Czy prowadzący firmy i pracownicy najemni mogą mieć inną moralność finansową? Jak najbardziej. Zasadnicze różnice widać w podejściu do unikania płacenia długów oraz w relacjach z instytucjami finansowymi – wynika z badania Moralność Finansowa Polaków 2018.
W badaniu Moralność Finansowa Polaków2018, wykonanym na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, Everest Finance i Ferratum Bank, respondenci odpowiadali na ile są gotowi zaakceptować różnego rodzaju niemoralne zachowania w obszarze finansów. Sprawdziliśmy jakie zdanie mają reprezentanci pracowników najemnych oraz prowadzących swoje firmy w takich kwestiach jak: przepisywanie majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem; częsta zmiana rachunku bankowego, by uniknąć zajęcia środków przez komornika; praca na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji; niezwracanie uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść; zatajanie informacji uniemożliwiającej wzięcie kredytu; zaciąganie kredytu nie zapoznając się dokładnie z warunkami spłaty; zawyżanie wartości poniesionych szkód, by uzyskać nienależne odszkodowanie; płacenie gotówką bez rachunku, by uniknąć płacenia VAT.
Źródło: Badanie – „Moralność finansowa Polaków” zrealizowane na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych we współpracy z BIG InfoMonitor
Przedsiębiorcy przymykają oko na ukrywanie się przed wierzycielem…
W odpowiedziach widać przede wszystkim różnice w odpowiedziach dotyczących ucieczki przed płaceniem długów. Akceptacja niemoralnych zachowań z tej kategorii jest o ponad połowę wyższa wśród przedsiębiorców, niż wśród pracowników. Na pytania: Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś przepisuje majątek na rodzinę, by uciec przed wierzycielem? Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś pracuje na czarno, by uniknąć ściągania długów z pensji? Czy można usprawiedliwić, gdy ktoś zmienia często rachunki bankowe, by uniknąć zajęcia środków przez komornika? Pozytywnie odpowiedziało od ponad 30 do ponad 40 proc. prowadzących firmy, wobec 20-27 proc. pracowników. Różnice w tych kwestiach są więc znaczące.
– Realia działania w biznesie, w którym połowa firm regularnie informuje, że występują problemy z uzyskiwaniem należności od kontrahentów, najwyraźniej rzutują na podejście do tematu długu konsumentów – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Przedsiębiorcy często nie płacą, bo kredytują się kosztem kontrahenta, ten z kolei nie płaci swoim dostawcom, bo brakuje mu pieniędzy, skoro nie może doczekać się wpływu na konto. W efekcie problem się rozprzestrzenia, powszednieje i jak widać przenosi się na postawę przedsiębiorców w życiu prywatnym – komentuje.
Na liście sytuacji, w których opinie przedsiębiorców wypadają gorzej niż pracowników, jest również zatrzymanie nadmiarowej reszty, omyłkowo wydanej przez kasjera. Przedsiębiorcy częściej niż pracownicy przymknęliby oko na takie zachowanie – w proporcji 21,5 proc. do 17,4 proc.
…ale czują respekt względem banków
Zupełnie inaczej przedstawia się akceptacja niemoralnego zachowania, gdy w grę wchodzą relacje z bankami, ubezpieczycielami czy choćby państwem oczekującym na podatki. Przedsiębiorcy mniej przychylnie patrzą na zatajanie informacji uniemożliwiających wzięcie kredytu, czy też zaciąganie kredytu bez czytania umowy. W przypadku przedsiębiorców, takie działania zaakceptowałoby odpowiednio 22 i 30 proc., a wśród pracowników 28 i 32 proc. Z kolei oszukańcze praktyki wobec firm ubezpieczeniowych również częściej usprawiedliwiliby pracownicy (22 proc.) niż przedsiębiorcy – (19 proc.). Właściciele firm wykazali też w badaniu większy respekt wobec państwa i regulowania zobowiązań podatkowych. Rzadziej też przychylnie podchodzą do rozliczania się bez rachunku, aby uniknąć płacenia podatku VAT.
– Przyzwolenie społeczne dla unikania płacenia podatków jest w Polsce wysokie i utrzymuje się w granicach 30 proc. Trudno, więc o pozytywne wnioski na podstawie różnicy prezentującej w nieco lepszym świetle osoby prowadzące firmy. Optymizmem nie napawa także wysoki odsetek odpowiedzi akceptujących nieetyczne zachowania wobec banków czy ubezpieczycieli. Przekłada się to bowiem na straty tych instytucji i ostatecznie wyższe ceny usług dla wszystkich klientów – podsumowuje Sławomir Grzelczak.
*Badanie przeprowadziła firm a Pactor w marcu 2018 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej, 1000-osobowej próbie Polaków w wieku powyżej 18 lat.
Na rynku pracy brakuje dostępnych kandydatów, ich oczekiwania finansowe są zbyt wysokie lub nie posiadają potrzebnego na danym stanowisku doświadczenia – to głównie z tych powodów polskie firmy mają trudności z obsadzaniem miejsc pracy nowymi pracownikami. W tym roku na brak dostępnych kandydatów narzeka 52% pracodawców, podczas gdy dwa lata temu sygnalizowało to 36% przedsiębiorstw. To problem, który najbardziej doskwiera firmom z południowej Polski, tam o niedoborze rąk do pracy mówi 58% pracodawców. Najmniej, bo 44% firm, które z tego powodu nie mogą obsadzić miejsc pracy jest zlokalizowanych na wschodzie Polski.
52% polskich firm uważa, że głównym powodem, dla którego nie mogą obsadzić nowych miejsc pracy jest brak dostępnych kandydatów (źródło: „Niedobór talentów”, raport ManpowerGroup). Kolejne 18% twierdzi, że wynika to ze zbyt wysokich oczekiwań finansowych potencjalnych pracowników. Na trzecim miejscu na liście czynników, które przyczyniają się do problemów z obsadzaniem stanowisk jest niewystarczające doświadczenie zawodowe u osób zainteresowanych podjęciem pracy – wskazuje je 12% polskich przedsiębiorców.
Porównując dane z bieżącego roku, z danymi sprzed dwóch lat widoczny jest znaczny wzrost odsetek firm, które narzekają na brak dostępnych na rynku pracy kandydatów (z 36% w 2016 roku do 52% w 2018 roku) i ich zbyt wysokie oczekiwania finansowe (z 13% do 18%). Odwrotny trend jest widoczny w przypadku czynników związanych z kompetencjami i doświadczeniem kandydatów. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat zmniejszył się odsetek firm, które sygnalizują niewystarczające doświadczenie zawodowe kandydatów (z 16% w 2016 roku do 12% w 2018 roku) i brak potrzebnych kompetencji twardych (z 19% do 8%).
– Malejąca stopa bezrobocia idąca w parze z koniunkturą gospodarczą sprawiają, że rąk do pracy brakuje coraz bardziej. To wprost przekłada się na fakt, że na przestrzeni ostatnich dwóch lat wzrosła liczba firm, które narzekają na brak dostępnych na rynku kandydatów. Jeśli badanie niedoboru talentów zostałoby przeprowadzone teraz, wynik mógłby przekroczyć nawet 60%. Część sektorów rynku dopiero wchodzi w tak zwany wysoki sezon i boleśnie odczuwa skutki rynku kandydata – komentuje Tomasz Walenczak, ekspert rynku pracy w agencji zatrudnienia Manpower.
– To wszystko sprawia, że wymagania przedsiębiorców są mniej wygórowane niż przed dwoma laty. Niewystarczające doświadczenie zawodowe kandydatów lub brak potrzebnych kompetencji twardych nie są dla nich już tak dużą przeszkodą w rekrutowaniu pracowników. Potrzebne doświadczenie pracownik może nabyć już u pracodawcy. To wszystko niesie pozytywny ale i negatywny wpływ na naszą gospodarkę. Walka o pracownika oznacza wzrost wynagrodzeń, liczby benefitów, czyli ogólnie poprawę poziomu życia. Napędza się koniunktura, odzwierciedlona chociażby we wzrostach w sprzedaży detalicznej. Wiele branż w gospodarce zyskuje. Dynamika zmian jest jednak tak duża, iż nie wszyscy za nią nadążają. Wiele firm ma poważne problemy ze spadającą rentownością i jakością prowadzonych biznesów, a w konsekwencji z zachowaniem konkurencyjności na rynku. Nie jest bowiem łatwo przenieść ciężar rosnących kosztów, czyli wzrostu wynagrodzeń, czy kosztów pracowniczych na finalnego odbiorcę usługi, serwisu czy produktu. Szuka się więc równowagi w pozyskiwaniu pracowników z innych rynków, nie tylko Ukrainy, lecz także na przykład z Azji. To też wyjaśnia, dlaczego doświadczenie czy twarde kwalifikacje straciły na znaczeniu – dodaje Tomasz Walenczak.
Z jakimi wyzwaniami mierzą się pracodawcy z sześciu regionów Polski?
Pracodawcy z wszystkich sześciu przeanalizowanych przez ManpowerGroup regionów Polski jednogłośnie przyznali, że brak dostępnych kandydatów jest główną przyczyną trudności w obsadzaniu stanowisk. W czterech na sześć regionów na ten problem wskazuje ponad połowa pracodawców, najwięcej w Polsce południowej (58%), najmniej na wschodzie (44%). Z drugiej strony to właśnie na wchodzie najwyższy odsetek firm mówi o zbyt wysokich oczekiwaniach finansowych kandydatów – 23%, na drugim biegunie jest Polska południowa z wynikiem 13%. Ciekawe różnice pomiędzy regionami widoczne są również w przypadku firm, które sygnalizują brak wystarczającego doświadczenia kandydatów (16% dla północno-zachodniego vs. 8% dla centralnego regionu) i brak wymaganych kompetencji twardych (11% dla centralnej vs. 5% dla południowo-zachodniej Polski).
– Różnice regionalne wynikają wprost z sytuacji gospodarczej w danym miejscu. Siłą rzeczy tam, gdzie bezrobocie jest bardzo małe, albo go nie ma, jak na przykład na południu, brak kandydata jest największym wyzwaniem. Na wschodzie Polski jako barierę wskazuje się zbyt wysokie oczekiwania finansowe. Dlaczego? Ponieważ tam kandydat jest gotowy do relokacji, ale też świadomy sytuacji na rynku pracy. Wiedząc, że może zmienić miejsce zamieszkania na to, które oferuje więcej możliwości, zyskuje argumenty do rozmów z lokalnym pracodawcą, który nie zawsze jest na to przygotowany – dodaje Tomasz Walenczak.
O badaniu:
Bieżące wydanie raportu „Niedobór talentów” to 12. globalna i 10. polska edycja badania ManpowerGroup. Na świecie wzięło w nim udział blisko 40 000 respondentów z 43 krajów, w tym reprezentatywna grupa 750 z Polski. Ankietowani to osoby odpowiedzialne za politykę personalną w małych, średnich i dużych firmach. Celem powadzonego przez ManpowerGroup badania przedsiębiorców „Niedobór talentów” jest określenie ich trudności w pozyskiwaniu pracowników a także sprawdzenie, które zawody, i dlaczego, jest najtrudniej obsadzić. Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów są dostępne na stronie na stronie: www.go.manpowergroup.com.
Firma doradztwa personalnego Michael Page, przeprowadziła wywiady z dyrektorami finansowymi reprezentującymi firmy z różnych branż i regionów. Na bazie wniosków wyciągniętych z rozmów – w tym odmiennego podejścia do pełnionej funkcji, kwestii rozwiązywania problemów oraz podejmowania decyzji – powstał raport CFO Insight, w którym eksperci firmy wyodrębnili cztery nowe wcielania CFO – naukowca, inżyniera, pilota oraz coacha. Michał Opioła, dyrektor w Michael Page odpowiedzialny za pracę zespołu Finance & Accounting, omawia czym różnią się one od siebie.
Na dynamicznie zmieniających się rynkach wyzwania i szanse, które pojawiały się przed CFO wymagają od nich wszechstronności w rozumieniu biznesu i doradztwie. Spowodowało to, że wykształciły się odmienne role dyrektorów finansowych.
Na przykład podejście „naukowca” u CFO zakłada prezentowanie danych w zrozumiałych formach, znajdowanie nowych możliwości rozwoju biznesu oraz poszukiwanie niewykorzystanego potencjału w firmie. Dyrektor finansowy w tej roli zajmuje się także optymalizacją i usprawnieniem przepływu danych, by zapewnić efektywne raportowanie.
CFO w roli „inżyniera” wyznacza z kolei zasady obowiązujące w firmie i dba o ich przestrzeganie, budując trwałe podstawy, które umożliwiają CEO kierowanie przedsiębiorstwem przez wiele lat. Taki dyrektor finansowy tworzy także strategie zgodne z zmieniającymi się regulacjami prawnymi oraz urzeczywistnia wizje, które stanowią wartość dodaną dla firmy.
Trzecia rola CFO to „pilot”, który efektywnie łączy umiejętności biznesowe i strategiczne, zarządzając wartością i wynikami pracy w całej organizacji, tworząc je i mierząc. Musi on umieć także wystarczająco wcześnie dostrzec problemy strategiczne i operacyjne, zapewnić szeroko pojęty dialog pomiędzy interesariuszami oraz określać nowe modele biznesowe, służące przekształcaniu przedsiębiorstwa tak, by było dochodowe w przyszłości.
Dyrektor finansowy we współczesnym biznesie musi być również niekiedy jak „coach” drużyny, który skupia się na znalezieniu utalentowanych osób. Powinien więc umieć łączyć ludzi i technologię, stymulując efektywność firmy poprzez odpowiednie zarządzanie umiejętnościami pracowników w całej organizacji.
Nowe role wymagają więc od CFO szerszego spojrzenia na spółkę i otoczenie rynkowe, a także wiedzy dotyczącej zdobywania klientów oraz rynków. Ponadto ważne jest zrozumienie biznesu i wyszukiwanie szans do jego rozwoju, przewidywanie trendów i zagrożeń, zarządzanie procesami i zasobami firmy. Dzięki temu dyrektor finansowy jest w stanie zarówno skupić się na ludziach i ich motywowaniu, formować wewnętrzne wizje oraz nadawać kierunek działania całej organizacji.
Wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły w minionym roku obrotowym (zakończonym najpóźniej 30 czerwca 2017 r.) 217 mld dolarów. Jak wynika z raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2018. Shaping the future of the luxury industry”marki luksusowe zmieniają swój model działalności, aby dostosować się do oczekiwań młodszych klientów i konsumentów z rynków wschodzących. Już w tym roku za ponad połowę globalnej sprzedaży ubrań oraz butów będą odpowiadały rynki w Azji, Ameryce Łacińskiej, Afryce i na Bliskim Wschodzie. Coraz większego znaczenia nabiera również aktywność producentów i sprzedawców dóbr luksusowych w mediach społecznościowych.
Globalny wzrost sprzedaży w minionym roku obrotowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 1 proc., w porównaniu do 6,8 proc. osiągniętych rok wcześniej. Mimo tego osłabienia, 57 spółek zwiększyło sprzedaż, a wartość zysku netto TOP100 wzrosła o 8,8 proc. Średnia wartość przychodów przypadająca na spółkę wynosiła 2,2 mld dolarów. Aby znaleźć się w zestawieniu należało osiągnąć minimum 211 mln dolarów. Aż 22 firmy z zestawienia osiągnęły dwucyfrowy wynik, a blisko jedna trzecia ze 100 zanotowała wzrost przychodów. – Kondycja branży dóbr luksusowych zależy od wielu czynników, w tym również geopolitycznych, które mają ogromny wpływ na turystykę. Jednak przewidujemy, że sektor ten będzie osiągał coraz lepsze wyniki, tym bardziej, że w ostatnich miesiącach producenci i sprzedawcy dóbr luksusowych zrobili wiele, by przekonać do siebie młodszych konsumentów – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider obszaru strategii i transformacji cyfrowych oraz Zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Deloitte.
Już nie tylko Paryż i Rzym
Dotychczas działalność marek luksusowych koncentrowała się na Europie i USA. Jednak w ostatnich latach ich uwaga kierowana jest również na rynki wschodzące, traktowane nie tylko jako źródło rosnącej sprzedaży, ale również innowacji. Wzrosty sprzedaży w tym sektorze są napędzane przede wszystkim przez mieszkańców Chin oraz krajów Bliskiego Wschodu. Już w tym roku po raz pierwszy za ponad połowę globalnej sprzedaży ubrań i butów będą odpowiadały kraje Azji, Ameryki Łacińskiej, Afryki i Bliskiego Wschodu.
W polu zainteresowania producentów dóbr luksusowych są również milenialsi. W samych Chinach mieszka ich aż 400 mln. Do 2025 r. przedstawiciele generacji Y i Z będą stanowić ponad 40 proc. klientów sklepów z dobrami luksusowymi, w porównaniu z około 30 proc. w 2016 r. W przeciwieństwie do reprezentantów pokolenia Baby Boomers, wielu milenialsów ma coraz większe wymagania, lubi komfort i wygodę. Pokolenie to spędza dużo czasu w internecie, posługuje się ułatwiającymi życie aplikacjami i często robi zakupy online.
Luksus w rozszerzonej rzeczywistości
Marki luksusowe dotychczas postrzegały media społecznościowe jako zbyt masowe, tymczasem dziś są jednymi z najczęściej używanych przez nich narzędzi marketingowych. Do najbardziej popularnych należy Instagram, który staje się wiodącym portalem społecznościowym dla producentów i sprzedawców marek luksusowych. – Popularne „lajki”, obserwowanie, komentowanie i udostępnianie postów umacnia relację między klientem a marką. Uczestnicy rynku dóbr luksusowych, mimo swoich początkowych obaw, przekonali się, że muszą być tam, gdzie są ich odbiorcy – mówi Wojciech Górniak.
Coraz częściej gracze na rynku dóbr luksusowych sięgają po nowoczesne technologie, w tym sztuczną inteligencję, wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość (Augmented Reality). Marki luksusowe, chcąc ułatwić zakupy online, używają AR, dzięki której konsumenci wizualizują i próbują nowych produktów w domu przed dokonaniem zakupu. – Do tej pory niewiele luksusowych marek stworzyło aplikację na bazie AR. Przyjęcie tej technologii dla całego sektora nie jest tak szybkie jak się spodziewano. Mimo tego, świadomość producentów dóbr luksusowych rośnie i zdają sobie oni sprawę, że cyfrowa transformacja w technologii detalicznej może zwiększyć popyt na ich produkty – dodaje Wojciech Górniak.
Lider bez zmian
W minionym roku obrotowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazł się także koncern kosmetyczny Estée Lauder oraz producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont. Te dwie firmy zamieniły się miejscami. Pierwsza dziesiątka zanotowała wzrost 0,6 proc., a więc mniej niż wzrost przychodów TOP 100. Producenci z TOP 10 wygenerowali w sumie 47,2 proc. sprzedaży całej pierwszej setki.
W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, przedstawiające najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. W tym roku miejsce lidera zajęła firma Canada Goose Holdings Inc., której przychody w ciągu roku wzrosły o 38,8 proc., a w latach 2014-2016 o 36 proc. Drugie miejsce zajął duński producent biżuterii Pandora.
Najwięcej spółek w zestawieniu to tradycyjnie producenci ubrań i butów (38 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci kosmetyków i perfum (o 7,6 proc.). Z kolei najwyższą rentowność sprzedaży osiągnęły tradycyjnie firmy oferujące różnorodny asortyment dóbr luksusowych (11,4 proc.).
Najliczniej w zestawieniu reprezentowane są Włochy (24 firm), USA (13 firm) oraz Wielka Brytania (10 firm). Producenci z Włoch odpowiadają jednak za zaledwie 15,6 proc. przychodów ze sprzedaży dóbr luksusowych. Są to przede wszystkim dużo mniejsze firmy rodzinne, w których średnia wartość sprzedaży dóbr luksusowych wynosi 1,4 mld dolarów. Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (24,3 proc.) oraz amerykańskie (20,1 proc.). Jednak największy wzrost rok do roku zanotowały firmy z Hiszpanii (o 6,2 proc.).
Transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych
Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte
W sektorze dóbr luksusowych eksperci Deloitte odnotowali dużą aktywność związaną z fuzjami i przejęciami. Jednym z najbardziej aktywnych graczy na rynku M&A był koncern LMVH, który przejął 80 proc. udziałów w firmie Rimowa. W tym samym roku obrotowym firma sprzedała markę Donna Karan, która trafiła do amerykańskiej grupy G-III. Z kolei firma Estée Lauder nabyła dwie szybko rosnące marki makijażowe – Too Faced i BECCA. Aktywne na rynku M&A były również Richemont, Luxottika oraz Tommy Hilfiger. – Sektor dóbr luksusowych nadal jest bardzo aktywny, jeżeli chodzi o fuzje i przejęcia. W wielu branżach mamy teraz do czynienia z dezinwestycjami, dzięki którym firmy koncentrują się na swojej podstawowej działalności. W tym sektorze trend jest dokładnie odwrotny. Największe sukcesy odnoszą ci, którzy mają w swej ofercie zarówno ubrania, buty, biżuterię, kosmetyki, a nawet luksusowe alkohole. Przykładem jest właśnie koncern LVMH, w skład którego wchodzi kilkadziesiąt marek – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
TOP 10 rankingu „Global Powers of Luxury Goods”
Miejsce w rankingu
Nazwa firmy
Wybrane marki
Kraj pochodzenia
Przychody ze sprzedaży netto (mln dolarów)
Wzrost przychodów ze sprzedaży netto rok do roku (w proc.)
Napięcia handlowe zdają się być tematem przewodnim handlu po tym, jak komunikat Fed nie przyniósł nic nowego. Potwierdza się jednak teza, że wrażliwość inwestorów na kolejne rewelacje w sprawie sporu USA-Chiny jest coraz mniejsza. Dziś w centrum uwagi decyzja Banku Anglii z pewną podwyżką stopy procentowej, ale liczyć się będzie też jej „opakowanie”.
Administracja Trumpa nie rezygnuje z nacisków na Chiny, by poprawić warunki handlowe i w najnowszej odsłonie rozważa podwyższenie stawki ceł z 10 proc. do 25 proc. na towary warte 200 mld USD. Cła te na razie są propozycją i dotyczą listy dóbr, które jeszcze nie są objęte sankcjami, ale co prezydent Trump chce mieć jako mocną kartę przetargową gotową do implementacji nawet już w przyszłym miesiącu. Rozszerzenie listy oclonych towarów i to jeszcze ze zwiększoną stawką stanowi zagrożenie dla celów wzrostu chińskiego rządu, co będzie wymagało reakcji po stronie ekspansji fiskalnej, zwiększenia bodźców do rozszerzenia akcji kredytowej banków albo bardziej zdecydowanej „pomocy” w deprecjacji juana. Oznacza to wzrost zadłużenia publicznego, prywatnego lub spadek wiarygodności waluty – żaden scenariusz nie jest dobry i spadki indeksu w Szanghaju o ponad 2 proc. pokazują, co o tym myślą inwestorzy. Z drugiej strony 2 proc. to nie 5 proc., jak pewnie wyglądałaby reakcja na takie doniesienia kilka miesięcy temu. Inwestorzy już uodpornili się na retorykę Białego Domu i póki po realnej gospodarce nie będzie widać faktycznych szkód wojny celnej, rynki finansowe będą starały się zachować spokój. Spokój, ale w ostrożnym wydaniu i z hamowaniem apetytu na ryzyko.
USD jest mocniejszy częściowo z powodu swojej roli jako bezpieczna przystań w czasie wojen handlowych, a częściowo wskutek pozytywnego odbioru komunikatu Fed. Uspokajająco wybrzmiały fragmenty charakteryzujące gospodarkę już nie jako „solidną”, ale „silną” przy równoważeniu się ryzyk (bez specjalnego odniesienia do napięć handlowych). Fed nie wyraził niepokoju ani spadkiem PCE Core do 1,9 proc., ani wzrostem stopy bezrobocia z 3,8 proc. do 4 proc. w czerwcu. Będąc szczerym, Fed niczym nie zaskoczył i nie powiedział nic, czego rynek już by nie wiedział. Dostaliśmy tylko potwierdzenie kierunku polityki ku wrześniowej podwyżce stóp procentowych.
Dziś w centrum uwagi będzie decyzja Banku Anglii. Rynek liczy na tzw. gołębią podwyżkę, tj. decyzję o podwyżce opakowana w ostrożny i mało optymistyczny komentarz. Jednak przy niepewności związanej z negocjacjami Brexitu i po ostatniej serii słabszych danych Bank Anglii będzie musiał solidnie uzasadnić podwyżkę, co stwarza ryzyko jastrzębiego odbioru. Sądzimy, że przy obecnej wycenie funta nawet neutralny wydźwięk komunikatu może zostać odebrany pozytywnie, tym samym stając się katalizatorem dla domykania krótkich pozycji w GBP. Ulga w postaci braku szumu informacyjnego związanego z Brexitem (wakacyjna przerwa brytyjskiego parlamentu) może być dobrym pretekstem, by pociągnąć GBP wyżej, ale wydaje nam się, że wpierw konieczny jest zapłon z banku centralnego.
Nikiel to najczęstsza przyczyna alergii kontaktowych wśród Polaków. Objawy nadwrażliwości, m.in. w postaci zapalenia skóry, mogą wystąpić na skutek używania takich przedmiotów jak sztućce czy biżuteria. Wyleczenie tego rodzaju alergii jest niemożliwe, można jednak skutecznie jej zapobiegać. Bardzo dobre efekty dają innowacyjne kosmeceutyki, zawierające molekułę blokującą kontakt jonów niklu ze skórą. Najnowsze badania potwierdziły skuteczność tego typu środków także w alergiach na chrom i kobalt.
– Opracowaliśmy nową cząsteczkę, nazwaliśmy ją Chitathione. Ta cząsteczka wyłapuje jony niklu i jony innych metali i wiąże na skórze w taki sposób, że nie przedostają się one do wnętrza. Jeżeli one nie przedostaną się do wnętrza, nie są w stanie spowodować szkody, nie są w stanie spowodować kaskady odpowiedzi immunologicznej, która prowadzi do objawów alergii – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Izabela Zawisza, prezes zarządu KF Niccolum.
Maści, kremy i żele zapewniają fizyczną barierę między skórą a alergenem. Większość tego rodzaju preparatów zawiera jednak zbyt małą ilość molekuł zabezpieczających lub w nieodpowiednich proporcjach. Produkty przeznaczone specjalnie do ochrony przed alergią, tzw. kosmeceutyki, zabezpieczają skórę np. przed jonami niklu, nie przedostając się do wnętrza skóry, gdzie w kontakcie z metalem mogłyby prowadzić do wystąpienia odczynu alergicznego.
Opracowana cząsteczka Chitathione zapewnia niewidzialną tarczę przeciwko alergizującym jonom niklu. Kremy z jej wykorzystaniem umożliwiają regularny kontakt z przedmiotami zawierającymi nikiel bez ryzyka wystąpienia uczulenia, a regularnie stosowane chronią przed nadwrażliwością na ten metal. Ich używanie nie powoduje dyskomfortu, nawet kilka warstw produktu nie jest bowiem wyczuwalne na skórze. Kremy te mają ponadto działanie upiększające, zawierają bowiem naturalne substancje nawilżające.
– W przypadku alergii kontaktowych alergie na metale są najbardziej popularne, a nikiel plasuje się w czołówce, zaraz za nim są chrom i kobalt. W Polsce jest 15 proc. społeczeństwa uczulonych na nikiel, natomiast na świecie jest to 17 proc. kobiet i 3 proc. mężczyzn – mówi dr Izabela Zawisza.
Jedną z głównych przyczyn zwiększonej podatności ludzi na alergie, zarówno wziewne, jak i pokarmowe i kontaktowe, jest postępujące zanieczyszczenie środowiska. Według World Allergy Organization na całym świecie z problemem tym boryka się już blisko 30 proc. ludzi, przy czym liczba ta podwaja się co 10 lat. Polacy plasują się w czołówce krajów europejskich pod względem ilości ludzi cierpiących z powodu alergii. Z badań Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce wynika, że 40 proc. mieszkańców Polski zauważa u siebie objawy alergiczne, u 50 proc. natomiast wykryto podatność na uczulenie. Jedną z najczęściej występujących wśród Polaków alergii kontaktowych jest, często nierozpoznana lub niepoprawnie zdiagnozowana, nadwrażliwość na nikiel.
Przyczyną alergii kontaktowej jest bezpośrednia styczność z alergenem – w przypadku niklu objawy mogą występować na skutek codziennego kontaktu z takimi przedmiotami jak sztućce, naczynia, sprzęt AGD, biżuteria, metalowe elementy odzieży, oraz monety. U osób nadwrażliwych ekspozycja taka może prowadzić do kontaktowego zapalenia skóry. Na alergię niklową szczególnie narażone są fryzjerki, kasjerki, kosmetyczki, oraz pracownicy służby zdrowia.
Nie ma obecnie skutecznego sposobu wyleczenia nadwrażliwości na nikiel, możliwe jest jedynie leczenie objawowe lub próba zapobiegania.
– Nasze kosmeceutyki zatrzymują również szkodliwe czynniki z powietrza, np.: pallad z katalizatorów samochodowych czy zanieczyszczenia spowodowane innymi metalami i nie pozwalają im dostać się do wnętrza skóry. Natomiast chcemy rozszerzać naszą gamę produktów również na inne alergeny – przekonuje ekspertka.
Niedawno zakończone badania potwierdziły skuteczność nowej cząsteczki Chitathione także w walce z uczuleniem na chrom i kobalt. Obecnie KF Niccolum rozpoczyna badania nad innymi alergiami kontaktowymi m.in. wywoływanymi przez trawy, pyłki brzozy oraz roztocza.
W Polsce co roku nawet dwa miliony osób zapadają na grypę i infekcje grypopodobne. Co czwartej niepotrzebnie podaje się antybiotyk, bo choroba spowodowana jest wirusem, a nie bakteriami. Urządzenie opracowane przez polski start-up pozwala szybko i precyzyjnie określić, jakiego pochodzenia jest infekcja u danego pacjenta, a poprawne rozpoznanie przyczyn zakażenia pozwala na skuteczną terapię. Połączeniu prostego w obsłudze urządzenia z bezpłatną aplikacją na urządzenia mobilne może zrewolucjonizować diagnostykę także innych chorób.
– Obecnie, kiedy wystąpi infekcja górnych dróg oddechowych, lekarze nie przeprowadzają bardzo wyspecjalizowanych badań, tylko zwykle podają antybiotyk. W momencie kiedy wirus grypy jest przyczyną infekcji, podanie antybiotyku mija się z celem, tworzy się antybiotykoodporność. Dlatego zaplanowaliśmy wprowadzenie testu poczynając od grypy, ale nie tylko, bo w infekcjach górnych dróg oddechowych zdarzają się także tzw. koinfekcje, jednoczesna infekcja bakteriami, i wirusami – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Lubański, technolog z SensDX.
Polski start-up chce rozwiązać problem niedostatków w diagnostyce chorób. W Polsce na infekcje grypopodobne zapada co roku kilka mln osób (dane GIS). Szacuje się, że ok. 0,5 mln dostaje antybiotyk, choć jest on całkowicie zbędny, a może zaszkodzić – osłabia odporność, zwiększa podatność na inne choroby. Urządzenie SensDX pozwala na szybką i precyzyjną diagnostykę, gdy tylko pojawiają się pierwsze objawy infekcji. Badanie można wykonać samodzielnie przy użyciu elektronicznego czujnika.
– Taki test trwa kilka minut, polega na pobraniu wymazu z policzka, rozpuszczeniu go w specjalnym buforze, który przygotowuje ten test do dalszej diagnostyki, nakrapiamy na elektrodę próbkę, czekamy kilka minut i na telefonie komórkowym dostajemy wynik, że jest podejrzenie czy wysokie prawdopodobieństwo pojawienia się pewnego patogenu – tłumaczy Krzysztof Lubański.
Urządzenie wskazuje rodzaj infekcji, podaje też czy mamy do czynienia z grypą i jakiego typu – A, czy B. Co istotne, w większości chorób za zakażenie odpowiedzialny jest więcej niż jeden patogen. Poprawne rozpoznanie przyczyn infekcji pozwala na precyzyjną terapię, to zaś pozwala ograniczyć stosowanie antybiotyków, podawanych nie tylko przy podejrzeniu grypy, ale też np. anginy. Większość lekarzy diagnozuje anginę bakteryjną i leczy pacjenta za pomocą antybiotyków. Tymczasem tylko niewielki odsetek chorych przechodzi anginę bakteryjną, a nawet 70 proc. – wirusową.
– Jeżeli mamy tego typu test w domu, nie musimy udawać się do przychodni, nie zastąpi to pełnej diagnostyki lekarskiej, ale są to już jakieś informacje, które elektronicznie mogą być wysłane do lekarza, który podejmuje decyzję co z danym pacjentem robić. W skrócie chodzi o to, żeby przychodnie unikały pojawiania się dużej liczby chorych w czasie masowych infekcji, bo to przyczynia się do jeszcze większego powiększania ich zasięgu – przekonuje ekspert.
Na rynku pojawia się coraz więcej testów, które pozwalają rozpoznać przyczynę infekcji. Amerykańscy naukowcy opracowali np. zestaw diagnostyczny, gdzie po poświeceniu na pobraną od pacjenta próbkę latarką lub wskaźnikiem laserowym, wirus zaczyna emitować czerwone światło. Także lekarze dysponują testami, które w gabinecie pozwalają szybko rozpoznać infekcję.
– Testy, które my oferujemy różnią się tym, że są przede wszystkim skuteczniejsze, ale też są testami elektronicznymi, czyli informacje są dostarczane od razu w formie zdigitalizowanej. To otwiera całkiem nowe możliwości, np. pozwala wykrywać rozszerzanie się epidemii, to informacja dla lekarzy, centrów kryzysowych – twierdzi Krzysztof Lubański.
Prototyp urządzenia już jest gotowy, przechodzi właśnie certyfikację medyczną. Ma kosztować ok. 300 zł, wymienne wkłady od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych. Do sprzedaży może trafić już niedługo.
Według Transparency Market Research, rynek mHealth (mobile Health) ma być warty w 2025 r. blisko 112 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu prognozowane jest na ponad 44 proc.
Już niemal 4 mld ludzi korzysta obecnie z Internetu na całym świecie. Codziennie wysyłanych jest ponad 172 mld e-maili czy prawie 500 mln tweetów. Informacje zawarte w Internecie są kopalnią wiedzy o użytkownikach, co może być wykorzystywane np. przez firmy reklamowe, ale również do prognozowania społecznych czy gospodarczych trendów. Zaawansowaną analizą danych zajmują się polscy naukowcy z nowo otwartego Centrum Rafinacji Informacji.
– Centrum Rafinacji Informacji zajmuje się dostarczaniem informacji z przestrzeni informacyjnej, która jest odpowiednio obrobiona oraz spreparowana, przygotowana pod kątem użytkownika i jego potrzeb. Ktoś może powiedzieć, że każdy ma „dostęp” do informacji. Natomiast problemem jest dostęp do właściwej informacji i właściwe jej zinterpretowanie. Bez narzędzi informatycznych i technologii informacyjnych, dostęp do tych informacji i ich obrabianie jest bardzo utrudnione – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. inż. Wiesław Cetera z Centrum Rafinacji Informacji.
Rafinacja informacji to technologia wyszukiwania i analizowania w czasie rzeczywistym dużych zbiorów tekstowych. W Centrum Rafinacji Informacji dostępne w sieci informacje będą poddawane zaawansowanej analizie, co pozwoli nie tylko na historyczną ocenę tego, co się wydarzyło, ale ma także umożliwić przygotowanie prognoz dotyczących procesów społecznych, politycznych i gospodarczych. Analizowane są informacje z portali społecznościowych, forów dyskusyjnych oraz wszelkich innych otwartych źródeł zawierających dane ustrukturyzowane, ale także nieustrukturyzowane – bardzo trudne do analizy przy wykorzystaniu tradycyjnych metod i technologii analitycznych.
– Jeśli mówimy o dużych zbiorach, mówimy przede wszystkim o zbiorach nieustrukturyzowanych, tzn. takich, które w przeciwieństwie do zbiorów bazodanowych nie mają jasno określonej struktury, wyróżnionych pól w rekordach itd. Jedyną rzeczą, którą możemy wyróżnić jest np. data, może źródło, a poza tym są to zbiory tekstowe. Czyli przetwarzamy teksty i szukamy tego, co nas w konkretnym zadaniu interesuje – mówi Wiesław Cetera.
W początkowej fazie każdego projektu roboty pobierają informacje z otwartych źródeł. Zebrane w ten sposób dane są oczyszczane (rafinowane) i przeszukiwane pod kątem kluczowych słów oraz powiązań (sentymentów) z wydźwiękiem pozytywnym lub negatywnym. W momencie identyfikacji jakiegoś trendu, naukowcy przechodzą do kolejnego etapu – prognozowania przy wykorzystaniu danych historycznych.
Zespół naukowców CRI prowadzi obecnie zaawansowane analizy dotyczące trendów technologicznych i procesów o największym potencjale innowacyjności na zlecenie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Centrum dostarcza prognozy dotyczące rozwoju konkretnych technologii, co ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji o inwestowaniu środków publicznych.
– Narzędzia, które zostały opracowane, mogą być wykorzystywane do zwykłych badań medioznawczych, które prowadzą różnego rodzaju agencje badań społecznych. Porównując to w aspekcie kosztów, to jest w zasadzie bez porównania, bo my wyniki możemy mieć natychmiast, a co za tym idzie również dużo taniej – twierdzi Wiesław Cetera.
Potencjał tkwiący w Big Data dostrzegły także władze Wrocławia. Agencja Audience Network przygotowując kampanię reklamową miasta do konkursu European Best Destination 2018, wykorzystała narzędzia do profilowania użytkowników Internetu, by w ten sposób dotrzeć do polskich emigrantów. Dzięki zastosowaniu narzędzi do analizy Big Data udało się dotrzeć do blisko 30 tys. użytkowników. Wrocław przegonił w konkursie takie miasta jak Amsterdam, Barcelona czy Paryż, zdobywając 67 proc. wszystkich głosów.
– U zarania wykorzystania rafinacji informacji stały badania prof. Gogołka, który prowadził je w kontekście wyborów prezydenckich. Wyniki, które wtedy otrzymał były bardzo bliskie, jak nie identyczne z tymi, które były w rzeczywistości – przekonuje ekspert.
Analitycy Research Cosmos szacują, że wartość narzędzi analitycznych Big Data ma sięgnąć 9 mld dol. w 2023 roku, przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21,15 proc.
Z danych Internet Live Stats wynika, że obecnie z Internetu korzysta już niemal 4 mld ludzi. Codziennie wysyłanych jest niemal 175 mld e-maili i 500 mln tweetów, a ponad 4,5 mld filmów trafia każdego dnia na YouTube.
Polskie Sieci Elektroenergetyczne, operator, który zarządza polską elektroenergetyką zapewnia, że na razie nie grozi nam blackout. W zapasie mamy odpowiednią liczbę elektrowni różnego rodzaju, które możemy wykorzystać w trakcie kryzysu. Jedną z możliwości jest tzw. zimna rezerwa, czyli dopłacenie, aby część z nich uruchomić ponownie, a także zwiększenie użycia niewykorzystanych dotąd obiektów czy sprowadzenie części energii z zagranicy. Według PSE, dzięki temu zagrożenie dla polskiej energetyki w tej chwili nie istnieje. Gdyby doszło do poważniejszej sytuacji, zapewne czekałby nas scenariusz książkowy, czyli reakcja łańcuchowa i wyłączanie się kolejnych jednostek, aż do wygaszenia całego kraju. Odpowiednie instytucje pracują jednak nad tym, aby do takiej sytuacji nie dopuścić i teraz wydaje się im ona wielce nieprawdopodobna.
– Modernizowana energetyka poradzi sobie z zagrożeniem blackoutu.Polska negocjuje z Niemcami rozwiązania, które mają stabilizować współpracę naszej energetyki na łączącym się rynku – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Nasz system musi działać razem z zagranicznymi i łączyć się w bezpiecznym sposób z innymi regionami, o co dbają sieci elektroenergetyczne i rząd. Na modernizację i nowe linie wydawane są miliony złotych. Ważnym aspektem, który muszą brać pod uwagę nasi elektroenergetycy, jest także cyberbezpieczeństwo. W Stanach Zjednoczonych i Niemczech dochodziło już do prób przejęcia wpływu na sieci. Przyczyną mogła być chęć pozyskania haseł i informacji. Być może celem było jednak prowadzenie działań hybrydowych z wykorzystaniem elektroenergetyki USA. Jak się okazało, za akcje odpowiedzialni byli Rosjanie i Chińczycy. Kraje, które mają słabe relacje z państwami zachodnimi. Jeżeli jednak doszłoby do przełomowych, utrzymujących się przez dłuższy okres upałów, a do tego pojawiłaby się usterka jednej z ważnych elektrowni, zapewne powtórzyłaby się sytuacja z 2015 roku. Wtedy trzeba było zmierzyć się z awarią obiektu w Bełchatowie – zaczęło brakować mocy, choć nie było jeszcze blackoutu. PSE i Urząd Regulacji Energetyki nałożyły ograniczenia na gospodarkę. Przedsiębiorcy zostali zmuszeni do ograniczenia poboru energii. Choć pewnie stracili na tym pod względem ekonomicznym, to dzięki temu system się nie załamał – dodał Jakóbik.
Tempo wzrostu konsumpcji ryb na świecie już dwukrotnie przewyższa tempo wzrostu liczby ludzi. Średnio każdy zjada ponad 20 kg ryb rocznie. Szacuje się, że stanowią one ważne źródło białka dla 3,2 mld osób. W Polsce ryby jemy mniej chętnie – blisko 12 kg rocznie, w dużej mierze ze względu na cenę. Najczęściej wybieramy śledzia, łososia i ryby białe. Ważne, żeby konsument wiedział, skąd pochodzi dana ryba i czy została połowiona w sposób zrównoważony – podkreślają eksperci. Obecnie już nawet co trzecia ryba jest poławiana w sposób nielegalny.
– W skali globalnej spożycie ryb i owoców morza rośnie bardzo dynamicznie – w ciągu 50 lat z 8 kg na osobę do ponad 20 kg. Przewiduje się, że w 2050 roku może to być istotny problem wyżywienia całej ludzkości, kiedy osiągniemy 9 mld mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Dębicka z organizacji MSC.
Raport Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) wskazuje, że tempo wzrostu światowej konsumpcji ryb i owoców morza przewyższa już tempo wzrostu liczby ludzi na świecie. Obecnie spożywamy średnio ponad 20 kg rocznie. Jeszcze w latach 60. było to trzykrotnie mniej.
– Najwięcej jedzą Portugalczycy, nawet 80–90 kg rocznie na osobę. Biorąc pod uwagę wielkość danej populacji, to najwięcej spożywają Chińczycy, którzy jednocześnie odpowiadają za prawie 70 proc. produkcji na świecie – podkreśla Dębicka.
W ciągu ostatnich 40 lat światowy handel rybami i produktami rybnymi wzrósł prawie 18-krotnie, do poziomu 143 mld dolarów. Najchętniej spożywane są ryby białe – dorsz, mintaj, morszczuk, ryby pelagiczne – makrela czy śledź oraz owoce morza.
– W Polsce najczęściej spożywanym gatunkiem jest śledź, czyli ryba atlantycka, dosyć popularna zarówno w sezonie zimowym, ale również coraz częściej w innych formatach. Następnie łosoś, głównie hodowlany, ale też pojawia się na naszym rynku łosoś pacyficzny, dziki, certyfikowany z logo MSC. Kolejne gatunki to ryby białe, czyli dorsz, mintaj, które królują głównie w postaci mrożonej lub świeżych filetów. Rzadziej spożywamy tuńczyka czy wędzonego szprota bałtyckiego – wymienia Anna Dębicka.
Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, przeciętne spożycie ryb i owoców morza w Polsce wyniosło w 2017 roku blisko 12,5 kg na mieszkańca przy 13,1 kg rok wcześniej. Najchętniej jemy śledzie i mintaje (po ok. 2,6 kg rocznie). Coraz więcej także makreli (ponad kilogram) i morszczuków (blisko 0,5 kg). O ponad 25 proc. spadła za to konsumpcja łososi – do 0,65 kg na mieszkańca, o 15 proc. – dorszy (do 0,89 kg).
– Jeśli chodzi o owoce morza, przede wszystkim spożywamy krewetki. Jest to cały czas mały udział w spożyciu Polaków, jednakże jest to najbardziej dynamiczny wzrost. Spożywamy zarówno krewetki hodowlane, jak i dzikie z północnych mórz, które posiadają certyfikat i są poławiane w sposób zrównoważony – wskazuje Anna Dębicka.
Jak podkreślają eksperci, większe spożycie ryb oznacza zagrożenie dla ekosystemu. Już teraz szacuje się, że co trzecie stado ryb jest przeławiane. To kilkukrotnie więcej niż jeszcze w latach 70. Najgorsza sytuacja jest na Morzu Śródziemnym i Czarnym (ponad 62 proc.), południowo-wschodnim Pacyfiku (61,5 proc.) czy południowo-zachodnim Atlantyku (blisko 59 proc.).
– Ważne jest, żebyśmy wiedzieli, co jemy, skąd jest dana ryba, czy została połowiona w sposób zrównoważony, czy posiada certyfikat MSC. Tak żeby ryb wystarczyło dla nas i dla przyszłych pokoleń, ponieważ co trzecia ryba poławiana na świecie jest poławiana w sposób niezrównoważony, nielegalny i może to zaburzyć cały ekosystem morski – podkreśla ekspertka organizacji MSC.
By nie dopuścić do pogorszenia sytuacji, eksperci radzą kupować ryby i owoce morza pochodzące ze zrównoważonych połowów. Są one oznaczone niebieskim znakiem rybołówstwa zrównoważonego MSC. Powoli rośnie też świadomość konsumentów – według badania GlobeScan z 2018 roku ponad 40 proc. wskazuje na przełowienie oraz spadek liczby gatunków ryb jako jeden z najważniejszych problemów, z jakim borykają się morza i oceany. Także Polacy są coraz bardziej świadomi, a za certyfikowane ryby czy owoce morza są w stanie zapłacić nawet o 16 proc. więcej (badania MSC z 2016 roku).
– Ponad 80 proc. Polaków kupuje ryby i owoce morza głównie w sieciach handlowych. Coraz bardziej patrzą zarówno na jakość, jak i na pochodzenie produktów rybnych. Kluczowe sieci w Polsce posiadają w swoim asortymencie po kilkadziesiąt produktów certyfikowanych, więc każdy znajdzie coś dla siebie, w zależności od tego, jaką rybę się lubi – przekonuje Anna Dębicka.
W Warszawie, przy ulicy Chmielnej 75 powstanie IMPLANT – proekologiczny projekt, który będzie łączyć funkcje gastronomiczne, usługowe i społeczne. W nowocześnie zaprojektowanych modułowych konstrukcjach będzie można zrobić zakupy, skorzystać z różnego rodzaju usług i wziąć udział w wydarzeniach kulturalnych. Inicjatorzy chcą również promować ekologiczne zachowania wśród warszawiaków – IMPLANT będzie wyposażony m.in. w jeden z największych na świecie „łapaczy smogu” i zbiornik retencyjny. Inwestycja ma być gotowa wiosną przyszłego roku.
– Takie inwestycje już powstały za granicą. W Londynie jest Pop Brixton, Bangkok ma Artbox, a w Seulu funkcjonuje Common Ground. Teraz czas na Warszawę. Wydaje mi się, że nasze społeczeństwo dorosło do takiego miejsca jak Implant, w którym można się spotykać, tworzyć, spędzać miło czas i dobrze się bawić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Zagórski, jeden z pomysłodawców inwestycji IMPLANT. – Chcieliśmy stworzyć tygiel społeczny, gdzie będą przychodzić nie tylko ludzie z korporacji, ale też robotnicy z okolicznych placów budowy, rodziny z dziećmi czy branża kreatywna.
Jak podkreślają twórcy nowego miejsca, IMPLANT ma być swego rodzaju eksperymentem społecznym, który nie tylko połączy różne grupy społeczne, ale będzie pełnił również funkcje edukacyjno-inspiracyjne:
– Tutaj znajdą swoje miejsce zarówno młodzi ludzie, przedsiębiorcy, tutaj pewnie przyjdą zjeść lunch krawaciarze z pobliskich biurowców, ale bardzo gorąco myślimy też o rodzinach z dziećmi. Nie zapominamy o seniorach – będziemy mieli międzypokoleniowe potańcówki i spotkania – wymienia Zbigniew Bagiński, współpomysłodawca inwestycji.
IMPLANT będzie nowoczesnym, trzypoziomowym obiektem składającym się z 272 połączonych kontenerów. Został zaprojektowany przez architekta Jakuba Szczęsnego, odpowiedzialnego m.in. za projekt domu Kereta. Inwestycja powstanie na działce o powierzchni ponad 10 tys. mkw. przy ulicy Chmielnej 75, blisko ścisłego centrum Warszawy. Do użytku zostanie oddana wiosną przyszłego roku. Za realizację projektu odpowiada spółka Nowa Epoka Handlu.
– Tę przestrzeń chcemy zmienić dla lokalnej społeczności. Chcielibyśmy, żeby na Chmielnej 75 znów zatętniło życie i chcemy zrobić to w sposób oddolny, zaprosić tutaj całą grupę mieszkańców Woli. W tym momencie dopinamy różnego rodzaju formalności związane z budową, która wystartuje jesienią. Chcemy otworzyć swoje podwoje już najbliższej wiosny – mówi Zbigniew Bagiński.
Implant zostanie podzielony na trzy główne strefy: gastronomiczną z wydzieloną powierzchnią restauracyjną, usługowo-handlową, w której m.in. znajdą się niewielkie butiki z propozycjami przede wszystkim od polskich projektantów, oraz halę eventową przeznaczoną na wydarzenia społeczne i kulturalne. To tu będą odbywały się warsztaty, wystawy i prelekcje.
– Ludzie potrzebują nie tylko miejsca, w którym będą mogli robić zakupy i się spotkać, ale też miejsca, które będzie miało jakąś wartość dodaną.. Wydaje nam się, że ludzie są trochę znudzeni wyjściem do restauracji… Chcieliby stworzyć coś razem i zaangażować się w ciekawe i wartościowe inicjatywy, stąd nasza oferta, zarówno eventowa, jak i powierzchni wynajmu. Dlatego też stawiamy na rozwiązania ekologiczne i integrowanie ludzi wokół interesujących inicjatyw – mówi Konrad Zagórski.
Do dyspozycji najemców zostanie oddanych blisko 5 tys. mkw. powierzchni użytkowej. Przestrzeń zaplanowana dla około 80 najemców zostanie podzielona na powierzchnie typu pop-up store. Dzięki elastycznemu podejściu do kwestii umów najmu każdy z przedsiębiorców ma mieć możliwość negocjowania dogodnego dla siebie okresu, na jaki chce podpisać umowę, dopasowanego do rodzaju prowadzonej działalności.
– Pop-upy to rozwiązanie, dzięki któremu będziemy mogli promować młody biznes ludzi kreatywnych i przedsiębiorczych. Myślimy tu głównie o młodych designerach, projektantach lub zawodach zapomnianych – wylicza Zbigniew Bagiński. – Oprócz standardowych funkcji usługowo-handlowych będziemy mieć tutaj również muzeum dla dzieci, social garden, różne aktywności kulturalno-rozrywkowe i edukacyjne.
Ważny aspekt inwestycji będą stanowiły rozwiązania – od wertykalnego ogrodu po specjalne farby, rozbijające cząsteczki zanieczyszczeń. W obiekcie znajdzie się zbiornik retencyjny i samowystarczalny wodny ekosystem Aquaponica oraz panele fotowoltaiczne i pompy powietrzne, a także jeden z najbardziej ekologicznych systemów docieplania budynków. Inicjatorzy projektu chcą też promować alternatywne, niskoemisyjne środki komunikacji. Stąd IMPLANT będzie wyposażony w stacje dla rowerów i ładowarki dla elektrycznych samochodów, a każdy bilet na parking przy obiekcie będzie oznaczać jedno zasadzone drzewo.
– Zurbanizowanie miasta jest ogromne, a przestrzeni zielonej jest bardzo mało. Miasto musi oddychać. Pomimo tego, że Warszawa jest zaprojektowana w przeciągu, smogu jest sporo i z tym chcemy walczyć – mówi Zbigniew Bagiński. – Będziemy mieć największy w Europie, a może nawet na świecie, łapacz smogu. Składa się on z dwóch elementów: farby tytanowej, która rozbija cząsteczki smogu pod wpływem promieniowania UV, oraz ogromnego wertykalnego ogrodu, który okala całą naszą inwestycję. Cały IMPLANT będzie właściwie spowity zielenią. Na tym nam bardzo zależy nie tylko ze względów estetycznych, ale też dlatego, iż chcemy, aby ludzie się czuli tu dobrze.
Według prognoz demograficznych ONZ do połowy tego stulecia rolnictwo będzie musiało wykarmić już około 10 miliardów ludzi. Dlatego biotechnologia poszukuje takich nasion i odmian, które byłyby bardziej odporne na suszę i zmiany klimatyczne niż obecnie występujące. W badaniach tych uczestniczą także polscy naukowcy. Krajowy materiał siewny jest wysokiej jakości i niejednokrotnie wygrywa na polu z importowanym, ale rolnicy korzystają z niego w coraz mniejszym stopniu, co wynika m.in. z silnej ekspansji zagranicznych producentów.
Biotechnologia, w tym biotechnologia nasienna, próbuje dostosować się do zmian klimatycznych, a naukowcy już od kilku lat poszukują genów roślin, które byłyby bardziej odporne na suszę, wysokie temperatury czy niekorzystne warunki glebowe.. Eksperci prognozują, że jeszcze w obecnej dekadzie może dojść do kryzysu żywnościowego, ponieważ produkcja zaczyna być coraz bardziej niestabilna właśnie z uwagi na zmiany klimatyczne.
– Szukamy takich roślin, które lepiej wykorzystują fotosyntezę – pomaga ona w produktywności, w uzyskiwaniu wysokich plonów, a to jest niezmiernie ważne. Szukamy również symbiozy w roślinach, u których do tej pory nie występowała współpraca między roślinami a bakteriami, które chronią swojego żywiciela – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Sowul, członek Polskiej Grupy Nasiennej. – Naukowcy pracują intensywnie nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Jest to pewien wyścig technologiczny. Bardzo ważne jest, żebyśmy mieli dostęp zarówno do finansowania tego typu badań, jak i możliwość wymieniania się informacjami ze światem, bo to nie jest tylko sprawa Polski czy Europy, ale problem globalny.
Według prognoz demograficznych ONZ do 2050 roku liczba ludności na świecie wzrośnie o 40 proc., do ok. 10 miliardów. To oznacza duży wzrost zapotrzebowania na żywność. Szacuje się, że produkcja rolna będzie musiała wzrosnąć aż o ok. 75 proc. Będzie to duże wyzwanie, ponieważ w tym samym czasie powierzchnia użytków rolnych w przeliczeniu na osobę skurczy się o jedną trzecią. Natomiast zużycie zasobów wody przez rolnictwo wzrośnie o 45 proc. już w okolicach 2030 roku.
– Dzisiaj hodowcy z prawdziwego zdarzenia i renomowane firmy hodowlane wraz z nasionami dostarczają dokładną receptę agrotechniczną, zalecenia jak należy uprawiać roślinę na polu. Bardzo często używamy dzisiaj np. tytanu czy krzemu, żeby wzmacniać te rośliny, czyli poprawiać ich plonowanie i wzmacniać odporność na suszę. Szukamy takich roślin, które będą lepiej wykorzystywały krzem, a z kolei ten krzem nie będzie przechodził do ziarna, które my wykorzystujemy na paszę, do produkcji makaronów czy chleba – mówi Przemysław Sowul.
Jak podkreśla, polscy rolnicy w coraz mniejszym stopniu korzystają z nasion, które zostały wyhodowane w Polsce. Wynika to m.in. z silnego marketingu zagranicznych firm, ale również z faktu, że rolnicy mają większą pulę odmian do dyspozycji.
Jeszcze do końca lat 80. Polska była największym producentem i eksporterem nasion traw w Europie. Dzisiaj około 50 proc. nasion traw na polskim rynku pochodzi z importu. Co roku do Polski importuje się również około 3,5 mln ton nasion z GMO na pasze i żywność. Cena i jakość materiału siewnego z importu nie zawsze są zgodne z oczekiwaniami rolników.
– Mam nadzieję, że rolnicy skorzystają z polskich odmian, do czego bardzo namawiam, bo w ten sposób wspierają nie tylko swoich kolegów i sąsiadów czy też polska naukę, ale przede wszystkim całą gospodarkę. Jeżeli rolnicy oczekują, że konsument w mieście będzie wspierał polskie produkty, oni też powinni je wspierać. Tu nie chodzi o żaden protekcjonizm, tylko o patriotyzm gospodarczy, który występuje w bogatych krajach i nadal jest utrzymywany w bardzo dobrej kondycji – podkreśla członek Polskiej Grupy Nasiennej.
Według danych, które przytacza PGN, wysokiej jakości materiał siewny sprawdzonych odmian w około 60 proc. odpowiada za wzrost i plonowania upraw roślin. Ten rok może być dla polskiej branży bardziej udany, ponieważ kilka rodzimych firm nasiennych wypuściło na rynek nowe odmiany zbóż nagrodzone prestiżowymi nagrodami branżowymi.
– Polska jest sporym eksporterem genetyki nasiennej. Eksportujemy dużo facelii, koniczyny czerwonej, w niektórych latach za granicę sprzedajemy też gorczycę. W tym roku na pewno będziemy znaczącym eksporterem nasion traw, ale jeżeli chodzi o zboża siewne czy kukurydzę i rzepak, potrzeba jeszcze dużo pracy i wysiłku, żebyśmy mogli odwrócić negatywny trend. Dzisiaj w materiale siewnym zbóż jesteśmy importerem genetyki – mówi Przemysław Sowul.
Polska Grupa Nasienna to utworzona na początku tego roku inicjatywa, która zrzesza polskie firmy nasienne. Jej głównym celem jest zwiększenie udziału polskich odmian nasion w kraju i na rynkach zagranicznych, m.in. poprzez promocję polskiej genetyki i budowanie świadomości rolników.
W Polsce powstaje coraz więcej nowych firm. To m.in. wynik ułatwień dla młodych przedsiębiorców, którzy przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności są zwolnieni ze składek. Po pełnych 6 miesiącach kalendarzowych można skorzystać z innej ulgi – tzw. małego ZUS-u, która pozwala płacić przez kolejne 24 miesiące niższe składki. Im bardziej biznes niepewny, tym większy opór przed rozpoczynaniem działalności, więc takie rozwiązania jak ulga na start zmniejszają barierę wejścia w nowe przedsięwzięcia – podkreślają eksperci.
– Ulga na start obowiązuje przez pierwsze sześć miesięcy od czasu założenia działalności gospodarczej. W tym czasie osoba zarejestrowana w CEIDG nie musi płacić składek na ubezpieczenia społeczne, a to znaczy, że jeśli chce, może to robić. To jest tzw. pas startowy, kiedy młody przedsiębiorca może się zastanowić, czy jest przedsiębiorcą, czy jednak powinien gdzieś szukać miejsca na swoje stałe zatrudnienie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.
W zwykłych okolicznościach każdy przedsiębiorca, który rejestruje firmę w CEIDG i nie jest ubezpieczony z innego tytułu, ma obowiązek zgłosić się do ubezpieczenia emerytalnego, rentowego, wypadkowego oraz ubezpieczenia zdrowotnego w ZUS i opłacać składki. Ulga na start pozwala nie płacić składek ZUS na ubezpieczenia społeczne przez 6 miesięcy od rozpoczęcia działalności. Należy jedynie opłacać składkę na ubezpieczenie zdrowotne (w 2018 roku 319,94 zł).
– Ulga na start może trwać maksymalnie 6 miesięcy kalendarzowych, czyli pełnych miesięcy. Początek stanowi dzień faktycznego rozpoczęcia wykonywania działalności. Jeżeli dzień ten przypada na pierwszy dzień miesiąca, miesiąc ten należy wliczyć do 6 miesięcy trwania ulgi, jeżeli natomiast działalność będzie rozpoczęta w trakcie miesiąca kalendarzowego, nie wliczamy go do 6 miesięcy trwania ulgi na start – tłumaczy Barbara Szlęzak z Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Z ulgi na start mogą skorzystać osoby prowadzące działalność jednoosobową, które podejmują działalność gospodarczą po raz pierwszy albo ponownie, po upływie co najmniej 60 miesięcy od dnia jej ostatniego zawieszenia lub zakończenia. Istotne też, by nie wykonywały działalności na rzecz byłego pracodawcy, u którego pracowali na etacie w bieżącym lub poprzednim roku kalendarzowym.
– Jeżeli w okresie korzystania z ulgi na start przedsiębiorca zawiesi wykonywanie działalności gospodarczej, okres zawieszenia nie przerywa biegu 6 miesięcy trwania ulgi. Jeżeli przedsiębiorca zrezygnuje z ulgi na start przed upływem 6 miesięcy, ponownie będzie mógł skorzystać z tego uprawnienia po upływie co najmniej 60 miesięcy kalendarzowych od dnia ostatniego zawieszenia bądź zakończenia działalności – zaznacza Barbara Szlęzak.
Po upływie pół roku prowadzenia własnej firmy przedsiębiorca nie trafia od razu na głęboką wodę – jeszcze przez następne 24 miesiące może opłacać preferencyjne składki. Nie są one naliczane od co najmniej 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia (w 2018 roku od 2665,80 zł) jak w przypadku zwykłych przedsiębiorców, ale od 30 proc. minimalnego wynagrodzenia (od 630 zł).
– Okres 24 miesięcy liczymy od dnia zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych, który nie może być wcześniejszy niż dzień złożenia wniosku w przypadku rezygnacji z ulgi na start przed okresem 6 miesięcy lub od dnia następnego po upływie 6 miesięcy, jeżeli przedsiębiorca skorzysta z całego okresu ulgi – mówi Barbara Szlęzak.
Ułatwienia dla przedsiębiorców sprawiły, że liczba nowo zakładanych firm szybko rośnie. Jeszcze w kwietniu 2017 roku liczba zarejestrowanych działalności gospodarczych sięgała 26 tys. W tym roku (ulga na start weszła w życie 30 kwietnia 2018 roku) w maju było to ponad 31 tys., a w czerwcu 29,3 tys.
– Wszyscy młodzi przedsiębiorcy, zanim podejmą decyzję o formie prawnej, którą zakładają, czy to jest działalność gospodarcza, czy spółka, obawiają się wysokich kosztów prowadzenia własnej działalności i uważają, że nie stać ich na to. Im bardziej biznes niepewny, tym większy opór, więc takie rozwiązania jak ulga na start, zmniejszają tę barierę wejścia przedsiębiorców w nowe przedsięwzięcia – przekonuje Magdalena Jabłońska z Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej.
W pierwszym półroczu 2018 roku o prawie 20 proc. wzrosły inwestycje finansowane leasingiem, wynika z danych ZPL. Branża leasingowa szacuje, że w tym roku jej wkład w budowanie polskiego PKB może sięgnąć 4 proc. To znacznie więcej, niż wynosi średnia Unii Europejskiej czy udział w krajach bardziej rozwiniętych, jak Wielka Brytania czy Niemcy. PKO Leasing, lider rynku, ma w nim niemal 12-proc. udział i mimo swojej wielkości zanotował wzrost w I połowie roku o prawie 13 proc.
W I półroczu PKO Leasing osiągnął wynik 4,4 mld zł. Jak podkreśla prezes spółki, kolejne miesiące mają być jeszcze lepsze. Tym bardziej że wstępne prognozy – i tak optymistyczne – okazały się zbyt zachowawcze.
– Pierwsze nasze projekcje mówiły o 15 proc. wzroście całej branży, a I półrocze zamknęło się 20-proc. dynamiką – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Krzemiński, prezes zarządu PKO Leasing. – W tym roku możemy przewidywaćzwiększony popyt na samochody osobowe w związku ze zmianami podatkowymi. W skali roku cały rynek może wzrosnąć do 23 proc. Wyniki branży przekładają się na tempo wzrostu PKO Leasing.
Branża leasingowa korzysta z dobrej koniunktury w gospodarce, zarówno krajowej, jak i europejskiej. W I kwartale tego roku PKB Polski wzrosło o 5,2 proc., podobnie jak w III kwartale 2017 roku. To najwyższa wartość od IV kwartału 2011 roku.
– Większość sprzedaży – około 50 proc. – stanowią samochody osobowe, samochody ciężarowe, maszyny i urządzenia. Bardzo dobrze nam się rozwija segment maszyn i urządzeń rolniczych oraz segment medyczny – wymienia Andrzej Krzemiński.
Dane ZPL pokazują, że klienci firm leasingowych, w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku, najczęściej finansowali pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony (45,6 proc. udział w strukturze rynku). Na drugim miejscu znalazły się środki transportu ciężkiego (26,6 proc. udział) oraz maszyny i inne urządzenia, w tym IT (26,5 proc. udział). Pozostałe transakcje dotyczyły nieruchomości (0,7 proc.) i finansowania innych aktywów (0,5 proc.).
– Rynek leasingu rośnie i to bardzo równomiernie we wszystkich segmentach finansowania aktywów, PKO Leasing rozwija się analogicznie do tego wzrostu. Jesteśmy obecni we wszystkich segmentach rynku,– podkreśla Andrzej Krzemiński. – Pozycja PKO Leasing po I półroczu to nr 1. Mamy blisko 12 proc. udziału w rynku, a tempo wzrostu naszego biznesu to blisko 13 proc.
– Główną grupą odbiorców usług leasingowych są przedsiębiorstwa najmniejsze, czyli połowa wszystkich klientów to firmy o obrotach nieprzekraczających 5 mln złotych. Ci klienci potrzebują dużego wsparcia w zakresie doradztwa i z tego punktu widzenia oceniają to, czy będą korzystać z leasingu czy z innych form finansowania – tłumaczy Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu. – Z ostatnich badań CBM Indicator wynika, że 40 proc. badanych firm tych najmniejszych albo korzysta, albo miało wcześniej doświadczenie z leasingiem, a 81 proc. z nich jest zadowolonych z leasingu.
Według badania CBM Indicator 62 proc. firm uważa leasing za bardziej elastyczny niż kredyt, podczas gdy przeciwnego zdania jest 8 proc. Niemal dwie trzecie, bo 64 proc. uznało go za bardziej bezpieczną formę finansowania niż kredyt, a dla 66 proc. jest bardziej przyjazną formą finansowania.
– Leasing jest aktywnym uczestnikiem tworzenia polskiego PKB. W I połowie roku sfinansowaliśmy inwestycje polskich przedsiębiorstw o wartości ponad 38 mld zł i szacujemy, że do końca roku ta wartość wzrośnie do ponad 83 mld zł. Łączna wartość aktywów objętych umowami leasingowymi to 136 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes mówi Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu. – To pokazuje, jak duży udział mamy w tworzeniu polskiego PKB.
– Udział branży leasingowej w 2017r. w tworzeniu polskiego PKB wyniósł 3,4 proc. i był ponad dwa razy wyższy niż średnia w Unii Europejskiej. Był wyższy od analogicznego wskaźnika w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, jak również u naszego południowego sąsiada – w Czechach.
Wynika to przede wszystkim z popularności leasingu w poszczególnych segmentach gospodarki. Wystarczy popatrzeć, ile przedsiębiorstw branży budowlano-montażowej korzysta z leasingu. Według badań GUS 49 proc. przedsiębiorstw z tej branży wskazuje leasing jako swoje źródło finansowania inwestycji – dodaje Andrzej Sugajski. – W pierwszym półroczu dla tej branży przekazaliśmy maszyny i urządzenia budowlane i drogowe o wartości 1,7 mld złotych, co stanowi wzrost o 64 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego.
Walutomat.pl po raz pierwszy publicznie udostępnił swoje know-how do automatycznej integracji z innymi systemami. Ta znana platforma startuje z otwartym API dla firm, które są zainteresowane wymianą walut, czy automatyzacją rozliczeń w oparciu o przelewy krajowe i zagraniczne.
Publiczne API pozwala zintegrować indywidualny system firmy z systemem Walutomat.pl, co usprawni proces wymiany i wysyłki walut. API daje możliwość automatycznej obsługi nawet 20 walut po kursie rzeczywistym, darmowe przelewy do większości banków w Polsce, a także przelewy międzynarodowe SWIFT i SEPA.
– To doskonałe rozwiązanie dla firm, które chcą poszerzyć usługi dla klientów, partnerów i zautomatyzować swoje procesy rozliczeniowe, wykorzystując gotowe, sprawdzone rozwiązania naszej platformy – mówi Piotr Kurczewski, prezes Currency One SA, operatora Walutomat.pl. – API to funkcjonuje już m.in. w serwisie Przelewy24 i jesteśmy bardzo zadowoleni, zarówno z mechanizmu działania, jak i możliwości, jakie ono daje.
Publiczne API pozwala przykładowo łączyć systemy księgowe, magazynowe, zarządzania produkcją i łańcuchem dostaw z funkcjami rozliczeń z kontrahentami w oparciu o wymianę walut i przelewy walutowe. Co ważne, integrację techniczną i funkcjonalną można dostosować do indywidualnych potrzeb partnerów.
– Warto podkreślić, że nasze API jest zabezpieczone niezależnym od loginu i hasła kluczem, a zlecenie transakcji wymaga dodatkowego podpisu kryptograficznego. To gwarantuje bezpieczeństwo tego rozwiązania – wylicza Artur Maliszewski, dyrektor IT serwisu.
Walutomat.pl jest najdłużej działającą platformą wymiany walut w Polsce. Z jego usług korzysta ponad 275 tys. Klientów. Spółka Currency One, operator serwisu, jest Krajową Instytucją Płatniczą, działającą na licencji Komisji Nadzoru Finansowego.
Likwidacja firmy, utrata miejsc pracy, utrata wpływów do budżetu to tylko niektóre istotne dla życia społeczno-gospodarczego państwa konsekwencje dotychczasowego braku regulacji prawnych na wypadek śmierci przedsiębiorcy (osoby fizycznej). Uchwalona przez Sejm w lipcu br. ustawa o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej umożliwia zachowanie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej przez określony czas, niezbędny do zakończenia postępowania spadkowego. Zdaniem NIK, w ustawie brakuje jednak rozwiązań pozwalających przekazać przedsiębiorstwo zmarłego jego spadkobiercy, co powoduje, że w dalszym ciągu niezbędne będzie rozpoczęcie działalności gospodarczej na własny rachunek. Nowe regulacje pomijają także problemy wynikające ze śmierci małżonka przedsiębiorcy, jeśli oboje mieli wspólność majątkową.
Obowiązujący stan prawny
Istniejący w Polsce system dziedziczenia jest oparty na regulacjach prawa spadkowego określonych w Kodeksie cywilnym, które powstały w latach 60-tych ubiegłego wieku. Ich celem nie było zapewnienie ciągłości funkcjonowania działalności gospodarczej osoby fizycznej, prowadzonej w tamtych latach w ograniczonym zakresie.
W obowiązującym dotychczas stanie prawnym (do czasu wejścia w życie ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej), wraz ze śmiercią przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną prowadzącą działalność zarejestrowaną w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEIDG), kończy się byt prawny przedsiębiorstwa, a spadkobiercy nabywają uprawnienia do składników majątkowych przedsiębiorstwa. Wynika to z faktu, że przedsiębiorstwo osoby fizycznej jest zawsze nierozerwalnie związane z osobą zmarłego (nie tylko w znaczeniu przedmiotowym, ale także funkcjonalnym). Dlatego też po śmierci przedsiębiorcy (osoby fizycznej) zbywalne składniki materialne i niematerialne o charakterze majątkowym podlegają nabyciu wyłącznie w postępowaniu spadkowym.Mogą potem być wykorzystane do prowadzenia działalności gospodarczej w przypadku jej podjęcia przez następcę prawnego (spadkobiercę) na własny rachunek, bądź wniesienia do istniejącej lub tworzonej spółki prawa handlowego. Przenoszony jest zatem wyłącznie majątek, bez praw i obowiązków o charakterze majątkowym lub niemajątkowym, związanych z prowadzoną działalnością gospodarczą. W takim stanie prawnym, spadkobiercy osoby fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą nie mogą więc w sposób automatyczny kontynuować działalności gospodarczej prowadzonej przez spadkodawcę.
Wraz ze śmiercią przedsiębiorcy (osoby fizycznej), zgodnie z obowiązującymi regulacjami, następowałoszereg zdarzeń prowadzących do„wygaszenia” prowadzonego przedsiębiorstwa. I tak m.in.:
nie było możliwości posługiwania się, choćby tymczasowo, firmą (nazwą) przedsiębiorcy, która identyfikuje w obrocie prawnym nie tylko jego, ale także jego przedsiębiorstwo;
wygasały umowy o pracę i – co do zasady – pełnomocnictwa dla pracowników i współpracowników;
wygasały niektóre umowy cywilnoprawne (np. umowy z kontrahentami);
wygasały decyzje administracyjne niezbędne do prowadzenia danego rodzaju działalności gospodarczej (koncesje, licencje, zezwolenia);
nie było możliwości płynnej kontynuacji rozliczeń podatkowych, w tym posługiwania się numerem identyfikacji podatkowej (NIP) zmarłego przedsiębiorcy;
występowały trudności w dostępie do rachunku bankowego prowadzonego na potrzeby działalności przedsiębiorstwa i możliwości dokonywania z niego wypłat;
istniał obowiązek zwrotu pomocy publicznej otrzymanej na podstawie umów, które nie zostały jeszcze wykonane, w całości wraz z odsetkami od dnia jej przekazania przez podmiot finansujący.
Ewentualne wznowienie działalności przez następców bądź następcę prawnego zmarłego przedsiębiorcy wymagało w pierwszej kolejności uregulowania spraw spadkowych oraz rozliczenia się z fiskusem na dzień śmierci przedsiębiorcy (w tym celu odpowiedni organ skarbowy powinien wydać – w oparciu o art. 100 Ordynacji podatkowej – decyzję administracyjną w sprawie rozliczeń podatkowych). Dopiero po załatwieniu tych dwóch kluczowych aspektów można było dokonać rejestracji nowej działalności, pozyskać (najczęściej) na nowo pracowników, kooperantów i klientów, a także wystąpić o konieczne pozwolenia i zgody organów administracji publicznej.
Skala problemu w Polsce
W Polsce liczba przedsiębiorców (podatników podatku dochodowego od osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą i podatku dochodowego osób prawnych) wzrosła o 2,9 proc. z 3,5 mln w 2015 r. do 3,6 mln w 2017 r. (dane z Izb Administracji Skarbowej). W kontrolowanym okresie zwiększyła się również liczba osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą (podlegających wpisowi do Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, w tym wspólników spółek cywilnych) z 2,6 mln do prawie 2,7 mln (tj. o 3,2 proc.). W poszczególnych województwach udział ww. podatników w ogóle podatników podatku dochodowego wahał się w przedziale od 56,2 proc. w województwie świętokrzyskim do 88,4 proc. w województwie zachodniopomorskim.
Według danych ZUS, w latach 2015-2017 z ubezpieczeń społecznych w każdym roku wyrejestrowywało się średnio 390,9 tys. przedsiębiorców podlegających wpisowi do CEIDG (w tym z powodu zgonu wyrejestrowano – 3,5 tys. przedsiębiorców). W tym okresie z powodu śmierci przedsiębiorcy pracę traciło średnio 7,4 tys. pracowników każdego roku.
Co zbadała NIK?
Najwyższa Izba Kontroli wzięła pod lupę prawidłowość działania administracji publicznej w sytuacji śmierci przedsiębiorcy (osoby fizycznej) w latach 2015-2017, a więc przed wejściem w życie nowych rozwiązań. Wyniki kontroli w urzędach skarbowych, urzędach miast oraz urzędach marszałkowskich potwierdziły konieczność wprowadzenia nowych rozwiązań prawnych, dotyczących funkcjonowania przedsiębiorstwa po śmierci przedsiębiorcy.
Najważniejsze ustalenia kontroli
We wszystkich skontrolowanych urzędach skarbowych stwierdzono wiele przypadków przyjmowania oraz księgowania deklaracji podatkowych i wpłat zaległych zobowiązań podatkowych, składanych za zmarłych przedsiębiorców przez członków rodziny, biura rachunkowe, a także nieznane osoby.Działania takie, pomimo, że były niezgodne z przepisami prawa, umożliwiały jednak szybkie rozliczenie z fiskusem działalności zmarłego przedsiębiorcy, a tym samym stwarzały możliwość wcześniejszego rozpoczęcia działalności gospodarczej przez następców przedsiębiorcy z wykorzystaniem, uzyskanego w drodze postępowania spadkowego, majątku osoby zmarłej. Członkowie rodziny zmarłego przedsiębiorcy składali deklaracje i dokonywali wpłat w imieniu zmarłego z oczywistych względów – chęci szybkiego i prostego zamknięcia spraw osoby zmarłej w urzędzie, natomiast biura rachunkowe jako przyczyny takich działań wskazały:
Z kolei naczelnicy urzędów skarbowych stwierdzili, że:
W wyniku takich – niezgodnych z prawem – działań urzędy skarbowe nie miały potrzeby wydawania decyzji o zakresie odpowiedzialności spadkobierców w trybie art. 100 Ordynacji podatkowej. W latach 2015-2017 skontrolowane urzędy skarbowe wydały decyzje w oparciu o ten przepis odnoszące się do spraw jedynie 58 zmarłych przedsiębiorców, natomiast na terenie działania tych urzędów zmarło 2337 przedsiębiorców. Izba wytknęła również ośmiu skontrolowanym urzędom skarbowym nieprawidłowości podczas wydawania tych decyzji, a także przewlekłość prowadzenia tych postępowań (nawet do 10 miesięcy, co również zniechęcało do zgodnego z przepisami Ordynacji podatkowej załatwiania spraw zmarłych przedsiębiorców przez następców prawnych).
Jednocześnie NIK stwierdziła, że spadkobiercy zmarłego przedsiębiorcy nie informowali o zamiarze kontynowania działalności gospodarczej zmarłego w zakresie w jakim umożliwiają przepisy Ordynacji podatkowej. Informację taką złożyło zaledwie 11 przedsiębiorców, natomiast podczas kontroli zidentyfikowano prowadzenie przez 160 następców prawnychdziałalności gospodarczejzarejestrowanej na własne nazwisko, w tożsamym lub zbliżonym do działalności zmarłego zakresie lub pod tym samym adresem, pomimo niezłożenia informacji o zamiarze kontynuacji działalności.
W żadnym z kontrolowanych urzędów skarbowych nie był weryfikowany fakt śmierci małżonka przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą, jeżeli pomiędzy małżonkami istniała wspólnota majątkowa. Powodowało to, że urzędy nie sprawdzały prawidłowości rozliczeń podatkowych przedsiębiorców wykorzystujących majątek, który nie stanowił ich wyłącznej własności (był on dziedziczony również przez innych spadkobierców zmarłego małżonka przedsiębiorcy). Naczelnicy wszystkich skontrolowanych urzędów skarbowych wyjaśniali, że nie posiadają dostępu do kompletnych danych dotyczących ustroju wspólności majątkowej małżonków.
Przeprowadzona w trakcie kontroli analiza danych dotycząca 428 firm zmarłych przedsiębiorców (których działalność nie została podjęta przez żadnego ze spadkobierców) wykazała, że zaprzestanie ich działalności skutkowało likwidacją 404 miejsc pracy. Zlikwidowane firmy za ostatni rozliczony rok swej działalności osiągnęły łączne przychody w wysokości prawie 112 mln zł oraz dochody w wysokości 9,3 mln zł. Do budżetu państwa wpłaciły prawie 3,4 mln zł z tytułu podatku od towarów i usług oraz 2,1 mln zł z tytułu podatku dochodowego. Ponadto wpłacono 415 tys. zł zaliczek od zatrudnionych na etacie pracowników.
Skontrolowane urzędy miast i urzędy marszałkowskie informacje nt. śmierci przedsiębiorców prowadzących działalność na podstawie uprawnień wynikających z wydanych zezwoleń, koncesji i licencji oraz z wpisu do rejestru działalności regulowanej, uzyskiwały najczęściej przypadkowo, zwykle od członków najbliższej rodziny. Jednocześnie obieg informacji w tym zakresie pomiędzy komórkami organizacyjnymi urzędów nie był właściwy (w skontrolowanych urzędach miast, czas uzyskania informacji o śmierci przedsiębiorcy wynosił od jednego do nawet 510 dni od dnia zgonu, natomiast w urzędach marszałkowskich – od trzech do 1381 dni). W czterech z pięciu skontrolowanych urzędów miast, pracownicy nie inicjowali procedury wykreślenia zmarłego przedsiębiorcy z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej lub inicjowali ją z opóźnieniem wynoszącym nawet 635 dni.
Zarówno urzędy miast, jak i urzędy marszałkowskie nie wykorzystywały możliwości jakie daje system Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej dla ustalenia faktu śmierci przedsiębiorcy. Powyższe powodowało, że skontrolowane jednostki nie przekazywały do CEIDG lub przekazywały ze znacznym opóźnieniem do tego systemu informacje na temat uprawnień przedsiębiorcy wynikających m.in. z udzielonych zezwoleń i koncesji oraz o ich wygaśnięciu w przypadku śmierci przedsiębiorcy. W efekcie decyzje dotyczące działalności objętej np. zezwoleniem urzędy wygaszały ze znacznym opóźnieniem, nawet 17 miesięcy po śmierci przedsiębiorcy. Wynikało to również z niejednolitych przepisów dotyczących obowiązku wydania decyzji stwierdzającej wygaśnięcie uprawnień na skutek śmierci przedsiębiorcy, np. z wydanej koncesji oraz z braku jednoznacznych wskazań jakie informacje powinny zostać uwidocznione w systemie CEIDG.
NIK nie stwierdziła nieprawidłowości w zakresie działań skontrolowanych urzędów marszałkowskich dotyczących umów o dofinansowanie projektów środkami UE w sytuacji śmierci beneficjenta. Istniejące w tych urzędach procedury pozwalały na zawarcie przez następcę prawnego zmarłego przedsiębiorcy umowy cesji i dokończenie przedsięwzięć współfinasowanych ze środków UE.
Ustawa o zarządzie sukcesyjnym
NIK pozytywnie oceniła proces przygotowania przez Ministra Przedsiębiorczości i Technologii projektu ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej.Prace nad nas samą ustawą zostały zapoczątkowane w Ministerstwie Gospodarki, następnie prowadzone były przez Ministerstwo Rozwoju, a potem przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii.W efekcie prowadzonych analiz, prawidłowo zidentyfikowano najważniejsze problemy z jakimi muszą się zmierzyć spadkobiercy zmarłego przedsiębiorcy.
Na pierwszym etapie prac ustalono, że problem sukcesji powinien zostać rozwiązany w trybie ustawowym, a jako najlepsze rozwiązanie – umożliwienie dalszego prowadzenia przedsiębiorstwa osoby zmarłej w niezmienionej formie i pod jego nazwą oraz bez zmiany numeru REGON i NIP przez jego spadkobierców.
W wyniku przeprowadzonych analiz i konsultacji zmieniono koncepcję prac. Cel projektowanego rozwiązania ustawowego określono jako zapewnienie – tylko przez określony czas – zachowania ciągłości funkcjonowania przedsiębiorstwa po śmierci przedsiębiorcy będącego osobą fizyczną. Istotnym celem było również zapewnienie silniejszej ochrony praw osób trzecich związanych z prowadzeniem przedsiębiorstwa (pracowników, kontrahentów).
Uchwalona przez Sejm RP 5 lipca 2018 r. ustawa o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej (Prezydent podpisał ją 25 lipca) rozwiązuje wiele problemów związanych ze śmiercią przedsiębiorcy i umożliwia zachowanie ciągłości prowadzenia działalności gospodarczej w formie „przedsiębiorstwa w spadku” przez określony w ustawie okres (nie dłużej niż dwa lata), niezbędny do zakończenia postępowania spadkowego. Przyjęte w ustawie rozwiązania umożliwiają uregulowanie spraw spadkowych oraz rozliczeń z fiskusem bez konieczności „wygaszania” działalności przedsiębiorstwa.
Ustawa o zarządzie sukcesyjnym wprowadza instytucję zarządcy sukcesyjnego, który będzie mógł zarządzać wyodrębnioną częścią majątku stanowiącą przedsiębiorstwo, we własnym imieniu na rachunek następców prawnych przedsiębiorcy, ze skutkiem dla ich majątku. Zarządca będzie umocowany do czynności sądowych i pozasądowych związanych z prowadzeniem firmy, zwanej w tym okresie przedsiębiorstwem w spadku. W ustawie przewidziano możliwości powołania zarządcy sukcesyjnego zarówno przed jak i po śmierci przedsiębiorcy, przy czym w tym ostatnim przypadku musi to nastąpić w terminie dwóch miesięcy od dnia śmierci przedsiębiorcy. Do powołania zarządcy po śmierci przedsiębiorcy potrzebna będzie zgoda osób, którym łącznie przysługuje udział w przedsiębiorstwie w spadku większy niż 85/100. Do odwołania zarządcy sukcesyjnego po śmierci przedsiębiorcy wystarczy zgoda osób, którym łącznie przysługuje większy niż połowa udział w przedsiębiorstwie w spadku. Oznacza to, że przy ustroju wspólności majątkowej małżonek przedsiębiorcy samodzielnie może decydować o funkcjonowaniu zarządcy sukcesyjnego. Zarządca sukcesyjny będzie miał obowiązek zarządzania przedsiębiorstwem osoby fizycznej do momentu dokonania działu spadku albo wygaśnięcia zarządu sukcesyjnego z innych przyczyn.
W ocenie Najwyższej Izby Kontroli zaprojektowane rozwiązania prawne umożliwiają spadkobiercom zmarłych przedsiębiorców kontynuowanie działalności gospodarczej do czasu ostatecznego uregulowania spraw spadkowych (działu spadku). Niemniej jednak NIK zwraca uwagę, iż w przyjętej regulacji:
nie przewidziano rozwiązań pozwalających przekazać przedsiębiorstwo zmarłego (rozumiane jako zorganizowany zespół składników materialnych i niematerialnych przeznaczonych do prowadzenia działalności gospodarczej) jego następcom prawnym. W dalszym ciągu niezbędne będzie rozpoczęcie działalności gospodarczej na własny rachunek. Zdaniem NIK, powinny istnieć rozwiązania umożliwiające następcom prawnym bezpośrednie przejęcie przedsiębiorstwa zmarłego;
nowe regulacje pomijają problemy wynikające ze śmierci małżonka przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą, jeżeli pomiędzy małżonkami istniał ustrój wspólności majątkowej;
wprowadzany ustawą obowiązek zapłaty podatku od spadków i darowizn w sytuacji zaprzestania przez nabywcę własności przedsiębiorstwa działalności gospodarczej przed upływem dwóch lat od jego nabycia, może istotnie ograniczyć korzystanie z przewidzianych tą ustawą instrumentów przez osoby potencjalnie zainteresowane kontynuowaniem działalności po śmierci przedsiębiorcy, zwłaszcza w przypadku osób z najbliższej rodziny zmarłego.
Wnioski de lege ferenda
Najwyższa Izba Kontroli w wyniku kontroli oraz dokonanej analizy rozwiązań przewidzianych w ustawie o zarządzie sukcesyjnym i oceny ich skuteczności w zakresie ułatwienia kontynuowania działalności gospodarczej przez następców prawnych zmarłego przedsiębiorcy, wskazuje Ministrowi Przedsiębiorczości i Technologii na potrzebę:
wprowadzenia do ustawy o zarządzie sukcesyjnym przedsiębiorstwem osoby fizycznej zmian, mających na celu likwidację skutków śmierci małżonka przedsiębiorcy prowadzącego działalność gospodarczą na podstawie wpisu do CEIDG, jeżeli pomiędzy małżonkami istniał ustrój wspólności majątkowej;
doprecyzowanie projektowanego art. 4b ustawy z dnia 28 lipca 1983 r. o podatku od spadków i darowizn (dodawanego ustawą o zarządzie sukcesyjnym) w taki sposób, aby jednoznacznie z niego wynikało, że dotyczy on wyłącznie osób nieobjętych dyspozycją art. 4a ust. 1 tej ustawy;
wprowadzenie dłuższego vacatio legis ustawy o zarządzie sukcesyjnym w celu umożliwienia dostosowania systemów informatycznych instytucji publicznych, które zgodnie z projektem tej ustawy będą egzekwować wywiązywanie się z zobowiązań publiczno-prawnych przedsiębiorstwa w spadku.
Nie tylko handel internetowy wdraża innowacje. Także tradycyjne sklepy robią, co mogą, by przyciągnąć do siebie cyfrowych konsumentów. Naszpikowanych technologią marketów nie ma póki co zbyt dużo, ale w ciągu najbliższych lat możemy spodziewać się rewolucji, w efekcie której zakupy będzie się robić szybciej i wygodniej.
Otwarty w 2017 r. w Seattle sklep Amazon Go, gdzie kasjerów zastąpiła inteligentna sieć sensorów, dzięki którym klienci zamiast stać w kolejce do kas, płacą za towary przy pomocy aplikacji, to najlepszy dowód na to, że handel detaliczny czeka w najbliższych latach ogromna przemiana. Dziś mało kto przychodzi do supermarketu dla rozrywki. Liczy się czas. Szybkie zakupy w sklepie wielkopowierzchniowym wcale nie są jednak takie proste. Niekiedy trzeba kilkakrotnie przemierzyć halę, by znaleźć interesujący nas produkt, a na końcu odczekać swoje w kolejce do kasy. Nic zatem dziwnego, że klienci preferują położone bliżej ich domów dyskonty i zakupy przez Internet, a sprzedaż w hipermarketach z roku na rok maleje. Duże sieci handlowe w końcu podejmują jednak rękawicę i szukają rozwiązań, które sprawią, że zakupy w ich sklepach będą szybsze i przyjemniejsze. Oto kilka z nich:
Li-Fi
Li-Fi to nowa forma komunikacji bezprzewodowej wykorzystująca fale świetlne. Pozwala na osiągnięcie bardzo szybkiej prędkości transferu danych, ponieważ spektrum światła widzialnego (Li-Fi), jest 10 tysięcy razy większe, niż zakres fal radiowych (Wi-Fi). Jest więc dla klasycznej sieci bezprzewodowej doskonałą alternatywą. Do czego Li-Fi może przydać się w supermarketach? Praktycznie każdy sklep, czy to dyskont, czy wielkopowierzchniowy hipermarket, wymaga sztucznego oświetlenia. Jeśli wymienimy zatem dotychczas wykorzystywane oprawy oświetleniowe na takie, które podczas świecenia emitują specjalny kod, pracownicy i klienci sklepu zyskają dostęp do ultraszybkiego Internetu. To z kolei może pomóc w nawigacji wewnętrznej po sklepie, z czego korzysta już m.in. sieć sklepów Media Markt. System nawigacji wewnętrznej Philips Indoor Positioning działa na razie jedynie w oddziale w Eindhoven w Holandii, ale podobne innowacje planowane są także w innych sklepach sieci.
Mechanizm działania systemu Indoor Positioning jest prosty. Klient, wchodząc do sklepu, zyskuje dostęp do sieci Li-Fi. Dzięki temu może pobrać darmową aplikację, gdzie po wpisaniu interesującego go produktu ukaże mu się trasa prowadząca do miejsca, w jakim się on znajduje. Transfer danych przez Li-Fi jest bardzo szybki, więc nawet jeśli z aplikacji korzysta wielu klientów naraz, system doskonale radzi sobie z nawigacją. Oprócz interaktywnej mapy sklepu w aplikacji znajduje się również wiele informacji o dostępnych w asortymencie sprzętach i obowiązujących aktualnie promocjach. Jeśli wolelibyśmy jednak porozmawiać o danym produkcie z pracownikiem sklepu i zaoszczędzić czas na poszukiwania go wśród półek, wystarczy wezwać go za pośrednictwem aplikacji. Podobnie jest w wybranych sklepach sieci Carrefour na terenie Francji, gdzie także wdrożono ten system. Tam w aplikacji oprócz szczegółowych informacji o asortymencie znajdziemy również przepisy kulinarne.
Elektroniczne etykiety
W polskich marketach wciąż rzadko spotykane, ale na zachodzie Europy ich widok to żadne zaskoczenie. Czasem pojawia się na nich nie tylko cena, ale i wartości odżywcze czy ewentualne alergeny, jakie mogą znajdować się w składzie produktu. Elektroniczne etykiety są ułatwieniem nie tylko dla klientów, ale i pracowników sklepu. Dzięki nim ceny produktów mogą się zmieniać nawet z godziny na godzinę, wszystkie są bowiem kontrolowane w centralnym systemie elektronicznym. Mniejszy jest też margines błędu podczas wprowadzania ceny do systemu, ponieważ na ekranie komputera znacznie łatwiej go znaleźć niż w hali sklepowej. A to wciąż nie wszystko! Trwają bowiem prace nad tym, by elektroniczne etykiety także podłączyć do sieci bezprzewodowej. Wówczas mogłyby się one komunikować ze smartfonami użytkowników. W sklepie dysponującym taką technologią nie da się przeoczyć interesującego nas produktu, ponieważ gdy będziemy go mijać, na ekranie smartfona pojawi się nam powiadomienie.
Aplikacja zamiast kas
Wspomniany we wstępie sklep Amazon Go w Seattle bazuje na inteligentnym systemie, który rejestruje każdą rzecz zdjętą z półki, dodaje ją do wirtualnego koszyka, a po opuszczeniu sklepu obciąża nasze konto rachunkiem za zakupione towary. Jedyne, co należy zrobić przed wejściem i wyjściem ze sklepu, to zeskanować na bramkach swój smartfon. Nie jest to jednak jedyny sklep, w którym można zrobić zakupy bez ustawiania się w kolejce do kas, choć z pewnością najbardziej zaawansowany technologicznie. Także niektóre sklepy sieci Tesco oferują podobne udogodnienie, aby z niego skorzystać niezbędna jest aplikacja lub elektroniczny skaner. Podczas zakupów wystarczy kolejno skanować kody Snan&Shop umieszczone na półkach. Na koniec aplikacja wygeneruje specjalny kod, który należy wczytać w kasie samoobsługowej, ale bez konieczności rozpakowywania koszyka. W sklepie Amazona udało się pominąć ten ostatni etap i możemy się spodziewać, że inne sieci handlowe także będą zmierzać w tym kierunku.
Inteligentny wózek
Alternatywą dla systemów typu Snap&Shop jest inteligentny wózek zakupowy, tzw. Smart Car, który ma wmontowany czytnik, przy pomocy którego skanuje się kolejno umieszczane w nim produkty. Po skończonych zakupach należy udać się z koszykiem do specjalnie dedykowanej kasy i dokonać płatności. Takie wózki mają niedługo pojawić się w sieci Carrefour.
Coolomaty spożywcze
Coolomaty to nic innego jak paczkomaty przystosowane do przechowywania żywności. Można je znaleźć na dużych osiedlach mieszkaniowych, stacjach benzynowych oraz przy drogach wylotowych z miasta. Standardowo odbiera się w nich zakupy zamówione online, jednak niektóre sklepy, np. Carrefour Pro w centrum handlowym Atrium Promenada w Warszawie, udostępniają klientom ekrany mobilne, dzięki którym część produktów możemy zamówić z dostawą do coolomatu. To rozwiązanie pozwoliło częściowo ograniczyć asortyment w sklepie – nie ma w nim chociażby ciężkich zgrzewek z wodą, które są dostępne jedynie online. Uzyskaną w ten sposób przestrzeń przeznaczono na dodatkowe stoiska, które wzmacniają doświadczenia zakupowe klientów. Należy do nich chociażby „Wyspa smaków”, gdzie kucharze przygotowują na miejscu aromatyczne posiłki.
Skonsolidowane przychody ze sprzedaży wyniosły 86,6 mln zł w II kw. 2018 r.
Wskaźnik C/I na poziomie 46,2% zgodnie z założeniami strategicznymi GK GPW
Grupa Kapitałowa opublikowała aktualizację strategii #GPW2022 oraz rozpoczęła wdrażanie 14 inicjatyw zorientowanych na wzrost skali biznesu
ZWZ podjęło uchwałę ws. wypłaty dywidendy w wysokości 92,3 mln zł (2,20 zł na akcję)
W II kw. 2018 r. GK GPW wypracowała 86,6 mln zł przychodów ze sprzedaży (-1,1% rdr i +0,8% kdk). Spadek przychodów Grupy w ujęciu rocznym wynika w znacznej mierze z niższej aktywności inwestorów na rynku finansowym. Przychody na rynku towarowym (TGE) były wyższe zarówno w ujęciu rocznym jak i kwartalnym. Zysk EBITDA Grupy w II kw. 2018 r. wyniósł 54,4 mln zł (-3,0% rdr i +27,7% kdk). W II kw. 2018 r. Grupa osiągnęła rekordowy poziom 79,1 mln zł zysku netto (+88,6% rdr i +177,7% kdk). Znaczny wpływ na wynik netto okresu miały przychody finansowe uzyskane głównie ze sprzedaży akcji spółki stowarzyszonej Aquis Exchange. Pod koniec czerwca Grupa Kapitałowa opublikowała zaktualizowaną strategię rozwoju #GPW2022 oraz zaprezentowała 14 inicjatyw zorientowanych na wzrost skali biznesu. W nadchodzących latach Grupa skoncentruje się na rozwoju technologicznym oraz dywersyfikacji źródeł przychodów.
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
– GPW niedawno ogłosiła 14 nowych inicjatyw strategicznych Grupy GPW i już rozpoczęliśmy prace nad ich wdrażaniem. Już udało się m.in. pozyskać finansowanie na jedną z naszych inicjatyw z programu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego „DIALOG”. Docelowo ma jeszcze dojść kolejne dziesięć projektów, które przyczynią się do rozwoju nie tylko polskiej giełdy, ale też całej polskiej gospodarki – powiedział Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW. – Światowe giełdy dywersyfikowały znacznie strukturę swoich przychodów i weszły w nowe obszary działalności. GPW świadoma zmian zachodzących na rynku będzie dostarczała swoje produkty w lepszy sposób, a także będzie skupiała się na nowych źródłach przychodów. Zarząd GPW, wzmocniony dwiema bardzo kompetentnymi osobami Izabelą Olszewską i Piotrem Borowskim, jest gotowy do nowych wyzwań i pracy na rzecz rozwoju polskiego rynku kapitałowego – dodał Prezes Dietl.
Koszty operacyjne w II kw. 2018 r. wzrosły o 5,9% w porównaniu z tym samym okresem przed rokiem i spadły o 17,3% wobec poprzedniego kwartału 2018 r. do 40,0 mln zł. Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 46,2%, wobec 43,1% w II kw. 2017 r. oraz 56,3% w I kw. 2018 r.
W II kwartale 2018 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie (ZWZ) GPW podjęło uchwałę w sprawie wypłaty 92,3 mln zł dywidendy (2,20 zł na akcję), co stanowi 63,3% skonsolidowanego zysku netto spółki GPW za rok obrotowy 2017 przypadającego akcjonariuszom GPW i skorygowanego o udział w jednostkach stowarzyszonych. Poziom dywidendy jest zgodny z obowiązującą polityką dywidendową GPW. ZWZ GPW ustaliło dzień dywidendy na 19 lipca 2018 r. oraz dzień wypłaty dywidendy na 2 sierpnia 2018 r.
Omówienie wyników finansowych Grupy GPW za II kw. 2018 r.
Zysk netto
Zysk netto Grupy GPW w II kw. 2018 r. wyniósł 79,1 mln zł (+88,6% rdr i +177,7% kdk). Wzrost zysku netto jest w znacznej mierze spowodowany wyższym saldem na przychodach i kosztach finansowych – wyższe saldo wynika natomiast głównie z przychodów uzyskanych ze sprzedaży akcji spółki stowarzyszonej Aquis Exchange, które miało miejsce w czerwcu 2018 r.
Przychody z rynku finansowego
W II kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku finansowym wyniosły 47,1 mln zł (-10,4% rdr i -5,1% kdk). Tym samym stanowiły one 54,3% całkowitych przychodów ze sprzedaży Grupy GPW. Na przychody z rynku finansowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, emitentów i sprzedaży informacji.
Obsługa obrotu na rynku finansowym
W II kw. 2018 r. przychody z obsługi obrotu na rynku finansowym wyniosły 30,1 mln zł w porównaniu do 36,0 mln zł rok wcześniej i 32,9 mln zł w I kw. 2018 r. Na pogorszenie wyniku największy wpływ miał spadek przychodów z obrotu akcjami i innymi instrumentami udziałowymi (-17,6% rdr i -8,0% kdk) do 22,9 mln zł, wynikający z niższej aktywności inwestorów na Głównym Rynku.
Obsługa emitentów
W II kw. 2018 r. przychody Grupy GPW z obsługi emitentów na rynku finansowym wyniosły 5,8 mln zł, w porównaniu do 6,1 mln zł przed rokiem oraz 5,9 mln zł w I kw. 2018 r. Przychody z tytułu opłat za notowania osiągnęły 5,0 mln zł w II kw. 2018 r. (+2,2% rdr i -1,4% kdk). Głównym czynnikiem kształtującym wysokość przychodów za notowanie jest liczba notowanych emitentów na rynkach GPW oraz ich kapitalizacja na koniec poprzedniego roku. Niższa aktywność na rynkach IPO i SPO w II kw. 2018 r. przyczyniła się do spadku przychodów z tytułu wprowadzania do 0,8 mln zł, wobec 1,2 mln zł odnotowanych w analogicznym okresie przed rokiem. Jednocześnie jest to poziom zbliżony do I kwartału 2018 r., gdzie przychody te również osiągnęły poziom 0,8 mln zł.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji w II kw. 2018 r. wyniosły 11,1 mln zł (+6,3% rdr i +3,5 % kdk). Wzrost przychodów ze sprzedaży informacji wynika ze wzrostu liczby dystrybutorów informacji, a także wzrostu liczby abonentów. Przychody z tej linii biznesowej stanowią już 12,8% przychodów ze sprzedaży Grupy GPW.
Przychody z rynku towarowego
W II kw. 2018 r. przychody ze sprzedaży na rynku towarowym wyniosły 39,2 mln zł (+12,8% rdr i +8,3% kdk), a więc odpowiadały za 45,3 proc. całkowitych przychodów Grupy GPW w tym okresie. Na przychody z rynku towarowego składają się przychody z tytułu: obsługi obrotu, prowadzenia rejestru świadectw pochodzenia i rozliczenia transakcji.
Obsługa obrotu na rynku towarowym
Przychody z obsługi obrotu na rynku towarowym w II kw. 2018 r. wyniosły 19,6 mln zł (+11,4% rdr i +10,8% kdk). W II kw. 2018 r. wzrosły również przychody z obrotu energią, kształtując się na poziomie 4,3 mln zł (+115,9% rdr i +38,4% kdk). Przychody z obrotu gazem w tym okresie wyniosły 1,9 mln zł (+4,3% rdr i -13,6% kdk). Z kolei przychody z tytułu obrotu prawami majątkowi do świadectw pochodzenia sięgnęły 10,6 mln zł (-4,6% rdr i +11,5% kdk). Przychody Grupy z tytułu innych opłat od uczestników rynku towarowego w II kw. 2018 r. wyniosły 2,8 mln zł (+4,2% rdr i –2,7% kdk). Wysokość innych opłat od uczestników rynku zależy w dużej mierze od liczby i aktywności Członków IRGiT, w szczególności liczby wykonywanych transakcji.
Prowadzenie Rejestru Świadectw Pochodzenia
W II kw. 2018 r. zanotowano istotny wzrost przychodów z prowadzenia RŚP, które wyniosły 8,9 mln zł (+14,6% rdr i +25,2 kdk). Wzrost przychodów z tytułu prowadzenia RŚP wynika z wyższej aktywności w zakresie umarzania świadectw pochodzenia.
Rozliczenie transakcji
Przychody z rozliczenia transakcji w II kw. 2018 r. wyniosły 10,5 mln zł (+13,8% rdr i -6,4% kdk). Na zmianę przychodów z tego tytułu wpływ mają wolumeny obrotu na wszystkich rynkach prowadzonych przez TGE.
Sprzedaż informacji
Przychody ze sprzedaży informacji na rynku towarowym w II kw. 2018 r. osiągnęły poziom 132 tys. zł wobec 86 tys. zł w analogicznym okresie przed rokiem i 98 tys. zł w I kw. 2018 r.
Koszty działalności operacyjnej
W II kw. 2018 r. koszty działalności operacyjnej wyniosły 40,0 mln zł (+5,9% rdr i -17,3% kdk). Wskaźnik kosztów do przychodów (C/I) ukształtował się na poziomie 46,2% wobec 43,1% w II kw. 2017 r. oraz 56,3% w I kw. 2018 r.
W II kwartale koszty amortyzacji były wyższe zarówno w ujęciu rocznym jak i kwartalnym, sięgając 8,1 mln zł (+15,2% rdr i 3,4% kdk). Wzrost kosztów amortyzacji wynika z amortyzacji dwóch nowych systemów wprowadzonych w 2017 r. w TGE : X-Stream (maj) i Sapri (listopad).
Łączne koszty osobowe wyniosły 16,6 mln zł w II kw. 2018 r. (+11,6% rdr i -4,5% kdk). Wzrost kosztów rok do roku wynika m.in. z większego zatrudnienia oraz wzrostu wynagrodzeń.
W II kwartale 2018 r. GK GPW odnotowała spadek kosztów czynszów do poziomu 1,9 mln zł (-25,6% rdr i -22,4% kdk). Spadek kosztów wynika z zakończenia przeprowadzki wszystkich Spółek GK GPW do jednej siedziby, co wpłynęło na optymalizację kosztów związanych z czynszami wynajmowanych powierzchni biurowych.
Koszty usług obcych wyniosły 11,5 mln zł, co oznacza spadek o 1,2% rdr i jednocześnie wzrost o 16,0% w ujęciu kwartalnym. Poziom kosztów związany jest przede wszystkim z doradztwem przy sprzedaży Aquis Exchange oraz przy aktualizacji strategii w II kw. 2018 r.
Przychody i koszty finansowe
Znacząco wysoka kwota przychodów finansowych w II kwartale 2018 r. wynika ze sprzedaży udziałów w spółce stowarzyszonej Aquis Exchange. W wynikach skonsolidowanych w pozycji przychody finansowe saldo na tej transakcji wyniosło 45,4 mln zł. Ponadto na przychody z działalności finansowej składają się głównie odsetki z tytułu lokat bankowych oraz nadwyżka dodatnich różnic kursowych.
Udział w zyskach jednostek stowarzyszonych
W II kw. 2018 r. zysk Grupy GPW z tytułu udziału w zyskach jednostek stowarzyszonych wyniósł 4,5 mln zł, w porównaniu do 3,0 mln zł w II kw. 2017 r. oraz 0,7 mln zł w I kw. 2018 r. Na udział w zyskach jednostek stowarzyszonych miały wypływ przede wszystkim wyniki Grupy KDPW i Aquis Exchange.
Paweł Lasiuk objął stanowisko rzecznika prasowego Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
Nowy rzecznik będzie odpowiadać za komunikację z mediami oraz działania z zakresu komunikacji korporacyjnej spółki
Paweł Lasiuk
1 sierpnia 2018 r. Paweł Lasiuk został rzecznikiem prasowym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Ze spółką związany jest od roku – przed objęciem obecnego stanowiska był członkiem Zespołu Prasowego GPW.
W latach 2016-2017, Lasiuk pracował w dziale korporacyjnym jednej z największych agencji PR w Polsce, Grayling Poland, współpracując m.in. z AIG, Innova Capital czy Owens-Illinois. Wcześniej, jako konsultant MSLGROUP, doradzał bankom i spółkom z sektora finansowego przy budowaniu długoterminowych strategii komunikacji, realizując projekty m.in. dla Eurobanku, Banku Millennium czy Biura Informacji Kredytowej. Zajmował się także pracą dziennikarską.
Jest doktorantem na Wydziale Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Decydenci Banku Anglii już w najbliższy czwartek spotkają się przy Threadneedle Street, żeby decydować o dalszych losach krajowej polityki pieniężnej. Rynki szacują, że podczas głosowania bank centralny zdecyduje się na pierwszą w 2018 roku podwyżkę stóp procentowych.
Czerwcowe spotkanie Komitetu Polityki Pieniężnej (MPC) Banku Anglii rozpaliło nadzieje rynków na podwyżkę stóp procentowych. Wcześniej były one dość umiarkowane z uwagi na dość gołębi komunikat banku centralnego po spotkaniu w maju. W czerwcu zaskoczeniem okazał się przede wszystkim głos głównego ekonomisty BoE. Andy Haldane nieoczekiwanie zagłosował za natychmiastową podwyżką stóp o 25 punktów bazowych, dołączając tym samym do dwóch pozostałych „jastrzębi” głosujących za podwyżkami. Mimo to, sześciu pozostałych decydentów przegłosowało utrzymanie stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 0,5%. Zmiana opinii Haldane’a jest istotna ze względu na to, iż podczas dwóch poprzednich głosowań tylko Ian McCafferty i Michael Saunders konsekwentnie głosowali za podwyżką stóp. Co więcej, warto wspomnieć o tym, iż główny ekonomista banku centralnego z zasady raczej nie głosuje przeciwko bankowemu konsensusowi.
Najświeższa retoryka ze strony BoE była dość jastrzębia – bank centralny podczas ostatnich komunikatów zdawał się próbować przygotować inwestorów do tego, że w czwartek większa część decydentów Banku pójdzie w ślady Haldane’a. Zgodnie z „minutkami” z ostatniego spotkania Banku „seria wskaźników dotyczących wydatków gospodarstw domowych i tych dotyczących sentymentu sugeruje istotną poprawę” od czasu ostatniej słabości. Na początku lipca przewodniczący Banku Anglii, Mark Carney, również zdawał się przygotowywać grunt pod sierpniową podwyżkę stóp procentowych. Podczas wypowiedzi w Newcastle, Carney podkreślał, że niskie tempo wzrostu gospodarczego w pierwszym kwartale roku było spowodowane niekorzystnymi warunkami pogodowymi (falą chłodu, nazwaną przez media „Bestią ze Wschodu”), tym samym spowolnienie ekspansji powinno okazać się tymczasowe.
W ostatnich dniach rynkowa wycena prawdopodobieństwa podwyżki stóp procentowych wzrosła znacznie powyżej 50%, czyli poziomu z pierwszych tygodni czerwca. Obecnie wycena kontraktów swap sugeruje, że podwyżka jest niemal pewna – szacowane przez rynki prawdopodobieństwo ruchu w górę wynosi ok. 90%. W związku z tym, iż wydarzenie jest w istotnym stopniu zawarte w cenie brytyjskiej waluty, brak podwyżki w czwartek niechybnie przełożyłby się na gwałtowną i dość znaczącą wyprzedaż funta.
Mimo, iż to decyzja o podwyżkach będzie przykuwać największą uwagę, inwestorzy będą zwracali szczególną uwagę na to, jak rozłożą się głosy w MPC. Na razie tylko Sir Jon Cunliffe wydaje się być przeciwny decyzji o natychmiastowym podniesieniu stóp procentowych. W ostatnich tygodniach zarówno Silvana Tenreyro jak i Gertjan Vlieghe sugerowali, iż są gotowi do poparcia decyzji o natychmiastowym zacieśnieniu polityki monetarnej.
Rynki finansowe nie przywiązały zbyt dużej uwagi do rozczarowujących wskaźników dynamiki cen, które poznaliśmy w trzecim tygodniu lipca. Również ekonomiści uznali za mało prawdopodobne, aby wspomniane dane miały przełożyć się na odroczenie podwyżki stóp. Inflacja CPI obecnie pozostaje na poziomie 2,4%, a indeks bazowy, nieuwzględniających wahań najbardziej zmiennych cen: energii i żywności, spadł ostatnio do najniższego od ponad roku poziomu 1,9%. Nadal wysoki poziom indeksu CPI, który pozostaje powyżej celu inflacyjnego Banku na poziomie 2% jest bezsprzecznie jednym z głównych powodów sugerujących potrzebę wyższych stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.
Jesteśmy zdania, że mimo ostatnich danych o inflacji i utrzymującej się niepewności w kwestii negocjacji w sprawie Brexitu, w czwartek Bank Anglii zdecyduje się na podwyżkę stóp procentowych o 25 punktów bazowych. Głosowanie niemal na pewno nie będzie jednak jednomyślne, a ostateczna decyzja prawdopodobnie zostanie podjęta niewielką przewagą głosów. Oczekujemy, że podwyżce stóp procentowych będzie towarzyszyło zapewnienie o tym, że odpowiednie byłoby kontynuowanie zacieśniania polityki monetarnej w przyszłości, aczkolwiek, że powinno ono być przeprowadzane stopniowo. Warto zwrócić uwagę, że gospodarka Wielkiej Brytanii obecnie rośnie najwolniej wśród wszystkich gospodarek krajów G7. W związku z tym, w naszej opinii, Bank Anglii będzie musiał poczekać na ożywienie aktywności gospodarczej w Zjednoczonym Królestwie zanim będzie mógł chociażby sygnalizować przyspieszenie tempa podwyżek stóp procentowych. BoE prawdopodobnie również na każdym kroku będzie podkreślać, iż Brexit pozostaje istotnym ryzykiem dla perspektyw gospodarczych. Przewodniczący Carney najpewniej jeszcze wielokrotnie wspomni o tym, że negocjacje z Unią Europejską są jednym z kluczowych czynników determinujących przyszłe poziomy stóp procentowych w Wielkiej Brytanii.
Sądzimy że w bieżącym roku zacieśnianie polityki monetarnej i komunikacja z rynkiem ze strony Banku Anglii powinny wspierać szterlinga. Liczymy również, że 2018 rok przyniesie umocnienie, naszym zdaniem, niedowartościowanego funta względem reszty kluczowych walut. Niemniej, w związku z oczekiwanym przez nas umocnieniem polskiego złotego, wzrost kursu GBP/PLN w naszej opinii powinien jednak być ograniczony.
Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Z najnowszego raportu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF) wynika, że łączna wartość nieruchomości zarządzanych przez fundusze hipoteczne zrzeszone w organizacji utrzymuje się od 2015 roku na względnie stałym poziomie – pomiędzy 73 a 75 mln zł. Najbardziej dynamiczny wzrost w tym obszarze obserwowano w latach 2010-2013. Wtedy zanotowano wzrost z 4,2 do 67,6 mln zł, co dało średnią dynamikę zmian na poziomie 206,8 proc. rok do roku. Od 2010 roku fundusze hipoteczne podpisały kilkaset umów, ale największe wzrosty w tym zakresie notowano w 2012 roku. Jaki jest średni wiek klientów decydujących się na rentę dożywotnią? W których województwach podpisuje się najwięcej umów? Jaki jest średni metraż i średnia wartość mieszkań?
Łączna wartość nieruchomości zarządzanych przez fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF utrzymuje się od 2015 roku na względnie stałym poziomie – pomiędzy 73 a 75 mln zł. Najbardziej dynamiczny wzrost w tym obszarze obserwowano w latach 2010–2013. Wtedy zanotowano wzrost z 4,2 do 67,6 mln zł, co dało średnią dynamikę zmian na poziomie 206,8 proc. rok do roku. Od 2010 roku fundusze hipoteczne podpisały kilkaset umów, ale największe wzrosty w tym zakresie notowano w 2012 roku.
Od początku swojej działalności aż do końca 2017 roku fundusze hipoteczne zrzeszone w KPF wypłaciły klientom prawie 16 mln zł. W samym 2017 roku wypłacono 2,59 mln zł, co stanowi wartość wyższą aniżeli w 2016. Historycznie, największą wartość świadczeń (2,96 mln zł) zanotowano w 2014 roku.
– Wartość wypłacanych świadczeń jest ściśle związana z rozwojem rynku hipoteki odwróconej w Polsce. Największe wzrosty mogliśmy obserwować w latach 2012–2013, ale od roku 2014 rynek wyhamował i pozostaje w stagnacji. Z danych Ministerstwa Sprawiedliwości wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat podpisano łącznie ponad 75 tys. umów o dożywocie dotyczących nieruchomości. Większość z nich, bo około 99 proc. zawarły osoby prywatne. Można pokusić się o stwierdzenie, że profesjonalny rynek oraz fundusze hipoteczne, które są wyposażone w odpowiedni kapitał i dysponują odpowiednią wiedzą oraz doświadczeniem, przegrywają z nieprofesjonalnymi świadczeniodawcami – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.
Liczba podpisanych umów
Fundusze hipoteczne, w ciągu ostatnich dziesięciu lat, podpisały mniej niż 1000 umów, a liczbę zapytań ze strony klientów zainteresowanych usługą można szacować na blisko 100 tysięcy. Największy bezwzględny wzrost liczby administrowanych umów zaobserwowano w roku 2012, w kolejnych latach dynamika przyrostu administrowanych umów zmalała, aż do spadku obserwowanego w 2016 roku.
Robert Majkowski
– W ostatnich latach można było zaobserwować spadek liczby administrowanych umów, ale trzeba podkreślić, że rok 2017 przyniósł zmianę trendu. Od początku naszej działalności tylko do naszego Funduszu wpłynęło łącznie ponad 50 tys. zapytań w sprawie renty dożywotniej, a seniorzy złożyli kilkanaście tysięcy wniosków. Niestety branża i emeryci odczuwają brak odpowiednich regulacji, które zwiększyłyby bezpieczeństwo, zarówno klientów jak i usługodawców. Wzywanie o uregulowanie rynku oraz nadużycia w obszarze umów renty oferowanych przez osoby prywatne spowodowały, że wielu Seniorów ma duże trudności w rzetelnej ocenie i wyborze wiarygodnego usługodawcy. W ostatnich latach seniorzy wykazują się dużo większą ostrożnością, a cały rynek – łącznie z nami – czeka na ustawę o dożywotnim świadczeniu pieniężnym, której wciąż nie ma – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.
Najwięcej klientów z województwa mazowieckiego
Na koniec 2017 roku około 1/3 nieruchomości zarządzanych przez fundusze hipoteczne znajdowała się w województwie mazowieckim, a w porównaniu ze stanem sprzed roku odnotowano wzrost o 1,7 pp. Drugim w kolejności jest województwo pomorskie, w którym leży 12,2 proc. administrowanych nieruchomości, trzecim – województwo śląskie z liczbą 10,9 proc. Najniższy wskaźnik obserwujemy w przypadku województw: podlaskiego (0,7 proc.), podkarpackiego (0,7 proc.), lubuskiego (1 proc.), świętokrzyskiego (1,4 proc.), czy opolskiego (1,7 proc.). W pozostałych województwach odsetek wynosi od ok. 5,4 proc. (wielkopolskie) do 4,4 proc. (kujawsko-pomorskie). Wzrost odsetka administrowanych umów, poza województwem mazowieckim, obserwuje się w zachodniopomorskim, kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim.
Średni metraż i wartość nieruchomości mieszkalnych
Średni metraż mieszkania plasował się w 2011 roku na poziomie 42,3 m kw., ale 6 lat później wzrósł do poziomu 49 m kw. W ujęciu kwartalnym, z wyjątkiem wahań obserwowanych w 2016 roku, średni metraż mieszkania rósł w stosunkowo stabilnym tempie. Średnia wartość jednej zarządzanej nieruchomości aż do końca 2014 roku malała – od 321 tys. zł w 2010 roku, do 237 tys. zł w 2014 roku, co daje różnicę aż 84 tys. zł. Obecnie wynosi ona 255 tys. zł.
Średni wiek klientów
Średni wiek klientów funduszy hipotecznych (w momencie podpisywania umowy) mieścił się w przedziale 75-79 lat. W ujęciu historycznym, pomiędzy 2010 a 2013 rokiem obserwowano spadek wieku klientów z 76,7 lat do niecałych 75 lat, zaś w kolejnych latach, aż do 2016 roku obserwuje się znaczne odbicie, do poziomu ok. 79 lat.
– Średni wiek klientów rośnie, ale zmieniają się również sami klienci. Na początku naszej działalności hipoteką odwróconą interesowały się osoby w wieku 65+, dziś nawet pięćdziesięciolatkowie. Zmieniło się również podejście seniorów do renty dożywotniej, wzrosła ich wiedza i świadomość – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.
85 proc. przedsiębiorstw w Polsce ma problem z niepłacącymi w terminie kontrahentami.
Udział opóźnionych faktur w portfelach firm działających w Polsce sięga już ponad 22 procent.
Przeciętny okres oczekiwania na spłatę należności wynosi obecnie średnio aż 3 miesiące i 24 dni.
Indeks Należności Przedsiębiorstw osiągnął poziom najniższy od połowy 2015 roku.
Zdaniem przedsiębiorców połowa dłużników nie płaci należności, ponieważ nie otrzymuje płatności od swoich kontrahentów (50 proc.).
Przedsiębiorcy w Polsce mają największe od 2,5 roku problemy z odzyskiwaniem należności. Udział opóźnionych faktur w portfelach firm działających w Polsce sięga już ponad 22 procent. Wydłuża się także przeciętny okres oczekiwania na spłatę należności, który obecnie wynosi średnio aż 3 miesiące i 24 dni. Indeks Należności Przedsiębiorstw[1] osiągnął poziom najniższy od połowy 2015 roku.
Aż85 proc. przedsiębiorstw w Polsce ma problem z niepłacącymi w terminie kontrahentami, jak wynika z badania “Portfel należności polskich przedsiębiorstw” realizowanego na zlecenie KRD oraz KPF[2]. Przeciętny czas oczekiwania na zapłatę, w okresie od stycznia do kwietnia 2018 r. wydłużył się o ponad 3 tygodnie.
Duże opóźnienia spłat po stronie kontrahentów sprawiają, że przedsiębiorcy mają trudności z regulowaniem własnych zobowiązań. Taka sytuacja dotyczy niemal jednej trzeciej firm działających w Polsce. Zasadniczym problemem, jeśli chodzi o zatory płatnicze jest właśnie tzw. pętla nieterminowości – zdaniem przedsiębiorców połowa dłużników nie płaci należności, ponieważ nie otrzymuje płatności od swoich kontrahentów (50 proc.), jak wynika z danych BIG[3].
Źródła nieterminowych płatności
Ponad jedna trzecia przedsiębiorców (31 proc.) uważa, że ich kontrahenci nie spłacają swoich zobowiązań, ze względu na stały problem z utrzymaniem płynności finansowej. Co czwarty twierdzi, że opóźnione płatności to po prostu strategia biznesowa oparta na kredytowaniu kosztem innych. Tylko co ósmy badany wskazuje, że niepłacący kontrahenci są niewypłacalni.
Problemy z utrzymaniem płynności finansowej spowodowanej przez nieuregulowane należności, skłaniają przedsiębiorców do poszukiwania dodatkowych źródeł finansowania. Z badania Smartscope dla Aasa Polska[4] wynika, że niemal połowa mikroprzedsiębiorców jest zainteresowana finansowaniem zewnętrznym.
– Jednym z trzech najczęściej deklarowanych celów, na jakie polscy mikroprzedsiębiorcy chcieliby wykorzystać pozyskane zewnętrzne finansowanie była właśnie spłata bieżących zobowiązań firmowych. To kolejny dowód na to, że szczególnie małe firmy mają problemy z utrzymaniem płynności finansowej – mówi Dominik Ciula, Sales Manager Aasa Polska.
W obliczu problemów z odzyskaniem należności, coraz więcej firm nie tylko poszukuje dodatkowego finansowania, ale deklaruje nawet konieczność redukowania zatrudnienia lub płac. Według badania “Portfel należności polskich przedsiębiorstw” obecnie takie decyzje rozważa już ponad 10 proc. firm działających w Polsce. Na tym przykładzie widać, że problem zatorów płatniczych niesie negatywne konsekwencje nie tylko dla samych firm, ale także dla rynku pracy ogółem.
Jak rozwiązać problem zatorów płatniczych?
Przede wszystkim należy zapobiegać opóźnieniom w spłacie zobowiązań. Podstawową zasadą powinno stać się sprawdzanie kontrahentów pod względem wypłacalności. Przed podpisaniem umowy warto sprawdzić wiarygodność płatniczą potencjalnego kontrahenta, np. w bazach Biura Informacji Gospodarczej.
Biorąc pod uwagę fakt, że aż połowa firm nie spłaca swoich zobowiązań, ponieważ sama boryka się z opóźnieniami[5], warto także wskazać przedsiębiorcom, że na rynku istnieje inne rozwiązanie na problemy z płynnością finansową niż kredytowanie kosztem innych przedsiębiorców.
– Ważne, aby takie rozwiązanie było w pewnym sensie konkurencyjne wobec łatwego blokowania płatności. Musi być przede wszystkim nieskomplikowane i szybko dostępne. Uzyskanie finansowania powinno odbywać się przy minimum formalności, a sam proces powinien przebiegać jak najszybciej – najlepiej online i tak, aby pieniądze były dostępne jeszcze tego samego dnia. Takie finansowanie powinno być skrojone na potrzeby przedsiębiorców, a więc na przykład dawać możliwość zaksięgowania go jako koszty działalności – mówi Dominik Ciula, Sales Manager Aasa Polska.
[1]Indeks Należności Przedsiębiorstw to wskaźnik, którym mierzy się poziom zatorów płatniczych w gospodarce – im niższa jego wartość, tym większe problemy z odzyskiwaniem należności.
[2]Badanie, Portfel należności polskich przedsiębiorstw (realizowane na zlecenie KRD oraz KPF)
[3]Badanie BIG, Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm
[4]Badanie Smartscope, Stosunek przedsiębiorców do źródeł finansowania (na zlecenie Aasa Polska)
[5]Badanie BIG, Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm
Osoby uprawnione do reprezentowania spółek, a także przedsiębiorcy, mogą odpowiadać karnie w związku z prowadzonymi względem nich postępowaniami insolwencyjnymi. Świadomość zagrożeń czyhających na menedżerów pozwoli uniknąć przykrych w skutkach konsekwencji karnych związanych z nałożeniem grzywny, a nawet pozbawienia wolności do lat 5.
Poruszanie się w gąszczu przepisów regulujących odpowiedzialność karną za popełnienie przestępstw związanych z postępowaniami insolwencyjnymi nie jest sprawą prostą. W ustawodawstwie polskim nie istnieje bowiem jeden akt prawny, w którym znaleźć można katalog tego rodzaju przestępstw. Aby więc zrozumieć, jakie konsekwencje prawne grożą przedsiębiorcy za niepożądane zachowania, należy sięgnąć do kilku ustaw. Przepisy najistotniejsze – z punktu widzenia dłużników lub osób odpowiedzialnych za reprezentowanie dłużników – znajdują się w Kodeksie spółek handlowych, Kodeksie karnym, a także w dwóch ustawach szczególnych regulujących postępowania insolwencyjne: w Prawie upadłościowym i w Prawie restrukturyzacyjnym.
Odpowiedzialność karna za niezgłoszenie upadłości
Art. 586 k.s.h. mówi wprost o odpowiedzialności karnej członków zarządu spółki handlowej albo jej likwidatorów w przypadku niezgłoszenia wniosku o ogłoszenie upadłości pomimo powstania warunków uzasadniających według przepisów upadłość spółki. Za niezgłoszenie takiego wniosku grozi kara grzywny, kara ograniczenia wolności albo kara pozbawienia wolności do roku. Przepis ten stosuje się subsydiarnie względem innego przepisu, mianowicie art. 299 ust. 1 k.s.h., który swoim zakresem obejmuje jednak wyłącznie członków zarządu oraz likwidatorów spółki z o.o. Zgodnie z jego treścią wierzyciel ma prawo sięgnąć do majątku osobistego członka zarządu spółki z o.o., o ile egzekucja przeciwko spółce okaże się bezskuteczna. Pomimo faktu, iż ustawodawca uregulował odpowiedzialność karną niezależnie od odpowiedzialności cywilnej, oba reżimy nie pozostają w sprzeczności. Wobec osób winnych naruszenia obowiązków dbania o interesy spółki dopuszczalne jest więc uruchomienie zarówno jednej, jak i drugiej procedury.
Kiedy powstaje stan niewypłacalności?
Pojęcie niewypłacalności zostało zdefiniowane w art. 11 ust. 1 ustawy Prawo upadłościowe. Zgodnie z nim dłużnik jest niewypłacalny, jeżeli utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych, a więc gdy jego opóźnienie w ich wykonywaniu przekracza 3 miesiące lub gdy zobowiązania takie przekraczają wartość jego majątku (dot. osób prawnych i innych spółek handlowych), a stan taki utrzymuje się trwale przez okres przekraczający 24 miesiące.
Sam zaś obowiązek zgłaszania wniosku o ogłoszenie upadłości powstaje w terminie 30 dni od dnia, w którym taka podstawa wystąpiła.
Zgodnie z wyżej cytowanym przepisem odpowiedzialności karnej, jako sprawca czynu, podlega wyłącznie członek zarządu spółki albo jej likwidator. Z wykładni systemowej art. 586 k.s.h. wynika ponadto, iż przepis ten odnosi się zarówno do członków zarządu spółek z o.o., jak i do członków zarządu spółek akcyjnych. Czyn zabroniony popełniony przez sprawców polega na zaniechaniu, czyli niepodjęciu czynności, które prowadzą do skutecznego złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości.
Ucieczka z majątkiem
Na gruncie przepisów prawa karnego popełnia przestępstwo ten, kto w razie grożącej mu niewypłacalności lub upadłości udaremnia lub uszczupla zaspokojenie swojego wierzyciela przez to, że usuwa, ukrywa, zbywa, darowuje, niszczy, rzeczywiście lub pozornie obciąża albo uszkadza składniki swojego majątku. Osoba taka podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Przedmiotem ochrony w tym wypadku jest interes wierzyciela, w szczególności zaś – jego uprawnienie do zaspokojenia się z majątku dłużnika.
Członkowie zarządu podlegają również karze do 5 lat pozbawienia wolności jeśli, będąc dłużnikami dwóch lub więcej wierzycieli, udaremniają lub ograniczają zaspokojenie ich należności przez to, że tworzą w oparciu o przepisy prawa nową jednostkę gospodarczą i przenoszą na nią składniki majątku, jak również przez to, że doprowadzają do swojej upadłości lub niewypłacalności.
Lekkomyślne doprowadzenie do upadłości lub niewypłacalności przez trwonienie części składowych majątku, zaciąganie zobowiązań lub zawieranie transakcji w oczywisty sposób sprzecznych z zasadami gospodarowania, podlega penalizacji i jest zagrożone karą grzywny, karą ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Takiej samej karze, w obliczu grożącej niewypłacalności lub upadłości spółki, podlega ten, kto spłaca lub zabezpiecza tylko niektórych z wierzycieli, ze szkodą dla pozostałych.
Dłużnik lub upadły może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej za popełnienie przestępstwa polegającego na działaniu na szkodę pozostałych wierzycieli w przypadku, gdy udziela lub obiecuje udzielić wierzycielowi korzyści majątkowej i to zarówno w trakcie samego postępowania upadłościowego, jak i na etapie je poprzedzającym. Tej samej karze podlega nieroztropny wierzyciel, który w wyżej opisanych okolicznościach przyjmuje korzyść za działanie na szkodę innych wierzycieli albo takiej korzyści żąda.
Podanie nieprawdziwych danych lub nieujawnienie majątku
Dłużnik albo osoba uprawniona do reprezentowania dłużnika będącego osobą prawną lub spółką handlową niemającą osobowości prawnej ma obowiązek podawania we wnioskach wszczynających postępowania insolwencyjne prawdziwych danych. Kto temu obowiązkowi nie czyni zadość, podlega karze – odpowiednio do 3 lat (art. 399 Prawa restrukturyzacyjnego) albo do 5 lat (art. 522 ust. 1 Prawa upadłościowego) pozbawienia wolności. Taka osoba może też podlegać karze pozbawienia wolności do lat 5, jeśli w postępowaniu w przedmiocie ogłoszenia upadłości podaje sądowi nieprawdziwe informacje co do stanu majątku dłużnika. Wreszcie, niewydanie zarządcy (art. 400 Prawa restrukturyzacyjnego) albo syndykowi (art. 523 ust. 1 Prawa upadłościowego) dokumentów dotyczących majątku lub ksiąg rachunkowych dłużnika penalizowane jest karą pozbawienia wolności do lat 5.
Na koniec – zakaz prowadzenia działalności gospodarczej
Oprócz powyższych sankcji na wniosek wierzyciela, tymczasowego nadzorcy sądowego, zarządcy przymusowego, syndyka, prokuratora, a także Prezesa UOKiK oraz Prezesa KNF może zostać wszczęte postępowanie w sprawie orzeczenia zakazu prowadzenia działalności gospodarczej na własny rachunek lub w ramach spółki cywilnej oraz pełnienia funkcji członka rady nadzorczej, członka komisji rewizyjnej, reprezentanta lub pełnomocnika osoby fizycznej prowadzącej działalność gospodarczą w zakresie tej działalności, spółki handlowej, przedsiębiorstwa państwowego, spółdzielni, fundacji lub stowarzyszenia. Zakaz taki może zostać orzeczony na okres od roku do 10 lat.
Przy orzekaniu zakazu prowadzenia działalności gospodarczej i pełnienia ww. funkcji sąd upadłościowy bada, czy wnioskodawca udowodnił, iż zachodzi przynajmniej jedna z przesłanek wskazanych w art. 373 ust. 1 i 3 Prawa upadłościowego. Do najważniejszych z nich należą: niezłożenie w ustawowym terminie przez osobę zobowiązaną wniosku o ogłoszenie upadłości, istotne przyczynienie się przez osobę faktycznie zarządzającą przedsiębiorstwem do niezłożenia takiego wniosku (chodzi tutaj również o osoby inne niż członkowie zarządu), po ogłoszeniu upadłości niewydanie lub niewskazanie majątku, ksiąg rachunkowych, korespondencji oraz innej istotnej dokumentacji, ukrywanie, niszczenie lub obciążanie majątku wchodzącego w skład masy upadłości przez upadłego po ogłoszeniu upadłości, niewykonywanie innych obowiązków ciążących na upadłym w toku postępowania upadłościowego lub utrudnianie tego postępowania.
Postępowanie powyższe może być wszczęte w terminie roku od dnia umorzenia lub zakończenia postępowania upadłościowego albo oddalenia wniosku o ogłoszenie upadłości na podstawie tzw. „ubóstwa masy”, a gdy wniosek o ogłoszenie upadłości nie był złożony – w terminie 3 lat od dnia ustania stanu niewypłacalności albo wygaśnięcia obowiązku złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości przez daną osobę.
Podsumowanie
Prowadzenie lub reprezentowanie przedsiębiorstwa nie jest łatwe. Oprócz szerokiej wiedzy z zakresu zarządzania, ekonomii czy znajomości zagadnień merytorycznych związanych z konkretną branżą niezwykle przydatna, a często wręcz niezbędna, jest świadomość prawna. Dzięki niej można uniknąć niepożądanych konsekwencji związanych z popełnieniem czynów zabronionych w sytuacjach, gdy w prowadzonym przedsiębiorstwie powstaje stan niewypłacalności bądź w znacznym stopniu takie konsekwencje ograniczyć.
Przed złożeniem wniosku o ogłoszenie upadłości lub otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego i w trakcie samych postępowań insolwencyjnych konieczna jest wnikliwa analiza prawna konkretnego stanu faktycznego w kontekście odpowiedzialności karnej reprezentantów dłużnika. Powinna ona przynieść odpowiedź na pytanie o grożącą odpowiedzialność karną reprezentantów podmiotu. Pamiętajmy też, że w sytuacji kryzysowej zazwyczaj nie ma wiele czasu na podjęcie działań, dlatego trzeba działać szybko i sprawnie.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Dostępne obecnie dane o stanie gospodarki realnej oraz opinie pozyskane od członków KIG pozwalają szacować, że eksport w czerwcu 2018 wyniósł 17 873 mln EUR. Zwiększył się więc w stosunku do wartości notowanych dla maja o 3,6%, w stosunku zaś do wielkości notowanych przed dwunastu miesiącami wzrósł o 7,8%. Wielkość eksportu w lipcu może okazać się niższa w stosunku do notowanej w czerwcu, jednak skala korekty powinna być zbliżona do typowej.
Wyniki eksportu w czerwcu zazwyczaj prezentują się dobrze. Producenci zdążyli już bowiem w pełni rozwinąć produkcję, po pewnym jej wygaszeniu – typowym dla początku roku. Co ważne, wraz z końcówką pierwszego półrocza dostawy intensyfikują się przed wakacjami (podczas których część firm zmniejsza produkcję tak ze względu na okres wakacyjny/urlopowy jak i na przestoje związane z przeglądami czy modernizacją ciągów technologicznych).
Rok bieżący, podobnie jak poprzedni, obfitował w miesiące, których wyniki istotnie odbiegały od typowego poziomu. Miało to przede wszystkim podłoże w zmieniającej się długości czasu pracy jaki był do dyspozycji producentów. W przypadku części miesięcy ów czas był istotnie dłuższy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego, w przypadku części zaś znacząco krótszy. Skutkowało to naprzemiennym występowaniem wyników uznawanych za bardzo dobre i rozczarowujące. Nie inaczej było ostatnim razem. Eksport w czerwcu br. wzrósł o 3,6% podczas gdy w ubiegłym roku uległ zmniejszeniu o 1,4%. W konsekwencji roczna jego dynamika uległa poprawie do 7,8% z 2,7% w maju. Wypada przypomnieć, że kwietniowe wyniki były o 8,9% wyższe niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, marcowe zaś o 1,6% gorsze od analogicznych. W drugiej połowie roku wahania rocznej dynamiki sprzedaży eksportowej nie powinny być już tak znaczące, a średnia z obserwowanych wartości powinna być nieco wyższa niż w półroczu pierwszym.
Oczekiwane zmiany eksportu
2018
2019
Eksport ogółem
7,5%
7,6%
Niemcy
8,5%
8,0%
Pozostałe kraje strefy euro
7,2%
6,9%
Kraje UE nie będące w strefie euro
7,2%
7,4%
Pozostałe kraje rozwinięte
7,4%
7,9%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej
11,3%
10,8%
Kraje rozwijające się
2,9%
6,0%
Główną walutą rozliczeniową dla polskiego eksportu pozostaje euro. W czerwcu złoty osłabił się wobec euro o 0,5% do 4,3054 i okazał się równocześnie o 2,3% słabszy niż przed rokiem. Osłabienie czerwcowe (podobnie jak notowane w maju) miało u swego podłoża przede wszystkim globalny wzrost ryzyka politycznego. W jego wyniku sytuacja finansowa eksporterów, ze względu na kurs, uległa poprawie. Ponownej poprawie uległa też sytuacja eksporterów rozliczających sprzedaż w dolarach. W czerwcu złoty osłabił się w stosunku do dolara – o 1,9% do 3,6876. Po tej zmianie złoty był jedynie 1,7% mocniejszy niż przed dwunastoma miesiącami (jeszcze w styczniu skala aprecjacji wynosiła 17,1%).Według Narodowego Banku Polskiego w pierwszych pięciu miesiącach bieżącego roku eksport wyniósł 86 048 mln EUR i okazał się o 5,3% większy niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Według sprawozdawczości prezentowanej przez Główny Urząd Statystyczny eksport wynosząc w okresie I – V 2018 r. 86 900 mln EUR okazał się wyższy niż przed dwunastoma miesiącami o 6,1%.
Zgodnie z aktualnymi założeniami co do stanu światowej i polskiej gospodarki w latach 2018 – 2019 można oczekiwać zwiększenia naszej sprzedaży ze 198,8 mld EUR w roku 2017 do odpowiednio 213,8 mld EUR (o 7,5%) w roku 2018 oraz do 223,0 mld EUR (o 7,6%) w roku 2019.
Polski złoty zakończył wczorajszy dzień lekkim osłabieniem w relacji do głównych walut. Złotemu nie sprzyjała przede wszystkim siła dolara amerykańskiego i lekka słabość euro.
Siła dolara amerykańskiego była związana m.in. z doniesieniami agencji Bloomberg, które sugerują, że administracja prezydenta USA chce zaproponować podniesienie stawki planowanych ceł, które mają objąć chińskie produkty o wartości 200 mld USD z 10 do 25%, co może skłonić Chiny do przyspieszenia negocjacji w kwestii handlu. Do kupna dolara mogło zachęcać również dzisiejsze spotkanie FOMC, którego wydźwięk ma być optymistyczny. Samo spotkanie warto interpretować zwłaszcza pod kątem ostatnich zmian w relacjach handlowych USA z innymi krajami i tego, w jaki sposób – w ocenie Rezerwy Federalnej – owe zmiany mogą wpłynąć na perspektywy amerykańskiej gospodarki.
Mimo, iż nie miały one istotnego wpływu na kurs złotego, warto również wspomnieć o ostatnich, słabszych danych z Polski. Wczorajsze dane inflacyjne z kraju zawiodły, dziś z kolei rozczarował indeks aktywności krajowego przemysłu w lipcu. Wskaźnik niespodziewanie spadł z poziomu 54,2 do 52,9, tym samym znalazł się na najniższym poziomie od 11 miesięcy. Podawany słabszy wzrost aktywności w sektorze nie musi jeszcze oznaczać spowolnienia wzrostu, jeśli jednak twarde dane potwierdzą tendencje płynące z badań ankietowych, a owe słabsze tendencje się utrzymają, może okazać się, że drugi kwartał będzie ostatnim okresem tak silnej ekspansji gospodarczej.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajsze, mieszane dane ze strefy euro nie wpłynęły istotnie na kurs wspólnej waluty. W pierwszej części dnia euro zyskiwało w relacji do koszyka walut, ostatecznie jednak zakończyło dzień na minusie, tracąc przede wszystkim z uwagi na wspomniane umocnienie dolara amerykańskiego.
Dzisiejsze rewizje lipcowych indeksów PMI dla krajów strefy euro nie przyniosły zbyt wiele emocji. Indeks dla przemysłu całej strefy euro wyniósł 55,1 i był zbieżny ze wstępnym szacunkiem.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,78-4,80.
Dzisiejszy odczyt indeksu PMI dla przemysłu Wielkiej Brytanii był zbliżony do oczekiwań. Wskaźnik spadł z poziomu 54,3 w czerwcu (zrewidowanego w dół z poziomu 54,4) do 54 w lipcu. Konsensus oczekiwał, że indeks w lipcu znajdzie się na poziomie 54,2. W związku z tym, iż wskaźnik był niemal w pełni zgodny z oczekiwaniami, dane w istotny sposób nie wpłynęły na kurs brytyjskiej waluty.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,64-3,66. Dolar zyskiwał również w relacji do ważonego koszyka walut. W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o danych inflacyjnych ze Stanów Zjednoczonych. Te bowiem nieco rozczarowały. Inflacja PCE (uznawana za jeden z najbardziej wiarygodnych indeksów opisujących tendencje cenowe) w czerwcu wyniosła 2,2%, indeks bazowy – 1,9% w ujęciu rocznym. Konsensus zakładał, że każdy z indeksów wzrośnie o 0,1 p.p. Wygląda na to, iż po dłuższym okresie wzrostu inflacja, jak i wspierający ją wzrost płac w USA mogą stabilizować się na wyższych poziomach.
Dzisiejszy dzień przyniesie dane ADP o zmianach amerykańskiego zatrudnienia w lipcu, czyli swoistą przystawkę przed piątkowymi „payrollsami”. Dziś poznamy również odczyty PMI/ISM dla przemysłu w lipcu. Kluczowym wydarzeniem będzie jednak wspomniane wyżej spotkanie Rezerwy Federalnej, które – obok kwestii dotyczących konfliktu handlowego na linii USA-Chiny – prawdopodobnie będzie determinować dzisiejszy handel.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane ADP z amerykańskiego rynku pracy w lipcu
15:45 – indeks PMI dla przemysłu USA w lipcu
16:00 – indeks ISM dla przemysłu USA w lipcu
20:00 – spotkanie FOMC w sprawie stóp procentowych
To o 19,7 proc. więcej niż w I połowie 2017 r., podał Związek Polskiego Leasingu. – Polskie firmy inwestują w najnowsze światowe technologie – mówi Jarosław Kubiszewski, z Siemens Finance.
Na koniec czerwca 2018 r. łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej sięgnęła 137 mld zł.
Przedsiębiorstwa korzystające z leasingu najczęściej finansowały z jego pomocą pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony (45,6 proc. udziału w strukturze rynku), środki transportu ciężkiego (26,6 proc.) oraz maszyny i inne urządzenia, w tym IT (26,5 proc.).
– W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku znacząco wzrosło finansowanie leasingiem maszyn i innych urządzeń, w tym sprzętu IT, których wartość sięgnęła 10,3 mld zł i była wyższa o 21,2 proc. r/r. Dla Siemens Finance jest to szczególnie widoczny wzrost, bo w ty segmencie się specjalizujemy i stanowi on ponad 95 proc. naszego portfela. To oznaka dobrej koniunktury w sektorze przemysłowym oraz przyspieszenia w wydatkowaniu funduszy unijnych. Widoczny jest rozwój polskich firm, które inwestują w najnowsze światowe technologie oraz rozwój dostawców maszyn na polskim rynku, z którymi w większości współpracujemy.– mówi Jarosław Kubiszewski, dyrektor sprzedaży bezpośredniej w Siemens Finance.
W pierwszej połowie 2018 r. ożywienie na rynku leasingu było widoczne również w kategoriach pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 t (wzrost o 21,1 proc. r/r), oraz transportu ciężkiego (17,5 proc. dynamika r/r). Spadła natomiast wartość finansowania dla nieruchomości.
Ponad 70 proc. firm korzystających z leasingu stanowią przedsiębiorstwa o obrotach do 20 mln zł, czyli mikro i małe firmy.
– Według naszych badan to firmy, które najszybciej się rozwijają i w związku z tym mają największe zapotrzebowanie na inwestycje w park maszynowy. Dodatkowo, ze względu na ich wielkość nie są typowymi klientami banków, które finansują większe przedsiębiorstwa. Łatwiej im uzyskać finansowanie w postaci leasingu niż kredytu bankowego – mówi Jarosław Kubiszewski z Siemens Finance.
Firmy o obrotach powyżej tej kwoty stanowią niecałe 30 proc. leasingobiorców.
Średnia długość życia w krajach OECD wynosi ponad 80 lat i stale się wydłuża. Jednak wraz z nią wzrasta liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe. W Europie stanowią one aż 77 proc wszystkich schorzeń. To powoduje coraz większe zapotrzebowanie na ochronę zdrowotną. Jak pokazuje raport „A journey towards smart health. The impact of digitalization on patient experience”, przygotowany przez firmę doradczą Deloitte, największym wyzwaniem dla systemów ochrony zdrowia jest zapewnienie pacjentom wysokiej jakości usług i dostępu do opieki, przy jednoczesnym efektywnym zarządzaniu kosztami oraz postępem technologicznym. Coraz bardziej popularne staną się e-wizyty lekarskie, e-recepty oraz monitorowanie stanu zdrowia za pomocą urządzeń mobilnych.
Wraz ze zmianami gospodarczymi, starzeniem się populacji i częstszym występowaniem chorób przewlekłych, sektor opieki zdrowotnej na świecie odnotował gwałtowny wzrost kosztów. W rezultacie specjaliści z branży medycznej musieli się dostosować i skupić na wydajności oraz jakości świadczonych usług czy produkcji. Technologie cyfrowe stanowią rozwiązanie tego problemu. Nie tylko pacjenci, ale także firmy z sektora opieki medycznej mogą wiele skorzystać na innowacyjnych rozwiązaniach.
Starzejące się społeczeństwo wyzwaniem dla systemu zdrowia
Dzięki rosnącemu standardowi i poprawie stylu życia, lepszej edukacji oraz zwiększonemu dostępowi do usług zdrowotnych ludzie żyją coraz dłużej. Średnia długość życia w krajach OECD przekracza 80 lat i cały czas się wydłuża. Jednak wraz z długowiecznością wzrasta liczba osób cierpiących na choroby przewlekłe, a co za tym idzie, zapotrzebowanie na instytucje opieki zdrowotnej.
Choroby przewlekłe, takie jak nowotwory, cukrzyca, problemy sercowo-naczyniowe i układu oddechowego, stanowią 77 proc. chorób w Europie i odpowiadają za 86 proc. wszystkich zgonów. Występują one u ponad 80 proc. osób w wieku powyżej 65 lat. Szacuje się, że w Unii Europejskiej roczne wydatki na choroby przewlekłe wynoszą około 700 miliardów euro, co średnio stanowi 70-80 proc. całkowitych wydatków zdrowotnych jednego kraju – zaznacza Maciej Dalecki, Wicedyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte. – Wzrost liczby tego typu chorób powoduje coraz większy nacisk na opiekę zdrowotną i systemy społeczne w UE. Obecnie największym wyzwaniem dla systemów ochrony zdrowia jest zapewnienie pacjentom wysokiej jakości usług i dostępu do opieki zdrowotnej przy jednoczesnym efektywnym zarządzaniu kosztami oraz postępem technologicznym – dodaje.
Nowe podejście – większe możliwości
Oczekuje się, że do 2022 roku medycyna będzie w pełni przewidywalna, prewencyjna, spersonalizowana i partycypacyjna (ang. P4 Medicine). Innowacyjna biotechnologia, możliwość wglądu w genetykę człowieka, precyzja w diagnozie a także spersonalizowana medycyna znacząco zmienią opiekę zdrowotną.. Dynamiczny wzrost opieki opartej o technologie wymaga od sektora ochrony zdrowia ponownego zdefiniowania ról i obowiązków pracowników oraz dostosowania się do nowego sposobu pracy.
– W najbliższych latach powszechne staną się e-wizyty, e-recepty, a także śledzenie postępu choroby, diagnozowanie i leczenie za pomocą zdalnego monitorowania cyfrowego, co w znacznym stopniu pomoże zoptymalizować czas personelu – wyjaśnia Oliver Murphy, Partner, Lider ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej w Deloitte. – Sektor będzie odchodził od modelu postrzegania pacjenta jako przeciętnego petenta, skupiając się na konkretnym przypadku. W nowym modelu lekarze będą koncentrować się na aktywnym promowaniu dobrego stanu zdrowia i zapobiegania chorobom, zamiast ich leczeniu – dodaje.
Według raportu Deloitte 74 proc. pacjentów deklaruje, że udziela różnym pracownikom sektora ochrony zdrowia tych samych informacji. Co więcej, 60 proc. ankietowanych wielokrotnie wykonuje te same testy. Innowacyjne rozwiązania mogą usprawnić zarządzanie danymi pacjentów, zmniejszając tym samym znaczące ryzyko powielania lub zaniedbywania zbieranych informacji. Docelowo lekarzom będzie się płacić nie za liczbę wizyt czy przeprowadzonych testów (tzw. opłata za usługę), a za opiekę opartą na wartości (ang. Value-based Care). Przede wszystkim cenione będą wydajność i efektywność.
Niezastąpiona rola pacjenta
Aplikacje mobilne i urządzenia do noszenia na ciele (smartwatch, okulary smart itd.) zapewniają przyjazne dla użytkownika rozwiązania 24 godziny na dobę. Dzięki dostępności nowych technologii sektor może zachęcać pacjentów do edukacji i ciągłego monitorowania swojego stanu zdrowia oraz promować działania zapobiegawcze w sposób efektywny kosztowo. Pomoże to również lekarzom w zbudowaniu bardziej świadomej bazy pacjentów.
– Tylko w 2017 roku powstało 78 tysięcy nowych mobilnych aplikacji zdrowotnych, co zwiększyło ich ogólną ofertę do 325 tysięcy. Liczba aplikacji poświęconych opiece zdrowotnej znacząco wzrosła w szczególności na dwóch wiodących platformach mobilnych. System iOS w 2017 roku odnotował wzrost o 20 proc. w ujęciu rocznym, a w przypadku Androida liczba ta zwiększyła się nawet o 50 proc. Aplikacje zdrowotne zachęcają właścicieli smartfonów do monitorowania stanu zdrowia i lepszego nim zarządzania. Nawet 57 proc. badanych używa elektronicznego urządzenia do śledzenia różnych wskaźników swojego stanu zdrowia. Mimo to, tylko jedna trzecia z nich udostępnia te informacje swojemu lekarzowi – podsumowuje Maciej Dalecki.
Cyfryzacja opieki medycznej w Polsce
– Digitalizację opieki medycznej w Polsce najwyraźniej widać w sektorze farmaceutycznym. Zmienia się rola aptek, które muszą dostosować się zarówno do postępującej cyfryzacji, jak i rosnących oczekiwań klientów. Pierwsze efekty zobaczymy do końca roku, kiedy wejdzie zapowiadana możliwość realizacji e-recept. Jak pokazuje ostatni raport Deloitte pt.: „Jak wprowadzić w Polsce opiekę farmaceutyczną: Rola i wyzwania współczesnej apteki” elektroniczne recepty zastąpią recepty papierowe, bo będą wygodne zarówno dla pacjenta, jak i dla lekarzy – zaznacza Rafał Rudzki, Starszy Menedżer w Zespole ds. Zrównoważonego Rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte. –Będzie można je wystawić bez osobistego zbadania pacjenta, np. po konsultacji za pośrednictwem internetu lub telefonu. Prognozujemy, że e-recepta stanie się nie tylko kluczowym narzędziem wymiany informacji między pacjentem, lekarzem a farmaceutą, ale również fundamentem systemu opieki farmaceutycznej. E-recepty będą też istotnym narzędziem skracającym czas oczekiwania na wizytę lekarską, który jest w Polsce ponad trzykrotnie dłuższy niż średnia krajów OECD” – dodaje.
Niemal 8 na 10 obywateli Ukrainy jest zadowolonych z warunków pracy w Polsce i to do tego stopnia, że 84% z nich deklaruje, że polecili by zatrudnienie w naszym kraju swoim bliskim i znajomym – wynika z najnowszego raportu „Postawy obywateli Ukrainy wobec polskiego rynku pracy” przygotowanego przez Work Service. Główną motywacją wpływającą na decyzję o emigracji do naszego kraju są wyższe wynagrodzenia. Jednak niepokojące są deklaracje aż 2/3 badanych, którzy zaznaczają, że pracują poniżej swoich kwalifikacji. Co więcej 59% respondentów przyznaje, że opuści nasz kraj, gdy otwarty stanie się dla nich niemiecki rynek pracy.
Masowy napływ obywateli Ukrainy do Polski ma miejsce nieprzerwanie od 4 lat i występuje w czasie bardzo dobrej koniunktury naszym rynku pracy. Według niedawnych analiz ukraińskiego banku centralnego (NBU), tylko w latach 2016-17 z powodu emigracji zarobkowej, Ukraina straciła 5-8% siły roboczej, co pokazuje skalę zjawiska również drugiej strony. Obecnie Polska stała się wiodącym kierunkiem emigracji zarobkowej obieranym przez naszych wschodnich sąsiadów. Jak wynika z najnowszych badań Work Service obecnie ponad 3/4 pracowników z Ukrainy wskazuje na wyższe wynagrodzenia w Polsce jako główny powód migracji. W drugiej kolejności wskazywany jest wyższy standard życia (37%), a jako trzeci powód podawany jest brak pracy na ukraińskim rynku pracy (22%). Co ciekawe, tylko 1 na 10 badanych deklaruje, że przyjechał do Polski ze względu na większe bezpieczeństwo, co jest często podawanym argumentem w obiegowej dyskusji.
Obraz imigracji do naszego kraju ma wiele odcieni, ale na pewno warto zwrócić uwagę na 79% wskazań mówiących o zadowoleniu z pracy w Polsce, a także 85% odpowiedzi dobrze oceniających współpracę z polskimi kolegami z pracy. To między innymi takie nastawienie przekłada się na deklaracje przeszło 3/4 badanych, którzy mówią o tym, że chcieliby zostać w naszym kraju na 2-3 lata.Te statystyki powinny cieszyć, ale nie można ich czytać bez dodatkowych spostrzeżeń. Przede wszystkim 2/3 imigrantów z Ukrainy pracuje obecnie poniżej swoich kwalifikacji, co w głównej mierze dotyka osób z wyższym wykształceniem. Oznacza to, że przy obecnym modelu imigracji, potencjał osób napływających na nasz rynek pracy nie jest w pełni wykorzystywany. A musimy pamiętać, że w skali kraju występują coraz większe deficyty kadrowe również po stronie zawodów specjalistycznych – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Konkurencja na zachodzie?
Fakt, że obywatele Ukrainy napływają dziś masowo na polski rynek pracy, nie musi być trendem trwałym w kolejnych latach. Pomimo że znacząca większość pozytywnie ocenia warunki zatrudnienia w Polsce, to jednocześnie 59% badanych deklaruje, że po zmianie polityki migracyjnej w Niemczech (na podobne warunki jak w Polsce), wybraliby pracę za Odrą. Jednocześnie tylko 6% respondentów całkowicie odrzuca taką perspektywę.
To ogromne zagrożenie dla polskiej gospodarki, która w efekcie zaistnienia takiego scenariusza, w kilka miesięcy pogłębiłaby swoją lukę kadrową z poziomów 150 tys. wakatów do ponad 500 tysięcy. A to miałoby negatywne przełożenie na tempo wzrostu PKB. Dotychczas wiele osób przekonywało, że przy ewentualnej konkurencji z niemieckim rynkiem pracy, naszymi atutami będzie bliskość geograficzna i językowa. Niestety nasze badania pokazują, że te elementy znajdują się na końcu listy powodów, dla których obywatele Ukrainy wybierają nasz kraj. Kluczową rolę, podobnie jak w przypadku emigracji Polaków, ogrywają wyższe zarobki, a te w Niemczech są nadal kilkukrotnie wyższe niż na naszym rynku – podsumowuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Metodologia badania:
Badanie „Postawy obywateli Ukrainy wobec polskiego rynku pracy” zostało przeprowadzone przez firmę Work Service na celowej próbie 303 osób. Próbę dobrano z ogólnopolskiej bazy obywateli Ukrainy, którzy świadczą pracę w ramach spółek z Grupy Work Service. Badanie zostało przeprowadzone metodą wspomaganych komputowo bezpośrednich wywiadów z respondentami (CAPI). Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=303 to +/- 6%.
Startujemy z nowym miesiącem, ale źródłem ekscytacji pozostaną wojny handlowe, jeśli w ogóle będzie o czym mówić. Dziś lekko gorzki klimat ustawiają przecieki z Białego Domu o nowych cłach szykowanych na towary z Chin w połączeniu z nienajlepszymi wskazaniami z gospodarki Państwa Środka. W ciągu dnia mamy tradycyjny wysyp PMI/ISM z Europy i USA, a na koniec decyzję FOMC, gdzie szanse na niespodzianki są marginalne.
Jeszcze wczoraj globalne rynki przejawiały optymizm w związku z doniesieniami, że USA i Chiny szukają drogi do wznowienia rozmów o poprawie relacji handlowych. Dziś jednak źródła zbliżone do Białego Domu sugerują, że USA dalej preferują „negocjacje” z pozycji siły i planują nowe cła importowe w wysokości 25 proc. na chińskie towary warte 200 mld USD. To w połączeniu z najniższym od ośmiu miesięcy odczytem indeksu PMI dla chińskie przemysłu ustawia lekko gorzki klimat dla rynków. Lekko, gdyż na kolejne rewelacje w temacie wojen handlowych inwestorzy są coraz bardziej odporni. To jak z dzieckiem, które ze szkoły przynosi „dwóję”: przy pierwszej oczekiwania rodziców, że wychowają kolejnego noblistę, zaczynają trząść się w posadach; przy drugiej – nadzieje wyparowują; przy dziesiątej – rodzice są już pogodzeni z ograniczonymi możliwościami potomka. O negatywnych skutkach wojen handlowych słyszymy od kilku miesięcy, cła importowe na linii USA-Chiny weszły w życie od początku lipca, a jednak w danych makro nie widać drastycznego pogorszenia nastrojów biznesu i konsumentów. Rajd ryzyka wciąż będzie hamowany za każdym razem, kiedy na pierwszy plan wypłyną informacje o zaostrzaniu stanowisk stron konfliktu, ale w ogólnym ujęciu ryzyko spirali awersji do ryzyka systematycznie słabnie.
Otwarcie miesiąca tradycyjnie przynosi wyspy raportów aktywności przemysłu, które mogą być ważną wskazówką dotyczącą nastrojów w dobie wojny celnej. Przed południem najważniejszy może być PMI z Wielkiej Brytanii jako ostatni istotny punkt przed jutrzejszą decyzją BoE. Po południu uwagę przyciągnie tożsamy ISM z USA oraz raport ADP o zmianie zatrudnienia. Wieczorem poznamy decyzję i komunikat FOMC, choć tym razem mało kto liczy na niespodzianki. Rynek jest przekonany, że Fed podniesie stopy procentowe ósmy raz w cyklu i trzeci w tym roku… na posiedzeniu, które zaplanowane jest na 26 września. Dzisiejszy komunikat nie powinien zmienić rynkowego poglądu na perspektywy polityki monetarnej i przyszłą ścieżkę stóp. Z tego tytułu nie widzimy podstaw by upatrywać w nim czynnika wyzwalającego kolejną falę umocnienia amerykańskiej waluty. Pozytywny wydźwięk komunikacji będzie kontrastować z gołębią narracją Europejskiego Banku Centralnego, Banku Japonii i tylko w tym kontekście będzie dla USD korzystny.
Pozostajemy pozytywnie nastawieni do USD i CAD (szczególnie po wczorajszym imponujących odczycie PKB z Kanady). Ogniskowanie obaw wokół Chin to zła wiadomość dla AUD i NZD. Rozczarowanie biernością BoJ otwiera drogę do sprzedaży JPY. EUR/USD pozostaje na ziemi niczyjej w przedziale 1,1550-1,1750. Złoty ma się dobrze, o ile mu nikt nie przeszkadza, jednak klimat zewnętrzny nie jest na tyle korzystny, aby przemawiać za dalszą aprecjacją złotego. Na razie widzimy warunki do konsolidacji EUR/PLN w pasmie 4,26-4,30.
Indeksy PMI nie wpłynęły znacząco na rynki. Dane z USA niemal dokładnie zgodne z oczekiwaniami. Wieczorem posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku.
Europejski przemysł zgodny z oczekiwaniami
Poznaliśmy dzisiaj odczyty indeksów PMI dla przemysłu. Są to badania ankietowe menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia na temat oczekiwanej kondycji gospodarki. Wynik 55,1 punktów z tego badania jest dokładnie zgodny z oczekiwaniami. Co oznacza 55,1? Jeżeli wynik przekracza 50 punktów to więcej respondentów spodziewa się poprawy sytuacji niż jej pogorszenia. Jak wygląda ten wynik dla Polski? W tym miesiącu wyniósł zaledwie 52,9 punktu. To aż 1,3 punktu poniżej oczekiwań analityków i wyniku sprzed miesiąca.
Dane z USA
Zarówno dochody jak i wydatki Amerykanów rosły w zeszłym miesiącu o 0,4%. Dane te były zgodne z oczekiwaniami. Odrobinę lepiej wypadł indeks kosztów zatrudnienia, które nie rosną tak szybko jak dotychczas oczekiwano. To prawdopodobnie dzięki temu doszło do delikatnego umocnienia dolara w trakcie publikowania danych.
Posiedzenie FED już dzisiaj
O godzinie 20:00 poznamy decyzję Rezerwy Federalnej w sprawie stóp procentowych. Oczekiwania analityków w sprawie tej decyzji są jednoznaczne. Na tym posiedzeniu nie powinno dojść do zmian stóp procentowych. Istotniejszy zatem będzie komunikat po posiedzeniu od samej decyzji. Jeżeli będzie z niego wynikało, że w tym roku może dojść do jeszcze dwóch podwyżek stóp dolar powinien się umacniać. W scenariuszu jednej podwyżki powinniśmy oglądać z kolei słabnącą walutę USA.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
16:00 – USA – raport ISM dla przemysłu,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
W poprzednim komentarzu PMI zwracaliśmy uwagę na spadek optymizmu do najniższego poziomu od 19 miesięcy, który w lipcu 2018 r. jeszcze się pogłębił. Z kolei teraz obserwujemy spadek PMI do 52,9, czyli najniższego wyniku od 11 miesięcy. Jednocześnie odczyt nadal wskazuje na wzrost i wydłuża bieżącą tendencję wzrostową do 46 miesięcy z rzędu.
Spowolnienie tempa wzrostu produkcji było wynikiem osłabienia wzrostu liczby nowych zamówień. Spadło również tempo zwiększania zatrudnienia, które mimo wszystko pozostało na stabilnym poziomie. IHS Markit zwraca uwagę na braki kadrowe w sektorze, które przekładają się na wzrost zaległości produkcyjnych szósty miesiąc z rzędu.
W minionym miesiącu presje cenowe pozostawały silne, a firmy ponownie wspominały szczególnie o wyższych cenach stali. Ceny wyrobów gotowych polskich producentów rosły najszybciej od marca 2011 r.
Zdaniem IHS Markit prognozy na 12 miesięcy dla wzrostu wielkości produkcji pozostawały dobre, natomiast martwi dalsze pogorszenie optymizmu.
Piotr Ludwiczak, Zarządzający funduszem, Michael/Ström Dom Maklerski
Z najnowszych danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w I półroczu 2018 roku wydano 820 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom, z których większość dotyczyła Ukraińców. To o 13% mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Jeśli jednak uwzględnimy nowy rodzaj wniosków o zezwolenie na pracę sezonową, których wydano 157 tys., wówczas mówimy o 3% wzroście r/r. Eksperci Personnel Service zwracają uwagę, że zdecydowanie mniejsza dynamika niż rok temu to efekt nowych przepisów dotyczących zatrudniania cudzoziemców, które ograniczają wydawanie fikcyjnych oświadczeń.
– Przyglądając się liczbie wydawanych oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom może zaskakiwać spadająca dynamika rok do roku, która w I półroczu 2017 wynosiła aż 50% a teraz zaledwie 3%. Warto jednak pamiętać, że to efekt wprowadzonych na początku tego roku przepisów, które miały głównie za zadanie ograniczyć szarą strefę. Patrząc na dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej to się zdecydowanie udało. Pierwszy raz mamy szczegółowe dane dotyczące tego, ilu realnie obcokrajowców podjęło pracę w Polsce na podstawie wydawanych oświadczeń. To bardzo cenne. Ukrócono też proceder wystawiania fikcyjnych wniosków, bo teraz pracodawcy mają obowiązek informować o tym czy dana osoba podjęła u nich pracę – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Ukraińcy dominują w oświadczeniach
W I półroczu 2018 roku do urzędów pracy napłynęło 820 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, o 13% mniej niż rok wcześniej. Z tych 820 tys. wniosków do ewidencji wpisanych zostało ok. 756 tys. oświadczeń. To oznacza, że w przypadku około jednej trzeciej dokumentów tego typu złożono powiadomienie o niepodjęciu pracy przez danego cudzoziemca.
Dominującą grupą obcokrajowców podejmujących zatrudnienie w związku z oświadczeniem o powierzeniu wykonywania pracy są obywatele Ukrainy. Dotyczyło ich prawie 92% oświadczeń wpisanych do ewidencji w I połowie 2018 roku. Na kolejnych pozycjach znaleźli się obywatele Białorusi i Mołdawii z udziałem odpowiednio 4% i 2,5%.
Przedsiębiorcy z wielu sektorów walczą o cudzoziemców, a wnioski składają online
Najwięcej oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi składali odpowiednio pracodawcy z sektorów: przetwórstwo przemysłowe (35%), budownictwo (22%), agencje pracy tymczasowej (16%) oraz transport i gospodarka magazynowa (11%). Co ważne, duża część przedsiębiorców składała wnioski o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom elektronicznie. W styczniu 2018 roku złożono prawie 50 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom za pośrednictwem strony praca.gov.pl. W maju prawie 110 tys., a w czerwcu ok. 117 tys.
Nowy typ zezwolenia na pracę sezonową
Od 1 stycznia 2018 roku pracodawcy mogą wnioskować o nowy typ zezwolenia na pracę sezonową, który pozwala cudzoziemcom na legalną pracę przez okres 9 miesięcy. To rozwiązanie cieszy się sporym zainteresowaniem. W I połowie 2018 roku w powiatowych urzędach pracy złożonych zostało ok. 157 tys. wniosków o zezwolenie na pracę sezonową, dotyczyły one ok. 147 tys. cudzoziemców i złożone były przez prawie 17 tys. podmiotów.
Podobnie jak tradycyjne oświadczenia, zezwolenia na pracę sezonową są najsilniej zdominowane przez obywateli Ukrainy. W I półroczu 2018 roku dotyczyło ich 98% wydanych zezwoleń na pracę sezonową. Na dwóch kolejnych miejscach, z udziałem poniżej 0,5%, znaleźli się obywatele Białorusi i Mołdawii.
Obecnie intensywnie pracuje się nad tym, aby jak najbardziej ułatwić wejście na rynek młodym przedsiębiorcom.Na początku działalności mogą w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, potem płacą je bardzo niskie. Kiedy są jeszcze na etapie rozwoju i mają niższe przychody – proponuje się, aby wnosili stawkę niższą niż w tej chwili, czyli mniej niż tysiąc złotych, który jest obliczany do średniego wynagrodzenia. Potem zaś nagle pojawia się pomysł, żeby firmy, które rozwinęły już swoją działalność i generują przychody, zostały obciążone coraz wyższymi składkami. O ich limicie nie ma na razie żadnych informacji.
– Pojawia się pytanie – czy chcemy mieć dużo nowych firmy czy może lepiej, aby te, które już istnieją dłużej funkcjonowały na rynku i mogły się rozwijać? – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej – Będzie to możliwe tylko wtedy, kiedy będą zdolne do inwestowania, czyli będą dysponować odpowiednimi środkami finansowymi, których nie będą zmuszone odprowadzać do systemu ubezpieczeń emerytalno-rentowych. Potrzebne są im także ułatwienia inwestycyjne – ulgi czy też możliwości podatkowe. Zapewni im to potrzebną stabilność. Będą wiedziały, że jeśli rozpoczynają działalność na określonych zasadach, to przez kolejne 10 lat – w czasie, kiedy z reguły zwracają się inwestycje – będą funkcjonować w tym samym otoczeniu prawnym. Ulgi dawane na początku działalności są później odbierane przedsiębiorcom, kiedy uzależniamy wysokość składek od przychodów. Z jednej strony przez dłuższy czas można płacić mało, a kiedy biznes uda się rozwinąć – trzeba będzie zwrócić te środki do systemu – podsumowała Durlik.
Tylko 212 dni zajęło nam w tym roku wykorzystanie zasobów Ziemi, które z założenia powinny wystarczyć na cały rok. 1 sierpnia jest w tym roku Dniem Długu Ekologicznego, czyli punktem, od którego zaczynamy żyć na ekologiczny kredyt. Granica ta cały czas się przesuwa. 30 lat temu roczny budżet planety przekraczaliśmy w połowie października. By zadbać o planetę, wystarczy niewiele: oszczędzać energię i wodę, zamienić samochód na rower czy wybierać żywność z ekologicznym certyfikatem. Jeśli nie zmienimy stylu życia, może nas czekać katastrofa – ostrzegają ekolodzy.
– Dzień Długu Ekologicznego to moment, w którym zaczynamy konsumować na kredyt, czyli do tego momentu zużyliśmy zasoby, które w ciągu roku natura jest w stanie wytworzyć, i zaczynamy konsumować to, co powinno pozostać dla kolejnych pokoleń. To jest bardzo ważna miara, bo ona pokazuje, jak człowiek podchodzi do zasobów środowiska. Widzimy, że podchodzimy do tego niesamowicie nonszalancko – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Karpa-Świderek, rzecznik prasowy Fundacji WWF Polska.
W tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypada na 1 sierpnia. To rekordowy wynik. Do 1986 roku, aby zużyć wszystkie zasoby węgla, żywności, wody, włókien, ziemi i drewna, potrzebowaliśmy całego roku. Data stopniowo się przesuwała – jeszcze w 1993 roku na ekologiczny kredyt zaczynaliśmy żyć 21 października, w 2003 roku – 22 września, a już dziesięć lat temu – 15 sierpnia.
– Rekordzistami są kraje Zatoki Perskiej. Już w lutym na ekologiczny kredyt zaczyna żyć gazowy Katar. Polska – w maju, dwa tygodnie później niż Niemcy, a USA zaczynają w marcu. Większość Europy i krajów rozwiniętych jest powyżej średniej, czyli szybciej zaczynają żyć na koszt środowiska i koszt przyszłych pokoleń – wymienia Katarzyna Karpa-Świderek.
Coraz większe zużycie naturalnych zasobów Ziemi nie pozostaje bez wpływu na cały ekosystem. WWF podaje, że w ciągu ostatnich ponad 40 lat całkowita liczebność gatunków zwierząt kręgowych spadła o 58 proc. Kurczą się zasoby wody pitnej i postępuje degradacja gleby. To także coraz wyższe temperatury, które możemy odczuć choćby w tym roku.
– Zacierają się pory roku, mamy ekstremalne sytuacje pogodowe i to będzie narastać. Za jakiś czas w związku ze zmianą klimatu i gigantyczną ilością gazów cieplarnianych, jakie emitujemy, duża część ludzi będzie musiała wyjechać z Afryki, bo nie będzie można tam żyć. Możliwe, że wiele osób będzie musiało się przenieść ze swoich domów z terenów nadmorskich, bo zostaną zalane. Poziom wód się podniesie i duża część portów może zniknąć pod wodą – ostrzega rzeczniczka WWF Polska.
W 2018 roku ludzkość potrzebowała zaledwie 212 dni, by wykorzystać zasoby Ziemi potrzebne na cały rok. Przy założeniu, że nasz styl życia się nie zmieni, już wkrótce będziemy potrzebować dwóch planet, aby Dzień Długu Ekologicznego przypadał na koniec roku. Za 10 lat konieczne będą już zasoby z trzech planet. Można to jednak próbować zmienić, np. poprzez stawianie na polityków zaangażowanych ekologicznie i zmianę własnych nawyków.
– Na ten dług wpływają nasze codzienne zachowania, o których nawet nie myślimy, że są złe – podkreśla Katarzyna Karpa-Świderek. – To użytkowanie samochodu, fakt, że użytkujemy energię elektryczną w sposób zupełnie nonszalancki. Nie wyłączamy światła, za to używamy bardzo wielu urządzeń elektrycznych, z których nie musimy korzystać.
Problemem jest też marnowanie żywności. Raport brytyjskiego Institution of Mechanical Engineers wskazuje, że z produkowanych rocznie ok. 4 mld ton żywności nawet 30–50 proc. trafia do kosza. Tylko w Polsce marnuje się 9 mln ton jedzenia, przede wszystkim pieczywo, owoce, warzywa oraz wędliny.
– Amerykanie marnują nawet 40 proc. wytwarzanej u siebie żywności. Po pierwsze, kupujemy żywność, której nie zjadamy. Po drugie, przywozimy żywność z dalekich krajów. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że możemy popróbować fajnych smaków, ale to, co powinno przeważać w naszej diecie to produkty lokalne. Wtedy nie zużywamy energii na ich transport – przekonuje Karpa-Świderek.
Zastąpienie połowy konsumpcji mięsa dietą wegetariańską przesunęłoby datę przekroczenia długu ekologicznego o pięć dni. Poprawa efektywności w budownictwie i przemyśle może spowodować zmianę o trzy tygodnie, a 50-proc. redukcja węgla – dodatkowe trzy miesiące.
– Musimy zacząć od siebie. Dziś wracamy do domu, wyłączamy ładowarki, które nie są podłączone do telefonów, sprawdzamy, czy krany nie ciekną. To są proste rzeczy, które w skali globalnej mają duże znaczenie – podkreśla Katarzyna Karpa-Świderek.
Rośnie liczba zwolnień lekarskich wystawionych elektronicznie – w lipcu stanowiły one około 40 proc. wszystkich zwolnień. E-ZLA trafia drogą elektroniczną do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, w ten sposób odciąża lekarza od dodatkowych obowiązków. Przy wystawianiu zwolnienia większość danych wypełnia się automatycznie, dzięki czemu cały proces trwa maksymalnie 40 sekund. Z certyfikatu, którym można podpisywać i wysyłać zwolnienia, korzysta już co czwarty uprawniony lekarz.
– E-ZLA może wystawić lekarz, który ma uprawnienie do wystawiana zwolnień lekarskich oraz ma założony profil na Platformie Usług Elektronicznych ZUS (PUE ZUS). Wystawienie zwolnienia lekarskiego trwa tylko 40 sek. Lekarz podczas wystawiania zwolnienia elektronicznego wykonuje w systemie cztery kroki, a w przypadku zwolnienia wystawianego na opiekę – sześć kroków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kolińska z Departamentu Obsługi Klientów w Centrali ZUS.
Wystawianie e-ZLA trwa znacznie krócej niż wypisywanie papierowego zwolnienia. Lekarz ma w systemie dostęp do danych pacjenta, jego pracodawców oraz członków rodziny (jeśli zwolnienie będzie wystawiane w celu opieki nad nimi). Po wpisaniu numeru PESEL pozostałe dane są automatycznie uzupełniane przez system, a adres pacjenta czy dane płatnika lekarz może wybierać z listy. System podpowiada również kod literowy i numer statystyczny choroby. Lekarz sam wypełnia datę niezdolności do pracy i adnotację, czy chory musi leżeć w łóżku.
– Może się zdarzyć, że lekarz nie będzie miał dostępu do internetu i podczas wizyty domowej będzie musiał wystawić pacjentowi zwolnienie lekarskie na wcześniej wydrukowanym formularzu. System umożliwia wydrukowanie formularzy e-ZLA dla trybu alternatywnego. Warto więc, aby lekarz zawsze miał przy sobie takie formularze, które wypełni podczas wizyty, a po powrocie do gabinetu zwolnienia elektronizuje – tłumaczy Monika Kolińska.
Zwolnienie wystawione w takim trybie musi zostać zelektronizowane przez lekarza w ciągu trzech dni roboczych.
Dla lekarzy e-ZLA to duże ułatwienie. Zwolnienie jest automatycznie przekazywane do systemu ZUS i w nim zapisane. Dlatego lekarz nie musi dostarczać zwolnień do Zakładu, przechowywać drugiej kopii czy pobierać w placówkach ZUS tzw. bloczków zwolnień.
– Za pośrednictwem PUE ZUS lekarze mają możliwość również wysyłania wniosków o rehabilitację leczniczą swoich pacjentów, jak również składania formularzy dotyczących upoważnień do wystawiania zwolnień lekarskich – przypomina ekspertka ZUS.
Od 1 grudnia 2018 roku lekarze będą wystawiali zwolnienia tylko w formie elektronicznej. Obecnie zwolnienia można jeszcze wystawiać w wersji papierowej, ale coraz więcej lekarzy wybiera te elektroniczne. Od stycznia 2016 roku do końca czerwca 2018 roku lekarze wystawili 4,29 mln elektronicznych zwolnień. W pierwszym tygodniu lipca już 37 proc. zaświadczeń lekarskich wystawiono w formie elektronicznej, w czerwcu – 32 proc., a jeszcze w styczniu – zaledwie 10 proc.
– Zachęcamy wszystkich lekarzy do wystawiania zwolnień elektronicznych już dziś. Na naszej stronie internetowej znajduje się ulotka, w której jest instrukcja, jak krok po kroku wystawić zwolnienie. Jest też lista koordynatorów, którzy pomogą, przeszkolą i odpowiedzą na wszystkie pytania dotyczące zwolnień lekarskich wystawianych elektronicznie – mówi Monika Kolińska.
Wakacje, podczas których wielu młodych ludzi podejmuje pracę sezonową, to dobry czas, żeby zacząć oszczędzać. Tym bardziej że w tym roku wynagrodzenia są wyższe niż w ubiegłym. Jako hostessa czy barman można zarobić średnio ponad 17 zł brutto za godzinę, a będąc pracownikiem biurowym – ok. 20 zł – wynika z danych Work Service. Badania pokazują jednak, że niewiele młodych osób myśli o oszczędzaniu. Tymczasem w tym wieku najłatwiej wyrobić w sobie nawyk odkładania części zarobków. Pomogłaby w tym odpowiednia edukacja finansowa.
– Świadomość finansowa Polaków jest nadal na dosyć niskim poziomie, zwłaszcza w stosunku do najlepszych krajów pod tym względem, Francji, Finlandii czy Norwegii. W badaniu przeprowadzonym przez OECD zajęliśmy ostatnie miejsce w zestawieniu, a w badaniu wzięło udział około 51 tys. ankietowanych z 30 krajów świata. Mamy niski odsetek osób oszczędzających, a dodatkowo część ankietowanych stwierdziła, że nie analizuje swoich finansów na bieżąco oraz nie stawia sobie długoterminowych celów finansowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert ds. kluczowych klientów Union Investment TFI.
Z badania serwisu Kapitalni.org wynika, że ponad połowa Polaków nie interesuje się finansami. Nie czuje się też na siłach, by rozmawiać o inwestowaniu. Brak wiedzy dorosłych o finansach sprawia, że także dzieci o finansach wiedzą niewiele. Z danych Fundacji Kronenberga wynika, że blisko połowa Polaków nie włącza dzieci w dyskusje na temat pieniędzy. Tylko co piąty angażuje dzieci w planowanie domowych wydatków lub zachęca dziecko do oszczędzania.
– Młodzi Polacy najczęściej wynoszą wiedzę o finansach ze szkoły lub z domu, a my, dorośli, powinniśmy na bieżąco rozwijać swoją wiedzę finansową. Będzie to nie tylko z korzyścią dla nas, lecz także dla najmłodszych. Bardzo często powielają oni bowiem w swoim dorosłym życiu model gospodarowania budżetem, który znają z domu. Im lepsze będą nasze finanse, tym większa szansa, że nasze dzieci będą efektywnie zarządzać swoimi pieniędzmi –przekonuje Grzegorz Drybała.
W Polsce co trzecie dziecko dostaje kieszonkowe (dane Fundacji Kronenberga), przeważnie jednak wszystko wydaje na bieżące potrzeby. Z badania „Junior Shopper 2017” przeprowadzonego przez GfK wynika, że w Polsce blisko 80 proc. dzieci w wieku 5–17 lat samodzielnie kupuje artykuły spożywcze.
– To pokazuje, że młodzi ludzie, wchodząc w dorosłość, nie oszczędzają swoich pieniędzy z kieszonkowego czy samodzielnie zarobionych. Większość z nich nie ma pozytywnych nawyków do oszczędzania na jakiś dodatkowy, większy cel – ocenia ekspert Union Investment TFI.
Badania wskazują, że młodzi ludzie nie myślą o emeryturze, nie odkładają pieniędzy na starość i rzadko inwestują. Dane KNF wskazują, że o ile blisko 27 proc. indywidualnych kont emerytalnych należy do ludzi w wieku 51–60 lat, to w przypadku osób w wieku do 30 lat – zaledwie 3 proc. Biorąc pod uwagę prognozy dotyczące demografii i wysokości emerytur w przyszłości, już 20-latkowie powinni zacząć myśleć o zabezpieczeniu finansowym swojej przyszłości.
– Najlepiej uczyć się na przykładzie i określić cel oszczędzania tych pieniędzy. Nawet ten długoterminowy może być skuteczny, jeżeli po studiach mamy odłożoną kwotę na zakup samochodu czy zagraniczne praktyki. Część klientów, którzy inwestują w fundusze inwestycyjne, zakładają fundusze dla swoich dzieci. Sami decydują o tych pieniądzach i nimi zarządzają, a w ten sposób mogą uczyć swoje dzieci oszczędzania i pokazywać im, jak te pieniądze pracują przez lata. W funduszach można zacząć odkładać nawet od 100 zł i w razie potrzeby pieniądze są dostępne w każdym momencie – podkreśla Grzegorz Drybała.
Cyfryzacja administracji w Polsce szybko postępuje – już w tej chwili można korzystać z kilkudziesięciu e-usług publicznych dostępnych całkowicie online. W ciągu najbliższych 2–3 lat ich zakres znacząco się rozszerzy, bo wiele projektów z zakresu e-państwa jest w trakcie realizacji. Digitalizacja i elektroniczny obieg dokumentów usprawniają nie tylko pracę urzędów, lecz przede wszystkim – firm. Są szybsze i tańsze, eliminują problem zagubionych dokumentów, ułatwiają wyszukiwanie informacji i umożliwiają pracę zdalną w cyfrowym środowisku.
– W administracji publicznej jesteśmy dziś w stanie w pełni odwzorować obieg dokumentów w urzędzie. Możemy digitalizować dokumenty, czyli wprowadzać je do systemu za pośrednictwem skanera i rozpoznawać tekst, co ułatwia później poruszanie się w dużej liczby dokumentów i wyszukiwanie, a co za tym idzie – możemy załatwiać kontekstowo sprawy urzędowe. Zalety e-dokumentów to przede wszystkim oszczędność czasu – dzięki temu, że nie musimy fizycznie szukać w segregatorach informacji, oraz tańszy koszt obsługi, bo nie musimy drukować dokumentów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Wojciech Wiltowski z firmy eDokumenty.
Polacy już teraz mogą korzystać z kilkudziesięciu e-usług publicznych na platformach i portalach rządowych (są wśród nich m.in. Platforma Usług Elektronicznych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych PUE ZUS, portal obywatel.gov.pl, portal biznes.gov.pl czy system Elektronicznych Ksiąg Wieczystych). Za pomocą profilu zaufanego, który ma już 1,7 mln użytkowników, można się zalogować w systemie ePUAP i załatwić online cały szereg spraw urzędowych: rozliczyć podatki, sprawdzić punkty karne, złożyć wniosek o wydanie dowodu osobistego albo prawa jazdy albo dopisać się do listy wyborców).
W ciągu najbliższych 2–3 lat ich zakres znacząco się rozszerzy, bo wiele projektów z zakresu e-państwa jest też w trakcie realizacji. Portal Rzeczypospolitej Polskiej gov.pl docelowo zintegruje witryny internetowe ministerstw i urzędów, ułatwiając dostęp do wszystkich usług cyfrowych, które państwo oferuje obywatelom. Na początku roku w Siedlcach ruszył pilotaż e-recepty, w drugiej połowie roku ma również wystartować pilotaż e-paragonów (wcześniej zostały już wprowadzone e-faktury).
Elektroniczny obieg dokumentów pozwala zarządzać nimi prościej i szybciej niż w formie papierowej. Zdigitalizowanie ich może usprawnić nie tylko działanie urzędów i administracji, lecz przede wszystkim firm. Przykładowo, dzięki takiemu rozwiązaniu księgowość ma skatalogowane w jednym miejscu wszystkie faktury zapłacone i oczekujące, a dział zakupów ma pełen ogląd ofert, umówi i dokonanych zamówień. Co istotne, do dokumentów w formie elektronicznej pracownik ma dostęp z każdego miejsca i o każdej porze, co umożliwia pracę całkowicie zdalnie w środowisku cyfrowym.
W firmie znajdzie zastosowanie także biznesowy system operacyjny, który może pełnić rolę kompletnego, wirtualnego środowiska pracy.
– Biznesowy system operacyjny Ready_ to wirtualne biuro, odwzorowanie miejsca pracy i procesów w firmie. Jest to kompletne środowisko pracy, które integrujemy z systemami finansowo-księgowymi, kadrowo-płacowymi czy systemami klasy ERP. W systemie można odebrać pocztę e-mailową, dzięki wbudowanemu klientowi poczty, załatwić sprawy związane z klientami, dostawcami czy projektami. Kolejne elementy wspierające nasza pracę to m.in. kalendarz, zadania czy chat – wymienia Wojciech Wiltowski.
System pozwala na korzystanie z wbudowanych aplikacji typu CRM, zarządzanie projektami, ale również zbudowania własnej aplikacji. Z takiego rozwiązania mogą korzystać nie tylko korporacje, produkujące dziennie setki dokumentów, lecz także nawet sporo mniejsze przedsiębiorstwa.
Większość systemów obiegu dokumentów pozwala na przetestowanie takiej usługi przez 30 dni. Dla przykładu w Ready_ po zalogowaniu się w chmurze usługę można uruchomić bezpłatnie, a po tym okresie wybrać dopasowany do rodzaju i wielkości firmy plan taryfowy, jeśli rozwiązanie się sprawdzi. Dla klientów preferujących własną infrastrukturę dostępne są licencje instalowane na serwerach.
– Wydaje mi się, że w najbliższym czasie wszystkie firmy będą zmierzały do utworzenia w systemie wirtualnego biurka, gdzie pracownik po zalogowaniu się przez przeglądarkę czy aplikacje mobilną będzie mógł załatwiać wszystkie sprawy, które są związane z jego rolą w organizacji – przekonuje Wojciech Wiltowski.
Komisja Europejska opublikowała w maju najnowszy raport DESI 2018 („The Digital Economy and Society Index”), w którym ocenia postęp cyfrowy w 28 krajach UE. W obszarze cyfrowych usług publicznych Polska zajęła w nim dopiero 24. miejsce. To oznacza, że w kwestii wykorzystania e-usług w sektorze publicznym mamy wiele do nadrobienia na tle innych krajów Unii.
Z cyklicznego badania Ministerstwa Cyfryzacji („e-Administracja w oczach internautów 2016”) wynika, że 90 proc. aktywnych użytkowników e-administracji pozytywnie ocenia załatwianie spraw przez internet, a 98 proc. zamierza w przyszłości nadal korzystać z elektronicznych usług publicznych.
Systemy telematyczne są coraz powszechniej wykorzystywane w branży ubezpieczeniowej do indywidualnej oceny kierowców na podstawie ich stylu jazdy. Dzięki temu doświadczony kierowca może zapłacić mniej za polisę. Telematyka, która skłania kierowcę do ostrożniejszej jazdy, może też ograniczyć liczbę wypadków drogowych i związanych z nimi kosztów. W Polsce takie rozwiązania dopiero raczkują, ale możliwość ich wykorzystania analizuje już większość towarzystw ubezpieczeniowych i firm transportowych, którym telematyka pomaga w zarządzaniu flotą i redukcji kosztów.
– Telematyka jest bardzo popularna w systemach komunikacyjnych, w szczególności w ubezpieczeniach komunikacyjnych. Kierowca ma przy sobie np. telefon komórkowy ze specjalną aplikacją, która korzysta z zamontowanych czujników i zbiera dane o lokalizacji samochodu oraz zachowaniach kierowcy, takich jak przyspieszenie, gwałtowne skręty czy przekroczenia prędkości. Te dane są przekazywane do systemu chmurowego, analizowane, a następnie specjalne algorytmy oceniają kierowcę – jego słabe i mocne strony dotyczące stylu jazdy. Na tej podstawie jest wystawiana ocena i rekomendacje dla kierowcy dotyczące tego, co może poprawić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kręglewski, prezes zarządu Sparkbit.
Systemy telematyczne są wykorzystywane przede wszystkim przez towarzystwa ubezpieczeniowe, którym zależy na tym, aby poznać swoich klientów. Obecnie ceny polis są uniezależnione od czynników takich jak np. wiek czy miejsce zamieszkania. Ideą wykorzystania telematyki w ubezpieczeniach jest to, aby cena polisy była zależna od doświadczenia i stylu jazdy kierowcy. Ci, którzy jeżdżą dobrze i bezwypadkowo, mogą w ten sposób zapłacić mniej za ubezpieczenia auta.
Wykorzystanie systemów monitorujących styl jazdy kierowców może się też przyczynić do poprawy bezpieczeństwa drogowego. W ubiegłym roku ubezpieczyciele wypłacili z tytułu wypadków drogowych ponad 10 mld zł odszkodowań i świadczeń. Dzięki telematyce kierowcy byliby niejako zmuszeni do ostrożniejszej jazdy, co zmniejszyłoby liczbę wypadków.
– Rozwiązania telematyczne w ubezpieczeniach są bardzo popularne w Ameryce Północnej, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. W Polsce takie rozwiązania dopiero się pojawiają. Niektóre firmy ubezpieczeniowe już w tej chwili oferują takie produkty, natomiast inne podmioty na tym rynku planują inwestować w tę dziedzinę, ponieważ widzą w niej przyszłość – mówi Michał Kręglewski.
Telematyka wykorzystywana jest nie tylko w branży ubezpieczeniowej, lecz także w całej branży transportowej. Operatorom flot samochodowych zależy bowiem na optymalizacji zużycia paliwa i przewidywaniu ewentualnych awarii, co pomaga uniknąć przestojów i przekłada się na oszczędność kosztów. System telematyczny i zainstalowane w pojeździe czujniki mogą informować operatora floty o stopniu zużycia paliwa, ogumienia czy części, co pozwala im z wyprzedzeniem zaplanować prace naprawcze i konserwacyjne.
Z drugiej strony, systemy telematyczne są przydatne również kierowcom. Śledzą w czasie rzeczywistym sytuację na drodze i trasę pojazdu, informują kierowcę m.in. o przekroczeniu prędkości czy zbyt małej ilości paliwa i najbliższej stacji benzynowej. Wszystko to przekłada się na szybszą realizację dostaw i większą konkurencyjność, dlatego firmy transportowe coraz chętniej inwestuję w tę technologię.
– Firmy na całym świecie widzą, że postęp technologiczny jest bardzo szybki. Szczególnie liczba danych gromadzonych z najróżniejszych źródeł rośnie w sposób wykładniczy. Pojawiają się innowacyjne rozwiązania jak big data, które zbierane dane wykorzystują w celu optymalizacji i pozyskania dodatkowych informacji na temat klientów, możliwych kierunków rozwoju biznesu. Firmy muszą więc w nie inwestować. Według raportu Deloitte do 2021 roku wydatki na nowe technologie będą rosły globalnie o 50 proc. rocznie, to jest bardzo gwałtowny wzrost – podkreśla prezes zarządu Sparkbit.
Dodatkowa biurokracja, rozwiązywanie dawno rozwiązanego problemu, wyższe koszty realizacji inwestycji drogowych – takie byłyby efekty „drogowego rachunku powierniczego”, jaki opracowało Ministerstwo Sprawiedliwości. Pakiet przepisów miałby regulować rozliczenia finansowe pomiędzy generalnymi wykonawcami a podwykonawcami.
Projekt nie ujrzał jeszcze oficjalnie światła dziennego – i lepiej by ten stan nigdy się nie zmienił. Branża budowlana boryka się z licznymi realnymi problemami, które wymagają pilnego rozwiązania i na nich właściwe instytucje powinny skupić swoją uwagę.
Sektor budowlany to barometr kondycji gospodarki. Co zatem można wyczytać z danych oraz wypowiedzi przedstawicieli branży budowlanej? Z jednej strony widać coraz więcej rozpoczynanych inwestycji, branża się rozpędza. Na horyzoncie widać już jednak czarne chmury w postaci braku waloryzacji umów z partnerami publicznymi (co jest konieczne z powodu dynamicznie rosnących cen materiałów budowlanych), niedoboru pracowników czy trudności w terminowych dostawach surowców i materiałów. Do tego dochodzą zmiany podatkowe, najpierw odwrócony VAT, a teraz split payment.
W obliczu tylu wyzwań należałoby skupić się na rozwiązywaniu poszczególnych problemów jeden po drugim. Niestety wygląda na to, że sektor budowlany nie ma w rządzie żadnego stałego patrona. To jedyny logiczny wniosek, skoro za regulowanie relacji generalnych wykonawców z podwykonawcami zabiera się… Ministerstwo Sprawiedliwości. Gdzie są bardziej właściwe do tego Ministerstwo Infrastruktury, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju lub Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii? Polska silosowa w pełnej krasie.
Biurokracja tylko zaszkodzi
Resort sprawiedliwości proponuje zamrożenie środków finansowych oraz dodatkową biurokrację z potężną mocą decyzyjną. Oto urzędnik miałby decydować o tym, czy inwestor publiczny może już zapłacić generalnemu wykonawcy. To znów próba wprowadzenia systemu, w którym urzędnik wie najlepiej. Tymczasem ze świecą można w Polsce szukać takiego sprawnie działającego systemu. Resort sprawiedliwości miesza też w niedopuszczalny sposób spory cywilne z administracyjną drogą odwoławczą.
A wszystko to w sytuacji, gdy po „budowlanej katastrofie” z okazji EURO 2012 wprowadzono od 2014 roku szereg zmian prawnych mających na celu zabezpieczenie pozycji i interesów podwykonawców. Ten problem jest już rozwiązany – jeśli występują nieprawidłowości, może najpierw trzeba by sprawdzić, czy przestrzegane są już obowiązujące przepisy. Nie może być tak, że lekarstwem na całe zło – w tym przypadku na rzekome tysiące skarg napływających do resortu sprawiedliwości – będzie nowa ustawa oraz kolejne obowiązki biurokratyczne. Paradoksalnie, resort sprawiedliwości chce „zatroszczyć się” tylko o inwestycje drogowe – co wynika wprost z ustawy – jakby na kolei nie prowadzono projektów modernizacyjnych wartych dziesiątki miliardów złotych.
Ciężki los generalnego wykonawcy
Skutkiem projektowanych zmian może być to, że zmaleje liczba generalnych wykonawców. Już teraz pełnienie roli generalnego wykonawcy to biurokratyczna mitręga oraz istotny wysiłek finansowy. Nie chcą tej roli podejmować średni i duzi podwykonawcy. Generalny wykonawca składa ofertę, w której musi przewidzieć większość ryzyk na kilka lat do przodu, a następnie czeka – nierzadko wiele miesięcy – na rozstrzygnięcie przetargu przez publicznego zamawiającego. Gdy już jego oferta zostanie wybrana, jest zobowiązany do przedstawienia zabezpieczenia dobrego wykonania kontraktu (gwarancja bankowa), przedstawiania każdej umowy podwykonawczej do akceptacji, dokumentowania zapłaty dla każdego podwykonawcy przed uzyskaniem płatności od inwestora. Dołożenie do tego formalności związanych z tzw. drogowym rachunkiem powierniczym, ubieganiem się o decyzję inspektora drogowego i ew. odwołania do 11-osobowej komisji nie stanowią zachęty do pełnienia roli generalnego wykonawcy. Warto o tym pamiętać w sytuacji, gdy coraz więcej przetargów jest unieważnianych z powodu przekroczenia kosztorysu zamawiającego lub braku jakichkolwiek ofert.
Nie ulega wątpliwości, że projektowane – choć nieujawnione ani na piśmie, ani na stronie Rządowego Centrum Legislacji – przez Ministerstwo Sprawiedliwości rozwiązania nie tylko nie rozwiążą żadnego z palących problemów dla branży budowlanej, to jeszcze przyczynią się do powstania nowych. Sektor potrzebuje interwencji legislacyjnej, lecz skierowanej na zupełnie inne obszary. W szczególności rozwiązania wymaga kwestia waloryzacji umów. Jest jeszcze czas, żeby zająć się tym zanim nastąpi powtórka z końca poprzedniej perspektywy finansowej UE, gdy wielkie inwestycje infrastrukturalne współfinansowane ze środków unijnych zakończyły się falą bankructw firm budowlanych. Wówczas upadli zarówno generalni wykonawcy, jak też małe firmy podwykonawcze. Zbliżamy się do powtórki z tej sytuacji i potwierdzenia reguły, że historia niczego nie uczy.
Łączne przychody operacyjne klubów grających w rozgrywkach Pierwszej Ligi Piłkarskiej w ubiegłym roku sięgnęły 106,6 mln zł. Dodatkowo wpłynęło do nich ponad 5 mln zł z tytułu transferów zawodników. Z pierwszej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „1 Liga finansowa”, przygotowanego we współpracy z Polskim Związkiem Piłki Nożnej i Pierwszą Ligą Piłkarską wynika, że największym źródłem zysków klubów 1 Ligi są przychody komercyjne, które stanowią aż 82 proc. wszystkich wpływów. Ranking przychodów pierwszoligowców wygrał GKS Katowice, który w 2017 roku zarobił 12,4 mln zł.
Tegoroczny raport „1 Liga finansowa” jestpierwszą edycją analizyprzygotowanej przez firmę doradczą Deloitte,we współpracy z Polskim Związkiem PiłkiNożnej, Pierwszą Ligą Piłkarską oraz klubami 1 Ligi. Raport przedstawia przychody klubów piłkarskich uczestniczących w rozgrywkach w sezonie 2017/2018 za rok kalendarzowy 2017.
– Łączne przychody osiągnięte przez kluby 1 Ligi z działalności operacyjnej, bez uwzględnienia transferów, wyniosły w 2017 roku 106,6 mln zł. Drużyny z czołowej piątki rankingu wygenerowały niespełna połowę tej kwoty. Z kolei pierwsza trójka może pochwalić się przychodami zbliżonymi do klubów z dolnej części Ekstraklasy, pod kątem finansowym pokazuje to potencjał na awans do najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
– mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider Sports Business Group Deloitte.
Raport Deloitte zawiera również informacje dotyczące przychodów klubów 1 Ligi z tytułu transferów. W ubiegłym roku wyniosły one 5,42 mln zł, w tym 1,88 mln zł na rynku zagranicznym. W 2017 roku najwięcej ze wszystkich zespołów 1 Ligi na transferach zarobił Górnik Łęczna – 2,08 mln zł, z czego 1,24 mln zł na transferach zagranicznych. Należy jednak pamiętać, że jedną rundę w 2017 roku, klub z Łęcznej grał w Ekstraklasie, stąd wartość jego piłkarzy była wyższa. Podobna sytuacja dotyczy Ruchu Chorzów, który również rok temu występował w najwyższej klasie rozgrywkowej i osiągnął przychody z tytułu transferów na poziomie 911 tys. zł, w tym 643 tys. zł na rynku zagranicznym. Na drugim miejscu, pod względem transferów krajowych uplasowało się Zagłębie Sosnowiec, którego łączne przychody w tym obszarze wyniosły 779 tys. zł.
Początek gry o najwyższe stawki
W pierwszej edycji rankinguprzychodów 1 Ligi najwyższą kwotę z działalności sportowej odnotował klub, który nieprzerwanie od 2008 roku występuje w 1 Lidze – GKSKatowice. W 2017 roku przychody GKS sięgnęły 12,4 mln zł. Większość tej kwoty – bo aż 90 proc. – stanowią przychody komercyjne (czyli wpływy od miasta Katowice, z umów sponsorskich,reklam, sprzedaży koszulek, pamiątekklubowych itd.). Drugie miejsce zajął Górnik Łęczna, który osiągnął przychody na poziomie 10,7 mln zł.
Klub z Łęcznej swoją wysoką pozycję zawdzięcza występom w Ekstraklasie w sezonie 2016/2017, po którym spadł do 1 Ligi. Na ostatnim miejscu na podium znalazła się Miedź Legnica z przychodami na poziomie 9,7 mln zł., która swój potencjał biznesowy połączyła ze sportowym, osiągając awans do wyższej ligi.
– zaznacza Przemysław Zawadzki, ekspert Sports Business Group Deloitte.
1 Liga na tle Ekstraklasy
Łączne przychody klubów 1 Ligi w 2017 roku stanowią jedną piątą przychodów klubów Ekstraklasy w tym samym okresie. Zdecydowana przewaga klubów z wyższej ligi widoczna jest w każdej z kategorii przychodów. Wynika to przede wszystkim z uczestnictwa czołowych zespołów z Ekstraklasy w europejskich pucharach, a także znacząco wyższych przychodach z tytułu transmisji meczów. Należy również pamiętać, że zdecydowana większość (82 proc.) przychodów klubów 1 Ligi pochodzi z umów komercyjnych. W Ekstraklasie natomiast, połowę łącznej kwoty (51 proc.) stanowią przychody z transmisji i sprzedaży biletów. Co ciekawe, kibice nie zapominają o rozgrywkach Pierwszej Ligi. Według danych Polskiego Związku Piłki Nożnej, na bieżąco z sytuacją tej klasy rozgrywkowej jest nawet 49 proc. fanów interesujących się meczami krajowymi. W przypadku Ekstraklasy odsetek ten jest tylko o 11 proc. wyższy.
– Raport pokazuje jak naprawdę funkcjonują pierwszoligowe kluby w aspekcie biznesowym. Skoro 82 proc. przychodów ma źródło komercyjne, to znaczy, że osoby zarządzające klubami dobrze radzą sobie na rynku i rozumieją jak ważne jest pozyskiwanie środków na rozwój. Dla całej polskiej piłki ważne jest to, by zaplecze było silne, dynamiczne i realizowało swe zadania.
– mówi Martyna Pajączek, Prezes Zarządu Pierwszej Ligi Piłkarskiej i członek zarządu PZPN.
Rezerwy w przychodach z transmisji i dnia meczu
Największe źródło przychodów klubów 1 Ligi stanowi przychód komercyjny, który w zeszłym roku wyniósł niespełna 88 mln zł. Łączne przychody drużyn z transmisji telewizyjnych sięgnęły prawie 12 mln zł. Zdecydowanym liderem pod tym względem jest Górnik Łęczna, który dzięki udziałowi w Ekstraklasie przez połowę 2017 roku, osiągnął wynik na poziomie 2,4 mln zł. Ze sprzedaży biletów kluby grające w 1 Lidze zarobiły blisko 7,4 mln zł. Największe przychody z tego tytułu osiągnęły GKS Tychy oraz Ruch Chorzów, które z dni meczów zarobiły odpowiednio 946 tys. zł i 929 tys. zł.
Sezon 2017/2018 pod względem frekwencji w 1Lidze okazał się nieco gorszy od poprzedniego, który był rekordowy.Średnio mecze pierwszoligowców oglądało 2 244 widzów, co jest wynikiem o 13 proc. niższym niż w sezonie 2016/2017. – Największą frekwencją minionego sezonu może pochwalić się Ruch Chorzów. Stadion przy ulicy Cichej gromadził średnio podczas meczu 4 629 kibiców, czyli o 28 proc. mniej niż w poprzednim sezonie. Wpływ na to z pewnością miał spadek Ruchu z Ekstraklasy, w której chorzowianie grali w sezonie 2016/2017 – mówi Łukasz Linek, ekspert Sports Business Group Deloitte.
Poza liderem jeszcze dwa kluby mogły pochwalić się frekwencją przekraczającą 4 000 osób na mecz. Są to Podbeskidzie Bielsko-Biała (4 275) oraz GKS Tychy (4 140).
Wynagrodzenia przewyższają przychody
Wynagrodzenia stanowią największą grupękosztów w klubach piłkarskich. Przyjmuje się, że optymalny poziom wynagrodzeń w stosunku do przychodów powinien wynosić 60 proc. W przypadku 1 Ligi piłkarskiej kluby o zbliżonym do optymalnego poziomie wskaźnika wynagrodzeń to: Stal Mielec, GKS Katowice oraz Raków Częstochowa. Z kolei kluby notujące niski poziom tego wskaźnika to: MKS Chojniczanka oraz Wigry Suwałki. Do grona klubów, które swoimi przychodami przekraczają optymalny poziom wskaźnika wynagrodzeń należą: Stomil Olsztyn, Miedź Legnica, Pogoń Siedlce, Chrobry Głogów, Odra Opole, GKS Tychy, Górnik Łęczna, Bytovia Bytów oraz Puszcza Niepołomice.