Berlin, Kopenhaga, Frankfurt najatrakcyjniejszymi lokalizacjami dla inwestorów

Według najnowszego rankingu analizującego perspektywy zmian na rynku nieruchomości w głównych miastach europejskich „Emerging Trends in Real Estate. Europe 2018” –  najbardziej atrakcyjną lokalizacją jest Berlin. Na podium znalazły się także Kopenhaga i Frankfurt (ex aequo). Warszawa zajęła 23. pozycję, a spośród konkurencyjnych stolic Europy Środkowo-Wschodniej wyżej ocenione zostały  Praga (15.) oraz  Budapeszt (19.).

15. edycja raportu „Emerging Trends in Real Estate”, przygotowywana przez PwC oraz Urban Land Institute, przedstawia sytuację na najważniejszych rynkach nieruchomości w Europie w sferze inwestycyjnej, deweloperskiej oraz finansowej. Tegoroczny raport powstał na podstawie rozmów z ponad 800 uznanymi ekspertami rynku nieruchomości w Europie, reprezentującymi czołowych  inwestorów, deweloperów, sektor finansowy oraz firmy doradcze.

Czwarty rok z rzędu na pierwszym miejscu rankingu znalazł się Berlin. Pewnym zaskoczeniem może być awans Frankfurtu na drugą pozycję (ex aequo z Kopenhagę). Jest to jednakże konsekwencja stopniowej migracji firm sektora finansowego z Londynu do kontynentalnej części Europy. Stolica Danii (Kopenhaga), zawdzięcza swoją wysoką, drugą pozycję  bardzo dynamicznie rozwijącemu się sektorowi mieszkaniowemu. Czwarte miejsce zajęło kolejne niemieckie miasto, tj. Monachium, przed Madrytem, gdzie zauważalny jest pozytywny trend w rozwoju sektora powierzchni biurowych oraz Hamburgiem.

W tegorocznym zestawieniu Warszawa uplasowała się na 23. pozycji. W ocenie ankietowanych ekspertów lepsze perspektywy od stolicy Polski mają zarówno Praga (15. pozycja) jak i Budapeszt (19.). Niższe od Warszawy pozycje w rankingu mają natomiast Zurich (24. pozycja), Bruksela (25.), Londyn (27.) oraz Rzym (28.). Spośród 31 miast zestawionych w raporcie, na ostatnich trzech pozycjach uplasowały się  Stambuł (31.), Moskwa (30.) i Ateny (29.).

Warszawa nadal jest postrzegana przez inwestorów jako atrakcyjne miejsce do lokowania kapitału, jednakże w porównaniu do ubiegłorocznego zestawienia spadła o 3. pozycje. Inwestorzy pozytywnie oceniają wysoki  wzrost gospodarczy naszego kraju oraz dostrzegają rosnący potencjał rynku BPO/ SSC. Spadek wynika po części z niepewności legislacyjnej przeprowadzanych reform w zakresie podatków oraz znacznego planowanego wolumenu nowych projektów biurowych w Warszawie. Niepewność towarzysząca procesowi Brexitu, spowodowała iż  Londyn spadł na pozycję 27., co z kolei  odbierane jest jako ogromna szansa dla rozwoju sektora finansowego i rynku biurowego w Warszawie. Nastroje na rynku europejskim są dość pozytywne. Prawie połowa respondentów oczekuje przyspieszenia wzrostu gospodarczego w najbliższych 3-5 latach.  Potencjalne konsekwencje Brexitu niepokoją inwestorów w Wielkiej Brytanii, szczególnie skupionych na inwestycjach biurowych w Londynie, ale jednocześnie poprawiły nastroje w kilku stolicach kontynentalnej Europy” – mówi Kinga Barchoń, partner w PwC, lider zespołu ds. nieruchomości.

Pod względem atrakcyjności poszczególnych sektorów rynku, nieruchomości magazynowe awansowały na pierwsze miejsce. Dotyczy to zarówno gotowych produktów na rynku inwestycyjnym jak i projektów przygotowywanych przez deweloperów. Dobre perspektywy w ocenie ankietowanych mają także niszowe sektory, takie jak mieszkania studenckie czy domy seniorów. Zauważalnym trendem jest znaczne pogorszenie się postrzegania  przez inwestorów dominujących do tej pory sektorów, czyli handlowego i biurowego Dotyczy to szczególnie obiektów zlokalizowanych na przedmieściach miast.

Z raportu PwC i ULI wynika, że podmioty aktywne na rynku nieruchomości z optymizmem patrzą na rozwój branży w 2018 r. Około połowa respondentów przewiduje, że zarówno zyski, jak i liczba pracowników mają szansę wzrosnąć w przyszłym roku. Optymizm wzmacniają poprawiające się prognozy makroekonomiczne dla strefy euro oraz ciągła atrakcyjność nieruchomości jako klasy aktywów.

Popyt na wysokiej jakości produkty nieruchomościowe w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie, jednak w najnowszym raporcie widzimy dowody na to, że na horyzoncie jest coraz więcej wyzwań. Warszawa i inne polskie miasta muszą stawiać na nieustający rozwój, aby utrzymać tak imponujący wzrost, jaki obserwowaliśmy do tej pory” – dodaje John Banka, przewodniczący ULI Poland.

Głównym wyzwaniem europejskiego rynku nieruchomości, podobnie jak w ciągu ostatnich kilku lat, jest dostępność odpowiednich aktywów. Ponad 75% ankietowanych uważa, że ​​inwestorzy podejmują większe ryzyko, aby osiągnąć docelowe zyski, jednakże wielu kluczowych graczy z branży wskazało bardziej ostrożne podejście do podejmowania ryzyka w 2018 r.Berlin, Kopenhaga, Frankfurt najatrakcyjniejszymi lokalizacjami dla inwestorów

RCS – SMS nowej generacji w walce o rynek z aplikacjami

Inflacja w celu, wzrost na „5-”

Dziś dzień publikacji wskaźników PMI. Spodziewamy się, że indeks dla polskiego przetwórstwa wzrósł do 53,9 pkt. odzwierciedlając bardzo wysokie wstępne odczyty ze strefy euro oraz z Niemiec (które zapewne zostaną dziś potwierdzone). W Chinach indeks Markit PMI, podobnie jak wczorajszy „oficjalny” PMI pokazał pozytywne nastroje przetwórców w listopadzie. Drugi miesiąc lekkiego spadku indeksu ISM dla przetwórstwa USA nie zmienia faktu, że nastroje pozostają bardzo dobre i sugerują dalsze zwiększanie aktywności gospodarczej.

Polska gospodarka potrafi latać (wysoko!)

Tempo wzrostu gospodarczego w 3q17 wyniosło 4,9% r/r (rewizja w górę szybkiego szacunku o 0,2pp vs 4,0% r/r w 2q17), a po korekcie sezonowej 5,2% r/r i 1,2% k/k. Dane sugerują, że w całym roku wzrost PKB wyniesie 4,4%.

Głównym motorem wzrostu pozostała konsumpcja prywatna. Jej dynamika wyniosła 4,8% r/r (4,9% r/r w 2q; PKO: 5,0%; kons: 4,9%), odzwierciedlając dobre wyniki rynku pracy. Choć bardzo dobre nastroje nadal zachęcają konsumentów do finansowania swoich zakupów z oszczędności, to pozytywny wpływ programu 500+ na dynamikę dochodów do dyspozycji gospodarstw domowych zaczął się zmniejszać już w 2q17. Inwestycje wzrosły o 3,3% r/r (vs 0,9% r/r w 2q; PKO: 5,0%; kons: 4,5%). Choć dane o inwestycjach dużych firm wskazywały na niższą dynamikę inwestycji, to apetyt na dobry wynik został rozbudzony przez inwestycje samorządów. Wskaźniki wyprzedzające inwestycji sugerują, że dynamika inwestycji będzie w kolejnych kwartałach coraz wyższa: rośnie m.in. wartość kosztorysowa noworozpoczętych inwestycji, wartość rynku leasingu, wykorzystanie mocy produkcyjnych, wartość przetargów publicznych, absorpcja środków z UE. Zapasy były neutralne dla wzrostu PKB (wkład 0,0pp vs -1,9pp w 2q17). Eksport netto natomiast dodał 1,1pp do dynamiki PKB i był drugim co do wielkości motorem wzrostu PKB w 3q17 (przy odbiciu eksportu i stabilnym wzroście importu).

Struktura wzrostu PKB wpisuje się w nasze oczekiwania: nadal prognozujemy, że dynamika inwestycji będzie się zwiększać stopniowo w kolejnych kwartałach, przy nieco niższej dynamice konsumpcji. Dwucyfrowe dynamiki inwestycji możemy zobaczyć już w 1h18.

Dane o strukturze wzrostu PKB nie zmieniają układu sił w RPP. Silne konsumpcja i wzrost gospodarczy wspierają argumenty jastrzębich członków, podczas gdy nieco słabsza od oczekiwań struktura wzrostu, w tym głównie wolniejsze ożywienie inwestycji, wpisują się w argumentację gołębiego skrzydła. Pierwszej podwyżki stóp procentowych nadal oczekujemy w 4q18.

Inflacja: po szczycie przyjdzie dołek

Inflacja CPI w listopadzie (wstępny odczyt GUS) wzrosła do 2,5% r/r osiągając cel inflacyjny po raz pierwszy od listopada 2012 r. (PKO: 2,4% r/r, konsensus: 2,3% r/r, vs 2,1% r/r w październiku).

Ostateczne dane oraz struktura październikowej inflacji zostaną opublikowane 11 grudnia. Oczekujemy, że pokażą one wyraźne przyspieszenie dynamiki cen paliw (przyspieszenie wzrostu cen ropy na przełomie października i listopada), a także stabilizację inflacji bazowej (PKO: 0,8% r/r). Dane z rynków hurtowych oraz wskaźniki koniunktury sugerują dalsze przyspieszenie dynamiki cen żywności. Ponadto w stronę wyższej inflacji CPI oddziaływały zapewne ceny opału, które od września notują przyspieszenie dynamiki ze względu na rosnące ceny węgla.

Po listopadowym szczycie nastąpi 3-miesięczne spowolnienie dynamiki cen związane z efektami wysokiej bazy cen paliw oraz żywności z przełomu ubiegłego roku. W rezultacie, nawet w obliczu oczekiwanych przez nas podwyżek niektórych cen regulowanych w styczniu, inflacja CPI może spaść w tym okresie w okolice 2% (nie wykluczamy odczytu poniżej 2% w lutym br.). Jednocześnie wysoka dynamika miesięczna inflacji CPI w listopadzie oznacza, że rozpoczynające się od marca przyspieszenie dynamiki inflacji może ją wydźwignąć w okolice 3% w połowieprzyszłego roku. Tym razem jednak, w przeciwieństwie do egzogenicznych czynników wzrostu inflacji w 2017 r., coraz większą rolę odgrywać będzie inflacja bazowa. Taki scenariusz wspiera m.in. rosnąca presja płacowa, wzrost kosztów produkcji, a także charakter trwającego ożywienia gospodarczego, któremu (jak dotąd) nie towarzyszy wzrost zdolności wytwórczych.

Niemniej nie spodziewamy się, aby inflacja bazowa przekroczyła poziom 2,0% wcześniej niż na jesieni 2018 r., wobec czego podtrzymujemy naszą prognozę, że pomimo narastających w przyszłym roku sporów wewnątrz Rady Polityki Pieniężnej nie zdecyduje się ona na podwyżkę stóp wcześniej niż w listopadzie 2018 r. (jedna z kolejnych projekcji inflacyjnych NBP). Nie oznacza to, że już wcześniej nie pojawią się pierwsze od dłuższego czasu wnioski o podwyżkę stóp składane przez bardziej jastrzębich członków Rady.

Miesięczne prognozy makro – grudzień 2017

Publikowane w grudniu dane makroekonomiczne maja potencjał do pozytywnej niespodzianki, a nasze prognozy są albo wyższe, albo równe konsensusowi rynkowemu.

dane makroekonomiczne

Opublikowany już szybki szacunek inflacji CPI za listopad na poziomie 2,5% r/r był wyższy od naszej prognozy i konsensusu. Ostateczne i szczegółowe dane zostaną opublikowane 11 grudnia. Bilans płatniczy za listopad (publikacja 14 grudnia) powinien w naszej ocenie pokazać nadwyżkę na rachunku bieżącym równą 274 mln EUR (kons. 187 mln EUR) przy utrzymującym się solidnym wzroście importu i eksportu. Dane z rynku pracy (18 grudnia) pokażą wg naszej prognozy utrzymanie wzrostu zatrudnienia (PKO i kons. 4,4% r/r) a także solidny wzrost płac na poziomie 7,2% r/r (w październiku 7,4% r/r, kons. 7,1% r/r). Dane o produkcji przemysłowej (19 grudnia) są wspierane przez pozytywny efekt liczby dni roboczych, oczekujemy więc wzrostu produkcji o 9,6% r/r (październik 12,3% r/r, kons. 9,0% r/r). Produkcja budowlano-montażowa była pod wpływem efektu wysokiej bazy z ubiegłego roku, oczekujemy więc spadku jej dynamiki do 16% r/r (kons. 14,8% r/r) z 20,3% r/r w październiku. Oczekujemy utrzymania solidnych wzrostów realnej sprzedaży detalicznej, a nasza prognoza jest wyższa od konsensusu (7,7% r/r vs. 6,6% r/r).

Wzrost PKB w Szwajcarii w 3q17 zaskoczył pozytywnie zarówno pod względem poziomu (1,2% r/r) jak i struktury (ożywienie inwestycji). Mimo to SNB na najbliższym posiedzeniu (14 grudnia) pozostanie bardzo gołębi w obawie przed umocnieniem waluty.

Sprzedaż detaliczna w Niemczech niespodziewanie spadła w październiku o 1,4% r/r (wobec wzrostu o 4,1% r/r we wrześniu). Najsilniejszy spadek odnotowała sprzedaż odzieży i obuwia, co najprawdopodobniej odzwierciedla jedynie przejściowe przesunięcia pomiędzy miesiącami.

Inflacja HICP w strefie euro wzrosła w listopadzie do 1,5% r/r (z 1,4% r/r), przy stabilnym odczycie inflacji bazowej. Brak wyraźnej presji inflacyjnej wspiera EBC w ostrożnym podejściu do zmian polityki pieniężnej.

Rosnące dochody i wydatki Amerykanów (szczegóły w kalendarzu) wspierają wzrost konsumpcji i PKB w USA w 4q17. Inflacja bazowa PCE w USA pozostała bez zmian w październiku (1,4% r/r).Członkowie FOMC nadal postrzegają niższą inflację jako zjawisko przejściowe i najprawdopodobniej podniosą stopy procentowe na posiedzeniu w grudniu.

Państwa OPEC i Rosja przedłużyły ograniczenia w produkcji ropy do końca 2018r. W obliczu postulatów stopniowego uwalniania produkcji zapowiedziano „przegląd” porozumienia w czerwcu 2018r.

Autor/Źródło: PKO Bank Polski

Poprawa nastrojów w przemyśle

PMI dla polskiego przemysłu wzrósł w listopadzie do 54,2 pkt. z 53,4 pkt. w październiku (PKO: 53,9 pkt., konsensus: 54,0 pkt.).

Na wyższy odczyt indeksu wpłynęły mocny odczyt subindeksu produkcji, wydłużony czas dostaw, zwiększone zapasy pozycji zakupionych. Wzrost indeksu ograniczały nieco słabsze tempo wzrostu nowych zamówień oraz niskie tempo wzrostu zatrudnienia.

Poprawa nastrojów w przemyśle

Subindeks zatrudnienia znajduje się ciągle w okolicach poziomu sygnalizującego stagnację. Biorąc pod uwagę nastroje firm przemysłowych w Niemczech i strefie euro (główni partnerzy handlowi Polski), kluczową różnicą między rekordowo wysokimi odczytami indeksów PMI dla przetwórstwa w tych gospodarkach a Polską jest właśnie subindeks zatrudnienia, który naszym zdaniem ciągle sygnalizuje, że bariera podażowa na rynku pracy staje się coraz większym ograniczeniem dla rozwoju gospodarczego.

Poprawa nastrojów w przemyśle 2

Patrząc na wyniki ankiet dotyczące procesów cenotwórczych wyraźnie widać rosnącą presję cenową. Wskaźnik kosztów produkcji wzrósł ponownie sygnalizując, że po okresie nieco niższych odczytów na przełomie roku, ścieżka inflacji powróci na trajektorię wzrostową w marcu przyszłego roku.

Dane wspierają oczekiwania na utrzymanie silnego wzrostu PKB w 4q17 i są neutralne dla RPP. Nadal zakładamy, że do podwyżki stóp dojdzie pod koniec 2018 r., ale nie wykluczamy, że wnioski o podwyżkę pojawią się wcześniej.

Źródło: PKO Bank Polski

Jakich cech brakuje polskim szefom i jakie mamy z nimi relacje – wyniki badania

Komunikatywność, szczerość i możliwość zaufania – to trzy cechy, których brakuje polskim szefom – wynika z badań serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl. Mimo tych braków, aż 61 proc. pracowników ocenia swoje relacje z przełożonym jako przyjazne.

Listę cech, których brakuje polskim szefom, otwiera komunikatywność – wskazało na nią 24 proc. badanych. Dalej znalazła się szczerość – powiedziało o niej 22 proc. ankietowanych. Tyle samo wskazało na możliwość zaufania. Na kolejnych miejscach jest brak: odwagi i zdecydowania – 20 proc. odpowiedzi, pomocności – 19 proc., grzeczności i szacunku – 19 proc., charyzmy – 18 proc., uczciwości – 18 proc. oraz kreatywności – 17 proc. Pracownicy wypatrywali u szefów także poczucia humoru, ale z badań wynika, że 17 proc. tej cechy nie dostrzegło. Listę braków zamknęły: wytrwałość i doświadczenie – 16 proc., rozwaga – 15 proc. oraz łagodność – 15 proc. odpowiedzi.

Badanie pokazuje, że pracownicy chcą wiedzieć, że pracodawca jest liderem, który ich zainspiruje, ale też człowiekiem z kamienia, który stanie za zespołem murem. Wyraźnie widać, że pracownicy chcą ufać swoim szefom.

Kobiety drażni brak komunikatywności, mężczyzn brak charyzmy

Infografika- cechy i relacje z szefem – Monster PolskaCo ciekawe, choć większość odpowiedzi kobiet i mężczyzn była podobna, to znalazły się jednak pewnie różnice w postrzeganiu szefów. Otóż kobiety większą uwagę zwracały na fakt, że ich szefom brakuje umiejętności komunikacyjnych. Odpowiedziało tak, aż 29 proc. kobiet i tylko 20 proc. mężczyzn. Drugą cechą, której pracownice szukały u szefów, a jej nie znalazły, jest możliwość zaufania. Wskazało na nią aż 26 proc. pań i tylko 21 proc, panów.

Nie dziwi fakt, że umiejętność komunikacji, jest tak oczekiwana przez pracowników, a zwłaszcza przez kobiety. To szefom musimy złożyć raport z projektu, opowiedzieć o wynikach codziennej pracy, ale też poprosić o urlop wypoczynkowy. Dobra współpraca opiera się na bezproblemowej komunikacji lub woli rozwiązywania trudności.

Z badań wynika, że mężczyźni punktowali szefów głównie za brak charyzmy. Zwróciło na to uwagę 20 proc. mężczyzn i tylko 14 proc. kobiet. Drugą cechą, której oczekiwaliby polscy pracownicy, jest wytrwałość i doświadczenie. Brak tych cech u szefów dostrzegło 18 proc. mężczyzn i 11 proc. kobiet. Ocena braku akurat tych, a nie innych cech może wynikać z faktu, że mężczyźni oceniali głównie szefów mężczyzn.  Najpewniej zadziałały wciąż silnie działające stereotypy, że „mężczyzna jest charyzmatyczny”, a „kobiety lepiej się komunikują”. Choć możemy z tym polemizować, to wciąż firmy borykają się w obsadzaniu kobiet i mężczyzn, w równym stopniu na wysokich stanowiskach. Podświadomie szukani są silni liderzy z doświadczeniem, a te cechy przypisywane są mężczyznom. Aż 76 proc. osób biorących udział w badaniu przyznało, że obecny szef jest mężczyzną, a tylko 24 proc., że w biurze rządzi kobieta.

Dobre relacje z przełożonymi oznaczają lepsze zarobki

Mimo świadomości, że szefom daleko do ideału, staramy się budować z nimi przyzwoite relacje. I tak najwięcej, bo aż 61 proc. ocenia, że ma przyjazne relacje z przełożonym, 34 proc. – uważa, że trzyma się na dystans, a 5 proc. – ocenia je jako chłodne.

Jest w tym jednak mały haczyk. Z badań wynika, że relacje z szefem wpływają na wysokość wynagrodzenia. Osoby, które mają dobre relacje z pracodawcą, zarabiają o 9 proc. więcej niż pozostali. Na tle innych państw ta zależność i tak nie jest tak szokująco wysoka. Na wyższe o 21 proc. płace mogą liczyć pracownicy w Estonii, o 20 proc. – w Serbii i na Węgrzech, o 18 proc. – w Czechach. Najmniejsze zależności są na Łotwie, gdzie osoby w dobrej relacji z szefem zarabiają 7 proc. więcej.

Jakich cech brakuje ankietowanym pracownikom w jedenastu krajach? W tych statystykach 30 proc. wskazało na brak uczciwości, 27 proc. – na brak szczerości a 21 proc. – na brak komunikatywności. Najmniej, bo 15 proc. zarzuciło szefom brak rozwagi.

Wyniki badań dają słodko-gorzki obraz relacji między pracownikami a pracodawcami. Pozytywne jest to, że polskie „wskaźniki wad” nie sięgnęły w żadnym przypadku 25 proc. więc są lepsze od tych międzynarodowych. Minusem jest fakt, że relacje z szefem wpływają w tak dużym stopniu na wysokość wynagrodzenia. Można się także domyślać, że mają wpływ na premie, nagrody czy benefity.

W sumie w badaniu wzięło udział ponad 50 tys. pracowników z 11 krajów (Bośni i Hercegowiny, Czech, Estonii, Finlandii, Litwy, Łotwy, Serbii, Słowacji, Słowenii, Węgier), w tym ponad 400 z Polski. Badanie zostało przeprowadzone w okresie od czerwca do września 2017 roku.

SMS-y są z nami już od ćwierć wieku. Geneza i współczesne trendy

Autorem pierwszej w historii krótkiej wiadomości tekstowej był pracujący w Sema Group brytyjski inżynier Neil Papworth. 3 grudnia 1992 r. wysłał SMS-a o treści „Merry Christmas” do dyrektora spółki Vodafone Richarda Jarvisa. Dziś to najbardziej rozpowszechniony na świecie komunikacyjny standard. Tylko w 2016 roku Polacy wysłali 50,2 mld wiadomości tekstowych. Coraz więcej firm i instytucji wykorzystuje SMS-y również w ramach kampanii marketingowych.

Jak to się zaczęło?

Za pomysłodawcę krótkich wiadomości tekstowych uważa się Niemca Friedhelma Hillebranda pracującego w międzynarodowym zespole badawczym Groupe SpécialMobile. To właśnie jemu zawdzięczamy m.in. liczbę znaków, jakie zawiera pojedynczy SMS. Przeanalizował długości tekstów na kartkach pocztowych i w 1984 roku zaproponował dla wiadomości tekstowych limit długości 160 znaków. Był to jednak etap prac koncepcyjnych, a na wysłanie pierwszego SMS-a w historii trzeba było poczekać jeszcze 8 lat.

W grudniu 1992 roku dokonał tego brytyjski inżynier Neil Papworth. Co ciekawe, pierwszą wiadomość tekstową wysłał z komputera stacjonarnego, ponieważ telefony komórkowe w tamtym czasie nie były wyposażone w klawiatury. Odpowiednie urządzenia pojawiły się na rynku rok później za sprawą firmy Nokia. Jako pierwsi po wynalazek sięgnęli operatorzy w Finlandii i Wielkiej Brytanii. W pierwszych latach abonenci nie musieli płacić za SMS-y, ale mogli je wymieniać między sobą użytkownicy tej samej sieci. Dopiero od 1999 roku SMS uzyskał status usługi dostępnej dla użytkowników różnych sieci.

„Sekretem sukcesu SMS-ów jest to, że w ciągu ostatniego ćwierćwiecza zachował swoją prostą konstrukcję. To wciąż te same 160 znaków, chociaż dzisiaj nasze smartfony radzą sobie doskonale z łączeniem kilku wiadomości tekstowych w jedną. Fenomenem SMS-ów jest to, że od 25 lat nikomu nie udało się opracować bardziej uniwersalnego komunikacyjnego standardu. Działa na wszystkich telefonach, niezależnie od marki i rodzaju urządzenia, we wszystkich sieciach, na całym świecie. Obecnie na horyzoncie nie widać technologii, która miałaby wyprzeć SMS-y z codziennego użytku. – mówi Kamila Górna, Menedżer ds. Rozwoju w firmie Infobip zajmującej się komunikacją mobilną.

2010: 200 tysięcy SMS-ów na minutę!

Z danych udostępnionych przez Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny (ITU) wynika, że najwięcej SMS-ów na świecie wysłano w 2010 roku. Naliczono ich wówczas aż 6,1 biliarda, co oznacza, że każdej minuty wysyłanych było 200 tysięcy wiadomości tekstowych!

Z opublikowanego w lipcu 2017 roku przez Urząd Komunikacji Elektronicznej „Raportu o stanie rynku telekomunikacyjnego w Polsce w 2016 roku” wynika, że na koniec 2016 roku w naszym kraju aktywnych było 55,5mln kart SIM, czyli o 2 procent mniej, niż rok wcześniej. Ten spadek to efekt wprowadzenia przepisów wprowadzających obowiązek rejestracji kart prepaid. Znacznemu zmniejszeniu uległa również liczba wysłanych SMS-ów. Użytkownicy polskich sieci komórkowych w ubiegłym roku wysłali ogółem 50,2 mld wiadomości tekstowych, o 1,7mld mniej niż w 2015 roku. Mimo spadku wysyłanych SMS-ów dane w raporcie wskazują, że wśród wybranych państw Unii Europejskiej Polska wciąż znajduje się powyżej średniej, z wykorzystaniem na poziomie 83 krótkich wiadomości tekstowych miesięcznie. Średnia dla wybranych państw europejskich jest niższa o 19 wiadomości i wynosi 64 SMS-y przypadające na jednego aktywnego użytkownika.

Mniej SMS-ów między użytkownikami, więcej na linii firma-klient

Na przestrzeni ostatnich lat popularność SMS-ów stopniowo spada, zwłaszcza w komunikacji między użytkownikami. Wpływa na to coraz większa powszechność mobilnych komunikatorów takich jak WhatsApp czy Messenger. Wolumen wysłanych wiadomości utrzymuje się jednak wciąż na wysokim poziomie m.in. dzięki coraz częstszemu wykorzystywaniu SMS-ów jako narzędzia usprawniającego komunikację między firmami i na linii firma – klient.

Do głównych zalet wiadomości tekstowej należy m.in. bezpośrednie dotarcie wprost na ekran urządzenia mobilnego w kilka sekund od wysłania, niezależnie od tego czy urządzenia mobilne znajduje się w zasięgu Internetu czy korzysta z technologii Bluetooth. Ważny jest również wysoki współczynnik otwarć wiadomości tekstowych. Jak ustaliła firma Infobip dla SMS-ów wynosi on 95 procent, podczas gdy dla wiadomości e-mail ten sam wskaźnik to zaledwie 21 procent. Poza tym wszystkie wiadomości tekstowe trafiają wprost do skrzynki odbiorczej, a część komunikacji mailowej ląduje w folderze ze spamem.

SMS może być bardzo skutecznym narzędziem w komunikacji firm z klientami, ale należy pamiętać, że jego użycie uzależnione jest od zgody odbiorcy na otrzymywanie takich informacji. Kluczem do sukcesu jest tutaj dopasowanie treści wiadomości do preferencji i oczekiwań klientów, do których kierowany jest przekaz. Wysyłanie SMS-ów do przypadkowych osób może przełożyć się na utratę zaufania do nadawcy komunikatu, a przecież nie to jest celem marki realizującej kampanię. Najlepszym rozwiązaniem jest budowa własnych baz danych klientów, którzy mogą być zainteresowani otrzymywaniem np. kodów rabatowych lub innych specjalnych ofert przekazywanych ekskluzywnie w postaci SMS-ów. – podkreśla Kamila Górna.

Urzędnicy też wysyłają SMS-y

Szybko rośnie również liczba SMS-ów wysyłanych do abonentów poprzez aplikacje używane przez urzędy, placówki służby zdrowia czy szkoły. Za ich pośrednictwem urzędnicy wysyłają m.in. pogodowe alerty ostrzegawcze, przypominają o zapłacie podatków lub zapraszają na lokalne imprezy. Dla sektora medycznego SMS-y to narzędzie m.in. usprawniające proces zapisów na wizyty.

„Oczywiście trudno sobie wyobrazić urzędnika, który mozolnie wpisuje treść SMS-a, później numer i wysyła nam wiadomość. Dzisiaj proces ten jest całkowicie zautomatyzowany. Istnieją platformy, które sprawnie wysyłają SMS-y o określonej treści do wskazanych odbiorców. Rozwiązanie to można zintegrować z pozostałymi systemami informatycznymi, aby pozyskiwać z nich konkretne informacje, które mają znaleźć się w wiadomości. W polu ‘nadawca’ może znaleźć się np. nazwa urzędu. Taki rodzaj komunikacji to model A2P (Application to Person), a więc sytuacja, w której SMS-a wysyła nam program komputerowy, a nie prywatna osoba.” – tłumaczy Kamila Górna.

Według firmy Ovum w 2018 r. liczba emitowanych rocznie wiadomości A2P (Application-to-Person) wyniesie 2.19 biliarda. Dla porównania, w 2013 r. powstało ich 1.4 biliarda.

Kurs dolara – grudzień rozpoczyna się od huśtawki nastrojów

Ostatni miesiąc tego roku rozpoczyna się od huśtawki nastrojów na dolarze w związku z odwlekaniem głosowania w Senacie USA nad ustawą podatkową. Koniec listopada sam w sobie przyniósł zaskakujące wahania, siłę funta i spokój rynków wschodzących. Względnie stabilnie jest też na ropie naftowej po szczycie OPEC, gdzie sprawdziły się wcześniejsze spekulacje. Dziś dzień z PMI/ISM.

USD jest nerwowy, ale z nadziejami, że ustawa podatkowa przejdzie w Senacie. Ale Republikanie skrzętnie liczą głosy i dla zebrania największego poparcia na ostatnią chwilę pracują nad poprawkami. Widać, że nawet we własnym obozie nie daje się przekonać wszystkich do kosztownego planu cięcia podatków, kiedy dziurę w budżecie chce się uzupełnić potencjalnymi wpływami z szybszego wzrostu gospodarczego. Senatorowie pracują nad bezpiecznikami w postaci odkręcenia niektórych obniżek podatków za kilka lat, jeśli pojawiłoby się zagrożenie rozdmuchanego deficytu. Rozsądny projekt reformy jest nawet lepszy dla gospodarki w długim terminie, więc implikacje dla dolara mogą być trwalsze poza przejściowym rajdem ulgi, jaki powinno przynieść przegłosowanie projektu w Senacie – start obrad o 17:00 polskiego czasu.

Istotną zmianą ostatnich godzin jest wyjście rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA ponad 2,40 proc., co powinno dawać wsparcie dolarowi szczególnie względem JPY. Odreagowanie spadków na USD/JPY było imponujące w tym tygodniu i nie można oprzeć się wrażeniu, że przy pomocy rynku długu (ale też rosnących indeksów akcyjnych) ruch może zostać pociągnięty wyżej. EUR/USD jest bardziej odporny na siłę dolara, gdyż niemieckie rentowności także trzymają się mocno, choć rozczarowanie we wczorajszych danych o inflacji (bazowa pozostała na 0,9 proc. r/r) powinno stonować nastroje, że ECB może się pospieszyć ze zmianą swojego nastawienia. Z kolei PCE Core, miara inflacji preferowana przez Fed, na 1,4 proc. (i z rewizją w górę za zeszły miesiąc) dokłada argumentów za przejściowym charakterem słabości inflacji i nie daje pola do wątpliwości, że w tym miesiącu nie zobaczymy podwyżki stóp procentowych w USA.

OPEC wraz z sojusznikami uzgodnił przedłużenie ograniczeń wydobycia o 9 miesięcy do koca przyszłego roku, ale z rewizją postanowień w czerwcu. Decyzja była zgodna z oczekiwaniami, ale przez ryzyko skrócenia porozumienia w połowie 2018 r., nie jest do końca pozytywna dla ropy naftowej, a przynajmniej nie na tyle, by pchnąć ceny wyżej. Dalej widzimy ryzyko, że inwestorzy mogą, pokusić się o realizację zysków z rajdu z poprzednich kilku tygodni. Korekta o 2-3 USD wydaje się uczciwa.

Pierwszy dzień miesiąca tradycyjnie przynosi wysyp odczytów PMI dla przemysłu. Największa uwaga na odczytach z Wielkiej Brytanii (gdyż słaby wynik ostudzi rajd funta) i USA. Dane z Europy już we wstępnych szacunkach wypadły imponująco, co z reszta też odbija się na polskim wskaźniku, który na 54,2 pobił oczekiwania (54). Mimo to złoty pozostaje niewrażliwy na dane krajowe, a rynek traci zapał do nieudanych prób złamania 4,20 EUR/PLN. Po południu ciekawie będzie w Kanadzie. Kwartalne PKB oraz listopadowy raport z rynku pracy mogą więcej znaczyć, jeśli rozczarują. W październiku dane o zatrudnieniu były wyjątkowo dobre, więc teraz rośnie ryzyko odreagowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Polsce serwis YouTube generuje prawie sześciokrotnie większy ruch internetowy niż Facebook

Przyczyną wzrostu ilości przesyłanych danych w Europie Środkowo-Wschodniej jest popularność aplikacji społecznościowych oraz wideo. Aplikacje umożliwiające udostępnianie filmów wideo i zdjęć oraz aplikacje serwisów społecznościowych dominują na listach 10 najpopularniejszych aplikacji w krajach regionu. Treści wideo są istotnym czynnikiem decydującym o poziomie ruchu danych i stanowią globalnie 55% całości ruchu danych mobilnych. YouTube zajmuje pozycję numer jeden wśród aplikacji generujących ruch danych.

emr_pl_lojalnoscW Polsce częściej niż w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej ogląda się materiały wideo na urządzeniach mobilnych, stąd tez konsumujemy 16% treści podczas gdy średnia dla regionu to 14%. Jednakże jak donosi Ericsson Mobility Report przepustowość sieci w Polsce plasuje się za Węgrami i Bułgarią.

emr_plPrzepustowość sieci ma wpływ na lojalność użytkowników smartfonów, jest ona zależna od wydajności sieci, doświadczeń konsumentów z korzystania usług operatora oraz poziomu obsługi klienta.

W Polsce dla konsumentów obsługa klienta i początkowe doświadczenia po rozpoczęciu korzystania z usług operatora są równie ważne, co wydajność sieci. Prawidłowe działanie aplikacji i szybkość ładowania się stron internetowych są czynnikami istotniejszymi niż dostępność zasięgu – takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych w każdym z trzech wymienionych krajów. Brak zasięgu jest frustrujący dla użytkowników. Potrafią oni jednak poradzić sobie z tym problemem poprzez zmianę miejsca, w którym się znajdują albo pobranie filmu wideo na urządzenie mobilne, albo też wcześniejsze ściągnięcie trasy do nawigacji.

Ericsson Mobility Report przewiduje, że do 2023 roku dzięki digitalizacji 5G przychody operatorów w Europie Środkowo-Wschodniej osiągną 29 mld dolarów.

Krajowe dane mogą dać impuls do przeceny obligacji skarbowych

Publikowane w Polsce dane makroekonomiczne mogą dać impuls do przeceny obligacji skarbowych. EURPLN nadal oscyluje w okolicach 4,20 pomimo rosnącej inflacji, która wg GUS po raz pierwszy od listopada 2012 r. powróciła do celu NBP. To może oznaczać, że potencjał wzrostowy PLN maleje.

Rynek stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej doszło podczas czwartkowej sesji do silnego wzrostu rentowności, krzywe dochodowości dla papierów skarbowych i instrumentów pochodnych wzrosły o około 5 pb. Powodem przeceny były zarówno czynniki lokalne (publikacja danych makroekonomicznych) jak i globalne (dalszy wzrost rentowności obligacji w USA).

W kraju potwierdziły się oczekiwania odnośnie negatywnego wpływu na rynek długu danych makroekonomicznych publikowanych przez GUS. Najpierw rano urząd statystyczny opublikował drugi odczyt PKB. Wskaźnik wzrósł w III kw. 2017 r. o 4,9% r/r wobec wstępnego odczytu na poziomie 4,7%. Mimo, że inwestycje rosły w tempie 3,3% r/r, to jednak cały odczyt wzmacnia ogólną pozytywną ocenę polskiej gospodarki nie tylko w II połowie roku, ale również w perspektywie najbliższych kwartałów (kiedy to zapewne włączą się jeszcze inwestycje). W dalszej części sesji GUS podał jeszcze wstępny odczyt inflacji w listopadzie, która wyniosła 2,5% r/r. To oznacza, że po raz pierwszy od listopada 2012 r. inflacja powróciła do celu inflacyjnego NBP. Co więcej, inflacja okazała się wyraźnie wyższa od oczekiwań rynkowych, kształtujących się na poziomie 2,3%.

Tak wysoki wzrost cen konsumpcyjnych nawet, jeśli był on w dużej mierze determinowany rosnącymi cenami paliw, będzie jednak miał istotne znaczenie tworząc dodatkową presję na RPP. Chociaż przejściowo inflacja w grudniu spadnie w okolice 2,0% r/r, to jednak przy coraz silniejszej presji płacowej zwiększa się prawdopodobieństwo trwalszego przekroczenia celu inflacyjnego NBP w 2018 r. Dlatego spodziewać się można, że przedstawiciele RPP będą coraz głośniej mówić o podwyżkach stóp procentowych w przyszłym roku. Gdyby nawet dotychczasowa retoryka RPP została jednak podtrzymana, to i tak rynek powinien zacząć wyceniać perspektywę wcześniejszych podwyżek w Polsce. Aktualnie na rynku kontraktów FRA uwzględniony jest scenariusz pełnej podwyżki o 25 pb. w IV kw. 2018 r. Spodziewać się można, że w kolejnych tygodniach notowania będą przesuwać się w kierunku wyceny zaostrzenia polityki pieniężnej w III kw. przyszłego roku, a nie wykluczone też, że w większej skali.

Dodatkowo, zgodnie z oczekiwaniami, Ministerstwo Finansów podało, że w grudniu odbędzie się jeden przetarg zamiany. Szacować można, że sprzedaż papierów wyniesie około 6-7 mld PLN, co przy obecnym wysokim popycie na papiery skarbowe powinno być wartością neutralną. Oferowane będą OK0720, WZ1122, PS0123, DS0727 oraz WZ0528, natomiast odkupywane: WZ0118, PS0418, PS0718 i OK1018.

Biorąc pod uwagę fakt, że w ostatnich dniach inwestorzy sygnalizowali możliwe przewartościowanie krótkoterminowych obligacji skarbowych, to opublikowane dane mogą stać się w najbliższych dniach katalizatorem mocniejszej przeceny. Obecne poziomy rentowności cały czas wydają się bardzo niskie i wśród inwestorów może pojawić się pokusa, aby zrealizować przynamniej część zysków. W dalszym ciągu aktualna pozostaje prognoza na poziomie 1,90% w sektorze 2 lat na koniec 2017 r. wobec obecnych 1,60%. W przypadku 10-letnich papierów spodziewać się można wzrostu w okolice 3,50% wobec obecnych 3,35%. Oznaczałoby to równocześnie wypłaszczenie krzywej dochodowości, przede wszystkim dla obligacji skarbowych.

Krajowe dane mogą stać się katalizatorem przeceny SPW

Autor: Mirosław Budzicki, PKO Bank Polski

Rynek walutowy

W czwartek na krajowym rynku walutowym najważniejszym wydarzeniem były publikacje danych dot. PKB za III kw. (dane po rewizji) oraz nt. listopadowej inflacji konsumenckiej (dane wstępne), istotnych z punktu widzenia polityki monetarnej NBP.

GUS zrewidował w górę wyniki dla wzrostu gospodarczego do 4,9% r/r co stanowiło sporą niespodziankę. Blask danych przyćmiewała jednak struktura PKB. Rozczarowały inwestycje, które wzrosły o 3,3% (poniżej oczekiwań), co znaczy, że firmy wciąż wstrzymują się z wydatkowaniem środków unijnych. Największe przyspieszenie inwestycji nastąpiło w sektorze publicznym, co pokazały wyniki dla wydatków inwestycyjnych jednostek samorządu terytorialnego, natomiast sektor prywatny nadal nie spieszy się z inwestycjami. Nieco wyhamowała też konsumpcja, która dalej jednak pozostaje motorem wzrostu gospodarczego Polski. Dynamika spożycia gospodarstw domowych spowolniła do 4,8% z 4,9% w II kw. 2017, zaś spożycia ogółem do 4,1% z 4,2%. Od zeszłego roku jest ona wspierana rządowym programem 500+ a w ostatnich miesiącach dodatkowo wyraźnie poprawiającą się z punktu widzenia pracownika sytuacją na rynku pracy. Pozytywnie zaskoczył zaś dodatni wkład w PKB handlu zagranicznego pokazując 1% kontrybucję salda obrotów wobec jego ujemnego wkładu okres wcześniej.  Nie zawiodła też zmiana zapasów. Ogólnie patrząc, trzy kwartały 2017 roku były dla polskiej gospodarki bardzo solidne i na razie nic nie wskazuje, aby w końcówce bieżącego roku sytuacja ta miała ulec większym zmianom. Wraz z ożywieniem inwestycji można spodziewać się, że IV kw. pokaże równie solidy wzrost. Niemniej dane te raczej nie zmienią podejścia RPP do polityki monetarnej NBP w najbliższych kwartałach. Pozostając w trybie wyczekiwania i nadal prezentując gołębią postawę Rada nie będzie wsparciem dla złotego. Nie zmienia to faktu, że przy blisko 5% wzroście gospodarczym i rosnącej inflacji konsumenckiej w RPP mogą zacząć pojawiać się coraz silniejsze jastrzębie akcenty.

GUS podał bowiem, że w listopadzie (wg szybkiego odczytu) indeks CPI wzrósł do 2,5% r/r z 2,1% zanotowanych miesiąc wcześniej. Wyższe od oczekiwanych dane wsparły złotego, niemniej kurs EURPLN nie zdołał pogłębić tygodniowego dołka wyznaczonego w środę na poziomie 4,187. To potwierdza, że potencjał aprecjacyjny naszej waluty kończy się i ponownie większą rolę na krajowym rynku walutowym zaczną odgrywać czynniki zewnętrze deprecjonujące PLN, w tym oczekiwany silniejszy dolar do euro.

W czwartek, po nieudanym ataku wsparcia na 1,18 kurs EURUSD jeszcze pod koniec sesji europejskiej powrócił powyżej 1,192. Początkowo negatywny wpływ na wspólną walutę miała rozczarowująca publikacja dot. listopadowej inflacji w strefie euro, która przemawia za planem ECB, by jedynie stopniowo ograniczać wsparcie dla gospodarki.  Zamiast oczekiwanego 1,6% r/r wzrostu, w listopadzie (wg danych wstępnych) wskaźnik HICP wzrósł o 1,5% wobec 1,4% miesiąc wcześniej. Do tego dzień wcześniej w wyraźnie jastrzębim tonie wypowiadała się prezes Fed J. Yellen (podkreślając m.in., że gospodarka może być silniejsza niż się wydaje, a przyczyny stojące za niskimi odczytami inflacji przejściowe), zaś D. Trump na szefa Fed oddziału w Richmond nominował zwolennika podwyżek stóp procentowych Marvina Goodfrienda (zagorzałego krytyka polityki prowadzonej przez J. Yellen). Do przodu posuwają się też prace nad reformą podatkową w USA. Wszyscy republikańscy senatorowie (w tym J. McCain, który zahamował dążenie administracji Donalda Trumpa do likwidacji Obamacare) zgodzili się, co do tego, że można już rozpocząć formalną debatę nad ustawą i następnie poddać ją głosowaniu.

Po południu dolarowi zaszkodziły słabsze od oczekiwanych dane. Zamiast prognozowanych 66,2 pkt, indeks Chicago PMI za listopad pokazał poziom 63,9 pkt. To najniższy poziom indeksu od trzech miesięcy. Spadek wskaźnika tłumaczony jest mniejszymi zamówieniami, które w październiku osiągnęły najwyższy poziom 43 lat, co było skutkiem naprawy szkód spowodowanych przez huragany. Niemniej, wskaźnik zatrudnienia osiągnął w listopadzie dodatnią wartość, a wskaźnik cen płaconych miał trzecią najwyższą wartość w tym roku. Zatem, gospodarka rozwija się, zbliża się oczekiwana grudniowa podwyżka stóp przez Fed, do przodu posuwają się też prace nad reformą podatkową wspierającą wzrost gospodarczy amerykańskiej gospodarki i zapowiedziane na 2018 rok kolejne podwyżki stóp, co powinno działać na korzyść dolara w najbliższych tygodniach.

Polska gospodarka wykres

Autor / Źródło: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Bricks Acquisitions Limited ogłasza wezwanie na wszystkie akcje ROBYG SA

Bricks Acquisitions Limited („Wzywający”), podmiot pośrednio należący do Goldman Sachs Group („Goldman Sachs”), oraz ROBYG SA („ROBYG”), jeden z czołowych deweloperów mieszkaniowych w Polsce notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, zawarły 1 grudnia 2017 r. umowę transakcyjną, zgodnie z którą Wzywający ogłosi wezwanie na wszystkie akcje ROBYG („Wezwanie”).

W ramach Wezwania, akcjonariuszom ROBYG zaoferowana zostanie cena 3,55 zł za każdą akcję ROBYG („Cena Akcji w Wezwaniu”), czyli łącznie około 1 027 mln zł (około 244 mln EUR) za wszystkie akcje objęte Wezwaniem. Cena Akcji w Wezwaniu odzwierciedla premię w wysokości 12,3% wobec ceny zamknięcia na sesji 30 listopada br., odpowiednio 9,9% i 8,9% wobec średniego kursu akcji ROBYG na GPW ważonego wolumenem obrotu za ostatnie 3 i 6 miesięcy, 18,3% wobec ceny emisyjnej ustalonej na 3,00 zł za akcję w ramach ostatniego podwyższenia kapitału zakładowego przeprowadzonego na podstawie uchwały emisyjnej z dnia 6 czerwca 2017 r., oraz 42,6% wobec ceny zamknięcia na sesji 12 maja 2015 r., tj. w przededniu opublikowania przez ROBYG informacji o rozpoczęciu poszukiwania inwestora strategicznego.

Kluczowi menedżerowie ROBYG: Oscar Kazanelson – Przewodniczący Rady Nadzorczej, Alex Goor – Przewodniczący Rady Nadzorczej Robyg Construction oraz Artur Ceglarz – Dyrektor Finansowy, łącznie posiadający 10,2% akcji ROBYG, nieodwołalnie zobowiązali się do sprzedaży wszystkich posiadanych przez nich akcji w ramach Wezwania.

– Nabycie ROBYG daje Goldman Sachs możliwość zainwestowania w wysokiej jakości platformę rynku nieruchomości, budowaną w oparciu o lokalne i globalne doświadczenia. Zamierzamy blisko współpracować z kierownictwem ROBYG nad dalszym rozwojem Spółki, zapewniając kapitał i fachową wiedzę, aby wspierać długoterminowy sukces ROBYG – powiedział Tavis Cannell, Partner w European Special Situations Group w Goldman Sachs.

– Goldman Sachs jest idealnym partnerem strategicznym. Dzięki znaczącym zasobom kapitałowym, rozległej znajomości branży oraz doświadczeniu instytucjonalnemu, Goldman Sachs będzie efektywnie wspierać ROBYG w umacnianiu wiodącej pozycji na polskim rynku mieszkaniowym oraz w dalszym rozwoju i zwiększaniu skali działalności. Zarząd analizuje warunki Wezwania i planuje opublikować w najbliższych dniach formalną rekomendację dla akcjonariuszy ROBYG – powiedział Oscar Kazanelson, Przewodniczący Rady Nadzorczej ROBYG.

Wezwanie dojdzie do skutku po spełnieniu warunków wskazanych w treści Wezwania, w tym po uzyskaniu zgody Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, objęciu zapisami w Wezwaniu co najmniej 66% ogólnej liczby akcji ROBYG, powołaniu trzech kandydatów wskazanych przez Wzywającego w skład Rady Nadzorczej ROBYG, podjęcia uchwały w sprawie zmian w Statucie ROBYG oraz zawarcia przez Wzywającego i ROBYG umowy o współpracy strategicznej.

Przewidywany termin rozpoczęcia przyjmowania zapisów na akcje objęte Wezwaniem został wyznaczony na 2 stycznia 2018 r., natomiast przewidywany termin zakończenia przyjmowania zapisów – na 2 lutego 2018 r. Wzywający zastrzega sobie prawo do przedłużenia okresu przyjmowania zapisów, zgodnie z warunkami Wezwania.

Funkcję wyłącznego doradcy finansowego Wzywającego przy transakcji pełni Goldman Sachs International, natomiast doradcą prawnym została kancelaria Greenberg Traurig Grzesiak. Podmiotem pośredniczącym w Wezwaniu jest Pekao Investment Banking.

Bez dostaw społecznych sklepy mogą podzielić los taksówkarzy, którzy poważnie przegrywają z Uberem

Eksperci zauważają, że handel zaczyna się bronić przed podobnym kryzysem, jaki w branży taksówkarskiej wywołała aplikacja, łącząca pasażerów i kierowców. Dlatego na rynku detalicznym powstają nowe trendy. Jeden z nich polega na tworzeniu społeczności klientów – dostawców, pod logiem sieci handlowych. Drugi opiera się na współpracy sklepów z zewnętrznymi platformami mikropracy. Trzeci model próbują wdrażać firmy, wyspecjalizowane w ekonomii współpracy.

Jakiś czas temu, Waren Buffet, uważany za jednego z najlepszych inwestorów na świecie, sprzedał swój pakiet akcji w Walmart, amerykańskiej sieci supermarketów, obecnej na rynku od ponad pół wieku. Ekonomista wyjaśnił, że handel za 10 lat będzie całkowicie zdigitalizowany, a on nie inwestuje w biznesy, których nie rozumie. Zdaniem Sebastiana Starzyńskiego, prezesa platformy TakeTask i współautora raportu „Ekonomia Współpracy w Polsce 2016”, wraz z rozwojem e-commerce część sklepów stacjonarnych upadnie, a co za tym idzie, ich gęstość zmaleje. Te, które rozwiną e-handel i zapewnią klientom codzienne, uzupełniające dostawy produktów spożywczych w ciągu godziny, będą miały większe szanse na przetrwanie. Sieci handlowe powinny już teraz wyciągać wnioski z tego, jak Uber eliminuje z rynku taksówkarzy i zacząć tworzyć środowisko mikropracy dla klientów, doręczających zakupy swoim sąsiadom.

– Obserwując światowe trendy, można zauważyć, że usługi oparte na ekonomii współpracy zyskują olbrzymią popularność. Dlatego, postanowiliśmy, jako pierwsza sieć handlowa w Polsce, zaproponować narzędzie, oparte na tych mechanizmach. Po miesiącu funkcjonowania usługi „SąSiatki” w dwóch warszawskich sklepach uzyskaliśmy pozytywny oddźwięk rynku. W związku z tym, w październiku została ona udostępniona we wszystkich hiper- i supermarketach w Warszawie oraz w hipermarkecie w Wołominie – mówi Michał Malanowski, Dyrektor Działu Informatyki w Carrefour Polska.

Jak wyjaśnia Sebastian Starzyński, model biznesowy, w którym sieć handlowa prowadzi e-commerce, ma własne sklepy i zarządza społecznością osób roznoszących produkty to „wewnętrzna” ekonomia współpracy. W rozwiązaniu, wybranym przez Carrefoura, firma kontroluje cały proces zakupowy, co jest naturalne, ale musi zbudować kompetencje, które zwykle nie są w jej domenie. To kosztowne podejście, gdyż wiąże się ono z ogromnym ryzykiem wizerunkowym. Każda ewentualna porażka występuje pod logiem sieci, a nie jej partnera biznesowego, w pełni odpowiedzialnego za realizację dostaw społecznych. Ktoś może się spóźnić lub nie podjąć przesyłki. W ekonomii współpracy oczywiście ludzie są oceniani za wykonane zadania. Ale jeśli będą mieli rzadką możliwość wykazania się, to trudno mówić o dobrym systemie reputacyjnym. W opinii eksperta, Carrefourowi niełatwo będzie utrzymać aktywną społeczność dostawców, mając dla nich niewiele ofert, w dodatku monotonnych.

– Opracowana przez nas platforma współpracy pomiędzy klientami to pionierskie wdrożenie tego rodzaju usługi w Polsce przez sieć handlową. W tym celu musieliśmy stworzyć własne rozwiązania informatyczne, łączące sklep internetowy, aplikację mobilną oraz systemy kasowe w placówkach. Pragniemy zachęcić konsumentów do współpracy i wykreować popyt na wzajemne świadczenie prostych przysług. Jedna osoba odbierze zamówione zakupy w ciągu 2 godzin, a druga, w zamian za dostarczenie produktów, otrzyma bon na zakupy. Młodzi ludzie są otwarci na nowe technologie i aktywni społecznie. Dlatego, spodziewamy się, że to właśnie oni staną się głównymi dostawcami w ramach ekonomii współpracy – dodaje Michał Malanowski.

Model pośredni

Tymczasem, Amazon, jedna z największych firm e-commerce na świecie, skupia się na optymalizacji procesu kupowania na swojej stronie. Dostawy realizują kurierzy, współpracujący z koncernem. W USA miesięczny abonament wynosi niecałe 11 dolarów. Coroczne obciążanie konta to koszt 99 dolarów. W innych krajach usługi Amazona mogą być tańsze. Na przykład, w Japonii za roczny pakiet klient płaci równowartość 32 dolarów. Generalnie system polega na tym, że im częściej robi się zakupy, np. kilka razy w tygodniu, tym mniej się płaci za 1 dostawę. Według Sebastiana Starzyńskiego, ten genialnie prosty mechanizm zapewnił amerykańskiemu gigantowi szybki sukces, który zaskoczył nawet twórców usługi Amazon Prime, czyli dostaw w 2 godziny.

– Nie należy zakładać, że w tak zróżnicowanym środowisku konkurencyjnym jak handel, jeden udany pomysł uruchomi naśladowców. Perfekcja w realizacji nowych modeli raczej zachęci konkurentów do szukania innych rozwiązań. To dlatego sukces Amazona w wirtualnym handlu skłonił go do troski o bazę w realu i zakup sieci supermarketów. W końcu zaplecze fizycznych sklepów to miejsce ekspozycji towarów i centrum dystrybucji e-zamówień. Na tym tle nie dziwi mnie więc wejście Lidla na amerykański rynek ze swoim formatem kilkusetmetrowych placówek, tańszych od Walmarta – zauważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Jednak w Polsce na początku przyszłego roku będzie testowany model biznesowy, podobny do strategii Amazona. Klient ma dokonywać zakupu na stronie sieci, a ona będzie realizować zamówienie w swoim sklepie. Zapakowane produkty dostarczy użytkownik aplikacji, znajdujący się w pobliżu placówki. Dostawca będzie roznosił zakupy z różnych sieci handlowych. Ponadto, otrzyma wiele innych możliwości zarobienia pieniędzy. Dostanie np. zadania, polegające na przeprowadzeniu audytów w sklepach dla agencji badawczej. Docelowo będzie mógł także świadczyć szereg płatnych usług dla swoich sąsiadów. To może być chociażby zniesienie komuś kanapy w bloku obok czy też wywiercenie dziury w ścianie.

– Moim zdaniem, pośredni model ekonomii współpracy jest najbardziej stabilny. Dla sieci najważniejsze jest to, że w oczach klienta pozostaje portalem zakupowym. Ma też kontrolę nad swoim wizerunkiem cenowym, przy dużym zaangażowaniu partnera biznesowego – platformy mikropracy. Ponadto, sklep koncentruje się na swojej głównej kompetencji, czyli sprzedaży. Dlatego uważam, że Amazon wybrał właśnie tę drogę, a dopiero potem kupił np. Whole Foods Market, amerykańską sieć supermarketów ze zdrową żywnością. Carrefour, idąc inną ścieżką, będzie musiał zapewne więcej płacić swoim dostawcom, z powodu mniejszej gęstości sieci doręczycieli i odbiorców – ocenia Sebastian Starzyński.

Inne rozwiązania

W trzecim modelu biznesowym firma, wyspecjalizowana w ekonomii współpracy, przyjmuje rolę portalu zakupowego. Klient składa zamówienia na jej stronie, a pracownicy realizują je we wskazanym sklepie i dostarczają konsumentowi. Taką formę uberyzacji, w obszarze polskiej gastronomii, wybrał Uber Eats, a w amerykańskim handlu – Instacart. To dobre rozwiązanie dla małych restauracji czy sklepów, ale nie dla dużych sieci handlowych. One powinny być portalem, z którym zamawiający ma kontakt. Należy też zwrócić uwagę na to, że klient Instacart może wybrać produkt z sieci, która nie ma podpisanej współpracy z tą firmą. Na polskim rynku detalicznym podobnie działa Shopi. Natomiast, w przypadku Uber Eats, restauracja musi założyć konto na stronie Ubera i odbierać zamówienia przez ten kanał.

– W mojej ocenie, wybór i wdrożenie jednego z trzech nowych modeli biznesowych jest kwestią utrzymania się na rynku sieci handlowych. Bez tego mogą one dosłownie podzielić los taksówkarzy, którzy nie doganiają Ubera, a gdyby nie ograniczenia legislacyjne, mieliby jeszcze większe problemy. Ponadto, sklepy w naszym kraju powinny testować różne rozwiązania, aby przygotować się na wejście Amazona do Polski z usługą Amazon Prime¬ – zaznacza Sebastian Starzyński.

Natomiast dr Faliński jest zdania, że Uber nie wyeliminuje klasycznej taksówki, lecz zmusi ją do elastyczniejszych modeli biznesowych. Podobnie, nowe formy handlowania nie usuną z rynku sklepu, ale go unowocześnią. Premiowane będzie robienie zakupów np. dla sąsiada, tak ze względów etyczno-społecznych, jak i w celu utrzymania ciągłości dokonywanych transakcji przez osoby, które nie mają czasu na regularne chodzenie do stacjonarnej placówki. Prospołeczne wartości muszą się w końcu opłacać. Jak podsumowuje ekspert, handel nie przestanie być handlem, tj. sklep nie przestanie być sklepem.

Technologia wirtualnej rzeczywistości pomoże sterować dronami. Nowy sposób pilotażu ułatwi pracę filmowców czy inspektorów budowlanych

Technologia wirtualnej rzeczywistości pomoże sterować dronami. Nowy sposób pilotażu ułatwi pracę filmowców czy inspektorów budowlanych 1

Możliwość wykorzystania zalet płynących z zastosowania wirtualnej rzeczywistości, ale również coraz dłuższy czas lotu na jednym ładowaniu baterii to nowości, którymi kuszą producenci dronów. Teraz podgląd obrazu z kamery drona nie ogranicza się do obserwowania ekranu smartfona. Zakładając specjalne gogle VR na głowę, można sterować latającym urządzeniem, jakby siedziało się za jego sterami. Technologia VR w dronach służy nie tylko rozrywce, lecz także pomaga w pracy specjalistom, którzy korzystają z dronów na co dzień.

– Drony z VR (wirtualną rzeczywistością) służą głównie do zabawy. Nie ma co ukrywać, jest to zupełnie inna perspektywa w momencie, kiedy widzimy obraz bezpośrednio z drona w trakcie lotu, zwłaszcza na dużych wysokościach, np. ze 150 metrów wszystko wygląda ładnie. Widzimy też prędkość, zmianę kierunku lotu – to rzecz, która jest bardzo fajna w zastosowaniu konsumenckim – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dominik Wójcik, menadżer ds. sprzedaży firmy Parrot.

Producenci dronów traktują nasz rynek poważnie i ciągle udoskonalają swoje produkty. Kolejnym punktem ewolucji tych latających maszyn jest ich połączenie z wirtualną rzeczywistością, której globalny rynek do 2022 roku, jak wynika z raportu Zion Market Research, osiągnie wartość blisko 27 mld dolarów. Obraz z kamery drona jest przesyłany na sterujące nim urządzenie. Najczęściej jest to smartfon, który możemy włożyć do specjalnie przygotowanych okularów i cieszyć się bezpośrednim obrazem z perspektywy lotu ptaka, co przekłada się na łatwość sterowania urządzeniem. Choć konstrukcja i technika sterowania niczym się nie wyróżniają, założenie okularów pozwala operatorowi bardziej wyczuć drona.

– Samo latanie np. pomiędzy drzewami jest prostsze, bo zmienia się nam perspektywa. W momencie, kiedy widzimy drona, który jest od nas oddalony o 200–300 metrów, my tak naprawdę nie wiemy, jak blisko jesteśmy jakiegoś obiektu, ta perspektywa 3D trochę nam się załamuje, mimo że mamy obraz z kamery drona – mówi Dominik Wójcik.

Technologia VR w dronach to jednak nie tylko rozrywka. Ułatwia ona pracę osobom, które na co dzień profesjonalnie korzystają z bezzałogowych statków powietrznych. Filmowcy mogą wykonać ujęcia wideo jak najbliższe zamierzonemu przez siebie efektowi. Technologia znajduje zastosowanie także np. w branży budowlanej przy inspekcjach budynków, gdzie ważne jest sprawdzenie, czy obiekt nie ma pęknięć, uszkodzeń. W przypadku inspekcji miejsc trudno dostępnych to rozwiązanie znacznie redukuje ryzyko kolizji i związane z nią koszty.

Co ważne, dodanie funkcjonalności wirtualnej rzeczywistości nie ma dużego wpływu na zużycie baterii drona. Aktualnie czas lotu komercyjnych i konsumenckich urządzeń na jednym akumulatorze wynosi do 30 minut. W przyszłości dzięki wdrożeniu nowych technologii ten czas ma szansę ulec wydłużeniu.

– Baterie, które są używane w dronach, to innego typu baterie niż my kojarzymy z pozostałych urządzeń elektronicznych. To baterie litowo-polimerowe o wyższym napięciu i trochę innej specyfikacji. Widać rozwój w bateriach, my wprowadzając Bebop 2 w wersji Power, wydłużyliśmy czas pracy baterii z 25 do 30 minut i jest to zmiana w przestrzeni dziewięciu miesięcy pomiędzy kolejnymi modelam twierdzi ekspert.

Z raportu Instytutu Mikromakro wynika, że szacunkowa wartość rynku dronów w Polsce w ubiegłym roku wyniosła ponad 201 mln złotych. W porównaniu do poprzedzającego roku oznacza to wzrost o 22,75 proc. Nasz kraj pozostaje w czołówce państw z największym odsetkiem operatorów bezzałogowych statków powietrznych na 100 tys. mieszkańców. Z liczbą na poziomie 9,2 osoby ustępujemy tylko Japonii (11,2), wyprzedzając Francję (4,4), Wielką Brytanię (3,5), a nawet Stany Zjednoczone (3,1).

Najtańsze drony z goglami VR można nabyć w Polsce już za około 750 zł. Dostępne są również zestawy wirtualnej rzeczywistości do zakupionych wcześniej dronów. Koszt takiego zestawu to kilkaset złotych.

Korytarze biometryczne w ciągu kilku lat zastąpią tradycyjną odprawę paszportową na granicach. Przeprowadzimy ją za pomocą smartfona

Korytarze biometryczne w ciągu kilku lat zastąpią tradycyjną odprawę paszportową na granicach. Przeprowadzimy ją za pomocą smartfona 2

Kontrola paszportowa i odprawa przez funkcjonariusza Straży Granicznej w dotychczasowej formie wkrótce zostaną zastąpione przez nowoczesną odprawę biometryczną. Kolejki na granicy znikną, a paszportem stanie się smartfon. Przechodząc bez zatrzymywania przez specjalny korytarz biometryczny, zweryfikujemy naszą tożsamość. To nie kwestia najbliższych lat. Komisja Europejska koordynuje prace nad systemem PROTECT, który zrewolucjonizuje bezpieczeństwo granic. Prace nad systemem trwają także w Polsce.

Wobec dużego ruchu granicznego konieczne staje się usprawnienie i uszczelnienie systemu przekraczania granic. Ma w tym pomóc projekt PROTECT, którego celem jest zbudowanie zaawansowanego, niezawodnego biometrycznego systemu identyfikacji osób. W jego ramach zostanie wykorzystanych wiele technik biometrycznych. Obecnie podczas odprawy weryfikowany jest odcisk palca oraz dwuwymiarowe zdjęcie twarzy. Ale wkrótce na porządku dziennym będą nowe technologie, aktualnie pozostające w fazie laboratoryjnej.

– Mowa tutaj o obrazie trójwymiarowym twarzy, układzie żył dłoni, układzie żył palca, sposobie chodzenia, analizie głosu, ale również o analizie rozkładu ciepła twarzy. Te techniki, połączone ze sobą, zaadaptowane w odpowiedni sposób, pozwolą na odprawę bez zatrzymywania podróżnego. Opracowaliśmy w ramach projektu koncepcję korytarza biometrycznego z różnymi sensorami biometrycznymi, które mają dokonywać weryfikacji tożsamości osoby poruszającej się tym korytarzem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Marcin Kowalski z Instytutu Optoelektroniki Wojskowej Akademii Technicznej.

Taka forma odprawy pozwoli na zmniejszenie kolejek na granicy. Jednocześnie zwiększy bezpieczeństwo, dzięki zastosowaniu różnych technik biometrycznych służących do weryfikacji podróżnych. Ważnym elementem projektu jest odejście od papierowego paszportu i opracowanie nośnika danych, który będzie przechowywał dane osobowe i biometryczne. Jedną z koncepcji jest wykorzystanie smartfona jako nowoczesnego paszportu.

– Każdy teraz ma smartfon, ten smartfon można odpowiednio zabezpieczyć i wyposażyć w chip bezpieczny. Wpisuje się to w działania Ministerstwa Cyfryzacji, które teraz pracuje nad rozwiązaniem mdokumentów. To będzie analogiczne, tylko będzie zawierało wszystkie próbki biometryczne podróżnego – wyjaśnia ekspert z Wojskowej Akademii Technicznej.

Jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego, w ubiegłym roku szacunkowa liczba przekroczeń granicy Polski wyniosła 276,1 mln, z czego blisko 60 proc. dotyczyło cudzoziemców. Według danych Straży Granicznej za 2016 rok na przejściach granicznych na zewnętrznej granicy lądowej Unii Europejskiej na terenie naszego kraju przeprowadzono w sumie 34,8 mln odpraw. Tylko na polsko-ukraińskim przejściu drogowym w Medyce dokonano 5,3 mln odpraw, co średnio daje to ponad 14,5 tys. osób dziennie.

System PROTECT jest realizowany w ramach programu Horyzont 2020. Projekt potrwa trzy lata. Aktualnie minął pierwszy rok jego realizacji, a wdrażanie systemu przeszło już pozytywną ewaluację w finansującej go Komisji Europejskiej.

– Projekt ma zostać zakończony pod koniec 2019 roku, wtedy będą testy demonstracyjne na przejściach granicznych. Jeden z takich testów będzie realizowany przy współudziale polskiej Straży Granicznej na jednym z przejść lądowych w Polsce. Spodziewamy się, że niedługo potem będzie można to rozwiązanie wdrażać – przekonuje dr inż. Marcin Kowalski.

Polacy, którzy pracują nad systemem, mają nadzieję, że z nowoczesnych paszportów biometrycznych w smartfonie skorzystamy już w 2020 roku. Będzie to jednak wymagać zmian w prawie zarówno po stronie Komisji Europejskiej, jak i po stronie wszystkich krajów strefy Schengen.

Gaspol chce rozwiązać problem smogu w Polsce

Z symulacji przeprowadzonej na zlecenie władz Grodziska Mazowieckiego wynika, że wymiana pieców węglowych na kotły gazowe spowodowałaby eliminację emisji rakotwórczego benzo(a)pirenu, dwutlenku siarki, tlenku węgla i pyłów zawieszonych PM10 do atmosfery. Skutki tzw. niskiej emisji, czyli wydzielania substancji toksycznych do atmosfery, są najbardziej wyczuwalne na wysokości do 60 cm nad powierzchnią ziemi, czyli na poziomie, gdzie przewożone są dzieci w wózkach.

– Gaspol jest firmą społecznie odpowiedzialną i od lat zaangażowaną w działania na rzecz ochrony środowiska, szczególnie w obszarze jakości powietrza. W tym roku wystartowała społeczna kampania informacyjna, która informuje jakie są rzeczywiste przyczyny zanieczyszczenia i wpływ unoszących się w powietrzu toksyn na ludzkie zdrowie oraz jakie jest rozwiązanie tego problemu – powiedziała  serwisowi eNewsroom Natalia Rostkowska, rzecznik prasowy Gaspol – W kilkudziesięciu miastach w Polsce pojawią się billboardy ukazujące cztery grupy społeczne najbardziej narażone na szkodliwe działanie zanieczyszczeń powietrza. Są to kobiety w ciąży i ich nienarodzone jeszcze dzieci, seniorzy – osoby po 65. roku życia, ludzie uprawiający sport na zewnątrz oraz małe dzieci. W trzech aglomeracjach – Trójmieście, Warszawie i Górnośląskim Okręgu Przemysłowym ta sama wizualizacja pojawi się także na autobusach miejskich. Oprócz tego uruchomiona została strona internetowa, gdzie można znaleźć informacje na temat smogu. Dostępny jest tam słownik pojęć z nazwami szkodliwych substancji i wyjaśnieniem ich działania, jak również informacje o możliwym rozwiązaniu problemu zanieczyszczeń powietrza. Jest nim wykorzystanie gazu płynnego. Informacje można znaleźć pod adresem www.gaspoldobraenergia.pl – dodała Rostkowska.

Nowy model finansowania szkolnictwa wyższego budzi zastrzeżenia w środowisku akademickim. Nie premiuje uczelni za jakość nauczania

Nowy model finansowania szkolnictwa wyższego budzi zastrzeżenia w środowisku akademickim. Nie premiuje uczelni za jakość nauczania 3

Model finansowania szkolnictwa wyższego powinien zostać wypracowany w dialogu pomiędzy uczelniami a ministerstwem, z kolei zarządzanie uczelnią powinno pozostawać w gestii jej władz i społeczności akademickiej – uważa dr Rafał Majda, kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego. Jak podkreśla, współpraca z rządem i biznesem nie powinna determinować zadań uczelni, które od lat pozostają niezmienne. W miniony weekend największa uczelnia badawcza w centralnej Polsce po raz trzeci przyznała prestiżową nagrodę im. prof. Tadeusza Kotarbińskiego za wybitną pracę naukową z zakresu nauk humanistycznych. 

– Jest wiele modeli finansowania uniwersytetów na świecie. W Polsce taki model powinien zostać wypracowany w dialogu pomiędzy uczelniami a Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jestem przekonany, że możemy sobie pozwolić na swój własny model finansowania szkolnictwa wyższego, który musi zostać oparty na naszych dotychczasowych doświadczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Rafał Majda, kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego.

Dla publicznych uczelni wyższych głównym źródłem przychodów, które umożliwia prowadzenie studiów stacjonarnych, jest dotacja podstawowa z budżetu państwa. W grudniu 2016 roku MNiSW wydało rozporządzenie, które określa nowe zasady finansowania uczelni wyższych z budżetu i wprowadza nowy algorytm naliczania wysokości dotacji.

Na tej podstawie resort rozdzielił w tym roku ponad 10,1 mld zł między podległe sobie uczelnie publiczne. Po raz pierwszy wykorzystał do tego system POL-on, który zbiera kompleksowe dane o szkolnictwie wyższym w Polsce i stanowi dla ministerstwa narzędzie kreowania efektywnej polityki w tym zakresie. W wyniku podziału dotacji podstawowych na ten rok ponad 50 proc. uczelni – w tym 25 państwowych wyższych szkół zawodowych – otrzymało wyższą kwotę niż rok wcześniej.

W dotychczasowym algorytmie głównym elementem była tzw. stała przeniesienia. To oznacza, że za 65 proc. wysokości dotacji podstawowej dla uczelni wpływała jej wysokość z poprzedniego roku. Według nowych zasad stała przeniesienia ma odpowiadać za 50 proc. dotacji (ten przelicznik jest zmniejszany stopniowo), a element kadrowy i studencko-doktorancki otrzymają wyższą wagę.

Ministerstwo chce, aby model finansowania szkolnictwa wyższego promował jakość, a nie masowość kształcenia. Dlatego w tym roku uczelnie wyższe, które przyjęły maturzystów z najlepszymi wynikami, dostały dodatkowy zastrzyk pieniędzy w wysokości 82 mln zł. To jedno z kryteriów projakościowych w nowym systemie finansowania uczelni publicznych.

– Jest to próba odejścia od dotychczas obowiązującego modelu finansowania uczelni wyższych w taki sposób, aby dostawały one więcej pieniędzy, kiedy mają więcej studentów. Wprowadzone są kryteria nazywane jakościowymi, aczkolwiek wydaje mi się, że bardzo trudno jest mierzyć jakość ilością. Współczynnik SSR, określający stosunek liczby studentów do nauczycieli akademickich, w niewielu przypadkach oddaje prawdziwą jakość uczelni. Jeżeli będziemy mieli znakomitych nauczycieli i znakomitych studentów, to nawet jeśli studentów będzie stu na jednego nauczyciela, uniwersytet będzie bardzo dobry, jeśli będziemy mieli słabych nauczycieli i słabych studentów, to nawet jeśli będzie ich 13, jak chce obecnie ministerstwo, wcale jakość kształcenia nie musi się poprawić – podkreśla kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego.

W środowisku akademickim największe kontrowersje wzbudza tzw. wskaźnik SSR (Student Staff Ratio), który określa stosunek liczbowy kadry do studentów. Jego modyfikacja to druga, kluczowa zmiana wprowadzona MNiSW. Zgodnie z propozycją resortu na jednego nauczyciela powinno przypadać w uczelniach akademickich 11–13 studentów. Nowe zasady rozdzielania dotacji publicznych to krok w kierunku zmian planowanych w tzw. Ustawie 2.0., czyli dużej, kompleksowej reformie szkolnictwa wyższego.

– Funkcja uniwersytetu jest nieco inna niż innych instytucji publicznych. Uniwersytet jest miejscem, w którym ludzie zadają sobie najtrudniejsze pytania, w którym zderzają się z najpoważniejszymi problemami. Czasami wynikają z tego korzyści dla społeczeństwa, gospodarki i kultury, ale nie jest to główne zadanie uniwersytetu. Podstawowym jego zadaniem jest umiejętność i odwaga do tego, żeby stawiać te najtrudniejsze pytania – mówi dr Rafał Majda.

Kanclerz Uniwersytetu Łódzkiego podkreśla, że zarządzanie uczelnią powinno pozostawać w gestii jej władz i społeczności akademickiej, która w ramach swojej autonomii może wybrać określony model. Uczelnie wyższe muszą być jednak niezależne od otoczenia biznesowego i politycznego.

– Uczelnie mają swoją ściśle określoną misję, przede wszystkim mają prowadzić badania naukowe i porządnie kształcić studentów. Powinny oddziaływać na społeczeństwo, państwo, kulturę i gospodarkę. Uniwersytet powinien promieniować myślą, dorobkiem intelektualnym, a nie poddawać się temu, co dzieje się dookoła. To nie wyklucza współpracy z otoczeniem gospodarczym, kulturalnym, instytucjonalnym. Natomiast kierunek tej współpracy powinien nakreślać uniwersytet. Nie odwrotnie – podkreśla dr Rafał Majda.

W miniony weekend łódzka uczelnia po raz trzeci przyznała nagrodę im. Pierwszego Rektora Uniwersytetu Łódzkiego Prof. Tadeusza Kotarbińskiego za wybitną pracę naukową z zakresu nauk humanistycznych. To wyróżnienie ogólnopolskiej rangi, którego zadaniem jest promocja humanistyki.

W tegorocznej edycji zwyciężyła praca Doroty Sajewskiej „Nekroperformans. Kulturowa rekonstrukcja teatru Wielkiej Wojny”. Wyróżnienie i nagrodę w wysokości 50 tys. zł laureatka odebrała podczas uroczystej gali w Filharmonii Łódzkiej. Na konkurs wpłynęło w tym roku w sumie pięćdziesiąt sześć prac, z których do finału przeszło pięć.

– Tegoroczni nominowani, ale również nominowani i laureaci poprzednich edycji, świadczą najlepiej o tym, że polska humanistyka jest w bardzo dobrej kondycji. Jesteśmy częścią nauki światowej. Nasz konkurs jest tego dowodem, bo to są prace na najwyższym naukowym poziomie: znakomity warsztat, znakomita erudycja autorów. Myślę zatem, że to, czego brakuje polskiej humanistyce, to odrobina pewności siebie oraz umiejętność promowania tego dorobku, który już mamy, którym możemy i którym powinniśmy się chwalić na świecie – podkreśla dr Rafał Majda.

Nowy Executive Manager działu Construction & Property w Devire

Bartłomiej Rozmus
Bartłomiej Rozmus

Bartłomiej Rozmus objął stanowisko Executive Managera w agencji rekrutacyjnej Devire, biorąc odpowiedzialność za dywizję Nieruchomości i Budownictwa. Bartłomiej posiada ponad 13-letnie doświadczenie w branży. Pracował wcześniej jako Manager w agencji Wyser, Adecco oraz konsultant w agencji Hays, specjalizując się w pozyskaniu oraz weryfikacji kadry managerskiej i inżynierskiej w firmach deweloperskich, wykonawczych oraz agencjach nieruchomości. Obecnie, zdobytą wiedzę i doświadczenie skutecznie wykorzystuje zarządzając zespołem oraz prowadząc procesy rekrutacyjne na wysokie stanowiska na rynku nieruchomości i budowlanym.  

Devire (wcześniej Devonshire) specjalizuje się w prowadzeniu kompleksowych projektów rekrutacyjnych. Firma powstała w 1987 roku, ma biura w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Katowicach oraz Monachium i Frankfurcie. W tej chwili zatrudnia blisko 100 Konsultantów. Posiada również ponad 450 zewnętrznych pracowników biurowych oddelegowanych do klientów, realizujących między innymi projekty IT w modelu IT Contracting. Poza rekrutacją świadczą usługi Outsourcingu IT, Pracy Tymczasowej, Employer Brandingu oraz Doradztwa HR.

W 2017 roku Prezesem Devire został Michał Młynarczyk (wcześniej Dyrektor Zarządzający na Europę Środkową i Wschodnią w HAYS).  Pod jego skrzydłami firma zmieniła strukturę, uruchomiła nowe dywizje i postawiła na nowe technologie oraz dynamiczny rozwój.

Badanie Brother: druk w polskich małych i średnich firmach nadal istotny

  • Dla prawie 80 proc. polskich małych i średnich firm kwestia druku jest istotna
  • Firmy preferują urządzenia laserowe i druk monochromatyczny
  • MŚP chcą drukować taniej, ale rzadko stosują narzędzia do zarządzania drukiem
  • Średni okres eksploatacji sprzętu drukującego w połowie firm to 5 lat

Wyniki badania Brother Polska, przeprowadzonego wśród przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorstw z Polski pokazują, że firmy nadal traktują druk jako istotny element swojej działalności. Drukują dużo, jednak większość z nich nie wdraża rozwiązań, pozwalających im na optymalizację kosztów, procesów i bezpieczeństwa druku.

Dla 80 proc. polskich przedsiębiorstw kwestia druku jest nadal kluczowa lub bardzo ważna. Tradycyjny obieg dokumentów w wersji papierowej jest ciągle istotny dla sprawnego działania wielu organizacji w Polsce. Wynika to po części z regulacji prawnych, dotyczących przechowywania dokumentów w wersji papierowej, takich jak umowy czy dokumenty księgowe. Drugim istotnym czynnikiem jest przyzwyczajenie pracowników do korzystania z dokumentów w wersji tradycyjnej.

„Wyniki naszego badania pokazują, że pogłoski o śmierci druku okazują się przesadzone. Widzimy, że polskie małe i średnie firmy nadal dużo drukują i szacujemy, że w ciągu najbliższych lat to się nie zmieni. Ciekawe jest to, jak ankietowani podchodzą do kwestii oszczędności. Z jednej strony zwracają uwagę na cenę materiałów eksploatacyjnych, z drugiej rzadko stosują rozwiązania techniczne do optymalizacji kosztów druku. Wytłumaczeniem może być tutaj kwestia niedostatecznej świadomości firm. Dlatego tak ważna jest edukacja rynku – w tym małych i średnich przedsiębiorstw – w zakresie korzyści oferowanych przez systemy do zarządzania drukiem. Rozwiązania tego typu stanowią bezpośrednią odpowiedź na bolączki polskich firm związane z produkcją dokumentów, takie jak zakup materiałów eksploatacyjnych, przejrzystość kosztów druku i serwis urządzeń”– powiedział Piotr Baca, Country Manager w Brother Polska.

Dla prawie 96 proc. ankietowanych najważniejszą funkcją wykorzystywanych urządzeń drukujących jest właśnie drukowanie. Badani często korzystają też z funkcji kopiowania (70 proc.). Skanowanie tradycyjne jest nieco mniej popularne, ale nadal stosowane przez większość respondentów (59 proc.). Z drugiej strony skanowanie dokumentów z przesyłaniem skanów na serwer email nie jest rozpowszechnione, tylko 26 proc. uczestników badania deklarowało, że korzysta z tego rozwiązania. Najmniej popularne okazało się faksowanie dokumentów, ponieważ tylko 9 proc. firm odpowiedziało, że nadal korzysta z tej funkcji. Jak dodaje Brother, są to głownie przedsiębiorstwa z sektora publicznego i logistyki. Co ciekawe, pomimo rzadkiego wykorzystywania modułu faksu
w urządzeniach drukujących, firmy podejmując decyzje zakupowe często wybierają modele wyposażone w faks.

90 proc. polskich MŚP drukuje w technologii laserowej, ponieważ jest ona wydajniejsza, szybsza i tańsza niż atrament. Modele atramentowe, choć wykorzystywane przez 39 proc. firm, stosowane są na mniejszą skalę i postrzegane jako urządzenia odpowiednie bardziej dla użytkowników indywidulanych i biur domowych.

Ankietowane firmy w przeważającej większości (87 proc.) drukują w czerni i bieli. Większość dokumentów produkowanych w polskich przedsiębiorstwach to teksty, dokumenty księgowe, zamówienia i umowy, do których wydruku wystarczają modele monochromatyczne. Druk kolorowy jest rzadko wykorzystywany, jego stosowanie deklaruje 10 proc. badanych. W kolorze najczęściej drukują działy marketingu i sprzedaży. Pomimo sporadycznego wykorzystywania druku kolorowego, na etapie decyzji zakupowych firmy zwracają uwagę na to, czy urządzenia drukujące oferują druk
w kolorze.

Przy zakupie urządzeń drukujących polskie małe i średnie przedsiębiorstwa zwracają największa uwagę na koszt materiałów eksploatacyjnych (64 proc. wskazań). Mniejsza waga przywiązywana jest do niskiej awaryjności (40 proc.), szybkości drukowania (38 proc.) i co może być zaskoczeniem, ceny urządzenia (36 proc.). Warty podkreślenia jest fakt, że najmniej istotne dla ankietowanych okazało się być bezpieczeństwo danych, które uzyskało zaledwie 7 proc. wskazań wśród kryteriów zakupowych.

41 proc. ankietowanych firm deklaruje, że średni okres eksploatacji, po którym wymieniają urządzenia drukujące, wynosi 5 lat. Ponad jedna piąta firm kupuje nowe urządzenia co 3 lata. Wymianę sprzętu częściej niż raz w roku deklaruje jedynie 3 proc. firm. Przeważająca większość przedsiębiorstw (73 proc.) użytkujących urządzenia biurowe dokonuje ich wymiany dopiero wtedy, kiedy ulegną zużyciu, awarii lub kiedy jakość ich pracy jest niezadowalająca.

Niemal połowa (45 proc.) firm zapytanych o najczęstsze problemy napotykane w trakcie eksploatacji sprzętu drukującego deklaruje, że nie napotyka na trudności w tym zakresie. Dla 21 proc. badanych problematyczny jest zakup materiałów eksploatacyjnych, a dla 17 – konieczność częstego serwisowania sprzętu.

Mimo, że połowa ankietowanych nie jest zainteresowana outsourcingiem druku, to 40 proc. jest zdania, że usługi tego typu są ważne lub kluczowe dla przedsiębiorstw. Zdecydowana większość (łącznie 96 proc.) w ogóle lub rzadko drukuje z urządzeń mobilnych, takich jak smartfony i tablety. Firmy postrzegają technologie druku mobilnego w charakterze gadżetu konsumenckiego, niedostosowanego w środowisku biurowym.

Informacje o badaniu

Celem badania „Użytkowanie urządzeń drukujących w przedsiębiorstwach” było zweryfikowanie informacji o tym, jak drukują polskie małe i średnie firmy, na co zwracają uwagę podczas zakupu i eksploatacji urządzeń oraz na jakie trudności natrafiają podczas ich użytkowania. Badanie zostało przeprowadzone metodą CATI na zlecenie Brother Polska w maju 2017 roku. Zrealizowała je agencja badawcza ARC Rynek i Opinia. Grupę badawczą stanowiło 307 przedstawicieli polskich firm z sektora MŚP. Przebadano osoby odpowiedzialne za utrzymanie biura oraz przedstawicieli pionów informatycznych firm.

Miesiąc w gospodarce – listopad 2017

raport miesięczny TMSInflacja wróciła do celu

Wstępny szacunek inflacji CPI za listopad należy traktować jako wysoce zaskakujący, bowiem ankietowani ekonomiści nie byli za bardzo przygotowani na uplasowanie się rocznej zmiany dynamiki cen konsumenta na tegorocznych maksimach (2,5 proc. r/r, konsensus: 2,3 proc.). Nasze prognozy podbijały szansę na zaskoczenie (TMS Brokers: 2,4 proc.), czego źródło w dalszej mierze upatrujemy w wyższych cenach paliw oraz systematycznie drożejącej żywności. Nie wykluczamy, że listopad mógł rzutować na nieco wyższych cenach odzieży czy nawet drobnej elektroniki użytkowej. Na podstawie obserwowanych tendencji sezonowych za dość powszechną tendencję uznaje się drożenie dóbr konsumenckich tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po czym detaliści decydują się na zbicie zawyżonych cen ku wyjściowym poziomom. W grudniu stopa inflacji powinna zdecydowanie powędrować w stronę niższych poziomów. Poza przewidywanymi tendencjami na poszczególnych rynkach towarów i usług konsumenckich, należy oczekiwać solidnie podbitego efektu bazy spowodowanego zeszłorocznym skokiem. W scenariuszu bazowym zakładamy zejście stopy inflacji CPI w stronę 1,8 proc. r/r.

Produkcja na siedmioletnich szczytach

Uwagę obserwatorów polskiej gospodarki ponownie skradła produkcja przemysłowa, której październikowe szacunki wyraźnie przebiły najśmielsze oczekiwania ankietowanych uczestników rynku. Za niższymi wartościami przemawiały nie tylko różnice w dniach roboczych w gospodarce narodowej, mniej korzystne efekty bazy czy nawet ujemne czynniki sezonowe, ale również dość wysoki poziom wyjściowy z września (8,8 proc. r/r). Osiągnięciu 12,3 proc. dynamiki wskaźnika w ujęciu rocznym pomogło pokaźne odbicie w górnictwie i wydobyciu, gdzie z miesiąca na miesiąc odnotowano skok wolumenu na poziomie 13,0 proc. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami miano motoru napędowego gospodarki zyskali producenci maszyn oraz urządzeń (23,8 proc.), którym wtórowały lepsze nastroje podmiotów z branży tekstylnej (21,9 proc.). Napływ tak fenomenalnych danych wyraźnie skłania do rewizji prognoz wzrostu gospodarczego za IV kwartał 2017 roku – na podstawie uproszczonej rekalibracji modelu predykcyjnego spodziewany się zakończenia roku ze wskazaniem rzędu 4,8 proc. r/r.

Lekkie rozczarowanie zapewniła sprzedaż detaliczna, która musiała sprostać dość wysoko zawieszonej poprzeczce przez rynkowy konsensus. Roczną zmianę obrotów w handlu na poziomie 7,1 proc. należy ocenić jako satysfakcjonującą. Zgodnie ze sporządzonymi prognozami solidne odbicie w skali miesiąca odnotowała branża farmaceutyczna, co sygnalizowały między innymi zmiany średnich temperatur w miastach wojewódzkich sugerując możliwość startu „sezonu przeziębień”. Efekt wyższej dynamiki sprzedaży samochodów osobowych w Unii Europejskiej istotnie wpływa również na strukturę obrotów na rodzimym rynku, gdzie obserwuje się wyższe zapotrzebowanie na części do pojazdów czy wzrost popytu na paliwa.

Płace na kolejnych maksimach

Początek 2017 roku przyniósł wysoce uzasadnione obawy o siłę presji płacowej w rodzimej gospodarce. Względnie niskie dynamiki wynagrodzeń były asem w rękawie tych, którzy oczekiwali zachowania monetarnego statusu quo w możliwie jak najdłuższym horyzoncie. Sporządzone przez nas modele symulacyjne wyraźnie wskazują na to, iż wygenerowane impulsy przez rynek pracy nie będą przekładały się na szybkie podbicie cen bazowych, minimalizując tym samym szansę na oczekiwaną podwyżkę stóp procentowych. Nie ulega jednak wątpliwości to, że 7,4 proc. wzrost płacy brutto na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy robi wrażenie – nawet pomimo tego, iż część przyrostu wynika z wypłaty wysokich „trzynastek” w górnictwie. Spodziewamy się podtrzymania powyższej tendencji aż do stycznia przyszłego roku, gdy po dość powszechnych premiach świątecznych nastanie czas podwyżek przez jednego z największych pracodawców w Polsce – Jeronimo Martins.

Odchylenia pomiędzy wartościami faktycznymi oraz ich odsezonowanym wskaźnikiem sugerują, iż najbliższe miesiące powinny obfitować w kolejne rekordy stopy bezrobocia rejestrowanego. Tradycyjnie w raportach Ministerstrwa Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej zauważa się wzmianki o wyższej dostępności programów aktywizacyjnych czy dostatecznie wysokiej ilości dostępnych wakatów. Należy mieć na uwadze, że do spadku wskaźnika istotnie przyczynia się masowa utrata statusu osoby bezrobotnej. Jednym z istotnie ważącym czynników jest wzrost konsumpcji autonomicznej w gospodarce narodowej, której poziom podbijają prosocjalne programy gabinetu Beaty Szydło.

Polityka pieniężna: mało istotna niespodzianka

Ostatnie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej obfitowało w drobną niespodziankę, która na moment próbowała odwrócić uwagę uczestników rynku od aspektów związanych ze stopami procentowymi. W tym przypadku mowa o zmianie stopy rezerwy obowiązkowej od środków pozyskanych co najmniej na dwa lata do poziomu 0,0 proc. z uprzednio obowiązujących 3,5 proc. Powyższy zabieg należy traktować jako ukłon w stronę sektora bankowego, który już od początku marca będzie mógł liczyć na dodatkowy zastrzyk płynności. Z punktu widzenia ramowych punktów spotkania nie należy mówić o zaskakującym obrocie spraw. Zgodnie z powszechnymi oczekiwaniami Rada zdecydowała się na przyjęcie zrewidowanych prognoz wzrostu gospodarczego oraz inflacji CPI na najbliższe dwa lata. Jastrzębi wydźwięk oczekiwań dotyczących skoku średniorocznych cen konsumenta o 2,7 proc. w 2019 roku wyraźnie łagodziły przedstawione projekcje luki popytowej, która stawiała pod znakiem zapytania konieczność podwyżek stóp procentowych. Dobitnym argumentem za pozostawieniem „wait-and-see” w grze była wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego o braku zmiany gołębiego nastawienia w sytuacji zauważalnego wyostrzenia trajektorii stóp procentowych w opublikowanych projekcjach.

Polityka fiskalna: ograniczenia w handlu nie będą rzutowały na wzrost

W trakcie listopadowych obrad rząd Prawa i Sprawiedliwości zdołał przeforsować przez Sejm ustawę ograniczającą swobodę handlu w niedziele. Pierwsze implikacje związane z nowych aktem prawnym powinny pojawić się od marca przyszłego roku, gdy detaliści będą mogli prowadzić nieskrępowaną działalność w pierwszy oraz ostatni weekend miesiąca. Powyższe obostrzenie wydaje się być wysoce godzące w przyszłe wskazania spożycia indywidualnego, aczkolwiek na podstawie sporządzonych analiz wskazujemy na marginalną szansę załamania konsumpcji z racji na szereg przewidzianych wyjątków. W projekcie przyjętym przez niższą izbę parlamentu zauważa się możliwość handlu na stacjach benzynowych, obiektach handlowych przy istotnych węzłach komunikacji publicznej czy sklepach obsługiwanych przez właściciela. Co więcej, wyniki symulacji wskazują na obecność zwiększonego popytu w piątki oraz soboty, gdy gospodarstwa domowe będą celowo zaopatrywały się dobra rzekomo niedostępne w dzień wolny od handlu. Teoretyczna siła impulsu generowanego przez ustawę bywa porównywana z każdorazowymi obchodami Święta Wojska Polskiego/Wniebowzięcia Matki Bożej czy w skrajnych warunkach zaburzeń na skalę długiego weekendu majowego.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Ekstazy: „YOU TUBE”, „SUPERMAN”, „BATMAN” czy „TRANSFORMERS”

Policjanci CBŚP zlikwidowali w Legnicy wytwórnię tabletek ekstazy. Produkowano tam tabletki z logo „YOU TUBE”, „SUPERMAN”, „BATMAN” czy „TRANSFORMERS”. Policjanci zabezpieczyli elektryczną tabletkarkę wraz z metalowymi stemplami, tabletki ekstazy oraz 3 kilogramy gotowej substancji zawierającej MDMA. Z takiej ilości preparatu można by wyprodukować około 25 tysięcy tabletek ekstazy o czarnorynkowej wartości 250 tysięcy złotych. Do sprawy zatrzymano trzy osoby.

Policjanci z Zarządu w Bydgoszczy CBŚP wpadli na trop produkcji tabletek ekstazy. Zebrany materiał wskazywał, że nielegalny proceder odbywał się w Legnicy. W likwidacji wytwórni brali udział także policjanci z KMP w Legnicy. Tam też zostali zatrzymani dwaj mężczyźni podczas wytwarzania narkotyków. W trakcie działań jeden z podejrzanych zaatakował policjanta, próbując w ten sposób utorować sobie drogę ucieczki. Wówczas policjant użył broni służbowej, raniąc napastnika w nogę. Ten natychmiast trafił pod opiekę lekarską. Pomocy lekarskiej udzielono także zaatakowanemu funkcjonariuszowi.  Do sprawy zatrzymano również 31-letnią kobietę.

Podczas przeszukania pomieszczeń piwniczno-magazynowych policjanci znaleźli i zabezpieczyli narzędzia i przedmioty wykorzystywane do wytwarzania tabletek zawierających MDMA, tj.: elektrycznej tabletkarki wraz z metalowymi stemplami, 7 kilogramów substancji proszkowych wypełniających i koloryzujących, pojemniki z tworzywa sztucznego, blender, maseczki przeciwpyłowe, filtry, sita, wagi elektroniczne, kilkaset pustych woreczków strunowych i gotowe tabletki zawierające MDMA.

Z ustaleń śledczych wynika, że w tej wytwórni prawdopodobnie na masową skalę produkowane były tabletki  z logo „YOU TUBE, SUPERMAN, BATMAN, TRANSFORMERS”. W trakcie przeszukania ujawniono 3 kilogramy gotowej substancji zawierającej MDMA, z której można by wyprodukować około 25 tysięcy tabletek ekstazy o czarnorynkowej wartości 250 tysięcy złotych.

W Prokuraturze Rejonowej w Legnicy troje zatrzymanych usłyszało zarzut udziału w zorganizowanej grupie przestępczej zajmującej się wytwarzaniem substancji psychotropowych i ich dystrybucją. Dodatkowo jednemu z nich prokurator przedstawił zarzut dokonania czynnej napaści na funkcjonariusza Policji. Sąd Rejonowy w Legnicy zastosował wobec podejrzanych środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania na okres trzech miesięcy.

Nudny jak szczyt OPEC

Przebieg czwartkowych notowań na rynku surowców energetycznych odbywał się pod dyktando najświeższych doniesień z Wiednia, gdzie nastąpiło osiągnięcie konsensusu przez światowych wydobywców ropy. Deklaracje o przedłużeniu porozumienia do końca 2018 roku potwierdziła nie tylko reprezentacji z Arabii Saudyjskiej, ale również z Rosji, Iranu czy dość krnąbrnego Iraku. Ze świeżo ustalonym limitem wydobycia będą musiały się liczyć Nigeria oraz Libia, które uprzednio mogły liczyć na łaskę pozostałych członków z racji na wątpliwą kondycję gospodarczą.

Komunikaty płynące z Wiednia nie powinny być traktowane jako wysoce przełomowe. Baczni obserwatorzy polskiej gospodarki mieli nie lada gratkę, bowiem publikacji rachunków narodowych za miniony kwartał towarzyszyła rewizja rocznego tempa wzrostu do poziomu 4,9 proc. z uprzednio podanych 4,7 proc. W tak fenomenalnym wskazaniu ogromną rolę odegrała dodatnia kontrybucja eksportu netto, której wtórował stabilny wzrost spożycia indywidualnego (4,8 proc.). W drugiej części dnia zmienność złotego lekko podbiła publikacja wstępnej inflacji CPI, która nieoczekiwanie wróciła do środka pasma dozwolonych wahań (2,5 proc. r/r, TMS Brokers: 2,4 proc., konsensus: 2,3 proc.). Spodziewamy się, że silniejszy skok indeksu CPI to przede wszystkim pokłosie sytuacji obserwowanej na stacjach benzynowych, co dodatkowo podbiło dynamikę cen żywności w stronę poziomu 6,0 proc. r/r.

Na koniec dnia polski złoty (0,4 proc.) znajduje się w czołówce walut Emerging Markets, ustępując jedynie argentyńskiemu peso (0,6 proc.) oraz tureckiej lirze (0,9 proc.). W wyraźnym odwrocie znalazł się południowokoreański won (-1,0 proc.), co należy częściowo utożsamiać z efektem wymazywania wczorajszego umocnienia. Zdecydowanie skromniejsze osłabienie notuje południowoafrykański rand (-0,1 proc.), który próbuje ustabilizować parę USD/ZAR tuż pod poziomem 13,7000. Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy poziomie 4,2000, USD/PLN próbuje zejść pod 3,5340, CHF/PLN oczekuje na sygnał przy 3,5920, a GBP/PLN wraca do 4,7760.

Dużo ciekawszą sytuację obserwuje się w koszyku walut G10, gdzie miano lidera listy zgarnia funt szterling (0,6 proc.). Nieco mniej euforyczne nastroje dotyczą euro (0,4 proc.), które nie przejęło się zbytnio słabszą inflacją HICP (1,5 proc. r/r, konsensus: 1,6 proc.) czy niższymi przyrostami cen bazowych (0,9 proc. r/r, konsensus: 1,0 proc.). Ponownie zestawienie zamyka norweska korona ze stratą rzędu 0,6 proc. Tym razem za przeceną skandynawskiej waluty częściowo stoją gorsze wskazania sprzedaży detalicznej, która w ujęciu miesięcznym nieoczekiwanie spadła o 0,2 proc. (konsensus: 0,7 proc.).

W popołudniowej paczce danych z amerykańskiej gospodarki pierwsze skrzypce grała stopa inflacji PCE Core, która zgodnie z oczekiwaniami ankietowanych uczestników rynku przyspieszyła do 1,4 proc. r/r. Za powyższym wskazaniem stoi między innymi rewizja wskaźnika za wrzesień, gdy odnotowano miesięczny skok indeksu cen na poziomie 0,2 proc. (poprzednio: 0,1 proc.). Na dalszym planie znalazła się nieco silniejsza dynamika przychodów gospodarstw domowych, która uplasowała się na poziomie 0,4 proc. wobec 0,3 proc. wynikających z mediany prognoz. Powyższym wskazaniom towarzyszył cotygodniowy raport z rynku pracy wskazujący na chwilową stabilizację ilości złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (238 tys., konsensus: 240 tys., poprzednio: 240 tys.).

W trakcie czwartkowej sesji na europejskich parkietach obserwowano niekwestionowaną przewagę podaży, z której udało się wyłamać giełdzie w Mediolanie za sprawą wyraźnej poprawy sentymentu wśród spółek z sektora bankowego. W cieniu wzrostów indeksu FTSE MIB (0,2 proc.) znalazła się giełda we Frankfurcie, gdzie DAX (-0,3 proc.) stopniowo przybliża się do okrągłego poziomu 13 000 pkt. Skalę potencjalnych spadków skutecznie próbowały ograniczać Continental (1,9 proc.) oraz Beiersdorf (1,6 proc.) będące beneficjentami wyraźnie podbitego wolumenu. Na dnie niemieckiej giełdy znalazły się walory Munich Re. Do 2,7 proc. ruchu przyczyniła się wypowiedź prezesa spółki, który oczekuje możliwości spadku notowanych marż za sprawą nasilającej się presji cenowej. Nisko znalazły się również akcje RWE (-1,9 proc.) z racji na postępowanie związane z istotnym wpływem spółki na efekt cieplarniany.

W gronie zachodnich indeksów zdecydowanie bardziej pokaźny ruch w stronę południa odnotował londyński FTSE 100 (-0,9 proc.), którego przecenę skutecznie podbijały przecenione 2,5 proc. akcje AstraZeneca. Niezbyt udaną sesję notuje również British American Tobacco po niezbyt przychylnej nocie analitycznej M&G – finalnie tytoniowy potentat zakończył notowania z 2,4 proc. przeceną. Wpływ niezbyt optymistycznych nastrojów próbowały wymazać akcje Mediclinic (4,7 proc.) po najnowszej rekomendacji kupna przez Jefferies z ceną docelową na poziomie 6,16 GBP (obecnie: 5,66 GBP). W cieniu zwyżki potentata z branży medycznej znalazły się BT Group oraz Convatec, które wypracowały ruch odpowiednio na poziomie 2,1 proc. oraz 1,5 proc.

W Warszawie obserwowano częściowe podtrzymanie wczorajszego sentymentu, bowiem w trakcie czwartkowej sesji WIG 20 odnotował „zaledwie” 1,1 proc. zniżkę. Miano najbardziej przecenionych komponentów ponownie zyskały spółki z branży paliwowej. Co więcej, Lotos (-4,9 proc.) oraz Orlen (-4,5 proc.) wygenerowały istotnie techniczny sygnał poprzez przebicie średniej z ostatnich 200 notowań. W cieniu rafineryjnych gigantów znalazła się Energa (-3,2 proc.), której przez moment wtórował Bank Zachodni WBK (-2,5 proc.). W kontrze do spadków znalazły się zwyżkujące 1,4 proc. Cyfrowy Polsat oraz Asseco Poland. Ze zdecydowanie mniejszym plusem sesję zakończył PKO Bank Polski (0,7 proc.) planujący wycofać się z funduszu infrastrukturalnego Marguerite.

Zwyżkową passę skutecznie przełamały styczniowe kontrakty na gaz ziemny, które od początku sesji tracą 4,4 proc. Na fali realizacji zysków znalazły się również marcowe kontrakty na kakao (-2,8 proc.) oraz kawę (-2,9 proc.). Czwartek nie sprzyja również metalom szlachetnym. Ponownie w dość silnym odwrocie znajduje się srebro (-1,2 proc.; 16,3460 USD), któremu tym razem wtóruje złoto (-1,0 proc.; 1 271,30 USD). W przypadku ropy WTI należy mówić o ponownej próbie przełamania okrągłego poziomu 57,00 USD, co rzutuje na 0,5 proc. przecenę surowca względem wczorajszego zamknięcia.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Inwestycje publiczne nieznacznie ruszyły

PKB wzrósł w 3. kwartale 2017 r. o 4,9 proc. r/r. Nakłady brutto na środki trwałe były wyższe o 3,3 proc. r/r – podał GUS.

Polska gospodarka wzrosła w 3. kwartale 2017 r. w większym stopniu niż wynikało to z szybkiego szacunku PKB opublikowanego przez GUS w połowie listopada – o 4,9 proc.
Można było przewidzieć, że głównym motorem wzrostu gospodarczego było spożycie indywidualne, które od 3. kwartału 2016 r., czyli od czasu gdy ruszył program Rodzina 500+, ale zaczęła się też wyraźnie poprawiać sytuacja na rynku pracy, rośnie w tempie bliskim 5 proc.

Dobrym sygnałem jest powrót eksportu netto jako czynnika wzrostu PKB (po silnym ujemnym wpływie w 2. kwartale br.). Odrębnej analizy wymagają zmiany zapasów, które po raz pierwszy od wielu kwartałów nie wsparły wzrostu gospodarczego. To sygnał, że nie są one odnawiane w stopniu niezbędnym dla wzrostu PKB na poziomie bliskim 5 proc. Pytanie dlaczego i jakie to będzie miało konsekwencje dla szans rozwojowych firm i gospodarki w kolejnych miesiącach.

Najważniejsze jednak jest to, że po 6. kwartałach mamy wreszcie nieznaczny, ale jednak wzrost nakładów brutto na środki trwałe. W całości jest on efektem inwestycji finansowanych ze środków publicznych, w tym przede wszystkim z funduszy unijnych. W ciągu 3. kwartałów br. inwestycje przedsiębiorstw średnich i dużych (50+) były bowiem ciągle niższe niż w 2016 r. (1 proc. r/r; w cenach stałych), a tym samym także niższe niż w 2015 r. (spadek o 9,1 proc. r/r). Byłyby one jeszcze niższe, gdyby nie firmy z kapitałem zagranicznym. Ich nakłady na inwestycje w okresie styczeń-wrzesień 2016 r. i 2017 r. stanowiły ponad 43 proc. nakładów przedsiębiorstw 50+. W porównywalnym okresie 2014 r. i 2015 r. było to ok. 1/3 całości nakładów inwestycyjnych firm 50+.

Po raz kolejny okazuje się zatem, że firmy z kapitałem zagranicznym są stabilizatorem dla polskiej gospodarki. Dzięki nim inwestycje firm nie spadają tak gwałtownie, jak wynika to z osłabienia skłonności do inwestowania w polskich firmach. Firmom zagranicznym zawdzięczamy także silną obecność na rynkach zewnętrznych i rosnący eksport.
Ważne, że ruszyły inwestycje finansowane ze środków unijnych. Czas najwyższy, bowiem jesteśmy w środku okresu 2014-2020, w którym mamy do wykorzystania ponad 80 mld euro, z czego prawie 43 mld euro w ramach programów w dużej mierze dedykowanych inwestycjom – Infrastruktura i Środowisko (27,4 mld euro), Inteligentny Rozwój (8,6 mld euro), Wiedza, Edukacja, Rozwój (4,7 mld euro), Polska Cyfrowa (2,2 mld euro). I ponad 30 mld euro, które mają do wykorzystania regiony, w tym w sporej części na inwestycje.

Ale aby wykorzystanie tych środków mogło być uruchomione na większą skalę, niezbędne są nie tylko środki budżetowe, ale także inwestycje przedsiębiorstw. Tymczasem firmy są ciągle bardzo ostrożne w swoich decyzjach. I koło się zamyka. Np. firmy budowlane zwiększyły nakłady na inwestycje w ciągu 3. kwartałów 2017 r. zaledwie o 0,9 proc. r/r (po spadku w całym 2016 r. o ponad 21 proc.). A to one będą miały realizować dużą część inwestycji finansowanych z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Przy braku pracowników (stopa bezrobocia w październiku br. na poziomie 4,6 proc. /BAEL/) jedyną szansą na udźwignięcie projektowanych inwestycji infrastrukturalnych są inwestycje firm budowlanych zwiększające i modernizujące ich aparat wytwórczy. A te jak widać są niewielkie. Takie problemy dotyczą nie tylko budownictwa, ale także wielu innych branż.

Należy się cieszyć z wyniku polskiej gospodarki w 3. kwartale 2017 r. Ale to już „historia”. Trzeba myśleć o przyszłości, a ta nie będzie tak dobra jak minione trzy miesiące bez inwestycji, w tym przede wszystkim inwestycji przedsiębiorstw.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Czy okres stagnacji w inwestycjach mamy już za sobą?

Zwiększyła się gotowość do wzrostu skali działania polskich firm, także poprzez ekspansję zagraniczną. Ambitnym celom sprzyja lepsza niż rok wcześniej kondycja finansowa: istotnie wzrósł odsetek średnich i dużych firm, które zadeklarowały wypracowanie zysku oraz wzrost obrotów.

Taki obraz wyłania się z II edycji badania Deutsche Bank „Polskie firmy – kondycja, Inwestycje i ich finansowanie”. Czy okres stagnacji w inwestycjach prawdopodobnie mamy już za sobą? 41% firm ma plany inwestycyjne na najbliższe 6 miesięcy. Największy optymizm inwestycyjny przejawiają przedsiębiorstwa średnie (62%) i duże (57%) oraz te, które działają na skalę europejską (87%) i globalną (63%). Inwestycje większych podmiotów powinny w dłuższym terminie dać impuls mniejszym firmom – obecnie jedynie co trzecia mała firma i co piąta lokalna rozważa inwestycje.

Listę celów inwestycyjnych otwierają – podobnie jak rok temu – wydatki na zwiększenie mocy produkcyjnych. Taki plan ma 60% z grona tych firm, które deklarują inwestycje. Niestety znacząco spadła skłonność do inwestycji w badania i rozwój – rok temu ten aspekt wskazało 21% badanych podmiotów, obecnie tylko niespełna 14%. To właśnie innowacyjność jest długofalowo najsilniejszą dźwignią rozwojową. Wiedzą to duże firmy – do proinnowacyjnych wydatków przymierza się co drugi podmiot o obrotach powyżej 50 mln euro. Na drugiej szali są małe przedsiębiorstwa – na inwestycje w badania i rozwój stawia zaledwie 9% z nich.

– Czy budzi to optymizm? Moim zdaniem umiarkowany – mówi w rozmowie z MarketNews24 prof. dr hab. Małgorzata Bombol z SGH.

Badanie objęło łącznie reprezentatywną grupę 500 firm, w tym 72 % małych (do 10 mln euro obrotu rocznego), 20,5% średnich (do 50 mln euro obrotu rocznego) oraz 7,5% dużych (powyżej 50 mln euro obrotu rocznego). Najczęściej reprezentowane były przedsiębiorstwa lokalne (32%) i ogólnopolskie (30%). 14% działa na skalę europejską, co dziesiąta – na skalę globalną.

4 trendy, które zmienią postrzeganie roli IT

Firma konsultingowa McKinsey & Company zidentyfikowała trendy w infrastrukturze, które do 2020 roku zmienią branżę usług technologicznych. O ile wiodące kierunki są już znane, o tyle zaskakująca jest przede wszystkim skala ich wpływu na rozwój infrastruktury. OVH, globalny lider usług cloud, wybrał spośród nich te, które zdaniem grupy będą miały największy wpływ na rozwój branży. Lista może pomóc firmom w zweryfikowaniu ich strategii biznesowych i ustaleniu priorytetów rozwoju.

  1. Technologia niczym prąd w gniazdku. Model „as-a-service” w każdej dziedzinie – od oprogramowania po sprzęt

Stały dostęp do danych czy aplikacji jest obecnie dla przedstawicieli biznesu czymś naturalnym. Biznes nie może sobie pozwolić na brak zasobów fizycznego serwera, ponieważ bieżąca infrastruktura przestała być wystarczająca. Nie dziwi zatem fakt, że przedsiębiorcy chętnie decydują się na skorzystanie z usług zewnętrzengo dostawcy. Według danych IDC udział outsourcingu IT w 2016 r. wyniósł 38 proc., natomiast w 2020 r. wzrośnie on już do 44 proc. Jednocześnie, wykorzystywanie tradycyjnych usług IT spadnie z 63 do 57 proc.

Wśród przedsiębiorców rośnie popularność wyceny na podstawie zużycia zdalnie udostępnionej usługi, czyli zjawiska, które zaczęło się od oprogramowania i przeniosło na sprzęt. W latach 2015-2016 przychody z infrastruktury jako usługi (IaaS) i platformy jako usługi (PaaS) wzrosły o 53 proc., czyniąc z nich najszybciej rozwijające się segmenty usług w chmurze i infrastrukturze.

„Z roku na rok obserwujemy znaczący zwrot w kierunku rozwiązań as-a-service. Firmy widzą korzyści wynikające z wykorzystania usług dostępnych w abonamencie lub wręcz rozliczeniu minutowym czy godzinowym. Ten typ usług zyskał powszechne uznanie i jest stosowany m.in. przez firmy wynajmujące samochody lub skutery na minuty. Klienci wychodzą z założenia, że nie warto wiązać się umową długoterminową. W przypadku usług data center, za niższą opłatą, przy zachowaniu najwyższej wydajności mają zapewnioną moc obliczeniową, która jest im potrzebna w danym momencie. W razie potrzeby mają możliwość rozszerzenia usługi w każdej chwili i zrezygnowania z niej, kiedy nie jest konieczne uruchamianie dodatkowych zasobów” – komentuje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży w OVH Polska.

Przeniesienie wydatków inwestycyjnych na wydatki operacyjne pomaga zmniejszyć ryzyko, uwolnić kapitał i zapewnić większą elastyczność biznesu. Jednostki mocy obliczeniowej i pamięci masowej mogą być bowiem tańsze nawet od 40 do 50 proc. Dodatkowo, poza przechodzeniem z usług on premise, czyli na miejscu lub u klienta, na usługi w chmurze, dostawcy IT i klienci eksperymentują także z płatnościami ratalnymi za tradycyjny sprzęt.

  1. Zwiększenie roli chmury publicznej i wejście do „mainstreamu”

Podczas gdy mniejsi, bardziej elastyczni gracze od lat przenoszą swoje zasoby do chmury publicznej, to w dużych przedsiębiorstwach dopiero ostatnio wzrosło zainteresowanie tym rozwiązaniem. Większe firmy potrzebowały czasu, aby przekonać się, że cloud jest bezpieczny i się opłaca. Na tej fali takie tuzy, jak bank Capital One, General Electric czy Netflix drastycznie zmniejszyły lub nawet wyeliminowały swoje prywatne centra danych, migrując zasoby do chmury. McKinsey przewiduje, że do 2018 roku dostawcy usług w chmurze powinni odpowiadać za około 80 proc. dostarczanych serwerów i pojemności pamięci masowych.

„Rozwój cloud zmienił i uprościł postrzeganie tematu przechowywania danych. Nie dziwi nas więc fakt, że rozwiązania oparte na cloud computingu stają się pierwszym wyborem. Dzisiaj firmy mogą zrezygnować z serwera czy kolokacji na rzecz usługi abonamentowej i nie martwić się np. miejscem na przechowywanie sprzętu, jego amortyzacją, serwisem, zakupem licencji czy korzystaniem z pomocy administratora. Dostarczeniem i konserwacją sprzętu zajmuje się usługodawca. Chmura staje się autostradą dla rozwoju biznesu, oferując bezpieczną przestrzeń, która zapewnia wzrost przy jednoczesnej obsłudze kluczowych procesów” – mówi Robert Paszkiewicz.

„Mamy świadomość rosnącego zapotrzebowania klientów na usługi w sektorze Public Cloud. O zapewnianiu najwyższej wydajności usług OVH przy zachowaniu konkurencyjnych cen może świadczyć niezależny ranking Cloud Spectator, w którym wśród dostawców chmury publicznej zajęliśmy pierwsze miejsce w Europie oraz drugie w Ameryce Północnej” – dodaje.

  1. Security w abonamencie

Cyberbezpieczeństwo pozostanie najwyższym priorytetem decydentów w przedsiębiorstwach. Mimo że 80% pracowników odpowiedzialnych za wdrożenia technologii przyznaje, że ich organizacje starają się zapewnić możliwie najsolidniejszą obronę, to jednak we wszystkich branżach cyberataki będą coraz bardziej złożone. Dodatkową bolączką jest niedobór specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa, co powoduje, że firmy mają trudność z rekrutacją pracowników. Wymusza to na nich inwestowanie w serwisy zarządzania bezpieczeństwem (ang. managed security services). Stąd oferta zabezpieczeń opartych na chmurze również staje się atrakcyjniejsza dla firm. McKinsey szacuje, że do 2020 roku będzie ona obejmować 60 proc. wszystkich produktów dotyczących bezpieczeństwa, co stanowi 10-proc. wzrost w stosunku do 2015 roku.

„W kwestii ochrony przeciw zagrożeniami firmy oferują często w pakiecie dodatkową ochronę antyDDoS. Atak DDoS polega na przesyłaniu wielu zapytań jednocześnie, a ich ilość może doprowadzić do przerw w dostępie, a nawet do całkowitego braku połączenia z serwerem. OVH domyślnie chroni wszystkie swoje usługi i klientów przed tego typu atakami” – dodaje Robert Paszkiewicz.

  1. Wsparcie DevOps dla oprogramowania i sprzętu

Według twórców badania, DevOps, rozumiane jako metodyka zespolenia rozwoju (ang. development), eksploatacji (ang. operations) oraz zapewnienia jakości (ang. quality assurance), jest kluczem do zwinności firmy, oczekującej błyskawicznej realizacji biznesowych potrzeb przez dział IT. DevOps wspiera wysoki poziom współpracy w całym łańcuchu wartości IT. Coraz więcej firm rozumie korzyści wynikające z tego rozwiązania. Według badania McKinsey „IT-as-a-Service Survey”, 80 proc. respondentów wdrożyło praktyki DevOps w niektórych częściach swojej organizacji, a 53 proc. z nich stwierdziło, że do 2020 roku zastosuje te praktyki w całej organizacji (37 proc. obecnie).

Zgodnie z tymi trendami popyt na talenty DevOps w najbliższym czasie wzrośnie. Firmy mogą mieć jednak problemy ze znalezieniem pracowników do wypełnienia wszystkich ról, ponieważ 40 proc. respondentów biorących udział w ankiecie McKinsey stwierdziło, że niedobór pracowników o odpowiednich umiejętnościach był głównym czynnikiem uniemożliwiającym DevOps odgrywanie większej roli w organizacjach.

8 grudnia 2017 r. Fitch ogłosi najnowszy rating dla Polski

Czy agencja ratingowa Fitch ma rację utrzymując swoje prognozy wzrostu PKB w Polsce w 2017 i 2018 roku? Zwłaszcza, że napływające dane są optymistyczne?

Według agencji w tym roku można spodziewać się wzrostu gospodarczego na poziomie 4 proc., a w 2018 r. 3,2 proc.

– Takie prognozy są o wiele mniej istotne niż ratingi – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. Fitch ogłosi najbliższy rating Polski 8 grudnia 2017 roku. Obecnie rating naszego kraju w tej agencji to „A-” z perspektywą stabilną.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy

W rankingu krajów europejskich Polska zajęła podobnie jak w ubiegłym roku 29 miejsce.

Przeciętny mieszkaniec Polski dysponuje niemal 48 proc. średniej siły nabywczej mieszkańców Europy, co stanowi 6 710 euro (28 591 zł). Tym samym w rankingu krajów europejskich Polska zajęła dopiero 29 miejsce. Pozycja ta nie zmieniła się w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Analizując dane na poziomie powiatów widoczny jest kontrast między bogatymi i biednymi regionami. Mieszkańcy najbogatszych powiatów dysponują trzykrotnie większymi środkami finansowymi niż mieszkańcy najbiedniejszych powiatów.

10 polskich powiatów o najwyższej sile nabywczej

Ranking (z 380) Powiat Liczba mieszkańców Indeks krajowy Indeks europejski*
1 Warszawa 1 753 977 185,9 89,5
2 Piaseczyński 179 496 146,9 70,7
3 Sopot 36 849 146,7 70,6
4 Poznań 540 372 143,2 68,9
5 Warszawski Zachodni 114 079 142,1 68,4
6 Katowice 298 111 140,3 67,5
7 Wrocław 637 683 140,0 67,4
8 Pruszkowski 161 645 137,7 66,3
9 Tychy 128 351 129,8 62,5
10 Gliwice 182 156 129,0 62,1

Źródło: © GfK Purchasing Power Poland 2017
*indeks: wartość na mieszkańca / średnia = 100

Powiatem o najwyższej sile nabywczej jest Warszawa. Warszawiacy dysponują przeciętnie środkami w wysokości 12,472 euro na osobę. Jest to kwota wyższa o niemal 86 proc. od średniej krajowej. Niemniej jednak to ciągle 11 proc. mniej niż średnia europejska.

Przemysław Dwojak, dyrektor działu Customer Analytics & Sales Strategies w GfK, komentuje: „W ostatnich latach obserwujemy w Polsce stały wzrost liczby najbogatszych i najbiedniejszych powiatów. Spośród wszystkich 380 powiatów, dwadzieścia dwa dysponują siłą nabywczą, która przewyższa średnią krajową o co najmniej 20 proc. Dla porównania, mieszkańcy powiatu przysuskiego, najbiedniejszego polskiego powiatu, mają do dyspozycji mniej niż 62 proc. średniej krajowej per capita, co stanowi jedynie 29,8 proc. średniej europejskiej.”siła nabywcza Polski

O badaniu
Badanie siły nabywczej GfK Purchasing Power Europe 2017 jest dostępne dla 42 europejskich krajów ze szczegółowym rozbiciem na regiony, według gmin lub kodów pocztowych. Zawiera też odpowiednie dane dotyczące mieszkańców i gospodarstw domowych oraz mapy cyfrowe.
Siła nabywcza jest miernikiem rozporządzalnego dochodu per capita po odjęciu podatków, składek na ubezpieczenie społeczne, ale z uwzględnieniem wszelkich świadczeń otrzymywanych od państwa.

Badanie podaje siłę nabywczą na osobę w skali roku w euro lub w postaci wartości indeksu. Pojęcie siły nabywczej stosowane przez GfK odnosi się do nominalnego dochodu rozporządzalnego, czyli podane wartości nie uwzględniają inflacji. Badanie opiera się na statystycznych danych dotyczących dochodów, stawek podatkowych, wysokości świadczeń społecznych oraz na prognozach instytutów ekonomicznych.

Według definicji siła nabywcza to wydatki konsumentów pokrywające koszty związane z zaopatrzeniem w artykuły spożywcze, wydatki mieszkaniowe, na media, prywatne fundusze emerytalne i ubezpieczeniowe oraz inne wydatki, np. wakacje, transport i wydatki konsumpcyjne.

Chomikuj przegrywa ważny proces ws. naruszenia praw autorskich

Sąd Apelacyjny w Krakowie (sygn. akt I ACa 1494/15) wydał orzeczenie, w którym nakazał serwisowi Chomikuj.pl monitorowanie przez 3 kolejne lata, czy w sieci nie pojawiają się odesłania do tego serwisu po wpisaniu nazw określonych trzech filmów. Administrator serwisu ma również kasować konta użytkowników, którzy dopuszczą się naruszenia praw autorskich podmiotu uprawnionego do przedmiotowych filmów.

Opieszały chomik

Wyrok zapadł na skutek pozwu złożonego przez Stowarzyszenie Filmowców Polskich w związku z udostępnianiem w ramach serwisu filmów „Dzień Świra”, „Wenecja” i „Katyń”. SFP zgłaszało witrynie Chomikuj.pl żądanie usunięcia zakwestionowanych treści i kont użytkowników udostępniających je. Ostatecznie serwis usunął nielegalne treści, jednak zwlekał z tym zbyt długo. Główna linia obrony serwisu opierała się na przepisach ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną, które w określonych sytuacjach przewidują wyłączenie odpowiedzialności do hosting providera.

Chomik monitorujący

Jednym z głównych rozstrzygnięć w tej sprawie (najczęściej omawianym w mediach) jest wydanie nakazu zgodnie z którym przez trzy lata serwis ma raz w miesiącu wpisywać w wyszukiwarki Google oraz Bing słowa „Chomikuj” + „Dzień Świra” („Katyń”, „Wenecja”) + „film”, a następnie blokować dostęp do plików, które pojawią się na pierwszych pięciu stronach rekordów wyszukiwania. W wielu doniesieniach prasowych mówi się nawet o precedensowym charakterze tego rozstrzygnięcia. Pełnomocnik Chomikuj.pl podnosił po przegranej, iż przedmiotowe rozstrzygnięcie jest dla niego niezrozumiałe, gdyż Polska nie wdrożyła przepisu unijnej dyrektywy, który umożliwia nakładanie zobowiązań do monitorowania pod kątem naruszeń praw autorskich.

Analizowane rozstrzygnięcie Sądu Apelacyjnego w Krakowie nie ma jednak precedensowego (w rozumieniu prawnotwórczego lub quasi-prawnotwórczego) charakteru i pozostaje w zgodzie z dyrektywą 2000/31/WE Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie niektórych aspektów prawnych usług społeczeństwa informacyjnego, w szczególności handlu elektronicznego w ramach rynku wewnętrznego (dyrektywa o handlu elektronicznym). Dyrektywa ta nakłada jedynie zakaz stosowania ogólnego obowiązku monitorowania przez dostawców sieci lub hosting providerów treści. Natomiast zgodnie z pkt. 45. preambuły do przedmiotowej dyrektywy „Ograniczenia odpowiedzialności usługodawców będących pośrednikami przewidziane w niniejszej dyrektywie nie mają wpływu na możliwości zakazów sądowych różnych typów; zakazy takie mogą przede wszystkim przybierać formę orzeczeń sądów lub innych organów administracyjnych wymagających, aby usunąć lub zapobiec każdemu naruszeniu prawa, łącznie z usunięciem bezprawnych informacji lub uniemożliwieniem dostępu do nich”. Podobnie temat ten precyzuje pkt 47. preambuły dyrektywy o handlu elektronicznym wskazując, iż „Państwa Członkowskie nie mogą nakładać na usługodawców obowiązku nadzoru jedynie w odniesieniu do obowiązków o charakterze ogólnym; nie dotyczy to obowiązków nadzoru mających zastosowanie do przypadków szczególnych oraz, w szczególności, nie ma wpływu na decyzje władz krajowych podjęte zgodnie z ustawodawstwem krajowym”. Ponadto w samej treści analizowanej dyrektywy art. 14 ust. 3 wyraźnie wskazuje, iż „Niniejszy artykuł nie ma wpływu na możliwość wymagania od usługodawcy przez sądy lub organy administracyjne, zgodnie z systemem prawnym Państw Członkowskich, żeby przerwał on naruszenia prawa lub im zapobiegł oraz nie ma wpływu na możliwość ustanowienia procedur regulujących usuwanie lub uniemożliwianie dostępu do tych informacji przez Państwa Członkowskie”. Wydaje się, iż w polskim prawie krajowym można znaleźć już istniejące środki, w ramach których można pokusić się o wydawanie takich rozstrzygnięć, jak to Sądu Apelacyjnego w Krakowie, w szczególności w ramach roszczenia obejmującego żądanie usunięcia skutków naruszenia praw autorskich, o którym mowa w art. 79 ust. 1 pkt 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Chomik współodpowiedzialny

Dużo ciekawsze jest natomiast inne ustalenie Sądu Apelacyjnego w Krakowie. Jak wynika z doniesień medialnych (brak na razie dostępu do uzasadnienia przedmiotowego orzeczenia) sąd przypisał dostawcy hostingu witryny Chomikuj.pl współodpowiedzialność. A zatem sąd uznał, że administrator serwisu sam jest niejako odpowiedzialny za zakwestionowane treści i nie ma w ogóle możliwości powoływania się na wyłączenie odpowiedzialności na gruncie art. 14 ustawy o świadczeniu usług droga elektroniczną. Powyższe sąd miał wywieść z tego, że nie można mówić o pełnieniu przez serwis jedynie roli pasywnego pośrednika ze względu na kwestie szczegółowo omówione przez sąd, a związane z pobieraniem opłat za transfer treści.

„Nie” dla piratów?

Powyższy wyrok bez wątpienia wpisuje się w europejski, ale także ogólnoświatowy nurt kładący nacisk na obronę podmiotów uprawnionych z praw autorskich. Raczej nie słyszy się o orzeczeniach, które nie uwzględniałyby roszczeń uprawnionych z praw autorskich względem dostawców sieci lub hosting providerów w sytuacjach podobnych do tych, będących przedmiotem rozpoznania przez krakowski sąd. Interpretacja przepisów dotyczących możliwości wyłączenia odpowiedzialności hosting providerów lub dostawców sieci (vide ostatnie orzeczenia TS UE w sprawie serwisu The Pirate Bay) obrała kurs restrykcyjny. Stąd każdy właściciel serwisu o zbliżonym profilu powinien przeprowadzić uważną weryfikację swojego biznesu.

Autor: radca prawny Tomasz Brolski, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

10,5 proc. dynamika europejskiego rynku leasingu

  • Wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r. wyniosła 164,3 mld euro.
  • Najnowsze dane Leaseurope wskazują na 10,5 proc. dynamikę europejskiego rynku w I połowie br. (r/r).
  • Ożywienie jest obserwowane we wszystkich głównych grupach środków trwałych.

Dane bazujące na wynikach zebranych od krajowych organizacji leasingowych, stowarzyszonych w europejskiej federacji Leaseurope pokazują, że całkowita wartość nowych kontraktów leasingowych zawartych w Europie w pierwszej połowie 2017r. wyniosła 164,3 mld euro. Europejski rynek leasingu w I połowie 2017r. odnotował tym samym 10,5 proc. dynamikę (w porównaniu do pierwszej połowy 2016r.).

Co istotne, ożywienie widać we wszystkich kategoriach aktywów, finansowanych przez europejskich leasingodawców. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2017r., wartość umów odnoszących się do leasingu pojazdów wzrosła o 9,8% (r/r), transakcje dotyczące maszyn i urządzeń wzrosły o 12% (r/r), podczas gdy dynamika nowych umów leasingowych nieruchomości wyniosła 12,3% (r/r).

Wyniki polskiego rynku, zgłoszone do Leaseurope, przez Związek Polskiego Leasingu po I połowie 2017r. (11,6 proc. dynamika, 31,8 mld zł (7,3 mld euro) wartości nowych umów), plasują polską branżę leasingową na siódmym miejscu w zestawieniu europejskich rynków.

Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope
Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope

„Europejski rynek leasingu odnotował 10,5-proc. dynamikę w I połowie 2017r., zaś głównym kontrybutorem tak dobrego wyniku był wzrost leasingu samochodów, w tym w znacznej mierze wzrost leasingu samochodów dla osób fizycznych. Analizując główne segmenty europejskiego rynku, największy bo 66 proc. udział stanowią transakcje odnoszące się do leasingu pojazdów, 1/3 wartości transakcji przypada na leasing sprzętu, a 4 % na finansowanie nieruchomości. Struktura polskiego rynku jest bardzo zbliżona do europejskiego: 70 proc. stanowią transakcje dotyczące leasingu pojazdów (w tym pojazdów ciężarowych), za 27% odpowiadają maszyny i inne urządzenia, przy mniejszym udziale nieruchomości i ciągle znikomym udziale transakcji zawieranych z klientami indywidulanymi” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

Kolejny kongres Open Eyes Economy Summit uwieńczony sukcesem

W dniach 14-15 listopada b.r. w Centrum Kongresowym ICE Kraków, odbyła się druga edycja Open Eyes Economy Summit. Prawie 200 prelegentów z całego świata opowiadało o szeroko pojętej ekonomii wartości i gospodarce otwartych oczu. W tym roku w wydarzeniu uczestniczyło prawie 2000 osób. Open Eyes Economy rośnie i wciąż rozwija błękitną rewolucję.

Inteligentne miasta, gospodarka okrężna, upadek roli kapitału i wzrost siły wartości w życiu firm. To tylko niektóre tematy, które zostały poruszone w ramach 5 filarów tematycznych Kongresu: Firma-Idea, Miasto-Idea, Marka – Kultura, Człowiek – Praca, Ład międzynarodowy. W ramach OEES2 odbyły się również liczne spotkania w meeting points, sesje Q&A i starcia poglądów w battle point. Nie zabrakło również kultury i sztuki, zostały poruszone tematy związane z życiem w mieście, świadomym kupowaniem i odpowiedzialnym handlem. Mowa była również o inicjatywach oddolnych, tworzących wyspy i archipelagi połączone wspólnymi poglądami i ideami, które oddziałują na gospodarkę i kulturę.

Wydarzenie wyszło poza przestrzeń Centrum Kongresowego ICE Kraków – spotkania, pokazy filmów, koncerty i spektakle odbywały się w całym Krakowie, i były dostępne nie tylko dla uczestników kongresu, ale również mieszkańców Miasta. Ta lokalność i bliska współpraca z władzami miasta i województwa jest bardzo ważna dla twórców kongresu, objawia się nie tylko poprzez to, że odbywa się w Krakowie. To właśnie Kraków i Małopolska mogą być poligonem dla zmian postulowanych przez Open Eyes Economy.

Podczas tegorocznej edycji Gil Penalosa, ekspert od zarządzania przestrzenią miejską i założyciel 8-80 Cities, brał udział w otwartej debacie dotyczącej ulicy Krupniczej w Krakowie, przedstawiając pomysły na jej modernizację i dyskutując o niej z innymi ekspertami, aktywistami miejskimi i najważniejszymi interesariuszami – samymi mieszkańcami Krakowa. – Mamy świadomość, że zmiany należy konsultować z mieszkańcami – zapewnia Jacek Majchrowski, Prezydent Miasta Krakowa. – Ekonomia nie jest tylko kwestią zysku, ani biznesu w sensie czysto matematycznym. Powinna nieść za sobą wartości dodatkowe. Wartości nie tylko dla tych, którzy tworzą tę ekonomię, ale także dla całego społeczeństwa. Ten kongres zdecydowanie wychodzi poza sprawy ekonomiczne, kładzie nacisk na kulturę, politykę mieszkaniową, komfort życia i funkcjonowania w mieście, czyli na sprawy, które dla Krakowa są bardzo ważne – dodaje Prezydent.

Historia ruchu intelektualnego Open Eyes Economy cały czas się rozwija i ewoluuje. Jak stwierdził prof. dr hab. Jerzy Hausner, współtwórca Open Eyes Economy i przewodniczący Rady Programowej – Idea OEE opiera się na założeniu, że wolnorynkowa gospodarka odeszła od wartości. Ekonomiści posługują się tym kryterium głównie w kontekście ceny i zysku. Czas przypomnieć sobie, że jeżeli coś monetyzujemy, to ma to wpływ na społeczeństwo i środowisko naturalne. I nie możemy pominąć tego związku. Celem OEES jest dyskusja nad tym jak ten powrót do humanizmu w ekonomii przeprowadzić.

Open Eyes Economy Summit już jest przez niektórych określanym mianem małego Davos. Prace nad przyszłą edycją już się rozpoczęły i odbędzie się ona 20-21 listopada 2018 r. Przez cały kolejny rok w ramach cyklu OEES on Tour będą odbywały się spotkania, seminaria i wydarzenia propagujące ideę Open Eyes Economy. W 2018 roku Open Eyes Economy chce mocniej zaznaczyć swoją obecność zarówno w kraju, jak i za granicą.

Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

W środę tuż po otwarciu rynku złoty chwilowo umocnił się, sprowadzając kurs EURPLN do wsparcia na 4,188. Szybko jednak para powróciła na wyższe poziomy w okolice 4,20. Silny złoty to nadal wypadkowa dobrych danych dot. polskiej gospodarki oraz dobrych nastrojów na globalnych rynkach finansowych, na których wiara w dolara na razie nadal nie jest zbyt silna (rynek obawia się, czy Fed poradzi sobie z niską inflacją) powodując, że kurs EURUSD nie może wybić się dołem z utrzymującego się od początku miesiąca trendu wzrostowego. W ostatnich dniach dolarowi nawet niewiele pomógł wspinający się na kilkunastoletnie maksima indeks zaufania amerykańskich konsumentów. Statystycznie patrząc, najnowszy 129,5 pkt odczyt wskaźnika Conference Board ostatni raz widziany był w listopadzie 2000 roku. Niewielki pozytywny wpływ miała też rewizja w górę do 3,3% wyniku PKB za III kw. w USA.

Przy nadal relatywnie silnym euro (w okolicach 1,18-1,19 na EURUSD) i dodatkowo lokalnych danych gospodarczych pokazujących wzrost produkcji przemysłowej najszybszy od ponad 7-lat, nieprzeciętny 7,4% wzrost płac, czy w końcu zaskakująco dobre wykonanie budżetu państwa (po pierwszych 10 miesiącach br. saldo notuje niewidzianą od przynajmniej ćwierćwiecza nadwyżkę przy realnym wzroście PKB przekraczającym 4% rocznie), nawet gołębia postawa członków RPP obecnie nie jest w stanie zaszkodzić naszej walucie.  W czwartek GUS opublikuje dane o wzroście PKB w III kwartale wraz z jego składowymi, w tym z najbardziej interesującymi inwestorów danymi dot. inwestycji. Wstępny szacunek pokazał PKB na poziomie 4,7% r/r a rynek nie wyklucza, że inwestycje mogły wzrosnąć o ponad 5%. W czwartek opublikowane zostaną też wstępne dane inflacyjne, które powinny wpisać się w ostatnio rosnące oczekiwania rynkowe co do zaostrzenia tonu ze strony RPP.

Widząc zatem kolejne rekordy wszech czasów na nowojorskich parkietach (wg Goldman Sachs przedłużający się rynek byka na akcjach i obligacjach doszedł do momentu kiedy miara średniej wyceny aktywów jest najwyższa od 1900 roku), inwestorzy coraz chętniej poszukują bardziej perspektywicznych aktywów na rynkach wschodzących. Stąd złoty próbuje się wybić na nowe szczyty. Wydaje się jednak, że jego możliwości wzrostowe są ograniczone.

Przede wszystkim Fed pozostaje na ścieżce do dalszej normalizacji polityki monetarnej (pomimo, że niska i to z niewyjaśnionych powodów amerykańska inflacji budzi obawy o skalę podwyżek stóp w 2018 roku) i coraz bliżej jest też do realizacji reformy podatkowej w USA. Zatwierdzenie przez Komisję Budżetową Senatu projektu zmian w systemie podatkowym oraz wycofanie przez dwóch republikańskich senatorów złożonych wcześniejszych zastrzeżeń, wyraźnie daje większe szanse na przegłosowanie ustawy przez Senat. To zaś otworzy drogę do porozumienia i zwiększy szanse na przyjęcie zmian fiskalnych jeszcze przed końcem roku, co da mocno pro dolarowy impuls. Złoty oraz inne waluty EM znajdą się wówczas pod silną presją spadkową.

Tymczasem, w środę wśród głównych walut najsilniejszy był funt szterling, który zyskuje w reakcji na doniesienia o możliwym postępie w negocjacjach pomiędzy Londynem, a Brukselą dotyczącym płatności do unijnego budżetu. Media podają różne kwoty, dziennik Daily Telegraph podał, że UE godzi się na kompromis brexitowy proponowany przez Wielką Brytanię i cena „wyjścia”, którą zapłacą Brytyjczycy, wyniesie od 45 do 55 mld euro (o 60 mld euro mówił zaś Reuters). Choć rząd brytyjski tych informacji nie potwierdził (a wg doniesień Reutera wręcz im zaprzeczył), kurs GBPUSD wzrósł z 1,323 do notowanych w czwartek rano 1,348, co automatycznie wsparło wzmocnienie wspólnej waluty kosztem dolara. Jeśli informacje te potwierdziłyby się, wydaje się, że funt pozostanie mocy względem waluty amerykańskiej, kierując się ku wrześniowym szczytom w okolicach 1,36. Wielkiej Brytanii najbardziej zależy na porozumieniu w sprawie handlu, ale UE chce najpierw zamknąć trzy inne sprawy: rachunek za odejście, prawa obywateli UE mieszkających w Wielkiej Brytanii oraz dot. granicy z Irlandią. Theresa May ma zaproponować pakiet rozwiązań, a spotkanie w Brukseli zaplanowane jest na 4 grudnia. Zgodnie z planem, do formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej powinno dojść w marcu 2019 roku.Kurs funta podąża w kierunku wrześniowych szczytów

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Sygnalisty nie zwolnisz z pracy bez zgody prokuratora

Sytuacja finansowa szpitali publicznych w Polsce. Edycja 2017

Jak nowe technologie pomagają w osiąganiu mistrzowskich wyników

Za to, czy sportowiec wygra zawody i stanie się mistrzem, odpowiada mózg; psychiczne nastawienie i gotowość do podjęcia walki to w wielu przypadkach aż 80% sukcesu. Dlatego w przygotowaniach sportowych tak ważną rolę odgrywa trening mentalny, tzw. biofeedback. To metoda znana i z powodzeniem stosowana już od wielu lat, a ponieważ oparta jest na nauce, która ostatnio znacząco się rozwinęła, polscy uczeni postanowili ją zmodernizować.

Wszyscy wiemy, że sport to wysiłek przede wszystkim fizyczny. Odpowiednie predyspozycje, liczne wyrzeczenia, tysiące godzin ciężkich treningów są niezbędne do osiągnięcia sukcesu. Jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak ważną rolę
w sporcie odgrywa mózg. I nie chodzi tylko o samodyscyplinę czy umiejętność przegrywania. Odporność na stres, koncentracja, odpoczynek, koordynacja ruchów, precyzja czy refleks – to wszystko jest konieczne do osiągania sportowych sukcesów, a siedzi w głowie. Więc jest nie do wyćwiczenia na siłowni czy boisku. Dlatego sportowcy poprawiają swoje możliwości z pomocą biofeedbacku – treningu mentalnego, który usprawnia wybrane, ważne z punktu widzenia sportowca, partie mózgu. Prawda jest bowiem taka, że nawet najlepiej przygotowany zawodnik, który w chwili startu nie zapanuje nad swoimi emocjami i nie będzie potrafił się odpowiednio skoncentrować, przegra.

Biofeedback w sporcie jest wykorzystywany od ponad 30 lat. Zawodowi sportowcy, przedstawiciele większości dyscyplin, stosują go regularnie. Są wśród nich m.in. Adam Małysz (kiedy jeszcze skakał), Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk, Agnieszka Radwańska, Li Na, Peter Gelle, zawodnicy klubów AC Milan czy Real Madryt.

O pozytywnych efektach tej metody przekonali się m.in. zawodnicy Igrzysk Olimpijskich, które odbyły się w Pekinie w 2008 roku. Sesjom treningu mentalnego poddano wówczas 200 sportowców. Badania wykazały, że dzięki temu ich wyniki poprawiły się średnio o 5%, a 32 z nich, mimo że nie byli to faworyci, zdobyło medale.

Ćwiczenia dla mózgu

Trening mentalny składa się z wielu składowych takich jak np. koncentracja, relaksacja, pewność siebie, wizualizacja i wiele innych. Często wspomagany jest najnowszą technologią taką jak biofeedback. Jest to bardzo prosty nieinwazyjny „zabieg”. Zawodnik podłączany jest do specjalnego urządzenia, które analizuje sygnały psychofizjologiczne, takie jak EEG (badanie czynności mózgu), EDA czy puls.  To pozwala sprawdzić, w jaki sposób organizm zachowuje się w określonych sytuacjach, jak zachowania te wpływają na jego wydajność, a także wychwycić ewentualne nieprawidłowości. Podczas kolejnych sesji, powtarzając dane czynności, sportowiec uczy się panować nad swoim ciałem i reagować w sposób umożliwiający najbardziej wydajną pracę i optymalizację aktywności potrzebnych do osiągnięcia sukcesu.

Każdego dnia sportowiec zmaga się z nowymi wyzwaniami. Niezależnie od tego, jak dobrze jest przygotowany fizycznie, o wygranej w zawodach decyduje umiejętność zapanowania nad wieloma niezależnymi czynnikami, takimi jak: stres, zmęczenie czy rozproszenie uwagi. Często jest to kwestia psychiki, którą można wspomóc biofeedbackiem – tłumaczy dr Dagmara Budnik-Przybylska, psycholog sportu z Uniwersytetu Gdańskiego, gdzie właśnie rozpoczęły się prace nad nowoczesną wersją treningu mentalnego.

Trening przyszłości

Ponieważ obecnie stosowany biofeedback opiera się na wiedzy, która w ostatnich latach została mocno zweryfikowana, naukowcy z Uniwersytetu Gdańskiego rozpoczęli pracę nad jego nowszą wersją. Wraz z inżynierami z firmy Neuro Device Group chcą zastosować najnowsze odkrycia dotyczące pracy naszego układu nerwowego.

Nasz obecny poziom wiedzy o mózgu pozwala znacznie skuteczniej monitorować jego pracę niż to było jeszcze dekadę  temu. 90% tego, co dzisiaj o nim wiemy, odkryliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Dlatego postanowiliśmy tę nową wiedzę wykorzystać do rozwoju biofeedbacku – tłumaczy Paweł Soluch z firmy Neuro Device Group. – Chociaż ta metoda już jest bardzo skuteczna, wiemy, że wprowadzone przez nas zmiany znacząco ją usprawnią – dodaje.

Chodzi przede wszystkim o dokładniejszą obserwację aktywności mózgu podczas wykonywania określonych ruchów. Pilotażowe badanie, którego celem było zmierzenie wyobrażenia ruchowego przy pomocy badania EEG, wykazało, że monitorowanie tego wyobrażenia może stać się podstawą do rozszerzenia dotychczas stosowanego biofeedbacku. To dla sportowców bardzo ważne – liczne badania pokazują, że trening z wyobrażeniami ruchowymi pozwala nie tylko poprawić efektywność i technikę, ale też lepiej radzić sobie ze stresem, brakiem pewności siebie czy negatywnymi stanami przedstartowymi.

Praca nad nowoczesnym biofeedbackiem realizowana jest przez dr Dagmarę Budnik-Przybylską oraz dr Jacka Przybylskiego z Uniwersytetu Gdańskiego we współpracy z Krzysztofem Malejem i zespołem z Institute of Sensory Analysis należącym do firmy Neuro Device Group. Pracownicy Uniwersytetu są odpowiedzialni za projektowanie i przeprowadzenie eksperymentu, analizę wyników badań i tworzenie narzędzia pod kątem naukowym z wykorzystaniem wiedzy eksperckiej. Neuro Device zajmie się natomiast opracowaniem metod analizy danych z urządzeń pomiarowych oraz przygotowaniem samego narzędzia pod kątem technicznym.

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Małe spółki – reaktywacja

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Powoli zbliżamy się do końca roku, który na krajowym parkiecie zapisze się jako okres dużych kontrastów. O ile bowiem duże spółki utrzymują swoją drugą lokatę pod względem wygenerowanych stóp zwrotu w całym spektrum rynków wschodzących (mierzonej dla indeksu MSCI Poland w dolarach), o tyle rynek szeroki znalazł się pod sporą presją, którą dobrze oddaje wciąż ujemna stopa zwrotu indeksu cenowego całego rynku. Ten ostatni indeks od początku roku traci 8%, podczas gdy WIG20 zyskuje 25%. Dodając do tego słabszego dolara oraz dobre zachowanie wybranych większych spółek średnich otrzymujemy stopę zwrotu indeksu MSCI Poland na poziomie 50%.

Lekko lepszy okazał się tylko indeks MSCI China. Oznacza to, że ten rok był bardzo udany przede wszystkim dla operujących na naszym parkiecie inwestorów zagranicznych. Oni zarobili najwięcej. Środowisko było z kolei najgorsze dla krajowych inwestorów indywidulanych, którzy działają głównie w spektrum spółek mniejszych, czyli w tym roku najsłabszych. Wydaje się, że powoli fortuna może się zmieniać i teraz duże spółki złapać mogą zadyszkę, a obraz poturbowanych mniejszych podmiotów może ulec poprawie. Sprzyjać temu będą efekty kalendarzowe.

Koniec roku powinien stać pod znakiem wstępnego przygotowywania portfeli na kolejny rok, co sprowadzać się może do redukcji zaangażowania w silniejszych dotychczas blue chipach i budowania pozycji w przecenionych maluchach. Sam początek roku wraz z tzw. efektem stycznia powinien faworyzować rynek szeroki, który przecież na samym początku tego roku też radził sobie bardzo dobrze. Dopiero w drugim kwartale publikowane przez spółki słabsze wyniki podcięły mu skrzydła. Podawane aktualnie wyniki za III kw. na przełom jeszcze nie wskazują, ale można znaleźć pozytywne zaskoczenia, które podchwytywane są przez inwestorów. To dobry znak, gdy dobre informacje nie są ignorowane, ale wykorzystywane do zakupów.

Sam indeks sWIG80 w połowie miesiąca spadł do najniższych poziomów od ubiegłego lata i naruszył istotne wsparcie przebiegające na wysokości maksimów z maja 2016 roku oraz minimów sprzed dokładnie roku. Nasz rynek znany jest jednak z wysyłania fałszywych sygnałów technicznych. Naruszone wsparcie uruchomiło bowiem pokłady popytu, a nie podaży. Ponowne wejście we wzrostową fazę nie będzie jednak łatwe, co pokazuje indeks cenowy całego rynku, który równie sprawnie nie odbija, a na dniach nawet poprawił tegoroczne minima. Warto jednak pamiętać, że w nowy rok mniejsze podmioty wejdą z pomocną niższą bazą wynikową. Podobne szczęście w tym roku miały blue chipy, które jednocześnie ten atut zaczynają tracić.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Czy status „korporacji” pomaga w biznesie?

42 proc. Polaków czuje, że w obecnej firmie nie może doskonalić swoich kompetencji, natomiast 64 proc. nie widzi dla siebie szans na awans – takie dane płyną z badania satysfakcji zawodowej Polaków 2016[1]. Syndrom wypalenia zawodowego może być szczególnie widoczny w przedsiębiorstwach o skostniałej strukturze, a to tylko jeden z powodów dlaczego firmy nie chcą pretendować do miana korporacji.  

  1. Droga do zmian – jak stąd do Szanghaju

Pracując w korporacji, kreatywni i otwarci na zmiany ludzie często odczuwają zawodowy zastój. Świeżego ducha i motywację do działania mogą zabić sztywne formalności i długa droga akceptacji – od managerów, po dyrektorów, handlowców, czy działy HR. Jeszcze bardziej kręta ścieżka prowadzi przez korytarze firm, których centrala znajduje się zagranicą, np. w Szanghaju czy Nowym Jorku. Zmiany wewnętrzne, realizacja projektów biznesowych, czy wyjście na rynek z nowym produktem może poprzedzać wielomiesięczne oczekiwanie na decyzje wyższego szczebla. Taka powolność w działaniu, czy nawet wrażenie bezradności zdecydowanie nie jest tym, czego pragną aktywne na rynku firmy. – Jesteśmy Grupą Kapitałową, w skład której wchodzi klika niezależnych spółek. Taki podział umożliwia nam nie tylko funkcjonowanie w oderwaniu od zawiłych, korporacyjnych struktur, ale też lepszą specjalizację w danej dziedzinie, jak np. outsourcing usług IT, rozwój technologii z pogranicza Internetu Rzeczy (IoT), Rozszerzonej Rzeczywistości (AR), czy bioinformatyki. Za tak skrojonym modelem działania przemawia także możliwość szybszego reagowania na potrzeby naszych klientów. Dedykowany zespół ekspertów do danego projektu jesteśmy w stanie wybrać szybciej, niż kiedy działaliśmy w ramach jednej firmy o rozbudowanych działach – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

  1. Wypaleni już na starcie

Niskie wynagrodzenia (41 proc.), nierównomierne obłożenie zadaniami (32 proc.), nadmiar nadgodzin (32 proc.) – to trzy główne czynniki wypalenia zawodowego[2]. Przepracowanie i brak satysfakcji to także wynik złego zarządzania, czy niesprzyjającej kultury miejsca pracy. Choć syndrom „burnout” nie jest obcy przedsiębiorstwom o różniej wielkości, najbardziej z jego powodu cierpią firmy zatrudniające powyżej 2,5 tys. pracowników.

– Pracownicy dużych korporacji to w większości młodzi ludzie, między 20 a 30 rokiem życia. To osoby, którym szczególnie zależy na poczuciu rozwoju kompetencji oraz możliwości sprawdzenia się w różnych sytuacjach i obowiązkach, a zarazem realizacji swoich zainteresowań. Dzięki współpracy Transition Technologies z klientami z różnych krajów, możemy angażować pracowników w międzynarodowe projekty. Dodatkowo zapewniamy im możliwość migracji pomiędzy projektami, tak by mogli zdobywać nowe doświadczenia, rozwijać kompetencje i realizować swoje pasje. W ramach specjalnych akademii z zakresu niszowych technologii tj. Salesforce, Adobe Experiance Manager czy Documentum dbamy o to, by nasi pracownicy mieli poczucie rozwoju – komentuje prof. Konrad Świrski.

  1. Indywidualne podejście to podstawa

Sztywna struktura i formalizacja codziennych stosunków  sprawiają, że korporacje cechuje brak indywidualnego podejścia do pracownika. – Większość naszych pracowników zaczynało karierę w Transition Technologies będąc jeszcze na stażu. W związku z tym wszyscy w firmie bardzo dobrze się znamy, tworzy się też wiele serdecznych relacji. To pozwala na wypracowanie zupełnie innych stosunków pomiędzy zatrudnionymi – bardziej bezpośrednich. Wiedza na temat podległych pracowników pozwala przede wszystkim lepiej wykorzystywać ich potencjał w różnych międzynarodowych projektach. – dodaje prof. Świrski.

Powolne zmiany, wczesne wypalenie zawodowe, aż wreszcie zanik poczucia zespołowości – to właśnie te cechy coraz częściej opisują korporacyjną rzeczywistość. Choć duże firmy rosną i wciąż poszerzają swoje szeregi, chcą być niezmiennie postrzegane jako aktywne i troszczące się o swoich pracowników, dzięki którym ta dobra passa jest możliwa.

[1] Satysfakcja zawodowa Polaków 2016, Sedlak&Sedlak

[2] The Employee Burnout Crisis: Study Reveals Big Workplace Challenge in 2017, Kronos Incorporated i Future Workplace

Mówisz językiem szakala czy żyrafy? O sztuce budowania porozumienia

W każdym z nas jest coś z żyrafy i szakala. W codziennych rozmowach – zawodowych, rodzinnych czy towarzyskich – posługujemy się językami symbolizowanymi właśnie przez te zwierzęta. Co to oznacza dla nas samych i naszych relacji? Jak, mając tego świadomość, budować porozumienie nawet w trudnych sytuacjach?

Szakal w akcji

W codziennym wirze obowiązków, tych zawodowych czy domowych, łatwo o nieporozumienie lub sprzeczkę. Kiedy dochodzi do spięcia, coraz trudniej o wzajemne wysłuchanie i zrozumienie. Zamiast rozmowy o potrzebach i rozwiązaniach pojawiają się krytyczne oceny („jesteś niepoważny”), zarzuty („nie obchodzi cię to, co ja myślę”), naciski („musisz zrozumieć…”) – to znaczy, że do głosu dochodzi szakal. Sprawdźmy na przykładzie, jak działa ten drapieżnik w warunkach biznesowych. Pracownik, któremu przełożony dziękuje za wykonaną pracę, mówi: „Wiesz, z tych podziękowań, to dla mnie nic nie wynika, bo kieszenie mam ciągle puste. To nie pierwszy raz, więc może znalazłaby się dla mnie jakaś podwyżka albo chociaż dobra premia? Życie jest coraz droższe, a wynagrodzenia stoją w miejscu”. W odpowiedzi słyszy: „Uważasz, że już wszystkie rozumy pozjadałeś? Dzisiaj podwyżka, jutro awans? Tu nie ma miejsca na dwóch kierowników! Ja w twoim wieku nie myślałem o szybkiej karierze. Jak zrobisz coś naprawdę sensownego, to możemy porozmawiać, a teraz powinieneś się przede wszystkim uczyć. Musisz zrozumieć, że w tej firmie nie ma nic za darmo. Weź się do roboty”. – Ta wypowiedź to przede wszystkim przekonania, ocena i nacisk właśnie taki sposób komunikowania się, w koncepcji porozumienia bez przemocy Marshalla B. Rosenberga, symbolizuje szakal. Posługiwanie się językiem tego drapieżnika bardzo często eskaluje nieporozumienia i rodzi konflikty. To styl komunikacji oparty na legendach (które niewiele mają wspólnego z faktami), słownym nacisku i wyrażaniu żądań – komentuje Renata Świrydczuk, trener z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Pracownikowi, który usłyszałby taką odpowiedź, będzie trudno przyjąć perspektywę przełożonego, który ma z pewnością swoje powody, by oczekiwać od podwładnych rozwoju umiejętności i dobrze wykonywanej pracy. A przecież można inaczej…

Co na to żyrafa?

W analogicznej do powyższej sytuacji szef posługujący się językiem żyrafy powiedziałby na przykład: „Naprawa, której dokonałeś faktycznie była ważna. Słyszę, że oczekiwałeś za tę pracę premii. Widzę, że ci na tym zależy, dlatego chciałbym z tobą porozmawiać. Zapewnienie sprawności sprzętu jest twoim obowiązkiem, za który otrzymujesz wynagrodzenie. Tym razem usunąłeś tę awarię szybciej niż ostatnio i byłem ciekawy, jak to zrobiłeś. Rozmawiamy o tym, bo chciałbym, żebyśmy wspólnie ustalili zasady i warunki, po spełnieniu których będę mógł cię dodatkowo wynagrodzić. Zależy mi na tym, aby sytuacja dla ciebie i dla mnie była przejrzysta. Może masz jakieś propozycje, co możesz i chcesz robić ponadstandardowo?”. – W tej reakcji nie ma oceny pracownika, jest za to opis sytuacji, próba zrozumienia jego perspektywy i przedstawienie swojej potrzeby – charakterystyczne dla języka żyrafy. Dlaczego właśnie żyrafa? Ma długą szyję, dzięki której widzi więcej – dostrzega fakty w szerszym kontekście. Ma również bardzo sprawne serce, które jest symbolem empatii – podejścia nastawionego na dialog i zrozumienie. Widać to w przytoczonej wypowiedzi, gdy przełożony dostrzega również potrzeby pracownika – zauważa Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland. Przełożony mówiący językiem żyrafy stara się zrozumieć pracownika, ale nie zapomina też o swoich możliwościach. Zrozumienie nie zawsze będzie oznaczało przyjęcie określonej strategii, czyli sposobu realizacji potrzeby, którą proponuje rozmówca. Warto zwrócić na to uwagę, bowiem osobom posługującym się językiem żyrafy często błędnie przypisuje się uległość i brak własnego zdania. Nic bardziej mylnego – one okazują innym ludziom, że są zainteresowane zarówno swoimi, jak i ich potrzebami. Kiedy każdy z rozmówców autentycznie słucha, ale też mówi o tym, czego potrzebuje, wzrasta szansa na porozumienie. Warto przy tym pamiętać, że rozmowa o potrzebie jest czymś innym niż przedstawianie strategii i żądania, czyli pomysłu na to, jak inni mają ją zrealizować. Na przykład osoba, która potrzebuje ciszy, jeśli zakomunikuje to innym w formie strategii: „wyjdźcie stąd natychmiast, bo przeszkadzacie” – może nie dostać od odbiorców tego, czego faktycznie potrzebuje – zrozumienia i spokoju.

„Zaparkuj” swój dialog wewnętrzny i legendy – posłuchaj rozmówcy

W trudnych rozmowach bardzo pomocna jest umiejętność empatycznego słuchania, czyli autentycznego skupienia na rozmówcy, przyjęcia jego perspektywy, dostrzeżenia dobrej potrzeby, nawet jeśli „zapakowana” jest w strategię, na którą nie chcemy się zgodzić. – Trudności w porozumieniu zaczynają się zwykle od braku uważnego słuchania i prowadzenia równolegle dialogu wewnętrznego. Na przykład, gdy w czasie rozmowy myślimy „on mnie w ogóle nie rozumie, jest skupiony tylko na sobie” – trudno nam będzie zrozumieć położenie rozmówcy. „Zaparkujmy” ten dialog wewnętrzny, żeby posłuchać. Za chwilę wrócimy, do tego co jest ważne dla nas. Kolejnym utrudnieniem w budowaniu porozumienia jest kierowanie się przekonaniami, opowiadanie sobie legend i snucie domysłów. W efekcie nasze emocje, które powstają pod wpływem interpretacji, choć prawdziwe, nie zawsze będą adekwatne do faktów czy intencji rozmówcy. Chroniąc siebie, próbujemy zawalczyć o nas samych i skupiamy się na wyrażaniu gotowych strategii, czyli pomysłów na to, co inni powinni zrobić, żeby nasza potrzeba była zrealizowana – tłumaczy Renata Świrydczuk.

Jeśli potrafimy wprost i z szacunkiem wyrażać swoje myśli, emocje oraz potrzeby i jednocześnie jesteśmy otwarci na myśli, emocje i potrzeby naszego rozmówcy, to możemy dotrzeć do tego, co jest istotne nie tylko dla innych, ale i nas samych. W wyniku takich rozmów często okazuje się, że oczekiwana początkowo strategia nie jest jedyną, która prowadzi do zaspokojenia danej potrzeby. Wtedy obie strony mają szansę znaleźć inny sposób, który jest możliwy do zaakceptowania przez każdą z nich. – Warto sprawdzać, czy nawet za zachowaniami – strategiami, które nas denerwują, nie kryją się dobre intencje i potrzeby naszego rozmówcy. Dla przykładu, pod strategią polegającą na ciągłym przerywaniu wypowiedzi może leżeć chęć bycia zauważonym i zrozumianym. Czy jest w tym coś złego, że chcemy być ważni dla innych? Szerokie spojrzenie żyrafy, która poszukuje prawdziwej potrzeby, może nam pomóc w nawiązaniu autentycznego kontaktu z rozmówcą. Gdy przyjmiemy perspektywę drugiej osoby, jej też łatwiej będzie zrozumieć nasze położenie – wyjaśnia Renata Świrydczuk.

Nie walcz, tylko powiedz, czego potrzebujesz

Warto pamiętać też o tym, że jednym z powodów tego, że nasze prośby nie są spełniane, może być ich niejasne wyrażanie. – Zanim zaczniemy walczyć o „swoje” warto zadać sobie pytanie: o co ważnego chcę zadbać dla siebie i jak o to poprosić innych. Nawiążmy kontakt sami ze sobą, aby sprawdzić, czego naprawdę potrzebujemy i mówmy o tym otwarcie. Na przykład, zamiast: „jakoś dziwnie to tłumaczysz, niczego nie można zrozumieć”, powiedzmy: „zależy mi na tym, żeby cię dobrze zrozumieć”. Słowa mają znaczenie. Gdy prowadzimy rozmowę w języku żyrafy, zwiększamy szansę na to, że dostaniemy dokładnie to, czego potrzebujemy. Nasza uwaga i energia będzie wówczas skupiona na budowaniu autentycznego porozumienia i wzajemnej pomocy w realizacji codziennych obowiązków – podsumowuje Renata Świrydczuk z Integra Consulting Poland.

Osłabienie złotego pomimo świetnych danych o PKB, inflacja zatrzyma tę wyprzedaż?

Najszybszy od prawie 6 lat wzrost gospodarczy w Polsce, a jednocześnie jeden z najlepszych wyników w Unii Europejskiej, nie przekonał inwestorów. Złoty w czwartek traci na wartości. Tę przecenę mogą jeszcze powstrzymać dane o inflacji.

W III kwartale polska gospodarka rozwijała się w tempie najszybszym od ostatniego kwartału 2011 roku. Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB) przyspieszyła do 4,9 proc. z 4 proc. w II kwartale br. To wynik lepszy niż wskazywały na to wstępne szacunki (4,7 proc.) i lepszy od rynkowych prognoz (4,7 proc.). To też jeden z najwyższych wzrostów PKB w całej Unii Europejskiej.

Roczna dynamika Produktu Krajowego Brutto (PKB)

pl_pkb_waluteo_30102017
Źródło: GUS

Wzrost gospodarczy w Polsce niezmiennie napędza konsumpcja (4,8 proc. R/R). Zaczęły też odbijać inwestycje (3,3 proc. R/R wobec 0,9 proc. w II kwartale), ale wciąż ich dynamika jest gorsza od prognoz (4,5-5 proc. R/R). Pocieszać można się natomiast tym, że w kolejnych kwartałach będą one dalej rosnąć, stanowiąc jeden z ważnych silników wzrostu. Skąd więc takie przyspieszenie PKB? Dołożył się do tego eksport netto, czyli nadwyżka eksportu na importem, co przełożyło się na wzrost PKB o 1,1 proc. proc.

Świetne dane o PKB (nawet pomimo narzekania na inwestycje), które sugerują wzrost gospodarczy w całym 2017 roku na poziomie 4,3-4,4 proc., nie zdołały przełożyć się na umocnienie złotego. Wręcz przeciwnie. Złoty od rana traci na wartości w relacji do głównych walut.

O godzinie 13:14 za euro trzeba było zapłacić 4,2050 zł (4,1995 zł tuż przed publikacją danych o PKB przez GUS), co oznacza wzrost o 0,2 gr w stosunku do wczorajszego zamknięcia. Dolar drożeje o 0,5 gr do 3,5505 zł (3,5455 zł przed danymi), szwajcarski frank jaki jedyny tanieje o 0,5 gr do 3,5960 zł (3,5973 zł), a brytyjski funt drożeje o o 2 gr do 4,7763 zł (4,7702 zł).

Osłabienie złotego nie jest jednak następstwem rozczarowania wynikiem inwestycji, czy też realizacją zysków po świetnych danych o PKB (na zasadzie kupuj plotki, sprzedaj fakty), ale sytuacji na rynkach globalnych. Złotemu ciąży spadek notowań EUR/USD, przy jednoczesnym słabszym zachowaniu innych walut regionu (m.in. węgierskiego forinta). Może to też być związane z końcówką miesiąca i realizacją zysków na złotym.

Obserwowane w czwartek osłabienie złotego nie rozstrzyga jeszcze o losach dzisiejszego dnia. O godzinie 14:00 inwestorzy będą musieli bowiem jeszcze zmierzyć się z jedną ważną niewiadomą. Danymi o listopadowej inflacji w Polsce.

Rynek oczekuje, że wysokie ceny żywności i paliw podniosły wskaźnik inflacji do 2,3 proc. w relacji rocznej z 2,1 proc. w październiku. Nie jest jednak wykluczone, że wzorem Niemiec, inflacja okaże się wyższa od prognoz i wzrośnie do 2,4 proc. To zaś mogłoby zwiększyć u niektórych uczestników rynku oczekiwania na wcześniejszą, niż w zakładanym obecnie ostatnim kwartale 2018 roku, podwyżkę stóp procentowych w Polsce. Tym samym takie dane powinny wesprzeć złotego, niwelując jego  przedpołudniowe osłabienie. Szczególnie, że w piątek kolejnym wsparciem mogą okazać się dane nt. indeksu PMI dla polskiego przemysłu.

Ten kij w postaci danych o inflacji ma jednak dwa końce. Niższa od rynkowych prognoz listopadowa inflacji złotego dodatkowo przeceni, uświadamiając jednocześnie inwestorom, że wszystkie dobre wieści z polskiej gospodarki są już zwarte w cenach, a spodziewane w kolejnych miesiącach obniżenie dynamiki inflacji (z uwagi na efekt bazy), będzie złotemu ciążyć.

Niezależnie od tego jakie dziś i jutro dane napłyną z gospodarki, na wykresach polskich par można dostrzec pewien przełom, sugerujący zakończenie dobre passy złotego. Widać to przede wszystkim na wykresie dziennym EUR/PLN, gdzie wczoraj miał miejsce zwrot ze strefy popytowej 4,19-4,20 zł, jaką m.in. tworzy lokalny dołek z lipca br.

Aktualny układ sił na wykresie EUR/PLN sugeruje rosnące prawdopodobieństwo wzrostów w kierunku 4,22 zł, gdzie podwójną barierę podażową tworzy dolne ograniczenie niedawnej miesięcznej konsolidacji 4,22-4,2550 zł oraz linia łącząca szczyt z końca września i połowy listopada br. Tam też się rozstrzygnie co dalej. Czy EUR/PLN zawróci do 4,19-4,20 zł? Czy jednak ruszy ku 4,25-4,2550 zł, a końcówka roku upłynie pod znakiem osłabienia rodzimej waluty. Przyjmując, że grudzień będzie należał do dolara, wspieranego przez reformę podatkową w USA i spodziewaną w grudniu podwyżkę stóp procentowych przez Fed, to jednocześnie mocny dolar będzie oznaczał odpływ kapitałów z rynków wschodzących, a więc i osłabienie złotego. Dlatego też na tę chwilę test 4,25 zł jest bardziej prawdopodobny niż 4,19 zł.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily (1)

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, Główny Analityk WALUTEO

Akceleracja przyspiesza rozwój start-upów

Statystycznie tylko 1 na 10 start-upów odnosi sukces. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak możliwości przetestowania pomysłów w warunkach rynkowych. Sposobem na wyższą skuteczność są programy akceleracyjne typu Scale Up. Akcelerator IDEA Global przewiduje na przykład skuteczność wdrożenia na poziomie 60-80% wspieranych projektów.

Jak wynika z raportu Deloitte z 2016 roku, polski ekosystem startupów oferuje relatywnie dobre warunki rozwoju na początkowym etapie działalności, kiedy tworzone są ogólne koncepcje przekształcane w pomysły biznesowe. Sytuacja wygląda jednak gorzej w fazie wdrażania rozwiązań i pozyskania partnerów biznesowych. To moment, gdy młodzi przedsiębiorcy, którzy poświęcili już czas i pieniądze, nie otrzymują często wystarczającego wsparcia, pozwalającego przekuć ich pomysły na realny biznes. W takich warunkach innowacyjne inicjatywy często spowalniają albo zostają całkowicie zatrzymane.

Szanse na udany start-up

Swoista moda na start-up jako formę promowania i rozwoju pomysłów biznesowych nie ma bezpośredniego przełożenia na liczbę wdrożeń. Jak podaje portal MamBiznes.pl, aż 25% polskich start-upów upada w ciągu pierwszego roku istnienia, natomiast w drugim – nawet 40%. Ryzyko inwestycyjne nie jest możliwe do wyeliminowania. Jest ono niejako wpisane w definicję startupu, gdyż ten model biznesowy bywa określany jako wdrażanie produktu lub rozwiązania w warunkach ekstremalnej niepewności. Można jednak zredukować to ryzyko, dzięki wsparciu doświadczonych przedsiębiorców, którzy pomogą uniknąć błędów i pułapek stojących na drodze rozwoju firmy.

Przyczyn niepowodzenia startupu może być wiele. Najczęściej wymienia się brak rzeczywistego popytu na produkt, nieprzemyślane wydatki, brak umiejętności organizacyjnych oraz złą współpracę zespołu. Są to powody wynikające przede wszystkim z braku umiejętności prowadzenia firmy, a nie chybionych koncepcji produktów. Z drugiej strony, nawet najlepsze pomysły, jeżeli nie są odpowiednio rozwijane, mogą się okazać mało wartościowe z rynkowego punktu widzenia.

Inkubacja czy akceleracja?

W inkubatorach biznesu osoby z innowacyjnymi pomysłami mogą zdobyć podstawowe wsparcie doradcze i organizacyjne oraz postawić pierwsze kroki w stronę założenia własnej firmy. To idealne miejsce dla tych, którzy myślą o rozpoczęciu działalności gospodarczej, nawet jeżeli nie mają sprecyzowanego modelu biznesowego czy w pełni dopracowanego pomysłu. Inkubator daje możliwość szlifowania koncepcji, wskazuje kierunki, stara się inspirować do działania.

Akceleracja pomysłów biznesowych przeznaczona jest dla tych inicjatyw, które wykonały już pierwsze kroki w kierunku wdrożenia pomysłu. Wprowadzane rozwiązanie nie może być wyłącznie ideą, ale nie musi też być ukończone – wystarczy prototyp. Dzięki wsparciu akceleratora młodzi przedsiębiorcy mogą testować i rozwijać swój produkt pod okiem ekspertów. To także platforma otwierająca drzwi do siedzib dużych partnerów biznesowych oraz ułatwiająca dostęp do potencjalnych klientów.

Inkubacja i akceleracja, chociaż są zbieżne w kilku punktach, nie stanowią dla siebie konkurencji, a raczej uzupełnienie. Osoba rozpoczynająca swoją przygodę z biznesem zdobędzie w inkubatorze wiedzę i umiejętności niezbędne na starcie, co w przyszłości może zaowocować realizowaniem konkretnych pomysłów. Akceleracja ma na celu rozwinięcie idei, przetestowanie jej oraz przygotowanie do wdrożenia. Obie platformy wspierają więc startupy, ale na innych etapach ich ścieżki rozwoju.

Nie tylko branża IT

Chociaż startupy kojarzą się przede wszystkim z branżą IT, to ten model rozwoju biznesu sprawdza się w również w innych gałęziach gospodarki. Przykładami mogą być biotechnologia i przemysł chemiczny. Rozwijanie startupów z tych obszarów jest skomplikowane, ponieważ wymaga specjalistycznej wiedzy, zaawansowanej infrastruktury oraz kosztownych badań. W sposób szczególny mogą one zyskać na uczestnictwie w procesie akceleracji. Młodzi przedsiębiorcy otrzymują nie tylko wsparcie finansowe czy merytoryczne, ale również dostęp do zaplecza laboratoryjnego dużych firm. Pozwala to na zminimalizowanie ryzyka tworzenia produktów nieadekwatnych do potrzeb, które nie zostały wcześniej przetestowane w warunkach zbliżonych do rzeczywistych.

Dobrym przykładem udanej współpracy tego rodzaju jest startup oferujący innowacyjny produkt o nazwie LifeGel. Otrzymał on możliwość testowania i ulepszania koncepcji proponowanej przez młodych naukowców w specjalistycznych laboratoriach firmy Olimp Labs. LifeGel pozwala na prowadzenie hodowli komórkowych w warunkach 3D. Do tej pory proces hodowli odbywał się w płaskim środowisku, co ograniczało jego przydatność. Trójwymiarowa przestrzeń zwiększa jakość przeprowadzanych badań, a co za tym idzie – możliwości testowania nowych leków. Obecnie trwają prace nad wdrożeniem lifegel-u, który jest już praktycznie gotowy.

Jak twierdzi Marcin Krzykawski, jeden z twórców wynalazku, uczestnictwo w Akceleracji ułatwia wejście na rynek: – Mając produkt uczymy się w jaki sposób może on zaistnieć na rynku i jak przekonać do tego ludzi, aby później w efekcie po kilku krokach mogło to dać pozytywne wyniki w postaci lepszych leków. Ważną korzyścią z uczestnictwa w programie akceleracyjnym IDEA Global jest to, że współpracujemy z dużym przedsiębiorcą. Naszym największym wyzwaniem było znalezienie klienta, który będzie chciał zaryzykować, bo jest to nowy i kosztowny produkt – mówi Krzykawski. – Dzięki udziałowi w programie akceleracyjnym IDEA Global dostaliśmy kontakt do osoby decyzyjnej u dużego przedsiębiorcy. To był dla nas bardzo ważny moment. Udowadniając, że potrafimy opracować zaplanowany produkt we współpracy z partnerem, podnosimy naszą wiarygodność, co ułatwia nam wejście na rynek. Akcelerator IDEA Global pozwolił nam nawiązać ten pierwszy kontakt, wsparł nas również finansowo i doradczo – dodaje jeden z twórców LifeGel.

Możliwość przetestowania rozwiązań w praktyce otrzymał również startup Beahive.be, którego partnerem została sieć sklepów sprzedaży detalicznej SPAR. Startup oferuje system służący do lokalizacji ludzi i obiektów przemieszczających się na określonej przestrzeni. Wykorzystuje on technologię Beacon. Rozwiązanie znajdzie zastosowanie m.in. w sklepach wielkopowierzchniowych, gdzie poprzez analizowanie aktywności klientów przyczyni się do optymalizacji rozmieszczenia towarów oraz układu architektonicznego obiektu.

Mateusz Gronkowski, pomysłodawca rozwiązania, oprócz wsparcia finansowego, docenia także pomoc organizacyjną i merytoryczną: – W ramach Akceleratora IDEA Global szczególnie istotna była możliwość korzystania z dodatkowych usług szkoleniowych oraz mentorskich. Przydatne okazały się warsztaty sprzedażowe, dzięki którym dowiedzieliśmy się jak skalować sprzedaż, oraz spotkania dotyczące rozwijania produktów i systemów. Mentorzy z Akceleratora wspierali nas również w rozmowach z Partnerem.

Akcelerator IDEA Global jest inicjatywą firmy Ideo sp. z o.o. funkcjonującej od 18 lat w branży projektów internetowych. Realizowany jest we współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości, w ramach rządowego programu Start In Poland. W zakończonej, I turze akceleracji wsparto rozwój 10 projektów, z których 8 jest obecnie w fazie wdrożenia. W trwającej II turze IDEA Global uczestniczy 11 kolejnych projektów. Wśród partnerów wspierających platformę znajdują się m.in.: Autosan, Aviva, Kirchhoff Automotive, mBank, Microsoft, Olimp Labs, Orange, Play, Spar. Informacje o akceleratorze i wspieranych projektach dostępne są na stronie ideaglobal.pl.

Zmiany w Zarządzie Dyrekcji Handlowej Intermarché

We wrześniu br. stanowisko Prezesa w strukturach Dyrekcji Handlowej Intermarché objął Maciej Ćwikliński. Funkcję tę przejął po Hannie Olech. Dotychczasowa Prezes SCA PR Polska, została powołana do Zarządu ITM Polska.

Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy
Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy

Nowy Prezes SCA PR był od lutego br. członkiem Zarządu Dyrekcji Handlowej Intermarché. Wcześniej, od marca 2015 r. pełnił funkcję członka Zarządu spółki IMMO Muszkieterowie Polska,  która odpowiada za ekspansję Grupy Muszkieterów tj. pozyskiwanie terenów oraz budowanie obiektów sklepowych. Pracował również jako szef Pozyskiwania Nowych Lokalizacji w Regionie Zachód, a swoją karierę w strukturach centralnych Grupy Muszkieterów zaczął od stanowiska w Dziale Zakupów oraz Dziale Marketingu Intermarché.

Grupa Muszkieterów daje ogromne możliwości rozwoju zawodowego. Dzięki wytrwałości i doskonaleniu swoich kompetencji pokonujemy drogę od właściciela sklepu do funkcji zarządczych w centrali. Wierzę, że szeroka i praktyczna wiedza o handlu, którą nabyłem przez lata pracy, pozwoli mi wdrożyć nowoczesne rozwiązania biznesowe oraz dalej wspierać rozwój Grupy i jej współpracowników – mówi Maciej Ćwikliński, Prezes Dyrekcji Handlowej Intermarché, właściciel sklepu Intermarché w Słupcy.

Unikalny model franczyzowy Grupy Muszkieterów sprawia, że każdy franczyzobiorca nie tylko decyduje o kierunkach rozwoju swojej placówki handlowej. Ma on również istotny wpływ na działalność całej sieci, pełniąc funkcje zarządcze w centrali Grupy. Konsekwencją takiego modelu biznesowego jest to, że kluczowe stanowiska w strukturach firmy zarezerwowane są dla franczyzobiorców i to właśnie oni podejmują decyzje o strategicznych kierunkach rozwoju Muszkieterów.

Finlandia – kraj ekologicznych i inteligentnych rozwiązań tworzących przestrzenie przyjazne do życia

Fińskie ekologiczne budownictwo wprowadza nowy wymiar do skandynawskiego designu. Surowy klimat i brak własnych paliw kopalnych zmotywowały fińskie firmy do stworzenia całej gamy materiałów i technologii budowlanych nowej generacji. Niektóre z nich zostały zaprezentowane podczas wystawy i konferencji Building Green 2017 w Kopenhadze.

Dziś coraz częściej wykorzystuje się biomasę drzewną do produkcji ekologicznych materiałów budowlanych, wnętrzarskich i izolacyjnych. W Finlandii powstało wiele innowacyjnych technologii i produktów tego rodzaju wykorzystujących włókno drzewne. Jednym z przykładów innowacji ekologicznych jest powłoka izolacji akustycznej w sprayu. Innym – lekkie panele ścienne. Stworzono tu również umywalkę z kompozytu drzewnego o dużej twardości.

Nasza przewaga polega na połączeniu doskonałej znajomości biomateriałów z najwyższej klasy wzornictwem. Dzięki temu możemy tworzyć nowe, przyjazne dla środowiska i atrakcyjne estetycznie produkty – powiedziała Pia Qvintus, dyrektorka programowa w Finpro.

Inteligentne budynki ratunkiem dla klimatu

Na całym świecie budynki odpowiadają za znaczną część emisji CO2, dlatego w zapobieganiu ociepleniu klimatu duże znaczenie będą miały technologie budowlane, a w szczególności idea inteligentnych budynków.

Wyzwania, jakie przed nami stawia życie, wymagają nowych rozwiązań w budownictwie. W Finlandii wiemy o tym świetnie. Nasze firmy mają szeroką ofertę technologii pozwalających połączyć efektywność energetyczną i niskie koszty cyklu życia mieszkań z komfortem – zadeklarował Petri Lintumäki, dyrektor programowy w Finpro.

  • Poniżej prezentujemy niektóre z innowacyjnych rozwiązań dla budownictwa, które fińscy wystawcy pokazali podczas wystawy Building Green 2017 w Kopenhadze:

Lumir

W firmie Lumir opracowano nową metodę wewnętrznej izolacji akustycznej. Rozpylana izolacja z włókien biologicznych tworzy gładką powłokę, którą można stosować w budynkach nowych i starych. Jest wytrzymała, ognioodporna i nie zawiera szkodliwych włókien szklanych ani lotnych związków organicznych.

www.lumir.fi

Wall+

W firmie Wall+ opracowano i wyprodukowano lekkie panele ścienne i meblowe CompoFIBER składające się wyłącznie z materiałów biologicznych, czyli z włókien drzewnych. Można je dopasowywać do różnych zastosowań i poddawać recyklingowi. Odpowiedni dobór materiału drzewnego i nowa technologia modelowania pozwoliły uzyskać produkt unikatowy, od trzech do sześciu razy lżejszy od produktów konkurencji.

www.wallplus.fi

Woodio

Woodio Oy to fiński start-up powstały w 2016 roku. Firma opatentowała i wprowadziła na rynek nowy wodoodporny kompozyt drzewny o dużej twardości, z którego można tłoczyć rozmaite formy. Nadaje się on do masowej produkcji umywalek i innych elementów hydrauliczno-sanitarnych, a także dachówek i paneli ściennych. Jest to produkt ekologiczny, w całości poddający się recyklingowi.

www.woodio.com

Itula

Itula Oy to fińska firma rodzinna specjalizująca się w projektowaniu przyjaznych dla środowiska, energooszczędnych systemów grzewczych i chłodniczych. Jednym z takich rozwiązań jest ItuGraf, przepływowy panel ogrzewający i chłodzący nowej generacji. ItuGraf to ekologiczny produkt pozwalający oszczędzać energię i ułatwiający kontrolę temperatury wnętrz. Jego wymiary sprawiają, że z punktu widzenia architekta jest elementem łatwym do zainstalowania w każdym pomieszczeniu. Panele ItuGraf są produkowane przy zachowaniu najwyższych standardów jakości.

www.itula.fi

SmartWatcher

SmartWatcher to fiński start-up, który stworzył profesjonalny system całodobowego monitorowania jakości powietrza w pomieszczeniach. System działający w modelu IoT (internet rzeczy) składa się z dwóch elementów. Pierwszy to zespół czujników kontrolujących na bieżąco jakość powietrza, drugi zaś to serwis udostępniający dane przechowywane w cyfrowej chmurze. Użytkownicy mogą programować alarmy informujące o przekroczeniu dopuszczalnych stanów. System można uzupełnić o bezprzewodowy czujnik powiadamiający na bieżąco o zmianach ciśnienia.

www.smartwatcher.fi

Nuuka Solutions

Nuuka’s Connect & Create Solution oferuje systemy sprawiające, że w budynkach lepiej się żyje i pracuje, a zarazem ograniczające negatywny wpływ ich funkcjonowania na środowisko. Nuuka jest jedną z czołowych fińskich firm zajmujących się przetwarzaniem dużych zbiorów danych (big data analytics). Opracowany przez nią program gromadzi wszystkie dane dotyczące budynku na jednym interfejsie, umożliwiając właścicielom oraz użytkownikom budynku analizę i kontrolę jego wydajności energetycznej, jakości powietrza w pomieszczeniach oraz oddziaływanie na środowisko naturalne. Pomaga to nie tylko w bieżącym zarządzaniu budynkiem, lecz także w utrzymaniu jego rynkowej wartości.

www.nuukasolutions.com

Źródło: SPCC/ www.circularbioecofin.com

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych

Opracowano nowy typ wypełnień stomatologicznych imitujący żywe tkanki. Zawiera włókna stosowane w kamizelkach kuloodpornych 4

Coraz większą popularność na świecie zyskuje stomatologia bionaśladowcza. To sposób leczenia prowadzący do zachowania własnych zębów tak długo, jak to możliwe. W tym celu stosuje się włókna polietylenowe, wykorzystywane do tej pory do produkcji kamizelek kuloodpornych. To szansa na przełom w leczeniu zębów. Wypełnienia stają się o wiele bardziej wytrzymałe i trwalsze, a to przekłada się na możliwość jak najdłuższego zachowania własnych zębów, zamiast stosowania np. implantów. W Polsce jak dotąd tylko jedna klinika stosuje tę metodę leczenia.  

– Zbyt dużo dzisiaj poświęca się czasu temu, żeby odtwarzać zęby w postaci implantów czy koron, a zbyt mało kładzie się nacisku na utrzymanie i leczenie własnych zębów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Wiśniewski, właściciel kliniki Naturaldens, stosującej metodę stomatologii bionaśladowczej.

W stomatologii bionaśladowczej są stosowane m.in. materiały kompozytowe oraz specjalne, opatentowane włókna polietylenowe, podobne do tych wykorzystywanych w kamizelkach kuloodpornych. Wypełnienia stosowane do tej pory miały przede wszystkim uzupełnić jedynie kształt zęba, a nie wzmocnić jego wytrzymałość.

– Mamy materiał, który służy do wypełnień, a ten materiał jest wzmocniony włóknami. To powoduje, że jesteśmy w stanie przenieść ogromne siły, które wytwarzają się podczas żucia zębami z bardzo cienkich ścianek, które pozostają po opracowaniu zęba, po zniszczeniu części struktur przez próchnicę, na materiał wypełniający oraz na korzenie zęba. W związku z tym cała struktura znacznie lepiej się trzyma i znacznie dłużej trwa –  podkreśla stomatolog.

Tradycyjne wypełnienie zęba wytrzymuje zazwyczaj do 7 lat. Nowa metoda pozwala wydłużyć ten czas nawet trzykrotnie. Zaletą tej formy leczenia mają być również znacznie niższe koszty, niż w przypadku zabiegów do tej pory szeroko stosowanych. W porównaniu do tradycyjnych wypełnień, leczenie w Polsce z wykorzystaniem nowej metody jest prawie dwa razy droższe. Jednak jak przekonuje stomatolog, biorąc pod uwagę większą ich trwałość – w dłuższej perspektywie się opłaca.

– Wszystkie koszty z tym związane typu korony, leczenie kanałowe czy stosowanie implantów i potem odbudowy na tych implantach są odsuwane w czasie albo w ogóle tego unikamy, w związku z czym koszty ponoszone przez pacjenta są minimalizowane – przekonuje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z badania Ministerstwa Zdrowia zrealizowanego w ramach programu „Monitoring Zdrowia Jamy Ustnej”, próchnicę zębów ma 99,9 proc. Polaków w wieku 35-44 lat. Ten problem dotyka również ponad 90 proc. dzieci i nastolatków w naszym kraju. Strach przed dentystą dotyczy wielu osób. Część z nich paraliżuje do tego stopnia, że wizyta u stomatologa to dla nich ostateczność.

– Cały przemysł stomatologiczny idzie w kierunku jak najlepszych materiałów do robienia koron, coraz lepszych materiałów implantologicznych, technik, diagnostyki – to powinno zostać, tyle tylko, że nie powinniśmy od tego zaczynać i to nie powinno być bardzo często pierwszym sposobem leczenia zębów pacjenta – apeluje Paweł Wiśniewski.

Jak wynika z raportu Research and Markets, globalny rynek stomatologii protetycznej warty jest obecnie 15,6 bln dolarów. Do roku 2022 ma rosnąć średniorocznie w tempie 6,4 proc., by osiągnąć wartość 21,3 bln dolarów.