Ceny w online rosną, żeby spaść i wywołać efekt „Black Friday” – pokazuje analiza

Black Friday jest dla konsumentów na całym świecie swoistą obietnicą, że poszukiwany towar dostaną w wyjątkowo atrakcyjnej, najniższej możliwej cenie. Analiza ITMAGINATION pokazuje jednak, że ceny w polskich sklepach online tego dnia niekoniecznie są najniższe. Ich wysokość spada i rośnie w tygodniach przed Black Friday, aby znów spaść tego dnia. ITMAGINATION przeprowadziło analizę zmian cen kosmetyków, perfum, elektroniki oraz sprzętu RTV i AGD w popularnych polskich sklepach internetowych, wykorzystując technologię big data i data mining. Okazało się przykładowo, że ceny AGD tuż przed Black Friday we wszystkich analizowanych sklepach były wyższe, niż na początku listopada.

Analiza ITMAGINATION objęła zmiany cen w sklepach internetowych dla najbardziej popularnych podczas promocji kategorii produktów: kosmetyków, perfum, elektroniki oraz sprzętu RTV i AGD. Specjaliści wzięli pod lupę 10 sklepów internetowych wiodących w kategorii kosmetyków oraz 10 sklepów internetowych, które cieszą się popularnością wśród konsumentów kupujących elektronikę oraz sprzęt RTV i AGD. W analizie nie były uwzględniane najtańsze produkty, czyli te warte poniżej 30 zł, aby nie zaburzały obrazu zmian cen.

– Zebrane przez nas dane pokazują, że w wielu sklepach ceny z początku listopada rosły, aby następnie spadać. Jednak bezpośrednio przed Black Friday znów miały tendencję wzrostową. Jeśli więc konsument jest zainteresowany konkretnym produktem, aby mieć pewność, że korzysta z faktycznej okazji, powinien śledzić ceny tego produktu z wyprzedzeniem. To da mu odpowiednie porównanie. Może się okazać, że promocje świąteczne będą lepszym momentem na zakup tego towaru. Dodatkowo widzimy, że konsumenci powinni szukać największych okazji w średnich i dużych sklepach internetowych. Małe sklepy, ze względu na dużo mniejszą marżowość, nie są w stanie znacząco obniżać ceny – mówi Piotr Towarek, Head of Data w ITMAGINATION. – Co warto odnotować, wyniki naszej analizy wskazują, że sklepy internetowe podnoszą ceny w weekendy w większości kategorii. Prawdopodobnie chodzi o to, aby wykorzystać brak alternatywy zakupowej i rosnące przyzwyczajenie konsumentów do korzystania z e-sklepów w niedziele niehandlowe – dodaje Piotr Towarek.

Kosmetyki i perfumy

Jak pokazuje badanie danych przeprowadzone przez ITMAGINATION, ceny na kosmetyki w analizowanych sklepach stopniowo spadały od 12 do 24 listopada (czyli ostatniej niedzieli przed Black Friday). Natomiast po tym dniu poszły w górę. Z danych również wynika, że w sklepach specjalizujących się w sprzedaży kosmetyków (takich jak Sephora.pl, Douglas.pl czy Notino.pl), amplituda wahań cen przed i po 24 listopada wyniosła około 10 proc.

W przypadku perfum wahania cen są jeszcze bardziej widoczne. Do 9 listopada ceny spadły o 10 proc. następnie niestety wzrosły o 15 proc., natomiast od 13 listopada zaczęły znowu spadać. Trwało to aż do piątku, 16 listopada. Od tego dnia ceny perfum znowu poszły w górę. W badanych sklepach kosmetycznych skoki cen wahały się na poziomie 5-7 proc.

Elektronika

Wyniki analizy pokazują, że ceny popularnych w tej kategorii towarów, czyli laptopów i komputerów, rosną o około 2-3 proc. Średni ich wzrost wynosi 18 proc., a w każdym z badanych sklepów waha się od 5 proc. do 26 proc. Co ciekawe, ceny kolejnego popularnego w e-commerce towaru, czyli telefonów komórkowych, ku zdziwieniu stale spadały. Średni ich spadek wyniósł aż 33 proc.

Od 22 do 25 listopada w górę poszły ceny smartwatchy – po czym zaczęły spadać. Średnia zmiana ceny tego towaru wyniosła 9 proc. Jednak najbardziej jego cena inteligentnych zegarków spadła m.in. w MediaExpert.pl – o 25 proc.

RTV i AGD

W środę 13 listopada ceny sprzętu AGD skoczyły w badanych sklepach internetowych gwałtownie w górę, a następnie zaczęły stopniowo spadać. Jednak od 27 listopada ceny znów wzrosły. Średnia różnica cen na koniec miesiąca wyniosła 0,5 proc. Co istotne, tuż przed „Black Friday” ceny towarów AGD we wszystkich analizowanych sklepach były wyższe niż na początku listopada. Jeśli chodzi o telewizory, to po początkowych zniżkach (o około 8 proc.), ceny stopniowo rosły. Na koniec listopada średnia amplituda cen telewizorów w ciągu całego miesiąca wyniosła 2 proc. Najbardziej ceny spadły w Mediamarkt.pl i Redcoon.pl.

– Nasza analiza powstała dzięki zastosowaniu technik analizy i penetracji danych z użyciem narzędzi analitycznych oraz Power BI do wizualizacji danych. W ramach swoich działań wykorzystaliśmy szeroko rozumiane Business Intelligence, data mining oraz metody eksploracji danych. Pozwoliły one nam znaleźć i przeanalizować dane, które wykazują dynamikę zmian w kontekście cen produktów, a następnie wyodrębnienie grup produktowych, w których dynamika ta jest największa – wyjaśnia Ewa Kryczka, Data Team Leader w ITMAGINATION.

Analizowanie przez ITMAGINAITON pod kątem zmian cen serwisy z kosmetykami to: Allegro.pl, Douglas.pl, Drogerienatura.pl, Mediamarkt.pl, Notino.pl, Oleole.pl i Sephora.pl. W kategorii elektronika i sprzęt RTV / AGD analizie poddano: Allegro.pl, Avans.pl, Komputronik.pl, MediaExpert.pl, Mediamarkt.pl, Neonet.pl, Oleole.pl, Redcoon.pl, X-kom.pl.

Jakie są uboczne koszty zamiany mieszkań?

Zamiana mieszkań to dość skomplikowana transakcja. Sprawdzamy, jak wysokie mogą być jej dodatkowe koszty (związane np. z podatkami i taksą notarialną).

Osoba zamierzająca pozbyć się aktualnego mieszkania, zwykle oczekuje w zamian tylko ustalonej sumy pieniędzy. Część takich środków może zostać wykorzystana do spłaty kredytu mieszkaniowego. Niekiedy mamy jednak do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Chodzi o zamianę jednego lokalu na inne mieszkanie. Zamiana mieszkań to rozwiązanie, które może rozważać na przykład starsza osoba ponosząca spore koszty utrzymania dużego lokalu. Jeżeli taki sprzedawca znajdzie interesujące go lokum, a właściciel mniejszego mieszkania uzna aktualne „M” seniora za dobry wybór, to można zawrzeć umowę zamiany. Taka umowa zawierana w formie aktu notarialnego pozwala na szybkie (jednoczesne) załatwienie kwestii związanej ze sprzedażą i zakupem lokum. Warto pamiętać, że zamiana mieszkań podobnie jak sprzedaż lokalu, wiąże się z pewnymi kosztami transakcyjnymi. Postanowiliśmy sprawdzić, jaką wysokość mogą mieć takie koszty.

Taksa notarialna dotyczy również zamiany mieszkań …

Artykuł 158 kodeksu cywilnego wskazuje, że każda umowa przenosząca własność nieruchomości powinna zostać zawarta w formie aktu notarialnego. Właśnie dlatego strony zawierające umowę zamiany mieszkań, niestety nie unikną kosztów związanych z taksą (wynagrodzeniem notariusza). Na całe szczęście, takie koszty można negocjować z notariuszami i wybrać ofertę, która będzie najbardziej atrakcyjna cenowo. Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 28 czerwca 2004 r. w sprawie maksymalnych stawek taksy notarialnej (Dz.U. 2004 nr 148 poz. 1564) określa jedynie górne limity taksy związanej m.in. z zamianą mieszkań. Zgodnie ze wspomnianym rozporządzeniem, maksymalne wynagrodzenie dla notariusza za przygotowanie aktu dotyczącego zamiany mieszkań wynosi:

  • wartość droższego mieszkania od 30 000 zł do 60 000 zł = (710 zł + 1,00% od nadwyżki powyżej 30 000 zł) + 23,00% VAT
  • wartość droższego mieszkania od 60 000 zł do 1 000 000 zł = (1010 zł + 0,40% od nadwyżki powyżej 60 000 zł) + 23,00% VAT
  • wartość droższego mieszkania od 1 000 000 zł do 2 000 000 zł = (4770 zł + 0,20% od nadwyżki powyżej 1 000 000 zł) + 23,00% VAT

Leszek Markiewicz zwraca uwagę, że w przypadku samej sprzedaży lokalu mieszkalnego (bez zamiany), taksa notarialna naliczana od wartości jednego „M” wynosi połowę powyższych stawek. Można zatem stwierdzić, że zamiana mieszkań skutkuje podwojeniem maksymalnego wynagrodzenia dla notariusza. Na całe szczęście, strony umowy dotyczącej zamiany lokali zwykle dzielą ponoszone koszty notarialne „po połowie”.

Warto podkreślić, że notariusz pobierze również wynagrodzenie za sporządzenie odpisów aktu notarialnego. „Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 28 czerwca 2004 r. mówi, że maksymalna stawka za każdą rozpoczętą stronę odpisu (min. 25 wierszy) wynosi 6,00 zł. Do tej kwoty również trzeba dodać 23,00% podatku VAT” – informuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Strony umowy nie unikną dwuprocentowego podatku

Koszty notarialne niestety nie będą jedynym dodatkowym obciążeniem dla stron umowy, które interesuje zamiana mieszkań. Taka umowa zawierana przez dwie osoby fizyczne, praktycznie zawsze przewiduje zamianę używanych lokali. Właśnie dlatego notariusz będzie musiał naliczyć i odprowadzić podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). „Warto wiedzieć, że zamiana mieszkań skutkuje zastosowaniem standardowej stawki takiej daniny dotyczącej nieruchomości (2,00%)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Co ważne, w przypadku zamiany lokali podstawą do naliczenia dwuprocentowej stawki PCC jest różnica wartości rynkowej mieszkań. To stanowi sporą preferencję podatkową w stosunku do sprzedaży używanego mieszkania. Nabywca takiego lokalu musi bowiem uiścić podatek PCC (2,00%) naliczony przez notariusza od całej wartości „M”. Kolejna różnica wynika z faktu, że przy umowie zamiany mieszkań obowiązek zapłaty podatku od czynności cywilnoprawnych obciąża obydwie strony transakcji (zobacz art. 4 punkt 2 ustawy z dnia 9 września 2000 r. o podatku od czynności cywilnoprawnych – Dz.U. 2000 Nr 86 poz. 959). „Zamiana mieszkań powoduje solidarną odpowiedzialność podatkową stron umowy (tzn. każda osoba odpowiada za należny podatek do jego pełnej wysokości)” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Trzeba podkreślić, że zamiana mieszkań nie wyklucza ewentualnych obowiązków wobec fiskusa związanych z podatkiem PIT. Osoba sprzedająca (zamieniająca) lokal przed upływem pięcioletniego terminu od jego nabycia, będzie musiała liczyć się z koniecznością zapłacenia podatku dochodowego o stawce 19% (o ile nie skorzysta z ulgi mieszkaniowej). „Warto pamiętać, że termin wynoszący 5 lat jest naliczany dopiero od końca roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie zamienianej nieruchomości” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Opłaty sądowe stanowią dodatkowy koszt zamiany „M”

W kontekście ubocznych kosztów, jakie pociąga za sobą zamiana mieszkań, nie można również zapominać o opłatach sądowych. Na całe szczęście, takie opłaty będą generowały o wiele mniejszy koszt niż na przykład taksa notarialna lub podatek od czynności cywilnoprawnych (PCC). Mowa o sądowych opłatach za wpis nowego prawa własności do księgi wieczystej (2 x 200 zł). Podział kosztów sądowych (2 x 200 zł) „po połowie” wydaje się najbardziej sprawiedliwym rozwiązaniem. Koszty sądowe będą większe, jeżeli zamiana mieszkań wiąże się z równoczesnym przeniesieniem hipoteki na drugi lokal. „Takie sytuacje są jednak dość rzadkie w praktyce, bo bank musi zgodzić się na zamianę mieszkania zabezpieczającego spłatę kredytu” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Nie potrafimy ograniczyć zużycia energii, czy to początek końca?

EIA – agencja powołana przez rząd USA, zatrudniająca czołowych ekspertów od środowiska i energii, opublikowała właśnie swój najnowszy raport International Energy Outlook 2019 z prognozami sięgającymi aż do 2050 roku. Wnioski są więcej niż niepokojące – zużycie energii zwiększy się niemal o połowę, co oznacza powstanie jeszcze większego długu środowiskowego. Niestety emisja CO2 wciąż będzie wzrastała pomimo mniejszej ilości szkodliwych gazów  w atmosferze. Co możemy zrobić by powstrzymać ten proces?

Raport przygotowany przez EIA przedstawia prognozy dla sektora energetycznego do 2050 roku, jednocześnie uwzględniając podział na kraje z grupy OECD zrzeszającej 36 wysoko rozwiniętych i demokratycznych państw oraz państwa spoza tej grupy – W Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej kwestie ochrony środowiska wypełniają coraz większą część dyskusji publicznej, bo zwiększona emisja CO2 niesie ze sobą ogromne konsekwencje klimatyczne. Smog, efekt cieplarniany, podniesienie poziomu wód czy niedożywienie – to nie są wyłącznie wirtualne problemy, podnoszone przez ekologów, a globalny problem, nad którego rozwiązaniem pochylają się wspólnie władze państwowe, przedstawiciele biznesu, jak i autorytety ze świata nauki. – zauważa Wojciech Stramski, CEO Deep Change Ventures, funduszu inwestującego w startupy, które rozwijają technologie mogące pomóc w rozwiązaniu globalnych problemów.

Świat dwóch prędkości

Głównej przyczyny wzrostu zużycia energii upatruje się w dynamicznym rozwoju azjatyckich tygrysów, czyli państw, takich jak Chiny czy Indie, które nie są zaliczane do OECD. Szacuje się, że zapotrzebowanie na energię w tej grupie wzrośnie średnio o niemal 70% między 2018 a 2050 r. Skąd tak wysoka wartość prognozy? – Szybki rozwój gospodarczy tych krajów wynika przede wszystkim z możliwości produkcyjnych, jakie oferują. To spowodowało, że powstała konieczność dostarczenia jeszcze większej ilości energii – by zasilić fabryki, centra logistyczne i rozwój infrastruktury transportowej oraz biznesowej. Jednocześnie poprawie uległy warunki życia, co przyczyniło się do „boomu” demograficznego – liczba ludności w tych regionach rośnie błyskawicznie. Więcej produkowanej energii to rosnąca emisja szkodliwych gazów do atmosfery, głównie dwutlenku węgla, który dla ludzi jest trujący – tłumaczy Marcin Kotarski, Product Manager, Ogrzewanie płaszczyznowe i systemy rurowe, Purmo Group – Jak pokazuje analiza opracowana na zlecenie krajów zrzeszonych w ramach OECD, w Polsce na jednego mieszkańca przypada 7.6 tony emitowanego CO2, gdzie średnia europejska wynosi 6.2. Chińska Republika Ludowa wypracowała wynik na poziomie 6.6, a Indie 1.1. Wielkość ta może być myląca, ponieważ wartość całkowita rozkłada się na większą ilość obywateli – dodaje ekspert.

Dlatego w raporcie EiA to Chiny i Indie klasyfikowane są jako dwa regiony głównie odpowiedzialne za wzrost emisji.

W krajach należących do OECD (w tym Polsce), wzrost zużycia energii jest wolniejszy, co wynika z faktu, że populacja zmniejsza się, a rozwój gospodarczy jest o wiele wolniejszy i stabilniejszy. Nie bez znaczenia jest też poprawa efektywności energetycznej i mniejszy wzrost w energochłonnych gałęziach przemysłu. – Taki podział może być zgubny, gdyż daje poczucie powstania dwóch obozów: my i oni. To sztuczne różnicowanie na tych trochę lepszych i trochę gorszych nie ma najmniejszego sensu, ponieważ koniec końców wszyscy oddychamy tym samym powietrzem. Degradacja środowiska w krajach słabiej rozwiniętych nie ogranicza się wyłącznie do ich granic terytorialnych, a wpływa na cały globalny ekosystem. – kwituje Wojciech Stramski. Efekt? W przeciwieństwie do państw niezrzeszonych z OECD, kraje działające w ramach tej instytucji w latach prognozy, tj. 2018-2050, wykażą zaledwie 15% wzrost zużycia energii.

Szybki wzrost liczby ludności i dostęp do dużych zasobów krajowych są ważnymi czynnikami determinującymi popyt na energię w Afryce i na Bliskim Wschodzie, gdzie jak szacują specjaliści z EIA, zużycie energii wzrośnie odpowiednio o około 110% i 55%, między 2018 a 2050 r. Według danych Światowego Forum Ekonomicznego w aglomeracjach mieszka ponad połowa ludzkości, która generuje 80% światowego PKB i aż 70% gazów cieplarnianych. Jak zauważa ekspert z Deep Change Ventures, najszybciej rosną miasta w Afryce i Azji. – Metropolie azjatyckie i afrykańskie potrzebują coraz więcej energii do rozwoju. Dlaczego? Ponieważ właśnie w tych regionach powstaje przemysł, który produkuje dla Europy i Ameryki. Zmiany, które będą zbawienne dla globu, muszą nastąpić nie tylko tam, ale też i u nas. To nasz konsumpcjonizm i potrzeba posiadania ciągłego dostępu do nowszej generacji tańszych produktów wymusza produkowanie w sposób niezrównoważony w krajach odległych od nas. W Europie jesteśmy energooszczędni, pora wyeksportować nasze działania na inne kontynenty. W przeciwnym przypadku będziemy się oszukiwać – kończy Stramski.

Państwa europejskie spoza OECD mają najmniejszy przewidywany wzrost zużycia energii (11%). Niebagatelne znaczenie ma tu sytuacja Rosji, gdzie liczba ludności maleje. Stosunkowo niski wzrost jest również wynikiem rosnącej efektywności energetycznej, która została osiągnięta poprzez modernizację starej infrastruktury, bardziej wydajnymi rozwiązaniami.

Budynek pełen dobrej energii

Jak pokazują analizy, to domy jednorodzinne są w największym stopniu odpowiedzialne za przekroczenie stężenia szkodliwych substancji w powietrzu. Dla przykładu, za przekroczenie stężenia pyłu PM10 w 88%, PM2,5 w 87%. – mówi Wojciech Stramski i radzi – Rzecz w tym by działania na rzecz czystego powietrza nie wiązały się z równoczesnym wzrostem kosztów ogrzewania. Pomocy można poszukać w technologii, która staje się coraz bardziej popularna i na każdą kieszeń. Ekspert z Deep Change Ventures nawiązuje do technologii opartej na IoT, która w najbliższym czasie może odcisnąć swoje piętno na eko-budownictwie. Wszystko dzięki rozwiązaniom optymalizującym zużycie energii, które przynoszą realne oszczędności dla portfela, jak i korzyści dla środowiska. – Systemy grzewcze stają się coraz bardziej efektywne i pomagają zmniejszyć ilość zużywanej energii. Takie rozwiązania, jak smart home, pozwalają na optymalizację działania np. ogrzewania podłogowego w domu poprzez zdalne sterowanie czy aktywne dostosowanie do warunków temperaturowych. Jak podaje firma badawcza Strategy Analytics, już w tym roku na rynek trafi ponad 880 mln urządzeń, a łączna wartość sektora wyniesie 100 mld USD. – twierdzi Marcin Kotarski z Purmo Group.

Specjaliści z EIA szacują, że energia zużywana w budynkach, w tym w budownictwie mieszkaniowym i komercyjnym, będzie powiększać się o 1,3% rocznie w analizowanym okresie. Udział sektora budynków w światowym zużyciu dostarczanej energii wzrośnie z około 20% w 2018 r. do 22% w 2050 r.]

GPW Benchmark administratorem indeksów giełdowych

  • Od 1 grudnia 2019 r. GPW Benchmark będzie pełnić funkcję administratora indeksów giełdowych z Głównego Rynku GPW, NewConnect oraz rynku TBSP, w tym m.in.: WIG20, mWIG40 oraz sWIG80, a od 1 stycznia 2020 r. także indeksów WIG-ESG oraz CEEplus
  • Przejęcie administrowania indeksami jest związane z dostosowaniem do wymogów Rozporządzenia PE i RE (UE) ws. wskaźników referencyjnych (tzw. BMR)

Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) wpisał spółkę GPW Benchmark do rejestru administratorów i wskaźników referencyjnych. W wyniku tej zmiany od 1 grudnia 2019 r. GPW Benchmark, spółka zależna GPW, będzie administratorem indeksów giełdowych z Głównego Rynku GPW, NewConnect oraz Treasury BondSpot Poland (TBSP), a od 1 stycznia 2020 r. także indeksów WIG-ESG oraz CEEplus.

Przeniesienie funkcji administratora indeksów giełdowych z GPW do naszej spółki zależnej GPW Benchmark to czynność techniczna, wynikająca z nowych regulacji europejskich. Konstrukcja indeksów giełdowych oraz metoda ich kalkulacji pozostają bez zmian, tak więc ta migracja procesów nie będzie miała żadnego wpływu na inwestorów giełdowych oraz na innych użytkowników tych indeksów. Należy podkreślić, że procesy administrowania i kalkulacji indeksów będą realizowane nadal w Grupie Kapitałowej GPW, przy zapewnieniu najwyższych standardów – mówi Piotr Borowski, członek zarządu GPW.

Przejęcie roli administratora indeksów przez GPW Benchmark ma związek z koniecznością dostosowania się do przepisów rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z 8 czerwca 2016 r. w sprawie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszy inwestycyjnych (tzw. BMR). Proces dostosowania wiąże się z zapewnieniem odpowiednich ram zarządzania kalkulacją indeksów, zgodnych z wymogami rozporządzenia.

Dostosowanie do wymogów BMR pozwoli na optymalizację procesów związanych z  zarządzaniem indeksami, zapewniając ich wysoką jakość, nadzór nad metodą kalkulacji oraz przejrzystość i dostępność danych dla inwestorów.

– Wraz z udzieleniem zezwolenia na pełnienie funkcji administratora wskaźników referencyjnych rynku kapitałowego przez Komisję Nadzoru Finansowego i wpisaniem do rejestru ESMA rozpoczyna się nowy etap w działalności GPW Benchmark jako centrum kompetencyjnego w zakresie indeksów. Wniosek na pełnienie funkcji administratora stawek referencyjnych WIBID i WIBOR złożymy w ciągu najbliższych dni. Te wskaźniki będą objęte odrębnym postępowaniem administracyjnym – mówi Zbigniew Minda, Prezes GPW Benchmark.

Indeksy giełdowe będą wyznaczane zgodnie z obecną metodologią i zasadami przyjętymi przez administratora GPW Benchmark oraz publikowane na: www.gpwbenchmark.pl w pełnym zakresie dotyczącym: aktualnych notowań, komunikatów indeksowych, uchwał dot. indeksów i statystyk. Na stronach www.gpw.pl, www.newconnect.pl oraz www.bondspot.pl pozostanie wizualizacja indeksów w postaci wykresów na stronie głównej. Szczegółowe informacje dotyczące indeksów będą dostępne w serwisie internetowym GPW Benchmark.

Informacje o wartości indeksów giełdowych będą dystrybuowane do odbiorców danych rynkowych przez GPW na dotychczasowych zasadach.

Betacom podsumowuje pierwsze półrocze 2019 roku

Giełdowy Betacom, specjalizujący się w tworzeniu oraz wdrażaniu rozwiązań technologicznych, opublikował raport za I półrocze 2019 roku. W tym okresie Spółka kontynuowała realizację strategii rozwoju na lata 2017-2020, która zakłada rozwój działalności w oparciu o cztery linie biznesowe (Hybrydowe IT, Smart Workplace, Edukację i Logistykę) oraz zwiększenie przychodów z wysokomarżowych kanałów.

Opublikowana w 2017 roku strategia rozwoju Betacom zakłada wzrost udziału przychodów z tytułu wdrożeń rozwiązań własnych, projektów realizowanych w modelu abonamentowym oraz projektów zagranicznych. Zgodnie ze strategią każdy z wymienionych źródeł przychodów powinien do końca marca stanowić po 20 procent udziału w łącznej ich strukturze.  W ramach strategii Spółka dokonała podziału prowadzonej działalności na cztery linie biznesowe: Hybrydowe IT (działalność prowadzona od początku istnienia Spółki), Logistykę, Edukację oraz Smart Workplace (nowe linie biznesowe).

– Minione półrocze było bardzo efektywne z perspektywy wdrażania projektów z nowych linii biznesowych, wpisujących się jednocześnie w KPI naszej strategii. Bardzo intensywnie zwiększamy sprzedaż usług własnych w obszarze Hybrydowego IT. Pozyskujemy także nowe kontrakty w ramach Smart Workplace oraz Logistyki. Równie dynamicznie rozwijamy działalność linii biznesowej Edukacja. Prowadzimy negocjacje z potencjalnymi kontrahentami, dotychczas z sukcesem wypracowaliśmy kilka projektów, a ich efekt będzie widoczny w wynikach kolejnych dwóch kwartałów. Niemniej, najważniejszą inicjatywą sprzedażową realizowaną w pierwszym półroczu roku finansowego w obszarze edukacji, są negocjacje umowy dystrybucyjnej z partnerem technologicznym oraz dostawcą usług edukacyjnych w Niemczech, Austrii i Szwajcarii – komentuje Bartłomiej Antczak, Prezes Zarządu Betacom S.A.

Celem Spółki jest maksymalizacja wyników operacyjnych uzyskiwanych w nowych liniach biznesowych. Zgodnie z danymi finansowymi za 2018 rok przychody z tytułu linii biznesowych – Logistyka, Edukacja oraz Smart Workplace – odpowiadały za 10 procent przychodów ze sprzedaży oraz aż za 50 procent zysku operacyjnego. Zdaniem Zarządu wpływ nowych linii biznesowych na wzrost marży operacyjnej w roku obrotowym 2019 będzie jeszcze większy, a w średnim terminie będą głównym czynnikiem wzrostu wyników.

– W drugim półroczu naszym priorytetem jest dalsza realizacja strategii, która przełoży się na wzrost wyników, zwiększenie dywersyfikacji działalności oraz w konsekwencji wzrost wartości dla akcjonariuszy. Będzie to okres prac nad zleceniami, których rozpoczęcie zostało przesunięte z różnych przyczyn z pierwszego półrocza. Zgodnie z naszymi założeniami, wyniki finansowe za 2019 rok powinny odzwierciedlać realizację strategii na lata 2017-2020 oraz być wyższe niż w roku ubiegłym  – dodaje Bartłomiej Antczak, Prezes Zarządu Betacom S.A.

Zgodnie z opublikowanym raportem okresowym za I półrocze 2019 roku Grupa Kapitałowa Betacom odnotowała w tym okresie 49,1 mln zł przychodów ze sprzedaży, zysk EBITDA na poziomie 158 tys. zł oraz wynik netto na poziomie -634 tys. zł.

Sprzedaż w sieci Sfinksa przekroczyła 147 mln zł

Restauracje sieci Sfinks Polska wypracowały po trzech kwartałach 2019 r. przychody ze sprzedaży gastronomicznej w wysokości 147,01 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 5% r/r. Pozytywna dynamika dotyczy wszystkich najważniejszych marek w portfolio Sfinksa, w tym sieci Sphinx, Chłopskie Jadło i Fabryka Pizzy. Przychody jednostkowe wyniosły na koniec okresu 119,60 mln zł wobec 129,57 mln zł rok wcześniej, co było skutkiem m.in. przekształcenia części lokali własnych we franczyzowe i wyłączenia ich z bezpośredniego wpływu na sprzedaż samej spółki. Po trzecim kwartale Sfinks Polska zanotowała także jednostkowy wynik netto na poziomie -13,62 mln zł (wobec -2,30 mln zł sprzed roku) oraz EBITDA w wysokości 27,32 mln  zł (wobec 8,77 mln zł sprzed roku). Na wyniki spółki za trzy kwartały br. w największym stopniu przełożyły się m.in. nowe przepisy rachunkowe (MSSF 16 i MSSF 9), odpisy na majątek i należności oraz różnice kursowe.

W okresie trzech kwartałów 2019 r. portfolio Sfinksa powiększyło się o 12 restauracji. Na mapie zasięgu gastronomicznego operatora pojawiły się dwie nowe restauracje Sphinx, cztery dodatkowe Fabryki Pizzy oraz trzy Piwiarnie Warki. W tym roku spółka przejęła także trzy lokale pod marką Meta i Meta Disco. Trwają prace nad uruchomieniem kolejnych lokali, głównie franczyzowych. Na przełomie roku  nowe restauracje mają pojawić się w Nowym Sączu i Starogardzie Gdańskim.

– Nasze koncepty to atrakcyjne, rozpoznawalne marki specjalizujące się w najpopularniejszych rodzajach kuchni, cieszą się więc dużym zainteresowaniem potencjalnych franczyzobiorców. Obecnie powstają też Sphinx i Fabryka Pizzy w Krośnie, których otwarcie planowane jest na I kwartał 2020 r.  W podobnym okresie mają także ruszyć nowe restauracje Sphinx w Ostrołęce i Inowrocławiu – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Popularność i atrakcyjność konceptów należących do Sfinksa potwierdzają również przychody ze sprzedaży gastronomicznej ogółem (+5,1% r/r) oraz w ramach głównych marek Sphinx (+2,1% r/r), Chłopskie Jadło (+12,4% r/r) i Fabryka Pizzy (+183% r/r). Z kolei analizę przychodów w ujęciu jednostkowym i skonsolidowanym należy oceniać przez pryzmat zmian w strukturze sieci.

– Część restauracji własnych, których sprzedaż była wcześniej uwzględniana w wynikach  jednostkowych, została przekształcona na franczyzę, stąd zmiana przychodów ze sprzedaży spółki rok do roku. Z kolei na dalsze pozycje w rachunku wyników oraz na bilans miało zastosowanie nowych standardów rachunkowości – MSSF 16 i MSSF 9, co znacznie zaburzyło obraz in plus lub in minus w zależności od kategorii. Jednocześnie warto zauważyć, że mimo mniejszych obrotów rentowność sprzedaży brutto restauracji należących do spółki wzrosła rok do roku, również po oczyszczeniu z wpływu MSSF – z 14% do 14,7% – mówi prezes Sfinksa.

Sfinks Polska rozwija także sprzedaż w kanale delivery i ta działalność ma coraz większy, pozytywny wpływ na przychody. Na koniec trzeciego kwartału br. spółka oferowała usługę już z 70 punktów w kraju. Co ważne, Sfinks stopniowo rozszerza geograficzną dostępność oferty, wychodząc poza zasięg stacjonarnych restauracji danej marki i realizując zamówienia z innych swoich lokali. W ten sposób zasięg oferty Chłopskiego Jadła powiększył się w trzecim kwartale o 15 dodatkowych punktów, choć sama sieć fizycznie liczy 12 restauracji. Podobnie jest w przypadku Fabryki Pizzy, której przybyły w minionym kwartale dwie dodatkowe lokalizacje z ofertą delivery, niepokrywające się z lokalizacją sieci stacjonarnej tej marki. Sprzedaż w delivery jest prowadzona poprzez własny portal Sfinksa – SmacznieiSzybko.pl oraz przez najpopularniejsze zewnętrzne platformy do składania zamówień online. W tym roku grono partnerów Sfinksa powiększyło się o Uber Eats i Wolt.

W ujęciu skonsolidowanym na koniec trzeciego kwartału 2019 r. grupa Sfinks Polska osiągnęła przychody o wartości 127,27 mln zł (wobec 134,48 mln zł rok wcześniej), EBIT na poziomie -3,86 mln zł (wobec 0,53 mln zł) oraz wynik netto na poziomie -14,56 mln zł (wobec -3,24 mln zł). EBITDA grupy po trzecim kwartale 2019 r. to 27,12 mln zł (przy 8,77 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego).

Przerwa w działalności instalacji OZE kosztuje więcej niż naprawa awarii

  • Straty wynikające z przestoju w funkcjonowaniu instalacji mogą kilkukrotnie przewyższać koszt likwidacji szkód z tytułu nieprzewidzianych zdarzeń.
  • Ubezpieczenie utraconego zysku to koszt zaledwie ok. 1 promila od sumy ubezpieczenia.
  • Wybierając zakres ubezpieczenia, trzeba pamiętać o zabezpieczeniu całej infrastruktury oraz odpowiedzialności cywilnej.

Liczba instalacji OZE funkcjonujących w Polsce nieustannie rośnie, w szczególności w sektorze PV. W ciągu dziewięciu miesięcy tego roku łączna moc instalacji fotowoltaicznych podwoiła się i przekroczyła 1 GW, wynika z danych gromadzonych przez Polskie Sieci Energetyczne. Rosnący potencjał odnawialnych źródeł energii zauważają wszyscy – zarówno właściciele domów, firmy, spółdzielnie mieszkaniowe czy samorządy, którzy chcą zapewnić sobie niezależność energetyczną, jak i przedsiębiorcy nastawieni na komercyjną produkcję energii. Aktywność tych ostatnich wzrasta systematycznie od momentu wprowadzenia nowego systemu wsparcia państwowego dla producentów zielonej energii w postaci corocznych aukcji organizowanych przez Urząd Regulacji Energetyki. Niezależnie jednak od przeznaczenia instalacji, każdą z nich warto odpowiednio ubezpieczyć. Na co zwracać uwagę przy zakupie ubezpieczeń dla inwestycji OZE?

– Każdy inwestor, a w szczególności ten planujący komercyjne wykorzystanie instalacji, powinien pamiętać o czterech obszarach, które powinien zabezpieczyć ubezpieczeniem. Pierwszym są nieprzewidziane zdarzenia związane z prowadzeniem robót montażowo-budowlanych związanych z jej uruchomieniem. Następnie należy zadbać o ubezpieczenie mienia od skutków działania żywiołów i innych nieprzewidzianych zdarzeń. Warto również posiadać polisę OC, która uchroni od roszczeń osób trzecich, jeżeli awaria spowoduje szkody w cudzym majątku lub osobowe. Ostatnim, niezwykle istotnym obszarem, na który powinni zwrócić uwagę przede wszystkim komercyjni wytwórcy energii i uczestnicy aukcji, jest zabezpieczenie strat powstałych w wyniku przestoju spowodowanego szkodą w mieniu – zauważa Patryk Wełnicki, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Klientów Strategicznych EIB SA.

Straty z przestoju są wyższe od kosztów naprawy awarii

Ubezpieczając instalację OZE, która ma produkować energię na skalę przemysłową, należy brać pod uwagę wiele czynników. Zazwyczaj przedsiębiorcy dbają o zakup standardowego ubezpieczenia mienia na wypadek działania żywiołów czy nieprzewidzianych zdarzeń. Nie wolno jednak zapominać o tzw. ubezpieczeniu utraty zysku z tytułu przestoju. Jak wynika z doświadczeń firmy brokerskiej EIB, przerwa w działalności w wyniku np. awarii, może spowodować straty kilkukrotnie większe od nakładów potrzebnych na jej naprawę. Co więcej, rosnąca popularność rozwiązań OZE sprawiła, że nawet prosta z pozoru naprawa może spowodować długotrwałe wyłączenie instalacji, ponieważ większość części zamiennych nie jest dostępna „od ręki”. Przykładowo, w wyniku awarii doszło do uszkodzenia silnika jednej z pomp w biogazowni. Zdarzenie to objęte jest ubezpieczeniem, a szkoda jest ewidentna, więc ubezpieczyciel nie przedłuża procesu odszkodowawczego i wypłaca stosowne środki finansowe – kilkadziesiąt tysięcy złotych. Jednak z powodu braku odpowiedniego elementu zastępczego w polskich magazynach, trzeba go sprowadzić z zagranicy. To trwa kilka tygodni. W tym czasie biogazownia jest nieaktywna. W efekcie straty z tytułu przerwy w działalności wyniosły kilkaset tysięcy złotych, wielokrotnie więcej niż koszt naprawy.

– Tego typu zdarzenia pokazują, jak istotne jest posiadanie ubezpieczenia od strat powstałych w wyniku przerw w działalności spowodowanych szkodą w mieniu. Zwłaszcza że jego cena nie jest wygórowana. Uzupełnienie polisy majątkowej o to ryzyko to koszt ok. 1 promila od sumy ubezpieczenia. Jest to wydatek niewspółmierny do wzrostu jakości ochrony. Przedsiębiorca może bowiem liczyć nie tylko na rekompensatę ewentualnych utraconych zysków, ale ma także zapewnioną wypłatę środków potrzebnych na pokrycie kosztów stałych w czasie przerwy w działalności, jak np. wynagrodzenia pracowników, czy zobowiązania kredytowe – dodaje Patryk Wełnicki z EIB SA.

O czym pamiętać zawierając polisę?

Ubezpieczenie na wypadek przerw w działalności to jednak jeden z kilku newralgicznych elementów ochrony instalacji OZE, o którym warto pamiętać. Przede wszystkim, należy mieć na uwadze, że polisy majątkowe nie uwzględniają w swoim zakresie prac budowlano-montażowych, które narażają inwestora na specyficzne ryzyka, odmienne od codziennej eksploatacji. Dlatego trzeba na czas budowy zawrzeć osobne ubezpieczenie. Tak samo, należy postąpić w przypadku późniejszych modernizacji. Z kolei zawierając polisę ubezpieczenia mienia, które będzie zapewniało ochronę działającej już instalacji, warto objąć nią kompleksowo całą infrastrukturę systemu OZE włącznie z urządzeniami peryferyjnymi. Może bowiem dojść do sytuacji, w której niemożność funkcjonowania instalacji będzie spowodowana awarią elementów zewnętrznych, np. rozdzielni przesyłającej wyprodukowany prąd do sieci.
Osobnym zagadnieniem jest też ubezpieczenie OC. Uszkodzenie lub awaria instalacji może także spowodować starty w mieniu sąsiednim, bądź zranić osobę postronną. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, gdy w trakcie wichury instalacja PV ulokowana na dachu spada na ruchliwą ulicę lub urywa się śmigło wiatraka. Jak zatem widać istnieje wiele ryzyk, o których należy pamiętać, wybierając ubezpieczenie dla systemu OZE.

Źródło: EIB SA.

Nieznaczna poprawa nastrojów w niemieckiej gospodarce

Mijający tydzień nie obfitował w istotne dane makroekonomiczne. Największą uwagę przykuwały wyniki wskaźników wiodących. W przypadku rynków europejskich szczególnie interesujące okazały się być dane dotyczące naszych zachodnich sąsiadów. Indeks nastrojów konsumenckich Gfk w Niemczech wzrósł z miesiąca na miesiąc do 9,7 pkt. To dobry znak, ponieważ wydatki konsumpcyjne mogą złagodzić wpływ spowolnienia gospodarki światowej na gospodarkę niemiecką. Indeks nastrojów biznesowych IFO również uległ nieznacznej poprawie, osiągając w listopadzie poziom 95 pkt. Fakt, iż w obliczu obecnie napiętych nastrojów, wskaźnik ten przestał spadać i zanotował lekki wzrost można uznać za pozytywny sygnał. Dane te wpłynęły więc na poprawę postrzegania bieżącej sytuacji w Niemczech i śmielsze oczekiwania względem przyszłości. Jednak trzeba pamiętać, że wyniki niemieckiej gospodarki wciąż pozostają dalekie od ideału.

W tym tygodniu złoty nadal się osłabiał, a w piątek rano jego kurs względem euro kształtował się na poziomie 4,32 PLN/EUR. Nie pomógł mu nawet niewielki spadek stopy bezrobocia, która wyniosła 5%. Wynik ten nie był jednak zaskoczeniem, biorąc pod uwagę ubiegłotygodniowe, dobre dane z polskiego rynku pracy. Pod koniec tygodnia kurs eurodolara wynosił natomiast 1,101 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej analityczki AKCENTY

Wycena przedsiębiorstwa – co wpływa na wartość firmy?

Znajomość wartości firmy jest nieodzownym elementem przeprowadzenia analizy finansowej w przypadku planowania przejęcia innej spółki, sprzedaży, ale także gdy sam właściciel zastanawia się, ile tak naprawdę jest warta jego firma. Menedżerowie walcząc o przetrwanie na mocno konkurencyjnym rynku, starają się wyszukać najistotniejsze czynniki, które wpływają na możliwość wzrostu wartości przedsiębiorstwa oraz ostateczny dodatni wynik finansowy. Sprawdźmy, co wpływa na wartość firmy?

Co decyduje o wartości przedsiębiorstwa?

Wartość firmy zawsze jest oceniana z punktu widzenia właścicieli – to oni zainwestowali kapitał i oczekują zwrotu. W uproszczeniu można określić, że spółka jest tyle warta, ile ktoś jest w stanie za nią zapłacić, czyli ile właściciele otrzymają za posiadane akcje i udziały. Dwa główne aspekty, które bierze się pod uwagę przy wycenie to:

  • posiadane aktywa (skorygowane o zobowiązania pomniejszające ich wartość)
  • zdolność podmiotu do generowania nadwyżek finansowych

Metody wyceny przedsiębiorstwa

Do podstawowych metod wyceny firmy zaliczamy: metody dochodowe, majątkowe, porównawcze oraz mieszane. Korzystając z wybranej metody, stosuje się różne podejścia, zależne od charakteru danej firmy i celu wyceny. Najlepiej zlecić taką wycenę  wykwalifikowanym osobom z doświadczeniem, np. rzeczoznawcy.net.pl, gdzie w ramach usługi otrzymamy dodatkowo analizę branżową i część formalno-prawną. Należy pamiętać, że wycena jest zawsze szacunkiem, bowiem dotyczy przyszłości, a oceniana jest dziś na podstawie prognoz, ale biorąc pod uwagę również dane historyczne.

Czynniki materialne i niematerialne, zewnętrzne i wewnętrzne

Wartość przedsiębiorstwa jest zależna zarówno od elementów materialnych, jak i niematerialnych. Przykładem czynników materialnych są m.in.: stopa wzrostu sprzedaży, marża zysku operacyjnego, koszty kapitału, dźwignia operacyjna i finansowa. Natomiast drugim bardzo ważnym czynnikiem są wartości niematerialne, np. wartość marki, reputacja, wiedza pracowników, lojalność klientów. Zrozumienie istoty czynników niematerialnych jest ważne, aby móc efektywnie zarządzać firmą i prawidłowo łączyć je w celu realizacji przyjętej strategii. Wartość firmy można także badać pod względem czynników związanych oraz niezwiązanych z tradycyjnymi sprawozdaniami finansowymi. Do drugiej grupy zaliczamy czynniki zewnętrzne (na które przedsiębiorstwo ma ograniczony wpływ) oraz wewnętrzne (bezpośrednio związane i dające się kształtować przez przedsiębiorstwo). 

Wycena udziałów w spółce z o.o. 

Zarządzanie spółką z o.o. często wiąże się z podjęciem decyzji jednego ze wspólników o wycofaniu się z niej i chęci sprzedaży swoich udziałów. Wybierane często są dwie opcje: sprzedaż lub darowizna. W celu sprzedaży udziałów jednej ze stron i tym samym zapewnieniu dalszej działalności spółki należy odpowiednio wycenić wartość firmy. Stosowane przez specjalistów metody to najczęściej godziwa wartość rynkowa, wartość sprawiedliwa, wartość inwestycyjna. Temat wyceny udziałów w spółce z o.o. został szerzej opisany w artykule: https://rzeczoznawcy.net.pl/wycena-udzialow-w-spolce-z-o-o/.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 2.12 – 6.12

Wysyp danych w pierwszym tygodniu grudnia może być ostatnią szansą w tym roku, by przebudzić zmienność na rynku walutowym. Albo to, albo nadzwyczajny zwrot akcji w negocjacjach handlowych. Indeksy PMI z Chin, ISM z USA oraz zamówienia w niemieckim przemyśle pozwolą określić jakość aktywności biznesowej w głównych gospodarkach. Posiedzenia banków centralnych Australii, Polski i Kanady raczej nie przyniosą niespodzianek. Zwieńczeniem tygodnia będzie raport z rynku pracy USA.

Przyszły tydzień: ISM/PMI, NFP z USA, RPP, RBA, PKB/sprzedaż detaliczna z Australii, BoC, rynek pracy z Kanady

USA

W USA spodziewane jest dalsze odbicie indeksów ISM (pon, śr) po tąpnięciu do wieloletnich dołków, choć rozczarowania w indeksach regionalnych otwierają drzwi do negatywnych zaskoczeń. Raport z rynku pracy (pt) tradycyjnie stanowi jeden z ważniejszych punktów tygodnia. Mocny przyrost zatrudnienia (prog. 190 tys.) może być odebrany jako skutek zapoczątkowanego luzowania monetarnego, choć odczyt będzie obciążony wpływem powracających po strajku pracowników sektora motoryzacyjnego (ok. 40 tys.) oraz utrudnieniami w dotarciu do pracy przez trudne warunki pogodowe (takie osoby zalicza się do niepracujących). Jest bardziej realne, że przy trudnościach w interpretacji danych, inwestorzy podarują sobie handel dolarem.

Strefa euro

W Eurolandzie indeksy PMI z Hiszpanii i Włoch (pon, śr) dopełnią obrazu stanu największych gospodarek bloku po tym, jak dane z Niemiec i Francji wskazały na poprawę w przemyśle, ale przy pogorszeniu w usługach. Dane cząstkowe sugerują, że kraje z południa mają się gorzej, a zatem EUR nie ma co liczyć na powiew optymizmu z odczytów.
GBP śledzi zmiany w sondażach przedwyborczych i odzwierciedla szanse na samodzielną większość Partii Konserwatywnej. Mimo to prawdopodobnie aż do czasu wyborów 12 grudnia nie wyrwie się z wąskiego pasma wahań, gdyż inwestorzy nie kwapią się teraz stawiać dużych pieniędzy na wypadek zaskoczenia w ostatecznym wyniku wyborów (nie byłby to pierwszy raz).

Polska

W Polsce spodziewamy się odbicia indeksu PMI dla przemysłu (pon) do 46,6 z 45,6 po nadnaturalnym spadku z października. Dalej pozostajemy na pułapie sugerującym problemy sektora i wspierającym prognozy kontynuacji spowolnienia gospodarczego w IV kw. Posiedzenie RPP (wt-śr) raczej nie przyniesie nowych informacji z przedstawieniem argumentów zwolenników obniżek i podwyżek stóp procentowych, których pacyfikuje prezes Glapiński. Złoty ma za sobą burzliwy tydzień pod wpływem presji zewnętrznej i odgrzania ryzyka kredytów frankowych i w takim otoczeniu trudno spodziewać się powrotu EUR/PLN pod 4,30.

Chiny

Odczyty PMI z Chin (pn, śr) mogą mieć istotny wpływ na ogólny sentyment. W prognozach wyceniono skromną poprawę wskaźników dla przemysłu i usług na fali działań wspierających banku centralnego. Bez tego i przy przeciąganej niepewności o postępy w negocjacjach handlowych z USA, możemy otrzymać mieszankę wymazującą optymizm z rynków.

Australia

W Australii RBA (wt) jest zadowolone z przyjętej strategii wait-nad-see i ewentualna debata nad obniżką jest odroczona co najmniej do lutego, by ocenić wpływ dotychczasowych cięć. Dla AUD interesujące mogą być szczegóły komunikatu, gdyż w ostatnim wystąpieniu prezes Lowe zasugerował, że próg dla cięć widzi na 0,25 proc. (tj. 50 pb niżej od obecnego poziomu). Z danych PKB za III kw. (śr) powinno wskazać na przyspieszenie po słabym II kw., choć sprzedaż detaliczna za październik (czw) powinna potwierdzić, że postawa konsumentów wciąż jest niestabilna. Mieszany zestaw, który może wyrwać AUD z marazmu.

W Kandzie oczekujemy, że bank centralny (śr) utrzyma stopę procentową bez zmian. W ostatnim wystąpieniu przed tygodniem prezes BoC Poloz powiedział, że „gospodarka Kanady jest ogólnie w dobrym położeniu” i „mamy prawie idealne warunki monetarne”. To zwiastuje neutralny wydźwięk komunikatu. Ryzyka mogą przeważać po negatywnej stronie, jeśli Poloz uzna, że został odebrany zbyt optymistycznie, a komunikat skupi się na podkreśleniu ostrożności wobec ryzyk zewnętrznych. Raport z rynku pracy (pt) ma potencjał do równania do średniej po rozczarowaniu sprzed miesiąca.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy można wziąć w leasing sprzęt gastronomiczny?

Prowadzenie własnej gastronomii może okazać się dochodowym biznesem na wiele lat. Dobre restauracje i bary zawsze będą oblegane przez klientów, co stanowi pewny zysk i gwarantuje stabilność finansową. Aby to osiągnąć, trzeba najpierw zainwestować w dobre wyposażenie, niezbędne do prowadzenia gastronomii. Czy w tym przypadku można skorzystać z dodatkowych form finansowania takich jak leasing?

Leasing na sprzęt gastronomiczny

Nie da się ukryć, że profesjonalne wyposażenie gastronomiczne to spora inwestycja. Szczególnie wysokie koszty generuje zakup sprzętu od podstaw, gdy dopiero otwierasz swój lokal. Na rynku dostępnych jest wiele form pomocy finansowej, jak na przykład leasing. Mimo że kojarzy się on głównie z finansowaniem samochodu, to leasing udzielany jest także na wyposażenie gastronomii. Nie musisz więc rezygnować z wysokiej jakości sprzętu gastronomicznego na rzecz tańszych urządzeń, gdyż całe wyposażenie możesz wziąć w leasing.

 Gdzie kupić urządzenia gastronomiczne?

Od powodzenia biznesu gastronomicznego w dużej mierze zależy wyposażenie lokalu. Nawet najwybitniejszy szef kuchni nie będzie w stanie należycie wykonać swojej pracy, jeżeli nie będzie miał dostępu do profesjonalnych urządzeń. Wyposażenie gastronomii należy nabyć ze sprawdzonego źródła jak na przykład Technica. Jest to sklep, który specjalizuje się w dostarczaniu wysokiej jakości sprzętu i akcesoriów, niezbędnych w prowadzeniu działalności gastronomicznej.

W jakie urządzenia gastronomiczne zainwestować?

Wyposażając swój lokal musisz się skupić na tym, aby sprzęt gastronomiczny był najwyższej jakości. Szafki, lady czy chłodnie muszą być wykonane ze specjalnych materiałów, odpornych na uszkodzenia mechaniczne i działanie skrajnych temperatur. Takie właściwości posiada tylko profesjonalne wyposażenie dla gastronomii, które różni się od typowych sprzętów wykorzystywanych w domowej kuchni.

Na co zwracać uwagę kupując sprzęt dla gastronomii?

Wybór wyposażenia zależy od charakteru prowadzonej działalności. W niewielkim barze usługi, gdzie wydawane są proste posiłki, nie trzeba inwestować w rozbudowany sprzęt gastronomiczny. Inaczej sprawa wygląda w przypadku dużych informacji, gdzie potrzebne będą pojemne szafy chłodnicze i profesjonalne urządzenia cateringowe. Warto również zwracać uwagę na to, aby sprzęt był jak najbardziej ergonomiczny i funkcjonalny w użytku.

Dodatkowe akcesoria gastronomiczne

Starając się o leasing dla swojej gastronomii, nie musisz jedynie finansować dużego wyposażenia. Możesz również kupić niewielkie akcesoria niezbędne w lokalu, takie jak zestawy garnków, ekspresy do kawy czy zastawę stołową. Warto więc wcześniej się zastanowić, jakiego wyposażenia potrzebujesz, aby ustalić korzystne warunki leasingu.

Jaki sklep z wyposażeniem gastronomicznym wybrać?

Zakupy dla gastronomii należy robić tylko w sprawdzonych punktach sprzedaży, które specjalizują się w dostarczaniu wyposażenia gastronomicznego. Dobrym pomysłem jest skorzystanie z oferty sklepu internetowego, gdyż można tam znaleźć bardziej rozbudowany asortyment niż w stacjonarnych punktach. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na to, aby oferowany sprzęt wyprodukowany był przez sprawdzone marki i był objęty gwarancją.

Jak wybrać najlepszy sprzęt gastronomiczny?

W sklepie z wyposażeniem gastronomicznym pracują osoby z fachową wiedzą na temat urządzeń, dlatego w razie wątpliwości można skonsultować swoje zakupy zaczerpnąć porady. Pracownicy doradzą, który model sprawdzi się w określonym lokalu oraz jak maksymalnie wykorzystać jego funkcjonalności.

Inflacja znów przyspiesza, polski złoty traci

Po przekroczeniu ważnych poziomów na EURPLN złotego osłabiły dodatkowo nieciekawe odczyty danych makroekonomicznych. Jest to z pewnością dobra wiadomość dla eksporterów, gorsza dla osób chcących zrobić zakupy za granicą np. w ramach Black Friday.

Inflacja znów przyspiesza

Zgodnie z oczekiwaniami inflacja w Polsce wzrosła do 2,6%. Jest to z jednej strony poziom powyżej celu inflacyjnego, z drugiej cel ten ma tolerancję 1%, w związku z czym odchylenie o 0,1% nie powinno martwić. Warto zwrócić uwagę, że wyższa inflacja w pewnym sensie zamyka drogę do obniżek stóp procentowych, które są typowym procesem amortyzującym ewentualne spowolnienie w gospodarce. Ponadto patrząc na tempo hamowania wzrostu PKB, który w 3 kwartale zamiast oczekiwanych 4,6% zaliczył tylko 3,9%, scenariusz ten nie jest niemożliwy.

Nie tak dobrze w Szwajcarii

Wczorajsze dane ze Szwajcarii na temat PKB były miłą niespodzianką dla rynków. Gospodarka rosła w ciągu roku, nie jak dotychczas sądzono o 0,8%, ale aż 1,1%. Dzisiaj jednak poznaliśmy indeks instytutu KOF. Wypadł on słabiej od oczekiwań. Jest to bardzo złożony wskaźnik mający na celu przewidywać kondycję gospodarki na następne 6 miesięcy. Wynik ten nie napawa jednak optymizmem na kolejne pół roku.

Polacy nie uciekają już z Wysp

Po tym, jak w 2018 gwałtownie spadła liczba Polaków na Wyspach, w roku 2019 trend ten się niemal zatrzymał. W ciągu pierwszego półrocza ubyło zaledwie 3 tysiące naszych rodaków, podczas gdy przez cały ostatni rok było to niemal 100 tysięcy. Powodem jest sytuacja związana z brexitem. O ile w 2018 roku panowało przekonanie, że proces ten dojdzie do skutku, o tyle obecnie analitycy są znacznie bardziej sceptyczni. W rezultacie odpływ obywateli unijnych gwałtownie spowolnił.

Dzisiaj skrócona sesja po Dniu Dziękczynienia, natomiast w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

E-sprawozdanie finansowe – informacje kluczowe

Zgodnie z obecnie obowiązującymi przepisami prawnopodatkowymi, w zakresie sprawozdań finansowych i zgłaszania ich do Krajowego Rejestru Sądowego należy zaznaczyć, że w znakomitej większości przypadków, zarówno sprawozdanie finansowe jak i towarzyszące mu dokumenty oraz ewentualne oświadczenia, należy sporządzać i składać wyłącznie w wersji elektronicznej. Oznacza to w praktyce, że nie ma możliwości złożenia takich dokumentów w wersji papierowej.

Forma przygotowania dokumentu

Podobnie jak w przypadku PIT’ów, czy Jednolitego Pliku Kontrolnego, przygotowanie e-sprawozdania finansowego nie może być w żadnym wypadku dowolne. Jest to elektroniczny dokument, ale nadal jego forma i treść muszą spełniać określone wymogi – są to: specjalna struktura logiczna oraz format, udostępniane w Biuletynie Informacji Publicznej lub na odpowiedniej stronie podmiotowej urzędu ministra właściwego do spraw finansów publicznych. Plik ten nazywany jest JPK_SF. Należy więc użyć odpowiednich narzędzi do pracy nad plikiem – publicznych systemów lub profesjonalnych komercyjnych aplikacji do wypełnienia e-sprawozdania.

Kto powinien przygotować e-sprawozdanie

Z założenia elektroniczne sprawozdanie finansowe będzie obowiązkiem dotyczącym wszystkich podatników, wpisanych do Krajowego Rejestru Przedsiębiorców w rejestrze „przedsiębiorcy”:

Zgodnie z regulacją art. 36 ustawy o Krajowym Rejestrze Sądowym, podmiotami podlegającymi wpisowi do rejestru przedsiębiorców są (z pewnymi określonymi wyjątkami):

  • spółka jawna,
  • europejskie stowarzyszenie zgrupowań interesów gospodarczych,
  • spółka partnerska,
  • spółka komandytowa,
  • spółka komandytowo-akcyjna,
  • spółka z ograniczoną odpowiedzialnością,
  • spółka akcyjna,
  • spółka europejska,
  • spółdzielnia,
  • spółdzielnia europejska,
  • przedsiębiorstwa państwowe,
  • instytut badawczy,
  • towarzystwo ubezpieczeń wzajemnych,
  • towarzystwo reasekuracji wzajemnej,
  • inne osoby prawne, jeżeli wykonują działalność gospodarczą i podlegają obowiązkowi wpisu do rejestru,
  • oddziały przedsiębiorców zagranicznych działających na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej,
  • główne oddziały zagranicznych zakładów ubezpieczeń,
  • główne oddziały zagranicznych zakładów reasekuracji,
  • instytucje gospodarki budżetowej.

Podpisanie i wysłanie dokumentu

Należy zauważyć, że w przypadku sprawozdania finansowego w formie elektronicznej, nadal ustawodawca wymaga od podatników odpowiedniej formy podpisania dokumentu. W skutek tego, możliwości dla e-sprawozdania są tak na prawdę dwie:

1) podpis kwalifikowanym podpisem elektronicznym;

2) podpis poprzez profil zaufany.

Należy jednak pamiętać, że podpis taki powinna złożyć odpowiednia osoba – uprawniona do składania tego typu dokumentów. Najczęściej jest to pracownik, któremu powierzono prowadzenie ksiąg rachunkowych, kierownik jednostki, a w przypadku organów wieloosobowych – wszyscy członkowie takiego organu.

Następnie, wysyłka dokumentów powinna nastąpić przez Internet. W zależności od wybranej formy pracy – bezpośrednio przez serwisy ustawodawcy, na przykład w portalu eKRS lub przez specjalne bramki do przesyłu e-sprawozdań, pod które podłączają się profesjonalne aplikacje do wypełniania druków księgowych i podatkowych.

Polska pozostanie wśród liderów Europy pod względem tempa wzrostu gospodarczego. Musi jednak inwestować w innowacje i poprawę klimatu

– W przyszłym roku dalej będziemy się rozwijać w tempie o 2 pkt proc. szybciej niż Niemcy czy Francja – prognozuje dr hab. Marcin Piątkowski z Akademii Leona Koźmińskiego. Jego zdaniem polska gospodarka jest na tyle konkurencyjna, że poradzi sobie ze światowym spowolnieniem. Proces doganiania państw zachodnich będzie kontynuowany, ale żeby wskoczyć na wyższy poziom rozwoju cywilizacyjnego, musimy więcej środków przeznaczać na walkę ze zmianami klimatycznymi i innowacyjne, zaawansowane technologicznie projekty.

Jestem optymistą, co do polskiej gospodarki. Myślę, że jesteśmy superkonkurencyjną gospodarką, która poradzi sobie ze światowym kryzysem, gdyby taki miał nastąpić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Marcin Piątkowski z Katedry Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego. – Mamy bardzo wysoką jakość kapitału ludzkiego, cały czas jesteśmy bardzo konkurencyjni, coraz więcej eksportujemy. Myślę, że polska gospodarka, nawet jeśli w przyszłym roku zwolni, a zwolni z powodu słabszej globalnej koniunktury, to dalej będzie jednym z liderów Europy i świata.

O tym, że światowa gospodarka spowalnia, nie trzeba nikogo przekonywać. Według ostatnich prognoz OECD globalny PKB zwiększy się w tym roku najwolniej w dekadzie 2012–2021 i wyniesie realnie 2,91 proc. W kolejnych dwóch latach przyspieszy tylko nieznacznie – do 2,94 proc. i 3,02 proc. Amerykańska gospodarka spowolni w przyszłym i kolejnym roku do 2 proc., a strefa euro – do nieco ponad 1 proc. Chiński wzrost w 2021 roku wyniesie zaledwie 5,5 proc. Wiele zależy od tego, jak się skończy wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

OECD podnosi prognozy dla Polski. Krajowa gospodarka ma się rozwijać w tempie odpowiednio 3,8 proc. w 2020 roku i 3,0 proc. w kolejnym. W tym roku wzrost ma wynieść 4,3 proc. (przy wcześniejszej prognozie 4,2 proc.).

– W przyszłym roku wzrost gospodarczy w Polsce dalej będzie o wiele wyższy niż na Zachodzie. Myślę, że będziemy się rozwijać w tempie ponad 2 pkt proc. szybciej niż Niemcy czy Francja, czyli kraje, na których nam najbardziej zależy. Proces doganiania Zachodu będzie więc trwał – przekonuje Marcin Piątkowski. – Musimy jednak coraz więcej inwestować w to, żeby przejść od imitacji do innowacji, od kopii do oryginału, od chipsów do mikrochipów. Polska jeszcze nie inspiruje świata swoimi pomysłami, produktami ani usługami, więc jest wiele do zrobienia, żeby polskie produkty się pojawiły na globalnych rynkach pod polskimi brandami.

Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego nakłady na badania rozwój stanowią w Polsce 1,2 proc. PKB, w UE jest to dwukrotnie więcej, a np. w Korei Południowej to ponad 4,5 proc. Kolejnym wielkim wyzwaniem dla naszego kraju jest walka ze skutkami zanieczyszczenia powietrza i ogólnie ocieplenia klimatycznego. Unia Europejska na walkę ze zmianami klimatu przeznaczy w 2020 roku jedną piątą całego budżetu. Chciała jedną czwartą, ale porozumienie w tej sprawie zablokowała Polska.

Powinniśmy więcej przeznaczać z naszego ogólnego państwowego budżetu na walkę z efektami klimatu i na zmienianie struktury polskiej gospodarki – z opartej na węglu na opartą na odnawialnych źródłach, w tym również na energii nuklearnej – wskazuje ekonomista Akademii Leona Koźmińskiego. – Chodzi o to, żeby Polska była nie tylko liderem Europy we wzroście gospodarczym, lecz także liderem we wzroście, który jest czysty i który sprawia, że możemy się wszyscy cieszyć z polskiego środowiska naturalnego. Wszyscy o tym wiedzą i mówią, ale za mało w tym kierunku robimy.

Od 2020 roku ceny samochodów wzrosną nawet o 20 proc. To jednak dopiero początek podwyżek

To ostatni dzwonek na zakup samochodu w niższych cenach. Od 2020 roku będą już wyższe, nawet o kilkadziesiąt procent. To efekt m.in. wprowadzenia nowych limitów emisji spalin. Producenci pojazdów, które nie spełnią tych norm, będą płacić kary od każdego sprzedanego samochodu. Dodatkowo od 2021 roku wszystkie pojazdy mają być wyposażone w nowe systemy bezpieczeństwa. Dla producentów oznacza to konieczność inwestycji w nowe napędy i rozwiązania technologiczne. – Cenniki rosną, bo rośnie koszt funkcjonowania samego producenta – ocenia Paweł Grabarczyk, dyrektor handlowy Eurotax/Autovista Polska.

Już widzimy cenniki, które przychodzą dla roku modelowego 2020, i te cenniki w wielu przypadkach są wyższe – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Grabarczyk, dyrektor handlowy Eurotax/Autovista Polska. – Skala podwyżek zależy od producenta. Jeżeli jest on mało zaangażowany w elektryfikację swoich produktów, to te zmiany cennikowe są wyższe.

Portal Carsmile szacuje, że w 2020 roku ceny samochodów mogą być wyższe o ok. 20 proc. Zdaniem ekspertów to jednak początek podwyżek, a w ciągu kilku lat auta mogą być nawet dwukrotnie droższe niż obecnie.

 Podwyżki biorą się z dwóch głównych źródeł. Pierwsze to legislacja, tzn. kary, które czekają producentów za niezrealizowanie parametru średniego spalania, czy średniej emisji dwutlenku węgla w danym roku – wskazuje Paweł Grabarczyk.

Od 2020 roku zmienia się docelowy poziom emisji dla nowych samochodów – będzie wynosić 95 g CO2/km. Taki poziom emisji odpowiada zużyciu paliwa około 4,1 l/100 km benzyny lub 3,6 l/100 km oleju napędowego. Jeżeli średnia emisja dwutlenku węgla z floty przekroczy cel w danym roku, producent musi zapłacić karę z tytułu przekroczenia poziomu emisji za każdy zarejestrowany samochód, czyli 95 euro za każdy gram na km powyżej wyznaczonego celu. Dla producentów to ogromne wyzwanie, zwłaszcza że w 2018 roku średni poziom emisji zarejestrowanych nowych samochodów w Unii wyniósł 120,4 g CO2/km.

– Drugie źródło podwyżek to nakłady, które muszą być poniesione przez producentów. Do tej pory inwestowali w rozwój samochodów i silników w sposób przewidywalny, stabilny. Dziś nadal muszą rozwijać samochody z silnikami spalinowymi, a jednocześnie muszą ponosić nakłady na rozwój baterii, chemii, która stoi za tymi bateriami, silników elektrycznych, oprogramowania, które tym wszystkim steruje. To obszary, które dla niektórych producentów są zupełnie nowe – tłumaczy ekspert.

Od 2021 roku samochody mają być obowiązkowo wyposażone w nowe systemy bezpieczeństwa, m.in. blokadę alkoholową, system ostrzegania przed przekraczaniem dozwolonej prędkości czy system wykrywania możliwej kolizji. Łącznie to 30 zaawansowanych funkcji bezpieczeństwa. Parlament Europejski szacuje, że obowiązkowe technologie mają uratować ponad 25 tys. osób do 2038 roku, biorąc pod uwagę fakt, że za 95 proc. wypadków drogowych odpowiada błąd człowieka. Te wymogi unijne także spowodują wzrost kosztów po stronie producentów.

– Przez lata cenniki rosły inflacyjnie, o 2–3 proc., może 5 proc. u niektórych producentów. Częściej były to skoki wynikające ze zmiany modelu, a te podwyżki były próbą kompensacji, Dzisiaj cenniki rosną niezależnie od tego, czy dany samochód coś więcej oferuje. Ta zmiana wynika właśnie z tego, że rośnie koszt funkcjonowania producenta – przekonuje Paweł Grabarczyk.

Polacy nie mają podstawowej wiedzy o zakażeniu HIV. 90 proc. uważa, że problem ich nie dotyczy, a co trzeci, że wirusa przenoszą komary

Przyjęta przez ONZ strategia UNAIDS 90-90-90 ma zatrzymać wzrost liczby zakażeń HIV. Zakłada ona, że do 2020 roku 90 proc. zakażonych będzie świadomych swojego stanu zdrowia, 90 proc. pacjentów otrzyma terapię antyretrowirusową, a u 90 proc. z nich uzyskana zostanie skuteczność leczenia. Jednak w Polsce – gdzie zakażonych HIV jest ok. 23 tys. osób – wciąż daleko do osiągnięcia pierwszego z tych celów. Test w kierunku HIV wykonało dotąd niecałe 10 proc. dorosłych Polaków, a świadomość choroby jest bardzo niska, zwłaszcza wśród młodych. 

– Jesteśmy w sytuacji, kiedy musimy wrócić do podstaw, do informowania o podstawowych drogach zakażenia HIV, czyli poprzez kontakty seksualne, krew i z matki na dziecko. To bardzo ważne m.in. ze względu na kobiety w ciąży, które zgodnie z wytycznymi ginekologicznymi powinny dwa razy przejść badania w tym kierunku, ale nadal część ginekologów ich nie zleca – mówi agencji Newseria Biznes dr n. społecznych Magdalena Ankiersztejn-Bartczak, prezes zarządu Fundacji Edukacji Społecznej.

Jak wynika z danych NIZP-PZH, w Polsce jest ponad 23 tys. osób zakażonych HIV. Szacuje się, że codziennie o chorobie dowiadują się 3–4 osoby. Na całym świecie – według statystyk WHO – choruje około 37,9 mln osób, tylko w Europie w 2017 roku zdiagnozowano 160 tys. nowych zachorowań. Szacuje się, że ponad 20 proc. zakażonych może w ogóle nie wiedzieć o chorobie, więc rzeczywista liczba osób z HIV może być dużo wyższa.

– Z badań profesora Zbigniewa Izdebskiego wynika, że 9 proc. dorosłych Polaków kiedykolwiek zrobiło test w kierunku HIV, to jest bardzo niewielki odsetek – mówi dr Magdalena Ankiersztejn-Bartczak. – Leczenie osób zakażonych HIV jest dziś na dobrym poziomie, ich perspektywa jest zdecydowanie lepsza niż jeszcze 10 lat temu, ale przez brak wiedzy ludzie ciągle boją się wykonać taki test. Przede wszystkim nie mają świadomości, że ich też może to dotyczyć. Każdy, kto jest aktywny seksualnie, powinien zrobić takie badanie, również jego partner. W naszych punktach konsultacyjno-diagnostycznych regularnie widzimy osoby po zdradach, po przygodnych kontaktach, ale rzadko kiedy pojawiają się pary, które zaczynając wspólną drogę, robią sobie takie badanie.

Niską świadomość Polaków potwierdzają badania Krajowego Centrum ds. AIDS. Aż 87 proc. badanych zadeklarowało w nich, że temat zakażenia HIV ich nie dotyczy, a co trzeci błędnie uważa, że wirus może być przenoszony przez komary.

– Młodzi ludzie też nie mają podstawowej wiedzy odnośnie do zakażenia HIV, ponieważ w szkołach nie ma edukacji seksualnej, brakuje profilaktyki. Nie ma nawet kilku godzin zajęć na poziomie liceum, podczas których przekazywano by tę wiedzę. Coraz więcej szkół rezygnuje z tego typu form edukacji, nie ma też na nią środków. Wiemy, jakie jest podejście MEN do wychowania do życia w rodzinie, i niestety efekt jest taki, że coraz więcej młodych ludzi nie ma podstawowej wiedzy. Nie tylko o HIV, lecz także o innych chorobach przenoszonych drogą płciową – mówi dr Magdalena Ankiersztejn-Bartczak.

Wzrost świadomości społeczeństwa na temat dróg zakażenia HIV, testowania i dostępnych terapii antyretrowirusowych (ARV) może zwiększyć wykrywalność wirusa. To istotne o tyle, że wczesne wykrycie infekcji i odpowiednie leczenie ARV pozwala choremu dożyć późnej starości i zmniejsza ryzyko przeniesienia infekcji na partnerów seksualnych. Wymaga to jednak długofalowych działań edukacyjnych.

– Działania edukacyjne w Polsce są incydentalne. Nie ma systemowego podejścia i długofalowego finansowania. Organizacje pozarządowe, bo to głównie one są odpowiedzialne za działania profilaktyczne, mają projekty obliczone tylko na pół roku bądź rok. Warszawa od lat realizuje 3-letnie projekty, ma zabezpieczone środki na profilaktykę HIV, ale jest to właściwie jedyny taki samorząd. MEN w ogóle nie ma środków na profilaktykę HIV ani innych chorób przenoszonych drogą płciową, a Krajowe Centrum ds. AIDS – agenda resortu zdrowia – dba przede wszystkim o leczenie, bo to jej podstawowe zadanie. Inne samorządy i ministerstwa też powinny się włączyć, bo bez edukacji będziemy mieć ciągły wzrost liczby zakażeń w Polsce – podkreśla prezes Fundacji Edukacji Społecznej.

Szacuje się, że co najmniej 20 proc. osób żyjących z wirusem w Polsce może nadal nie wiedzieć o swoim zakażeniu. Ponadto wzrasta liczba tzw. late presenters, czyli osób z późnym rozpoznaniem choroby. Niechęć do badań i niska świadomość wynika po części z faktu, że w opinii społecznej problem HIV dotyczy grup marginalizowanych. Powoduje to też piętnowanie osób zakażonych. Tymczasem w tej chwili w Polsce leczeniem ARV objętych jest ponad 12 tys. pacjentów, w tym około 100 dzieci.

– Leczenie zakażenia HIV polega na przewlekłym stosowaniu leków antyretrowirusowych, które hamują replikację wirusa. Koncepcja tego leczenia nie zmieniła się od 30 lat. Leki nie są w stanie wyleczyć zakażenia ani usunąć wirusa z organizmu, ale pozwalają osobie zakażonej na całkiem normalne życie rodzinne, zdrowotne i społeczne. W Polsce leczenie antyretrowirusowe jest bezpłatne i mamy do dyspozycji wszystkie jego elementy, w tym te najbardziej nowoczesne dostępne na rynku – mówi prof. Justyna Kowalska z Kliniki Chorób Zakaźnych dla Dorosłych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Z programu zdrowotnego Ministerstwa Zdrowia mogą korzystać wszystkie osoby zakażone HIV, uprawnione do tego przez ustawę o świadczeniach opieki zdrowotnej. W terapii wykorzystuje się kilka grup leków, w różnych schematach, zgodnie z międzynarodowymi standardami.

– Mamy także dostęp do strategii innowacyjnych, takich jak leczenie natychmiastowe po zgłoszeniu się pacjenta czy leczenie terapią dwulekową. To nowa koncepcja, w której chodzi o to, aby pacjent stosujący leki przez 30–50 lat miał jak najniższą toksyczność tego leczenia – mówi prof. Justyna Kowalska.

U 90 proc. pacjentów z HIV, którzy regularnie przyjmują leki, wirus w surowicy krwi jest niewykrywalny i nie powoduje zniszczeń w organizmie. Dzięki temu mogą oni prowadzić całkowicie normalne życie – pracować, zakładać rodziny i mieć zdrowe dzieci. Postęp medycyny przyczynił się też do tego, że nowoczesne leczenie antyretrowirusowe jest nie tylko skuteczne, lecz także mniej uciążliwe dla pacjentów, którzy korzystają z niego latami. Szacuje się, że przeciętny dorosły pacjent (w wieku ok. 30 lat) z HIV w ciągu życia przyjmuje kilkadziesiąt tysięcy dawek leków ARV i farmaceutyków bez recepty. Jak wynika z ostatniego badania IQS, prawie 60 proc. z nich obawia się długoterminowego wpływu leczenia ARV na swoje zdrowie.

– Najważniejsze to bardzo szybko włączyć leczenie w pierwszych 2–3 miesiącach od zakażenia. Chroni to układ immunologiczny i pozwala być może w przyszłości poddać się terapii, która będzie prowadzić do wyleczenia – mówi prof. Justyna Kowalska.

W zahamowaniu wzrostu zakażeń i ograniczeniu epidemii HIV ma pomóc strategia UNAIDS – Program Narodów Zjednoczonych ds. Zwalczania HIV/AIDS. Ta zakłada, że do 2020 roku już 90 proc. zakażonych powinno być świadomych swojego statusu serologicznego, a 90 proc. z nich będzie otrzymywać leczenie antyretrowirusowe (ARV). Ostatni element strategii UNAIDS zakłada, że do 2020 roku 90 proc. pacjentów z HIV będzie leczonych skutecznie.

– Międzynarodowa strategia UNAIDS zakłada, że 90 proc. osób powinno wiedzieć o swoim zakażeniu. Skoro w Polsce tylko 9 proc. osób kiedykolwiek wykonało test w tym kierunku, to wciąż daleko nam do osiągnięcia tego celu, który powinien być zrealizowany już w przyszłym roku – mówi dr Magdalena Ankiersztejn-Bartczak.

Firmy powinny wdrażać rozwiązania Przemysłu 4.0. Są dobrze przygotowane technologicznie, ale brakuje im strategii

0

Firmy powinny wdrażać rozwiązania Przemysłu 4.0. Są dobrze przygotowane technologicznie, ale brakuje im strategii 1

Niemal 70 proc. firm, które znają koncepcję Przemysłu 4.0, zaczęło wdrażać rozwiązania będące jej elementem lub ma już takie plany – wynika z raportu PSI Polska. Liderem są duże firmy, spośród których trzy na cztery podjęły takie działania. Najczęściej wdrażają nowoczesne systemy informatyczne czy technologie umożliwiające współpracę ludzi i robotów. – Polscy przedsiębiorcy doskonale są przygotowani w obszarze technologicznym – przekonuje Andrzej Soldaty, prezes Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości. Większym wyzwaniem jest zmiana ich modeli biznesowych, sposobu funkcjonowania na rynku i kreowania wartości. Na zmiany mogą wykorzystać zbliżające się spowolnienie gospodarcze.

– Polska gospodarka, zwłaszcza polski przemysł, jest traktowany jako jeden z liderów pod względem innowacyjności. Tak przynajmniej twierdzi raport Światowego Forum Ekonomicznego. Natomiast jeśli patrzymy na trendy i zmiany, to bardzo dużo jeszcze przed nami do zrobienia – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Soldaty, prezes Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości.

Z raportu Światowego Rankingu Konkurencyjności (WEF Global Competitiveness Index 4.0 2019) wynika, że Polska zajmuje 21.miejsce w Europie i 37. na świecie pod względem konkurencyjności. Wysoko oceniana jest nasza sytuacja makroekonomiczna, potencjał innowacyjny już nieco słabiej, ale i tak zajmujemy pod tym względem 39. pozycję na świecie (na 141 krajów). Jednocześnie „Eight Competitiveness Report 2019" wskazuje, że Polska ma szanse, by stać się jednym z liderów konkurencyjności gospodarczej, są jednak obszary, które wymagają poprawy. Obecnie o naszej przewadze decydują wysokie kompetencje kadry i tania siła robocza. Analitycy Deloitte oceniają, że to czwarta rewolucja przemysłowa zwiększy produktywność gospodarki.

To jest opłacalna inwestycja, jeżeli się ją sensownie realizuje, po odpowiedniej analizie i przygotowaniu – mówi Andrzej Soldaty. – Możliwe jest wykorzystanie mechanizmów redukcji ryzyka, poprzez korzystanie z cech systemów cyberfizycznych, które odwzorowują rzeczywistość w przestrzeni wirtualnej. To oznacza, że planowane w teorii zmiany można najpierw wirtualnie zasymulować, sprawdzić, a potem dopiero je przeprowadzać. Tym samym zmniejsza się zdecydowanie koszt inwestowania. Jeśli tą drogą nie pójdziemy, to zapłacimy za to wszyscy, bo nasze produkty zamiast być coraz bardziej atrakcyjne, będą coraz droższe. Będziemy szli w stronę odwrotną niż trendy światowe.

Na Przemysł 4.0. przygotowana jest jednak tylko część polskich przedsiębiorstw.

 Polscy przedsiębiorcy doskonale są przygotowani w obszarze technologicznym, chociaż zmiany następują tak szybko i dynamicznie, że trudno powiedzieć, czy znajomość technologii dnia dzisiejszego oznacza również znajomość technologii dnia jutrzejszego – mówi Andrzej Soldaty.

Badania „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0” przeprowadzone przez PSI Polska wskazuje, że 70 proc. firm znających koncepcję Przemysłu 4.0 zaczęło już wdrażać jego rozwiązania. Dotyczy to jednak przede wszystkich dużych przedsiębiorstw, które wdrażają zaawansowane systemy informatyczne (57 proc. ogółu firm i 70 proc. dużych) i technologie umożliwiające współpracę ludzi i robotów. Już 22 proc. przedsiębiorstw je zaimplementowało, a 25 proc. planuje je wdrożyć w ciągu 2–3 lat.

– Zdecydowanie większym wyzwaniem jest obszar biznesowy, zmiana sposobu funkcjonowania na rynku i kreowania wartości. Wymaga to głębokich przemian mentalnych i zrozumienia czwartej rewolucji przemysłowej – przekonuje ekspert. – To potężna zmiana wynikająca z innego sposobu kreowania produktu, tworzenia samej architektury produktu. Produkty zaczynają być hybrydowymi rozwiązaniami składającymi się z fizycznej części i części serwisowej. Czyli przedsiębiorca musi zmienić swój model biznesowy, musi zmienić również wewnętrzne regulacje i struktury.

Wchodzenie w Przemysł 4.0. pociąga za sobą zmiany na wielu płaszczyznach. Jedną z nich jest rynek pracy, a więc zarówno kompetencje pracowników do obsługi nowoczesnej infrastruktury, urządzeń i systemów, jak i dostosowanie regulacji prawnych do zmiany struktury pracy.

– Weźmy na przykład regulację związaną z prawem pracy, które generalnie odnosi się do obecności człowieka przy stanowisku pracy, podczas gdy w Przemyśle 4.0 czegoś takiego w zasadzie nie ma. Pracownik nie musi być obecny, żeby współpracować z systemem wirtualnym, który dopiero później przekształca pracę na fizyczne efekty – mówi Andrzej Soldaty.

Według badania „W drodze ku Gospodarce 4.0” przeprowadzonego przez IDG zaledwie 14 proc. przedsiębiorstw ma opracowany strategiczny plan transformacji dla działań w ramach gospodarki 4.0 i wdraża go już w życie. Co piąta firma nie planuje jednak przygotować takiego planu. Tymczasem to właśnie umocowanie działań na poziomie strategicznego planu transformacji może decydować o sukcesie.

– W każdym spowolnieniu gospodarczym, w każdym kryzysie jest czas na inwestycje – to stara reguła. Jeśli nie ma potrzeby angażować pewnych mocy w działalność związaną z realizacją popytu, to w tym momencie zaangażuj swoje moce w opracowanie koncepcji zmian w strategii – podkreśla Andrzej Soldaty. – To jest właśnie kluczowe wyzwanie dla Platformy Przemysłu Przyszłości – przygotowanie przedsiębiorców, pomoc w zrozumieniu potrzeby zmian, przygotowania mechanizmów wspierających i redukujących ryzyko wchodzenia w te nowe zmiany.

Edukacja kulinarna najmłodszych pomoże zrewolucjonizować system żywnościowy w Polsce. Konsumenci już dziś częściej chcą odżywiać się zdrowo i ekologicznie

– System żywnościowy w Polsce i na świecie wymaga zmian na każdym etapie produkcji, dystrybucji i konsumpcji – podkreśla Grzegorz Łapanowski, prezes Fundacji Szkoła na Widelcu. Chodzi o to, by zarówno proces hodowli, produkcji, transportu żywności, jak i wybory konsumenckie uwzględniały walory zdrowotne i aspekty ekologiczne. Może w tym pomóc edukacja kulinarna, która będzie wyrabiać już wśród najmłodszych zdrowe i dobre nawyki żywieniowe. Z kolei rządzący w ramach polityki żywieniowej mogą promować ekologiczne rolnictwo i lokalne produkty, a ograniczać dostęp do używek czy żywności wysoko przetworzonej.

– Świadomość konsumencka się dynamicznie rozwija i mówienie jednoznacznie, że jesteśmy świadomymi, albo nieświadomymi konsumentami jest trochę nie fair, bo jesteśmy przede wszystkim bardzo różnorodnym rynkiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Łapanowski prezes Fundacji Szkoła na Widelcu. – Ciekawy w tym kontekście jest ostatni raport Kantara, który nazywa się „Ziemianie atakują”, bardzo ciekawie w tym raporcie jest pokazany stosunek Polaków do zmiany klimatycznej.

Według wspomnianego raportu społeczeństwo można podzielić na pięć kategorii od najbardziej zaangażowanych, przez świadomych, ale biernych po sądzących, że bicie na alarm w sprawie zmian klimatycznych jest przesadzone. Nazwano ich odpowiednio „Nieczekajami” (świadomi, aktywni ekolodzy), Świadomitami (ekolodzy fasadowi), Niepokojonami (chcieliby robić dla środowiska więcej, ale nie wiedzą co), Dobrzeżyjami, którzy nie zawracają sobie głowy martwieniem się o stan planety oraz Bezściemnianami, którzy w ekologię nie wierzą i widzą w niej tylko działania grup interesów. Najwięcej jest Niepokojonów – 29 proc., ale niewiele mniej, bo 26 proc. należy do grupy czwartej. Świadomitów i Bezściemnian jest niemal po równo, bo 16 proc. i 17 proc., natomiast aktywnie działających ekologów najmniej, bo 12 proc.

– System żywnościowy w Polsce i na świecie powinien ulec transformacji, zarówno na poziomie rolnictwa, jak i transportu, przetwórstwa, dystrybucji, konsumpcji. Właściwie na każdym z tych etapów powinniśmy dokonać pewnych zmian – mówił Grzegorz Łapanowski podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – Więcej rolnictwa ekologicznego, bardziej zrównoważonego, krótszy transport żywności, żebyśmy wybierali więcej świeżej, sezonowej i lokalnej żywności, a mniej wysoko przetworzonej.

Jak podkreśla, te nawyki mogą wydawać się mało znaczące, ale od tego zaczynają się zwykle duże zmiany.

– Jeszcze paręnaście lat temu palenie papierosów w miejscach publicznych było powszechnym zjawiskiem. Myślę, że trochę podobnie może być ze złym jedzeniem – jeśli będziemy mieli powszechną świadomość dotyczącą tego, że jedzenie ma fundamentalny wpływ na nasze zdrowie, i zbudujemy tę świadomość u małych i dużych, to wierzę, że jesteśmy w stanie być społeczeństwem zdrowszym, które będzie podejmowało lepsze decyzje i dla siebie, i dla środowiska – wyjaśnia Grzegorz Łapanowski.

Choć coraz więcej konsumentów czyta etykiety, wybiera produkty o krótkim, naturalnym składzie i jest gotowa wydać więcej pieniędzy na wartościowy produkt bez sztucznych dodatków, w Polsce – jak wynika z raportu NIK, przywołującego dane resortu rolnictwa – udział żywności ekologicznej w rynku spożywczym wynosi 0,3 proc. (dane z sierpnia 2018 roku). Średnia w UE wynosi ok. 4 proc., w Danii – prawie 8,5 proc., a w Austrii – 6,5 proc.

Ten niszowy rynek jednak rozwija się w tempie ok. 20 proc. rocznie, głównie za sprawą sieci handlowych, które nie tylko wprowadzają na półki produkty bio, ale też uruchamiają całe placówki skoncentrowane na ekożywności. Ostatnio taki obiekt uruchomił Carrefour w samym centrum Warszawy, a Biedronka otworzyła w stołecznej dzielnicy Białołęka sklep oferujący nie tylko specjalną wyspę z produktami bio i wege, ale też wyposażony w panele fotowoltaiczne, pozbawiony plastikowych toreb, także tzw. Zrywek, czy zaopatrzony w stanowisko do wypożyczania rowerów miejskich.

Żeby zrewolucjonizować system żywnościowy, powinniśmy wprowadzić edukację kulinarną do szkół i przedszkoli, zmienić stołówki szkolne i sklepiki – apeluje Grzegorz Łapanowski. – W Polsce mało znane są takie dziedziny, jak polityka wyżywienia i polityka żywnościowa. One w sposób prawny i podatkowy stymulują rynek i rozwijają go w określonym kierunku. Pytanie, czy alkohol powinien być dostępny na każdym rogu, na każdej stacji benzynowej i czy w każdym kiosku na wysokości naszego wzroku powinny być papierosy. To rzeczy, które jednak w dystrybucji i marketingu powinny być w jakiś sposób ograniczone. Okazuje się, że tego rodzaju narzędzi prawnych, promujących dobre rolnictwo, lokalne produkty, rzemieślnicze, jakościowe i dobrą dietę są dziesiątki, jeśli nie setki.

Roboty przejmują obowiązki operatorów kamery. Inteligentne stabilizatory pomagają w pojedynkę stworzyć profesjonalne wideo

Inteligentny stabilizator kamery ułatwi pracę operatorów. Można go zaprogramować do śledzenia ruchu, umożliwia też wykonywanie ujęć z kilku pozycji nadzorowanych zdalnie. Może być nieocenioną pomocą dla profesjonalnych i półprofesjonalnych operatorów kamery. Urządzenie pomoże ograniczyć koszty związane z produkcją filmów, zwłaszcza tych nagrywanych do internetu. Coraz popularniejsze wśród youtuberów i amatorów fotografii są także ręczne gimbale, które są coraz bardziej zaawansowane technologicznie i coraz bardziej dostępne.

– Qing będzie urządzeniem przeznaczonym do statywów, które będzie odpowiadało za automatyczne sterowanie ruchami kamery. Można nim sterować zdalnie oraz za pośrednictwem panelu sterowania. Urządzenie będzie wyposażone w czujnik śledzący ruch. Urządzeniem można sterować za pośrednictwem aplikacji na smartfonie i zaprogramować ruchy kamery, dzięki czemu mamy do dyspozycji operatora kamery w postaci robota – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Konrad Schneider z FeiyuTech.

Urządzenie będzie wspierało pracę operatora kamery. Może się ono okazać rozwiązaniem ciekawym zwłaszcza dla twórców niezależnych, którzy dysponują ograniczonym budżetem na produkcję. Qing pozwoli ograniczyć koszty związane z koniecznością zatrudnienia dodatkowych operatorów, a przy tym uzyskać profesjonalną jakość nagrań. Sprzęt będzie mógł wykonywać zadania, które musiałoby wykonywać kilku pracowników.

– Czasem potrzebne są ujęcia pod wieloma kątami, czemu pojedynczy operator nie może podołać. W takiej sytuacji operator może skorzystać z pomocy Qinga, zakładając go na szynę i programując, aby śledził ruchy obiektu, który ma być w ujęciu. Sam operator będzie mógł zająć się obsługą głównej kamery, podczas gdy Qing zajmie się drugą, ulepszając jakość ujęcia. Urządzenie nie zastąpi jednak operatora. Sprzęt nadaje się lepiej do pewnego rodzaju prac, ale nigdy nie będzie miał duszy artystycznej ani kreatywności człowieka. Może ułatwić pracę i poprawić jej jakość, ale pozycja człowieka pozostaje niezagrożona – zapewnia Konrad Schneider.

Qing został zaprezentowany na listopadowej międzynarodowej wystawie sprzętu nadawczego Inter BEE w Shenzen w Chinach. Punktem wyjścia do jego powstania były gimbale. Urządzenia te są przeznaczone do stabilizowania aparatów lub smartfonów i wytłumiania drgań podczas nagrywania filmów. Początkowo były to urządzenia dostępne tylko dla profesjonalistów. Dziś podstawowy gimbal można już kupić w cenie nieprzekraczającej kilkuset złotych.

– Rynek gimbali zmienia się. Na początku były używane przez specjalistów z branży reklamowej i kinematograficznej. Po jakimś czasie wytworzył się rynek prosumencki. A teraz widzimy, że są one używane również ze smartfonami i kamerami sportowymi – mówi Konrad Schneider. – Poleciłbym je influencerom, youtuberom, fotografom weselnym oraz specjalistom zajmującym się kręceniem teledysków do piosenek, reklam, a nawet niskobudżetowych filmów niezależnych. Każdy może z nich korzystać, ponieważ dobry film lub teledysk charakteryzuje się dobrą jakością dźwięku i obrazu oraz stabilnością obrazu –dodaje ekspert.

Gimbale są dobrym rozwiązaniem dla twórców publikujących efekty swojej pracy m.in. w serwisach streamingowych. Choć współczesne smartfony coraz częściej wyposażone są w funkcję stabilizacji obrazu, to jest to zwykle stabilizacja cyfrowa, nie optyczna, a późniejsza obróbka takiego nagrania może znacznie pogorszyć jego jakość.

– Obraz można ustabilizować, ale wiąże się to z większym nakładem pracy na etapie postprodukcji. Wtedy również nie mamy gwarancji, że nie dojdzie do utraty jakości obrazu lub informacji przy odtwarzaniu nagrania o dużej dynamice, co z kolei może się wiązać z utratą cieni i światła – tłumaczy Konrad Schneider.

Z raportu opublikowanego przez Industry Research wynika, że światowy rynek gimbali w 2019 roku będzie wyceniony na 83 mln dol. Do 2024 roku ma wzrosnąć do 260 mln dol. Obecnie rocznie produkuje się na świecie około 300 tys. gimbali.

Miasta odegrają kluczową rolę w realizacji celów klimatycznych. Potrzebne jest większe wsparcie dla innowacyjnych projektów

Choć miasta zajmują zaledwie 3 proc. powierzchni, żyje w nich obecnie ponad połowa populacji świata, a do 2050 roku udział ten wzrośnie do ponad dwóch trzecich. Wokół terenów miejskich skupiają się więc działania związane z realizacją długofalowych celów klimatycznych. Władze samorządowe coraz bardziej otwierają się na innowacyjne rozwiązania pozwalające na realizację projektów promujących zrównoważony rozwój miast, takich jak oparte na czujnikach systemy monitorowania powietrza czy natężenia ruchu, a także energooszczędne budynki.

– Współpraca między partnerami z sektora publicznego, prywatnego, świata nauki, organizacji pozarządowych to podstawa, abyśmy mogli w odpowiedni sposób odpowiedzieć na wyzwania środowiskowe czy klimatyczne. Szczególną rolę mają miasta. Zajmują one tylko 3 proc. powierzchni naszej planety, a żyje w nich większość ludzi. I ten trend, jak wskazują badania, będzie się powiększał. Mieszkańców miast będzie coraz więcej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Elżbieta Wołoszyńska-Wiśniewska, dyrektor ds. edukacji i geoinformacji w warszawskim Centrum UNEP/GRID.

W ramach konkursu Human Smart Cities organizowanego przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju 25 polskich miast otrzymało dotację na projekty związane z ideą inteligentnych miast. Jednym z beneficjentów w kategorii miast dużych były Kielce. Pilotażowy projekt „System monitorowania efektywności miasta inteligentnego w ramach audytu miejskiego” będzie w stolicy świętokrzyskiego realizowany przez najbliższe dwa lata. W jego ramach powstanie m.in. specjalna platforma analityczna, która w oparciu o zainstalowane w mieście czujniki będzie analizowała dane związane m. in. z natężeniem ruchu. Z kolei aplikacja mobilna umożliwi pozyskiwanie od mieszkańców danych dotyczących dzikich wysypisk śmieci czy barier, jakie w przemieszczaniu się napotykają rowerzyści czy piesi.

Projekt zakłada ponadto ścisłą współpracę ze światem nauki, zwłaszcza Politechniką Świętokrzyską i Uniwersytetem Jana Kochanowskiego.

– Mamy już wdrożone konkretne przykłady, w jaki sposób nauka może wspierać budowanie miast przyszłości, ekologicznych, zrównoważonych, przyjaznych mieszkańcom i one funkcjonują już w przestrzeni miasta. To chociażby budynki energooszczędne, które w zasadzie nie pobierają energii, nie potrzebują tej energii, same produkują wystarczającą jej ilość, aby pokryć własne zapotrzebowanie – wskazuje Elżbieta Wołoszyńska-Wiśniewska.

Jednym z przykładów takiego działania jest realizowany przez Politechnikę Świętokrzyską projekt CENWIS, w ramach którego nad parkingiem przy rektoracie uczelni powstaną wiaty fotowoltaiczne i magazyny energii, które pokryją część zapotrzebowania kampusu PŚk na energię elektryczną i będą stanowiły, obok turbin wiatrowych, podstawę mikrosieci. Na parkingu będą działać pierwsze w Kielcach superszybkie ładowarki do samochodów elektrycznych, mogące naładować baterie auta nawet w 15 minut. Dotychczas taka technologia była dostępna w całym województwie świętokrzyskim tylko w oddalonej o ponad 50 km Włoszczowie w ramach Inteligentnej Stacji Transformatorowej przy ZPUE.

To jednak tylko część innowacyjnych technologii, które mogą poprawić stan środowiska w obrębie miast.

– Mamy też przykłady chociażby chodników, które pochłaniają smog, odbierając zanieczyszczenia z powietrza. Oczyszczają to powietrze i pomagają nam lepiej oddychać. Innowacje, o których mówimy, to nie tylko innowacje technologiczne. Czasami są to innowacje społeczne bądź innowacje, które łączą elementy zmian w przestrzeni miasta z odpowiedzią na potrzeby mieszkańców. Chociażby takie elementy w przestrzeni miejskiej jak woonerfy – wskazuje dyrektor ds. edukacji i geoinformacji w warszawskim Centrum UNEP/GRID.

Woonerfy to wyznaczone przestrzenie w centrach miast stanowiące połączenie deptaków, ulic, parkingów i miejsc spotkań mieszkańców. Pierwszeństwo w tych strefach mają rowerzyści i piesi. Takie miejsca są bardzo popularne w Holandii. Pierwsze polskie woonerfy powstały w Łodzi. Projekty ich budowy deklarują kolejne miasta i ich dzielnice. W przyszłym roku strefa taka ma powstać m.in. na warszawskich Kabatach, a także na Placu Pięciu Rogów. Za dwa lata ma być natomiast wybudowany woonerf na Mokotowie.

– Musimy mieć świadomość, że przestrzeń miasta to jest pewien ekosystem, to jest przestrzeń złożona z bardzo wielu współpracujących ze sobą elementów. Warto przy tym pamiętać o czynniku ludzkim, każdy z nas ma swoje potrzeby, każdy z nas ma pewną wizję przestrzeni, w jakiej chce funkcjonować. I taką wizję ma również samorząd, który powinien dbać o dobro wszystkich mieszkańców, jednocześnie dawać możliwość rozwoju dla środowisk biznesowych – wskazuje Elżbieta Wołoszyńska-Wiśniewska.

W 2015 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych wyznaczyła cele zrównoważonego rozwoju na kolejnych 15 lat. Jedno z założeń dotyczy zrównoważonych miast. Zgodnie z nim miasta powinny dążyć do poprawy efektywności wykorzystania zasobów, a także ograniczenia zanieczyszczeń. Ich zadaniem do 2030 roku ma być też wspieranie korzystnych ekonomicznie, społecznie i środowiskowo połączeń pomiędzy obszarami miejskimi, podmiejskimi a wiejskimi poprzez wzmocnienie krajowego i regionalnego planowania rozwoju.

– Kilka lat temu jeszcze nikt nie myślał, że idea carsharingu, czyli udostępniania samochodów w mieście, aż tak się rozwinie. Dzisiaj mamy wiele firm, które działają w tym segmencie. Tak samo jak chociażby wypożyczalnie rowerów miejskich, których z roku na rok przybywa – wymienia ekspertka.

Według danych opublikowanych na portalu populationof.net na świecie żyje obecnie ponad 7,75 mld ludzi. 56 proc. ludzkości mieszka w miastach. Do 2050 roku wskaźnik ten wzrośnie do 68 proc.

Dyrektor Grupy OKI i były kierownik ds. bankowości zostaje zarządzającym w Europie

Firma OKI Europe Ltd ogłosiła mianowanie Tsukasy Takasawy na nowego dyrektora zarządzającego. Takasawa – z 30 latami doświadczenia w sektorach bankowości inwestycyjnej i korporacyjnej – zastępuje Denniego K. Kawaharę, który wraca do OKI Data Corporation, aby zająć się globalną transformacją organizacji.

Takasawa po raz pierwszy dołączył do OKI Group w 2016 r. jako dyrektor naczelny ds. personalnych. Następnie został dyrektorem i dyrektorem generalnym oddziału planowania korporacyjnego i administracji OKI Data Corporation, gdzie pełnił strategiczną funkcję w zakresie planowania korporacyjnego, finansów i księgowości, systemów informatycznych i zarządzania ryzykiem na poziomie zarządu, a także uczestniczył w średniookresowym planowaniu biznesowym OKI Data Corporation.

Przed dołączeniem do OKI Group Takasawa był dyrektorem generalnym Mizuho Bank i zajmował wyższe stanowiska w sektorze finansowym, w tym na stanowiskach krajowych, międzynarodowych i globalnych. W trakcie swojej rozległej kariery pracował z ponad 1000 dyrektorów generalnych, głównych księgowych i innych dyrektorów przedsiębiorstw globalnych.

„Na dojrzałym, rozwijającym się rynku firma OKI Europe cieszy się wieloletnim uznaniem i ma ponad 30-letnie doświadczenie w zakresie innowacji ukierunkowanych na klienta, co daje nam solidną przewagę nad konkurencją” – powiedział Takasawa.

„Pionierska technologia druku firmy OKI do zastosowań cyfrowych – dająca niezrównane możliwości obsługi nośników i doskonałą jakość kolorów – może przynieść znaczące korzyści niszowym i uznanym sektorom branży, aby podnieść jakość obsługi klienta i zwiększyć zyski – to ciekawe czasy dla naszej organizacji”.

„Budujemy swoja pozycję w kluczowych branżach, a jako dyrektor zarządzający pragnę nadal przyczyniać się do tego sukcesu, współpracując z zespołem kierownictwa wyższego szczebla firmy OKI Europe w celu stworzenia i realizacji proaktywnej, ukierunkowanej strategii rozwoju i transformacji w regionie”.

W 2019 roku firma OKI Europe ogłosiła strategię rozszerzenia swojej oferty rozwiązań wertykalnych, dostarczając rozwiązania, które pomagają firmom w dostosowywaniu się do zmieniających się taktyk angażowania klientów, w tym polepszanie obsługi i podnoszenie lojalności klientów poprzez personalizację oraz szybkie i ekonomiczne rozwiązania biurowe.

Deklaracja VAT 7 – zmiany w obowiązkach płacenia podatku VAT

Deklaracja VAT 7 składana jest przez wszystkich przedsiębiorców będących czynnymi podatnikami od towarów i usług. Podatek VAT to jedno ze źródeł wpływów do budżetu państwa. Po raz pierwszy został w prowadzony we Francji w 1954 roku. W Polsce ta forma opodatkowania obowiązuje od 1993 roku. Aby rozliczyć się z urzędem skarbowym, należy wypełnić i dostarczyć do poszczególnych placówek odpowiednie dokumenty. Skąd pobrać formularz i do kiedy należy go składać?

  1. Podatek VAT – co to jest
  2. Zmiany VAT w 2019 roku
  3. Termin złożenia VAT 7

Podatek VAT – co to jest?

Benjamin Franklin – wielki uczony, polityk oraz jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki, powiedział kiedyś „W życiu pewne są tylko śmierć i podatki”. Trudno nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Każdy pracujący człowiek zmuszony jest przekazywać państwu obowiązkowe świadczenie pieniężne, które jest przeznaczane na realizację zadań publicznych. Jednym z podatków, jaki muszą płacić obywatele Polski, jest VAT, czyli podatek od towarów i usług (z angielskiego value-added tax). W Polsce obowiązuje podstawowa stawka wynosząca 23%. Kwotę podatku VAT dolicza się do wartości netto transakcji kupna-sprzedaży. Oznacza to, że dotyczy on zarówno konsumentów, jak i sprzedawców. Deklaracja VAT 7 jest obowiązkowym dokumentem, jaki muszą składać przedsiębiorcy, a nie nabywcy.

Zmiany VAT w 2019 roku

Wszyscy podatnicy muszą być świadomi, że rząd co jakiś czas wprowadza modyfikacje w formularzach, formach płacenia podatków lub terminach. Kolejna reforma weszła w życie 1 listopada bieżącego roku. Zmiany VAT w 2019 roku dotyczą głównie sposobu rozliczania wszystkich transakcji. Wiąże się to między innymi z likwidacją odwrotnego obciążenia w transakcjach krajowych. W miejsce tego przepisu polski rząd wprowadził mechanizm podzielonej płatności. Zniesiono obowiązek składania informacji podsumowujących (formularz VAT 27). Powstanie także biała lista podatników VAT. Dzięki niej będzie można zweryfikować potencjalnego partnera biznesowego, co zmniejszy ryzyko wystąpienie tak zwanych karuzel vatowskich.

obraz_1

Podatnicy mają także możliwość skorzystać ze zwolnienia z VAT przy limicie sprzedaży opodatkowanej do kwoty 200.000 zł rocznie. Pieniądze będą przelewane na rachunek poszczególnych placówek urzędów skarbowych za pomocą indywidualnego rachunku podatkowego (ta zmiana zacznie obowiązywać z dniem 1 stycznia 2020 roku).

Termin złożenia VAT 7

 

Obecnie podatnicy VAT rozliczający się co miesiąc na podstawie artykułu 99. Ustawy z dnia 11 marca 2004 roku o podatku od towarów i usług muszą wypełniać specjalny formularz. Deklaracja VAT 7 dostępna jest na rządowych portalach Ministerstwa Finansów. Istnieje możliwość rozliczania i składania dokumentów drogą elektroniczną. Istotny jest także termin złożenia VAT 7. Przedsiębiorcy często zadają sobie pytanie, do kiedy VAT 7 należy rozliczyć? Deklaracje trzeba złożyć do 25 dnia każdego miesiąca za poprzedni miesiąc. Osoby, które zdecydowały się rozliczać kwartalnie, również mają obowiązek przedstawić odpowiednie dokumenty 25 dnia miesiąca następującego po danym kwartale. Wygląda to następująco:

  • rozliczenie pierwszego kwartału – do 25 kwietnia,
  • rozliczenie drugiego kwartału – do 25 lipca,
  • rozliczenie trzeciego kwartału – do 25 października,
  • rozliczenie czwartego kwartału – do 25 stycznia.

Oprócz tego na podatniku spoczywa obowiązek dokonywania korekt za pomocą nowych deklaracji VAT-7/VAT-7K/VAT-7D. Wymienione druki formularzy obowiązują już przy rozliczaniu ostatniego kwartału 2019 roku.

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłuższą historię ma on w Stanach Zjednoczonych, gdzie w zeszłym roku w Black Friday do sklepów ruszyła ponad połowa mieszkańców. Skąd wzięła się nazwa czarny piątek?

Wariantów jest co najmniej kilka. Jeden z nich wiąże się ze wzmożonym ruchem na drogach, większą liczbą wypadków i tłumami, które tego dnia zjawiają się w sklepach. Po raz pierwszy tego terminu, w odniesieniu do piątku po Dniu Dziękczynienia, użyto w połowie XX wieku w Filadelfii. W ten sposób zamieszanie związane z zakupami określiła… policja.

– Niektórzy wskazują, że tego dnia zakupy mogą być niebezpieczne. Powstają nawet zestawienia najgorszych incydentów związanych z Black Friday. Jak podaje thebalance.com, w sieci Walmart dochodzi do tak wielu groźnych sytuacji, że powstał nawet twitterowy hashtag #walmartfights – mówi Miłosz Ryniecki z Fluentbe.com, internetowej szkoły języka angielskiego.

Tego dnia firmy są w czerni

Inna wersja ma wydźwięk bardziej pozytywny i związana jest z wysoką sprzedażą, jaką odnotowują tego dnia sklepy. Mówi się, że firma jest w czerni (ang. in the black), czyli jest rentowna. – Ta wersja ma podłoże historyczne, w przeszłości księgowi prowadząc rachunki firmy zapisywali ewentualne straty w danym okresie na czerwono, a zysk na czarno. Choć dzisiaj księgowość prowadzona jest z poziomu komputera to termin wciąż jest używany. Jeśli firma w określonym przedziale czasowym “jest w czerni” oznacza to, że jest stabilna i nie przynosi strat – komentuje Miłosz Ryniecki.

Część osób twierdzi, że Black Friday jest tym dniem roku, kiedy wiele sklepów “wychodzi z czerwieni” i zaczyna “być w czerni”.

Kiedy terminu użyto po raz pierwszy?

Pierwszy przypadek użycia zbitki słów black friday odnotowano już w XIX wieku. Tamten czarny piątek dotyczył kryzysu na rynku złota. Chodziło zresztą o piątek wrześniowy, a nie listopadowy. W wyniku spekulacji finansowych cena surowca znacznie wzrosła. Po interwencji amerykańskiego rządu ceny kruszcu spadły prawie o jedną piątą, a rynki się załamały.

Bony na innowacje dla MŚP – więcej czasu na składanie wniosków

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przedłużyła nabory w konkursach „Bony na innowacje dla MŚP”. Do 28 maja 2020 r. przedsiębiorcy mogą wnioskować o dofinansowanie na opracowanie innowacyjnego produktu lub procesu we współpracy z jednostkami naukowymi. A na ubieganie się o wsparcie na wdrożenie tak opracowanych innowacji mają czas do 7 lipca 2020 r. Przedsiębiorcy mogą uzyskać łącznie nawet 900 tys. zł dofinansowania.

„Bony na innowacje” to jeden z najbardziej popularnych, bo przystępnych, programów wspierania innowacyjności dla mikro-, małych i średnich firm. Bony to oferta o charakterze dwuetapowym. W pierwszym przedsiębiorcy mogą ubiegać się o dofinansowanie usług jednostek naukowych na opracowanie innowacyjnego produktu lub procesu. Po zrealizowaniu takiego projektu z sukcesem – czyli formalnie, po zaakceptowaniu przez PARP wniosku o płatność końcową – przedsiębiorcy mogą wnioskować, w drugim konkursie, o środki na wdrożenie opracowanych już rozwiązań.

Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej zgodziło się na propozycję PARP, aby przedłużyć nabory w tegorocznych konkursach zamiast ogłaszać nowe w przyszłym roku. W każdym z nich dojdą po dwie rundy. Zdecydowaliśmy się na ten ruch ze względu na oczekiwania przedsiębiorców. Z naszych badań wynika, że nowy nabór oznacza dla nich niepewność, ponieważ nie wiedzą, czy i jakie konkursy będą ponownie dostępne oraz czy i jakich zmian w dokumentacji konkursowej oczekiwać – mówi Anna Forin, dyrektor Departamentu Usług Proinnowacyjnych w PARP.

Bony na innowacje dla MŚP – etap 1 usługowy

Wnioski o dotacje w I etapie usługowym można składać do 28 maja 2020 r. Przedsiębiorcy mogą uzyskać maksymalnie 340 tys. zł dofinansowania na usługi jednostek naukowych, które pomogą w opracowaniu nowego lub znacząco ulepszonego produktu lub procesu. Wsparciem może być objęty, zarówno wyrób czy usługa, jak i technologia lub nowy projekt wzorniczy. Minimalny wkład własny przedsiębiorcy to 15 proc. całkowitego kosztu projektu.

Bony na innowacje dla MŚP – etap 2 inwestycyjny

O dofinansowanie wdrożenia pomysłu na innowację technologiczną mogą ubiegać się wyłącznie ci przedsiębiorcy, którzy mają ją już opracowaną w I etapie konkursu. O takie wsparcie można się ubiegać do 7 lipca 2020 r. Maksymalna wartość dofinansowania wdrożenia innowacji dla jednego projektu to 560 tys. zł. Jednak, wartość wkładu własnego przedsiębiorcy zależy od jego statusu (mały, średni) oraz miejsca wdrożenia innowacji.

Premiowana „Dostępność”

Poza konkursami ogólnymi, zarówno usługowymi, jak i inwestycyjnymi, w tym roku równolegle kontynuowane są konkursy na dofinansowanie projektów wpisujących się w realizację rządowego programu Dostępność Plus. Różnią się one od konkursów ogólnych głównie kryteriami oceny projektów dotyczącymi rezultatów projektów – opracowane innowacje muszą być produktowe oraz ułatwiać użytkownikom końcowym, funkcjonowanie w społeczeństwie.

– Wnioskodawcy muszą wykazać przydatność opracowanych rozwiązań w eliminowaniu konkretnych barier dostępności m.in. seniorów i osób z niepełnosprawnościami funkcjonalnymi (fizycznymi lub poznawczymi), ale także osób czasowo mniej sprawnych, np. ruchowo, czy też kobiet w ciąży, lub osób z małymi dziećmi w wózkach, lub o nietypowym wzroście, lub poruszających się z nieporęcznym lub ciężkim bagażem – zaznacza dyrektor Forin.

Kryzys klimatyczny trwa, a Polacy nie rezygnują z ogrzewania węglem

Polacy coraz rzadziej do ogrzewania domu wybierają ekogroszek, wzrasta natomiast popularność drewna i węgla kamiennego – wynika z raportu Oferteo.pl. Przy wyborze materiału opałowego jako najważniejszy czynnik ponad dwie trzecie badanych wskazuje koszty, a 48% kieruje się ekologią.

Popularność ekogroszku drastycznie spada

Najpopularniejsze materiały opałoweDzięki danym zgromadzonym przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących produktów i usług z ich dostawcami, można zaobserwować, jak zmieniły się preferencje Polaków w kwestii ogrzewania na przestrzeni ostatnich lat. Mimo że temat zanieczyszczenia środowiska oraz smogu i ich konsekwencji zdrowotnych jest coraz częściej poruszany w mediach, właściciele domów nie rezygnują z ogrzewania ich w sposób nieekologiczny. Widać, że znacząco wzrosła w ostatnim czasie popularność drewna, które w tym roku wybrało aż 22% badanych. W miarę konsekwentnie wzrasta wciąż liczba osób wybierających ekologiczny pellet drzewny, a także najbardziej szkodliwy dla środowiska węgiel kamienny. Co ciekawe, w tym roku wyraźnie rzadziej niż w ubiegłym właściciele domów sięgali po ekogroszek, który jest jedną z najbardziej przyjaznych dla środowiska opcji. W latach 2017 i 2018 był on najpopularniejszym materiałem opałowym, wybieranym odpowiednio przez 40% i 31% badanych. Obecnie, z wynikiem 19%, zajmuje dopiero czwarte miejsce. Na spadku zainteresowania ekogroszkiem wyraźnie skorzystały inne materiały.

Ekologia przegrywa z ekonomią

Analiza Oferteo.pl pokazuje, że czynnikiem, który ma dla Polaków kluczowe znaczenie przy wyborze materiału opałowego, są koszty – wskazało tak ponad dwie trzecie (67%) badanych. Racje ekologiczne natomiast uwzględnione zostały przez 48% respondentów. Inne aspekty brane pod uwagę to np. możliwość dostawy do domu (29%), pochodzenie materiału, tzn. czy jest on krajowy (26%), a także łatwość przechowywania (24%).

Kupujemy do 2 ton opałuIle ton opału kupują Polacy

W tym roku badani najczęściej kupowali zapas do dwóch ton materiału opałowego. Taka ilość była zamawiana w 46% przypadków. Co piąty ankietowany zaopatrzył się natomiast w 3 tony paliwa.

Sezon grzewczy trwa dopiero od kilku tygodni, ale właściciele domów często szukanie odpowiedniego dostawcy opału rozpoczęli jeszcze w wakacje – mówi Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. Przygotowując się na zimę, warto poświęcić czas nie tylko na zastanowienie się nad rodzajem materiału opałowego, ale także nad odpowiednim dostawcą, który zapewni nam paliwo najlepszej jakości w korzystnej cenie.

Smog nas zabija

Smog i zanieczyszczenie powietrza mają realny, fatalny wpływ na zdrowie, czego świadomych jest aż 95% z nas. Oddychanie niskiej jakości powietrzem może skutkować chorobami układu oddechowego, a także prowadzić do udaru mózgu, miażdżycy, niewydolności serca, nadciśnienia, nowotworów, alergii oraz choroby Alzheimera. Smog ma też bardzo zły wpływ na kobiety w ciąży, których dzieci mogą urodzić się z nieprawidłowo rozwiniętym układem oddechowym.

Jako społeczeństwo jesteśmy świadomi, jak znaczący wpływ na nasze zdrowie ma smog i zanieczyszczenie środowiska. Mimo to zwykle na początku listopada, wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego, czujniki zanieczyszczenia powietrza w niemal wszystkich polskich miastach notują kolejne rekordy stężeń szkodliwych pyłów w atmosferze. Nasze normy zapylenia powietrza są najbardziej liberalne w całej Unii Europejskiej, a miasta takie jak Kraków, Warszawa czy Katowice są w czołówce najbardziej zanieczyszczonych w Europie. Poziom zawartości pyłu PM10, przy którym w Polsce ogłaszany jest alarm smogowy, to 150 µg/m3. Dla porównania, we Francji próg alarmowania wynosi 80 µg/m3, w Belgii – 70 µg/m3, a w Czechach – 100 µg/m3[1].

W tym roku Kraków jako pierwszy podjął radykalne kroki w walce ze smogiem. Od 1 września w mieście obowiązuje całkowity zakaz palenia węglem, drewnem oraz innymi paliwami stałymi. W efekcie do tej pory kilkadziesiąt osób zostało ukaranych mandatami. Skutki wejścia w życie oraz egzekwowania przepisów są już zauważalne – jakość powietrza w stolicy małopolski poprawia się.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy zapytań ofertowych złożonych w serwisie Oferteo.pl od listopada 2018 do końca października 2019 roku, przez osoby poszukujące opału oraz z ankiety przeprowadzonej w lipcu 2018 roku wśród 450 osób.

[1] https://polskialarmsmogowy.pl/files/artykuly/309.pdf

Polacy: coraz większe długi, coraz więcej upadłości

Polacy są coraz bardziej zadłużeni. Według raportu BIG InfoMonitor po trzecim kwartale 2019 roku zaległości finansowe rodaków wynoszą prawie 79 miliardów złotych. Rok temu były to 73 miliardy. Rośnie też liczba upadłości konsumenckich, choć zdaniem ekspertów z firmy doradczej Lege Advisors, to dopiero początek drogi.

Liczba osób mających problemy ze spłacaniem zobowiązań wynosi obecnie 2,83 mln. Rok temu dłużników było 2,76 mln. Średnio na każdego zadłużonego przypada kwota 27,8 tys. złotych. – Martwi szczególnie zadłużenie pozakredytowe, które jest wysokie, prawie 42 miliardy złotych. To znaczy, że ponad 2,2 mln ludzi w Polsce ma problemy z opłacaniem czynszu, telewizji kablowej, internetu, telefonu i mandatów. To może być zapowiedź większych kłopotów. wyjaśnia Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Najwięcej dłużników jest w przedziale wiekowym 35-44 lata. Najmniej zadłużeni są ludzie w wieku 18-24 lata. Rekordzistą pod względem zadłużenia jest 63-letni mężczyzna z woj. lubelskiego, który ma 71,7 mln zł przeterminowanych zobowiązań. Tuż za nim jest mężczyzna z woj. pomorskiego. Jego długi sięgają 48 mln zł. Województwa, w których wartość długu przypadającego na jedną osobę jest najwyższa to: mazowieckie (37.524 zł), małopolskie (29.464 zł) i zachodniopomorskie (28.867 zł). Najwięcej osób z problemami finansowymi według BIG InfoMonitor wywodzi się z: Górnego Śląska – 393,7 tys., Mazowsza – 367,8 tys. oraz Dolnego Śląska – ponad 277 tys. W trzecim kwartale najmniej dłużników przybyło na Podlasiu. Najwięcej na Mazowszu i Pomorzu Zachodnim.

Niedobrze wygląda też sytuacja w obszarze upadłości konsumenckiej. Według Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej na koniec września 2019 r. w Monitorze Sądowym i Gospodarczym znalazło się 5640 upadłości konsumenckich. A w całym roku można spodziewać się co najmniej 7520 upadłości. W stosunku do 2018 roku wzrost wyniesie więc 14,46%. Najmłodsza osoba, która dotąd ogłosiła upadłość ma 20 lat. Najstarsza 94 lata. Według COIG osoby w wieku 60 lat i więcej odpowiadają za 33,64% wszystkich upadłości konsumenckich.

Biorąc pod uwagę liczbę zadłużonych w Polsce i poziom tego zadłużenia, trzeba powiedzieć, że upadłość konsumencka nie cieszy się jeszcze dużą popularnością. To zaledwie około 600 ogłoszeń miesięcznie.mówi Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.Brak świadomości istnienia takiej opcji prawnej, brak wiedzy i poczucie zawstydzenia, sprawiają, że wielu Polaków traci szanse na nowe życie.- dodaje.

Jego zdaniem procedura prowadząca do oddłużenia nie jest skomplikowana. Składamy wniosek o ogłoszenie upadłości do sądu rejonowego (wydział gospodarczy ds. upadłości). Następnie sprawdzany jest stan faktyczny dłużnika. Chodzi m.in. o udowodnienie, że niewypłacalność nie jest efektem umyślnego działania lub rażącego niedbalstwa i nie była świadomie pogłębiana. Jeśli takie przesłanki nie zostaną przez Sąd ujawnione, to wtedy wydawane jest postanowienie o ogłoszeniu upadłości. Równocześnie z wydaniem postanowienia, majątek upadłej osoby staje się masą upadłościową zarządzaną przez syndyka.

Źródło: Lege Advisors

Związkowcy oburzeni rządowym projektem zmian w zasiłku chorobowym. Komentarz eksperta: „Istnieją lepsze rozwiązania!”

Nadużycia z tytułu nieuczciwych zwolnień chorobowych sięgają w Polsce nawet 30% ogólnej liczby zwolnień lekarskich. Według Ministerstwa Finansów sposobem na pozbycie się patologii ma być m.in. wydłużenie tzw. okresu wyczekiwania, o czym poinformowano w odpowiedzi na interpelację poselską Joanny Muchy. Chodzi o okres, po którym ubezpieczony może korzystać ze środków Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, czyli otrzymać zasiłek chorobowy. Ministerstwo proponuje, żeby od 2020 roku okres wyczekiwania wynosił 90 dni dla ubezpieczonych obowiązkowo oraz 180 dni dla ubezpieczonych dobrowolnie (np. osób samozatrudnionych). W tej chwili ten czas jest znacznie mniejszy – 30 dni przy ubezpieczeniu obowiązkowym i 90 dni przy ubezpieczeniu dobrowolnym.

Do pomysłu Ministerstwa krytycznie odnosi się wiceprzewodniczący OPZZ Piotr Ostrowski, który powiedział: Rząd ewidentnie szuka planów ratunkowych w kwestii dopięcia budżetu na przyszły rok. Ale szuka tych oszczędności w kieszeniach chorych. To oburzające.

Sytuację komentuje Mikołaj Zając, ekspert z najbardziej doświadczonej w problematyce absencji chorobowej firmy konsultingowej na polskim rynku. Prezes Conperio uważa, że w celu skutecznego zmniejszenia odsetka nieuczciwych zwolnień chorobowych należałoby przede wszystkim regularnie kontrolować prawidłowość wykorzystywania wystawianych druków ZLA:

Dobrze, że rząd postanowił pochylić się nad zjawiskiem nieuczciwych zwolnień chorobowych, bo to duży problem, na którym traci cała gospodarka. W wyniku dogłębnych analiz i badań, przeprowadzanych przez Conperio w przedsiębiorstwach z różnych branż, uważam jednak, że da się zaproponować lepsze rozwiązania od tych, które proponuje Ministerstwo Finansów. Najskuteczniejszym narzędziem, pozwalającym zmniejszyć skalę nadużyć o nawet 2/3, jest kontrola absencji chorobowych. Sprawdzanie prawidłowości wykorzystywania wystawianych druków ZLA pozwala namierzyć tzw. chorych „zawodowych”, którzy z przedłużającej się absencji zrobili sobie sposób na życie. Takie kontrole są entuzjastycznie przyjmowane nie tylko przez pracodawców, ale również ze zrozumieniem przez pracowników i związki zawodowe. W końcu nikt uczciwy nie chce wyrabiać nadgodzin i pracować za kogoś, kto łamie prawo wykorzystując zwolnienia niezgodnie z ich przeznaczeniem. Kontrole wykonują już setki podmiotów w Polsce i są zadowolone z rezultatów. W interesie firm pozostaje zajęcie się tym problemem ­– komentuje prezes Conperio Mikołaj Zając i dodaje: – Treść rozporządzenia proponowanego przez Ministerstwo Finansów uderza przede wszystkim w osoby nowozatrudnione, a z naszych danych wynika, że to nie one tworzą największy problem. Patologiczne postępowanie absencyjne jest najczęściej domeną pracowników o co najmniej rocznym stażu, takich którzy zdążyli wybadać, na co mogą sobie pozwolić. Ewentualne wprowadzenie od stycznia przedłużonego okresu wyczekiwania nie uderzy w oszustów, tylko w osoby chore na grypę. A chyba nie o to chodzi ustawodawcy.

Polacy coraz chętniej wracają do kraju

Po raz pierwszy od 2010 roku spadła liczba osób przebywających na emigracji, obecnie to niemal 2,5 mln. Blisko 100 tys. Polaków zdecydowało się wrócić z Wielkiej Brytanii, tylko w przypadku tego kraju odnotowano spadek. Nie ulega wątpliwości, że główną przyczyną powrotu do Polski jest Brexit i nadal niepewna sytuacja, jeśli chodzi o emigrantów. Innym powodem powrotu jest poprawiająca się sytuacja gospodarcza w Polsce i bardzo niskie bezrobocie. Osoby, które wyjechały do Wielkiej Brytanii tuż po otwarciu granic, czyli kilkanaście lat temu odłożyły już trochę pieniędzy decydują się na powrót i inwestycje w kraju.  Powrót niemal 100 tys. osób z Wielkiej Brytanii nie rozwiąże jednak problemu niedoboru pracowników. Na pewno spora część z nich będzie chciała założyć własne działalności, a to paradoksalnie może sprawić, że będziemy zmagać się z jeszcze większym deficytem pracowników.

Jeśli chodzi o emigracje do Niemiec, widoczny jest wzrost, jednak niewielki, bo zaledwie o 3 tys. I w tym przypadku tak sporego spadku zainteresowania pracą u zachodniego sąsiada należy szukać w niskim bezrobociu w Polsce. Zwróćmy uwagę, że do pracy do Niemiec czy innych państw wyjeżdżały głównie osoby, które miały konkretne, niekoniecznie wysokie kwalifikacje, np. hydraulicy. Obecnie takich osób na polskim rynku pracy jest niewiele a ich zarobki nierzadko są porównywalne z tymi na zachodzie. Nie dziwi więc fakt, że takie osoby znacznie rzadziej decydują się na wyjazd za granicę w poszukiwaniu pracy.

Istotna kwestią, która jest pomijana, a którą warto podkreślić jest demografia. Jesteśmy społeczeństwem starzejącym się, a wraz z wiekiem spada tendencja to zmiany miejsca zamieszkania i poszukiwania pracy. Biorąc to pod uwagę, powinniśmy spodziewać się, że w kolejnych latach, o ile sytuacja na polskim rynku pracy nie ulegnie drastycznemu pogorszeniu, nadal będzie malała liczba osób decydujących się na emigracje.

Komentarz przygotowany przez Karolinę Serwańską, dyrektor zarządzającą w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR

Na giełdzie nie ma przecen. Jest za to lista życzeń przed Rajdem św. Mikołaja

Czarny Czwartek, Czarny Wtorek… Generalnie rynek giełdowy ma problem z połączeniem słowa „black”, bo bezpośrednio prowadzi to do skojarzeń z Wielkim Kryzysem. Jednak z czasem Black Friday zyskuje dla inwestorów nowe znaczenie – staje się „dzwonkiem” oficjalnie wybijającym porę wyczekiwania na Rajd św. Mikołaja.

Choć giełda „czarnych” dni nie lubi, to Black Friday jej nie omija, a pośrednio wpływa na ton nadany klimatowi panującemu na światowych parkietach. Inwestorzy skupiają uwagę na spółkach z branży handlowej i wyczekują rajdu św. Mikołaja. Efektem Black Friday na rynku kapitałowym jest wyraźny spadek aktywności inwestorów. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że utrwaliła się tradycja szturmowania sklepów dzień po Święcie Dziękczynienia w poszukiwaniu okazji. Jednak pod koniec pierwszej dekady XXI w. blask Black Friday przygasł w związku z recesją, a potem rozbłysnął na nowo w krajach, które nie obchodzą Święta Dziękczynienia.

Połączenie następujących po sobie świąt powoduje zatem, że na najważniejszym rynku giełdowym świata – Wall Street – sesja będzie skrócona o połowę, by pracownicy domów maklerskich mogli wcześniej zjechać do domów na świąteczny weekend. W efekcie skraca to aktywność inwestorów, a wydłuża przedświąteczne zakupowe szaleństwo, które w tym roku zaczyna się 29 listopada.

Ogarnia ono tych, którzy nie śledzą bacznie cen i dają się wpędzić w lęk przed przegapieniem okazji oraz utwierdzają się w przekonaniu o społecznym dowodzie słuszności owczego pędu ku zakupom. Z badań serwisu Picodi łączne wydatki w Polsce na zakupy w czarny piątek przekroczą 2,3 mld zł. „Rzeczpospolita” wylicza z kolei, że w tym roku prawdopodobnie zostanie pobity rekord dziennych obrotów w handlu detalicznym. Liczby rosną z roku na rok, a kolejne pieniądze konsumenci zostawią na zakupach z okazji Cyber Monday, który dołączył do Czarnego Piątku w roku 2005 roku. Jest to dzień, w którym gorączka wyprzedaży przenosi się do internetu i branży e-commerce. Wypada w tym roku w poniedziałek 26 listopada, a to dopiero początek zakupowego szaleństwa przed świętami i w nowym rokiem.

Co to oznacza dla inwestorów?

Nastroje napędzające konsumpcjonizm wspierane są przez inwestorów, którzy zdążyli się przyzwyczaić do kalendarza zakupów i skróconej pracy na Wall Street. Potwierdza ten fakt m.in. rekordowa sesja za oceanem i ciągłe oczekiwanie na pozytywny wynik rozmów handlowych USA-Chiny. – Inwestorzy wybierają optymizm – mówi Kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers Bartosz Sawicki i dodaje, że „rezultat to bardzo dobry start skróconego tygodnia na Wall Street. Główne indeksy kończą najwyżej w historii”.

– Wzrosty na rynku akcji nie przekładają się na trendy na rynku walutowym. Choć zauważalna jest szczątkowa presja na bezpieczne przystanie – jen japoński, frank szwajcarski – nie widać korespondującego wzrostu zainteresowania walutami ryzykownymi. AUD, CAD, NOK i SEK pozostają zblokowane – kontruje Konrad Białas, Główny Ekonomista TMS Brokers.

Zdaniem analityków nowe szczyty na Wall Street mogą być niebezpieczne, bo nie zostały potwierdzone przez odpowiednio niskie ekstrema na rynku obligacji. Ponadto wysoki odczyt wskaźnika RSI przypomina sytuację z kwietnia 2019.r., gdy na amerykańskim parkiecie również panowały świetnie nastroje, a indeksy zdobywały nowe szczyty, ale bondy zamiast oddawać kapitał zaczęły go ponownie chłonąć. Efektem pojawiającej się wtedy dywergencji międzyrynkowej była fala hossy na rynku długu oraz przecena DJIA.

Szczyty zdobyte przez akcyjne byki mogą oddziaływać na europejskie giełdy pozytywnie. DAX zbliża się do tegorocznych maksimów, CAC40 znajduje się mniej niż jeden procent poniżej listopadowego sufitu, a londyński parkiet wykazuje chęć ataku lokalnych oporów. Przyczepić się można do warszawskiego parkietu, na którym nie widać tak wyraźnych chęci ani popytu. WIG20 jest poniżej 2200 pkt., co raczej nie napawa optymizmem.

– Amerykańskie indeksy giełdowe raz za razem ustanawiają maksima wszechczasów, a indeks S&P500 podniósł się w tym roku o około 25 proc. Blado na tym tle wypada stopa zwrotu kontraktu na WIG20, który w tym samym czasie obniżył się o kilka procent. Wśród warszawskich blue chips najgorzej wypada JSW. Kurs kontraktu CFD opartego o notowania spółki jest około 70 proc. niżej niż dwanaście miesięcy wcześniej – wyjaśnia Sawicki.

Papierek lakmusowy rynku

Przyspieszenie sprzedaży detalicznej oznacza wzmocnienie wzrostu PKB, czyli fundament wzrostu indeksów giełdowych. W teorii zaangażowanie zakupowe klientów jest pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym kondycji konsumentów oraz nastrojów, jakie panują w gospodarstwach domowych.

– Jeśli sprzedaż tego dnia będzie wysoka, może to oznaczać, że cały okres przedświąteczny będzie dobry dla branży, co w konsekwencji przełoży się na lepszy wynik wzrostu gospodarczego. Teoretycznie indeksy powinny na takie informacje zareagować pozytywnie. W obecnych warunkach jednak trudno będzie o jeszcze większe zwyżki SP500 czy DowJones. Poruszamy się po nieodkrytych poziomach. Istnieje realne ryzyko popsucia klimatu na giełdzie, przez  jedną negatywną informację z Waszyngtonu – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers.

Dobry wynik sprzedażowy w okresie świątecznym może więc stanowić prognostyk dla wyników  całego sezonu zakupowego, skoro na giełdach – poza warszawskim wyjątkiem – widać optymizm.

– Efekt psychologiczny Black Friday jest niepodważalny. Inwestorzy tak jak konsumenci mogą być przekonani, że grudzień może być pomyślny. Nie trzeba wiele, by konsekwencją udanego dla sprzedawców Black Friday był rajd św. Mikołaja, czyli grudniowy wzrost kursów akcji spółek – tłumaczy Konrad Białas.

Świąteczny koncert życzeń

– Dla rynków finansowych największym gwiazdkowym prezentem byłoby podpisanie przez prezydentów Xi Jinpinga i Donalda Trumpa pierwszej umowy handlowej – dodaje Bartosz Sawicki. Zdaniem analityków TMS Brokers „osiągnięty wstępny zarys porozumienia jest bowiem fasadowy i nie pozwoli na wyjście globalnej gospodarki z zadyszki”.

Jak tłumaczą – na szczycie listy świątecznych życzeń można znaleźć też sfinalizowanie brexitu poprzez zatwierdzenie umowy w brytyjskim parlamencie i happy end przedłużającej się o całe kwartały brexitowej sagi. Nie ukrywają jednak, że wiara w takie zakończenie jest dość naiwna.

– Część inwestorów (ale z pewnością nie kierowcy często odwiedzający stacje paliw) zdaje się liczyć na upominek od OPEC i państw współpracujących z Kartelem w postaci dalszego ograniczenia wielkości wydobycia, które miałoby nie pozwolić na pogłębianie globalnej nadpodaży ropy – mówi Bartosz Sawicki i dodaje, że „cięcie wydobycia byłoby prezentem dla Arabii Saudyjskiej, gdyż podbicie cen ropy stwarzałoby sprzyjające środowisko do przeprowadzenia największego IPO w historii, czyli upublicznienia Saudi Aramco”.

– Marzeniem z gatunku mało realnych jest natomiast pojawienie się wiarygodnych symptomów, że światowa gospodarka odzyskuje animusz. Przede wszystkim dotyczy to gospodarek Europy Zachodniej, a zwłaszcza Niemiec. Dlatego też na naszej przedświątecznej liście szerokim łukiem omijamy waluty i aktywa związane z koniunkturą w Eurolandzie. Między innymi po ostatnim odbiciu branże procykliczne utraciły lwią część swojej atrakcyjności, która w niesprzyjającym otoczeniu makro bazowała na niskich wycenach – kwituje przedświąteczną listę analityk.

Trump podpisał ustawę ws. Hong Kongu. Chiny wyrażają niezadowolenie

Zanim USA przeszły do obchodów Święta Dziękczynienia, prezydent Donald Trump podpisał ustawę ws. Hong Kongu. Choć decyzja nie była zaskoczeniem, jej moment po zamknięciu handlu na Wall Street przysporzył mini-chaosu. Dziś rano jest już spokojniej, gdyż ustawa raczej nie zaprzepaści negocjacji handlowych, nawet jeśli Chiny wyrażają niezadowolenie z decyzji Trumpa.

Rynki czekają na podpis Trumpa pod dokumentem, który dotyczy relacji z Chinami, ale chyba nie na taki, jaki pojawił się dziś w nocy. Prezydent USA złożył podpis pod ustawą, która w swojej treści popiera protestujących w Hong Kongu. Ustawa przewiduje coroczną analizę sytuacji w Hong Kongu pod kątem utrzymania specjalnego statusu dla wymiany handlowej z USA oraz dopuszcza nałożenie sankcji na oficjeli uznanych za odpowiedzialnych łamania praw człowieka. Chiny już odpowiedziały sprzeciwem i zagroziły „stanowczymi środkami zaradczymi”. Z rynków ponownie ulatuje optymizm tlący się wokół nadziei na porozumienia handlowe między USA i Chinami. Jakkolwiek jest mało prawdopodobne, aby sprawa Hong Kongu mogła całkowicie zaprzepaścić postępy w negocjacjach handlowych, to nawet sam Trump stwierdził, że Hong Kong jest „czynnikiem komplikującym” rozmowy. Chyba już nikt nie będzie miał wątpliwości, że podpisanie porozumienia Pierwszej Fazy w tym roku już nie będzie miało miejsca. W międzyczasie kluczowym punktem będzie, czy USA zdecyduje się odroczyć nałożenie ceł pierwotnie zaplanowanych na 15 grudnia. Jeśli nie (a Trump jest temu przeciwny), w kolejnych dniach może być trudno o poprawę sentymentu.

Funt otrzymał świeży impuls do zwyżki, gdyż wzrosły oczekiwania na samodzielną większość parlamentarną Partii Konserwatywnej. Agencja YouGov przedstawiła model predykcyjny, z którego wynika, że Partia Konserwatywna może zdobyć 359 miejsc spośród 650 w Izbie Gmin (wzrost od ostatnich wyborów o 42), a Partia Pracy tylko 211 (mniej o 51). Wyniki modelu są ważne, gdyż dwa lata temu podobny model poprawnie przewidział wyniki wyborów. Sondaże potwierdzają, że wybory stały się wyścigiem dwóch partii przy całkowitym pogrzebaniu znaczenia Liberalnych Demokratów i Partii Brexitu. Jakkolwiek przewaga torysów nad laburzystami wydaje się spora, to do wyborów zostało dwa tygodnie, co w brytyjskiej polityce jest długim okresem. Już w ostatnich dniach w sondażach zaznaczała się topniejąca przewaga Konserwatystów i podtrzymanie trendu może zbliżyć wynik obu partii. Partia Pracy zyskuje na przedstawionym programie politycznym, który uciszył część obaw o wprowadzenie rządów socjalistycznych. Jednocześnie osoba Borisa Johnsona może sprawić torysom więcej kłopotów niż korzyści (jak ostatnie podejrzenia o finansowanie z Rosji). W 2017 r. Partia Konserwatywna miał 8 pkt proc. przewagi w sondażach na Partią Pracy, a wyborach utrzymał tylko 2,5 pkt proc. Wysoka wygrania torysów będzie silnym impulsem dla rajdu funta (1,32-1,34 przed końcem roku), ale do czasu wyborów nie zdziwiłbym się, jeśli GBP/USD będzie miał problem ze złamaniem 1,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PPK obciąży przeciętnego pracodawcę o średnio 89 tys. złotych

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych, czyli programie oszczędzania środków na zabezpieczenie emerytalne, weszła w życie 1 stycznia br., a obowiązywać zaczęła już od 1 lipca. Pierwszymi uczestnikami nowego systemu zostali pracownicy dużych firm, zatrudniających minimum 250 osób na umowach cywilnoprawnych, od których odprowadzane są składki na ubezpieczenia emerytalne i rentowe. Teoretyczna suma pracowników zaangażowanych w oszczędzanie w PPK, wynosi 3,18 mln osób.[1] Teoretyczna, ponieważ 47 proc. firm wyraża przekonanie, że większość pracowników ich organizacji nie będzie zainteresowana przystąpieniem do Pracowniczych Planów Kapitałowych.[2]

Kolejne firmy muszą dołączyć do PPK

Od 1 stycznia 2020 r. do programu Pracowniczych Planów Kapitałowych muszą przystąpić średnie przedsiębiorstwa, tj. takie, które zatrudniają między 50-249 osób (według stanu na dzień 30 czerwca 2019 r.). W sumie obejmą ponad 14,7 tys. podmiotów niefinansowych.[3] Kolejny krok wprowadzania Polaków do PPK nastąpi 1 lipca 2020 r., gdy do programu dołączy blisko 51,7 tys. małych przedsiębiorstw. Ostatnimi, które wprowadzą nowy system oszczędzania będą mikroprzedsiębiorstwa (zatrudniające do 9 osób) od 1 stycznia 2021 r.

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych zakłada finansowanie funduszy przez trzy podmioty: pracownika, pracodawcę oraz coroczny bonus od państwa. Dwie pierwsze opcje można podzielić na kilka wariantów:

  • Plan minimum – 92 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało wdrożyć minimalną wymaganą przez regulacje prawne wersję, która zobowiązuje pracodawców do przekazania na fundusz 1,5 proc. wynagrodzenia brutto pracownika.[4]
  • Plan z dodatkową wpłatą pracodawcy – oprócz podstawowego wkładu 1,5 proc. wynagrodzenia pracownika przedsiębiorca może zadeklarować dokonywanie wpłat dodatkowych z własnej kieszeni, do wysokości 2,5 proc. wynagrodzenia brutto. Warto zaznaczyć, że każda wpłata wiąże się z potrąceniem podatku dochodowego, który od października wynosi 17 proc. Eksperci oceniają, że w najbliższych latach dodatkowe środki od pracodawcy na poczet PPK mogą służyć jako atut w czasie rekrutacji nowych pracowników.
  • Plan z dodatkową wpłatą pracownika – osoby zatrudnione mogą zdecydować o zwiększeniu wpłat własnych, przy czym nie mogą przekroczyć 2 proc. wynagrodzenia brutto. Wkład pracownika obliczany jest od kwoty brutto, przy czym wpłata trafia do PPK odliczona po opodatkowaniu, zmniejszając istotnie wypłatę.

Koszty liczone w setkach tysięcy

Przy przeciętnym wynagrodzeniu, które w trzecim kwartale 2019 r. wyniosło 4931,59 zł, jeśli pracodawca i pracownik zadeklarują finansowanie PPK w planie minimalnym, sumy miesięcznych wpłat wynoszą odpowiednio 73,97 zł i 98,63 zł.

  • Zakładając, że średniej wielkości firma zatrudnia 100 osób, co miesiąc na poczet Pracowniczych Planów Kapitałowych pracodawca musi przeznaczyć dodatkowe 7 397 zł, w skali roku obciążenie sięga blisko 89 tys. zł. Inwestycja w dostosowanie systemów informatycznych firmy, zatrudnienie osoby odpowiedzialnej za obsługę programu czy zaangażowanie odpowiedniej instytucji finansowej pod PPK podnosi wydatki na implementację i funkcjonowanie nowego programu o kolejne kilkanaście tysięcy. Szacujemy, że koszt fundusz wynagrodzeń wzrośnie w średnich firmach nawet o 3 proc. – komentuje Alexander Beresford, CMO Finiata.pl.

Od 1 stycznia 2020 r. płaca minimalna zostanie podwyższona o 350 zł brutto, do poziomu 2 600 zł brutto, tym samym prognozowane przeciętne wynagrodzenie na przyszły rok przyjęto na poziomie aż 5 227 zł. Z drugiej strony tymczasowo odłożony do dyskusji rządowy projekt zniesienia 30-krotności limitu składek na ZUS, obniżyłby wynagrodzenie pracowników zarabiających powyżej 20 tys. zł brutto miesięcznie, a pracodawca musiałby zapłacić dodatkowo blisko 4 tys. zł z tytułu składek ZUS. Realnie przekłada się to na wyższe składki na ubezpieczenie społeczne i zachwianie płynności finansowej przedsiębiorstw.

  • Na chwilę obecną Pracownicze Plany Kapitałowe, które funkcjonują na rynku od blisko 5 miesięcy, nie pozwalają jednoznacznie stwierdzić, czy w dalszej przyszłości pracownicy osiągną lepszy efekt z odkładania swoich środków w ramach tego programu biorąc pod uwagę zmieniającą się koniunkturę rynkową i inne czynniki makroekonomiczne, a także polityczne, niż gdyby wybrali inną opcję oszczędzania na emeryturę. Ponadto obowiązek wprowadzenia PPK przez pracodawców znacznie zwiększył koszt zatrudnienia pracownika, co istotnie wpływa na obniżenie rentowności firm – komentuje Monika Żebrowska, Senior HR&Finance Manager w Clue PR.

Największymi z wyzwań dla przedsiębiorców przy wdrożeniu Pracowniczych Planów Kapitałowych wewnątrz organizacji są kwestie organizacyjne i prawne. Ponad połowa badanych firm (52 proc.) rozpoczęła współpracę z zewnętrznymi dostawcami kompleksowo wspierającymi w obszarze zmian w dokumentach, a także firmowych systemach księgowych i HR. Integracja odpowiednich systemów IT, które wspomogą wymianę informacji na linii pracownik-pracodawca oraz pracodawca-fundusz zarządzający stanowi dodatkową inwestycję w programy finansowe np. ERP lub dedykowane oprogramowanie, których koszt może sięgać nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Posiadanie właściwego mechanizmu informatycznego wspomoże w przyszłości prowadzenie poprawnej ewidencji uczestników PPK oraz składanych przez pracowników deklaracji, rejestracji wykazu pobranych i przekazanych do wybranej instytucji finansowej składek, czy obliczanie wysokości wpłat i terminowe przekazywanie ich do wybranej instytucji finansowej. Również gromadzenie i archiwizowanie informacji dotyczących PPK jest istotnie ważne w kontekście regulacji prawno-karnych.

Nawet milion złotych kary

W każdej nowej ustawie nakładającej na przedsiębiorców obowiązki pojawia się rozdział z przepisami karnymi. Nie inaczej jest w przypadku programu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Pracodawcy powinni uważnie pilnować harmonogramu, który zakłada ustawa, ponieważ karą za nieterminowe zawarcie umowy o zarządzanie PPK jest grzywna w wysokości nie wyższej niż 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń u danego podmiotu zatrudniającego w roku obrotowym poprzedzającym popełnienie czynu zabronionego – przykładowo dla małych i średnich firm, które będą musiały zawrzeć umowy o zarządzenie PPK w 2020 r., punktem wyjścia będzie fundusz wynagrodzeń za 2019 r. Karze podlega również niezawarcie w terminie umowy z uprawnionym podmiotem finansowym o prowadzenie PPK w imieniu osoby zatrudnionej. Ustawa za ten czyn wyznacza grzywnę w wysokości od 1 tys. do 1 mln zł.

Karze grzywny o wartości do 1,5 proc. funduszu wynagrodzeń podlega również nakłanianie pracowników do rezygnacji z oszczędzania w PPK. Udział w Pracowniczych Planach Kapitałowych jest dobrowolny, tzn. że osoby zatrudnione mogą w dowolnym momencie zrezygnować lub dołączyć do programu. Pracodawca lub osoby działające z jego polecenia mogą informować osoby zatrudnione o dobrowolności oszczędzania w PPK i o możliwości rezygnacji z udziału w tym programie, jednak informowanie nie może przybrać postaci nakłaniania – niedozwolone jest oferowanie innych korzyści, prośby, groźby lub sugestie, które mogłyby wpłynąć na decyzję pracownika.

Prawidłowe wprowadzenie PPK wewnątrz organizacji, jest szczególnie istotne ponieważ ustawa zakłada otwarte założenia, a poprawność konkretnych rozwiązań będą potwierdzały dopiero przyszłe kontrole Państwowej Inspekcji Pracy i Polskiego Funduszu Rozwoju.

[1] GUS, Podmioty gospodarcze według rodzajów i miejsc prowadzenia działalności w 2018 r.

[2] KPMG, Pracownicze Plany Kapitałowe, Październik 2019

[3] GUS, Podmioty gospodarcze według rodzajów i miejsc prowadzenia działalności w 2018 r.

[4] KPMG, Pracownicze Plany Kapitałowe, Październik 2019

Branża transportowa w Polsce – nadchodzi czas zawirowań

Branża transportowo-logistyczna jest jednym z kół zamachowych polskiej gospodarki. To ponad 150 tys. podmiotów dających pracę ponad 800 tys. ludziom i generujących łącznie ponad 270 mld zł obrotów. Branżę, która ma za sobą okres dynamicznego wzrostu, czeka jednak szereg wyzwań wynikających ze zmian w krajowym i międzynarodowym otoczeniu regulacyjnym, gospodarczym oraz technologicznym – przekonują w najnowszym raporcie eksperci Banku Pekao.

Opublikowany przez Bank Pekao raport pt. „Nadchodzi czas zawirowań. Jak poradzi sobie z nimi polska branża transportowa?” wskazuje polski sektor transportowo-logistyczny jako jedną z najbardziej dynamicznych gałęzi polskiej gospodarki. Od początku XXI wieku był on drugą najszybciej rozwijającą się branżą pod względem wytwarzanej wartości dodanej brutto – ponad 8 proc. średniorocznie. To ponad dwukrotnie szybszy wzrost niż średnia dla Unii Europejskiej, wynosząca niewiele ponad 3 proc. Dynamika wzrostu była w Polsce szybsza niż w którymkolwiek kraju UE.

Udział sektora transportowego w łącznej wartości dodanej brutto Polski wzrósł o blisko 2,5 pkt. proc. do poziomu ponad 7 proc., przy średniej unijnej na poziomie niecałych 5 proc. Polskie firmy są niekwestionowanymi liderami międzynarodowych towarowych przewozów drogowych, obsługując blisko jedną trzecią pracy przewozowej wszystkich ciężarówek zarejestrowanych w krajach Unii Europejskiej. Wysoką dynamiką rozwojową charakteryzuje się też działalność magazynowa, pasażerski transport lotniczy czy przeładunki w portach morskich.

– Niezależnie od bezsprzecznych sukcesów, jakie branża transportowa odniosła w ostatnich latach, należy ona do tych sektorów gospodarki, które najpoważniej mogą odczuć zmiany zachodzące w ich krajowym i międzynarodowym otoczeniu regulacyjnym, gospodarczym oraz technologicznym. Niektóre z tych zmian mają wręcz rewolucyjny charakter i mogą zasadniczo wpłynąć na warunki gry. Co ważne, z punktu widzenia polskich firm niekoniecznie muszą to być zmiany na lepsze mówi Paweł Kowalski, ekspert z Biura Analiz Makroekonomicznych Banku Pekao, autor raportu.

Wśród „game-changerów” analitycy Banku Pekao wymieniają niekorzystne zmiany w unijnym otoczeniu regulacyjnym. Chodzi przede wszystkim o tzw. Pakiet Mobilności oraz politykę środowiskową, preferującą przewozy kolejowe kosztem transportu drogowego, co może grozić zahamowaniem rozwoju towarowych przewozów drogowych. Istotnym wyzwaniem dla branży jest również niedobór pracowników wymuszający wzrost płac, co z kolei uderza w dotychczasową przewagę konkurencyjną polskich firm.

Jako inne bariery rozwojowe, eksperci Pekao wskazują między innymi niedostatki infrastruktury w transporcie kolejowym i rzecznym, wciąż ograniczone warunki dla rozwoju transportu intermodalnego czy narastające problemy z przepustowością lotnisk. Również trwająca rewolucja technologiczna może przynieść daleko idące zmiany w takich obszarach jak rozwój napędów elektrycznych, autonomizacja pojazdów, digitalizacja oraz wykorzystanie sztucznej inteligencji w zarządzaniu procesami logistycznymi.

– Przewidujemy, że mimo istotnych wyzwań polska branża transportowa będzie w najbliższych latach odnotowywać wzrost popytu na swoje usługi. Nasze prognozy makroekonomiczne wskazują na stosunkowo łagodny przebieg spowolnienia gospodarczego i utrzymanie kilkuprocentowego tempa wzrostu wymiany handlowej. Istotne jest także umacnianie przez Polskę roli regionalnego hubu tranzytowego dzięki rozbudowie infrastruktury, szczególnie wzdłuż biegnących przez terytorium Polski korytarzy TEN-T i trasy Via Carpatia – dodaje Paweł Kowalski z Pekao.

Z analiz Banku Pekao wynika, że w optymistycznym scenariuszu obroty polskich firm z branży transportowo-logistycznej w horyzoncie do 2030 r. mogą rosnąć o około 4-5 proc. rocznie. To wprawdzie o około połowę wolniej niż w mijającej dekadzie, ale – jak wskazują autorzy raportu – nadal obserwujemy znaczącą przestrzeń do dalszego rozwoju.

Realizacja tego optymistycznego scenariusza będzie jednak wymagać szeregu dostosowań strukturalnych zarówno od samej branży, jak i ze strony państwa. Po stronie firm, wśród kluczowych kwestii znajdą się m.in. dostosowanie modeli biznesowych przewoźników drogowych do nowych regulacji unijnych, optymalizacja kosztowa, modernizacja taboru czy wdrożenie nowoczesnych technologii zarządzania procesami transportowo-logistycznymi.

Z kolei pole dla państwa otwiera się w obszarze skutecznej i szybkiej realizacji inwestycji infrastrukturalnych aktywizujących transport kolejowy i rzeczny, stworzenia korzystnych warunków dla rozwoju transportu intermodalnego czy wspierania rozwoju obsługującej transport działalności magazynowo-usługowej na terenie naszego kraju. Brak odpowiednich dostosowań do zmieniających się warunków grozi znacznie głębszym spowolnieniem dynamiki generowanych przez branżę obrotów, do około 2-3 proc. średniorocznie w latach 2019-2030.

Dekpol zwiększa przychody i zyski

Dekpol opublikował wyniki finansowe za trzy kwartały 2019 roku, zgodnie z którymi skonsolidowane przychody wzrosły w ujęciu r./r. o 7% do 611,7 mln zł. Grupa Kapitałowa specjalizująca się w generalnym wykonawstwie, działalności deweloperskiej oraz produkcji osprzętu do maszyn budowlanych wypracowała w tym okresie 24,2 mln zł zysku netto.

Grupa Kapitałowa Dekpol w pierwszych trzech kwartałach 2019 r. osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 611,7 mln zł, czyli o 7% więcej niż rok wcześniej. W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku wypracowała 24,2 mln zł zysku netto, co oznacza poprawę r./r. o blisko 9%. Wartość kapitałów własnych od początku roku wzrosła z kolei o 12,6% do 215,7 mln zł.

„Jesteśmy zadowoleni z tempa wzrostu wszystkich naszych segmentów biznesowych. Ostatnio podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu kolejnego – po wyodrębnieniu działalności deweloperskiej – etapu reorganizacji i zmian zasad zarządzania firmą. Obecnie planujemy przeniesienie zorganizowanych części przedsiębiorstwa, obejmujących działalność Departamentu Generalnego Wykonawstwa oraz Produkcji Osprzętu do Maszyn Budowlanych, do spółek celowych. Chcemy w ten sposób wprowadzić system zarządzania dopasowany do zwiększającej się skali działalności” – podkreślił Mariusz Tuchlin, Prezes Zarządu Dekpol S.A.

W ramach Generalnego Wykonawstwa Grupa Kapitałowa na koniec września br. realizowała kontrakty dla podmiotów zewnętrznych o łącznej umownej wartości 380 mln zł netto. Do wykonania pozostawały projekty liczące ponad 100 mln zł netto. Dodatkowo wartość projektów deweloperskich z terminem realizacji po 30 września br., obsługiwanych w ramach zleceń wewnątrzgrupowych, wynosiła ponad 150 mln zł netto.
Z kolei Departament Produkcji Osprzętu Do Maszyn Budowlanych w okresie trzech kwartałów br. osiągnął 34% wzrost obrotów w ujęciu r./r., przy jednoczesnym znacznym zwiększeniu zysku netto. Efekty przyniosła konsekwentnie realizowana polityka optymalizacji i standaryzacji procesów produkcyjnych. Tworzenie technologii na poszczególne osprzęty związane jest z wdrażaniem nowego systemu ERP niezbędnego do prawidłowego zarządzania produkcją.

W sierpniu br. Dekpol uzyskał kolejny certyfikat autoryzowanego dostawcy OEM do producenta największych na świecie koparek dedykowanych do kopalni odkrywkowych. Od 2020 roku Departament Produkcji Osprzętu rozpocznie wytwarzanie i dostarczanie łyżek o wadze ponad 20 ton, zarówno przedsiębiernych, jak i podsiębiernych. „Autoryzacja dla tak wymagającego odbiorcy jest dowodem wysokiej oceny poziomu zaawansowania technologicznego jak również jakościowego naszych produktów” – dodał Mariusz Tuchlin. Na podstawie analizy branży maszyn budowlanych na rynku światowym oraz panujących trendów Dekpol podjął decyzję o przywróceniu produkcji łyżek do mini i midi koparek. Ponowne uruchomienie linii do łyżek kompaktowych będzie oparte na w pełni zautomatyzowanych i powtarzalnych procesach gwarantujących osiągnięcie wysokiej marży.
W ramach segmentu deweloperskiego Grupa Dekpol utrzymuje stabilną pozycję na rynku. Od stycznia do września br. kontraktacja w rozumieniu umów przedwstępnych, deweloperskich oraz rezerwacyjnych wyniosła 314 lokali względem 452 rok wcześniej. W przychodach trzech kwartałów br. zanotowano sprzedaż 372 mieszkań, w porównaniu do 349 przekazanych w analogicznym okresie poprzedniego roku. Na koniec września br. w ofercie sprzedażowej pozostawało 260 lokali.

Wymiana walut online – korzyści dla Twojego biznesu

Wraz z rozwojem nowoczesnych technologii wiele codziennych czynności przeniosło się do Internetu. Taka sytuacja ma wiele zalet, choćby możliwość załatwienia większości spraw o każdej porze dnia i nocy. Postęp technologiczny nastąpił również w zakresie transakcji walutowych. Wymiana walut online wysoce doceniana jest m.in. przez przedsiębiorców współpracujących z zagranicznymi kontrahentami.

Czym właściwie jest kantor internetowy?

Pod względem technicznym kantor internetowy od stacjonarnego punktu wymiany walut różni się tym, iż transakcja przebiega bez udziału gotówki. Specjalnie zaprojektowana platforma, np. https://internetowykantor.pl/, współpracując z bankami umożliwia zrealizowanie operacji całkowicie online. Zanim podejmiemy się przewalutowania w ten sposób, niezbędna będzie rejestracja w wybranym e-kantorze. To wymóg podyktowany przede wszystkim kwestią bezpieczeństwa klienta, a samo założenie konta nie obciąża nas ani opłatami, ani zbędnymi formalnościami. Wymiana walut online ogromną popularnością cieszy się jednak nie tylko ze względu na samą formę usługi, użytkownicy e-kantorów główną zaletę dostrzegają w niskich kosztach i atrakcyjnych kursach. Wśród zwolenników kantorów internetowych znajdują się m.in. tysiące przedsiębiorców – eksporterów i importerów, dla których obrót obcą walutą stanowi codzienność.

Powody, dla których kantor internetowy zyskuje nad bankami przewagę

Jakość polskich produktów jest coraz bardziej doceniana na zagranicznych rynkach. Międzynarodowa wymiana handlowa zatem kwitnie, przy czym nowoczesne rozwiązania zdecydowanie ją upraszczają. Skoro rozliczenia z kontrahentami przebiegają bezgotówkowo, wymiana waluty w tejże formie wydaje się wręcz niezbędna dla biznesu. Choć można jej dokonać w banku, polscy przedsiębiorcy coraz częściej wybierają niezależny kantor internetowy. Dlaczego? Przemawia za tym szereg argumentów. Każda firma dąży przede wszystkim do zwiększania zysków, a zbędne koszty chętnie eliminuje. Tymczasem w bankach przewalutowanie wiąże się z dość sporym spreadem, a kursy walut potrafią dalece odbiegać od notowań rynkowych. Kantor online zapewnia znacznie lepsze warunki, będąc w stanie spread walutowy ograniczyć do minimum, np. wartości wynoszącej zaledwie 0,6% zamiast 5-8% jak ma to miejsce w bankach. W przypadku dużych wymian oszczędność będzie więc znaczna. Jaka dokładnie? Można wyliczyć to pomocnym kalkulatorem walut, którym dysponuje m.in. platforma https://internetowykantor.pl/. Kolejną zaletę stanowi szybkość przelewów, nie tylko w ramach krajowych rachunków, ale też tych zagranicznych. Większość e-kantorów bez problemu księguje środki z kont zagranicznych oraz polskich umożliwiając w pełni bezpieczne transfery.

Więcej niż wymiana walut online

Dzięki e-kantorom przedsiębiorcy zyskują większą stabilność w biznesie. Kantor internetowy to bowiem nie tylko szybka wymiana walut online, ale i narzędzie pozwalające na komfortowe śledzenie kursów przez 24 godziny na dobę, a nawet „rezerwację” preferowanej ceny. Jedną i drugą funkcjonalność posiada Internetowykantor.pl. Kursy walut są aktualizowane co kilka sekund, a zlecając operację można wskazać cenę, po jakiej chcemy sfinalizować przewalutowanie – wówczas dojdzie ono do skutku automatycznie, kiedy kurs danej waluty osiągnie określoną wysokość. Owo udogodnienia bardzo skutecznie chroni przedsiębiorców przed ewentualnymi stratami związanymi z wahaniami kursowymi.

Boom na inteligentne boty zwiastuje nadchodzącą rewolucję w działach obsługi klienta i sprzedaży

Jak wynika z raportu Capgemini, konsumenci coraz częściej wolą wchodzić w interakcję z wirtualnymi asystentami głosowymi i czatbotami niż z ludźmi pracującymi w działach obsługi klienta i sprzedaży. Aż 70% respondentów twierdzi, że w ciągu trzech lat stopniowo zastąpi asystentem głosowym wizyty w sklepie lub banku.

Według raportu “Smart Talk: How organizations and consumers are embracing voice and chat assistants” opracowanego przez zespół Capgemini, w latach 2017-2019 nastąpił znaczący wzrost wykorzystania asystentów głosowych przez konsumentów do różnych celów, w tym kupowania produktów, takich jak artykuły spożywcze (wzrost z 35 % do 53 %), interakcji z obsługą klienta po zakupie (wzrost z 37 % do 52 %) oraz dokonywania płatności za produkty lub usługi (wzrost z 28 % do 48 %).

Boty usprawniają komunikację

Konsumenci w coraz większym stopniu doceniają zdolność asystentów do prowadzenia rozmów w celu zapewnienia satysfakcji klienta. W 2017 r. 61 proc. konsumentów wyraziło zadowolenie z korzystania z usług głosowego asystenta osobistego, takiego jak Google Assistant lub Siri na swoich smartfonach; liczba ta wzrosła do 72 proc. w 2019 roku.

Korzystamy z wirtualnych asystentów głosowych i czatbotów, ponieważ tak jest nam po prostu łatwiej. Ponad dwie trzecie (68%) konsumentów zauważyło, że asystent głosowy pozwala na wykonywanie wielu zadań jednocześnie. Rozmawiając z botem możemy jednocześnie załatwiać ważną dla nas sprawę i np. zmywać naczynia. Wpływa to m. in. na znaczącą oszczędność czasu – 59% ankietowanych twierdzi, że asystenci głosowi sprawiają, że proces obsługi klienta trwa zdecydowanie szybciej.

Nie tylko konsumenci doceniają boty, ale również firmy, które wykorzystują je do usprawniania różnych procesów. Ponad trzy czwarte firm (76%) stwierdziło, że uzyskało wymierne korzyści płynące z wdrożenia inicjatyw w zakresie obsługi głosowej lub czatu, a 58% stwierdziło, że korzyści te spełniły lub przekroczyły ich oczekiwania. Korzyści obejmowały ponad 20% w redukcji kosztów obsługi klienta oraz ponad 20% we wzroście liczby konsumentów, korzystających z usług asystentów cyfrowych.

Boty muszą być jak ludzie

Rosnące zainteresowanie i wykorzystanie asystentów głosowych i czatbotów sprawia, że pojawiają się również w związku z tym nowe wyzwania. Jednym z nich jest upodobnienie rozmowy z botem w jak największym stopniu to interakcji z człowiekiem.

Jak wynika z badania Capgemini, 58% konsumentów oczekuje interakcji z spersonalizowanym asystentem głosowym, 55% chce, aby miał on nadane konkretne imię, a 53% wymaga, aby jego osobowość była jasno zdefiniowana.

Jeśli poprosisz ludzi, z obszaru biznesu lub spoza niego, aby pomyśleli o sztucznej inteligencji (AI), to większość z nich w pierwszym odruchu pomyśli o pewnej formie interakcji człowiek-komputer, które w swojej istocie będą przede wszystkim inteligentne. Jeśli zadasz to samo pytanie programistom, jest już bardziej prawdopodobne, że jednym z pierwszych elementów interakcji, o których z kolei wspomną, będzie potrzeba, aby te interakcje były naturalne i adekwatne. Jeśli system nie rozumie słów lub intencji nadawcy, bądź jeśli regularnie działa niewłaściwie w danym kontekście, to nie minie dużo czasu zanim ludzie będą sfrustrowani i dojdą do wniosku, że system jest bezużyteczny, a co za tym idzie, również reputacja marki zostanie nadszarpnięta. -Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Przykład: tak może wyglądać dobrze zaprojektowany bot

W Polsce powstają boty, które spełniają wymagania globalnych firm i ich klientów. Zespół Capgemini, który stworzył bota “Cash Collections Assistant Powered by Artificial Intelligence” został nagrodzony prestiżową nagrodą AI Breakthrough Award dla najlepszego wirtualnego rozwiązania w segmencie inteligentnych agentów. Tegoroczny program przyciągnął ponad 2500 nominacji z ponad 15 krajów na całym świecie.

Wirtualny asystent „Cash Collections Assistant Powered by Artificial Intelligence” został zaprojektowany z myślą o zastosowaniu zarówno w środowiskach konsumenckich, jak i B2B. Rozwiązanie to ma na celu zapewnienie najlepszej obsługi klienta w obszarze przepływu środków pieniężnych.

Nasz inteligentny asystent wykonuje uprzejme telefony do firm i osób prywatnych, przypominając im, że wkrótce będzie można spodziewać się płatności. Wykonuje również telefony w przypadku zwłoki w spłacie długów. Współpracowaliśmy z najlepszymi w swojej klasie dostawcami zewnętrznymi, aby udostępnić tę usługę w 24 językach, w tym w mniej popularnych językach, takich jak holenderski i fiński, a także w kilku wariacjach z różnymi akcentami. Na przykład, usługi po angielsku mogą być świadczone z brytyjskim, amerykańskim i australijskim akcentem. Rozwiązanie może obsługiwać zarówno język potoczny, jak i bardziej formalny, a także naśladuje okazjonalne chwile wahania w regularnej mowie, aby rozmowa była bardziej naturalna. -Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services, jeden z twórców rozwiązania

Inteligencja, która stoi za rozwiązaniem jest niezwykle istotna. Na przykład, Cash Collections Assistant Powered by Artificial Intelligence rozpoznaje obietnice zapłaty i rejestruje je automatycznie, a także może obsłużyć wczesne etapy potencjalnego sporu.

Wszystko to zmniejsza liczbę powtarzających się zadań związanych ze zbiórką płatności, umożliwiając pracownikom koncentrację na bardziej skomplikowanej pracy i obsłudze wyjątków procesowych. Co więcej, rozwiązanie jest zintegrowane z usługami typu back-end, takimi jak SAP, a więc stanowi część kompleksowego podejścia.

W miarę upływu czasu spodziewamy się, że jego możliwości będą rosnąć. Zdolność inteligentnych asystentów i innych tego typu rozwiązań, do wydobywania danych korporacyjnych w celu uzyskania informacji, uzbroi je w wiedzę, której może nie posiadać każdy pojedynczy pracownik obsługi połączeń. Zintegrowany charakter naszego podejścia ma fundamentalne znaczenie. To odzwierciedla ogólne podejście Capgemini do pracy ze wszystkimi klientami. Na pierwszym miejscu stawiamy uzyskanie wymiernych korzyści biznesowych z wykorzystania rozwiązań wdrażanych przez naszych klientów. Opracowywane przez nas rozwiązania mają dostęp do szczegółowych informacji o procesach i sprawach organizacji, w której są one stosowane, co zwiększa efektywność pracy. -Mirosław Bartecki, główny architekt AI w Capgemini Business Services

Black Friday i Cyber Monday – co, dlaczego i jak kupują Polacy?

Listopadowe wyprzedaże pod hasłem Black Friday i Cyber Monday tuż tuż! Mimo, że akcje te organizowane są nad Wisłą zaledwie od kilku lat, to zapisały się na stałe w świadomości Polaków. Równocześnie postępująca cyfryzacja nawyków zakupowych sprawiła, że coraz częściej kupujemy przez internet. Raport SAP podpowiada właścicielom sklepów internetowych, kto, co i jak kupuje w sieci oraz jak rozwijać swój biznes e-commerce.

Popularność masowych wyprzedaży w ostatni piątek listopada w sklepach stacjonarnych oraz sklepach internetowych trzy dni później rośnie w Polsce systematycznie od około 4-5 lat, kiedy to obie inicjatywy zagościły w naszym kraju. Część sprzedawców idzie nawet o krok dalej i wydłuża okres trwania promocji. Rozciągnięcie jej na cały weekend jest bardzo często spotykane, ale są i tacy, którzy organizują akcje rabatowe utrzymujące się przez prawie cały listopad. Zaciera się też powoli podział na promocje organizowane w salonach i te w sieci. Większość akcji rabatowych odbywa się równolegle – stacjonarnie i w internecie.

Niezależnie, czy wchodzimy do sklepu stacjonarnego czy odwiedzamy jego stronę internetową, mamy do czynienia z tą samą marką. Dlatego dziś celem jest budowanie bliskiej i długofalowej więzi z konsumentem, która rozwija się harmonijnie niezależnie od formy kontaktu, na każdym etapie relacji klient- marka. To właśnie takie podejście kryje się za popularnym pojęciem customer journey. -Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU

Prawie 18 mln Polaków kupuje online

Według „Ecommerce Report: Poland 2019” przygotowanego przy współudziale SAP, 77% Polaków aktywnie korzysta z internetu. 61% z nich robi zakupy w sklepach internetowych. W zeszłym roku najaktywniejszą grupą klientów były osoby pomiędzy 25. a 34. rokiem życia (33%), choć młodszych konsumentów nie było wcale dużo mniej – 31% ogółu. Osoby w wieku 35-49 stanowiły z kolei 25% kupujących. Najmniejszy odsetek nabywców online to osoby powyżej pięćdziesiątki – 12%.

Polscy konsumenci dokonują zakupów za pośrednictwem różnych urządzeń. W zeszłym roku niezmiennie najczęściej korzystali z laptopa (82%) lub PC (62%). Sprzedawcy powinni jednak pamiętać, że z roku na rok rośnie odsetek kupujących za pomocą smartfona. Pomiędzy 2017 a 2018 r. wzrósł on o 10 pp. – do 58%.Raport SAP Black Friday i Cyber Monday 3

Odzież i akcesoria na szczycie zakupów internetowych

Od dawna wiadomo, że zdjęcia odzieży prezentowane w materiałach reklamowych wielu marek są odpowiednio retuszowane i modyfikowane za pomocą programów graficznych. Nie zawsze też będą leżeć na nas w ten sam sposób jak na modelkach i modelach. Nie powstrzymuje to nas jednak od kupowania ubrań w sieci, bez wcześniejszego ich przymierzenia. Zapewne wpływ ma na to też przyjazna polityka zwrotów wielu sklepów. W efekcie odzież i akcesoria są najchętniej kupowaną w e-sklepach grupą produktów. Tego typu transakcji dokonuje 64% e-konsumentów. Na drugim miejscu wśród najczęściej kupowanych zdalnie towarów są książki, filmy i muzyka (54%), a na trzecim i czwartym odpowiednio bilety do kin i teatrów (51%) oraz obuwie (44%).Raport SAP Black Friday i Cyber Monday

Na artykuły i usługi kupowane przez internet przeznaczamy coraz więcej pieniędzy. W 2019 r. według prognoz będzie to ok. 20% więcej niż rok wcześniej. Przeciętny e-nabywca wyda na zakupy internetowe ok. 2 800 zł w tym roku. Oznacza to, że łączna wartość zakupów polskich internautów wyniesie ok. 50 mld zł.

Media społecznościowe kopalnią inspiracji zakupowych

Współczesny konsument jest obecny w wielu miejscach w sieci codziennie, często – równocześnie. Za pośrednictwem jakich kanałów zatem najlepiej do niego dotrzeć? Skąd czerpie inspiracje zakupowe? Okazuje się, że tak jak w wielu innych dziedzinach, najważniejsza jest obecność w mediach społecznościowych. Ponad połowa internautów (58%) właśnie tu daje się zainspirować (i skusić). Wiele osób korzysta również z porównywarek cenowych (43%), ale niewiele mniej skuteczne w kreowaniu podpowiedzi zakupowych są same witryny sklepów internetowych. Wyświetlanymi na nich informacjami sugeruje się 40% kupujących.Raport SAP Black Friday i Cyber Monday 2

O czym pamiętać, żeby osiągnąć sukces w e-commerce?

Choć drzemiący w e-commerce potencjał jest ogromny, to nie każdy odnosi na tym polu sukces, nawet w okresie boomu sprzedażowego, jak Black Friday i Cyber Monday. Eksperci SAP, którzy na co dzień wspierają rozwój przedsiębiorców internetowych, radzą pamiętać o następujących rzeczach:

  • 61% Polaków oczekuje, że firma będzie umiała ich zaskoczyć ofertą,
  • 89% konsumentów oczekuje odpowiedzi na swoje zapytanie w ciągu max. 24 godzin,
  • 45% konsumentów w Polsce zwraca uwagę na spójność promocji w sklepach online i stacjonarnych.

Wizerunek masz jeden!

Zarówno sklepy stacjonarne, jak i witryna internetowa powinny jasno uświadamiać klientom, że mają do czynienia z tą samą marką, oferującą te same standardy. Spójne i harmonijne rozwijanie więzi z klientem, także w sferze promocji i akcji rabatowych, niezależnie od formy kontaktu, jest podstawą jego lojalności wobec marki. Dla stałych klientów warto też zorganizować dodatkowe akcje.

Produkty i usługi są ważne, ale dzisiaj coraz częściej sprzedajemy doświadczenia z nimi związane. Klient pragnie być zauważony, zrozumiany i doceniony, nie chce być tylko anonimowym wpisem w bazie danych. Jeśli będziemy o nim pamiętali i utrzymywali z nim kontakt, trafiając w jego potrzeby i oczekiwania, sprawimy, że będzie miał dobre skojarzenia z naszą marką. A do lubianej marki ludzie zawsze będą chętnie wracać.
-Joanna Kosiorek, SAP Customer Experience Marketing Manager, CEE MU.

Justyna Kędzierska

Polski przemysł stoczniowy czeka na zlecenia. Zamówienia z MON mogą jednak trafić do szwedzkiej stoczni

Marynarka Wojenna jest najbardziej zaniedbanym i niedoinwestowanym rodzajem sił zbrojnych – mówi dr hab. Paweł Soroka z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Zakup nowych okrętów to jedna z najbardziej palących potrzeb, bo stare jednostki – liczące średnio ponad 30 lat – są wycofywane ze służby. Tymczasem MON zamierza, według doniesień mediów, kupić kolejne 30-letnie używane jednostki, tym razem okręty podwodne ze Szwecji. Okręty te mają następnie zostać wyremontowane w szwedzkiej stoczni, co ma kosztować ponad miliard złotych. Jednocześnie polskie stocznie są gotowe do budowy nowych okrętów i potrzebują zamówień od MON.

Ministerstwo Obrony Narodowej przynajmniej od 2012 roku zapowiada budowę nowych okrętów bojowych dla Marynarki Wojennej. Mają to być okręty obrony wybrzeża (korwety lub fregaty) – budowane w ramach programu „Miecznik” i okręty podwodne (program „Orka”). Choć poprzedni minister, Antoni Macierewicz, wielokrotnie anonsował rychły wybór dostawcy okrętów podwodnych, a Mariusz Błaszczak mówił o priorytetowym charakterze programu „Orka”, to na razie nic się w tej sprawie nie dzieje. Jeśli dla Marynarki Wojennej kupione zostaną używane okręty, to budowa nowych odsunie się o wiele lat.

Gdybyśmy analizowali siły Marynarki Wojennej, to flota podwodna jest w najgorszej sytuacji – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Paweł Soroka, profesor Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego. – Realizacja programu „Orka”, który dotyczy pozyskania nowoczesnych okrętów podwodnych wraz z rakietami manewrującymi, została przesunięta w czasie. Mówi się o latach 2024–2026. Jeżeli ten program nie zostanie zrealizowany, to nawet przy wdrożeniu rozwiązań pomostowych polską flotę podwodną czeka po prostu koniec.

Jak podaje „Rzeczpospolita”, w ramach tzw. rozwiązań pomostowych MON może zakupić 30-letnie szwedzkie okręty podwodne typu „Södermanland”. Remont tych jednostek ma być wykonany w szwedzkiej stoczni za około 1 mld zł. Zdaniem branżowego portalu „Defence24.pl” dzięki takiemu rozwiązaniu Ministerstwo Obrony Narodowej „pozbędzie się problemu, chwaląc się sukcesem, dając „coś” marynarzom i mogąc już bez problemu zamrozić program „Orka” na co najmniej 10 lat”. Według portalu pieniądze wydane przez MON na remont starych okrętów podwodnych „pozwolą wesprzeć szwedzką stocznię Saab Kockums. Szwedzka prasa, w tym Dagens Industri, pisała ostatnio że spółka pilnie potrzebuje zamówień w celu umożliwienia płynnego kontynuowania działalności.”

Sytuacja z zakupem starych okrętów podwodnych podobna jest do zeszłorocznej próby zakupu przez resort obrony w Australii 30-letnich fregat rakietowych Adelaide, których koszt szacowano na 2,5 mld zł. Wtedy transakcja ta nie doszła do skutku, bo sprzeciwili się jej premier Mateusz Morawiecki i minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk. Zakup za granicą starych okrętów o wątpliwej wartości bojowej oznaczał bowiem, że polskie stocznie nie będą miały zleceń na budowę nowych.

– Nie zgadzamy się z tym, aby pozyskiwać stare jednostki australijskie i w ten sposób hamować proces budowy w polskich stoczniach nowych okrętów obronnych typu korweta w ramach programów „Czapla” i „Miecznik”. My stoimy na niezmiennym i jednoznacznym stanowisku, że okręty wojenne powinny być budowane w Polsce. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby polskie stocznie budowały okręty dla polskiej Marynarki Wojennej – mówił wtedy minister Gróbarczyk.

Z potrzebą budowy w polskich stoczniach nowych okrętów dla Marynarki Wojennej zgadza się profesor Paweł Soroka.

Najlepiej kupować albo budować nowe okręty, które mają przed sobą co najmniej 30-letni żywot. W tym czasie można je modernizować, unowocześniać. Jednocześnie budowa nowych okrętów oznacza, że zostaną do tego włączone polskie stocznie. Dzięki temu odbudowa potencjału Marynarki Wojennej postępowałaby równolegle z odbudową potencjału polskiego przemysłu stoczniowego, który też znajduje się w bardzo trudnej sytuacji – mówi ekspert.

Jak podkreśla, polskie stocznie ze względu na trudną sytuację finansową bardzo potrzebują nowych kontaktów, wieloletniego finansowania i transferu technologii.

Polskie stocznie są w stanie zbudować taki okręt, jednak na zasadzie współpracy z partnerem zagranicznym, który może wnieść technologię – dodaje.

Wdrożenie programu odbudowy polskiego sektora stoczniowego mogłoby wygenerować ponad 95 mld zł dodatkowego PKB do 2030 roku, stworzyć 85 tys. nowych miejsc pracy i przynieść dodatkowe 20 mld zł dochodów podatkowych – wynika z raportu „Polski sektor stoczniowy. Stan obecny, perspektywy, zagrożenia” przygotowanego przez Instytut Wschodni. Jeśli zamówienia z MON na bojowe okręty ominą polskie stocznie, taki scenariusz nie ma raczej szans na realizację.

Estoński CIT wcale nie musi pobudzić inwestycji małych firm. Może jednak ograniczyć inwestycje samorządów

0

Zapowiedziane przez premiera Mateusza Morawieckiego w exposé wprowadzenie estońskiego CIT miałoby zgodnie z deklaracją pobudzić inwestycje i rozwój małych firm. Zdaniem ekonomisty dr hab. Artura Walasika z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach osiągnięcie takiego efektu będzie miało jednak ograniczony zasięg. Większość mikro- i małych przedsiębiorstw płaci bowiem podatek PIT, część z powodu ulg jest z CIT-u zwolniona, a rozszerzenie estońskiego CIT na większe firmy lub szerszy zakres podatków położy się cieniem na dochodach budżetu i inwestycjach samorządowych.

Estoński CIT polega na odprowadzeniu podatku dopiero przy wypłacie zysku ze spółki, np. w postaci dywidendy, a nie jak obecnie przy samym wypracowaniu zysku. W zamyśle ma to sprzyjać reinwestowaniu zarobionych pieniędzy przez przedsiębiorcę i tym samym rozwojowi małych firm. Na razie nie są jeszcze znane szczegóły tego rozwiązania, a ustną zapowiedź premier złożył w exposé.

– Patrząc, co miałoby być celem takich rozwiązań, a więc wzrost inwestycji, to nie będzie miało z punktu widzenia całej gospodarki istotnego znaczenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Artur Walasik z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. – W wielu przypadkach źródłem pozwalającym na zabezpieczenie swoich potrzeb związanych z funkcjonowaniem jako gospodarstwo domowe jest dla właściciela takiej firmy dochód z działalności gospodarczej opodatkowany PIT-em, a nie CIT-em.

Dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego od kilku lat dochody państwa z podatku CIT wzrastają. W 2018 roku wyniosły 44,3 mld zł, o połowę więcej niż w 2014 roku. W I półroczu 2019 roku Ministerstwo Finansów odnotowało dalszy wzrost i to o niemal 20 proc., do 28,2 mld zł. To jednak wciąż niespełna 15 proc. wpływów budżetowych. Gdy od 2019 roku obniżono stawkę preferencyjną CIT do 9 proc., resort szacował, że prawo do skorzystania z niej będzie miało około 460 tys. przedsiębiorstw, przy czym nie dotyczy to korzystających z ulg czy wykazujących stratę. Tymczasem samych mikroprzedsiębiorstw zatrudniających do 9 osób włącznie było na koniec 2018 roku ponad 2 miliony.

Natomiast zdaniem Artura Walasika projekt może przynieść inny niż nagłe pobudzenie prywatnych inwestycji skutek.

To może zachęcić niektórych przedsiębiorców do tego, żeby zakładać spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub w mniejszym stopniu spółki akcyjne, bo jednak tutaj wymogi kapitałowe i koszty związane z funkcjonowaniem takiej spółki są znaczące – przewiduje ekonomista. – Nie wiem, czy taka jest intencja rządu, ale może to być przy okazji coś, co będzie uznane za rozwiązanie korzystne zwłaszcza przez tych przedsiębiorców, którzy zamierzają inwestować.

Dlatego dopiero rozszerzenie grona firm uprawnionych do korzystania z modelu estońskiego albo do płatników podatku PIT z działalności gospodarczej, albo o duże firmy odprowadzające CIT dałoby – zdaniem eksperta – efekt w postaci rzeczywistego wzmocnienia nakładów firm na inwestycje. Rząd zresztą wcale tego ostatniego rozwiązania w przyszłości nie wykluczył.

Takie zmiany musiałyby dotyczyć wszystkich podmiotów, które są podatnikami podatku dochodowego od osób prawnych, a więc nie tylko małych i mikroprzedsiębiorców, albo – jeżeli popatrzymy na to z drugiej strony – rozwiązanie to musiałoby dotyczyć małych i mikroprzedsiębiorców, ale nie ograniczałoby się wyłącznie do podatku dochodowego od osób prawnych – podkreśla Artur Walasik.

Jednak wszystko zależeć będzie od wyników budżetu, i to nie tylko państwa, lecz także samorządów. A to może zaważyć na inwestycjach tych ostatnich. W 2019 roku udział jednostek samorządu terytorialnego w PIT wynosi 49,93 proc., a w CIT – 22,86 proc.

To zmniejszałoby z kolei zdolność samorządu terytorialnego do realizowania inwestycji. Zauważamy, że spadek inwestycji jest nie tylko w sektorze prywatnym, lecz także w publicznym. Ostatnio dowiadujemy się chociażby od prezydentów dużych miast, że muszą w swoich budżetach ograniczać wydatki, a w szczególności te ograniczenia często w pierwszej kolejności dotyczą właśnie inwestycji – przypomina dr hab. Artur Walasik. – Gdyby to rozwiązanie [estoński CIT – red.] było bardzo szeroko zakrojone, inwestycje publiczne byłyby zagrożone. I to bez pewności, że w firmach te środki zwiększą inwestycje prywatne.

Dobra kondycja kolei samorządowych. Przewoźnicy inwestują w nowy tabor

Kondycja przewoźników regionalnych jest dziś dobra, do czego w dużej mierze przyczyniły się środki pozyskiwane z UE w dwóch ostatnich perspektywach finansowych – ocenia prezes Kolei Mazowieckich Robert Stępień. Spółki notują wzrosty liczby pasażerów, a głównym wyzwaniem dla kolei samorządowych jest poprawa i ugruntowanie swojej pozycji rynkowej, głównie dzięki inwestycjom w tabor i obsługującą go infrastrukturę. Transport kolejowy jest jednym z najbardziej bezpiecznych i ekologicznych, a na dodatek przyczynia się do rozwoju gospodarczego, dlatego takie inwestycje – choć kosztowne – są opłacalne w długofalowej perspektywie.

Ostatnich 15 lat to był dla kolei samorządowych okres rozwoju i podnoszenia standardów funkcjonowania naszych spółek. W tym czasie liczba pasażerów Kolei Mazowieckich wzrosła z 40 do 60 mln. Warto podkreślić, że podobne wzrosty odnotowują nasi koledzy w innych spółkach samorządowych, prowadzących przewozy na terenie Polski. Tak jest na Śląsku i Dolnym Śląsku, w Wielkopolsce i Małopolsce – mówi agencji Newseria Biznes Robert Stępień, prezes zarządu spółki Koleje Mazowieckie.

Jednym z głównych elementów warunkujących jakość usług świadczonych przez przewoźników regionalnych są środki pozyskiwane z Unii Europejskiej. W przypadku Kolei Mazowieckich w dwóch ostatnich perspektywach finansowych UE (2007–2013 i trwającej 2014–2020) inwestycje w modernizację i zakupy nowego taboru sięgnęły 3,7 mld zł, z czego blisko 1,9 mld stanowiły fundusze unijne z programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko oraz Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego.

Trudno sobie wyobrazić rozwój Kolei Mazowieckich bez tych środków, ale warto podkreślić, że nie są to jedyne fundusze, które wydatkujemy na zakupy i modernizację taboru oraz inwestycje w poprawę infrastruktury, która go obsługuje – mówi Robert Stępień.

Jak podkreśla, głównym wyzwaniem dla przewoźników regionalnych jest w tej chwili poprawa i ugruntowanie swojej pozycji rynkowej, głównie dzięki inwestycjom w tabor i infrastrukturę.

Publiczny transport to najszybsza i najbardziej ekologiczna forma transportu. Dlatego warto w niego inwestować – mówi Robert Stępień. – Potrzebne są inwestycje w tabor, powiększanie sieci transportu lokalnego. Potrzebny jest powrót na te stacje kolejowe, które w okresie ostatnich dwóch–trzech dekad były zamykane. Potrzebny jest powrót do aktywnej polityki transportowej w zakresie rynku kolejowego.

Potwierdza to styczniowy raport „Kolej na regiony! Perspektywa rozwoju i wyzwania rynku” Instytutu Jagiellońskiego, z którego wynika, że większy poziom wykorzystania kolei regionalnych zwiększa możliwości rozwoju mieszkańców i pozytywnie wpływa na rozwój gospodarczy regionu, mierzony poprzez PKB per capita. Eksperci IJ wskazują, że rozwój regionalnego pasażerskiego transportu kolejowego powinien się stać centralnym elementem zintegrowanego systemu transportu publicznego.

W ocenie Agencji Kolejowej UE kolej jest najbezpieczniejszym środkiem transportu w Europie, a emisyjność dwutlenku węgla w przypadku kolejowego transportu pasażerskiego jest znacząco niższa niż transportu samochodowego czy lotniczego. Transport kolejowy cechuje też trwała tendencja spadkowa wskaźnika energochłonności, co oznacza stopniową poprawę efektywności energetycznej.

Koleje Mazowieckie w 2018 roku przewiozły w sumie 60 mln pasażerów. Spółka rozpoczynała działalność, korzystając z wysłużonych składów – w 2005 roku startowała ze 184 wysłużonymi elektrycznymi zespołami trakcyjnymi. W tej chwili dysponuje taborem, który jest w 40 proc. nowy, w 60 proc. modernizowany (z 316 składów 119 to całkiem nowe pojazdy).

Mazowiecki przewoźnik jest też w trakcie postępowania na zakup 71 elektrycznych zespołów trakcyjnych FLIRT, produkowanych w siedleckich zakładach Stadler. Po jego sfinalizowaniu nowe składy będą stanowić już 2/3 taboru należącego do spółki.

– To jednak oznacza, że nadal około 40 proc. taboru będziemy musieli wymienić, a zatem środki finansowe będą potrzebne także w przyszłości. Liczymy więc, że w nowej unijnej perspektywie dofinansowanie do zakupu nowego taboru dla kolei samorządowych czy dla kolei pasażerskich w Polsce zostanie utrzymane – mówi Robert Stępień.

Dostawy elektrycznych pociągów nowej generacji produkowanych przez Stadler Polska zostały zaplanowane w sześciu transzach. FLIRT-y poruszają się z prędkością maksymalną 160 km/h i mieszczą 590 podróżnych, w tym 269 osób na miejscach siedzących. Będą zastępować stopniowo wycofywane starsze składy. Zawarty w ubiegłym roku kontrakt na dostawę łącznie 71 FLIRT-ów jest wart ponad 2 mld zł i realizowany przy wsparciu środków unijnych z RPO Województwa Mazowieckiego (dofinansowanie w wysokości 96,16 mln zł) oraz z POIiŚ (580 mln zł). Na realizację tej inwestycji KM otrzymały także kredyt na ponad 1 mld zł z Banku Gospodarstwa Krajowego i PKO Banku Polskiego.

Rośnie liczba przypadków nowotworu piersi wśród kobiet w ciąży. Zaledwie co trzecia kobieta w wieku ponad 35 lat miała w ciąży wykonane USG piersi

Nowotwór coraz częściej dotyczy kobiet w ciąży. W dużej mierze jest to efekt późniejszego macierzyństwa. Jednocześnie zaledwie co trzecia kobieta w wieku ponad 35 lat miała w ciąży wykonane USG piersi, choć zgodnie z rekomendacjami ekspertów badanie w tej grupie wiekowej powinny przejść wszystkie panie. Tymczasem aż 75 proc. przypadków raka piersi jest wykrytych po porodzie, co zmniejsza szanse na wyleczenie. Ponieważ w ponad połowie przypadków USG piersi jest wykonywane z inicjatywy lekarza, Fundacja Rak’n’Roll przy wsparciu Fundacji Philips prowadzi w całej Polsce warsztaty dla ginekologów „Boskie USG, czyli sonomammografia u kobiet w ciąży i karmiących”. Ich celem jest wymiana doświadczeń oraz doskonalenie umiejętności wykonywania USG u kobiet w okresie ciąży i karmienia piersią.

Choć rośnie świadomość społeczna na temat zachorowań na raka, panuje mit, że ciąża może chronić przed zagrożeniem lub że rak piersi dotyczy kobiet starszych, po 50 roku życia. Tymczasem coraz późniejsze macierzyństwo sprawia, że chorobę nowotworową rozpoznaje się u jednej na tysiąc kobiet w ciąży.

– Nie tylko rak piersi, choć ten rodzaj nowotworu występuje zdecydowanie najczęściej, ale praktycznie każdy rodzaj raka może towarzyszyć ciąży. Jako lekarze musimy wzmacniać onkologiczną czujność wśród pacjentek poprzez badania profilaktyczne, w tym USG piersi we wczesnych etapach ciąży. Rola ginekologa położnika w tego typu sytuacji jest kluczowa – mówi agencji Newseria Biznes dr Paweł Guzik, ekspert ds. ginekologii, położnictwa i ultrasonografii.

Wśród kobiet zgłaszających się do Programu Opieki dla Kobiet w Ciąży Chorych na Raka „Boskie Matki”, prowadzonego przez Fundację Rak’n’Roll, ponad połowa choruje na raka piersi, nieco mniej na nowotwory ginekologiczne, kolejne na nowotwory raka jelita grubego, tarczycy czy czerniaki. Tymczasem same pacjentki podkreślają, że lekarze często bagatelizują pierwsze objawy – jak w przypadku raka piersi guzki, zgrubienia czy obrzęki, tłumacząc je zmianami hormonalnymi w ciąży.

Brak odpowiedniej diagnostyki sprawia, że nawet 75 proc. przypadków raka piersi wykrywa się po porodzie, co oznacza, że nowotwór został przeoczony w trakcie ciąży lub przed nią. Żeby zmienić alarmujące statystyki, Polskie Towarzystwo Chirurgii Onkologicznej, Polskie Towarzystwo Onkologiczne oraz Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników opracowały zalecenia odnośnie do wykonywania badania USG piersi u kobiet w ciąży i karmiących. Zgodnie z nimi wykonanie USG piersi jest wymagane u kobiet powyżej 35 roku życia, przy czym w I trymestrze ciąży u wszystkich ciężarnych, raz do roku u kobiet karmiących oraz zawsze w przypadku zmian w obrębie piersi jak guz, zaczerwienienie lub obrzęk. W przypadku kobiet poniżej 35 roku życia zalecenia dotyczą rozważenia badania USG piersi w I lub II trymestrze ciąży u kobiet ciężarnych, rozważenie badania USG piersi raz w roku u kobiet karmiących oraz wykonania badania USG zawsze w przypadku zmian w obrębie piersi takich jak guz, zaczerwienienie lub obrzęk.

– W przypadku raka czas odgrywa główną rolę. Opóźnienie w diagnozie, np. o 6 czy 7 miesięcy, powoduje zwiększenie liczby osób z przerzutami do węzłów chłonnych o 5–6 proc. To pogarsza dalsze leczenie pacjentki – podkreśla dr Paweł Guzik.

W ramach współpracy pomiędzy Fundacją Rak’n’Roll a Philips przeprowadzono badania z kobietami wieku 18–45 lat, które są obecnie w ciąży lub były w ciąży w ciągu ostatnich 18 miesięcy. Co czwarta kobieta z tej grupy nigdy nie wykonała USG piersi, tylko 22 proc. miało badanie w ciągu ostatniego pół roku, a 24 proc. w ciągu roku. Rola lekarza ma kluczowe znaczenie, ponieważ – jak pokazują wyniki badania – w ponad połowie przypadków (57 proc. kobiet) USG piersi jest wykonywane z inicjatywy lekarza. Dlatego Fundacja Rak’n’Roll i Fundacja Philips zainicjowały w całej Polsce cykl warsztatów dla ginekologów z diagnostyki nowotworów „Boskie USG, czyli sonomammografia u kobiet w ciąży i karmiących”.

– Warsztaty obejmują część teoretyczną, czyli wykłady na temat podstawy badania piersi i prześledzenia poszczególnych grup zmian, które można spotkać u pacjentek, oraz część najważniejszą – praktyczną – mówi dr Paweł Guzik. – Chodzi o to, żeby uwrażliwić lekarzy na problem. Przeszkolonych zostało już ok. 150 ginekologów i położników.

– Jak wynika z badań, tylko 35 proc. kobiet w wieku ponad 35 lat potwierdziło, że wykonano u nich badanie USG piersi w ciąży. Tymczasem zgodnie z zaleceniami badanie powinno objąć wszystkie kobiety w tej grupie – wskazuje Reinier Schlatmann, Prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. – To wyraźny sygnał pokazujący, jak bardzo potrzebne są działania zwiększające świadomość wśród kobiet, a także wspierające lekarzy. Cieszymy się, że możemy być partnerem dla Fundacji Rak’n’Roll w tym ważnym edukacyjnym projekcie.

Warsztaty Fundacji Rak’n’Roll odbyły się już w Rzeszowie, Warszawie, Krakowie, Łodzi, Lublinie, Katowicach i Kielcach. Kolejne odbędą się we Wrocławiu, Gdańsku i Białymstoku.