Spokój na rynkach

Ostatnie dni na rynkach przypominają trochę ciszę przed burzą. Dane makroekonomiczne nie budzą większych niespodzianek, a ich wpływ nie jest tak istotny, jak nadchodzących wydarzeń w USA i Wielkiej Brytanii.

Inflacja za oceanem

Wczoraj poznaliśmy dane o wzroście cen w USA. W ujęciu rocznym zgodnie z oczekiwaniami inflacja przyspieszyła do poziomu 1,4%. Jest to mniej więcej taki poziom, przy którym można śmiało powiedzieć, że mogłaby pozostać w tych okolicach i ani jakiś szczególny wzrost, ani spadek nie jest szczególnie pożądany. Dużym zaskoczeniem była jednak reakcja rynków, gdzie wczorajsze popołudnie zakończyło się wyraźnym przeniesieniem zainteresowania z euro na dolara.

Dane z Japonii

Poranek nie był łatwy dla jena japońskiego. Opublikowane dane na temat produkcji przemysłowej nie zachwyciły rynków. W skali roku jest to spadek aż o 13,8%. To jakby nie produkowano co 7 rzeczy niemal względem zeszłego roku. Analitycy spodziewali się 0,5% mniej, ale warto zwrócić uwagę, że miesiąc temu było jeszcze gorzej. Jen przyjął te wiadomości zwiększoną zmiennością od rana, ale utrzymał wartość.

Dane z Unii bez niespodzianek

Poznaliśmy dane o produkcji przemysłowej z Unii Europejskiej. Spada ona o 7,2%, wynik ten jest zgodny z oczekiwaniami, co biorąc pod uwagę znajomość danych cząstkowych nie jest szczególną niespodzianką. Kurs euro przyjął tę wiadomość w miarę neutralnie utrzymując się względem dolara na najniższych poziomach od ponad tygodnia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Czy to na pewno dobry moment, aby zainwestować w złoto?

Złoto od początku roku zdrożało o prawie 25% (+1 418,11 PLN). Przyczyną takich zmian jest kryzys gospodarczy spowodowany pandemią COVID-19. Inwestorzy zadają sobie pytanie, czy jest to bańka spekulacyjna, czy realnie uzasadniony wzrost wartości tego aktywa. Ekspert firmy Tavex wyjaśnia, czy to na pewno dobry moment, aby zainwestować w złoto.

Dawna bańka spekulacyjna

Pierwsze półrocze 2020 roku minęło pod znakiem rosnących cen złota. Osiągnęły one swoje historyczne maksima w wielu walutach. Ostatnio taką sytuację odnotowano w momencie wielkiego kryzysu finansowego, który rozpoczął się w 2007 roku od zapaści na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka w Stanach Zjednoczonych, gdy upadłość ogłosił jeden z największych banków inwestycyjnych. Według danych Światowej Rady Złota w latach 2003-2011 roczne zapotrzebowanie na złoto wzrosło z około 2600 ton aż do mniej więcej 4700 ton.

Po tych burzliwych latach ceny kruszcu zaczęły spadać, a następnie ich poziom się ustabilizował. Przykład ten pokazuje, że pomimo ogromnych wzrostów, a następnie względnego spokoju w notowaniach, wartość kruszcu nie spadła do niskich poziomów, które mogłyby uszczuplić portfele jego posiadaczy.

Analiza wartości złota w trakcie światowych kryzysów gospodarczych jasno wskazuje, że lokowanie oszczędności w tym królewskim kruszcu jest uważane za zabezpieczenie przed spadkiem wartości pieniądza – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Czy złoto może błyszczeć jeszcze jaśniej?

Po chwili oddechu na rynkach inwestycyjnych ponownie zadajemy sobie pytanie, czy pandemia i wybory w USA doprowadzą do wyznaczenia nowej, rekordowej ceny złota. Czy będziemy mieć znowu powrót gorączki złota wywołanej niepewnością na rynkach? Na razie zwyżki są relatywnie niewielkie, ceny utrzymują się na stałej pozycji 1900 USD +/- 2%. Chwilowe zmniejszanie zainteresowania w tym sektorze wynikało najprawdopodobniej ze zróżnicowanych doniesień związanych z amerykańską polityką i gospodarką.

Ceny złota mają ograniczony potencjał spadkowy ze względu na status tzw. bezpiecznej przystani. Jednak nadal utrzymująca się siła dolara nie pozwala kruszcowi powrócić do maksimów, które obserwowaliśmy w pierwszych kwartałach 2020 roku – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. W kontekście kilkumiesięcznej niepewności ekonomicznej można by przypuszczać, że hossa na rynku złota nie potrwa długo – nic bardziej mylnego. Popyt na ten kruszec w najbliższym czasie pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe, przyczyną są oczywiście niskie stopy procentowe. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Najprawdopodobniej coraz większa grupa inwestorów będzie zainteresowana kruszcem – dodaje.

Inwestowanie w złoto pozostanie bezpieczne, nawet w czasie niepokoju oraz dekoniunktury na giełdzie ochroni nasz kapitał. Jest świetną lokatą w perspektywie długoterminowej. Przenosi wartość pieniądza w czasie, dzięki czemu zabezpiecza jego siłę nabywczą.

Rok 2020 nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wzrost liczby zachorowań na koronawirusa ponownie wprowadza niepokój na rynki inwestycyjne, który stymuluje wycenę złota. W najbliższym czasie popyt inwestycyjny powinien nadal płynąć do złota, a gdy sytuacja na świecie się ustabilizuje, kruszec będzie chronił osoby, które zdecydowały się ulokować w nim swój majątek.

Hakerzy atakują handel w sieci

Epidemia COVID-19 zmusiła wielu sprzedawców detalicznych do zamykania swoich sklepów stacjonarnych – zarówno z powodu regulacji, jak i mniejszego zainteresowania handlem tradycyjnym. Część z nich zdecydowała się na krok w kierunku handlu internetowego, co związane było z towarzyszącym epidemii lawinowym wzrostem zakupów online. Opracowany przez Adobe raport Digital Economy Index wykazał, że tylko w USA zakupy online w maju 2020 wynosiły 82,5 miliarda dolarów, co oznacza wzrost aż o 77% rok do roku!

W nowych realiach rynkowych większość detalistów zdecydowała się przenieść swój biznes do Internetu, jednocześnie opierając infrastrukturę swoich sklepów na coraz popularniejszej chmurze. Najczęściej wybieranymi dostawcami wciąż są światowi pretendenci – Amazon, Azure i Google Cloud. Zmiana organizacji pracy postawiła przed nimi jednak inne wyzwania, w tym bezpieczeństwo cybernetyczne ich dzialności.

Okazuje się bowiem, że aplikacje do obsługi tego typu biznesu znacznie ewoluowały, a ich rozproszenie na wiele typów technologii i platform chmurowych spowodowało, że są one bardziej niż kiedykolwiek narażone na luki w zabezpieczeniach. Raport w sprawie naruszenia danych firmy Verizon. wykazał, iż ataki na serwery aplikacji internetowych stanowiły prawie 75% włamań do zasobów w całym ubiegłym roku (w 2017 roku było to 50%). Zdaniem ekspertów większość prób naruszenia handlu detalicznego odbywa się właśnie w chmurze.

Dodatkowo część istniejących rozwiązań zabezpieczających zapewnia jedynie ograniczoną ochronę przed zagrożeniami w chmurze, a małym przedsiębiorcom często brakuje wiedzy specjalistycznej potrzebnej do ulepszenia procesów bezpieczeństwa i zgodności. Według raportu Check Point 2020 Cloud Security Report, 82% badanych firm stwierdziło, że ich tradycyjne rozwiązania bezpieczeństwa nie działają, albo zapewniają jedynie ograniczone funkcje w środowiskach chmurowych. W 2019 roku aż 66 procent firm miało problemy z bezpieczeństwem w chmurze, co wskazuje na rosnącą lukę w zabezpieczeniach chmury w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

W ostatnich miesiącach byliśmy świadkami poważnych incydentów bezpieczeństwa z udziałem dostawców usług chmury publicznej. W lipcu 2020 roku Blackbaud, dostawca usług w chmurze dla organizacji non-profit, edukacyjnych i zdrowotnych, wykrył i zatrzymał atak ransomware, ale został zmuszony do zapłacenia okupu po tym, jak hakerzy zagrozili opublikowaniem skradzionych podczas ataku informacji o klientach. W czerwcu 2020 r. wykryto z koeli poważną lukę w platformie Cloud Director firmy VMWare. Usterka, która mogła umożliwić atakującemu uzyskanie dostępu do poufnych informacji, została spowodowana nieprawidłową obsługą danych wejściowych do Cloud Director.

„From Headcount to Skill Count” – zarządzanie talentami w nowej rzeczywistości

W czasie pandemii zapotrzebowanie na nowe umiejętności wzrosło. 86% firm uważa rosnącą lukę talentów za przeszkodę dla swojego biznesu[1]. Tymczasem ponad 40% liderów HR nie wie, jakie umiejętności posiadają ich pracownicy[2]. Efektywne zarządzanie zdalnymi, zdywersyfikowanymi zespołami wymaga dobrego poznania własnego zespołu i prawdziwego zarządzania zdolnościami specjalistów – to może oznaczać „być lub nie być” dla firmy. Raport Talent Alpha „From Headcount to Skill Count” przygotowany wspólnie z globalnymi partnerami Everest Group, Global Sourcing Association, Global Technology & Business Services Council, Pro Progressio, firmą EPAM Systems, Venture L oraz Transformant podpowiada jak zmienić podejście do zarządzania ludźmi, by w pełni wykorzystywać ich potencjał w nowej rzeczywistości.

Covid-19 i przyspieszona cyfryzacja zmieniły świat pracy. Firmy muszą zwiększać efektywność i elastyczność, podczas gdy ich codzienny wpływ na pracowników spada. Specjaliści spędzają trzy razy mniej czasu ze swoimi menadżerami, a zespoły są coraz bardziej zróżnicowane – zarówno pod względem geograficznymi i kulturowym, ale także modelu zatrudnienia (32% firm deklaruje chęć zwiększania wykorzystania zewnętrznych zasobów[3]). Jednocześnie potrzebne są nowe kompetencje, zwłaszcza w obszarze technologii, szybkiego uczenia się i zarządzania własnym czasem i rozwojem.

– W nowej rzeczywistości okres użyteczności umiejętności wynosi mniej niż 5 lat. Wraz z Covid-19 pojawiły się nowe zapotrzebowania na talenty, a transformacja cyfrowa przyspieszyła w zawrotnym tempie. Jeśli dodamy do tego rosnący tech talent gap, to znalezienie odpowiednich pracowników ,,na całe życie’’ i tylko dla siebie staje się niezwykle trudne. Lepiej skupić się na zapewnieniu sobie niezbędnych umiejętności do precyzyjnie określonych zadań w danym czasie. Punktem wyjścia jest dobre rozpoznanie umiejętności twardych i miękkich dostępnych dla danej firmy. W Talent Alpha mówimy o konieczności zbadania genomu talentu organizacji, a następnie wdrożenia mechanizmów szybkiego przeszukiwania i angażowania odpowiednich umiejętności do projektów – mówi Przemek Berendt, CEO Talent Alpha.

Odejście od zarządzania etatami do zarządzania talentami oznacza angażowanie specjalistów do zadań w zależności od ich mocnych stron. To, z jakiego zespołu pochodzi dany pracownik jest mniej istotne niż jego umiejętności – twarde i miękkie, jak i motywacje. Taki model może być źródłem prawdziwej innowacji w dziedzinie HR – niezwykle potrzebnej w organizacjach, gdyż z danych Everest Group wynika, że w ciągu ostatnich 10-15 lat produktywność w firmach zamiast rosnąć spadała. Nowe modele mogą podnosić wydajność pracy, gdyż jedna osoba może być członkiem wielu zespołów zadaniowych, a do konkretnych zadań można wykorzystać nie tylko umiejętności wewnątrz firmy, ale także te z całego jej ekosystemu (Human Cloud). Kluczowe staje się wnikliwe rozpoznanie i pomiar zdolności specjalistów, planowanie oparte na rzetelnych danych i wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do zarządzania talentami, w tym do elastycznego zwiększania i zmniejszania zasobów w zależności od okoliczności

– Ze względu na Covid-19 wielu naszych klientów przyspiesza procesy transformacji cyfrowej w swojej firmie. Gospodarka i wymagania klientów zmieniają się w niezwykłym tempie. Firmy muszą szybko dokonywać zmian w ramach swoich zasobów i uzupełniać je o utalentowanych inżynierów, konsultantów i designerów, w taki sposób, by móc zwiększać lub zmniejszać swoje możliwości w zależności od potrzeby – mowi Larry Solomon, Chief People Officer EPAM Systems.

Zarządzanie talentami jak nigdy wcześniej

W nowej, znacznie bardziej wirtualnej rzeczywistości biura staną się bardziej centrum zarządzania i szkolenia niż codziennej pracy. Specjaliści będą spędzać znacznie mniej czasu ze swoimi menedżerami i zespołami. Będą mocniej motywowani przez precyzyjne cele i wizje sukcesu danego projektu niż przez kulturę firmy. Firmy do osiągnięcia swoich zadań będą coraz chętniej wykorzystywać umiejętności zewnętrzne. Do efektywnej współpracy z różnymi zespołami specjalistów przy różnych zadaniach z różnych miejsc na świecie konieczne będzie wykorzystanie nowoczesnych rozwiązań HRTech (raport opisuje wiele przykładów rozwijających się platform i narzędzi).

– Jednym z wyzwań, które Covid wysunął na pierwszy plan jest sprawne i skuteczne zarządzanie, a także rozwój zdalnych zespołów. Zdalne zarządzanie jest stosunkowo nową umiejętnością. Identyfikacja podstawowych typów osobowości, ich motywacji i barier zaangażowania warunkuje dobrą współpracę, ale jest to umiejętność, którą wielu menedżerów musi jeszcze rozwinąć – komentuje Monique Burns Thompson, Senior Lecturer of Business Administration, Harvard Business School.

Odpowiedzialne firmy staną przed dylematem w jaki sposób inwestować w rozwój swoich talentów. Teraz ważne staje się to, aby uczyć ludzi jak można się efektywnie uczyć, odkrywać i pielęgnować swoje zdolności, a także brać odpowiedzialność za własną karierę i rozwój.

– Uwalniamy siłę w ludziach, obdarzając ich zaufaniem i dając im przestrzeń do wykonania zadań, na których znają się najlepiej. Sprawdza się to w naszej firmie, gdzie budujemy kulturę, którą nazywamy „unbossed” (uwolnioną od szefa)[4]. Liderzy nadają kierunki i zachęcają do działania i nauki, ale jednocześnie umacniają specjalistów do samodzielnego działania i brania – Kristina M. Hardy, Disruptor, Novartis Business Services X Team.

Wyścig z technologią

Przyspieszająca cyfryzacja i brak odpowiednich kompetencji staje się jednym z głównych wyzwań dla firm. Jak wskazuje Everest, 75% organizacji spodziewa się problemów z obsadzeniem ról związanych z IT[5] .

– Tworząc raport „From Headcount to Skill Count” przeanalizowaliśmy światowe dane z rynku technologii. Mimo, że opierają się na różnych metodologiach, w różny sposób definiują talent technologiczny i odnoszą się do różnych punktów w czasie, udało nam się je zbliżyć do wspólnego mianownika. Szacujemy, że międzynarodowa luka (zdefiniowana jako różnica między popytem rynkowym, a obecną liczbą dostępnych specjalistów w sektorze ICT) może wynosić nawet 10 milionów stanowisk globalnie – tłumaczy Mikołaj Zioło z zespołu Talent Science Talent Alpha.

Everest Group opisał w raporcie „From Headcount to Skill Count” cztery globalne trendy wpływające na rozwój luki technologicznej i intensywnej rywalizacji o talent. Przede wszystkim gwałtowny rozwój technologii tworzy nowe role, jednocześnie zmniejszając długość życia już istniejących. Potrzebne są nie tylko umiejętności związane np. z AI/ML, big data, blockchain, RPA, IoT, ale także związane z zarządzaniem pracą zdalną czy zarządzaniem siecią. Po drugie luki talentów będą bardziej widoczne w krajach rozwiniętych.

– Zapotrzebowanie na specjalistów w rozwijających się obszarach przewyższa nawet dwukrotnie dostępność specjalistów. Kraje takie jak np. Indie, które wypuszczają rocznie pięć razy więcej specjalistów na rynek niż USA będą w stanie szybciej wykształcić potrzebne kompetencje niż kraje zachodnie – mówi Rohitashwa Aggarwal, Practice Director – Global Sourcing, Everest Group.

Po trzecie dostępność i jakość talentu jest znacząco przeszacowana. Dla przykładu kilka źródeł wylicza, że pula talentów AI w Indiach wynosi ponad 100 000, gdy tymczasem analiza Grupy Everest sugeruje, że wskaźnik szans na zatrudnienie dla tych osób wynosi mniej niż 15%, ponieważ często brakuje im praktycznej wiedzy[6]. Czwartym trendem jest stawianie na re- i upskilling pracowników. Everest podaje, że 60% organizacji uważa przekwalifikowanie bądź podwyższenie kompetencji za dominujący kierunek, ponieważ bardziej opłacalne jest inwestowanie w istniejący już zespół niż zatrudnianie nowego pracownika.

From Headcount to Skill Count – więcej informacji w najnowszym raporcie

Raport „From Headcount to Skill Count” przedstawia trendy HR związane z nową rzeczywistością, a także narzędzia pomocne w mierzeniu i rozwijaniu umiejętności specjalistów. W raporcie wypowiadają się międzynarodowi eksperci w zakresie HR, Innowacji i IT oraz analitycy i naukowcy, m.in. z Everest Group, Harvard Business School, Staffing Industry Analysts, firm takich jak Novartis, EPAM Systems czy GFT, a także doradcy firm Fortune 100 oraz branży BPO/SCC. Raport możesz bezpłatnie pobrać pod linkiem: https://talent-alpha.com/future-of-work-report/

[1] Everest,2020

[2] Mercer, 2020

[3] Gartner, 2020

[4] Przyp. tłum.

[5] Everest, 2017

[6] Everest, 2020

Aktywa niematerialne w Polsce – raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Wartość inwestycji w aktywa niematerialne w Polsce w 2018 r. wyniosła ponad 133 mld PLN, co przekłada się na 27,25 proc. wszystkich inwestycji w polskiej gospodarce. Z badania Polskiego Instytutu Ekonomicznego przedstawionego w raporcie „Aktywa niematerialne w Polsce” wynika, że ponad połowa (52 proc.) przedsiębiorców planowała inwestycje w aktywa niematerialne na 2020 r. Nakłady na aktywa niematerialne planowały przede wszystkim duże firmy (63 proc.) i te z kapitałem mieszanym (70%).

Zgodnie z definicją stosowaną przez OECD, aktywa niematerialne to takie aktywa, które nie mają fizycznej ani finansowej postaci. Inwestycje w takie aktywa możemy rozumieć jako nakłady na różne formy skomercjalizowanej wiedzy, takie jak wydatki na badania i rozwój, prawa własności intelektualnej czy szkolenie pracowników. Choć stanowią jeden z kluczowych czynników rozwoju we współczesnej gospodarce, to obecnie w dużej części nie wchodzą w zakres rachunków produktu krajowego brutto. Wpływa to na szacunki dotyczące produktywności w gospodarce, a także na możliwość badania tego aspektu rozwoju firm i wspierania jej przez państwo.

Znaczenie aktywów niematerialnych podkreśla fakt, że na czele listy najbardziej wartościowych firm na świecie (Apple, Google, Microsoft) czy w Polsce (CD Projekt) są nie te posiadające największe fabryki czy złoża surowców, ale sprzedające produkty i usługi oparte na własności intelektualnej, oryginalnym designie czy dobrym marketingu. W odróżnieniu od maszyn czy budowli, takie aktywa jak oprogramowanie czy wyniki prac badawczo-rozwojowych mają niematerialną formę, trudną do uchwycenia i precyzyjnego zmierzenia, a jednocześnie posiadają szereg cech wyróżniających je spośród szerokiej gamy dóbr inwestycyjnych – mówi Ignacy Święcicki.

Rosną inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce

Wartość inwestycji w aktywa niematerialne w latach 2014-2018 stale się zwiększała, przeciętnie o 7,5 proc. rocznie w cenach bieżących. W porównaniu z rokiem 2014, największe zmiany w 2018 roku odnotowano w nakładach na innowacje finansowe, których udział zmniejszył się z 6,3 proc. w 2014 r. do 5,1 proc. w 2018 r. oraz w nakładach na nabyty kapitał organizacyjny, czyli różnego rodzaju usługi doradcze i wspierające organizację procesów w firmach. W tym obszarze udział wydatków w 2018 r. z kolei zwiększył się o 1,4 p.p., do 18 proc.

Trend dotyczący zwiększania nakładów na aktywa niematerialne widoczny jest w badaniu przeprowadzonym przez PIE w ubiegłym roku. Choć trzeba wziąć poprawkę na wybuch pandemii nieuwzględniony w badaniu z oczywistych przyczyn, przedsiębiorcy niezależnie od kategorii swojej firmy zdecydowanie częściej deklarowali chęć inwestycji w aktywa niematerialne w roku 2020 – dodaje Filip Leśniewicz, analityk zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.Rosną inwestycje w aktywa niematerialne w Polsce

W latach 2010-2018 relacja inwestycji w aktywa niematerialne w stosunku do całego PKB wzrosła z 5,13 proc. do 6,28 proc. W tym samym czasie stopa inwestycji w gospodarce, mierzona zgodnie z obowiązującą metodologią (a więc niewłączająca większości kategorii aktywów niematerialnych), spadła z 20,3 proc. do 18,2 proc.

Inwestycje w aktywa niematerialne określone zgodnie z metodologią stosowaną w naszym raporcie stanowią ponad jedną czwartą wszystkich inwestycji w gospodarce. Przy tym aktywa niematerialne nieklasyfikowane obecnie w rachunkach narodowych to więcej niż trzykrotność tych uwzględnianych jako inwestycje zgodnie z obecnie obowiązującą metodologią. Przygotowując powyższe obliczenia nie braliśmy pod uwagę zmiany wysokości samej miary PKB – na skutek zmiany klasyfikacji wydatków ze zużycia pośredniego na wydatki inwestycyjne, całkowita wartość PKB uległaby zwiększeniu – wyjaśnia Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Polska na tle Europy

Aby przyjrzeć się, jak Polska wypada na tle innych krajów europejskich po względem stopy inwestycji w aktywa niematerialne, wykorzystano dane z EU KLEMS dotyczące inwestycji w aktywa nieodnotowywane w rachunkach narodowych oraz dane z Eurostatu dotyczące inwestycji we własność intelektualną. W takim zestawieniu Polska plasuje się na 22. pozycji na 26 krajów unijnych (z Wielką Brytanią), dla których dostępne były pełne dane.

Najniższy odsetek inwestycji w aktywa niematerialne występował w Grecji, a najwyższy w Irlandii. Biorąc jednak pod uwagę specyfikę tego ostatniego kraju, bardziej miarodajne będzie porównanie krajów bez jego uwzględniania. W takim przypadku najwyższa stopa inwestycji w aktywa niematerialne występuje w Szwecji i jest równa 12,8 proc. PKB.

Z kolei wyniki niższe od Polski, oprócz Grecji, odnotowują jeszcze Litwa, Łotwa i Bułgaria. Jeśli wziąć pod uwagę stopę inwestycji dla Polski obliczoną zgodnie z metodologią zastosowaną w raporcie (6,21 proc. w 2017 r.), to nasz kraj wyprzedziłby Hiszpanię i Portugalię, i niemal zrównał się z Niemcami (6,24 proc.) (przy założeniu, że dla tych trzech krajów wykorzystujemy obliczenia jedynie z bazy danych EU KLEMS).inwestycje w aktywa niematerialne w UE

Kierowcy z Niemiec spowodowali najwięcej szkód na polskich drogach

W 2019 r. zagraniczni kierowcy spowodowali na polskich drogach 17 tys. wypadków i kolizji. To o 11,8% więcej niż w 2018 r. Najczęściej sprawcami szkód byli posiadacze samochodów z Niemiec (27%).

Eksperci rankomat.pl przeanalizowali statystyki udostępnione przez Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych. Wynika z nich, że w ubiegłym roku firmy ubezpieczeniowe wypłaciły poszkodowanym w wypadkach i kolizjach, których sprawcami byli obcokrajowcy 114,4 mln zł. Średnia wartość odszkodowania wyniosła 6,7 tys. zł.

Do ilu wypadków dochodzi na polskich drogach?

W 2019 r. doszło w Polsce do 485,7 tys. zdarzeń drogowych, w tym 30,3 tys. wypadków i 455,4 tys. kolizji – wynika z danych policji. Z kolei jak informuje Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK), sprawcami 17 tys. (około 3,5%) z nich byli obcokrajowcy. To o 11,8% więcej niż w 2018 r., a także o 16,4% niż w latach 2016-2017.Ile wypadków i kolizji (w tys.) spowodowali obcokrajowcy w Polsce_v2

Z jakich krajów pochodzą sprawcy wypadków i kolizji?

Sprawcami największej liczby wypadków i kolizji na polskich drogach byli kierowcy z Niemiec (27%). Mniej szkód spowodowali właściciele samochodów z Ukrainy (11%) i Litwy (8,5%), a także Białorusi (7,8%) oraz Czech (7,6%).Z jakiego kraju pochodzą sprawcy wypadków i kolizji w Polsce_v1

Oznacza to, że sprawcami 61,9% wypadków i kolizji drogowych byli mieszkańcy krajów sąsiadujących z Polską. Z danych PBUK wynika, że ta tendencja utrzymuje się od wielu lat. Jej główną przyczyną jest duży ruch tranzytowy w kierunku wschód-zachód.

Ile kosztuje naprawa szkód spowodowanych przez zagranicznych kierowców?

W 2019 r. towarzystwa ubezpieczeniowe wypłaciły poszkodowanym w wypadkach i kolizjach drogowych, których sprawcami byli obcokrajowcy 114,4 mln zł. Średnia wysokość odszkodowania wyniosła 6,7 tys. zł.

Jak Polacy jeżdżą za granicą?

W 2019 roku Polacy za granicą byli sprawcami 73 tys. kolizji i wypadków. Czyli średnio 200 dziennie. Widać tutaj też pewną „sąsiedzką zależność”, ponieważ 51% z nich miało miejsce na terenie Niemiec – wynika z danych PBUK. Polska polisa OC chroni w przypadku zdarzenia drogowego za granicą, mimo to 585 sprawców kolizji i wypadków poza granicami naszego kraju takiego ubezpieczenia nie miało.

– 65% osób korzystających z porównywarki rankomat.pl deklarowało w 2019 roku brak szkód w swojej historii ubezpieczenia pojazdów. Oczywiście ma to wpływ na cenę OC. Te osoby, które deklarowały przynajmniej jedną szkodę w swojej historii OC, płaciły 13% więcej za polisę niż bezszkodowi kierowcy. Jednak czynników wyceny składki jest więcej, dlatego przy wyborze ubezpieczenia zawsze warto porównać wszystkie oferty – mówi Urszula Pazio-Hrapkowicz Dyrektor Operacyjny rankomat.pl.

Polska Izba Przemysłu Targowego: bez wsparcia rządowego czeka nas bankructwo!

Jeśli ziści się czarny, ale prawdopodobny, scenariusz – czyli ogłoszenie strefy czerwonej w miastach „targowych”, to do końca roku nie dojdzie do skutku większość targów zaplanowanych na jesień/zimę 2020 oraz na I kwartał 2021 roku. Branża targowa będzie więc najdłużej, bo aż 13 miesięcy, pozostającą w zastoju – od końca lutego 2020 do co najmniej kwietnia 2021. Z uwagi na faktyczną niemożliwość organizowania branżowych imprez targowych, branża, którą uznać można za  dziedzictwo narodowe z ponad stuletnią tradycją, pozbawiona jest przychodów i zysków. Dlatego bez wsparcia rządowego czeka ją bankructwo! – alarmuje Polska Izba Przemysłu Targowego.

Firmy targowe nie zdążyły nawet na dobre zacząć działać, a dziś, jak zwraca uwagę Polska Izba Przemysłu Targowego, wszystko wskazuje na to, że powrócą do takiego zastoju jak minionej wiosny. Choć targi oficjalnie mogły zacząć znowu działać od 06.06.2020, zbiegło się to jednak z tzw. sezonem martwym w branży targowej, a takim tradycyjnie jest już okres wakacyjny. Dzisiaj, kiedy powinien rozpocząć się właściwy sezon targowy, gwałtowny wzrost zachorowań na COVID-19 (zwany też drugą falą epidemii) spowodował, że cała Polska znalazła się w tzw. strefie żółtej, w której obowiązują ostrzejsze restrykcje. Co więcej, kolejnym miastom, w tym także takim, w których znajdują się ośrodki targowe, grozi włączenie do strefy czerwonej, a w niej panuje absolutny zakaz organizowania targów.

– Mimo braku ogłoszenia oficjalnego lockdownu, ograniczenia w ramach stref żółtej oraz zagrożenie włączeniem miast – zwyczajowych gospodarzy targów do strefy czerwonej oznaczają realny lockdown branży targowej, choć bardziej zasadne byłoby użycie tu nazwy breakdown czyli upadek – mówi Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego i dodaje, że w świetle tych informacji rokowania dla całej branży targowej są tragiczne. – Jeśli ziści się czarny scenariusz, a więc strefa czerwona w miastach „targowych”, to prawdopodobnie do końca roku nie odbędzie się większość targów zaplanowanych na jesień/zimę 2020 oraz na I kwartał 2021 roku – przewiduje Beata Kozyra i kontynuuje: – Pokazuje to wyraźnie, że nasza branża jest najdłużej pozostającą w zastoju – od końca lutego 2020 do co najmniej, jak wszystko na to wskazuje, kwietnia 2021. To ponad 13 miesięcy! Która branża jest w stanie przetrwać tak długo bez pracy, bez przychodów, bez zysków? Żadna! Zatem bez wsparcia rządowego branżę targową – dziedzictwo narodowe za stuletnią tradycją – czeka bankructwo! – prognozuje Beata Kozyra. Przypomina niedawny apel tej branży do premiera o uruchomienie wsparcia sektorowego, dedykowanego branży targowej, które nie tylko wesprze, ale stanie się impulsem dla całej branży, a ta, choć obecnie znajduje się w trudnej sytuacji, może stać się lokomotywą polskiego rozwoju gospodarczego na najbliższe lata. Dziś organizatorom targów, a także firmom około targowym (m.in. projektującym i budującym targi,  spedycji i transportu targowego oraz dostawcom innych usług na targi) chodzi przede wszystkim o zwolnienie ze składek ZUS od września tego roku do końca marca 2021 r., wydłużenie maksymalnego łącznego okresu korzystania z dofinansowań wynagrodzeń pracowników z trzech do dziewięciu miesięcy, a ponadto wsparcie finansowe, a w szczególności – o 1,5 mld w formie voucherów targowo-konferencyjnych, które można by wykorzystać w ciągu trzech lat, i pomocy płynnościowej.

Z najnowszych badań Urzędu Statystycznego z września 2020 r. wynika, że sektor targów przed pandemią Covid-19 generował łączne obroty w wysokości prawie 5  mld zł, a do budżetu państwa co roku wpływało ok. 0,5 mld zł podatku VAT. Wpływało, ponieważ na skutek odwołania imprez targowych z przyczyn od nikogo niezależnych, firmy branży targowej od końca lutego br. pozostają praktycznie bez pracy, a ich przychody od ponad 8 miesięcy wynoszą 0 zł. Z wyżej wymienionych badań wynika, że w 80% firm obroty spadły co najmniej o 50%, w tym w połowie przypadków nawet o 90%. Branża targowa w czasie obecnego „przestoju” straciła już ponad 1 mld zł.

Dotychczasowa pomoc rządowa, w postaci kolejnych Tarcz oraz wsparcie finansowe z PFR pozwoliły przetrwać firmom targowym ostatnie pół roku przy maksymalnym ograniczeniu własnych kosztów, w tym redukcji etatów. Jednak przedłużająca się epidemia koronawirusa, pomimo odmrożenia targów, nie pozwala działać branży targowej na tyle, aby firmy targowe mogły generować przychody pozwalające utrzymać przedsiębiorstwo i pracowników. Do apeli Izby pozytywnie odnieśli się przy pracach nad tzw. Tarczą Turystyczną senatorowie, jednak proponowane przez branżę zapisy ostatecznie nie znalazły się w tej ustawie. Odrzucił je sejm. Przedstawiciele rządu deklarowali gotowość do wsparcia targów, wykluczając jednak ostatnio, że może mieć ono charakter finansowy.

Polski rynek targowy zatrudniał przed pandemią ok. 97 tysięcy pracowników, w tym 60% na umowach cywilno-prawnych. Ze wspomnianych badań Urzędu Statystycznego wynika, że redukcja zatrudnienia spowodowana przez Covid-19 jedynie w branży targowej dotknęła już ok 60 tys. osób. Badania PIPT pokazują natomiast, że w najbliższym czasie co czwarta firma zwolni kolejne 50% pracowników, a co 3 firma ogłosi upadłość lub zawiesi działalności do końca 2020 r. – To tysiące osób, które zasilą szeregi bezrobotnych w naszych miastach i zgłoszą się po wypłatę zasiłku. Milionowego zasiłku!zwraca uwagę Beata Kozyra – prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Do oszczędzania motywują nas konkretne cele, a nie problemy finansowe – badanie

Co piąty z nas nie oszczędza. Polacy zapytani o to, co jest dla nich skuteczną motywacją do oszczędzania, przede wszystkim wskazują na perspektywę osiągnięcia określonego celu, np. zakupu auta – wynika z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl. Najmniej zachęca nas do odkładania pieniędzy chęć zmiany sytuacji zawodowej, np. założenia własnego biznesu, a także problemy finansowe swoje lub rodziny.

Z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl wynika, że tylko niespełna co trzeci Polak codziennie sprawdza stan swojego konta bankowego i monitoruje wydatki. Dodatkowo, najczęściej robią tak osoby z najwyższymi zarobkami. Brak zarządzania swoim budżetem prowadzi do tego, że nie oszczędzamy i często żyjemy od wypłaty do wypłaty. Dlatego niezbędnym elementem jest spisanie swojego budżetu, przeglądanie wydatków i sprawdzanie, gdzie uciekają nasze pieniądze. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie osiągnąć jakiekolwiek oszczędności.

Według „Finansowego Barometru ING” w czasie pandemii Covid-19 spadła liczba gospodarstw domowych w Polsce deklarujących posiadanie oszczędności – z 71% w grudniu 2019 r. do 68% na przełomie maja i czerwca br. Okazuje się, że co dziesiąty z nas odłożył tylko miesięczną pensję, a co czwarty mniej niż 2-3 miesięczne zarobki. Oszczędności pozwalające przetrwać ponad rok ma tylko 17 proc. Polaków.

Potwierdzają to również wyniki badania ikalkulator.pl, z których wynika, że co piąty Polak jeszcze nie zaczął oszczędzać. I o ile zrozumiałym może być fakt, że w najmłodszej grupie badanych odpowiedziało tak 27% ankietowanych, to niepokojąco wyglądają dane w grupie 35-44 i 44-54 – gdzie takiej odpowiedzi udzieliło po 22% ankietowanych.

Wyniki te pokazują jak wiele trzeba jeszcze zrobić, aby zwiększyć świadomość Polaków na temat konieczności prowadzenia budżetu i oszczędności. Zapytaliśmy więc badanych, co według nich najbardziej motywuje do oszczędzania.

Co najbardziej motywuje Polaków do oszczędzania?

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Panel Ariadna dla ikalkulator.pl, Polacy zapytani o to, co jest skuteczną motywacją do oszczędzania, odpowiadali najczęściej, że jest to perspektywa osiągnięcia określonego celu – np. zakupu auta, wycieczki, remontu. Odpowiedziało tak 53% badanych. Ten czynnik był najważniejszy dla najmłodszych respondentów. Wskazało go 70 proc. badanych w wieku 18-24 i 58 proc. w wieku 25-34 lata. Jednak należy zaznaczyć, że starsi respondenci również często go wskazywali (w każdej z grup oscylował on wokół 50 proc.). To o tyle ważny czynnik motywacyjny, ponieważ określając sobie cel finansowy i dążąc do jego realizacji, łatwiej nam utrzymać dyscyplinę w oszczędzaniu. A to jest niezwykle ważne – odkładanie nawet małych sum, ale konsekwentnie, co miesiąc, pokazuje, że określając sobie cele finansowe i tak konstruując budżet, aby znalazły się środki na jego zapełnienie, uczymy się postępowania z finansami osobistymi i myśleniem o nich.

Co jeszcze najlepiej motywuje Polaków do oszczędzania? Jak pokazuje badanie ikalkulator.pl, jest to chęć bycia niezależnym – 40% respondentów wskazało na tę odpowiedź. Co ciekawe, ten czynnik najczęściej zaznaczały osoby w wieku 55+ (43 proc.), a nie, jakby można było się spodziewać, najmłodsi badani.

Na kolejnym miejscu wśród czynników motywujących do oszczędzania znalazła się perspektywa uzyskania bezpieczeństwa finansowego (31%), które w każdej grupie wiekowej znajduje się na podobnym poziomie.

Przeszło co czwartego z nas (28 proc.) do oszczędzania motywuje posiadanie dzieci – chęć zapewnienia im lepszego startu w dorosłe życie. To motywacja szczególnie ważna dla osób w wieku 25-34 – odpowiedziało tak 36% respondentów z tej grupy, co raczej nie powinno dziwić, ponieważ w tym wieku najczęściej młodzi ludzie decydują się na posiadanie rodziny.

Perspektywa kosztownego leczenia lub przewlekła choroba motywują do oszczędzania przeszło co czwartego z nas (26 proc.). Podobnie jak niepewność odnośnie sytuacji zawodowej – strach przed utratą pracy, brakiem płynności finansowej. Posiadanie poduszki finansowej – najlepiej o wysokości min. 6 miesięcznych pensji – w takich sytuacjach jest nieocenione i pozwala przetrwać trudny okres szukania pracy.wykres Co wedlug Pana(i) jest skuteczna mowtyacja do oszczedzania

Problemy finansowe i głodowa emerytura niezbyt silną motywacją

Badanie pokazało także ciekawą tendencję. Okazało się, że wśród wymienionych czynników, które motywują do oszczędzania, Polacy najrzadziej wskazywali chęć zmiany swojej sytuacji zawodowej lub np. oszczędzanie w celu założenia własnego biznesu. Jedynie 9% badanych zaznaczyło tę odpowiedź, przy czym najczęściej wskazywali ją mężczyźni. Do oszczędzania niezbyt skutecznie motywują nas również atrakcyjne oferty banków. Produkty ułatwiające pomnażanie oszczędności itp. zachęcają do oszczędzania tylko dla 13 proc. ankietowanych.

Badanie pokazało też niepokojący aspekt. Jak się okazuje, problemy finansowe ankietowanych lub ich rodziny również nie za bardzo motywują do zaczęcia odkładania pieniędzy i pomnażania swoich oszczędności. Tylko 17% osób uznało taką sytuację za impuls do oszczędzania. To o tyle niepokojące, ponieważ pokazuje, że nawet w obliczu problemów finansowych blisko co piąty Polak  nie myśli o swoim budżecie i nie szuka obszarów, w których mógłby poczynić chociaż najmniejsze oszczędności.

O tym, że nie myślimy za bardzo o przyszłości, świadczy także dość mała liczba wskazań respondentów jeśli chodzi o oszczędzanie na emeryturę. Tylko 21 proc. badanych uznało, że perspektywa niskiej emerytury to czynnik, który karze im myśleć o odkładaniu pieniędzy, aby móc spokojnie żyć na stare lata. To niepokojące, ponieważ według danych ZUS, w 2080 roku emerytura będzie wynosić mniej niż jedną czwartą naszych obecnych zarobków. Nie trudno sobie wyobrazić, jak trudno będzie się utrzymać za taką kwotę.

Wydatki pod lupą

Z badania ikalkulator.pl wynika także, że Polacy mimo że nie wszyscy oszczędzają, to raczej w większości potrafią wskazać obszary, w których najłatwiej szukać oszczędności. Nałogi typu papierosy, alkohol czy słodycze (67 proc. wskazań), jedzenie na mieście (58%) oraz przemyślane zakupy spożywcze (57%) – tu zdaniem ankietowanych można wygenerować oszczędności. Z kolei   najtrudniej je znaleźć w aktywnych produktach bankowych, np. konsolidując kredyty, spłacając je na czas lub odpowiedzialnie korzystając z karty kredytowej czy zamykając konta, których nie używamy. Mało skuteczną metodą oszczędzania według badanych Polaków są niższe rachunki np. za prąd, wodę, wskutek stosowania odpowiednich nawyków lub zmiany np. dostawcy energii elektrycznej.

Badanie zostało przeprowadzone na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna metodą CAWI.  Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1055 osób w wieku 18+.

Berg Holding S.A.: spółka z Grupy podpisała umowę na realizację 25 farm fotowoltaicznych

Berg Holding S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, otrzymała informację od spółki zależnej Farmy Fotowoltaiki S.A., Columbus & Farmy sp. z o.o. podpisała umowę ze spółką VISECO Sp. z o.o., która będzie pełniła rolę Dewelopera projektów. Zgodnie z umową spółki ustaliły zasady współpracy w zakresie realizacji przez Dewelopera na rzecz C&F usług obejmujących przygotowanie i realizację co najmniej 25 farm fotowoltaicznych o łącznej mocy ok. 25 MW.

Spółka współzależna do spółki Farmy Fotowoltaiki S.A., wchodzącej w skład Grupy Kapitałowej Berg Holding S.A., Columbus & Farmy Sp. z o.o. zawarła w dniu 9 października 2020 r. umowę na realizację projektów farm fotowoltaicznych ze spółką VISECO Sp. z o.o. – Deweloperem. Zgodnie z nią strony ustaliły zasady współpracy w zakresie realizacji przez Dewelopera na rzecz Columbus & Farmy Sp. z o.o. usług obejmujących przygotowanie i realizację co najmniej 25 farm fotowoltaicznych o łącznej mocy ok. 25 MW, w miejscach wskazanych przez C&F. Deweloper przejmie na siebie wszelkie obowiązki zmierzające do kompleksowej pomocy przy realizacji określonych w umowie projektów, a w szczególności zobowiązany będzie do realizacji szeregu czynności i opracowania dokumentacji związanej z przygotowaniem pod względem technicznym i formalnoprawnym inwestycji w postaci budowy farm fotowoltaicznych, a każda farma będzie realizowana przez zawiązaną w tym celu spółkę celową przez C&F. Deweloper będzie otrzymywał ustalone wynagrodzenia w wysokości wynoszącej odpowiednio iloczyn ilości zrealizowanych projektów w postaci farm fotowoltaicznych. Zarząd Spółki uważa, że realizacja potencjalnej transakcji będzie miała pozytywne odzwierciedlenie w rozwoju Columbus & Farmy Sp. z o.o. oraz Farmy Fotowoltaiki S.A., a także w wynikach finansowych tych spółek.

„To nasz mocny start, firma Viseco to wysokiej klasy specjaliści w dziedzinie farm fotowoltaicznych. Rozpoczynamy współpracę z doświadczonymi osobami, które sprawnie przechodzą przez dokumentacyjne procedury wymagane w udzielaniu pozwoleń. Posiadają potrzebne zasoby, grunty i pełne zaplecze do pracy. Widzimy w tym partnerstwie świetne perspektywy.” – ocenia Kamil Kita, Prezes spółki Farmy Fotowoltaiki S.A.

W ostatnim czasie spółka współzależna od Farmy Fotowoltaiki S.A. – Columbus & Farmy Sp. z o.o., w której Farmy Fotowaltiki S.A. posiadają 50% udziałów, zawarła umowę o zachowaniu poufności i wyłączności z podmiotem działającym w branży fotowoltaiki. Na jej podstawie obie Strony postanowiły, że będą prowadzić lub prowadzą negocjacje i rozmowy w zakresie dotyczącym podmiotu realizującego 7 projektów farm fotowoltaicznych, które mogą doprowadzić do zawarcia umowy głównej. Podpisana umowa zawiera także postanowienia o wyłączności negocjacji przez okres nie krótszy niż 2 tygodnie liczony od dnia zawarcia Umowy. Strony ustaliły również kary umowne w wysokości 100 tys. zł za każde naruszenie.

Główne założenia strategii rozwoju Farmy Fotowoltaiki S.A. obejmują rozpoczęcie współpracy z partnerem branżowym, będącym liderem na rynku – Columbus Energy S.A. – w zakresie rozwijania projektów farm fotowoltaicznych oraz powstanie pierwszej spółki celowej F1 Sp. z o.o. z własnym gruntem. Farmy Fotowoltaiki S.A. planują dokonywać zakupu lub dzierżawy działek pod budowę farm fotowoltaicznych o mocy min. 1 MWe lub gruntów na własny użytek. W 2021 r. spółka zamierza realizować projekty od 1 do 10 MWe, natomiast w 2022 r. projekty do 40 MWe. Spółka chce także inwestować w podmioty działające na rynku fotowoltaicznym poprzez zakup udziałów na poziomie od 5% do 45% w wybranych podmiotach. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą dążyły do rozwoju sieci wykonawczej i dystrybucji poprzez zawiązywanie współpracy z kolejnymi partnerami i firmami projektowo-montażowymi oraz do rozwoju zaplecza techniczno-handlowego i badawczego poprzez budowę własnego zespołu firm podwykonawczych, w systemie relacji B2B. Spółka będzie też budowała bazę inwestorów zainteresowanych zakupem farm fotowoltaicznych oraz inwestycją w branży fotowoltaiki. Farmy Fotowoltaiki S.A. będą chciały pozyskać kapitał zewnętrzny w kwocie do 10 mln zł do końca 2022 r., który zostanie przeznaczony na sfinansowanie bieżącej działalności.

Berg Holding S.A. zakończył 2019 r. zyskiem netto w wysokości ponad 2,1 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 22,8 mln zł. Wartość aktywów Spółki na koniec 2019 r. ukształtowała się na poziomie blisko 89,8 mln zł. Spółka planuje podjąć działania mające na celu spełnienie przez nią warunków niezbędnych do przeniesienia notowań na główny rynek Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Berg Holding S.A. to Spółka stworzona na silnych fundamentach. W 2017 roku Spółka zadebiutowała na rynku NewConnect.

Iga Świątek. Pierwsze badanie dot. rozpoznawalności i wizerunku

Zwycięstwo Igi Świątek w finale French Open wzbudziło ogromną radość Polaków a zainteresowanie zawodniczką znacznie wzrosło. Konsorcjum firm Sport Management Polska oraz Sport Analytics jako pierwsze w Polsce przeprowadziło badanie dotyczące rozpoznawalności i wizerunku Igi Świątek. Wyniki są bardzo ciekawe. Zawodniczka jest już rozpoznawana przez 61% Polaków w wieku 18-54 lata! Aż 57% naszych rodaków uważa ten sukces za ..historyczny! Ciekawy jest także rodzaj emocji związanych z Polką.

Konsorcjum firm Sport Management Polska oraz Sports Analytics przeprowadziło pierwsze badanie dotyczące rozpoznawalności i wizerunku Igi Świątek. Badania rozpoczęto błyskawicznie, jeszcze w niedzielne popołudnie. Kontynuowano w poniedziałek 12 października. Badania przeprowadzono na reprezentatywnej grupie Polaków (N = 3809) ze względu na płeć i wiek (18-54 lata) za pomocą badania Omnibusowego.

W ramach badania sprawdzano także jakie emocje wywołała zawodniczka swoim zwycięstwem w finale French Open oraz czy zwycięstwo Polki w turnieju może mieć wpływ na rozwój tenisa w Polsce. Zapytano także o rozpoznawalność sponsorów zawodniczki oraz o cechy jakie Polacy przypisują triumfatorce z Roland Garros.

Wśród ankietowanych już 61,2% deklaruje, że zna zawodniczkę.kim jest Iga świątek

Badanych zapytano również o ich wyobrażenie dot. statusu Polki w ogólnopolskiej świadomości, które częściowo wskazuje na potencjał i rodzaj dynamiki związanej z budową pozycji Igi Światek w gronie bohaterów polskiego sportu.

Na pytanie o to, na ile zdaniem ankietowanych Iga jest w Polsce osobą znaną – uzyskano wynik 7,04/10 (odpowiedzi na skali 1-10. 1-zupełnie nieznana, 10-powszechnie znana).

Polacy bardzo wysoko ocenieją i doceniają zwycięstwo Igi Świątek w finale wielkoszlemowego turnieju French Open. Ponad 57% ankietowanych uważa ten sukces za historyczny!

27% Polaków uznaje go natomiast za wielki sukces. Jedynie mała liczba odpowiadających traktuje ten sukces jako „normalny”.Jak oceniasz sukces Igi Świątek podczas Roland Garros

Zbadano także jakie nadzieje wiążą Polacy z występami i dalszą karierą sportową Polki.

Okazuje się, że wiara naszych rodaków jest bardzo wysoka. Polacy wierzą, że Iga Świątek zdominuje światowy tenis. Tak odpowiedziało aż 44% badanych. Natomiast 47% badanych udzieliło odpowiedzi, że Polka „powalczy przez kilka sezonów”.

Pojawiają się także postawy wstrzemięźliwe – 3,4% ankietowanych, uważa, że było to zwycięstwo przypadkowe i jednorazowe. Natomiast 5,2% spodziewa się, że Świątek będzie tzw. „gwiazdą jednego sezonu”.przyszłośc Igi Świątek

– Iga Świątek z impetem wdarła się nie tylko do finału French Open ale i do świadomości Polaków. Ogladalność telewizyjna kolejnych meczów rosła skokowo a zainteresowanie Polką wzrastało. Po finale na kortach Roland Garros dumę narodową odczuwało prawie 46% naszych rodaków a do wzruszenia przyznało się aż 33% ankietowanych. Z punktu widzenia marketingowego interesujący jest także zbiór cech i atrybutów, które Polacy łaczą z zawodniczką. Wśród 45 badanych cech dominują takie jak pracowitość, solidność, waleczność, dynamika. Ale w badaniach wysoko plasuje się także odwaga i śmiałość. Ogólnie według badanych osób przyszłość Igi rysuje się w dobrych barwach. W barwach biało-czerwonych – mówi Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Sprawdzono także jaki wpływ może mieć zwycięstwo Polki na rozwój tenisa ziemnego w Polsce. Czy zainteresowanie triumfem w Paryżu przełoży się na chęć uprawiania lub nauki gry w tenisa. Pozytywne deklaracje złożyło tylko 8,1% badanych. Prawie 76% badanych odpowiedziało, że nie planuje takiej aktywności. Na uwagę zasługują natomiast deklaracje rodziców, wśród których 16% zadeklarowało, że wyraża chęć aby wysłać swoje dzieci na naukę gry w tenisa.nauka gry w tenisa

Zbadano także gdzie i jak Polacy „oglądali” mecz finałowy. Na czele tych wyników znajduje się oczywiście telewizja (prawie 60%) ale spory udział miało także oglądanie w internecie (27%) a prawie 12% ankietowanych czytało relacje na żywo zamieszczane na portalach internetowych.mecz finałowy

– W badaniu uderzyło mnie kilka kwestii. Przede wszystkim fakt, że opinie dotyczące przyszłości Igi Świątek są w ogóle podzielone. Owszem po jednej stronie stoją te nacechowane brakiem optymizmu (gwiazda jednego sezonu, przypadek / 1 turniej), po drugiej natomiast te, które zdecydowanie lepiej oceniają potencjał zawodniczki (powalczy przez kilka sezonów, zdominuje światowy tenis). Podkreślić należy fakt, że jedynie jedna na dwanaście osób nie wierzy w Igę. Pozostałe jedenaście liczą na to, że stanie się odpowiednikiem Rafy Nadala – powiedział Paweł Chmielowski ze Sport Analytics.

– Inna rzecz to określenie wskaźników związanych z wizerunkiem i to w jaki sposób korelują z poszczególnymi segmentami potencjalnych odbiorców – kontynuuje Chmielowski. Wyniki badania minimalizują ryzyko tego, czy akcentowanie przez potencjalnych sponsorów Igi jej pracowitości, siły, dynamiki jest ważniejsze na przykład od cechy wiarygodności. Sponsorzy mogą dowiedzieć się dla kogo spośród sympatyków Igi ważniejsze są wartości rodzinne, motywowanie, prospołeczności, a dla kogo stabilność, prestiż, renoma. To wszystko i wiele innych zależności można wyczytać w kolejnych stronach raportu – kończy Paweł Chmielowski.

Kupujesz na Facebooku? Nie daj się oszukać!

Sprzedawcy coraz częściej wystawiają ogłoszenia na Facebooku, korzystając z Marketplace, gdzie w prosty sposób mogą sprzedać dany produkt. Wykorzystują to oszuści, którzy w tym miejscu są całkowicie bezkarni.

Atrakcyjna cena, łatwość zakupu i zachęcające zdjęcia – tak najczęściej wyglądają fałszywe ogłoszenia, które można znaleźć na Facebooku. Coraz częściej powstają grupy sprzedażowe, w których użytkownicy tego portalu mogą wystawiać ogłoszenia z ofertą.

Zrobiłam przelew i nie dostałam produktu

Ofiarą oszusta na Facebooku jest Ilona, która trafiła na ogłoszenie ze sprzedażą telefonu komórkowego. Nic nie wskazywało na to, że jest to oszustwo.

Cena zachęcała najbardziej. W ogłoszeniu było napisane, że Pan potrzebuje szybko pieniędzy, dlatego sprzedaje taniej – tłumaczy Ilona. Sprzedawca był wyjątkowo miły, okazało się, że pochodzi nawet z pobliskiej miejscowości, jednak aktualnie znajduje się w innym mieście. Kobieta zrobiła przelew na 1200 zł, a telefon miał zostać wysłany już następnego dnia.

Nie otrzymałam potwierdzenia wysłania paczki, dlatego odezwałam się do tego sprzedawcy. Odczytał wiadomość, a potem usunął konto – dodaje ofiara oszustwa.

Pieniądze przelane, a towaru brak

Niestety to bardzo częste oszustwo na Facebooku. Tak samo można zostać oszukanym na portalach typu olx.pl, czy za pośrednictwem sklepów internetowych.

Zalecamy, aby za pośrednictwem Facebooka dokonywać zakupu produktów, które jesteśmy w stanie sami odebrać. Marketplace jest przeznaczony do zakupów lokalnych, co za tym idzie, portal nie gwarantuje żadnej ochrony konsumenckiej – tłumaczy Dominika Kociołek, specjalistka z CyberRescue.

Jeśli padniemy ofiarą takiego oszustwa należy złożyć zawiadomienie na policję o podejrzeniu przestępstwa. Takie zawiadomienie można wysłać za pośrednictwem wiadomości e-maila lub zanieść bezpośrednio na komisariat policji. Należy pamiętać, aby dołączyć wszystkie dowody, czyli screeny wymienionych wiadomości, potwierdzenie wykonania przelewu. Ważne jest również to, że jeżeli wyślemy podanie e-mailem i tak zostaniemy wezwani do złożenia zeznań – dodaje Dominika Kociołek, specjalistka ds. cyberbezpieczeństwa w CyberRescue.

Microsoft przeszkoli tysiące polskich programistów

Związek Pracodawców Usług IT – SoDA (Software Development Association Poland) i Microsoft ogłosiły nawiązanie partnerskiej współpracy. 107 zrzeszonych w SoDA polskich firm IT, zatrudniających łącznie ok. 12 tysięcy pracowników, otrzyma ze strony amerykańskiego koncernu pomoc w postaci projektów edukacyjnych dla inżynierów oraz wsparcia technicznego i biznesowego w wykorzystaniu rozwiązań chmurowych firmy Microsoft.

W raporcie „Chmura obliczeniowa w sektorze bankowym na świecie, w Europie i w Polsce” przygotowanym przez Związek Banków Polskich oraz Accenture ocenia się, że światowe przychody z publicznych usług w chmurze IT osiągnęły w 2018 r. 182,5 mld USD. Szacuje się, że w 2023 r. globalny rynek usług chmurowych będzie wart 492 mld USD.

Trend wzrostowy bardzo dobrze jest widoczny wśród klientów firm członkowskich SoDA, które obsługują firmy w każdym europejskim kraju, państwach Ameryki Północnej, a także Azji, Australii i Afryki.

– Obserwujemy rosnący trend zapotrzebowania na usługi i strategię przechodzenia w chmurę wśród międzynarodowego grona klientów Future Processing. Podpisane przez Microsoft oraz SoDA porozumienie daje zreszonym w niej firmom dostęp do najnowszej wiedzy, co ma ogromne znaczenie przy świadczeniu wysokiej jakości usług IT, z jakich na świecie słyną polscy inżynierowie – mówi Paweł Pustelnik, dyrektor zarządzający Future Processing.

– Porozumienie z Microsoft otwiera nam możliwości szybkiego i globalnego skalowania biznesu, wzmacnia kompetencje oraz konkurencyjność naszych firm na rynkach światowych – mówi Konrad Weiske, członek zarządu SoDA oraz CEO giełdowej firmy Spyrosoft S.A. – Nie bez znaczenia jest to, że budowane w Polsce data center Microsoft będzie miało status Carbon Free, na co zwracają uwagę nasi klienci – dodaje Konrad Weiske.

W maju 2020 r. firma Microsoft ogłosiła partnerstwo z polską Chmurą Krajową i zapowiedziała kompleksowy plan inwestycyjny o wartości 1 miliarda dolarów, którego celem jest przyspieszenie innowacji i cyfrowej transformacji na rzecz rozwoju Polskiej Doliny Cyfrowej. Fundamentem wielopoziomowej inwestycji jest otwarcie nowego regionu data center Microsoft w Polsce i wsparcie rozwoju kompetencji cyfrowych w Polsce.

– Inwestycja ta będzie stanowić silne wsparcie dla dalszego sukcesu polskich programistów, tworząc możliwości rozwoju kluczowych umiejętności dla około 150 000 pracowników, partnerów i studentów. Microsoft Azure jest usługą, dzięki której zyskają inżynierowie, ale także firmy świadczące swoje usługi na rynkach światowych. Pierwszy region Azure w Europie Środkowo Wschodniej pozwoli zachować najwyższe standardy cyberbezpieczeństwa, spełnić wymogi związane z lokalizacją danych w Polsce, zapewnić zgodność z przepisami prawa, zwłaszcza w przypadku tych organizacji, które mają specyficzne wymagania dotyczące przechowywania i przetwarzania danych – dodaje Robert Badura odpowiadający w Microsoft za rozwój technologii Azure na rynku średnich i małych firm.

Według badania „Chmura obliczeniowa w Polsce 2020” redakcji branżowego pisma Computerworld z kwietnia 2020 r. 96 proc. firm rozważa użycie narzędzi i usług chmurowych, przy czym 40 proc. firm zatrudniających od 501 do 1000 pracowników ma strategię przejścia do rozwiązań chmurowych.

A 38 proc. przedsiębiorstw zatrudniających od 1001 do 2000 pracowników jest przygotowanych technicznie do przejścia do rozwiązań tego typu. Najpopularniejszym dostawcą chmury (wg. pytania z możliwością wielokrotnego wyboru odpowiedzi) jest Microsoft z 31 proc. wskazań.

Software Development Association Poland to związek pracodawców z sektora IT, którego celem jest wymiana wiedzy, doświadczeń i nawiązywanie współpracy oraz partnerstw komercyjnych. Służy temu organizacja wydarzeń branżowych, networkingu czy webinarów, a także wsparcie promocyjne i biznesowe. Organizacja istnieje od 2018 roku i do tej pory zgromadziła 107 firm zajmujących się produkcją oprogramowania. Łączny obrót firm członkowskich to 1,5 mld PLN. W firmach będących członkami SoDA pracuje około 12.000 pracowników. Dostarczają oni usługi programistyczne do klientów w każdym europejskim kraju, państw Ameryki Północnej, a także Azji, Australii i Afryki

Microsoft dostarcza platformę rozwiązań, które są dla innych fundamentem do rozwoju – lepszego życia obywateli, transformacji polskich przedsiębiorstw, szkół, urzędów i ekspansji polskich firm IT – Partnerów Microsoft – którzy tworzą własne rozwiązania w oparciu o technologię Microsoft. Aspiracją firmy w Polsce jest przyczynianie się do powstania Polskiej Doliny Cyfrowej, w której technologia pozwala akcelerować rozwój polskich przedsiębiorstw i organizacji. Jako lider w obszarze cloud computingu, firma nieustannie tworzy nowe usługi i rozwiązania chmurowe oraz mechanizmy AI, które pomagają w transformacji instytucji, przedsiębiorstw oraz całych gałęzi gospodarki. Od ponad dekady firma rozwija platformę chmurową Azure, z której korzysta 95 proc. firm z listy Fortune 500.

Cztery to i tak dużo

Na czterech sesjach zatrzymała się wzrostowa passa na Wall Street. Trudno oprzeć się wrażeniu, że taka seria, w której ramach kontrakt na S&P500 powrócił ponad 3500 pkt, na DAX wzrósł powyżej 13000 pkt a dolar znalazł się w wyraźnym odwrocie to – w bieżących warunkach rynkowych – wynik ponad stan. Oczekujemy, że rynki będą chimeryczne i przed wyborami w USA będzie trudno o wykrystalizowanie się trwalszej tendencji kierunkowej.

Wiele państw, między innymi Polska i Francja notuje najwyższe liczby dziennych zachorowań na koronawirusa od początku pandemii. Inne, jak Niemcy, czy Włochy donoszą o wzroście statystyk nowych przypadków do pułapów nienotowanych od wiosny. Sytuacja epidemiczna jest zatem daleka od stabilnej. Paniczna reakcja rynków finansowych i drakońskie restrykcje rządów z pierwszej połowy tego roku nie powtórzą się. Nie ma elementu szoku, banki centralne zapewniły nieograniczoną płynność. Zamrożenie gospodarek jest ostatecznością. Pół roku temu, w pierwszych tygodniach po zdjęciu ograniczeń gospodarki dynamicznie załamanie było ostro odrabiane. Ważnym czynnikiem wspierającym odbicie stało się zaspokojenie popytu odroczonego. Perspektywy koniunktury w tym kwartale są jednak dużo gorsze – wiele ważnych gospodarek nie wzrośnie. W dużej mierze dotyczy to Polski i Starego Kontynentu, ale obowiązuje również w przypadku Stanów Zjednoczonych. Konsumpcja prywatna, tradycyjne koło zamachowe największej światowej gospodarki w maju wystrzeliła o ponad 8 proc., w czerwcu wzrosła o mniej niż 6 proc., ale w lipcu i sierpniu jej miesięczna dynamika wyhamowała do odpowiednio do 1,1 i 0,7 proc. Konsumpcja jest wciąż kilka procent poniżej przedpandemicznych pułapów a tempo odrabiania start nadal będzie maleć. W tym kontekście bardzo ważne stają się piątkowe odczyty sprzedaży detalicznej w USA.

Trwająca od lipca polityczna przepychanka o kształt fiskalnego pakietu ratunkowego również nie pomaga amerykańskim konsumentom. Z każdym dniem zmniejszają się szanse na porozumienie przed wyborami w USA. Informacje z ostatnich godzin dobitnie potwierdzają, że nie ma zgody ani w zakresie wartości programu, ani sposobu wykorzystania środków.

Zdaniem bukmacherów szanse Donalda Trumpa na reelekcję są najmarniejsze od jej startu, ale przestały w ostatnich dniach spadać. Zachodzące w ostatnim tygodniu pozycjonowanie się pod tryumf Joe Bidena i uzyskanie przez Demokratów pełnej kontroli nad Kongresem było przedwczesne i będzie wymagać korekty. Inwestorzy powinni pamiętać szok i krach z 2016 roku. Po drugie, margines przewagi Joe Bidena musi być na tyle znaczny żeby wykluczyć kontestowanie przez Trumpa wyborczych rozstrzygnięć. Pogodzenie się z porażką nie jest wcale oczywiste a kilkutygodniowy pat jak w 2000 roku, gdy potrzebne było ponowne liczenie głosów na Florydzie, byłby najgorszym rozstrzygnięciem z punktu widzenia rynków finansowych.

Dobrych informacji nie ma również z frontu prac nad szczepionką: zarówno Eli Lilly, jak również Johnson & Johnson zostały w tym tygodniu zmuszone do przerwania testów klinicznych ze względu na obawy o bezpieczeństwo pacjentów. Podobnie: został dzień d o Szczytu UE i wyznaczonego przez Borisa Johnsona ostatecznego terminu uzgodnienia warunków umowy handlowej a przełomu nie widać na błyskawicznie zbliżającym się horyzoncie. W rezultacie wczoraj o ponad 1 proc. przeceniono funta a dziś GBP/USD kontynuuje zjazd w kierunku 1,29. Wrażliwość waluty na brexitowe negocjacje nie może dziwić, ale zakładamy, że w najbliższych godzinach prawdopodobnie zostanie ogłoszone częściowe porozumienie pozwalające zdaniem strony brytyjskiej kontynuować rozmowy w kolejnych tygodniach. Spodziewamy się, że funt średnioterminowe minima osiągnął we wrześniu i w czwartym kwartale może powtórzyć się ubiegłoroczny scenariusz rajd ulgi i silne wzrosty wartości brytyjskiej waluty. EUR/USD krąży wokół 1,18 i powinien być wpływem szerszej tendencji w notowaniach amerykańskiej waluta, która w świetle naszych prognoz (na poziomie indeksu dolarowego) również ma tegoroczne minima za sobą.
Biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności trudno dziwić się, że rynki wschodzące nie przyciągają kapitału. W ostatnim miesiącu świat wault emerging markets razi słabością i w najbliższych tygodniach nie powinno się to odmienić. Szczególnie wrażliwe są takie waluty jak real brazylijski, rubel rosyjski i lira turecka. Ich tarapaty odciskają dodatkowe piętno na całym koszyku. Złoty błyskawicznie odrobił większość załamania z końcówki III kwartału, ale o dalsze umocnienie będzie trudno. Dobitnie pokazują to ostatnie godziny, w których EUR/PLN bez walki oddał ostatnie spadki i powrócił do 4,50.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy z powodu kryzysu produkcja wróci do Europy?

Na skutek sytuacji związanej z pandemią COVID-19 od dłuższego czasu wiadome było, że gospodarkę czekają zmiany. Każdy je prognozował, choć nikt nie wiedział jaki kierunek przybiorą. Dziś coraz częściej firmy analizują swój łańcuch dostaw pod kątem bezpieczeństwa i zapewnienia ciągłości. A fabryki położone w odległych częściach świata coraz mniej je zapewniają…

Kryzys spowodowany pandemią koronawirusa objawił to, co było zauważalne już od dawna – zależność krajów europejskich i USA od produkcji ulokowanej na Bliskim Wschodzie czy w Indiach. Łańcuch dostaw w takim przypadku jest długi i zagrożony praktycznie na każdym etapie.

Nie można mieć pewności, że na skutek obostrzeń zastosowanych przez poszczególne kraje czy regiony nie zostanie przerwany. Stąd trend „powrotu do źródeł”, a właściwie przeniesienia produkcji z powrotem na teren UE, czy w przypadku firm amerykańskich – do USA.

Szykują się powroty?

Coraz częściej brany jest pod uwagę reshoring, czyli umiejscowienie zakładów produkcyjnych bliżej siebie, a także restrukturyzacja łańcuchów dostaw i linii produkcyjnych, która ponownie umożliwiłaby zarządzanie zapasami w systemie „just-in-time”.

Reshoring umożliwia skrócenie łańcuchów dostaw, a także czasu ich realizacji, dając firmom większą kontrolę nad procesem produkcji, dzięki której mogą bardziej elastycznie reagować na popyt. Trzeba też dodać, że zjawiska takie jak automatyzacja, robotyzacja i druk 3D sprawiają, że reshoring jest ekonomicznie atrakcyjnym rozwiązaniem, na które organizacje handlowe zwracały uwagę jeszcze przed wybuchem pandemii, chociażby z powodu wzrostu płac w Chinach i innych krajach azjatyckich. COVID-19 jeszcze wzmocnił ten trend.

Warto zauważyć, że akty takie jak np. umowa dotycząca Brexitu, czy Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu, a także konflikty gospodarcze, doprowadziły w ostatnim czasie m.in. do wzrostu ceł zarówno na wyroby gotowe, jak i surowce. Problemy w zakresie globalnej produkcji spowodowane pandemią COVID-19 ostatecznie doprowadziły zarówno producentów wyrobów gotowych, jak i prefabrykatów, do poważniejszych rozmów na temat reshoringu.

Najbliższa przyszłość

Jak będzie wyglądała najbliższa przyszłość, zanim jeszcze reshoring zdąży się upowszechnić? W pierwszej kolejności firmy produkcyjne muszą skupić się na zapewnieniu ciągłości produkcji na wypadek drugiej fali pandemii lub kolejnego lockdownu. Priorytetowe staną się dwie kwestie: pozyskiwanie surowców i komponentów oraz zapobieganie zakłóceniom łańcucha dostaw.

W tym celu przedsiębiorcy skupią się na do gromadzeniu i przechowywaniu większych zapasów. Do lamusa przejdzie system „just-in-time”, przynajmniej do czasu unowocześnienia łańcucha dostaw i linii produkcyjnej, co pozwoli zwiększyć elastyczność i zmniejszyć ryzyko zakłóceń w przypadku wystąpienia drugiej fali pandemii lub dłuższego okresu lockdownu.

Następnie, w nieco dłuższej perspektywie można spodziewać się dywersyfikacji źródeł pozyskiwania surowców i prefabrykatów. W grę wchodzą tu lokalne rynki producentów lub krajów sąsiednich położonych bliżej zakładów produkcyjnych. Wszystko to przy utrzymaniu pełnych zapasów magazynowych, co z kolei tworzy bardzo duże szanse dla krajów ze środkowej i wschodniej Europy. Takie wnioski można wysnuć z najnowszego raportu „Global Manufacturing Risk Index 2020” międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield.

– Co mają zrobić firmy sektora produkcyjnego w tzw. międzyczasie? Współpracować z dobrą firmą logistyczną, taką, która nie tylko zapewni magazynowanie większej ilości towarów, ale także obsługę oraz optymalizację całego łańcucha dostaw, a w związku z tym oszczędności – mówi Michał Miodek z XBS Group.

Europa Środkowo-Wschodnia przed szansą

W raporcie „Global Manufacturing Risk Index 2020” Cushman & Wakefield zawarł zestawienie opłacalności lokalizacji dla produkcji przemysłowej w 48 krajach Europy, Ameryki Północnej i Południowej oraz Azji. Poszczególne kraje zostały sklasyfikowane według ich przewidywanej zdolności „odmrożenia” sektorów przemysłowych i znoszenia obostrzeń związanych z pandemią.

Pomimo, iż Chiny utrzymały pozycję lidera rankingu bazowego (za nimi są Stany Zjednoczone, trzecie miejsce przypadło Indiom), na 4. miejscu wylądowali nasi sąsiedzi – Czesi. Doceniono ich za duży wolumen bezpośrednich inwestycji zagranicznych w sektor produkcyjny, nowoczesną  infrastrukturę oraz… dogodne połączeniami z Niemcami.

Kraje Europy Środkowo-Wschodniej należące do UE posiadają jeden z najwyższych wskaźników pracowników fizycznych w Europie, a także mogą poszczycić się dobrze rozwiniętą infrastrukturą i  stabilną sytuacją polityczno-gospodarczą.

Powrót do Europy Środkowo-Wschodniej to nie tylko fantazja – to kwestia pragmatyzmu. Widać to chociażby na przykładzie tak istotnej obecnie branży farmaceutycznej. Unijni giganci tego sektora zauważyli, że należy jak najszybciej zdywersyfikować produkcję i odejść od wytwarzania 80% leków w krajach azjatyckich. Analogiczna sytuacja dotyczy elektroniki, mającej olbrzymie znaczenie również dla kwestii bezpieczeństwa i obrony narodowej.

Siła robocza w Europie Środkowo-Wschodniej jest stosunkowo tania, choć oczywiście nie „przebije” azjatyckiej. Branże, które wykorzystują tańszą siłę roboczą, będą musiały zrównoważyć takie przenosiny inwestycjami w technologie i innowacje, a także zgodą na bariery w zakresie emisji dwutlenku węgla oraz inną kulturą ekonomiczną, polegającą na zrównoważonym rozwoju. Produkując w krajach azjatyckich czy afrykańskich, przedsiębiorstwa nie musiały uwzględniać kosztów z tym związanych.

Jednym z głównych czynników, które przyciągną międzynarodowych producentów, będzie automatyzacja i cyfryzacja. Jeśli zautomatyzowane procesy będą opłacalne, Europa, ze swoim priorytetem cyfryzacji będzie jeszcze bardziej atrakcyjna.

– Chcemy wspierać logistycznie firmy, które przenoszą produkcję do Polski i krajów Europy Środkowej. Nie tylko w kontekście transportu i magazynowania, ale również na etapie organizacji, zakupu, czy też sourcingu komponentów – deklaruje przedstawiciel XBS Group.

Z pewnością pandemia, oprócz ogromu zniszczeń, niesie również szansę dla Europy Środkowej i Wschodniej, a to co nie tak dawno było nieśmiałą nadzieją, dziś staje się realną szansą. Biznes i handel, który jest nie tylko źródłem dochodu państw, ale także miejscem pracy milionów ludzi, potrzebuje wsparcia od strony instytucjonalnej. Właściwe ułatwienia i zachęty ze strony władz państwowych zwiększyłyby szansę powodzenia operacji, która może okazać się niezwykle istotna ekonomicznie i strategicznie.

Sytuacja na rynku wynajmu mieszkań jesień 2020

Pandemia COVID-19 odciska znaczne piętno na rynku nieruchomości. Wynajem mieszkań w największych miastach stanął przed dużym wyzwaniem, szczególnie z powodu zdalnego nauczania na uczelniach. Jak wyglądała sytuacja na rynku wynajmu w miesiącach sierpień-wrzesień? Eksperci portalu GetHome zapytali o to przedstawicieli agencji nieruchomości. Ich analizę koniunktury – w porównaniu do zeszłego roku – prezentujemy poniżej.

Łukasz Wróbel – właściciel biura nieruchomości NEW HOUSE, Olsztyn:
W porównaniu z sierpniem i wrześniem zeszłego roku obserwujemy około 50% spadek liczby zapytań osób poszukujących mieszkań do wynajęcia. Przekłada się to na taki właśnie spadek sfinalizowanych transakcji tego typu. Pamiętajmy, że Olsztyn jest miastem akademickim, a studenci będą uczyć się zdalnie. Mamy obecnie przewagę podaży mieszkań na wynajem nad popytem na nie. Bardzo dobrze ma się natomiast rynek mieszkań do wynajęcia w wysokim, vipowskim standardzie w prestiżowych lokalizacjach. Wynajmują je głównie firmy bądź osoby, które planują związać się z Olsztynem na dłużej.

Paweł Koronkiewicz – właściciel biura Estate Polska, Trójmiasto:
W sierpniu oraz wrześniu zauważyliśmy znaczącą różnice w porównaniu do analogicznych okresów z lat poprzednich, jeśli chodzi o rynek wynajmu mieszkań w Trójmieście. Przy jednoczesnym wzroście podaży, popyt na wynajem znacząco spadł. Przyczyną tej sytuacji jest pokłosie pandemii COVID-19. Zmniejszony popyt wynika przede wszystkim z tego, że większość uczelni wybrała model nauczania zdalnego. W związku z tym wielu studentów nie szuka nowego lokum bądź nie przedłuża dotychczasowych umów najmu.

W Trójmieście, w porównaniu do innych dużych miast w Polsce, bardzo dużą część mieszkań na wynajem stanowią mieszkania wynajmowane krótkoterminowo (poprzez portale takie jak airbnb, czy booking). Jednak w związku z COVID-19 wielu właścicieli takich mieszkań przerzuciło się na wynajem długoterminowy już na początku czerwca, zwiększając tym samym podaż na rynku. Dodatkowo, znaczna część wynajmujących swoje mieszkania na doby (planujących wynajem krótkoterminowy w tym roku) w miesiącach lipiec/sierpień zaczęła jednak wybierać opcję długoterminowego najmu. Wynika to z faktu, że okazało się, iż przychody generowane z najmu krótkoterminowego w poprzednich latach były o 50%, a w niektórych przypadkach nawet 67% większe.

Konsekwencją powyższych zmian popytowo-podażowych jest spadek cen za wynajem długoterminowy o średnio 10- 20%. W rozpatrywanym okresie do naszego biura odezwało się wielu właścicieli nieruchomości, którzy mają problemy z wynajmem na własna rękę.

Monika Janusz – Dyrektor ds. Sprzedaży JOT-BE Nieruchomości, Wrocław:
Nieznana dotychczas rzeczywistość, wywołana pandemią koronawirusa, wpłynęła na pogorszenie się sytuacji właścicieli mieszkań oferowanych na wynajem, szczególnie tych, którzy oferowali swoje mieszkania dla studentów. Wpływ na to miała przede wszystkim decyzja większości wyższych uczelni we Wrocławiu o przejściu na model nauki zdalnej, co w większości przypadków spowodowało pozostanie studentów w rodzinnych domach. Tylko część młodych ludzi powróciła do Wrocławia, aby rozpocząć lub kontynuować studia.
Zmniejszone zainteresowanie najmem mieszkań odbiło się na wysokości czynszu w ofertach lokali na wynajem. Właściciele mieszkań, którzy w odpowiednim czasie zaufali doświadczonemu pośrednikowi i obniżyli czynsz (nawet o 20%), wynajęli swoje nieruchomości. Często najemcami byli studenci, którzy mimo zmniejszenia ilości godzin na uczelniach, zdecydowali się na przyjazd do miasta, np. ze względu na podjęcie pracy.
Nie najlepszej sytuacji na rynku nieruchomości w czasie pandemii COVID-19 nie pomaga fakt, że na portalach agregujących informacje handlowe dotyczące nieruchomości na wynajem, widoczna jest spora ilość ofert o mocno zawyżonych cenach, które kreują u właścicieli mieszkań błędne wyobrażenie o aktualnej kondycji rynku najmu w zakresie potencjalnych przychodów możliwych do uzyskania z wynajęcia, przez co narażają się na wydłużony czas pozyskania najemcy. W tej sytuacji nieoceniona jest pomoc pośrednika znającego rynek i realia jakie go kształtują. Niewątpliwie zbyt duża podaż na rynku najmu względem zmniejszonego popytu będzie skutkować obniżeniem czynszu najmu.

Adam Jakubczak – Właściciel biura AJ Promotion – Twoje biuro nieruchomości, Łódź:
Jako łódzkie biuro nieruchomości zajmujące się głównie wynajmem mieszkań, dostrzegliśmy w miesiącach sierpień – wrzesień zmianę na rynku w porównaniu z rokiem poprzednim. Odnotowaliśmy wyraźny spadek zainteresowania mieszkaniami studenckimi, w tym podzielonymi na pokoje, jak również niskobudżetowymi mieszkaniami dla obcokrajowców. Spowodowane jest to znacznym ograniczeniem zajęć stacjonarnych na większości uczelni wyższych w Łodzi. Wyjątek stanowią tutaj studenci Uniwersytetu Medycznego, którzy mają wprowadzony model hybrydowy.
Nastąpił natomiast wzrost popytu na mieszkania o podwyższonym standardzie dla pracowników łódzkich korporacji, choć i w tym sektorze zauważalny jest spadek kwot najmu. Niemniej jednak obniżka cen mogła być także spowodowana dużą ilością mieszkań, które trafiły na rynek z oddanych inwestycji na początku 2020 roku. Zaobserwowaliśmy także wzrost wynajmów krótkoterminowych od trzech do sześciu miesięcy. Podsumowując, przede wszystkim mieszkania o dobrym standardzie, jak i w okazyjnych cenach cieszą się dużym zainteresowaniem. Klienci podchodzą z większą uwagą do zaciąganych zobowiązań.

Adrianna Franczewska-Krupa – Właścicielka biura FRANCZEWSKA Nieruchomości, Lublin:
Rynek najmu w Lublinie opiera się w znacznej części na wynajmie mieszkań dla studentów. W Lublinie mamy wiele uczelni wyższych: KUL, UMCS, Uniwersytet Przyrodniczy, Akademia Medyczna, Politechnika Lubelska oraz WSPiA, WSEI, WSSP. Ze względu na pandemię sporo uczelni nie powróciło do stacjonarnych wykładów, a studia toczą się częściowo trybem zdalnym. Sytuacja ta przełożyła się na rynek najmu długoterminowego.

Proces wynajmu mieszkań jest dłuższy niż w poprzednich latach. Zaobserwowaliśmy, że ze względu na niepewność o powrocie trybu stacjonarnego i ewentualności wprowadzenia ograniczeń przez rząd, decyzje podejmowane są w ostatniej chwili. W poprzednich latach od lipca obserwowaliśmy wzrost cen najmu. Obecna sytuacja wpłynęła na lekką korektę cen. Nie dotyczy to wynajmu domów, bo tu nadal jest wysokie zainteresowanie.

Kolejną grupą najemców są rodziny i pojedynczy lokatorzy. Szersza oferta na rynku najmu spowodowała, że coraz częściej decydują się oni na zmiany. Widzimy tendencję podnoszenia standardu miejsca zamieszkania, ale są i klienci szukający mniejszych i tańszych niż dotychczas mieszkań.

Rynek wynajmu rozwija się w Polsce dość dobrze. Polacy wolą inwestować pieniądze w nieruchomości, bo to obecnie jedyna słuszna alternatywa dla bankowych lokat. Zakładając nawet, że mieszkanie nie będzie wynajmowane od razu, nadal jest to doskonała inwestycja. Wprowadzane zmiany przepisów spowodują kolejne podwyżki cen mieszkań.

Z przeprowadzonych przeze mnie analiz wynika, że pomimo informacji, jakie pojawiły się w mediach o nieistnieniu po pandemii lubelskiego rynku najmu krótkoterminowego, ma on się całkiem dobrze. Ze względów bezpieczeństwa turyści częściej, niż z hoteli korzystają z prywatnego wynajmu całych mieszkań.

Tomasz Obarski – Warszawski Agent Nieruchomości, Warszawa:
W Warszawie notujemy wyraźny spadek wynajmu mieszkań, zwłaszcza 3-pokojowych i większych. Kawalerki oraz mieszkania dwupokojowe w dobrej lokalizacji znajdują dość szybko najemcę, pod warunkiem, że są w dobrym stanie oraz cenie (od 5 do 10% taniej, niż rok temu). Jest to spowodowane tym, że dużo osób wyjechało z Warszawy do rodzinnych domów podczas lockdownu, pracowało zdalnie i nie wróciło. Także wiele uczelni wprowadziło zdalne nauczanie. Większe mieszkania chętniej są wynajmowane na pokoje lub przez grupy studentów – zwłaszcza z zagranicy, głównie z Azji oraz Afryki.

Spadek najmu krótkoterminowego również miał spory wpływ na najem długoterminowego, zwłaszcza ten przeznaczony na turystykę. Dużo takich lokali zmieniło przeznaczenie na najem długoterminowy. Osoby zajmujące się wynajmem krótkoterminowym na cele biznesowe (delegacje pracowników firm) ma się dobrze.

Sytuacja może się niedługo zmienić, ponieważ coraz więcej mieszkań jest wycofywana z rynku na cele kwarantanny osób z wykrytym Covid-19 dla rodzin właścicieli, a często również w ramach akcji Mieszkanie dla Medyka.

Marcin Zając – Specjalista ds. Sprzedaży i Wynajmu Nieruchomości Nowodworski Estates, Kraków:
Tak, nastąpił pewien spadek zainteresowania wynajmem mieszkań. Ostatnie lata były czasem hossy na rynku wynajmu nieruchomości. Tysiące mieszkań były wówczas wynajmowane krótko- (głównie turystom) i długoterminowo. W czasie pandemii większość nieruchomości z wynajmu krótkoterminowego trafiła na rynek wynajmu długoterminowego, co spowodowało duży wzrost podaży mieszkań w dość krótkim czasie, przy jednoczesnym spadku popytu. Połączenie cięć budżetowych w wielu firmach z ograniczonym ruchem międzynarodowym sprawiło, że w tym roku napływ nowych najemców krajowych i zagranicznych był mniejszy niż rok temu. W związku z tym, wielu właścicieli mieszkań uznało, że jest gotowych obniżyć swoje oczekiwania wobec czynszu wynajmu nieruchomości, zamiast utrzymywać je puste, dlatego ceny najmu się obniżyły.
Do tej pory lokalizacja nieruchomości miała bardzo duże znaczenie. W czasie COVID-19 i przejścia przez wiele firm na pracę zdalną, z perspektywy najemców przestała być tak ważnym kryterium wyboru. Większego znaczenia nabrały walory użytkowe, takie jak dodatkowe pomieszczenie (możliwe do adaptacji pod domowe biuro), duży taras czy bliskość terenów zielonych, a mieszkania z prywatnymi ogrodami wynajmowaliśmy praktycznie od ręki. Najemcy, których umowa dobiegała końca, często zmieniali nieruchomość na taką, która w większym stopniu odpowiadała ich potrzebom lub na podobną, ale tańszą.

We wrześniu zaobserwowaliśmy skokowy wzrost zainteresowania ofertami spowodowany powrotem części studentów na uczelnie. W poprzednich latach poszukiwania mieszkań rozpoczynali oni już w lipcu, jednak w tym roku intensywna kumulacja nastąpiła dopiero miesiąc przed rozpoczęciem roku akademickiego. Był to dobry moment na wynajęcie mieszkań zlokalizowanych w rozsądnej odległości od uczelni lub z dogodnym dostępem do komunikacji miejskiej. Zadowoleni są studenci międzynarodowi, szczególnie z krajów o wysokich zarobkach, którzy w tym roku mogli wybierać wśród ofert mieszkań przeznaczonych wcześniej dla turystów – w prestiżowych, nowoczesnych inwestycjach i wysokim standardzie wykończenia wnętrz.

Łukasz Bittner – INVENTUM NIERUCHOMOŚCI, Poznań:
Poznań jest miastem akademickim, w którym co roku około 30 tys. studentów rozpoczyna naukę. Z czego wiele osób przyjeżdża z daleka i poszukuje miejsca do zamieszkania. Przed pandemią COVID-19, czas od połowy lipca do połowy września był zawsze bardzo intensywnym okresem i wszystkie pokoje mieliśmy wynajęte na kolejne 12 miesięcy. Obecnie mamy jeszcze wolne 15% pokoi, którymi dysponujemy. Wynika to z faktu, że wiele uczelni podjęło decyzję o prowadzeniu zajęć online, przynajmniej w pierwszym semestrze.
Ceny za pokoje są mniej więcej na zbliżonym poziomie przy uczelniach, które prowadzą zajęcia stacjonarne a spadły, nawet o 10% w przypadku pokoi, dedykowanych studentom uczelni, które będą zajęcia prowadzić zdalnie. Wydaje się jednak, że obniżanie dalsze ceny, nie wpłynie na ich wynajem, po prostu brak jest studentów.

Co do mieszkań na wynajem to ceny raczej pozostały na poprzednich poziomach. Znaczna większość mieszkań została ponownie wynajęta tym samym osobom, na warunkach z ubiegłych lat. A nowe oferty najdalej w ciągu miesiąca znajdowały swoich najemców.

Należy jednak zaznaczyć, że biorąc pod uwagę wzrost inflacji, dochód netto właścicieli, nawet przy utrzymaniu ceny z ubiegłego roku był niższy. Choć większość tych mieszkań zakupiona została na kredyt hipoteczny, którego rata z powodu obniżki stóp procentowych, uległa obniżeniu. Czyli właściciele i tak powinni być zadowoleni per saldo.

Drugą ważną kwestią jest fakt, że w wyniku COVID-19 bardzo ucierpiał rynek najmu krótkoterminowego i część osób przeniosła swoje nieruchomości na rynek najmu długoterminowego. A wiadomo, że jak zwiększa się podaż, a zmniejsza popyt to albo odbija się to na cenie produktu, albo na czasie, kiedy następuje jego wynajęcie w tym przypadku.

Reasumując, w Poznaniu, z punktu naszych doświadczeń, rynek najmu jest raczej stabilny. Ceny właściwie utrzymują się na poprzednich poziomach, co najwyżej trzeba dłużej poczekać na zainteresowanych. Wszyscy też czekamy na ruch uczelni i na powrót studentów. Wówczas mieszkania jeszcze niewynajęte, powinny szybko znaleźć swoich najemców, a drugim krokiem będzie zapewne wzrost cen, choć też raczej delikatny.
Jak sytuacja na rynku nieruchomości wyglądała w całej Polsce? Warunki wynajmu mieszkań w tym trudnym okresie podsumowała Ewelina Staruch – Analityk Rynku Nieruchomości Centrum AMRON.

Pośrednicy w obrocie nieruchomościami aktywnie uczestniczą w kształtowaniu trendów na lokalnych rynkach mieszkaniowych największych miast w Polsce. Specyfika zawodu wymusza na tej grupie specjalistów orientację w bieżącej sytuacji rynkowej i reakcję na zmiany w popycie i podaży, dlatego ich ocena koniunktury jest w branży nieruchomościowej niezwykle istotna. Pośrednicy zgodnie twierdzą, że w sierpniu i wrześniu zainteresowanie najmem było zauważalnie mniejsze niż rok temu, natomiast ceny utrzymały się na tym samym poziomie bądź spadły w zależności od segmentu rynku najmu.

Najwyższy odsetek najemców stanowią osoby młode, dla których zakup własnego mieszkania jest często nieosiągalny ze względów finansowych. Druga połowa studenckich wakacji to okres, kiedy podpisywanych jest najwięcej umów najmu długoterminowego przede wszystkim z powodu zbliżającego się roku akademickiego. Pandemia COVID-19 postawiła jednak pod znakiem zapytania powrót studentów na uczelnie, dlatego część z nich wstrzymywała się z decyzją o zakwaterowaniu do ostatniej chwili. Ostateczna wiadomość o wprowadzeniu zdalnego trybu nauczania zapewne skłoniła sporą grupę młodych osób do pozostania w domu rodzinnym. Badanie „Studenci na rynku nieruchomości 2020” Centrum AMRON wykazało, że po wybuchu pandemii 27% studentów wyprowadziło się z miasta studiowania, natomiast w przypadku 30% ankietowanych opłata za najem obniżyła się. Zdalny tryb studiów i pracy, ale także odpływ obcokrajowców z pewnością spowodowały zmniejszenie zainteresowania najmem. W sierpniu popyt w największych miastach był nawet o połowę niższy niż przed rokiem, natomiast we wrześniu zaobserwowano poprawę, gdyż spadek wyniósł około 20%. Największy udział najemców długoterminowych stanowią obecnie osoby studiujące hybrydowo oraz młode osoby pracujące stacjonarnie.

Baza ofert najmu długoterminowego w sierpniu i wrześniu niewątpliwie powiększyła się w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Przyczynami tego mogły być trudności ze znalezieniem nowych lokatorów po wypowiedzeniu umów, a także konwersja przeznaczenia mieszkań z najmu na doby na najem średnio- lub długoterminowy. Zmiana proporcji pomiędzy podażą a popytem przyczyniła się do nieznacznych spadków średnich cen w największych miastach przeważnie o kilka procent w odniesieniu do roku poprzedniego. Doprowadziło to także do zwiększenia liczby pustostanów na rynku.

Pojawienie się czarnego łabędzia w postaci pandemii zdecydowanie bardziej dotknęło najem krótkoterminowy, który po kilkuletnim okresie prosperity przechodzi kryzys. Podsumowując, wynajmujący muszą przystosować się do obecnie panujących realiów rynkowych i niejednokrotnie zmienić przeznaczenie przedmiotu najmu lub otworzyć się na negocjacje stawki czynszu.

Opracowanie: GetHome.pl – portal oferujący mieszkania do wynajęcia w całej Polsce.

Branża recyklingu postuluje o przyśpieszenie prac nad Rozszerzoną Odpowiedzialnością Producenta (ROP)

Branża recyklingu stoi nad przepaścią. Nawet 30% podmiotów zajmujących się recyklingiem zakończyło działalność w związku z wprowadzeniem nowych wymogów w ustawie o odpadach. Wprowadzenie bardzo kosztowych rozwiązań, jak np. monitoring czy ograniczenie ilości możliwych do magazynowania odpadów nałożyło się z pandemią koronawirusa. Jedynie pilne wprowadzenie efektywnego systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producentów (ROP) może tę sytuację uzdrowić i pozwolić branży normalnie funkcjonować oraz konkurować na rynku Europejskim.

„Mój zakład recyklingu tworzyw sztucznych przetwarza 50 tys. ton plastiku rocznie. Dzięki mnie budżet państwa zaoszczędzi ponad 180 mln zł rocznie z tytułu unijnego podatku plastic tax. Właśnie dlatego Rząd powinien wspierać polski recykling” – powiedział Zbigniew Trejderowski z firmy Conkret.

Dzisiejszy system nie działa, a wprowadzający produkty w opakowaniach nie ponoszą de facto realnych kosztów zagospodarowania swoich odpadów.

„Organizacje odzysku od 2002 budowały system, który jest dysfunkcyjny i przerzuca koszty zagospodarowania odpadów na mieszkańców, a nie na producentów. Przez 18 lat funkcjonował system, gdzie nawet 30% Dokumentów Potwierdzających Recykling i Odzysk (DPR/DPO) jest niewiarygodne. Dlatego niezbędny jest system weryfikujący te dokumenty. Dobrym rozwiązaniem jest wprowadzenie obrotu takimi dokumentami poprzez giełdy towarowe, tak jak w przypadku obrotu +zieloną energią+ pochodzącą z OZE” – powiedział Adam Kuś z firmy Akpol.

Jeżeli chcemy obniżyć koszty zagospodarowania odpadów dla mieszkańców, które nieustannie rosną, to wprowadzający opakowania muszą wziąć na siebie odpowiedzialność finansową, do której są zobowiązani przez Unię Europejską. Środki te powinny trafić do jednego podmiotu publicznego, jak np. NFOŚiGW, który będzie nimi zarządzał i nadzorował funkcjonowanie systemu.

Branża recyklingu postuluje przyśpieszenie prac nad ROPem, który musi być wprowadzony w pierwszej kolejności, a system depozytowo-kaucyjny powinien być jego uzupełnieniem. ROP pozwoli stworzyć kompletny i uporządkowany system gospodarki wszystkimi odpadami. System kaucyjny jest potrzebnym narzędziem w ramach ROP, jednak rozwiązuje problem jedynie kilku rodzajów opakowań. Najpierw ROP, a później system depozytowo-kaucyjny.

Koniec z papierem przy zawieraniu umów o pracę

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że konieczne jest skorygowanie przepisów w celu zapewnienia realnej możliwości zdalnego zawierania umów o pracę. Obecnie Prawo pracy i ubezpieczeń społecznych nie nadąża za rozwojem technologii.

Zgodnie z pierwszym zdaniem art. 29 § 2 k.p., umowę o pracę zawiera się „na piśmie”. Przepis ten jednak sam sobie zaprzecza i już w drugim zdaniu pośrednio dopuszcza możliwość, aby umowa o pracę nie została zawarta z zachowaniem formy pisemnej. W takiej sytuacji pracodawca przed dopuszczeniem pracownika do pracy musi jedynie potwierdzić pracownikowi „na piśmie” ustalenia co do stron umowy, rodzaju umowy oraz jej warunków.

Teoretycznie można więc zawrzeć umowę wymieniając ustalenia za pośrednictwem e-maili (forma dokumentowa w rozumieniu k.c.) – a następnie pracodawca przed rozpoczęciem pracy przez pracownika wyśle mu dodatkowo mailem potwierdzenie warunków zatrudnienia, o których mowa w art. 29 § 2 k.p. z podpisem kwalifikowanym (forma elektroniczna w rozumieniu k.c.). Takie rozwiązanie byłoby znacznym uproszczeniem dla obu stron, ułatwiłoby też elektronizację akt pracowniczych.

A jednak w praktyce zdalne zawieranie umów o pracę zgodnie z prawem jest dzisiaj utrudnione. Na przeszkodzie stoi m.in. art. 36 ust. 7 ustawy z dnia 13 października 1998 r. o systemie ubezpieczeń społecznych. Zgodnie z tym przepisem prawdziwość danych zawartych w zgłoszeniu do ubezpieczeń społecznych osoba zgłaszana „potwierdza własnoręcznym podpisem”. To zaczerpnięte z definicji formy pisemnej powtórzenie jest niefortunne. Rodzi bowiem wątpliwość – czy skoro w prawie cywilnym forma elektroniczna jest równoważna formie pisemnej, to jest też równoważna „własnoręcznemu podpisowi” w rozumieniu przepisów o ubezpieczeniach społecznych?

„Wymóg dotyczący sporządzenia i przechowywania „własnoręcznie podpisanego” zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych jest kosztowny i kłopotliwy. Tym bardziej, że po jego otrzymaniu płatnik i tak zazwyczaj przepisuje dane z papierowego zgłoszenia do systemu informatycznego i przesyła dalej – już elektronicznie – do ZUS. Proponowane przez FPP rozwiązanie odblokowuje zdalne zawierania umów o pracę do czasu upowszechnienia się kwalifikowanych podpisów elektronicznych. Proponujemy wykorzystanie już znanego z kodeksu pracy mechanizmu potwierdzania treści przez pracodawcę. Skoro zaakceptowaliśmy już pracę zdalną nie ma powodu, by stawiać niepotrzebne przeszkody przy zdalnym zawieraniu umów” – komentuje Tomasz Chudobski, ekspert ds. prawa gospodarczego Federacji Przedsiębiorców Polskich.

W roku 2016 w kodeksie cywilnym dokonano reformy form czynności prawnych. Pojawiła się m.in. forma dokumentowa. Zdefiniowano – obecną też wcześniej w innych aktach – formę elektroniczną, która zgodnie z art. 781 k.c. jest równoważna formie pisemnej.

Zrównanie w prawie cywilnym formy elektronicznej z formą pisemną powoduje, że nie powinny budzić zastrzeżeń dokumenty podpisane przez pracowników elektronicznie (kwalifikowanymi podpisami elektronicznymi). Wymianę dokumentów z ich wykorzystaniem należy uznać za równorzędną z podpisem „własnoręcznym”. Ale zdecydowana większość pracowników wciąż podpisów kwalifikowanych nie ma.

Dlatego potrzebna jest korekta przepisów, tak aby wszystkie oświadczenia wymieniane na linii pracodawca – pracownik w związku z zawieraniem umów o pracę mogły być przekazywane między stronami w formie dokumentowej (np. e-mailami), a jedynie z potwierdzeniem w formie pisemnej (lub elektronicznej) treści oświadczeń pracownika otrzymanej przez pracodawcę.

Rozszerzenie rozwiązania już znanego z art. 29 § 2 k.p. na inne dokumenty umożliwi np. zatrudnienie pracownika na drugim końcu Polski – bez konieczności czekania na papierowy obieg dokumentów.

Polacy w pandemii

Grupa dentsu już po raz trzeci bada Polaków podczas pandemii. W cyklicznym badaniu „Polacy w pandemii” firma sprawdza zachowania, emocje oraz sytuację zawodową i finansową w kraju. Analizie poddano także zjawiska takie jak koronasceptycyzm czy obawa przed udziałem w życiu społecznym (powrót dzieci do szkoły, tradycyjny handel, uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych itd.).

Okazuje się, że Polacy bardziej niż pandemii obawiają się obecnej sytuacji finansów publicznych czy zmian klimatycznych.
Polacy w pandemiiInne wybrane obserwacje:

  • dla 44% badanych codzienną trudnością/wyzwaniem jest obowiązek zasłaniania nosa i ust;
  • 41% nie widzi żadnych barier w przypadku zakupów online;
  • 17% ankietowanych oczekuje wprowadzenia zmian w ofercie produktowej marek;
  • 21% deklaruje mniejsze zainteresowanie lokalnymi i polskimi produktami – ze względu na niepewność sytuacji zwracają uwagę na ceny towarów.

Polacy w pandemii 3 Polacy w pandemii 2Badanie „Polacy w pandemii” zostało przeprowadzone z myślą o klientach grupy dentsu. Patronat nad badaniem objęła rozgłośnia RMF FM. Projekt jest wspierany komunikacyjnie przez agencję prasową Newseria.

Ankieta została przeprowadzona na panelu internetowym (CAWI) na reprezentatywnej próbie ogólnopolskiej; Grupa celowa: mężczyźni i kobiety w wieku 18-59 lat; Realizacja badania:1 fala – 30-31.03.20202 fala – 27-29.05.20203 fala – 11-15.09.2020; Próba badawcza:1 fala N=1000 2 fala N=503 3 fala N=1000.

Polska 2050 przygotowuje projekty ustaw chroniących osoby wykonujące zawody medyczne

Ruch Polska 2050 przygotowuje projekty ustaw zwiększających bezpieczeństwo osób wykonujących zawody medyczne.

Od 5 września dzięki tarczy antykryzysowej lekarze i pracownicy medyczni mieli prawo do 100% zasiłku chorobowego, jeśli zakazili się koronawirusem lub przebywali na kwarantannie. Obecnie przepis ten wygasł, a epidemia narasta. Ryzyko zakażenia dla medyków znów jest ogromne. Ruch Polska 2050 przygotowuje projekt ustawy, który przywróci obowiązywanie tych przepisów. Dzięki temu pielęgniarka, ratownik medyczny czy lekarz w razie zarażenia COVID-19 dostaną pełne chorobowe, a nie tylko 80%.

„Jako Polska 2050 przedstawimy do konsultacji projekt ustawy zwiększającej zabezpieczenia socjalne osób pracujących w podmiotach leczniczych, aby rozpocząć budowę szerokiego poparcia ponad podziałami dla przepisów, które zabezpieczają ludzi, którzy ryzykują swoim życiem i zdrowiem dla dobra nas wszystkich.” – mówi Michał Kobosko, wiceszef stowarzyszenia Polska 2050

Ruch Szymona Hołowni będzie również prowadził prace nad innymi rozwiązaniami dla zabezpieczenia osób wykonujących zawody medyczne przed skutkami braku należytego zarządzania obecnym kryzysem.

„Kompletnie niezrozumiałe było umieszczenie w Tarczy przepisu Kodeksu karnego, że lekarz ma odpowiedzialność karną do ośmiu lat więzienia za popełnienie nawet nieumyślnego błędu lekarskiego. Z mediów dowiadujemy się, że Minister Ziobro pracuje teraz nad „centrum odpowiedzialności”, które pozwoli oceniać lekarzy. Ziobrze już nie wystarcza upolitycznienie prokuratury – teraz chciałby nadzorować orzekanie o odpowiedzialności medyków. Wiemy, że Minister Ziobro ma szczególny uraz do lekarzy i niejednokrotnie sięgał po narzędzia polityczne aby prowadzić z nimi prywatne spory. Stawiamy temu zdecydowany sprzeciw.ocenia Szymon Hołownia i zapowiada, że jego ruch przygotuje rozwiązania zabezpieczające medyków przed falą ewentualnych procesów za podejmowane w epidemii trudne decyzje.

„Urzędnicy i politycy nie mają kompetencji do oceniania błędów medycznych i nie powinni takich narzędzi otrzymywać. W całym kraju funkcjonują zarówno okręgowe sądy lekarskie, jak i wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, złożone z fachowców, czy wreszcie sądy powszechne, które rozpatrują sprawy błędów medycznych.” dodaje Hołownia, lider ruchu Polska 2050.

Hołownia zapowiada, że Polska 2050 przystępuje do opracowania drugiego projektu ustawy mającej na celu ochronę osób wykonujących zawody medyczne przed represjami oraz nadużyciem prawa przez rządzących. I zapewnia: „Będziemy między innymi postulować jak najszybsze uchylenie nowelizacji kodeksu karnego w Tarczy 4.0. Idąc za głosem środowiska medycznego już dziś postulujemy wzorem innych krajów wprowadzenie ustawy zdejmującej odpowiedzialność ze służb medycznych za ewentualne niezawinione błędy w trakcie wykonywania procedur związanych z leczeniem zakażeń COVID-19. Inaczej pracownicy ochrony zdrowia będą bali się podejmować trudne decyzje w obawie przed falą późniejszych procesów.”

Podkreśla też, że rząd próbuje zwolnić z odpowiedzialności sam siebie ustawą bezkarnościową, a medyków, którzy zmagają się z deficytami sprzętu, czasu i kadr, chce wsadzać do więzień.

„Jako Polska 2050 uważamy to za niedopuszczalne. Od motywacji i odwagi medyków zależy powodzenie walki z pandemią. Są to często trudne wybory. Lekarz nie może bać się ich podejmować. Zapewnijmy ochronę tym, którzy nas chronią i zróbmy to jak najszybciej.” – podsumowuje gen. Mirosław Różański odpowiedzialny w Polsce 2050 za bezpieczeństwo i reagowanie kryzysowe.

Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają

Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły <a title=stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają" title="Prawie połowa dorosłych Polaków odczuwa przewlekły stres. Pandemia i problemy finansowe mocno go nasilają" />

Prawie połowa Polaków odczuwa stres średnio kilka razy w tygodniu, a co piąty – codziennie lub prawie codziennie. Najczęstsze przyczyny to pandemia, sytuacja gospodarcza kraju albo problemy finansowe oraz zdrowotne swoje i bliskich – wynika z wrześniowego badania „Polacy a stres” przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia dla Sanprobi. Tylko 1/3 ankietowanych zadeklarowała w nim, że ma swoje sposoby radzenia sobie z napięciem. Dla 20 proc. jest to palenie papierosów, dla 19 proc. – picie alkoholu, a 15 proc. zajada stres niezdrowymi produktami. Tylko co 11. Polak wśród sposobów radzenia sobie ze wzmożonym napięciem wymienia probiotykoterapię.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała stres za jeden z najbardziej szkodliwych czynników zagrażających zdrowiu. Jak wynika z wrześniowego badania przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Sanprobi, Polacy wymieniają stres jako jedną z częściej towarzyszących im emocji (obok zmęczenia i niepewności). Niemal połowa dorosłych odczuwa stres średnio kilka razy w tygodniu, z czego 18 proc. codziennie lub prawie codziennie. Tylko 8 proc. osób nie miało w ciągu ostatniego kwartału żadnej sytuacji stresogennej. Co istotne, wyraźnie częściej stresują się kobiety (50 proc.) niż mężczyźni (32 proc.).

W tej chwili Polacy odczuwają stres głównie z powodu pandemii (48 proc.). Stresują się również sytuacją gospodarczą w kraju i na świecie (33 proc.) oraz problemami zdrowotnymi – własnymi i bliskich osób (33 proc.), a także swoją sytuacją finansową (32 proc.).

– Są w tej chwili kolejki do psychiatrów i psychologów, którzy uczą nas technik radzenia sobie ze stresem, np. medytacji czy wizualizacji. Leki przeciwdepresyjne są stosowane przez kilkadziesiąt procent populacji – to jest sytuacja niespotykana. Oczywiście one pomagają nam znosić stres, ale nie likwidują jego przyczyny, działają tylko objawowo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. n. med. Ernest Kuchar, lekarz chorób zakaźnych i medycyny sportowej, kierownik Kliniki Pediatrii z Oddziałem Obserwacyjnym na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym.

– Nie mamy świadomości, że napięcie, które powstaje pod wpływem stresu, powinno być rozładowane, bo jeżeli się bardzo mocno skumuluje, to odbije się na naszym zdrowiu fizycznym i psychicznym – dodaje Joanna Chatizow, prezes Stowarzyszenia Aktywnie Przeciwko Depresji. – Polacy nie bardzo potrafią sobie radzić ze stresem. Tylko 22 proc. potrafi go rozładować w zdrowy sposób, czyli uprawiając sport. To jest najbardziej pożądana aktywność, która redukuje napięcie.

Przewlekły stres może być przyczyną depresji i zaburzeń lękowych, prowadzić do uzależnień i chorób somatycznych. Rozładowywanie napięcia czasem bywa jednak bardziej destrukcyjne niż sam stres – dla 20 proc. jest to palenie papierosów, dla 19 proc. – picie alkoholu, 15 proc. zajada go niezdrowymi produktami, a 2 proc. przyznało się do zażywania narkotyków i środków odurzających. Ogółem tylko 1/3 badanych Polaków zadeklarowała, że ma swoje sposoby radzenia sobie ze stresem.

Eksperci podkreślają, że istnieje ścisła zależność pomiędzy działaniem ośrodkowego układu nerwowego a mikrobiomem, czyli florą jelitową. Zostało to zauważone przez lekarzy już na początku XX wieku. Od tego czasu pojawiło się wiele badań klinicznych, które wykazały, że zaburzenia mikrobiomu w jelitach mogą powodować zmiany nastroju i zachowania. Przewlekły stres może być natomiast przyczyną zaburzenia prawidłowego stanu mikroflory jelitowej.

– Chemizacja środowiska i życie z wszechobecnym plastikiem sprawiają, że rozwój mikrobiomu jest zaburzony. Na to nakładają się nieprawidłowe odżywianie, wysoko przetworzone środki spożywcze zawierające konserwanty, przewlekłe stosowanie leków takich jak: antybiotyki, niesterydowe leki przeciwzapalne, przeciwwrzodowe, a nawet przeciwpsychotyczne, w tym przeciwdepresyjne. Wszystko to sprawia, że nasza flora jelitowa wymaga działań naprawczych. Takim sposobem jest stosowanie probiotyków. Są to wybrane szczepy bakteryjne, które w odpowiedniej ilości wpływają korzystnie na florę jelitową – wskazuje dr Ernest Kuchar.

Badania kliniczne wykazały, że bakterie probiotyczne mają wpływ na poprawę nastroju nawet u osób z rozpoznaniem depresji, ponieważ są one zdolne do wytwarzania i dostarczania organizmowi substancji neuroaktywnych, takich jak kwas gamma-aminomasłowy i serotonina.

– Szczepów bakterii mamy w przyrodzie miliardy, nawet biliony, i żeby trafić na taki, który działa korzystnie na organizm człowieka, trzeba mieć trochę szczęścia. Potem jest długotrwały proces badania takiego szczepu i jego właściwości. Sprawdza się jego genom, porównuje z innymi podobnymi szczepami i ostatecznie ustala się, czy dana bakteria może korzystnie wpływać na organizm ludzki. Jeżeli są na to dowody, wtedy możemy mówić o tym, że jest to bakteria probiotyczna. Zatem badamy to bezpieczeństwo, zanim w ogóle probiotyk wejdzie do produkcji – podkreśla Robert Kornecki, prokurent i współwłaściciel Sanprobi.

Jak wynika z wrześniowego badania dla Sanprobi, po leki i farmaceutyki minimalizujące poziom stresu sięga 13 proc. Polaków. Przeważają leki bez recepty (48 proc.), witaminy i suplementy diety (46 proc.), zioła (43 proc.) i preparaty zmniejszające poziom stresu przepisane przez lekarza (41 proc.). Tylko ok. 9 proc. wybiera właśnie probiotyki. 45 proc. Polaków nie wierzy jeszcze w skuteczność probiotykoterapii jako sposobu na niwelowanie stresu. Co czwarty obawia się też efektów ubocznych ich przyjmowania.

Mając na uwadze naukowe doniesienia oraz fakt, że 45 proc. ankietowanych w badaniu Sanprobi nie wierzy w skuteczność probiotykoterapii jako sposobu na niwelowanie stresu, Stowarzyszenie Aktywnie Przeciwko Depresji wystartowało 1 października z kampanią edukacyjną pod nazwą Psychobiotyki – przez żołądek do mózgu, której partnerem jest firma Sanprobi. Jej celem jest poprawa jakości życia osób chorujących na depresję i inne zaburzenia psychiczne poprzez modyfikację nawyków żywieniowych oraz umiejętną suplementację preparatami probiotycznymi. Więcej na temat kampanii oraz psychobiotyków można znaleźć na stronie www.psychobiotyki.com.

Produkcja w branży motoryzacyjnej będzie stawać się bardziej lokalna. To szansa dla Polski

Branża motoryzacyjna powoli odradza się po kryzysie związanym z lockdownem. Notowane wiosną ponad 70-proc. spadki w produkcji samochodów to w dużej mierze konsekwencja przerwania globalnych łańcuchów dostaw. – W tej chwili wracają one do normalnego stanu i, co ciekawe, rozpoczyna się dyskusja na temat ich skrócenia – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. To może skłonić europejskich producentów do szukania bliżej nowych lokalizacji i dostawców, co oznacza szansę na przyciągnięcie nowych inwestycji do Polski.

W przypadku sektora motoryzacyjnego podstawą działalności jest zapewnienie łańcucha dostaw. Ta branża funkcjonuje w skali globalnej, w związku z czym części do produkcji samochodów są dostarczane z jednego końca świata na drugi: z Chin do Europy, z Europy do Stanów, z Meksyku do Kanady. Na początku pandemii, kiedy niespodziewanie granice państw zostały zamknięte, zakłady produkcyjne przestały produkować, a klienci przestali kupować samochody, cały sektor motoryzacyjny po prostu się zamroził. Obecnie toczy się dyskusja na temat skrócenia łańcuchów dostaw, aby części były produkowane bliżej fabryk samochodów – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Wideł.

W Europie działa blisko 300 zakładów, w których montowane są samochody i produkowane są silniki. W Polsce znajduje się 16 fabryk, w których montowane są samochody osobowe i dostawcze, ciężarówki i autobusy – wynika z najnowszego „Raportu branży motoryzacyjnej” PZPM i KPMG. Zdaniem eksperta nasz kraj  jest dobrą lokalizacją dla nowych inwestycji w branży motoryzacyjnej. Decyduje o tym wiele czynników: dobrze radząca sobie ze spowolnieniem gospodarka, wykwalifikowane kadry oraz bliskość kluczowych rynków zbytu, np. Niemiec i Francji.

Nie wiadomo, jaka będzie przyszłość sektora motoryzacyjnego, bo zarówno pandemia, jak i kryzys nią wywołany bardzo mocno dały mu się we znaki. Z drugiej strony borykamy się z wielkimi wyzwaniami związanymi m.in. z regulacjami dotyczącymi emisji spalin i ochrony środowiska. To może okazać się zabójcze dla części sektora motoryzacyjnego. Mówiąc krótko, branża musi się przygotować na walkę o byt, którą przetrwają tylko najsilniejsze firmy – przewiduje prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Zobaczymy, gdzie one będą inwestowały, ale ja jestem optymistą pod tym względem.

Jak wynika z prognoz przytaczanych w „Raporcie branży motoryzacyjnej”, w tym roku sprzedaż aut osobowych skurczy się o 25 proc., czyli nabywców znajdzie ok. 9,6 mln aut, o 3 mln mniej niż w 2019 roku. Ta sytuacja bezpośrednio przekłada się na wyniki finansowe producentów motoryzacyjnych. Wielu z nich spodziewa się strat, a na to nakładają się również kosztowne zmiany związane z przechodzeniem na nowe technologie alternatywnych napędów.

W pierwszych dwóch miesiącach 2020 roku liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w Polsce spadła o ponad 13 proc. W kwietniu spadek ten sięgnął 67,1 proc. Jak podaje Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, we wrześniu pierwszy raz od początku roku miesięczne rejestracje były wyższe (wzrost o 9,4 proc., czyli o 3,7 tys. szt.) w porównaniu z tym samym miesiącem poprzedniego roku. W grupie samochodów osobowych we wrześniu  zarejestrowano 38 147 sztuk, czyli więcej o ponad 2,8 tys. (8 proc.) niż rok wcześniej i więcej o 3,4 tys. (9,9 proc.) niż w sierpniu. Z kolei w grupie samochodów dostawczych do 3,5 t przybyło o ponad  5 tys. nowo zarejestrowanych pojazdów, czyli o 21,8 proc. rok do roku. Od stycznia do września spadek sprzedaży wyniósł 27,4 proc. w ujęciu rocznym.

Na polskim rynku bardzo szybko wróciło zainteresowanie samochodami używanymi, ale wiąże się to m.in. z siłą nabywczą, jaką dysponują Polacy. Przypuszczam, że w dobie koronawirusa ludzie obawiają się transportu publicznego, a samochód prywatny jest dobrą alternatywą. Szczególnie że używane auta sprowadzane do Polski może nie są najnowsze, ale nie są też zbyt drogie. Możliwe, że cierpi na tym środowisko naturalne, może też i bezpieczeństwo ruchu drogowego, ale z drugiej strony daje to społeczeństwu jakąś mobilność – zauważa Paweł Wideł.

W segmencie nowych samochodów takiego odbicia nie było widać. Jak podkreśla ekspert, ciekawe jest to, że sprzedaż w segmencie premium, czyli najdroższych samochodów, jest bardzo dobra, a nawet lepsza niż w ubiegłym roku.

Samochody dostawcze sprzedają się bardzo dobrze, co może mieć związek z rozwojem e-commerce’u – mówi prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych. – Z kolei segment samochodów osobowych, dla przeciętnego Kowalskiego, jeszcze nie wrócił do poziomu z zeszłego roku.

Z „Raportu branży motoryzacyjnej 2020/2021” wynika, że 2019 rok zakończył się w Polsce rekordową liczbą rejestracji nowych samochodów osobowych, przy umiarkowanym, blisko 5-proc. wzroście. Prawie 60 proc. kadry zarządzającej w branży motoryzacyjnej ocenia, że powrót do sytuacji sprzedażowej sprzed pandemii zajmie co najmniej dwa lata, a 6 proc. uważa, że to nie nastąpi w ogóle.

Amazon szykuje się na zwiększony ruch przed świętami. Szuka w Polsce 10 tys. pracowników sezonowych

Globalny serwis sprzedażowy chce zatrudnić w Polsce na okres przedświąteczny aż 10 tys. pracowników sezonowych do obsługi zamówień w centrach logistycznych. To więcej niż połowa stałego personelu, który również w tym roku się powiększył – o 2 tys. osób. Firma chce przyciągnąć pracowników sezonowych atrakcyjnym wynagrodzeniem i benefitami, które przysługują od pierwszego dnia pracy, ale także możliwościami rozwoju. 

– Rozpoczęliśmy rekrutację na 10 tys. stanowisk sezonowych. Poszukujemy pracowników, którzy przyjdą do nas w okresie przedświątecznym i będą nas wspierać w realizacji zamówień dla naszych klientów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Zagrodnik, regionalny kierownik HR Amazon Fulfillment Poland.

Amazon działa w Polsce od 2014 roku. W tym czasie stworzył dziewięć nowoczesnych centrów logistycznych: w Sadach koło Poznania, Sosnowcu, Kołbaskowie koło Szczecina, Bielanach Wrocławskich (dwa obiekty), Łodzi, Pawlikowicach koło Łodzi, Okmianach koło Bolesławca i Gliwicach. Dwa z nich, w Gliwicach oraz Łodzi, zostały uruchomione w 2020 roku. Firma stworzyła również Centrum Rozwoju Technologii w Gdańsku oraz biuro korporacyjne i oddział Amazon Web Services w Warszawie. Łącznie Amazon zatrudnia w Polsce już 18 tys. stałych pracowników, z czego 2 tys. zasiliło szeregi firmy w tym roku.

Czwarty kwartał to okres przygotowań do zwiększonego ruchu świątecznego. Stąd tak duża skala sezonowej rekrutacji w Amazonie.

Poszukujemy przede wszystkim pracowników poziomu początkowego, osób, które ukończyły 18. rok życia i są gotowe do pracy zmianowej. Ważna jest dla nas dbałość o szczegóły, etyka pracy i terminowość w dostarczaniu zadań, ponieważ osoby te mają bezpośredni wpływ na wysyłkę zamówień do naszych klientów – podkreśla Magdalena Zagrodnik. – Wszelkie informacje na temat wymagań i naszej oferty pracy można znaleźć na stronie Pracujwamazon.pl.

Zarówno zatrudnieni na stałe, jak i na okres przedświąteczny otrzymują wynagrodzenie w wysokości co najmniej 20 zł brutto za godzinę – o 15 proc. więcej niż w 2020 roku wynosi stawka minimalna. Dodatkowo mogą liczyć na premię miesięczną do 15 proc., uzależnioną od wyników zespołu i frekwencji indywidualnych. Osoby pracujące od 8 listopada do 26 grudnia otrzymają świąteczny dodatek do podstawowego wynagrodzenia (min. 20 zł za godzinę) w wysokości 4 zł za godzinę, więc łączna stawka początkowa w tym okresie wyniesie 24 zł brutto. Pracownicy mogą również liczyć na bogaty pakiet socjalny.

– Wśród benefitów są: dojazd do i z pracy, który organizujemy jako pracodawca, ubezpieczenie medyczne, ubezpieczenie na życie, bezpłatne posiłki w okresie przedświątecznym, poza okresem świątecznym kosztują one złotówkę – wymienia regionalny kierownik HR Amazon Fulfillment Poland. – W okresie przedświątecznym w naszych centrach logistycznych panuje wyjątkowa atmosfera. Jak co roku przygotowujemy dla naszych pracowników liczne atrakcje, w tym kalendarz przedświąteczny, w którym znajdą oni wiele niespodzianek, m.in. darmowe posiłki, przekąski, napoje, organizujemy również konkursy z nagrodami.

Jak podkreśla Magdalena Zagrodnik, pracownikom sezonowym firma oferuje też dalsze możliwości rozwoju. Pokazuje to przykład rekrutacji z ubiegłego roku.

Wiele osób, które dołączyło do nas w okresie przedświątecznym, zdecydowało się z nami zostać. Z osób, które dołączyły do nas w listopadzie i grudniu 2019 roku, około 1/4 nadal z nami pracuje – wskazuje.

Poza benefitami dla pracowników Amazon uruchomił także program Postaw na Swój Rozwój, przeznaczony dla tych, którzy pracują w firmie ponad rok.

 To program, w ramach którego dofinansowujemy 95 proc. wartości kursów i szkoleń wybranych przez pracownika. Takie dofinansowanie może wynieść 26 tys. zł w ciągu czterech lat, dzięki czemu pracownicy mogą wybrać szkolenia, które ich interesują, a także dokształcić się lub też całkowicie przekwalifikować – mówi Magdalena Zagrodnik.

Brak możliwości przymiarki to największy problem podczas zakupów w internecie. Rozwiązują go wirtualne przymierzalnie oparte na rozszerzonej rzeczywistości

Mimo szybkiego rozwoju e-handlu wciąż co czwarty internauta w Polsce nie kupuje online. Najczęstszy powód to brak fizycznego kontaktu z produktem i możliwości przetestowania go przed zakupem. Dotyczy to głównie branży fashion, czyli zakupów ubrań i dodatków. Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła rozwiązanie bazujące na rozszerzonej rzeczywistości, które rozwiązuje ten problem. Aplikacja zamienia ekran smartfona w lustro i tworzy realny model twarzy w 3D, dzięki czemu konsument może dobrać i przymierzyć przed zakupem dowolne oprawki okularów. W przyszłości przymierzyć będzie można niemal każde ubranie.

Jak pokazują dane Gemiusa, zakupy w internecie robi już 73 proc. polskich internautów, co oznacza rekordowy wzrost o 11 pkt proc. względem ubiegłego roku. Jeszcze przed pandemią rynek e-commerce rósł w średniorocznym tempie ok. 18 proc. Polska jest pod tym względem jednym ze światowych liderów. W ostatnich trzech latach wartość tego rynku rosła u nas szybciej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Wirus SARS-CoV-2 okazał się katalizatorem, który dodatkowo przyspieszył ten szybki wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u. Jak pokazało wrześniowe badanie Dentsu Aegis, w związku z pandemią duża część wydatków zakupowych Polaków przeniosła się do sieci, a 49 proc. konsumentów zadeklarowało, że obecnie częściej wybiera ten kanał zakupowy.

Głównymi zaletami internetowego handlu są wygoda, szeroka dostępność produktów oraz oszczędność czasu i pieniędzy, bo e-sklepy zwykle oferują ceny niższe niż te tradycyjne. Jednak wciąż duża grupa klientów (27 proc.) nie kupuje online, ponieważ woli fizyczny kontakt z produktem, chce mieć możliwość przymierzenia i przetestowania go przed zakupem.

– Największą wadą zakupów w internecie jest to, że nie możemy przymierzyć rzeczy online, bazujemy tylko na tym, co widzimy na zdjęciu – mówi agencji Newseria Biznes Beata Badzyńska, dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs. – Wirtualna rzeczywistość pozwala nam dokonać w internecie idealnego zakupu. Ekran naszego telefonu zamienia się w lustro, w którym możemy się przejrzeć, przymierzając dowolną część garderoby.

Jak wynika z danych Gemiusa, najpopularniejszym urządzeniem wykorzystywanym w procesie zakupów online jest laptop (80 proc.) bądź smartfon (69 proc.). Ten jest wybierany w e-commerce zwłaszcza przez młodszych konsumentów, w grupie wiekowej 15–24 lat (92 proc.). Zainstalowanie na nim aplikacji opartej na rozszerzonej rzeczywistości (AR, augmented reality) rozwiązuje największy problem internetowych zakupów, jakim jest brak możliwości przymierzenia produktu przed zakupem.

– Wiele osób robi zakupy w internecie i podejmuje decyzję na bazie tego, co widzi. Oglądamy modelki w okularach i sukienkach i myślimy sobie, że też będziemy tak wyglądać. Potem kupujemy, zakupy przychodzą do nas do domu i okazuje się, że niestety nie wyglądamy dobrze, i zaczyna się proces zwrotu. Ten nie zawsze jest łatwy, bo nie wszystkie firmy mają w tym zakresie przyjazne procedury – mówi Beata Badzyńska.

Firma technologiczna Sensi Labs stworzyła wirtualną przymierzalnię, w której klient może dobrać i przymierzyć okulary do kształtu swojej twarzy. To jedno z najnowocześniejszych obecnie rozwiązań tego typu, bazujące na technologii AR i kamerze TrueDepth, która wyświetla siatkę 30 tys. punktów, tworząc realny model twarzy w 3D. Aplikacja dostępna na iOS i Androida zamienia smartfona w lusterko, w którym klient może się przejrzeć i przymierzyć dowolne oprawki.

– Wykorzystanie aplikacji ClickFitApp to połączenie przymierzania, które odbywa się normalnie w sklepie, z wygodą zakupów online. Możemy dowolnie poruszać głową w prawo i lewo, w górę i w dół, a okulary podążają za naszym ruchem – mówi dyrektor ds. operacyjnych Sensi Labs.

Wirtualne przymierzalnie, oparte na technologii AR, dają klientowi możliwość przymiarki bądź wizualizacji produktów w 360 stopniach. To rozwiązanie coraz bardziej popularne w e-commerce, które sprawdza się zwłaszcza w takich segmentach e-handlu jak moda czy kosmetyki. Rozszerzona rzeczywistość pozwala np. dopasować kolor kosmetyku czy farby do włosów – wystarczy, że klient skieruje w tym celu kamerę na siebie, żeby móc testować różne opcje. Kolejnym segmentem, który coraz powszechniej korzysta z tego rozwiązania, jest branża meblarska. Największe firmy meblowe, w tym m.in. szwedzka Ikea, wprowadziły już narzędzia, które dzięki AR pozwalają sprawdzić, jak meble czy sprzęt AGD będą wyglądać w domowym wnętrzu.

– Korzyści z wirtualnego przymierzania jest wiele, a dla klienta najważniejsze jest to, że ma przymierzalnię zawsze przy sobie. Wracając tramwajem czy metrem do domu, może uruchomić aplikację, przejrzeć i przymierzyć dowolne okulary, a nawet zrobić sobie zdjęcie i wysłać do przyjaciółki z prośbą o poradę, po czym dokonać zakupu – mówi Beata Badzyńska. – Nasz zespół może przygotować wirtualne przymierzalnie dla wszystkich części garderoby. W tej chwili pracujemy m.in. nad przymierzalniami czapek i kapeluszy, biżuterii i gogli narciarskich. Otrzymujemy wiele zapytań od firm, które chciałyby, abyśmy stworzyli dla nich aplikację do przymierzania ich produktów.

Według „Retail Perceptions Report” blisko 2/3 konsumentów (61 proc.) woli dokonywać zakupów w e-sklepach, które oferują możliwość wirtualnej przymiarki bądź dokładnego obejrzenia produktu za pomocą AR. Natomiast 40 proc. byłoby skłonnych wydać więcej na produkt, gdyby wcześniej mogli wejść z nim w interakcję za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości. Market Data Forecast w najnowszym raporcie wskazuje, że wartość rozwiązań AR w handlu detalicznym to dziś 13,3 mld dol., a do 2025 roku ma wzrosnąć do 95 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 47 proc.

W rozwiązania oparte na rozszerzonej rzeczywistości inwestuje coraz więcej retailerów, chcąc zwiększyć sprzedaż i przyciągnąć nowych klientów. Kolejna korzyść to minimalizowanie wskaźnika zwrotów, ponieważ jeśli klient miał możliwość przymiarki produktu przez zakupem, spada ryzyko, że okaże się on nietrafiony. Aplikacja Sensi Labs jest przeznaczona dla wszystkich producentów i dystrybutorów oraz sklepów optycznych. Można ją zintegrować z już istniejącymi aplikacjami (implementując w nich moduł przymierzania w AR) bądź wdrożyć pod indywidualne potrzeby każdej marki.

– Dzięki aplikacji Gepetto Lustro mamy możliwość zaprezentowania naszego produktu tak, jakby on rzeczywiście został przymierzony przez klienta. To oczywiście zmniejsza liczbę wysyłek. Dzięki temu możemy zoptymalizować czas, który jest nam potrzebny, żeby dostarczyć okulary do klienta, ale też zmniejszamy naszą emisję CO2 – podkreśla Zuzanna Świtała, specjalistka ds. innowacji w firmie optycznej Gepetto. – Plusów takiego rozwiązania jest więc bardzo dużo, ale najważniejszym jest zadowolenie klienta.

Jak podkreśla Beata Badzyńska, w warunkach pandemii wirtualne przymierzalnie mogą okazać się przydatne nie tylko e-sprzedawcom, ale także sklepom stacjonarnym, które muszą zachować ścisłą higienę i reżim sanitarny.

– Możemy w sklepie wręczyć klientowi tablet z wirtualnym lustrem, pozwolić mu spokojnie usiąść, przymierzyć okulary i wyselekcjonować te, które mu się najbardziej podobają, a następnie je przymierzyć. To daje duży komfort, a na pewno obniża koszty dezynfekcji – mówi.

Naukowcy odkryli 24 planety z potencjalnie lepszymi warunkami do życia niż na Ziemi. Na kolonizację mamy już mniej niż 100 lat

Nawet 24 planety mogą mieć warunki bardziej sprzyjające do życia niż Ziemia – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Choć żadna z nich nie znajduje się bliżej niż 100 lat świetlnych od Ziemi, część z nich może spełniać wszystkie kryteria, aby móc zaklasyfikować je jako przyjazne człowiekowi. – Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej.

Naukowcy od lat poszukują planet, na których mogłoby istnieć życie lub na których ludzie mogliby zamieszkać. W naszym Układzie Słonecznym takiej  nie ma, jednak dzięki kolejnym teleskopom kosmicznym nowej generacji, jak Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba czy Kosmiczny Teleskop PLATO, nasze zdolności obserwacyjne są coraz większe. Łatwiej więc będzie znaleźć przyjazne człowiekowi planety.

Naukowcy z Uniwersytetu Stanu Waszyngton przekonują, że przynajmniej teoretycznie istnieją planety, które dają szansę na rozwinięcie na nich życia.

– Wraz z pojawieniem się kolejnych teleskopów kosmicznych otrzymamy więcej informacji, dlatego ważne jest, aby wytypować niektóre cele – podkreśla Dirk Schulze-Makuch, profesor z Uniwersytetu Stanu Waszyngton i Politechniki Berlińskiej. – Musimy skupić się na pewnych planetach, które mają najbardziej obiecujące warunki dla życia. Musimy jednak uważać, aby nie utknąć w poszukiwaniu drugiej Ziemi, ponieważ mogą istnieć planety, które mogą być jeszcze bardziej odpowiednie do życia niż nasza.

Naukowcy twierdzą, że w poszukiwaniach należy skupić się na planetach skalistych, które krążą w takiej odległości od gwiazdy, aby na ich powierzchni mogła występować woda w stanie ciekłym. Temperatura na nich powinna zaś być nieco wyższa od tej, która panuje na Ziemi, o ok. 5 st. C. Szanse na znalezienie życia będą większe na planetach w wieku 5–8 mld lat. Chociaż Słońce jest centrum naszego Układu Słonecznego, jego żywotność ocenia się na mniej niż 10 mld lat. Ponieważ minęły prawie 4 mld lat, zanim na Ziemi pojawiła się jakakolwiek forma złożonego życia, wiele gwiazd podobnych do naszego Słońca, mogło zgasnąć, zanim rozwinęło się życie na krążących wokół planetach.

Przy poszukiwaniach istotne znaczenie mają także rozmiar i masa planety. Na planecie o ok. 10 proc. większej od Ziemi będzie więcej terenów nadających się do zamieszkania. Z kolei taka o masie 1,5 masy Ziemi może dłużej utrzymywać wewnętrzne ogrzewanie i mieć silną grawitację.

– Powszechnie uważa się, że mamy najlepszą planetę, dlatego czasem trudno jest przekonać do tego, że mogą istnieć planety lepiej przystosowane do życia – wskazuje Dirk Schulze-Makuch. – Mamy wiele złożonych i różnorodnych form życia, a wiele z nich może przetrwać w ekstremalnych warunkach. Dobrze jest móc adaptować się do panujących warunków, ale to nie znaczy, że mamy wszystko, co najlepsze.

Wstępnie naukowcy odkryli 24 planety, które spełniają przynajmniej część z warunków idealnych do rozwoju życia. Jedna, KOI 5715, spełnia natomiast wszystkie założenia.

Choć wszystkie planety znajdują się w odległości przynajmniej 100 lat świetlnych od Ziemi, mogą być dla ludzi nadzieją na kolonizację. To o tyle istotne, że Stephen Hawking już kilka lat temu oceniał, że ludzie mają ok. 100 lat na zasiedlenie innej planety. To może być jedyna szansa na przetrwanie, biorąc pod uwagę m.in. przeludnienie, globalne ocieplenie, możliwą wojnę atomową czy uderzenie meteorytów.

5G i internet rzeczy zrewolucjonizują m.in. transmisje sportowe i transport drogowy. Na jednym kilometrze kwadratowym będzie działać nawet milion urządzeń

Dzięki wdrożeniu sieci 5G na kilometrze kwadratowym będzie mogło stabilnie działać nawet milion urządzeń i czujników podłączonych do internetu rzeczy. Dzięki temu standardowi transmisji danych będzie też można bezpiecznie wdrażać autonomiczny transport oraz dostarczyć rewolucyjną jakość transmisji osobom uczestniczącym online w wydarzeniach sportowych i kulturalnych. – 5G zaoferuje rozwiązania, które dziś wydają się science fiction – mówi Tomasz Uflewski z HMD Global.

– Sieć 5G pozwala na podłączenie bardzo dużej liczby urządzeń na bardzo małym obszarze. Mówimy tutaj o liczbie około miliona urządzeń na kilometrze kwadratowym, co pozwala zbierać wręcz nieograniczone dane z poszczególnych odbiorników czy nadajników sieci 5G, tworząc cały ekosystem np. do zarządzania inteligentnym domem, inteligentnym oświetleniem, a w dalszym kontekście smart grid w sieciach energetycznych, czyli zarządzania sieciami energetycznymi – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Uflewski, enterprise business manager w Europie Wschodniej w HMD Global.

Massive Machine Type Communications, czyli mMTC, oznacza rodzaj komunikacji, w którym wiele urządzeń internetu rzeczy jest połączonych bezpośrednio do internetu bądź połączonych między sobą (M2M). W takiej komunikacji udział człowieka w zarządzaniu urządzeniami IoT jest znikomy lub nie zachodzi wcale. Wdrożenie tego typu komunikacji jest niezbędne m.in. do tego, by po drogach mogły się poruszać pojazdy autonomiczne. Warunkiem zaistnienia mMTC jest wdrożenie standardu 5G, który cechuje się m.in. bardzo dużą szybkością transferu danych.

– Sieć 5G oferuje opóźnienia na poziomie 1 milisekundy, a dostępność na poziomie tzw. pięciu dziewiątek (99,999%). Oznacza to, że praktycznie jest dostępna zawsze, a opóźnienia są tak minimalne, że pozwalają zastosować te rozwiązania np. w autonomicznych pojazdach, gdzie duża ilość danych musi być przetwarzana w czasie rzeczywistym, żeby pojazd mógł się komunikować ze wszystkimi innymi obok siebie, z centrum zarządzania ruchem – wyjaśnia ekspert z HMD Global.

To szczególnie istotne zwłaszcza w sytuacjach awaryjnych, takich jak konieczność nagłego hamowania. Dla porównania średni czas reakcji kierowcy na niebezpieczeństwo wynosi około sekundy. Zautomatyzowanie ruchu drogowego oznaczałoby więc nie tylko duże ułatwienie, ale i znaczącą poprawę bezpieczeństwa. Jednak sieć 5G może mieć zastosowanie również w automatyzacji procesu zarządzania nie tylko infrastrukturą drogową.

Niemiecki nadawca radiowy i telewizyjny SWR wraz z Telekom Deutschland testuje wykorzystanie sieci 5G do nadawania treści poprzez systemy informacyjno-rozrywkowe w pojazdach. Dodatkową usługą oddawaną kierowcom za pośrednictwem tego kanału ma być oparty na rekomendacjach georeferencyjnych przewodnik turystyczny. Sieć 5G może przyczynić się również do zrewolucjonizowania podejścia do transmisji sportowych.

– Stadion futbolowy w Nowym Jorku dysponuje prywatną siecią 5G, która będzie obsługiwała wirtualną rzeczywistość. Każdy z zawodników będzie miał kamerę wysokiej rozdzielczości i w czasie rzeczywistym sygnał z nich będzie transmitowany na telebimy, tak aby kibic mógł uczestniczyć na żywo niemalże w tym, co dzieje się na boisku z pozycji wszystkich graczy. To rozwiązania, które dzisiaj są wręcz science fiction – mówi ekspert.

Dzięki wdrożeniu sieci 5G będzie można przenieść koncerty czy wydarzenia sportowe do wirtualnej rzeczywistości, zapewniając tym samym odbiorcom zupełnie inny poziom doświadczeń. Badanie przeprowadzone przez Global Web Index wykazało, że 66 proc. ankietowanych zdecydowałoby się uczestniczyć w wirtualnej transmisji, gdyby wydarzenie, na które się wybierali, nie mogło się odbyć w wyniku pandemii. Z kolei z badań Verizona wynika, że osoby uczęszczające na mecze i koncerty entuzjastycznie reagują na możliwość uczestniczenia w nich również wirtualnie.

Okazuje się, że standard komunikacji 5G może przynieść wymierne korzyści również dla biznesu.

– Badania Accenture wskazują, że urządzenia przemysłowe podłączone do sieci 5G są o 30 proc. bardziej efektywne niż urządzenia podłączone do sieci LTE. Przewiduje się, że gospodarka wzrośnie o około 11 proc. dzięki zastosowaniu sieci 5G i mówimy tu o szerokiej gospodarce. Media i otoczenie mediów będą wzrastały dzięki niej o około 20 proc. – wylicza Tomasz Uflewski.

Analitycy Gartnera wskazują, że do końca bieżącego roku na całym świecie będzie używanych ok. 20,4 mld urządzeń IoT. Rozwiązania te wdroży też ponad 65 proc. firm. Z kolei według IDC do 2025 roku urządzenia IoT będą generowały ponad połowę przesyłanych za pośrednictwem sieci danych.

Jaki będzie rzeczywisty deficyt budżetowy w 2020 roku?

Wiemy już, że polski budżet na rok 2020 potrzebuje porządnego znowelizowania. Nie jest to spowodowane tylko COVID-em. Już przed epidemią ekonomiści wskazywali na potrzebę nowelizacji budżetu ze względu na niedoszacowany deficyt. W pierwotnej wersji rząd założył deficyt w wysokości około 5% PKB – czyli 109 miliardów złotych. Eksperci uważają jednak, że realny deficyt polskiego skarbu państwa będzie dużo większy, nawet bez poepidemicznej recesji. Rząd nauczył się już w poprzednich kadencjach chować nadmiarowy deficyt, z powodów politycznych i propagandowych. W tym roku robi to znowu. Warto byłoby jednak mieć jasny ogląd tego, na jakim poziomie uplasuje się tegoroczny deficyt budżetowy. Nawet jeśli ta liczba miałaby sięgnąć 10% PKB – czyli dwa razy więcej niż zakładano w pierwotnym budżecie. W dobie kryzysu epidemicznego duże deficyty krajowe nikogo nie dziwią. W Stanach Zjednoczonych ma on sięgnąć nawet 20% PKB. Ekonomiści zachęcają więc rząd, by nie ukrywał prawdziwej wielkości deficytu – bo może to pomóc lepiej zaplanować przyszłoroczny budżet.

– Deficyt polskiego państwa będzie w tym roku na pewno znacznie większy, niż planowane 5% PKB. Część wydatków realizowana jest przez Polski Fundusz Rozwoju, część przez BGK, część przez fundusze pozabudżetowe. W ten sposób rząd przesuwa wydatki poza budżet – raportując oficjalnie mniejszy deficyt, niż mamy w rzeczywistości. To nie jest dobra metoda. W aktualnej sytuacji naprawdę nie ma wielkiego znaczenia, jak duży będzie tegoroczny deficyt. Byłoby znacznie bardziej przejrzyste i jasne, gdyby rząd po prostu powiedział ile rzeczywiście deficytu przewiduje – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Mówi się o ponad 200 miliardach złotych deficytu, czyli 10% PKB. Oczywiście nie wiemy, jak będzie wyglądać sytuacja w drugim półroczu – deficyt może więc okazać się mniejszy, lub większy. Rząd powinien wykorzystać tę sytuację – warto przesunąć na bieżący rok część przyszłych wydatków. Zwiększając deficyt w tym roku, czyli dokonując części wydatków przyszłorocznych, zmniejszymy przyszłoroczne manko w budżecie. W tym roku rynki światowe nie zwracają uwagi na deficyty poszczególnych krajów. Deficyt na poziomie 10% w Polsce nie zrobi na nikim wielkiego wrażenia. Niewykluczone jednak, że w przyszłym roku nasi partnerzy będą znacznie bardziej podejrzliwie przyglądać się polskiemu budżetowi. Warto więc nie chować tegorocznego deficytu przed oczami Polaków i zwiększyć go, by przyszłoroczny budżet nie zamykał się na tak dużym minusie – przekonuje Orłowski.

Rewolucja technologiczna wymaga zmian w systemie edukacji

Aktualnie trwająca rewolucja technologiczna doprowadzi do skokowego wzrostu wydajności w wielu dziedzinach gospodarki, w tym w sektorze finansowym. Będzie jednak miała również negatywne konsekwencje. Już dziś powinniśmy je przewidzieć i próbować im zapobiegać.

Rewolucja technologiczna zmienia strukturę gospodarki jako całości ale również poszczególne branże i przedsiębiorstwa. Jej konsekwencje są już od dłuższego czasu bardzo dobrze widoczne w branży finansowej. Podobnie jak w sektorze przemysłowym, w finansach jesteśmy świadkami coraz bardziej zaawansowanej automatyzacji procesów biznesowych. Technologią, która na naszych oczach rewolucjonizuje branżę bankową, ubezpieczeniową, czy inwestycyjną jest sztuczna inteligencja.

O sztucznej inteligencji możemy mówić wtedy, gdy system komputerowy jest w stanie analizować duże zbiory danych, uczyć się i samodzielnie wybierać sposób osiągania założonych celów. W branży finansowej sztuczna inteligencja jest wykorzystywana do analizy ryzyka kredytowego i inwestycyjnego, wykrywania oszustw a także w systemach telefonicznej obsługi klienta. Firmy ubezpieczeniowe stosują ją w procesie akceptacji wypłat odszkodowań o niewielkiej wartości.

Systemy komputerowe oparte na sztucznej inteligencji przyczyniają się do zwiększenia skuteczności procedur biznesowych a także do radykalnej obniżki kosztów operacyjnych instytucji finansowych. Mówiąc wprost, umożliwiają one przeprowadzenie bardzo znacznych redukcji zatrudnienia.

Oznacza to, że rewolucja technologiczna może prowadzić do istotnych konsekwencji społecznych. Zarówno w branży przemysłowej, jak i usługowej ( w tym w finansach), redukcje zatrudnienia dotyczą personelu o najniższych kwalifikacjach. W bankach są to najczęściej stanowiska doradców klienta, analityków czy kasjerów. W innych gałęziach gospodarki zmniejszać się będzie ilość stanowisk dla personelu wykonującego pracę fizyczną. Pracę stracą osoby o najniższych zarobkach, co może prowadzić do pogłębienia istniejących już i tak znacznych nierówności.

Zarówno na poziomie gospodarki jako całości, jak i w poszczególnych branżach i przedsiębiorstwach, istnieje pilna potrzeba niedopuszczenia do pojawienia się negatywnych skutków społecznych rewolucji technologicznej.

Odpowiedzią na powstające problemy może być jedynie dynamiczny rozwój edukacji. Jednak problem polega na tym, że aktualnie istniejące struktury nie przystają do nowych wyzwań. Z powodu postępujących cały czas zmian w stosowanych technologiach, na znaczeniu będzie tracił model, według którego edukacja odbywa się wyłącznie w pierwszych dwudziestu kilku latach życia. Wzrośnie natomiast znaczenie uzupełniającej edukacji osób dorosłych. Jest to zresztą widoczne już od dawna, a objawia się przez rosnącą popularność studiów podyplomowych. W dziedzinie finansów, najpopularniejszymi kierunkami są: kształtowanie wartości w strategiach finansowych, fuzje i przejęcia, finansowanie przedsiębiorczości czy zarządzanie strategiami inwestycyjnymi.

Zrozumienie zmian zachodzących w strukturach gospodarczych będzie niezbędnym warunkiem odniesienia z nich korzyści. W momencie gdy prace manualne będą wykonywane wyłącznie przez maszyny, konsekwentnie aktualizowana wiedza stanie się naszym najważniejszym zasobem.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema

O co pytamy w biurze sprzedaży? | SONDA DEWELOPERSKA

Zakup mieszkania jest jedną z najważniejszych decyzji, które podejmujemy w życiu. Dodatkowo wiąże się z bardzo silnymi emocjami. Nie kupujemy pustych czterech ścian, tylko nasze wyobrażenie o bezpiecznym miejscu, gdzie będziemy spędzać szczęśliwe chwile z naszymi najbliższymi i gdzie po ciężkim dniu będziemy mogli zaznać odrobiny wytchnienia. Nic więc dziwnego, że przywiązujemy dużą wagę do wyboru odpowiedniego M. Pieczołowicie przeszukujemy portale z ofertami mieszkań, strony inwestycji, przygotujemy porównania najlepszych ofert i dopytujemy nawet o najmniejsze szczegóły. To właśnie detale mogą zaważyć o komforcie mieszkania, dlatego jeśli jesteście ciekawi, o co dokładnie pytają osoby poszukujące swojego wymarzonego lokum, obowiązkowo zapoznajcie się z naszą najnowszą sondą deweloperską!

Grzegorz Smoliński, Dyrektor Sprzedaży w Dom Development S.A

Na to pytanie warto odpowiedzieć na dwóch poziomach: ogólniejszym, dotyczącym postrzegania firmy oraz bardziej konkretnym, odnoszącym się do zainteresowania samą ofertą. Jeśli chodzi o tę pierwszą perspektywę to obserwujemy, że w ostatnim czasie wzrosło znaczenie wiarygodności dewelopera i jego stabilności finansowej. Klienci zwracają również większą uwagę na bezpieczeństwo i terminowość realizacji inwestycji. Dom Development jest niekwestionowanym liderem we wszystkich tych aspektach. Dzięki bardzo komfortowej sytuacji finansowej oraz własnemu generalnemu wykonawstwu budowa naszych projektów przebiega zgodnie z planem, a odbiory mieszkań odbywają się w zakładanych terminach.

W ujęciu ofertowym natomiast widzimy, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wzrosło zainteresowanie zakupem popularnych już wcześniej mieszkań dwu- i trzypokojowych. Klienci częściej pytają też o większy metraż. Obserwujemy, że osoby, które spędziły okres pandemii w mniejszych lokalach myślą o zwiększeniu powierzchni mieszkalnej na wypadek powtórzenia się scenariusza czasowego zamknięcia przestrzeni publicznych. Wielu klientów nadal pracuje zdalnie, co dodatkowo motywuje ich do myślenia o powiększeniu metrażu. Rośnie również zapotrzebowanie na mieszkania posiadające ogródki, tarasy, balkony lub loggie, które oferujemy na wszystkich naszych inwestycjach. Co prawda lokale z ogródkami zawsze cieszyły się popularnością, ale w ostatnim czasie obserwujemy zwiększone zainteresowanie takimi mieszkaniami, co nie dziwi, bo tego typu rozwiązanie pozwala swobodnie spędzać czas na świeżym powietrzu.

Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA

Jak wynika z naszych badań osoby szukające nowego mieszkania jako kluczowy aspekt najczęściej wymieniają lokalizację. Blisko 51% ankietowanych z całej Polski uznało, że to właśnie umiejscowienie inwestycji, w której będą mieszkać jest najważniejszym czynnikiem decydującym o wyborze oferty. Klienci bardzo często zwracają uwagę również na odpowiednie proporcje między zielenią, a zabudową osiedla, co daje poczucie przestrzeni. Z opinii respondentów wynika, że atrakcyjnie zlokalizowane osiedle musi zapewniać także komfortową i wygodną codzienność, być blisko parku i w miejscu, skąd można dojechać do Śródmieścia w 15-20 minut. Ważne też, by nieopodal inwestycji znajdowały się przystanki komunikacji miejskiej.

Z kolei w wyborze samego mieszkania istotną rolę odgrywa dziś nie tylko jego powierzchnia, a funkcjonalność i przemyślany układ. Mieszkania z naszej oferty charakteryzują się kompaktowością, co znajduje uznanie ze strony klientów. Ważne jest również to, czy do mieszkania przynależy balkon lub ogródek, dlatego wszystkie projektowane przez nas lokale posiadają taką powierzchnię dodatkową. Klienci zwracają też uwagę na nowoczesne technologie w inwestycjach, jak rozwiązania smart home. System możliwy do wdrożenia w oferowanych przez nas mieszkaniach pozwala sterować ogrzewaniem, wodą i elektryką za pomocą zarówno aplikacji mobilnej, jak i manualnego przycisku – tzw. funkcji hotelowej.

Anna Wojciechowska, dyrektor sprzedaży i marketingu ROBYG Gdańsk

W chwili obecnej, podobnie jak wcześniej, przy podejmowaniu decyzji o zakupie mieszkania, klienci kierują się przede wszystkim ceną oraz lokalizacją nieruchomości. Widzimy jednak, że osoby wspomagające się kredytem, większą wagę przywiązują do dokładnego zbadania zdolności kredytowej oraz tego, by w momencie podpisywania umowy mieć pewność uzyskania kredytu za zakup lokalu.

Z kolei w przypadku klientów gotówkowych widzimy bardzo silny trend inwestycyjny w Gdańsku. Zakup nieruchomości nad morzem, blisko plaży lub w centrum miasta jest inwestycją, która pozwoli zabezpieczyć oszczędności, a dodatkowo będzie generować przychód z najmu skoncentrowanego na turystach krajowych.

Zbigniew Juroszek, prezes ATAL

Polacy szukają przede wszystkim przyjaznego miejsca do życia. Nabywcy dużą uwagę przywiązują do standardu wykonania inwestycji, dostępnych udogodnień, ciekawego projektu osiedla oraz funkcjonalnych i łatwych w aranżacji układów mieszkań. Klienci coraz częściej oczekują także korzystnej oferty programów wykończeniowych. Trendem, który obserwujemy od kilku lat, jest zainteresowanie nabywców zakupem przestronniejszych mieszkań. Wśród osób, które szukają lokalu pod własne cele mieszkaniowe, największą popularnością cieszą się „trójki” o powierzchni ok. 60-65 mkw. Natomiast klienci szukający lokalu pod wynajem zazwyczaj pytają o dwupokojowe mieszkania do 50 mkw. Dużym zainteresowaniem cieszą się także kawalerki. Istotną rolę odgrywa cena i lokalizacja, które niezmiennie są czynnikami determinującymi decyzję o zakupie nieruchomości. Największy potencjał dla nabywców mają lokale położone w centrach miast lub z dogodnym dojazdem do centrum i dostępem do infrastruktury miejskiej – za takie mieszkania są skłonni zapłacić więcej, to tendencja, którą obserwujemy we wszystkich z miast, gdzie prowadzimy działalność.

Karolina Guzik, menadżer sprzedaży w spółce mieszkaniowej Skanska

Ogromne znaczenie dla klientów ma komfort mieszkania, ale coraz większą wagę przywiązują do otoczenia budynku. Wpływ na to ma coraz popularniejszy aktualnie system pracy zdalnej. Więcej czasu spędzamy w domach, więc tym bardziej doceniamy wygodę mieszkań, spokojne otoczenie, piękne widoki z okna oraz bliskość natury.

Te oczekiwania świetnie wpisują się w filozofię Skanska – dobrze zaprojektowane mieszkania o dużym nasłonecznieniu, przemyślana mała architektura oraz zieleń na osiedlach, przyjazne i pełne zieleni otoczenie.

Niepewna sytuacja gospodarcza sprawia również, że częściej pojawiają się pytania o bezpieczeństwo inwestycji i terminowe oddanie do użytku. W tak niezwykłych czasach doskonale sprawdza się model biznesowy Skanska, który gwarantuje klientom pełne bezpieczeństwo. Samodzielne finansujemy własne inwestycje oraz posiadamy wewnętrznego wykonawcę w ramach Grupy Skanska. Dzięki takiej symbiozie biznesowej, funkcjonowanie spółki oraz terminy realizacji projektów są w pełni zabezpieczone.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Najważniejsza niezmiennie pozostaje lokalizacja. Osoby poszukujące mieszkań na własne potrzeby w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu interesują się osiedlami położonymi w pobliżu zielonych terenów rekreacyjnych, w rejonach połączonych z centrum i innymi częściami miasta, drogami oraz siecią komunikacji miejskiej. Widzimy to na przykładzie warszawskiej Białołęki, gdzie w otoczeniu zieleni i obiektów sportowych budujemy lub niebawem rozpoczniemy budowę osiedli Essentiel Talarowa, Alinea i Forêt, czy Bemowa, gdzie tuż przy planowanych dwóch stacjach metra wybudujemy Osiedle Lumea. Wielkim zainteresowaniem cieszy się położone koło Malty osiedle Soleil de Malta w Poznaniu. Z kolei na malowniczych Kowalach rozpoczynamy realizację kameralnych budynków wielorodzinnych Perspective – Wille Miejskie. Inną lokalizacją – jak najbliżej centrum – zainteresowani są inwestorzy. Ta grupa klientów pyta nas o mieszkania w Grochowskiej 230 w Warszawie oraz w Centreville w samym sercu Wrocławia i Zajezdni Wrocław na klimatycznym Nadodrzu.

Oczywiście, dla wszystkich ważny jest układ i metraż, ale ostatnio zauważyliśmy, że przy wyborze mieszkania wielu klientów zwraca dużą uwagę na części wspólne. Oczekują atrakcyjnego wyglądu i wysokiego standardu ich wykonania. Odpowiadając na ich potrzeby przykładamy dużą uwagę do tego elementu, wszędzie wykonując części wspólne z materiałów wysokiej jakości i z zachowaniem wysokiego poziomu estetyki.

Kolejną ważną cechą – która nabrała znaczenia w czasie epidemii – są balkony, tarasy i ogródki. W naszym najnowszym projekcie wrocławskim, Pespective – Wille Miejskie, najlepiej sprzedają się mieszkania parterowe z ogródkami, co jest sytuacją wcześniej niespotykaną.

Następną bardzo zauważalną zmianą jest potrzeba większych mieszkań w danym typie. Kiedyś klienci pytali o 2 pokoje do 38 metrów kwadratowych lub 3 pokoje na 48-55 mkw. Teraz potrzebują 2 i 3 pomieszczeń na większej powierzchni.

Klienci pytają nie tylko o samo mieszkanie, ale także o nas – dewelopera i nasze doświadczenie. Oczekują rzetelności i terminowości – partnera godnego zaufania. Podoba im się, że my stawiamy na wysoką jakość i dążymy do tego, aby budować osiedla, które podniosą ich komfort życia.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Nowym pytaniem, które zaczęło pojawiać się po pandemii, jest to o balkony, ogródki i loggie: widać, że jest to atut mieszkania, który stał się istotny dla wielu osób, które doświadczyły zamknięcia w domu. Kawałek własnej przestrzeni na zewnątrz, nawet jeśli będzie to niewielki balkon, zaczął być postrzegany jako duża zaleta.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Kupujący mieszkanie dla siebie pytają szczegółowo o dodatkowe przestrzenie rekreacyjne – balkony, loggie, tarasy czy ogrody, które oferujemy w lokalach parterowych w wybranych lokalizacjach. Często słyszymy również pytania o halę garażową. Wiele osób przesiadło się z autobusów i tramwajów z powrotem do aut. Handlowcy zwracają też uwagę, że coraz więcej osób sprawdza, czy w hali są miejsca przeznaczone dla samochodów elektrycznych – ze stacją ładowania lub opcją instalacji takiego urządzenia, tak jak w naszej inwestycji ST_ART Piątkowo.

Dla inwestorów ważny jest oczywiście potencjał poszczególnych mieszkań na rynku najmu. Widzimy jak dużą popularnością cieszą się raporty rentowności, które na stronę ST_ART Piątkowo dostarcza nam system Ada.place.

Dla obu grup ważna jest lokalizacja i dostęp infrastruktury, szczególnie do małych osiedlowych lokali usługowych i sklepów, gdzie można kupić wszystko, co potrzebne na co dzień bez konieczności jazdy do zatłoczonych hipermarketów.

Anna Mazij-Górecka, Manager ds. marketingu REAL DEVELOPMENT GROUP sp.z o.o. sp.k

Dziś Klienci pytają o wszystko, co dotyczy procesu zakupu mieszkania. Są świetnie zorientowani, co nas bardzo cieszy. Większość Klientów doskonale wie, czego potrzebuje a podpisanie dokumentów, to zwykła formalność. Z uwagi na zagrożenia, wynikające z obecności koronawirusa, to co Klientów najbardziej interesuje, to terminy oddawanych mieszkań. Wiemy, że to bardzo istotne, dlatego mogę powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko by harmonogramy budowy zostały nietknięte. Ponadto pożądane są informacje o finansowaniu. Często na decyzję o zakupie mieszkania na własne potrzeby ma wpływ uruchomienie środków z kredytu, o który stara się Klient. Jeśli ten proces jest sprawny i nie napotyka przeszkód, zakup mieszkania może być dla Klientów czystą przyjemnością.

Ewa Skibińska, marketing manager Grupy BY MADE

Ze uwagi na to, że lokale w budynku Legnicka 60C są produktem typowo inwestycyjnym, dla klientów kluczowa jest lokalizacja, dlatego spółka BY MADE koncentruje się wyłącznie na najlepszych lokalizacjach w centrum miasta. Nasz budynek znajduje się tuż obok największego centrum handlowego we Wrocławiu – Magnolia Park – i w otoczeniu nowoczesnych kompleksów biznesowych m.in. Business Garden. Takie położenie gwarantuje dostęp do bardzo szerokiej gamy klientów: pracowników okolicznych firm, freelancerów, a także studentów okolicznych uczelni wyższych.

Duże znaczenie ma również położenie lokalu w samym budynku. Zwykle klienci pytają o wyższe kondygnacje. Interesuje ich projekt wnętrza. Oczekują wysokiego standardu i kompletnego wyposażenia. My im to zapewniamy. Wykańczamy mikroapartamenty pod klucz. To duża zaleta w przypadku lokali inwestycyjnych. W każdym znajduje się łazienka, strefa dzienna z miejscem do pracy i dużym łóżkiem z funkcją kanapy, podwójne miejsce do pracy i wyposażony aneks kuchenny. Mikropartamenty są klimatyzowane. Mają duże okna, które zapewniają dobre doświetlenie, czego również wymagają klienci. Za projekt wnętrza odpowiadają specjaliści od mikroapartamentów inwestycyjnych na rynku polskim – pracownia AP Szczepaniak.

W przypadku mikroapartamentów inwestycyjnych najbardziej popularne metraże to 18 – 30 mkw. W budynku Legnicka 60C przygotowujemy 129 takich lokali. To układy jedno- i dwupokojowe. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania lokalami dwupokojowymi.

Bardziej doświadczeni inwestorzy pakietowi, zainteresowani kupnem kilku lub nawet kilkunastu lokali, pytają o upusty. Z kolei początkujący inwestorzy, szukający bezpiecznej lokaty kapitału przynoszącej stały zysk, zwykle kupują pojedyncze lokale. Większość inwestorów kupuje za gotówkę, ale zdarzają się także zakupy na kredyt. W takim przypadku oferujemy pomoc doradców kredytowych, a także podatkowych, ponieważ każdy kupujący może odliczyć 23% VAT.

Karolina Opach, kierownik działu sprzedaży w spółce Quelle Locum

Wydarzenia ostatnich miesięcy wpłynęły na decyzje zakupowe klientów, którzy w pierwszej kolejności decydują się na mieszkania z ogródkami oraz dużymi tarasami.

Krystian Cebulski, inwestor osiedla Enklawa Winogrady

Klientów najbardziej interesuje standard wykończenia – zarówno mieszkań, jak i części wspólnych – oraz termin oddania mieszkań. Istotnym czynnikiem jest też system płatności, który mamy bardzo elastyczny.

Patrycja Pilarczyk z biura sprzedaży Nowa Murowana 2

Klienci zwracają uwagę na wiele kwestii, jednak w przypadku mieszkań w zabudowie wielorodzinnej nasi przyszli mieszkańcy pytają najczęściej o „ewentualne” dodatkowe koszty związane z zakupem mieszkania, czy do administracji. To naturalne, ponieważ każdy nabywca planuje budżet domowy.

Przy podejmowaniu decyzji o wyborze mieszkania, ważne są także: położenie względem stron świata, oraz ogród, a finalnie też wysokość raty kredytu.

Marek Smogór, reprezentujący Quadro Development

Większość klientów zdecydowanie stawia na lokalizację podczas wyboru mieszkania. Zależy im, aby było ono dogodnie skomunikowane z centrum i blisko terenów zielonych. Nasze dwie najnowsze inwestycje, zlokalizowane na poznańskich Winiarach, łączą obie te cechy. Przyszli mieszkańcy często pytają, jak daleko będą mieli na tramwaj, do sklepu czy parku – możemy odpowiedzieć, że wszystko to będą mieli w zasięgu ręki. W aktualnej sytuacji to właśnie otoczenie zieleni zyskało naprawdę duże znaczenie.

Tomasz Pietrzyński, członek zarządu firmy More Place

Klienci pytają o możliwość indywidualnego dostosowania układu lokalu do ich oczekiwań, m.in.: przesunięcia ścianek, włączników i gniazdek elektrycznych, instalacji wod-kan. Część klientów decyduje się na rezerwację domu na wczesnym etapie budowy, by móc zgłosić wspomniane zmiany. Najważniejsza kwestią jest też dla nabywców przestrzeń mieszkalna oraz wielkość ogrodu. Widzimy wyraźnie, że zwiększyły się oczekiwania, natomiast w pełni na nie odpowiadamy naszą ofertą.

Michał Wawrzyniak, dyrektor ds. Nieruchomości Grupy Partner

Osoby szukające pierwszego własnego M zwykle przychodzą z szeregiem pytań. Są to tematy dotyczące sposobu finansowania inwestycji, a więc czy deweloper buduje ze środków własnych, czy wsparcie płynie z kredytu hipotecznego. Zdecydowana większość interesuje się standardem wykończenia mieszkań, w którym zostaną oddane lokale (np. czy będą zamontowane grzejniki, włączniki światła i gniazdka, jakie zostaną wprawione okna, stan balkonów/ogródków/tarasów, czy standard obejmuje parapety wewnętrzne) oraz szacowanym kosztem wspólnotowym i opłat ponoszonych co miesięcznie. Kupujący wielką wagę przywiązują do lokalizacji (ważna jest dogodna komunikacja dla wszystkich członków rodziny, tereny zielone wokół osiedla), możliwości wprowadzenia zmian lokatorskich i ceny, która musi być przystępna. Zdarzają się też pytania o plany zagospodarowania przestrzennego dla sąsiadujących działek, czyli jaki rodzaj zabudowy przeznaczony jest w planie.

Małgorzata Walczak-Łondka, specjalista ds. sprzedaży firmy Sky Investments

Zakup mieszkania czy też domu jest dużym przedsięwzięciem. Mamy tego świadomość, dlatego staramy się maksymalnie ułatwić ten proces. Staramy się wspierać Klienta na wszystkich etapach zakupu nieruchomości. Negocjowanie ceny czy też dodatkowe rabaty nie zawsze są kluczowymi kwestiami. Coraz ważniejsze okazują się być warunki lokalowe, posiadanie ogrodu czy też dodatkowej przestrzeni na poddaszu. Bardzo istotna nadal jest wizja lokalna i możliwość obejrzenia nieruchomości osobiście.

Piotr Łopatka, członek zarządu Proxin Investment

Dla osób poszukujących swojego własnego „M” najistotniejsza jest kwestia wiarygodności dewelopera oraz sposób finansowania inwestycji. Za nami stoi kilka ukończonych etapów Nowych Ogrodów, które stanowią wizytówkę Proxin Investment. Klienci widząc jakość wykonania budynków – zarówno mieszkań, jak i części wspólnych – terminowe przekazywanie kluczy są spokojni w kwestii zakupu. Ponadto inwestycję finansujemy z pomocą banku, co oznacza, że zostaliśmy sprawdzeni i spełniliśmy szereg wymagań, które stawia instytucja finansująca. Biuro sprzedaży często słyszy też pytania na temat standardu deweloperskiego, możliwości wprowadzenia zmian lokatorskich i kwestii późniejszych opłat wspólnotowych. Zdarza się, że padają pytania o Miejscowy Plan Zagospodarowania wokół inwestycji. Jesteśmy przygotowani, posiadamy prospekt, który zawiera informacje na temat terenów wokół Nowych Ogrodów. Warto podkreślić, że Klienci doceniają naszą lokalizację – spokój i dużo zieleni.

Agata Nowaczyk, specjalista z poznańskiego biura sprzedaży EBF Development

Chęć kupna własnego M nasuwa zainteresowanym wiele pytań. Zagadnienia, z którymi pojawiają się klienci dotyczą sposobu finansowania inwestycji. EBF Development posiada rachunek powierniczy, a środki pochodzą z banku. Oznacza to, że jako deweloper zostaliśmy pozytywnie zweryfikowani i otrzymaliśmy finansowanie na całą inwestycję. Od lat budujemy też osiedle Reduta Nowe Podolany, a wcześniejsze etapy są naszą wizytówką. Budujemy solidnie i rzetelnie. Dbamy o estetykę i wykończenie budynków oraz części wspólnych, jak i elementów małej architektury. Sporo osób pojawia się też z polecenia, a więc obecni mieszkańcy doceniają nasze budownictwo. Podczas pierwszych spotkań padają pytania o standard wykończenia, możliwość wprowadzenia zmian lokatorskich czy dostępność miejsc postojowych. Istotnym czynnikiem dla kupujących jest też koszt poszczególnych umów oraz późniejszych opłat po przeniesieniu własności.

Michał Rozwadowski, współinwestor osiedla „Domy w Szczytnikach”

Najczęściej poruszaną przez klientów kwestią jest między innymi ogród – czy przynależy do domu i jaką ma powierzchnię. W dzisiejszych czasach otoczenie zieleni i możliwość wypoczynku na świeżym powietrzu ma ogromne znaczenie dla kupujących. Padają również pytania o podstawowe aspekty, jak cena domu, oferowane rabaty i dostępność finansowania.

Paweł Andrzejewski z marki DRN Concept Deweloper

Obecnie wielu klientów poszukuje komfortowych przestrzeni umożliwiającej pracę z domu. Mamy dla nich obecnie jeszcze mieszkanie, które świetnie odpowiada na te potrzeby. Duża przestrzeń zlokalizowana na parterze może być domowym biurem, a na piętrze urządzić można mieszkanie. Mamy też propozycję dla tych, którzy chcą dokonać zakupu pod inwestycję.

Delegowanie pracowników do Holandii: nowe zasady

Jesień to czas wzmożonego zainteresowania wyjazdami do pracy za granicę. Warto wiedzieć, że w okresie wakacyjnym weszły w życie znowelizowane przepisy holenderskiej ustawy WagwEU dotyczące zatrudniania pracowników delegowanych w Holandii. Dla pracodawców oznacza to nowe obowiązki.

Nowe przepisy wprowadzone na podstawie znowelizowanej unijnej Dyrektywy o delegowaniu pracowników obowiązują od dn. 30 lipca br. Zawierają one szereg dodatkowych regulacji związanych z delegowaniem pracowników do pracy w Holandii. Celem wprowadzonych zmian jest zapewnienie równych szans pracownikom na unijnym rynku pracy, a także ochrona praw pracowników delegowanych. Niniejsza nowelizacja zagwarantuje każdemu pracownikowi jednakowe wynagrodzenie za tę samą pracę na tym samym stanowisku.

Prawo do dodatkowych warunków zatrudnienia

Znowelizowana ustawa przewiduje istotne zmiany w zakresie gwarantowanych warunków zatrudnienia. Niemniej zakres tego katalogu zależy jednak od rodzaju działalności prowadzonej przez delegującego pracodawcę.

„Podstawowe” warunki zatrudnienia przewidziane w holenderskim prawie pracy oraz powszechnie wiążących postanowieniach układów zbiorowych pracy (CAO) obejmują prawo do płacy minimalnej, uregulowań w zakresie pracy oraz dostatecznej liczby godzin wypoczynku, urlopu, a także do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy oraz równego traktowania.

Przed nowelizacją, pracownicy delegowani uprawnieni byli wyłącznie do katalogu „podstawowych” warunków. Od dn. 30 lipca br. pracownicy delegowani do Holandii są uprawnieni do „podstawowych” warunków zatrudnienia w ciągu pierwszych 12 miesięcy ich delegowania, a po tym czasie, nabywają prawo do dodatkowych holenderskich warunków zatrudnienia. Pracodawca może, pod pewnymi warunkami, jednorazowo przedłużyć ten okres o 6 miesięcy i tym samym pracownicy nabędą prawo do dodatkowych warunków zatrudnienia po 18 miesiącach. Pracownicy agencji pracy tymczasowej mają prawo do tych dodatkowych warunków zatrudnienia od pierwszego dnia pracy.

Tym samym, ci pracownicy delegowani nabywają prawo do tzw. „rozszerzonych” warunków zatrudnienia. W praktyce oznacza to nabycie przez pracownika delegowanego prawa niemal do wszystkich warunków zatrudnienia przewidzianych przez holenderskie prawo pracy oraz powszechnie wiążące postanowienia układów zbiorowych pracy. Jednakże nie odnosi się to do warunków dotyczących dodatkowych planów emerytalnych czy warunków zawierania i rozwiązywania umów o pracę.

Co ważne, w przypadku wysłania innego pracownika w zastępstwie pracownika delegowanego, czas delegowania, a tym samym moment nabycia praw do określonych wyżej warunków pracy, nie nalicza się od momentu, w którym drugi pracownik rozpoczyna pracę, lecz stanowi niejako kontynuację zatrudnienia pracownika delegowanego. Zastępstwo traktowane jest zatem jako pojedyncze delegowanie pracownika.

Dodatkowe „podstawowe” warunki zatrudnienia

Katalog „podstawowy” został rozszerzony o warunki zakwaterowania pracowników, o ile pracodawca udostępnia zakwaterowanie pracownikom delegowanym, którzy przebywają poza swoim zwyczajowym miejscem pracy w Holandii. Katalog ten został ponadto rozszerzony o kwestię zwrotu pracownikom kosztów podróży, wyżywienia i zakwaterowania, którzy w celu wykonywania pracy przebywają poza swoim zwyczajowym miejscem pracy w Holandii.

Zwrot faktycznie poniesionych kosztów

Pracodawca zagraniczny musi dokonać zwrotu kosztów faktycznie poniesionych w związku z delegowaniem, takich jak koszty podróży, wyżywienia i zakwaterowania, zgodnie z prawem krajowym i/lub praktyką w kraju pochodzenia mającymi zastosowanie do umowy o pracę zawartą między pracodawcą a jego pracownikami delegowanymi. Zwrot tych kosztów nie może być traktowany jako część wynagrodzenia minimalnego wypłacanego zgodnie z obowiązującymi w tym zakresie przepisami czy układem zbiorowym pracy. Dlatego zwrot kosztów nie może być składową wynagrodzenia minimalnego. Dla pracodawcy/agencji prowadzenie przejrzystej formy rozliczeń jest zatem niezwykle istotne i w razie kontroli pozwoli mu na wyjaśnienie każdej składowej wynagrodzenia.

Obowiązek notyfikacji pracowników – minął czas okresu przejściowego

Warto przypomnieć, że jednym z nowym obowiązków spoczywających na pracodawcach zagranicznych i agencjach pracy tymczasowej delegujących pracowników do Holandii, który wszedł w życie w tym roku, jest obowiązek notyfikacji usług świadczonych przez pracowników delegowanych. Od dnia 1 marca br. zgłoszenia należy dokonywać za pomocą internetowego portalu, dostępnego za pośrednictwem strony english.postedworkers.nl, a także za pośrednictwem portalu prowadzonego przez Ambasadę Królestwa Niderlandów w Warszawie – (w j.polskim).

Co istotne, w tzw. okresie przejściowym holenderska inspekcja pracy nie wyciągała konsekwencji w stosunku do pracodawców czy usługobiorców w przypadku braku spełnienia tego obowiązku. Natomiast od dnia 1 września br. za niedopełnienie obowiązku notyfikacji grożą surowe kary.

Jakie inne obowiązki ma pracodawca?

Oprócz wspomnianych obowiązków, pracodawca zagraniczny jest zobowiązany do wyznaczenia osoby jako punktu kontaktowego dla inspekcji SZW w Holandii. Ponadto, pracodawca ma obowiązek posiadania określonych dokumentów w miejscu pracy oddelegowanego pracownika w Holandii dotyczących jego zatrudnienia. Co więcej, na żądanie inspekcji pracy, należy zapewnić inspektoratowi wszelkie informacje potrzebne do egzekwowania zapisów WagwEU. Warto też wspomnieć, że zagraniczna agencja pracy tymczasowej lub inne przedsiębiorstwo delegujące pracowników w Holandii zobowiązane jest zarejestrować się w holenderskim rejestrze przedsiębiorców (KVK), jeśli pracownicy ci pracują pod nadzorem i kierownictwem usługobiorcy w Holandii.

Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej stresujących zawodów świata

Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej <a title=stresujących zawodów świata" title="Kontroler ruchu lotniczego – jeden z 10 najbardziej stresujących zawodów świata" />

Praca kontrolera ruchu lotniczego intryguje, niewielu wie, jak wygląda ona naprawdę. Nic dziwnego – w Polsce wykonuje ją jedynie około 600 osób. Wiele osób o niej marzy, ale czy na pewno wiedzą, na czym tak naprawdę polega? Pracę kontrolerów lotów można porównać do jazdy rollercoasterem – może być tak samo satysfakcjonująca, jak i stresogenna, ale zawsze powinna odbywać się w granicach przepisów bezpieczeństwa, a każda decyzja podejmowana jest z wielką odpowiedzialnością.

Stres i adrenalina

Niewątpliwie osoby aplikujące na to stanowisko powinny być pewne swojej odporności na stres i posiadać stalowe nerwy – to cechy kluczowe, bez których nie obejdzie się w tym zawodzie. Na co dzień kontrolerzy mierzą się z niezwykłą odpowiedzialnością za życie tysięcy osób, każdy ich błąd może doprowadzić do tragedii. W codziennej pracy, nie ma przypadku, każdy z kontrolerów musi posiadać odpowiednie cechy, które umożliwiają mu wykonywanie tego zawodu. Jest on nie lada łamigłówką i dostarcza nieprawdopodobnego stresu oraz adrenaliny podczas każdego dyżuru. – Aby przybliżyć poziom emocji, jaki towarzyszy pracy kontrolera, czy to najpierw na symulatorze jako praktykant, czy potem na żywym ruchu, można wspomnieć, że chyba każdy kontroler pamięta znaki wywoławcze pierwszego samolotu, do którego odezwał się przez radio. To wspomnienie zostaje w pamięci – powiedział Franciszek Teodorczyk, przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego, kontroler ruchu lotniczego z Warszawy. Wielu kontrolerów jest wręcz uzależnionych od adrenaliny, w wolnych chwilach wybierają ekstremalne dziedziny sportu, aby odreagować stres. Inni natomiast preferują spokojne zajęcia. Ważne jest, aby mieli swoje sprawdzone metody radzenia sobie ze stresem i jego rozładowywaniem, starając się nie przenosić ciężaru zawodowego na życie prywatne.

Kim jest kontroler?

Kontrolerzy to ludzie o różnych osobowościach, charakterach – to, co ich łączy to predyspozycje umysłowe i pewne cechy, które przesądzają, czy ktoś nadaje się do tego zawodu. Zakłada się, że jedynie 2% społeczeństwa posiada ten zestaw cech. Na wzór predyspozycji do zawodu kontrolera ruchu lotniczego składa się wiele czynników. Wymagana od kandydatów starających się o to stanowisko jest m.in. umiejętność analitycznego myślenia, widzenie przestrzenne, umiejętność szybkiego podejmowania decyzji pod presją czasu, asertywność, umiejętność pracy w grupie. Skuteczna komunikacja jest podstawą w tej pracy, a więc bardzo dobra znajomość języka polskiego i języka angielskiego, prawidłowa wymowa oraz dobra dykcja, są niezbędne. Również doskonała pamięć i dobra organizacja pracy, są konieczne, aby przyswoić wszystkie przepisy i procedury lotnicze.

Jak zostać kontrolerem ruchu lotniczego w Polsce?

W Polsce procesem szkolenia zajmuje się Polska Agencja Żeglugi Powietrznej (PAŻP). Co roku zgłasza się ponad tysiąc kandydatów (rekordowo ponad 3 tys. chętnych). W związku z obecną sytuacją epidemiologiczną szkolenia są tymczasowo wstrzymane. Proces rekrutacji jest wielostopniowy i ostatecznie wybranych zostaje ok. 25 osób. Kandydaci, którzy zaliczą egzaminy merytoryczne, w kolejnych miesiącach uczą się wielu zagadnień takich jak: przepisy, frazeologia lotnicza, procedury lotnicze, język angielski, nawigacja, sposób postępowania w sytuacjach awaryjnych, odczytywanie depesz lotniczych, meteorologia, zasady funkcjonowania radarów oraz pomocy nawigacyjnych, osiągi i budowy statków powietrznych. Przyswojenie tej wiedzy na początku szkolenia jest niezbędne w późniejszych etapach. Na stanowisku pracy kontroler musi mieć stuprocentową pewność, że jego instrukcja jest odpowiednia do napotkanych okoliczności. – Po wymagających egzaminach najlepsi przechodzą do etapu symulatora i przez kilka miesięcy, w kontrolowanych warunkach, poznają podstawy pracy kontrolera lotniczego. Po ostatnich egzaminach przechodzą na właściwe stanowisko pracy, gdzie jeszcze przez około rok uczą się pod opieką instruktorów. Jeśli się sprawdzą, otrzymają licencję kontrolera ruchu lotniczego. Przejście przez ścieżkę szkoleniową trwa ok. 2 lata – opowiada Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL.

Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL
Jakub Caban, kontroler zbliżania do lotnisk Okęcie i Modlin, członek zarządu ZZKRL

Codzienność zawodowa kontrolera ruchu lotniczego

Każdy dzień to nowe wyzwanie, bo pracy towarzyszy wiele pojawiających się zmiennych, takich jak: niekorzystne warunki pogodowe, problemy techniczne, nieplanowane lądowania wymuszone np. stanem zdrowia pasażera, kłopoty z komunikacją – które wymagają natychmiastowej odpowiedzi i pewnych optymalnych decyzji podejmowanych na podstawie wiedzy oraz doświadczenia. – Kontrolerzy muszą nie tylko panować nad ruchem, który akurat mają na łączności, ale też odpowiednio koordynować i mieć gotowy plan na to, co zrobić z samolotami, które dopiero zbliżają się do przestrzeni, za którą odpowiadają. Ponadto, zawsze muszą mieć gotowy plan awaryjny i jeszcze jeden, na wypadek, gdyby poprzednie okoliczności okazały się niewystarczające. A i tak zawsze mogą się zdarzyć nieprzewidziane sytuacje, w których obliczu trzeba będzie porzucić dotychczasowe plany – niezależnie ile by ich było, i podjąć inne, adekwatne działania – dodaje przewodniczący ZZKRL Franciszek Teodorczyk.

Odpowiedzialność nawet za ponad 3000 osób tylko podczas jednej godziny pracy

W codziennych realiach praca kontrolerów ruchu lotniczego generuje potencjalne ryzyka. Odpowiedzialność za życie tysięcy pasażerów i mienie wielkiej wartości, wyjątkowy stres, konieczność podejmowania szybkich decyzji związanych z bezpieczeństwem na polskim niebie, wymaga zapewnienia odpowiednich procedur. Zmiany w tym zakresie zazwyczaj niosą za sobą ryzyko, które potencjalnie może skutkować katastrofą lotniczą, dlatego też muszą być poprzedzone stosownymi analizami, a także racjonalnie wdrożone. – My, kontrolerzy ruchu lotniczego – wykonujemy zawód, który pierwotnie został stworzony po to, aby dbać i zapewniać realizację procedur podnoszących poziom bezpieczeństwa. To dla nas priorytet. Nasz zawód należy do jednego z najbardziej stresogennych zawodów na świecie. Po okresie wstrzymania lotów w tym roku, czynnie uczestniczymy w podnoszącym się rynku i ruchu na niebie. Każdego dnia odpowiadamy za to, co bezcenne: życie i zdrowie ludzi, ale nie tylko podróżujących. Dbamy o to, aby bezpiecznie i najszybciej jak to możliwe doleciały organy do transplantacji, aby pacjent z wypadku doleciał na czas do szpitala, aby sprzęt medyczny dotarł do portu docelowego… W 2019 roku w ciągu godziny, na pokładzie samolotów obsługiwanych przez kontrolera warszawskiego zbliżania, znajdowało się średnio ponad 3340 pasażerów. Odpowiadamy także za mienie. Każdy kontroler obsługujący tylko warszawskie TMA, odpowiadał w ciągu roku za majątek większy niż roczne PKB Polski, licząc samą tylko wartość samolotów. To my decydujemy o tym, czy pilot ma skręcić, zwolnić, zniżyć, o ile, na jak długo etc., czy ma to zrobić w tej sekundzie, czy jeszcze za moment. Ponosimy także odpowiedzialność za konsekwencje wszelkich manewrów. Prawną i psychiczną. Manewrów, które mają gwarantować przede wszystkim bezpieczeństwo, ale

także komfort, ekonomikę i ekologię lotu, na tyle na ile to tylko możliwe. Manewrów, które wykonują piloci samolotów lecących z prędkościami przekraczającymi czasem 900 km/h względem ziemi. Manewrów, którymi musimy pokierować w taki sposób, by finalnie uzyskać odległości między samolotami z precyzją liczoną w dziesiątych mili morskiej (ok. 185 metrów) – podsumował Franciszek Teodorczyk, przewodniczący Związku Zawodowego Kontrolerów Ruchu Lotniczego.

Kontrolerzy ruchu lotniczego to wyjątkowa grupa zawodowa – mierząc się z wyjątkowym stresem i działając w granicach przepisów ruchu lotniczego – odpowiadają za bezpieczeństwo w powietrzu. Ten zawód wymaga niezwykłych predyspozycji, ale i dużego samozaparcia oraz zapału. To dzięki procedurom, o których przestrzeganie kontrolerzy dbają każdego dnia, samoloty docierają bezpiecznie do celu. Poczucie odpowiedzialności i misji to coś, co zawsze jest na pierwszym miejscu w ich pracy.

Minister Zdrowia zapowiada udogodnienia dla przedsiębiorców prowadzących apteki w zakresie dyżurów nocnych

Rzecznik MŚP po raz pierwszy zwrócił uwagę na problem nieadekwatnych rekompensat dla przedsiębiorców z tytułu pełnienia tzw. dyżurów nocnych już w kwietniu 2019 r. W piśmie z 12 maja 2019 r. Minister Zdrowia wskazał wówczas, że nie kwestionuje postulatów wskazujących na konieczność wprowadzenia zmian do przepisów regulujących kwestii pełnienia dyżurów przez apteki ogólnodostępne.

Dnia 5 października 2020 r. Minister Zdrowia w ramach „Strategii na rzecz rozwoju aptek” zapowiedział pilne i efektywne działania w celu unormowania zasad i warunków pełnienia przez apteki ogólnodostępne dyżurów w porze nocnej, w niedziele, święta i inne dni wolne od pracy, w sposób, który pozwoli zaspokoić rzeczywiste potrzeby ludności oraz efektywne wykonywanie zadań aptek bez ponoszenia strat.

Zmiany dotyczące powyższej materii zapowiedziane zostały na pierwszą połowę 2021 r.

Straty i marnotrawstwo w sektorze spożywczym. Nawet jedna trzecia żywności trafia do kosza

Marnotrawstwo żywności stanowi problem globalny, który w ciągu ostatnich lat stał się wyzwaniem środowiskowym, społecznym i ekonomicznym. Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) podaje, że na świecie co roku marnuje się 1,3 mld ton żywności nadającej się do spożycia, co stanowi jedną trzecią produkowanej żywności[1]. Taka ilość byłaby wystarczająca, aby wyżywić wszystkich Polaków przez 66 lat. Straty i marnotrawstwo żywności to coraz poważniejszy problem również w Polsce, który rozpoczyna się już na etapie produkcji u rolnika, poprzez przetwórstwo, transport, magazynowanie, nieodpowiednią dystrybucję i sprzedaż, skończywszy na złych nawykach konsumentów. 16 października obchodzony jest Światowy Dzień Żywności, co jest dobrą okazją do przyjrzenia się globalnemu problemowi i wyzwaniu związanemu ze stratami i marnotrawstwem żywności.

Na wszystkich podmiotach łańcucha rolno-żywnościowego spoczywa odpowiedzialność za straty i marnotrawstwo żywności, a zatem należy podejmować wspólne inicjatywy celem ich ograniczenia. Dysponując odpowiednią wiedzą dotyczącą przyczyn powstawania strat, można opracować i podjąć konkretne działania zarówno na poziomie światowym i europejskim, jak i krajowym, które pozwolą na ich zmniejszenie[2].

Polska, jako państwo rozwinięte gospodarczo i członek Unii Europejskiej, dołączyła do krajów realizujących cele zrównoważonego rozwoju i jest żywo zainteresowana problemem strat i marnowania żywności. Prowadzone są badania w celu rozpoznania tego zjawiska zarówno w sferze produkcji, jak i konsumpcji w odniesieniu do różnych sektorów rynku rolno-żywnościowego. Wagę zagadnienia oddaje fakt uznania go za jeden z elementów na drodze transformacji gospodarki w kierunku gospodarki o obiegu zamkniętym[3].

– Jedyne dostępne dane dotyczące skali strat i marnowania żywności w Polsce pochodzą sprzed 12 lat z bazy Eurostatu. Istnieje zatem konieczność ponownego oszacowania skali tego problemu w Polsce oraz zestawienia go ze wskaźnikami innych krajów Starego Kontynentu. Nie dotyczy to jednak tylko naszego kraju. Trzeciego maja 2019 roku Komisja Europejska przyjęła akt delegowany ustanawiający wspólną metodykę pomiaru strat i odpadów żywności. Ma on na celu wsparcie państw członkowskich w ilościowym określaniu wartości na każdym etapie łańcucha produkcji żywności i łańcucha dostaw. Metodyka ma zapewnić spójne monitorowanie poziomów marnotrawstwa w całej Unii Europejskiej – komentuje dr inż. Krystian Szczepański, Dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego, realizującego projekt Klimada 2.0.

Nadkonsumpcja przyczyną marnotrawstwa

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Ochrony Środowiska- Państwowy Instytut Badawczy w 2017 i 2018 roku w jednostkach zajmujących się transportem i magazynowaniem zarówno surowców, jak i produktów spożywczych wynika, że straty stanowią średnio 0,019% transportowanej żywności, natomiast w trakcie magazynowania w centrum logistycznym powstałe straty stanowią średnio 0,18%[5].

Na podstawie wyników wyżej wymienionych badań wiadomo, że w produkcji, przetwórstwie i transporcie łącznie marnuje się mniej żywności niż w polskich gospodarstwach domowych.

– Szacowanie strat oraz marnotrawstwa żywności, którego podjęliśmy się jako Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy, w ramach projektu PROM, jest trudnym wyzwaniem z kilku powodów. Przede wszystkim samo zagadnienie ma wymiar etyczny, dlatego też zarówno podmioty biznesowe, producenci rolni, jak i gospodarstwa domowe niechętnie przyznają się do tego, że marnują żywność. Badania strat i marnotrawstwa żywności prowadzone przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy w obszarach: produkcja pierwotna – rolnicza, przetwórstwo i transport miały charakter absolutnie pionierski. Problem z pozyskaniem rzetelnych danych w badaniach ankietowych wynika między innymi z chęci przedstawienia się respondentów w jak najlepszym świetle. To samo zachowanie dotyczy przedsiębiorstw, szczególnie małych. Negatywne skutki marnotrawstwa żywności, w wymiarze środowiskowym, ekonomicznym i społecznym, stanowią istotną przesłankę do intensyfikacji badań w tym zakresie. Z powodu braku danych, niechęci do ujawniania skali zjawiska, czy nawet jego pomiaru, nie jest to łatwe zadanie – komentuje dr inż. Sylwia Łaba, ekspert IOŚ-PIB.

Przeprowadzone badania, analizy i szacunki w ramach projektu PROM ukazały skalę strat i marnowania żywności w Polsce na poszczególnych etapach, nie mniej, nadal trwają prace nad finalnym wynikiem i wnioskami z przeprowadzonego badania. Jest to problem natury gospodarczej, środowiskowej i etycznej i dlatego przeanalizowano przyczyny strat i marnotrawstwa żywności. W ograniczanie marnotrawstwa żywności muszą być zaangażowani wszyscy uczestnicy łańcucha żywnościowego, począwszy od produkcji podstawowej, poprzez przetwórstwo, handel hurtowy i detaliczny, dystrybucję, gastronomię, aż po konsumentów w gospodarstwach domowych. Tylko zintegrowane wykorzystanie wszystkich nakładów (pracy, środków finansowych, nauki itp.) oraz potencjału społecznego może doprowadzić do celu, jakim jest ograniczenie marnotrawstwa żywności, co znajdzie następnie odzwierciedlenie w korzyściach dla gospodarki, zdrowia ludności i środowiska naturalnego.

[1] Gustavsson J., Cederberg Ch., Sonesson U., van Otterdijk R., Meybeck A., Global Food Losses and

Food Waste. Extent, Causes and Prevention, FAO, Rzym 2011.

[2] Kołożyn-Krajewska D. 2016. Jak uniknąć marnotrawienia żywności – strategie poprawy wydajności łańcucha dystrybucji w UE w zakresie przekazywania darowizn żywności na cele charytatywne, Kancelaria Senatu. Biuro Analiz i Dokumentacji. OE-249. Warszawa.

[3] KE 2019. Przegląd wdrażania polityki ochrony środowiska 2019. Raport, s. 7. Bruksela.

[4] FAO, Global Initiative on Food Loss and Waste, Rzym 2017

[5] Łaba S., Straty i marnotrawstwo żywności w Polsce. Skala i przyczyny problemu. Monografia, Warszawa 2020

EDPR podpisało umowę na sprzedaż energii z dwóch projektów PV o łącznej mocy 100 MW w Stanach Zjednoczonych

Dzięki tej nowej umowie EDPR zabezpieczyło już 85% z założonego na lata 2019 – 2022 celu, którym jest zdobycie 7 GW mocy z elektrowni wiatrowych i fotowoltaicznych na całym świecie.

EDP Renováveis SA („EDPR”), światowy lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych światowych producentów energii wiatrowej, poprzez swoją spółkę zależną EDP Renewables North America LLC, zabezpieczył 15-letnią umowę na sprzedaż energii wyprodukowanej przez dwie elektrownie solarne o łącznej mocy 100 MW.

Projekty zlokalizowane są w stanie Ohio i przewiduje się, że zostaną oddane do użytkowania w 2022 r.

EDPR posiada w tej chwili w USA portfolio o łącznej mocy 1,4 GW. Dzięki nowym zakontraktowanym projektom, ulegnie ono dywersyfikacji i do 2022 roku osiągnie poziom 1,6 GW.

Zawarcie nowej umowy przez EDPR oznacza, że spółka zabezpieczyła już 85% z planowanej docelowej globalnej mocy, która zgodnie z przyjętym przez firmę dokumentem „Startegy Update”, opublikowanym w dniu 12 marca 2019 roku, wynosi 7 GW na lata 2019 –2022.

Sukces EDPR w zabezpieczeniu nowych umów PPA wzmacnia profil niskiego ryzyka
i strategię wzrostu w oparciu o rozwój konkurencyjnych i innowacyjnych projektów
o długoterminowym zasięgu.

Cyberataki w pandemii – usługi finansowe i handel pod obstrzalem

Analiza F5 Labs Security Incident Response Team (SIRT) wskazuje na znaczące wzrosty i zmienne wzorce cyberataków podczas pandemii. Największy wzrost odnotowano w obszarze DDoS i ataków na login i hasło.

W analizie F5 Labs wzięto pod uwagę globalne dane dotyczące incydentów zgłoszonych do F5 SIRT w okresie od stycznia do sierpnia 2020 roku. Cyberprzestępcy robią wszystko, żeby wykorzystać wzmożoną aktywność gospodarczą online i zmianę zachowań związaną z wybuchem pandemii – mówi Ray Pompon, dyrektor F5 Labs. Możemy spodziewać się podwyższonej aktywności cyberprzestępców. Na przykład, w tegorocznym okresie przedświątecznym proces zakupowy będzie odbywał się online w znacznie większym stopniu niż kiedykolwiek wcześniej. Ze względu na cyfrowy charakter stanie się on również sezonem ataków hakerskich.

Lockdown odblokowuje nowe zagrożenia

W styczniu br. liczba wszystkich zgłoszonych do SIRT incydentów była o połowę mniejsza niż średnia odnotowana w poprzednich latach. Od marca, w miarę jak rozpoczęły się lockdowny w kolejnych państwach, gwałtownie wzrosła. Ostatecznie, liczba zgłoszonych w kwietniu br. ataków była trzykrotnie wyższa w porównaniu z poprzednimi latami. W okresie maj-czerwiec wróciła natomiast do zbliżonych w tych miesiącach poziomów, by w lipcu br. osiągnąć wartość dwukrotnie wyższą niż w analogicznym okresie 2019 r.  Najwięcej ataków skupiło się na dwóch obszarach: rozproszonej odmowy usługi (DDoS) i ataków na dane dostępowe (login/hasło). Większość z tych ostatnich stanowiły brute force attack (systematyczna technika łamania haseł i kluczy kryptograficznych) i credential stuffing (wyciągania i upychania danych uwierzytelniających).W raportowanym okresie, ataki DDoS stanowiły 45%, a ataki na loginy-hasła 43% zgłoszonych do F5 SIRT incydentów. Pozostałe 12% było związanych z infekcjami złośliwym oprogramowaniem, atakami internetowymi lub atakami, które nie zostały sklasyfikowane.

DDoS rośnie i zmienia się

W styczniu ataki DDoS stanowiły jedynie 1/10 liczby zgłoszonych incydentów, a do marca ich wzrost był trzykrotnie wyższy niż wszystkich pozostałych. W 2019 roku, 4,2% ataków DDoS zgłoszonych do F5 SIRT było wymierzonych w aplikacje internetowe. W analogicznym okresie 2020 r. tego typu ataków było już sześciokrotnie więcej – 26%. Ataki DDoS stają się też coraz bardziej zróżnicowane. Jeszcze w 2019 roku 17% wszystkich ataków DDoS zgłoszonych do SIRT rozpoznano jako DNS Amplification – fałszujących adres zwrotny w zapytaniu, co wyczerpuje przepustowość sieci. W 2020 r. ich liczba wzrosła prawie dwukrotnie do 31%.Coraz więcej jest również DNS Query Flood – złośliwych zapytań, które mają na celu spowodować wyczerpanie zasobów serwera DNS. W badanym przez F5 Labs okresie 12% ataków DDoS wykorzystywało tę metodę.

Handel detaliczny boryka się z atakami na dane dostępowe

Aż 67% wszystkich ataków na sprzedawców detalicznych raportowanych w 2020 r. przez SIRT stanowiły ataki na hasła i stanowi to 27% wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem.W tym samym okresie połowę wszystkich zgłoszeń incydentów od dostawców usług obejmowały ataki na login/hasło. Podobne ataki, w przypadku klientów usług finansowych, stanowiły 45% zgłoszeń. F5 Labs odnotowało również wzrost liczby ataków uwierzytelniających na interfejsy API[1]. Ich wielkość w analizowanym okresie niemal się podwoiła z 2,6% w 2019 r. do 5% w 2020 r.

[1] https://www.f5.com/labs/articles/threat-intelligence/api-authentication-incidents-2020-apr-vol2

Rohlig Suus Logistics: W czasie pandemii Polacy kupują więcej AGD przez internet

Pandemia koronawirusa zmieniła funkcjonowanie całej gospodarki. Jednak mimo wielu wyzwań, jakie pojawiły się na przełomie pierwszego i drugiego kwartału tego roku, sklepy e-commerce oferujące sprzęt AGD odnotowują bardzo dobre wyniki. Największy udział we wzroście mają województwa: mazowieckie, łódzkie i śląskie – wynika z analizy firmy Rohlig Suus Logistics, jednego z największych operatorów logistycznych obsługujących branżę AGD w Polsce.

Według danych Rohlig Suus Logistics, w II kwartale 2020 r. liczba zamówień internetowych w branży AGD wzrosła aż o 16 proc. w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy bieżącego roku. Natomiast w ujęciu miesięcznym najlepszym czasem dla sektora AGD był kwiecień, kiedy to do domów Polaków dostarczono najwięcej artykułów gospodarstwa domowego – aż o 34 proc. więcej niż w styczniu, 47 proc. w lutym, czy 15 proc. w marcu.

Lockdown oraz tryb pracy zdalnej znacznie wpłynęły na zmiany zachowań konsumenckich – np. zaczęliśmy gromadzić więcej żywności, dlatego potrzebowaliśmy nowych zamrażarek i lodówek, częściej gotowaliśmy obiady, więc uzupełnialiśmy wyposażenie naszych kuchni. Na wyraźny wzrost liczby zamówień sprzętu AGD  przez internet wpłynęły także zapowiadane od czerwca podwyżki cen w branży AGD, związane z wyższym kursem euro – mówi Adam Galek, członek zarządu Rohlig Suus Logistics.

Warto podkreślić, że całe pierwsze półrocze dla rodzimego sektora AGD jest bardzo dobre. Z danych Rohlig Suus Logistics wynika, że liczba zamówień w tym okresie, w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, wzrosła aż o 67 proc.

Konsumenci, którzy nie korzystali do tej pory z kanału e-commerce przekonują się o jego zaletach. To nie tylko zaoszczędzony czas, czy zwiększone bezpieczeństwo, ale także szereg usług dodatkowych – wniesienie i instalacja sprzętu, czy możliwość płatności na miejscu, także poprzez system BLIK – dodaje Adam Galek.

Mazowsze AGD stoi

Jednym z kluczowych rynków dla branży AGD jest województwo mazowieckie – gdzie znajdują się siedziby dwóch z trzech największych redystrybutorów sprzętów AGD w Polsce oraz od wielu lat utrzymuje się największy popyt na produkty tej branży. Uwarunkowania te sprawiają, że to właśnie w województwie mazowieckim w porównaniu do pozostałych regionów Polski, firma Rohlig Suus Logistics obsługuje największą liczbę przesyłek (16 proc. wszystkich krajowych dostaw AGD). Rynek jednak wciąż się rozwija – w I półroczu 2020 r. zrealizowano na Mazowszu o 91 proc. więcej przesyłek niż w analogicznym okresie 2019 r.

– Ze względu na rosnące zainteresowanie branżą AGD w województwie mazowieckim zdecydowaliśmy się w pełni dostosować nasz nowy magazyn w Sokołowie k. Janek do obsługi sektora AGD – od wydzielenia odpowiednich stref służących do składowania i dystrybucji wyłącznie sprzętu AGD, po zastosowanie wózków wyposażonych w wyspecjalizowane chwytaki. Dzięki specjalizacji magazynu w kierunku obsługi sektora AGD, możemy zaoferować klientom pełen zakres usług – od odpraw celnych, przez przechowywanie, po dostosowywanie etykiet produktów do polskich przepisów – mówi Krzysztof Gąsiewski, dyrektor Oddziału Warszawa w Rohlig Suus Logistics. – Obecnie blisko 50 proc. magazynu służy do obsługi branży AGD, m.in. firmy Zelmer, Beko, LG. Korzystna lokalizacja, rozbudowana sieć połączeń pozwalają wierzyć, że odsetek ten będzie już tylko wzrastał – podsumowuje.

Pozostałe regiony Polski również coraz silniej specjalizują się w obsłudze branży AGD. Jak wynika z danych Rohlig Suus Logistics, aż 11 proc. wszystkich krajowych przesyłek branży AGD realizowane jest w województwie łódzkim. Co ciekawe, to właśnie ten region odnotował największą dynamikę wzrostu – w okresie styczeń-czerwiec 2020 r. w Łódzkim zrealizowano o 104 proc. więcej przesyłek niż w analogicznym okresie 2019 r. Podium zamyka Śląsk, gdzie realizowanych jest 10 proc. wszystkich krajowych przesyłek branży AGD firmy Rohlig Suus Logistics, a dynamika wzrostu wynosi 78 punktów procentowych (I półrocze 2020 r. vs I półrocze 2019 r.).

Pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfrową transformację płatności i znacząco zwiększyła liczbę kupujących w Internecie

COVID-19 przyspieszył rozwój e-commerce wśród 55-60 latków oraz przyczynił się do wzrostu popularności płatności bezgotówkowych wśród Polaków.

Badanie przeprowadzone dla Elavon, wskazuje na rosnące zainteresowanie transakcjami internetowymi wśród osób w wieku 55-60 lat oraz wzrost wykorzystania elektronicznych form płatności, w tym kart płatniczych i metod zbliżeniowych, we wszystkich badanych grupach.

W badaniu przeprowadzonym dla Elavon przez Ipsos Mori na temat handlu elektronicznego i zwyczajów płatniczych wzięło udział 1093 respondentów z Polski. 32% badanych w wieku 55-60 lat przyznało, że w czasie izolacji społecznej zwiększyli swoje wydatki w Internecie w porównaniu do okresu sprzed wprowadzenia „lockdown”. Dane pokazują również, że wydatki w sieci wzrosły we wszystkich grupach wiekowych, na co zasadniczy wpływ miała wzmożona aktywność internautów korzystających z e-sklepów ze swoich domów.

Badanie Elavon wskazuje, że aż 60% ankietowanych Polaków będzie chętniej wybierać płatności bezdotykowe oraz kartą jako preferowane metody dokonywania transakcji podczas tradycyjnych zakupów w sklepie. Z kolei dane Narodowego Banku Polskiego z marca br. pokazały, że w tym roku wykorzystanie płatności zbliżeniowych osiągnęło rekordowy poziom – stanowiły one 91% wszystkich transakcji bezgotówkowych.

Jak wynika z tegorocznego badania Elavon i Ipsos Mori, w Polsce najmniej skłonne do korzystania z gotówki są osoby w wieku 45-54 lata. Zaledwie 7% z nich przyznaje, że chce płacić fizycznymi pieniędzmi. Najbardziej skłonni do płatności gotówkowych są z kolei 25-34-latkowie. 13% badanych z tej grupy wiekowej deklaruje, że płaci gotówką. Mimo to, są oni niemal trzykrotnie bardziej chętnie nastawieni na korzystanie z kart płatniczych i zbliżeniowych form płatności.

W całej Polsce preferencje dotyczące transakcji zbliżeniowych lub kartami różnią się w zależności od regionu. Najchętniej z tej metody korzystają mieszkańcy woj. lubuskiego, gdzie 76% badanych preferuje płatności bezgotówkowe. Z kolei najmniejszą popularnością cieszą się one w woj. podlaskim (41%).

Podobna tendencja wzrostowa w zakresie popularności e-handlu i transakcji bezgotówkowych dostrzegana jest także w innych częściach Europy. Blisko połowa respondentów (52%) w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii (49%) zwiększyła swoje wydatki online od początku pandemii. W Niemczech jest to jedna trzecia społeczeństwa (32%). Respondenci we wszystkich grupach wiekowych przyznają, że są skłonni do aktywniejszego korzystania z transakcji bezgotówkowych. Deklaruje tak 68% badanych w Wielkiej Brytanii, 60% w Irlandii i 34% w Niemczech.

Rafał Gołębiewski, Head of SME & Bank Aliance Europe komentuje wyniki badań – W Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy, pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfrową transformację płatności i znacząco zwiększyła wydatki konsumenckie w Internecie wśród niemal wszystkich regionów i grup wiekowych – w tym również wśród osób starszych. Zakupy online były bezpieczną i wygodną alternatywą dla stacjonarnych sklepów podczas wprowadzenia izolacji. Wyniki badań wskazują, że e-handel zjednał sobie wielu zwolenników, którzy nawet po zniesieniu ograniczeń chętnie będą korzystać z tej formy zakupów.

To dobra okazja dla firm, aby wzmocnić swoją pozycję oraz wprowadzić udogodnienia, które przyciągną też nowych kupujących, w różnym wieku. Przedsiębiorstwa, które ułatwią konsumentom zakupy i dokonywanie płatności, będą w stanie zmaksymalizować potencjał przychodów i zwiększyć lojalność obecnych i przyszłych klientów.

Pożyczanie in futuro. Co czeka branżę pożyczkową za kilka lat?

Automatyzacja, biometria, zaawansowana analityka, coraz więcej produktów i usług dostępnych online, boom na obsługę poprzez smartfony, coraz szybsze procesy – sektor pożyczkowy korzystał z nowych technologii pełną parą, by ułatwić życie klientom. Aż przyszła pandemia, która może zmienić układ sił na rynku, ograniczyć instytucjom pożyczkowym dostęp do finansowania, sprawić, że będą musiały zacząć działać w nowych modelach biznesowych. Co teraz? Czy digitalizacja będzie postępować w takim samym tempie? Jakie zmiany rynkowe już wymusiła i jeszcze wymusi pandemia? O transfiguracji branży mówi dr Katarzyna Jóźwik, Dyrektor Generalna Smartney, którą od ponad roku nurtuje temat tzw. Corporate foresight w kontekście przyszłych scenariuszy rozwoju consumer finance.

Z najnowszego raportu „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0.?” przygotowanego przez Fundację Digital Poland wynika, że rodacy wciąż cenią nowoczesne technologie, ale w ciągu ostatniego roku zwiększył się odsetek sceptyków tzw. transformacji cyfrowej (z 38 do 54 proc.). Eksperci podkreślają, że za zmianą podejścia stoi między innymi pandemia, która obnażyła słabość systemu i pokazała, że rozwiązania technologiczne, które ceniliśmy wcześniej (np. telekonferencje, telemedycyna, nauczanie zdalne, obsługa klientów poprzez boty) nie zawsze są wydolne, przy tak dużej liczbie osób korzystających. Czy cyfrowy sceptycyzm będzie dotyczył branży pożyczkowej? Czy nowe technologie wciąż będą kluczowe dla rozwoju tego sektora?

– Pandemia zmienia rynki, trendy oraz potrzeby i zachowania konsumentów. Powyższy raport to tylko wycinek tych zmian, ale dobitnie pokazuje, że obszary, które dotychczas uznawaliśmy za „pewne” mogą ewoluować w nowej sytuacji i to szybko. To właśnie dlatego najlepszym kierunkiem powinna być elastyczność i zwinność. Dlaczego? Ponieważ nadchodzą czasy, w których coraz bardziej kluczowe decyzje trzeba będzie podejmować w oparciu o coraz szybciej zmieniające się dane – mówi dr Katarzyna Jóźwik.

– Pamiętajmy, że cyfryzacja nie może być celem samym w sobie. Na biznes trzeba patrzeć holistycznie, a nowe technologie to tylko jeden z elementów układanki. Wyobrażając sobie możliwe scenariusze na  najbliższe 10 lat w sektorze pożyczkowym trzeba uwzględnić mnóstwo czynników m.in. otoczenie prawne i regulacyjne, które wciąż się zmienia, otoczenie ekonomiczne, ewoluujące potrzeby klientów. A jeśli już jesteśmy przy klientach musimy liczyć się z tym, że dziś definiujemy ich według dobrze znanych nam parametrów, ale nie wiemy, czy jutro, pojutrze albo za miesiąc ci sami klienci nie będą sfrustrowani, nieszczęśliwi, chorzy lub niewypłacalni. Czynniki definiujące okoliczności życia klientów mogą mieć kluczowe znaczenie. Takim jest np. pandemia – dodaje Katarzyna Jóźwik. Jakie zatem zmiany czekają rynek pożyczkowy? Eksperci w badaniach nad czynnikami wpływającymi na przyszłość branży wymienili 47 elementów mających znaczenie.

Oto kilka najważniejszych.

1. Mniejszy dostęp do finansowania

Niepewność na rynkach finansowych już przekłada się na kondycje firm, które są inwestorami w branży pożyczkowej. To powoduje, że widzimy ograniczenie dostępności finansowania w aktywa o wyższym poziomie ryzyka. Branża już się skurczyła (m.in. z powodu nowych regulacji i zmian prawnych), ale może kurczyć się jeszcze bardziej z powodu ograniczonych dostępów do funduszy. Czy będzie to miało wpływ na konsumentów? Tak, jeżeli instytucje pożyczkowe nie będą miały dostępu do finansowania i zaczną znikać z rynku, to konsumenci również mogą liczyć się z mniejszym dostępem do środków pieniężnych i koniecznością rewidowania swoich zamierzeń i planów.

2. Nowe modele biznesowe

Rzeczywistość pandemiczna wymusi trwałe zmiany rynkowe. Niektóre firmy zaczną działać w nowych modelach biznesowych, które będą bazować – w większości przypadków – na nowych technologiach. Przykładem mogą być firmy pożyczkowe oferujące wysokie kwoty online w błyskawicznym procesie bez dokumentów i w dobrej cenie albo firmy oferujące rozwiązania typu „buy now, pay later”. Firmy będą stawiać na partnerstwa biznesowe i łączyć siły w tych obszarach, w których będzie to dla nich tańsze i bardziej korzystne biznesowo. Rola największych graczy rynkowych – banków, pośredników, na pewno się zmieni. Należy się spodziewać, że firmy spoza branży zechcą wkraczać w świat finansów utylizując swoje obecne atuty, np. bazy danych.

3. Zmiany oferty – przenikanie biznesów

W efekcie nowych modeli biznesowych i partnerstw w branży będziemy obserwować modyfikację ofert. Do łask mogą wrócić produkty ubezpieczeniowe, które będą dawały pożyczkodawcom dodatkowe źródło dochodu, a klientom zapewniały ochronę w niepewnych czasach. Możliwe, że instytucje pożyczkowe będą rozbudowywać ofertę o takie produkty, które są mniej podatne na regulacje cenowe. Kolejnym kierunkiem może być różnicowanie ofert oraz „obudowywanie” ich usługami dodatkowymi czy wartościami, które będą pożądane (ale też akceptowane przez klientów). Niewątpliwie świat przesunięty do e-commerce zapewni rozrost ofert kontekstowych i powiązanych z płatnościami.

4. Sprzedaż online

Pandemia już zmieniła sposób sprzedaży oraz obsługi klienta. Coraz więcej firm przeniosło się do online, zarówno z procesem sprzedaży, jak i obsługą posprzedażową. Tradycyjny model sprzedaży, w którym klient przychodzi do placówki stacjonarnej, spotyka się z agentem lub zaprasza doradcę do domu, ma coraz mniejsze prawo bytu w rzeczywistości pandemicznej. Druga fala pandemii uświadomiła nam, że powrót do starych modeli lub budowanie biznesu w modelu mieszanym (online +offline) może być coraz bardziej skomplikowany. Co ważne – kiedyś dobra oferta i dobry proces online wspierał biznes i był przewagą konkurencyjną. Niebawem będziemy mierzyć się z sytuacją, w której wszyscy będziemy działać online, a zagęszczenie ofert będzie tak duże, że kluczowym stanie się pytanie: co jeszcze możemy dać konsumentom poza szybkością i nowymi technologiami?

5. Nowe technologie i elastyczność

Firmy będą wciąż stawiać na nowoczesne technologie i digitalizację, ponieważ dostarczanie rozwiązań prostych, szybkich i transparentnych będzie w cenie. Trzeba jednak pamiętać, że digitalizacja nie powinna być celem samym w sobie. Na początku każdej decyzji i każdego procesu cyfryzacji powinny stać potrzeby klienta, a te podczas pandemii będą dynamicznie się zmieniać. Dlatego tak ważna jest elastyczność w podejmowaniu decyzji i wprowadzaniu nowych rozwiązań. Coś, czego pożądali klienci przed pandemią, w okresie pandemicznym, może stać się zupełnie nieatrakcyjne. Na rynku pożyczek na pewno będą wygrywać te instytucje, które będą traktować klienta indywidualnie, konstruować spersonalizowane oferty pod jego potrzeby, a przede wszystkim zapewniać mu szybki i prosty proces online.

6. Tylko digital? Nie. Figital.

Jeszcze przed pandemią mówiło się, że co prawda przyszłość należy do online, ale zanim nastąpi przeskok do online, będziemy mieć do czynienia z epoką rozwiązań hybrydowych, czyli mieszanych. Mówiło się też o trendzie „figital”, czyli połączeniu dwóch obszarów – „physicial” i „digital”. – Pandemia wymusiła szybszy przeskok do online i duża część konsumentów przyjęła to w sposób naturalny. Szybki przeskok spowodował jednak, że część klientów zaczęła tęsknić do tradycyjnych form kontaktu: spotkań z konsultantem, zaciągnięcia opinii u doradcy, albo rozmowy na Infolinii z „prawdziwym” człowiekiem a nie robotem. „Planując” przyszłość wciąż trzeba będzie stawać na takie rozwiązania, których w danym momencie będzie potrzebował klient.

7. Klient, klient i jeszcze raz klient

Większość powyższych punktów prowadzi do konkluzji, że wciąż na pierwszym miejscu powinien być klient. Ekonomia doświadczeń nie przeminie w najbliższych latach – potrzeby i doświadczenia konsumenta będą definiować produkty, usługi i procesy. Będzie to proces ciągły. A życie konsumenta nigdy nie zmieniało się tak szybko i nigdy nie było tak nieprzewidywalne jak podczas pandemii. W jaki sposób obsługiwać konsumenta, którego życie już się zmieniło lub zaraz się zmieni znowu? Co zaoferować w dobie niepewności? W jaki sposób budować pozytywne doświadczenia, gdy świat – w oczach wielu osób – przestaje być pozytywny?

O ekonomii doświadczeń będziemy pisać w kolejnej prognozie, m.in. na podstawie badań dr Katarzyny Jóźwik, Dyrektor Generalnej Smartney.

Cyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych banku

Małe i średnie firmy są fundamentem globalnej gospodarki. Nie jest więc niczym odkrywczym że stanowią one również dla banków istotne źródło potencjalnych przychodów. Niemniej jednak banki często pomijają ten newralgiczny segment klientów, zmuszając te podmioty do manewrowania między obsługą indywidualną i korporacyjną.

Sytuacja ta powoduje, że większość małych przedsiębiorstw w dalszym ciągu nie jest zadowolona z tego, w jaki sposób banki zaspokajają ich specyficzne potrzeby finansowe.

Małe i średnie firmy oczekują od banków lepszej obsługi — prostej, cyfrowej, przejrzystej i efektywnej

Wydaje się, że to nic trudnego, prawda? W czym więc tkwi problem?

Moją uwagę przykuły dwie tabele z badania Small Business Credit Survey. Wynika z nich, że w przypadku pożyczek udzielanych on-line firmy ubiegające się o dodatkowe środki oczywiście negatywnie oceniają wyższe oprocentowanie, mniej korzystne warunki spłaty oraz warunków udzielenia pożyczki. Ale – co ciekawe, to szybkość, z jaką dana instytucja finansowa może wydać decyzję kredytową i udostępnić środki klientom, wpływa zasadniczo na ich preferencje co do wyboru konkretnej oferty. Nie ma więc wątpliwości, że organizacje, które zapewnią mniejszym klientom biznesowym ODPOWIEDNIĄ obsługę, mają szansę na zwiększenie udziału w tym newralgicznym segmencie rynku.Cyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych bankuCyfryzacja jako narzędzie służące do zmiany modelu wykorzystania danych banku 2

Jak już wspomniałem wcześniej to, że małe i średnie przedsiębiorstwa oczekują nowych rozwiązań, nie jest dla banków zaskoczeniem. Już od jakiegoś czasu strategiczne priorytety banków są ukierunkowane na zwiększanie udziału w rynku oraz generowanie rentownego wzrostu w segmencie małych i średnich firm. Dlaczego wobec tego tak wiele instytucji w dalszym ciągu ma problemy ze spełnieniem oczekiwań klientów z tego segmentu?

Dla wielu banków małe i średnie firmy mieszczą się gdzieś pomiędzy klientami indywidualnymi i instytucjonalnymi. Choć nierzadko oferują już one temu segmentowi dedykowaną sekcję na swoich portalach internetowych, to zmiana ta nie jest jeszcze widoczna w innych elementach, w tym procesach, systemach i danych stanowiących podstawę obsługi klientów z tej grupy. Nie twierdzę, że banki muszą głęboko modyfikować posiadane systemy informatyczne, powinny jednak przyjąć strategię „spotkania w połowie drogi”. Pozwoli to z jednej strony udostępnić temu segmentowi zaawansowane narzędzia a z drugiej, wykorzystać poczynione już inwestycje.

Od czego więc zacząć?

Najbardziej newralgicznym, choć wykorzystywanym w niedostatecznym stopniu zasobem banków są dane. Między innymi przy uruchomieniu pożyczki banki często nie korzystają z nich w odpowiednim zakresie. Kilka miesięcy temu odbywał się panel dyskusyjny pt. „Jak wprowadzić ofertę kredytową dla małych firm w opartą na danych epokę cyfrową”. Jednym z głównych tematów dyskusji było tam wykorzystanie „wiarygodnych danych” do uproszczenia, automatyzacji, a w ostatecznym rozrachunku osiągnięcia wyraźnej poprawy ogólnej obsługi klienta.

Skoro w banku i poza nim istnieje tak wiele źródeł danych, dlaczego klienci muszą wpisywać je w swoich wnioskach? Banki powinny dążyć do tego, aby klient lub pracownik banku nie musiał wprowadzać ŻADNYCH lub niemal żadnych danych, co znacznie skróciłoby czas obsługi i skuteczność załatwiania spraw przy pierwszym kontakcie.

Kilka przykładów

Wiele banków zainwestowało w scentralizowane repozytoria danych klientów. Większość nie przemyślała jednak jeszcze kwestii, gdzie umieścić i przechowywać profile finansowe klientów, które mają kluczowe znaczenie w procesie udzielania kredytów. Komponent reprezentujący KONTRAHENTA może rozszerzać takie repozytoria danych klientów i stanowić miejsce przechowywania informacji z profili finansowych, które są następnie aktualizowane, modyfikowane i ponownie użyte w procesie udzielania kredytów czy pożyczek. Co więcej, możliwość integracji ze źródłami zewnętrznymi, które zawierają dane finansowe klienta, sprawia, że nie musi wpisywać ich ponownie. Dodatkowo przyspiesza to proces rejestrowania wniosku i ogranicza ręczne wprowadzanie danych do minimum.

Podobnie wygląda sytuacja z informacjami o ZABEZPIECZENIACH — w większości podmiotów dane te są odseparowane od poszczególnych wniosków i nie są przechowywane centralnie. W efekcie klienci muszą dostarczać informacje przy każdym składanym wniosku i nie mogą wykorzystywać w nowych wnioskach danych dotyczących już istniejących zabezpieczeń. Co więcej, często nie można ponownie wykorzystać danych z poprzednich wycen, a pracownicy banku zamawiają często kolejne dla tych samych zabezpieczeń, co wiąże się z dużymi kosztami po stronie banku.

Weźmy też pod uwagę proces udzielania kredytów. Wiele banków próbuje jedynie zmienić istniejące procesy, które powstały z myślą o ich realizacji przez pracownika banku, na ich odpowiedniki cyfrowe. Instytucje finansowe powinny tymczasem całkowicie zmienić strukturę tych procesów i spojrzeć na nie z perspektywy klienta. Muszą uwzględnić płynne poruszanie się kredytobiorcy we wszystkich kanałach kontaktu z bankiem, korzystać ze zgromadzonych danych na każdym etapie procesu, aby zwiększać efektywność oraz upraszczać rozwiązania i eliminować odseparowane od siebie produkty. Przyjęcie takiej właśnie perspektywy umożliwi bankom pogłębienie relacji ze swoimi klientami w tym segmencie.

Na zakończenie należy podkreślić konieczność udostępnienia danych w realizowanych procesach. Wszystkie narzędzia powinny posiadać możliwość komunikacji poprzez API, aby można było zapewnić wysoką jakość obsługi zarówno klientom, pracownikom banku, poręczycielom, decydentom jak i wszelkim innym jednostkom powiązanym z realizowanym procesem. Komunikacja z interfejsami API wykracza poza samo udostępnienie klientowi formularza internetowego do składania wniosków. Ma ona umożliwić klientom i pracownikom banku bezpieczny, jednolity dostęp do systemu oraz zapewnić przejrzystość danych i wgląd w powiązane procesy na każdym etapie udzielania kredytu.

Opracowanie tekstu: Krzysztof Wilczyński, Principal Solutions Engineer ERP z Oracle Polska, na podstawie artykułu Susan Harden, dyrektora w dziale Oracle Financial Services.

CPK w projekcie Smart Airports. Dofinansowanie dla zielonej energii i ograniczenia emisji CO2

Europejskie konsorcjum z udziałem Centralnego Portu Komunikacyjnego otrzymało 12 mln euro dofinansowania na opracowanie zielonych, proekologicznych i inteligentnych rozwiązań dotyczących projektowania lotnisk. Partnerami CPK są m.in. porty lotnicze w Kopenhadze, Rzymie i Wilnie

Unijny grant pochodzi z Ramowego Programu Badań i Rozwoju Horizon 2020 w kategorii: „Budowanie niskoemisyjnej i odpornej na zmiany klimatu przyszłości: Bezpieczna, czysta i wydajna energia”.

Oprócz CPK uczestnikami projektu Smart Airports zostało 15 instytucji, w tym m.in.: Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA), Port Lotniczy w Kopenhadze, Duński Instytut Technologiczny (DTI), Lotnisko Rzym-Fiumicino, Lithuanian Airports (zarządca lotnisk m.in. w Wilnie i Kownie), Uniwersytet w Parmie, Uniwersytet Techniczny w Hamburgu i przewoźnik Scandinavian Airlines (SAS).
CPK dofinansowanieCałkowita wysokość przyznanej dotacji to 12 mln euro, z czego prawie 500 tys. euro trafi do CPK. Do udziału w przedsięwzięciu spółka CPK, odpowiedzialna za zaprojektowanie i budowę Portu Solidarność, została zaproszona jako lotnisko partnerskie przez lidera konsorcjum, czyli Port Lotniczy w Kopenhadze. Dzięki temu CPK bierze udział w pilotażowym, innowacyjnym projekcie, który ma przyczynić się do spowolnienia zmian klimatycznych.

– Naszym celem jest infrastruktura niskoemisyjna, a europejski program Smart Airports pozwoli nam te zamierzenia zrealizować. Planując port lotniczy, sięgniemy na dużą skalę po zielone rozwiązania z zakresu inteligentnej energii i elektromobilności – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

– Jako spółka CPK będziemy pracować razem z partnerami z konsorcjum nad działaniami redukującymi zużycie energii, zapewnieniem dostępu do biopaliwa lotniczego i wykorzystaniem niskoemisyjnych pojazdów obsługi naziemnej. Nowe lotnisko i zbudowany jednocześnie system kolei dużych prędkości będą korzystać z najnowocześniejszych rozwiązań ograniczających negatywny wpływ transportu na środowisko – zapowiada Mikołaj Wild, prezes CPK.

– Cieszymy się, że Komisja Europejska wybrała nasz projekt i że wraz z partnerami takimi jak CPK będziemy współpracować przy opracowywania koncepcji zrównoważonego lotniska przyszłości – mówi Thomas Woldbye, prezes Portu Lotniczego w Kopenhadze. – Zamierzamy zapewnić infrastrukturę dla samolotów, które mogą być w przyszłości zasilane energią elektryczną, wodorem lub innymi zrównoważonymi paliwami. Jednocześnie zbadamy, w jaki sposób zasilać budynki, pojazdy i samoloty w taki sposób, żeby w docelowo całkowicie wyeliminować emisję dwutlenku węgla – dodaje.
CPK w smart airportsWspółpraca w ramach Smart Airports potrwa cztery lata.Udział w tzw. konsorcjum kopenhaskim daspółceCPK nieograniczony dostęp do wszystkich wypracowanych rezultatów (koncepcji, założeń, rozwiązań projektowych i technologii), jak również możliwość ich wdrożenia w przyszłości. W przypadku CPK może to mieć miejsce zarówno na etapie przygotowywania master planu, jak też podczas projektowania i budowy lotniska.

W Porcie w Kopenhadze w Danii wdrażane będą w pierwszej kolejności wypracowane przez konsorcjum zielone rozwiązania. Równocześnie wyniki projektu Smart Airports będą jednak adaptowane dla lotnisk partnerskich: w Polsce, na Litwie i we Włoszech.

– Wdrażanie ekologicznych, zrównoważonych paliw oraz zielona transformacja operacji lotniskowych będą wymagały dostępu do wiedzy i know-how. To właśnie w tym celu zebraliśmy profesjonalny, międzynarodowy zespół. Z niecierpliwością czekamy na tę ogólnoeuropejską współpracę – mówi Lars Overgaard, business menadżer w Duńskim Instytucie Technologicznym, który kierował procesem aplikacyjnym.

Projekt ma się przyczynić do osiągnięcia przez branżę lotniskową unijnych celów klimatycznych i wpisuje się Nowy Europejski Zielony Ład (European Green Deal).CPK w smart airports dofinansowanieTo nie pierwsze spośród działań CPK na rzecz zrównoważonej energii. 25 września br. CPK i Polska Grupa Energetyczna podpisały porozumienie o współpracy w celu realizacji niskoemisyjnych inwestycji energetycznych. Wstępne ustalenia zakładają, że w rejonie Portu Solidarność powstanie – w zgodzie z najnowszymi wymogami środowiskowymi – nowa elektrociepłownia, która będzie zasilana gazem ziemnym ze wsparciem paneli słonecznych, czyli odnawialnych źródeł energii (OZE).

Porozumienie CPK i PGE zakłada zastosowanie trigeneracji, czyli skojarzonego technologicznie wytwarzania: energii elektrycznej, ciepła i chłodu użytkowego. Takie rozwiązanie pozwoli na zmniejszenie ilości i kosztu energii niezbędnej do wytworzenia każdego z nich z osobna. Współpraca CPK i PGE oraz zakładane zastosowanie na dużą skalę OZE także wpisują się w europejską politykę klimatyczną.

NanoGroup planuje pozyskać 8,4 mln zł w publicznej ofercie emisji akcji

NanoGroup, warszawska grupa spółek biotechnologicznych, opublikowała memorandum informacyjne. Zapisy na akcje zostaną przeprowadzone w dniach 22.10 – 27.10.2020 r., a dodatkowy kapitał pozyskany z emisji będzie przeznaczony na badania (przedkliniczne oraz kliniczne) przełomowych leków na raka i substytutu krwi NanOX oraz na pokrycie bieżących kosztów. Akcje zaoferuje DM BOŚ.

Ostateczna cena akcji oferowanych zostanie ustalona w oparciu o wyniki procesu budowania księgi popytu. Spółka poczyniła w tym roku znaczne postępy w swoich pracach nad prototypowymi lekarstwami. Dalsze prace rozwojowe prowadzone nad pierwszym celowanym lekiem onkologicznym PolEpi będą realizowane przy współpracy z krajowymi partnerami. Spółka planuje skierować końcowy produkt do rejestracji europejskiej EMA (European Medicines Agency).

Naszym głównym celem jest przeprowadzenie badań przedklinicznych, w tym opracowanie i wykonanie syntezy nanocząstek w standardzie cGMP, oraz wykonanie badań przedklinicznych leku w standardzie GLP i testów klinicznych leku POLEPI do terapii nowotworu jajnika i mięsaka na około 30 pacjentach. Planujemy również rozpoczęcie prób klinicznych z udziałem pacjentów, które to próby zostaną poprzedzone opracowaniem metody syntezy związku w standardzie cGMP w powiększonej skali oraz wykonaniem wymaganych badań na zwierzętach w standardzie GLP. Ostatnia faza projektu to etap prac rozwojowych, których ostatecznym rezultatem może być przetestowany i zwalidowany lek, który będzie przedmiotem licencji. – opisuje projekt prof. Tomasz Ciach odpowiedzialny za rozwój technologii w NanoGroup.

Drugi projekt, który zostanie dofinansowany z emisji akcji H, umożliwi kilkudniowe przechowywanie i transport narządów do transplantacji. Produkt NanoSanguis to unikalne rozwiązanie połączenia syntetycznego płynu o funcji krwi w obszarze wymiany gazowej z urządzeniem do przechowywania organów. Chcemy, aby nasze rozwiązanie zrewolucjonizowało rynek poprzez wydłużenie czasu przydatności organów do przeszczepu.

­– Planujemy przeprowadzenie, po pierwsze, badań przedklinicznych na małym i dużym modelu zwierzęcym w standardzie GLP, po drugie: badań klinicznych (w pierwszej fazie odbędzie się 8 przeszczepów nerki) systemu do długoterminowego przechowywania i transportu organów (nerka, wątroba, serce) w warunkach fizjologicznych (OrganFarm). Oczywiście środki z emisji stanowią jedynie część kosztów projektu – o resztę środków zamierzamy ubiegać się z funduszu EIC. – kończy prof. Tomasz Ciach.