że myślenie to jest oparte na ciągłym naganianiu do konsumpcji społeczeństwa a nie wynika z pobudzenia inwestycji. Brak rąk do pracy może być głównym czynnikiem hamującym dalszy rozwój. Do tego rząd nie boi się skutków wojen handlowych a bez wątpienia powinien. Stąd ostrzegamy przed osłabieniem złotego w dalszej części roku.

CHF/PLNCHFPLN..H4

Spory rajd w dół zaliczył również CHF/PLN. Kredytobiorcy frankowi z pewnością mieli powody do zmartwień gdy kurs przebijał 3,81. Na szczęście tylko na chwile i po zmniejszeniu się nieco napięć na rynkach kurs szybko zawrócił. Spotkanie w Helsinkach dwóch wielkich mocarstw nie przyniosło przełomu ale z pewnością nieco uspokoiło sytuację. Stąd CHF/PLN ma szansę zejść nieco jeszcze niżej. Oczywiście nie można zapominać o Trumpie bo jeszcze nie raz mocno on zaskoczy rynki. Zresztą czy ktoś się czegoś innego spodziewał gdy objął on swój urząd? Już wtedy rynki wiedziały, że jego osoba gwarantuje dużą zmienność i zapomnienie pojęcia nudy. Kolejne pomysły a tym samym nakładane cła mogą spowodować, że frank znów stanie się łakomym kąskiem dla inwestorów. Na ten moment sytuacja jest prosta wzrosty EUR/USD wywołują wzrosty również EUR/CHF i tym samym w konsekwencji spadki CHF/PLN.

USD/PLNUSDPLN..H4

Skoro złoty odrabia straty to także i do dolara. Szczególnie, że amerykańska waluta pozostaje słaba na całym rynku i determinuje ruchy na walutach krajów wschodzących. Technicznie jesteśmy w dość ważnym miejscu. Teoretycznie sforsowana została linia trendu wzrostowego i droga w kierunku 3,60 jest otwarta. Brakuje teraz potwierdzenia gdyż lekkie kłopoty kurs napotkał już na poziomie 3,67. Wiele oczywiście zależy od sytuacji globalnej. Dzisiejsze wystąpienie Powella nie powinno przynieść zaskoczenia ale jakieś niespodzianki mogą się pojawić więc warto na nie zwrócić uwagę. Jeśli prezes Fed zwróci uwage choćby na ryzyka wzrostu gospodarczego w postaci wojen handlowych to USD/PLN ma sznasę spaść jeszcze niżej. Dolar traci już czwarty dzień z rzędu. Wyciszenie nieco tematu wojen handlowych wyhamowało siłę amerykańskiej waluty. Również mocniejszy juan czyli chińska waluta zwyczajowo ciąży dolarowi.

GBP/PLNGBPPLN..H4

GBP/PLN również jest znacznie niżej. Na początku lipca było aż 4,98 podczas gdy dzisiaj kurs znajduje się już na poziomie 4,85. Z jednej strony wynika to ze spadku napięcia na rynkach i tym samym powrotu inwestorów do walut rynków wschodzących. Z drugiej tak spory spadek to pokłosie zawirowań politycznych w Wielkiej Brytanii. Premier May bez wątpienia nie ma lekko. Pokazuje coraz większą słabość wobec partii eurosceptycznych w swoim kraju i tym samym idzie na ustępstwa. Krytycy już mówią o niepokojących sygnałach mówiących o tym, że premier ustępuje zwolennikom twardego Brexitu. Szukając pozytywów to z pewnością nadal nie ma May rebelii w swojej partii  póki co więc nie daje inwestorom szans na myślenie o jej rezygnacji. Tydzień dla GBP jest bardzo ważny. W sierpniu Bank Anglii decyduje o stopach procentowych a prawdopodobieństwo wynosi już 90%, że stopy wzrosną. Najgorsze dla funta jest to, że dane nie pomagają. Dzisiejsze z rynku pracy pokazały choćby znaczny wzrost zasiłków dla bezrobotnych. Czekamy w tym tygodniu jeszcze na dane o CPI. Podsumowując brytyjska waluta ma ciężki czas za sobą i przed sobą. Z pomocą może przyjść przerwa wakacyjna w parlamencie. Wtedy funt ma szansę nieco odreagować ostatnie spore spadki.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zgoda dla BZ WBK na transakcję włączenia wydzielonej części Deutsche Bank Polska

Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na podział Deutsche Bank Polska poprzez wydzielenie jego części i włączenie jej w struktury Banku Zachodniego WBK. Oznacza to zamknięcie kolejnego ważnego etapu w drodze do sfinalizowania transakcji w IV kwartale tego roku.

 Zgoda Komisji Nadzoru Finansowego jest kluczowym elementem formalnych akceptacji dla transakcji.

– Integracja z wydzieloną częścią Deutsche Bank Polska wspiera realizację naszej strategii bycia najlepszym bankiem dla klientów. Dzięki połączeniu modeli biznesowych oraz kompetencji wzmocnimy istotne dla nas obszary biznesu, zbudujemy rynkowe przewagi, efektywnie wykorzystamy zewnętrzne kanały dystrybucji. Bank Zachodni WBK umocni w ten sposób swoją pozycję trzeciej największej instytucji finansowej w Polsce oraz osiągnie pozycję wiodącego banku w obsłudze private banking w Polsce – powiedział Gerry Byrne, przewodniczący Rady Nadzorczej BZ WBK.

Planowana transakcja zostanie przeprowadzona jako sukcesja uniwersalna, co oznacza, że Bank Zachodni WBK wstąpi we wszystkie prawa i obowiązki wydzielonej części Deutsche Bank Polska z chwilą rejestracji podziału DB Polska przez sąd rejestrowy. Włączenie operacyjne, czyli przeniesienie produktów klientów zaplanowane jest równocześnie z rejestracją zmian w KRS.

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski, BZ WBK

– Jako pierwsi na polskim rynku przeprowadzamy transakcję, w której włączenie prawne odbywa się równocześnie z operacyjnym. Wymaga to dużego zaangażowania obu zespołów, ale o takim podejściu zdecydowaliśmy z myślą o klientach, aby od razu mieli do dyspozycji docelowe rozwiązania i pełną obsługę. Chcemy, aby byli pozytywnie zaskoczeni naszą ofertą – nowoczesną bankowością elektroniczną, aplikacją mobilną, wieloma możliwościami płatności mobilnych, czy dostępem do bazy zagranicznych kontrahentów przez portal SantanderTrade. Przygotowując się do włączenia rozpoczęliśmy program Wealth Management, który zakłada wypracowanie nowej strategii i modelu biznesowego dla segmentu private banking.– powiedział Michał Gajewski, prezes zarządu Banku Zachodniego WBK.

– Kluczowym aspektem dla obu instytucji jest takie przygotowanie procesu, aby przebiegał on sprawnie, szybko i miał jak najmniejszy wpływ na klientów – powiedział Leszek Niemycki, Wiceprezes Deutsche Bank Polska. – Przez ostatnie lata tworzyliśmy dla naszych wymagających klientów indywidualnych i firmowych model doradczy, oparty o wzajemne relacje, a także rozwój oferty specjalistycznych produktów, m.in. w zakresie inwestycji i finansowania. Wierzymy, że po przejściu do Grupy Santander, która w ramach wydzielonej części przejmuje także naszych doświadczonych pracowników obszaru detalicznego, klienci będą mogli nadal korzystać z szerokiej oferty produktowej, dodatkowo zyskując wielokanałowy dostęp do swoich usług.

Nie zmienią się numery rachunków, PINy do kart oraz oprocentowanie zawartych lokat i kredytów. Po migracji danych klienci będą mogli korzystać z systemów bankowości elektronicznej Banku Zachodniego WBK. Walutowe kredyty zabezpieczone hipotecznie pozostaną w Deutsche Bank Polska, bezpłatna spłata będzie możliwa z rachunków przeniesionych do BZWBK.

Zakończenie transakcji i przeniesienie produktów klientów do BZ WBK planowane jest na IV kwartał 2018 r. Z dwumiesięcznym wyprzedzeniem Banki przygotują wszelkie niezbędne informacje dla klientów, w tym specjalną stronę internetową. Klienci otrzymają także dodatkowe informacje na infolinii Deutsche Bank Polska.

Bank Zachodni WBK planuje również poszerzenie modelu obsługi o sprzedaż przez zewnętrzne kanały dystrybucji, w tym rozwiniętą sieć agentów. W ocenie Banku model realizowany przez Deutsche Bank Polska jest efektywny i doskonale uzupełni obecną sieć dystrybucji BZ WBK. Do oferty BZ WBK zostaną także włączone wybrane produkty Deutsche Bank Polska, np. kredyt dla profesjonalistów, konto dla klientów private banking.

Zakończenie transakcji i przeniesienie produktów klientów do BZWBK planowane jest w IV kwartale tego roku. Wraz z włączeniem wydzielonej części DB Polska zmienione zostanie oznakowanie placówek.

***

Transakcja obejmuje wydzieloną część Deutsche Bank Polska: bankowość detaliczną, w tym private banking, business banking obejmujący Małe i Średnie Przedsiębiorstwa, a także sieć placówek, agentów, pośredników i partnerów oraz dom maklerski DB Securities S.A. Przedmiotem transakcji nie jest portfel walutowych produktów kredytowych, zabezpieczonych hipoteką, a także Bankowość Inwestycyjna i Korporacyjna.

Złoty umocnił się na początku tygodnia

W poniedziałek polską walutę wspierała siła euro i słabość dolara amerykańskiego. Ogólny zakres wahań zarówno na głównych parach, jak i na parach ze złotym, był jednak dość ograniczony – zabrakło istotnych wydarzeń i ważnych publikacji. Druga połowa dzisiejszego dnia może jednak przynieść nieco więcej emocji.

Wczorajsza publikacja projekcji ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego przyniosła nieco więcej szczegółów dotyczących oczekiwań banku centralnego. Tak jak można się było spodziewać, Bank w nowej projekcji uwzględnił szybszy od oczekiwanego wzrost cen ropy naftowej, jednak projekcja inflacji uległa obniżeniu, za co winą obarczyć należy niską inflację bazową. W krótkim terminie bank centralny oczekuje nieco wyższego wzrostu gospodarczego – w bieżącym roku ma on wynieść 4,6%. Co ważne, w opinii banku mimo, iż inflacja w 2019 i 2020 r. znajdzie się nieco powyżej celu inflacyjnego (jednak cały czas w widełkach odchyleń od celu), stopy procentowe nie powinny ulec zmianie.

Wczorajsze wyliczenia NBP potwierdziły, że inflacja bazowa jest niska i niespecjalnie rośnie – bazowa dynamika cen w czerwcu zgodnie z opinią konsensusu wyniosła 0,6% w ujęciu rocznym potwierdzając fakt braku istotnej presji inflacyjnej w gospodarce. Dzisiejsze dane z rynku pracy były dość pozytywnie – zatrudnienie cały czas rośnie w stabilnym tempie 3,7% rocznie, dynamika płac w sektorze korporacyjnym w czerwcu z kolei przyspieszyła i osiągnęła poziom 7,5% w ujęciu rocznym.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna europejska waluta w parze z dolarem amerykańskim nie była poddana większym wahaniom, jednak zakończyła dzień na plusie. Dzisiejszy dzień nie przyniesie istotnych publikacji ze strefy euro. Dopiero jutro poznamy rewizję szacunków czerwcowej inflacji, która może zainteresować część obserwatorów.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,85-4,88. Brytyjska waluta wczoraj charakteryzowała się słabością. Funtowi brytyjskiemu nie sprzyjało pogorszenie klimatu politycznego w kwestii Brexitu. Wyraźny podział w partii May na dwie frakcje: eurosceptyczną i proeuropejską wyraźny był w debacie członków Izby Gmin. Premier uznała cztery poprawki zaproponowane przez eurosceptyczną frakcję, chwilę później zostały one przegłosowane stosunkiem głosów 305 do 302, co obrazuje wspomniany podział.

Informacje z dzisiejszego, porannego przemówienia prezesa BoE poznamy z pewnym opóźnieniem, gdy opublikowane zostanie jego nagranie. Problemy techniczne uniemożliwiły płynną transmisję. Dzisiejsze dane z brytyjskiego rynku pracy były zbliżone do oczekiwań. Bezrobocie w maju wyniosło 4,2%, dynamika płac z uwzględnieniem premii 2,5% (odczyt z poprzedniego miesiąca został zaktualizowany w górę, do 2,6% rocznie).

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek obniżył się o 0,2%, wahając się w widełkach 3,67-3,69.  Kluczowe wydarzenie wczorajszego dnia, czyli spotkanie Trump-Putin wywołało żywe zainteresowanie mediów, jednak dla rynku walutowego nie miało większego znaczenia, chociażby z tego względu, iż nie przyniosło żadnych istotnych rozstrzygnięć czy deklaracji którejkolwiek ze stron. Wczorajszy odczyt makro – dynamika sprzedaży detalicznej – nie przyniósł większych zaskoczeń. W czerwcu sprzedaż rosła o 0,5% w ujęciu miesięcznym, w górę poszły natomiast szacunki z poprzedniego miesiąca (z 0,8% do 1,3% rocznie).

W dniu dzisiejszym inwestorzy będą obserwować przede wszystkim wystąpienie prezesa FED przed senacką komisją bankową. Ostatnie wypowiedzi Powella w kwestii perspektyw amerykańskiej gospodarki były raczej optymistyczne, jednak “minutki” z ostatniego posiedzenia FOMC sugerowały, że część amerykańskich firm przy podejmowaniu decyzji inwestycyjnych uwzględnia ostatnie zmiany w globalnym otoczeniu handlowym i ryzyko dalszych zawirowań. Z tego względu inwestorzy będą prawdopodobnie obserwowali nie tylko sugestie Powella odnoszące się do perspektyw zmian stóp procentowych, ale również wszelkie komentarze dotyczące tego, jaki wpływ na amerykańską gospodarkę mogą mieć wspomniane zawirowania w handlu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

16:00 – przemawia prezes FED, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Wzrost płac znów przyspiesza

W czerwcu średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4848,2 zł i było o 7,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Lekkie majowe spowolnienie okazało się więc jedynie przejściowe i wszystko wskazuje na to, że dynamika płac ponownie przyspieszy. Wbrew obawom, w stałym tempie, wynoszącym 3,7 proc., idzie w górę zatrudnienie w firmach.

Po nieco rozczarowujących danych za maj, gdy średnie wynagrodzenie brutto w firmach zatrudniających powyżej 9 osób wzrosło „jedynie” o 7 proc., a liczba zatrudnionych co prawda wzrosła o 3,7 proc. w porównaniu do maja 2017 r., to jednak była niższa niż w kwietniu o 2 tys. osób, czerwiec przyniósł zdecydowaną poprawę w obu kategoriach. Sięgający 7,5 proc. wzrost średniego wynagrodzenia to wynik zdecydowanie wyższy niż się spodziewano i choć do niedawnego rekordu z kwietnia, gdy zwyżka wyniosła 7,8 proc. jeszcze nieco brakuje, to można spodziewać się, że wkrótce zostanie on pobity. Nie należy jednak oczekiwać, że wzrost wynagrodzeń osiągnie dynamikę podobną jak w latach 2007-2009, gdy sięgała od 9 do 13 proc. Można przypuszczać, że tym razem zatrzyma się ona w najlepszym razie na poziomie zbliżonym do 8-9 proc. Wszystko bowiem wskazuje na to, że szczyt koniunktury mamy już za sobą, ale wysokie tempo wzrostu płac może utrzymać się jeszcze przez co najmniej kilka miesięcy, tym bardziej, że spowolnienie w naszej gospodarce będzie raczej łagodne i niewielkie.

Po wspomnianym majowym spadku, w czerwcu liczba zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw zwiększyła się w ciągu miesiąca o 12,1 tys. osób, a więc najmocniej od stycznia, a w porównaniu do czerwca 2017 r. była wyższa o 220,1 tys. osób i wynosiła 6 mln 222,1 tys. osób. Mimo trudności z pozyskaniem nowych pracowników, sytuacja nie jest w tym zakresie jak widać aż tak bardzo dramatyczna i firmy jakoś sobie wciąż radzą, zachęcając wyższymi płacami.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

3 kroki do usprawnienia strategii chmurowej w organizacji

Dojrzałość chmurowa firmy oznacza jej rynkową przewagę. Innowacyjność, dostęp do potężnych zasobów obliczeniowych i przetwarzanie danych na żądanie, sprzyjają trafniejszym decyzjom biznesowym, efektywności i konkurencyjności. Właściwe strategie chmurowe napędzają inwestycje i potencjał firmy. Stąd tak istotne jest, żeby osoby decyzyjne, myśląc o chmurze, miały przygotowany dobry „plan na cloud” dla swoich organizacji.

  1. Określenie, gdzie i w jaki sposób organizacja może wykorzystać usługi cloud computing

Pierwszą czynnością, którą warto zrobić przed wdrożeniem technologii chmurowej jest przeprowadzenie przeglądu systemów i posiadanych zasobów w celu dostosowania rozwiązania do potrzeb danej organizacji. Tego rodzaju audyt i określenie potrzeb warto jest zrealizować z doświadczonym partnerem. W opinii dostawców klienci dokładnie potrafią sprecyzować swoje bolączki i potrzeby, tym niemniej największym wyzwaniem jest identyfikacja właściwych rozwiązań i samodzielne zamawianie produktów i usług.

Jednym z argumentów przemawiających na korzyść chmury obliczeniowej jest m.in. skalowalność, co dobrze sprawdza się w systemach, w których można zaobserwować czasowe wzrosty zapotrzebowania na zasoby. Mogą one wynikać ze zmasowanego ruchu na stronie, chwilowej potrzeby zwiększenia mocy obliczeniowej, niezbędnej do wykonywania intensywnych obliczeń czy z czasowej konieczności składowania dużych ilości danych. Branżami, w których takie sytuacje znajdują zastosowanie są m.in. e-commerce, edukacja czy np. sektor publiczny (np. na okoliczność wyborów).

Inną korzyścią, oferowaną przez chmurę, jest wysoka dostępność. Korzystając z rozwiązań ulokowanych w wielu regionach, zyskujemy dodatkowe gwarancje nieprzerwanego działania systemów. Chmura oferuje bowiem dużo większe możliwości niż tylko kopie zapasowe wykonywane w czasie rzeczywistym czy możliwość szybkiego odtworzenia danych na innych serwerach w przypadku awarii.

Nie ma uniwersalnej odpowiedzi na pytanie – ile zaoszczędzimy dzięki chmurze – zaznacza Artur Słowik, Pe-sales w OVH, Polska. Potrzeby firm są różne, podobnie jak i sezonowość branż, w których działają. Uniwersalną korzyścią jest to, że zmiana na chmurę pozwala na kontrolowanie swojej infrastruktury, czyli płacenie za faktyczne zużycie. Wynika z tego, że jeśli potrzebujemy instancji, to ją dodajemy lub usuwamy, gdy okaże się zbędna. Jeżeli zaś wymagany jest dodatkowy serwer w chmurze, to możemy go uruchomić z gotowego obrazu, za pomocą API. Korzystając z alternatywnego rozwiązania, trzeba poświęcić czas choćby na instalację systemu.

  1. Stworzenie zestawu najlepszych praktyk w zakresie polityki bezpieczeństwa

Wykorzystywanie przez organizacje zróżnicowanych systemów, usług chmurowych, oprogramowania w modelu SaaS czy infrastruktury hostowanej lokalnie, rodzi wyzwania związane z zachowaniem szczególnej staranności w kwestii bezpieczeństwa IT. Poza zapewnieniem polityki bezpieczeństwa i procesów, które będą dotyczyć każdego chmurowego i nie-chmurowego rozwiązania, warto przy wyborze dostawcy chmury zwrócić uwagę na to, żeby kontrolował dane we właściwy sposób i zapewniał zgodność z RODO.

W związku z nagłośnieniem tematu RODO na długo przed 25 maja 2018, konsumenci przestali być obojętni na to, co dzieje się z ich danymi. Zainteresowanie i świadomość wzrosły, wzrosła też świadomość społeczna – wskazuje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży w OVH Polska. Konsumenci zaczęli częściej pytać, jak ich dane są zabezpieczone i jak wygląda ochrona przed wyciekiem. Jako dostawca obserwujemy też, że europejscy użytkownicy są coraz częściej dobrze poinformowani, wyposażeni w stosowne narzędzia i gotowi na egzekucję swoich praw.

  1. Wybór strategii all-in-cloud lub cloud first

Zdaniem przedstawicieli firmy Gartner, największy wpływ na rozwój infrastruktury IT przedsiębiorstw będzie miała w najbliższym czasie strategia all-in-cloud, która zdystansuje trendy cloud first oraz cloud only. W 2020 roku model „wszystko w chmurze” stanie się normą. Do 2021 wdroży go ponad 50 proc. przedsiębiorstw.

Dla przedsiębiorstw posiadających infrastrukturę na tradycyjnych serwerach przeniesienie całego oprogramowania do chmury nie będzie optymalnym rozwiązaniem ze względu na koszty. W tym przypadku firmy będą mogły wybrać model cloud first (najpierw chmura), decydując, które zasoby mają być w pierwszej kolejności dostępne w chmurze lub z nią kompatybilne.

W OVH optujemy za chmurą otwartą lub demokratyczną. Jest dla nas ważne, aby klient mógł w ustandaryzowany sposób łączyć ze sobą rozwiązania pochodzące od różnych dostawców lub rozwijać swoją wewnętrzną infrastrukturę w oparciu o hostowane zasoby. Proponując ideę chmury otwartej, odpowiadamy na potrzeby klientów, którzy nie chcą się przywiązywać do jednego dostawcy lub – ze względu na wymaganą wysoką dostępność – wolą korzystać z usług wielu z nich – komentuje Robert Paszkiewicz z OVH Polska.

Wielka 5 patologii biznesowych

Najnowsze badania Instytutu Gallupa mówią, że 15% ludzi na świecie jest usatysfakcjonowanych ze swojej pracy. Dla Polski wskaźnik ten wynosi 17,6%, co i tak jest bardzo słabym wynikiem. Świadczy to o tym, że mniej niż co piąty pracownik lubi swoją pracę. Przedsiębiorstwa mają 5 takich samych problemów, które są niezależne od branży i ich modelu biznesowego – wskazuje Radosław Drzewiecki, założyciel Leanpassion.

  1. My i oni, silosy

O ile większość organizacji zdaje sobie sprawę z istnienia silosów (podziałów) wertykalnych pomiędzy szczególnymi działami, o tyle mało która z nich rozumie podział pomiędzy menedżerami i pracownikami (silosy horyzontalne).

95% menedżerów nie zna misji, wizji, wartości i celów strategicznych firmy – mówi Drzewiecki.

  1. Ludzie przychodzą do „roboty”

Pracownicy odliczają w biurach czas na zasadzie „jeszcze 7 godzin 37 minut – wychodzę do domu”, a na produkcji „1347 sztuk i kończę pracę”. Pracownik nie przychodzi nawet neutralnie nastawiony do tzw. „roboty”, tylko przychodzi w miejsce, które chce jak najszybciej opuścić – argumentuje Drzewiecki.

  1. Opinie zamiast faktów

Okazuje się, że ponad 80% procesów nigdy nie zostało zmierzonych. Z tego powodu decyzje biznesowe są podejmowane na podstawie opinii, a nie faktów. Te opinie dotyczą próby ustalenia tego, kto ma rację, a nie tego, czego oczekuje klient albo jakie są fakty w procesie.

  1. Ego-menedżerowie

Ponad 90% liderów niskiego i średniego szczebla improwizuje w pracy. Największym wyzwaniem nie jest to, że pracownicy ci improwizują w pracy, tylko to, że boją się przyznać, że nie wiedzą. Sytuacja taka nie powinna być wstydliwa. Menedżer powinien podnieść rękę i powiedzieć „nie wiem, jak być liderem – proszę, pomóż” – wyjaśnia Drzewiecki.

  1. Doskonalenie przeszkadza biznesowi

Polacy lubią doskonalić się punktowo. Oznacza to, że w momencie, w którym mamy chwilę, to się doskonalimy, nie mamy czasu, to tego nie robimy. Sytuacja taka przeszkadza biznesowi. Okazuje się, że 9 na 10 prób doskonalenia nie udaje się – dodaje Drzewiecki.

W oczekiwaniu na wystąpienie Powella

Umiarkowane odbicie inflacji nie wywiera presji na wzrost rentowności w Polsce. Rynek walutowy pozostaje stabilny w oczekiwaniu na wystąpienie prezesa Fed J. Powella w Kongresie.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Poniedziałek przyniósł stabilne notowania kursu EURUSD, który pozostawał w okolicach poziomu 1,17 oraz kursu EURPLN, który oscylował między 4,31 a 4,30.

Głównymi wydarzeniami na rynku globalnym były dane z Chin (PKB, produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna, inwestycje) oraz z USA (sprzedaż detaliczna). Na rynku lokalnym, kluczowe znaczenie miały dane o bilansie na rachunku bieżącym oraz inflacji bazowej.

Pomimo niezłych danych o sprzedaży detalicznej z USA, które były zgodne z oczekiwaniami rynku, przy równoczesnej rewizji w górę danych z poprzedniego miesiąca (z 0,8% w maju do 1,3% w skali miesiąc do miesiąca), kurs EURUSD pozostał stabilny w oczekiwaniu na główne wydarzenie tygodnia, czyli wystąpienie szefa Fed-u Powella w amerykańskim Kongresie.

Kursu EURPLN w pierwszej części dnia próbował atakować poziom 4,30 ostatecznie jednak nie udało mu się trwale przełamać tego poziomu. Lepsze od oczekiwań dane o polskim rachunku bieżącym (zamiast oczekiwanego deficytu na poziomie 166 mln zanotowano nadwyżkę w wysokości 42 mld euro w maju) oraz wyższej inflacji bazowej (0,6% w czerwcu w skali rok do roku zamiast oczekiwanych 0,5%) nie były w stanie wyraźnie przechylić szalę na korzyść złotego. Tym, co powstrzymuje złotego przed silniejsza aprecjacją wobec euro jest gołębie stanowisko RPP w kwestii perspektyw stóp procentowych (wg prezesa Glapińskiego podwyżki stóp nie są pewne nawet w 2020 r.), a także jastrzębi Fed (który do końca 2018 r. planuje jeszcze dwie podwyżki stóp) oraz rosnące obawy o dalszą eskalację wojen handlowych.

Na rynku stopy procentowej w Polsce nie doszło do większych zmian. Krzywa dochodowości od kilku tygodni utrzymuje się na relatywnie niezmienionych poziomach, co potwierdza, że rynek obecnie znajduje się w trybie, w którym potrzebne są nowe czynniki, które powodowałyby mocniejsze ruchy. Takim katalizatorem nie okazało się spotkanie pomiędzy Donaldem Trumpem oraz Władymirem Putinem, które nie przyniosło istotnych zapewnień z żadnej ze stron.

Utrzymanie się notowań krótkoterminowych papierów w Polsce w pobliżu stopy referencyjnej NBP jest spowodowane również umiarkowaną inflacją. Inflacja bazowa nadal pozostaje na niskim poziomie, pomimo nieznacznego odbicia w stosunku do poprzedniego miesiąca, co nie wywiera wpływu na odbicie stawek obligacji z krótszym terminem do wykupu. Zagranicą doszło do odbicia rentowności obligacji, które w USA spowodowane było wspominanymi lepszymi danymi na temat sprzedaży detalicznej.

We wtorek oprócz wystąpienia Powella, uwagę będą przykuwać dane z polskiej gospodarki, gdzie opublikowane zostaną dane z rynku prace (płace oraz zatrudnienie).

Wykres dnia: Słabszy złoty wobec euro powinien w kolejnych kwartałach sprzyjać poprawie na polskim rachunku bieżącym (%PKB).

Słabszy złoty wobec euro powinien w kolejnych kwartałach sprzyjać poprawie na polskim rachunku bieżącym
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Sześć milionów cyberataków na Polskę w ciągu roku

W ciągu ostatniego roku podjęto ponad 6 milionów prób cyberataków na Polskę[1]. Najczęściej ich źródłem były Stany Zjednoczone, a na kolejnych miejscach znalazły się Francja, Rosja oraz Chiny. Informacje zostały uzyskane dzięki autorskiej sieci serwerów[2] należących do firmy F-Secure, które stanowią przynętę dla cyberprzestępców i udają łatwy cel.  Zaatakowane przez hakerów, umożliwiają pozyskanie cennych danych oraz opracowywanie kolejnych metod walki z cyberzagrożeniami.Zrodla_cyberatakow_na_Polske

Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu
Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu

– Nasze systemy wykryły niemal 1,5 miliona prób cyberataków z USA w ciągu ostatniego roku. Co ciekawe, aż jedną trzecią z nich przeprowadzono w Boże Narodzenie. 60% incydentów stanowił ruch HTTPS oraz HTTP – oznacza to, że skanowano serwery w poszukiwaniu aplikacji internetowych, których luki można wykorzystać do wykradania danych lub przejęcia kontroli nad konkretnym urządzeniem – mówi Leszek Tasiemski, wiceprezes działu badań i rozwoju w firmie F-Secure.

Drugie miejsce, jeśli chodzi o podejrzany ruch sieciowy skierowany w stronę Polski, stanowią adresy IP przynależne do Francji z liczbą ponad 900 tys. prób ataków przeprowadzonych w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Większość wykrytych incydentów, które pochodziły z Francji, stanowiły ataki na port SMTP, co wskazuje na aktywność związaną z phishingiem[3]. Ponad 90% cyberataków miało miejsce w drugiej połowie sierpnia, a 12% z nich pochodziło tylko z trzech adresów IP – mogły one należeć do większych organizacji, wykorzystujących wiele tysięcy komputerów. Wskazuje to na masową infekcję, która w tym okresie dotknęła Francję. Należy pamiętać, że geografia w internecie jest kwestią ulotną, a cyberprzestępcy często działają ponad granicami państw. Źródło to ostatni „przystanek”, którego użył atakujący i nie zawsze jest ono jednoznaczne z jego fizycznym położeniem. Urządzenia z Francji mogły zostać wykorzystane przez hakerów z innego kraju do przeprowadzania dalszych ataków wyjaśnia Tasiemski.


Rosja jest trzecim największym źródłem ataków na Polskę – od czerwca poprzedniego roku podjęto ponad 800 tys. prób cyberataków z adresów IP należących do tego kraju. Prawie 85% detekcji dotyczyło protokołu SMB – hakerzy najprawdopodobniej rozprzestrzeniali wtedy oprogramowanie do wyłudzania okupów, czyli ransomware. Był to równomierny ruch rozłożony w ciągu roku z wyraźnym natężeniem w sierpniu.

Na czwartej pozycji znalazły się Chiny z liczbą niemal 600 tys. prób ataków.

Najczesciej_atakowane_miejsca_w_Polsce Cyberprzestępcy z Chin wyspecjalizowali się w poszukiwaniu i wykorzystywaniu niezabezpieczonych serwerów baz danych (MySQL). Najczęściej używają ich do wykradania cennych informacji, dokonywania wyłudzeń z użyciem systemów transakcyjnych (np. podszywając się pod sklepy internetowe) lub przejmowania kontroli nad urządzeniami – mówi Tasiemski. – Wystawienie jakiejkolwiek bazy danych bezpośrednio do publicznej sieci jest kardynalnym błędem administratora. Hakerzy mogą się zatem spodziewać, że jeżeli tylko uda im się na nie natknąć, to najprawdopodobniej będą kiepsko zabezpieczone i źle skonfigurowane. Z pewnością ten problem nie dotyczy banków i innych dużych instytucji finansowych, więc pod tym kątem nasze pieniądze są bezpieczne – dodaje Tasiemski.

Kolejne kraje, które znalazły się na liście głównych źródeł ataków na Polskę, to kolejno: Finlandia (~470 tys. prób), Singapur (~410 tys.), Ukraina (~ 230 tys.), Argentyna (~150 tys.), Niemcy (~130 tys.) oraz Wielka Brytania (~125 tys.). Zdecydowana większość wykrytych cyberzagrożeń w przypadku tych państw dotyczyła rozsyłania spamu i w efekcie mogła prowadzić do ataków ransomware lub wykorzystujących phishing.

Duże miasta najczęstszym celem ataków

Dzięki sieci Honeypot możliwe było stworzenie mapy pokazującej najczęściej atakowane ośrodki w Polsce – według danych są to kolejno Warszawa, Poznań, Kraków, Gdańsk oraz Wrocław. Największe zagęszczenie cyberataków wynika z dużej liczby użytkowników aglomeracji, a co za tym idzie – również urządzeń. W dużych miastach znajdują się też węzły komunikacyjne dostawców usług internetowych, w związku z czym ruch sieciowy w tych miejscach jest zintensyfikowany.

Liczba cyberataków skierowanych w stronę Polski w pierwszej połowie 2018 roku była dwukrotnie wyższa niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Dla nas największą niespodzianką jest spadek aktywności Rosji. Dotychczas ten kraj absolutnie dominował na światowej mapie cyberzagrożeń. Obecnie zauważamy, że liczba przeprowadzanych cyberataków jest częściej powiązana z wielkością danego kraju, co tłumaczy bardziej aktywny udział Chin i USA – podsumowuje Leszek Tasiemski.

Wyraźnie dominujące globalne trendy dotyczące cyberzagrożeń to: phishing, ataki z użyciem ransomware czy próby wykorzystania luk w zabezpieczeniach aplikacji – najczęściej w celu przejęcia kontroli nad urządzeniami, w szczególności coraz bardziej powszechnymi inteligentnymi rozwiązaniami z zakresu Internetu rzeczy (IoT).

Infografiki przedstawiają tzw. ataki nietargetowane – aby zdobyć informacje na temat tego, jakie konkretnie instytucje są atakowane, konieczna byłaby bezpośrednia współpraca w celu zainstalowania Honeypotów w ich sieciach.

[1] Dane z sieci Honeypot należącej do F-Secure za 12 miesięcy (okres od 1 czerwca 2017 r. do 1 czerwca 2018 r.).

[2] tzw. Honeypotów

[3] Podszywanie się pod osobę lub instytucję m.in. w celu wyłudzenia danych logowania

Jak egzekwować należności od zagranicznych kontrahentów

Przedsiębiorcy zwykle muszą odzyskiwać należności od kontrahentów przed sądem. Sytuacja jeszcze bardziej komplikuje się, gdy zamierzają wyegzekwować wierzytelności od podmiotu zagranicznego. Procedura dochodzenia należności różni się bowiem w zależności od tego, czy dłużnik jest podmiotem mającym siedzibę na terenie Unii Europejskiej czy poza nią.

Do sporów dotyczących niewypełniania zobowiązań umownych, w tym niepłacenia faktur, zastosowanie znajdą przepisy Rozporządzenia (WE) nr 1896/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 12 grudnia 2006 r. ustanawiającego postępowanie w sprawie europejskiego nakazu zapłaty lub Rozporządzenia (WE) nr 861/2007 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 11 lipca 2007 r. ustanawiającego europejskie postępowanie w sprawie drobnych roszczeń. Obydwa rozporządzenia mają zastosowanie zarówno do transgranicznych spraw cywilnych, jak i takich, w których co najmniej jedna strona ma miejsce zamieszkania na terenie Unii Europejskiej. Drugie w kolejności rozporządzenie dotyczy tylko tych sporów, których wartość nie przekracza 2 tys. euro.

Brak płatności od zagranicznego podmiotu – co dalej?

W pierwszej kolejności powinno się zajrzeć do umowy i zweryfikować postanowienia dotyczące wyboru jurysdykcji oraz właściwego sądu. Na tym etapie sprawdza się, czy strony wybrały sąd mający siedzibę w konkretnym państwie – np. właściwy dla któregoś z kontrahentów bądź państwa trzeciego.

W przypadku braku takich postanowień należy zajrzeć do przepisów. Jako państwo członkowskie Unii Europejskiej, Polska związana jest normami Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 1215/2012 z dnia 12 grudnia 2012 r. w sprawie jurysdykcji i uznawania orzeczeń sądowych oraz ich wykonywania w sprawach cywilnych i handlowych. Zgodnie z art. 4 tego rozporządzenia osoby mające miejsce zamieszkania na terytorium państwa członkowskiego mogą być pozywane, niezależnie od ich obywatelstwa, przed sądy tego państwa członkowskiego. Ta zasada znalazła odzwierciedlenie w polskim kodeksie postępowania cywilnego.

Przy pewnych kategoriach spraw powyższa zasada doznaje wyjątków. Przykładowo – w sprawach, których przedmiotem są prawa rzeczowe na nieruchomościach oraz najem lub dzierżawa nieruchomości, właściwy jest sąd państwa członkowskiego, w którym nieruchomość jest położona (art. 24 pkt 1 rozporządzenia z dnia 12 grudnia 2012 r.).

Zgodnie z aktualnymi przepisami kodeksu postępowania cywilnego, gdy kontrahent pozywany jest na terenie RP, do pozwu powinna być dołączona adnotacja, czy strony podjęły próbę polubownego rozwiązania sporu, a w przypadku braku takiej próby – wyjaśnienie przyczyn (art. 187 § 1 pkt 3 kodeksu postępowania cywilnego).

W przypadku gdy strona pozwana nie ma miejsca zamieszkania na terenie państwa członkowskiego, przepisy rozporządzenia w zakresie określenia jurysdykcji odsyłają do norm prawa członkowskiego, za wyjątkiem spraw określonych ściśle przepisami rozporządzenia, np. dotyczących nieruchomości, sporów pracowniczych lub konsumenckich.

Europejski nakaz zapłaty – co do zasady szybciej

Ustawodawca europejski celem uproszczenia, przyspieszenia i ograniczenia kosztów postępowania sądowego w sprawach transgranicznych dotyczących bezspornych roszczeń pieniężnych ustanowił instytucję europejskiego nakazu zapłaty (art. 1 rozporządzenia (WE) nr 1896/2006). Ma ona odformalizować postępowanie zmierzające do uzyskania nakazu zapłaty.

Pozew o wydanie europejskiego nakazu zapłaty składany jest na urzędowym formularzu, którego wzór jest załączony do rozporządzenia unijnego. W przypadku pozywania zagranicznego kontrahenta pozew wnoszony jest do sądu polskiego i ma być sporządzony w języku polskim. W toku badania pozwu sąd weryfikuje spełnienie kryteriów formalnych oraz to, czy pozew wydaje się uzasadniony (art. 8 rozporządzenia (WE) nr 1896/2006). W razie potwierdzenia spełnienia warunków z art. 8 rozporządzenia sąd tak szybko, jak to możliwe, zwykle w terminie 30 dni od wniesienia pozwu, wydaje europejski nakaz zapłaty przy użyciu urzędowego formularza (art. 12 ust. 1 ww. rozporządzenia).

Następnie europejski nakaz zapłaty powinien zostać doręczony w sposób określony normami prawa krajowego. Od chwili otrzymania europejskiego nakazu zapłaty rozpoczyna bieg 30-dniowy termin na wniesienie sprzeciwu. Wniesienie sprzeciwu jest również odformalizowane – wystarczy oświadczenie o zakwestionowaniu roszczenia, bez przywoływania dowodów. Zgodnie z art. 17 ww. rozporządzenia po wniesieniu sprzeciwu dalsze rozpoznanie sprawy odbywa się przed właściwym sądem w państwie członkowskim wydania nakazu, na zasadach ogólnych wynikających ze zwykłego postępowania cywilnego. Jeżeli wcześniej przy wypełnianiu pozwu o wydanie europejskiego nakazu zapłaty powód zadeklarował, iż z chwilą wniesienia sprzeciwu żąda zakończenia postępowania, sprawa nie jest rozpoznawana w ogólnym trybie.

Zwykle jednak po wniesieniu sprzeciwu sprawa jest przekazywana do zwykłego postępowania w oparciu o przepisy państwa członkowskiego. W takim wypadku zastosowanie europejskiego nakazu zapłaty może paradoksalnie wydłużyć drogę uzyskania prawomocnego orzeczenia sądowego. Z jednej strony jest to więc sposób na szybkie i odformalizowane uzyskanie nakazu zapłaty, z drugiej – wystarczy, że druga strona napisze, iż kwestionuje roszczenie, a nakaz zapłaty upadnie. Wtedy polski sąd w ramach zwykłego postępowania cywilnego (o ile będzie posiadać jurysdykcję do rozstrzygania sprawy) wezwie pozwanego do wskazania wszystkich twierdzeń i dowodów.

W przypadku uprawomocnienia się europejskiego nakazu zapłaty powód występuje w odrębnym postępowaniu o stwierdzenie wykonalności europejskiego nakazu zapłaty (art. 7956 § 1 kodeksu postępowania cywilnego).

Stwierdzenie wykonalności ma to znaczenie, iż nakaz jest uznawany i wykonywany w innych państwach członkowskich bez możliwości sprzeciwienia się jego uznaniu, co wynika z art. 19 rozporządzenia (WE) nr 1896/2006.

Z punktu widzenia polskiego dłużnika oznacza to, że komornik może prowadzić egzekucję na podstawie wydanego w innym państwie europejskiego nakazu zapłaty wraz ze stwierdzeniem jego wykonalności. Przepisy kodeksu postępowania cywilnego traktują takie orzeczenie jako tytuł wykonawczy (art. 115314 pkt 3 KPC).

Egzekwowanie w Unii Europejskiej zasądzonych należności

Odrębnym zagadnieniem pozostaje to, czy jest możliwe wykonanie wyroku zasądzającego. Aby wyegzekwować orzeczenie sądu na terenie Unii Europejskiej, zostały przewidziane dla polskiego wierzyciela dwie możliwe do zastosowania drogi. Z jednej strony może on w oparciu o art. 7951 kodeksu postępowania cywilnego wystąpić do sądu, który wydał orzeczenie, o wydanie zaświadczenia, że stanowi europejski tytuł egzekucyjny. Zaświadczenie wydawane jest w trybie przepisów rozporządzenia (WE) nr 805/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 21 kwietnia 2004 r. w sprawie utworzenia Europejskiego Tytułu Egzekucyjnego dla roszczeń bezspornych.

Cel: skuteczna egzekucja wyroku zasądzającego

Istnieją skuteczne mechanizmy do wyegzekwowania należności od podmiotu zagranicznego. Jeśli chodzi o podmioty z UE, to ustawodawca europejski usystematyzował sposób egzekwowania należności na terenie całej Wspólnoty. Natomiast w przypadku egzekwowania należności od dłużników z państw trzecich w każdym przypadku konieczna jest weryfikacja, jakiego rodzaju postępowanie powinno być przeprowadzone w celu doprowadzenia, po pierwsze, do uznania orzeczenia przez jurysdykcję państwa trzeciego, a po drugie – do jego wykonania.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Wypalenie zawodowe – kiedy się pojawia i jak sobie z nim radzić?

Wypalenie zawodowe może dotknąć prawie każdego, jednak najczęściej jego negatywne skutki odczuwają pracownicy najbardziej zaangażowani. Z jednej strony wysoka motywacja jest zjawiskiem bardzo pożądanym, z drugiej – źle, jeśli praca staje się jedynym wyznacznikiem zadowolenia z życia. 

Na wypalenie zawodowe wpływ ma wiele czynników, ale najbardziej zagrożone są nim osoby, które mają ku temu pewne predyspozycje, a jednocześnie znalazły się w takim środowisku pracy, gdzie występuje silna presja i rywalizacja przy niskim docenianiu i słabym rozwijaniu kompetencji społecznych.

– Do cech osobistych, predysponujących do efektu wypalenia należą duże zaangażowanie, wysokie chęci, aktywność. Problem może pojawić się wtedy, gdy tego typu tendencje idą w parze ze słabo sprecyzowanymi celami i wartościami osobistymi, życiowym chaosem, słabym balansem między życiem zawodowym a pracą, perfekcjonizmem, stawianiem pracy na pierwszym miejscu – mówi Ilona Rajchel, trener w firmie szkoleniowej Effect Group.

Zaangażowanie wysokiego ryzyka

Wypaleniu zawodowemu służą także czynniki zewnętrzne. Trudności mogą pojawić się chociażby wtedy, gdy pracownik zderza się ze „szklanym sufitem”, tzn. czuje w sobie potencjał, jest dobrze zmotywowany, ale firma nie umożliwia mu ani rozwoju, ani awansu. Do tego dochodzi przedmiotowe traktowanie, nieakceptowanie przedstawianych pomysłów, brak tolerancji dla jakichkolwiek błędów, przesadna biurokracja. Jeśli organizacja stawia przed pracownikiem wyśrubowane cele, a jednocześnie nie pomaga mu w rozwijaniu kompetencji i lekceważy temat budowania dobrych relacji, takie okoliczności również będą sprzyjały wypaleniu zawodowemu.

– Najbardziej narażeni na wypalenie są pracownicy, którzy ,,płoną”. To osoby, które wykazują inicjatywę, dużo pracują, nie zgadzają ze skostniałymi standardami, proponują coś od siebie. To nie znaczy, że wszystko robią najlepiej, ale zależy im, aby działać szybciej, lepiej, sprawniej – zauważa Ilona Rajchel. – Jednocześnie takie osoby często przenoszą swój autorytet na zewnątrz, tzn. szukają potwierdzenia swojej wartości u innych ludzi, nie dając wsparcia samym sobie – dodaje.

Bywa, że są to osoby, których życie osobiste nie jest satysfakcjonujące. Są pracoholikami, nie ,,odreagowują” po pracy, nie mają z kim porozmawiać, a równowaga pomiędzy ich życiem osobistym a zawodowym jest wyraźnie zaburzona. Wypalenie zawodowe nie grozi więc osobom biernym, czy pracującym odtwórczo. Ale niewielkie jest też ryzyko, że problem taki dotknie osoby aktywne, o ile z równym zaangażowaniem spełniają się one w pracy i w sferze osobistej.

Jak rozpoznać wypalenie zawodowe?

Wypalenie zawodowe nigdy nie pojawia się nagle. Jeśli dość szybko, z dnia na dzień zauważamy niepokojące objawy, najprawdopodobniej wynikają one z innych powodów (zazwyczaj trudności w życiu osobistym).

– Wypalenie to długotrwały proces. Wielki stos zaangażowania, chęci, perfekcjonizmu płonie długo, natomiast nie podsycany, nie wspierany przez firmę, szefa i samego pracownika, zaczyna wygasać. Proces ten trwa zazwyczaj wiele miesięcy a czasem nawet lat. Narasta powoli, co jest o tyle korzystne, że mamy dużo czasu na zauważenie i stosowną reakcję. Ale co za tym idzie, odpowiedzialny szef nigdy nie powie, że wypalenie zawodowe pracownika było dla niego zaskoczeniem – podkreśla trenerka Effect Group.

Do objawów wypalenia zawodowego zaliczyć możemy zmęczenie i wyczerpanie, poczucie bezsilności, niemocy a jednocześnie irytację, stałe napięcie, gniew, frustrację. Na to nakłada się jeszcze poczucie pędu, nadmiaru obowiązków, braku czasu. W efekcie osoba dotknięta syndromem wypalenia ma problemy ze snem, nie potrafi się zrelaksować po pracy ani wypocząć (nawet w czasie urlopu). A ponieważ w życiu osobistym brakuje jej celów i priorytetów, wraca myślami do pracy – tak koło się zamyka i zarazem napędza. Narasta wyczerpanie fizyczne, emocjonalne i duchowe.

Według Ilony Rajchel, zmiany można zauważyć w trzech wymiarach:

  1. Wyczerpanie – poczucie nadmiernego obciążenia pracą (emocjonalne i fizyczne).
  2. Cynizm, depersonalizacja i trudności w utrzymaniu więzi międzyludzkich. Człowiek, który nie czuje się doceniany, staje się agresywny, cyniczny, krytyczny. To, co robił do tej pory z wielkim zaangażowaniem, zaczyna wykonywać pobieżnie, mechanicznie i z dystansem.
  3. Obniżona ocena własnych dokonań i brak skuteczności. Kiedy pracownik zaczyna tracić wiarę w siebie, czuje się nieskuteczny, rośnie jego poczucie niedopasowania. Każde nowe zadanie zdaje się go przerastać, czuje się osamotniony i niezrozumiany.

Jak radzić sobie z wypaleniem?

Osoba, która zauważy u siebie powyższe objawy, powinna uznać je za ważny sygnał. Właściwie jest to podpowiedź ze strony buntującego się organizmu, wezwanie do tego, aby zwolnić tempo.

Jeśli możliwy jest dłuższy urlop, warto sobie na niego pozwolić. Najlepiej, jeśli będzie to nie tylko odpoczynek od pracy, ale fizyczna zmiana miejsca. Oczywiście, pracownik będący na takim urlopie nie powinien w czasie jego trwania prowadzić rozmów telefonicznych na temat pracy ani zajmować się firmowymi mailami (dotyczy to nie tylko odpowiadania na nie, ale także samego ich czytania). Chodzi o to, aby wypoczynek był przede wszystkim urlopem dla umysłu, który w ten sposób uwolni się od codziennej presji i nabierze zdrowego dystansu – tak wobec spraw zawodowych, jak i osobistych.

– Powinien być to czas na wyspanie się, wyciszenie, zadbanie o ciało, ale też o umysł i duszę.  Dobrym wykorzystaniem tego czasu będzie zadanie sobie ważnych pytań o istotne w życiu wartości, własne potrzeby, priorytety. Warto pomyśleć także o relacjach z innymi, rodzinie, związku oraz zainteresowaniach i pomysłach na ciekawe spędzanie czasu poza pracą. W takim momencie można w końcu na spokojnie przewartościować sprawy zawodowe i zastanowić się, czy nie nadszedł czas na zmiany również w tej sferze – podpowiada trenerka.

Bardzo istotne w procesie ,,zdrowienia” jest także to, aby zadbać o pozytywne i głębokie relacje z innymi ludźmi. Znaczące, że nie wypalają się zawodowo osoby, które balans praca-życie osobiste traktują serio.

Jeśli jednak nasze wypalenie zawodowe doszło bardzo daleko lub nie czujemy się na tyle silni, by samodzielnie rozpocząć proces zmian, warto poszukać pomocy u specjalisty – coacha, psychologa lub terapeuty.

Pomóc mogą też odpowiednie szkolenia. Przede wszystkim dają one fachową wiedzę o tym, co jest a co nie jest wypaleniem, co na nie wpływa, jak można mu zapobiegać, jak wychwycić pierwsze objawy, aby wpływać skutecznie na przyczyny. Poza tym, szkolenie może dać pracownikowi dużą dawkę pozytywnej energii do działania. Bardzo często okazuje się, że staje się ono pierwszym krokiem na drodze do poważnych zmian

–  Na moich szkoleniach uczestnicy mają szansę poczuć własną siłę wewnętrzną. Dowiadują się, że nie ma ,,cudownej tabletki” na wypalenie, ale istnieje za to coś jeszcze cenniejszego – ich wewnętrzna moc, przekonania, wartości, talenty, uświadomione cele życiowe, rodzina i przyjaciele. Gdy czuje się tę moc i ma się świadomość możliwości, jakie ona daje, odpowiedzialność za własne szczęście, zdrowie czy sukces staje się wyzwaniem realnym i motywującym – mówi Ilona Rajchel.

Spotkanie liderów mocarstw. Zarobki Polaków rosną

Długo zapowiadane spotkanie prezydentów Rosji i USA bez fajerwerków. Polacy zarabiają coraz więcej. Deutsche Bank pokazał wyjątkowo dobre wyniki.

Nuda na spotkaniu Trumpa z Putinem

Spotkanie prezydentów USA i Rosji zawsze budzi wiele emocji. Teraz też wielu analityków emocjonowało się tym co kto powiedział. Zabrakło jednak faktycznych różnic zdań, gdyż prezydenci mówili niemal jednym głosem. Komentowane były kwestie różnic w sprawie rosyjskiej aneksji Krymu. Nie zabrakło pytań o udział Rosji w ostatnich wyborach w USA określany czasem jako Russian gate. Pomimo poruszenia wielu ważnych kwestii de facto nic się nie wydarzyło. Spotkanie miało być może duży wymiar symboliczny. Wygląda jednak na to, że jeżeli chodzi o realne zmiany to spotkania równie dobrze mogło nie być. PR-owe wzmocnienie liderów dwóch mocarstw zostało bowiem niemal zignorowane przez rynki.

Polacy zarabiają coraz więcej

Średnie wynagrodzenie brutto osiągnęło 4848,16 zł i jest o 7,5% wyższe niż rok temu. To prawie 350 zł wzrostu! Dane te dotyczą jednak tylko przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, czyli mniej niż 40% gospodarki. Nie uwzględniają bowiem mniejszych firm oraz sektora publicznego. Dane dla całej populacji publikuje GUS, ale zaledwie co dwa lata. Poznamy je najprawdopodobniej pod koniec listopada tego roku. Jaki wpływ mają zarobki i zatrudnienie na waluty? Im silniejsza gospodarka tym mocniejsza waluta. Inwestorzy boją się państw z problemami.

Dobre wyniki Deutsche Bank

Wyniki największego niemieckiego Banku okazały się znacznie przekraczać oczekiwania analityków. Jaki ma to wpływ na rynki? Po pierwsze wielu obserwatorów bało się, że jeżeli bank będzie dalej tracił Niemcy będą musieli zareagować. To koszty tej interwencji mogą zatrząść już teraz niestabilną koalicją. Po drugie dofinansowanie byłoby jasnym sygnałem, że w Unii są równi i równiejsi. Szybko mogłoby się okazać, że skoro można wydawać swoje lub cudze pieniądze ktoś znowu podejmie decyzje, że spróbuje zbankrutować na cudzy rachunek. Czy dobre wyniki miały wpływ na waluty? Nie da się jednoznacznie te wskazać. Widać jednak umocnienie się euro względem dolara. Prawdopodobnie inwestorzy tracąc jeden powód do obaw przychylniej spojrzeli na Europę. To dlatego pomimo tego, że euro jest na podobnych poziomach do złotego co wczoraj dolar potaniał.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sprawdź co się stanie z USDPLN

Rok 2018 nie jest zbyt łaskawy dla polskiej waluty, ale nie możemy powiedzieć, że wyprzedaż została spowodowana przez czynniki wewnętrzne. Bowiem wszystkie waluty państw EM zostały wyprzedane, a sam indeks MSCI EM Currency przez ostatnie trzy miesiące stracił na wartości 6 procent. Czy obecny trend w lipcu będzie kontynuowany?

Nie według sezonowości, która sprzyja polskiej walucie. Od 2000 roku w miesiącu lipiec przeważnie dochodziło do aprecjacji polskiego złotego. Z kolei od sierpnia do października PLN tracił na rzecz USD, natomiast ostatni miesiąc roku średnio skończył się na aprecjacji polskiej waluty.

sezonowosc usdpln

Źródło: Bloomberg

Przez 17 ostatnich lat w miesiącu lipiec doszło do deprecjacji USDPLN w 12 przypadkach na 18, co daje dosyć wysokie prawdopodobieństwo kontynuacji spadku USDPLN w bieżącym miesiącu rzędu 66 procent. Średnia dla USDPLN dla badanego okresu wyniosła -1.13 procenta. Natomiast kolejne miesiące nie były już tak łaskawe. Polski złoty tracił na wartości względem USD, jednakże średnia aprecjacja USDPLN w każdym miesiącu wyniosła poniżej 1 procenta.

Jak możemy wytłumaczyć zjawisko sezonowości umocnienia PLN-a w trakcie wakacji? Dosyć prosto. Po pierwsze jest to okres turystyczny, ale nie możemy zapominać, że spora część Polaków pracuje za granicą. Natomiast czas wakacji oznacza czas odwiedzin i wymiany sporej ilości waluty zagranicznej na PLN-a. Oczywiście w tym samym momencie na rodzimą walutę wpływały pozostałe czynniki wewnętrzne oraz zewnętrzne.

Spoglądając na interwał dzienny zjawisko sezonowości jest potwierdzone przez analizę techniczną. Po przebiciu krótkoterminowego wsparcia w okolicy 3.68 strona podażowa otworzyła sobie drogę do mocniejszej strefy popytu 3.62.

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Scenariusz ten wspierany jest również przez trzy z pięciu wskaźników podążających za trendem. Należą do nich EMA 14, Aligator oraz PSAR. Należy jednak podkreślić, że są to najszybsze wskaźniki. Natomiast MACD12 oraz SMA55 w dalszym ciągu wskazują na trend wzrostowy. Na interwale tygodniowym sytuacja nie wygląda już tak doskonale, ponieważ tylko PSAR wskazuje na trend spadkowy. Reszta wskaźników pokazuje trend wzrostowy.

Pomimo tego sezonowość sprzyja dalszej, krótkoterminowej aprecjacji PLNa względem USD. Natomiast w długim terminie dopiero przebicie strefy popytu w okolicy 3.62 da zielone światło do dalszej wyprzedaży USDPLN w okolicę poziomu 3.50.

Dalsze losy naszej waluty mogą zostać rozstrzygnięte przez kierunek WIG 20. Jeżeli do polskiej gospodarki zacznie powracać kapitał zagraniczny, to możemy spodziewać się dalszej aprecjacji PLN. Jeżeli jednak WIG 20 pokona ostatnie minimum w okolicy 2080 punktów, to dalsza wyprzedaż nawet w okolicę poziomu 3.80 jest bardzo prawdopodobna.

Dział Analiz Admiral Markets

Jakub Modrzejewski nowym Prezesem Rady Giełdy

  • Rada Giełdy 16 lipca br. wybrała na Prezesa Rady Giełdy Jakuba Modrzejewskiego, który do tej pory pełnił funkcję Wiceprezesa Rady
  • Wiceprezesem Rady Giełdy został Janusz Krawczyk

16 lipca 2018 r. Rada Giełdy dokonała spośród swoich członków wyboru nowego Prezesa Rady Giełdy, którym został dotychczasowy Wiceprezes – Jakub Modrzejewski, oraz powołała Janusza Krawczyka na Wiceprezesa Rady Giełdy.

Jakub Modrzejewski

Absolwent Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Radca prawny wpisany na listę radców prawnych prowadzoną przez Radę Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie. Doświadczenie zawodowe zdobywał w instytucjach finansowych, w tym w PKO Banku Polskim S.A. oraz Pioneer Pekao TFI S.A., a także w polskich i międzynarodowych kancelariach prawnych. Specjalizuje się w dziedzinie prawa gospodarczego, prawa spółek handlowych oraz prawa rynku kapitałowego.

Od lipca 2017 r. członek Rady Nadzorczej Banku Gospodarstwa Krajowego. W latach 2017-2018 zastępca, a następnie Dyrektor Departamentu Jednostek Nadzorowanych i Podległych w Ministerstwie Rozwoju, zastępca Dyrektora Departamentu Skarbu Państwa w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Obecnie Dyrektor Biura Grupy Kapitałowej w PKN ORLEN.

Janusz Krawczyk

Absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, gdzie po studiach był pracownikiem naukowo-dydaktycznym. Radny Rady Miasta Krakowa pierwszej kadencji (1990-1994), w latach 1990-1992 członek Zarządu Miasta Krakowa odpowiedzialny za przedsiębiorstwa komunalne. Karierę menedżerską w dziedzinie zarządzania zasobami ludzkimi w międzynarodowych korporacjach rozpoczął w 1992 roku w Coca Cola Poland; kontynuował w Pepsi Co. w Polsce, a następnie w europejskiej centrali tego koncernu w Wiedniu, gdzie był dyrektorem regionalnym. Potem był dyrektorem ds. zasobów ludzkich w AHOLD Polska.

Odbył liczne szkolenia i staże specjalistyczne w zakresie zarządzania zasobami ludzkimi i organizacji pracy zespołów pracowniczych w Polsce i zagranicą (w tym w Wielkiej Brytanii, Japonii, Francji, Szwecji, Austrii, Belgii). Od czerwca 2000 roku był dyrektorem banku w Banku Zachodnim, we wrześniu 2000 roku został członkiem Zarządu Banku Zachodniego, a następnie Banku Zachodniego WBK. Kierował Pionem Strategicznego Zarządzania Zasobami Ludzkimi. W latach 2012-2013 pełnił funkcję doradcy Prezesa Zarządu ds. połączenia Banku Zachodniego WBK z Kredyt Bankiem. Posiada wieloletnie doświadczenie w sprawowaniu funkcji członka rady nadzorczej.

Czy split payment zagrozi płynności finansowej małych przedsiębiorstw?

Podzielona płatność wywołała duży niepokój wśród przedsiębiorców. Im mniejsze firmy, tym więcej obaw. Co jest tego przyczyną? Przy płatnościach wykonywanych masowo między przedsiębiorcami można w tym przypadku łatwiej, bardziej statystycznie zarządzać. W przypadku małej działalności to, na co zdecyduje się ich odbiorca i w jaki sposób tę płatność podzieli bądź nie, to duża różnica. Przekazanie części środków na wydzielony rachunek może być przyczyną kłopotów płatnościowych.Dotychczas środki te można było przynajmniej przez jakiś czas wykorzystywać w działalności firmy obracając nimi. W tej chwili nie będą one dostępne dla przedsiębiorcy.

– Oczywiście budzi to wiele obaw, czy uda się zachować odpowiedni poziom płynności. Należy pamiętać, że prowadzący działalność w nie za dużej skali mają trochę słabszą pozycję negocjacyjną – choćby z sektorem bankowym w uzyskiwaniu dodatkowych funduszy. Stąd wątpliwości, czy podołają nowemu systemowi – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG – Z punktu widzenia pojedynczego przedsiębiorcy nie do końca wiadomo, czy odbiorca podzieli płatność, którą do nas kieruje. W przypadku części firm, dla których problemy z płynnością finansową okażą się dosyć duże, a z drugiej strony nie będą miały zdolności pozyskania środków zewnętrznych – może to nawet skończyć się upadłością. Trzeba mieć nadzieje, że przedsiębiorstwa będą w stanie dostosować się do nowego systemu, a zjawisko to będzie jedynie marginalne. Nie można jednak wykluczyć, że takie przypadki się pojawią – wskazał Soroczyński.

Kurs dolara traci 4 sesję z rzędu. Ważny tydzień dla funta

USD traci (w ślimaczym tempie) czwartą sesję z rzędu, gdyż kolejny dzień bez wspominania o konfliktach handlowych zabrały z rynków poczucie kierunku. Być może klimat ulegnie zmianie po wystąpieniu prezesa Fed w Kongresie USA, choć oczekiwania nie są za wysokie; dostaniemy też czerwcowy odczyt produkcji przemysłowej. Funt obserwuje raport z rynku pracy, gdzie dynamika płac będzie wskazówką dla Banku Anglii.

Na poważnie wkraczamy w wakacyjny handel, co w pierwszej kolejności przynosi redukcję pozycji tam, gdzie przestały one pracować. W brutalny sposób odbyła się wczoraj kapitulacja posiadaczy długich pozycji na ropie naftowej (z małą pomocą informacji o perspektywach wzrostu podaży). Podobne trudności przezywa USD, powoli osuwając się czwarty dzień z rzędu. Motorem siły dolara były obawy o wojny handlowe, ale temat ten przycichł na dobre kilka dni temu i nie wraca. W trakcie chińskiej sesji bez wyraźnych powodów zyskiwał juan, co tradycyjnie ciąży na dolarze. Spotkanie Trump-Putin odbyło się bez fajerwerków i postępów w kluczowych kwestiach. Prezydenci byli zgodni, że mają różne zdanie w temacie Syrii, Iranu, ingerencji w wybory itd. Sentyment rynkowy pozostał niewzruszony, więc nie było powodu „uciekać” w USD. Mało pomocny był wzrost rentowności obligacji skarbowych USA do 2,87 proc. po danych o sprzedaży detalicznej. Dziś kolejną próbą może być raport z przemysłu, choć na pierwszym planie jest wystąpienie prezesa Fed Powella przed senacką Komisją Bankową. Ryzyka dominują po gołębiej stronie, wszak trudno oczekiwać, że Powell zasugeruje np. piątą podwyżkę w całym 2018 r. Ale już nakreślenie ryzyk dla wzrostu (np. z tytułu konfliktów handlowych), mogą zakręcić rynkiem w negatywną dla dolara stronę.

Dziś w kalendarzu mamy też raport z rynku pracy Wielkiej Brytanii z największą uwagą na dynamikę płac, gdyż silny odczyt ugruntuje przekonanie Banku Anglii do sierpniowej podwyżki stopy procentowej. Rynkowa wycena sięga już prawie 90 proc., więc jest mało miejsca, by wycisnąć coś więcej dla funta, ale dzisiejsze dane nadal mogą być dobrym impulsem, by zainicjować popyt, szczególnie kiedy jest o to łatwiej w obliczu niemocy USD.

Na scenie politycznej sprawy zaczynają się mieć coraz lepiej po zeszłotygodniowych zawirowaniach. Wczoraj premier May przetrwała głosowania w parlamencie nad poprawkami do ustawy ws. Brexitu. Nie obyło się bez pójścia na ustępstwa na rzecz zwolenników twardego Brexitu, ale lawirowanie May między frakcjami z pewnością ratuje ją przed próbami rebelii we własnej partii. To ważny tydzień dla GBP, gdyż jutro mamy jeszcze dane o CPI, a cały tydzień trwa kolejna runda negocjacji z UE. GBP musi przetrwać najbliższe dni bez większych strat, aby doczekać przerwy wakacyjnej w pracach parlamentu i korzystać z siły fundamentów i rosnących nadziei na miękki Brexit.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kolejne regulacje zmieniają rynek nieruchomości

Prezes PVI Jakub Nieckarz
Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

Polski rynek nieruchomości od kilku lat świetnie się rozwija z niewielkim tylko wsparciem ze strony państwa. Nie oznacza to, że wszystko działa idealnie, ale nasilająca się rządowa ingerencja powinna być dobrze przemyślana, by usunąć istniejące bariery, nie tworząc jednocześnie nowych i nie zaburzając równowagi.

Polski rynek mieszkaniowy od kilku lat rozwija się bardzo dobrze z reglamentowanym wsparciem rządowych programów takich, jak Rodzina na Swoim i Mieszkanie dla Młodych. Przede wszystkim korzysta jednak z dobrej koniunktury w gospodarce, poprawiającej się sytuacji na rynku pracy oraz rekordowo niskich stóp procentowych.

Podaż mieszkań wyraźnie hamuje

Choć w pierwszej połowie roku aktywność zarówno w budownictwie deweloperskim, jak i indywidualnym utrzymuje się na najwyższym w historii poziomie, wiele wskazuje na to, że szczyt budowlanego cyklu mamy już za sobą. Analitycy dosyć zgodnie oczekują lekkiego spowolnienia, głównie w segmencie nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży. Poprawiająca się sytuacja materialna oraz zakupy w celach inwestycyjnych sprawiają, że popyt na mieszkania nie słabnie, ale widoczne zaczynają być ograniczenia leżące po stronie podaży. Powodów tego stanu rzeczy jest kilka, poczynając od bliskich wyczerpania mocy produkcyjnych – głównie po stronie generalnych wykonawców – poprzez topniejące zasoby terenów pod budownictwo i rosnące koszty materiałów oraz robocizny. Na ograniczoną podaż wpływają również kalkulacje deweloperów, starających się utrzymać satysfakcjonujące marże, kosztem nieco niższej lub wolniejszej sprzedaży lokali.

Deficyt małych mieszkań winduje ceny

W ocenie ekspertów Narodowego Banku Polskiego, polski rynek nieruchomości znajduje się w fazie ekspansji, ale jednocześnie nie wykazuje oznak nierównowagi, choć dostrzegalne zaczynają być pewne ograniczenia po stronie podaży. Zwiększa się, co prawda, liczba rozpoczynanych budów i wydawanych pozwoleń na budowę, ale jednocześnie maleje zasób mieszkań gotowych do sprzedaży, a średni czas sprzedaży mieszkań skrócił się do rekordowo niskiego poziomu 2,5 kwartału. To wszystko skutkuje zwiększającą się presją na wzrost cen mieszkań, a największe niedostosowanie podaży do popytu ma miejsce w przypadku lokali o mniejszym metrażu.

Rządowe plany – wielka niewiadoma

Miejsce kończącego się programu Mieszkanie dla Młodych, zajmuje Narodowy Program Mieszkaniowy, a utworzona w tym roku Rada Mieszkalnictwa ma koordynować działania związane z jego realizacją. Program adresowany jest do osób, które ze względu na wysokość dochodów, mają mocno ograniczone możliwości kupna lub wynajmu mieszkań na zasadach w pełni komercyjnych. Niewątpliwie rozwój programu w skali całego kraju będzie miał wpływ na ogólną sytuację na całym rynku nieruchomości, a w przypadku najmu,
przynajmniej lokalnie. Rządowy program ma opierać się zarówno na budowie tanich mieszkań, jak i dopłat do czynszów najmu. O ile system dopłat do najmu dla osób o niższych dochodach nie budzi większych kontrowersji, to założenia mówiące o przygotowaniu w przyszłym roku budowy 100 tys., mieszkań, czy oddawania dodatkowo do użytkowania 30 tys. mieszkań rocznie – poczynając od 2019 r. – robią wrażenie nadmiernie optymistycznych. Biorąc bowiem pod uwagę ograniczenia po stronie mocy produkcyjnych firm budowlanych oraz rosnących kosztów materiałów i robocizny, zapowiedzi te mogą kojarzyć się z dolewaniem oliwy do ognia, a w konsekwencji dalszym narastaniem nierównowagi na rynku i nasileniem negatywnych zjawisk hamujących rozwój rynku.

Kontrowersje wokół tzw. lex deweloper i zamkniętych rachunków powierniczych

Kolejny rządowy projekt tzw. specjalnej ustawy mieszkaniowej zmierza w kierunku ograniczania barier związanych z dostępnością gruntów oraz uproszczenia procedur przygotowania i realizacji inwestycji budowlanych. Jednak ta ustawa, już na etapie konsultacji, wzbudziła wiele kontrowersji, zarówno w kwestiach urbanistycznych i kompetencyjnych, ale najwięcej uwag zgłaszano w związku z nazbyt szerokim polem do interpretacji nowych przepisów. To inicjatywa z pewnością warta kontynuowania, mogąca zlikwidować wiele dotychczasowych ograniczeń, z potencjałem rozruszania rynku – pod warunkiem przyjęcia przemyślanych rozwiązań. Jednocześnie jednak w przeciwnym kierunku zdają się iść prace zmierzające do likwidacji otwartych rachunków powierniczych, z powodzeniem stosowanych obecnie przez deweloperów, na rzecz rachunków zamkniętych. Te ostatnie mają zapewnić większą ochronę środków wpłacanych w trakcie budowy przez kupujących mieszkania. Ale jednocześnie formuła zamkniętych rachunków powierniczych odcina możliwość korzystania z nich przez deweloperów aż do czasu przeniesienia własności nieruchomości na nabywcę. Według zgodnej opinii większości przedstawicieli branży, takie rozwiązanie nie tylko spowoduje znaczący wzrost kosztów po stronie deweloperów, ale ograniczy znacznie ich możliwości inwestycyjne, a w efekcie zahamuje dynamikę rynku mieszkaniowego.

Kolejne regulacje na rynku najmu

Po niedawnych zmianach zasad opodatkowania dochodów z najmu, ograniczających możliwość stosowania preferencyjnej 8,5 proc. stawki do kwoty nie przekraczającej 100 tys. zł rocznie, szykują się też kolejne restrykcje dotyczące najmu krótkoterminowego. Celem zapowiadanych obostrzeń ma być uregulowanie tego typu działalności i nałożenie na nią wielu dodatkowych wymogów, począwszy od obowiązku rejestracji, a nawet licencjonowania, po konieczność uzyskiwania zgód w zakresie warunków przeciwpożarowych i sanitarno-epidemiologicznych.

Jakub Nieckarz, Prezes PVI – Property Value Investments Sp. z o.o. Sp. k.

W 2018 r. sprzedaż nowych samochodów osobowych przekroczy 500 tys. sztuk

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA wynika, że z polskich salonów w pierwszym półroczu br. wyjechało ponad 273 tys. nowych samochodów osobowych, o 10,5% więcej niż rok temu. Rośniemy już 39. miesiąc z rzędu, a sprzedaż nowych osobówek w czerwcu okazała się najlepszym wynikiem tego miesiąca od lat. Eksperci Exact Systems zwracają jednak uwagę na niski udział klientów indywidualnych w zakupach oraz wysokie wolumeny sprzedaży aut używanych. Na 1 nową osobówkę zarejestrowaną przez konsumenta przypada prawie 6 używanych.[1]

– Kolejny miesiąc i kolejny rekord. W czerwcu odnotowaliśmy najlepszy wynik tego miesiąca w historii. To wskazuje na stabilną sytuację na rynku sprzedaży nowych samochodów osobowych, która w naszej opinii powinna utrzymać się  w drugiej części roku. Jednak warto przyjrzeć się bliżej strukturze nabywców nowych aut, która od wielu lat jest zdominowana przez firmy i niewiele w tym obszarze się zmienia. W pierwszym półroczu tego roku tylko co trzecia nowa osobówka była kupiona przez konsumenta, w czerwcu co czwarta. Większość klientów indywidualnych wciąż wybiera samochody używane. Od stycznia do czerwca indywidualnie kupiliśmy 83,6 tys. nowych i aż 460 tys. używanych samochodów osobowych, czyli na jedno nowe auto przypada niemal sześć z rynku wtórnego. I choć ogólny klimat, na który składa się m.in. rekordowo niskie bezrobocie, podwyżki wynagrodzeń czy program 500+, powinien przełożyć się na zwiększone zakupy nowych czterech kółek, to jednak bez ingerencji rządu będzie to trudne. Dobrym krokiem może okazać się wsparcie finansowe dla konsumentów przy zakupie aut elektrycznych. Dzięki temu, powinien wzrosnąć popyt na nowe cztery kółka, w dodatku te bardziej ekologiczne – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems.

Rekordowy czerwiec w Polsce

W czerwcu br. w Centralnej Ewidencji Pojazdów pojawiło się 46 090 sztuk nowych samochodów osobowych, czyli o 10% więcej niż w tym samym miesiącu 2017 roku.[2] Jest to najwyższy czerwcowy wynik od lat. Kołem zamachowym rynku wciąż pozostają firmy, które stanowią aż 74,2% kupujących. Tylko 25,8% nabywców to klienci indywidualni.

Od początku 2018 roku w Polsce zarejestrowano 273 045 nowych samochodów osobowych, czyli o 10,5% więcej rok do roku. Udział klientów indywidualnych i firmowych wyniósł odpowiednio 31% i 69%. Ci pierwsi najchętniej kupowali Toyotę, Skodę i Opla. TOP3 marek rejestrowanych przez firmy stanowią Skoda, Volkswagen i Toyota.

Auta elektryczne i hybrydy wciąż na fali rosnącej

Z danych PZPM wynika, że od stycznia do czerwca br. z salonów w Polsce wyjechało 10,8 tys. hybryd (+26,9% r/r) oraz 672 auta z napędem elektrycznym (+79,7% r/r). W porównaniu z  podobnym okresem ubiegłego roku wciąż zmniejsza się udział diesli (z 27,8% do 24,2%), a zwiększa silników benzynowych (z 66,5% do 70%).

W 2018 roku ponad 500 tys. nowych aut na polskich drogach

Po bardzo dobrych wynikach półrocznych i rekordowym czerwcu Exact Systems podtrzymuje swoją prognozę, z której wynika, że roczna sprzedaż nowych samochodów osobowych przekroczy w 2018 roku 500 tys. sztuk. Dynamika rzędu 10-15% r/r powinna dać wynik na poziomie 530-550 tys. sprzedanych aut.

Rekordowy czerwiec w Unii Europejskiej

Stabilna sytuacja utrzymuje się w Unii Europejskiej. Z danych ACEA wynika, że tegoroczny czerwiec, podobnie jak w Polsce, był rekordowy biorąc pod uwagę liczbę rejestracji nowych aut osobowych w tym miesiącu (prawie 1,6 mln, +5,2% r/r).[3]

W całym I półroczu br. Europejczycy kupili ponad 8,4 mln nowych osobówek (+2,9% r/r). Na zielono możemy zaznaczyć takie rynki europejskie jak Francja (+4,7% r/r), Hiszpania (+10,1 r/r) oraz Niemcy (+2,9% r/r). Spadek odnotowały Włochy (+-1,4%) oraz Wielka Brytania (-6,3 r/r). Pozycją nr 1 w całej Unii Europejskiej ze wzrostem na poziomie ponad 9% r/r może pochwalić się marka Volkswagen.

[1] Dla wyliczenia przyjęto, że wszystkie używane samochody były rejestrowane przez klientów indywidualnych

[2] http://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-osobowe-i-dostawcze/Czerwiec-2018r

[3] https://www.acea.be/press-releases/article/passenger-car-registrations-2.9-during-first-half-of-2018-5.2-in-june

Podatek Belki, czyli warto znać nieuniknione

Potocznie nazywany „podatkiem Belki” – oficjalnie „Podatek od dochodów kapitałowych w Polsce”. Pochłania 19 proc. zysku wypracowanego na lokatach, akcjach czy funduszach inwestycyjnych. Czy można go uniknąć i jak go obliczyć radzi ekspert BGŻOptima.

Założenia podatku Belki

Pod koniec 2001 roku ówczesny minister finansów Marek Belka wprowadził podatek od zysków. Na początku przyjęto stawkę 20 proc., która obejmowała lokaty i konta oszczędnościowe. W 2004 roku opodatkowano także dochody kapitałowe pochodzące z produktów inwestycyjnych, jak papiery wartościowe. Wtedy też świadczenie ustalono na poziomie 19 proc. wysokości zysków. W praktyce oznacza to, że jeśli odsetki od lokaty wyniosą 100 zł, to 19 zł z tego trzeba oddać fiskusowi, a na konto wraca tylko 81 zł.

Słowo „oddać” jednak nie obrazuje procesu dokładnie, gdyż sposób regulacji podatku zależy od rodzaju aktywów finansowych, od których zostaje naliczony. Na przykład w przypadku lokat i rachunków bankowych odpowiedzialność za policzenie i odprowadzenie podatku spoczywa na banku. Na konto klienta wraca więc już kwota pomniejszona o podatek. Gdy wybieramy ofertę i zakładamy lokatę, poznajemy oprocentowanie brutto, ale finalnie bank oddaje kwotę netto, po potrąceniu daniny dla fiskusa.

Tak samo jak w przypadku bankowych depozytów, działa to dla jednostek funduszy inwestycyjnych. Obliczeniem zysku i podatku zajmuje się towarzystwo funduszy inwestycyjnych i do inwestora wraca kwota pomniejszona o 19 proc. zysku. Trochę komplikuje się sytuacja w przypadku osób inwestujących na giełdzie oraz kupujących jednostki funduszy zagranicznych. Tutaj to obowiązkiem inwestora jest obliczenie wysokości obciążenia podatkowego (w ramach rocznego zeznania PIT) i odprowadzenie go. Zasady rozliczania podatku od zysków z giełdy pozwalają na uwzględnianie w bilansie strat. Czyli zliczamy bilans z całego roku i dopiero wtedy wyliczamy 19-procentowy podatek. Co ważne, można też uwzględnić straty z poprzednich pięciu lat, ale tylko w połowie wysokości w jednym roku. Czyli do rozliczenia całości straty z danego okresu potrzeba co najmniej dwóch lat.

Lokaty antybelkowe

W pewnym momencie popularność na polskim rynku zyskały tak zwane lokaty antybelkowe –depozyty pozwalające uniknąć płacenia podatku. Wykorzystywały one lukę w ordynacji podatkowej. Zasada wyliczania podatku była pierwotnie taka, że podstawa opodatkowania (czyli zyski) w kwocie do 50 gr była zaokrąglana w dół. Dostępne były więc lokaty jednodniowe z ograniczoną z góry kwotą depozytu. Odsetki z takiej lokaty były mniejsze niż 50 gr i dzięki temu klienci nie płacili podatku. Wystarczyło dodać do takich lokat funkcjonalność automatycznego odnawiania i klient zarabiał więcej, a tracił skarb państwa. W 2012 r. system uszczelniono i lokaty jednodniowe straciły prawo bytu. Czy to oznacza, że obecnie podatku od zysków kapitałowych nie sposób uniknąć? Nie do końca.

Wyjątkowe zachęty

Uszczelnienie systemu podatkowego nie oznacza jednak, że podatek zawsze musi być uiszczony. Zaplanowano bowiem pewne wyjątki. Produkty oszczędnościowe, które to umożliwiają to IKE(indywidualne konto emerytalne)  i IKZE(indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego).

IKE i IKZE są z podatku zwolnione przy spełnieniu określonych warunków (m.in. wypłata zysku nastąpi dopiero na emeryturę, a roczna wpłata na konto nie przekroczy określonej kwoty – 13 329 zł dla IKE oraz 5 331,60 zł dla IKZE). Ze strony ustawodawcy jest to po prostu zachęta do odkładania pieniędzy na emeryturę. Jeśli ktoś chce wycofać pieniądze zgromadzone na takim koncie emerytalnym przed czasem, musi pogodzić się z uszczupleniem zysków.

Odroczyć zapłatę podatku można korzystając z funduszu parosolowego. Jest to konstrukcja inwestycyjna, w ramach której można przenosić środki pomiędzy subfunduszami bez naliczania podatku, dzięki czemu kolejne zyski są wypracowywane od wyższego kapitału i kompensują się z ewentualnymi stratami. Ale finalnie, przy umorzeniu jednostek subfunduszu, podatek i tak zostanie naliczony.

Poza przewidzianymi wyjątkami – podatek od zysków kapitałowych jest dziś nieunikniony. Skoro w przypadku lokat i kont oszczędnościowych naliczeniem i pobraniem go zajmuje się bank, to czy warto w ogóle zaprzątać sobie nim głowę? – Oczywiście, że tak, choćby po to, by uniknąć zdziwienia na widok odsetek mniejszych niż w umowie lokaty. Korzystanie z produktów finansowych ze zrozumieniem jest kluczowe w zarządzaniu budżetem domowym, w tym również oszczędnościami. Niezależnie od stopnia zaawansowania wiedzy finansowej należy sprawdzać warunki produktów oraz policzyć realne zyski, jakie otrzymamy z depozytów – mówi Bartosz Kucharczyk, ekspert BGŻOptima.

Nowe technologie pozwalają wyśledzić w sieci każdego. Zdobyte dane wykorzystywane są m.in. do celów marketingowych i zawyżania cen

Nowe technologie pozwalają wyśledzić w sieci każdego. Zdobyte dane wykorzystywane są m.in. do celów marketingowych i zawyżania cen 10

Narzędzia do śledzenia aktywności w internecie stały się coraz bardziej wyrafinowane. To już nie tylko pliki cookies, czyli popularne ciasteczka. Niebezpieczny jest zwłaszcza tzw. browser fingerprinting, czyli odcisk palca tworzony dla każdej przeglądarki, dzięki któremu można zidentyfikować nie tylko urządzenie, lecz także konkretnego użytkownika. Pozyskane w ten sposób dane wykorzystywane są głównie w celach marketingowych, co może skutkować tym, że np. użytkownik komputera Mac za ten sam produkt zapłaci nawet 30 proc. więcej od użytkownika PC. Jedynym rozwiązaniem, by możliwie jak najbardziej ochronić dane, jest korzystanie z zaszyfrowanej sieci czy specjalnych rozszerzeń i aplikacji.

– To, że internet nas śledzi, nie ulega wątpliwości, a tak naprawdę nie sam internet, tylko skrypty śledzące i pliki śledzące, które są umieszczane na naszym urządzeniu czy w witrynach internetowych. Bardzo wyrafinowaną formą śledzenia nas w internecie jest tzw. browser fingerprinting, czyli unikalny odcisk palca przeglądarki, którego nie da się usunąć, więc nawet jeżeli wejdziemy na jakąś stronę, usuniemy pliki cookies, to ta strona w dalszym ciągu jest w stanie śledzić nasze poczynania w sieci – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karolina Rut z firmy Sparkbit.

Browser fingerprinting, czyli odcisk palca przeglądarki, zbiera informacje nawet przy wyłączonych plikach cookies. Do odwiedzanej witryny przesyłane są informacje o przeglądarce i na podstawie różnych danych stworzyć portret użytkownika. W ten sposób obecność w sieci nigdy nie jest anonimowa, choć jeszcze stosunkowo niedawno panowało przekonanie, że w sieci każdy z nas jest całkowicie bezpieczny, a ekran komputera skutecznie chroni naszą tożsamość.

Kopalnią informacji o użytkownikach są media społecznościowe (wystarczy wspomnieć choćby nielegalne użycie danych 50 mln użytkowników Facebooka), czy historia przeglądarki. Wiele witryn podczas wizyty użytkownika na stronie ustala IP komputera, a tym samym – jego lokalizację. Dane najczęściej są sprzedawane i trafiają na czarny rynek.

– Nasze ślady w sieci są przedmiotem handlu, wszystkie dane, które zostawiamy – historia przeglądania stron, nasz adres IP, czyli to skąd używamy przeglądarek internetowych – stają się przedmiotem na internetowych aukcjach. Wszystkie te informacje są bardzo cenne, bo dla firmy, która ma świadomość, jakie są nasze dochody, jakie są nasze preferencje, jakie są nasze marzenia, jesteśmy bardzo łatwym łupem pod kątem oferowanych usług – podkreśla Karolina Rut.

Pojedyncze dane nie mają większego znaczenia. Dopiero w połączeniu z innymi tworzą pełny obraz użytkownika sieci, którego preferencje można poznać i dopasować do nich określone reklamy. Dostawcy treści internetowych przekazują dane o płci, wieku, sytuacji finansowej czy historii zakupowej do platform popytu, które zaprogramowane są na wyszukanie użytkowników z określonego segmentu, ustalanego przez agencje mediowe.

– Firmy marketingowe od swoich klientów dostają szczegółowe preferencje dotyczące tego, jakiego klienta poszukują. Załóżmy, że wcześniej wyszukiwaliśmy wycieczki – prawdopodobnie wchodząc na kolejną stronę internetową, wyświetli nam się reklama kolejnej wycieczki, bo jesteśmy preferowanym klientem dla potencjalnej agencji marketingowej, której to z kolei klientem może być firma oferująca różnego rodzaju wyjazdy wakacyjne – mówi ekspertka Sparkbit.

Teoretycznie wyszukiwanie danych o użytkownikach sieci jest sytuacją, w której każdy wygrywa. Internauta widzi w sieci reklamy produktów czy usług którymi jest zainteresowany, a same firmy mogą oferować mu takie produkty, które mogą mu być przydatne. To jednak tylko teoria. Osoby wyszukujące bilety lotnicze wiedzą to najlepiej – po kilku sprawdzeniach połączeń do danego miejsca, na stronie pojawiają się znacznie wyższe ceny biletów.

– Na podstawie wszystkich danych, które zostawiamy, firmy są w stanie stwierdzić, jakie są nasze dochody. Niektóre firmy prowadząc analizy, dowiedziały się, że użytkownicy komputerów Mac z reguły zostawiają o 30 proc. więcej swoich środków w różnego rodzaju sklepach, przez to też mogą oferować dużo wyższe ceny za swoje produkty. Nie jest niczym dziwnym teraz, że za ten sam produkt osoba, która korzysta ze zwykłego komputera PC, będzie miała niższą cenę, niż osoba, która korzysta z komputera Mac – twierdzi Karolina Rut.

Ochrona prywatności w Internecie stała się zatem pilną potrzebą wielu użytkowników. Istnieją skuteczne rozwiązania, by chronić się przed wyciekiem danych – nie tylko korzystając np. z sieci TOR, lecz także poprzez szyfrowanie VPN. Można też korzystać ze specjalnych rozszerzeń i aplikacji. Żadna jednak nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa i prywatności.

– Nie byliśmy i nie jesteśmy anonimowi w sieci, ale należy pamiętać, że zawsze trzeba chronić swoje dane w internecie. Teraz każda strona internetowa ma obowiązek poinformowania nas o tym, czy korzysta z plików cookies. Należy te pliki cookies z reguły kasować, ale istnieją bardziej wyrafinowane formy śledzenia nas w sieci, tzw. fingerprinting i nie jesteśmy w stanie ustrzec się tego, że firmy będą starały się pozyskiwać nasze informacje, nawet jeżeli my będziemy starali się je ochronić – przypomina Karolina Rut.

Zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych pomaga miastom dyscyplinować pijanych turystów. Pierwszy na ten krok zdecydował się Poznań

Zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych pomaga miastom dyscyplinować pijanych turystów. Pierwszy na ten krok zdecydował się Poznań 11

Jak ocenia dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych Krzysztof Brzózka, zakaz sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych przyczyni się do ograniczenia liczby wykroczeń, bójek i zakłóceń porządku w dużych miastach turystycznych takich jak Wrocław czy Kraków, którym pijani turyści nierzadko przysparzają problemów. Jednym z pierwszych miast, które wprowadziło zakaz sprzedaży alkoholu w centrum od godz. 22 wieczorem do 6 rano, jest Poznań.

Zakaz sprzedaży alkoholu od godziny 22.00 do 6.00, czyli w godzinach nocnych, ma głęboki sens. Planując imprezę czy spotkanie towarzyskie, zwykle na trzeźwo kupuje się przewidywaną do spożycia, rozsądną ilość alkoholu. Ale alkohol – jako substancja psychoaktywna – działa tak, że chce się wypić coraz więcej. Wtedy obecność punktów sprzedaży na wyciągnięcie ręki sprzyja zachowaniom mało odpowiedzialnym i piciu większej ilości alkoholu – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Brzózka, dyrektor Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych.

W końcówce stycznia br. prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację dwóch ustaw (o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi oraz o bezpieczeństwie imprez masowych), które doprecyzowały obowiązujący już zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych oraz zapewniły samorządom możliwość zakazania nocnej sprzedaży alkoholu w godzinach od 22.00 do 6.00. Oba akty prawne zaczęły obowiązywać w marcu br.

Zapis ograniczający godziny sprzedaży alkoholu ma dwa cele. Pierwszy to redukcja szkód dla tych, którzy imprezują i chcieliby wypić więcej, a planowana wcześniej ilość alkoholu już się skończyła. Drugi to oczywiste zabezpieczenie, stworzenie poczucia bezpieczeństwa, komfortu życia i snu mieszkańcom miast, którzy mieszkają w pobliżu punktów sprzedaży alkoholu – tłumaczy Krzysztof Brzózka.

Zgodnie z nowymi przepisami gmina może w drodze uchwały nie tylko zakazać sprzedaży alkoholu w wyznaczonych godzinach, lecz także ustalić maksymalną liczbę zezwoleń na sprzedaż alkoholu dla odrębnych sołectw, dzielnic czy osiedli (również tych trunków, które zawierają mniej niż 4,5 proc. alkoholu). Ma to zapobiec koncentracji dużej liczby punktów sprzedaży alkoholu w jednym miejscu, co jest uciążliwe m.in. w popularnych kurortach turystycznych. Nowelizacja wprowadziła też całkowity zakaz spożywania alkoholu w miejscach publicznych, za wyjątkiem do tego przeznaczonych (do tej pory taki zakaz obowiązywał w konkretnych miejscach publicznych, np. w parkach).

Jak dotąd na zamknięcie sklepów monopolowych i punktów sprzedaży alkoholu w godzinach nocnych zdecydował się m.in. Poznań, który wprowadził taki zakaz w centrum miasta. Ma to zapobiec zakłócaniu porządku publicznego pod wpływem alkoholu. Od maja alkohol po 22.00 na Starym Mieście można kupić już wyłącznie w restauracjach czy pubach.

Miasta, które tworzą swoje mapy bezpieczeństwa, wykazują, że w okolicach całodobowych punktów sprzedaży jest największe nasilenie przestępstw, wykroczeń, zakłóceń spokoju. To była inicjatywa samorządów, które chciały w jakiś sposób zapanować nad tym, co dzieje się po 22.00 w miastach. Pomysł na ograniczenie wyszedł ze Związku Miast Polskich, z Unii Metropolii Polskich. Wzięto pod uwagę doświadczenia Krakowa, Poznania, Wrocławia – czyli tych miast, które w pewnym momencie z przyjaznych turystom stały się miastami mało eleganckimi, ponieważ ci którzy przyjeżdżali – zamiast zwiedzać i oglądać zabytki – chcieli po prostu wypić sporą ilość taniego alkoholu – podkreśla Krzysztof Brzózka.

42 proc. firm padło ofiarą cyberataku. Zarządy coraz częściej inwestują w działy bezpieczeństwa

42 proc. firm padło ofiarą cyberataku. Zarządy coraz częściej inwestują w działy bezpieczeństwa 12

Ponad 40 proc. firm padło w 2017 roku ofiarą cyberataków typu DDoS. To wiąże się ze znaczącymi stratami finansowymi i szkodami wizerunkowymi. Dlatego firmy muszą zmienić swoje podejście do cyberbezpieczeństwa – uprościć systemy, na jakich działają, i zapewnić ich współpracę, inwestować w działy bezpieczeństwa, co do tej pory nie było powszechne, a także postawić na rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz uczenie maszynowe – wynika z tegorocznego raportu Cisco.

Działy IT do tej pory skupiały się na tym, aby atak wykryć bądź zmitygować, teraz wiemy już, że nie jesteśmy w stanie wychwycić wszystkich ataków i ich zatrzymać. W związku z tym należy przyjąć podejście, które zakłada, że doszło do kompromitacji, przełamania systemów bezpieczeństwa i należy podejmować akcje, które mają na celu wykrycie tego typu działań jak najszybciej. Nie należy ślepo ufać w to, że możemy coś stuprocentowego zabezpieczyć, bo to nie jest możliwe. Jeżeli działy IT się nieco przeformatują i będą się starały wykrywać zdarzenia, które miały miejsce w przeszłości, zdecydowanie podniesie to ich poziom bezpieczeństwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Ceklarz z Cisco Systems Polska.

Z raportu Cisco „Annual Cybersecurity Report” wynika, że 42 proc. organizacji doświadczyło ataków DDoS w 2017 roku. Ponad połowa przeprowadzonych ataków (53 proc.) spowodowała szkody w wysokości co najmniej 500 tys. dolarów (z czego w 8 proc. szkody przekroczyły 5 mln dol., a 11 proc. – 2,5–4,9 mln dol.). Ataki stają się coraz częstsze, hakerzy są w stanie przechytrzyć większość zabezpieczeń, a jednocześnie zyskują więcej czasu na dokonanie szkód. Dane z końca października 2017 roku wskazują, że połowa ruchu w sieci odbywa się z zastosowaniem technologii szyfrowania. Choć zwiększa to bezpieczeństwo, to dla cyberprzestępców stanowi narzędzie, które umożliwia ukrycie działań. W ciągu roku eksperci Cisco zanotowali trzykrotny wzrost wykorzystania szyfrowanej komunikacji sieciowej w sprawdzanych plikach malware.

Dla specjalistów ds. bezpieczeństwa oznacza to nowe wyzwania, zwłaszcza że większość firm korzysta z rozwiązań wielu producentów. Niemal połowa zagrożeń bezpieczeństwa, z jakimi muszą się mierzyć organizacje, to właśnie efekt korzystania z rozwiązań i produktów bezpieczeństwa pochodzących od różnych dostawców.

Ponad 55 proc. respondentów mówi, że ma ponad pięćdziesiąt systemów w swojej organizacji. Ktoś tymi systemami musi zarządzać. Nie ma możliwości, aby działały one poprawnie bez korelacji informacji pomiędzy nimi. Te systemy muszą być otwarte, żeby umożliwiać taką korelację, powinny być łatwe do wdrożenia i zarządzania, a przede wszystkim muszą automatyzować pewne procesy. Nie da się w tej chwili robić systemów bezpieczeństwa, które będą w 100 proc. polegały na czynniku ludzkim, bo czas reakcji jest zbyt długi. To muszą być systemy, które automatyzują maksymalnie dużo procesów, w szczególności tych prostych i powtarzalnych – wskazuje Michał Ceklarz.

Jak wynika z raportu Cisco, firmy coraz częściej sięgają po nowe technologie. Już 39 proc. organizacji w pełni polega na automatyzacji procesów związanych z cyberbezpieczeństwem, a 44 proc. – w dużej części. Co trzecia firma opiera się też na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji (odpowiednio 34 i 32 proc.), a ponad 40 proc. firm w dużej mierze z nich korzysta. Takie rozwiązania umożliwiają wykrywanie niestandardowych schematów, co jest istotne zwłaszcza w kontekście szyfrowanego ruchu.

Rośnie też wykorzystanie infrastruktury chmury lokalnej i publicznej. 27 proc. specjalistów ds. bezpieczeństwa używa chmur prywatnych działających w oparciu o infrastrukturę zewnętrzną. Ponad połowa decyduje się na to ze względów bezpieczeństwa danych (57 proc.). To właśnie wykorzystanie technologii zabezpieczeń w chmurze wpływa na stosunkowo niski czas wykrycia nowego incydentu bezpieczeństwa – od listopada 2016 do października 2017 roku wyniósł on 4,6 godzin, przy średnio 14 godz. rok wcześniej.

Zarządy firm, mając świadomość zagrożeń i tego, do czego one mogły doprowadzić, coraz częściej traktują działy bezpieczeństwa jako inwestycję związaną z utrzymaniem wizerunku. Z drugiej strony te działy muszą zdecydowanie inteligentniej wydawać te pieniądze. Do tej pory bardzo często kupowały sobie „zabawki”, stąd m.in. firmy mające ponad pięćdziesiąt różnych systemów. Firmy muszą się przeorientować i przede wszystkim skupić na tym, żeby te systemy ze sobą współpracowały, a wówczas uzasadnienie kolejnego wydatku będzie zdecydowanie prostsze – przekonuje Michał Ceklarz.