Północna Izba Gospodarcza postuluje o przedstawienie „planu powrotu do normalności”

W dobie kolejnego przedłużenia lockdownu Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apeluje o to, by rządzący pochylili się nad problemem zachodniopomorskiej turystyki jeszcze uważniej niż dotychczas. Każdy kolejny wiosenny tydzień, gdzie hotele i restauracje nie mogą funkcjonować to przybliżanie tego sektora do upadłości. – Mamy wrażenie, że ten upadek jest coraz bliżej. Sezon turystyczny nad morzem zwykle zaczyna się w Wielkanoc, a wczoraj przedsiębiorcy dowiedzieli się, że majówka nie będzie taka, jak te sprzed pandemii. Czy to zapowiedź zamkniętych hoteli? Mam nadzieję, że nie, bo byłoby to dopełnienie tragicznego początku roku dla całego sektora turystycznego – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.  Izba apeluje o wsparcie dla tego sektora gospodarki oraz o przedstawienie planu przywracania gospodarki do funkcjonowania po lockdownie.

  • Przedsiębiorcy oczekują przygotowania przybliżonego harmonogramu odmrażania gospodarki
  • Niezbędne jest szybkie przedstawienie założeń konkretnych programów pomocowych, zarówno w formie Tarczy Finansowej jak i pomocy celowej
  • W najtrudniejszej sytuacji jest turystyka, gastronomia, hotelarstwo i usługi. Dla tych branż właśnie rozpoczyna się sezon. Każdy dzień lockdownu to wielkie straty.

Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk przedsiębiorcy oczekują od Rządu przygotowanie czegoś, co umownie możemy nazwać „planem powrotu do normalności”. Po wielu tygodniach obostrzeń, w obliczu kolejnego przedłużenia restrykcji przedsiębiorcy muszą mieć zarysowaną perspektywę tego, kiedy umożliwiona będzie im działalność w szerszej skali. Konieczne jest również możliwie szybkie przedstawienie programów pomocowych takich jak np. kolejna tarcza finansowa czy programy celowe skierowane do najbardziej poszkodowanych branż.

– Kolejne tygodnie zamiast pokazywać przedsiębiorcom w jakim kierunku zmierza pandemia i gospodarka tylko mnożą znaki zapytania. Otrzymujemy dziesiątki sygnałów od firm, które są nie tylko zirytowane i zniecierpliwione, ale i realnie zdesperowane faktem, że upragniony powrót do normalności co chwilę oddala się w czasie. Mamy wrażenie, że hasła: „jeszcze tydzień” czy „jeszcze dwa tygodnie” nie wystarczają już, by uspokoić przedsiębiorców. Zdajemy sobie sprawę, że pandemia trwa i sytuacja nadal jest poważna. W naszej opinii jednak Polska może powoli rysować plan wychodzenia z lockdownu tak jak robią to Czesi czy Węgrzy. Powolne odmrażanie gospodarki planowane jest także w Niemczech – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

– Przedsiębiorcy zadają sobie pytanie: co dalej z majówką? Czy możliwe będzie wtedy przyjmowanie gości w hotelach? Czy uruchomione zostaną ogródki gastronomiczne? Czy przygotowane zostaną programy celowe, które wesprą turystykę? Jeżeli rozpocznie się odmrażanie gospodarki to kto zacznie działać jako pierwszy? Czy w wakacje będą odbywały się eventy i koncerty, tak by ten sektor gospodarki również zaczął oddychać? – mówi Prezes Izby Hanna Mojsiuk. – Przedsiębiorcy mają oczekiwać konkretniejszych informacji. Oczywiście jesteśmy w stanie zrozumieć, że pandemia jest dynamiczna i nie można wyciągać daleko idących wniosków po kilku dniach z mniejszą ilością zakażeń. Prosimy jednak o to, by zrozumieć, że sytuacja poszczególnych sektorów gospodarki jest tak trudna, że każdy dzień straty to kolejne długi i bliższa wizja bankructwa – mówi Prezes Izby.

Udany debiut Image Power S.A. na NewConnect

Image Power S.A., polski producent gier wideo z Grupy PlayWay, oficjalnie dołączył do grona spółek publicznych na NewConnect. Na otwarciu kurs akcji rósł o prawie 40 proc. do 42 zł. To 377 spółka notowana na NewConnect oraz 7 debiut na tym rynku w 2021 roku.

Z przeprowadzonej w listopadzie 2020 r. emisji akcji firma pozyskała 1,6 mln zł. Cena emisyjna wyniosła wtedy 30 zł za sztukę i była o 50 proc. wyższa niż w poprzedniej ofercie. Przy tym kursie wycena spółki przekroczyła 46 mln zł.

Image Power zostało bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów, akcje spółki w dniu debiutu mocno drożały. W najlepszym momencie walory wzrosły o 43 proc., a na zamknięciu sesji o 8 proc. Wartość obrotu była bliska 1 mln zł.

Głównym założeniem działalności Image Power jest produkcja i dystrybucja kilku nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone niewielkie zespoły deweloperskie. Takie podejście zapewnia minimalizację ryzyka inwestycyjnego związanego z produkcją pojedynczego tytułu. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowego oraz przy wykorzystaniu autorskich pomysłów powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest PlayWay S.A., jeden z branżowych liderów, notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów . Chcemy poszerzać portfolio swoich gier, aby zbudować marki, które będziemy mogli monetyzować w dłuższym czasie, na przykład poprzez kolejne części lub płatne DLC. Jednocześnie nie przestaniemy poszukiwać nowych ciekawych pomysłów, które pozwolą nam się rozwijać. Szukamy własnego miejsca na rynku, a inwestorzy doceniają nasz model biznesowyprzyznał Paweł Graniak, prezes zarządu Image Power S.A.

W lutym br. Spółka z sukcesem zakończyła na Kickstarterze zbiórkę na rozwój autorskiej gry Yacht Mechanic Simulator 2021. Producent przekroczył zakładany pułap 10 tys. dolarów kanadyjskich i planuje wydać grę w połowie roku.

Jesienią ubiegłego roku na platformie Steam odbyła się premiera pierwszej autorskiej produkcji – gry Dieselpunk Wars. Tytuł zebrał głównie pozytywne oceny. Po podpisaniu umowy z firmą HeartBeat Interactive Entertainment Ltd. – Dieselpunk Wars trafił do sprzedaży w Chinach.

Firma kontynuuje prace nad planem wydawniczym i dalszym rozwojem portfolio. W lutym Spółka podpisała umowę z GameFormatic z grupy PlayWay na stworzenie swojej największej produkcji – Offroad Mechanic Simulator. Wstępny budżet produkcji to 700 tys. PLN. W ramach współpracy powstanie również wersja na VR, w której specjalizuje się GameFormatic.

Rynek dobrze przyjął też ostatnią zapowiedź preprodukcji Creature Lab. Wkrótce, według założeń polityki wydawniczej, z nowo powstałym zespołem wewnętrznym rozpoczną się prace nad produkcją wersji demo. W planach jest też projekt kolejnej preprodukcji z gatunku mechanic simulator. Z pozostałych tytułów dobrze wygląda budowa wishlisty dla Ambulance Simulator, w przygotowaniu jest także gra Archer: The Witch’s Wrath.

Kool2Play uplasował prywatną emisję akcji serii F po 35 zł za sztukę

Kool2Play – twórca i wydawca nadchodzącej gry Uragun – uplasował ponad 51 000 akcji serii F. Cena emisyjna akcji serii F w subskrypcji prywatnej została ustalona na 35 zł. To o ok. 40% wyżej niż obecna wycena akcji spółki na NewConnect. Pozyskane ponad 1,79 mln zł  wesprze realizację 3 projektów, w tym Uragun, którego premiera EA ma nastąpić już w tym roku.

Inwestorzy docenili przyjętą przez nas strategię oraz kompetencje spółki w zakresie produkcji i promocji gier. Subskrypcja otwarta akcji serii D  z połowy 2020 r. zakończyła się spektakularnie: spółka pozyskała wówczas  2,5 mln zł, a łączne zapisy, które zostały złożone osiągnęły wtedy wartość ponad 21 mln zł. Ze względu na ogromne zainteresowanie inwestorów przeprowadziliśmy kolejną emisję akcji, tj. akcji serii F tym razem w ramach subskrypcji prywatnej. Wiarę w spółkę najlepiej obrazuje cena emisyjna. Mimo aktualnego kursu akcji spółki, inwestorzy zdecydowali się objąć akcje nowej emisji po 35 zł za akcję – komentuje Marcin Marzęcki, CEO Kool2Play.

Kool2Play rozwija nie tylko projekty, ale również zespół nad nimi pracujący. Do kluczowych wzmocnień spółki w ostatnich tygodniach należą Krzysztof Szulc oraz Fran Avilés. Pierwszy z ww. pełnił przez 10 lat funkcję dyrektora marketingu w Cenedze – największym dystrybutorze gier na terenie Polski, a jego doświadczenie zawodowe to blisko 20 lat pracy w największych firmach gamingowych, w tym CD Projekt. Pracował przy najpopularniejszych grach wydawców takich jak 2K, Activision Blizzard, Bandai Namco, Bethesda, Bungie, Capcom, Rockstar, SEGA, Square Enix czy Warner Bros.

– Do współpracy z Kool2Play przekonał mnie przede wszystkim potencjał projektów tworzonych obecnie przez spółkę. Produkcja gry Urugun idzie pełną parą, tytuł zapowiada się świetnie więc kolejne miesiące będą ekscytujące – podsumowuje Krzysztof Szulc, Publishing Director Kool2Play.

Fran Avilés jest natomiast uznanym projektantem, który jest odpowiedzialny za sukces Deep Rock Galactic. Gra duńskiego Ghost Ship Games to shooter kooperacyjny z perspektywy pierwszej osoby, który od premiery Early Access w lutym 2018 r. sprzedał się w ponad 3,9 milionach egzemplarzy. W okresie premiery pełnej wersji w maju 2020 r. gra wzbudziła ogromne zainteresowanie graczy, zajmując 6 lokatę w global topsellers, ulegając tylko takim tytułom jak Red Dead Redemption 2, Halo: The Master Chief Collection, Divinity: Original Sin 2 oraz Scrap Mechanic. Produkcja zyskała także uznanie mediów branżowych – średnie ocen wynoszą odpowiednio 85% (PC) oraz 83% (Xbox One), a tytuł był porównywany m.in do popularnej serii Left4Dead. Fran w K2P jest odpowiedzialny za projektowanie gameplaya Uraguna i rozwój tej gry w przyszłości.

Koncentrujemy się na jakości i kreowaniu silnych marek, stąd przeprowadziliśmy kolejne wzmocnienia kadrowe. Cieszymy się, że Fran oraz Krzysztof zdecydowali się na współpracę z nami – są najwyższej klasy specjalistami, z licznymi sukcesami na koncie. Głęboko wierzymy, że to, iż  zdecydowali się na pracę z Kool2Play jest potwierdzeniem potencjału jaki drzemie w spółce. Uważamy, że ich know-how przyniesie wymierne efekty jeszcze przed premierą Uragun – kończy CEO Kool2Play.

Przypominamy, że top-down shooter Uragun charakteryzuje się wysokooktanową rozrywką, a zadaniem gracza będzie pokonanie zbuntowanej AI, która zagraża ludzkości. Premiera wersji Early Access na platformie Steam planowana jest w tym roku.

Inwestycje w nieruchomości w czasach pandemii: Lokal użytkowy lepszą szansą na zysk niż mieszkanie?

Jak wynika z analiz ekspertów, nawet o kilka procent większą rentowność mogą osiągnąć lokale handlowo-usługowe niż mieszkalne. Jednak nie są oni do końca zgodni w kwestii inwestycji dokonywanych na rynku nieruchomości przez zwykłego Kowalskiego. Według szacunkowych danych, w naszym kraju brakuje około 2 mln mieszkań. Decydując się na lokale użytkowe, warto szukać takich o dość uniwersalnym przeznaczeniu, a te o powierzchni 50-100 m kw. najczęściej finalnie trafiają do najemców. W przypadku miejsca do zamieszkania największą popularnością cieszą się nowe nieruchomości. Ale wkrótce mogą się też zmienić preferencje dot. lokalizacji.

Indywidualny wybór

W przestrzeni publicznej ostatnio coraz częściej pojawiają się pytania, czy w obecnej sytuacji zwykły Kowalski powinien inwestować w nieruchomości. Niektórzy zastanawiają się, co będzie lepszym wyborem – lokal mieszkalny czy użytkowy. Jak podkreśla Łukasz Zajdel z Emmerson Commercial, możliwa do osiągnięcia rentowność w segmencie lokali handlowo-usługowych to 6,5-8%, w zależności od lokalizacji i ceny zakupu. W przypadku mieszkań waha się ona między 5-6%. Ten pierwszy typ nieruchomości właściciele głównie oferują w standardzie deweloperskim. Natomiast mieszkania na wynajem są wyposażone, czyli gotowe do zamieszkania.

– Obecnie o wiele bardziej perspektywiczną inwestycją wydaje się kupno lokali mieszkalnych. Ich ceny nie spadły. Duża część społeczeństwa mieszka w przeludnionych nieruchomościach. Szacuje się, że w Polsce brakuje około 1,5-2 mln mieszkań. Z kolei lokale użytkowe sprawdzają się dobrze pod kątem inwestycyjnym, pod warunkiem, że stanowią tak zwany gotowiec inwestycyjny – komentuje Jarosław Wójtowicz, główny analityk WGN.

Z kolei Jarosław Jędrzyński z portalu RynekPierwotny.pl zaznacza, że pandemia mocno nadwyrężyła rynek wynajmu mieszkaniowego. Dlatego obecnie inwestycja jest obciążona sporym ryzykiem. Do tego w przewidywalnej przyszłości wzrosty cen wcale nie są przesądzone. Zdaniem eksperta, odpowiedni lokal użytkowy zawsze pozwoli zarobić i nigdy nie straci na wartości, a raczej sporo będzie zyskiwać.

– Kiedy mamy do czynienia ze stabilną sytuacją w gospodarce, to bezpieczniejszą, ale także bardziej rentowną opcją jest zakup lokalu usługowego. On zapewnia właścicielowi dłuższe okresy najmu i większą stabilizację. Jednak taki zakup wymaga zwykle zaangażowania większego kapitału niż w przypadku mieszkania. Natomiast rynek tych ostatnich, mimo że rentowność inwestycji obniżyła się znacząco w ostatnich miesiącach, jest bardziej płynny – mówi Marcin Jańczuk, analityk rynku mieszkaniowego w Metrohouse Franchise.

Natomiast Jakub Tryboń z firmy deweloperskiej Tryboń PPI przekonuje, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co będzie lepszym wyborem dla Kowalskiego. Każdy inwestor ma bowiem inne preferencje i oczekiwania. Należy więc przeanalizować poziom bezpieczeństwa, rentowności oraz szybkości wyjścia z inwestycji.

Mały, ale użytkowy

– Nowy lokal użytkowy ma jedną przewagę nad używanym – o wiele łatwiej daje się przystosować do dowolnego rodzaju działalności gospodarczej. Najemca i tak musi ponieść koszty adaptacji na własne potrzeby. Używane nieruchomości, szczególnie te znajdujące się w XX-wiecznym budownictwie wielorodzinnym, często nie spełniają wielu oczekiwań – stwierdza główny analityk WGN.

Jak zaznacza Marcin Krasoń z Obido.pl, warto skupić się na lokalach o dość uniwersalnym przeznaczeniu, które będzie można łatwo wynająć szerszej gamie przedsiębiorców. Jeżeli nieruchomość znajduje się na nowym osiedlu, to można ją udostępnić np. sieciom spożywczym lub biznesom związanym z lokalną społecznością. Jarosław Jędrzyński wskazuje, że największą popularnością cieszą się lokale położone w gęstej, miejskiej zabudowie, która automatycznie generuje duży przepływ ludzi. Istotne jest też dogodne połączenie komunikacyjne.

– Patrząc na lokale usługowo-handlowe, najciekawszym rodzajem inwestycji dla małych inwestorów może się okazać segment magazynów. Warto rozważyć zwłaszcza działalność polegającą na oddawaniu w najem małych powierzchni magazynowych w postaci boksów lub niewielkich modułów. Mamy problem z gromadzeniem rzeczy, często na to po prostu brakuje miejsca – wyjaśnia Jarosław Wójtowicz.

Lokale handlowo-usługowe o powierzchni 50-100 m kw. trafiają do najszerszego grona docelowych najemców, o czym informuje Łukasz Zajdel. I dodaje, że nieruchomość powinna być jak najbardziej ustawna, najlepiej na planie prostokąta, a także z dużymi witrynami. Natomiast Marcin Jańczuk stwierdza, że obecna sytuacja wymusi wśród wielu przedsiębiorców trend wynajmowania coraz mniejszych powierzchni. Jak zaznacza ekspert z portalu RynekPierwotny.pl, zwykły Kowalski dysponuje raczej ograniczonym budżetem na inwestycje. Mały inwestor skupia się na niewielkich lokalach pod sklepy i usługi. Powierzchnie biurowe i magazyny pozostają funduszom nieruchomościowym i rynkowym tuzom.

… i mieszkalny

– Na rynku wtórnym można znaleźć mieszkanie tańsze od cen rynkowych, a wśród nowych lokali nie będzie to takie łatwe. Za tym pierwszym rozwiązaniem przemawiają też niższe koszty wykończenia i dostosowania nieruchomości do wynajmu – analizuje ekspert z Obido.pl.

Tymczasem Jakub Tryboń zaznacza, że zakup mieszkania w starym budynku z wielkiej płyty jest obarczony dużo większym ryzykiem. Trudniej później je odsprzedać czy uzyskiwać oczekiwany poziom czynszu najmu. Ponadto konieczne mogą być inwestycje, np. w nieprzewidziane remonty. Według Jarosława Jędrzyńskiego, nowe mieszkania są bardzo dobrym wyborem, bo pozostają najchętniej wynajmowane. Ale liczy się lokalizacja i stosunek jakości do ceny. Ekspert sugeruje szukanie okazji inwestycyjnych niezależnie od rynku, wtórnego czy pierwotnego.

– Duże miasta to spory wybór, ale i większa konkurencja. W niektórych mniejszych miejscowościach zlokalizowanych w oddaleniu od aglomeracji, rynek jest bardzo chłonny. Ich zaletą będzie też niższa bariera wejścia, bo mamy dużo mniejsze ceny za przysłowiowy metr kwadratowy. Minusem może być utrudnienie w zarządzaniu nieruchomością, związane z odległością od miejsca zamieszkania – informuje Marcin Krasoń.

Ekspert z Tryboń PPI podkreśla, że wśród mieszkań największą popularnością cieszą się mniejsze lokale. Wynika to z nominalnie niższej wysokości czynszu najmu. Ale nieco większe nieruchomości wynajmuje się przeważnie na dłuższy czas. Natomiast Jarosław Jędrzyński zaznacza, że ze względu na pandemię najprawdopodobniej zmienią się w jakimś stopniu preferencje wynajmujących, choćby przez upowszechnienie pracy zdalnej. Na popularności mogą zyskać mieszkania większe, tańsze, na peryferiach lub w lokalizacjach podmiejskich. Jednak jest za wcześnie na jednoznaczne oceny w tej kwestii.

– Posiadanie nieruchomości w lokalizacji niezbyt korzystnej dla potencjalnego najemcy odbije się drastycznie na zainteresowaniu ofertą. Jeśli więc dysponujemy bardzo ograniczonym budżetem, który pozwala jedynie na zakup mieszkania czy lokalu użytkowego w mało perspektywicznym miejscu, należy raz jeszcze przemyśleć, czy inwestowanie na tym rynku to dobry kierunek – podsumowuje ekspert z Metrohouse Franchise.

Debiut Creepy Jar na GPW

Ruszyły notowania Creepy Jar na parkiecie głównym GPW. Szesnasta spółka w sektorze gaming spotkała się z dużym zainteresowaniem inwestorów, a kurs wiodącego producenta gier z gatunku survival simulation pozostał bez zmian i wyniósł 974 zł w momencie otwarcia.

Do obiegu trafiło łącznie 679.436 walorów (500.000 serii A, 147.082 serii B oraz 32.354 akcji serii C), które podobnie jak na giełdzie NewConnect będą dostępne w systemie notowań

ciągłych pod nazwą skróconą „CREEPYJAR” i oznaczeniem „CRJ”. Niezależny producent gier z gatunku survival simulation, w momencie debiutu posiadał kapitalizację wartą ponad 670 milionów złotych. Debiutowi Creepy Jar na GPW nie towarzyszyła emisja ani split akcji.

Rynek NewConnect był zaledwie etapem, a parkiet główny zawsze był celem i ambicją Creepy Jar. Dzięki przejściu na GPW możemy utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu oraz zwiększyć prestiż spółki w oczach inwestorów – komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes

Creepy Jar specjalizuje się w tworzeniu gier z gatunku survival simulation. Ponad 30-osobowy zespół jest kierowany przez zarząd posiadający kilkunastoletnie doświadczenie w zakresie produkcji gier oraz HR. Spółka zasłynęła z gry Green Hell, która odniosła sukces na platformie Steam – sprzedała się w ponad półtora miliona egzemplarzy w półtora roku od premiery. Stale rozwijana produkcja cieszy się bardzo pozytywnymi ocenami użytkowników – aż 87% z 24500 opinii jest pozytywnych, a zespół Creepy Jar, pracuje nad kolejnymi darmowymi aktualizacjami gry w ramach dodatku Spirits of Amazonia oraz wersjami na konsole. Green Hell ukaże się już w czerwcu na Xbox One i PlayStation 4, natomiast przybliżona data premiery wersji na PlayStation 5 i Xbox Series X nie została jeszcze ogłoszona.

Mimo blisko trzech lat od debiutu gry w Steam Early Access oraz dwóch od premiery pełnej wersji, zainteresowanie grą nie słabnie. Produkcja posiada aktywną i oddaną społeczność graczy, która inspiruje zespół do dalszej pracy nad tytułem. Jednocześnie rozwijamy Green Hell na kolejne platformy, w tym na VR. Liczymy, że w nadchodzących miesiącach nasz tytuł będzie generował świetne wyniki sprzedażowe, nie tylko na komputerach osobistych, ale też na PlayStation 4 i Xbox One – kończy prezes Creepy Jar, Krzysztof Kwiatek. 

Ponadto zespół pracuje nad projektem o kodowej nazwie Chimera. Rozbudowany symulator tworzenia bazy z elementami survivalu nie ma jeszcze ogłoszonych szczegółów ani daty premiery, a twórcy przyrównują projekt do bestsellerów platformy Steam takich jak Subnautica, Satisfactory, czy Astroneer.

Złoty wystarczająco słaby dla RPP?

RPP sygnalizuje, że poziom kursu złotego jest odpowiedni, ale zostawia sobie otwartą furtkę do interwencji. Protokół FOMC przypomniał o gołębiości Fed, ale nie dostarczył intersujących wzmianek. Rynki finansowe pozostają w spokojnym dryfie w oczekiwaniu na znak do obrania kierunku. Dziś cotygodniowy raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych z USA i przemówienie Powella.

Istotną zmianą w kwietniowym komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej była zmiana fragmentu „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju może być ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego” na „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju będzie także uzależnione od dalszego kształtowania się kursu złotego.” Jednocześnie Rada pozostawiła sobie prawo do interwencji na rynku walutowym „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”. Zmiany w komunikacie sugerują, że powrót EUR/PLN do poziomów z końca ubiegłego roku (gdzie znalazł się dzięki interwencjom NBP) zaspokaja apetyt banku centralnego związany ze słabością złotego. Teoretycznie można założyć, że dalsza, szokowa deprecjacja złotego może spotkać się z działaniami stabilizacyjnymi. Z drugiej strony pozostawienie fragmentu o gotowości do interwencji sygnalizuje, że NBP nie będzie tolerował zbyt szybkiego umocnienia w przyszłości. W pozostałych fragmentach komunikat pozostaje gołębi. NBP będzie nadal prowadził operacje skupu aktywów zaznaczając, że „polityka pieniężna NBP łagodzi negatywne skutki pandemii, wspiera aktywność gospodarczą oraz stabilizuje inflację na poziomie zgodnym ze średniookresowym celem inflacyjnym NBP”. Co istotne, Rada zbagatelizowała ryzyka wyższej inflacji zaznaczając, że do wzrostu CPI w marcu do 3,2 proc. r/r przyczynił się przede wszystkim wzrost cen paliw, energii elektrycznej i opłat za wywóz śmieci oraz koszty funkcjonowania firm w warunkach pandemii. Innymi słowy efekty te są przejściowe i poza kontrolą polityki pieniężnej.

W czwartek rano złoty jest mocniejszy i EUR/PLN schodzi pod 4,56. Jakkolwiek komunikat może sprawiać wrażenie, że NBP nie zamierza podsycać dalszej deprecjacji złotego, w polityce stóp procentowych pozostaje wyraźnie gołębi, utrzymując realne stopy procentowe głęboko poniżej zera. Nie można też zapominać, jak szybko zmienia się retoryka członków Rady, gdy EUR/PLN spada pod 4,50. Pozostawia to dość wąski zakres dla odreagowania marcowego osłabienia złotego, zanim RPP ponownie pogrozi palcem. Poza tym stanowisko Rady to nie wszystko. Przed złotym wciąż stoją ryzyka związane z uchwałami Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych (13 i 15 kwietnia). Wcześniej, bo w najbliższy piątek, uwagę przyciągnie wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (piątek 15:00). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego.

Mniej analizy wymagał protokół z marcowego posiedzenia FOMC. Dokument ogólnie miał gołębi wydźwięk, a członkowie zauważają, że „aktywność gospodarcza i zatrudnienie były obecnie znacznie poniżej poziomów odpowiadających maksymalnemu zatrudnieniu”. Zgodnie z publicznymi komentarzami, protokół potwierdził, że uczestnicy zakładają, że minie „trochę czasu”, zanim osiągnięty zostanie „znaczący dalszy postęp” w realizacji celów Fed i rozpocznie się ograniczanie zakupów aktywów. W efekcie USD nie dostał świeżego paliwa i rynek FX realizuje spokojny dryf. Dziś uwaga skupi się na przemówieniu szefa Fed Powella, choć bardziej dla zasady niż dla wyższych szans na intersujące wzmianki. Za to kolejny spadek liczby składanych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych może wzmocnić pozytywne nastroje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aplikacja Cryptiony stworzona przez łódzki startup automatyzuje rozliczenie podatku od kryptowalut

Ostatnimi czasy kryptowaluty mocno zyskują na popularności. Okres od lutego do kwietnia to czas rozliczenia się z fiskusem – również z obrotu na kryptowalutach. Dochody z tego źródła zalicza się do kapitałów pieniężnych i opodatkowuje się według stawki 19% PIT. Należy je wykazać w zeznaniu rocznym na PIT-38. Użytkownicy wciąż zadają sobie pytanie jak prawidłowo należy wyliczyć podatek od kryptowalut. Naprzeciw temu problemowi wychodzi aplikacja Cryptiony.

app-taxes

Do rozliczenia podatku od kryptowalut nie jest już potrzebne biuro rachunkowe, czy doradcy podatkowi. Aplikacja Cryptiony opracowana przez startup Cryptiony R&D, ułatwia użytkownikom kryptowalut rozliczyć podatek od krytptowalut. Wystarczy wprowadzić historię transakcji i zweryfikować czy wszystkie transakcje zostały wprowadzone do aplikacji. Aplikacja Cryptiony wykona rozliczenie podatkowe i przygotuje gotowy raport podatkowy.

– Do tej pory rozliczenie podatku od kryptowalut było czasochłonne, szczególnie w przypadku setek czy tysięcy zawartych transakcji, a w przypadku korzystania z biura rachunkowego również kosztowne. Dzięki wykorzystaniu możliwości chmury obliczeniowej rozwiązanie opracowane przez Cryptiony R&D jest nie tylko szybsze, ale również tańsze – komentuje Bartosz Milczarek, CEO Cryptiony R&D.

Aby rozliczyć obrót na kryptowalutach z aplikacją Cryptiony należy wprowadzić do aplikacji historię transakcji użytkownika. Najszybszym sposobem jest integracja przez API, wówczas aplikacja połączy się z giełdą i pobierze historię transakcji potrzebną do wyliczenia zeznania rocznego. Jeśli użytkownik dokonał transakcji na giełdzie, z którą Cryptiony nie oferuje jeszcze integracji przez API, można zaimportować historię transakcji z pliku. Po wprowadzeniu historii transakcji aplikacja wyliczy zobowiązania podatkowe użytkownika, a całość zajmie nie dłużej niż kilka sekund.

– Warto podkreślić, że aplikacja nie służy wyłącznie do przygotowania zeznania podatkowego za rok poprzedni. Dzięki aplikacji Cryptiony, użytkownik widzi swoje zobowiązania podatkowe na bieżąco – po pojawieniu się transakcji w aplikacji. Pozwala to użytkownikowi podjąć odpowiednie działania w celu optymalizacji podatkowej, przed zakończeniem okresu rozliczeniowego – dodaje Bartosz Milczarek.

Aplikacja stworzona przez łódzki startup to odpowiedź na rosnące zainteresowanie rynkiem kryptowalut oraz potrzebę rozliczenia się z Urzędem Skarbowym. Projekt został uruchomiony w lutym tego roku, a czas na rozliczenie się z fiskusem za rok 2020 użytkownicy mają do 30 kwietnia br.

Dekarbonizacja energetyki zbyt wolna. Bez szybkich działań czekają nas drastyczne podwyżki cen energii

– Polska energetyka zaspała i przegapiła etap zmian – uważa ekspert Instytutu Obywatelskiego Grzegorz Onichimowski. Według rządowych założeń Polska jeszcze do końca tej dekady będzie w blisko 60 proc. bazować na węglu, a ostatnia kopalnia zostanie zamknięta w 2049 roku. Ekspert ocenia, że transformacja będzie jednak postępować znacznie szybciej i w dużej mierze oddolnie, napędzana rozwojem energetyki prosumenckiej i wzrostem cen energii. Rząd musi jednak wdrożyć narzędzia, które umożliwią rozwój rozproszonej energetyki na większą skalę, takie jak m.in. zachęty do magazynowania energii czy definicja prosumenta wirtualnego, która pozwoli inwestować w OZE nie tylko posiadaczom domów jednorodzinnych.

– Priorytetem polityki energetycznej państwa w tej chwili powinna być dekarbonizacja. Wbrew pozorom jest to najłatwiejsze, bo wiemy już, jak to robić. Zwłaszcza w porównaniu np. z rolnictwem, gdzie nadal mamy mnóstwo pytań, na które nie ma odpowiedzi, czy chociażby elektryfikacją ciężkiego transportu drogowego, gdzie trudno sobie nawet wyobrazić, jak miałoby to dokładnie wyglądać. W energetyce wiemy, jak to zrobić od strony technologicznej. Tym, czego brakuje, jest przede wszystkim dobra wola – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Onichimowski, ekspert rynku energetycznego w Instytucie Obywatelskim, były prezes Towarowej Giełdy Energii.

Na początku lutego br. rząd przyjął nową „Politykę energetyczną Polski do 2040 roku”. W myśl rządowej strategii do końca obecnej dekady polska energetyka będzie wciąż w ok. 56 proc. oparta na węglu (albo w 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). W 2040 roku natomiast jego udział będzie wynosić jeszcze ok. 28 proc. (albo 11 proc. przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2). PEP2040 zakłada możliwie długie wykorzystanie krajowych surowców energetycznych, a redukcja węgla w gospodarce ma następować w sposób zapewniający sprawiedliwą transformację.

Zgodnie z porozumieniem zawartym przez rząd z górnikami jesienią ub.r. ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce ma zakończyć działalność dopiero w 2049 roku. Mniej więcej w tym samym czasie UE – wdrażająca nowy Zielony Ład – planuje już osiągnąć całkowitą neutralność klimatyczną, a wiele krajów europejskich (m.in. Norwegia, Szwecja, Finlandia i Austria) zamierza zrobić to jeszcze wcześniej.

 Polska energetyka od dobrych 15 lat zapadła w sen zimowy i nie potrafiła sprostać oczekiwaniom współczesności, nie widziała nadchodzącej zmiany. Mieliśmy darmowe uprawnienia do emisji CO2 dla elektrowni, ale przecież szefowie firm energetycznych świetnie zdawali sobie sprawę, że to się niedługo skończy i trzeba będzie płacić. Co więcej, ścieżka cenowa uprawnień do emisji CO2 też była znana, więc wiedzieliśmy, ile będziemy za nie płacić. Poziom ok. 30 euro był prognozowany już 10 lat temu. Następujące po sobie rządy niewiele z tym zrobiły, a przez ostatnie pięć lat w ogóle realizowano politykę energetyczną z przepaską na oczach. Trzeba uczciwie powiedzieć, że takie pomysły jak chociażby elektrownia w Ostrołęce czy odkupywanie za duże pieniądze od zachodnich koncernów starych, wyeksploatowanych elektrowni w Rybniku czy w Połańcu to była polityka samobójcza – ocenia ekspert.

Jak wskazuje Instytut Obywatelski, w Polsce ponad 70 proc. energii nadal wytwarzają elektrownie węglowe; z OZE pochodzi niespełna 14 proc. Każda kilowatogodzina wyprodukowanej energii oznacza emisję około 700 g CO2, podczas gdy np. w Hiszpanii jest to mniej niż 200 g, a we Francji (której energetyka opiera się na atomie) – mniej niż 100 g. Za tę przepaść odpowiadają właśnie stare, polskie bloki węglowe – choćby elektrownia w Bełchatowie, która jest największym emitentem CO2 w całej Unii Europejskiej.

Polska nie podała też dotąd planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. W optymistycznym wariancie mogłaby dojść do neutralności w 2056 roku, ale w scenariuszu negatywnym może to nastąpić nawet w 2067 roku – oszacowali analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego w ubiegłorocznym raporcie „Czas na dekarbonizację”. Ekspert IO ocenia jednak, że zmiany mogą następować znacznie szybciej, bo w znacznej mierze będą one zachodzić oddolnie.

– Polacy wprowadzą radykalne zmiany – niezależnie od tego, co napiszemy w kolejnych, szumnych strategiach i politykach energetycznych. Pytanie tylko, na co i ile pieniędzy zmarnujemy do drodze. Musimy iść drogą zmiany całego paradygmatu energetyki, czyli przejść od tej wielkiej, centralnie sterowanej energetyki ku energetyce rozproszonej, aktywności prywatnych inwestorów i roli państwa, które będzie po prostu regulowało ten rynek i tworzyło neutralne pole do konkurencji – mówi Grzegorz Onichimowski.

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla (paliwem przejściowym w transformacji ma być gaz) będzie równoważone wzrostem mocy zainstalowanych w OZE, energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku i uruchomieniem w 2033 roku pierwszego bloku elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Według eksperta początek przyszłej dekady to jednak zbyt odległa perspektywa i rząd będzie musiał przyspieszyć z transformacją, zwłaszcza w obliczu rosnących cen energii.

– Czekają nas drastyczne podwyżki cen energii, to trzeba sobie powiedzieć uczciwie. Nawet minister Piotr Naimski w jednym z ostatnich wywiadów przyznał, że rachunki za energię będą rosnąć. Pytanie, jakich środków szukamy do przeciwdziałania temu. Jeśli to ma być energetyka jądrowa, to jak powiedzieć choremu na nowotwór, że jest superchemia, która za 12 lat będzie gotowa. To nie jest najlepsza rekomendacja, jaką chory może usłyszeć. W tym przypadku jest podobnie: musimy wprowadzać zmiany szybko, już dziś. Jeżeli tego nie zrobimy, to rzeczywiście wzrost cen może być dość dramatyczny. Zwłaszcza że UE oczekuje od nas, że rachunki dla gospodarstw domowych nie będą regulowane przez URE – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

Zgodnie z PEP2040 równolegle do wielkoskalowej energetyki ma się rozwijać energetyka rozproszona i obywatelska, oparta na lokalnym kapitale. Według rządowej strategii do końca tej dekady w Polsce energię ma już produkować już 1 mln prosumentów, czyli pięciokrotnie więcej niż w pierwszej połowie 2020 roku.

Instytut Obywatelski ocenia, że to właśnie obywatelska i rozproszona energetyka stanowi odpowiedź na obecne problemy związane z transformacją. Potencjał jej rozwoju już jest widoczny, co potwierdzają m.in. dane PTPIREE. Od początku 2019 do końca 2020 roku liczba mikroinstalacji przyłączonych do sieci przez operatorów systemów dystrybucyjnych wzrosła aż o 774 proc. przy jednoczesnym prawie dziewięciokrotnym wzroście mocy zainstalowanej w mikroinstalacjach. W efekcie na koniec ubiegłego roku w Polsce funkcjonowało już prawie 457,5 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ponad 3 GW.

 Energetyka prosumencka została zapoczątkowana ustawą z 2014 roku i przez ostatnie lata rozwijała się z dużymi sukcesami, przy wsparciu takich programów jak Czyste Powietrze czy Mój Prąd. W efekcie mamy dzisiaj ok. 450 tys. instalacji PV na dachach polskich domów, a w ubiegłym roku Polska była krajem najszybciej rozwijającym energetykę słoneczną. To wszystko jest jednak mało. Znaleźliśmy się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo niskie emisje niszczą nasze zdrowie, a próba ucieczki od nich poprzez elektryfikację ogrzewania nie wydaje się atrakcyjna dla większości Polaków w sytuacji, kiedy gwałtownie rosną ceny energii. Musimy więc coś z tym zrobić. I właśnie energetyka obywatelska wydaje się jedną z odpowiedzi – ocenia Grzegorz Onichimowski.

W tej chwili energetyka prosumencka jest ograniczona głównie do posiadaczy domów jednorodzinnych, którzy mają miejsce na własną instalację OZE. Instytut Obywatelski wskazuje, że potrzebne są narzędzia, które pozwolą, by prosumentami stali się również np. mieszkańcy bloków. Jedną z propozycji jest też wprowadzenie definicji prosumenta wirtualnego, co pozwoliłoby na budowę instalacji OZE z dala od miejsca zamieszkania dla całych społeczności, które chcą wspólnie podjąć się takiej inwestycji, a następnie korzystać z produkowanej tam energii.

– Mikroinstalacje nigdy nie pokryją nam całego zapotrzebowania na energię elektryczną, ale mogą pokryć zapotrzebowanie sektora mieszkalnego. A to jest chyba największy problem, ponieważ on wiąże się z niską emisją. Możemy zdecydowanie ograniczyć zużycie paliw kopalnych dla celów ogrzewania, jeżeli mieszkańcy – dzięki temu, że mają własne źródła – będą płacić za energię nic albo prawie nic – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

W ramach wspierania energetyki rozproszonej Instytut Obywatelski proponuje szereg innych narzędzi, m.in. możliwość odstępowania wytworzonej energii, jej sprzedaży lub wymianę np. na sąsiedzkich platformach czy rynkach lokalnych, a także wprowadzenie zachęt do magazynowania energii.

Inwestycje zagraniczne szansą polskich firm na szybsze wyjście z koronakryzysu. Ryzyko wejścia na nowe rynki obniża Fundusz Ekspansji Zagranicznej

Ponad połowa firm w ubiegłym roku odnotowała spadek przychodów w porównaniu z 2019 rokiem o co najmniej 25 proc. – wynika z badania EY. Wiele z nich z powodu pandemii zrezygnowało z zaplanowanych inwestycji i z ostrożnością podchodzi do nowych. Paradoksalnie to często jednak inwestycje są szansą na szybsze poradzenie sobie z kryzysem i na dynamiczny rozwój firmy. Przynoszą także korzyści całej gospodarce, m.in. zwiększając eksport. Duże znaczenie dla decyzji firmy o ekspansji zagranicznej ma wsparcie państwowych instytucji. W rozwoju polskich spółek uczestniczy m.in. Fundusz Ekspansji Zagranicznej zarządzany przez PFR TFI. W ostatnim czasie z jego oferty skorzystali m.in. polscy deweloperzy i spółka Rainbow Tours.

– Wyciągając wnioski ze zjawisk gospodarczych towarzyszących pandemii, polskie przedsiębiorstwa mogą rozpocząć poszukiwania nowych kierunków dla swoich inwestycji i coraz częściej wykorzystywać szanse biznesowe za granicą. Skracając lub dywersyfikując globalne łańcuchy dostaw, można ograniczyć ryzyko ich zerwania. Inwestycje zagraniczne w różnych destynacjach mogą też zminimalizować ryzyko związane z lokowaniem środków tylko w jednym kraju – wskazuje Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI SA, który zarządza Funduszem Ekspansji Zagranicznej.

Obecna niepewna sytuacja gospodarcza zmusza przedsiębiorstwa do ostrożniejszych decyzji inwestycyjnych. W efekcie według danych UNCTAD w 2020 roku wartość światowych inwestycji zagranicznych spadła o 42 proc. r/r, osiągając poziom 859 mld dol. To wynik niższy o 30 proc. od poziomu inwestycji z lat 2008–2009, czyli z czasów kryzysu gospodarczego. Mimo tego, według analityków firmy doradczej PwC, bezpośrednie inwestycje zagraniczne odegrają istotną rolę w odbudowie polskiej gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19.

– Zawirowania gospodarcze w 2020 roku przyczyniły się do zmniejszenia strumieni bezpośrednich inwestycji zagranicznych na całym świecie – mówi Piotr Kuba. – Mimo tych turbulencji Fundusz Ekspansji Zagranicznej ocenia kolejne wnioski inwestycyjne zgłoszone przez polskie spółki. Przedsiębiorstwa mają świadomość tego, że mogą wykorzystać szanse związane ze skutkami gospodarczymi COVID-19, a FEZ skutecznie im w tym pomaga. Wspierając inwestycje zagraniczne polskich firm poprzez Fundusz Ekspansji Zagranicznej, chcemy przyczynić się do zwiększenia ich aktywności na arenie międzynarodowej, jednocześnie wzmacniając siłę polskiej gospodarki.

Raport PIE na temat bezpośrednich inwestycji zagranicznych wskazuje, że gospodarka dużo może na nich zyskać dzięki większej współpracy międzynarodowej i wymianie kapitałowej. Często bowiem BIZ przyczyniają się do zwiększenia eksportu. Ich efektem jest też przepływ zysków do kraju pochodzenia oraz transfer nabytej w trakcie internacjonalizacji wiedzy dotyczącej m.in. technologii, know-how czy funkcjonowania rynków zagranicznych. Tym samym inwestycje te w wielu przypadkach mogą przyczynić się do postępu technologicznego, co warunkuje wzrost PKB kraju pochodzenia.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej oferuje finansowanie kapitałowe oraz dłużne zagranicznych inwestycji polskich przedsiębiorstw. Polskie firmy mogą w ten sposób powtórzyć na arenie międzynarodowej sukces odniesiony w Polsce.

– Dla FEZ ostatnie miesiące były czasem intensywnej pracy, która zaowocowała kolejnymi podpisanymi umowami inwestycyjnymi – wskazuje członek zarządu PFR TFI SA.

W grudniu 2020 roku fundusz podpisał umowę inwestycyjną z Poznańską Korporacją Budowlaną Pekabex, która przejęła fabrykę betonowych fabrykatów zlokalizowaną w Bawarii. Dzięki tej transakcji Pekabex będzie w stanie obniżyć koszty produkcji i logistyki oraz zaangażować się w kolejne projekty budowlane. Z kolei w styczniu 2021 roku Fundusz Ekspansji Zagranicznej podpisał umowę ze spółką deweloperską Victoria Dom, która planuje zakup gruntów i realizację kolejnych projektów na terenie Niemiec.

Niedawno Fundusz Ekspansji Zagranicznej zainwestował również w spółkę zależną Rainbow Tours, wspierając plany jej rozwoju. Za kwotę 9 mln euro FEZ objął 34 proc. udziałów spółki White Olive, która otrzymane środki chce przeznaczyć głównie na pozyskiwanie i remont nowych obiektów hotelowych.

– Inwestycja w spółkę White Olive pozwoli umocnić pozycję Rainbow na rynku Unii Europejskiej i poprawi jej konkurencyjność. Grecja jest jednym z głównych kierunków turystycznych oferowanych przez Rainbow Tours w Europie Południowej, jest też jednym z ulubionych kierunków zagranicznego wypoczynku Polaków. Inwestycja pozwoli na zwiększenie posiadanej bazy hotelowej i pozytywnie wpłynie na  dalszy rozwój spółki – podkreśla Piotr Kuba.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej od początku działalności w 2015 roku zawarł 18 umów inwestycyjnych. Współfinansuje zagraniczne przedsięwzięcia polskich firm, dzieli z nimi ryzyko zagranicznej inwestycji i ułatwia realizację większych przedsięwzięć, które bez jego udziału byłyby trudniejsze do sfinansowania.

Jak wynika z danych NBP, całkowita wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła w 2019 roku 96,5 mld zł (wzrost o 4 mld zł r/r). Niemal 91 proc. z nich zlokalizowanych było w Europie. Dochody z polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w 2019 roku wyniosły 7,8 mld zł.

Biotechnologia zyskała na znaczeniu w czasie pandemii. Polskie firmy z branży łączą siły, żeby skuteczniej konkurować na globalnym rynku

Pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich branż związanych z ochroną zdrowia. W Polsce ten sektor zyskuje na znaczeniu już od kilku lat i znalazł się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. powołanie pełnomocnika rządu ds. biotechnologii czy przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju. Otoczenie instytucjonalno-prawne w Polsce wciąż jednak nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum, którego zadaniem będzie wzmocnienie roli całego sektora i konkurowanie na globalnym rynku.

– Produkty biotechnologiczne – inaczej niż np. odnawialne źródła energii – nie potrzebują subsydiowania ze środków publicznych. Znaczna większość barier rozwoju, z jakimi się stykamy, dotyczy gospodarki jako całości, a nie naszego sektora. Potrzebujemy lepszego rynku kapitałowego, stabilnego ustawodawstwa, przyjaznego systemu podatkowego i sprawnych instytucji państwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Konrad Hennig, członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego („Biotechnologiczny skok w przyszłość czy dryf?”), biotechnologia – obok sektora ICT – jest najbardziej perspektywicznym obszarem dla rozwoju gospodarki opartej na wiedzy i danych. Jej zastosowanie w medycynie, przemyśle i rolnictwie generuje miliardowe zyski i pozwala na generowanie tysięcy miejsc pracy, stwarzając przy tym szansę na rozwiązanie kluczowych wyzwań ludzkości: skuteczniejsze leki i terapie, bardziej zrównoważoną gospodarkę zasobami czy przeciwdziałanie zmianom klimatu.

– Branża biotechnologiczna ma duże znaczenie dla gospodarki, zwłaszcza że jest to biznes ukierunkowany na umiędzynarodowienie badań naukowych i globalną dystrybucję produktów – wskazuje dr Konrad Hennig.

Dane PIE pokazują jednak, że Polska wciąż pozostaje mało znaczącym uczestnikiem globalnego rynku biotechnologicznego. W 2017 roku polskie przedsiębiorstwa wydały w sumie ok. 240 mln dol. na badania i rozwój związane z biotechnologią, czyli sześć razy mniej niż biznes niemiecki i ponad 200 razy mniej niż firmy amerykańskie.

W 2019 roku światowe firmy biotechnologiczne pozyskały łączne finansowanie venture capital w wysokości 18,8 mld dol. Dla porównania całkowita wartość finansowania VC w Polsce wyniosła w tym czasie zaledwie 331 mln dol. W rankingu firm, które przeznaczają najwięcej na badania i rozwój – The EU Industrial Research and Development Scoreboard – nie znalazła się żadna firma biotechnologiczna ani farmaceutyczna z Polski. Również w zestawieniach europejskich start-upów biotechnologicznych udział polskich podmiotów jest znikomy.

– Polska branża biotechnologiczna napotyka więcej trudności, chociażby z finansowaniem swoich działań, niż w krajach wysokorozwiniętych. Brakuje u nas kapitału wysokiego ryzyka, stąd większa rola funduszy publicznych w finansowaniu rozwoju nowych technologii. Często jesteśmy podwykonawcami firm zagranicznych, dla których wykonujemy szereg badań – wskazuje członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Według danych GUS w 2019 roku działalność biotechologiczną w Polsce prowadziło 181 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. mniej niż w 2018 roku. Nakłady wewnętrzne poniesione przez firmy na działalność biotechnologiczną wyniosły prawie 1,2 mld zł i spadły w skali roku o 3 proc., wzrosły za to – o 6,5 proc. – wydatki na działalność badawczą i rozwojową w biotechnologii. Co istotne, w ubiegłym roku wzrosty mogły być wyraźniejsze, bo pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich biznesów związanych z ochroną zdrowia.

– Zainteresowanie branżą wzrosło proporcjonalnie do roli, jaką w zwalczaniu pandemii odgrywają szczepionki mRNA – mówi dr Konrad Hennig. – O branży mówią już nie tylko eksperci i naukowcy, ale również drobni inwestorzy i zwykli obywatele. Przykładem może być redukcja w transzy inwestorów indywidualnych debiutującego 1 kwietnia br. na giełdzie Captor Therapeutics, która wyniosła 91,5 proc.

Biotechnologia znalazła się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju czy finansowanie licznych biotechnologicznych projektów B+R przez NCBiR. Od listopada ub.r. rząd ma też pełnomocnika ds. rozwoju biotechnologii, którym został dr n. med. Radosław Sierpiński z Agencji Badań Medycznych.

Jak wskazuje ekspert BioForum, wciąż jednak otoczenie instytucjonalno-prawne nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, zwłaszcza w Polsce. Dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum.

– Związek powstał, ponieważ bardzo mocno rozwijająca się branża biotechnologiczna coraz częściej napotyka trudności systemowe i rozwojowe. Nowe, licznie powstające firmy napotykają utrudnioną współpracę z uczelniami, niepełną ofertę infrastruktury badawczej, brak koordynacji działań pomiędzy podmiotami. Związek pozwoli gromadzić wiedzę o ponadjednostkowych nieefektywnościach i przekazywać ją decydentom politycznym – mówi członek zarządu BioForum.

Instytucja reprezentująca polską branżę biotechnologiczną ma m.in. współpracować przy tworzeniu nowych regulacji prawnych i stanowić kolejny krok do wzmocnienia tego sektora. Silnym impulsem będzie dla niego też ogromna pula pieniędzy z UE, która niebawem trafi do firm biotechnologicznych – do 2027 roku do Polski ma popłynąć w sumie 3 mld zł unijnych środków na wzmocnienie firm oferujących przełomowe technologie w leczeniu i żywieniu człowieka. Kanałem dystrybucji tych środków ma być nowo powstający hub biotechnologiczny, którego utworzenie zostało wpisane w rządową Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

– Naszym celem jest integracja środowiska biznesowego i naukowego: wymiana wiedzy, zasobów ludzkich, pomysłów. Firmy biotechnologiczne za pośrednictwem nowego związku będą mogły wyrazić swoje oczekiwania wobec powstającego hubu biotechnologicznego i uzyskać realny wpływ na sposób rozdysponowania 3 mld zł ze środków unijnych, które trafią w ciągu najbliższych siedmiu lat do Polski – mówi dr Konrad Hennig.

Członkami nowo utworzonego Związku Firm Biotechnologicznych BioForum są m.in. Celon Pharma, NanoGroup, Mabion – jedna z pierwszych polskich firm biotechnologicznych, mająca szansę na produkcję szczepionki przeciw COVID-19 we współpracy z amerykańskim Novavaxem, Sygnis Bio Technologies, start-up Biotts, który chce zrewolucjonizować dostarczanie leków do organizmu człowieka, oraz Personather i Polski Bank Komórek Macierzystych FamiCord Group.

Eksperci zbadają, jak pandemia wpłynęła na kondycję fizyczną dzieci i młodzieży. Projekt MEiN i AWF ma pomóc w powrocie uczniów do aktywności

– Aktywność fizyczna dzieci i młodzieży i ich kondycja spada systematycznie od 20 lat, a pandemia jeszcze pogłębiła ten problem – przestrzega prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Badania ekspertów AWF mają określić, jak poważny jest ten negatywny wpływ. Wspólnie z resortem edukacji uruchomili właśnie program, który pomoże uczniom w powrocie do aktywności. W pierwszym etapie nauczyciele WF-u otrzymają wskazówki, jak pracować z dziećmi po COVID-19 i jak motywować ich do sportu po tak długim okresie nauki zdalnej i zamknięcia w domach. Drugi etap przewiduje stworzenie Sport Klubów, czyli dodatkowych aktywnych zajęć dla uczniów, które będą wdrażane od września.

Chcemy wyposażyć nauczycieli w dodatkowe narzędzia związane z umiejętnością prowadzenia zajęć prozdrowotnych, które mają poprawić kondycję fizyczną dzieci i młodzieży szkolnej, zarówno klas 1–3, 4–8, jak i szkół średnich. Będziemy przekazywać im pewne wskazówki dotyczące psychologii oraz motywacji, aby mogli skutecznie zachęcać całą rzeszę dzieci i młodzieży szkolnej, która jest obecnie objęta nauczaniem zdalnym, do regularnej aktywności fizycznej po pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Przykładowe tematy szkoleń planowanych w ramach pierwszego etapu projektu to: metody przeciwdziałania skutkom hipokinezji, izolacji społecznej, konsekwencje psychiczne nauczania zdalnego, metody wzbudzania motywacji na zajęciach ruchowych, budowanie relacji w grupie rówieśniczej, metody pokonywania barier aktywności fizycznej lub metodyczne przykłady dobrego działania. Projekt „Aktywny powrót do szkoły” realizują wykładowcy z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie we współpracy z uczelniami z  Gdańska, Poznania, Wrocławia, Katowic i Krakowa. W ramach szkolenia nauczycieli wychowania fizycznego w całym kraju odbędzie się 420 sesji szkoleniowych

– Chcemy uniknąć szkoleń online, więc próbujemy jak najbardziej opóźnić część szkoleniową przeznaczoną dla nauczycieli. Prawdopodobnie rozpocznie się ona w maju, jeśli będzie zielone światło od Rady Ministrów, bo obecnie rozporządzenia nie pozwalają na przeprowadzanie szkoleń dla kilkudziesięciu osób. Wiem, że nauczyciele już czekają na te szkolenia, ale uruchomimy je po trzeciej fali pandemii – zapowiada rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Jak podkreśla, nauczyciele wychowania fizycznego to dobrzy specjaliści, którzy umieją pracować z dziećmi, jednak potrzebują dodatkowej wiedzy na okres popandemiczny.

Szkolenia mają ich przygotować na to, jak pracować z dziećmi i młodzieżą po pandemii. Chcemy także przekazać wskazówki, jak pracować z młodzieżą, która nie była do tej pory i nie jest wciąż zainteresowana aktywnością fizyczną, która nie czuje takiej potrzeby, nie ma przykładu ze strony rodziców. To jest ważna grupa docelowa – uściśla prof. Bartosz Molik. – Zajęcia mają także zaznajomić uczestników z zagrożeniami związanymi z efektem pocovidowym oraz ze skutkami hipokinezji.

Jak podkreślają twórcy projektu, dzieci często przechodzą COVID-19 bezobjawowo, ale widać u nich konsekwencje choroby. Wśród nich są zmęczenie, duszności, osłabienie siły mięśniowej, ale również zdarzają się bóle w klatce piersiowej, zaburzenia rytmu pracy serca, bóle głowy i omdlenia. Na te objawy dodatkowo nakłada się długotrwały brak regularnej aktywności fizycznej, co też negatywnie wpływa na kondycję fizyczną uczniów. W połączeniu z chronicznym zmęczeniem i osłabieniem wszystko to może zaburzać ich normalny powrót do szkoły.

Po ukończeniu szkolenia uczestnicy otrzymają możliwość ubiegania się o pieniądze dla szkoły na sportowe zajęcia dodatkowe dla uczniów. Te będą drugą fazą programu – Sport Kluby mają ruszyć we wrześniu. Będą to dodatkowe zajęcia pozaszkolne, poza zajęciami wychowania fizycznego, które mają zaoferować uczniom konkretne aktywności fizyczne ukierunkowane na zdrowie. Ich celem jest powrót uczniów do poziomu aktywności fizycznej sprzed pandemii.

– SKS-y są ukierunkowane na młodzież uzdolnioną sportowo, a my chcemy zmotywować do działania te dzieci, które do tej pory nie wykazywały chęci do regularnej aktywności fizycznej. Nauczyciele mają pokazać im, że regularna aktywność fizyczna jest w stanie wpłynąć na jakość ich życia i zdrowie w przyszłości – dodaje rektor AWF.

Zajęcia mają się odbywać jeden–dwa razy w tygodniu po 60 min w 20-osobowych grupach. Projekt zakłada zorganizowanie w sumie w tym roku min. 300 tys. godzin zajęć w całej Polsce.

Pozwoli to również na przeprowadzenie monitoringu stanu aktywności fizycznej oraz sprawności fizycznej dzieci i młodzieży. Liczymy na to, że w grudniu 2021 roku przygotujemy siedem raportów regionalnych oraz raport ogólnopolski, w których przekażemy, jaki jest aktualny, rzeczywisty stan kondycji fizycznej i aktywności fizycznej dzieci i młodzieży oraz sformułujemy rekomendacje na kolejne miesiące – deklaruje prof. Bartosz Molik.

Jak ocenia, aktywność i kondycja fizyczna dzieci przed pandemią nie była w Polsce na wysokim poziomie, podobnie jak w wielu krajach europejskich. Badania pokazują, że od ok. 20 lat poziom kondycji fizycznej dzieci i młodzieży spada. Prawdopodobnie przyczynił się do tego bardziej siedzący tryb życia.

Jeszcze w latach 70.–80. XX wieku kondycja fizyczna i sprawność dzieci i młodzieży były na stosunkowo wysokim poziomie. Obecnie dzieci znacznie więcej czasu spędzają w pozycji siedzącej. Bardzo rzadko obserwujemy spontaniczną aktywność fizyczną, np. grę w piłkę na podwórku. Już przed pandemią widzieliśmy, że 80 proc. dzieci i młodzieży nie spełnia wymogów aktywności fizycznej zaleconych przez Światową Organizację Zdrowia. Czyli na pięcioro dzieci tylko jedno było aktywne fizycznie na poziomie preferowanym przez WHO – wyjaśnia rektor AWF.

Czas pandemii koronawirusa tylko pogłębił ten problem. Aktywność fizyczna została w zasadzie niemalże wyeliminowana z życia i spontaniczny ruch jest bardzo rzadki, m.in. przez brak regularnych zajęć. Co więcej, z powodu nauki zdalnej dzieci spędzają całe dnie przed komputerem.

Superszybka ładowarka połączona z magazynem energii przyspieszy rozwój elektromobilności. Ma łączyć niskie stawki za kWh ze stosunkowo niewielkim kosztem inwestycji [DEPESZA]

Zintegrowana z akumulatorem ładowarka do aut elektrycznych umożliwi ładowanie aut z bardzo dużą mocą przy niskich kosztach energii. Dzięki możliwości podłączenia urządzenia do istniejącej infrastruktury inwestycja w takie rozwiązanie ma być prawie o połowę niższa niż w przypadku typowej ładowarki supercharge. – Opracowaliśmy nowatorskie rozwiązanie, które eliminuje dotychczasowe bariery, dostarczając wysoką moc wszędzie tam, gdzie jest niezbędna bez kosztownych i uciążliwych modernizacji sieci – podkreśla Arcady Sosinov, założyciel i dyrektor generalny FreeWire.

– Największym wyzwaniem dla rozwoju ultraszybkiego ładowania pojazdów elektrycznych są ograniczenia infrastruktury. Do szybkiego ładowania na dużą skalę wymagana jest bardzo duża moc, a ulepszanie sieci ładowarek elektrycznych w tych miejscach, gdzie kierowcy będą musieli ładować swoje auta, jest zbyt drogie i skomplikowane – wskazuje Arcady Sosinov.

Opracowana przez FreeWire ładowarka do pojazdów elektrycznych Boost Charger jest zintegrowana z akumulatorem. Akumulator dysponuje pojemnością 160 kWh, a moc wyjściowa sięga 120 kW. To tyle, ile dają najszybsze ładowarki dostępne w Polsce. Jest ich jednak zaledwie kilka. Tymczasem Boost Charger podłącza się do istniejącej infrastruktury. Między innymi dzięki temu inwestycja w taki punkt ładowania jest dużo tańsza niż w standardową, stacjonarną infrastrukturę. Według producenta koszt takiej instalacji jest o 40 proc. niższy.

– Opracowaliśmy nowatorskie rozwiązanie, które eliminuje dotychczasowe bariery, dostarczając wysoką moc wszędzie tam, gdzie jest niezbędna bez kosztownych i uciążliwych modernizacji sieci – podkreśla założyciel i dyrektor generalny FreeWire.

Electric Power Research Institute przeprowadził badania, w ramach których w warunkach laboratoryjnych sprawdzone zostały elementy świadczące o konkurencyjności takich rozwiązań. Raport wskazuje przede wszystkim na obniżony koszt instalacji i możliwość obniżenia kosztów eksploatacji, na przykład poprzez ładowanie urządzenia poza godzinami szczytu.

– Raport EPRI potwierdza, że ​​nasza technologia działa zgodnie z założeniami, oszczędzając naszym klientom dziesiątki tysięcy dolarów rocznie, jednocześnie obniżając bariery wejścia na ten rynek. Dzięki temu możliwa będzie szybka rozbudowa krytycznej infrastruktury ładowania, co z kolei napędzi rozwój pojazdów elektrycznych – przekonuje Arcady Sosinov.

FreeWire zainstalował dotychczas ponad 200 ładowarek zintegrowanych z bateriami, głównie dla klientów komercyjnych. Teraz producent planuje szerszą ekspansję na rynku brytyjskim i amerykańskim.

Z danych Licznika Elektromobilności wynika, że pod koniec ubiegłego roku w Polsce działało ponad 1,3 tys. stacji ładowania samochodów elektrycznych, które obsługiwały łącznie ponad 2,5 tys. punktów ładowania. Zaledwie 32 proc. tych punktów stanowiły szybkie ładowarki. Z kolei raport „Polish EV Outlook” wskazuje, że przy wsparciu funduszy rządowych w Polsce do 2025 roku może powstać 48 tys. ogólnodostępnych punktów ładowania.

Jak pomóc branży gastronomicznej po pandemii? FPP proponuje posiłki pracownicze

Po spustoszeniu, jakie ciągle sieje koronawirus w naszej gospodarce, będziemy musieli zrobić wszystko, by ułatwić najbardziej poszkodowanym branżom dojście do siebie. Jedną z nich jest gastronomia, która od początku pandemii nie wróciła ani na chwilę do pełnej normalności. Gdy koronawirus ucichnie, spadki w obrotach branży będą ogromne – a wiele przedsiębiorstw w ogóle nie powróci na rynek. Ważne jest więc, by umiejętnie stymulować popyt w branży gastronomicznej – który pomoże firmom w odbudowie straconej płynności finansowej. Jednym z pomysłów, które Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje rządzącym, jest usprawnienie systemu finansowania posiłków pracowniczych przez pracodawców. To jedno z niewielu rozwiązań, na których skorzystają zarówno pracodawcy i pracownicy, jak też potencjalnie budżet państwa. Faktyczny ubytek w puli sektora finansów publicznych na skutek wprowadzenia tego rozwiązania byłby stosunkowo niewielki. Natomiast wygenerowany popyt zwiększyłby bazę podatkową w PIT i CIT po stronie branży gastronomicznej, jak też i VAT od sprzedawanych usług. Potencjalnie to rozwiązanie wsparłoby więc również finanse publiczne państwa.

– Tego rodzaju rozwiązania już istnieją, są jednak mało popularne. Mają niewielkie wsparcie ze strony państwa, w postaci zwolnienia pracodawcy ze składek na ZUS. Świadczenia te nie są jednak zwolnione z podatku PIT, płaconego po stronie pracownika – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Obecnie wydatek pracodawcy na posiłki dla pracownika jest wolny od składek ZUS, gdy nie przekracza 190 złotych miesięcznie. Ta kwota słusznie wydaje się niska – nie była waloryzowana od 17 lat. Doskonałym sposobem na pobudzenie popytu w branży gastronomicznej byłoby zwiększenie skali zwolnienia ze składek płaconych do ZUS do kwoty 560 złotych. Równolegle powinniśmy uwolnić te świadczenia od podatku PIT. Tego rodzaju rozwiązanie w krótkim czasie mogłoby przyczynić się do pobudzenia popytu w branży gastronomicznej i wzrostu obrotów nawet o 4 miliardy złotych. Biorąc pod uwagę całkowitą skalę obrotów w gastronomii, sięgającą około 40 miliardów złotych, stanowiłoby to bardzo istotne wsparcie dla przedsiębiorców prowadzących działalność w tej sferze – wylicza Kozłowski.

Skutki bankructwa Archegos nie są jeszcze policzone

Skutki bankructwa Archegos nie są jeszcze policzone. To jednak już potężny sygnał, że z powodu polityki banków centralnych koniunktura jest przegrzana, a skłonność do ryzyka rekordowa.

Giełdami wstrząsnęła wielka wyprzedaż aktywów Archegos Capital Management, oceniana na ponad 20 mld USD, która zaczęła się 26 marca. Pośrednim powodem wyprzedaży jest działanie banków, które przez kilka lat kredytowały inwestycje funduszu Archegos.

Inwestycje spółki okazały się prawdopodobnie nietrafione, a ponieważ posiadany przez nią kapitał nie pokrywa pożyczonych przez banki środków na lewarowane transakcje. I to z tego powodu brokerzy obsługujący Archegos Capital Management wezwali firmę do uzupełnienia kapitałów. Banki musiały upłynnić posiadane przez Archegos akcje warte 20 mld USD.

Na rynek rzucono akcje m.in. dwóch koncernów mediowych, co spowodowało przecenę ich wartości o ponad 25 proc., a jednym z nich jest Discovery, amerykański właściciel telewizji TVN.

– Jest to kolejny przykład, że w cieniu Wall Street dzieją się rzeczy, o których opinia publiczna wie nader niewiele – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Bo okazuje się, że w tym cieniu wyrósł nagle gracz, który trząsł rynkiem dokonując transakcji, także na rynku spółek, które są właścicielem mediów, a poprzez jego działania kursy akcji niektórych z nich w ciągu kilku miesięcy wzrosły aż o 100-200 proc.

W ocenie działań Archegos pomyliły się tak renomowane banki, jak Goldman Sachs, Morgan Stanley czy Credit Suisse, które lewarowały inwestycje, pożyczając pieniądze na przedsięwzięcia realizowane przez fundusz.

– Teraz okazuje się, że ten gracz ma olbrzymie problemy, musiał ogłosić bankructwo, a miliardowe straty obciąża banki, które robiły biznes z Archegos – dodaje ekspert XTB. – Co jednak najważniejsze, jest to nie pierwszy przypadek pokazujący ciemną stronę polityki pieniężnej, którą dziś uprawia Fed wraz z innymi bankami centralnymi, prowadzącymi sztuczną politykę zerowych stóp procentowych. Przy zerowych stopach inwestorzy chcą chronić swój kapitał decydują się na dziką spekulację, a to nie służy gospodarce, nie przyczynia się do wzrostu liczby miejsc pracy.

Kim jest Bill Hwang, twórca funduszu Archegos? To inwestor i trader z Korei Południowej, który przez lata zarządzał funduszem hedgingowym Tiger Asia. W 2012 r. przyznał się do nielegalnych transakcji i zgodził się na grzywnę rzędu 44 mln USD nałożoną przez SEC. Do 2018 r. Goldman Sachs nie chciał robić interesów z Hwangiem, a jednak zdjął tradera z „czarnej listy”.

To jednak nie oznacza, że trzeba wprowadzić czy zmienić regulacje prawne dotyczące giełd.

– Nie uda się zastąpić ludzkiej uczciwości dodatkowymi regulacjami – ocenia P.Kwiecień. – Jednak rynkiem coraz bardziej rządzi chciwość i strach.

Co jest tego potwierdzeniem? Gdy dług wyemitowany na zakup akcji dochodził w USA do 3 proc. PKB, zawsze oznaczało to sygnał ostrzegawczy dostrzegany na całym świecie, dotyczący przegrzania giełdowej koniunktury, a teraz zbliżamy się do 4 proc.

Venture INC obejmuje nowe udziały w Sundose

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, obejmuje nowe udziały w Sundose, producencie spersonalizowanych suplementów diety sprzedawanych w modelu abonamentowym. Tym samym zwiększa ekspozycję portfela inwestycyjnego na rosnący rynek produktów wspierających zdrowy styl życia. Po podwyższeniu kapitału zakładowego fundusz będzie posiadał 735 udziałów, które stanowić będą blisko 10% kapitału Sundose.

Venture INC, w wyniku konwersji pożyczki na udziały, zwiększa swoje zaangażowanie do blisko 10% w Sundose. Transakcja odbywa się w wyniku spełnienia się warunków umowy pożyczki, o której spółka informowała w ostatnim raporcie finansowym.

– Sundose jest jedną ze spółek, w którą zainwestowaliśmy w ubiegłym roku. Od początku wykazuje potencjał wysokich zwrotów, m.in. ze względu na obecność w perspektywicznej branży suplementów i zyskującego na popularności modelu sprzedaży subskrypcyjnej. Wyniki Sundose napawają optymizmem, choć wydaje się, że to dopiero rozgrzewka przed wejściem na nowe, zagraniczne rynki. Począwszy od pierwszego półrocza ubiegłego roku, spółka odnotowuje stały wzrost przychodów, jednocześnie w listopadzie osiągnęła rekordowy w historii wynik finansowy, który jest wyższy o prawie 300% w porównaniu do stycznia – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

Rozwój rynku suplementów

Zeszły rok w Sundose był poświęcony m.in. inwestycji w najlepszy zespół ekspertów rynkowych, który w efekcie powiększył się dwukrotnie. Wprowadzone zmiany pozwoliły na pokrycie kluczowych kompetencji firmy potrzebnych do globalnej ekspansji. Kolejnym ważnym obszarem było wdrożenie nowego modelu produkcji i jego częściowa automatyzacja, co pozwala na zredukowanie kosztów produkcji i łatwiejsze skalowanie sprzedaży.

Znaczne zmiany zaszły również na platformie e-commerce oraz w samym produkcie. Na przestrzeni roku została uruchomiona nowa wersja strony internetowej, a także aktualizacja aplikacji mobilnej, która jest wzbogacona o nowe funkcjonalności. Co więcej, cały czas rozwijany jest silnik personalizacji – już w pierwszym kwartale 2020 r. Sundose wprowadził trzy warianty pakietów oraz poprawił algorytm generowania składów (w oparciu o indywidualne wykluczenia). Kładąc nacisk na aspekt ekologii, spółka wdrożył nowe opakowanie, dzięki którym zaoszczędzono 40% tego materiału w opakowaniu.

Sundose z sukcesem umacnia swoją markę skupioną na prozdrowotnym stylu życia, czego elementami były udane kampanie, takie jak „Mądre suplementowanie”, akcja „Odporność”, a także „Dbamy o mamy”. Obecnie zespół opracowuje kampanie online video z udziałem ekspertów.

Już w tym roku spółka weszła na rynek niemiecki oraz brytyjski, a w kolejnym planuje mocniejszą ekspansję międzynarodową.

Raport Skanska i Business Link: 5 trendów i 4 modele. Oto rynek biurowy w nowej normalności

Pandemia nieodwracalnie zmieniła realia funkcjonowania biur i przyspieszyła procesy, które w normalnych okolicznościach zajęłyby lata. Jednym z efektów zachodzącej ewolucji jest rekordowa popularność elastycznego zarządzania miejscami pracy, łączącego w sobie największe zalety powierzchni tradycyjnych i elastycznych. Zdaniem ekspertów spółki biurowej Skanska w regionie CEE i Business Link, w najbliższych latach to właśnie ten model odegra kluczową rolę na rynku biurowym w Polsce i Europie.

Ostatnie miesiące niemal na nowo ukształtowały rynek nieruchomości.
Ze względu na obowiązujące obostrzenia i reżim sanitarny, największe zmiany dotknęły rynku biurowego, ponieważ zarówno najemcy, jak i klienci, musieli przedefiniować swoje strategie związane z efektywnym wykorzystaniem przestrzeni.

Aby podsumować i uwypuklić rolę zachodzących właśnie zmian, spółka biurowa Skanska i operator przestrzeni typu flex Business Link wspólnie opracowali raport „Workplace Flexibility Vademecum”. – Nasze vademecum powstało z myślą o uporządkowaniu kluczowych przemian, jakie w ostatnim czasie dokonały się na rynku biurowym. W raporcie skoncentrowaliśmy się na kompleksowym omówieniu elastycznego zarządzania miejscami pracy, za pomocą którego duże korporacje coraz częściej budują swoje zasoby biurowe. Dostrzegamy, że budynki lub kompleksy z przestrzeniami elastycznymi stały się dziś istotnym aktywem w portfelach inwestorów, a ich rola z każdym kolejnym miesiącem będzie systematycznie rosnąć tłumaczy Maciej K. Król, p.o. dyrektora zarządzającego w Business Link.

5 trendów, które odmienią rynek biurowy

W swoim raporcie Skanska i Business Link wyróżniły 5 kluczowych trendów, które w najbliższym czasie ukształtują sposób i styl funkcjonowania rynku biurowego. W tym celu twórcy „Workplace Flexibility Vademecum” zebrali i przeanalizowali głosy płynące z branży, po czym skonfrontowali je z własnymi obserwacjami.

Pierwszy trend dotyczy zasady 70/30, wedle której firmy będą poszukiwać kombinacji długoterminowych połączonych z krótkoterminowymi zobowiązaniami, których celem będzie zapewnienie miejsc pracy. 30% z nich będzie służyło jako tzw. „trzecia przestrzeń”: między biurem a domem – mówi Maciej K. Król. Kolejny punkt w raporcie wskazuje na niesłuszne deprecjonowanie znaczenia fizycznych biur. Pomimo początkowych opinii, że masowe przejście pracowników na home office znacząco osłabi zapotrzebowanie na biura tradycyjne, rzeczywistość i badania przeprowadzone podczas pandemii pokazały, że taki scenariusz nie ma szans na zmaterializowanie. – Badania zrealizowane przez Skanska wykazały, że pracownicy tęsknią za swoimi biurami, a bezpośredni kontakt z ludźmi jest dla nich niezwykle istotny. Dlatego biuro pozostanie podstawowym miejscem pracy, choć w przyszłości z pewnością będziemy spędzać w nim nieco mniej czasu niż przed pandemią. Dodatkowo pracownicy doceniają fizyczne aspekty biura – ergonomię miejsca pracy, przestrzenie do spotkań grupowych, czy wyposażenie. Nasze badanie pokazało, że pomimo iż 64% pracowników biurowych w CEE ma dobre warunki do pracy w domu, to aż 50% spośród ankietowanych chodzi do biura każdego dniawyjaśnia Arkadiusz Rudzki, wiceprezes ds. sprzedaży i najmu w spółce biurowej Skanska na region CEE.

Trzeci z opisywanym trendów odnosi się do klientów korporacyjnych, którzy po doświadczeniu nieprzewidywalnych i nagłych zmian, będą poszukiwać większej stabilizacji biznesowej i staną się mniej skłonni do angażowania się w duże i długie umowy najmu. Zamiast tego wybiorą bardziej elastyczne rozwiązania, pozwalające na obniżenie kosztów. Kolejny kierunek, na który wskazują Skanska i Business Link, to „zderzenie oczekiwań”. – Z jednej strony najemcy będą dążyć do krótszych umów najmu mniejszych powierzchni, zaś z drugiej – inwestorzy zainteresowani kupnem budynku nadal będą potrzebować dobrze zabezpieczonych, długoterminowych umów najmu. W tym przypadku model flex stanie się optymalnym rozwiązaniem uzupełniającym przedłużoną umowę najmu, z korzyścią dla inwestoramówi Arkadiusz Rudzki. Ostatni z pięciu trendów nawiązuje do wizji 15-minutowego miasta, która może zaowocować rozwojem mniejszych biur na obrzeżach aglomeracji. Według twórców raportu, biura “hubowe” nie znikną, jednak wokół nich mogą z czasem pojawiać się coraz liczniejsze biurowe “satelity”.

Chętnie wrócimy do biur w formule hybrydowej

Eksperci Skanska i Business Link podkreślają, że rosnące zainteresowanie łączeniem powierzchni tradycyjnych i elastycznych wynika z aktualnego, ogromnego zapotrzebowania na pracę rotacyjną. Z badań przeprowadzonych przez spółkę biurową Skanska wynika, że aż 32% pracowników biurowych (w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii) pracuje obecnie w modelu hybrydowym (łącząc pracę zdalną z pracą z biura). Jednocześnie aż 2/3 wszystkich pracowników biurowych nadal uważa biuro za bezpieczne miejsce pracy. – Choć tempo dokonywanych zmian jest szybsze niż można było sobie wyobrazić, wzmożone zainteresowanie modelem elastycznego zarządzania miejscami pracy nie jest dla nas niczym zaskakującym. W Skanska i Business Link już dawno dostrzegliśmy ogromny potencjał synergii dewelopera i operatora flex. Dlatego od czterech lat oferujemy klientom korporacyjnym dostosowane do ich sytuacji biznesowej i etapu rozwoju firmy modele łączące biuro tradycyjne i biuro serwisowane. Na potrzeby vademecum wyodrębniliśmy 4 modele: core&flex, satellites (hub&spoke), growth i swing. Ich wspólną cechą jest elastyczność, dzięki której klient uzyskuje możliwość szybkiej modyfikacji liczby użytkowników lub wielkości przestrzeni wskazuje Maciej K. Król. Biura typu flex odpowiednie dla rozrastających się firm

Przewagę elastycznego zarządzania miejscami pracy i zalety konstruowania krótkich, elastycznych umów można zaobserwować m.in. w przypadku bardzo szybkiego wzrostu przedsiębiorstwa, gdy zapotrzebowanie najemcy potrafi zmieniać się praktycznie z miesiąca na miesiąc. Najlepiej wyrażają to twarde liczby. W krakowskim kompleksie High5ive, jeden z klientów z sektora finansowego w czasie oczekiwania na przeniesienie do głównej powierzchni, dwukrotnie rozbudował liczbę stanowisk, korzystając przy tym z modelu swing w Business Link High5ive. Wzrost zapotrzebowania nastąpił bardzo gwałtownie, jednak elastyczna umowa pozwoliła błyskawicznie dostosować produkt do aktualnych oczekiwań najemcy. Z kolei inna firma, korzystająca z przestrzeni poznańskiego Business Link Maraton, podczas rozwoju biznesu w regionie odnotowała około 10-krotny wzrost liczby stanowisk. Pomimo ogromnego tempa rozwoju, elastyczna przestrzeń umożliwiła jej rozwój w ramach jednego obiektu. – Najbardziej wyrazistym przykładem wzrastającego znaczenia elastycznego zarządzania miejscami pracy, którym możemy się pochwalić, jest krakowski High5ive. Już na samym początku biurowiec został wyposażony w przestrzeń elastyczną, dzięki czemu zapełnił się w rekordowo szybkim tempie i stał się bardzo atrakcyjną propozycją biurową na mapie miasta. 500 stanowisk pracy w naszej krakowskiej „piątce”, podzielone na kilka korporacji, stanowi dziś przystanek do docelowego miejsca w biurze tradycyjnympodsumowuje Arkadiusz Rudzki.

Lokalna dokumentacja cen transferowych w zakresie stosowania nowych wymogów

Co roku podatnicy podatku dochodowego, zarówno od osób prawnych, jak i osób fizycznych, realizujący transakcje z podmiotami powiązanymi są zobowiązani po przekroczeniu określonych progów do przygotowania dokumentacji cen transferowych. Celem przygotowanej dokumentacji jest potwierdzenie, że ceny, które podmioty powiązane ustaliły między sobą, są rynkowe, czyli takie, jakie ustaliłyby między sobą podmioty niepowiązane. Warto dodać, że od 1 stycznia 2021 r. lokalna dokumentacja cen transferowych obejmuje szerszy zakres informacji. Jest to kolejna w ostatnich latach zmiana Ministerstwa Finansów w zakresie obowiązków związanych z przygotowaniem dokumentacji cen transferowych. Częste zmiany ustaw oraz nowe rozporządzenia w zakresie cen transferowych połączone ze zwiększonym zainteresowaniem organów podatkowych tym obszarem w ostatnich latach powodują, że podatnicy powinni dochowywać jeszcze większej staranności, aby wypełnić ustawowe wymagania.

Kiedy należy przygotować lokalną dokumentację cen transferowych

Lokalną dokumentację cen transferowych przygotowują podmioty powiązane dla transakcji kontrolowanych w przypadku, gdy wartość transakcji kontrolowanej o charakterze jednorodnym przekroczy w kwocie netto próg 10 mln zł przy transakcjach towarowych i finansowych oraz 2 mln zł przy transakcjach usługowych oraz innych transakcjach. Progi ustalane są odrębnie dla każdej jednorodnej transakcji kontrolowanej zarówno dla strony przychodowej, jak i kosztowej. Należy dodać, że nie jest istotna wartość transakcji z jednym podmiotem. Innymi słowy, nawet jeżeli transakcja z podmiotem powiązanym jest zawierana przykładowo na kwotę 100 tys. zł (np. sprzedaż części zamiennych do podmiotu X), to i tak może pojawić się obowiązek dokumentacyjny, jeżeli wartość jednorodnej transakcji przewyższy określone progi (np. łączna sprzedaż części zamiennych do podmiotów powiązanych X, Y i Z wyniosła 11 mln zł). W przypadku krajowych podmiotów powiązanych osiągających w danym roku zysk podatkowy ustawodawca zrezygnował z konieczności przygotowywania dokumentacji cen transferowych w tym zakresie.

Lokalna dokumentacja cen transferowych – elementy

Elementy, jakie powinna zawierać lokalna dokumentacja cen transferowych, zostały określone w ustawie (odpowiednio art. 11q ustawy o CIT oraz art. 23zc ustawy o PIT).

Jednym z wymogów jest opis podmiotu powiązanego zawierający w szczególności opis struktury zarządczej, opis podstawowej działalności oraz schemat organizacyjny. Ponadto opis podmiotu powiązanego powinien zawierać wskazanie rynku, na którym działa podmiot, branży i otoczenia rynkowego, opis strategii gospodarczej, a także informację o istotnych aktywach czy ryzykach wpływających na podmiot powiązany, które zostały przeniesione w roku obrotowym oraz w roku poprzedzającym.

Kolejna kwestia obejmuje opis transakcji w zakresie funkcji, ryzyk, aktywów, uwzględniający w szczególności informacje takie jak przedmiot i rodzaj transakcji kontrolowanej, szczegółowe dane podmiotu powiązanego uczestniczącego w transakcji (łącznie z przypisaniem ryzyk, funkcji, aktywów do odpowiednich podmiotów), sposób kalkulacji ceny transferowej oraz poczynione założenia, wartość transakcji oraz dokonane w związku z transakcją płatności. W zakresie tego punktu powinno się także wskazywać wszelkie umowy, porozumienia oraz inne dokumenty, z których wynikają poczynione ustalenia oraz interpretacje podatkowe czy uprzednie porozumienia cenowe potwierdzające sposób kalkulacji ceny.

Ponadto lokalna dokumentacja cen transferowych powinna zawierać analizę cen transferowych obejmującą analizę porównawczą (analizę danych podmiotów niepowiązanych uznanych za porównywalne do transakcji kontrolowanej) oraz analizę zgodności (analizę, czy warunki, na jakich została zawarta transakcja, byłyby te same w przypadku podmiotów niepowiązanych). Analizy porównawczej oraz analizy zgodności można nie wykonywać w przypadku usługi o niskiej wartości dodanej oraz pożyczki oprocentowanej w oparciu o rodzaj bazowej stopy procentowej i marży, określonej w obwieszczeniu ministra właściwego ds. publicznych.

Informacje finansowe

Ważnym elementem lokalnej dokumentacji cen transferowych są informacje finansowe. Ten punkt obejmuje w szczególności zatwierdzone sprawozdanie finansowe dotyczące dokumentowanego roku, sporządzone zgodnie z ustawą o rachunkowości. Ponadto podatnik powinien wskazać opis umożliwiający przyporządkowanie danych finansowych transakcji kontrolowanej do odpowiedniej pozycji sprawozdania finansowego. W tym zakresie niezmiernie ważne jest zachowanie spójności, tak aby dane zawarte w dokumentacji cen transferowych odzwierciedlały dane ujawnione w sprawozdaniu finansowym podmiotu.

Zakres nowych wymogów dokumentacyjnych

Główną zmianą jest konieczność zamieszczania w dokumentacji uzasadnienia biznesowego transakcji, w szczególności opisu spodziewanych korzyści oraz innych korzyści ekonomicznych, zarówno kwalifikowanych, jak i niekwalifikowanych, jak np. wzrost innowacyjności, zwiększenie udziałów w rynku etc.

Kolejnym istotnym wymogiem jest konieczność przygotowywania dokumentacji cen transferowych w przypadku realizowania transakcji innych niż kontrolowane z podmiotami z krajów stosujących szkodliwą konkurencję, jeżeli wartość transakcji przekroczy 100 tys. zł. Ponadto obowiązek przygotowania local file będzie obciążał podatników zawierających transakcje kontrolowane, gdzie powstaje domniemanie, że beneficjent rzeczywisty takiej płatności posiada miejsce zamieszkania w miejscu stosującym szkodliwą konkurencję.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Budownictwo prefabrykowane i modułowe na celowniku NCBR

W niedalekiej przyszłości sposób budowania domów będzie się znacznie zmieniać. Już dzisiaj coraz częściej odchodzi się od tradycyjnych sposobów budowania na rzecz prefabrykacji elementów budynku, a nawet tworzenia gotowych modułów mieszkaniowych w fabryce i przewożenia ich na plac budowy. Nowe domy są również coraz bardziej ekologiczne i energooszczędne. Chcąc rozwijać polskie technologie budowlane, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozpoczęło w zeszłym roku finansowane z Funduszy Europejskich przedsięwzięcie „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo”.

Obecnie najpopularniejszą metodą budowania domów jest nadal sposób tradycyjny, pochłaniający masę energii oraz wymagający dużego nakładu pracy i materiałów. Codzienne użytkowanie takich budynków generuje wysokie koszty, dlatego coraz częściej prywatni inwestorzy oraz deweloperzy decydują się na wykorzystywanie przy budowie prefabrykowanych elementów lub gotowych modułów mieszkalnych składanych w fabrykach.

Domy prefabrykowane i modułowe

Domy w technologii 2D, czyli budynki prefabrykowane, montowane są ze sobą na placu budowy z przygotowanych wcześniej komponentów – jak ściany i stropy. To zdecydowanie przyśpiesza budowę domu, gdyż na proces produkcji nie mają wpływu czynniki pogodowe, a poszczególne elementy są wykonywane bardzo dokładnie, co ułatwia jego wykończenie. Warto pamiętać, że pod względem trwałości i wytrzymałości takie domy nie ustępują budynkom stawianym tradycyjną metodą.

Z kolei domy w technologii 3D, czyli budynki modułowe, które również powstają z prefabrykowanych komponentów, łączone są ze sobą już w fabryce. Stworzone w ten sposób całe sekcje budynku są później transportowane i łączone z innymi modułami w docelowej lokalizacji. Co ważne, obecnie prace wykończeniowe bardzo często trwają dłużej niż budowa obiektu w stanie surowym, a w przypadku technologii modułowej domy mogą być dostarczane z wykończeniem wewnętrznym, łącznie z wyposażeniem.

Jednocześnie w Polsce ponad 65% gospodarstw domowych jest ogrzewanych poprzez spalanie węgla lub drewna, co powoduje wysokie zanieczyszczenie powietrza i smog. Nie tylko to, czym ogrzewamy, jest problemem, ale też to, ile energii jest zużywane przez budynek – a pod tym względem większość budynków to tzw. wampiry energetyczne. Budowane w nowoczesny sposób domy zużywają mniej energii podczas codziennego użytkowania, co jest dodatkowym argumentem, który za nimi przemawia.

Domy energooszczędne i pasywne

W kontekście kosztów użytkowania wyróżniamy dwa rodzaje budynków: energooszczędne oraz pasywne. W przypadku pierwszego rodzaju domów potrzebna jest zwyczajna instalacja grzewcza, ale moc zastosowanych urządzeń może być mniejsza niż w domu standardowym. Najlepiej, by źródłem ciepła była instalacja wykorzystująca odnawialne źródła energii. Bardzo ważnym aspektem jest również dobra termoizolacja, aby budynek nie tracił ciepła.

W przypadku domu pasywnego instalacji grzewczej właściwie nie ma. Jego podstawowym założeniem jest ograniczenie zapotrzebowania na ciepło do ogrzewania budynku. Potrzebną ilość ciepła można dostarczyć np. przez odpowiednie podgrzanie powietrza wentylacyjnego. Wtedy taka instalacja nie tylko ogrzewa mieszkanie, ale jednocześnie wykorzystywana jest do podgrzewania wody użytkowej.

NCBR chce iść o krok dalej

Materiały wykorzystane do tworzenia innowacyjnych domów, które mają powstać z inicjatywy NCBR, zostaną pozyskane m.in. z recyklingu. Chodzi tu głównie o konstrukcję nośną obiektów (np. stal, kruszywo, gruz, materiały drewnopochodne) oraz izolację (np. wełna mineralna, styropian). Elementy z odzysku będą stanowiły nawet około 30-40% budynków. Taki zabieg ma posłużyć redukowaniu wydobycia surowców oraz pozytywnie wpłynąć na koszt budowy. To niezmiernie ważne, gdyż produkcja betonu jest odpowiedzialna aż za 7% globalnej emisji dwutlenku węgla, a na każdy 1 kg wytworzonego betonu do atmosfery wydzielany jest 1 kg CO2.

Zasilanie w tak powstających domach będzie pochodziło z lokalnych instalacji OZE, co zredukuje zapotrzebowanie na prąd z sieci, który będzie potrzebny tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, np. przy awarii. Woda do użytku ma w jak największym stopniu (nawet ponad 80% dziennego zapotrzebowania na mieszkańca) pochodzić z wody deszczowej i odzyskanej tzw. wody szarej. Projekty mają stawiać na nowoczesny design i funkcjonalność, a ich realizacja obniży ślad węglowy w trakcie całego cyklu życia domu.

Rozwój technologii modułowych i prefabrykowanych oraz technologii neutralnych klimatycznie pozwoli na ograniczenie kosztów eksploatacji oraz szybsze oddawanie budynków do użytkowania. Dzięki naszemu przedsięwzięciu chcemy opracować technologię budowania domów i mieszkań, które będą generować pozytywny roczny bilans zużycia energii. Równocześnie muszą być konkurencyjne kosztowo w produkcji i eksploatacji, co może być jedynie wynikiem przemysłowego procesu produkcji i wykorzystania surowców wtórnych. Potencjalni nabywcy będą mogli otrzymywać domy „pod klucz”, ze wszystkimi instalacjami i wyposażeniem. Należy również wspomnieć o zoptymalizowanych opłatach, które mają być wyliczane z uwzględnieniem kosztów eksploatacji na najbliższe 30 lat. Korzyścią dla gospodarki będzie stworzenie szansy dla Polaków pracujących na budowach za granicą dzięki NCBR będą mogli projektować i tworzyć u nas domy pełne polskich produktów na eksport – informuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

4 budynki demonstracyjne

W ramach przedsięwzięcia „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” będą przeprowadzone prace badawczo-rozwojowe, dzięki którym zostaną dostarczone i przetestowane z udziałem użytkowników 4 budynki demonstracyjne, ukazujące uniwersalność opracowanych technologii. Jednym z nich będzie wielorodzinny budynek senioralny z częściami wspólnymi, takimi jak pralnia i pokój lekarski, świetlica oraz innymi udogodnieniami dla seniorów, w tym osób o ograniczonej zdolności poruszania się. Wybudowany zostanie również budynek społeczny, w którym mieszkańcy nie będą musieli płacić za prąd ani za ciepło, nie generując jednocześnie smogu w miejscu zamieszkania – a także 2 różne budynki jednorodzinne.

Przedsięwzięcie wpisujące się w unijną strategię

Przedsięwzięcie „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” jest jedną z dziewięciu inicjatyw prowadzonych przez NCBR, które mają na celu przyczynienie się do transformacji systemu energetycznego naszego kraju, wymaganej przez Unię Europejską w założeniach strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu podążanie Unii w kierunku bardziej nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki, która w 2050 r. ma osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. W ramach tych inicjatyw NCBR opracowane mają być również m.in. nowoczesne oczyszczalnie ścieków i innowacyjne biogazownie, a także nowe rozwiązania w zakresie magazynowania ciepła i magazynowania energii elektrycznej, retencji wody, wentylacji i ciepłownictwa. Projekty, nad którymi pracuje już NCBR, to szansa na czystsze środowisko, zdrowsze społeczeństwo i silniejszą, bardziej efektywną gospodarkę.

Ekonomiści: Ograniczanie lub likwidacja tzw. śmieciówek zaszkodzi rynkowi pracy, szczególnie w czasie pandemii

Coraz częściej słychać, że wkrótce z rynku znikną umowy cywilnoprawne lub zostaną mocno ograniczone. Jednak eksperci przestrzegają przed radykalnym działaniem, bo pracodawcom są potrzebne elastyczne formy zatrudnienia, szczególnie teraz. Ewentualnie warto rozważyć ujednolicenie zasad oskładkowania śmieciówek i umów o pracę. I jak dodają, jednak nie należy przeprowadzać zmian w czasie pandemii. Teraz można jedynie wypracować rozwiązanie, które zacznie obowiązywać dopiero w przyszłości.

W przestrzeni publicznej mówi się, że rząd przygotowuje zmiany dot. umów cywilnoprawnych. Nowe przepisy miałyby zlikwidować lub ograniczyć to rozwiązanie. Jak podkreśla Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, obecnie firmy bardzo potrzebują elastyczności zatrudnienia. Uzyskują ją m.in. dzięki umowom zlecenia. Ekspert przestrzega przed likwidacją tych regulacji. Jednocześnie zauważa, że niekorzystny jest dualizm na rynku pracy. Część pracowników ma bardzo stabilną sytuację, a pozostali dostają tylko umowy krótkoterminowe. I te grupy z pewnością należy zbliżyć do siebie.

– Plotka o likwidacji umów cywilnoprawnych, która od dłuższego czasu krąży w mediach, jest szkodliwa. Jeżeli rząd zdecydowałby się na to, prawdopodobnie mówiłby o konieczności poważnego uporządkowania rynku pracy. Argumentowałby, że jedni mają lepsze warunki, a inni nieco gorsze. Ale wtedy należałoby konsekwentnie reformować, czyli znieść też przywileje sektorowe, w tym np. emerytury mundurowe czy górnicze – komentuje Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego.

Natomiast „Solidarność” stoi na stanowisku, że umowy cywilnoprawne to legalne rozwiązania, jednak zastosowane w sposób nieprawidłowy. I dodaje, że związek nigdy nie domagał się likwidacji umów zleceń czy o dzieło, a także samozatrudnienia, bo te rozwiązania są ważne i potrzebne. Ale postuluje, aby nie stosowano ich w miejscu, gdzie zgodnie z prawem powinien być etat. A kodeks pracy reguluje to precyzyjnie.

– Domagamy się, żeby inspektorzy, którzy stwierdzą niewłaściwą formę świadczenia pracy, mogli ją zmienić decyzją administracyjną. Od niej pracodawca będzie mógł się odwołać do sądu. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Pracodawca przestrzegający prawa w konfrontacji z tym, który śmieciówkami obniża sobie koszty, jest zwykłym frajerem i przegrywa każdy przetarg – podkreśla Marek Lewandowski z „Solidarności”.

Jak zaznacza Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zamiast skupiać się wyłącznie na walce ze skutkami, lepiej usuwać przyczyny występowania niepożądanych zjawisk na rynku pracy. A powodem zastępowania zatrudnienia na etacie przez umowy cywilnoprawne jest różne traktowanie tych form działalności zarobkowej na gruncie ubezpieczeń społecznych i opodatkowania. Ujednolicenie tego wyeliminowałoby przede wszystkim bodziec kosztowy do nadużywania umów cywilnoprawnych. Intensywne kontrolowanie firm nie byłoby już potrzebne.

– Celowe byłoby ujednolicenie zasad oskładkowania. Ale nie tylko poprzez planowaną przez rząd likwidację ulg przy zbiegach tytułów do ubezpieczeń. To należałoby zrobić w ramach szerszej reformy, która wraz z ujednoliceniem zasad podlegania systemowi pozwalałaby na rzetelne i systemowe planowanie obniżenia kosztów zatrudnienia i uelastycznienia umów o pracę – przekonuje prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Pracodawców RP, były minister finansów.

Natomiast ekspert z Konfederacji Lewiatan podkreśla, że zmiany przepisów nie mogą doprowadzić do zwiększenia łącznych kosztów pracy w naszym kraju. Pogorszylibyśmy polską konkurencyjność w stosunku do prac wykonywanych w innych państwach europejskich. Jeżeli więc podnosimy np. składki na ubezpieczenia społeczne, emerytalne i rentowe w przypadku umowy zlecenia, to należy obniżyć koszty pracy na etacie. A to możemy zrobić np. przy pomocy podatków.

– Zmian dot. tych umów nie należy jednak przeprowadzać w czasie pandemii. Ludzie już mają sporo problemów, a będą jeszcze bardziej cierpieć. Jeśli ktoś chce dokonać reformy, to powinien przedstawić jej przyczyny. Bez podawania konkretów taki ruch może być odbierany jako szukanie dodatkowych przychodów przez rząd – mówi Zbigniew Żurek.

Według Łukasza Kozłowskiego, ujednolicenie traktowania umów o pracę i umów zlecenia nie może być wprowadzone z dnia na dzień. Konieczny jest odpowiedni okres vacatio legis. W przypadku wejścia w życie przepisów na początku 2022 roku, kontekst pandemiczny byłby już zupełnie inny. Ponadto przedsiębiorcy mieliby dużo czasu na dostosowanie się do zmian. Z kolei Jeremi Mordasewicz uważa, że należy działać w sposób przewidywalny. W tym roku można wypracować rozwiązanie i przyjąć roczny okres vacatio legis. Przepisy zostałyby wdrożone w 2023 roku.

– Ingerencja państwa w stosunek łączący pracodawcę z pracownikiem może być kłopotliwa. Dziś orzecznictwo dopuściło do zmiany przez ZUS umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę, choć tylko w zakresie ubezpieczeń społecznych. To budzi wiele kontrowersji. Oznacza to w praktyce kilka problemów. Dla przykładu, płatnik opłaca pełną składkę za „pracownika”, ale ten nie może nadal korzystać z prawa pracowniczego do urlopu. Rozbudowując władztwo ZUS, wcale nie poprawiliśmy zatem sytuacji ubezpieczonych, którym z drugiej strony organ rentowy pod byle pretekstem może np. wstrzymywać wypłatę zasiłku. System musi być stabilny ekonomicznie i przewidywalny, a nie zależny od bieżącej polityki organu  – stwierdza prof. Paweł Wojciechowski.

Rodzi się więc pytanie, czy radykalna zmiana przepisów nie przyniesie negatywnych skutków, bo np. pracodawcy będą rezygnować z pracowników. Zdaniem Marka Lewandowskiego z „Solidarności”, straszy się nas tym przy każdej możliwej okazji. Wystarczy wskazać wzrost płacy minimalnej, dzień wolny w Trzech Króli, ograniczenie handlu w niedzielę czy oskładkowanie umów cywilnoprawnych. Ekspert zaznacza, że nigdy nic takiego się nie stało. Nie ma co poważnie traktować takich obaw. To zwykły szantaż emocjonalny, mający wywołać poczucie strachu.

– W Polsce rynek pracownika zmienił się w rynek pracodawcy. Dziś już mniej niż 20% firm sygnalizuje braki kadrowe. Każda nadmierna regulacja, zwłaszcza w trudnych czasach, może przynieść skutki zupełnie odwrotne do zamierzonych, np. zwolnienia czy ucieczkę w szarą strefę – dodaje prof. Wojciechowski.

Z kolei ekspert z BCC nie ma wątpliwości, że skutkiem ewentualnej likwidacji umów cywilnoprawnych będzie rozszerzenie szarej strefy, zwłaszcza jeśli ludzie mieliby mniej zarabiać. Do tego Łukasz Kozłowski przekonuje, że wspomniane ujednolicenie traktowania umów nie odbije się negatywnie na rynku pracy. Problem musi być tylko rozwiązany w sposób systemowy, czyli poprzez uporządkowanie przepisów ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. A ponadto pracodawcy dostaną czas na dostosowanie się do zmian.

Indeks GIP60: Polskie spółki produkcyjne warte już prawie dwa razy więcej niż w dołku 2020

Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł w marcu o 3,56% do poziomu 930,33 punktów, czyli już niecałe 7% niżej od swojej wartości bazowej z początku 2016 roku. Ożywienie w przemyśle sprzyja wycenom polskich spółek produkcyjnych dzięki czemu zapowiadany przez analityków z firmy DSR S.A. wzrost cen akcji polskich producentów zmaterializował się w kolejnym miesiącu z rzędu.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc marzec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„W marcu Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o 3,56% do poziomu 930,33 punktów, zamykając pierwszy kwartał wzrostem na poziomie 5,44%. A mogło być jeszcze lepiej, gdyż w połowie miesiąca GIP60 był już na poziomie 960 punktów, nad którym po raz ostatni GIP60 znajdował się w połowie kwietnia 2019 roku. Wśród 60 największych polskich spółek produkcyjnych z GPW znalazło się 38, które w marcu poprawiły swoją wartość rynkową, 19 zanotowało jej spadek, a w 4 przypadkach wycena rynkowa pozostała bez zmian.

W przekroju branżowym za lwią część wzrostu odpowiadają spółki z branży farmaceutycznej, a w szczególności Mabion i Bioton, których wartość rynkowa w marcu wzrosła odpowiednio o 167,47% i 71,77%. Na wyróżnienie zasługują również producenci z branży drzewno-meblarskiej, których mediana zwrotu w marcu wyniosła 8,8%. Ogólnie dodatnią medianę wzrostów osiągnęły prawie wszystkie branże za wyjątkiem spółek motoryzacyjnych (mediana wśród tych spółek wyniosła -6,7%) i producentów z branży spożywczej (-0,4%).

Spółki covidowe znowu w cenie

Na podium marcowej klasyfikacji GIP60 znalazły się wspomniane wcześniej spółki z branży farmaceutycznej, Mabion i Biomed. Kurs Mabionu rósł głównie dzięki informacjom o możliwej produkcji szczepionek na licencji amerykańskiej firmy Novavax. Dopiero emisja akcji serii U po cenie znacznie niższej od ceny rynkowej (55 zł) zahamowała dalszy wzrost ceny akcji Mabionu. Ceny akcji Biomedu w pierwszej dekadzie marca utrzymywały się w okolicach 9 zł, nie reagując szczególnie żywo na raport roczny, w którym spółka pochwaliła się m.in. 79% wzrostem zysku netto 4,4 mln zł. Zgoła odmienną reakcję rynku wywołała informacja o złożeniu do Agencji Badań Medycznych wniosku o ustalenie warunków i zasad wykorzystania wyników niekomercyjnego badania klinicznego realizowanego w ramach projektu „Badania nad wytworzeniem swoistej immunoglobuliny ludzkiej z osocza dawców po przebytej infekcji wirusowej SARS CoV 2 i jej zastosowaniem terapeutycznym u pacjentów z COVID 19”, po której kurs akcji spółki podwoił swoją wartość w krótkim czasie.  Obie spółki ciągle łączy się z nadziejami na wypracowanie produktów wspomagających walkę z pandemią COVID-19, więc pogarszająca się sytuacja epidemiczna w kraju i na świecie nie po raz pierwszy wpłynęła pozytywnie na ich wartość rynkową.

Trzecie miejsce w rankingu GIP60 dla ZPUE za wzrost ceny akcji z 147 zł do 230 zł, co dało miesięczną stopę zwrotu na poziomie 56,46%. Kurs akcji spółki zyskał najwięcej na ostatnich sesjach marca, krótko po informacji o rozliczeniu transakcji nabycia akcji własnych spółki, które miało miejsce 23 marca i wiążącymi się z tym konsekwencjami.

Ożywienie w przemyśle

Statystyki kolejnej fali koronawirusa pokazują sytuację, która w naszym kraju nie była jeszcze tak dramatyczna. W konsekwencji wprowadzane są kolejne obostrzenia ograniczające możliwości naszej gospodarki. Do tej pory jednak, podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich fal, przemysł ma stosunkowo dużą swobodę działalności, dzięki czemu spółki z tego sektora mogą korzystać z nasilenia popytu na rynkach europejskich – w marcu dynamika wzrostu eksportu była najwyższa od października 2013 roku.

Najnowsze wyniki badań PMI® potwierdzają poprawę warunków gospodarczych w rodzimym sektorze wytwórczym, co przekłada się na ogólny poziom zamówień i przyspieszenie wzrostu produkcji. Wskaźnik PMI dla Polski wzrósł w marcu z 53,4 do 54,3 czyli znacznie powyżej neutralnej granicy 50 punktów. Wzrost ten był możliwy głównie w wyniku poprawy subindeksów dla takich składowych jak czasy dostaw (subindeks ten odpowiadał w marcu za przyrost 0,4 pkt.), nowe zamówienia (+0,2 pkt.), poziom produkcji (+0,2 pkt.) i zatrudnienie (+0,1 pkt). Jedynie subindeks powiązany z zapasami pozycji zakupowych miał minimalnie negatywny wpływ na wartość głównego wskaźnika. W tym samym badaniu potwierdziły się problemy spółek produkcyjnych po stronie podażowej. Co więcej, problemy te zdają się nasilać (tempo wydłużania czasu dostaw jest najwyższe w historii badań), więc będą miały coraz większy wpływ na tempo ożywienia w przemyśle w kolejnych miesiącach. Również niedobory siły roboczej w sektorze, jeśli nie zostaną sprawnie uzupełnione, mogą negatywnie wpływać na przyszły poziom produkcji, a już teraz obserwujemy najsilniejszy wzrost zaległości produkcyjnych od stycznia 2007 roku.

Bardzo dobra koniunktura sektora wytwórczego nie jest tylko naszą domeną. Zagregowany J.P.Morgan Global Manufacturing PMI™ wzrósł w marcu do 55 punktów, co jest najlepszym odczytem od lutego 2011 roku. Jeszcze lepiej sytuacja wygląda w Niemczech, czyli u naszego największego partnera handlowego, gdzie wskaźnik PMI® osiągnął historyczny rekord na poziomie 66,6 punktów (po 60,7 w lutym). To właśnie z tego kierunku wpłynęło do nas najwięcej nowych zamówień eksportowych, a same Niemcy doświadczają niespotykanego na tą skalę nigdy wcześniej wzrostu zamówień z Azji, w tym głównie z Chin.

Polskie spółki produkcyjne wykorzystują szansę, która pojawiła się w wyniku zawirowań pandemicznych na globalnym rynku dostaw. Od dołka z ubiegłego roku GIP60 zdążył już prawie podwoić swoją wartość, jednak ciągle znajduje się poniżej swojej wartości bazowej ustalonej na poziomie 1000 punktów w styczniu 2016 roku, zachowując potencjał do dalszych wzrostów, które powinny być kontynuowane w drugim kwartale br.”

Morska farma wiatrowa Baltica otrzymała prawo do kontraktu różnicowego

Urząd Regulacji Energetyki przyznał kontrakt różnicowy dla morskich farm wiatrowych Baltica 3 i Baltica 2 o łącznej mocy do 2,5 GW. Inwestycja w znaczący sposób przyczyni się do transformacji Polski w kierunku zielonej energii, przyspieszy rozwój lokalnego łańcucha dostaw oraz pobudzi aktywność gospodarczą na wiele lat.

Morska farma wiatrowa Baltica – największy morski projekt wiatrowy w polskiej części Morza Bałtyckiego, realizowany w dwóch etapach – zbliżyła się dziś o krok do realizacji, kiedy Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) przyznał projektowi prawo do pokrycia ujemnego salda (tzw. kontraktu różnicowego) zapewniającego cenę nie wyższą niż 319,60 zł/MWh zgodnie z rozporządzeniem Ministra Klimatu i Środowiska oraz Ustawą o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, tzw. ustawą offshore. Decyzja Prezesa URE potwierdza, że morska farma wiatrowa Baltica została wybrana do pierwszej fazy ambitnego programu budowy morskiej energetyki wiatrowej w Polsce.

Baltica 2 i 3, o łącznej mocy do 2,5 GW, będą wytwarzać wystarczającą ilość zielonej energii elektrycznej do zasilenia 4 milionów polskich gospodarstw domowych.

W lutym 2021 r. Ørsted i PGE podpisały umowę o utworzeniu joint venture 50/50 w celu rozwoju, budowy i eksploatacji Baltica 3 i 2, realizowanej za pośrednictwem spółek celowych. W zależności od doprowadzenia do zamknięcia transakcji joint venture oraz od podjęcia ostatecznych decyzji inwestycyjnych Ørsted i PGE, pierwsza część projektu Baltica (do 1 GW realizowana przez spółkę Baltica 3) rozpocznie wytwarzanie energii około 2026 roku, natomiast druga część – Baltica 2 (do 1,5 GW) może zostać uruchomiona przed 2030 rokiem. Przyznanie kontraktu różnicowego uzależnione jest od ostatecznej zgody Komisji Europejskiej.

Decyzja Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki przybliża realizację Programu Offshore i morskiej farmy wiatrowej Baltica. Morska energetyka wiatrowa w Polsce ma już solidne podstawy do rozwoju i jest obecnie priorytetem Grupy Kapitałowej PGE. W naszym wniosku o wsparcie przedstawiliśmy również, jak zamierzamy realizować nasze inwestycje w morskie farmy wiatrowe jako lider tej nowej branży w Polsce. Zależy nam na wzmocnieniu lokalnego łańcucha dostawmówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Przyznanie prawa do kontraktu różnicowego dla Baltica 2 i 3 jest kamieniem milowym dla polskiej morskiej energetyki wiatrowej oraz dla wspólnych ambicji Ørsted i PGE w Polsce. Cieszymy się, że będziemy mogli zrealizować ten ważny projekt infrastrukturalny i pomóc Polsce w wykorzystaniu dużych zasobów zielonej energii na Morzu Bałtyckim. Sektor morskiej energetyki wiatrowej będzie kamieniem węgielnym w procesie przechodzenia Polski na zieloną energię i ma potencjał stworzenia tysięcy polskich miejsc pracy – podkreśla Rasmus Errboe,  wiceprezes Ørsted Offshore, odpowiedzialny za Europę kontynentalną.

Polska mapa drogowa dla morskiej energetyki wiatrowej

Polityka energetyczna Polski do 2040 roku wskazuje na morską energetykę wiatrową jako kluczową technologię, która ma uczynić Polskę gospodarką niskoemisyjną, a polska ustawa o morskiej energetyce wiatrowej precyzuje ambicje Polski w tym zakresie. Z zerowej obecnie mocy w morskiej energetyce wiatrowej, Polska zobowiązuje się do zainstalowania 5,9 GW do 2030 roku, do 11 GW do 2040 roku, a analizy wskazują na potencjał do 28 GW na polskich wodach do 2050 roku. Dzięki temu Polska stanie się największym rynkiem dla morskiej energetyki wiatrowej w regionie Morza Bałtyckiego i znacząco przyczyni się do osiągnięcia celu Komisji Europejskiej, jakim jest zainstalowanie 300 GW mocy w morskiej energetyce wiatrowej na wodach europejskich do 2050 r., aby zrealizować unijny cel neutralności klimatycznej.

Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej szacuje, że realizacja celów dotyczących mocy w morskiej energetyce wiatrowej zawartych w polskiej ustawie offshore uwolni 29 mld euro inwestycji.

Polskie firmy już są aktywne w branży morskiej energetyki wiatrowej jako dostawcy kabli, fundamentów, dźwigów i statków do instalacji i serwisu morskich turbin wiatrowych, a polskie porty w regionie Morza Bałtyckiego mają potencjał, aby stać się terminalami do instalacji, serwisu i konserwacji morskich farm wiatrowych.

IoT i systemy IT wspierające produkcję to strategiczne obszary dla firm w ciągu najbliższych 2-3 lat

Przedsiębiorstwa przemysłowe od lat znajdują się w czołówce technologicznych innowatorów: zarówno w halach produkcyjnych jak i w terenie robotyka oraz parki maszynowe są na coraz wyższym poziomie zaawansowania. Pomiędzy technologiami operacyjnymi a zorientowanymi biznesowo technologiami informacyjnymi (IT) istnieje jednak dostrzegalna luka. Dotychczas branże przemysłowe pozostawały w tyle, jeśli chodzi o poziom inwestycji w IT. Ten trend stopniowo ulega zmianie, ponieważ przedsiębiorstwa z tego sektora zaczynają coraz mocniej inwestować w transformację cyfrową.

Badanie „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii COVID-19”[1],  przeprowadzone przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes pokazuje, że firmy są coraz bardziej świadome potencjału technologii cyfrowych w tworzeniu nowego, cyfrowego modelu biznesowego.Grafika_PMR_Dassault Systemes

IoT i systemy IT wspierające produkcję jako obszary strategiczne

W przeprowadzonym badaniu ankietowane firmy wskazują rozwiązania IoT i systemy IT wspierające produkcję jako strategiczne obszary firm w ciągu najbliższych 2-3 lat. Natomiast co czwarty ankietowany podmiot wskazał także na rozwiązania Big Data i sztuczną inteligencję (AI) jako rozwiązania, które będą wywierać znaczący wpływ na rynek w kolejnych latach.

Badanie pokazuje różne obszary o strategicznym znaczeniu dla poszczególnych sektorów: dla 51% producentów z sektora urządzeń przemysłowych kluczowe zastosowanie ma sztuczna inteligencja, natomiast aż 61% firm z sektora transport i mobilność stwierdziło, że IoT w przyszłości będzie miało zdecydowanie najistotniejszy wpływ na rynek.

Co wpływa na decyzję o wdrożeniu innowacyjnych rozwiązań IT?

Firmy produkcyjne wskazały konkretne korzyści, które niosą zaawansowane rozwiązania IT, jako główne czynniki wpływające na decyzję o ich wdrożeniu. Są to:

  • Wzrost efektywności produkcji (50%)
  • Redukcja kosztów związanych z produkcją (45%)
  • Uzyskanie przewagi konkurencyjnej (44%)
  • Skrócenie czasu realizacji zamówień (44%)
  • Możliwość rozwoju biznesu na nowych rynkach (19%)

Natomiast do największych barier we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań IT firmy zaliczyły:

  • Brak wystarczających środków finansowych (47%)
  • Brak przekonania pracowników/użytkowników systemu co do zasadności wdrożenia (40%)
  • Brak wiedzy o korzyściach finansowych wynikających z wdrożenia (34%)
  • Brak wykwalifikowanej kadry (33%)
  • Brak czasu na wdrożenie projektu (20%)
  • Obawy przed niepowodzeniem wdrożenia (14%)

Firmy równocześnie wskazały, że wśród najważniejszych kryteriów decydujących o wyborze dostawcy oprogramowania znajdują się rekomendacje, kompetencje zespołu wdrożeniowego,  jakość obsługi i doświadczenie firmy w realizacji podobnych wdrożeń.

Pełna wersja badania (w języku polskim) jest dostępna na stronie: https://discover.3ds.com/pl/cloud-and-digital-transformation-readiness

[1] Badanie „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii Covid-19.”, zostało zrealizowane przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes w okresie wrzesień-listopad 2020r. Badanie ilościowe przeprowadzono na losowej próbie 105 średnich i dużych firm produkcyjnych w Polsce z sektorów Transport i mobilność, Urządzenia przemysłowe, Lotnictwo oraz Home & Lifestyle. Ankietowani byli menedżerowie średniego i wysokiego szczebla odpowiedzialni za obszar IT w firmach.

CCC konsekwentnie rozwija FashionTech

CCC umacnia swoją pozycję na rynku FashionTech, konsekwentnie wdrażając nowoczesne rozwiązania technologiczne. Firma zakupiła właśnie drukarkę 3D do szczegółowego prototypowania rozwiązań z zakresu wzornictwa i designu, w tym obuwia, elementów brandingu, wzorów podeszew, bieżników, a także elementów funkcjonalnych lub ozdobnych.buty druk 3d

buty druk 3d CCC fashiontech

– Nowoczesne technologie stanowią obecnie nieodzowny element świata mody. CCC jako grupa, która szybko reaguje na zmieniające się otoczenie oraz kreuje trendy, zdecydowała się na kolejną inwestycję, która pozwoli na uzyskanie nowej jakości wzornictwa i designu opracowywanych produktów. Druk 3D sprawdza się dziś w wielu dziedzinach, gdzie powstają nowatorskie oraz innowacyjne rozwiązania, dlatego jesteśmy przekonani, że zda on egzamin również u nas – powiedział Piotr Kita, Creative Design Team Leader w Grupie CCC.

Dzięki drukarce 3D projektanci zdobędą możliwość efektywnej pracy w modelu iteracyjnym. Polega on na sukcesywnym nanoszeniu zmian na opracowany prototyp w celu jego doskonalenia, aż do momentu osiągnięcia zamierzonego rezultatu. Innowacyjne rozwiązania wzornicze będzie można zweryfikować i przetestować w bardzo krótkim czasie, na etapie funkcjonalnego prototypu – wprost z gotowego wydruku modelu 3D. Docelowo urządzenie wesprze prace Działu Kreacji, a za realizację druków, obsługę zleceń, a także wizualizację i opracowanie modeli, będą odpowiadali projektanci 3D. Przy pomocy drukarki będą oni tworzyć między innymi elementy brandingu obuwia, torebek, akcesoriów, a także wzory podeszew, bieżników czy innych dodatków.

Drukarka 3D marki Stratasys Objet 260 zakupiona przez Grupę CCC działa w technologii PolyJet. Jest to jedna z najbardziej zaawansowanych i multimateriałowych metod trójwymiarowego druku, w której używa się żywic fotopolimerowych utwardzanych światłem UV. Technologia PolyJet pozwala na produkcję przedmiotów z wielu materiałów jednocześnie, dzięki czemu w jednym procesie mogą powstawać obiekty składające się z elementów o odmiennych właściwościach.

Jedną z ważnych zalet wspomnianego urządzenia jest możliwość uzyskania bardzo skomplikowanych geometrii, których nie udałoby się zrealizować tradycyjnymi metodami lub byłoby to bardzo drogie i czasochłonne. Zakupiona drukarka 3D pozwala na produkcję przedmiotów o wielkości 25,5 × 25,2 × 20 cm, a wysokość pojedynczej warstwy, z której powstaje model, wynosi zaledwie 16 mikrometrów (0,016 mm). Urządzenie obsługuje 17 materiałów o różnych właściwościach mechanicznych, np. materiały sztywne i wytrzymałe, elastyczne imitujące właściwości gumy, przezroczyste, o właściwościach polipropylenu, odporne na wysokie temperatury, a także biokompatybilne dopuszczone do kontaktu z ludzką skórą.

– To pionierskie wdrożenie z zakresu wzornictwa można krótko scharakteryzować trzema słowami – nowoczesność, szybkość i precyzja – dodaje Piotr Kita. – Dzięki drukarce 3D, będziemy mogli przetestować jeszcze więcej kreatywnych rozwiązań. Skrócimy czas procesu otrzymania prototypu, który teraz od momentu konceptu i szkicu, do momentu uzyskania w pełni funkcjonalnego modelu przestrzennego, będziemy w stanie realizować we własnym zakresie. Technologia druku 3D otwiera nam drzwi do dopracowania jakości wzoru produktu w jeszcze większym niż dotąd stopniu.

Warto dodać, że drukarka 3D znajdzie swoje zastosowanie także w projektach Działu Marketingu i Visual Merchandising. Będzie ona wykorzystywana do opracowania funkcjonalnych i konstrukcyjnych prototypów wystroju salonów, w tym aranżacji wnętrz. Natomiast Działowi Utrzymania Ruchu urządzanie posłuży do konstruowania specyficznych elementów funkcjonalnych maszyn o danym stopniu twardości, wytrzymałości i dużej precyzji odtworzenia.

Mastercard: 20-30% covidowej zwyżki obrotów w e-commerce będzie trwałe

Jak wynika z raportu Mastercard pt. „Odbudowa po pandemii: e-wolucja handlu” w 2020 r. na handel elektroniczny przypadał około 1 dolar na każde 5 dolarów wydanych na zakupy w sklepach detalicznych, w porównaniu z ok. 1 na 7 dolarów w 2019 r. Jednocześnie szacuje się, że 20–30% obrotów handlowych, które w wyniku pandemii przeniosły się do sieci, zostaną w sektorze e-commerce na stałe.

Choć transformacja cyfrowa przebiega różnie w poszczególnych krajach czy branżach, raport Mastercard pozwala wyodrębnić kilka uniwersalnych, globalnych trendów:

  • Najwięcej zyskują kraje, które już wcześniej były scyfryzowane. Gospodarki, których znaczna część już przed pandemią funkcjonowała w sferze cyfrowej, takie jak np. Wielka Brytania czy USA, osiągnęły większe korzyści z przejścia w tryb zdalny. Efekty cyfrowej transformacji w ich przypadku są zarówno lepsze, jak i trwalsze, niż w krajach, gdzie wcześniej udział handlu elektronicznego był stosunkowo niewielki. Największe postępy, jeśli chodzi o przyspieszenie rozwoju e-commerce, poczyniły kraje z regionów Europy, Ameryki Północnej i Dalekiego Wschodu.
  • Wzrost udziału e-handlu w zakupach spożywczych wygląda na trwały. Przed pandemią udział sprzedaży online w tym podstawowym sektorze handlu detalicznego był najmniejszy. Gdy jednak konsumenci przekonali się do e-zakupów, sklepy spożywcze i dyskonty odnotowały jedne z największych wskaźników wzrostu. Mastercard przewiduje, że w segmencie produktów spożywczych 70-80% wzrostu sprzedaży online z czasu pandemii utrzyma się również po niej.
  • Obroty w międzynarodowym e-commerce wzrosły o 25-30%. Międzynarodowy e-handel odnotował w czasie pandemii silny wzrost, zarówno pod względem wolumenu sprzedaży, jak i liczby krajów, z których pochodziły zamówienia. Ta forma zakupów zapewnia konsumentom nieporównanie większy wybór produktów i ich dostawców. Nic dziwnego, że w okresie marzec 2020 – luty 2021 zwiększyli oni wydatki na zagraniczne zakupy internetowe o 25-30%.
  • Przeciętny konsument kupuje od większej liczby różnych e-sprzedawców. E-handel zapewnia klientom większy wybór, co znalazło odzwierciedlenie w analizach Mastercard. Wynika z nich, że konsumenci na całym świecie korzystają z nawet o 30% większej liczby różnych serwisów online czy internetowych platform sprzedażowych.

Najnowszy raport jest oparty na zanonimizowanych i zagregowanych danych dotyczących transakcji Mastercard oraz na analizach Instytutu Ekonomicznego Mastercard. W ubiegłym roku firma uruchomiła inicjatywę Recovery Insights, aby biznesom i instytucjom rządowym pomagać w podejmowaniu lepszych decyzji i zarządzaniu ryzykiem związanym z pandemią Covid-19. Wykorzystuje ona kompetencje analityczne Mastercard, w tym doświadczenie firmy w dziedzinie doradztwa oraz jej usługi oparte na danych.

Pełna wersję komunikatu prasowego na temat raportu pt. „Odbudowa po pandemii: e-wolucja handlu” (w jęz. angielskim) można znaleźć na stronie: https://www.mastercard.com/news/press/2021/april/mastercard-recovery-insights-e-commerce-a-covid-lifeline-for-retailers-with-additional-900-billion-spent-online-globally/.

Milionerzy z 3D. Awatary są tak samo wiarygodne jak realni celebryci

Komputerowe animacje, takie jak Miquela, Blawko czy Shudu, gromadzą setki tysięcy obserwujących na Instagramie, zarabiają nawet milion dolarów za post, choć są jedynie wirtualnymi postaciami. Pomimo sztucznej natury wzbudzają zaufanie użytkowników, a to, co robią, wygląda atrakcyjnie i profesjonalnie. Badaczki z Akademii Leona Koźmińskiego mówią, że fikcyjne postacie mogą dziś nie tylko oddziaływać na tłumy, ale też być sposobem na skuteczny marketing.

Miquela Sousa, znana jako Lil Miquela, to fikcyjna dziewiętnastolatka wykreowana komputerowo w 2016 roku przez amerykański start-up z Los Angeles. Lil Miquela występuje w teledyskach na YouTube, a nawet ma swoją playlistę w Spotify i sklep odzieżowy. Do tego współpracuje z markami takimi jak Gucci, Calvin Klein, Prada, Supreme, Diesel czy Pat McGrath.

LilMiquela_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/CK1nbYmnGAt/?utm_source=ig_web_copy_link

Blawko jest w pewnym sensie młodszym bratem Miqueli – został stworzony przez tę samą firmę w 2019 roku. W odróżnieniu od idealnych modeli Blawko prowokuje tatuażami, zgoloną głową, rockowym spojrzeniem i zawsze zakrytą częściowo twarzą. W sieci też chętnie pokazuje się w towarzystwie innej wirtualnej gwiazdy – Bermudy. Oficjalnie są ze sobą… w związku.

Blawko_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/Bxs6KColeoR/?utm_source=ig_web_copy_link

Z kolei Shudu to pierwsza na świecie cyfrowa supermodelka. Została stworzona przez brytyjskiego fotografa mody Camerona-Jamesa Wilsona w 2017 roku. Na swoim koncie ma współpracę z prestiżowymi markami modowymi – Ellesse i Ballmain.

Shudu_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/CHgAg34hYpq/?utm_source=ig_web_copy_link

Miquela, Blawko i Shudu są wytworem technologii 3D. To postacie urodzone w internecie. W Polsce również mamy wykreowaną „z sieci” influencerkę Sarę Kosmos. Na Instagramie pojawiła się we wrześniu 2019 r. W swoim biogramie otwarcie przyznaje się do inspiracji Lil Miquelą.

SaraKosmos_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/B7bNICKHQC5/?utm_source=ig_web_copy_link

Łącznie te awatary mają ponad 3 miliony obserwatorów na Instagramie. – Trzeba wziąć pod uwagę, że od 10 do 25 proc. obserwujących, w zależności od analizowanej wirtualnej postaci, to podejrzane konta, które mogą być fikcyjne. Faktem jest jednak to, że wymienionych celebrytów obserwuje ponad milion osób – zaznaczają

– Chciałyśmy zrozumieć, dlaczego sztucznie stworzone postacie stały się na tyle wpływowe w mediach społecznościowych, że mogą oddziaływać na swoich odbiorców równie dobrze jak realni celebryci pokroju Roberta i Anny Lewandowskich.

Naukowczynie przeprowadziły eksperyment badawczy z udziałem 246 młodych osób, które podzieliły na dwie grupy. – podkreśla dr Tkaczyk.

Dla jednych marek to szansa, dla innych zagrożenie

Badaczki podkreślają, że na rosnącej popularności wirtualnych influencerów już aktywnie korzystają światowej klasy marki modowe. Balmain, Prada, Versace to tylko niektóre z nich. – Taka postać nie potrzebuje czasu wolnego, nie skarży się na warunki współpracy, zawsze wygląda perfekcyjnie, a pracować może bez przerwy. Współpracujące z nimi firmy nie muszą się martwić również kryzysami wizerunkowymi i błędami ludzkimi, gdyż cyfrowy model zrobi wszystko tak, jak chce tego jego twórca.

Dodają równocześnie, że influencerzy stworzeni w rzeczywistości wirtualnej przyciągają uwagę, gdyż nie ma ich zbyt wielu. – Należy jednak podkreślić, że awatar czy model wyglądający podobnie, lecz nie identycznie, jak człowiek może wywoływać nieprzyjemne odczucia u obserwujących go ludzi. To tzw. efekt doliny niesamowitości. Im jest bardziej zbliżony do człowieka, tym większy dyskomfort może u niego wywołać – tłumaczą. Ich zdaniem wzmacnianie kultu kanonów piękna czy urody, które są nie do osiągnięcia przez człowieka, jest jednym z najważniejszych zagrożeń dla marek wykorzystujących takie postacie.

Okazuje się również, że konsumenci nieświadomi, że mają do czynienia z awatarem zamiast prawdziwą osobą, mogą się czuć rozczarowani i wprowadzeni w błąd. – Granica między rozróżnieniem tego, czy za danym profilem i jego aktywnością stoi realny użytkownik, czy wirtualny influencer, staje się prawie niezauważalna. W sieci gra toczy się o zaufanie klienta, dlatego wskazanie wyraźnie, z kim się ma do czynienia, jest kluczowym zadaniem rosnącego w siłę rynku e-commerce – zaznacza dr Jolanta Tkaczyk.

Południe Europy spowalnia

Nie pierwszy już raz kraje południa, strefy euro, czy Unii Europejskiej ciągną w dół wyniki gospodarcze. Nie inaczej jest tym razem w przypadku Włoch, które niemal samodzielnie pogorszyły łączny wskaźnik bezrobocia w strefie euro.

Rynek pracy z zadyszką

Analitycy spodziewali się spadku bezrobocia w strefie euro o 0,2% do 8,1%. Poziom się jednak nie zmienił. Jednym z ważniejszych powodów była niespodzianka we Włoszech, gdzie bezrobocie w lutym było aż 1,3% wyższe od oczekiwań. Potencjał ludnościowy tego kraju spowodował, że wynik całej unii walutowej wypadł zauważalnie słabiej. Nie wpłynęło to jednak negatywnie na euro. Europejska waluta korzysta na korekcie wywołanej z jednej strony chęcią realizacji zysków po jej istotnym osłabieniu względem dolara w marcu, a z drugiej strony na poprawie nastrojów związanych z przyspieszeniem programu szczepień.

Banki centralne bez niespodzianek

Wczoraj poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Australii. Nie zmienił on stóp procentowych i pozostawił je na tym samym poziomie, co są w Polsce – 0,1%. Ostatni raz obniżano je na przełomie 3 i 4 kwartału 2020 roku z 0,25%. Rynki przyjęły tę informację lekkim osłabieniem dolara australijskiego, gdyż liczono na deklarację z naciskiem na wzrost stóp procentowych w przyszłości. Podobna sytuacja miała dzisiaj miejsce w Indiach. Tamtejszy bank centralny pozostawił stopę procentową na poziomie 4%, co również osłabiło rupię indyjską. Inwestorzy oczekiwali najwyraźniej jakiegoś sygnału sugerującego wzrost stóp w przyszłości.

Dzień decyzji RPP

O 16:00 odbędzie się konferencja Rady Polityki Pieniężnej, na której poznamy decyzję oraz (co wydaje się znacznie ważniejsze w obecnej sytuacji) komentarz do niej. Komentarz na konferencji prasowej wydaje się ważniejszy, gdyż patrząc na rosnącą inflację, bardzo wątpliwa jest zapowiadana jeszcze niedawno obniżka stóp procentowych. Z drugiej strony pomimo tego, że rosnąca inflacja sugeruje raczej podnoszenie stóp, ten kierunek wydaje się na razie zamknięty. Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz pozostawienia wszystkiego bez zmian i informacji o przejściowym charakterze wzrostu inflacji. W takim wypadku moglibyśmy usłyszeć, że przejściowość może nawet doprowadzić do wzrostu inflacji powyżej celu inflacyjnego. Tego typu deklaracja pozwoli Radzie podtrzymywać obecną strategię, nawet przy inflacji w okolicach 4% i nie wymusi opuszczenia strategii rekordowo niskich stóp.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Podsumowanie 1Q 2021 w Grupie Murapol: blisko 17 proc. wzrost sprzedaży, 12 proc. więcej przekazań oraz rozbudowana oferta o ponad 2 tys. mieszkań

W pierwszym kwartale br. Grupa Murapol podpisała 779 umów deweloperskich
i przedwstępnych, wobec 666 rok wcześniej. W analizowanym okresie deweloper przekazał klientom klucze do 452 mieszkań, a także wprowadził do oferty 2 099 lokali w 11 projektach inwestycyjnych, powiększając tym samym pulę lokali postawionych do dyspozycji klientów do ponad 4 tys.  

SPRZEDAŻ

W okresie od stycznia do marca 2021 roku Grupa Murapol podpisała 779 umów deweloperskich i przedwstępnych, tj. o blisko 17% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Największym zainteresowaniem mieszkania Murapolu cieszyły się w Krakowie i Wieliczce, a także Poznaniu, gdzie nabywców znalazło kolejno 122 i 109 lokali. Znaczącą liczbę umów dot. sprzedaży mieszkań Spółka podpisała także w Łodzi – 93, Warszawie – 84, Katowicach – 68 oraz Wrocławiu – 55. Po blisko 50 umów zawartych zostało w Bydgoszczy i Toruniu.

PRZEKAZANIA

W pierwszym kwartale br. Murapol przekazał klucze do 452 lokali mieszkalnych, wobec 402 oddanych właścicielom w analogicznym okresie 2020 roku.

Najwięcej kluczy do mieszkań zostało wydanych klientom w Katowicach – 122, w Warszawie – 97, Mikołowie – 79 oraz we Wrocławiu – 70.

WPROWADZENIE DO OFERTY

W okresie od stycznia do końca marca Murapol zaoferował klientom 2 099 nowych lokali wobec 1 119 rok wcześniej. Wprowadzone do sprzedaży mieszkania i apartamenty inwestycyjne powstają w 11 projektach na terenie 9 miast. Są to zarówno kolejne etapy już realizowanych przedsięwzięć deweloperskich, jak i nowe projekty. Najwięcej, bo 531 mieszkań zostało zaoferowanych mieszkańcom Poznania, w tym w ramach nowej inwestycji – Murapol Zielony Żurawiniec realizowanej przy ul. Sielawy. Na rynek Krakowa i Wieliczki trafiła pula 529 lokali mieszkalnych i inwestycyjnych realizowanych w kolejnych etapach prowadzonych w tych miastach przedsięwzięć deweloperskich. Ofertą 299 nowych mieszkań Grupa powróciła do Gdańska, gdzie rozpoczęła komercjalizację nowego przedsięwzięcia deweloperskiego – Murapol Osiedle Zdrovo realizowanego przy ul. Niepołomickiej. W Łodzi do sprzedaży trafiło kolejnych 276 lokali mieszkalnych w ramach nowego etapu Murapol Nowej Przędzalni. Zaś do dyspozycji klientów z Gliwic deweloper postawił 189 mieszkań w kolejnych dwóch budynkach tamtejszego projektu – Murapol Osiedle Parkowe powstającego przy ul. Kozielskiej. Nowe lokale pojawiły się także w warszawskiej, toruńskiej i sosnowieckiej ofercie dewelopera.

LICZBA MIESZKAŃ W BUDOWIE

Na koniec marca 2021 r. portfel projektów w budowie Grupy Murapol obejmował 6 958 lokali o łącznej powierzchni użytkowej wynoszącej blisko 293,5 tys. mkw., powstających w 82 budynkach, w ramach 22 projektów na terenie 15 miast.

Największy udział w portfelu budowanych inwestycji ma Kraków z Wieliczką, gdzie powstają 1 494 lokale, dalej plasują się Poznań i Łódź z kolejno 1 137 i 858 mieszkaniami w budowie, a 691, 591 i 476 lokali realizowanych jest odpowiednio we Wrocławiu, Warszawie i Gdyni.

BANK ZIEMI

Na dzień 31 marca 2021 r. Grupa Murapol dysponowała aktywnym bankiem ziemi o wartości ponad 645 mln zł, pod budowę ok. 18,7 tys. lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej 816 tys. mkw. Nieruchomości o wartości ponad 325 mln zł netto stanowią własność Grupy oraz posiadają decyzje o pozwoleniu na budowę blisko 11 tys. mieszkań o łącznym PUM przekraczającym 462,3 tys. mkw. Pozostała część aktywnego banku ziemi to tereny inwestycyjne objęte warunkowymi umowami przedwstępnymi, na których powstaną projekty nieruchomościowe, będące obecnie w toku postępowań pozwoleniodawczych, a zakładające budowę ponad 7,7 tys. lokali mieszkalnych o łącznej powierzchni użytkowej ok. 353,7 tys. mkw. Wartość zakontraktowanych tak nieruchomości wynosi ponad 320 mln zł.

– W pierwszym kwartale bieżącego roku wypracowaliśmy lepsze wyniki we wszystkich obszarach operacyjnych w porównaniu do analogicznego okresu ub. r. Blisko 17 proc. wzrost sprzedaży i ponad 12 proc. przekazań pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Sprzyja temu także rozbudowana oferta, która dzięki wprowadzonej do sprzedaży puli „2000 mieszkań na 20-lecie”, przekroczyła 4 tys. lokali na koniec pierwszego kwartału. Również nasz portfel projektów w budowie powiększył się o blisko 2,5 tys. mieszkań w porównaniu do stanu na koniec 2020 r. i obejmował blisko 7 tys. lokali. Przytoczone cyfry potwierdzają, że solidne fundamenty, wypracowany model biznesowy i know how sprawdzają się nawet w tak niepewnych czas jak obecne. Wspiera nas także oferowany produkt, którym trafiamy do najszerszego segmentu klientów kupujących mieszkania na własne potrzeby, jak również do nabywców inwestycyjnych – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA.

W ciągu 20 lat działalności Grupa Murapol zrealizowała 66 wieloetapowych inwestycji nieruchomościowych, w których powstały 303 budynki z 17,7 tys. lokali zamieszkałych przez ponad 53 tys. osób.

Marcin Banacki powołany na Członka Zarządu Millennium Goodie

W dniu 16 marca 2021 roku Marcin Banacki został powołany na stanowisko Członka Zarządu Millennium Goodie.

Marcin Banacki jest związany z Grupą Banku Millennium od 15 lat. Zarząd Millennium Goodie będzie wykonywał obowiązki w poszerzonym czteroosobowym składzie, w którym pozostają w swoich funkcjach: Wojciech Grudzień – Prezes Zarządu oraz Beata Krupińska i Honorata Byczyńska – Członkowie Zarządu. Marcin Banacki będzie odpowiedzialny za dalszy rozwój aplikacji goodie oraz bazy użytkowników.

Marcin Banacki jest absolwentem Politechniki Gdańskiej, na której ukończył studia na kierunkach Informatyka oraz Zarządzanie i Marketing. Pracę w Banku Millennium rozpoczął w Departamencie Rozwoju Aplikacji jako analityk IT, gdzie zajmował się rozwojem platform pożyczkowych dla Grupy Millennium, wdrażając innowacje w systemach zarządzania procesami kredytowymi. Od 2016 roku kierował projektem goodie, którego celem było stworzenie innowacyjnej platformy zakupowej, jako wewnętrznego start-upu Banku Millennium. Obecnie odpowiedzialny jest za rozwój aplikacji goodie, zarządzając multidyscyplinarnym zespołem specjalistów w dziedzinie rozwoju oprogramowania i usług online.

– goodie wchodzi w nowy etap rozwoju. Po wstępnym okresie typowym dla start-upów, czyli analizowania, testowania rynku i definiowania kierunku rozwoju, dzisiaj ma już precyzyjnie określoną strategię działania i wchodzi w etap jej realizacji i komercjalizacji usług. Ostatnie miesiące przyniosły gwałtowny wzrost zainteresowania cashbackiem, rozwija się biznes marketingowy i coraz większą popularnością cieszą się karty podarunkowe. Dlatego podjęliśmy decyzję o powiększeniu składu Zarządu z trzech do czterech osób i jeszcze większym skupieniu na poziomie Zarządu na kwestiach rozwoju biznesu i zaangażowaniu klientów, niezmiennie przywiązując dużą wagę do obszarów związanych z IT i komunikacją – mówi Antonio Pinto, Członek Zarządu Banku Millennium, Członek Zarządu Rady Nadzorczej Millennium Goodie.

– Gratuluję Marcinowi Banackiemu nominacji do Zarządu Millennium Goodie. To bardzo trafny wybór osoby. Marcin był z goodie od samego początku, a jego  bogate doświadczenie w kierowaniu rozwojem naszej platformy zakupowej oraz prowadzeniu kompleksowych i dużych projektów stanowi dla nas ogromną wartość. To wysokiej klasy specjalista, który świetnie odnajduje się w transformacji cyfrowej i dokładnie odczytuje trendy rynkowe. Jego znajomość specyfiki  rozwoju aplikacji w oparciu o rozwiązania chmurowe będzie wspierać identyfikowanie i wykorzystywanie synergii między goodie a Bankiem Millennium – dodaje Wojciech Grudzień, Prezes Zarządu Millennium Goodie.

– Cieszę się z nominacji do Zarządu Millennium Goodie. To dla mnie zaszczyt, że w tej roli będę miał możliwość uczestniczenia w dalszym rozwoju spółki i dziękuję Radzie Nadzorczej oraz Zarządowi za zaufanie. Rok 2021 będzie dla goodie bardzo ważny. Udostępnione na platformie usługi, w szczególności cashback i karty podarunkowe, rozwijają się, co pozwala na zwiększanie przychodowości. Coraz więcej klientów Banku Millennium korzysta z cashbacku, który pod koniec zeszłego roku został udostępniony jako usługa dodatkowa w bankowej aplikacji mobilnej. Ponadto uruchamiamy kolejne usługi płatnej reklamy na naszej platformie. Cieszy też ciągły wzrost liczby użytkowników przeglądających treści udostępniane na platformie. W 2021 roku naszym celem jest utrzymanie tego trendu – powiedział Marcin Banacki.

Praca nie gwarantuje młodym Polakom pójścia „na swoje”

Samodzielność mieszkaniowa młodych Polaków powinna zależeć od tego, czy wspomniane osoby pracują. Dane Eurostatu pokazują jednak, że praca mocno nie ułatwia wyprowadzki od rodziców.

Krajowe media dość często prezentują dane Eurostatu dotyczące udziału młodych Polaków mieszkających razem z rodzicami. Te statystyki nie wyglądają dobrze, bo Polska pod względem samodzielności mieszkaniowej młodych osób już od lat znajduje się pod koniec stawki krajów UE. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili nieco dokładniej przyjrzeć się danym Eurostatu. Dzięki temu można np. sprawdzić, jak praca na pełen etat zmienia poziom samodzielności mieszkaniowej młodych rodaków. Wyniki analizy nie są jednak optymistyczne.

W banku danych Eurostatu znajdziemy między innymi informacje na temat udziału młodych Polaków w wieku 18 – 34 lata, którzy pracują w pełnym wymiarze godzinowym i żyją razem z rodzicami.Tabela 1Zaprezentowane wyniki nie przedstawiają się optymistycznie, bo wzrost wskaźnika z lat 2014 – 2017 jest dobrze widoczny, a spadek odnotowany w 2018 r. nie zmienił sytuacji. Nie mamy jeszcze danych z 2020 roku, ale można przypuszczać, że nie będą one szczególnie dobre z powodu pandemii i kryzysu. Zaprezentowane wcześniej wyniki warto porównać z udziałem wszystkich niesamodzielnych mieszkaniowo i młodych Polaków (niezależnie od zatrudnienia). Tabela 2

Analizowane informacje Eurostatu wskazują, że praca na pełen etat zapewnia młodym Polakom nieco większą samodzielność mieszkaniową. Ta różnica zmalała jednak w ostatnim czasie.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Sieć Hebe rozpoczyna sprzedaż testów wykrywających przeciwciała przeciw wirusowi Sars-Cov-2

Sieć Hebe wprowadza do sprzedaży testy serologiczne wykrywające przeciwciała IgG oraz IgM, wytworzone przez organizm w odpowiedzi na infekcje, w tym Sars-Cov-2. Produkt marki Primacovid jest już dostępny w sprzedaży w drogeriach Hebe oraz na hebe.pl.Primacovid test serologiczny

Hebe, śledząc na bieżąco potrzeby i oczekiwania klientów, stale poszerza swój asortyment. Podczas pandemii szczególnie istotne stały się kwestie higieny i bezpieczeństwa oraz monitorowania stanu zdrowia – w trosce o siebie i innych. Wychodząc naprzeciw tym wyzwaniom, sieć drogerii Hebe rozpoczyna dystrybucję nowego produktu, jakim są testy na obecność przeciwciał IgG oraz IgM, wytworzonych przez organizm w odpowiedzi na infekcje, w tym SARS-CoV-2, we krwi.

Testy tego typu stosuje się, aby dowiedzieć się czy dana osoba miała kontakt z osobą zarażoną i są one przydatne w diagnostyce pomocniczej oraz w przypadkach objawowych ujawniających się z opóźnieniem, jako uzupełnienie, ale nie zamiast testów molekularnych (wymazów z nosa i gardła z następczym testem metodą PCR). Wykonuje się je także w badaniach przesiewowych, w celu wykrycia wcześniejszego kontaktu z wirusem.

Sprzedawane przez drogerie Hebe testy nie są jednoznacznie decydujące do wykrycia aktualnego zakażenia ze względu na to, że brak przeciwciał nie wyklucza możliwości wczesnego etapu choroby, pomimo negatywnego wyniku w badaniu serologicznym. Dodatkowo producent zaznacza, że testy te nie są w stanie odróżnić zakażenia aktywnego od przebytego, ponieważ przeciwciała utrzymują się długo po zakończeniu infekcji.

Narodowy Bank Węgier potroił rezerwy złota

Narodowy Bank Węgier poinformował o strategicznej decyzji zwiększającej aż trzykrotnie rezerwy złota. Wzrosły one z 31,5 ton do 94,5 ton, a za główną przyczynę takiej decyzji bank podaje kryzys związany z pandemią. Ruch Narodowego Banku Węgier, który skupuje złoto podobnie jak Narodowy Bank Polski, ocenia Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Na całym świecie rośnie zainteresowanie złotem. Przykładem może być informacja z marca br., kiedy to Narodowy Bank Polski wskazywał o możliwości wprowadzenia strategii, która zakłada dokupienie 100 ton złota do krajowych rezerw, w ciągu najbliższych kilku lat.

Podobną taktykę założył Narodowy Bank Węgier, który zdecydował o potrojeniu swoich rezerw złota. Bazując na długoterminowym działaniu i analizach ekonomicznych instytucja zdecydowała się na powiększenie swoich zasobów z 31,5 ton do aż 94,5 ton. Jako główny czynnik takiej decyzji podano wpływ pandemii na sytuacje ekonomiczną państw i rynków, obawy związane z rosnącą inflacją oraz coraz większe zadłużenie węgierskiego skarbu państwa. Działania te traktowane są jako zwiększenie bezpieczeństwa krajowych finansów i zgromadzenie wartościowego aktywa.

Posunięcie węgierskiego banku centralnego wpisuje się w ostatnio zaobserwowany przez nas trend powiększania rezerw złota. W czasie poprzednich dużych zakupów Węgrzy naśladowali NBP – mamy więc nadzieję, że w tym przypadku będzie odwrotnie i niebawem również nasze rezerwy powiększą się o kolejne zapasy tego kruszcu. Realizacja tak dużych zakupów przy aktualnych poziomach cenowych pokazuje, że banki centralne postrzegają cenę jako niezwykle atrakcyjną. Takie transakcje gwarantują utrzymanie się cen powyżej 1.700 USD i zachęcają inwestorów do wejścia na rynek – tłumaczy Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Efektem zakupu takiej ilości złota jest awans Węgier w międzynarodowych rankingach państw z 56. pozycji na 36. pozycję. Dla porównania Polska z rezerwami złota w ilości 230 ton zajmuje 22. miejsce wśród banków centralnych na świecie – wynika z danych Narodowego Banku Polskiego.

Kierując się długoterminową strategią Narodowy Bank Węgier zdecydował się zwiększyć rezerwy złota po raz pierwszy w 2018 roku. W tamtym okresie ilość przechowywanego kruszcu wzrosła dziesięciokrotnie – z 3,1 ton do 31,5 ton – osiągając poziom porównywalny do krajów Europy Centralnej i Wschodniej.

Zatrudnienie cudzoziemca w Polsce – z jakimi formalnościami się wiąże?

Pandemia zamyka granice, nakłada kwarantanny i utrudnia poszukiwania pracowników spoza kraju. Jak odnaleźć się w gąszczu formalności związanych z zatrudnianiem cudzoziemców w Polsce w dobie koronawirusa?

Koronawirus – wjazd do Polski dla obcokrajowców

W związku z sytuacją pandemiczną zasady przekraczania granicy przez obcokrajowców mogą się zmieniać, dlatego zawsze należy na bieżąco sprawdzać obowiązujące przepisy na stronach rządowych lub Straży Granicznej. Obecnie wjazd do Polski obwarowany jest wieloma obostrzeniami. Granicę zewnętrzną na wybranych przejściach granicznych z Rosją, Białorusią i Ukrainą mogą przekroczyć tylko wybrane grupy osób, pośród których znajdują się także cudzoziemcy, którzy mają prawo do pracy na terenie RP. Z obowiązkowej kwarantanny z kolei są zwolnione osoby zaszczepione, ozdrowieńcy (chorujący nie dalej niż 6 miesięcy wcześniej) oraz ci, którzy posiadają aktualny (do 48 h) wynik negatywny testu na covid-19. Oczywiście każdy z tych przypadków wymaga potwierdzenia stosownym dokumentem.

Pracownicy z Ukrainy

Zatrudnianie pracowników z Ukrainy nie jest tak skomplikowane, jak zatrudnianie Azjatów. Nadal obowiązują uproszczone formalności dla Ukraińców, a także Rosjan, Białorusinów, Gruzinów Mołdawian i Ormian. Dzięki nim wystarczy złożenie w odpowiednim Powiatowym Urzędzie Pracy oświadczenia o powierzeniu pracy cudzoziemcowi. Na podstawie oryginału oświadczenia Twój nowy pracownik będzie mógł otrzymać wizę w celu wykonywania pracy. Po otrzymaniu potwierdzenia ze strony PUP, można już podpisywać umowę z Ukraińcem. Co ważne, na mocy oświadczenia można pracować tylko przez 6 miesięcy w ciągu roku, dlatego jeśli zależy Ci na pracowniku na stałe, wówczas musisz podpisać z nim umowę o pracę (nie zlecenie) i już po 3 miesiącach jej trwania należy uzyskać pozwolenie na pracę. Jeśli stanowisko pracy pozostaje takie samo, wówczas można korzystać także z uproszczonej procedury.

Pracownicy z Azji

W przypadku zatrudniania pracowników z Azji sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, ponieważ tych cudzoziemców nie obowiązują skrócone procedury. Gdy zatem znajdziesz odpowiedniego kandydata, wpierw musisz uzyskać zaświadczenie od Starosty, które potwierdzi, że na lokalnym rynku pracy brak pracowników z odpowiednimi kompetencjami na Twoje stanowisko (starosta sprawdza to podległym Powiatowym Urzędzie Pracy, ponieważ pierwszeństwo pracy zawsze mają nasi rodacy). Kiedy masz już wspomniany dokument w ręce, wówczas możesz udać się do Urzędu Wojewódzkiego (lub zrobić to online), aby złożyć wniosek o zezwolenie na pracę wraz z wymagającymi załącznikami. Najczęściej będzie to zezwolenie typu A, odnoszące się do osób, które mają być zatrudnione w firmach, posiadających siedzibę na terenie RP (na stronach rządowych znajdziesz szczegółowe informacje o innych typach zezwoleń). Na odpowiedź będziesz czekać 30-60 dni w zależności od skomplikowania sprawy.

Outsourcing cudzoziemców

Jeśli nie masz doświadczenia w zatrudnianiu cudzoziemców na własną rękę i boisz się skomplikowanych formalności, albo zwyczajnie nie masz na to czasu, wybierz nieco inną formę pozyskiwania pracowników, jaką jest outsourcing pracowników. Dzięki temu zdejmiesz sobie z głowy zawiłe i długotrwałe procedury, zyskując solidnych pracowników z odpowiednimi umiejętnościami. 

Czy Polska nadal potrzebuje pracowników ze Wschodu?

Pandemia wywołała w 2020 r. pierwszy od lat spadek wydawania zezwoleń na pracę dla cudzoziemców, ale w wielu firmach imigranci zarobkowi nadal są sposobem na wyrównanie braków kadrowych. Niektóre sektory polskiej gospodarki czują się dużo pewniej niż inne. Na podstawie analizy rynku pracy w Polsce Centrum analityczne Gremi Personal wskazuje, iż największe zapotrzebowanie na pracowników ze Wschodu występuje obecnie w przemyśle i przetwórstwie spożywczym, e-commerce, logistyce, magazynowaniu, przy produkcji sprzętu AGD oraz w przemyśle drzewnym i budowlanym. Wzrasta również popyt na dobra luksusowe,  tym samy dobrze się ma przemysł jachtowy.

„W porównaniu do roku ubiegłego, w którym to na początku marca większość firm w zasadnie zawiesiła proces rekrutacji pracowników, ze względu na niepewną sytuację związaną z wprowadzeniem całkowitego lockdownu, można powiedzieć, że tendencja jest wzrostowa. Przedsiębiorstwa już zgłaszają do agencji zatrudnienia zapotrzebowanie na pracowników, ale za to zmniejszyła się rotacja. Jeszcze przed pandemią pracownicy ze Wschodu przyjeżdżali do pracy wahadłowo. Większość wymieniała się, co 3 miesiące, co zwiększało zapotrzebowanie na nowych pracowników. Obecnie po wprowadzeniu szczególnych rozwiązań dotyczących prolongaty dokumentów cudzoziemców oraz stabilizacją zatrudnienia średnio pracownik ze Wschodu zostaje nieprzerwanie w Polsce do 8 miesięcy, a nawet dłużej. Jak wynika z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców, 113,8 tys. obywateli Ukrainy otrzymało zezwolenia na pobyt (wszystkie rodzaje) w Polsce. Dotyczy to okresu od 1 marca 2020 do 28 lutego 2021 roku. Natomiast rok wcześniej było ich nieznacznie więcej – 114,5 tys. Analiza danych statystycznych prowadzonych przez Urząd do Spraw Cudzoziemców z ubiegłego roku pokazuje, że sytuacja epidemiologiczna i związane z nią ograniczenia w podróżowaniu zachęcały obcokrajowców do przedłużania pobytu.” – mówi Tomas Bogdevic, dyrektor generalny Gremi Personal.

Które branże przetrwały pandemię i dobrze się mają, a które odnotowują straty?

Obecnie w Polsce dobrze się mają branże, których  działalności nie wstrzymały obostrzenia rządowe  oraz te, na które wzrosło zapotrzebowanie w pandemii, należą do nich: przetwórstwo i produkcja spożywcza, e-commerce, logistyka, budownictwo, przemysł drzewny i meblarski, produkcja sprzętu AGD, automotiv oraz wzrasta popyt na zakup dóbr luksusowych t.j.  luksusowe jachty czy campery.  Oczywiście jest kilka branży w Polsce, które w wyniku pandemii odnotowują straty i tym samym nie potrzebują pracowników. Zdecydowanie najgorzej kryzys znosi branża HoReCa oraz przedsiębiorstwa przetwórstwa spożywczego ściśle związane z dostarczaniem wysokiej jakości  produktów (np. wyroby ekologiczne) bezpośrednio do restauracji. Ponadto przedsiębiorstwa, które eksportowały swoje produkty do innych krajów, gdzie zwiększone zostały obostrzenia związane z eksportem produktów np. branża meblarska produkująca tylko i wyłącznie na rynek Niemiecki.

Co przyciąga cudzoziemców do Polski?

Polski rynek pracy konsekwentnie przyciąga i utrzymuje zainteresowanie Ukraińców z kilku powodów. Po pierwsze, Polska ma stabilną sytuację gospodarczą i według ostatnich danych Eurostatu ma najniższą stopę bezrobocia spośród krajów UE. Rok wcześniej bezrobocie w Polsce wynosiło 2,9%, obecnie 3,3%, co jest jednym z najlepszych wskaźników w UE. Średnia dla UE to stopa bezrobocia na poziomie 8,3%. I tak np. w Hiszpanii – 16,4%, we Włoszech – 8,9%, w Szwecji – 8,6%. Po drugie, Polska ma najmniej skomplikowane obostrzenia związane z przekraczaniem granicy z Ukrainą.  W porównaniu do innych krajów UE w okresie pandemii i związanych z nią obostrzeń Polska zapewnia najprostsze i najbardziej zrozumiałe zasady pobytu cudzoziemców, którzy przybyli w celach zarobkowych. W związku z tym Centrum analityczne Gremi Personal  przewiduje, że w 2021 roku zwiększy się liczba Ukraińców i Białorusinów pracujących w Polsce, pomimo sytuacji epidemicznej na świecie.

FPP: Przemysł gotowy do dyskusji o energii oraz kosztach obowiązków środowiskowych

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) w ramach powołanego Komitetu Energii i Środowiska opracuje pakiet rozwiązań dotyczących dekarbonizacji przemysłu oraz kosztów obowiązków środowiskowych. Propozycje obejmą możliwości zapewnienia niskich hurtowych cen energii elektrycznej, zaangażowania przemysłu – w szczególności energochłonnego – we wsparcie w osiągnięciu przez Polskę celów klimatycznych na 2030 rok oraz zapewnienie niskich kosztów obowiązków środowiskowych i usprawnienie procedur administracyjnych.

Komitet Energii i Środowiska FPP powstał w odpowiedzi na zauważony problem systematycznego tracenia międzynarodowej konkurencyjności przez polski przemysł – zarówno wobec konkurentów z krajów UE, jak i z krajów trzecich. Przyczyną są niewłaściwe regulacje, które skutkują miedzy innymi najwyższymi hurtowymi cenami energii elektrycznej w skali Europy. Tymczasem, czego jasno dowodzi obecny kryzys pandemiczny oraz czego dowiódł światowy kryzys finansowy 2008 r. – tylko silny i zdrowy przemysł gwarantuje, że Polska skutecznie wykorzysta swoją historyczną szansę wyrównania poziomu życia z krajami zachodniej Europy.

„Komitet Energii i Środowiska FPP podejmuje wyzwania związane z dekarbonizacją przemysłu. W tym zakresie kluczowe jest zapewnienie taniej, niskoemisyjnej energii oraz – w zakresie niezbędnych inwestycji – zaangażowanie finansowe Państwa. Ponadto ważne są obowiązki środowiskowe – w tym związane z gospodarką odpadami i nierównym traktowaniem konkurencji spoza UE. Obie powyższe kwestie powiązane są z problemem zachowania międzynarodowej konkurencyjności europejskiego przemysłu” – podkreśla Jerzy Kozicz, przewodniczący Komitetu Energii i Środowiska FPP, prezes zarządu CMC Poland.

Pakiet opracowany przez Komitet Energii i Środowiska FPP obejmie:

  1. Zapewnienie niskich hurtowych cen energii elektrycznej
  2. Obniżenie hurtowych cen energii elektrycznej przez znaczący rozwój mocy wytwórczych lądowej energetyki wiatrowej – obecnie najtańszej technologii produkcji energii elektrycznej. W tym celu niezbędne są zmiany łagodzące zasadę 10H oraz inne zmiany regulacyjne przyspieszające i upraszczające proces inwestycyjny w lądową energetykę wiatrową.
  3. Umożliwienie zaangażowania przemysłu, w szczególności energochłonnego, we wsparcie w osiągnięciu przez Polskę celów klimatycznych na 2030 r.
  4. Rozwój autoprodukcji z OZE poza miejscem prowadzenia podstawowej działalności – zmiany regulacyjne w tym zakresie przyczyniłyby się do wyjątkowo szybkiego rozwoju mocy OZE w Polsce w ciągu kilku lat.
  5. Wsparcie w ramach funduszy europejskich projektów celowych przemysłu, prowadzących do osiągnięcia korzyści środowiskowych, obniżenia emisji bezpośrednich oraz projektów autoprodukcji energii z OZE.
  6. Zapewnienie niskich kosztów obowiązków środowiskowych i usprawnienie procedur administracyjnych
  7. Racjonalizacja nadmiernych obowiązków przez zniesienie m. in. obowiązku monitoringu wizyjnego i zabezpieczenia roszczeń dla odpadów niepalnych.
  8. Reforma, uproszczenie i skrócenie terminów dla procedur administracyjnych w procesie inwestycyjnym.
  9. Przyśpieszenie wydawania decyzji administracyjnych przez odstąpienie / zawieszenie kontroli organów (WIOŚ i p.poż) w czasie epidemii wirusa COVID – 19.
  10. Potrzeba zahamowania dalszego wzrostu kosztów gospodarowania odpadami.
  11. Poprawa funkcjonalności Bazy danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami (BDO), przez uwzględnienie uwag przemysłu oraz konsultowanie nowych rozwiązań w BDO z jego użytkownikami.
  12. Opracowanie i wdrożenie racjonalnego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialność Producenta (ROP) uwzględniającego specyfikę przemysłu.
  13. Zapewnienie zachęt finansowych dla przemysłu gospodarującego odpadami zgodnie z Gospodarką o Obiegu Zamkniętym (GOZ).
  14. Stworzenie ram prawnych umożliwiających gospodarowanie odpadami zgodnie z GOZ przez wypracowanie z przemysłem m.in. nowych rozwiązań, np. zdefiniowanie „surowców wtórnych” oraz wprowadzenie ułatwień regulacyjnych dla nowej grupy surowców.
  15. Stworzenie mechanizmów przeciwdziałania eksportowi cennych surowców wtórnych z UE do krajów trzecich, w których normy środowiskowe nie są przestrzegane i egzekwowane.

Jest szansa na porozumienie rządu z górnikami

Proces odchodzenia od węgla nierozerwalnie związany jest ze społeczną kwestią zapewnienia zatrudnienia górnikom. Każda zmiana w sektorze wydobywczym, która miałaby mieć szansę wprowadzenia, musi być uzgodniona i przedyskutowana z górniczymi związkami zawodowymi. Inaczej istnieje duże ryzyko strajków i niezadowolenia społecznego – a w konsekwencji skutecznego blokowania reform w górnictwie. Tak dzieje się w Polsce od ponad dwudziestu lat. Kolejne rządy nie są w stanie wprowadzić reform sektora wydobywczego i energetycznego, ze względu na ciągnący się konflikt z górnikami. Możliwe jednak, że trwające teraz negocjacje ze związkami zawodowymi zakończą ten problem.

– Wszystko wskazuje na to, że toczące się w tej chwili rozmowy między stroną rządową i związkami zawodowymi zakończą się sukcesem. Jesteśmy w dosyć historycznym momencie, jeśli chodzi o transformację górnictwa w Polsce. Pierwszy raz w trwającym od ponad dwóch dekad procesie mamy szansę na wypracowanie konkretnej daty zakończenia działalności górniczej – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Instytutu Badań Strukturalnych. – Z doniesień medialnych słyszymy, że górnicy są dosyć zadowoleni z negocjowanej umowy – w przynajmniej 95%. Oczywiście pozostałe 5% to pewnie najtrudniejsze kwestie. Wydaje się jednak, że ta umowa społeczna będzie osiągnięciem na miarę tego, co udało się rządowi AWS osiągnąć w latach ‘90. Wtedy w życie wszedł program transformacji, który uznaje się dotychczas za najbardziej skuteczny i udany. Nieprzymuszający górników do odchodzenia oraz oferujący im różne alternatywy. Jeśli negocjacje się udadzą, a Komisja Europejska zatwierdzi wypracowany projekt, proces odchodzenia od węgla w kolejnych latach będzie przebiegał bezproblemowo – przewiduje Szpor.

Inpost zawarł wiążącą umowę nabycia 100% udziałów w Mondial Relay

InPost po uzyskaniu jednomyślnej, pozytywnej opinii Rady Pracowniczej Mondial Relay zawarł wiążącą umowę nabycia 100% udziałów w Mondial Relay.

Transakcja zostanie sfinalizowana do końca drugiego kwartału 2021, po uzyskaniu zgód organów regulacyjnych. Tym samym InPost znacząco rozszerzy zakres działalności, przyspieszając rozwój międzynarodowy oraz umocni swoją pozycję jako wiodącego gracza na europejskim rynku dostaw dla e-commerce.

Firma Mondial Relay – założona w 1997 roku, jest wiodącym dostawcą przesyłek dla e-commerce na rynku europejskim. Posiada około 15.800 punktów odbioru i nadania („PUDO”) we Francji, krajach Beneluksu i na Półwyspie Iberyjskim (stan na luty 2021). We Francji jest drugą co wielkości siecią, obejmującą 11.000 punktów oraz 4 centra dystrybucyjne. W 2020 roku obsłużyła 131 mln przesyłek – co czyni ją największym niezależnym graczem we Francji pod względem wolumenu. Mondial Relay obsługuje wiele największych platform handlu elektronicznego we Francji, a także indywidualnych sprzedawców detalicznych. W 2020 roku Mondial Relay osiągnął przychody w wysokości 437 mln euro oraz EBITDA na poziomie 60 mln euro.

Polacy pokochali marki własne. Rynek urośnie o 6 mld zł

Rynek marek własnych w polskiej branży FMCG mierzony wartością zakupów gospodarstw domowych wart jest już 34 mld zł. Potencjał do dalszych wzrostów wciąż jest jednak ogromny – w ciągu najbliższych dwóch lat ten segmenty urośnie o kolejnych 6 miliardów złotych i znacząco zwiększy udziały rynkowe. Takie dane płyną z najnowszego raportu „GfK. Private Brands“ opracowanego przez Panel Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Michał Maksymiec, dyrektor ds. współpracy z sieciami detalicznymi Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia
Michał Maksymiec, dyrektor ds. współpracy z sieciami detalicznymi Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia

Na przestrzeni ostatniej dekady marki prywatne (private labels) znacząco umocniły swoją pozycję na polskim rynku FMCG i ewoluowały w marki własne (private brands). Ta część rynku, obejmująca produkty spożywcze, kosmetyki i chemię gospodarczą w 2020 roku była warta aż 34 mld zł (biorąc pod uwagę wartość zakupów gospodarstw domowych). Udział marek własnych osiągnął tym samym 19,3% udziałów w całym polskim rynku FMCG, co stanowiło wzrost o 0,9 p.p. w stosunku do roku poprzedzającego. W najbliższych latach w tym segmencie rynku powinniśmy oczekiwać jednak dalszych wzrostów. – Z naszych szacunków wynika, że w ciągu najbliższych dwóch lat rynek marek własnych w Polsce wzrośnie prawie o 6 miliardów złotych, a ich udział w całym rynku FMCG wyniesie 21,2% – mówi Michał Maksymiec, dyrektor ds. współpracy z sieciami detalicznymi Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Dyskonty motorem rozwoju

Rafał Dobrowolski, strategic insight manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia
Rafał Dobrowolski, strategic insight manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia

Rozwój sektora marek własnych w Polsce najbardziej napędza stały wzrost znaczenia kanału dyskontów (Biedronka, Lidl, Netto i Aldi). W tych sklepach private brands odpowiadają obecnie za 44% całej sprzedaży – Najdynamiczniej rośnie grupa tych nabywców, którzy wybierają dyskonty jako swój optymalny i preferowany format, a jego specyficzną cechą jest duży udział marek własnych w asortymencie. Ta grupa shopperów nie myśli w kategoriach – marka własna czy producencka. Są otwarci na nowe marki, na nieznanych producentów, a kraj pochodzenia produktu nie ma dla nich większego znaczenia. To właśnie oni są i będą w jeszcze większym stopniu siłą napędową marki własnej – wskazuje Rafał Dobrowolski, strategic insight manager w Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Niemal każdy Polak sięga po marki własne

W swoim raporcie GfK podkreśla, że po marki własne sięga dziś niemal każde polskie gospodarstwo domowe. Dzięki temu, penetracja w tej części rynku, czyli odsetek nabywców, którzy choć raz w roku sięgnęli po markę własną, wynosi aż 98%. Jednocześnie przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce w ciągu roku kupuje aż 171 unikalnych produktów pod markami własnymi sieci detalicznych (o 24 więcej niż w 2011 roku).

W opinii Rafała Dobrowolskiego jedną z przyczyn sukcesu private brands, jest rosnąca jakość oferowanych produktów, które coraz częściej pod tym względem w niczym nie odstają od markowych liderów rynku. – W czasach, gdy w Polsce pojawiły się pierwsze zachodnie sieci, marka własna miała być przede wszystkim tania i był to wymóg nadrzędny, osiągany często kosztem jakości. Obecnie marki własne nie mogą odstawać jakością od produktów markowych, a oczekiwania wobec nich są daleko szersze niż tylko niższa cena. Dlatego już teraz dostrzegamy proces zacierania się granicy między marką własną, a produktem markowym – podsumowuje Dobrowolski.

Dolar traci

Dolar traci kolejny dzień w ślad za spadającymi rentownościami obligacji USA. EUR/USD jest najwyżej od dwóch tygodni z podobną siłą obserwowaną w przypadku CHF i SEK. Zmiany na rynku sugerują domykanie krótkich pozycji w walutach europejskich i sprzedaż dolara pomimo wsparcia w danych, polityce fiskalnej i statystykach szczepień. Wszystkie dobre informacje są już w cenach?

Pozycja dolara na rynku walutowym zawsze była wyjątkowa. Z jednej strony USD ma swoje wewnętrze czynniki, od których jest zależy. Z drugiej strony jest walutą rezerwową i bezpieczną przystanią, innymi słowy w okresach podwyższonej niepewności staje się najlepszym miejscem do ukrycia. W ostatnim czasie mieliśmy mix obu grup czynników, co dawało dolarowi istotną przewagę nad innymi walutami. Ale w tym tygodniu nie widać świeżego popytu na USD, a korekta na rynku obligacji skarbowych jest katalizatorem dla realizacji zysków. Trudno inaczej, jak czynnikami technicznymi i związanymi z pozycjonowaniem, wytłumaczyć relatywnie silne odbiciem EUR/USD, biorąc pod uwagę, jak mało teraz przemawia na korzyść euro. Jednocześnie rynek mógł się nasycić pesymizmem związanym z trzecią falą zachorowań w Europie i w pełni zdyskontować odroczenie odbicia ożywienia. Podobnie kolejny pozytywny raport z USA nie jest już zaskoczeniem, a raczej potwierdzeniem solidnego wzrost gospodarczego.

Pozostaje też kwestia rynku długu. Tutaj także zmęczenie mogło się wkraść w krótkie pozycje w obligacjach i brak nowych szczytów rentowności skłania do realizacji zysków. Ponowny wzrost rentowności wymaga istotnego przyspieszenia inflacji albo nasilenia wątpliwości w determinację Fed do utrzymywania akomodacyjnej polityki na dłużej. Pierwsze wymaga kilku miesięcy wyższych odczytów inflacji. Drugie może szukać katalizatora w publikowanych dziś wieczorem minutkach FOMC. Oczekujemy, że minutki potwierdzą przekaz z konferencji prasowej prezesa Powella, gdzie podkreślano brak zaniepokojenia rosnącymi rentownościami, które są odbiciem wzmacniającej się gospodarki. Nie oczekujemy dowodów szerszej dyskusji nad redukcją tempa skupu aktywów czy terminem pierwszej podwyżki. Jeśli jednak w zapiskach dyskusji pojawią się fragmenty o obawach członków FOMC o ucieczce inflacji na wyższe poziomy wraz z silniejszym tempem odbudowy zatrudnienia, może to dać pretekst do podbicia rentowności i w rezultacie umocnienia USD.

Dziś decyzja Rady Polityki Pieniężnej, gdzie powszechnie oczekuje się utrzymania stóp procentowych bez zmian. Nawet pomimo niespodzianki w wyższej marcowej inflacji (3,2 proc. r/r, prog. 2,8 proc.) nie sądzimy, aby zmianie uległo nastawienie RPP. Ostatnio prezes NBP Glapiński tłumaczył, że wyższa inflacja teraz i w kolejnych miesiącach będzie się brać z podwyżek cen administrowanych, na które polityka pieniężna nie ma wpływu. Wprost określił on rynkowe oczekiwania podwyżek za błędne. Jednocześnie trzecia fala zachorowań i nowe restrykcje dają silny argument przeciw zacieśnianiu monetarnemu. Podtrzymujemy prognozy, że stopy procentowe nie ulegną zmianie wcześniej, jak w drugiej połowie 2022 r. Bardziej interesująca niż posiedzenie RPP może być wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (piątek 15:00). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Dziś natomiast jedyne pozytywne zaskoczenie miałoby miejsce, gdyby w związku z osłabieniem złotego z komunikatu RPP zniknął fragment o braku dostosowania kursu złotego do wstrząsu wywołanego pandemią i luzowania monetarnego. Jednak jeśli NBP chce słabego złotego, dlaczego miałby dawać pretekst do umocnienia waluty?

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Barbara Garlacz: Banki zorganizowały medialną nagonkę na frankowiczów

Zbliża się termin wyroku Sądu Najwyższego w sprawie kredytów we frankach. SN odpowie na 6 pytań zadanych przez sądy niższej instancji, dotyczących orzecznictwa w sprawach wytaczanych przez kredytobiorców w całej Polsce. Na wyrok czeka wielu pokrzywdzonych klientów – ponieważ wciąż dużo sądów bierze stronę banków, sprzeciwiając się wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Dopóki Sąd Najwyższy nie wytyczy jasnej ścieżki, jaką sądy niższych instancji będą musiały podążać – pokrzywdzeni kredytobiorcy będą zdani na ocenę pojedynczych sądów. Zbliżający się termin orzeczenia SN zmobilizował więc drugą stronę konfliktu. Banki boją się, że uchwała nie będzie dla nich wygodna. Próbują więc wpłynąć na opinię publiczną – a tym samym na Sąd, organizując nagonkę medialną na frankowiczów. 

 

– Od kilkunastu dni obserwujemy szeroko zakrojoną nagonkę medialną ze strony banków – związaną z uchwałą frankową Sądu Najwyższego, jaka ma niedługo zapaść. Praktycznie nie ma dnia, w którym nie widzielibyśmy wysokiej klasy eksperta finansowego, ekonomicznego, czy prawnego, który argumentuje, dlaczego Sąd Najwyższy powinien orzec na korzyść strony bankowej – powiedziała serwisowi eNewsroom mecenas Barbara Garlacz. – Jest to próba nacisku na orzecznictwo Sądu Najwyższego o niespotykanej skali. Wierzę jednak w to, że Sąd będzie kierował się argumentami prawnymi, a przede wszystkim orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Próby nacisku na Sąd Najwyższy ze strony różnych ekspertów wypowiadających się w imieniu sektora bankowego nie powinny w ogóle mieć miejsca. Zobaczymy jeszcze, czy uchwała Sądu Najwyższego zapadnie 13 kwietnia. Być może będzie tak, że SN będzie chciał poczekać na dalsze orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Jeśli tak się stanie, będziemy mogli czuć się bezpieczniej. TSUE już w przeszłości pokazał, że nie ulega lobby bankowemu – wskazuje Garlacz.

Answear.com ze sprzedażą online o 82 proc. większą rdr. w I kw. 2021 r.

Answear.com według wstępnych danych wypracował w I kw. 2021 r. 127 mln zł sprzedaży on-line, oznacza to wzrost o 82 proc. rdr., co przekłada się na równie dynamiczny wzrost przychodów ze sprzedaży, które w analogicznym okresie urosły o 76 proc. rdr. i wyniosły 122 mln zł.

Wprowadzone w pierwszym kwartale lockdown’y, na wszystkich rynkach, na których działamy, pomagają w osiąganiu wyższej dynamiki sprzedaży Spółki, przyczyniając się do utrwalania obserwowanego trendu przechodzenia klientów z zakupów offline do online.  Zamknięcie sklepów stacjonarnych skłania klientów do zakupów internetowych, więc pozyskujemy nowych klientów, jednocześnie poprawiając wskaźniki odwiedzin, średniego koszyka oraz konwersji i w efekcie wzmacniając dynamikę wzrostów sprzedaży. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com.

Mroźna pogoda, której byliśmy świadkami w Polsce w I kw. br. również wsparła sprzedaż na platformie Answear.com. Sprzedaż kolekcji jesień-zima wypadła znacznie lepiej niż w ostatnim roku i powyżej celu sprzedażowego. Answear jest dobrze przygotowany na zbliżające się ocieplenie. W obecnej ofercie dominuje nowa kolekcja wiosenna, którą uzupełniają nowe marki m.in.: Elisabetta Franchi, Tory Burch, Penny Black, Max Mara Leisure, The Kooples, Liviana Conti, Stella McCartney, 4F, Wolford, Samsoe Samsoe, Uvex, czy CMP.

Jesteśmy platformą multibrandową działającą w interencie, taki model działania umożliwia nam elastyczne działanie i szybkie reagowanie na aktualne panujące trendy na rynku oraz dostosowanie oferty do aktualnych potrzeb kosumentów. Można było się o tym przekonać w ostatnim czasie, podczas kolejnych lockdown’ów, gdzie rósł popyt na ubrania casualowe, a spadał na ubrania formalne, a także podczas ostatniej przedłużonej zimy, kiedy klienci nawet w marcu chętnie kupowali ciepłe ubrania. Naturalnie Answear z racji dostępności w ofercie wielu marek mógł zaspakając zgłaszane potrzeby klientów, co w efekcie pozytywnie wpłynęło na sprzedaż Spółki. – dodaje Krzysztof Bajołek.