Już po 20 sierpnia urzędy skarbowe mogą wzywać średnich, małych oraz mikroprzedsiębiorców do przedstawienia na żądanie odpowiednich struktur JPK (Jednolitego Pliku Kontrolnego). W ten sposób na wezwanie organu skarbowego przedsiębiorcy będą przedstawiać np. dane z wyciągów bankowych czy ksiąg rachunkowych. Brak odpowiedzi na wezwanie skarbówki może skutkować nałożeniem kary porządkowej.
Mniej kontroli w firmach?
Rozszerzenie obowiązku składania JPK na mikroprzedsiębiorców miało na celu, według Ministerstwa Finansów, ograniczenie liczby kontroli w firmach. Podobnie na temat patrzyli ankietowani przez inFakt w 2017 roku ci spośród mikroprzedsiębiorców, którzy oceniali wprowadzenie obowiązku składania JPK_FA pozytywnie.
Tymczasem już za kilka dni urzędy skarbowe będą mogły wezwać każdego mikroprzedsiębiorcę, który prowadzi księgi w formie elektronicznej, do złożenia pozostałych struktur JPK. Mogą to być:
JPK_WB (wyciąg bankowy)
JPK_MAG (magazyn)
JPK_FA (faktury VAT, jedynie sprzedażowe)
JPK_PKPIR (podatkowa księga przychodów i rozchodów)
JPK_EWP (ewidencja przychodów)
JPK_KR (księgi rachunkowe)
Warto pamiętać, że składane struktury, które dotyczą podatku dochodowego, będą się różnić w zależności od tego, czy przedsiębiorca prowadzi księgi rachunkowe, książkę przychodów i rozchodów czy ewidencję przychodu.
Jak zatem widać, organy skarbowe będą nadal mogły kontrolować szeroki zakres działalności mikrofirm. Nie dziwi fakt, że przedsiębiorcy pytani przez inFakt wskazywali, że ich główne obawy związane z JPK dotyczą inwigilacji oraz nakładania kolejnych uciążliwych obowiązków.
Jak odpowiedzieć na żądanie urzędu?
Wezwany do złożenia odpowiedniej struktury JPK przedsiębiorca będzie miał na to przynajmniej trzy dni liczone od dnia otrzymania wezwania. Można to będzie zrobić na dwa sposoby – albo przesłać do urzędu w formie elektronicznej z potwierdzonym bezpiecznym podpisem elektronicznym lub za pomocą profilu zaufanego, albo zapisać na nośniku danych (płycie CD/DVD, pendrive) i złożyć na dzienniku podawczym w urzędzie skarbowym lub wysłać pocztą. W tym wypadku będzie liczyła się data nadania przesyłki. W przypadku przesyłki kurierskiej będzie to natomiast data otrzymania przez odbiorcę.
Kogo nie obowiązuje JPK na żądanie?
Co natomiast powinien zrobić przedsiębiorca, który prowadzi papierową księgę przychodów i rozchodów? – Jeśli organ podatkowy zażąda od niego złożenia JPK_PKPIR, to może on wówczas odmówić przesłania takiej struktury. Moim zdaniem na wezwanie powinien odpowiedzieć, ale w odpowiedzi wykazać, że prowadzi KPiR papierowo, więc obowiązek złożenia tej struktury JPK go nie dotyczy. Podobnie wygląda sprawa z żądaniem struktury JPK_MAG, jeśli przedsiębiorca nie prowadzi ewidencji magazynu w postaci elektronicznej – wskazuje Magda Sławińska-Rzemek, ekspert podatkowy w firmie inFakt, oferującej nowoczesne rozwiązania księgowe.
Niejednoznaczna jest za to kwestia składania na żądanie JPK_FA przez przedsiębiorców, którzy wystawiają faktury w formie papierowej. – Jeśli przedsiębiorca jest podatnikiem VAT i rejestry sprzedaży oraz zakupów prowadzi w formie elektronicznej, ale same faktury wystawia w formie papierowej, to zgodnie z obecnymi wymogami ustawy o VAT organ podatkowy może argumentować, że prowadzi księgi przy użyciu programów komputerowych, a więc powinien przedstawić na żądanie JPK_FA – dodaje Magda Sławińska-Rzemek.
„Nie odpowiedziałem na wezwanie, i co teraz…?”
Jeśli przedsiębiorca we wskazanym przez skarbówkę terminie nie złoży JPK, grozi mu kara porządkowa, która w 2018 roku wynosi 2800 zł.
Warto mieć na uwadze, że w przypadku braku złożenia JPK na żądanie nie można skutecznie złożyć czynnego żalu. Instytucja ta polega na tym, że przedsiębiorca musi złożyć dokument w takim terminie, gdy urząd skarbowy nie posiada jeszcze wiedzy o zawinieniu lub wykroczeniu popełnionym przez podatnika. Tymczasem w momencie, gdy w podanym terminie nie złożymy JPK, organ podatkowy już o tym wie i za późno wtedy na czynny żal.
JPK_WB – jak to będzie?
Wiele emocji wzbudza zwłaszcza konieczność przedstawiania na żądanie danych z wyciągów bankowych. Banki są w tym zakresie przygotowane do współpracy z przedsiębiorcami, ponieważ tę strukturę JPK największe firmy składają już od 2016 roku. Sam obowiązek dostarczenia JPK_WB to urzędu skarbowego będzie ciążył na podatniku. Dla rachunków walutowych operacje w strukturze JPK_WB powinny być prezentowane wyłącznie w walucie rachunku, nie ma obowiązku pokazywania takich informacji z przeliczeniem na złotówki. Co istotne, niektóre banki za przygotowanie JPK naliczają opłatę.
JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., wypracowała 972 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym w 2 kw. 2018 r., a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 1.084 tys. zł. Emitent nabył w minionym kwartale znaczący pakiet akcji notowanej na rynku regulowanym GPW w Warszawie spółki SETANTA ASI S.A.
W drugim kwartale 2017 r. Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. zanotowała skonsolidowany zysk netto w wysokości 172 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 1.029 tys. zł, co oznacza, że tegoroczny wynik netto wykazuje bardzo mocny wzrost. W całym pierwszym półroczu 2018 r. Emitent na poziomie skonsolidowanym osiągnął 1.419 tys. zł zysku netto, a jego skonsolidowane przychody netto ze sprzedaży przekroczyły 2.120 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku skonsolidowany zysk netto Grupy wynosił 1.094 tys. zł, a skonsolidowane przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 2.082 tys. zł. Wypracowane przez JR HOLDING S.A. bardzo dobre wyniki finansowe są efektem skutecznie prowadzonych działań inwestycyjnych oraz operacyjnych. Zarząd Spółki będzie dążył do dalszego rozwoju Grupy i wzrostu jej wartości.
„Osiągnięte przez nas wyniki finansowe zarówno w samym drugim kwartale tego roku, jak i w całym pierwszym półroczu, potwierdzają efektywność realizowanych inwestycji oraz skuteczność prowadzonych działań operacyjnych. W ten sposób wypełniamy nasz podstawowy cel, jakim jest rozwój i dalszy wzrost wartości Grupy przy zachowaniu wysokiego poziomu bezpieczeństwa. Jestem przekonany, że nadchodzące kwartały będą równie udane o ile nie jeszcze lepsze dla spółek wchodzących w skład Grupy Kapitałowej oraz dla naszych Akcjonariuszy.” – podkreśla January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.
W ramach realizacji strategii rozwoju w obszarze inwestycyjnym JR HOLDING S.A. dokonała nabycia pakietu akcji notowanej na rynku regulowanym GPW w Warszawie spółki SETANTA ASI S.A. Emitent wraz z Prezesem Zarządu Januarym Ciszewskim oraz z podmiotem powiązanym Kuźnica Centrum Sp. z o.o. posiada 1.420.806 akcji tej spółki stanowiących 32,98 % udziału w jej kapitale zakładowym oraz w ogólnej liczbie głosów. JR HOLDING S.A. do inwestycji w spółkę SETANTA ASI S.A. wykorzystała akcje własne nabywane w ramach programu buy-back. SETANTA ASI S.A. to konsekwentnie budowana Grupa Kapitałowa (Jednostka Inwestycyjna), skoncentrowana na trzech obszarach: projekty globalne, projekty lokalne oraz nieruchomości. Spółka zadebiutowała na Głównym Rynku GPW w Warszawie w styczniu 2017 r., przenosząc notowania na niego z rynku NewConnect, na którym była notowana od stycznia 2013 r. Głównym celem Spółki jest długoterminowy wzrost wartości jej aktywów netto.
„Zakup znaczącego pakietu akcji SETANTA ASI S.A. wpisuje się w założenia naszej polityki inwestycyjnej. Jest to zarazem nasza pierwsza inwestycja w spółkę notowaną na rynku regulowanym GPW w Warszawie, co tylko potwierdza, że nasz rozwój przebiega bardzo dynamicznie i prowadzimy projekty o coraz większym znaczeniu. Z tą inwestycją wiążemy bardzo duże nadzieje i jestem przekonany, że jej sukces wpłynie pozytywnie zarówno na nasze wyniki finansowe, jak i na pozycję na rynku kapitałowym.” – podsumowuje Prezes Ciszewski.
W czerwcu br. JR HOLDING S.A. oraz SETANTA ASI S.A. podpisały list intencyjny w sprawie współpracy. Zgodnie z jego założeniami oba podmioty zamierzają współpracować na poziomie operacyjnym, biznesowym oraz kapitałowym. Głównym celem planowanej kooperacji jest osiągnięcie przez obie spółki korzyści oraz zysków z wspólnie prowadzonych działań, które przełożą się pozytywnie na ich wyniki finansowe oraz na wzrost wartości. Spółki będą dążyły do wykorzystania w jak największym stopniu swoich kompetencji, doświadczeń, know-how oraz obecności na rynku publicznym, aby wspólnie osiągnąć efekty synergii i efekty skali.
Zakończenie działalności gospodarczej spółki kapitałowej wiąże się z przeprowadzeniem czasochłonnego i sformalizowanego procesu likwidacji. Spółkę osobową można zaś rozwiązać z pominięciem tego etapu. Coraz częściej zdarza się więc, że wspólnicy spółki kapitałowej przekształcają ją w osobową, aby zaoszczędzić na czasie.
Dlaczego warto przekształcić spółkę przed jej likwidacją?
Likwidacja stanowi proces, którego zakończeniem jest rozwiązanie spółki handlowej i wykreślenie jej z Krajowego Rejestru Sądowego (KRS). Ustawa z dnia 15 września 2000 r. – Kodeks spółek handlowych (Dz.U. z 2017 r., poz. 1577, dalej: „k.s.h.”) nie zawiera postanowień, które jednolicie regulują zagadnienie procesu likwidacji dla wszystkich spółek handlowych. Inaczej należy zakończyć działalność gospodarczą spółki osobowej, a inaczej – kapitałowej. Z uwagi na charakter wskazanych form prowadzenia działalności inne będą również czynniki wpływające na konieczność przeprowadzenia procesu likwidacyjnego.
Zgodnie z k.s.h. przeprowadzenie likwidacji spółki zwykle warunkuje skuteczne rozwiązanie przedsiębiorstwa. Wyjątkiem są regulacje odnoszące się do spółek osobowych, pozwalające na odstąpienie od czasochłonnego procesu likwidacyjnego. Tę furtkę mogą wykorzystać także wspólnicy spółek kapitałowych – mają oni przecież prawo przekształcić przedsiębiorstwo w spółkę osobową i rozwiązać ją bez obowiązkowej likwidacji, a więc w sposób mniej wymagający zarówno pod względem prawnym, jak i finansowym.
Przekształcenie działalności ze spółki kapitałowej w osobową
Procedura przekształcenia spółki kapitałowej w osobową polega na zmianie formy prawnej i struktury organizacyjnej podmiotu przekształcanego przy jednoczesnym zachowaniu ciągłości praw i obowiązków spółki kapitałowej. Dzięki temu utrzymuje się charakter prowadzonej działalności i trwają dalej stosunki umowne z kontrahentami.
Do przekształcenia dochodzi z chwilą wpisu spółki osobowej do rejestru i wykreślenia spółki kapitałowej z urzędu przez sąd rejestrowy (art. 552 k.s.h.). Skuteczna transformacja spółki wymaga spełnienia warunków określonych przez Kodeks spółek handlowych (art. 556 k.s.h.).
W pierwszej kolejności zarząd spółki kapitałowej zobowiązany jest przygotować plan przekształcenia w formie pisemnej pod rygorem nieważności. Przygotowanie tego dokumentu wymaga znajomości nie tylko przepisów prawnych, ale również zagadnień ekonomiczno-finansowych ustawowo określonych w art. 558 k.s.h. W kolejnej fazie postępowania należy zawiadomić wspólników o planowanym podjęciu uchwały o przekształceniu – co najmniej dwukrotnie w odstępie nie krótszym niż dwa tygodnie i nie później niż na miesiąc przed dniem podjęcia uchwały.
Do przekształcenia spółki kapitałowej w osobową dochodzi, gdy za przekształceniem wypowiedzieli się wspólnicy reprezentujący minimum 2/3 kapitału zakładowego. Umowa spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub statut spółki akcyjnej mogą jednak przewidywać surowsze wymogi. Dodatkowo w przypadku przekształcenia w spółkę komandytową lub komandytowo-akcyjną ustawodawca przewidział szczególne warunki określone w art. 576 k.s.h. – oprócz wymaganej większości głosów niezbędne jest uzyskanie zgód osób, które w nowej spółce mają posiadać status komplementariusza, czyli osoby odpowiadającej całym swoim majątkiem osobistym i bez żadnych ograniczeń za przyszłe zobowiązania spółki wobec wierzycieli. Kolejnym obowiązkiem jest wydanie dokumentów akcji na nowo z uwagi na to, że z dniem przekształcenia dotychczasowe są unieważniane.
Procedurę przekształcenia kończy złożenie wniosku o wpis przekształcenia do rejestru oraz ogłoszenie przekształcenia w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Tych czynności mogą dokonać zarząd przekształconej spółki kapitałowej lub wspólnicy reprezentujący powstałą spółkę osobową.
Procedura przekształcenia wymaga od wspólników znajomości przepisów prawa, umiejętności sporządzania bilansu przekształceniowego i specyfiki podejmowanych uchwał. Niejednokrotnie skutkiem przekształcenia jest konieczność zmiany korpusu firmy i wprowadzenia ładu korporacyjnego, co może wiązać się z potrzebą podjęcia współpracy z doświadczonym zespołem doradców i ekspertów z zakresu prawa i finansów.
Rozwiązanie spółki osobowej bez likwidacji – korzyści dla firmy
W związku z tym, że w spółkach osobowych prowadzenie spraw powierzone jest samym wspólnikom, proces ich likwidacji i rozwiązania jest znacznie prostszy niż ten dotyczący spółek kapitałowych, który wiąże się z przeprowadzeniem czynności likwidacyjnych.
Te są skomplikowane i długotrwałe. Otworzyć likwidację w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością lub akcyjnej można po uprawomocnieniu się orzeczenia o rozwiązaniu spółki przez sąd albo powzięcia przez wspólników uchwały o rozwiązaniu spółki, o czym stanowią art. 274 k.s.h. i 461 k.s.h. (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 19 listopada 2010 r., sygn. IV SA/Wa 1367/10). Czynności likwidacyjne w spółkach kapitałowych związane są z ustanowieniem likwidatorów, którymi w większości przypadków są członkowie zarządu, chyba że umowa lub statut stanowią inaczej. Jednym z głównych obowiązków likwidatorów jest sporządzenie bilansu otwarcia likwidacji, ogłoszenie o otwarciu likwidacji w Monitorze Sądowym i Gospodarczym, przygotowanie sprawozdania likwidacyjnego dla sądu, dbanie o właściwy podział majątku oraz złożenie wniosku o wykreślenie z KRS.
Szczególne korzyści związane z przekształceniem spółki kapitałowej w spółkę osobową są widoczne już na pierwszy rzut oka. Na skutek zaistnienia przyczyn rozwiązania następuje likwidacja lub, co ważniejsze, ma miejsce inna dyspozycja dotycząca majątku spółki, która odnosi się do ustania jej bytu prawnego. Przepisy Kodeksu spółek handlowych przyznają wspólnikom spółek osobowych szczególne uprawnienie – mogą oni wybrać sposób zakończenia działalności spółki i podziału majątku.
Art. 67 ust. 1 k.s.h. reguluje szczególne prawo wspólników spółki jawnej, którzy mogą uzgodnić inny sposób zakończenia działalności spółki, aniżeli przeprowadzenie jej obowiązkowej likwidacji, do której zobowiązuje art. 58 k.s.h. Zastosowanie tej instytucji możliwe jest w odniesieniu do wszystkich spółek osobowych, które wprost odwołują się do zasad dotyczących spółki jawnej. Jest to zasadnicza różnica w stosunku do spółek kapitałowych, w których taki przywilej nie przysługuje.
Zakończenie działalności gospodarczej w spółce osobowej bez procesu likwidacji jest rozwiązaniem prostszym dla samych wspólników, charakteryzującym się mniejszym stopniem skomplikowania prawno-finansowego i zakresem obowiązków. Wspólnicy spółki osobowej nie muszą bowiem otwierać likwidacji, sporządzać bilansu otwarcia i zamykać likwidacji, nie obowiązują ich też sztywne zasady dotyczące podziału majątku. Po prostu określają oni sposób zastąpienia procedury likwidacyjnej. Co ważne, kończąc funkcjonowanie spółki osobowej, wspólnicy nie są zobowiązani upłynnić całości majątku spółki. Mogą zatem postanowić o podziale majątku w naturze czy zbyciu przedsiębiorstwa lub jego części na rzecz osób trzecich (por. wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 17 grudnia 2012 r., sygn. I ACa 970/12). Możliwe jest również przejęcie majątku przez jednego ze wspólników wraz ze zobowiązaniem do zaspokojenia wierzycieli (por. postanowienie Sądu Najwyższego z 29 czerwca 2011 r., sygn. IV CSK 473/10).
Wierzytelności spółki osobowej stanowią majątek, który może zostać podzielony swobodnie, według woli i ustaleń samych wspólników. Warunkiem jest jedynie podjęcie przez wszystkich wspólników zgodnej uchwały. Dotychczasowi wspólnicy mogą też określić dogodne dla nich samych zasady spłaty zobowiązań spółki w sytuacji, gdy nie zostały one całkowicie pokryte w momencie zakończenia funkcjonowania przedsiębiorstwa.
Po rozdysponowaniu majątku bez ogłoszenia likwidacji wspólnicy są zobowiązani złożyć do sądu wniosek o wykreślenie spółki z rejestru.
Fiskus bez litości dla firm. Doradztwo podatkowe nie tylko na etapie likwidacji spółki
Sprawna możliwość zakończenia działalności gospodarczej spółki osobowej jest niewątpliwą korzyścią dla wspólników, którzy wcześniej zdecydowali się przekształcić spółkę kapitałową. Podejmowanie przedmiotowych transformacji może okazać się pomocne dla przedsiębiorców również z punktu widzenia zagadnień podatkowych. Zwrócić należy uwagę, że organy skarbowe wyposażane są w coraz nowsze instrumenty prawne służące zapewnieniu jak największych wpływów finansowych do Skarbu Państwa. Szczególne zainteresowanie organów podatkowych podczas dokonywanej likwidacji spółki kapitałowej kierowane jest na kwestie związane z rozdysponowywaniem składników jej majątku.
W tym celu Fiskus wykorzystuje przyjętą przez siebie wykładnię art. 14a ustawy z dnia 15 lutego 1992 r. – o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. z 2017 r., poz. 2343, dalej jako: „ustawa o CIT”) stojąc na stanowisku, iż wydanie aktywów wspólnikom w trakcie likwidacji spółki powoduje przychód podatkowy po stronie rozwiązywanego podatnika. Negatywne stanowisko sądów administracyjnych w tym zakresie argumentuje, że spółka w trakcie likwidacji nie osiąga żadnych korzyści majątkowych w sytuacji przekazania wspólnikom majątku, który pozostał po spłacie wszystkich wierzycieli. Tym samym spółka nie może osiągać przychodu w wyniku dokonania przedmiotowych czynności. Pomimo że sądy administracyjne podkreślają nieodpłatność i jednostronność czynności przekazywania aktywów niepieniężnych na rzecz udziałowców – Fiskus pozostaje nieprzekonany i konsekwentnie zobowiązuje spółki do regulowania podatku CIT.
Różnorodność stanowisk poszczególnych organów podatkowych, jak i sądów administracyjnych powoduje, że każda likwidacja spółki prawa handlowego wymaga indywidualnego podejścia i oceny pod kątem jej skutków prawnych i podatkowych. Dostrzegając coraz intensywniejsze działania Fiskusa – ukierunkowane na zwiększanie kontroli skarbowych, których celem jest zapewnienie jak największych wpływów do budżetu państwa pochodzących od przedsiębiorców – niezbędne jest wykorzystywanie profesjonalnego doradztwa prawnego nie tylko na etapie rozwiązania spółki. Przedmiotowe wsparcie dedykowanego zespołu ekspertów podczas całości trwania działalności gospodarczej może uchronić podatnika przed niesłusznym opodatkowaniem spółki. Dotyczy to chociażby częstych zmian Fiskusa odnośnie interpretacji przepisów prawa podatkowego. W takich przypadkach spółki przy współpracy doradców podatkowych uprawnione są występować z wnioskami o wydanie indywidualnych interpretacji przepisów podatkowych w celu ochrony swoich interesów.
Mając na uwadze powyższe, decydując się na proces przekształcenia spółki kapitałowej w spółkę osobową należy właściwie przygotować dokumentację prawno-finansową podmiotu, co warunkuje skuteczne przeprowadzenie transformacji. Każdorazowo należy również zbadać aspekty podatkowe przekształcenia w oparciu o audyt podatkowy firmy tak aby nie narazić się na odpowiedzialność finansową wobec Skarbu Państwa.
Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Lekki pod kątem wydarzeń makro początek przyszłego tygodnia sugeruje, że rynek walutowy pozostanie pod wpływem wahań sentymentu i śledzenia informacji wokół Turcji. W drugiej części tygodnia pod lupą znajdą się najnowsze odczyty aktywności biznesu w Eurolandzie i USA oraz zapiski z posiedzeń FOMC i EBC.
Przyszły tydzień: minutki FOMC/EBC, zamówienia na dobra trwałe z USA, PMI z USA/Eurolandu, sprzedaż detaliczna z Nowej Zelandii/Kanady
Dolar amerykański
Protokół FOMC (śr) raczej nie przyniesie przełomowych informacji – Fed jest zadowolony z kondycji gospodarki i pozostaje na kursie ku podwyżkom we wrześniu i grudniu. Indeksy PMI (czw) i zamówienia na dobra trwałe (pt) raczej będą tłem, choć negatywne zaskoczenia będą miały większą siłę rażenia niż pozytywne niespodzianki. W międzyczasie USD pozostaje wsparty przez awersję do ryzyka rozkręcającą się wokół rynków wschodzących (Turcja), nawet jeśli obawy o „efekt zarażenia” są bezpodstawne.
Euro
W strefie euro warte wyróżnienia są wstępne szacunki PMI i minutki EBC (czw). Wzrost wskaźników jest konieczny, aby wlać nadzieję odnośnie perspektyw ożywienia, choć jeden odczyt z pewnością nie wystarczy, by przebudzić spekulacje dotyczące szybszej zmiany polityki EBC. Protokół z posiedzenia banku prawdopodobnie wskaże na stanowisko wait-and-see po tym, jak w czerwcu nakreślono ścieżkę do końca roku. Poza tym euro pozostaje wrażliwe na skoki awersji do ryzyka związane z Turcją i Włochami, podczas gdy na EUR/USD po wyłamaniu 1,15 optymizm byków prysł i teraz martwią się o swoje długie pozycje budowane w czasie rajdu 1,05-1,21.
Funt brytyjski
W Wielkiej Brytanii nie zaplanowano żadnych kluczowych publikacji, co jednak w niczym nie zmienia pozycji funta. Bieżąca sytuacja gospodarki jest dobra, ale niepewność wokół Brexitu ciąży na GBP i hamuje wszelkie formy odreagowania słabości, o co szczególnie trudno, kiedy mocno wyglądają USD, albo JPY.
Złoty
Z Polski napłynie druga paczka lipcowych danych makro z największą uwagą na produkcję przemysłową (pon) i sprzedaż detaliczną (śr). Złoty korzysta na uspokojeniu sentymentu zewnętrznego i EUR/PLN powoli osuwa się do 4,30. Jeśli po weekendzie temat Turcji nie będzie eskalował, możliwy jest dalszy zjazd w stronę 4,27-4,28. Uspokojenie sentymentu jest jednak warunkiem koniecznym.
Jen japoński
Jen japoński nie otrzyma wskazówek z lokalnego podwórka i USD/JPY pozostanie pod wpływem wahań apetytu na ryzyko. Co ciekawe skok awersji do ryzyka spotyka się ze zrozumiałą, negatywną reakcją USD/JPY, za to poprawa sentymentu przynosi niewspółmiernie mniejsze odbicia. Jest to niepokojący obraz od strony popytu, gdzie odbicia są słabsze niż wcześniejsze spadki i pokazuje, która strona ma przewagę. Możliwe też, że duża partycypacja sprzedających na crossach, np. EUR/JPY, AUD/JPY, ale też TRY/JPY i trzymanie się tych pozycji hamuje wzrosty USD/JPY.
Dolar australijski i nowozelandzki
Na Antypodach kalendarz z Australii jest prawie pusty, za to z Nowej Zelandii otrzymamy kwartalne dane o sprzedaży detalicznej (śr) i bilans handlowy (czw). Prognozowany wzrost sprzedaży o 0,4 proc. nie świadczy o tym, że konsumpcja wyraźnie się nasila, więc dane mogą być słabym sygnałem dla RBNZ. Ogólnie bardziej niż lokalne czynniki dla AUD i NZD ważniejszy będzie globalny apetyt na ryzyko i przy ostatniej nerwowości i negatywnym wpływie geopolityki obie waluty są zagrożone nagłą przeceną.
Dolar kanadyjski
Z Kanady otrzymamy dane o lipcowej sprzedaży detalicznej, które będą przedostatnim ważnym raportem (PKB 30 VIII) przed posiedzeniem Banku Kanady 5 września. Sprzedaż jest silnie zmiennym wskaźnikiem i po sporym, pozytywnym zaskoczeniu w danych za czerwiec (+2 proc.) teraz szanse są po stronie odreagowania. Wycena podwyżki stopy procentowej jest dość nisko (33 proc.), ale po silnym wyskoku lipcowej inflacji szanse na ruch w październiku skoczyły do 80 proc., zatem dobre dane mogą dać impuls do jastrzębich oczekiwań. Poza tym CAD pozostaje zdany na sentyment rynkowy (który nie sprzyja) i przy dominacji USD będzie trudno o trwały popyt na kanadyjską walutę.
Lira turecka (TRY) na przestrzeni ostatnich kilku dni doświadczyła ostrej wyprzedaży. Od początku roku w relacji do dolara amerykańskiego waluta straciła ok. 40%, tym samym w sierpniu stała się najgorzej radzącą sobie walutą świata w 2018 r.
W piątek (10.08) wyprzedaż waluty w kulminacyjnym momencie dochodziła do ponad 20%, co wywołało spore zamieszanie na rynku walutowym. Turecka waluta doświadczyła największej serii nieprzerwanych spadków od dwudziestu lat – tracąc w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy niemal połowę wartości. Była to największa roczna wyprzedaż waluty spośród walut wszystkich krajów grupy G20 w ostatniej dekadzie. W wyniku tych ruchów kurs USD/TRY wzrósł do psychologicznego poziomu 7, jednak niebawem wrócił on do poziomów poniżej 6. Władze Turcji ograniczyły bowiem zagranicznym inwestorom możliwość sprzedaży waluty.
Silne wahania kursu walut gospodarek wschodzących nie są niczym nowym, jednak spadki jakich doświadczyła lira osiągnęły skalę niewidzianą od lat. Co jednak stało za tą wyprzedażą? W jaki sposób wspomniana wyprzedaż wpłynęła na globalny rynek walutowy?
1) Szczególna wrażliwość gospodarki
Deficyt na rachunku obrotów bieżących:
O ile kraj w ostatnich latach należał do najszybciej rozwijających się gospodarek świata, o tyle na skalę tureckiej ekspansji odpowiadało w istotnym stopniu zaciąganie kredytów w walutach obcych. Rynek nieruchomości i rosnąca konsumpcja przekładały się na wzrost importu. W rezultacie w kraju rósł deficyt na rachunku obrotów bieżących, który w pierwszym kwartale roku wyniósł aż 7,1% tureckiego PKB.
Wykres 2: Deficyt obrotów bieżących jako część PKB Turcji (2000-2018)
Thomson Reuters Datastream Data: 17/08/2018
Zadłużenie banków i korporacji w twardych walutach:
Pożądany przez prezydenta Erdogana wysoki wzrost gospodarczy był napędzany poprzez pożyczki zagraniczne, w związku z czym ostatnia, gwałtowna deprecjacja liry stanowi istotny problem dla tureckiego sektora bankowego jak i tureckich firm. Inwestorzy obawiają się, że podmioty gospodarcze z Turcji niezabezpieczające ryzyka walutowego mogą mieć problem ze spłaceniem pożyczek udzielonych im przez instytucje zagraniczne, z czego spora ich część pochodzi z strefy euro. Słabsza lira automatycznie zwiększa rozmiar tureckich zobowiązań w walutach obcych, co zwiększa ryzyko ich niespłacenia przez korporacje i banki. W zeszłym roku zadłużenie zagraniczne brutto miało wartość 69,5% PKB Turcji, najwięcej wśród najważniejszych gospodarek wschodzących. Dług ten stanowi również 40% wszystkich tureckich zobowiązań (Wykres 3).
Wykres 3: Zadłużenie Turcji w walutach obcych [USD] (2008-2018)
Thomson Reuters Data: 17/08/2018
Dobrym wskaźnikiem służącym do skwantyfikowania niepewności inwestorów względem prawdopodobieństwa nieuregulowania przez dłużnika (np. Turcję) zobowiązań są m.in. kontrakty CDS (Credit Default Swap). Niedawno 5-letnie kontrakty wzrosły o 300 punktów bazowych do wartości 590 (Wykres 4), czyli najwyższego poziomu od czasu kryzysu finansowego z 2008 roku.
Wykres 4: Pięcioletnie kontrakty CDS-y dla Turcji (2008 – 2018)
Thomson Reuters Data: 17/08/2018
Niewielkie rezerwy walut zagranicznych:
W tym roku tureckie rezerwy topniały w przyspieszonym tempie, spora ich część została pochłonięta przez rosnący koszt importu ropy naftowej w USD. Obecnie wielkość rezerw odpowiada równowartości czterech miesięcy tureckiego importu (Wykres 5). Jest ona zbliżona do wartości, którą MFW uznaje za niewystarczającą. Jest również zbyt niewielka, aby sfinansować deficyt na rachunku obrotów bieżących ani żeby w razie potrzeby bank centralny mógł przez dłuższy czas bezpośrednio interweniować na rynku, żeby chronić kurs liry.
Wykres 5: Rezerwy walutowe w Turcji (2010-2018)
Thomson Reuters Datastream Data: 17/08/2018
2) Niekompetentna polityka monetarna
Brak niezależności tureckiego banku centralnego zdecydowanie ograniczył zdolność Turcji do zapanowania nad rosnącą inflacją i wzmocnienia liry. Deprecjacja liry doprowadziła do wzrostu krajowych cen, co jest typowe w obliczu tak intensywnej wyprzedaży krajowej waluty. W lipcu wskaźniki cen konsumenckich CPI wzrósł do niemal 16% w ujęciu rocznym (Wykres 3), wartości historycznie najwyższej od 14 lat i zdecydowanie powyżej celu inflacyjnego CBRT, określonego widełkami 3-7%. W związku z trwającym osłabieniem liry, w najbliższych miesiącach dynamika cen będzie niewątpliwie nadal piąć się w górę.
Wykres 6: Dynamika cen w Turcji (2013 – 2018)
Thomson Reuters Datastream Data: 17/08/2018
W normalnej sytuacji niebotycznie wysoka inflacja oraz słabnąca krajowa waluta zmusiłyby bank centralny do agresywnego podwyższania stóp procentowych. Niestety CBRT ma w kraju przeciwnika w osobie samego prezydenta Erdogana, który sam określa się jako „przeciwnik stóp procentowych”. Od lat Erdogan nawołuje do obniżenia stóp procentowych w Turcji, co miałoby napędzić ekspansję gospodarczą kraju. Prezydent oświadczył nawet, że to wysokie stopy procentowe są odpowiedzialne za wysoką inflację.
Zamiast podwyższyć stopy procentowe, bank centralny został zmuszony do korzystania z szeregu narzędzi, które mają na celu – obok dostarczenia tureckim bankom płynności – wsparcie krajowej waluty, aczkolwiek ich wpływ na wyhamowanie wyprzedaży liry był ograniczony. Prezydent Erdogan obiecał zapewnić “wszelką płynność jakiej potrzebują banki”. Niemniej, na rynku panuje kompletny brak przekonania, że w obliczu tak dużej presji politycznej oficjele będą w stanie podnieść stopy procentowe.
3) Brak międzynarodowego wsparcia
Erdogan, który słynie z autorytarności i skłonności do konfrontacji, skłócił Turcję z wieloma dotychczasowymi sojusznikami, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi. Pogarszające się relacje Turcji z tym krajem są jednym z głównych czynników odpowiedzialnych za gwałtowną wyprzedaż liry. Administracja Trumpa objęła sankcjami dwóch członków tureckiego rządu – ministra spraw wewnętrznych oraz ministra sprawiedliwości. Na tę decyzję wpłynęło aresztowanie amerykańskiego pastora Andrew Brunsona – oskarżanego przez Turcję o szpiegostwo i kontakty z grupami terrorystycznymi odpowiedzialnymi za nieudany pucz w 2016 r.
W piątek (10.08) Donald Trump postanowił dolać oliwy do ognia. W wysłanym tego dnia tweecie ogłosił podwojenie obecnych ceł na importowane z Turcji stal i aluminium, odpowiednio do 50% i 20%. Recep Erdogan razem ze swoimi doradcami wydają się tracić kontrolę nad sytuacją gospodarczą kraju. Prezydenckie oświadczenia stają się coraz bardziej oderwane od rzeczywistości i zdecydowanie nie zmniejszają niepokoju na rynkach finansowych.
Jak wyprzedaż liry wpłynęła na rynek walutowy?
W obliczu istotnej niepewności rynkowej inwestorzy postanowili zaufać walutom powszechnie uznanym za bezpieczne, czyli dolarowi amerykańskiemu, jenowi japońskiemu oraz frankowi szwajcarskiemu. Nastąpiła również szeroka wyprzedaż walut gospodarek wschodzących, wiele z nich w relacji do dolara amerykańskiego doświadczyło spadków do poziomów najniższych od kilku miesięcy lub nawet lat. Szczególnie ucierpiały zwłaszcza rubel rosyjski oraz rand południowoafrykański, złoty również doświadczył wyprzedaży. Jesteśmy jednak zdania, że za deprecjację liry jest odpowiedzialna przede wszystkim sytuacja wewnętrzna Turcji, a tym samym doświadczające wyprzedaży waluty gospodarek EM powinny niedługo wrócić do poziomów sprzed wybuchu “tureckiego kryzysu”. Kurs EUR/USD spadł poniżej wartości 1,14 – ostatnim razem podobna sytuacja miała miejsce w lipcu 2017 r.
Co czeka lirę i Turcję?
Jest nam bardzo trudno przewidzieć ostateczny koniec niedawnej wyprzedaży liry tureckiej. W obecnej sytuacji bardzo możliwa jest dalsza deprecjacja waluty. Jednym pozytywnym aspektem jest to, że banki wydają się mieć wystarczająco rezerw walutowych, aby przez jeszcze kilka miesięcy pokrywać płatności na rzecz wyemitowanych instrumentów dłużnych w obcych walutach. Niemniej, bank centralny pozostaje nieobecny na rynku i nadal pozostaje niechętny do podniesienia stóp procentowych. Nawet jeżeli taka podwyżka nastąpi, nie ma żadnej gwarancji, że podniesienie stóp przyniesie w obecnej sytuacji cokolwiek więcej niż chwilowe wsparcie waluty – tak jak miało to już miejsce w przeszłości.
Turecki minister finansów Berat Albayrak wykluczył możliwość wprowadzenia w kraju kontroli kapitału, co doprowadziłoby do nagłego spadku inwestycji i obrotów handlu zagranicznego. Podczas konferencji ministerstwa finansów z ekonomistami i inwestorami, Albayrak zaprzeczył również jakimkolwiek planom dotyczących ubiegania się o wsparcie finansowe ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W zamian w Turcji prowadzona będzie restrykcyjna polityka fiskalna, a ministerstwo będzie dążyło do wzrostu bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Sądzimy jednak, że przy obecnym poziomie inflacji i słabości liry nawet powściągliwość fiskalna rządu razem z nawet potencjalnie wyższymi stopami procentowymi mogą nie być wystarczające do ustabilizowania inflacji i waluty. Dlatego w długim okresie nie wykluczamy możliwości wsparcia Turcji przez MFW.
Niezależnie od tego co się wydarzy, inwestorzy pozostają gotowi na więcej wahań kursu liry tureckiej. Rynki nie wykluczają również możliwości, że kryzys w Turcji rozniesie się na Stary Kontynent i pociągnie w dół inne europejskie waluty.
Uważamy, że w krótkim okresie lira może pozostać w okolicy obecnych poziomów, w związku z uspokojeniem inwestorów i opinii publicznej przez turecki rząd i działaniami oficjeli. Z biegiem czasu nie spodziewamy się jednak niczego innego, jak tylko trwającego osłabienia liry względem każdej innej waluty, wraz z postępowaniem procesu zaprzestania uiszczania zobowiązań w walutach obcych przez tureckie instytucje.
USD/TRY
EUR/TRY
TRY/PLN
Q3-2018
6,00
7,00
0,61
E-2018
6,50
7,55
0,56
Q1-2019
7,00
8,10
0,51
Q2-2019
7,25
8,35
0,50
E-2019
8,00
9,20
0,45
Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Podczas wywiadu w londyńskiej redakcji CNBC News Prezes Banku Pekao Michał Krupiński odniósł się do kryzysu walutowego i politycznego w Turcji i jego wpływu na sytuację banków z Europy Środkowej i Wschodniej oraz zwrócił uwagę na dynamiczny wzrost sektora bankowego w Polsce. Prezes Pekao zapowiedział również pracę nad ofertą dla Polaków mieszkających poza granicami w kraju.
Zarysował także ogólną perspektywę w jakiej znalazła się turecka gospodarka – Musimy się zmierzyć z trzema poważnymi zagrożeniami: bardzo trudną sytuacją fiskalną, która pogorszyła się w ostatnich latach, zadłużenie w walucie zagranicznej refinansowane przez banki, a także przez szeroko pojęty sektor finansowy oraz konflikt dyplomatyczny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, a Turcją – powiedział Krupiński.
Podkreślił on również znaczenie udziału polskiego kapitału w Banku Pekao w kontekście innych banków – To podejście oportunistyczne, bo tam gdzie jest centrum decyzyjne jednostki powstaje wartość dodana. Rynek się konsoliduje. Jest wiele europejskich banków takich jak Nordea, czy belgijski KBC, które dochodzą do wniosku, że należy tworzyć silne struktury w oparciu o kapitał narodowy. Zgodnie z naszą strategią odnotowujemy wzrost dwucyfrowy, zarówno w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, jak i kredytów gotówkowych. Ponadto ostatni kwartał był dla Banku Pekao rekordowy, jeśli chodzi o udzielanie kredytów hipotecznych –.
Prezes Pekao zdradził również plany na rozwój oferty dla Polonii – Analizujemy możliwości tzw. cyfrowych banków w Europie, jednak będziemy bardzo dokładnie rozważać potencjalnych kandydatów do współpracy. Poza granicami kraju żyje, według różnych źródeł, około 10 milionów Polaków, z czego aż 3 miliony w Wielkiej Brytanii – zaważył Krupiński. – Potrzebują oni atrakcyjnej oferty bankowej umożliwiającej łatwe skomunikowanie się z rodziną w Polsce, dlatego prowadzimy intensywne badania i szukamy innowacyjnych rozwiązań na rynku europejskim – dodał.
W rozmowie z CNBC została poruszona kwestia decyzji władz Turcji o niepodwyższaniu stóp procentowych wobec kryzysu walutowego oraz o nieangażowaniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego – Zasadniczo Banki z rejonu Europy wschodniej nie są szczególnie uzależnione od sytuacji wewnętrznej w Turcji. Oczywiście wpływa to na kurs tureckiej liry. W kontekście polskiej gospodarki nie zauważamy znacznej różnicy. – powiedział Michał Krupiński.
Cała rozmowa dostępna: https://www.cnbc.com/video/2018/08/17/bank-pekao-ceo-polish-economy-hasnt-seen-impact-from-turkey-crisis.html
Polski złoty zakończył wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złotego wspierała poprawa sentymentu wokół walut EM związana z informacjami z Chin i Turcji, siła euro, słabość dolara amerykańskiego i powrót pełnej płynności po środowej przerwie.
Informacje o tym, że Chiny i Stany Zjednoczone już 21-22 sierpnia ponownie usiądą do stołu negocjacyjnego żeby rozwiązać kwestię sporu handlowego wspierały waluty EM. Pozytywne informacje płynęły również z Turcji. Lira kontynuowała rajd z poprzednich dni, zyskując ponad 3% w relacji do dolara amerykańskiego przed telekonferencją ministra finansów i zięcia prezydenta Erdogana, Berata Albayraka. Zgodnie z informacjami udzielonymi przez uczestników konferencji, Turcja nie ma zamiaru wprowadzić kontroli przepływów kapitału ani prosić o pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego, tylko sama rozwiązać swoje problemy. Pierwsza informacja jest pozytywna, druga ma raczej negatywne nacechowanie (może oznaczać, że Turcja nie będzie chciała przeprowadzać niezbędnych reform), jednak w związku z tym, iż obie wiadomości raczej zawierały się w scenariuszu zakładanym przez inwestorów, po konferencji turecka waluta przestała się umacniać.
Dziś lira znów traci, ciągnąc w dół inne waluty rynków wschodzących, w tym polskiego złotego. Wyprzedaż liry może być związana z agresywną retoryką Stanów Zjednoczonych: sekretarz skarbu USA Steve Mnuchin stwierdził wczoraj, że jeśli Turcja nie uwolni pastora Brunsona, czekają ją kolejne sankcje, Trump z kolei ponownie skrytykował działania kraju na Twitterze. Co więcej, dziś ma mieć miejsce rewizja ratingu Turcji przez S&P, która może przynieść obniżenie noty z i tak już “śmieciowego” ratingu BB-.
Mimo, iż nie mają one większego wpływu na PLN, w kontekście polskiego złotego warto wspomnieć również o kilku odczytach z polskiej gospodarki. Ostatnio opublikowane krajowe dane nie przyniosły zbyt wielu zaskoczeń. Wczorajsze wyliczenia NBP pokazały, że inflacja bazowa zgodnie z oczekiwaniami w lipcu wyniosła 0,6% w ujęciu rocznym. Dzisiejsze dane z krajowego rynku pracy pokazały wzrost wynagrodzeń w lipcu w relacji do analogicznego okresu z poprzedniego roku o 7,2%. Jest to nadal bardzo dobry wynik, nieznacznie niższy od prognozowanego odczytu na poziomie 7,5%. Bardziej zaskakujący był odczyt dynamiki wzrostu zatrudnienia, która wyniosła 3,5% rocznie, tym samym spadła do najniższego poziomu od grudnia 2016 r. Spadek dynamiki jest niewielki, jednak jeśli tendencja miałaby się utrzymać, mogłoby to sugerować, że potencjał do wzrostu płac jest ograniczony, zwłaszcza w kontekście rosnącego znaczenia efektu bazy.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,30-4,32. Mimo słabości w parze ze złotym, wspólna europejska waluta zakończyła dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Dzisiejsza rewizja dynamiki cen w strefie euro nie przyniosła żadnych zmian. Inflacja CPI w lipcu wyniosła 2,1% w ujęciu rocznym i była najwyższa od końcówki 2012 r. Bazowa inflacja CPI wyniosła z kolei 1,1%.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,80-4,82. Mimo słabości w parze z polską walutą i euro, szterling umocnił się w relacji do słabszego dolara amerykańskiego, w czym nieco pomogły lepsze od oczekiwań dane o brytyjskiej sprzedaży detalicznej, które sugerują utrzymanie wyższego poziomu konsumpcji w Zjednoczonym Królestwie oraz – przede wszystkim – słabość amerykańskiej waluty.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,77-3,80. Dolar amerykański w czwartek charakteryzował się słabością również w relacji do głównych walut. Walucie nie sprzyjała m.in. poprawa sentymentu do walut rynków wschodzących i umocnienie euro, jak również słabsze dane gospodarcze.
Wczorajsze dane z amerykańskiego rynku nieruchomości były mieszane. W lipcu rozpoczęto budowę mniejszej liczby domów niż zakładał konsensus, w dół zrewidowano również szacunki z poprzedniego miesiąca. Wzrosła natomiast liczba zezwoleń na budowę nowych obiektów, co sugeruje utrzymanie dość dobrej koniunktury w sektorze.
Cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych (uwzględniając rewizję za poprzedni tydzień) nie odbiegały istotnie od oczekiwań. Wśród wszystkich wczorajszych odczytów najmocniej negatywnie zaskoczył indeks przemysłowy wg. FED z Filadelfii, który spadł z poziomu 25,7 w lipcu do 11,9 w sierpniu. Konsensus spodziewał się odczytu na poziomie 22. Na indeksie negatywnie zaważył szczególnie spadek wskaźnika nowych zamówień. Jeśli spadek indeksu przemysłowego będzie kontynuowany, a spowolnienie aktywności będzie widoczne również w innych danych, będzie to mogło sugerować, że perspektywy amerykańskiej gospodarki są gorsze od oczekiwań.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
16:00 – indeks nastrojów konsumentów uniwersytetu Michigan w USA w sierpniu
O ile przez ostatni tydzień na rynku panowała turecka panika, o tyle w kalendarzu makroekonomicznym na przyszły tydzień zapowiadany jest względny spokój. Na poniedziałek oraz wtorek nie zaplanowano żadnej ważniejszej publikacji makroekonomicznej. W trzeci dzień sesji czekają na nas dwie publikacje ze Stanów Zjednoczonych. Zarówno pierwsza jak i druga może rzucić więcej światła na przyszłą politykę monetarną USA. Chodzi o sprzedaż istniejących nieruchomości oraz protokół z ostatniego posiedzenia FOMC. Pierwsza figura zostanie opublikowana o godzinie 16:00, natomiast druga tak jak zawsze o godzinie 20:00.
W kolejny dzień sesji zostaną opublikowane cztery zmienne. O godzinie 9:30 poznamy PMI dla niemieckiego przemysłu. Cztery godziny później, o 13:30 do wiadomości publicznej zostanie podany protokół z posiedzenia ECB dotyczący polityki monetarnej. Z kolei o godzinie 16:00 poznamy europejskie optymizm konsumentów. Oprócz tego w tym samym czasie zapoznamy się ze sprzedażą nowych domów w Stanach Zjednoczonych.
W ostatni dzień sesji poznamy japońską inflację, która już od dawna nie znalazła się powyżej celu inflacyjnego banku. Ekonomiście nie sądzą, aby to się zmieniło w najbliższym czasie. Z kolei o godzinie 14:30 poznamy amerykańskie zamówienia na dobra trwałe.
Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii
Źródło: Admiral Markets
Stany Zjednoczone – rynek nieruchomości
Aktualnie publikacje z amerykańskiego rynku nieruchomości wpływają na dolara amerykańskiego w coraz większym stopniu. Podwyżka stóp procentowych odbija się na rynku kredytowym. Osoby, które wcześniej zaciągnęły kredyty mogą borykać się ze zwiększonymi ratami, a to przełoży się na spowolnienie gospodarcze. Czym większa część dochodu przeznaczana jest na spłatę raty kredytowej, tym mniejsza konsumpcja. Warto jednak podkreślić, że podwyżki stóp procentowych dają się we znaki dopiero po jakimś czasie, a nie od razu po ich zmianie.
Źródło: Admiral Markets
Z dwóch zmiennych mówiących o sile rynku nieruchomości sprzedaż nowych domów bardziej obrazuje stan gospodarki. Natomiast od końca 2017 roku widać małe spowolnienie. Gdyby kolejne publikacje byłyby poniżej prognoz lub też trend zacząłby się odwracać, to dla tamtejszej gospodarki otrzymalibyśmy bardziej pesymistyczny scenariusz. Warto zaznaczyć, że pojedyncza, gorsza publikacja nic nie zmieni, ponieważ tutaj liczy się trend. Na chwile obecną jest wzrostowy, ale dalszy spadek mógłby zwiastować nadchodzącą recesję.
Instrument do obserwacji – złoto
Na złocie wśród zarządzających jest o 63 tysiące więcej krótkich pozycji niż długich. Tak duża dywergencja przeważnie doprowadzała do nagłego odwrócenia trendu i możliwości wystąpienia zjawiska short squeeze. Czy tym razem będzie tak samo? Bardzo prawdopodobne. Co na to analiza techniczna?
Źródło: Inflation.us
Na interwale dziennym złota trend spadkowy trwa w najlepsze. Dopiero po pokonaniu 9-okresowej średniej kroczącej strona kupująca otworzy sobie drogę do linii trendu oraz oporu w okolicy 1200 USD. Jednakże tak duża dywergencją świadczy o tym, że obecne odbicie będzie o wiele mocniejsze i z dużym prawdopodobieństwem dojdzie w okolicę 1240 USD.
Po bardzo burzliwych tygodniach przychodzi czas na uspokojenie emocji. Dobre dane z Polski dodatkowo wspierają złotego, który powoli odrabia ostatnie straty.
Wzrost wynagrodzeń spowalnia
Dane na temat wzrostu wynagrodzeń okazały się słabsze od oczekiwań. Wynik 7,2% nie może z pewnością martwić, pomimo znajdowania się o 0,3% poniżej prognoz. Tym bardziej, że ten wzrost odbywa się w sytuacji wciąż rosnącego zatrudnienia. Dlaczego ma to wpływ. Osoby wracające na rynek pracy z bezrobocia przeważnie znajdują gorzej płatną pracę w rezultacie obniżają średnie wynagrodzenie. Z tego powodu wielu ekonomistów zwraca uwagę, że realne płace rosną szybciej. Pomimo straszenia końcem spadków bezrobocia zatrudnienia wciąż wzrasta o 3,5% w skali roku co daje szansę na oglądanie kolejnych minimów. Jak zareagowały rynki? Po tych danych złoty umocnił się o około 1 grosz względem głównych walut.
Złoty dalej odrabia straty
Po słabszym początku tygodnia złoty powoli odbudowuje straty. Dzisiaj rano za jedno euro płacono już mniej niż 4,30 zł. Frank staniał poniżej 3,80 zł, dolar kosztuje 3,77 zł a funt 4,80 zł. Powodem poprawy jest uspokojenie nastrojów na rynkach. Ostatnia słabość złotego była wynikiem wzrostu niepewności. Tutaj winowajcą była przede wszystkim Turcja. Problemy się nie skończyły, ale ryzyko gwałtownej eskalacji konfliktu wyraźnie spadło. W związku z tym inwestorzy racjonalizują pozycję. Problem wycofywania środków z rynków rozwijających się nie dotyczy jednak tylko Europy. Znacznie mocniej wg. raportu Międzynarodowego Instytutu Finansów cierpią Afryka Południowa, Chiny i ostatnio Indie.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Krajowa Izba Odwoławcza oddaliła w końcówce lipca skargę wniesioną przez chińskie przedsiębiorstwo Sinohydro, dotyczącą budowy ostatniego odcinka II linii metra w Warszawie. To oznacza, że od momentu podpisania umowy wyłonione w przetargu konsorcjum Astaldi i Gülermak ma maksymalnie piećdziesiąt miesięcy na zaprojektowanie i wybudowanie ostatniego odcinka II linii metra, który powinien być gotowy w 2023 roku. Zdaniem adwokata Jacka Kosińskiego orzeczenie KIO w tej sprawie będzie mieć duże znaczenie dla interpretacji Prawa zamówień publicznych.
– Przy okazji jednej z największych inwestycji infrastrukturalnych w Polsce doszło do ciekawego sporu, dotyczącego prawa do złożenia wspólnej oferty przez dwa podmioty. Ich konkurent – który w tym przypadku złożył ofertę gorszą cenowo – zarzucił temu konsorcjum naruszenie zasad konkurencji, twierdząc, że każda z firm mogła złożyć ofertę samodzielnie, ponieważ obie spełniały określone przez zamawiającego formalne warunki udziału w postępowaniu. Stało się to kanwą odwołania złożonego do Krajowej Izby Odwoławczej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Kosiński, adwokat w kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.
W końcówce czerwca został rozstrzygnięty przetarg na projekt i budowę ostatniego odcinka II linii metra, od stacji C3 Lazurowa do stacji C1 Połczyńska wraz ze stacją techniczno-postojową na Morach. Nowy odcinek będzie mieć 3,9 km długości i powstaną na nim trzy nowe stacje pasażerskie. Natomiast zaplecze techniczne II nitki metra wraz z halami postojowymi, serwisowymi i magazynami powstanie na około 26 ha w pobliżu Instytutu Energetyki.
Najkorzystniejszą ofertę w postępowaniu złożyło włosko-tureckie konsorcjum Astaldi i Gülermak, które zaoferowało wykonanie przedmiotu zamówienia za kwotę 1,62 mld zł brutto i otrzymało 100 pkt. Druga firma, która złożyła swoją ofertę, to chińska Sinohydro Corporation Limited (98,21 pkt.). Zarzuciła ona zwycięskiemu konsorcjum naruszenie zasad konkurencji, ponieważ każda ze spółek wchodzących w jego skład osobno spełniała warunki udziału w postępowaniu.
– Spółki z konsorcjum twierdziły, że zaangażowanie w różne inne zamówienia publiczne, zaangażowanie na innych rynkach czy aktualnie składane oferty powodują, że jedna z nich nie jest w stanie złożyć samodzielnie oferty na dane zamówienie, nawet jeżeli formalnie spełnia warunki. Konsorcjanci podnosili, że zgodnie z międzynarodowymi standardami zarządzania ryzykiem, które są objęte normą ISO 31000, są zobowiązani do tego, żeby odpowiednio zarządzać ryzykiem. Jedną z zasad jest unikanie ryzyka, które przekracza pewne progi akceptowalne w danym przedsiębiorstwie. Można się też podzielić ryzykiem z innymi przedsiębiorcami i założyć konsorcjum – tłumaczy adwokat Jacek Kosiński, zaangażowany w sprawę po stronie konsorcjum Astaldi i Gülermak.
W postępowaniu odwoławczym konsorcjum Astaldi i Gülermak podkreślało również argument, że przetarg na budowę II linii metra jest bardzo skomplikowanym przedsięwzięciem, realizowanym w bardzo krótkich terminach, związanym z potencjalnym ryzykiem zapłaty bardzo dużych kar umownych. To wszystko powoduje, że ryzyka związane ze złożeniem oferty atrakcyjnej cenowo i następnie realizacją tego przedsięwzięcia są na tyle wysokie, że nikt nie jest w stanie złożyć takiej oferty samodzielnie. W trakcie rozprawy wskazywano, że zazwyczaj tak duże przedsięwzięcia inwestycyjne na świecie są w zdecydowanej większości realizowane przez konsorcja wielkich firm budowlanych i na tym tle budowa II linii metra w Warszawie nie jest wyjątkiem.
– Warto także podkreślić, że zgodnie z Prawem zamówień publicznych zamawiający ma prawo na każdym etapie uznać, że wykonawca – mimo że spełnia formalnie wymogi udziału w postępowaniu – powinien zostać wykluczony z uwagi na zaangażowanie w inne przedsięwzięcia, które mogą ograniczyć jego zasoby do realizacji danego zamówienia publicznego. Uczestnicy bronią się przed tego typu działaniem zamawiającego, składając ofertę właśnie w ramach konsorcjum – mówi adwokat Jacek Kosiński.
Pod koniec lipca Krajowa Izba Odwoławcza oddaliła ostatecznie skargę wniesioną przez Sinohydro, uzasadniając, że firmy mogą mieć różne strategie w zarządzaniu konsorcjum, a odwołujący nie wykazał jednoznacznie, że doszło do naruszenia konkurencji.
Wyrok oznacza, że od momentu podpisania umowy wyłoniony w przetargu wykonawca ma maksymalnie pięćdziesiąt miesięcy na zaprojektowanie i wybudowanie ostatniego odcinka II linii metra, który powinien być gotowy w 2023 roku. Zdaniem adwokata Jacka Kosińskiego orzeczenie KIO w tej sprawie będzie mieć duże znaczenie dla interpretacji Prawa zamówień publicznych.
– Orzeczenie dotyczy co prawda budowy II linii metra, jest jednak na tyle istotne, że dotyczy sfery składania oferty na zamówienie publiczne przez podmioty, które spełniają minimalne wymogi udziału w tym postępowaniu. To dzieje się codziennie, natomiast tego typu sprawy bardzo rzadko trafiają pod rozstrzygnięcie KIO. Z pewnością to orzeczenie będzie podlegało bardzo drobiazgowemu badaniu przez doktrynę i wszyscy – zarówno zamawiający, jak i wykonawcy – będą się skrupulatnie mu przypatrywać, żeby zachować zgodność z prawem – mówi Jacek Kosiński.
Ministerstwo Energii chce, żeby już we wrześniu zostały uchwalone zmiany, które podniosą obligo giełdowe na handel energią z obecnych 30 proc. do poziomu 100 proc. Projekt zmian w przepisach właśnie trafił do konsultacji publicznych i ma być rozpatrywany na pierwszym, powakacyjnym posiedzeniu Sejmu. Propozycja resortu ma ustabilizować ceny energii dla odbiorców przemysłowych, bo w ostatnich miesiącach podlegały one dużym wahaniom.
– Jesteśmy w trakcie przygotowywania zmian prawnych, które wprowadzą stuprocentowe obligo giełdowe, czyli nie będzie już możliwości obrotu pozagiełdowego. Mam nadzieję, że do końca września te zmiany zostaną uchwalone. Prawo nie działa wstecz, ale już od tego momentu cała sprzedaż energii elektrycznej będzie się odbywała poprzez giełdę. Jestem przekonany, że to także spowoduje uspokojenie huśtawek cenowych, jeśli chodzi o energię dla przemysłu, bo ceny energii dla gospodarstw domowych nie ulegają żadnej zmianie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes minister energii Krzysztof Tchórzewski.
Obligo giełdowe, czyli obowiązek sprzedaży energii elektrycznej poprzez giełdę, od stycznia br. wynosi 30 proc. (w 2017 roku wynosiło 15 proc.). W ubiegłym miesiącu resort energii podał, że pracuje nad zmianami, które mają podnieść obligo giełdowe do 100 proc., wyłączywszy energię wytworzoną w kogeneracji i OZE. Resort liczy na to, że zmiany zostaną uchwalone do końca przyszłego miesiąca – minister energii zwrócił się już do Marszałka Sejmu z wnioskiem, aby projekt był rozpatrywany na pierwszym wrześniowym posiedzeniu Sejmu.
W lipcu minister Krzysztof Tchórzewski zaapelował także do przedsiębiorstw energetycznych o to, aby od 1 sierpnia prowadziły obrót energią wyłącznie w oparciu o rynek giełdowy. Resort uzasadnia, że podniesienie obliga giełdowego wpłynie na ustabilizowanie cen energii elektrycznej na rynku hurtowym i zapobiegnie ich wzrostom w przyszłym roku.
– Mamy taką sytuację w obrocie energią elektryczną, że znaczna część transakcji handlowych jest podejmowana poza parkietem. Zakłóca to obraz rzeczywistych cen, a na parkiecie, który staje się płytki, daje niestety pewną podstawę do manipulacji cenami – mówi Krzysztof Tchórzewski.
– Obecnie dochodzi do sytuacji, w których pionowo zintegrowane grupy energetyczne mogą handlować energią pomiędzy podmiotami wewnątrz swojej struktury, co skutkuje faktem, że znaczna część energii omija główny rynek giełdowy. Podwyższenie obliga ma na celu zwiększenie płynności i przewidywalności na rynku energii elektrycznej. Proponowane rozwiązanie jest niezbędne do uzyskania pełnej transparentności hurtowego rynku energii elektrycznej oraz uzyskania oczekiwanych efektów – podkreślono w uzasadnieniu proponowanych zmian.
Projekt nowelizacji ustawy w ubiegłym tygodniu trafił do konsultacji publicznych.
Spożycie mięsa w Polsce niezmiennie od lat utrzymuje się na wysokim poziomie. W 2017 roku przeciętny Polak zjadł blisko 80 kg, przede wszystkim wieprzowiny i drobiu. Rośnie jednak liczba osób, które szukają alternatywnych rozwiązań – ponad połowa Polaków zamierza ograniczyć ilość mięsa w codziennej diecie na rzecz warzyw i owoców. Wynika to przede wszystkim z rosnącej świadomości polskiego społeczeństwa w zakresie zdrowego żywienia. Na dietę z większą ilością warzyw najchętniej decydują się mieszkańcy dużych ośrodków miejskich.
Z licznych badań wynika, że konsumpcja mięsa w Polsce stale wzrasta. Jak podaje GUS, w 2016 roku przeciętny Polak spożył ok. 77 kg mięsa, natomiast dane Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej pokazują, że w 2017 roku na jednego Polaka przypadło 78,5 kg. Na polskich stołach króluje wieprzowina – statystyczny Polak zjada ok. 40 kg tego mięsa. Na drugim miejscu plasuje się drób. Jednocześnie stale przybywa osób zainteresowanych ograniczaniem mięsa w codziennej diecie i szukających alternatywnych sposobów żywienia.
– W naszej tegorocznej ankiecie przeprowadzonej z Instytutem IBRiS zapytaliśmy Polaków, czy planują ograniczyć spożycie mięsa na rzecz produktów roślinnych. Okazało się, że 57,8 proc. Polaków rzeczywiście ma to w planach – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Otrębski, strategic partnership manager w kampanii RoślinnieJemy.
Skłonność do ograniczenia ilości mięsa w diecie deklarują przede wszystkim mieszańcy dużych ośrodków miejskich. Z badań IBRiS wynika, że w miejscowościach liczących powyżej 5 tys. mieszkańców chęć zmniejszenia jego spożycia na rzecz roślin wyraziło 73 proc. ankietowanych. Jest to trend ogólnoświatowy – jak pokazują badania NPD Group w USA sprzedaż roślinnych produktów spożywczych stale wzrasta, a do wzrostu tego przyczyniają się osoby niebędące na stałe na diecie wegetariańskiej.
– Mówi się o tzw. peak meat. Osiągnęliśmy szczytową możliwość produkcji i konsumpcji mięsa i w krajach rozwiniętych jego konsumpcja stopniowo zaczyna się zmniejszać. Wiadomo, że to nie jest proces, który następuje w formie rewolucyjnej, raczej ewolucyjnej – mówi Maciej Otrębski.
Zdaniem eksperta zmiany te są efektem bogacenia się polskiego społeczeństwa i jego zwiększającej się świadomości w zakresie zdrowego odżywiania. Polacy przykładają coraz większą wagę do jakości produktów spożywczych. Popularność zyskuje więc żywność jak najmniej przetworzona, pozbawiona sztucznych barwników i konserwantów oraz bogata w substancje odżywcze.
– Mintel w raporcie odnośnie do trendów na rynku spożywczym wskazał wśród pięciu głównych trendów właśnie modę na dietę roślinną. Kolejnym trendem była przejrzystość w etykietach – clean labeling. Oba te trendy się utrzymały na kolejny rok – mówi Maciej Otrębski.
Nowy trend w żywieniu wśród Polaków doskonale wyczuwają punkty gastronomiczne. Powstaje coraz więcej restauracji z menu wyłącznie dla wegetarian lub wegan, bezmięsne dania coraz częściej można też zamówić w zwykłych lokalach. Do niedawna tego rodzaju posiłki były w nich rzadkością, dziś zajmują znaczną część jadłospisu, zwłaszcza w restauracjach zlokalizowanych w dużych miastach. Jak pokazuje ranking portalu HappyCow, Warszawa znajduje się na trzecim miejscu na świecie na liście miejsc najbardziej przyjaznych weganom i wegetarianom. Zdaniem ekspertów trend ograniczania mięsnego menu w lokalach gastronomicznych na rzecz roślinnego powoli przenosi się także do mniejszych miejscowości.
– Można spojrzeć na to bardziej globalnie. McDonald’s w zeszłym roku wprowadził w Skandynawii testowo w pełni wegańskiego burgera. W tym momencie jest już dostępny w całej Skandynawii i z tego, co wiem, planowana jest dalsza ekspansja. Nie jest więc tak, że ten trend jest skupiony tylko na małych restauratorach, lecz także sieci odpowiadają na niego aktywnie, widząc w tym duży potencjał biznesowy – mówi Maciej Otrębski.
Przedstawiciele generacji Z za kilka lat będą stanowić największą grupę konsumentów. Dla rynku będą niełatwą grupą, bo ich cechą charakterystyczną jest odporność na tradycyjny przekaz reklamowy. Zetki polegają raczej na mediach społecznościowych i zwracają uwagę na wartości, które reprezentuje dana marka. To również pokolenie, które dorasta w czasach boomu na zdrowe odżywianie i bycie fit, dlatego na branży spożywczej wymusi duże zmiany. Marki muszą postawić na autentyczność, prosty język komunikatów i atrakcyjne wizualnie opakowania, jeżeli chcą trafić do tej grupy.
– Do tej pory branża spożywcza dużo mówiła o millenialsach, temu gronu konsumentów poświęcano dużo uwagi. Teraz idziemy krok naprzód i zwracamy uwagę na pokolenie Z. Postmillenialsi są ciekawym targetem, zwłaszcza że dojrzewają w otoczeniu nadmiaru informacji na temat zdrowego odżywiania i odżywiania w ogóle. Żywność i napoje są nieodłączną częścią ich stylu życia. Warto edukować tego młodego konsumenta i rosnąć razem z nim, ponieważ w przyszłości to właśnie on będzie odpowiadał za większość naszych inwestycji – mówi agencji Newseria Biznes Honorata Jarocka, starszy analityk rynku żywności i napojów w Mintel.
Generacja Z to młodzi ludzie urodzeni pomiędzy 1995 a 2010 rokiem. Już w tej chwili mają dużą siłę nabywczą i jeszcze większy wpływ na decyzje zakupowe swoich rodziców. Szacuje się, że do 2020 roku mogą stanowić już nawet 40 proc. konsumentów. Określa się ich mianem pokolenia, które ma technologię wpisaną w DNA, ponieważ nie znają świata sprzed ery internetu, smartfonów i Facebooka. Są nieustannie online, a ich cechą charakterystyczną jako konsumentów jest odporność na tradycyjny przekaz reklamowy. Zetki polegają raczej na opiniach znajomych, influencerów i wzorcach z mediów społecznościowych.
– Młodego konsumenta charakteryzuje otwartość na eksperymenty z różnymi smakami. Według badań firmy Mintel osiem na dziesięć osób w wieku 16–20 lat mówi, że lubi próbować nowej żywności i napojów o unikalnych smakach. Nowi konsumenci są też coraz bardziej odpowiedzialni, mają szeroki dostęp do informacji. Weganizm i wegetarianizm są dla nich atrakcyjnymi konceptami, ponieważ dbają o zdrowie, środowisko i zwierzęta. Starają się podejmować decyzje, które mają dla nich jakąś wartość dodaną. Z drugiej strony, są grupą mocno zdywersyfikowaną, lubią sobie dogodzić i sięgać po produkty mocno przyjemnościowe. Dlatego dwutorowe podejście do tego konsumenta jest bardzo ważne – mówi Honorata Jarocka.
Zetki są wyczulone na wartości, które reprezentuje dana marka, doceniają transparentność i autentyczność. Mają sceptyczne podejście, dlatego często szukają informacji o wybieranych przez siebie produktach i ich producentach. Co istotne, lubią też współtworzyć swoje produkty, mieć wpływ na wygląd opakowania, etykietę i smak. Dlatego marki w swoich kampaniach reklamowych coraz częściej wykorzystują koncept personalizacji.
– Kolejnym aspektem jest chęć dzielenia się wszystkim w mediach społecznościowych – lubią pokazywać produkty, które kupują i jedzą. To jest częścią ich sposobu życia i trochę ich definiuje. Z kolei na producentach wymusza to zabawę wizualną stroną produktu, opakowaniem i jego wygodą, benefitami prozdrowotnymi – mówi Honorata Jarocka. – Jest wiele dróg, żeby tego młodego konsumenta przyciągnąć. Widzimy na przykład marki działające dotychczas w jednej kategorii produktowej, które wchodzą w nowe obszary. Wedel wypuścił lody o smaku ptasiego mleczka, podobnie firma Colian wypuściła warianty swoich ciastek i wafli w formie lodów. Młodzi ludzie szybko podchwytują to w mediach społecznościowych i tym się chwalą.
Nowa generacja konsumentów już w tej chwili znacząco wpływa na działania strategiczne firm spożywczych. Dotyczy to m.in. opakowania, które musi być atrakcyjne wizualnie i wygodne, bo Zetki żyją w biegu, często jedząc poza domem. Liczą się też zabawne komunikaty, prosty język oraz przekazy reklamowe dopasowane do tej grupy konsumentów.
– Zamiast „bez konserwantów” pojawiają się produkty „bez ściemy”. Tak właśnie zrobiła Arteta w ich koncepcie promującym linię deserów DayUp pod hasłem „Nie pozwól karmić się ściemą”. To są komunikaty, które docierają do młodego odbiorcy. Istotne jest również wykorzystanie influencerów, czyli promocja różnych marek poprzez media społecznościowe i internet. To cała otoczka, która wiąże się z produktem adresowanym do młodego odbiorcy – mówi starszy analityk rynku żywności i napojów w Mintel.
Sposób magazynowania energii wciąż jest największym wyzwaniem dla konstruktorów aut elektrycznych, ale prace w tej dziedzinie znacząco postępują. Opracowywane w Stanach Zjednoczonych rewolucyjne ogniwa litowo-metalowe mogą zwiększyć zasięg pojazdów elektrycznych nawet dwukrotnie, a nowoczesne stacje do ładowania mogą naładować baterię do 80 proc. w zaledwie 15 minut. Same auta elektryczne, które za kilkanaście lat mogą być jedynym sposobem transportu indywidualnego, są również coraz mniej awaryjne.
– Specyfika napędu elektrycznego pozwala mechanicznie uprościć sam napęd, co powoduje, że jest on mniej awaryjny, a w praktyce mniej płacimy za jego serwis, zużywamy mniej płynów eksploatacyjnych. Paradoksalnie najciekawsze, co można powiedzieć laikom na temat samochodów elektrycznych, to jest to, czego w nich nie ma, a m.in. nie ma skrzyni biegów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Detka z Przemysłowego Instytutu Motoryzacji (PIMOT).
Zmiany w sposobie funkcjonowania napędu w pojazdach elektrycznych nie są czysto kosmetyczne. Najlepiej widać to na przykładzie najnowszego Nissana Leaf wyposażonego w system e-Pedal, w którym kierowca może używać wyłącznie jednego pedału do hamowania i przyspieszania. Taki sposób kontroli prędkości drastycznie odbiega od tego, jak prowadzi się klasyczne auto spalinowe, w istocie jest jednak znacznie prostszy do opanowania, zwłaszcza dla nowych kierowców. Wystarczyć delikatnie zwolnić pedał hamulca, by auto zaczęło zwalniać i zwolnić pedał całkowicie, by wytraciło prędkość do zera. Przy hamowaniu awaryjnym nadal konieczne jest użycie pedału hamulca.
Samochody elektryczne domyślnie wyposaża się także w wiele inteligentnych systemów bezpieczeństwa, które ułatwiają jazdę. Nie ograniczają się jednak tylko do zaawansowanych autopilotów znanych z pojazdów Tesli. Kierowcy otrzymują do dyspozycji także znacznie subtelniejsze rozwiązania, jak np. systemy automatycznego parkowania, awaryjnego hamowania czy dostosowywania prędkości do pojazdu jadącego przed nami.
– Systemy informowania dźwiękowego o pojeździe będą od przyszłego roku obowiązkowe dla pojazdów osobowych. Wynika to z bardzo prostej obserwacji – samochód elektryczny jest czasem zbyt cichy i można nie zauważyć go, przechodząc przez jezdnię. W związku z tym postanowiono, że poniżej 30 km/h taki sygnał dźwiękowy będzie wymagany – mówi Tomasz Detka.
Producenci nieustannie pracują nad usprawnieniem przede wszystkim systemów zasilania, aby proces ładowania przebiegał jak najsprawniej, a same ogniwa były bezpieczne w eksploatacji. Największym wyzwaniem dla konstruktorów jest opracowanie takiej baterii, która będzie jednocześnie wydajna i bezpieczna, a ładowanie jej będzie możliwie jak najszybsze. Sprostanie tym wymaganiom nie jest łatwe, zwłaszcza że baterie nie służą wyłącznie do zasilania układu napędowego, wykorzystuje się je także do m.in. ogrzewania i klimatyzowania samochodu.
Start-up Sono Motors zaprezentował prototypowy samochód Sion EV, który wyposażono w panele słoneczne zintegrowane z karoserią. Mają one zwiększyć dzienny zasięg maksymalny pojazdu nawet o ok. 30 km. W ten sposób bateria nie naładuje się tak szybko jak podczas korzystania ze stacji szybkiego ładowania, ale panele słoneczne mogą się okazać niezastąpione w trakcie długiej podróży, zmniejszając koszty eksploatacji samochodu.
– Od mniej więcej 20 lat widać systematyczny rozwój baterii, który przekłada się głównie na wzrost gęstości energii. W tej samej objętości baterii mieścimy coraz więcej energii, co pozwala nam przejechać coraz więcej kilometrów. Dużo należy zrobić jeszcze w temacie bezpieczeństwa, żeby całkowicie rozprawić się z mitem płonących baterii. Trwają prace m.in. nad elektrolitami stałymi, które mogą znacząco i pozytywnie wpłynąć na rozwiązanie tego problemu – twierdzi ekspert.
Amerykański start-up Pellion Technologies również zauważył, że to baterie są najsłabszym elementem samochodów elektrycznych, dlatego opracował ogniwa litowo-metalowe wielokrotnego ładowania, które mają być bezpieczniejsze i wydajniejsze niż stosowane obecnie ogniwa litowo-jonowe. Technologia jest we wczesnej fazie rozwoju, ale jej potencjał może zrewolucjonizować branżę pojazdów elektrycznych. Ogniwa Pellion Technologies mogą zwiększyć zasięg samochodów Tesli z 400 do nawet 800 km.
Pośrednim rozwiązaniem usprawniającym korzystanie z samochodów elektrycznych mogłoby być stworzenie gęstej sieci stacji szybkiego ładowania, które pozwoliłyby naładować baterie niemal do pełna w ciągu kilkunastu minut. Projektanci Porsche Taycana opracowali system zdolny do naładowania baterii do 80 proc. pojemności w zaledwie 15 minut, dwukrotnie krócej, niż robią to stacje Supercharger od Tesli. Ale jest to tylko tymczasowe rozwiązanie, gdyż zbyt szybkie ładowanie może mieć negatywny wpływ na żywotność ogniwa.
– Zaczynamy iść w setki kilowatogodzin, często zapominając o tym, że bezkarnie nie można takiej energii pakować do baterii samochodu. Oczywiście systemy szybkiego ładowania są coraz lepsze, ale wciąż wymagają poprawy np. chłodzenia magazynu energii podczas ładowania. Na tę chwilę uczciwie można powiedzieć, że albo baterię ładujemy szybko, albo nasza bateria ma wysoką żywotność – podsumowuje Tomasz Detka.
Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2017 roku liczba pojazdów elektrycznych poruszających się po drogach zwiększyła się o 54 proc. do ok. 3,1 mln. Szacuje się, że do 2030 roku ich liczba wzrośnie do 125 mln, a jeśli znacząco wzrosną środki przeznaczane na walkę z globalnym ociepleniem, nawet do 220 mln.
Jednoznaczna odpowiedź na pytanie o nadzór właścicielski, który nie działa, wymaga sięgnięcia 30 lat wstecz.Trzeba spojrzeć na czasy jeszcze sprzed transformacji. Historia Polski pokazuje, że minęło wciąż za mało czasu, aby już teraz nadzór właścicielski mógł funkcjonować prawidłowo w porównaniu z państwami zachodnimi. Wykształcić musi się trzecie i czwarte pokolenie biznesowe, które będzie potrzebowało nadzoru właścicielskiego z prawdziwego zdarzenia. Polska nadal uczy się biznesu, prawdziwego międzynarodowego ładu korporacyjnego. To wymaga czasu – lepiej radzą sobie większe spółki, zaś w przypadku firm rodzinnych, osobowych funkcje rady nadzorczej mogą być ograniczone.
– Ład korporacyjny rady nadzorczej i nadzór właścicielski w większości będzie się tworzył w większych podmiotach. To one będą wskazywały wzorce i postawy, które należy naśladować – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Rybicki z portalu nadzorkoroporacyjny.pl – Dzisiaj rady nadzorcze działają, ale odbywa się to w takiej formule, w jakiej chce właściciel spółki, główny akcjonariusz. Jeżeli nie płaci i nie oczekuje zaangażowania, to efektem tego są sytuacje, które obecnie możemy obserwować na rynku. Niektóre sprawy są nagłaśniane – ale istnieje też wiele takich o których, jako obserwatorzy z zewnątrz, nie wiemy. Rady nadzorcze nie funkcjonują tak, jak powinny – edukacja na poziomie samych rad, nadzorów właścicielskich, ale i akcjonariuszy nadal jest dopiero przed nami – dodał Rybicki.
Pracownicy ze Śląska są coraz bardziej zadowoleni z krajowego rynku pracy i swojej obecnej sytuacji zawodowej. W II kwartale 2018 r., zgodnie z wynikami badania Confidence Index przeprowadzanego cyklicznie przez firmę rekrutacyjną Michael Page, pozytywnie oceniło go 65 proc. badanych – o 5 p.p. więcej niż w I kwartale br. Ponadto, blisko połowa (46,4 proc.) respondentów jest usatysfakcjonowana wysokością swoich zarobków w ciągu minionego kwartału. Jednocześnie szansa na otrzymanie wyższej pensji jest jedną z najczęstszych przyczyn potencjalnej zmiany miejsca zatrudnienia.
Jak pokazują dane Głównego Urzędu Statystycznego, bezrobocie na Śląsku systematycznie spada. W marcu br. wynosiło 5,1 proc. i było jednym z najniższych w Polsce. Na koniec czerwca natomiast obniżyło się do 4,5 proc. Lepsze wyniki w tym czasie odnotowała tylko Wielkopolska i Warszawa. Dobre nastroje panujące wśród pracowników z województwa śląskiego potwierdzają również wyniki cyklicznego badania Michael Page. Według niego, zadowolonych z sytuacji zawodowej i krajowego rynku pracy w I kwartale 2018 r. było 60 proc. badanych, a na koniec II kwartału 2018 r. pozytywnie oceniło go jeszcze więcej, bo 65 proc. respondentów.
Na poziom satysfakcji z warunków panujących na rynku pracy wpływa niewątpliwie wysokość zarobków. Jak pokazują dane Głównego Urzędu Statystycznego, w czerwcu br. przeciętne wynagrodzenie na Śląsku w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 5115,15 zł brutto. Wg najnowszych badań Michael Page, w II kwartale 2018 r. zadowolonych ze swojej pensji było 46,4 proc. respondentów.
– Jeszcze więcej, bo ponad 51,6 proc. badanych w ciągu najbliższych 12 miesięcy spodziewa się podwyżki. Dodatkowo, 4 na 10 ankietowanych przyznało, że w tym samym czasie oczekuje awansu – mówi Radosław Szafrański, dyrektor w katowickim biurze Michael Page.
Badanie Michael Page pokazuje również, że coraz więcej pracowników ze Śląska jest pewnych stabilności swojego zatrudnienia. W I kwartale 2018 r. potwierdziło to 46 proc. badanych, a w II kwartale br. już niemal 52 proc. ankietowanych.
–Pracownicy ze Śląska są grupą, która wyjątkowo optymistycznie ocenia przyszłość krajowego rynku pracy. Poprawy sytuacji w ciągu najbliższych 6 miesięcy spodziewa się niemal 80 proc. z nich. A blisko 70 proc. uważa, że znajdzie nową pracę w czasie krótszym niż 3 miesiące – dodaje Radosław Szafrański.
Rozpoczął się sezon wynajmowania mieszkań. Ceny wzrosły o 4-5 proc. Po Warszawie najdroższe są mieszkania w Trójmieście. Przy ich wynajmowaniu popularne stają się umowy okazjonalne, zmniejszające ryzyko dla właścicieli.
Nowy sezon, jak co roku, rozpoczynają ci studenci, którzy wracają na uczelnie, aby zdawać egzaminy w sesji poprawkowej. W Warszawie za wynajęcie 2-pokojowego mieszkania trzeba zapłacić 2,3-2,4 tys. zł. W Trójmieście 2 tys. zł. Niewiele mniej w Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu. W mniejszych ośrodkach akademickich, takich jak Toruń, miesięczna opłata to 1,2 tys. zł.
Jakich błędów nie popełniać? – Nie powinniśmy płacić za listę kontaktów do właścicieli mieszkań, bo nie płacimy, gdy nie ma sukcesu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance. – Sprawdzajmy w księgach wieczystych kto jest właścicielem mieszkania, bo są dostępne w internecie.
Przy wynajmowaniu mieszkań najpopularniejsze są umowy bezterminowe, ale coraz bardziej popularne są umowy okazjonalne, które są dobre zarówno dla studentów, jak i właścicieli.
– To taka umowa, w której właściciel ma zagwarantowane, że najemca wyprowadzi się, gdy umowa zakończy się, bo w umowie wskazuje się nawet adres, pod który będzie mógł się wyprowadzić – wyjaśnia Bartosz Turek.
Dokonane przez powiernika na podstawie umowy powierniczej nieodpłatne przeniesienie własności akcji nie doprowadzi do powstania po stronie mocodawcy przysporzenia majątkowego, skutkującego powstaniem przychodu podlegającego opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych. O korzyściach, jakie niosą za sobą usługi powiernicze, zwłaszcza dla osób pragnących zachować anonimowość przy nabywaniu majątku, potwierdza interpretacja organu podatkowego z 16 marca 2018 r.
Istotą powiernictwa jest przeprowadzenie transakcji gospodarczej bez ujawniania swojej tożsamości. Zawierając umowę o usługi powiernicze, powierzający (mocodawca) zobowiązuje powiernika do dokonania czynności prawnej na swoją rzecz. Może przy tym przekazać powiernikowi niezbędne do tego środki, np. na zakup akcji. W ramach przeprowadzanej transakcji powiernik porusza się tylko w granicach dopuszczonych przez mocodawcę. Finalnie zobowiązany jest do przeniesienia na powierzającego wszystkich praw, które uzyskał w wyniku jej realizacji, a które były określone w umowie powiernictwa.
Nieodpłatne przeniesienie własności
W styczniu 2018 r. do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji przepisów prawa podatkowego wystąpiła podatniczka zainteresowana objęciem akcji na okaziciela w spółce akcyjnej. Pytanie prawne dotyczyło podatku dochodowego od osób fizycznych w zakresie skutków podatkowych nieodpłatnego przeniesienia własności akcji na podstawie zawartej umowy powierniczej. Zdaniem wnioskodawczyni, nabycie przez nią własności akcji od powiernika będzie neutralne na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (0115-KDIT2-2.4011.21.2018.2.HD).
Umowa o powiernicze nabycie udziałów
Ponieważ podatniczka nie chciała widnieć w dokumentach rejestrowych spółki, której akcje zamierzała nabyć, zawarła z zaufanym pośrednikiem, osobą fizyczną, umowę o usługi powiernicze. Na jej mocy powiernik zobowiązał się do pozyskania wskazanych akcji w imieniu własnym, ale na rzecz swojej mocodawczyni. Tym samym jej faktyczny, rzeczywisty udział w całej transakcji został utajniony. Jednocześnie zobowiązała się uposażyć powiernika w niezbędne środki do objęcia akcji w spółce. Własność nabytych akcji umocowany zobowiązał się przenieść na powierzającą na jej wezwanie i w terminie wskazanym w umowie o powiernicze nabycie udziałów.
Wszystko nieodpłatnie
Istotnym elementem umowy o usługi powiernicze było zobowiązanie powiernika do nieodpłatnego przeniesienia na powierzającą objętych w spółce akcji. Do tego czasu wszelkie pożytki, jakie uzyskałby z tytułu posiadanych udziałów, przede wszystkim ewentualne dywidendy, również należne były mocodawczyni. Charakter nieodpłatny miało mieć również przekazywanie jej owych pożytków. Oprócz zobowiązania powierzającej do pokrycia wszelkich kosztów związanych z wykonaniem umowy powierniczej (notarialnych, sądowych), powiernikowi nie przysługiwało żadne wynagrodzenie.
Obowiązek podatkowy dopiero przy zbyciu
Stosunkując się do wniosku, organ podatkowy stwierdził, że za przychód należy uznać każdą formę przysporzenia majątkowego, również nieodpłatne świadczenia otrzymane przez podatnika. Jednakże dochód z danego źródła stanowi pochodząca z niego nadwyżka sumy przychodów nad kosztami ich uzyskania, osiągnięta w roku podatkowym. Tym samym fiskus przyznał stanowisku podatniczki rację, że nabycie przez nią od powiernika akcji będzie neutralne na gruncie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, a do powstania przychodu dojdzie dopiero w momencie ewentualnego dokonania przez nią ich zbycia.
Zasada swobody kontraktowej
Dyrektor KIS w swojej interpretacji przypomniał, że powiernictwo jest umową nienazwaną w polskim systemie prawnym. Podstawą do konstruowania umów o usługi powiernicze jest wyrażona w art. 353¹ Kodeksu cywilnego zasada swobody kontraktowej, a zastosowanie przy precyzowaniu wzajemnych zobowiązań jej stron mają przepisy o zleceniu.
Głównym celem umowy powierniczej jest przekazanie przez powierzającego określonych składników jego majątku pod zarząd powiernikowi. Może to mieć na celu jedynie jego przechowanie lub bieżące, określone w czasie zarządzanie nim bądź przeprowadzenie określonej transakcji, tak jak to miało miejsce w przytoczonej sprawie. Taka konstrukcja zarządu powierniczego jest zbliżona w swym schemacie do struktury trustu, oferującego jeszcze większe bezpieczeństwo w zakresie ochrony majątku i poufności danych jego właścicieli.
Poufność transakcji i tajemnica bankowa
Zgodnie z interpretacją organu podatkowego, przeniesienie przez powiernika prawa własności akcji na będącego mocodawcą w umowie o powiernicze nabycie udziałów, nie stanowi odpłatnego zbycia praw majątkowych. Dlatego też po stronie powiernika nie powstanie obowiązek złożenia deklaracji podatkowej, co tyczy się również uzyskanej przez niego, a w rzeczywistości na rzecz powierzającego, dywidendy. Natomiast poufność rzeczywistej transakcji, beneficjentem której jest mocodawca, gwarantowana jest faktem, iż jego tożsamość znana jest wyłącznie powiernikowi.
Dodatkowy, jeszcze wyższy stopień ochrony tzw. danych wrażliwych można osiągnąć, realizując usługi powiernicze za pośrednictwem spółek celowych, zarejestrowanych pod jurysdykcją państw gwarantujących zapewnienie anonimowości ich udziałowców oraz efektywne przestrzeganie tajemnicy bankowej, jak np. w Monako czy Liechtensteinie.
Praktyczne zastosowanie
Umowy o usługi powiernicze od dawna wykorzystywane są do efektywnej ochrony majątku i zapewnienia poufności co do osoby ich właścicieli. Istota powiernictwa realizuje się także w postaci trustu czy fundacji prywatnej. Mimo braku bezpośredniego uregulowania w polskim systemie prawnym nie przeszkadza to coraz częściej korzystać z jego konstrukcji nie tylko przedsiębiorcom, ale także – jak widać na przytoczonym przykładzie – osobom prywatnym.
W praktyce struktury powiernicze najczęściej sprawdzają się przy:
powierniczym nabyciu nieruchomości;
powierniczym przechowaniu wartości majątkowych;
tworzeniu trustów i fundacji prywatnych pod zagranicznymi jurysdykcjami, w celu ochrony majątku i prywatności.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Polska waluta traci na wartości z powodu tureckiej liry. Wprawdzie osłabienie kursu jest mniejsze niż w przypadku wielu innych krajów wschodzących, ale skutki mogą być odczuwalne przez kolejne tygodnie.
Kłopoty tureckiej gospodarki trwają od wielu miesięcy. Rośnie inflacja i deficyt w handlu zagranicznym. Turecki bank centralny podwyższył główną stopę procentową do 18 proc. To jednak nadal nie uspokoiło rynku.
– Szalona deprecjacja liry, to skutek forsowania wzrostu gospodarczego za wszelką cenę – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Turcja jest dużym importerem ropy naftowej, a jej ceny wzrosły. Kraj ten jest zapożyczony w dolarach, a dolar się wzmocnił. Turecka gospodarka otrzymuje kolejne uderzenia, które ją osłabiają. Inwestorzy z większą ostrożnością zaczęli patrzeć na rynki krajów wschodzących, stąd też osłabienie polskiego złotego.
– Jednak to osłabienie jest niższe niż walut w RPA czy Meksyku, a to świadczy o tym, że inwestorzy inaczej oceniają polską gospodarkę, doceniają mocniejsze fundamenty gospodarcze w porównaniu do tej grupy krajów – komentuje dr P.Kwiecień.
Jednak sytuacja w Turcji będzie osłabiać kursy walut w krajach wschodzących, to będzie się przekładać na kurs złotego.
Aneta Socha-Jaworska, ekspert kadrowo-płacowy w firmie inFakt
Od 2019 roku niektórzy przedsiębiorcy będą mogli opłacać składki ZUS w zależności od uzyskiwanego od przychodu. Takie rozwiązanie będzie dostępne tylko dla osób opłacających tzw. „duży ZUS”. Oprócz osób będących na „małym ZUS” ustawodawca wskazał także innych przedsiębiorców, których nie obejmie to rozwiązanie.
Będą to np. osoby, które w poprzednim roku kalendarzowym:
wykonywały działalność jako twórca
prowadziły działalność przez mniej niż 60 dni kalendarzowych,
były wspólnikami jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością lub wspólnikami spółki jawnej, komandytowej lub partnerskiej,
wykonywały działalność o tym samym profilu, co na umowie o pracę na rzecz byłego pracodawcy.
Wyliczona przez przedsiębiorcę podstawa naliczania składek uzależniona od przychodu nie będzie mogła być:
niższa niż 30% minimalnego wynagrodzenia za pracę ustalonego na dany rok kalendarzowy (minimum dla małego ZUS),
wyższa niż 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia (minimum dla dużego ZUS).
Podstawa uzależniona od przychodu będzie mogła być stosowana w przypadku wyliczania składek społecznych i Funduszu Pracy, natomiast nie będzie odnosić się do składki zdrowotnej – jej wyliczenie pozostaje na dotychczasowych zasadach. Oczywiście stosowanie tego rozwiązania jest dobrowolne, więc przedsiębiorca może, ale nie musi się na nie zdecydować.
Należy pamiętać o limitowanym czasie tego rozwiązania. Można będzie je stosować maksymalnie przez 36 miesięcy kalendarzowych w ciągu ostatnich 60 miesięcy kalendarzowych prowadzenia pozarolniczej działalności gospodarczej.
Warto spojrzeć na to rozwiązanie pod kątem plusów i minusów dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Jego zaletą jest to, że więcej pieniędzy zostanie w portfelu przedsiębiorcy, natomiast w konsekwencji główną wadą to, że niższa podstawa do opłacania składek oznacza niższy zasiłek chorobowy (w sytuacji opłacania składki chorobowej) i niższą późniejsza rentę czy emeryturę.
Zapewne wiele osób będzie zainteresowanych tym rozwiązaniem, więc należy pamiętać że przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą przez cały 2018 rok będą mogli wyliczać składki od przychodu w 2019 roku pod warunkiem, że wartość ich sprzedaży netto w 2018 roku nie przekroczyła kwoty 63 000 zł.
Andrzej Goleta, Digital Marketing Manager sieci reklamowej Adexon
Stale wzrastająca liczba użytkowników urządzeń mobilnych sprawiła, że rynek aplikacji przeżywa swój złoty okres. Jego wartość wynosi już prawie 35 miliardów dolarów. Jaka przyszłość czeka aplikacje? Które z nich spotykają się z najlepszym odbiorem? O tym w artykule Andrzeja Golety, Digital Marketing Managera sieci reklamowej Adexon.
Aplikacje mobilne w liczbach
Według danych App Annie, w drugim kwartale 2018, po raz kolejny został ustanowiony rekord pobrań aplikacji i wydatków konsumenckich. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku, liczba ta w iOS i Google Play wyniosła 28,4 mld, co daje wzrost o 15%. Wydatki natomiast zwiększyły się o 20%. Wyniki te są zaskakujące szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że są to dane dotyczące nowych pobrań, nieobejmujące reinstalacji lub aktualizacji.
Google Play czy App Store?
W drugim kwartale 2018, liczba pobrań aplikacji mobilnych z Google Play znacznie przewyższyła tę z App Store. Globalne ilość zainstalowanych programów w Google wyniosły w tym okresie 20 mld, czyli o 20% więcej niż w roku 2017. Zwiększyło to różnicę miedzy Google a iOS o 25 punktów, co daje 160%.
Z najnowszych danych wynika, że najwięcej pobrań w Google Play zanotowano w Indiach. Tym samym, kraj ten odnotował największy wzrost w udziale sprzedaży aplikacji mobilnych. Kolejnym dominującym krajem w rosnącej liczbie zakupów w sklepie Google jest Indonezja. W przypadku iOS są to Stany Zjednoczone, Rosja i Arabia Saudyjska, które odnotowały największy wzrost w porównaniu z poprzednimi latami.
Warto również dodać, że to App Store generuje większe przychody niż Google Play, mimo że właśnie z tego ostatniego pobieranych jest więcej aplikacji. Apple, chociaż w skali światowej posiada mniej urządzeń mobilnych i dostępnych aplikacji, skupia najbogatszych użytkowników, przez co jego dochody są większe.
Najczęściej pobierane
Wysoką pozycję zajęła kategoria Games, Video Players & Editors i Sport, w której liczba pobrań w Google Play, drugim kwartale 2018, uległa znacznemu zwiększeniu. Na globalny wzrost aplikacji sportowych zarówno w Google, jak i App Store niewątpliwie wpływ miały odbywające się w tym roku Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Dla marketerów były one świetną okazją na stworzenie możliwości, dzięki którym kibice mogli śledzić rozgrywki, sprawdzać statystyki oraz komentować i udostępniać na bieżąco relacje w mediach społecznościowych. Aplikacje sportowe były trzecią co do wielkości wydatków kategorią. W iOS, na pierwszym i drugim miejscu, pod względem wydatków znalazły się kolejno te z kategorii rozrywka oraz motywacja. Natomiast w Google Play, najwięcej pobrań w drugim kwartale ubiegłego roku odnotowały sektory Games, Social, Music & Audio. Social & Music i Audio zajęły również pierwsze i drugie miejsca pod względem wzrostu udziału w rynku.
Jak będzie wyglądała przyszłość aplikacji?
10 lipca minęło równo 10 lat od uruchomienia App Store. W ciągu dekady wartość światowego rynku aplikacji mobilnych osiągnęła 35 mld dolarów, a liczba pobrań wyniosła ponad 28 miliardów. Dane te pokazują, jak bardzo mobile rozwinął się na przestrzeni ostatnich lat. W 2017 roku na świecie było prawie 4 miliardy podłączonych urządzeń, generujących 178 mld pobrań aplikacji i ponad 81 mld USD na wydatki konsumenckie.
Według prognoz, pobrania aplikacji na świecie wzrosną z 178 mld w 2017 do 250 mld w 2022 roku. Rozwój rynku będzie napędzany zwiększającą się liczbą smartfonów, która z 3,9 mld wzrośnie do 6 mld w 2022. Jeśli chodzi o wydatki konsumenckie, za kilka lat przekroczą one 150 mld dolarów.
Autor: Andrzej Goleta, Digital Marketing Manager sieci reklamowej Adexon
Otrzymujemy od zdenerwowanych przedsiębiorców i samorządów mnóstwo pytań dotyczących wzrastających w ostatnich miesiącach cen energii elektrycznej. Donoszą oni, że oferowane im obecnie ceny w kontraktach bywają nawet o ponad 30% wyższe niż w poprzednim roku. Pytają co robić, jak kontraktować. Przy takiej skali wzrostów waga problemów z planowaniem rosnących kosztów, a więc i cen produktów u przedsiębiorców czy z planowaniem budżetów samorządowych jest oczywista.
Zarówno rząd jak i Urząd Regulacji Energetyki w swoich ostatnich wypowiedziach dostrzegają ten problem zauważając, że ceny energii, w tym na rynku hurtowym w Polsce urosły w ostatnim półroczu nawet o 100 PLN/MWh, a więc więcej niż o 30% – z ca. 180 do nawet ponad 300 PLN/MWh.
Nie jest możliwa profesjonalna odpowiedź na pytanie np. „czy na jesieni ceny spadną czy nie”, a więc czy już kontraktować energię czy czekać. To trochę loteryjne, podobnie jak to się ma zawsze z cenami na giełdach towarowych w krótkiej perspektywie. Można jednak podsumować kilka czynników fundamentalnych, wpływających na koszty produkcji energii w dłuższym okresie, które są dość jednoznaczne – długoterminowo taniej nie będzie.
1. Ceny węgla energetycznego (o koksującym, np. tym z JSW nie mówimy bo tego energetyka nie używa) na świecie wzrosły od poniżej 50 $ za tonę w 2016 roku do nawet 100 $ w 2017 i pozostają na tym wysokim poziomie obecnie. Węgiel w 2016 roku był kupowany przez energetykę po jeszcze niższych cenach ze względu na występujący w latach 2013-2015 kryzys nadprodukcji węgla w Polsce i wnikające z tego dodatkowe upusty cenowe. W 2017 roku wystąpiły jednak (przewidywane dużo wcześniej np. przez think – tanki Forum Energii czy WISE) niedobory węgla, które dzisiaj się nasilają. Węgiel zakontraktowany w 2017 roku był więc niekiedy nawet o połowę droższy niż rok wcześniej. Ten droższy węgiel po przywiezieniu ze zwałów kopalń do elektrowni i odczekaniu swojego tamże, a więc po najmniej kilku miesiącach, ruszył w tym roku taśmociągami do kotłów i właśnie teraz „przechodzi przez system kosztów” w elektrowniach. Związany z tym czynnikiem wzrost kosztów produkcji (węgiel to główny koszt zmienny prądu) nie jest więc w istocie żadnym zaskoczeniem od ponad roku.
2. Obecnie w kraju węgiel został raczej w większości zakontraktowany przez kopalnie dla elektrowni na kilka lat naprzód, kiedy ceny były już wysokie. Jeśli więc nawet na rykach światowych potanieje to na krajowym rynku niekoniecznie. Pamiętajmy także, że poziom cen węgla z lat 2015-2016 doprowadził spółki węglowe na skraj bankructwa, powrót do nich nie wydaje się możliwy. Obecne ceny pozwalają śląskim kopalniom węgla energetycznego wyjść średnio na „mały plus” i jak zawsze obudzić na nowo oczekiwania podwyżek płac w branży, a więc wzrost kosztów. Kopalnie stały się dodatkowo „spółką córką” państwowej energetyki, co wcześniej nie miało miejsca. Na rynku polskim rośnie niedobór krajowego węgla, a import zwiększa się do rekordowych rozmiarów. W obszarze węgla brunatnego jest nie lepiej. Zagłębie konińskie powoli kończy produkcję (PAK), a złoża bełchatowskie wyczerpią się za kilkanaście lat – to prawie 1/3 polskiego prądu. Trwały i systemowy niedobór krajowego paliwa, tzw. „lukę węglową” przewidywała Konfederacja Lewiatan wraz z Forum Energii już w styczniu 2016 w raporcie o megatrendach w polskiej energetyce i obecnie ta prognoza sprawdza się w pełni. Czy w tej sytuacji można oczekiwać spadków cen?
3. Inwestycje rozwojowe np. nowe odkrywki, elektrownie konwencjonalne i atomowe czy sieci przesyłowe pozwalające potencjalnie na import z krajów sąsiednich mają okresy inwestycyjne „od pomysłu do pełnej produkcji” o wiele lat dłuższe iż czas, który pozostał. Do tego lokalne społeczności skutecznie blokują takie inwestycje, bo nikt nie chce ich mieć w sąsiedztwie – powszechny na świecie problem NIMBY (Not In My BackYard). To wielkie problemy naszej energetyki i wyzwanie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju.
4. Ceny pozwoleń emisyjnych w Europie ciągu ostatniego roku wzrosły z poniżej 5 EUR za tonę do prawie 18 EUR obecnie i rosną. Przy emisyjności w Polsce nieco ponad 0,8 tony CO2 na 1MWh energii elektryczne daje to nawet 50 PLN wzrostu na MWh – to dużo. A niektóre prognozy mówią o ponad 30 Euro za tonę w perspektywie kilku lat!
5. W Polsce buduje się nowe bloki węglowe dużej mocy i nowe bloki gazowe – to kilkadziesiąt miliardów złotych. Szacowane przez ekspertów koszty pozyskania energii elektrycznej z nowych bloków węglowych rachowane jako tzw. LCOE (levelised cost of electricity czyli suma kosztów wybudowania i eksploatacji bloku dzielona przez sumę produkcji) zaczynają się od 80-100 EUR/MWh, a niektórzy mówią nawet o 150 EUR. To nie mniej niż 350 PLN/MWh czyli wciąż znacząco ponad obecne ceny energii na rynku hurtowym w Polsce. Pisano o tym dużo w mediach. LCOE ze źródeł odnawialnych jest już niekiedy mniejsze, ca. 60-80 EUR/MWh, niekiedy nieco więcej, różnica nie jest więc duża. Produkcja energii elektrycznej po prostu kosztuje.
6. Krajowa sieć elektroenergetyczna wymaga ciągłych i intensywnych modernizacji. Skala przerw w dostawach prądu w porównaniu z krajami zachodnimi (mierzona np. parametrem SAIDI – ilość minut przerw rocznie) wymaga wciąż radykalnej poprawy. W Polsce to kilkaset (zwykle 200-300, a na początku wieku kilka razy więcej) minut przerw rocznie, w sąsiednich Niemczech to kilka-kilkanaście minut. Gwałtowny wzrost zapotrzebowania na moc elektryczną zwłaszcza latem obserwujemy już od początku wieku. To skutek coraz powszechniej instalowanych systemów klimatyzacji i wentylacji oraz przyrostu nowych powierzchni mieszkalnych i produkcyjnych, nowych fabryk i infrastruktury. W niektórych miastach ten letni skok to 30% i więcej. Do tego rozwój rozproszonych źródeł energii w tym odnawialnej wymaga nowych przyłączeń i uelastycznienia sieci. To kolejne dziesiątki miliardów, które sprawi, że ceny dystrybucji prądu, które np. dla gospodarstw domowych to ok. połowa jego kosztu, za które płacą odbiorcy przedsiębiorstwom dystrybucyjnym (nie mylić z cenami samej energii elektrycznej kupowanej u spółek obrotu) nie będą maleć – przeciwnie.
7. W ostatnich miesiącach dużo mówi się o zmniejszającym się poziomie konkurencji na rynku energii elektrycznej. Z Polski wycofali się duzi międzynarodowi wytwórcy prądu (Vattenfall, GDF, EDF) pozostawiając produkcję praktycznie w rękach koncernów państwowych – konkurencyjność rynku w naturalny sposób zmalała. Ministerstwo Energii i Urząd Regulacji Energetyki w ostatnich wypowiedziach i inicjatywach (m.in. plan wprowadzenia 100% obliga giełdowego, kontrola działań uczestników ryku pod kątem ew. naruszenia zasad konkurencji) dostrzega problem zmniejszającej się konkurencji rynkowej w Polsce. Mówią o tym firmy obrotu, których część upada z powodu nagłego wzrostu cen zakupu. A mniejsza konkurencja to zawsze wzrost cen.
8. Pierwsze tygodnie sierpnia przyniosły rekordy letniego zapotrzebowania na prąd. Od wielu już lat Polskie Sieci Elektroenergetyczne pokazują znikomy stan rezerw mocy w systemie w okresach szczytowego zapotrzebowania. Niekiedy spadają one do bardzo ryzykownych minimów technicznych przyjętych dla pracy systemu. Taka sytuacja nie zmieni się szybko (wieloletnie okresy inwestycyjne) i oznacza stabilny rynek producenta, dodatkowo mającego w istocie jednego właściciela (patrz wyżej). Ekspozycja na monopol (oligopol, quasi-monopol) dostaw nigdy nie sprzyja spadkom cen.
9. Przed nami w najbliższych latach „maraton wyborczy”. W Polsce ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych podlegają ograniczeniom regulacji (taryfa G), dla przedsiębiorstw natomiast (taryfy A, B i C) regulacji takiej nie ma – decyduje konkurencja i nie ma ograniczeń cenowych. Trudno sobie wyobrazić, aby jakikolwiek rząd łatwo godził się na podwyżki dla gospodarstw domowych (wyborcy) w przededniu wyborów. Koszty energetyki jednak rosną. Czy w związku z tym koszty te zostaną przeniesione w większości na biznes? Nie wiadomo, ale ryzyko tego jest poważne.
Można wyliczyć jeszcze kilka czynników, ale te powyższe wydają się najistotniejsze. Wnioski z nich nasuwają się same – wzrost cen energii elektrycznej wynika raczej z czynników fundamentalnych niż z jakichś zjawisk przejściowych np. nadmiernej spekulacji graczy. Nie wydaje się, żeby były przesłanki do tego, żeby wierzyć w ich spadek, są natomiast istotne czynniki, które mogą spowodować dalszy wzrost.
Przy takim wzroście cen na rynkach hurtowych (które zresztą nawet wcześniej były w Polsce dużo wyższe niż w sąsiadujących krajach unijnych) pojawia się bardzo istotne zagrożenie dla przedsiębiorstw w kraju, zwłaszcza tych z branż energochłonnych.
Pojawiają się także pytania, w tym ze strony rządowej, o zasadność dyskutowanych przez lata systemów wsparcia, które przecież miały być remedium na problem „rynku cen poniżej kosztów”. Być może nadszedł czas, żeby powrócić do energetyki bez subsydiów i wspierania, ale mechanizmów konkurencyjnych? Niech rzeczywiste koszty technologii i konkurencyjne modele biznesowe oraz sprawność operacyjna producentów decyduje kto i za ile sprzeda? Wydaje się to kierunkiem potencjalnie korzystnym dla konsumentów.
Energia Polsce jest droga i jak wynika z powyższych czynników raczej nie potanieje, przeciwnie. Przedsiębiorców jeszcze bardziej niż ceny niepokoi (potwierdzają to badania np. WISE) problem jakości zasilania, np. spadki napięć zagrażające bezpieczeństwu urządzeń, czy przerw w dostawach oraz ich ograniczeń. W momencie pisania tych słów (czwartek 9 sierpnia – najcieplejszy dzień roku) telefony rozdzwaniają się z pytaniem „czy dzisiaj będzie blackout?”. Czy jest to zagrożenie realne czy nie to nie temat tego podsumowania, niepokój biznesu jednak pozostaje, ze wszystkimi tego dla gospodarki konsekwencjami.
Czy są jakieś potencjalne rozwiązania dla przedsiębiorców w Polsce? Wydaje się, że tak. Jednym z nich są rozproszone systemy energetyczne (DES – distributed energy systems, alternatywnie zwane Microgrids – mikrosieci). To systemy produkcji energii na własne potrzeby (prąd, ciepło, chłód, niekiedy też CO2 dla produkcji napojów czy w szklarniach), które świetnie się rozwijają na świecie. Nie chodzi tu o odłączenie się od sieci czyli tzw. „off-grid”, ale o zastąpienie części energii kupowanej przez energię produkowaną we własnym zakresie, często połączone ze sprzedażą nadwyżek do sieci elektroenergetycznej czy cieplnej. To odpowiedź jednocześnie na kilka problemów: przerw w dostawach, ich jakości oraz niepewności cen. Technologie produkcji rozproszonej są powszechnie dostępne i tanieją. Odpowiednio zwymiarowane konglomeraty takich technologii jak: silniki gazowe, biogaz, biomasa, wiatr, fotowoltaika, kolektory słoneczne, pompy cieplne, akumulatory i odzysk ciepła, wykorzystanie odpadów do produkcji energii oraz wszechstronne podwyższanie efektywności energetycznej to pomysł dla fabryk, osiedli, kampusów uniwersyteckich, turystycznych, wojskowych czy obszarów zabudowy oddalonych od sieci. Już teraz modele biznesowe mają często pozytywną ekonomikę, która będzie dodatkowo rosła wraz ze wzrostem cen na rynku hurtowym.
Apelowanie i czekanie na strategie energetyczne? Obawiam się, że nigdy nie powstaną takie, które adresowałyby pełnię wysokich oczekiwań energetyków i przedsiębiorców co do szczegółowości rozwiązań i ich stabilności – w istocie nie ma ich tak dopracowanych żaden kraj Europy. Może dlatego, że energetyka i jej technologie zmieniają się tak bardzo szybko, że dezaktualizują pomysły na strategie i regulacje szybciej niż te powstają i krzepną.
Przedsiębiorcy pytają o ceny energii i stabilność dostaw, o to czy czekać na rozwiązania „odgórne”, co ryzykowne, czy przejąć inicjatywę, jak to czyni wielu na świecie z dobrym skutkiem. Moim zdaniem zdecydowanie to drugie.
Paweł Smoleń, Członek Zarządu Konfederacji Lewiatan
Od lat sytuacja budzi kontrowersje. Wpływ na to mają regulacje, które są korzystniejsze dla górników, niż innych pracowników. Mogą oni szybciej przejść na emeryturę i dłużej ją pobierać. Ich świadczenia należą do najwyższych w kraju, co nie wynika z odprowadzanych składek. Znaczna część jest finansowana przez podatników. Na ten cel rokrocznie trafiają miliardy złotych. Spore emocje wywołuje także system wynagrodzeń, zwłaszcza wypłacane tzw. „trzynastki” czy „czternastki”. Jednocześnie brakuje środków na inwestycje, co przekłada się m.in. na spadek konkurencyjności naszego węgla na rynku europejskim. Płace powinny być powiązane z wynikami finansowymi kopalń. Zdaniem znawców tematu, nieuniknione są zmiany i to dość poważnego kalibru. Jednak ich wprowadzenie nie będzie takie proste. Silniejszym impulsem do przeprowadzenia reform może być spowolnienie gospodarcze.
Lepsi od pozostałych?
W Polsce górnicy mają zagwarantowane różne przywileje socjalne i materialne. To forma pewnego rodzaju uhonorowania za pracę pod ziemią, która nie należy do najlżejszych i najbezpieczniejszych. Jednak rozwiązania stosowane od lat wzbudzają emocje wśród przedstawicieli innych zawodów. Wielu z nich też wykonuje trudne i ryzykowne obowiązki, ale o podobnych udogodnieniach może jedynie pomarzyć.
Jeremi Mordasewicz, doradca Zarządu PKPP Lewiatan
– Przedstawiciele wszystkich profesji powinni być traktowani równoprawnie. Przez przywileje rozumiem korzyści w zamian za nic. Tak było kiedyś ze szlachtą, a mieszczanie i chłopi musieli za nią zapłacić dodatkowy podatek. Dziś sytuacja wygląda podobnie z górnikami. Zdarzają się wypadki, ale obecnie to już nie jest zawód wyjątkowo wysokiego ryzyka. Poziom niebezpieczeństwa nie odbiega od tego, jakie podejmuje np. budowlaniec czy kierowca pojazdu ciężarowego. Dotacje są faktycznie wsparciem dla Górnego Śląska. Korzystają z tego również handlowcy czy kupcy prowadzący tam swoje sklepy. Pracownicy kopalń mają większą siłę nabywczą, kosztem zmniejszania jej w pozostałych regionach, także tych znacznie biedniejszych, które wspierają górnictwo – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Obecna sytuacja jest typowym przykładem bardzo dobrze zorganizowanej grupy interesu, na co zwraca uwagę dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista i wiceprezes zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju. Ekspert stwierdza, że w przeliczeniu na jednego podatnika mówimy o kwotach rzędu kilkudziesięciu złotych miesięcznie wsparcia i dla takiej sumy nikt nie będzie protestować. Natomiast z punktu widzenia górnika, przywileje oznaczają tysiące złotych i on zechce ich bronić na ulicy. Wszystkich to irytuje, ale nie na tyle, żeby stawiać sprawę na ostrzu noża. Natomiast dla pracowników kopalń jest to istotna kwestia, więc naciskają znacznie mocniej.
Janusz Steinhoff
– Górnicy nie są inaczej traktowani, tylko mają dość ułomny system płac. Obejmuje on różne tzw. przywileje, będące składnikiem wynagrodzeń. To rozwiązanie jest archaiczne, bo wywodzi się jeszcze z poprzedniego systemu. Apanaże w górnictwie, biorąc pod uwagę uciążliwość tej pracy i niebezpieczeństwo, nie są nadmiernie wygórowane. To sprawia, że już występują problemy z naborem nowych pracowników, a za kilka lat zjawisko to nasili się jeszcze bardziej. Płace aktualne w tym sektorze nie będą w przyszłości konkurencyjne na rynku. Ponadto znacząco obniża się komfort pracy w kopalniach w efekcie konieczności prowadzenia eksploatacji w trudnych warunkach – stwierdza Janusz Steinhoff, przewodniczący Rady Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, a także były wicepremier i minister gospodarki.
Składka od wszystkich
Miliardy złotych trafiają jako dopłaty z kieszeni podatników do emerytur i rent górniczych, co podkreśla Jeremi Mordasewicz. Ekspert zaznacza, że jest to największa pomoc, jaką dostaje branża. Górnik odchodzi na emeryturę, mając średnio 48 lat. W takiej sytuacji dostaje dłużej świadczenie, które jest w dodatku prawie 2 razy wyższe, niż dla emerytów z pozostałych grup zawodowych. Ponadto, otrzymuje 3 razy tyle, ile wynikałoby z wpłaconych składek i dalszego oczekiwanego czasu życia. Oznacza to, że przedstawiciele innych grup pokrywają ze swoich podatków dwie trzecie emerytur górniczych. Gdybyśmy przyjęli, że mają oni zachować obecne przywileje, to kopalnie powinny za nich płacić dużo większe składki, niż obecnie.
– Rząd Jerzego Buzka wprowadził reformę systemu ubezpieczeń społecznych. W pierwotnym kształcie założyliśmy powszechność systemu i emerytury pomostowe dla osób pracujących w uciążliwych warunkach, finansowane przez pracodawców. Inaczej mówiąc, w koszcie wydobycia tony węgla czy wyprodukowania jakiegoś innego towaru, musi być ten wydatek uwzględniony. Jeżeli tego nie ma, to tworzymy w gospodarce ułomny rachunek kosztów. I tak się też stało. Nasi następcy tę reformę po części zdemontowali, m.in. wprowadzając szczególne systemy emerytalne dla górników, służb mundurowych, sędziów, prokuratorów etc. Dziś transfery poprzez Fundusz Ubezpieczeń Społecznych z budżetu państwa do systemu emerytalnego górników są bardzo znaczące – wyjaśnia Janusz Steinhoff.
dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju
Z kolei dr Łaszek przekonuje, że emerytury są nie tylko najkosztowniejszym przywilejem górniczym z punktu widzenia finansów państwa. To jest także kwestia najtrudniejsza do zmodyfikowania. Zdaniem eksperta, scenariusz ze zmianami jest niestety raczej życzeniowy. W normalnych warunkach wcześniejsze otrzymywanie świadczenia powinno być finansowane przez kopalnie i widoczne w cenie węgla. To jest faktyczny koszt wydobycia, a pozostaje ukrywany, ponieważ finansowanie odbywa się z podatków ogólnych. I to stanowi największy problem tego rozwiązania.
System płac
– Przywileje w tej branży nie polegają tylko na emeryturach. Są „trzynastki”, a ich idea jest taka, że pracodawca dzieli się wypracowanym zyskiem ze swoimi pracownikami. To premia za produktywność, ale w górnictwie wygląda to inaczej. Przez wiele lat wypłacane były „trzynastki”, a nawet „czternastki”, mimo że kopalnie wykazywały notoryczne straty. To jest absurdalne, żeby wypłacać premie w firmach przynoszących straty. Układy zbiorowe powodują, że wynagrodzenia górników oderwały się od wyników finansowych tych zakładów – ocenia Jeremi Mordasewicz.
Według Janusza Steinhoffa, trzeba zdecydowanie zmienić i uprościć system płac w górnictwie. Należy odejść od wszystkich deputatów i innych bonusów. Wynagrodzenie powinno składać się z części podstawowej i ruchomej, która będzie funkcją wyników danej kopalni i wydajności pracy. Były minister gospodarki uważa, że stawki muszą być na poziomie pozwalającym pozyskanie kandydatów do pracy w kopalni, czyli uwzględniającym aktualną sytuację na rynku pracy. Związki zawodowe powinny zgodzić się na taką reformę, ponieważ musi się ona wiązać z obniżeniem płac. Każdy górnik będzie wiedział, ile zarobi, a opinię publiczną nie będą już bulwersowały tzw. przywileje. Ekspert ma również nadzieję, że negocjacje nad nowym układem zbiorowym zakończą się zawarciem porozumienia. Nie ma bowiem jakichkolwiek przesłanek racjonalności obecnego systemu.
– Gdyby przedsiębiorca wypłacał zatrudnionym wszystkie wypracowane pieniądze, to nie pozostałoby środków na inwestycje, czyli na odbudowywanie parku maszynowego. W kopalniach, kiedy miały one zyski, tak się właśnie działo. Pieniądze trafiały do górników, a nie np. na otwieranie nowych pokładów, uruchamianie ścian czy kupowanie maszyn i urządzeń. Wydajność pracy, może z wyjątkiem Bogdanki, jest bardzo niska. Wpływają na to nie tylko trudne warunki geologiczne. Znaczenie ma brak inwestycji, które pozwalają na zwiększenie wydobycia w przeliczeniu na jednego pracownika − dodaje doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Czas na zmiany?
Jak informuje Joanna Borecka-Hajduk, rzecznik Ministerstwa Energii, przeprowadzona przez rząd, efektywna restrukturyzacja uporządkowała i ustabilizowała sytuację w górnictwie węgla kamiennego. Działania te umożliwiły rozpoczęcie nowego etapu rozwoju całej tej branży. Obecnie trwają prace nad Ponadzakładowym Układem Zbiorowym Pracy (PUZP), który może określać szerzej i korzystniej uprawnienia uregulowane w Kodeksie Pracy lub innych przepisach. W rozmowach biorą udział przedsiębiorcy, organizacje pracodawców i związki zawodowe pracowników. Celem tych spotkań jest stworzenie spójnego, przejrzystego oraz motywacyjnego systemu wynagrodzeń dla osób zatrudnionych w sektorze górniczym.
– Ci ludzie dostają od państwa po kilka miliardów złotych rocznie. Akceptowanie tego oznacza, że musimy zapłacić odpowiednio wyższe podatki albo dostajemy gorsze usługi. Gdybyśmy w danym roku nie dodali np. 6 mld złotych do tego sektora, to te środki moglibyśmy przeznaczyć na opiekę zdrowotną czy edukację. Zlikwidowanie przywilejów górniczych jest możliwe. One przecież nie obowiązują we wszystkich krajach w takim stopniu, jak w Polsce. Rząd będzie dotował górnictwo, dopóki ono się definitywnie nie załamie. Już nam brakuje węgla, a nowe inwestycje wymagałyby wielu miliardów złotych. Jednak kopalnie nie wypracują zysków, które pozwoliłyby na finansowanie niezbędnych inwestycji. W którymś momencie to po prostu runie, a my jako podatnicy będziemy musieli za to wszystko zapłacić – podkreśla Jeremi Mordasewicz.
Natomiast dr Łaszek zaznacza, że silniejszy impuls do zmian będzie przy kolejnym spowolnieniu gospodarczym. W takich sytuacjach znacznie zwiększa się presja na poszukiwanie oszczędności, dotyka to również uprzywilejowanych sektorów takich, jak górnictwo. Jednak trudno powiedzieć, kiedy do tego właściwie dojdzie. W najróżniejszych dziedzinach postęp w trafności prognoz jest olbrzymi. Nie dotyczy to przewidywań cyklu koniunkturalnego w ekonomii, ponieważ przez 50 lat nie widać poprawy w tej kwestii. Gospodarka rozwija się cyklicznie, więc spowolnienie nastąpi, ale nie wiadomo tylko kiedy.
– Górnictwo musi być przed wszystkim branżą rentowną. Teraz nie generuje strat, ponieważ są wysokie ceny węgla. Jednak trzeba pomyśleć o tym, jak sobie poradzi w czasach gorszej koniunktury. Jeżeli koszty emisji dwutlenku węgla będą rosły w takim tempie, jak do tej pory, a przypomnijmy, że dziś wynoszą one 15-16 euro za tonę, to węgiel stanie się coraz mniej atrakcyjnym nośnikiem energii. W 2017 roku minister energii zapowiedział, iż prawdopodobnie nowy blok Elektrowni Ostrołęka będzie ostatnim na paliwa stałe. To sygnał, że substytucja paliw stałych w elektroenergetyce i ciepłownictwie jest nieuchronna – podsumowuje Janusz Steinhoff.
Prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Fot. serwis agencyjny MondayNews™
Stopa bezrobocia w Polsce jest na rekordowo niskim poziomie, a jednocześnie w gospodarce brakuje rąk do pracy. Potrzebujemy nie tylko specjalistów z dyplomami szkół wyższych, ale przede wszystkim – absolwentów techników. A ci ostatni mogą nawet liczyć na to, że ich początkowe wynagrodzenia będą wyższe, niż magistrów. Dlatego zaniedbywane przez lata szkolnictwo zawodowe wraca do łask. W cenie jest dobry zawód, który zapewnia satysfakcjonujące wynagrodzenie. O problemach i osiągnięciach krajowego rynku pracy mówi prof. Elżbieta Mączyńska z Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie SGH w Warszawie, a także prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Deficyt pracowników stał się w Polsce niemal powszechnym problemem. Początkowo niedobór ten dotyczył głównie specjalistów, ale dziś jest już znacznie szerszy. Brakuje wykwalifikowanych robotników, a także techników. Jeszcze kilka lat temu przedsiębiorcy mogli przebierać w ofertach kandydatów. Ale to już przeszłość. Skąd się biorą tak szybkie zmiany na rynku pracy?
Prof. Mączyńska: Przyczyn jest wiele. Jednak u podłoża problemu leżą nieprawidłowości w polityce edukacyjnej w okresie transformacji ustrojowej. Dopuszczono bowiem do zmarginalizowania szkolnictwa przygotowującego do konkretnych profesji. Wraz z prywatyzacją przedsiębiorstw niemal zniknęły przyzakładowe szkoły, a to z upływem czasu doprowadziło do deficytu fachowców. Nie zadbano też należycie o rozwój sektora ZSZ jako ważnego ogniwa systemu kształcenia. Nałożyła się na to również emigracja zarobkowa. Na szczęście sytuacja powoli się zmienia. Ministerstwo Edukacji Narodowej zaczyna lepiej wspierać szkolnictwo zawodowe. Niektóre technika i tzw. zawodówki są reaktywowane. Pojawiają się przy tym nowe, atrakcyjne programy nauczania.
Czy zmiany na rynku pracy to jedyny problem?
Prof. Mączyńska: To, co obecnie dzieje się na naszym rynku pracy, wiąże się z trendami globalnymi. Dotychczasowy, industrialny model cywilizacyjny wypierany jest przez nowy system. Gospodarkę ery cyfryzacji charakteryzuje tzw. Przemysł 4.0, tj. wytwórczość zrobotyzowana. Symbolem tych czasów jest np. uberyzacja – nowe rozwiązanie, wykorzystujące technologie informatyczne i aplikacje mobilne.
Jak takie zjawiska odnoszą się do rodzimego rynku?
Prof. Mączyńska: Postęp silnie rzutuje na rynek pracy. Jako przykład można podać procesy związane z obróbką tekstów. Już dawno zniknęły np. hale maszyn. Nowoczesne technologie umożliwiają m.in. przekładanie pism na języki obce. W przyszłości może to wpływać na marginalizację zawodu tłumacza. Oczywiście w miejsce starych profesji pojawiają się nowe. Obecnie szybko rośnie zapotrzebowanie m.in. na programistów, specjalistów od praw własności intelektualnej czy portali społecznościowych.
W jaki sposób możemy na to reagować?
Prof. Mączyńska: Przede wszystkim jest to kwestia dostosowania zakresu i profilu kształcenia do rynku pracy. Fundamentalne znaczenie ma struktura szkolnictwa i dopasowanie go do zmieniającego się otoczenia społeczno-gospodarczego oraz wymogów rewolucji cyfrowej. Wieloszczeblowy system edukacyjny musi obejmować trzyletnie zawodówki dla absolwentów gimnazjów, techników i wyższych szkół zawodowych. Niezbędne są też oczywiście licea i uniwersytety. Służą one rozwojowi wiedzy ogólnej oraz badaniom potrzebnym do kreowania i wdrażania innowacji.
Młodzież chce zdobywać konkretne kwalifikacje. Czy to nie jest krótkotrwały entuzjazm po latach pogoni za dyplomami?
Prof. Mączyńska: Rzeczywiście wyraźne rośnie zainteresowanie szkołami zawodowymi i technikami. Wiele wskazuje na to, że nie jest to przejściowa moda. To odpowiedź na przemiany społeczno-gospodarcze i reakcja na zapotrzebowanie praktyki. Wielodekadowe zaniedbania w sferze szkolnictwa zawodowego doprowadziły do utraty specjalistów z różnych dziedzin. Niebagatelny wpływ na to miał też dominujący do niedana w gospodarce model biznesu, oparty na konkurowaniu niskimi płacami. Stanowiło to zachętę do emigracji zarobkowej Polaków. Fachowcy wyjeżdżali w poszukiwaniu lepszych warunków pracy. Doprowadziło to do luki na naszym rynku. Teraz, gdy brakuje spawaczy, mechaników, elektryków czy murarzy, w pośpiechu organizuje się podstawowe systemy kształcenia zawodowego.
Nadciąga era automatyzacji i robotyzacji. Czy to nie wyrzuci tych osób z rynku pracy?
Prof. Mączyńska: Choć kurczy się cywilizacja industrialna, nie zanika przemysł. Przeciwnie, produkuje się coraz więcej. Rewolucja cyfrowa, w tym Internet Rzeczy, przynosi bowiem nowe, nieznane wcześniej możliwości zwiększania produktywności, m.in. poprzez robotyzację. Do takich wyzwań musi się dostosowywać szkolnictwo zawodowe. Przy tym szybkie tempo przemian technologicznych sprawia, że żadna szkoła ani uczelnia nie jest w stanie przygotować w pełni absolwenta do sprostania wszystkim wymogom i potrzebom pracodawców. Zadaniem edukacji jest dostarczenie podstawowej wiedzy o danym zawodzie. Natomiast w praktyce coraz bardziej potrzebne staje się uczenie przez całe życie. Konieczne jest stałe dokształcanie się, np. poprzez szkolenia organizowane przez firmy lub korzystanie z ofert wyższych szczebli edukacji.
Ten model wygląda atrakcyjnie. Ale jak ma on odpowiedzieć na zanik tradycyjnych zawodów i pojawianie się nowych?
Prof. Mączyńska: Niezbędne są wyższe szkoły zawodowe, oferujące kierunki odpowiadające wymogom rynku. Tego rodzaju szkolnictwo musi współpracować zarówno z praktyką, czyli z pracodawcami, jak i z uczelniami, upowszechniającymi wiedzę na temat nowych trendów i przemian biotechnologicznych. Tylko w ten sposób można zapewnić odpowiedni przepływ informacji, umożliwiający przygotowanie nowoczesnych programów kształcenia.
Skoro istnieją już programy rewitalizacji szkolnictwa zawodowego, czy uwzględniają one powyższe rozwiązania?
Prof. Mączyńska: W Polsce takiego stylu kształtowania programów nauczania oraz współpracy szkolnictwa z pracodawcami wciąż jeszcze jest za mało. Dobrze radzą sobie z tym np. Niemcy, rozwijając dualny system edukacji, w którym uczniowie spędzają określony czas na praktykach. Firmy zaś wspierają merytorycznie i finansowo placówki edukacyjne. Nasi sąsiedzi włączają też uniwersytety w model kształcenia zawodowego. W ten sposób tworzą się trzy ogniwa – edukacyjne, dzięki szkołom, praktyczne, oferowane przez firmy, a także zapewniany przez uczelnie wyższe dostęp do wiedzy na temat nowych trendów naukowo-technicznych. Taka struktura sprzyja tworzeniu elastycznych modeli nauczania, dostosowanych do zachodzących zmian.
Tak to wygląda w Niemczech. A jak jest w Polsce?
Prof. Mączyńska: MEN podejmuje szereg działań na rzecz aktywizacji szkolnictwa zawodowego, ale to nie wystarczy. Biznes powinien bardziej się zaangażować, m.in. oferując nowoczesne stanowiska pracy. Firmy, wobec braków kadrowych, muszą szukać wyjścia z tej sytuacji, m.in. poprzez organizowanie szkół przyzakładowych i wspieranie placówek edukacyjnych. Istotne jest zwłaszcza oferowanie staży i praktyk uczniom oraz studentom, a także wyposażanie ich warsztatów w nowoczesny sprzęt. Pomoc dla zawodówek powinny oferować również uczelnie. Mogą one pełnić ważną, merytoryczną rolę w tworzeniu programów nauczania. Jest to istotne, zwłaszcza że technika nie zamykają dróg do podejmowania studiów. Obiecującym rozwiązaniem jest też, przewidywana w nowej ustawie, możliwość prowadzenia przez wyższe szkoły zawodowe kursów i szkoleń. Te instytucje mogłyby oferować wykształcenie wyższe niż matura, ale niższe od licencjatu czy studiów inżynierskich, czyli na poziomie 5. wg. Polskiej Ramy Kwalifikacji. Takie rozwiązanie jest stosowane w wielu krajach Zachodu. W Polsce sprzyjałoby to zmniejszaniu niedoboru fachowców i równocześnie ograniczałoby lukę, jaka powstała w wyniku zmarginalizowania szkół pomaturalnych.
Czy to potrzebne, skoro do Polski przyjeżdża coraz więcej fachowców z innych państw?
Prof. Mączyńska: Sprowadzanie obcokrajowców to tylko proteza. Imigranci, jeśli znajdą w innych krajach bardziej atrakcyjne oferty pracy, to z pewnością będą chcieli z nich skorzystać. Odpowiednio wykształceni fachowcy krajowi to wymóg harmonijnego i trwałego rozwoju państwa. Istotne jest jednak to, żeby biznes oferował im atrakcyjne miejsca i warunki pracy. Może temu sprzyjać wyczerpywanie się modelu opartego na niskich płacach, a zarazem odwrót od marginalizacji szkół zawodowych. Oferują one przysłowiowy fach w ręku i szybsze wejście na rynek pracy. To daje szansę na lepsze zarobki, które nierzadko są wyższe od wynagrodzeń absolwentów niektórych kierunków na uniwersytetach.
Palety i towary na paletach oraz materiały budowlane i wykończeniowe to najczęściej przewożone ładunki w transporcie krajowym i międzynarodowym – wynika z raportu Oferteo.pl o rynku usług transportowych w Polsce. Najpopularniejsze kierunki importu i eksportu dla Polski to Niemcy i Wielka Brytania. Rośnie liczba zleceń dotyczących przewozu mniejszych ładunków, lżejszych niż 2 tony.
Transport krajowy najczęściej poszukiwany
Użytkownicy Oferteo.pl, największego polskiego serwisu łączącego poszukujących usług z ich dostawcami, najczęściej byli zainteresowani transportem krajowym (60% zapytań złożonych w serwisie). Importu towarów z Europy do Polski dotyczyło prawie co czwarte zapytanie, natomiast transportu w przeciwnym kierunku – 15%.
Jedynie 2% zapytań dotyczyło transportu międzynarodowego – z rozładunkiem i załadunkiem poza granicami Polski.
Dokąd eksport, skąd import?
Podobnie jak w ubiegłorocznej edycji badania, najpopularniejszym kierunkiem eksportu jak i importu były Niemcy. Transportem towarów do naszych zachodnich sąsiadów było zainteresowanych 36% spośród osób zlecających eksport oraz 38% importerów. Na drugim miejscu w obu kategoriach znalazła się Wielka Brytania z 14% zleceń importowych oraz 16% zleceń eksportowych.
Interesująco wypada zestawienie krajów, które znalazły się na kolejnych miejscach. Dla importu są to kolejno: Francja (11%), Włochy (8%), Holandia (6%) oraz Belgia i Hiszpania (po 3%).
Natomiast dla eksportu: Holandia (6%), Francja (6%), Belgia i Włochy (po 4%) oraz Austria i Czechy (po 3%).
W tych zestawieniach może zaskakiwać niski odsetek zapytań dotyczący Czech, Ukrainy oraz Litwy.
Transport samochodów poza podium
Palety i przewożone na nich towary drugi rok z rzędu okazały się najczęściej transportowanym ładunkiem. W najnowszej edycji badania Oferteo.pl tego typu ładunku dotyczyło 20% zleceń.
Co warte podkreślenia, pierwszy raz w historii badania Oferteo.pl z pierwszej trójki najczęściej transportowanych ładunków wypadły samochody. Tym razem odsetek zapytań o ich przewóz wyniósł 11%. Częściej zlecano transport materiałów budowlanych i wykończeniowych (13%) oraz maszyn, w tym maszyn rolniczych (12%).
Wzrasta popularność najlżejszych ładunków
Kolejną interesującą zmianą, którą pokazuje raport Oferteo.pl, jest znaczący wzrost popularności najlżejszych ładunków, o wadze nieprzekraczającej dwóch ton. W minionym roku dotyczyło ich aż 53% zapytań złożonych w serwisie. Dla porównania: w poprzedniej edycji badania transportem ładunku o takiej wadze było zainteresowanych 39% użytkowników.
Co ciekawe, wzrosło także, chociaż nie tak znacząco, zainteresowanie najcięższymi ładunkami. Transportu towarów o wadze przekraczającej 20 ton poszukiwał co piąty użytkownik Oferteo. W poprzedniej edycji badania odsetek zapytań o transport najcięższych ładunków wyniósł 14%.
Czym chcemy przewozić ładunki?
Trendy dotyczące wyboru pojazdu do transportu trzymają się mocno. Po raz kolejny badani przez Oferteo.pl najchętniej wybierali samochody typu: plandeka / firanka / mega (28%), bus towarowy (27%) oraz laweta / lora (16%).
Dokładnie taka sama kolejność wśród najpopularniejszych pojazdów została odnotowana w ubiegłorocznym raporcie dotyczącym transportu w Polsce.
– Na rynku transportowym panuje duża konkurencja, tym bardziej więc zasadne jest zapoznanie się z ofertami przynajmniej kilku firm, zanim zdecydujemy się na ostateczny wybór – komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Dokonując go, warto mieć na uwadze stan firmowej floty, doświadczenie kierowców czy też dostępne terminy. Z pewnością dobrym rozwiązaniem będzie planowanie transportu z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym.
Metodologia badań
Przedstawione dane pochodzą z analizy prawie 12000 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2017 roku przez podmioty poszukujące usług transportowych.
W drugim kwartale 2018 roku Grupa ONICO S.A. wypracowała skonsolidowane przychody ze sprzedaży na poziomie 789 mln zł, co jest najlepszym wynikiem drugiego kwartału w historii Spółki. Wyższe przychody kwartalne Grupa ONICO osiągnęła jedynie w trzecim i czwartym kwartale 2016 roku, który był jak dotąd rekordowym rokiem dla Spółki.
To oznacza, że kontynuowany jest trend z pierwszego kwartału obecnego roku, w którym również osiągnięte przychody były najwyższe w historii Grupy ONICO.
Przychody w minionym kwartale były o 100 mln zł (albo 14 proc.) wyższe niż w analogicznym okresie 2017 roku (689 mln zł) oraz o ponad 85 mln zł (11 proc.) wyższe niż w historycznym roku 2016 (703 mln zł).
Zysk z działalności operacyjnej zwiększył się w tym okresie blisko dwunastokrotnie, z 1,2 mln zł do 14,1 mln zł, natomiast zysk netto, w trudnych warunkach rynkowych i pod silną presją cenową ze strony największych krajowych i zagranicznych podmiotów, wyniósł 1,6 mln zł. Jednym z powodów jest znaczący wzrost kosztów finansowych.
W całym pierwszym półroczu 2018 roku przychody ze sprzedaży Grupy ONICO wyniosły 1,47 mld zł i były o niemal 16 proc. wyższe niż rok wcześniej (1,27 mld zł). To również historyczny wynik pierwszego półrocza, do tej pory najwyższe przychody po dwóch kwartałach roku oscylowały wokół poziomu 1,2-1,3 mld zł, w latach 2016-2017.
Zysk z działalności operacyjnej zwiększył się aż o 218 proc., do 18,9 mln zł, w porównaniu do 5,9 mln zł przed rokiem, zysk operacyjny powiększony o amortyzację (EBITDA) osiągnął poziom 20,6 mln zł, wobec 5,9 mln zł rok wcześniej, a zysk netto wyniósł ponad 4 mln zł.
Jednocześnie w trudnych warunkach zewnętrznych Grupa ONICO wypracowała pozytywne przepływy pieniężne netto na poziomie blisko 5 mln zł, podczas gdy jeszcze rok temu przepływy pieniężne były ujemne i wynosiły ponad 12 mln zł.
Zarząd ONICO podkreśla, że głównym celem stawianym przed Grupą Kapitałową na kolejne kwartały jest poprawa marż w poszczególnych segmentach sprzedaży.
W podziale na segmenty działalności, w zakresie hurtowej sprzedaży LPG Grupa ONICO zwiększyła swój udział rynkowy, jak również po raz kolejny zwiększyła ilość gazu importowaną przez terminal morski w Gdyni. Dostawy morskie w ocenie Zarządu zaczynają stanowić coraz ważniejszy element w zaopatrzeniu rynku. Zarząd widzi szansę na dalszy rozwój sprzedaży przy wykorzystaniu terminalu morskiego w Gdyni w 2018 roku, dlatego terminal jest systematycznie modernizowany, tak by był gotowy na zwiększone zapotrzebowanie importowe.
W obszarze hurtowej sprzedaży paliw Grupa ONICO po długich negocjacjach rozszerzyła listę niezależnych dostawców paliw na rynek krajowy o kolejnego dostawcę o światowej renomie. W pierwszym półroczu Spółka odnotowała wzrost sprzedaży o przeszło 50 proc. względem pierwszego półrocza 2017 roku.
Grupa systematycznie budowała pozycję, poszerzała liczbę dostawców i powiększała portfolio klientów w takich segmentach jak hurtowa sprzedaż gazu ziemnego, sprzedaż olejów przemysłowych marki Castrol, sprzedaż bitumenów, a także kontynuowała rozwój sprzedaży w ramach działalności traderskiej na rynku europejskim, co stanowi trzon działalności Spółki.
W I półroczu 2018 roku Grupa OPONEO.PL sprzedała 1,4 mln opon, tj. o 16,1% więcej niż analogicznym okresie poprzedniego roku. Dynamiczny wzrost sprzedaży przełożył się pozytywnie na wyniki Grupy Kapitałowej OPONEO.PL. Przychody ze sprzedaży w ciągu I półrocza 2018 roku wyniosły 352,3 mln zł i wzrosły o 18,8% w porównaniu z I półroczem 2017 roku.
W pierwszej połowie 2018 roku Grupa Kapitałowa OPONEO.PL wygenerowała przychody wielkości 352,3 mln zł, z czego 273,4 mln zł uzyskała ze sprzedaży na polskim rynku. Przychody z tytułu sprzedaży krajowej wzrosły o 24,7% zaś przychody z działalności zagranicznej o 2,1%.
Głównym elementem przychodów były przychody ze sprzedaży opon, które wzrosły o 15% w stosunku do I półrocza 2017 roku. Wyniosły one 319,2 mln zł i przedstawiały 91% całości przychodów ze sprzedaży Grupy.
– Wyniki sprzedaży Grupy OPONEO.PL są tym bardziej zadawalające, gdy rynek oponiarski w Europie odnotowuje spadki we wszystkich segmentach sprzedaży opon – mówi Dariusz Topolewski, Prezes Zarządu OPONEO.PL S.A.
Według danych ETRMA w I półroczu 2018 roku sprzedaż opon osobowych spadła o 0,7%, ciężarowych o 0,5%, rolniczych o 10,9% i motocyklowych o 4,7%. W Polsce sprzedaż opon do samochodów osobowych, suv i dostawczych spadła o 5%.
Grupa OPONEO.PL natomiast umocniła swoją pozycję na krajowym rynku sprzedaży opon, przy jednoczesnym zrównoważonym rozwoju w segmencie zagranicznym i sprzedała w sumie 1,4 mln opon, tj. o 16,1% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Ilość sprzedanych opon w Polsce wzrosła o 17,1%, natomiast za granicą o 12,1% w relacji do I półrocza 2017 roku.
Na różnicę między uzyskanym wzrostem przychodów z rynków zagranicznych a ilością sprzedanych towarów za granicą wpływ miały dwa czynniki; wzrost sprzedaży opon z segmentu budżetowego oraz ukształtowanie się kursu walut, w których Spółka dokonuje transakcji.
Odnotowano także wzrost w zakresie sprzedaży felg. W I półroczu tego roku Grupa OPONEO.PL sprzedała 0,4 mln felg (zarówno aluminiowych jak i stalowych), czyli o 10,4% więcej niż w I półroczu 2017 roku.
Ponadto w przychodach Grupy ujęte zostały przychody spółki zależnej Dadelo S.A. wielkości 15,4 mln zł. Przychody Dadelo S.A. nie podlegały konsolidacji w I połowie 2017 roku.
Wzrostowi sprzedaży towarzyszył wzrost wskaźnika rentowności sprzedaży brutto. Zysk brutto na sprzedaży wyniósł 73,2 mln zł i wzrósł o 23,7% w relacji do I półrocza 2017 roku. Tym samym wskaźnik rentowności sprzedaży brutto ukształtował się na poziomie 20,8% wobec 20% w analogicznym okresie poprzedniego roku.
W I półroczu 2018 roku Grupa Kapitałowa OPONEO.PL wypracowała zysk brutto w wysokości 9,3 mln zł wobec 8,5 mln zł w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Zysk netto w wysokości 7,3 mln zł zmalał o 17,9% w stosunku do wyniku netto w analogicznym okresie poprzedniego roku. Niższy wynik netto to efekt odmiennego niż w I półroczu 2017 roku ukształtowania się rozliczeń z tytułu podatku dochodowego.
W najbliższym okresie Zarząd OPONEO.PL zamierza kontynuować rozpoczęte projekty, co oznacza dalszy rozwój sprzedaży ogumienia i felg na rynku krajowym i optymalizację sprzedaży na rynkach zagranicznych.
Konsumpcja gospodarstw domowych pozostaje główną siłą napędową dynamicznego rozwoju gospodarczego kraju;
W pierwszym półroczu 2018 r. przybyło ponad 180 000 mkw. nowej powierzchni handlowej;
Zgodnie z prognozami, na koniec 2018 r. do użytku ma zostać oddane około 330 000 mkw., co będzie najwyższym wynikiem podaży od trzech lat;
Aż 40% nowej powierzchni udostępnionej w drugiej połowie 2018 r. będzie zlokalizowana w miejscowościach poniżej 100 tys. mieszkańców;
Na popularności zyskują projekty wielofunkcyjne łączące ofertę handlowo-usługową z mieszkalną, biurowo-biznesową, rozrywkową, kulturalną, czy gastronomiczną.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield opublikowała kolejną edycję raportu MarketBeat poświęconego sektorowi handlowemu. W pierwszym półroczu 2018 roku przybyło 180 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, a do końca roku powinno otworzyć się kolejne 330 000 tys. mkw. Oznaczać to będzie wzrost o ponad 25% r/r. Tym samym całkowity wolumen dostępnej powierzchni handlowej przekroczy 14,8 mln mkw. Za te wzrosty w dużej mierze odpowiadają inwestycje w miejscowościach do 100 tys. mieszkańców, gdzie zlokalizowane będzie aż 40% tegorocznych otwarć.
W pierwszym półroczu 2018 roku przybyło ponad 180 000 mkw. nowej powierzchni handlowej. Prawie 80% tej liczby to otwarcia nowych i rozbudowy istniejących centrów handlowych. Aż 15% nowej podaży stanowiły nowe i rozbudowane parki handlowe. Około 6% nowej podaży to powierzchnia handlowa, która zasiliła format centrów wyprzedażowych. Spośród nowych inwestycji handlowych, największe z nich to Forum Gdańsk (62 000 mkw.) i Gemini Park Tychy (36 000 mkw.). Pozostałe centra handlowe otwarte w pierwszej połowie tego roku to mniejsze obiekty o powierzchni handlowej nieprzekraczającej 20 000 mkw.. Wśród nich są między innymi: Rondo Wiatraczna w Warszawie (11 000 mkw.), Galeria Piastova w Gnieźnie (9 500 mkw.), czy Galeria nad Potokiem w Radomiu (5 180 mkw.).
Tak wysoka podaż to odpowiedź na popyt, który w dużej mierze generowany jest przez dynamiczne tempo wzrostu gospodarczego (5,2% w I kw. 2018 r.) napędzanego konsumpcją gospodarstw domowych (zmiana o 8,2% r/r) oraz systematycznie postępującym wzrostem wynagrodzeń (+7,3% r/r). Pozytywne oddziaływanie ma również utrzymujące się na niskim poziomie bezrobocie (5,9% na koniec czerwca). Tak dobre wskaźniki makroekonomiczne sprawiają, że na polskim rynku nie tylko przybywa więcej powierzchni handlowej, ale i pojawiają się nowe marki, jak: Fissman, Dealz czy Tedi. Polska jest także obiektem zainteresowań popularnej sieci Primark.
O pozytywnej sytuacji na rynku handlowym świadczy również wskaźnik pustostanów, który mimo wysokiej podaży w ciągu ostatniego półrocza zmalał o 0,8% i obecnie wynosi 3,2%. Przyczyniła się do tego między innymi aktywność OBI, który zajmuje powierzchnie wcześniej należące do Praktikera, a także operatorzy fitness klubów, którzy sprawnie zagospodarowali lokale opuszczone przez sieć Jatomi.
Wobec stale rosnącego popytu i podaży, czynsze powierzchni handlowych pozostają na stabilnym poziomie. W przypadku znajdujących się w najpopularniejszych warszawskich galeriach handlowych lokali o powierzchni ok. 100 mkw. stawka za miesiąc znajduje się w przedziale 100-130 EUR/mkw. W innych największych miastach przedział cenowy dla podobnej wielkości lokalu waha się od 35 do 50 EUR/mkw.
Obecność w rejestrze dłużników? – Nie. Wolę od razu spłacić dług – odpowiada czterech na pięciu Polaków, a tylko co 25. osoba w żadnej sytuacji nie byłaby skłonna do zapłaty. Mimo obaw przed wpisem, w BIG InfoMonitor znajduje się obecnie ponad 2,3 mln konsumentów z zaległościami wynoszącymi łącznie prawie 41,2 mld zł.
Świadomość, że nasze dane mogą trafić na tablicę ogłoszeń, jaką są rejestry dłużników prowadzone przez biura informacji gospodarczej, nie są Polakom obojętne. Aż 83 proc. z nas na wieść o tym, że mogą się znaleźć w BIG z negatywnym wpisem, zdecydowałoby się spłacić dług, aby wykreślono ich z tego rejestru. Nie każdego jednak przekonałby taki argument. Jak wynika trzeciej edycji badania Moralność Finansowa Polaków*, przeprowadzonego przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, Ferratum Bank oraz Everest Finanse, 13 proc. ankietowanych sięgnęłoby po pieniądze dopiero gdyby wpis do BIG faktycznie utrudniał im życie np. blokując dostęp do kredytu czy zakupów. A to standardowa procedura w bankach i firmach pożyczkowych czy telekomach, które zaglądają do BIG sprawdzając, na ile ich potencjalny klient jest ryzykowny. Badanie pokazuje, że co 25. badany (4 proc.) nie byłby skłonny do spłaty zaległości w żadnej sytuacji.
Źródło: KPF, BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest Finanse, próba 1000
– Biura gromadzące informacje o dłużnikach są względnie nowymi instytucjami w naszym kraju, towarzyszącymi gospodarce rynkowej. Ich zadaniem jest dostarczanie informacji niezbędnych do pełnej i wiarygodnej oceny wypłacalności konsumenta czy firmy. Działania te służą usprawnieniu wymiany gospodarczej i przeciwdziałają zatorom płatniczym – mówi prof. dr hab. Anna Lewicka-Strzałecka z Polskiej Akademii Nauk, autorka trzech edycji raportu Moralność Finansowa Polaków. – Wymuszając praktykowanie płatniczej rzetelności, stanowią swoistą protezę dla autentycznej cnoty -rzetelności finansowej – podkreśla.
Skuteczność BIG-ów, przynajmniej w deklaracjach badanych prezentuje się całkiem nieźle. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie możliwość upublicznienia danych konsumentów, czy firm przeciągających płatności, problem nieregulowanych zobowiązań byłby znacznie większy. Na koniec lipca kwota zobowiązań przeterminowanych o min. 30 dni wyniosła prawie 41,2 mld zł mld zł. Mowa tu np. o zaległościach z tytułu niezapłaconych rachunków za telefon, media, niespłaconych rat pożyczek, czy też zobowiązań wobec sądów lub Funduszu Alimentacyjnego. Przeterminowane długi ma obecnie 2,3 mln konsumentów. Choć jest to ponad 6 proc. dorosłej populacji Polaków, wiedzę o istnieniu BIG-ów ma znacznie więcej osób. O biurach gromadzących informacje o dłużnikach słyszało niemal trzech na czterech ankietowanych. O ich istnieniu nie wie nieco więcej niż co czwarty badany (27 proc.).
„Znam”, nie oznacza jednak, że „wiem co o nich myśleć”. Większość badanych nie chce lub nie potrafi jednoznacznie ocenić BIG-ów. Wśród badanych przeważają jednak oceny pozytywne – 43 proc. wobec 6 proc. wskazań negatywnych.
Źródło: KPF, BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest Finanse, próba 1000
Dobra opinia o biurach rośnie wraz wiekiem respondentów. Najlepiej oceniają ich działalność osoby starsze (powyżej 64 lat), spośród których blisko połowa ocenia je pozytywnie. Wśród osób oceniających biura negatywnie, dominują posiadający problemy ze spłatą swoich zobowiązań oraz takie, których gospodarstwo domowe nie radzi sobie ze spłatą zaciągniętej pożyczki lub kredytu.
Źródło: KPF, BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest Finanse, próba 425
Ankietowani docenili ułatwienie jakie dają BIG-i przy odzyskiwaniu pieniędzy od dłużników. Przekonanie o korzystnej, represyjnej funkcji biur jest dominujące, stwierdziło tak bowiem dwie trzecie badanych. Jedna trzecia badanych wskazała na pomocniczą rolę BIG, pozwalającą uniknąć problemów, których przysparzają nierzetelni kontrahenci.
Źródło: KPF, BIG InfoMonitor, Ferratum Bank, Everest Finanse, próba 63
Z kolei osoby postrzegające BIG-i negatywnie, boją się przede wszystkim trafienia do rejestru przez pomyłkę. Obawy takie wyraziło dwie trzecie respondentów. Negatywnie oceniającym BIG-i nie pasuje również zablokowanie poprzez wpis dostępu do kredytu czy pożyczki, choć to właśnie jedna z głównych funkcji BIG-u, która powinna być naturalnym następstwem niesolidności płatniczej.
Badanie Moralność Finansowa Polaków pokazuje również, że rodacy są skłonni usprawiedliwiać naruszanie przez konsumentów norm prawnych i standardów etycznych w niemal jednej czwartej sytuacji. Uważają tak, mimo że sytuacje te narażają na straty Skarb Państwa, banki, ubezpieczycieli, a nawet najbliższych jeśli rodzinne kontakty nie układają się dobrze. – Od 1 do 33 proc. osób przymknie oko na nieetyczne działania takie jak praca na czarno, zawyżanie strat przy ubieganiu się o ubezpieczenie, zatajanie informacji, które mogą przeszkodzić w zaciąganiu kredytu, czy też ukrywanie majątku przed komornikiem egzekwującym np. alimenty – wskazuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Na dodatek skłonność do akceptacji niemoralnych postaw wzrasta, gdy w domu pojawiają się problemy finansowe. Działające mobilizująco na dłużników BIG-i z pewnością mają tu znacząca rolę do odegrania – podkreśla.
Zgodnie z zasadami działania BIG-ów, osoba która spłaci cały dług, znika z rejestru. Na wykreślenie informacji wierzyciel ma do 14 dni, a BIG na uwzględnienie w systemie wprowadzonej zmiany ma do 7 dni. Jeśli któraś ze stron nie dokona koniecznego skreślenia, naraża się na sankcje karne i grzywnę do 30 tys. zł. Po wykreśleniu dłużnika, w BIG nie pozostaje żaden ślad wskazujący na to, że osoba ta czy firma miała wcześniej zaległość.
*Badanie rekonstruujące obraz moralności finansowej przeprowadziła firma Pactor w marcu 2018 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej 1000-osobowej próbie Polaków w wieku powyżej 18 lat, metodą CATI.
Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, będąca liderem rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce, zakończyła pierwsze półrocze 2018 r. skonsolidowanym zyskiem netto sięgającym 1,51 mln zł, a jej przychody z działalności operacyjnej wyniosły w tym okresie 21,3 mln zł. Spółka pracuje nad dalszym unowocześnieniem poprzez doinwestowanie obszaru IT oraz Business Intelligence, a także poprzez rozbudowę kadry zarządzającej o doświadczonych managerów.
Drugi kwartał oraz całe pierwsze półrocze 2018 r. było bardzo dobrym okresem dla Columbus Energy S.A., w którym kontynuowany był proces transformacji organizacji w kierunku nowoczesnej i skutecznej organizacji. Spółka intensywnie pracowała nad finalną zmianą finansowania abonamentowego jej klientów na elastyczne, tańsze i w 100% finansowane przez instytucje bankowe tak, aby jeszcze bardziej zwiększyć konkurencyjność swojego produktu na rynku instalacji domowych. Ważnym elementem rozwoju Emitenta jest rozszerzanie oferty finansowania montaży instalacji oraz wzrost ilości podmiotów finansowych współpracujących z Columbus Energy S.A., co pozytywnie wpływa na zwiększanie konwersji, a także ilości montowanych instalacji. Prowadzone działania rozwojowe zakończyły się sukcesem w postaci wprowadzenia z dniem 1 lipca 2018 r. nowej i komplementarnej oferty. Zarząd Spółki jest przekonany, że przyjęty kierunek jej rozwoju i podejmowane działania przełożą się na dalszy wzrost sprzedaży oraz wzrost rentowności.
„Na rynku fotowoltaiki domowej oprócz Columbus Energy nie ma organizacji o takim zasięgu terytorialnym, posiadającej tak wysoką kulturę organizacji i tak szeroką sieć sprzedaży. Zbudowaliśmy produkt, który dzisiaj jest komplementarny i daje wielki komfort klientowi indywidualnemu, który po roku użytkowania instalacji fotowoltaicznej może ją po prostu zwrócić. Zbadaliśmy satysfakcję dotychczasowych klientów i jesteśmy pewni, że mało kto będzie chciał taką instalację zwrócić. W sierpniu powinniśmy dojść do 600 zakontraktowanych klientów, montujemy już ponad 1MWp instalacji domowych miesięcznie i z kwartału na kwartał będzie się to sukcesywnie zwiększać. Cel, jaki chcemy osiągnąć, czyli 10.000 instalacji w jednym roku jest możliwy już w 2020 roku. Rynek jest ogromny, bo 1 milion domów chce mieć instalację fotowoltaiczną, więc lata pracy przed nami. Na szczęście odskoczyliśmy drobnej konkurencji zarówno jakością produktu, ofertą, skutecznością procesowania umowy, czy kosztem finansowania. Jeśli utrzymamy standardy wzrostu i będziemy dobrze zarządzać skalowaniem biznesu powinniśmy osiągnąć ten cel według planu.” – podkreśla Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.
Spółka liczy na wysokie zainteresowanie rynku ofertą związaną z termomodernizacją domów, bowiem planowane jest uruchomienie nowego programu „Czyste Powietrze”. Duży potencjał produktowy został także dostrzeżony w segmencie elektromobilności, czyli ładowarek do samochodów elektrycznych, które staną się naturalnym produktem w ofercie Columbus Energy S.A. dla klientów biznesowych jako komplementarny element pracujący z systemami fotowoltaicznymi.
Dla Emitenta duże znaczenie odgrywa rozwój elementów potrzebnych do dalszego skalowania biznesu, do których można zaliczyć przez wszystkim nowoczesne elementy zarządzania IT, Business Intelligence oraz Big Data. Te obszary funkcjonowania Spółki zostały w minionym kwartale bardzo mocno doinwestowane, dzięki czemu zarządzanie organizacją i procesami odbywa się już w sposób automatyczny oraz w oparciu o profesjonalne narzędzia managerskie. Kolejnym etapem będzie właśnie skalowanie biznesu Columbus Energy S.A., poprawa konwersji procesowania umów oraz analiza pierwszych doświadczeń w sektorze termomodernizacji i infrastruktury e-mobility.
„Columbus Energy wprowadzi w tym roku do oferty w segmencie MŚP ofertę na usługę dostarczenia, podłączenia i uruchomienia ładowarek do samochodów elektrycznych. Jest wielki potencjał w tej branży, tj. infrastruktury do ładowania elektryków, a proces montażu i przyłączenia do sieci elektroenergetycznej jest tożsamy z fotowoltaiką. Wydaje się naturalnym, że nasza organizacja zajmie się tym równolegle do fotowoltaiki. Liczymy na to, że już od 2019 roku będzie to znaczący element naszej działalności. Jeśli chodzi o nowoczesną organizację, jaką Columbus Energy się powoli staje, kluczowe znaczenie będzie mieć finalizacja informatyzacji procesów w firmie, jesteśmy po mapowaniu i informatyzowaniu wszystkich procesów, przyszedł czas na wdrożenie Business Intelligence i pozostanie nam analiza procesowa ton informacji, jakie zebraliśmy o właścicielach domów przez ostatnie lata. Tutaj na tle rynku jesteśmy bezkonkurencyjni i pewnie na długo tak pozostanie.” – zakończył Prezes Zieliński.
W lipcu br. Columbus Energy S.A. jako jedyna firma w Polsce wprowadziła nową ofertę, w ramach której nowi klienci po roku użytkowania instalacji fotowoltaicznej mogą ponownie zdecydować czy chcą z niej korzystać czy też chcą ją zwrócić firmie. Jest to przełomowa oferta na polskim rynku fotowoltaicznym, która ma pozwolić na dalsze umacnianie pozycji rynkowej Spółki. Emitent od lipca 2018 r. jako jedyna firma w kraju w ofercie standardowej montuje panele monokrystaliczne Full Black o mocy 300 Wp.
Doniesienia o planowanym spotkaniu USA-Chiny w temacie negocjacji handlowych wlały nieco otuchy w aktywa ryzykowne i przynoszą ulgę po wczorajszym pogromie w szczycie kryzysu finansowego Turcji. Ogólnie jednak długoterminowe pozycje inwestorów są kwestionowane, co utrudnia już i tak skomplikowany handel na wakacyjnych rynkach. Złoty jest w słabszej formie dodatkowo doświadczony świąteczną przerwą.
Równowaga rynkowa pozostaje zachwiana, choć informacje, że USA i Chiny planują spotkanie w temacie negocjacji handlowych pozwala na chwilę zapomnieć o spirali ucieczki od ryzyka pod szyldem tureckiego kryzysu finansowego. Delegacja chińska pod przewodnictwem wiceministra handlu Wanga spotka się z amerykańską grupą kierowaną przez Davida Malpassa, podsekretarza ds. Międzynarodowych w Departamencie Skarbu, informuje strona chińska. Nie jest to spotkanie urzędników najwyższych rangą, ale na nowo wzbudziło nadzieję, że rozmowy mogą być pierwszym krokiem w kierunku ostudzenia emocji wokół wojen handlowych między oboma krajami. Na ile to wystarczy, by uspokoić nastroje na rynkach? Pamiętajmy, że w żaden sposób nie wpływa to na spór dyplomatyczny Turcji z USA, gdzie żadna ze stron (czyt. przede wszystkim turecka) nie odpuszcza, więc o dalszą eskalację nie będzie trudno. Na razie jednak szybki kapitał spekulacyjny realizuje zyski po sprzedaży m.in. EUR, AUD, złota, czy ropy naftowej. Mimo to bazowy scenariusz wciąż jest pesymistyczny dla tych aktywów, aż do czasu przełomu.
Dodaj do skoku awersji do ryzyka lokalne święto i tak otrzymasz przepis na przecenę złotego. EUR/PLN wyskoczył wczoraj ponad 4,34, choć dziś pozytywne wibracje z rynków zewnętrznych pomagają w stabilizacji bliżej 4,31. Poza tym, że rynek był płytszy pod nieobecność traderów z polskich banków, nic poważniejszego się ze złotym nie dzieje. Nie zmienia to faktu, że otoczenie zewnętrzne nie sprzyja aprecjacji polskiej waluty. Jeśli nic paskudnego nie wyskoczy (np. Turcja), nie powinniśmy powtórzyć 4,34, ale 4,30 to mimo wszystko poziom psychologiczny, który będzie hamował spadki.
Posiedzenie Norges Banku powinno przebiegać pod znakiem przygotowania rynków pod wrześniową podwyżkę stóp procentowych. Jest to posiedzenie bez nowych prognoz, które raczej przyniesie krótką analizę ostatnich danych. Silny skok inflacji w lipcu bez wątpienia wspiera jastrzębie plany banku, podczas gdy wycena NOK 1 proc. poniżej prognozy NB także nie wymusza ostrożnego tonu. NOK ma potencjał do pokazania siły w średnim terminie, choć teraz cierpi przez zewnętrzną awersję do ryzyka.
Dla funta jest mało prawdopodobne, aby dane makro wybiły się ponad obawy związane z Brexitem i generalny pesymizm inwestorów wobec waluty. Dobry odczyt sprzedaży detalicznej może przynieść funtowi przejściową ulgę, ale obawy o Brexit są dla waluty teraz ważniejsze. Podbicia kursu GBP raczej szybko znajda amatorów odnowienia krótkich pozycji. Po południu inflacja bazowa z Polski jest neutralna dla złotego. Z USA mamy interesującą serię danych o aktywności, z rynku pracy i budownictwa mieszkaniowego – są te jednak dane drugorzędne, które i tak nie zmienia rynkowego przekonania, że Fed we wrześniu podniesie stopy procentowe. Dolar pozostaje przede wszystkim barometrem nastrojów i kierunkiem ucieczki.
Po publikacji ostatecznej inflacji CPI za lipiec szacujemy, że krajowa inflacja bazowa po wyłączeniu cen żywności i energii, ustabilizowała się na poziomie 0,6% r/r. W kierunku jej spadku działały ceny ubezpieczeń, natomiast podnosiły ją ceny w kategorii rekreacja i kultura.
Wzrost gospodarczy w Niemczech w 2q18 był słabszy od oczekiwań, chociaż kwartalna dynamika nieznacznie przyspieszyła względem 1q18 (z 0,4% k/k do 0,5% k/k). Motorem wzrostu był popyt wewnętrzny (zarówno konsumpcja, jak i inwestycje). Pozytywnie zaskoczył odczyt PKB w strefie euro. Dynamikę w 2q zrewidowano do 0,4% k/k z 0,3% wg wstępnego szacunku. W EŚiW wzrost przyspieszył na Węgrzech (4,6% r/r) i Słowacji (4,1% r/r), większe niż oczekiwano osłabienie dynamiki PKB odnotowano zaś w Czechach (2,3% r/r). Spośród państw UE, dla których dostępne są już dane o PKB za 2q, Polska odnotowała w minionym kwartale najszybszy wzrost gospodarczy (r/r, sa).
Eryk Łon powtórzył, że scenariusz utrzymywania stóp procentowych na bieżącym poziomie jest na razie scenariuszem bazowym, chociaż przyznał też, że rozważa złożenie w tym roku wniosku o ich obniżkę.
Niemiecki urząd statystyczny nie zrewidował lipcowych danych inflacyjnych (CPI: 2,0% r/r, HICP: 2,1% r/r). Szczegóły odczytu pokazały osłabienie dynamiki cen żywności, niewielki wzrost inflacji usług i stabilną inflację bazową.
Analitycy Haitong Bank przeprowadzili coroczną analizę kondycji polskiego sektora detalicznego. Nastroje na tym rynku są nieco mniej optymistyczne niż rok temu, głównie z powodu niepewności związanej z konsekwencjami wprowadzonego zakazu handlu w niedzielę. Jednak większość uczestników rynku oczekuje, że zakaz będzie miał ograniczony wpływ na ogólny wzrost sektora. Powinien jednak doprowadzić do pewnych przetasowań w strukturze rynku, ponieważ handel internetowy, punkty usługowe i małe sklepy prawdopodobnie odbiorą kawałek tortu dużym super- i hipermarketom. Według szacunków Haitong Bank w tym roku zakaz handlu w niedzielę spowoduje przyspieszenie penetracji e-commerce w Polsce o 0,5 proc., w 2019 r. o 0,9 proc., a począwszy od 2020 r. nawet o 1,2 proc.
Przedstawiciele sektora detalicznego w Polsce nieco mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku niż 12 miesięcy temu. Minął wówczas rok od wprowadzenia Programu 500+ i wciąż była nadzieja, że rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie zakazu handlu w niedziele. Uczestnicy rynku uważają jednak, że sytuacja makroekonomiczna jest dosyć korzystna. Rekordowo niskie bezrobocie oraz dynamiczny wzrost płac sprawiają, że nastroje konsumentów są najlepsze od dekad i korzystnie wpływają na dalszy wzrost sprzedaży detalicznej. Wzrost cen żywności nieco spowolnił po osiągnieciu niezwykle wysokiego poziomu w drugiej połowie ubiegłego roku. Z kolei sprzedaż detaliczna żywności pozostaje na ścieżce ciągłego wzrostu, który w czerwcu sięgnął około 3,1 proc.
– Wzrost płac, który rok temu był jednym z głównych obaw branży handlowej, nadal sprawia, że bardzo trudno jest pozyskać i utrzymać pracowników. A spowolnienia go raczej nie należy się spodziewać w kolejnych kwartałach – mówi Krzysztof Kawa, Analityk, Haitong Bank. – W 2016 i 2017 r. branża boleśnie odczuwała wyższy niż średni krajowy wzrost płac, który wpływa bezpośrednio na koszty operacyjne oraz decyduje o poziomie przychodów i dochodów pozostających do dyspozycji firm. Jednak w pierwszej połowie bieżącego roku średni wzrost płac w handlu ponownie się zrównał z poziomem ogólnokrajowym (7,0 proc.), co powinno pomóc spółkom detalicznym w pozyskiwaniu nowych pracowników i zarządzaniu obecnymi – dodaje.
Wolniejsze tempo ekspansji powierzchni handlowej w dyskontach i supermarketach
Dla niektórych uczestników rynku pozytywnym akcentem jest fakt, że ekspansja przestrzeni sklepowej jest stosunkowo ograniczona, biorąc pod uwagę skalę popytu. Analiza Haitong Bank dotycząca ewolucji powierzchni sprzedażowej wiodących dyskontów (Biedronka, Lidl, Netto i Aldi) oraz hipermarketów (Tesco, Auchan, Carrefour i Kaufland) potwierdza ten trend. Według szacunków analityków ekspansja w latach 2016-2017 wynosiła średnio zaledwie 2,3 proc. (1,5 proc. nie licząc Biedronki), podczas gdy w latach 2010-2015 było to 6,4 proc. (3,9 proc. nie licząc Biedronki). W ubiegłym roku te sieci odpowiadały za 41 proc. sprzedaży spożywczej, a z uwzględnieniem tylko nowoczesnych formatów udział ten sięga niemal 70 proc.
Tradycyjne i specjalistyczne sklepy wciąż stanowią około 40 proc. rynku spożywczego w Polsce. Jednak analitycy uważają, że ich powierzchnia sprzedażowa się kurczy na rzecz nowoczesnych sklepów i w związku z tym, ogólny wzrost powierzchni sprzedażowej powinien być niższy niż w przypadku wiodących dyskontów i hipermarketów. – To pozytywny znak dla branży, ponieważ zwiększenie sprzedaży w sklepach już otwartych zazwyczaj przynosi wyższe zwroty niż dodawanie nowej powierzchni. Wszystkie sieci dyskontów i niektórzy operatorzy hipermarketów uruchamiają nowe formaty sklepowe i modernizują programy w celu poprawy swojej oferty handlowej. W związku z tym ogólne wydatki kapitałowe wiodących sieci powinny utrzymać się na dosyć wysokim poziomie – mówi Krzysztof Kawa.
Boom na promocje
Niektórzy gracze rynkowi wskazują na intensywny wzrost akcji promocyjnych od czasu wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Liderami rywalizacji promocyjnej są Biedronka i Lidl, które uruchomiły wiele kampanii, próbując przechwycić jak najwięcej ze sprzedaży utraconej w „zakazane” niedziele. Według danych Kantar suma wydatków reklamowych pięciu graczy o największym budżecie (Lidl, Biedronka, Kaufland, Carrefour i Tesco) wzrosły w pierwszym kwartale o 20 proc. r/r, podczas gdy sprzedaż detaliczna wzrosła w tym okresie o 9 proc. Co wskazuje na zaostrzenie walki konkurencyjnej.
Z drugiej strony analiza ewolucji luki pomiędzy zmianą cen towarów i usług (CPI) w sektorze spożywczym, a zmianą cen produkcji (PPI) żywności wskazuje na złagodzenie aktywności konkurencyjnej w porównaniu z rokiem 2017. Analitycy szacują wzrost cen żywności w czerwcu na poziomie 3,0 proc. oraz przewidują spowolnienia we wzroście cen produkcji żywności. To powinno pozwolić sieciom spożywczym nadal korzystać z niewielkiego wzrostu marż brutto z uwagi na opóźnienia w przeniesieniu niższych kosztów produkcji na ceny sprzedaży. Zdaniem analityków, nie byłoby to możliwe, gdyby konkurencja była ostrzejsza.
Sklepy internetowe zyskają na zakazie handlu w niedzielę
W ubiegłym roku udział e-commerce w polskim rynku spożywczym sięgnął 0,9 proc., znacznie poniżej średniej Europy Zachodniej, która według danych Kantar wynosi 5,6 proc. Najbardziej popularną platformę online prowadzi Carrefour, a rynek jest zdominowany przez graczy omnichannel z hipermarketowymi korzeniami. Wyjątkami są Piotr i Paweł oraz specjalistyczne platformy frisco.pl i bdsklep.pl. – Dyskonty nie weszły jeszcze na ten rynek. Zakaz handlu w niedzielę może z powodzeniem przyspieszyć penetrację e-commerce w Polsce, w tym w segmencie dóbr szybko zbywalnych, ponieważ część konsumentów może zdecydować się na przeniesienie swoich niedzielnych zakupów z tradycyjnych sklepów do sieci. Szacujemy, że sam zakaz handlu może zwiększyć udział rynkowy e-commerce w Polsce w latach 2018-2020 odpowiednio o 0,5, 0,9 i 1,2 proc. – zaznacza Krzysztof Kawa.
Niepewność wokół kwestii prawnych
Jeżeli chodzi o kwestie prawne, najważniejszym tematem pozostaje niedawno wprowadzony zakaz handlu w niedzielę, który znacząco zmienia codzienną działalność firm. Natomiast pełne konsekwencje dla sprzedaży i kosztów pozostają niepewne. Filipe Rosa, Szef Działu Analiz, Analityk sektora detalicznego Haitong Bank w Portugalii, zauważa, że większość uczestników polskiego rynku nie oczekuje, by wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę miało istotny wpływ na ogólny wzrost rynku, ale uważają, że będą w tym zwycięzcy i przegrani. Niektórzy z nich uważają, że najbardziej poszkodowane będą super- i hipermarkety z powodu ich ponadprzeciętnego udziału w niedzielnym handlu. Wśród zwycięzców większość uczestników rynku wskazuje na punkty usługowe i sklepy internetowe – które zgodnie z prawem mogą być otwarte w niedzielę – oraz dyskonty, które dzięki swojej skali i rentowności przejmą nieproporcjonalnie duży udział sprzedaży przeniesionej z niedzieli na inne dni tygodnia.
Nie ma zgody co do tego, jakie będą konsekwencje dla tradycyjnego handlu. Niektórzy obserwatorzy uważają, że część tradycyjnych sklepów nie zdecyduje się na otwieranie w niedzielę, a nawet, że mogą one paść ofiarą intensywnych działań promocyjnych podejmowanych przez dyskonty. Inni spodziewają się, że tradycyjne sklepy będą się starały wykorzystać przewagę, jaką daje im prawo do handlowania w niedzielę i w związku z tym będą w stanie odzyskać część sprzedaży utraconej na rzecz nowoczesnych formatów handlowych. Z kolei wiodące sieci dyskontów – sklepy których i tak są bardzo zatłoczone – mogą mieć problemy z obsługą wzmożonego ruchu w piątkowe i sobotnie godziny szczytu. To może skutkować pewną frustracją klientów i spowodować transfer części z nich do innych sąsiadujących placówek.
Również podatek od handlu pozostaje kwestią otwartą. Polski rząd nadal czeka na wynik apelacji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wobec decyzji Komisji Europejskiej, która nakazała zawieszenie podatku w trzy tygodnie po jego wprowadzeniu we wrześniu 2016 r. Analitycy Haitong Bank spodziewają się, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości potwierdzi decyzję podjętą przez Komisję, w związku z czym polski rząd może nie mieć alternatywy i porzuci progresywny model podatku na rzecz opłaty zryczałtowanej.
Konsolidacja powinna trwać
W branży handlowej panuje powszechna zgoda, co do tego, że konsolidacja utrzyma się w sektorze spożywczym, który wciąż jest bardzo rozdrobniony. Filipe Rosa zwraca uwagę, że skala staje się coraz ważniejsza, biorąc pod uwagę, że trzech najważniejszych graczy, czyli Biedronka, Lidl i Kaufland, cały czas rosną w siłę. Głównymi kandydatami do przejęcia wydają się lokalne sieci supermarketów z kilkoma wyjątkami (np. Dino). Ich rentowność jest dosyć niska i brakuje im skali oraz pozycji rynkowej, która umożliwiałaby konkurowanie z dyskontami i wiodącymi sieciami supermarketów. Niektórzy uczestnicy rynku sygnalizują, że potrzebna jest również dalsza konsolidacja w segmencie hipermarketów, dlatego że tracą one udział w rynku i nie ma na nim miejsca dla tak wielu graczy.
Konsolidacja w tradycyjnym handlu także powinna być kontynuowana w wolniejszym tempie. Eurocash podkreślał kilkakrotnie, że wielu spośród jego franczyzobiorców osiąga wiek emerytalny i prawdopodobnie przekażą biznes potomkom. Jednak drugie pokolenie nie zawsze chce przejąć rodzinny interes, wybierając własną ścieżkę kariery. Sprzedaż firmy innym graczom rynkowym wydaje się być zatem jedyną drogą do wycofania się z biznesu. Analitycy Haitong Bank zakładają, że trend ten będzie się utrzymywał i oczekują, że mogą pojawić się informacje o niewielkich akwizycjach w segmencie franczyzowym. Oczekują również, że Eurocash będzie jednym z nabywców pierwszego wyboru i będzie działał, jako konsolidator rynku przy tego typu transakcjach dzięki swoim relacjom ze sklepami tradycyjnymi.
Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Najwyższa Izba Kontroli zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Negatywny wpływ na ochronę kredytobiorców miały także konieczność eliminowania niewłaściwych praktyk banków w drodze długotrwałych postępowań sądowych oraz niedookreślone kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego. Wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.
Problem objęty badaniem kontrolnym
W latach 2005-2010 banki masowo udzielały kredytów mieszkaniowych indeksowanych do walut obcych i denominowanych w walutach obcych (typy kredytów i warunki ich obsługi przedstawia grafika). Popularność tych kredytów miał szereg przyczyn. Do najważniejszych z nich należały znacznie niższe oprocentowanie tych kredytów od oprocentowania kredytów złotowych, umocnienie złotego i oczekiwania na dalszą aprecjację polskiej waluty oraz boom na rynku nieruchomości, wynikający m.in. ze wzrostu zamożności społeczeństwa i znacznej skali niezaspokojonych potrzeb mieszkaniowych.
Zawartych zostało blisko milion umów kredytów objętych ryzykiem walutowym. Ich wartość w szczytowym okresie (w 2011 r.) sięgnęła niemal 200 mld zł. Od tego czasu poziom zadłużenia wyrażony w walutach, z którymi te kredyty są powiązane systematycznie spadał. Było to wynikiem spłat kredytów, ale także ich przewalutowań i sprzedaży poza sektor bankowy. Wartość kredytów wyrażona w złotych była zmienna, na co wpływ miały wahania kursu złotego do walut, w których kredyty te były denominowane lub do której jest indeksowany.
Wahania te odbijały się na wysokości raty. W okresach osłabienia złotego wyraźnie wzrastała liczba kredytów, których wartość przekraczała wartość rynkową mieszkań stanowiących zabezpieczenie kredytu, co uniemożliwiało kredytobiorcom uwolnienie się od zadłużenia w wyniku sprzedaży kredytowanej nieruchomości.
Przy udzielaniu kredytów miały miejsce niewłaściwe praktyki banków, w tym zawieranie w umowach kredytowych niedozwolonych postanowień umownych, pozwalających na jednostronne kształtowanie przez banki, na niejasnych zasadach, wysokości oprocentowania lub kursów, po jakich przeliczane były udzielane kredyty lub spłacane raty. Klauzulami abuzywnymi były także postanowienia przewidujące obowiązkowe ubezpieczenie niskiego wkładu własnego kredytobiorcy, na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu. Stwierdził to w wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Żaden z organów państwowych dotychczas nie ustalił jednak miarodajnie skali tych praktyk. Przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny zostać szybko wyeliminowane.
Cel główny kontroli
Celem kontroli było uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy państwo skutecznie chroniło konsumentów przed nieuczciwymi praktykami banków udzielających kredytów objętych ryzykiem walutowym?
Na państwowy system ochrony praw konsumentów składają się działania władzy ustawodawczej (rozwiązywanie systemowych problemów ochrony konsumentów w drodze działań legislacyjnych), władzy wykonawczej (podejmowanie interwencji przez organy administracji publicznej na podstawie i w granicach prawa, przy dobieraniu metod interwencji do rodzaju problemu i możliwości skutecznego jego rozwiązania) oraz władzy sądowniczej (rozpatrywanie roszczeń konsumentów w ich indywidualnych sporach z przedsiębiorcami przy wsparciu eksperckim organów administracji). System ten wspierany jest przez podmioty prywatnoprawne i organizacje pozarządowe, które za cel przyjęły ochronę konsumentów. Warunkiem efektywnej ochrony interesów konsumentów jest sprawne i skuteczne działanie każdego z elementów tego systemu.
Z uwagi na ustawowe uprawnienia kontrolne NIK, kontrola mogła być ograniczona wyłącznie do badania działań podmiotów administracji publicznej, którym przyznano obowiązki i uprawnienia w zakresie ochrony konsumentów. Należały do nich Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Komisja Nadzoru Finansowego i Rzecznik Finansowy. Ponadto w trzech urzędach miast zbadane zostały działania trzech miejski rzeczników konsumentów (w Warszawie, Krakowie i Olsztynie).
Ocena
Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach, na które przypadła zasadnicza aktywność banków w udzielaniu tych kredytów, tj. 2005-2013. Skontrolowane podmioty administracji publicznej nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno lub w nieodpowiednim stopniu przeciwdziałały zagrożeniom, wynikającym z charakteru tych kredytów oraz z nieuczciwych praktyk banków. Słabość systemu ochrony konsumentów była jednym z czynników, który umożliwił wzrost wolumenu kredytów do skali, przy której obecnie wyeliminowanie ryzyk z nimi związanych wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli.
Zdaniem NIK, przyczyną nieskuteczności systemu był brak lub niska aktywność organów administracji publicznej zobowiązanych do ochrony konsumentów, niewyposażenie ich w skuteczne narzędzia działania oraz konstrukcja modelu ochrony, wymagająca wchodzenia na długotrwałą ścieżkę sądową w celu stwierdzenia występowania klauzul niedozwolonych. W efekcie, nawet jeśli zostały zidentyfikowane niewłaściwe praktyki banków, to ich eliminowanie było procesem długotrwałym. Wynikiem działań było natomiast doprowadzenie do zaprzestania stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów.
W kwietniu 2016 r. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uzyskał nowe uprawnienia, pozwalające na bardziej efektywną niż dotychczas ochronę konsumentów, z wykorzystaniem ścieżki administracyjnej zamiast sądowej. Wzrosła wówczas aktywność UOKiK w zakresie weryfikacji prawidłowości praktyk stosowanych przez banki i wspierania kredytobiorców w sporach z bankami. Prezes UOKiK nie wykorzystał jednak wszystkich możliwości wsparcia kredytobiorców.
Powołanie w październiku 2015 r. Rzecznika Finansowego przyczyniło się do wyeliminowana istotnej luki w systemie ochrony, wynikającej z braku wyspecjalizowanego podmiotu oferującego pomoc w sprawach indywidualnych na rynku bankowym. Rzecznik podjął aktywne działania informacyjne i wspierające kredytobiorców w dochodzeniu ich praw. Niemniej skuteczność bezpośrednich interwencji Rzecznika w bankach oraz prowadzonych przez niego postępowań pozasądowych była ograniczona z uwagi na postawę banków. Natomiast ocena skuteczności przedstawianych przez Rzecznika i Prezesa UOKiK sądom oświadczeń zawierających istotne dla sprawy poglądy była w trakcie kontroli niemożliwa, ze względu na brak informacji zwrotnej z sądów i od konsumentów o wpływie tych stanowisk na treść prawomocnych wyroków.
Zdaniem NIK, negatywny wpływ na skuteczność ochrony konsumentów miały niedookreślone kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego w dziedzinie ochrony interesów uczestników rynku finansowego. Ustawa o nadzorze finansowym nałożyła na Komisję zadania w tym zakresie, ale nie wyposażyła w skuteczne narzędzia do realizacji tych zadań. Przeciwnie, zgodnie z art. 138 ust. 7 ustawy Prawo bankowe, środki podejmowane w ramach nadzoru bankowego nie mogły naruszać umów zawartych przez banki. Z tego względu, mimo że UKNF najszybciej zidentyfikował zagrożenia wynikające z kredytów objętych ryzykiem walutowym, to działania KNF były ostrożne i ograniczone. Miały w szczególności charakter niewiążących wytycznych, stopniowo zaostrzanych, i nie odnosiły się do umów już zawartych. W efekcie były niewystarczające, żeby na wczesnym etapie wyeliminować nieprawidłowości w działaniach banków, szczególnie w okresie najintensywniejszego udzielania tych kredytów w 2008 r. Co więcej, KNF w Rekomendacji S z 2008 r. podtrzymała zapisy z wcześniejszej Rekomendacji KNB z 2006 r., zalecające bankom przedstawianie kredytobiorcom symulacji wysokości rat kredytu przy złożeniu osłabieniu złotego w stosunku do waluty kredytu o 20%. Nie oddawało to rzetelnie skali ryzyka walutowego, jakim były obarczone kredyty zaciągane na okresy wieloletnie, niekiedy przekraczające 30 lat.
Miejscy i powiatowi rzecznicy konsumentów pełnili pomocną rolę jako reprezentanci grup kredytobiorców w postępowaniach, w których dochodzili roszczeń od banków na podstawie pozwów zbiorowych. Ta forma dochodzenia roszczeń nie była jednak efektywna z uwagi na długotrwałość postępowań.
Rzecznicy świadczyli także pomoc w sprawach indywidualnych, jednak, zdaniem NIK, nie we wszystkich przypadkach wywiązywali się z tego zadania rzetelnie. Wynikało m.in. ze skomplikowanego charakteru spraw i braku dostępu rzeczników do niezawodnego źródła informacji, które pozwoliłoby wesprzeć ich w kompetentnym udzielaniu porad. Rzecznicy udzielający konsumentom pomocy pomijali w szczególności istotne informacje o ryzyku przedawnienia roszczeń lub o niedozwolonych postanowieniach, występujących w umowach. Unikali także występowania na rzecz kredytobiorców z powództwem do sądu.
W efekcie wymienionych słabości systemu ochrony konsumentów banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców. Zdaniem NIK, państwo nadal nie wspiera dostatecznie kredytobiorców w dochodzeniu ich praw. Problem ten powinien zostać rozwiązany w drodze ustawowej.
Wnioski
Biorąc pod uwagę, że do powstania problemów związanych z kredytami objętymi ryzykiem walutowym przyczyniła się w szczególności nieskuteczność systemu ochrony konsumentów na rynku finansowym NIK formułuje następujące wnioski o zmianę przepisów prawa (de lege ferenda) i możliwe do zrealizowania w ramach obowiązujących przepisów (de lege lata).
Wnioski de lege ferenda
Wnioski w sprawie ograniczenia skutków niewłaściwych praktyk banków i ryzyk nałożonych na konsumentów:
ustawowe wyeliminowanie skutków pobierania przez banki od konsumentów korzystających z mieszkaniowych kredytów objętych ryzykiem walutowym nienależnych świadczeń z tytułu stosowania w umowach klauzul abuzywnych (po rozstrzygnięciu przez Sąd Najwyższy rozbieżności dotyczących zakresu i skutków abuzywności występujących w umowach),
wyeliminowanie lub ograniczenie zagrożeń, wynikających z ekspozycji obywateli na ryzyko walutowe, z uwzględnieniem podziału tego ryzyka między banki i kredytobiorców
Wnioski w celu wzmocnienia ochrony konsumentów:
doprecyzowanie zadań i uprawnień Komisji Nadzoru Finansowego w zakresie ochrony uczestników rynku finansowego bądź taka redefinicja celów, by mogły być one skutecznie realizowane przy obecnych uprawnieniach,
wprowadzenie osobistej odpowiedzialności zarządzających instytucjami finansowymi za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów,
ukształtowanie zasad postępowania cywilnego i mechanizmów ułatwiających konsumentom dochodzenie roszczeń,
wprowadzenie usprawnień w dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym,
wprowadzenie usprawnień i udogodnień dla konsumentów w postępowaniu upadłościowym.
Wnioski de lege lata
Zdaniem NIK, w przypadku, gdy wnioski de lege ferenda przedstawione w pkt I nie zostaną uwzględnione i kwestie związane z kredytami objętymi ryzykiem walutowym nie zostaną rozwiązane w drodze ustawowej, instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów powinny intensywnie wspierać konsumentów w dochodzeniu ich praw. Instytucje te powinny wypracować spójny standard informacyjny, tak żeby każdy kredytobiorca mógł od każdej z nich uzyskać wyczerpujące i klarowne wskazówki, w jaki sposób może dochodzić swoich praw oraz by był pokierowany do instytucji publicznej, która pomoże mu w identyfikacji ewentualnych nieprawidłowości w jego umowie kredytowej. Należy przy tym zwrócić uwagę, że organy ochrony konsumentów nie wyczerpały dotychczas możliwości zbiorowego wsparcia konsumentów.
Do wsparcia konsumentów zasadne jest także wykorzystanie potencjału organizacji pozarządowych, w tym w zakresie świadczenia pomocy prawnej w dochodzeniu roszczeń. Niezbędne jest jednak zapewnienie tym organizacjom adekwatnego finansowania, gdyż nie mogą one pozyskiwać środków do przedsiębiorców by nie dopuścić do powstania konfliktu interesów.
Ponadto, zdaniem NIK, w celu zwiększenia skuteczności ochrony konsumentów przez skontrolowane jednostki niezbędne jest:
rozwijanie proaktywnego podejścia, w ramach którego podmioty te zintensyfikują monitoring rynku i wykazywać będą inicjatywę w podejmowaniu działań z urzędu w celu eliminowania niewłaściwych praktyk rynkowych w zakresie, w jakim mają kompetencje,
stworzenie stałych i skutecznych ram wymiany informacji, które pozwolą na przekazywanie na wczesnym etapie sygnałów o ryzykach naruszeń interesów konsumentów do instytucji, która posiada najbardziej odpowiednie instrumenty, żeby przeciwdziałać tym naruszeniom,
identyfikacja najbardziej efektywnych sposobów podnoszenia poziomu edukacji finansowej i konsumenckiej społeczeństwa i ich wykorzystanie w praktyce,
systematyczna identyfikacja i eliminowanie przyczyn długotrwałości postępowań w sprawach konsumenckich.
Przedmiotem monitoringu ze strony właściwych organów i w razie potrzeby podjęcia właściwej interwencji publicznej powinny być także kwestie:
działania podmiotów komercyjnych (kancelarii prawnych, odszkodowawczych) oferujących konsumentom wsparcie w dochodzeniu roszczeń od instytucji finansowych pod kątem przestrzegania przez nie praw konsumentów,
likwidacji stawek LIBOR i wpływu tego zdarzenia na bezpieczeństwo i warunki obrotu gospodarczego, w tym na sytuację konsumentów.
Ponadto NIK w wystąpieniach pokontrolnych, skierowanych do kierowników poszczególnych jednostek kontrolowanych, sformułowała 14 wniosków w celu usunięcia nieprawidłowości stwierdzonych w trakcie kontroli.
Kredyty oferowane w formie kredytów indeksowanych do walut obcych, denominowanych w walutach obcych oraz klasycznych kredytów walutowych różniły się walutami, na jakie opiewał kredyt, określonymi w umowie i w jakiej był wypłacany, oraz walutami, w jakich ustalany był harmonogram spłaty i w jakich dokonywana była spłata.Kwota kredytu indeksowana do walut obcych była ustalana i wypłacana w złotych, natomiast harmonogram spłat był ustalany w walucie obcej zazwyczaj po kursie kupna ustalanym przez bank. Spłata dokonywana była w złotych. Bank przeliczał ją na walutę określoną w harmonogramie zazwyczaj po kursie sprzedaży ustalanym przez bank. Pozwalało to uzyskać bankowi korzyść w postaci spreadu, czyli różnicy między oboma kursami, po jakich następowały przeliczenia przy wypłacie i spłacie kredytu. W niektórych bankach spready zbliżały się do 10%, choć operacje przeliczeniowe odbywały się w pełni w formie bezgotówkowej. Nie wiązały się one zatem z przepływem gotówki w walutach obcych, co wiązałoby się z ponoszeniem przez banki kosztów transportu, zabezpieczenia i przechowywania środków pieniężnych.
Kredyt denominowany w walucie obcej różnił się od kredytu indeksowanego tym, że jego wysokość już w umowie została wyrażona w walucie obcej. Wypłata kredytu następowała w złotych, przeliczonych po kursie kupna banku. Harmonogram spłat zaś tak, jak w przypadku kredytu indeksowanego, był wyrażany w walucie obcej i spłacany w złotych, po kursie sprzedaży ustalanym przez bank.
W klasycznym kredycie walutowym i złotowym nie stosowano przeliczeń. Na wszystkich etapach, tj. w umowie, przy wypłacie, w harmonogramie i przy spłacie operowano tą samą walutą obcą lub złotym.
W dniu 26 sierpnia 2011 r. weszła w życie tzw. ustawa antyspreadowa, na mocy której kredytobiorca korzystający z umowy o kredyt denominowany lub indeksowany do waluty innej niż waluta polska, mógł dokonywać spłaty rat kapitałowo-odsetkowych oraz dokonać przedterminowej spłaty pełnej lub częściowej kwoty kredytu bezpośrednio w tej walucie. Pozwoliło to na pozyskiwane środków walutowych do spłaty kredytu poza bankiem, dzięki czemu kredytobiorca nie musiał bankowi płacić spreadu w pełnej wysokości (jego część zapłacił przy wypłacie kredytu). W warunkach wolnej konkurencji rolę dostarczających waluty obce do spłaty rat kredytu przejęły kantory internetowe, które zaoferowały spready znacznie niższe niż banki, choć ustalają także opłaty związane z transferem środków na rachunki bankowe.
Dostęp do wyników badań, zaplanowanych wizyt, historii leczenia i wystawionych zwolnień lekarskich, zgromadzonych w jednym miejscu, zapewni Internetowe Konto Pacjenta. Platforma ma zacząć działać w przyszłym roku. Ustawa wprowadzająca IKP umożliwi również wystawianie recept pielęgniarkom i położnym.
– Internetowe konto pacjenta to rozwiązanie, które gromadzi wszystkie dokumenty dotyczące zdrowia, takie jak recepty, zwolnienia i wyniki badań. Pacjent przechowuje swoją dokumentację medyczną w jednym miejscu i może ją udostępnić np. lekarzowi podczas konsultacji. Osobie starszej, która ma problemy z pamięcią rodzina może przypomnieć o niezrealizowanej recepcie, czy zbliżającym się terminie badań kontrolnych. To jest ważne, bo wreszcie pozwala lekarzowi całościowo spojrzeć na przebieg terapii, sprawdzić jakie leki pacjent miał wypisywane wcześniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.
Internetowe Konto Pacjenta będzie bezpłatną aplikacją internetową, która umożliwi pacjentom wgląd we wszystkie dane medyczne online, w tym wyniki badań, zaplanowane wizyty, historię leczenia i wystawione zwolnienia lekarskie. IKP ma – według zapowiedzi ministra Szumowskiego – wystartować w przyszłym roku. W lipcu br. ustawa o systemie informacji w ochronie zdrowia , która przewiduje wprowadzenie Internetowego Konta Pacjenta, została przyjęta przez Sejm i Senat.
Dostęp do IKP będzie możliwy za pośrednictwem Profilu Zaufanego, co zagwarantuje bezpieczeństwo logowania i wszystkich zgromadzonych w systemie danych. W przyszłości dostęp do konta ma być możliwy również za pośrednictwem tzw. „węzła krajowego”, który umożliwi integrację z ok. 10-milionową grupą klientów bankowości elektronicznej.
Konto pacjenta będzie także zawierać informację o wysokości składki zdrowotnej przekazanej przez ZUS i KRUS wartości świadczeń (np. leczenia, leków czy rehabilitacji) dotychczas udzielonych pacjentowi ze środków publicznych. Ma to pozwolić na wzrost świadomości społecznej w zakresie ekonomiki funkcjonowania publicznej służby zdrowia, na którą nakłady w 2019 roku przekroczą już 100 mld zł , podaje resort zdrowia.
Ustawa wprowadzająca Internetowe Konto Pacjenta umożliwi również wystawianie recept pielęgniarkom i położnym – nie tylko po osobistym badaniu pacjenta, ale również online.
Jak na razie, od maja pierwsze e-recepty są wystawiane przez lekarzy w Siedlcach i Skierniewicach – na razie w ramach pilotażu, ale od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce.
– W tej chwili wypisano już około 3700 recept. Były obawy czy osoby starsze będą te recepty realizować, bo większość recept jest wypisanawłaśnie dla osób starszych. To pokazuje, że one nie mają problemu z wykluczeniem cyfrowym,chętnie je realizują. Przypomnę, że jest taka opcja aby sobie tę receptę wydrukować, jeśli ktoś chce. Z drugiej strony – farmaceuta w aptece dokładnie wie co zostało przepisane – mówi minister Łukasz Szumowski.
Jak podkreśla, e-recepty są ułatwieniem dla lekarzy i poprawiają bezpieczeństwo pacjentów, ponieważ system automatycznie sprawdza, czy np. pacjentowi nie przepisano leków, które mogą wchodzić w niebezpieczne dla zdrowia interakcje z innymi przyjmowanymi preparatami. W tej formie nie będzie też możliwości fałszowania recept, a NFZ będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Dzięki e-receptom zniknąć mają także kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty.
– To wpływana bezpieczeństwo pacjenta. Recepta która będzie się znajdowała w internetowym koncie pacjenta pokazuje, że są pewne leki wypisywane przez różnych specjalistów, które ze sobą niekorzystnie oddziałują. Przy papierowej recepcie tego nie wiemy, nie mamy możliwości wglądu w to, jakie leki pacjent dostawał od innych specjalistów – mówi minister Łukasz Szumowski.
Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju stawia sobie za cel rozpędzenie rynku partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Pomóc ma w tym nowa ustawa, kilka dni temu podpisana przez prezydenta, program pakietowania projektów PPP zaproponowany wspólnie z Polskim Funduszem Rozwoju oraz inne formy wsparcia dla samorządów. Celem jest m.in. podpisanie stu nowych umów do 2020 roku. Dziś jest ich prawie sto czterdzieści.
– Liczba zawartych umów jest niezadowalająca, ale mówienie, że takie umowy w Polsce są marginalne nie jest prawdą. Do dziś zostało podpisanych sto czterdzieści umów w zakresie rozwoju PPP, z czego funkcjonuje nieco ponad sto dwadzieścia. Pierwsza ustawa o PPP jest z 2005 roku, ale w oparciu o nią nie została zawarta żadna umowa, a aktualnie obowiązujące przepisy są z przełomu 2008 i 2009 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. – Nasze cele jednak zakładają wzrost lawinowy. Do końca roku 2020 chcemy, żeby tych partnerstw funkcjonujących było ponad dwieście.
Jak podkreśla, od 2,5 roku, czyli od momentu, kiedy MIiR stał się odpowiedzialny za rozwój PPP w Polsce, już widać spory wzrost. Wówczas funkcjonowało ok. stu umów. Na koniec 2017 roku instytucje publiczne realizowały sto siedemnaście inwestycji w takiej formule, a ich wartość wynosiła 5,6 mld zł. Wiele kolejnych jest procedowanych. Osiągnięcie liczby dwustu projektów do 2020 roku to jeden z kilku celów w przyjętej w lipcu 2017 roku rządowej strategii w tym zakresie.
– Drugim celem jest uruchomienie przynajmniej dziesięciu postępowań w zakresie PPP, gdzie stroną publiczną będzie rządowa. Trzeci cel to zwiększenie efektywności prowadzenia negocjacji w zakresie wyłonienia partnera prywatnego. W chwili obecnej jedynie 25 proc. zainicjowanych postępowań kończy się sukcesem, czyli podpisaniem umowy. Zgodnie z celami „Polityki rządu w zakresie rozwoju PPP” 40 proc. zainicjowanych postępowań ma się kończyć sukcesem – wyjaśnia Witold Słowik.
Czwarty cel – jak przyznaje wiceminister, najbardziej ambitny – to osiągnięcie pułapu 5 proc. nakładów publicznych na projekty realizowane z wykorzystaniem PPP.
Osiągnięciu tych celów służyć ma także nowa ustawa, którą w ubiegłym tygodniu podpisał prezydent Andrzej Duda. Zgodnie z przyjętymi przepisami, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju będzie udzielać – na wniosek podmiotów publicznych – opinii, czy w danym przypadku inwestycja w formule PPP ma sens, co ma ułatwić proces przygotowania projektu. Poza tym będzie też robić tzw. test PPP, czyli sprawdzać, czy inwestycje finansowane z budżetu państwa kwotą co najmniej 300 mln zł, nie powinny być realizowane w formule PPP (nie będzie to dotyczyło projektów realizowanych z udziałem środków unijnych). Poza tym nowa ustawa zawiera wiele prawnych ułatwień w prowadzeniu inwestycji.
Samorządom pomóc ma też nowy program PPP przygotowany wspólnie przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju oraz Polski Fundusz Rozwoju.
– Program ten polega na kompleksowym wsparciu samorządów, w szczególności miast średnich, w zakresie przygotowania i realizacji projektów PPP – mówi Witold Słowik. – Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, które jest odpowiedzialne za rozwój PPP w Polsce, będzie dostarczać usługę doradczą w zakresie przygotowania projektu, natomiast PFR będzie uczestniczył również na etapie promocji i doradztwa, a jego podstawową rolą będzie dostarczanie kapitału dla podmiotu prywatnego. Dostarczenie kapitału będzie polegało bądź na wejściu kapitałowym w podmiot prywatny, bądź na udzielaniu finansowania dłużnego.
Docelowo w programie weźmie udział pięć grup pilotażowych samorządów, które zostaną objęte wsparciem MIiR. Samorządy, które spełnią warunki naboru, otrzymają wsparcie doradcze sfinansowane w 90 proc. przez ministerstwo. Dodatkowo resort przeprowadzi szkolenia dla zainteresowanych samorządów z tematyki PPP.
– Jednym z głównych założeń jest wsparcie miast średnich i miast niewielkich, tak żeby również samorządy w mniejszych ośrodkach były w stanie przygotować i zrealizować umowy PPP. Bardzo istotnym elementem jest możliwość łączenia kilku samorządów, żeby po stronie publicznej było wiele podmiotów, które będą realizowały inwestycję ważną dla danego regionu, np. oczyszczalnię ścieków, spalarnię czy inną infrastrukturę służącą celom publicznym – podkreśla Witold Słowik.
Zadaniem PFR będzie poszukiwanie uczestników grup pilotażowych w pięciu obszarach, takich jak przebudowa i utrzymanie obiektów dworcowych, obiektów użyteczności publicznej, dróg publicznych, placówek oświatowych oraz obiektów infrastruktury sportowej.
Dziś w ocenie ministerstwa, polski rynek PPP wciąż raczkuje, zwłaszcza w porównaniu z krajami zachodniej Europy.
– Bardzo istotna jest kwestia zniesienia barier mentalnych, ale również przekonania, że lepiej dany projekt zrealizować w oparciu o finansowanie grantowe bezzwrotne, niż przystąpić do dość trudnego procesu wyłonienia partnera prywatnego. W krajach, które mają najlepsze wyniki w aspekcie przedsięwzięć PPP, po pierwsze, funkcjonują odpowiednie regulacje i praktyki od już 20–30 lat, a w Wielkiej Brytanii dłużej, a ponadto nie korzystają one w tak dużym zakresie albo w prawie żadnym zakresie ze wsparcia grantowego – wyjaśnia podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.
Polska jest w europejskiej czołówce zarówno pod względem produkcji, jak i konsumpcji piwa, która od kilku lat utrzymuje się na stabilnym poziomie ok. 98–99 litrów rocznie w przeliczeniu na mieszkańca. Rośnie za to produkcja, która w 2017 roku sięgnęła blisko 41 mln hektolitrów. Kompania Piwowarska, odpowiadająca za ponad jedną trzecią rynku, dzięki współpracy z szeregiem branż przyczynia się do tworzenia 45 tys. miejsc pracy, a podatki i opłaty odprowadzone do budżetu państwa przez nią i branże powiązane w 2017 roku wyniosły 3,6 mld zł – wynika z 10. raportu zrównoważonego rozwoju firmy.
– Poprzedni rok był dla Kompanii Piwowarskiej bardzo dobry. Nasz udział w rynku sięgnął 35,5 proc., co oznacza, że średnio co trzecie piwo sprzedane i wypite w Polsce zostało uwarzone przez nas. W ujęciu liczbowym jest to 13,2 mln hektolitrów piwa. Ta dość abstrakcyjna liczba. W praktyce przekłada się ona na 2,6 mld kufli, a więc tyle, ile wynosi roczna produkcja piwa łącznie w Irlandii i Danii. Z kolei w ujęciu globalnym jest to ilość, która wystarczyłaby, aby naszego piwa spróbował co trzeci mieszkaniec globu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrew Highcock, prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.
Produkcja, dystrybucja i sprzedaż piwa mają znaczące przełożenie na rynek pracy, w szczególności zatrudnienie generowane w sektorze handlu, a także w rolnictwie, ponieważ większość surowców potrzebnych do produkcji piwa pochodzi z polskich upraw.
– Oddziałujemy na rynek pracy zarówno bezpośrednio, poprzez liczbę osób zatrudnionych w Kompanii Piwowarskiej, jak i pośrednio. W naszej firmie pracuje dziś łącznie blisko 2,8 tys. osób, ale zachodzi tu też silny efekt mnożnikowy, jako że kupujemy od dostawców, sprzedajemy dystrybutorom, a oni z kolei odsprzedają towar konsumentom. Ogółem nasze piwo daje utrzymanie ok. 45 tys. osób – mówi Andrew Highcock.
Z tego ponad 16,4 tys. osób pracuje w handlu, a kolejne 7,5 tys. w branży hotelarsko-restauracyjno-cateringowej. Blisko 18 tys. etatów przypada na firmy produkujące surowce, opakowania, przedsiębiorstwa transportowe czy reklamę.
Kompania Piwowarska współpracuje z 7150 małych firm i wspiera lokalnych dostawców, zwłaszcza w Tychach, Poznaniu i Białymstoku, gdzie znajdują się jej browary. 88 proc. wszystkich surowców, materiałów i usług firma kupuje u polskich dostawców. W ubiegłym roku wydała na to 1,5 mld zł.
– Nasz wkład w gospodarkę lokalną jest szczególnie istotny w rejonie trzech naszych browarów. Jest on jednak odczuwalny w skali całego kraju – podkreśla Andrew Highcock. – Od polskich dostawców kupujemy m.in. 90 proc. chmielu i nieco mniej niż połowę słodu.
W ubiegłym roku Kompania Piwowarska i branże powiązane wpłaciły do budżetu państwa z tytułu podatków bezpośrednich oraz opłat około 3,6 mld zł, co stanowi mniej więcej równowartość rocznego budżetu Gdańska. Kwota ta obejmuje akcyzę, VAT czy podatek dochodowy od osób prawnych i fizycznych.
Jako jeden z największych producentów piwa w Polsce Kompania Piwowarska inicjuje i angażuje się w kampanie w zakresie odpowiedzialnej konsumpcji. To jeden z kluczowych obszarów jej działań z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu – wynika z 10. edycji raportu zrównoważonego rozwoju.
– Od lat prowadzimy działania na rzecz odpowiedzialnego korzystania z alkoholu, adresując je w szczególności do kierowców, kobiet w ciąży oraz osób niepełnoletnich. Każdego roku nagłaśniamy ten przekaz za pośrednictwem naszych partnerów z sektora detalicznego, jak również bezpośrednio na etykietach produktów. Szacujemy, że w 2017 roku dotarł on do ok. 1,5 mln dorosłych Polaków. Liczymy, że liczba ta będzie z każdym rokiem rosła – mówi prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.
Przedstawione dane pochodzą z „Raportu zrównoważonego rozwoju Kompanii Piwowarskiej za rok kalendarzowy 2017” oraz „Raportu wpływu ekonomicznego Kompanii Piwowarskiej na polską gospodarkę w 2017 roku” przygotowanego przez Deloitte.
Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych nadała ton dyskusji, jednak nadal potrzebuje pogłębienia – zwłaszcza w obszarze wspierania rozwoju tego rynku. Ustawa zawiera zaledwie kilka narzędzi, a jedyna finansowa zachęta to niższa akcyza. Akcyza na samochód elektryczny wynosi 3% w sytuacji, gdy samochód elektryczny jest dwukrotnie droższy od swojego konwencjonalnego odpowiednika. Wszystkie państwa bardzo dynamicznie rozwijające elektromobilność wsparły tych, którzy jako pierwsi wchodzą na ten rynek – w postaci dotacji, zwolnień z VAT-u, itd. Należy się zastanowić nad wsparciem udzielanym przez państwo tak, aby samochody elektryczne były w zasięgu Polaków. Skala produkcji tych aut jest mała, więc są one droższe od konwencjonalnych samochodów.
– Postulujemy, aby zastanowić się nad czasowym zwolnieniem z podatku VAT, który przy notyfikacji komisji mógłby na określony czas wprowadzić preferencyjny system dla pojazdów zelektryfikowanych – powiedział agencji eNewsroom.pl Maciej Mazur, dyrektor zarządzający w Polskim Stowarzyszeniu Paliw Alternatywnych – Elektromobilność musi być wspierana finansowo w kontekście infrastruktury. Dopłaty powinny pojawić się zarówno przy infrastrukturze ogólnodostępnej, jak i przy punktach montowanych we własnych domach. Rynek musi być przyjazny dla każdego użytkownika, a nie wyłącznie dla osób bogatych. Jeśli chcemy przeprowadzić dużą rewolucję rynku motoryzacyjnego, należy tej rewolucji – na wczesnym etapie – pomóc. W następnych latach rynek elektromobilny będzie sam decydował o swoich kierunkach rozwoju. Skala produkcji będzie wówczas już tak duża i rozwój technologiczny tak zaawansowany, że samochody elektryczne zrównają się cenowo z konwencjonalnymi – przy równych cenach zawsze będziemy wybierać pojazd elektryczny. Pierwszy etap – na którym wiele państw europejskich już jest i do którego Polska chce dołączyć – powinien być wspierany, również finansowo. Do miękkich metod – darmowe parkowanie, jazda bus pasami – musimy dołożyć metody wsparcia finansowego – ocenił Mazur.
Prognozy ONZ zakładają, że do 2050 roku liczba ludności na świecie może wzrosnąć do dziewięciu miliardów, a do tego czasu powierzchnia obszarów rolniczych zwiększy się jedynie o 4 proc. Bez unowocześnienia rolnictwa nie będziemy w stanie wyżywić całego społeczeństwa. Pomóc w tym może polski wynalazek, który umożliwi precyzyjną identyfikację oraz neutralizację patogenów wyniszczających hodowle i uprawy. Mobilne urządzenia i oparty na nich system automatycznego monitorowania upraw i hodowli pozwolą na wczesne wykrywanie chorób u roślin i zwierząt.
– Idziemy w kierunku bardzo precyzyjnego rolnictwa, w którym będziemy mogli dozować wodę, nawozy, pestycydy, środki ochrony roślin tylko w ilościach, które są niezbędne do hodowli czy uprawy roślin. Do tej pory prewencyjnie bardzo mocno pryskamy różnego rodzaju pestycydami czy środkami ochrony roślin, nawozimy grunty. To powoduje, że otoczenie, środowisko na tym bardzo cierpi, a efektem są wymierające pszczoły czy sinice w Bałtyku, wynikające z nawozów, które spływają do Bałtyku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Gondek, prezes zarządu SensDX.
Jednym ze sposobów na zapobiegnięcie kryzysowi żywieniowemu ma być wdrożenie projektu Rolnictwa 4.0. Inteligentne technologie oraz precyzyjne stosowanie środków chemicznych pozwoli zmaksymalizować plony i w zarodku zwalczyć patogeny w hodowlach oraz uprawach. Nad technologią mobilnego rozpoznawania i neutralizacji patogenów w rolnictwie pracują Polacy. Może ona pomóc zwłaszcza na rynku tzw. akwakultury, czyli pozyskiwania żywności ze środowiska wodnego.
– W tej chwili wdrażamy projekt diagnostyki w hodowli łososi. Akwakultura na świecie to gigantyczny rynek, ale jednocześnie bardzo targany chorobami. Kilka lat temu Chile praktycznie przeżyło kryzys gospodarczy z powodu wirusa, gdyż wszystkie farmy rybne na wybrzeżu zostały zlikwidowane. Ochrona takich farm rybnych przed chorobami jest w tej chwili kluczowa, a nie było dotychczas technologii, która potrafiła je w szybki sposób diagnozować – twierdzi Tomasz Gondek.
SenseDX opracowała mobilne urządzenia diagnostyczne do wykrywania patogenów u zwierząt i ryb. Firma wykorzystuje rozwiązania, które posłużyły do stworzenia skanerów rozpoznających wirusy grypy oraz paciorkowce u człowieka. Urządzenie ma wykrywać oraz identyfikować konkretne patogeny atakujące zwierzęta. Dzięki niemu hodowca będzie mógł szybciej i precyzyjniej zareagować na zagrożenie ze strony wirusów czy bakterii.
Taka technologia wydaje się niezbędna w dobie rosnącego zapotrzebowania na produkty odzwierzęce. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa do 2050 roku popyt na mięso zwiększy się aż o 75 proc. Dzięki cyfrowym urządzeniom diagnostycznym hodowcy będą mogli zdusić choroby w zarodku i zapobiec ewentualnym epidemiom.
– W tej chwili rolnictwo idzie w tym kierunku, aby produkować zdrową żywność z dużą ochroną środowiska i to wymaga bardzo precyzyjnego dostosowania wszystkich warunków. Technologia pozwala bardzo precyzyjnie wskazywać, na co jest chora roślina, jaki grzyb ją zaatakował, jaki wirus, jaka bakteria, czy iść dalej w kierunku dobierania nawozów, dobierania środków ochrony roślin, tak aby podawane były dawki niezbędne dla zwalczenia tej choroby – tłumaczy ekspert.
Docelowo powstaną dwa systemu monitorowania roślin i hodowli: manualny oraz automatyczny. W ramach tego pierwszego rolnicy i weterynarze dostaną do dyspozycji ręczne skanery umożliwiające przeprowadzanie szybkich pomiarów bezpośrednio na polu czy w oborze. Dzięki temu będzie można zbadać, w jakiej kondycji są konkretne rośliny lub zwierzęta.
Oprócz tego powstaną systemy w pełni zautomatyzowane, przystosowane do prowadzenia nieustannego monitoringu. W przypadku hodowli ryb planuje się skonstruowanie specjalnych pływaków badających, czy w środowisku, w którym żyją ryby, nie pojawiły się niebezpieczne patogeny. Zarówno systemy dla rolników, jak i hodowców będą współpracowały z aplikacjami mobilnymi, które pozwolą na bieżąco otrzymywać informacje o wszelkich zagrożeniach wykrytych przez czujniki urządzeń diagnostycznych.
– Aplikacja, która będzie badała rośliny, pozwoli dobrać opryski tak, aby skutecznie działały na dany rodzaj grzyba. Dodatkowo pozwoli działać we właściwym czasie. W tej chwili opryski prowadzi się w konkretnym terminie i starając się uprzedzać rozwój chorób. Będziemy mogli trafić idealnie w stadium rozwoju grzybów, zmierzyć ich ilość i stwierdzić, jakiego rodzaju działania są niezbędne, aby skutecznie zlikwidować daną chorobę rośliny – mówi prezes zarządu SenseDX.
Inżynierowie z firm Bosch i Bayer w ramach projektu Smart Spraying opracowali technologię pozwalającą identyfikować i lokalizować chwasty z dokładnością do prawie jednego metra. System ten monitoruje przebieg oprysków, cyklicznie zmieniając stosowane herbicydy, aby uniemożliwić chwastom uodpornienie się na konkretne środki ochrony roślin. Połączenie tej technologii z inteligentnymi urządzeniami diagnostycznymi pozwoliłoby skutecznie ochronić i zwiększyć plony.
– Mamy partnera, który chce z nami opracować te testy, zna rolnictwo, zna ten rynek. Prawdopodobnie pierwsze testy weszłyby do sprzedaży w 2020 roku. Potrzebujemy jeszcze jednego sezonu na sprawdzenie, jak działa to w polu – podsumowuje ekspert.
Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w 2050 roku zapotrzebowanie na produkty rolne będzie o 50 proc. wyższe niż w 2013 roku. Analitycy z Goldman Sachs szacują, że do tego czasu wartość rynku urządzeń oraz aplikacji Rolnictwa 4.0 może wynieść nawet 240 mld dol.
W ramach programu stypendialnego dla Polonii co roku na studia wyższe I i II stopnia oraz studia doktoranckie przyjeżdża do Polski ponad 700 młodych osób, które otrzymują wsparcie na start i comiesięczne stypendia. Liczba chętnych kilkukrotnie przewyższa liczbę dostępnych miejsc, dlatego koordynująca program Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej prowadzi rekrutację sprawdzającą znajomość języka polskiego i przedmiotów kierunkowych. Studenci polonijni przyjeżdżają głównie z Ukrainy, Czech, Kazachstanu czy Litwy, ale z roku na rok lawinowo rośnie liczba chętnych z Białorusi.
– W ramach programu stypendialnego dla Polonii przyjeżdżają do nas często osoby nawet niepełnoletnie, które zdają maturę w swoich krajach ojczystych w wieku 16–17 lat i za zgodą rodziców rozpoczynają studia w Polsce. W ramach programu stypendialnego otrzymują comiesięczne stypendium w wysokości 1 250 złotych na I stopniu studiów i odpowiednio więcej na kolejnych stopniach oraz dodatek na zagospodarowanie. Potem otrzymują jeszcze dodatkowe finansowanie w okresie pisania pracy licencjackiej i magisterskiej. Jeśli chodzi o ich zakwaterowanie i załatwienie innych formalności, o wsparcie prosimy uczelnie, które ich przyjmują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Zofia Sawicka, zastępca dyrektora Narodowej Agencji Wymiany Studenckiej.
Program stypendialny dla Polonii prowadzony przez NAWA – działającą od jesieni ubiegłego roku – jest skierowany do młodych osób, które mają Kartę Polaka lub w inny sposób mogą udokumentować polskie pochodzenie. Mają one możliwość przyjechania do Polski zarówno na studia wyższe I i II stopnia, jak i na studia doktoranckie. Studia mogą być poprzedzone rocznym kursem przygotowawczym (również na warunkach stypendialnych) prowadzonym w języku polskim.
Jak podkreśla zastępca dyrektora NAWA, program cieszy się bardzo dużym powodzeniem. Na studia I stopnia wpłynęło ponad 1,4 tys. wniosków, a ponad 1,2 tys. osób po ocenie formalnej podeszło do egzaminów.
– Niestety, nie jesteśmy w stanie sfinansować studiów wszystkim chętnym, dlatego przeprowadzamy egzaminy. Jest to duże przedsięwzięcie logistyczne. Chcemy zobaczyć te osoby kandydujące, musimy sprawdzić ich znajomość języka polskiego i przedmiotów kierunkowych – mówi dr Zofia Sawicka.
W wyniku rekrutacji rokrocznie przyjmowanych jest około 500 osób na studia I stopnia, około 200 na studia II stopnia oraz ok. 20–30 doktorantów. Ich zakwaterowanie i bieżące potrzeby bytowe zależą od ustaleń z uczelnią, na której podejmują naukę. Większość uczelni zapewnia studentom z innych krajów pierwszeństwo w dostępie do akademików, choć nie jest to regułą. Studenci polonijni przyjeżdżają głównie z krajów partnerstwa wschodniego – Ukrainy i Białorusi, rośnie również liczba studentów z Gruzji, Kazachstanu oraz Czech i Litwy, gdzie mieszka liczna Polonia.
– Z roku na rok widzimy zdecydowany wzrost liczby studentów z Białorusi. Widać, że dla nich jest to życiowa szansa zdobycia dobrej edukacji i osiedlenia się w kraju, który daje większe możliwości. Polityka białoruska jest niechętna naszym działaniom, komisje egzaminacyjne nie są wpuszczane na teren Białorusi, więc egzaminy dla tych kandydatów musimy przeprowadzać w Polsce. Jest to dla nas duże przedsięwzięcie logistyczne, w tym roku musieliśmy zapewnić noclegi, przejazd i salę dla prawie 900 Białorusinów, żeby móc przeprowadzić dla nich egzaminy – mówi dr Zofia Sawicka.
Jak zauważa, program stypendialny dla Polonii był prowadzony już od lat 90., natomiast dopiero po utworzeniu i przejęciu go przez NAWA powstała możliwość monitorowania studentów polonijnych i ich wyników w nauce. Na podstawie dotychczasowych egzaminów widać, że prym wiodą Białorusini.
– Widać u nich silną motywację. Oni są zawsze bardzo dobrze przygotowani – mówi dr Zofia Sawicka.