Czy brak euro może kosztować nas więcej niż wprowadzenie waluty?

Wyraźna większość polskiego społeczeństwa jest przeciwna wprowadzeniu euro. Poparcie dla wspólnej waluty według CBOS jest najniższe w historii pomiarów. Co więcej, według badań Eurobarometru, aż 40% Polaków nie spodziewa się, aby euro kiedykolwiek zamieniło złotego.

Przez ostatnie 10 lat bardzo dużo mówi się w Polsce o kosztach i ryzykach związanych z wprowadzeniem euro. Ze względu na zmieniające się warunki polityczne i ekonomiczne należy jednak zacząć odwracać narrację tej dyskusji. Powinniśmy zacząć rozmawiać nie tylko o potencjalnych kosztach wprowadzenia euro, ale także, a nawet przede wszystkim – o kosztach i ryzykach związanych z coraz dłuższym pozostawaniem poza strefą euro. A te powoli, ale konsekwentnie rosną:

  1. Polityczne centrum decyzyjne w Europie będzie znajdowało się w strefie euro. Osobny budżet dla Eurostrefy, jej ‘minister finansów’, wspólna reprezentacja w międzynarodowych instytucjach finansowych stają się coraz bardziej realne.  Po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii ok. 85% unijnego PKB będzie wytwarzane w strefie euro. Tam będą zapadać najważniejsze decyzje gospodarcze. Kraje spoza Eurostrefy nie będą miały na nie wpływu. Jednak ze względu na swój ograniczony potencjał ekonomiczny i tak będą musiały się do nich dostosować.
  2. Trzymanie się przy złotym oznacza wyższe koszty obsługi polskiego zadłużenia. Długookresowa stopa procentowa, mierzona dochodowością 10-letnich obligacji rządowych, wynosi obecnie w Polsce 3,3%, a w strefie euro 1%. Przyjęcie euro to wzrost zaufania
    do polskich obligacji, każdy punkt procentowy to kilkumiliardowe oszczędności dla polskiego budżetu. Pozostawanie poza euro oznacza także zwiększone ryzyko napływu kapitału krótkoterminowego i spekulacyjnego.
  3. 80% polskiego handlu zagranicznego jest rozliczane w euro. Dla polskich przedsiębiorców oznacza to wyższe koszty transakcyjne (prowizja od wymiany) oraz ryzyko kursowe.
    To ostatnie jest uciążliwe także dla części gospodarstw domowych. Gdyby Polska dawno temu przyjęła euro, być może nie mielibyśmy tak dużej grupy rodzin z zagrożonymi kredytami we frankach. Polacy trzymają część oszczędności w obcych walutach, a to naraża ich na wahania kursu. Takie samo ryzyko wiąże się zresztą z trzymaniem oszczędności tylko w złotych – grozi to ich posiadaczom faktycznym spadkiem wartości tych oszczędności
    w przypadku nagłej dewaluacji rodzimej waluty (podobnie jak na początku lat 90-tych).
  4. Brak euro jest barierą dla napływu inwestycji zagranicznych, w szczególności tych, których Polska najbardziej potrzebuje. Mamy tu na myśli inwestycje w nowoczesne technologie, a nie te, które opierają się na niskich kosztach pracy. Pozostanie poza eurostrefą grozi także znacznym spadkiem ilości funduszy europejskich, z których Polska będzie mogła korzystać. Powstanie specjalnego budżetu dla strefy euro najprawdopodobniej odbędzie się kosztem budżetu całej Unii. W kolejnych latach nastąpi znaczący wzrost udziału wydatków unijnych na konkurencyjność gospodarki, wspieranie innowacji i politykę bezpieczeństwa. Odbędzie się to kosztem polityki spójności, której Polska jest największym beneficjentem. Skala tych zmian zależy od siły negocjacyjnej państw członkowskich UE. Jeżeli Polska rozpocznie realne przygotowania do wejścia do strefy euro w najbliższych latach, jej pozycja w tych negocjacjach będzie znacznie lepsza. Trzymanie się z dala od euro oznacza osłabienie polskiego głosu przy negocjacjach budżetowych.

Wymienione powyżej koszty pozostawania poza strefą euro będą z czasem coraz bardziej dotkliwe. Należy także wziąć pod uwagę, że struktura strefy euro staje się coraz bardzie złożona. Prowadzenie polityki ‘przyjmiemy euro kiedy gotowi’ może okazać się zgubne. Za 10 lat wejście do Eurostrefy będzie bowiem znacznie bardziej skomplikowane, niż obecnie. I Polska nie będzie mogła do niej dołączyć nawet jeśli rząd stwierdziłby, że jest to korzystne dla kraju.

Jak wspomniano powyżej, koszty pozostawania poza strefą euro prawdopodobnie będą rosnąć w kolejnych latach. Tymczasem ryzyka, które podawano jako argumenty przeciwko przyjęciu euro, stają się coraz gorzej uzasadnione.

  1. Najczęściej podawanym argumentem przeciwko przyjęciu euro jest ryzyko inflacji.
    W krajach, które przyjmowały euro kilkanaście lat temu wzrost cen konsumpcyjnych spowodowany wymianą, badany według różnych metodologii, był minimalny. Wyniósł tylko 0,3 punktu procentowego w ramach 2,2 proc. inflacji w skali roku w pierwszej dwunastce Eurolandu i tyle samo pięć lat później w Słowenii. Natomiast państwa, które wprowadziły euro w ostatnich latach (np. kraje bałtyckie), wykorzystując doświadczenia swoich poprzedników wprowadziły skuteczne mechanizmy zabezpieczające. Pozwoliły one uniknąć manipulacji przy przeliczaniu cen, w tym tzw. ‘efektu cappuccino’, znanego przede wszystkim z Włoch.
  2. Wielu Polakom euro kojarzy się z kryzysem zadłużeniowym. Tymczasem dotyczył on tylko kilku pastw Eurostrefy i dotychczas nie udowodniono jasno, że to właśnie wprowadzenie euro było jego podstawową przyczyną. Wskazuje się raczej na nieodpowiedzialną politykę fiskalną rządów narodowych. Bardzo możliwe, że kryzys gospodarczy w Grecji czy w Hiszpanii byłby dużo poważniejszy, gdyby kraje te nie miały euro. Nikt bowiem nie byłby wtedy zainteresowany udzielaniem im znaczącej pomocy. Sytuacja we wszystkich państwach, które kryzys odczuły najbardziej ulega stopniowej poprawie, choć w różnym tempie (szybko np.
    w Irlandii czy Portugalii, wolniej w Grecji i we Włoszech). Warto także wspomnieć, że kiedy zaczynał się kryzys finansowy w 2008 roku, w strefie euro znajdowało się tylko 13 państw,
    a w 2017 roku jest ich już 19. W 2008 roku do strefy wstąpiły Cypr i Malta, w 2009 Słowacja, a w latach 2011-2015: Estonia, Łotwa i Litwa. Żaden kraj strefy euro w tym czasie nie opuścił.
  3. Niektórzy jako argument przeciwko przyjęciu euro podają możliwość jej rozpadu
    w najbliższym czasie. Scenariusz ten nie wydaje się obecnie bardzo prawdopodobny, choć oczywiście nie można go w całości wykluczyć. Przyjmijmy jednak najbardziej pesymistyczny wariant i załóżmy, że strefa euro rzeczywiście ulegnie rozpadowi lub chociażby fragmentaryzacji. Spowodowałoby to ogromne zawirowania gospodarcze i fiskalne w całej Europie, a być może i na Świecie. Czy sytuacja Polski, jako kraju, którego gospodarka opiera się na współpracy z państwami strefy euro będzie wtedy lepsza, jeśli kraj pozostałby przy złotym? Wątpliwe.

Biorąc pod uwagę powyższe argumenty konieczna jest zmiana narracji związanej z udziałem Polski w strefie euro. Wiele dotychczasowych argumentów zaczyna tracić na aktualności. Przywoływane przez ostatnich kilka lat ryzyka związane z przyjęciem euro maleją. Jednocześnie rosną koszty pozostawania poza strefą euro. I powinni to wziąć pod uwagę politycy, zarówno z partii rządzącej, jak i z opozycji, składając swoje deklaracje w tej sprawie.

Porozumienie ws. brexitu bliżej, kurs funta coraz wyżej

Jest postęp w rozmowach pomiędzy Unią Europejską a Wielką Brytanią ws. brexitu. Rynki finansowe reagują na to umocnieniem funta. W tym do polskiego złotego. Funt jest najdroższy od ponad miesiąca.

W piątkowy poranek notowania funta wzrosły do 4,8412 zł, co oznacza najwyższy kurs brytyjskiej waluty od 1 listopada br. Tym samym kontynuowany jest ruch z wczoraj, jaki nastąpił w reakcji na doniesienia o znaczącym postępie negocjacji Unii Europejskiej z Wielką Brytanią ws. brexitu, co otworzyło drogę do rozpoczęcia drugiej fazy rozmów, które będą dotyczyć handlu i długoterminowych stosunków z UE. Zgodnie z przyjętym harmonogramem obecne porozumienie zostanie zatwierdzone podczas zaplanowanego na 14-15 grudnia szczytu przywódców Unii Europejskiej.

Szanse na dogadanie się Wielkiej Brytanii z Unią, a więc malejące ryzyko tzw. twardego brexitu, co negatywnie odbiłoby się na tamtejszej gospodarce, wspiera wczoraj i dziś notowania funta do koszyka walut.

Na rynkach globalnych zwraca uwaga zwłaszcza relacja do euro. Kurs EUR/GBP wybił się bowiem dołem z ponad dwumiesięcznej konsolidacji, co sugeruje spadek tej pary do minimum 0,85 z 0,87 obecnie. To zaś musiałoby w sposób pośredni przełożyć się na umocnienie funta do złotego. I tak przy stabilizacji EUR/PLN w okolicy 4,20 zł, taki „zjazd” EUR/GBP, będzie oznaczał wzrost GBP/PLN powyżej 4,94 zł, czyli do poziomu o 10 gr wyższego niż obecnie.

Powyższy wzrostowy scenariusz dla GBP/PLN jeszcze nie znajduje potwierdzenia na wykresie dziennym tej pary. Sygnałem kupna będzie dopiero wybicie funta powyżej strefy oporu 4,8461-4,8550 zł, jaką tworzy lokalne maksimum z 1 listopada br. oraz linia łącząca lokalne szczyty z kwietnia i września br. To otworzy drogę do wzrostu właśnie w okolice 4,94 zł.

W piątek, oprócz tematu negocjacji ws. brexitu, wpływ na notowania funta będzie też miała seria danych z Wielkiej Brytanii, jaka zostanie opublikowana o godzinie 10:30. Wówczas inwestorzy poznają raporty o październikowej produkcji przemysłowej (prognoza: 3,6 proc. R/R), bilansie handlowym (prognoza: -11,5 mld GBP) oraz dane o oczekiwaniach inflacyjnych w IV kwartale br.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Polacy muszą lepiej przygotować się do interesów z Chińczykami

Wielu rodzimych przedsiębiorców nie rozumie, dlaczego ich próby eksportu towarów i usług na gigantyczny rynek chiński z reguły kończą się fiaskiem. Naszym firmom brakuje przede wszystkim wiedzy na temat potrzeb tamtejszej, bardzo szybko globalizującej się gospodarki oraz  znajomości specyficznej etykiety biznesowej.

Próby aktywizacji polskiego biznesu w Azji korelują z przedsięwzięciem Chin wobec Europy. Nowy Jedwabny Szlak jest obecnie jedną z kluczowych idei rozwoju gospodarczego Państwa Środka. Liczona w bilionach dolarów inwestycja zakłada utworzenie sieci korytarzy transportowych, łączących Chiny z ich najważniejszym partnerem handlowym – UE. Nasz kraj znajduje się na jednej z głównych ścieżek w tym planie. W 2016 roku wicepremier Morawiecki ocenił to jako wielką szansę dla rodzimych przedsiębiorców. Mówił wtedy mediom, że „Polska chce aktywnie uczestniczyć w realizacji projektu Nowego Jedwabnego Szlaku”. Pytanie, czy Polacy będą potrafili wykorzystać atuty geopolityczne w celu rozwoju eksportu z Polski, nie tylko importu z Chin.

Rodzimi przedsiębiorcy nie są beneficjentami poważnych zmian, jakie zachodzą w globalnym rozkładzie sił gospodarczych, choć ich towary mają bardzo dobre wskaźniki ceny do jakości. Silną częścią polskiego eksportu jest m.in. produkcja i przetwarzanie żywności. Bardzo interesującą ofertę posiadamy w zakresie tak zaawansowanych dziedzin, jak chemia organiczna, cyfrowe technologie w medycynie i informatyka optymalizacji biznesowej. Jednak nasz potencjał wytwórczy jak dotąd raczej nie był komercjalizowany przez chińską potęgę rynkową. Wynika to z tego, że Polakom brakuje wiedzy na temat jej potrzeb. Ponadto, musimy być świadomi, że Chińczycy cechują się pragmatycznym podejściem do biznesu i obecnie koncentrują się na rozwoju w trzech zasadniczych obszarach. Oprócz eksportu, liczy się import nowych technologii oraz Nowy Jedwabny Szlak.

Współpraca rządu i biznesu

Władze w Polsce zainwestowały już sporo środków w edukację naszych przedsiębiorców w zakresie rynków azjatyckich. Nauka ta objęła m.in. obszar regulacji prawnych, obowiązujących w Państwie Środka. I z ostatnich zapowiedzi dotyczących rozwoju tzw. Zagranicznych Biur Handlowych wynika, że obecny rząd będzie poszerzał tę aktywność. Jednak w zakresie przejmowania polskich firm przez chiński kapitał, rozwijania ich w UE oraz wchłaniania do Azji, liczba doradców jest w naszym kraju nadal dość niewielka. Jednak w tym roku może się to zmienić, ponieważ Chińczycy bardzo się zaangażowali w rozmowy handlowe z polskimi przedstawicielami usług z zakresu infrastruktury krytycznej.

Polacy, zainteresowani ekspansją na rynek chiński, mogą korzystać ze wsparcia Wydziałów Promocji i Handlu Ambasad i Konsulatów RP (WPHI). Świadczą one bezpłatnie usługi, m.in. na terenie Państwa Środka. Na miejscu oferują doradztwo i biorą udział w największych targach, przy okazji których organizują działania towarzyszące. Rodzime przedsiębiorstwa mają wtedy szansę zaprezentować swoje produkty i usługi podczas najważniejszych targów i spotkań B2N na globalnym rynku. Trzeba pamiętać, że w Chinach skupia się międzynarodowa aktywność biznesowa, gdyż to 1/5 populacji całego świata na jednym rynku.

W miejsce likwidowanych obecnie WPHI powstają Zagraniczne Biura Handlowe, w ramach Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu. Uruchomiono już oddział w Szanghaju. Tamtejsi eksperci będą odpowiedzialni za udzielanie informacji na temat rynku, współtworzenie sieci kontaktów z lokalnymi podmiotami, organizację szkoleń oraz weryfikację partnerów biznesowych. Mogą też pomagać m.in. w organizacji misji gospodarczych, a także we wprowadzaniu produktów na rynek i tworzeniu kampanii promocyjnych. Ponadto, będą pracować razem z przedsiębiorcami nad wzmocnieniem rozpoznawalności polskich produktów i wspólnie unowocześniać ofertę eksportową.

Poza kosztami podróży i zakwaterowania, wszystkie wyżej wymienione usługi są praktycznie bezpłatne. Bardzo intensywnie wprowadzają polskich przedsiębiorców w wielki świat globalnej konkurencji na terenie Chin. Obecny rząd, podobnie jak czyniły to poprzednie władze, zapewnia więc solidną bazę podstawowych doświadczeń, potrzebnych do ogólnego rozpoznania konkurencji na rynku chińskim. Oczywiście do skutecznego działania w wymiarze komercyjnym jest potrzebne zrobienie dobrego biznesu, a to sprawa relacji wyłącznie pomiędzy polskim i chińskim kontrahentem.

Niedostateczna wiedza

Poważnym problemem jest brak wiedzy polskich przedsiębiorców na temat skutecznego budowania relacji biznesowych z Chińczykami. W kontaktach z nimi należy przestrzegać specyficznej etykiety, której Polacy z reguły nie znają. Jej istotną częścią jest funkcjonowanie tzw. „kręgów zaufania” czy też „banków przysług”, czyli po chińsku guanxi. Ten termin bywa mylony przez Europejczyków z działaniem o nazwie „business networking”, które jest popularne na Zachodzie i polega na budowaniu kontaktów w ściśle określonych celach. W praktyce znaczenia obu pojęć są dość rozbieżne. Co więcej, guanxi to nie tylko kwestia korzyści ekonomicznych, ale szeroko rozumiane zjawisko społeczno-polityczne.

Bardziej znanym w Europie elementem chińskiej kultury jest feng-shui, który kojarzy się ze sposobem urządzania wnętrz. Należy pamiętać o tym, że zasady tzw. geomancji są mocno przestrzegane przy prowadzeniu interesów. Ponadto, warto wiedzieć, że w Państwie Środka jednym z kluczowych elementów rozwoju kooperacji biznesowej jest okrągły, obficie zastawiony stół. Właśnie wokół niego, w specjalnie wynajętych salach restauracyjnych, zapada większość najważniejszych ustaleń pomiędzy kontrahentami. Polscy przedsiębiorcy powinni znać zasady obowiązujące podczas nieformalnych chińskich biesiad.

Należy zwrócić uwagę, że w zakresie pewnej specyficznej etykiety handlowej w Chinach („magic tables”, „guanxi”, itp.)  edukacja polskich przedsiębiorców jest dopiero w fazie początkowej, pomimo że to ma kluczowe znaczenie dla powodzenia ich biznesu w Państwie Środka. Bezpośrednie interakcje gospodarcze nie zostaną zrealizowane przez WPHI czy ZBH. Poza poważną bazą wiedzy i wsparcia, które oferują od wielu lat kolejne polskie rządy, przedsiębiorcy muszą rozporządzić własnymi środkami finansowymi, czasem i zaangażowaniem w celu rozbudowy tego obszaru. Pieniądze z finansów publicznych nie zostaną na to przeznaczone, to sprawa indywidualnych relacji gospodarczych.

Polscy przedsiębiorcy często nie wiedzą, dlaczego nie potrafią nawiązać trwałych relacji biznesowych z Chińczykami, pomimo swoich wytężonych starań na poziomie targów, składania ofert i komunikacji elektronicznej. Nie rozumieją, że w relacjach biznesowych z Chinami należy przestrzegać zwyczajów, panujących w ich kraju od setek lat. Jednak, dzięki rozwijającym się kontaktom gospodarczym, istnieje możliwość uzupełnienia brakującego zakresu etykiety, np. we współpracy z prywatnymi doradcami oraz akceleratorami rolloutu biznesu europejskiego do Chin.

Autorem publikacji jest Mariusz Sperczyński,
Szef zespołu Inicjatywa 51GoShanghai

Beata Szydło rezygnuje. Rating dla Polski

Nadchodzi zmiana na fotelu premiera Polski. Rynki na razie podchodzą do tematu raczej spokojnie. Dzisiaj po godzinach pracy poznamy decyzję agencji ratingowej Fitch dla Polski. Zadłużenie amerykańskich konsumentów dalej rośnie.

Nowy premier Polski

Zmiana premiera wydawać by się mogła bardzo ważną informacją dla rynków. Informacja, że teraz na czele rządu stanie Mateusz Morawiecki przeszła bez większego echa. Analitycy uważają, że to dobra wiadomość dla rynków wskazują jednak na dwie ważne kwestie. Premierem zostaje osoba, bez silnego oparcia w strukturach partyjnych. Jego pozycja zatem w wewnętrznych rozgrywkach wciąż jest zatem wątpliwa. Po drugie wiele osób wskazuje nadal na dość dziwne, rozwiązanie nie stosowane zresztą po raz pierwszy, w przypadku rządów prawicowych w Polsce gdzie realny ośrodek władzy jest poza rządem. Nie zmienia to faktu, że polityk mający solidną wiedzę ekonomiczną, doświadczenie menadżerskie i obycie międzynarodowe na czele rządu to obiektywnie dobry sygnał. Złotówka ostatnio pozostaje w wąskim kanale notowań, ale zbliża się właśnie do 4,20 zł, zatem inwestorzy patrzą jeszcze przychylniej. Wyraźną reakcję było widać z kolei na giełdzie, która wzrosła o około 1%.

Rating agencji Fitch

Dzisiaj popołudniu/wieczorem poznamy decyzję jednej z najważniejszych agencji ratingowych w sprawie ratingu Polski. Specjaliście nie spodziewają się zmian ratingu dzisiaj. Warto zwrócić uwagę, że z 3 głównych agencji, jedna daje nam stopień wyższą wiarygodność kredytową, druga stopień niższą niż Fitch. Skoro nota jest obecnie w centrum wątpliwe by miała się zmieniać. Tym bardziej, że perspektywa ratingu jest stabilna. Dlaczego w ogóle odczyty ratingu są ważne dla rynków? Przy pomocy ratingu ocenia się ryzyko niespłacenie obligacji, a zatem ich cenę. W rezultacie jeżeli poprawi się rating Polski, nasze obligacje będą atrakcyjniejsze. Zwiększony popyt na obligacje powinien spowodować umocnienie się waluty.

Amerykanie się zadłużają

Wczoraj opublikowano wzrost zadłużenia z tytułu kredytów konsumpcyjnych w USA. Był on nie tylko wyższy niż zakładany, ale jednocześnie najwyższy w tym roku. Z jednej strony jest to dobra wiadomość, świadczy bowiem o dobrych nastrojach amerykańskich konsumentów. Z drugiej strony niecałą dekadę temu widzieliśmy co się dzieje, gdy gospodarka spowalnia, a obywatele nie są w stanie regulować swoich zobowiązań.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,

16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Rośnie dolar i funt

Amerykański dolar zyskuje przed ogłoszeniem comiesięcznych danych z rynku pracy w USA i do japońskiego jena jest najsilniejszy od 3 tygodni. Natomiast po cięciu stóp procentowych w Bazylii dolar jest wobec brazylijskiego reala na poziomach nienotowanych od czerwca. Z kolei brytyjski funt rośnie skokowo wobec innych światowych walut w związku z tym, że Komisja Europejska i rząd Wielkiej Brytanii doszli do porozumienia w pierwszej fazie rozmów dotyczących brexitu. W Polsce rezygnacja premier Beaty Szydło nie rzutowała na kurs złotówki, który kształtuje się pod wpływem sytuacji międzynarodowej i w oczekiwaniu na dzisiejszy rating agencji Fitch.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,69%), a zyskuje do euro (+0,44%), dolara kanadyjskiego (+0,33%), dolara australijskiego (+0,36%) oraz japońskiego jena (+0,79%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,174, GBP/USD – 1,347, USD/CAD – 1,285, AUD/USD – 0,751 i USD/JPY – 113,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,39%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,3, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,871. Złotówka traci do dolara i funta, a zyskuje do euro i franka szwajcarskiego. W piątek rano dolar kosztuje 3,58 zł, euro – poniżej 4,21 zł, funt – niemal 4,83 zł, a frank – poniżej 3,6 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W czwartek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,37%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,36%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,18%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,29%, meksykański indeks Bolsa zyskał 0,03%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 1,07%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,39%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,55%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,24%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,2 USD (+1,58%), a ropy WTI – 56,69 USD (+1,29%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 65 USD. Z kolei ceny złota kontynuują trend spadkowy. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1248 USD. To 9 USD mniej (-0,72%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 0:50 – Japonia – PKB (r/r), III kw. – 2,1% (prognoza 1,7%)
  • 4:36 – Chiny – Bilans handlu zagranicznego, listopad – 40,2 mld USD (prognoza 35 mld USD)
  • 8:00 – Niemcy – Bilans handlu zagranicznego, październik – 19,9 mld EUR (prognoza 21,5 mld EUR)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Bilans handlu zagranicznego, październik (prognoza 11,5 mld GBP)
  • 14:30 – USA – Stopa bezrobocia, listopad (prognoza 4,1%)
  • 14:30 – USA – Płaca godzinowa (m/m), listopad (prognoza 0,3%)
  • 16:00 – USA – Indeks Uniwersytetu Michigan, grudzień (prognoza 99 pkt.)
  • 16:00 – USA – Zapasy hurtowników (m/m), październik (prognoza -0,4%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Działanie SNB na EURCHF – Admiral Markets

Od początku roku euro umocniło się względem franka szwajcarskiego o ponad 9 procent! W chwili obecnej kurs walutowy znajduje się w kanale wzrostowym i nic nie sugeruje, aby trend wzrostowy został zakończony. Zmiana kursu walutowego o ponad 9 procent w skali roku jest olbrzymia i dosyć niespotykana (jeżeli chodzi o waluty państw rozwiniętych). Niemniej jednak mało osób zadaje pytanie, dlaczego doszło do tak mocnej aprecjacji euro względem franka szwajcarskiego.

Do jednego z głównych powodów zaliczą się ogólną aprecjację euro na szerokim rynku. W ostateczności Europejski Bank Centralny przestał być już tak gołębi jak kiedyś. Obniżył skalę programu Quantitative Easing polegającego na zaniżaniu krótkoterminowej oraz długoterminowej rentowności obligacji skarbowych a także i korporacyjnych.

Jednak to nie jest jedyny powód, ponieważ Szwajcarski Bank Centralny nie próżnuje. W dalszym ciągu zwiększa podaż szwajcarskiej waluty nabywając aktywa finansowe za euro czy też dolary amerykańskie. Nakładając kurs EURCHF oraz wzrost aktywów bilansu banku od początku roku otrzymamy bardzo ciekawy rezultat.

snb i eurchf

Źródło: Bloomberg

Początek roku wynosi 100. Reasumując, od początku bieżącego roku kalendarzowego notowania EURCHF wzrosły o 9 procent, natomiast aktywa banku centralnego SNB o 11 procent. Szwajcarski Bank Narodowy nie przestał bronić kursu, ale tylko zlikwidował sztywny kurs na poziomie 1.20. Pytanie powstaje, gdzie ostatecznie powędruje kurs walutowy? Gdzie jest cel banku? Tego dowiemy się najprawdopodobniej wkrótce.

Działania SNB nie powinny być traktowane jako zbyt etyczne, ponieważ jest to czysta manipulacja rynkiem walutowym oraz akcji. Od 2013 roku portfolio amerykańskich akcji utrzymywanych przez bank centralny systematycznie rośnie. Na dzień dzisiejszy wszystkie amerykańskie akcje zgromadzone przez bank warte są ponad 80 miliardów USD.

snb qe

EURCHF – analiza techniczna

Notowania EURCHF na interwale tygodniowym znajdują się w trendzie wzrostowym. Celem rajdu może być poziom 1.20 (niestety nie znamy celu SNB). Niemniej jednak pamiętajmy, że szwajcarska waluta jest uważana za jedną z najbezpieczniejszych walut na świecie. Wzrost napięć geopolitycznych, korekta na rynku czy także niespodziewane wydarzenia doprowadzają do napływu kapitału w stronę CHF.

Notowania EURCHF

Notowania EURCHF

Źródło: Admiral Markets

Jeżeli mielibyśmy do czynienia z prawdziwym zamieszaniem na rynku kapitałowym, to warto zastanowić się nad pokonaniem „SNB”. Bank ten już raz ugiął się pod falą napływającego kapitału, data ta zostanie zapamiętana przez Traderów na długi okres czasu.

Payrolle? BREXIT!

Koniec tygodnia na rynku walutowym nie będzie należał do szczególnie leniwych. Miano najważniejszego wydarzenia piątkowej sesji w dalszej mierze należy do publikacji comiesięcznego raportu z amerykańskiego rynku pracy. Napływające „soft-data” wyraźnie napawają optymizmem przed najświeższymi szacunkami zmiany zatrudnienia, podbijając tym samym prawdopodobieństwo zejścia stopy bezrobocia do okrągłego poziomu 4,0 proc. Najciekawsze karty powinien rozdać funt szterling, który przez ułamek sekundy stał się beneficjentem przełomu w negocjacjach. Nerwowość wyspiarskiej waluty została skutecznie potwierdzona poprzez gwałtowne reakcje na oczywistości w trakcie czwartkowych notowań.

Październikowe dane przedstawione w raporcie NFP nie należały do wysoce zaskakujących. Wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym na poziomie 261 tys. to przede wszystkim pokłosie odreagowania po sezonie huraganowym, który skutecznie wyłączył dużą część przedsiębiorstw z obiegu. Rynkowy optymizm odnośnie powrotu do stabilnych trendów na rynku pracy skutecznie wpoiły subkomponenty indeksów ISM czy Filadelfia Fed. Osiągniecie konsensualnej zmiany rzędu 195 tys. wyraźnie schodzi na dalszy plan. Uwaga większości inwestorów będzie skupiona na realizacji względnie wysoko zawieszonych oczekiwań (0,3 proc. m/m). W przypadku rozczarowania, na co częściowo wskazuje skośność prognoz gromadzonych przez Bloomberga oraz rozkład czynników sezonowych, wydźwięk publikacji może skutecznie uratować rewizja poprzednich szacunków. To właśnie silniejsza dynamika wynagrodzeń będzie rozpatrywana przez pryzmat atutowego tuza w rękach bardziej jastrzębio nastawionych członków Fed, co finalnie przełoży się na umocnienie amerykańskiej waluty.

Obserwowane na Wyspach polityczne przetasowania zawędrowały również na kontynentalną część Europy. Ryzyko ponownego rozpisania wyborów powszechnych wyraźnie ograniczyli członkowie SPD, którzy w wyraźnej większości opowiedzieli się za rozpoczęciem negocjacji z CDU Angeli Merkel. Perspektywa zawiązania Wielkiej Koalicji powinna istotnie sprzyjać walorom notowanym na giełdzie we Frankfurcie z racji na oddalenie szans na zdobycie większego elektoratu przez eurosceptyczną Alternatywę dla Niemiec. Swoje pięć minut przeżywa również polski rząd, który został poddany szeroko zakrojonej rekonstrukcji. Na jego czele ma stanąć Mateusz Morawiecki, obecny szef resortów gospodarki oraz finansów, co należy traktować jako neutralne dla wyceny złotego. Powyższą roszadę można potraktować jako fakt dokonany, bowiem pod koniec wczorajszej sesji nastąpiło złożenie rezygnacji przez Beatę Szydło na ręce Komitetu Politycznego Prawa i Sprawiedliwości.

Zmienność par walutowych ze złotym nie powinna znaleźć się pod presją dzisiejszej decyzji agencji Fitch, która ma przedstawić aktualizację ratingu dla Polski. O ile należy się spodziewać utrzymania oceny długoterminowej na poziomie A minus z perspektywą stabilną, o tyle miano kluczowych mogą zyskać wzmianki w zakresie braku wyważenia potencjalnych czynników ryzyka. Fitch może zwrócić uwagę na potencjalną szansę „przegrzania się” rodzimej gospodarki, aczkolwiek uczestnicy rynku wobec powyższego przejdą obojętnie – tym bardziej, że perspektywa nierównowag spowodowanych nadmierną stymulacją fiskalną była podnoszona w ostatniej nocie analitycznej Standard & Poor’s.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Chmura może pomóc firmom chronić dane osobowe. PGNiG będzie wspierać start-upy, które mają pomysł, jak to zrobić

Chmura może pomóc firmom chronić dane osobowe. PGNiG będzie wspierać start-upy, które mają pomysł, jak to zrobić 1

Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, gigant polskiego sektora energetycznego, będzie wspierać start-upy w dostosowaniu do nowych przepisów o ochronie danych osobowych (RODO). Nowe restrykcyjne przepisy wchodzą w życie za niecałe pół roku i stawiają przed wszystkimi firmami realizującymi projekty oparte na chmurze szereg poważnych wyzwań. Ze względu na wysokie wymogi bezpieczeństwa zawarte w unijnym rozporządzeniu rozwiązania chmurowe mogą być pomocne we wdrażaniu nowych przepisów.

– Znajdujemy się w przeddzień wejścia w życie nowych przepisów RODO, do których jako PGNiG jesteśmy już dobrze przygotowani. Mamy przyjętą własną politykę bezpieczeństwa danych osobowych i instrukcje zarządzania systemami służącymi do przetwarzania danych osobowych. Chcemy podzielić się wiedzą i wesprzeć start-upy, które mają pomysły związane z przechowywaniem danych w chmurze, aby mogły się dostosować do nowej ustawy i żeby ich rozwiązania były w jak największym stopniu bezpieczne dla klientów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Trojanowska, kierownik Działu Innowacji w Departamencie Innowacji i Rozwoju Biznesu PGNiG SA.

RODO, czyli ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych, zacznie obowiązywać 25 maja 2018 roku. Nowe prawo narzuci wiele obowiązków podmiotom, które gromadzą i przetwarzają informacje o swoich klientach.

Firmy i organizacje muszą już teraz wdrożyć takie rozwiązania i technologie, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa tych danych. Każdorazowo będą też musiały informować klientów o przetworzeniu ich danych osobowych bądź prosić o zgodę na ich wykorzystanie. Za nieprzestrzeganie nowych przepisów grożą wysokie kary finansowe sięgające nawet 20 mln euro albo 4 proc. rocznych obrotów całego przedsiębiorstwa. Będzie nad tym czuwać nowo utworzony Urząd Ochrony Danych Osobowych.

– RODO zbliża się do nas wielkimi krokami, zostało kilka miesięcy. Może się wydawać, że to jest długi czas, ale tak naprawdę jest to już ostatni dzwonek, żeby się tym zająć – mówi Marcin Łasiński z firmy technologicznej Webellian, która współpracuje z PGNiG przy zajęciach ze start-upami.

Nowe prawo to dla firm bardzo duże wyzwanie – zarówno organizacyjne, jak i techniczne. Przedsiębiorstwa będą musiały wymienić większość formularzy i zgód, przeszkolić swoich pracowników i zweryfikować wszystkie procesy pod kątem bezpieczeństwa danych osobowych. Będą też potrzebować odpowiedniej infrastruktury IT, która to zagwarantuje. Dlatego RODO może zwielokrotnić popularność chmury, która z jednej strony zapewnia bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa przechowywanych w niej danych, a z drugiej – usprawnia zarządzanie całą firmą.

– Cloud computing polega na wydelegowaniu infrastruktury, która zazwyczaj jest postawiona w firmie w przysłowiowej piwnicy, do zewnętrznego dostawcy. Dostarcza on chmurę w jednym z trzech modeli, może to być na przykład Infrastructure as a Service, Platform as a Service czy Software as a Service, czyli aplikacja jako usługa. Od strony prawnej nie różni się to bardzo od przetwarzania danych w każdym innym systemie. Wymaga podpisania umowy z dostawcą takiej chmury, która określa, w jaki sposób i w jakim centrum danych będą przetwarzane informacje – wyjaśnia Grzegorz Ciwoniuk z firmy Elastic Cloud Solutions, która specjalizuje się w rozwiązaniach chmurowych i współpracuje z InnVento, inkubatorem dla start-upów stworzonym przez PGNiG.

Chmura to jeden z głównych trendów technologicznych i filar cyfrowej transformacji gospodarki. Firma badawcza IDC prognozuje, że do 2020 roku wydatki firm na oprogramowanie, sprzęt, wdrożenia, serwis oraz zarządzanie usługami w chmurze w skali globalnej wzrosną trzykrotnie. Do końca tej dekady już 45 proc. oprogramowania i infrastruktury IT w przedsiębiorstwach prowadzonych na terenie Europy ma być dostarczane w chmurze.

Część ekspertów prognozuje, że w ciągu kilku lat chmura stanie się tak popularna, jak korzystanie z internetu. Przy niedużych nakładach finansowych rozwiązania chmurowe zapewniają większą efektywność, usprawnienie działania firmy i obniżenie wydatków na IT. Dostęp do danych przechowywanych w chmurze można uzyskać z każdego miejsca i o każdej porze. Co istotne, jej zaletą jest bardzo wysoki poziom bezpieczeństwa. Dzięki temu rozwiązania chmurowe mogą być pomocne we wdrażaniu unijnych regulacji dotyczących ochrony danych osobowych.

– Rewolucja 4.0 to duże wyzwanie, ale jednocześnie duża szansa dla polskich firm. Myślę, że mamy możliwość aktywnie zaistnieć i w pełni uczestniczyć w wyzwaniach współczesnego świata. Jednym z wyzwań związanych z czwartą rewolucją jest właśnie przetwarzanie danych na masową skalę – mówi Marcin Łasiński.

PGNiG we współpracy z Webellian będzie wspierać start-upy, których projekty opierają się na cloud computingu i mogą się okazać pomocne zarówno przy wdrażaniu RODO, jak i cyfrowej transformacji biznesu.

W połowie roku spółka PGNiG utworzyła inkubator InnVento z myślą o naukowcach i start-upach, których pomysły mogą znaleźć zastosowanie w energetyce. Zgodnie z przyjętą strategią na rozwój innowacji i prace badawczo-rozwojowe w całej grupie kapitałowej zamierza przeznaczać w najbliższych latach ponad 100 mln zł rocznie.

– Przyjęliśmy strategię, w której innowacyjność zajmuje bardzo ważne miejsce. Szukamy najnowszych rozwiązań, rozglądamy się na rynku za innowacjami i jesteśmy na bieżąco z najnowszymi pomysłami. Do naszego inkubatora InnVento zgłaszają się start-upy, które swoje pomysły opierają właśnie na chmurze obliczeniowej. PGNiG SA wprawdzie nie korzysta z usług cloud computing, jednak w pełni orientuje się w trendach technologicznych i wyzwaniach gospodarki czwartej rewolucji przemysłowej. Mamy w planach wprowadzenie możliwości korzystania z chmury dla start-upów w InnVento, które jest innowacyjną strukturą wyłączoną z PGNiG SA. Dzięki temu startupy będą mogły dla nas sprawnie tworzyć nowe rozwiązania i pełnić rolę dostawcy usług zbudowanych dzięki chmurze – mówi Anna Trojanowska, kierownik Działu Innowacji w Departamencie Innowacji i Rozwoju Biznesu PGNiG SA.

– Przed polskimi firmami stoi duże wyzwanie w związku z wdrożeniem RODO. Podjęliśmy współpracę ze start-upami i inkubatorami, dostarczając im nie tylko wsparcie technologiczne, lecz także merytoryczne i formalno-prawne. Nie da się dostarczyć każdorazowo uniwersalnego pakietu gotowych rozwiązań, na każdy z projektów trzeba spojrzeć indywidualnie. To jest właśnie największe wyzwanie – dodaje Marcin Łasiński z Webellian.

Wykorzystanie chmury w biznesie i zastosowanie jej w kontekście RODO było głównym motywem konferencji „Bezpieczny świat chmury obliczeniowej”, którą w zeszłym tygodniu zorganizowały obie firmy.

Lawinowo przybywa użytkowników bankowości mobilnej. PKO BP idzie na rekord w tym segmencie

Lawinowo przybywa użytkowników bankowości mobilnej. PKO BP idzie na rekord w tym segmencie 2

Liczba użytkowników bankowości mobilnej w Polsce przekroczyła już 9 mln. W porównaniu z ubiegłym rokiem przybyło prawie 2 mln osób, które regularnie logują się do swojego konta w banku za pośrednictwem smartfona lub tabletu. Liderem w tym segmencie jest PKO Bank Polski, w którym liczba aktywnych aplikacji mobilnej IKO przekroczyła właśnie 2 mln. To dwukrotnie więcej niż jeszcze rok temu. Co tydzień przybywa 40 tys. nowych aplikacji, a od początku tego roku klienci banku dokonali za pomocą IKO ok. 32 mln transakcji.

– Najważniejszym wyzwaniem związanym ze zmianami w sektorze finansowym w zakresie bankowości mobilnej będzie zapewnienie klientom bezpieczeństwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Jagiełło, prezes PKO Banku Polskiego.

Liczba użytkowników bankowości mobilnej rośnie w Polsce lawinowo. Na koniec trzeciego kwartału tego roku przekroczyła już 9 mln  wynika z danych opracowanych przez PRNews. Tyle osób regularnie loguje się do swojego konta w banku za pośrednictwem smartfona lub tabletu. W porównaniu z 2016 rokiem przybyło ich prawie 2 mln.

– Bankowość mobilna to w tej chwili jeden z najpopularniejszych kanałów dostępu do banków i rośnie bardzo dynamicznie. Telefon komórkowy służy już nie tylko do sprawdzania salda czy historii rachunku,lecz także do przelewów i płatności w sklepach czy internecie. Polski Standard Płatności i system BLIK zbudowany na bazie aplikacji IKO święcą triumfy w e-commerce. Klienci przekonali się do bankowości mobilnej i korzystają z niej na co dzień – mówi Michał Macierzyński, zastępca dyrektora Centrum Bankowości Mobilnej i Internetowej PKO Banku Polskiego.

Dynamika, z jaką przyrasta liczba użytkowników bankowości mobilnej, jest bardzo duża. Jeszcze na początku tego roku było ich 8,2 mln. Z kolei trzy lata temu za pośrednictwem tabletu lub smarftona do swojego rachunku logowało się raptem 3 mln klientów. Bankowość mobilna staje się standardem i szybko nadrabia dystans dzielący ją od bankowości internetowej (16 mln użytkowników).

– Jest to najchętniej odwiedzany kanał dostępu. Z badań wynika, że statystyczny klient przychodzi do oddziału banku raz w miesiącu albo raz na kwartał, a kilka razy w tygodniu loguje się do bankowości internetowej. Nasz aktywny klient średnio 8 razy w tygodniu loguje się do banku przez IKO. To pokazuje, że ci najbardziej aktywni klienci korzystają z banku w drodze, w czasie spotkania czy w autobusie. Wszyscy bankowcy podążają za tym trendem – mówi Michał Macierzyński.

PKO Bank Polski jest liderem w segmencie bankowości mobilnej. IKO to obecnie najpopularniejsza aplikacja w Polsce. W ciągu ostatniego roku liczba aplikacji podwoiła się i wynosi już ponad 2 mln (dla porównania liczba aktywnych użytkowników bankowości internetowej PKO BP to 3,6 mln), a od początku tego roku klienci banku dokonali za jej pomocą prawie 32 mln transakcji.

Zmienia się także sposób korzystania z aplikacji. Klienci częściej wykorzystują ją do transakcji, które do tej pory realizowali np. w bankowości internetowej. W tym roku bank zanotował blisko 150-procentowy przyrost liczby logowań do IKO, a jego klienci wykonali za pośrednictwem smartfona prawie 250 proc. transakcji więcej niż rok wcześniej.

– Nasi klienci bardzo chętnie korzystają z tego kanału dostępu. W rekordowych tygodniach realizują oni ok. 600 tys. przelewów czy 400 tys. płatności BLIK w internecie – mówi Michał Macierzyński.

W trzecim kwartale 2017 roku do swojego konta z poziomu urządzenia mobilnego zalogowało się ponad 2,4 mln klientów PKO BP i Inteligo (za pomocą aplikacji mobilnej, lekkiego serwisu lub jego pełnej wersji). Klienci logujący się za pośrednictwem IKO stanowią połowę (47 proc.) wszystkich mobilnych klientów (18-proc. wzrost w ujęciu kwartalnym). Aplikacja jest dostępna na rynku od blisko pięciu lat, ale PKO BP stale rozszerza listę jej funkcji. W tym roku została wzbogacona m.in. o płatności zbliżeniowe dla kart Mastercard, płatność kodem BLIK z aplikacji IKO w urzędach w całej Polsce, zakupy w internecie bez kodu BLIK (BLIK One Click), czasową blokadę karty oraz nowe rodzaje przelewów: natychmiastowy w ramach Expres Elixir, przelewy zagraniczne, podatkowe czy z karty kredytowej.

Oprócz funkcji płatniczych i bankowości mobilnej IKO jest też coraz istotniejszym kanałem sprzedażowym. W tym roku została wprowadzona możliwość wnioskowania o limit w koncie, zakup pożyczki gotówkowej czy ubezpieczenia podróżnego za jej pośrednictwem. W tej chwili co trzecia pożyczka gotówkowa w kanałach zdalnych jest sprzedawana właśnie za pośrednictwem aplikacji mobilnej.

– Obserwujemy rynkowe trendy, potrzeby klientów i rozwiązania, które wdraża konkurencja za granicą. W tym momencie aplikacja IKO ma wszystkie funkcje niezbędne klientowi korzystającemu z banku. To jednak nie oznacza, że możemy przestać ją rozwijać – przeciwnie, mamy bardzo ambitne plany rozwoju –mówi Michał Macierzyński.

Strategia PKO BP do 2020 roku kładzie mocny nacisk na dalszy rozwój kanału mobilnego. Zakłada wzbogacanie dostępnych funkcji i rozszerzanie oferty usług dostępnych zdalnie, z naciskiem na zwiększenie aktywności klientów w kanałach cyfrowych. Jak podkreśla prezes PKO BP, bank nie przestaje też rozwijać nowych rozwiązań technologicznych, kierując się trendami i potrzebami klientów.

– Automatyzacja, sztuczna inteligencja, robotyzacja to wyzwania nie tylko dla sektora finansowego, lecz także dla całej gospodarki. PKO BP, jako lider polskiego sektora finansowego, jest zaawansowany w tych procesach. Dowodzi tego nasza najlepsza w Polsce aplikacja IKO. Dla nas najważniejszy jest klient. Jeżeli coś jest dobre dla klienta – automatyzacja, robotyzacja, lepsza usługa, wyższa jakość – będziemy to rozwijać. Potwierdza to rosnąca z roku na rok liczba klientów w naszym banku – mówi Zbigniew Jagiełło.

7 proc. Polaków pije alkohol w sposób prowadzący do uzależnienia. Za większość przypadków upojenia alkoholowego odpowiada wódka

7 proc. Polaków pije alkohol w sposób prowadzący do uzależnienia. Za większość przypadków upojenia alkoholowego odpowiada wódka 3

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że około 7 proc. Polaków spożywa alkohol w sposób problemowy, czyli ryzykowny lub szkodliwy. W tej grupie 85 proc. osób miało w ciągu ostatniego roku incydent nadmiernego upicia się. 60 proc. osób z grupy pijących problemowo upija się wódką – wynika z przeprowadzonych w tym roku badań CBOS. Sięgając po mocne alkohole, osoby pijące problemowo wypijają więcej czystego alkoholu, niż gdy wybierają piwo lub wino.

Światowa Organizacja Zdrowia wyodrębniła dwa rodzaje picia problemowego – ryzykowne i szkodliwe. Picie ryzykowne to spożycie jednorazowo nadmiernej ilości, które nie powoduje jeszcze negatywnych konsekwencji, ale może się tak stać, o ile model konsumpcji nie zmieni się na bardziej umiarkowany. Natomiast picie szkodliwe powoduje już szkody zdrowotne, psychologiczne. Oba można postrzegać jako jeden z pierwszych etapów na drodze do choroby alkoholowej.

– W kategoriach psychologicznych picie szkodliwe to taki sposób spożywania alkoholu, który powoduje utratę kontroli. Nie zauważamy, że picie alkoholu prowadzi do różnych szkód i konsekwencji, takich jak obudzenie się w obcym miejscu, pobicie kogoś albo utrata świadomości działania. Picie szkodliwe powoduje, że człowiek zaniedbuje swoje zainteresowania i obowiązki. Zaczyna pić coraz intensywniej, ustawia swój styl życia pod kątem alkoholu, odkładając na później zadania do wykonania – mówi agencji Newseria Biznes dr Adam Kłodecki, specjalista psychoterapii uzależnień.

Według standardów WHO picie problemowe, czyli ryzykowne i szkodliwe, oznacza spożywanie regularnie powyżej 20 gramów czystego alkoholu dziennie przez kobiety oraz 40 gramów przez mężczyzn (przy łącznym tygodniowym spożyciu co najmniej 140 gramów czystego alkoholu w przypadku kobiet oraz 280 gramów w przypadku mężczyzn).

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że zdecydowana większość, bo aż 80 proc. Polaków, pije umiarkowanie, czyli nie więcej niż 6 litrów alkoholu rocznie. Tylko 7 proc. konsumentów spożywa alkohol w sposób problemowy. Wzorom konsumpcji alkoholu w tej właśnie grupie przyjrzała się firma badawcza CBOS, która na zlecenie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie przeprowadziła badanie „Modele picia napojów alkoholowych w Polsce”.

Wynika z niego, że ponad 85 proc. Polaków, którzy spożywają alkohol w sposób problemowy, miało w ciągu ostatniego roku doświadczenie nadmiernego upicia się. To o blisko 40 pkt proc. więcej niż w grupie, która odpowiedzialnie spożywa alkohol.

Analityk CBOS Marcin Herrmann zauważa, że wśród pijących ryzykownie i szkodliwie dużo częściej z alkoholem przesadzają osoby, które sięgają po mocne trunki, w przeciwieństwie do tych, którzy poprzestają na piwie lub winie.

 W blisko 60 proc. przypadków wódka jest alkoholem, za pomocą którego dochodzi do upicia się. Dwukrotnie rzadziej dotyczy to piwa, a tylko 13 proc. badanych z grupy ryzyka wskazuje na wino – mówi Marcin Herrmann.

Polacy, którzy piją problemowo, potrafią też wypić na raz dużo większe ilości alkoholu. Najwięcej czystego alkoholu spożywają przy okazji picia wódki (195 gramów, czyli ponad pół litra wódki na raz). W przypadku piwa ilość spożywanego na raz alkoholu to średnio 130 gramów, czyli 66 proc. tego, co w przypadku wódki.

Z danych Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych wynika, że średnie spożycie alkoholu w Polsce wynosi 9,4 litra czystego alkoholu etylowego na mieszkańca rocznie. 58 proc. wypijanego w Polsce alkoholu to piwo, a 34 proc. – trunki wysokoprocentowe.

Coca-Cola właśnie otworzyła kolejną inwestycję w Radzyminie wartą 24 mln zł. Firma zainwestuje w Polsce ponad 130 mln zł w ciągu kolejnych 2 lat

Coca-Cola właśnie otworzyła kolejną inwestycję w Radzyminie wartą 24 mln zł. Firma zainwestuje w Polsce ponad 130 mln zł w ciągu kolejnych 2 lat 4

Największe światowe koncerny napędzają polską gospodarkę. Tylko w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. Coca-Cola w ostatnich pięciu latach zainwestowała w kraju blisko pół miliarda złotych, a w następnych dwóch latach tę kwotę chce zwiększyć o kolejne 130 mln zł. Wkład koncernu do polskiej gospodarki szacowany jest na 2,6 mld zł oraz 1,2 mld zł wpływu z podatków. Przedstawiciele rządu podkreślają, że zagraniczne koncerny nie tylko dają know-how polskim partnerom, ale mają także duży wpływ na lokalne społeczności.

 Coca-Cola i inne globalne firmy, które inwestują w Polsce, mają dla gospodarki ogromne znaczenie, ponieważ zwiększają konkurencję. To zawsze dobra sytuacja, gdy mamy firmę, która jest w każdym miejscu na świecie, zna lokalne najlepsze praktyki i wszędzie je wdraża. Możemy się od nich uczyć, ale też z nimi konkurować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Jego zdaniem zagraniczne koncerny mogą też wpłynąć na usuwanie barier administracyjnych dla biznesu.

 Dotychczas administracja wdrażała różne prawa, niekoniecznie w konsultacji z rynkiem, co mogło utrudniać robienie biznesu przez polskie przedsiębiorstwa. Nasza rolą jest słuchać, co biznes ma do powiedzenia, jak możemy ułatwić prowadzenie tego biznesu w Polsce i usuwać archaiczne bariery z prawa – wskazuje Kościński.

Szacuje się, że w 2016 roku napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich do Polski przekroczył 50 mld zł. W ciągu ostatnich 25 lat co roku do Polski napływało średnio 26 mld zł kapitału. Inwestycje zagranicznych firm w znaczący sposób wpływają na rozwój polskiej gospodarki. Dzięki ulokowanemu w Polsce kapitałowi zagranicznemu i aktywności międzynarodowych korporacji poziom PKB tylko w 2015 roku był wyższy o 15,6 proc., niż gdyby inwestycji zagranicznych nie było.

 Wkład firmy Coca-Cola w polską gospodarką wynosi około 2,6 mld zł. To 0,14 proc. polskiego PKB. W postaci podatków wnosimy do budżetu państwa 1,2 mld zł rocznie, z czego mniej więcej połowa to VAT – podkreśla Nikos Kalaitzidakis, prezes zarządu Coca-Cola HBC. – Jako system Coca-Cola zatrudniamy bezpośrednio 2200 osób, ale według naszych obliczeń każde nasze miejsce pracy generuje ponad sześć dodatkowych miejsc w innych branżach. Pośrednio system Coca-Cola wspiera ponad 15 tysięcy miejsc pracy w polskiej gospodarce.

Z danych Coca-Cola wynika, że 74 proc. z każdej złotówki wydanej na produkty firmy zostaje w Polsce, a 94 proc. produktów sprzedawanych w naszym kraju jest też tutaj produkowanych. Koncern jest też jednym z najważniejszych inwestorów w kraju.

Inwestujemy w Polsce od 1991 roku. Tylko w ostatnich czterech latach zainwestowaliśmy blisko pół miliarda złotych, a w najbliższych dwóch latach chcemy zwiększyć tę kwotę o kolejne 130 mln zł – zapowiada Nikos Kalaitzidakis.

W Polsce działają trzy zakłady produkcyjne Coca-Cola (w Staniątkach, Tyliczu i Radzyminie) i trzynaście centrów dystrybucyjnych.

 Coca-Cola jest jednym z największych pracodawców w naszym regionie. Zatrudnia ok. trzystu osób, a jeśli doliczymy do tego wszystkie firmy i osoby współpracujące z zakładem, jest to kilkaset osób więcej. Jest to przede wszystkim bardzo ważny podatnik, a także firma, która bardzo chętnie angażuje się w przedsięwzięcia społeczne – mówi Krzysztof Chaciński, Burmistrz Miasta i Gminy Radzymin.

– Jesteśmy numerem jeden pod względem społecznej odpowiedzialności biznesu w Polsce. Tylko przez ostatnie dwa lata wydaliśmy 7 mln zł na projekty dotyczące ludzi młodych, kobiet i młodzieży. Co roku wspieramy tysiąc projektów związanych z odpowiedzialnością i zaangażowaniem społecznym, również poprzez program wolontariatu, w który zaangażowani są nasi pracownicy – wskazuje Nikos Kalaitzidakis.

W 2017 roku Coca-Cola uruchomiła program „YouthEpowered: Możesz więcej niż myślisz”, który ma na celu wsparcie młodych ludzi w wieku 18–30 lat, aktualnie nieszkolących i nieuczących się oraz niezatrudnionych lub za chwilę wchodzących na rynek pracy, w odnalezieniu się w życiu zawodowym. Poprzez warsztaty na żywo i szkolenia online, a także mentoring, program dostarcza kluczowych umiejętności życiowych i biznesowych, które pomogą im budować karierę. W tegorocznej pilotażowej edycji programu, prowadzonej we współpracy z pięcioma organizacjami pozarządowymi, zostało już przeszkolonych blisko dziewięćset osób

W 2016 roku Coca-Cola uruchomiła również program „Sukces to ja”, który wspiera aktywizację zawodową kobiet. W ramach pierwszej edycji przeszkolono ponad pięć tysięcy pań. Zaangażowanie w działania na rzecz kobiet to część globalnego zobowiązania koncernu HASH5by20, które zakłada aktywizację pięć milionów kobiet na całym świecie do 2020 roku. Jak podkreślają przedstawiciele Coca-Cola, na podstawie badania przygotowanego wspólnie z Deloitte, dzięki aktywizacji zawodowej pań w perspektywie do 2025 roku PKB Polski może wzrosnąć o 1 proc.

 Poprzez współpracę z instytucjami gminnymi Coca-Cola wspiera także lokalną działalność kulturalną i sportową. Firma uczestniczy aktywnie w finansowaniu imprez kulturalnych i ważnych wydarzeń, a także jest koncernem odpowiedzialnym społecznie, wspiera pracowników, kluby sportowe i rozwój młodzieży – wymienia Krzysztof Chaciński.

Równie ważne, jak wspieranie lokalnych społeczności, są także działania na rzecz ochrony środowiska. Modernizacja linii produkcyjnych pozwoliła oszczędzić w ubiegłym roku 158 tys. m3 wody. Odpowiada to objętości sześćdziesięciu trzech basenów olimpijskich. Dodatkowo prawie 100 proc. wytwarzanych w procesie produkcji odpadów trafia do recyklingu.

 Od 2001 roku nasze butelki zostały odchudzone o ponad 40 procent. Zużywamy więc znacznie mniej plastiku niż szesnaście lat temu. Innym obszarem, na którym się mocno skupiamy, jest emisja dwutlenku węgla. W ubiegłym roku udało nam się ją ograniczyć o 20 procent względem 2015 roku – podkreśla Nikos Kalaitzidakis.

Opracowane przez Polaków czujniki podczerwieni wykryją ogień zanim zmieni się w pożar. Urządzenia trafią na rynek w ciągu roku

Opracowane przez Polaków czujniki podczerwieni wykryją ogień zanim zmieni się w pożar. Urządzenia trafią na rynek w ciągu roku 5

Opracowane przez polskich naukowców innowacyjne czujniki podczerwieni pozwolą wcześniej wykrywać pożary. Urządzenia najnowszej generacji mają trafić na rynek w ciągu roku. Dotychczas stosowane czujniki nie mogły być dostępne w powszechnej sprzedaży, ze względu na użycie do ich produkcji szkodliwych substancji. Głównym zastosowaniem czujników jest wykrywanie pożarów, ale sprawdzą się także w medycynie, nauce czy ochronie środowiska.​

– Znaczenie techniki podczerwieni wynika przede wszystkim z powszechności występowania promieniowania podczerwonego. Te niewidzialne dla ludzkiego oka fale elektromagnetyczne niosą wiele informacji o obiektach, ich położeniu w przestrzeni, temperaturze, właściwościach powierzchni, a także informacje o atmosferze, w której się rozchodzą, o składzie chemicznym tej atmosfery – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje kpt. dr inż. Małgorzata Kopytko z Zakładu Fizyki Ciała Stałego Wojskowej Akademii Technicznej.

Jednym z podstawowych zastosowań czujników promieniowania podczerwonego jest wykrywanie pożarów. Specjaliści z WAT rozwijają własne czujniki, immersyjne wysokotemperaturowe detektory. Urządzenia te są zintegrowane z soczewką immersyjną – optyczną soczewką, która skupia promieniowanie i powoduje dodatkowo wzrost czułości tego przyrządu.

– Aby wykryć pożar, detektor reaguje na wyższą temperaturę. Już w pierwszej fazie pożaru reaguje na zmianę temperatury – przekonuje kpt. Małgorzata Kopytko.

Klasyczne detektory podczerwieni, ogólno dostępne na rynku, muszą być chłodzone do niskich temperatur w celu zmniejszenia szumów termicznych. Przyrządy opracowywane w Wojskowej Akademii Technicznej mogą pracować w temperaturach zbliżonych do temperatury otoczenia.

– Poprzednio nasza technologia opierała się na materiale tellurku kadmowo-rtęciowego, lecz niestety ze względu na zawartość rtęci materiał ten jest niestabilny temperaturowo, nie jest odporny na narażenia środowiskowe. Najnowsze detektory są zbudowane w oparciu o arsenek galowo-indowy. To materiał bardziej stabilny, dzięki temu przyrządy te mogą być bardziej odporne na narażenia środowiskowe – zapewnia przedstawicielka WAT.

Urządzenia są wytwarzane metodą epitaksji z wiązek molekularnych. W ten sposób na arsenku galu osadzana jest struktura detekcyjna. Następnie urządzenie poddawane jest całemu szeregowi procesów produkcyjnych, takich jak trawienie, nanoszenie różnych warstw, cięcie. W końcu otrzymujemy gotowy produkt.

Czujniki podczerwieni są stosowanie nie tylko do wykrywania pożarów. Już w temperaturze kilku kelwinów ciała zaczynają emitować promieniowanie podczerwone. Dzięki urządzeniom wykrywającym to promieniowanie możemy wykorzystać je do pomiarów odległości, przesyłania danych, obserwacji kosmosu, badania zabytków czy wykonywania zdjęć satelitarnych.

– Zakres zastosowań tych przyrządów jest szeroki, w cywilnych zastosowaniach służą one do zdalnego pomiaru temperatury. Są także wykorzystywane w medycynie, w nauce i w ochronie środowiska. Zastosowania militarne to główny obszar zastosowań tych przyrządów. Rynek detektorów podczerwieni rozwinął się dzięki zastosowaniom militarnym. Służą one np. do naprowadzania pocisków – wymienia ekspertka.

Naukowcy czy wojskowi używają niezwykle złożonych wykrywaczy podczerwieni, które ze względu zarówno na swoją cenę, jak i inne cechy, na przykład wykorzystanie toksycznych materiałów, nie znajdowały dotychczas szerokiego zastosowania na rynku cywilnym. Jednak dzięki pracy ekspertów z WAT wkrótce może się to zmienić.

– Nowością jest to, że przyrządy te nie zawierają rtęci i kadmu, czyli pierwiastków szkodliwych, co może rozszerzyć szczególnie zastosowania cywilne tych przyrządów. Do tej pory powszechnie stosowane detektory z tellurku kadmowo-rtęciowego nie mogły znajdować powszechnych zastosowań cywilnych, głównie znajdowały zastosowania militarne. Planujemy wprowadzenie tych przyrządów pod koniec przyszłego roku – twierdzi kpt. Małgorzata Kopytko.

Według raportu Markets & Markets pt. „Flame Detectors Market – Global Forecast to 2020” w 2020 roku wartość światowego rynku czujników płomienia ma sięgnąć 3,2 mld dol., a średnioroczny wzrost w ciągu najbliższych trzech lat będzie wynosił na tym rynku 6 proc.

Energetyka w Polsce zmierza w inną stronę niż w Europie. Wspólnym trendem jest elektromobilność

Energetyka w Polsce zmierza w inną stronę niż w Europie. Wspólnym trendem jest elektromobilność 6

Polska energetyka – oparta głównie na węglu – stoi przed nieco innymi wyzwaniami niż reszta świata, która powoli przechodzi od paliw kopalnych w stronę odnawialnych źródeł. Coraz surowsze wymogi klimatyczne i rosnące zapotrzebowanie na energię powodują jednak, że i polskie spółki nie uciekną od rozwijania innowacji, tworzenia nowych rozwiązań i usług. Wspólnym elementem dla polskiej i europejskiej energetyki są deklaracje dotyczące rozwoju elektromobilności. To element obecny też w polityce innowacyjnej dużych, europejskich koncernów. 

– Polski sektor energetyczny w swoich staraniach o tworzenie innowacyjnych rozwiązań koncentruje się na tych wyzwaniach, które są mu najbliższe. Jest więc kwestia obniżenia kosztów wytwarzania energii w źródłach konwencjonalnych, optymalizacji pracy tych źródeł oraz zbudowania warunków dla ich współpracy z odnawialną energetyką. Są też kwestie związane z budowaniem wartości dla klienta końcowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Lewenstein, innovation oficer w InnoEnergy.

Coraz surowsze wymogi klimatyczne i przepisy dotyczące ograniczenia emisji dwutlenku węgla, rozwój OZE i rosnące zapotrzebowanie na energię wymuszają na branży energetycznej zwrot ku innowacjom i nowym technologiom. Dlatego największe polskie spółki z sektora powołały już osobne podmioty, których celem jest rozwijanie innowacji i współpracy ze start-upami, i zmieniają swoje strategie biznesowe. Nowe rozwiązania są im potrzebne w całym łańcuchu wartości: od wytwarzania energii po obsługę klienta końcowego.

 Coraz większa konkurencja na rynku energii sprawia, że wytwórcy i sprzedawcy energii muszą walczyć o klienta nowymi usługami, dzięki którym klient pozostanie przy danym sprzedawcy albo  przejdzie do niego, zmieniając dotychczasową firmę. To są rozwiązania, na których koncentruje się obecnie polska energetyka w wymiarze sprzedażowym. Dochodzą do tego kwestie związane z innowacjami w ciepłownictwie, bo korzystanie z ciepła sieciowego jest w Polsce jest bardzo istotne, oraz wymogi związane z ochroną środowiska. Kwestie związane z jakością powietrza to ostatnio bardzo istotnym problemem, na który energetycy zwracają uwagę – mówi Marcin Lewenstein.

Ekspert InnoEnergy ocenia, że globalne wyzwania energetyczne różnią się nieco od tych, przed którymi stoi branża w Polsce. Wiąże się to z faktem, że polska energetyka jest w dużym stopniu oparta na węglu, podczas gdy globalnym trendem jest odchodzenie od paliw kopalnych.

Globalne megatrendy, które najbardziej wpływają teraz na sektor energetyczny, to dekarbonizacja, szeroko pojęta ochrona środowiska i rozwój odnawialnych źródeł energii, które coraz mocniej wchodzą na rynek – wylicza Marcin Lewenstein.

Odchodzenie od energetyki opartej na węglu to globalny i coraz bardziej zauważalny trend. Powodem jest społeczna presja na ograniczenie niekorzystnego wpływu energetyki na klimat i środowisko, coraz większa opłacalność korzystania z innych źródeł energii, w tym OZE.

Z informacji Głównego Instytutu Górnictwa wynika, że światowe rezerwy bilansowe węgla wynoszą obecnie ok. 860 mld ton, jednak ze względu na miejsce i głębokość występowania prawie 95 proc. wszystkich znanych zasobów znajduje się obecnie poza zasięgiem górnictwa konwencjonalnego.

Światowe wydobycie węgla kamiennego ustabilizowało się kilka lat temu na poziomie przekraczającym 7 mld ton rocznie. W 2015 roku produkcja wyniosła ok. 7,7 mld ton (z czego ok. 5,8 mld ton to węgiel energetyczny, a ok. 1,9 mld ton to węgiel koksowy).

Ostatnie dane Światowego Przeglądu Energetycznego, publikowane cyklicznie przez koncern BP (Statistical Review of World Energy June 2017), pokazują, że w 2016 roku wydobycie węgla odnotowało rekordowy spadek w wysokości 6,2 proc. (rok wcześniej spadło po raz pierwszy w tym stuleciu). Chiny, największy producent, odnotowały spadek o 7,9 proc., natomiast w USA produkcja spadła o 19 proc. Rok 2016 był trzecim z rzędu, w którym światowe wydobycie węgla spadało. Podobnie jak zapotrzebowanie na ten surowiec. Jeszcze w latach 2005–2015 zapotrzebowanie rosło w tempie ok. 2 proc. rocznie. Natomiast dane za 2016 rok pokazują, że zużycie węgla spadło niemal wszędzie (za wyjątkiem Afryki). Najbardziej w Wielkiej Brytanii, gdzie popyt na węgiel był niższy o ponad połowę. Nawet Chiny, które spalają najwięcej węgla, odnotowały w tym zakresie spadek o 1,6 proc.

– Jeśli skonfrontujemy to z polskim rynkiem, to nasze uzależnienie od węgla – zarówno kamiennego, jak i brunatnego – oraz fakt, że w Polsce bardzo duże ilości energii są wytwarzane właśnie z tego paliwa, trochę zmienią optykę. Polska do tej pory mniej stawiała na odnawialne źródła energii, bardziej koncentrując się na optymalizacji źródeł wytwórczych konwencjonalnych, na optymalizacji pracy sieci elektroenergetycznej oraz na ciepłownictwie – wskazuje Marcin Lewenstein.

Według danych GUS w 2016 roku w Polsce łączne wydobycie węgla kamiennego sięgnęło prawie 70,6 mln ton (wobec 72,2 mln ton w roku 2015), natomiast węgla brunatnego – 60,1 mln ton (wobec 63,1 rok wcześniej). Polska plasuje się w pierwszej dziesiątce producentów węgla na świecie, a krajowe zasoby węgla kamiennego szacuje się na blisko 70 mld ton (z których ok. 52 mld ton to zasoby bilansowe).

W Polsce produkcja energii elektrycznej z węgla przekracza 80 proc. produkcji energii elektrycznej ogółem. W ocenie Ministerstwa Energii polska energetyka, choć oparta na węglu, nie ucieknie od innowacji. W maju resort opublikował dokument programowy, w którym wskazał cztery główne filary innowacyjności polskiego sektora energetycznego („Innowacje dla energetyki: kierunki rozwoju innowacji energetycznych”). Pierwszym jest szeroko pojęta digitalizacja i cyfryzacja.

– Drugi filar jest związany z konwencjonalnymi źródłami energii. Są to szeroko pojęte aspekty wykorzystania węgla w energetyce, na przykład poprzez zgazowanie i poligenerację. Pojawia się też kwestia wychwytywania i ponownego użycia dwutlenku węgla, czyli carbon capture and utilization. W trzecim filarze pojawia się elektromobilność i circular economy [gospodarka w obiegu zamkniętym – red.] i to są aspekty, w których polska myśl innowacyjna może rozwinąć skrzydła – wskazuje Marcin Lewenstein.

Czwarty filar to wszystko, co wiąże się ze smart city, czyli technologie związane z efektywnością zużycia energii w budynkach, kogeneracji, wykorzystania chłodu i ciepła oraz zarządzanie energią w miastach.

Ekspert InnoEnergy wskazuje, że na rynkach europejskich jest z kolei większe zainteresowanie fotowoltaiką, szeroko pojętą energetyką wiatrową oraz rozwiązaniami prosumenckimi – zarówno w wymiarze wytwarzania energii przez dotychczasowego odbiorcę końcowego (który staje się producentem), jak i w wymiarze magazynowania energii już po stronie klienta.

– Na Zachodzie częściej niż w Polsce innowatorzy patrzą też na kierunki związane z magazynowaniem energii w bardzo różnych technologiach, począwszy od klasycznych baterii litowo-jonowych, przez baterie przepływowe, aż po technologię power-to-gas. Z polskiej perspektywy w globalny megatrend najlepiej wpisuje się rządowa deklaracja o rozwoju elektromobilności. To element obecny też w polityce innowacyjnej, w programach działań badawczo-rozwojowych i wdrożeniowych dużych firm europejskich – wskazuje Marcin Lewenstein.

Barometr Flotowy 2017

Rosną ceny żywności. Święta Bożego Narodzenia będą nas słono kosztowały

BLOOMGA SA notuje rekordowe wyniki. Prezes potwierdza debiut na NewConnect w 2018

BLOOMGA SA – polski deweloper produkujący gry komputerowe bardzo dynamicznie rozwija swoją podstawową działalność. Spółka przygotowuje się do międzynarodowej ekspansji z przeglądarkową grą ISLANDOOM. Trwają również prace nad kolejną produkcją „Clash of Ships”, w tym rekrutacja programistów do nowego projektu. Spółka przed przygotowywanym na początek 2018 roku debiutem na rynku NewConnect, w ramach private placement rozważa dodatkową emisję akcji dla funduszy inwestycyjnych i inwestorów prywatnych. Emisja akcji BLOOMGA SA tuż przed debiutem, ma wzmocnić bazę kapitałową i umożliwić w przyszłym roku pozyskanie miliona nowych graczy w Europie i USA.

Dawid Przygodzki - Bloomga
Dawid Przygodzki – Bloomga

Panie Prezesie, to nasza kolejna rozmowa. Czy może coś Pan więcej powiedzieć o bieżących dokonaniach spółki? Listopad miał przynieść rekordowe wyniki.

– Dzień dobry. Owszem. Tak się stało. Nie mogę ujawniać dokładnych danych, aby nie posądzano mnie o przekazywanie informacji poufnych, ale bardzo mocny trend wzrostowy we wszystkich kluczowych parametrach dla spółki odzwierciedlają dane z gry ISLANDOOM. W porównaniu do pierwszego miesiąca funkcjonowania gry z opcją fonetyzacji ma się to następująco:

  1. W zakresie ilości rejestracji Graczy nastąpił wzrost 11`17 vs. 09`17 o 426%.
  2. W zakresie ilości dokonywanych transakcji nastąpił wzrost 11`17 vs. 09`17 o 775%.
  3. W zakresie ilości graczy dokonujących płatności nastąpił wzrost 11`17 vs. 09`17 o 718%.
  4. W zakresie wartości transakcji nastąpił wzrost 11`17 vs. 09`17 o 1439%.

Wartość stale rosnącego przychodu cieszy nas najbardziej i pewnie on, jak i potencjał jaki dają nowe rynki zachęca inwestorów z jakimi prowadzimy rozmowy o emisji akcji. Pamiętajmy, że gra ma dopiero dwa światy, a przed nami jeszcze ponad sto światów gry i każdy będzie jeszcze ciekawszy. Taki mamy plan na 2018 rok. Obecnie wskaźnik ARPPU od września wzrósł o 178%, a ARPU o 299%. Potwierdza się, że balans gry ISLANDOOM jest dobrze zrealizowany, a Gracze pozytywnie oceniają produkt, chcą coraz więcej płacić za usługi premium, bardzo mocno aktywizują się w grze. Wszystko wskazuje na to, że w grudniu padną kolejne rekordy z polskiej wersji ISLANDOOM. Jakby tego było mało, już 12 grudnia planujemy otwarcie nowego świata z dodatkowymi funkcjonalnościami wraz z naszym największym wydawcą w Polsce. Zapewniam, że to będzie przełomowy etap dla pokazania inwestorom i Graczom naszych możliwości. Następnie przygotujemy wersję międzynarodową gry ISLANDOOM. Dziś wiem, że możemy mówić o około stu światach w IVQ2018. Jest to plan minimum, więc dzisiejsze wzrosty wskaźników są więc tylko wstępem do tego co pokażemy biznesowo już za rok. Z końcem 2018 ISLANDOOM będzie grywane w ponad dwudziestu krajach, z ponad 120 dostępnymi światami gry.

Kiedy gra ISLANDOOM może ustabilizować tak dynamiczne wzrosty przychodów i czy jest szansa, że dłuższy czas inwestorzy mogą się spodziewać takiego progresu ?

Co tydzień lub dwa możemy przyjąć do gry kilkadziesiąt tysięcy graczy, a w razie konieczności będziemy otwierać kilka światów jednocześnie. Ciekawe gry przeglądarkowe mogą generować rosnące zyski przez ponad dekadę i więcej. Z dużym prawdopodobieństwem ISLANDOOM pozwoli stać się nam spółką dywidendową. Jestem przekonany, że ISLANDOOM będzie rosło bardzo dynamicznie około trzech do pięciu lat i później sytuacja się ustabilizuje, a następnie powinien nastąpić renesans gry. Do czasu jej ustabilizowania będziemy mieć już kilka nowych produkcji. „Clash of Ships” to tylko jedna z naszych propozycji na lata 2018 – 2020.

Jaki jest dokładnie cel emisyjny, jeśli już dojdzie od zaproszenia inwestorów?

– Środki jakie zamierzamy pozyskać z nowej emisji akcji, która jest obecnie rozważana, posłużą spółce na produkcję nowej gry „Clash of Chips” (gra PvP) oraz na kampanie brandingowe ISLANDOOM, bo w ich efekcie pozyskujemy graczy bez udziału pośredników i nie musimy wówczas dzielić się zyskami. Jestem przekonany co do zasadności zwiększenia budżetów na taki sposób pozyskiwania Graczy, wyniki za listopad potwierdzają dobitnie, że mamy rację i dobrze zarządzamy budżetem reklamowym, a strategia działa niezawodnie. Chcemy zwiększać nakłady na sprawdzone formy reklamy, aby możliwie jak największy przychód z gry zostawał w spółce. Zawsze jednak będziemy pracować z partnerami lokalnymi w modelu RS – Revenue Share. Mają oni społeczność która czeka na produkt. Tylko tak wejdziemy z ISLANDOOM na praktycznie cały Świat w najdalej trzy lata, a projekt będzie się bardzo dynamicznie rozwijał i zyska międzynawową społeczność.

Panie Prezesie, spółka w listopadzie zorganizowała czat z inwestorami. Jakie są jego efekty?

– Można śmiało powiedzieć, że efekty chatu są bardzo pozytywne. Spółka jest coraz bliżej realizacji planów wejścia na NewConnect, po tym jak pozyskaliśmy w tym roku 860 tys. zł od inwestorów. Rozwijamy grę ISLANDOOM, bo to z tej gry generujemy codzienne przychody. Efekty biznesowe w Polsce oceniamy bardzo pozytywnie. Tego samego zdania są nasi inwestorzy i chcąc zachować skromność, to wspomniany czat internetowy był tego dowodem. Jak się to mówi „dowozimy kamienie milowe na czas” i inwestorzy to doceniają. Na czacie pojawiła się grupa nowych inwestorów zainteresowanych objęciem akcji BLOOMGA SA. Wymieniliśmy się poglądami i dostaliśmy wysoką ocenę bieżących dokonań. Przygotowujemy dokumenty pod emisję akcji, z której zamierzamy sfinansować wejście na zagraniczne rynki.

Obecnie szukacie nowych środków i prowadzi Pan rozmowy z inwestorami, ale kiedy można się spodziewać decyzji w zakresie uchwalenia emisji?

– Sądzę, że niebawem. Istnieje zbyt wiele pozytywnych przesłanek, aby się nie rozwijać dynamiczniej. Zbliżamy się do podjęcia decyzji tej decyzji, a nasi prawnicy pracują nad dokumentami. Mamy uchwalony kapitał docelowy, więc pozostaje nam seria spotkań z inwestorami i decyzja Rady Nadzorczej spółki w sprawie zgody na cenę emisyjną. Wiemy, że z nowej emisji chcemy pozyskać od 700 tys. zł do 1,5 mln zł ponad pozyskane już 0,9 mln zł.  Wielu obecnych akcjonariuszy wyraziło wolę zwiększenia zaangażowania kapitałowego, a to dobry znak w zakresie powodzenia emisji. Jeśli inwestorzy zaakceptują nasz plan, aby emisję  nowej serii akcji otworzyć jeszcze w grudniu tego roku i zamknąć w styczniu czy w lutym 2018 to jesteśmy zdania by iść tą drogą i nie przedłużać procesu, przyśpieszając jednocześnie debiut giełdowy i wykorzystać dużą dotację z programu 4Stock. Spółka rozwija się wyśmienicie, a doskonałe przyrosty sprzedaży i wszystkie wskaźniki z gry ISLANDOOM są na tyle dobre, że chcemy jeszcze mocniej pracować nad sprzedażą gry poza Polską i dalszym jej rozwojem. Nikt już nie ma wątpliwości, że pokazujemy światową jakość i potrafimy generować przychody. Wydawcy zagraniczni i agencje reklamowe są przygotowane na naszą grę i tylko kwestia budżetu zdecyduje jak szybko pojawimy się w Niemczech, Rosji i wielu innych krajach. Tak więc decyzję o otwarciu emisji przez zarząd spółki podejmiemy formalnie już w grudniu 2017. Możliwe, że grupa nowych inwestorów po czacie jeszcze mocno się powiększy i to im chcemy dać szansę aby poznali spółkę. Nie wykluczam scenariusza, że przed końcem grudnia inwestorzy będą tak mocno zainteresowani udziałem w planowanej emisji akcji, że pozyskamy górny poziom rozważanej emisji aby zatrudnić nowych programistów i przed wrześniem 2018 pokazać nową grę. Mimo, że rozmowy o planowanej emisji są bardzo zaawansowane, widzimy sens aby poznać jak najwięcej propozycji od inwestorów. Nie tylko gotówka zadecyduje o tym z kim podejmiemy decyzję o otwarciu emisji akcji. Pojawiają się ciekawi inwestorzy, którzy wywodzą się z rynku kapitałowego, czy znani sportowcy inwestujący w projekty na naszym stadium rozwoju. Jestem przekonany, że odrobina cierpliwości nam nie zaszkodzi.

Panie Prezesie, czyli debiut w roku 2018 to już decyzja przesądzona?

– Inny scenariusz nie wchodzi w grę. Z tak wyśmienitym zespołem jakim dysponujemy obecnie, szukamy partnera, z którym wejdziemy za najdalej trzy lata na główny parkiet, tak aby przyszłoroczny debiut na NewConnect nie był naszym rynkiem docelowym. Mamy dobry i bardzo mocno przemyślany pomysł na nową produkcję i nie ma co czekać z jego realizacją w pełnym składzie. Emisja akcji ułatwi nam zadanie, a to wiąże się z debiutem. Do dziś wszystkie cele biznesowe realizujemy z ogromną precyzją, a część planów nawet udało nam się przegonić i to przy mniejszym budżecie niż był dostępny. Debiut giełdowy będzie ważnym krokiem dla Spółki i nie chcemy go przekładać. Co więcej. Zamierzamy na poważnie zainteresować inwestorów zagranicznych spółką tuż po wejściu na giełdę. Wiemy, że spółka dziś planująca debiut musi dać duży potencjał zysku dla inwestorów, a duże fundusze z sektora gamedev chcą abyśmy byli notowani. Przede wszystkim dla transparentności i płynności ich kapitału zaangażowanego w rozwój. Z tego względu nie wykluczamy publicznej emisji akcji dla zagranicznych inwestorów w 2019 toku pod kolejną produkcję. Choć to plan odległy to sam fakt, że interesują się nami duże podmioty inwestycyjne jest budujący. Mamy już zainteresowane takim scenariuszem domy maklerskie i drugą stronę transakcji jaką są fundusze. To efekt moich spotkań w Niemczech i jakości gry ISLANDOOM. Sądzę, że przed debiutem planowanym na 2018 to ostatnia szansa aby objąć większy pakiet akcji ze strony inwestorów krajowych zanim zaczniemy największe wzrosty wartości po premierze gry w Niemczech – kolebce gier przeglądarkowych.

Panie Prezesie, a czy nie sądzi Pan, że wyceny polskich producentów gier są dość wysokie?

– Możliwe, ale my doskonale znamy realia bo sami od lat inwestujemy na giełdzie. Nie wyceniamy się tak aby zrobić „skok na kasę” tylko by pozyskać kapitał i dać realny potencjał inwestorom na zyski. Już ponad dwudziestu inwestorów nam zaufało, więc to dowód na to, że z pokorą podchodzimy do biznesu, jak i na to, że inwestorzy chcą nam powierzać gotówkę. Pracowaliśmy nad oceną sytuacji rynkowej z naszym doradcą transakcyjnym, giełdową Spółką MERIT INVEST SA i wiemy o jakich wycenach dla BLOOMGA SA możemy myśleć. Warto powiedzieć czytelnikom, że spółki z naszego sektora są bardzo różnorodne, a BLOOMGA SA jako przedstawiciel sektora zajmującego się grami przeglądarkowymi i mobilnymi jest najciekawszą alternatywą dla inwestorów na chwilę obecną. Nie jesteśmy też spółką jaka ma plan na produkcję gier tylko to robimy. Takie są fakty. Jeśli inwestorzy obawiają się przewartościowanych spółek to właśnie czas aby inwestorzy pomyśleli o nas. BLOOMGA jest w tym stadium rozwoju, gdzie możemy jeszcze wiele, wiele razy urosnąć. A jednocześnie jesteśmy już na takim etapie, że pokazujemy iż potrafimy generować przychody w poukładanym biznesie. Do tego naszą światową jakość można łatwo zweryfikować. Wystarczy zagrać w ISLANDOOM. Myślimy długofalowo i jesteśmy z Dorotą Denis-Brewczyńską profesjonalnymi, zawodowymi menadżerami. Nie możemy sobie pozwolić na niepoważne traktowanie inwestorów.

Proszę naszym czytelniom wyjaśnić model biznesowy.

– Wszystkie firmy wydawnicze z jakimi pracujemy w modelu RS – Revenu Share, to uznani i poważni partnerzy. Mamy dzięki nim zapewnioną stabilność i ciągłość codziennego pozyskiwania nowych graczy. Partnerzy inwestują w reklamę, ściągają graczy w oczekiwaniu na udział w zyskach. My w takim modelu nie wydajemy ani złotówki na promocję gry, a budujemy wartość dla partnerów i dla siebie. Biznesowo wygląda to tak, że dzielimy się zyskami z mikropłatności od ściągniętych przez partnerów Graczy. To przewaga gier przeglądarkowych. Kolejnym modelem jest pozyskiwanie Graczy poprzez wykorzystanie sieci afiliacyjnych, w których rozliczamy się za poprawne rejestracje. Dodatkowo zdobywamy ruch przy wykorzystaniu największych platform takich jak Facebook Ads oraz Google Adwords. Przez te platformy spółka posiada ogromnej ilości stargetowanych graczy. W ostatnim modelu wykorzystujemy ruch organiczny zdobywany np. z wyszukiwarek, poleceń graczy oraz naszych grup na Facebook. Dzięki ciągłemu budowaniu pozytywnego wizerunku notujemy z miesiąca na miesiąc coraz większą ilość rejestracji w tym modelu.

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów oraz udanego debiutu.

– Ja również dziękuję.

Fintechowe państwo to zwinne państwo

Być w fintechu jak Singapur – tę myśl słychać było wielokrotnie w kuluarach Impact fintech’17. Bez rewolucji wspieranej przez cały ekosystem świata finansów, regulacji i technologii, nie dołączymy do globalnej ekstraklasy.

Teza o dogonieniu azjatyckiego lidera fintechu z Singapuru rozgrzewała głowy ponad 1,5 tys. uczestników Impact fintech’17, jednego z najważniejszych wydarzeń fintechowych w Europie Środkowo Wschodniej. Nic dziwnego – jedną z czołowych postaci drugiego dnia Impact fintech’17 był Sopnendu Mohanty, przedstawiający się jako CFO – Chief Fintech Officer w Singapurze.

– Trzy lata temu była ledwie myśl o tym, żeby przekształcić się w fintechowe państwo. Dostałem do ręki możliwość kreowania regulacji, jak i finansowania nowego segmentu rynku. Zachęciliśmy banki do budowy otwartej architektury, zbudowaliśmy prawne zasady outsourcingu, ściągnęliśmy talenty i międzynarodową publikę. No i nie zakładamy, że z założenia każdy pomysł na styku banki – technologia musi być pod pręgierzem licencji – podkreśla Sopnendu Mohanty.

Singapurska piaskownica regulacyjna nie narzeka na natłok chętnych. I takie było założenie: trafiać do niej mają tylko najtrudniejsze przypadki. Jakie? Odpowiedź dawać ma regtech czyli regulacje prawne w fintechu. Te staną się wkrótce gorącym tematem już w skali globalnej. Zdaniem Stephanie Magnus z Baker McKenzie, ubezpieczyciele, banki, ale i startupy wydają rocznie setki milionów dolarów, by dostosowywać się do nowych regulacji. Stąd kiełkujące w tym obszarze fintechy, które opierają się o sztuczną inteligencję (AI) i machine learning.

– Regulatorzy i ich wytyczne muszą być częścią ekosystemu mającego w DNA współpracę z fintechami. To nie mogą być dwa osobne światy – uważa Stephanie Magnus. Jaki jest wzorcowy regulator? W swej piaskownicy promuje innowacje i patrzy, czy nic w prawie ich nie blokuje.

Po wczorajszych, pojednawczych wobec fintechu deklaracjach przewodniczącego KNF, kolejną dobrą wiadomość dla branży na 2018 r. przywiózł do Katowic Maciej Kawecki z Ministerstwa Cyfryzacji.

– Po co jest połączenie danych osobowych i fintechu? Po to, żeby z nich korzystać możliwie szeroko. To dane osobowe są walutą i paliwem cyfrowego świata, dlatego zmieniamy ponad 150 ustaw, by usprawnić przetwarzanie danych osobowych w Polsce – tym twierdzeniem Maciej Kawecki wzbudził uznanie wśród całej czołówki polskiej bankowości, obecnej na Impact fintech’17.

O tym, że rok 2018 będzie czasem wyjątkowych szans – także legislacyjnych – dla polskiego fintechu, przekonany jest Brunon Bartkiewicz, prezes ING Banku Śląskiego. By je wykorzystać banki muszą wykazać się zwinnością. Mowa o strategii „agile”, której wdrażanie deklaruje już każdy szanujący się bank.

– Szczerze? Klientów nie obchodzi, czy jesteśmy „agile” czy nie. W ich oczach robimy albo dobre dla nich rzeczy albo słabe. Dlatego banki mocno pracują na to, żeby być organizacją coraz lepszą każdego dnia. My podzieliliśmy firmę na setki niezależnych, zwinnych, fintechowych organizacji i to jest nasza odpowiedź na wyzwania rynku – zdradził Brunon Bartkiewicz, jeden ze 150 speakerów na Impact fintech’17.

Yobie Benjamin, były szef technologii Citibanku, a obecnie prezes Token.io, dodał, że bez elastyczności i otwarcia na fintech, banki postawią siebie w pozycji taksówek tracących rynek na rzecz Ubera.

– Dyrektywa PSD2 to rozwiązanie dla bankowości, a nie zagrożenie. Token.io pracuje więc nad jednym, wspólnym API dla branży finansowej i fintechów. Nasze nadrzędne przesłanie? Bądźcie klientocentryczni – apeluje Yobie Benjamin.

Już dziś polski fintech i banki wyznaczają proklienckie standardy dla innych branż w Polsce. Taki wniosek płynie z raportu Energia cyfryzacji – stan i kierunki rozwoju cyfrowego kanału obsługi dostawców energii i gazu w Polsce przygotowanego przez Obserwatorium.biz.

– Digitalizacja, to jest to, czego operatorzy energii muszą się nauczyć od sektora finansowego. Idąc drogą bankowości, pora budować dobry serwis poprzez kanały cyfrowe. Szacujemy, że do 2020 r. odsetek pozyskiwanych klientów online w branży energii i gazu może skoczyć z 4 proc. do 20 proc. – wyjaśnia Miłosz Brakoniecki, partner Obserwatorium.biz.

– Co jest przyszłością naszej branży? Cyfrowa baza wiedzy o klientach, strukturyzowane dane o ich zachowaniach. Wówczas będziemy w stanie w inteligentny sposób oferować im np. usługi dodatkowe – dodaje Kamil Kamiński, wiceprezes Tauronu.

A danych, jak wyliczał Adam Sobczak, prezes Cenatorium, jest aż nadto. Zaczynają być już liczone w…zettabajtach. Usługi dodatkowe to też oczko w głowie tych, którzy w wyścigu na innowacje są kilka długości przed energetyką. Tu gra toczy się o wysoką stawkę. Zdaniem Vladimira Pajkovskiego z Cardlay, wobec ofensywy fintechu do 2020 r. europejskie banki mogą stracić nawet 30 proc. z obecnego strumienia przychodów.

– Dlatego banki już teraz muszą się nauczyć zarabiać na usługach dodatkowych. I wreszcie zacząć je sprzedawać – twierdzi Pajkovski.

Teza ta trafiła na podatny grunt: David Putts z Billona wieszczy rychłe nadejście blockchainowej rewolucji, wspierającej fintechowy trend budowy usług wokół banków. Yehuda Yehudai, którego DOV-E zdobył startupową nagrodę publiczności, zapowiedział, że chce być częścią tego procesu. Izraelczyk twierdzi, że najlepsze dopiero przed jego startupem.

Polska wprowadza podatek katastralny, uderzy w galerie handlowe

Bitcoin za 16000 USD. Nerwowość funta

Tuż przed jutrzejszym raportem z amerykańskiego rynku pracy obserwuje się skromne umocnienie dolara niemalże wobec wszystkich walut koszyka G10. Czwartkowym wyjątkiem pozostaje funt szterling (0,3 proc.) targany losami negocjacji na linii Bruksela-Londyn. Nerwowość uczestników rynku doskonale odzwierciedla reakcja na nagłówki o braku szans na odroczenie ostatecznego terminu zawarcia porozumienia, co od początku negocjacji wiązało się z kategorycznym sprzeciwem unijnych reprezentantów.

Niewielką skalę deprecjacji odnotowało euro (-0,1 proc.), które zachowało status quo za sprawą potwierdzenia kwartalnej dynamiki PKB na poziomie 0,6 proc. W tym przypadku lekką dawkę zaskoczenia spowodowała rewizja rocznego tempa wzrostu za minione trzy miesiące roku, bowiem została ona podniesiona przez Eurostat o 0,1 pp. do 2,6 proc. Fundamentem ożywienia w gospodarkach państw strefy pozostaje konsumpcja, której zaczynają wtórować coraz bardziej satysfakcjonujące nakłady na inwestycje.

Na koniec dnia nieco silniejszy ruch w stronę południa odnotowała norweska korona (-0,3 proc.), która przez moment znalazła oparcie w październikowej produkcji wytwórczej (0,7 proc. m/m, konsensus: 0,7 proc.). Wobec dzisiejszej wypowiedzi Cecilii Skingsley, wiceprezes Riksbanku, były zbudowane oczekiwania na dawkę bardziej jastrzębiego przekazu. Na pierwszym planie ponownie znalazł się rynek nieruchomości, który przeżywa chwilowy przestój. Skingsley zauważa, że pogorszenie się nastrojów wśród deweloperów jest naturalną koleją rzeczy, co na chwilę obecną nie implikuje zmian w prowadzonej polityce monetarnej. Zniżka na poziomie 0,4 proc. czyni z korony szwedzkiej najbardziej przecenioną walutę skandynawską w trakcie czwartkowych notowań.

Niewiele bardziej pokaźny ruch w stronę południa ma za sobą australijski dolar (-0,5 proc.), na którego wycenę wpłynęły rozczarowujące dane dotyczące wymiany handlowej (105 mld AUD, konsensus: 1 400 mln). Podobną skalę przeceny notuje nowozelandzki dolar. Jego 0,5 proc. zniżka pozwala na zejście NZD/USD poniżej poziomu 0,6850.

Wśród danych napływających zza oceanu uwagę próbowały zwrócić cotygodniowe szacunki ilości złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Wskazanie na poziomie 236 tys. nie było dalekie od rynkowych oczekiwań (240 tys.) sygnalizujących stabilizację tendencji.

Czwartek na europejskich parkietach stał pod znakiem próby odrobienia wczorajszych spadków. W cieniu bardziej satysfakcjonujących zwyżek madryckiego indeksu IBEX 35 (0,8 proc.) czy mediolańskiego FTSE MIB (0,7 proc.) znalazł się frankfurcki DAX (0,4 proc.), któremu udało się wrócić nad okrągły poziom 13 000 pkt. Ponownie listę niemieckich komponentów otworzył ProSiebenSat.1 (3,1 proc.) będący beneficjentem wczorajszej wypowiedzi prezesa spółki odnośnie silnych trendów sprzedażowych w dobie telewizji internetowej, optymizmu wobec planowanych przejęć oraz planowanej zmiany strategii. Swoje straty usilnie wymazywał Commerzbank (2,3 proc.) mający perspektywę szeroko zakrojonej restrukturyzacji. Potencjalny ruch w stronę północy najsilniej ograniczył BASF (-0,9 proc.), którego prezes poinformował o bliskim końcu fuzji spółek Wintershall oraz Dea.

Kontynentalnego optymizmu nie podzieliły spółki w Londynie. Najsilniej ciążącym komponentem okazało się być Babcock International (-3,5 proc.), któremu wtórowało przebijające średnią z ostatnich 50 notowań Admiral Group (-2,6 proc.). Prawdopodobieństwo zwyżki indeksu FTSE 100 (-0,4 proc.) istotnie podbijał Pearson (2,2 proc.) informujący w trakcie wczorajszej sesji o skupie akcji własnych od Citi. Jego zwyżkę goniło BT Group (2,2 proc.) pomimo konieczności zapłaty odprawy w wysokości 1,6 mln GBP byłemu szefowi włoskiej filii spółki.

Oczkiem w głowie inwestorów przy Książęcej stały się spółki z sektora energetycznego niesione uchwaleniem przez Sejm ustawy o rynku mocy. Liderem notowań zostało PGE (5,8 proc.), któremu na koniec dnia udało się wygenerować techniczny sygnał przebicia średniej z ostatnich 200 notowań. Niestety na koniec czwartkowej sesji WIG 20 (-0,1 proc.) nie wrócił nad okrągły poziom 2 400 pkt. Szansę na wzrosty ostatecznie przekreśliło Orange (-4,4 proc.), któremu wtórował Cyfrowy Polsat (-2,5 proc.) za sprawą realizacji zysków związanych z planowanym przejęciem Netii (-0,6 proc.).

Na rynku metali szlachetnych ponownie obserwuje się dość intensywny odpływ kapitału – na koniec dnia uncja złota (-0,9 proc.) wraca w okolicę poziomu 1 252,70 USD, a srebro (-1,2 proc.) dotyka lokalnych minimów z lipca przy 15,77 USD. Na pohybel spadkom staje pallad (2,0 proc.) korzystający ze świetnych nastrojów w branży motoryzacyjnej. Wśród surowców energetycznych kolejną dawkę rozgoryczenia zapewniają styczniowe kontrakty na gaz ziemny, których 4,7 proc. przecenie stawia się dość skromna zwyżka ropy WTI (1,2 proc.) do poziomu 56,60 USD za baryłkę. Niekwestionowaną gwiazdą dnia zostaje Bitcoin (13,80 proc.) przebijający pod koniec europejskich notowań okrągły poziom 16 000 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

WSA kwestionuje polskie przepisy podatkowe

Według polskiego prawa podatkowego wykazanie VAT należnego z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów lub importu usług po upływie trzech miesięcy skutkuje naliczeniem dodatkowych odsetek. Jednak Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie orzekł, że naliczanie odsetek z tego tytułu nie jest zgodne z unijnymi przepisami.

Obowiązek, którego nie było

Kwestia rozliczania należnego VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów lub importu usług stała się problematyczna dopiero na początku 2017 r. Do tego czasu podatnik, który nie wykazał w deklaracji tego rodzaju transakcji w ciągu trzech miesięcy, nie był obciążony żadnymi sankcjami prawnymi.

Jednak sytuacja uległa diametralnej zmianie wraz z wejściem w życie nowych przepisów 1 stycznia 2017 r. Zgodnie z nowym brzmieniem art. 86 ust. 10 Ustawy z 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług „Prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego powstaje w rozliczeniu za okres, w którym w odniesieniu do nabytych lub importowanych przez podatnika towarów i usług powstał obowiązek podatkowy”. Istotny jest również zapis w art. 86 ust. 10b pkt 3 mówiący o tym, że prawo to powstaje „pod warunkiem, że podatnik uwzględni kwotę podatku należnego z tytułu tych transakcji w deklaracji podatkowej, w której jest on obowiązany rozliczyć ten podatek, nie później niż w terminie 3 miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów lub usług powstał obowiązek podatkowy”. Oznacza to, że podatnik powinien wykazać podatek należny z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów lub importu usług w deklaracji podatkowej za miesiąc, w którym powstał obowiązek podatkowy. Naliczony VAT powinien zaś być wykazany w rozliczeniu bieżącym. Jeśli jednak podatek należny zostanie uregulowany później niż w ciągu trzech miesięcy, podatnik zostanie obciążony odsetkami wynikającymi z opóźnienia w rozliczeniu podatku.

Problematyczne faktury

W znowelizowanej ustawie duże znaczenie ma również art. 86 ust. 10b pkt 2a, który stanowi, że prawo do obniżenia podatku należnego powstaje pod warunkiem, że podatnik „otrzyma fakturę dokumentującą dostawę towarów, stanowiącą u niego wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów, w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy”. Tu pojawia się poważny problem. Podatnicy korzystający z wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów lub importu usług otrzymują bowiem faktury po upływie trzech miesięcy. I chociaż nie dzieje się tak z ich winy, to oni są obciążeni odsetkami za późniejsze rozliczenie podatku.

Polskie przepisy niezgodne z dyrektywą

29 września 2017 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie wydał wyrok w sprawie ze skargi na interpretację indywidualną Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej w przedmiocie podatku od towarów i usług (sygn. akt I SA/Kr 709/17). Orzeczenie wskazuje, że polskie przepisy nakładające odsetki na podatnika, który wykazał należny VAT po trzech miesiącach, są niezgodne z unijnymi dyrektywami.

Po pierwsze, WSA podniósł, że nowe przepisy podatkowe obowiązujące w Polsce są niezgodne z zapisami Dyrektywy 112 WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej. Sąd zwrócił szczególną uwagę na art. 167 ww. Dyrektywy, który wskazuje, że „Prawo do odliczenia powstaje w momencie, gdy podatek, który podlega odliczeniu, staje się wymagalny”. Sąd powołał się również na art. 178 Dyrektywy 112 WE, który określa warunki konieczne do skorzystania z prawa do odliczenia, czyli konieczność posiadania faktury. Podkreślił również, że wymagany przez polskie organy podatkowe okres trzech miesięcy nie występuje w unijnej dyrektywie.

WSA w Krakowie powołał się również na kilka wyroków Trybunału Sprawiedliwości UE (m.in. z 18 marca 1987 r. w sprawie 56/86 Société pour l’exportation des sucres, z 30 czerwca 1987 r. w sprawie 47/86 Roquette Frères, z 26 czerwca 1990 r. w sprawie C-8/89 Zardi czy z 9 lipca 2015 r. w sprawie C-183/14), rozważając, czy naliczanie przez polskie organy podatkowe odsetek za rozliczenie po trzech miesiącach jest zgodne z unijnym prawem. Legalność nakładania obciążeń finansowych na podatników jest zależna od tego, czy będą one właściwe i konieczne do realizacji celów, do których zmierza konkretne uregulowanie. Ponadto, jeżeli można wybierać spośród wielu środków, należy stosować te, które będą najmniej restrykcyjne, oraz dbać o to, by nałożone ciężary nie były zbyt duże w stosunku do zamierzonych celów. Odwołując się w tym kontekście do procedury odliczania VAT, tworzone wymogi formalne nie mogą godzić w istotę instytucji, która jest oparta na zasadzie neutralności podatku, co jest równoznaczne z nieobciążaniem nim ekonomicznie podatnika. W związku z tym WSA orzekł, że w szczególności art. 86 ust. 10b i 10i ustawy o podatku od towarów i usług są sprzeczne z zasadami ustawodawstwa unijnego i powszechnie akceptowanym sposobem jego wykładni.

Zmiany w prawie w oderwaniu od rzeczywistości

WSA krytycznie ocenił polskie regulacje dotyczące przesunięcia w terminie rozliczenia podatku. Według wyroku są one nieuzasadnionym utrudnieniem ekonomicznym dla podatników, które jest wykorzystywane bez odniesienia do skali naruszenia wymogów formalnych oraz do tego, czy w danym przypadku doszło do prób oszustwa, wyłudzeń czy świadomego zaniżenia wysokości należnego podatku. Wprowadzona w styczniu 2017 r. nowelizacja sprawia, że wszyscy podatnicy są mierzeni jedną miarą i traktowani jako potencjalni oszuści. Dla organu podatkowego nie ma znaczenia fakt, że opóźnienia w rozliczeniu wynikają chociażby z braku posiadania wymaganych faktur. Wyrok WSA w Krakowie wskazuje, że wprowadzone przez Ministerstwo Finansów regulacje są oderwane od polskiej i unijnej rzeczywistości gospodarczej. Jakby jedynym celem było karanie podatnika bez względu na jego winę, a nie rzeczywiste wsparcie w prowadzeniu działalności na polskim rynku.

Wyrok WSA w Krakowie nie jest jedynym wyrokiem wskazującym niezgodność polskiego prawa podatkowego z prawem unijnym. Jednak na razie to podatnik musi dochodzić w sądzie swoich praw i niezgodnego z prawem Unii działania organów podatkowych.

Prewencyjnym działaniem byłoby wystąpienie o indywidualną interpretację przepisów, w tym zakresie i powołanie się na orzecznictwo, aby uniknąć procesu sądowego.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Chytre plany fiskusa

Ministerstwo Finansów przygotowało kolejną nowelizację przepisów ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw. Celem jest uszczelnienie systemu podatkowego w Polsce. Najnowszy projekt resortu finansów przewiduje, że zaliczenie wydatków do kosztów firmy będzie możliwe wyłącznie w sytuacji, gdy zapłata zostanie dokonana na zarejestrowany przez fiskusa rachunek bankowy. Czy nową propozycję Ministerstwa Finansów należy oceniać jako nadmierne ograniczenie prowadzenia działalności gospodarczej?

Zdaniem Ministerstwa Finansów kolejne zmiany w prawie podatkowym wprowadza się przede wszystkim po to, by spełnić postulaty przedsiębiorców, którzy oczekują m.in. narzędzi pozwalających im na sprawdzenie kontrahentów. Poza tym nowelizacja, według przedstawicieli rządu, jest konieczna, by usprawnić zwalczanie przestępstw osób zakładających działalność pod nazwą innego podmiotu w celu wyłudzenia należności podatkowych, a co za tym idzie – by zmniejszyć liczbę oszukiwanych firm.

Jednak analiza zmian przepisów prawa podatkowego w formie zaproponowanej przez resort finansów świadczy raczej o tym, że głównym celem ministerialnych założeń jest uszczelnienie systemu podatkowego poprzez nałożenie na przedsiębiorstwa dodatkowych, często nadmiernie obciążających obowiązków, aniżeli stworzenie regulacji wspomagających prowadzenie działalności gospodarczej. Nie można bowiem ocenić inaczej pomysłu uzależnienia możliwości zaliczenia wydatków do kosztów firmy od tego, czy zapłata została dokonana na zarejestrowany przez fiskusa rachunek bankowy.

Czas na kolejne uszczelnienia systemu podatkowego?

Ministerstwo Finansów uważa, że w ostatnich latach zauważalne jest zjawisko wykorzystywania mechanizmów konstrukcji podatku od towarów i usług (VAT) do uzyskiwania nielegalnych i nienależnych korzyści finansowych. Dotyczy to przede wszystkim uszczuplania należności budżetu państwa poprzez wyłudzanie nienależnego zwrotu tego podatku lub nieodprowadzanie należności podatkowych z tego tytułu. W ocenie resortu liczba nierzetelnych przedsiębiorców w Polsce i na terenie Unii Europejskiej wzrosła do takich rozmiarów, że niezbędne było przygotowanie kolejnej odsłony uszczelniania systemu podatkowego, czyli nowelizacji i tak już obszernych przepisów.

W ramach przedstawionego przez Ministerstwo Finansów projektu z dnia 20 września 2017 r. proponuje się zmiany w kilku obowiązujących aktach prawnych:

  • w Ustawie z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług (Dz.U. z 2017 r., poz. 1221, dalej jako: „ustawa o VAT”),
  • w Ustawie z dnia 13 października 1995 r. o zasadach ewidencji i identyfikacji podatników i płatników (Dz.U. z 2017 r., poz. 869),
  • w Ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa (Dz.U. z 2017 r., poz. 201, dalej jako: „Ordynacja podatkowa”),
  • w Ustawie z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. z 2016 r., poz. 2032, dalej jako: „ustawa o PIT”),
  • w Ustawie z dnia 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. z 2016 r., poz. 1888, dalej jako: „ustawa o CIT”) oraz
  • w Ustawie z dnia 5 listopada 2009 r. o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych (Dz.U. z 2016 r., poz. 1910).

Ministerstwo Finansów podkreśla, że w jego projekcie znajdą się szczególnie ważne zmiany, które umożliwią firmom sprawdzenie historii działalności ich kontrahentów. Jednak w istocie rzeczy nowelizacja zmierza ku temu, by wprowadzić kolejny instrument zmierzający do uszczelnienia systemu VAT kosztem nałożenia na przedsiębiorców dodatkowych obowiązków weryfikacyjnych.

Najnowszy pomysł resortu finansów uzależni bowiem możliwość zaliczenia wydatków do kosztów firmy od tego, gdy zapłata zostanie dokonana na zarejestrowany przez fiskusa rachunek bankowy. To kolejny przykład formalizowania i utrudniania prowadzenia działalności gospodarczej – przed rozliczeniem transakcji firmy będą zmuszone sprawdzać, czy konto wskazane na fakturze znajduje się na wykazie prowadzonym przez fiskusa. Konsekwencją niedopatrzenia i pomyłki przedsiębiorców będą straty finansowe.

„Dobra zmiana” nie dla przedsiębiorców

Projekt ustawy z dnia 20 września 2017 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw w art. 1 proponuje wprowadzenie zmian do art. 96 ustawy o VAT poprzez dodanie ust. 15, na podstawie którego utworzony zostanie wykaz podmiotów zarejestrowanych jako podatnicy VAT czynni. Będzie on zawierał dane identyfikujące osoby fizyczne i osoby prawne, m.in. numer NIP podatnika, jego imię i nazwisko lub nazwę, adres miejsca prowadzenia działalności gospodarczej (adres siedziby), a w szczególności numery rachunków rozliczeniowych podatnika lub imiennych rachunków podatnika w spółdzielczej kasie oszczędnościowo-kredytowej, której jest członkiem, wskazanych w zgłoszeniu identyfikacyjnym lub w zgłoszeniu aktualizacyjnym, związanych z prowadzoną działalnością. Projekt omawianej nowelizacji zakłada, że organem odpowiedzialnym za prowadzenie w formie elektronicznej wykazu podatników VAT czynnych będzie szef Krajowej Administracji Skarbowej (art. 96 ust. 17).

Celem powyższych zmian jest umożliwienie firmom sprawdzenia historii działalności ich kontrahentów. Powyższej regulacji nie można jednak rozpoznawać w oderwaniu od postanowień ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw, które przewidują wprowadzenie nowych obowiązków przedsiębiorców. W art. 2 i art. 3 projektowanej ustawy zmienia się ustawę o PIT oraz ustawę o CIT w ten sposób, że podatnicy nie mogą zaliczać do kosztów uzyskania przychodów kosztu w tej części, w jakiej płatność dotycząca transakcji określonej w art. 22 ustawy z dnia 2 lipca 2004 r. o swobodzie działalności gospodarczej (Dz.U. z 2015 r., poz. 584 z późn. zm.) została dokonana bez pośrednictwa rachunku płatniczego lub, w przypadku transakcji z podatnikiem zarejestrowanym na potrzeby podatku od towarów i usług jako podatnik VAT czynny, na rachunek inny niż zawarty w wykazie, o którym mowa w art. 96 ust. 15 ustawy o podatku od towarów i usług. Regulacja ta precyzuje, że w przypadku osób fizycznych należy mieć na myśli podatników prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą.

A zatem do kosztów uzyskania przychodów nie będzie można zaliczyć wydatków w tej części, w jakiej zapłata, której jednorazowa wartość przekracza równowartość 15 tys. złotych, została dokonana bez pośrednictwa rachunku bankowego (w przypadku transakcji na rzecz podatnika innego niż podatnik VAT czynny) albo nie została dokonana na zarejestrowany rachunek bankowy (w przypadku transakcji na rzecz podatnika VAT czynnego). Wynika to z projektowanej zmiany brzmienia ust. 1 i 2 w art. 22p ustawy o PIT oraz ust. 1 i 2 w art. 15d ustawy o CIT.

Konsekwencją nowelizacji będzie też odpowiedzialność solidarna podatników?

Ponadto zgodnie z projektowaną treścią art. 117ba przedmiotowej ustawy, jeżeli przedsiębiorca dokona zapłaty na rachunek podatnika inny niż rachunek bankowy zawarty w wykazie podatników VAT czynnych, wówczas będzie odpowiadał solidarnie ze zbywcą za zaległości podatkowe w części podatku proporcjonalnie przypadającej na tę dostawę lub świadczenie usług. Takie rozwiązanie będzie mieć daleko idące konsekwencje.

Podsumowując, korzyści dla przedsiębiorców, o których mowa we wspomnianym wyżej uzasadnieniu MF, będą wiązać się z dodatkowymi obowiązkami, których niedopełnienie wpłynie na możliwość rozliczenia płatności w kosztach uzyskania przychodów.

Projektowane zmiany, wraz z innymi przepisami ustawy z dnia 20 września 2017 r. o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw, mają wejść w życie po upływie 6 miesięcy od dnia ogłoszenia. Natomiast wyłączenia dotyczące kosztów uzyskania przychodów mają być stosowane do wydatków zaliczonych do kosztów uzyskania przychodów po wejściu w życie ustawy.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Jakub Krawczyk – były Dyrektor Zarządzający Saatchi & Saatchi IS jako CEO Spacecamp

Od listopada br. stanowisko CEO w agencji kreatywno – technologicznej Spacecamp objął Jakub Krawczyk, były Chief Digital Officer w Publicis Communications oraz Dyrektor Zarządzający w Saatchi & Saatchi IS. Wcześniej związany m.in. z Ogilvy & Mather czy K2 Internet.

Jakub Krawczyk, CEO Spacecamp– Spacecamp to unikalna kombinacja utalentowanych ludzi, którzy przez ostatnie lata pracowali dla największych globalnych marek, realizując projekty z Genewą, Londynem, Nowym Jorkiem czy Dubajem. Są autorami strategii, designu i wdrożeń kompleksowych ekosystemów digitalowych. Jestem ogromnie podekscytowany tym projektem, bo z góry zakładamy nieustanny rozwój, który jest połączony z ciągłymi zmianami w innowacyjnych technologiach i zachowaniach konsumenckich – mówi Jakub Krawczyk, CEO Spacecamp.

Przynależność do platformy marketingowo – technologicznej Brand New Galaxy, daje ogromne możliwości wykorzystania efektu synergii. Jestem przekonana, że Kuba idealnie sprawdzi się w nowej roli i miejscu, w 100% czerpiąc z potencjału zarówno Spacecampu jak i BNG – dodaje Olga Adamkiewicz, CEO platformy Brand New Galaxy.

Jestem pewien, że wspólnie z Kubą będziemy w stanie realizować projekty na niespotykanym do tej pory poziomie, tworząc nową jakość na rynku digitalowym, która nie ma konkurencji nie tylko w Polsce, ale i na świecie  – dodaje Marek Palak, Managing Partner Spacecamp.

Spacecamp jest agencją kreatywno – technologiczną, która wykorzystując możliwości digital, projektuje komunikację marki z konsumentami, pomagając klientom rozwijać biznes. Zaczynając od strategii, UX, desingu po development aplikacji web i mobilnych, optymalizacje KPI czy lokalizacje platform na poziomie zarówno regionalnym, jak i globalnym.

Jakub jest Absolwentem Informatyki i Ekonometrii na Uniwersytecie Łódzkim. Zasiadał w jury takich konkursów jak Effie czy Media Trendy.

Więcej informacji o Spacecamp: www.spacecampx.com

Branża IT stawia na Rumunię. Polska akademia programowania otwiera tam swój oddział

Rumunia stanowi obecnie jedno z większych w Europie centrów technologicznych i ma największą liczbę pracowników IT w Europie Środkowo-Wschodniej. Szacuje się, że do 2020 roku zatrudnionych zostanie tam nawet 300 tys. specjalistów IT[1]. Potencjał tego kraju dla rozwoju swojej firmy postanowiło wykorzystać również Software Development Academy, które od stycznia 2018 roku, jako pierwsza akademia programowania w Polsce, będzie obecne na zagranicznym rynku szkoląc w Rumunii przyszłych programistów. Co czyni Rumunię coraz bardziej atrakcyjnym krajem dla zagranicznych inwestorów z sektora IT?

Według danych Eurostatu, Rumunia jest krajem, który zanotował największy ekonomiczny przychód w 2016 roku w Unii Europejskiej. Jest to spowodowane ogromnym wzrostem przychodów w branży IT, które w 2017 roku przekroczą 4 miliardy euro. Relatywnie niskie koszty pracy, w porównaniu do innych państw UE, a także brak podatku dochodowego dla programistów w Rumunii – to wszystko sprawia, że jest to bardzo atrakcyjny rynek pod względem warunków pracy dla sektora IT.

Rumunia wyprzedza Polskę pod względem liczby programistów

Szacuje się, że w Rumunii około 110-150 tys. osób pracuje obecnie w obszarze Komunikacji i IT. Rumunia ma zatem największą liczbę pracowników w tym sektorze w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla porównania, w Polsce szacuje się, że w tym samym sektorze pracuje około 100 tys., a na Ukrainie – 90 tys. pracowników[2]. IT to popularny kierunek rozwoju również ze względu na wysokie zarobki – średnie wynagrodzenie netto w sektorze IT wyniosło w czerwcu 1 tys. euro, czyli dwukrotnie więcej niż średnia płaca netto w Rumunii[3].

W Bukareszcie, a także okręgu Cluj, Iasi i Timis zlokalizowanych jest ponad 70% rumuńskich specjalistów IT, gdzie znajdują się główne centra technologii informacyjnych. To właśnie w Bukareszcie w styczniu 2018 roku zostanie otwarty pierwszy zagraniczny oddział największej w Polsce akademii programowania Software Development Academy, prowadzącej kursy w kilkunastu miastach naszego kraju. Od lutego kursy SDA będą również dostępne w Cluj-Napoca i Jassy. SDA to pierwsza tego typu firma w Polsce, otwierająca się biznesowo na Rumunię i planująca w najbliższym czasie wejście na rynki innych krajów CEE.

–– Rumunia zajmuje obecnie szóste miejsce w światowym indeksie, jeśli chodzi o liczbę certyfikowanych specjalistów IT[4] – wyjaśnia Piotr Mazur, wiceprezes Software Development Academy. – Przyjazne środowisko biznesowe przyciąga do Rumunii coraz więcej inwestorów, co z kolei generuje rosnące zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów. Ze względu na chłonność branży, nasz model działalności idealnie wpasowuje się w tamtejsze potrzeby i stanowi alternatywę dla tradycyjnych kanałów rekrutacji. Wejście na zagraniczny rynek to dla nas naturalny krok w dalszym rozwoju spółki.

SDA dostarczy na rynek rumuński nawet kilkaset programistów w ciągu 12 miesięcy

Według ekspertów liczba specjalistów IT w Rumunii wciąż jest zbyt niska – rynek może potrzebować nawet ponad 300 000 programistów w tym kraju. Najbardziej pożądanymi specjalistami na rumuńskim rynku pracy są programiści, testerzy i programiści aplikacji mobilnych. W ciągu 12 miesięcy Software Development Academy chce wprowadzić na rynek rumuński kilkuset przeszkolonych programistów, przybliżając się do aktualnych wyników biznesowych w Polsce.

Rumunia to obecnie najszybciej rozwijająca się gospodarka w Europie. Rumuni są niezwykle pracowici i szybko się uczą, co skłania do inwestycji liczne, znaczące na rynku międzynarodowym, przedsiębiorstwa mówi Costin Alexandru, Country Manager w Rumunii.SDA to odpowiedź zarówno na indywidualne potrzeby osób pragnących rozwinąć swoją karierę w dynamicznym środowisku oraz dla szybko wzrastających przedsiębiorstw ICT, zatrudniających wysoko wykwalifikowanych pracowników. Jestem przekonany, że SDA Romania szybko przeistoczy się w młodszą, odnoszącą sukcesy „siostrę” SDA Polska.

Software Development Academy planuje przełożyć na nowy rynek europejski najlepsze praktyki wypracowane przez 4 lata na polskim rynku. Realizowane w akademii kursy prowadzone będą przez trenerów – aktywnych zawodowo programistów z lokalnego rynku pracy. Kursanci dostaną ponadto kompleksowe wsparcie – od doboru kursu, po doradztwo zawodowe oraz pomoc w znalezieniu pracy. Dla kursantów dostępny będzie również Student Success Program zrzeszający międzynarodową społeczność kursantów i absolwentów akademii. Ponadto na rumuńskich kursantów SDA czeka szereg lokalnych partnerów. W dowód uznania oraz zaufania dołączą do nich również partnerzy, z którymi współpracuje akademia SDA w Polsce.

[1] Business Review, By 2020, the Romanian IT industry will need 300,000 specialists, artykuł dostępny pod adresem: http://bit.ly/2BmPtGp

[2] Badanie rumuńskiej firmy rekrutacyjnej Brainspotting, dane dostępne pod adresem: http://bit.ly/2k9sYkO  

[3] Badanie rumuńskiej firmy rekrutacyjnej Brainspotting, dane dostępne pod adresem: http://bit.ly/2k9sYkO  

[4] Emerging Europe, Romanian IT business statistics are promising, artykuł dostępny pod adresem: http://bit.ly/2AjuKDO  

Herkules zamierza w grudniu wydać 5 mln zł na skup akcji własnych

Herkules S.A. – notowany na GPW lider wynajmu żurawi i dźwigów, opublikował zaproszenie do składania ofert sprzedaży akcji. Dokument zawiera szczegóły rozpoczynanej 11 grudnia br. kolejnej transzy Programu Skupu Akcji Własnych, która obejmuje maksymalnie 1,2 mln akcji po cenie jednostkowej 4,20 zł za akcję, tj. 33% powyżej kursu zamknięcia z 6 grudnia. Powyższą transzę Programu Skupu poprowadzi ponownie dom maklerski Noble Securities. Zarząd mimo identyfikacji zdarzeń jednorazowych obniżających wyniki 2017 r., niezmiennie oczekuje bardzo dobrych perspektyw dla spółki w 2018 r. i uważa proponowaną cenę za atrakcyjną zarówno dla Spółki, jak i jej Akcjonariuszy.

Zarząd Herkules 6 grudnia 2017 r. podjął uchwałę dotyczącą maksymalnej liczby Akcji Własnych objętych drugą transzą skupu (do 1,2 mln szt.) oraz ceny jednostkowej nabycia (4,2 zł), a dziś Spółka opublikowała zaproszenie do składania Ofert Sprzedaży Akcji. Skup będzie trwał w okresie od 11 do 20 grudnia br. W dniu 28 grudnia spółka poda ewentualną stopę redukcji i zaakceptuje oferty, a rozliczenie transakcji odbędzie się maksymalnie do 29 grudnia.

– Przeznaczeniem skupu akcji jest ich umorzenie i tym samym zmniejszenie liczby akcji, dzięki czemu, oprócz wypłat dywidend, w ten sposób chcemy docenić naszych Akcjonariuszy. Z drugiej strony umożliwiamy tej części z nich, którzy nie czują się usatysfakcjonowani obecnym kursem akcji, wycofanie się z inwestycji. Jesteśmy pewni, że założenia grudniowego skupu są atrakcyjne zarówno dla Spółki, jak i jej Akcjonariuszy, a proponowana cena nie odzwierciedla jeszcze w pełni korzystnych perspektyw, które stoją przed Spółką w kolejnych latach – powiedział Tomasz Kwieciński, Wiceprezes Zarządu Herkules S.A.

Spółka dotychczas skupiła akcje stanowiące 3,32% kapitału, wobec 11%, na które zgodę wyraziło NWZ z lutego br.

–  W 2017 r. chcemy w naszych wynikach ująć zidentyfikowane niekorzystne czynniki i rozpocząć kolejny rok, w taki sposób, by móc zaprezentować potencjał wynikowy Grupy Herkules. Mimo dobrych warunków rynkowych, w ostatnich kwartałach spotkały nas jednorazowe negatywne zdarzenia mające charakter czynnika losowego, związane z sytuacją spółki zależnej Viatron oraz jednym z naszych wieloletnich kontrahentów, tj. Grupą Vistal. Warto zauważyć, że powyższe odpisy mają charakter księgowy i nie wpływają na przepływy w Spółce – dodał Tomasz Kwieciński.

Herkules 6 grudnia poinformował o jednorazowych czynnikach, które prawdopodobnie obciążą skonsolidowany wynik Grupy z 2017 r. Łączna kwota odpisów może wynieść ok. 7,2 mln zł i składają się na nią następujące zdarzenia – 1,5 mln zł obejmuje saldo aktywowanych dotychczas kosztów poniesionych przez spółkę zależną Viatron w 2016 r. na inwestycję w pozyskanie rynków zagranicznych. Spółka Viatron zmuszona była przerwać realizację prowadzonych projektów w wyniku wypadku i uszkodzenia technicznego kluczowego żurawia. Ze zdarzeniem tym wiąże się drugi negatywny czynnik dotyczący Viatronu, czyli odpis aktualizujący wartość księgową inwestycji Herkules S.A. w akcje tej spółki zależnej, co może wynosić do 4,7 mln zł. Trzecią przesłanką jest odpis nieuregulowanych należności ze strony Grupy Kapitałowej Vistal, który wyniesie do 1 mln zł.

–  Sądzimy, że w 2018 r. koniunktura rynkowa będzie sprzyjać Herkulesowi. Rynek budowlany jest w dobrej kondycji, zarówno w sektorze deweloperów mieszkaniowych, jak i komercyjnych, oferujących obiekty biurowe bądź handlowe. W tym obszarze ostatnio osiągnęliśmy porozumienie w zakresie dzierżawy żurawi wieżowych z wykonawcami budów najwyższych wysokościowców w Warszawie, m.in. 195-metrowego Skylinera oraz pozyskaliśmy obsługę jednego z etapów kompleksu Varso, czyli najwyższego budynku w Unii Europejskiej. Od listopada pracujemy też na budowie 140-metrowego Mennica Legacy Tower – zaznaczył Tomasz Kwieciński.

W grudniu spółka informowała o pozyskaniu zlecenia na najem jednostek na rzecz budowy wieżowca Skyliner, dla którego Herkules udostępni dwa żurawie wieżowe marki Potain MD365 oraz MD238 o udźwigach 16 t i 12t. wraz z kompleksową obsługą. Całkowita wysokość podnoszenia pierwszego z nich wynosi 219,1 m (wierzchołek żurawia znajdzie się na wys. 232,25 m). Okres współpracy przy tej inwestycji wyniesie ok., 27 mies., a jej wartość 3,4 mln zł.

Herkules poszukuje też rynków za granicą. W obliczu zamknięcia sektora energetyki wiatrowej w Polsce, Spółka niedawno o rozszerzyła współpracę z niemieckim producentem turbin wiatrowych Enercon i zakontraktowała na farmach wiatrowych w Niemczech swoje żurawie gąsienicowe. Wartość tej transakcji w okresie najbliższego półrocza to 5 mln zł.

Dobre prognozy dla polskiego rynku HoReCa

W porównaniu do roku ubiegłego rynek gastronomiczny w Polsce wzrósł o ponad 10,5 pp. i jest wart niemal 36,12 mld zł.

Liczba aktywnych placówek całorocznych wzrosła o 1,8 pp. Z wyjątkiem lokali zaliczanych do kategorii klubów nocnych, pubów i sieci fast food, w każdym z segmentów rynku gastronomicznego w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyła się liczba punktów.

Jednocześnie, o ponad 13 pp. spadła liczba punktów gastronomicznych uruchamianych sezonowo, w porównaniu do 2016 roku.

Odsetek Polaków w wieku 15+, którzy deklarują, iż odwiedzili punkt gastronomiczny w ciągu ostatnich 12 miesięcy, spadł o 5 pp. w porównaniu do rekordowego roku 2016 i wynosi obecnie 49 proc. Jest on jednak nadal na poziomie wyższym niż ten notowany w latach 2012-2015. Znacznie zwiększyła się z kolei częstotliwość wizyt w lokalach gastronomicznych – do poziomu średnio 3,7 odwiedzin w skali miesiąca. Wart podkreślenia jest również fakt ciągłego wzrostu średniej liczby odwiedzanych rodzajów punktów obserwowany rokrocznie od 2014 roku.

Lidia Kucharska, analityk w dziale Consumer Goods and Retail GfK podsumowuje: „Rosnąca liczba lokali i ich coraz bardziej różnorodna oferta wydaje się wpływać na wzrost intensywności korzystania przez konsumentów z gastronomii, zarówno w formie rosnącej częstotliwości wizyt, jak i odwiedzania/próbowania różnych typów lokali”. Konsumenci, którzy odwiedzali punkty gastronomiczne, wydawali w nich średnio 98 zł miesięcznie (jest to najwyższa wartość na przestrzeni ostatnich 9 lat).

Polacy najczęściej odwiedzali punkty gastronomiczne w celu spotykania się ze znajomymi lub spontanicznie, bez szczególnej okazji. Wybór danego lokalu najczęściej uzależniali od smaku serwowanych posiłków, napojów, dogodnej lokalizacji lub decydowali się na niego z przyzwyczajenia. Ogólnie rzecz biorąc, frytki, burgery, mięsne zestawy posiłków, pizza i lody to najbardziej popularne produkty zamawiane w placówkach gastronomicznych, co jest odbiciem niezmiennie dominujących typów odwiedzanych przez Polaków lokali. Bowiem pizzerie, restauracje i fastfoody to najbardziej popularne rodzaje placówek odwiedzanych przez konsumentów. Jednak popularność tych ostatnich spadła w stosunku do ubiegłego roku.

Jeśli chodzi o sieci gastronomiczne, na czele pozostaje McDonald’s. Prawie dwie trzecie Polaków w wieku 15+ deklaruje, iż odwiedziło punkt tej sieci w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Sieci KFC i Pizza Hut nadal pozostają w czołówce rankingu popularności.

Ponad jedna czwarta konsumentów odwiedzających punkty gastronomiczne skorzystała z możliwości zamawiania potraw za pośrednictwem telefonu i/lub internetu. Ten sposób składania zamówienia cieszył się największą popularnością w przypadku pizzerii. Niemal dwie trzecie klientów gastronomii korzystało z opcji zamawiania wynos – najczęściej działo się tak w przypadku sieci McDonald’s i KFC.

O badaniu
Powyższe dane pochodzą z raportu „Rynek gastronomiczny 2017”, który opisuje rynek z perspektywy: właścicieli i kierowników punktów gastronomicznych oraz konsumentów odwiedzających poszczególne lokale, a to wszystko na tle bieżącego otoczenia rynkowego. Prezentowana jest między innymi liczba punktów gastronomicznych, wartość rynku, obroty punktów gastronomicznych oraz udział kategorii produktowych w obrotach. Szczegółowo zostały również przeanalizowane kwestie współpracy punktów z dostawcami/ producentami i przedstawicielami handlowymi.

Ceny ropy, złota, srebra i platyny w dół. Słabe dane z Niemiec

Pomimo działań OPEC ropa po chwilowych wzrostach wyraźnie spada. Słabe dane z Niemiec na temat produkcji przemysłowej. Metale szlachetne udowadniają, że nie są pewną lokatą kapitału.

Ropa idzie w dół

Pomimo decyzji o obniżeniu wydobycia przez OPEC przedłużonej do końca roku ceny czarnego złota idą w dół. Powodem jest fakt, że nie jest to jedyny producent. Wydobycie w USA stabilnie wzrasta i zajmuje coraz większą część luki. Warto również zwrócić uwagę na ostatnie dane o zapasach. Były one dość niejednoznaczne. Z jednej strony spadły zapasy ropy o 5,6 miliona baryłek, co jest naprawdę istotnym spadkiem. Z drugiej strony zapasy benzyny wzrosły jeszcze bardziej, bo niemal o 7 milionów baryłek. Rynek boi się, że jest to efekt słabnącego popytu na surowiec przy tym poziomie cen. Gdyby ta tendencja się utrzymała w USA byłby to bardzo zły sygnał dla rynku. Warto zwrócić uwagę, że od szczytów z początków grudnia ropa spadła już o niemal 5%. Jest to zła informacja dla krajów i  walut, których gospodarka mocno zależy od czarnego złota.

Dane z Europy

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z niemieckiego przemysłu. Produkcja przemysłowa wbrew oczekiwaniom nie wzrosła aż tyle ile oczekiwali analitycy. Różnica pomiędzy spodziewanym 4,3% a uzyskanym 2,7% może niepokoić. Było zresztą widać drobne tąpnięcie na głównej parze walutowej pokazujące, że inwestorzy nie przyjęli dobrze tych danych. Te same dane dobrze wypadły z kolei w Czechach. Różnica pomiędzy 10,3% a ogłoszonym 10,5% spowodowała zaledwie krótkotrwały wzrost zmienności na rynku. O 0,1% od oczekiwań lepiej wypadło PKB strefy euro, które rośnie o 2,6% w skali roku.

Metale szlachetne w niełasce

Dobra koniunktura ma też swoje słabsze strony. Gdy na rynkach jest bezpiecznie inwestorzy opuszczają tzw. bezpieczne przystanie. Zaczynają lokować środki w bardziej ryzykowne, a co za tym często idzie bardziej dochodowe instrumenty. Ofiarom takich działań padł np. frank szwajcarski, który do momentu gdy na rynkach było niepewnie zbliżał się ceną do euro. Obecnie jest około 15% tańszy. W odwrocie są też inwestycje w metale szlachetne. Ceny zarówno złota jak i srebra czy platyny w ostatnich tygodniach wyraźnie spadają.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czy przywództwo transformacyjne sprawdzi się w twojej firmie?

Dynamiczne otoczenie biznesowe i kolejne pokolenie na rynku pracy stawiają przed liderami nowe wyzwania. W sprostaniu im może pomóc zarządzanie w myśl koncepcji przywództwa transformacyjnego. Na czym ona polega i czy jej zastosowanie sprawdzi się tylko w przypadku kierowania zespołem millenialsów?

Co oznacza transformacja?

Coraz więcej organizacji dostrzega, że przywództwo opierające się na nagrodach i karach nie najlepiej się sprawdza. Kiedy szef proponuje transakcję – oferuje coś w zamian za wykonanie czegoś – koncentruje się na nadzorowaniu i egzekwowaniu, a w pracownikach kształtuje motywację zewnętrzną. Choć początkowo wyniki takiego działania mogą przynosić efekty, w dłuższej perspektywie takie rozwiązanie może przyczynić się do niskiego zaangażowania pracowników i spadku ich poczucia odpowiedzialności za realizowane zadania. Co zrobić, aby tak się nie stało? Rozwiązaniem może być przywództwo transformacyjne. – W myśl tej koncepcji lider to charyzmatyczny wizjoner, który formułuje ambitne, a zarazem realne cele i potrafi zainspirować zespół do ich realizacji. Pobudza motywację wewnętrzną i zaangażowanie, ponieważ ma indywidualne podejście do pracowników, zależy mu na ich rozwoju, stymuluje ich intelektualnie. Zachęca także do kreatywności, innowacyjności oraz samodzielnego myślenia. Inspiruje nie tylko optymistycznym i realistycznym obrazem przyszłości, ale także własnym przykładem – wyjaśnia Łukasz Gabryś, trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Właśnie takiej postawy poszukują w pracodawcy przedstawiciele pokolenia Y.

Szef tylko dla millenialsów?

Według badań za 10 lat millenialsi, czyli osoby urodzone między początkiem lat 80. a połową 90., będą stanowić 75% zatrudnionych, dlatego tak ważne jest to, aby już dziś zwrócić uwagę na ich potrzeby, wartości i sposób myślenia. Dla przedstawicieli tego pokolenia motywacja finansowa nie jest już najważniejsza. Są świetnie wyedukowani i zarazem gotowi na dalszy rozwój. Zależy im na równowadze pomiędzy pracą a życiem prywatnym, chcą robić to, co ich interesuje. Jedynie wtedy są w stanie się zaangażować. – Rodzaj wykonywanej pracy to jednak nie wszystko, kluczowa jest bowiem również postawa lidera. Millenialsi oczekują od niego nie tylko myślenia strategicznego i umiejętności podejmowania decyzji, ale też charyzmy, inspiracji oraz nakierowania na rozwój pracowników – mówi Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland. – Budowanie kompetencji członków zespołu powinno być wspólnym celem ich samych oraz przełożonych, niezależnie od wieku. W tym wyzwaniu może pomóc wiedza o funkcjonowaniu naszego mózgu – dodaje.

Trzy sieci, które powinien znać nowoczesny przywódca (i nie chodzi o internet)

Według ekspertów przywództwo transformacyjne ma uzasadnienie nie tylko w kontekście oczekiwań przedstawicieli pokolenia Y, ale również w neuronauce. Dla nowoczesnego przywódcy istotna jest znajomość trzech sieci w naszym mózgu – bezpieczeństwa, wykonawczej i domyślnej. Pierwsza z nich to tzw. mózg emocjonalny, w tym kontekście najważniejsze jest to, aby pracownicy nie czuli zagrożenia, ponieważ chroniczny stres obniża ich efektywność. Kiedy już zapewnimy członkom zespołu poczucie bezpieczeństwa, możemy rozpocząć wzmacnianie ich kompetencji. Odpowiedzialny za to zadanie jest tzw. mózg poznawczy, który możemy pobudzać poprzez udzielanie konstruktywnej informacji zwrotnej, czyli reagowanie na zachowanie i aktywność podwładnych, wyraźnie odróżniając od siebie pozytywy od ograniczeń. Trzecia sieć to tzw. mózg kreatywny, który potrzebuje inspirowania do twórczego myślenia. – Ważne, aby lider miał na uwadze rozwój pracowników w tych wszystkich trzech obszarach, bowiem na przykład o kreatywność znacznie trudniej, gdy brakuje poczucia bezpieczeństwa. Kwestią istotną dla budowania kompetencji jest także dawanie uprawnień i traktowanie podległych pracowników jako współpracowników. Przywódca transformacyjny pracuje razem z zespołem, jest jego częścią, identyfikuje się z nim, chętnie dzieli się wiedzą i doświadczeniem. W sytuacjach trudnych pomaga, ale nie wyręcza – jest więc zarazem przewodnikiem oraz partnerem. Taka postawa lidera buduje jego autorytet, a jednocześnie zwiększa morale zespołu i eliminuje niezdrową rywalizację. Myślę, że kształtowana w ten sposób atmosfera wzajemnego szacunku i zaufania w firmie jest pożądana nie tylko przez millenialsów – podsumowuje Łukasz Gabryś z Integra Consulting Poland.

Rada Doradcza ds. Bezpieczeństwa poza Granicami (Overseas Security Advisory Council – OSAC)

Powodzenie w prowadzeniu działalności gospodarczej, szczególnie za granicą, zależy w dużym stopniu od właściwego rozpoznania środowiska biznesowego w danym kraju lub regionie świata. Amerykańskie przedsiębiorstwa sektora prywatnego świetnie zdają sobie z tego sprawę i w ramach rozpoznania często przeprowadzają wywiad gospodarczy.

Badania firmy konsultingowej Futures Group wykazały, że 60% amerykańskich korporacji poddanych badaniu posiadało dobrze zorganizowane systemy wywiadu gospodarczego, a wszyscy respondenci wykazali, iż zbierają informacje wywiadowcze w różnych obszarach rozwijanej działalności. Natomiast badania Global Intelligence Alliance z 2007 r. pokazują, że niemal 100% wielkich amerykańskich przedsiębiorstw wykorzystuje wywiad gospodarczy do wspierania procesu podejmowania decyzji (nie oznacza to jednak, że wszystkie mają etatowe struktury). Wynika z tego, że niemal każda amerykańska firma swoje działania biznesowe poprzedza samodzielnym, gruntownym rozpoznaniem środowiska i warunków, w jakich przyjdzie jej działać.

W swoich działaniach rozpoznawczych amerykańskie firmy nie są pozostawione samymi sobie. W prezentowanym artykule chcemy zwrócić Państwa uwagę na to, że działalność prywatnych firm amerykańskich otrzymuje wsparcie ze strony administracji rządowej USA. Dzięki swego rodzaju partnerstwu prywatno-publicznemu amerykański prywatny biznes za granicą otrzymuje znaczące wsparcie informacyjne ze strony Departamentu Stanu, amerykańskich ambasad i konsulatów. Przekazywane informacje dotyczą m.in. zagrożeń i bezpieczeństwa prowadzenia biznesu w prawie każdym miejscu na świecie. Wspomniane partnerstwo prywatno-publiczne realizowane jest poprzez Amerykańską Radę Doradczą ds. Bezpieczeństwa poza Granicami (OSAC).

Amerykańska Rada Doradcza ds. Bezpieczeństwa poza Granicami (OSAC) służy interesom prywatnego sektora gospodarki Stanów Zjednoczonych prowadzącemu interesy poza granicami kraju. Z jej usług korzystać mogą: organizacje gospodarcze, organizacje pozarządowe, uczelnie, związki wyznaniowe, a także wszelkie inne instytucje amerykańskiego sektora prywatnego działające za granicą.

OSAC została utworzona w 1985 r. na podstawie ustawy federalnej, tzw. Federal Advisory Committee Act, w celu promowania współdziałania amerykańskiego prywatnego biznesu i Departamentu Stanu w zabezpieczeniu amerykańskich interesów gospodarczych na świecie. Z czasem OSAC rozwinęła się. Dziś można ją uznać za niezwykle udane przedsięwzięcie typu joint venture, w skład którego weszły amerykańskie firmy i organizacje gospodarcze, i skuteczne narzędzie umożliwiające im radzenie sobie w obcym dla nich środowisku.

OSAC posiada swoją „Radę (nadzorczą)”, która składa się z ponad 30 organizacji sektora prywatnego i 5 instytucji publicznych reprezentujących określone branże lub gałęzie gospodarki. Organizacje członkowskie desygnują swoich przedstawicieli do „Rady” OSAC i dostarczają wskazań i instrukcji, na podstawie których tworzone są najbardziej korzystne programy funkcjonowania amerykańskiego prywatnego biznesu za granicą. OSAC przygotowuje również specjalne rekomendacje dla Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych, które wprowadzane są w życie przez Biuro Bezpieczeństwa Dyplomatycznego (DS) tego Departamentu. Rekomendacje te przygotowywane są głównie przez Centrum Wsparcia Badań i Informacji (Research and Information Support Center – RISC), stronę internetową OSAC i tzw. Program Rady Krajowej (Country Council Program).

Ważnym celem działalności OSAC było stworzenie efektywnej i bezpiecznej sieci łączności, z której korzystają jej członkowie. Członkostwo w OSAC nie wiąże się z żadnymi kosztami po stronie amerykańskich firm.

OSAC dostarcza przedsiębiorstwom informacji niezbędnych do bezpiecznego prowadzenia interesów za granicą, w tym związanych z identyfikacją i śledzeniem zagrożeń danych – takich jak:

  • charakterystyka osób zatrudnionych w sektorze prywatnym,
  • udogodnienia i utrudnienia gospodarcze,
  • bezpieczeństwo inwestycji,
  • interesy różnych podmiotów gospodarczych,
  • ochrona własności intelektualnej,
  • informacje na temat rozwoju nowych rynków z dokładną oceną bezpieczeństwa działania na tych rynkach teraz i w przewidywalnej przyszłości.

Te informacje OSAC dostarcza amerykańskim firmom i instytucjom w systemie całodobowym, siedem dni w tygodniu. Mają one postać analiz eksperckich, które są najczęściej odpowiedzią na konkretne pytania firm i dotyczą m.in. wyzwań związanych z bezpieczeństwem prowadzenia biznesu w konkretnym kraju.

Struktura OSAC

Radzie Doradczej ds. Bezpieczeństwa poza Granicami (OSAC) przewodniczą: Dyrektor Służby Bezpieczeństwa Dyplomatycznego w Departamencie Stanu oraz, jako współprzewodniczący, wybrany reprezentant sektora prywatnego.

Wybierani na okres od 2 do 6 lat, reprezentanci organizacji członkowskich OSAC spotykają się raz na kwartał w celu podjęcia ważnych dla Rady decyzji. Uczestniczą również w pracach podkomitetów OSAC, które zajmują się takimi kwestiami jak ochrona informacji gospodarczej czy ograniczenie wpływów transnarodowych organizacji przestępczych. Pod auspicjami kierownictwa OSAC inicjowane są coroczne dyskusje i oceny pięcioletnich planów organizacji. Pozwala to na bieżąco je aktualizować i dostosowywać do potrzeb organizacji członkowskich OSAC.

W strukturach OSAC funkcjonują cztery zasadnicze ośrodki, za pomocą których przekazywane są informacje niezbędne amerykańskiemu sektorowi prywatnemu do działania za granicą:

  • „Rada” OSAC kieruje organizacją i określa jej strategiczne kierunki działania, cele i zadania. Jej struktura gwarantuje, że cele i zadania OSAC określane są przez przedstawicieli sektora prywatnego jedynie z niewielkim wsparciem sektora publicznego.
  • Centrum Wsparcia Badań i Informacji (RISC) jest przeznaczone wyłącznie dla amerykańskiego sektora prywatnego. Centrum szacuje zagrożenia dla amerykańskich biznesmenów, ich nieruchomości i własności intelektualnej za granicą. Posiadając dostęp do wielu informacji tajnych i jawnych raportów amerykańskich misji dyplomatycznych z całego świata, a także opracowane informacje ze źródeł otwartych, zespół RISC jest w stanie na bieżąco śledzić społeczne, polityczne i ekonomiczne kwestie mające wpływ na prowadzenie działalności amerykańskiego sektora prywatnego za granicą. Centrum RISC składa się z trzech odrębnych działów: Informacji i Rad Krajowych, Bezpieczeństwa Globalnego oraz Analiz Regionalnych.
  • Rady Krajowe stanowią replikę partnerstwa prywatno-publicznego OSAC na terenie 135 lokalizacji zagranicznych, jednocząc amerykańskie ambasady lub konsulaty z amerykańską społecznością biznesową w danym regionie w celu dzielenia się informacjami dotyczącymi bezpieczeństwa.
  • Strona internetowa OSAC to mechanizm, za pomocą którego OSAC rozpowszechnia jawne informacje o incydentach związanych z bezpieczeństwem prowadzenia biznesu i zagrożeniami dla amerykańskiego sektora prywatnego za granicą.

Korzyści dla firm i organizacji członkowskich OSAC

Sieć informacyjna OSAC zapewnia dostęp do wiarygodnych informacji i analiz dotyczących bezpieczeństwa prowadzenia biznesu na terenie całego globu. Sieć OSAC umożliwia w szczególności:

  • bezpośredni dostęp do RISC i rozbudowanej waszyngtońskiej strony WEB; informacje w obu tych bazach danych są na bieżąco aktualizowane,
  • natychmiastowy dostęp do wiarygodnych informacji o zagrożeniach dla amerykańskiego sektora prywatnego w konkretnym kraju lub rejonie świata dzięki dostępowi do baz danych Rad Krajowych,
  • możliwość korzystania z globalnej sieci łączności dla ok. 3,7 tys. organizacji członkowskich i ponad 135 Rad Krajowych wspieranych przez federalnych agentów prawnych urzędujących w amerykańskich ambasadach i konsulatach na całym świecie.

Strona internetowa OSAC.gov jest jedną z najpopularniejszych stron Departamentu Stanu USA. Zawartość tej strony jest w dużej części powszechnie dostępna. Składają się na nią:

  • raporty dot. dziennych nowości i streszczenia e-maili z ambasad i konsulatów,
  • raporty o wydarzeniach publicznych (gospodarczych i politycznych),
  • porady Departamentu Stanu dla podróżujących za granicę.

Oprócz dostępu do powszechnie publikowanych danych członkowie OSAC mają również dostęp do kont chronionych specjalnymi hasłami. Informacje znajdujące się na tych kontach obejmują m.in.:

  • raporty nt. większości incydentów dotyczących kwestii bezpieczeństwa na świecie i dotyczącą tych wydarzeń analizę porównawczą opartą na bieżących potrzebach członków,
  • opracowania związane z bezpieczeństwem podczas ważnych światowych wydarzeń, takich jak Igrzyska Olimpijskie, Puchar Świata w piłce nożnej, szczyt państw G-8 (G-7), Światowe Forum Ekonomiczne; w opracowaniach tych członkowie mogą znaleźć szczegółowe informacje nt. nadchodzących wydarzeń i aktualnych zagrożeń dla realizowanych przez konkretnego członka OSAC przedsięwzięć gospodarczych,
  • potrzebne konkretnym członkom OSAC raporty na ściśle określony temat lub dotyczące określonego regionu,
  • bibliotekę źródłową zawierającą informacje potrzebne członkom do planowania działalności gospodarczej, w tym planowania awaryjnego, a także wzorcowe modele prezentacji, które członkowie OSAC mogą wykorzystać do szkolenia swojego personelu,
  • komunikaty alarmowe przesyłane przez Biuro Spraw Konsularnych Departamentu Stanu USA z amerykańskich ambasad i konsulatów za granicą.

Członkami OSAC są firmy lub organizacje gospodarcze, a nie osoby indywidualne. Członkami Rady zostać mogą również amerykańskie organizacje „not-for-profit” i przedsiębiorstwa zarejestrowane w USA (przedsiębiorstwa macierzyste, a nie filie lub oddziały). Obecnie członkami OSAC są: małe i średnie firmy, wielkie korporacje wchodzące w skład Fortune 500, ośrodki akademickie, związki wyznaniowe i inne amerykańskie organizacje działające za granicą. Każda z tych organizacji wyznacza jednego przedstawiciela – „punkt kontaktowy” do kont (baz danych) OSAC. Zwykle takim „punktem kontaktowym” jest osoba reprezentująca szefa firmy (organizacji) w kwestiach bezpieczeństwa. Osoba ta jest upoważniona do tego, by dać dostęp do kont OSAC innym przedstawicielom danej firmy (organizacji).

OSAC jest najlepszym dowodem na to, że w Stanach Zjednoczonych silne jest przekonanie, iż powodzenie amerykańskich inwestycji i pomyślna ekspansja tego kraju za granicą zależy od posiadania aktualnej wiedzy o warunkach działania w środowisku gospodarczym danego kraju lub regionu. Potwierdza również, że prywatne przedsiębiorstwa w swoim działaniu poza granicami USA mogą liczyć na informacyjne wsparcie administracji rządowej.

Autor: Krzysztof Surdyk, radca prawny Robert Nogacki

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Bank Kanady utrzymuje stopy

Kanadyjski dolar tracił po ogłoszeniu decyzji Banku Kanady o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie i w związku z ostrożnymi wypowiedziami przedstawicieli instytucji. Decyzja była – co prawda – zgodna z oczekiwaniami analityków, ale ton wypowiedzi oficjeli Banku Kanady w sprawie ewentualnego podniesienia stóp procentowych w przyszłości był bardziej ostrożny niż oczekiwał rynek. Z kolei na wartości zyskiwał brazylijski real po tym, jak Bank Centralny Brazylii – zgodnie z oczekiwaniami analityków – obniżył główną stopę procentową o 50 pkt. bazowych do 7%. Przedstawiciele banku zwrócili uwagę na sygnały wskazujące na odbudowę brazylijskiej gospodarki.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,32%), brytyjskiego funta (+0,24%), dolara kanadyjskiego (+0,9%), dolara australijskiego (+0,52%) oraz japońskiego jena (+0,33%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,179, GBP/USD – 1,338, USD/CAD – 1,281, AUD/USD – 0,754 i USD/JPY – 112,6. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,01%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,881. Złotówka traci do głównych walut poza frankiem szwajcarskim. W czwartek rano dolar kosztuje 3,57 zł, euro – ponad 4,21 zł, funt – 4,78 zł, a frank – poniżej 3,61 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W środę w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,28%, frankfurcki indeks DAX stracił 0,38%, a paryski indeks CAC 40 obniżył się o 0,02%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 spadł o 0,01%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,95%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 1%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei zyskał 1,45%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,67%, a hongkoński indeks Hang Seng wzrósł o 0,26%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 62,86 USD (+0,65%), a ropy WTI – 57,62 USD (+0,26%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 66 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach idzie w dół. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1268 USD. To 7 USD mniej (-0,55%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 7:45 – Szwajcaria – Stopa bezrobocia, listopad – 3% (prognoza 3,1%)
  • 8:00 – Niemcy – Produkcja przemysłowa (r/r), październik – 2,7% (prognoza 4,3%)
  • 11:00 – Strefa euro – PKB (r/r), III kw. (prognoza 2,5%)
  • 13:30 – USA – Raport Challengera, listopad (poprzednia wartość 29,8 tys.)
  • 14:30 – USA – Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych, tydzień (prognoza 240 tys.)
  • 17:00 – Strefa euro – Wystąpienie szefa EBC

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

PKN ORLEN wśród światowych gigantów na liście Global Finance

PKN ORLEN został wyróżniony jako najlepsza spółka w obszarze zarządzania ryzykiem walutowym w Europie Centralnej i Wschodniej w prestiżowym rankingu magazynu Global Finance. Koncern trafił na prestiżową listę już po raz drugi z rzędu, sytuując się globalnie w gronie takich firm jak Apple, Siemens, Ford, United Technologies, Philips czy Sabic.

Kategoria zarządzania ryzykiem walutowym Global Finance wyróżnia firmy, które z sukcesem utrzymały marże zysku, przepływy pieniężne i globalną konkurencyjność na optymalnym poziomie. Wśród głównych kryteriów oceny znalazły m.in. się klarowna polityka zarządzania ryzykiem i sytuacjami kryzysowymi, pomiar ryzyka walutowego i koszty hedgingu.

Wyróżnienie prestiżowego „Global Finance” zobowiązuje nas do dalszego sukcesywnego budowania kompetencji i konsekwentnego, niezakłóconego przynoszenia dodatniego wyniku na scentralizowanym zarządzaniu ryzykami finansowymi w Grupie Kapitałowej. Ten sukces nie byłby możliwy bez zaangażowania całego zespołu zarządzania ryzykiem finansowym i płynnością. Obrana przez nas droga stopniowego rozwoju kompetencji zespołu oraz połączenie systematycznego podejścia do identyfikacji i analizy ryzyka z rozwojem kompetencji tradingowych zostały docenione przez rynki i przyczyniły się do poprawy naszej stabilności finansowej i przewidywalności wyniku – powiedział Jacek Matyjasik, Dyrektor Wykonawczy ds. Zarządzania Finansami w PKN ORLEN.

Wyróżnienie przyznane PKN ORLEN jest elementem prestiżowego rankingu Global Finance, honorującą także dostawców usług walutowych. W 18 edycji zestawienia znalazły się firmy ze 104 krajów, reprezentujących 7 globalnych regionów. Wybór laureatów dokonywany jest w oparciu o opinie analityków, menadżerów wyższego szczebla i ekspertów bankowych. Pod uwagę brane są wolumen transakcji, udział w rynku, zakres usług, obsługa klienta, konkurencyjne ceny oraz innowacyjne technologie.

Eksperci: W gazetkach brakuje spójnych opisów, treści są układane chaotycznie. Z estetyką też nie jest najlepiej

Kapituła Programu AdRetail Inspirio (AdRI) sprawdziła kilka tysięcy gazetek sieci dyskontów, supermarketów, hipermarketów i convenience, opublikowanych w I półroczu br. Większość z 8-osobowego składu wskazała, że dostępne na rynku publikacje są mało czytelne. Wynika to z nadmiaru prezentowanych blisko siebie produktów. Nagminnym błędem jest też pokazywanie towarów z różnych kategorii na jednej stronie. Ponadto ceny są przedstawiane na źle dobranych tłach, a przez to wyglądają niewyraźne. Co gorsza, nielogiczne łączenie ich z artykułami często może wprowadzać w błąd. Sieci zapominają również o tym, że obecnie, poza rabatami, konsumenci oczekują inspiracji do zakupów i informacji o walorach asortymentu.

Ekspert Komisji Europejskiej i jeden z członków Kapituły AdRI, Andrzej Wojciechowicz, stwierdza, że większość sieci komunikuje promocje w sposób dość chaotyczny, czyli przypadkowy w kwestii łączenia produktów na stronach swoich gazetek. Prezentowanie artykułów z różnych grup towarowych obok siebie często zaburza percepcję odbioru, dekoncentruje i limituje wybory klientów. Pokazywanie proszku do prania tuż obok świeżych warzyw i owoców niestety nie należy do rzadkości. Nie zawsze też dobór asortymentu pasuje do strategii handlowej danej sieci.

– Podstawą jest oczywiście prostota i logiczne ustawienie produktów. Im więcej sieci chcą nam pokazać w gazetce, tym gorzej z jej czytelnością. W dzisiejszych czasach konsumenci lubią proste i przyjazne rozwiązania, a więc w tym kierunku należy zmierzać. Zalecam też usystematyzowanie kategorii i zachowywanie wyraźnej przestrzeni pomiędzy prezentowanymi artykułami, w celu lepszej ekspozycji – mówi Norbert Kowalski, przewodniczący Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Eksponowanie cen i promocji

Jak zaznacza kolejny ekspert, dr Maria Andrzej Faliński, cena nie powinna być dominującym przekazem w gazetce. Taki zabieg zachęca do zakupów na tzw. biednym rynku. Tymczasem polscy konsumenci już zdążyli się oswoić z produktami wysokiej jakości i takich obecnie poszukują. Z reguły niskie ceny kojarzą im się z asortymentem gorszego sortu. Dlatego, w ocenie eksperta, wyraźne zaznaczanie, że produkt jest niezwykle tani bardziej szkodzi, niż pomaga w sprzedaży.

– Z przeprowadzonej analizy wynika, że tylko w części gazetek ceny są lepiej widoczne. Cenówki w formie jednobarwnego tła, np. żółtego, lub prostych kresek na białym kolorze często nie dają komfortu oglądającemu, gdyż zlewają się z częścią wyeksponowanych produktów na stronie. Dla przykładu, zielona etykieta cenowa w wielu miejscach spełni swoją rolę, ale obok awokado czy groszku już nie za bardzo – ocenia Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA i członek Kapituły AdRI.

W opinii Andrzeja Wojciechowicza, ceny są bardzo często źle eksponowane i nie dominują w przekazie. Najgorsze jest to, że są niewłaściwie przypisywane do produktów, z punktu widzenia intuicyjnego kojarzenia. Przedstawiane rabaty nie zawsze są oczywiste. Czasem wręcz szkodzą wizerunkowi sieci, gdy są prezentowane w sposób nieczytelny.

– Uważam, że dla konsumentów pomocne jest przede wszystkim tematyczne grupowanie promocji. To pomaga im łatwo i szybko wyszukiwać interesujące obniżki, a dodatkowo pozwala je zapamiętać. Jak wykazała analiza, duża część graczy na rynku coraz lepiej korzysta z tej zasady, m.in. tworząc oferty dnia lub tygodnia. Niemniej, jest jeszcze wiele atrybutów promocji wykorzystywanych w dość małym zakresie, a docenianych przez konsumentów, np. darmowa dostawa produktów kupionych przez Internet czy rabat na następne zakupy – stwierdza Katarzyna Czuchaj-Łagód, Dyrektor Zarządzająca Mobile Institute, członek Kapituły AdRI.

Prezentowanie produktów

Natomiast Michał Rosiak zaleca umieszczanie w gazetkach treści kontekstowych, które uzasadniają wybór danego produktu. W niektórych publikacjach pojawiają się opinie lub użyteczne informacje na temat asortymentu. Jednak w wielu przypadkach wciąż jeszcze brakuje pomocnych porad odnośnie wykorzystania konkretnego artykułu. I to jest jednym z najczęściej pojawiających się błędów. Takie podpowiedzi mogą zachęcać do nabywania wielu towarów spoza list zakupowych konsumentów.

– Trzeba zaznaczyć, że generalnie gazetki prezentują zbyt wiele modułów na swoich stronach – średnio kilkanaście. W związku z tym, poszczególne produkty są gorzej widoczne. Natomiast korzystne jest eksponowanie artykułów w aranżacjach tematycznych. I ten zabieg stosuje coraz więcej sieci, co było widoczne w analizowanych gazetkach – zwraca uwagę Marcin Dobek, członek zarządu platformy TakeTask S.A.

Jak podkreśla dr Faliński, w gazetkach jest zdecydowanie za mało informacji o walorach produktów. A to jest podstawą do budowania trwałej relacji z konsumentem, opartej na szacunku do niego. Bez tego klienci mają odczucie instrumentalnego traktowania ich, jedynie jako źródła zysku. Dobra oferta w życzliwy i nienachlany sposób przedstawia nowości. W ocenie eksperta, „bezduszna” optymalizacja powierzchni promocyjnej gazetek może skutkować spadkiem liczby kupujących.

– Gazetki w dużej części poprawnie prezentują swoje oferty. Ale częstym błędem jest upychanie dużej ilości produktów na małej powierzchni. Tymczasem mniejsza liczba artykułów pozwala lepiej je eksponować. Natomiast więcej informacji na temat danego artykułu na pewno pomogłoby konsumentom w lepszym rozumieniu propozycji sieci – doradza Dawid Firkowski, członek Kapituły Programu AdRetail.

Problem z estetyką

– Ogólnie występuje problem w zakresie czytelności oraz estetyki graficznej w dostępnych na rynku gazetkach. Przede wszystkim produkty i ich opisy nie tworzą spójnej całości. A to jest bardzo ważne, bo powiązane ze sobą przekazy często wpływają na łączny zakup kilku rzeczy. Poza tym, sieci powinny wyraźnie oddzielać od siebie grupy towarowe i artykuły – podpowiada dr Faliński, członek Kapituły AdRI.

Tymczasem Sebastian Starzyński stwierdza, że wśród kilku tysięcy analizowanych gazetek ani jedna nie została w całości źle zaprojektowana graficznie. Ale w większości zdarzały się błędy, często poważne. W  poszczególnych miejscach były to zwykle zbyt małe i słabej jakości zdjęcia produktów lub strony bardzo zbliżone kolorem do asortymentu. Ekspert stwierdza, że sieci powinny bardziej zwracać uwagę na tego typu szczegóły.

– Są pewne podstawowe zasady w kwestii doboru kolorystyki i motywów do skojarzeń, których nie wolno łamać. Niestety bezkrytyczna kreatywność i przekonanie o własnej nieomylności twórców gazetek często obracają się przeciwko emitentom. To, co sieciom wydaje się nowoczesne, przemawiające i estetyczne, niekoniecznie musi być tak odbierane przez konsumenta masowego, a to przecież do niego kierowany jest przekaz – przypomina Andrzej Wojciechowicz.

Gazetki zniechęcają?

Według Norberta Kowalskiego, jeśli gazetka jest nieczytelna i nie przekazuje klientowi oczekiwanych informacji, to teoretycznie może go zniechęcać do wizyt w danej sieci. Jednak w praktyce większość konsumentów zwykle odwiedza sklepy, które są blisko ich domów. W związku z tym, źle skomponowana gazetka nie powinna być wystarczającym powodem do rezygnacji z zakupów w danej sieci.

– Tego typu publikacja oczywiście ma realny wpływ na postrzeganie danej sieci. To jej wizytówka. Jeśli wygląda nieestetycznie, konsumenci to szybko zauważają. Obecnie nie wystarczy już duże zdjęcie produktu na białym tle z przekreśloną ceną, żeby zachęcić klientów do zakupów. Nowoczesne gazetki muszą przyciągać uwagę ofertami tematycznymi. Dotyczy to zarówno żywności, jak i asortymentu non-food. W przypadku produktów spożywczych zachęcającym dodatkiem są przepisy kulinarne – zapewnia Marcin Dobek, członek Kapituły AdRI.

Z obserwacji Sebastiana Starzyńskiego wynika, że odbiór danej gazetki głównie zależy od nastawienia klientów. Jeśli są wypoczęci i chcą dokładnie poznać ofertę sieci, aby wybrać sklep, to żadna gazetka ich nie zmęczy. Jednak tak niestrudzonych konsumentów jest coraz mniej. Większość osób ma mało czasu dla siebie, dlatego przejrzystość i zapewnianie inspiracji zakupowych działa najbardziej zachęcająco.

– Źle skomponowana gazetka, np. mało czytelna, w najlepszym razie nie zachęci odbiorcy do zakupów. W najgorszym przypadku, wpłynie ujemnie na postrzeganie sieci. Oba efekty oznaczają straty dla takiego gracza na rynku. Powinny być unikane. W diagnozowaniu błędów mogą pomóc wnikliwe badania i analizy. Potem trzeba oczywiście stosować się do zaleceń. Innej drogi niestety nie widzę – podsumowuje Michał Rosiak, zastępca przewodniczącego Kapituły Programu AdRetail Inspirio.

Najlepsze 25 startupów z regionu CEE rozpoczyna akcelerację w ramach Bridge to MassChallenge Warsaw

,Bridge to MassChallenge Warsaw ogłosił listę 25 startupów z regionu CEE, które zakwalifikowały się do pilotażowej edycji programu. Program jest dedykowaną krajom Europy Środkowo-Wschodniej odsłoną jednego z największych na świecie akceleratorów dla startupów – MassChallenge.

Celem programu jest przyciągnięcie do Polski najlepszych startupów technologicznych z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, pomoc w rozwoju ich biznesu, a także wsparcie w wyskalowaniu na rynki zagraniczne. Bridge to MassChallenge Warsaw rozpoczął swoją działalność w Warszawie z inicjatywy Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej oraz PKO Banku Polskiego – największego banku w regionie CEE. Partnerami programu są także: Visa – światowy lider płatności cyfrowych oraz PGE – lider rynku energetycznego w Polsce.

Dwumiesięczny nabór do akceleratora Bridge to MassChallenge Warsaw zakończył się 6 listopada. Do projektu zgłosiło się w sumie prawie 300 startupów z 26 krajów Europy Środkowo-Wschodniej i Bliskiego Wschodu.

Przesłane zgłoszenia były oceniane przez zespół międzynarodowych mentorów i ekspertów akceleracji oraz przedstawicieli partnerów programu.

Najbardziej obiecujące 25 startupów, których aplikacje zostały rozpatrzone pozytywnie i które otrzymały zaproszenie do udziału w programie Bridge to MassChallenge Warsaw, pochodzą finalnie z 12 krajów, w tym z Polski, Izraela, Estonii, Rumunii, Węgier, Łotwy, Słowacji, Rosji, Ukrainy, Bułgarii, Czech i Białorusi. Tak duże zróżnicowanie pochodzenia firm przyjętych do akceleratora potwierdza ambicje i realny potencjał drzemiący w innowacyjnych przedsiębiorcach wywodzących się z tej części Europy.

To, co najbardziej zaimponowało nam w startupach z regionu CEE, to ich globalne ambicje – twierdzi Kara Shurmantine, Senior Director of Global Partnership w MassChallenge – Czują potrzebę ciągłego rozwoju i ekspansji na nowe rynki od samego początku swojego istnienia. Właśnie ta ambicja sprawia, że idealnie wpisują się w wymagania, które stawiamy uczestnikom akceleratora MassChallenge.

Dzięki Bridge to MassChallenge Warsaw, najlepsze 25 startupów z Europy Środkowo-Wschodniej, w ramach dwóch 4-dniowych warsztatów w Warszawie i Bostonie, będzie mogło skorzystać z doradztwa lokalnych i globalnych ekspertów i mentorów, a także uzyskać dostęp do szerokiej sieci przedsiębiorców i inwestorów współpracujących z MassChallenge – czołowego akceleratora startupów na świecie. Na startupy, których rozwiązania zainteresują partnerów programu, czeka realna perspektywa zdobycia nowych klientów oraz szybkiej i bezpiecznej inwestycji.

PKO Bank Polski zainicjował program Bridge to MassChallenge Warsaw, aby zapewnić dojrzałym startupom wsparcie w osiąganiu skalowalności ich biznesów.  Liczymy że program wzmocni pozycję Polski w regionalnym ekosystemie startupowym, co ułatwi nam korzystanie z potencjału tkwiącego w innowacjach – mówi Grzegorz Pawlicki, Dyrektor Biura Innowacji i Doświadczeń Klienta w PKO Banku Polskim.

Finaliści zakwalifikowani do programu akceleracyjnego oferują rozwiązania wykorzystywane w wielu sektorach, między innymi Fin-tech oraz High-tech. – Wśród startupów zakwalifikowanych do udziału w programie znajdziemy niezwykle szerokie spektrum oferowanych rozwiązań i technologii – tłumaczy Joanna Misiewicz z Bridge to MassChallenge Warsaw – Usprawniają przepływy pieniężne w sektorze bankowym, tworzą nowatorskie platformy edukacyjne czy prowadzą analizę behawioralną dzieci z autyzmem, wspierając ich leczenie – dodaje.

Lista startupów zakwalifikowanych do programu akceleracji Bridge to MassChallenge Warsaw:

ShelfWise zapewnia oprogramowanie do natychmiastowego rozpoznawania półek sklepowych w czasie rzeczywistym, umożliwiając firmom weryfikację i ocenę planogramów – tj. sposobu prezentacji produktów w sklepie. Dzięki sztucznej inteligencji, w ciągu zaledwie kilku sekund, aplikacja pozwala firmom ocenić obecność i ekspozycję produktu oraz zgodność z planogramami już na etapie wizyty przedstawiciela handlowego w sklepie. Rozwiązanie kierowane jest przede wszystkim do firm z branży FMCG oraz sprzedawców detalicznych.

KLEAR Lending to platforma kredytowa P2P, oferująca alternatywną w stosunku do tradycyjnych formę pożyczania pieniędzy. Firma zbudowała środowisko łączące ludzi, którzy potrzebują pieniędzy z ludźmi poszukującymi wyższego zwrotu z oszczędności. Celem Klear Lending jest połączenie usług finansowych P2P
i bezpłatnej edukacji finansowej.

DOV-E oferuje rozwiązanie, które wykorzystuje technologię umożliwiającą bezprzewodową łączność pomiędzy portfelem mobilnym konsumenta a dowolnym, zlokalizowanym w pobliżu głośnikiem, bez konieczności interakcji ze stroną trzecią.

Edurio pomaga agencjom edukacyjnym oraz szkołom monitorować jakość prowadzonej edukacji, w sposób uwzględniający czynniki wybiegające poza tradycyjne oceny. Wykorzystując informację zwrotną od wszystkich zainteresowanych, Edurio zbiera i analizuje pozaakademickie dane, takie jak kultura, atmosfera w szkole, postrzeganie danej szkoły przez uczniów i ich rodziców.

FunSave pomaga zmieniać dzisiejsze dzieci w przyszłych klientów banków. Firma oferuje bankom kompleksowe rozwiązania B2B, które wspierają wdrażanie dzieci w świat bankowości, zamieniając świat finansów w świat zabawy. Rozwiązanie obejmuje mobilną aplikację z elementami sprzętu IoT.

bNesis oferuje platformę służącą bankom i instytucjom finansowym w integracji zewnętrznych aplikacji za pośrednictwem API. Za pomocą kilku kliknięć, potencjalni kredytobiorcy dzielą się swoimi miernikami finansowymi w czasie rzeczywistym ze wszystkich swoich rachunków w bankach, zamiast łączyć niezbędne systemy osobno. System scoringowy banku analizuje wydatki, dochody i inne dane kredytobiorcy, w tym informacje z innych banków i instytucji, a nawet sklepów internetowych i serwisów społecznościowych, a po kilku minutach generuje zgodę lub brak zgody na udzielenie kredytu.

CertChain – sieć certyfikacji oparta o technologie blockchain. Certchain to pierwsza globalna, zdecentralizowana platforma, na której każdy może śledzić cały cykl procesu potwierdzania jakości każdego produktu lub usługi.

Funtronic oferuje interaktywne narzędzia dydaktyczne, które z powodzeniem mogą być stosowane  na różnych poziomach kształcenia. Znajduje również zastosowanie w rehabilitacji i zabawie.

Smart Technology Group opracowała czytniki, które łączą wszystkie kluczowe technologie IoT w jednym urządzeniu (RFID, Beacon, WiFi, ZigBee i GSM/GPRS). Ich urządzenia sprawiają, że detekcja jest bezbłędna, szybsza i tańsza – dzięki smart RFID są w stanie wykryć setki przedmiotów w ciągu kilku sekund, z dużej odległości i podczas ruchu.

Wowworks zapewnia platformę, która pozwala na łączenie bieżących potrzeb sieci sklepów/punktów sprzedaży w zakresie utrzymania obiektu, IT, sprzątania i innych potrzeb operacyjnych, z lokalnymi, wykwalifikowanymi wykonawcami. Wowworks poprawia czas realizacji zadań, redukując koszty i prowadząc do znacznych oszczędności dla sprzedawców detalicznych (co najmniej 40%).

TakeTask dostarcza firmom aplikację, która w zintegrowany sposób pozwala realizować działania w firmie z wykorzystaniem geograficznie rozproszonych zasobów ludzkich. Dzięki aplikacji firmy mogą rozdzielać swoje zadania między własnych pracowników oraz społeczności zewnętrzne (crowdsourcing), gwarantując im elastyczność, skalowalność i opłacalność w obszarze zasobów ludzkich.

Spaceflow to aplikacja, która cyfryzuje życie w budynkach, co pozwala na bardziej efektywne wykorzystanie pełnego potencjału środowiska i udogodnień budynku, a także potencjału ludzi skupionych w każdej lokalnej społeczności.

Talk-A-Bot to kompleksowe rozwiązanie dla klientów korporacyjnych i największych marek. Talk-A-Bot obsługuje 50+ języków i wszystkie popularne platformy. Ich unikatowe boty zbudowane są z ponad 30 zintegrowanych modułów funkcyjnych i wykorzystują wiedzę marketingową chatbotu, zbudowaną na bazie dziesiątek milionów rozmów.

IC Solutions oferuje technologię cyfrowego długopisu, która umożliwia jednoczesne tworzenie dokumentów zarówno w formie pisemnej, jak i elektronicznej. Rozwiązanie IC Pen – automatycznie cyfryzuje pismo odręczne, zapisując dane w pamięci wewnętrznej długopisu i przesyłając te do komputera za pośrednictwem Bluetooth lub USB, pozwala na natychmiastowe przetwarzanie wypełnianych formularzy.

SNAPS redefiniuje modę, którą znamy. Firma opracowała produkty, które eliminują potrzebę wiązania sznurowadeł. SNAPS sprawia, że zakładanie i zdejmowanie sznurowanych butów staje się proste i szybkie.

IntelFlows oferuje system monitorowania zanieczyszczeń powietrza dla Smart Cities. Wykorzystując najnowsze osiągnięcia w dziedzinie technologii czujników oraz Internetu rzeczy, IntelFlows tworzy mapę zanieczyszczenia powietrza w miastach, instalując swoje czujniki na środkach transportu publicznego. W połączeniu z innymi źródłami danych IntelFlows opracowuje mapy termiczne, a także raporty i zalecenia dotyczące sposobów radzenia sobie z zanieczyszczeniem powietrza w przestrzeni miejskiej.

DrOmnibus stworzyło platformę cyfrową opartą na Stosowanej Analizie Behawioralnej, która wspiera terapię dzieci z autyzmem. Aplikacja DrOmnibus automatycznie dostosowuje się do indywidualnych możliwości każdego dziecka, aby pomóc mu w nauce podstawowych umiejętności społecznych i kognitywnych, koncentrowaniu się na ćwiczeniach, podtrzymywaniu uwagi, koordynacji wzrokowo-ruchowej oraz usprawnieniu logicznego myślenia i pamięci.

Docsify opracowało narzędzie, które pomaga handlowcom podejmować właściwe działania sprzedażowe w oparciu o zachowanie odbiorców. Zapewnia możliwość śledzenia poczty e-mail, dokumentów i stron internetowych oraz elastyczną automatyzację poczty elektronicznej i lead scoring. Dzięki temu ich użytkownicy spędzają czas mądrzej, szybciej finalizują transakcje i zwiększają produktywność swojego zespołu.

Younify ułatwia życie klientów banków poprzez agregację wszystkich dokumentów cyfrowych w jednym miejscu, ich przechowywanie, sortowanie i przygotowywanie, tak aby mogli czytać, płacić lub podpisywać je bezpośrednio za pośrednictwem bankowości elektronicznej.

Skriware opracowało ekosystem drukowania 3D dla domu i szkoły, składający się z intuicyjnych, łatwych w obsłudze drukarek 3D, interaktywnej platformy e-learningowej oraz e-biblioteki gotowych do druku modeli 3D. Misją firmy jest pomoc użytkownikom w rozwijaniu ich interdyscyplinarnych umiejętności (z zakresu nauki, technologii, inżynierii i matematyki) poprzez proces projektowania, budowania i programowania robotów.

SafeKiddo to rozwiązanie stworzone przez rodziców dla rodziców, aby pomóc im chronić dzieci w mobilnym świecie Internetu. SafeKiddo oferuje mobilną aplikację do kontroli rodzicielskiej, która integruje monitorowanie i kontrolę każdego urządzenia z dowolną możliwą metodą dostępu.

Apzumi Spatial tworzy zestaw narzędzi AR wzbogaconych o sztuczną inteligencję, dzięki którym procesy przemysłowe są bardziej precyzyjne i efektywne. Firma łączy w sobie zrozumienie potrzeb przemysłowych, doświadczenie i funkcje AR w złożone, ale łatwe w rozbudowie rozwiązanie. Najczęstsze obszary do usprawnień obejmują procesy edukacyjne, wsparcie pracowników linii montażowych, logistykę czy prototypowanie.

UnitDoseOne to zrobotyzowana apteka, która dla pacjentów szpitali przygotowuje dawki leków w indywidualnych zestawach. UnitDoseOne zajmuje się także logistyką leków szpitalnych – system wie, które leki będą potrzebne danego dnia, kto i kiedy umieścił je w aptece, kto je przepisał i kto dostarczył je pacjentowi.

StructView zapewnia interaktywne rozwiązania 3D dla miast i rynku nieruchomości. Firma oferuje zestaw innowacyjnych rozwiązań wspierających prezentację przestrzenną produktów, nieruchomości, a także całych miast.

Feedbeo to rozwiązanie do udzielania feedbacku w czasie rzeczywistym, w każdych warunkach, mające zastosowanie praktycznie w każdym sektorze. Aplikacja pomaga w szybkim zdefiniowaniu problemu po stronie użytkownika, przyspieszając proces jego naprawy.

Polacy chętnie korzystają z bankowości mobilnej. Jakie są zagrożenia?

Według badania opublikowanego przez NBP[1] na początku 2017 roku ponad połowa młodych Polaków (w wieku do 24 lat) korzysta z usług bankowych na urządzeniach mobilnych. Polacy są w europejskiej czołówce pod względem liczby osób korzystających z cyfrowych rozwiązań w bankowości – aż 91% przynajmniej raz w miesiącu dokonuje transakcji finansowych online lub przez aplikację mobilną[2]. Wśród zalet bankowości mobilnej najbardziej doceniane są: łatwość użycia (63%), oszczędność czasu (59%) oraz bezpieczeństwo (51%). Istnieją jednak pewne zagrożenia, na które warto zwrócić uwagę podczas korzystania z usług banku na urządzeniu mobilnym.

Spreparowana sieć Wi-Fi

Jedną z metod stosowaną przez hakerów jest próba przejęcia danych logowania do banku przy pomocy spreparowanej sieci Wi-Fi. Podatne na tego typu cyberataki są osoby, które logują się do publicznie dostępnych punktów sieciowych (tzw. hotspotów). Cyberprzestępca może z łatwością zabrać swój własny router do galerii handlowej i stworzyć sieć Wi-Fi, którą dla niepoznaki nazwie tak samo jak restaurację, w której akurat będzie przebywać potencjalna ofiara. W dodatku może przyciągać ogólną dostępnością bez konieczności wpisywania loginu i hasła. Po połączeniu się z taką siecią, a następnie skorzystaniu z usług bankowych (w szczególności z poziomu przeglądarki internetowej zamiast dedykowanej aplikacji), haker mógłby podejrzeć, jakie dane logowania do banku zostały wprowadzone przez użytkownika.

Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure
Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure

– Najczęściej bezpieczeństwo sesji bankowej naruszają tzw. ataki man-in-the-middle (MITM) –cyberprzestępca stara się znaleźć pomiędzy dwiema stronami, które wymieniają informacje, monitoruje przepływ danych oraz może wpływać na ich przekaz. Korzystając z bankowości internetowej, używamy informacji, które haker może przechwycić i wykorzystać do własnych celów – w praktyce włamać się na nasze konto ­mówi Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w firmie F-Secure.

Przestarzały system operacyjny 

Cyberprzestępcy mogą również wykorzystać luki w starych wersjach systemu, aby przejąć kontrolę nad słabo zabezpieczonym urządzeniem, co stanowi kolejne zagrożenie dla sesji bankowych. Według raportu Gartnera[3] opublikowanego w maju 2017 roku z systemu Android korzysta 86% użytkowników smartfonów na świecie. Najpopularniejszy mobilny system jest również najczęstszym celem ataków hakerskich. Wynika to w dużej mierze z braku masowych, regularnych aktualizacji systemu – tak jak odbywa się to w przypadku systemu Apple iOS. Na kilka miesięcy po premierze wersji Androida Oreo korzysta z niego zaledwie 0,3% użytkowników[4], a z wersji poprzedniej – Nougat – niewiele ponad 20% posiadaczy smartfonów z Androidem. Według doniesień Labu firmy F-Secure na przestrzeni 8 miesięcy (styczeń – sierpień 2017) liczba złośliwego oprogramowania atakująca systemy Android wzrosła o 70%[5].

Nieoficjalna aplikacja bankowa

Cyberprzestępcy wykorzystują również niski poziom autoryzacji aplikacji w sklepie Google’a oraz możliwość instalacji oprogramowania z niezaufanych źródeł. W październiku 2017 roku polskie instytucje finansowe przestrzegały przed aplikacją do śledzenia kursu kryptowalut, która była dostępna do pobrania z autoryzowanego sklepu. Po jej zainstalowaniu wyświetlała się specjalna nakładka udająca oficjalną aplikację bankową, w której użytkownicy byli proszeni o wpisanie swoich danych logowania. Tym samym cyberprzestępcy otrzymywali dostęp do konta. Wirus przejmował również kontrolę nad telefonem i dawał możliwość podsłuchiwania połączeń telefonicznych, a także wysyłania i odczytywania treści SMS-ów (w tym wiadomości potwierdzających transakcję z bankiem).

Aplikacje bankowe na urządzeniach mobilnych są z reguły dobrze chronione, ponieważ nie przechowują poufnych danych w pamięci podręcznej, a wylogowanie użytkownika następuje już po kilku minutach bezczynności. Mogą jednak stanowić realne zagrożenie, jeżeli przez przypadek użytkownik pobierze spreparowaną aplikację, która w praktyce będzie wykradała dane logowania. Aby ustrzec się od tego typu niebezpieczeństw, można skorzystać z oprogramowania Ochrona Internetu z funkcją Bezpiecznej Przeglądarki, która w momencie logowania się na stronę banku blokuje wszystkie inne połączenia i dba o bezpieczeństwo sesji tłumaczy Marek Nowowiejski, kierownik ds. rozwoju usług w sieci Plus.

Źródło:
https://www.nbp.pl/systemplatniczy/obrot_bezgotowkowy/Polacy-na-temat-uslug-bankowych_2016.pdf
Europejskie badanie bankowości cyfrowej przeprowadzone na zlecenie Mastercard w maju 2017 r.
https://www.gartner.com/newsroom/id/3725117
https://developer.android.com/about/dashboards/index.html
https://business.f-secure.com/android-threats-in-2017
[1] https://www.nbp.pl/systemplatniczy/obrot_bezgotowkowy/Polacy-na-temat-uslug-bankowych_2016.pdf

[2] Według badania przeprowadzonego na zlecenie Mastercard w maju 2017 r. Próba obejmowała 11 915 respondentów z 11 krajów Europy, w tym 1082 ankietowanych z Polski.

[3] https://www.gartner.com/newsroom/id/3725117

[4] Dane z 9 listopada 2017 roku: https://developer.android.com/about/dashboards/index.html

[5] https://business.f-secure.com/android-threats-in-2017

WDX kupuje od francuskiej grupy Feralco połowę udziałów w spółce zależnej za kwotę 3 mln zł i przejmuje na nią pełną kontrolę

WDX, notowana na GPW Spółka oferująca kompleksowe rozwiązania z zakresu wyposażenia magazynów podpisała umowę nabycia 50 proc. udziałów w spółce Wandalex-Feralco na kwotę ok. 0,72 mln euro, finansowanych ze środków własnych. Przejęcie pozwoli WDX na swobodną dystrybucję rozwiązań regałowych w całej Europie oraz przyczyni się do ograniczenia kosztów produkcji i samodzielnego wyznaczania kierunków rozwoju spółki.

Wandalex-Feralco funkcjonuje na rynku od 2000 r. i zajmuje się produkcją elementów regałów magazynowych w Zgierzu. Prawie cały wolumen produktów i rozwiązań trafiał do spółki WDX, która dotychczas dysponowała 50-proc. udziałów w kapitale spółki. Przejęcie wynika z chęci silniejszego rozwoju spółki zależnej, wynikającej z oczekiwanych sprzyjających warunków rynkowych.

Z sukcesem zakończyliśmy rozmowy z grupą Feralco i obecnie dysponujemy 100-proc. udziałów w spółce zależnej. To krok wpisujący się w naszą strategię, dzięki któremu poprawiamy pozycję konkurencyjną WDX, posiadając pełną decyzyjność w spółce – powiedział Marek Skrzeczyński, Prezes Zarządu WDX S.A.

Suma bilansowa Wandalex-Feralco na 30.09.2017 wynosiła 12,8 mln zł, przy przychodach po 9 mies. rzędu 21,5 mln zł i zysku EBIT i zysku netto rzędu 0,5 i 0,4 mln zł.

Przejęcie z jednej strony otwiera przed nami znaczne mozliwości dystrybucji rozwiązań regałowych w całej Europie – dotychczas w ramach porozumienia z francuskim partnerem oferowaliśmy nasze produkty w Europie Wschodniej. Z drugiej strony, ograniczamy koszty działalności – prawie całość sprzedaży spółki trafiała do WDX, co przy dotychczasowej konsolidacji połowy udziałów, obecnie oznacza istotny spadek kosztów – dodał Marek Skrzeczyński.

W 2016 r. sprzedaż Wandalex-Feralco do WDX S.A. stanowiła 91 proc., a w trzech kwartałach 2017 roku było to 99 proc.

W ramach umowy, grupa Feralco zobowiązało się do zapewnienia WDX do końca 2020 r. dostępu do elementów do dalszej produkcji i do oprogramowania obliczeniowego i jego aktualizacji.

Efekt Fake news (w biznesie, nauce, mediach)

Internet jest główną wylęgarnią fake news’ów uważa trzy czwarte respondentów, którzy wzięli udział w badaniu PAYBACK Opinion Poll. Problem fałszywych treści będzie narastał wraz z postępem technologicznym, bo pomaga mu w tym… ludzka natura.

Fake news to dezinformacja, która w swojej definicji zawiera celowe manipulowanie treścią. Skala zjawiska wskazuje jednak na powszechniejszy problem – elementarnej nieumiejętności rozróżnienia prawdy od fałszu. Na konferencji Marketing & Media Summit 2017 (Organizowanej przez Uniwersytet SWPS i PRConnect) temat został podjęty w formie dyskusji przedstawicieli środowisk: naukowego, dziennikarskiego oraz biznesowego, którzy zgodnie podkreślali, że sprawa dotyczy całego społeczeństwa.

Źródła fake news: 54 proc media, 41 proc. politycy

W czasach królowania mediów tradycyjnych istniał klasyczny podział na prasę prestiżową charakteryzującą się rzetelnością oraz tabloidy traktujące rzeczywistość nie całkiem poważnie. Dzisiaj podobne rozbicie nie jest już tak oczywiste i proste. Sami dziennikarze podkreślają, że istotne jest na ile nierzetelność jest intencjonalna lub całkowicie niezamierzona. – Codziennie moi czytelnicy próbują złapać mnie na nieprawdzie. Presja jest ogromna i cały zespół wspólnie pracuje nad utrzymaniem statusu prasy prestiżowej – mówi Bogusław Chrabota, redaktor naczelny Rzeczpospolitej. Anonimowość w Internecie prowokuje powielanie niesprawdzonych informacji, ale jak podkreśla Chrabota, w jego dzienniku nie ma ludzi ukrywających się pod pseudonimem. – Każdy bierze osobistą odpowiedzialność za słowo – dodaje, nie ukrywając, że zdarzają się wpadki nawet w tak znaczącym medium. – W dziennikarstwie sportowym fake news wykazuje mniejszą szkodliwość społeczną niż w serwisach informacyjnych czy w opiniotwórczej prasie politycznej – mówi Maciej Pol, dyrektor programowy segmentu sport w grupie Onet-RASP. – Wywołane przez fałszywe wiadomości zamieszanie ma najczęściej jeden cel – wpłynąć na negocjacje transferowe – zaznacza Pol.

83 proc. respondentów uważa, że zjawisko będzie się pogłębiać

– Człowiek nie jest stworzony do dociekania prawdy, a do tego by po prostu dobrze żyć – wyjaśnia profesor Maciej Mrozowski, wykładowca Uniwersytetu SWPS, który w powszechności fake news widzi istotę ludzkiej natury. Wobec tak idealnego w swej różnorodności i szybkości systemu informacyjnego jaki stanowi Internet odbiorca błyskawicznie zaspokaja swoją ciekawość nie dociekając, czy informacje, które przyswoił są sprawdzone. Dla uzasadnienia swojej opinii Mrozowski przytacza antropologiczne aspekty dzieląc mózg człowieka na systemy. Pierwszy – charakterystyczny dla praludzi, którzy bezrefleksyjnie i emocjonalnie podejmowali decyzje najlepsze dla przeżycia oraz system drugi – refleksyjny, czyli zdolność abstrakcyjnego myślenia, w tym rozróżniania prawdy od kłamstwa. – Sztuka refleksji, w dużej mierze stworzona jest dzięki mediom, dzięki czytaniu – zauważa prof. Mrozowski. – Z biegiem czasu przekaz w mediach przyspieszał i był upraszczany. W sieci komunikacja jest tak szybka, że… system drugi, rozwaga, nie zdąży się włączyć! I to sprawia, że fake news jest efektywny – konkluduje.

79 proc. badanych miała osobiście styczność z fake news

Dr Mirosław Kachniewski, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, zauważa iż w badaniu PAYBACK Opinion Poll w tematach, których najczęściej dotyczy fake news respondenci nie wymienili biznesu, co faktycznie ma potwierdzenie w rzeczywistości. W długofalowej działalności gospodarczej po prostu bardziej opłaca się być uczciwym. Nie bez znaczenia jest fakt, że w biznesie działają ludzie racjonalni, niepodatni na różne emocje. Giełda Papierów Wartościowych jest środowiskiem, gdzie szybka reakcja ma ogromne znaczenie, więc niesprawdzona informacja może wywołać niemałe zamieszanie. Ale – jak podkreśla Kachniewski – z takim zagrożeniem giełda żyła od lat. Dlatego stworzono Elektroniczny System Przekazywania Informacji (ESPI), za pośrednictwem którego wszystkie ważne i wiarygodne informacje giełdowe powinny spływać. Nieuchronność kary i ewentualne wykluczenie ze środowiska ogranicza ryzyko posługiwaniem się fałszywymi informacjami w biznesie – podsumowuje.

Powody pojawiania się fake news: chęć manipulacji odbiorcami, chęć zwrócenia na siebie uwagi, chęć zarobku, nierzetelność dziennikarzy

Karać? Zabraniać? Technologicznie ograniczać? – mnożą się pomysły na walkę z fałszywymi treściami. Natłok wiadomości, różnorodność ich formy niweluje podstawową różnicę między informacją a opinią. A tymczasem rozpoznanie propagandowych treści, pseudonauki czy fake news powinno być podstawową wiedzą uczniów już w szkole elementarnej. – Młodzież jest kompletnie bezbronna. Nikt nie uczy dzieci jak prawidłowo korzystać z nowych technologii, z nowych mediów – zauważa Igor Janke, Prezes Instytutu Wolności. – A skalę dezinformacji dobrze obrazuje fakt, że nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się tak prostej rzeczy, ile osób było na danej demonstracji – dodaje. Dyskutujący pozostali zgodni, że edukacja wypiera wątpliwości, a krytyczne myślenie sprzyja rozróżnieniu prawdy od fałszu.
Otwarte jednak pozostaje pytanie Bogusława Chraboty: czy używając określenia fake news przypadkiem nie oswajamy rzeczywistości, usprawiedliwiając zwykłe kłamstwa w rzeczywistości medialnej?

Śródtytuły to podsumowanie wyników badania PAYBACK Opinion Poll. Badanie zostało przeprowadzone na uczestnikach Programu PAYBACK w listopadzie 2017 r. metodą ankiety online na grupie 1 221 osób na zlecenie PRConnect. Grupa badawcza w wieku 16-65 lat dobrana została tak, aby odpowiadać strukturze demograficznej kraju.
Wszystkie cytaty pochodzą z konferencji Marketing & Media Summit 2017 – komunikacja w erze cyfryzacji zorganizowanej przez Uniwersytet SWPS i PRConnect.

Pierwszego wykorzystania Blockchain na świecie w relacji podatnik – rząd należy spodziewać się w ciągu pięciu lat

Rewolucja technologiczna obejmuje coraz więcej sfer życia. Nie omija to również podatków. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte, autorów raportu „Technologia Blockchain i jej potencjał w podatkach”, jednym z rozwiązań, który może mieć największy wpływ na relację podatników z organami podatkowymi jest Blockchain. Potencjalnie zrewolucjonizuje sposób dokonywania płatności, przechowywania danych i zawierania transakcji. Mimo ogromnych kosztów, które są potrzebne do jego wdrożenia w systemie podatkowym, możliwe, że wpłynie na jego uszczelnienie, a co za tym idzie skuteczniejszą egzekucję podatków. Wciąż jednak nie brakuje nieścisłości i mitów wokół Blockchain. Dlatego niezbędne jest zrozumienie tej technologii.

Podstawowym warunkiem zrozumienia działania technologii Blockchain jest poznanie koncepcji sieci P2P, czyli Peer-to-Peer. Oznacza to, że wszystkie komputery przypisane do jednej sieci mają równe prawa, nie istnieje bowiem administrator centralny. Przekazują sobie wszelkie zasoby i dane dostępne w sieci P2P, bez konieczności korzystania z centralnego serwera. Głównym celem takiego rozwiązania jest umożliwienie – w czasie rzeczywistym – bezpośredniej współpracy urządzeń sieciowych.

Blockchain podatny na kradzież danych użytkowników

Mimo, że Blockchain do tej pory najczęściej kojarzony był z kryptowalutą Bitcoin, to przechowywane w nim dane nie muszą dotyczyć walut. Mogą to być zupełnie inne informacje. Przesyłanie danych odbywa się w formie zaszyfrowanej, co pozwala na identyfikację ich nadawców i odbiorców. Dodatkowo, jeśli użytkownik chce dodać do zbioru jakąkolwiek informację musi zostać ona zaakceptowana przez pozostałych.

Transparentność w czasie zbliżonym do rzeczywistego

Każdy blok jest wyposażony w unikatowy identyfikator („hash”), który jest czymś w rodzaju cyfrowego odcisku palca i łączy bloki w ciąg. Modyfikacja przechowywanych informacji jest niemożliwa bez jego zmiany we wszystkich blokach, co zapewnia użytkownikom pełną transparentność i praktycznie uniemożliwia sfałszowanie danych w oparciu o mechanizm konsensusu.

Automatyzacja podatkowa

Poszukując możliwości zwiększenia wydajności i zapewnienia zgodności z przepisami, organy podatkowe coraz częściej wykorzystują technologie cyfrowe do gromadzenia i analizowania danych. Zdaniem ekspertów Deloitte ze względu na zdolność dostarczania w czasie zbliżonym do rzeczywistego rzetelnych informacji z wielu poziomów do dużych grup odbiorców, na przykład w sferze podatków, i to w skali międzynarodowej, Blockchain jest jedną z najbardziej obiecujących technologii, która może zrewolucjonizować sposób poboru podatków.

– Ponieważ technologia ta jest wciąż w początkowej fazie rozwoju, wprowadzenie jej do urzędów skarbowych wymagałoby całkowitej zmiany zarówno centralnych baz danych, jak i systemów sieciowych. Poza wielopoziomową integracją systemów niezbędne byłyby zmiany prawa, poprawki do ustaw dotyczących baz danychi tożsamości. Nie można jednak nie dostrzegać korzyści płynących z takiego wdrożenia. Długoterminowo Blockchain może być czynnikiem wymuszającym wdrożenie zautomatyzowanych procesów rozliczeń podatkowych, zachodzących w czasie zbliżonym do rzeczywistego, dotyczących zarówno małych, jak i dużych firm – mówi Ernest Frankowski, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Blockchain w VAT i cenach transferowych

Blockchain może dać przede wszystkim korzyści w podatkach pośrednich. Przykładów jego możliwego zastosowania jest naprawdę wiele. Jednym z nich jest podatek VAT. Jest on w tej chwili kluczową daniną w każdym systemie i źródłem największych wpływów budżetowych. Z tego powodu organy podatkowe poszukują sposobów podniesienia skuteczności jego ściągania, co pozwoli zwiększyć przychody budżetowe i zredukować deficyt. Najbardziej zaawansowane rozwiązania zastosowano w Brazylii, gdzie wprowadzono obowiązek wystawiania faktur elektronicznych, które organy podatkowe otrzymują w czasie realnym. Takie rozwiązania chcą również wprowadzić niektóre kraje europejskie, na przykład Węgry.

Blockchain to potencjalnie nie tylko podatki pośrednie. Równie skuteczne zastosowanie mógłby znaleźć również w przypadku cen transferowych czy odprowadzaniu składek i podatku od wynagrodzeń. Dziś już w wielu krajach jest on odprowadzany kanałami cyfrowymi. Wykorzystywane obecnie systemy mają jednakże znaczącą wadę: obejmują dużą liczbę instytucji rządowych, z których każda ma własny rejestr, co de facto oznacza dublowanie danych, gromadzonych przez inne instytucje.

– Wdrożenie systemu opartego o Blockchain spowoduje, że pracodawcy nie będą już musieli pełnić roli pośredników, odpowiedzialnych za naliczanie i przekazywanie odpowiednim instytucjom zaliczek na podatek i składek ZUS od wynagrodzenia swoich pracowników. Można to osiągnąć wykorzystując smart contracts, które mogą zapewnić pełną automatyzację procesu w zależności od precyzyjności umowy i klarowności przepisów prawa – mówi Piotr Barański, Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Blockchain nie jest jedynym rozwiązaniem na ograniczenie oszustw podatkowych

System podatkowy, zarówno na poziomie poszczególnych krajów, jak i Unii Europejskiej, działa w oparciu o scentralizowane księgi. Ponieważ system pobierania podatku VAT sprzyja dokonywaniu oszustw, Blockchain mógłby rozwiązać wiele związanych z tym problemów. Główną różnicę między DICE (międzynarodowy system elektronicznej wymiany faktur), a aplikacjami działającymi w oparciu o Blockchain jest osiąganie konsensusu. DICE zabezpiecza transakcje w czasie realnym, ale przechowywany jest w scentralizowanej księdze, prowadzonej przez organy skarbowe. Blockchain natomiast przeprowadza analizę ryzyka w czasie realnym, a mechanizm osiągania konsensusu jest ostatnim etapem, poprzedzającym oficjalne wystawienie faktury VAT.  Dla każdego towaru czy usługi w obrocie istniałaby oddzielna księga, z wykazem pierwotnych właścicieli, pośredników i aktualnych właścicieli. Każda zweryfikowana transakcja byłaby nowym blokiem, dodawanym do łańcucha, co zapewniłoby trwałe powiązanie wszystkich informacji w jednym, niezmiennym ciągu. – Blockchain minimalizuje ryzyko pomyłek, ale też nadużyć, a to oznacza, że przestrzeń dla tzw. karuzeli podatkowych zostałaby drastycznie zredukowana. System do rozliczania transakcji VAT, oparty na Blockchain pozwoliłby na wielowymiarowe sprawdzanie i weryfikację transakcji od strony zarówno prawnej, jak i biznesowej – mówi Ernest Frankowski.

VAT Coin, czyli kryptowaluta podatkowa

Z Blockchain w podatkach związana jest koncepcja VATCoin, który ma być zbliżony do Bitcoina. Jest to również waluta cyfrowa, ale przeznaczona wyłącznie do rozliczeń podatku VAT. Jej kurs wymiany byłby stały, nie podlegałby zmianom wartości. Co więcej, transakcje sieciowe w tej walucie byłyby weryfikowane przez organy rządowe, a nie przez członków społeczności, jak w przypadku Bitcoina. Jeżeli chodzi o dostępność sieci, każda firma uczestnicząca w transakcjach VATCoin miałaby dostęp do rekordów transakcji wszystkich VATCoinów, w których brała udział.

Kiedy Blockchain zrewolucjonizuje świat podatków? Na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w ubiegłym roku zapytano specjalistów w dziedzinie technologii, kiedy władze poszczególnych państw zastosują Blockchain do ściągania podatków. Większość z nich wskazała rok 2023 lub 2025. Obecnie, pojawiają się liczne analizy w zakresie wykorzystania Blockchain w sferze publicznej. Organizacja lub państwo, które pierwsze opracują implementację Blockchain łączącą jego zalety i wymogi obrotu publicznego będą miały szansę stać się prekursorem „blockchainowej” rewolucji w podatkach. Wdrożenia te będą najpewniej realizowane na poziomie organizacji międzypaństwowych. Sukces implementacji Blockchain w sferze publicznej może doprowadzić do ujednolicenia zasad opodatkowania w skali kontynentów, a może nawet globalnej. Dla środowiska biznesu jednolite i transparentne otoczenie prowadzenia działalności gospodarczej jest dobrą wiadomością.

– Ze względu na koszty i rewolucję systemową, która się z tym wiąże, trudno jednak podać jakąś wiążącą datę. Pierwszych wdrożeń Blockchain w relacji podatnik – rząd należy spodziewać się w ciągu pięciu lat. Niewątpliwie jednak digitalizacja podatków przyspiesza i nie tylko państwa rozwinięte wdrażają różnorodne formy elektronicznego raportowania podatkowego, ale również te rozwijające się. Pozostaje tylko kwestią czasu, kiedy rewolucja Blockchain wkroczy w świat podatków i diametralnie go zmieni – podsumowuje Piotr Barański.

Co piąta firma myśli o inwestycji we Wrocławiu

22% przedsiębiorców, którzy planują geograficzny rozwój swoich firm, jako rozważaną lokalizację wskazało Wrocław. To daje miastu drugą pozycję, za Warszawą, wśród najbardziej atrakcyjnych inwestycyjnie miejsc dla biznesu. Do stolicy Dolnego Śląska najbardziej przyciąga inwestorów dostępność pracowników (7,8 pkt. w 10-stopniowej skali), w szczególności z branży IT – wynika z raportu „Potencjał inwestycyjny Wrocławia” przygotowanego przez Antal i CBRE.

– Wrocław jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji do pracy dla specjalistów i menedżerów. To dobra informacja zarówno dla firm, które już ulokowały swoje oddziały w stolicy Dolnego Śląska, jak i dla inwestorów, którzy myślą o ulokowaniu w tym mieście swojego biznesu. Wrocław dysponuje ogromnym potencjałem zarówno w kontekście wiedzy i doświadczenia pracujących tu specjalistów, infrastruktury jak i wsparcia władz lokalnych. W ciągu kilku ostatnich lat zakończone zostały duże inwestycje infrastrukturalne, które zdecydowanie poprawiły jakość życia mieszkańców miasta i usprawniły prowadzenie biznesu. Do regionu ciągnie zwłaszcza firmy z branż IT, finansów, automotive czy SSC, ponieważ mogą liczyć na pozyskanie kompetentnych specjalistów i na solidne zaplecze akademickie – mówi Michał Wolski, Branch Manager Antal we Wrocławiu.

Respondentów raportu „Potencjał inwestycyjny Wrocławia” (który jest częścią zainicjowanego przez Antal projektu „Business Environment Assessment Study”) poproszono o ocenę otoczenia biznesowego w stolicy Dolnego Śląska biorąc pod uwagę główne aspekty wpływające na ich decyzje inwestycyjne. Dzięki zestawieniu kilku wskaźników, dla każdego z obszarów w raporcie została przedstawiona kompleksowa ocena wyrażona w skali 0-10, gdzie 0 oznacza najgorszą możliwą ocenę, a 10 najlepszą możliwą ocenę. Średnia całościowa ocena dla Wrocławia wyniosła 7 pkt. w 10-stopniowej skali.

Do Wrocławia po specjalistów ds. IT i finansów

W opinii przedsiębiorców Wrocław to dobra lokalizacja biznesowa przede wszystkim z uwagi na dostęp do wykwalifikowanej kadry w przyszłości. Potencjał edukacyjny rozumiany jako dostępność przyszłych pracowników zajął pierwsze miejsce wśród ocenianych aspektów (7,8 pkt.). Warto podkreślić, że co dziesiąty student w Polsce studiuje na jednej z 32 uczelni znajdujących się w województwie dolnośląskim (źródło: GUS).

Obecnie dla firm na wagę złota jest dostępność wykwalifikowanego personelu w poszczególnych obszarach zawodowych. Zdaniem przedsiębiorców, w stolicy Dolnego Śląska najłatwiej o kadry średniego i wyższego szczebla z obszaru IT (7 pkt.), co jest wynikiem lepszym niż średnia ogólnopolska wynosząca 6.6 pkt., oraz posiadających kompetencje analityczne i finansowe (7 pkt.).

Katarzyna Lica z Antal IT Services uważa, że duży potencjał kadrowy wynika z ogromnej liczby firm zatrudniających takich kandydatów. – Są tutaj zarówno modne start-upy, jak i firmy spoza branży IT, oferujące najczęściej bardzo atrakcyjne warunki zatrudnienia. One przyciągają nie tylko programistów i innych specjalistów IT z samego Wrocławia, ale również mieszkających w innych częściach Polski. Konkurencja o specjalistów w całym kraju jest bardzo duża, co sprawia, że dostępność kandydatów zależy w głównej mierze od ciekawych projektów, sprawnie przeprowadzonego procesu rekrutacyjnego oraz elastyczności organizacji. A potencjał rozwojowy Wrocławia ciągle rośnie, miasto regularnie przyciąga inwestorów, którzy osadzają tu swoje centra R&D, nowe oddziały firm, czy też centra SSC zatrudniające specjalistów IT. Prognozuję, że ten trend utrzyma się przez najbliższe lata – mówi Katarzyna Lica, Team Leader & Senior Consultant, Antal IT Services.

Dobra jakość wrocławskiego życia

Jak wynika z raportu Antal „Potencjał inwestycyjny Wrocławia”, stolica Dolnego Śląska to doskonałe miejsce do życia nie tylko dla studentów, ale i przedsiębiorców. Ten aspekt został oceniony na 7,7 pkt. w 10-stopniowej skali, co jest też lepszym wynikiem niż średnia dla całej Polski (7,3 pkt.). W szczególności kadra zarządzająca zwróciła uwagę na ofertę kulturalną oraz ofertę handlową.

Piotr Pikiewicz z CBRE wskazuje, że wielu inwestorów bierze pod uwagę jakość życia w danym mieście, dzięki czemu mogą oszacować czy okolica pomoże im przyciągnąć nowych pracowników. – Za wysoką ocenę jakości życia we Wrocławiu odpowiadają oferta kulturalna, potężna baza akademicka, a także szeroka oferta handlowa. Wrocław jest miastem z wysokim nasyceniem nowoczesnej powierzchni handlowej w przeliczeniu na mieszkańca. Warto również wspomnieć, że stolica Dolnego Śląska jest na drugim miejscu, zaraz po Warszawie, biorąc pod uwagę tempo wzrostu populacji. Widać tutaj również wysoki wkład władz miasta, ponieważ Wrocław w badaniu Forbesa z 2016 roku został uznany za najbardziej przyjazne miasto do prowadzenia biznesu w Polsce – mówi Piotr Pikiewicz, Starszy Konsultant, Research & Consultancy, CBRE.

Duża konkurencja zaletą dla przyszłego inwestora

Firma, która myśli o lokalizacji swojego biznesu w wybranym mieście, zawsze sprawdza jak duża konkurencja w nim panuje. W przypadku Wrocławia respondenci ocenili ten aspekt na 6,8 pkt. Wskaźnikiem było nasycenie rynku firmami konkurencyjnymi, gdzie 0 oznacza brak konkurencji, a 10 – praktycznie wszystkie firmy konkurencyjne są obecne w lokalizacji.

Eksperci Antal zwracją uwagę, że we Wrocławiu powstał specyficzny ekosystem, który z konkurencji uczynił zaletę przynoszącą korzyści wszystkim uczestnikom rynku. – Wrocław to najlepiej wyprofilowana i wyspecjalizowana biznesowo przestrzeń w Polsce. Silna koncentracja na R&D, IT i technologiach przyciąga zarówno inwestorów, jak i kandydatów. Marki obecne we Wrocławiu silnie wspierane przez inicjatywy samorządowe oraz napędzane silnymi zasobami edukacyjnymi stworzyły swoiste środowisko zdolne do replikowania kompetencji w zdumiewającym tempie. Obecność wielu firm o podobnym profilu okazuje się największą zaletą w kontekście potencjału biznesowego – mówi Karolina Korzeniewska, Account Executive Europe, Antal SSC/BPO.

Z wrocławskiego biura samochodem, pociągiem i samolotem do Krakowa czy Niemiec

Ważnymi czynnikami, które stanowią o potencjale inwestycyjnym Wrocławia, są biura oraz infrastruktura transportowa. Oba wskaźniki zostały ocenione na 6,9 pkt. w 10-stopniowej skali. Z analiz CBRE wynika, że wrocławski rynek biurowy jest jednym z najlepiej rozwiniętych rynków regionalnych, a zasób blisko 900 tys. m2 nowoczesnej powierzchni biurowej zapewnia miastu aktualnie 3. miejsce w Polsce. Na tak wysoką ocenę w szczególności miały wpływ: dojazd do biura komunikacją publiczną (7,7 pkt.), jakość dostępnej powierzchni biurowej oraz jej dostępność (odpowiednio 7,3 pkt. oraz 7 pkt.).

Biorąc pod uwagę infrastrukturę transportową, stolica Dolnego Śląska została najlepiej oceniona pod względem jakości transportu drogowego – 7,9 pkt, a następnie kolejowego i lotniczego – po 7,7 pkt.

Zuzanna Witkowska z Antal zwraca uwagę, że średnia ocena ze wszystkich czynników dla Wrocławia, która wyniosła 7 pkt., odnosi się nie tylko do stolicy Dolnego Śląska, ale i jej obrzeży. – Wrocław jest miastem, którego otoczenie rozwija się niezwykle prężnie. Powstają nowe zakłady produkcyjne, w szczególności przoduje tutaj branża automotive. Rynek obfituje w specjalistów i managerów z obszaru inżynierii, którzy często posiadają niszowe kwalifikacje. Pozornie zatem dostępność kadry inżynierskiej jest  duża, są jednak dwie strony tego medalu. Skupienie firm produkcyjnych wokół Wrocławia powoduje, że o specjalistów i managerów zabiega wiele firm jednocześnie. Kandydaci otrzymują w miesiącu kilka telefonów od rekruterów. Stąd coraz częściej firmy muszą świadomie opracowywać plany retencji pracowników w organizacjach. Z kolei pozyskanie kompetentnego specjalisty lub managera staje się tym trudniejsze, im bardziej niszowe kwalifikacje są poszukiwane – podsumowuje Zuzanna Witkowska, Senior Consultant, Antal Engineering & Operations.

Polscy e-konsumenci ufają zagranicznym sklepom internetowym. Już ponad 40% kupuje transgranicznie

Zachowania zakupowe Polaków potwierdzają, że granice w e-handlu coraz bardziej się zacierają. Ponad połowa kupujących online ufa zagranicznym sprzedawcom w takim samym stopniu, jak krajowym – wynika z badania wykonanego na zlecenie PayU. Najpopularniejszym kierunkiem e-zakupów transgranicznych są Chiny. Polscy internauci kupują za granicą ubrania, elektronikę i biżuterię.

E-handel bez granic

41% osób, które robią zakupy w sieci, skorzystało z oferty zagranicznych sklepów i serwisów internetowych w ciągu ostatnich 6 miesięcy. 59% z nich dokonuje takiej transakcji co najmniej raz w miesiącu. Najpopularniejsze kierunki zakupowe wskazują, że w e-handlu odległości i granice nie są barierami. Polacy najczęściej kupują w Chinach, co wynika z dużej popularności AliExpress. Azjatycką platformę sprzedażową zna 73% badanych, którzy robią e-zakupy za granicą. Poza Chinami, chętnie wybierane są także sklepy internetowe z Niemiec (29%), Wielkiej Brytanii (29%) i Stanów Zjednoczonych (20%).

Zakupy w zagranicznych sklepach internetowych zyskują na popularności. Według prognoz, do 2020 roku aż jedna trzecia światowego rynku e-commerce będzie transgraniczna – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce. Zachowania polskich e-konsumentów odzwierciedlają globalne trendy. Kluczowymi czynnikami, które mogą skłonić Polaków do jeszcze częstszych zakupów w zagranicznych sklepach internetowych są niższe ceny produktów, połączone z darmową dostawą, a także możliwość skorzystania z dobrze znanych, lokalnych metod płatności.

Priorytet bezpieczeństwa

85% badanych uważa bezpieczeństwo za najważniejszą cechę transakcji w zakupach transgranicznych. Biorąc pod uwagę, że 53% osób, które kupują w sieci, ufa zagranicznym sklepom w takim samym stopniu, jak tym krajowym, można wnioskować, że zagraniczni sprzedawcy dobrze radzą sobie ze spełnieniem tego wymagania. Jedną z gwarancji bezpieczeństwa jest dla konsumentów możliwość skorzystania ze znanego sposobu płatności, np. PayU. Kupujący z Polski najchętniej płacą w zagranicznych sklepach internetowych szybkim przelewem za pośrednictwem operatora (35% wskazań) lub kartą (34,6% wskazań).

Handel transgraniczny to zdecydowanie jedno z najciekawszych i bardzo dynamicznie rozwijających się̨ zjawisk w branży e-commerce na całym świecie. Jak wynika z raportu PayU polscy konsumenci są klientami zagranicznych e-sklepów, ufają im. Cross – border już ma znaczący wpływ na lokalny e-commerce, dlatego w e-Izbie wsparcie polskich przedsiębiorców w ekspansji międzynarodowej traktujemy priorytetowo, zarówno w obszarze aktywności legislacyjnej jak i edukacyjnejmówi Patrycja Sass- Staniszewska, Prezes Zarządu Izby Gospodarki Elektronicznej.

Unikalne i tanie produkty

Kupując w zagranicznych e-sklepach Polacy szukają przede wszystkim unikalnych produktów, które są niedostępne w kraju. Do zakupów transgranicznych skłaniają ich także atrakcyjne ceny i szeroki asortyment. Jak wynika z badania PayU, w zagranicznych sklepach internetowych polscy e-konsumenci wydają średnio 1 282 zł miesięcznie. Najchętniej kupują ubrania (42%) – to najpopularniejszy wybór w każdej grupie wiekowej. Na drugim miejscu plasuje się drobna elektronika (24%) i biżuteria, w tym zegarki (24%).

###

Badanie zwyczajów zakupowych polskich e-konsumentów w zagranicznych sklepach i serwisach internetowych „Cross-border e-commerce” zostało przeprowadzone przez firmę badawczą SW Research, na zlecenie PayU. Badanie przeprowadzano metodą CAWI na grupie 1 250 respondentów w październiku 2017 r.

RPP ciąży złotemu. Kurs euro powyżej 4,217

Poprawa nastrojów na globalnym rynku wzmacnia polskie obligacje skarbowe. Pod ciężarem gołębiej RPP złoty słabnie. W środę kurs EURPLN wzrósł powyżej 4,217.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Złoty nasilił spadek. Podczas środowej sesji, pozostając pod wpływem bardzo łagodnej RPP momentami podchodził już pod 4,218. Zgodnie z oczekiwaniami Rada pozostała bowiem gołębio nastawiona do polityki monetarnej NBP, pomimo publikacji serii solidnych danych gospodarczych (w tym inflacji CPI uderzającej w cel NBP). Prezes Adam Glapiński nadal utrzymuje więc stanowisko, że stopy nie powinny zostać zmienione aż do końca 2018 r., jeśli „rzeczywistość będzie bliska projekcji”. Co ciekawe w tym przekonaniu utwierdziły go właśnie ostatnie dane makroekonomiczne. Prezes NBP zwrócił uwagę na wciąż niski poziom inflacji bazowej, malejącą presję płacową i spadającą dynamikę jednostkowych kosztów pracy podkreślając jednocześnie, że obecnie w polskiej gospodarcze nie dzieje się nic, co mogło poddać w wątpliwość zakładany przez niego scenariusz. Co więcej wskazał, że za substytut zaostrzenia polityki monetarnej można przyjąć ostatnie ponad 5% umocnienie złotego.

Obok gołębiej RPP, w środę złotemu ponownie nie sprzyjała też sytuacja na rynku głównej pary walutowej, gdzie pomimo lepszych od oczekiwanych danych gospodarczych euro do dolara traciło na wartości pozostając pod presją oczekiwanych uzgodnień w USA dot. zarówno budżetu (uruchomienie krótkoterminowych funduszy pozwalających na funkcjonowanie administracji rządowej do 22 grudnia bez formalnego podwyższania limitu zadłużenia), jak i reformy podatkowej, która obecnie czeka w Kongresie na wypracowanie wspólnego stanowiska. Kolejne dobre dane nie zdołały więc pomóc wspólnej walucie. Tymczasem, po workowej publikacji zrewidowanych wskaźników PMI dla wiodących gospodarek Starego Kontynentu, napawających optymizmem przed szacunkami dynamiki PKB za 4Q17, wczoraj lepiej niż oczekiwali ekonomiści zaprezentowały się zamówienia w niemieckim przemyśle. W październiku ich dynamika wzrosła o 0,5% wobec oczekiwanego 0,3% spadku.

Obok polityki w środę dodatkowym wsparciem dla dolara była też publikacja raportu ADP z rynku pracy USA, o którym jeszcze do niedawna mówiło się, że jest dobrym prognostykiem dla danych rządowych, tzw. payrollsów, których publikacja zaplanowana została na piątek. Choć statystyki pokazują, że rozbieżności pomiędzy wydźwiękami raportów ADP i NFP bywały często spore, to jednak już samo czysto psychologiczne podejście wiele pomaga, podbudowując oczekiwania na przyszłotygodniową podwyżkę stóp przez Fed. Jak się okazało, wg ADP w listopadzie przybyło 190 tys. nowych miejsc pracy w sektorze prywatnym amerykańskiej gospodarki, czyli o 5 tys. więcej niż szacował rynek. Dane pokazują, że po zaburzeniach związanych z huraganem, które dotknęły wrześniową listę płac (96 tys.), co wywołało odbicie w październiku (235 tys.), wzrost zatrudnienia powraca do poprzedniego trendu między 150 tys. a 200 tys. miesięcznie. Piątkowy raport NFP powinien więc pokazać równie solidne odczyty dodatkowo osłabiając złotego.

Na krajowym rynku stopy procentowej środowa sesja przyniosła spadek rentowności obligacji skarbowych. Umocnienie notowań było widoczne przede wszystkim w dłuższych terminach, powyżej 5 lat. Najwyraźniej krótkiemu końcowi krzywej ciąży cały czas perspektywa podwyżek stóp procentowych w Polsce w przyszłym roku, co w środę skutkowało brakiem zmian rynkowych. Z kolei w przypadku dłuższego końca krzywej czynnikiem determinującym wyceny pozostaje sentyment na rynku globalnym. Na świecie widać było lekkie spadki rentowności obligacji skarbowych, mające jednak raczej charakter krótkoterminowej korekty. W przypadku 10-letnich Bundów notowania spadły poniżej 0,3%, natomiast US Treasuries poniżej 2,35%.

Do końca tygodnia spodziewać się można stabilizacji notowań na rynku długu, szczególnie przed piątkową publikacją raportu NFP. Dodatkowym czynnikiem wpływającym na nastroje inwestorów będzie również kwestia konieczności wydania zgody przez Kongres na podniesienie limitu zadłużenia w USA (bez którego nie będzie można zaciągać nowych zobowiązań). Chociaż ostatecznie należy zakładać, że zostanie on podniesiony, to jednak w krótkiej perspektywie obawy części uczestników rynku w tym zakresie mogą wprowadzać dodatkową zmienność notowań.RPP ciąży złotemu

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki – PKO Bank Polski

Bit Evil ogłasza emisję akcji i pozyskanie finansowania na dalszy rozwój oraz globalną ekspansję

Bit Evil, innowacyjna spółka technologiczna, która specjalizuje się w marketingu internetowym nie zwalnia tempa rozwoju. Po niezwykle udanym debiucie na rynku NewConnect w lipcu br., który wzmocnił pozycję firmy, spółka zarządzana przez Marię Belkę ogłasza emisję akcji zwykłych na okaziciela serii E w ramach subskrypcji zamkniętej. Emisja akcji jest realizacją strategii globalnego rozwoju spółki. Jej celem jest sfinansowanie rozbudowy dynamicznie rozwijających się kluczowych produktów firmy – platform EraCoin, pierwszej polskiej kryptowaluty oraz BrandSabbath, platformy do realizacji kampanii z influencerami, co
z kolei pozwoli wprowadzić te produkty na światowe rynki. Maria Belka, która stoi za sterami Bit Evil zapowiada zwiększenie funkcjonalności flagowych platform, konkurencyjności i zyskowności firmy, a już wkrótce wejście na rynki zagraniczne z nowatorskimi produktami.

Bit Evil zarządzana przez Marię Belkę po dwóch latach działalności zadebiutowała z sukcesem na rynku NewConnect w lipcu br. Do obrotu wprowadzonych zostało łącznie 1 340 000 akcji przy kursie odniesienia ustalonym na poziomie 1,75 zł. Na zamknięcie drugiego dnia notowania cena transakcyjna osiągnęła poziom 5,58 zł, co oznaczało wycenę całej Spółki na poziomie ok. 7,47 mln zł. Spółka charakteryzuje się wysoką płynnością obrotu. W okresie od dnia pierwszego notowania do 06.12.2017 r. łączny obrót akcjami Spółki wyniósł 6,8 mln sztuk akcji. Kurs zamknięcia z dnia 05.12.2017 r. wyniósł 4,24 zł.

Bit Evil, która specjalizuje się w marketingu internetowym, a także w tworzeniu nowatorskich rozwiązań informatycznych, takich jak alternatywne platformy marketingowe i sprzedażowe, konsekwentnie realizuje strategię rozwoju. Ogłoszona właśnie emisja akcji firmy ma na celu rozbudowę funkcjonalności kluczowych platform firmy – Brand Sabbath oraz EraCoin. BrandSabbath jest pierwszą siecią współpracy dla blogerów i vlogerów umożliwiająca zamianę ich potencjału marketingowego na realne pieniądze. Działania blogerów są mierzone przez kody śledzenia, a następnie przeliczane na zarobki, które w czasie rzeczywistym trafiają do ich wirtualnych portfeli. EraCoin zaś jest pierwszą polską kryptowalutą, dostępną dla wszystkich posiadaczy smartfona.

Maria Belka, CEO Bit Evil
Maria Belka, CEO Bit Evil

Od początku istnienia Bit Evil naszym celem jest wejście z innowacyjnymi produktami na światowe rynki. Wkraczamy w kolejny kluczowy etap rozwoju, jakim jest rozbudowa funkcjonalności sztandarowych produktów – platform BrandSabbath i EraCoin. Kapitał pozyskany z emisji akcji Bit Evil pozwoli sfinansować dalszy rozwój tych platform. Zależy nam na tym, aby były coraz przyjaźniejsze dla użytkowników, a tym samym coraz szerzej dostępne. BrandSabbath, która w tej chwili współpracuje z blisko dwoma tysiącami influencerów, dzięki nowemu panelowi będzie dostępna nie tylko dla agencji reklamowych, ale również firm prywatnych. Planujemy liczne automatyzacje – m.in. w procesie zamówień wpisów w kampaniach, co umożliwi skalowalność; poprawienie skuteczności kodów śledzących, aby wyeliminować fraudy będące plagą influencer marketingu. Zwiększymy również dopasowanie blogerów w kampaniach pod kątem wybranych kryteriów, a całą kampanią będzie można zarządzać z aplikacji mobilnej. W ramach dalszego rozwoju EraCoin sfinansujemy uruchomienie giełdy, która pozwoli wymieniać walutę tokenów EraCoin na inne waluty. Będziemy też pozyskiwać sklepy, w których możliwa będzie płatność eracoinami. Rozbudowanie produktów o nowe funkcjonalności to wynik autentycznego zapotrzebowania rynków. Dzięki temu nasze unikalne platformy będą jeszcze bardziej innowacyjne, konkurencyjne i gotowe do wyjścia w światmówi Maria Belka, CEO Bit Evil.

Warunki emisji akcji

Spółka chce zaoferować do 1 340 000 nowych akcji serii E. Cena emisyjna została ustalona na poziomie 4,10 zł za akcję. Oferta nabycia nowych akcji skierowana jest w pierwszej kolejności dla dotychczasowych akcjonariuszy w dowód wdzięczności za okazane dotychczas zaufanie oraz w celu umożliwienia dotychczasowym akcjonariuszom utrzymania obecnego udziału w Spółce Bit Evil.