Konstytucja Biznesu w komisji sejmowej – potrzebne wsparcie przedsiębiorców

Obecnie trwają prace sejmowe nad Konstytucją Biznesu. To akt prawny wyczekiwany przez przedsiębiorców. Proces jego powstawania nie był łatwy, a samo skierowanie go do Sejmu długo odkładane. Tymi, którzy najbardziej atakowali ten projekt w konsultacjach społecznych i prawdopodobnie będą robić to dalej, są urzędnicy.

– Konstytucja Biznesu jest korzystna dla przedsiębiorców, jednak narusza urzędnicze status quo, co będzie stanowić dla nich poważny problem – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Należy mówić o tym w tej chwili, ponieważ napisanie dobrego prawa to jedynie 40 proc. sukcesu. Następnym etapem stanowiącym kolejne 20 proc. jest przegłosowanie regulacji w Sejmie bez zmian, które mogą je osłabić. Pozostała część to wdrożenie nowego prawa. W przypadku projektu Ministerstwa Rozwoju można obawiać się właśnie obstrukcji ze strony urzędników, mimo że przepisy te są napisane dobrze. Dlatego właśnie jeszcze na etapie stanowienia prawa należałoby pomyśleć o wprowadzeniu odpowiednich rozporządzeń, które będą na tyle precyzyjne, aby nie pozwolić na sprzeniewierzenie tego, co zostało dotychczas wypracowane. Apelujemy do wszystkich przedsiębiorców oraz łączących ich organizacji o udział w obradach komisji sejmowej.Należy wesprzeć rząd w kwestii dobrych rozwiązań, a te niedostateczne – spróbować poprawić, ale przede wszystkim, być tam – podkreślił Kowalski.

Grywalizacja – gdy biznes i rozrywka idą w parze

Głównym założeniem grywalizacji jest fakt, że ludzie lubią mechanizm gry, czyli zabawę i nagrody. Firmy dostrzegły w tym potencjał i zaczynają wykorzystywać mechanizmy z gier do zwiększania swojej skuteczności biznesowej. Bazując na elementach wirtualnej rzeczywistości i systemie pozytywnych wzmocnień w postaci punktów i nagród, organizacje angażują, motywują oraz rozwijają pożądane u pracowników kompetencje. Grywalizacja jest uznawana za jeden z najciekawszych i coraz bardziej liczących się trendów rynkowych najbliższych lat.

Firmy z ciekawością analizują możliwości wynikające z zastosowania mechanizmów z gier do zwiększania swojej konkurencyjności i efektywności. Część z nich, idzie o krok dalej i inwestuje środki w realizację projektów opartych na grywalizacji, aby stworzyć przydatne menedżerom narzędzia do zarządzania.

Eniro Polska, dostawca rozwiązań marketingu internetowego jako jedna z niewielu firm w Polsce, wdrożyła i realizuje od kilku miesięcy kompleksowy projekt grywalizacyjny, wspierający wzrost kompetencji i efektywności konsultantów sprzedaży. Bazując na grywalizacji, czyli wykorzystaniu mechanizmów z gier do budowania motywacji i aktywizowania pracowników, firma pozyskała nowe rozwiązanie, które wspiera procesy biznesowe i działania employer branding.

W projekcie uczestniczy cała, 400-osobowa organizacja, składająca się z Telesprzedaży oraz Sprzedaży Bezpośredniej. Pracownicy Działu Sprzedaży w Eniro Polska doradzają polskim przedsiębiorcom w zakresie marketingu internetowego. Ich wiedza na temat nowoczesnych rozwiązań z zakresu reklamy online, SEO czy innych narzędzi musi być regularnie utrwalana i poszerzana. Firma myśląc o skutecznym rozwoju kompetencji pracowników, na bieżąco poszukuje ciekawych i nowych metod, które mogą wesprzeć proces szkoleń i rekrutacji. Szczególnie inwestuje w pomysły, które pozwalają digitalizować wewnętrzne procesy. Grywalizacja w nowoczesny sposób łączy codzienne obowiązki z edukacją i rozrywką. Wyznacza również jasno określone cele, których zdobycie jest dla pracowników wyzwaniem pozwalającym zdobywać wiedzę i umiejętności kluczowe dla organizacji.

Grywalizacja polega na wprowadzaniu do codziennej pracy mechanizmów znanych z gier takich jak zadania, wyzwania, zdobywanie punktów czy gromadzenie odznak lub wirtualnej waluty. Od grudnia 2016 r. zespół sprzedażowy Eniro Polska rozpracowywał tajemnice miasta NI York Salescity, w którym podejrzany przedsiębiorca Krystian Cień próbował wprowadzić monopol i usuwał konkurencję z rynku. Uczestnicy grywalizacji wcielali się w rolę dziennikarza śledczego, który stopniowo odsłaniał kulisy intrygi, doprowadzając do uzdrowienia sytuacji w mieście. Fabule towarzyszyły liczne misje edukacyjne oraz wyzwania sprzedażowe, za które można było zebrać punkty doświadczenia oraz tzw. „bitsy” czyli wirtualne pieniądze. Zarówno punkty, jak i „bitsy” pozwalały na zdobycie nagród – a tych było ponad 1000!

Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska
Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska

Grywalizacja pozwoliła nam zintegrować w jednym miejscu wiele istniejących wcześniej aktywności motywujących i edukujących Dział Sprzedaży, takich jak rankingi, konkursy, szkolenia produktowe czy sprzedażowe. Pozytywnie zaskoczyła nas frekwencja – aż 97% uczestników zalogowało się do systemu, a blisko 50% ukończyło wszystkie misje i wyzwania. Grywalizacja przełożyła się na wzrost kompetencji cyfrowych, które teraz potwierdzamy wewnętrznym programem certyfikacji. – mówi Anna Strutyńska, Dyrektor HR w Eniro Polska. Dodatkowym aspektem jest też wzrost zaangażowania i entuzjazmu. Osoby biorące aktywny udział w NI York Salescity chwaliły zarówno atrakcyjność tej formy edukacji, jak i możliwość zdobycia różnych nagród. Pojawiały się, charakterystyczne dla gier, zachowania i emocje. W jednym z regionów skrócono nawet codzienne spotkanie sprzedaży, aby zdążyć na otwarcie sklepu z nagrodami. – dodaje Anna Strutyńska.

Projekt został bardzo dobrze przyjęty przez menedżerów sprzedaży, którzy otrzymali dodatkowe narzędzie do motywowania zespołów.

Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska
Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska

Jesteśmy jedną z niewielu firm, które zdecydowały się na wdrożenie tak dużego projektu grywalizacyjnego dedykowanego wyłącznie sprzedaży. W firmie, która opiera swój biznes na codziennej sprzedaży wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań, które zachęcają do systematycznej pracy i stałego wzrostu kompetencji jest niezwykle istotne. W ostatnim czasie znacząco poszerzyliśmy ofertę dla biznesu (m.in. SEO, NETskaner), dlatego w grywalizacji położyliśmy nacisk na umiejętność oferowania pełnego portfolio produktów. Dodatkowym celem biznesowym w 2017 roku jest wzrost sprzedaży do nowych klientów, którzy jak wiadomo są podstawą rozwoju każdej firmy. W tym roku, m.in. dzięki grywalizacji, uda się ten wzrost osiągnąć. – mówi Joanna Hampel, Dyrektor Sprzedaży w Eniro Polska.

Obecnie Eniro Polska kontynuuje projekt w nowej odsłonie – tym razem sportowej. W „Mistrzostwach Eniro” (bo tak nazywa się druga edycja grywalizacji) ponownie bierze udział cała organizacja sprzedażowa, a rywalizacja odbywa się zarówno na poziomie grupowym jak i indywidualnym. Dostawcą rozwiązań grywalizacyjnych dla Eniro Polska jest firma Gamfi.

Grywalizacja jest jednym z najciekawszych konceptów łączących biznes i edukację, który pojawił się niedawno na polskim rynku i budzi coraz większe zainteresowanie firm. Zastosowanie rozwiązań opartych na grywalizacji, pozytywnie wpływa na rozwój organizacji, zwiększa motywacje i zaangażowanie pracowników. Pozyskanie i utrzymanie dobrego zespołu jest coraz większym wyzwaniem dla wielu organizacji, dlatego firmy myślące proaktywnie, sięgają po niestandardowe rozwiązania – takie jak grywalizacja.

Wysoki wkład własny przy kredycie na zakup mieszkania hamuje rynek. Wyklucza też dużą część potencjalnych nabywców

Wysoki wkład własny przy kredycie na zakup mieszkania hamuje rynek. Wyklucza też dużą część potencjalnych nabywców 1

Wymagany obecnie 20-proc. wkład własny przy zaciąganiu kredytu na zakup mieszkania pozytywnie wpływa na stabilność rynku, ale wyklucza z niego wielu kredytobiorców, którzy nie dysponują kilkudziesięcioma tysiącami złotych na swoje pierwsze lokum. Wysokość wkładu własnego można regulować, w zależności od kondycji branży nieruchomości i oceny ryzyka – podkreślają eksperci fundacji HRE Think Thank. Przy ścisłym nadzorze pozwoli to kupić własne M osobom, które do tej pory nie mieściły się w restrykcyjnych wymogach. 

– Polacy powinni mieć szansę zaciągnięcia kredytu z mniejszym wkładem własnym na pierwsze mieszkanie. W tej chwili system traktuje jednakowo tych, którzy kupują w celach inwestycyjnych, oraz tych, którzy kupują pierwsze lokum. Ryzyko wśród tych dwóch rodzajów kredytobiorców jest różne. Patrząc całościowo na nasz rynek i stabilność systemu finansowego, wkład własny może być bardziej elastyczny i brać pod uwagę końcowe ryzyko po stronie kredytobiorców – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Grabowski, prezes fundacji Centrum Myśli Strategicznej, członek zarządu HRE Think Tank.

Począwszy od 2014 roku Komisja Nadzoru Finansowego stopniowo zaostrzała wymogi dotyczące wysokości wkładu własnego na zakup mieszkania – miało to skłonić banki do prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki kredytowej i wyeliminowania z oferty kredytów na 100 proc. wartości kupowanej nieruchomości. Od stycznia 2017 roku minimalny wkład własny przy zakupie mieszkania wynosi 20 proc. jego wartości. To oznacza, że przy zakupie 55-metrowego mieszkania w Warszawie potencjalny kredytobiorca musi wyłożyć na start co najmniej 80 tys. zł.

To duża bariera wykluczająca wielu nabywców, którzy nie dysponują kilkudziesięcioma tysiącami złotych na swoje pierwsze mieszkanie – to główny wniosek z raportu opracowanego przez analityków HRE Think Thank.

Wkład własny był najbardziej popularnym narzędziem polityki makroostrożnościowej. Został przyjęty przez wiele krajów po kryzysie z lat 2007–2008 roku, którego jednym ze sprawców był właśnie rynek mieszkaniowy. Polska na początku przyjmowała instrument wkładu własnego jako miękkie zalecenie, ale już od czterech lat jest to zalecenie twarde i banki muszą się stosować do tych wytycznych – mówi Maciej Grabowski.

Przykłady innych rynków europejskich pokazują, że limit LtV (czyli wielkości kredytu do wartości nieruchomości) ma pozytywny wpływ na wyhamowanie dynamiki cen na rynku nieruchomości i pozytywnie wpływa na jakość portfela kredytów mieszkaniowych. W Irlandii po wprowadzeniu tego instrumentu odsetek kredytów mieszkaniowych opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni obniżył się z 16,9 do poziomu 10,6 proc. (lata 2013–2017).

Jak pokazują doświadczenia innych krajów europejskich wkład własny jako instrument ma bardzo różne możliwości oddziaływania. Generalnie uznaje się, że jest skuteczny, natomiast w przypadku rynku, gdzie występuje popyt gotówkowy albo popyt spekulacyjny nieoparty o kredyt znaczenie tego instrumentu jest słabsze. Przykładem jest Hiszpania, jeden z nielicznych krajów, w których przed kryzysem obowiązywał wkład własny, co w ogóle nie zabezpieczyło tamtejszego rynku przed gigantycznym krachem na rynku nieruchomości – mówi Maciej Grabowski.

Czynnikiem, który może zaburzać skuteczność tego instrumentu, jest też rosnąca liczba mieszkań kupowanych za gotówkę – tak jak obecnie dzieje się w Polsce.

Wysokość wkładu własnego jest zróżnicowana na poszczególnych rynkach. Rozwiązania przyjęte w różnych krajach są odmienne pod względem elastyczności, możliwych wyjątków od tej reguły czy podmiotów, których ona dotyczy. Niektóre kraje wprowadziły różnicowanie wielkości LtV w zależności od celu, na który udzielany jest kredyt mieszkaniowy (np. Irlandia, Finlandia, Cypr). Eksperci wskazują, że kredytobiorcy, którzy kupują nieruchomość w celach inwestycyjnych, mają większy apetyt na ryzyko.

Kredyty zaciągane na zakup pierwszego mieszkania są lepiej spłacane niż kredyty w celach inwestycyjnych. To mocny argument za tym, żeby wysokość wkładu własnego była niższa dla takich kredytobiorców – mówi Maciej Grabowski.

Dlatego wysokość wskaźnika LtV należałoby zróżnicować w zależności od tego, na jaki cel zaciągany jest kredyt mieszkaniowy. Niższe ryzyko kredytobiorców finansujących kredytem zakup pierwszego M powinno być uwzględnione w wyższym LtV. Ze względów ostrożnościowych taką preferencję można też powiązać z limitem wysokości udzielanego kredytu (np. maksymalnie do 350 tys. zł). Takie rozwiązanie otworzyłoby rynek mieszkaniowy dla gospodarstw o niskim ryzyku kredytowym, nie stwarzając przy tym zagrożenia dla systemu finansowego.

Jak zauważają analitycy HRE Think Tanku, w przypadku Polski trzeba też brać po uwagę ryzyko wzrostu stóp procentowych (które są w tej chwili na historycznie niskim poziomie) jako czynnika, który destabilizuje rynek nieruchomości i rynek kredytowy.

Biorąc pod uwagę perspektywę roczną czy dwuletnią, podwyżki wydają się raczej przesądzone. Jeżeli kredyt byłby zaciągany na stałą stopę, można sobie wyobrazić, że wtedy ten wkład własny również byłby mniejszy – zauważa Maciej Grabowski.

Prezes fundacji Centrum Myśli Strategicznej zauważa, że w tej chwili po stronie kredytów mieszkaniowych nie widać żadnych sygnałów świadczących, żeby było to źródło ewentualnych przyszłych kłopotów na rynku finansowym. Jednak stały monitoring rynku i stworzenie systemu wczesnego ostrzegania o nadchodzących problemach czy narastaniu bańki cenowej to warunek oceny kondycji rynku nieruchomości.

Monitoring na rynku i wczesne ostrzeganie przed narastającymi niekorzystnymi zjawiskami jest niezwykle potrzebnym narzędziem. Biorąc pod uwagę cykliczność na rynku kredytów mieszkaniowych i nieruchomości w ogóle, można sobie wyobrazić, że narzędzie makroostrożnościowe, jakim jest wkład własny, może być powiązane z tymi cyklami. Jeżeli wskaźnik wyprzedzający wskazuje, że rynek idzie ku dołowi i zmierzamy w kierunku przegrzania, wtedy automatycznie ten wskaźnik może być zaostrzany – mówi Maciej Grabowski.

Jak wskazują eksperci, wysokość wskaźnika LtV powinna być elastycznie powiązana z cenami na rynki nieruchomości. Przy bardzo dobrej koniunkturze i gwałtownym wzroście cen automatyczne zaostrzenie wymogów dotyczących wkładu własnego może ograniczać presję cenową. Z drugiej strony jeżeli rynek wejdzie w fazę spowolnienia, obniżenie tych wymogów może skutkować ożywieniem na rynku mieszkaniowym.

HRE Think Tank jest wspólnym przedsięwzięciem fundacji Centrum Myśli Strategicznych, Heritage Real Estate i Murapolu.

W Polsce segment mieszkań na wynajem praktycznie nie istnieje. To nisza, którą w kolejnych latach będą rozwijać inwestorzy

W Polsce segment mieszkań na wynajem praktycznie nie istnieje. To nisza, którą w kolejnych latach będą rozwijać inwestorzy 2

Polski rynek nieruchomości komercyjnych dynamicznie się rozwija. Napędza go głównie sektor biurowy i handlowy, które wciąż mają przed sobą bardzo dobre perspektywy. W porównaniu z rynkami zachodnimi w tyle wciąż pozostaje sektor hotelowo-turystyczny. Brak też dużych inwestycji w mieszkania na wynajem. W tym kierunku będą w kolejnych latach podążać inwestorzy – ocenia szef sprzedaży zagranicznej banku hipotecznego Deutsche Hypo.

Najistotniejsza różnica pomiędzy rynkiem polskim a bardziej rozwiniętymi rynkami europejskimi polega na tym, że stosunkowo niewiele jest transakcji na rynku hotelowym i turystycznym. Czas tego segmentu dopiero nadejdzie. Powinien się do tego przyczynić znaczący wzrost ruchu turystycznego w Warszawie i w innych miastach regionalnych. Powstaje coraz więcej hoteli i ktoś te inwestycje musi sfinansować – mówi Thomas Staats, dyrektor Departamentu Sprzedaży Zagranicznej w banku Deutsche Hypothekenbank.

W pierwszym półroczu 2016 roku w inwestycje na polskim rynku hotelowym sięgnęły zaledwie 4 mln euro. Jednak w tym roku Polska awansowała na pozycję lidera regionu Europy Środkowo-Wschodniej zarówno pod względem wolumenu zainwestowanego kapitału, jak i liczby transakcji. W I półroczu br. sfinalizowano 16 transakcji na kwotę 350 mln euro. Dla porównania na najważniejszych rynkach hotelowych regionu CEE odnotowano łącznie 34 transakcje na ponad 700 mln euro – wynika z podsumowania firmy doradczej Cushman&Wakefield.

Polski rynek hotelowy wciąż jest w fazie rozkwitu. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. – wynika z danych firmy doradczej Christie&Co.

Rynek wciąż jest chłonny, a dużo przestrzeni na nowe inwestycje jest szczególnie w segmencie budżetowym. Według GUS na koniec ubiegłego roku liczba skategoryzowanych hoteli w Polsce wyniosła 2450, a liczba pokoi – 126 tys. Tylko 14 proc. obiektów to hotele sieciowe, podczas gdy w innych krajach jest to średnio 30 proc. – zauważa firma doradcza EY („Poland. The real state of real estate”).

Najbardziej atrakcyjne rynki hotelowe to Warszawa, Wrocław, Trójmiasto czy Kraków, odwiedzany rokrocznie przez około 10 mln turystów. Tylko w ubiegłym roku krakowska baza hotelowa powiększyła się o pięć nowych inwestycji i ponad 520 pokoi.

Sektorem, który w Polsce praktycznie nie istnieje – w porównaniu z rynkami zachodnimi – są mieszkania na wynajem. Chodzi o sytuację, gdy inwestorzy instytucjonalni kupują dużą działkę, budują kilkaset mieszkań i wynajmują je ludziom, którzy nie chcą mieć lokum na własność. Taki produkt jest w tej chwili praktycznie niedostępny, ale rynek będzie się rozwijał w tym kierunku w kolejnych latach – uważa Thomas Staats.

Dane Eurostatu pokazują, że raptem 5 proc. Polaków wynajmuje mieszkania na rynkowych zasadach. Rynek najmu jest słabo rozwinięty, co wynika głównie z faktu, że Polacy nadal wolą kupować niż wynajmować lokum – nawet jeżeli muszą się posiłkować kredytem hipotecznym. Ponad 80 proc. mieszkań w Polsce znajduje się w rękach prywatnych.

Inwestycje w nieruchomości na wynajem są bezpieczne dla banków. To długoterminowy biznes, bardzo dochodowy, a jednocześnie obciążony niewielkim ryzykiem. Takie rozwiązania trzeba rozwijać też na rynku polskim – mówi Thomas Staats.

Deutsche Hypothekenbank jest bankiem hipotecznym, który specjalizuje się w finansowaniu nieruchomości komercyjnych oraz transakcjach na rynku kapitałowym. Prowadzi działalność od blisko 150 lat. W 2014 roku niemiecki gigant wszedł do Polski, uznając ją jeden z najbardziej perspektywicznych i najszybciej rosnących rynków nieruchomości komercyjnych w Europie.

Koncentrujemy się na tradycyjnych sektorach, takich jak powierzchnie handlowe i biurowe. To są dla nas główne motory wzrostu. Dziś inwestycje w segmencie biur lekko wyhamowują, co wynika z faktu, że w ostatnich kilku latach pojawiło się wielu inwestorów instytucjonalnych, którzy zamierzają trzymać swoje inwestycje przez dłuższy czas. Stąd lekki spadek płynności w całym sektorze, ale nowych inwestycji nie brakuje. Warszawa ma dziś 5 mln mkw. powierzchni biurowych i jest sporo nowych umów, ale przedłużane są również te już istniejące. To główny czynnik napędzający rynek – mówi Thomas Staats.

Polska jest w tej chwili największym rynkiem i liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem wolumenu transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych – wynika z danych firmy doradczej EY. W ubiegłym roku ich wartość wyniosła blisko 4,6 mld euro – to najwyższy wynik od 2006 roku. W największym stopniu odpowiadają za to nieruchomości handlowe i biurowe.

W ubiegłym roku inwestorzy oddali też do użytku rekordową liczbę biur (ponad 900 tys. mkw.), a łączna dostępna na polskim rynku powierzchnia biurowa przekroczyła już 9 mln mkw. Zapotrzebowanie kreuje w głównej mierze sektor nowoczesnych usług dla biznesu (w Polsce działa już około tysiąca centrów BPO/SSC) – podaje EY.

Z kolei całkowite zasoby powierzchni handlowej wyniosły w I połowie tego roku około 11,2 mln mkw. Na koniec półrocza w budowie znajdowało się ok. 750 tys. mkw. centrów handlowych, z czego około połowa z terminem oddania do użytku przypadającym jeszcze w tym roku. Nasycenie powierzchnią centrów handlowych w Polsce na koniec półrocza wyniosło 293 mkw. na tysiąc mieszkańców i wciąż jest niższe niż w Europie Zachodniej. W tym samym okresie w aktywa handlowe zainwestowano 860 mln euro (dane Colliers)

Przedstawiciel Deutsche Hypo ocenia, że poza rynkiem biurowym i handlowym dobre perspektywy ma przed sobą również segment logistyczny. Ze względu na centralne położenie i coraz lepszą infrastrukturę drogową Polska jest bardzo atrakcyjna dla firm logistycznych. Na koniec ubiegłego roku łączna powierzchnia magazynowa przekraczała 11 mln mkw., a w budowie było kolejne 1,5 mln mkw. magazynów.

Segment logistyczny rozwija się w całej Europie i próbujemy na tym zarabiać. W Polsce połączenia drogowe są coraz lepsze i będzie ich przybywać. Dzięki temu rozwijają się centra regionalne, takie jak Lublin, który może przyciągać coraz więcej inwestycji z sektora BPO. Bezrobocie jest bardzo niskie, zaczyna więc brakować utalentowanych pracowników, w związku z tym dla firm z sektora BPO bardzo ważne jest, by dotrzeć do uniwersytetów, do dobrze wykształconych ludzi. Niektóre miasta nie nadążają już z podażą pracowników, co powoduje konieczność rozbudowania sektora biurowego w innych miastach – mówi Thomas Staats.

W 61 proc. dużych firm doszło do wycieku danych przez brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Takich ataków będzie coraz więcej

W 61 proc. dużych firm doszło do wycieku danych przez brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Takich ataków będzie coraz więcej 3

W tym roku 61 proc. dużych firm w Stanach Zjednoczonych i Europie zgłosiło wyciek danych spowodowany brakiem zabezpieczeń w urządzeniach drukujących. Dostęp do wrażliwych danych przez osoby nieuprawnione może mieć poważne skutki dla przedsiębiorstwa, wśród nich straty finansowe i wizerunkowe. Urządzenia drukujące mają istotny wpływ na bezpieczeństwo informacji, a ich rola jest często bagatelizowana w kontekście dbania o bezpieczeństwo dokumentów.

– Z najnowszych badań wynika, że 61 proc. firm w ciągu ostatniego roku odnotowało nieuprawniony dostęp do danych z poziomu urządzenia drukującego. Niesie to za sobą dwojakie konsekwencje dla przedsiębiorstwa. Z jednej strony wizerunkowe, z drugiej strony – finansowe, wynikające z przepisów o ochronie danych osobowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Zwierzchowski z Ricoh Polska.

Brak zabezpieczeń w urządzeniach drukujących ma istotny wpływ na bezpieczeństwo całej firmy. Potwierdza to raport Quocirca, według którego ponad 60 proc. największych firm w Stanach Zjednoczonych i Europie zgłosiło wyciek danych związany właśnie z brakiem zabezpieczeń na urządzeniach drukujących. Dla firmy może to oznaczać pokaźne kary, zwłaszcza w świetle przepisów RODO, które wejdą w życie w maju 2018 roku. Obecne przepisy umożliwiają nałożenie na przedsiębiorców kar nieprzekraczających jednorazowo 50 tys. zł. Po wejściu w życie przepisów RODO kary będą już znacznie bardziej dotkliwe.

– W myśl nowej ustawy na firmę, w której dojdzie do takiego incydentu, mogą być nałożone kary pieniężne w wysokości nawet 20 mln euro lub 4 proc. jej rocznego globalnego obrotu – przypomina Tomasz Zwierzchowski.

Firmy i organizacje będą zmuszone wdrożyć rozwiązania i procedury, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa informacji o ich klientach. Będą musiały również każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych oraz raportować każdy wyciek danych i nieautoryzowany dostęp.

– Procedury ochrony danych osobowych w firmie powinny być oparte na trzech podstawowych filarach. To poufność, dostępność i integralność. Firmy muszą pamiętać o tym, żeby procedury, które wdrażają, nie miały negatywnego wpływu na jakość dostępu do tych informacji. Skala zagrożeń rośnie wprost proporcjonalnie do liczby danych przetwarzanych przez daną firmę. Przedsiębiorstwa powinny podchodzić do tego procesu w sposób holistyczny, dbać o bezpieczeństwo danych od samego początku ich przetwarzania – wskazuje ekspert Ricoh Polska.

Zwierzchowski podkreśla, że obieg dokumentów obejmuje teraz znacznie więcej różnych urządzeń. To powoduje, że rośnie też liczba potencjalnych zagrożeń. Odpowiednia strategia bezpieczeństwa informacji powinna uwzględniać większe możliwości ataku. Z raportu „Co wiemy o ochronie danych” przygotowanego przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo wynika zaś, że jednym z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa jest nieprzywiązywanie dostatecznej uwagi przez przedsiębiorców do ochrony przetwarzanych informacji.

– Firma przede wszystkim powinna być świadoma swoich najsłabszych punktów, żeby móc przygotować odpowiednią strategię. Natomiast bardzo często okazuje się, że najsłabszym elementem, niestety, jest człowiek, bo np. jakiś ważny dokument może pozostać na szybie skanera – tłumaczy przedstawiciel Ricoh Polska.

Nawet najlepsze zabezpieczenia mogą się okazać niewystarczające, jeśli pracownicy nie będą przykładać wystarczającej wagi do poufności danych i bezpieczeństwa informacji. Podczas planowania szkoleń firmy powinny powinny brać też pod uwagę informatyczne kompetencje pracowników. Zwłaszcza że – jak wynika z badania zrealizowanego przez Censuswide na zlecenie Ricoh – 34 proc. pracowników nie ma odpowiednich umiejętności, aby korzystać z podstawowego sprzętu biurowego czy oprogramowania.

– Infrastruktura druku to często niedostrzegane ogniwo całego łańcucha obiegu dokumentów w firmie. Na przestrzeni ostatniej dekady funkcje w tych urządzeniach znacznie się rozszerzyły. To nie jest już tylko funkcja druku czy skaner. Te urządzenia pełnią bardzo ważną rolę w całym procesie obiegu dokumentów, przenoszą dokumenty do zasobów sieciowych, digitalizują je i archiwizują – mówi Zwierzchowski.

Cyberbezpieczeństwo to jedno z głównych wyzwań dla biznesu. Zespół CERT Orange Polska prognozuje, że w tym roku nastąpi wzrost liczby ataków z wykorzystaniem internetu rzeczy, m.in. właśnie urządzeń drukujących. Dlatego istotne jest odpowiednie zabezpieczenie drukowanych czy skanowanych informacji. Nowoczesne urządzenia drukujące Ricoh są wyposażone w szereg funkcji, które znacznie zwiększają bezpieczeństwo dokumentów.

– To m.in. dziewięciokrotne nadpisywanie danych na dysku twardym, skanowanie do formatu PDF szyfrowanego hasłem czy cyfrowym podpisem. Do urządzeń autoryzujemy się kartą lub możemy korzystać z funkcji wydruku podążającego. Polega to na tym, że wypuszcza się wydruk ze swojego komputera, a następnie można go zwolnić na urządzeniu, z którego chce się wydrukować, za pomocą takiej karty, jaką otwiera się drzwi do biura – wymienia Tomasz Zwierzchowski.

Polska branża spożywcza nie radzi sobie z marketingiem. Spada wartość wydatków na reklamę

Polska branża spożywcza nie radzi sobie z marketingiem. Spada wartość wydatków na reklamę 4

Firmy z sektora spożywczego nie traktują marketingu jako priorytetu i tną wydatki na promocję – mówi Jakub Bierzyński, dyrektor zarządzający OMD Poland. A to przekłada się na problemy z budowaniem siły marki wśród konsumentów. Jak podkreśla ekspert, branża niewystarczająco wykorzystuje potencjał, jaki dają media społecznościowe. To ogranicza jej możliwość reagowania na kryzysy wizerunkowe.

Polskie firmy z sektora spożywczego borykają się z problemem właściwego brandingu, a więc budowania marki i inwestowania w marketing. Dotyczy to zarówno nowych, dopiero wprowadzanych na rynek towarów, jak i produktów istniejących na nim od dłuższego czasu.

– Widziałbym dwie linie, bardzo mocno rozchodzące się, mówię tu o wydatkach na reklamę w branży spożywczej i w branży handlu detalicznego. Jeszcze 5 lat temu handel wydawał tyle samo na reklamę, ile spożywka, dzisiaj wydaje dwa razy więcej niż firmy spożywcze – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Bierzyński, dyrektor zarządzający OMD Poland.

Badania rynkowe pokazują, że branża spożywcza nie wykorzystuje potencjału reklamy, choć jest jednym z liderów w nakładach na reklamę na polskim rynku. W rankingu wartości sektorów reklamowych firmy Starcom branża żywności zajmuje trzecią pozycję.

W trzech kwartałach 2017 roku wydała na reklamę ponad 608 mln zł, podczas gdy rok wcześniej wydatki te wyniosły blisko 650 mln zł. Oznacza to, że sektor żywności zanotował spadek inwestycji reklamowych o 6,3 proc. Sektor handlu detalicznego natomiast zwiększył wydatki na reklamę o prawie 11 mln zł – w ciągu 9 miesięcy 2017 roku inwestycje branży handlowej w tym zakresie były o ponad 300 mln zł większe niż sektora spożywczego. Zdaniem ekspertów jest to bardzo niebezpieczny trend dla rynku żywności.

– Budowanie marek i inwestycje w marketing nigdy nie były priorytetem tej branży. Pamiętajmy, że to w większości są albo przedsiębiorstwa kiedyś państwowe, albo przedsiębiorstwa budowane jako firmy rodzinne od wielu lat. One muszą dojrzeć do koncepcji, że marketing nie jest wydatkiem, a jest inwestycją – mówi Jakub Bierzyński.

Dla działań reklamowych branży spożywczej istotnym narzędziem powinny być media społecznościowe, zwłaszcza najpopularniejsze z nich, czyli Facebook. Platformy te dają możliwość kreowania wizerunku marki, efektywnej komunikacji z potencjalnym klientem poprzez zindywidualizowanie przekazu reklamowego oraz testowania nowych produktów czy opakowań. Testy w mediach społecznościowych przy niewielkim nakładzie finansowym,niejednokrotnie dają lepsze efekty niż kosztowne badania i analizy marketingowe.

– Facebook to medium docierające do 12 milionów ludzi, średnio dwanaście razy dziennie, to ogromna platforma komunikacji nadająca się do promowania nowych i starych marek – mówi Jakub Bierzyński.

Media społecznościowe są także doskonałą formą komunikacji zwrotnej z klientem, zwłaszcza w zakresie zarządzania kryzysowego. Firmy obecne na Facebooku, Instagramie czy Twitterze bardzo szybko otrzymują bowiem informację o problemie wizerunkowym, dzięki czemu są w stanie sprawnie na niego zareagować.

– Bez tego kanału mamy zamknięte oczy, jak dziecko, zamykamy oczy i udajemy, że nas nie ma. Niestety jest to o wiele bardziej skomplikowane, my tam będziemy, ten kryzys się odbędzie, tylko albo możemy mieć na niego wpływ, albo nie – mówi Jakub Bierzyński.

W 2022 r. rynek modowy w Polsce osiągnie wartość ponad 43 mld zł. To coraz bardziej perspektywiczna branża dla młodych ludzi

W 2022 r. rynek modowy w Polsce osiągnie wartość ponad 43 mld zł. To coraz bardziej perspektywiczna branża dla młodych ludzi 5

Polskie firmy odzieżowe nie boją się rywalizacji nawet na zagranicznych rynkach i nie mają wobec zachodniej konkurencji kompleksów. Według prognoz PMR rynek odzieży i obuwia w Polsce w 2022 roku osiągnie wartość 43,2 mld zł. Także globalnie staje się coraz większą siłą gospodarczą. Sukcesy krajowych firm powodują, że branża ta przyciąga coraz więcej młodych osób, które wybierają tę ścieżkę kariery. 

– Przemysł modowy stał się ogromnym biznesem. Do tej pory postrzegany był jako część show-biznesu, ale wiemy, że jest on już bardzo mocno poparty liczbami. Chociażby samym faktem, że ta gospodarka globalnie jest warta ponad 2,5 tryliona dolarów rocznie i stanowi ok. 2 proc. PKB – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Wiszowata, kierownik studiów podyplomowych Prawo i zarządzanie w sektorze mody na Uczelni Łazarskiego. – W Polsce ten biznes ma się znakomicie, co możemy obserwować od kilkunastu lat. Polskie firmy już rywalizują z zagranicznymi jak równy z równym. Znamy przypadek ekspansji LPP w Londynie. Dwie nasze spółki są w WIG20. Jest czym się chwalić. 

Na warszawskiej giełdzie notowanych jest kilka polskich firm odzieżowych i obuwniczych. Roczne przychody największych z nich liczone są w miliardach złotych, a zysk netto – w setkach milionów. Są na tyle istotne, że wyznaczono specjalny subindeks sektorowy WIG-odzież. Jego wartość od początku roku wzrosła o ponad 30 proc., nieco mocniej niż WIG20, który zwiększył wartość o niespełna 28 proc.

– Sektor modowy w Polsce rozwija się w tempie bardzo dynamicznym. W latach 90. polskie fabryki były nierentowne w stosunku do fabryk zachodnich. Dziś ta sytuacja się zmieniła – ocenia Agnieszka Oleksyn-Wajda, radca prawny, kierownik studiów podyplomowych Prawo i zarządzanie w sektorze mody na Uczelni Łazarskiego. – Na naszym rynku modowym mamy ponad dwa tysiące zarejestrowanych podmiotów, które zajmują się produkcją odzieży. W rankingach europejskich jesteśmy coraz wyżej – zajmujemy 8. pozycję, jeżeli chodzi o rynek modowy w znaczeniu gospodarczym. Polacy coraz więcej wydają rocznie na ubrania. Jeszcze w 2013 roku wydawaliśmy rocznie około sześciuset złotych, a dziś ponad tysiąc złotych rocznie.

Jak wynika z raportu PMR „Handel detaliczny odzieżą i obuwiem w Polsce 2017. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2017-2022” polski rynek w 2022 r. osiągnie wartość 43,2 mld zł. Oznacza to wzrost w ciągu niespełna dekady o niemal połowę. Już w tym roku wart jest niemal 36 mld zł. Tworzą go nie tylko polskie przedsiębiorstwa, lecz także znane luksusowe zachodnie marki, znane z najdroższych ulic handlowych całego świata.

– Trzeba powiedzieć o dużej polaryzacji. Z jednej strony mamy slow fashion, z drugiej – fast fashion, czyli sieciówki, które rozwijają się w szalonym tempie –tłumaczy Agnieszka Oleksyn-Wajda. – Ale one też są tworzone z myślą o młodej grupie odbiorczej. Firmy z sektora slow fashion kierują się zupełnie inną filozofią sprzedażową, są bardzo mocno nastawione na swoją klientkę, oferują bardzo wiele usług okołoproduktowych. Na oba te kierunki jest na rynku miejsce.

Modą i wizerunkiem interesuje się coraz więcej Polaków – obecnie jest to już 68 proc. społeczeństwa. Wciąż jeszcze głównie są to kobiety, ale w młodszych grupach wiekowych (od 19 do 24 roku życia) ta proporcja się zmienia i widać coraz większą rolę mężczyzn. Wyższy dochód rozporządzalny chętnie przeznaczany jest na zakup ubrań. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że tylko w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy roku sprzedaż tekstyliów, odzieży i obuwia wzrosła rok do roku o 17,5 proc. w cenach stałych. To najszybciej rosnąca kategoria spośród wyróżnianych przez GUS. W cenach bieżących wynik jest niższy, ale też dwucyfrowy – 11,7 proc.

Rozwój branży mierzy się jednak nie tylko liczbami, lecz także zmianami jakościowymi. Sygnałem szybkich przemian jest np. fakt kształtowania się nowych, nieznanych jeszcze kilkanaście lat temu zawodów, takich jak choreograf czy reżyser modowy.

– Branża modowa jest niezwykle perspektywiczna, chociażby ze względu na jej dynamiczny rozwój. Rynek rośnie o co najmniej 5–6 proc. rocznie, a więc podmiotów jest coraz więcej i możliwości rozwoju również – podkreśla Urszula Wiszowata. – Skoro polskie spółki wychodzą za granicę, to jak najbardziej potrzebują talentów, nie dość, że możemy się zrealizować artystycznie i biznesowo, to jeszcze jest gdzie. Dlatego zachęcam do rozwoju w tej branży, bo sukces jest niemalże gwarantowany.

Mateusz Grzesiak: własny biznes nie jest dla ludzi, którzy szukają w życiu wygody

Mateusz Grzesiak: własny biznes nie jest dla ludzi, którzy szukają w życiu wygody 6

Startując w biznesie, trzeba wybrać dziedzinę, którą się kocha – uważa konsultant i psycholog biznesu dr Mateusz Grzesiak. Dopiero na tej podstawie można opracować wizję firmy, którą się buduje, i właściwe plany strategiczne jego osiągnięcia. Warunkami powodzenia są również wyzbycie się lęku przed porażką, skłonności do wygody i niechęci do podejmowania ryzyka.

Polacy coraz chętniej decydują się na założenie własnej działalności, wciąż jednak zdecydowana większość woli pracę na rzecz innego przedsiębiorcy. Z raportu firmy Provident wynika, że tylko co piąty Polak chciałby zamienić etat na własny biznes. Jedną z przyczyn jest obawa przed porażką, zwłaszcza przed utratą zainwestowanych pieniędzy lub dobrej opinii innych na swój temat. Umowa o pracę daje natomiast poczucie bezpieczeństwa i zdejmuje odpowiedzialność za losy firmy.

– Poczucie bezpieczeństwa jest jedną z podstawowych potrzeb indywidualnych jednostek i grup społecznych. Jednak przesadne przywiązanie do niego jest ograniczające w biznesie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mateusz Grzesiak, psycholog biznesu.

Zdaniem eksperta człowiek jest w stanie przewidzieć pewne rzeczy i zabezpieczyć się przed nimi, a te elementy naszego życia, które pozostają nieprzewidywalne, powodują powstanie dyskomfortu psychicznego i emocjonalnego. Warunkiem rozwoju jest natomiast pokonywanie problemów pozornie przewyższających nasze możliwości. Psycholog biznesu podkreśla, że na działalność biznesową nie powinny się decydować osoby, które w życiu szukają przede wszystkim wygody i przewidywalności.

 To jest obszar i sposób funkcjonowania dla ludzi, którzy mają wysoką skłonność do ryzyka, którzy są gotowi na to, że na drodze do sukcesu czekają również porażki i nie boją się tego, że im nie wyjdzie – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Punktem wyjścia przy rozpoczynaniu działalności biznesowej jest wybór dziedziny, która jest naszą prawdziwą pasją. Robienie tego, co się kocha, nie stanowi gwarancji sukcesu, znacznie ułatwia jednak przezwyciężenie strachu przed porażką. Równie ważne jest pozytywne nastawienie psychiczne do projektu: wiara w siebie i w powodzenie tworzonego przedsięwzięcia. Dopiero wtedy można zacząć wytyczać jasny plan tego, co chce się osiągnąć i opracowywać strategię biznesową.

– Gdy już się pozna to coś, co nas pasjonuje, co moglibyśmy robić przez resztę życia, to wtedy zaczynamy planowanie strategiczne – obmyślamy wizję, misję, obszary naszego działania, za pomocą wartości budujemy kręgosłup moralny firmy, robimy plany strategiczne – mówi dr Mateusz Grzesiak.

Warunkiem sukcesu jest również przyszłościowe, długofalowe myślenie, stały rozwój zawodowy i osobisty, stawianie sobie coraz większych celów, branie feedbacku i ulepszania tego, co już udało się osiągnąć.

Dwa wymiary politycznego poniedziałku

Początek tygodnia na rynku walutowym nie należał do wysoce spektakularnych. Do chwilowego odpływu kapitału w stronę bezpiecznych przystani przyczyniły się doniesienia z Nowego Jorku, gdzie potwierdzono przeprowadzenie ataku z wykorzystaniem improwizowanej bomby. Na czele koszyka walut G10 w dalszej mierze plasuje się nowozelandzki dolar. Za zwyżką kiwi na poziomie 1,1 proc. stoi wybór Adriana Orra na gubernatora RBNZ następnej kadencji. Swoje pięć minut ma również polska polityka, bowiem tekę premiera oraz ministra dwóch resortów obejmie Mateusz Morawiecki.

Udana sesja w wykonaniu miedzi (1,2 proc.) pozytywnie wpłynęła na wycenę dolara australijskiego, który zyskując 0,4 proc. wypycha kurs AUD/USD w okolicę poziomu 0,7540. Niewiele dalej znajdują się frank szwajcarski (0,3 proc.) oraz japoński jen (0,2 proc.). Na koniec dnia walkę o ponowne przebicie poziomu 1,1800 toczy EUR/USD. Obecnie listę zamyka norweska korona (-0,9 proc.), która stała się zakładnikiem odczytów inflacji wyraźnie rozczarowujących rynkowy konsensus. Uwagę inwestorów wyraźnie zwróciły wskazania cen bazowych, które z miesiąca na miesiąc spadły o 0,3 proc. (konsensus: 0,0 proc.).

Na szczycie walut państw Emerging Markets znalazł się południowoafrykański rand (0,7 proc.). Jego zwyżkę usilnie próbowały gonić turecka lira (0,4 proc.) oraz rosyjski rubel (0,4 proc.), aczkolwiek bez większego skutku. Najsłabszą walutą regionu okazała się być czeska korona (-0,1 proc.), która wypchnęła kurs EUR/CHF w okolicę poziomu 25,6300. Kosmetyczne zmiany w polskim rządzie nie przyczyniły się do przetasowania sentymentu wobec złotego. Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy 4,2070, USD/PLN czeka na impuls przy piątkowym zamknięciu (3,5660), CHF/PLN oscyluje wokół 3,6000, a GBP/PLN podchodzi pod 4,7620.

Główny Urząd Statystyczny zdecydował się na potwierdzenie wstępnego odczytu inflacji CPI (2,5 proc. r/r), która pierwszy raz od pięciu lat znalazła się w środku pasma dozwolonych wahań. Największy cios w budżet gospodarstw domowych ponownie wymierzyły ceny żywności – ich roczna dynamika uplasowała się na poziomie 6,5 proc., co było zgodne z naszymi oczekiwaniami. Wyższe ceny jajek (30,0 proc.) czy serów i twarogów (1,4 proc.) to między innymi efekt dość silnego podbicia cen paliw (4,7 proc.). Według naszych kalkulacji w listopadzie rozpiętość średniej ceny benzyny bezołowiowej 95-oktanowej wyniosła aż 18 groszy. Nie lada zaskoczeniem jest podbicie kosztów mieszkaniowych, które podwyższyły inflację CPI o 0,06 pp. do góry. W tej kategorii należy mówić o skoku cen związanych z użytkowaniem mieszkania lub domu oraz o nieco mniej przystępnych nośnikach energii – w tym opału (1,3 proc. m/m). Powyższy efekt próbowały usilnie rekompensować niższe opłaty za usługi kanalizacyjne, które z miesiąca na miesiąc spadły o 0,2 proc.

Na europejskich parkietach obserwowano wyraźny podział nastrojów. Ze spadków udało się skutecznie wyłamać giełdzie w Londynie, gdzie miano lidera indeksu FTSE 100 (0,8 proc.) objęły walory WPP. Za ich 2,6 proc. zwyżką stała przychylna nota UBS (1,2 proc.), w której zwrócono na możliwość podtrzymania względnie optymistycznych tendencji w agencjach reklamowych. Pozytywny obrót spraw odnotowało HSBC (2,5 proc.) kończące pięcioletnią przepychankę z amerykańskim Departamentem Sprawiedliwości w zakresie rzekomego prania brudnych pieniędzy. Na szczycie znalazły się również spółki z sektora wydobywczego. W trakcie poniedziałkowych notowań przewodził im BHP Billiton, który zakończył sesję 2,3 proc. wyżej względem piątkowego zamknięcia. Listę spółek zamknął Whitbread (-2,7 proc.) mający poważny problem z aktywistami.

Na giełdzie we Frankfurcie wyraźnie ciążyły walory Adidasa (-3,1 proc.), który częściowo dostał rykoszetem za sprawą noty OTR Global wskazującej na możliwość zwiększenia dynamiki przychodów oraz udziału rynkowego przez Nike. Dość nisko znalazły się również walory E.ON-u (-1,5 proc.) pomimo oddalenia perspektyw realizacji postulatów Zielonych za sprawą powrotu do „Wielkiej Koalicji”. Zniżkę indeksu DAX (-0,2 proc.) próbował usilnie minimalizować Siemens (1,6 proc.) podpisujący umowę na realizację przedsięwzięć z sektora energetycznego w Libii na kwotę 700 mln EUR. Na podium znalazł się również ThyssenKrupp osiągający konsensus ze związkami zawodowymi – na koniec dnia walory największego producenta stali na świecie znajdowały się 1,0 proc. powyżej poziomu z piątkowego zamknięcia.

Apetyt na wzrosty przy Książęcej wyraźnie popsuły spółki z branży paliwowej. Za kolosalną przeceną Orlenu (-7,8 proc.) oraz Lotosu (-7,0 proc.) stoją obawy związane z utrzymaniem marż paliwowych na relatywnie wysokich poziomach. Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie rządził Alior Bank (2,2 proc.), który okrył dzisiejszą zwyżkę PGE (1,4 proc.) oraz LPP (1,2 proc.). Przez moment w centrum uwagi znalazły się akcje Banku Pekao (-0,6 proc.), który poinformował o zamknięciu transakcji zakupu 51 proc. akcji Pioneer Pekao Investment Management za kwotę 138 mln EUR. Nabycie podmiotu spowoduje obniżenie wskaźnika CET na poziomie skonsolidowanym o około -0,4 pp.

Poniedziałek na rynku metali szlachetnych nie należy do dość optymistycznych. Najsilniejszy ruch w stronę południa wykonuje srebro (-0,6 proc.), którego uncja schodzi w okolicę poziomu 15,7650 USD. W przypadku złota (-0,2 proc.) należy mówić o nieco skromniejszym ruchu, bowiem podstawowa jednostka kruszcu jest wyceniana po 1 245,50 USD. W przypadku surowców energetycznych należy mówić o lekkiej euforii. Na ich szczycie znajdują się styczniowe kontrakty na gaz ziemny (1,9 proc.), które dystansują się od zwyżek w wykonaniu ropy Brent (1,8 proc.; 64,50 USD) oraz ropy WTI (0,9 proc.; 57,90 USD).

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Od stycznia 2018 limity kosztów finansowania dłużnego

Będą zmiany w Krajowym Rejestrze Sądowym

Wprowadzenie obowiązku składania przez przedsiębiorców wniosków do Krajowego Rejestru Sądowego w formie elektronicznej, sprawozdań finansowych w formie elektronicznej, prowadzenia akt rejestrowych w formie elektronicznej, likwidacja instytucji kuratora rejestrowego – to niektóre zmiany zaproponowane w rządowym projekcie nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw.

W myśl rządowego projektu nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw od 1 marca 2020 r. przedsiębiorcy będą mieli obowiązek składania wniosków do Krajowego Rejestru Sądowego w formie elektronicznej. Stowarzyszenia, fundacje i publiczne zakłady opieki zdrowotnej będą miały wybór, czy skorzystać z formy elektronicznej.

W tej formie będą również wysyłane wezwania do uzupełnienia braków, składane pisma oraz środki odwoławcze.

Od 1 marca 2020 r. akta rejestrowe mają być prowadzone w formie elektronicznej, ale już przed tą datą dokumenty finansowe będą składane w formie elektronicznej.

Przedsiębiorcy będą mieli obowiązek składania sprawozdań finansowych w formie elektronicznej. Sprawozdanie finansowe będzie przekazywane przez KRS do Ministerstwa Finansów.

Do wniosku o wpis osób reprezentujących przedsiębiorcę oraz likwidatorów i prokurentów będzie konieczne dołączanie – poza oświadczeniem o powołaniu – także adresów.

Orzeczenia kończące postępowanie będą wydawane i doręczane w formie elektronicznej.

Sporządzenie uzasadnienia postanowienia w sprawach innych niż wpis nie będzie konieczne również wtedy, gdy w postępowaniu brali udział wnioskodawca i uczestnicy.

W razie złożenia wniosku w formie elektronicznej kolejne pisma będą musiały zostać złożone również w postaci elektronicznej.

Omawiany projekt przewiduje zmiany w postępowaniu przymuszającym. Sąd będzie mógł wezwać w terminie, w jakim uzna za stosowne, osoby uprawnione do reprezentacji do wskazania, że organ reprezentacji został powołany i że braki w jego składzie zostały uzupełnione. Sąd będzie mógł nałożyć grzywnę tylko na osoby, które zupełnie zlekceważą obowiązek. Sąd rejestrowy będzie mógł umorzyć postępowanie przymuszające, jeżeli okoliczności sprawy wskażą, że obowiązki zostaną dopełnione.

W myśl projektu w sprawach rejestrowych wyłącznie właściwy jest sąd rejonowy (sąd gospodarczy) właściwy ze względu na miejsce zamieszkania lub siedzibę podmiotu, którego wpis dotyczy.

Projekt przewiduje stworzenie Centralnego Repozytorium Elektronicznych Wypisów Aktów Notarialnych.

Projekt likwiduje instytucję kuratora rejestrowego.

Do postępowań przed sądem rejestrowym wszczętych i niezakończonych przed dniem wejścia w życie omawianej nowelizacji ustawy będą stosowane przepisy dotychczasowe.

Omawiany projekt nowelizacji ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym oraz niektórych innych ustaw trafił do prac w Sejmie.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kurs funta w odwrocie. Dolar przed ważnym rozstrzygnięciem

RPP nie zepsuła klimatu wokół krajowej waluty. Fitch pozytywnie o Polsce mimo to jednak bez zmiany ratingu. Ważny tydzień pod znakiem posiedzeń głównych banków centralnych. Na pierwszym planie FED i EBC. EUR/PLN po raz kolejny łamie granice 4,20 ale tylko na chwilę. USD/PLN przed ważnym rozstrzygnięciem. Spory rollercoaster na funcie. Mimo pozytywnego zakończenia negocjacji na temat rachunku za Brexit brytyjska walucie w odwrocie. Dane o inflacji z Wielkiej Brytanii mogą dobić funta.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 04.10.2017-11.12.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1912 3,5846 3,5130 4,6823
Maksimum 4,2580 3,6710 3,6690 4,8420

 

EuroKurs EUR/PLN cały czas znajduje się trendzie spadkowym. Były już dwie próby złamania granicy 4,20. Pierwsza zakończyła się niepowodzeniem i od razu doszło do kontry kupujących co poskutkowało odbiciem ponad granice 4,21. W piątek znów nastąpiło zejście poniżej 4,20. Ale po raz kolejny doszło do korekcyjnego odbicia. Widać więc, że ten poziom ma spore znaczenie. Dobra passa złotego to zasługa przede wszystkim świetnych danych z gospodarki. Mimo tak mocnych danych RPP nie zmieniła nastawienia i nadal chce utrzymywać stopy na obecnym poziomie aż do końca 2018 roku. Złoty w relacji do euro jednak stracił niewiele po tym komunikacie. Nie było również zaskoczenie ze strony agencji Fitch, która publikowała rating dla Polski. Ocena pozostała bez zmian. Spora jednak ciekawostka dotyczyła polityki monetarnej. Agencja Fitch uważa, że stopy w Polsce będą podnoszone 6 razy do poziomu 3% do końca 2019 roku. Brzmienie komunikatu musiało więc mieć pozytywny wpływ na krajową walutę i stąd piątkowy spadek poniżej 4,20. Tydzień jednak może przynieść spore przetasowania na rynkach. Mamy posiedzenie 3 banków centralnych i to kluczowych dla złotego a więc FED, EBC i BoE. Wsparciem będzie ostatnie minimum. Przed większymi wzrostami bronić będzie linia trendu spadkowego.

FrankKredytobiorcy frankowi nadal pozostają w dobrych humorach. Kurs CHF/PLN pozostaje w trendzie spadkowym. Chwilowy wzrost awersji do ryzyka po informacjach o rzekomych kontaktach Trumpa ze stroną rosyjską szybko odszedł w niepamięć. EUR/CHF, który pokazuje siłę szwajcarskiej waluty szybko odbił się od granicy 1,16 i poszybował powyżej 1,17. Dzisiaj są to nieco niższe poziomy ale nadal świadczące o słabości szwajcarskiej waluty. Jeśli nie pojawi się nagłe załamanie na rynkach choćby akcyjnych to CHF/PLN ma szansę zaatakować lokalne minimum. Oporem będzie linia trendu spadkowego.

FrankNa USD/PLN mamy formację trójkąta. Zwężające się ramiona mogą spowodować większe wybicie. A okazja będzie ku temu idealna a więc posiedzenie Fed i decyzja o stopach. Podwyżka o 25pkt bazowych jest już w cenach. Pytanie jednak zasadnicze czy Fed za wszelką cenę będzie forsował swoją strategię 3 podwyżek w kolejnym roku. Od piątku dolar jest nieco słabszy na szerokim rynku. Zdecydowało o tym słabsze tempo wzrostu wynagrodzeń co może jasno dawać do zrozumienia o braku presji inflacyjnej. Efekt na głównej parze był taki, że z poziomu 1,17 kurs skoczył na 1,18. Co spowodowało kilkugroszowe umocnienie złotego. Teraz dalsze losy zależą od posiedzenia Fed. Poznamy m.in. nowe projekcje makro. Jeśli pokażą one słabszą trajektorię wzrostu cen to inwestorzy mogą dojść do wniosku, że 3 podwyżek nie będzie w 2018 roku. Wtedy USD/PLN może zaatakować nawet ostatnie minimum. Jeśli jednak władze monetarne USA nic nie zmienią to kurs powinien podążyć na północ. Oporem wtedy będzie granica 3,60.

FuntNa funcie mamy spore zawirowania. Najpierw spore wzrosty po doniesieniach prasowych o dogadaniu się władz Wielkiej Brytanii z UE na temat rachunku za Brexit. Potem nastąpił mały krach po informacjach o kryzysie negocjacyjnym w sprawie granic z Irlandią. Strony długo nie mogły dojść do konsensusu. W końcu gdy konflikt został rozwiązany zamiast kolejnej fali wzrostów na funcie mamy spadki. I to mimo tak naprawdę otwarcia drogi do następnej rundy negocjacji z UE o warunkach handlowych. Inwestorzy doszli jednak do wniosku jak słabą pozycję ma Theresa May w Wielkiej Brytanii. Temat granic z Irlandią wywołał tarcia we własnej partii. Mimo więc oddalenia twardego Brexitu inwestorzy boją się kolejnych trudnych spraw, które są do rozwiązania. I jak może to się wydłużyć w czasie. Ten tydzień zapowiada się bardzo nerwowo dla funta. Jutro mamy dane o inflacji CPI w środę o przeciętnym wynagrodzeniu. Obie miary pomogą wskazać dalszą drogę polityki monetarnej. Niższe wartości przyczynią się do spadków na funcie. W czwartek natomiast decyzja Banku Anglii. Wydaje się, że zatrzymanie wzrostu cen powinno skutkować brakiem zmiany stopy procentowej i poziomu skupu aktywów. Jeśli komunikat Banku Anglii pozostanie gołębi w zderzeniu ze słabszymi danymi o inflacji może przynieść znaczną przecenę brytyjskiej waluty. Kurs mógłby się osunąć nawet w okolice 4,70. Jeśli jednak dojdzie do zaskoczenia choćby danymi to możemy zobaczyć ruch w kierunku ostatnich maksimów.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dobre prognozy dla frankowiczów. Nowy rząd

Ankietowani przez Reutersa analitycy potwierdzają, że nie należy się spodziewać zmian stóp procentowych w Szwajcarii w przyszłym roku. Dzisiaj o 17:00 zaprzysiężony zostanie nowy rząd w Polsce. Dobre dane z Turcji bez wpływu na walutę.

Niskie odsetki dla frankowiczów

Agencja Reuters podała oczekiwania analityków co do kształtowania się stóp procentowy przez Szwajcarski Narodowy Bank. W 2018 roku, nie spodziewają, się oni żadnych zmian w tym temacie. Jest to bardzo dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych. Kredyty te z jednej strony bardzo podrożały od kiedy frank poszedł w górę. Z drugiej strony ujemne stopy procentowe są tym co powoduje, że wysokość rat nie wyskoczyła jeszcze bardziej w górę. Jeżeli stopy procentowe będą wzrastać z pewnością odbije się to podwójnie negatywnie na tych kredytach. Po pierwsze wyższe stopy, to więcej odsetek, które trzeba zapłacić. Po drugie wyższe stopy procentowe to umocnienie się waluty. Scenariusz umocnienia waluty zakłada oczywiście, że w innych krajach stopy nie rosną. Jeżeli i w Polsce i w Szwajcarii wzrosną porównywalnie stopy, kurs wymiany powinien względnie stały.

Nowy rząd Polski

Dzisiaj o godzinie 17:00 nastąpi zaprzysiężenie rządu Mateusza Morawieckiego. We wtorek ma odbyć się głosowanie nad wotum zaufania, a w ciągu dwóch tygodni nowy premier wygłosi expose. Wątpliwym jest by znalazły się w nim jakieś gwałtowne zmiany wobec obecnie prowadzonej polityki. Zaplecze polityczne pozostaje wszakże to samo. Rynki obecnie nie reagują na te zmiany. Z pewnością będzie widać natomiast jeżeli inwestorów zaskoczy expose. Jeżeli pojawiłby się tam pakiet przyjaźniejszy dla biznesu możemy zobaczyć szybko euro poniżej granicy 4,20 zł. Z drugiej strony jeżeli pojawi się więcej sprawiedliwości społecznej niż dotychczas możemy zobaczyć osłabienie złotego.

Wzrost gospodarczy w Turcji

Turcja okazuje się najszybciej rozwijającym się państwem z grupy G20. W 3 kwartale PKB wzrósł o imponujące 11,1%. Analitycy oczekiwali i tak bardzo dobrego rezultatu bo 10%. Wzrost oparty był zarówno o inwestycje, wydatki gospodarstw domowych jak i rewelacyjne dane o wymianie handlowej. Co ciekawe inwestorzy w dalszym ciągu niechętnie patrzą na turecką walutę i pomimo tych danych nie było widać wyraźnego odbicia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Polska – finalny odczyt inflacji konsumenckiej,

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

John Deere inwestuje w Polsce i otwiera Centrum Usług Biznesowych na Europę

  • Amerykański czołowy producent maszyn rolniczych oraz urządzeń do pielęgnacji zieleni John Deere wzmacnia swoją obecność w Polsce;
  • Obecnie trwa rekrutacja na nowe stanowiska pracy;
  • Do zadań nowej placówki należeć będzie obsługa globalna fabryk i oddziałów John Deere w takich obszarach jak: księgowość i finanse, logistyka oraz kadry.

Amerykański gigant maszyn rolniczy John Deere wzmacnia swoją obecność w Polsce, otwierając Centrum Usług Biznesowych w Poznaniu, w którym docelowo pracować będzie 120 osób. Obecnie trwa rekrutacja na nowe stanowiska.

Liczba Centrum Usług Biznesowych w Polsce w ostatnich latach rośnie w coraz większym tempie. Ich głównym zadaniem jest świadczenie usług na rzecz innych jednostek wielooddziałowego przedsiębiorstwa w takich zakresach, jak: HR, IT, obsługa klienta, księgowość czy logistyka. Według najnowszych danych („Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych”) w I kwartale 2017 r. w Polsce działało 1078 centrów tego typu(w tym 748 zagranicznych). Inwestorzy cenią sobie u polskich specjalistów wykształcenie oraz zaangażowanie, co przekłada się na liczbę zatrudnionych pracowników, która w tym sektorze sięga już ponad 244 tys. osób.

Rosnący trend dotyczy również Poznania, który pod względem zatrudnienia zajmuje siódmą̨ pozycję wśród centrum usług biznesowych w Polsce oraz trzynastą w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Od 2015r. w stolicy Wielkopolski powstały 23 nowe centra usług dla biznesu, a liczba zatrudnionych w nich to ponad 16 tys. osób. Do Poznania wprowadza się kolejna słynna marka, która właśnie tu otworzy swoje pierwsze Centrum Usług Biznesowych w Polsce.

John Deere, amerykański producent maszyn rolniczych, sprzętu budowlanego, leśnego i urządzeń do pielęgnacji zieleni, zdecydował się na otwarcie wielofunkcyjnego Centrum Biznesowego w nowo powstałym kompleksie biurowym Business Garden w Poznaniu, przy ul. Kolorowej. – Do zadań nowo utworzonej placówki należy globalna obsługa fabryk i oddziałów John Deere w różnych obszarach, takich jak: finanse i księgowość, logistyka czy kadry – mówi Mirosław Leszczyński, Prezes Zarządu John Deere Polska.

Inwestycja w Poznaniu jest kolejnym świadectwem naszego zaangażowania w dalszy rozwój w Polsce, jednym z najlepiej rozwijających się dla nas rynków w Europie argumentuje Christoph Wigger, wiceprezes John Deere ds. Sprzedaży i Marketingu, Region 2 (Europa, Afryka Północna, Bliski i Środkowy Wschód)Poznań jest ważnym ośrodkiem akademickim w Polsce, z którego na rynek pracy trafiają wykształceni w rozmaitych dziedzinach absolwenci. Ponadto stolica Wielkopolski jest doskonale zlokalizowana z punktu widzenia granic Unii Europejskiejdodaje.

Dlaczego Poznań?

Za wyborem Poznania jako centrum usługowego dla zagranicznych podmiotów, wpływ ma kilka czynników. Pierwszym z nich jest rozwijający się i jeszcze nie przepełniony hub dla centrum usług biznesowych. Drugi czynnik to wysoki poziom edukacji. Poznań to ważny ośrodek akademicki, posiadający dużą pulę talentów dedykowanych usługą dla biznesu. Trzeci czynnik to zdywersyfikowana gospodarka, która czyni stolicę wielkopolski miejscem bardziej interesującym i odmiennym w porównaniu do innych lokalizacji tego typu inwestycji w Polsce.

Atutem Poznania są przede wszystkim wykwalifikowane kadry. Około 30 tys. absolwentów szkół wyższych stanowi ogromny potencjał dla firm, które otwierają centra usług biznesowych w naszym mieście. Poznań zmienia się, a kierunki tych zmian odpowiadają na potrzeby inwestorów z sektora usług nowoczesnych. W trakcie realizacji jest około 100 tys. m2 nowoczesnej powierzchni biurowej. Miasto dba o poprawę jakości życia mieszkańców poprzez rewitalizację centrum i terenów nadrzecznych, promowanie i unowocześnianie komunikacji miejskiej oraz rowerowej. Lotnisko Poznań-Ławica dynamicznie rozwija siatkę połączeń i tylko w tym roku zyskało 10 nowych połączeń lotniczych oraz dodatkowe loty do największych europejskich hubów (Frankfurt, Londyn, Warszawa). Powstają nowe hotele globalnie znanych marek (m.in. Hilton, Marriott). Ze strony Biura Obsługi Inwestorów inwestor, który planuje otworzyć centrum usług nowoczesnych w Poznaniu, może liczyć na pełne wsparcie na każdym etapie procesu inwestycyjnego. To wszystko wpływa pozytywnie na wizerunek Poznania w oczach inwestorów – mówi Katja Lõžina, dyrektor Biura Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Poznania.

Polskie Centrum Usług Biznesowych John Deere, które zostało otwarte 11 grudnia, to już druga poważna inwestycja amerykańskiej firmy w Wielkopolsce. Pierwszą z nich było stworzenie w naszym regionie centrum szkoleniowego i oddziału sprzedaży na Polskę, który jest zlokalizowany w Tarnowie Podgórnym pod Poznaniem. Obecnie firma prowadzi rekrutację nowych pracowników do Centrum Usług Biznesowych, która będzie kontynuowana w 2018 roku.

Acer z najwyższym zyskiem od sześciu lat. Przychody ze sprzętu gamingowego wzrosły o 168%

Rekordowa sprzedaż modeli z serii Predator przeznaczonych na rynek gamingowy oraz popyt na laptopy biznesowe spowodowały, że w trzecim kwartale 2017 roku dochód netto Acera wyniósł 48 mln dolarów (USD). To najwyższy wynik od dwudziestu siedmiu kwartałów oraz blisko sześciokrotnie wyższy niż w analogicznym okresie w poprzednim roku.

Acer_wyniki_Q3_2017Skonsolidowane przychody wyniosły ponad 2 miliardy dolarów i jest to wzrost o 13% kwartał do kwartału. Natomiast przy marży brutto wynoszącej 11,1% zyski brutto wyniosły 222 mln dolarów i są większe o 20% niż rok wcześniej. Oznacza to silną dynamikę działalności firmy, stabilizację działalności operacyjnej i rentowności.

Wzrost przychodów w trzecim kwartale 2017 roku wynika w dużej mierze z przychodów ze sprzętu gamingowego Acer, które wzrosły o 168% i przyczyniły się rok do roku do ponad 10% przychodów ogółem. Przychody z laptopów biznesowych wzrosły o 40% rok do roku, a z chromebooków o 27%. Inne działalności Acera jak usługi w chmurze, rzeczywistość wirtualna (VR) i rzeczywistość rozszerzona (AR) pozwoliły na wzrost o 30% rok do roku.

Opłaty za usługi wodne po nowemu

1 stycznia 2018 r. wejdzie w życie nowa ustawa Prawo wodne, a wraz z nią wiele zmian, które bezpośrednio wpłyną na przedsiębiorców. Jedną z najistotniejszych, a jednocześnie budzących najwięcej kontrowersji nowości jest zmiana systemu naliczania i uiszczania opłat za tzw. usługi wodne.

Obecnie rozliczenie należności za pobór wód z własnego ujęcia oraz odprowadzanie ścieków do środowiska odbywa się w ramach rocznego sprawozdania o zakresie korzystania ze środowiska. Od nowego roku system ten ulegnie zmianie, co pociągnie za sobą konieczność wprowadzenia zmian do dotychczasowego wzoru formularza „opłatowego”.

Zwrot kosztu usług wodnych

Zgodnie z nowym systemem, opłaty naliczane będą z urzędu przez zupełnie nową instytucję –  Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie. Kluczowym założeniem systemu naliczania, który wprowadza nowe Prawo wodne, jest zasada zwrotu kosztów usług wodnych świadczonych przez Wody Polskie.

– Nowy system obejmie więcej niż obecnie aktywności mieszczących się w pojęciu tzw. usług wodnych. Nowością będzie opłata za odprowadzanie wód opadowych i roztopowych z terenów nieskanalizowanych. Niestety, wiele zapisów ustawy odnoszących się do sposobu wyliczania kwot budzi wątpliwości i nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jak w praktyce opłaty za usługi wodne będą naliczane – zauważa Marta Banasiak, audytor i konsultant w EcoMS Consulting oraz trener w Akademii EcoMS, która prowadzi m.in. szkolenia z zakresu nowych wymagań prawnych.

Opłaty naliczane będą za:

  • pobór wód podziemnych lub powierzchniowych, w tym na potrzeby chowu i hodowli ryb oraz innych organizmów wodnych,
  • wprowadzanie ścieków do wód lub do ziemi, także ze wspomnianego już chowu czy hodowli,
  • odprowadzanie do wód opadowych lub roztopowych ujętych w otwarte lub zamknięte systemy kanalizacji deszczowej albo systemy kanalizacji zbiorczej, a także pochodzących z odwodnienia gruntów – w granicach administracyjnych miast.

To nie wszystko. Opłatom podlegać będą także:

  • zmniejszenie naturalnej retencji terenowej na skutek wykonywania na nieruchomości o powierzchni powyżej 3500 m2 robót lub obiektów budowlanych trwale związanych z gruntem, mających wpływ na zmniejszenie tej retencji przez wyłączenie więcej niż 70% powierzchni nieruchomości z powierzchni biologicznie czynnej na obszarach nieujętych w systemy kanalizacji otwartej lub zamkniętej,
  • wydobywanie z wód powierzchniowych, w tym z morskich wód wewnętrznych wraz z wodami wewnętrznymi Zatoki Gdańskiej oraz wód morza terytorialnego, kamienia, żwiru, piasku i innych materiałów, a także wycinanie roślin z wód lub brzegu.

Podwyżki niewykluczone

Zasady wprowadzane przez nowe Prawo wodne nie będą miały bezpośredniego wpływu na pobierających wodę z sieci wodociągowej lub odprowadzających ścieki do sieci kanalizacyjnej.

  • Takie podmioty – zarówno osoby fizyczne, jak i prawne – wciąż będą rozliczały się na podstawie umów zawartych z dostawcą usług. Teoretycznie ustawa wprowadza mechanizm blokujący podwyżkę cen związaną ze zmianą systemu pobierania opłat za korzystanie z usług wodnych, na okres dwóch lat od jej wejścia w życie. Przyszłość pokaże jednak, czy zabezpieczenie to okaże się skuteczne – przewiduje Marta Banasiak.

Nowy system naliczania i uiszczania należności za korzystanie z usług wodnych obowiązywać będzie od 1 stycznia 2018 r. Do opłat za korzystanie ze środowiska za okres do 31 grudnia 2017 r. oraz wpływów z tego tytułu stosuje się przepisy dotychczasowe. Opłatę za rok 2017 należy zatem naliczyć i uiścić zgodnie z dotychczas obowiązującymi zasadami.

Simpact – pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei impact investing, właśnie wystartował

Simpact to pierwszy w Polsce fundusz inwestycyjny oparty na idei tzw. impact investing, w którym kluczowym kryterium inwestowania i zaangażowania w projekty technologiczne będzie ich pozytywny wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. Fundusz powstał w ramach koordynowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju programu Bridge Alfa. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet do 3 milionów złotych.

Fundusz Simpact to fundusz typu venture capital, który jako pierwszy w Polsce i jeden z pierwszych w Europie środkowo – wschodniej  działa w oparciu o ideę impact investing – czyli nowatorskiej strategii inwestycyjnej, polegającej na świadomym zaangażowaniu kapitału w projekty, które oprócz wyników finansowych generują również zysk społeczny lub środowiskowy. Projekty w które inwestuje Simpact – z założenia – mają przyczyniać się do pozytywnej zmiany świata na lepsze. Fundusz koncentruje się na poszukiwaniu rozwiązań technologicznych z takich obszarów, jak: usprawnienie codziennego trybu życia mieszkańców krajów rozwiniętych, ochrona zdrowia, poprawa stanu środowiska i warunków życia, redukcja zanieczyszczeń i inne wpisujące się w ideę impact investing. Startupy zainteresowane pozyskaniem kapitału mogą otrzymać nawet 3 miliony złotych, przy jednoczesnym objęciu przez fundusz mniejszościowego pakietu udziałowego.

Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact
Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact

– Postępujące zanieczyszczenie środowiska, starzenie się społeczeństwa czy wykluczenia społeczne to tylko niektóre z dzisiejszych wyzwań cywilizacyjnych i demograficznych. W Simpact planujemy inwestować w projekty, które przy wykorzystaniu nowych technologii, chcą zmieniać świat na lepsze – wzbogacać kluczowe aspekty życia, i ta misja stanowi dla nich fundament modelu biznesowego. Nie zamierzamy ograniczać się do konkretnego sektora czy gałęzi przemysłu. Wierzymy, że w każdej dziedzinie jest przestrzeń do wykorzystania innowacji w służbie zrównoważonego rozwoju – mówi Krzysztof Grochowski, Dyrektor Zarządzający funduszem Simpact.

SiDLY – pierwsza inwestycja Simpactu

Simpact pierwszą inwestycję ma już za sobą. W październiku br., wraz z funduszem INNOventure, dołączył do grona udziałowców polskiego startupu SiDLY, który konstruuje innowacyjne urządzenia telemedyczne. Łączna wartość finansowania przekazanego przez oba fundusze wyniosła 2 mln PLN, z możliwością zwiększenia jej do 5 mln PLN.

– SiDLY to startup, który idealnie wpisuje się w filozofię działalności Simpactu. SiDLY Care – kluczowy produkt firmy – to opaska umożliwiająca stały pomiar parametrów medycznych, na bieżąco analizuje rytm serca czy temperaturę skóry. Rozwiązanie to jest szczególnie ważne dla osób starszych, u których wzrasta ryzyko wystąpienia czynników zagrażających ich zdrowiu czy życiu. SiDLY jest zatem doskonałym przykładem wykorzystania technologii w celu poprawienia życia określonym grupom społecznym, a przy tym jest to również prężnie funkcjonująca firma z konkretnym celem finansowym. Jestem niezwykle dumny, że mogliśmy zostać udziałowcem tak dynamicznie działającego – zarówno w sferze społecznej, jak i biznesowej – startupu – dodaje Krzysztof Grochowski.

Impact investing – nowy trend w obszarze inwestycji

Wg GIIN The Global Impact Investing Network – największej instytucji zrzeszającej fundusze impact investment na świecie, w 2010 roku światowy rynek impact investment wynosił 50 miliardów dolarów,  ale już na koniec 2016 roku jego wartość szacowano na 114 miliardów dolarów. Połączenie zysku finansowego z korzyściami społecznymi to coraz częściej preferowany kierunek  – dla inwestorów poszukujących ciekawych opcji inwestycyjnych, ale i startupów, które chcą tworzyć projekty zmieniające świat na lepsze.  To również sposób myślenia, który łączy coraz większą liczbę przedsiębiorców i zarządzających funduszami.

Jacek Ostrowski
Jacek Ostrowski

– Kluczowymi zadaniami stojącymi przed funduszami typu impact investment są: z jednej strony definiowanie, a z drugiej mierzenie osiągniętego wpływu społecznego i środowiskowego. Dobra inwestycja powinna wykazać realny i mierzalny pozytywny wpływ na świat na równi z wynikami finansowymi – tłumaczy Jacek Ostrowski, członek Simpactu.  – Liczmy się również z  wyzwaniami na polu edukacji. Jako pierwsze tego typu przedsięwzięcie nie tylko w Polsce, ale i w tej części Europy, pracujemy również nad tym, aby uświadomić rynek  czym jest a czym nie jest fundusz impact investment. Ważne jest także wskazanie różnic pomiędzy naszymi działaniami a filantropią czy społeczną odpowiedzialnością biznesu – dodaje.

Oficjalnie fundusz Simpact zadebiutował 4 grudnia podczas Gali kończącej III edycję spotkania CEE Capital Market Leaders Forum, odbywającej się na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

W tegoroczne święta pracownicy tymczasowi zarobią więcej

Pracownicy do obsługi sezonu świątecznego poszukiwani są już od wielu tygodni, ale wraz z rozpoczęciem grudnia nadchodzi szczyt zapotrzebowania na pracę tymczasową. Pod koniec roku prawdziwy boom przeżywają sektor handlowy, logistyczny i promocyjny, co powoduje powstanie tysięcy nowych miejsc pracy. W tym roku wobec rekordowo niskich poziomów bezrobocia i małej dostępności kandydatów wiele firm podniosło stawki wynagrodzeń. Z danych Work Service wynika, że w tym roku średnie płace godzinowe sięgają od 14 do niemal 20 zł brutto, i pomimo, że są często o ponad 15% wyższe niż poza sezonem to mogą nie wystarczyć, aby znaleźć polskich pracowników. Dlatego wiele firm logistycznych i produkcyjnych będzie się ratować kadrami z Ukrainy.

Okres świąteczny to nie tylko czas spokoju i kontaktu z rodziną. Od wielu lat to okres, gdy po raz ostatni w roku Polacy sięgają znacznie częściej do portfeli i kreują prawdziwy boom konsumpcyjny. Tak duże ożywienie powoduje, że do obsługi tej wielkiej świątecznej machiny potrzebne są tysiące nowych pracowników. Jednak w tym roku w sezonie świątecznym będziemy obserwować jeszcze większą niż w ciągu roku rywalizację o kadry, a wielu firmom może zabraknąć rąk do pracy. Dzieje się tak ze względu na rekordowo niskie bezrobocie i ogromny, niezaspokojony popyt na pracowników, który występuje poza okresami zwiększonego zatrudnienia.

Grudzień to szczyt sezonu na pracowników tymczasowych w okresie przedświątecznym. W wielu sklepach i galeriach handlowych nawet o połowę potrafi wzrastać zatrudnienie. Z uwagi na to, że sezon jest dość krótki, wymaga  on atrakcyjniejszych stawek wynagrodzeń niż w ciągu roku. To sposób na zachęcenie kandydatów do podjęcia pracy. W tym roku widzimy, że wynagrodzenia są o 15-20% wyższe niż poza sezonem, a patrząc wstecz dzisiejsze stawki od których zaczyna się negocjacje z pracownikami, jeszcze rok-dwa lata temu stanowiły górne widełki płacowe – mówi Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

Stanowisko Godzinowe wynagrodzenia brutto w zł
Od Do Średnia
Hostessa 18 21 19,5
Merchandiser 16 18 17
Pracownik inwentaryzacji 16 18 17
Magazynier 14 19 16,5
Kasjer/doradca klienta 14 17 15,5
Pracownik do produkcji kalendarzy 13 15 14
Dane własne: Work Service S.A.

 

W okresie świątecznym najwięcej miejsc pracy powstaje w sektorach powiązanych ze sprzedażą. Otwierają się wtedy rekrutacje na doradców klienta i kasjerów w sklepach wielkopowierzchniowych, z zabawkami, elektroniką czy książkami. Na tych stanowiskach stawki wynagrodzeń sięgają między 14 a 17 zł brutto za godzinę. Wyższe płace oferowane są dla osób odpowiadających za wykładanie towaru i jego odpowiednią ekspozycję. Na tych stanowiskach można liczyć na stawiki sięgające między 16 a 18 zł brutto za godzinę. Najwyższe wynagrodzenia tradycyjnie otrzymują osoby odpowiedzialne za promocję i stworzenie odpowiedniego nastroju świątecznego, ale więc hostessy przebrane za elfy, śnieżynki czy mikołajki. Tu stawki potrafią przekraczać 20 zł za godzinę.

Wiele miejsc pracy powstaje również w branży logistycznej i magazynowej, która przeżywa duże obłożenie zarówno ze względu na konieczność dostarczenia towarów do sklepów, jak również ze względu obsługę sklepów internetowych, które coraz częściej stają się miejscem zakupów prezentów na święta. Dlatego też już od października aż do stycznia występuje wzmożone zapotrzebowanie na magazynierów, których stawki kształtują się na poziomach od 14 do 19 zł brutto za godzinę.

– Rosnące trudności rekrutacyjne powodują, że tegoroczne oferty zatrudnienia w znaczącej większości przekraczają poziomy stawek minimalnych na poziomie 13 zł brutto. Pracodawcy chcąc zachęcić osoby młode oferują również elastyczne grafiki pracy. A gdy nie są wstanie przyciągnąć rodzimych pracowników, to wówczas sięgają po kadry z Ukrainy. Obcokrajowcy głównie wypełniają wakaty na zapleczu świątecznego biznesu, a więc w logistyce czy magazynach – dodaje Andrzej Kubisiak.

W grudniu pojawiają się również ciekawe możliwości zawodowe, które są powiązane z końcem roku. Wiele firm poszukuje wsparcia przy procesach inwentaryzacji, oferując kandydatom do pracy stawki sięgające nawet 18 zł brutto za godzinę. Co więcej, w punktach poligraficznych trwają również prace nad przygotowaniem kalendarzy na 2018 rok. Pracownicy do takich zadań mogą liczyć na średnie stawki sięgające 14 zł brutto za godzinę.

Przedsiębiorcy zadowoleni z rozwoju polskiej gospodarki, ale liczą na więcej

Są już kontrakty terminowe na bitcoina

W niedzielę po raz pierwszy uruchomiono notowania kontraktów terminowych na bitcoina. To dzieło spółki Cboe Global Markets, podczas gdy firma CME Group chce zrobić to samo za tydzień. Podczas kilku pierwszych godzin handlu trzeba było dwa razy wstrzymywać notowania kryptowaluty z powodu zbyt dużych wzrostów. W ciągu ostatniej doby kurs bitcoina podniósł się o 20% i w poniedziałek rano wynosi ok. 16,7 tys. USD. Tymczasem zagrożeniem dla kryptowaluty może być wiadomość z Bułgarii. Otóż tamtejszy rząd poinformował o przejęciu od przestępców w maju 200 tys. bitcoinów, które są aktualnie warte ponad 3 mld USD. Próba ich sprzedaży spowodowałaby spadek wartości kryptowaluty.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do japońskiego jena (+0,01%), a traci do euro (-0,1%), brytyjskiego funta (-0,27%), dolara kanadyjskiego (-0,06%) oraz dolara australijskiego (-0,22%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,178, GBP/USD – 1,324, USD/CAD – 1,284, AUD/USD – 0,753 i USD/JPY – 113,4. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,11%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,7, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,878. W porównaniu z sytuacją sprzed weekendu złotówka zyskuje do głównych walut światowych. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,56 zł, euro – poniżej 4,2 zł, funt – poniżej 4,78 zł, a frank szwajcarski – 3,59 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek w Europie londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 1%, frankfurcki indeks DAX – o 0,83%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,28%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,55%, meksykański indeks Bolsa – 1,25%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,34%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,56%, chiński indeks Shanghai Composite – o 0,98%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,18%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej kontynuują wzrosty. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 63,4 USD (+1,89%), a ropy WTI – 57,36 USD (+1,17%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 65 USD. Rosną także ceny złota. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1250 USD. To 2 USD więcej (+0,16%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Turcja – PKB (r/r), III kw. – 11,1% (prognoza 10%)
  • 9:00 – Polska – Wskaźnik Przyszłej Inflacji wg BIEC, listopad – 80,8 pkt. (poprzednio 80,4 pkt.)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja CPI (r/r), listopad – 2,6% (prognoza 2,6%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja CPI (r/r), listopad (prognoza 2,5%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

IBMR Samar: rośnie zainteresowanie wynajmowaniem samochodów

Na rynku wciąż dominuje zakup samochodów, a nie uch wynajem. Wiąże się to z chęcią posiadania auta, chociaż dziś już częściej patrzy się na ofertę wypożyczania samochodu, czyli pozyskiwania mobilności. Carsharing to inna formuła – wynajem auta na minuty. To przemieszczanie w ramach ośrodków miejskich. Jest wygodnym uzupełnieniem transportu publicznego – autobusów i tramwajów oraz taksówek. Usługa wprowadza elastyczność w użytkowaniu samochodu.

– Ta formuła będzie się w przyszłości rozwijała. Nie trzeba być właścicielem pojazdu, ważne, aby można było swobodnie z niego korzystać. Wynajem pozwala przewidzieć koszt w całym okresie używania, co ma pozytywny wpływ na nasze fundusze – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBMR Samar – Jesteśmy w stanie wcześniej zaplanować wypożyczenie auta i wiedzieć, ile za niego zapłacimy. Fundusze, które przeznaczylibyśmy na zakup, mogą zostać zainwestowane w firmę. Mając pojazd w pobliżu można w dowolny sposób go pozyskać za pomocą aplikacji, przemieścić się oraz zostawić go w dogodnym dla nas miejscu. Nie jesteśmy z nim na stałe związani. Taka forma mobilności będzie się rozwijać właśnie dzięki udogodnieniom, jakie oferuje. To zależy też jednak od kosztów i warunków, na jakich będzie działać – dodał Drzewiecki.

Portret frankowicza

Systematycznie maleje kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych, zaciągniętych w szwajcarskiej walucie. Obecnie do spłaty pozostaje 114,03 mld zł. i jest to o 6,8% mniej niż w czerwcu br. Jednocześnie, aktualne całkowite zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych wynosi 141,60 mld zł, co stanowi wartościowo 24% zadłużenia wszystkich kredytobiorców w Polsce. Na dzień 08.12.2017 r. kurs złotego do franka wynosi 3,59 zł, czyli najmniej od „pamiętnego” stycznia 2015 r.

Dane Biura Informacji Kredytowej potwierdzają obserwację, że liczba kredytobiorców złotowych, obsługujących kredyty mieszkaniowe wzrasta. W okresie styczeń – październik 2017 r. liczba kredytobiorców wzrosła o 136 tys. Z kolei liczba osób obsługujących kredyty frankowe stale zmniejsza się – w tym samym okresie ubyło 33,6 tys. frankowiczów.

Portfel kredytowy Polaków

Kredyty walutowe obecnie występują w ofercie banków w minimalnym stopniu, dotyczy to również zobowiązań w szwajcarskiej walucie. Bazy BIK, zawierające informacje o 15,13 mln kredytobiorców w Polsce, odnotowują obecnie 5,7% udział osób spłacających zobowiązania we frankach. Kwota do spłaty wszystkich kredytobiorców bez względu na walutę wynosi w przeliczeniu na złote 583,03 mld zł, z czego 141,60 mld zł to wartość do spłaty wszystkich rodzajów kredytów posiadanych przez kredytobiorców frankowych. Liczba wszystkich kredytów posiadanych przez frankowiczów wynosi 1,77 mln szt., co stanowi 6,4% spośród 27,57 mln szt. kredytów obsługiwanych przez wszystkich Polaków łącznie.

BIK kredytobiorcy frankowi infografika

Kredytobiorcy frankowi i ich kredyty

Łączna kwota do spłaty z tytułu kredytów mieszkaniowych w CHF to 114,03 mld zł a całkowite aktualne zadłużenie kredytobiorców frankowych z tytułu wszystkich posiadanych produktów kredytowych to 141,60 mld zł. Na tę wartość składają się oprócz frankowych, i zaciągniętych w innych walutach (głównie w zł) kredytów mieszkaniowych na kwotę 131,4 mld zł, kredyty konsumpcyjne o wartości 7,39 mld zł, następnie karty kredytowe na kwotę do spłaty wynoszącą 1,52 mld zł, a także udzielone limity kredytowe w wysokości do spłaty 1,29 mld zł.

– Wśród czynników wpływających na spadek zadłużenia w kredytach spłacanych w szwajcarskiej walucie należy odnotować m.in. najniższą wartość kursu franka szwajcarskiego od „pamiętnego stycznia 2015 r.” – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk kredytowy BIK. – W tym roku złoty umocnił się już o ponad 12 proc. w stosunku do kursu CHF z tamtego okresu. Warto także zaznaczyć, że wpływ na spadek zadłużenia w mieszkaniowych kredytach zaciągniętych w CHF mają sami frankowicze, którzy rzetelnie spłacają swoje raty kredytowe, co powoduje spadek zadłużenia– dodaje prof. Rogowski.

Jakość spłat kredytów na mieszkania

Opóźnienie w spłacie samego kredytu mieszkaniowego udzielonego w walucie CHF, ma 10 225 osób – jest to 1,1% osób spośród wszystkich kredytobiorców frankowych.

– BIK, w oparciu o swoje dane, od lat obserwuje bardzo dobrą jakość obsługi kredytów mieszkaniowych zarówno złotowych, jak i walutowych. Solidność obsługi wpływa znacząco na dobrą jakość portfela, można powiedzieć, odpornego na wahania kursowe w przypadku kredytów walutowych – mówi prof. Rogowski. – Na koniec października br. na ponad 2,3 mln obecnie czynnych kredytów mieszkaniowych tylko w przypadku 32 tys. – 1,4% występuje opóźnienie w spłacie powyżej 90 dni – dodaje.

Portret Frankowicza

Udział kobiet i mężczyzn w zawieraniu umów na kredyty mieszkaniowe w szwajcarskiej walucie stanowi niemal parytet. Na 868,32 tys. osób, spłacających mieszkanie we franku przypada 50,3% pań w stosunku do 49,7% panów. Najwięcej kredytobiorców posiadających takie zobowiązanie znajduje się w przedziale wiekowym 35 – 44 lat i stanowią ponad połowę (50,58%) wszystkich frankowiczów. Co pocieszające, osoby w tej grupie wykazują się wysoką i bardzo wysoką wiarygodnością kredytową na poziomie 90,40%, co potwierdza zarówno scoring BIK, jak i sami kredytobiorcy.

W ankiecie opinii, przeprowadzonej w listopadzie 2017 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK*, większość badanych dobrze oceniło swoją kondycję kredytową, co oznacza, że są w stanie bez większego problemu spłacać obecne długi. Wskaźnik kondycji kredytowej w badaniu wyniósł 67 w 100 stopniowej skali – im wyższa jego wartość, tym szacowana kondycja kredytowa jednostki lepsza. BIK Aglomeracje CHF

Polska i frankowicze

frankowiczeW ocenie swojej kondycji oraz historii kredytowej bardziej optymistycznie ocenili się mieszkańcy regionu południowego (zgodnie z klasyfikacją Głównego Urzędu Statystycznego). To oni, częściej niż mieszkańcy pozostałych regionów, podkreślają rolę oszczędzania, deklarują również, że kredyty biorą tylko wtedy, gdy mają pewność, że je spłacą oraz częściej nie wyobrażają sobie sytuacji, że kredytu nie spłacą.

Dane z bazy BIK, które pokrywają się z opiniami w badaniu, potwierdzają od lat obserwacje, że relatywnie lepiej spłacane są kredyty w województwach południowo-wschodnich.

Na pytanie, skąd może wynikać to zjawisko, związane z bardziej sumiennym i odpowiedzialnym podejściem do spłacania rat kredytowych, odpowiedzieli sami badani. Osoby z tych województw podkreślali, częściej niż inni badani, że na ich stosunek do kredytów i zobowiązań wpływają zarówno wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego (60%), jak i możliwość polegania na rodzinie w trudnych sytuacjach, czyli np. pomocy krewnych, w przypadku kłopotów finansowych.

– Analizując liczbę kredytobiorców posiadających kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim należy podkreślić, że są to mieszkańcy 10 aglomeracji Polski. Stanowią oni aż 56% wszystkich osób spłacających kredyty na mieszkanie w CHF – mówi prof. Rogowski z BIK. I dodaje: – Co ciekawe 18% osób spłacających taki kredyt mieszka w aglomeracji warszawskiej.

* Polacy na rynku kredytowym, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A., listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa

Ani podtrzymanie ratingu Polski przez Fitch, ani wymiana premiera nie zdołały wpłynąć na stabilizację złotego, choć ryzyka przeważają po negatywnej stronie. Nowy kandydat na prezesa RBNZ daje wsparcie dla NZD, gdyż gwarantuje ortodoksyjne podejście do polityki monetarnej. Po staremu w raporcie z rynku pracy USA (solidne zatrudnienie, słabe płace) przemawiają za nieciekawym komunikatem FOMC w dalszej części tygodnia.

Zgodnie z oczekiwaniami agencja Fitch podtrzymała rating Polski A minus z perspektywą stabilną. Zdaniem agencji ocena odzwierciedla silne fundamenty makroekonomiczne, rozsądną politykę monetarną i solidny sektor bankowy. Fitch chwalił siłę konsumpcji i liczy na przyspieszanie inwestycji. Wśród potencjalnych pozytywnych ryzyk widzi wzmocnienie popytu zewnętrznego. Agencja oczekuje też, że RPP w przyszłym roku rozpocznie podwyżki stóp procentowych. Wśród zagrożeń mogących wpłynąć na obniżenie oceny wymieniono pogorszenie współczynników zadłużenia oraz zapaść klimatu inwestycyjnego pod wpływem niekorzystnych zmian w polityce gospodarczej. Ogólnie otrzymaliśmy mnie więcej to, co wszystkie trzy główne agencje powtarzają od jakiegoś czasu. Dla złotego była to neutralna informacja, ale ogólnorynkowy klimat sprzyjał ponownego testowi 4,20 z euro. Jednak nie mamy przekonania, aby złoty mógł wiele „ugrać” przed końcem roku. Wydarzenia w krajowej polityce na razie przechodzą bez echa (nowy premier, reforma sądownictwa), ale ten drugi temat może generować ostrą odpowiedź ze strony Brukseli, co może położyć się cieniem na sentymencie w stosunku do złotego.

Na starcie tygodnia NZD skoczył po informacji, że nowym prezesem RBNZ zostanie Adrian Orr, prezes NZ Super Fund. Nazwa ta niewiele nam mówi, ale wystarczy dodać, że Orr w swojej karierze dwukrotnie zatrudniony był w banku centralnym, a krajowa polityka monetarna jest jego domeną. Choć nie da się na razie powiedzieć dużo o nastawieniu nowego prezesa (jastrząb/gołąb), to jego wybór zdejmuje z NZD ryzyko, że rząd mógłby mianować mniej przewidywalnego kandydata bardziej sprzyjającego forsowanej polityce gospodarczej (czy. bardziej gołębiego). Od dawna podkreślamy, że w NZD wycenione jest przesadna premia za ryzyko polityczne i w krótkim terminie kiwi wygląda najatrakcyjniej spośród walut surowcowych.

Raport z rynku pracy USA wskazał na solidny przyrost zatrudnienia (228 tys.) i niską stopę bezrobocia (4,1 proc.), ale kolejny raz rozczarował po stronie dynamiki płac (2,5 proc. r/r, prog. 2,7 proc.). Dane nic nie zmieniają w kontekście środowej decyzji FOMC w tym tygodniu (podwyżka o 25 pb), jednak bez wątpienia dają amunicję gołębiom, by wstrzymać cykl zacieśniania przynajmniej na pół roku. Rynek jednak waży szanse kolejnej podwyżki w marcu (ok. 70 proc.) i widzi argumenty za w niskim bezrobociu i perspektywach polityki fiskalnej. Choć słabość płac implikuje, że rynek nie nastawia się jastrzębio przed posiedzeniem Fed, to też trudno oczekiwać, aby komunikat mógł zaskoczyć wyraźnie pozytywnie. W rezultacie USD może wybiórczo mieć przewagę nad walutami defensywnymi (JPY i CHF), ale podda się względem walut z klarowniejszą sytuacją fundamentalną (EUR).

Dziś w kalendarzu mamy finalny odczyt inflacji CPI z Polski, który powinien potwierdzić, że za przyspieszenie do 2,5 proc. r/r przede wszystkim odpowiadają wyższe ceny żywności i paliw, czyli dwóch komponentów pozostających poza kontrolą RPP. Stąd nie widzimy podstaw do zmiany nastawienia Rady w najbliższym czasie, co z resztą potwierdził prezes NBP na konferencji w tym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tydzień zdominowany przez banki centralne

  • W środę Fed prawdopodobnie podniesie stopy procentowe o 25 pb do 1,25%-1,50% w reakcji na rynek pracy bliski pełnego zatrudnienia oraz solidny wzrost gospodarczy. W czwartek SNB, Norges Bank, Bank Anglii i EBC nie zdecydują się raczej na żadne zmiany w parametrach polityki pieniężnej. W Szwajcarii niewielkie przyspieszenie inflacji (wynikające m.in. z osłabienia franka) to wciąż zbyt mało, aby podwyższyć stopy procentowe. Bank Norwegii zapowiada podwyżki dopiero w połowie 2018r. Bank Anglii podnosząc stopy w listopadzie sugerował, że był to ruch jednorazowy. EBC kontynuuje ograniczane QE, a jak wskazały ostatnie minutes proces ten będzie powolny.
  • Dzisiaj dowiemy się jakie przyczyny stały za listopadowym przyspieszeniem krajowej inflacji do 2,5% r/r z 2,2% r/r w październiku. Wg naszych szacunków był to efekt wyższych cen paliw, żywności oraz opału, przy stabilnej inflacji bazowej (publikacja we wt.) na poziomie 0,8% r/r. Oczekujemy wyższej niż konsensus nadwyżki na rachunku bieżącym (czw.), chociaż gorsze od oczekiwań dane o niemieckim eksporcie sugerują możliwość słabszego wyniku salda handlowego, a tym samym całego rachunku.
  • Wstępne indeksy PMI z gospodarek rozwiniętych (czw. i pt.) powinny pokazać kontynuację znakomitej koniunktury w przemyśle w grudniu. Jednocześnie inflacja (śr., dane ostateczne), pomimo przyspieszenia, utrzymuje się tam na niskim poziomie.

Przegląd wydarzeń:

Agencja Fitch nie zmieniła oceny wiarygodności kredytowej Polski (rating A-, perspektywa stabilna) podkreślając silne fundamenty makroekonomiczne, w tym poprawę kondycji sektora finansów publicznych.

Inflacja na Węgrzech wzrosła w listopadzie do 2,5% r/r z 2,2% r/r za sprawą przyspieszenia cen żywności, paliw i tytoniu (wzrost akcyzy).

W 3q17 GUS odnotował 131 tys. wakatów (+7,5% m/m, 37,4% r/r). Najwięcej nieobsadzonych stanowisk jest w przemyśle (33,5 tys.), handlu (20,8 tys.) i budownictwie (20,3 tys.). Właśnie w tych sekcjach spodziewamy się największego nasilenia presji płacowej. Tymczasem wg prognozy MRPiPS w XI stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 6,6% (PKO: 6,5%, konsensus: 6,6%).

J. Żyżyński z RPP nie zmienił gołębiego nastawieniaG. Ancyparowicz skrytykowała decyzję Rady o obniżeniu oprocentowania rachunku rezerwy obowiązkowej.

NFP: rynek pracy przypieczętował podwyżkę stóp

Zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wzrosło w listopadzie o 228 tys. (konsensus: 200 tys.), a więc ponownie wyraźnie mocniej niż średnie wzrosty odnotowywane przez zaburzeniami, które na rynku pracy wywołały niekorzystne warunki pogodowe. Bilans rewizji danych za wrzesień i październik jest bliski neutralnemu – podczas gdy skalę wzrostu zatrudnienia we wrześniu zrewidowano o 20 tys. etatów w górę (do 38 tys.), to wynik października zredukowano o 17 tys. w dół (do 244 tys.). Dynamika przyrostu zatrudnienia pozostała na poziomie 1,4% r/r – spójnym z odnotowywanym w ostatnich 3 latach spadkowym trendem tempa wzrostu (z ponad 2% r/r na przełomie 2014 i 2015r.).

Wzrost zatrudnienia nastąpił w znaczącej większości sektorów i branż. Najsilniejszy był w edukacji i ochronie zdrowia (54 tys.), sektorze usług biznesowych (46 tys.), przetwórstwie przemysłowym (31 tys.) i budownictwie (24 tys.). Branża hotelarska i restauracyjna, stanowiąca główne źródło zmienności w odczytach zatrudnienia za poprzednie dwa miesiące, powróciła do cechującego ją wcześniej przeciętnego tempa wzrostu zatrudnienia sięgającego około 20 tys. etatów (wynik za listopad: 14 tys.).

Dynamika wynagrodzeń nieznacznie przyspieszyła do 2,5% r/r z 2,3% r/r miesiąc wcześniej. W porównaniu do października wyraźnie przyspieszyło tempo wzrostu płac w budownictwie, górnictwie, handlu – a także w ponadprzeciętnie nisko płatnym hotelarstwie. Oczekujemy, że dynamika płac będzie stopniowo przyspieszać. Z jednej strony będzie to odpowiedź na coraz bardziej odczuwalne braki kadrowe, z drugiej rezultat przyspieszenia wzrostu wydajności pracy, który ułatwi finansowanie podwyżek płac. Przy utrzymujących się wzrostach wynagrodzeń będzie to oznaczało wzrost realnego funduszu płac, który w dalszym ciągu wspierać będzie konsumpcję.

Stopa bezrobocia (4,1% w listopadzie i październiku vs 4,2% we wrześniu) pozostała w okolicach historycznych minimów notowanych ostatnio na przełomie 2000/2001 roku, poniżej poziomu uznawanego przez FOMC za stan równowagi (4,6%). Utrzymaniu stopy bezrobocia na niezmienionym poziomie sprzyjała stabilizacja stopy aktywności zawodowej (62,7%). Stopa bezrobocia U6 nieznacznie wzrosła do 8,0% z 7,9% w październiku.

stopa bezrobociaUtrzymanie w listopadzie silnego tempa wzrostu zatrudnienia i jego szeroki charakter (trend obejmuje zdecydowaną większość branż) w połączeniu z powrotem do umiarkowanego wzrostowego trendu wynagrodzeń dopełniają listę argumentów przemawiających za podniesieniem stóp procentowych przez Fed na jego najbliższym posiedzeniu 13 grudnia. Dla dalszej ścieżki stóp procentowych (2018r.) istotne znaczenie będzie miało to, czy wzrostowy trend płac zyska na sile, oraz w którym roku (2018 czy 2019) wejdą w życie kluczowe postanowienia reformy podatkowej, nad którą prace finalizuje amerykański Senat. Wdrożenie wspomnianych zmian już w 2018 r. będzie znacząco zwiększać ryzyko silniejszego niż obecnie zakładamy w scenariuszu bazowym (dwie podwyżki) zacieśnienia polityki pieniężnej w USA w przyszłym roku.

Źródło: PKO Bank Polski

Specjaliści i menedżerowie zarabiają ponad dwa razy więcej niż przeciętny pracownik w sektorze przedsiębiorstw

Średnie wynagrodzenie miesięczne oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce wyniosło w 2017 roku 11 662 zł brutto. Pensja proponowana kandydatom wzrosła aż o 14% w porównaniu do ubiegłego roku i jest 2,5 razy wyższa niż przeciętne miesięczne wynagrodzenie wg GUS w sektorze przedsiębiorstw w październiku br. – wynika z „Raportu Płacowego Antal 2017”. Eksperci Antal zwracają uwagę, że w przypadku doświadczonych i wykwalifikowanych specjalistów i menedżerów najmocniej widać rosnącą pewność zatrudnienia oraz otwartość na nowe możliwości rozwoju kariery, a w konsekwencji coraz większą presję płacową na pracodawcach.

Pracownicy mogą snuć z optymizmem odważne plany rozwojowe w 2018 roku. Stabilna sytuacja ekonomiczna w naszym kraju daje im poczucie bezpieczeństwa, a liczne inwestycje zagraniczne otwierają atrakcyjne możliwości rozwoju kariery. W konsekwencji rośnie konkurencja o wykwalifikowanych i doświadczonych pracowników, która sprawia, że poziom ich wynagrodzeń cały czas rośnie. Aby kandydat jak najwięcej „zyskał” na tak dynamicznym rynku pracy, powinien rozważyć kontakt z wyspecjalizowanymi w danej branży rekruterami, którzy pomogą mu pokierować karierą, zarekomendują perspektywiczne oferty oraz podpowiedzą, jakiego rzędu wynagrodzenia może oczekiwać w przypadku wybranego stanowiska pracy – mówi Artur Skiba, Prezes Zarządu Antal.

Pensja specjalistów i menedżerów rośnie 2 razy szybciej niż średnia w sektorze przedsiębiorstw

Według „Raportu Płacowego Antal 2017” średnia pensja specjalisty i menedżera w Polsce wyniosła 11 662 zł brutto miesięcznie. Zarobki proponowane kandydatom rok do roku wzrosły aż o 14% (2016: 10 223 PLN). To najwięcej w historii badania, które jest realizowane od 2011 roku. Co więcej, specjaliści i menedżerowie z min. 2-letnim doświadczeniem zarabiają 2,5 razy więcej niż przeciętny pracownik w sektorze przedsiębiorstw. Zgodnie z najnowszymi danymi GUS, przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w październiku 2017 r. wyniosło 4 574,35 zł (+7,4% r/r).

W przypadku specjalistów i menedżerów rozpiętość wynagrodzeń jest bardzo duża. Wynika to z wielu zmiennych, które ostatecznie decydują o płacy. Z jednej strony, pracodawcy kierują się różnymi czynnikami ustalając poziom wynagrodzenia. Wśród nich można wymienić m.in. wielkość organizacji,  branżę oraz region, w jakim firma działa. Z drugiej zaś, każdy pracownik ma unikalny zestaw kompetencji, cech osobistych, sukcesów i doświadczenia. I to właśnie najczęściej umiejętności indywidualne takie jak języki obce, certyfikaty, wielkość zespołu, zakres odpowiedzialności, decydują o ostatecznej wysokości wynagrodzenia.

TOP3 branż z najwyższymi pensjami otwiera… IT

Na szczycie tabeli, biorąc pod uwagę wysokość zarobków w 2017 roku, plasują się specjaliści i menedżerowie pracujący w obszarze IT ze średnim miesięcznym wynagrodzeniem brutto na poziomie 12 600 zł (+16% r/r). Na drugim miejscu znajduje się farmacja – 11 879 zł brutto (+4% r/r), a na trzecim finanse i księgowość – 10 861 zł brutto (+20%). W przypadku wyższej kadry zarządzającej, średnie miesięczne wynagrodzenie brutto przekroczyło w tym roku barierę 20 000 zł i wyniosło 21 413 zł brutto (+11% r/r).specjaliści i menedżerowie

Ważne jest dopasowanie

Na decyzję o zmianie pracodawcy (lub pozostanie u obecnego) cały czas największy wpływ ma płaca zasadnicza – tak wskazało 4 na 10 respondentów badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy 2017”. Jednak eksperci Antal zwracają uwagę, że coraz ważniejszą pozycję w strategiach wynagrodzeń powinny zajmować świadczenia pozapłacowe, które trzeba dostosować do grup pracowniczych, wieku, momentu w życiu i zainteresowań. Bowiem nie każdy benefit jest tak samo wartościowy dla każdego kandydata.

Na rynku obserwujemy stały wzrost zainteresowania benefitami wśród kandydatów. Trzeba jednak zacząć od zdefiniowania, co faktycznie jest wartością w oczach pracowników. Specjaliści i menedżerowie nie postrzegają już prywatnej opieki medycznej czy karty sportowej jako atrakcyjnego dodatku. Szukają raczej propozycji, które są spójne z ich potrzebami. I tak dla rodziców małych dzieci istotne będzie daily care w firmie dla ich pociech, dla młodych wchodzących na rynek pracy, dostęp do nowych technologii i częste spotkania integracyjne, a dla osób dbających o zdrowie programy wellness – mówi Małgorzata Pukropek, Manager Antal HR Consulting.

Przedstawicielka Antal dodaje, że pracodawcy powinni przyjrzeć się także bliżej swojemu systemowi wynagradzania zasadniczego oraz premiowego. – Pracodawcy wcale nie muszą wypłacać premii w gotówce. Ciekawe i sprofilowane pod pracownika benefity stanowią ciekawą alternatywę. To często też rozwiązanie bardziej efektywne z punktu widzenia pracodawcy – dodaje Małgorzata Pukropek.

***

Raport Płacowy Antal 2017 prezentuje wynagrodzenia oferowane specjalistom i menedżerom w Polsce, którzy mają minimum 2-letnie doświadczenie oraz pracują w średnich i dużych firmach polskich lub międzynarodowych. Opracowanie zostało przygotowane na podstawie 3 źródeł wiedzy. Pierwsze to badanie ankietowe przeprowadzone metodą CAWI oraz CATI w terminie 24.07-16.08 2017 roku na próbie 1040 specjalistów i menedżerów z całego kraju, reprezentujących różne dyscypliny i branże. Dane te zostały zweryfikowane i poszerzone o informacje z procesów rekrutacyjnych przeprowadzonych przez konsultantów Antal w 2017 roku, a także wywiady telefoniczne z pracodawcami i kandydatami. Wynagrodzenia przedstawione w raporcie są wynagrodzeniami całkowitymi, średnimi, brutto miesięcznie.

Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mit?

Polacy uważają, że inwestycja w nieruchomości zawsze jest opłacalna, tymczasem dzisiejsze ceny mieszkań nadal są niższe niż w 2007 r.  Zyski z najmu też wcale nie są duże. W długim okresie rentowność z najmu wynosi 3-3,5 proc., czyli niewiele więcej niż zyskowność bankowej lokaty.

W ciągu ostatnich 10 lat liczba osób zarabiających na wynajmie mieszkań wzrosła 5-krotnie – do przeszło pół miliona. Na koniec 2016 r., jak podaje NBP, 505 tys. Polaków płaciło podatek z tytułu dochodu z najmu nieruchomości. W stosunku do 2015 r. liczba podatników wzrosła aż o 11 proc. Dekadę wcześniej z fiskusem rozliczało się natomiast tylko 100 tys. wynajmujących. Wszystko wskazuje na to, że trend wzrostowy utrzyma się.

W „Raporcie o sytuacji na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych w Polsce w 2016 r.” z września tego roku, przygotowanym przez NBP czytamy:  „Wzrosły średnie stawki najmu (ofertowe i transakcyjne) metra kwadratowego mieszkań́. Może to stanowić́ czynnik skłaniający zamożniejsze gospodarstwa domowe do inwestycyjnego zakupu mieszkania na wynajem”. Bank centralny wyjaśnia dalej, że poziom czynszów zapewnia wyższe stopy zwrotu niż obligacje lub depozyty bankowe oraz podobny jak inwestycji w nieruchomości komercyjne. „Należy jednak podkreślić istotną różnicę płynności, kosztów transakcyjnych, a także ryzyka lokaty w banku czy obligacji i inwestycji w mieszkanie na wynajem” – stwierdza raport. Bank centralny nie wspomina o jeszcze jednym ryzyku inwestowania w nieruchomości: dużej zmienności cen.

Inwestycja pierwszego wyboru

Nieruchomość to jedno z aktywów niemal intuicyjnie wskazywanych przez Polaków, jako optymalny sposób inwestowania. Według badań Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami 51 proc. społeczeństwa uważa rynek nieruchomości za najlepsze miejsce do lokowania kapitału. Dalej są kruszce 24 proc. i waluty 14 proc.

Zestaw tych trzech aktywów wpisuje się w stereotypowe wyobrażenie Polaków o sposobach nie tyle inwestowania, co zachowania kapitału: ziemia, złoto, dolary. Potwierdza to najnowszy raport BGŻOptima „Polak Oszczędny 2017. Dlaczego przechodzimy obojętnie obok zysków?”. Z badania przeprowadzonego na osobach posiadających oszczędności, wynika, że najskuteczniejszym i najbezpieczniejszym sposobem pomnażania oszczędności jest ulokowanie ich w aktywach materialnych. Jeśli zejdziemy z poziomu deklaracji na grunt praktyczny to okaże się, że rozmijają się one z rzeczywistością.

Według Diagnozy Społecznej z 2015 r. kapitał ulokowany w nieruchomościach miało 6,9 proc. ankietowanych. Odsetek ten jest stosunkowo niewielki, jednak należy podkreślić fakt, że nieruchomości znajdują się najwyżej na liście inwestycji, jeśli pominąć lokaty bankowe, konta oszczędnościowe i rachunki osobiste oraz gotówkę (w tej ostatniej formie swoje oszczędności przechowuje według Diagnozy 12 proc. społeczeństwa).

Bez ochrony kapitału

Zainteresowanie nieruchomościami świadczy o coraz większej dojrzałości tego rynku. Staje się on coraz bardziej głęboki dla inwestorów dywersyfikujących kapitał, przerzucających wolne środki w aktywa o mniejszej płynności. Migracji kapitału sprzyjają niskie stopy procentowe i spadek zysku z lokat bankowych, będący efektem utrzymujących się niskich stóp procentowych w połączeniu z inflacją.

Tylko 15 proc. respondentów biorących udział w badaniu na zlecenie BGŻOptima zakupiło nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem. Mimo to jest to rodzaj inwestycji powszechnie uznawany za bardzo bezpieczny i najzyskowniejszy.

– Jeśli ktoś jednak liczy na bardzo wysoki zwrot z inwestycji nieruchomościowych może mocno się rozczarować. Co więcej, kupno mieszkania z przeznaczeniem na wynajem wcale nie musi przynieść zysku, a może wygenerować straty – mówi Dotota Seń, BGŻOptima. – Wbrew dość powszechnemu przekonaniu, że na inwestowaniu w nieruchomość się nie traci, nie jest to inwestycja pewna, a spadki cen, czasem głębokie, są na tym rynku czymś naturalnym – dodaje.

Lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja

Eksperci BGŻOptima przeanalizowali zachowanie rynku nieruchomości w największych polskich miastach w ostatniej dekadzie, żeby sprawdzić jak tego rodzaju inwestycja zabezpiecza kapitał i jaką przynosi rentowność. Wyniki są dość zaskakujące.

Po pierwsze zysk z kupna nieruchomości wcale nie jest gwarantowany. Spośród siedmiu największych aglomeracji w kraju, tylko w Łodzi ceny transakcyjne w 2017 r. są wyższe od ofert sprzed 10 lat (dane za I kwartał 2007 i 2017 r.). Wzrost na łódzkim rynku jest zresztą symboliczny i wynosi 2,85 proc. Nabywcy mieszkań w pozostałych dużych miastach wciąż są pod kreską. Najwięcej stracili inwestorzy w Krakowie, którzy w 2007 r. płacili 7 883 zł za metr. Obecnie mogą liczyć na 6 647 zł, czyli o 15,67 proc. mniej niż przed dekadą.

Spora przecena dotknęła rynek wrocławski. Sprzedawcy liczą sobie dzisiaj 6 390 zł z metra – 8,38 proc. mniej niż przed dekadą. O 5,75 proc. spadły ceny w Gdyni, podobnie w Warszawie – 5,31 proc. W Gdańsku korekta była jeszcze mniejsza i wyniosła 3,2 proc. Najmniej potaniały mieszkania w Poznaniu – o 2,17 proc.

Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mitMimo upływu 10 lat ceny nie wróciły do poziomu sprzed kryzysu. Różnice są jeszcze większe jeśli weźmiemy pod uwagę ceny transakcyjne z 2008 r., kiedy osiągnęły historycznie najwyższy poziom. Z danych NBP wynika, że dopiero nieruchomości nabyte w latach 2011-12, kiedy rynek mieszkaniowy (pierwotny i wtórny) osiągnęły swój dołek przyniosły nabywcom realny wzrost wartości.

Kupno nieruchomości zalicza się do inwestycji o długim horyzoncie w związku z czym nawet 10 lat trudno uznać za okres referencyjny dla ostatecznego rezultatu. Niemniej, zachowanie rynku w minionej dekadzie pokazuje, że w nieruchomościach, jak w każdej innej inwestycji niezwykle ważny jest moment wejścia.

Rentowność na poziomie lokaty

Drugie zaskakujące spostrzeżeniem z naszej analizy dotyczy rentowności nieruchomościowych inwestycji. Jak pokazują dane Home Broker z kwietnia br. zyski z najmu wahały się w Polsce między 4,06 proc. (Poznań) a 6,61 proc. (Tychy). Dość wysoką rentowność generują mieszkania w Katowicach (6,58 proc.) i Gdańsku (5,92 proc.). Warszawa z 5,64 proc. znajduje się w środku stawki.Zyskowne inwestycje w nieruchomości to mit 2

Obecne stawki są historycznie najwyższe. Opłacalności najmu sprzyja też stosunkowo niska inflacja. W perspektywie długoterminowej, krzywa zysku zdecydowanie się spłaszcza. Według naszych obliczeń rentowność najmu wynosi przeciętnie 3-3,5 proc., czyli tylko nieznacznie więcej niż wynosiła zyskowność lokat w ostatnich latach.

Inwestowanie w nieruchomości z zyskiem jest sztuką – wymaga wiedzy i czasu. Pod względem zyskowności niekoniecznie jest to również lepsze rozwiązanie od tradycyjnej lokaty. Pieniądze z banku można wypłacić niemal w każdej chwili. Wyjście z inwestycji nieruchomościowej wymaga natomiast czasu.

W ciągu 13 lat automatyzacja może pozbawić pracy nawet jedną trzecią pracowników. Także w zawodach, które wymagają umiejętności poznawczych

W ciągu 13 lat automatyzacja może pozbawić pracy nawet jedną trzecią pracowników. Także w zawodach, które wymagają umiejętności poznawczych 7

Do 2030 roku automatyzacja sprawi, że pracę może stracić nawet jedna trzecia Amerykanów. Podobne trendy zauważane są w innych krajach. Z roku na rok automatyzacja znajduje zastosowanie w kolejnych dziedzinach. Dzięki jej wdrożeniu firmy mogą poprawić produktywność, jakość i przede wszystkim szybkość. Maszyny popełniają też mniej błędów. Coraz większa liczba podłączanych do Internetu maszyn sprawia jednak, że rośnie zagrożenie ataków na infrastrukturę krytyczną firm, a nawet państw.

– Kiedyś moglibyśmy powiedzieć, że automatyka przemysłowa to linia produkcyjna, maszyna, która coś wytwarza. Na dzień dzisiejszy bardziej możemy mówić o pojęciu takim jak automatyzacja i ta automatyzacja jest praktycznie wszechobecna, pomimo tego, że jej nie widzimy. Dotyczy to każdego człowieka, od dostawy wody, odczytu energii, automatyzacji tych procesów, systemów w miastach, sterowania ruchem, kolei, zakupu biletów. Wszędzie mamy do czynienia z automatyzacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje, Mirosław Zwierzyński z firmy Elmark Automatyka.

Automatyzacja staje się wszechobecna do tego stopnia, że według raportu McKinsey Global Institute, w ciągu najbliższych 17 lat nowego zajęcia będzie musiało szukać blisko 70 mln amerykańskich pracowników. Ich obowiązki przejmą maszyny, które radzą sobie coraz lepiej również w pracach, które wymagają umiejętności poznawczych. Trend ten obejmuje coraz większą liczbę krajów rozwiniętych.

Jednym z najważniejszych trendów na rynku automatyki przemysłowej jest wykorzystanie sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Firma IBM ogłosiła właśnie wprowadzenie na rynek nowego układu scalonego, który według zapowiedzi świetnie ma sprawdzić się w systemach związanych m.in. ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. Układ o nazwie Power9 ma poprawić wydajność tego typu rozwiązań nawet czterokrotnie.

– Moce obliczeniowe dzisiejszych komputerów są znacznie większe niż to było naście lat temu. Pozwala to w sposób optymalny wykorzystać korzyści i wiedzę, jaką dają nam technologie związane z uczeniem maszynowym. Maszyny, urządzenia czy technologie będą w stanie adaptować się do nowych, zmieniających się warunków wskutek wykorzystywania uczenia maszynowego – myślę, że już dzisiaj mamy z tym do czynienia – twierdzi Mirosław Zwierzyński.

Kolejnym trendem na rynku automatyki jest Internet Rzeczy, który na potrzeby branży nazywany jest także IIoT, czyli przemysłowym Internetem Rzeczy. To możliwość podłączenia przedmiotów codziennego użytku do sieci.  Jak zauważa ekspert, niezwykle ważna jest integracja i wzajemna współpraca poszczególnych systemów. Trend podłączania wszystkiego do Internetu rodzi także pewne obawy. Urządzenia automatyki przemysłowej niejednokrotnie stanowią tzw. infrastrukturę krytyczną, czyli mającą podstawowe znaczenie dla funkcjonowania gospodarki.

– W przeszłości systemy o charakterze krytycznym były odseparowane i nie miały możliwości komunikacji ze światem zewnętrznym. Na dzień dzisiejszy w związku z rozwojem technologii to się zmienia. Jest to zagrożenie, gdyż podatność i możliwość zaszkodzenia, czy będzie to pojedynczy obiekt, firma, czy nawet w skali państwowej, jest dość duża – twierdzi Mirosław Zwierzyński.

Coraz większy rozwój i zaawansowanie technologiczne determinuje jednocześnie zapotrzebowanie na coraz bardziej zaawansowane technologie zwiększające bezpieczeństwo infrastruktury krytycznej. Jak twierdzi ekspert, kluczowa w przemyśle jest transmisja danych.

– Wszystkie elementy związane z tzw. cyber zagrożeniami zaczynają się od tego momentu i zapotrzebowanie na technologie, które będą gwarantowały bezpieczeństwo łączności, wymiany danych, jest coraz większe i będzie się pogłębiać – przekonuje ekspert.

Z danych płynących z raportu firmy MarketsandMarkets Research Private wynika, że w 2016 roku rynek automatyki przemysłowej osiągnął wartość ponad 145 mld dolarów. W ciągu najbliższych sześciu lat ma wzrastać średniorocznie o 7,4 proc.

Kliniczny system z zaawansowanymi modelami 3D udoskonali proces leczenia chorób zastawek serca. To część projektu komputerowego modelu człowieka

Kliniczny system z zaawansowanymi modelami 3D udoskonali proces leczenia chorób zastawek serca. To część projektu komputerowego modelu człowieka 8

Eksperci z Akademickiego Centrum Komputerowego Cyfronet AGH w Krakowie uczestniczą w badaniach prowadzonych w ramach europejskiego projektu EurValve, którego celem jest opracowanie klinicznego systemu komputerowego wspomagającego lekarzy podczas procesu leczenia chorób zastawek serca. Rozwiązanie ma umożliwić sprawne przeprowadzanie symulacji i analizę danych, a później wspomóc lekarza w terapii chorego. To element europejskiej inicjatywy finansowej przez program Horyzont 2020, w ramach której dąży się do opracowania komputerowego medycznego modelu człowieka.

Konsorcjum EurValve projektuje kliniczny system ekspercki, który oceni stan zaawansowania choroby serca oraz jej potencjalny rozwój w przyszłości. System ma zasugerować lekarzowi optymalną terapię, dostosowaną do konkretnego pacjenta. Stworzono złożone modele symulacyjne serca, które zostaną zintegrowane z zaawansowanymi technikami analizy danych medycznych.

– Trzeba przygotować modele, które mogą być dostosowane do konkretnego pacjenta, a równocześnie powinny być na tyle proste, aby mogły funkcjonować w systemie wspierania decyzji w środowisku klinicznym. Żeby tak się stało, trzeba wykonać szereg symulacji przepływów krwi w różnych warunkach geometrycznych, z różnymi rodzajami zastawek, żeby na tej podstawie było możliwe skonstruowanie prostego modelu – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Marian Bubak, kierownik Laboratorium Metod Informatycznych w Medycynie Cyfronetu AGH.

System ma wspierać podejmowanie decyzji przez lekarza w szpitalu, co pozwoli na skuteczne przeciwdziałanie chorobie i interweniowanie w czasie, kiedy się pojawi. Jak zauważa uczestniczący w pracach nad projektem dr Marian Bubak z Akademii Górniczo-Hutniczej, choroba zastawek serca dotyka obecnie 2,5 proc. populacji. W większości są to osoby starsze, a liczba chorych wzrasta. Rocznie w Unii Europejskiej wymienia się ok. 70 tys. zastawek.

Medycyna przestaje być czymś, co jest sztuką opartą na doświadczeniach pokoleń, a zaczyna wkraczać w dziedzinę dość bliską inżynierii, gdzie ważne jest to, żeby zmierzyć wszystkie istotne parametry dotyczące pacjenta, żeby wykorzystać je do przewidywania jego zachowania po zastosowaniu konkretnej procedury leczenia, żeby ocenić skuteczność tej procedury – zaznacza przedstawiciel Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Badania są prowadzone wspólnie z sześcioma ośrodkami akademickimi w Europie, trzema szpitalami i czterema firmami. Projekt EurValve jest obecnie na półmetku. Zespół ACK Cyfronet AGH opracował środowisko do realizacji złożonych symulacji oraz przechowywania danych medycznych, z którego korzystają teraz eksperci w dziedzinie modelowania przepływów. W ramach kolejnego etapu uzyskane wyniki zostaną przeniesione do systemu decyzyjnego opracowywanego przez jedną z firm we Francji.

– Nasz projekt wpisuje się w całą gałąź badań, które noszą nazwę Virtual Physiological Human, czyli dążących do tego, żeby zbudować komputerowy model człowieka. To w pełnym kształcie nie jest jeszcze możliwe. Są możliwe realizacje dotyczące poszczególnych organów – twierdzi dr Marian Bubak.

Jak wynika z danych GUS, choroby układu krążenia stanowią jedną z głównych przyczyn umieralności. Od lat prawie połowa wszystkich zgonów w Polsce jest nimi spowodowana. Z roku na rok sytuacja się jednak poprawia. W 2013 roku choroby układu krążenia były powodem prawie 46 proc. wszystkich zgonów, natomiast w pierwszej połowie lat 90. – ok. 52 proc.

Zarobki polskich programistów są bardzo zróżnicowane. W najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebował specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego

Zarobki polskich programistów są bardzo zróżnicowane. W najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebował specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego 9

Programiści należą w Polsce do grupy najlepiej wynagradzanych specjalistów. Różnice zarobków pomiędzy nimi mogą być jednak ogromne. Zależą zwłaszcza od języków i technologii, w jakich się specjalizują, zatrudniającej firmy oraz miejscowości. Najpopularniejszą obecnie technologią jest Java, ale w najbliższej przyszłości rynek będzie potrzebować przede wszystkim specjalistów od sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Na polskim rynku wyraźnym trendem są technologie front-endowe. Coraz większe zapotrzebowanie jest również na testerów.

– W kategorii back-endowej, czyli pracy stricte programistycznej, bez warstwy wizualnej, najpopularniejsza technologia to Java. Następnie mamy technologię .Net, to drugi świat komplementarny do Javy. Jeśli chodzi o technologie front-endowe, to najpopularniejszy jest JavaScript i wciąż bardzo się rozwija – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Bujok założyciel firmy NoFluffJobs.

W ostatnim czasie jednym z najgorętszych zagadnień w świecie IT jest sztuczna inteligencja. Rynek ten będzie gwałtownie się rozwijał. Eksperci firmy Tractica oceniają, że w 2016 roku przychody z pośredniego i bezpośredniego zastosowania oprogramowania, sprzętu i usług SI wyniosły 1,38 mld dol., a w roku 2025 mają wzrosnąć do 59,75 mld dol. Tempo średniorocznego wzrostu wyniesie 52 proc. Wzrost widać także w pojawiających się w tym zakresie ogłoszeniach o pracę.

– Nowe trendy, które coraz bardziej się pojawiają w ogłoszeniach o pracę czy są wymagane przez pracodawców, to właśnie sztuczna inteligencja. Coraz więcej SI widzimy w aplikacjach z USA, które przodują w adaptacji tych technologii do projektów. To na pewno coś, co warto eksplorować. Może jeszcze nie jest tak, że znajdziemy to w co drugiej ofercie pracy, ale widzimy, że ten trend się zwiększa – przekonuje Tomasz Bujok.

Drugim z trendów jest uczenie maszynowe. Z tym zagadnieniem studenci informatyki stykają się od lat. Jak zauważa Bujok, dotychczas było ono rzadko wykorzystywane, co przekładało się na małe zapotrzebowanie na specjalistów w tej dziedzinie. Jednak widać wyraźny trend wzrostowy.

Uczenie maszynowe jest znane od wielu lat, aczkolwiek wcześniej w projektach nie było tak często wykorzystywane, teraz widzimy coraz większy trend. Jeżeli ktoś chce być na czasie i za 5 lat być specjalistą w tych technologiach, warto zajrzeć w to teraz, bo to dużo bardziej skomplikowane rzeczy niż języki programowania – przekonuje założyciel NoFluffJobs.

Badanie Central & Eastern Europe Developer Landscape 2017 pokazało, że w naszym regionie pracuje około milion programistów, z czego na Polskę przypada aż 250 tys. To imponująca liczba, jednak specjaliści szacują, że w tej chwili potrzeba w naszym kraju dodatkowych 30–50 tysięcy specjalistów od programowania. Komisja Europejska szacuje bowiem, że w 2020 roku w całej Europie brakować będzie 800 tys. specjalistów IT. W Polsce najbardziej rozwija się segment front-end.

– Na polskim rynku przybywa coraz więcej programistów front-endu. Wynika to z tego, że jest dużo prościej nauczyć się samego front-endu, niż zostać programistą full stack czy programistą back-end w sześć czy dwanaście miesięcy. Jest mnóstwo kursów, mnóstwo szkół programowania, nie tylko uniwersytetów, które kładą główny nacisk na front-end, bo jest to coś, co szybko można opanować i wnieść dużą wartość dodaną do projektu – tłumaczy Tomasz Bujok.

Według raportu Sedlak & Sedlak starsi programiści, czyli osoby mające duże umiejętności oraz minimum trzyletnie doświadczenie zawodowe, zarabiają na umowie o pracę od 9,5 do 12,2 tys. złotych brutto, o ile specjalizują się w językach programowania Java, JEE i J2EE. Osoby na tym samym stanowisku, ale wyspecjalizowane w technologii C/C++, mogą liczyć na zarobki maksymalnie 11,6 tys. zł. Przeciętny starszy programista .NET/CHASH zarabia od 8,3 do 11,3 tys. zł, a programista PHP od 7,7 do 11,4 tys. zł.

Drugim trendem na polskim rynku jest napływ testerów. Zarobki w tym segmencie kształtują się podobnie jak w przypadku młodszych programistów. Rozpoczynający pracę juniorzy zarobią od 4 do 7 tys. zł brutto.

– Żeby zostać testerem wymagana jest skrupulatność, myślenie abstrakcyjne, umiejętności matematyczne, ale nie jest to rocket science, żeby się tego nauczyć wystarczy trochę poczytać, popróbować. Dalej bardzo trudno znaleźć testera, takie osoby są w cenie. Jeżeli ktoś jest chętny nauczenia się testowania i posiedzi po godzinach, to w od trzech do sześciu miesięcy jest w stanie nauczyć się testowania – twierdzi ekspert.

Prasa dobrem luksusowym. Bogaci i zamożni czytają więcej gazet niż statystyczni Polacy

Prasa dobrem luksusowym. Bogaci i zamożni czytają więcej gazet niż statystyczni Polacy 10

Osoby bogate i zamożne czytają nawet dziesięciokrotnie częściej prasę od statystycznego Polaka – wynika z raportu Polskich Badań Czytelnictwa. To oznacza, że tytuły prasowe mają w tej grupie społecznej bardzo duży zasięg. Markom luksusowym daje to możliwość precyzyjnego dopasowania reklam prasowych do grupy docelowej. – Wystarczy odpowiednio dobrać 4–5 tytułów, żeby trafić do połowy grupy najbogatszych – podkreśla prezes Polskiego Badania Czytelnictwa. 

Poziom czytelnictwa prasy jest bezpośrednio powiązany z zasobnością portfeli Polaków. Z raportu „Luksus kocha prasę” Polskich Badań Czytelnictwa wynika, że wraz z rosnącymi dochodami rośnie liczba czytanych pozycji prasowych. 37 proc. osób o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych, które kupują dobra luksusowe, czyta nie mniej niż dziesięć tytułów prasowych. Kolejne 30 proc. tej grupy regularnie czyta między cztery a dziewięć tytułów.

Czytanie prasy to pewien element kapitału kulturowego. Ten kapitał nieodzownie towarzyszy ludziom bogatym czy ludziom o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych. Jeżeli na rynku prasy czytelnictwo tytułów może wynosić 6–7 proc. w skali kraju, to w tej grupie wynosi 10–15 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Izdebski, prezes Polskich Badań Czytelnictwa.

Osoby o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych określane są jako osoby zamożne, 80 proc. z nich kupuje marki luksusowe. To 4,7 proc. polskiego społeczeństwa w wieku 1859 lat, czyli 1,05 miliona osób. 290 tys. Polaków osiąga dochody powyżej 14 tys. miesięcznie i są oni zaliczani do grupy ludzi bogatych.

W grupie osób zamożnych 45 proc. osób czyta prasę co najmniej godzinę dziennie. Wśród osób bogatych odsetek wynosi 54 proc. osób. Ponad dwie trzecie przedstawicieli osób zamożnych czyta miesięczniki, podczas gdy w całym polskim społeczeństwie takie nawyki deklaruje 44 proc. Badanych (wskaźnik: Czytelnictwo Przeciętnego Wydania). Wśród osób zamożnych wyższe jest też czytelnictwo dzienników. Prasę codzienną czyta co trzecia osoba o dochodach powyżej pięciu tysięcy złotych. Średnia dla całego społeczeństwa wynosi 15 proc.

Wyniki badań obalają dominujący w niedawnej przeszłości nowobogacki stereotyp osoby zamożnej i tym samym użytkownika marek luksusowych. To już nie jest „prywaciarz” czy „badylarz”, który szybko się dorobił dzięki sprytowi. Osoby bogate w Polsce stają się coraz bardziej elitą: to, jak pokazuje zrealizowane badanie, przedsiębiorcy lub osoby zajmujące wysokie stanowiska menadżerskie. To ludzie solidnie wykształceni, którzy często osiągnęli swoją pozycję dzięki wiedzy, profesjonalizmowi i kompetencjom. Zdecydowanie częściej niż większość Polaków podróżują oraz czytają prasę opiniotwórczą i kolorową – podkreśla prof. Dominika Maison z Uniwersytetu Warszawskiego, prezes Maison & Partner.

Czytelnicy z grupy osób zamożnych i bogatych czytają różnorodne tytuły prasowe. Badania przeprowadzone przez PBC przeczą stereotypom, które jako grupę docelową dla prasy popularnej typują ludzi niezamożnych.

– Prasa, niezależnie od tematyki, jest skierowana do klasy średniej i klasy wyższej, w związku z tym mamy tam czytelnictwo pism gospodarczych, tygodników opinii czy miesięczników ekskluzywnych, ale również tytułów bardziej popularnych lub pism komputerowych, motoryzacyjnych. Nie jest to kwestia tego typu, że jakieś tytuły klasa wyższa odrzuca, tylko mniej regularnie je czyta – tłumaczy Waldemar Izdebski.

Kupowanie prasy i czytanie jej to także wyznacznik statusu i pozycji społecznej.

– Niektóre z magazynów kosztują ponad 10 złotych. Jeżeli do mojego domu przychodzi sąsiad lub znajomy, pokazujemy im: „Mnie było stać na zakup tego pisma, na to, żeby wydać 10–15 złotych. Co więcej, czytam o drogich samochodach, o luksusowych kosmetykach, pokażę ci więc, jak wygląda najnowsza kolekcja luksusowych marek ubrań” – mówi Waldemar Izdebski.

Precyzyjne określenie grupy docelowej i czytanej przez nią prasy może być skutecznym narzędziem planowania kampanii marek luksusowych. Podstawą jest określenie zasięgu danego tytułu prasowego.

– Mogę wziąć 4–5 tytułów i za ich pomocą dotrzeć do ponad połowy grupy docelowej. Z jednej strony mamy wysoki zasięg prasy, z drugiej strony wysokie affinity, czyli dopasowanie do grupy docelowej – podkreśla Waldemar Izdebski.

Wśród dóbr luksusowych wybieranych przez osoby zamożne i bogate są kosmetyki, ubrania, zegarki czy samochody z segmentu premium. Istotnym wnioskiem badań przeprowadzonych przez PBC jest potwierdzenie, że o zakupie produktów luksusowych nie decyduje jedynie kryterium dochodowe. Sięgają po nie także osoby z dochodami niższymi niż pięć tysięcy złotych, zaliczane do grupy aspirujących. Grupa ta to niemal 13 proc. Polaków w wieku od 18 do 59 lat – wynika z raportu, który znajduje się na stronie pbc.pl.

57 proc. z nich kupuje markę luksusową tylko z jednej kategorii, np. jest to kosmetyk, który jest najbardziej dostępny – mówi Waldemar Izdebski. – Osoby aspirujące oraz osoby zamożne kupują te same marki, te najbardziej popularne, tylko zamożni kupują je częściej.

Programowanie kluczową kompetencją przyszłości. Jego podstaw powinny się uczyć już najmłodsze dzieci

Programowanie kluczową kompetencją przyszłości. Jego podstaw powinny się uczyć już najmłodsze dzieci 11

Komisja Europejska wymienia programowanie wśród kluczowych kompetencji przyszłości. W ubiegłym tygodniu zakończyła się największa, ogólnoświatowa inicjatywa edukacyjna, która miała przybliżyć uczniom podstawówek podstawy programowania w formie łamigłówek i zabaw. W tegoroczną Godzinę Kodowania włączyły się już tysiące szkół w całej Polsce i prywatny biznes z sektora technologicznego. Lekcje programowania prowadzone przez wolontariuszy i nauczycieli odbywały się w kilkunastu miastach w Polsce.

– Programowanie to umiejętność XXI wieku i kluczowa dziś kompetencja. Wiedza dzieci i młodzieży na temat kodowania już w tej chwili jest duża i rośnie proporcjonalnie do wieku uczniów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Barbara Makowska-Opala, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 82 w Warszawie.

Komisja Europejska wymienia programowanie wśród kluczowych kompetencji przyszłości. Z kolei Światowe Forum Ekonomiczne prognozuje, że 65 proc. dzieci, które uczą się w tej chwili w szkołach podstawowych, będzie w przyszłości pracować w zawodach, które dziś jeszcze nie istnieją – w większości powiązanych z IT i nowymi technologiami. Już w tej chwili specjaliści IT i programiści są wymieniani na szczycie listy najbardziej perspektywicznych zawodów i najbardziej pożądanych na rynku pracy. Polscy specjaliści z tej branży należą do światowej czołówki.

U dzieci i młodzieży naukę programowania i kompetencji cyfrowych można zacząć już od najmłodszych lat. Wymaga to spójnych działań, w które zaangażuje się również prywatny biznes z sektora technologicznego. W ubiegłym tygodniu zakończyła się największa taka inicjatywa o ogólnoświatowym zasięgu.

– Celem inicjatywy Godziny Kodowania jest popularyzacja informatyki. Chcemy zainteresować nią najmłodsze dzieci w klasach I–IV poprzez zabawę, gry i elementy rywalizacji. Tegoroczna inicjatywa rośnie. Obejmujemy swoim zasięgiem więcej miast. W zeszłym roku była to tylko Warszawa, w tym dotarliśmy już do kilkunastu miast w całej Polsce – mówi Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture w Polsce, partnera wydarzenia.

Od trzech lat pracownicy technologicznego giganta – w ramach wolontariatu – organizują w szkołach zajęcia, na których występują w roli nauczycieli. Poprzez zabawę i gry uczą postaw kodowania. W tym roku do akcji zgłosiła się ponadpięćdziesięciu wolontariuszy Accenture w Polsce, którzy przeszkolą prawie dwa tysiące uczniów polskich podstawówek.

– Wspieramy tę akcję poprzez naszych wolontariuszy i zapewniamy wsparcie marketingowe. Zainteresowanie jest ogromne, zarówno ze strony szkół, których w tym roku zgłosiło się kilkadziesiąt, jak i wolontariuszy, którzy poprowadzą zajęcia – mówi Jacek Borek.

Godzina Kodowania (The Hour of Code) w szkołach odbyła się w dniach 4–10 grudnia w ramach Tygodnia Edukacji Informatycznej. To największa ogólnoświatowa inicjatywa edukacyjna skierowana do uczniów, nauczycieli i edukatorów. Jej celem jest przybliżenie uczniom podstawówek elementów programowania w formie łamigłówek z postaciami znanymi z ich gier i zabaw. Dla wielu dzieci, które wzięły udział w Godzinie Kodowania, były to pierwsze takie zajęcia w życiu.

– Najczęściej pierwszy krok to gry. Uczniowie mogą się spotkać z ulubionymi bohaterami bajek czy filmów, realizują różnego rodzaju kursy. Mamy też możliwość kodowania robotów – mBotów, co poprzez zabawę doskonale uczy kreatywności, logicznego myślenia i współpracy w grupie – mówi Edyta Ciosek, nauczycielka informatyki w warszawskiej SP nr 82, która bierze udział w tegorocznej akcji.

– Zajęcia z kodowania rozbudzają ciekawość i zainteresowania dzieci. Dlatego cieszą się bardzo dużą popularnością. To bardzo pożądana tematyka – podkreśla dyrektor placówki Barbara Makowska-Opala.

Tegoroczna Godzina Kodowania, wspierana przez wolontariuszy Accenture, odbyła się w kilkunastu miastach w Polsce (Warszawa, Książenice, Łódź, Katowice, Sosnowiec, Łowicz, Kraków, Pruszków, Wrocław i Żerniki Wrocławskie). Lekcje programowania z dziećmi mogą też przeprowadzić w domu rodzice, ponieważ łamigłówki o różnym poziomie skomplikowania wraz z instrukcją (również w jęz. polskim) są dostępne na stronie code.org.

– Inicjatywa jest skierowana do szkół i nauczycieli, którzy prowadzą tego typu zajęcia w salach komputerowych, ale każdy z rodziców – sam to sprawdziłem – może to zrobić z dziećmi w domu, używając dowolnego sprzętu: komputera, tabletu czy telefonu. Wystarczy wejść na stronę code.org i przeczytać krótki przewodnik – zwraca uwagę Jacek Borek, dyrektor zarządzający Accenture w Polsce.

W zeszłym roku Accenture globalnie zaangażował się w Godzinę Kodowania w pięćdziesięciu sześciu krajach na całym świecie. W ramach akcji wolontariusze firmy zorganizowali ponad czternaście tysięcy godzin lekcji kodowania dla ponad stu tysięcy uczniów.

Nieuzasadniona medycznie zamiana leku biologicznego jest niezgodna z prawami pacjenta. Nie powinna decydować o tym cena

Nieuzasadniona medycznie zamiana leku biologicznego jest niezgodna z prawami pacjenta. Nie powinna decydować o tym cena 12

Nieuzasadniona względami medycznymi zmiana terapii z zastosowaniem leków biologicznych może spowodować nieprawidłową reakcją organizmu pacjenta. Decyzja o tym nie powinna więc zapadać tylko ze względu na cenę – podkreślają eksperci. Wymienne stosowanie leków może się odbywać wyłącznie na skutek decyzji lekarza prowadzącego oraz za zgodą chorego.

Leki biologiczne to farmaceutyki, których substancja czynna została wytworzona przez organizmy żywe – przykładem jest insulina od lat wykorzystywana w leczeniu cukrzycy. Obecnie leki biologiczne są szeroko stosowane w onkologii, do najpopularniejszych należą przeciwciała monoklonalne. To molekuły znacznie bardziej zaawansowane w stosunku do tradycyjnych leków wytwarzanych za pomocą syntezy chemicznej. Farmaceutyki biologiczne dzieli się na referencyjne, czyli oryginalne, oraz biopodobne, w których według definicji Europejskiej Agencji Leków substancją aktywną jest znana biologiczna substancja aktywna podobna do tej w referencyjnym produkcie leczniczym.

Leki biologiczne to leki oryginalne i leki biopodobne, czyli w obrębie jednej dużej grupy mamy leki, które zostały wynalezione na samym początku, a za nimi podążają leki biopodobne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Katarzyna Pogoda, onkolog kliniczny z Centrum Onkologii w Warszawie.

Europejska Agencja Leków stoi na stanowisku, że oba rodzaje leków biologicznych mają taką samą wartość terapeutyczną. Farmaceutyki te różnią się jednak sposobem wytwarzania, co determinuje ich skuteczność oraz stopień bezpieczeństwa. Leki biologiczne powstają dzięki zaawansowanym biotechnologiom, a wykorzystywane w procesie ich produkcji różne linie komórkowe powodują różnice we właściwościach farmakokinetycznych i farmakodynamicznych.

Szczególną cechą leków biologicznych jest ich immunogenność, czyli wywołanie takiej odpowiedzi organizmu, która może być niekorzystna dla pacjenta. To dotyczy i leków biologicznych referencyjnych, i biopodobnych. Różnica w cząsteczce również może powodować, że dodatkowe komponenty mogą wchodzić w interakcje z innymi lekami. Może to stanowić istotny problem przy zmianie terapii. Nie jest to szczegółowo poznane – mówi prof. dr hab. Piotr Fiedor z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

W przypadków leków biopodobnych nie wiemy do końca, jaki będzie profil działań niepożądanych. Mamy dane z badań rejestracyjnych, natomiast te leki dopiero teraz wchodzą na rynek, rejestrowane są nowe preparaty i dopiero teraz będziemy się uczyć działań niepożądanych – dodaje dr Katarzyna Pogoda.

Leki biopodobne są chętnie stosowane ze względów ekonomicznych. Teoretycznie pozwalają zatem leczyć większą grupę chorych. W Polsce, aby farmaceutyk tego rodzaju trafił na listę refundacyjną, musi mieć cenę przynajmniej 25 proc. niższą od już refundowanego leku oryginalnego. Natomiast limit refundacyjny wyznaczony obniżoną ceną leku biopodobnego obowiązuje także lek referencyjny, zatem w praktyce ceny obu typów leków nie różnią się od siebie istotnie

Leki biopodobne są tańsze niż leki oryginalne do momentu, w którym wejdą na rynek, ponieważ w momencie, kiedy zostają one dopuszczone do obrotu i zostają objęte refundacją, wtedy gdy wygaśnie okres tzw. wyłączności rynkowej na leki referencyjne, ceny wszystkich leków zaczynają się kształtować na mniej więcej tym samym poziomie – mówi Monika Duszyńska, adwokat z Kancelarii Law for Lifesciences.

Leki biopodobne stanowią ważny krok w rozwoju leczenia biologicznego i dają nadzieję dla kolejnych grup pacjentów. Należy jednak pamiętać o tym, że chory ma prawo do kontynuacji leczenia produktami, które były w jego przypadku skuteczne oraz odmowy zamiany terapii lekami referencyjnymi na leczenie farmaceutykami biopodobnymi.

Zgodnie ze stanowiskiem resortu zdrowia dopuszczalne jest zamienne stosowanie obu typów leków biologicznych. Eksperci podkreślają jednak, że decyzję odnośnie do wyboru terapii dla konkretnego pacjenta zawsze powinien podejmować jego lekarz prowadzący.

– Nietolerancja na produkt leczniczy i uczulenie to dwa przypadki, kiedy należy się zastanowić nad zmianą schematu leczenia. Jeśli nie ma tego typu problemów, zmiana jest nieetyczna, bo nie wiemy, czy będzie ona korzystna. Jeśli pacjent rozpoczyna leczenie od nowa, to możemy pewnie stosować zamiennik. Jeśli ma kontynuację leczenia lekiem oryginalnym, trzeba się zastanowić, czy można zmienić lek, bo czynnik ekonomiczny nie powinien mieć wpływu na zmianę leków – mówi prof. dr hab. Piotr Fiedor.

Lekarz powinien mieć możliwość wyboru terapii najbardziej optymalnej dla konkretnego pacjenta. Chory ma natomiast prawo do kontynuowania leczenia oraz prawo wyrażania zgody na podejmowane wobec niego decyzje terapeutyczne. Zamiana leku w trakcie terapii może być uznawana za zmianę procesu terapeutycznego, a tym samym za łamanie praw pacjenta.

Tegoroczne straty spowodowane zjawiskami pogodowymi ubezpieczyciele szacują na 125 mld dol. Coraz większe ryzyko może się przełożyć na droższe polisy

Tegoroczne straty spowodowane zjawiskami pogodowymi ubezpieczyciele szacują na 125 mld dol. Coraz większe ryzyko może się przełożyć na droższe polisy 13

Szkody spowodowane ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi globalny rynek ubezpieczeniowy szacuje na 100–125 mld dol. W Polsce skala szkód wyrządzonych przez zjawiska pogodowe również jest coraz większa. Zmiany klimatyczne znalazły się – według globalnych przedsiębiorców – w czołówce największych zagrożeń dla prowadzenia biznesu – wynika z raportu Marsh. To przekłada się na sytuację na rynku ubezpieczeniowym i ceny polis majątkowych.

Raport tendencji rynkowych branży ubezpieczeniowej wskazuje na spadające stawki ubezpieczeń od 18 kwartałów. Również w III kwartale 2017 roku stawki spadały, ale tempo wyhamowywało w stosunku do poprzednich kwartałów – na całym rynku ubezpieczeniowym na świecie spadki wynosiły średnio 1,7 proc., podczas gdy w II kwartale tego roku było to 2,2 proc., a w I kwartale jeszcze więcej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Grześkowiak, prezes Marsh Polska.

Z raportu „Marsh Global Insurance Market Index” wynika, że spadają też stawki w branży nieruchomości (o 1,7 proc.) oraz branży finansowej i usług profesjonalnych (1,4 proc.), jednak sytuacja powoli się poprawia. Stawki powinny stopniowo rosnąć, przede wszystkim ze względu na sytuację geopolityczną i coraz istotniejsze w prowadzeniu działalności ryzyka pozabiznesowe.

– Z badania dotyczącego globalnych ryzyk, które przeprowadzamy co roku, wynika, że ryzyka katastroficzne, obok ryzyk cybernetycznych i politycznych, to te, których przedsiębiorstwa i instytucje boją się najbardziej pod kątem prawdopodobieństwa ich wystąpienia i skali szkód. Z punktu widzenia zarządzania ryzykiem te trzy obszary mają fundamentalne znaczenie i one powinny zwracać uwagę przedsiębiorców – mówi Artur Grześkowiak.

Badanie Marsh zrealizowane podczas Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że w Polsce za najbardziej newralgiczne ryzyka uznano konflikty państwowe i międzynarodowe, kryzys fiskalny oraz ataki cybernetyczne. Na świecie wśród największych zagrożeń wskazuje się m.in. zjawiska pogodowe.

– Wszyscy mamy w pamięci tegoroczne katastrofy naturalne: huragany czy trzęsienia ziemi. Rynek ubezpieczeniowy szacuje straty spowodowane tymi żywiołami na kwotę 100–125 mld dol. globalnie. To wartości, które prawdopodobnie dodatkowo mogą się przyczynić do wyhamowania trendu spadkowego w cenach – ocenia prezes Marsh Polska.

W III kwartale 2017 roku szkody wywołane katastrofami naturalnymi szacuje się na ponad 33 mld dol. Rynek londyński dużo stracił ze względu na szkody, jakie wywołały huragany w Zatoce Meksykańskiej i trzęsienia ziemi w Meksyku. Także w Polsce straty po tegorocznych wichurach liczono w miliardach złotych.

– Na rynku globalnym w przypadku odnowień dużych programów ubezpieczeń majątkowych widać, że rynek zmienia się z bardzo elastycznego na dość twardy. W związku z tym, że rynek działa jak system naczyń połączonych i nic nie dzieje się w oderwaniu od rynku globalnego, spodziewamy się, że może to mieć jakieś znaczenie dla działalności polskich ubezpieczycieli w przyszłym roku – wskazuje Artur Grześkowiak.

Jak wynika z raportu Marsh, końcówka 2017 roku przyniosła zapowiadane przez globalnych reasekuratorów znacznie gorsze wyniki, a w przypadku niektórych ubezpieczycieli miliardowe straty. Po 10 latach miękkiego rynku rozpoczyna się dyskusja na temat zwiększenia stawek w branży.

Czy będziemy mieli w Polsce nowe kopalnie węgla kamiennego?

Minister energii Krzysztof Tchórzewski chciałby budować nowe kopalnie węgla kamiennego. Zarzucił samorządom terytorialnym, że to utrudniają. Jeżeli tak, to skąd ten opór przeciw rządowym planom?

Kto miałby otwierać nowe kopalnie? Jeżeli Polska Grupa Górnicza, czyli firma państwowa, to najpierw powinna zamknąć te kopalnie, które są najbardziej nierentowne. W pierwszej kolejności “Piast” i “Ziemowit”.Bo nie stać nas na jednoczesne inwestowanie w nowe i w nierentowne.

-Dopóki związki zawodowe będą miały decydujący głos, to ten proces będzie się ślimaczył – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Zasuń, ekspert WysokieNapiecie.pl.

A skąd się bierze opór samorządów? Budowa kopalń wywołuje szkody górnicze, za które PGG nie chce płacić. – Śląsk jest terenem bardzo zurbanizowanym, a ludzie chcą się tam nadal budować i nie chcą, aby wartość tych terenów spadała z powodu szkód górniczych.

Mieszkańcy Śląska protestują przeciw budowie nowych kopalń. – Emerytowani górnicy nie chcą, aby na ich małych działkach powstawały szkody górnicze.

Mieszkania coraz droższe

W III kwartale 2017 roku wśród dużych miast do największego wzrostu cen nowych mieszkań doszło w Gdańsku, o 202 zł/m2. W Poznaniu był to wzrost o 177 zł, w Krakowie – o 159 zł we Wrocławiu o 116 zł. W Warszawie zanotowano nieco mniejszą zmianę – o 83 zł. Dlaczego rosną ceny?

Ceny rosną przede wszystkim z trzech powodów, to koszt działki, koszt robocizny oraz koszt marketingu i zysk dewelopera. – W Warszawie ceny działek przez rok wzrosły prawie o 100 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews 24 Jan Dziekoński, dyrektor projektów strategicznych MZURI. – Sam grunt to w cenie mieszkania prawie 2 tys. zł za metr kwadratowy.

Stal budowlana zdrożała w ciągu roku też prawie o 100 proc. Jednak to jest już efekt zmiany cen na światowych rynkach.

Rekordowo niskie bezrobocie też podbija ceny mieszkań. – Jak GUS podaje, wynagrodzenia wzrosły o 8 proc. I to się bardzo przekłada na koszty budowy mieszkań – dodaje ekspert.

Popyt jest tak duży, że deweloperzy też nie chcą negocjować obniżenia cen. – Dopiero kupując dziesięć mieszkań klient może liczyć na duże rabaty.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu mamy maraton banków centralnych z główną uwagą na Fed, gdzie podwyżka stóp procentowych jest prawie pewna. Interesujące mogą też być komunikaty banków ze Szwajcarii, Norwegii, Wielkiej Brytanii i strefy euro. Seria odczytów inflacji dostarczy informacji o szansach na zmiany w polityce pieniężnej. Funt brytyjski będzie wrażliwy na informacje o porozumieniach ws. Brexitu przed szczytem UE.

Przyszły tydzień: FOMC, ECB, BoE, SNB, Norges Bank, CPI globalnie, szczyt UE/Brexit

Podwyżka stopy rezerwy federalnej o 25 pb do przedziału 1,25-1,50 proc. jest niemal pewna (śr). Postępujące ożywienie i silny rynek pracy w połączeniu z planami fiskalnymi Republikanów pomagają przeważyć obawy o słabość inflacji. Otwartym pytaniem pozostaje, co Fed zamierza zrobić w 2018 r., ale zakładamy podtrzymanie prognozy trzech podwyżek w przyszłym roku, dwóch kolejnych w 2019 r. i jednej w 2020 r. Ryzykiem są sygnały z komunikatu, na podstawie których następna podwyżka wyda się bardziej realna w czerwcu niż marcu przyszłego roku. Wiele może jednak zależeć od tego jak kilka godzin wcześniej wypadnie odczyt listopadowej inflacji CPI. Przyspieszenie inflacji bazowej ponad 1,8 proc. może osłabić pozycję gołębi w FOMC i dać prezes Yellen wolną rękę dla optymistycznego tonu na konferencji.

W strefie euro mamy wstępne odczyty PMI oraz posiedzenie ECB (czw). Nawet jeśli po imponujących odczytach w listopadzie teraz otrzymamy lekką korektę wskaźników PMI, poziomy wciąż przemawiają za kontynuacją solidnego ożywienia. Nie spodziewamy się wiele rewelacji po decyzji ECB. Strategia nakreślona w październiku pozostaje w mocy, natomiast w nowych prognozach spodziewane są rewizje w górę dla wzrostu gospodarczego, ale bolączką banku powinno pozostać słabe tempo inflacji bazowej. Wciąż nie widać przyspieszenia na tym polu, co przemawia za utrzymaniem programu skupu aktywów. Naszym zdaniem ECB nie ma interesu w tym, aby podsycać popyt na EUR.

W Wielkiej Brytanii ważniejsze niż dane będą posiedzenie BoE (czw) oraz szczyt UE (czw-pt), gdzie ważyć się będą losy postępów w negocjacjach Brexitu. Po podwyżce stopy procentowej w listopadzie, brak zmian w tym miesiącu jest powszechnie oczekiwanym scenariuszem. Ciekawe mogą być jednak rozkład głosów i komunikat. Jednomyślność za utrzymaniem stopy bez zmian pokaże, że bank nie widzi na razie warunków do dalszego zacieśniania. Jednak jeśli w komunikacie pojawią się wzmianki o niedostatecznej wycenie przyszłej ścieżki podwyżek przez rynek, GBP dostanie wiatru w żagle. W kwestii szczytu UE, polityka zawsze jest trudna do oceny, a wydarzenia ostatnich dni pokazują, że sytuacja może się diametralnie zmieniać z godziny na godzinę. Mimo że na ten moment informacje wskazują na porozumienie w tej fazie negocjacji, do piątku jeszcze daleko. Zapowiada się kolejny chaotyczny tydzień dla GBP.

Szwajcarski Bank Narodowy (czw) powinien być zadowolony ze skali deprecjacji franka, jak również z poprawy na polu inflacji i wzrostu gospodarczego. Niemniej jednak nie spodziewamy się zmian w polityce pieniężnej. SNB dalej podkreśli przewartościowanie franka i z pewnością nie będzie stawać na drodze do dalszego osłabieniu.

Posiedzenie Norges Banku (czw) może przynieść jastrzębi wydźwięk, gdyż słabszy NOK, wyższe ceny ropy naftowej oraz malejące bezrobocie przemawiają za sygnalizowaniem odejścia od ekspansji monetarnej. Nie zobaczymy podwyżek stopy procentowej, dopóki ECB nie zrobi pierwszy kroku na polu normalizacji, ale w prognozowanej ścieżce Norges Bank może zasygnalizować wcześniejszy termin podwyżki. Wrześniowe prognozy banku sugerowały czerwiec 2019 r. jako pierwszy możliwy termin. Przesunięcie prognozy na 2018 rok będzie niespodzianką, która da silny impuls dla NOK. W Szwecji listopadowy odczyt CPI (wt) będzie ważną wskazówką przed posiedzeniem Riksbanku w kolejnym tygodniu. Prognozy zakładają pozostanie inflacji poniżej celu 2 proc. r/r, zatem rozmowy o zacieśnianiu monetarnym pozostają odłożone na później, podobnie jak perspektywa umocnienia SEK.

W przyszłym tygodniu z Polski otrzymamy szczegóły listopadowej inflacji CPI (pon), inflację bazową (wt) i bilans płatniczy (czw). Raport CPI powinien potwierdzić, że za przyspieszenie do 2,5 proc. r/r przede wszystkim odpowiadają wyższe ceny żywności i paliw, czyli dwóch komponentów pozostających poza kontrolą RPP. Stąd nie widzimy podstaw do zmiany nastawienia Rady w najbliższym czasie, co z resztą potwierdził prezes NBP na konferencji w tym tygodniu. Handel na złotym nie należy do najciekawszych, ale z obecnej konsolidacji 4,20-4,22 za euro widzimy większe ryzyko wybicia górą.

W kalendarzu z Japonii interesująco wygląda kwartalny raport nastrojów przedsiębiorstw Tankan (pt). Ostatnie przyspieszenie globalnego ożywienia powinno odciskać swój wpływ na kondycji japońskich firm poprzez wzmocnienie eksportu. Zatem indeksy sytuacji bieżącej powinny wypaść wyżej względem poprzedniego badania we wrześniu, ale niepewność leży w oczekiwaniach na przyszłość. Nawet jeśli sygnały byłyby pozytywne i sugerowały przyspieszenie inwestycji w 2018 r., za wcześnie jest na przekuwanie tego w normalizację polityki Banku Japonii. Pasywność BoJ przy zaostrzaniu stanowiska Fed premiuje wzrosty USD/JPY.

W Australii główna uwaga będzie na raporcie z rynku pracy (czw). Wskaźniki wyprzedające sugerują kolejny solidny odczyt zatrudnienia, martwi jednak to, jak mocno przesadzone zdają się odczyty urzędu statystycznego. W przeszłości urząd miał problemy z właściwym szacowaniem sytuacji w gospodarce i teraz ryzyko zaczyna wracać. Bardziej realne jest rozczarowanie niż pozytywna niespodzianka. Kalendarz z Nowej Zelandii nie zawiera pierwszorzędnych publikacji. Przy sile USD AUD i NZD będą miały się słabo, choć w bezpośrednim porównaniu spodziewamy się spadków AUD/NZD w krótkim terminie. W Kanadzie produkcja sprzedana przemysłu (pt) jest słabym powodem do podbicia zmienności CAD. Ewentualne emocje może budzić wystąpienie prezesa BoC Poloza (czw), choć wątpliwe, aby powiedział coś odmiennego od komunikatu po ostatnim posiedzeniu banku. Rynek wciąż ma zbyt wygórowane oczekiwania wobec ścieżki podwyżek stóp procentowych rewizja tego nastawienia stanowi ryzyko dla dalszej deprecjacji CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fitch i DBRS: polski rating bez zmian

Piątkowa decyzja agencji Fitch nie powinna być traktowana jako wysoce zaskakująca. Wszelkie oczekiwania związane ze zmianą któregokolwiek z kryterium ratingu należało już wcześniej uznać za względnie dalekie od rzeczywistości, bowiem tego typu instytucje zwykły pozostawać konserwatywne w swoich osądach. Długookresowa ocena wiarygodności rodzimego długu pozostała na poziomie A minus z perspektywą stabilną, co wpasowywało się w oczekiwania większości uczestników rynku.

Tuż przed publikacją decyzji nasze modele wskazały szansę rewizji perspektywy ze „stabilnej” na „pozytywną” na identycznym poziomie jak w przypadku październikowego werdyktu Standard & Poor’s (tj. jeden do dziesięciu), przesuwając tym samym horyzont ratingowych rewolucji na przyszły rok. Część oczekiwań mogła być sztucznie podpompowana świeżo dokonaną rewizją prognoz tempa wzrostu, które nie przestaje zaskakiwać aktywnych uczestników rynku. W tym przypadku pozostajemy przy naszej mantrze o tym, że wszelakie zmiany projekcji przy obecnym otoczeniu makroekonomicznym, politycznym i społecznym należy jeszcze uznawać jako czysto pragmatyczny zabieg podbudowujący wiarygodność sporządzanych analiz.

Nota analityczna Fitch zaczęła się słusznym wyeksponowaniem solidnych fundamentów polskiej gospodarki, której sprzyja wysoce transparentna polityka Narodowego Banku Polskiego oraz stabilny sektor bankowy. Podzielamy opinię agencji w zakresie poprawy nastrojów wśród rodzimych gospodarstw domowych, co należy wiązać z rekordowo niskimi stopami bezrobocia faktycznego (III kw. 2017: 4,7 proc.) oraz wyrównywaniem potencjalnych nierówności dochodowych za pośrednictwem programu Rodzina 500plus. Według Fitch szansą dla utrzymania polskiego wzrostu na wysoce satysfakcjonujących poziomach pozostaje długo oczekiwane odbicie inwestycji, które według rynkowych oczekiwań miało nastąpić na przełomie I oraz II kwartału bieżącego roku. W naszych prognozach sugerowaliśmy, iż powyższy fakt może nastąpić dopiero w ostatnich trzech miesiącach, co częściowo powinno być uzasadnione pokaźnymi efektami bazy.

Grono ryzyk dla rodzimego wzrostu nie uległo szczególnemu poszerzeniu z racji na wysoką dyscyplinę fiskalną. Fitch spodziewa się, że deficyt budżetowy w 2017 roku uplasuje się na poziomie 1,8 proc. PKB. Listę pozostałych zagrożeń opuściły obawy związane ze słabszym popytem zewnętrznym, od którego polska gospodarka jest w wysokim stopniu uzależniona. Sporządzone przez nas modele prognostyczne wyraźnie marginalizują powyższy problem – spodziewamy się między innymi utrzymania solidnej dynamiki PKB w państwach strefy euro (0,5 proc. kwartalnie aż do III kwartału 2018) przy stosunkowo niskich odchyleniach od ścieżki centralnej. Co więcej, wbrew daleko idącym deklaracjom prezesa NBP Adama Glapińskiego Fitch podtrzymuje prognozę podwyżki stóp procentowych w 2018 roku. Powyższy scenariusz należy uznać za coraz mniej prawdopodobny – tym bardziej, że zmiana parametru warunkującego oprocentowanie kredytów powinna być traktowana jako broń obusieczna w trakcie końca cyklu politycznego.

Fitch, w odróżnieniu od Standard & Poor’s, nie zdecydował się na ekspozycję potencjalnego ryzyka przegrzania gospodarki. Barierami dla osiągnięcia wyższej oceny wiarygodności kredytowej pozostają niski poziom dochodu realnego na obywatela oraz dość wysoki poziom zewnętrznego długu netto w porównaniu do posiadaczy ratingu na poziomie A. Oczywiście w nocie znalazły się wzmianki na temat napięć na linii Bruksela-Warszawa, aczkolwiek należy mieć na względzie brak daleko idących implikacji związanych z procedurą monitorowania praworządności.

Tuż przed publikacją obserwowano stosunkowo stabilne zachowanie złotego, który pod koniec handlu wymazał pół grosza dzisiejszej zwyżki względem euro. Skalę piątkowej nerwowości skutecznie ograniczał spadek płynności na rynku walutowym, co należy utożsamiać z porą publikacji decyzji. Zarówno złoty, jak i rentowności rodzimego długu, przeszły obojętnie wobec świeżo opublikowanej noty. Minutę po decyzji EUR/PLN znajdował się w okolicach poziomu 4,1990. Jednocześnie nastąpiło potwierdzenie ratingu przez DBRS na poziomie A z perspektywą stabilną. Różnice pomiędzy notami wydanymi przez powyższe instytucje nie należą do szczególnie istotnych.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Zmiana w zarządzie Work Service S.A.

W dniu 8 grudnia Piotr Gajek złożył rezygnację z funkcji Wiceprezesa Work Service S.A. Nie oznacza to jednak zakończenia współpracy ze spółką, będzie nadal doradzał prezesowi zarządu w restrukturyzacji Grupy Work Service i wdrażaniu nowoprzyjętej strategii.

Przez ostatnie 2 lata Piotr Gajek odpowiadał za dwa bardzo ważne obszary w działalności Grupy. Od momentu dołączenia do Work Service jako CFO rozpoczął procesy restrukturyzacji. Przeprowadził największą emisję obligacji w historii firmy i doprowadził do pozyskania nowego finansowania. Z końcem ubiegłego roku przejął nadzór nad całą działalnością Grupy w Polsce zarządzając obszarami operacji i sprzedaży. Dzięki wprowadzonym zmianom w zarządzaniu polskimi strukturami Piotr zwiększył rentowność działalności, a sprzedaż nowych kontraktów wzrosła o 40%. Rozumiem decyzję Piotra i chce mu serdecznie podziękować za pracę w zarządzie. Liczę, że przez najbliższe miesiące będzie nas wspierał w dokończeniu procesów transformacyjnych i wdrożeniu nowej – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Piotr Gajek jest związany z Work Service od kwietnia 2016, gdy został wiceprezesem zarządu odpowiedzialnym za finanse Grupy, a następnie za największą linię biznesową Grupy Work Service czyli Polskę. W ostatnich miesiącach, wraz z całym zarządem, przygotowywał nową strategię Work Service na lata 2018-2020.

Przed dołączeniem do Work Service Piotr Gajek był związany z Orange Polska, gdzie w latach 2009-2013 był dyrektorem wykonawczym ds. strategii relacji z klientami oraz ds. transformacji Grupy Orange. Wcześniej, w latach 1992-2002 pracował w firmie Andersen, a w latach 2002-2009 był partnerem w EY Business Advisory.

Jak w Polsce marnotrawiony jest kapitał ludzki

Co sprawia, że znakomite wyniki polskiej młodzieży w badaniach kapitału ludzkiego nie przekładają się później na choćby zbliżone osiągnięcia dorosłych Polaków? Przyczyna tkwi prawdopodobnie w tym, że w naszym kraju brakuje kompleksowej polityki ustawicznego kształcenia się – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Jak czytamy w „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” (SOR), zwanej też planem Morawieckiego: “Kapitał ludzki o wysokich kompetencjach i kwalifikacjach dostosowany do wyzwań zmieniającej się rzeczywistości stanowi jeden z nieodzownych warunków szybkiego rozwoju gospodarczego oraz poprawy jakości życia obywateli”.

W kontekście kapitału ludzkiego „SOR” informuje również, że „kluczowe jest pomnażanie i wykorzystywanie potencjału wiedzy, umiejętności, kreatywności, które pozwalają na realizację aspiracji zawodowych, umożliwiają adaptację do ciągle pojawiających się zmian w gospodarce oraz są niezbędne do tworzenia nowych innowacyjnych rozwiązań. Jakość kapitału ludzkiego to również kwestia lepszego zdrowia, co stanowi warunek niezbędny do utrzymywania aktywności zawodowej i społecznej oraz wysokiej jakości życia”.

Na początku wyścigu jesteśmy w czołówce

W pierwszych etapach budowania kapitału ludzkiego odnosimy wyraźne sukcesy. Dowody na to stanowią przede wszystkim przeprowadzane co trzy lata badania Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). W testach PISA (Program Międzynarodowej Oceny Uczniów) bierze udział pół miliona 15-latków z ponad 70 krajów (również tych spoza OECD).

Zarówno w badaniu PISA z 2012, jak i 2015 roku polscy uczniowie zajmowali we wszystkich trzech podstawowych kategoriach (czytanie, matematyka, nauki przyrodnicze) wyniki znacznie przekraczające średnią w krajach OECD. W 2012 r. zajęliśmy w matematyce (pomijając miasta-państwa czy chińskie metropolie) ósme miejsce na świecie i czwarte w Europie.

Poza rankingiem PISA dobrze wypadamy także w innych statystykach służących pierwszemu etapowi budowania kapitału ludzkiego. Według Monitora Edukacji i Szkoleń 2017 dla Polski przygotowywanego przez Komisję Europejską (KE) odsetek osób z wyższym wykształceniem w przedziale wiekowym 30-34 lata jest powyżej unijnej średniej (39,1 proc.) i wynosi 44,6 proc. Również odsetek osób zbyt wcześnie opuszczających system edukacyjny (wykształcenie nie wyższe niż gimnazjalne) jest w Polsce niski i wynosi tylko 5,2 proc., podczas gdy w całej UE to ponad dwa razy więcej (10,7 proc.).

Nie łączymy nauki z pracą…

Pierwsze niepokojące sygnały związane z utrzymaniem początkowych bardzo dobrych wyników kapitału ludzkiego dotyczą braku łączenia formalnej edukacji z praktyką. Według Eurostatu tylko 2,7 proc. osób w wieku 15-19 lat wykonywało w Polsce jakąkolwiek pracę (przynajmniej 1 godzinę w badanym tygodniu). Średnia w Unii wynosi 11,4 proc., a w Danii czy Holandii sięga nawet 50 proc.

Wyjątkowo niski jest także wskaźnik zatrudnienia dla osób kontynuujących formalną naukę w wieku 20-24 lata. Wynosi on w Polsce tylko 11,4 proc. i, mimo ogólnie poprawiającej się sytuacji na rynku pracy, sukcesywnie spadał przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. – 15,7 proc.).

Nie dość, że wyraźnie brakuje zachęt do promocji zatrudniania wśród młodych dorosłych, to jeszcze bywa, że narzucane są systemowe ograniczenia do szukania płatnego zajęcia. Jak można przeczytać w „Badaniu ankietowym rynku pracy” przygotowanym przez NBP, student studiów dziennych nie może zarejestrować się w Urzędzie Pracy.

…ani pracy z uczeniem się

Jeszcze poważniejszym problem, niż niewielka aktywność zawodowa podczas edukacji, jest niezwykle niski odsetek osób zatrudnionych, które jednocześnie poprawiają swoje kwalifikacje. Według ostatnich danych Eurostatu (za rok 2016) jedynie 24,7 proc. osób dorosłych (25-64 lata) uczestniczyło w ostatnich 12 miesiącach w jakimkolwiek procesie edukacji (formalnej lub nieformalnej). Tylko trzy kraje UE – Bułgaria, Grecja i Rumunia – uzyskują gorszy od nas rezultat. Średnia w Unii przekracza 40 proc., w Czechach jest to 46 proc., w Niemczech 52 proc., a liderzy we Wspólnocie – Austria, Holandia, Szwecja – osiągają wyniki w przedziale 60-70 proc.

Ciekawostką może być fakt, że niski odsetek dokształcających się Polaków jest obserwowany zarówno w podziale na płeć, wiek, jak i wykształcenie. Również w przypadku osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej ciągniemy się wyraźnie w ogonie i wyprzedzamy tylko cztery kraje UE.

Z czego może wynikać tak słaby rezultat? Być może bliskie prawdy jest stwierdzenie przedstawione w cytowanym już wcześniej planie Morawieckiego, że „w społeczeństwie polskim nadal jest niska świadomość korzyści płynących z uczenia się przez całe życie. Zbyt wiele osób jest przekonanych, że wiedza, którą kiedyś zdobyły, jest wystarczająca i nie ma konieczności jej uzupełniania”.

Nasz dalszy rozwój jest zagrożony

Brak ciągłego poprawiania swoich kwalifikacji dość szybko przekłada się na znaczne pogorszenie się naszych wyników w testach kompetencji osób dorosłych PIAAC (czytanie ze zrozumieniem, matematyka, rozwiązywanie problemów z użyciem technologii informacyjnych). Podobnie jak w przypadku badań PISA są one przeprowadzane przez OECD. Niestety jednak, w przeciwieństwie do rankingu 15-latków, zajmujemy tutaj we wszystkich kategoriach miejsca poniżej średniej.

Szczególnie martwić mogą niskie rezultaty w matematyce osób relatywnie młodych (25-34 lata). Zajmujemy w tym zestawieniu 17. miejsce na 26 państw OECD w zestawieniu, a np. Czechy czy Słowacja plasują się odpowiednio na pozycjach 5. oraz 11. Niską lokatę zajmujemy również w rankingu pod względem odsetka osób z najlepszymi wynikami. Tylko 8,4 proc. biorących udział w badaniu otrzymało wysokie rezultaty (poziom 4 lub 5). Tu zaledwie 6 krajów było gorszych od Polski, a w Finlandii, Japonii czy Szwecji najwyższe poziomy osiąga prawie 20 proc. badanych.

Rezultaty PIAAC dobrze pokazują, jak wysoki poziom kapitału ludzkiego reprezentowany w testach PISA i wypracowany podczas szkolnej edukacji jest marnotrawiony przez brak odpowiedniej polityki nacelowanej na proces ciągłego kształcenia się oraz poprawiania swoich kwalifikacji w życiu dorosłym.

Bez kompleksowej naprawy tych zaniedbań prawdopodobnie będziemy mogli zapomnieć nie tylko o doganianiu krajów rozwiniętych, ale będzie nam bardzo trudno utrzymywać dystans do krajów naszego regionu, co dobrze pokazują chociażby statystyki dla Czech czy Słowacji.

Aż 25 polskich spółek w rankingu Deloitte Technology Fast 500 EMEA

W tegorocznym rankingu firm technologicznych w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka) znalazły się 62 firmy z Europy Środkowej. Aż 25 z nich to spółki z Polski. Najwyżej, bo na siódmym miejscu w zestawieniu Deloitte Technology Fast 500 EMEA uplasowała się czeska spółka Kiwi.com. Spośród polskich firm najlepszą pozycję (37) zajęła spółka Tooploox. Tytuł tegorocznego lidera trafił do brytyjskiej spółki Deliveroo, specjalizującej się w zamówieniach posiłków online. Średni wzrost przychodów w zestawieniu wyniósł 1 377 proc. 

Ranking grupuje najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z 18 krajów w regionie EMEA. Analiza oparta jest o procentowy wzrost przychodów na przełomie ostatnich czterech lat (2013 r. vs. 2016 r.). Średnia stopa wzrostu przychodów wszystkich spółek z zestawienia wyniosła 1 377 proc., dla porównania w edycji ubiegłorocznej było to 967 proc. Aby znaleźć się na liście trzeba było osiągnąć średni wzrost w wysokości 220 proc. Tegoroczne wyniki wskazują na dobrą kondycję branży technologicznej w regionie EMEA. Technologia przekształca każdy aspekt naszego życia, a innowacyjne, szybko rozwijające się firmy będą nadal w czołówce wprowadzania nowych pomysłów na rynek, co zapewnia im sukces. mówi Agnieszka Zielińska, Partner, Dział Doradztwa Finansowego Deloitte, Lider Programu Technology Fast 50 Central Europe.

Na czele rankingu stanęła brytyjska firma Deliveroo, która zajmuje się zamówieniami posiłków przez internet. – Nasza firma osiągnęła sukces dzięki inwestycjom technologicznym, elastycznej pracy, którą cenią nasi pracownicy oraz wysokiej jakości żywności, którą zawdzięczamy naszym partnerom restauracyjnym – mówi Will Shu, założyciel i dyrektor generalny Deliveroo.

Pierwsza dziesiątka rankingu:

Zajęte miejsce Kraj Nazwa firmy Wzrost przychodów
(proc.)
Sektor
1 Wielka Brytania Deliveroo (Roofoods Limited) 107 117 Oprogramowanie
2 Niemcy  

Lesara GmbH

71 981 Media
3 Islandia Guide to Iceland 30 314 Oprogramowanie
4 Izrael youAPPi Ltd 16 230 Komunikacja
5 Wielka Brytania Bloom & Wild 13 818 Oprogramowanie
6 Izrael Yotpo Ltd 8 703 Komunikacja
7 Czechy Kiwi.com s.r.o. 7 165 Oprogramowanie
8 Litwa Deeper, UAB 7 048 Sprzęt Komputerowy
9 Czechy Prusa Research s.r.o. 6 910 Sprzęt Komputerowy
10 Szwecja Fingerprint Cards AB 6 858 Oprogramowanie

 

W pierwszej dziesiątce znalazły się trzy firmy z Europy Środkowej: dwie z Czech i jedna z Litwy, w tym zwycięzca Technology Fast 50 spółka Kiwi.com. W pierwszej setce Fast 500 uplasowało się dziewięć firm z naszego regionu, w tym trzy z Polski. Oprócz Tooploox były to jeszcze Absolvent.pl i Cloud Technologies. Łącznie nasz kraj w EMEA Technology Fast 500 ma 25 reprezentantów. Siedem spółek pochodzi z Litwy, sześć z Chorwacji, pięć z Bułgarii i Czech, po cztery z Rumunii i Słowacji, trzy z Węgier oraz po jednej z Bośni i Hercegowiny, Estonii i Łotwy.

Polskie firmy w rankingu:

Zajęte

miejsce

Firma Wzrost przychodów (proc.) Sektor
37 Tooploox Sp. z o.o. 2 827 Oprogramowanie
47 Absolvent.pl Sp. z o.o. 2 427 Oprogramowanie
77 Cloud Technologies S.A.. 1 558 Oprogramowanie
107 Bold Brand Commerce Sp. z o.o. 1018 Oprogramowanie
160 Droids On Roids Sp. z o.o. 761 Oprogramowanie
178 The Software House Sp. z o. o. 705 Oprogramowanie
185 Yieldbird Sp. z.o.o 673 Media
225 Creotech Instruments S.A. 548 Sprzęt komputerowy
256 INIS Sp. z o.o. 475 Komunikacja
259 Oktawave Sp. z o.o. 462 Sprzęt komputerowy
266 Sarigato Sp. z o.o. 447 Media
276 Grupa TENSE Sp. z o.o. Sp.k. 436 Media
     281 SentiOne Sp. z o.o. 425 Oprogramowanie
     293 STX Next Sp. z o.o. 408 Oprogramowanie
     303 Monterail Sp. z o.o. 393 Oprogramowanie
    363 Netguru Sp. z o.o. 328 Oprogramowanie
     375 10Clouds Sp. z o.o. 316 Oprogramowanie
    390 BRAND 24 S.A. 303 Oprogramowanie
   399 Tenderhut S.A. 291 Oprogramowanie
   406 Predica sp. z o.o. 282 Oprogramowanie
   412 Solwit S.A. 275 Oprogramowanie
   434 Divante sp. z o.o. 259 Oprogramowanie
   451 Luxon sp. z o.o. 247 Sprzęt Komputerowy
   473 ITMAGINATION sp. z o.o. 240 Oprogramowanie
   475 ANT sp. z o.o. 238 Oprogramowanie

 

Podobnie jak w poprzednich latach najliczniej reprezentowanym państwem jest Francja, z której pochodzą 97 spółki. Drugie miejsce należy do Wielkiej Brytanii (92), a trzecie do Holandii (50).

Tegoroczna edycja Deloitte Technology Fast 500 EMEA tradycyjnie została zdominowana przez spółki z sektora oprogramowania, które stanowią blisko 67 proc. całego zestawienia. Firm reprezentujących kategorię media jest 13 proc. Trzecie miejsce zajmują branże komunikacyjna i sprzęt komputerowy, zajmujący po około 6 proc.

Zwycięzcy w poszczególnych sektorach:

Sektor Firma Kraj Zajęte miejsce Wzrost przychodów (proc.)
Oprogramowanie Deliveroo (Roofoods Limited) Wielka Brytania 1 107 117
Media Lesara GmbH Niemcy 2 71 981
Komunikacja youAPPi Ltd Izrael 4 16 230
Sprzęt Komputerowy Deeper, UAB Ukraina 8 7 048
Czyste Technologie Heliospectra AB Szwecja 19 4 643
Nauki przyrodnicze Serstech AB Szwecja 28 3 463

O rankingu:

Ranking „Deloitte Technology Fast 500 EMEA” przedstawia 500 najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych w regionie EMEA, a firmy uszeregowane są na podstawie tempa wzrostu osiąganych przychodów. Program jest globalny: oprócz rankingu EMEA są również dwa rankingi obejmujące region Asia Pacific oraz North America. Firmy nominowane do rankingu pochodzą z regionalnych konkursów (główna kategoria). Polska była uwzględniona w rankingu „Technology Fast 50 Central Europe”, który został opublikowany w październiku br.

Firmy uwzględnione w rankingu muszą spełniać następujące kryteria:

  • opracowywać lub wytwarzać autorskie technologie i/lub ponosić istotne nakłady na prace badawczo-rozwojowe,
  • posiadać strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe inwestorów strategicznych,
  • posiadać siedzibę w jednym z krajów uczestniczących w programie,
  • okres działalności min. 4 lata,