Warszawa – jedna z najtańszych stolic świata?

Mimo rosnących stale cen mieszkań, koszty życia w naszej stolicy wciąż są znacznie niższe niż w innych metropoliach. Są jednak rzeczy i usługi, za które Polacy muszą zapłacić dużo więcej niż inni.

Gdybyśmy chcieli wybrać najlepsze miejsce do życia pod względem kosztów utrzymania, Warszawa byłaby jednym z najbardziej atrakcyjnych miast na świecie. Codzienne życie w stolicy Polski – w porównaniu do innych światowych metropolii – jest niedrogie. Nawet po uwzględnieniu różnic w zarobkach, których wysokość netto (równowartość 1128 dolarów) plasuje nas na 35. miejscu wśród 50 miast badanych przez Deutsche Bank w corocznym raporcie „Mapping the World’s Prices”, pokazującym przeciętne dochody oraz uśrednione ceny wybranych dóbr i usług.

W tym roku autorzy raportu skoncentrowali się na wskaźnikach dotyczących nie tylko wysokości dochodów, kosztów mieszkania, transportu, posiłków i ubrań, ale również na tych odnoszących się do jakości życia. Należy do nich m.in.: siła nabywcza, ogólne koszty życia, ceny nieruchomości w stosunku do dochodów, indeks bezpieczeństwa, jakość i dostępność opieki zdrowotnej, zanieczyszczenie powietrza i zagęszczenie ruchu, czy ogólny „klimat miasta”.

– Mocne strony Warszawy to niskie koszty utrzymania (8. miejsce), dobry poziom bezpieczeństwa (11.) oraz nie najgorszy system komunikacyjny (17.). Relacja dochodów do cen nieruchomości oraz indeks zanieczyszczenia są na średnim poziomie w porównaniu do innych miast (odpowiednio 24. i 27. pozycja). Słabą stroną Warszawy jest niska jakość opieki medycznej (41.), niska siła nabywcza (37.) i umiarkowanie atrakcyjny klimat (34.) – podkreśla Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank Polska.

Pod względem jakości życia przegrywamy wprawdzie znacznie z nowozelandzkim Wellington, Zurichem, Kopenhagą, Wiedniem czy Edynburgiem, ale Warszawa została z kolei uznana przez autorów raportu za jedno z najlepszych miejsc na… randkę. Co wynika w dużym stopniu z jednych z najniższych na świecie cen posiłków w restauracjach, piwa w barze, papierosów, biletów do kina, czy komunikacji miejskiej. Taniej byłoby jedynie w New Delhi, Manili czy Mexico City.

Jak wynika z raportu „Mapping the World’s Prices”, bezwzględna wysokość cen niekoniecznie jest powiązana z lokalnymi średnimi dochodami. I tak, koszty wynajmu 2-pokojowego mieszkania w Warszawie, usług sprzątaczki, czy koszt kupna średniej klasy samochodu (np. Volkswagena Golfa) są skorelowane z przeciętną pensją netto. Biorąc pod uwagę naszą pozycję, jeśli chodzi o dochody do dyspozycji 2-osobowego gospodarstwa domowego (34. miejsce), stosunkowo dużo płacimy z kolei za paliwo (24.), wynajem samochodu (7.), czy niektóre produkty światowych marek. Przykładowo, za najnowszy model iPhone’a Polacy muszą w firmowym salonie zapłacić równowartość niemal 300 dolarów więcej niż w USA, Hong Kongu czy w Japonii. Relatywnie więcej zapłacimy też np. za parę dżinsów Levis’a. Nie mamy za to sobie równych, jeśli chodzi o karnety na siłownię w dzielnicach biznesowych. Taniej za „wyciskanie” stresu płacą tylko pracujący w Wellington, New Delhi i Bangalurze.

Klient cyfrowo dojrzały i jego wpływ na rynek pracy

Polski rynek e-commerce, który jest już wart 40 mld złotych, wchodzi obecnie w fazę dojrzałości. Równolegle ze zmianą zachowań konsumentów zmienia się filozofia prowadzenia biznesu. Organizacje coraz intensywniej prowadzą działalność w sieci, co wymaga od nich uwzględnienia w swoich strategiach działań zarówno elementów e- commerce’owych oraz digitalowych. Ekspertki z firmy rekrutacyjnej Michael Page – Anna Iwanicz oraz Elżbieta Sobiech – komentują zmiany w tych obszarach oraz ich wpływ na rynek pracy.

Klient w Internecie…

Regularna i coraz dłuższa obecność konsumentów w Internecie zmusza firmy do zaistnienia online.
Wprowadzenie e-kanału sprzedaży dotyka wszystkich firm niezależenie od sektora. Wynika to z jednej strony z potrzeby uniezależnienia się od tradycyjnego handlu, który obecnie musi się zmierzyć z pewnymi ograniczeniami takimi jak np. zakaz handlu w niedzielę. Z drugiej zaś, aby utrzymać pozycję na rynku trzeba sprzedawać w kanałach, które są wybierane przez konsumentów i dynamicznie rosną. Chodzi tu zarówno o obecność sprzedażową, jak i komunikacyjno-wizerunkową – tłumaczy Anna Iwanicz, z zespołu Digital & e-Commerce w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

E-commerce obecnie to nie tylko witryna internetowa umożliwiająca robienie zakupów online. To rozbudowany system rozwiązań, działań i treści pomagających użytkownikom w podejmowaniu decyzji zakupowych. Narzędzia, które jeszcze kilka lat temu znaliśmy tylko z filmów science fiction np. AI (sztuczna inteligencja), AR (rozszerzona rzeczywistość), VR (wirtualna rzeczywistość) oraz chatboty są obecnie wykorzystywane już nie tylko przez największych graczy e-commerce.

– Intensywny rozwój technologii to jednocześnie duże wyzwanie dla biznesu i pracodawców – nowe narzędzia i rozwiązania powstają tak szybko, że trudno jest wszystkim pracownikom za tymi zmianami nadążać i być na bieżąco z najnowszymi trendami. Z tego powodu poszukiwani są specjaliści z szeroką wiedzą digitalową, dobrym zrozumieniem technologii i IT, a także rozwiniętymi kompetencjami interpersonalnymi, którzy będą w stanie budować wzajemne zrozumienie pomiędzy światem biznesu i IT w organizacjach, a przede wszystkim skutecznie odpowiadać na potrzeby i oczekiwania klienta końcowego – dodaje Elżbieta Sobiech.

…i przed smartfonem

Czasy, gdy odpowiedzialność za aktywność w kanałach online przejmowali specjaliści z tradycyjnego marketingu czy sprzedaży, mijają. Tym bardziej, że obecnie nawet social media – Facebook czy Instagram, również w wersji mobile – skracają drogę konsumenta do zakupu produktu. Równolegle dynamicznie rozwija się bowiem obszar m-commerce.

– Zgodnie z danymi Gemiusa blisko połowa wszystkich odsłon stron internetowych w Polsce pochodzi ze smartfonów. Warto wziąć to pod uwagę, tym bardziej, że wg GlobalWebIndex, zakupy online robi już co druga osoba. Oznacza to tym samym, że specjaliści z doświadczeniem w obszarze m-commerce będą coraz intensywniej poszukiwani – wyjaśnia Anna Iwanicz.

Rywalizacja o najlepszego pracownika

Dynamiczny rozwój e-handlu powoduje, że sukcesywnie wzrasta zapotrzebowanie w firmach na nowych pracowników z odpowiednim doświadczeniem, co przekłada się na coraz atrakcyjniejsze oferty pracy.

Według przeglądu wynagrodzeń przygotowanego przez zespół Michael Page, dyrektor ds. e-commerce, w zależności od doświadczenia, może liczyć na pensję między 15 000 a nawet 35 000 zł brutto. – Firmy poszukują też specjalistów z zakresu digital customer experience. Wynagrodzenie miesięczne managera w takim obszarze kształtuje się na poziomie ok. 15 000 zł, ale może ono też sięgać nawet 25 000 zł. W cenie są również eksperci z obszaru marketing automation, których średnie zarobki wynoszą ok. 12 000 zł. Z kolei omnichannel manager, który odpowiada za spójną obecność firmy we wszystkich kanałach, może spodziewać się średnich zarobków na poziomie 18 000 zł, przy czym mogą one wynieść nawet 25 000 zł – wymienia Elżbieta Sobiech.

Ponadto, content marketing manager, który odpowiada za tworzenie treści wspierających decyzje zakupowe konsumentów oraz budujących obecność w sieci może liczyć na zarobki rzędu ok. 7 000 zł brutto miesięcznie. Natomiast oferty dla managerów od social mediów dotyczą kwot między 6 500 a 11 500 zł – dodaje Anna Iwanicz

Rynek magazynowy w rozkwicie

Rynek magazynowo – logistyczny w Polsce przeżywa prawdziwy rozkwit. Tylko w ubiegłym roku, całkowita ilość nowoczesnej powierzchni magazynowej powiększyła się o 21%. Dane z pierwszych trzech miesięcy 2018 r. pokazują, że rynek nie zwalnia.

Rekord za rekordem

Pierwszy kwartał przyniósł szereg rekordów. Stopa pustostanów osiągnęła historyczne minimum 4,9%, do czego przyczynił się rekordowo silny popyt najemców. Tylko od stycznia do marca tego roku wynajęto około 1,2 mln m kw. powierzchni magazynowej. Znakomita koniunktura zachęca do rozpoczynania kolejnych inwestycji. Efektem tego jest nieodnotowywana dotąd ilość powierzchni w budowie sięgająca prawie 1,9 mln m kw.
-Katarzyna Pyś – Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Nowa podaż

Pod względem powierzchni oddanej do użytkowania w pierwszym kwartale prym wiódł region Polski Centralnej, który powiększył się o 212 900 m kw., co stanowi 54% nowej podaży w całym kraju. Największymi obiektami oddanymi do użytku były: magazyn typu BTS dedykowany firmie B/S/H (79 000 m kw.) oraz P3 Piotrków (62 200 m kw.). Oba te obiekty leżą w rejonie Polski Centralnej.

Powierzchnia w budowie

Analiza rozmieszczenia geograficznego wolumenu obecnie budowanej powierzchni pokazuje, że najwięcej pracy mają deweloperzy na Górnym Śląsku oraz w Polsce Centralnej. Odnotowano tam odpowiednio 419 400 m kw. i 360 200 m kw. powierzchni na etapie konstrukcji. Kolejnym pod względem wolumenu realizowanych inwestycji jest region Polski Zachodniej, ciągnący się wzdłuż granicy z Niemcami i budowanej trasy S3. Jest to jednocześnie najbardziej dynamicznie rosnąca lokalizacja obiektów magazynowo – logistycznych. W trakcie realizacji znajduje się tam łącznie 230 900 m kw., co stanowi aż 86% powierzchni istniejących obecnie obiektów.
-Patrycja Dzikowska, Dyrektor działu Analiz i Badań Rynkowych, Europa Środkowo-Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Pustostany

Niezmiennie najwyższy wskaźnik powierzchni niewynajętej odnotowano w strefie Warszawa I, obejmującej nieruchomości magazynowo – logistyczne usytuowane wewnątrz granic administracyjnych Warszawy. Na koniec I kwartału br. stopa pustostanów wyniosła tam 8,9%. Spośród głównych rynków magazynowych najmniej dostępnej powierzchni znajduje się w regionie Polski Centralnej (1,9%), gdzie duży udział w zasobach rynku stanowią w całości wynajęte projekty typu BTS. Jeszcze niższa dostępność wolnej powierzchni występuje na niektórych mniej rozwiniętych rynkach. Na koniec marca w regionach takich jak Bydgoszcz/Toruń, Szczecin czy Polska Zachodnia nie oferowano praktycznie żadnej wolnej powierzchni magazynowej w istniejących budynkach. Kluczowe powody takiej sytuacji to dominacja formatu BTS oraz obserwowany w tych rejonach wysoki popyt najemców  wspomagany stosunkowo dobrą dostępnością siły roboczej.

Co dalej?

Uczestnicy i obserwatorzy sektora magazynowo – logistycznego zadają pytanie, w jakim kierunku będzie następował dalszy rozwój rynku.

Czynnikami mającymi największy wpływ na branżę pozostaną w najbliższym czasie rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych. Przełoży się to na wzrost kosztów budowy, a pośrednio na stawki czynszów. Niesłabnący popyt oraz rosnące koszty sprawią, że deweloperzy będą mniej skłonni do udzielania zachęt czynszowych. W rezultacie różnica między stawkami bazowymi a efektywnymi zacznie się stopniowo zmniejszać. Widocznym trendem jest również powstawanie magazynów w nowych lokalizacjach.
-Katarzyna Pyś – Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Europa Środkowo – Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Nowe lokalizacje

Dla docelowych użytkowników powierzchni magazynowych jednym z kluczowych kryteriów wyboru danej lokalizacji jest dostęp do wystarczającej ilości siły roboczej w regionie. W świetle coraz większego problemu ze znalezieniem pracownika, zwłaszcza w sąsiedztwie dużych ośrodków miejskich, deweloperzy decydują się na lokowanie swoich obiektów w regionach niekojarzonych dotąd z projektami magazynowymi. Poza dostępnością pracowników, warunkiem koniecznym do sprawnego funkcjonowania obiektu jest odpowiednia infrastruktura komunikacyjna.

Budowa nowych odcinków tras szybkiego ruchu staje się kluczem otwierającym możliwości rozwoju nowych lokalizacji. Można nawet wskazać konkretne przykłady. Budowa fragmentu trasy S8, łączącej Warszawę z Białymstokiem, przyczyniła się już do powstania m. in. kompleksów magazynowych Panattoni Park Radzymin, czy Panattoni Park Białystok. Z kolei, rozbudowa drogi S7 między Warszawą, a Trójmiastem oraz jej odnoga (S51) prowadząca do Olsztyna dały podstawy do budowy przez spółkę Hillwood centrum logistycznego Zalando pod Olsztynkiem, przeznaczonego dla e-commerce. Podobnie trasa S3 w zachodniej części kraju przyciąga liczne projekty typu BTS, często relokacje z Niemiec. Przewidujemy, że wraz z dalszym rozwojem sieci transportowej „otwarte” zostaną kolejne lokalizacje, które przyciągną zainteresowanie deweloperów.
-John Palmer, Dyrektor, Rynki Kapitałowe, Sektor Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych oraz Wycen CEE, BNP Paribas Real Estate Poland.

Jak decyzja FED wpłynie na kurs dolara

Dziś środa z FOMC, gdzie podwyżka wydaje się pewna, ale diabeł będzie tkwił w szczegółach, a bilans ryzyk większe szanse daje jastrzębim zmianom. USD z wyprzedzeniem pokazuje optymistyczne budowanie pozycji, choć odliczanie do wieczora może w najbliższych godzinach przynieść wyraźne ograniczenie zmienności. W międzyczasie CPI z Wielkiej Brytanii może ożywić funta, który dodatkowo znajduje wsparcie w pomyślnych informacjach dotyczących Brexitu.

Postęp ożywienia USA jest na tyle solidny, że byłoby wielką niespodzianką, gdyby Fed nie wykorzystał okazji i nie podniósł dziś celu dla stopy rezerw federalnych o 25 pb do 1,75-2,00 proc. To jest jedna z pewnych decyzji na dzisiejszy wieczór, ale jest wiele innych aspektów, które nie są w pełni zdyskontowane.

Nierozstrzygniętą pozostaje dyskusja, czy w 2018 r. zobaczymy łącznie trzy, czy cztery podwyżki? Sądzimy, że dzisiejszy „dot plot” wskaże to drugie, ale równe szanse są na to, czy przesunięcie odbędzie się kosztem trzeciej podwyżki w 2019 r. Dodatkowe ryzyka dotyczą perspektyw całego cyklu (czy Fed widzi potencjał do dłuższego/szybszego cyklu?) oraz potencjalnej zmiany komunikat z odrzuceniem akomodacyjnego charakteru polityki na rzecz bliższego neutralnemu nastawieniu. Spekulacje dotyczą też ustalenia konferencji prasowych dla wszystkich posiedzeń FOMC. Obecnie tylko co drugie zebranie jest zwieńczone konferencją (w marcu, czerwcu, wrześniu i grudniu). Taka decyzja zwiększy elastyczność Fed i pozwoli a odejście od kwartalnego harmonogramu podwyżek, choć nie będzie to od razu oznaczać wzrostu szans na więcej podwyżek w tym roku. Mimo to rynek może zacząć przesuwać wycenę niektórych podwyżek np. z grudnia na listopad, a to już będzie nieść implikacje dla rynku pieniężnego, a dalej dla dolara.

Głównym ryzykiem dla dolara jest fakt, że sporo pozytywnych informacji jest już zdyskontowanych (solidne dane, podwyżka), więc wrażliwość na ewentualne gołębie sygnały może być większa, ale z drugiej strony Fed nie ma wyraźnie powodów, by takie sygnały wysyłać. Jednocześnie stabilizacja USD w ostatnich dniach ma miejsce poniżej ostatnich szczytów, jak również poziomy rentowności obligacji skarbowych USA są poniżej szczytów z połowy maja, kiedy nastąpiła kulminacja pozytywnych informacji dla USD. Istnieje zatem przestrzeń do tego, aby konfirmacja pozostawania Fed na kursie z szansą na jeszcze dwie podwyżki stóp procentowych w tym roku pomogła w powrocie rajdu rentowności długoterminowych obligacji skarbowych, co dałoby wsparcie dolarowi. Mimo tego niższe na tle ostatnich szczytów rentowności częściowo odzwierciedlają wzrost premii za ryzyko rynkowe związane z czynnikami politycznymi i napięciami w handlu zagranicznym, stąd w oparciu o tą zależność może nie być łatwo pociągnąć USD wyraźnie wyżej. W skrócie, Fed może podnieść USD, ale rynek musi chcieć w to uwierzyć.
Funt w staje z kolan, gdyż brexitowy dramat zdaje się pokazywać pozytywne rozstrzygnięcia. Wczoraj premier Wielkiej Brytanii Theresa May wygrała głosowania nad poprawkami do ustawy o wyjściu z UE, co pokazało, że jest w stanie utrzymać jedność własnej partii i kontrolować parlament. Poprawki zostały odrzucone, ale May musiała zgodzić się na duże ustępstwa dla frakcji Torysów dążącej do miękkiego Brexitu. W najuważniejszym głosowaniu, May zgodziła się, że Izba Gmin będzie mogła przejąć negocjacje Brexitu, jeśli rząd nie porozumie się z Bruksela do końca listopada. W rezultacie październikowy szczyt UE staje się kluczowy dla finalnych porozumień. Jeśli Brexit wróci do parlamentu, oznacza to łagodniejsze podejście. Dziś głosowania nad kolejnymi poprawkami, ale ryzyka dla GBP wyraźnie spadły. Przed południem mamy jeszcze odczyt majowej inflacji, gdzie spodziewana jest stabilizacja CPI na 2,4 proc. r/r i bazowej na 2,1 proc. Zatrzymanie inflacji przy solidnych dnach o dynamice płac oraz mniejsze ryzyko polityczne zwiększają szanse na sierpniową podwyżkę BoE.
Złoty zamknął się w swoim cichym świecie płytkiej konsolidacji 4,26-4,30 za EUR. Posiedzenie FOMC jest czynnikiem ryzyka dla walut rynków wschodzących, ale nie sądzę, abyśmy mieli doświadczyć powtórki z majowej paniki. Inne gospodarki rozwijające maja więcej powodów do zmartwień i braków w fundamentach, więc ewentualne uderzenie może dotyczyć TRY, MXN, czy BRL. EUR/PLN powinien obronić sufit przy 4,30 jako preferowane przez inwestorów miejsce do taktycznej sprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy nadal ciągle korzystają z nielegalnego oprogramowania i oglądają pirackie treści. Firmy szukają nowych i atrakcyjnych modeli płacenia za treści

Polacy nadal ciągle korzystają z nielegalnego oprogramowania i oglądają pirackie treści. Firmy szukają nowych i atrakcyjnych modeli płacenia za treści 1

Poziom piractwa spada, ale w Polsce wciąż niemal połowa oprogramowania jest używana nielegalnie. Użytkownicy prywatni z pirackich wersji programów, ale także muzyki i filmów pochodzących z nielegalnych źródeł, korzystają jeszcze częściej, nie zdając sobie sprawy z zagrożeń. Walka z piractwem przybiera różne formy, w tym zaostrzenia prawa antypirackiego. Przykłady nakładania większych restrykcji pokazują, że skala piractwa rośnie jeszcze bardziej. Rozwiązaniem może być upowszechnienie się w wielu dziedzinach subskrypcyjnych modeli płacenia za treści. Dla firm, szczególnie narażonych na ataki cyberprzestępców, wykorzystujących luki w nielegalnym oprogramowaniu, pomocne mogą się okazać systemy zarządzania oprogramowaniem.

– Skala korzystania z nielegalnego oprogramowania w przypadku prywatnych użytkowników jest większa. To rodzi większe ryzyka, włącznie z kradzieżą tożsamości, z przejęciem danych do bankowości elektronicznej i szeregiem innych ryzyk – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Bartłomiej Witucki, przedstawiciel Business Software Alliance w Polsce.

Obecnie pobieranie pirackich treści na tzw. własny użytek nie jest w Polsce przestępstwem, o ile w tym samym czasie nie udostępnia się tych lub innych pirackich treści (np. w modelu p2p). Pobieranie nielegalnego oprogramowania czy treści multimedialnych z niepewnych źródeł rodzi ryzyko zaszycia w kodzie przez cyberprzestępców złośliwego oprogramowania, przez które uzyskają oni dostęp do komputera ofiary, a co za tym idzie – do bardzo wrażliwych danych. Tymczasem skala korzystania z nielegalnego oprogramowania na świecie nieznacznie spada, ale w Polsce trend niestety jest odwrotny. Z raportu opracowanego przez The Software Alliance wynika, że w zeszłym roku odsetek nielegalnego oprogramowania na świecie spadł o 2 proc. do poziomu 37 proc. W przypadku Polski wskaźnik ten jest zauważalnie wyższy i wynosi aż 46 proc. 

Według raportu opracowanego przez holenderską firmę Ecorys na zlecenie Komisji Europejskiej aż 51 proc. dorosłych i 72 proc. niepełnoletnich użytkowników internetu korzysta z nielegalnych treści. Pod lupę wzięto obywateli sześciu państw europejskich (Francji, Hiszpanii, Niemiec, Polski, Szwecji i Wielkiej Brytanii) oraz cztery rodzaje najczęściej piraconych treści: filmów, muzyki, gier i książek. W trakcie badań oszacowano, że ze względu na piractwo internetowe sprzedaż filmów spadła o ok. 5 proc., a sami respondenci przyznali, że skłonni byliby kupować filmy i muzykę legalnie, gdyby ich ceny były o 80 proc. niższe.  

– Problem korzystania z nielegalnego oprogramowania najczęściej jest wynikiem poszukiwania oszczędności, czyli w wielu wypadkach postawy roszczeniowej, ujęcia dostępu do nowinek technologicznych jako konstytucyjnie gwarantowanego dostępu do dóbr kultury. To zbyt szeroka interpretacja i wydaje się, że należy prowadzić działania świadomościowe, które po pierwsze wskażą, jakie znaczenie ma własność intelektualna w dzisiejszym świecie i jakie negatywne skutki niesie za sobą brak tej ochrony – twierdzi ekspert.

Wprowadzenie ostrzejszego prawa antypirackiego nie musi rozwiązać problemu korzystania z nielegalnego oprogramowania. Opracowany przez antypiracką grupę ALPA, firmę telemetryczną Mediametrie oraz dystrybutora filmów National Film Board raport pokazuje, że po zaostrzeniu przez Francję prawa antypirackiego odsetek nielegalnie strumieniowanych treści w 2017 roku wzrósł o 15 proc., a piractwo smartfonowe aż o 50 proc. 

Znacznie skuteczniejszym rozwiązaniem problemu piractwa może się okazać popularyzacja przystępnych cenowo usług strumieniujących. Już dziś za kilkadziesiąt złotych możemy otrzymać nieograniczony dostęp do bogatej biblioteki filmów w Netfliksie, muzyki w Spotify, gier w PS Plus lub Xbox Live Gold czy audiobooków Storytell. W przeciwnym wypadku piractwo może mieć poważne konsekwencje na poziomie zarówno państwa, jak i zwykłego obywatela.

– Mówiąc o skutkach w skali ogólnej, z punktu widzenia państwa, mówimy o mniejszych wpływach z podatków, ale i z perspektywy Kowalskiego negatywną konsekwencją piractwa jest zmniejszenie tempa powstawania nowych miejsc pracy czy nowych miejsc pracy lepiej płatnych – twierdzi Bartłomiej Witucki.

Badania brytyjskiej firmy antypirackiej Muso wykazały przyczyny wzrostu zainteresowania nielegalnymi filmami, serialami oraz muzyką. 86 proc. respondentów korzysta z usług serwisów pokroju Netfliksa czy Amazon Video, a mimo to 51 proc. badanych wciąż świadomie sięga po pirackie treści. Powód takiego postępowania jest dość prosty – aż 83 proc. użytkowników nie może znaleźć legalnego sposobu na zakup cyfrowych dóbr. Rozwiązanie problemu braku powszechnej dostępności tych treści powinno wpłynąć na obniżenie poziomu piractwa.

Jeśli zaś chodzi o użytkowników biznesowych, to w tym segmencie gospodarki z piractwem można walczyć poprzez upowszechnianie systemów zarządzania zasobami oprogramowania.

– Software Assets Management (SAM) zyskuje coraz większą popularność dzięki korzyściom, jakie zapewnia firmom. Z jednej strony redukuje w zasadniczy sposób ryzyko bycia ofiarą cyberataku, z drugiej zaś generuje pewne oszczędności. Te dwie zalety wdrożenia takiego programu zarządzania zasobami informatycznymi trudno przecenić – przekonuje ekspert.

Według prognoz The Software Alliance wartość łączna wartość nielegalnego oprogramowania w 2017 roku wyniosła 415 mln dol.

Pobyt dziecka w szpitalu nie musi oznaczać niepokoju i nudy. Może być okazją do rozbudzenia naukowych pasji i zdobycia wiedzy na temat medycyny

Pobyt dziecka w szpitalu nie musi oznaczać niepokoju i nudy. Może być okazją do rozbudzenia naukowych pasji i zdobycia wiedzy na temat medycyny 2

Hospitalizacja dziecka nie musi kojarzyć się wyłącznie negatywnie. Pobyt małego pacjenta w szpitalu można wykorzystać do rozbudzenia jego naukowych zainteresowań i poszerzenia wiedzy na temat medycyny. W ramach programu „Nauka ratuje życie” w całej Polsce powstają sale podań leków, w których najmłodsi pacjenci mogą korzystać z filmów, gier i książek propagujących wiedzę medyczną w przystępny sposób oraz stymulujących chęć do nauki. Dzieci mogą też korzystać z wirtualnych warsztatów stworzonych we współpracy z Centrum Nauki Kopernik.

Pobyt w szpitalu niemal zawsze łączy się z dyskomfortem psychicznym, zwłaszcza w przypadku najmłodszych pacjentów. Dzieci często nie rozumieją, co się z nimi dzieje, obawiają się bólu i samotności. Stres i niepokój może negatywnie wpływać na proces leczenia, dlatego wsparcie psychiczne i emocjonalne jest niezwykle ważne. Aby pomóc dzieciom zwalczyć stres związany z hospitalizacją, a jednocześnie poszerzać ich horyzonty, powstał unikatowy program edukacyjny „Nauka ratuje życie”. W jego ramach mali pacjenci szpitali poznają fascynujący świat medycyny i nauki.

Każda taka inicjatywa w czasie pobytu dziecka w szpitalu pozwala na zmniejszenie stresu u dziecka, zdecydowanie poprawia rokowania, system leczenia u dzieci, pozwala im na chwilę zapomnieć o tym, gdzie się znajdują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Piotr Gietka, ordynator Kliniki i Polikliniki Reumatologii Wieku Rozwojowego w Narodowym Instytucie Geriatrii, Reumatologii i Rehabilitacji.

Projekt „Nauka ratuje życie”, zainicjowany przez Roche Polska, składa się z trzech filarów. Pierwszym z nich jest program edukacyjny, którego celem jest rozbudzenie ciekawości nauki ze szczególnym naciskiem na wiedzę z obszaru medycyny, przedstawienie tej wiedzy w przystępny sposób, a także zaprezentowanie najmłodszym sylwetek najwybitniejszych naukowców. Tajniki medycyny dzieci poznawać będą m.in. z czterech interaktywnych zeszytów, zawierających zarówno informacje teoretyczne, jak również zabawy i ćwiczenia utrwalające wiedzę.

– Dostosowane do różnych grup wiekowych zeszyty były tworzone przy współpracy ze znanym popularyzatorem nauki Wojciechem Mikołuszko i Joanną Rzezak. Ten duet stworzył wspaniałe, ilustrowane, interaktywne zeszyty, które stymulują do działań poznawczych – mówi Agnieszka Kosowska, dyrektor ds. prawnych i komunikacji w Roche Polska.

Drugim elementem programu jest stworzenie innowacyjnych sal podań leków w szpitalach, Dzięki temu mali pacjenci nie tylko nie będą zmuszeni do przyjmowania leków w pustej sali szpitalnej lub przypadkowym gabinecie, ale otrzymają ponadto inspirację do twórczego myślenia i rozwijania zainteresowań. Podczas terapii dzieci będą mogły skorzystać z materiałów edukacyjnych stworzonych na potrzeby programu, książek, filmów i gier planszowych .

– Staramy się zapewnić dzieciom nie tylko najlepszą opiekę medyczną, ale również wszystkie atrakcje przynależne wiekowi dziecięcemu, tak żeby pobyt u nas kojarzył się im z jak najmniejszym stresem, żeby na pierwsze miejsce w głowie wysuwała się zabawa połączona z edukacją, a procedury medyczne były dalej – mówi dr n. med. Piotr Gietka.

Trzeci filar programu powstał we współpracy Roche Polska i warszawskiego Centrum Nauki Kopernik. Naukowcy z CNK przygotowali serię filmów z widowiskowymi doświadczeniami, które zostaną udostępnione we wszystkich salach podań. Ponadto mali pacjenci będą mogli zagrać w gry edukacyjne wykorzystujące rozszerzoną rzeczywistość

Jednak program „Nauka ratuje życie” to nie tylko nowoczesne, edukacyjne sale podań dla dzieci To szereg inicjatyw, których wspólnym mianownikiem jest innowacja, rozwój nauki i transfer know-how.

Jako Roche jesteśmy obecni w Polsce już od ponad 100 lat. Współpracujemy z uniwersytetami, jesteśmy bardzo dumni z Inkubatora Innowacji UW, którego jesteśmy partnerem. W zeszłym roku otworzyliśmy przy Centrum Onkologii w Warszawie pierwszy w Polsce onkologiczny oddział badań wczesnych faz – mówi Agnieszka Kosowska.

Dobra sytuacja branży poligraficznej w Polsce. Problemem nie jest niskie czytelnictwo, ale terminy płatności i kondycja finansowa wydawców

Dobra sytuacja branży poligraficznej w Polsce. Problemem nie jest niskie czytelnictwo, ale terminy płatności i kondycja finansowa wydawców 3

Blisko 40 proc. Polaków czyta przynajmniej jedną książkę w ciągu roku. Choć poziom czytelnictwa znajduje się na niskim poziomie, to coraz częściej kupujemy książki. Rośnie też liczba publikowanych tytułów, od roku 1991 – ponad trzykrotnie.  Dla przemysłu poligraficznego oznacza to dobrą koniunkturę, zwłaszcza na rynku książek z twardą oprawą, które gwarantują najwyższe marże. Jednocześnie spada średni nakład publikowanych tytułów, dlatego coraz więcej firm stawia na druk cyfrowy, znacznie tańszy niż tradycyjny.

– Niskie czytelnictwo to bolączka profesorów na polonistyce, a dla nas ważna jest ilość sprzedanych książek. Liczba książek nie jest jednoznaczna z czytelnictwem, np. biblioteki, które kupują książki, teraz dostają coraz więcej możliwości. Drukujemy również książki, które nie są do czytania, np. instrukcje lub tego rodzaju pozycje, które są w setkach tysięcy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Waldemar Lipka, prezes Kompap.

Na półkach księgarni pojawia się też coraz więcej tytułów – w 2017 roku ponad 36,2 tys. – wynika z „Ruchu Wydawniczego w Liczbach”. Oznacza to trzykrotny wzrost w porównaniu z 1991 rokiem. Najnowsze wyniki badań czytelnictwa w Polsce wskazują, że po wyraźnych spadkach w latach 2004–2008 poziom czytelnictwa w Polsce ustabilizował się na poziomie ok. 40 proc. Blisko co dziesiąty Polak czyta 7 lub więcej książek w ciągu roku. Co istotne, z danych Biblioteki Narodowej wynika, że częściej niż w ubiegłych latach czytamy książki kupione niż te z domowych księgozbiorów.

– Każdy z nas ma w domu dziesiątki książek, które kiedyś ma zamiar przeczytać. Jeśli ktoś mnie zapyta, ile czytam, to wcale nie będzie tożsame z tym, ile kupuję książek. Podobnie jest z albumami – to książki do posiadania, kupuje się je, żeby ładnie wyglądały, żebyśmy mogli sobie obejrzeć Bieszczady, Tatry czy piękne ptaki nad Narwią. Dlatego sytuacja rynkowa jest dla nas dość korzystna – przekonuje Waldemar Lipka.

Kompap specjalizuje się w druku dziełowym, a najważniejszą pozycję asortymentową zajmują książki, w tym albumy, wydawnictwa encyklopedyczne i podręczniki, które odpowiadają za blisko 84 proc. sprzedaży. W 2017 roku ich sprzedaż wzrosła do poziomu 55,31 mln zł. Po uruchomieniu pierwszej w Polsce linii do oprawy twardej produkcja książek w twardej oprawie może wzrosnąć do poziomu 7–8 mln egzemplarzy.

– Wyprzedziliśmy konkurencję i dzięki temu znacznie zwiększyliśmy sprzedaż z punktu widzenia marży bardzo atrakcyjnych produktów, czyli książek w oprawie twardej. Mamy ponad 25 proc. eksportu, który zwiększył się o ponad 10 proc., który jest bardzo opłacalny – podkreśla prezes Kompap.

Dla branży poligraficznej wyzwaniem jest jednak spadający nakład publikowanych tytułów. O ile jeszcze w 2010 roku średni nakład przekraczał 5,7 tys., to w 2014 roku już 3,2 tys., a obecnie ok. 2,5 tys. Jak podkreśla ekspert, zdecydowana większość tytułów to nakłady jeszcze niższe – około tysiąca i mniej. Tylko niewielką część stanowią te o nakładach przekraczających 100 tys.– książki popularnych autorów, o których wiadomo, że będą bestsellerami.

– Wszystkie nakłady poniżej 1 tys., a już na pewno 200–300, 500 to nakłady, które nadają się na druk cyfrowy. On moim zdaniem jest uzupełnieniem, w którym jakość już zaczyna dorównywać drukowi offsetowemu. Dlatego bacznie przyglądamy się drukowi cyfrowemu. Tym bardziej że zmienił się model dostawy książek, tzn. ktoś zamawia 1 tys. książek w pierwszym nakładzie, a następnie 100–300, żeby nie magazynować i nie ponosić kosztów z tym związanych – mówi Lipka.

Problemami branży poligraficznej są przede wszystkim opóźnienia w płatnościach i słaba kondycja wydawców. Z analizy Bisnode Polska wynika, że w ciągu roku odsetek firm zajmujących się wydawaniem i sprzedażą książek w słabej kondycji finansowej wzrósł z 44 do 53 proc. Raport BIG InfoMonitor wskazuje zaś, że zobowiązania wobec kontrahentów i banków ma 5,4 proc. wydawców książek i 3,7 proc. księgarzy. Łącznie zaległości wydawców i księgarzy, przeterminowane o co najmniej 30 dni, na kwotę min. 500 zł, wynoszą 35,3 mln zł.

– W kontekście tego, że ostatnio upadł Matras, gdzie wydawcy stracili nawet dziesiątki milionów złotych, jest to problem. My sobie z tym radzimy w ten sposób, że stosujemy faktoring, ale przede wszystkim mamy dobre relacje z wydawcami. Ponad 90 proc. wydawców, którzy z nami współpracują, jest w dobrej kondycji. Jestem umiarkowanym optymistą jeśli chodzi o płatności i rozwój tej branży. Wszyscy narzekają, ale jeśli wydawnictwo znajdzie super temat, to nagle sprzedaje się przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy. Przykładem może być „Jadłonomia” wydawnictwa Marginesy z niesamowitą sprzedażą rzędu dziesiątek tysięcy – podkreśla Waldemar Lipka.

45-letni polski jacht bierze udział w najbardziej prestiżowych regatach na świecie. Copernicus popłynie w Wyścigu Legend

45-letni polski jacht bierze udział w najbardziej prestiżowych regatach na świecie. Copernicus popłynie w Wyścigu Legend 4

Copernicus to najstarszy jacht, który weźmie udział w ostatnim etapie regat Volvo Ocean Race. Ten etap będzie miał specjalną oprawę, ponieważ 21 czerwca razem z rywalizującymi obecnie jachtami wypłynie ze szwedzkiego Goeteborga do holenderskiej Hagi piętnaście jachtów, które brały udział we wcześniejszych edycjach tych regat. Copernicus uczestniczył w pierwszej edycji imprezy przed 45 laty i aby uczestniczyć w Wyścigu Legend przeszedł gruntowną renowację, m.in. otrzymał nowy takielunek, a jego powierzchnia została odmalowana.

Volvo Ocean Race to najbardziej prestiżowe załogowe regaty na świecie, odbywające się co 3 lata. Wyścig podzielony jest na etapy, a jego celem jest okrążenie Ziemi. Pierwsza edycja miała miejsce na przełomie 1973 i 1974 roku, pod pierwotną nazwą Whitbread Round The World Race. Wzięły w niej udział dwie polskie załogi na jachtach Otago i Copernicus. Obecna, trzynasta już edycja imprezy odbywa się w 45. rocznicę pierwszych zawodów. Z tej okazji organizatorzy postanowili wprowadzić do programu dodatkowe wydarzenie w postaci Wyścigu Legend.

 To coś niesamowitego, to święto żeglarstwa dla całego świata. Polski jacht w gronie legend jest dużym wydarzeniem, bo przez 45 lat żaden polski jacht nie stanął na starcie regat okołoziemskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Tarnacki, żeglarz, członek załogi jachtu Copernicus.

Wyścig Legend odbędzie się 21 czerwca, a jego uczestnicy – w sumie 15 łodzi – będą musieli pokonać liczącą blisko 500 mil morskich trasę ze szwedzkiego Goeteborga do holenderskiej Hagi. W imprezie wezmą udział uczestnicy i jachty z poprzednich edycji Volvo Ocean Race, w tym polski Copernicus pod dowództwem uczestnika regat z przełomu 1973 i 1974 roku, Bronisława Tarnackiego. Najstarsze jachty rozpoczną wyścig trzy kwadranse wcześniej niż nowsze jednostki. Członkowie polskiej załogi nie ukrywają, że ich celem nie jest zwycięstwo, lecz uczczenie pierwszego startu jachtu Copernicus sprzed 45 lat.

– Chcemy pokazać, że jacht, który 45 lat temu został w Polsce zbudowany, ma się dobrze, jest w bardzo dobrej kondycji i jest przygotowany do etapu regatowego, ale nie będziemy się aż tak bardzo ścigać – mówi Piotr Tarnacki.

Copernicus to najstarszy jacht biorący udział w obecnej edycji Volvo Ocean Race, jest jednak w doskonałym stanie technicznym. Łódź przez ponad pół roku była przygotowywana w jednym z gdyńskich klubów żeglarskich, przeszła wszystkie niezbędne testy i jest gotowa do wypłynięcia do Szwecji. W ramach renowacji Copernicus otrzymał nowy takielunek, a cała jego powierzchnia została odmalowana, o co zadbał producent farb i produktów chemicznych AkzoNobel. Przedstawiciele firmy twierdzą, że dla całego przedsiębiorstwa było to niezwykle ważne wydarzenie.

– Jesteśmy po raz pierwszy sponsorem tak dużego wydarzenia, nasza załoga cały czas dzielnie walczy o podium, a teraz dzięki Wyścigowi Legend możemy dodatkowo w Polsce zaprezentować te regaty oraz być widoczni jako firma – mówi Jarosław Spas, uczestnik Wyścigu Legend, przedstawiciel AkzoNobel.

AkzoNobel Polska włączyła się w Wyścig Legend, międzynarodowa ekipa firmy bierze natomiast udział w całym Volvo Ocean Race. Załoga firmy, złożona z siedmiu mężczyzn i dwóch kobiet, zwyciężyła nawet na jednym z etapów wyścigu, a także pobiła rekord prędkości na jednym z etapów. Udział w regatach związany jest z realizowaną przez przedsiębiorstwo strategią zrównoważonego rozwoju i z dwoma ważnymi inicjatywami: oczyszczaniem oceanów oraz walką z plastikiem.

– Jako firma jesteśmy liderem w zrównoważonym rozwoju, dzięki zmniejszeniu zanieczyszczenia środowiska przy produkcji naszych produktów chcemy mieć wpływ na ochronę środowiska w świecie. Do 2020 roku chcemy m.in. zmniejszyć ilość emisji CO2 oraz wzmocnić pozycję produktów eko – mówi Jarosław Spas.

Obecna edycja Volvo Ocean Race trwała osiem miesięcy, a jej uczestnicy zawitali do jedenastu miast. Ceremonia zakończenia regat będzie miała miejsce 30 czerwca w Hadze. Po tej uroczystości jacht Copernicus wróci do Gdyni.

30 proc. Polaków przynajmniej raz w tygodniu wyrzuca żywność. Rocznie to aż 9 mln ton produktów spożywczych

30 proc. Polaków przynajmniej raz w tygodniu wyrzuca żywność. Rocznie to aż 9 mln ton produktów spożywczych 5

W Polsce do wyrzucania jedzenia minimum raz w tygodniu przyznaje się 30 proc. ludności – rocznie na śmietnik trafia nawet 9 mln produktów spożywczych. Gospodarstwa domowe są odpowiedzialne za połowę marnowanej w Unii Europejskiej żywności. Świadomość społeczeństwa w zakresie odpowiedzialności za żywność jest jednak coraz większa, podobnie jak u producentów i dostawców artykułów spożywczych. Przedsiębiorstwa wdrażają strategie zapobiegające marnowaniu żywności. Kluczem do sukcesu jest jednak współpraca na różnych etapach dostaw.

Marnowanie żywności uważane jest za jeden z największych problemów XXI wieku, pociągający za sobą konsekwencje społeczne, ekonomiczne i ekologiczne. Wyrzucając produkty spożywcze, przyczyniamy się do wzrostu cen żywności, generowania nadmiernej ilości odpadków oraz zanieczyszczenia środowiska, a jednocześnie marnowania energii oraz wody – potrzebnych do wytworzenia jedzenia. Istotne znaczenie ma również etyczny wymiar problemu, biorąc pod uwagę kwestie głodu i niedożywienia, z jakimi wciąż boryka się wiele społeczeństw na całym świecie. Według statystyk rocznie z głodu umiera nawet 18 mln ludzi.

 Blisko 2 mld ludzi dotyka problem niedożywienia, jednocześnie prawie 2 mld ludzi ma nadwagę, a prawie jedna trzecia wyprodukowanej żywności się marnuje. Sytuacja jest więc tragiczna – powiedział agencji informacyjnej Newseria Matt Simister, prezes zarządu Tesco na Europę Środkową podczas Central Europe Food Waste Conference.

Według raportu Polityki Insight „Zgubione kalorie. Jak skutecznie walczyć z marnotrawieniem żywności” w Unii Europejskiej w marnowaniu żywności przoduje Holandia. Polska plasuje się na 5. miejscu rankingu jako państwo, w którym rocznie na śmietnik trafia blisko 9 mln ton żywności. Za połowę wyrzucanych produktów spożywczych odpowiedzialne są gospodarstwa domowe – w skali całej UE to ok. 45 mln ton, w Polsce ponad 4 mln ton. Badanie pokazuje, że do codziennego wyrzucania żywności przyznaje się 10 proc. Polaków, 30 proc. robi to przynajmniej raz w tygodniu. Do kosza trafiają przede wszystkim takie produkty jak pieczywo, wędliny, warzywa i owoce.

 Marnowanie żywności to odpowiedzialność nas wszystkich, w poszczególnych miejscach łańcucha: producentów, dystrybutorów, konsumentów. Ci ostatni  powinni myśleć o tym przy robieniu zakupów i planowaniu posiłków – mówi Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywności.

Aby zapobiec marnowaniu żywności, warto robić mniejsze zakupy, ale częściej, minimalizując ryzyko kupienia produktów niepotrzebnych lub o krótkiej dacie ważności. Istotny jest również sposób przechowywania jedzenia, m.in. ich prawidłowe rozłożenie w lodówce. Należy przy tym pamiętać o tym, że nie wszystkie owoce i warzywa dobrze znoszą niskie temperatury. Rodzice powinni edukować swoje dzieci i zwracać im uwagę na to, że niespożyte produkty przyczyniają się nie tylko do marnowania pieniędzy, lecz także do degradacji środowiska naturalnego.

Jako Banki Żywności istniejemy i  pomagamy od ponad 20 lat. Podejmowanie tematu marnowania żywności w dialogu publicznym m.in. poprzez kampanie edukujące rozpoczęliśmy 10 lat temu. Cieszy nas, że świadomość problemu od tego czasu rośnie w każdym miejscu, zarówno po stronie rolników, producentów, dystrybutorów, jak i konsumentów. Jednak propagowanie proaktywnej postawy społeczeństwa względem zjawiska marnowania żywności jest procesem długotrwałym i w dalszym ciągu stanowi wyzwanie, w realizację którego zaangażować powinni się wszyscy uczestnicy życia gospodarczego – dodaje Marek Borowski.

Duże sieci handlowe w coraz większym stopniu starają się ograniczyć marnowanie żywności, wdrażając odpowiednie strategie w tym zakresie. Równie istotna jest współpraca przedsiębiorstw z dostawcami i rolnikami, by skracać łańcuch dostaw dla zapewnienia świeżości produktów przez dłuższy czas. Taka strategia może być jednak wdrażana tylko w porozumieniu z producentami żywności.

 Musimy współpracować, aby dostosować naszą ofertę do potrzeb konsumentów i przez to zmniejszyć marnowanie żywności po naszej stronie, lecz także kupować od producentów gotowe towary, aby wprowadzać je do łańcucha żywnościowego zamiast pozwalać na ich zmarnowanie – wyjaśnia Matt Simister.

Odpowiedzialność spada również na producentów żywności. W przypadku owoców i warzyw przedsiębiorstwa powinny zadbać przede wszystkim o odpowiednie warunki transportu. Dobrym rozwiązaniem jest dostarczanie towaru od plantatora bezpośrednio do sieci handlowej, co skraca czas transportu nawet o dwa dni i zapewnia klientom dostęp do świeżych produktów. Istotne jest również wykorzystywanie całego zbioru.

– Jako producenci i dostawcy jesteśmy w stanie wykorzystywać wszystkie produkty. Nasi specjaliści, agronomiści, biorą pod uwagę wszystkie aspekty. Cytrusy, które nie spełniają wymogów estetycznych, także trafiają do naszej fabryki, gdzie przetwarzamy je na soki, produkujemy smoothie i różnego typu świeże napoje – mówi Marlena Chambers z AMT Fruit.

Z raportu Polityki Insight – zaprezentowanego podczas Central Europe Food Waste Conference – wynika, że w Unii Europejskiej sektor przetwórstwa żywności odpowiada za 19 proc. marnowanego jedzenia, usługi żywnościowe za 12 proc., rolnictwo – 11 proc., handel natomiast za 5 proc.

Warszawska konferencja, zorganizowana przez Tesco i partnerów, była jednym z najważniejszych wydarzeń 2018 roku, poświęconych tematyce niemarnowania żywności. Skupiła licznych przedstawicieli biznesu i instytucji rządowych oraz pozarządowych, a także mediów z Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Wielkiej Brytanii. Dyskusje podczas wydarzenia udowodniły, że efektywna walka z marnowaniem możliwa jest tylko w przypadku partnerstwa i zaangażowania zarówno sieci handlowych, jak i producentów i konsumentów.

Browary warzą coraz więcej piwa i ważą coraz więcej dla gospodarki. Największym zagrożeniem dla branży jest niestabilne prawo

Browary warzą coraz więcej piwa i ważą coraz więcej dla gospodarki. Największym zagrożeniem dla branży jest niestabilne prawo 6

Sektor piwowarski jest istotnym ogniwem polskiej gospodarki. W kraju działa ponad 200 browarów, które reprezentują światowy poziom technologiczny. 90 proc. wykorzystywanych surowców pochodzi od lokalnych dostawców. Polskie piwo jest znane i cenione w kraju i na świecie – w 2017 roku rodzimi producenci wyeksportowali złoty trunek do 88 krajów. W trakcie II Kongresu Pracowników Branży Piwowarskiej jej przedstawiciele wskazywali, że do stabilnego rozwoju potrzeba spokoju legislacyjnego.

– Branża piwowarska w Polsce jest dużą, ważną branżą, ogromną częścią przemysłu spożywczego.  To największa kategoria produktów żywnościowych szybkozbywalnych. Dość powiedzieć, że niecałe 30 zł w każdych 100 zł wydanych przez przeciętnego Polaka w małym sklepie trafia właśnie na piwo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Polski rynek piwa wart jest 15,5 mld złotych. Statystyczny Polak wypija rocznie ok. 98 litrów złocistego trunku, co stawia nasz kraj na czwartym miejscu w UE. Pod względem produkcji Polska zajmuje trzecie miejsce, po Niemczech i Wielkiej Brytanii.

Branża piwna jest solidnym filarem polskiej gospodarki, ale też solidnym płatnikiem podatków, zwłaszcza podatku akcyzowego, z którego budżet państwa ma prawie 3,5 mld zł rocznie – podkreśla Bartłomiej Morzycki. – Wiele browarów w Polsce zlokalizowanych jest w mniejszych miejscowościach, takich jak Brzesko, Leżajsk, Sierpc czy nawet Białystok, gdzie siła oddziaływania takiego pracodawcy na rynku pracy jest dużo większa niż np. w Warszawie. To również wpływa na siłę nabywczą rodzin, które żyją dzięki temu, że w mieście funkcjonuje browar.

W branży zatrudnionych jest ok. 10 tys. osób. Ale pośrednio sektor odpowiada za blisko 160 tys. miejsc pracy, m.in. w handlu, dystrybucji, hotelarstwie czy gastronomii.

 Liczby pokazujące, jak wielką rolę odgrywa branża piwowarska w Polsce, pochodzą nie tylko z bezpośredniej działalności branży, ale też z szerokiego łańcucha wartości – od zakupów po handel i dystrybucję. Najważniejsza liczba to blisko 20 mld zł kontrybucji do polskiej gospodarki i PKB – mówi Irena Pichola, partner w Deloitte, i podkreśla, że od 1995 roku branża poczyniła w gospodarce inwestycje o wartości blisko 13 mld zł.

Cechą charakterystyczną polskiego rynku piwa jest dominacja lagerów, czyli piw jasnych pełnych. Ten segment traci jednak na znaczeniu. W 2017 roku na rynek trafiło 1655 nowych piw, z których tylko sześć było lagerami. Najmocniej rośnie natomiast zainteresowanie piwami bezalkoholowymi i niskoalkoholowymi oraz specjalnościami. O ile jeszcze dziesięć lat temu branża była praktycznie podzielona między trzech głównych producentów – Kompanię Piwowarską, Grupę Żywiec i Carlsberg Polska, dziś konsumenci mogą cieszyć się także mnogością piw lokalnych i rzemieślniczych.

 Polska jest rynkiem w pełni samowystarczalnym. W niewielkim stopniu znajduje się na nim piwo importowane – stanowi nie więcej niż 2 proc. Dla przykładu, polski eksport piwa jest czterokrotnie większy od importu. Polacy piją piwo przede wszystkim rodzimej produkcji, piwo wytworzone w Polsce, z polskich składników – mówi Morzycki i podkreśla, branża w 90 proc. zaopatruje się w składniki u polskich dostawców.

Od  kilku lat rynek piwa jest dojrzały, co oznacza, że wartość i ilość spożytego trunku zmienia się w niewielkim stopniu, w zależności od okoliczności. Przykładowo, w ubiegłym roku słaba aura i brak dużych imprez sportowych lekko obniżyły popyt. W tym sezonie pogoda na razie sprzyja, a niebawem rozpocznie się mundial w Rosji, co powinno napędzić sprzedaż.

– Dla branży ważne są nie tylko kwestie gospodarcze, ale również odpowiedzialność społeczna – podkreśla Bartłomiej Morzycki. – 15 lat temu rozpoczęliśmy realizację kampanii edukacyjnych, których celem jest ostrzeżenie konsumentów, że napoje procentowe nie są przeznaczone dla kierowców, niepełnoletnich oraz kobiet w ciąży. Po latach dobrowolnych oznaczeń cieszy nas fakt, że są one nie tylko rozpoznawalne, ale że stosuje się do nich coraz więcej osób, o czym świadczą statystki. Nie spoczywamy na laurach i wciąż będziemy głosić np. to, że nigdy nie należy jeździć po alkoholu.

Uczestnicy Kongresu przewidują, że oprócz promocji odpowiedzialnej konsumpcji, w najbliższym czasie dla branży najważniejsza będzie ekspansja na rynki zagraniczne oraz przewidywalność otoczenia regulacyjnego. Tylko tyle i aż tyle potrzeba do jej dalszego rozwoju.

Przedsiębiorcy czekają na poprawę obsługi podatników

W ostatnich trzech latach Ministerstwo Finansów przeprowadziło ponad 20 istotnych zmian legislacyjnych. Wprowadzono m.in. pakiet paliwowy, pakiet energetyczny oraz zrealizowano inne projekty istotne z perspektywy działalności przedsiębiorców. Do najważniejszych zmian można zaliczyć nowelizację ustawy hazardowej, uszczelnienie systemu podatkowego w podatku VAT. Jednym z celów było wyrównanie konkurencji przez zwalczanie szarej strefy, jak również nielegalnej działalności gospodarczej.

– Kolejnym istotnym elementem działań Ministerstwa Finansów była reforma służb skarbowych. W jej ramach powstała Krajowa Administracja Skarbowa, która dość istotnie zmieniła sposób funkcjonowania organów – powiedział serwisowi eNewsrooom Mariusz Korzeb wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Przedsiębiorcy obecnie dostrzegają pozytywne zmiany, liczą również na kolejne działania przedstawicieli resortu finansów, które będą miały dobry wpływ na obsługę podatników. Należy mieć nadzieję, że będzie ona coraz lepsza, a Ministerstwo Finansów będzie w odpowiedni sposób nadzorować prace restrukturyzacyjne Krajowej Administracji Skarbowej tak, aby przedsiębiorcy mogli w swobodny sposób prowadzić biznes i rozwijać swoją działalność – dodał Korzeb.

Gruzja coraz wyżej w rankingu Doing Business

W 2018 roku Gruzja awansowała w rankingu Doing Business z 16 na 9 miejsce według wskaźnika łatwości prowadzenia działalności gospodarczej. To ogromny i zasłużony sukces. Działania rządu gruzińskiego – harmonizacja przepisów, coraz więcej inicjatyw gospodarczych dla zagranicznych inwestorów, które są coraz bardziej rozwijane – przyczyniają się do poprawy oceny państwa. Od czasu przejęcia władzy przez Micheila Saakaszwilego na arenie politycznej i w administracji publicznej rozpoczęła się ogromna zmiana.

– W ciągu ostatnich 14 lat w Gruzji nastąpił duży postęp. W 2003 roku znajdowała się na 126 pozycji w rankingu – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Rutowicz, wiceprezes Polsko-Gruzińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej – Znaczący wzrost obserwowaliśmy od 2008 roku. Sukces odniesiono w walce z korupcją. Pierwszym elementem był wydział drogowy policji, najbardziej skorumpowany w 2003 i 2004 roku. Drastyczna strategia odcięcia się od przeszłości wymagała całkowitego rozwiązania departamentu. Część policji przeniesiono do innych jednostek, niektórym postawiono zarzuty lub zostali zwolnieni. Sprawa ta była w tamtym czasie głośno komentowana w mediach. Wcześniejsze publiczne przyzwolenie na wręczanie łapówek zostało całkowicie wyeliminowane dzięki wysokim karom ze strony administracji publicznej. To zasługa gruntownych reform sądowniczych. Symbolem zmiany transparentności są przeszklone posterunki policji. Mają one podkreślać, że policjant jest dla obywateli i mogą oni skorzystać z jego pomocy. Zmiana systemu policyjnego związanego z korupcją widoczna jest w relacjach funkcjonariuszy z obywatelami i turystami, co stanowi świadectwo dla inwestorów zagranicznych – podsumował Rutowicz.

GPW ogłasza skład zarządu nowej kadencji

  • Rada Giełdy powołała dziś Członków Zarządu GPW nowej kadencji
  • Zarząd GPW nowej kadencji będzie się składać z pięciu osób, w tym dwóch nowych Członków Zarządu: Izabeli Olszewskiej oraz Piotra Borowskiego
  • Nowi Członkowie Zarządu Giełdy uzupełnią jego skład po uzyskaniu wymaganych zgód KNF

Rada Giełdy, w wyniku postępowań kwalifikacyjnych, podjęła decyzje o powołaniu czterech Członków Zarządu Giełdy na nową kadencję rozpoczynającą się 26 lipca 2018 r.

Do zarządu wejdzie dwóch członków obecnej kadencji: Jacek Fotek, który pozostanie na stanowisku Wiceprezesa Zarządu ds. finansów (CFO) oraz Dariusz Kułakowski, który obejmie stanowisko Członka Zarządu ds. informatyki (CIO). Do Zarządu GPW wejdą także dwie nowe osoby, od lat związane z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie i posiadające doświadczenia zawodowe na rynku kapitałowym. Są to Izabela Olszewska jako Członek Zarządu ds. rozwoju biznesu i sprzedaży (CSO) oraz Piotr Borowski, który został powołany na stanowisko Członka Zarządu ds. operacyjnych i regulacyjnych (COO).

W przypadku dwóch nowych Członków Zarządu decyzja Rady Giełdy wejdzie w życie pod warunkiem udzielenia zgody przez Komisję Nadzoru Finansowego na dokonanie zmian w składzie Zarządu Giełdy, jednak nie wcześniej niż 1 sierpnia 2018 r.

Na czele Zarządu GPW nowej kadencji w roli Prezesa stanie Marek Dietl, powołany przez Walne Zgromadzenie GPW 23 kwietnia 2018 r.

Skład Zarządu GPW nowej kadencji:

Marek DIETL

– jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Tytuł doktora nauk ekonomicznych uzyskał w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Podczas studiów doktoranckich odbył staż w University of Glasgow. Od 2012 r. jest adiunktem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. W latach 2012-2013 odbył staż na Uniwersytecie Ekonomicznym w Essex. Ukończył także specjalistyczne dwuletnie studia w zakresie finansów EY Executive Studies in Finance. W latach 1999-2008 pracował w międzynarodowej firmie doradczej Simon-Kucher&Partners, w której przeszedł wszystkie szczeble kariery od praktykanta do prokurenta i lidera warszawskiego biura. W latach 2008-2012 pracował w Krajowym Funduszu Kapitałowym, najpierw jako menedżer inwestycyjny, następnie jako zastępca dyrektora inwestycyjnego. Marek Dietl zdobył doświadczenie w ponad dwudziestu radach nadzorczych, komisjach rewizyjnych, komitetach inwestycyjnych (selekcyjnych), m.in. Atende, Banku Gospodarstwa Krajowego, BSC Drukarnie Opakowań, Mercator Medical, Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, PZU Witelo FIZAN.

Marek Dietl podejmował również działalność społeczną i ekspercką jako: Doradca Prezydenta RP, Doradca Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, mediatora w sądzie polubownym przy Komisji Nadzoru Finansowego, Radzie Edukacji Ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego, ekspert Business Centre Club oraz Instytutu Sobieskiego. Kierował zespołami ds. Instrumentów Finansowych powołanymi przez Dyrektora Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Jacek FOTEK

– jest absolwentem Handlu Zagranicznego w Szkole Głównej Handlowej. W 2002 r. ukończył studia na University od Quebec w Montrealu i uzyskał dyplom MBA. Większość kariery zawodowej poświęcił działalności na rynku pieniężnym i kapitałowym. Współtworzył międzybankowy rynek pieniężny i walutowy w Polsce. W latach 1989-1990 pracował w NBP i zarządzał operacyjnie rezerwami walutowymi państwa. W latach 1990-1996 pracował na stanowisku głównego dealera w Banku Handlowym w Warszawie. Następnie w latach 1996-1997 pełnił funkcję dyrektora finansowego w Polskim Banku Rozwoju. W latach 1997-1999 członek zarządu Citibank (Poland), a wcześniej dyrektor Departamentu Skarbu i dyrektor Departamentu ds. Kontaktów z Inwestorami. W latach 1999-2002 zatrudniony w Banku Handlowym w Warszawie na stanowisku doradcy prezesa zarządu, a później – dyrektora Departamentu Kontroli Wewnętrznej. W latach 2003-2009 pracował w PZU Asset Management, m.in. w randze wiceprezesa zarządu odpowiedzialnego za zarządzanie ryzykiem, kontrolę wewnętrzną i audyt. W latach 2009-2012 oraz 2013-2016 prezes zarządu BondSpot. W okresie 2012-2013 – prezes zarządu Invista DM.

W grudniu 2016 r. został powołany na stanowisko wiceprezesa zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, gdzie pełni funkcję CFO oraz członka zarządu odpowiedzialnego za rozwój i sprzedaż.

We wrześniu 2017 r. został powołany przez Ministra Finansów w skład Komisji Nadzoru Audytowego. W przeszłości członek wielu rad nadzorczych, m.in. w PGE Polska Grupa Energetyczna S.A (2015-2016), Fundacji GPW (2015-2016), BondSpot  (2012-2013), IAiR  (2014-2016). Od 1997 r. wykładowca Warszawskiego Instytutu Bankowości, w latach 1993-2002 wykładowca Gdańskiej Akademii Bankowej, a w latach 2010 – 2013 wykładowca Instytutu Rynku Kapitałowego. Od 1993 r. członek założyciel Polskiego Stowarzyszenia Dealerów Bankowych – FOREX POLSKA (obecnie ACI Poland). Absolwent licznych staży i kursów międzynarodowych o tematyce związanej z rynkiem kapitałowym i pieniężnym, zarządzaniem ryzykiem, audytem i inwestowaniem.

Dariusz KUŁAKOWSKI

– jest absolwentem Cybernetyki Ekonomicznej i Informatyki w Szkole Głównej Handlowej. Ukończył również podyplomowe studia w Wyższej Szkole Bankowości i Ubezpieczeń oraz na Politechnice Warszawskiej.

Ukończył wiele kursów specjalistycznych o tematyce związanej z zarządzaniem IT oraz  prowadzeniem projektów. Posiada certyfikat ITIL Expert wystawiony przez EXIN (Examination Institute for Information Science).

Przez większość swojej kariery zawodowej związany jest z rynkiem kapitałowym.

Na Giełdzie Papierów Wartościowych pracował w latach 1993-2001, początkowo na stanowisku Kierownika Zespołu Systemów Giełdowych (do 1999 r.), następnie Zastępcy Dyrektora Działu Informatyki (do 2001 r.).

W latach 2001-2003 Dariusz Kułakowski pełnił funkcję Dyrektora Biura Integracji Informatyki w PZU  odpowiadając za wdrożenie Strategii Informatycznej Grupy oraz integrację w obszarze IT.

W latach 2003-2006 został zatrudniony na stanowisku Pełnomocnika Prezesa ds. Informatyki w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych nadzorując wszystkie departamenty informatyczne jednocześnie będąc Dyrektorem Departamentu Zasilania Informacyjnego i Koordynatorem Technicznym Projektu Kompleksowego Systemu Informatycznego ZUS.

W latach 2006-2013 rozpoczął ponownie pracę na GPW na stanowisku Dyrektora Generalnego ds. Technologii i odpowiadał bezpośrednio za nadzór nad Pionem Informatyki, a w szczególności za prawidłowe funkcjonowanie systemów informatycznych Giełdy oraz za zarządzanie projektami (m.in. wdrożenie systemu transakcyjnego UTP).

Do składu Zarządu Giełdy został powołany we wrześniu 2013 r. i jest odpowiedzialny głównie za obszar IT.

Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi za budowę rynku kapitałowego w Polsce.

Izabela OLSZEWSKA

– jest absolwentką Wydziału Finansów i Statystyki w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie oraz studiów doktoranckich na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Była słuchaczką International Institute for Securities Market Development, zorganizowanego przez US Securities and Exchange Commission w Waszyngtonie.

Z rynkiem kapitałowym związana jest od 1992 roku, początkowo jako analityk w Centrum Operacji Kapitałowych Banku Handlowego, a od 1999 roku jako pracownik Giełdy Papierów Wartościowych. Na GPW pełniła różne funkcje menedżerskie w obszarze rozwoju biznesu i sprzedaży, współpracowała z inwestorami i przedsiębiorcami, krajowymi i zagranicznymi, z różnych dziedzin gospodarki, odpowiadała za poszerzanie oferty produktowej rynku regulowanego i rynków alternatywnych. Obecnie zajmuje stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. rozwoju.

Od października 2015 r. jest członkiem Rady Nadzorczej spółki Bondspot. Sprawowała także funkcje w organach nadzorczych Towarowej Giełdy Energii oraz spółki InfoEngine. Zarówno w Bondspot, jak i Towarowej Giełdzie Energii, została oddelegowana przez Radę Nadzorczą do czasowego wykonywania czynności Prezesa Zarządu spółki. Do czerwca 2018 r. była członkiem Rady Dyrektorów spółki Aquis Exchange z siedzibą w Londynie, pełniąc rolę Non-Executive Director.

Od wielu lat współpracuje z Krajowym Depozytem Papierów Wartościowych jako członek Zespołu Doradczego.

Piotr BOROWSKI

– jest absolwentem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz studiów podyplomowych w zakresie finansów i opodatkowania przedsiębiorstw w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, posiada licencję maklera papierów wartościowych.

Od początku kariery zawodowej związany z polskim rynkiem kapitałowym i Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie. Pracę na rynku kapitałowym rozpoczął jako makler giełdowy, w latach 1991-2006 pracował w bankach i domach maklerskich na stanowiskach samodzielnych i kierowniczych, w tym od 1993 r. do 2006 r. związany był z Grupą Kredyt Banku i KBC N.V., gdzie pełnił funkcje Dyrektora Inwestycyjnego Domu Maklerskiego Kredyt Banku, Zastępcy Dyrektora Generalnego KBC Securities N.V. Oddział w Polsce oraz Audytora Rynków Finansowych w KBC N.V. w Brukseli. W latach 1997-2007 był Członkiem Zarządu Izby Domów Maklerskich.

W latach 2007 – 2016 roku pracował na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, m.in. pełniąc funkcje Dyrektora Działu Rozwoju i Współpracy Regionalnej, Relacji Inwestorskich i Analiz, Rozwoju Rynku Kasowego, ponadto reprezentował GPW w Komitecie Zarządzającym (Management Committee) Federacji Europejskich Giełd Instrumentów Finansowych (Federation of European Securities Exchanges) w Brukseli.

Od 2017 r. prowadzi własną działalność doradczą w zakresie relacji inwestorskich i rynków kapitałowych, od lutego 2018 r. współpracuje z brytyjską firmą doradczą BTA Consulting Ltd jako konsultant przy projektach doradczych związanych z rozwojem rynków kapitałowych.

Reklamacja nie służy nabyciu prawa

Już jutro Sąd Najwyższy odpowie na pytanie prawne Sądu Okręgowego w Lublinie dotyczące skutku prawnego przekroczenia przez instytucję finansową terminu na rozpatrzenie reklamacji (sygn. III CZP 113/17). Kwestia jest niezwykle istotna, ponieważ jedna z interpretacji problematycznego art. 8 ustawy o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego i o Rzeczniku Finansowym (Dz.U. z 2016 roku, poz. 892, t. jedn. ze zm.), dalej u.r.r., sprowadza się do fikcji uznania roszczenia. To z kolei stanowi podstawę do dochodzenia zgłoszonego w reklamacji żądania przed sądem. Taki pogląd prezentuje m.in. Rzecznik Finansowy. Przyjęcie takiej wykładni przepisu spowoduje, że instytucje finansowe będą przegrywać sprawy sądowe, nawet jeśli w procesie wykażą, że roszczenie klienta było całkowicie niezasadne.

Zbyt szeroka definicja reklamacji

Źródłem problemu jest brak precyzji ustawodawcy w tak wrażliwej materii jak usługi finansowe. Zgodnie z u.r.r. reklamacją jest każde wystąpienie skierowane do podmiotu rynku finansowego przez jego klienta, w którym klient zgłasza zastrzeżenia dotyczące usług świadczonych przez podmiot rynku finansowego. Ustawa nie zawiera żadnych ograniczeń owych „wystąpień”, ani choćby wymagań formalnych, jakie reklamacja ma spełniać. Może to więc być zarówno skarga na nienależnie pobraną opłatę bankową, zaniżone odszkodowanie, jak również choćby złe potraktowanie na infolinii. Brak również ograniczeń dotyczących żądań klienta – może to być więc żądanie zwrotu opłaty, uzupełnienie odszkodowania, jak również zapłata zadośćuczynienia o dowolnej wysokości za np. zbyt długie oczekiwanie na połączenie z konsultantem. Ten czynnik odróżnia u.r.r. od innych ustaw, w których przewidziano milczące uznanie reklamacji – m.in. prawo telekomunikacyjne, sprzedaż konsumencka czy usługi turystyczne. W tych przypadkach brak ustawowej definicji reklamacji nakazuje odnosić jej dopuszczalną treść do materii właściwych usług, a ta z kolei ogranicza zakres roszczeń.

Odpowiednia sankcja

Jako uzasadnienie dla tak daleko idącego skutku braku rozpatrzenia reklamacji w terminie wskazuje się konieczność zapewnienia odpowiedniej sankcji dla podmiotu rynku finansowego. Można by rzec: emanacja paremii dura lex, sed lex. Czy jednak takie regulacje są słuszne i skuteczne? Po pierwsze, już sama u.r.r. w art. 32 ust. 1 przewiduje dotkliwą sankcję administracyjną, którą Rzecznik Finansowy może stosować wobec podmiotów naruszających u.r.r. Rozsądne stosowanie tej regulacji może wystarczająco mobilizować uczestników rynku do poważnego traktowania reklamacji. Po drugie, brak marginesu błędu dla podmiotów rynku finansowego oraz brak ograniczeń dla klientów stanowi zachętę do nadużyć. Z jednej strony można wyobrazić sobie proces automatyzacji reklamacji, które, zachowując termin, tylko pozornie będą odpowiadać na wystąpienie klienta (skutek odwrotny od założonego), a z drugiej – seryjne wysyłanie wymyślonych roszczeń do podmiotów rynku finansowego w oczekiwaniu, że któreś nie zostanie rozpatrzone w terminie. Znany jest już przypadek klienta, który wysłał 400 reklamacji do jednego ubezpieczyciela licząc na jego błąd (vide SR w Gdyni, sygn. IC 1573/16).

Nadużycie prawa jako wentyl bezpieczeństwa?

Sam Rzecznik dostrzega zagrożenia płynące z restrykcyjnej interpretacji art. 8 u.r.r. Jako remedium na potencjalne wyłudzenia wskazuje art. 5 KC. Argument ten nie jest jednak przekonujący. Nadużycie prawa to jedynie zarzut procesowy, podlegający każdorazowej ocenie sądu. Jednakże samo zastosowanie tego zarzutu zakłada, że klient nabył prawo w wyniku milczącego rozpatrzenia reklamacji, niezależnie od jej merytorycznej słuszności oraz zasadności i proporcjonalności zgłoszonego żądania, a nawet choćby działania w dobrej wierze. Nieakceptowalna jest taka interpretacja przepisów, która prowadziłaby do powstawania nieograniczonych praw klienta wyłącznie na skutek złożenia reklamacji, w oderwaniu od pierwotnego stosunku prawnego. Reklamacja nie może być bowiem sposobem nabywania prawa oderwanym od szkody. Sąd musi badać, czy szkoda powstała i czy wysokość żądanego odszkodowania jest odpowiednia. Reklamacja nie może być źródłem wzbogacenia i nie może służyć obejściu art. 8241 § 1 KC. Rozwiązanie proponowane przez Rzecznika ujawnia wadliwość interpretacji przedstawionej w istotnym poglądzie.

Reklamacje liczone w milionach

Nietrafne jest również proste przekładanie doświadczeń z innych branż na usługi finansowe z uwagi na skalę działalności, wartość roszczeń i niewielką liczbę usługodawców. Według danych opublikowanych przez Rzecznika Finansowego tylko w 2017 r. do podmiotów rynku finansowego wpłynęło 1 mln 630 tys. reklamacji. Oznacza to, że w każdym miesiącu wpływało średnio 136 tysięcy reklamacji, co przekłada się na średnio 6 tysięcy reklamacji w każdym dniu roboczym. Przy tak ogromnej skali muszą zdarzać się błędy w obsłudze, skutkujące niedotrzymaniem ustawowego terminu. Za błędy trzeba płacić, ale czy słuszna (zgodna z Konstytucją?) jest zapłata według dowolnego życzenia klienta?

Autor: Jakub Sewerynik, Radca prawny w Vienna Life Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Kolejna podwyżka stóp procentowych w USA praktycznie pewna

Rynki finansowe przygotowują się na kolejną podwyżkę stóp procentowych Rezerwy Federalnej. FOMC spotka się w Waszyngtonie już w środę, a potencjalna decyzja o podniesieniu stóp byłaby drugą w bieżącym roku, jak i siódmą podwyżką od czasu rozpoczęcia cyklu zacieśniania polityki pieniężnej w grudniu 2015 roku.

Na początku czerwca w Stanach Zjednoczonych ukazał się raport dotyczący rynku pracy, zgodnie z którym w gospodarce USA kolejny miesiąc z rzędu gwałtownie przybywa stanowisk. Przyspiesza również wzrost wynagrodzeń. Rynki finansowe wyceniają prawdopodobieństwo podwyższenia stóp procentowych na najbliższym spotkaniu na ok. 85%. Wysokie oczekiwania wynikają z dobrej kondycji amerykańskiej gospodarki – Stany Zjednoczone wydają się radzić sobie zdecydowanie lepiej od reszty krajów rozwiniętych. Kraj posiada silny rynek pracy, roczny wzrost PKB utrzymuje się powyżej poziomu 2%, a indeks PCE, czyli preferowany przez Rezerwę Federalną wskaźnik dynamiki cen, znajduje się w okolicach 2-procentowego celu inflacyjnego Fedu, po raz pierwszy od początków 2017 roku. Stąd uważamy, że podwyżka na najbliższym spotkaniu jest praktycznie pewna.

Przy tak wysokiej wycenie prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych uwaga inwestorów jest zazwyczaj skupiona na komunikatach, które FOMC wyda przy okazji ogłoszenia podjętej przez siebie decyzji. Na ich podstawie będzie można określić, czy w ramach polityki monetarnej bank centralny zdecyduje się na łącznie trzy czy cztery podwyżki w 2018 r. Według marcowego „dot plot” Rezerwy Federalnej, który obrazuje indywidualne oczekiwania członków FOMC ws. wysokości stóp procentowych, mediana oczekiwań decydentów utrzymuje się przy trzech podwyżkach. Minutki z ostatniego spotkania okazały się jednak stosunkowo gołębie, co sugeruje, że Fed chce przyzwolić na „tymczasowy okres” podwyższonej inflacji – tym samym wzrost oczekiwanej liczby podwyżek jest w krótkim okresie raczej mało prawdopodobne. Naszym zdaniem Rezerwa Federalna utrzyma dotychczasowe stanowisko ws. tempa zacieśniania polityki pieniężnej, pozostawiając sobie jednocześnie „furtkę” umożliwiającą czwartą podwyżkę, jeśli tylko przyszłe warunki gospodarcze jej na to pozwolą.

W bieżącym roku z pewnością można oczekiwać łącznie trzech podwyżek stóp procentowych. Nie uważamy jednak, żeby istniały jakiekolwiek przesłanki wykluczające możliwość kolejnej podwyżki stóp w wrześniu, kiedy opublikowana zostanie kolejna prognoza członków FOMC dotycząca poziomu stóp procentowych. Nawet w tak późnym etapie cyklu koniunkturalnego amerykańska gospodarka wytwarza ponad 200 tysięcy miejsc pracy miesięcznie, bez żadnych sygnałów sugerujących spowolnienie. Sugeruje to, że Stany Zjednoczone mają jeszcze przed sobą perspektywę dalszego wzrostu, a tym samym właściwa wydaje się strategia stopniowego zacieśniania polityki pieniężnej.

Inwestorzy będą również bacznie obserwować prognozy FOMC dotyczące długookresowego poziomu stóp procentowych, tj. planów wykraczających poza 2019 r. Ostatni „dot plot” pokazał, że decydenci Rezerwy Federalnej byli dość podzieleni w kwestii projekcji poziomu stóp w 2020 roku – szacują oni, że wyniesie on od 3 do 3,75%. Jakiekolwiek wskazówki sugerujące, że stopy osiągną raczej dolną niż górną wartość tych widełek spowodują, że inwestorzy obniżą swoje oczekiwania dotyczące kolejnych podwyżek stóp procentowych.

Jeśli chodzi o komunikaty ze strony Fed – spodziewamy się, że obecny przewodniczący FOMC, Jerome Powell będzie nadal podkreślał siłę amerykańskiego rynku pracy. Naszym zdaniem powinien również wyrazić opinię, że inflacja utrzyma się w długim okresie na poziomie wyższym od celu inflacyjnego. Warto będzie obserwować, czy FOMC poruszy kwestię ostatniego wzrostu globalnego napięcia w kwestiach handlowych, czy chociażby potencjalnego wpływu politycznych zawirowań we Włoszech i wyprzedaży na europejskich rynkach kapitałowych na globalny wzrost gospodarczy.

Podsumowując, w tym tygodniu spodziewamy się kolejnej podwyżki stóp procentowych ze strony FED o 25 punktów bazowych, a od samego banku oczekujemy również deklaracji o możliwości dwóch kolejnych podwyżek przed końcem bieżącego roku (najpewniej we wrześniu i grudniu). Uważamy bowiem, że rynek nadal nie docenia prawdopodobieństwa łącznie czterech podwyżek przed końcem roku.

Niemniej, istnieje również prawdopodobieństwo, że nowy „dot plot” pokaże spadek prognozy długookresowej stopy równowagi. Stąd sądzimy, że z najbliższym spotkaniem Rezerwy Federalnej wiąże się mimo wszystko spora dawka niepewności, co może znaleźć swoje odzwierciedlenie w podwyższonej zmienności rynkowej.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Największe inwestycje petrochemiczne w historii PKN ORLEN

​PKN ORLEN rozpoczyna największe w swojej historii inwestycje w obszarze petrochemii. Ich wartość szacowana jest na ok. 8,3 mld złotych. W ramach przyjętego programu rozwoju petrochemii do 2023 r. zrealizowane zostaną nowe inwestycje w Płocku i we Włocławku. Po zakończeniu inwestycji roczny zysk EBITDA może wzrosnąć nawet o 1,5 miliarda złotych.

– Nowe inwestycje w ramach programu rozwoju polskiej petrochemii pozwolą jeszcze bardziej zintegrować segment rafineryjny i petrochemiczny oraz w większym stopniu zdywersyfikować przychody Koncernu. Jest o co powalczyć, bo szacowana roczna EBITDA po zakończeniu projektów wzrośnie o 1,5 mld zł. Oznacza to zwrot z inwestycji w ciągu 5-6 lat i to jest bardzo dobra informacja dla naszych akcjonariuszy – podkreśla Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Realizacja inwestycji wzmocni pozycję Koncernu na rynku europejskim oraz zapewni wymierne korzyści dla polskiej gospodarki m.in. w zakresie zbilansowania handlu produktami petrochemicznymi, które będą wytwarzane w wyniku realizacji programu. Oznacza to, że Polska z importera stanie się eksporterem tych produktów. Nowy program inwestycyjny PKN ORLEN obejmie budowę i zwiększenie mocy produkcyjnych w obszarze pochodnych aromatów, olefin oraz fenolu. Pozwoli też na znaczącą rozbudowę kompetencji Koncernu w zakresie B+R poprzez inwestycje w Centrum Badawczo Rozwojowe.

– Wartość rynku petrochemikaliów i bazowych tworzyw sztucznych podwoi się do 2040 r. PKN ORLEN chce i musi bardzo dobrze wykorzystać swój potencjał w tym obszarze działalności. Dlatego ostatnie tygodnie poświęciliśmy pracom nad wyborem optymalnej ścieżki rozwoju aktywów produkcyjnych. Realizacja inwestycji oznacza zwiększenie mocy produkcyjnych w segmencie petrochemii o około 30%. Co istotne, nowe produkty będziemy plasować na rynku lokalnym. To gwarantuje znaczącą poprawę bilansu handlowego Polski w obszarze petrochemikaliów – dodał Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Popyt na produkty petrochemiczne będzie rósł, napędzany rosnącą liczbą ludności na świecie, wzrostem gospodarczym oraz zmianą struktury zapotrzebowania na surowce używane w przemyśle. Wzrostowa tendencja dotyczy także naszego kraju, który poprzez wzrost dobrobytu zużywa corocznie coraz więcej tworzyw, przy czym ich konsumpcja na mieszkańca jest nadal znacząco niższa od krajów Europy Zachodniej. Coraz więcej produktów petrochemicznych będzie wykorzystywane w produkcji tworzyw, w tym ich zastosowań dla potrzeb pojazdów. Na przykład udział plastików w samochodach po 2020 r. ma wynosić 25% w porównaniu do 20% w 2000 r. Inwestycje PKN ORLEN w segmencie petrochemicznym wpisują się więc w europejskie i światowe trendy rozwoju aut napędzanych alternatywnymi źródłami energii.

Równolegle do zapowiedzianych inwestycji kontynuowane będą dotychczasowe projekty petrochemiczne mające na celu wydłużenie łańcucha wartości PKN ORLEN. Zgodnie z harmonogramem przebiega budowa Instalacji Metatezy w Płocku, która będzie wytwarzała propylen o jakości polimerowej. Obecny nominalny wolumen produkcji w tym zakresie wynosi 450 tys. ton. Inwestycja o szacowanej wartości ponad 400 mln złotych podniesie moce wytwórcze do poziomu 550 tys. ton rocznie. Zakończenie budowy oraz uruchomienie instalacji planowane jest już w drugiej połowie 2018 roku.

Organy podatkowe mają prawo do skargi pauliańskiej

Trybunał Konstytucyjny orzekł, że Skarb Państwa ma prawo żądać, aby sąd uznał za bezskuteczną czynność dłużnika, która doprowadziła do jego niewypłacalności. Oznacza to, że zbycie majątku w toku postępowania przed organem podatkowym z pokrzywdzeniem fiskusa może skutkować pozwaniem przed sąd cywilny osoby, która taki majątek nabyła. W takim wypadku to Skarb Państwa musi udowodnić, że podatnik działał z zamiarem pokrzywdzenia wierzyciela. Wcale nie oznacza to jednak, że podatnik może pozostać bierny i nie podejmować żadnych działań, by bronić swoich racji.

Fiskus chętnie korzysta ze skargi pauliańskiej w sporze z obywatelem

Niewypłacalność to stan, w którym dłużnik nie jest w stanie regulować swoich zobowiązań. Zgodnie z Kodeksem cywilnym w sytuacji, gdy dłużnik dokona z osobą trzecią czynności, w wyniku której stał się niewypłacalny lub niewypłacalny w stopniu wyższym, niż przed dokonaniem tej czynności, działając tym samym z pokrzywdzeniem wierzyciela, wierzyciel ten może wystąpić wobec tej osoby trzeciej z powództwem do sądu cywilnego o uznanie tej czynności za bezskuteczną wobec niego.

Ze skargi pauliańskiej chętnie korzystają organy podatkowe. Na przykład gdy w toku postępowania podatkowego podatnik zbył nieruchomość, w wyniku czego stał się niewypłacalny, organ podatkowy może skorzystać z tej instytucji i pozwać osobę, która tę nieruchomość nabyła. Warunkiem jest, aby nabywca wiedział o niewypłacalności sprzedającego podatnika, a podatnik działał ze świadomością, że dokonuje transakcji z pokrzywdzeniem obecnego wierzyciela. Jeśli dłużnik dokonał danej czynności z pokrzywdzeniem przyszłego wierzyciela, należy mu udowodnić zamiar jego pokrzywdzenia. W rezultacie sąd może orzec, że zbycie nieruchomości w istocie nie doszło do skutku i w dalszym ciągu jest ona częścią majątku podatnika.

Sądy cywilne, rozpoznając powództwa kierowane przez organy podatkowe w tego rodzaju sprawach, prezentowały różne stanowiska i niejednokrotnie ich wątpliwości rozstrzygać musiał Sąd Najwyższy. W jednym z najnowszych orzeczeń dopuścił on możliwość występowania przez fiskusa ze skargą pauliańską, z tym zastrzeżeniem, że należności podatkowe należy uznać za dług przyszły, zatem podatnikowi należy udowodnić, że miał zamiar pokrzywdzić Skarb Państwa. Dla organu podatkowego jest to dość trudne zadanie.

Rzecznik Praw Obywatelskich stanął w obronie podatników

Dochodzenie należności podatkowych na drodze cywilnoprawnej wzbudziło wątpliwości Rzecznika Praw Obywatelskich. W korespondencji kierowanej do Ministra Finansów podnosił on, że organy podatkowe mają wiele innych sposobów na wyegzekwowanie należności Skarbu Państwa, a korzystanie przez nie ze skargi pauliańskiej prowadzi do zachwiania równowagi między zabezpieczeniem interesów fiskusa a ochroną praw obywatela. Zwrócił również uwagę, że w wielu wypadkach pozwana przez skarbówkę osoba trzecia może nawet nie wiedzieć, że jej kontrahent działał z pokrzywdzeniem fiskusa. Według RPO także podatnik, dokonując danej czynności, nie zawsze jest świadomy tego, że ciąży na nim obowiązek uiszczenia podatku.

Poza tym skarga pauliańska to instytucja uregulowana w Kodeksie cywilnym, a zatem co do zasady znajduje ona zastosowanie w relacjach między osobami prywatnymi. Zdaniem Bodnara organy państwowe nie powinny stosować skargi pauliańskiej w drodze analogii, gdyż narusza to zasadę zaufania obywatela do państwa i pozwala organom podatkowym na zbytnią swobodę.

Z oczywistych względów resort finansów nie podzielił wątpliwości Rzecznika i uznał, że nie ma powodu, aby należności podatkowe podlegały słabszej ochronie niż cywilnoprawne roszczenia. W rezultacie RPO wystąpił o rozstrzygnięcie problemu do Trybunału Konstytucyjnego.

Trybunał uznał racje fiskusa

Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 18 kwietnia 2018 r. (sygn. K-52/2016) orzekł, że możliwość korzystania przez organy podatkowe z prawa do uznania za bezskuteczną czynności dokonanej z pokrzywdzeniem Skarbu Państwa jest dopuszczalna, gdyż występując z takim powództwem, organ nie działa w sposób władczy. Nie ingeruje w prawa i obowiązki obywatela wynikające z przepisów podatkowych ani nie tworzy nowych regulacji. Działanie fiskusa zmierza jedynie do efektywnego wyegzekwowania danej należności podatkowej, które mogłoby okazać się niemożliwe, gdyby dłużnik-podatnik wskutek określonej czynności stał się niewypłacalny. Stosowanie skargi pauliańskiej nie jest według Trybunału „pułapką” na podatnika, lecz normalną i akceptowalną w orzecznictwie sądowym instytucją, z której organy podatkowe mają pełne prawo korzystać.

Pamiętajmy zatem, że w razie korzystnego dla fiskusa wyroku będzie mógł on np. obciążyć nieruchomość podatnika hipoteką. Nie oznacza to jednak, że w każdym przypadku sąd uwzględni skargę pauliańską i uzna, że np. osoba trzecia nie nabyła mieszkania, gdyż zbywca sprzedał ją, krzywdząc wierzyciela. Wiele zależy bowiem od tego, w którym momencie dojdzie do sprzedaży – inaczej sąd oceni sytuację, w której podatnik zbywa majątek, otrzymawszy już decyzję urzędu skarbowego, a odmiennie, gdy robi to w toku postępowania bądź nawet przed jego wszczęciem. Każda sprawa jest bowiem indywidualna i wymaga opracowania precyzyjnej, dostosowanej do okoliczności strategii.

Niezależnie od sytuacji to, że w sporze przed sądem obowiązek dowodzenia ciążył będzie na organie podatkowym, nie oznacza, że pozwany nabywca majątku dłużnika może biernie czekać i zaniechać obrony swoich interesów. W sporze z fiskusem zawsze bowiem ważne jest, by trafnie dobrać i dobrze zaprezentować argumenty na poparcie swoich racji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

 

Stopy procentowe w Polsce w górę w 2019 roku?

Agencja Fitch przewiduje, że stopy procentowe w Polsce wzrosną szybciej niż dotychczas sądzono. Dwa ważne posiedzenie banków centralnych w tym tygodniu. Słabsze dane z Wysp Brytyjskich.

Prognozy agencji Fitch dla Polski

Agencja ratingowa w komentarzu do ostatniej aktualizacji ratingu dla Polski przedstawiła prognozy makroekonomiczne dla naszego kraju. Są one z grubsza zbieżne z wartościami prognozowanymi przez rząd i NBP. Jedyna ważna różnica to inflacja i tym samym spodziewany już w przyszłym roku wzrost stóp procentowych o 0,5%. Dotychczasowe prognozy zakładały, że inflacja przekroczy cel najwcześniej w 2020 roku i to wtedy można spodziewać się interwencji Rady Polityki Pieniężnej. Drugim obok inflacji ważnym czynnikiem jest z kolei tempo wzrostu stóp procentowych w Unii Europejskiej. To może się zmienić z kolei już na najbliższym posiedzeniu EBC w czwartek.

Posiedzenia banków centralnych

Obecny tydzień ubiegnie najprawdopodobniej pod dyktando posiedzeń banków centralnych. Najpierw w środę zbierze się Federalny Komitet Otwartego Rynku. Zdaniem większości analityków podniesie on stopy procentowe o 0,25%. Biorąc pod uwagę notowania kontraktów terminowych na stopę procentową zmiana ta jest już niemalże całkowicie uwzględniona w cenach. Drugie posiedzenie będzie miało miejsce w czwartek i będzie to Europejski Bank Centralny. Tutaj oczekiwania są znacznie słabsze, aczkolwiek wielu analityków powoli spekuluje o zaczęciu normalizowania polityki Banku. Oznaczałoby to zmniejszenie programu skupu aktywów. Biorąc pod uwagę sytuację Włoch pomysł ten obecnie może być bardzo ryzykowny.

Produkcja przemysłowa w Wielkiej Brytanii

Wczoraj poznaliśmy dane z Wielkiej Brytanii na temat wzrostu produkcji przemysłowej. W ciągu roku rośnie ona o 1,8%, a nie jak dotychczas sądzono o 2,7%. Inwestorzy przyjęli to jako złą wiadomość i zaczęli sprzedawać. To osłabił niemal momentalnie funta o 1 grosz. Ze względu na nadchodzący duży pakiet danych w środę oraz posiedzenia EBC i FED w najbliższych dniach nie należało spodziewać się większych reakcji. Inwestorzy czekając na większe rozstrzygnięcia nie są zbyt chętni teraz do zmiany pozycji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW,

14:30 – USA – inflacja konsumencka,

20:00 – USA – budżet federalny.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

RODO: Piąta generacja bezpieczeństwa danych

Wymagania dotyczące prywatności rosną za sprawą wprowadzenia „piątej generacji bezpieczeństwa danych”. W tym samym czasie wielowektorowe cyberzagrożenia o wielkiej skali ewoluują szybciej niż kiedykolwiek. Wejście w życie RODO to krytyczny moment, w którym nasze prywatne dane są szczególnie narażone – twierdzi firma Check Point Software Technologies.

RODO zwykle określane jest jako „totalna zmiana podejścia do kwestii bezpieczeństwa i prywatności danych”, ale biorąc pod uwagę jego korzenie w XIX-wiecznym traktacie prawa oraz bardziej współczesnych dyrektywach, nadejście tych zmian nie powinno nikogo dziwić.

RODO może – i prawdopodobnie będzie – oznaczać zupełną rewolucję. Mając szczytny cel rozpoczęcia transformacji kulturowej zwracającej kontrolę nad prywatnymi danymi obywatelom, RODO powinno wprowadzić ogromne, i z pewnością pozytywne, zmiany.

Nie należy rozpatrywać RODO jako nagły i niespodziewany zryw. Przez ostatnie dwie dekady narastały naciski  na kwestię  prywatności i odpowiedzialności biznesu za dane klientów. W rzeczywistości historia starań o „piątą generację ochrony danych” rozpoczęła się dużo wcześniej.

Pierwsza generacja ochrony danych

Wprowadzenie RODO jest w wielu aspektach konsekwencją ruchu, którego początki sięgają 1890 roku. Wtedy Samuel Warren i Lous Brandeis opublikowali w Harvard Law Review artykuł uznawany za pierwsze sprecyzowanie prawa do prywatności. Od tego czasu esej ten został uznany za jedną z najbardziej wpływowych prac w prawie amerykańskim i międzynarodowym.

Prywatność jako prawo człowieka

Pierwsza generacja ochrony danych osobowych rozpoczęła ciąg wydarzeń, które spowodowały ustalenie prywatności jako jednego z fundamentalnych praw człowieka. Prawo do prywatności zostało oficjalnie potwierdzone 10 grudnia 1948 roku przez artykuł 12 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka Narodów Zjednoczonych:

„Nie wolno ingerować samowolnie w czyjekolwiek życie prywatne, rodzinne, domowe, ani w jego korespondencję, ani też uwłaczać jego honorowi lub dobremu imieniu. Każdy człowiek ma prawo do ochrony prawnej przeciwko takiej ingerencji lub uwłaczaniu.”

Debata o przetwarzaniu danych

Po roku 1980 uwaga dotycząca kwestii prywatności została skierowana na to, w jaki sposób prywatne dane są przetwarzane i przenoszone. Trzecia generacja ochrony danych osobowych przyjęła formę wytycznych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowanych we wrześniu 1980 roku, które określiły podstawowe zasady dotyczące zarządzania danymi osobistymi.

Obejmowały one ograniczenia w kwestii zbierania danych, celów ich wykorzystywania i środków, jakie należy przedsięwziąć w celu ich ochrony, a także prawa jednostki do informacji, jakie dane o nich są przechowywane. Wytyczne te nie były jednak wiążące, co spowodowało spore różnice w ich wprowadzeniu pośród krajów europejskich oraz jeszcze większe w skali całego świata.

Następnie, w 1995 roku powstała Dyrektywa Ochrony Danych Unii Europejskiej. Zapoczątkowała ona czwartą generację ochrony danych osobowych i miała na celu rozwiązanie problemów z przepływem danych poprzez ujednolicenie prawa w Europie (oraz, przez rozszerzenie, na całym świecie). Właśnie tutaj możemy dostrzec centralne zasady transparentności, odpowiedniego użytku oraz proporcjonalności, które zostały ujęte również w RODO.

Era RODO

RODO stanowi piątą część wędrówki, która rozpoczęła się na Uniwersytecie Harvard ponad 100 lat temu. Z dniem 25. maja 2018, każda organizacja, która przechowuje dane obywateli  UE, musi dostosować się do bardzo szczegółowych (i po raz pierwszy prawnie wiążących) obowiązków, w dodatku niezależnie od tego, czy znajduje się na terenie Unii Europejskiej. W związku z tym, RODO będzie miało ogromny wpływ na sytuację na całym świecie, nie tylko w Europie.

Główną zasadą RODO jest ochrona prywatności jednostki. Artykuł 5. tego rozporządzenia opisuje to prosto i zwięźle:

„Dane prywatne powinny być przetwarzane w sposób, który zapewnia odpowiedni poziom bezpieczeństwa, (…) włączając w to ochronę przed nieautoryzowanym i niezgodnym z prawem dostępem oraz przypadkową utratą.”

Pozytywna siła dla obywateli i firm

RODO ma za zadanie nie tylko chronić prywatność jednostek, ale również pomóc firmom poprzez utworzenie wspólnego zbioru zasad, aby zarządzać i zachęcać do wolnego przepływu danych w bezpieczny sposób. Zostały one wcześniej zarysowane podczas „trzeciej” i „czwartej generacji”, a teraz zostały w pełni wdrożone dzięki spójności gwarantowanej przez RODO.

Wśród wielu praw przydatnych zarówno dla osób prywatnych jak i firm, jest jeden przykry obowiązek nałożony na tych, którzy będą przetwarzać dane po 25 maja. Jednym z podstawowych wymagań RODO jest wprowadzenie przez organizacje odpowiednich protokołów bezpieczeństwa, lub, jak określa to samo rozporządzenie „bezpieczeństwo z założenia i domyślne”. Zasadniczo wymaga to, aby środki bezpieczeństwa były wbudowane w systemy podczas ich tworzenia, a nie modernizacji.

Piąta generacja bezpieczeństwa danych kontra cyberzagrożenia piątej generacji

Z powodu przykuwających uwagę mediów potencjalnych kar, takich jak np. grzywien w wysokości do 4% światowego obrotu, zrozumiałym jest, że firmy postępują wyjątkowo ostrożnie. Jest to szczególnie istotne w erze zagrożeń internetowych piątej generacji.

Złożona natura tych zagrożeń powoduje, że firmy muszą sprostać rosnącym oczekiwaniom w zakresie bezpieczeństwa danych w obliczu ataków wielowektorowych na szeroką skalę. Wg Check Pointa, te zaawansowane cyberzagrożenia piątej generacji dotyczą wielu platform, poruszając się bardzo szybko i infekując dużą liczbę firm na całym świecie w ciągu kilku godzin.

Oczywiście, istnieją środki zaradcze. Przed cyberzagrożeniami piątej generacji najlepiej chronić się za pomocą bezpieczeństwa internetowego opartego na architekturze, która dzieli się danymi o zagrożeniach i ujednolica zabezpieczenia sieci, chmury oraz urządzeń mobilnych w czasie rzeczywistym. Niepokoi fakt, że według naszych badań, jedynie 3% organizacji zaimplementowało te praktyki bezpieczeństwa.

Idealna ochrona danych

Krótko mówiąc, nigdy wcześniej zapewnienie prywatności i bezpieczeństwa danych nie było tak trudne. Organizacje z całego świata poddawane są naciskom z wielu stron, by odpowiedzieć na rosnące oczekiwania obywateli w kwestii ochrony danych, podczas gdy pojawiają się coraz nowsze zagrożenia.

Właśnie dlatego prostota i bezpieczeństwo wraz z uniwersalną i kompleksową platformą jest ważniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Kim są współcześni e-konsumenci?

Aż 51 proc.[1] światowej populacji ma dostęp do internetu, a kupujący w sieci wydali w 2017 roku 2,3 biliona dolarów[2]. Dane te ilustrują nie tylko ogromny potencjał i dynamikę rynku, ale też rosnącą konkurencję. Zrozumienie potrzeb e-konsumentów, staje się kluczową wiedzą w niełatwej batalii o podział globalnego tortu zakupów online.

Przyglądając się zachowaniu konsumentów warto przytoczyć ciekawe badania KPMG przeprowadzone na ponad 18 tys. kupujących online w 50 krajach świata (respondenci, od 15 do 70 lat, przynajmniej raz w ostatnim roku musieli dokonać zakupu online). Na potrzeby badania konsumentów podzielono na trzy grupy wiekowe: Baby Boomers (osoby urodzone między 1946 a 1965 rokiem, pokolenie wyżu demograficznego), Pokolenie X (1966-1981) oraz Millenialsów (1982-2001).

Jak kupujemy w sieci?

Dane KPMG pokazują, że najbardziej aktywni zakupowo w internecie są przedstawiciele Pokolenia X. Średnio dokonują 19 transakcji online w roku. Pomimo powszechnego przekonania, że wzrost ilości zakupów online w dużej mierze napędzany jest przez Millenialsów, którzy są technologicznie bardziej doświadczeni od Pokolenia X i można by przypuszczać, że właśnie ta grupa będzie wiodła prym w ilości dokonanych zakupów, jednak to ich starsi koledzy dokonują aż o 20 proc. więcej transakcji w internecie. Wyższy poziom życia i dochodów to z pewnością dwa główne czynniki napędzające zarówno zakupy online, jak i offline u konsumentów Pokolenia X. Przedstawiciele Baby Boomers używają internetu do zakupów tak samo często jak Millenialsi. Natomiast Baby Boomersi wydają jednorazowo największe kwoty na zakupy spośród tych trzech badanych grup wiekowych. Badanie pokazało również, że podczas gdy mężczyźni i kobiety robią zakupy w sklepach internetowych z taką samą częstotliwością, to jednak mężczyźni wydają większe kwoty przy jednej transakcji. Może wynikać to głównie z faktu, że mężczyźni mają słabość do nowoczesnej techniki, najnowszych gadżetów, przywiązują też dużą wagę do produktów markowych, stąd częściej kupują przedmioty z droższych kategorii, takich jak towary luksusowe (55 proc. transakcji z kategorii towarów luksusowych dokonali mężczyźni) lub elektroniki (72 proc. transakcji), natomiast kobiety częściej kupowały w relatywnie tańszych kategoriach, takich jak kosmetyki lub żywność.

Na tym tle ciekawych źródłem informacji o zachowanych zakupowych e-konsumentów są badania Klarny w kooperacji z University of Reading „Emotional eCommerce” zrealizowane w ubiegłym roku w Wielkiej Brytanii[3]. Wynika z nich m.in., że Millenialsi doświadczają wyższego poziomu lęku, impulsywności i niecierpliwości niż ich starsi koledzy. Dwie trzecie (68 proc.) Millenialsów stwierdziło, że czuje podekscytowanie, dodając produkty do koszyka online, w porównaniu do mniej niż 1/4 (24 proc.) Baby Boomersów. Z drugiej strony 52 proc. Millenialsów obawia się, że nie posiada wystarczających środków finansowych, wobec zaledwie 16 proc. konsumentów z pokolenia Baby Boomers. Aż 89 proc. używa koszyka jako narzędzia do przeglądania kosztów, a ponad 3/4 często korzysta z możliwości dodania produktu do „listy życzeń”, w porównaniu z 29 proc. Baby Boomersów. Ponadto 74 proc. Millenialsów przyznaje, że dodaje towary do koszyka bez wyraźnego zamiaru zakupu. Przyglądając się zjawisku porzuconego koszyka, aż 66 proc. Millenialsów jest skłonnych do rezygnacji jeśli proces zakupowy jest skomplikowany, zaś 30 proc. dekoncentruje powiadomienie z portalu społecznościowego, wiadomość SMS czy telefon od znajomego, co w rezultacie skutkuje przerwaniem transakcji. Ze względu na wysokie koszty dostawy 52 proc. konsumentów z generacji Baby Boomersów będzie skłonna ponownie rozważyć zakup, a dla 40 proc. błędy na stronie i utrudniona nawigacja powodują irytacje i zaniechanie zakupów.

Biorąc po uwagę, że cyfrowa rzeczywistość to naturalne środowisko dla przedstawicieli młodego pokolenia, nikogo nie dziwi, że aż 67 proc. Millenialsów dokonuje zakupów online za pomocą laptopa, a 55 proc. korzysta ze smartfona[4]. Jeśli przyjrzymy się tylko niektórym czynnikom wpływającym na wybór e-sklepu, warto zauważyć, że dla Pokolenia Y (42 proc.) pozytywna rekomendacja rodziny i przyjaciół, umieszczona na portalach społecznościowych, stanowi główne kryterium wyboru serwisu. Wynika z tego, że młodzi konsumenci bardziej od starszych pokoleń ufają opiniom innych osób, które polecają produkty.

Intuicyjność, dobra architektura informacji, rezygnacja z niepotrzebnych kroków, dostosowanie strony do przeglądania na smartfonie to tylko niektóre z najważniejszych rozwiązań jakie mogą przyczynić się do zwiększenia satysfakcji konsumentów z doświadczeń zakupowych w sklepach online.

E-konsument dyktuje warunki

Biorąc pod uwagę ogromny potencjał rynku e-commerce walka o klienta online jest warta świeczki. Jak podkreśla SAP Hybris w swoim raporcie „The Global 2017 Consumer Insights Report”[5] fundamentalną kwestią staje się odpowiednia obsługa klienta. Internautom zależy na czasie. Z tego powodu kupują online. I dlatego oczekują od sklepów szybkiego reagowania na ich potrzeby. Aż 89 proc. klientów spodziewa się odpowiedzi ze sklepu w ciągu 24 godzin od kontaktu z nim. Drugą newralgiczną kwestią jest zaufanie – sklep powinien chronić dane osobowe klientów i nie wykorzystywać ich w żaden niepożądany sposób. Najwyższy odsetek wśród przebadanych klientów, którym zależy na ochronie danych osobowych pochodził z Rosji – 84 proc. Zaś Polacy z odpowiedziami na poziomie 61 proc. plasują się przed Francuzami (60 proc.), Japończykami (55 proc.) i Holendrami (51 proc.). Warto przyjrzeć się jakie błędy sklepów powodują porzucenie ich przez klientów. Aż 80 proc. ankietowanych wskazuje na wykorzystanie danych osobowych bez pozwolenia, a 71 proc. na niewystarczający poziom odpowiedzi od obsługi sklepu. Z kolei 57 proc. kupujących nie wróci do sklepu internetowego jeżeli ten będzie uciążliwie spamował mailami, zaś 53 proc. konsumentów dopuszcza tylko jeden poważny błąd w obsłudze klienta, przy drugim uchybieniu rozstaje się ze sklepem. Polscy e-konsumenci są wymagający. 83 proc. z nich wskazało, że nie dokona ponownie zakupów jeśli sklep wykorzystał w niewłaściwy sposób ich dane osobowe. Natomiast 39 proc. nie powróci do sklepu, jeśli ten dwa razy popełni błąd w obsłudze klienta. Jest to jeden z najwyższych odsetków spośród badanych krajów, obok Emiratów Arabskich (46 proc.), Arabii Saudyjskiej (54 proc.) i Rosji (39 proc.).

Dagmara Sobańska, Country Manager Poland, Sofort GmbH

[1] Hybris.com, The 2017 SAP Hybris Global Consumer Insights Report [https://www.hybris.com/en/gmc55-the-global-2017-sap-hybris-consumer-insights-report, dostęp: 15.05.2018]
[2] https://www.statista.com/statistics/379046/worldwide-retail-e-commerce-sales/, dostęp: 15.05.2018]
[3] Klarna i Reading University, Emotional Ecommerce, Wielka Brytania, 2017 r.
[4] https://www.dpd.com/home/insights/e_shopper_barometer/e_shopper_barometer_2017
[5] Hybris.com, The 2017 SAP Hybris Global Consumer Insights Report [https://www.hybris.com/en/gmc55-the-global-2017-sap-hybris-consumer-insights-report, dostęp: 15.05.2018]

Otwartość i trudne pytania – czyli jak budować relacje biznesowe

Niektórym wydaje się, że skuteczność w kontaktach biznesowych jest uzależniona głównie od tego, jak dobrze opanowało się techniki perswazji, a czasem i manipulacji. Tymczasem w perspektywie długofalowej nie do przecenienia jest umiejętność stworzenia dobrej atmosfery w rozmowie. W jaki sposób zadbać o budowanie relacji z klientami i partnerami biznesowymi?

Otwórz się

Otwarte nazywanie swoich intencji, emocji i interesów jest bardzo ważne w budowaniu nie tylko relacji prywatnych, ale także biznesowych. – Zwykle ludzie niechętnie ujawniają prawdziwe motywy swojego postępowania, a tym bardziej ograniczenia, szczególnie jeśli nie widzą podobnej otwartości ze strony rozmówcy. Jeśli odsłonimy swoje intencje, istnieje spora szansa na to, że zadziała zasada wzajemności i partner dialogu odwdzięczy się nam tym samym. Jest ona tym większa, im bardziej „ludzkie” kwestie ujawnimy – komentuje Łukasz Gabryś, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Takie uzewnętrznianie się może też pomóc w budowaniu wizerunku w oczach kontrahenta. Uprzedzając jego domysły, można zawczasu przedstawić swoje intencje wprost oraz ujawnić szczególnie istotne w danym kontekście, np. rozmowy handlowej, elementy własnego obrazu. Wypowiedź można wówczas zacząć od zwrotów takich jak np. „Chcę, aby pan o mnie wiedział, że…” lub „Chcę panu powiedzieć o sobie, że…”. – Również podczas stresującego spotkania warto „przyznać się” do swojego stanu emocjonalnego. Wypowiedzi takie jak „Proszę mi wybaczyć możliwe potknięcia, ale spotkanie z tak ważnym klientem jest dla mnie bardzo stresujące…” czy „Nie jest mi łatwo zacząć to spotkanie, bo się tremuję…” zwykle spotykają się z życzliwą reakcją i odruchem pomocy, przejawiającymi się chociażby przez takie słowa jak „Proszę się nie denerwować…” czy „Może się pan najpierw napije kawy?” – mówi Łukasz Gabryś. Umiejętność komunikowania tworzy podstawę do budowania relacji partnerskich oraz wzmacniania zaufania i szacunku w oczach kontrahentów.

Pytaj, a nie zabłądzisz

Aby współpraca biznesowa była zadowalająca dla obu stron, trzeba wiedzieć, na czym zależy kontrahentowi. W ustaleniu tego mogą pomóc po prostu pytania. Trzeba jednak wiedzieć, w jaki sposób je zadawać, aby poznać okoliczności i motywy podejmowania przez rozmówcę decyzji, a także ewentualne pułapki i niebezpieczeństwa, które warto mieć na uwadze podczas potencjalnej dalszej współpracy. Taka wiedza umożliwia wyjście naprzeciw ważnym interesom kontrahenta. Aby zwiększyć skuteczność zadawanych pytań, najlepiej zacząć od tych otwartych, np. „Co pan sądzi o takim rozwiązaniu lub propozycji?” bądź „Jakie jest pańskie zdanie na temat tej wersji?”. Dają one okazję rozmówcy do osobistej wypowiedzi i wyrażenia zdania na dany temat w jego własnych kategoriach. Kolejnym etapem są nieco bardziej szczegółowe kwestie, jak np. „Czy decyduje się pan dzisiaj?” bądź „Czy to rozwiązanie panu odpowiada?”. Taka struktura jest zgodna z modelem „lejka pytań”, czyli zaczyna się od pytań otwartych o szerszym kontekście, kończąc na zamkniętych i dążąc tym samym do finalizacji.

Zdarzają się sytuacje, w których rozmówca odmawia odpowiedzi lub wręcz mówi „A co to pana obchodzi?!”. Co wówczas zrobić? – Na pewno nie należy przestawać zadawać pytań. Gdy osoba, z którą rozmawiamy, reaguje wrogo, warto „na miękko” się wycofać, mówiąc np. „Bardzo przepraszam, nie chciałem pana urazić, zależy mi tylko na poznaniu wszystkich okoliczności, które pozwolą mi lepiej pana obsłużyć”. Przedstawienie naszych intencji może pomóc w złagodzeniu obaw i negatywnych wyobrażeń drugiej strony, a tym samym zwiększyć szansę na uzyskanie odpowiedzi – komentuje Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland. – Należy też mieć na uwadze to, by dać drugiej stronie szansę na udzielenie odpowiedzi. Wiele bardzo cennych pytań jest „marnowanych”, bo osoba, która je zadaje, zamiast na chwilę zamilknąć i posłuchać, co rozmówca ma do powiedzenia na dany temat, już wypowiada kolejne – dodaje.

Słuchaj i upewnij się, czy dobrze rozumiesz

To właśnie nieumiejętność słuchania jest jednym z największych i najczęściej popełnianych błędów w kontaktach biznesowych, a zarazem problemem z rzeczywistym zrozumieniem podczas dialogu. Sposoby aktywnego odbierania komunikatów można jednak trenować. – Parafraza to najważniejszy z nich, polega na stosunkowo dokładnym powtórzeniu głównej części wypowiedzi partnera. Zwykle zaczynamy ją od fraz takich jak np. „Czy dobrze zrozumiałem, że w pana interesie leży…” czy „Z tego, co pan powiedział, zrozumiałem, że zależy panu najbardziej na …”. W przypadku stosowania tego narzędzia częstym błędem jest skupienie się na tzw. stanowiskach, które w języku negocjacji oznaczają gotowe rozwiązania lub pomysły rozwiązań, które ktoś wymyślił. Zamiast tego powinniśmy parafrazować interesy i potrzeby rozmówcy, stanowią one bowiem motywy jego stanowisk. Dopiero po zadaniu pytania „Dlaczego?” pojawia się szansa na otrzymanie wielu interesujących odpowiedzi, rzucających nowe światło na przebieg rozmowy i umożliwiających kontynuowanie tematu, często tylko pozornie skazanego na niepowodzenie – komentuje Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland. – W ten sposób np. handlowcy mogą poznać najistotniejsze interesy klienta, jak potrzeba bycia traktowanym indywidualnie i wyjątkowo czy też sprawdzenia zawczasu wiarygodności, oraz kontekst niezbędny do jego zrozumienia i ewentualnego pozyskania. Wiedząc, które elementy naszej oferty mogą być dla odbiorcy szczególnie ciekawe i uznane za wyróżniki w zestawieniu z propozycjami konkurencji, zdecydowanie łatwiej będzie zaproponować potencjalnemu kontrahentowi ofertę, którą uzna za spełniającą jego kryteria – dodaje. Parafrazując należy też unikać interpretowania, oceniania i przekręcania wypowiedzi drugiej strony, a także własnego gadulstwa. Dzięki temu często pojawia się w niej chęć dopowiedzenia pewnych wątków, co staje się okazją do zdobycia wielu cennych informacji. Parafraza stanowi zatem jeden z najmniej inwazyjnych sposobów skłaniania do mówienia o ważnych dla danej osoby sprawach.

Relacyjne podejście do sprzedaży i biznesu to inwestycja w głębszy i intensywniejszy kontakt z klientem, kontrahentem czy partnerem. Daje naszemu rozmówcy poczucie, że ważne jest dla nas to, co mówi i staramy się go dobrze zrozumieć. W ten sposób wyrażamy szacunek wobec niego. To także szansa na stworzenie klimatu do ciekawej i poruszającej rozmowy, która może wyróżnić się spośród niestety nieraz dość banalnych i stereotypowych spotkań – zauważa Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland.

Producent iPhone’ów chce, by w jego fabrykach rządziła sztuczna inteligencja

Foxconn, największy producent elektroniki na świecie zapowiada rewolucyjne zmiany. Firma znana z produkcji iPhone’ów dla amerykańskiego koncernu Apple zamierza usprawnić procesy produkcyjne i logistyczne wykorzystując w tym celu nowe technologie. Kluczową rolę w zapowiedzianej transformacji ma odegrać sztuczna inteligencja.

Jak donosi Financial Times, wiodący prym producent elektroniki nie jest usatysfakcjonowany swoim obecnym poziomem cyfryzacji i planuje wprowadzić gruntowne zmiany w sposobie funkcjonowania posiadanych przez siebie fabryk. O tym, jak poważna będzie ta transformacja świadczyć może odważna deklaracja Terry’ego Gou, jego twórcy i prezesa zarządu. —Jesteśmy przeogromną, tradycyjną firmą produkującą technologie. Teraz musimy sięgnąć po potęgę sztucznej inteligencji (…). Foxconn ze wszystkich sił będzie dążyć do tego, by uczynić produkcję inteligentną — ogłosił Gou podczas wydarzenia mającego uczcić 30-lecie działalności firmy na chińskim rynku. Znamiennym wydaje się fakt, że agenda spotkania poświęcona była marce Foxconn Industrial Internet, która w swojej ofercie posiada m.in. roboty przemysłowe, usługi chmury obliczeniowej i rozwiązania oparte o przemysłowy internet rzeczy – pozycje bezpośrednio związane ze sztuczną inteligencją.

Chiny kuszą największych

Nie jest tajemnicą, że Foxconn Industrial Internet planuje zwiększyć swoją obecność w Chinach Kontynentalnych, gdzie w zeszłym roku wygenerowała przychody na poziomie 56 miliardów dolarów. Dla porównania, jej konkurent, amerykański producent elektroniki CISCO, osiągnął przychody w wysokości 58 miliardów. Za obraniem kursu na Pekin przemawiają również badania rynkowe. O korzystnej koniunkturze dla przemysłowego Internetu rzeczy w państwie środka przekonują m.in. analitycy z IDC. Z ich prognoz wynika, że wydatki na IIOT do roku 2020 rosnąć będą z prędkością 14.7 proc. rdr by z nadejściem roku 2020 sięgnąć zawrotną kwotę 128 miliardów dolarów.

Sztuczna inteligencja i internet rzeczy to duet, który Foxconn planuje zaimplementować na szeroką skalę — zarówno w swoich własnych fabrykach, jak również w zakładach produkcyjnych swoich licznych klientów i partnerów bizneoswych. Zdaniem Jana Skowrońskiego z DSR SA, przekonanie ich do inwestycji w takie rozwiązania nie będzie trudne, ponieważ IIOT daje szereg wymiernych korzyści. —W DSR już od pewnego czasu realizujemy wdrożenia rozwiązań opartych o internet rzeczy. Dotyczą one realizacji produkcji, monitoringu maszyn, śledzenia przepływu materiałowego oraz utrzymaniu ruchu. W przypadku tego ostatniego, zbawienna jest konserwacja predykcyjna, która bez przemysłowego Internetu rzeczy byłaby zwyczajnie niemożliwa. Pozwala ona zapobiegać awariom utrzymując ciągłość produkcji. W tej branży przestoje oznaczają straty, a tych należy unikać. Wykorzystanie specjalnych czujników drgań harmonicznych i analiza strumienia danych daje szerokie możliwości w zakresie wykrywania i identyfikacji konkretnych usterek, zanim dojdzie do uszkodzenia całej maszyny i w konsekwencji wstrzymania procesu produkcyjnego— wyjaśnia ekspert z wrocławskiej firmy specjalizującej się w zaawansowanych rozwiązaniach IT dla produkcji i dodaje, że nie zawsze można zapobiec awarii. W takich przypadkach istotne jest to, aby mieć wszystkie informacje na temat przyczyn usterki i na ich podstawie móc szybko przywrócić sprawność maszyny.

Fabryki z pogranicza science fiction

Tymczasem zastosowanie sztucznej inteligencji w przemyśle nie kończy się na wykrywaniu anomalii w pracy maszyn. Odgrywa ona kluczową rolę w automatyzacji produkcji, która wciąż pozostaje mocno ograniczona przez niewystarczające umiejętności robotów przemysłowych. SI ma to zmienić, wyposażając je w zdolności kognitywne. Pozwolą one maszynom wykonywać czynności dotychczas zarezerwowane wyłącznie dla ludzi. Dzięki uczeniu maszynowemu komputery zyskały m.in. zdolność rozpoznawania obrazów i interpretowania mowy. Choć na tym etapie ich sprawność pozostawia wiele do życzenia, to jeśli weźmiemy pod uwagę tempo, z jakim na przestrzeni ostatnich lat rozwijała się sztuczna inteligencja, możemy oczekiwać, że niebawem przepaść dzieląca człowieka i maszynę zmniejszy się diametralnie.

Na taki scenariusz z pewnością liczy Foxconn zapowiadając szeroko zakrojoną implementację SI, której celem nadrzędnym ma być przekształcenie tradycyjnie funkcjonujących fabryk w inteligentne. Takie placówki mają charakteryzować się pełną rozbudowaną łącznością pomiędzy maszynami i niespotykaną dotąd elastycznością. – To dużo więcej niż podłączone do sieci maszyny na hali produkcyjnej. Mówimy tu o całym środowisku przedsiębiorstwa, komunikujących się między sobą robotach i systemie, który w czasie rzeczywistym reaguje na to, co dzieje się na rynku, dostosowuje się do bieżących potrzeb i wykorzystuje analitykę predyktywną do planowania i gospodarowania zapasami. Wszystko odbywa się automatycznie, a rola człowieka sprowadzać się wyłącznie do kontroli, konserwacji maszyn i zarządzania kryzysami. Do tego zmierzamy rozwijając technologie inteligentnych fabryk – tłumaczy Jan Skowroński z DSR. Według raportu opublikowane przez Capgemini, rozwiązania tej klasy do 2022 r. zwiększą wydajność zakładów produkcyjnych siedmiokrotnie.

Krakowski fundusz INNOventure inwestuje w inteligentne domy

System do zarządzania inteligentnym domem – bez kosztownych centralek, wykorzystujący Bluetooth i mierzący poziom zużycia prądu? Dziś jest to już możliwe. Nad nowym rozwiązaniem pracuje krakowska firma Altlight, która otrzymała dofinansowanie od funduszu INNOventure. „Naszym celem jest ułatwienie codziennego życia”, zapewnia Kamil Sumera, pomysłodawca projektu.

Idea rozwiązań Altlight zrodziła się na początku 2017 roku. Twórcy systemu zauważyli lukę w automatyzacji zarządzania inteligentnymi domami. Dostępne produkty nie łączyły w sobie wszystkich pożądanych przez konsumentów cech: prostoty działania, dobrej jakości, przystępnej ceny, łatwej kontroli rachunków i urządzeń.

– Postanowiliśmy stworzyć coś, co spełniałoby wszystkie te wytyczne. Za cel postawiliśmy sobie ułatwienie codziennego życia dzięki zastosowaniu zaawansowanej, ale prostej w obsłudze technologii. Przez ostatni rok dążyliśmy do realizacji tego pomysłu i mamy nadzieję, że nasza propozycja zmieni myślenie konsumentów i ich – często pełne niepewności i strachu – podejście do inteligentnych domów – mówi Kamil Sumera, CEO Altlight.

System inteligentnego domu Altlight działa w oparciu o interfejsy radiowe Bluetooth oraz Thread. Co istotne, nie wymaga rozbudowanych centralek, które zazwyczaj pochłaniają znaczną część budżetu przeznaczonego na domową automatykę. Zamiast z nich, nowa technologia korzysta z telefonów lub tabletów – to one zarządzają siecią i oświetleniem wewnątrz budynku i pozwalają na modyfikację ustawień z dowolnego miejsca.

– Stworzyliśmy system, który ma wiele wygodnych opcji i jest naprawdę prosty w obsłudze. Wiemy, że tego oczekują ludzie, którzy chcą mieć w domach czy biurach inteligentne urządzenia, ale nie mają ochoty jednocześnie stawać się technologicznymi ekspertami. Domowa automatyka musi być intuicyjna, działać niezauważanie, a do tego przynosić nie koszty, a oszczędności – dodaje Kamil Sumera.

Projekt Altlight przez ostatnie miesiące rozwijany był w agencji Summer Agency, która specjalizuje się w projektowaniu inteligentnych urządzeń. Na jej czele stoi Kamil Sumera, który od 2012 roku zrządza projektami technologicznymi z zakresu m.in. druku 3D, medycyny czy Internet of Things. Jest też współzałożycielem spółek Clinic Development czy First 11.

Jego najnowszy projekt wpisuje się w aktualne trendy rynkowe. Według IDC wydatki konsumentów na urządzenia Internetu Rzeczy wyniosą w 2018 roku 62 mld dolarów. Potencjał rynku dostrzegają także inwestorzy – w spółkę Altlight niedawno zainwestował krakowski fundusz INNOventure.

– Automatyka domowa szybko się rozwija i w najbliższym czasie się to nie zmieni. Ale to niejedyny powód naszego zainteresowania firmą Altlight – mówi Marcin Bielówka, partner zarządzający w INNOventure. – Przekonał nas nie tylko sam perspektywiczny rynek, ale podejście do urządzeń tworzonych przez tę spółkę, a właściwie nie do urządzeń, a do ich użytkowników. Wszystkie dotychczasowe rozwiązania wprowadzające inteligencję do domowej automatyki w praktyce okazują się odpowiednie jedynie dla zdeterminowanych technologicznych geeków, a zrażają do siebie przeciętnego posiadacza smartfona. Tu jest inaczej – tak jak w Apple, które z komputerów zrobiło urządzenia dla zwykłych ludzi.

Część pieniędzy z inwestycji INNOventure została wykorzystana już na wyposażenie laboratorium oraz na prace projektowe nad urządzeniami. Dzięki nim Altlight jest dziś gotowy, aby pokazać rezultat kilkumiesięcznych prac i przedstawić pilot produkcji. Kolejne wersje urządzeń powstaną w trzecim kwartale 2018 roku.

Raport ManpowerGroup: Optymizm polskich pracodawców największy od 8 lat

Tak dobrze na polskim rynku pracy nie było od blisko 8 lat – prognoza netto zatrudnienia dla Polski po korekcie sezonowej wynosi +13%. W najbliższym kwartale największe szanse na znalezienie zatrudnienia czekają w produkcji przemysłowej, w budownictwie oraz w sektorze związanym z kopalniami i przemysłem wydobywczym. Wśród sześciu analizowanych regionów najbardziej optymistyczni są pracodawcy z północnej Polski – potwierdza opublikowany dziś raport Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia dla III kwartału 2018 roku.

Prognoza netto* zatrudnienia  po korekcie sezonowej dla III kwartału 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców wynosi +13%. W praktyce oznacza to dobre perspektywy dla osób poszukujących pracy. W porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne pracodawców uległy poprawie o 1 punkt procentowy, a w ujęciu rocznym poprawiły się o 6 punktów procentowych. Spośród 750 ankietowanych pracodawców 18% chce powiększać swoje zespoły, 3% planuje redukcję etatów, a 77% nie przewiduje zmian personalnych. Biorąc pod uwagę wielkość przedsiębiorstwa najbardziej optymistyczni są przedstawiciele dużych firm z prognozą +26%, za nimi znajdują się średnie (+13%), mikro (+7%) i małe przedsiębiorstwa (+5%).

Z każdym kwartałem obserwujemy coraz bardziej optymistyczne prognozy zatrudnienia deklarowane przez polskich pracodawców. To efekt coraz większej stabilizacji rynku pracy, której sprzyja nadal szybkie tempo rozwoju gospodarki i płynące z niej dobre dane makroekonomiczne – mówi Iwona Janas, Dyrektor Generalna ManpowerGroup w Polsce. – Jak pokazują zaprezentowane przez nas prognozy najlepszej sytuacji w nadchodzącym kwartale mogą spodziewać się pracownicy i przedsiębiorcy z sektora produkcji przemysłowej. Polskie dane dotyczące zatrudnienia w przemyśle wyróżniają się na tle Europy a prognoza dla tego sektora zadeklarowana przez polskich pracodawców daje nam trzecie miejsce wśród 26 analizowanych rynków z regionu Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. Dobra passa na polskim rynku pracy będzie trwała również w pozostałych analizowanych sektorach, gdzie pracodawcy z optymizmem patrzą w najbliższy kwartał – dodaje Iwona Janas.

Raport ManpowerGroup Optymizm polskich pracodawców największy od 8 latWykres 1. Prognoza netto zatrudnienia dla Polski w ciągu kolejnych kwartałów. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Najwięcej miejsc pracy w produkcji przemysłowej

Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne na III kwartał 2018 roku przedstawiły firmy z sektora Produkcja przemysłowa, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +23%. Na dobre perspektywy zatrudnienia mogą też liczyć poszukujący pracy w Budownictwie (+16) i w sektorze Kopalnie/Przemysł wydobywczy (+16%). Najniższy, ale nadal dodatki wynik spośród wszystkich przebadanych sektorów zadeklarowały Instytucje sektora publicznego (+3%) oraz przedstawiciele sektora Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo (+3%). W raporcie Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia zaprezentowano dane dla 10 obszarów rynku, w każdym z nich pracodawcy deklarują dodatnią prognozę zatrudnienia i z optymizmem podchodzą do okresu lipiec-wrzesień 2018 roku. Na szczególną uwagę zasługuje prognoza wskazana przez firmy z obszaru Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi, która z wynikiem +10% jest najwyższą prognozą dla tego sektora od 10 lat.

Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2018Wykres 2. Prognoza netto zatrudnienia dla sektorów w Polsce na Q3 2018 r. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

W porównaniu do poprzedniego kwartału plany rekrutacyjne uległy poprawie w 4 z 10 analizowanych obszarów, co jest szczególnie widoczne w sektorze Kopalnie/Przemysł wydobywczy, gdzie prognoza jest wyższa o 5 punktów procentowych. Jednocześnie, w 5 z 10 obszarów prognoza zatrudnienia pogorszyła się. Największy spadek, o 3 punkty procentowe odnotowano dla sektora Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo.

W porównaniu do danych sprzed roku plany firm w 6 z 10 analizowanych sektorów wskazują na wzrost zatrudnienia. Największa poprawa, o 16 punktów procentowych dotyczy Produkcji przemysłowej. Plany rekrutacyjne polskich pracodawców pogorszyły się w 3 obszarach. Największy spadek widoczny jest w przypadku Instytucji sektora publicznego oraz Rolnictwa/Leśnictwa/Rybołówstwa – o 3 punkty procentowe.

Pracodawcy z Polski Północnej najbardziej optymistyczni

Najlepsze perspektywy dla poszukujących pracy czekają na mieszkańców północnej Polski,  gdzie pracodawcy deklarują prognozę zatrudnienia na poziomie +15%. Jednocześnie jest to najlepsza prognoza dla tego regionu od blisko 10 lat. Równie optymistyczne co do planów zatrudnienia w najbliższym kwartale są firmy z regionów Południowo-Zachodniego oraz Wschodniego, gdzie prognoza wynosi po +14%. Pozytywne plany zatrudnienia odnotowano we wszystkich 6 analizowanych regionach.
W ujęciu kwartalnym plany rekrutacyjne polskich pracodawców poprawiły się w 4 z 6 regionów, pogorszyły w 2. Największy wzrost dotyczy regionów Wschodniego, Północnego i Północno-Zachodniego (o 3 punkty procentowe), a największy spadek regionu Centralnego (o 3 punkty procentowe). W ujęciu rocznym w 5 regionach odnotowano wzrost prognozy, największy dla regionu Północ (o 11 punktów procentowych), dla regionu Południe plany pracodawców pozostały bez zmian.

Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q3 2018Wykres 3. Prognoza netto zatrudnienia dla regionów Polski na Q3 2018 r.; podział wg Eurostat. Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Polska atrakcyjna na tle rynków z regionu EMEA

Spośród 26 przeanalizowanych rynków z regionu EMEA najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne zadeklarowali pracodawcy z Chorwacji** (+26%), Węgier (+19%), Grecji (+15%) i Portugalii (+15%). Polska z prognozą +13% plasuje się zaraz za nimi, ex aequo z Rumunią. Jedynym krajem, gdzie odnotowano ujemny wynik są Włochy (-2%). W porównaniu do ostatniego kwartału plany rekrutacyjne poprawiły się dla 11 rynków, dla 9 pogorszyły się, a dla 4 pozostają bez zmian*** . W badaniu ManpowerGroup przeanalizowano dane zebrane wśród 21 tys. pracodawców z 26 krajów regionu EMEA. W ujęciu globalnym raport przedstawia dane dla 44 krajów i terytoriów, zebrane wśród 60 000 pracodawców.

Prognoza netto zatrudnienia dla regionu EMEA na Q3 2018Tabela 1. Prognoza netto zatrudnienia dla regionu EMEA na Q3 2018 r.; Źródło: Raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę są dostępne na stronie na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

„Bardzo silna więź”, która unieruchamia rynki

Pierwsze doniesienia ze szczytu prezydenta USA Trumpa z przywódcą Korei Płn. Kimem są krzepiące i pomagają podtrzymać spokój na rynkach finansowych. Na rynku FX ruch jakby zamarł w oczekiwaniu na istotne wydarzenia w dalszej części tygodnia. Euro czeka na EBC, USD dziś ma test w postaci danych o inflacji, a losy GBP rozstrzygną dane z rynku pracy oraz brexitowa batalia w parlamencie. PLN pływa po dobrze mu znanych wodach.
Trump i Kim nie oszczędzają sobie komplementów, co należy przyjąć z ulgą, biorąc pod uwagę, jak łatwo obaj potrafią dać ponieść się emocjom. Liderzy podpisali „bardzo ważny” dokument dotyczący „kompletnej denuklearyzacji” Korei Północnej. Trump i Kim utworzyli „bardzo silną więź” i „wiele dobrej woli zostało włożone” w tej projekt. Prezydent USA dodał, że Kim jest „fantastyczny” i jest „wartościowym negocjatorem” oraz „bardzo utalentowanym człowiekiem” (wszystkie cytowania autorstwa Trumpa). Przed nami jeszcze oficjalna konferencja prasowa Trumpa (ok. 10:00 polskiego czasu), ale widać, że najgorszego (załamania rozmów z powodów „emocjonalnych) udało się uniknąć. Nie jest to od razu powód do rajdu ulgi – nikt nie miał wygórowanych oczekiwań przed szczytem. Ponadto w tym tygodniu jeszcze wiele przed nami (decyzje Fed, EBC, BoJ), a inwestorzy nie bardzo wiedzą, jak do tego wszystkiego podejść. Większość stoi z boku, o czym świadczy niska zmienność w poniedziałek.

USD/JPY jest wyżej i rynek akcji świeci się na zielono, ale w przestrzeni FX słabo wczoraj mieli się przedstawiciele rynków wschodzących: MXN, TRY i ZAR (choć złoty trzyma się w ciasnym paśmie 4,26-4,30 za EUR). Mini tryb risk-on wydaje się słaby i nieprzekonujący, a to akurat więcej mówi o podtrzymywanej wrażliwości inwestorów na potencjalne negatywne informacje – inaczej apetyt na ryzyko radziłby sobie lepiej. Jeśli informacje z singapurskiego szczytu nie przebudziły zmienności, to teraz inwestorzy nie ruszą z bocznej ławki i mogą dalej czekać. Dziś USD uwagę skupi na odczycie majowej inflacji. Konsensus zakłada skok CPI do 2,8 proc. r/r z 2,5 proc., a inflacja bazowa ma skromnie wzrosnąć do 2,2 proc. z 2,1 proc. Bazowy trend inflacji jest stabilny i nie będzie zmuszał Fed do bardziej agresywniejszej polityki, z kolei CPI jest podbity przez wyższe ceny paliw. Odchylenia w dzisiejszych odczytach raczej niewiele wzruszą dolarem, gdyż rynek wstrzyma się z oceną do czasu zapoznania z jutrzejszym komunikatem Fed.

Funt brytyjski za to może być gwiazdą sesji. Po wczorajszych fatalnych danych z przemysłu rośnie temperatura wokół spekulacji, czy w sierpniu BoE podniesie stopę procentową. Najgłębszy miesięczny spadek produkcji wytwórczej od pięciu lat nie pokazuje, że drugi kwartał przynosi wyczekiwane odbicie aktywności gospodarczej. Ale dla BoE ważniejsza jest dynamika wynagrodzeń, która przy spadającej inflacji da więcej pieniędzy w portfelach Brytyjczyków i wzmocni konsumpcję. Pozytywna niespodzianka w danych może przynieść odreagowanie wczorajszych spadków funta. Ponadto śledzić należy debatę w brytyjskim parlamencie nad poprawkami do ustawy o wystąpieniu kraju z UE. Dziś odbędzie się głosowanie nad kilkoma z nich, w tym nad tzw. „znaczącym głosem”. Według tego zapisu obie izby parlamentu otrzymają prawo głosowania nad finalną wersją dokumentu, a w przypadku odrzucenia go przez Brukselę lub zerwaniu negocjacji, to parlament będzie decydował o kolejnych krokach. Poprawka ta osłabia rolę rządu, a biorąc pod uwagę, że w parlamencie przeważają zwolennicy „miękkiego Brexitu”, zwiększa to szanse na taki kocowy finał negocjacji. Ale to jest polityka, więc nic nie można brać za pewnik do czasu ostatecznego podpisu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja a przyszłość reklamy online

Mariusz Maksymiuk
Mariusz Maksymiuk, CEO agencji interaktywnej Adexon 360

Sztuczna inteligencja już od dłuższego czasu jest jednym z głównych tematów omawianych w obszarze nowych technologii. W branży reklamowej można zaobserwować stały postęp technologiczny, który marki wykorzystują, aby mieć przewagę nad konkurencją. Jak działa sztuczna inteligencja? Czy będzie przyszłością branży reklamowej? O tym w artykule Mariusza Maksymiuka, CEO Adexon.

Jak działa sztuczna inteligencja?

Algorytmy sztucznej inteligencji pozwalają na zaawansowaną automatyzację i przewidywanie działań potencjalnego konsumenta. Maszyny, wykorzystując dane, uczą się identyfikować wzorce i powiązania, tak aby wyciągać wnioski, wykonywać działania i podejmować decyzje. Algorytmy maszynowego uczenia analizują dane, które konsumenci wpisują w wyszukiwarkach i na podstawie zaawansowanej analizy ich zachowań podsuwają produkty i rekomendacje.

Obecnie, gdy klient szuka produktu za pomocą sieci, może w tym celu użyć jednego słowa, które zostanie zarejestrowane przez wyszukiwarki lub określone witryny zakupowe, a następnie od razu wyszuka docelowy produkt lub usługę. Jeszcze kilka lat temu, konsumenci musieli precyzyjnie opisywać to, czego szukali. Dzisiaj natomiast wystarczy wpisać jedno słowo kluczowe, a technologia wyszukiwania zapewni takie same wyniki, jakie uzyskaliby, gdyby opis był bardzo dokładny. W branży reklamowej, sztuczna inteligencja służy zatem między innymi do maksymalizacji skuteczności dostarczania odpowiedniego contentu i produktu docelowym odbiorcom.

Poprawa doświadczeń konsumentów

Sztuczna inteligencja może pomóc reklamodawcom tworzyć bardziej spersonalizowane i skuteczne kampanie. W cyfrowym świecie, w którym konsumenci są przytłoczeni i bombardowani ogromną ilością reklam, stają się one coraz mniej skuteczne. W jaki sposób AI może poprawić wrażenia użytkowników? Konsumentom bardzo często dostarczane są przekazy całkowicie niedopasowane do ich potrzeb. Chcąc uzyskać jak najlepsze wyniki, należy zastosować spersonalizowane i zindywidualizowane podejście.

Z tego powodu coraz więcej firm opracowuje rozwiązania sztucznej inteligencji, które umożliwiają dostarczanie użytkownikom bardziej osobistych i bezpośrednich przekazów reklamowych. Marketerzy uważają, że ten inteligentny algorytm reklamowy sprawi, że konsumenci będą chętniej reagować na reklamy internetowe, a tym samym zapewni on więcej przychodów reklamodawcom i wydawcom. Podsumowując, konsumenci zobaczą tylko te reklamy, które rzeczywiście do nich przemawiają, co w konsekwencji doprowadzi do zwiększenia ich satysfakcji, większej liczby konwersji i wzrostu przychodów z reklam online.

Przyszłość reklamy

AI zaczyna być coraz mocniej wykorzystywana w marketingu. Począwszy od automatyzacji ogromnej ilości procesów związanych z obsługą klienta, często prostych, ale czasochłonnych. Pełni też rolę wirtualnego konsultanta,  a także służy do zbierania leadów kontaktowych. Już dziś tę technologię można wykorzystać do wykonywania skomplikowanych analiz ekonometrycznych, które pozwolą przewidzieć potencjalne efekty kampanii mediowych.

To dopiero początki tej technologii w Polsce, ponieważ kolejnym krokiem z pewnością będzie machine learning, czyli uczenie AI analizowania bardzo dużych i cennych baz danych. Jedno jest pewne – wykorzystanie sztucznej inteligencji przez firmy i marki na pewno będzie się rozwijać i przynosić korzyści zarówno marketerom, jak i klientom.

 

Jakie pozwolenia wymagane są do budowy hali magazynowej?

pozwoleniahalestalowe
źródło ocmer.com.pl

Zdobycie pozwolenia na budowę to warunek, od którego uzależnione jest rozpoczęcie inwestycji. Aby je uzyskać trzeba dopełnić koniecznych formalności. Artykuł ten krok po kroku wskazuje, jakie dokumenty będą potrzebne by rozpocząć budowę hali magazynowej.

Decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu

Decyzja o pozwoleniu na budowę hali magazynowej wydawana jest na podstawie projektu budowlanego. Do jego opracowania konieczne jest zdobycie szeregu dokumentów i zezwoleń. Pierwszym z nich jest decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu, na którym powstać ma obiekt. Aby ją uzyskać, należy złożyć odpowiedni wniosek do urzędu miasta lub gminy, właściwego ze względu na lokalizację inwestycji. We wniosku powinna zostać określona m.in. powierzchnia zabudowy, wysokość obiektu oraz jego przeznaczenie. Ponadto w formularzu należy uwzględnić techniczne warunki przyłączy mediów, czyli sposób, w jaki do obiektu dostarczana będzie woda, gaz, energia elektryczna oraz odprowadzane będą ścieki. Do wniosku o wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu należy dołączyć kopię mapy zasadniczej (lub w przypadku jej braku mapy katastralnej) w skali 1:500, która posłuży do celów lokalizacyjnych. Mapa powinna obejmować zaznaczony teren inwestycji oraz obszar znajdujący się w promieniu 50 m. Warto pamiętać, że uzyskanie decyzji o warunkach zabudowy nie jest konieczne, jeżeli teren, na którym powstać ma hala magazynowa, objęty jest tzw. miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. W takim przypadku wystarczy wystąpić do wydziału urbanistyki (lub innego wydziału urzędu miejskiego lub starostwa powiatowego zajmującego się geodezją i katastrem) o wypis i wyrys z planu miejscowego.

Wniosek o warunki techniczne przyłączy

Jeżeli działka, na której powstać ma hala magazynowa nie jest uzbrojona, konieczne jest złożenie wniosków o wydanie warunków technicznych przyłączy. Kieruje się je do przedsiębiorstw, które odpowiadałaby za dostarczanie wody, gazu, łączności telekomunikacyjnej oraz energii elektrycznej do obiektu. Wniosek o wydanie warunków technicznych przyłączy zawiera mapę w skali 1:500, określającą położenie inwestycji względem istniejących sieci przesyłowych. Powinien uwzględniać również informację o rodzaju planowanej budowy. We wniosku składanym do firmy wodociągowej wpisujemy przewidziany pobór wody i jej przeznaczenie. Należy również wskazać ilość ścieków, jaka będzie odprowadzana z budowanego obiektu. Natomiast we wniosku składanym do dostawcy energii elektrycznej należy określić potrzebną moc przyłączeniową. Oblicza się ją na podstawie zestawienia zapotrzebowania wszystkich odbiorników elektrycznych, jakie planujemy zainstalować w hali. Przedsiębiorstwo energetyczne wymaga również sprecyzowania, do jakich celów wykorzystywany będzie doprowadzony prąd.

Uwarunkowania środowiskowe

Oprócz informacji o warunkach technicznych przyłączy, do wniosku o wydanie decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu powinna być dołączona decyzja o środowiskowych uwarunkowaniach zgody na realizację przedsięwzięcia, potocznie zwana decyzją środowiskową. Wydawana jest przez prezydenta miasta, burmistrza lub wójta właściwego ze względu na lokalizację działki, na której powstać ma planowa inwestycja. Jej wydanie poprzedza ocena oddziaływania obiektu na środowisko naturalne. Przed wydaniem decyzji organ musi zyskać pozytywną opinię władz sanitarnych. Konsultuje się także z regionalnym dyrektorem ochrony środowiska oraz regionalnym zarządem gospodarki wodnej. Decyzja środowiskowa może być dla inwestora pozytywna, negatywna lub uwarunkowana wprowadzeniem określonych zmian w projekcie. Jeśli inwestor nie zgodzi się na propozycje przedstawione w decyzji, organ wydaje opinię negatywną. Decyzja środowiskowa jest ważna przez 4 lata od daty jej wydania.

Projekt budowlany

Kolejnym krokiem, jaki należy podjąć, ubiegając się o pozwolenia niezbędne do budowy hali magazynowej, jest opracowanie projektu budowlanego. Z decyzją o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu należy zwrócić się do architekta. Będzie on będzie odpowiedzialny za przygotowanie pełnobranżowego projektu budowlanego, wymaganego do uzyskania pozwolenia na budowę. Tworząc go musi wziąć pod uwagę wytyczne dotyczące:

  • rodzaju i ilość składowanych materiałów,
  • sposobu składowania materiałów (rozstawienie regałów w hali magazynowej),
  • rodzaju transportu wewnętrznego i zewnętrznego oraz natężenie ruchu,
  • rodzaju i ilości zainstalowanych urządzeń, maszyn,
  • ilości zatrudnionych osób w projektowanej hali.

W skład projektu pełnobranżowego wchodzą:

– projekt architektury i zagospodarowania terenu,

– projekt fundamentów budynku (jego stworzenie wymagać będzie przeprowadzenia badań geotechnicznych),

– projekt konstrukcji budynku,

– projekt drogowy,

– projekt instalacji elektrycznych,

– projekt wentylacji i ogrzewania budynku,

– projekt instalacji wodno-kanalizacyjnej i przeciwpożarowej.

Całość musi spełniać wymagania ochrony przeciwpożarowej i sanitarnej, określone przez sanepid, a także normy BHP. Do stworzenia projektu potrzebna jest również opinia wydziału ochrony środowiska pod kątem wymagań związanych z ochroną zieleni na terenie planowanej inwestycji, a także ewentualne pozwolenie na wycięcie drzew.

Wniosek o wydanie pozwolenia na budowę

Po uzyskaniu wszystkich wymaganych zgód i dokumentów (najważniejsze z nich to: decyzja o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu lub wyrys z planu miejscowego, decyzja o warunkach technicznych przyłączy, decyzja środowiskowa) i sporządzeniu wymienionych powyżej projektów, można przystąpić do złożenia wniosku o wydanie pozwolenia na budowę w wydziale architektury właściwego starostwa powiatowego. Organ wydaje pozwolenie na budowę w ciągu 65 dni od daty wpłynięcia wniosku. W przypadku wykrycia możliwych do uzupełnienia braków formalnych, inwestor zostaje wezwany do uzupełnienia dokumentacji. Pozwolenie ważne jest przez 3 lata od daty wydania.

Uzyskanie pozwolenia na budowę stanowi zwieńczenie urzędowego procesu i umożliwia rozpoczęcie budowy.

Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą. Gospodarka tego kraju powoli wychodzi na prostą

Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą. Gospodarka tego kraju powoli wychodzi na prostą 7

Postrzegamy Ukrainę przez pryzmat kryzysu ekonomicznego, konfliktu zbrojnego czy korupcji. Tymczasem wiele już się tam zmieniło, sytuacja jest znacznie bardziej przyjazna dla inwestycji zagranicznych – mówi Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. W ubiegłym roku PKB Ukrainy zwiększyło się o 2,5 proc., tegoroczne prognozy oscylują już wokół 3 proc. Sytuacja gospodarcza powoli się poprawia, ale Polska nie wykorzystuje potencjału współpracy z Ukrainą.

– Ukraina wciąż jest w trudnej sytuacji gospodarczej. Jednak gospodarka zaczęła odbijać się od dna – rozpoczęto wdrażanie trudnych, sektorowych reform, uwalnianie handlu z krajami UE i przeorientowanie całej ukraińskiej gospodarki na ten kierunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

W ubiegłym roku PKB Ukrainy zwiększyło się o 2,5 proc. – więcej niż zakładały prognozy Banku Światowego i MFW (wzrost miał wynieść 2 proc.). Według Gosstatu – czyli głównego urzędu statystycznego Ukrainy – było to głównie zasługą wysokiej konsumpcji, hossy w budownictwie i zwiększonej wymiany handlowej z krajami Unii Europejskiej. Przed umową stowarzyszeniową i początkiem reform Ukraina realizowała ponad 40 proc. obrotów handlowych z Federacją Rosyjską. Obecnie pierwsze miejsce pod tym względem zajmują już państwa Unii, a w ubiegłym roku ukraiński eksport na rynki unijne zwiększył się dziewięciokrotnie.

– To są dobre sygnały, ale bez zasilania zewnętrznego, bez wsparcia ze strony MFW i Banku Światowego, nie da się dalej realizować ukraińskich reform. To dobra i zła wiadomość. Zła, bo utrudnia ukraińską sytuację negocjacyjną. Dobra, bo reformy są realizowane pod bardzo ścisłym, precyzyjnym monitoringiem krajów wspierających Ukrainę. To daje gwarancję, że będą one szły w dobrym kierunku, będą służyły budowaniu konkurencyjnej gospodarki ukraińskiej –mówi Jacek Piechota.

Ze względu na monopole ukraińskich oligarchów w określonych sektorach gospodarki największe problemy Ukraina napotyka w reformach w obszarze antymonopolowym i antykorupcyjnym. Jednak UE i Zachód nauczyły się już wymuszać zmiany, stawiać twarde warunki i monitorować ich realizację. Prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej ocenia, że pomoc dla Ukrainy będzie kontynuowana pod bardzo twardymi warunkami i przy egzekwowaniu określonych zobowiązań od ukraińskich elit i rządu.

– Bez wsparcia zewnętrznego Ukraina sobie nie poradzi, dlatego jest zmuszona akceptować te warunki. To są twarde negocjacje, ale Zachód nauczył się już egzekwować od Ukrainy wdrażanie określonych regulacji. Jeżeli jest pewien opór materii, wynikający ze skomplikowanej sytuacji wewnętrznej, to on musi być przełamany po ukraińskiej stronie. Co istotne, Ukraina nie ma już dzisiaj dylematu „ Rosja czy UE”? Nastroje są zdecydowanie antyrosyjskie. Nie ma rodziny, nie ma środowiska, w którym ktoś na tej wschodniej linii konfliktu nie był poszkodowany, ktoś by nie zginął, ktoś nie wróciłby ranny. Ta presja społeczna w kierunku proeuropejskim zmusza władze Ukrainy do tego, by wdrażać określone rozwiązania – mówi Jacek Piechota.

Polska stanowi dla ukraińskich firm bramę do unijnego rynku z blisko 500 mln konsumentów. Z drugiej strony, jest na Ukrainie mało znaczącym inwestorem – zajmuje 11. miejsce pod względem wartości inwestycji zagranicznych. Zdecydowanie aktywniejsi są inwestorzy z zachodniej Europy, Amerykanie, Japończycy i Chińczycy. Jak ocenia prezes PUIG, potencjał współpracy jest wciąż niewykorzystany, a możliwości są znacznie większe.

– Mamy trochę wypaczony obraz ukraińskiej gospodarki. Postrzegamy Ukrainę przez pryzmat kryzysu ekonomicznego, konfliktu zbrojnego czy korupcji. Tymczasem wiele już się tam zmieniło, sytuacja jest znacznie bardziej przyjazna dla inwestycji zagranicznych – podkreśla Jacek Piechota. – Wielu polskich menadżerów zajmuje ważne stanowiska w ukraińskiej gospodarce, chociażby w sektorze gazowym. Jest nas tam tak dużo, wchodzimy szerszym frontem na Ukrainę, ale nie została jeszcze przekroczona pewna masa krytyczna, to wciąż dopiero perspektywa.

DS stawia na własną sieć salonów. Jeszcze w tym roku marka zamierza otworzyć trzy nowe lokalizacje

DS stawia na własną sieć salonów. Jeszcze w tym roku marka zamierza otworzyć trzy nowe lokalizacje 8

Marka DS rozwija własną sieć salonów dealerskich. Do 2020 roku brand planuje otwarcie ośmiu placówek w największych miastach Polski. W ofercie salonów znajdzie się przede wszystkim flagowy model DS7 Crossback, czyli nowoczesny SUV wyróżniający się oryginalnym designem oraz nowinkami technologicznymi z rynku premium.

Marka DS, należąca do francuskiego koncernu PSA, oficjalnie powstała w 2014 roku. Niespełna rok później zadebiutowała na polskim rynku, przy czym samochody marki DS dystrybuowane były przez sieć salonów Citroen. Obecnie najmłodsza marka PSA wdraża nowy plan rozwoju w Polsce, zakładający stworzenie niezależnej sieci obiektów DS – w sierpniu tego roku ma ona całkowicie przejąć dystrybucję wszystkich aut z logo DS. Plany obejmują otwarcie dwóch rodzajów placówek: DS Store oraz DS Salon – dla wyłącznie produktów tej marki.

– W tej chwili otwieramy DS Store w Warszawie. Od dwóch miesięcy można nabyć samochód DS 7 właśnie w tym salonie. Dodatkowo w czerwcu planujemy otwarcie DS Store w Krakowie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Gacek, brand manager DS Automobiles.

Część planowanych obiektów z sieci dystrybucyjnej DS jest już w budowie. We wrześniu otwarty zostanie kolejny DS Store w Katowicach, a pod koniec roku zainauguruje salon w Łodzi. Na tym ekspansja marki DS na polskim rynku nie zostanie zakończona.

– Chcemy pokryć siecią DS główne aglomeracje w Polsce, stąd w następnym roku dołączymy Wrocław, Poznań, Trójmiasto i Szczecin, tak aby w 2020 roku mieć osiem lokalizacji w Polsce – mówi Krzysztof Gacek.

Osiem wybranych przez markę rynków generuje blisko 80 proc. sprzedaży samochodów segmentu premium. Marka DS ma spore ambicje – za 3 lata zamierza bowiem sprzedawać ok. 2 tys. samochodów rocznie. Dystrybucja ma być prowadzona wielokanałowo, co oznacza, że klienci będą mogli dokonać konfiguracji samochodu online i dokończyć zakup w salonie. Obecnie DS Store oferuje przede wszystkim nowy  flagowy model marki, czyli DS 7 Crossback

– Na początku przyszłego roku gamę uzupełni model DS3 Crossback, który jest SUV-em niższego segmentu niż DS7. W 2020 roku spotkamy się z bardzo atrakcyjną limuzyną z segmentu C premium. Będzie to nasz model konkurujący z BMW serii 3 i Audi A4. W każdym kolejnym roku pojawi się nowy model marki DS.– mówi Krzysztof Gacek.

Flagowy model marki DS7 Crossback trafił do sprzedaży w Polsce w marcu. Jest to SUV charakteryzujący się przede wszystkim oryginalnym designem. Z zewnątrz samochód wyróżnia muskularna sylwetka oraz wyszukana forma obręczy aluminiowych. Wnętrze, opracowane przez rzemieślników wyróżnionych nagrodą Francuskiej Izby Rzemieślniczej, ma oddawać charakter paryskiej ekstrawagancji i elegancji. W aucie znaleźć można więc m.in. wzór gilosza ‘Clous de Paris’, przełączniki wykończone kryształem oraz perłowe przeszycia.

– Gdy po raz pierwszy wsiądziemy do DS7 Crossback, poczujemy, że mamy do czynienia z nowszą, lepszą i inną jakością wykonania wnętrza. Prezentowana jakość materiałów, precyzja wykonania i różnorodność wyboru to coś, co do tej pory nie było spotykane w samochodach w tym segmencie. Do wyboru otrzymujemy kilka rodzajów „inspiracji” wnętrza, dopasowując je do swoich gustów – mówi Marcin Kąkol, menedżer produktu i usług DS Automobiles.

Unikatowy design to jednak nie wszystko. DS7 Crossback oferuje bowiem niezwykle zaawansowane technologie. W wyposażeniu auta znalazły się m.in.: system DS Night Vision pozwalający maksymalnie zoptymalizować widoczność w warunkach jazdy nocą. Kamera na podczerwień, umieszczona w osłonie chłodnicy, wykrywa pieszych oraz zwierzęta znajdujące się na drodze w odległości do 100 m. System umożliwia szybką reakcję i minimalizuje ryzyko zderzenia. Z kolei rozwiązanie DS Driver Attention Monitoring podnosi poziom bezpieczeństwa dzięki nieustannej kontroli poziomu koncentracji kierowcy. DS7 Crossback ma także zawieszenie DS Active Scan Suspension, które dzięki kamerze i czujnikom dostosowuje charakter pracy do warunków na drodze, w ten sposób podnosząc poziom komfortu pasażerów.

– Podsumowując, marka DS kusi potencjalnych klientów jakością wykonania, spasowania materiałów wewnątrz samochodu, niezwykle precyzyjnym wykończeniem, detalami, które przyciągają uwagę i najnowszymi technologiami – mówi Marcin Kąkol.

W tym roku polski rynek handlu internetowego notuje 18-proc. wzrost. Sprzedaż żywności online może rosnąć nawet pięć razy szybciej

W tym roku polski rynek handlu internetowego notuje 18-proc. wzrost. Sprzedaż żywności online może rosnąć nawet pięć razy szybciej 9

Rynek e-commerce w Polsce rozwija się w tempie 18 proc. rocznie i na koniec tego roku osiągnie wartość 47 mld zł – wynika z prognoz Grupy Integer.pl. Najszybciej rosnącą kategorią jest sprzedaż żywności online. Ekspansję w tym segmencie planuje już Allegro, a InPost – z rozwijanym od pewnego czasu projektem lodówkomatów – chce skorzystać na rynkowym wzroście. – Za 10 lat rynek handlu żywnością fizyczny i online będzie kształtował się w proporcji 50:50. Czeka nas olbrzymi boom – prognozuje szef InPostu Rafał Brzoska.

 Jeżeli utrzymamy dotychczasowe tempo wzrostu rynku, to w ciągu najbliższych 3–4 lat przegonimy Włochy – dzięki czemu zajmiemy czwartą pozycję w UE, zaraz za Wielką Brytanią, Niemcami i Francją. To byłaby prawdziwa sensacja. Nasz rynek rośnie znacznie bardziej dynamicznie niż włoski, cechuje się większą fragmentacją, z dużym udziałem polskich podmiotów, cały czas silne jest też Allegro – mówi agencji News Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.pl.

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce w całej Europie. Jak wynika z danych Gemiusa, w ubiegłym roku już 54 proc. polskich internautów robiło zakupy online (w porównaniu do 50 proc. w 2016 roku). Polacy – niezmiennie od kilku lat – najchętniej kupują przez internet odzież, dodatki, obuwie i akcesoria. Równie dużą popularnością cieszą się książki, płyty i filmy oraz sprzęt AGD/RTV. Szybko rośnie też segment home & garden, czyli akcesoria i dodatki do domu, a nawet meble.

– Do tej pory naszą piętą achillesową był tzw. segment fresh, czyli produkty spożywcze. Oferowało je klientom tylko kilka sklepów. Pojawiły się jednak dane, które pokazują, że ta kategoria będzie rosła w kolejnych latach nawet 4–5 razy szybciej niż cały rynek e-commerce. Jeżeli tak będzie, mamy szansę w ciągu najbliższych kilku lat dogonić europejską czołówkę. We Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemczech żywność stanowi już ponad 10 proc. wszystkich zamawianych towarów i rośnie dynamicznie. Wierzę, że za 10 lat rynek handlu żywnością fizyczny vs. online – będzie już kształtował się w proporcji 50:50 –ocenia Rafał Brzoska.

Prezes Grupy Integer.pl zauważa, że do wzrostów w tym segmencie przyczyni się też Allegro, które planuje ekspansję na rynku sprzedaży żywności online. Tym samym polski gigant e-commerce może pójść w ślady Amazona, który w USA opanował już około jednej piątej rynku dostaw żywności zamawianej w internecie.

Z raportu Gemiusa wynika, że w ubiegłym roku 22 proc. polskich konsumentów kupowało w sieci produkty spożywcze, a 27 proc. planuje takie zakupy w przyszłości. Zbliżone dane pokazuje również tegoroczny raport Mobile Institue dla Frisco.pl („E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online”), z którego wynika, że regularne zakupy spożywcze w sieci robi 16 proc. konsumentów, jako główną zaletę wskazując oszczędność czasu i pieniędzy. Potencjał rozwoju handlu żywnością online jest ogromny. Szacuje się, że penetracja tej kategorii w Polsce to obecnie ok. 0,7 proc. rynku FMCG, a według danych Euromonitor International średnie tempo wzrostu e-grocery wynosi 15–20 proc. rok do roku.

 Jako InPost mamy nadzieję partycypować w tym wzroście z naszymi lodówkomatami – zapowiada Rafał Brzoska.

Główny problem w handlu żywnością online to zagwarantowanie świeżości towarów, które muszą być przechowywane w odpowiednich warunkach – zarówno w magazynie, jak i w trakcie dostawy. InPost już od pewnego czasu pracuje nad paczkomatami przystosowanymi do przechowywania żywności, które go rozwiążą.

Prezes Grupy Integer.pl podkreśla też, że dynamiczny wzrost w całym e-commerce wyzwala olbrzymią presję na firmy kurierskie i stymuluje rozwój tego rynku. Z drugiej strony – aktualna sytuacja na rynku pracy i utrzymujące się od miesięcy rekordowo niskie bezrobocie zaczynają wpływać na podwyżki cen usług.

– Bardzo trudno jest pozyskać kurierów, rosną też ceny paliwa. Większość sklepów zorientowała się w ostatnich miesiącach, że koszty dostawy niestety idą w górę, ale z drugiej strony mamy olbrzymi skok jakościowy – mówi Rafał Brzoska. – W tej chwili co drugi użytkownik internetu, który deklaruje, że będzie kupował online, decyduje się na opcję wysyłki do Paczkomatu. Stały się one prawdziwym akceleratorem zachowań zakupowych klientów. Możemy powiedzieć, że jesteśmy katalizatorem zmian na polskim rynku.

Według danych Gemiusa w ubiegłym roku Paczkomaty InPostu były drugą – po dostawach kurierskich – najbardziej popularną formą dostawy zakupów zamówionych w internecie. Tę opcję wybiera 22 proc. klientów (wzrost z 11 proc. jeszcze w 2015 roku). Ponadto co drugi klient polskiego e-commerce (50 proc.) decyduje się na zakup, pod warunkiem że istnieje opcja dostarczenia zamówienia do Paczkomatu.

Pod koniec maja InPost dysponował w Polsce siecią 3 tys. Paczkomatów (łącznie 290 tys. skrytek). Od tego momentu w ciągu dwóch tygodni uruchomił już kolejnych 200 maszyn. Paczkomaty cały czas zwiększają swój udział w rynku, a w szczytowych okresach (np. przedświątecznych) wykorzystanie całej sieci sięga 100 proc.

 Budujemy sieć, ponieważ uważamy, że dla rozwoju e-commerce kluczowa jest dostępność. Do tej pory była ona ograniczona do dużych i średnich miast. Dzisiaj stawiamy maszyny często w dużych wsiach lub bardzo małych miasteczkach, czasami z inicjatywy samych mieszkańców, którzy wysyłają do nas apele z prośbą o zainstalowanie maszyny. Dzisiaj mamy ich już 3,2 tys., a będzie jeszcze więcej – zapowiada szef InPostu.

Grupa chwali się również dynamicznym wzrostem w segmencie usług kurierskich, który rośnie w średnim tempie 50 proc. rok do roku, dużo szybciej niż cały rynek (8-12 proc.). Tym samym InPost jest w tej chwili najszybciej rosnącą firmą kurierską na polskim rynku i – według ubiegłorocznych danych Gemiusa – trzecią najczęściej wybieraną przez klientów (przed Pocztą Polską, UPS czy FedExem).

Dostawcy usług cyfrowych pod nadzorem krajowego systemu cyberbezpieczeństwa. Utworzone zostaną specjalne zespoły szybkiego reagowania m.in. na ataki hakerów

Dostawcy usług cyfrowych pod nadzorem krajowego systemu cyberbezpieczeństwa. Utworzone zostaną specjalne zespoły szybkiego reagowania m.in. na ataki hakerów 10

Polski rząd przyjął niedawno ustawę o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa wypełniającą założenia europejskiej Dyrektywy NIS, dotyczącej bezpieczeństwa sieci i informacji. Głównym założeniem nowych przepisów ma być zapewnienie ochrony cyberprzestrzeni na poziomie krajowym. Ustawa obejmie swoim zasięgiem przede wszystkim dostawców usług cyfrowych, którzy będą musieli szybko raportować każdy incydent związany z cyberbezpieczeństwem.

W myśl nowych przepisów NIS (Network and Information Security Directive) m.in. internetowe platformy handlowe, usługodawcy oferujący przetwarzanie w chmurze i dostawcy wyszukiwarek internetowych będą musieli spełnić szereg wymogów związanych z ochroną danych i raportowaniem incydentów zagrażających bezpieczeństwu.

– Raportowanie incydentów dla firm sektora energetycznego, transportowego, bankowości, dostawców usług cyfrowych i całego sektora publicznego będzie oznaczało, że firmy te będą musiały mieć odpowiednie osoby, procedury i narzędzia, które pozwolą na to, żeby wykrywać incydenty bezpieczeństwa, a potem klasyfikować je i w bardzo krótkim czasie, bo w ciągu 24 godzin, przedstawić raport na temat krytycznego, poważnego czy istotnego incydentu bezpieczeństwa – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mariusz Stawowski z firmy Clico dostarczającej produkty zapewniające bezpieczeństwo danych.

Raporty dotyczące cyberbezpieczeństwa mają trafiać do właściwego Zespołu Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego (CSIRT). Zespoły CSIRT na poziomie krajowym będą współpracować ze sobą w celu zapewnienia spójnego i kompletnego systemu zarządzania ryzykiem. Mają one zapewnić też właściwą obsługę zgłoszonych incydentów. Priorytetowe będą incydenty poważne i krytyczne, które są najpoważniejsze z punktu widzenia państwa. Aby tak skonstruowany system mógł funkcjonować, podlegające dyrektywie przedsiębiorstwa będą musiały zatrudnić specjalistów od cyberbezpieczeństwa, którzy zajmą się obsługą i raportowaniem incydentów.

– Zasadniczym celem jest podwyższenie świadomości osób odpowiedzialnych za zarządzanie organizacjami w obszarze bezpieczeństwa. Osiągnięte ma to być poprzez wprowadzenie odpowiednich, lepiej działających procesów związanych z zarządzaniem bezpieczeństwem, a także wyposażenie osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo w narzędzia i polepszenie koordynacji pomiędzy narodowymi organami czyli CIRT-ami, CERT-ami, a jednostkami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo w organizacjach. To także szansa na poprawienie współpracy mającej na celu wczesne informowanie odpowiednich osób w organizacjach, że w innej organizacji wystąpił jakiś incydent bezpieczeństwa. Całościowo poziom bezpieczeństwa infrastruktury krytycznej naszego kraju oraz wielu istotnych organizacji, w tym sektora publicznego, powinien zostać rozszerzony – twierdzi Mariusz Stawowski.

Wiadomości i alerty dotyczące zagrożeń cyberbezpieczeństwa nie pozostaną jednak wyłącznie w obszarze zainteresowań wdrażających dyrektywę NIS krajów. Przyjęta w Polsce ustawa powołuje pojedynczy punkt kontaktowy ds. cyberbezpieczeństwa prowadzony przez ministra właściwego do spraw informatyzacji. Ma on być odpowiedzialny za wymianę informacji związanych z cyberbezpieczeństwem na poziomie kraju oraz współpracę transgraniczną na poziomie Unii Europejskiej. Dyrektywa NIS jest kolejnym, po RODO (Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych), sposobem na zwiększenie bezpieczeństwa wszelkiego rodzaju wrażliwych danych, w tym zwłaszcza danych osobowych.

– Do tej pory, przed RODO i przed dyrektywą NIS, tylko firmy z sektora telekomunikacyjnego miały obowiązek zgłaszania naruszeń bezpieczeństwa, chodziło tutaj o dane osobowe. W tym momencie ustawa o krajowym systemie bezpieczeństwa i RODO wprowadzają prawny obowiązek zgłaszania naruszeń bezpieczeństwa danych osobowych oraz zgłaszania incydentów poważnych, istotnych i krytycznych. Jest to prawny obowiązek wykrywania i zgłaszania incydentów do właściwych organów. Oznacza to zasadniczą zmianę, gdyż do tej pory większość organizacji nie miała obowiązku zgłaszania incydentów żadnemu formalnemu podmiotowi. Często zdarzało się, że informacje o incydentach bezpieczeństwa były zamiatane pod dywan, teraz będzie to oznaczało złamanie prawa – podsumowuje przedstawiciel firmy Clico.

Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa nie została jeszcze przyjęta przez Sejm. Na posiedzeniu sejmu 5 czerwca zdecydowano o skierowaniu jej do Komisji Cyfryzacji, Innowacyjności i Nowoczesnych Technologii oraz Komisji Obrony Narodowej.

Z prognozy Cybersecurrity Ventures wynika, że do 2021 roku notowane rocznie straty wynikające z działalności cyberprzestępców wyniosą 6 bln dol. Tymczasem z raportu „Cyber Risks 2017”, dostarczonego przez FireEye i Marsh & McLennan Companies, wynika, że cyberzagrożenia dotyczą niemal każdego sektora gospodarki. Hakerów najbardziej interesują dane handlowe przedsiębiorstw, informacje dotyczące systemów kontroli i plany strategiczne.

Elektryczne pojazdy przyszłością transportu w miastach. Wkrótce na drogach pojawiają się elektryczne samochody dostawcze

Elektryczne pojazdy przyszłością transportu w miastach. Wkrótce na drogach pojawiają się elektryczne samochody dostawcze 11

Rowery hybrydowe i elektryczne skutery to coraz bardziej popularna alternatywa dla samochodu. Pozwalają uniknąć miejskich korków, a jednocześnie są przyjazne dla środowiska. Elektryfikacja dotyczy również środków komunikacji miejskiej – coraz więcej samorządów stawia na autobusy zasilane prądem. Na polskich drogach wkrótce pojawią się też pierwsze elektryczne samochody dostawcze rodzimej produkcji. 

W miastach żyje obecnie ponad połowa ludności świata. Warunki bytowe w tych ośrodkach stale się pogarszają, głównie ze względu na rosnący poziom zanieczyszczenia środowiska. W związku z tym nowoczesne podejście do zarządzania miastem coraz częściej obejmuje wdrażanie programów, których celem jest zrównoważenie środowiska naturalnego ze strukturami urbanistycznymi. Obejmują one m.in. wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań architektonicznych oraz oszczędne gospodarowanie surowcami. Zrównoważonemu rozwojowi sprzyjają nowoczesne technologie, takie jak elektromobilność, uważana za przyszłość branży motoryzacyjnej.

 Elektromobilność jest spójna z polityką ekologii. Poczynając od skuterów, przez auta dostawcze, aż do samych rajdów. Nasze projekty w ten trend się wpisują z uwagi na to, że są zasilane bateriami ładowanymi z sieci energetycznej. To oznacza, że efektywność wykorzystania surowca w Polsce nieodnawialnego jest o wiele wyższa, niż ma to miejsce w silniku spalinowym – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Blichewicz, prezes zarządu Assay Investment, podczas premiery pierwszego w Polsce elektrycznego auta dostawczego w ramach II Międzynarodowego Forum Energetyka i Środowisko EKOZAKOPANE.

Ekomobilność to trend, który coraz mocniej wkracza do Polski i zyskuje coraz większą popularność, zwłaszcza jako istotny element tworzenia transportu urban smart. Duże miasta podejmują szereg działań na rzecz tworzenia ekologicznych, zintegrowanych sieci transportu miejskiego, mieszkańcy chętniej korzystają natomiast z form przemieszczania się oszczędzających środowisko naturalne. Eksperci potwierdzają, że w tym zakresie w Polsce zachodzą bardzo korzystne zmiany, a nowoczesne rozwiązania wprowadzane są zarówno w życiu codziennym, jak i w biznesie.

– Branża transportu miejskiego oparta jest o wiele technologii związanych z elektryfikacją, z pojemnością baterii, żyroskopami, które są wykorzystywane w segwayach, z komunikacją bluetooth. Nie wyobrażam sobie transportu urban smart bez nowych technologii – mówi Tomasz Przygucki, prezes zarządu TrybEco.

Rosnącym zainteresowaniem cieszą się pojazdy napędzane ekoenergią, stanowiące najszybszy sposób poruszania się po mieście, a jednocześnie niezanieczyszczające środowiska. Należą do nich skutery elektryczne, charakteryzujące się 100-proc. redukcją spalin i bardzo niskim kosztem eksploatacji, oraz rowery hybrydowe, napędzane za pomocą lekkiej i niewidocznej baterii, którą można wymienić w każdej chwili. Pojazdy te dostępne są w formie wynajmu dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Firma JedenŚlad obecna jest w największych miastach w Polsce, udostępniając w formie wynajmu swoje skutery zarówno klientom indywidualnym, jak i biznesowym, tj. Poczta Polska, Uber, PizzaPortal, Fabryka Pizzy i inni. Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się na to rozwiązanie, ze względu na fakt, że wynajem skutera wraz z serwisem i ładowaniem jest tańszy niż sam koszt paliwa.

– Chcemy zachęcić ludzi do zamiany dotychczasowych środków transportu, typu samochód, autobus czy tramwaj, pociąg, i poruszania się bardziej siłą własnych mięśni. To bliższy kontakt z naturą i sprawniejsze poruszanie się w miejskiej dżungli, w korkach. Dodatkowo daje niesamowitą przyjemność i poczucie wiatru we włosach, co oczyszcza umysł – mówi Tomasz Przygucki.

5 czerwca w Zakopanem podczas II Międzynarodowego Forum Energetyka i Środowisko EKOZAKOPANE miała miejsce premiera pierwszego samochodu elektrycznego opartego o strukturę kompozytową, w całości zaprojektowanego i wyprodukowanego w Polsce  Elimen E-VN1. To samochód elektryczny typu van, bardziej wytrzymały, a jednocześnie lżejszy od klasycznych pojazdów w swojej klasie. Jako pojazd elektryczny jest tani w eksploatacji – koszt przejechania nim 100 km oscyluje w granicach 7 zł, czyli tyle, ile trzeba zapłacić za prąd niezbędny do naładowania baterii. Jego zasięg na jednym ładowaniu wynosi od 100 do 300 km w zależności od wariantu wybranego od klienta. Na dłuższych trasach kierowca może korzystać z ładowarki pokładowej lub szybkiej ładowarki zewnętrznej.

Z roku na rok rosły wymagania potencjalnych klientów zainteresowanych korzystaniem z dobrodziejstw elektromobilności, z 60 do 400–500 km na jednym ładowaniu, tak jak to ma miejsce w obszarze transportu publicznego. Ten zasięg nie jest kluczowy, kluczowe jest to, że jesteśmy w stanie przy obecnym stanie techniki zaspokajać większość potrzeb. Kurierzy w mieście przejeżdżają średnio 60–100 km dziennie i te zasięgi są dla nas jak najbardziej osiągalne, podobnie jak szybkie ładowanie – mówi Przemysław Rozmysłowicz, współtwórca marki Elimen.

Oprócz pokazu Elimen E-VN1 podczas Forum w Zakopanem odbyła się także premiera pierwszego polskiego elektrycznego samochodu rajdowego, za którego konstrukcję również odpowiada marka Elimen.

W filozofię ekomiasta wpisują się również drony wykorzystywane do pomiaru jakości powietrza. Do niedawna pomiary zawartości pyłów w powietrzu wykonywane były w oparciu o czujniki stacji państwowych oraz komercyjnych, należących do samorządów terytorialnych lub przedsiębiorstw. Urządzenia te są w stanie wskazać poziom zanieczyszczenia, drony, które dokonują pomiarów mobilnych pokazują natomiast także podmioty odpowiedzialne za zły stan powietrza na danej przestrzeni. Dzięki temu możliwe jest wygenerowanie mapy rozchodzenia się zanieczyszczenia od źródła emisji.

Jesteśmy w stanie przeanalizować sytuację dotyczącą obwodnic, skrzyżowań, na których powstają korki, czy dużych przedsiębiorstw uważanych za emiterów zanieczyszczeń. Jesteśmy w stanie podać wskazówki, które mogą pomóc chronić ludność zamieszkałą w pobliżu. Przykładowym zastosowaniem może być skrzyżowanie czy obwodnica, stosujemy panele dźwiękoszczelne, pytanie brzmi: czy one nie powinny być również pyłochłonne lub smogoodporne – mówi Sebastian Banaszek, członek zarządu Dron House.

Zdaniem ekspertów rozwój elektromobilności nie spowoduje nagłego upadku biznesu naftowego. Obie gałęzie przemysłu jeszcze przez wiele lat będą funkcjonować równolegle.

Polski start-up chce zrewolucjonizować dystrybucję prasy. Nowy model opiera się na subskrypcji podobnej do Netflixa

Polski start-up chce zrewolucjonizować dystrybucję prasy. Nowy model opiera się na subskrypcji podobnej do Netflixa 12

Publico24 stworzyło model cyfrowej dystrybucji prasy, oparty na subskrypcji na wzór Netflixa. Dzięki niewielkim nadajnikom rozmieszczonych w miejscach publicznych czytelnik za pomocą aplikacji może bez ograniczeń czytać na telefonie lub tablecie wybraną gazetę czy pojedynczy artykuł. Nie płaci nic, bo koszt pokrywa abonament opłacany przez przedsiębiorcę lub właściciela lokalu, który może w ten sposób poszerzyć ofertę. Firma pracuje już nad uruchomieniem dostępu do cyfrowej prasy dla indywidualnych użytkowników w ramach comiesięcznego abonamentu.

Rynek prasy już od kilku lat przechodzi kryzys objawiający się spadkiem nakładów czasopism i przychodów z reklam. Ten problem ma szansę zaadresować Publico24, jeden ze start-upów wyłonionych w programie akceleracyjnym Microsoftu.

– W przypadku innych mediów, takich jak film czy muzyka, dokonała się już rewolucja w modelu dystrybucji. Teraz pora na prasę. Klienci pokochali subskrypcję, to, w jaki sposób mogą dostawać treści w tym modelu. Myślę, że w przypadku prasy będzie podobnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sokolnicki z Microsoft Polska.

Młoda spółka stworzyła model cyfrowej dystrybucji prasy, oparty na subskrypcji à la Netflix. Rozwiązanie bazuje na aplikacji wykorzystującej beacony – niewielkie nadajniki sygnału radiowego komunikujące się ze smartfonem czy innymi urządzeniami podłączonymi do sieci. Aplikacja łączy się z nimi poprzez bluetooth lub Wi-Fi i otrzymuje darmowy dostęp do ponad 50 tytułów prasowych z oferty cyfrowego kiosku. Każdy, kto znajduje się w pobliżu beacona (jak również do 2 godz. po zerwaniu połączenia), może bez ograniczeń czytać na telefonie lub tablecie wybraną gazetę, a dopasowanie treści do danego formatu i urządzenia zapewnia technologia HTML5. Z kolei technologia Microsoft Azure zapewnia bezpieczeństwo danych użytkowników.

Beacony mogą być rozmieszczone w kawiarniach, zakładach fryzjerskich, poczekalniach, a nawet w środkach komunikacji miejskiej. Czytelnik nie płaci nic za zakup cyfrowej prasy, bo koszty pokrywa abonament opłacany przez przedsiębiorcę lub właściciela lokalu, który może w ten sposób poszerzyć swoją ofertę dla klientów.

– Dla placówek handlowych, kawiarni czy poczekalni szpitalnych – każdego miejsca, w którym czekamy na jakąś usługę – wprowadziliśmy model dostarczania prasy za pomocą beaconów. Krótko mówiąc, za nasze czytanie prasy płaci właściciel lokalu. I płaci niewiele. To zrewolucjonizuje sposób, w jaki będziemy czytać prasę. Dla dystrybucji treści muzycznych to samo zrobił Spotify, dla filmowych – Netflix, dla książek – Amazon Prime i Legimi w Polsce. My robimy to dla gazet. Model abonamentowy à la Netflix jest tym, na co rynek czekał. W taki sposób ludzie chcą korzystać z prasy, chcą mieć kilkaset tytułów za niski abonament – mówi Piotr Przewrocki z Publico24.

– Restaurator robi to, aby przyciągnąć mnie do swojego lokalu, a ja – zamawiając posiłek – mogę przy okazji przeczytać najnowszą prasę. To jest korzyść dla wszystkich – dodaje Jarosław Sokolnicki.

Publico24 to wirtualny kiosk, ale także uniwersalne narzędzie do tworzenia cyfrowych wydań gazet. Obniża koszty i skraca czas, przez co stanowi ułatwienie dla wydawców, którzy chcą uruchomić cyfrowy kanał dystrybucji. Z platformy mogą korzystać również blogerzy, którzy za jej pośrednictwem mogą dystrybuować swoje treści do szerszego grona odbiorców. Aplikacja stworzona przez polski start-up ma już pierwsze wdrożenia.

– Rynek zareagował entuzjastycznie. Od trzech miesięcy nasze beacony są dostępne w sieci kawiarni So Coffee, również w sieci autobusów rejsowych Flixbus – dawniej Polskiego Busa. Dzięki temu można nieodpłatnie delektować się prasą cyfrową podczas podróży – mówi Piotr Przewrocki.

Twórcy aplikacji pracują nad rozwinięciem jej w oparciu o sztuczną inteligencję i technologię blockchain. W najbliższej przyszłości Publico24 planuje też uruchomić dostęp do cyfrowej prasy dla indywidualnych użytkowników w ramach comiesięcznego abonamentu. Dzięki temu czytelnik będzie mieć dostęp do pełnej bazy gazet, magazynów i innych treści – bez konieczności prenumerowania oddzielnie każdego z tytułów.

– Polacy pokochali subskrypcję. Podobnie jak w przypadku muzyki, gdzie zwykle podoba nam się jeden lub dwa utwory danego wykonawcy, tak w przypadku gazet czytamy zazwyczaj tylko 1–2 artykuły z danego tytułu. Teraz z kilkudziesięciu tytułów dostępnych w ofercie Publico mogę wybrać sobie dowolny. To absolutnie bardzo duża zmiana w sposobie konsumowania prasy – podkreśla Jarosław Sokolnicki.

Jeśli kurs dolara wróci do wzrostów to odbije się to niekorzystnie dla złotego

Fitch pozostawia rating Polski na niezmienionym poziomie. Trendy spadkowe na wszystkich głównych par złotowych. Wyciszenie tematu Włoch sprzyja rynkom. Eskalacja konfliktu w kwestiach handlowych po posiedzeniu G7 nieco zlekceważona przez rynki. Trump vs reszta świata. Teoretycznie posiedzenia dwóch banków centralnych w tym tygodniu powinny być na korzyść dolara. Jeśli dolar wróci do wzrostów to odbije się to niekorzystnie dla złotego. Bojowo nastawiony prezydent USA leci do Singapuru na spotkanie z przywódcą Korei.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 02.05.2017-11.06.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2582 3,6370 3,6000 4,8240
Maksimum 4,3387 3,8020 3,7620 4,9830

EUR/PLN

EURPLN..H1Bez wątpienia ostatnie dni na rynkach przebiegają pod znakiem poprawy klimatu inwestycyjnego. Powrót do ryzykownych aktywów doskonale widać po notowaniach złotego. EUR/PLN porusza się od kilku dni w ramach trendu spadkowego. Kurs jest już niżej od ostatniego maksimum o ponad 7 groszy. Bez wątpienia jednak inwestorzy aż takich powodów do optymizmu nie mają. Wynik spotkania krajów G7 jest negatywny dla światowego handlu. Spodziewano się trudnych rozmów, a efekt końcowy to raczej kolejna eskalacja napięcia na linii USA reszta świata. Szczególnie tweety prezydenta USA po samym spotkaniu mogą zaskakiwać. Rozpoczęła się fala obrażania i wzajemnych pretensji szczególnie wymierzonych w Kanadę i UE. Niemniej jednak widać też lekkie znużenie tym tematem przez inwestorów co skutkuje coraz mniejszymi reakcjami na walutach. Ten czynnik powinien nieco zejść na boczny tor w tym tygodniu. W końcu do gry wrócą główne banki centralne świata. W kontekście pary EUR/PLN zarówno Fed i EBC mogą namieszać. Rynki praktycznie jako pewnik uważają kolejną podwyżkę stóp przez FOMC. Ale jak to zwykle bywa inwestorzy czekają na więcej i liczą, że prezes Powell zakomunikuje przyspieszenie tempa zacieśniania monetarnego. Jeśli faktycznie tak się stanie to EUR/PLN będzie pod presją. Wtedy należy spoglądać na opór w postaci linii trendu spadkowego. W czwartek z kolei posiedzenie EBC i tutaj rynki oczekują zapowiedzi końca QE. Wtedy euro miała by szansę nieco się wzmocnić. Widać te oczekiwania w kursie EUR/USD, który momentami był już powyżej 1,18. Jednak w obliczu pogorszenia danych w strefie euro i kryzysie politycznym we Włoszech takiej komunikacji ze strony Draghiego może nie być. Obydwa wydarzenia są więc raczej szansą dla dolara i w efekcie mogą popsuć klimat na rynkach wschodzących. Wtedy EUR/PLN może powrócić w okolice 4,30.

CHF/PLN

CHFPLN..H1Kredytobiorcy frankowi nadal pozostają w dobrych nastrojach. Kurs CHF/PLN dość dynamicznie porusza się na południe i jest już w okolicach 3,66. Widać, że wraz z odejściem czynnika ryzyka dla strefy euro w postaci zamieszania politycznego we Włoszech szwajcarska waluta nie jest już łakomym kąskiem dla inwestorów. Frank szwajcarski na zamieszanie w światowym handlu aż tak nie reaguje. Główną wypadkową jego ruchów pozostaje to czy istnieje zagrożenie, że ktoś może opuścić strefę euro. Na poprawę sytuacji frankowców wpływ miało również odreagowanie na parze EUR/CHF. Kurs podniósł się ponad granicę 1,16. Czynnikiem ryzyka dla dalszego kontynuowania tego ruchu i w efekcie dalszych spadków CHF/PLN pozostaje decyzja EBC. Jeśli Draghi zakomunikuje gołębie stanowisko i nie ogłosi końca QE to euro może stracić na wartości. Wtedy EUR/CHF się osłabi co odbije się rykoszetem na parze CHF/PLN. W tej sytuacji kluczowy będzie opór w postaci linii trendu spadkowego w okolicach 3,70.

USD/PLN

USDPLN..H1Na USD/PLN jesteśmy świadkami dynamicznego trendu spadkowego. Kurs od początku czerwca spadł niemal 16 groszy. Wynika to przede wszystkim z ruchów na głównej parze walutowej świata. Oczekiwania inwestorów na jastrzębi komunikat EBC w czwartek i tym samym zakończenie programu skupu aktywów wywindowało kurs głównej pary z poziomu 1,15 na 1,18. Swoje trzy grosze dołożyło też wyciszenie się sytuacji we Włoszech i powołanie rządu. Który mimo eurosceptycznego programowego nastawienia póki co takiego drastycznego kroku nie zamierza. Co ważne agresywna polityka Trumpa i jego kolejne obraźliwe tweety choćby z dzisiaj rano działają również niekorzystnie na dolara. Ale ten tydzień zapowiada się jednak na odwrócenie tendencji wzrostowej na głównej parze. W środę Fed prawdopodobnie po raz kolejny podwyższy stopy procentowe. Niewykluczone, że zakomunikuje również możliwą czwartą podwyżkę stóp w tym roku. Wtedy w konsekwencji ruchu na południe EUR/USD, dolar w relacji do złotego może się znów zbliżyć nawet do 3,70. Tym bardziej, że jesteśmy blisko wsparcia w okolicach 3,60 więc większe odbicie jest całkiem możliwe. Również prodolarowe może się okazać posiedzenie EBC. Jeśli nie nastąpi deklaracja końca QE inwestorzy mogą się poczuć rozczarowani i tym samym wyprzedawać euro. Przełoży się to na dalsze ruchy spadkowe na głównej parze walutowej świata. Co może pokrzyżować szyki dolarowi? Przede wszystkim prezydent Trump, który już jutro ma się spotkać z przywódcą Korei Północnej. Patrząc na to w jakiej bojowej formie był dzisiaj rano na Tweeterze to aż strach się bać. Zerwanie rozmów czyli najczarniejszy scenariusz mógłby odbić się niekorzystnie na amerykańskiej walucie.

GBP/PLN

GBPPLN..H1Para GBP/PLN nie odbiega tendencjami od innych głównych par złotowych. Także tutaj widać trend spadkowy od początku czerwca. Szczególnie dzisiaj ruch ten został jeszcze bardziej uwidoczniony. Słabość funta na szerokim rynku jest widoczna po danych o produkcji przemysłowej z Wielkiej Brytanii. Spadła ona m/m o 0,8% przy prognozie zakładającej minimalny wzrost. Również niekorzystnie wygląda spory wzrost od oczekiwań analityków deficytu handlowego. Po tych fatalnych danych GBP/PLN testował granice 4,83. Czynnikiem który może odwrócić tę tendencję mogą być środowe dane z Wysp. Poznamy wtedy wskaźnik inflacji CPI za maj. Może się on okazać wyższy zważywszy choćby na wzrosty cen ropy w tym okresie. W czwartek z kolei poznamy sprzedaż detaliczną z Wielkiej Brytanii, która dość silnie wpływa na notowania funta, szczególnie jeśli rozczaruje. Oczywiście należy również wspomnieć o tym, że bilans tygodnia na korzyść dolara przełożyć się może na niekorzyść walut rynków wschodzących. Jeśli dolar po posiedzeniach dwóch banków centralnych znów wróci do wzrostów to para GBP/PLN może nieco wzrosnąć nawet pod opór w postaci linii trendu wzrostowego.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

W krótkim okresie kurs dolara nie powinien znacząco rosnąć

Stosunkowo niskie wahania większości głównych walut względem dolara kontrastowały ze znaczącym stopniem zmienności, jakiej doświadczały kluczowe waluty krajów wschodzących. Najsilniejszym wahaniom poddany był real brazylijski.

W porównaniu z krajami emerging markets, waluty krajów G10 utrzymywały dość stabilne poziomy. Rynki stają się coraz bardziej przekonane, że wraz z końcem roku Europejski Bank Centralny zakończy program luzowania ilościowego. Oczekiwania te pozwoliły na umiarkowane umocnienie euro względem dolara amerykańskiego, co wspierało również waluty europejskie, takie jak złoty.

Bieżący tydzień okaże się kluczowy dla rynków finansowych. W najbliższą środę odbędzie się spotkanie Rezerwy Federalnej, dzień później spotkają się decydenci Europejskiego Banku Centralnego. Co więcej, we wtorek Izba Gmin zagłosuje nad ustawą o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, co również spowoduje nieco szumu medialnego. Opublikowane zostaną również dane dotyczące inflacji – w Stanach Zjednoczonych będą one dostępne we wtorek, w Wielkiej Brytanii – w środę. Równolegle do tych wydarzeń odbędzie się historyczne spotkanie przywódców Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej, które również ma potencjał przyczynić się do wzrostu rynkowej zmienności w nadchodzącym tygodniu.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złotego wspierała m.in. siła EUR i słabość USD. PLN najmocniej zyskiwał w parze z dolarem amerykańskim i funtem brytyjskim (odpowiednio ok. 1,5 i 1%).

Istotnych informacji z kraju nie było wiele. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w czerwcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i członkowie Rady powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Agencja ratingowa Fitch, która w piątek wieczorem decydowała w kwestii oceny wiarygodności kredytowej Polski zgodnie z naszymi oczekiwaniami zdecydowała się na podtrzymanie ratingu na poziomie A-. Perspektywa ratingu pozostaje stabilna.

W bieżącym tygodniu inwestorzy powinni skupić się na informacjach z zewnątrz, warto będzie zwrócić uwagę jednak na odczyty krajowej inflacji (w szczególności bazowej dynamiki cen).

GBP

Kurs funta szterlinga zmieniał się niemal kropka w kropkę tak jak kurs euro, na co wpływ ma połączenie pozytywnych przesłanek wynikających z nowych danych makroekonomicznych UK i złych wieści dotyczących obecnego stanu negocjacji ws. Brexitu. Warto zwrócić uwagę na to, że mimo niedawnej słabości wspólnej europejskiej waluty, funt nie umocnił się, a kurs GBP/EUR pozostaje w widełkach 0,88-0,89. Uważamy jednak, że sytuacja może dość szybko ulec zmianie, o ile tylko wieści na temat Brexitu okażą się bardziej pozytywne.

EUR

Z najbliższym spotkaniem EBC wiąże się więcej niepewności niż zazwyczaj. Nie jest bowiem jasne, w jaki sposób członkowie Rady Prezesów zareagują na polityczny i rynkowy zamęt, do którego doprowadziło utworzenie populistycznego rządu we Włoszech, oraz na niezwiązane z tym osłabienie ekspansji gospodarczej krajów strefy euro. Uważamy, że oba te czynniki mogą spowodować odroczenie ogłoszenia decyzji o zakończeniu programu QE do spotkania w lipcu. Patrząc natomiast na długi okres, silne odbicie w dynamice cen, które zaobserwowaliśmy w maju, może być pierwszą oznaką wzrostu tego kluczowego wskaźnika gospodarczego. Może to oznaczać, że powoli kończy się wzrost dolara amerykańskiego kosztem euro.

USD

W najbliższym tygodniu Rezerwa Federalna powinna podnieść stopy procentowe, z kolei opublikowane dane o dynamice cen w Stanach Zjednoczonych powinny po raz kolejny pokazać wzrost wskaźnika. Tym samym, jedynym czynnikiem utrzymującym rentowności 10-letnich obligacji skarbowych poniżej pułapu 3% jest niepewność rynkowa spowodowana zmianami w rentownościach włoskich obligacji, co z kolei spowodowało chaos na bardzo wrażliwych rynkach wschodzących. Już w drugiej połowie tygodnia kraje emerging markets wykazywały jednak oznaki poprawy, a mocno poszkodowany real brazylijski odrobił znaczną część strat po rekordowej deprecjacji ze środka tygodnia. Jeżeli wrażliwe rynki będą nadal wykazywały się tego typu odpornością, stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych powinny kontynuować wzrost. Niemniej, zaczynamy podejrzewać, że obecny kurs dolara zaczyna dość dokładnie odzwierciedlać obecną sytuację rynkową, stąd w krótkim okresie waluta Stanów Zjednoczonych nie powinna znacząco rosnąć.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Skutki podatkowe obrotu kryptowalutami w PIT, VAT, PCC

Na początku kwietnia 2018 r., Ministerstwo Finansów opublikowało wytyczne dotyczące obowiązku rozliczania się z obrotu kryptowalutami. W publikacji ujęto aspekty obejmujące podatek dochodowy, podatek od towarów i usług oraz podatek od czynności cywilnoprawnych. W ten sposób Ministerstwo Finansów pozornie wyszło naprzeciw tym, którzy chcą rozliczyć się w rzetelny sposób z transakcji kryptowalutowych, a dotychczas mieli szereg wątpliwości, co do zasad rozliczeń. Analiza przedstawionych rozwiązań ukazuje jednak liczne absurdy dotyczące ich stosowania w praktyce.

Podatek dochodowy od osób fizycznych (PIT)

W przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych, dochody uzyskane z tytułu obrotu kryptowalutami podlegają opodatkowaniu na zasadach ogólnych, natomiast sposób ich opodatkowania zależy od źródła uzyskania dochodu oraz od formy opodatkowania wybranej przez podatnika prowadzącego pozarolniczą działalność gospodarczą. „Przychód z obrotu kryptowalutami generowany jest zarówno w przypadku sprzedaży kryptowaluty, czyli np. zamiany kryptowaluty na walutę tradycyjną, choćby na złotówki (PLN), jak i w przypadku zamiany kryptowaluty na inną kryptowalutę, towar lub usługę. Zamiana kryptowaluty traktowana jest tutaj jako forma jej odpłatnego zbycia – analogicznie, jak ma to miejsce w przypadku zamiany jakichkolwiek innych praw majątkowych”.

Istnieją dwa źródła przychodów z obrotu kryptowalutami. Mogą to być przychody z tytułu praw majątkowych lub z pozarolniczej działalności gospodarczej, przy czym działalność ta musi spełniać określone warunki (m.in. być prowadzona przez podatnika w sposób zorganizowany i ciągły, we własnym imieniu oraz mieć zarobkowy charakter). W pierwszym przypadku przychód powstaje już w momencie otrzymania lub pozostawienia do dyspozycji podatnika waluty tradycyjnej lub kryptowaluty. Natomiast za przychód z działalności gospodarczej uznaje się kwoty należne, choćby nawet nie zostały faktycznie otrzymane; za datę powstania przychodu uważa się dzień zbycia prawa majątkowego, a więc dzień sprzedaży lub zamiany danej kryptowaluty.

Poza tym w razie obrotu kryptowalutą w ramach działalności gospodarczej również rodzaj prowadzonych przez podatnika ksiąg podatkowych ma wpływ na sposób rozliczania oraz księgowania uzyskiwanych przychodów i ponoszonych kosztów. W podatkowej księdze przychodów i rozchodów, ze względu na jej uproszczony charakter, można ewidencjonować zapisy wyłącznie na podstawie ściśle określonych dokumentów, m.in. rachunków i faktur. A więc „wyciąg z konta bankowego czy z historią transakcji giełdowych z internetowej giełdy kryptowalut nie może stanowić dowodu księgowego, a w konsekwencji nie może zostać zaewidencjonowany w podatkowej księdze przychodów i rozchodów”.

Nie oznacza to jednak, że takie przychody automatycznie nie zostaną uznane. Podatnik może je uwzględnić w trakcie roku podatkowego w bieżącej zaliczce na podatek lub rocznym rozliczeniu podatku dochodowego, jeżeli znajdzie sposób, dzięki któremu rzetelnie udokumentuje powstanie danego przychodu albo poniesienie kosztu podatkowego. „Wydatki na zakup kryptowalut powinny być ujmowane w kosztach uzyskania przychodów w momencie poniesienia wydatku, a więc z uwzględnieniem daty i ceny zakupu, przy czym w tym przypadku nie jest możliwe stosowanie metody FIFO”.

W sytuacji natomiast, gdy podatnik prowadzi księgi rachunkowe, wyciągi bankowe będące potwierdzeniem dokonanych transakcji z zakresu obrotu kryptowalutami mogą zostać uznane za dowód księgowy. W przepisach nie ma bowiem zamkniętego katalogu dokumentów księgowych, które mogą stanowić podstawę zapisów. W tej sytuacji możliwe jest również stosowanie przez podatnika metody FIFO celem ustalenia wartości określonych towarów.

Podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC)

„Umowa sprzedaży oraz zamiany kryptowaluty, stanowiącej prawo majątkowe, podlega również opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych (PCC). W przypadku umowy sprzedaży obowiązek zapłaty tego podatku dotyczy kupującego, natomiast przy umowie zamiany – solidarnie obu stron czynności. Wysokość podatku od czynności cywilnoprawnych wynosi 1% wartości rynkowej nabywanego prawa majątkowego. Umowa sprzedaży lub zamiany kryptowalut objęta podatkiem VAT jest wyłączona z opodatkowania podatkiem od czynności cywilnoprawnych w takim zakresie, w jakim podlega opodatkowaniu VAT, lub jeżeli przynajmniej jedna ze stron czynności jest zwolniona z VAT z tytułu dokonania tej czynności”.

Dlaczego również w tym drugim przypadku? Ponieważ art. 2 pkt 4 lit. b ustawy o PCC wyraźnie wskazuje, że nie podlegają podatkowi PCC czynności cywilnoprawne (w tym na kryptowalucie), jeżeli przynajmniej jedna ze stron jest zwolniona z opodatkowania podatkiem od towarów i usług z tytułu dokonania tej czynności. Transakcje na e-walucie co do zasady podlegają zaś pod system podatku VAT, ale stosujemy do nich zwolnienie. W konsekwencji należy interpretować ww. przepis w ten sposób, że dopuszcza on niepodleganie owych transakcji pod podatek PCC.

Gdybyśmy rozpatrywali wariant z opodatkowaniem owych transakcji podatkiem PCC, to pojawiłby się duży problem, na który Ministerstwo Finansów, publikując wytyczne, nie zwróciło szczególnej uwagi. Zakup jednej jednostki kryptowaluty wymaga często dziesiątek, a nawet setek pomniejszych transakcji. Opodatkowanie ich PCC sprawiłoby zaś, że podatnicy obracający kryptowalutami musieliby składać w urzędzie skarbowym deklaracje PCC dotyczące każdej transakcji. To z kolei niewątpliwie wywołałoby chaos organizacyjny i spotęgowałoby jeszcze przewlekłość działań organów skarbowych. Ten przykład pokazuje, jak absurdalne są miejscami ministerialne wytyczne dotyczące kryptowalut.

Podatek od towarów i usług (VAT)

Obrót kryptowalutami w odniesieniu do VAT podlega opodatkowaniu jako odpłatne świadczenie usług. „Oznacza to, że sprzedaż i wymiana kryptowaluty na walutę tradycyjną i odwrotnie, a także wymiana jednej kryptowaluty na inną, o ile podlega opodatkowaniu VAT, korzysta ze zwolnienia z VAT. W związku z tym należy pamiętać, że co do zasady podatnik nie ma prawa do odliczenia VAT od nabywanych towarów i usług związanych z działalnością w zakresie wydobywania, czyli tzw. miningu, i obrotu kryptowalutami. Obowiązek podatkowy w zakresie podatku VAT powstaje zarówno w momencie sprzedaży i wymiany kryptowaluty na walutę tradycyjną, jak i w momencie wymiany jednej kryptowaluty na inną”.

Podsumowanie

Ministerialne wytyczne wyraźnie wskazują, że zarówno sprzedaż kryptowaluty w postaci jej wymiany na walutę tradycyjną, jak i zamiana jednej kryptowaluty na inną wiąże się ze skutkami podatkowymi na gruncie PIT, VAT oraz PCC. Z całą pewnością opublikowanie omawianych wytycznych ma swoje dobre strony – przede wszystkim potwierdza, że działalność kryptowalutowa jest legalna. Niemniej jednak praktyczna analiza powyższych rozwiązań wskazuje, że z pozoru jasne i klarowne wskazówki, zamiast wyjaśniać wątpliwości, powodują jedynie ich narastanie. W tej sytuacji fiskus powinien wydać interpretację ogólną.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Czy nadchodzi era wspólnej pracy ludzi i czatbotów?

Na działy HR obecnie wywierają wpływ dwie sprzeczne siły. Z jednej strony tempo zmian gospodarczych i społecznych rośnie, co skutkuje coraz bardziej złożonym środowiskiem społeczno-ekonomicznym. Z drugiej strony pracownicy domagają się coraz prostszych, bardziej wciągających i „ludzkich” interakcji. Aby zapewnić równowagę pomiędzy tymi dwoma czynnikami i nadążyć za szybkimi zmianami biznesowymi, najlepsi specjaliści HR zaczynają wykorzystywać nowe technologie takie jak sztuczna inteligencja (AI), uczenie maszynowe i czatboty.

Organizacje już od dawna zdają sobie sprawę z tego, jak ważne jest zapewnienie klientom wyjątkowej obsługi. A w miarę jak pokolenie Y i Z zaczyna stanowić większość globalnego kapitału ludzkiego, coraz więcej organizacji będzie stosować to samo podejście wobec pracowników, aby byli oni zaangażowani i produktywni. Przede wszystkim trzeba zrozumieć, że pracownicy chcą robić coś ważnego i cenią sobie korzyści, kontakty, uznanie i osobisty rozwój. Oczekują, że w pracy będą mieć podobne doświadczenia z technologią jak w domu: intuicyjne interfejsy, szybkie reakcje oraz dostęp do informacji w czasie rzeczywistym.

W niedalekiej przyszłości firmy w wykładniczym tempie zwiększą wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, rozwiązań mobilnych oraz mediów społecznościowych, aby praca była przyjemniejsza, prostsza i bardziej angażująca. Według firmy Forrester do 2021 r. ponad 50% przedsiębiorstw będzie rocznie wydawać więcej na projektowanie botów i czatbotów niż na tworzenie tradycyjnych aplikacji mobilnych. Przejście na narzędzia, które naśladują działanie naszych zmysłów, pomoże nam komunikować się w sposób bardziej naturalny, poprzez rozszerzenie interakcji pracowników z technologią, danymi i informacjami.

Platforma dla zarządu

Szefowie działów HR — jako reprezentanci pracowników w zarządzie — odgrywają kluczową rolę w wypracowaniu równowagi pomiędzy umiejętnościami ludzi a wydajnością maszyn. Aby tego dokonać, będą musieli zrozumieć możliwości technologii z zakresu robotyki oraz ich potencjalny wpływ na pracowników. W ten sposób mogą pomóc firmie odpowiednio reagować na zmiany.

Ponieważ maszyny stają się nieodłączną częścią każdej organizacji, działy HR współpracują z kierownikami innych działów w celu opracowania strategii automatyzacji dla ich zespołów. Wiąże się to ze zmianą charakteru i struktury personelu, jak również z koniecznością zidentyfikowania kompetencji wymaganych do stworzenia skutecznych programów szkoleń i rozwoju, które pomogą ludziom lepiej współpracować z maszynami, a w ostatecznym rozrachunku pomogą firmie i pracownikom stworzyć optymalne połączenie obu tych światów. Równie ważne jest to, że dział HR stanowi „sumienie przedsiębiorstwa” i musi zapewnić równowagę pomiędzy dążeniem do wydajności a szerszą perspektywą. W końcu sam fakt, że dany proces można zautomatyzować, nie oznacza jeszcze, że należy to zrobić. Trzeba również odpowiedzieć sobie na ważne pytania dotyczące tego, w jakim zakresie klienci są gotowi do kontaktu z maszynami oraz czy automatyzacja nie spowoduje tak dużej standaryzacji, że firma stanie się nieelastyczna i nie będzie w stanie reagować na potrzeby rynku. 

Produktywność i elastyczność w epoce sztucznej inteligencji

Aby firmy mogły się rozwijać w warunkach coraz szybszych zmian, muszą szybko dostosowywać się do szybko ewoluujących rynków, oczekiwań klientów i innowacji technologicznych. Wymaga to fundamentalnej zmiany sposobu myślenia o pracownikach. Nie chodzi tutaj już tylko o rekrutację, lecz także o maksymalizację produktywności poprzez łączenie zadań, które mogą być w inteligentny sposób automatyzowane, oraz tych wymagających interwencji człowieka.

W tej epoce zmian działy HR współpracują z szefami działów biznesowych, aby redefiniować plany w zakresie rekrutacji i zatrudniania, uwzględniając wpływ automatyzacji na nowe stanowiska, umiejętności i procesy. Będą również korzystać z danych kontekstowych oraz technologii modelowania HR, aby unikać problemów takich jak rotacja i odejścia pracowników, a także lepiej rozumieć ich kompetencje. Dzięki temu praca stanie się bardziej inteligentna, przyjemniejsza i bardziej oparta na współpracy. Przykładem mogą być nowe interfejsy w stylu „newsfeed”, które wykorzystują sztuczną inteligencję do tego, aby pomagać pracownikom skupić się na działaniach i decyzjach.

Rekrutacja staje się bardziej ludzka

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do potrzeb rekrutacji znajdzie się w centrum technologii HR-owych. Liderzy w dziedzinie rekrutacji będą korzystać ze sztucznej inteligencji, aby czerpać szczegółowe informacje o potrzebach w zakresie kompetencji, dowiadywać się, gdzie i jak szukać kandydatów, skrócić czasochłonne zadania takie jak ręczne przeglądanie CV oraz wybierać odpowiednich kandydatów z szerszej i bardziej zróżnicowanej puli zainteresowanych. Według raportu firmy Forrester z prognozami na 2018 rok, do 2020 r. kandydaci ubiegający się o pracę w 20% dużych globalnych korporacji będą na początku mieć interakcje z czatbotami, zanim nawiążą z nimi kontakt rekruterzy.

Zaawansowane, wbudowane funkcje AI oraz ukierunkowane ścieżki zapewniają prostą i spersonalizowaną obsługę — od pierwszej interakcji kandydata z firmą, poprzez proces rekrutacji, aż do wdrażania. Na przykład dzięki nowym czatbotom kandydaci mogą szukać ofert pracy i uzyskiwać odpowiedzi na pytania bezpośrednimi kanałami takimi jak Facebook Messenger. Są również automatycznie powiadamiani o wprowadzonych zmianach oraz działaniach, jakie muszą wykonać w wybranym przez siebie kanale. Ponadto zaawansowane funkcje automatycznego uczenia pomagają skrócić czas rekrutacji poprzez wskazywanie najodpowiedniejszych kandydatów oraz proaktywne identyfikowanie kandydatów i pracowników, których warto zachęcić do aplikowania.

Czatbot może być źródłem danych, z którego firma będzie czerpać informacje o swoich pracownikach — podobnie jak Alexa jest źródłem danych dla firmy Amazon. Dzięki analizie pytań i konwersacji przeprowadzanej w technologii uczenia maszynowego firma może uzyskać wyjątkowe, nieznane wcześniej (a także zanonimizowane) opinie pracowników. W ten sposób może wykrywać problemy, jeszcze zanim pracownicy zdadzą sobie sprawę z ich istnienia.

Sztucznej inteligencji towarzyszą duże obawy, ale jej potencjał dla pracowników i przedsiębiorstw jest ogromny. Wykorzystanie jej w strategiach zarządzania ludźmi pozwoli zapewnić, by pracownicy odgrywali główną rolę w tworzeniu nowych modeli zatrudnienia i nowych ról dla zatrudnionych. Aby tego dokonać, potrzebni będą charyzmatyczni szefowie działów HR, którzy wprowadzą zmiany i postawią nowe technologie w centrum swoich strategii.

Autorami artykułu są Antonina Hołówko-Moya, Principal Sales Consultant HCM i Piotr Świętochowski, HCM Senior Sales Manager z firmy Oracle Polska

Ranking najbardziej pożądanych pracodawców

Antal opublikował ósmą edycję rankingu Najbardziej pożądanych pracodawców.
W tegorocznym badaniu udział wzięła rekordowa liczba 4102 specjalistów i menedżerów z całego kraju, którzy wyłonili 67 laureatów w 15 branżach. Jak zauważają eksperci Antal – względem ubiegłego roku w ocenie kandydatów zyskała stabilność zatrudnienia oraz wysokość wynagrodzenia. Na wadze straciły możliwość szkolenia i innowacyjność marki.

W corocznym badaniu Antal nie ma propozycji odpowiedzi – w pytaniu o najbardziej pożądanego pracodawcę respondenci mogą wskazać dowolną organizację działającą na polskim rynku. To znaczy, że zwycięzcy należą do tzw. top of mind w świadomości specjalistów i menedżerów, czyli zostali wybrani spontanicznie i bez dodatkowych sugestii.

Dotychczas firmy nie funkcjonowały na rynku tak bardzo konkurencyjnym i zorientowanym na kandydata. W tym roku zaobserwowaliśmy jednak ciekawą zmianę – respondenci zapytani o źródła pozyskiwania wiedzy na temat pracodawców, coraz częściej zaznaczają odpowiedź: „pracuję w tej firmie”. To oznacza, że obecny pracodawca jest jednocześnie tym najbardziej pożądanym wśród pracowników – komentuje Artur Skiba, prezes Antal.

Jakie są cechy najbardziej pożądanych pracodawców?

Trzy najważniejsze cechy pożądanego pracodawcy, jakie wymienili respondenci to wielkość i prestiż firmy, styl zarządzania i kultura organizacyjna oraz wysokość wynagrodzenia. W przeciwieństwie do poprzedniego roku, innowacyjność firmy straciła na rzecz kwestii finansowych. Ta zmiana może wynikać z rosnącej świadomości kandydatów na temat wynagrodzeń oraz coraz większej presji płacowej. Na znaczeniu zyskały również oferowane benefity oraz równowaga między życiem zawodowym a prywatnym, które plasują się na niemal tym samym poziomie co możliwość awansu.Wykres1_Najsilniejsze_cechy_pozadanych_pracodawcow

– Zmieniają się potrzeby kandydatów, ale nie powinna zmieniać się strategia firmy. Tylko konsekwentne działania i holistyczne podejście do pracownika pozwoli na zbudowanie modelu organizacji, która przyciągnie najlepszych specjalistów. Pracodawcy, którzy próbują budować swoją przewagę np. oferując niestandardowo wysokie zarobki, kosztem złej atmosfery w pracy lub braku równowagi między życiem zawodowym a prywatnym, nie będą w oczach pracowników atrakcyjni. I odwrotnie – doskonała opinia o firmie nie skusi pracowników, jeżeli renoma nie idzie w parze z godnymi warunkami pracy – wyjaśnia Małgorzata Pukropek, menedżer HR Consulting w Antal.

Najbardziej pożądani w swoich branżach

Specjaliści i menedżerowie wytypowali najbardziej pożądanych pracodawców w 15 kategoriach branżowych: bankowość, SSC/BPO, doradztwo, energetyka, paliwa, wydobycie, firmy farmaceutyczne, FMCG, handel detaliczny, Internet, nowe media e-commerce, IT i telekomunikacja, kancelarie prawne, motoryzacja, nieruchomości i branża budowlana, produkcja, transport, spedycja i logistyka, ubezpieczenia. Na 67 wyróżnionych marek, aż 41 to również ubiegłoroczni laureaci. Jednocześnie, tylko 7 firm utrzymało pozycję lidera, a 26 pracodawców debiutuje w zestawieniu lub do niego powraca.Wykres2_Ranking_najbardziej_pozadanych_pracodawcow

Laureatów badania należy postrzegać jako firmy, które sprostały trudnym wymaganiom rynku w kwestii nie tylko pozyskania, ale przede wszystkim stworzenia silnej więzi i zatrzymania kandydatów zatrudnianych na strategicznych stanowiskach. Pamiętajmy jednak, że każda z wyróżnionych organizacji musiała przejść długą drogę, by stać się pracodawcą pierwszego wyboru – podkreśla Artur Skiba.

Raport jest dostępny pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/18-najbardziej-pozadani-pracodawcy-w-opinii-specjalistow-i-menedzerow-3

***

Badanie Najbardziej pożądani pracodawcy w opinii specjalistów i menedżerów zostało przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie: grudzień 2017 – styczeń 2018. W anonimowym badaniu udział wzięło 4102 specjalistów i menedżerów z całego kraju. Badanie było anonimowe.

Work-life balance polskich matek i ojców. Komentują eksperci

31% pracujących matek badanych przez portal Pracuj.pl deklaruje, że pracodawca ułatwił im godzenie obowiązków zawodowych z życiem prywatnym. Jak pokazuje raport „Rodzice w pracy. Życie na pełen etat”, w utrzymaniu work-life balance pomagają zwłaszcza benefity oferowane rodzicom. Według badań, pracujące matki i ojcowie najczęściej mogą liczyć na elastyczny czas pracy czy dodatkowe urlopy; oczekują jednak coraz większego wsparcia od pracodawców. Przyjrzeliśmy się, jak rodzice radzą sobie z trudną sztuką zachowania równowagi między pracą a życiem rodzinnym.

Pensja przestaje być najważniejsza

Na wyzwania związane z byciem rodzicem zwraca uwagę znany rysownik Maciej „Zuch” Mazurek, mąż Karoliny, ojciec trójki dzieci i autor bloga Zuch.media. O swoim sposobie na łączenie życia zawodowego i rodzinnego mówi „intensywnie, ale rozsądnie”. Według niego, wybierając pracodawcę, warto kierować się kilkoma czynnikami – nie tylko wysokością pensji.

Wszystkie sprawy związane z przerwami w pracy wynikającymi z posiadania dzieci są problematyczne. Od zwykłego chorobowego zaczynając, a kończąc na przerwach macierzyńskich i ojcowskich. Celowo nie używam słowa „urlop” ponieważ z urlopem często nie ma to nic wspólnego. Dlatego ważne jest żeby odpowiednio dobierać sobie pracodawcę, czy firmę lub organizację w której pracujemy. Warto zastanowić się czy wyższa pensja tak naprawdę nam się opłaca. W naszym wypadku wybraliśmy np. stypendium doktoranckie żony. Wiązało się ono z dużą swobodą i elastycznością godzin pracy. Postawiliśmy je ponad pracę w firmie, która oferowała wyższą pensję. Żona zyskała dużo swobody, jednocześnie nie wypadając z rynku pracy. Z kolei ja, mimo wyższej pensji, odrzucałem oferty firm, które były zbyt daleko od domu. Czas rodziny stracony na dojazdy nie byłby wart zyskanych pieniędzy
-– opowiada Maciej „Zuch” Mazurek.

Pracodawcy zauważają podobne podejście u pracowników, co skutkuje rosnącym udziałem firm, które gwarantują rodzicom dedykowane dla nich benefity. Więcej niż co trzeci rodzic badany w raporcie Pracuj.pl „Rodzice w pracy” deklaruje, że firma oferuje mu m.in. elastyczny czas pracy (36%), dodatkowe urlopy (31%) oraz możliwość pracy zdalnej (30%).

Benefity dla rodziców poszukiwane

Mimo coraz szerszych pakietów pozapłacowych benefitów oferowanych przez pracodawców, wielu przebadanym rodzicom wciąż brakuje świadczeń, które mogłyby znacznie poprawić ich work-life balance. 7 na 10 badanych matek i ojców wskazuje na żłobek i przedszkole przy miejscu pracy, tymczasem dostęp do niego ma obecnie mniej niż co dziesiąty rodzic. Z innymi benefitami nie jest lepiej – pięć najbardziej pożądanych przez rodziców benefitów zapewnianych jest u co najwyżej 20% pracodawców zatrudniających matki i ojców.

Zgodnie z wynikami badań Rzecznika Praw Obywatelskich „Godzenie ról rodzinnych i zawodowych. Równe traktowanie rodziców na rynku pracy”, opublikowanych w 2015 r., zapewnienie opieki nad małym dzieckiem stanowiło duże wyzwanie dla pracujących rodziców. Jak zauważa dr Paula Pustułka, socjolog z Uniwersytetu SWPS, wyniki badań pokazują, jak bardzo na znaczeniu w ostatnich latach zyskało wsparcie dla rodziców wykraczające poza bezpośrednie kwestie finansowe.

Widzimy stale podkreślane trudności w jednoczesnym nawigowaniu życia zawodowego oraz rodzinnego. Eksperci diagnozują rozdźwięk między ofertą benefitów a faktycznie pożądanymi rozwiązaniami. Choć ważny pozostaje obszar bezpośredniego wsparcia finansowo-materialnego (np. wyprawki), kluczowy staje się wymiar infrastrukturalny. Innymi słowy, aby dobrze realizować role zawodowe oraz rodzicielskie, wielu rodziców chciałoby móc na przykład skorzystać ze żłobkowo-przedszkolnej opieki instytucjonalnej w miejscu pracy
-– tłumaczy dr Paula Pustułka.

Eksperci podkreślają, że firmy oferujące przemyślane benefity dla rodziców budują swój pozytywny wizerunek, dlatego tego typu inicjatywy będą w najbliższych latach zyskiwać na popularności. Dopasowane świadczenia pozapłacowe wpływają też na lojalność mam i ojców oraz chęć dłuższego związania się z firmą, która umożliwia zachowanie równowagi między pracą a życiem prywatnym.

Co ciekawe, ponad 35% respondentów nie skorzystałoby z możliwości przyprowadzania dziecka do pracy. Pokazuje to między innymi, że pracownicy chcą rozdzielać pracę, od życia prywatnego i w każdym z tych środowisk być „tu i teraz”, z pełnym poświęceniem uwagi.

Długie urlopy i powrót na pełen etat

Pracujące matki  i ojcowie w Polsce – przynajmniej w większości przypadków – mają do dyspozycji stosunkowo długie urlopy w odniesieniu do wielu innych krajów europejskich. Polskie prawo daje młodej mamie możliwość skorzystania z płatnego urlopu macierzyńskiego do 20 tygodni. Do tego dochodzą 32 tygodnie urlopu rodzicielskiego – dostępnego zarówno dla mam, jak i ojców. Według raportu Pracuj.pl, z tych praw korzystają głównie matki. Na 6-12 miesięcy przerwy od pracy po narodzinach dziecka decyduje się 67% kobiet. Panowie zdecydowanie częściej wybierają krótkie urlopy ojcowskie – decyduje się na nie dwóch na trzech z nich.

Długie urlopy są z pewnością dużym udogodnieniem dla rodziców; z drugiej strony po półrocznej czy rocznej nieobecności wiele matek obawia się ponownego wejścia na rynek pracy. Według badań Pracuj.pl, kobiety bardziej niż zmiany stanowiska lub zakresu obowiązków obawiają się trudności związanych z wdrożeniem się po nieobecności w firmie (40%). Ich wątpliwości budzi także jakość pracy, którą wykonają podczas rozłąki z dzieckiem – boją się, że nie będą efektywne, wciąż odbiegając myślami do zostawionego w domu potomka (42%).

Osiągnięcie równowagi między pracą i życiem prywatnym przez pracujących rodziców to sukces zarówno pracownika, jak i pracodawcy. Bez zaangażowania obu stron, nie sposób go osiągnąć. Pod tym względem widzimy w Polsce w ostatnich latach wyraźną poprawę, ale z perspektywy rodzica wciąż jest jeszcze sporo do zrobienia. Wypowiedzi badanych matek i ojców pokazują, że osiągnięcie work-life balance po urlopie rodzicielskim to duży wysiłek emocjonalny, a od pracodawcy w dużym stopniu zależy, jak szybko po narodzinach dziecka pozbędziemy się tych obaw. Matki i ojcowie powinni mieć świadomość, jak ich pracodawca prowadzi proces ponownego wdrożenia do zespołu, rozdzielania zadań oraz jakie mają udostępnione narzędzia czy udogodnienia. Nie mam wątpliwości, że jeśli zasady są jasne, a benefity dopasowane do potrzeb rodziców, będą oni szczęśliwszymi i bardziej efektywnymi pracownikami
— komentuje Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj, mama Matyldy.

Już po powrocie do pracy, młode matki rzadko korzystają z przysługujących im ustawowo dodatkowych praw. Tylko co czwarta badana Polka korzysta z przerw na karmienie, a 22% decyduje się na pracę na niepełny etat.

Zwłaszcza praca w niepełnym wymiarze godzin, przynajmniej na początku, może bardzo pozytywnie wpływać na relację z maluchem i radość z życia prywatnego. Tyle, że wiąże się z pogorszeniem sytuacji finansowej rodziny, a także obawami co do postawy pracodawcy wobec nas. Często więc chęć zachowania równowagi nie wytrzymuje konfrontacji z wyzwaniami zawodowymi
-– dodaje Sylwia Sosnowska.

Wsparcie pracodawcy na wagę złota

Mimo zmian w rolach rodziców, jakie zaszły w ostatnich latach, to wciąż na kobietach skupia się największy ciężar związany z wychowaniem dzieci. Co niepokojące, 33% mam deklaruje brak wsparcia od pracodawcy w zakresie łączenia pracy z życiem osobistym. Jednocześnie jednak również jedna trzecia badanych kobiet twierdzi, że nie spotkały się z trudnościami po powrocie do pracy. O tym, jak taka sytuacja może wyglądać w praktyce, opowiadała badaczom Pracuj.pl jedna z badanych matek.

Moja mała będąc pierwszy raz w żłobku w okresie zimowym zaczęła chorować. Często pracowałam zdalnie, z domu. Pracodawca nie robi mi z tym problemów. Jednocześnie jednak jasno mi powiedział, że najważniejsze jest dla niego, by robota była zrobiona. Jeśli muszę wyjść wcześniej, w porządku. Jednak muszę dopilnować swoich zadań
-– mówiła badana.

Jak podkreśla Sylwia Sosnowska, w zachowaniu work-life balance przez rodziców pomaga elastyczne i życzliwe podejście pracodawców.

Kluczem do zachowania równowagi pracowników jest sprawna organizacja działów HR, przejrzyste zasady pracy i rozliczania wyników, a także świadomość wsparcia od pracodawcy. Przyjazna strategia personalna może obejmować np. mentoring dla wracających na rynek pracy rodziców, stworzenie wyróżniających się benefitów czy po prostu indywidualne podejście do potrzeb zatrudnionych matek i ojców
-– podsumowuje Sylwia Sosnowska.

Więcej informacji o matkach i ojcach w pracy w raporcie Pracuj.pl: Rodzice w pracy. Życie na pełen etat.

Wyjście ze strefy komfortu to recepta na sukces w biznesie

Christian Kurmann
Christian Kurmann – Inclusive Leadership Inspirer

Wdrożenie włączającego modelu zarządzania wymaga opuszczenia strefy komfortu i otwartości na nowe rozwiązania.

Świat wokół nas coraz szybciej się zmienia, a biznes musi nadążać za tymi zmianami. Dla menadżerów, którzy chcą odnieść sukces w realiach współczesnego rynku, coraz bardziej oczywista staje się konieczność zmiany stylu działania. Model zarządzania skuteczny w dzisiejszych czasach, trafnie nazwany włączającym, porzuca autorytarność na rzecz otwartości  i zaufania, a także opiera się na wykorzystaniu potencjału wszystkich członków zespołu. Dlatego kluczowym pytaniem każdego lidera powinno stać się nie czy, ale jak skutecznie wprowadzić włączające zarządzanie na poziomie zespołu i całej firmy.

Nadal jednak wielu z nich stara się utrzymać status quo i broni się przed otwarciem na jakiekolwiek nowości. Argumenty, jakimi się posługują: „ten system działał dobrze przez lata”, „taki sposób zarządzania zawsze przynosił firmie zyski”, często pokrywają lęk przed nieznanym i niechęć do naruszania istniejącego układu.

Z psychologicznego punktu widzenia to zrozumiałe obawy. Większość ludzi wypracowuje sobie w życiu osobistym i w pracy strefę komfortu, czyli schemat działania i myślenia oparty na przewidywalności, rutynie i unikaniu ryzyka. Taka „bańka bezpieczeństwa” rzeczywiście daje komfort i stabilność w codziennym życiu, ale w świecie biznesu może być poważnym zagrożeniem. Dla dobrego lidera komfort oznacza stagnację, a stagnacja uwstecznia i prowadzi do porażki. Dlatego decyzja o wyjściu ze strefy komfortu powinna być pierwszym i najważniejszym zadaniem menadżera, który chce zmienić swój styl zarządzania.

Rutyna niszczy kreatywność

Przedsiębiorcy, którzy mają odwagę podjąć ryzyko i świadomie wchodzą w niekomfortowe dla siebie  sytuacje, stają się bardziej kreatywni, odporni emocjonalnie i otwarci na nowe rozwiązania. W nowoczesnym biznesie to właśnie te cechy mogą zdecydować o sukcesie firmy.

A jednak zaskakująco wiele osób nadal tkwi w pułapce rutyny i wypracowanych latami nawyków. Żyjemy w społeczeństwie zdominowanym przez strach przed porażką, a nawet jakimkolwiek stresem czy niewygodą i właśnie ten lęk trzyma nas w strefie komfortu. Tkwimy więc w miejscu, otoczeni kokonem pozornego bezpieczeństwa, który blokuje nasz rozwój. Dopiero akceptując to uczucie dyskomfortu możemy pójść naprzód i wykorzystać pełnię swoich możliwości.

Jak skutecznie wyjść ze strefy komfortu

Pierwszym krokiem do opuszczenia strefy komfortu jest samo dostrzeżenie, że w niej utknęliśmy. Mając świadomość tego, że jesteśmy zakładnikami własnych obaw i nawyków, możemy podjąć działania, żeby to zmienić. Warto odnaleźć w sobie odwagę i cierpliwość, bo takie zmiany bywają trudne.

  • Regularne podejmowanie nowych wyzwań prowadzi do zmniejszenia związanego z nimi stresu. Jeśli systematycznie będziemy próbować czegoś nowego, ta otwartość stanie się częścią naszego życia i zaakceptujemy ryzyko jako jego nieodłączną część.
  • Nie zawsze odważne rzucenie się głową naprzód w nową sytuację jest dobrym rozwiązaniem. Dla wielu osób łatwiejsza będzie metoda małych kroków. Niewielkie, stopniowo wprowadzane korekty stylu życia czy pracy powoli oswoją nas z poważniejszymi zmianami.
  • Często pomaga sama zmiana podejścia. Negatywne odczucia związane z podejmowaniem ryzyka możemy postarać się zamienić na pozytywne, na przykład lęk przed wyzwaniem uznajmy za ekscytację nowością.
  • Najważniejszy jest cel. Z każdą przeszkodą łatwiej się uporać, kiedy w perspektywie mamy widoki na sukces i pozytywne zmiany. Nie traćmy z oczu szerszej perspektywy.

Oswoić dyskomfort

Wyjście z bezpiecznej strefy wywołuje lęk i poczucie zagrożenia.  To naturalne, ale ten dyskomfort można oswoić i złagodzić.

  • Silny niepokój blokuje i nie pozwala na podejmowanie racjonalnych decyzji. Często towarzyszy mu gonitwa myśli, „wewnętrzny hałas”, który zagłusza rozsądek. Bardzo pomaga wówczas oczyszczenie umysłu ze zbędnych myśli i emocji. Wyciszenie, które możemy osiągnąć medytacją, czy odizolowaniem się od nadmiaru bodźców, wspiera koncentrację i pomoże osiągnąć cel.
  • Podstawowe źródło lęku przed wyjściem ze strefy komfortu jest związane z indywidualnymi problemami. Dla jednych jest to niechęć do wystąpień publicznych, dla innych strach przed porażką zawodową albo podjęciem jakiegokolwiek ryzyka. Rozpoznanie i nazwanie tego lęku „oswoi go” i pozwoli na przygotowanie racjonalnej reakcji. 
  • Przeszłe porażki i upadki mogą stać się trampolinami do przyszłych sukcesów, pod warunkiem, że wyciągamy z nich wnioski. Dlatego w sytuacjach stresogennych dobrze sięgnąć pamięcią wstecz, do podobnych momentów kryzysu. Nawet jeśli wówczas podjęcie ryzyka nie zakończyło się sukcesem, wzbogaciło nas o wiedzę i doświadczenie, z których teraz możemy skorzystać.

Strefa komfortu w biznesie

Charakterystyczna dla współczesnej firmy różnorodność to ogromny potencjał. Aby go dostrzec i wykorzystać, menadżer musi wyjść ze swojej strefy komfortu i skonfrontować się z odmiennymi punktami widzenia, dopuszczając do głosu wszystkich członków zespołu. Taka postawa wymaga odwagi i pokory, ale gra jest warta świeczki, bo głównym celem dobrego lidera powinno być stworzenie bezpiecznego  środowiska, w którym pracownicy także odważą się wyjść ze swojej strefy komfortu i podjąć ryzyko tworzenia innowacyjnych rozwiązań.