Prawie 2,5 mln Polaków skorzysta na likwidacji użytkowania wieczystego. Dzięki nowym przepisom sporo też zaoszczędzą

Prawie 2,5 mln Polaków skorzysta na likwidacji użytkowania wieczystego. Dzięki nowym przepisom sporo też zaoszczędzą 1

Od 2019 roku użytkownicy wieczyści staną się właścicielami działek, na których stoją ich domy lub bloki. Likwidacja tej instytucji oznacza znacznie mniejsze wydatki dla ok. 2,5 mln Polaków. Roczne opłaty za użytkowanie wieczyste, które może trwać nawet 99 lat, zostaną zastąpione roczną opłatą przekształceniową, która będzie pobierana przez 20 lat. Dodatkowo ktoś, kto zadeklaruję wniesienie całej opłaty jednorazowo, może liczyć na nawet 60-proc. zniżkę. Na nowych przepisach stracą jednak gminy.

– Przyjęta przez Senat ustawa o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności to bardzo dobra wiadomość dla wszystkich użytkowników wieczystych tego typu nieruchomości. Z dniem 1 stycznia 2019 roku dojdzie do przekształcenia prawa użytkowania wieczystego na własność. I choć w praktyce tego nie odczują, jest to dla nich bardzo dobre z uwagi na opłaty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kosiński, adwokat z Kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni.

Zgodnie z ustawą, która czeka na podpis prezydenta, od 2019 roku prawo użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych budynkami mieszkalnymi przejdzie do historii. Zastąpi je prawo własności. Dla ponad 2,5 mln obywateli – użytkowników wieczystych zamieszkujących w budynkach mieszkalnych położonych na gruntach publicznych, będących własnością Skarbu Państwa i samorządu terytorialnego – oznacza to znacznie niższe opłaty.

– Przekształcenie będzie co prawda następowało odpłatnie, ale w tej chwili użytkownik wieczysty także ponosi opłaty roczne z tytułu użytkowania wieczystego. Ustawodawca zdecydował, że przekształcenie będzie następowało odpłatnie, ale wysokość tej opłaty będzie także roczna i w wysokości równej dotychczasowej opłacie z tytułu samego użytkowania wieczystego. Co więcej, opłata ta będzie uiszczana tylko przez okres 20 lat – mówi Kosiński.

Wysokość opłat za przekształcenie zostanie ustalona według stanu na 1 stycznia 2019 roku. Osoby, które uregulują opłaty wcześniej niż w ciągu 20 lat, mogą liczyć na bonifikaty. Ci, którzy zapłacą całą sumę jednorazowo w pierwszym roku, dostaną 60 proc. zniżki. W kolejnych latach bonifikata będzie obniżana o 10 proc. Będzie to jednak dotyczyć tylko przekształcenia gruntów należących do Skarbu Państwa. Dotychczas opłata roczna z tytułu użytkowania wieczystego mogła być waloryzowana co trzy lata.

– Z punktu widzenia gminy ewidentnie są pewne minusy, dlatego że w pewnym momencie straci ona źródło przychodu, które jest w tej chwili szacowane na około 1–2 proc. budżetu. Z punktu widzenia zwykłych mieszkańców są to jednak same plusy, bo ewidentnie co najmniej na dwóch poziomach mogą liczyć na zniżki tej opłaty – tłumaczy adwokat.

Jak podkreśla ekspert, przekształcenie użytkowania wieczystego w prawo własności następuje z mocy prawa, nie wymaga żadnych formalności, a zaświadczenie o przekształceniu wysyłane jest z urzędu.

– Zgodnie z wolą ustawodawcy wszystkie obciążenia, które w tej chwili są wpisane i obciążają prawo użytkowania wieczystego, z mocy prawa stają się obciążeniami prawa własności. Tutaj nie jest wymagana czynność ze strony użytkownika wieczystego. Należy pamiętać o spółdzielcach, co do zasady to spółdzielnia jest użytkownikiem wieczystym i teoretycznie wszystkie benefity związane z przekształceniem i potencjalnymi bonifikatami będą dotyczyły spółdzielni. Ustawodawca przewidział, że spółdzielnia musi się podzielić i proporcjonalnie korzyści muszą się przełożyć na obniżenie opłat dla spółdzielców – mówi Jacek Kosiński.

Obligacje korporacyjne kupują głównie inwestorzy instytucjonalni. To trudny rynek dla indywidualnych graczy

Obligacje korporacyjne kupują głównie inwestorzy instytucjonalni. To trudny rynek dla indywidualnych graczy 2

Obligacje korporacyjne cieszą się coraz większym zainteresowaniem – zarówno ze strony emitentów, bo skala finansowania za ich pośrednictwem rośnie z roku na rok, jak i ze strony inwestorów. Na rynku wśród tych ostatnich dominują inwestorzy instytucjonalni, bo dla tych indywidualnych może być to trudny rynek. Choć w razie powodzenia daje wyższe stopy zwrotu niż obligacje skarbowe czy lokaty bankowe, to nie da się uniknąć ryzyka strat.

Obligacje korporacyjne cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Skala finansowania za ich pośrednictwem z roku na rok rośnie. Ta dynamika nie jest już tak duża jak jeszcze kilka lat temu, kiedy osiągała kilkadziesiąt procent w skali roku, natomiast dzięki temu, że jest to już skala ponad 70 mld zł stało się to znaczącym źródłem finansowania dla wielu firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Lis, partner zarządzający CVI Domu Maklerskiego.

Od strony emitenta – choć to droższy sposób pozyskania finansowania niż kredyt bankowy – zaletą obligacji korporacyjnych jest możliwość pozyskania pieniędzy na elastyczniejszych warunkach niż w przypadku banku. Z reguły wymaganych jest mniej zabezpieczeń i mniej rygorystyczne określenie celu, na który wydane zostaną środki, co powoduje, że można nimi bardziej elastycznie dysponować. Z tego samego powodu ta forma inwestycji niesie ze sobą ryzyko niewypłacalności firmy. Choć stopy zwrotu dla inwestorów są atrakcyjne.

Dlatego na świecie rynek obligacji korporacyjnych, szczególnie tych bardziej ryzykownych, nie jest domeną inwestorów indywidualnych. Aczkolwiek biorąc pod uwagę to, że stopy zwrotu z tego typu inwestycji mogą być wysokie, inwestorzy chętnie inwestują w tę klasę aktywów. Nie bezpośrednio, ale za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, które są w stanie to ryzyko odpowiednio oceniać i rozproszyć – wyjaśnia Rafał Lis.

Od lutego o ponad 1 mld zł spadła wartość aktywów w funduszach obligacji korporacyjnych, powracając tym samym do stanu z września 2017 roku. Choć to pokłosie sytuacji wokół GetBacku i nadszarpniętego zaufania inwestorów, to warto pamiętać, że pomimo wspomnianego spadku w ciągu roku wartość aktywów tych funduszy zwiększyła się o prawie 7 proc. do 17,6 mld zł.

Popularność funduszy obligacji korporacyjnych, czyli dedykowanych tej klasie aktywów, i które zdecydowaną większość środków lokują na rynku obligacji korporacyjnych, rokrocznie rośnie – mówi Rafał Lis. – W porównaniu do poziomu sprzed kliku lat jest to wzrost kilkukrotny. Obecnie skala takich funduszy w Polsce to prawie 18 mld zł. Wydaje się, że z perspektywy inwestora indywidualnego jest to najlepszy sposób dostępu do rynku obligacji korporacyjnych.

W pierwszej połowie roku fundusze obligacji korporacyjnych zanotowały stopę zwrotu z inwestycji rzędu 0,2 proc. i było to ponad siedmiokrotnie mniej niż rok wcześniej. Choć zysk może się wydawać niewielki, to jednak wynik jest dodatni, a w I półroczu br. tylko siedem z dwudziestu dwóch rodzajów funduszy wyróżnianych przez Analizy.pl mogło się pochwalić wynikiem powyżej zera. W skali roku inwestorzy zarobili na funduszach polskich papierów dłużnych korporacyjnych średnio 1,3 proc., ale w ciągu trzech lat było to już 6,3 proc., a pięciu lat – 13 proc.

Polacy rejestrują dwudziestokrotnie mniej samochodów elektrycznych niż Niemcy. Problemem brak infrastruktury i mała dostępność aut

Polacy rejestrują dwudziestokrotnie mniej samochodów elektrycznych niż Niemcy. Problemem brak infrastruktury i mała dostępność aut 3

W Polsce rejestruje się kilkukrotnie mniej samochodów elektrycznych niż w innych krajach Unii Europejskiej. Problemem jest ich dostępność, brak infrastruktury i świadomość samych kierowców, którzy miewają nierealne oczekiwania dotyczące baterii czy dystansu, który zamierzają pokonywać elektrycznym samochodem. Do końca przyszłej dekady większość barier dla elektryków powinna jednak zostać zlikwidowana, a ich upowszechnienie przyczyni się do odczuwalnej poprawy jakości powietrza.

Udział samochodów elektrycznych w polskim rynku wciąż jest znikomy i oscyluje wokół 0,1 proc. W ubiegłym roku zarejestrowano w Polsce nieco ponad tysiąc elektryków. Dla porównania w Austrii ta liczba była pięciokrotnie wyższa, a w Niemczech zarejestrowano ich aż dwudziestokrotnie więcej. Nasi zachodni sąsiedzi, podobnie jak Norwegia, planują całkowite wstrzymanie sprzedaży samochodów spalinowych w latach 2025–2030.

 Na tle całej Unii wypadamy w tej chwili nie najlepiej. Patrząc statystycznie, mieliśmy prawie osiem razy mniej rejestracji elektryków w I kwartale 2018, ale z drugiej strony, jesteśmy dopiero przed uruchomieniem Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. Jeżeli po jego uruchomieniu będzie powstawać więcej infrastruktury, to ta liczba może zacząć dynamicznie wzrastać. Bez tego kierowcy niezbyt chętnie inwestują w te pojazdy. Z drugiej strony, z dostępnością samochodów też nie jest zbyt dobrze i każdy, kto próbuje w tej chwili dostać w salonie swój wymarzony pojazd elektryczny, wie, że nie jest tak łatwo jak w przypadku spalinowego. Czasami trzeba poczekać nawet kilka miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Detka, kierownik Zakładu Elektromobilności w Przemysłowym Instytucie Motoryzacji  (PIMOT).

Brak infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych jest obecnie jedną z głównych barier dla rozwoju tego rynku. Przyjęty niedawno rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności jednak zakłada, że do 2020 roku ma powstać w Polsce około czterystu punktów szybkiego ładowania samochodów i ok. sześciu tysięcy publicznych punktów ładowania o normalnej mocy.

– Inną barierą jest problem świadomości, czyli wyobrażanie sobie pewnych zagrożeń związanych z bateriami czy z zasięgiem. Często wydaje nam się, że potrzebujemy przejechać dziennie więcej, niż realnie potrzebujemy. Badania pokazują, że dla warszawiaka jest to średnio niecałe 40 km dziennie. Oczywiście chcielibyśmy, żeby nasz samochód pokonywał 500 kilometrów, ale niekoniecznie jest nam to potrzebne – mówi Tomasz Detka.

Jak wynika z tegorocznego raportu „Samochody elektryczne. Którym pasem zamierzamy jechać?” firmy doradczej EY i ING Banku Śląskiego, najpóźniej do 2030 roku większość barier dla samochodów elektrycznych powinna już zostać zlikwidowana, a koszt zakupu elektryka będzie niższy niż samochodu spalinowego. Eksperci szacują, że za pięć lat auta elektryczne będą odpowiadać już za ok. 6 proc. ogółu sprzedaży.

Z raportu Cambridge Econometrics i Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych „Napędzamy polską przyszłość” wynika, że rozwój elektromobilności będzie kluczowy dla poprawy jakości powietrza w polskich miastach, które borykają się z problemem smogu. Najbardziej ambitne scenariusze rozwoju tego rynku pozwalają oszacować, że do 2050 roku emisja pyłów związana z użytkowaniem silnikowych samochodów osobowych mogłaby spaść o 90 proc., a emisja dwutlenku węgla zostałaby w znacznym stopniu zredukowana.

 Idealna sytuacja byłaby wtedy, gdybyśmy elektryka zasilali z odnawialnych źródeł energii, gdyby dało się to połączyć z energetyką rozproszoną. Wtedy w trakcie dnia, kiedy nie ma nas w domu, nasz domowy magazyn energii ładuje się na przykład z ogniw fotowoltaicznych. Jeśli mamy tam zaparkowane auto elektryczne, to jego bateria może się ładować w tym samym czasie. Takie rozwiązanie ma dużo więcej plusów, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne, ale przede wszystkim w aspekcie ekologicznym, jeżeli mówimy o energetyce wiatrowej czy panelach fotowoltaicznych – mówi kierownik Zakładu Elektromobilności w PIMOT.

Eksperci krytykują plan zakupu 30-letnich fregat od Australijczyków. Nie mogą one zastąpić nowych okrętów

Eksperci krytykują plan zakupu 30-letnich fregat od Australijczyków. Nie mogą one zastąpić nowych okrętów 4

Zakup używanych, 30-letnich fregat Adelaide od Australii jest błędem – ocenia kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.pl. Jak podkreśla, te jednostki nie odpowiadają potrzebom nowoczesnych sił morskich i będą nieskuteczne w przypadku ewentualnych zagrożeń na Bałtyku. Drogie w pozyskaniu i kosztowne w eksploatacji całkowicie uzależnią też Marynarkę od zagranicznej pomocy technologicznej, bo do ich serwisowania i napraw trzeba będzie ściągać specjalistów z USA i Australii.

 Zakup fregat Adelaide od Australijczyków jest błędem. Przede wszystkim dlatego, że wypompuje z budżetu MON pieniądze, które miały być przeznaczone na nowe jednostki pływające. My tak naprawdę nie uzyskamy praktycznie nic: ani zdolności bojowych, ani nowych okrętów. Zyskamy tylko substytut, który pozwoli nam przeżyć następnych kilkanaście lat, a potem i tak będziemy musieli wydać pieniądze na nowe okręty podwodne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes kmdr por. rez. Maksymilian Dura, ekspert portalu Defence24.pl.

Modernizacja i zakup nowych okrętów dla Marynarki Wojennej to jedna z najbardziej palących potrzeb polskiej armii. Będące na jej wyposażeniu stare jednostki mają ponad 50 lat lub są niesprawne i powoli wycofywane. Dlatego w ramach programu Orka MON zamierzał kupić trzy do czterech okrętów podwodnych nowego typu, które miałyby trafić do Marynarki Wojennej począwszy od 2024 roku. Jednostki miały być wyposażone w rakiety manewrujące, zdolne razić cele w odległości wielu setek kilometrów i zapewnić polskiej flocie realną zdolność do odstraszania. W programie modernizacyjnym był również zakup nowych okrętów obrony wybrzeża Miecznik, ale wciąż nie wiadomo, kiedy zostanie uruchomiony.

Tymczasem w czerwcu ze służby został wycofany kolejny okręt podwodny typu Kobben, a na wyposażeniu Marynarki zostały dwa stare okręty liczące 50 lat i ORP Orzeł, wprowadzony do służby w połowie lat 80. Zarówno ORP Kaszub, jak i dwie fregaty typu Oliver Hazard Perry to okręty stare, które także powinny już zostać wymienione na nowsze.

W tej chwili mamy dwie fregaty typu Oliver Hazard Perry i prawdą jest, że fregaty Adelaide są od nich lepsze. Ale prawdą jest także, że te fregaty są gorsze od okrętów Miecznik, które mieliśmy budować. W związku z powyższym Marynarka Wojenna traci zdolności bojowe, a po drugie, straci pieniądze, które miały być przekazane na nowe okręty, bo fregaty Adelaide też będą nas kosztowały – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Według aktualnych doniesień MON rozważa zakup używanych, 30-letnich fregat rakietowych Adelaide, które zostały zbudowanie dla Australii w Stanach Zjednoczonych. Miałoby to być rozwiązanie tymczasowe, które umożliwi Marynarce zachowanie zdolności bojowych do czasu, aż w budżecie znajdą się pieniądze na zakupy nowego sprzętu.

Celem modernizacji technicznej MW miało być zyskanie nowych zdolności w warunkach współczesnego pola walki, czyli tego, co rzeczywiście okręty mogą napotkać, kiedy wybuchnie konflikt zbrojny. Te okręty tego nie zapewniają, one nadal cofają nas do lat 90., kiedy nie było takiego zagrożenia z powietrza jak w tej chwili – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Ekspert Defence24.pl wskazuje, że fregaty Adelaide są wielozadaniowe – mogą zwalczać okręty podwodne i nawodne oraz pełnić funkcje patrolowe, natomiast na Bałtyku ich najważniejszym zadaniem jest zdolność obrony przeciwlotniczej, przede wszystkim przed rakietami przeciwokrętowymi.

– Rosjanie mają dwa typy takich rakiet – rakiety, które latają z prędkością ponaddźwiękową i poddźwiękową. Jeżeli wyślą te rakiety na nas, te okręty nie mają szans  i trzeba o tym pamiętać. Te fregaty mają ograniczoną zdolność, mają bowiem dwa kanały ogniowe, które pozwalają jednocześnie zwalczać tylko dwa cele powietrzne. Dlatego jeżeli nadlecą trzy lub cztery takie cele, wtedy czas reakcji będzie o wiele dłuższy. Okrętowy system obrony przeciwlotniczej może tego nie wytrzymać. Te okręty w momencie zagrożenia będą narażone na uderzenie i straty – podkreśla kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Jak ocenia, sam pomysł kupienia fregat Adelaide nie jest zły, ponieważ mogłyby one wzmocnić Marynarkę Wojenną. Nie może się to jednak odbyć kosztem programów modernizacyjnych, czyli  kosztem budowy nowych okrętów.

 Nie będziemy mieli nowych okrętów przez kilkanaście lat ani nie zyskamy możliwości obrony przed najnowszymi środkami rażenia na Bałtyku. Jeżeli wybuchnie jakiś konflikt zbrojny, tutaj najważniejszym zagrożeniem jest Rosja, te fregaty znajdą się w ogniu rakiet przeciwokrętowych, które są na terenie obwodu kaliningradzkiego i w ciągu kilkudziesięciu minut zostaną zniszczone. Tak więc wartość tych okrętów jest tylko chwilowa, do momentu, gdy Rosjanie nie wystrzelą rakiet, potem nie będą one w stanie samodzielnie się obronić – mówi kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Ekspert Defence24.pl podkreśla również, że zakup fregat Adelaide od Australijczyków to wydatek, który pociągnie za sobą dalsze znaczące koszty związane m.in. z serwisowaniem i naprawianiem jednostek, do czego trzeba będzie ściągać specjalistów z zagranicy. Takie rozwiązanie całkowicie uzależni marynarkę od zagranicznej pomocy technicznej. Straci też polski przemysł stoczniowy, który nie otrzyma zapowiadanego transferu technologii.

– Rozwalamy przemysł stoczniowy, który miał zyskać technologie, zdolności budowy nowych jednostek pływających dla Marynarki Wojennej i ich późniejszego utrzymania. My takich zdolności razem z tymi fregatami nie otrzymamy. Fregaty Adelaide mają systemy zagraniczne, przede wszystkim australijskie i amerykańskie. Jeżeli będziemy chcieli je naprawiać, będziemy musieli ściągać specjalistów z USA i z Australii, co kosztuje kilkadziesiąt razy drożej. Tak naprawdę polskie stocznie będą miały możliwość tylko malowania kadłubów. Do tego dochodzą koszty obsługi, wyszkolenia załogi i serwisu – wylicza kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Co istotne, zakup fregat od Australijczyków będzie się wiązał z koniecznością szkolenia załóg na antypodach, co pociągnie za sobą kolejne wydatki.

– Te systemy bojowe pozwalają zwalczać cele powietrzne w odległości nawet do 120 km. Nikt nie zgodzi się, żeby załoga bez odpowiednich certyfikatów wydanych przed dopuszczone do tego osoby, dotknęła się do czegokolwiek na takim okręcie. Załogi będą musiały jechać na przeszkolenie do Australii za pieniądze, które miały być przeznaczone na nowe okręty, a nie na remontowanie, modernizowanie tego, co i tak za kilkanaście lat trzeba będzie wycofać – podkreśla kmdr por. rez. Maksymilian Dura.

Arcona Capital wprowadza nową markę TUŻ TUŻ

TUŻ TUŻ to nowa marka obiektów handlowych, której powołanie jest kolejnym etapem rozwoju portfolio funduszu Arcona Capital w Polsce. Za stworzenie brandingu odpowiedzialna była firma Buller & Frye. Został on w pierwszej kolejności wdrożony w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie po rebrandingu na TUŻ TUŻ i częściowej wymianie najemców działalność wznowił właśnie obiekt handlowy przy Alei Wojska Polskiego.

Zapotrzebowanie na obiekty typu convenience ze strony klientów cały czas rośnie. To miejsca wpisujące się w rynkowe trendy, zgodne z potrzebami konsumentów, szczególnie tych zamieszkujących mniejsze miasta. Fundusz inwestycyjny Arcona Capital, odpowiadając na rosnący rynek nieruchomości handlowych w Polsce, powołał do życia nową markę TUŻ TUŻ. Proces jej tworzenia był w całości koordynowany przez warszawski oddział firmy.

TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski“Wykreowanie nowej marki było jednym z kluczowych założeń strategicznych, gdy nabywaliśmy nasz polski portfel handlowych nieruchomości. Chcemy nią podkreślać charakter naszych obiektów. Chcemy być dostępni, pod ręką – chcemy być tuż tuż” – mówi Mateusz Siejka, dyrektor zarządzający funduszu Arcona Capital. Założenia brandingu, za które odpowiada firma Buller & Frye, opierały się o koncept marki brzmiącej polsko, lokalnie. Niebiesko-zielona kolorystyka prezentuje się świeżo i optymistycznie.

TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski
TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski

Pierwszą lokalizacją TUŻ TUŻ został Piotrków Trybunalski. Położony wśród osiedli mieszkaniowych przy Alei Wojska Polskiego obiekt (o łącznej powierzchni ok. 2 500 m2 i blisko 100 miejscach parkingowych) ma stricte handlowy charakter. Mix najemców ma zaspokajać codzienne potrzeby zakupowe okolicznych mieszkańców. Jest sklep spożywczy – nowym operatorem została Biedronka, jest drogeria Rossman, a ponadto popularne Pepco, apteka, kwiaciarnia, jubiler, salonik prasowy Inmedio czy sklep zoologiczny. Nowym najemcą TUŻ TUŻ Piotrków Trybunalski został Madej Wróbel, sieć sklepów mięsno – wędliniarskich. Zarządcą obiektu jest firma Savills. Arcona planuje w ciągu najbliższych miesięcy przeprowadzić rebranding kolejnych swoich obiektów.

Gomułka: Cena ropy naftowej nie dojdzie do poziomów kryzysowych

Ostatnie miesiące to wzrost cen surowców energetycznych na rynkach światowych – zwłaszcza ropy naftowej. Jedną z przyczyn wzrostu cen było wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia z Iranem.

– Istnieje możliwość, że Iran nie będzie dostarczał oczekiwanej ilości ropy naftowej – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – Działania OPEC również zmniejszyły podaż ropy naftowej i spowodowały podwyższenie jej cen na światowych rynkach. Wzrost cen jest stosunkowo umiarkowany i nie dojdzie do poziomów kryzysowych. Odnoszę wrażenie, że zmierzamy w kierunku stabilizacji lub nawet obniżenia cen ropy naftowej. Nie oczekiwałbym drastycznej i kosztownej podwyżki cen – ocenił Gomułka.

Poręczyciele mają już 0,5 mld zł długów

Ponad 36 tys. osób prywatnych nie spłaca cudzych długów, wartych niemal 0,5 mld zł. Największe zobowiązanie wynikające z umowy poręczenia ma małżeństwo z Gliwic – 44-letnia kobieta i 48-letni mężczyzna – prawie 2,7 mln zł. Licznych niesolidnych dłużników-poręczycieli, inaczej zwanych żyrantami można też spotkać w Warszawie, Łodzi i Poznaniu.

Chociaż popularność kredytów z poręczeniem gwałtownie spada i w ostatnich czterech latach ich liczba zmniejszyła się o ponad połowę, to od początku tego roku obserwujemy w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor wzrost zaległości z tego tytułu. Znajduje się w nim obecnie ponad 36 tys. osób, które po tym jak zdecydowały się stać się poręczycielami, z czasem miały włączyć się do spłaty kredytu, ale tego nie zrobiły i w rezultacie trafiły do rejestru dłużników. Dziś mają ponad 483 mln zł zaległości z tytułu poręczania cudzego zobowiązania. Średnio na osobę wypada 13 404 zł.

Nawet jeśli solidnie obsługujemy swoje kredyty i rachunki, ale jesteśmy współodpowiedzialni za spłatę cudzych zobowiązań, których nie reguluje osoba, za którą poręczyliśmy, cierpi na tym nasza własna historia kredytowa i wizerunek solidnego płatnika. Warto zatem poważnie się zastanowić, zanim zdecydujemy się zostać poręczycielem, bo faktycznie może to oznaczać konieczność obsługi żyrowanego kredytu. Wypadki losowe mają to do siebie, że zdarzają się niespodziewanie, wtedy w rolę głównego dłużnika musi wejść poręczyciel i to mimo tego, że nie korzysta z dobrodziejstw kredytu.

– Jeśli żyrant nie spłaca rat, może trafić do rejestru dłużników, co zablokuje mu drogę do wielu niezbędnych w codziennym życiu usług, takich jak możliwość zakupów ratalnych, zaciąganie kredytów czy pożyczek – mówi w rozmowie z MarketNews24 Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor.

Poręczenie jest umową, w której poręczyciel zobowiązuje się spłacać zobowiązanie, gdy główny kredytobiorca tego nie robi. Poręczyciel, jako dłużnik solidarny, odpowiada za spłatę świadczenia głównego, a w przypadku opóźnień, również za odsetki karne i koszty związane z dochodzeniem roszczeń. Z chwilą, gdy dług staje się wymagalny, bank może żądać całości lub jego części zarówno łącznie od dłużnika głównego, jak i poręczyciela lub od każdego z nich z osobna. Zasada jest taka, że obaj dłużnicy pozostają zobowiązani do regulowania zaległości aż do momentu pełnej spłaty zobowiązania.

Najwięcej dłużników zmagających się z przykrymi konsekwencjami poręczenia zamieszkuje województwa śląskie i wielkopolskie, odpowiednio jest to 6 tys. i prawie 5,1 tys. osób. Jeśli chodzi o wartość zadłużenia, to największe zaległości mają Ślązacy – prawie 84,6 mln zł, następnie Mazowszanie – 63,8 mln zł oraz Wielkopolanie – 45,8 mln zł. Najwyższy średni dług z tytułu poręczenia przypada na mieszkańców Podkarpacia – 19 630 zł.

Jeśli chodzi o płeć i wiek osób, które decydują się żyrować komuś kredyt, a później wpadają z tego powodu w tarapaty, to zdecydowanie częściej są to mężczyźni – 58 proc. Przy czym przeważają panowie w wieku od 35 do 44 lat, stanowiący 18 proc. ogółu dłużników poręczycieli zgłoszonych do rejestru.

Miasta, w których zamieszkuje najwięcej osób posiadających zaległe zobowiązania z tytułu umowy poręczenia, według danych z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor to: Warszawa – 1 309 osób, Łódź – 1 192 osób oraz Poznań – 1 069 osób.

Największa kwota zaległości z tytułu umowy poręczenia należy do dwóch osób z województwa śląskiego – 44-letniej kobiety i 48-letniego mężczyzny, mieszkańców Gliwic, którzy mają wspólny dług wynoszący prawie 2,7 mln zł. Na drugim miejscu jest 57-letni mężczyzna z Gdyni z długiem na ponad 1,3 mln zł oraz 41-letnia kobieta z Gdańska, która w wyniku podpisanej umowy poręczenia została z zaległym zobowiązaniem na ponad 1,1 mln zł.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, że w minionym roku poręczenia udzieliło 309 tys. osób. Podżyrowali oni 255 tys. kredytów. W grupie kredytów z poręczycielami 11,5 proc. spłacanych było z opóźnieniem przekraczającym 90 dni. To, czy główny kredytobiorca dobrze spłaca zobowiązanie, można sprawdzać w bazie BIK, pobierając z www.bik.pl kopię danych lub Raport BIK. Dokumenty te pozwalają sprawdzać, czy kredyt, który poręczyliśmy jest spłacany terminowo, a także kontrolować własną historię kredytową.

Zaczynał w garażu – teraz jest potentatem – Andrzej Wiśniowski

Andrzej Wiśniowski
Andrzej Wiśniowski

Wielkie fortuny kojarzą się ze spełnieniem amerykańskiego snu. Niczym w hollywoodzkim filmie ktoś ma ogromne szczęście i jego życie całkowicie się zmienia. Jednak aby osiągnąć sukces czasami wystarczy dobry pomysł, wytrwałość i umiejętność zbudowania imperium. Nie musimy szukać daleko, takie historie dzieją się w Polsce, a swój amerykański sen na Sądecczyźnie spełnił Andrzej Wiśniowski, największy w kraju producent bram garażowych, okien, drzwi i systemów ogrodzeniowych, który jak wielu amerykańskich milionerów zaczynał właśnie w garażu.

Otworzyć bramy sukcesu

Młody Andrzej zaczynał w przydomowym garażu. Wcześniej miał kontynuować rodzinną tradycję i hodować… ogórki. Stwierdził, że nie jest to jednak już dochodowe zajęcie i po krótkim epizodzie w branży transportowej, postanowił zająć się bramami. Dlaczego akurat bramy? Jego ojciec postawił trzy garaże i chciał, by bramy do nich były automatyczne, a ponad 30 lat temu takich rozwiązań w Polsce jeszcze nie było. Andrzej Wiśniowski postanowił więc samodzielnie stworzyć własną bramę. – Jedna z moich pierwszych bram napędzana była silniczkiem od wycieraczki z Fiata 126 p. Ale działała!
– wspomina Andrzej Wiśniowski. Na podstawie autorskiego projektu, własnymi rękami wykonał prototyp, a jego pierwszym klientem był brat. Okazało się, że automatyczne bramy otworzyły mu drogę z garażu na sam szczyt.

Z garażu na Polskę

Andrzej Wiśniowski przedsiębiorczość i konsekwentne dążenie do celu ma we krwi. Sam stworzył firmę od podstaw, jeżdżąc na targi i pokazując swój produkt. Automatyczne bramy, które nie tylko można pilotem otwierać, ale też zamykać, okazały się hitem, który pokochali Polacy. Następnym krokiem było zbudowanie sieci dystrybucji, inwestycje w najnowsze technologie oraz produkcja. Wiśniowski sprzedaje poprzez sieć partnerów handlowych w całym kraju. Obecnie firma jest liderem rynku, zatrudnia 1800 osób, a dzięki rozbudowie w niedalekiej przyszłości zajmie aż 23 ha powierzchni i zwiększy zatrudnienie. W tym roku WIŚNIOWSKI świętuje 30-lecie działalności, a firmą nie zarządza już Andrzej Wiśniowski osobiście, ale prezes Krystyna Baran.

Z Polski na świat

Andrzej Wiśniowski
Andrzej Wiśniowski

Myśląc o firmie WIŚNIOWSKI, nie mówimy tylko o polskim budownictwie. Rodzimy rynek to za mało. Jeśli w ofercie ma się tak nowoczesne rozwiązania, to warto wyjść z tym poza granice. Produkty WIŚNIOWSKI zyskują ogromną zagraniczną popularność, a firma udowadnia, że polskie produkty cechuje nie tylko dobra cena, ale i świetna jakość.

Naszym celem jest sprzedawanie na rynki zagraniczne większości naszych produktów, około 70%. Oczywiście nie mamy zamiaru wycofać się z Polski, wręcz przeciwnie, chcemy cały czas ten rynek rozwijać – dodaje Andrzej Wiśniowski.

Spada zaufanie młodych do biznesu

Wyniki badania Deloitte Millennial Survey pokazują, że według milenialsów, priorytetami biznesu powinny być kwestie takie jak tworzenie miejsc pracy, innowacje, poprawa jakości życia osobistego i zawodowego pracowników oraz wywieranie pozytywnego wpływu na społeczeństwo i środowisko. Mniej niż połowa przedstawicieli pokolenia Y uważa, że przedsiębiorstwa postępują etycznie, i że działają one na rzecz poprawy sytuacji społecznej.

Jak wynika z międzynarodowych badań firmy doradczej Deloitte, młodzi są bardzo wyczuleni na szeroko pojętą rolę biznesu w społeczeństwie. 83% milenialsów uznaje, że miara sukcesu przedsiębiorstwa powinna wykraczać poza wyniki finansowe.

Podczas gdy opinie milenialsów na temat przedsiębiorstw gwałtownie się pogorszyły, jeszcze bardziej spadło ich zaufanie do liderów politycznych. 44 procent milenialsów (37 proc w Polsce) uważa, że liderzy biznesu wywierają pozytywny wpływ na otoczenie (wobec 42 proc. (46 proc polskich) respondentów wystawiających ocenę negatywną). To spadek o ponad 17 proc. w porównaniu do poprzedniej edycji.

– Biznes, w tegorocznej edycji badania millenialsów, otrzymał żółtą kartkę. Druzgocące są wyniki, które pokazują, że ocena biznesu w ich oczach drastycznie spadła w tym roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Irena Pichola, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i w Europie Środkowej, partner w Deloitte. – Biznes powinien pokazywać wartość, jaką kreuje swoimi produktami i usługami. Pokazywać, w jaki sposób wpływa na poprawianie dobrobytu społecznego.

W porównaniu z ubiegłorocznym raportem – nowa, siódma edycja „Deloitte Millenial Survey” skupia się na pogłębieniu tego, co badani postrzegają, jako szanse, a co jako zagrożenia we współczesnym, dynamicznie zmieniającym się świecie. Badanie objęło 10 455 przedstawicieli pokolenia Y (urodzonych w latach 1983-1999) z 36 krajów, w tym 303 z Polski.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień jest spokojniejszy pod kątem wydarzeń makro. Biorąc pod uwagę, że spory handlowe na linii USA-Chiny pozostają w centrum uwagi, dane z Chin będą uważniej śledzone. Z głównych gospodarek mamy PKB z Japonii i Wielkiej Brytanii oraz CPI z USA. Posiedzenia odbywają banki centralne w Australii i Nowej Zelandii.

Przyszły tydzień: CPI z USA, PKB z Wlk. Bryt./Japonii, dane z Chin, RBA, RBNZ, rynek pracy z Kanady

USA

W USA inflacja CPI (pt) pierwszy raz od 2011 r. ma sięgnąć 3 proc. r/r, choć wzrost miesięczny o 0,2 proc. sugeruje, że presja inflacyjna nie rozpędza się wyraźnie. Inflacja bazowa ma pozostać na 2,3 proc., czyli wystarczająco bezpiecznie powyżej celu Fed (2 proc.), aby wspierać strategię kolejnych podwyżek stóp procentowych w wrześniu i grudniu. Z perspektywy dolara dobre dane już są w cenach i to rozczarowania są wstanie wygenerować większą zmienność. Poza tym widzimy, że obawy o wojny handlowe, spowolnienie gospodarcze Chin i pasywność innych banków centralnych budują na rynku klimat, że kupowanie USD stało się strategią po linii najmniejszego oporu.

Strefa euro

Zapowiada się spokojny tydzień w kalendarzu z Eurolandu i jedyne ciekawe publikacje mogą pochodzić z niemieckiego przemysłu (pon, wt). Dane o produkcji i zamówieniach mocno wahały się w ostatnich miesiącach z przewagą silnych rozczarowań. Teraz będzie interesujące, czy obawy o konsekwencje wojen handlowych wpływają na gospodarkę (w szczególności na sektor motoryzacyjny). EUR, by przełamać dotychczasowy marazm, potrzebuje świeżego impulsu, najlepiej w postaci mocnych danych, które podsycą oczekiwania na przyspieszenie ożywienia i szybszą zmianę nastawienia banku centralnego. Póki co EBC nie zamierza podnosić stóp procentowych co najmniej jeszcze przez rok, co jest istotną kotwicą dla waluty.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii rynek będzie miał do dyspozycji czerwcowe dane o wzroście gospodarczym, które uzupełnią informacje o drugim kwartale. Wzrost kwartalny o 0,4 proc. wymazałby rozczarowanie słabym startem w tym roku (0,2 proc. w I kw.) i potwierdziłby konstruktywne stanowisko BoE. Mimo to polityk monetarna nie jest teraz głównym motorem napędowym funta, za to obawy o kształt Brexitu wciąż są przeszkodą. Przy utrzymującej się sile dolara, GBP/USD może mieć problemy z wyjściem ponad 1,31.

Japonia

Pierwszy szacunek PKB za II kw. z Japonii (pt) ma wskazać wzrost o 1,4 proc. (zannualizowany) po spadku o 0,6 proc. w I kw. W ujęciu kwartalnym wzrost wyniesie zaledwie 0,3 proc., co jest skromnym tempem z małym potencjałem na wsparcie presji inflacyjnej. Jednocześnie negatywne ryzyka z tytułu wojen handlowych nie znikają. Dane nie powinny przynieść nic krzepiącego dla BoJ, a zatem też i dla JPY.

Chiny

Przy ogniskowaniu uwagi rynków wokół Chin, dane z Państwa Środka zyskują na znaczeniu i mogą być motorem dla szerokiego sentymentu. Lipcowy bilans handlowy (śr) będzie interesujący pod kątem wpływu ceł importowych USA nałożonych na towary warte 34 mld USD. Na tym etapie skutek będzie raczej minimalny, ale może nakreślić trend. Dane o rezerwach walutowych banku centralnego (wt) powinny wskazać spadek i być dowodem aktywności banku na polu stabilizacji juana, ale im większy spadek, tym silniejsze obawy o kryzys zaufania.

Australia

W Australii tydzień przynosi decyzję RBA (wt) oraz publikację raportu nt. polityki monetarnej (pt). Stopa procentowa powinna pozostać bez zmian, ale komunikat może przyjąć bardziej łagodną formę, biorąc pod uwagę niepewność o perspektywy Chin i rozwój wojen handlowych – dwie kwestie bardzo istotne dla Australii. Zwrócenie uwagi na problemy z płynnością zadłużonych gospodarstw domowych jest dodatkowym źródłem gołębiego wydźwięku. Prezes Lowe będzie miał wystąpienie publiczne w środę, gdzie nie uniknie istotnych pytań o stan gospodarki. Ogólnie ryzyka przeważają po gołębiej stronie i podtrzymujemy negatywne nastawienie wobec AUD.

Nowa Zelandia

Podobnie w Nowej Zelandii sygnały słabnięcia ożywienia, choć przy powoli rosnącej inflacji, podnoszą zainteresowanie przed decyzją RBNZ (śr). Podkreślenie obaw o tempo ożywienia i/lub czynniki zewnętrzne będzie gołębie. Jeśli dodatkowo w prognozowanej ścieżce stopy procentowej podwyżka zostanie wypchnięta w przyszłość, NZD będzie tracił.

Kanada

W Kanadzie kluczową publikacją będzie raport z rynku pracy (pt). Dane z rynku pracy pozostają silne, a czerwcowy wzrost stopy bezrobocia z powrotem do 6 proc. wziął się z powrotu bezrobotnych do aktywnego poszukiwania pracy, co jest dobrym sygnałem. Jeśli lipcowe dane wskażą na mocny wzrost zatrudnienia przy utrzymaniu względnie wysokiej dynamiki płac (3,5 proc.), będzie eto podsycając spekulacje o przybliżeniu terminu podwyżki stóp procentowych z grudnia na wrzesień. To pomogłoby ugruntować pozycje CAD jako waluty o silnym zapleczu restrykcyjnej polityki monetarnej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Specustawa Mieszkaniowa: Czy naprawdę będzie szybciej?

Maciej Krotoski Adwokat, Partner Kancelarii Krotoski
Maciej Krotoski – Adwokat, Partner Kancelarii Krotoski

Od dawna wyczekiwana specustawa mieszkaniowa w środę 1 sierpnia została podpisana przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę. Zdecydowana większość przepisów ustawy zacznie obowiązywać po upływie 14 dni od publikacji tekstu w Dzienniku Ustaw. Jakie naprawdę zmiany czekają inwestorów i deweloperów budownictwa mieszkaniowego – komentarza udziela adwokat Maciej Krotoski.

Ustawa obowiązuje do 2028 r.

Nowe przepisy, zgodnie z założeniem, obowiązywać mają przez okres 10 lat. Co istotne,
z dobrodziejstw Specustawy skorzystać mogą nie tylko podmioty publiczne, ale również prywatne.

Celem wprowadzenia nowych przepisów jest skrócenie czasu przygotowania i realizacji inwestycji z dotychczasowych ok. 5 lat do roku oraz wzrost liczby budowanych osiedli mieszkaniowych. W założeniu ma to pozwolić rządowi zrealizować Narodowy Program Mieszkaniowy i projekt Mieszkanie Plus poprzez doprowadzenie do powstania 2,5 miliona nowych mieszkań do 2030 r.

Dlaczego mieszkań buduje się mniej niż wynika to z potrzeby rynku?

Odpowiedzią jest ograniczona liczba gruntów przeznaczonych w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego pod budownictwo mieszkaniowe, zwłaszcza na terenach gmin miejskich. W tej chwili, podmiot, który planuje zrealizować inwestycję na obszarze o odmiennym przeznaczeniu przejść musi długą i żmudną procedurę zmiany miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Nie ma przy tym gwarancji, iż na jego wniosek właściwa rada gminy w ogóle podejmie w tym przedmiocie uchwałę, ponieważ wniosek inwestora w żaden sposób nie jest dla organów wiążący.

Procedura lokalizacji inwestycji

Sztandarowym założeniem Specustawy mieszkaniowej, mającym na celu rozwiązanie niniejszego problemu jest wprowadzenie procedury ustalenia lokalizacji inwestycji. Postępowanie w tym zakresie różni się od procedury uchwalenia lub zmiany planu zagospodarowania przestrzennego przede wszystkim tym, że większość obowiązków, polegających na sporządzeniu projektów, ustaleń i analiz, obciążających dotychczas finansowo i organizacyjnie radę gminy została przerzucona na inwestora. Wiąże się to oczywiście ze wzrostem kosztów ponoszonych przez tego ostatniego, ale również ze znacznym przyspieszeniem realizacji wymienionych czynności i tym samym ograniczeniem kosztów po stronie gminy.

Składany przez inwestora wniosek, zawierający odpowiednią dokumentację, przekazywany jest ostatecznie radzie gminy, która w tym przypadku musi terminie 60 dni w formie uchwały orzec o ustaleniu bądź odmowie ustalenia lokalizacji inwestycji.

Kontrowersje wokół Specustawy

Zapisem, który budzi w Specustawie największe kontrowersje jest ten, który stanowi, iż powyższa uchwała o ustaleniu lokalizacji inwestycji może zostać podjęta pomimo niezgodności zamiaru inwestycyjnego z zapisami miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego. Jednakże, mimo wszystko co do zasady inwestycja nie może stać w sprzeczności z treścią studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego.

Pojawiły się zarzuty, iż ukrytym celem specustawy ma być nie obniżenie cen mieszkań i wzrost ich dostępności, jak to wskazuje treść uzasadnienia projektu, a maksymalizacja zysków deweloperów
i ułatwienie im lokalizacji inwestycji w dowolnie wybranych miejscach, co z kolei miałoby doprowadzić do chaosu w zagospodarowaniu przestrzennym.

Pozostają nadto wątpliwości co do tego, czy przyznany Radzie Gminy szeroki luz decyzyjny w kwestii możliwości wyrażenia zgody na realizację inwestycji lub jej odmowę nie doprowadzi do zachowań korupcyjnych.

A konstytucyjność?

Pojawiają się również poniekąd słuszne głosy, iż proponowane rozwiązanie jest niekonstytucyjne, gdyż godzi w hierarchię źródeł prawa. Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego jest bowiem powszechnie obowiązującym aktem prawa miejscowego, odstępstwa od niego powinny być zatem dokonywane co najmniej aktem równorzędnym, nie zaś uchwałą podejmowaną w sprawie indywidualnej.

Na tę chwilę trudno ocenić jak nowe regulacje sprawdzać będą się w praktyce. Zależy to bowiem od podejścia organów samorządowych do kwestii związanych z realizacją inwestycji na terenach przewidzianych na inne cele. Ostateczna decyzja w tym zakresie należy bowiem każdorazowo do właściwej rady gminy.

Opłata 2000 zł za interpretację od skarbówki nie na kieszeń przedsiębiorców

Od prawie trzech lat przedsiębiorcy czekają na nową Ordynację Podatkową –  akt prawny, którego jednym z głównych celów jest ochrona praw podatnika w relacjach z organami podatkowymi.

Proponowana opłata za interpretację w skomplikowanej sprawie w wysokości 2000 zł przeczy dobrym intencjom resortu finansów i utrudni firmom dostęp do interpretacji przepisów.

W ocenie Rady Podatkowej Konfederacji Lewiatan prawo podatkowe jest i z pewnością będzie jeszcze bardziej skomplikowane i niezrozumiałe. Ustawy o VAT, CIT czy PIT nowelizowane są kilka razy w roku, a ich stosowanie wymaga wydawania przez administrację skarbową dziesiątek tysięcy interpretacji indywidualnych. Indeks Opinii Biznesu, prowadzony przez Konfederację Lewiatan, wskazuje, że 93% procent przedsiębiorców identyfikuje niejasne przepisy podatkowe jako barierę w prowadzeniu działalności gospodarczej.

W tej sytuacji najważniejsza z punktu widzenia podatnika jest możliwość potwierdzenia w Krajowej Informacji Skarbowej poprawności swojego rozliczenia. Wg zapowiedzi resortu finansów, to właśnie w założeniu miałaby umożliwić i zagwarantować nowa OP.

Niestety, z praktyką może być znaczenie gorzej. Choć projekt nowej OP przewiduje możliwość występowania do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej prawa podatkowego, to dostępność tego narzędzia będzie istotnie ograniczona ze względu na wysokość opłaty za jej wydanie. Dzisiaj opłata wynosi 40 zł i to niezależnie od tego, czy pytanie i stan faktyczny opisany we wniosku są skomplikowany, czy nie. Po zmianach, w sprawach skomplikowanych opłata wynosić ma 2000 zł za każdy opisany stan faktyczny.

Praktyka pokazuje, że możliwość odmawiania wydawania interpretacji indywidualnych (np. z uwagi na przepisy o klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania) są bardzo chętnie wykorzystywane przez Dyrektora KIS. Podobnie będzie w przypadku stosowania bardzo wysokiej opłaty za interpretacje. Stany faktyczne i zdarzenia, o które pytają podatnicy, są co do zasady skomplikowane, bo łatwe pytania nie wymagają wyjaśnień skarbówki, więc w praktyce opłata za wydanie interpretacji prawie zawsze wynosić będzie 2000 zł, a w przypadku kilku pytań i stanów faktycznych, wielokrotność tej kwoty!

Spowoduje to marginalizację najważniejszego i najlepiej ocenianego narzędzia służącego  zabezpieczeniu się podatników przed ryzykiem podatkowych, a co za tym idzie, pogorszenie w miejsce zapowiadanej poprawy sytuacji podatników.

Przemysław Pruszyński, Konfederacja Lewiatan

Dzisiejsza wypowiedź prezesa BoE uderza w kurs funta

Wzrost obaw w związku z wojną handlową oraz zmieniające się przeświadczenie rynku, o tym, iż to Stany Zjednoczone będą „wygranymi” w potyczce z Chinami wspierają dolara amerykańskiego, aktywa bezpiecznych przystani i szkodzą tym ryzykownym.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,26-4,28. Euro w czwartek zyskiwało w parze ze złotym i funtem brytyjskim, charakteryzowało się jednak wyraźną słabością w relacji do dolara amerykańskiego, przede wszystkim z uwagi na siłę tego ostatniego. Kurs EUR/USD pod koniec dnia przebił od góry psychologiczny poziom 1,16, w dniu dzisiejszym również kontynuuje rajd w dół. Obecnie dolar w relacji do euro jest najdroższy od ponad miesiąca.

Wczorajsze dane o czerwcowej inflacji PPI w strefie euro były minimalnie lepsze od oczekiwań. Indeks wzrósł z poziomu 3% w maju do 3,6% r/r w czerwcu. Inflacja producentów w strefie euro jest obecnie najwyższa od kwietnia ubiegłego roku, a trend pozostaje wyraźnie wzrostowy, sugerując poprawę ogólnego otoczenia cenowego we wspólnym bloku.

Dzisiejsze rewizje indeksów PMI dla usług strefy euro w lipcu nie przyniosły większych zaskoczeń. Indeks dla krajów bloku został zrewidowany lekko w dół z poziomu 54,4 do 54,2. Wskaźniki PMI w strefie euro pozostają na obniżonych poziomach i wskazują na wytracanie tempa ekspansji gospodarczej również na początku trzeciego kwartału br. Istotniejsze od rewizji odczytów PMI dane o sprzedaży detalicznej, zaskoczyły negatywnie, dopełniając obrazu spowalniającej ekspansji (dotyczą one jednak końcówki drugiego kwartału, a nie początku kolejnego). Dynamika sprzedaży detalicznej w strefie euro w czerwcu wyniosła 1,2% w ujęciu rocznym, co jest najsłabszym odczytem w bieżącym roku. Nieco w górę zrewidowane zostały dane z poprzedniego miesiąca (z 1,4% do 1,6%), ogólny wydźwięk publikacji pozostaje jednak negatywny.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,79-4,83. Wczorajsze lekkie umocnienie brytyjskiej waluty w parze ze złotym było związane jedynie ze słabością tego ostatniego. W relacji do głównych walut funt zakończył wczorajszy dzień osłabieniem.

Brytyjskiej walucie wczoraj zaszkodził przede wszystkim Bank Anglii, który wprawdzie podniósł stopy procentowe, a nawet – ku zaskoczeniu rynków – podjął tę decyzję jednogłośnie, ostatecznie jednak ostudził nastroje względem przyszłych działań. W trakcie konferencji prasowej prezes BoE, Mark Carney kilkukrotnie wspominał o ryzykach, poświęcając szczególną uwagę Brexitowi, który pozostanie jednym z kluczowych czynników determinujących wysokość stóp procentowych w przyszłości, wspominał również o obawach związanych z wojną handlową. Największy wpływ na inwestorów miały jednak prawdopodobnie jego słowa dotyczące perspektyw zmian stóp procentowych w przyszłości. Carney bowiem stwierdził, iż polityka [monetarna] powinna „iść, a nie biec”, co może sugerować, że jest on zwolennikiem łagodnego podnoszenia stóp procentowych w przyszłości. Dodatkowo, wczorajsza decyzja Banku nie przez wszystkich odbierana jest jako właściwa – w obliczu łagodniejszego wzrostu i niższej inflacji Bank nie był zmuszony do podnoszenia stóp na tym etapie.

W kontekście spotkania BoE warto wspomnieć również o nowych projekcjach Banku. Aktualizacja prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego przez Bank była wprawdzie pozytywna, jednak jej skala była tak minimalna, iż rynki nie przywiązały do niej większej wagi.

Wczorajszy dzień przyniósł jednak jedno pozytywne zaskoczenie w postaci bardzo dobrych danych płynących z brytyjskiej budowlanki – aktywność w sektorze, mierzona indeksem PMI wzrosła z poziomu 53,1 w czerwcu do 55,8 w lipcu, podczas gdy konsensus zakładał, że dojdzie do lekkiego spadku wskaźnika. Dane jednak nie wystarczyły, żeby pomóc brytyjskiej walucie, rynek niespecjalnie przejął się odczytami z uwagi na umiarkowane znaczenie sektora dla brytyjskiej gospodarki.

Dziś funt brytyjski również traci. W brytyjską walutę ponownie uderzył prezes Banku Anglii, który na antenie radia BBC stwierdził, iż ryzyko Brexitu bez porozumienia z UE (no-deal Brexit) jest “niekomfortowo wysokie”. W konsekwencji słów Kanadyjczyka brytyjska waluta straciła 0,2% w relacji do koszyka walut.

Dalej nie było lepiej – dzisiejsza publikacja bodajże najistotniejszego wskaźnika opisującego bieżącą sytuację gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie, czyli indeksu aktywności w sektorze usług mocno rozczarowała. Wskaźnik spadł z poziomu 55,1 do 53,5 sugerując wyhamowanie ekspansji sektora w początkach trzeciego kwartału.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,9%, wahając się w widełkach 3,65-3,69. Amerykańska waluta w czwartek doświadczyła istotnego umocnienia w relacji do większości walut. Dolara amerykańskiego wspierały informacje o zaognieniu konfliktu handlowego – w ostatnich dniach potwierdziły się doniesienia o tym, że USA planują zwiększyć z 10 do 25% stawkę celną, którą mają zostać objęte chińskie towary o wartości 200 mld USD, ostatecznie otrzymaliśmy również odpowiedź Chin. Państwo Środka określiło amerykańskie działania jako próbę szantażu i zapowiedziało odpowiedź, jeśli cła wejdą w życie. Obecnie jednak wygląda na to, że zmienia się postrzeganie tego konfliktu przez rynek. Coraz więcej obserwatorów sądzi, iż wojna handlowa może zaszkodzić Chinom bardziej niż Stanom Zjednoczonym. Fakt, iż mają one więcej do stracenia, może sprawdzić, że Chińczycy powrócą do stołu negocjacyjnego – na to liczą Amerykanie.

Wczorajsze, cotygodniowe dane z amerykańskiego rynku pracy były minimalnie lepsze od oczekiwań. W ujęciu ogólnym nie wnoszą one zbyt dużo, potwierdzają jedynie siłę amerykańskiego rynku pracy.

Dziś uwagę inwestorów przykują bardzo istotne dane NFP. Zgodnie z oczekiwaniami względem raportu, kreacja nowych miejsc pracy i dynamika płac pozostaną na wysokich poziomach, bezrobocie z kolei ma nieco się obniżyć po ostatnim wzroście. Po publikacji z rynku pracy poznamy dodatkowo dane PMI/ISM dla usług w USA w lipcu, jednak będą one miały drugorzędne znaczenie.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport NFP z amerykańskiego rynku pracy w lipcu
  • 15:45 – dane PMI dla sektora usług USA w lipcu
  • 16:00 – dane ISM dla sektora usług USA w lipcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Bitcoin i inne kryptowaluty przez rok bez PCC

19 czerwca 2018 r. Minister Finansów przedłożył projekt rozporządzenia w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej. Podatkowa abolicja dla tysięcy, a nawet milionów kryptowalutowych transakcji ma potrwać od 13 lipca 2018 r. do 30 czerwca 2019 r.

W wyroku z 6 marca 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł, że: „Dla celów podatkowych przychód ze sprzedaży waluty bitcoin stanowi przychód z praw majątkowych, o których mowa w art. 18 ustawy z 26.07.1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych (tj. Dz.U. z 2018 r. poz. 200) opodatkowany według skali podatkowej, zgodnie z art. 27 ust. 1 PDOFizU” (II FSK 488/16)”. Zgodnie z art. 7 ust. 1 pkt 1b oraz pkt 2b ustawy o PCC (Dz.U. 2000 nr 86 poz. 959 z późn. zm.) z tytułu umowy sprzedaży lub zamiany innych praw majątkowych, trzeba zapłacić 1% podatku od czynności cywilnoprawnych.

Wartość rynkowa podstawą opodatkowania

Uzasadnione wyrokiem NSA uznanie obrotu bitcoinem za obrót prawem majątkowym okazało się całkowicie oderwane od natury tego typu transakcji. Uczestnik i gracz kryptowalutowej giełdy potrafi w jeden dzień dokonać kilkadziesiąt, a przy użyciu transakcyjnych botów nawet kilkaset takich obrotów. Chcąc dopełnić wymogów prawnych na potrzeby podatku od czynności cywilnoprawnych, musiałby złożyć deklarację podatkową dla każdej z nich. Oznacza to nie tylko konieczność wypełnienia kilku tysięcy stron formularzy deklaracji każdego miesiąca, ale przede wszystkim zapłatę 1% podatku od pojedynczej, poszczególnej transakcji. Ponieważ w przypadku PCC podstawy opodatkowania nie stanowi dochód, a zgodnie z art. 6 ust. 1 pkt 1 i 2 ustawy o PCC wartość rynkowa rzeczy lub prawa majątkowego będącego przedmiotem transakcji, oznaczałoby to dla podatnika konieczność ponoszenia kosztów wielokrotnie przewyższających zainwestowane przez niego środki.

Podatek wielokrotnie przewyższający zainwestowane środki

Zakładając więc, że podatnik inwestujący w zakup bitcoina 10 000 zł, dokonał z jego udziałem 10 transakcji dziennie, byłby wówczas zobowiązany do zapłaty 1 000 zł podatku PCC. W skali miesiąca nawet gdyby 30-dniowy obrót zamknął stratą w wysokości np. 1 zł, i tak musiałby odprowadzić daninę w wysokości 15 000 zł (przy założeniu, że w połowie z 300 dokonanych transakcji był stroną kupującą). Ten tragiczny w skutkach – z punktu widzenia majątku podmiotów obracających kryptowalutą – sposób opodatkowania został, pod naciskiem samych zainteresowanych, dostrzeżony przez Ministerstwo Finansów, które 18 maja 2018 r. opublikowało w tej sprawie komunikat:

„W konsekwencji przyjęcia takiej wykładni, w przypadku gdy obrót walutą wirtualną dokonywany jest na podstawie umowy sprzedaży lub zamiany, staje się przedmiotem podatku od czynności cywilnoprawnych. Uwzględniając specyfikę handlu walutami wirtualnymi, który sprowadza się do obracania tymi prawami majątkowymi przez ich zakup, sprzedaż i wymianę, a zatem wielokrotnego zawierania umów sprzedaży i zamiany, po stronie podmiotu dokonującego obrotu walutą wirtualną, powstać może obowiązek zapłaty podatku w wysokości niejednokrotnie przewyższającej zainwestowane środki”.

Kryptowaluty przez rok bez PCC

W miesiąc po publikacji komunikatu, na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt „Rozporządzenia Ministra Finansów w sprawie zaniechania poboru podatku od czynności cywilnoprawnych od umowy sprzedaży lub zamiany waluty wirtualnej” z 14 czerwca 2018 r. Na jego podstawie od zaplanowanego na 13 lipca 2018 r. wejścia w życie rozporządzenia do dnia 30 czerwca 2019 r. pobór PCC od podatników dokonujących nabycia lub zamiany kryptowaluty ma zostać zaniechany.

Termin wejścia w życie rozporządzenia ma być zbieżny z dniem wejścia w życie przepisów ustawy z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu, ze względu na fakt, że to w niej, w art. 2 ust. 2 pkt 26 zostało zdefiniowane pojęcie waluty wirtualnej (Dz.U. 2018, poz. 723).

Co z nabyciem bitcoina przed 13 lipca?

Pismem z dnia 26 czerwca 2018 r., Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii zwróciło się do MF o rozszerzenie katalogu podmiotów mogących skorzystać z instytucji zaniechania poboru PCC, również o tych, którzy nabyli kryptowalutę przed 13 lipca 2018 r. MPiT uzasadnia, że wielu z nich, dokonując transakcji, nie miało świadomości na temat związanych z nimi, ciążących obowiązków podatkowych.

Objęcie większego kręgu podmiotów abolicją podatkową odnajduje podstawy również w samym uzasadnieniu do projektu rozporządzenia. Zawarto w nim bowiem, że: „(…) stosowanie ścisłej wykładni przepisów ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych może skutkować nałożeniem na podatników obowiązków niemożliwych do wykonania, prowadzących w wielu przypadkach do konfiskaty majątku, a tym samym naruszeniem konstytucyjnej zasady dotyczącej prawa do ochrony własności”.

Problem pozostaje

Projektodawcy rozporządzenia zapewniają, że okres do 30 czerwca 2019 r. jest wystarczający do przygotowania właściwych rozwiązań, odpowiednio normujących i dostosowanych do tej sfery obrotu gospodarczego w kontekście podatkowym. Nie należy też zapomnieć, że i tak czasowo rozwiązuje tylko kwestię dotyczącą nabycia walut wirtualnych, dokonanych nie w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Przedsiębiorcy wciąż nie wiedzą, jak zostaną potraktowani przez fiskusa z tytułu obrotu kryptowalutą.

4 kwietnia 2018 r. MF opublikowało informację na temat skutków podatkowych obrotu kryptowalutami w PIT, VAT i PCC. Przychody z obrotu krytpowalutą mogą być zakwalifikowane do źródła przychodów z tytułu praw majątkowych lub pozarolniczej działalności gospodarczej, jeżeli kryptowaluta jest przedmiotem obrotu w ramach działalności. Przychód ze sprzedaży bitcoina, jak orzekł w przywołanym na wstępie wyroku NSA (II FSK 488/16), traktowany jest, jako przychód z praw majątkowych i jako taki przypisany do rozliczenia osobom fizycznym. Jeśli jednak obrót kryptowalutą będzie wykonywany zarobkowo, w sposób zorganizowany i ciągły, zgodnie z art. 5a pkt 6 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991, nr 80, poz. 350 z późn. zm.), wówczas osiągnięty z tego tytułu przychód zakwalifikowany zostanie jako uzyskany z działalności gospodarczej. Oznacza to, że kryptowalutowe obowiązki podatkowe mogą wówczas poważnie uszczuplić majątek przedsiębiorców lub doprowadzić do jego całkowitej utraty.

Potwierdzenie przelewu nie dokumentuje kosztu nabycia

Przedsiębiorcy mogą rozliczać swoje dochody w skali podatkowej wg generalnych stawek 18% i 32% (art. 27 ust. 1 ustawy o PIT) lub ryczałtowo, 19% podatkiem liniowym (art. 30a ust. 1). Dochód to przychód pomniejszony o koszt jego uzyskania. Naturą kryptowalutowych transakcji jest ich zakup i sprzedaż z niewielką marżą. Przedsiębiorcy dokonują więc wielu transakcji, by w ostatecznym rozrachunku, sumując wielokrotny obrót, zapewnić swojej działalności rentowność, czasem ponosząc też stratę. Powinni więc opodatkować stawką 19%, 18% lub 32% osiągnięte przychody lub wykazać straty, ujawniając wyższe koszty zakupu. I tu powstaje problem.

Natura obrotu kryptowalutą, dokonywaną choćby za pośrednictwem automatycznych botów transakcyjnych, sprawia, że jej zakup jest dokumentowany przede wszystkim zapisem dokonanych w tym celu przelewów bankowych. Natomiast zdaniem organów podatkowych: „(…) w oparciu o przepisy rozporządzenia w sprawie prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów brak jest podstaw do zaksięgowania w podatkowej księdze przychodów i rozchodów poniesionego przez Wnioskodawcę wydatku na zakup kryptowaluty, w kosztach uzyskania przychodów, na podstawie potwierdzenia przelewów bankowych, bowiem ww. rozporządzenie nie przewiduje takiego dokumentu jako dowodu księgowego” (interpretacja indywidualna Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej 0113-KDIPT2-1.4011.518.2017.1.AP z 23.01.2018 r.).

Śladem przytoczonego powyżej przykładu zakupu bitcoina o wartości 10 000 zł i dokonaniu z jego wykorzystaniem 300 transakcji w miesiącu, z których 150 stanowiłoby jego zakup, a 150 sprzedaż, przedsiębiorca rozliczający się podatkiem liniowym, nie mogąc zaliczyć do kosztów uzyskania przychodów zakupu kryptowalut, będzie musiał odprowadzić 285 000 zł podatku dochodowego. Rozliczający się wg skali podatkowej – jeszcze więcej.

Prawo nie nadąża

W uzasadnieniu projektu rozporządzenia przyznano: „Zachodzące zmiany gospodarcze powodują powstawanie nowych zjawisk, w ślad za którymi, w wyjątkowych przypadkach, nie nadążają zmiany w prawie podatkowym. Jedno z takich zjawisk stanowią waluty wirtualne i obrót nimi”. Niepewni swej sytuacji przedsiębiorcy, gracze kryptowalutowych rynków, muszą mieć nadzieję, że prawo jednak nadąży i uchroni ich przed wspomnianą konfiskatą majątku. Tym, którym nie starczy wiary, pozostaje szukać innej rezydencji podatkowej, będącej w stanie taką ochronę zapewnić.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Czeskie stopy w górę. Zmiana na podium giełd

Narodowy Bank Czech podniósł po raz kolejny stopy procentowe. Dane z USA nie zachwyciły, ale i tak umocniły dolara. Po ostatnich spadkach japońska giełda znów większa od chińskiej.

Czesi podnoszą stopy procentowe

Czeski Bank Narodowy zgodnie z oczekiwaniami podniósł wczoraj stopy procentowe. W rezultacie główna stopa znajduje się na poziomie 1,25%. Jak to często bywa gdy decyzja jest zgodna nie ma ona wpływu większego na rynek. Po podwyżce czeska stopa znajduje się tylko 0,25% poniżej głównej stopy w Polsce. Wielu analityków zastanawia się dlaczego Czesi podnoszą stopy procentowe a Polacy nie. Powodem jest lepsza kondycja gospodarki. Podczas gdy inflacja w Polsce wciąż nie może stabilnie osiągnąć poziomu 2% w Czechach przez niemal cały ostatni rok znajdowała się powyżej tej granicy. Warto też zwrócić uwagę, że Czechy są mniej zadłużonym krajem. Relacja długu publicznego do PKB została zduszona z 45% w najgorszym momencie kryzysu poniżej 35% obecnie. Polska z kolei wciąż jest zadłużona powyżej 50% PKB. Warto również zwrócić uwagę, że Czesi uchodzą za znacznie solidniejszy dłużników i już teraz płacą niemal punkt procentowy mniej kosztów obsługi zadłużenia.

Słabsze dane ze Stanów

Zamówienia na dobra okazały się słabsze niż oczekiwali analitycy. Zarówno wersja na dobra trwałego użytku jak i ta bez środków transportu okazały się o 0,2% słabsze od oczekiwań. Zgodnie z przewidywaniami wypadły za to dane z rynku pracy. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosło 218 tysięcy. Co ciekawe inwestorzy musieli mieć inny pogląd na te dane niż analitycy tworzący prognozy. Po samych danych dolar bowiem umacniał się zamiast osłabiać jak to często ma miejsce po słabszych danych.

Zmiana na podium

Japońska giełda po czterech latach wraca na miejsce drugiej największej na świecie. Zdarzenie to nie ma na razie większego wpływu, ale jest kolejnym symbolem słabości Chin. Państwo Środka traci głównie na wojnie handlowej z USA. Wiele wycen było tam opartych na perspektywach rozwoju za ocean. Teraz są one urealnione. Warto zwrócić uwagę, że fundamentalnie kraj ten nie ma jeszcze poważniejszych problemów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,
  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 16:00 – USA – raport ISM dla usług.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Grupa MOL podnosi prognozę wyników na 2018 r.

  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy MOL za pierwszą połowę 2018 r. wyniósł 1,3 mld USD, podobnie jak przed rokiem
  • Wyniki segmentów upstream oraz usług konsumenckich wyrównały niższy wkład segmentu downstream
  • Zysk netto Grupy wyniósł 512 mln USD

Grupa MOL ogłosiła dzisiaj wyniki finansowe za pierwszą połowę 2018 r. Wynik EBITDA utrzymał się na wysokim, zeszłorocznym poziomie 1,3 mld USD, w związku z czym firma podniosła prognozę na cały rok do 2,4 mld USD, wobec poprzedniej prognozy na poziomie ok. 2,2 mld USD.

Wynik EBITDA w segmencie upstream zwiększył się o 37% wobec pierwszej połowy 2017 r., osiągając poziom 612 mln USD (159,4 mld HUF), m.in. dzięki rosnącym cenom ropy naftowej i gazu. Średnia dzienna produkcja węglowodorów była zbliżona do zeszłorocznej i wyniosła 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej dziennie (boepd). Niższy poziom produkcji na Węgrzech, w Chorwacji i w Rosji został zrównoważony zwiększoną produkcją w Wielkiej Brytanii. W maju, złoże Catcher na Morzu Północnym osiągnęło stały poziom produkcji na poziomie 60 tys. boepd (produkcja całkowita), w związku z rozpoczęciem eksportu gazu (MOL posiada 20% udziałów w wydobyciu ze złoża Catcher).

Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie downstream osiągnął poziom 492 mln USD (128,4 mld HUF), o 24% mniej niż w bardzo dobrej pierwszej połowie roku ubiegłego. Spadek ten był związany głównie z niekorzystym dla sektora rozwojem makroekonomicznych czynników zewnętrznych. Zintegrowana marża na produktach petrochemicznych spadła o ponad 150 EUR na tonę, a marża na produktach rafineryjnych była niższa o 1,1 USD na baryłce. Dobra efektywność wewnętrzna, szczególnie w zakresie produktów petrochemicznych, była w stanie tylko częściowo zrównoważyć niższą marżowość.

Segment usług konsumenckich po raz kolejny przyniósł rekordowe wyniki, osiągając 192 mln USD EBITDA (50,2 mld HUF), co oznacza wzrost o 28% r/r. Wpływ na to miały m.in. rosnące marże na ofercie pozapaliwowej, a także rosnący popyt na paliwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Oferta pozapaliwowa odpowiada już za 27% całkowitej marży segmentu (24% rok wcześniej) i rośnie w tempie wyższym, niż marża na paliwach.

Segment gazowy z kolei przyniósł Grupie 116 mln EBITDA (29,8 mld HUF), czyli o 8% więcej, niż w pierwszej połowie ub.r.

Zsolt Hernádi
Zsolt Hernádi

Prezes i CEO Grupy MOL Zsolt Hernádi skomentował wyniki następująco: „Ponownie udowadniamy odporność naszego zintegrowanego modelu biznesowego na czynniki zewnętrzne, ogłaszając kolejną podwyżkę prognozy wyniku CCS EBITDA do 2,4 mld USD (wcześniej ok. 2,2 mld USD). Grupa MOL osiągnęła bardzo dobre wyniki za pierwszą połowę 2018 r. i utrzymała wysoką rentowność na zeszłorocznym poziomie 1,3 mld EBITDA w warunkach rosnących cen ropy naftowej i spadających marż w segmencie downstream. Zrobiliśmy też znaczne postępy w realizacji naszej strategii transformacji do roku 2030.”

Wzrost cen w strefie euro ponownie nieco przyśpieszył

W tym tygodniu poznaliśmy wstępne wyniki dla inflacji w strefie euro. Inflacja wg zharmonizowanego wskaźnika cen konsumpcyjnych, wzrosła w czerwcu rokrocznie o 2,1%. Na wzrost i stopniowe przekroczenie celu inflacyjnego EBC miały wpływ przede wszystkim ceny energii, które są w rokrocznym porównaniu o 9,4% większe. Ceny żywności wzrosły z kolei o 2,5% r/r. Jest to kolejny sygnał potwierdzający przypuszczenia, że do podwyższenia stóp procentowych dojdzie w przyszłym roku, po zakończeniu tegorocznego programu QE. Ceny rosną również w Polsce. W lipcu zanotowano ich wzrost o 2% r/r. Na ten wynik również wpływ miały ceny energii, przede wszystkim paliwa, które w porównaniu rok do roku podrożało o 18,7%. Nadal jednak nie zostały osiągnięty cel inflacyjnych,
który ustalono na poziomie 2,5%. Zatem w najbliższej przyszłości nie spodziewamy podniesienia stóp procentowych w Polsce.

W tym tygodniu odbyły się posiedzenia kilku banków centralnych. W USA Fed nie podniósł stóp procentowych, ale zaznaczył, że dzięki pozytywnym perspektywom gospodarczym zaostrzenie polityki pieniężnej powinno być kontynuowane. Rynek oczekuje, że najbliższy wzrost amerykańskich stóp procentowych nastąpi we wrześniu.

Należy również wspomnieć o posiedzeniu Narodowego Banku Czeskiego. Ogłoszono na nim podniesienie podstawowej stopy procentowej do 1,25%. Można również oczekiwać, że w tym roku czeski bank centralny zdecyduje się jeszcze raz na taki krok.

Złoty w tym tygodniu ponownie się umocnił, a jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,25 EUR/PLN. Eurodolar w tym czasie notowano w okolicach 1,16 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Raport VMware: firmy boją się ryzyka. Kupują to, co znają i tracą.

Przedsiębiorstwa przeznaczają coraz większe środki na nowe technologie. Jest tylko jeden szkopuł. Nie są skłonne do ryzyka, patrzą krótkoterminowo i na ogół wybierają rozwiązania, które są dobrze znane. Przez to wiele tracą. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych wspólnie przez firmę VMware i londyńską Cass Business School.

Raport Innovating in the Exponential Economy zwraca uwagę na rosnące w firmach rozbieżności między zapotrzebowaniem na nowe technologie, a ich efektywnym  wykorzystaniem oraz wpisywaniem w kulturę całej organizacji. Badacze z Cass Business School zwrócili uwagę, że firmy szukają przede wszystkim rozwiązań dających szybki zysk, zaniedbując przy tym podejście strategiczne, pozwalające na uzyskanie większych korzyści w dłuższej perspektywie czasowej. Co więcej, biznesowi nadal brakuje skłonności do ryzyka, a przedsiębiorcy niechętnie eksperymentują z technologiami.

Cyfrowa transformacja to nie tylko narzędzia. To całkowita zmiana modelu biznesowego, kultury organizacyjnej, procesów tworzenia i dostarczania nowych produktów oraz usług. To także zupełnie nowe podejście do mierzenia efektów biznesowych, ponieważ przyszłości nie da się już tak łatwo przewidzieć, jak kiedyś. Zmiany zachodzą tak szybko, że innowacyjne rozwiązania mogą przestać być takimi, jeszcze zanim firma oceni przydatność ich wdrożenia – komentuje wyniki profesfor Feng Li, autor raportu i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School w Londynie.

Ujarzmiając nieuniknione

Według badań McKinsey’a obecnie 40 proc. firm jest ucyfrowionych. Wskaźnik digitalizacji będzie więc rósł, jednak wcale nie musi to oznaczać, że dzięki inwestycjom w technologie  firmy uzyskają wymierne korzyści. Do tej pory model wdrażania innowacji oparty był na ciągłym analizowaniu czy dane wdrożenie przyniesie z góry oczekiwane rezultaty. Niestety współczesny rynek jest coraz mniej przewidywalny, potrzeby konsumentów zmieniają się z dnia na dzień, a technologie takie jak AI, IoT czy cloud ewoluują w bardzo szybkim tempie. W efekcie trafna ocena czy dana technologia okaże się w danej firmie sukcesem, czy porażką, staje się wręcz niemożliwa.

Według badaczy  z Cass Business School, firmy nie mogą bezczynnie czekać na rynkową ocenę skuteczności danych technologii, tylko same muszą inspirować zmiany. Zarządzanie innowacjami musi opierać się nie tylko na chłodnej kalkulacji, ale także na improwizacji i gotowości do eksperymentowania.

Każdy nowoczesny biznes potrzebuje planu, to oczywiste. Sztywne trzymanie się go z góry jednak skazuje nas na porażkę.  Przetrwanie wielu firm zależy głównie od wiedzy na temat gwałtowanie zachodzących w ich otoczeniu rynkowym zmian i umiejętności wdrażania innowacji, jako odpowiedzi na te zmiany – komentuje wyniki Joe Baguley, Chief Technology Officer, VMware EMEA.

Porażki, które budują sukces

Cass Business School i VMware podkreślają w swoim badaniu, że ryzyko porażki we wdrażaniu nowych technologii jest nieuniknione. Jednocześnie mierzenie jedynie finansowego bilansu zysków i strat z wprowadzenia nowej technologii może być sporym ograniczeniem dla rozwoju firmy. Metody, jakie firmy wykorzystują do analizy korzyści muszą zmieniać się razem z ewolucją firmowej strategii. Tylko wtedy przedsiębiorstwo ma gwarancję, że nowe pomysły nie zostaną pominięte w przyszłości.

Osiągnięcie ponadprzeciętnych korzyści biznesowych wymaga innowacyjnego myślenia i refleksu, czyli umiejętności szybkiego przekształcania nowych pomysłów w działanie. Jest to jednak możliwe tylko w firmie opartej na kulturze innowacji, w której ludzie kreują nowe rozwiązania, a następnie je wdrażają. Nowe technologie są tylko narzędziem do osiągnięcia sukcesu. Dzięki nim dostarcza się systemy, aplikacje i środowiska pracy, które umożliwiają szybsze projektowanie, testowanie i wdrażanie kolejnych innowacji – twierdzi Joe Baguley z VMware.

Najnowszy raport dla VMware opracował profesor Feng Li z Uniwersytetu w Londynie i dyrektor Wydziału Technologii i Zarządzania Innowacjami w Cass Busines School. Wnioski oparte zostały na wynikach badań, jakie Feng Li prowadził w instytucjach prywatnych i publicznych w ciągu ostatnich 10 lat. Zostały one uzupełnione najnowszymi danymi  rynkowymi, które VMware udostępniły m.in. firma Amadeus, dostarczająca rozwiązania IT dla firm z branży turystycznej oraz firma analityczno-badawcza IHS Markit.

SYNERGA.fund S.A. ma porozumienie inwestycyjne z Gas And Energy Trading

SYNERGA.fund S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, podpisała porozumienie inwestycyjne ze spółką Gas And Energy Trading Sp. z o.o. (GET), działającą na rynku obrotu energią elektryczną, paliwami gazowymi i prawami majątkowymi. Oba podmioty rozważają przejęcie 100% GET przez Synerga.fund S.A.

Zgodnie z podpisanym przez spółki porozumieniem inwestycyjnym rozważają one przejęcie przez SYNERGA.fund S.A. spółki Gas And Energy Trading Sp. z o.o. pod warunkiem, że wartość jej wyceny sporządzonej przez biegłego rewidenta będzie nie mniejsza niż 50 mln zł. Szczegółowe zasady i warunki współpracy zostaną określone w porozumieniu o podstawowych warunkach transakcji (Term Sheet) do 31.08.2018 r. Zdaniem Zarządu SYNERGA.fund S.A. zawarte porozumienie jest zgodne z przyjętą strategią rozwoju i będzie miało istotny wpływ na dalszy rozwój Spółki.

Spółka GET rozpoczęła proces realizacji projektu Certigy Chain, który opiera się na technologii blockchain i zamiarze „tokenizacji” rynku handlu energii elektrycznej i gazu. Projekt przewiduje stworzenie platformy obrotu energią oraz gazem wraz z przypisanymi cyfrowymi certyfikatami pochodzenia energii (bio, węgiel, atom, itp.), klastra energetycznego oraz funduszu akceleracyjnego.

„W SYNERGA.fund mamy kompetencje, żeby zbudować projekt blockchainowy, który działa w świecie tradycyjnym. Łączenie tych światów ma zagwarantować projekt Certigy Chain, który rozwija Spółka GET, a który stanie się częścią SYNERGA.fund w przypadku przejęcia. Zespół GET ma kompetencje w zakresie sprzedaży energii elektrycznej oraz gazu i właśnie w tym segmencie projekt blockchainowy Certigy Chain plasuje się jako rozwiązanie systemowe i zdecentralizowane do zarządzania handlem energią elektryczną i certyfikatami pochodzenia. Pozwala on na podejmowanie świadomych decyzji podczas zakupu energii oraz oddanie tych decyzji w ręce konsumentów. Jest to projekt o szerokim potencjale i wprowadza nowe możliwości w zakresie konsumpcji energii oraz gazu. W przypadku powodzenia tej transakcji, będziemy szukać kolejnych synergii z technologią blockchain i przekonywać rynek, że nasze kompetencje w tym zakresie pomogą tym firmom szybciej się rozwijać.” – wyjaśnia Bartosz Cywiński, Prezes Zarządu Spółki SYNERGA.fund S.A.

W marcu br. SYNERGA.fund S.A. przedstawiła nową strategię rozwoju na lata 2018-2020. Spółka planuje zbudować kompetencje, zespół oraz doświadczenie, które umożliwią jej zarówno tworzenie rozwiązań opartych o technologię blockchain, jak również prowadzenie działalności consultingowej oraz przeprowadzanie koinwestycji z siecią aniołów biznesu.

SYNERGA.fund S.A. to Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2011 r. Jej głównymi Akcjonariuszami są Prime2 S.A., posiadający akcje stanowiące 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA oraz January Ciszewski posiadający wraz z notowaną na rynku NewConnect spółką JR HOLDING S.A. akcje stanowiące również 23,33% udziału w kapitale zakładowym i w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Nie czas na ambitne strategie

Mamy wakacyjny okres, co oznacza niedobór tematów do handlu, niedobór osób do handlu lub brak przekonania do słuszności realizowanego handlu. Płynność jest poszukiwana, a inwestorzy albo trzymają się z boku, albo szukają sposobu, jak wykrzesać stopę zwrotu z tematu wojen handlowych. Kończy się to preferowaniem pewnych pozycji, a taką jest USD. Reszta inwestorów bierze urlop i korzysta ze słońca.

Żeby była jasność – dalej uważam, że wojny handlowe nie są pretekstem do rynkowej paniki. Gdyby dało się zepchnąć temat głębiej i uczepić ciekawszych spraw, to inwestorzy z pewnością by to zrobili. Problem w tym, że innych motywów do handlu nie ma. Bezsensowne jest konstruowanie czegoś na siłę – rynek finansowy opiera się na psychologii tłumu, czyli myśl przewodnia musi mieć sporą grupę ją popierającą, żeby wytworzyć siłę, która ruszy ceną. A co się stanie, gdy pomysł nie chwyci albo Ci, których udałoby się do niego przekonać, zamiast siedzieć w biurze są na plaży z rodziną? Efekt jest taki, że bezpiecznym rozwiązaniem jest trzymanie się gorących tematów (wojna handlowa USA-Chiny) i powiązanych inwestycji (mocny USD, słaby CNY, AUD, NZD). Na skali klimatu inwestycyjnego wskaźnik przesuwa się bliżej awersji do ryzyka, ale spadki indeksów akcji o mniej niż 1 proc. sugerują, że zaangażowanie w ucieczkę od ryzyka jest niskie. To nie są normalne warunki rynkowe, ale w okresie wakacyjnym rzadko takie bywają.

Spadek GBP/USD pod 1,30 jest właśnie objawem trzymania się przez inwestorów „pewnego” dolara, a jednocześnie stronienie od „zagadek”, a taką jest funt. Wczoraj BoE zgodnie z oczekiwaniami podniósł główną stopę procentową o 25 pb do 0,75 proc., ale jastrzębim akcentem była jednomyślność członków MPC. Bank obiecał więcej podwyżek w przyszłości, o ile Brexit nie wywróci gospodarki do góry nogami; optymistycznie wyglądały też prognozy wzrostu i inflacji. Konstruktywny wydźwięk decyzji Banku Anglii jednak nie wystarczył, by przezwyciężyć dominację USD. Piętno Brexitu powoduje, że rynek potrzebuje idealnego układu znaków na niebie i ziemi, aby odważyć się budować długie pozycje w GBP. Teraz nie ma takich warunków.

W obecnym klimacie raport z rynku pracy USA może być bardziej interesujący niż w ostatnich miesiącach. Rynek liczy na kolejny miesiąc solidnego przyrostu zatrudnienia (193 tys.), stopa bezrobocia powinna wrócić pod 4 proc. po zeszłomiesięcznym wyskoku, a płace mają kontynuować trend wzrostowy (2,7 proc. r/r). Dla nikogo nie będą to zaskakujące informacje, ale jeśli ktokolwiek szuka dziś dodatkowego pretekstu, by trzymać się długich pozycji w USD lub dołożyć nowe, to raport NFP może być do tego idealny. Jednocześnie silna postawa dolara implikuje, że większe ryzyko leży po stronie rozczarowania odczytem. W szczególności źle ocenione może być utrzymanie stopy bezrobocia na 4 proc., co będzie sugerować, że w gospodarce wciąż są pokłady niewykorzystanej siły roboczej, a zatem i moment nasilenia presji płacowej może się opóźnić.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sprawdź dane makroekonomiczne na przyszły tydzień

Okres wakacyjny w dalszym ciągu daje o sobie znać. Na rynku walutowym króluje niższa zmienność oraz brak istotnych danych makroekonomicznych. Z powodu niższej zmienności banki centralne wszystkie ważniejsze decyzje monetarne przekładają na późniejszy termin. Oprócz tego na głównych parach walutowych mamy konsolidację, co przeszkadza skutecznie wykorzystywać systemy podążające za trendem.

Po tak krótkim wstępie zobaczmy, jakie dane makroekonomiczne mogą poruszyć rynkiem walutowym w przyszłym tygodniu. W poniedziałek nie czeka na nas żadna ważniejsza publikacja danych makroekonomicznych. We wtorek zostanie opublikowana decyzja w sprawie stóp procentowych przez bank centralny Australii. Oprócz tego w ten sam dzień o godzinie 15:00 poznamy kanadyjski wskaźnik PMI.

W środę czekają na nas jedynie dane z Australii: koniunktura w przemyśle wg. NAB. Natomiast najciekawszym dniem tygodnia będzie piątek, zapoznamy się z koszykiem danych makroekonomicznych z Japonii, Australii, Wielkiej Brytanii, Kanady oraz Stanów Zjednoczonych. Najważniejsza publikacja odbędzie się o godzinie 14:30, będzie to inflacja w Stanach Zjednoczonych. O tej samej godzinie zostanie opublikowana kanadyjska zmiana zatrudnienia oraz stopa bezrobocia.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone -inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych tylko na chwile zatrzymały wzrost inflacji, aktualnie po raz kolejny zaczęła rosnąć. Inflacja zostanie opublikowana 10 sierpnia o godzinie 14:30. Jest na co czekać.

AM inflacja

Źródło: Admiral Markets

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Australia – stopy procentowe

Przez najbliższy czas stopy procentowe w Australii pozostaną na niezmienionym poziomie.

Australia Bloomberg

Źródło: Bloomberg

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w bieżącym roku kalendarzowym jest minimalne.

Instrument do obserwacji – EURUSD

Notowania pary walutowej EURUSD od końca maja bieżącego roku kalendarzowego znajdują się w szerokiej konsolidacji. Aczkolwiek według średniej kroczącej w dalszym ciągu znajdujemy się w trendzie spadkowym. Aktualnym celem kupujących jest dolne ograniczenie konsolidacji w okolicy poziomu 1.156.

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Notowania EURUSD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Gdyby sprzedającym udało się pokonać dolne ograniczenie konsolidacji, to ich celem stanie się poziom 1.13. Niemniej jednak mają utrudnione zdanie i to pomimo średniej kroczącej. Bowiem po spadku notowań w okolicę wsparcia oscylator stochastyczny wskazałby poziom mocnego wyprzedania, co byłoby pomocą dla kupujących. W związku z tym bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i wzrost notowań w okolicę górnej bandy konsolidacji.

Dział Analiz Admiral Markets

Maciej Mazur: Polska stawia pierwsze kroki w kierunku elektromobilności

Polska stawia dopiero pierwsze kroki w kierunku rewolucyjnych zmian w motoryzacji. Ich częścią jest elektromobilność, a do jej rozwoju potrzebne jest odpowiednie prawodawstwo. To z kolei zaczęło się kształtować dopiero w ubiegłym roku. Powstały pierwsze zapisane regulacje dotyczące całkowicie nowego sektora – jak choćby krajowe ramy rozwoju polityki infrastruktury paliw alternatywnych czy plan rozwoju elektromobilności. Wtedy też zostały rozpoczęte konsultacje ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Została ona przyjęta i w lutym tego roku weszła w życie. To pierwszy akt prawny, który na nowo definiuje to, czym jest elektromobilność w Polsce i jak ma się rozwijać na naszych drogach. W ostatnim czasie weszła też w życie nowelizacja ustawy o biokomponentach i biopaliwach ciepłych. Choć nazwa pozornie nie ma związku, to projekt ten jest również ważny dla elektromobilności. Fundusz Niskoemisyjnego Transportu – czyli ciało, które ma wesprzeć finansowo rozwój elektromobilności, zostało właśnie tu zapisane. Znalazł się tam także punkt o poprawie Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych – stąd tak ważne było jej jak najszybsze przyjęcie. Uporządkowała ona system, przez który w ciągu kilku miesięcy niemożliwe było oddanie planowanego punktu ładowania samochodu elektrycznego. Brakowało bowiem rozporządzeń wykonawczych i Urząd Nadzoru Technicznego nie miał podstawy, aby taką stację przyjąć. Teraz sytuacja jest już inna. Każdy operator może oddać punkt do eksploatacji i komercyjnie realizować swoje cele biznesowe. To pokazuje, jak dużo jest nadal do zrobienia w elektromobilności.

– Choć ustawa o elektromobilności budziła wiele kontrowersji, była absolutnie niezbędna. Jako organizacja branżowa zrzeszająca podmioty zainteresowane rozwojem elektromobilności podkreślaliśmy, że takie działanie to krok w bardzo dobrym kierunku. Jednak jest on nadal niewystarczający – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych – Należy zrobić jeszcze więcej, aby poprawić elektromobilność. Oprócz tego należy rozwijać takie aspekty, które pozwolą zdynamizować rozwój tego rynku. Nie wystarczy jeden akt prawny. Wymagany jest cały cykl dokumentów, które będą ten rynek definiowały, zmieniały i co ważne – regulowały oraz dynamizowały.Należy uczyć się w tym zakresie na przykładach z Europy Zachodniej. W tym samym czasie, kiedy na polskich drogach jeździ łącznie 2 tys. samochodów elektrycznych, w Niemczech w ciągu jednego roku rejestruje się ich 60 tys., podobnie w Wielkiej Brytanii, a jeszcze więcej w Norwegii. Mamy więc od kogo się uczyć – dodał Mazur.

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online

Wideowizyty i domowe testery objawów przyszłością medycyny. Już niebawem nawet 80 proc. pierwszych wizyt lekarskich odbywać się będzie online 5

Starzejące się w wysokim tempie społeczeństwo ma bezpośrednie przełożenie na wzrost zapotrzebowania na wizyty lekarskie. Nie przybywa jednak w takim samym tempie lekarzy, co powoduje coraz dłuższe kolejki do gabinetów. Rozwiązaniem może się okazać telemedycyna. Szacuje się, że w przyszłości nawet 70–80 proc. wizyt pierwszego kontaktu będzie realizowane w domu pacjenta, za pośrednictwem rozwiązań telemedycznych. Domowe testery objawów pozwolą na rozpoznanie choroby, a lekarz postawi wstępną diagnozę podczas wideowizyty.

– Telemedycyna jest przyszłością pod względem wstępnego i docelowego leczenia w krajach Europy Zachodniej, w krajach bogatszego świata północy. Telemedycyna ze wszystkich badań, nie tylko w Polsce, w przyszłości będzie w 70–80 proc. realizowała wszelkie konsultacje pierwszego kontaktu, które będą wymagane w ramach rozpoznania, wstępnego przekierowania – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Grabowski, twórca iWylecz24.pl.

Według raportu „E-zdrowie oczami Polaków”, aż 72 proc. polskich pacjentów uważa, że lekarze zbyt dużo czasu przeznaczają na wypełnianie dokumentów. W ciągu 20-minutowej wizyty aż 16 minut zajmują takie czynności jak zapoznanie się z historią choroby czy wypisanie recepty, co oznacza, że na badania lekarzowi zostają 4 minuty. Według 65 proc. badanych współczesny system e-zdrowia jest zbyt słabo rozwinięty i nie wykorzystuje potencjału, jaki drzemie w nowoczesnych technologiach. Na rynku już pojawiają się pierwsze prywatne przychodnie realizujące wideowizyty, a dostępnych jest coraz więcej domowych urządzeń pozwalających na samodzielne badania.

– Gdy mamy potrzebę badania fizykalnego, nic nie zastąpi wizyty w gabinecie. Natomiast wraz z rozwojem telemedycyny rozwija się też technologia monitoringu procesów życiowych i może się okazać, że mając specjalnie urządzenia, które monitorują nasze procesy życiowe, możemy się sami badać. W ten sposób cukrzycy badają poziom krwi, możemy badać tętno, ciśnienie i inne rzeczy, które w połączeniu z telemedycyną mogą bardzo przyspieszyć proces wstępnego rozpoznawania – tłumaczy ekspert.

Nowe technologie pojawiają się jednak nie tylko w placówkach prywatnych. Ministerstwo zdrowia prowadzi prace nad informatyzacją powszechnej służby zdrowia. Już dziś w Siedlcach i Skierniewicach prowadzony jest pilotażowy program e-recepty, który w 2020 roku ma być wprowadzony w całym kraju. Umożliwi wystawianie recept w formie elektronicznej w każdym gabinecie lekarskim. Na wprowadzenie rozwiązań telemedycznych w publicznej służbie zdrowia będzie jednak trzeba poczekać znacznie dłużej.

– W tym momencie jest niewiele takich miejsc na świecie, które my nazywamy cyfrowym centrum zdrowia. Niewiele jest takich rozwiązań, które by te wszystkie rozwiązania łączyły. Bardziej się skupiają w tej chwili np. w USA właśnie na testerze objawów, na wstępnym rozpoznaniu, gdzie w kilku stanach w USA to pełni funkcję lekarza pierwszego kontaktu. Tester objawów też bardzo mocno rozwija się w Indiach, teraz jest także wprowadzany z powodzeniem na terenie Niemiec – twierdzi Marcin Grabowski.

Według raportu mHealth Intelligence rynek telemedycyny rozwija się bardzo dynamicznie. Do 2020 roku jego wartość ma osiągnąć 49 mld dol.

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G

Już w 2020 r. w dużych miastach w Polsce może zabraknąć internetu mobilnego. Potrzebne jest szybkie wdrożenie sieci 5G 6

Resort cyfryzacji alarmuje, że w najbliższych latach mogą wystąpić problemy z połączeniami telefonicznymi i internetowymi, zwłaszcza w większych miastach. Według szacunków już w 2020 roku popyt na dostęp do szybkiego internetu mobilnego w Polsce będzie przekraczał możliwości sieci komórkowych w Polsce średnio o 22 proc. W gęsto zaludnionych miastach wskaźnik ten może przekroczyć nawet 60 proc. Ze względu na regulacje Komisji Europejskiej nie będzie możliwości zagęszczenia sieci komórkowej, aby poprawić jakość połączeń. Jedynym rozwiązaniem, które może uchronić nas od tzw. komórkowego blackoutu, może być szybkie wdrożenie sieci 5G.

– Blackout komórkowy nam w pewnym sensie grozi, ale to zależy od miejsca. Nie będzie jednak tak, że nie będzie można wykonywać połączeń telefonicznych, natomiast istnieje ryzyko, że w niektórych miastach w Polsce z uwagi na najbardziej restrykcyjne normy zagęszczenia promieniowania elektromagnetycznego nie tylko w Europie, lecz także na świecie, grozi nam wyraźne spowolnienie tego ruchu, gdyż nie będzie można instalować nowych urządzeń nadawczych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje minister cyfryzacji Marek Zagórski.

Analizy przeprowadzone przez ministerstwo cyfryzacji sugerują, że już w 2020 roku 63 proc. połączeń wykonywanych w centrach największych miast zakończy się niepowodzeniem, a w 2025 roku problem ten dotknie wszystkich polskich miast. Jeśli operatorzy nie zmodernizują swojej infrastruktury, już w 2030 roku korzystanie z sieci komórkowych stanie się niemożliwe. Stacje bazowe przestaną nadążać z przetwarzaniem połączeń i przesyłaniem między sobą danych.

– Liczba danych, które przesyłamy codziennie, rośnie w postępie wręcz geometrycznym. Nawet gdybyśmy nie dołożyli w ciągu najbliższych kilku lat żadnego nowego telefonu komórkowego w Warszawie, to istnieje takie niebezpieczeństwo, że ten ruch nam się spowolni – alarmuje minister.

Czarny scenariusz może się stać rzeczywistością, jeśli szybko nie zostaną podjęte kroki mające doprowadzić do wprowadzenia i upowszechnienia technologii 5G. Tylko dzięki niej stacje bazowe będą w stanie obsłużyć miliony urządzeń nieustannie komunikujących się z internetem, gdyż wkrótce operatorzy stracą możliwość dalszego zagęszczania sieci komórkowej.

Jednym z największych ograniczeń w rozwoju nowoczesnych sieci komórkowych są zbyt niskie limity gęstości mocy, które uchwalono w 1984 roku i w żaden sposób nie przystają do ery powszechnego, bezprzewodowego internetu mobilnego. Z raportu Boston Consulting Group opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji wynika, że polskie normy są aż sto razy bardziej restrykcyjne niż te obowiązujące w innych krajach Unii. To jeden z kluczowych powodów problemów z przepustowością, jaki wkrótce może dotknąć polskich operatorów.

Wdrożenie technologii 5G pozwali korzystać ze znacznie szerszego pasma radiowego w zakresie 30–300 GHz, które pozwala przesyłać znacznie większe ilości danych. Nadajniki 5G wysyłają także znacznie krótsze fale radiowe, dzięki czemu można korzystać ze znacznie mniejszych anten niż w obecnych stacjach bazowych. Szacuje się także, że dzięki 5G jedna antena będzie w stanie obsłużyć przeszło tysiąc urządzeń więcej niż te, które korzystają z rozwiązań 4G.

Wprowadzenie nowej technologii ma być także poprzedzone kampanią społeczną, która przekona Polaków do zalet wynikających z przejścia na nową technologię.

– Będziemy prowadzić konsultacje technologiczne i środowiskowe. Istnieją bowiem obawy, czy takie zagęszczenie instalacji nie jest przypadkiem szkodliwe dla mieszkańców. Chcemy te obawy łagodzić, wprowadzić mechanizmy, które pokażą zainteresowanym obywatelom, jak państwo to kontroluje, jak może przeciwdziałać praktykom nieuprawnionym, czyli nieodpowiedzialnemu zwiększaniu mocy urządzeń, czego przede wszystkim boją się środowiska, które do nas w tej sprawie występują – uspokaja Marek Zagórski

Ryzyko potencjalnego blackoutu komórkowego dostrzegli także urzędnicy Komisji Europejskiej, którzy zarekomendowali wdrożenie internetu 5G w co najmniej jednym polskim mieście do 2022 roku, aby w ten sposób uniknąć drastycznego spadku przepustowości sieci.

Według raportu opracowanego przez analityków Research and Markets do 2025 roku wartość globalnego rynku rozwiązań 5G osiągnie 251 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 97 proc.

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynku akcji, czy są szanse na kontynuację?

Nowa rotacja aktywów

  1. Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów
  2. Dane z gospodarki nieśmiale wspierają rynki
  3. Oczekiwania na II półrocze

Chwilowa tendencja czy odwrócenie trendów

Lipiec był dobrym miesiącem dla rynków akcji. Po wielu tygodniach spadków nieznaczne odbicie mogliśmy obserwować na notowaniach krajowych indeksów. Najsilniej było to widoczne w przypadku notowań dużych spółek, które dały zarobić 7,8%. Biorąc pod uwagę, że wzrosty średnich (+2,94%) i małych (+2,78%) spółek były bardziej stonowane, można dojść do prostego wniosku, że za dużą częścią lipcowych wzrostów stali inwestorzy zagraniczni. Ruch, który wykonał się na krajowym rynku akcji, dobrze wpisuje się w ogólne tendencje obserwowane na rynkach wschodzących. Indeks MSCI EM zyskał w minionym miesiącu 3,1%. Za spadkami w poprzednich miesiącach stały przede wszystkim doniesienia związane z tak zwaną wojną handlową, jak również obawy inwestorów związane z silnym umocnieniem się rentowności amerykańskich obligacji. Lipiec przyniósł uspokojenie nastrojów odnośnie polityki Donalda Trumpa, dzięki czemu silnie zyskiwały rynki azjatyckie. Te wspierane były również przez politykę Chińskiego Banku Centralnego, zapowiedzi obniżki podatku dochodowego oraz plany wsparcia chińskiej produkcji przemysłowej. Dobrze wypadły również rynki rozwinięte. Niemiecki DAX zyskał w ciągu miesiąca 4,05%, zaś amerykański indeks S&P 500 3,31%. Lipiec był więc jednym z najlepszych miesięcy dla rynków finansowych od początku roku.

Dane z gospodarki nieśmiało wspierają rynki

W odróżnieniu od czerwca, polityka banków centralnych nie wpływała mocno na rynki finansowe. Fed zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy na niezmienionym poziomie. Podobnie rzecz się miała w przypadku EBC, który zadeklarował, że pierwsza podwyżka stóp procentowych w strefie euro nastąpi najwcześniej latem 2019 roku. Rynki finansowe wspierane były przed dane makroekonomiczne. W przypadku Polski lipiec rozpoczął się lepszym od oczekiwań odczytem PMI dla przemysłu, które wyniosło 54,2 punkty, dużo lepiej od oczekiwań. Pozytywnie zaskoczyły również dane o czerwcowej dynamice produkcji przemysłowej i budowlano montażowej. Pierwsze z nich rosła w czerwcu z roczną dynamika 6,8% (vs. 5,4% w maju), druga zaś 24,7% (vs. 20,8% w maju). Podobne tendencje obserwowaliśmy w przypadku sprzedaży detalicznej, która w czerwcu wykazała roczną dynamikę na poziomie 10,3%. Europejski rynek akcji wspierany był zaś wstępnymi odczytami indeksów PMI, który w przypadku niemieckiej gospodarki odwrócił trwającą od początku roku tendencję spadkową. Te wszystkie czynniki wspierały wzrosty na rynkach akcji.

Nasze oczekiwania na drugie półrocze

Początek sierpnia przywrócił zmienność na rynkach akcji. Wszystko za sprawą Donalda Trumpa, który przypomniał o kwestii ceł na linii Waszyngton – Pekin. Spowodowało to silną wyprzedaż na pierwszej sierpniowej sesji w Państwie Środka. Powstaje pytanie, czy nie powróci również opanowany wydaje się spór na linii USA – EU (co było jedną z przyczyn wzrostów na europejskich giełdach). Wydaje się, że perspektywy giełd w Zachodniej Europie uległy poprawie, ostatnie dane makroekonomiczne raczej wspierają gospodarkę, tak samo jak słabe euro. Więcej czynników ryzyka widzimy w Stanach Zjednoczonych, gdzie niektóre ze spółek FAANG zanotowały ponad 20% przeceny po podaniu cały czas przyzwoitych wyników. A biorąc pod uwagę wyceny i historyczne poziomy indeksów i kursów niektórych spółek, korekta wydaje się nawet być czymś zdrowym. W dalszym ciągu zagadkowa jest przyszłość rynków wschodzących, chociaż wydaje się, że większość tego, co najgorsze, mają już za sobą. Pośrednio to samo można napisać o rynku polskim. Patrząc czysto fundamentalnie, tendencje w wynikach spółek, w szczególności małych i średnich, powinny się w następnych kwartałach poprawiać. Dalej jednak istnieje dużo czynników ryzyka, od niskich stóp procentowych zaczynając (co wstrzymuje wzrosty banków), po reklasyfikację Polski w indeksach FTSE.

Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników

Sztuczna inteligencja i chatboty wkraczają do kancelarii prawnych. Nowe technologie zmieniają branżę, ale nie zastąpią prawników 7

Nowe technologie zmieniają model świadczenia usług prawniczych. Coraz więcej, na razie dużych, międzynarodowych kancelarii, wdraża rozwiązania bazujące na narzędziach informatycznych i sztucznej inteligencji, a w przyszłości udzielanie porad prawnych mogą przejąć chatboty. Maszyny nie zastąpią jednak prawników całkowicie, ale pozwolą im się skupić na zawiłościach sprawy, planowaniu strategii i bardziej skomplikowanych zadaniach.

– Roboty nie zastąpią prawników. Rozwiązania techniczne w jakimś stopniu ułatwią pracę prawników, być może rzeczywiście zastąpią ją w zakresie bardzo prostych, powtarzalnych czynności Myślę jednak, że na bardziej wyszukane porady prawnicze wciąż będzie popyt nawet za 10 czy 20 lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Agnieszka Besiekierska, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr.

Nowe technologie w coraz większym stopniu wpływają na branżę prawniczą. Jak wynika z raportu „Diagnoza potrzeb prawników w zakresie wykorzystywania narzędzi informatycznych w usługach prawniczych”, opublikowanego przez fundację LegalTech Polska, 87 proc. prawników jest zdania, że nowe technologie będą odgrywać coraz większą rolę w ich pracy. Ponad połowa (51 proc.) polskich kancelarii i działów prawnych inwestycje w technologie wskazuje jako swój priorytet. Obecnie stopień wykorzystania nowych technologii zależy od tego, czy jest to duża, międzynarodowa kancelaria sieciowa czy mała, butikowa kancelaria. Na rynku dostępne są już m.in. rozwiązania oparte o sztuczną inteligencję, które są wykorzystywane do analizy bardzo dużej ilości dokumentów.

 One działają w ten sposób, że wyszukują pewne frazy kluczowe i wybierają kluczowe dokumenty z kilkuset tomów akt. Wciąż jednak ten ostatni etap wyboru jest pozostawiony ocenie prawnika. Są również rozwiązania typowe dla systemu prawa amerykańskiego, które dokonują analizy predykcyjnej i oceniają, jakie są szanse na wygranie danego sporu. Pozwalają podjąć decyzję, czy w ogóle wchodzić w ten spór, czy może ugoda będzie tańsza. To jest kluczowe, szczególnie w amerykańskim systemie prawa, gdzie wiadomo, że obsługa prawników jest nieporównywalnie bardziej kosztowna niż w Polsce czy w Europie – mówi dr Agnieszka Besiekierska.

JP Morgan Chase już od ponad roku wykorzystuje bazujące na AI oprogramowanie o nazwie COIN (Contract Intelligence), które analizuje umowy kredytowe. Maszyna w ciągu kilku minut wykonuje zadanie, które wcześniej zajmowało prawnikom łącznie ok. 360 tys. godzin pracy rocznie. Amerykańska kancelaria BakerHostetler korzysta z pomocy sztucznej inteligencji o nazwie Ross, bazującej na mocach obliczeniowych superkomputera Watson stworzonego przez IBM. Dzięki niej prawnicy mogą się skupić na zawiłościach sprawy, a nie na czasochłonnym wyszukiwaniu danych i dokumentów. W ślady BakerHostetler poszło też wiele innych kancelarii prawnych, dla których wykorzystanie AI to znaczna oszczędność czasu, kosztów i uproszczenie pracy prawników.

– Bardzo często pojawia się pytanie: czy roboty zabiorą pracę prawnikom? Odpowiedź na to brzmi: nie. Jedyna wątpliwość, która się przy tej okazji pojawia, to kwestia kształcenia młodszych prawników. Do tej pory kształcili się oni, wykonując proste, często powtarzalne czynności, które w przyszłości docelowo prawdopodobnie przejmą roboty – mówi dr Agnieszka Besiekierska. – Sztuczna inteligencja będzie miała ogromny wpływ na wykonywanie zawodu prawnika, tak jak wszystkich innych. Istotne jest, żeby uwzględnić tę zmianę w naszym otoczeniu już w tej chwili, w procesie kształcenia, przygotowania młodych prawników, absolwentów prawa do wykonywania zawodu. Jednak to jeszcze się nie dzieje.

Młodzi prawnicy przygotowują się do zawodu, wykonując proste czynności, np. wypełniając wnioski do sądu, do rejestru zastawów. Docelowo to właśnie rozwiązania informatyczne będą mogły przejąć takie zadania. Dzięki temu adepci na prawników nie będą rozpoczynać już kariery zawodowej od zupełnych podstaw i będą mogli przejść poziom wyżej. W przyszłości również proste, standardowe umowy mogą być przygotowywane przez oprogramowanie przy zestawieniu odpowiednich klauzul, bez udziału prawnika.

Oprogramowanie bazujące na sztucznej inteligencji, big data czy analityka predykcyjna to nie są jedyne przykłady zastosowania nowych technologii w branży prawnej. Amerykański start-up Judge Analitycs zbudował rejestr zawierający statystyki i szczegółowe dane na temat każdego sędziego w USA, dzięki czemu prawnicy mogą lepiej poznać sędziego zaangażowanego w ich sprawę i opracować odpowiednią strategię. Z kolei udzielaniem porad prawnych w przyszłości mogą się zająć chatboty, coraz powszechniej wykorzystywane do kontaktów z klientami w wielu różnych branżach. W 2016 roku student Uniwersytetu Stanforda Joshua Browder stworzył pierwsze takie narzędzie – chatbota DoNotPay, który odpowiada na pytania z zakresu prawa cywilnego i karnego oraz udziela porad prawnych na terenie całych Stanów Zjednoczonych.

– Pojawiają się pomysły opodatkowania pracy robotów. To miałoby sens, jeśli okaże się, że rzeczywiście tej pracy na rynku ubywa w związku z tym, że zastępują nas maszyny. Wydaje mi się, że na ten moment jest to odległa perspektywa. Na razie powinniśmy co najwyżej rozmawiać o zachętach podatkowych dla rozwijania nowych technologii. Od postępu nie uciekniemy, dlatego ważne jest to, żebyśmy nie zostali w tyle – podkreśla szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelaria Noerr.

Jak prognozuje Instytut Gartnera, do 2025 roku maszyny zastąpią już nawet jedną trzecią tradycyjnej siły roboczej. Cyfrowi pracownicy sprawdzą się tam, gdzie trzeba przetwarzać i analizować duże ilości danych, np. w branży finansowej i prawnej. The Institute for Robotic Process Automation wyliczył, że wykorzystanie software’owych robotów to równowartość 1/5 kosztu pełnoetatowego pracownika.

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu

W. Słowik: propozycje nowego budżetu UE mało korzystne dla Polski i krajów regionu 8

Pierwsze propozycje nowego unijnego budżetu nie są satysfakcjonujące dla Polski – ocenia wiceminister inwestycji i rozwoju Witold Słowik. Jak podkreśla, przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej odbywa się kosztem państw, które dołączyły do wspólnoty po 2004 roku. Wprawdzie jesteśmy na samym początku ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany, ale kraje Europy Środkowo-Wschodniej powinny walczyć o to, żeby cięcia funduszy w ramach polityki spójności dotknęły je w jak najmniejszym stopniu.

Trwają dyskusje nad nowym unijnym budżetem. Zostały złożone pierwsze propozycje, które nie są satysfakcjonujące z punktu widzenia Polski. To wynika z kilku powodów. Po pierwsze, składka została minimalnie obniżona, mimo że mamy do czynienia z brexitem, czyli wystąpieniem z UE jednego z największych płatników netto, co spowoduje uszczerbek roczny w budżecie unijnym w granicach 8–10 mld euro. Ponadto nastąpiło przesunięcie akcentów na rzecz Europy Południowej, zdecydowanie większe będzie wsparcie dla tych krajów, które borykają się z kryzysem instytucjonalnym i kryzysem migracyjnym, co odbywa się kosztem nowych państw unijnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Na początku maja KE rozpoczęła dyskusję nad nowym budżetem Unii na lata 2021–2027. W sumie do rozdysponowania będzie 1,2 bln euro, z czego 373 mld euro na politykę spójności, z której Polska czerpie największe benefity. Alokacja środków na politykę spójności zmniejszy się jednak o ok. 10 proc.

Zgodnie z projektem z końca maja po 2021 roku Polska ma dostać w ramach polityki spójności 64,4 mld euro, czyli o 19,5 mld euro (23 proc.) mniej w obecnej siedmiolatce. Mimo to nadal pozostałaby największym beneficjentem, wyprzedzając następne w kolejności Włochy i Hiszpanię.

– Zmniejszenie dostępnych środków o 23 proc. w stosunku do aktualnego budżetu jest na podobnym poziomie, jak wśród innych krajów naszego regionu. Natomiast niektóre państwa w tej propozycji mają zdecydowanie mniejsze cięcia – mówi Witold Słowik. – Cała Europa Środkowo-Wschodnia, Grupa Wyszehradzka tracą, więc w ich interesie jest dokonanie zmian w tych propozycjach, tak aby finansowanie w ramach polityki spójności było jak najszersze.

Jednak – jak podkreśla – jest to początek ścieżki negocjacyjnej i ostateczny kształt budżetu będzie dopiero ustalany.

– Pozytywne jest to, że zostały wprowadzone specjalne programy dotyczące kwestii militarnych. Mam nadzieję, że Polska, jako jeden z krajów wschodniej flanki NATO, skorzysta z tych programów. Jesteśmy na początku negocjacji. Na pewno MSZ będzie starało się wynegocjować możliwie jak najlepsze warunki z punktu widzenia interesu Polski i przyszłego rozwoju, chociaż na pewno będą to trudne negocjacje – ocenia Witold Słowik.

Zaproponowane przez Komisję Europejska zasady rozdzielania środków z polityki spójności uzależniają wielkość funduszy od bogactwa regionów, ale i dodatkowych kryteriów jak bezrobocie, zmiany klimatyczne czy przyjmowanie migrantów. W obecnym projekcie więcej zyskają kraje południa, m.in. Grecja i Włochy, natomiast cięcia środków na politykę spójności w dużym stopniu dotkną państwa Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Polskę, Węgry, Kraje Bałtyckie i Słowację).

Mimo że Polska osiągnęła znaczne postępy rozwoju gospodarczego i obecnie PKB per capita wynosi około 70 proc. średniej unijnej wobec 48 proc. w 2004 roku, to jesteśmy w dalszym ciągu jednym z biedniejszych krajów unijnych. Z punktu widzenia interesów Polski polityka spójności powinna być realizowana w dotychczasowym charakterze. Znaczne jej zmniejszenie uważamy za niesprawiedliwe, chociaż z drugiej strony zakładanie, że budżet w następnej perspektywie będzie identyczny jak w bieżącej jest niemożliwe. Jesteśmy jednak coraz bogatszym krajem i spełniamy w coraz szerszym zakresie kryteria tzw. konwergencji, czyli realizujemy w sposób modelowy zasady polityki spójności – mówi wiceminister inwestycji i rozwoju..

Pod koniec maja stanowisko polskiego rządu dotyczące nowego unijnego budżetu przedstawił premier Mateusz Morawiecki, który zapowiedział, że Polska nie zgodzi się na cięcie funduszy w ramach polityki spójności. Jak ocenił minister Jerzy Kwieciński, jest mało prawdopodobne, aby negocjacje dotyczące nowej siedmiolatki zakończyły się wcześniej niż wiosną przyszłego roku.

Polska jest największym beneficjentem aktualnego unijnego budżetu na lata 2014–2020. W sumie otrzyma 119,5 mld euro – 32,1 mld euro na politykę rolną i 82,5 mld euro w ramach polityki spójności (pozostałe 5 mld zł to środki na inne programy). Dla porównania nasza składka do unijnej kasy w obecnej siedmiolatce wyniesie ok. 30 mld euro. W aktualnym rozdaniu do Polski trafi ponad 23 proc. wszystkich środków unijnych zarezerwowanych na politykę spójności.

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów

Lawinowo rośnie liczba upadłości w branży budowlanej. Problemem rosnące zadłużenie firm i wzrost cen materiałów 9

Inwestycji infrastrukturalnych w Polsce przybywa, ale branża budowlana na tym nie korzysta. Firmy borykają się z rosnącym zadłużeniem, które wynika zarówno z rosnących kosztów, jak i zatorów płatniczych. Ceny produktów niezbędnych w produkcji budowlanej rosną nawet o 30 proc., a odczuwają to zwłaszcza te firmy, które zawierały kontrakty 2–3 lata temu i robiły znacznie niższe wyceny. Tym samym pogarsza się sytuacja finansowa przedsiębiorstw budowlanych – spada ich rentowność i lawinowo rośnie liczba upadłości.

Istotnym problemem branży budowlanej jest generalny wzrost cen materiałów budowlanych. Dotyczy to zwłaszcza branży infrastrukturalnej, drogowej i kolejowej. Poniekąd problemem powiązanym z jednym i z drugim jest brak waloryzacji, czyli możliwości aktualizowania ceny kontraktowej o wskaźnik wzrostu cen materiałów budowlanych i kosztów robocizny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Styliński, prezes zarządu Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

W sektorze publicznym i prywatnym od kilku miesięcy panuje boom inwestycyjny. Rośnie produkcja budowlano-montażowa (w czerwcu wzrost o 24,7 proc. rdr.). Mimo to sytuacja polskich firm z branży budowlanej nie jest dobra.

– Firmy budowlane cały czas są tą częścią gospodarki, która w nikłym stopniu korzysta z koniunktury. Można nawet powiedzieć, że mimo koniunktury sytuacja jest gorsza niż była 2 lata temu, jeśli spojrzymy na wyniki finansowe firm – przekonuje Jan Styliński.

Wartość indeksu WIG-budownictwo jest już na poziomie ok. 2,1 tys. pkt. – najniższym od początku 2015 roku. Firmy borykają się przede wszystkim z rosnącymi kosztami. Brak rąk do pracy sprawia, że większa jest presja na wzrost wynagrodzeń. Wyższe są też ceny materiałów budowlanych – PSB podaje, że w I połowie 2018 roku były wyższe od obserwowanych w analogicznym okresie roku poprzedniego w 18 z 20 kategorii produktów. Największe podwyżki odnotowano w kategorii płyta OSB, drewno – o 35,6 proc.

– Największym problemem, o którym słychać od każdej firmy budowlanej, jest bieżąca płynność. Wzrost cen materiałów i robocizny przy stałych cenach kontraktowych powoduje, że instytucje finansujące, czyli banki czy zakłady ubezpieczeń, które tradycyjnie dostarczały dużo kapitału dla rynku budowlanego, zaczynają coraz ostrożniej patrzeć na branżę. Boją się, że nie będziemy w stanie podołać spłacie zaciągniętych kredytów. To z kolei wtórnie przyczynia się do dodatkowego pogorszenia płynności finansowej firm – ocenia Styliński.

Już na początku 2018 roku Polski Związek Pracodawców Budownictwa apelował o dostosowanie cen materiałów i podwykonawstwa w kontraktach infrastrukturalnych tak, by pasowały do obecnej inflacji w branży. PZPB szacuje, że koszty kontraktów na budowę infrastruktury od końca 2016 roku wzrosły nawet o 35 proc.

Wiele kontraktów zawieranych w minionych latach jest dzisiaj realizowanych ze stratą, która musi być pokryta z innych przedsięwzięć, inwestycji czy ofert. Nie da się ukryć, że straty na ostatnich kontraktach są w jakiejś mierze kompensowane wyższymi wycenami w obecnie prowadzonych przetargach, gdzie dopiero teraz są składane oferty cenowe – zaznacza prezes PZPB.

Sytuacja przedsiębiorstw budowlanych szybko się pogarsza. W I półroczu tego roku liczba upadłości firm budowlanych wzrosła w ciągu roku o 18 proc., a upadłości w budownictwie miały 55-proc. udział w łącznej liczbie postępowań w tej branży – podaje Coface. Średnie opóźnienia płatności w budownictwie sięgają niemal 116 dni (wzrost o 32 dni w skali roku). Choć w wielu firmach rosną obroty, to mniejsza jest zyskowność.

W pewnym segmentach budownictwa infrastrukturalnego w niektórych województwach, zwłaszcza wschodnich, firmy mają rentowność na poziomie 0,8 proc. Nawet te, które sobie dobrze radzą, mają dobrze zbudowany portfel zamówień w bardziej zyskownych segmentach, oscylują w granicach 2,5–2,8 proc. marży. To znacznie poniżej średniej marży w przedsiębiorstwach w Polsce, która jest powyżej 5 proc. – tłumaczy Jan Styliński.

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka

Twardy rozwód Wielkiej Brytanii i UE oznacza chaos. Polska w grupie krajów podwyższonego ryzyka 10

Zarówno Wielka Brytania, jak i Unia Europejska przygotowują się na ewentualność twardego rozwodu z Unią. Także polski rząd nie wyklucza fiaska dwustronnych negocjacji, które powinny się zakończyć do października br. Zasady, na których Wyspiarze opuszczą Wspólnotę, będą mieć zasadnicze przełożenie na polski eksport i sytuację mieszkających w Wielkiej Brytanii Polaków. Zagrożona może być także obecna perspektywa unijna.

Scenariusz „no deal brexit” uderzy przede wszystkim w te państwa członkowskie UE, które mają najbardziej rozbudowane relacje z Wielką Brytanią. Polska jest niestety w grupie państw podwyższonego ryzyka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, starszy analityk PISM.

Na wtorkowym posiedzeniu scenariuszami dotyczącymi brexitu zajmował się polski rząd. Nie wyklucza on fiska negocjacji i twardego rozstania Wielkiej Brytanii z UE. I choć umowa wyjścia jest uzgodniona w 80 proc., to brakuje porozumienia dotyczącego np. granicy między Irlandią a Irlandią Północną czy roli Trybunału Sprawiedliwości UE. Taka umowa powinna zostać wypracowana do października br. Jak podkreślano na posiedzeniu rządu, jeśli do tego czasu nie będzie wiążących uzgodnień, potrzebne będą działania, które zabezpieczą prawa polskich obywateli i przedsiębiorców.

Twardy brexit mogą odczuć przede wszystkim polscy obywatele na Wyspach oraz te grupy, które zależą od finansowania unijnego, np. rolnicy, ponadto organizacje czy branże biznesu, które żyją z handlu z Wielką Brytanią – zarówno eksporterzy żywności, jak i usług transportowych, eksporterzy tzw. białego sprzętu – lodówek, pralek, oraz producenci części samochodowych. Polska eksportuje sporo części w ramach zintegrowanych łańcuchów dostawczych przemysłu samochodowego, ale również eksportuje bardzo dużo pośrednio pod flagą niemiecką czy francuską – mówi dr Przemysław Biskup.

Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku. Okres przejściowy, w którym mają obowiązywać dotychczasowe zasady współpracy, w tym swoboda przepływu osób, potrwa do końca 2020 roku. Po tym czasie Wielka Brytania stanie się formalnie „państwem trzecim”. Skutki będą odczuwalne dla obywateli i przedsiębiorstw zarówno w UE, jak i Wielkiej Brytanii i będą dotyczyć wszystkich aspektów jak na przykład przywrócenia kontroli na granicach, handlu, ważności dotychczas obowiązujących umów i certyfikatów czy przekazywania danych.

Jeżeli chodzi o konsekwencje braku porozumienia, czyli tzw. „no deal brexit”, trzeba mieć na uwadze ogromny potencjał chaosu. Traktat UE stanowi, że po upływie okresu negocjacyjnego Wielka Brytania traci wszystkie prawa i obowiązki państwa członkowskiego. To oznacza, że przestają obowiązywać wszystkie procedury prawne, celne i biurokratyczne, które dotychczas sterowały współpracą w UE. To będzie duży problem, przynajmniej w krótkim okresie. Z kolei długookresowo najprawdopodobniej mocno utrudni wypracowanie docelowych rozwiązań – mówi dr Przemysław Biskup.

Aktualnie w Wielkiej Brytanii mieszka ponad milion Polaków – co trzeci obywatel UE na Wyspach ma polskie obywatelstwo. Mamy też pozytywny bilans handlowy w handlu i usługach, a Wielka Brytania jest trzecim kierunkiem polskiego eksportu – w ubiegłym roku wartość wysłanych na Wyspy towarów i usług przekroczyła 55,4 mld zł. Dlatego zasady, na których opuści struktury UE, będą mieć duże przełożenie na sytuację polskich firm.

Jest ryzyko, że w międzyczasie Wielka Brytania, mając pełną swobodę decyzyjną i nie będąc już w żaden sposób związana ustaleniami, będzie mogła w skrajnym wypadku dokonać jakichś niekorzystnych rozstrzygnięć np. w odniesieniu do obywateli UE, aczkolwiek raczej się na to nie zanosi. Natomiast bardzo prawdopodobne, że w przypadku scenariusza „no deal” Wielka Brytania odmówi płacenia pieniędzy do końca obecnej perspektywy budżetowej –mówi dr Przemysław Biskup.

12 lipca w tzw. „białej księdze” Londyn po raz pierwszy przedstawił szczegółową wizję relacji z UE po brexicie. Jej treść jest obecnie omawiana przez unijnych i brytyjskich negocjatorów. Jednocześnie brytyjski parlament kończy przyjmowanie pakietu ustaw okołobrexitowych i przygotowuje się na ewentualność twardego rozwodu. W nadchodzących miesiącach rząd ma wydać noty z instrukcjami postępowania na wypadek braku porozumienia z Unią Europejską, które zostaną rozesłane m.in. do firm i gospodarstw domowych.

Ceny owoców pod lupą UOKiK. Przewaga kontraktowa dużym problemem w polskim rolnictwie

Ceny owoców pod lupą UOKiK. Przewaga kontraktowa dużym problemem w polskim rolnictwie 11

Rolnicy wciąż zmagają się z problemem przewagi kontraktowej. Odkąd UOKiK otrzymał uprawnienia do obrony mniejszych podmiotów przed kontrahentami o znacznie większym potencjale ekonomicznym, podjął interwencje w 36 sprawach. Obecnie urząd sprawdza, czy ceny owoców miękkich nie są kształtowane niezgodnie z prawem. Wszystko przez ogromne dysproporcje w różnicach cen – mieszkańcy Podkarpacia za kilogram malin płacili 10,5 zł, w tym samym czasie w Zachodniopomorskiem cena była trzykrotnie wyższa.

– Najtańsze owoce są tam, gdzie są uprawy, czyli np. dla maliny to wschód Polski, a najdroższe na zachodzie i nad morzem, ale skala tych różnic jest bardzo różna. W przypadku malin średnia województwa lubelskiego, podkarpackiego czy świętokrzyskiego różni się 3–4 razy od średniej po przekątnej Polski. W przypadku cen jabłek skala jest mniejsza, ale też widać różnicę między wschodem Polski a zachodem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

W Podlaskiem pod koniec lipca za kilogram czarnej porzeczki trzeba było zapłacić średnio 3,06 zł, a w Pomorskiem – 8,46 zł. Kilogram malin był najtańszy w województwie podkarpackim – 10,50 zł, a najdroższy w zachodniopomorskim – ponad trzykrotnie więcej (33,24 zł). W województwie lubelskim kilogram wiśni kosztował średnio 3,80 zł, a w pomorskim – już 6,44 zł. Z kolei za kilogram jabłek trzeba było zapłacić od 2,74 zł w województwie podkarpackim do 4,61 zł w województwach opolskim i pomorskim.

– Na razie badamy ten problem. Jest to element badania rynku i w tym momencie nie możemy odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego różnice są aż tak duże – mówi Marek Niechciał. – Część różnic można wytłumaczyć m.in. kosztami transportu, ale 3–4-krotną już nie.

Zdaniem Urzędu ceny owoców mogą być kształtowane niezgodnie z prawem i stanowić przykład wykorzystania przewagi kontraktowej. Wraz z wejściem w życie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej UOKiK otrzymał uprawnienia do obrony mniejszych podmiotów w sektorze rolno-spożywczym przed kontrahentami dysponującymi znacznie większym potencjałem ekonomicznym. Dotychczas podjął interwencje w 36 sprawach.

– Przewaga kontraktowa jest dużym problemem w polskim rolnictwie. Prowadzimy 20 postępowań wyjaśniających, związanych zarówno z relacjami pomiędzy rolnikami a przetwórcami żywności, a także w relacjach pomiędzy przetwórcami a ich odbiorcami, czyli sieciami wielkopowierzchniowymi – wskazuje Piotr Adamczewski, dyrektor Delegatury UOKiK w Bydgoszczy.

Problemem dla rolników jest m.in. niedotrzymywanie przez duże firmy terminów płatności. W tym tygodniu UOKiK wszczął postępowanie przeciwko T.B. Fruit Polska, czyli jednej z największych firm skupujących owoce. Choć zobowiązuje się do zapłaty w ciągu 30 dni, to część rolników pieniądze dostaje dopiero po 200 dniach.

– Przebadaliśmy bardzo dokładnie faktury z kilkudziesięcioma dostawcami, którzy realizują obroty powyżej 50 tys. zł z tym przedsiębiorcą. Okazało się, że aż 2/3 z tych faktur ma opóźnienia przekraczające co najmniej 10 dni od terminu płatności wskazanego na fakturze – mówi Piotr Adamczewski.

UOKiK bada relacje punktów skupu z rolnikami i największymi podmiotami na rynku przetwórstwa owoców. Sprawdza, czy ceny i warunki oferowane przez punkty realizują politykę handlową przetwórców. Jak podkreśla Piotr Adamczewski, potrzebne są jednak zmiany w prawie, które zachęcą drobnych rolników do zgłaszania problemów i nieprawidłowości. Może w tym pomóc procedowana właśnie nowelizacja przepisów – m.in. nieujawnienie stronom postępowania danych osoby składających zawiadomienie czy zniesienie dolnej granicy obrotów rolnika. Dotychczas Urząd mógł interweniować, gdy łączna wartość obrotów między dostawcą a odbiorcą w którymkolwiek z 2 lat poprzedzających rok wszczęcia postępowania przekroczyła 50 tys. zł, a obrót nabywcy, który stosuje praktykę, przekroczył 100 mln zł.

 Chodzi o to, żeby nikt nie bał się nas informować o wszelkich nieprawidłowościach na rynku. Zmiany w ustawie mają temu pomóc. Ma być wyeliminowany limit obrotu 50 tys. zł, w związku z tym również ci mniejsi dostawcy będą chronieni bezpośrednio poprzez działanie tej ustawy. Ponadto, będziemy eliminować jakąkolwiek możliwość wskazania przedsiębiorcy, kto lub z jakiego stowarzyszenia, z jakiej branży mógł być podmiotem informującym urząd o nieprawidłowościach – przekonuje Piotr Adamczewski.

Zarząd HAWE Telekom nie zgadza się z nieprawomocną decyzją sądu o umorzeniu postępowania sanacyjnego

Spółka otrzymała informację, iż  postanowieniem z dnia 24 lipca 2018 r.  Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy w Warszawie X Wydział Gospodarczy stwierdził, iż w wyniku głosowania, w postępowaniu sanacyjnym HAWE Telekom sp. z o.o., nad pierwotnymi propozycjami układowymi Rady Wierzycieli z dnia 14 grudnia 2016 roku oraz nad propozycjami Spółki w wersji z dnia 16 maja 2018 roku, układ nie został przyjęty. W następstwie niezatwierdzenia układu, postanowieniem z dnia 27 lipca 2018 r. Sąd umorzył postępowanie sanacyjne HAWE Telekom. Postanowienie o umorzeniu postępowania sanacyjnego Spółki jest nieprawomocne. W opinii Zarządu HAWE Telekom nadal jest szansa na układ z wierzycielami i ustabilizowanie sytuacji w spółce.

Zarząd HAWE TELEKOM nie zgadza się z treścią w/w postanowień i planuje wniesienie zażalenia na postanowienie o umorzeniu postępowania sanacyjnego. Wcześniej Zarząd Spółki, ale także Rada Wierzycieli wnioskowali o przedłużenie głosowania nad propozycjami układowymi.

„  Uważam decyzję sądu za skandaliczną. Sędzia de facto nie uwzględnił nowych okoliczności i nie dał stronom postępowania sanacyjnego więcej czasu na negocjacje w czasie głosowania. Zgodnie z przepisami restrukturyzacyjnymi sąd powinien wspierać działania spółki i jej wierzycieli w celu wypracowania układu. W naszym przypadku zarówno zarząd HAWE Telekom jak i Rada Wierzycieli wnioskowali o przedłużenie głosowania, którego wyniki mogłyby się zmienić. Przecież nowe, korzystniejsze propozycje złożył Zarząd a swoje propozycje wycofała Rada Wierzycieli. Powiem szczerze, że teraz tym bardziej rozumiem cele jakie przyświecają realizowanej obecnie w Polsce reformie sądownictwa. Nie może być tak, że sąd nie wspiera uczestników postępowania sądowego i nie uwzględnia nowych faktów.”- powiedział Paweł Paluchowski, Prezes Zarządu HAWE Telekom.

W głosowaniu wzięło udział 544 wierzycieli spośród blisko 781 uprawnionych. Za propozycjami układowymi głosowało 349 podmiotów, przeciwko 115, 80 głosów oddano nieważnych.

Przeważająca liczba wierzycieli poparła nasze propozycje, ale oczywiście decydujący głos miała Agencja Rozwoju Przemysłu, która nie zagłosowała za naszymi pierwotnymi propozycjami układowymi. Warto natomiast podkreślić, że także przedstawiciele ARP głosowali za przedłużeniem głosowania w momencie, gdy złożyliśmy nowe propozycje. Restrukturyzacja nadal trwa, a propozycje układowe są aktualne. Uważam więc, że nadal jest szansa na porozumienie z wierzycielami i stabilizację sytuacji w spółce. Układ będzie naszym wspólnym sukcesem.- dodaje Paweł Paluchowski, Prezes Zarządu HAWE Telekom.

Tak komentuje obecną kondycję finansowo-operacyjną spółki zarządca sądowy.

 „Sąd postanowieniem z 27 lipca 2018 roku zdecydował o umorzeniu postępowania sanacyjnego HAWE Telekom Sp. z o.o. w restrukturyzacji, jednak postanowienie to nie jest jeszcze prawomocne i biorąc pod uwagę moje dotychczasowe doświadczenia i informacje przekazywane mi przez uczestników postępowania spodziewam się, że będzie ono zaskarżone. To oznacza, że do dnia uprawomocnienia się postanowienia o umorzeniu postępowania Spółka będzie prowadzić działalność i realizować usługi wynikające z obowiązujących umów w niezmienionym zakresie. Warto dodać, że HAWE Telekom obecnie posiada około 10 mln środków finansowych na rachunkach bankowych i na bieżąco reguluje koszty postępowania sanacyjnego. Ponadto informuję, że Spółka zakończyła liczne inwestycje w tym wdrożenie systemu DWDM oraz wymiany kilka tysięcy km światłowodów, co pozytywnie wpływa na zakres i jakość świadczonych usług.- komentuje Wiesław Ostrowski, Zarządca Sądowy Spółki.

Prawie 4 miliardy za nami – polski rynek nieruchomości komercyjnych

Firma doradcza JLL analizuje transakcje inwestycyjne w sektorze nieruchomości komercyjnych w Polsce.

Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL
Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo – Wschodniej, JLL

„Na koniec lipca 2018 r. łączny wolumen inwestycyjny w Polsce wyniósł prawie 3,88 mld euro. Jest szansa, że ten rok będzie rekordowy z uwagi na zaplanowane finalizacje wielu transakcji. Spodziewamy się całkowitej wartości transakcji powyżej 5,5 mld euro łącznie we wszystkich sektorach rynku nieruchomości komercyjnych”, komentuje Agata Sekuła, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.

Polska bardzo mocna w handlu

W okresie od stycznia do końca lipca na polskim rynku nieruchomości komercyjnych dominowały transakcje w sektorze handlowym (ok. 2,07 mld euro). Na sektor biurowy przypadły umowy kupna/sprzedaży o wartości ok. 1,21 mld euro, na magazynowy – ok. 530 mln euro, oraz ok. 70 mln euro na sektor hotelowy.

„Sektor handlowy był najbardziej aktywny w 2018. Łącznie do dziś inwestorzy sfinalizowali umowy kupna/sprzedaży nieruchomości handlowych na łączną kwotę około 2,07 mld euro, co stanowi 53% całkowitego wolumenu zarejestrowanego we wszystkich sektorach i co ciekawe wynosi dokładnie tyle samo co całkowita wartość inwestycji w sektorze handlowym za cały rok 2017. Suma ta zawiera już najnowszą transakcję – 31 lipca 2018 EPP kupiło centrum handlowe King Cross Marcelin w Poznaniu za 91,1 mln euro, w której to transakcji firma JLL doradzała kupującemu. Biorąc pod uwagę trwające procesy finalizacji umów i dostępność produktu wolumen w tym segmencie polskiego rynku może z końcem roku przekroczyć 3 mld euro”, dodaje Agata Sekuła.

Największa transakcja inwestycyjna sfinalizowana w Polsce do tej pory to zakup przez konsorcjum zarządzane przez Griffin portfela 28 nieruchomości handlowych od ARES/AXA/Apollo Rida (za ok. miliard euro). W następnym etapie Griffin odsprzedał pierwszą część z nich do EPP (kolejne dwie transze mają zostać sfinalizowane z EPP do 2020 r.). Kolejną kluczową przykładową transakcją w segmencie handlowym w tym roku jest sprzedaż Galerii Katowickiej przez Meyer Bergman do EPF.

Stopy kapitalizacji za najlepsze obiekty handlowe utrzymują się na poziomie 4,9%.

Biura, magazyny i hotele na celowniku inwestorów

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

„W pierwszej połowie roku wartość transakcji na rynku nieruchomości biurowych w Polsce wyniosła łącznie ok. 938 mln euro, z czego na miasta regionalne przypadło 569 mln euro, a na stolicę 369 mln euro. Optymizm na rynku biurowym utrzyma się w kolejnym półroczu. Już w samym lipcu byliśmy świadkami transakcji na kolejne ponad 270 mln euro, a przed nami jeszcze finalizacja kilku bardzo znaczących transakcji. Ten segment rynku jest stabilny i płynny”, wyjaśnia Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL.

Największe transakcje biurowe zrealizowane od początku roku do końca lipca to m.in. kupno od TPG przez Revetas i Goldman Sachs m.in. B4B w Krakowie i Silesia Towers w Katowicach za ok. 325 mln euro; zakup od Ghelamco 50% udziałów w Warsaw Spire A przez Madison International Realty za ok. 175 mln euro, oraz sprzedaż Quatto Business Park w Krakowie przez Starwood Capital Group do Globalworth za 139 mln euro.

„Spektakularnych wyników rynek spodziewa się w segmencie magazynowym, gdzie na koniec roku wolumen transakcyjny może przekroczyć 1 mld euro. Zwłaszcza tutaj fundusze szukają obiektów typu prime. W pierwszym półroczu łączna wartość dziewięciu zrealizowanych transakcji wyniosła ok. 344 mln euro, a w lipcu mieliśmy przyjemność doradzać w transakcji zakupu portfela logistycznego przez Redefine/Griffin za blisko 200 mln euro. Spodziewamy się, że w kolejnych miesiącach kilka dużych portfeli magazynowych zmieni właścicieli za kwotę ponad 500 mln euro łącznie”, dodaje Tomasz Puch.

Najważniejsze dotychczasowe transakcje magazynowe to zakup przez Redefine/Griffin dziewięciu parków logistycznych zrealizowanych przez Panattoni Europe; czy zakup szczecińskiego centrum Amazon przez Vestas Investment Management od Invesco za ok. 110 mln euro. Właściciela zmienił również Prologis Park Sochaczew – projekt został kupiony przez Ares.

Stopy kapitalizacji w obiektach magazynowych typu prime wynoszą w Polsce 6,5%, natomiast w wiodących obiektach w tej klasie aktywów, zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu – poniżej 6%.

Stabilny wynik za pierwszych sześć miesięcy zanotował segment hotelowy. Union Investment kupił Holiday Inn w Warszawie (ok. 41 mln euro) i Park Inn w Krakowie (ok. 26 mln euro) od UBM Development.

JLL w transakcjach za 2 miliardy

Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce
Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce

„Wartość transakcji inwestycyjnych zrealizowanych z udziałem doradców z JLL w okresie o stycznia do lipca przekroczyła 2 mld euro. Reprezentowaliśmy fundusze w najbardziej spektakularnych umowach kupna/sprzedaży sfinalizowanych w Polsce, których przedmiotem było m.in.: 28 nieruchomości handlowych, czyli tzw. portfolio Chariot – po stronie Ares/Axa/Apollo Rida; Galeria Katowicka – po stronie Meyer Bergman, King Cross Marcelin – dla EPP, Warsaw Spire A – po stronie Ghelamco, Quattro Business Park – po stronie Starwood Capital Group, czy portfel dziewieciu nieruchomości logistycznych Panattoni – po stronie Redefine/Griffin”, podsumowuje Tomasz Trzósło, Dyrektor Zarządzający JLL w Polsce.

We Wrocławiu buduje się najwięcej biur, w Krakowie najwięcej wynajmuje, a Trójmiasto ma najmniej niewynajętej powierzchni

W I półroczu 2018 roku w regionach przybyło zdecydowanie więcej nowej powierzchni biurowej niż w Warszawie. Więcej biurowców znajduje się tam również w budowie. Koszulka lidera należy do Wrocławia. Co więcej, wskaźnik pustostanów na rynkach regionalnych jest znacznie niższy niż w Warszawie (9,3% vs. 11,1%), a najlepiej pod tym względem wypada Trójmiasto. Regionalnym miastem pierwszego wyboru jest Kraków, ale i tak to stolica cały czas przyciąga najwięcej firm – wynika z najnowszego raportu CBRE „Regionalny Rynek Biurowy po I półroczu 2018”. Na koniec 2018 roku zasoby regionalnej powierzchni biurowej mogą przekroczyć 5 mln mkw. i zbliżyć się do tych warszawskich.

Warszawa wciąż pozostaje biurowym liderem Polski, ale inne miasta zaczynają ją gonić. Na koniec I półrocza 2018 roku w stolicy było więcej powierzchni biurowych niż w miastach regionalnych łącznie – 5,2 mln mkw. wobec 4,6 mln mkw. Pozostałe dane wskazują jednak, że Warszawa zostaje w tyle.

Regiony depczą stolicy po piętrach

W Polsce regionalnej przybywa więcej biur niż w stolicy. Od stycznia do czerwca br. Warszawa wzbogaciła się o 173,5 tys. mkw., a regiony o 256,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Z prognoz CBRE wynika, że w całym 2018 roku nad Wisłą przybędzie 270,4 tys. mkw., a w regionach 357,1 tys. mkw.

W miastach regionalnych spotkamy też więcej placów budowy. W trakcie realizacji są inwestycje, które zapewnią ponad 977 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. To znacznie więcej niż buduje się obecnie w Warszawie (ponad 747 tys. mkw. powierzchni).

Regiony w porównaniu z Warszawą, na koniec czerwca br. miały również niższy współczynnik pustostanów – 9,3% wobec 11,1%. Najniższy wskaźnik odnotowało Trójmiasto (6,7%), a najwyższy Lublin (19,7%). W Szczecinie – 6,8%, w Poznaniu 7,7%, w Łodzi – 8,6%, Krakowie – 9,3%, Wrocławiu – 9,7%, Katowicach – 10,8%.

Warszawa wciąż atrakcyjna dla firm

Firmy szukające atrakcyjnej lokalizacji dla swoich biur wciąż częściej decydują się na stolicę niż miasta regionalne. W I półroczu br. w Warszawie łącznie wynajęły ponad 427 tys. mkw., podczas gdy w siedmiu głównych miastach regionalnych ponad 261,8 tys. mkw. powierzchni biurowej (spadek o 21% r/r).

Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE
Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE

Półroczny wolumen najmu w regionach poniżej 300 tys. odnotowaliśmy ostatnio w pierwszej połowie 2016 roku. W międzyczasie przybyło prawie 1 mln mkw. nowej powierzchni biurowej. W szczególności znaczny spadek najmu jest zauważalny w Szczecinie, Katowicach i Poznaniu Z odwrotną sytuacją mieliśmy do czynienia w Lublinie, gdzie firmy wynajęły trzykrotnie więcej powierzchni niż w ostatnim półroczu 2017 roku. Jest to historycznie jeden z najlepszych wyników w historii tego miasta – komentuje Kamil Tyszkiewicz, Dyrektor, Advisory & Transaction Services, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, CBRE.

Popyt w miastach regionalnych kształtują przede wszystkim najemcy z sektora finansowego oraz IT. Te dwie kategorie najemców odpowiadają za ponad połowę popytu na rynku nieruchomości biurowych. Do największych transakcji w regionach należał najem prawie 41,8 tys. mkw. we Wrocławiu i Poznaniu przez spółki należące do Grupy Santander.

Stolica Dolnego Śląska milionerem

W pierwszej części tego roku we Wrocławiu została oddana do użytkowania rekordowa powierzchnia biurowa (103,8 tys. mkw.). Tym samym stolica województwa dolnośląskiego przekroczyła granicę 1 mln mkw. łącznych zasobów powierzchni biurowej. Warto zwrócić uwagę, że we Wrocławiu jest zlokalizowanych ponad 40% powierzchni biurowej oddanej w regionach. Jednocześnie w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku, od stycznia do czerwca br. widoczny był spadek popytu na powierzchnię biurową. Jeszcze rok temu na koniec pierwszego półrocza było to około 91,7 tys. mkw., a w roku 2018 już tylko 58,4 tys. mkw.

Stolica Małopolski miastem regionalnym pierwszego wyboru

Kraków po I półroczu 2018 roku jest liderem wśród miast regionalnych pod względem popytu na powierzchnię biurową – z wynikiem 77,1 tys. mkw. i to pomimo prawie 25% spadku w porównaniu do II półrocza 2017 roku.

Optymistyczna prognoza dla regionalnej Polski

– Na koniec 2018 roku zasób regionalnej powierzchni biurowej może zwiększyć się o 12% r/r i tym samym przekroczyć 5 mln mkw. i zbliżyć się do zasobów biurowych Warszawy. Co więcej, z dynamicznym rozwojem regionalnego rynku biurowego będziemy mieć do czynienia co najmniej do końca 2020 roku. W ciągu najbliższych trzech lat do użytku zostanie oddany niemal 1 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Co ciekawe, największy procentowy przyrost podaży będzie miał miejsce w Szczecinie – mówi Kamil Tyszkiewicz z CBRE.

Bank Anglii podnosi stopy procentowe i sygnalizuje, że nie będzie spieszył się z kolejnymi podwyżkami

Bank Anglii w czwartek po raz drugi od czasu kryzysu finansowego podniósł stopy procentowe. Decydenci jednogłośnie zdecydowali o podniesieniu kosztów pieniądza o 25 punktów bazowych, do poziomu 0,75%. Tym samym stopy procentowe znalazły się na najwyższym poziomie od 2009 r.

Decyzja o podniesieniu stóp procentowych była oczekiwana przez rynki finansowe przed spotkaniem, jednak Bank zaskoczył, gdyż za podwyżką zagłosowali wszyscy członkowie komitetu decyzyjnego – inwestorzy liczyli, że jedynie 7 z 9 decydentów opowie się za natychmiastowym wzrostem kosztów pieniądza. Bank centralny zwrócił uwagę, że ostatnie dane gospodarcze potwierdzają, że spowolnienie ekspansji w pierwszym kwartale było tymczasowe. Decydenci poinformowali, że mimo, iż gospodarka rośnie wolniej niż w przeszłości, to obecne tempo ekspansji jest zbliżone do tego, jakie wystąpiłoby w przypadku wykorzystania pełnych możliwości gospodarki. To sugeruje, że wewnętrzna presja inflacyjna może być na horyzoncie.

Projekcja inflacji Banku została nieznacznie podniesiona od czasu majowego szacunku, podczas gdy prognoza wzrostu w 2018 r. wzrosła z 1,7% do 1,8%. Zgodnie z opinią Banku na perspektywy gospodarcze wpływać będzie reakcja gospodarstw domowych, biznesu oraz rynków finansowych na rozwój sytuacji w kwestii Brexitu. Groźba wojny handlowej również została wymieniona jako pewien powód do obaw.

Szterling zareagował umocnieniem na fakt, iż za podwyżką opowiedziało się więcej członków komitetu decyzyjnego niż szacował konsensus. Ostrożny ton prezesa Banku Anglii podczas konferencji prasowej sprawił jednak, że brytyjska waluta po krótkim czasie utraciła wszystkie zyski, które uzyskała z tytułu dzisiejszej jednogłośnej decyzji BoE.

Kurs GBP/PLN i GBP/USD (02/08/2018)

Kurs GBP-PLN i GBP-USD
Źródło: Thomson Reuters Data: 02/08/2018

Podobnie jak miało to miejsce w listopadzie 2017 r., kiedy Bank ostatnim razem podniósł stopy procentowe, decydenci zwrócili uwagę, iż „trwające zacieśnienie polityki monetarnej w trakcie horyzontu prognozy byłoby odpowiednie”, jednak również, iż przyszłe podwyżki stóp procentowych odbywać się będą „stopniowo, a ich skala będzie ograniczona”. Podczas konferencji prasowej prezes Carney podkreślił, że stopy procentowe będą rosły stopniowo, a polityka monetarna musi (dosłownie) „iść, a nie biec”. To właśnie z tymi słowami można powiązać sporą część ostrego spadku brytyjskiej waluty w trakcie konferencji – od dzisiejszego szczytu kurs GBP/PLN zanurkował o ok. 0,5%. Mimo to, z uwagi na dzisiejszą słabość polskiego złotego, funt brytyjski w parze ze złotym nadal pozostaje nieco silniejszy niż rano. W relacji do głównych walut, zwłaszcza w relacji do dolara amerykańskiego, brytyjska waluta pozostaje natomiast wyraźnie słabsza.

Zarówno „minutki” ze spotkania BoE, jak i ostrożne komentarze prezesa Banku Anglii sugerują, że BoE nie powinien spieszyć się z podwyżkami stóp procentowych w najbliższym czasie i będzie oczekiwał na kolejne dane dotyczące wzrostu gospodarczego i inflacji zanim zdecyduje, jakie podjąć działania w przyszłości. Perspektywy kolejnych podwyżek stóp procentowych, oczywiście pozostają w znacznym stopniu zależne od tego, jak przebiegał będzie proces wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Brexit pozostaje jednym z głównych czynników ryzyka dla brytyjskiej gospodarki oraz dla funta.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – Ebury Polska

Z faktoringu korzysta już 15 tys. polskich firm

Pomimo wysokiego tempa wzrostu gospodarczego i trwającej od wielu lat prosperity, obroty na rynku faktoringowym w Polsce stale rosną, bijąc kolejne rekordy. Świadczy to o tym, że faktoring stał się wygodnym instrumentem finansowym dla firm, a nie jedynie lekarstwem na brak płynności w czasach stagnacji i dekoniunktury.

Na koniec I półrocza 2018 r. firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły obroty w wysokości 109,5 mld zł i były o 27,5 proc. wyższe niż przed rokiem, kiedy wynosiły 89,5 mld zł. Wynika z tego, że wartość finansowania jakie przedsiębiorcy otrzymują w ramach finansowania jest już na zbliżonym poziomie do leasingu i kredytu obrotowego.

Według GUS, w 2017 r. z faktoringu skorzystało 12,5 tys. firm. Obecnie liczba faktorantów wzrosła do 15 tys., a liczba faktur przekazanych faktorom osiągnęła poziom 6,6 mln.

– Faktoring jest najszybciej rozwijającą się usługą finansową i odpowiedzią na narastające zatory płatnicze na polskim rynku. Nie bez przyczyny najczęściej wybieraną przez podmioty gospodarcze formą finansowania stał się faktoring pełny, który zdejmuje z przedsiębiorcy ryzyko niewypłacalności kontrahentów. Oceniamy, że choć wartość rynku faktoringu jest już wysoka, ma jeszcze duży potencjał wzrostu  – mówi Krzysztof Tempes, dyrektor sprzedaży w firmie Siemens Finance, która wprowadziła usługę faktoringu do oferty.

Brak płynności finansowej firm jest w Polsce poważnym problemem – według danych Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych z niepłacącymi na czas kontrahentami ma do czynienia 85 proc. polskich przedsiębiorstw, a przeciętny okres oczekiwania na zapłatę wynosi 3 miesiące i 24 dni. Co więcej, prawie co trzecia firma (28,9 proc.) borykająca się z brakiem płatności ze strony kontrahentów ogranicza swoje inwestycje.

Faktoring to usługa finansowa umożliwiająca skuteczne i szybkie przeciwdziałanie negatywnym skutkom zatorów płatniczych. W jej ramach przedsiębiorca (zwany faktorantem), przekazuje instytucji finansowej (faktorowi) faktury wystawione kontrahentom, które mają długi termin płatności. Następnie otrzymuje na swój rachunek pieniądze od faktora w wysokości bliskiej wartości przedłożonych faktur, potrącone o wynagrodzenie firmy faktoringowej.

Barclays nowym inwestorem w MarketInvoice, spółce z portfela Grupy MCI

0
  • Jedna z największych grup finansowych na świecie obejmuje udział mniejszościowy
    w MarketInvoice, liderze faktoringu online w Wielkiej Brytanii
  • Bank zaoferuje swoim klientom finansowanie faktur poprzez platformę MarketInvoice
  • MarketInvoice to przedstawiciel fintech’ów w funduszu MCI.TechVentures

Barclays poinformował o swojej współpracy z MarketInvoice – największą w Europie platformą finansowania faktur online, która ma zmienić sposób, w jaki małe i średnie przedsiębiorstwa (MSP) w Wielkiej Brytanii zarządzają przepływami środków pieniężnych i przyspieszają swój wzrost.

Bank chce zapewnić MSP, które są klientami Barclays płynny dostęp do innowacyjnych form finansowania. Nowe partnerstwo to kluczowy element planów Barclays dotyczących inwestycji w nowe modele biznesowe zorientowane na wzrost. To także ważny krok dla MarketInvoice, który ma ambicję, aby rozszerzyć swój zasięg w całej Wielkiej Brytanii.

Założona w 2011 roku firma MarketInvoice sfinansowała faktury o wartości ponad 2,7 miliarda funtów, zwiększając przepływ gotówki w tysiącach firm w Wielkiej Brytanii. Strategiczne partnerstwo jest pierwszym tego typu w branży – Barclays stanie się pierwszym bankiem na rynku high-end, który oferuje rozwiązanie do fakturowania w MarketInvoice, a także szersze narzędzia finansowania cyfrowych faktur dla swoich klientów.

Faktury mają zwykle długi termin płatności, który może wynosić nawet 120 dni, co w efekcie tworzy dla przedsiębiorców lukę w przepływie środków pieniężnych. Dzięki finansowaniu faktur, MSP mogą odblokować w ten sposób szybki dostęp do finansowania.

Anil Stocker, MarketInvoice CEO: “To ekscytujące móc łączyć wiedzę i doświadczenie 325-letniej brytyjskiej instytucji bankowej z rozwiązaniami finansowymi online MarketInvoice. Zbudowanie na tej podstawie strategicznego partnerstwa to dobra wiadomość dla brytyjskich firm.

Barclays jako pierwszy bank wprowadzający kartę kredytową i bankomat, ma za sobą długą historię, jeśli chodzi o innowacje.

Łatwo jest zapomnieć, że spółki, które obserwujemy na FTSE 100, zaczynały jako małe firmy, a ich założyciele podążali za swoją pasją. Koncentrując się na potrzebach przedsiębiorców, poprzez współpracę, Barclays i MarketInvoice umożliwią brytyjskim firmom pozyskać szybciej finansowanie
i skupić się na rozwoju”.

Ian Rand, CEO Barclays Business Bank: „Faktoring to produkt, który osiągnął dojrzałość w erze cyfrowej, jest wydajny, skuteczny i możliwy do sprawnego zarządzania nawet przez małe firmy.

Wielu naszych klientów powiedziało nam, że czują się zmuszeni do oferowania dłuższych terminów płatności, aby pozostać konkurencyjnymi. To związuje ich przepływ pieniężny, uniemożliwiając wykorzystanie możliwości rozwoju.

Chcemy przywrócić siłę małym firmom, pomagając im w nowatorskim sposobie pozyskać fundusze i wykorzystać szansę na rozwój. Nasz bank korporacyjny oferuje już finansowanie faktur dużym przedsiębiorstwom, więc to wspaniała wiadomość, że jesteśmy w stanie rozszerzyć tę propozycję również dla naszych klientów z sektora MŚP.”

Łukasz Wierdak, Partner Inwestycyjny, MCI Capital: „Bardzo nas cieszy współpraca MarketInvoice z bankiem Barclays. Pozwala ona nie tylko na dalszy rozwój naszej spółki portfelowej, ale obecność takiej instytucji jako inwestora, jest także uwiarygodnieniem modelu biznesowego firmy. Doświadczenia które nasz zespół zbiera z rynku brytyjskiego, chcemy przenosić do spółek w Polsce i regionie.”

Split payment od lipca 2018 r. – konsekwencje dla przedsiębiorców

1 lipca 2018 r. weszła w życie kontrowersyjna regulacja podzielonej płatności VAT, czyli tzw. split payment. Jest to kolejny pomysł Ministerstwa Finansów na uszczelnienie systemu podatkowego, który od samego początku budzi wątpliwości podatników. Wiele osób podnosi, że nowy mechanizm jest „zabójstwem” dla osób prowadzących działalność w skali mikro. Czy rzeczywiście należy się bać nowej regulacji?

Regulacja split payment

Split payment został wprowadzony wraz z nowelizacją ustawy o podatku od towarów i usług. Nowe zasady umożliwiają podatnikowi odrębne rozliczenia rzeczywistej płatności za usługę i kwoty VAT. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca płacący za dany towar lub usługę wykona dwa przelewy. Kwotę netto przekaże na bieżący rachunek swojego kontrahenta, natomiast należny VAT przeleje na jego specjalne, dodatkowe konto, przy którego użyciu podatnik będzie mógł jedynie dokonywać transakcji związanych z rozliczeniem podatku VAT. Czy problemem jest wyłącznie kwestia techniczna, a więc podwójny przelew i czy korzystanie z mechanizmu split payment jest rzeczywiście dobrowolne? Niezupełnie.

Korzyści split payment

Mechanizm ten jest szczególnie korzystny z punktu widzenia organów podatkowych. Z powodzeniem funkcjonuje już np. w Rumunii, Holandii, Czechach czy we Włoszech, uzupełniając szereg działań podejmowanych przez rząd, w celu uszczelnienia systemu podatkowego i ukrócenia procederu wyłudzeń w zakresie podatku VAT. To silna broń, pozwalająca US i innym instytucjom finansowym na utrzymanie lepszego i efektywniejszego nadzoru nad prowadzeniem działalności gospodarczej. Istnieje więc realna szansa na zwiększenie wpływów do budżetu państwa i odnotowanie wzrostu gospodarczego.

Zyskają również  podatnicy

Split payment umożliwia im bowiem obniżenie zobowiązania wynikającego z podatku VAT, o ile będą dokonywali płatności w określonym terminie. Ponadto, szybciej otrzymają zwrot, gdyż ustawowe regulacje narzucają na organy podatkowe termin 25 dni. Istotna jest też ochrona podatników przed zakwestionowaniem przez organy podatkowe prawa do odliczenia VAT. Obecnie często spotyka się sytuacje, w których US odmawiają odliczenia VAT z uwagi na to, że nabycie określonych towarów i usług było związane z oszustwem lub nadużyciem. Teraz transakcje będą bardziej transparentne, a uczciwy podatnik, który nieświadomie wziął udział w nielegalnym procederze, nie będzie musiał obawiać się negatywnych konsekwencji.

Zagrożenia wynikające z regulacji

Problem konstrukcji split payment tkwi głównie w tym, że środki, które trafią na specjalne, dedykowane VAT-owskim rozliczeniom konto, będą w pewien sposób zamrożone. Podatnik otrzyma niewiele możliwości w sytuacji gdy wpływy na konto VAT okażą się wyższe niż należne do zapłacenia, co spowoduje nadwyżkę na VAT-owskim koncie. Istnieje oczywiście możliwość odzyskania tej kwoty, ale tego typu transakcja musi „przejść” przez US. W praktyce, podatnik może czekać na wypłatę środków nawet kilka miesięcy, mimo iż teoretycznie organ podatkowy wydaje postanowienie w tym zakresie w terminie 60 dni od dnia otrzymania wniosku. Możliwa jest również odmowa wypłaty w drodze decyzji administracyjnej jeżeli podatnik posiada zaległości w zakresie VAT lub istnieje uzasadniona obawa, że zobowiązanie podatkowe nie zostanie wykonane. A zatem cała władza w tym zakresie leży po stronie organu podatkowego – wypłata nadwyżki zależy wyłącznie od jego dobrej woli. Dla wielu przedsiębiorców unieruchomienie środków może negatywnie wpłynąć na ich kondycję finansową, a nawet doprowadzić do utraty płynności.

Kwestia dobrowolności split payment

Czy rzeczywiście można zrezygnować z tego mechanizmu? Teoretycznie tak. Treść art. 108a ustawy o VAT wskazuje, że podatnicy przy dokonaniu płatności kwoty należności mogą zastosować mechanizm podzielonej płatności. W praktyce jednak, to nie oni dokonają wyboru, ale ich kontrahenci, ponieważ split payment bazuje na swego rodzaju reakcji łańcuchowej. Jeżeli przedsiębiorca jednocześnie wykonuje usługi oraz korzysta z usług, a zatem niejako dwustronnie obraca VAT-em, to z pewnością będzie chciał skorzystać z konstrukcji split payment. To z kolei pociągnie za sobą wszystkich jego kontrahentów. Kto zatem straci? Przedsiębiorcy, którzy tylko i wyłącznie świadczą usługi, bo to oni pozostaną z nadwyżką VAT na koncie.

Przyszłość polskich przedsiębiorców

Split payment w obecnym kształcie stanowi ogromne zagrożenie dla przedsiębiorców prowadzących działalność w skali mikro, którzy świadczą usługi, ale ich nie kupują (albo udział zakupu usług jest zbyt mały w stosunku do usług przez nich świadczonych). Dążenie polskiego rządu do uszczelnienia systemu podatkowego może więc zakończyć się upadkiem wielu dobrze prosperujących działalności. W obliczu tych zmian, warto zastanowić się nad skorzystaniem z pomocy doradcy podatkowego, by jak najlepiej przygotować swoje przedsiębiorstwo na walkę z opieszałością organów podatkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Raport Antal: 6 trendów na rynku kandydata w 2018 roku

Z najnowszej edycji raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów” wynika, że już co drugi pracownik chce pracować zdalnie i mieć elastyczne godziny pracy. Stale zwiększa się również liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata, ale aż 72 proc. z nich nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę. Jakim wyzwaniom w 2018 roku muszą sprostać firmy i ich działy HR?

Aż 60% specjalistów i menedżerów deklaruje poprawę swojej sytuacji zawodowej, a 65% badanych otrzymało podwyżki. Ponadto, już co drugi uczestnik rynku pracy jest przekonany, że znajdzie adekwatne do swoich kompetencji i oczekiwań zatrudnienie w mniej niż 3 miesiące. To przekłada się na rosnące wymagania również w kontekście procesów rekrutacyjnych, ponieważ kandydaci coraz bardziej cenią swój czas.

Dotychczasowe działania firm, zorientowane na pozyskiwanie wykwalifikowanych pracowników, już dawno przestały przynosić oczekiwane efekty. Wynika to z faktu, że rynek kandydata zaczyna przybierać nową, bardziej radykalną formę. Oprócz pogłębiającego się deficytu kadrowego, obserwujemy również, że zwiększa się odsetek pracowników pasywnych, którzy czekają na bezpośrednie zaproszenia do rekrutacji. Z pewnością coraz większą rolę w zatrudnieniu najlepszych specjalistów będzie odgrywał wizerunek pracodawcy. To jednak tylko kropla w morzu realnych wymagań dzisiejszego rynku kandydata – mówi Artur Skiba, prezes Antal.

Trend 1

Kandydat chce mieć lepszą pracę, ale to pracodawca ma go znaleźć

Jak wynika z raportu „Aktywność specjalistów i menedżerów” – aż 72 proc. kandydatów nie szuka aktywnie pracy, w tym 7 proc. deklaruje brak otwartości na jakąkolwiek zmianę. Co więcej, w stosunku do zeszłego roku zmalał odsetek osób aktywnie poszukujących zatrudnienia – obecnie tylko 28 proc. specjalistów i menedżerów. Dane potwierdzają, że standardem dzisiejszego rynku jest bierność zawodowa, a droga do pozyskania kandydata jest coraz bardziej wyboista.

Trend 2

Średnio 9 ofert pracy przypada na jednego kandydata

Liczba otrzymywanych zaproszeń do procesu rekrutacyjnego rośnie. Przeciętnie specjaliści i menedżerowie otrzymują 9 ofert pracy rocznie. Tradycyjnie, najbardziej rozchwytywani na rynku są specjaliści z obszaru IT. Drugą grupą, która cieszy się największym zainteresowaniem pracodawców są inżynierowie – tutaj obserwujemy 25 proc. wzrost zaproszeń do rekrutacji. Niewiele mniej ofert otrzymują finansiści, którzy razem z liderami, są szczególnie chętnie zatrudniani przez prężnie rozwijające się w Polsce centra usług wspólnych. Przekłada się to na coraz większą liczbę kandydatów wycofujących się z procesów rekrutacyjnych ze względu na konkurencyjną ofertę, awans lub podwyżkę w dotychczasowym miejscu zatrudnienia.Wykres

Trend 3

Co drugi pracownik oczekuje możliwości pracy zdalnej i elastycznego czasu pracy

Z roku na rok coraz bardziej cenione są na rynku wszelkie benefity pomagające w zachowaniu work-life balance. Pracodawcy powinni przede wszystkim zwrócić uwagę na rosnące znaczenie elastycznych godzin pracy, a także możliwości pracy zdalnej – już dla co drugiego pracownika jest to warunek konieczny do rozpatrzenia propozycji nowego zatrudnienia (wzrost o 7% w stosunku do ubiegłego roku). 54% respondentów oczekuje również umowy o pracę, choć coraz więcej z nich jest otwarta na podjęcie pracy w oparciu o umowę B2B (10% względem 7% ubiegłego roku. Bardzo ważnym argumentem w walce o pracownika są również kwestie związane z wakacjami – 26% osób oczekuje dodatkowych dni urlopu, a 12% – dofinansowania do wakacji.

Trend 4

Najczęstszym błędem w rekrutacji jest zbyt długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy

Tylko 11 proc. badanych spośród osób, które uczestniczyły w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je, jako prowadzone bezbłędnie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkała się połowa badanych. 34% respondentów nie zostało poinformowanych o planowanym przebiegu procesu rekrutacyjnego, 28% zwróciło uwagę na brak przekazania informacji o firmie, zakresie obowiązków lub dziale do prowadzona jest rekrutacja. Z kolei 23% osób otrzymało finalnie ofertę poniżej wcześniej przedstawionych oczekiwań finansowych.

– Chcemy zatrudniać szybko, efektywnie i najlepszych, ale jak wynika z badania Antal, pracodawcy bardzo często zamiast pomagać sobie w procesie rekrutacyjnym, to sprawy utrudniają. W rekrutacji liczy się przede wszystkim czas i tzw. candidate experience, czyli doświadczenie kandydata. Z jednej strony firmy muszą uważać, by nie stracić pracownika na rzecz konkurencji, z drugiej zadbać o wysoki poziom przeprowadzanej rekrutacji. Komunikacja z kandydatem powinna przebiegać sprawnie i zrozumiale, tak, by nie generować na każdym etapie pytań czy zbędnie przedłużać procesu decyzji. To przekłada się na korzystny wizerunek organizacji i najbardziej efektywny sposób budowania marki pracodawcy – wyjaśnia Agnieszka Pastuła, Team Manager, Antal HR & Legal.

Trend 5

Główne powody zmiany pracy to brak rozwoju i podwyżki

Na czoło listy powodów, z jakich specjaliści i menedżerowie decydują się na zmianę pracy w tym roku wysunęły się bardziej atrakcyjne możliwości kariery, które są decydujące dla 45 proc. respondentów. Propozycja wyższego wynagrodzenia jest kluczowa dla 40 proc. badanych, podobnie jak w ubiegłym roku. Następnie specjaliści i menedżerowie wskazują powody negatywne – złe zarządzanie i złą atmosferę w dotychczasowym miejscu pracy.

Trend 6

Kandydaci chcą minimum 22 proc. wzrostu wynagrodzenia

Podwyżki otrzymało 65% badanych, co jest wynikiem o 2 punkty procentowe wyższym niż w roku ubiegłym. Warto zwrócić uwagę, że rośnie również udział podwyżek wysokich – 15% specjalistów i menedżerów otrzymało podwyżkę większą niż 20% ich dotychczasowych zarobków, a w przypadku zmiany pracy specjaliści i menedżerowie oczekują średnio podwyżki o 22% – tutaj również wzrost o 2 punkty procentowe.

Rynek kandydata i końca nie widać…

Prezentowane dane potwierdzają, że rynek kandydata rozwija się w zawrotnym tempie, a pracownicy są coraz bardziej wymagający. Oczekują większej wolności, elastyczności, a przede wszystkim możliwości zarządzania swoim czasem pracy. Co więcej, braki kadrowe są obecnie tak duże, że każdy specjalista jest na wagę złota – szczególnie w tych branżach, w których deficyt jest najbardziej odczuwalny. To stawia coraz większe wyzwania zarówno przed firmami, jak i osobami odpowiedzialnymi za pozyskanie nowych pracowników.

W dobie rosnącej rotacji dobrowolnej firmy, które nie są w stanie sprostać pogłębiającej się presji konkurencji, powinny zastanowić się nad alternatywnymi metodami przyciągnięcia pracowników. Tylko działania zwiększające pozytywny wizerunek pracodawcy, efektywniejsze kształtowanie polityki HR, usprawnianie procesów rekrutacji oraz śledzenie trendów na rynku pracy, mogą pomóc w i tak mocno rozgorzałej walce o pracownika – podsumowuje Agnieszka Pastuła.

Pełna wersja raportu jest dostępna pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/244-aktywnosc-specjalistow-i-menedzerow-na-rynku-pracy

Nieskuteczna rekrutacja, czyli największe błędy doradców zawodowych

Rekruter, raz na jakiś czas, powinien sam wcielić się w rolę kandydata do pracy. Zamiana miejsc powinna skutecznie ustrzec go przed powszechnymi błędami, które popełniają HR-owcy.

Niskie bezrobocie, konkurencja między firmami i RODO utrudniają HR-owcom skuteczne poszukiwanie kandydatów do pracy. Tym bardziej, gdy potencjalny pracownik pojawi się na rozmowie kwalifikacyjnej, warto go zachęcić do podjęcia oferty. Niestety rekruterzy zapominają często, że są wizytówką firmy i muszą działać według najwyższych standardów. Oto top 7 błędów, które sprawiły, że rekrutacja okazała się nieskuteczna.

Nadmierna szczerość: „Muszę znaleźć kogoś na to stanowisko, szef dał mi miesiąc albo mnie zwolni”

Na tak niecodzienne zwierzenie, zdecydowała się młoda rekruterka podczas poszukiwania osoby do działu marketingu do agencji kreatywnej. Na każde pytanie o szefa firmy odpowiadała z pewną ostrożnością i wyczuwalnym lękiem. Zdarzyło jej się także podkreślać, że zespół ma bardzo dobrą energię, ale „szef to szef”. Ponieważ rekrutowana osoba chciała odejść z firmy właśnie z powodu despotycznego szefa, sygnały wysyłane przez rekruterkę, skutecznie zniechęciły ją do przejścia.

Brak dyplomacji: „Co za rekrutacja! Ostatni kandydat był fatalny, spróbujmy z Panem”

Na taki komentarz pozwoliła sobie jedna z rekruterek w dużej firmie. W trakcie rozmowy okazało się, że prowadząca rozmowę poruszyła także prywatne wątki i dotykała przedramienia kandydata. Zmniejszanie dystansu, nieformalny charakter spotkań rekrutacyjnych i brak dyplomacji to moda, która niepotrzebnie zapanowała wśród rekruterów.

„Często źle pojmowany luz jest nienaturalny nawet dla przedstawicieli najmłodszego pokolenia, które dopiero wchodzi na rynek pracy i ceni nieformalne formy rekrutacji. Nie należy jednak mylić tego ze spoufalaniem się.” – radzi Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska.

HR-owiec kameleon: „Miejmy za sobą ten small talk”

Fatalne wrażenie na kandydatach robią rekruterzy, którzy pokazują podczas rozmowy dwa oblicza. Tak było na spotkaniu, w którym wziął udział pewien grafik. Brał udział w rekrutacji do firmy, która zajmowała się projektowaniem ulotek, menu i bannerów. – Rozmowa zaczęła się od wymiany opinii na temat wyglądu reklam w polskich miastach, lokalach, sklepach. W pewnym momencie wyraźnie zmęczony tematem rekruter powiedział „miejmy za sobą ten small talk, tak naprawdę nie cierpię tych pogadanek”. Zdębiałem – mówi Sebastian. Na oczach kandydata HR-owiec przeistoczył się w osobę odpytującą z formularza. Efekt? Jak można się domyślać, grafik nie zdecydował się na pracę w tej firmie.

Brak tolerancji: „Dziwnie brzmi to Pana nazwisko”

Zdarza się, że rekrutacja ma wymiar międzynarodowy i coraz częściej trzeba liczyć się z tym, że kandydat będzie miał obcobrzmiące nazwisko. Wypowiadanie uwag w tej kwestii może zupełnie skreślić firmę w oczach kandydata. Rekruter to osoba, która powinna reprezentować wysoką wrażliwość i znać zasady savoir vivre.

Zbędna ironia: „Chyba zbyt wysoko wycenia Pani swoje kompetencje”

Nie każdy potrafi rozmawiać o pieniądzach, ale ta słabość nie powinna dotyczyć rekruterów. Podczas z jednej rozmów kwalifikacyjnych padło standardowe pytanie: ile chciałaby Pani zarabiać? W momencie, w którym rekrutowana osoba (z wykształceniem wyższym, siedmioletnim doświadczeniem i bardzo dobrą znajomością angielskiego i niemieckiego) podała kwotę, rekruter rzekł: „Chyba nazbyt wycenia Pani swoje kompetencje”.

„Obraźliwa forma komentarza przekreśliła szansę HR-owca na zatrudnienie dobrego pracownika. Chcąc negocjować paaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaieniądze, nie można zaniżać kompetencji przyszłego pracownika.” – podkreśla Aleksandra Pocheć, ekspertka serwisu rekrutacyjnego Monster Polska

Pytanie z automatu: „Dlaczego chciałby Pan u nas pracować?”

Kiedy kandydat usłyszał to pytanie, był skonsternowany, bo to firma dość długo zabiegała o spotkanie i przejęcie go od konkurencji. Kiedy odpowiedział, że jeszcze nie wie, rekruter skomentował: „A myślałem, że już się Pan zdecydował, skoro Pan przyszedł”. To przykład wyjątkowego nietaktu i lenistwa doradcy zawodowego. Taka rekrutacja nie mogła się udać.

Nieprzemyślane wypowiedzi: „Rekrutacja ma dwa etapy. Kolejne spotkanie poprowadzi najpiękniejsza osoba w firmie”

– Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną na stanowisko asystentki. Rekrutacja miała być dwuetapowa. Po pierwszym spotkaniu usłyszałam, że w drugim etapie będzie rekrutowała śliczna osoba, najpiękniejsza w firmie. Potem rekruterka dodała, że warto się na tę rozmowę bardzo dobrze przygotować. Tu omiotła mnie wzrokiem. Następnie dodała, że w firmie ceni się zewnętrzne piękno – mówi Sylwia, która zrezygnowała z udziału w drugim etapie.

Rekrutacja jest torem z przeszkodami nie tylko dla kandydata, ale także dla HR-owca. Zmieniają się pokolenia pracowników, warunki gospodarcze i sposoby poszukiwania pracowników. Niezmiennie w modzie jest savoir vivre.

FED bez niespodzianek. Problemy Turcji

Amerykanie nie podnieśli stóp procentowych, ale zrobią to prawdopodobnie we wrześniu. Lira turecka znów traci. Wojna handlowa z Chinami trwa.

FED nie zaskoczył rynków

Wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. Wczorajsze posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku nie przyniosło zmian stóp procentowych. To prawdopodobnie dlatego na rynku nie było żadnej większej reakcji po samej decyzji. Istotniejsze ruchy powinniśmy zobaczyć po wrześniowym posiedzeniu. Patrząc na kontrakty na stopę procentową szansa, że wtedy dojdzie do podwyżki stóp procentowych wynosi ponad 90%. Szansa ta rośnie od wczoraj. Prawdopodobnie to właśnie zakup dolarów w związku z kolejną podwyżką był powodem umocnienia amerykańskiej waluty w trakcie sesji azjatyckiej dzisiaj w nocy. Dlaczego stopy procentowe idą w górę? Nie ma większych zagrożeń dla rynku pracy. Bezrobocie jest na poziomie 4%, czyli niższym niż w najlepszym momencie tuż przed wybuchem kryzysu z 2008 roku. Wyraźnie widać natomiast wzrost inflacji w USA. Nawet po odliczeniu zmian żywności i energii wciąż przekracza ona nieznacznie cel inflacyjny ustalony na 2%.

Problemy tureckiej waluty

Sposób sprawowania władzy przez Erdogana w Turcji wyraźnie nie zachęca inwestorów do inwestycji nad Bosforem. Przynajmniej na razie, bo jak dalej tak będzie się zachowywać lira turecka, to w końcu będzie tam tak tanio, że kapitał spekulacyjny na pewno wróci. Jeszcze rok temu lira była wyceniana na około 1zł, mniej więcej połowę tego co dekadę temu. Dzisiaj lira oscyluje już poniżej 75 groszy. Osiąga również swoje najgorsze historycznie poziomy względem innych walut. Właśnie przebito poziom 5 lir za dolara, a jesteśmy bardzo niedaleko kolejnej symbolicznej granicy 6 lir za euro. Jeżeli dzisiaj lira straci na wartości tyle co wczoraj, to już dzisiaj osiągniemy ten poziom.

Wojna handlowa ciąg dalszy

Według informacji z Białego Domu rozważane są kolejne podwyżki ceł na produkty z Chin. Wiadomość ta nie miała na razie większego wpływu na rynki walutowe, ale powoduje niepokój. Dobrym tego dowodem są przeszło 2% spadki na chińskiej giełdzie. Kolejne dni pokażą nam jak rozwinie się sytuacja.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych,
  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl