Miasta będą zasilane zieloną energią z przezroczystych paneli słonecznych montowanych w oknach domów i wieżowców

Miasta będą zasilane zieloną energią z przezroczystych paneli słonecznych montowanych w oknach domów i wieżowców 1

Naukowcy od kilku lat pracują nad stworzeniem przezroczystych paneli fotowoltaicznych, które pozwolą jednocześnie przepuszczać światło widzialne oraz pobierać energię z promieni słonecznych. Jednym z prekursorów tej technologii jest polska firma. Opracowane przez nią panele z wykorzystaniem kropek kwantowych są całkowicie przezierne, szczelne termicznie i mogą filtrować szkodliwe promieniowanie UV, jednocześnie dostarczając prąd. Zamontowane na oknach domów i wieżowców, mogłyby zasilić energią całe miasta.

– Rewolucję stanowi powłoka z kropek kwantowych, którą stworzyliśmy na szybach. Zamierzamy ją wdrożyć na masową skalę w ciągu dwóch lat. To jest produkt, dzięki któremu nie ma powodu do stosowania normalnych, tradycyjnych szyb budowlanych – powiedział w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dawid Cycoń, prezes zarządu ML System podczas wydarzenia inaugurującego kampanię „Podkarpackie. Wyższy Poziom Innowacji”.

Kropki kwantowe to miniaturowe (wielkości rzędu kilku nanometrów), niewidzialne gołym okiem kryształki, które emitują światło o innej długości fali, niż absorbują. Szacuje się, że dzięki wykorzystaniu organicznych kropek kwantowych w przyszłości uda się stworzyć panele fotowoltaiczne o efektywności rzędu 5 proc., wystarczającej, aby rozpocząć masową produkcje transparentnych paneli na użytek komercyjny.

– Jeżeli dostajemy cechę i funkcję w postaci zatrzymania ciepła wpadającego do budynku i to ciepło zamieniamy na prąd, a nie odbijamy tak jak tradycyjne szyby budowlane, to dostajemy produkt, dla którego produkty alternatywne nie mają sensu zastosowania – twierdzi Dawid Cycoń.

Największym problemem, z jakim muszą zmagać się projektanci przezroczystych paneli fotowoltaicznych, jest opracowanie takiego materiału, który przepuszczałby jak najwięcej światła słonecznego, jednocześnie wykazując dużą sprawność energetyczną. Naukowcy z Michigan State University już w 2014 roku opracowali przezroczyste tworzywo pokryte cienką warstwą cząsteczek organicznych. Dzięki nim tafla szkła była zdolna do absorpcji promieniowania podczerwonego oraz ultrafioletowego przy jednoczesnym przepuszczaniu światła widzialnego. Efektywność energetyczna takiego rozwiązania jest zbyt niska, aby opłacało się wdrożyć je do masowej produkcji.

Z kolei naukowcy z National Renewable Energy Laboratory opracowali materiał fotowoltaiczny, który zachowuje się tak jak szkła fotochromatyczne w okularach, zmieniając swoją przezroczystość w zależności od natężenia światła. Kiedy jest go zbyt mało i budynek potrzebuje doświetlenia, materiał przepuszcza 68 proc. promieni słonecznych, pobierając niewiele energii. Za to w gorący dzień panel przyciemnia się, absorbując znacznie więcej energii. Dzięki takiemu rozwiązaniu prototypowe modele termochromatycznych paneli wykazały efektywność energetyczną na poziomie 11,3 proc.

Na rynkowy debiut przezroczystych paneli słonecznych trzeba jednak jeszcze zaczekać.

– Dzisiaj mówimy o technologiach laboratoryjnych, nie o masowej produkcji. Otrzymaliśmy kapitał na wdrożenie technologii, ale zrobienie tego na masową skalę będzie trwało dwa lata. Technologię tworzyliśmy 5–6 lat, wydając kilkanaście milionów złotych, więc trzeba mieć świadomość, że technologia musi mieć swój czas utworzenia, wytworzenia, a później cyklu życia produktu – tłumaczy ekspert.

Mimo stosunkowo niskiej efektywności energetycznej transparentne panele fotowoltaiczne mogą się okazać dobrą alternatywą dla energii pozyskiwanej za pośrednictwem paliw kopalnych. W przeciwieństwie do klasycznych paneli można stosować je na znacznie szerszą skalę. Sprawdzą się zarówno w szybach okien mieszkalnych, jak i w wielkich, szklanych biurowcach.

Według wyliczeń przeprowadzonych przez naukowców z Michigan State University w samych tylko Stanach Zjednoczonych jest od 5 do 7 mld metrów kwadratowych szklanych powierzchni. Gdyby wszystkie pokryto fotowoltaiczną powłoką z nanocząsteczek, wygenerowałyby blisko 40 proc. zapotrzebowania na energię elektryczną w USA. W połączeniu z klasycznymi panelami montowanymi na dachach domów mogłyby niemal całkowicie uniezależnić kraj od energii pochodzącej z paliw kopalnych.

– Wszystkie paliwa kopalne kiedyś zostaną odłożone na półkę. Oczywiście w miarę zużywania tych paliw ich cena będzie rosła. Mamy technologie, które w miarę popularyzacji tanieją, w związku z tym ta krzywa w którymś momencie się przecina i w pewnym momencie brak opłacalności paliw kopalnych spowoduje, że zostaną wyeliminowane – podsumowuje Dawid Cycoń.

Analitycy Research and Markets wyliczyli, że wartość rynku paneli fotowoltaicznych do 2023 roku przekroczy wartość 390 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Samodzielnie wydawanie książek daje duże szanse debiutantom. Publikacja własnym sumptem szybko przynosi wymierne korzyści

Samodzielnie wydawanie książek daje duże szanse debiutantom. Publikacja własnym sumptem szybko przynosi wymierne korzyści 2

Książki wydane w modelu self-publishingu i dostępne wyłącznie w sklepie internetowym bloga mogą być świetnym sposobem na zarabianie. Ich autorzy w ramach swoich kompetencji zajmują się większością działań – opracowują treści, zdjęcia, grafiki, skład tekstu, materiały na stronę oraz promocję. Sami też finansują druk i organizują dystrybucję. Jedynymi usługami zewnętrznymi, z jakich najczęściej korzystają, są korekta tekstu oraz programowanie strony sprzedażowej. Dzięki temu, że książki wydają i sprzedają, ich zysk stanowi ok. 50 proc. przychodów ze sprzedaży. Gdyby zdecydowali się na model współpracy z wydawnictwem, byłoby to ok. 5–10 proc.

Self-publishing to model wydawania – w naszym przypadku książki – samemu, nie z wydawnictwem. Sami zajmujemy się całym procesem – od napisania książki, przez skład, zrobienie okładki, do załatwienia druku i dystrybucji książek. Główną korzyścią jest to, że na tej książce zarabiamy o wiele więcej, czyli jeżeli sprzedajemy w księgarniach książkę za 50 zł, mamy z tego około 5–10 proc. W naszym przypadku zarabiamy na książce prawie połowę tej kwoty. To wiąże się z tym, że książka może mieć np. o wiele lepszą jakość druku, jakość wydania, kontrolujemy cały proces tworzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Mateusz Żłobiński, autor książki „Dieta odżywcza”, współautor bloga salaterka.pl.

Zaletą, ale też i wadą self-publishingu, jest to, że autor sam za wszystko odpowiada. Zaletą, bo to autor ma wpływ na ostateczny wygląd swojej książki, nie będąc zmuszonym iść na ustępstwa dotyczące treści czy czekać miesiącami, aby po podpisaniu umowy książka znalazła się w księgarniach. Ostatecznie też autor uzyskuje znacznie większy procent ze sprzedaży. Wadą, bo to autor sam szuka specjalistów, którzy zajmą się redakcją, korektą, opracowaniem graficznym, składem, dystrybucją, promocją i sprzedażą.

Wydając w wydawnictwie, napiszemy książkę i wszystkim innym zajmuje się wydawnictwo. Wydając sami, mamy wszystko na swojej głowie. To jest i plus, i minus. Jeżeli ktoś chce z tego żyć, to według mnie jest to jedyny w tej chwili sposób, który daje możliwość początkującym twórcom zarabiania na tym. Pod warunkiem jednak, że taka debiutująca na rynku osoba zbuduje sobie wcześniej bazę odbiorców – mówi Mateusz Żłobiński.

Eksperci radzą więc, aby najpierw stworzyć dobrego merytorycznie bloga, regularnie dostarczać coraz więcej treści i budować społeczność w portalach społecznościowych. Dzięki temu produkt wydany w modelu self-publishingu może przynieść wymierne korzyści.

Żeby książka miała możliwość stania się popularną, najlepiej zbudować społeczność, która może być zainteresowana taką książką i po prostu promować ją wśród tej społeczności. Na takim modelu wszyscy zyskują. My mamy dla nich wartościową książkę, oni mają produkt, któremu ufają i który ich cieszy. Nie jest konieczne zaistnienie w księgarniach, tym bardziej że księgarnie biorą bardzo dużą prowizję za to. My tę prowizję możemy przeznaczyć na promocję książki we własnym zakresie – mówi Mateusz Żłobiński.

Swoją pierwszą książkę pt. „Dieta odżywcza” Mateusz Żłobiński, współautor bloga salaterka.pl, wydał jesienią 2016 roku. Dzięki temu, że blog ma grupę lojalnych odbiorców, wydanie publikacji było możliwe bez większych inwestycji ze strony autora – koszty druku pokryła bowiem przedsprzedaż. To bardzo cenna wskazówka dla każdego, kto tworzy wartościowe treści, ma stałych czytelników i myśli o stworzeniu produktów.

Przy pierwszej publikacji martwiłem się trochę, czy nie zostanę z książkami w domu. Zamówiłem więc tylko tysiąc egzemplarzy i o tyle było to ciekawe, że zanim zleciłem druk zrobiłem przedsprzedaż książki. Ona zwróciła koszt druku, więc zanim drukowałem książkę, miałem już wszystko opłacone. Nie musiałem mieć właściwie żadnego wkładu własnego – mówi Mateusz Żłobiński.

Salaterka.pl to projekt z misją budowania świadomości na temat odżywczej diety roślinnej. Blog zapoczątkowany przez Mateusza Żłobińskiego z czasem stał się projektem rodzeństwa. Mateusz sam bowiem opracowuje treści merytoryczne, badania, analizy, wyliczenia, zaś jego siostra – Agnieszka Żłobińska – zajmuje się częścią praktyczną, opracowaniem prostych i smacznych przepisów. Zdobyte w korporacjach i agencjach kompetencje z zakresu marketingu, biznesu i projektowania graficznego wykorzystują do promowania zdrowego odżywiania. Salaterka.pl to również wydawnictwo, które ma na swoim koncie dwie książki: „Dieta odżywcza” autorstwa Mateusza Żłobińskiego oraz „Jadłospisy odżywcze” autorstwa obojga rodzeństwa. W opracowaniu są również kolejne publikacje: „Atlas odżywczy”, kurs online oraz książka z prostymi przepisami dla zabieganych. Dotychczasowe przychody uzyskane przez nich ze sprzedaży książek  to w sumie ok. 190 tys. zł w okresie dwudziestu miesięcy.

Freelancerzy i menadżerowie wyższego szczebla szczególnie narażeni na pracoholizm. To grozi wypaleniem zawodowym i problemami zdrowotnymi

Freelancerzy i menadżerowie wyższego szczebla szczególnie narażeni na pracoholizm. To grozi wypaleniem zawodowym i problemami zdrowotnymi 3

Pracoholizm to coraz poważniejszy problem społeczny. Może prowadzić do szybkiego wypalenia zawodowego oraz kłopotów ze zdrowiem, m.in. zawału serca i udaru mózgu. Podatność wynika z indywidualnych cech osobowości, np. skłonności do perfekcjonizmu, i przynależności do określonych grup zawodowych. Na uzależnienie od pracy narażeni są przede wszystkim freelancerzy oraz menadżerowie wyższego szczebla, mający elastyczny czas pracy i zmuszani do stałego wykazywania osiągnięć. Pracoholizm jest groźny nie tylko dla pracownika, lecz także dla pracodawcy.

Pracoholizm to rodzaj zaburzenia psychicznego definiowanego jako obsesyjny, wewnętrzny przymus wykonywania pracy zawodowej lub czynności z nią związanych. Uzależnienie od pracy to także poczucie dyskomfortu w momencie, gdy zajmowanie się tego rodzaju aktywnością nie jest możliwe, np. podczas urlopu. Powszechnie przyjmuje się, że pracoholik to człowiek uwielbiający swoją pracę. Jest to jednak mit, w miarę pogłębienia się zaburzenia początkowa euforia zamienia się bowiem w obsesyjny, dręczący psychicznie przymus. Entuzjasta pracy jest w stanie jasno wytyczyć granice między życiem zawodowym a prywatnym i z obu czerpać satysfakcję, tymczasem pracoholik podporządkowuje życie osobiste pracy i nie potrafi odpoczywać.

– Jest kilka symptomów, które mogą wskazywać, że dana osoba zbyt mocno angażuje się w obowiązki zawodowe. Są to m.in. problemy w relacjach z najbliższymi, problemy zdrowotne spowodowane pracą, nadmierny stres, problemy z wysypianiem się, uczucie ciągłego zmęczenia i zaniedbywanie wszystkich innych aspektów życia – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Kołodziejczyk, dyrektor rozwoju projektów międzynarodowych w Grupie Progres.

Zdaniem ekspertów pracoholizm wynika przede wszystkim z indywidualnych cech osobowości – szczególnie podatne są osoby przejawiające skłonności do perfekcjonizmu, odznaczające się zaburzonym poczuciem własnej wartości oraz odczuwające emocjonalne niespełnienie w niektórych dziedzinach życia. Istnieją jednak również grupy zawodowe predysponowane do pracoholizmu – należą do nich menadżerowie zajmujący wysokie stanowiska, a także tzw. wolni strzelcy. Ten drugi rodzaj zatrudnienia często wymaga elastycznych godzin pracy, wypełniania obowiązków zawodowych w dni wolne lub późnymi wieczorami, co często prowadzi do zaburzenia równowagi między życiem zawodowym a prywatnym.

– Mówimy także o kadrze menadżerskiej, osobach, które są przyzwyczajone do tego, żeby pracować na celach, które muszą się mocno wykazywać albo których praca pełni ważne funkcje społeczne, albo przynajmniej tak im się wydaje. To przede wszystkim właściciele firm, przedsiębiorcy – mówi Marcin Kołodziejczyk.

Rynek pracy przeszedł w ostatnich latach ogromne zmiany, nasiliła się konkurencja, pojawiły się nowe formy zatrudnienia i stylu pracy, co sprawiło, że pracoholizm zaczął dotykać coraz większą liczbę osób. Paradoksalnie zaburzenie to stanowi istotny problem nie tylko dla osoby nim dotkniętej, lecz także dla jego zwierzchników. Pracoholik tylko z pozoru stanowi bowiem wzór idealnego pracownika, chętnie angażującego się w nowe projekty, z entuzjazmem podejmującego się kolejnych obowiązków oraz bez narzekania poświęcającego dużo czasu na aktywność zawodową.

– Takie osoby dość szybko ulegają wypaleniu zawodowemu i to przekłada się bardzo często na innych członków zespołu, na atmosferę w firmie, a także koniec końców na efektywne zamykanie projektów – mówi Marcin Kołodziejczyk.

Pracoholizm może prowadzić nie tylko do szybkiego wypalenia zawodowego, lecz także problemów zdrowotnych, m.in. agresji, otyłości, udaru mózgu oraz zawału serca. Z problemem tym można walczyć, niezbędna jest jednak świadomość, że faktycznie jest się uzależnionym – ten sam mechanizm działa w przypadku innych nałogów. Istnieje wiele sposób radzenia sobie z pracoholizmem, a ich wybór zależny jest od stopnia uzależnienia. Pierwszym krokiem powinien być dzień offline, w którym wyłącza się telefon i laptop, wyjeżdża na łono natury lub oddaje wyłącznie jakiemuś hobby.

Robimy cokolwiek, byleby nie zajmować się pracą, natomiast w przypadkach bardziej skrajnych stosujemy rozwiązania takie jak w każdym innym uzależnieniu, czyli w grę wchodzi terapia – mówi Marcin Kołodziejczyk.

Celem psychoterapii jest opanowanie umiejętności rozładowywania negatywnych emocji w zdrowy sposób i delegowania poszczególnych obowiązków zawodowych innym osobom w firmie, a także rozdzielenia życia osobistego od zawodowego. Jest to długotrwały proces, wymagający całkowitego zaangażowania pacjenta, dający jednak bardzo dobre efekty.

Wzrost cen materiałów budowlanych i brak pracowników przekładają się na rosnącą popularność budownictwa modułowego. Ta metoda jest znacznie szybsza w porównaniu z tradycyjną

Wzrost cen materiałów budowlanych i brak pracowników przekładają się na rosnącą popularność budownictwa modułowego. Ta metoda jest znacznie szybsza w porównaniu z tradycyjną 4

Z modułów powstaje szereg obiektów, przy czym prym na świecie wiodą hotele, szkoły czy budynki o funkcji akademików. Jednym z ciekawych trendów opartych na tej technologii jest dogęszczanie tkanki miejskiej poprzez lokalizowanie modułów mieszkalnych na dachach centrów handlowych czy wielokondygnacyjnych parkingów. – Mówimy o budownictwie, które niczym nie odstaje od technologii tradycyjnej, a wręcz ją przewyższa w zakresie jakościowym – mówi Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, prezes spółki DMDmodular.

Budownictwo modułowe przeżywa w tym momencie dynamiczny rozwój. Zainteresowanie tą technologią wzrasta i jest to trend obecny na całym świecie. Bardzo ciekawymi rynkami są USA, kraje azjatyckie, ale również unijne. W Stanach Zjednoczonych mówi się o 60-proc. wzroście przychodów firm z tego segmentu, porównując 2015 i 2016 rok – mówi agencji Newseria Biznes Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, prezes DMDmodular. – W Polsce mamy coraz więcej zapytań ofertowych. Ich liczba lawinowo wzrasta. O ile dotychczas dominowały zapytania z rynków zagranicznych, głównie z USA i krajów zachodnich UE, tak w tym momencie mamy również bardzo wiele zapytań pochodzących z Polski.

W tej technologii obiekt-moduł powstaje w zakładzie produkcyjnym, a dopiero później jest dostarczany na plac budowy i przyłączany do infrastruktury podziemnej. Poszczególne moduły można ze sobą łączyć w większe obiekty.

Najprościej tłumacząc, jest to budowanie oparte na gotowych komponentach, jak klocki Lego. Przygotowane wcześniej w zakładzie produkcyjnym moduły przestrzenne jadą na plac budowy i tam są składane. Oczywiście proces jest bardziej skomplikowany, ale można go sobie wyobrazić właśnie w ten sposób – mówi Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Prefabrykowane moduły przestały być już tylko symbolem architektury tymczasowej i nie mają nic wspólnego z blaszanymi kontenerami technicznymi czy wystawowymi. Obecnie w tej technologii buduje się także mieszkania, hotele, a nawet przedszkola i szkoły.

Obecnie mówimy o budownictwie, które niczym nie odstaje od technologii tradycyjnej, a w niektórych elementach wręcz ją przewyższa. Mamy do czynienia z zainteresowaniem obiektami jakościowymi, eleganckimi, w których wartości estetyczne odgrywają bardzo istotną rolę. Technologia modułowa bardzo dobrze sprawdza się w tych obiektach, w których mamy do czynienia z pewną powtarzalnością układu funkcjonalnego. W tej chwili prym na świecie wiedzie branża hotelowa, w tym condohotele, hostele, aparthotele, ale technologie modułowe świetnie sprawdzają się też w obiektach edukacyjnych, takich jak szkoły i  przedszkola – wymienia Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Budownictwo modułowe ma wiele zalet, a do najważniejszych należy skrócenie czasu inwestycji. Ta metoda jest nie tylko znacznie szybsza, lecz dzięki skróceniu czasu prac na placu budowy również tańsza. Zaletą jest także ograniczenie uciążliwości prac budowlanych oraz uwarunkowań środowiskowych. Prowadzenie prac produkcyjnych w zakładzie, a nie na otwartym terenie, powoduje ograniczenie emisji dwutlenku węgla i pyłów, co bezpośrednio wpływa na jakość powietrza.

Bardzo istotną zaletą budownictwa modułowego jest kontrola jakości, której w technologii tradycyjnej nie można osiągnąć na takim poziomie. Jest to związane z tym, że produkcja odbywa się w zakładzie zgodnie z procedurami kontroli jakości, które obecne są np. w branży automotive. Każdy etap realizacji produkcji jest analizowany zgodnie z dokumentacją jakościową przygotowaną dla konkretnego projektu. To niewątpliwie ogranicza ryzyko błędu i problemy, które mogłyby się pojawić na terenie tradycyjnej budowy. Generalnie podnosi to jakość wykonania obiektu – mówi Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

W tej chwili do wzrostu popularności budownictwa modułowego przyczynia się sytuacja rynkowa. Szybki wzrost cen materiałów budowlanych i brak pracowników przekładają się na większe koszty po stronie deweloperów, dlatego na rynku pojawiają się kolejne usprawnienia technologii modułowej, innowacyjne rozwiązania, które umożliwiają na przykład budowanie obiektów wysokościowych.

– Ciekawym trendem jest dogęszczanie tkanki miasta, które polega na lokalizowaniu modułów na dachach istniejących obiektów, np. centrach handlowych, które dysponują dużymi przestrzeniami powierzchni dachu. Takie obiekty są przeznaczone na funkcje hostelowe, obiekty o funkcji akademickiej czy mieszkania pod wynajem. W Nowej Zelandii czy w USA obiekty modułowe lokalizowane są na terenach parków narodowych – właśnie dlatego, że taki obiekt można zainstalować w sposób nieuciążliwy, nie zaburzając naturalnego ekosystemu miejsca – mówi Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Protekcjonizm hamuje rozwój m.in. firm transportowych i producentów żywności. To zagrożenie dla globalnej gospodarki

Protekcjonizm hamuje rozwój m.in. firm transportowych i producentów żywności. To zagrożenie dla globalnej gospodarki 5

W ocenie OECD i Europejskiego Banku Centralnego narastający protekcjonizm to obecnie największe zagrożenie dla światowej gospodarki. Z tegorocznego raportu Euler Hermes wynika, że tylko w 2017 roku na całym świecie wdrożono 467 nowych środków protekcjonistycznych. Z problemem mierzą się już m.in. polskie firmy transportowe i producenci żywności. Rosnąca skala protekcjonizmu w światowym handlu i gospodarce oraz przyczyny tego zjawiska będą jednym z zagadnień szeroko omawianych podczas tegorocznego 28. Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju. Największa konferencja w Europie Środkowo-Wschodniej odbędzie się w dniach 4–6 września.

– Każdy, kto obserwuje, co dzieje się w gospodarce światowej, ma świadomość, że po bardzo szybkim postępie, po otwarciu granic – tak jak w strefie Schengen w Europie – jest wielu takich, którzy nie radzą sobie w tych warunkach. Zazwyczaj w takich sytuacjach robi się mniejszy lub większy krok do tyłu. Jednym słowem, ten krok do tyłu, czyli protekcjonizm – czy to w wydaniu europejskim, amerykańskim, chińskim czy rosyjskim – to jest reakcja na przyspieszone procesy globalizacji i konsolidacji ostatnich lat. W niedalekiej przyszłości pewnie zrobimy jeszcze krok do tyłu, ale potem zrobimy większy krok naprzód – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdrój.

Narastający protekcjonizm w handlu to w tej chwili największe zagrożenie dla światowej gospodarki – wskazuje OECD w marcowym raporcie. Organizacja podwyższyła co prawda prognozy wzrostu światowego PKB na lata 2018–2019 do 3,9 proc., jednak z drugiej strony wskazała, że protekcjonizm może niedługo negatywnie wpłynąć na zaufanie, inwestycje i miejsca pracy. Tego samego zdania jest Europejski Bank Centralny, który groźbę protekcjonizmu uznał za jedno z największych zagrożeń dla unijnej i światowej gospodarki. W kwietniu br. dyrektor Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde ostrzegała przed narastającym protekcjonizmem i wezwała rządy państw, żeby się go wystrzegały.

Z raportu Euler Hermes wynika, że w 2017 roku na całym świecie wdrożono 467 nowych środków protekcjonistycznych. Za 20 proc. odpowiadają Stany Zjednoczone, które w ciągu ostatnich czterech lat wprowadziły w sumie najwięcej tego typu inicjatyw (164). W pierwszej dziesiątce krajów protekcjonistycznych plasują się też Niemcy i Szwajcaria (odpowiednio na 4. i 6. miejscu). Obydwa kraje stosują politykę finansowania handlu w celu ochrony rozwiniętych gałęzi przemysłu, takich jak produkcja maszyn i urządzeń.

– Niedawno byliśmy świadkami głośnego sporu, w którym polska firma Fakro oskarżyła największego w Europie i na świecie producenta okien dachowych o praktyki monopolistyczne. Ta skarga skierowana do KE została oddalona, nie została nawet rozpatrzona. Kolejny przykład to sytuacja polskich przewoźników i spedytorów, którzy po wejściu na rynki Europy Zachodniej zdobyli tam na tyle dobrą pozycję, że nasi zachodni partnerzy postanowili wprowadzić – pod hasłem wyrównywania szans – rozwiązania mocno ograniczające rozwój tej części naszej gospodarki. Jednym słowem – zarówno poza Unią, jak wewnątrz Unii – pełno jest dzisiaj protekcjonizmu, zabiegania o własne interesy, walki i determinacji, żeby bronić swojego interesu – mówi Zygmunt Berdychowski.

O narastającym protekcjonizmie od miesięcy mówi się już w kontekście polskich firm transportowych, które napotykają bariery w Niemczech czy we Francji. W kwietniu o rosnącym zagrożeniu, jakie stanowi protekcjonizm dla polskiego eksportu żywności, alarmowała również Polska Federacja Producentów Żywności. W ocenie organizacji największe bariery stanowią m.in. zaostrzone kontrole sanitarne, negatywne kampanie medialne, czyli czarny PR, obowiązek posiadania dodatkowych certyfikatów czy skrócone terminy ważności zezwoleń. Z dyskryminacją spotyka się nawet 30 proc. polskich produktów eksportowanych do Czech, Niemiec, Słowacji, Węgier, Hiszpanii, Holandii czy Wielkiej Brytanii.

– Nie tylko my mamy problem – każdy z partnerów w UE chce bronić swojego interesu i rozwoju swojej gospodarki. To jest naturalna część składowa tego krajobrazu, który dzisiaj widzimy. Nie należy dziwić się temu, że Francuzi zabiegają o interesy swoich kierowców i organizatorów turystyki, a Polacy zabiegają o interes polskich firm transportowych, które chcą poprawić swoją pozycję na rynku europejskim – mówi Zygmunt Berdychowski.

Rosnąca skala protekcjonizmu w światowym handlu i gospodarce oraz przyczyny tego zjawiska będą jednym z zagadnień szeroko omawianych podczas tegorocznego 28. Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju, które w tym roku odbędzie się w dniach 4–6 września pod hasłem „Europa wspólnych wartości czy Europa wspólnych interesów?”.

Forum Ekonomiczne w Krynicy to największa i najbardziej prestiżowa konferencja w Europie Środkowo-Wschodniej, która przyciąga co roku ponad 4 tys. gości z Europy, Azji i USA – ministrów, szefów rządów, parlamentarzystów z krajów regionu CEE, prezesów największych spółek, wybitnych ekspertów i ekonomistów, przedstawicieli biznesu, świata nauki i mediów.

 Organizujemy to spotkanie w taki sposób, żeby mogli w nim wziąć udział ludzie, którzy rzeczywiście mają realny wpływ na podejmowanie decyzji dotyczących życia gospodarczego i politycznego – podkreśla Zygmunt Berdychowski.

Na tegorocznym forum zaplanowanych jest w sumie sześć sesji plenarnych oraz ponad sto osiemdziesiąt paneli dyskusyjnych, wykładów, warsztatów i debat. Tradycyjnie w ramach trzydniowych obrad zaplanowane są również imprezy tematyczne (m.in. Forum Ochrony Zdrowia, Forum Polonijne, Forum Młodych Liderów, Forum Regionów).

 Zmiany, które będą widoczne w tym roku, to przede wszystkim otwarte strefy, gdzie będzie można spotkać i porozmawiać z najważniejszymi gośćmi Forum Ekonomicznego. W tym roku organizujemy je po raz pierwszy. Już w tej chwili mamy także pięć raportów przygotowanych przez naszych partnerów specjalnie na Forum Ekonomiczne. Przygotowujemy ciekawe wydarzenia merytoryczne, które mają pokazać rolę tego regionu Europy, rolę Polski w regionie oraz rolę biznesu jako pociągu do rozwoju regionalnego tej części kontynentu – podkreśla Zygmunt Berdychowski.

Forum i międzynarodowym debatom od 9 lat towarzyszy Festiwal Biegowy (w dniach 7–9 września), który co roku przyciąga kilkanaście tysięcy biegaczy z całej Europy.

Konsumenci oczekują już nie tylko dobrej jakości za odpowiednią cenę. Głównym motorem decyzji zakupowych staje się wygoda

Konsumenci oczekują już nie tylko dobrej jakości za odpowiednią cenę. Głównym motorem decyzji zakupowych staje się wygoda 6

Konsumenci są dziś bardziej zabiegani niż kiedykolwiek wcześniej, a z drugiej strony dzięki dostępowi do technologii coraz bardziej świadomi. Dlatego oczekują rozwiązań wygodnych, użytecznych, które ułatwiają im życie i oszczędzają czas, a przy tym zdrowych i ekologicznych. Te oczekiwania to wyzwanie dla branży FMCG i handlu detalicznego. Obok dobrej jakości za odpowiednią cenę, to właśnie wygoda staje się dziś głównym motorem decyzji zakupowych – wynika z globalnego raportu Nielsena „The Quest for Convenience”.

 Trend dążenia do wygody w handlu i branży FMCG polega na zapewnieniu konsumentom tego, czego chcą w danym miejscu, w danym czasie i w sposób, w jaki tego żądają. Wygoda staje się dziś najważniejszym czynnikiem wyboru sklepu, tuż obok zapewnienia dobrej jakości za dobrą cenę. To stawia wyzwania przed branżą FMCG i handlem detalicznym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Wacławik, ekspert rynku detalicznego Nielsen Polska.

Istnieje kilka czynników, które napędzają rosnący, globalny popyt na udogodnienia. Jednym z kluczowych jest dostęp do technologii (według Raportu Trendów Internetowych Kleiner Perkins 2018 55 proc. konsumentów kupuje produkt po zapoznaniu się z nim w mediach społecznościowych) oraz urbanizacja. Według ONZ do 2025 roku dwie trzecie światowej populacji będzie już mieszkać w miastach – to o 755 mln więcej niż dzisiaj. Zmieniająca się struktura ośrodków miejskich oznacza szybsze tempo życia i większe zapotrzebowanie konsumentów na technologie, które pomagają oszczędzać czas.

Kolejnym zjawiskiem jest zmniejszanie się gospodarstw domowych (z 3,1 osoby obecnie do 2,4 przed 2025 rokiem według Economist Intelligence Unit), co powoduje zmianę zachowań konsumenckich. W mniejszych domach przygotowywanie i przechowywania jedzenia musi być zracjonalizowane, przez co konsumenci muszą na nowo rozważyć wybór produktów. Firmy FMCG będą musiały się skoncentrować na opakowaniach mniejszych, zajmujących niewiele miejsca, produktach o wielu zastosowaniach czy ofertach posiłków dla jednej osoby. Życie w mieście pociąga też za sobą konieczność spędzania czasu na dojazdach do pracy czy staniu w korkach (w skali globalnej konsumenci spędzają na dojazdach średnio dwie godziny dziennie), przez co konsumenci mają mniej czasu w domu na gotowanie, a posiłki są często spożywane w drodze lub na mieście.

Urbanizacja, szybszy styl życia i dostęp do technologii powodują również, że dziś konsumenci czują się bardziej zabiegani i zestresowani. Dlatego szukają wygodnych rozwiązań, które ułatwią im codzienne życie. Potencjalni klienci oczekują dziś przede wszystkim wygody, prostoty, oszczędności czasu i użyteczności – wynika z globalnego raportu „The Quest for Convenience”, przygotowanego przez firmę badawczą Nielsen.

– Konsumenci z jednej strony przywiązują bardzo dużą wagę do tego, żeby rozwiązanie było proste, łatwe i wygodne w użyciu. Stąd trend rozwijających się produktów gotowych do konsumpcji, takich jak dania gotowe, pierogi chłodzone czy desery w saszetkach dla dzieci i dorosłych – mówi Konrad Wacławik.

Szybko rozwija się kategoria produktów gotowych, takich jak dania mrożone, do mikrofalówki. Popyt na gotowe do spożycia posiłki z restauracji szybkiej obsługi, fast foodów i u sprzedawców ulicznych również wzrasta – według Nielsena 57 proc. konsumentów na całym świecie odwiedziło restaurację fast food w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Jedna trzecia globalnych konsumentów korzysta z usług restauracji lub dostarczanych posiłków, a 11 proc. robi to przynajmniej raz w tygodniu. Według badań Nielsena 39 proc. konsumentów online globalnie decyduje się jeść poza domem co tydzień, a prawie połowa (48 proc.) konsumentów w regionie Azji i Pacyfiku i 47 proc. w Północnej Ameryce kupuje posiłki w podróży. Obiad i kolacja to posiłki, które niedługo najprawdopodobniej całkiem zostaną zastąpione jedzeniem poza domem.

 Konsumenci przywiązują też dużą uwagę do tego, w jaki sposób produkty są opisane, jaka jest ich etykieta – mówi Wacławik. – Poszukują rozwiązań zdrowych, zarówno w przekąskach, jak i w daniach gotowych.

Przekąski często zastępują pełne posiłki i stały się czymś więcej niż tylko słodkim lub słonym przysmakiem. Producenci i sprzedawcy detaliczni mają więc możliwość tworzenia świeżych i zdrowszych opcji przekąsek w mniejszych opakowaniach.

 Przekąski są bardzo ważne dla polskich konsumentów. Blisko połowa konsumentów przekąsek deklaruje, że czasem zastępują im lunch. Zdecydowana większość konsumentów szuka przekąsek zdrowych, co jednak nie oznacza, że batony słodzone czy chipsy będą traciły na znaczeniu. Wręcz przeciwnie, one również znajdują swoje miejsce na rynku jako odskocznia od zdrowych przekąsek, których poszukujemy na co dzień – mówi Konrad Wacławik.

Wygoda, której oczekują konsumenci, to wyzwanie nie tylko dla producentów, lecz także dla sieci detalicznych. Do tego trendu w coraz większym stopniu dostosowują się zarówno sklepy małoformatowe, które de facto kojarzą się przede wszystkim z wygodą i łatwością dotarcia, jak i sklepy wielkopowierzchniowe.

 Sieci hipermarketów skracają czas, który trzeba poświęcić na stanie przy kasach. To jest bardzo ważne z punktu widzenia konsumentów, bo nikt nie lubi spędzać dużo czasu w kolejce. Około 9 proc. konsumentów w Polsce deklaruje, że ten czas oczekiwania powinien wynosić dokładnie 0 sekund. Z drugiej strony sieci wielkoformatowe również inwestują w żywność gotową czy kanapki, które można kupić na miejscu. Powstają również food courty, czyli strefy gastronomiczne, gdzie można wypić kawę i coś zjeść na miejscu – mówi ekspert rynku detalicznego Nielsen Polska.

Trend convenience stwarza również pole do rozwoju dla e-commerce. Ten rynek rośnie w Polsce bardzo szybko, ale nadal istnieją pewne bariery, które powstrzymują konsumentów przed korzystaniem z internetowych zakupów. Przede wszystkim jest to wyższa cena produktów i koszt dostawy zamówionych produktów do domu, a także brak możliwości bezpośredniego dotknięcia i obejrzenia wybranych produktów. Jedna trzecia polskich konsumentów deklaruje, że jest to powód, dla którego nie robią zakupów w internecie. Trzecia rzecz, która determinuje rozwój tego kanału zakupów, to czas dostawy, który dla wielu konsumentów jest zbyt długi.

– Te trzy czynniki, czyli dodatkowe opłaty, czas dostawy i możliwość rozpoznania produktu, są kluczowe z punktu widzenia konsumenta. Oczywiście, na polskim rynku to się poprawia. Natomiast fakt, że konsument oczekuje wygody, chce oszczędzić czas, stwarza wielkie pole rozwoju dla rynku e-commerce i będziemy obserwować jego rozwój bacznie. Mamy tu jeszcze spore pole do popisu – mówi Konrad Wacławik.

Według prognoz Nielsena sprzedaż internetowa FMCG rośnie szacunkowo pięć razy szybciej niż sprzedaż offline, a do 2020 roku globalny rynek handlu elektronicznego w tej branży będzie wart ponad 400 mld dol. i będzie stanowił 10–12 proc. całkowitego udziału w rynku FMCG.

Systemowa reforma ubezpieczeń społecznych zamiast składki od przychodów

Celem proponowanych ostatnio zmian w obszarze składek na ubezpieczenie społeczne płaconych przez przedsiębiorców jest wsparcie prowadzących działalność gospodarczą przez okres dłuższy niż 2,5 roku. To czas, w którym mogli płacić obniżone składki. Nowy projekt dotyczy osób, które uzyskują niski przychód – poniżej poziomu 2,5-krotności płacy minimalnej. Rozwiązanie to wiąże wysokość zobowiązań z wielkością przychodu w proporcjonalny do niego sposób. Na tych zmianach ma skorzystać ok. 170 tys. osób prowadzących własną działalność. Bardziej pożądanym kierunkiem byłoby wprowadzenie całościowej reformy systemu ubezpieczeń społecznych w taki sposób, aby wysokość należnych składek była wprost proporcjonalna do wykazywanego w deklaracjach podatkowych dochodu.

– Powiązanie wysokości składki i poziomu przychodów jest głównym zastrzeżeniem w stosunku do nowego projektu. Może ono prowadzić do innego traktowania różnych form prowadzenia działalności gospodarczej  powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) – Osoby prowadzące przedsiębiorstwo handlowe czy związane z usługami materialnymi w bardzo niewielu przypadkach będą miały okazję skorzystania z nowych udogodnień. Największą korzyść będą czerpać ci, którzy w ramach prowadzonego biznesu wnoszą wkład w postaci własnej pracy – czyli samozatrudnieni. Kolejnym problemem jest to, że możliwość płacenia niższych składek pojawi się dopiero po roku, w którym uzyskany został stosunkowo niski przychód. Przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą, który doświadcza nagłego pogorszenia sytuacji biznesowej, może liczyć na wsparcie w postaci obniżenia zobowiązań dopiero po upływie przynajmniej kilkumiesięcznego okresu. Niższe składki będzie płacić dopiero w kolejnym roku, kiedy być może wyjdzie już na prostą i taka forma wsparcia niekoniecznie będzie mu już potrzebna. Proponowane zmiany spowodują obniżenie obciążeń dla pewnej części firm, jednak bardziej pożądanym kierunkiem byłoby wprowadzenie całościowej reformy systemu ubezpieczeń społecznych w taki sposób, aby wysokość należnych składek była wprost proporcjonalna do wykazywanego w deklaracjach podatkowych dochodu – ocenił Kozłowski.

Kurs euro: Dobry odczyt polskiej produkcji przemysłowej za lipiec może pomóc utrzymać kurs euro na dotychczasowych poziomach

Dalszy wzrost awersji do ryzyka może osłabiać polskie obligacje skarbowe. Odczyt polskiej produkcji przemysłowej może nieco wesprzeć złotego ale wydarzenia w dalszej części tygodnia raczej będą mu szkodzić.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Na rynku stopy procentowej ostatni tydzień przyniósł niewielką zmienność notowań. Krajowe dane pozostawały neutralne z punktu widzenia wycen polskich obligacji, a uwaga inwestorów zwrócona była na rynki bazowe, gdzie głównym tematem pozostawała pogarszająca się sytuacja ekonomiczna Turcji. Chociaż rosnąca awersja do ryzyka wpływała negatywnie na krajowy rynek długu powiększając premię za ryzyko kredytowe, to ten wpływ był neutralizowany przez spadek rentowności US Treasuries i Bundów.

Krótkoterminowo spodziewać się można utrzymania niekorzystnego otoczenia rynkowego. Trudno zakładać, aby w najbliższych dniach Turcja zmieniła retorykę czy priorytety w polityce wewnętrznej i zewnętrznej, a tym samym transfer kapitału w kierunku aktywów bezpiecznych powinien być utrzymany. Nasilająca się awersja do ryzyka na świecie może determinować wzrosty rentowności polskich obligacji. Rentowności 2-letnich papierów powinny stabilizować się blisko 1,65%, natomiast 10-letnich lekko wzrosnąć do 3,20%-3,25%. Skalę przeceny ograniczać będzie fakt, że miejsce wycofującego się kapitału zagranicznego zajmuje kapitał krajowy (w br. portfele nierezydentów obniżyły się o 10,6 mld PLN, a banków wzrosły o 19,3 mld PLN).

Wycenom polskich obligacji nie będzie też sprzyjać zbliżający się termin aukcji zamiany (23 VIII). Spodziewać się bowiem można, że Ministerstwo Finansów będzie starało się emitować długoterminowe obligacje, co może determinować lekkie wystromienie się krzywej dochodowości.

Piątek przyniósł stabilne notowania kursu euro wobec dolara (EUR/USD w okolicach 1,14) oraz kursu złotego wobec euro (EUR/PLN w strefie 4,30 – 4,31).

Czwartkowa informacja o mających się rozpocząć pod koniec sierpnia chińsko-amerykańskich rozmów na niższym szczeblu odnośnie możliwości wznowienia negocjacji handlowych na szczeblu wyższym pomogły powrócić kursowi  EUR/USD z okolic 1,13 w okolice 1,14. Rodzący się optymizm został jednak szybko przygaszony przez samego D. Trumpa, który na Twitterze napisał, że Chiny nie są w stanie zaproponować USA akceptowalnego porozumienia w kwestiach handlu. Skutkiem tego EUR/USD zaczął się stabilizować wokół poziomu 1,14 i nawet nieco gorsze dane o nastojach konsumentów w USA (ankieta Uniwersytetu Michigan), które z ok. 97,9 w lipcu, są na sierpień szacowane jedynie na poziomie 95,3 (oczekiwano 98) nie były w stanie znacząco zmienić obrazu rynku. Podobnie sytuacja wyglądała na rynku EUR/PLN, który od kilku dni fluktuuje wokół 4,31. W przyszłym tygodniu sytuacja może się jednak nieco zmienić. Co prawda poniedziałkowa publikacja polskiej produkcji przemysłowej za lipiec może być pewnym wsparciem dla złotego, jednak wydarzenia w dalszej części tygodnia takie jak sprawozdanie z ostatniego posiedzenia Fed-u, czy też sympozjum w Jackson Hole z udziałem szefa Fed-u Powella powinny raczej sprzyjać dolarowi innym walutom bezpiecznej przystani kosztem walut rynków wschodzących, w tym złotego.

Wykres dnia: Dobry odczyt polskiej produkcji przemysłowej za lipiec może pomóc utrzymać kurs EUR/PLN na dotychczasowych poziomach.

Dobry odczyt polskiej produkcji przemysłowej za lipiec może pomóc utrzymać kurs EUR
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Mirosław Budzicki, Jarosław Kosaty / PKO Bank Polski

Kryzys w Turcji wpływa na rynek walutowy

Lira turecka nadal znajduje się w centrum uwagi inwestorów. Wraz z rozwojem sytuacji waluta Turcji odnotowuje wahania o dużej skali – to w górę, to w dół. A co przyniesie nowy tydzień?

O ile waluty krajów G10 zakończyły miniony tydzień na zbliżonym poziomie do tego, na którym go rozpoczęły, zmienność waluty Turcji odstraszyła sporą część inwestorów od rynków wschodzących. Odbicie liry względem dolara amerykańskiego o 6% nie wywarło ruchów o odpowiadającej skali na walutach gospodarek EM – większość z nich zakończyła tydzień osłabieniem w stosunku do dolara.

Najbliższy tydzień nie będzie obfitował w publikacje zbyt wielu istotnych danych makroekonomicznych. Dla rynku walutowego kluczowe będą kolejne wieści polityczne z Turcji, jak i rozwój sytuacji w kwestii handlowych relacji USA i Chin. Warto będzie również zwrócić na konferencję banków centralnych w Jackson Hole, która rozpocznie się w drugiej części tygodnia.

PLN

Z uwagi na sytuację w Turcji ubiegły tydzień był trudny dla polskiego złotego, ostatecznie jednak PLN w relacji do innych walut był w stanie skończyć go na lekkim plusie.

Ostatnie dni przyniosły wstępne dane o ekspansji polskiego PKB w drugim kwartale. Zgodnie z oczekiwaniami dynamika wzrostu gospodarczego wyniosła 5,1% w ujęciu rocznym. Niestety, nie znamy jeszcze szczegółów pokazujących jaka dokładnie była struktura wzrostu – tego dowiemy się pod koniec miesiąca, przy okazji kolejnej publikacji GUS-u. Oprócz danych o wzroście poznaliśmy również informacje o inflacji w lipcu, która wyniosła 2% i 0,6% (odpowiednio CPI i bazowa CPI), a także odczyty z polskiego rynku pracy, które nieco rozczarowały.

Ten tydzień przyniesie dość dużo danych z gospodarki. Rozpoczniemy go od odczytów produkcji przemysłowej i inflacji PPI w lipcu. W połowie tygodnia poznamy dane o dynamice sprzedaży detalicznej w lipcu, dzień później opublikowany zostanie protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Tydzień zakończymy z kolei publikacją stopy bezrobocia w lipcu.

GBP

Zarówno raport o rynku pracy jak i dane dotyczące inflacji były w większości zbliżone do oczekiwań. Płace rosły nieco szybciej niż dynamika cen, a bezrobocie spadło do najniższego w bieżącym cyklu poziomu 4%. Nie miało to jednak większego znaczenia dla funta brytyjskiego, podobnie jak lepsze od oczekiwań konsensusu dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Kurs szterlinga pozostaje w miejscu głównie ze względu na obawy rynkowe przed niekorzystnym Brexitem, które uważamy za przesadne. Sądzimy, że jakiekolwiek pozytywne wieści dotyczące stanu negocjacji mogą spowodować wyraźne umocnienie waluty Wielkiej Brytanii.

EUR

Niepokój związany z kryzysem w Turcji przeważał nad wyraźnie lepszymi danymi makroekonomicznymi dla strefy euro z ostatnich kilku tygodni. Inwestorzy zdają się obawiać, że europejskie banki mogą być eksponowane na pogarszającą się sytuację gospodarczą Turcji. Ze względu na ograniczoną ilość istotnych informacji z głównych gospodarek wspólna waluta doświadczyła względnej stabilizacji.

W tym tygodniu opublikowane zostaną minutki ze spotkania EBC, opublikowane zostaną również nowe wskaźniki aktywności biznesowej PMI. Obydwie informacje poznamy w czwartek i z pewnością na nich skupią się inwestorzy.

USD

W zeszłym tygodniu jedyną istotną publikacją z gospodarki Stanów Zjednoczonych były dane o sprzedaży detalicznej, które zdecydowanie przerosły oczekiwania konsensusu. Średnie dla 3-, 6- i 12 miesięcy wzrosły powyżej poziomu 0,5%, co sugeruje utrzymanie wysokiej dynamiki popytu konsumenckiego. Ostatnia publikacja potwierdza, że na ten moment trudno spodziewać się spowolnienia gospodarczego w USA. Podobnie jak w poprzednim, również w tym tygodniu nie pojawi się zbyt wiele danych z amerykańskiej gospodarki, niemniej w środę opublikowane zostaną minutki ze spotkania Rezerwy Federalnej. Nie spodziewamy się, żeby FED miał w jakikolwiek sposób sugerować zmianę oczekiwań względem perspektyw amerykańskiej gospodarki. Sądzimy również, że bank centralny utrzyma swoje stanowisko dotyczące stopniowego podnoszeniu stóp procentowych.

Pod koniec tygodnia warto będzie zwrócić uwagę na konferencję banków centralnych w Jackson Hole. Istotne dla rynków będą wszelkie informacje z konferencji, szczególnie warto obserwować piątkowe przemówienie prezesa Rezerwy Federalnej.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Cyberprzestępcy bogacą się na technologii blockchain. Nowy raport McAfee

Eksperci McAfee biją na alarm: Nie zaczynajcie rewolucji blockchainowej bez odpowiednich procedur bezpieczeństwa

Rynek technologii blockchain rośnie i do 2024 roku ma osiągnąć wartość 9,6 miliarda USD. Rozwój ten wykorzystują także cyberprzestępcy. Jak podaje McAfee w raporcie Blockchain Threat Report, w I kwartale 2018 r. liczba próbek złośliwego oprogramowania do „kopania” kryptowalut (tzw. coin miner) wzrosła o 629%. Hakerzy atakują też giełdy wirtualnych pieniędzy – tylko japoński Coincheck na początku tego roku stracił w wyniku ich działań 532 miliony USD. Jedna z kampanii phishingowych przeprowadzonych w 2017 roku przyniosła atakującemu 4 miliony dolarów.

Popyt na technologię blockchain nieustannie rośnie w największych sektorach na całym świecie, w tym również w sektorach publicznym, finansowym, detalicznym, medycznym i motoryzacyjnym. W rzeczywistości każda branża inwestuje w blockchain, pozyskuje lub wdraża tę technologię w mniejszym lub większym stopniu. Jednocześnie rośnie wymierzona w nią aktywność cyberprzestępców.

Eksperci McAfee podkreślają, że cyberprzestępcy coraz agresywniej wykorzystują popularność kryptowalut. Hakerzy zdobywają wirtualne pieniądze, stosując cztery kluczowe rodzaje ataków: ataki phishingowe, złośliwe oprogramowanie (takie jak ransomware czy coin miner), wykorzystanie luk w zabezpieczeniach oraz wykorzystanie samej technologii (np. ataki większościowe, polegające na tym, że atakujący w danym momencie posiada więcej niż 50% mocy całej sieci i może dzięki temu choćby podwójnie wydać te same środki).

Blockchain Threat Raport szczegółowo opisuje między innymi oszustwo phishingowe z 2017 roku, które polegało na udostępnieniu fałszywej strony generatora kluczy dla portfeli kryptowaluty IOTA. Strona działała 6 miesięcy i przez ten czas haker zgromadził dane uwierzytelniające użytkowników. Wykorzystał je 19 stycznia tego roku, kradnąc z rachunków niczego niepodejrzewających klientów niemal 4 miliony dolarów.

Arkadiusz Krawczyk, Country Manager McAfee Poland
Arkadiusz Krawczyk, Country Manager McAfee Poland

– Potencjał technologii blockchain jest ogromny, nic dziwnego zatem, że rośnie jej popularność. Wiele ostatnich ataków na kryptowaluty pokazuje jednak, że nie jest to rozwiązanie całkowicie niezawodne i wolne od wewnętrznych słabości. A to oznacza, że bezpieczeństwo musi stać się priorytetem w pracach nad jego rozwojem. Blockchain jest dziełem ludzi, a ludzie popełniają błędy – tłumaczy Arkadiusz Krawczyk, Country Manager, McAfee Poland.

Nowa technologia, nowe możliwości dla cyberprzestępców

Popularność kryptowalut daje cyberprzestępcom zupełnie nowe możliwości. W ostatnich latach doprowadziła między innymi do eksplozji ataków typu ransomware, które pozwalają cyberprzestępcom żądającym zapłaty okupu ukryć swoją tożsamość. Dziś coraz częściej stosowany jest przez nich cryptojacking, czyli wykorzystanie do kopania wirtualnej waluty mocy obliczeniowej komputera łączącego się z zainfekowaną stroną. Według raportu McAfee Labs Threats Report: June 2018, liczba próbek złośliwego oprogramowania typu coin miner wzrosła w pierwszym kwartale 2018 roku o 629%, osiągając rekordowy poziom 2,9 miliona.

Cyberprzestępcy uderzają także w giełdy kryptowalut. W przeprowadzonym na początku tego roku ataku na japońską giełdę Coincheck ucierpiało aż 260 000 inwestorów, którzy stracili w sumie 532 miliony dolarów. Wszystkie te przypadki tylko potwierdzają, że cyberbezpieczeństwo musi stać u podstaw rozwoju i wdrażania technologii blockchain.

– Tak jak wiele innych przełomowych technologii blockchain może mieć rewolucyjny wpływ na rozwiązanie bardzo istotnych problemów biznesowych, ale pod warunkiem, że w imię jak najszybszego wdrożenia tej technologii nie zostanie poświęcone bezpieczeństwo – mówi Raj Samani, główny specjalista w McAfee. – Nie ma żadnych wątpliwości, że cyberprzestępcy będą szukać wszelkich możliwych sposobów, aby wykorzystać luki techniczne oraz błędy ludzkie w ekosystemie blockchain. Rządy państw, dostawcy rozwiązań w zakresie cyberbezpieczeństwa oraz firmy muszą znać zagrożenia i minimalizować czynniki ryzyka. Bez odpowiedniej edukacji użytkowników i branży, bezpiecznego wdrożenia najlepszych praktyk i solidnych standardów bezpieczeństwa technicznego stosowanie technologii blockchain na szeroką skalę przez największe sektory i rządy państw może skończyć się miliardowymi stratami, które pogrążą miliony ludzi.

Cały raport McAfee Blockchain Threats Report jest dostępny na stronie: https://www.mcafee.com/enterprise/en-us/assets/reports/rp-blockchain-security-risks.pdf.

Gartner prezentuje 10 największych zagrożeń dla biznesu. Na szczycie chmura

Nieustający rozwój technologii przynosi nowe ryzyka dla prowadzenia działalności gospodarczej. Firma analityczna Gartner zdiagnozowała dziesięć obszarów, na które musi zwrócić uwagę każdy szybko rozwijający się biznes. Zaskakiwać może wysokie pierwsze miejsce dla chmury obliczeniowej. Eksperci jednak uspokajają – nowoczesne rozwiązania zapewniają pełne bezpieczeństwo i integralność danych. Naprzeciw obawom przychodzą także nowe rozwiązania regulacyjne, szczególnie uchwalona właśnie ustawa o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa.

Rynek chmury wart będzie w 2021 r. 300 miliardów dolarów – twierdzi Gartner. Mimo to, to właśnie cloud computing został zdefiniowany jako technologia, z którą wiąże się największe ryzyko biznesowe.  Finansiści obawiają się GDPR i wycieków danych  Dlaczego chmura obliczeniowa znalazła się na szczycie listy zagrożeń? Menedżerowie odpowiedzialni za obszar zarządzania ryzykiem, audytu, zgodności z regulacjami i finanse, zwracają przede wszystkim uwagę na możliwość wycieku danych i ryzyko niespełnienia wymagań związanych z GDPR (w Polsce – RODO). To główna obawa związana z chmurą obliczeniową.   Według Gartnera nieautoryzowany dostęp do informacji umieszczonych w chmurze obliczeniowej oraz potrzeba zapewnienia stałego i nieprzerwanego dostępu do danych, będą stanowić największe wyzwanie dla przedsiębiorstw. Dość wspomnieć, iż przerwy w dostępie do sieci kosztują światową gospodarkę blisko 2,5 miliarda dolarów rocznie, a mimo nakładów na bezpieczeństwo, na przestrzeni 2 lat blisko 400 mld dolarów z powodu fraudów i rosnących cyberzagrożeń.

Obawy finansistów z jednej strony nie dziwią biorąc pod uwagę widmo kar jakie grożą za niespełnienie wymagań GDPR, z drugiej są jednak mocno przesadzone – komentuje Andrzej Stella-Sawicki, wiceprezes i COO CloudFerro, firmy, która jest operatorem jednej z największych w Europie platform chmurowych CREODIAS, przetwarzającej blisko 9 PB danych – Zagrożenia związane z naruszeniem bezpieczeństwa danych w wyniku awarii, błędów ludzkich lub cyberprzestępstw występują niezależnie od tego, czy dane są przetwarzane na serwerach własnych, czy w chmurze. Natomiast operatorzy chmur publicznych dysponują procesami i personelem, które to ryzyko minimalizują.

Koncentrują się na zachowaniu ciągłości działania i bezpieczeństwie i podchodzą do tego procesu w sposób znacznie bardziej systematyczny niż niejedno przedsiębiorstwo, dla którego bezpieczeństwo IT jest tylko procesem pomocniczym – istotnym, ale niezwiązanym bezpośrednio z biznesem – dodaje Andrzej Stella-Sawicki.

Słabym punktem człowiek, nie technologia

Sam Gartner zwraca uwagę, że słabym punktem chmury, nie jest bynajmniej infrastruktura, ale człowiek. Do 2022 roku, co najmniej 95 procent awarii zabezpieczeń w chmurze będzie właśnie efektem błędów organizacji i człowieka. Firma analityczna zwraca uwagę, że wykorzystywanie bardziej wyrafinowanych taktyk, sięganie do inżynierii społecznej wymaga poszerzenia zespołu zajmującego się cyberbezpieczeństwem.

Z pomocą przychodzi także prawo. Interesy klientów usług umieszczonych w chmurze zostały niedawno dostrzeżone także przez polskiego ustawodawcę. W lipcu br. Sejm RP przyjął ustawę o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, implementującą do polskiego prawa unijną dyrektywę NIS. Operatorzy będą zobowiązani do wdrożenia skutecznych zabezpieczeń, szacowania ryzyka oraz raportowania poważnych incydentów we współpracy z tzw. CSIRT (Zespoły Reagowania na Incydenty Bezpieczeństwa Komputerowego).

Inwestycje mimo zagrożeń

Mimo obaw, rynek chmury rośnie. Zdaniem IDC już w przyszłym roku dziewięć na dziesięć przedsiębiorstw będzie korzystać z rozwiązań opartych w części lub w całości na chmurze obliczeniowej. W 2025 roku biznes będzie tam umieszczał już 60% ogółu swoich cyfrowych informacji.

– Za oceanem Pentagon szykuje się do przeniesienia swojej infrastruktury IT do chmury. Dostawcą będzie prywatna firma wyłoniona w drodze przetargu. W Europie z kolei na chmurę zdecydowała się Europejska Agencja Kosmiczna. Podobnie sprawa wygląda z rodzimą administracją publiczną. Dla niej rozwiązania chmurowe są po prostu idealne – nie tylko bezpieczne, ale też bardziej elastyczne, tańsze, wydajniejsze – zwraca uwagę Andrzej Stella-Sawicki z CloudFerro.

Obok chmury, wśród innych największych zagrożeń, Gartner wymienia m.in.: naruszenia cyberbezpieczeństwa, problemy związane z wdrożeniem GDPR, niedobór specjalistów w zakresie sztucznej inteligencji i robotyki czy zaawansowane techniki szkodliwej inżynierii społecznej.

Wynagrodzenia i benefity w erze millenialsów

W wielu firmach omnichannel staje się oczywistością – rynkowy sukces wymaga elastyczności i łączenia działań w tradycyjnych i nowoczesnych kanałach. Teoretycznie młodzi pracownicy (tzw. millenialsi lub pokolenie Y) powinni być gotowi na wyzwania współczesności, ale w praktyce, potrzeba tu czegoś jeszcze – odpowiedniej strategii, systemu wynagrodzeń i motywacji.

Szacuje się, że do 2025 roku 75 proc. wszystkich pracowników na świecie będą stanowili przedstawiciele millenialsów. Określeniem tym najczęściej obejmuje się pracowników, którzy mają dziś od 18 do 33 lat. Są to osoby, które nie znają życia w czasach „przed internetem”, a to z kolei powoduje, że świetnie radzą sobie z nowymi technologiami. Ale dojrzewanie w otoczeniu gadżetów i portali społecznościowych sprawiło, że millenialsi różnią się od swoich starszych kolegów w rozmaitych aspektach.

Oczekiwania pracowników rosną

Większe znaczenie ma dla nich środowisko pracy (atmosfera, współpracownicy, miejsce pracy), informacja zwrotna otrzymywana od przełożonych, równowaga między życiem prywatnym i zawodowym, ale także możliwość rozwijania swojej kreatywności i wiedzy. Millenialsi chcą pracować, chcą się angażować, ale pragną także, by wskazywano im jasny kierunek, wyjaśniano sens podejmowanych działań i doceniano ich zaangażowanie. To istotne składniki ich zadowolenia z pracy.

A co z wynagrodzeniem? Choć rośnie rola systemów pozapłacowych, to nie znaczy, że wynagrodzenie nie jest ważne.

– Przeciwnie, wysokie wynagrodzenia i rozmaite benefity, takie jak opieka medyczna, czy karty fitness, do których korporacje przyzwyczaiły dobrze wykształconych pracowników z dużych miast, obecnie nie są traktowane jako dodatek motywacyjny, a częściej jako oczywiste minimum – mówi Piotr Cwalina, partner w firmie konsultingowej WNCL.

Nie jest więc tak, że skoro rośnie znaczenie motywatorów pozafinansowych, to firmy mogą obniżyć koszty wynagrodzeń lub benefitów.  Młodzi ludzie satysfakcję z pracy osiągają wówczas, gdy otrzymują dobrą pensję podstawową, atrakcyjne dodatki, a ponadto, gdy pracodawca zaspokaja ich wyższe potrzeby, takie jak poczucie wpływu na sprawy firmy, możliwość zdobywania nowych umiejętności, czy też poczucie uczestnictwa w osiąganiu ambitnych celów firmy (zarówno biznesowych, jak i np. związanych ze społeczną odpowiedzialnością biznesu).

Łączy nas wspólna wizja celu

Po jednej stronie mamy rosnące oczekiwania pracowników – po drugiej, firmy, które próbują dostosować się do nowych czasów. Np. skuteczna sprzedaż powinna łączyć ze sobą kanały offline i online. Najlepiej widać to w sieciach handlowych (np. odzieżowych), w których klient coraz częściej przegląda produkty w internecie przed odwiedzeniem stacjonarnego sklepu, potem przymierza ubranie w salonie, a na koniec finalizuje zakup albo na miejscu, albo znów wraca do sieci.

Przedsiębiorstwa zmieniają strategie, by lepiej wykorzystywać coraz bardziej skomplikowane ścieżki zakupowe klientów. Jednak – pozostając przy przykładzie ze sklepem – wprowadzenie aplikacji na smartfon to za mało, jeśli sprzedawca w punkcie stacjonarnym będzie konkurował ze sklepem internetowym, zamiast wspólnie z nim prowadzić klienta do finalizacji zakupu (w dowolnym kanale sprzedaży).

Rozwiązaniem może być myślenie projektowe i stosowanie zasad zwinnego zarządzania (agile). Podejście takie zaczerpnięte zostało z firm informatycznych, ale dziś jest stosowane bez względu na branżę. Opiera się ono na tworzeniu zespołów, które wspólnie dążą do celów organizacji. Co ważne, każdy uczestnik projektu bierze odpowiedzialność za określony odcinek projektu, przez co wykazywanie własnej inicjatywy jest wpisane w podstawy codziennej pracy. W ramach agile, komunikacja ma większe znaczenie niż procedury, a szczególną wartością staje się elastyczność i otwartość na zmiany. Na końcu jednak wszyscy powinni widzieć ten sam, wspólny cel, który daje korzyść tak przedsiębiorstwu, jak i jego klientom. W efekcie pracownicy działający wg zasad agile, wiedzą do czego dążą, są autonomiczni w swoich działaniach i mają poczucie wpływu na to, co zostanie wspólnie wypracowane. To z kolei doskonale wpisuje się w motywacyjne oczekiwania millenialsów.

Omnichannel nie działa bez systemu wynagrodzeń

Wyobraźmy sobie pracownika w sklepie stacjonarnym, który w ramach promocji sklepu internetowego zachęca niezdecydowanego klienta do finalizacji zakupu w sieci, dając mu kod rabatowy możliwy do zrealizowania online. I odwrotnie, klient sklepu on-line może być zachęcany do skorzystania z akcji specjalnej, dostępnej tylko w sklepach stacjonarnych. Wówczas obydwa kanały nie konkurują ze sobą, ale uzupełniają się, a nawet nawzajem wspierają.

Jest jednak haczyk, który może przybrać postać pytania sprzedawcy: „co będę z tego miał, że odeślę klienta do sklepu wirtualnego/stacjonarnego?”. Cała idea omnichannel może rozbić się o brak właściwego systemu motywowania i wynagrodzeń, który wspierałby cel nadrzędny (sprzedaż dla firmy), a nie partykularne interesy sprzedawców (sprzedaż wyłącznie w „moim” kanale). Mówiąc inaczej, w odniesieniu do powyższego przykładu, system będzie działał wtedy, gdy sprzedawca zostanie wynagrodzony za sprzedaż bez względu na kanał, w jakim zostanie ona zrealizowana.

W praktyce, częstym problemem pozostaje to, że pomimo, iż firmy rozwijają się, wykorzystują coraz bardziej wyrafinowane narzędzia marketingowe i dostosowują do nich nowe strategie, to jednak bez zmian pozostają systemy motywowania i wynagradzania. Mamy więc pozornie nowoczesne przedsiębiorstwa z archaicznymi i nieelastycznymi systemami motywowania.

– Konieczna jest zmiana podejścia do wynagrodzeń i benefitów, tak aby powiązać je bezpośrednio z osiąganymi wynikami. Trzeba wprowadzać zasady, które w ocenie pracowników będą zrozumiałe, sprawiedliwe i przejrzyste. Pracownik powinien mieć poczucie, że jeśli pomaga klientom i jednocześnie osiąga cele firmy, to jego zaangażowanie zostanie odpowiednio docenione – mówi przedstawiciel WNCL.

Zmotywować i zaangażować

Nowoczesne systemy motywacyjne mogą trafnie wpisywać się w potrzeby młodych (i nie tylko młodych) pracowników, dając im okazję do tego, aby w pełni wykorzystywali swój potencjał. Nie za pośrednictwem niszczącej rywalizacji, ale poprzez wykazywanie inicjatywy i pomysłowości.

Dobre systemy motywacyjne powinny być tak skonstruowane, aby:

  • zachęcały do działania na rzecz całej organizacji (a nie na rzecz jednego działu lub systemu sprzedaży, w konkurencji do innego),
  • doceniały sytuacje, w których pracownik zwiększa satysfakcję klienta (nawet jeśli musi w tym celu odesłać klienta do innego pracownika),
  • premiowały za sprzedaż nawet te osoby, które nie są formalnie handlowcami, o ile przyczyniły się one do wzrostu sprzedaży (lub osiągnięcia innych celów firmy),
  • uwzględniały zarówno dokonania indywidualne, jak i zespołowe,
  • były powiązane z informacją zwrotną na temat osiąganych rezultatów (lepiej w okresach miesięcznych niż kwartalnych czy tym bardziej rocznych).

Płace i systemy motywacyjne należy wpisać w spójny system – transparentny, a jednocześnie powiązany z możliwością szybkich awansów. Wtedy ich motywacyjna funkcja będzie realizowana najlepiej.

Z kolei same benefity powinny wykorzystywać zaangażowanie pracowników i do pewnego stopnia zaspokajać ich potrzeby społeczne oraz emocjonalne.

Ciekawym pomysłem może być np. tworzenie klubów, do których pracownicy mogą dobrowolnie przystępować i pełnić w nich rozmaite funkcje. W takiej sytuacji pracodawca dofinansowuje nie pojedyncze osoby, ale akcje podejmowane przez kluby pracownicze, a czasem pomaga też w kwestiach organizacyjnych. Kluby tego typu mogą prowadzić działania społeczne (np. akcje ekologiczne lub charytatywne), ale mogą to być także kluby sportowe (rowerowe, tenisowe) lub inne. Ważne, aby pozwalały pozytywnie wykorzystać energię poprzez działania wybrane i zaakceptowane przez samych pracowników. Koordynacją i budżetowaniem klubów może zajmować się np. dział HR.

Kluby tego typu dają poczucie wspólnoty, działania w jednej drużynie i osiągania wspólnych celów, a to z kolei integruje pracowników i sprawia, że z większym zaangażowaniem wykonują również codzienne obowiązki, lepiej się przy tym komunikując.

System wynagrodzeń jako inwestycja

Problemem może się wydawać finansowa strona całego przedsięwzięcia. Finansowanie premii, nagród, czy też sponsorowanie pracowniczych klubów wiąże się z kosztami. Rozwiązaniem jest jednak powiązanie systemu z wynikami osiąganymi przez pracowników.

– Kluczem do sukcesu jest dobre ustawienie systemów premiowych i powiązanie ich z wynikami, tak żeby zmiany niejako samo się finansowały. Wyższe przychody osiągane przez dobrze zmotywowanych pracowników mogą zostać w części przeznaczone na ruchome systemy wynagrodzeń. Aby to jednak było możliwe, ważne jest uwzględnienie kwestii wynagrodzeń w długofalowej strategii i nie zmienianie reguł gry w trakcie jej trwania – podkreśla Piotr Cwalina.

Na szczęście praktyka pokazuje, że nawet wtedy, gdy punkt wyjścia jest trudny, zmiany są możliwe. Tak jak w jednej z popularnych sieci handlowych, która w obliczu silnej krytyki za sposób traktowania zatrudnianych osób, zupełnie przebudowała swoje relacje z pracownikami, a dziś ma bogaty program świadczeń pracowniczych i staje się liderem np. w zatrudnianiu osób starszych.

Nowoczesne systemy wynagradzania i motywowania pracowników można wprowadzić w każdej firmie – potrzebna jest jednak otwartość ze strony zarządu i właścicieli oraz świadomość tego, że zgodny ze strategią system „compliance and benefits” to nie koszt, a zyskowna inwestycja.

Sektor handlowy w pogoni za najwyższą formą

W krajowym sektorze handlowym skończyła się era bicia rekordów. Rynek kształtowany jest m.in. przez ograniczoną podaż, wzrost konkurencji, wzrost znaczenia e-handlu i skutki niedzielnego zakazu handlu. Jak wyliczają eksperci BNP Paribas Real Estate Poland, w I połowie 2018 r. deweloperzy działający nad Wisłą dostarczyli około 191 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej, z czego 110 tys. mkw. pojawiło się na rynku od kwietnia do końca czerwca. Zgodnie z przewidywaniami, do końca roku można spodziewać się dodatkowych 300 tys. mkw. nowej podaży.

Nowa podaż – malejące tempo wzrostu

Pierwszą połowę roku sektor nowoczesnej powierzchni handlowej zamknął  wynikiem 14,4 mln mkw., z czego około 73 proc. przypadło na 425 obiektów zaliczanych do formatu tradycyjnych centrów handlowych. Autorzy raportu podkreślają dobry wynik wypracowany w II kwartale – 110 tys. mkw. – za którym stoi pojawienie się na rynku sześciu nowych obiektów i zakończenie jednej rozbudowy. Bezsprzecznie, najbardziej znaczącym wydarzeniem raportowanego okresu było otwarcie zlokalizowanego na obrzeżach historycznego centrum Gdańska kompleksu  handlowo – rozrywkowego Forum Gdańsk. W ciągu trzech pierwszych tygodni obiekt ten odwiedziło ponad 1 mln osób. Z kolei w Warszawie, po prawie 3,5 latach prac które pochłonęły ponad 400 mln zł, zakończono rewitalizację i rozbudowę CEDETU. Będący jedną z wizytówek stolicy, budynek pomieści około 7 tys. mkw. powierzchni handlowej, a także powierzchnię biurową. Istotną, z rynkowego punktu widzenia, informacją było także otwarcie kolejnego zlokalizowanego poza głównymi aglomeracjami centrum wyprzedażowego – Smart Outlet – położonego w Bydgoszczy.

Pomimo dominacji na polskim rynku formatów tradycyjnych centrów handlowych, otwarcia m.in. Vendo Park w Dąbrowie Górniczej czy oławskiego Saller Parku potwierdzają, że deweloperzy i inwestorzy stawiają i będą stawiać także na niewielkie parki handlowe. Projekty tego typu cenione są zarówno przez lokalnych konsumentów, jak również przez operatorów handlowych poszukujących możliwości zmniejszenia kosztów operacyjnych.

Patrycja Dzikowska, dyrektor działu Analiz i Badań rynkowych, Europa Środkowo Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland
Patrycja Dzikowska, dyrektor działu Analiz i Badań rynkowych, Europa Środkowo Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Rozwój sektora nieruchomości handlowych wyraźnie zredukował bieg. Po ostatnich latach, które przyzwyczaiły nas do rekordowych wzrostów (średnia z ostatniej dekady to ponad 660 tys. mkw. nowej podaży rocznie) rynek osiągnął kolejny etap dojrzałości. Jego schładzanie w najbliższych latach będzie skutkować między innymi zmniejszającą się podażą i chłonnością. To co istotne, to także dynamika zmian w nawykach i oczekiwaniach konsumentów. Wywrze ona znaczący wpływ na proces ewolucji obiektów handlowych – Patrycja Dzikowska, dyrektor działu Analiz i Badań rynkowych, Europa Środkowo Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Popyt – duża dynamika rynku, nowe wyzwania

W pierwszym półroczu nad Wisłą zadebiutowało 15 sieci handlowych. Wśród nich znalazły się m.in. amerykańska marka modowa Bebe i niemiecka sieć dyskontowa TEDi. Na ekspansję w Polsce zdecydowała się także znana m.in. we Francji, Hiszpanii czy Irlandii sieć Dealz, której strategia opiera się na oferowaniu szerokiego asortymentu z przeważającą liczbą produktów w cenie 5 zł. W tym roku marka zamierza uruchomić w Polsce 20 sklepów. Warto podkreślić, że rozwój sektora operatorów dyskontowych będzie zależny od rozwoju niskokosztowych obiektów w mniejszych miejscowościach. A te wykorzystując m.in. rosnącą zamożność Polaków, migracje na przedmieścia oraz nasycenie rynku w dużych ośrodkach powoli opanowują małe miasta.

Patrycja Dzikowska podkreśla, że rynek handlowy nad Wisłą jest wysoce konkurencyjny,
co przed nowymi markami stawia bardzo wysokie wymagania. Niejednokrotnie walka o pozycje kończy się oddaniem pola innym. O wymarzony debiut najtrudniej markom reprezentującym sektor mody i akcesoriów, które koncentrują się na poszukiwaniu lokalizacji dla swoich salonów w wiodących obiektach. A te, co nie może dziwić, są oblegane.

Istotnym wydarzeniem rynkowym, odnotowanym w II kwartale, były otwarcia sklepów OBI w dotychczasowych lokalizacjach zajmowanych przez Praktikera. Autorzy raportu przewidują, że roszada ta skutkować będzie ogólnym spadkiem współczynnika powierzchni niewynajętej z poziomu około 4 proc. (na koniec 2017 roku) do średniego poziomu obserwowanego w ciągu dwóch ostatnich lat, tj. 2-2,5 proc.

Niedzielny zakaz handlu, rosnące znaczenie handlu elektronicznego, konsumenci młodej generacji z zupełnie nowymi nawykami i oczekiwaniami, a także wzrost konkurencji będą dla operatorów nie tylko testem kondycji, ale także testem umiejętności przystosowania do galopującej dynamiki rynkowych zmian.

Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland
Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Splot pozytywnych wskaźników ekonomicznych stymuluje dobrą koniunkturę w handlu detalicznym. Rosnące zatrudnienie i wzrost wynagrodzenia przekładają się na stale rosnące wskaźniki sprzedaży detalicznej, która w czerwcu wzrosła o 10,3 proc. r/r. Prowadzony od kilku lat przez PRCH monitoring obrotów w centrach handlowych potwierdza dobrą kondycję sektora nowoczesnego handlu. Trzeba oczywiście pamiętać, że jest to wskaźnik uśredniony, uwzględniający zarówno liderów branży jak i gorzej sobie radzących uczestników rynku. – Natasa Mika, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Podkreśla także, że wejście na rynek konsumencki młodych pokoleń z ich odmiennymi oczekiwaniami w stosunku do jakości przestrzeni i oferty centrum handlowego, będzie dla wielu obiektów i marek handlowych testem na umiejętność identyfikacji i szybkiego reagowania na zmiany rynkowe. Dodatkowym wyzwaniem dla handlu tradycyjnego jest stale rosnący sektor e-commerce, który, jak widać na przykładzie bardziej rozwiniętych rynków Europy Zachodniej, może pochłaniać nawet ok. 15% wolumenu sprzedaży detalicznej.

Stawki czynszu – stabilne w obiektach o ugruntowanej pozycji, oczekiwanie na wpływ zakazu handlu w niedziele

Niezmiennie, najwyższe poziomy stawek czynszów odnotowano w najlepszych obiektach. W wiodących stołecznych galeriach handlowych miesięczny wynajem powierzchni to koszt rzędu 110 € – 130 €/mkw dla lokali typu „prime” czyli butików z sektora moda usytuowanych w najlepiej wyeksponowanych strefach obiektu. W pozostałych miastach regionalnych stawki te w pierwszym półroczu wahały się pomiędzy 45€, a 60 €/mkw. za miesiąc. Autorzy raportu podkreślają, że właściciele obiektów tracących pozycję rynkową i działających w silnym otoczeniu konkurencji muszą liczyć się z oczekiwaniami najemców związanymi z obniżkami czynszów, a także większą partycypacją w kosztach wyposażenia lokali. W kontekście czynszów, eksperci BNP Paribas Real Estate Poland zwracają także uwagę, że ustawa o zakazie handlu w niedzielę może negatywnie wpływać na sytuację salonów działających w centrach handlowych, co będzie wywoływało presję najemców na  renegocjacje warunków umowy najmu.

Obiekty w budowie – główne aglomeracje i małe rynki oraz rozbudowy

Obecnie, na placach budowy w całej Polsce znajduje się około 505 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Listę największych nowopowstających inwestycji otwierają dwa projekty realizowane przez Echo Investment i EPP. To wynajęte w ponad 95-proc. i szykujące się do otwarcia katowickie Libero, a także budowana w sąsiedztwie węzła komunikacyjnego na warszawskich Bielanach Galeria Młociny. Prace trwają też na mniejszych rynkach, gdzie w budowie znajdują się m.in. Galerie Hosso w Świebodzinie i Gubinie.

W raporcie zwraca się również uwagę na to, że w krótkookresowej perspektywie spodziewane jest nasilenie trendu związanego z przebudowami i rozbudowami obiektów. Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland podkreślają, że ekspansje mogą generować
nawet do 20 proc. nowej podaży. Obecnie, na różnych etapach procesu rozbudowy znajdują się zarówno duże kompleksy o ugruntowanej pozycji – Centrum Janki oraz stołeczne Atrium Targówek, Atrium Reduta i Atrium Promenada, jak i niewielkie parki handlowe czy centra handlowe, których oferta uzupełniana jest o nowe, wolnostojące budynki – Dekada w Grójcu czy park handlowy przy centrum Galena w Jaworznie.

Zbycie praw i obowiązków w spółce osobowej to nie działalność gospodarcza

7 maja 2018 r. Dyrektor KIS wydał kontrowersyjną interpretację przepisów prawa podatkowego w zakresie rozliczania przychodu ze sprzedaży miejsca w spółce osobowej. Takie rozumienie przepisów to kolejny cios wymierzony w polskich przedsiębiorców. Ile i w jaki sposób stracą podmioty sprzedające udziały?

Stan faktyczny

W marcu 2018 r. do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej zwrócił się podatnik o wydanie interpretacji indywidualnej w zakresie podatku dochodowego od osób fizycznych, odpłatnego zbycia ogółu praw i obowiązków w spółce jawnej. Podatnik sprzedał posiadane prawa i obowiązki i spodziewał się opodatkowania należnego zgodnie z prowadzoną działalnością gospodarczą. Podatnik zauważył, że ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych nie pozwala na zakwalifikowanie tego samego dochodu do dwóch źródeł przychodu, stąd przyjęta przez niego interpretacja przepisów wydaje się w pełni racjonalna.

Nieprawidłowe stanowisko wnioskodawcy

Dyrektor KIS uznał za nieprawidłowe i nieuzasadnione stanowisko wnioskodawcy. Wskazał, że właściwe jest zakwalifikowanie uzyskanego przez podatnika przychodu do kategorii przychodów z praw majątkowych, o których mowa w art. 18 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Interpretując te przepisy, należy jednak sięgnąć do wykładni systemowej i powszechnego stosowania tego terminu na gruncie przepisów prawa cywilnego. A zatem prawa majątkowe należy rozumieć jako „prawa podmiotowe, pozostające w ścisłym związku z ekonomicznym interesem uprawnionego, związane z jego majątkiem, charakteryzujące się zbywalnością oraz posiadaniem określonej wartości majątkowej”.

Konsekwencje dla przedsiębiorców

Przedsiębiorca liczył na rozliczenie przychodu na zasadach podatku liniowego w wysokości 19%. Decyzja Dyrektora KIS „skazała” go na rozliczenie według ogólnej skali podatkowej. Mowa o stawce 32%, zakładając przekroczenie limitu dochodów. Należy wskazać, że osiągnięty przez podatnika przychód będzie rozpatrywany przez fiskusa zgodnie z art. 19 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, a więc organ sprawdzi, czy cena sprzedaży praw i obowiązków w spółce jest ceną rynkową. Koszty uzyskania przychodów ze sprzedaży rozumiane są jako udokumentowane wydatki poniesione przez wnioskodawcę, czyli wartość historyczną wniesionego w gotówce lub aportem wkładu do spółki osobowej, co stanowi niewielką kwotę w stosunku do tego, co przedsiębiorca mógłby odliczyć w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.

Mocne stanowisko organów administracji

Interpretacja Dyrektora KIS nie jest pierwszą odnoszącą się do kwestii zbycia praw i obowiązków w spółce osobowej. Podobnie wypowiadała się już izba skarbowa w Bydgoszczy[1] oraz w Warszawie[2], czy też wojewódzkie sądy administracyjne w Białymstoku[3], Bydgoszczy[4] oraz w Szczecinie[5]. W wydanych orzeczeniach i interpretacjach wielokrotnie wskazywano, że posiadanie przez spółkę osobową własnego majątku powoduje, że ma on charakter odrębny od majątku jej wspólników. Stanowisko sądów i organów administracji zostało dodatkowo wzmocnione dzięki uchwale siedmiu sędziów NSA z 30 marca 2009 r.[6], w której przesądzono o kwalifikacji udziału w spółce jawnej jako praw majątkowych. Omawiana interpretacja nie jest zatem odosobnionym stanowiskiem organów administracji. Podobne założenia czyniono już w poprzednich rozważaniach na ten temat w odniesieniu do innych spraw.

Argument na korzyść zmiany rezydencji podatkowej?

Nieprzychylna interpretacja przepisów prawa podatkowego jest następnym argumentem organów państwa zniechęcającym polskich podatników do rozliczania się w kraju. Niekorzystna stawka opodatkowania oraz rozliczanie kosztów w ramach wartości wniesionego wkładu, generuje ogromną stratę dla przedsiębiorców, zwłaszcza biorąc pod uwagę duże sumy, związane z tego typu transakcjami.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

[1] 4 sierpnia 2010 r., ITPB1/415-439/10/DP

[2] 7 października 2010 r., IPPB1/415667/10-3/KS

[3] wyrok z 3 marca 2010 r., sygn. akt SA/Bk 7/10

[4] wyrok z 5 stycznia 2010 r., sygn. akt I SA/Bd 882/09

[5] wyrok z 25 października 2007 r., sygn. akt I SA/Sz 58/07

[6] sygn. akt II FPS 5/08

Sprawdź pozycję dużych graczy na rynku walutowym

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange 15oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnienie. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku walutowy

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających na rynku surowcowym

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

WTI – ku większej przecenie?

Zarządzający na rynku kontraktów terminowych po raz kolejny pomniejszyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku. Zamykanie długich pozycji trwa od połowy lipca bieżącego roku, aczkolwiek w dalszym ciągu linia netto (pozycje długie – krótkie) znajduje się na bardzo wysokim poziomie. Przechodząc do liczb, w najnowszym raporcie Commitments of Traders zanotowano spadek pozycji długich o 43 413 kontraktów terminowych, co daje ponad 10 procent wszystkich otwartych longów. Z kolei pozycja krótka wzrosła o 4 324 pozycje, co daje 25 procent wszystkich shortów wśród badanej grupy. Tak duży wzrost krótkich pozycji daje niedźwiedzi sygnał na notowaniach ropy naftowej WTI.

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źrodło: Cme Group

Z jednej strony mamy bardzo niedźwiedzi wydźwięk raportu COT, za to analiza techniczna nie potwierdza trendu spadkowego. Bowiem notowania zdołały utrzymać się w długoterminowym kanale wzrostowym. Aktualnie znalazły się na mocnym wsparciu 63.60-64.90 USD. Celem dla kupujących jest krótkoterminowy opór w okolicy 68 USD. Gdyby jednak sprzedającym udałoby się pokonać wsparcie i dolną bandę kanału wzrostowego, to ich celem będzie 58 USD za baryłkę. Według raportu COT drugi scenariusz jest bardziej prawdopodobny.

Notowania ropy WTI, interwał dzienny

Notowania ropy WTI, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

BTCUSD – czas na odbicie?

Aktualny raport COT powinien spodobać się kupującym kryptowaluty. Bowiem fundusze lewarowane w poprzednim tygodniu otworzyły 584 kontrakty terminowe opiewające na pozycje długą, co jest dobrą wiadomością. Natomiast złą – otworzyli też 312 pozycji krótkich. Pomimo wzrostu jednych i długich pozycji linia netto rośnie od trzech tygodni, co daje byczy sygnał dla kupujących pierwszą kryptowalutę na rynku.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Według analizy technicznej bardziej prawdopodobne jest zejście BTC poniżej 5 000USD. Głównym tego powodem są coraz słabsze impulsy wzrostowe. Długoterminowe wsparcie BTC znalazło się w okolicy 5 500 USD. Sprzedającym udało się już trzy razy przetestować jego siłę. Na chwile obecną z powodzeniem, aczkolwiek każdy kolejny test kończył się mniejsza kontrą kupujących, co rychle może doprowadzić do jego przerwania.

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Notowania BTCUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Zatem według COT obecny impuls wzrostowy powinien dotrzeć przynajmniej w okolicę 8 000USD. Z drugiej strony analiza techniczna mówi o spadku w okolicę 5 000USD.

Dział Analiz Admiral Markets

Stabilizacja w Turcji. Wenezuela dalej walczy z inflacją

Przyjaciele z Kataru ponownie wspierają Turcję. Poglądy prezydenta Erdogana wiążą ręce tureckiego banku centralnego. Denominacja i reformy w Wenezueli.

Stabilizacja w Turcji

Po ostatnich wahaniach kurs liry stabilizuje się. Powodem są kolejne interwencje Kataru. Kraj ten podpisał właśnie umowę swap. To kontrakt, w ramach którego obydwa państwa zgadzają się w przyszłości wymienić waluty po z góry określonym kursie oraz wypłacać sobie wzajemnie od nich odsetki. To właśnie te działania powodują, że turecki rachunek płatniczy w walutach się stabilizuje. Dzięki temu ogranicza się presja na osłabianie się liry. Z drugiej strony stabilizacja na poziomie 6 lir za dolara, kiedy jeszcze w marcu były to 4 liry, nie jest z pewnością marzeniem Turków.

Recepta na problem

Czy jest coś co może uspokoić sytuację w kraju? W sytuacji rosnącej inflacji i osłabiającej się waluty podręczniki ekonomii wskazują rozwiązanie. Należy podnieść stopy procentowe. Ten ruch jest jednak wykluczony przez prezydenta Recepa Erdogana. Uważa on bowiem, że to za wysokie stopy procentowe są powodem problemów. Bank Turcji tylnymi drzwiami próbuje podnosić efektywną stopę, ale działania te nie są aż tak skuteczne.

Wenezuela dalej walczy z inflacją

Dzisiaj do obiegu trafi suwerenny boliwar. Zastąpi on dotychczas używanego bolivara. Proporcja wymiany wyniesie 1 suwerenny boliwar za 100 000 boliwarów. Dzięki temu w państwie o gigantycznej inflacji uda się przez jakiś czas utrzymać rozsądną ilość 0 na banknotach. Problemem jest jednak to, że to zdecydowanie za mało by zatrzymać inflację. W górę ma pójść podatek od wartości dodanej o 4% do 16%. Dotychczas VAT wynosił 12%, przy utrzymywaniu wydatków w ryzach była to wystarczająca wartość w kraju produkującym ropę naftową. W górę idzie też podatek od transakcji finansowych. Obie te zmiany nie spowodują jednak, że państwa wciąż nie będzie stać na socjal, tym bardziej, że pensja minimalna właśnie rośnie 35-krotnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną idą w górę

Nie tylko kupujący mieszkania doświadczają podwyżek na rynku nieruchomości. W ostatnich latach w większości największych polskich miast zanotowano podwyżki średnich cen gruntów przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną. Wysokie, bo blisko 6% wzrosty cen działek odnotowano w Warszawie, Wrocławiu i Poznaniu. Najwięcej za grunt trzeba zapłacić w stolicy. Średnia cena 1 mkw. działki pod budownictwo jednorodzinne w Warszawie wynosi 620 zł – wynika z analizy „Grunty pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną”, opracowanej przez Emmerson Evaluation.

Wysoki popyt i wzrost cen na rynku lokali mieszkalnych spowodował, że część popytu skierowana została na rynek domów jednorodzinnych, a przede wszystkim na grunty przeznaczone pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną, wskazują eksperci Emmerson Evaluation, firmy zajmującej się profesjonalną wyceną nieruchomości. W przypadku domów na rynku wciąż dominują pojedyncze projekty budowane przez indywidualnych inwestorów. W rezultacie zwiększa się popyt na grunty pod tego typu zabudowę.

‒ Grunty pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną cieszą się wysokim zainteresowaniem, ponieważ budowa domu jest coraz częściej rozważana jako alternatywa dla kupna mieszkania. Nie obserwujemy na rynku widocznych przesłanek ku temu, aby ceny gruntów w najbliższym czasie miały zacząć spadać. Obecna dobra koniunktura na rynku gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną to naturalny trend, który jest efektem równocześnie rosnących cen gruntów deweloperskich i cen mieszkań – mówi Robert Korczyński, Członek Zarządu Emmerson Evaluation. Podwyżki mogą czekać szczególnie lokalizacje, które są postrzegane jako modne, prestiżowe lub w niedalekiej przyszłości zyskają na popularności w związku z budową nowej infrastruktury komunikacyjnej, prognozuje ekspert Emmerson Evaluation.cena gruntu

Warszawskie ceny tradycyjnie wysokie

Obserwując rynek nieruchomości gruntowych przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Warszawie, można zauważyć, że w ostatnich latach zdecydowana większość transakcji odbywała się w rejonach poza dzielnicami określanymi jako centralne, do których należy zaliczyć Śródmieście, Żoliborz, Wolę, Ochotę i Pragę-Północ, wskazuje Emmerson Evaluation.

Rynek sprzedaży gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w centrum miasta – w dzielnicach Śródmieście i Praga-Północ oraz w dzielnicy Ochota i Wola praktycznie nie istniał. Gęsta zabudowa wielorodzinna i komercyjna, a także obowiązujące dokumenty planistyczne, poza nielicznymi wyjątkami, niemal wykluczały tu zabudowę domami jednorodzinnymi.

Zdecydowanie największą dostępnością działek pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną mogą pochwalić się peryferyjne dzielnice stolicy, jak Wilanów, Białołęka, Bielany, Wawer, Wesoła oraz Rembertów. W ostatnich latach zawarto tam ok. 60% wszystkich transakcji działkami pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w stolicy. Większa dostępność gruntów na tych obszarach wpływa na ich niższą cenę. O jej wysokości decyduje przede wszystkim odległość od istniejących już głównych tras komunikacyjnych, stacji kolejowych oraz planowanej infrastruktury komunikacyjnej – komentuje Robert Korczyński.

Jedne z najtańszych gruntów w Warszawie można nabyć w granicach Białołęki. W rejonach bardziej peryferyjnych, np. na północ od Kanału Żerańskiego, ceny działek pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną osiągają poziom 350 zł/mkw. Droższe są natomiast grunty np. na osiedlu Brzeziny, gdzie za 1 mkw. działki budowalnej płacono średnio 440 zł. Natomiast najwyższą średnią cenę w stolicy Emmerson Evaluation zanotował w Mokotowie. Średnia cena 1 mkw. gruntu pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną dla tej dzielnicy w 2017 roku wyniosła ponad 1,5 tys. zł. Prawie 70% wszystkich transakcji na obszarze Mokotowa dotyczyło sprzedaży gruntów położonych na peryferyjnych terenach Sadyby, Siekierek czy Augustówki, gdzie ceny osiągały poziom ok. 1 tys. zł/mkw.średnia cena gruntu

Ceny krakowskich działek rosną

W Krakowie średnie ceny za powierzchnię pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w ciągu ostatnich lat nieznacznie wzrosły. W 2017 r. kwota, za którą można było nabyć działkę budowlaną kształtowała się na poziomie 330 zł/mkw., a średnia powierzchnia nabywanego gruntu wyniosła ok. 1 tys. mkw.

W ubiegłym roku, największym zainteresowaniem na krakowskim rynku, biorąc pod uwagę liczbę zawartych transakcji, charakteryzował się rejon Podgórza (gdzie zawarto prawie 50% wszystkich transakcji działkami budowalnymi w Krakowie). Na południe od Autostrady A4, tj. w okolicy Swoszowic, można było nabyć grunty za cenę 100 zł/mkw. Działki położone w północnej części jednostki ewidencyjnej Podgórze, w obszarze osiedla Skotniki czy osiedla Europejskiego (zachodnia części rejonu Dębniki), osiągały ceny średnio 250-300 zł/mkw.

W przypadku dzielnicy Krowodrza zdecydowana większość transakcji gruntami dotyczyła działek położonych w okolicy osiedli Bronowice, Prądnik Biały i Zwierzyniec. Średnie ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną wynosiły tam odpowiednio 500 zł/mkw., 420 zł/mkw., 350 zł/mkw.

W Nowej Hucie podaż gruntów pod budowę domu znajdziemy głównie na terenie Wzgórza Krzesławickiego. Średnia cena działek budowlanych w ostatnim roku w dzielnicy Nowa Huta wyniosła 210 zł/mkw. W obszarze Bieńczyce, położonym bliżej centrum, występuje mniejsza podaż gruntów pod zabudowę jednorodzinną i ich średnia cena wynosi 270 zł/mkw. Jedne z tańszych działek znajdziemy w okolicach Woli Rusieckiej oraz Branic, gdzie zabudowa jednorodzinna koncertuje się wzdłuż głównych ulic. Za działki pod budowę domu w tych okolicach trzeba zapłacić ok. 100-150 zł/mkw.

W centralnym obszarze miasta Kraków, w Śródmieściu, obrót działkami przeznaczonymi pod budownictwo mieszkaniowe jednorodzinne praktycznie nie ma miejsca. Transakcje gruntami pod ten rodzaj zabudowy sporadycznie występowały w przypadku działek położonych w okolicy osiedla Olsza II i w zachodniej części Prądnik Czerwony. W tej lokalizacji ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną kształtowały się w przedziale 450-500 zł/mkw.średnia cena gruntu dzielnice

 W Trójmieście bliskość Sopotu śrubuje ceny

Rynek nieruchomości niezabudowanych przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Trójmieście jest reprezentowany głównie przez Gdańsk i Gdynię. W najbardziej prestiżowym bałtyckim kurorcie – Sopocie ‒ praktycznie nie występują transakcje gruntami pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną. Wynika to głównie z braku dostępności takich działek na sprzedaż, co wiąże się ze znacznym zurbanizowaniem miasta. Pojedyncze oferty sprzedaży gruntów w Sopocie dochodzą do poziomu powyżej 2 tys. zł/mkw. W Gdyni ceny transakcyjne działek pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w ostatnim roku wynosiły średnio 460 zł/mkw., natomiast w Gdańsku – 350 zł/mkw.

Jedne z najdroższych działek budowlanych na terenie Gdańska występują w dzielnicy Oliwa, która położona jest w bezpośrednim sąsiedztwie Sopotu – tutaj za 1 mkw. działki budowlanej należy zapłacić powyżej 2 tys. zł. Najniższe ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Gdańsku osiągają poziom 140-300 zł/mkw. Za kwoty tego rzędu nabywano działki o średniej powierzchni ok. 1 tys. mkw. w rejonie Łostowic oraz Kokoszek.

W Gdyni najtańsze grunty występują w dzielnicy Dąbrowa i Chwarzno-Wiczlino, gdzie ceny zaczynają się już od 180 zł/mkw. Na tych terenach w ostatnim czasie odnotowano największą liczbę transakcji (blisko 50% wszystkich transakcji zawartych w Gdyni). Natomiast ok. 14% zawartych w Gdyni transakcji dotyczyło dzielnicy Obłuże i Chylonia. Średnia cena uzyskana na tych obszarach kształtowała się na poziomie 350 zł/mkw. Niektóre grunty położone w dzielnicy Witomino, Mały Kack i Pustki Cisowskie osiągały już wyższe ceny – średnio 600 zł/mkw. Do jednej z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji w Gdyni można zaliczyć Orłowo, gdzie średnia cena gruntu pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną wynosi około 950 zł/mkw.średnia cena gruntu gdańsk

We Wrocławiu ceny gruntów też wzrosły

We Wrocławiu średnia cena za 1 mkw. gruntu przeznaczonego pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w ostatnim roku kształtowała się na poziomie ok. 320 zł. Blisko 40% wszystkich wrocławskich transakcji dotyczyło nieruchomości zlokalizowanych w dzielnicy Fabryczna. Obecnie na jej terenie znajduje się wiele nowych inwestycji w formie zabudowy mieszkaniowej jednorodzinnej i wielorodzinnej. W Fabrycznej na peryferyjnych terenach Jerzmanowa, Ratynii czy Marszowic odnotowano najniższe ceny gruntów, zaczynające się od ok. 80 zł/mkw. Najdroższe grunty pod budowę domu występują na terenie osiedla Oporów oraz Grabiszyn. Ich cena osiąga poziom nawet 1 tys. zł/mkw.

Krzyki to jedna z największych dzielnic Wrocławia, w której obecnie realizowanych jest wiele  inwestycji budowlanych. Średnia cena działki pod budowę domu w tym rejonie w ostatnim roku wyniosła 400 zł/mkw. Najwyższe ceny gruntów odnotowano na osiedlach Partynice i Gaj, gdzie osiągały one poziom 750 zł/mkw.

Na wrocławskim rynku najtańsze grunty pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną występują w dzielnicy Psie Pole. Ceny na terenie osiedla Widawa i Pawłowice zaczynają się od poziomu 80 zł/mkw. W tej dzielnicy znajdziemy też droższe grunty, głównie na osiedlu Karłowice oraz Poświętne, gdzie średnio  należy zapłacić nawet 700 zł/mkw. Średnia cena za 1 mkw. działki budowlanej  w całej dzielnicy kształtowała się w ostatnim roku na poziomie 260 zł.

W przypadku dzielnicy Stare Miasto podaż gruntów mieszkaniowych jednorodzinnych nie występuje ze względu na historyczną, gęstą strukturę zabudowy i określone w miejscowym planie zagospodarowania przeznaczenie pod zabudowę mieszkaniową wielorodzinną lub usługową. Podobnie sytuacja przedstawia się w Śródmieściu.średnia cena gruntu wrocław

Poznań trzecim najdroższym miastem

W ubiegłym roku w stolicy Wielkopolski odnotowano 6% wzrost cen gruntów przeznaczonych pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną, a średnia cena działek wyniosła 370 zł/mkw.

Jeżyce to aktualnie najszybciej rozwijający się obszar w Poznaniu, położony w bezpośrednim sąsiedztwie centrum miasta i oferujący bardzo dobrą infrastrukturę komunikacyjną oraz sąsiedztwo terenów zielonych. Blisko 30% transakcji gruntami przeznaczonymi pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną dotyczyło nieruchomości położonych właśnie na terenie tej dzielnicy. Najdroższymi gruntami pod budowę domu charakteryzował się obszar południowo-wschodnich Jeżyc (osiedla Sołacz i Golęcin), gdzie odnotowano średnią cenę 850 zł/mkw. Działki zlokalizowane na bardziej odległych osiedlach dzielnicy, jak Kiekrz czy Strzeszyn są tańsze, a średnia cena osiąga tam poziom 580 zł/mkw. Nieco niższe ceny gruntów można znaleźć na osiedlu Krzyżowniki-Smochowice.

Na Starym Mieście wysoką cenę (830 zł/mkw.) osiągały działki zlokalizowane w obrębie takich osiedli jak Winogrady czy Winiary. Wynika to z położenia w bliskim sąsiedztwie centrum miasta, a także atrakcyjności pod względem dostępności komunikacji miejskiej oraz bliskości Parków Cytadela i  Sołackiego. Natomiast najniższe ceny, na poziomie średnio 270 zł/mkw. występują na peryferyjnych rejonach osiedli Morasko-Radojewo czy Naramowice, z których czas dotarcia do centrum miasta jest znacznie dłuższy. Z uwagi na planowaną budowę linii tramwajowej w Naramowicach sytuacja komunikacyjna w tym rejonie może się poprawić i przyczynić do wzrostu cen gruntów.

Najniższe ceny gruntów pod zabudowę mieszkaniową jednorodzinną w Poznaniu odnotowano dla nieruchomości położonych na peryferiach dzielnicy Nowe Miasto. Ceny od 120 zł/mkw. dotyczyły gruntów położonych na terenie osiedla Spławie oraz osiedla Antoninek.średnia cena gruntu poznań

Przemysł kwitnie mimo słabszych nastrojów

W lipcu kontynuowana była bardzo dobra passa polskiego przemysłu i budownictwa, co pozwala przypuszczać, że oczekiwane spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego jeszcze nie nadchodzi.

Według danych GUS, w lipcu produkcja przemysłowa była aż o 10,3 proc. wyższa niż rok wcześniej. To znacznie więcej niż się spodziewano, a jednocześnie był to wynik najlepszy od października ubiegłego roku. Trwająca od dwóch lat tendencja wzrostowa jest więc utrzymana i wszystko wskazuje na to, że przedłuży się na kolejne miesiące, przesuwając w czasie spodziewane spowolnienie. Jest szansa, że także w trzecim kwartale tempo wzrostu PKB będzie zbliżone do 5 proc. lub tylko nieznacznie osłabnie. Lipcowe dane mocno podbił sięgający aż 15,9 proc. wzrost w sektorze wytwarzania i zaopatrywania w energię, gaz i gorącą wodę, ale bardzo dobrą, wynoszącą 10,2 proc. dynamikę zanotowano w przetwórstwie przemysłowym.

Od kilkunastu miesięcy, z małymi przerwami, utrzymuje się bardzo wysoka dynamika produkcji sprzedanej zarówno dóbr zaopatrzeniowych, jak i inwestycyjnych, przy wyraźnie bardziej umiarkowanym tempie wzrostu produkcji dóbr konsumpcyjnych. Silnie rosną także nowe zamówienia, kierowane do przemysłu, choć w tym przypadku zdarzają się wyraźnie słabsze miesiące (duży spadek w marcu obecnego roku, czy w grudniu 2017 r.).

Co ciekawe, lipcowe dane wyraźnie kontrastują z pogarszającymi się ocenami przedsiębiorców. Spadek wskaźnika PMI za lipiec do poziomu najniższego od jedenastu miesięcy, sygnalizował zdecydowane spowolnienie koniunktury w przemyśle. Ankietowani managerowie zwracali uwagę na słabszy wzrost zarówno produkcji, jak i nowych zamówień, narzekając także na rosnące opóźnienia w dostawach i kłopoty kadrowe. Jak się okazuje, te obawy były formułowane nieco na wyrost, choć mogą okazać się uzasadnione w dalszej perspektywie, szczególnie w przypadku pogorszenia się sytuacja w gospodarce europejskiej.

Wyraźnie rozczarowująca była z kolei lipcowa dynamika produkcji budowlano-montażowej, wynosząca jedynie 18,7 proc., znacznie niższa niż oczekiwane około 20 proc. i wyraźnie gorsza niż w poprzednich miesiącach. To prawdopodobnie efekt połączenia okresu urlopowego z niedoborami rąk do pracy, szczególnie mocno odczuwanymi w sektorze budowlanym.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Dywidendowe akcje kontra obligacje tych samych firm

W ostatnich 12 miesiącach inwestycja w akcje spółek wypłacających dywidendę okazała się korzystniejszym rozwiązaniem niż zakup obligacji tych samych spółek. Niemniej, nie każdego taka statystyka przekona do akcji.

Na detalicznej części Catalyst notowane są obligacje 22 emitentów, których akcje jednocześnie obecne są na GPW i w dodatku zdecydowali się oni na wypłacenie dywidendy z ubiegłego – zwykle bardzo udanego dla nich – roku. Stopa dywidendy wahała się od 1,8 proc. (Orbis) do 9,64 proc. (LCC Corp.). Średnio było to 5,69 proc., a mediana wypadła na poziomie 5,31 proc. (Stopa dywidendy liczona była w dniu przyznania prawa do dywidendy, a właściwie dwa dni wcześniej, kiedy trzeba było mieć akcje danej firmy na rachunku; jeśli prawo do dywidendy dopiero ma zostać ustalone, obliczenia przeprowadzono na podstawie cen zamknięcia z 13 lipca).

W obydwu przypadkach są to wartości interesujące także z punktu widzenia inwestujących w obligacje korporacyjne, porównywalny zysk dały papiery oprocentowane na 3,6-4,0 pkt proc. ponad WIBOR 3M, czyli wartości z górnego przedziału oprocentowania oferowanego przez emitentów np. w publicznych emisjach obligacji.

Oczywiście stopa dywidendy to nie wszystko. Już kolejnego dnia notowania akcji zwykle spadają właśnie o wysokość dywidendy, a w ciągu roku ich wyceny podlegają stałym wahaniom. Aby lepiej prześledzić opłacalność inwestycji w akcje spółek dywidendowych, założyliśmy, że należy dokonać inwestycji na 12 miesięcy przed przyznaniem prawa do dywidendy. Co się okazuje? Stopa zwrotu dodatkowo wzrosła (średnia do 7,67 proc., mediana do 8,09 proc.), a przecież koniunktura na warszawskiej giełdzie nie rozpieszczała inwestorów w ostatnich miesiącach. Należy jednak pamiętać, że spółkom dywidendowym powodzi się z reguły lepiej (zyski wystarczają na wypłaty dla akcjonariuszy), a nadzieja na wypłatę dywidendy stabilizuje notowania. Po drugie grupa ta wcale nie była jednorodna, dziewięć z 22 akcji dało w tym okresie ujemną stopę zwrotu, mimo doliczenia do niej dywidendy.

Dopiero tak obliczoną stopę zwrotu porównaliśmy z oprocentowaniem obligacji tych samych emitentów, która średnio wyniosła 4,81 proc. (mediana 4,98 proc.). Co się okazało? W 10 przypadkach akcje okazały się lepszą inwestycją, w dziewięciu lepiej wypadły obligacje, w trzech różnice były niewielkie (poniżej 4 proc.) i mogły zostać zniwelowane w zasadzie jedną słabszą sesją na GPW.

Porównanie stopy dywidendy, zmiany notowań i oprocentowania obligacji wybranych emitentów
Emitent Dywidenda na akcję (w zł) Dzień ustalenia prawa do dywidendy Kurs z dnia ustalenia prawa do dywidendy (w zł) Stopa dywidendy (w proc.) Kurs 12 miesięcy wcześniej (w zł) Zmiana kursu przez 12 miesięcy plus dywidenda (w proc.) Oprocentowanie obligacji (w proc.)
Archicom 1,44 05.06.2018 15,95 9,03 16,43 5,84 4,16
Arctic Paper 0,2 20.06.2018 4,66 4,29 4,48 8,48 4,46
Atal 3,54 25.06.2018 40,8 8,68 38,4 15,47 3,68
Dekpol 1,18 20.08.2018 42 2,81 23 87,74 5,98
Dom Development 7,6 26.06.2018 85,4 8,90 78,71 18,16 3,53
Echo Investment 0,5 04.05.2018 5,38 9,29 5,44 8,09 4,78
Famur 0,44 09.07.2018 5,3 8,30 5,79 -0,86 4,78
GPW 2,2 19.07.2018 39,1 5,63 48,85 -15,46 2,76
GTC 0,33 25.05.2018 8,68 3,80 9,23 -2,38 6,3
I2 Development 1,12 10.09.2018 17,3 6,47 15,69 17,40 6,2
Kruk 5 25.04.2018 223,8 2,23 273,75 -16,42 4,2
LCC Corp. 0,24 23.07.2018 2,49 9,64 2 36,50 5,28
Lokum Development 0,84 02.05.2018 17,7 4,75 15,99 15,95 4,98
M.W. Trade 0,46 12.06.2018 6 7,67 7,12 -9,27 5,7
Orbis 1,6 17.07.2018 89 1,80 85,17 6,38 2,86
PCC Exol 0,09 30.04.2018 1,8 5,00 1,74 8,62 5,5
PCC Rokita 8,31 16.04.2018 117 7,10 84,2 48,82 5
PKN Orlen 3 20.07.2018 82 3,66 111,95 -24,07 5
Ronson 0,06 25.09.2018 1,04 5,77 1,74 -36,78 4,63
Unibep 0,2 25.06.2018 5,54 3,61 13,5 -57,48 4,28
Vindexus GPM 0,25 27.06.2018 9 2,78 9,33 -0,86 5,5
Voxel 1 28.05.2018 25,3 3,95 16,99 54,80 6,28
Średnia 5,69 7,67 4,81
Mediana 5,31 8,09 4,98

Źródło: BDM.pl, obliczenia własne

Czy warto stawiać na dywidendowe akcje?

Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. Choć statystycznie tego rodzaju inwestycja dała lepsze efekty (drugi rok z rzędu) niż zakup obligacji tych samych emitentów, trzeba pamiętać o kilku kluczowych aspektach. Po pierwsze, nie ma mowy o powtarzalności zysków samych spółek, które mogą trafić w okres gorszej koniunktury, silniejszej konkurencji, borykać się ze spadkiem marż czy wreszcie finansować z zysków nowe inwestycje. W związku z tym nie wiadomo, ile i czy w ogóle dywidenda pojawi się w kolejnych roku. A przecież jeszcze trudniej przewidzieć, jak zachowają się ich akcje – notowania na giełdzie zależą wszak nie tylko od kondycji samych spółek, ale od szeregu różnych czynników, na czele z nastawieniem inwestorów międzynarodowych do Polski i indywidualnych do funduszy akcji. Oczywiście premia za podjęcie ryzyka inwestycji w akcje może być także spora, w jednym z omawianych przypadków zysk z rocznej inwestycji wyniósł prawie 90 proc. (Dekpol). Z drugiej strony, jeśli nasz hipotetyczny inwestor pominąłby akurat tę jedną pozycję, średnia stopa zwrotu z inwestycji w akcje dywidendowych spółek spadłaby do 3,85 proc. Wiele zależy więc nie tylko od obranej strategii, ale także od trafnego wytypowania akcji do portfela, a wybór nie jest bynajmniej wąski. Przypomnijmy – w 40 proc. przypadków stopa zwrotu z rocznej inwestycji w akcje dywidendowej spółki była ujemna, mimo wypłaconej dywidendy.

Na tym tle postawienie na obligacje korporacyjne daje jednak bardziej przewidywalne rezultaty, choć oczywiście nie należy pomijać ryzyka kredytowego, które czasem się materializuje. Warto jednak przypomnieć, że w przypadku firm płacących dywidendę historycznie przypadki defaultu występowały rzadko i ograniczały się do najmniejszych firm, nieobecnych zresztą na głównym parkiecie giełdowym.

Emil Szweda dla Michael/Ström Dom Maklerski

Radosław Kuczyński, prezes EFL. Co trzecia inwestycja w Polsce jest finansowana leasingiem. Przyszłość branży zależna od konsumpcji i automatyzacji

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

Polska ominęła pułapkę średniego wzrostu i jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów w Europie. Spory udział w tym mają firmy leasingowe, które odpowiadają za finansowanie 30 proc. wszystkich inwestycji w polskiej gospodarce. Co więcej, jak wynika z danych Związku Polskiego Leasingu, udział sektora leasingowego w PKB Polski wynosi około 4 proc. co jest najwyższym wskaźnikiem w Europie. Wpłynęły na to cztery obszary: budownictwo, produkcja przemysłowa, transport oraz sprzedaż samochodów.

Po pierwsze, budujemy

Firmy leasingowe mocno wspierają budownictwo, głównie infrastrukturalne, ale też mieszkaniowe, finansując firmy budowlane i zakup maszyn. Z najnowszych danych ZPL wynika, że od stycznia do czerwca 2018 roku nasza branża sfinansowała maszyny i urządzenia budowlane o łącznej wartości ponad 1,7 mld zł, co oznacza aż 64% dynamikę rok do roku.

Po drugie, produkujemy

Wspieramy również produkcję przemysłową, w tym głównie przetwórstwo przemysłowe. Tutaj sukces polskiej gospodarki polega na tym, że udział przemysłu w tworzeniu PKB jest obecnie jednym z najwyższych w całej Europie. A firmy leasingowe finansując zakup maszyn powodują, że rosną zdolności produkcyjne firm, mogą one więcej eksportować, stosować nowe technologie i zaawansowane rozwiązania. Branża leasingowa sfinansowała w pierwszym półroczu tego roku maszyny o wartości niemal 10 mld zł i był to ponad 20 proc. wzrost rok do roku.

Po trzecie, transportujemy

Leasing stał się narzędziem finansowym pierwszego wyboru dla firm transportowych przy zakupie pojazdów ciężarowych, znacznie ułatwiając rozwój tych firm. W pierwszej części roku, jako branża sfinansowaliśmy pojazdy ciężkie o łącznej wartości 4,3 mld zł, czyli o 13% więcej niż rok temu. Polscy przewoźnicy odnieśli niebywały sukces na rynku unijnym, zostając liderem całego europejskiego rynku przewozów w transporcie drogowym. Już od wielu lat generują przy tym istotną nadwyżkę handlową dla Polski. Tylko w 2017 polskie firmy transportowe wypracowały ok. 27 mld zł nadwyżki w handlu zagranicznym, 8-krotnie więcej niż łącznie cały handel towarami.

Po czwarte, jeździmy

I w końcu, branża leasingowa finansuje też tysiące pojazdów osobowych i dostawczych. Osobówki stanowią największy kawałek tortu leasingowego – w pierwszej połowie tego roku wartość tego rynku wyniosła ponad 15 mld zł, to prawie 40% całego rynku leasingowego. To są te auta, które codziennie służą do obsługi handlu, co powoduje, że konsumpcja stała się istotnym elementem rozwoju całej gospodarki. Dzisiaj poziom konsumpcji per capita jest o ponad 30 proc. wyższy niż siedem lat temu. I branża leasingowa miała w tym swój udział.

Konsumpcja ma swoje granice

Dalszy rozwój branży leasingowej zależy przede wszystkim od tego, co się dzieje w popycie krajowym, w wydatkach konsumpcyjnych. Bo gospodarka Polski rośnie w dużej mierze dlatego, że wysoka jest konsumpcja. Istotną barierą dla jej wzrostu będzie dalsza dynamika zatrudnienia. Mamy w tej chwili mniej niż milion osób bezrobotnych. Na rynek pracy wchodzi rocznie ok. 400 tys. absolwentów, a ubywa z niego ok. 700 tys. zatrudnionych. Liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce systematycznie się więc kurczy i dalsze korzystanie z tej coraz mniejszej puli bezrobotnych nie zrekompensuje tego. Stąd dynamika zatrudnienia w gospodarce w kolejnych latach będzie hamowała. I to oczywiście wpłynie na popyt konsumpcyjny, gdyż zależy on od dwóch czynników: od wzrostu zatrudnienia i od wzrostu wynagrodzeń. A jeden z tych czynników, czyli dynamika zatrudnienia, zaczyna powoli wygasać.

Jednak czynnik negatywny dla konsumpcji, paradoksalnie będzie sprzyjał rozwojowi firm leasingowych w przyszłości. Coraz mniejsza pula nowych pracowników będzie skłaniała firmy do inwestycji w automatyzację, czyli inwestycje w maszyny. A te w dużej mierze są finansowane przez firmy leasingowe.

Na końcu chciałbym podkreślić, że trudno utrzymać wysoki wzrost gospodarczy, jeżeli składa się on przede wszystkim z konsumpcji, z czym mamy obecnie do czynienia. Zbyt niski udział inwestycji w strukturze wzrostu gospodarczego powoduje, że trudno będzie powtórzyć wysoką dynamikę PKB w kolejnych kwartałach.

Radom odciąży Okęcie do czasu powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego

Wskazanie Radomia jako portu komplementarnego dla Lotniska Chopina, a w dalszej perspektywie dla Centralnego Portu Komunikacyjnego, jest bardzo ważne. Musi on służyć nie tylko do czasu otwarcia CPK, ale także po jego uruchomieniu. Chodzi o przeniesienie części ruchu z Okęcia o charakterze lowcostowym czy czarterowym do portu w Radomiu. W żadnym wypadku nie dotyczy to przeniesienia ruchu z lotniska w Modlinie, choć w tej kwestii pojawiło się pewne nieporozumienie. Nie oznacza to też tendencji PPL do zamknięcia tamtejszego lotniska. Jest on bardzo zainteresowany jego rozwojem i utrzymania na nim ruchu co najmniej do czasu powstania Centralnego Portu Komunikacyjnego, chociażby ze względów komercyjnych czy rynkowych. Dobrze, że takie linie jak Wizzair czy Ryanair dostępne są w dwóch różnych portach.

– Zostało to ustalone na podstawie analizy wielokryterialnej. Brano pod uwagę różne czynniki. Jednym z nich była odległość do centrum miasta. Oprócz tego istotny jest czas dojazdu, jak i uwarunkowania środowiskowe – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Szpikowski, prezes Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” –  W Modlinie pod tym względem wskazywano 66 operacji na dobę, które już obecnie są wykorzystywane w pełni. Przy przenoszeniu ruchu z lotniska na Okęciu potrzebne byłoby 178 tych operacji. W podjęciu tej decyzji liczyły się także czynniki związane z czasem wykonania tej inwestycji. W Radomiu można wytworzyć ruch dla dodatkowych 3 milionów pasażerów w ciągu najbliższych 5 lat za mniej niż 500 milionów złotych oraz w ciągu kolejnych 2 lat rozbudowywać to lotnisko, jeśli taka będzie potrzeba rynkowa – do pojemności 10 milionów pasażerów. W Modlinie nie ma możliwości fazowania. Na inwestycje trzeba byłoby poświęcić minimum 4 lata i kwotę w wysokości 1 miliarda złotych. Dodatkowym uwarunkowaniem była dostępność, czyli położenie i rozbudowa linii kolejowych, która będzie powodowała dogodność połączenia. Dotyczy to także przystosowania dróg lokalnych, ekspresowych, jak i samego lotniska. Analiza, która obejmowała te i jeszcze wiele innych czynników wskazała wyraźnie, że portem komplementarnym będzie Radom. Należy podkreślić, że mowa o miejscu, które do czasu uruchomienia CPK odciąży lotnisko Chopina – podkreślił Szpikowski.

Nowy tydzień, starte przedziały wahań

W nowy tydzień EUR/USD wchodzi przy 1,1420. Czyli niemal dokładnie z połowy nowego przedziału zamian 1,13 – 1,1510. Widzimy nieco wyższe prawdopodobieństwo, że w jego obrębie kolejny ruch będzie w dół. Kupowanie dolara jest w tej chwili najbardziej oczywistą strategią dla inwestorów, a duże pole do osłabienia względem USD ma m.in. frank szwajcarski.

Z kolei EUR/PLN po środowym wystrzale przy płytkim rynku do 4,34, zdołał jeszcze w ubiegłym tygodniu powrócić pod 4,30. W okolicach 4,29 powstrzymano jednak zniżkę i oczekujemy, że z obecnych pułapów 4,30 odnotujemy kilkugroszowy, umiarkowany wzrost powodowany nasileniem się awersji do ryzyka na rynkach bazowych. Lekki pod kątem wydarzeń makro początek przyszłego tygodnia sugeruje, że rynek walutowy pozostanie pod wpływem wahań sentymentu i śledzenia informacji wokół Turcji. W drugiej części tygodnia pod lupą znajdą się najnowsze odczyty aktywności biznesu w Eurolandzie i USA oraz zapiski z posiedzeń FOMC i EBC.

Protokół FOMC (śr) raczej nie przyniesie przełomowych informacji – Fed jest zadowolony z kondycji gospodarki i pozostaje na kursie ku podwyżkom we wrześniu i grudniu. Indeksy PMI (czw) i zamówienia na dobra trwałe (pt) raczej będą tłem, choć negatywne zaskoczenia będą miały większą siłę rażenia niż pozytywne niespodzianki. W międzyczasie USD pozostaje wsparty przez awersję do ryzyka rozkręcającą się wokół rynków wschodzących (Turcja), nawet jeśli obawy o „efekt zarażenia” są bezpodstawne.
W strefie euro warte wyróżnienia są wstępne szacunki PMI i minutki EBC (czw). Wzrost wskaźników jest konieczny, aby wlać nadzieję odnośnie perspektyw ożywienia, choć jeden odczyt z pewnością nie wystarczy, by przebudzić spekulacje dotyczące szybszej zmiany polityki EBC. Protokół z posiedzenia banku prawdopodobnie wskaże na stanowisko wait-and-see po tym, jak w czerwcu nakreślono ścieżkę do końca roku. Poza tym euro pozostaje wrażliwe na skoki awersji do ryzyka związane z Turcją i Włochami, podczas gdy na EUR/USD po wyłamaniu 1,15 optymizm byków prysł i teraz martwią się o swoje długie pozycje budowane w czasie rajdu 1,05-1,21.
W Wielkiej Brytanii nie zaplanowano żadnych kluczowych publikacji, co jednak w niczym nie zmienia pozycji funta. Bieżąca sytuacja gospodarki jest dobra, ale niepewność wokół Brexitu ciąży na GBP i hamuje wszelkie formy odreagowania słabości, o co szczególnie trudno, kiedy mocno wyglądają USD, albo JPY.

Jen japoński nie otrzyma wskazówek z lokalnego podwórka i USD/JPY pozostanie pod wpływem wahań apetytu na ryzyko. Co ciekawe skok awersji do ryzyka spotyka się ze zrozumiałą, negatywną reakcją USD/JPY, za to poprawa sentymentu przynosi niewspółmiernie mniejsze odbicia. Jest to niepokojący obraz od strony popytu, gdzie odbicia są słabsze niż wcześniejsze spadki i pokazuje, która strona ma przewagę. Możliwe też, że duża partycypacja sprzedających na crossach, np. EUR/JPY, AUD/JPY, ale też TRY/JPY i trzymanie się tych pozycji hamuje wzrosty USD/JPY.

Na Antypodach kalendarz z Australii jest prawie pusty, za to z Nowej Zelandii otrzymamy kwartalne dane o sprzedaży detalicznej (śr) i bilans handlowy (czw). Prognozowany wzrost sprzedaży o 0,4 proc. nie świadczy o tym, że konsumpcja wyraźnie się nasila, więc dane mogą być słabym sygnałem dla RBNZ. Ogólnie bardziej niż lokalne czynniki dla AUD i NZD ważniejszy będzie globalny apetyt na ryzyko i przy ostatniej nerwowości i negatywnym wpływie geopolityki obie waluty są zagrożone nagłą przeceną.

Z Kanady otrzymamy dane o lipcowej sprzedaży detalicznej, które będą przedostatnim ważnym raportem (PKB 30 VIII) przed posiedzeniem Banku Kanady 5 września. Sprzedaż jest silnie zmiennym wskaźnikiem i po sporym, pozytywnym zaskoczeniu w danych za czerwiec ( 2 proc.) teraz szanse są po stronie odreagowania. Wycena podwyżki stopy procentowej jest dość nisko (33 proc.), ale po silnym wyskoku lipcowej inflacji szanse na ruch w październiku skoczyły do 80 proc., zatem dobre dane mogą dać impuls do jastrzębich oczekiwań. Poza tym CAD pozostaje zdany na sentyment rynkowy (który nie sprzyja) i przy dominacji USD będzie trudno o trwały popyt na kanadyjską walutę.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Departament Analiz
DM TMS Brokers S.A.

Gry mobilne i darmowe to aktualnie główne trendy na rynku. VR wciąż mało popularne, ale z szansami na wielką rewolucję

Gry mobilne i darmowe to aktualnie główne trendy na rynku. VR wciąż mało popularne, ale z szansami na wielką rewolucję 7

Coraz bardziej zaawansowane smartfony i coraz większa dostępność darmowych gier z płatnościami wewnątrz aplikacji powoduje, że gry mobilne i darmowe to dwa największe trendy w branży. Systematycznie rośnie popularność wirtualnej rzeczywistości, ale wciąż jest to przyszłość rynku gier, a nie teraźniejszość. Eksperci podkreślają, że potrzebna jest większa dostępność i bardziej zaawansowane gry, aby VR mogła zrewolucjonizować branżę. Ważnym ogniwem w rozwoju rynku są polscy producenci gier.

– Rynek gier komputerowych rośnie co roku od 8 do 14 proc., natomiast niektóre kategorie rosną szybciej, tu np. kategoria gier na tzw. mobile, czyli urządzenia mobilne, albo gier free to play, czyli gram za darmo, tzn. nic nie muszę zapłacić, ale potem w grze kupuję różnego rodzaju przedmioty, tzw. in-game items, wtedy muszę coś zapłacić. To są takie kategorie, które bardzo szybko się rozwijają – powiedział agencji informacyjnej Newseria Innowacje podczas wydarzenia inaugurującego kampanię „Podkarpackie. Wyższy Poziom Innowacji” Bartosz Skwarczek, prezes zarządu G2A.

Rosnąca popularność gier mobilnych znajduje odzwierciedlenie w sukcesie mobilnej odsłony gry „Fortnite”. W ciągu pierwszych trzech tygodni od udostępnienia tytułu na urządzeniach z iOS-em zarobił on 15 mln dol., a w ciągu 90 dni wygenerował zyski rzędu 100 mln dol. A to jeszcze nie koniec – kiedy mobilna odsłona „Fortnite’a” upowszechni się na Androidzie, wpływy producenta Epic Games mogą wzrosnąć wielokrotnie. Gra „Pokemon GO” z kolei w ciągu dwóch lat od swojego debiutu zarobiła dla firmy Niantic 1,8 mld dol., a tygodniowe zyski deweloperów odpowiedzialnych za Candy Crush Saga, Clash of Clans wahają się od 4 do 6 mln dol.

Gry mobilne znacząco różnią się od tytułów konsolowych oraz pecetowych jakością wykonania. Zaprojektowano je z myślą o zupełnie innej grupie docelowej. Gracze mobilni szukają przede wszystkim szybkiej rozrywki, do której można szybko zasiąść i szybko ją przerwać.

– Zmienił się nasz model życia i funkcjonowania. Komórka kiedyś była czymś niewyobrażalnym, dzisiaj jest w rękach każdego z nas. To pierwsze urządzenie, do którego sięgasz, pierwsze, w którym chcesz sobie w coś zagrać. Druga rzecz – gramy w te gry, które dostępne są za darmo. Użytkownik jest nauczony, że chce dostać wszystko za darmo, błyskawicznie i w dobrej jakości. To są trzy kwestie, które definiują to, w jaki sposób nie tylko branża gier komputerowych, lecz także branże szczególnie nowych technologii są postrzegane – mówi Bartosz Skwarczek.

Spory udział w napędzaniu rynku gamingowego mają polscy twórcy. Najbardziej znanym deweloperem jest krakowski CD Projekt, twórca adaptacji „Wiedźmina”. W przypadku tytułów smartfonowych jednym z najbardziej znanych studiów jest Artifex Mundi. Firma specjalizuje się w produkcji gier przygodowych z gatunku hidden objects, które polegają na lokalizowaniu przedmiotów ukrytych na statycznych planszach, w sklepach mobilnych znajdziemy kilkadziesiąt aplikacji od tego wydawcy. Z ciepłym przyjęciem przyjęły się również gry Hellraid: „The Escape” od Techlandu oraz „Real Boxing” od Vivid Games.

– Polska stała się takim hubem, w którym gry komputerowe fantastycznie sobie radzą. Jest dużo dobrych firm, zaczynając od CD Projektu i jego „Wiedźmina”, który był wielkim sukcesem, aż do platformy G2A, która sprzedaje wszystkie gry. Rynek gier komputerowych w ogóle rozwija się prężnie w Polsce i na świecie – twierdzi Bartosz Skwarczek.

Polscy twórcy nie stronią także od eksperymentowania z technologią wirtualnej rzeczywistości, która wciąż jest nowinką w branży rozrywkowej. Dzięki doświadczeniu „Chernobyl VR Project” możemy odbyć podróż po Prypeci, zaś takie gry jak „Superhot VR” czy „The Vanishing of Ethan Carter VR” udowadniają, że wykorzystując wirtualną rzeczywistość, gracz może poczuć się tak, jakby był w samym sercu rozgrywki.

– Efekt wow nastąpi, jak spopularyzuje się rzeczywistość wirtualną. Wtedy osoby, które nie miały jeszcze z tym styczności – bo VR wciąż nie jest bardzo popularne – powiedzą wow, bo zobaczą tak ogromną różnicę w jakości doświadczenia, które daje tradycyjna gra i gra, którą możemy oglądać w rzeczywistości wirtualnej. Do tego potrzeba więcej kontentu, więcej gier, które mamy na rynku i ich popularyzacji – przekonuje ekspert.

Analitycy z firmy Newzoo zauważyli, że w 2018 roku po raz pierwszy w historii gry mobilne przyniosą więcej zysków (70,3 mld dol.) niż gry konsolowe (34,6 mld dol.) i pecetowe (32,9 mld dol.) razem wzięte. Według raportu w 2018 roku na świecie będzie 2,3 mld graczy, którzy wydadzą na zakup gier oraz usług z nimi związanych 137,9 mld dol.

Do 2021 roku wartość rynku gier komputerowych ma wzrosnąć do 180,1 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10,3 proc.

Spadek w rozliczeniu PIT

Spadek w rozliczeniu PITZdarzają się sytuacje, w których w trakcie roku podatkowego umiera nam ktoś bliski. Może również dojść do sytuacji, iż w trakcie danego roku podatkowego, dochodzi do otrzymania spadku. Tego typu wydarzenie faktyczne, to nie tylko możliwe przysporzenie majątkowe dla nas, ale również akt, w wyniku którego powstają konkretne konsekwencje prawne i podatkowe. Nic więc dziwnego, że wielu podatników zastanawia się, czy i jak ująć spadek w rozliczeniu rocznego druku podatkowego PIT.

Spadek, a ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych

Z założenia i zasady należy uznać, że spadek nie podlega ustawie o PIT. Wynika to z faktu, że według obowiązujących przepisów, nie jest on uznawany za dochód osoby fizycznej. Spadki zostały potraktowane jako odrębna kategoria i sprawy podatkowe z nimi związane reguluje ustawa o podatku od spadków i darowizn. Dlatego w przypadku otrzymania spadku, należy odpowiednio poinformować urząd skarbowy o otrzymanym spadku. W niektórych przypadkach, może zdarzyć się tak, że np. Sąd odpowiednio powiadomi organ podatkowy o dokonanej czynności. W każdej sytuacji należy jednak upewnić się, na jakiej podstawie urząd wyliczy odpowiednie zobowiązanie podatkowe i w jaki sposób i terminie (najczęściej maksymalnie 3 miesięcy) zgłosić spadek. Jednak pamiętać należy, iż tych kwot nie uwzględnia się w rocznym e-PIT.

Zwolnienia z podatku od spadków i darowizn

Warto także pamiętać, że dla niektórych osób, spadek może być całkowicie lub częściowo zwolniony z zobowiązań podatkowych. Dzieje się tak szczególnie w przypadku osób najbliższych. Wszyscy spadkobiercy zostali podzieleni na odpowiednie kategorie, od których zależą zobowiązania podatkowe i są to:  

  • Grupa I – najbliżsi tacy jak małżonkowie, dzieci, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo;
  • Grupa II – dzieci rodzeństwa, wujkowie i ciotki, małżonkowie rodzeństwa;
  • Grupa III – pozostali.

Sytuacje w których spadek może mieć wpływ na PIT

Należy jednak pamiętać, że dana osoba zmarła mogła mieć zobowiązania wobec organu podatkowego, w tym złożenia rocznej deklaracji PIT. W takiej sytuacji najbliżsi może nie są zobowiązani do deklarowania w PIT spadku jako takiego, ale mogą mieć obowiązek złożyć odpowiedni druk księgowy za zmarłego.

Po drugie, należy pamiętać, że spadek to co innego niż środki uzyskane z jego sprzedaży. W przypadku więc np. jeżeli w ramach spadku uzyskamy nieruchomość, to nie deklarujemy jej w PIT, a ewentualnie odpowiednimi drukami dla spadków i darowizn. Natomiast jeżeli nieruchomość tę sprzedamy, to może mieć to już wpływ na roczną deklarację PIT.

Podsumowanie i rekomendacje

W każdym przypadku śmierci osoby bliskiej, należy przeanalizować tę indywidualną sytuację. Sprawdzając czy nie ma obowiązku złożenia deklaracji PIT za zmarłego, a następnie w przypadku spadku – do jakiej kategorii spadkobierców należymy i jaką deklarację od spadku złożyć. Następnie, w przypadku sprzedaży elementów masy spadkowej, należy zastanowić się nad konsekwencjami sprzedaży, dla rocznego PIT.

Ogniwa wodorowe wypierają ropę naftową. Polska firma opracowuje technologię pozwalającą zwiększyć zasięg samochodów zasilanych wodorem

Ogniwa wodorowe wypierają ropę naftową. Polska firma opracowuje technologię pozwalającą zwiększyć zasięg samochodów zasilanych wodorem 8

Era ropy naftowej w motoryzacji powoli dobiega końca. Naukowcy zajmujący się rynkiem paliwowym szacują, że do 2050 roku paliwa kopalne przestaną pełnić dominującą rolę w branży transportowej i większość pojazdów będzie napędzana alternatywnymi źródłami energii. Jednym z najbardziej obiecujących surowców jest paliwo wodorowe, które może przyspieszyć popularyzację elektrycznych samochodów oraz środków komunikacji miejskiej, dzięki zwiększeniu ich efektywnego zasięgu. Polacy budują urządzenie, dzięki któremu będzie można zwiększyć zasięg pojazdu elektrycznego z ogniwami wodorowymi do kilkuset kilometrów.

– Budujemy zaawansowany system hybrydowy oparty na ogniwie paliwowym nowej generacji oraz zasobnik energii wykorzystujący nową generację hybrydowych superkondensatorów. Opracujemy urządzenie będące swego rodzaju przedłużeniem zasięgu do samochodów elektrycznych. Będzie można zastosować je w pojazdach, które nie tylko jeżdżą w mieście, lecz także w dalekie trasy. Urządzenie będzie pracować i zasilać silnik elektryczny pojazdu elektrycznego z wodoru na długich trasach nawet kilkuset kilometrów – mówi agencji Newseria Innowacje Bartłomiej Kras, wiceprezes Impact Clean Power Technology.

Polska firma opracowuje nowe ogniwa wodorowe w ramach międzynarodowego projektu Coala, który prowadzi we współpracy z naukowcami z Niemieckiej Agencji Kosmicznej, Centrum Badań Nowych Technologii w Ulm oraz Politechniki Gdańskiej. Największą zaletą zastosowania tej technologii w branży motoryzacyjnej ma być jej zerowa emisyjność. Ogniwa paliwowe pozwalają przeprowadzić bezpośredni transfer energii z wodoru przechowywanego pod ciśnieniem bezpośrednio w prąd służący do zasilenia silników elektrycznych.

Badania nad technologią pozyskiwania energii z wodoru na skalę przemysłową prowadzone są od przeszło 15 lat. Wodór może być doskonałym zamiennikiem ropy naftowej nie tylko ze względu na jego bezemisyjny charakter. To także najczęściej występujący pierwiastek na ziemi, dlatego jego zasoby nie wyczerpią się, jak ma to miejsce w przypadku złóż ropy naftowej.

– Nasz projekt ma pokazać, że możemy dzisiejszym elektrycznym samochodem jeździć nie tylko po mieście z zasięgiem 150–200 km, ale pojechać np. 600 km na jednym tankowaniu wodoru. Jesteśmy na etapie budowy prototypu, wdrożenie do produkcji może nastąpić w ciągu najbliższych 4 lat – przewiduje wiceprezes Impact Clean Power Technology.

Potencjał drzemiący w wodorze dostrzegli także przedstawiciele koncernów związanych z rynkiem paliwowym i motoryzacyjnym (m.in. BMW Group, Daimler, Honda, Hyundai, Royal Dutch Shell czy Toyota), którzy na początku 2017 roku podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos zawiązali Komitet Promocji Wodoru. Jego zadaniem ma być promocja wodoru jako najważniejszego nośnika energii, który pozwoliłby wypromować i spopularyzować auta elektryczne, a co za tym idzie – w długofalowej perspektywie znacząco ograniczyć emisję spalin do środowiska.

Wodór sprawdzi się nie tylko w transporcie osobowym, lecz także w środkach komunikacji publicznej oraz w branży transportowej. Zakupem pociągów wodorowych zainteresowane jest zarówno polskie PKP Cargo, jak i niemiecka kolej, która planuje wyposażyć flotę Dolnej Saksonii w czternaście lokomotyw tego typu. Z kolei japońska sieć Seven-Eleven wyposażyła trzy sklepy w wodorowe pojazdy dostawcze od Toyoty.

– Widzimy duży skok w technologiach ogniw paliwowych, które będą stosowane w transporcie jako dodatkowy moduł pojazdów elektrycznych. W tej chwili mamy kilkanaście projektów w Europie, gdzie takie ogniwa paliwowe stosowane są w autobusach oraz ciężarówkach jako range extender, czyli urządzenie zwiększające zasięg pojazdu poprzez magazynowanie dodatkowej energii w wodorze – mówi Bartłomiej Kras.

Od 2019 roku Bank Światowy nie będzie finansował inwestycji związanych z poszukiwaniem i eksploatowaniem złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. Jednym z pierwszych państw, które całkowicie odetnie się od ropy naftowej oraz gazu ziemnego, może być Francja. Tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. zaprzestanie wydobywania tych surowców. W tym samym roku zacznie obowiązywać całkowity zakaz sprzedaży pojazdów napędzanych paliwami kopalnymi.

Francuskie firmy już dziś przygotowują się na taką ewentualność. Korporacja taksówkarska Société du Taxi Electrique Parisien już dziś dysponuje 100 taksówkami wodorowymi Toyota Mirai, a do 2020 roku planuje zakupić kolejnych 500 egzemplarzy. Projekt elektryfikacji francuskiej floty prowadzony jest we współpracy z firmą Air Liquide, producentem i dostawcą paliwa wodorowego, która dysponuje na całym świecie 100 stacjami tankowania wodoru.

– Kilka dużych firm motoryzacyjnych już się zaangażowało w takie stacje. Toyota jest prekursorem światowym i europejskim, który już dziś oferuje samochód wodorowy do sprzedaży. W zależności od tego, jak ten rynek będzie się rozwijał, będą powstawać również stacje ładowania wodorowego. W tej chwili kilkanaście miast w Polsce jest zainteresowanych pozyskaniem stacji ładowania wodorem. Mamy również rodzimych takich producentów, jak Lotos, którzy mogliby ten wodór dostarczać jako jeden ze swoich produktów – twierdzi ekspert.

Według raportu „Hydrogen, scaling up” opracowanego przez Komitet Promocji Wodoru, w 2050 pojazdy napędzane ogniwami paliwowymi będą stanowić od 20 do 25 proc. rynku motoryzacyjnego. Szacuje się, że za 30 lat w baterie wodorowe będzie wyposażonych 400 mln aut osobowych, do 20 mln pojazdów ciężarowych i 5 mln autobusów.

Z kolei norweska firma doradcza Rystad Energy ogłosiła, że w 2017 roku odkryto jedynie 6,7 mld baryłek ropy. Tak niskich wyników nie zanotowano od przeszło 70 lat.

Blanka Borkowska i Sébastien Nival dołączyli do zarządu FM Logistic CE

Do zarządu FM Logistic na Europę Centralną dołączyli kolejni menedżerowie: Blanka Borkowska – nowa Dyrektor ds. Zasobów Ludzkich na Europę Centralną oraz Sébastien Nival, który obął stanowisko Dyrektora ds. Wsparcia Operacyjnego na Europę Centralną.

Blanka Borkowska

Blanka BorkowskaBlanka Borkowska jest absolwentką Uczelni Łazarskiego, kierunku zarządzanie ze specjalnością zarządzanie zasobami ludzkimi oraz studiów podyplomowych z psychologii społecznej. Ukończyła także szkołę coach’ów.

Posiada ponad 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu i obszarze HR. Karierę zawodową rozpoczynała w 1998 roku w firmach doradztwa personalnego, zanim w 2003 roku dołączyła do branży handlowej, najpierw, jako menedżer ds. rekrutacji firmy Americanos, polskiej sieci sklepów odzieżowych, następnie od 2006 roku w Inditex, znanym hiszpańskim właścicielu wielu marek odzieżowych, w tym marki Zara, gdzie spędziła 11 lat piastując różne stanowiska, począwszy od Dyrektora ds. HR na Polskę, które zajmowała przez 6 lat, następnie, w 2012 roku, została mianowana Zastępcą Dyrektora Generalnego, kierując, jako Dyrektor Zarządzający, kilkoma markami grupy Inditex w Polsce, aż w 2015 roku wróciła do HR-u, tym razem w roli międzynarodowej, opiekując się kilkoma krajami od strony zasobów ludzkich i polityki personalnej. W styczniu 2017 roku dołączyła do CCC Capital Group, polskiego producenta i sprzedawcy obuwia o międzynarodowym zasięgu, jako Global HR Director. Była tam odpowiedzialna za tworzenie i wdrażanie strategii personalnej dla całej Grupy w Polsce i na świecie oraz za harmonizację procesów HR dla 12 000 pracowników.

Pełniąc rolę Dyrektora ds. Zasobów Ludzkich w FM Logistic w Europie Centralnej, Blanka Borkowska będzie zarządzać zespołami HR i QHSE w Polsce, Czechach, Słowacji i na Węgrzech. Do jej głównych zadań należeć będą: tworzenie strategii personalnej FM Logistic w rejonie Europy Centralnej, wdrażanie polityki HR, planowanie i realizacja działań z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu w obszarze polityki personalnej oraz kształtowanie pozytywnego wizerunku FM Logistic, jako pracodawcy wewnątrz i na zewnątrz organizacji – Employer Branding.

Sébastien Nival

Sébastien NIVAL
Sébastien Nival

Sébastien Nival jest absolwentem wydziału matematyki, informatyki i zarządzania na Uniwersytecie Nauk i Technologii w Lille we Francji. Rozpoczął swoją karierę w 1999 roku, w branży usług informatycznych i consultingowych. Doradzał dużym firmom i instytucjom w zakresie strategii planowania systemów informatycznych, zarządzania projektami i organizacji Departamentu Systemu Informacyjnego.

Sébastien dołączył do Gupy FM już w 2012 roku, jako dyrektor departamentu IT w FM Logistic w Rosji. Jego główne osiągnięcia to wdrożenie monitorowania poziomu usług, wymiana systemu informatycznego dla marki FM Fresh i zaprojektowanie systemu WMS typu „plug and play”, umożliwiającego przyspieszone uruchamianie. Stworzył także dział Innowacji i przyczynił się do cyfryzacji działalności FM Logistic w Rosji.

W nowej roli Dyrektora ds. Wsparcia Operacyjnego w FM Logistic Europa Centralna, Sébastien Nival poprowadzi zespoły: IT, Projektów, Innowacji, Techniczne i Bezpieczeństwa, w Polsce, Czechach, Słowacji i na Węgrzech.

Obecnie pełny skład Zarządu FM Logistic na Europę Centralną liczy 7 osób. Są to:

  • Daniel Franke – Dyrektor Zarządzający CE
  • Tomasz Oczkowski – Dyrektor Rozwoju Korporacyjnego CE
  • Guilhem Vicaire – Dyrektor Operacyjny CE
  • Adam Bzdel – Dyrektor Finansowy CE
  • Magdalena Lubańska – Dyrektor Transportu CE
  • Blanka Borkowska – Dyrektor Zasobów Ludzkich CE
  • Sebastien Nival – Dyrektor Operacyjny CE

Jesienią mięso z kurczaków i indyków może wyraźnie zdrożeć

Od 2016 roku do połowy br. średnia cena kurczaka promowanego w sieciach handlowych prawie się nie zmieniła, pomimo ruchów w górę i w dół. Nastąpił jedynie niewielki spadek na poziomie 0,6%. Większą różnicę odnotowano w przypadku indyka. Wzrost wyniósł 12%. Jednak najbardziej widoczne rozbieżności dotyczyły kaczki. Pomiędzy rokiem 2016 a 2017 zaobserwowano podwyżkę o 20%. Z kolei, porównując ub. rok do I półrocza tego roku, zanotowano obniżkę o 11%. Tak wykazała analiza Hiper-com Poland i Instytutu Badawczego ABR SESTA. Tymczasem branża ostrzega, że jesienią oraz zimą mięso z kurczaków i indyków może wyraźnie zdrożeć, m.in. z powodu trwającej suszy i rosnących kosztów zakupu paszy.

Kurczak nie podrożał

W latach 2016-17 średnia cena promowanego kurczaka w sklepach była na poziomie 8,44 zł/kg. W I półroczu br. spadła do 8,39 zł/kg. Porównując wyniki z początku i końca okresu badawczego, widać lekki spadek, tj. o 0,6%. Jak wyjaśnia Mariusz Szymyślik, Dyrektor w Krajowej Izbie Producentów Drobiu i Pasz, w Polsce produkcja kurcząt rzeźnych rośnie z roku na rok. Obecnie w kraju wytwarza się aż o około 110% więcej mięsa brojlerów kurzych niż jeszcze 10 lat temu. Producenci, chcąc sprzedawać je z sukcesem, muszą coraz więcej eksportować i oferować na krajowym rynku w rozsądnych cenach.

– Polska jest liderem w produkcji mięsa drobiowego w Unii Europejskiej, a dynamika wzrostu tego rynku jest również bardzo wysoka. Przy szybko zwiększającej się ilości produktu i mniejszym wzroście średniej konsumpcji możliwy jest dalszy spadek cen. Ważnym czynnikiem może być też coraz większa konkurencja ze strony producentów spoza UE, chociażby z Ukrainy – mówi Wiktor Hejchman, analityk w Hiper-com Poland.

Patrząc na poszczególne formaty i wahania cen, można zauważyć, że w 2016 roku średnio najtańsze kurczaki były w sieciach convenience – 7,17 zł/kg w listopadzie. Najdroższe kosztowały 11,09 zł/kg w marcu w tych samych sklepach. Różnica wyniosła 55%. W 2017 roku najniższą cenę odnotowano w styczniu też ww. kanale – 7,12 zł/kg. Najwyższa była w dyskontach – 12,94 zł/kg w grudniu. Rozbieżność to aż 82%. W I półroczu br. klienci średnio najmniej płacili również w convenience – 7,37 zł/kg w styczniu, a najwięcej w dyskontach – 12,43 zł/kg w marcu. Tym razem rozdźwięk był na poziomie 69%.

– Ponadto nasza analiza wykazała, że w całym okresie badawczym statystycznie najtańszy kurczak był w sieciach typu convenience – 7,17 zł/kg w listopadzie 2016 roku. Z kolei najwyższa średnia cena wystąpiła w dyskontach – 12,94 zł/kg w grudniu 2017 roku. Różnica to 74% – informuje Bartłomiej Niedbał, Dyrektor Zarządzający w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Zdaniem Dyrektora Szymyślika, wysoce prawdopodobne jest to, że w drugiej połowie br. kurczaki zdrożeją, wbrew obserwowanej sezonowo tendencji do spadku cen jesienią i zimą. Może tak się stać z kilku powodów. Najważniejszym z nich jest susza. Pasze dla drobiu są coraz droższe. I już dziś kosztują o 25% więcej niż rok temu. Drugi istotny czynnik to silny popyt zagraniczny na polskie mięso. Wynika to z zablokowania części dostaw do Europy ze strony największego światowego eksportera kurcząt, czyli Brazylii. Powodem tego są problemy sanitarne występujące w Ameryce Południowej. W ocenie eksperta, jest to bardzo korzystna sytuacja dla naszych producentów, którzy mogą podnosić ceny zarówno na towar eksportowany, jak i sprzedawany na krajowym rynku.

Indyk nieznacznie droższy

– W 2016 roku średnia cena promowanego indyka była na poziomie 11,48 zł/kg. W 2017 roku wyniosła 12,31 zł/kg. Z kolei w I półroczu 2018 roku było to 12,91 zł/kg. Zatem pomiędzy rokiem 2016 a 2017 nastąpił wzrost o 7%, a od roku 2017 do I półrocza 2018 – o 4%. W latach 2016-18 podwyżka sięgnęła 12% i była większa niż w przypadku kurczaków. Miało to związek z wybijaniem drobiu indyczego, który był najbardziej atakowany przez ptasią grypę. Choroba ta występowała w Polsce na przełomie lat 2016 i 2017. Doprowadziła do znacznych niedoborów surowcowych i przełożyła się na ceny w 2018 roku – tłumaczy ekspert z Hiper-com Poland.

Z badania wynika również, że w 2016 roku średnio najtańsze promowane indyki były w sieciach convenience – 8,80 zł/kg w kwietniu, a najdroższe w dyskontach – 15,87 zł/kg w sierpniu. To przepaść cenowa na poziomie 80%. W 2017 roku najmniej można było zapłacić w convenience – 9,02 zł/kg w styczniu, a najwięcej – znowu w dyskontach – 15,39 zł/kg w czerwcu. W tym przypadku rozbieżność osiągnęła 71%. Z kolei w I półroczu 2018 roku najkorzystniejsza cena wystąpiła w supermarketach – 12,02 zł/kg w czerwcu, a najwyższa – w dyskontach – 16,65 zł/kg w maju. Różnica wyniosła 39%.

– Należy dodać, że w całym okresie badawczym średnio najtańszy indyk był w sieciach typu convenience – 8,80 zł/kg w kwietniu 2016 roku, a najdroższy – w dyskontach – 16,65 zł/kg w maju br. Różnica między nimi wyniosła aż 89%. Wyższe ceny w dyskontach nie dziwią mnie. Pomimo dużej skali działania, czyli siły zakupowej, sprzedają one produkty pakowane, które kosztują więcej. Natomiast wyniki sklepów convenience są pewnym zaskoczeniem, bo spodziewałem się, że liderami rankingu będą hipermarkety – zaznacza Bartłomiej Niedbał.

Ekspert z Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz przewiduje, że ceny indyków nadal mogą piąć się w górę. Obserwujemy bowiem bardzo duże zapotrzebowanie na mięso z Polski z takich krajów jak Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania czy Czechy. Ceny płacone przez odbiorców z tych państw są dla naszych producentów bardzo atrakcyjne. Możliwe jest to, że będą wywierały presję także na krajowy rynek.

Różnice w cenach kaczki

– Jeszcze dwa lata temu średnia cena promowanej kaczki była na poziomie 16,19 zł/kg. W 2017 roku wyniosła 19,35 zł/kg. Z kolei w I półroczu 2018 roku było to 17,15 zł/kg. Zatem widzimy wzrost pomiędzy rokiem 2016 a 2017 o 20%. Z kolei, porównując 2017 rok do I półrocza 2018 roku, zanotowano spadek o 11%. Trzeba wyjaśnić, że na powyższe wyniki, poza ogólnym wzrostem cen, wpłynął wyjątkowo drogi produkt typu premium, który pojawił się we wrześniu 2017 roku w sieci Carrefour – komentuje Bartłomiej Niedbał.

Analizując poszczególne formaty i wahania cen, warto zauważyć, że w 2016 roku średnio najtańsze promowane kaczki były w dyskontach – 7,59 zł/kg w marcu, a najdroższe – w supermarketach – 30,89 zł/kg w czerwcu. Różnica wyniosła aż 307%. Jednak dwa lata temu w czerwcu wynik zawyżał stek z piersi kaczki w cenie 36,79 zł/kg. W supermarketach były wtedy w sumie tylko dwie promocje. W convenience odnotowano 1 rabat – 29,99 zł/1kg, a w hipermarketach – 4 okazje, w tym stek za 36,79 zł/kg. W 2017 roku najniższa uśredniona cena była również w dyskontach – 7,94 zł/kg we wrześniu, a najwyższa – w supermarketach – 33,22 zł/kg we wrześniu. Tym razem rozbieżność sięgnęła 318%. Dla odmiany, w I półroczu 2018 roku średnio najmniej można było zapłacić w supermarketach – 9,99 zł/kg w czerwcu, a najwięcej – w hipermarketach – 25,58 zł/kg w maju. Rozdźwięk był na poziomie 156%. W maju 2018 roku hipermarkety miały łącznie 3 promocje na kaczki. Cenę zawyżał produkt za 29,90 zł/kg.

– Rok temu różnica między ceną w dyskontach i w supermarketach była zaskakująco duża. W sklepach, w których co do zasady produkty mają być jak najtańsze, tak kosztowne mięso mogłoby skutecznie odstraszyć klientów. Co więcej, kaczki i tak są najdroższe ze wszystkich analizowanych produktów w badaniu. W tym roku zanotowano znacznie niższe ceny w supermarketach. Zapewne sieci zweryfikowały swoją strategię. Ponadto rynek odbudowuje się już po problemach związanych z ptasią grypą, która również dotknęła ten gatunek drobiu – stwierdza Wiktor Hejchman.

W odróżnieniu od indyków kaczki w Polsce nie ucierpiały specjalnie mocno z powodu wirusa. Niemniej, jak podkreśla Mariusz Szymyślik, rynek europejski jest systemem naczyń połączonych. Dlatego zdziesiątkowanie kaczych stad przez ptasią grypę u wielkich producentów we Francji czy na Węgrzech doprowadziło do wzrostu cen w naszym kraju. Jeśli sprowadzono stamtąd drób, to jego wysoka cena była uzasadniona. Dyrektor w KIPDiP dodaje, że nasz eksport rósł w imponującym tempie – 18% rocznie w latach 2016-17. Jednak produkcja tego mięsa w zeszłym roku wzrosła tak bardzo, że podaż na krajowym rynku dość szybko wróciła do normy. I tym należy wyjaśnić tegoroczne obniżki cen.

– Kaczka nie jest tak popularnym produktem, jak kurczak czy indyk. Dlatego w jej przypadku ceny mogą bardziej się wahać. Dodatkowo są to różne produkty. Gdy mamy promocję kurzego mięsa premium, np. z ekologicznej fermy, to ten jeden punkt cenowy nie wpływa mocno na średnią, bo w tym samym okresie jest wiele innych rabatów na drób różnej klasy czy kategorii. Natomiast kaczkę sieć promuje nie częściej niż raz w miesiącu. Większa amplituda nie jest zatem niczym nadzwyczajnym, ale wynika z wielkości rynku – zapewnia Bartłomiej Niedbał.

Warto wskazać, że w całym okresie badawczym najtańsza kaczka była sprzedawana w dyskontach w marcu 2016 roku – 7,59 zł/kg, a najdroższa we wrześniu 2017 roku w supermarketach – 33,22 zł/kg. Różnica wyniosła aż 338%. W I półroczu br. najwyższą cenę odnotowano w maju. Wyniosła 25,58 zł/kg i była to dużo niższa wartość niż najwyższa w zeszłym roku.

Analiza została wykonana przez Instytut Badawczy ABR SESTA i Hiper-com Poland. Dane były zbierane od stycznia 2016 roku do połowy br. Do porównania zostały wybrane promowane produkty w gazetkach handlowych największych sieci, tj. kurczak, indyk i kaczka. Uwzględniono filety, mięso mielone, gulasz, golonkę, udo, podudzie, ćwiartkę i całe sztuki. Nie wliczono podrobów, skrzydełek, szyjek i porcji rosołowych. Z uwagi na różną wagę sprzedawanego asortymentu, cena została przeliczona na 1 kg. Następnie wyliczono średni koszt zakupu.

KGHM planuje duże inwestycje. Największe z nich bez ryzyka opóźnień mimo dużych wyzwań technologicznych

KGHM planuje duże inwestycje. Największe z nich bez ryzyka opóźnień mimo dużych wyzwań technologicznych 9

Podnoszenie wydajności pieca w Hucie Miedzi Głogów I i uruchomienie instalacji do prażenia koncentratu miedzi to jedne z najważniejszych projektów Grupy KGHM w tym roku. Wszystkie kluczowe inicjatywy idą zgodnie z planem, mimo że wiele z nich to projekty innowacyjne, a więc duże wyzwanie technologiczne – podkreśla prezes spółki. KGHM inwestuje też w zwiększanie zdolności przerobowych w chilijskiej kopalni Sierra Gorda. Do końca roku mają być gotowe wnioski z przeglądu strategii na rynkach zagranicznych.

Plan na I półrocze 2018 został zrealizowany, zarówno w produkcji miedzi płatnej, jak i pod względem sprzedaży czy przychodów – komentuje wyniki finansowe w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Oczywiście, ten plan był trochę inny niż w I połowie 2017 roku, ponieważ w tym roku mieliśmy planowe wyłączenie pieca w Hucie Miedzi Głogów, związane z trzymiesięcznym remontem. To wpłynęło negatywnie na produkcję miedzi, ale remonty pieców są czymś naturalnym, więc był to efekt planowy.

W I połowie 2018 roku Grupa Kapitałowa KGHM miała 9,4 mld zł skonsolidowanych przychodów, o 3 proc. mniej niż rok wcześniej. Skorygowany zysk EBITDA spadł o 10,4 proc., a zysk netto zamknął się kwotą 611 mln zł wobec 1,05 mld zł przed rokiem. Sam II kwartał przyniósł jednak wzrost sprzedaży o 7,4 proc., a zysku EBITDA o 9 proc.

O 7 proc. spadła też produkcja miedzi, a miedzi płatnej – nawet o 10 proc. To wynik przede wszystkim przestoju w Hucie Miedzi Głogów II, w której trwał remont pieca.

– To zostało skompensowane w części dość wysoką ceną miedzi, którą mieliśmy w I półroczu 2018 roku. To była cena najwyższa od 2013 roku, co nam sprzyjało. Za to kurs walutowy był trochę niższy i to nam przeszkadzało, ale te rzeczy zazwyczaj się ze sobą wiążą, czyli wyższa cena miedzi, a kurs walutowy mniej korzystny dla nas – wyjaśnia prezes KGHM.

W II kwartale roku ceny miedzi były wyższe o 21 proc. niż przed rokiem, natomiast dolar osłabił się do złotego o 7 proc. Jednak od czerwca notowania surowca na światowych giełdach spadają – w połowie sierpnia były o blisko 20 proc. niższe niż 2,5 miesiąca temu.

Najważniejsze zadania, jakie stoją przed spółką w 2018 roku, to dalszy wzrost wydajności pieca zawiesinowego w HM Głogów w celu osiągnięcia zaplanowanych zdolności produkcyjnych, uruchomienie instalacji do prażenia koncentratu do końca roku oraz zagospodarowanie zapasu koncentratu miedzi. W II kwartale wydatki inwestycyjne KGHM-u wyniosły 168 mln zł.

– Patrząc na skalę inwestycji do przeprowadzenia i na kluczowe projekty, czyli sprawność pieca zawiesinowego w HM Głogów, udostępnianie złoża, budowę prażaka, założone terminy są realizowane – informuje Marcin Chludziński. – Szczególną naszą troską jest to, żeby dbać o czasowość i terminowość tych realizacji, chociaż często są to inwestycje bardzo innowacyjne, prototypowe, z czym wiążą się wyzwania technologiczne, związane z uruchomieniem poszczególnych procesów.

Od lat problemem KGHM-u jest inwestycja w chilijską kopalnię Sierra Gorda, która została uruchomiona po trzech latach przygotowań w 2014 roku i na razie jest dla spółki źródłem strat. Spółka sprzedała w II kwartale 18,2 tys. ton miedzi, co jest wynikiem gorszym od ubiegłorocznego o 22,6 proc. oraz 7,7 mln funtów molibdenu (spadek o 9,4 proc. rok do roku). Została też w tym czasie dofinansowana kwotą 72 mln dolarów przez KGHM International. Jednak w I półroczu w Chile zaczęto wdrażać działania mające zlikwidować wąskie gardła w kopalni. Ich efektem ma być zwiększenie dziennego przerobu rudy do zakładanego poziomu 130 tys. ton w 2019 roku.

– Kopalnia Sierra Gorda to jest 10 proc. całej produkcji miedzi w KGHM. Drugie 10 proc. to produkcja KGHM International, a reszta to Polska. Zagraniczne aktywa są więc istotne, ale nie są największą częścią naszego biznesu – tłumaczy Marcin Chludziński. – Zawsze przy produkcji miedzi mamy dwie kwestie, tzn. efektywność wydobycia, lecz także potem produkcję koncentratu i efektywność tej produkcji. Tutaj w ostatnim czasie programy związane z likwidacją wąskich gardeł przerobowych zaczęły przynosić efekty. Powodują one produkcję większej ilości koncentratu i większą sprzedaż, co za tym idzie dla nas też większą EBITDĘ również przy wyższych cenach miedzi. Ten proces wymaga jednak naszej stałej uwagi i nadzoru.

Grupa prowadzi obecnie przegląd strategii swoich międzynarodowych kopalni pod względem działań optymalizacyjnych i założonych poziomów wydobycia. W Sierra Gorda w tym roku ma zostać pozyskane 59 tys. ton miedzi. W pierwszej połowie roku udało się uzyskać 25 tys. ton, czyli mniej niż połowę. Drugie półrocze ma być jednak lepsze. Oprócz Chile KGHM prowadzi też działalność w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Meksyku, Kolumbii, Wielkiej Brytanii i Luksemburgu.

Patrząc na Sierra Gorda i inne aktywa zagraniczne związane z KGHM International, analizujemy w tej chwili długofalowe założenia ekonomiczne, biznesowe tych aktywów. Będziemy wracać do scenariuszy postępowania z nimi za jakiś czas – deklaruje prezes KGHM. – To jest kwestia czasu, ale w tej chwili realizujemy strategię, która została wobec nich założona.

W ciągu ostatnich kilku lat z rynku wycofano ponad tysiąc typów produktów elektronicznych. Stwarzały zagrożenie dla bezpieczeństwa

W ciągu ostatnich kilku lat z rynku wycofano ponad tysiąc typów produktów elektronicznych. Stwarzały zagrożenie dla bezpieczeństwa 10

Skala nieprawidłowości na rynku sprzętu elektrycznego i elektronicznego nie maleje. W 2018 roku już wycofano 86 kategorii produktów, a w latach 2013–2017 było ich w sumie ponad tysiąc – mówi Zuzanna Wiśniewska z Compliant Product. Produkty, które trafiają do sprzedaży, muszą przejść szereg testów. Sprawdzane jest, czy są bezpieczne do użytku zgodnego z przeznaczeniem oraz czy nie powodują zakłóceń działania innych urządzeń. Przy zakupie trzeba zwracać uwagę na odpowiednie oznaczenia i niezbędne dokumenty.

System wczesnego ostrzegania RAPEX wskazuje, że w 2017 roku trzeba było wycofać ze sprzedaży ponad 2,2 tys. niebezpiecznych produktów, w tym sprzęt elektroniczny. System pozwala na błyskawiczne poinformowanie Komisji Europejskiej, że na rynku pojawił się produkt, który może być niebezpieczny dla konsumentów. Dzięki temu kraje mogą skontrolować swój rynek i wycofać ze sprzedaży dany produkt.

 W 2018 roku już 86 typów takich produktów zostało wycofanych. Wykryte w nich nieprawidłowości były na tyle poważne, że wprowadzenie ich na rynek absolutnie nie mogło być zrealizowane. W latach 2013–2017 wycofano ponad 1 tysiąc kategorii wyrobów. Nie mówimy tu o braku instrukcji czy jakiegoś zdania w instrukcji, ale raczej o stwarzaniu zagrożenia przez dany sprzęt elektroniczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zuzanna Wiśniewska z Compliant Product.

Skala nieprawidłowości jest bardzo duża, mimo licznych obowiązków, jakie spoczywają na producencie i importerze produktów elektronicznych.

– Każdy sprzęt elektroniczny, który trafia na rynek unijny, czy z importu, czy rodzimej produkcji, powinien spełniać dokładnie te same wymogi. Wyroby przede wszystkim muszą być bezpieczne w takich warunkach, do używania w jakich są przeznaczone. Powinny być kompatybilne elektromagnetycznie, tzn. nie powodować zakłóceń innych urządzeń elektrycznych i elektronicznych, ani być podatne na inne drobne zakłócenia, powodowane przez inne sprzęty – mówi Zuzanna Wiśniewska.

Polska importuje coraz więcej sprzętów elektronicznych – nie tylko z krajów UE, czy Stanów Zjednoczonych, ale również z Chin, które są potentatem na rynku elektroniki. Jak przypomina ekspertka, każdy sprzęt – niezależnie od tego, skąd pochodzi – powinien przejść odpowiednie testy, a bezpieczeństwo musi być potwierdzone odpowiednimi oznaczeniami.

 Każdy wyrób elektryczny i elektroniczny powinien posiadać znak CE. To deklaracja producenta czy importera, że wyrób spełnia wszystkie przypisane do niego wymogi. Na wyrobach spoza UE spotyka się również inne oznakowania, np. RoHS compliant. RoHS to dyrektywa, która reguluje bezpieczeństwo większości sprzętów elektrycznych i elektronicznych, i takie oznakowanie absolutnie nie powinno się znaleźć na żadnym wyrobie trafiającym do Unii – mówi Zuzanna Wiśniewska.

Symbol CE na produkcie jest deklaracją zgodności, co oznacza, że producent deklaruje zgodność artykułu ze wszystkimi stosującymi się do niego normami. To w pierwszej kolejności ocenia producent, może też powierzyć ocenę zgodności produktu z normą jednostce notyfikowanej – specjalnemu akredytowanemu podmiotowi zajmującemu się profesjonalnie badaniami wyrobów. Po potwierdzeniu, że wyrób odpowiada konkretnym wymogom dyrektywy, importer wystawia deklarację zgodności WE, czyli certyfikat zgodności produktu oraz zapewnia oznaczenie go bezpośrednio symbolem CE. Inne oznaczenia mogą wskazywać, że importer nie w pełni orientuje się we wszystkich przepisach dotyczących jego sprzętu.

 Sprzęt powinien być oznakowany również numerem seryjnym, tak żeby sam producent był w stanie zidentyfikować, z jakiej serii produkcyjnej pochodzi. Powinno się na nim znaleźć również oznakowanie samego importera lub producenta, czyli podmiotu odpowiedzialnego za wyrób, pełna nazwa oraz adres, tak aby można było się z nimi skontaktować w razie potrzeby – przypomina ekspertka.

Na sprzęcie elektronicznym musi się też znaleźć oznakowanie związane z innymi cechami wyrobu, np. z uwagi na korzystanie z technologii fal radiowych. Istotny jest też symbol przekreślonego kosza i informacja, co należy zrobić ze zużytym sprzętem.

 Zasada jest taka, że kto wprowadza, ten potem zapewnia zbiórkę śmieci, więc albo importerzy czy producenci powinni to sami zorganizować, albo zlecić to komuś na podstawie umowy jeszcze zanim wprowadzą taki wyrób na rynek – wskazuje Zuzanna Wiśniewska.

Otwarta bankowość będzie rewolucją w sektorze finansów. Banki muszą przygotować się na utratę części klientów i rynku

Otwarta bankowość będzie rewolucją w sektorze finansów. Banki muszą przygotować się na utratę części klientów i rynku 11

Unijna dyrektywa PSD2 wymusi zmiany w bankach, które będą musiały udostępnić firmom zewnętrznym dane dotyczące rachunków i płatności swoich klientów. W efekcie usługi finansowe będą mogły świadczyć już nie tylko tradycyjne banki, ale i nowe, innowacyjne podmioty. To tzw. open banking, czyli otwarta bankowość. Według wstępnych szacunków w ciągu najbliższych pięciu lat sektor bankowy może stracić na rzecz innych podmiotów około 20–30 proc. swoich zysków. Jak wskazują eksperci Deloitte, polskie banki muszą inwestować w otwartą bankowość, aby utrzymać się w cyfrowej czołówce Europy.

Koncepcja otwartej bankowości jest powiązana z unijną dyrektywą PSD2. Nowe prawo zrewolucjonizuje działalność banków i zmieni sposób, w jaki ich klienci korzystają z usług finansowych. Przede wszystkim dlatego, że wymusi na bankach otwartość na nowe podmioty, które będą z nimi współpracować poprzez API (otwarty interfejs programowania aplikacji). Nowe podmioty zyskają także dostęp do danych zarezerwowanych do tej pory wyłącznie dla banków (np. dane transakcyjne, informacje zgromadzone na rachunku bankowym).

 Podmioty trzecie, które uzyskają dostęp do tych danych, będą mogły analizować ofertę banków i w efekcie zaoferować bardziej konkurencyjne, nowoczesne produkty bankowe. Kondycja tego sektora dopiero się kształtuje, choć wiadomo, że zarówno banki, jak i podmioty trzecie, które dopiero będą wchodzić na ten rynek, już się do tego przygotowują. Z Wielkiej Brytanii płyną do nas informacje pokazujące, że sektor bankowy będzie pilnie potrzebować pomocy ekspertów od otwartej bankowości i cyfrowej transformacji – mówi Michał Niedzielski, dyrektor działu wsparcia sprzedaży Fiserv Polska.

Ocenia, że otwarta bankowość to z jednej strony szansa na zbudowanie przewagi konkurencyjnej i lojalności klientów, ale z drugiej – wiąże się dla banków z zagrożeniem utraty klientów i znacznej części rynku. Według wstępnych szacunków w ciągu najbliższych pięciu lat banki mogą stracić około 20–30 proc. swoich zysków na rzecz nowych i bardziej innowacyjnych podmiotów, co w przypadku polskiego sektora bankowości wyniesie od 2 do nawet 6,5 mld zł.

– Szacujemy, że przez najbliższe 2–3 lata banki skupiać się będą przede wszystkim na utrzymaniu zgodności z nowymi regulacjami, a dopiero po tym okresie zaczną realizację projektów i działań, które zbudują ich przewagę konkurencyjną. Dlatego tak ważne jest, aby już dziś banki uzyskały zdolność szybkiej adaptacji do zmian – mówi Michał Niedzielski.

To wymaga od banków odpowiednich przygotowań. W tej chwili toczą się one dwutorowo.

– Pierwszy schemat jest dostrzegalny wśród mniejszych banków, mniej innowacyjnych. One postrzegają otwartą bankowość poprzez pryzmat regulacji PSD2 i uruchamiają projekty, których celem jest uzyskanie zgodności z przepisami. To taktyka krótkowzroczna, bo nie buduje długoterminowej przewagi konkurencyjnej ani lojalności klientów – mówi Michał Niedzielski. – Drugi schemat, który obserwujemy pośród największych instytucji finansowych, jest związany z cyfrową transformacją, która umożliwia maksymalizowanie korzyści z otwartej bankowości. Te banki, korzystając z najnowszej technologii cyfrowej, wykorzystują do obsługi klienta sztuczną inteligencję, możliwości maszynowego uczenia i zaawansowanej analityki.

Jak wynika z kwietniowego raportu Digital Banking Maturity 2018, opracowanego przez firmę doradczą Deloitte, na tle europejskiego rynku polskie banki są liderami cyfryzacji. Z drugiej strony, zupełnie nie wykorzystują jeszcze możliwości, jakie niesie ze sobą open banking i dostęp do API. Polskie banki muszą inwestować w otwartą bankowość, aby utrzymać się w cyfrowej czołówce Europy – wskazują eksperci Deloitte. Tym bardziej że są na rynku rozwiązania, które mogą im w tym pomóc.

– Fiserv Polska oferuje rozwiązanie FinKit for Open Banking, które umożliwia utrzymanie długoterminowej zgodności z przepisami oraz maksymalizowanie korzyści wynikającej z otwartej bankowości, a także realizację cyfrowej transformacji banku – mówi Michał Niedzielski.

Z jednej strony FinKit oferuje portal dla twórców oprogramowania w formule, która umożliwi bankom oznaczanie produktów własną marką. Poza tym platforma zapewnia bezpieczne uwierzytelnianie podmiotów trzecich i zrządzanie zgodami klientów na wykorzystanie informacji. Wszystko to z wykorzystaniem chmury obliczeniowej.

Muzyka klasyczna nie tylko w filharmonii. Na koncerty decydują się też obiekty handlowe

Muzyka klasyczna nie tylko w filharmonii. Na koncerty decydują się też obiekty handlowe 12

Odczarowanie muzyki klasycznej, czyli zwiększanie jej dostępności słuchaczom, którzy do tej pory mieli z nią niewiele styczności – to cel inicjatyw takich jak „Klasyka na Koszykach”, serii recitali fortepianowych odbywających się w każdą niedzielę w warszawskiej Hali Koszyki. Jest to pierwsze komercyjne miejsce w Polsce, w którym regularnie odbywają się koncerty muzyki klasycznej. Pomysłodawcą projektu jest Julian Cochran Foundation – fundacja dążąca do zmiany tradycyjnego postrzegania muzyki klasycznej.

Aby odczarować muzykę klasyczną, na pewno warto pomyśleć o większej ilości projektów, które mogą ją rozpowszechnić. Jednym z nich jest „Klasyka na Koszykach”, czyli seria regularnych koncertów muzyki klasycznej w przestrzeni komercyjnej w Hali Koszyki, którą realizujemy we współpracy z firmą Yamaha. Podczas tych wydarzeń burzymy barierę pomiędzy artystą a odbiorcą. Nasi artyści rozmawiają z publicznością, opowiadają jej o utworach i kompozytorach, których utwory wykonują. Jest to również możliwość odbycia 40-minutowej podróży przez najpiękniejsze utwory w historii muzyki klasycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Sajniak-Drzyzga, project leader International Cochran Piano Competition i cyklu „Klasyka na Koszykach”.

Każda niedziela jest okazją do poznania innego artysty. Na scenie prezentują się zarówno znani zagraniczni muzycy, tacy jak np. brytyjski wiolonczelista Jacob Shaw czy duński pianista David Lau Magnussen, jak również wykonawcy stawiający pierwsze kroki przed szeroką publicznością. Koncerty odbywają się o godzinie 15. Są bezpłatne i dostępne dla wszystkich odwiedzających Halę.

– „Klasyka na Koszykach” wychodzi do ludzi. Chcemy edukować publiczność i dać jej „bezpieczne” miejsce do posłuchania wspaniałej muzyki w znakomitych wykonaniach. Na naszej scenie wystąpiło do tej pory ponad 50 artystów. Mamy stałych odbiorców tej serii koncertowej, ale obserwujemy też dużą liczbę osób, które przychodzą tutaj na spotkania towarzyskie, a zwabieni dźwiękami zostają na cały koncert – mówi Karolina Sajniak-Drzyzga.

Julian Cochran Foundation zajmuje się łączeniem muzyki klasycznej, biznesu i nowych technologii. Tworzy ją grupa ekspertów z doświadczeniem w zarządzaniu międzynarodowymi wydarzeniami kulturalnymi. Od 2014 roku fundacja organizuje m.in. międzynarodowy konkurs pianistyczny dla dorosłych International Cochran Piano Competition – jedyny na świecie w całości realizowany w formule online.

– Obserwujemy coraz większe zainteresowanie naszym konkursem. W trzeciej edycji brało udział 135 uczestników z 35 krajów. Bardzo nas cieszy, że ta liczba cały czas wzrasta. Każdy uczestnik może nagrać film z dowolnego miejsca na świecie – tym sposobem eliminujemy m.in. bariery ekonomiczne, które stawia udział w „standardowych” konkursach, w postaci zakupu biletów lotniczych czy płatności za hotele. Ponadto każdy z uczestników wygrywa, dostaje feedback od członków jury i na jego podstawie może dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o swojej grze: co warto poprawić, co jest dobre i nad czym warto jeszcze popracować – mówi Karolina Sajniak-Drzyzga.

Jeden na 40 lotów Polaków jest opóźniony lub odwołany. Większość podróżnych nie zna swoich praw

Jeden na 40 lotów Polaków jest opóźniony lub odwołany. Większość podróżnych nie zna swoich praw 13

Tanie bilety i coraz większa dostępność połączeń sprawiają, że Polacy coraz chętniej podróżują liniami lotniczymi. Według prognoz ULC w 2030 roku liczba podróżnych na polskich lotniskach niemal się podwoi się i sięgnie 60 mln. Z drugiej strony, ponad połowa polskich pasażerów nie wie, jakie prawa przysługują im w przypadku odwołanego bądź opóźnionego lotu, ani o jakie odszkodowanie mogą się ubiegać w takich przypadkach.

 Z naszych badań wynika, że ponad połowa Polaków w ogóle nie wie, że w przypadku odwołanego bądź opóźnionego lotu przysługuje im prawo do odszkodowania – co jest dosyć dziwne biorąc pod uwagę, że rozporządzenie UE obowiązuje już od lutego 2005 roku – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Pilarczyk, product manager platformy technologicznej GIVT, która pomaga pasażerom linii lotniczych w uzyskiwaniu odszkodowań za opóźnione lub odwołane loty.

Aż 95 proc. Polaków nie zna maksymalnej kwoty odszkodowania, o które można ubiegać się od linii lotniczej. Tylko 5 proc. potrafi prawidłowo wskazać, że wynosi ona 600 euro – wynika z lipcowych badań przeprowadzonych przez SW Research na zlecenie platformy GIVT.

Prawa pasażera to nie tylko prawo do odszkodowania – to również prawo do opieki, czyli m.in. do noclegu w hotelu czy przejazdu z hotelu na lotnisko. W tym aspekcie świadomość pasażerów jest jeszcze niższa i dotyczy około 1/4 badanych – mówi Katarzyna Pilarczyk.

Jak wynika z badań, tylko 28 proc. polskich pasażerów wie o przysługującym im prawie do zwrotu kosztów biletu w przypadku anulowania lotu. Zaledwie 23 proc. jest świadomych, że przewoźnik ma obowiązek zapewnić im transport do miejsca docelowego innym połączeniem. Mniej niż połowa wie natomiast, że przewoźnik powinien również zapewnić im nocleg w oczekiwaniu na lot, dodatkowy transport do hotelu (32 proc.) oraz dodatkowy posiłek (40 proc.).

– Zakłócone loty zdarzają się mniej więcej w 2,5 proc. przypadków. Szacuje się, że 1,5 proc. to loty odwołane, a 1 proc. to loty opóźnione o minimum 3 godziny. Ta liczba może się wydawać niewielka, bo statystycznie tylko jedna na 40 podróży lotniczych odbywanych przez Polaków kończy się zakłóceniami. Natomiast jeżeli weźmiemy pod uwagę 40 milionów pasażerów obsłużonych na polskich lotniskach w 2017 roku czy jeden miliard pasażerów w całej UE, to widać, że skala zjawiska jest duża – mówi Katarzyna Pilarczyk.

Rozporządzenie WE 261/2004 Parlamentu Europejskiego i Rady z 11 lutego 2004 roku reguluje kwestie odszkodowań i pomocy dla pasażerów w przypadku odmowy przyjęcia na pokład, opóźnienia lotu o 3 lub więcej godzin lub jego odwołania. Rozporządzenie obowiązuje w 28 krajach UE oraz w Norwegii, Islandii i Szwajcarii (łącznie w 31 państwach). Ma zastosowanie do wszystkich przewoźników i lotów wylatujących z terytorium UE oraz dla tych, które przylatują na terytorium UE z państw trzecich – w tym przypadku linia lotnicza musi być zarejestrowana w jednym z krajów członkowskich UE, Islandii, Norwegii lub Szwajcarii. Wszyscy pasażerowie z państw, które są stroną unijnego rozporządzenia, mają takie same prawa.

Jedyna rzecz, która różni poszczególne kraje członkowskie, to okres przedawnienia. W Polsce oraz Belgii obowiązuje najkrótszy, roczny termin przedawnienia roszczeń. To oznacza, że mamy tylko rok, aby ubiegać się o odszkodowanie za zakłócony lot. Były wątpliwości dotyczące tego terminu, ale Sąd Najwyższy w swojej uchwale z 2017 roku wypowiedział się jasno, że ten termin powinien wynosić jeden rok – co jest ciekawe, ponieważ w innych krajach UE jest on znacznie dłuższy. W Luksemburgu obowiązuje 10-letni termin przedawnienia, Hiszpania ma termin 6-letni, a Malta w ogóle nie ma terminu przedawnienia tego typu roszczeń. W większości krajów UE wynosi on około 3 lat, więc Polscy pasażerowie są tutaj trochę pokrzywdzeni – zauważa Katarzyna Pilarczyk.

Wysokość kwot odszkodowania za zakłócony lot jest zależna od odległości pomiędzy portami lotniczymi. Do 1,5 tys. kilometrów jest to 250 euro, od 1,5 tys. do 3,5 tys. km – 400 euro, a kiedy lotniska znajdują się od siebie w odległości powyżej 3.5 tys. km – pasażerom przysługuje maksymalna kwota, czyli 600 euro.

Ważne, żeby wina leżała po stronie linii lotniczej. Są to np. strajk pilotów linii, przyczyny operacyjne czy techniczne. Natomiast z brakiem winy linii lotniczej, a tym samym z brakiem prawa do odszkodowania, mamy do czynienia, kiedy np. wystąpiły złe warunki atmosferyczne albo miał miejsce strajk kontrolerów ruchu lotniczego – wyjaśnia Pilarczyk.

Ponadto pasażerom przysługuje też zwrot kosztów biletów lub inne połączenie z punktem docelowym, napoje i posiłki w ilości adekwatnej do czasu oczekiwania oraz prawo do zakwaterowania w hotelu wraz z transportem do niego. Katalog praw pasażera linii lotniczych obejmuje także kwestie związane z bagażem, takie jak jego zagubienie lub uszkodzenie.

Warto pamiętać, że odszkodowanie przysługuje również w przypadku tzw. overbookingu oraz przeniesienia do niższej klasy. W przypadku lotu opóźnionego o min. 3 godz., odwołanego oraz overbookingu, odszkodowanie wynosi od 250 do 600 euro, z tym, że istnieją przypadki, w których linia lotnicza może obniżyć je o połowę. Natomiast w przypadku przeniesienia do niższej klasy odszkodowanie jest zależne od ceny biletu i wynosi od 30 do 75 proc. – mówi Katarzyna Pilarczyk.

Do ubiegania się o odszkodowanie od przewoźnika potrzebny jest przede wszystkim dokument podróżny – może to być karta pokładowa albo bilet lotniczy. Większość linii wysyła pasażerom taki dokument na skrzynkę mailową. Pierwszym etapem ubiegania się o odszkodowanie jest skarga i postępowanie reklamacyjne w linii lotniczej.

Z naszych obserwacji wynika, że linie lotnicze nie są chętne do wypłaty odszkodowań. Znacznie częściej odmawiają pasażerowi, który składa reklamację indywidualnie, ponieważ są przekonane, że ten nie zrobi z tym nic dalej i sprawa skończy się na ścieżce reklamacyjnej. Natomiast my mamy zaplecze prawników, ekspertów, którzy są w stanie skorzystać z całego szeregu środków odwoławczych. Koniec końców, większość spraw kończy się uzyskaniem odszkodowania, ale to jest długa batalia, która trwa często nawet rok – mówi przedstawicielka GIVT.

Przemysław Kwiecień: PPK nie rozwiążą problemu niskich emerytur

Jak wynika z raportu OECD, w 2017 r. polski pracownik dostawał pierwszą emeryturę w wysokości 38,6 proc. jego ostatniej pensji. To jeden z najgorszych wyników wśród badanych państw. Średnia wysokość stopy zastąpienia w krajach OECD wynosiła 63 proc.

Przyszli polscy emeryci będą w coraz gorszej sytuacji, coraz bardziej odczuwalne będą skutki obniżenia wieku emerytalnego. Mamy najmłodszych emerytów w UE, za to zapłacimy niskimi emeryturami.

– Spadek dochodów będzie szokiem dla przechodzących na emeryturę – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Kto chce tego uniknąć, musi pracować dłużej i oszczędzać więcej.

Demontaż OFE też pogorszył sytuację. Program pracowniczych planów kapitałowych jest potrzebny, ale PPK nie zmieni wiele.

– Przede wszystkim musimy się sami zatroszczyć o własną emeryturę, jesteśmy na to skazani – ocenia ekspert XTB.

Polacy raczej zadowoleni ze swojej pracy

Polacy są coraz bardziej zadowoleni ze swej pracy. Pod tym względem coraz bardziej różnimy się od innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

– Według metodologii Eurostatu bezrobocie w Czechach wynosi 2,2 proc, a w Polsce jest wyższe, to 3,8 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Komuda z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych. – A jednak to Polacy są bardziej zadowoleni ze swej pracy, Czesi uważają, że z dobrej koniunktury gospodarczej bardziej korzystają pracodwacy, a mniej pracownicy.

Bezrobocie w Polsce jest rekordowo niskie. Bardzo zbliżoną stopę bezrobocia mają Węgry. Jednak ich poziom satysfakcji jest znacznie niższy.

– Z badań wynika, że Węgrzy są wielkimi malkontentami – mówi Ł.Komuda.

Polska gospodarka rośnie najszybciej od lat, jednak boom gospodarczy nie zostanie z nami na zawsze

Pierwsze półrocze było bardzo dobre dla polskiej gospodarki, ale nie wiemy jeszcze czy nastąpił długo oczekiwany wzrost inwestycji przedsiębiorstw. PKB rósł szybko dzięki konsumpcji prywatnej, ale jej dynamika będzie słabła.

Jak podał GUS, w I półroczu PKB wzrósł o 5,1 proc. Ale nie wiemy jeszcze co składało się na ten wzrost.

– Zapewne solidny był wzrost konsumpcji prywatnej, dobre były wyniki eksportu, pomimo osłabienia złotego, ale nie wiemy czy wzrosły inwestycje polskich przedsiębiorstw – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Tak wysokiego wzrostu PKB nie da się utrzymać. Już II półrocze powinno być nieco gorsze.

– Niska stopa bezrobocia ma też swoją negatywną stronę, a niezła światowa koniunktura gospodarcza nie utrzyma się przez kilka kolejnych lat – przestrzega ekspert.

Zmiany w rozliczeniach umów o dzieło dla tłumaczy, twórców radiowych czy twórców gier komputerowych

Od początku tego roku zaszły bardzo istotne zmiany jeżeli chodzi o możliwość stosowania przez osoby fizyczne 50% kosztów uzyskania przychodów. Kontrowersje dotyczą przede wszystkim informatyków, a więc i twórców gier komputerowych, choć nie jedynie.

– Jedna z tych zmian jest korzystna gdyż dwukrotnie został zwiększony roczny limit kosztów związanych z transferem praw autorskich, który wynosi obecnie prawie 86 tys złotych – mówi w rozmowie z MarketNews24 Joanna Stolarek, Lider Praktyki Zarządzania Zgodnością w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Pozostałe zmiany są jednak niekorzystne, gdyż w ich wyniku wielu twórców, którzy do tej pory korzystali z podwyższonych kosztów, zostało takiej możliwości pozbawionych, a  kwestia korzystania z 50% kosztów stała się przedmiotem intensywnego zainteresowania organów skarbowych, które zapowiedziały kontrole.

Przed zmianami z 50% kosztów mogły korzystać wszystkie osoby będące twórcami w rozumieniu prawa autorskiego, czyli tworzące utwory charakteryzujące się oryginalnością i indywidualnością i dokonujące transferu praw autorskich. Oprócz zawodów takich jak aktor, architekt, pisarz, lektor czy tłumacz, rozwiązanie to było chętnie stosowane przez programistów, architektów sieci, grafików komputerowych, twórców gier komputerowych i aplikacji mobilnych ale także w branży medialnej np. przez lektorów czy reżyserów dźwięku.

Od 1 stycznia 2018 r. wprowadzono ograniczenia w stosowaniu 50% kosztów uzyskania przychodów wskazując w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych dziedziny twórczości, które uprawniają do stosowania podwyższonych kosztów.

Pierwszy katalog uprawnionych – wskazywał przychody z działalności:

  • twórczej w zakresie architektury, architektury wnętrz, architektury krajobrazu, urbanistyki, literatury pięknej, sztuk plastycznych, muzyki, fotografiki, twórczości audiowizualnej, programów komputerowych, choreografii, lutnictwa artystycznego, sztuki ludowej oraz dziennikarstwa;
  • badawczo-rozwojowej oraz naukowo-dydaktycznej;
  • artystycznej w dziedzinie sztuki aktorskiej i estradowej, reżyserii teatralnej i estradowej, sztuki tanecznej i cyrkowej oraz w dziedzinie dyrygentury, wokalistyki, instrumentalistyki, kostiumografii, scenografii;
  • w dziedzinie produkcji audiowizualnej reżyserów, scenarzystów, operatorów obrazu i dźwięku, montażystów, kaskaderów;
  • publicystycznej.

Katalog ten budził szereg wątpliwości gdyż zabrakło w nim tłumaczy, twórców radiowych czy twórców gier komputerowych.

W dniu 19.07.2018 r., weszła w życie ustawa nowelizująca, która w szczególności uwzględniła w tym katalogu twórców gier komputerowych, tłumaczy, twórców w zakresie działalności audialnej i audiowizualnej czy naukowej i dydaktycznej prowadzonej na uczelniach. Pomimo nowelizacji przepisy ustawy budzą jednak nadal kontrowersje – w szczególności nie ma pewności czy przez działalność w zakresie programowania należy rozumieć działalność samych programistów czy też innych osób zaangażowanych w proces tworzenia programu komputerowego, w szczególności zaś architektów sieci, developerów czy testerów. Stąd też wiele podmiotów zdecydowało się na wystąpienie do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskami o wydanie interpretacji prawa podatkowego.

Interpretacje podatkowe wydawane w ostatnim czasie (jak np. ta z dnia 6 czerwca 2018 r., sygn. 0112-KDIL3-1.4011.217.2018.2.AA czy inna z dnia 25 kwietnia 2018 r., sygn. 0115-KDIT2-1.4011.71.2018.2.AS) sugerują, że można szeroko rozumieć te kategorie.

– Należy jednak pamiętać, że interpretacje co do zasady chronią wyłącznie podmiot, który je uzyskał – zwraca na to uwagę mec. Joanna Stolarek. – Mając to na uwadze, każdy podmiot chcący korzystać z 50% kosztów uzyskania przychodu powinien, dla własnego bezpieczeństwa, uzyskać indywidualną interpretację, która zapewni mu najwyższy poziom ochrony.

Przed osobami chcącymi stosować 50% koszty uzyskania przychodu stoją jednak jeszcze inne wyzwania. W szczególności, należy pamiętać, iż samo stwierdzenie, że dany „zawód” podlega pod jedną z działalności wymienionych w znowelizowanych przepisach nie zapewnia jeszcze pełnego bezpieczeństwa. Organy podatkowe zapowiedziały bowiem przeprowadzenie licznych kontroli zwłaszcza, w firmach z branży IT, w trakcie których będą zwracały szczególną uwagę na wszystkie elementy struktury wynagradzania związanej z 50% kosztami. W szczególności zaś na to w jaki sposób kalkulowane jest wynagrodzenie za transfer praw autorskich. Organy negują bowiem prawidłowość podejścia, w którym wartość ta jest pochodną procentowego udziału czasu poświęconego pracom twórczym w pracach ogółem, twierdząc, że powinno ono odzwierciedlać efekty owych prac twórczych i być przypisane konkretnie określonym utworom. Dodatkowo, zgodnie z zapowiedziami, organy podatkowe mają badać nie tylko obecną sytuację, lecz także sposób rozliczania prac twórczych w ostatnich pięciu latach.

Z obserwacji rynku przez Kancelarię Ożóg Tomczykowski wynika, że w odpowiedzi na te zagrożenia wiele firm zdecydowało się na zastąpienie struktury zatrudnienia opartej na kosztach autorskich taką, w której współpracownicy świadczą usługi w ramach działalności gospodarczej. Niestety, takie rozwiązania także są często kontrolowane przez organy skarbowe, które próbują dowodzić sztuczności wprowadzonego rozwiązania i domagają się zaległych zobowiązań podatkowych czy składek ubezpieczeniowych. Argumentami, z których najchętniej korzystają, jest brak ponoszenia ryzyka gospodarczego czy odpowiedzialności wobec osób trzecich przez współpracowników lub nieposiadanie przez nich swobody w wyborze miejsca i czasu świadczenia swoich usług.

Mając to wszystko na uwadze, koniecznością wydaje się:

  • zbadanie, którzy z pracowników mogą dalej korzystać z 50% kosztów uzyskania przychodów,
  • przeanalizowanie treści obowiązujących klauzul w zakresie transferu praw autorskich,
  • przyjrzenie się zasadom dokumentowania działalności twórczej dla celów podatkowych oraz obowiązującym w spółce politykom wewnętrznym,
  • zweryfikowanie sposobu ustalania wynagrodzenia za transfer praw autorskich.

Dodatkowo, skoro już jesteśmy przy branży IT to warto wspomnieć, że rząd pracuje nad nowelizacją ustaw o PIT i CIT, przewidującej preferencje podatkowe dla twórców gier komputerowych. W związku z tym Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przygotowało projekt ustawy o zasadach wspierania produkcji kulturowych gier wideo oraz o zmianie niektórych innych ustaw zawierać ma m.in. ulgę podatkową w podatkach dochodowych (PIT i CIT) dla producentów gier komputerowych.

Konstrukcja ulgi zakłada możliwość dodatkowego odliczenia od podstawy opodatkowania w podatku dochodowym CIT/PIT 100% ustawowo określonych kosztów kwalifikowalnych poniesionych na produkcję gier komputerowych, które spełnią tzw. test kulturowy. Chodzi o gry, które promować będą polskie treści kulturowe. Okolicznościami, które będą brane pod uwagę są w szczególności: miejsce akcji, główni bohaterowie, obecność elementów dziedzictwa kulturowego lub historycznego, bazowanie na narracji i dialogach, wykorzystanie oryginalnego IP, wykorzystanie elementów innowacyjnych, produkcja większości elementów gry na terytorium RP oraz zatrudnienie przy produkcji obywateli lub rezydentów Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Ostatnie miejsca na National Sales Congress. Wydarzenie już 13 września na PGE Narodowym w Warszawie

Już niewiele ponad miesiąc dzieli nas od największego wydarzenia sprzedażowego w Polsce. Pozostały ostatnie bilety – zarówno na ścieżkę kongresu sprzedażowego jak i ścieżkę managerską. Co wyróżnia National Sales Congress spośród innych wydarzeń?NSC – ostatnie miejsca

1) Agenda poruszająca najważniejsze tematy dotyczące procesu sprzedaży i zarządzania. Dwie ścieżki – dla działów handlowych i dla managerów. Wśród nich odpowiedzi m.in. na poniższe pytania:

– „Dlaczego niektórzy handlowcy mają skuteczność przeprowadzonych transakcji na poziomie 70-80% a nawet 90%, a inni zaledwie na poziomie 10-20%?”

– „Jak połączyć budowanie relacji z wywieraniem wpływu?”

– „Jak łatwiej generować leady i co konkretnie zrobić, by potencjalni klienci chętnie otwierali oferty?”

– „Jak zdiagnozować rolę i siłę oddziaływania poszczególnych osób w organizacji klienta (mapa Klienta), co pozwoli na dostosowanie języka korzyści oddziałującego na daną osobę”

– „Co robić, kiedy jesteśmy słyszmy, że „produktu nie da się sprzedać”?

– „W jaki sposób budować strategie marki i jaką rolę ma do spełnienia w tym procesie lider”

– „Jak dokładnie zaplanować sprzedaż?

Agenda Kongresu sprzedażowego: www.nationalsales.pl/kongres-sprzedazowy

Agenda Kongresu Managerów: www.nationalsales.pl/kongres-managerow

2) Prelegenci – praktycy sprzedaży, posiadający ponad 20 letnie doświadczenie. Jednego dnia, na dwóch scenach (sprzedażowej i managerskiej) wystąpią:

Jacek Walkiewicz – niezaprzeczalny autorytet w kategorii motywacji, jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich mówców. Z wykształcenia psycholog, autor znakomitych książek.

Wojciech Herra – psycholog, specjalista psychologii mistrzostwa, chodzący ambasador sprzedaży w oparciu o budowanie wartości

Jakub Cyran – nagradzany prelegent i przedsiębiorca z ogromnym praktycznym doświadczeniem, praktyk sprzedaży

Nikolay Kirov – wykładowca na studiach MBA w Akademii Leona Koźmińskiego, członek zarządu „Kirov Strategic Negotiators”, praktyk z zapleczem naukowym

Andrzej Cichocki – efektywny manager budujący swoją skuteczność od ponad 27 lat dzięki świadomym decyzjom i konsekwencji

Michał Leszek – twórca najbardziej wyrazistej marki na rynku elektroniki – Kruger&Matz

Marcin Grela – headhunter pracowników działu sprzedaży, a także doświadczony handlowiec i manager sprzedaży, twórca społeczności handlowców

Agnieszka Grostal – od prawie 20 lat zajmuje się tworzeniem i wdrażaniem strategii sprzedażowych. Doświadczenie zawodowe budowała m.in. jako dyrektor sprzedaży Citibanku

Mateusz Grzesiak – wykładowca, przedsiębiorca i konsultant biznesu. Doktor nauk ekonomicznych w dyscyplinie nauki o zarządzaniu.

Ewa Błaszczak – mentor liderów i zespołów, zarządzanie to jej chleb powszedni – przez lata przygotowywała programy rozwojowe dla około 5.000 liderów rocznie

Andrzej Borczyk – Dyrektor Personalny w randze Członka Zarządu w Grupie Żywiec S.A. Przez ponad 20 lat pracował w kluczowych globalnych organizacjach na rynku Polskim i CEE, m.in. Mars, Microsoft.

Małgorzata Warda – swoje doświadczenie zawodowe budowała m.in. na sprzedaży marek Tefal, Krups, Rowenta, Moulinex, Nespresso, Nescafé Dolce Gusto, czy Topshop

Jacek Chmielecki – przez ostatnie 20 lat zajmował menadżerskie stanowiska w największych i jednych z najbardziej innowacyjnych firm na świecie z branży IT: Cisco Systems, SAP, Microsoft, Google, Juniper pracując na międzynarodowych rynkach: Centralnej Europy, Rosji, Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Ameryce Łacińskiej

Martin Lewandowski – przedsiębiorca, właściciel federacji KSW, współtwórca polskiego MMA

3) Networking biznesowy moderowany przez Grzegorza Turniaka i jego Akademię Rekomendacji. Możliwość nawiązania relacji nie tylko pomiędzy uczestnikami – często osobami decyzyjnymi i managerami wielkich brandów, ale także możliwość rozmów z prelegentami

4) Certyfikaty uczestnictwa – potwierdzające udział w Kongresie sprzedażowym i Kongresie Managerów, którego partnerem merytorycznym jest Koźmiński Executive Business School

Jeden dzień – wiele możliwości dla Ciebie i Twojej firmy. Pozostały ostatnie miejsca. Sprzedaż biletów na stronie: www.nationalsales.pl/kup-bilet/

Konferencja WORKFLOW TRENDS odbędzie się 26.09.2018 w Warszawie

Konferencja WORKFLOW TRENDS – pozbądź się sterty papierów z elektronicznym obiegiem dokumentów – bezpłatna rejestracja!

workflow konferencjaEfektywnie funkcjonujące przedsiębiorstwo, to konsekwencja wyboru odpowiednich rozwiązań. Systemy zarządzania obiegiem dokumentów oraz procesami biznesowymi, z pewnością można uznać za niezbędne narzędzia, prowadzące do synonimu sprawnie funkcjonującej organizacji.

Tematyka konferencji, ma na celu  zaprezentowanie, wpływu systemów elektronicznego obiegu dokumentów na optymalizację oraz usprawnienie pracy przedsiębiorstw. Liderzy technologii, będą rozmawiać o najnowszych trendach w zakresie udoskonalania procesu zarządzania dokumentacją oraz informacją biznesową.

Serdecznie zapraszamy do udziału i rejestracji na konferencję!

która odbędzie się 26.09.2018 w Warszawie.

W programie wydarzenia m.in.:

  • WORKFLOW – DLACZEGO WARTO GO MIEĆ, CHOCIAŻ PRACOWNICY GO NIE LUBIĄ. KEJS STUDY
    dr Piotr Kaczmarek-Kurczak, Akademia Leona Koźmińskiego
  • FUNDAMENTALNE SUKCESY PRZY WDRAŻANIU ROZWIĄZAŃ WORKFLOW I DOCUMENT MANAGEMENT
    Wiesław Grabowski, Szkoła Zarządzania Zmianą
  • CASE STUDY: MASOWA DIGITALIZACJA DOKUMENTACJI W RAMACH DZIAŁALNOŚCI OPERACYJNEJ FIRMY
    Łukasz Skrzypczak, Żabka

Strona internetowa wydarzenia: http://workflowtrends.pl/

Udział w konferencji jest bezpłatny, wystarczy wypełnić formularz rejestracyjny!

Uprzejmie informujemy, że ilość miejsc jest ograniczona.

Uczestnikom konferencji zapewniamy przerwy kawowe oraz komplet materiałów konferencyjnych.

Kontakt z organizatorem:
website: http://pureconferences.pl

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. po 2 kw. 2018 r.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r., zakończyła 2 kw. 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto wynoszącym 224 tys. zł notując tym samym ponad 109% wzrost w ujęciu rdr. Spółka kontynuuje proces stabilnego i zrównoważonego rozwoju wszystkich segmentów biznesowych prowadzonych w ramach Grupy.

W 2 kw. 2018 r. Emitent wypracował na poziomie skonsolidowanym 224 tys. zł zysku netto wobec 106 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. W całym pierwszym półroczu skonsolidowany zysk netto Spółki wyniósł ponad 411 tys. zł, podczas gdy w 2017 r. było 270 tys. zł. Osiągnięte przez Grupę WEC bardzo dobre wyniki finansowe wykazujące wyraźny wzrost w ujęciu rdr. są rezultatem skutecznej realizacji strategii rozwoju. Jej głównym założeniem jest utrzymanie stabilnego rozwoju we wszystkich liniach biznesowych oraz zwiększanie przychodów ze świadczenia usług podmiotom spoza Grupy WEC. Zarząd Spółki jest bardzo zadowolony z osiągniętych przez nią wyników finansowych i będzie dążył do ich stałej poprawy w kolejnych kwartałach.

„W drugiej połowie roku będziemy rozwijali usługi o charakterze finansowym takie jak pożyczki dla firm, faktoring, jak również będziemy poszukiwali atrakcyjnych pakietów wierzytelności. Wymienione działania mają na celu zapewnić Spółce dodatkowe przychody z różnorodnych źródeł. Uważamy, że dywersyfikacja jest niezwykle istotna i daje poczucie pewności oraz stabilności biznesu. W związku z tym skala naszej podstawowej działalności, czyli windykacji na zlecenie sektora B2B, będzie co najmniej niezmieniona. Celem naszym jest osiągnięcie w 2018 roku zdecydowanie większego zysku niż w 2017 roku.” – podkreśla Remigiusz Brzeziński, Prezes Zarządu Spółki Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. również na poziomie jednostkowym zanotowała wzrost zysku netto w 2 kw. 2018 r. do 208 tys. zł ze 157 tys. zł rok wcześniej. W całym pierwszym półroczu 2018 r. Emitent osiągnął na poziomie jednostkowym blisko 400 tys. zł zysku netto. W analogicznym okresie ub. roku zysk netto Spółki wynosił 316 tys. zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. notuje stały wzrost przychodów ze sprzedaży dzięki zwiększeniu przychodów z tytułu windykacji pakietów B2C oraz rozwijaniu sprzedaży usług faktoringu i pożyczek B2B. Zarząd Spółki planuje zwiększać skalę działalności finansowej poprzez dalszy rozwój usługi faktoringu oraz wprowadzenie nowej usługi pożyczek dla firm.

„W naszej ocenie wszystkie usługi związane z finansowaniem działalności gospodarczej czy to poprzez faktoring czy pożyczki dla firm, będą się w najbliższym czasie cieszyły coraz większym zainteresowaniem wobec braku pieniądza na rynku i zamierzamy z tego skorzystać rozwijając ten segment. Chcemy oczywiście zachować niezbędną ostrożność przy udzielaniu klientom finansowania poprzez weryfikacje stron transakcji, samej transakcji jak również jej ubezpieczenie lub zabezpieczenia rzeczowe i prawne.” – dodaje Prezes Brzeziński.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. osiągnęła w 2017 r. zysk netto na poziomie jednostkowym w kwocie 925 tys. zł wobec 515 tys. rok wcześniej, a jej całkowite przychody wyniosły w 2017 r. ponad 6.825 tys. zł. Spółka także na poziomie skonsolidowanym zanotowała mocny wzrost zysku netto w 2017 r. i wyniósł on 871 tys. zł. W tym roku Emitent wypłacić dywidendę swoim Akcjonariuszom w wysokości 0,06 zł na akcję, kontynuując w ten sposób dotychczasową politykę dywidendową, zakładającą coroczne dzielenie się wypracowanym zyskiem z Akcjonariuszami.

Restrukturyzacje w drugim kwartale 2018 (X kwartał obowiązywania Ustawy)

W drugim kwartale 2018 roku  utrzymuje się wzrostowy trend liczby otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. Według raportu Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA, przygotowanego we współpracy ze SpotData, w okresie kwiecień-czerwiec sądy otworzyły aż 122 postępowania restrukturyzacyjne. Jest to druga najwyższa wartość po rekordowym ostatnim kwartale 2017 roku (124 otwarte restrukturyzacje). Wzrost w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku wynosi  50 proc.

Wzrost liczby restrukturyzacji nie ogranicza się do jednego sektora, widać go w całej gospodarce. Największe wzrosty liczby restrukturyzacji nastąpiły w handlu, budownictwie i niektórych działach przemysłu. Firmy budowlane zgłaszają problemy z płynnością ze względu na wzrost kosztów pracy i materiałów. Firmom przemysłowym mogły zaszkodzić wyższe ceny surowców. W handlu główną przyczyną wydaje się być rozdrobnienie polskiego rynku hurtowego, niska marżowość oraz trwająca wojna cenowa (np. na rynku elektroniki). We wszystkich branżach wyzwaniem jest również ostrzejsza polityka fiskalna, czyli m.in. częstsze kwestionowanie rozliczeń podatkowych, wprowadzanie nowych narzędzi jak split payment czy odwrócony VAT.

Efektywność procedur restrukturyzacyjnych czyli stosunek zatwierdzonych przez sądy układów do liczby otwartych postępowań wynosi 22%. Oznacza to, że co piąte postępowanie zakończyło się przyjęciem układu, co jest wynikiem dobrym ale nadal możliwym do poprawienia.

Stale rośnie udział restrukturyzacji w ogólnej liczbie postępowań insolvencyjnych (upadłości i restrukturyzacje razem) i obecnie wynosi 43 %. Oznacza to (uwzględniając fakt że nieudane restrukturyzacje wracają do puli postępowań insolwencyjnych, że blisko polowa firm w kłopotach dostaje szansę na ratunek. To wynik rewelacyjny w porównaniu do lat 2003-2015, kiedy taką szanse otrzymywało nie więcej niż 10-15% przedsiębiorców w kłopotach.

Raport szczegółowy: postępowanie układowe

W drugim kwartale 2018 roku otwartych zostało 14 postępowań układowych. Praktycznie od końca 2016 roku liczba nowo otwieranych PU nie zmienia się – oscyluje wokół 15. Wydaje się, że firmy preferują inne rodzaje postępowań: te w lepszej kondycji i z niewielkim odsetkiem wierzytelności spornych wolą przyspieszone postępowania układowe, a te zmagające się z poważnymi trudnościami i będące w najgorszej sytuacji decydują się na postępowanie sanacyjne. Niewielka jest też liczba dotychczas zatwierdzonych przez sąd układów – 15 przy aż 31 umorzeniach. Ich efektywność jest zatem relatywnie niska. Co ciekawe, struktura geograficzna PU różni się od struktury wszystkich postępowań. Zdecydowanym liderem jest Sąd Rejonowy w Poznaniu – 14 otwartych restrukturyzacji w tym trybie. Natomiast Warszawa – lider wśród wszystkich postępowań – jest dopiero na czwartym miejscu z 5 postępowaniami tego typu.

Postępowanie układowe nie jest bardzo popularne wśród przedsiębiorstw. Od początku 2016 roku, czyli od kiedy obowiązuje prawo restrukturyzacyjne, tylko 13 proc. wszystkich postępowań odbywało się w procedurze układowej. Odstrasza od niego długi czas trwania, nie zrównoważony wzrostem ochrony przed wierzycielami. Jednocześnie wyraźnie widać jak istotnie wzrasta ryzyko umorzenia wraz z rosnącym czasem trwania postępowania.

Pełen raport Zimmerman Filipiak Restrukturyzacja SA oraz SpotData