Czy deweloper ma prawo udostępniać mieszkania bez miejsc parkingowych?

  • Według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w całym 2017 r. zarejestrowano prawie pół miliona nowych samochodów osobowych, o 16,9 proc. więcej niż w 2016 r.
  • Zgodnie z przepisami, zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy.
  • Przepisy te nie wskazują co prawda minimalnej liczby miejsc postojowych, ale ich wskaźnik określają miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego.

Każdego dnia na osiedlach dużych miast toczy się walka o to, gdzie zaparkować samochód. Miejsca parkingowe nie powstają bowiem w tak ekspresowym tempie, w jakim przybywa pojazdów na polskich drogach. Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w 2017 r. zarejestrowano blisko pół miliona nowych samochodów osobowych, to o 16,9 proc. więcej niż w 2016 r. Najgorzej sytuacja wygląda w centrach miast, gdzie nie sposób stworzyć dodatkowe miejsc postojowe oraz pod wielopiętrowymi blokami, w których znajduje się nawet kilkaset mieszkań, na które zwykle przypada co najmniej jeden samochód.

Liczba miejsc parkingowych musi być określona w projekcie budowlanym

Konieczność wyznaczenia miejsc parkingowych przy budynku określa Rozdział 3 Rozporządzenia Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r., w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Według paragrafu 18, zagospodarowując działkę budowlaną, należy urządzić, stosownie do jej przeznaczenia i sposobu zabudowy, miejsca postojowe dla samochodów użytkowników stałych i przebywających okresowo, w tym również miejsca postojowe dla samochodów, z których korzystają osoby niepełnosprawne.

Przepisy te nie regulują, ile miejsc parkingowych powinno powstać. W kolejnym punkcie Rozporządzenia, jego twórcy odsyłają nas jednak do zapisów miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego – liczbę i sposób urządzenia miejsc postojowych należy bowiem dostosować do wymagań ustalonych w decyzji o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. W celu otrzymania pozwolenia na budowę, deweloper musi zatem uwzględnić w projekcie budowlanym liczbę oraz lokalizację miejsc parkingowych zgodnie z wytycznymi określonymi w decyzji o warunkach zabudowy – mówi Jacek Kosiński z kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.

Wskaźniki parkingowe wyzwaniem dla deweloperów

Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego określa dokładnie, jaki procent powierzchni przeznaczonej na inwestycję musi zajmować parking – w przypadku obiektów handlowych – lub ile miejsc parkingowych powinno przypadać na jedno mieszkanie. Jest to indywidualna kwestia władz danej miejscowości, wskaźniki te mogą się różnić nawet między osiedlami w obrębie jednego miasta, zwykle przyjmuje się jednak, że powinno to być minimum 120 miejsc postojowych na 100 mieszkań. Jest to wyzwanie oraz spore koszty dla deweloperów – praktycznie nie jest możliwe, aby udostępnienie miejsca parkingowego zwróciło koszty jego wybudowania. Do tego dochodzą przepisy określające, w jakiej odległości od budynku mogą zostać wyznaczone miejsca postojowe. Zgodnie z przepisami, które weszły w życie 1 stycznia 2018 r., nowo wybudowane lub przebudowywane miejsca parkingowe powinny być o 20 cm szersze niż dotychczas – ich długość powinna wynosić 5 m, a szerokość 2,5 m. W przypadku miejsc dla osób niepełnosprawnych szerokość musi wynieść co najmniej 3,6 m. Rozporządzenie Ministra Infrastruktury zwiększa natomiast z 4 do 10 maksymalną liczbę miejsc postojowych, które znajdują się w odległości co najmniej 7 m od zabudowań.

Źródło: Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni

Gdzie czai się licho, czyli jaki kryzys grozi Twojej firmie najbardziej?

Internet to obecnie najpoważniejsze źródło kryzysów wizerunkowych największych polskich firm. Takie są wyniki badania „Zarządzanie sytuacją kryzysową w polskich przedsiębiorstwach”[1], przeprowadzonego wśród największych firm w polskiej gospodarce przez agencje EXACTO i Alert Media Communications wspólnie z Wydziałem Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego. Co trzecie przedsiębiorstwo (31,1%), które doświadczyło kryzysu, jako zarzewie swoich problemów wskazało właśnie na internet – plotki, fake news, hejt, ataki – w tym ze strony blogerów i użytkowników sieci społecznościowych. Drugim najbardziej kryzysogennym czynnikiem okazały się kwestie dotyczące jakości produktów lub świadczonych usług (24,2%). Jako trzecie najpoważniejsze źródło kryzysów wskazano problemy wywołane przez partnerów biznesowych (22,2%). Niezależnie od źródeł kryzysów, ich następstwa zazwyczaj są bardzo dotkliwe – od eskalacji tematu w mediach, po spadek sprzedaży oraz notowań giełdowych, a w skrajnych przypadkach nawet upadłość.

Kryzysy dopadają największe polskie firmy w równym stopniu z zewnątrz, jak i od wewnątrz. Ok. 30% respondentów reprezentujących największe firmy polskiej gospodarki wskazało na przyczyny zewnętrzne, dokładnie tyle samo – na zewnętrzne. Najwięcej kryzysów ma natomiast złożoną strukturę przyczynową – aż 40% kryzysów wynika ze zdarzeń mieszanych – równocześnie pochodzących z wewnątrz organizacji, jak i spoza niej. „Często bowiem problem wewnętrzny, np. z pracownikami, wylewa się do prasy czy mediów społecznościowych, co nakręca spiralę w samej firmie. I odwrotnie – negatywne informacje w mediach potęgują problemy już w przedsiębiorstwie narastające” – tłumaczy Adam Łaszyn, współautor badania i prezes agencji Alert Media Communications, specjalizującej się w komunikacji kryzysowej.

Zwrócił też uwagę, że typowym tego przykładem są trzecie na liście najpoważniejszych przyczyn kryzysów – problemy wywołane przez partnerów biznesowych, czyli np. dostawców, zleceniobiorców czy dealerów. Z pewnością kojarzymy historie, gdy źle wybrana agencja marketingowa wywołuje kryzys poprzez umieszczanie skandalicznych treści na społecznościowym profilu marki. Albo firma spedycyjna, która doprowadza do wady serii produktu poprzez niewłaściwe transportowanie wyrobów czułych na temperaturę. Sam zleceniodawca w takich przypadkach głównie bezpośrednio nie zawinił, ale nie dopilnował spraw i kryzys spada właśnie na niego.

Coraz łatwiej wpaść w kryzys

Istotnym źródłem kryzysów polskich firm jest też zła komunikacja wewnętrzna, która okazała się źródłem aż co piątego kryzysu (20%). Z wewnętrznych przyczyn istotne okazały się też błędy lub niezgodne z prawem działania pracowników szeregowych (17,8%) oraz katastrofy, awarie i wypadki przy pracy (15,6%). Z zewnętrznych – konflikty z organizacjami pozarządowymi lub innymi grupami interesu (17,8%) oraz niekorzystne decyzje lub działania władz (15,6%).

„Skala zagrożeń kryzysowych rośnie wraz z rozwojem kanałów komunikowania się i dostępnej publicznie informacji na temat firm. Każde przedsiębiorstwo obecne w życiu publicznym musi się liczyć z tym, że urzędy lub organizacje pozarządowe a nawet zwykli ludzie patrzą im dokładnie na ręce. Błędy czynione zarówno w bieżącej działalności, jak i prowadzonej komunikacji ze światem zewnętrznym potrafią się mścić. Zwłaszcza, że zarzuty chętnie są podchwytywane przez użytkowników mediów społecznościowych” – wyjaśnia dr hab. Dariusz Tworzydło, prezes agencji doradztwa wizerunkowego EXACTO oraz kierownik katedry PR na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Kryzys uderza po reputacji… i kieszeni

Bez względu na źródło problemu, respondenci są zgodni co do jednego, że ich firmy odczuły następstwa kryzysu. Przyznało to aż 91,3% badanych menadżerów największych polskich firm. Najwięcej, bo dwie trzecie z nich (61,9%) najbardziej bolały negatywne publikacje medialne. 38,1% doświadczyło fali negatywnej krytyki i opinii w social media, w tym hejtu (najczęściej anonimowego), który jest zjawiskiem szczególnie trudnym do opanowania. Więcej niż co czwarta firma (28,6%) odnotowała spadek zaufania ze strony klientów i partnerów biznesowych.

Jednym z najdotkliwszych skutków sytuacji kryzysowej jest spadek sprzedaży, przychodów lub notowań na giełdzie. Ten problem dotknął jedną na cztery z pytanych firm  (23,8%). Co szósta firma (16,7%) miała wskutek kryzysu do czynienia intensyfikacją działań kontrolnych ze strony organów administracyjnych. Co siódma (14,3%) w efekcie sytuacji kryzysowej znalazła się w sądzie, bo kryzys doprowadził do procesu. Każda co czternasta firma (7,1%) musiała zmniejszyć zatrudnienie.

Należy przy tym zauważyć, że przedsiębiorstwa dotknięte kryzysem musiały zazwyczaj stawić czoła przynajmniej dwóm różnym skutkom jednocześnie. A często nakładających się na siebie negatywnych efektów kryzysu było i więcej. Respondenci wskazali też na prawidłowość, że im sytuacja kryzysowa trwała dłużej, tym większa była też skala problemów z nim związanych.

Branże zagrożone

Kryzysy wizerunkowe są nieodłącznym elementem wpisanym w działalność firm, niezależnie od zakresu świadczonych przez nie usług” – mówi dr hab. Dariusz Tworzydło. Zwraca przy tym uwagę, że są sektory szczególnie narażone na tego typu zagrożenia. Potwierdziły to również wyniki przeprowadzonego badania. To branże: budowlana, deweloperska, energetyczna, farmakologiczna, finansowa, FMCG, gastronomiczna, handel detaliczny, motoryzacyjna, paliwowa, przetwórstwo mięsne, spożywcza, transportowa i wydobywcza. „Dlatego odpowiednie przygotowanie kadry zarządzającej przedsiębiorstw zaliczanych do tych sektorów nabiera szczególnego znaczenia” –stwierdza dr hab. D. Tworzydło. Zwraca też uwagę, że znajomość i przestrzeganie zasad skutecznej komunikacji z otoczeniem w obliczu kryzysu są nadal na niskim poziomie, nawet wśród tych branż szczególnie narażonych na problemy.

Problem nas nie dotyczy

W świecie, w którym konsumenci stają się coraz bardziej nieufni wobec marek, a nowoczesne technologie umożliwiają bardzo precyzyjne i głośne wyrażenie swojego zdania, aż dwie na pięć badanych firm ma zdystansowany stosunek do zagrożeń kryzysowych, nie traktując ich jako priorytetowych. Co szóste badane przedsiębiorstwo zostało zaklasyfikowane do grona całkowicie nieprzygotowanych. Jest to niepokojące. Co więcej, 53,1% organizacji nastawiona jest na samodzielne radzenie sobie z kryzysem.  A wiele z nich nie posiada odpowiednich do tego struktur i procedur. W większości firm (56,8%) bardziej rozpowszechnione jest przeniesienie uprawnień na kilka jednostek działających w ramach struktur organizacyjnych, co jest bardzo często jedną z głównych przyczyn chaosu, nieskoordynowanych działań lub ich braku.

Brak odpowiedniego przygotowania do kryzysu w przedsiębiorstwach, które są zaliczane do elity polskiej gospodarki może martwić. Tym bardziej, że przykłady znanych firm pokazują, iż żadne przedsiębiorstwo, nawet o ugruntowanej strukturze i pozycji na rynku, nie jest w pełni bezpieczne i łatwo może wpaść w kryzys” – komentuje Adam Łaszyn, prezes Alert Media Communications i dodaje: „Najefektywniejszym działaniem prewencyjnym jest rozpowszechnianie wiedzy na temat natury kryzysów wśród kadry zarządzającej. Nieodłącznym elementem są więc odpowiednie szkolenia. Bez ich przeprowadzania polscy menadżerowie uczą się zasad komunikacji kryzysowej w najdroższej z możliwych wersji – poprzez doświadczenie kryzysu”.

Z przeprowadzonych badań wynika, że tylko 1/3 kluczowych firm na polskim rynku jest dobrze lub w miarę dobrze przygotowana do zagrożeń kryzysowych. W nowoczesnej gospodarce opartej w ogromnym stopniu na komunikacji i jej wrażliwości to wskaźnik stanowczo zbyt niski. Wśród elity gospodarczej Polski wciąż dominują firmy o słabym zapleczu antykryzysowym. Może to budzić niepokój w kontekście kryzysowego bezpieczeństwa całej polskiej gospodarki.

[1] „Raport Zarządzanie Kryzysem w Polskich Przedsiębiorstwach”, Maj 2018, Autorzy: dr hab. Dariusz Tworzydło, Uniwersytet Warszawski, CEO EXACTO; Adam Łaszyn prezes Alert Media Communications; Przemysła Szuba – zastępca kierownika Działu Badań i Analiza Strategicznych EXACTO. Realizacja badań: Instytut Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego; Działu Badań i Analiza Strategicznych EXACTO. Badanie ilościowe CATI, N: 115; Respondenci: kadra menedżerska odpowiedzialna za procesy komunikacyjne przedsiębiorstw z „Listy 500” Rzeczpospolitej.

Popyt na pracę nie słabnie, gorzej z chętnymi do jej podjęcia

Najnowsze dane GUS dotyczące rynku pracy potwierdzają występowanie zjawisk obserwowanych w poprzednich kwartałach. Firmy utrzymują wysokie tempo tworzenia nowych miejsc pracy i nadal mają kłopoty ze znalezieniem chętnych do ich obsadzenia.

W pierwszym kwartale 2018 r. powstało 258 tys. nowych miejsc pracy, o 14,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Tak dużego przyrostu nie notowano od co najmniej dwunastu lat. Początek roku to zwykle okres, w którym zjawisko to szczególnie mocno się nasila, w kolejnych kwartałach etatów przybywa wyraźnie mniej. Ożywienie w tym zakresie utrzymuje się jednak na podobnym poziomie od trzech lat. Jednocześnie od końca 2016 r. zdecydowanie mniej stanowisk pracy ulega likwidacji, średnio 61-62 tys. w każdym kwartale. Tu także widać wyraźny skok w pierwszych trzech miesiącach roku, co świadczy o tym, że w tym okresie przedsiębiorcy „porządkują” swój biznes i energicznie przystępują do realizacji nowych planów i przedsięwzięć. Wynik tych stanowiskowych przetasowań jest od kilku kwartałów zdecydowanie korzystny dla sytuacji na rynku pracy, przyrost nowych miejsc pracy „netto” przekracza 100 tys. kwartalnie, za wyjątkiem tradycyjnie słabszych trzech ostatnich miesięcy każdego roku (przykładowo w czwartym kwartale ubiegłego roku saldo tworzonych i likwidowanych etatów wyniosło jedynie niecałe 81 tys., a rok wcześniej nieco ponad 60 tys.). W pierwszym kwartale firmy zlikwidowały 87,9 tys. stanowisk pracy i choć to spadek największy od pierwszego kwartału 2015 r., to wynoszący 170,1 tys. dodatni bilans tworzonych i likwidowanych etatów jest wynikiem najlepszym od wielu lat.

Nadal jednak widać narastające kłopoty firm z zatrudnianiem pracowników, o czym świadczy utrzymujący się od połowy 2016 r. dynamiczny wzrost liczby wolnych miejsc pracy. Na koniec pierwszego kwartału obecnego roku było ich 152,4 tys., o 27,5 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 r. i najwięcej od pierwszej połowy 2008 r. Na w miarę stałym, choć wysokim poziomie, utrzymuje się od ponad roku liczba nieobsadzonych nowo utworzonych miejsc pracy, oscylując między 24,2 a 27,7 tys. na koniec każdego kwartału, a niedobór pracowników do ich obsadzenia sięga od 15 do 20 proc. Pierwsze trzy miesiące obecnego roku przyniosły duży sięgający 37,2 tys. wzrost nieobsadzonych nowych miejsc pracy (to o prawie 37 proc. więcej niż rok wcześniej).

W pierwszym kwartale najwięcej wolnych miejsc pracy było w przetwórstwie przemysłowym (34,3 tys.), budownictwie (23,9 tys.), w handlu i naprawach samochodów (30 tys.) oraz w transporcie i magazynowaniu (13,2 tys.). Największy skok liczby nieobsadzonych etatów zanotowano w budownictwie, gdzie w czwartym kwartale brakowało 17,9 tys. pracowników i handlu, który potrzebował 11,9 tys. osób. Według kryterium wielkości firm, najwięcej wolnych miejsc pracy było w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 49 osób (61,5 tys.) oraz w tych najmniejszych, których załoga nie przekracza 9 osób. Te ostatnie kłopoty z zatrudnieniem odczuły szczególnie silnie. O ile w ostatnich miesiącach ubiegłego roku brakowało im 38 tys. chętnych do obsadzenia stanowisk, to w pierwszym kwartale obecnego ich liczba wzrosła do 58,3 tys. Od pięciu kwartałów systematycznie zwiększa się liczba wakatów w firmach sektora publicznego, osiągając w pierwszych miesiącach 16,8 tys. (w czwartym kwartale ubiegłego roku było ich 15,1 tys., a rok wcześniej, w  2016 r. zaledwie 10 tys.).

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

System wczesnego ostrzegania – czyli jak nie zostać „podgrzewaną żabą”

Firma, która nie śledzi i nie ocenia zmian w otoczeniu jest jak „podgrzewana żaba”. Ignorowanie trendów może w końcu doprowadzić do utraty pozycji konkurencyjnej nawet przez najsilniejszych graczy – podkreśla dr Adam Kowalik z Katedry Zarządzania Uniwersytetu SWPS

Dla każdej firmy, która uważnie i systematycznie obserwuje i analizuje swoje otoczenie konkurencyjne i rynkowe, emergencja[2] może być szansą, ponieważ odpowiednio wczesne wykrycie symptomów zmian daje możliwość odpowiedniej reakcji strategicznej. W przeciwnym wypadku, gdy firma nie śledzi otoczenia, emergencja stanowi zagrożenie. Niedostrzegane zmiany zachodzące w otoczeniu mogą doprowadzić do upadku nawet największych graczy. Podobnie jak w znanej historii o żabie w garnku z bardzo powoli podgrzewającą się wodą, która nie jest w stanie wyczuć małych wzrostów temperatury i wyskoczyć, kiedy jeszcze ma siłę.

System wczesnego ostrzegania

Mechanizmem wspierającym dostrzeganie istotnych zmian w otoczeniu jest system wczesnego ostrzegania (ang. Early Warning System, EWS), który polega na identyfikowaniu tzw. słabych sygnałów zmian. Wymusza on przewidywanie pewnych scenariuszy rozwoju sytuacji oraz zwiększa wiedzę o otoczeniu, jego elementach i interesariuszach. EWS nie jest oprogramowaniem informatycznym, tylko zestawem metod zarządzania służącym śledzeniu i krytycznemu analizowaniu zmian w otoczeniu oraz podejmowaniu na tej podstawie odpowiednich decyzji w zakresie posunięć strategicznych firmy. Ruchy te mają adresować zmiany zachodzące w otoczeniu, tak aby odpowiednio pozycjonować strategicznie firmę i utrzymać jej rynkową adekwatność.

Historie upadków

Ignorowanie dynamicznie zmieniającego się środowiska może mieć dla firmy wręcz katastrofalne skutki. „Rafy” pojawiające się w otoczeniu potrafią „zatopić” dużych graczy uznawanych  za niezatapialnych. Niektóre zmiany mogą modyfikować zasady gry w danej branży. Zachowujące równowagę robo-psy, autonomiczne pojazdy, dostawy towarów za pomocą dronów, oprogramowanie wykrywające depresję, „smartfonizacja” życia towarzyskiego, rozwój i popularyzacja gier, druk trójwymiarowy, ekonomia dzielenia się, tabletki komunikujące się z lekarzem – to tylko przykłady pewnych zdarzeń i zjawisk zachodzących w otoczeniu. Mogą one być istotnymi zakłóceniami (ang. disruptor) także w wielu pokrewnych branżach. Przykładowo, dynamiczny rozwój gier – przejawiający się choćby liczbą graczy na świecie szacowaną na ponad miliard osób – zmienia nie tylko samą branżę gier, ale wpływa także na marketing, dla którego gry stają się istotnym nośnikiem reklamowym.

Przeoczenie zmian w otoczeniu może prowadzić do upadku firmy, przy czym w wielu wypadkach nie jest to jedyna, a jedna z wielu przyczyn. Analiza kilku upadków korporacji pod kątem zmian zachodzących w ich otoczeniu jest bardzo ciekawa i pouczająca. Compaq nie zauważył, że producenci tzw. komputerów klonów z Azji są w stanie zaoferować jakość akceptowalną dla klientów. Blockbuster przeoczył rozwój Internetu i modelu VOD. Polaroid nie dostrzegł, że fotografia cyfrowa wypiera tradycyjną. Natomiast Kodak błędnie uznał, że fotografia cyfrowa nie daje takiej jakości jak analogowa. Blackberry nie zauważył na czas, że ludzie wolą klawiatury klawiszowe, a nie dotykowe. Best Buy uznał, że nikt nie kupi telewizora przez Internet i przegapił moment wejścia w e-commerce.

Jednak najciekawszym przykładem firmy, która popadła w poważne tarapaty w wyniku ignorowania zmian w otoczeniu jest Nokia. Choć kulisy sprawy nie są znane, Nokia wydaje się być klasycznym przykładem „podgrzewanej żaby”, która nie wyskoczyła z garnka w odpowiedniej chwili. CEO Nokii Stephen Elop, w 2013 roku, podczas konferencji prasowej zorganizowanej, by ogłosić sprzedaż biznesu telefonii komórkowej Microsoftowi stwierdził: „Nie zrobiliśmy nic złego, ale jakoś przegraliśmy”. Ten przypadek pokazuje bardzo dobitnie, że nie trzeba dokonywać żadnych istotnych posunięć strategicznych, „wystarczy” ignorować otoczenie, by prędzej czy później utracić adekwatność konkurencyjną i w konsekwencji upaść.

Słabe sygnały

Rolą systemu wczesnego ostrzegania jest wychwycenie słabych sygnałów w otoczeniu firmy w celu wykrywania anomalii i ostrzegania przed nieoczekiwaną zmianą (scenariuszem).

EWS stosowany w biznesie, pod względem zasady działania, można porównać do systemu wczesnego ostrzegania przed np. tsunami. Upraszczając, system czujek rozmieszczony w odpowiednich lokalizacjach na oceanie monitoruje na bieżąco sytuację i wykrywa tzw. słabe sygnały specyficzne dla zjawiska tsunami. W przypadku gdy odczyty przekraczają zdefiniowany poziom, zarządzana jest ewakuacja z terenu zagrożonego tsunami. Jest tu zdefiniowany bardzo konkretny scenariusz rozwoju przyszłości (tsunami), są określone sposoby pomiaru, poziomy krytyczne, plany awaryjne, itp.

Jeśli w firmie nie funkcjonuje system wczesnego ostrzegania, to reakcja na zmiany w otoczeniu będzie w najlepszym wypadku spóźniona, o ile w ogóle będzie miała miejsce. Najpierw wystąpią słabe sygnały, ale nie będą one przez firmę zauważone. Po nich nastąpi zdarzenie, które najpewniej już zostanie dostrzeżone, jednak w tym samym czasie pojawią się  implikacje tego zdarzenia, a do  gry wejdą konkurenci (przy założeniu, że nie mają oni systemu EWS). Posunięcie strategiczne firmy następuje na samym końcu  łańcucha zdarzeń i zwykle ma ono charakter defensywny, a nie ofensywny.

W przypadku firm posiadających system wczesnego ostrzegania, ciąg logiczny zdarzeń jest zupełnie inny. Na początku w otoczeniu wystąpią słabe sygnały. Następnie firma dokona ich detekcji i oceni  istotność. Jeśli uzna je za ważne, to zrealizuje określone działania, przeprowadzi konkretne posunięcia strategiczne. Dopiero potem nastąpi właściwe zdarzenie i jego implikacja, a na końcu działanie podejmie konkurencja (znów przy założeniu, że nie posiada systemu EWS). Każda firma musi sama zdefiniować interesujące ją zdarzenia i scenariusze rozwoju przyszłości oraz określić słabe sygnały dla każdego z nich – te dwie rzeczy są bowiem podstawą funkcjonowania systemu EWS.

Scenariusze przyszłości

Kanwą systemu EWS są scenariusze rozwoju sytuacji czy też scenariusze przyszłości. Opracowuje się je różnymi mniej lub bardziej złożonymi metodami. W dojrzałych organizacjach najczęściej wykorzystuje się do tego celu kilka metod jednocześnie. Przykładowe metody, które mogą być w tym celu wykorzystywane to: analiza pre-mortem, analiza „co jeśli” (what-if), analiza alternatywnych przyszłości, analiza scenariuszowa (jedno, dwu, wielo-wymiarowa), krzyżowa analiza wpływów (cross-impact), analiza trendów i megatrendów, symulacja typu „strategy wargame”, analiza grup strategicznych w ujęciu dynamicznym.

Dla każdego scenariusza identyfikuje się następnie wskaźniki słabych sygnałów rynkowych. Muszą być one bardzo dokładnie przemyślane. Przykłady słabych sygnałów wymienia Michael E. Porter w swojej książce „Strategia konkurencji” np: zapowiedzi działań ze strony konkurentów, ujawnianie informacji po posunięciu strategicznym, jawne dyskusje o sytuacji w sektorze, omawianie i wyjaśnianie posunięć, sposób początkowego wdrażania ważnych zmian, rozbieżność z dawnymi celami i normami, parada krzyżowa konkurentów, „wojująca” marka wyrobu, sprawy sądowe.

Skanowanie otoczenia

Po określeniu scenariuszy oraz wskaźników, przystępuje się do regularnego skanowania otoczenia. Odbywa się to w usystematyzowany, ukierunkowany, ustrukturyzowany sposób. Zwykle nie jest efektywne skanowanie całego otoczenia z uwagi na ograniczone zasoby, które można dedykować do tego rodzaju zadań. Regularność skanowania nie musi też wcale oznaczać, że odbywa się ono codziennie. Pewne obszary otoczenia skanuje się np. co 6 miesięcy a inne np. co tydzień. Poszczególne wskaźniki są aktualizowane w razie potrzeby, tak aby zapewnić sprawność systemu. W przypadku wykrycia anomalii, zespół zarządzający systemem EWS generuje alert do zarządu, który następnie pracuje  nad przeprowadzeniem stosownych posunięć strategicznych w odpowiednim momencie. Działania te celują w utrzymanie lub wzmocnienie adekwatności konkurencyjnej firmy w kontekście zmian w otoczeniu.

Metody Cintas

Przykładem firmy dokonującej posunięć strategicznych w wyniku m.in. obserwacji otoczenia, jest amerykański Cintas. To firma, która poprzez rozwój logistyki, technologii i relacji z klientami w latach 1950-2015 wielokrotnie korygowała swój profil działalności – od przemysłowych szmat, poprzez uniformy, maty podłogowe czy środki pierwszej pomocy, po usługi czyszczenia podłóg, ochrony przeciwpożarowej czy archiwizowania dokumentów[1] (). Nie wiadomo jakie dokładnie metody stosuje Cintas, aby utrzymywać i wzmacniać swoją adekwatność konkurencyjną. Sama metoda ma jednak mniejsze znaczenie, ważny jest efekt. Można domniemywać, że Cintas posiada pewien system wczesnego ostrzegania. Jest to przykład firmy bacznie obserwującej otoczenie i zmieniającej się razem z nim, przynajmniej według stanu na koniec okresu objętego przytoczoną analizą.

dr Adam Kowalik, adiunkt w Katedrze Zarządzania Uniwersytetu SWPS

[1] Szczegółowa analiza przypadku: Grow from Your Strengths, G. Adolph, K. D. Greenwood, Strategy&Business, Autumn 2015

[2] Emergencja to „nieoczekiwane pojawienie się na poziomie systemu właściwości, których nie da się prosto przewidzieć ze znajomości właściwości elementów składowych systemu.” (za organizatorami Seminarium „Firma-Idea: Zarządzanie i emergencja” na Uniwersytecie SWPS , 12/6/2018).

Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych

O ponad 10% w ujęciu rocznym wzrosła liczba Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych (BIZ)1 w Europie w minionym roku. W sumie ogłoszono decyzje dotyczące 6.653 projektów. Dzięki nim na Starym Kontynencie powstanie 353 tys. miejsc pracy, w tym ponad połowa w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Najwięcej nowych inwestycji jest lokowanych w Wielkiej Brytanii, Niemczech i we Francji. Dzięki inwestycjom ogłoszonym w Polsce w 2017 roku powstaje 24.000 miejsc pracy, czyli o 2.000 więcej niż rok wcześniej. To główne wnioski z raportu firmy doradczej EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” (European Attractiveness Survey).

W 2017 roku tempo wzrostu europejskiej gospodarki było najszybsze od dekady. Poprawa koniunktury znalazła odzwierciedlenie we wzroście popytu w Europie i równolegle ożywienie w innych częściach świata spowodowało zwiększenie popytu na towary i usługi z Europy.

W minionym roku zagraniczni inwestorzy zdecydowali o ulokowaniu 6.653 projektów w 50 krajach Europy (z uwzględnieniem Rosji i Turcji). To o 10% więcej niż w poprzedniej edycji. – Kolejny rekordowy rok za nami. Obserwujemy jednak spowolnienie tempa wzrostu liczby nowych inwestycji do Europy z 15% średniorocznie w latach 2014-2016 do 10% w 2017. Mimo niepewności inwestorów w związku z Brexitem, Wielka Brytania obroniła pierwszą pozycję na kontynencie pod względem nowych BIZ, na drugim miejscu znalazły się Niemcy. Równocześnie Francja zanotowała aż 31% wzrost i zajęła trzecie miejsce na podium – mówi Paweł Tynel, Partner EY i lider Działu Ulg i Dotacji EY.Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych

Brexit wywołuje nowy kierunek inwestycji

Zbliżający się Brexit aktywizuje inwestorów brytyjskich i spowodował znaczący wzrost – aż o 35% – nowych inwestycji z Wielkiej Brytanii na kontynencie – przede wszystkim w obszarze usług finansowych oraz usług cyfrowych.

30% ankietowanych inwestorów obecnych w Europie jest zdania, że Brexit przełoży się na ich biznes. Jednak zaledwie 8% inwestorów, którzy prowadzą działalność w Wielkiej Brytanii rozważa przeniesienie inwestycji do innego kraju. Jeśli by do tego doszło, to deklarują przeniesienie do Europy Zachodniej (35%) lub Środkowej i Wschodniej (33%).

W badaniu postrzegania miast, jako atrakcyjnych miejsc do lokowania swoich inwestycji Paryż po raz pierwszy wyprzedził Londyn. Za stolicą Francji opowiedziało się 37% ankietowanych, podczas gdy stolicę Wielkiej Brytanii wskazało 34% ankietowanych.

Europa nadal atrakcyjna

Zdaniem 53% ankietowanych Europa Zachodnia pozostaje najbardziej atrakcyjnym kierunkiem inwestycji zagranicznych. Na drugim miejscu znalazły się Chiny (42%), które nieznacznie wyprzedziły kraje Europy Środkowo-Wschodniej (41%), natomiast 34% ankietowanych wskazało Amerykę Północną jako atrakcyjny kierunek. – W perspektywie kolejnych lat, atrakcyjność regionu Europy Środkowo-Wschodniej będzie zależała od zdolności do zwiększania produktywności. Starzenie się populacji zwiększy presję w tym kierunku. Jedną z odpowiedzi na niedobory siły roboczej powinna być szybsza automatyzacja i robotyzacja wybranych procesów – zauważa Marek Rozkrut, Partner i Główny Ekonomista EY w Polsce.Europa najbardziej atrakcyjnym regionem do lokowania Bezpośrednich Inwestycji Zagranicznych 2

42% z ankietowanych obecnych w Europie obawia się turbulencji wywołanych niestabilnością geopolityczną. Podobne odczucia ma 26% tych, którzy jeszcze tu nie inwestowali. Dla firm o przychodach przekraczających 1,5 mld euro ten czynnik był wskazywany przez blisko połowę badanych.

Brexit, ograniczenia w wolnym handlu, wprowadzanie ceł na poszczególne towary, trudności w zwiększaniu liczby osób mogących podjąć pracę na poszczególnych rynkach, czy też reforma podatkowa w Stanach Zjednoczonych mogą w ocenie inwestorów negatywnie wpływać na liczbę projektów inwestycyjnych lokowanych w Europie.

Polska nadal atrakcyjna

Polska pozostaje atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów zagranicznych. Przez ostatnie lata odpowiadała za około 3% napływu BIZ do Unii Europejskiej. Według danych Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, w 2017 roku wartość nowych BIZ w Polsce wzrosła o 19% w porównaniu do 2016 roku2– Według raportu EY, ogłoszone w 2017 r. nowe inwestycje w Polsce wiążą się z utworzeniem w sumie 24.000 miejsc pracy – o 2.000 więcej niż rok wcześniej. Taki poziom sytuuje nas w europejskiej czołówce. Zmiana atrakcyjności inwestycyjnej Polski w ostatnich kilkunastu latach znajduje odzwierciedlenie także w naszym awansie w rankingach łatwości prowadzenia działalności biznesowej czy wolności gospodarczej. To, co dodatkowo może generować napływ nowych inwestycji w tym roku i w kolejnych latach, to utworzenie w najbliższych tygodniach Polskiej Strefy Inwestycji, co przyspieszy i uprości możliwości zachęcania przedsiębiorców do inwestowania – mówi Paweł Tynel.

– Przez wiele lat łatwy dostęp do rynków UE, coraz lepiej wykształcona i wykwalifikowana kadra, przy równocześnie relatywnie niskich kosztach pracy przyciągały do Polski firmy, które szukały przewagi kosztowej i korzyści skali. Przykładem są między innymi sektor motoryzacyjny czy producentów sprzętu AGD. Dotychczasowy model wzrostu polskiej gospodarki, opierający się w znacznej mierze o niskie koszty pracy i produkcji, jednak się wyczerpuje. Potrzebę tej zmiany wzmacniają: (1) niekorzystne tendencje demograficzne prowadzące do zmniejszonego zasobu pracowników i wzrostu ich wynagrodzeń; (2) coraz silniejsze włączanie się w międzynarodowe łańcuchy produkcji gospodarek o niskich kosztach pracy; (3) procesy automatyzacji i robotyzacji, które zastępują część pracochłonnych procesów i tym samym pozwalają je przenieść z powrotem do gospodarek rozwiniętych. Rośnie zatem znaczenie takich czynników jak jakość produkcji i usług czy rozszerzanie oferty produktowej, a maleje rola konkurowania głównie w oparciu o cenę. W szczególności, kluczowe znaczenie dla atrakcyjności polskiej gospodarki będą mieć dobrze wykształceni i wykwalifikowani pracownicy, umiejętnie dostosowujący się do zmian i zastosowania nowych rozwiązań technologicznych w praktyce  – dodaje Marek Rozkrut.

Przyszłe siły napędowe Europy

Usługi cyfrowe i sektor usług biznesowych odpowiadały razem za blisko 1/3 (31%) nowych BIZ i pomogły w utworzeniu ponad 63 tys. miejsc pracy w Europie. W ramach sektora przemysłowego powstało blisko 2 tys. nowych inwestycji – to aż o 27% więcej niż przed rokiem. Taki wzrost to efekt rosnącego popytu konsumenckiego na Starym Kontynencie. W minionym roku dominowały inwestycje wewnątrzeuropejskie (56%). Największym inwestorem zagranicznym w Europie są Stany Zjednoczone, które odpowiadały za 21% wszystkich nowych projektów ogłoszonych w 2017 roku. Wyhamował natomiast napływ nowych inwestycji z Chin.

Przepis na atrakcyjność

Mimo że przedsiębiorców niepokoi brak stabilności ekonomicznej i politycznej, połowa ankietowanych uważa, że atrakcyjność Europy wzrośnie w ciągu kolejnego roku. To aż o 15 pkt. proc. więcej niż w poprzedniej edycji badania EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy”. Deklarację odnośnie do realizacji nowych projektów w Europie sygnalizuje 35% inwestorów, co jest wynikiem o 7 pkt proc. lepszym niż rok wcześniej i pierwszym wzrostem od 2013 roku. – Zdaniem przedsiębiorców, Europa powinna skoncentrować się bardzo kompleksowo na kwestiach dotyczących cyfryzacji. Począwszy od wsparcia dla działań inwestycyjnych w technologię i infrastrukturę na potrzeby gospodarki cyfrowej, poprzez zwiększenie liczebności oraz wzmocnienie kompetencji osób mogących w niej pracować, ukierunkowanie administracji i usług publicznych na korzystanie z posiadanych rozwiązań elektronicznych, a na bezpieczeństwie cyfrowym skończywszy – podsumowuje Pawel Tynel.

***

O raporcie EY „Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2018”

Badanie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy 2018” (Game changers. EY’s Attractiveness Survey Europe) składa się z dwóch części: danych gromadzonych w ramach IBM Global Location Trends o inwestycjach zagranicznych w Europie w roku 2017 opracowanych wspólnie z EY oraz badania postrzegania przez inwestorów zagranicznych poszczególnych krajów oraz miast. Badanie telefoniczne zostało przeprowadzone przez instytut CSA w styczniu i lutym 2018 r. Na pytania EY dotyczące postrzegania atrakcyjności Europy odpowiedziało 502 respondentów – decydentów biznesowych odpowiedzialnych za inwestycje.

1 Analizowane w badaniu BIZ obejmują tylko te projekty, które tworzą nowe jednostki produkcyjne i usługowe oraz nowe miejsca pracy. W szczególności, wyłączono inwestycje realizowane za pośrednictwem rynków kapitałowych oraz transakcje fuzji i przejęć

2 Według raportu EY, w minionym roku liczba nowych BIZ w Polsce wyniosła 197, jednak – ze względu na zmianę metodologii raportu „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” – nie można jej porównywać z danymi dla Polski z poprzedniego roku.

Jak obligatariusze GetBack mogą dochodzić swoich praw i roszczeń?

Obecnie istnieje kilka kwestii budzących niepokój wśród obligatariuszy GetBack, na które powinni zwrócić uwagę. Dotyczą one warunków emisji obligacji, jakie zostały im zaproponowane. Należy zgromadzić potwierdzające je dokumenty, jak również wszystkie inne, które przedstawiono im w momencie nabycia – informacje na temat spółki, oświadczenia. Będą potrzebne na etapie postępowania przyspieszonego, jak i później – jeżeli będą dochodzić swoich roszczeń w sądzie. GetBack zaproponował, aby wszystkie odsetki od obligacji w ramach ostatecznie zatwierdzonego układu były umorzone. To o tyle niebezpieczne, że nawet jeśli tak się stanie – finalnie będzie to strata dla obligatariuszy, którzy będą mogli dochodzić ich wypłaty na drodze sądowej, np. od podmiotów dystrybuujących te obligacje. Na tym etapie ważne jest działanie kuratora.Powinien on dążyć, aby roszczenia były zabezpieczone w jak najlepszy sposób w ramach układu oraz uwzględniać to, że niektórzy już po jego zatwierdzeniu będą chcieli dochodzić roszczeń od innych podmiotów. Wiele obaw obligatariuszy budzi także sposób, w jaki należy działać w przypadku przyspieszonego postępowania. Jedną z możliwości jest niepodejmowanie działań przez obligatariusza, kiedy z mocy ustawy i postanowienia sądu działa za niego kurator reprezentujący jego interesy przy współpracy z radą wierzycieli, która ma zostać powołana w najbliższych dniach. Drugim rozwiązaniem jest samodzielne zgłoszenie udziału do postępowania przez osobę, która potrafi wykazać swoje uprawnienie do posiadania obligacji, chociażby za pomocą świadectwa depozytowego. Sąd w zasadzie nie ma możliwości, aby jej tego odmówić.

– Kolejną kwestią jest ustalenie okoliczności faktycznych, jakie miały miejsce podczas nabywania obligacji. Ważne jest określenie kręgu osób, które je oferowały – podmiotów, miejsc, świadków zdarzeń, osób z otoczenia obligatariuszy. To szczególnie istotne w przypadku postępowania sądowego – powiedziała serwisowi eNewsroom Barbara Garlacz, radca prawny – Zgodnie z ustawą Prawo Restrukturyzacyjne odsetki od obligacji są należne, jeżeli w ramach układu nie zostaną umorzone. Przepisy nie definiują, czy chodzi o odsetki za opóźnienie, czy kapitałowe. Doktryna i orzecznictwo jednoznacznie wskazują, że jedne i drugie wchodzą do układu. Jeżeli obligatariusz złoży żądanie przedterminowego wykupu – od momentu upłynięcia wyznaczonego czasu na jego spełnienie – należą mu się ustawowe odsetki za opóźnienie. Obecnie wynoszą one ok. 7 proc. Jeśli żądanie takie nie zostanie złożone – nadal ma prawo do odsetek kapitałowych, pod warunkiem, że nie nadszedł jeszcze termin zapadalności obligacji. Zgłaszając dodatkowe roszczenia można działać osobiście lub przez pełnomocnika. To procedura zalecana o tyle, że na pewnym etapie może się okazać, iż interesy kuratora i danego obligatariusza nie będą zbieżne. W takiej sytuacji można zgłaszać własne uwagi lub sprzeciw do układu, który zostanie zatwierdzony. Ostatnia kwestia pozostaje do późniejszego rozstrzygnięcia, jednak już teraz pojawiają się pytania – czy i w jaki sposób obligatariusze będą mogli dochodzić swoich roszczeń na drodze sądowej już po zatwierdzeniu układu – jak odsetki kapitałowe czy za opóźnienie. W tym zakresie wszystko będzie zależało od tego, czy w konkretnej sytuacji doszło do naruszenia praktyk rynkowych i przepisów prawa związanych z oferowaniem obligacji, czyli tzw. misselingu. Warto pamiętać, że obligatariusz może zostać uznany za konsumenta. Ma to kluczowe znaczenie dla opłaty sądowej uiszczanej od wartości przedmiotu sporu. Standardowo wynosi ona 5 proc., jednak gdy roszczeń dochodzi konsument i wynikają one z czynności bankowej określonej w prawie bankowym, wówczas opłata maksymalna to tysiąc złotych. Istnieją podstawy do uznania, że obligacje oferowane przez bank, to czynność bankowa – dodała Garlacz.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na WTI oraz BTC

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Według ostatniego raportu COT warto zainteresować się ropą naftową oraz – Bitcoinem.

WTI – coraz więcej krótkich pozycji

W poprzednim tygodniu zarządzający po raz kolejny powiększyli swoją pozycję po krótkiej stronie rynku, tym razem o ponad 5 tysięcy kontraktów. Co więcej z rynku zniknęło ponad 9 tysięcy długich pozycji, co daje bardzo niedźwiedzi wydźwięk dla ropy naftowej WTI.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme group

Z kolei patrząc na analizę techniczną mamy mieszany scenariusz. Z jednej strony ostatnie tygodniowe świece zapowiadają mocniejszą wyprzedaż, za to z drugiej mamy mocne wsparcie, które może przeszkodzić stronie sprzedającej. Jeżeli jednak poziom 65-66 USD zostanie pokonany, to bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja wyprzedaży w okolicę linii trendu wzrostowego. Pod naporem sprzedających notowania mogą pokonać linię trendu i zmierzać w okolicę 59 USD.

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Notowania WTI, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bitcoin – fundusze obstawiają kierunek południowy

Ostatni raport COT pokazuje czarno na białym – fundusze lewarowane obstawiają kierunek południowy. W poprzednim tygodniu po raz kolejny podaż przewyższyła popyt – zostało otwarte 33 kontrakty terminowe na shorta oraz zamknięte 46 kontraktów opierających na pozycję długą.

Warto zauważyć, że pozycja netto funduszy lewarowanych systematycznie spada od kilku tygodni, zatem bazowym scenariuszem pozostanie dalsza wyprzedaż pierwszej kryptowaluty na świecie.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Według analizy technicznej notowania BTCUSD znajdują się w trendzie spadkowym, aczkolwiek walczą o mocniejszy impuls wzrostowy. Sprzedający po raz drugi będą testować dołek z lutego bieżącego roku kalendarzowego, czy zostanie pokonany? Prawdopodobnie tak, co sprowadzi na rynek kryptowalut nieład. Po pokonanym wsparciu notowania mogą zmierzać w okolicę 4930 USD, po to aby finalnie dotrzeć w okolicę 3000 USD.

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Polski sektor kosmiczny czekają ważne zmiany. Ma się szansę znaleźć w gronie największych europejskich graczy

Polski sektor kosmiczny czekają ważne zmiany. Ma się szansę znaleźć w gronie największych europejskich graczy 1

W drugiej połowie tego roku ma być gotowy Priorytetowy Polski Program Kosmiczny, który będzie realizowany przez najbliższe 2–3 lata. Trwają także rozmowy na temat przystąpienia Polski do europejskiego konsorcjum SST, którego zadaniem jest obserwacja i śledzenie obiektów kosmicznych. Krajowy sektor ma szansę uczestniczyć w nowym rozdaniu finansowania po 2021 roku – mówi prezes Polskiej Agencji Kosmicznej. Duże zmiany w najbliższych miesiącach czekają także samą agencję. Te wydarzenia mogą wynieść wykorzystanie technik satelitarnych w naszym kraju na zupełnie nowy poziom.

– Rok 2018 będzie dla Polskiej Agencji Kosmicznej rokiem przełomowym. W tym roku ma się pojawić priorytetowy Krajowy Program Kosmiczny, który ma zdefiniować cele i sposoby rozwoju krajowego sektora kosmicznego w perspektywie 2–3 lat – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Grzegorz Brona, prezes Polskiej Agencji Kosmicznej.

Projekt Krajowego Programu Kosmicznego został przedstawiony w grudniu 2017 roku, a następnie poddany konsultacjom, które zakończyły się w kwietniu br. W wyniku konsultacji zapadła decyzja o przeformułowaniu programu i podzieleniu go na dwa dokumenty dotyczące różnych perspektyw czasowych. Priorytetowy Program Kosmiczny obejmie działania, których realizacja pozwoli w perspektywie 2–3 lat podnieść gotowość technologiczną krajowego sektora kosmicznego, a jednocześnie wesprzeć kluczowe przedsięwzięcia oraz utrzymać i rozwinąć istniejący potencjał podmiotów tego sektora. Program całościowy natomiast wskaże szereg projektów, których realizacja wypełni perspektywę kolejnych 10–15 lat.

– Jest to niesamowicie istotny rok także z punktu widzenia wstąpienia Polski do EUSST, czyli konsorcjum europejskiego, którego celem jest śledzenie obiektów w kosmosie i rozpoznawanie zagrożeń, czy to dla innych obiektów kosmicznych, czy to dla nas na Ziemi – wyjaśnia dr Grzegorz Brona. – Rozmowy z konsorcjum składającym się w tej chwili z dużych państw europejskich toczą się od roku. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie uda się nam jako Polsce przystąpić do niego i uczestniczyć w nowym rozdaniu finansowania po 2021 roku. 

Kolejną istotną dla sektora kwestią jest dostosowanie struktury Polskiej Agencji Kosmicznej zarówno do bardziej efektywnego wykorzystywania funduszy europejskich w przemyśle kosmicznym i intensywniejszego uczestniczenia w jego projektach, jak i do potrzeb krajowych przedsiębiorców z branży.

– Mam nadzieję, że do końca tego roku uda się przeprowadzić gruntowną reformę agencji – mówi prezes PAK.

Polska Agencja Kosmiczna została powołana w 2014 roku. Uczestniczy w realizacji strategicznych celów Polski poprzez podejmowanie działań wspierających zwiększenie wykorzystania systemów satelitarnych i przyspieszenie rozwoju technologii kosmicznych na rzecz krajowej administracji, nauki, gospodarki i obronności. Od 2012 roku Polska należy też do Europejskiej Agencji Kosmicznej i bierze udział w projektach realizowanych w jej ramach.

 W ciągu ostatniego roku prace Agencji były związane głównie z rozpoznaniem rynku europejskiego. Agencją kieruję od dwóch miesięcy, dlatego nie jestem w stanie szczegółowo podsumować wszystkich jej działań z zeszłego roku, natomiast wydaje się, że ten rynek został rozpoznany i wiemy, w jakim kierunku idziemy – ocenia Grzegorz Brona. – Przeprowadzono studia wykonalności pewnych projektów kosmicznych, które znajdą swoje odzwierciedlenie w Priorytetowym Polskim Programie Kosmicznym, a z drugiej strony nawiązano relacje z poszczególnymi graczami zarówno na rynku polskim, jak i na rynku globalnym.

Aniołowie biznesu coraz aktywniejsi. Z ich wsparcia skorzystała już co trzecia młoda, innowacyjna firma

Aniołowie biznesu coraz aktywniejsi. Z ich wsparcia skorzystała już co trzecia młoda, innowacyjna firma 2

33 proc. start-upów pozyskało kapitał na rozwój od anioła biznesu – krajowego lub zagranicznego – wynika z raportu fundacji Startup Poland. Ta forma finansowania staje się w Polsce coraz popularniejsza, bo w poprzedniej edycji badania (2016 rok) odsetek start-upów korzystających ze wsparcia aniołów wynosił 17 proc. Aniołowie biznesu zwykle są bardziej elastyczni niż fundusze inwestycyjne, których głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Działają w sposób mniej sformalizowany, często podejmują decyzję inwestycyjną na podstawie własnego doświadczenia i łatwiej negocjować z nimi warunki późniejszego wyjścia z inwestycji. 

Wsparcie aniołów biznesu ma charakter finansowy, ale ich wkład to również wiedza specjalistyczna ‒ szczególnie na początkowych etapach rozwoju, kiedy nowo powstałe firmy i młodzi przedsiębiorcy nie mają rozległej wiedzy na temat prowadzenia działalności, wyszukiwania źródeł finansowych, pozyskiwania klientów etc. – mówi agencji Newseria Biznes Luigi Amati, prezes organizacji Business Angels Europe oraz dyrektor generalny META.

Dla start-upów i początkujących przedsiębiorstw jednym ze jednym ze sposobów pozyskania zewnętrznego kapitału są aniołowie biznesu – prywatni inwestorzy, którzy z własnych środków inwestują w przedsięwzięcie, najczęściej we wczesnej fazie jego rozwoju (zasiewu i startu), obejmując w zamian określoną liczbę udziałów.

Po pierwsze, zapewniają spółce kapitał, a po drugie, odgrywają w jej strukturach aktywną rolę. Zwykle są to osoby mające doświadczenie w danym sektorze działalności i realizujące inwestycje w jego obrębie. Mogą oni pomóc przedsiębiorstwu rozwijać się poprzez udostępnienie własnych kontaktów, stworzenie możliwości handlowych, a także powiązania z innymi aniołami biznesu i inwestorami – mówi Luigi Amati.

Aniołowie biznesu mogą inwestować samodzielnie albo w ramach syndykatu, tworzonego przez pięciu, dziesięciu czy dwudziestu aniołów biznesu. Takie grupy są coraz bardziej aktywne na rynku. Realizują wspólne inwestycje, co z kolei zwiększa ich możliwości finansowania i oddziaływania na rzecz sukcesu spółki.

– Anioły biznesu działające pojedynczo zwykle są w stanie zainwestować kwoty rzędu 10, 20 lub 30 tys. zł lub euro, podczas gdy grupy aniołów biznesu mogą zaoferować finansowanie rzędu nawet 0,5 mln euro – mówi Luigi Amati.

Prezes Business Angels Europe i dyrektor generalny META podkreśla, że istotną różnicą pomiędzy aniołami biznesu a funduszami venture capital jest to, że inwestorzy zapewniający wsparcie w ramach VC zwykle rozpoczynają od inwestycji rzędu setek czy tysięcy euro, aż do osiągnięcia kwot kilkumilionowych.

Kolejną różnicą jest aktywne zaangażowanie aniołów biznesu. Wnoszą oni znaczny nakład czasowy na rzecz spółki, podczas gdy inwestorzy typu VC interesują się sprawami spółek tylko w pewnym stopniu, ale ich głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Z tego względu ich zaangażowanie w działania spółki jest bardziej ograniczone – mówi Luigi Amati.

Aniołowie biznesu zwykle są też bardziej elastyczni niż np. fundusze inwestycyjne działające według ścisłych reguł, których głównym zadaniem jest zarządzanie portfelami. Działają też w sposób mniej sformalizowany, podejmując decyzję inwestycyjną bardziej na podstawie swojego doświadczenia i intuicji.

Nowo powstałe przedsiębiorstwo czy start-up mający potencjał znacznego i szybkiego wzrostu, niezależnie od tego, w jakim sektorze prowadzi działalność, powinien poszukać odpowiedniego anioła biznesu, który będzie wspierać jego rozwój. Do inwestorów typu VC przedsiębiorstwa powinny zgłaszać się już na późniejszych etapach. Niekiedy fundusze venture capital angażują się już we wczesnych fazach rozwoju przedsiębiorstw, zwłaszcza gdy specjalizują się one w określonej dziedzinie działalności. Inwestorzy udzielający wsparcia w ramach venture capital mogą pełnić komplementarną rolę względem aniołów biznesu – uważa Luigi Amati.

Jak wynika z ostatniego raportu fundacji Startup Poland, aniołowie biznesu są w Polsce coraz bardziej aktywni. Z pomocy krajowych lub zagranicznych aniołów biznesu skorzystało rok temu 33 proc. polskich start-upów. W 2016 roku inwestycje w przedsięwzięcia we wczesnej fazie rozwoju w Europie wyniosły 9,9 mld euro, z czego większość – aż 6,7 mld euro – zostało doinwestowana właśnie przez aniołów biznesu. To ponad 8-proc. wzrost rok do roku. Trzy branże, w które najchętniej inwestują aniołowie, to technologie (39 proc. wszystkich inwestycji), ICT (36 proc.) oraz healthcare (13 proc.) – wynika z danych European Business Angel Network.

Słabnie koniunktura na europejskich rynkach nieruchomości. Wyjątkiem jest Polska

Słabnie koniunktura na europejskich rynkach nieruchomości. Wyjątkiem jest Polska 3

Aktywność zagranicznych inwestorów na polskim rynku nieruchomości wciąż rośnie. Dla nich polskie miasta oznaczają stabilną sytuację i pewne zyski, zwłaszcza na tle Europy Zachodniej. Pierwszy kwartał 2018 roku na rynku inwestycyjnym w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce zakończył się rekordowo wysokim wolumenem transakcji na poziomie ponad 2 mld euro. Popyt jest jednak znacznie większy niż oferta dobrych jakościowo obiektów, co powoduje wzrost cen. W połączeniu ze wzrostem kosztów budowy i brakiem wykwalifikowanej kadry może to zahamować aktywność inwestorów – ocenia Beata Latoszek z Deutsche Hypo.

Analizując dane z I kwartału 2018 roku, sytuacja na rynku nieruchomości w Polsce wygląda stabilnie. Jest zainteresowanie inwestorów rynkiem nieruchomości od grudnia do chwili obecnej, ono nie słabnie, wręcz nasila się. Wskaźniki, które są brane pod uwagę na rynku nieruchomości, takie jak stopy procentowe, tendencja i klimat do ryzyka, wyglądają bardzo pozytywnie, stąd rynek nieruchomości po analizie I kwartału wygląda najstabilniej na tle innych rynków Europy Zachodniej, takich jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Hiszpania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Latoszek, dyrektor zarządzająca Deutsche Hypo w Polsce.

Z raportu międzynarodowej firmy doradczej Savills „European Investment Briefing” wynika, że w Polsce w 2017 roku wolumen obrotów przekroczył rekordowy poziom 5,1 mld euro. Jeszcze lepszy na rynku inwestycyjnym w sektorze nieruchomości komercyjnych może się okazać 2018 rok, na co wskazują wyniki I kwartału – szacowany wolumen transakcji osiągnął ponad 2 mld euro. Z analizy Deutsche Hypo wynika, że obecnie można zaobserwować nasiloną aktywność inwestorów zagranicznych, zwłaszcza z USA, Kanady, Azji i Afryki Południowej. Inwestorów przyciąga stabilna sytuacja i dobra rentowność, wyższa niż w Europie Zachodniej.

– Stabilna sytuacja na rynku nieruchomości wynika z pięciu parametrów, które przedstawiliśmy w naszym indeksie REECOX, który został opracowany za I kwartał dla rynku nieruchomości w Europie – wskazuje Beata Latoszek. – Na indeks składają się takie dane wejściowe, jak WIG20, WIG Nieruchomości, poziom klimatu inwestycyjnego oraz stopy procentowe, stopa bazowa dla euro i oprocentowanie dziesięcioletnich polskich bonów skarbowych – wymienia ekspertka.

Według raportu REECOX koniunktura na europejskim rynku nieruchomości lekko słabnie i jest na najniższym poziomie od maja 2017 roku (Euro-Score na poziomie 241,6 przy 249,8 pkt w poprzednim kwartale). Polska z wynikiem 189 pkt plasuje się znacznie niżej niż pozostałe kraje (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Hiszpania i Holandia), jednak o ile w Polsce sytuacja jest stabilna (niemal niezauważalny spadek o 0,1 proc.), to inne kraje notują spore spadki.

W I kwartale właściwie we wszystkich krajach, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie Zachodniej, giełda wskazuje tendencję spadkową. Jeśli jednak chodzi o WIG Nieruchomości, to właściwie wszystkie kraje pokazują tendencję spadkową, a w Polsce ten czynnik jest stabilny – zauważa dyrektor Deutsche Hypo w Polsce.

W Polsce na koniec I kwartału kurs akcji WIG 20 spadł o 6,5 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i nieco ponad 10 proc. w skali kwartału. Rośnie jednak wskaźnik nastrojów gospodarczych (wzrost o 3,1 proc.), indeks WIG sektora nieruchomości znajduje się zaś na stabilnym poziomie (lekki wzrost 0,2–0,3 proc.).

– Patrząc na to, ile transakcji zostało zawartych w I kwartale, widać, jaki jest apetyt inwestorów na inwestowanie w Polsce. Wskaźnik REECOX pokazuje tendencję wzrostową z tego względu, że rentowność projektów na rynku polskim jest wyższa niż w Europie Zachodniej, stąd dane wyjściowe pokazują, że rynek polski jest stabilny, stopy procentowe zostają bez zmian dla euro, dla polskich obligacji też jest w miarę stabilna tendencja – podkreśla Latoszek.

Jak ocenia ekspertka, mimo stabilnej sytuacji w Polsce decyzja o transakcji powinna zostać poprzedzona wnikliwą analizą rynku. Duży popyt na nieruchomości przy stosunkowo niskiej ofercie dobrych jakościowo budynków oznacza wyższe ceny, ale niższe zyski. Różnice będą się pogłębiać, zwłaszcza biorąc pod uwagę rosnące koszty budowy i problemy ze znalezieniem pracowników.

– Sytuacja polityczna na świecie jest dość dynamiczna. To na pewno będzie miało odzwierciedlenie w giełdzie i w rynku nieruchomości, ale jest to indykator wcześniejszego obrazowania sytuacji, ostrzegania bądź potwierdzania, że coś może się zmienić albo pozostanie stabilne – tłumaczy Beata Latoszek.

Innowacyjne paliwa rakietowe rozwiążą problem zanieczyszczania kosmosu. Stworzone przez Polaków ekorakiety znajdą zastosowanie w misjach komercyjnych

Innowacyjne paliwa rakietowe rozwiążą problem zanieczyszczania kosmosu. Stworzone przez Polaków ekorakiety znajdą zastosowanie w misjach komercyjnych 4

Polacy są pionierami w kwestii kosmicznej ekologii. Otrzymane przez polskich naukowców paliwo m.in. z podtlenku azotu, znanego szerzej jako gaz rozweselający, pomoże rozwiązać problem zanieczyszczania kosmosu toksycznymi związkami. Obecnie podczas samego startu promu kosmicznego emitowanych jest do atmosfery co najmniej sto ton szkodliwych związków chlorowych. Opracowana przez polskich naukowców ekorakieta pozwoli w przyszłości zasilić największe rakiety kosmiczne. Polscy naukowcy otrzymują także paliwo kosmiczne z recyklingu, utleniając je nadtlenkiem wodoru.

– Ekologiczny napęd rakietowy to taki, który nie emituje do środowiska toksycznych związków, natomiast najbardziej efektywne paliwo rakietowe, które wciąż jest wykorzystywane w dużych rakietach nośnych, bazuje na związkach chloru. Przy starcie promu kosmicznego co najmniej sto ton kwasu solnego i samego chloru jest emitowanych do atmosfery, a chlorowodór dosyć długo zalega, nie tylko w atmosferze, lecz także potem przechodzi do wód powierzchniowych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Magiera, prezes zarządu Space Forest.

Naukowcy poszukują więc rozwiązań, które sprawią, że eksploracja kosmosu nie będzie tak dużym obciążeniem dla środowiska naturalnego. Wśród opracowywanych rozwiązań jest też projekt polskich inżynierów. Opiera się on na napędzie hybrydowym.

– Używamy podtlenku azotu, czyli znanego gazu rozweselającego, oraz mieszanin parafiny stałej jako paliwa. Przy spalaniu tych dwóch substancji głównym składnikiem spalin jest woda, wodór, dwutlenek węgla, tlenek węgla, czyli zwykłe gazy. Nie wprowadzamy do atmosfery związków chlorów, nie emitujemy ani grama także przy starcie rakiety – przekonuje Robert Magiera.

Firma Space Forest opracowała silniki hybrydowe, na razie o niedużym impulsie całkowitym (zmiana pędu, jaką może wykonać silnik w określonym czasie). Polscy inżynierzy pracują jednak nad bardziej wydajnym napędem. Zgodnie z zapowiedziami do końca roku mają opracować silnik SF200 o impulsie 200 tys. niutonosekund. Silnik znajdzie się na pokładzie cywilnej rakiety o średnicy 20 cm i wadze maksymalnej 120 kg, która będzie w stanie przekroczyć umowną granicę kosmosu, czyli 100 km wysokości.

– Docelowy silnik będzie miał ciąg prawdopodobnie w okolicy 5 ton i całkowity impuls rzędu 1 mln niutonosekund. Żeby wyobrazić sobie wielkość silnika, powiem, że w sumie będzie konsumował podczas pracy około 0,5 tony materiałów pędnych, z czego 100 kg przypada na paliwo, a pozostałe 400 kg przypada na podtlenek azotu – tłumaczy prezes Space Forest.

Ekologiczne silniki rakietowe będą wykorzystywane przede wszystkim do zastosowań cywilnych i komercyjnych. Firma chce świadczyć usługi przede wszystkim na potrzeby eksperymentów naukowych, a także dobrze uzasadnionych prac dyplomowych.

– Nasza rakieta będzie w 100 proc. odzyskiwalna. Zamierzamy obniżyć koszt dostępu do tego najbliższego kosmosu i uważamy, że uda nam się, dzięki temu zdobyć bardzo pokaźną grupę klientów, włączając w to ESA – zapowiada ekspert.

Polacy są pionierami w walce o ekologiczny kosmos. Opracowany przez Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa ILR-33 „Bursztyn” to pierwsza na świecie rakieta, która wykorzystuje jako utleniacz paliwa nadtlenek wodoru w stężeniu 98 proc. To związek chemiczny, który w dużo mniejszym stężeniu (3 proc.) nazywamy wodą utlenioną. Paliwem rakiety jest odpowiednio spreparowany polietylen, który może być pozyskiwany z recyklingu odpadów komunalnych. Opracowaniem bezpiecznej, przemysłowej metody wytwarzania 98 proc. nadtlenku wodoru zajmie się polski start-up Jakusz Spacetech.

Z założeń Polskiej Strategii kosmicznej wynika, że do 2030 r. obroty polskiego sektora kosmicznego będą stanowiły co najmniej 3 proc. europejskich obrotów tego rynku. Z przewidywań analityków Bank of America Merrill Lynch w ciągu najbliższych 30 lat wartość światowej branży kosmicznej może wzrosnąć do 2,7 bln dol.

Mieszkańcy polskich miast coraz chętniej podejmują proekologiczne działania. Czyste powietrze i gospodarka odpadami wśród największych wyzwań

Mieszkańcy polskich miast coraz chętniej podejmują proekologiczne działania. Czyste powietrze i gospodarka odpadami wśród największych wyzwań 5

Poprawa jakości powietrza, ekomobilność, inwestycje w zieloną infrastrukturę i przejście na gospodarkę o obiegu zamkniętym – to najpoważniejsze zadania stojące przed miastami, które chcą być eko. Coraz więcej polskich samorządów aktywnie działa na rzecz ochrony środowiska. Co istotne, te tematy coraz częściej są traktowane priorytetowo przez samych mieszkańców, dzięki czemu samorządom łatwiej wdrażać działania w tym kierunku. Właśnie wystartowała szósta edycja projektu Eco-Miasto, który nagrodzi najlepsze proekologiczne inicjatywy miast.

Celem konkursu Eco-Miasto jest wyłonienie miast, które mają osiągnięcia w dziedzinie rozwoju ekologicznego, promowania rozwiązań ekologicznych, zrównoważonego rozwoju i walki ze zmianami klimatu. Dużo podróżuję po Polsce i widzę ogromne zmiany, widzę, jak dużo samorządy lokalne robią dla środowiska. Radni i władze lokalne podejmują działania po to, żeby życie na co dzień było wygodne i przyjemne, żeby środowisko sprzyjało społeczeństwu. Te działania mają na celu powiększanie zielonych przestrzeni w miastach, poprawę efektywności energetycznej czy budowanie sieci transportu w oparciu o pojazdy z napędem elektrycznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Lévy, ambasador Francji w Polsce.

Smog, rosnące zapotrzebowanie na wodę i energię elektryczną, które w globalnej skali wzrośnie dwukrotnie do 2050 roku, zmiany klimatyczne czy migracja ludności do miast (według prognoz ONZ w połowie stulecia miasta będzie zamieszkiwać 2/3 światowej populacji) – to tylko część wyzwań, z którymi mierzą się samorządy. Aby im sprostać, muszą wdrażać nowoczesne, proekologiczne rozwiązania. Przykłady najlepszych praktyk ma wyłonić rozpoczynająca się właśnie szósta edycja projektu Eco-Miasto. To jedna z największych w Polsce inicjatyw popularyzujących ideę zrównoważonego rozwoju miast i samorządów lokalnych.

Eco-Miasto to możliwość pokazania, jak wielka odpowiedzialność spoczywa na miastach w kwestii zrównoważonego rozwoju. To również platforma wymiany doświadczeń dotyczących konkretnych rozwiązań, tego, w jaki sposób można sprzyjać zrównoważonemu rozwojowi miast – mówi Pierre Lévy.

Tegoroczna edycja konkursu Eco-Miasto wystartuje 11 czerwca br. Samorządy mogą do 10 września nadsyłać swoje formularze zgłoszeniowe, które są dostępne na stronie internetowej eco-miasto.pl. W tym roku miasta mogą prezentować swoje projekty w pięciu kategoriach: mobilność zrównoważona, gospodarka wodna, gospodarka o obiegu zamkniętym, efektywność energetyczna budynków oraz zieleń a powietrze.

Po raz pierwszy w tym roku jury oceni miasta za ich działania zmierzające w kierunku wprowadzenia gospodarki o obiegu zamkniętym. Zgodnie z tą ideą odpady nie powinny trafiać na wysypiska śmieci, lecz być przetwarzane w procesie recyklingu albo stać się źródłem energii. Przede wszystkim niezbędne jest jednak efektywne gospodarowanie zasobami i zmniejszanie ilości produkowanych odpadów.

W tym roku w formularzach konkursowych znajdzie się również pytanie o projekty realizowane w ramach budżetów obywatelskich. To wydzielona część budżetu miasta, która jest przeznaczona na inwestycje zgłaszane przez samych mieszkańców. Wiele takich inicjatyw wpisuje się w ideę zrównoważonego rozwoju: odpowiadają na potrzeby lokalnych społeczności, a jednocześnie przynoszą korzyści środowiskowe.

W konkursie mogą wystartować wszystkie polskie miasta i gminy. W każdej kategorii zostaną przyznane dwie nagrody – dla ośrodków liczących poniżej i powyżej 100 tys. mieszkańców. Uroczystość wręczenia nagród odbędzie się w ostatnim tygodniu września (27–28.09) w Warszawie, podczas międzynarodowej konferencji dotyczącej zrównoważonego rozwoju miast.

W tym roku w trakcie konferencji skupimy się na tematach związanych z budowaniem szkieletu miasta, omawiając kwestie związane z zieloną i błękitną infrastrukturą. Chcemy się skupić na jakości powietrza. To jeden z ważniejszych elementów zdrowego funkcjonowania miasta. Kolejny temat to „Miasto kopalnią surowców” i dotyczy zagadnień związanych z zagospodarowaniem odpadów, gospodarki o obiegu zamkniętym w mieście. Trzecia sesja tematyczna dotyczy wykorzystania otwartych zasobów danych, budowania miasta przyjaznego mieszkańcom i sposobów finansowania tego rozwoju – mówi Maria Andrzejewska, dyrektor Centrum UNEP/GRID-Warszawa.

Konferencja Eco-Miasto, która w zeszłym roku spotkała się z rekordowym zainteresowaniem, jest otwarta dla wszystkich zainteresowanych. Skierowana jest głównie do przedstawicieli administracji publicznej, organizacji pozarządowych i biznesu. Dla samorządów z całej Polski to wydarzenie jest okazją do wymiany doświadczeń i dobrych praktyk.

Konferencja jest elementem networkingu, umożliwiamy uczestnikom rozmowy w ramach mniejszych grup tematycznych, a jednocześnie nawiązanie kontaktów i dalszej dyskusji pokonferencyjnej. To jeden z bardzo ważnych celów naszej konferencji: połączenie wszystkich uczestników w jedną społeczność, która będzie mogła ze sobą współpracować – podkreśla Maria Andrzejewska.

W dotychczasowych edycjach konkursu Eco-Miasto wzięło udział blisko sto miast. Organizatorzy otrzymali w sumie 262 formularze zgłoszeniowe. Laureatami edycji 2017 zostały Gdynia (w trzech kategoriach), Jaworzno, Karlino, Częstochowa, Leszno, Katowice, Ostrów Wielkopolski, Wołomin, Lublin i Kartuzy.

W ubiegłym roku sześćdziesiąt trzy miasta wzięły udział w konkursie, jeszcze w 2016 roku było ich zaledwie dwadzieścia dziewięć. Sądzę, że w tym roku polskie miasta jeszcze bardziej licznie będą brać w nim udział, bo jest to szczególny rok, w którym odbędzie się konferencja COP24 w Katowicach. Polskie miasta mają okazję pokazać, jak wiele czynią dla środowiska – mówi ambasador Pierre Lévy.

Leszek Drogosz, dyrektor Biura Infrastruktury w Urzędzie Warszawy, zauważa, że polskie miasta zajęły się kwestiami związanymi z ochroną klimatu później niż miasta w Europie Zachodniej, dlatego mają dużo więcej do nadrobienia. Dodaje również, że zrównoważony rozwój i ekologia coraz częściej są traktowane priorytetowo przez samych mieszkańców, co ułatwia wdrażanie działań w tym kierunku.

– Mieszkańcy sami wiedzą, jak bardzo ważne jest czyste, zdrowe otoczenie i poprawa jakości powietrza. Mamy dzisiaj dużo większe poparcie, możemy wydawać więcej środków finansowych na inwestycje środowiskowe, na zieleń wzdłuż ulic Warszawy, na błękitną infrastrukturę, czyli retencję wód deszczowych, na efektywność energetyczną, czyli zmniejszanie zużycia energii w naszych domach, na budowanie budynków bardziej przyjaznych środowisku i efektywnych energetycznie. Te wszystkie działania mają dużo większe poparcie mieszkańców, dzięki temu kwestie środowiskowe jest nam łatwiej realizować – mówi Leszek Drogosz.

Organizatorami projektu Eco-Miasto są Ambasada Francji w Polsce oraz Centrum UNEP/GRID-Warszawa. Projekt jest realizowany we współpracy z firmami Renault Polska, Saur Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, DK Energy i TIRU – grupa Dalkia, a także Wspólnie – Fundacją LafargeHolcim.

Technologia rozpoznawania twarzy wchodzi do banków. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do konta

Technologia rozpoznawania twarzy wchodzi do banków. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do konta 6

Algorytmy są już w stanie rozpoznawać twarze z taką samą skutecznością jak ludzie. Stosuje się także coraz więcej zabezpieczeń uniemożliwiających oszukanie systemów np. poprzez pokazanie zdjęcia twarzy czy nagranego filmiku. Z tego względu na technologię otworzyły się banki, które coraz chętniej stosują ją w celu autoryzacji klientów w aplikacjach mobilnych. Wystarczy spojrzeć w kamerę smartfona, by zalogować się do aplikacji bankowej bez żmudnego wpisywania kodów autoryzacyjnych lub haseł SMS.

Facekey to rozwiązanie bazujące na algorytmie rozpoznawania twarzy. Banki w Polsce mogą je wykorzystywać do weryfikacji klientów za pośrednictwem urządzeń mobilnych. Po włączeniu aplikacji i wybraniu opcji „Chcę zalogować się na konto”, wystarczy spojrzeć na urządzenie i przeskanować autentyczny dokument, może to być paszport albo prawo jady. Aplikacja pobiera wszystkie informacje z dokumentu, w tym zdjęcie, a klient patrzy w kamerkę urządzenia. Już po sekundzie bank ma stuprocentową pewność, że nikt nie podszywa się pod jej klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas konferencji HLS&Cyber Israel Technology Day Ofer Schmidt z izraelskiej firmy Anyvision.

Banki otworzyły się na systemy rozpoznawania twarzy, które do tej pory stosunkowo łatwo było zhakować. Sytuacja zmieniła się po wprowadzeniu na rynek iPhone&HASH39;a X z technologią Face ID, która do autoryzacji użytkownika wykorzystuje nie tylko obraz z przedniego aparatu, lecz także analizuje twarz poprzez widmo podczerwieni, aby mieć pewność, że ma do czynienia z żywym odbiorcą, a nie np. jego zdjęciem.

Technologia FaceKay z kolei do weryfikacji użytkownika wykorzystuje wieloelementowy system autoryzacyjny, który skanuje twarz, ale również analizuje dokument tożsamości. Takie rozwiązanie minimalizuje ryzyko włamania się do aplikacji przez osoby postronne, a przy tym proces autoryzacji klienta trwa zaledwie dwie sekundy.

Cały proces logowania odbywa się niejako za kulisami. Obejmuje wiele elementów, w tym np. pobieranie informacji z dokumentu tożsamości, rozpoznawanie twarzy i sprawdzenie tego, czy bank kontaktuje się z prawdziwym klientem, a nie np. nagraniem wideo z jego podobizną. Jest to bardzo ważne dla wyeliminowania ewentualnych manipulacji i potwierdzenia, że osoba korzystająca z aplikacji jest tą samą osobą, której wizerunek znajduje się na dokumencie. Cały proces rozpoznania zajmuje tylko dwie sekundy – przekonuje ekspert.

Technologie rozpoznawania twarzy są coraz skuteczniejsze. Jonathan Phillips z National Institute of Standards and Technology, naukowiec zawodowo zajmujący się tą dziedziną technologii, skonfrontował system biometryczny z umiejętnościami biegłych sądowych, wyspecjalizowanych w rozpoznawaniu twarzy. Okazało się, że algorytmy radzą sobie z weryfikacją tożsamości równie dobrze co ludzie, a najlepsze rezultaty osiąga się, łącząc technologię biometryczną z doświadczeniem biegłych. Oznacza to, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wdrożyć tę metodę autoryzacji do powszechnego użytku w aplikacjach przetwarzających najwrażliwsze dane użytkownika.

Już wkrótce rozwiązanie tego typu zostanie wprowadzone w jednej z instytucji finansowych w Polsce. Skorzystają z niego banki i inne instytucje finansowe, na potrzeby obsługi klienta i weryfikacji określonych transakcji, które obarczone są większym ryzykiem. Dzięki temu banki będą mogły zapewnić całkowite bezpieczeństwo transakcji – przekonuje przedstawiciel Anyvision.

Według analityków Markets and Markets światowy rynek rozwiązań biometrycznych w zakresie rozpoznawania twarzy do 2022 roku osiągnie wartość 7,8 mld dol., przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14 proc.

Polacy oszczędzają na urlop co najmniej przez pół roku. Problemy finansowe głównym powodem rezygnacji z wakacji

Polacy oszczędzają na urlop co najmniej przez pół roku. Problemy finansowe głównym powodem rezygnacji z wakacji 7

W tym roku prawie 50 proc. Polaków wybiera się na wakacyjny urlop. Większość zamierza wypoczywać nie dłużej niż dwa tygodnie – wynika z badania Barometr przeprowadzonego na zlecenie Provident Polska. Najpopularniejsze kierunki to zagranica i polskie morze, nad które wybierają się przeważnie rodziny z dziećmi. Na wakacyjne wyjazdy Polacy wydadzą w tym roku nawet do 4 tys. zł i sfinansują je przeważnie z własnych oszczędności. Ponad połowa polskich rodzin musi odkładać na wakacje od sześciu miesięcy do nawet roku.

– W tym roku na wakacyjne urlopy wybiera się około 48 proc. Polaków. Zwykle będą to wyjazdy do dwóch tygodni. Na dłuższe urlopy pozwalają sobie osoby młode, przed 24. rokiem życia – są to zwykle studenci, którzy mają dłuższą przerwę semestralną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej  Provident Polska.

Jak wynika z cyklicznego badania Barometr, przeprowadzonego przez PBS na zlecenie Provident Polska, w kierunkach wakacyjnych dominują polskie morze – główny cel wypoczynku rodzin z dziećmi, oraz wycieczki zagraniczne. Mniejszą popularnością cieszą się polskie góry (23 proc.), agroturystyka (14 proc.) czy Mazury (8 proc.).

Ci, którzy w tym roku nie przewidują wakacyjnego urlopu, to głównie osoby starsze, osoby w przedziale wiekowym 40–59 lat oraz ci, którzy znajdują się w gorszej sytuacji materialnej. Głównym powodem pozostawania w domu w większości przypadków są właśnie trudności finansowe.

– Około 50 proc. badanych mówi, że nie może sobie pozwolić na wakacyjny urlop. Natomiast 5 proc. wskazuje na problemy zdrowotne lub brak chęci na wyjazd i wypoczynek – mówi Karolina Łuczak.

Prawie co dziesiąty ankietowany w badaniu Barometr Providenta ma trudności z wzięciem urlopu w pracy, planuje remont lub ciążą na nim obowiązki rodzinne, które uniemożliwiają mu w tym roku wyjazd na wakacje. Z kolei seniorzy częściej wskazują problemy ze zdrowiem albo brak chęci wyjazdu na letni urlop.

Z badania wynika też, że letnie wyjazdy to stosunkowo kosztowna inwestycja. 40 proc. Polaków wyda na ten cel od 1 tys. do nawet 4 tys. zł (średnia 2 732 zł). Najwięcej zamierzają przeznaczyć na wakacje rodziny z dziećmi (3–4 tys. zł), a najmniej seniorzy lub osoby wychowujące samotnie jedno dziecko (średnio 1,1 tys. zł).

– Zadaliśmy Polakom pytanie o formy finansowania wakacji. Okazuje się, że zwykle wyjazdy finansowane są z oszczędności. Na ten cel musimy oszczędzać od pół roku do roku – tak mówi 50 proc. respondentów. Natomiast 25 proc. badanych wskazuje na finansowanie wakacji z bieżących wydatków. Studenci zwykle są finansowani przez rodziców – nie dość, że mogą sobie pozwolić na dłuższy wypoczynek, to również rodzice zapewniają im środki na sfinansowanie wakacji – mówi Karolina Łuczak.

Najczęściej na wakacyjne wyjazdy oszczędzają osoby relatywnie zamożne, z wyższym wykształceniem. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że wybierają również inne kierunki wyjazdów – bardziej egzotyczne i nieco droższe. Osoby mniej zamożne, dla których często jest to wyjazd spontaniczny, odkładają na wakacje mniejsze kwoty. Co ciekawe, w grupie osób sponsorowanych dominują studenci, ale coraz częściej pojawiają się w niej także seniorzy, o których wypoczynek dba ktoś z osób bliskich – wynika z Barometru Providenta.

Polska w obliczu elektryfikacji sektora motoryzacyjnego

Samochody elektryczne to nie pieśń przyszłości, to rzeczywistość – mówili eksperci podczas konferencji prasowej zorganizowanej przez Włoską Izbę Handlowo-Przemysłową w Polsce.

7 czerwca w Ambasadzie Włoch w Warszawie odbyła się konferencja prasowa „Przyszłość elektrycznych i autonomicznych pojazdów w Polsce” zorganizowana przez Włoską Izbę Handlowo-Przemysłową. Podczas spotkania eksperci rozmawiali na temat wyzwań, jakie czekają ewoluujący w kierunku elektryfikacji sektor motoryzacyjny w Polsce i Europie.

Gości przywitali: Roberto Neccia, Radca Handlowy Ambasady Włoch i Piero Cannas, Prezes Włoskiej Izby Handlowo-Przemysłowej, którzy zapowiedzieli kolejną, drugą edycję International Automotive Business Meeting. Podkreślili oni, że IABM to jedno z największych spotkań branży motoryzacyjnej w Polsce, które skupia przedstawicieli europejskich, polskich i lokalnych władz, liderów branży motoryzacyjnej oraz jej ekspertów.

Wydarzenie w tym roku odbędzie się w dniach 27-28 listopada w Expo Silesia w Sosnowcu. Gościem honorowym konferencji w Ambasadzie był Arkadiusz Chęciński Prezydent Miasta Sosnowiec, który wyraził swoje przekonanie, iż przyszłość motoryzacji leży w rozwoju elektromobilności i na tym polu mamy do czynienia z prawdziwą rewolucją.

– Polska postanowiła postawić na elektromobilność i ekologiczne środki transportu, tym bardziej cieszę się, że miasto Sosnowiec będzie w tym roku gospodarzem International Automotive Business Meeting. Sosnowiec był kiedyś miastem przemysłu ciężkiego, podobnie jak cały region, dziś natomiast, to przemysł motoryzacyjny jest podstawą napędzającą gospodarkę naszego miasta – powiedział Arkadiusz Chęciński.

Kilka słów dodał również Łukasz Górecki, Menedżer Klastra SA&AM Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna S.A., który zaznaczył, że południe Polski jest bardzo ważnym centrum dla przemysłu motoryzacyjnego.

Dialog wszystkich stron zaangażowanych w proces przeobrażania się branży motoryzacyjnej

International Automotive Business Meeting to wydarzenie B2B skierowane do dużych producentów samochodów, największych dostawców Tier 1 i 2, a także instytucji oraz stowarzyszeń branżowych. Tegorocznym, szeroko omawianym tematem będzie elektromobilność, systemy wspomagające kierowcę ADAS (advanced driver assistance systems) oraz najnowsze trendy w branży motoryzacyjnej.  W wydarzeniu weźmie udział około 400 firm, nie tylko z Polski i Europy, ale także z największych światowych rynków motoryzacyjnych takich jak Chiny, Japonia, Indie oraz Stany Zjednoczone. W programie przewidziana jest konferencja z udziałem znanych międzynarodowych ekspertów z branży oraz kolacja galowa, a drugiego dnia działania networkingowe: Speed Business Mixer i spotkania B2B. Została uruchomiona także strona internetowa IABM, na której można już teraz dokonywać rejestracji: www.iabmevent.com.

– Polska i Europa stają obecnie w obliczu wielkiego wyzwania, jakie niesie ze sobą elektryfikacja sektora motoryzacyjnego. By stworzyć silny, konkurencyjny, zelektryfikowany przemysł motoryzacyjny musimy wspólnie wypracować ścieżkę rozwoju i być spójni w naszych działaniach –  mówi Piero Cannas. Celem IABM jest uzyskanie jasnej wizji zmian w sektorze motoryzacyjnym w najbliższej przyszłości i jej wpływu na łańcuch dostaw oraz określenie, w jaki sposób elektromobilność i zaawansowane systemy wspomagania kierowcy będą miały wpływ na rozwój sektora motoryzacyjnego w Polsce i na świecie – dodaje.

Organizatorem International Automotive Business Meeting jest Izba Włoska, a honorowy patronat nad wydarzeniem objęła Ambasada Włoch. Współorganizatorami wydarzenia są Miasto Sosnowiec, Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna (KSSE), Klaster „Silesia Automotive & Advanced Manufacturing oraz Japan External Trade Organization (JETRO). W organizacji IABM2018 współpracują też Polsko-Niemiecka Izba Przemysłowo-Handlowa, Francusko-Polska Izba Gospodarcza, Niderlandzko-Polska Izba Gospodarcza i Brytyjsko-Polska Izba Handlowa.

– Newralgiczna jest teraz kwestia czasu i nasza szybkość reakcji. Wierzymy, że wymiana opinii i doświadczeń realnie przełoży się na kształt czekających nas zmian, dlatego IABM inicjuje dialog wszystkich stron zaangażowanych w proces przeobrażania się branży – dodaje Piero Cannas.

Transformacja w kierunku elektromobilności

Obecny stan i perspektywy elektryfikacji transportu drogowego w Polsce, a także jej wpływ na polską gospodarkę omówił podczas konferencji w swoim wystąpieniu Marcin Korolec, Prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych, który podkreślił:

– Samochody elektryczne to nasza przyszłość, ważne żebyśmy umieli zadbać, aby były też przyszłością europejskiego przemysłu samochodowego.

Eksperci są zgodni, że przemysł motoryzacyjny ulega ciągłemu przeobrażeniu i już teraz ewoluuje w kierunku całkowitej elektryfikacji.

– W ostatnich latach przemysł samochodowy przeszedł wiele zmian. Niektóre z nich są już w toku, inne zostaną wprowadzone w życie w niedalekiej przyszłości. Wiążą się one znacząco ze wzrostem obecności elektroniki w pojazdach i ich zwiększoną elektryfikacją. Zmiany te mają również wpływ na układ hamulcowy, co zasadniczo dotyczy mechatroniki, tj. zarządzania częścią mechaniczną za pomocą układów elektronicznych. Firma Brembo kontynuuje prace nad systemem BBW (Brake By Wire), którego celem jest przewidywanie ewolucji poszczególnych elementów układu hamulcowego i utrzymanie wiodącej pozycji w dziedzinie innowacji produktowych. Osobiście, a przynajmniej w odniesieniu do układu hamulcowego, nie sądzę też, aby stopniowa elektryfikacja miała znaczący wpływ na koszty produkcji, jestem za to pewien, że aspekty działania i bezpieczeństwa mogą na tym wiele zyskać – powiedział Enrico Bologna, Country Manager Brembo Poland.

Światowy przemysł motoryzacyjny będzie ewoluował w kierunku elektromobilności, a Polska ma szansę na odegranie dużej roli w tym rozwoju. Nasz kraj posiada bardzo dobrą bazę przemysłową, aby stać się ważnym graczem na rynku producentów pojazdów elektrycznych, a elektryfikacja sektora transportu drogowego jest jednym z priorytetów gospodarczych rządu. Rozwój wydajnych i efektywnych samochodów elektrycznych może w znaczący sposób wpłynąć na gospodarkę, a poprawa powietrza, dbałość o środowisko naturalne, zmniejszenie ilości hałasu to dodatkowe, przyjemne „skutki uboczne” tego procesu.

– Branża motoryzacyjna znajduje się obecnie w bardzo ważnym momencie, a nadchodzące zmiany mogą w najbliższym czasie zdecydowanie odmienić obraz motoryzacji. Najbardziej widoczną zmianą jest dynamiczny rozwój pojazdów z napędami alternatywnymi. W ślad za e-mobilnością podążają cyfryzacja i automatyzacja pojazdów. Zmiany te wymagają jednak odpowiedniego otoczenia regulacyjnego i akceptacji konsumentów dla nowych rozwiązań – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Temat elektromobilności jest niezwykle istotny zarówno dla samej branży motoryzacyjnej, jak i dla polskiej i europejskiej gospodarki, dlatego tak istotna jest wymiana doświadczeń, wzajemne wsparcie i współpraca firm oraz instytucji. Listopadowe spotkanie International Automotive Business Meeting (IABM2018) będzie doskonałą okazją do budowania relacji i kreowania konstruktywnych wniosków, mających realny wpływ na przyszłe losy sektora motoryzacyjnego.

Dlaczego warto chronić znak towarowy? 5 najważniejszych korzyści

Ze znakami towarowymi spotykamy się na każdym kroku. Na przykład robiąc zakupy spożywcze, wybierając operatora telefonii komórkowej czy idąc do salonu kosmetycznego. Decydując się na zakup danego produktu wybieramy go sugerując się jego nazwą lub logo. Dobrze wypromowana marka staje się magnesem na klientów. A to oznacza, że jest cenna. Czasami dużo cenniejsza niż samochody, budynki czy maszyny danego przedsiębiorcy. 

Poniżej przedstawiam 5 powodów, dla których warto chronić znak towarowy.

  1. Uzyskujesz wyłączne prawo do nazwy w Twojej branży.

Chroniąc znak towarowy, przedsiębiorca nabywa wyłączne prawo do używania danego określenia w sposób zarobkowy i zawodowy na terenie całej Polski. Oznacza to, że żadna inna firma działająca w tej samej branży nie będzie mogła używać identycznej ani podobnej nazwy. A to sprawia, że można  z poczuciem bezpieczeństwa inwestować czas i pieniądze w jej dalszy rozwój i reklamę.

Przy tej okazji należy jednak pamiętać, że w procedurze rejestracji znaków towarowych obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Tworząc chwytliwą nazwę warto ją jak najszybciej zgłosić do ochrony w Urzędzie Patentowym, aby nikt nas nie wyprzedził.

Zobacz: Ile kosztuje rejestracja znaku towarowego w Polsce, UE i na świecie?

Z drugiej strony zastrzeżenie znaku towarowego nie jest zwykłą formalnością. Niektórych określeń zarejestrować się nie da. Ochrony nie otrzymają na przykład oznaczenia, które mają charakter opisowy oraz takie, które są podobne do już zarejestrowanych znaków towarowych. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z poniższego nagrania:

  1. Symbol ® przy firmowym logo wzbudza zaufanie wśród konsumentów.

Po zarejestrowaniu znaku towarowego przedsiębiorca może umieścić przy nim charakterystyczny symbol R-ki w kółku. Jest to skrót od angielskiego słowa „registered” i oznacza, że jest to zarejestrowany znak towarowy. Zabronione jest umieszczanie tego symbolu przy znaku niezarejestrowanym. Postępowanie takie zagrożone jest karą grzywny do 5 tys. zł.

Co ciekawe, ludzie powszechnie utożsamiają symbol ® z informacją o tym, że dany produkt jest oryginalny. To oczywiście błędne tłumaczenie, ale korzystne dla właściciela takiej marki. Oznacza bowiem, że konsumenci odbierają takie produkty jako te wyższej jakości. Podnosi to więc zaufanie do marki. I po części można się z tym zgodzić. Znaki towarowe są rejestrowane na okres 10 lat. Przedsiębiorca, który się na to decyduje, daje więc jasny sygnał, że planuje na rynku działać przynajmniej dekadę.

  1. Zarejestrowany znak towarowy jest narzędziem do walki z nieuczciwą konkurencją.

Zastrzeżenie znaku towarowego umożliwia skuteczną walkę z nieuczciwą konkurencją.

Informacja o tym jakie znaki towarowe są zarejestrowane publikuje Urząd Patentowy RP. Oznacza to, że konkurencja wybierając nazwę, pod którą chce działać, może wcześniej zweryfikować jej dostępność.

Niestety w praktyce często bywa tak, że przedsiębiorcy zamiast działać pod oryginalną nazwą, wolą iść na skróty, zbliżając się do marek o utrwalonej pozycji na rynku. W sytuacji, gdy konkurent próbuje podszywać się pod istniejącą markę, można wezwać go do zaprzestania naruszania praw przysługujących właścicielowi zarejestrowanego znaku towarowego. A udowodnienie przysługujących praw ogranicza się jedynie do przedstawienia świadectwa rejestracji.

Jest tam napisane:

  • jaki znak towarowy podlega ochronie (nazwa czy logo);
  • na jakie towary lub usługi;
  • na jakie terytorium oraz
  • kto jest jego właścicielem.

Mając zarejestrowany znak towarowy można także zablokować konkurencji możliwość używania znaku w reklamach tekstowych AdWords. Google umożliwia blokowanie tekstowych reklam AdWords, w których używane są zarejestrowane znaki towarowe. Każdy podmiot, który będzie chciał posłużyć się takim oznaczeniem, będzie musiał mieć zgodę właściciela znaku.

Więcej informacji na ten temat można znaleźć w poniższym nagraniu:

  1. Zarejestrowany znak towarowy chroni domenę internetową.

Rejestrując domenę nie stajemy się automatycznie jej właścicielami. Uzyskujemy jedynie możliwość czasowego posługiwania się nią. Tymczasem zastrzegając znak towarowy w Urzędzie Patentowym, uzyskujemy przynajmniej 10-cio letni monopol prawny na dane oznaczenie (taką ochronę można później przedłużać na kolejne okresy). W takim przypadku konkurent nie może się posługiwać określeniem identycznym ani podobnym do chronionego znaku.

Mając ochronę na słowny znak towarowy zabezpieczamy firmową domenę internetową. Natomiast znak słowno-graficzny chroni domenę jedynie w sytuacji, gdy jest on fantazyjny na płaszczyźnie fonetycznej. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z poniższego nagrania:

Zastrzegając swoją markę w Urzędzie Patentowym możemy skutecznie walczyć z szantażem domenowym. Proceder ten polega na tym, że przedsiębiorca zostaje poinformowany, o tym że konkurent chce kupić domenę internetową zawierającą w sobie nazwę jego firmy. Domena różni się np. końcówką com. Przedsiębiorca otrzymuje ofertę jej odkupienie w ramach „prawa pierwokupu”. Zjawisko to jest dość powszechne i występuje w różnych odmianach. Oferty kupna są często wysyłane mailowo od podmiotów z Chin.

Jeżeli markę firmy zarejestrowaliśmy, to można o tym poinformować szantażystę. W przypadku, gdyby konkurent faktycznie użył takiej domeny, to na drodze spornej będzie można mu ją odebrać.

  1. Znak towarowy może być dodatkowym źródłem dochodu.

Znak towarowy posiada ekonomicznie mierzalną wartość. Ma na nią wpływ między innymi rozpoznawalność znaku oraz dochody jakie przynosi firma. Właściciel znaku może udzielać odpłatnej licencji na korzystanie z niego. To też dobry sposób na skalowanie swojego biznesu. Dla wielu osób atrakcyjniejsze będzie wejście we współpracę na zasadzie franczyzy, niż budowanie własnej marki od zera. Tak przykładowo rozwija się sieć sklepów ŻABKA.

Z drugiej strony taka umowa licencyjna może być podpisana z dystrybutorem w obcym kraju. Ochrona marki w takim kraju staje się szczególnie ważna. Chodzi bowiem o to, że jeżeli jej nie ma, to dystrybutor może dokonać zgłoszenia znaku na siebie. Będzie to wtedy dla niego silna karta przetargowa aby negocjować warunki współpracy z producentem. Jeżeli nie dojdą do kompromisu, dystrybutor na lata może zablokować mu rynek danego kraju. I takie sytuacje się zdarzają.

Zdarza się też tak, że firmy wpadają w problemy finansowe. Muszą znaleźć środki na spłatę zobowiązań wobec wierzycieli. Mając zarejestrowany znak towarowy mogą go sprzedać (alternatywnie zrobi to za nich likwidator). Kwota, którą uda się uzyskać ze sprzedaży pomniejszy dług przedsiębiorstwa. Jeżeli marka jest popularna na rynku, to jej wartość może być duża, a chętnych na jej kupno prawdopodobnie nie zabraknie. Łatwiej bowiem jest zapłacić za rozpoznawalną markę, która ma już swoich stałych odbiorców, niż inwestować finanse w reklamę nowej nazwy na rynku.

Powodów, dla których warto zarejestrować znak towarowy jest wiele. Taka ochrona może się  przydać na każdym etapie działalności firmy. Na początku zabezpieczy chwytliwą nazwę. Później umożliwia walkę z nieuczciwą konkurencją. Finalnie, dobrze rozpoznawalną markę można sprzedać lub zarabiać na jej licencjonowaniu. W takim przypadku znak towarowy może się stać źródłem dochodu pasywnego.

Mikołaj Lech

Tekst opublikowany przy współpracy z Mikołajem Lechem, autorem bloga o prawnej ochronie znaków towarowych nagrodzonego przez Urząd Patentowy RP: https://znakitowarowe-blog.pl/

Czy innovation box pozwoli zatrzymać przedsiębiorców w Polsce?

Preferencyjny system podatkowy dla innowacyjnych przedsiębiorstw funkcjonuje już w 13 krajach europejskich. Oferujący niską stawkę opodatkowania dochodów z tytułu własności intelektualnej program ma wkrótce trafić do Polski. Oby jak najszybciej, choć w obliczu złamanych obietnic obniżenia stawki VAT, rosnących obciążeń fiskalnych i kar dla przedsiębiorców tzw. innovation box wydaje się skórką niewartą wyprawki.

Już w 2000 r. Unia Europejska dostrzegła słabnącą konkurencyjność wspólnotowej gospodarki wobec innych rynków. Remedium na to miała być tzw. strategia lizbońska, czyli społeczno-gospodarczy plan rozwoju UE na lata 2000–2010. Jednym z jej głównych filarów była innowacyjność. Niestety, Polska nie spełniła oczekiwań. W rankingu państw opublikowanym przez Komisję Europejską w czerwcu 2017 r. w zakresie działań w obszarze innowacji nasz kraj zajął 4. miejsce od końca – wyprzedził tylko Chorwację, Bułgarię i Rumunię.

Czym jest innovation box?

Większość państw wyprzedzających Polskę w przywołanym zestawieniu KE oferuje korzystniejsze środowisko biznesowe dla przedsiębiorstw kładących nacisk na badania i rozwój. Patent box to system preferencyjnego opodatkowania dochodów uzyskiwanych z tytułu własności intelektualnej, głównie z patentów. Może obejmować inne przejawy własności intelektualnej, jak wspomniane wzory przemysłowe czy znaki towarowe – wówczas nazywany jest innovation box.

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by przedsiębiorcy, którzy stworzą nową technologię lub usługę, a następnie zaczną ją sprzedawać, byli opodatkowani w zakresie uzyskiwanych dzięki temu dochodów maksymalną stawką 4%. Rządowa propozycja preferencyjnej stawki CIT miałaby zacząć obowiązywać jeszcze w 2018 r.

Polska rajem podatkowym

Państwa oferują różne zakresy innovation box. Część ogranicza się tylko do preferencyjnego opodatkowania dochodów z patentów, inne przewidują je dla szerszej skali innowacji uzyskanych przez przedsiębiorstwo wskutek działań badawczo-rozwojowych.

Różne stawki opodatkowania i różne ulgi oferowane w ramach systemu innovation box są dla przedsiębiorców niczym innym, jak zachętą do dokonywania optymalizacji podatkowej. Zaskakujące więc, że choć polski rząd intensywnie pracuje nad uszczelnianiem systemu podatkowego, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii chce, by innovation box w Polsce sprawiło, że stanie się ona rajem podatkowym na tle innych państw.

Czy to tylko kolejna obietnica?

Czy zapowiedź wprowadzenia preferencyjnych i konkurencyjnych wobec systemów innych państw regulacji podatkowych stanie się faktem? Byłaby to miła odmiana dla przedsiębiorców, bo dotąd nurt ustawodawstwa podatkowego zdecydowanie zmierzał w stronę zwiększania obciążeń fiskalnych. Już od 1 stycznia 2019 r. ma obowiązywać w Polsce nowy podatek od zysków, których nie ma, tzw. exit tax. Jeśli to się ziści, przedsiębiorcy przenoszący swoją działalność za granicę będą musieli zapłacić z tego tytułu podatek od zysków, jakie zrealizowaliby na terytorium RP. To unijny podatek, który ma rekompensować krajom „narodzin” firmy koszty poniesione w związku z tworzeniem przedsiębiorstwa, a także udzielone w tym zakresie ulgi.

Innovation box, będący zachętą do pozostania w Polsce, a nie karą za jej opuszczenie, to właściwy oręż w walce o pieniądze przedsiębiorców. Ale ci zdążyli się już przyzwyczaić, że obietnice to jedno, a ich realizacja – drugie, jak choćby w przypadku deklarowanej od dawna obniżki stawki VAT z 23% na 22%.

A o podatki z kieszeni przedsiębiorców walczyć trzeba. Bo podczas gdy w Polsce składane są dopiero obietnice, już teraz stawka CIT w ramach innovation box w Holandii wynosi 5%, a na Cyprze – tylko 2,5%.

Swoboda tworzenia

Ze względu na swój specyficzny charakter własność intelektualna ma to do siebie, że jest ściśle związana nie z miejscem powstania, a z osobą twórcy. Wynalazki, wzory przemysłowe czy znaki towarowe można tworzyć gdziekolwiek – dlatego też twórcy mogą pracować nad swoimi pomysłami w dowolnym państwie, wedle swoich upodobań. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dostrzegło ten fakt. Zwróciło uwagę, że polscy przedsiębiorcy i wynalazcy mogą chcieć spieniężać swoje innowacje w obcym państwie ze względu na panujący w nim korzystny klimat ekonomiczny.

Przedsiębiorcy w Polsce borykają się na co dzień z podwójnym, a nawet wielokrotnym opodatkowaniem poszczególnych segmentów swojej działalności. Jednocześnie nie otrzymują wsparcia finansowego ze strony państwa w zakresie nakładów na badania i rozwój – co pokazuje opublikowane przez Komisję Europejską zestawienie. Innowacyjni przedsiębiorcy już teraz wolą więc przenosić swoje przedsięwzięcia np. na Cypr lub do Wielkiej Brytanii. Cypr jest jurysdykcyjnym rajem dla przedsiębiorstw opierających swoją działalność na przychodach z tytułów praw licencyjnych i własności intelektualnej. Zjednoczone Królestwo w 2017 r. po raz pierwszy dołączyło do grona europejskich liderów innowacji.

Ograniczenia OECD

Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) dostrzegła już wiele lat temu, że firmy wykorzystywały innovation box głównie do optymalizacji podatkowej – prace badawcze przeprowadzały w państwach, w których warunki były ku temu najkorzystniejsze, a komercjalizowały ich wyniki tam, gdzie obowiązywały najniższe stawki CIT. Dlatego OECD obwarowuje możliwość wprowadzenia preferencyjnych stawek innovation box. Innowacyjne przedsiębiorstwo musi m.in. wykazać, że co najmniej część prac badawczych prowadzona była na terenie kraju, pod którego jurysdykcją chce potem korzystać z niskiej stawki CIT.

Ograniczenia mają też zawęzić zakres innowacji, które można będzie objąć innovation box, do tych powstałych w branży technologicznej. A to już grozi urzędniczymi nadużyciami i swobodą interpretacyjną organów podatkowych. Cóż jednak zrobić, gdy sami urzędnicy z Brukseli uznają marchewkę za owoc, a ślimaka za rybę?

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Klimat risk-off, jaki powrócił pod koniec mijającego tygodnia, dowodzi o niepewności, jaka panuje wśród inwestorów w obliczu wydarzeń zbliżających się dni. Poza weekendowym szczyt G7 rynkom przyjdzie się zmierzyć z ważnymi decyzjami Fed, EBC i BoJ, głosowaniami ws. Brexitu oraz śledzić spotkanie Trump-Kim. A to wszystko zanim inwestorzy zaczną śledzić Mundial.

Przyszły tydzień: FOMC, CPI z USA, EBC, Brexit, CPI i rynek pracy z Wlk. Brytanii, BoJ, rynek pracy z Australii

USA

Powszechnie oczekuje się, że posiedzenie FOMC (wt-śr) przyniesie podwyżkę stóp procentowych o 25 pb, ale nie ma silnego uzasadnienia za tym, aby Fed wpływał na oczekiwania w kwestii szans na łącznie cztery podwyżki w całym 2018 r. Jednak „dot plot” agreguje indywidualne oceny poszczególnych członków, więc przesunięcie mediany z trzech na cztery nie jest całkowicie wykluczone, choć istotniejsze będzie, jak szybkie tempo zacieśniania będzie realizowane w kolejnych latach. Ogólnie przekaz FOMC powinien być neutralny z ryzykiem umiarkowanych niespodzianek zarówno gołębich, jak i jastrzębich. Głównym ryzykiem dla dolara jest fakt, że sporo pozytywnych informacji jest już zdyskontowanych (solidne dane, oczekiwania przed FOMC) i trudniej będzie o wzbudzenie świeżego popytu przy publikacjach sprzedaży detalicznej (czw) i produkcji przemysłowej (pt). Dane o inflacji (wt) mają wskazać przyspieszenie, ale reakcja rynku może być opóźniona przez wyczekiwanie na decyzję Fed.

Strefa euro

W strefie euro wszystko będzie się kręcić wokół posiedzenia EBC (czw). Po komentarzach członków Rady Prezesów w mijającym tygodniu rozgorzała debata o tym, czy już teraz poznamy szczegóły przyszłości programu. Jakkolwiek rozpoczęcie debaty o strategii wygaszania QE jest pewne, nie sądzimy, aby EBC ogłosił szczegółowy plan przedłużenia po wrześniu (i prawdopodobnego zakończenia programu do końca 2018 r.). Na konferencji prezes Draghi z optymizmem może wypowiadać się o perspektywach gospodarczych, ale nie udzieli wskazówek odnośnie terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych. Brak konkretów może być rozczarowujący dla uczestników rynku, ale okres do decyzji może przynieść aprecjację EUR.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii premier May czekają ciężkie dni (wt-śr) głosowań nad poprawkami do ustawy o wyjściu z UE. Jeśli poprawki dotyczące pozostania Wlk. Brytanii w Europejskim Obszarze Gospodarczym przejdą, będzie to sygnał, że parlament chce „miękkiego Brexitu”, ale jednocześnie będzie to cios w przywództwo May i zagraża stabilności rządu. Stąd wpływ na funta jest trudny do przewidzenia z wyprzedzeniem. Jeśli ryzyko polityczne wygaśnie, uwaga powinna przerzucić się na dane pod kątem budowy oczekiwań przyszłych posunięć BoE (czyt. szans na sierpniową podwyżkę). Podczas gdy inflacja CPI (śr) może się stabilizować, tak raport z rynku pracy (śr) powinien wysyłać dobre sygnały, a potwierdzenie przyspieszenia dynamiki płac będzie wspierać GBP. Do skoku sprzedaży detalicznej trzeba będzie podejść z rezerwą przez skutki ślubu księcia Harry’ego i Meghan Markle.

Polska

W Polsce dane o bilansie płatniczym (śr) i finalne szacunki inflacji (czw) nie zachwieją oceną fundamentów gospodarczych, ale dla złotego ważniejszy będzie generalny sentyment w stosunku do rynków wschodzących. Końcówka mijającego tygodnia przynosi powrót presji na waluty EM, ale wcześniej wspomniane fundamenty powinny chronić złotego i skłaniać inwestorów do taktycznej sprzedaży EUR/PLN przed 4,30. Premia za ryzyko pozostaje jednak podwyższona, co może skutkować silnymi wahaniami.

Japonia

W Japonii na pierwszym planie będzie decyzja Banku Japonii (pt), gdzie nie spodziewamy się zmian w polityce. Inflacja bazowa spadła w kwietniu do 0,7 proc. i nawet nie wykazuje podstaw do zakładania jej powrotu do celu 2 proc. Ale o rozszerzeniu luzowania monetarnego raczej nie ma mowy, gdyż BoJ bardziej martwi się o negatywne konsekwencje drenowania płynności rynku długu (poprzez skup obligacji). Oczekiwalibyśmy, że bank potwierdzi swoje zobowiązanie do kontynuacji ultra-łagodnej polityki z nadziejami na powrót inflacji do celu z średnim terminie. Nie ma tu nic, co mogłoby pobudzić handel JPY, ale nerwowość na rynkach będzie sprzyjać odpływowi kapitału do bezpiecznych przystani.

Australia

W Australii indeks zaufania biznesu (wt) powinien potwierdzać dobre tempo ożywienia, a dane z rynku pracy (czw) prawdopodobnie wskażą na kontynuację poprawy warunków zatrudnienia. Przemówienie prezesa RBA Lowe’a (śr) ma dotyczyć produktywności i wynagrodzeń, stąd istotne będzie poznanie opinii na temat perspektyw płac. Jakkolwiek dane mają potencjał dać AUD krótkoterminowe wsparcie, dobre odczyty nie powinny być zaskoczeniem. Dla AUD kluczowe znaczenie teraz ma sentyment zewnętrzny i trend USD, które ostatnio nie są przychylne Aussie i mogą przyćmić czynniki lokalne. Kalendarz dla NZD jest pusty, więc kiwi będzie na łasce globalnego apetytu na ryzyko, choć zdaje się on bardziej odporny na osłabienie niż AUD.

Kanada

W Kanadzie tydzień nie przynosi istotnych publikacji makro. CAD jest w trudnym położeniu, z jednej strony z dobrą postawą fundamentalną wspierającą oczekiwania na podwyżkę stopy procentowej BoC w lipcu, a z drugiej przy niepewności o przyszłość NAFTA oraz generalnym zagubieniem inwestorów w odniesieniu do nastawienia do ryzyka. Ścieranie się przeciwstawnych sił może zamknąć USD/CAD w dotychczasowej konsolidacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kim są użytkownicy social media w Polsce?

NapoleonCat – platforma do zarządzania komunikacją w social media – postanowiła przeanalizować udział procentowy osób korzystających z największych platform społecznościowych w Polsce. Pod lupę wzięto użytkowników Facebooka, Instagrama oraz Messengera. Kim są osoby korzystające z tych serwisów? Odpowiedź poniżej.

NapoleonCat_FacebookNiekwestionowanym liderem wśród mediów społecznościowych w Polsce jest Facebook. Obecnie korzysta z niego 16,3 mln osób powyżej trzynastego roku życia. Największą grupę, bo aż 29%, stanowią osoby w przedziale wiekowym 25 – 34 lata. Na drugim miejscu plasują się użytkownicy pomiędzy 18 a 24 rokiem życia, które stanowią 23% społeczności. Natomiast ostatnie miejsce na podium zajmuje grupa wiekowa 35 – 44 lat, co daje 20% użytkowników serwisu. Podział korzystających z Facebooka ze względu na płeć kształtuje się następująco: 52% kobiet i 48% mężczyzn.

NapoleonCat_MessengerDrugą platformą pod względem liczby użytkowników jest Messenger. Korzysta z niej 11 milionów Polaków. Podobnie jak w przypadku Facebooka, największą grupą, stanowiącą 30% są osoby pomiędzy 25 a 34 rokiem życia. Z aplikacji korzysta 25%  użytkowników w wieku 18 – 24 lata. Na trzecim miejscu, z wynikiem 19% plasują się osoby pomiędzy 35 a 44 rokiem życia. Aplikację posiada 53% kobiet i 47% mężczyzn.

NapoleonCat_InstagramOstatnią platformą poddaną analizie jest Instagram, z którego korzysta 5,9 mln Polaków. Największą grupą użytkowników, stanowiącą 37%, są osoby w wieku 18 – 24 lata. Na drugiej pozycji znalazły się osoby pomiędzy 24 a 35 rokiem życia, z wynikiem 27%. Dużym zaskoczeniem może być grupa zamykająca podium, czyli użytkownicy w wieku 13 – 17 lat, którzy stanowią 17% społeczności aplikacji. Głównymi użytkownikami Instagrama w Polsce są kobiety – 58%. Natomiast z Instagrama rzadziej korzystają mężczyźni, których jest 42%.

Bank Turcji znów działa. MFW wspiera Argentynę

Jeszcze nie tak dawno inwestorzy oprócz Wenezueli obawiali się przyszłości Turcji i Argentyny. Dzisiaj pierwsze z tych państw stabilizuje nierozważną politykę monetarną a drugie wychodzi na prostą wsparte przez MWF.

Turcja podnosi stopy procentowe

Wczoraj zgodnie z oczekiwaniami analityków w Turcji podniesiono stopy procentowe. Jak widać dotychczasowa doktryna ekonomiczna prezydenta, że to wysokie stopy procentowe powodują inflację idzie w zapomnienie i bank centralny zaczyna wreszcie reagować. Podwyżka była wyższa od oczekiwań a główna stopa procentowa wzrosła o 1,25% podczas gdy rynki oczekiwały zaledwie 0,5%. Mocniej wzrosła tylko stopa płynnościowa. Jak zareagowały rynki walutowe? Po decyzji było widać silne umocnienie liry tureckiej. Przed decyzją za dolara płacono 4,57 liry, niedługo po decyzji 4,46 liry. Dzisiaj co prawda obserwujemy korektę, ale inwestorzy przychylniej patrzą na Turcję. Politycznie dalej jest to ryzykowny kraj, biorąc pod uwagę nadchodzące wybory, ale przynajmniej nie wynajduje ekonomii od nowa.

MFW ratuje Argentynę

Międzynarodowy Fundusz Walutowy zawarł umowę z Argentyną na trzyletnią promesę kredytową na imponującą kwotę 50 miliardów dolarów. Wciąż co prawda zarząd Funduszu może zawetować porozumienie, ale analitycy wskazują, że to mało prawdopodobny scenariusz. Jaki jest koszt takiego porozumienia? Są to oszczędności budżetowe. Szybsze cięcie deficytu budżetowego oraz wypracowanie nadwyżki już w 2020 roku. W planach jest też walka z inflacją, którą w ciągu 3 lat planuje się obniżyć do 9% w skali roku. Biorąc pod uwagę 40% stopy procentowe należy się spodziewać ich szybkiej obniżki jak tylko kraj zacznie wychodzić na prostą. W przeciwnym razie zduszą one nie tylko inflację ale również wzrost gospodarczy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych pozornie brak ważnych danych. Warto zwrócić uwagę, że rozpoczyna się posiedzenie państw z Grupy G7, a po zamknięciu rynków poznamy decyzję Fitch w sprawie ratingu naszego kraju. Analitycy nie spodziewają się niespodzianek. Ocena agencji już jest przyzwoita, aczkolwiek bardziej należy brać obecnie pod uwagę jej poprawę patrząc na zachowanie polskiej gospodarki na tle Europy niż bać się pogorszenia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Anna Pawlak-Kuliga obejmie stanowisko prezesa IKEA w Chinach

Po pięciu latach pracy w Polsce, w tym dwóch na stanowisku prezesa IKEA Retail, Anna Pawlak-Kuliga obejmie stanowisko prezesa IKEA w Chinach. Tymczasowo obowiązki prezesa firmy w Polsce przejmie Iwona Szczęka, członek zarządu.

Anna Pawlak-Kuliga, IKEA
Anna Pawlak-Kuliga, IKEA

Ostatnie lata to okres bardzo dynamicznego rozwoju IKEA w Polsce. Razem z zespołem stworzyliśmy wiele ciekawych inicjatyw, w tym nowe kanały sprzedaży, tak by klienci mogli robić zakupy gdzie, kiedy i jak chcą. Otworzyliśmy innowacyjne punkty sprzedaży jak IKEA Centrum dla Firm. Uruchomiliśmy pierwszy na świecie Hub Innowacyjny dla IKEA oraz centrum rekrutacji Twoje Studio Pracy – mówi Anna Pawlak-Kuliga, Prezes IKEA Retail w Polsce. W 2017 roku otworzyliśmy sklep w Lublinie, a teraz intensywnie pracujemy nad nowym formatem sprzedaży w Warszawie, w centrum handlowym Blue City.

Moim osobistym celem zawsze było to, by Polacy mogli pięknie i wygodnie mieszkać, a nasi pracownicy czuć prawdziwą dumę z tego, że pracują w IKEA. Za jedno z najważniejszych osiągnięć uważam podniesienie minimalnej stawki godzinowej do 20 zł. W IKEA stawiamy na równy udział kobiet i mężczyzn – na stanowiskach kierowniczych zatrudniamy 50% kobiet, niewielu firmom w Polsce udało się osiągnąć ten wskaźnik. Polski zespół ma swój wkład w to, żeby IKEA była firmą zrównoważoną, przyjazną środowisku i ludziom. Chcemy być prekursorem poważnego podejścia biznesu do gospodarki obiegu zamkniętego. A wszystko to przy utrzymaniu stałego, dwucyfrowego wzrostu sprzedaży – dodaje Anna Pawlak-Kuliga.

Obejmując stanowisko prezesa IKEA Retail we wrześniu 2016 roku, Anna Pawlak-Kuliga została pierwszą Polką kierującą polskim oddziałem firmy. Z IKEA związana jest od 10 lat. Od 2008 roku pełniła rolę Nawigatora Biznesu dla IKEA w Wielkiej Brytanii. Do Polski wróciła w 2012 roku, początkowo jako członek zarządu IKEA Retail, a rok później – także wiceprezes. Jednocześnie zasiada w zarządzie spółki IKEA Property oraz w radzie nadzorczej IKEA Distribution na Europę południowo-wschodnią i radzie nadzorczej IKEA Centers Polska. Jest również Członkiem Rady Programowej UN Global Compact Poland.

Na rynki powraca awersja do ryzyka. Kurs euro wraca na 4,28

Awersja do ryzyka powraca na rynki, choć bez konkretnego zapalnika, za to z garścią potencjalnych powodów do obaw, które teraz na szybko są podciągane pod zmiany cen aktywów. Osobiście odbieram to jako dalsze zagubienie rynków, które potwierdza moje obawy z początku tygodnia, że sielankowemu rajdowi ryzykownych aktywów brakowało przekonania, a za to łatwo będzie go złamać.

To miałby tydzień oddechu po huśtawce z maja i do wczoraj tak było. Jednak potwierdziło się też, że odbicie jest budowane na kruchych podstawach i trzeba pozostać czujnym, bo z byle powodu wszystko może się zawalić. Wczoraj nagłe tąpnięcie na rynku długu USA (rentowność 10-latek spadła z 2,99 proc. o 2,92 proc.) podniosło obawy, że jest powód, by uciekać w bezpieczne obligacje. Awersja do ryzyka wsparła USD (mimo spadku rentowności), a zyskiwać zaczęły JPY i CHF. Dziś rano widzimy dalsze konsekwencje trybu risk-off z przeceną na rynkach akcji, czy walut ryzykownych (AUD, CAD, PLN).
Szum informacyjny dodaje paliwa do niepokojów i każdy temat jest wykorzystywany jako potencjalny powód zmian cen aktywów, nawet jeśli od żadnego z nich nie wypłynął konkretny impuls mogący poruszyć inwestorów. Niemniej jednak dyskusje obracają wokół startującego szczytu G7, przez przyszłotygodniowe posiedzenia Fed i EBC aż do spotkania prezydenta USA Donalda Trumpa z liderem Korei Płn. Kim Dzong Unem. Nie twierdzę, że wydarzenia te powinny zostać zignorowane – w żadnym wypadku – ale też na ten moment nie ma podstaw do mocnych spekulacji. To jednak pokazuje, jak głębokie rany mają inwestorzy po poprzednim miesiącu (rajd dolara, włoski kryzys polityczny) i powstała trauma powoduje, że boją się własnego cienia.

Dziś w Charlevoix w kanadyjskiej prowincji Quebec rozpoczyna się dwudniowy szczyt państw G7. Tych, którzy liczą na przełomowe postanowienia, musze rozczarować. Ważne decyzje liderów najbardziej wpływowych państw świata zwykle są podejmowane przy zgodzie wszystkich członków, co teraz jest niemożliwe, kiedy USA jest w sporze z resztą odnośnie polityki handlowej. Oczekiwanie rynkowe nie są wygórowane, stąd i poniedziałkowa reakcja na finałowy komunikat po szczycie powinna być ograniczona. Jeśli już cokolwiek można wiązać z G7, to przewidywania, że napięcia w relacjach handlowych pozostaną, albo nawet się nasilą, co z czasem może ponownie odbijać się na sentymencie rynkowym. Jednak na razie nie ma solidnych podstaw, by wzbudzać panikę.

Pogorszenie klimatu na rynkach zewnętrznych uderza w złotego i EUR/PLN i dziś rano wraca na 4,28. Jednak z uwagi na to, że nie mamy bezpośredniego powodu wzrostu awersji do ryzyka, nie sądzę, aby złotemu groziła silniejsza przecena. Przed 4,30 EUR/PLN powinni pojawić się poszukiwacze tanich okazji, którzy przychylnym okiem patrzą na fundamenty polskiej gospodarki (silny wzrost, poprawa sytuacji fiskalnej). Pomocnym może być, jeśli równie pozytywnie o Polsce pomyśli agencja Fitch i podniesie perspektywę ratingu Polski ze stabilnej do pozytywnej. Obecnie Polska ma rating A-, wyżej niż ocena S&P, ale niżej niż Moody’s. Kwietniowa decyzja S&P o podwyżce perspektywy do pozytywnej rodzi nadzieję na podobny ruch Fitch, ale naszym zdaniem zbyt daleko posunięte porównania. W końcu S&P miało do odpokutowania radykalną decyzję o cięciu ratingu na początku 2016 r., podczas gdy Fitch był bardziej powściągliwy w swoich decyzjach i teraz może być tak samo, choć pewnie z pozytywnym akcentem w komentarzu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek europejskiej piłki nożnej jest już wart ponad 25 mld euro

Już niebawem oczy całego świata zwrócone będą w stronę Rosji, gdzie 14 czerwca rozpoczną się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Futbol przyciąga nie tylko kibiców, ale także sponsorów, a co za tym idzie wielkie pieniądze. W sezonie 2016/2017 przychody europejskiego rynku futbolowego pobiły kolejny rekord i wyniosły 25,5 mld euro. Na dobrą kondycję piłkarskiego biznesu wpłynęły przede wszystkim wyniki europejskich lig z „wielkiej piątki” (Bundesliga, La Liga, Ligue 1, Premier League i Serie A), w tym w szczególności angielskiej ligi, która umocniła się na pozycji lidera pod względem osiąganych przychodów. Na drugie miejsce awansowała hiszpańska La Liga. To główne wnioski 27. edycji raportu „Annual Review of Football Finance” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Wzrost o 4 proc. wartości europejskiego rynku piłki nożnej w stosunku do poprzedniego sezonu był w głównej mierze napędzany przez „wielką piątkę” lig europejskich, w których łączne przychody wzrosły w okresie 2016/17 o 1,3 mld euro do 14,7 mld euro. Mniejsze ligi piłkarskie w Europie również zanotowały wzrosty przychodów, ale nie tak znaczące, jak ligi w Anglii, Francji, Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. Łączny zysk operacyjny tych pięciu lig wyniósł 300 mln euro.

Sytuacja finansowa europejskiej piłki nożnej nigdy nie była zdrowsza. Spodziewamy się dalszego wzrostu i zainteresowania europejskimi ligami w nadchodzących latach. Sukces finansowy odzwierciedla nie tylko globalną popularność piłki nożnej, ale także profesjonalizm czołowych klubów i stabilność otoczenia regulacyjnego, stanowiącego ramy ich działalności – mówi Dan Jones, Partner, Lider Sports Business Group, Deloitte UK.

La Liga przed Bundesligą

Największą ligą na świecie pozostaje Premier League, ale na uwagę zasługuje fakt, że w omawianym okresie na skutek podpisania nowych praw telewizyjnych awansowała hiszpańska La Liga.

Fakt, że hiszpańska La Liga była w stanie podważyć pozycję Bundesligi, która od ponad dekady zajmowała drugie miejsce pod względem przychodów, jest świadectwem dużych zmian w branży, które zaszły w ciągu ostatnich kilku lat. Teraz wyzwaniem będzie to, czy uda im się zmniejszyć przewagę w stosunku do Premier League, która pozostaje zdecydowanym liderem – mówi Dan Jones.

Wzrost przychodów z 4,9 do 5,3 mld euro spowodował, że Premier League jeszcze wyraźniej zaznaczyła swą dominującą pozycję wśród najbardziej dochodowych lig na świecie. Kluby angielskie generują przychody o 86 proc. wyższe niż La Liga, a nowo zawarte umowy o prawa transmisji przełożyły się na ich rekordową wartość.

Zdaniem ekspertów Deloitte niemiecka Bundesliga, dzięki rosnącym przychodom komercyjnym nie jest na straconej pozycji i może wkrótce odzyskać pozycję wicelidera. Nowe ustalenia dotyczące praw do transmisji, zarówno w kraju, jak i zagranicą, wygenerują średnio 1,4 miliarda euro przychodów w dwóch czołowych dywizjach w Niemczech i to już w sezonie 2017/18. Bundesliga może też pochwalić się największą średnią widownią na mecz, która w omawianym sezonie przekroczyła 44 tys. kibiców.

Włoskie kluby Serie A po raz pierwszy osiągnęły łączne przychody przekraczające 2 mld euro (wzrost o 8 proc.), do czego przyczynił się przede wszystkim jeden klub – Internazionale. To właśnie kluby włoskie najwięcej skorzystały na zmianie kryteriów kwalifikacji do rozgrywek UEFA. Cztery z nich mają zagwarantowane miejsca w fazie grupowej rozgrywek Ligi Mistrzów począwszy od sezonu 2018/2019, a zmienione umowy dotyczące praw do transmisji, wchodzące w życie w tym samym sezonie, dają im podstawy do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników finansowych.

Choć francuska Ligue 1 zajmuje ostatnie miejsce w „wielkiej piątce”, łączny wzrost przychodów odnotowanych przez kluby francuskie jest szybszy niż w latach ubiegłych, głównie dzięki wejściu w życie nowych krajowych umów o prawa transmisji. Świeżo podpisana z Mediapro umowa na sezony 2020/2021 – 2023/2024 daje solidne podstawy wzrostu średnioterminowych wyników finansowych tej ligi.

Poza „wielką piątką”

Tuż za „wielką piątką” znajdują się turecka Süper Lig (734 mln euro) i rosyjska Premier League (701 mln euro). Finały Mistrzostw Świata w Rosji, które rozpoczną się w przyszłym tygodniu prawdopodobnie będą miały wpływ na europejski rynek piłkarski w ciągu najbliższych dwóch lat, początkowo dzięki przychodom bezpośrednio związanym z samym turniejem, a później także dzięki modernizacji infrastruktury rosyjskich stadionów.

Pomimo tych potencjalnych wzrostów jest mało prawdopodobne, że rosyjska Premier League dołączy w najbliższej przyszłości do wielkiej piątki. Jeszcze długo w Europie nie będzie mowy o „wielkiej szóstce” – mówi Tim Bridge, Dyrektor w Sports Business Group. – Nadchodzące rozgrywki pucharowe będą dla piłkarzy okazją do zademonstrowania najwyższych umiejętności. Oczekujemy znaczącego ożywienia transferów, bo kluby będą zainteresowane nabyciem najlepszych zawodników. W tym sezonie może paść kolejny rekord transferowy – dodaje.

Raport Deloitte wspomina również o polskiej Ekstraklasie w kontekście nieudanych występów rodzimych klubów w europejskich pucharach w sezonie 2017/2018. W związku z tym eksperci Deloitte w przypadku Ekstraklasy, podobnie jak ligi szwedzkiej i duńskiej, nie przewidują znaczących wzrostów przychodów w kolejnej edycji raportu.

Kurs wymiany

Do przeliczenia wartości podanych w euro oraz funcie brytyjskim zastosowano średni kurs wymiany z roku zakończonego 30 czerwca 2017 r. (1 GBP = 1,16 EUR).

Koszty wynagrodzeń

Koszty wynagrodzeń dotyczą wszystkich pracowników (w tym zawodników, a także personelu technicznego i administracyjnego) i obejmują wynagrodzenia, opłaty z tytułu transferu zawodników, premie, odprawy, składki na ubezpieczenie społeczne, a także inne koszty świadczeń pracowniczych

Wśród inwestorów nadal dominują pozytywne nastroje

Doniesienia ze strony EBC wpływają na wzrost rentowności obligacji w Europie. Czwartkowy handel przyniósł kontynuację zwyżki kursu EURUSD do 1,184 i spadku EURPLN do 4,255. Dzisiaj Fitch dokona przeglądu oceny kredytowej Polski.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Ustabilizowanie się sytuacji politycznej w Europie i rosnące oczekiwania na szybsze wyjście z QE rozbudzone przez głównego ekonomistę EBC nadal poprawiają klimat inwestycyjny. W rezultacie czwartkowy handel przyniósł kontynuację zwyżki kursu EURUSD do 1,184 i spadku EURPLN do 4,255. Lokalne czynniki nadal mają mniejsze znaczenie dla notowań naszej waluty, niemniej dobra sytuacja budżetowa, czy brak nasilania łagodnego nastawienia w polityce monetarnej przez RPP dodatkowo sprzyjają złotemu. Stopy procentowe NBP nadal pozostają bez zmian, a Rada podtrzymuje zapowiedź stabilnego kosztu pieniądza w Polsce w perspektywie najbliższych lat. Tym samym wręcz ostatnio ostudziła oczekiwania odnośnie kształtowania się stóp w 2019 roku narosłe na skutek wyższych na świecie cen ropy naftowej, w maju sięgających 80 dolarów za baryłkę ropy Brent.

Z danych gospodarczych na rynek dotarły kolejne słabe wyniki dla Niemiec. W kwietniu zamówienia w przemyśle spadły o 2,5% m/m wobec oczekiwanego wzrostu o 0,8%. Przy obecnych pozytywnych nastrojach względem euro dane nie miały wpływu na euro. W piątek rynek pozna niemiecką produkcję przemysłową, która również może nie być za mocna (prognoza: w kwietniu 0,3% m/m wobec 1,0% wcześniej) potwierdzając wytracanie momentum przez europejską gospodarkę.

Fitch dokona dzisiaj przeglądu oceny ratingowej Polski. Oczekuje się, że agencja podtrzyma dotychczasową ocenę A- oraz utrzyma stabilną perspektywę ratingu pomimo korzystnej obecnie sytuacji gospodarczej i fiskalnej kraju. Na braku zmian zaważyć mogą czynniki średniookresowe. W kwietniu wyższą perspektywą ratingu Polski zaskoczyła S&P. Należy jednak zwrócić uwagę, że bieżący rating Polski (A-) wg Fitch jest i tak o jeden poziom wyższy niż wg S&P (BBB+). Pomimo spodziewanego braku poprawy oceny dla Polski ze strony Fitcha, komentarz agencji może okazać się pozytywny dla notowań obligacji skarbowych. W ostatnim czasie wyniki deficytu budżetowego czy też wzrostu PKB okazywały się lepsze od oczekiwań agencji, a ponadto od czasu ostatniego przeglądu ratingu Fitch podniósł swoje prognozy dla Polski. Niski poziom ryzyka kredytowego Polski widoczny jest również w notowaniach instrumentów finansowych. Choć 5-letni CDS dla Polski wzrósł w skali ostatniego miesiąca o blisko 15pb, to było to raczej skutkiem wydarzeń zagranicznych niż lokalnych. W analogicznym okresie CDS dla Hiszpanii wzrosły o blisko 30pb, a dla Włoch o blisko 150pb. Adekwatną miarą dla oceny ryzyka kredytowego w ostatnim czasie może być poziom ASW, który w sektorze 10-letnim znajduje się poniżej 30pb, a w 5-letnim spadł nawet poniżej zera. Jednak pomimo stosunkowo przyjaznego środowiska lokalnego dla obligacji, w czwartek doszło do wzrostu rentowności w Polsce o około 3pb. Ruch ten był jednak w dużym stopniu wywołany przez doniesienia rynkowe na temat zaostrzenia stanowiska EBC. Do analogicznego przesunięcia się krzywej dochodowości w górę dochodziło w krajach strefy euro, gdzie Bund 10Y przekraczał poziom 0,50%.

Wykres dnia: Notowania ASW w Polsce utrzymują się w pobliżu tegorocznych dołków, odzwierciedlając pozytywny wpływ czynników lokalnych.

Notowania ASW w Polsce utrzymują się w pobliżu tegorocznych dołków, odzwierciedlając pozytywny wpływ czynników lokalnych
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Żródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Rośnie popyt na pracowników zza granicy

Sytuacja na polskim rynku pracy pozostaje korzystna – na koniec kwietnia stopa bezrobocia sięgnęła 6,3%. Zgodnie z przewidywaniami firmy Coface, bezrobocie będzie się obniżać – głównie za sprawą pracowników sezonowych. Wynik powinien spaść poniżej 6%. Ta dobra koniunktura jest odczuwana przez gospodarstwa domowe, ale dla firm i pracodawców sytuacja jest odwrotnaZmagają się oni z rosnącą presją płacową – kolejny rok z rzędu – coraz trudniej jest zapełnić dostępne wakaty. Badania GUS mówią, że jedną z najbardziej istotnych barier rozwoju są niedobory kadrowe. Stały się one bardziej istotne, niż niepewność co do kształtowania się popytu na naszym rynku.

– W Polsce mamy pewien zasób osób, którzy nie mają pracy – około milion bezrobotnych. Wydaje się, że nie są to pracownicy kwalifikowani z aktualnym zapotrzebowaniem pracy. Z drugiej strony rosnący udział świadczeń socjalnych powoduje, że niektóre osoby pozostają bez pracy z własnego wyboru – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Analizując całokształt rynku pracy, będziemy obserwowali rosnący popyt na pracowników zza granicy, ponieważ zasób Polaków na rynku pracy już się skurczył i nie pozwala na zaspokojenie bieżących potrzeb. Nie dziwi nas, że nie tylko pracownicy z Ukrainy pojawili się w Polsce – są to także Białorusini czy Nepalczycy, którzy zajmują trzecie miejsce obcych narodowości obecnych na naszym rynku pracy. Będziemy obserwowali także napływ dodatkowej siły roboczej z byłych krajów ZSRR – jak Kazachstan czy Tadżykistan. Napływ zagranicznej siły roboczej na polski rynek pracy jest pewną ulgą dla przedsiębiorstw i kurczących się zasobów kadrowych, jednak nadal jest on niewystarczający – szczególnie patrząc na prognozy demograficzne. Pracodawcy wciąż będą odczuwali wpływ ograniczonego zasobu i dostępu do pracowników, a presja płacowa będzie rosła – wskazał Sielewicz.

Waluta i gospodarka faworyta Mistrzostw Świata w piłce nożnej

Brazylijska piłka nożna od dziesięcioleci jest światową potęgą. Z gospodarką tego kraju – na przestrzeni choćby ostatnich lat – już nie jest tak dobrze. Ale perspektywy są dobre. Jest to o tyle ważne, że Brazylia jest jednym z największych partnerów biznesowych Polski w Ameryce Łacińskiej.

Na początku 2018 roku, jak i przez cały poprzedni rok, real brazylijski (BRL) był poddany stosunkowo niewielkim zmianom kursu – w przeciwieństwie do dwóch poprzednich lat, kiedy był jedną z najbardziej zmiennych światowych walut. Na początku kwietnia waluta Brazylii uległa jednak wyprzedaży i okazała się być jedną z bardziej wrażliwych na umocnienie dolara amerykańskiego. Kurs reala do dolara amerykańskiego spadł w okolice najniższych poziomów od marca 2016 r., a sama waluta osłabiła się o ok. 15% od początku roku.

Kurs USD/BRL (czerwiec ‘17-czerwiec ‘18)

brazyliaŹródło: Thomsons Reuters Datastream Data: 07/06/18

Ryzyko polityczne

W związku z faktem, iż w październiku bieżącego roku Brazylię czekają kolejne wybory, niestabilność polityczna również ma obecnie istotny wpływ na kurs reala. Wyniki sondaży wskazują silne poparcie dla uznawanego za praworządnego, kongresmana Jaira Bolsonaro. Jego nieprzewidywalność w kontekście polityki gospodarczej i fiskalnej niepokoi jednak inwestorów. Nie uwzględniając kandydatury byłego prezydenta Brazylii, Luiza Inacio Luli de Silvy, który najpewniej nie będzie mógł jednak wystartować w wyborach ze względu na odsiadywany wyrok, Bolsonaro jawi się liderem zestawienia. Wyprzedza obecnie większość kontrkandydatów, jednak pozostali pretendenci już teraz próbują formować koalicje. Obawy związane z wyborami związane są m.in. ze sporym ryzykiem, że administracja państwowa nie będzie kontynuować reform fiskalnych zapoczątkowanych przez urzędującego prezydenta Michela Temera.

Niestabilność polityczna jest nieobca Brazylii. Szereg skandali z udziałem wysokich rangą urzędników negatywnie wpływał na wartość reala na przestrzeni ostatnich lat. Byłą prezydent kraju, Dilmę Rousseff, poddano impeachmentowi w kwietniu 2016 r, a obecnie urzędującego prezydenta, Michela Temera, oskarża się o udział w tuszowaniu korupcji – w tym odpowiedzialności byłego marszałka parlamentu, Eduardo Cunhę. Oskarżenia nie doprowadziły dotychczas do jego dymisji. W październiku prezydent stanął przed Kongresem Narodowym, jednak utrzymał stanowisko.

Poprawa w gospodarce

Inwestorów ostatnimi czasy niepokoi również stan brazylijskiej gospodarki. Po dwóch latach recesji, kraj wynurzył się z jednego z najgłębszych kryzysów od dziesięcioleci. W ubiegłym roku wreszcie zaczęły rosnąć wydatki gospodarstw domowych, które stymulowały m.in. środki rządowe. Specjalny fundusz umożliwia pracownikom pobieranie środków z tytułu odprawy. W ten sposób gospodarka otrzymała zastrzyk o wartości około 14 mld USD. Tempo ożywienia mimo wszystko pozostaje jednak stosunkowo niskie. Roczny wzrost PKB wyniósł 2,1% w ostatnim kwartale ubiegłego roku, obniżył się jednak do 1,2% rocznie w pierwszym kwartale 2018 r. – w tym przypadku negatywnie zaważyła statystyka, niemniej dane nie imponują.

Roczny wzrost PKB w Brazylii (2006-2018)

Roczny wzrost PKB w BrazyliiŹródło: Thomsons Reuters Datastream Data: 07/06/18

Bilans handlowy kraju jest dodatni. Licząc od marca 2015 r. gospodarka w każdym miesiącu odnotowywała nadwyżki handlowe. Poprawa sytuacji w gospodarkach świata i względnie słaby BRL przyczyniły się do wzrostu eksportu. Z kolei słabość rynku wewnętrznego nie sprzyjała importerom. Indeks PMI dla przemysłu znajdował się powyżej poziomu 50 w każdym miesiącu ubiegłego jak i bieżącego roku, co oznacza, utrzymującą się ekspansję sektora. Sama produkcja przemysłowa rośnie nieustannie od maja 2017 roku. Odmiana nastąpiła po trzyletnim okresie spadków.

Inflacja w Brazylii stanowi jeden z powodów do optymizmu co do przyszłości kraju. Od początku ubiegłego roku dynamika cen znajduje się na poziomach, które znacznie bardziej odpowiadają ekonomistom – jest to niezwykle istotne, bowiem kraj historycznie miał spore problemy z panowaniem nad nieprzewidzianym wzrostem inflacji. W kwietniu inflacja CPI osiągnęła poziom 2,76% i znajduje się niewiele poniżej celu inflacyjnego 3-6%. Obecny poziom inflacji jest w okolicy najniższego od 1998 r. Nie wykluczamy jednak, że w 2018 r. tempo wzrostu cen w Brazylii zwiększy się.

Z uwagi na osłabienie presji inflacyjnej, Centralny Bank Brazylii (BACEN) miał możliwość prowadzenia polityki pieniężnej nastawionej na stymulację gospodarki. Dotychczas w 2018 r, jak i w całym ubiegłym roku, bank kilkakrotnie obniżał stopy procentowe. Redukcja głównej stopy w marcu sprawiła, że obniżyła się ona do rekordowo niskiego poziomu 6,5%. Tym samym stopa SELIC na przestrzeni niemal roku spadła o ok 800 punktów bazowych. W maju bank zrezygnował jednak z kolejnej rundy obniżek, tłumacząc się silną aprecjacją dolara, która zniechęca inwestorów do aktywności na rynkach wschodzących. Prawdopodobieństwo kolejnych cięć wydaje się być coraz bardziej odległe, zważając na niedawną słabość waluty. Tym samym ostatnia redukcja głównej stopy procentowej może oznaczać koniec okresu luzowania polityki monetarnej. Nagłe wyhamowanie wzrostu cen oznacza, że realne stopy procentowe w Brazylii pozostają wysokie, niewiele niższe niż od poziomu 5%. Są to jedne z najwyższych realnych stóp w regionie, co powinno stanowić wsparcie dla reala.

Wysoki poziom rezerw walut obcych pozostaje jednym z głównych czynników wspierających reala, z uwagi na fakt, iż daje bankowi centralnemu możliwość interwencji na rynku walutowym, jeżeli tylko BACEN uzna za konieczne powstrzymanie dalszej deprecjacji BRL. Wartość rezerw obecnie odpowiada wartości aż 30 miesięcy krajowego importu.

Prognoza Ebury

Premia za ryzyko, związana z październikowymi wyborami i zawarta w wycenie BRL, naszym zdaniem oznacza, że w najbliższych miesiącach real może być bardziej wrażliwy na aprecjację dolara. Z drugiej strony, zaobserwowana w ostatnich tygodniach wyprzedaż waluty była w naszej opinii nieco przesadzona. Warunki gospodarcze w kraju ulegają stopniowej poprawie, a wysoki poziom realnych stóp procentowych i ogromne rezerwy walutowe powinny nadal wspierać BRL, i tym samym pozwolić na odrobienie większości ostatnich strat na przestrzeni nadchodzących miesięcy. Na koniec roku USD/BRL powinien wynosić 3,45 a BRL/PLN 1,04.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zabezpieczenia na poziomie oprogramowania są łatwe do zhakowania. To istotny problem zwłaszcza w przypadku Internetu Rzeczy

Zabezpieczenia na poziomie oprogramowania są łatwe do zhakowania. To istotny problem zwłaszcza w przypadku Internetu Rzeczy 8

Hakerzy bez trudu radzą sobie za złamaniem zabezpieczeń na poziomie oprogramowania. Otwiera im to furtkę dostępu do ważnych dla użytkowników danych. Specjaliści w zakresie cyberbezpieczeństwa radzą, by zabezpieczenia znajdowały się nie tylko na poziomie oprogramowania, lecz także samych urządzeń. Może oznaczać to wyższy koszt, ale uchroni przed przykrymi skutkami złamania zabezpieczeń np. w licznikach energii elektrycznej. Straty spowodowane atakami hakerskimi w 2021 roku mogą wynieść nawet 6 bln dol.

– Ogólna tendencja jest taka, żeby w tej chwili wszystkie zabezpieczenia robić w oprogramowaniu. Powód jest banalny, bo to jest tanie i łatwe w rozpowszechnianiu, sprzedaży. Jednak rozwiązania czysto software’owe są niestety stosunkowo łatwe do zhakowania, ponieważ albo można włamać się na serwer, albo podłożyć dane, które oszukają system. Jeżeli zhakujemy software, to mamy wszystkie klucze, co oznacza, że bezpieczeństwa systemu już nie ma, że system jest transparentny. Do tego, żeby ten system był bezpieczny, miejsce, gdzie przechowywane są klucze, musi być też bezpieczne, to nie może być plik zaszyfrowany w sofcie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Smołko z STMicroelectronics.

Na rynku dostępne są klucze sprzętowe podłączane do komputera przez port USB. Dostęp do takich urządzeń kontrolowany może być na przykład przez 128-bitowe algorytmy szyfrujące. Urządzenie umożliwia dostęp i korzystanie z danego oprogramowania tylko po podłączeniu urządzenia do komputera. W ten sposób powstaje kanał bezpośredniej komunikacji odporny na ataki hakerów i zapewniający wysoki poziom bezpieczeństwa przy próbie dostępu z pominięciem klucza sprzętowego. Koszt takiego rozwiązania to około 400 zł.

Podstawą zabezpieczenia sieci przed atakami hakerskimi są natomiast firewalle. Urządzenia te mają za zadanie umożliwić odseparowanie sieci lokalnej od internetu. Ich praca polega na ograniczaniu dostępu do sieci wewnętrznej, a tym samym na blokowaniu ataków hakerskich. Cena urządzenia waha się od niespełna 200 do nawet ponad 5 tys. zł, w zależności od stopnia zaawansowania urządzenia.

Rozwiązaniem mogą być też specjalne chipy służące do zapisywania certyfikatów i kluczy, czyli wszystkich danych, które są używane w procesie uwiarygodnienia. Włamanie się do nich jest dużo trudniejsze, niż ma to miejsce w przypadku zabezpieczeń tylko systemowych. Urządzenia zabezpieczone są również przed rozkodowaniem z użyciem tak zaawansowanych technologii, jak mikroskopy elektronowe rozpoznające ładunki. Bezpieczeństwo gwarantuje m.in. rozproszenie bloków funkcjonalnych.

– Procesor wykonany jest w specjalny sposób, z dodatkowymi procesami technologicznymi, które uniemożliwiają skanowanie mikroskopem skanującym, tzw. elektronowym, który sczytuje ładunki. Wykorzystują technologię spread, która powoduje, że bloki funkcjonalne nie są skupione w jednym miejscu, są rozrzucone w sposób dość losowy po chipie. Taki układ służy do zapisania certyfikatów oraz kluczy. Certyfikat to coś, czego używamy w procesie uwiarygodniania do stwierdzenia czy komunikujemy się naprawdę z urządzeniem, które jest nam znane – tłumaczy Krzysztof Smołko.

Poważnym problemem, z jakim borykają się m.in. użytkownicy smartfonów, są zagrożenia związane ze stosowaniem podrobionego sprzętu, takiego jak słuchawki. Nie chodzi w tym przypadku o ataki hakerskie, lecz możliwe mechaniczne uszkodzenia wynikające chociażby z niedopasowania wtyczek. W skrajnych przypadkach podrobiony sprzęt może doprowadzić do zwarcia i uszkodzenia telefonu. Producenci urządzeń, w trosce również o własny biznes, zaczęli więc stosować chipy uwierzytelniające opierające się na algorytmach kryptograficznych czy czujnikach wykrywających niebezpieczeństwo o charakterze elektrycznym lub fizycznym

Zastosowanie solidnych mechanizmów uwierzytelniających jest szczególnie istotne w przypadku urządzeń Internetu Rzeczy, które w różny sposób wiążą się z zarządzaniem pieniędzmi. Złamanie dostępu do liczników energii elektrycznej może się okazać bardzo kosztowne.

– Jeżeli ktoś zhakuje nasz gazomierz, może nam podkładać fałszywe dane. W rezultacie może się okazać, że płacimy rachunki nie tylko za siebie, lecz także za sąsiada. Jeżeli mówimy o tak banalnej rzeczy, jak licznik energii elektrycznej, sytuacja jest banalna wtedy, kiedy to jest mój prywatny licznik i płacę 200 zł miesięcznie. Jeżeli jest to zakład produkcyjny, który pobiera energii milion razy więcej ode mnie i rachunki za prąd idą w miliony, to zhakowanie takiego licznika zbiorczego i dorzucenie do niego drobnych 200 tys. może przejść niezauważone. Strona, która te dane zbiera, czyli operator, musi mieć gwarancję, że dane, które otrzymał są wiarygodne, że na pewno pochodzą z tego konkretnie źródła, a nie z innego. Jedyną metodą na dzisiaj znaną jest uwiarygodnienie na bazie sprzętu, wszelkie metody software’owe są niestety proste do złamania – twierdzi przedstawiciel STMicroelectronics.

Z przewidywań Grand View Research wynika, że rynek mikrokontrolerów zabezpieczających urządzenia Internetu rzeczy do 2022 roku osiągnie wartość ponad 3,5 mld dol. Według Gartnera w 2020 r. do sieci będzie podłączonych 20 mld urządzeń IoT.

Prognozy Cybersecurrity Ventures wskazują, że do 2021 roku roczne koszty spowodowane przez cyberprzestępców wyniosą 6 bln dol., tymczasem wydatki na cyberbezpieczeństwo w latach 2017–2021 mają wynieść 1 bln dol. Do 2022 roku z internetu będzie korzystać już 6 mld ludzi (75 proc. całej populacji).

Firmy płacą coraz większe odszkodowania za korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Naraża ich to również na cyberataki

Firmy płacą coraz większe odszkodowania za korzystanie z nielegalnego oprogramowania. Naraża ich to również na cyberataki 9

W Polsce 46 proc. oprogramowania jest wykorzystywane nielegalnie, a jego wartość oszacowano na 415 mln dol. – wynika z najnowszych danych BSA, międzynarodowej organizacji zajmującej się walką z piractwem. To naraża firmy na wysokie kary, a także na straty wizerunkowe. Nielegalne oprogramowanie może zagrozić bezpieczeństwu informatycznemu firmy i stać się źródłem złośliwych ataków, które mogą być brzemienne w skutkach finansowych. 

Prawie połowa (46 proc.) używanego w Polsce oprogramowania jest wykorzystywana nielegalnie, bez odpowiednich licencji – wynika z najnowszego raportu BSA (Business Software Alliance), działającej na całym świecie branżowej organizacji, reprezentującej producentów oprogramowania i sprzętu komputerowego, która zajmuje się walką z piractwem. W porównaniu z poprzednim badaniem z 2015 roku skala naruszeń praw autorskich spadła o 2 pkt proc., ale wciąż jest dużo wyższa niż unijna średnia (28 proc.).

– Od krajów UE dzieli nas przepaść, nie wspominając już o USA czy Japonii, gdzie skala naruszeń nie przekracza 20 proc. Problem jest istotny, a o jego skali świadczy również wartość nielegalnego oprogramowania. Analitycy oszacowali, że w 2017 roku oprogramowanie wykorzystywane w Polsce bez licencji było warte 415 mln dol. – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Witucki, przedstawiciel BSA w Polsce.

Licencja oprogramowania to pozwalająca na korzystanie z danej aplikacji umowa zawarta pomiędzy jej użytkownikiem a podmiotem, który dysponuje do niej prawami autorskimi. Niemal każde oprogramowanie jest prawnie chronione licencją.

Brak licencji może być przyczyną poważnych kłopotów dla przedsiębiorstw, które – w przypadku audytu – będą zmuszone zapłacić wysokie kary. W ubiegłym roku polskie firmy musiały zapłacić w sumie 2,2 mln zł odszkodowań za korzystanie z pirackiego oprogramowania na rzecz producentów zrzeszonych w BSA – to o 46 proc. więcej rok do roku.

Główną przyczyną wykorzystywania nielegalnego oprogramowania jest szukanie oszczędności, ponieważ wydatki na oprogramowanie często nie są traktowane jako pierwsza potrzeba. Druga przyczyna to nieświadomość konsekwencji. W ankiecie przeprowadzonej wśród 20 tys. szefów działów IT ponad połowa wskazała zagrożenie bezpieczeństwa informatycznego jako motyw dla korzystania jedynie z licencjonowanego oprogramowania. Okazuje się, że rok temu 54 proc. ataków i awarii było spowodowane zainfekowanym komputerem użytkownika końcowego, przyczyną awarii był tzw. malware – podkreśla Bartłomiej Witucki.

Koszty oprogramowania stanowią znaczną część firmowego budżetu na IT. Mimo to wpływ umów licencyjnych na całą organizację jest niedoceniany. Firmy nie są świadome, że dzięki właściwemu zarządzaniu licencjami oprogramowania mogą znacznie obniżyć koszty. Jak wynika z czerwcowego raportu BSA, już 20-proc. wzrost legalności oprogramowania potrafi zwiększyć zyski firmy o 11 proc. (ponad 0,5 mln dol. w przypadku przeciętnej wielkości firm objętych badaniem).

Z drugiej strony firmy, które instalują pakiet nielicencjonowanego oprogramowania albo nabywają komputer z preinstalowanym oprogramowaniem bez licencji, są narażone na złośliwe cyberataki, które mogą się okazać brzemienne w skutkach finansowych. Jak wynika z danych przytaczanych przez BSA, ataki złośliwego oprogramowania są wykrywane przeciętnie dopiero po 243 dniach i każdorazowo kosztują firmy około 2,4 mln dol. Eksperci podkreślają, że infekcje złośliwym oprogramowaniem są ściśle związane z wykorzystywaniem oprogramowania bez licencji.

– Średni koszt usunięcia awarii na jednym komputerze sięga 10 tys. dol. W dużych organizacjach koszty usuwania awarii wskutek infekcji sieci czy komputerów to ponad 4 mln dol. – mówi Bartłomiej Witucki. – Cyberbezpieczeństwo należy traktować jako podstawowy motywator do wprowadzenia odpowiedniej polityki licencyjnej, do korzystania wyłącznie z legalnego oprogramowania. Mówiąc o konsekwencjach, mamy na myśli nie tylko koszty, lecz także straty, które trudno oszacować, jak utrata poufnych danych, które stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa.

Przedstawiciel BSA w Polsce podkreśla, że konsekwencje finansowe, straty wizerunkowe i ryzyko w kontekście bezpieczeństwa informatycznego to najpoważniejsze konsekwencje korzystania z nielegalnego oprogramowania.

Nie można też zapominać o konsekwencjach prawnych. W Polsce uzyskanie programu komputerowego bez zgody osoby uprawnionej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej jest traktowane jak kradzież i wiąże się z sankcją karną sięgającą nawet pięciu lat pozbawienia wolności – mówi ekspert BSA.

Polskie firmy poligraficzne gonią Zachód pod względem innowacji. Motorem wzrostu branży są zamówienia z zagranicy

Polskie firmy poligraficzne gonią Zachód pod względem innowacji. Motorem wzrostu branży są zamówienia z zagranicy 10

Polski rynek poligraficzny należy do największych w Europie. Rośnie wartość produkcji, a motorem napędowym branży są zamówienia zagraniczne. Obecnie eksport stanowi ok. 30 proc. sprzedaży, głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji i krajów skandynawskich. Wielu wydawców z zagranicy decyduje się drukować w Polsce. Mamy dużą przewagę zwłaszcza przy małych zamówieniach i usługach, które wymagają pracy manualnej, ponieważ wygrywamy stosunkowo niskim kosztem pracy. Dodatkowo coraz więcej firm inwestuje w innowacje i zwiększa wydajność. Pod tym względem szybko zbliżamy się do europejskiej czołówki.

– Przez kilkanaście ostatnich lat rynek poligraficzny w Polsce bardzo się rozwinął. Przede wszystkim bardzo pomogły środki unijne, dzięki którym wiele firm zainwestowało i mogło się rozwijać. Ten rynek jest już bardzo dojrzały – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Waldemar Lipka, prezes zarządu firmy Kompap.

Rynek poligraficzny w Polsce notuje szybkie wzrosty. W 2015 roku wartość produkcji sprzedanej branży wyniosła 13,9 mld zł, w 2016 roku – już blisko 15 mld zł. Polska korzysta na stosunkowo niewielkiej różnicy między euro a dolarem. Jeszcze kilka lat temu za jedno euro trzeba było płacić 1,40 dol., obecnie 1,16 dol. Wielu wydawców z zagranicy, którzy wcześniej drukowali książki w Chinach, decyduje się teraz na Europę, a Polska jest beneficjentem tego trendu. Dodatkowo także koszty pracy w Polsce należą do jednych z najniższych w Europie. Według Eurostatu wynoszą 9,4 euro, dla porównania w Danii to 42,5 euro, a w Belgii – blisko 40 euro.

– Przez wiele lat konkurowaliśmy kosztem pracy. W usługach, które wymagają dużo pracy ręcznej, mamy bardzo dużą przewagę. Tam, gdzie potrzebne są prace bardzo zautomatyzowane, to wciąż jeszcze przegrywamy z zachodnimi firmami, ale już nie słyszy się, żeby wydawcy tak gremialnie jak kiedyś odchodzili do Chin – wskazuje Waldemar Lipka.

Jak podkreśla ekspert, Polska nie może jednak spocząć na laurach i budować przewagi konkurencyjnej wyłącznie na niskich kosztach pracy. Zwłaszcza że pojawia się coraz więcej firm poligraficznych w krajach o jeszcze niższych kosztach pracy, np. w Turcji.

Francja, Wielka Brytania, Benelux walczą, w Niemczech upadło kilkanaście tysięcy małych drukarń, ale na rynku są potężne drukarnie, które mają bardzo duże moce produkcyjne, bardzo dobry sprzęt i z nimi bardzo trudno walczyć – podkreśla Waldemar Lipka. – Tam, gdzie są bardzo małe zamówienia, my mamy przewagę, ale tam, gdzie są zamówienia bardzo duże i wymagają dużych nakładów inwestycyjnych, to firmy z zachodu jeszcze nas przerastają. Myślę jednak, że zbliżamy się milowymi krokami.

Do tego konieczne są jednak inwestycje. Na nie stawia również Kompap. W kwietniu firma uruchomiła w drukarni OZGraf – pierwszą w Polsce kompletną linię do oprawy twardej linii Kolbus. Jej instalacja oznacza wzrost potencjału olsztyńskich zakładów w zakresie produkcji książek w twardej oprawie niemal o połowę – do ok. 7–8 mln egzemplarzy.

 Mam nadzieję, że firmy będą inwestowały w innowacje i wydajność. To spowoduje, że będziemy jeszcze bardziej konkurencyjni, nie tylko pod względem kosztów pracowników, lecz także pod względem jakości usług. W Norwegii już nie ma żadnej drukarni dziełowej, bo koszt druku jest tak wysoki. Skandynawia to nasz najlepszy rynek – mówi prezes firmy Kompap.

Według raportu Polskiego Bractwa Kawalerów Gutenberga i KPMG najwięcej eksportujemy do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Coraz częściej pojawiają się też zamówienia z krajów skandynawskich.

– Eksport stanowi 20–30 proc. wartości sprzedanej. W naszych olsztyńskich i białostockich zakładach udział wynosi ponad 25 proc., Imprimus też ma około 30 proc. eksportu. Oczywiście, każdy chciałby więcej, ponieważ ta produkcja jest znacznie bardziej atrakcyjna marżowo, ale rynek też ma swoje ograniczenia – wskazuje Waldemar Lipka.

Największy udział w eksporcie mają książki, gazety i inne wyroby przemysłu poligraficznego, także opakowania i etykiety papierowe czy kartonowe.

Nawet 1/3 kierowców mogła prowadzić auto w stanie nietrzeźwości. Polacy rzadko badają swoją trzeźwość alkomatami

Nawet 1/3 kierowców mogła prowadzić auto w stanie nietrzeźwości. Polacy rzadko badają swoją trzeźwość alkomatami 11

30 proc. polskich kierowców przyznaje, że mogło świadomie lub nieświadomie prowadzić samochód, mając we krwi powyżej 0,2 promila alkoholu – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy AlcoSense Laboratories. Na pytanie o czas potrzebny do wydalenia całego alkoholu ze krwi często udzielali błędnej odpowiedzi, wskazując czas krótszy niż rzeczywiście jest wymagany. Jedynie 14 proc. kierowców przyznaje, że kontroluje swoją trzeźwość przed prowadzeniem samochodu przy użyciu alkomatu, gdy dzień wcześniej spożywało alkohol.

 Prawie jedna trzecia kierowców źle szacuje czas, jaki musi upłynąć, by powrócić do stanu trzeźwości. Szczególnie jeżeli pili poprzedniej nocy i mają jechać kolejnego dnia. Zapytaliśmy ich, kiedy mogą wsiąść za kierownicę po wypiciu poprzedniego dnia pięciu półlitrowych piw. Większość z nich odpowiedziała błędnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Hunter Abbott, dyrektor zarządzający AlcoSense.

30 proc. badanych kierowców wsiadłoby do samochodu następnego dnia przed godziną 10.00, mimo że alkohol nadal krążyłby w ich organizmie. 22 proc. pytanych wsiadłoby za kierownicę nawet przed godziną 9.00, a o tej godzinie przekroczenie dopuszczalnego limitu zawartości alkoholu jest pewne.

– Czas trzeźwienia to bardzo indywidualna kwestia, bo wszyscy się od siebie różnimy. Trudno jest powiedzieć, kiedy jesteśmy gotowi wsiąść za kierownicę, ponieważ około godziny zajmuje wydalenie z organizmu 10 gramów alkoholu. Problem w tym, że nie wiemy, ile gramów alkoholu znajduje się w danym drinku. Przykładowo, w półlitrowym piwie to może być między 20 a 40 gramów. To oznacza, że w przypadku większości ludzi jedno piwo ulatnia się z naszego organizmu w czasie od dwóch do trzech godzin – podkreśla Hunter Abbott.

Co trzeci biorący udział w badaniu kierowca wsiadłby za kółko w mniej niż dwie godziny od wypicia jednego piwa.

Na tej podstawie zakładamy, że co trzeci kierowca w Polsce mógł nieświadomie prowadzić samochód pod wpływem alkoholu spożytego dzień wcześniej. To poważny problem – mówi Abbott.

Prowadzenie samochodu, mając we krwi powyżej 0,2 promila alkoholu, według polskich przepisów jest wykroczeniem. A to oznacza konsekwencje prawne w przypadku kontroli drogowej i obniżenie bezpieczeństwa na drodze.

 Nawet niewielka zawartość alkoholu we krwi zmniejsza możliwości kierowcy, ogranicza zdolność do podejmowania decyzji, wydłuża czas reakcji i obniża prawdopodobieństwo dokonania właściwego wyboru. Również z prawnego punktu widzenia to, czy piłeś wczoraj czy dziś rano, ma takie same konsekwencje. To może być utrata prawa jazdy, kara i koszty dodatkowe. Jeżeli masz pracę, która wymaga poruszania się samochodem, to wraz z prawem jazdy możesz stracić również pracę – podkreśla Hunter Abbott.

Z danych policji wynika, że tylko w 2017 roku funkcjonariusze 17,8 mln razy sprawdzili trzeźwość kierowców. Z badania SW Research dla AlcoSense Laboratories wynika, że 84 proc. kierowców przechodziło w ostatnim roku taką kontrolę przynajmniej raz, a 70 proc. z nich przynajmniej raz w życiu było badanych na obecność alkoholu w organizmie w godzinach między 6.00 a 12.00. Mimo to niewielu kierowców samodzielnie kontroluje swoją trzeźwość.

– Z naszego badania wynika, że robi to mniej niż 14 procent kierowców. A ci, którzy to robią regularnie, zanim wsiądą do samochodu, to bardzo nieliczna grupa. Istnieje więc realna potrzeba zwiększania świadomości na temat tego, dlaczego sprawdzanie swojej trzeźwości w dzień po spożyciu alkoholu jest tak istotne – dodaje Hunter Abbott.

Rośnie zainteresowanie księgowością online. Nowe technologie pomagają małym przedsiębiorcom

Rośnie zainteresowanie księgowością online. Nowe technologie pomagają małym przedsiębiorcom 12

Co piąty Polak chce w ciągu najbliższych lat otworzyć własną firmę. Choć pod względem przedsiębiorczości jesteśmy w europejskiej czołówce, to rośnie liczba firm, które ogłaszają upadłość. Co trzecie przedsiębiorstwo upada po roku działalności, a 70 proc. – po pięciu lat funkcjonowania na rynku. Często odpowiadają za to brak wystarczającej wiedzy finansowej i niekontrolowane płatności. Przed bankructwem może chronić odpowiednio prowadzona księgowość, coraz częściej wybierana w formie online. Nowoczesne platformy służą nie tylko do rozliczeń podatkowych, lecz także do zarządzania sprzedażą czy analiz finansowych.

 Około 30 proc. firm upada w pierwszym roku prowadzenia działalności głównie z powodu utraty płynności finansowej. Już w momencie zakładania firmy na przedsiębiorcę nakładane są liczne obciążenia, począwszy od podatkowo-ubezpieczeniowych, czyli podatek dochodowy, VAT czy składki ZUS, skończywszy na kosztach obsługi księgowej czy prawnej firmy. Wpływ na utratę płynności finansowej firmy ma przede wszystkim brak wiedzy finansowej przedsiębiorców, co przekłada się na to, że brakuje odpowiednich przychodów mogących pokryć ponoszone wydatki – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Angelika Borowska, dyrektor ds. obsługi klienta w platformie wFirma.pl, dedykowanej mikro- i małym przedsiębiorstwom do prowadzenia księgowości online.

Z raportu Global Entrepreneurship Monitor Polska, opracowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości, wynika, że ponad 20 proc. dorosłych Polaków chce założyć firmę w ciągu najbliższych trzech lat (przy 12 proc. średniej w UE). Wysoka jest też samoocena zdolności przedsiębiorczych – 60 proc. osób uznaje swoje umiejętności i wiedzę za wystarczające do prowadzenia firmy. Jednocześnie jednak rośnie liczba firm, które upadają. Euler Hermes podaje, że w 2017 roku odnotowano dziewięćset przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 12 proc. w porównaniu z 2016 rokiem.

– Powodem trudności często jest brak wiedzy finansowej oraz brak umiejętności wykorzystania informacji, jej przetwarzania i niezbędnych do tego narzędzi – tłumaczy Angelika Borowska.

Jak podkreśla ekspertka, przed bankructwem pomaga chronić odpowiednie prowadzenie księgowości. Obecne technologie pozwalają na prowadzenie jej we własnym zakresie, nawet początkującym przedsiębiorcom. Na rynku pojawia się coraz więcej usług udostępnianych online oraz oprogramowania, które dostarcza niezbędnych informacji o kondycji firmy.

– Służą temu wszelkiego rodzaju systemy ERP, z których dla mniejszych firm przydatna jest przede wszystkim księgowość internetowa. To nie tylko narzędzie do prowadzenia rozliczeń podatkowych, lecz także rozwiązania wspierające zarządzanie sprzedażą, relacje z klientem, gospodarkę magazynową i wszelkiego rodzaju analizy, finansowe i magazynowe – wskazuje Angelika Borowska.

Księgowość online to programy fakturująco-sprzedażowe wyposażone w takie funkcje, jak np. moduł CRM, który służy do zarządzania relacjami z klientami. Oprogramowania są też zintegrowane z bankowością, urzędami skarbowymi czy z ZUS – to zaś pozwala na bezpośrednie przesłanie deklaracji czy Jednolitego Pliku Kontrolnego. Księgowość internetowa oprócz wygody dzięki automatyzacji procesów pozwala ograniczyć koszty związane z rozliczeniami księgowymi.

– Technologia internetowa pozwala na daleko idące zautomatyzowanie procesów księgowych, zaciąganie dokumentów w formie elektronicznej do systemu, a następnie przetwarzanie według zaprogramowanych wcześniej schematów księgowych. Dodatkowo, integracja księgowości online z bankowością elektroniczną daje możliwość szybkiego rozliczania płatności – przekonuje Ewa Szpytko-Waszczyszyn, dyrektor administracyjny wFirma.pl.

Obecnie w Polsce zarejestrowanych jest ponad 3 mln działalności gospodarczych. Zdecydowana większość przedsiębiorców korzysta z księgowości prowadzonej przez specjalistów. Jak podaje portal ksiegowynastart.pl, ponad 62 proc. firm wybiera biura księgowe, a blisko 10 proc. samodzielnie zatrudnia księgową. Blisko 28 proc. prowadzi księgowość samodzielnie.

 Wśród przedsiębiorców wybierających samodzielne prowadzenie księgowości, już ok. 20 proc. wybiera obecnie księgowość online, w biurach rachunkowych widoczny jest jeszcze pewien konserwatyzm – mówi Ewa Szpytko-Waszczyszyn.

Szacuje się, że w Polsce jest ok. 40 tys. biur rachunkowych. Wartość rynku usług księgowych wycenia się na ok. 5 mld zł.

Jeszcze w 2012 roku, jak wynika z analizy rynku usług księgowych online przygotowanej przez Fundację Rozwoju Biznesu „Starter”, ponad 60 proc. przedsiębiorców nie miało zaufania do księgowości internetowej. Z roku na rok odsetek ten jednak systematycznie spada.

 Widzimy duży wzrost zainteresowania księgowością online, około 30–40 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Sprzyja temu na pewno polityka rządu, doba cyfryzacji i zmiana pokoleniowa – podkreśla Ewa Szpytko-Waszczyszyn.

Bank Millennium z rekordową sprzedażą swojego konta. Liczba Kont 360° po czterech latach przekroczyła milion

Bank Millennium z rekordową sprzedażą swojego konta. Liczba Kont 360° po czterech latach przekroczyła milion 13

Bankowość zmierza w kierunku upraszczania produktów – w ofercie wielu polskich banków zaczyna dominować jeden uniwersalny rachunek. Dyktują to potrzeby klientów ukierunkowane na wygodne, nowoczesne i możliwie jak najprostsze rozwiązania. Bank Millennium otworzył niedawno milionowy rachunek swojego flagowego produktu – Konta 360°. Do jego niesłabnącej od czterech lat popularności przyczynia się wygoda w korzystaniu z rachunku, dostęp do nowoczesnej bankowości mobilnej, dodatkowych funkcjonalności oraz pakiet usług assistance.

– Konto 360° cieszy się niesłabnącą popularnością. W I kwartale otworzyliśmy ponad 100 tys. rachunków, a w ostatnich dniach liczba Kont 360° przekroczyła milion. To wielki sukces produktu, który niezmiennie od czterech lat oferuje klientom szereg korzyści po spełnieniu dwóch prostych warunków – w tym przede wszystkim bezpłatne konto i kartę oraz wypłaty ze wszystkich bankomatów. Wraz z kontem oferowany jest też pakiet assistance, bezpłatny przez pierwsze dwanaście miesięcy korzystania z rachunku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Rybak, członek zarządu Banku Millennium.

Konto 360° jest jednym z najlepiej sprzedających się rachunków osobistych w Polsce. Jego oferta cenowa od samego początku pozostaje niezmieniona.

– W tym roku otwieramy o 16 proc. więcej nowych Kont 360° w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego. Jego rosnącej popularności sprzyjają rekomendacje. Bazując na doskonałej opinii klientów o usługach Banku Millennium, mamy najwyższy współczynnik skłonności do rekomendacji w branży – NPS na poziomie 51 – mówi Wojciech Rybak.

Wskaźnik NPS (miara lojalności klientów wyrażona prawdopodobieństwem polecenia banku rodzinie lub znajomym) dla Banku Millennium obecnie wynosi 51, jednak dla posiadaczy Kont 360° jest jeszcze wyższy i sięga 58. Popularność tego produktu potwierdzają też wyniki programu rekomendacyjnego „Lubię to, polecam”, w którym klienci polecają swoim znajomym założenie Konta 360° i Konta 360° Student. Przez rok trwania pierwszej edycji programu zarejestrowało się w nim ponad 240 tys. klientów.

Jak podkreśla Członek Zarządu Banku Millennium, to zasługa z jednej strony dobrej ceny i oferty, a z drugiej – wygodnej dla klientów sieci dystrybucji, ponieważ rachunek można założyć zarówno w oddziałach banku, jak i w kanałach elektronicznych. Na jego popularność wpływa także wygoda w korzystaniu z rachunku, dostęp do bankowości mobilnej i dodatkowych funkcjonalności oraz pakiet assistance.

– Dostęp do czołowej na rynku aplikacji mobilnej jest ważnym wyróżnikiem. Możliwości realizowania operacji we wszystkich dostępnych kanałach, czyli w oddziałach, bankowości mobilnej, internetowej oraz za pośrednictwem contact center Banku Millennium powoduje, że klient z każdej strony ma zapewniony serwis na najwyższym poziomie. Wreszcie ważnym elementem korzystania z rachunku jest dostęp do innowacyjnych i nowoczesnych funkcjonalności, takich jak uruchomiona w ostatnim czasie tokenizacja kart, dzięki której telefon może pełnić funkcję karty płatniczej, co pozwala płacić nim w sposób bardzo prosty, zbliżeniowy, bez konieczności noszenia ze sobą plastiku. – mówi Wojciech Rybak.

Do Konta 360° oferowany jest „Pakiet Bardzo Pomocny”, który uprawnia posiadacza rachunku do skorzystania z siedmiu świadczeń assistance w ciągu roku. W razie nagłej choroby lub nieszczęśliwego wypadku właściciel konta może przez całą dobę skorzystać z wizyty domowej lekarza lub pielęgniarki, a w razie zdarzenia losowego – m.in. z interwencji hydraulika czy elektryka oraz z naprawy sprzętu AGD, RTV, PC lub smartfona. Pakiet assistance jest bezpłatny przez pierwszych dwanaście miesięcy od założenia rachunku (potem opłata wynosi 4,98 zł miesięcznie).

– Nasza strategia w zakresie Konta 360° nie ulega zmianie. Dzięki niemu mamy bardzo dobre wyniki w pozyskiwaniu nowych klientów. Klienci je doceniają, więc będziemy raczej dążyli w kierunku ciągłego uatrakcyjniania usług, które są dostępne za pośrednictwem Konta 360°, niż zmiany samej konstrukcji –zapowiada Wojciech Rybak.

W czerwcu naukowcy rozpoczną poszukiwania życia na Marsie. Pomogą w tym trójwymiarowe zdjęcia wykonane przez kamerę CaSSIS

Misja Trace Gas Orbiter wchodzi w fazę naukową. Sonda krążąca od 1,5 roku wokół Marsa wykona precyzyjne zdjęcia wytypowanych przez naukowców obszarów, dzięki czemu będzie można lepiej zidentyfikować i scharakteryzować miejsca potencjalnych źródeł gazów powierzchniowych. Może to mieć kluczowe znaczenie dla zbadania, czy i jakie formy życia występują na Marsie. W misji biorą udział Polacy, którzy zbudowali zasilacz do kamery, która służy do przechwytywania obrazów i dźwięków z Marsa.

– Misja Trace Gas Orbiter to wspólna misja europejskiej oraz rosyjskiej agencji kosmicznej, natomiast CaSSIS (Colour and Stereo Surface Imaging System – przyp. red.) jest jednym z czterech instrumentów, które znajdują się na pokładzie sondy krążącej od około 1,5 roku wokół Marsa. Zdjęcia powierzchni Marsa są przesyłane już od ponad roku, a w czerwcu rozpoczyna się faza naukowa misji. Będziemy mieli możliwość wybierania obszarów powierzchni Marsa, które sfotografuje kamera CaSSIS. Spodziewamy się bardzo owocnych wyników z tej misji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Wajer z Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk.

CaSSIS, czyli kolorowy i stereofoniczny system obrazowania powierzchniowego pomoże scharakteryzować miejsca, które zostały zidentyfikowane jako potencjalne źródła gazów śladowych i zbadać dynamiczne procesy powierzchniowe, takie jak np. sublimację, procesy erozji i wulkanizm. Przyrząd będzie również używany do certyfikowania potencjalnych miejsc lądowania poprzez charakteryzowanie lokalnych wzniesień, obecności skał i innych możliwych zagrożeń.

– Jedną z zagadek dotyczących Marsa jest pochodzenie metanu, który wydobywa się z powierzchni i znika. Do tej pory nie są znane źródła wydobywania się oraz znikania metanu. Myślimy, że CaSSIS, jak również inne instrumenty, przyczynią się do poznania tych źródeł – przewiduje Paweł Wajer.

Wykonanie tych zadań będzie możliwe dzięki temu, w jaki sposób pracuje kamera CaSSIS. Zdjęcia wykonywane są przez nią w kilku pasmach – podczerwieni, bliskiej podczerwieni, paśmie niebieskim, zielonym oraz panchromatycznym. Istnieje też możliwość wykonywania zdjęć trójwymiarowych.

– Kamera ma możliwość wykonywania zdjęcia tego samego obszaru z tej samej orbity pod różnym kątem. Wykonując w ten sposób zdjęcia, mamy możliwość uzyskania zdjęcia trójwymiarowego powierzchni, a co za tym idzie – mamy możliwość lepszego poznania budowy tej powierzchni. Zdjęcia te będą wykorzystywane do analizy ciekawych geologicznie obszarów Marsa – tłumaczy przedstawiciel Centrum Badań Kosmicznych PAN.

W przygotowaniu wspólnej misji europejskiej i rosyjskiej agencji kosmicznej swój wkład mają Polacy. W Centrum Badań Kosmicznych PAN powstał zasilacz do kamery CaSSIS, jej elementy zasilania zostały zamontowane przez Creotech Instruments z Piaseczna, a znajdujące się na pokładzie lądownika detektory podczerwieni wykonała ożarowska firma Virgo Systems.

Mars stanowi cel badań kosmicznych już od niemal 60 lat. Pierwszą próbę wysłania w jego stronę sondy międzyplanetarnej podjęli naukowcy ze Związku Radzieckiego w 1960 roku, jednak dopiero cztery lata później amerykańska sonda Mariner 4 dokonała udanego przelotu w pobliżu tej planety i dostarczyła jej pierwszych zdjęć.

Rząd dopłaci do czynszów. Program „Mieszkanie na start” ruszy od 2019 roku

Rząd dopłaci do czynszów. Program „Mieszkanie na start” ruszy od 2019 roku 14

Projekt ustawy dotyczącej programu „Mieszkanie na start” został przyjęty przez Komitet Stały Rady Ministrów i teraz trafi pod obrady rządu. Zakłada on dopłaty do czynszów w pierwszych latach najmu mieszkania. Będą z niego korzystać osoby, które mają zbyt wysokie zarobki na mieszkania komunalne, ale których nie stać na kredyt hipoteczny. O tym, kto będzie mieć pierwszeństwo przy staraniach o dopłaty, będą decydować gminy. Program ma zacząć obowiązywać od początku przyszłego roku.

Program „Mieszkanie na start” to kluczowy element pakietu Mieszkanie Plus, obok budowy mieszkań czynszowych.

To pomoc dla tych wszystkich, którzy zechcą zamieszkać w mieszkaniach wybudowanych w ramach programu Mieszkanie Plus, adresowany do wszystkich, którzy będą budowali w budownictwie czynszowym. Korzystać z niego będą mogli ci najemcy, którzy spełnią kryterium dochodowe, czyli zarobki będą niższe niż przeciętne – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Wysokość  dopłaty będzie uzależniona od wielkości gospodarstwa domowego i jego dochodów oraz lokalizacji nieruchomości. Próg dochodowy w ustawie dla gospodarstwa jednoosobowego określono na 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia (ok. 2,5 tys. zł). Będzie on zwiększany o 30 pkt proc. na każdą kolejną osobę. W gospodarstwie trzyosobowym wyniesie więc 120 proc. przeciętnego wynagrodzenia.

Przykładowo rodzina 2+2, płacąca czynsz w wysokości ok. 1,5 tys. zł, dostanie blisko 1/3 w ramach dopłaty z tej ustawy przez 9 lat – mówi Artur Soboń. – Wszystko po to, by zachęcać osoby do korzystania z programu Mieszkanie Plus, żeby zostawały w Polsce, tutaj planowały przyszłość zawodową i rodzinę.

Osoby, które będą się ubiegały o dopłaty, będą musiały przedstawić dokumenty potwierdzające zdolność do regularnego opłacania czynszu, a gminy okresowo będą mogły weryfikować prawo najemcy do dopłaty. Kryteria pierwszeństwa przyznawania dopłat określą gminy.

Program jest skierowany przede wszystkim do młodych polskich rodzin, bo to one są dziś najbardziej wykluczone z możliwości uzyskania pomocy ze strony państwa. Często nie są to osoby najuboższe, dla których mamy mieszkania komunalne czy socjalne, ale nie stać ich też na własne mieszkanie i kredyt hipoteczny – podkreśla Artur Soboń.

Jak szacuje ministerstwo, ok. 40 proc. społeczeństwa z różnych przyczyn nie stać na kupno mieszkania.

W katalogu kryteriów pierwszeństwa, które ministerstwo zaproponowało gminom, są m.in. liczba dzieci, niepełnosprawność, migracje za pracą.

Po programie spodziewamy się dwóch efektów. Z jednej strony to efekt społeczny, a z drugiej – proinwestycyjny – kilkadziesiąt tysięcy nowych mieszkań. To jest duży zastrzyk dla gospodarki – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. – Dziś mamy taką strukturę mieszkaniową, że ok. 5 proc. ogółu stanowią mieszkania czynszowe. W UE to jest średnio 30 proc. Chcemy, żeby ten odsetek cały czas wzrastał, żeby te mieszkania czynszowe, dostępne cenowo, sprzyjały mobilności na rynku pracy i temu, by polskie rodziny zostawały w Polsce.

Jednocześnie rząd chce zachęcić inwestorów do budowania lokali na wynajem. Celem jest zwiększenie podaży do ok. 250 tys. mieszkań oddawanych rocznie do użytkowania.

Takich mieszkań jest w Polsce za mało. Dotychczasowe przepisy raczej nie zachęcały do tego, by inwestować w mieszkania inne niż na sprzedaż, choćby dlatego, że partnerzy – najemca i wynajmujący – nie mieli równych praw w tym systemie. Wyraźnie preferowany był najemca. Umowa w postaci najmu instytucjonalnego, który wprowadziliśmy ustawą o KZN, zostanie jeszcze doregulowana specustawą mieszkaniową, którą za chwilę pokażemy na Radzie Ministrów, bo zakładam, że w przyszłym tygodniu zajmie się nią Komitet Stały Rady Ministrów. To będzie dobra formuła, która zabezpieczy interesy i najemcy, i wynajmującego, nie tworząc sytuacji, w której nie będzie się opłacać budować mieszkań czynszowych – podkreśla Artur Soboń.

Jak zbudować halę produkcyjną?

Każdy zakład przemysłowy potrzebuje odpowiedniej przestrzeni do prowadzenia działalności produkcyjnej. Dlatego też nawet niewielkie przedsiębiorstwa prędzej czy później muszą pomyśleć o odpowiednim budynku. Jednak jak dobrze wybrać i szybko zbudować halę produkcyjną?

Hala produkcyjna – jaka powinna być?

Wbrew pozorom decyzja o budowie hali produkcyjnej wcale nie musi być prosta. Wiąże się ona z poważnymi wydatkami inwestycyjnymi, koniecznością określenia wymagań odnośnie budynku, znalezienia odpowiedniej lokalizacji i wreszcie – dobrego wykonawcy. Co ważne, zaniedbania na tym wstępnym etapie mogą być bardzo bolesne w skutkach. Przykładowo zbyt mała hala bardzo szybko okaże się za ciasna na potrzeby rozwoju firmy, co poskutkuje dodatkowymi kosztami, zła lokalizacja może z kolei znacznie utrudnić logistykę, a kiepski wykonawca może doprowadzić do opóźnień w budowie czy słabej jakości całego budynku. Dlatego też tak ważne jest odpowiednie przygotowanie inwestycji i dokładne określenie oczekiwanych parametrów budynku.

Hala stalowa czy murowana – która lepsza?

Bardzo ważną kwestią związaną z budową hali produkcyjnej jest z pewnością wybór metody budowy. Obecnie na rynku największe znaczenie mają dwa rozwiązania – klasyczne murowane i nowoczesne – stalowe. Które z nich jest lepsze?

Porównując hale stalowe z murowanymi przede wszystkim warto zwrócić uwagę na czas budowy i walory użytkowe. W obu tych przypadkach zdecydowanie lepiej wypada nowsze rozwiązanie, które postawić można w kilka miesięcy. Dodatkowo nie wymaga ono też sezonowania celem pozbycia się wilgoci. Pod względem użytkowym przewagą hal stalowych jest z kolei mniejsza liczba podpór wewnątrz – lub nawet ich brak – oraz modułowa konstrukcja, która umożliwia szybką i bezproblemową rozbudowę obiektu z zachowaniem ciągłości architektonicznej. Innymi zaletami hal stalowych jest też łatwiejsze ich utrzymanie, a także możliwość odzyskania i sprzedaży około 90% elementów konstrukcyjnych w przypadku rozbiórki budynku. Bez wątpienia więc hala stalowa jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem – mówi specjalista z firmy Frisomat.

Hale stalowe – co jest potrzebne do ich budowy?

Hala produkcyjna magazyn
autor: Alexey Fursov, stock.adobe.com

Podjęcie decyzji o budowie hali produkcyjnej, wybranie technologii wykonania i określenie potrzeb to jednak tylko początek drogi do powstania budynku. Kolejnym krokiem powinno być wykonanie planu architektonicznego, który zawierać będzie ogólne informacje na temat inwestycji. Plan ten jest niezbędny do złożenia wniosku w urzędzie miasta lub gminy dotyczącej warunków zabudowy i zagospodarowania terenu. Po jej uzyskaniu konieczne jest też wykonanie mapy geodezyjnej, z naniesionym budynkiem i innymi instalacjami. Kolejnym krokiem w kierunku budowy hali produkcyjnej będzie wystąpienie o samo pozwolenie na budowę. Podstawowym warunkiem jej uzyskania jest z kolei przedstawienie projektu budynku i zagospodarowania terenu, który rzecz jasna powinien spełniać wszelkie normy (przeciwpożarowe, BHP, sanitarno-epidemiologiczne itp.) oraz musi być skonsultowany z innymi lokalnymi instytucjami np. z zarządem dróg. Sam wniosek o wydanie pozwolenia złożyć trzeba w wydziale architektury danego powiatu, który ma 65 dni na podjęcie decyzji. Dopiero po jej wydaniu możliwe jest rozpoczęcie prac budowlanych przez konkretnego wykonawcę.

Ile kosztuje hala stalowa?

Jak więc widać, proces uzyskiwania zgody na budowę hali stalowej przebiega dokładnie tak samo jak w przypadku budynków murowanych. A ile kosztuje sama budowa hali stalowej?

Niestety odpowiedź na to, zdawałoby się, proste pytanie nie jest wcale łatwa. Wynika to z szeregu czynników, które mają zasadniczy wpływ na końcową cenę, a także różnego podejścia wykonawców. Zaczynając od drugiej kwestii – często zdarza się, że oferty prezentowane jako zdecydowanie najtańsze uwzględniają tylko samo postawienie hali, bez jej wykończenia i wyposażenia w niezbędne instalacje. Dlatego też zawsze trzeba dokładnie sprawdzić, jaki zakres robót obejmuje umowa. Realna różnica w cenie wykonania zależy z kolei przede wszystkim od rodzaju zastosowanych materiałów, typu wypełnienia ścian, posadzki, wytrzymałości dachu, liczby okien, bram i drzwi. Warto przy tym podkreślić, że rzadko kiedy opłaca się w tych kwestiach przesadnie oszczędzać, gdyż różnice użytkowe między dobrymi i kiepskimi rozwiązaniami są naprawdę duże, a cenowe – niewielkie. Dobrą informacją dla inwestorów jest też z pewnością fakt, że koszt budowy nowoczesnej hali stalowej realnie jest zbliżony do ceny budynku murowanego – co z całą pewnością w wielu przypadkach może być kwestią decydującą – dodaje specjalista z firmy Frisomat.

Jak więc zbudować halę produkcyjną? Przede wszystkim – rozsądnie i po kolei! Kluczem do sukcesu jest z całą pewnością dokładne zaplanowanie inwestycji, określenie potrzeb, wybór dobrego wykonawcy i pozytywne przejście przez wszystkie formalności. Jeśli te elementy wykonamy dobrze, to sama budowa będzie najprostszym etapem!

ABC leasingu nowego auta. Kilka sprawdzonych wskazówek

Leasing nowych samochodów cieszy się ogromną popularnością – korzysta z niego nawet 40 proc. małych przedsiębiorców. Aby jednak tego rodzaju forma finansowania przyniosła maksymalne korzyści, warto zwrócić uwagę na kilka kwestii. Jeżeli przymierzasz się do leasingu, skorzystaj z poniższych wskazówek.

Leasing samochodowy to rozwiązanie, dzięki któremu można wiele zyskać: począwszy od niższych podatków, a skończywszy na zachowaniu płynności finansowej. Grunt to znaleźć ofertę leasingową dopasowaną do indywidualnych potrzeb i oczekiwań przedsiębiorcy. Stojąc przed tą ważna decyzją, warto wziąć pod uwagę kilka ważnych aspektów.

Leasing operacyjny czy finansowy?

Jeśli chodzi o leasing, nowe samochody najczęściej finansowane są leasingiem operacyjnym. Jednak część przedsiębiorców decyduje się na leasing finansowy. Chociaż istota obu wariantów jest identyczna, kilka szczegółów wpływa na opłacalność w przypadku konkretnego przedsiębiorstwa.

Na leasing operacyjny zdecyduj się, gdy:

  • jesteś płatnikiem podatku VAT,
  • nie chcesz dokonywać odpisów amortyzacyjnych.

Leasing finansowy rozważ wówczas, gdy:

  • nie jesteś płatnikiem podatku VAT,
  • chcesz, aby spłata ostatniej raty oznaczała jednocześnie przejęcie auta – bez wykupu,
  • korzystne jest dla Ciebie dokonywanie odpisów amortyzacyjnych.

Ustal optymalną wysokość wpłaty własnej

Chcąc skorzystać z leasingu na nowe pojazdy, musisz ustalić wysokość wpłaty własnej (tzw. czynszu inicjalnego). Jest to kwota, która stanowi określony procent wartości pojazdu – nie więcej niż 45%.

Maksymalny czynsz inicjalny to dobre rozwiązanie dla przedsiębiorstw, które:

  • potrzebują jednorazowego dużego kosztu
  • chcą obniżyć wysokość rat
  • nie mają historii kredytowej – wysoka wpłata własna stanowi zabezpieczenie transakcji.

Minimalny czynsz inicjalny to natomiast korzystna opcja w przypadku, gdy np. przedsiębiorca nie chce angażować wszystkich wolnych środków. Wpłacając np. 10%, możesz uzyskać leasing na uproszczonych zasadach.

Wykup na firmę czy osobę prywatną?

Zamierzając wziąć samochód w leasing operacyjny, warto uwzględnić także formę wykupu. Przedsiębiorca ma trzy  opcje:

  • wykupić pojazd na firmę,
  • wykupić auto na osobę prywatną,
  • zrezygnować z wykupu samochodu.

Nie da się wskazać jednego uniwersalnego wariantu, który byłby najkorzystniejszy. Wiele zależy m.in. od tego, do jakich celów ma służyć pojazd, czy przedsiębiorca ma w planach wymienić samochód na nowy, czy użytkować go przez kolejne lata.

Decydując się na wykup na osobę fizyczną, warto ustalić wykup na poziomie 1%. Taka opcja sprawi, że większą część wartości pojazdu będzie można wliczyć w koszty uzyskania przychodu, zaś tylko niewielka kwota (wynosząca 1% wartości pojazdu) nie zostanie wliczona – straty będą więc minimalne.

Obniż wysokość raty nawet o 50%

Jeśli chodzi o leasing na nowe pojazdy, największym wydatkiem dla przedsiębiorcy są miesięczne raty. Dlatego warto zadbać o to, aby ich wysokość nie była obciążeniem firmowego budżetu. Pomaga w tym wybór odpowiedniego leasingu, np. opartego na wartości rezydualnej. Jego przykładem jest Leasing SMARTPLAN dostępny w ofercie Toyota Leasing, dzięki któremu wysokość comiesięcznych rat można obniżyć o 50% (w stosunku do Standard Leasingu).

Jak to możliwe? Wysokość raty jest wyliczana w oparciu o wartość pojazdu pomniejszoną o wysokość czynszu inicjalnego oraz kwoty wykupu. Warto przy tym pamiętać, że leasingobiorca spłaca jedynie tę część wartości samochodu, która odpowiada rzeczywistej utracie wartości w trakcie trwania umowy leasingowej.

Jak wziąć samochód w leasing?

Cała procedura uzyskania leasingu samochodowego sprowadza się do kilku kroków. Mając już wybrany pojazd, udajesz się do dealera w celu wypełnienia wniosku leasingowego. Kolejny krok to przedstawienie dokumentów firmy oraz dokumentów finansowych (o ile zachodzi taka potrzeba). Nawet tego samego dnia odbierasz decyzję leasingową, a po kilku dniach odjeżdżasz nowym autem prosto z salonu.

O czym jeszcze pamiętać?

Decydując się na leasing samochodowy, weź pod uwagę także inne kwestie, np.:

  • czas trwania umowy leasingowej,
  • wymagane dokumenty,
  • możliwość dopełnienia formalności bezpośrednio u dealera,
  • możliwość skorzystania z dodatkowych pakietów.

Im więcej parametrów porównasz, tym bardziej dopasowany będzie leasing. To z kolei przełoży się na większe korzyści.

Prezes Gaspol: Rośnie sprzedaż gazu płynnego, LPG i gazu do celów grzewczych

Ubiegły rok był okresem wzrostu sprzedaży gazu płynnego, copotwierdza tendencję notowaną na rynku. Dokonując podziału na subsegmenty, widać rosnące zainteresowanie autogazem i gazem do celów grzewczych. Stabilna jest także sprzedaż gazu w butlach, co od wielu lat jest normalnym zjawiskiem. W ubiegłym roku popyt na autogaz wyniósł prawie 1,9 mln ton, a w 2018 rok powinien być jeszcze większy.Wzrost cen paliw tradycyjnych spowoduje jego większą opłacalność. Zwiększy się także sprzedaż gazu do celów grzewczych. Wielu ludzi dostrzega pozytywne strony gazu płynnego – to czyste paliwo, które nie emituje cząstek stałychRosnące potrzeby społeczeństwa związane z ekologią powodują coraz częstsze wybieranie właśnie tego surowca – w 2017 roku w Polsce sprzedano łącznie prawie 2,5 mln ton gazu.

– Rynek gazu rośnie – w stosunku do 2016 roku dynamika wyniosła prawie 6 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Sylwester Śmigiel, prezes Gaspol – Taki wynik cieszy tym bardziej, że przez wiele lat obserwowano spadki sprzedaży. Cena gazu płynnego przez wiele lat była stabilna. Dzięki temu staje się on coraz bardziej konkurencyjny względem innych paliw. W przypadku gazu w butlach spadki odnotowywane w ubiegłych latach powinny wyhamować i nastąpi pewna stabilizacja. Używanie tego paliwa w celach rekreacyjnych stają się coraz bardziej popularne. Te nowe zastosowania będą rekompensowały straty, które następują w segmencie tradycyjnym – głównie w kuchenkach gazowych w gospodarstwach domowych. Następowały one głównie na skutek używania nowych aplikacji elektrycznych – jak czajniki czy kuchenki mikrofalowe. Wydaje się, że rynek ten jest już wysycony, więc nie przewiduje się dalszych strat. Jednocześnie wzrastało będzie zużycie do nowych zastosowań, stąd też spodziewana stabilizacja na rynku gazu w butlach – podsumował Śmigiel.

Stopy procentowe mają pozostać stabilne

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w czerwcu utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Istotnie nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes i towarzyszący mu członkowie Rady (prof. Gatnar i prof. Sura) powtarzają, że obecnie nie ma szans na podwyżki stóp procentowych.

Zgodnie ze słowami prezesa oraz członków RPP powodów do zacieśnienia polityki monetarnej prawdopodobnie nie będzie nawet na przestrzeni najbliższych dwóch lat, a może i dłużej.

Prezes Glapiński podczas dzisiejszego spotkania potwierdził, że sytuacja w polskiej gospodarce jest dobra: wzrost gospodarczy w pierwszym kwartale był imponujący. Struktura wzrostu (w I kwartale istotną rolę odegrał wzrost zapasów) zdaje się nie budzić obaw członków RPP. Prof. Eugeniusz Gatnar zwrócił uwagę, że wzrost zapasów w I kwartale może oznaczać wzrost eksportu lub inwestycji w kolejnych miesiącach.

Członkowie RPP zdają się nie obawiać wpływu słabszego złotego i zmian na rynku pracy na perspektywy inflacji w kolejnych kwartałach. Na pytanie o to, jaki wpływ na działania RPP miałaby decyzja o zacieśnieniu polityki monetarnej ze strony EBC (rynki oczekują, że do zakończenia programu QE dojdzie pod koniec roku) prezes Glapiński nie udzielił jasnej odpowiedzi. Wpływ oczekiwanych działań EBC nadal jeszcze zdaje się być nie w pełni oszacowany.

Póki co jednak kredytobiorcy nie mają się póki co czego obawiać. Biorąc pod uwagę stanowisko Rady, stopy procentowe w 2018 r powinny pozostać niezmienione. Prawdopodobne jest, że stopy procentowe pozostaną stabilne również przez większość 2019 r, a nawet jeszcze dłużej.

Autor: Roman Ziruk, Ebury

Zdjęcia satelitarne coraz chętniej wykorzystywane przez urzędy państwowe i biznes. Pozwalają przewidzieć powódź, pomagają też rolnikom

Wraz z prężnym rozwojem branży kosmicznej rośnie zapotrzebowanie na zdjęcia satelitarne, które wykorzystywane są zarówno przez jednostki rządowe, jak i prywatnych przedsiębiorców. Firmy coraz częściej sięgają po możliwości, jakie daje im przemysł kosmiczny, aby zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku. We wrześniu 2018 r. ma wystartować Krajowy Program Kosmiczny, którego jednym z priorytetowych założeń będzie rozwój technologii oraz infrastruktury satelitarnej. Tymczasem liczba zastosowań zdjęć satelitarnych dynamicznie rośnie. Wykorzystywane są m.in. w rolnictwie, do monitorowania budynków, a nawet zapobiegania powodziom.

– Satelita na orbicie okołoziemskiej okrąża Ziemię w około 90 minut, dostarczając zdjęcia widzialne, zdjęcia w podczerwieni bądź radarowe obszaru, na który aktualnie jest skierowany. Z danych radarowych jesteśmy w stanie ocenić np. zmianę wysokości gruntu. Podczas budowy metra w Warszawie możemy z milimetrową dokładnością zmierzyć przesunięcie dachów w stosunku do czasu sprzed budowy metra. Jesteśmy w stanie monitorować w ten sposób budynki w czasie rzeczywistym, zaobserwować zmiany, które trudno jest dostrzec z Ziemi, gdy np. któryś budynek znacznie bardziej osiada lub nawet się przechyla – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jan Miedzik z firmy GMV.

Polski rząd i Polska Agencja Kosmiczna przygotowują obecnie ostateczną treść Krajowego Programu Kosmicznego. Program ma oficjalnie wystartować we wrześniu 2018 roku. Jednym z jego priorytetowych założeń będzie rozwój technologii oraz infrastruktury satelitarnej w celu zwiększenia konkurencyjności polskiego sektora kosmicznego na arenie międzynarodowej.

Polskie firmy z sektora kosmicznego już teraz notują coraz większe sukcesy. Pod koniec maja wrocławska firma SatRevolution wystrzeliła w stratosferę prototyp pierwszego polskiego nanosatelity. Testy wykonano w ramach projektu Światowid, który zakłada stworzenie roju sześćdziesięciu sześciu satelitów, zdolnego do obrazowania powierzchni Ziemi w czasie rzeczywistym. Tego typu system komercyjnych satelitów będzie można wykorzystywać nie tylko w biznesie, lecz także do ratowania ludzkiego życia.

– Takie rozwiązanie może być wykorzystywane do monitorowania wałów przeciwpowodziowych. Wały mogą ulegać erozji z różnych powodów, a monitorując ich stan satelitami jesteśmy w stanie zapobiec ewentualnej powodzi. Czy trzeba to robić z satelitów, czy można to zrobić z samolotu lub z Ziemi? Lot samolotem jest zdecydowanie bardziej kosztowny w porównaniu do zdjęć z satelity, które można pozyskać. Dane satelitarne są dostarczane w sposób praktycznie ciągły, czas rewizyty to przeważnie kilka dni, ewentualnie tydzień, więc co tydzień mamy nowe dane. Poza tym zdjęcia obejmują bardzo duży teren, na którym możemy wykonać analizę – przekonuje Jan Miedzik.

W latach 2021–2027 Komisja Europejska chce przeznaczyć 16 mld euro na nowy program kosmiczny. W jego założeniach jest poprawa dostępu do finansowania ryzyka dla start-upów działających w sektorze kosmicznym oraz ułatwienie im dostępu do obiektów badawczych i obiektów przetwarzania. W ramach nowego budżetu KE chce przeznaczyć 9,7 mld euro na programy Galileo i EGNOS w celu m.in. uzupełnienia i utrzymania konstelacji satelitów.

Komisja Europejska 22 maja wprowadziła nowe przepisy zezwalające na wykorzystanie danych z satelitów podczas kontroli osób korzystających z dopłat w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Zastosowanie zdjęć satelitarnych zautomatyzuje przeprowadzanie inspekcji terenowych i zmniejszy ich koszty. Sami rolnicy również mogą wykorzystać technologię kosmiczną w swojej codziennej pracy. Wykorzystując obrazowanie multispektralne, mogą na bieżąco oceniać jakość plonów.

– Ze zobrazowań multispektralnych, czyli zdjęć Ziemi wykonywanych w różnych kolorach – zielonym, czerwonym, niebieskim i w podczerwieni – jesteśmy w stanie oceniać również jakość plonów. Są to narzędzia bardzo przydatne dla rolników. Dzięki tym danym rolnicy wiedzą, że w jakimś miejscu ich uprawy występuje choroba bądź brakuje nawozu, wiedzą, jakie dawki, jakiego nawozu i kiedy trzeba zastosować. To duża oszczędność dla rolnika. Z punktu widzenia państwa dane, które możemy dostarczyć na temat jakości plonów, są też istotną informacją, bo wiemy, czy jest nadprodukcja, będzie nadpodaż czy zbyt mało plonów – mówi ekspert.

Polska przeznacza na rozwój sektora kosmicznego zaledwie 0,01 proc. PKB. Zgodnie z założeniami przyjętymi w ramach Polskiej Strategii Kosmicznej do 2030 roku polski przemysł kosmiczny ma mieć 3 proc. udział w rynku europejskim.

Dzięki specjalnym algorytmom sztuczna inteligencja może już czytać ludzkie myśli. Technologia znajdzie zastosowanie w grach i biznesie

Dzięki specjalnym algorytmom sztuczna inteligencja może już czytać ludzkie myśli. Technologia znajdzie zastosowanie w grach i biznesie 15

Wykorzystując specjalne hełmy analizujące aktywność mózgu, możemy się porozumieć z komputerami za pomocą samych myśli. Choć technologia wciąż jest we wczesnej fazie rozwoju, może zrewolucjonizować zarówno sektor biznesowy, jak i branżę rozrywkową. Zainteresowane są nią takie firmy, jak Microsoft czy Facebook. Zastosowanie może znaleźć m.in. w bankowości. Pojawia się także coraz więcej przykładów wykorzystania interfejsu mózg-komputer, np. w symulatorze wyścigów samochodowych, w którym prędkość prowadzonego pojazdu zależy od stopnia koncentracji gracza.

– Skupiamy się na złożonych procesach, które wymagają stosowania sygnałów cyfrowych przetwarzanych automatycznie przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji, np. sieci neuronowych. Technologię tę można porównać do przetwarzania obrazów przez mózg: kiedy oglądamy np. nagranie, fale mózgowe są przekształcane w sygnały, dzięki czemu widzimy obraz przedstawiający samochód czy kobietę. I to jest naszym zdaniem przyszłość rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Manoj Krishnan Nair z firmy Wipro.

Za jednego z pierwszych cyborgów na świecie uważa się Kevina Warwicka, cybernetyka i wykładowcę z University of Readin, który wszczepił sobie pod skórę implant umożliwiający wymianę informacji między układem nerwowym a komputerem. Trzymiesięczny eksperyment dowiódł, że człowiek może w pełni zintegrować się z maszyną, zyskać nowe zmysły i zmusić mózg do komunikacji z procesorem. Eksperyment wymagał przeprowadzenia operacji chirurgicznej, aby połączyć mózg z komputerem. Obecnie interfejs BCI (Brain-computer interface) można już wykonać nieinwazyjnymi metodami, które do odczytywania myśli wykorzystują detektory fal mózgowych.

Na początku tego roku brazylijscy naukowcy z D’Or Institute for Research and Education na łamach magazynu „Science Reports” opisali algorytm zdolny do rozpoznawania słuchanej muzyki za pośrednictwem funkcjonalnego obrazowania metodą rezonansu magnetycznego. Ich detektor wyłapywał fale mózgowe, a następnie wykorzystywał sztuczną inteligencję do przetworzenia przechwyconych sygnałów i rozpoznania w nich odtwarzanych utworów. Stworzyli tym samym podwaliny bezprzewodowego interfejsu mózg-komputer zdolnego do przetwarzania i analizowania myśli człowieka w czasie rzeczywistym.

Technologią odczytywania fal mózgowych interesuje się także branża rozrywkowa. Już w 2012 roku światło dzienne ujrzał Puzzlebox Orbit, prosty dron sterowany za pośrednictwem hełmu ze zintegrowanym skanerem EEG. Z kolei firma Looxid opracowuje w ramach programu akceleracyjnego HTC Vive X gogle rzeczywistości wirtualnej z wbudowanym systemem rozpoznawania fal mózgowych.

Wipro swoje możliwości w dziedzinie interfejsów mózg-komputer demonstrowało podczas konferencji infoShare 2018 w Gdańsku w postaci symulatora wyścigu samochodowego. Gracze zakładali na głowy specjalne opaski, które przechwytywały ich fale mózgowe, wprawiając wirtualny pojazd w ruch.

– Nasz symulator samochodu opiera się na przetwarzaniu sygnałów cyfrowych, które są zmieniane na instrukcje określające, czy np. samochód ma ruszyć z miejsca czy też nie. Przy odpowiednim poziomie koncentracji możliwe jest jednoczesne myślenie o wielu rzeczach oraz prowadzi do szybkiego i precyzyjnego przekształcania odbieranych sygnałów w informacje. Gdy gracz odpowiednio skupi się na poruszeniu samochodu, wygra wyścig. Obecnie tej technologii nie ma jeszcze na rynku, ale w przyszłości takie wykorzystanie sztucznej inteligencji może się pojawić także w grach – prognozuje ekspert.

Biznesowy potencjał interfejsów mózg-komputer współpracujących ze sztuczną inteligencją dostrzegły korporacje Facebook i Microsoft. W zeszłym roku Mark Zuckerberg zapowiedział, że jego współpracownicy opracują system rozpoznawania myśli i przelewania ich na papier w tempie stu słów na minutę. Z kolei firma z Redmond chce stworzyć oprogramowanie wykorzystujące fale mózgowe m.in. do sterowania systemem operacyjnym, przemieszczania się w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości oraz modelowania trójwymiarowych obiektów.

Według raportu „ Artificial Intelligence Technologies 2018” w 2017 roku wartość rynku technologii sztucznej inteligencji wyniosła 2,4 mld dol., a do 2025 roku ma wzrosnąć do 59 mld dol.

Transparency Market Research prognozuje, że wartość rynku rozwiązań BCI w 2024 roku wyniesie 1,2 mld dol. przy tempie wzrostu 15 proc. średniorocznie.