Udział w evencie sprzedażowym – czy warto poświęcić na to czas?

Każdy z nas pracuje w określonej branży. Zajmujemy poszczególne stanowiska i odgrywamy poszczególne role w naszych organizacjach. Każdorazowo staramy się też być specjalistami, wręcz ekspertami w swojej dziedzinie i dawać z siebie jak najwięcej. Dzisiejszy rynek daje nam wiele możliwości rozwojowych, szkolenia, konferencje, różnorodne eventy. Takie spotkania mają za zadanie jedno – rozwijać nasze kluczowe umiejętności i odkrywać to, co dotąd nieodkryte. W każdym zawodzie przydatna jest żyłka sprzedawcy. Warto poszerzać swoją wiedzę na ten temat, również podczas eventów sprzedażowych.

Dlaczego warto uczestniczyć w wydarzeniach tematycznych?

Ile osób, tyle zdań możemy usłyszeć na temat proponowanych na rynku wydarzeń, które kierowane są do poszczególnych grup docelowych. Nie da się też ukryć, że wraz z upływem czasu, a co za tym idzie, rozwojem biznesu oraz kultury organizacyjnej w naszym kraju, pojawiło się coraz więcej propozycji uczestnictwa we wszelkiego rodzaju szkoleniach. Mamy obecnie możliwość wzięcia udziału w wydarzeniach, które są mniej lub bardziej kameralne. Proponowane są małe, kilkuosobowe i średniej wielkości szkolenia, które są w stanie jednorazowo zgromadzić kilkadziesiąt osób i nie jest to powodowane brakiem zainteresowania u odbiorców, ale warunkami technicznymi i założeniami, jakie postawił sobie organizator. Możemy też bez problemu skorzystać z oferty, gdzie liczba odbiorców będzie przekraczać setki, a nawet tysiące. Obecna oferta rynkowa cały czas ulega zmianom, tak samo, jak zainteresowanie i świadomość ludzi. Oto 4 powody, dla który warto brać udział w wydarzeniach tematycznych:

  1. Wiedza i umiejętności to podstawa – to właśnie świadomość ludzka i potrzeba kształcenia sprawiają, że mamy coraz większy wybór wydarzeń mających za zadanie rozwijać nasze kompetencje. Nie można też zaprzeczyć, że panuje obecnie szeroko pojmowana moda na zdobywanie wiedzy praktycznej i przekuwanie jej w sukces. Wynika ona przede wszystkim z oczekiwań pracodawców, wcześniej wspomnianej świadomości ludzi i potrzeby samokształcenia oraz – co najważniejsze – efektów, które jest nam w stanie dać dobra konferencja, szkolenie lub inne wydarzenie. Poszerzanie wiedzy i zdobywanie umiejętności jej wykorzystywania to pierwszy i najważniejszy powód dla obecności na wydarzeniach, które są dedykowane naszej branży lub wykonywanemu zadaniu.
  1. Zdobywanie nowych kontaktów – drugim powodem, który powinien nas skłonić do uczestnictwa w evencie, jest możliwość poznania nowych ludzi i pozyskania intratnych kontaktów. Nie ma znaczenia, czy jesteśmy na szkoleniu, konferencji, czy mamy do czynienia z networkingiem – praktycznie zawsze nadarzy się okazja do poznania wartościowych ludzi, którzy mogą przyczynić się w przyszłości do naszego sukcesu. Podstawą do zdobywania kontaktów jest brak oporów do rozpoczynania rozmowy i chęć poznania nowych osób. Pamiętajmy, że na szkoleniach czy innych wydarzeniach, pojawiają się zazwyczaj osoby bardzo aktywne, które mogą mieć mocno rozbudowaną sieć kontaktów. Takie wydarzenia tylko sprzyja nawiązywaniu nowych relacji biznesowych.
  1. Informacje niedostępne dla każdego – na większości eventów można spotkać osoby, które dysponują ciekawymi, a nawet bardzo cennymi informacjami z branży. Poznając nowych ludzi, nie tylko mamy możliwość nawiązania kontaktu. Może się okazać, że uda nam się usłyszeć coś bardzo interesującego, co pomoże nam w osiągnięciu celu. Takie informacje nie są dostępne dla wszystkich, a ludzie je posiadający dzielą się nimi w pewnych okolicznościach i w pewnych kręgach. Informacja w dzisiejszych czasach jest jedną z cenniejszych materii, która może pozwolić Ci być nawet o kilka kroków przed konkurencją.
  1. Poznawanie konkurencji – obecność na wszelkiego rodzaju wydarzeniach zawsze daje możliwość do poznania konkurencji. Unikanie wzrokiem i udawanie, że konkurenci nie istnieją, to bardzo słabe, a wręcz dziecinne podejście do sprawy. Tak długo, jak konkurenci zachowują się w porządku i grają fair, tak długo nie ma powodów do obaw. Starajmy się nawiązywać z nimi relacje, rozmawiać i wymieniać doświadczeniami. Naturalnie, nie należy zdradzać zbyt wiele ze swoich działań i samemu brać poprawkę na najbardziej czułe kwestie w biznesie. Jednak warto działać w myśl starego porzekadła – przyjaciół trzymaj blisko, ale wrogów jeszcze bliżej – oczywiście nie traktując konkurentów, jak dosłownych wrogów. Nigdy nie wiadomo, czy osoba będąca naszym konkurentem dzisiaj, w przyszłości nie stanie się naszym sprzymierzeńcem.

Podsumowując, powodów do odwiedzania szkoleń, kongresów, dużych wydarzeń i innych eventów jest w zasadzie cała masa. Prócz czterech wyżej wymienionych, na pewno znalazłoby się jeszcze kilka bardzo istotnych.

Jeżeli chcesz być postrzegany, jako osoba aktywna, a także zdobywać wiedzę, wymieniać się kontaktami oraz móc śledzić swoich konkurentów lub też uczyć się od najlepszych, to właśnie National Sales Congress, który odbędzie się 13 września 2018 w Warszawie na PGE Narodowym, jest idealnym wydarzeniem dla Ciebie. PGE Narodowy w Warszawie to nie tylko dogodna i prestiżowa lokalizacja, ale również duże możliwości na zorganizowanie sporego eventu, co za tym idzie, będziesz mieć możliwość poznania wielu ciekawych ludzi. Tego dnia na scenie zagoszczą takie osoby, jak:

l Jacek Walkiewicz – jeden z najbardziej rozpoznawalnych mówców i absolwent Uniwersytetu Warszawskiego. Autor programów szkoleniowych i wykładów, za co został doceniony przez ponad 500 firm. Znany z niebanalnego humoru i ceniony za wiedzę merytoryczną. Możesz go również kojarzyć z wystąpień w TEDx.

l Wojciech Herra – człowiek sprzedaży, który kocha adrenalinę. Sam wyznacza swoich przyszłych klientów i z czasem, przechodząc przez wszystkie etapy sprzedaży, walczy o nich i prowadzi do finalizacji całego procesu. Zajmuje się też szkoleniem i doradztwem z zakresu zwiększania efektywności sprzedaży.

l Mateusz Grzesiak – wykładowca, przedsiębiorca i konsultant biznesu. Z powodzeniem ukończył psychologię, a także jest doktorem nauk ekonomicznych w dyscyplinie nauk o zarządzaniu. Międzynarodowo szkoli już od 14 lat, w 7 językach. Do tej pory napisał aż 14 książek.

l Martin Lewandowski – właściciel federacji KSW i współtwórca polskiego MMA. Człowiek sportu i biznesu, który z pasji stworzył markę rozpoznawalną na całym świecie. Jego doświadczenie sięga od współpracy z agencjami marketingowymi, poprzez organizację eventów, prowadzenie firmy poligraficznej i punktów usługowych, pracę za granicą po organizację największej w Europie Gali MMA.

Poza wspomnianymi osobistościami, pojawi się też wielu innych prelegentów, których będziesz miał okazję poznać w trakcie tego wydarzenia. Tego dnia oddamy do Twojej dyspozycji tak naprawdę dwa eventy: Kongres sprzedażowy – który jest dedykowany handlowcom i wszystkim osobom pracującym w sprzedaży – oraz Kongres Managerów – z wykładami i warsztatami dla kadry managerskiej i właścicieli firm. Partnerem Kongresu Managerów jest Koźmiński Executive Business School. Ponadto, będziesz mógł skorzystać z moderowanej strefy networkingu, którą zajmie się Akademia Rekomendacji Grzegorza Turniaka oraz strefy partnerów, inaczej zwanej strefą wystawienniczą.

Pozwól sobie osiągać jeszcze lepsze wyniki, bądź, jak zapalony sportowiec, czujący progres podczas swoich treningów i sięgający po złoto. Zdobywaj wiedzę, doświadczenia i kontakty.

Więcej informacji znajdziesz na stronie www.nationalsales.pl. Spotkajmy się razem na podium.

Zainwestuj w dziecko – szybka gotówka na obóz językowy

Nasze pociechy nie zawsze potrafią myśleć perspektywicznie, nawet te mające już kilkanaście lat. To rola mądrych rodziców, aby pokierować ich edukacją w sposób, który przysporzy im potem wielu możliwości zawodowych. Jednym z niezwykle ważnych obecnie aspektów, który otwiera najszersze horyzonty, jest znajomość języków obcych. Dlatego wydajemy swoje oszczędności bądź zdobywamy szybką gotówkę w postaci chwilówki i posyłamy nasze pociechy na rozliczne kursy. Problem w tym, że efekty nie zawsze są zadowalające, a często winni nie są leniwi lub niezdolni uczniowie, a źle dobrana metoda nauczania.

Nauka języka w praktyce – najlepszy sposób

Języków obcych można uczyć się różne sposoby, a firmy edukacyjne prześcigają się wręcz w nowatorskich metodach. Wiedzę z tego zakresu można pochłaniać w szkole, na kursach stacjonarnych lub w wersji online, ale najważniejsze są efekty, a z tym bywa różnie.

Jest jednak jeden skuteczny, ale dość kosztowny sposób. Nie ma lepszej metody niż nauka języka obcego w kraju, w którym się go po prostu używa. Ileż to razy słyszymy opowieści osób, które twierdzą, że przez całe liceum nie nauczyli się angielskiego w stopniu choćby komunikatywnym, a po miesiącu pracy na zmywaku widzą genialne efekty. I to jest prawda. Wiele programów nauczania to nastawienie na poprawną gramatykę, teorię, pisownię itd. Problem w tym, że dzięki temu dzieci znają język obcy, którego nie potrafią stosować w praktyce, czyli w rozmowie. To nic innego jak nauka języka biernego, która sprawia, że wiemy jak porozumiewać się w sposób poprawny. Problem w tym, że większość osób z tą wiedzą nie potrafi nawet zapytać o drogę na londyńskiej ulicy czy kupić chleba w tradycyjnym hiszpańskim sklepie. Czy więc jest sens wydawać oszczędności lub pieniądze uzyskane z chwilówki dla takich efektów?

Lepiej pomyśleć nad doborem takiej metody nauczania i takich warunków, które pozwolą naszej latorośli skorzystać z tych nauk jak najwięcej i stać się obywatelem świata w 100%. Wiadomo, na zmywak dziecka nie wyślemy, ale możemy wysłać na obóz językowy do Anglii, Niemiec, Hiszpanii czy Francji. Będzie tam pochłaniać potrzebną wiedzę, a oprócz tego używać języka w jego naturalnym środowisku. Na taką edukację warto wydać swoje oszczędności lub zaciągnąć chwilówkę.

Na rynku turystycznym działa sporo firm, które specjalizują się w organizowaniu obozów dla dzieci i młodzieży. Oferta jest szeroka, a w niej można znaleźć również krajowe i zagraniczne obozy językowe, przy czym we wspomnianą wcześniej metodę nauki języka wpisują się wyłącznie wyjazdy do obcych krajów. Językowy obóz w Polsce daje takie same efekty nauczania jak zajęcia szkolne.

Szybka gotówka pomaga łapać promocje

Taki wyjazd ma oczywiście cenę wyższą niż obozy krajowe, ale warto zdecydować się na taki wydatek. Tym bardziej, że firmy turystyczne często ogłaszają korzystne promocje.

Kiedy pojawiają się oferty last minute trzeba reagować szybko, bo zwykle są ograniczone czasowo i ilościowo. To okazje, które pozwalają zaoszczędzić nawet 500-700 zł, dlatego o odpowiednią ilość pieniędzy warto zadbać wcześniej. Przydatne będą środki odłożone na ten cel na koncie dostępnym w każdej chwili lub możliwość uzyskania szybkiej gotówki w wybranej firmie pożyczkowej, na przykład jak Szybka Gotówka. Można już wcześniej przejrzeć oferty i wybrać dla siebie najlepszą, a także przejść proces rejestracji i weryfikacji, żeby potem już nie tracić na to czasu.

Taka inwestycja w znajomość języków obcych nie zwróci się nigdy w postaci materialnych zysków, ale pozwoli uzbroić dziecko w jedną z wiodących kompetencji zawodowych.

Poprawa sentymentu rynkowego

Pomimo ostrzeżeń Stanów Zjednoczonych dotyczących nałożenia kolejnych taryf na chińskie produkty ubiegły tydzień przyniósł poprawę sentymentu rynkowego. Największe indeksy giełdowe zanotowały solidne wzrosty. Za oceanem indeks S&P500 zyskał w skali tygodnia 1,50%, DJIA 2,30%, a indeks giełdy Nasdaq wzrosł o 1,79%. W Europie indeksy również były koloru zielonego. Niemiecki DAX osiągnął wynik na poziomie 0,36%, francuski CAC40 0,99%, a brytyjski FTSE100 zakończył tydzień 0,58% na plusie. Warto również zwrócić uwagę na odczyt CPI w USA, który wskazał dalszy wzrost inflacji osiągając wynik 2,9% rdr.

Pomimo poprawy globalnego sentymentu Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie nie rozpieszczała inwestorów. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał w przeciągu tygodnia 0,17%, największe spółki wzrosły o 0,24%, a indeksy mniejszych i średnich przedsiębiorstw sWIG80 i mWIG40 zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -0,97% i 0,31%. W ubiegłym tygodniu zakończyło się kolejne posiedzenie RPP, który obyło się bez żadnego zaskoczenia – Rada postanowiła pozostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie, a przekaz był mocno gołębi.

W tym tygodniu czeka nas sporo odczytów z krajowego podwórka. We wtorek opublikowane zostaną dane z rynku pracy – przeciętne wynagrodzenie oraz zatrudnienie, w środę poznamy produkcję przemysłową i inflację PPI, a w piątek sprzedaż detaliczną. Na globalnych rynkach warto zwrócić uwagę na produkcję przemysłową z USA we wtorek i inflację CPI dla strefy euro oraz Wielkiej Brytanii w środę. Bardzo istotnym może okazać się prezentacja półrocznego raportu dotyczącego polityki monetarnej Fed, który zostanie zaprezentowany przez Jerome’a Powella we wtorek przed Kongresem.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA

Jak zacząć pracę w IT – sprawdzone wskazówki na początek kariery

Praca w IT kusi przede wszystkim wysokimi zarobkami oraz atrakcyjnymi benefitami. Jak wynika z danych branżowego portalu No Fluff Jobs, widełki płacowe na stanowisko Senior Java Developera kształtują się na poziomie od 12 do nawet 18 000 zł netto na kontrakcie B2B. Branża informatyczna nie należy jednak do najłatwiejszych, w związku z czym warto zapoznać się z kilkoma wskazówkami, które przydadzą się szczególnie osobom będącym na początku swojej kariery zawodowej.

Sprawdź, jakie jest zapotrzebowanie rynku

Wybór ścieżki, w jakiej masz się rozwijać powinien być przede wszystkim kierowany tym, co lubisz i czym tak naprawdę chcesz się zajmować. Do tego warto być też na bieżąco z potrzebami rynku i sprawdzać, jakie technologie są najlepiej płatne i których warto się uczyć. Obecnie bez problemu znajdziesz takie informacje w sieci, przykładowo w najnowszym raporcie wynagrodzeń opracowanym przez No Fluff Jobs, z którego dowiesz się m.in. że wśród technologii backendowych najlepiej płatną jest Spring, a we frontendzie króluje obecnie Angular. Dane te są aktualizowane co kwartał, dlatego możesz na bieżąco śledzić, co się dzieje na rynku pracy.

Szukaj wskazówek w internecie

Brzmi jak banał, ale rzeczywiście tutoriale w internecie mogą być Twoim kluczem do sukcesu. Obecnie wielu doświadczonych specjalistów chętnie dzieli się swoją wiedzą na forach dyskusyjnych, blogach i innych. Powstaje coraz więcej darmowych kursów online i ciekawych materiałów wideo, z których można się wiele nauczyć. Wskazówki te nie dotyczą tylko nauki danej technologii, ale często poświęcone są właśnie rekrutacji czy też pierwszej pracy w IT. Warto posłuchać rad od osób, które mają doświadczenie w tym zakresie, ponieważ może Ci to znacznie ułatwić znalezienie wymarzonej pracy. Jednym z takich miejsc, które z pewnością warto śledzić jest strona założona przez No Fluff Jobs: “Juniors. Początki w IT bez ściemy”, gdzie znajdziesz dziesiątki ciekawych materiałów stworzonych z myślą o osobach, które właśnie zaczynają swoją karierę w branży.

Bądź na bieżąco z aktualnymi ofertami pracy

Początki nie zawsze są łatwe, a znalezienie pierwszej pracy wymaga czasem sporo cierpliwości. Warto zatem stale przeglądać branżowe portale, takie tak chociażby wspomniany wyżej No Fluff Jobs, który został stworzony właśnie z myślą o IT. Znajdziesz tam same ważne informacje, takie jak stos technologiczny, wielkość firmy oraz projektu, benefity, nawet oferowane wynagrodzenie. Aby nie ominąć żadnej oferty, możesz też zapisać się do subskrypcji interesujących Cię ofert pracy, a także dołączyć do grup na Facebooku, gdzie będziesz na bieżąco informowany, jeśli tylko pojawi się coś nowego.

Sprawdź informacje na temat potencjalnego pracodawcy

Jeszcze przed rozsyłaniem CV, powinieneś się zastanowić, gdzie tak naprawdę chciałbyś pracować. Czy wolisz duże korporacje, czy raczej małe startupy? Jakie masz oczekiwania wobec pracodawcy i co jest dla Ciebie na tę chwilę najważniejsze? Pracownicy IT mają spore możliwości, dlatego nawet jeśli w danym momencie nie widzisz dla siebie nic odpowiedniego, warto czasem poczekać, aby za chwilę znaleźć coś, co rzeczywiście będzie Ci odpowiadać. Aby nie brać pracy w ciemno, jeszcze przed pójściem na rozmowę, sprawdź na stronie danej firmy zakładkę “Kariera” lub “Zespół”, a także przejrzyj prowadzone przez nią kanały w mediach społecznościowych. To pozwoli Ci choć trochę ocenić, czy pasujesz do ducha danej organizacji.

Jeśli zdecydowałeś się rozpocząć przygodę w branży IT – niewątpliwie był to dobry wybór. Szukając nowych wyzwań zawodowych, pamiętaj o sprawdzonych poradach i wskazówkach doświadczonych kolegów, nie bój się zadawać pytań i absolutnie nie poddawaj się podczas poszukiwania pierwszej pracy. Początki nie zawsze bywają łatwe, ale jeśli chodzi o IT – możesz mieć pewność, że Twoja wiedza, umiejętności oraz chęć rozwoju szybko zostaną docenione.

Twiti Investments Ltd. właścicielem 60% akcji Neuro Device Group

Wraz z początkiem lipca br. firma Neuro Device Group S.A. dołączyła do grupy spółek z portfela inwestycyjnego Twiti Investments Ltd. Jest to piąta spółka z branży innowacyjnych technologii biomedycznych, która weszła w skład grupy. Neuro Device jest polską firmą specjalizującą się w rozwiązaniach z zakresu terapii, diagnostyki i badań naukowych dotyczących centralnego układu nerwowego.

W wyniku zamknięcia transakcji Twiti Investments Ltd. stała się właścicielem 60% akcji Neuro Device Group S.A. Powiększona właśnie grupa spółek działa w obszarze bio-med-tech, a należą do niej także: Genexo, Mabion, Lipid Systems i Cellis. Dołączenie Neuro Device oznacza poszerzenie portfolio o kompetencje z zakresu nowoczesnych rozwiązań neuronaukowych, dopełniając założeń ultrainnowacyjnej strategii rozwojowej grupy.

Neuro Device Group S.A. to jedna z najdynamiczniejszych spółek z obszaru neuronauki, która odnosi sukcesy nie tylko w świecie nauki, ale również komercyjnie. Jest nam niezmiernie miło powitać ich w gronie podmiotów zaangażowanych w rozwój sektora wysokich technologii w Polsce w które mogliśmy zainwestować. Naszym celem jest zbudowanie grupy spółek, które dzieląc się posiadanymi kompetencjami, będą mogły się rozwijać szybciej, stawiać czoła medycznym wyzwaniom przyszłości i rozwijać te technologie i leki, na które w przyszłości będzie największe zapotrzebowanie – komentuje tę transakcję Robert Aleksandrowicz z Twiti Investments Ltd. i dodaje – Mamy to szczęście, że osoby zaangażowane w realizację projektów myślą kategoriami potrzeb jutra.

Neuro Device tworzy pionierskie rozwiązania rewolucjonizujące terapię wielu zaburzeń neurologicznych, za co zdobywa międzynarodowe uznanie. W styczniu tego roku urządzenie Neuro Device Voic wspierające terapię osób cierpiących na afazję wygrało polską edycję międzynarodowego konkursu dla innowatorów odpowiedzialnych społecznie Chivas Venture. W kolejnym etapie tego konkursu, dzięki głosom internautów, urządzenie zajęło trzecią lokatę spośród 27 najlepszych projektów z całego świata. Neuro Device Voic został także doceniony na tegorocznej edycji Medtec Europe Startup Academy w Stuttgarcie, gdzie firma otrzymała nagrodę dla innowatorów w branży technologii medycznych.

Od samego początku realizujemy odważne, przyszłościowe projekty, dzięki czemu nasze portfolio obejmuje wiele pionierskich rozwiązań przygotowywanych we współpracy z ośrodkami naukowymi z całego świata. Pozyskanie inwestora takiego jak Twiti Investments Ltd. to duży krok i wsparcie w rozwoju Neuro Device, a także szansa na jeszcze sprawniejsze wdrażanie naszych innowacyjnych idei – mówi Paweł Soluch, CEO Neuro Device Group S.A.

Innym projektem firmy odnoszącym sukcesy jest LifeTone – innowacyjne urządzenie do pomiaru parametrów życiowych dziecka, sygnalizujące sytuacje zagrożenia zdrowia. Na początku lipca tego roku urządzenie zostało docenione przez międzynarodowych inwestorów skupionych wokół akceleratora MIT Enterprise Forum Poland.

– Tworzenie rozwiązań, które poprawiają jakość życia ludzi na całym świecie, to nasza codzienna praca, ale też niemałe wyzwanie. Cieszymy się, że odnosimy sukcesy, że nasze działania przynoszą efekty i są dostrzegane. Razem z naszym nowym inwestorem będziemy szukać najbardziej efektywnej ścieżki dalszego rozwoju tych projektów – tłumaczy Olga Reunamo, COO Neuro Device.

Innymi spółkami wchodzącymi w skład portfela inwestycyjnego Grupy Twiti Investments Ltd. są m.in. Genexo – oferujący nowoczesne rozwiązania w diabetologii, jak pierwszy na rynku glukometr z funkcją głośnomówiącą dla osób niedowidzących i niewidomych, Mabion – spółka notowana na GPW i pionier w dziedzinie rozwoju i produkcji przeciwciał monoklonalnych z pierwszym polskim lekiem biopodobnym w trakcie rejestracji w EMA, Lipid Systems – rozwijający własne opatentowane technologie postaci liposomalnych leków oraz ich celowanego kierowania w oparciu o know-how naukowców z Politechniki Wrocławskiej, oraz firma Cellis prowadząca przełomowe badania terapii komórkowej w oparciu o odkrycie prof. Magdaleny Król nagrodzone grantem ERC.

Ponad 2-krotny wzrost ataków na firmy w 1 połowie 2018 roku na świecie.

– Dwukrotny wzrost ataków w pierwszej połowie roku – takie wnioski przedstawiła firma Check Point w najnowszym raporcie „Trendy w atakach cybernetycznych: 2018 raport półroczny’’. Według analiz firmy Check Point w 1 połowie 2018 roku liczba organizacji, które ucierpiały na skutek złośliwego oprogramowania typu cryptominer, wzrosła z 20,5% w drugiej połowie 2017 roku do 42% obecnie. Cryptominery umożliwiają cyberprzestępcom przejęcie mocy procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejących zasobów do kopania kryptowalut, przy wykorzystaniu nawet 65 proc. mocy procesora ofiary. 

Wśród trzech najpopularniejszych wariantów złośliwego oprogramowania w I półroczu 2018 roku wszystkie są cryptominerami. Check Point wykrył również rosnącą liczbę ataków ukierunkowanych na infrastruktury chmury obliczeniowej. W związku z tym, że organizacje przenoszą więcej swoich zasobów IT i danych do środowisk chmury, przestępcy zwracają się właśnie w jej stronę, aby wykorzystać jej ogromną moc obliczeniową i pomnożyć swoje zyski.

Maya Horowitz, kierownik grupy analitycznej ds. zagrożeń w firmie Check Point, skomentowała ten fakt: „W pierwszej połowie tego roku przestępcy kontynuowali trend obserwowany pod koniec 2017 roku i w pełni wykorzystują ukryte cryptominery do maksymalizacji swoich przychodów.  Obserwujemy również coraz bardziej wyrafinowane ataki na infrastruktury chmury obliczeniowej i środowiska wieloplatformowe.  Te wielowektorowe, szybkie i zakrojone na szeroką skalę ataki piątej generacji stają się coraz częstsze, a organizacje muszą przyjąć wielowarstwową strategię bezpieczeństwa cybernetycznego, która zapobiegnie przejęciu sieci i danych przez te ataki”.

Najważniejsze tendencje w zakresie złośliwego oprogramowania w I półroczu 2018 r.

– Ewolucja koparek kryptowalut – W 2018 roku cryptominery zostały rozbudowane o znacznie ulepszone możliwości, stając się bardziej wyrafinowane, a nawet niszczycielskie. Motywowane wyraźnym interesem zwiększenia odsetka wykorzystywanych zasobów obliczeniowych i osiągania jeszcze większych zysków, cryptominery kierują dziś swoje działania na wszystko, co mogłoby być postrzegane jako ich droga. W ostatnim czasie cryptominery rozwinęły się również w dużym stopniu w celu wykorzystania tzw. wysokoprofilowych podatności oraz w celu uniknięcia piaskownic (sandbox) i produktów zabezpieczających w celu zwiększenia liczby infekcji.

– Hakerzy przenoszą się w kierunku Chmur – w tym roku wykorzystano wiele zaawansowanych technik i narzędzi przeciwko usługom przechowywania danych w chmurze. Szereg ataków w chmurze, głównie ataki związane z eksfiltracją danych i ujawnianiem informacji, wynikało ze złych praktyk w zakresie bezpieczeństwa, w tym danych uwierzytelniających pozostawionych do dyspozycji w publicznych repozytoriach kodów źródłowych lub stosowania słabych haseł. Cryptominery są również skierowane przeciw infrastrukturom chmur obliczeniowych, a ich celem jest wykorzystanie mocy obliczeniowej i pomnożenie zysków dla podmiotów stanowiących zagrożenie.

– Ataki wieloplatformowe wciąż rosną – do końca 2017 r. złośliwe oprogramowanie wieloplatformowe było rzadkością. Jednak wzrost liczby urządzeń podłączonych do Internetu oraz rosnący udział w rynku systemów operacyjnych innych niż Windows doprowadziły do wzrostu liczby złośliwego oprogramowania na wielu platformach. Operatorzy kampanii wdrażają różne techniki w celu przejęcia kontroli nad różnymi zainfekowanymi platformami.

– Mobile Malware rozprzestrzeniany przez łańcuch dostaw – W pierwszej połowie bieżącego roku doszło do kilku przypadków, w których mobilne złośliwe oprogramowanie, które nie zostało pobrane ze złośliwego adresu URL, lecz zostało już zainstalowane w urządzeniu. Ponadto wzrosła liczba aplikacji dostępnych w sklepach z aplikacjami, które były w rzeczywistości ukrytym złośliwym oprogramowaniem, w tym bankowymi trojanami, oprogramowaniem Adware i wyrafinowanymi trojanami ze zdalnym dostępem (RAT).

Najpopularniejsze cryptominery w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Coinhive (30%) – Crypominer przeznaczony do wydobywania kryptowaluty Monero bez zgody użytkownika odwiedzającego stronę internetową.  Coinhive pojawił się dopiero we wrześniu 2017 r., ale już w tym czasie infekował 12% organizacji na całym świecie.
  2. Cryptoloot (23%) – Cryptominer JavaScript, przeznaczony do wydobywania kryptokrypty Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego zgody.
  3. JSEcoin (17%) – Webowy cryptominer przeznaczony do wydobywania Monero podczas odwiedzin użytkownika na stronie internetowej bez jego zgody.

Najlepszy okupant w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Locky (40%)– oprogramowanie, które rozprzestrzenia się głównie za pomocą spamu, zawierającego pliki do pobrania, podszywające się pod załącznik Word lub Zip.
  2. WannaCry (35%)– ransomware, który zaatakował na wielką skalę w maju 2017 roku; wykorzystuje exploit Windows SMB o nazwie EternalBlue, w celu rozprzestrzeniania się w obrębie sieci i pomiędzy sieciami.
  3. Globeimposter (8%)– dystrybuowany za pośrednictwem kampanii spamowych, złośliwych kampanii reklamowych i zestawów do wyzysku. Po zaszyfrowaniu, oprogramowanie ransomware dołącza rozszerzenie .krypt do każdego zaszyfrowanego pliku.

Mobilne złośliwe oprogramowanie w pierwszej połowie 2018 r.

  1. Triada (51%)Modułowy backdoor dla systemu Android, który nadaje uprawnienia superużytkownika do pobierania złośliwego oprogramowania, co pomaga mu w kontroli nad procesami systemowymi.
  2. Lokibot (19%) Trojan bankowości mobilnej, który jest skierowany na systemy Android;zamienia się w Okuap, po próbie ofiary próbuje usunąć swoje przywileje administratora.
  3. Hidad (10%)Złośliwe oprogramowanie na Androida, które przepakowuje legalne aplikacje, a następnie udostępnia je do sklepu osób trzecich. Jest w stanie uzyskać dostęp do kluczowych szczegółów bezpieczeństwa wbudowanych w system operacyjny, co pozwala atakującemu na uzyskanie poufnych danych użytkownika.

Nowe badanie wykazało, że 93% badanych osób zaufałoby poleceniom robotów w pracy

Pracownicy są gotowi do tego, aby wykonywać polecenia robotów — pokazało tak nowe badanie przeprowadzone przez Oracle i Future Workplace, firmę badawczą przygotowującą liderów na rewolucyjne zmiany w dziedzinie rekrutacji, rozwoju zawodowego i zaangażowania pracowników. Badanie obejmujące 1320 amerykańskich szefów działów kadr i pracowników pokazało, że podczas gdy pracownicy są gotowi do wdrożenia sztucznej inteligencji (AI) w miejscu pracy oraz rozumieją, że może ona przynieść znacznie większe korzyści niż tylko automatyzacja procesów wykonywanych ręcznie, przedsiębiorstwa nie robią wystarczająco dużo, aby pomóc pracownikom we wdrożeniu AI, co może skutkować obniżeniem produktywności, dezaktualizacją umiejętności i utratą miejsc pracy.

Badanie „AI at Work” pokazało duże różnice pomiędzy sposobem korzystania z AI w domu i w pracy. Podczas gdy 70% respondentów korzysta z jakiejś formy AI w swoim życiu prywatnym, tylko 6% specjalistów ds. kadr aktywnie wdraża AI, a tylko 24% pracowników korzysta z jakiejś formy sztucznej inteligencji w swojej pracy. Aby określić, dlaczego występują tak duże różnice w poziomie wdrożenia AI mimo gotowości pracowników do stosowania AI w miejscu pracy (93% respondentów zaufałoby poleceniom otrzymanym od robota), zbadano postrzegane przez szefów działów kadr i pracowników korzyści z AI, przeszkody we wdrożeniu tej technologii oraz konsekwencje biznesowe jej niewdrożenia.

Wszyscy respondenci zgadzali się co do tego, że AI wywrze pozytywny wpływ na ich przedsiębiorstwa, a za największą korzyść z AI zarówno szefowie działów kadr, jak i pracownicy uznali wzrost produktywności. W ciągu następnych trzech lat respondenci spodziewają się m.in. następujących korzyści z AI:

  • Pracownicy uważają, że AI zwiększy efektywność operacyjną (59%), umożliwi szybsze podejmowanie decyzji (50%), znacznie obniży koszty (45%), zapewni klientom lepszą obsługę (40%) oraz poprawi doświadczenia pracowników (37%).
  • Szefowie działów kadr uważają, że AI dobrze wpłynie na szkolenia i rozwój (27%), zarządzanie wydajnością (26%), wynagrodzenia (18%) oraz rekrutację i świadczenia pracownicze (13%).

Mimo że potencjał AI w zakresie zwiększenia wydajności biznesowej nie budzi wątpliwości, szefowie działów kadr oraz pracownicy uważają, że przedsiębiorstwa nie robią wystarczająco dużo, aby przygotować pracowników do jej wdrożenia. Respondenci wskazali również na szereg innych barier na drodze do wdrożenia AI w przedsiębiorstwach:

  • Prawie wszyscy (90%) szefowie działów kadr obawiają się, że nie będą w stanie się przystosować do szybkiego wdrożenia AI w swojej pracy.
  • Podczas gdy ponad połowa pracowników (51%) obawia się, że nie będzie w stanie się przystosować do szybkiego wdrożenia AI, a 71% uważa, że umiejętności i wiedza w zakresie sztucznej inteligencji będą mieć duże znaczenie w ciągu kolejnych trzech lat, 72% szefów działów kadr zwróciło uwagę na to, że ich przedsiębiorstwo nie oferuje żadnego programu szkoleń w dziedzinie sztucznej inteligencji.
  • Wśród istotnych barier na drodze do wdrożenia AI w przedsiębiorstwie szefowie działów kadr oraz pracownicy obok luki w umiejętnościach wymienili również koszty (74%), braki technologiczne (69%) oraz zagrożenia dla bezpieczeństwa (56%).

Odreagowanie złotego po ostatnich spadkach

Ubiegły tydzień przyniósł dość wyraźne umocnienie polskiej waluty, która przewodziła wzrostom walut środkowoeuropejskich. PLN istotnie zyskiwał w parze z głównymi walutami, szczególnie w relacji do słabszych euro i funta brytyjskiego. Umocnienie złotego można potraktować jako odreagowanie po ostatnich spadkach.

W czasie pozbawionej entuzjazmu sesji dolar był w stanie odrobić straty z poprzednich tygodni. Ten ruch na rynku walutowym można przypisać raczej następstwom niż samym chaotycznym zachowaniom prezydenta Trumpa podczas spotkań z głowami europejskich państw. Prezydent USA groził też nieustannie zakończeniem relacji handlowych z innymi krajami, czyniąc to jednak w dość losowy sposób. Mimo to dolar zdołał umocnić się względem niemal wszystkich istotnych walut światowych, z wyłączeniem walut kilku krajów Ameryki Łacińskiej i polskiego złotego.

Najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia będzie półroczne zeznanie przewodniczącego Fedu, które Jerome Powell wygłosi przed amerykańskim Kongresem we wtorek oraz w środę. Będziemy wypatrywać wszelkich oznak zaniepokojenia Rezerwy Federalnej przed faktyczną wojną handlową między Stanami Zjednoczonymi oraz ich głównymi partnerami handlowymi.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złoty najmocniej zyskiwał w parze z euro i funtem brytyjskim. Umocnienie PLN było odreagowaniem po ostatnich ostrych spadkach, które dotknęły walut CEE i sprawiły, że te znalazły się na niskich poziomach, nieuzasadnionych przez ich fundamenty.

Kluczowymi informacjami z kraju z ubiegłego tygodnia była decyzja Rady Polityki Pieniężnej o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Prezes Glapiński przy okazji konferencji prasowej poinformował również o projekcjach makroekonomicznych banku centralnego, które zakładają wyższy wzrost gospodarczy (od zakładanego wcześniej) w krótkim terminie i niższą inflację zarówno w krótkim, jak i dłuższym terminie. Oprócz spotkania RPP warto wspomnieć o rewizji odczytu inflacji w czerwcu, która pokazała, że dynamika cen w poprzednim miesiącu wyniosła 2%, a nie 1,9% rocznie, jak zakładano wcześniej.

Oprócz poniedziałkowej publikacji projekcji ekonomicznych DAE NBP, warto będzie zwrócić uwagę również na odczyty z rynku pracy, dane o sprzedaży detalicznej, wyliczenia inflacji bazowej oraz dane o produkcji przemysłowej. Dla polskiego złotego kluczowe znaczenie będzie miała jednak kwestia zmian sentymentu do ryzyka i rynków wschodzących.

GBP

W zeszłym tygodniu rezygnacja kluczowych członków gabinetu Theresy May miała zaskakująco niewielki wpływ na kurs szterlinga. Funt zyskał w oczach inwestorów po opublikowaniu przez brytyjski rząd tzw. „white paper”, propozycji stosunków handlowych między Unią Europejską a Wielką Brytanią po tym, jak UK opuści wspólnotę. Wydaje się, że premier May dąży do osiągnięcia “łagodnego” Brexitu.

W tym tygodniu kurs szterlinga po raz pierwszy od dłuższej chwili powinien w większym stopniu zależeć od danych makroekonomicznych, a nie od polityki. We wtorek poznamy bowiem dane o stanie rynku pracy, w środę opublikowany zostanie z kolei raport o inflacji. Publikacje te rzucą trochę światła na perspektywę oczekiwanej przez nas podwyżki stóp procentowych Banku Anglii podczas sierpniowego spotkania. Mogą również stanowić wsparcia dla kursu funta.

EUR

Zeszły tydzień nie obfitował w dane makro, co oznacza, że euro reagowało w pierwszej kolejności na deklaracje Donalda Trumpa. Wspólna europejska waluta straciła większość zysków z zeszłego tygodnia podczas kilku dość nieciekawych sesji. Bieżący tydzień nie przyniesie również zbyt wielu istotnych danych o stanie gospodarek bloku walutowego. Uwaga inwestorów będzie skupiona na piątkowym posiedzeniu Rady ds. Ogólnych Unii Europejskiej. Spotkanie reprezentantów rządów UE powinno dostarczyć informacji o stanie negocjacji ws. Brexitu ze strony europejskiej.

USD

Najistotniejszą publikacją gospodarczą zeszłego tygodnia były dane o dynamice cen w Stanach Zjednoczonych, które były niemal w pełni zgodne z opinią konsensusu ekonomistów. Natomiast w najbliższych dniach rynki będą zwracały uwagę na mogące pojawić się w każdej chwili oświadczenia ze strony administracji Trumpa w kwestii handlu międzynarodowego, jak i bardzo istotne wystąpienie Przewodniczącego Rezerwy Federalnej, Jerome’a Powella, przed amerykańskim Kongresem. Wypatrujemy opinii Fedu w dwóch ważnych kwestiach: potencjalnego wpływu wojny handlowej na politykę monetarną Stanów Zjednoczonych oraz braku dużej presji na wzrost płac pomimo niskiego bezrobocie. Informacje w sprawie któregokolwiek z tych dwóch zagadnień naszym zdaniem mogą przynieść więcej zmienności na rynku walutowym niż powszechnie się oczekuje.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wzrost cen w Polsce. Trump o Brexicie

Inflacja w Polsce wynosi 2% w skali roku. Złotówka kontynuują dobrą passę, ale wciąż jej daleko do minimów ostatnich miesięcy. Trump udziela rad na temat negocjacji brexitowych.

Inflacja w Polsce bez niespodzianek

Główne dane makroekonomiczne w Polsce ostatnio nie zaskakują. Inflacja w ciągu roku rośnie o 2%. Oznacza to, że znajdujemy się coraz bliżej środka celu inflacyjnego wynoszącego 2,5%. Biorąc pod uwagę zarówno spadek bezrobocia oraz wzrost cen ropy naftowej a tym samym rosnące koszty transportu jest to bardzo dobry wynik. Waluty przyjęły te dane spokojnie. Były one bowiem zgodne z oczekiwaniami analityków.

Złoty znów odrabia straty

Miniony tydzień początkowo przyniósł delikatne osłabienie złotego, jednakże pod koniec wrócić on w okolice na których znajdował się w poniedziałek. Obecnie względem zarówno euro, franka, funta oraz dolara złotówka jest o około 10 groszy mocniejsza niż na przełomie czerwca i lipca. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że mówienie o mocnym złotym nie jest jeszcze uzasadnione. Jeszcze w połowie kwietnia zastanawialiśmy się przecież czy euro spadnie poniżej 4,15 zł a frank poniżej 3,50 zł.

Trump znów szokuje

W rozmowie z premier Wielkiej Brytanii Donald Trump udzielił kilku rad na temat postępowania w negocjacjach brexitowych. O ile technika nie odchodzenia od stołu jest jak najbardziej zasadna, o tyle pomysł pozwania Unii Europejskiej budzi spore wątpliwości. głównym problemem jest to gdzie pozwać Unię Europejską za Brexit. Nie bez znaczenia jest też podstawa prawna. Ostatnimi czasy mocne wypowiedzi prezydenta USA nie budzą już takiego zdziwienia jak wynikałoby to z jego stanowiska. Ktoś kto wygłasza tak odważne tezy przez cały czas w końcu traci znaczenie. Z tego powodu rynki przyjmują wypowiedzi prezydenta USA coraz spokojniej.

Dzisiaj w dzień wolny w Japonii z okazji dnia oceanu, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Inflacja i gołębi EBC wspierają zwyżkę kursu dolara

Bieżący tydzień na krajowym rynku walutowym przebiegał relatywnie stabilnie, z EURPLN oscylującym w okolicach przedziału 4,308-4,34. W relacji piątek-piątek PLN nieznacznie się jednak umocnił, pomimo gołębiej RPP.

Na rynkach finansowych wciąż aktualny jest temat eskalacji protekcjonizmu, a ostatnio na nastroje wpływ miały doniesienia, że Waszyngton szykuje się do pełnej wojny handlowej z Pekinem, zapowiadając nałożenie ceł na kolejne chińskie produkty. Dolar nadal więc pozostaje preferowanym przez inwestorów kierunkiem ucieczki od ryzyka mając przede wszystkim solidne wsparcie ze strony danych makro. Wciąż bowiem solidnie rozwija się rynek pracy, rośnie konsumpcja, a wskaźniki wyprzedzające nie sygnalizują obecnie obaw o skutki konfliktu z Chinami. Rośnie też inflacja, która wspiera jastrzębią politykę Fed i dolara. W piątek EURUSD zszedł w okolice 1,161 wobec notowanych blisko 1,18 na początku tego tygodnia.

Dolara wspiera też gołębi EBC. Z opublikowanych minutes z czerwcowego posiedzenia banku wynikało bowiem, że stopy procentowe w EZ mogą zostać utrzymane na obecnych niskich poziomach blisko zeru (ze stawką depozytową poniżej zera) tak długo, jak to będzie konieczne, aby wspierać powrót inflacji do celu. W czerwcu sygnalizowano, że koszt pieniądza w EBC pozostanie bez zmian „przez lato” 2019 roku. W minutes podkreślono jednak, że zapowiedź ta ma charakter otwarty, co oznacza, że trudno jest przybliżyć datę podwyżki.

Równie gołębia jak EBC pozostaje RPP. Prezes NBP A. Glapiński nadal podtrzymuje możliwość utrzymania kosztu pieniądza bez zmian nawet do końca 2020 roku. Ponadto w lipcowej projekcji obniżono prognozę inflacji w 2018 roku, co w ocenie prezesa NBP dodatkowo wzmacnia jego scenariusz dla stóp.  W czerwcu indeks CPI wzrósł do 2% r/r wobec 1,9% szacowanych wstępnie, co nie zmienia faktu, że w Polsce presji inflacyjnej nie ma. To powinna potwierdzić poniedziałkowa publikacja inflacji bazowej. W rezultacie jastrzębi Fed i gołębi EBC (umacniające USD) przy łagodnej RPP i generalnie słabych nastrojach względem EM hamują podejmowane próby umocnienia PLN. W rezultacie, w ostatnich dniach kurs EURPLN z trendu spadkowego przeszedł do konsolidacji, kończąc piątek poniżej 4,32. Na przełomie całego tygodnia oznacza to jednak niewielkie umocnienie PLN względem euro.

W przyszłym tygodniu złoty nadal pozostawać powinien głównie pod wpływem globalnych nastrojów, które raczej mu nie będą sprzyjały (w tym oczekiwane jastrzębie wystąpienie prezesa Fed przed Kongresem USA), jednak planowane krajowe publikacje produkcyjno-sprzedażowe mogą ograniczać skalę przeceny PLN. W rezultacie EURPLN powinien utrzymywać okolice poziomów z tego tygodnia, blisko 4,32.

Wykres dnia:Utrzymujące się obawy o skutki wojny handlowej na linii Waszyngton-Pekin uderzają w chińskiego juana, co negatywnie wpływa na złotego ze względu na dużą korelację notowań EURPLN (linia niebieska, p.oś)  i USDCNY.

kurs juana euro złoty
Źródło: Thomson Reuters

Autor / Źródło: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na USDCAD oraz USDJPY

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

USDJPY – szansa na dalsze wzrosty?

Ostatni raport COT jest bardzo ciekawy. Szczególnie sytuacja na parze walutowej JPY/USD. Ostatnie tygodnia dla JPY nie są zbyt łaskawe, wzrosty na indeksach amerykańskich doprowadziły do jej wyprzedaży. Natomiast patrząc z punktu widzenia raportu COT fundusze wcale nie chętnie pozbywają się swoich długich pozycji w tej walucie, wręcz odwrotnie! Dobierają ich coraz więcej. Co prawda pozycje długie rosną w o wiele wolniejszym tempie niż krótkie. Z tego powodu linia netto spada już od początku kwietnia.

Zatem możemy wyróżnić dwa scenariusze:

  • Ostatnie wzrosty na USDJPY są pułapką dla kupujących, niebawem fundusze lewarowane będą mogły zacząć dobierać coraz więcej longów w JPY. Zwiększone zaangażowanie po długiej stronie rynku dużych graczy zostanie przełożone na mocniejszą wyprzedaż USDJPY.
  • Duzi gracze zaczną zamykać długie pozycje i otwierać coraz więcej longów. Aktualnie linia netto na tle historycznym jest położona neutralnie, zatem fundusze mają miejsce w portfelach spekulacyjnych do dobierania coraz większej ilości krótkich pozycji.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Jak powyższe scenariusze mogą przełożyć się na wykres? Jeżeli pierwszy scenariusz okaże się prawidłowy, to na początku zobaczymy przerwanie linii trendu oraz wsparcia wyznaczonego przez ostatnie szczyty z maja oraz kwietnia. Jest to scenariusz mniej prawdopodobny.

Notowania USDJPY, interwał dzienny

Notowania USDJPY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Drugie scenariusz, bardziej prawdopodobny mówi o zmierzaniu USDJPY w okolicę poziomu 113.00. Aczkolwiek tutaj nie możemy wykluczyć korekty w okolicę poziomu 100.00.

USDCAD – coraz większy podaż CAD

W poprzedni tygodniu kalendarzowym fundusze lewarowane po raz kolejny dobrały większą ilość shortów na CAD niż longów. Tym razem odpowiednio o 2976 oraz 340 pozycji. Tym samym linia netto spadła po raz kolejny, co przekłada się na większy pesymizm.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Sytuacja ta jest odzwierciedlona na interwale tygodniowym, gdzie USDCAD znalazł się na mocnym wsparciu. Wsparcie zostało wyznaczone przez pokonany szczyt marca bieżącego roku. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i kontynuacja wzrostów do kolejnej strefy oporu w okolicy poziomu 1.338.

Wykres USDCAD, interwał tygodniowy

Wykres USDCAD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Zmiany na Lotnisku Chopina w Warszawie. Baltona wraca na Okęcie

Obecnie na Lotnisku Chopina w Warszawie dokonywane są zmiany, które przyniosą korzyści pasażerom. Przy okazji przebudowy terminala zmieniana jest także strefa komercyjna. Dotychczas 90 proc. jej powierzchni było w rękach jednego podmiotu – Legardere Travel Retail. Na skutek wygaśnięcia umów z LTR z końcem czerwca oraz prowadzonych wcześniej negocjacji i postępowań wprowadzony został drugi podmiot – Baltona. Władze lotniska wyrażały chęć przedłużenia umów do końca września, aby objąć jeszcze sezon wakacyjny.

– Nowy układ na lotnisku zapewni ponad połowę powierzchni LTR-owi, druga nieco mniejsza cześć będzie w rękach Baltony. Przyniesie to istotne korzyści dla pasażerów, o których oba podmioty będą musiały teraz konkurować pod względem cenowym – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Szpikowski, dyrektor Lotniska Chopina w Warszawie – W kwestii samego postępowania pojawiają się czasami wiadomości o braku przejrzystości. Zapewniamy, że postępowanie w trybie wcześniejszym, które zostało unieważnione – a następnie w trybie negocjacji prowadzono rozmowy z oboma podmiotami: LTR i Baltoną – było objęte tarczą antykorupcyjną ze strony CBA. Bezpośrednie negocjacje z Baltoną były prowadzone wprost w siedzibie i z udziałem Prokuratorii Rzeczypospolitej Polskiej – dodał Szpikowski.

Dokumentacja podatnika – papierowa, czy elektroniczna?

Przywiązanie organów podatkowych do dokumentów w wersji papierowej to tylko jeden z argumentów, iż fiskus mentalnie nadal tkwi w poprzednim stuleciu. Na szczęście z duchem czasu coraz częściej idą sądy administracyjne, które w tego typu sprawach stają po stronie podatników. Przykładem może być sprawa pewnej spółki obciążonej karą porządkową za przekazanie dokumentacji na płycie CD, a nie – jak żądał tego organ – w formie dokumentu.

Karząca ręka fiskusa

W toku postępowania podatkowego w przedmiocie podatku od nieruchomości za 2009 r., spółka obciążona została karą porządkową w wysokości 2 800 zł. Zdaniem wójta działającego w tym przypadku jako organ podatkowy, firma bezzasadnie odmówiła okazania przedmiotu oględzin w postaci wykazu środków trwałych, w celu określenia wartości budowli. Żądane informacje przekazane zostały bowiem w wersji elektronicznej na płycie CD, a nie – jak oczekiwał tego organ – w formie papierowej. Rozstrzygnięcie trafiło ostatecznie do rozpatrzenia przez Naczelny Sąd Administracyjny, który po uwzględnieniu skargi kasacyjnej fiskusa uchylił wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego do ponownego rozpoznania.

Połowiczny sukces

Wojewódzki sąd administracyjny na nowo rozpoznając sprawę, wziął pod uwagę uchybienia wskazane przez NSA. Uznał także, że przekazanie przez podatnika żądanych danych na płycie CD nie stanowiło właściwej i adekwatnej odpowiedzi na wezwanie organu. Skład orzekający ocenił, że strona miała świadomość, iż nie spełniła wezwania organu w sposób należyty, gdyż wniosła o przedłużenie terminu na złożenie żądanej dokumentacji. Według sądu dowód w postaci płyty CD nie może być w rozpatrywanej sprawie jedynym środkiem dowodowym, w oparciu o który można ustalić wartość budowli, gdyż będąc jedynie wyciągiem z ewidencji, nie pozwala na precyzyjne określenie wartości budowli w celu ustalenia wysokości podatku od nieruchomości. Sąd nie zgodził się ze skarżącą, iż jej zaniechanie nie podlega karze, bowiem wezwanie organu nie dotyczyło, jak twierdziła skarżąca, złożenia wyjaśnień, lecz udostępnienia żądanych dokumentów. Tego zaś, jak zgodnie stwierdziły organ podatkowy i sąd administracyjny, skarżąca, wbrew wezwaniu, nie uczyniła.

Szczęśliwy finał

Po stronie podatnika stanął Naczelny Sąd Administracyjny, który uchylając powyższe rozstrzygnięcie wyrokiem z dnia 18 stycznia 2018 r. sygn. II FSK 3462/17 uznał, iż przekazując płytę CD, spółka nie pozostawiła wezwania organu bez odpowiedzi, lecz przez cały czas postępowania współdziałała z nim w celu wyjaśnienia okoliczności sprawy. NSA uznał, iż skarżąca wywiązała się z obowiązku złożenia dokumentów, gdyż z uwagi na „rozwój środków komunikacji elektronicznej oraz upowszechnienie tej najtańszej i najdogodniejszej formy przesyłania danych między organem podatkowym a podatnikiem, zasadna jest możliwość zadośćuczynienia wezwaniu organu podatkowego za pomocą środków komunikacji elektronicznej lub na informatycznych nośnikach danych”. Sąd podkreślił, iż w wezwaniu organ nie zastrzegł papierowej formy żądanych dokumentów, a uzyskanie wydruku dokumentu, który podatnik posiada jedynie w wersji elektronicznej, mogłoby wiązać się dla niego z dodatkowymi kosztami, jakimi nie można go obciążać.

Morał

Mimo iż omawiane orzeczenie świadczy o bardziej „życiowym” i nowoczesnym podejściu sądów administracyjnych, to sprawą dyskusyjną jest, czy za ich przykładem pójdą organy podatkowe. Podatnicy powołujący się bowiem na orzeczenia NSA, w odpowiedzi często słyszą, że nie są one dla fiskusa wiążące, a sprawa będzie rozpoznawana tak, jak organ uzna to za stosowne. Dyskusja w sytuacji, gdy oponent jest zamknięty na argumenty i odmawia spojrzenia na problem z szerszej perspektywy wydaje się zatem bardzo utrudniona. W żadnym razie nie należy się z niej jednak wycofywać i rezygnować z obrony swojego stanowiska. Kropla drąży skałę, a każdy zwycięski spór z fiskusem daje nadzieję, że organy przestaną wreszcie podejrzliwie spoglądać w stronę podatnika i zamiast dręczyć go kolejnymi kontrolami, wyjdą mu naprzeciw ułatwiając prowadzenie biznesu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Nastroje w MŚP najgorsze od ponad 3 lat

Barometr EFL[1], wskaźnik monitorujący nastroje w mikro, małych i średnich firmach, spadł w III kwartale br. do najniższego poziomu od początku 2015 roku (od kiedy jest realizowane badanie) i osiągnął wartość 52,9 pkt.
(-8,3 pkt. kw./kw.). Wszystko za sprawą wyraźnego spadku optymistów przy równoczesnym wzroście pesymistów w każdym z badanych kryteriów. W szczególności jest to widoczne w prognozach sprzedaży i inwestycji
.

– Nastroje w sektorze mikro, małych i średnich firmach monitorujemy już od ponad 3 lat i jesteśmy przygotowani na cykliczną powtarzalność wyników. Zgodnie z tendencjami z poprzednich lat, spodziewaliśmy się mniej optymistycznych prognoz w III kwartale, jednak nie w aż tak dużej skali. W poprzednich latach różnice między wynikami II a III kwartału wynosiły 1-3 pkt, podczas gdy teraz odnotowaliśmy ponad 8 pkt. spadek. Na taki stan rzeczy z pewnością wpływa wiele czynników, m.in. kalendarz, pogoda, ale pod lupę wziąłbym dwa. Pierwszy – wewnętrzny, który jest związany z brakiem rąk do pracy. Z ostatnich danych GUS wynika, że w maju stopa bezrobocia wyniosła zaledwie 6,1%, jednocześnie liczba ofert zatrudnienia w I kwartale wzrosła o 14%. Drugi czynnik – zewnętrzny. Być może zbliża się albo już jest moment, kiedy polskie firmy zaczynają odczuwać spowolnienie gospodarki naszego zachodniego sąsiada. Indeks obrazujący niemiecką koniunkturę ZEW spada już od kilku miesięcy, a w lipcu osiągnął najniższy poziom od kilku lat. A przecież Niemcy są głównym partnerem handlowych polskiego przemysłu – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

MŚP obawiają się spowolnienia

Wynik Barometru EFL na III kwartał 2018 roku wyniósł 52,9 pkt., czyli był o 8,3 pkt. proc. niższy w porównaniu do II kwartału br. i o 6,4 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2017 roku. Jednocześnie, osiągnięty poziom jest najniższy od ponad 3 lat (pierwszy Barometr EFL realizowany był w I kwartale 2015 roku) i zbliżony do wyników pomiaru z I kwartału 2016 roku (53,1 pkt.). Eksperci EFL zwracają jednak uwagę, że odczyt wciąż znajduje się ponad progiem OR[2], co oznacza, że pomimo gorszych prognoz, mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa wciąż widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach. Na tak wyraźny spadek nastrojów wpływ miał spadek odsetka optymistów, przy równoczesnym wzroście pesymistów w każdym z kryteriów. W szczególności widać to w przypadku prognoz sprzedaży i inwestycji.

Bez szału zakupowego

Odsetek osób, które spodziewają się większych zamówień w ciągu III kwartału, spadł o 12,5 pp. (z 44,2 proc. do 31,7 proc.), a tych, którzy obawiają się mniejszego zapotrzebowania na ich produkty lub usługi, przybyło (z 9 proc. do 17,2 proc.). Szacowany spadek sprzedaży pociągnął za sobą mniej optymistyczne oceny dotyczące płynności finansowej w porównaniu do ubiegłego kwartału. Odsetek osób spodziewających się wzrostu płynności finansowej wyniósł 20,2% (o 8 p.p. mniej w ujęciu kwartalnym).

W inwestycyjnym dołku

Podobną tendencję widać w przypadku planów inwestycyjnych. Optymistów jest mniej o 9,1 pp. (z 35,1 proc. do 26 proc.)., natomiast grupa pesymistów zdecydowania wzrosła – z 15,5 proc. w II kwartale do 27,7 proc. w III kwartale tego roku. Co więcej, w obszarze inwestycji, więcej jest przedsiębiorców, którzy przewidują spadek niż tych, którzy planują ich wzrost. Planowany spadek poziomu inwestycji sprawia, że MŚP wyrażają mniejsze zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne (-4 p.p. w ujęciu kwartalnym).

– Zgodnie z dotychczasowymi pomiarami, pomiędzy III a IV kwartałem wartość głównego indeksu powinna spaść. Jednak liczymy, że po tak dużym spadku w obecnym pomiarze, wskaźnik odwróci tendencje z poprzednich lat i odnotuje lekki wzrost – mówi prezes EFL.

[1] Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 22.06 -05.07 2018 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

Na rynkach wakacyjny marazm

Wakacyjny marazm toczy się przez rynki, a inwestorzy korzystają z okazji, że prezydent Trump podróżuje po Europie i nie ma czasu atakować Chin agresywnymi tweetami. Dolar lekko oddaje pola walutom ryzykownym, zyskuje też złoty. Ale giełdy w Chinach nie miały udanej sesji, więc ryzyka pozostają.

Cisza w temacie wojen handlowych trwa, zatem i aktywa ryzykowne maja moment na odreagowanie poprzedniej słabości. AUD i NZD odrabiają straty, USD, JPY i CHF stały się mniej poszukiwane. EUR/USD nudno tkwi w wąskim pasmie wahań, a funt pozostaje obciążony Brexitem i zmiany, choć są, to chaotyczne w obie strony.

Mimo to nie wszędzie jest różowo, szczególnie nie w Chinach, które w ostatnim czasie stały się wyznacznikiem sentymentu. Indeks giełdy w Szanghaju stracił 0,6 proc., a po juanie nie widać chęci do umocnienia. W nocy otrzymaliśmy paczkę danych z Państwa Środka, które miały swoje mocniejsze i słabsze strony. PKB w II kw. wzrósł zgodnie z oczekiwaniami o 6,7 proc. r/r przy akompaniamencie wyższej od prognoz czerwcowej dynamiki sprzedaży detalicznej, ale słabszym wzroście produkcji przemysłowej. Kompozycję można potraktować za krzepiącą, gdyż wspiera cel polityki rządu poprawy jakości wzrostu ze zwiększeniem udziału konsumpcji, a niepoleganiu tylko na budowie nowych dróg i mostów. Z drugiej strony w całym pierwszym półroczu zannualizowany wzrost wyniósł 6,4 proc., o 0,1 pkt proc. mniej niż zapisano w planie na 2018 rok. W obliczu ryzyka wojen handlowych trudno oczekiwań przyspieszenia wzrostu w drugim półroczu i cel 6,5 proc. może nie zostać osiągnięty. A problemy ekonomiczne Chin to zawsze zła wiadomość dla apetytu na ryzyko.

Na razie jednak nikomu nie chce się zbytnio pchać rynku w którymkolwiek kierunku, czekając na rozwój wypadków. Spotkanie dwóch silnych charakterów Trumpa i Putina zawsze może dostarczyć ciekawych komentarzy, które znajda odbicie w handlu. Po południu mamy też dane o sprzedaży detalicznej z USA za czerwiec, które powinny wskazać na piąty miesiąc wzrostu. Sprzedaż aut podbije wskaźnik ogólny (prog. 0,5 proc.), ale spadek cen paliw będzie pogarszać wyniki stacji benzynowych. Konsensusy są wyśrubowane, więc łatwiej może być o rozczarowanie. Dziś będziemy też mądrzejsi o wiedzę o stanie sektora wytwórczego w lipcu wraz z publikacją indeksy NE Empire State. Szacowany spadek względem czerwca uwzględnia obawy o skutki konfliktów handlowych, ale ważne będzie, jak silne będzie pogorszenie nastrojów. Pamiętać trzeba, że USD pozostaje silny głównie na kontraście solidności aktywności gospodarczej USA na tle reszty świata. Bez tego sama perspektywa dalszych podwyżek stóp procentowych Fed nie wystarczy. W tym temacie w kolejnych dniach na pierwszym planie będzie wystąpienie prezesa Fed w Kongresie i sprawozdanie z działalności banku centralnego (wt-śr). Pierwsze przesłuchanie przed senacką Komisją Bankową we wtorek będzie istotniejsze, gdyż to tutaj niespodzianki są bardziej prawdopodobne. Z drugiej strony jest powszechnie oczekiwane, że Jerome Powell będzie konstruktywnie wypowiadał się o stanie gospodarki i potwierdził rynkowe oczekiwania na jeszcze dwie podwyżki w tym roku.

EUR/PLN zbliża się do 4,30, a złoty korzysta z uspokojenia emocji na rynkach zewnętrznych. Osobiście nie sądzę, aby ten zjazd miał jeszcze dużą przestrzeń do kontynuacji. Obawiam się, że w temacie wojen handlowych nie wszystko zostało powiedziane, a to zapewni przynajmniej częściową premię za ryzyko na aktywach rynków wschodzących. Polscy importerzy nie powinni być chciwi, a zwrócić uwagę na euro najtańsze od czterech tygodni.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Grupa Novaturas odnotowuje 43% wzrost przychodów r/r w pierwszym półroczu 2018 r.

Novaturas, największy operator turystyczny w krajach bałtyckich, którego akcje od marca tego roku notowane są na GPW w Warszawie i Nasdaq w Wilnie, w pierwszym półroczu 2018 r. odnotował wzrost przychodów o 43% r/r do 80,2 mln euro. Od początku br. z oferty Grupy Novaturas skorzystało łącznie 134,5 tys. klientów, co oznacza wzrost o 42% w porównaniu z analogicznym okresem ub.r.

W samym tylko czerwcu na wakacje z Grupą Novaturas wyjechało blisko 39 tys. osób, czyli o 27% więcej r/r. Przełożyło się to na 26-proc. wzrost przychodów ze sprzedaży, które w omawianym okresie wyniosły 21,7 mln euro (wobec 17,2 mln euro w czerwcu 2017 r.).

Linas Aldonis, dyrektor generalny Novaturas
Linas Aldonis, dyrektor generalny Novaturas

Jak co roku wzbogacamy ofertę Grupy Novaturas o nowe destynacje. W sezonie letnim 2018 ponownie proponujemy wyjazdy m.in. na tunezyjską wyspę Djerba. Od lat największą popularnością wśród mieszkańców krajów bałtyckich cieszą się natomiast Turcja, Grecja oraz Bułgaria. W ofercie Grupy znajduje się wiele kierunków wakacyjnych – proponujemy wyjazdy do ponad 30 miejsc na całym świecie, a także ponad 120 lotniczych i autokarowych wycieczek objazdowych. Nasi klienci szczególnie cenią wysoką jakość za przystępną cenę, a takie właśnie są wakacje w najchętniej wybieranych destynacjach – powiedział Linas Aldonis, dyrektor generalny Grupy Novaturas.

Nie oznacza to jednak uboższej oferty Grupy Novaturas. Wręcz przeciwnie. W maju rozpoczęła ona przedsprzedaż oferty zimowej 2018/2019. Podobnie do letniej, również w przypadku wczasów zimowych klienci Grupy Novaturas mogą wybierać spośród większej liczby kierunków. Debiutuje Kuba, Izrael, Jordania i Djerba. W ofercie wyjazdów zimowych stale obecne są inne, gwarantujące słońce destynacje: Malediwy, Wietnam, Sri Lanka, Indie oraz Tajlandia (w tym popularny Phuket). Wśród mieszkańców krajów bałtyckich systematycznie rośnie zainteresowanie zagranicznymi wyjazdami w sezonie zimowym: obok najpopularniejszych narciarskich kurortów Europy, w ubiegłym roku dużą popularnością cieszył się także Egipt i Hiszpania, w tym Wyspy Kanaryjskie.

Europejski rynek młodych i innowacyjnych firm jest o wiele mniejszy niż w USA. Lokalnym start-upom brak globalnych aspiracji

Europejski rynek młodych i innowacyjnych firm jest o wiele mniejszy niż w USA. Lokalnym start-upom brak globalnych aspiracji 1

Europejski rynek start-upów jest dużo mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych. W pierwszym kwartale tego roku do europejskich spółek trafiło nieco ponad 10 proc. wszystkich środków zainwestowanych przez fundusze. Dla porównania spółkom z USA przypadło blisko 2/3. Współzałożyciel i partner funduszu Almaz Capital Alexander Galitsky ocenia, że rynek start-upów w Europie Wschodniej ma duży potencjał rozwoju dzięki rozwiniętemu systemowi edukacyjnemu i rzeszom inżynierów specjalizujących się w tworzeniu oprogramowania. Z drugiej strony tutejszym spółkom brak globalnego myślenia, a ekspansję może utrudniać im polityka.

– Tworzenie nowych spółek stanowi dużą szansę rozwoju dla firm o ugruntowanej pozycji. Ta kwestia jest dobrze znana wiodącym spółkom zagranicznym, prowadzącym działalność na terenie Doliny Krzemowej i w innych regionach Stanów Zjednoczonych. Szczególnie dla podmiotów przystosowujących się do tego rodzaju działalności jest to dopiero początkujący rynek, ponieważ 54 proc. całej sprzedaży nowo powstałych podmiotów w sektorze B2B jest związana ze Stanami Zjednoczonymi, przynajmniej na początkowym etapie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alexander Galitsky, współzałożyciel i partner zarządzający Almaz Capital.

Jak wynika z danych KPMG, w pierwszym kwartale tego roku fundusze zainwestowały w start-upy łącznie 49,3 mld dol. To o ponad 70 proc. więcej w ujęciu kwartalnym. Prawie dwie trzecie środków (61 proc.) zostało ulokowanych w Stanach Zjednoczonych, które pozostają największym start-upowym rynkiem inwestycyjnym. Raport KPMG pokazuje również, że w ekosystemie finansowania start-upów coraz ważniejszą rolę odgrywają duże firmy i korporacje. W I kwartale tego roku 21 proc. wszystkich transakcji zostało zrealizowanych właśnie przez korporacje bądź bezpośrednio z nimi powiązane fundusze venture capital.

W przeciwieństwie do rynku w USA Europa zanotowała w pierwszych trzech miesiącach tego roku tendencję spadową. Łączna suma środków zainwestowanych w europejskie start-upy sięgnęła 5,2 mld dol., o 15 proc. mniej w ujęciu kwartalnym.

Jak ocenia współzałożyciel i partner funduszu Almaz Capital, Europa Wschodnia ma dobrze rozwinięty system edukacyjny, a uczelnie wypuszczają na rynek rzesze inżynierów specjalizujących się przede wszystkim w tworzeniu oprogramowania, co oznacza dostępność w tym regionie dużej liczby niezwykle utalentowanych osób. To połączenie zasobów i rozległej wiedzy stwarza temu regionowi duże możliwości. Z drugiej strony lokalnym start-upom brakuje globalnego myślenia.

– Jeśli skupimy się na porównaniach, najistotniejsze różnice wydają się oczywiste. Nowo powstałe przedsiębiorstwa na terenie Doliny Krzemowej zawsze skupiają się na rozwoju, podczas gdy lokalne podmioty starają się prowadzić działalność w wymiarze lokalnym i zyskiwać rentowność w oparciu o własne środki, przez co tracą dynamikę działania. Jest to największa różnica i – w moim odczuciu – największy błąd, jaki popełniają lokalne start-upy – mówi Alexander Galitsky.

Jak podkreśla, na działalność biznesową start-upów wpływ może mieć również polityka. Dlatego konieczna jest zmiana kierunku polityki unijnej i przyjęcie przez decydentów założenia, że należy wspierać przedsiębiorczość i stwarzać lokalnym podmiotom szansę rozwoju na rynku amerykańskim, chińskim czy brytyjskim, które są największymi rynkami na świecie.

– Skupiając się na polityce unijnej, można dostrzec, że niejako skłania ona nowo powstałe podmioty do funkcjonowania w wymiarze lokalnym, np. do założenia przedsiębiorstwa w Polsce, które będzie się rozwijać i osiągać wzrost w tym kraju. To jest zadaniem niezwykle trudnym, bo jeśli utraci się szansę wejścia na największy rynek – powstanie konieczność mierzenia się z silną lokalną konkurencją, co z kolei utrudni zbudowanie dużego przedsiębiorstwa – mówi Alexander Galitsky.

Europa jest o wiele mniejszym rynkiem start-upowym niż Stany Zjednoczone. W pierwszym kwartale tego roku do europejskich spółek trafiło raptem 10,5 proc. wszystkich środków zainwestowanych w ujęciu globalnym. Ponad połowa przypadła na Wielka Brytanię i Niemcy. W Polsce rynek venture capital znajduje się wciąż w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

Nakładane cła w USA zmieniają światowy handel. Nie muszą jednak zahamować ekspansji polskich firm

Nakładane cła w USA zmieniają światowy handel. Nie muszą jednak zahamować ekspansji polskich firm 2

Stany Zjednoczone są jednym z dziesięciu najważniejszych partnerów handlowych Polski i trzecim wśród państw spoza Unii Europejskiej. Zdaniem ekspertów nowe uwarunkowania handlu z USA i wprowadzenie taryf celnych na stal i aluminium mogą, ale nie muszą, oznaczać wyhamowania polskiego eksportu. Dla polskich firm istotne w wejściu na rynek amerykański będzie jednak pozyskanie odpowiedniego partnera, w tym także operatora logistycznego.

– Nowe uwarunkowania w handlu z USA mogą oznaczać wyhamowanie zapędów eksportowych polskich przedsiębiorców, aczkolwiek nie jest to oczywiste, ponieważ może się okazać, że nakłady, jakie ponosimy w ramach NATO, mogą pomóc nam w wykluczeniu Polski z ograniczeń szykowanych przez administrację Donalda Trumpa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Bułka, dyrektor zarządzający Fracht FWO Polska.

Z danych GUS wynika, że w 2017 roku obroty handlowe między Polską a USA wyniosły 12,7 mld dol. (wzrost o 22 proc. rdr.). Eksport z Polski do USA wyniósł 6,1 mld dol. (wzrost o 28 proc.), a import z USA – 6,6 mld dol. (wzrost o 16 proc.).

Jak podkreśla ekspert, przy wejściu na tamtejszy rynek konieczne jest pozyskanie partnera, który pomoże przeprowadzić przez procesy prawne.

– Polska firma, które chce wejść na rynek amerykański, powinna przede wszystkim znaleźć partnera po stronie amerykańskiej, który przeprowadzi ją przez procesy certyfikacji, dopuszczeń, zrobi rozeznanie rynku, potencjalnych pracowników. Jeżeli wiąże się to z transportem, musi wybrać operatora logistycznego, firmę spedycyjną, która jest dobrze usadowiona w lokalnych realiach, ma doświadczenie, możliwość świadczenia usług nie tylko transportowych, lecz także magazynowych, dystrybucyjnych czy celnych – mówi Andrzej Bułka.

Polskie firmy coraz śmielej wchodzą na zagraniczne rynki, także te pozaeuropejskie. Z raportu „Sukcesy i aspiracje. Co polskie firmy osiągnęły w globalnej ekspansji, a co jeszcze przed nimi” wynika, że nawet trzy tysiące przedsiębiorstw działających w Polsce ponad połowę przychodów uzyskuje z eksportu. Jak podaje GUS, w 2017 roku polskie firmy wyeksportowały towary o rekordowej wartości 203 mld euro. Część firm do zagranicznej ekspansji jest jednak nie do końca przygotowana. Zamiast zrobić konieczny rekonesans, decyduje się od razu na wejście na obcy rynek.

Firmy zainteresowane biznesem w USA powinny przede wszystkim wyznaczyć osoby odpowiedzialne za ten rynek. Te osoby powinny uczestniczyć w licznych wydarzeniach organizowanych przez instytucje rządowe, pozarządowe, kluby biznesowe, izby handlowe i tam nawiązywać kontakty z podmiotami, które specjalizują się w promocji polskich firm na rynku amerykańskim, w certyfikacji, również w przypadku specyficznych produktów w kontaktach z administracją amerykańską – wskazuje Andrzej Bułka.

Ekspansję zagraniczną powinno poprzedzić przygotowanie długofalowej strategii, która uwzględni badanie docelowego rynku czy zaplanowanie działań marketingowych. Warto też wcześniej zadbać o nawiązanie współpracy z firmą transportową i odpowiedni łańcuch dostaw.

Polskich inwestycji w USA jest jeszcze stosunkowo mało, ale ich liczba ciągle rośnie. Działa tam ponad siedemdziesiąt polskich firm lub z polskim kapitałem. Całkowita wartość inwestycji przekracza 2 mld dol. Także Amerykanie coraz więcej inwestują na polskim rynku – przede wszystkim w sektor motoryzacyjny, farmaceutyczny i komputerowy. Z raportu KPMG i Amerykańskiej Izby Handlowej „Amerykańskie inwestycje w Polsce” wynika, że w 2017 roku wartość inwestycji amerykańskich w Polsce mogła sięgnąć 130 mld zł, dzięki czemu powstało 220 tys. miejsc pracy. Ponad połowa przedsiębiorstw z amerykańskim kapitałem ulokowała swoje siedziby w województwie mazowieckim, po ok. 10 proc. w województwie dolnośląskim, śląskim i wielkopolskim.

– Rynek polski jest atrakcyjny dla podmiotów amerykańskich, nie tylko dużych korporacji, lecz także dla firm średniej wielkości. To nadal tania siła robocza, wysoko wykwalifikowani pracownicy, pokolenie płynnie posługujące się językiem angielskim, duża liczba pracowników z wykształceniem technicznym, ale również bogata oferta regionów, takich jak np. województwa lubelskiego czy podkarpackiego już bardzo mocno współpracujących z konkretnymi stanami USA – mówi Andrzej Bułka.

Polskie zakłady produkcyjne utknęły w poprzedniej epoce. Cyfryzację wstrzymuje opór pracowników i mała konkurencja

Polskie zakłady produkcyjne utknęły w poprzedniej epoce. Cyfryzację wstrzymuje opór pracowników i mała konkurencja 3

Dzięki technologiom przemysłu 4.0 efektywność fabryk rośnie kilkukrotnie szybciej niż w latach 90. Zdaniem ekspertów większość polskich firm utknęła jednak w poprzedniej epoce. Przykładem może być obszar pozyskiwania i przetwarzania danych produkcyjnych. Firmy wciąż bazują na kartce papieru, Excelu i przetwarzaniu danych w sposób nieformalny – wynika z raportu ASD Consulting. Tylko 12 proc. polskich przedsiębiorstw zajmujących się produkcją wykorzystuje zautomatyzowane procesy gromadzenia i przetwarzania cyfrowych danych. Do cyfryzacji zmusi firmy dopiero znacznie większa konkurencja.

– W Polsce są firmy produkcyjne i logistyczne, które widzą potencjał w cyfryzacji, dzięki temu mogą zwiększać swoją przewagę rynkową, ale to jest niewielki procent całego rynku. Większość firm bazuje na swoich starych praktykach, czyli kartce papieru, Excelu i analogowym przetwarzaniu danych – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Osmoła, partner zarządzający w ASD Consulting.

Z raportu firmy ASD Consulting wynika, że 84 proc. producentów gromadzi dane ręcznie. Co czwarty przetwarza je analogowo w formie papierowej, 16 proc. korzysta z kodów kreskowych, a zaledwie 12 proc. opiera się na zautomatyzowanych procesach gromadzenia cyfrowych informacji z cyklu produkcyjnego.

– Takie firmy dużo myślą o big data, machine learning i sztucznej inteligencji, niemniej jest to dla nich zbyt duży przeskok. Na razie dostrzegają one potencjał w podstawowych narzędziach analitycznych, gromadzeniu danych i uzyskiwaniu z nich wniosków poprzez poprzez wykorzystanie ludzkiej inteligencji – mówi Rafał Osmoła.

Choć większość przedsiębiorstw nie wdraża nowoczesnych rozwiązań, to zaledwie co czwarte źle ocenia swój sposób gromadzenia danych. Blisko połowa uważa go za wystarczający, a 23 proc. – za dobry.

– Problemem są firmy działające na rynku, na którym są liderami, ale nie mają dużej konkurencji. Nie odczuwają więc w takiej sytuacji presji rynku, w związku z czym zmiany są opornie wdrażane. Uciekają się do rozwiązań big data, sztucznej inteligencji, data miningu – haseł, które w ich przypadku absolutnie nie są potrzebne, bo żeby ocenić, czy takie narzędzia dają skuteczne wyniki, trzeba najpierw umieć samemu ocenić ich działanie – podkreśla partner zarządzający ASD Consulting.

Jak wynika z raportu Capgemini, dzięki cyfryzacji fabryk ich efektywność może rosnąć siedem razy szybciej niż w latach 90. ubiegłego wieku. Realizacja idei przemysłu 4.0 miałaby się przyczynić do wzrostu tempa poprawy jakości produktów – może rosnąć nawet dwunastokrotnie szybciej niż w ostatniej dekadzie XX wieku. O ile polskie start-upy opierają się na innowacyjności i są jej motorem napędowym, o tyle w większych firmach sytuacja wygląda nieco inaczej.

– Firmy, które dopiero startują, bardzo dużo energii poświęcają na to, żeby zdobyć przewagę konkurencyjną i bardzo w to inwestują, są bardziej technologiczne. Duże koncerny dopiero nad tym teraz pracują, ale ponieważ mają większe budżety, będzie im łatwiej nadrobić tę stratę – ocenia Rafał Osmoła.

Zaawansowaną analitykę danych w obszarze produkcji w ciągu dwóch lat chce wdrożyć 58 proc. firm. Po 43 proc. chce wykorzystać ją do lepszej kontroli jakości i wdrożyć w obszarze utrzymania ruchu. Blisko 40 proc. zapowiada, że sięgnie po zaawansowaną analitykę, by usprawnić planowanie produkcji, a 17 proc. – by lepiej zarządzać dystrybucją.

– Największym klientem jest rynek, to konkurencja wymusza wszelkie działania. Dopóki nie wytworzy się konkurencja, dopóty firmy nie zmobilizują się do takich działań. Duże firmy, które dystrybuują produkty, cały czas na swoich dostawcach wymuszają presję cenową. Producenci muszą się do tego dostosować, natomiast w pewnym momencie dochodzi do kresu rentowności. To jest moment, w którym muszą zacząć się optymalizować. Dopóki nie będą postawieni pod ścianą, dopóty nie będą musieli wdrażać nowoczesnych technik zarządzania – tłumaczy Rafał Osmoła.

Przed wdrożeniem zaawansowanej analityki danych firmy powstrzymuje opór pracowników i brak specjalistów (po ok. 50 proc. odpowiedzi). Problemem jest też brak wsparcia przełożonych (37 proc.), wysokie koszty związane z zakupem i wdrożeniem rozwiązań informatycznych (34 proc.) oraz niedostateczna znajomość procesu przez osoby wdrażające.

Polski rząd chce pomóc przedsiębiorcom aktywnie uczestniczyć w cyfrowej rewolucji. Fundacja Platforma Przemysłu Przyszłości ma przyspieszyć transformację polskiej gospodarki w kierunku przemysłu 4.0.

– Powołanie przez rząd Platformy Przemysłu Przyszłości 4.0 jest dobrym pomysłem. Pytanie tylko, na ile to się przełoży na realne działania. Kluczem nie jest powołanie kolejnej fundacji, tylko żeby menadżerowie firm dostrzegli w tym potencjał i umieli to odpowiednio zaaplikować u swoich podwładnych i tego od nich wymagać. Żadna fundacja tego nie zapewni, tylko zarząd może dyscyplinować swoich pracowników do tego wdrożenia – podkreśla Rafał Osmoła.

Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu

Opłacenie wszystkich rachunków można skrócić do 30 sekund. Umożliwia to nowa platforma polskiego start-upu 4

Co roku w Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych doświadcza odcięcia prądu. Zapobiec temu może polski start-up, który opracował platformę do błyskawicznego opłacania rachunków. W 30 sekund można zgromadzić wszystkie faktury z danego miesiąca. Aplikacja sprawdzi też, czy nie przepłacamy za usługi i podpowie, jak zaoszczędzić na rachunkach. Na rynku pojawia się coraz więcej rozwiązań, które automatyzują proces opłacania rachunków, a wszystkie płatności można zrealizować za pomocą jednego przycisku na ekranie smartfona lub komputera.

– BillTech to aplikacja, która zbiera wszystkie rachunki w jedno miejsce. Automatycznie pobiera je z różnych źródeł, rozpoznaje i pozwala opłacić automatycznie, praktycznie jednym kliknięciem. Patrzymy też, co jest na tych rachunkach i pozwalamy sprawdzić, czy przypadkiem nie przepłacamy za jakieś usługi i czy jest jakaś możliwość oszczędzenia. Jeżeli tak, pomagamy w zmianie dostawcy na takiego, który proponuje najlepszą ofertę – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartosz Petryński ze start-upu BillTech.

Aplikacja gromadzi rachunki i faktury z różnych źródeł – tu jedynym ograniczeniem jest zgoda klienta na np. dostęp do skrzynki mailowej, gdzie w formie elektronicznej trafia nawet 30–40 proc. wszystkich faktur. Można również przekazać dostęp do paneli klienta (np. operatora komórkowego lub dostawcy prądu), skąd platforma sama pobierze rachunki lub zgromadzić je samemu i wysłać na specjalnie utworzoną skrzynkę. Z rozwiązania mogą skorzystać także osoby, które faktury otrzymują w tradycyjnej, papierowej formie. Wówczas wystarczy zeskanować kod QR. Dzięki temu za pośrednictwem platformy można opłacić wszystkie domowe rachunki.

– Wszystkie faktury są automatycznie pobierane, rozpoznawane, a płatność może być wykonana zbiorczo. Następnie nasz system rozdysponowuje odpowiednie kwoty na rachunki docelowych operatorów – wskazuje Bartosz Petryński.

Przy zalogowaniu się do aplikacji należy jedynie podać dane swojej karty płatniczej lub kredytowej, skąd pieniądze będą pobierane automatycznie na zapłatę rachunków.

– Przez platformę od kwietnia 2017 roku przeszło prawie milion złotych w rachunkach, każdego miesiąca możliwość opłacenia ma 30 tys. ludzi. Pracujemy teraz nad tym, żeby to rozwiązanie również trafiało do klientów banków za pośrednictwem aplikacji bankowej – zaznacza Bartosz Petryński.

Polski rynek fintechów wart jest obecnie niemal 860 mln euro – podaje Deloitte w raporcie „CEE FinTech Report”. Ponad 20 proc. Polaków, nawet nieświadomie, korzysta obecnie z instytucji fintechowych. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych to tylko 15 proc. Jeszcze przed 2020 rokiem będzie z nich korzystać nawet połowa polskich konsumentów. Rozwiązania fintechowe rewolucjonizują bankowość, dlatego po takie rozwiązania sięgają także banki.

– Rozwiązania, które automatyzują płatności, są ciekawe zwłaszcza dla banków. Jest nowa perspektywa otwartej bankowości, banki muszą się dzielić swoimi informacjami i szukają sposobów, żeby przyciągnąć swoich klientów nowymi, ciekawymi rzeczami. W bankowości pierwszą rzeczą, jaką wykonuje przeciętny użytkownik, jest sprawdzenie kwoty na koncie, sprawdzenie historii transakcji i opłacenie rachunków. Dlatego banki starają się, żeby to było jak najłatwiejsze i najprzyjemniejsze dla użytkownika – przekonuje ekspert.

Z danych TNS Polska na zlecenie Krajowego Rejestru Długów wynika, że statystyczna polska rodzina płaci ok. ośmiu rachunków miesięcznie. Ich liczba w dużej mierze zależy od miejsca zamieszkania, dostępu do mediów i własnych preferencji – telefon, internet, raty kredytu hipotecznego czy spłata pożyczek. Blisko połowa nie płaci wszystkich rachunków na czas. Nie tylko z braku pieniędzy.

– Trzeba cały czas myśleć o rachunkach i przypominać sobie, czy przypadkiem o czymś nie zapomnieliśmy. Jedno powiadomienie przychodzi na telefon, inne na e-maila, to powoduje stres. Dobrze, jeśli wszystkie rachunki są w jednym miejscu i mamy pewność, że zostały opłacone. W Polsce aż 260 tys. gospodarstw domowych każdego roku ma odcięty sam prąd. Podłączenie prądu ponownie trwa zazwyczaj 1–3 dni i trzeba za taką usługę dopłacić karę wysokości 150 zł. Dzięki automatyzacji możemy się pozbyć tego problemu – podsumowuje Bartosz Petryński.

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą

Tylko 1,5 proc. Polaków oddaje krew. Platforma polskiej firmy z elementami grywalizacji może zachęcić do zostania dawcą 5

W Polsce krew regularnie oddaje nieco ponad 600 tys. osób. To zaledwie 1,5 proc. społeczeństwa. Problemem jest zwłaszcza motywacja młodych ludzi. Może to zmienić Blodon, polski start-up, który opracował platformę pozwalającą połączyć biorców z dawcami. Dzięki specjalnej aplikacji dawca może zobaczyć, w jakim miejscu istnieje zapotrzebowanie na jego grupę krwi. Docelowo platforma, aby zachęcić do oddawania krwi, będzie wykorzystywać elementy grywalizacji. Dawcy mieliby otrzymywać żetony, które uprawniałyby do zniżek na zakup produktów lub usług zdrowotnych.

– Zidentyfikowaliśmy dwa istotne problemy. Z jednej strony to kwestia niedopasowania tego, gdzie krwiodawcy mogą oddawać krew, a gdzie krew jest potrzebna. Konwencjonalne zbiórki krwi wyglądają tak, że przychodzą chętni, oddają krew, pewnych grup zbierają się nadwyżki, a pewnych statystycznie nadal brakuje. Drugi problem jest taki, że liczba osób potrzebujących krwi rośnie szybciej niż liczba osób, które krew chcą oddawać, ta dysproporcja stale się zwiększa, to m.in. wynika ze starzenia się społeczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Anton Bubiel, współzałożyciel start-upu Blodon.

W 2017 roku krew oddało blisko 588 tys. Polaków. Średnio co roku liczbę dawców szacuje się na ok. 600 tys., jednak ich liczba stopniowo spada – wynika ze statystyk Narodowego Centrum Krwi. Z badań zrealizowanych na potrzeby Blodon wynika, że obecnych krwiodawców motywuje wiedza, że ich krew nie jest marnowana, a faktycznie ratuje życie. Młodsi dawcy potrzebują dodatkowych bodźców.

– Powstała koncepcja platformy, gdzie osoba potrzebująca krwi jest w stanie wyrazić tę potrzebę, czyli przekazać informację, że na danym obszarze potrzebna jest określona grupa krwi w określonym horyzoncie czasowym i wszystkie osoby, które są w stanie spełnić taką prośbę, dostają w zanonimizowany sposób informację, że jest taka potrzeba i są w stanie tę potrzebę zaadresować – tłumaczy Anton Bubiel.

Po zalogowaniu się do platformy dawca wprowadza najważniejsze informacje o sobie – oprócz danych o stanie zdrowia, przede wszystkim grupę krwi. Podaje też miejsce zamieszkania albo miejsce, w którym najczęściej oddaje krew, każde oddanie krwi jest zaś zapisywane w systemie. Po tym, jak na platformie pojawi się informacja o zapotrzebowaniu na określoną grupę krwi, system poinformuje dawców, których grupa krwi odpowiada potrzebom, jednak tylko jeśli minie trzy (mężczyźni) lub cztery miesiące (kobiety) od poprzedniego oddania krwi.

– Chodzi o matchowanie potrzeb i możliwości, czyli ten, kto adresuje potrzebę, wie, że adresuje realną potrzebę innego użytkownika. Żeby zachęcić do oddawania, wprowadzamy elementy grywalizacji, dodatkowych nagród w postaci żetonów, które dawca dostaje – na początku od naszego systemu, a w przyszłości od osób potrzebujących. W zależności od tego, na ile trudno jest pozyskać konkretnego dawcę w konkretnej lokalizacji, ta nagroda jest zwiększana – wskazuje ekspert.

Z platformą mogłyby współpracować firmy partnerskie, które np. przy zebraniu określonej liczby żetonów, mogłyby takim dawcom oferować zniżki lub darmowe produkty i usługi zdrowotne. Co istotne, wszystkie dane gromadzone w platformie będą całkowicie bezpieczne, bo Blodon ma być oparty na technologii blockchain.

– Poprzez zabezpieczenia kryptograficzne i możliwość administrowania przez użytkowników swoimi danymi moglibyśmy zagwarantować, że te dane nigdzie nie wypłyną. Z drugiej strony, jeśli chodzi o administrowanie żetonami, również moglibyśmy oprzeć to na publicznym blockchainie, gdzie każdy użytkownik wiedziałby, ile wszystkich żetonów jest w systemie – przekonuje przedstawiciel Blodon.

Jak podkreśla współzałożyciel start-upu, platforma byłaby znacznie efektywniejszą promocją krwiodawstwa w Polsce niż np. billboardy. Zachęciłaby przede wszystkim młodych, a wśród właśnie tej grupy dawców brakuje. Start-up czeka w tej chwili na odpowiedź Narodowego Centrum Krwiodawstwa lub Ministerstwa Zdrowia.

– Chcemy powiesić nasze plakaty w punktach poboru krwi, zachęcając do instalacji aplikacji i do logowania tych oddań krwi w naszej aplikacji, tworząc bazę potencjalnych dawców, bo bez bazy dawców ten system nie będzie niczego wart. Jeżeli uda nam się uzyskać zielone światło, to jesteśmy w stanie dostarczyć tę platformę w przeciągu pół roku, zrobić pilotaż i skalować po Polsce na inne kraje – zapowiada Anton Bubiel.

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne

Coraz więcej osób nie oddziela życia zawodowego od prywatnego. W czasie wolnym myślimy o pracy, w trakcie obowiązków załatwiamy sprawy prywatne 6

U większości Polaków granice między życiem prywatnym a zawodowym się zacierają. Prawie połowa zauważa to także w swoim życiu – wynika z raportu Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy”. Zjawisko work-life integration nie jest już marginalne – co trzecia osoba jest zwolennikiem pełnej integracji życia zawodowego z prywatnym. Wpływ na to mają przede wszystkim nowe technologie i social media – w trakcie pracy rozmawiamy z rodziną i robimy zakupy. Podczas czasu wolnego – odbieramy służbowe e-maile i telefony.

– W ramach 5. edycji programu Start do kariery, postanowiliśmy zbadać tzw. zjawisko work-life integration, czyli przenikanie się sfery zawodowej ze sferą życia prywatnego. Okazało się, że jest to zjawisko, które jest zauważane przez Polaków, bo już prawie 80 proc. Polaków uważa, że rzeczywiście wyraźne granice między tymi dwiema sferami się zacierają. Połowa uważa, że w ich życiu już tak się dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Merska, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.

Z badania Gumtree „Aktywni + Praca w życiu, życie w pracy” wynika, że przenikanie się życia zawodowego z prywatnym postępuje. Już 67 proc. pracowników oczekuje elastycznych godzin pracy, a blisko połowa jest zadowolona z work-life integration. Także większość pracodawców (52 proc.) oczekuje od pracownika stałej dostępności – bycia online lub pod telefonem i e-mailem.

– Pracodawcy nie są do końca zadowoleni z tego, że ich pracownicy nie mogą znaleźć tego balansu i czasami muszą pracować po godzinach. Kiedy jednak pytamy pracodawców, czy chcą mieć stały kontakt ze swoimi pracownikami, ponad połowa odpowiada, że tak, że chcieliby móc zadzwonić czy napisać e-maila i oczekują odpowiedzi na tego e-maila również po godzinach pracy – zaznacza Merska.

Stałe bycie w pełnej dostępności dla pracodawców sprawia, że pracownicy mają problem z odpoczywaniem od pracy, to z kolei może negatywnie wpływać na ich relacje z bliskimi i ogólne samopoczucie. Dlatego ok. 60 proc. Polaków chciałoby jasnego podziału na pracę i czas wolny.

– Im starsze osoby, tym bardziej zależy im na tym, żeby był ten jasny podział, natomiast 33 proc. Polaków przyznaje, że dla nich jest to zjawisko korzystne, że im się podoba, że mogą pracować w elastycznych godzinach, załatwiać niektóre sprawy wieczorem – wskazuje Katarzyna Merska.

Możliwość integracji sfery zawodowej z prywatną ceni zwłaszcza pokolenie Y. Częściej niż dla innych generacji liczy się dla nich elastyczny czas pracy i kariera freelancera. Pokolenie Z, choć nie ceni tak bardzo jak starsze pokolenie sztywnego podziału na obie sfery, to przy wyborze miejsca pracy zwraca uwagę, by nie brać nadgodzin i pracy w weekendy.

– Im młodsze pokolenie, tym chętniej podchodzi do tej integracji życia zawodowego z życiem prywatnym. Wiele młodych osób oczekuje elastycznych godzin pracy czy żeby mogli pracować zdalnie, natomiast im starsi pracownicy, im dłużej są już na rynku pracy, tym bardziej chcą mieć czas dla siebie i pozostawić pracę w ścianach biura – zauważa ekspertka.

Choć większość Polaków (61 proc. ) ocenia, że w ich życiu panuje równowaga między pracą a życiem osobistym, to już 34 proc. osób uważa, że nie da się podzielić ich czasu na życie prywatne i zawodowe. Sprawy prywatne w miejscu pracy załatwia 36 proc. – rozmawiają przez komunikatory, robią zakupy online.

– Dosyć często zdarza nam się też surfować po internecie, czytać artykuły, które nie są związane bezpośrednio z naszymi obowiązkami zawodowymi, oglądać filmy na YouTube czy śmieszne koty. Zdarza nam się również korzystać ze sprzętów biurowych, tu około 15 proc. osób przyznaje się do tego, że drukują prywatne dokumenty na służbowej drukarce – wymienia przedstawicielka Gumtree.

Blisko połowa Polaków ocenia, że sprawy zawodowe mogą być niekiedy załatwiane w czasie przeznaczonym na życie prywatne.

– Mniej chętnie podchodzimy do załatwiania spraw zawodowych w czasie prywatnym. Blisko 45 proc. Polaków przyznaje, że to im się zdarza robić, najczęściej ten czas na pracę poświęcamy, myśląc o pracy, rozmawiając z bliskimi czy odbierając e-maile od współpracowników bądź telefony od przełożonych – mówi Katarzyna Merska.

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby

Inteligentne czujniki i sztuczna inteligencja pomogą w hodowli świń. Polacy opracowali urządzenie wykrywające zwierzęce choroby 7

Sztuczna inteligencja pomaga wykarmić rolnikom nawet 10 mld ludzi rocznie. W rolnictwie coraz częściej wykorzystywane są różnego rodzaju czujniki, drony, a nawet roboty. Opracowane przez polski start-up inteligentne czujniki wspomogą pracę hodowców trzody chlewnej. Dzięki nim szybciej zostaną wykryte choroby pojedynczych świń w stadzie, a dzięki szybciej wdrożonemu leczeniu, zmniejszą się straty z hodowli. Do 2050 r. świat musi zwiększyć produkcję jedzenia o 50 proc., aby wykarmić rosnącą populację.

– ThermoEye to urządzenie, które jest mocowane w miejscach, które często odwiedzają świnie. Dzięki pomiarowi temperatury w tych miejscach, jesteśmy w stanie wykryć anomalie. Możemy więc na wczesnym etapie zdiagnozować chorobę, a dzięki temu wykryć chorą sztukę i ją zaznaczyć. Taka informacja jest przekazywana rolnikowi za pomocą internetu – portalu lub aplikacji mobilnej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Adamek ze Smart Soft Solutions.

Zasada działania urządzenia opiera się na pomiarach dokonywanych przez czujniki bolometryczne zainstalowane przy korycie. Czujniki mierzą temperaturę, wykorzystując w tym celu promieniowanie widzialne lub podczerwone. Zastosowany w aplikacji algorytm sztucznej inteligencji określa odchyły temperatury ciała zwierzęcia na podstawie pomiarów temperatury przy niskiej rozdzielczości. Dzięki temu można zlokalizować, które sztuki mogą być potencjalnie chore.

– Gdy zwierzę podchodzi do miejsca, w którym spożywa pokarm, zostaje poddane pomiarowi i na tej podstawie system analizuje dane oraz w razie potrzeby oznacza zwierzę farbą. Dzięki temu można je łatwo zlokalizować w stadzie, co pomaga później w podejmowaniu leczenia i kolejnych kroków. Przedtem były prowadzone badania z wykorzystaniem termowizji, które były jednak nieopłacalne – twierdzi przedstawiciel Smart Soft Solutions.

Na początku 2018 roku sztuczną inteligencję do monitoringu hodowli świń wykorzystali Chińczycy. Opracowany system Sixth Tone był efektem współpracy między chińskim gigantem internetowym Alibaba a grupą Tequ i jej filią Dekon Group zajmującymi się hodowlą świń w chińskiej prowincji Syczuan. System działa w oparciu o algorytmy rozpoznawania twarzy i zasoby big data. Na podstawie analizy zachowań świń w stadzie ma wykrywać anomalia i na tej podstawie wskazywać potencjalnie chore sztuki. Dla każdej ze świń prowadzona jest e-kartoteka zawierająca istotne z punktu widzenia hodowcy dane. System prognozuje też liczebność urodzeń i eliminuje ze stada najmniej wydajne w tym względzie maciory.

W rozpoznawanie chorób zwierzęcych za pomocą sztucznej inteligencji zaangażowana jest także firma Intel. Stworzone przez nią algorytmy są w stanie z 99-procentową skutecznością zidentyfikować dwadzieścia sześć chorób wśród czternastu gatunków zwierząt.

– Dzięki szybkiej detekcji rolnik nie traci pieniędzy, nie leczy całego stada, a antybiotyki nie są podawane wszystkim świniom. To pomaga w zaoszczędzeniu paszy, która jest największym kosztem w produkcji, przekłada się to w końcowym efekcie na zyski dla hodowcy oraz na zdrowsze mięso, które otrzymujemy na nasze stoły – przekonuje ekspert.

Urządzenie opracowane przez polską firmę ma znaleźć rynki zbytu przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej. Pierwsze doświadczenia zdobędzie jednak na rynku polskim, który jest szóstym co do wielkości w Europie.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w 2050 r. świat będzie musiał wykarmić dodatkowe dwa miliardy ludzi. Analitycy MarketsandMarkets szacują, że do 2025 r. wartość rynku sztucznej inteligencji w rolnictwie wzrośnie do 2,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 22,5 proc.

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek

Inwestycje w ziemię mogą przynieść nawet kilkadziesiąt procent zysku. Na niewprawionego inwestora czeka jednak dużo pułapek 8

Inwestycja w grunty budowlane jest bezpieczna, stabilna, a przy tym może przynieść duże zyski. Przy rosnącym popycie i ograniczonej podaży ceny ziemi będą stopniowo rosnąć. Grunt gruntowi jednak nierówny. Przed zakupem działki budowlanej trzeba dokładnie ocenić jej potencjał inwestycyjny. Kluczowa jest odpowiednia lokalizacja, czas dojazdu do miasta i bliskość szpitali, przedszkoli czy sklepów. Eksperci radzą, że aby uniknąć niespodzianek, należy też sprawdzić status prawny działki i dostępność mediów. W zależności od lokalizacji w ciągu kilku lat inwestycja może przynieść kilkadziesiąt procent zysku.

– Ziemia to bardzo dobry wybór, to inwestycja bardzo bezpieczna, stabilna i przewidywalna. Ziemi nigdy nie będzie więcej, nie można jej więcej wyprodukować, w związku z czym przy popycie, który w określonych lokalizacjach jest coraz większy, ceny systematycznie rosną. Oczywiście trzeba wiedzieć, w jakich lokalizacjach inwestować, na co zwrócić uwagę, natomiast dla inwestora, który zrozumie ten rynek, oferuje on dużo ciekawych opcji i okazji inwestycyjnych, na których można bardzo dobrze zarobić – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Kuba Karliński, założyciel Magmillon.

Po zmianie przepisów dotyczących zakupu ziemi rolnej dobrą inwestycją mogą być działki pod zabudowę mieszkaniową. To inwestycja raczej bezpieczna, pozwala w ciągu kilku, kilkunastu lat na spory zysk. Dotyczy to zwłaszcza działek położonych stosunkowo blisko większych miast. Przy coraz częstszej pracy zdalnej i chęci ucieczki od zgiełku miasta, ceny ziemi będą systematycznie rosnąć. To jednak inwestycja raczej dla osób, które chcą zarobić w nieco dłuższej perspektywie czasu. Zysk może zaś sięgać kilkudziesięciu procent w ciągu kilku lat.

Grunt gruntowi jednak nie jest równy, przed zakupem warto zwrócić uwagę na szereg czynników, a przede wszystkim na lokalizację.

– Po pierwsze, musimy popatrzeć na okolicę, czy jest dobrze skomunikowana z miastem. Ważne, żeby czas dojazdu do miejsca pracy czy węzłów komunikacyjnych był relatywnie krótki. Jeżeli popatrzymy na Warszawę, to okolice dalsze, 20–40 km od centrum Warszawy, potrafią stworzyć zdecydowanie lepsze okazje do zainwestowania i pomnożenia kapitału niż miejscowości bezpośrednio pod Warszawą lub nawet grunty w samej Warszawie – ocenia Karliński.

Dobrze szukać miejsc, które niekoniecznie teraz cieszą się dużą popularnością. Ceny będą niższe, wyższy za to potencjalny zysk. Warto zwrócić uwagę na bliskość dróg, ocenić atrakcyjność na przestrzeni najbliższych kilku czy nawet kilkunastu lat. Dobrym krokiem będzie sprawdzenie przyszłej dostępności komunikacyjnej.

– Jeżeli powstaje infrastruktura, np. drogowa czy kulturalna, usługowa, handlowa, te czynniki wpływają na to, że z czasem ludzie coraz chętniej będą szukali w takiej lokalizacji działki dla siebie, jeżeli mówimy o działkach pod zabudowę mieszkaniową. W ślad za mieszkańcami zazwyczaj idą usługodawcy, którzy będą szukali gruntów pod wykorzystanie usługowe, zlokalizowanie swoich firm, taka lokalizacja perspektywiczna pozwoli wygenerować zdecydowanie lepszy zwrot – tłumaczy ekspert.

Warto też zwrócić uwagę na bliskość podstawowej infrastruktury – sklepów, szkół, przedszkoli czy przychodni.

– Jeżeli mamy już zarysowaną okolicę, kolejnym krokiem będzie poszukanie konkretnych ofert, przykładowo w jednej z wyszukiwarek internetowych, tam, gdzie tych ofert jest relatywnie dużo, natomiast warto szukać działek trochę tańszych i trochę droższych niż budżet, jaki mamy do dyspozycji – przypomina Karliński.

Przy wyborze gruntu nie warto się skupiać tylko na wyszukiwarkach internetowych, ale poszukać w lokalnej prasie czy popytać mieszkańców. Może się okazać, że grunty na sprzedaż mają starsze osoby, które niekoniecznie dobrze czują się online.

– Koniecznie trzeba sprawdzić kwestie prawne, najbardziej pomocna będzie księga wieczysta, którą od kilku lat można podejrzeć przez internet. Mając pełny numer księgi wieczystej, możemy sprawdzić, czy osoba, która podaje się za właściciela, faktycznie nim jest, czy działka nie jest obciążona w żaden sposób, czy nie ma jakichś innych minusów lub wad prawnych, które mogą obniżyć jej wartość, i następnie uniemożliwić skuteczną sprzedaż – podkreśla założyciel Magmillon.

Oprócz stanu prawnego istotny jest też miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego i dostęp do mediów oraz warunki wodne i gruntowe.

Jak przypomina ekspert, w żadnym wypadku nie należy decydować się na zakup w ciemno, a każdą działkę dokładnie obejrzeć. Na niewprawnego inwestora czeka dużo pułapek, jednak przy odpowiednim zakupie można sporo zyskać.

– Można poprosić o pomoc kogoś, kto ma doświadczenia z inwestowaniem w grunty, na zasadzie eksperckiej, żeby podpowiedział, spojrzał niezależnym okiem – mówi Kuba Karliński.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Jeśli USA i Chiny nie zamierzają wzniecać obaw o wojny handlowe, w przyszłym tygodniu o zmienności rynkowej będzie głównie decydować bogaty kalendarz publikacji danych makro. W USA oprócz sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej mamy sprawozdanie prezesa Powella w Senacie z działalności Fed. W Europie startuje kolejna tura negocjacji ws. Brexitu, a poza tym funt w danych o inflacji i rynku pracy będzie szukał potwierdzenia dla sierpniowej podwyżki stopy procentowej BoE. Dla szerokiego sentymentu ważny może być odczyt PKB za II kw. z Chin.

Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja z USA, Powell z Fed, negocjacje Brexitu CPI/rynek pracy z Wlk. Bryt., PKB z Chin, rynek pracy z AU, CPI z NZ, CPI/sprzedaż z Kanady

W USA na pierwszym planie będzie odbywające się dwa razy w roku wystąpienie prezesa Fed w Kongresie i sprawozdanie z działalności banku centralnego (wt-śr). Pierwsze przesłuchanie przed senacką Komisją Bankową we wtorek będzie istotniejsze, gdyż to tutaj niespodzianki są bardziej prawdopodobne. Z drugiej strony jest powszechnie oczekiwane, że Jerome Powell będzie konstruktywnie wypowiadał się o stanie gospodarki i potwierdził rynkowe oczekiwania na jeszcze dwie podwyżki w tym roku. Od strony danych sprzedaż detaliczna (pon) i produkcja przemysłowa (wt) rzucą więcej światła na siłę aktywności gospodarczej. Ryzyka większe są po stronie sprzedaży, gdyż słabość konsumpcji będzie podnosić spekulacje o negatywnym wpływie polityki celnej na nastroje. Bez tego jednak USD powinien pozostawać mocny.

EUR nie dostanie świeżych wskazówek z danych makro, gdyż w przyszłym tygodniu jedyną w miarę istotną publikacją jest rewizja HICP (śr). W rezultacie EUR/USD pozostanie na łasce sentymentu kształtującego się wokół dolara, co premiuje zejście pod 1,16. Jesteśmy jednak sceptyczni odnośnie ścigania spadków, gdyż naszym zdaniem euro zdyskontowało już całą gołębiość EBC i słabość danych makro i z obecnego położenia pozytywne zaskoczenia mogą mieć większą siłę rażenia.

To będzie bogaty w wydarzenia tydzień w Wielkiej Brytanii. Raport z rynku pracy (wt) powinien wskazać na spowolnienie tempa wzrostu wynagrodzeń, choć to głównie wina efektów bazy statystycznej. Z miar inflacji (śr) powoli uchodzi wpływ deprecjacji GBP, ale silniejsze od prognoz hamowanie będzie już mówić więcej o (braku) presji inflacyjnej. Dane o sprzedaży detalicznej potencjalnie mogą być źródłem zaskoczenia, gdyż są zaburzone odreagowaniem po majowej gorączce wydatkowej (Królewski Ślub) oraz nasileniem konsumpcji w czasie meczów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. Dodatkowo GBP może być targany informacjami ze świata polityki, gdyż w poniedziałek startuje nowa tura negocjacji Brexitu. Jeśli Bruksela uzna nową propozycję rządu May za nienadającą się pod rozwagę, funta czeka wyprzedaż.

W Polsce przyszły tydzień przynosi główną porcję danych o aktywności biznesowej i nie tylko. Inflacja bazowa (pon) powinna pozostawać nisko (0,6 proc. r/r), nie wymuszając zmiany polityki RPP. Rynek pracy (wt) jest zdrowy z wysoką dynamiką wynagrodzeń i przyzwoitym wzrostem zatrudnienia. Czerwiec powinien być dobrym miesiącem dla sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Względnie silny wzrost i niska inflacja to przepis na bierność banku centralnego i neutralny wpływ na złotego. Dalej uważamy, że sentyment zewnętrzny nie ułatwia aprecjacji złotego, ale im dłużej utrzymuje się spokój, tym większa szansa o test 4,30 EUR/PLN.

Z Japonii otrzymamy dane o czerwcowej inflacji (pt). Inflacja bazowa ma podnieść się tylko nieznacznie do 0,8 proc., przypominając, że BoJ wciąż nie ma podstaw, by zmieniać swoją politykę. W ostatnim czasie JPY znalazł się pod permanentną presją. Pasywna postawa banku centralnego na tle Fed oraz silna postawa rynku akcji pomagał we wzrostach USD/JPY. Teraz dochodzi do tego dyskontowanie negatywnych implikacji wojen handlowych na japońską gospodarkę. Jen przestał być bezpieczną przystanią, a zaczął być jedynie azjatycką walutą uwikłaną w spory handlowe.

W Chinach dane o PKB za II kw., a także sprzedaż detaliczna i produkcja przemysłowa (wszystko w poniedziałek) prawdopodobnie potwierdzą, że gospodarka spowalnia. Odczyty poniżej prognoz podsycą obawy, że gospodarka może nie poradzić sobie z perspektywą wojny handlowej i będzie to mocno negatywny sygnał dla sentymentu na szerokim rynku.
W Australii rynek pracy od miesięcy praktycznie nie zawodzi i czerwcowy raport (czw) raczej wskaże, że tempo poprawy pozostaje solidne, choć nie na tyle, by stopa bezrobocia spadła poniżej 5,4 proc. Mimo to, ponieważ RBA pozostaje w neutralnym nastawieniu, dane mają nikłe szanse wygenerować pozytywny impuls dla AUD. Ryzyka zewnętrzne (wojny handlowe) i niekorzystny dysparytet stóp procentowych z USA pozostawiają AUD wrażliwego na pogłębienie spadków. W Nowej Zelandii CPI za II kw. (wt) prawdopodobnie wskaże na odbicie po słabym I kw., ale tu także czynniki globalne mają większe znaczenie i stanowią zagrożenie dla wartości NZD.

W Kanadzie pod koniec tygodnia (pt) poznamy dane o sprzedaży detalicznej i inflacji, choć zaledwie tydzień po decyzji BoC o podwyżce stóp procentowych dane mogą stracić na znaczeniu. Jest mało realne, że nawet największe pozytywne zaskoczenie mogłoby wyraźnie zmienić rynkowe oczekiwania odnośnie następnej podwyżki, które obecnie wynoszą ok. 70 proc. dla posiedzenia w grudniu. USD/CAD będzie miał problemy w okazaniu fundamentalnej siły CAD, ale loonie powinien sobie dobrze radzić w relacji do tych walut, gdzie banki centralne są bierne.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zgoda KNF na dokonanie zmiany w składzie Zarządu Giełdy

  • 13 lipca Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła Izabeli Olszewskiej i Piotrowi Borowskiemu zgody na objęcie stanowisk Członków Zarządu Giełdy
  • Decyzję o powołaniu wymienionych osób w skład Zarządu GPW podjęła 12 czerwca br. Rada Giełdy

13 lipca 2018 r. Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła zgody na dokonanie zmian w składzie Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. W skład Zarządu Giełdy nowej kadencji wejdą Izabela Olszewska i Piotr Borowski, będą pełnić funkcje Członków Zarządu Giełdy.

Decyzję o powołaniu Członków Zarządu Giełdy na nową kadencję rozpoczynającą się 26 lipca 2018 r. podjęła 12 czerwca tego roku Rada Giełdy. Izabela Olszewska będzie pełnić funkcję Członka Zarządu ds. rozwoju biznesu i sprzedaży (CSO), a Piotr Borowski – Członka Zarządu ds. operacyjnych i regulacyjnych (COO). Poza nimi do zarządu wejdzie dwóch członków obecnej kadencji: Jacek Fotek oraz Dariusz Kułakowski.

Zmiany w składzie Zarządu Giełdy będą obowiązywać od dnia uprawomocnienia się decyzji KNF w tym zakresie, jednak nie wcześniej niż z dniem 1 sierpnia 2018 r.

Izabela OLSZEWSKA

– absolwentka Wydziału Finansów i Statystyki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, aktualnie jest w trakcie studiów doktoranckich na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Była słuchaczką International Institute for Securities Market Development, zorganizowanego przez US Securities and Exchange Commission w Waszyngtonie.

Z rynkiem kapitałowym związana jest od 1992 roku, początkowo jako analityk w Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego, a od 1999 roku jako pracownik Giełdy Papierów Wartościowych. Na GPW pełniła różne funkcje menedżerskie w obszarze rozwoju biznesu i sprzedaży, współpracowała z inwestorami i przedsiębiorcami, krajowymi i zagranicznymi, z różnych dziedzin gospodarki, odpowiadała za poszerzanie oferty produktowej rynku regulowanego i rynków alternatywnych. Obecnie zajmuje stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. Rozwoju.

Od października 2015 r. jest członkiem Rady Nadzorczej spółki Bondspot. Sprawowała także funkcje w organach nadzorczych Towarowej Giełdy Energii oraz spółki InfoEngine. Zarówno w Bondspot, jak i Towarowej Giełdzie Energii, została oddelegowana przez Radę Nadzorczą do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu spółki. Do czerwca 2018 r. była członkiem Rady Dyrektorów spółki Aquis Exchange z siedzibą w Londynie, pełniąc rolę Non-Executive Director.

Od wielu lat współpracuje z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych jako członek Zespołu Doradczego.

Piotr BOROWSKI

– absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz studiów podyplomowych w zakresie finansów i opodatkowania przedsiębiorstw w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, posiada licencję maklera papierów wartościowych.

Od początku kariery zawodowej związany z polskim rynkiem kapitałowym i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Pracę na rynku kapitałowym rozpoczął jako makler giełdowy, w latach 1991-2006 pracował w bankach i domach maklerskich na stanowiskach samodzielnych i kierowniczych, w tym od 1993 r. do 2006 r. związany był z Grupą Kredyt Banku i KBC N.V., gdzie pełnił funkcje Dyrektora Inwestycyjnego Domu Maklerskiego Kredyt Banku, Zastępcy Dyrektora Generalnego KBC Securities N.V. Oddział w Polsce oraz Audytora Rynków Finansowych w KBC N.V. w Brukseli. W latach 1997-2007 był Członkiem Zarządu Izby Domów Maklerskich.

W latach 2007-2016 pracował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, m.in. pełniąc funkcje dyrektora działów: Rozwoju i Współpracy Regionalnej, Relacji Inwestorskich i Analiz, Rozwoju Rynku Kasowego, ponadto reprezentował GPW w Komitecie Zarządzającym (Management Committee) Federacji Europejskich Giełd Instrumentów Finansowych (Federation of European Securities Exchanges) w Brukseli.

Od 2017 r. prowadzi własną działalność doradczą w zakresie relacji inwestorskich i rynków kapitałowych, od lutego 2018 r. współpracuje z brytyjską firmą doradczą BTA Consulting Ltd jako konsultant przy projektach doradczych związanych z rozwojem rynków kapitałowych.

Nowa Ordynacja Podatkowa zmienia podejście urzędników do podatników

Mediacje w postępowaniu podatkowym, powołanie Rzecznika Praw Podatnika, ściąganie podatków od faktycznego zysku, a także zwiększenie stopnia świadomości podatkowej to istotne założenia Nowej Ordynacji Podatkowej. Dyskusja nad efektami, które ma wprowadzić dokument, odbyła się podczas seminarium Pracodawców RP pt. „Uszczelnianie systemu podatkowego i Nowa Ordynacja Podatkowa – wpływ na prowadzenie działalności gospodarczej”.

Co się zmieni?

– Nowa Ordynacja Podatkowa będzie efektem ewolucyjnych zmian, korzystnych dla pracodawców i przedsiębiorców – ocenił Filip Świtała, Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego w Ministerstwie Finansów. – Dokument zmienia przede wszystkim podejście urzędników do podatników na bardziej partnerskie. Ponadto zawiera kilka całkiem nowych instytucji, a jest tylko o 10 proc. obszerniejsza niż stara – podkreślił Świtała.

Dyrektor Departamentu Systemu Podatkowego zadeklarował też, że dzięki umowie o współdziałaniu ( cooperative compliance ) podatnicy odczują, że organy podatkowe rozumieją specyfikę ich działalności. Ponadto Ministerstwo Finansów planuje wprowadzić do postępowania podatkowego mediację. Inne rozwiązania w Nowej Ordynacji Podatkowej to m.in. umowa podatkowa, konsultacja skutków podatkowych transakcji, katalog praw i obowiązków podatnika oraz uproszczone postępowanie podatkowe.

Podatnicy będą mieli rzecznika

W ramach nowych przepisów powołany zostanie Rzecznik Praw Podatnika. Instytucja ta będzie pełnić dwie funkcje: ingerencyjną, obejmującą udział w postępowaniach i przedstawianie Ministrowi Finansów wniosków o uchylenie decyzji oraz diagnostyczną, polegającą na identyfikacji przyczyn problemów ze stosowaniem przepisów podatkowych.

Prof. Jadwiga Glumińska-Pawlic, członek Komitetu Podatkowego Pracodawców RP, podkreśliła znaczenie skutecznego komunikowania celów resortu finansów. – W podatnikach często rośnie opór, bo nie wiedzą, jakie są intencje ustawodawców. Stopień świadomości podatkowej polskiego społeczeństwa jest bardzo niski. Dobrze, że Ministerstwo Finansów stara się to zmienić – powiedziała.

– Najlepsze przepisy niewiele dadzą, jeśli urzędnicy nie będą mieć stosownych kompetencji i nie będą gotowi traktować podatników po partnersku. Do tego konieczne jest odpowiednie wynagradzanie pracowników administracji – zaznaczyła. – Jeśli chodzi o założenia i intencje Nowej Ordynacji Podatkowej, to trzeba podkreślić, że decydować będzie sposób stosowania przepisów przez urzędników – zgodził się doradca podatkowy dr Mariusz Cieśla.

System podatkowy zostanie uszczelniony

Dyrektor Świtała zaprezentował też cele uszczelniania systemu podatkowego. Należą do nich ściąganie podatków od faktycznego zysku, uczciwa konkurencja bez przewag wynikających z optymalizacji, a także zapewnienie podmiotom bezpieczeństwa i trafna analiza danych.

Przede wszystkim jednak Ministerstwo Finansów chce zmienić profil usług doradztwa podatkowego oraz wzmocnić dialog z podatnikami i organizacjami branżowymi. – Chcemy przekierować usługi doradztwa podatkowego z optymalizacji na compliance, czyli zgodność z przepisami – zadeklarował Świtała. – Stawiamy na dialog z podatnikami, w tym z organizacjami pracodawców, by lepiej komunikować nasze intencje i wsłuchiwać się w uwagi płatników podatków – dodał.

Obecnie projekt nowej ordynacji jest w trakcie konsultacji wewnątrzresortowych. Po ich przeprowadzeniu rozpoczną się konsultacje publiczne, a po uwzględnieniu zgłoszonych tam uwag projekt zostanie skierowany do Sejmu – Ministerstwo Finansów planuje, że stanie się to już jesienią.

Tak słodko już nie będzie. Nowy podatek „od cukru” odchudzi Polaków czy ich portfele?

Ostatnio media donoszą, że możliwe jest wprowadzenie daniny od produktów zawierających cukier. Eksperci przypominają, że tego typu rozwiązania już obowiązują w innych państwach, np. w Anglii. Ale efekty zmian legislacyjnych bywają dalekie od oczekiwań. Świadczą o tym przykłady z Danii, Finlandii, Meksyku czy Węgier. Tam dodatkowy ciężar fiskalny nie przyczynił się bezpośrednio do poprawy nawyków żywieniowych. Ponadto część wytwórców przerzuciła go na konsumentów, co odczuły przede wszystkim najmniej zamożne osoby. Wielką niewiadomą pozostaje także to, jakie wobec tego strategie przyjęliby producenci. Oczywiście możliwa jest zmiana receptur, ale to wymaga dłuższego czasu i dodatkowego nakładu finansowego. Całość problemu może również przełożyć się na ograniczenie innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym. Mniejsze firmy mogłyby tego nie udźwignąć i ostatecznie wypaść z rynku.

Nowe regulacje

Wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski chce opodatkować cukier, a przynajmniej jest tego poważnym zwolennikiem. To rozwiązanie ma być sposobem na walkę z otyłością. Polska może więc podążyć szlakiem innych państw. Przykładowo, od kwietnia tego roku w Wielkiej Brytanii obowiązuje tzw. sugar tax. Tamtejszy rząd dał koncernom wybór. Mogą zmienić skład produktów albo zapłacą nowy podatek. Jeśli ich napój zawiera od 5 g cukru na 100 ml, to stawka wynosi 18 pensów za litr. W przypadku zawartości 8 g należy uiścić 24 pensy.

– Wprowadzanie mechanizmów fiskalnych, które mają ewidentnie dyskryminujący charakter dla określonych kategorii produktów żywnościowych, zawsze budzi sprzeciw branży. W obecnych realiach, silnego wzrostu cen żywności, dodatkowe podatki nie zostałyby dobrze przyjęte przez konsumentów. Choć trzeba przyznać, że zastosowanie takiego rozwiązania jest realne, ale stanowczo nieuzasadnione. Nadwaga i otyłość, podobnie jak inne choroby dietozależne, stanowią złożony, wieloczynnikowy problem społeczny. Można z nim walczyć, ale przede wszystkim poprzez podejmowanie działań edukacyjnych – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.

Z kolei Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, uważa koncepcję podatku za jak najbardziej słuszną. Ludzie są ewolucyjnie skłonni do uzależniania się od cukrów, bo glukoza jest paliwem dla mózgu i ciała. Kiedyś były one mało dostępne w czystej formie, ale obecnie popularna sacharoza jest wszechobecna. Wiele osób nie widzi związku między przyrostem tkanki tłuszczowej a spożyciem węglowodanów, w konsekwencji spożywamy ich za dużo. Wzrost otyłości zachodzi u nas szybciej, niż w większości krajów europejskich. Sytuację mogłaby poprawić edukacja, ale ona przegrywa z wysokobudżetowymi reklamami słodyczy oraz napojów słodzonych. Dlatego wskazane jest dodatkowe rozwiązanie zniechęcające klientów, a wyższa cena tak właśnie działa.

– Firmy mogą zastosować zamienniki takie, jak syrop klonowy, stewia, miód, melasa czy daktyle. Moda na zdrowe produkty wydaje się być trwałym trendem. Konsumenci chcą spożywać to, co naturalne i nieprzetworzone. Efektem tego jest zmiana receptur wielu produktów, które już stoją na sklepowych półkach. W tym roku wyróżniły się szczególnie w branży napojów, zwłaszcza dla dzieci. Na etykietach pojawiają się informacje o braku cukru, napisane wręcz ogromnymi literami. Jednak z wprowadzeniem nowego podatku jest też związane ryzyko. Producenci mogą częściej sięgać po chemiczne słodziki, bardziej szkodliwe, niż sacharoza – ostrzega Monika Rybczak, Business Unit Director w Hiper-com Poland.

Są kraje, które wprowadziły tego typu rozwiązania, ale sukcesywnie z nich rezygnują. Andrzej Gantner zaznacza, że w Danii w 2014 roku zniesiono podatek na napoje, ponieważ nie zaobserwowano jego bezpośredniego wpływu na zmianę nawyków żywieniowych. W Finlandii w 2017 roku zlikwidowano taką należność za słodycze i lody oraz ograniczono ją w przypadku napojów słodzonych. Przykładem braku efektywności takiej polityki jest podatek dyskryminacyjny od napojów bezalkoholowych wprowadzony w Meksyku. Przyczynił się on do zmniejszenia spożycia energii o zaledwie 6,3 kilokalorii dziennie, co stanowi jedynie 0,5% całodziennego zapotrzebowania dorosłego człowieka. Efekt ten jest nieporównywalnie mniejszy, niż ma to miejsce w przypadku dobrowolnych działań prowadzonych przez przemysł żywnościowy w zakresie udoskonalania receptur produktów.

Zdrowo, ale drogo?

– Jeśli pomysł zostanie wprowadzony, to przewiduję 4 warianty postępowania producentów. Koncerny, które utrzymają dotychczasowy poziom cukru, podwyższą lub pozostawią ceny towarów. To, jak się zachowają, zależy od kategorii produktu. W tych z wysoką marżą, czyli np. napojach energetycznych, dodatkowe obciążenie fiskalne nie byłoby aż tak widoczne. Jeżeli podatek będzie podobnej wysokości jak w Wielkiej Brytanii, to przedsiębiorstwa postawią na nową recepturę i zejdą poniżej ustalonego  limitu. Firmy, które zaczną wsypywać mniej sacharozy, niekoniecznie obniżą cenę. Będą miały możliwość jej utrzymania na dotychczasowym poziomie, ponieważ inni gracze zostaną zmuszeni do podwyżek – wyjaśnia Sebastian Starzyński.

Natomiast dyrektor generalny PFPŻ przybliża doświadczenia Węgrów. Tam, po wprowadzeniu tzw. food tax, część przedsiębiorstw nie była w stanie zmienić receptur, ani też ze względu na swoją pozycję rynkową podnieść cen, aby pokryć koszty podatku. Dotyczyło to głównie firm małych i średnich, których skala produkcji i uzyskiwana marża były zbyt małe, żeby zniwelować straty wynikające z dodatkowej należności fiskalnej. Dlatego niektóre przedsiębiorstwa przerzuciły podatek na konsumentów, co odczuły najmniej zamożne osoby. One nie ograniczyły konsumpcji, a jedynie przekierowały swój popyt na produkty tańsze o niższej jakości, ale o niezmienionej zawartości cukru.

– Tego typu zmiana legislacyjna będzie długookresowo najbardziej korzystna dla najuboższych ludzi. Zwykle świadomość szkodliwości cukru jest najmniejsza w grupach z niższym wykształceniem, które pozostaje bardzo skorelowane ze skromnymi zarobkami. Te osoby mają ograniczony budżet na zakupy. Zaczną więc rzadziej spożywać ulubione napoje ze względu na wyższe ceny lub będą to robić tak często, jak dotychczas, ale w dostępnych produktach pojawi się obniżona zawartość sacharozy. Tym samym będą one mniej szkodliwe. Ponadto, cała burza wokół podatku spowoduje, że do tej grupy konsumentów dotrze narracja związana ze szkodliwością cukru. Część z nich zacznie bardziej świadomie podchodzić do zakupów – dodaje prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Zdaniem Moniki Rybczak, koszty korzystania z cukru wzrosną po wprowadzeniu podatku, ale i tak pozostaną relatywnie niskie. Ten składnik stanowi bazę dla najtańszych produktów. W nich z pewnością nie będą używane droższe zamienniki takie, jak stewia czy miód naturalny. Najbardziej ucierpi na tym klient najmniej zamożny. W nim nie zostanie rozbudzona potrzeba sięgania po zdrowe jedzenie. Pozytywnym skutkiem zmian legislacyjnych może być szersza oferta towarów nieszkodliwych, z lepszym składem. Jednak ceny wzrosną o co najmniej wartość podatku, a z reguły podwyżki w takich sytuacjach są bardziej okazałe.

Czas na zmiany

– Przy ewentualnym wprowadzeniu tego typu daniny niezbędne byłoby zapewnienie odpowiednio długiego vacatio legis, które umożliwi branży dopasowanie produktów do nowych wymagań. Zbyt krótki okres przejściowy skutkuje takimi sytuacjami, jakie pojawiły się bezpośrednio po wejściu w życie tzw. rozporządzenia sklepikowego. Wówczas mieliśmy do czynienia z brakiem bądź bardzo ograniczoną dostępnością towarów odpowiadających kryteriom. W przypadku wprowadzenia tego typu podatku w Polsce oznaczałoby to, że wiele małych i średnich przedsiębiorstw wypadłoby z rynku. W zależności od kategorii, od opracowania koncepcji produktu do wypuszczenia jego wersji finalnej mogą upłynąć nawet dwa lata – informuje dyrektor generalny PFPŻ.

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, jest mało prawdopodobne, aby ustawodawca zgodził się na dwuletni okres przejściowy. Koncerny napojowe mogą bowiem szybciej przeprowadzić cały proces przygotowawczy z wymaganymi testami. Eksperta nie zdziwią naciski ze strony cukrowni, zwłaszcza że proponowane zmiany prawne będą dla nich problematyczne. Jednak lobbing nie okaże się zbyt mocny. Większość tego typu zakładów należy do podmiotów zagranicznych, często z kapitałem niemieckim, co nie sprzyja wypracowaniu porozumienia z obecnym rządem. Presja ze strony producentów napojów będzie mocniejsza, ponieważ w tym gronie jest sporo polskich firm. Może się pojawić narracja, że partia rządząca znowu przygotowuje regulacje przeciwko biznesowi. Pomysłodawcy zmian zapewne poszukają sojuszników w fundacjach zajmujących się zdrowiem czy instytutach naukowych.

– W Polsce przemysł żywnościowy od wielu lat dobrowolnie podejmuje skuteczne działania na rzecz poprawy jakości żywieniowej produktów spożywczych. Przykładowo, jeżeli chodzi o kategorię napojów słodzonych, tzw. wersje light stanowią w Polsce już blisko 20% rynku. Przewiduje się, że one będą zyskiwać na znaczeniu. W grudniu 2017 roku doszło do podpisana porozumienia dotyczącego współpracy na rzecz optymalizacji wartości energetycznej i składu produktów spożywczych. Wywieranie presji na branżę jest nieuzasadnione, a idea dodatkowego opodatkowania jawi się tym bardziej krzywdząca. Może również przełożyć się na ograniczenie wprowadzania innowacyjności i reformulacji w przemyśle spożywczym – podsumowuje Andrzej Gantner.

Trump tym razem uderza w Wielką Brytanię

Polski złoty w czwartek odrobił straty z poprzedniego dnia. Brak przełomowych informacji z USA i strefy euro przełożył się na niski poziom wahań na głównych parach. W kontekście głównych walut – a szczególnie funta brytyjskiego – warto jednak wspomnieć o kilku istotnych kwestiach.

Wspomniany funt, w czwartek delikatnie zyskiwał w relacji do głównych walut w trakcie dnia, ostatecznie jednak zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego na którym go rozpoczął. W parze ze złotym osłabił się, jednak było to związane praktycznie wyłącznie ze wspomnianym odrabianiem strat przez złotego. Długo wyczekiwany „white paper”, czyli dokument opisujący proponowaną przez rząd Wielkiej Brytanii koncepcję Brexitu wyraźnie pokazał, że Zjednoczone Królestwo obecnie skłania się w stronę bardziej łagodnego wyjścia ze Wspólnoty – Wielka Brytania liczy na utrzymanie bliskich relacji handlowych z Unią. Wczorajsze umocnienie brytyjskiej waluty było jednak bardzo ograniczone i krótkotrwałe – rynek raczej spodziewał się, że premier i jej gabinet skłaniają się raczej w stronę łagodniejszego Brexitu.

Dziś jednak funt brytyjski istotnie traci, co związane jest z wizytą Donalda Trumpa w Wielkiej Brytanii. Wizytę w Zjednoczonym Królestwie prezydent USA rozpoczął od wywiadu dla „The Sun”, czyli odpowiednika naszego „Faktu”, w którym skrytykował wysiłki Theresy May zmierzające do łagodniejszego Brexitu, podkreślił, że Stany Zjednoczone mogą nie zawrzeć ze Zjednoczonym Królestwem umowy handlowej i dodał, że – kontrowersyjny Boris Johnson, który w opozycji do jego zdaniem zbyt „łagodnych” planów May złożył dymisję kilka dni temu – byłby dobrym premierem Zjednoczonego Królestwa.

Dzisiaj warto będzie zwrócić uwagę na przemówienie jednego z członków Banku Anglii, Jona Cunliffe’a. Jeśli jego wypowiedź nie będzie obfitowała w konkretne informacje o perspektywach gospodarczych Zjednoczonego Królestwa i oczekiwaniach względem kształtowania się stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, inwestorzy nadal prawdopodobnie będą reagowali na informacje ze spektrum polityki, zwłaszcza te dotyczące Brexitu.

Inflacja w USA najwyższa od ponad sześciu lat

Amerykańska waluta w ostatnich dniach zyskiwała przede wszystkim z uwagi na informacje dotyczące wojny handlowej. W czwartek doszło do stabilizacji dolara w relacji do innych głównych walut, co związane było z brakiem istotniejszych informacji dotyczących wspomnianego konfliktu oraz większych zaskoczeń na froncie makro.

Kluczowe dane w tym tygodniu, czyli dynamika CPI w Stanach Zjednoczonych, nie zaskoczyły. Amerykańska inflacja w czerwcu wyniosła, zgodnie z oczekiwaniami konsensusu 2,9% rocznie. Jest to już piąty wzrost wskaźnika z rzędu, co więcej ceny w Stanach Zjednoczonych w ubiegłym miesiącu rosły najmocniej od lutego 2012 r. Bieżąca dynamika inflacji, wyśmienita sytuacja na rynku pracy i perspektywy utrzymania dobrych statystyk sprawiają, że szanse na jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej są wysokie. Wnioskujemy, że Fed zdecyduje się na kolejny ruch we wrześniu, a potem – w grudniu.

Dzisiejszy dzień nie przyniesie zbyt wielu nowych danych makro z USA. Inwestorom do analizy pozostanie wieczorna wypowiedź Raphaela Bostica z FOMC.

Stopy procentowe w strefie euro mają pozostać stabilne jeszcze przez ponad rok

Wczorajsze „minutki” z ostatniego posiedzenia EBC nie dostarczyły rynkom żadnych istotnych informacji, w efekcie kurs wspólnej waluty nie był poddany większym wahaniom w relacji do głównych walut.

W podsumowaniu czerwcowego spotkania Banku powtarzano, że decydenci dążą do utrzymania obecnego poziomu stóp procentowych w bloku walutowym przez dłuższy okres czasu. Członkowie banku centralnego ostrzegali również, że niedawne spowolnienie gospodarcze utrzymało się również przez drugi kwartał 2018 roku. Niemniej, nie tracą oni nadziei, że dynamika cen niebawem powróci do poziomu celu inflacyjnego.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:00 – przemawia Jon Cunliffe z BoE
  • 14:30 – indeks cen eksportowych i importowych w USA w czerwcu
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów uniwersytetu Michigan w czerwcu
  • 18:30 – przemawia Raphael Bostic z FOMC

Autorzy: Analitycy Ebury – Matthew Ryan oraz Roman Ziruk

Funkcja prezesa członka zarządu a świadczenie usług w ramach prowadzonej działalności gospodarczej

Łączenie funkcji prezesa członka zarządu w spółce kapitałowej ze świadczeniem usług takiej spółce w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej jest praktyką często spotykaną. Może ona jednak rodzić problemy na gruncie zarówno podatku dochodowego, jak i podatku od towarów i usług (nierzetelne faktury, usunięcie wynagrodzenia usługodawcy z kosztów uzyskania przychodu etc.).

Funkcja prezesa zarządu spółki kapitałowej

Uprawnienia i obowiązki prezesa zarządu w spółce kapitałowej nie zostały wprost uregulowane przez prawodawcę. Ustawodawca jednak przewidział, jakie kompetencje posiada zarząd jako organ spółki kapitałowej – ma on obowiązek (i uprawnienie) prowadzić sprawy spółki i reprezentować ją na zewnątrz. Ponadto zarząd zwołuje zgromadzenia wspólników, a także przygotowuje sprawozdania finansowe i sprawozdania z działalności spółki za każdy rok obrotowy.

A zatem także prezes zarządu ma prawo prowadzić sprawy spółki i ją reprezentować na zewnątrz (co do zasady reprezentacja jest dwuosobowa, chyba że umowa spółki przyznaje uprawnienie do jednoosobowej reprezentacji), a także czuwać nad działalnością samego zarządu. Na prezesie zarządu, tak jak na każdym członku zarządu, ciąży odpowiedzialność za działania spółki – również materialna (w przypadku bezskutecznej egzekucji). Z samej ustawy nie wynikają jednak konkretne obowiązki i uprawnienia prezesa zarządu.

Podobny rodzaj działalności i świadczenie usług na rzecz spółki – konsekwencje

Często zdarza się, że prezes zarządu (lub inny członek zarządu) ma doświadczenie w branży, w której funkcjonuje dana spółka, a nawet prowadzi w podobnym zakresie działalność gospodarczą. Dlatego właśnie spółki chętnie korzystają z jego doświadczenia, a nierzadko także z usług, które oferuje taka osoba w ramach prowadzonej przez siebie działalności, np. w formie doradztwa.

Takie działanie może jednak rodzić poważne konsekwencje podatkowe. Jeżeli bowiem organ podatkowy stwierdzi, że w rzeczywistości żadne usługi na rzecz spółki nie były świadczone, a były one wykonywane w ramach pełnienia funkcji prezesa zarządu, może uznać faktury VAT za nierzetelne. Oznacza to, że spółka nie będzie mogła odliczyć VAT naliczonego z takich faktur, a wynagrodzenie za takie usługi nie będzie mogło zostać zaliczone do kosztów uzyskania przychodów. W przypadku rozpoczęcia kontroli lub postępowania podatkowego w tym zakresie, ważne jest, by czuwać nad daną procedurą, pamiętać o współpracy z organem i starać się wykazać, że obowiązki prezesa zarządu i wykonywane przez niego usługi nie stanowiły tych samych czynności. Profesjonalny pełnomocnik z pewnością będzie kompetentny do udzielenia wszelkich porad oraz pomocy w trakcie trwającej kontroli lub trwającego postępowania.

Jak uchronić się przed ewentualnym podważeniem tego, że usługa została wykonana?

Przede wszystkim trzeba jasno odróżnić obowiązki pełnione przez prezesa zarządu (członka zarządu) w ramach jego funkcji od obowiązków wynikających z umowy o świadczenie usług. Do tego z pewnością posłuży umowa o współpracy z dokładnym określeniem obowiązków, ale nie tylko. Pomocny może się okazać dokument wewnętrzny regulujący obowiązki członków zarządu danej spółki (np. regulamin). Istotne jest, aby dokładnie określić wszystkie ich obowiązki i uprawnienia, a jeśli zarząd jest wieloosobowy – odróżnić również kompetencje każdego członka zarządu. Sporządzenie wspomnianych dokumentów może być nie lada wyzwaniem, dlatego warto zlecić to komuś, kto ma w tym odpowiednie doświadczenie.

Poza tym trzeba pamiętać, że zgodnie z art. 210 Kodeksu spółek handlowych w umowach pomiędzy spółką kapitałową a członkiem zarządu spółkę reprezentuje rada nadzorcza lub powołany do tego pełnomocnik. Zawarta między prezesem zarządu a spółką umowa o świadczenie usług będzie zatem ważna tylko, jeśli ten wymóg zostanie spełniony.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Pomiędzy dwoma trybami

Rynki albo reagują na eskalację konfliktów handlowych USA z resztą świata, albo cieszą się, że ostatnia doba nie przyniosła przykrych niespodzianek. USD pozostaje mocny, czy to jako bezpieczna przystań, czy przy wsparciu fundamentów. Rynek FX przespał azjatycką część sesji i prawdopodobnie w spokoju dobrnie do weekendu.

Kalendarz na najbliższe godziny jest ubogi i nie zawiera żadnej pozycji, której inwestorzy mogliby się dłużej przyglądać. Inflacja CPI z Polski jest rewizją, która powinna potwierdzić odbicie do 1,9 proc. r/r, choć pomocny we wzroście jest skok cen ropy naftowej, za to inflacja bazowa pozostaje nisko. Złoty nie ma co tu szukać impulsów i EUR/PLN powinien dziś trzymać się w przedziale 4,31-4,34. Po południu dane o cenach importu/eksportu z USA są do zignorowania, a indeks Uniwersytetu Michigan będzie ciekawy tylko w przypadku, jeśli wskaże na istotne pogorszenie nastrojów konsumentów. Osobiście w to wątpię. Dane z USA pozostają solidne i dalej wyróżniają się na tle wskaźników z innych części globu. Nawet gdy awersja do ryzyka ustaje i USD przestaje być potrzebny jako „bezpieczna przystań”, to wciąż jest atrakcyjny na bazie porównania fundamentów. Wczoraj inflacja bazowa zgodnie z oczekiwaniami wypadła mocno na 2,3 proc. r/r. Prezes Fed Powell w opublikowanym czwartek wywiadzie stwierdził, że komfortowo czuje się ze stanem gospodarki, choć ma troski długoterminowe. Jedyne, co ulega zmianie, to zaangażowanie poszczególnych segmentów rynku. Spekulanci ożywiają się w okresach awersji do ryzyka (i redukują pozycje w USD w chwilach uspokojenia); fundamenty są mocniej rozgrywane przez kapitał portfelowy.

W nocy dane o czerwcowym bilansie handlowym Chin pokazały wyższą nadwyżkę (w wyniku osłabienia importu), ale raport nie wzruszył rynkiem. Można luźno dyskutować, czy gdy prezydent Trump otrzyma notkę z tymi danymi, nie skłoni się do ostrego tweeta, w którym oskarży Chiny o nieuczciwą wymianę towarów z USA. Na razie jednak Trump odwiedza Wielką Brytanię i „miesza” w relacjach Londynu z Brukselą. W wywiadzie dla The Sun stwierdził, że premier May zignorowała jego radę i zmierza ku miękkiemu Brexitowi, co jednak zmniejsza szanse na lukratywne umowy handlowe z USA. Zaznaczył też, że bardzo ceni Borisa Johnsona, który sprawdziłby się jak wielki przywódca. Słowa te rozdrapują rany po szoku wywołanym przetasowaniami w rządzie na początku tego tygodnia i GBP traci. Na niewiele pomogła wczoraj publikacja tzw. Białego Dokumentu, w którym wyłożono nowy plan na Brexit. Krytykowane jest przede wszystkim podejście do usług finansowych, gdzie propozycje są surowe ze zdaniem się na łaskę Brukseli. Trudno być teraz silnym propagatorem funta, nawet jeśli w dłuższym horyzoncie materializacja miękkiego Brexitu będzie ciągnąc GBP mocno w górę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Inflacja w Polsce

Poranek na parach złotówkowych zaczynamy dość powoli. Na notowaniach złotówki do innych walut nie widać jakichś większych ruchów.

Wczoraj nasza waluta zyskała na wartości, co spowodowało, że aktualnie dolar wyceniany jest na 3,70 zł. Za franka szwajcarskiego zapłacimy 3,69 zł. Euro kosztuje 4,31 zł, a funt brytyjski 4,87 zł. W późniejszych godzinach możemy się jednak spodziewać trochę więcej emocji jeżeli chodzi o notowania złotego. Bowiem na godzinę 10:00 zaplanowano publikację inflacji konsumenckiej w naszym kraju. Jej spodziewana miesięczna dynamika wynosi 0,1%, z kolei rok do roku analitycy spodziewają się zmiany rzędu 1,9%.

Dużo odczytów, ale nie tak istotnych

Przed południem, poza odczytem z Polski, czeka nas seria publikacji inflacyjnych z państw europejskich. Jednak inflacja konsumencka w Hiszpanii i na Słowacji, czy producencka w Szwajcarii, nie będą najprawdopodobniej zbyt ważne dla inwestorów. Nie ma co zatem liczyć na bardzo widoczny wzrost ruchów na rynkach.

Również popołudniowe dane nie zachwycają swoją istotnością. Zza oceanu napłyną do nas informacje na temat dynamiki cen eksportu i importu w Stanach Zjednoczonych. Poznamy też wstępny raport Uniwersytetu Michigan. Dobre dane powinny nieco poprawić sytuacją dolara na rynku. Jednak póki nie mamy żadnych nowych i oficjalnych impulsów w sprawie wojny handlowej, ani także istotnych odczytów nie należy spodziewać się znaczących zmian notowań.

Brexit a USA

Tuż przed spotkaniem Donalda Trumpa z Theresą May, prezydent USA skrytykował działania Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia jej ze struktur Unii Europejskiej. Twierdzi on, że brytyjska premier za bardzo ustępuje przedstawicielom Unii, czym może zamknąć sobie drogę do jakichkolwiek porozumień handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Rzecz jasna brytyjska waluta nie mogła na tą informację dobrze zareagować.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

6 megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki

Momentami przełomowymi w historii ludzkości było wynalezienie maszyny parowej, żarówki i komputera, a potem internetu. Obecnie czynników, które mogą mieć równie znaczący wpływ na gospodarkę i społeczeństwo jest znacznie więcej. Są to automatyzacja i robotyzacja, internet rzeczy czy sztuczna inteligencja. Eksperci firmy doradczej Deloitte wskazali sześć megatrendów, które w najbliższych latach zmienią oblicze polskiej i światowej gospodarki. To przemysł 4.0, model gospodarki o obiegu zamkniętym, zrównoważone finanse, rynek talentów, „srebrna ekonomia” oraz elektromobilność.

Julia Patorska Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte
Julia Patorska
Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Megatrendami można określić globalne siły, które mają wpływ zarówno na życie gospodarcze, jak i społeczne. Oddziałują także na przebieg szeregu procesów, takich jak np. produkcja, konsumpcja, inwestycje czy interakcje społeczne. Zdaniem dyrektorów finansowych – ankietowanych przez Deloitte – źródeł tych zmian należy obecnie upatrywać w dużej liczbie danych i zaawansowanej analityce (61 proc.), oraz cyfryzacji (52 proc.), zmianach geopolitycznych, a także technologiach zwiększających produktywność, takich jak automatyzacja czy robotyzacja (po 44 proc.) . – Czynniki te będą miały największy wpływ na to, jak będzie wyglądał biznes w najbliższych kilku latach.  Na ich podstawie wyłoniliśmy kilka megatrendów, które mają szanse zyskać największe znaczenie w skali globalnej. Gospodarki, które najszybciej wykorzystają ich zalety, a zniwelują istniejące zagrożenia, okażą się najbardziej konkurencyjne – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych Deloitte.Deloitte Megatrendy ekonomiczne

Megatrend: Przemysł 4.0

Wyróżnia się tym od poprzednich rewolucji technologicznych, że – łącząc istniejące technologie – równocześnie w procesach wytwórczych zaciera granice między sferą fizyczną, cyfrową i biologiczną.

Do najważniejszych rozwiązań napędzających rozwój Przemysłu 4.0 należy Internet Rzeczy (IoT), uczenie maszynowe, sztuczna inteligencja oraz rozszerzona i wirtualna rzeczywistość (AR i VR). Według przewidywań Deloitte, już w tym roku ponad miliard użytkowników smartfonów przynajmniej raz wytworzy treści rozszerzonej rzeczywistości – mówi Wojciech Górniak, Lider zespołu transformacji cyfrowej. Jego zdaniem rozwojowi Przemysłu 4.0 sprzyja nie tylko postęp technologiczny, ale także potrzeby konsumentów, ograniczenia podażowe, zwłaszcza w zakresie surowców nieodnawialnych i zasobów pracy oraz zachęty finansowe ze strony sektora publicznego.

Czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka dla wielu procesów biznesowych. Nie brakuje jednak wyzwań, które będą przekładały się na wzrost ryzyka zarówno w życiu prywatnym jak i obrocie gospodarczym, co zniweluje część pozytywnych efektów zmian technologicznych. Przemysł 4.0 niewątpliwie zwiększa możliwość wystąpienia cyberataków oraz kradzieży danych. Pod uwagę należy także wziąć możliwie nieprzychylną reakcję społeczną, związaną chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Niezbędne są również regulacje, które zapewnią obywatelom poziom bezpieczeństwa i pozostawią przestrzeń dla zyskownych, rynkowych innowacji. Brak edukacji społeczeństwa i niewystarczające wsparcie obywateli w adaptacji do zachodzących zmian może przyczyniać się do dalszego wzrostu ruchów populistycznych na świecie.

Rozdźwięk pomiędzy możliwościami związanymi z zachodzącymi zmianami, a rzeczywistością potwierdza badanie pt.: „The Fourth Industrial Revolution is here – are you ready?”, które Deloitte przeprowadził na kadrze kierowniczej firm i agencji rządowych w 19 liczących się gospodarkach z całego świata. – Respondenci rozumieją zachodzące zmiany w ich otoczeniu, ale niekoniecznie potrafią je wykorzystać. Zdaniem 87 proc. respondentów Przemysł 4.0 może doprowadzić do zmniejszenia różnic społecznych i ekonomicznych.  Równocześnie pojawiają się obawy, czy kadra jest odpowiednio przygotowana i czy społeczeństwo posiada oczekiwane kompetencje. Tylko jedna czwarta ankietowanych uważa, że posiada odpowiednie zasoby osobowe do sprostania wyzwaniom przyszłości – wyjaśnia Julia Patorska.

Megatrend: gospodarka o obiegu zamkniętym

To, co będzie wpływało na implementację tej idei przez biznes, to przede wszystkim regulacje. W ciągu ostatnich kilku miesięcy Komisja Europejska wydała szereg dokumentów, które mają związek z promowaniem gospodarki o obiegu zamkniętym, wymuszając wręcz na państwach członkowskich stopniowe wprowadzanie zmian w tym zakresie. Prace regulacyjne rozpoczęły się od opakowań i tworzyw sztucznych. Według założeń, w 2030 roku aż 70 proc. wagowo wszystkich odpadów opakowaniowych powinno zostać poddanych recyklingowi. W Polsce jest to obecnie 57,5 proc. Duże znaczenie w popularyzacji idei gospodarki o obiegu zamkniętym ma również rosnąca świadomość konsumentów.

Gospodarka o obiegu zamkniętym nie jest nowym modelem rynkowym czy też gospodarczym, pozwala jednak na lepszą alokację zasobów. W związku z tym, że ekonomia jest nauką o tym jak efektywnie wykorzystywać ograniczone zasoby, gospodarka o obiegu zamkniętym ma wszelkie atrybuty, by stać się powszechnie akceptowanym podejściem. Dotychczas stosowany linearny model wykorzystania zasobów „produkcja-zużycie-wyrzucenie” jest wypierany przez model „zamkniętej pętli”, w którym odpady, jeśli powstają, stają się surowcem.

Zdaniem ekspertów Deloitte szansą na upowszechnienie modelu gospodarki o obiegu zamkniętym jest rozwój nowych branż i rynków, zwłaszcza w sektorze usług, niższe koszty działalności oraz wzrost konkurencyjności i innowacyjności firm. Z kolei na przeszkodzie mogą stanąć wysokie koszty wdrożenia modelu zamkniętego. Zgodność z wymogami EPR, czyli Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (odpowiedzialność za produkt zostaje rozszerzona na wszystkie etapy jego życia) może stanowić w Europie koszt równowartości 15 mld euro w całej Europie. – Problemem pozostaje również ograniczona dostępność i jakość danych dotyczących przepływów surowców i odpadów oraz bariery regulacyjne – mówi Julia Patorska.

Megatrend: zrównoważone finanse i inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie

Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i firmy coraz częściej mierząc swój wpływ i zwrot z inwestycji biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe.
Podejście to nie oznacza rewolucji i całkowitego odejścia od kryterium zysku. Zakłada ono raczej ewolucyjne uwzględnianie dodatkowych kryteriów, odnoszących się np. do środowiska naturalnego. Chodzi o to, aby naturalne rynkowe bodźce – a więc poszukiwanie zysku – wykorzystać do jednoczesnej realizacji innych, ważnych celów. Dodatkowo ma to sprzyjać internalizacji negatywnych kosztów zewnętrznych. Przykładowo, duże instytucje finansowe coraz częściej zwracają uwagę przy lokowaniu kapitału czy dany emitent działa odpowiedzialnie, gdyż to pozwala obniżyć ryzyko inwestycyjne – wyjaśnia Julia Patorska. Szacuje się, że wartość inwestycji odpowiedzialnych społecznie w Europie w 2015 roku wynosiła już blisko 150 mld euro.

Warto także dodać, że inwestowanie z myślą o wpływie na otoczenie stwarza szansę na większą przejrzystość rynku finansowego i odpowiedzialność w kontekście generowanego wpływu. Z kolei po stronie wyzwań należy wymienić pogodzenie – czasem sprzecznych – interesów pomiędzy tym, co się danej firmie opłaca finansowo, a co powinna zrobić biorąc pod uwagę wpływ na otoczenie. – Przy podejmowaniu decyzji czynniki pozafinansowe mogą mieć oczywiście mniejsze znaczenie niż oczekiwane zyski. Należy zakładać jednak, że z czasem, gdy niedoskonałości metodyczne w zakresie raportowania wskaźników społecznych i środowiskowych zostaną ograniczone, kryteria pozafinansowe będą zyskiwały na znaczeniu– mówi Julia Patorska.

Megatrendy na rynku pracy

Wśród pozostałych megatrendów eksperci Deloitte wyróżnili rosnące znaczenie rynku talentów oraz tzw. srebrną gospodarkę. Mają one ze sobą dużo wspólnego. Struktura rynku pracy zmienia się diametralnie. Coraz więcej osób podnosi swoje kwalifikacje przez całe życie, pracuje na swój rachunek lub na podstawie elastycznych form zatrudnienia. Zwiększa się również liczba pracowników, którzy pracują zdalnie lub jako niezależni wykonawcy. W tej chwili tylko w Unii Europejskiej może być już 30,6 mln takich osób. Jednocześnie pracodawcy muszą pogodzić interesy wielu różnych generacji obecnych na rynku pracy i powoli zapełniać lukę, która tworzy się po odchodzących na emeryturę przedstawicielach pokolenia wyżu powojennego. – To może być istotny cios dla wzrostu gospodarczego, dlatego wiele rządów w ostatnich latach podnosiło ustawowy wiek emerytalny. Zmiany w systemach emerytalnych sprawiają, że coraz więcej osób poszukuje informacji dotyczących aktualnych przepisów i kalkuluje opłacalność pozostania na rynku pracy. Konieczność dłuższej aktywności zawodowej, połączona z przewidywanymi niskimi emeryturami z publicznego systemu, może też istotnie wpłynąć na skłonność do oszczędzania i poszukiwanie aktywów, które będą bezpieczną lokatą dla kapitału i swoistą „polisą na starość” – dodaje Julia Patorska.

Megatrend: elektromobilność

Aktywność największych koncernów motoryzacyjnych oraz rządowe systemy wsparcia dla elektromobilności przekładają się na rosnące zainteresowanie konsumentów. Motywacją do zakupu pojazdów elektrycznych jest coraz większa świadomość ekologiczna oraz rosnąca opłacalność kosztowa tego typu pojazdów, w porównaniu z pojazdami o napędzie konwencjonalnym. – Elektromobilność to nie tylko samochody osobowe, ale także autobusy elektryczne oraz wodorowe. Rozwój flot zeroemisyjnych autobusów jest kluczowy w budowaniu „zrównoważonych miast” umożliwiających redukcję zanieczyszczenia powietrza oraz hałasu. Dodatkowym aspektem wykorzystania elektromobilności jest obszar synergii z OZE, czyli odnawialnymi źródłami energii , który prowadzi do gospodarki niskoemisyjnej oraz niezależności energetycznej – mówi Karol Wierzbicki, ekspert w zespole ds. elektromobilności.

Według szacunków Deloitte na początku następnej dekady cena baterii ma spaść do poziomu ok 130 EUR kW/h, co spowoduje, że napęd elektryczny stanie się bardziej atrakcyjny rynkowo.

Czy split payment może być stosowany w branży ubezpieczeniowej?

Od 1 lipca przedsiębiorcy otrzymujący fakturę będą mogli regulować zobowiązanie z tego tytułu z wykorzystaniem podzielonej płatności, tzw. split payment. Polega on na dystrybuowaniu kwoty podatku na rachunek VAT przedsiębiorcy, a kwoty netto na zwykły rachunek bieżący. Ministerstwo Finansów w odpowiedzi na pismo Federacji Przedsiębiorców Polskich i potwierdziło, że regres ubezpieczeniowy nie powinien być stosowany w ramach wchodzących od 1 lipca 2018 przepisów o podzielonej płatności (ang. split payment). Wyjaśnienie tej kwestii było istotne dla całej branży ubezpieczeniowej.

– Jest to nowe rozwiązanie i póki co nie ma ugruntowanej linii interpretacyjnej co do możliwości jego stosowania i obowiązków, które stworzy po stronie przedsiębiorców – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – FPP zwróciła się do Ministerstwa Finansów o wyjaśnienie kwestii stosowania tego mechanizmu w branży ubezpieczeniowej. Sektor ten miał wątpliwości, czy system podzielonej płatności będzie miał w nim zastosowanie w przypadku stosowania tzw. regresu ubezpieczeniowego. Chodzi o sytuację, kiedy w ramach umowy zawartej z ubezpieczonym, ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie swojemu klientowi, a płatność jest realizowana przez dłużnika na rzecz ubezpieczyciela. W ocenie Federacji rozliczenia pomiędzy firmą ubezpieczeniową i dłużnikiem, który nie uregulował płatności na rzecz ubezpieczonego klienta, nie będą podlegały pod reżim nowych przepisów o podzielonej płatności. Wynika to z tego, że dłużnik spłacając powstałe w wyniku wypłaconego odszkodowania roszczenie zwrotne (regres) na rzecz „nowego” wierzyciela – jakim staje się firma ubezpieczeniowa – nie reguluje faktury VAT, lecz dokonuje jedynie spłaty wierzytelności odpowiadającej kwocie wynikającej z tej faktury. Niewątpliwie stanowisko Ministerstwa Finansów należy uznać za słuszne. Niemniej jednak pozostają jeszcze kwestie, które resort finansów będzie musiał wyjaśnić, aby wyeliminować ewentualne sprzeczności w interpretacji nowych przepisów. Dotyczy to przykładowo solidarnej odpowiedzialności oraz sposobu odzyskania błędnie wpłaconych środków na rachunek VAT – wyjaśnił Korzeb.

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy

Z innowacyjnych atrakcji Centrum Nauki Kopernik skorzystają dzieci z mniejszych miast. W Polskę wyjechały nauko- i planetobusy 9

W Polskę wyjechały autobusy edukacyjne z atrakcjami naukowymi, które na co dzień oferuje Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Mają wyrównać dysproporcje w dostępie do nauki i zachęcić dzieci do kariery naukowej. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego we współpracy z Centrum Nauki Kopernik stworzyło program Naukoubus, w ramach którego do mniejszych ośrodków miejskich i wiejskich wysyłane są busy popularyzujące naukę. Dzieci zapoznają się w nich z ciekawymi eksperymentami oraz odwiedzą mobilne planetarium.

– Po Polsce podróżują dwa busy. Naukobus oferuje dwie różne wystawy – jedną poświęconą prawom fizyki, drugą budowie człowieka. Planetobus to mobilne planetarium, które jest rozstawiane w danej szkole na sali gimnastycznej. Uczniowie uczestniczą w zajęciach, podziwiając kosmos, ucząc się budowy Ziemi, kształtu kosmosu, poznają gwiazdy i planety ­– mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Ziółkowski, szef gabinetu politycznego wiceprezesa Rady Ministrów.

Autobusy edukacyjne stają się coraz popularniejsze. Po amerykańskim hrabstwie Elkhart jeżdżą laboratoria na kółkach Science 2 Go Bus, w ramach The School Bus Project wolontariusze uczą uchodźców w Europie, a firma Lockheed Martin stworzyła projekt Mars Experience Bus, w ramach którego dzieci mogą się przekonać, jak wyglądałaby podróż po powierzchni Marsa.

Na podobny pomysł wpadli także organizatorzy projektu Do-it-Together Science Bus, w ramach którego bus popularyzujący naukę przemierza drogi Unii Europejskiej. Popularyzatorzy prowadzą wykłady i zajęcia w siedmiu językach (angielskim, francuskim, hiszpańskim, holenderskim, niemieckim, słoweńskim i włoskim), a instrukcję przeprowadzenia najciekawszych eksperymentów zamieszczają na stronie internetowej, aby każdy mógł wykonać je w domowym zaciszu.

Polskie Naukobusy działają na podobnej zasadzie. W trakcie zajęć dzieci poznają m.in. sposób funkcjonowania ludzkiego organizmu czy działanie naszych zmysłów. Warsztaty przeprowadzane są pod czujnym okiem pracowników Centrum Nauki Kopernik, którzy na bieżąco odpowiadają na wszystkie problematyczne pytania i pomagają przeprowadzać eksperymenty naukowe.

– Jeżeli chcemy, aby społeczeństwo polskie się rozwijało, abyśmy mogli mieć kolejnych noblistów, to właśnie wśród dzieci musimy budzić pasję do nauki, tak samo jak jest pasja do sportu, do uprawiania piłki nożnej, do tego, że ktoś chce być policjantem czy strażakiem. Zależy nam na tym, żeby dzieci chciały być naukowcami, dlatego że jest to bardzo ciekawa, interesująca ścieżka życia ­– twierdzi Piotr Ziółkowski.

Organizatorzy na bieżąco udostępniają informacje o trasie przejazdu Naukobusów, dzielą się także relacjami z już przeprowadzonych warsztatów i zachęcają do zgłaszania się do programu kolejne szkoły. Naukobusy podróżują po kraju przez cały rok, uczestniczą w wakacyjnych półkoloniach i dojeżdżają do najmniejszych szkół w kraju.

– Eksperci z CNK pracują nad kolejnymi rozwiązaniami i nowymi wystawami. Mamy nadzieję, że już niebawem będziemy mogli udoskonalić mobilne wystawy, które udają się do szkół i będą poruszać coraz nowsze, ciekawsze tematy, jeszcze bardziej zachęcające do tego, by pokazać dzieciom, że nauka może być pasją­  konkluduje Piotr Ziółkowski.

Według raportu „Future of Skills. Employment in 2030” w wyniku postępującej automatyzacji i robotyzacji rynku pracy w ciągu najbliższych dziesięciu lat aż 90 proc. obecnie istniejących zawodów zmieni swoje oblicze. 70 proc. pracowników w wyniku postępu technologicznego będzie musiało poszerzyć swoje kwalifikacje, a aż 20 proc. zawodów zniknie całkowicie, gdyż ich praca zostanie całkowicie zmechanizowana.

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach

83 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych niezapewniających właściwej ochrony. Najczęściej kupują je w drogeriach, supermarketach lub na bazarach 10

Eksperci alarmują, że noszenie przyciemnianych soczewek bez wysokiej jakości filtrów daje efekt przeciwny do zamierzonego. Do oczu dociera więcej szkodliwych promieni słonecznych, istotnie zwiększając ryzyko uszkodzenia wzroku. Choć 70 proc. Polaków używa okularów przeciwsłonecznych, to większość traktuje je przede wszystkim jako dodatek modowy. Ponad połowa przy zakupie kieruje się kształtem, kolorem czy wielkością, zapominając, że walory estetyczne są drugorzędne, a kluczowe jest ograniczenie szkodliwych dla naszych oczu czynników oraz poprawa bezpieczeństwa i jakości widzenia.

Najnowszy raport z badań zrealizowanych przez IQS Rynek i Opinia na zlecenie Vision Express nie pozostawia wątpliwości – Polacy nie mają świadomości jak ważna jest ochrona oczu przed promieniami UVA i UVB. Tylko co trzeci Polak jako powód korzystania z okularów przeciwsłonecznych podaje ochronę przez szkodliwymi promieniami słońca. Dla większości jest to przede wszystkim modny gadżet.

– Badania wskazują, że niestety w niewłaściwy sposób chronimy swoje oczy przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego. Przede wszystkich chodzi tutaj o dobór właściwych okularów przeciwsłonecznych. Okazuje się, że w Polsce prawie 30 proc. naszego społeczeństwa nie używa okularów przeciwsłonecznych, natomiast wśród osób, które używają okularów przeciwsłonecznych, ponad 80 proc. używa tych nie do końca właściwych, czyli mających odpowiednie filtry, które eliminują szkodliwy wpływ promieniowania ultrafioletowego – mówi agencji Newseria dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

Niepokoi również fakt, że duża część Polaków nie ma świadomości szkodliwego wpływu promieniowania ultrafioletowego na narząd wzroku. Aż 58 proc. Polaków nie jest pewnych, czy promieniowanie słoneczne jest szkodliwe, a co ósma osoba uważa wręcz, że jest ono dla oczu bezpieczne.

– Z danych klinicznych wynika, że promieniowanie ultrafioletowe może wywoływać zarówno stany związane z podrażnieniem powierzchni oczu, jak i – co jest bardzo niebezpieczne – może powodować szereg poważnych chorób narządu wzroku, takich jak chociażby schorzenia siatkówki, błony naczyniowej czy soczewki – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Z badań wynika, że głównym czynnikiem, który decyduje o zakupie okularów przeciwsłonecznych, jest ich wygląd, kolor, rodzaj opraw, a nie jakość i skuteczność działania właściwych soczewek z odpowiednimi filtrami. Tymczasem pierwszorzędne znaczenie zawsze powinno odgrywać zapewnienie ochrony przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym.

– Przy wyborze okularów przeciwsłonecznych, które zapewnią właściwą ochronę, należy kierować się przede wszystkim jakością filtrów. Jest to niezmiernie istotne dla zapewnienia zarówno bezpieczeństwa, jak i odpowiedniej jakości widzenia. Okulary o oznaczeniu 400UV niemal całkowicie zatrzymają szkodliwe promieniowanie UVA i UVB. Natomiast już kształt okularów, ich kolor i rodzaj materiału, z jakich wykonane są oprawki, to są względy modowe – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Wśród Polaków, którzy w ostatnim roku kupili okulary przeciwsłoneczne, tylko 9 proc. dokonało zakupu w salonie optycznym. Natomiast modele dostępne w drogeriach lub na bazarach nie zapewniają właściwej ochrony przed promieniowaniem słonecznym. Profesjonalne przyciemniane szkła są droższe od tych oferowanych na ulicy lub w supermarkecie, jednak gwarantują nam odpowiednią ochronę. Okulary pochodzące z nieprofesjonalnych punktów mogą nam nawet zaszkodzić – spowodują, że źrenice będą się rozszerzać, przez co do oczu dostanie się więcej promieni ultrafioletowych. Aby ochrona była skuteczna trzeba kupić okulary z przyciemnianymi szkłami, mające filtr UV blokujący promieniowanie w paśmie do 400 nm (UV400). Wszystkie inne to okulary z niskiej jakości filtrem lub zupełnie go pozbawione.

– Tylko niewielka część osób używających okularów przeciwsłonecznych kupuje je we właściwych źródłach, czyli w salonach optycznych. Większość okularów z niepewnych źródeł nie zapewnia właściwej ochrony narządu wzroku, ponieważ nie ma odpowiednio dobranych filtrów, czyli skutecznej ochrony przed szkodliwym wpływem promieniowania ultrafioletowego – mówi dr n. biol. Robert Grabowski.

Większość osób zakłada, że okulary przeciwsłoneczne przede wszystkim nosi się latem, wtedy, kiedy jest dużo słońca. Natomiast szkodliwe promieniowanie słoneczne występuje także jesienią, zimą czy wiosną, więc możliwość korzystania z ochrony naszego wzroku poprzez noszenie okularów przeciwsłonecznych powinna także dotyczyć tych okresów. Szkodliwe promieniowanie ultrafioletowe dociera do oczu nawet przez zachmurzone niebo i może być przyczyną wielu groźnych chorób, takich jak: zapalenie spojówek i rogówki, zapalenia błony naczyniowej, AMD (zwyrodnienie plamki żółtej), zaćma, skrzydlik oraz czerniak oka.

Kierowcy oraz osoby często przebywające na świeżym powietrzu powinny się zaopatrzyć w okulary polaryzacyjne, które wygaszają odbicia światła słonecznego, chronią przed powstawaniem słonecznej poświaty, istotnie zapewniając większy komfort i jakość widzenia

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania

Rząd realnie bierze się za kształtowanie polityki mieszkaniowej. Specustawa i dopłaty do najmu mają zapewnić Polakom tanie mieszkania 11

Specustawa mieszkaniowa „realizuje obietnice społeczne rządu” – powiedział na wczorajszym briefingu prasowym Artur Soboń, wiceminister inwestycji i rozwoju. Jak podkreślił, jest to instrument kształtowania polityki mieszkaniowej państwa, który zapewni realny wpływ na działania inwestorów. Dodał również, że na podstawie specustawy mieszkaniowej nigdy nie powstałby zamek w Puszczy Noteckiej – inwestycja, która od kilku dni wzbudza ogromne kontrowersje. Specustwa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca, podobnie jak ustawa o dopłatach do najmu mieszkań.

Wiceminister Soboń odpowiedział wczoraj krytykom specustawy mieszkaniowej, przez jej przeciwników nazywaną też „lex deweloper”. Ich zdaniem nowe przepisy dadzą znacznie większe pole inwestorom i unieważnią miejscowe plany przestrzenne. Koalicja Ruchów Miejskich w Warszawie zaapelowała do Prezydenta Andrzeja Dudy o zawetowanie ustawy, którą negatywnie zaopiniowały m.in. Towarzystwo Urbanistów Polskich, Polska Akademia Nauk, wątpliwości mają też samorządy.

Zdaniem wiceministra inwestycji i rozwoju specustwa poprawi jakość przestrzeni miejskiej i zapewni samorządom wsparcie w zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych. Otworzy też drogę do realizacji programu Mieszkanie Plus, a tym samym zapewni Polakom szansę na tanie mieszkania.

Specustawa mieszkaniowa została przyjęta przez Sejm na początku lipca. Jej główny cel to skrócenie czasu przygotowania inwestycji mieszkaniowych z pięciu lat do roku. Nowe przepisy umożliwiają także budowanie na gruntach pokolejowych, poprzemysłowych, powojskowych i rolnych, znajdujących się w granicach administracyjnych miasta. Określone w specustawie standardy urbanistyczne są uzależnione od liczby mieszkańców w danej gminie (gminy do 30 tys. mieszkańców, powyżej 30 tys. oraz poniżej i powyżej 100 tys. mieszkańców). Przepisy określają m.in. odległość inwestycji mieszkaniowych od przedszkoli i szkół, przystanków komunikacji miejskiej oraz uwzględniają dostęp do dróg dojazdowych, sieci wodociągowej, kanalizacyjnej czy elektroenergetycznej. Specustawa mieszkaniowa ma zlikwidować chaos przestrzenny i – zdaniem wiceministra Artura Sobonia – przyczynić się do ochrony interesów najemców i mieszkańców.

Na początku tego miesiąca Sejm przyjął również kolejną ustawę o dopłatach do najmu mieszkań, tzw. „Mieszkanie na start”. Projekt nowych przepisów (w połowie czerwca przyjęty przez Rząd) przygotowało Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju.

Jest to przekierowanie strumienia pieniędzy, które były przeznaczone na wsparcie popytu mieszkaniowego – czyli np. na program MDM, w którym dopłacano do wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu na kupno mieszkania. My transferujemy te środki na programy propodażowe, ale z uwzględnieniem kryterium społecznego. Chcemy stymulować budownictwo czynszowe, tak aby tych mieszkań czynszowych było jak najwięcej w różnych miastach Polski. Dzisiaj stanowią one 5 proc. rynku, średnia europejska wynosi 30 proc. i do tego poziomu zmierzamy – mówi Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Rządowy program ma wesprzeć osoby, których nie stać na kupno ani wynajem mieszkania na komercyjnym rynku, ale z drugiej strony – ich dochody są zbyt wysokie, żeby ubiegać się o mieszkanie komunalne. Według resortu w takiej sytuacji może być nawet 40 proc. Polaków, zwłaszcza młodych, dopiero rozpoczynających karierę zawodową.

Celujemy w osoby o umiarkowanych dochodach. Nie w tych najbiedniejszych, bo czynszów i dopłat nie można porównywać do stawek w mieszkaniach komunalnych. To są osoby, które po prostu nie kwalifikują się na pomoc socjalną, ale też nie mają szans na rynku, do nich kierujemy naszą ofertę. Zakładamy, że system dopłat każdego roku będzie obejmował około 30 tys. rodzin  mówi Artur Soboń.

O dopłaty będą mogły się ubiegać gospodarstwa domowe, które spełniają określone kryterium dochodowe i nie mają innego mieszkania. Okres przyznawania dopłat do czynszu w wynajmowanych mieszkaniach będzie wynosił 15 lat, a wysokość wsparcia będzie uzależniona m.in. od kosztów budownictwa mieszkaniowego na danym terenie i powierzchni mieszkania.

Gospodarstwo jednoosobowe będzie się mogło starać o dopłatę, jeżeli jego miesięczny dochód nie przekracza przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, którego wysokość określa GUS. Każda kolejna osoba w gospodarstwie domowym oznacza podniesienie limitu o 30 proc. Stąd limit dla gospodarstwa dwuosobowego będzie wynosił 90 proc. przeciętnego wynagrodzenia, a w przypadku rodziny z dwójką dzieci 150 proc. Dodatkowe, otwarte kryteria społeczne będą ustalane przez rady gmin (na podstawie zaproponowanego w ustawie katalogu kryteriów pierwszeństwa).

W przypadku czteroosobowej rodziny limit, powyżej którego nie można już wejść w tryb tej ustawy, wynosi 1,6 tys. zł, więc jest on ustawiony dość wysoko. Kierujemy pomoc do najemców, zachęcając jednocześnie inwestorów do budowania pod najem, w tym także pod wynajem z opcją do własności. Liczę na to, że do programu dopłat włączą się TBS-y, spółdzielnie mieszkaniowe, być może również prywatni inwestorzy mówi Artur Soboń.

Każdego roku beneficjenci będą weryfikowani, aby sprawdzić, czy nadal spełniają kryteria uprawniające do otrzymywania dopłat. Jeżeli nie – świadczenie zostanie wygaszone albo czasowo zawieszone. Z rządowych dopłat będą mogły skorzystać zarówno osoby, które decydują się na zwykły najem, jak i najem z opcją dochodzenia do własności. Wnioski o dopłaty będą składane w urzędach gmin, które przeprowadzą wstępny nabór beneficjentów rządowych dopłat.

Jak podkreśla wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń, mądra polityka mieszkaniowa państwa jest warunkiem koniecznym, żeby zatrzymać młodych Polaków w kraju. Natomiast rynek najmu mieszkań sprzyja mobilności i elastyczności rynku pracy.

Zależy nam, żeby to nie był wyłącznie najem na czysto komercyjnym rynku. Oczywiście wszyscy zmagamy się z rynkowymi wyzwaniami, wysokimi kosztami pracy, wysoką ceną materiałów budowlanych, natomiast nam zależy, żeby były to mieszkania dostępne cenowo. Jeśli w wyniku tych dopłat rodzina, która ma czynsz 20 zł/m, czyli 1200 zł za 60-metrowe mieszkanie, otrzyma około 400 zł z tytułu dopłat każdego miesiąca przez 15 lat, to z pewnością zachęci ją do korzystania z programu Mieszkanie Plus mówi Artur Soboń.

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym

Wirus ASF szybko się rozprzestrzenia, a do walki z nim brakuje ludzi. To może oznaczać koniec z tradycyjnym polskim schabowym 12

Dalsze rozpowszechnianie się wirusa ASF może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Zmniejszyć ryzyko przedostania się choroby miały kontrole gospodarstw z trzoda chlewną. Służby weterynaryjne muszą ich odwiedzić ok. 200 tys., jednak w ciągu dwóch miesięcy udało się skontrolować zaledwie kilka tysięcy. Przyczyną opóźnień jest zła sytuacja w Inspekcji Weterynaryjnej. Jeżeli nie nastąpi szybka poprawa sytuacji kadrowo-finansowej, kontrole mogą potrwać nawet 10 lat. Wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał – podkreśla Witold Katner z Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

– Sytuacja związana z afrykańskim pomorem świń jest bardzo niepokojąca, ponieważ praktycznie w każdym tygodniu obserwujemy nowe ogniska choroby. Choroby, która jest całkowicie obojętna dla człowieka, natomiast jest bardzo niebezpieczna dla całej gospodarki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Katner, rzecznik prasowy Krajowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej.

Afrykański pomór świń, czyli wirus ASF, pojawił się w Polsce na początku 2014 roku. Od tego momentu stwierdzono 161 ognisk choroby. Tylko w tym roku ujawniono 57 ognisk, przy 81 w 2017 roku. Dane z czerwca wskazują, że wykryto też ponad 2,3 tys. przypadków ASF u dzików. Choroba występuje we wschodnich województwach, jednak istnieje duże ryzyko, że obejmie znacznie większy obszar kraju.

– Czarny scenariusz zakładający przedostanie się wirusa do trzech największych skupisk hodowli trzody chlewnej: województwa wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego czy łódzkiego, może oznaczać prawdziwą katastrofę gospodarczą. Odczują ją nie tylko rolnicy, zakłady mięsne czy eksporterzy mięsa wieprzowego, lecz także może to się odbić na przeciętnym konsumencie. Zawleczenie choroby na terytorium całego kraju, to w praktyce fizyczna likwidacja produkcji wieprzowiny w całym kraju, która może oznaczać, że będziemy musieli się pożegnać z tradycyjnym polskim schabowym na talerzach – podkreśla Witold Katner.

Priorytetem w walce z ASF w kraju jest niedopuszczenie do przedostania się wirusa na tereny intensywnej produkcji trzody chlewnej w województwie łódzkim, kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, gdzie pogłowie świń stanowi ponad połowę krajowego pogłowia. Zwalczanie wirusa tam pochłonie ogromne sumy, będzie też niezwykle trudne. Dalszemu nierozpowszechnianiu choroby miało pomóc przestrzeganie przez gospodarstwa zasad bioasekuracji, które mają chronić gospodarstwa rolne przed wniesieniem wirusa afrykańskiego pomoru świń na terytorium chlewni. Od kwietnia ruszyły kontrole właśnie pod kątem przestrzegania zasad. Do skontrolowania jest 230 tys. gospodarstw, w ciągu dwóch miesięcy udało się wykonać ich zaledwie 6 tys.

– Powodem jest bardzo zła, żeby nie powiedzieć kryzysowa, sytuacja kadrowo-finansowa w Inspekcji Weterynaryjnej. Niskie pensje powodują, że ludzie masowo odchodzą z pracy, a jednocześnie Inspekcja Weterynaryjna nie jest na tyle atrakcyjnym pracodawcą, iż ludzie po trudnych, sześcioletnich studiach nie chcą przychodzić tam pracować za 2,5 tys. brutto – wskazuje ekspert. – Szacujemy, że jeżeli nie nastąpi szybka poprawa tej sytuacji, kontrole mogą potrwać 7–10 lat, a zapewniam, że wirus afrykańskiego pomoru świń nie będzie tyle czekał.

Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi wynika, że wynagrodzenie w powiatowym inspektoracie weterynarii wynosi średnio ok. 2 tys. zł brutto. Tylko nieco ponad 30 proc. przeprowadzonych naborów zakończyło się podpisaniem umowy. Do ponad połowy nie wpłynęła ani jedna aplikacja, a w blisko 5 proc. – wybrani kandydaci zrezygnowali z objęcia stanowiska. Liczba wakatów stale rośnie.

– Wirus ASF jest bardzo zjadliwy, ma umiejętności przetrwania w bardzo niekorzystnych warunkach. Trzeba go zwalczać bardzo szybko, a nie da się tego zrobić bez sprawnej służby, która się tym zajmie, a jest nią Inspekcja Weterynaryjna – mówi Katner.

Krajowa Rada Lekarsko-Weterynaryjna ocenia, że lekarz rozpoczynający pracę w Inspekcji powinien zarabiać minimum krajową średnią. Jest nadzieja, że w najbliższym czasie lekarze będą mogli liczyć na podwyżki. Resort rolnictwa wystąpił o dodatkowe pieniądze z rezerwy budżetu państwa na etaty w Inspekcji Weterynaryjnej.

– Na razie walczymy z ASF na ścianie wschodniej, natomiast zasady bioasekuracji obowiązują na terenie całego kraju i to ma być prewencja. Aby tę prewencję skutecznie wprowadzić, potrzebne są te etaty na terytorium całego kraju, natomiast same etaty nie zwalczą ASF. Trzeba stworzyć takie warunki finansowe, aby ktoś chciał tam pracować, samo przyznanie etatów niczego nie zmieni, to muszą być zarówno dodatkowe etaty, jak i odpowiednio wysokie wynagrodzenia. Problem jest palący, tylko w przeciągu ostatnich tygodni było kilkanaście ognisk ASF – podkreśla Witold Katner.

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi

Wkrótce mają ruszyć negocjacje ws. zakupu okrętów podwodnych. Specjalną ofertę współpracy złożyli Polsce Francuzi 13

Nowe okręty podwodne dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało przyspieszenie w tej sprawie – po podpisaniu umowy na system Patriot niebawem podjęte mają zostać negocjacje dotyczące zakupu okrętów podwodnych. Naval Group, francuski producent okrętów podwodnych Scorpène, proponuje współpracę przemysłową która pozwoli na stworzenie w Polsce dwóch tysięcy miejsc pracy.

– Nasza oferta dla Polski obejmuje okręty podwodne typu Scorpène, najpotężniejsze konwencjonalne okręty podwodne w NATO, w tym dostęp do całości opracowanego przez nas wyposażenia okrętów typu Barracuda. Oznacza to zarówno pociski manewrujące, opracowane we współpracy z MBDA, jak i torpedy ciężkie i pociski rakietowe Exocet. To kompletna oferta, która zapewni Polsce najlepsze narzędzia z zakresu broni konwencjonalnej dostępne w NATO – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hervé Guillou, prezes koncernu Naval Group.

Po tym, jak pod koniec maja morze wyrzuciło na polskie plaże pociski sygnalizacyjne z rosyjskiego okrętu podwodnego, MON zapowiedział przyspieszenie zakupu nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej w ramach programu „Orka”. Jak poinformował niedawno szef resortu Mariusz Błaszczak, po podpisaniu umowy na zestawy obrony powietrznej Patriot MON przystąpi do kolejnych negocjacji, a priorytetem ma być właśnie zakup nowych okrętów podwodnych.

W ramach programu „Orka”, wycenianego na około 10 mld zł, MON zamierza kupić trzy okręty podwodne nowego typu. Jednostki mają być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne razić cele w odległości wielu setek kilometrów oraz zapewnić polskiej flocie realną zdolność do odstraszania. „Orka” to jeden z największych programów modernizacyjnych polskiej armii. Zainteresowani dostarczeniem Polsce okrętów podwodnych są trzej ich producenci – niemiecki holding stoczniowy TKMS, szwedzki Saab, który zaproponował okręty typu A26 oraz francuski koncern Naval Group, który oferuje jednostki typu Scorpène.

– Naval Group oferuje coś, czego nie ma nikt inny. To połączenie suwerenności, pełnej zgodności z NATO i możliwości, których nie mają inni. Jest to także szansa na stworzenie w Polsce silnego przemysłu i stabilnych miejsc pracy w branży zaawansowanych technologii. Zaczynamy od zapewnienia zdolności pomostowej, następnie budujemy okręty podwodne i serwisujemy je. Na tej bazie możemy stworzyć stabilną branżę i miejsca pracy dla specjalistów zaawansowanych technologii – podkreśla prezes Naval Group.

Oferta francuskiego Naval Group obejmuje nie tylko okręty Scorpène, lecz także szeroką współpracę przemysłową w sektorze wojskowym i cywilnym. Dotyczy ona m.in. budowy i serwisowania okrętów w Polsce, wspólnych prac badawczo-rozwojowych, utworzenia w Polsce dwóch tysięcy nowych miejsc pracy oraz współpracy w obszarze wykorzystania morskich odnawialnych źródeł energii. Naval Group proponuje także modernizację okrętu podwodnego ORP Orzeł i jest gotów zakończyć prace z nią związane w ciągu osiemnastu miesięcy. Francuzi podpisali z Polską Grupą Zbrojeniową porozumienie dotyczące transferu technologii i współpracy w zakresie programu „Orka”.

– Przedstawiliśmy stoczniom propozycję współpracy. Sprawdziliśmy około 150 firm i obecnie jesteśmy gotowi do współpracy z prawie setką z nich. Mamy więc kompletną bazę przemysłową, w której powstanie około dwa tysięcy nowych miejsc pracy w Polsce. Firmy skorzystają z pełnego transferu technologii i możliwości budowy okrętów, także od strony systemowej, co mogą następnie przełożyć na inne aspekty działalności, inne segmenty eksportowe, takie jak okręty podwodne i nawodne, a także morskie odnawialne źródła energii – podkreśla Hervé Guillou.

Zakup nowych okrętów podwodnych dla Marynarki Wojennej – która w tym roku obchodzi swoje stulecie – to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące obecnie na jej wyposażeniu stare okręty podwodne w większości mają ponad 50 lat i są powoli wycofywane.

Francuski Naval Group (dawniej DCNS) to największy w Europie koncern zajmujący się projektowaniem i budową okrętów wojennych. Niedawno zdobył wart ok. 40 mld dol. kontrakt na dostawę dwunastu okrętów podwodnych typu Barracuda dla australijskiej marynarki wojennej.

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa

Komisja Europejska ponownie odrzuca skargę Fakro przeciw VELUX. Spór między firmami jednak wciąż trwa 14

Komisja Europejska po raz drugi odrzuciła zarzuty Fakro przeciw VELUX. 11 lipca decyzja została opublikowana na stronie KE. Urzędnicy nie znaleźli potwierdzenia zarzutów, że VELUX narusza unijne reguły antymonopolowe. Spór trwa ponad dekadę, dużo jednak wskazuje na to, że decyzja KE może go wcale nie zakończyć. To, co nazywamy sporem, moim zdaniem jest przemyślaną strategią działania. W ciągu 10 lat pojawiło się około pięćset publikacji, które stawiały firmę VELUX w złym świetle – komentuje Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

– Od przeszło dekady firma Fakro formułuje dużą liczbę bezzasadnych zarzutów pod kątem firmy VELUX, jak również te zarzuty rozpowszechnia. 14 czerwca 2018 roku Komisja Europejska podjęła decyzję o odrzuceniu kolejnej skargi Fakro na praktyki firmy VELUX, była to już druga skarga, którą Komisja rozpatrywała i na podstawie przesłanej dokumentacji z obu stron nie dopatrzyła się żadnych naruszeń prawa konkurencji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Siwiński, prezes VELUX Polska.

Pierwsza skarga została złożona przez firmę Fakro do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jeszcze w 2006 roku i rok później do KE. W 2009 KE zamknęła dochodzenie, nie stwierdzając naruszeń prawa konkurencji, w 2012 roku Fakro złożyło ponowną skargę.

– Mimo że nasz konkurent przedstawił Komisji tysiące stron dokumentacji, analiz własnych, analiz zewnętrznych, nie dało to podstawy do stwierdzenia, że w jakikolwiek sposób istnieją naruszenia prawa o konkurencji. Ostatnia skarga była rozpatrywana przez Komisję przez 6 lat, w ciągu tych lat nasz konkurent dostarczył Komisji nie tylko oryginalną skargę, lecz także osiem dodatkowych suplementów z dokumentami. To spowodowało potrzebę zaangażowania dużych zasobów w analizę, zwłaszcza że w każdym przypadku i wielokrotnie VELUX był proszony o dostarczenie swojego stanowiska, swojej dokumentacji i swoich analiz – mówi Siwiński.

Prezes VELUX ocenia, że oprócz ścieżki prawnej, istotny jest czarny PR, jaki dotyka jego firmę od ok. 10 lat. Fakro wielokrotnie powielało informacje, które – jak ponownie uznała KE – są bezpodstawne.

– W naszej ocenie nie chodzi o spór, który dzieje się gdzieś w tle, ale o pewną metodę działania, która ma na celu podważenie zaufania do naszej firmy. Konflikt sprzedaje się dobrze, dzięki takim działaniom firma Fakro uzyskuje dużą ekspozycję medialną, zwraca uwagę opinii publicznej, zwraca na siebie uwagę liderów opinii, decydentów, jednocześnie podważa lub próbuje podważać zaufanie do firmy VELUX – podkreśla Siwiński.

Monitoring mediów prowadzony przez VELUX wykazał, że od momentu rozpoczęcia sporu w mediach pojawiło się blisko pięćset publikacji, w których powtarzane były zarzuty dotyczące praktyk naruszających prawa konkurencji. Publikacje dotarły do 20 mln odbiorców. W ten sposób Fakro miało zyskać darmową reklamę, jednocześnie dyskredytując w oczach opinii publicznej firmę VELUX.

– Przedstawiliśmy bardzo wiele przykładów takiej komunikacji ze strony firmy Fakro, która nie miała odniesienia do faktów, wezwaliśmy naszego konkurenta do tego, aby zaprzestał takiej negatywnej kampanii wobec naszej firmy. VELUX działa w Polsce już 28 lat, zatrudnia 4 250 osób, jest największym producentem okien oraz ich eksporterem w Polsce. Jako duży gracz jesteśmy najbardziej zainteresowani tym, aby rynek działał prawidłowo i transparentnie, ale bez uczciwej konkurencji nie jest to możliwe – ocenia Jacek Siwiński.

VELUX to potentat na europejskim rynku okien dachowych. W Polsce przychody Grupy VELUX i spółek siostrzanych w 2017 roku sięgnęły 1,9 mld zł (bez wymiany handlowej między spółkami). Dla porównania, Grupa Fakro osiągnęła w tym samym okresie 1,36 mld zł przychodów wliczając w to wymianę handlową między spółkami. Według danych opublikowanych na stronie Ministerstwa Finansów w latach 2014-2016 spółki Grupy (Grupa VELUX i spółki siostrzane) zapłaciły 35,6 mln zł podatku CIT, zaś spółki Grupy Fakro – 7,1 mln zł.