PZF: wzrost rynku faktoringu w II kwartale 2018 r. ponownie przyspieszył

Ponad 15 tys. firm w Polsce zabezpiecza się przed skutkami zatorów płatniczych korzystając z faktoringu. Skala finansowania działalności przedsiębiorców na podstawie faktur rośnie coraz szybciej. Na koniec I półrocza 2018 r. firmy zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły obroty w wysokości 109,5 mld zł., aż o 27,5 proc. wyższe niż przed rokiem. Najczęściej wybieraną przez podmioty gospodarcze formą finansowania stał się faktoring pełny, który zdejmuje z przedsiębiorcy ryzyko niewypłacalności kontrahentów.

Infografika_PZF_wskazniki

Faktoring to usługa finansowa umożliwiająca skuteczne i szybkie przeciwdziałanie negatywnym skutkom zatorów płatniczych. Dzięki niej przedsiębiorcy mogą bez przeszkód zrealizować bieżące płatności, mimo długich terminów wystawianych faktur. Zarządzający coraz częściej dostrzegają płynące z tego korzyści, dlatego od kilku lat chętniej sięgają po faktoring.

Polski Związek Faktorów skupia obecnie przeważającą część podmiotów świadczących tego rodzaju usługi. Zrzesza 27 członków: 5 banków komercyjnych i 22 wyspecjalizowane firmy faktoringowe. Do Związku należy też jeden podmiot mający status partnera.

Faktoring to odpowiedź na potrzeby firm

Z usług krajowych faktorów korzystało w I półroczu 2018 r. ponad 15 tys. firm. Wystawiły one 6,6 mln faktur, na podstawie których faktorzy udzielili finansowania.

– Rośnie liczba firm, które sięgają po faktoring. Nasza usługa tle innych form finansowania, jest prosta. Faktorzy przejmują bowiem zobowiązania jedynie na podstawie faktur.

Obecnie już 15 tys. podmiotów pozyskuje w ten sposób środki na działalność. Dzięki temu mogą szybko zaspokoić najpilniejsze potrzeby, związane z wypłacaniem wynagrodzeń i wypełnianiem obowiązków wobec fiskusa czy ZUS.

Zauważalny silny wzrost liczby klientów obsługiwanych przez członków PZF wiąże się też z faktem, że do związku przystępują nowe podmioty, oferujące finansowanie dla mikroprzedsiębiorców – mówi Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

Wykres 1.Liczba klientów firm zrzeszonych w PZF w I półroczu w latach 2016 – 2018 (w tys.)

Infografika_PZF_klienci

Dzięki rosnącemu uznaniu wśród prowadzących działalność gospodarczą, a także zarządzających finansami firm, faktoring pozostaje najszybciej rozwijającą się usługą finansową. Podmioty zrzeszone w Polskim Związku Faktorów osiągnęły w I półroczu 2018 r. obroty na poziomie 109,5 mld zł, czyli o 27,5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Wykres 2. Obroty firm zrzeszonych w Polskim Związku Faktorów w I półroczu 2018 r. (w mld zł)Infografika_PZF_obroty

Finansowanie i ochrona przed brakiem zapłaty

Najpopularniejszą formą faktoringu trwale stał się faktoring pełny. Umożliwia on szybki dostęp do środków na finansowanie bieżącej działalności, połączony z ochroną przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi. Podmioty zrzeszone      w PZF objęły w I półroczu 2018 r. w jego ramach ponad 54,5 mld zł wierzytelności, co stanowi niemal 50 proc. obrotów. Kolejne 35 proc, generuje faktoring niepełny. Ok. 15 proc. przypada natomiast na faktoring importowy, odwrócony oraz wymagalnościowy.

Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF
Sebastian Grabek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF

– Polscy przedsiębiorcy są klientami bardzo świadomymi i wymagającymi. Nie sięgają po faktoring tylko po to, aby skorzystać z prostej formy finansowania. Oczekują także ochrony przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi, a tę oferuje tylko faktoring pełny.    W przypadku nieprzewidzianych trudności handlowych zabezpiecza on przedsiębiorców przed utratą płynności oraz wpadnięciem w pułapkę zatorów płatniczych  – wyjaśnia Sebastian Grabek.

Z usług faktoringowych w ujęciu sektorowym, najczęściej korzystają przedsiębiorstwa: produkcyjne i dystrybucyjne. W ich przypadku utrzymanie płynności finansowej ma fundamentalne znaczenie, ponieważ umożliwia utrzymanie silnej pozycji konkurencyjnej.

– Faktoring pomaga przedsiębiorcom w ekspansji na rynkach, na których działają. Uzyskanie finansowania bieżącej działalności w sytuacji, gdy kontrahenci oczekują coraz dłuższych terminów na zapłacenie faktur, ma dla krajowych producentów i usługodawców wartość podwójną. Oprócz zamiany należności na gotówkę, otrzymują też narzędzie niwelujące ryzyko niewypłacalności odbiorców. Gwarantujemy im finansowanie bieżącej działalności i bezpieczeństwo obrotów handlowych. Zwiększamy płynność firm przez co umożliwiamy ich stabilny rozwój – wyjaśnia Sebastian Grabek.

Wykres 3. Struktura obrotów firm zrzeszonych w PZF w I półroczu 2018 r. w ujęciu sektorowymInfografika_PZF_sektory

Prognoza kursu dolara i euro na koniec roku

Ebury, firma oferująca rozliczania transakcji walutowych, podsumowuje formę dolara i euro w dotychczasowej części roku. Eksperci Ebury przedstawiają także swoje prognozy na koniec 2018 r. – EUR/USD 1,16; USD/PLN 3,62; EUR/PLN 4,20.

Dolar amerykański (USD)

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, od końca kwietnia do teraz dolar amerykański umocnił się względem niemal każdej z walut G10 oraz złotego. Dolar, wspierany m.in. przez poprawiające się tło makroekonomiczne Stanów Zjednoczonych, rosnące oczekiwania dotyczące podwyżek stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej w 2018 r. oraz globalny niepokój wzrósł do najwyższego poziomu niemal od roku. Względem złotego dolar umocnił się o ok. 7% od początku roku. Umocnieniu dolara wcale nie przeszkodziły obawy dotyczące wojny handlowej na linii Stany Zjednoczone-Chiny, było wręcz przeciwnie.

Indeks USD & kurs USD/PLN (lipiec ‘17-lipiec ‘18)

kurs dolara do złotego USD PLNŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Rynki nie spodziewały się, że czerwcowe spotkanie Rezerwy Federalnej będzie miało aż tak jastrzębi wydźwięk. Decydenci znów podnieśli stopy procentowe o 25 punktów bazowych, jednocześnie sugerując, że kolejne podwyżki będą następować szybciej niż oczekiwali jeszcze w marcu. Podczas konferencji prasowej przewodniczący FOMC, Jerome Powell, wyrażał się optymistycznie o stanie i perspektywach amerykańskie gospodarki; potwierdzał, że jest ona w „świetnej formie” oraz, że zbliża się do „normalnych poziomów”.

Bank podniósł również lekko prognozę wzrostu gospodarczego, obecnie zakłada też, że inflacja nieznacznie przekroczy cel inflacyjny. Wysoka dynamika cen ma przełożyć się na to, że krótkookresowe stopy procentowe Rezerwy Federalnej będą nieco wyższe od tych w dłuższym okresie. Sugeruje to również sam „dot plot” FOMC, który pokazał, że oczekiwania członków banku centralnego nieco wzrosły w porównaniu do poprzedniej rewizji. Mediana indywidualnych oczekiwań członków FOMC ws. poziomu stóp procentowych wynosi obecnie 2,24% pod koniec bieżącego roku oraz 2,96% pod koniec 2019 r. Aby osiągnąć wspomniane poziomy, w 2018 r. stopy procentowe powinny zostać podniesione łącznie czterokrotnie, natomiast w 2019 r. trzykrotnie. To tempo szybsze od zakładanego przez rynek, który obecnie wycenia prawdopodobieństwo jeszcze dwóch podwyżek w tym roku na około 60%.

„Dot plot” FOMC z czerwca 2018 r.

FOMCŹródło: Federal Reserve Data: 13.06.2018

Rosnący optymizm wśród członków FOMC opiera się przede wszystkim na dobrych danych makroekonomicznych płynących ze Stanów Zjednoczonych. Można wnioskować, że amerykańska gospodarka po pierwszym kwartale, kiedy w ujęciu zanualizowanym zanotowała wzrost o 2%, doznała jeszcze większego ożywienia. Zarówno indeks PMI opisujący aktywność firm w sektorach innych niż przemysłowy, jak i poziom samej produkcji przemysłowej w USA są na rekordowych poziomach. Dynamika sprzedaży detalicznej w czerwcu br. była najwyższa od 2011. Amerykański rynek pracy cały czas radzi sobie bardzo dobrze, co powinno wspierać aktywność wewnętrzną również w drugiej połowie roku.

W czerwcu rynek wytworzył 213 tys. nowych miejsc pracy, a w wyniku rewizji danych podniesiony został również szacunek kreacji miejsc pracy w poprzednim miesiącu. Tym samym średnia krocząca z dwunastu ostatnich miesięcy utrzymuje się w okolicy poziomu 200 tys. Zaskoczeniem był wzrost stopy bezrobocia z 3,8 do 4%. Niemniej, wskaźnik ten jest nadal najniższy od 18 lat, a przyczyny jego ostatniego wzrostu należy szukać w rosnącej aktywizacji zawodowej Amerykanów. W najbliższych miesiącach bezrobocie może również spaść w wyniku wprowadzonych przez Donalda Trumpa obniżek podatków – niższe stawki mogą wpłynąć na decyzje przedsiębiorstw o dodatkowym zatrudnieniu lub inwestycjach. W czerwcu wyhamował wzrost płac, aczkolwiek średnia krocząca z ostatnich dwunastu miesięcy znajduje się aktualnie na najwyższym poziomie od ponad ośmiu lat. Nowe dane sugerują, że mamy do czynienia z dobrą sytuacją, która umożliwi Rezerwie Federalnej stosunkowo agresywne podwyżki stóp procentowych.

Wyzwaniem dla Rezerwy Federalnej jest gwałtowne przyspieszająca od początku roku inflacja. Zwłaszcza, że w wyniku wprowadzenia przez USA ostatnich opłat celnych, ceny w kolejnych kwartałach mogą rosnąć jeszcze szybciej. Inflacja bazowa podskoczyła w czerwcu do 2,9% w ujęciu rocznym i znalazła się najwyżej od sześciu lat. Bazowy wskaźnik dynamiki cen jest obecnie najwyższy od 18 miesięcy i wynosi 2,3% w ujęciu rocznym.

Ceny w następnym roku mogą rosnąć jeszcze szybciej, zważając na wysoki wzrost gospodarczy, dobrą sytuację na rynku pracy oraz protekcjonistyczną politykę Donalda Trumpa, która najpewniej doprowadzi do wzrostu cen importowanych produktów. Wysoka inflacja może wywołać presję na nieco bardziej agresywne tempo podwyżek stóp procentowych.

Inflacja w Stanach Zjednoczonych (2013-2018)

inflacja w USAŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Dolar amerykański był w dużej mierze odporny na wiszące nad światową gospodarką widmo wojny handlowej, które od kilku miesięcy dominuje nad innymi informacjami istotnymi dla rynków finansowych. W marcu prezydent Trump ogłosił wprowadzenie opłat celnych na stal i aluminium, ze stawkami odpowiednio 25% oraz 10%. Trump dodatkowo nałożył na Chiny cła o docelowej wartości 34+16 mld USD, które wywołały odpowiedź Państwa Środka, nakładającego odwetowe cła na produkty z USA. O ile tamte cła można uznać za symboliczne, groźba kolejnych ceł mających objąć chińskie towary o wartości 200, a nawet 500 miliardów dolarów jest już znaczna, i jeżeli dojdzie do jej realizacji, niemal na pewno doprowadzi to do odwetu ze strony Chin.

Paradoksalnie, groźba wojny handlowej umocniła dolara. Inwestorzy porzucili ryzykowne waluty gospodarek wschodzących, w tym polskiego złotego, na rzecz uznawanej za bezpieczną, amerykańskiej waluty. Rynki przyjęły również pogląd, że wspomniana protekcjonistyczna polityka nie będzie miała aż tak dużego wpływu na gospodarkę Stanów Zjednoczonych, która w dużej mierze zależy od sytuacji wewnętrznej. Zgodnie z tą opinią dużo większy wpływ cła będą miały na partnerów handlowych USA, którzy są znacznie bardziej zależni od popytu z zagranicy.

Podtrzymujemy opinię, że FOMC jeszcze dwukrotnie w tym roku (we wrześniu i  grudniu) zdecyduje się na podniesienie stóp procentowych. Ponieważ rynki nadal wyceniają dwie podwyżki jedynie w ok. 60%, widzimy szanse na lekkie umocnienie dolara amerykańskiego w relacji do euro w 2018 r. W związku z oczekiwanym przez nas stopniowym umocnieniem złotego w relacji do euro nie spodziewamy się jednak aprecjacji dolara amerykańskiego w parze ze złotym. Na koniec roku Ebury prognozuje EUR/USD 1,16 oraz USD/PLN 3,62.

Euro (EUR)

W kwietniu, przede wszystkim wskutek ogólnego umocnienia dolara amerykańskiego, euro doświadczyło osłabienia względem waluty USA. Niedługo po czerwcowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego kurs EUR/USD spadł do najniższego poziomu niemal od roku. Niemniej, kurs euro ważony udziałem poszczególnych krajów w handlu zagranicznym pozostał względnie stabilny. W parze z polskim złotym, wspólna europejska waluta umocniła się, jednak było to związane przede wszystkim ze słabością polskiego złotego.

Kurs EUR/USD & EUR/PLN (lipiec ‘17-lipiec ’18)

kurs euro do dolara i złotegoŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Potencjalny kryzys polityczny we Włoszech został szczęśliwie powstrzymany, kiedy to w zeszłym miesiącu zaprzysiężono antyestablishmentowy rząd Giuseppe Conte. Tym samym uwaga inwestorów skupiła się na czerwcowym spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego. EBC nie zawiódł, i dostarczył rynkom bardzo dokładnych informacji o dalszych planowanych działaniach. Potwierdziły się spekulacje sprzed spotkania: bank centralny zdecydował o przesunięciu daty zakończenia luzowania ilościowego. Program QE miał się skończyć we wrześniu. Ostatecznie jednak od września tempo zakupu aktywów zostanie zmniejszone do 15 miliardów miesięcznie, po czym ostatecznie w grudniu spadnie ono do zera.

Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBC (2015-2018)

Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBCŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Ogłoszenie zakończenia programu luzowania ilościowego było w dużej mierze oczekiwane przez inwestorów i zawarte w wycenie euro. Tym samym najistotniejszym punktem spotkania dla inwestorów był ton Banku w kwestii potencjalnych podwyżek stóp procentowych dla strefy euro, a ten był wyjątkowo gołębi. Europejski Bank Centralny podkreślił wyraźnie, że wciąż potrzebna jest „silna stymulacja”, a stopy procentowe najpewniej utrzymają się na dotychczasowym poziomie „co najmniej przez lato 2019 r.”. Równie gołębie była konferencja prasowa przewodniczącego EBC, Mario Draghiego. Draghi podkreślił rosnącą niepewność związaną ze stanem gospodarki światowej, jak i przyznał, że słabe wyniki gospodarcze z pierwszego kwartału mogły w przypadku niektórych krajów bloku walutowego utrzymać się również w drugim kwartale.

W roku 2017 strefa euro doświadczyła najszybszego wzrostu gospodarczego od dekady. W porównaniu z zeszłym rokiem ekspansja gospodarek członków bloku walutowego nieco wytraciła tempo. Strefa euro urosła o 0,4% w pierwszych trzech miesiącach 2018 roku, tym samym tempo wzrostu było najniższe od dwóch lat. Wnioskując po ostatnich wskaźnikach aktywności biznesowej PMI, ekspansja gospodarcza strefy euro wytraciła tempo. Zbiorczy indeks PMI, oparty na średniej ważonej wskaźników dla przemysłu i usług, wyraźnie zmalał od stycznia br. W maju indeks ten spadł do 54,1, wartości najmniejszej od półtorej roku.

Indeksy aktywności biznesowej PMI w strefie euro (2015-2018)

Indeksy aktywności biznesowej PMI w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Data: 25.07.2018

Pierwsze dane dotyczące sytuacji gospodarczej w drugiej połowie roku nie są szczególnie zachęcające. UE sugeruje, że rosnące napięcia handlowe ze Stanami Zjednoczonymi, miały być głównym czynnikiem odpowiedzialnym za niedawne spowolnienie ekspansji bloku walutowego. Prognoza wzrostu gospodarczego strefy euro w 2018 r. została obcięta do 2,1% w ujęciu rocznym. Prognoza dla 2019 r. jest jeszcze niższa – zakłada wzrost rzędu 2% rocznie. Obie prognozy składają się na oficjalne oczekiwania EBC, jednak nie tylko Bank oczekuje gorszych wyników, skłania się ku temu również środowisko zewnętrznych analityków, w tym nas.

W lipcu przewodniczący Draghi wielokrotnie podkreślał rosnące w EBC przekonanie o tym, że dynamika cen w strefie euro powróci do poziomu określonego celem inflacyjnym w określonym przez bank centralny horyzoncie czasowym. Inflacja mierzona wskaźnikiem CPI wreszcie wzrosła do 2%, warto jednak zwrócić na preferowaną przez Europejski Bank Centralny (i kluczową przy podejmowaniu decyzji przez Bank) inflację bazową, która w czerwcu wyniosła zaledwie 0,9% w ujęciu rocznym. Jesteśmy zdania, że minie jeszcze sporo czasu, zanim poprawa sytuacji na rynku pracy istotnie wpłynie na inflację bazową. Perspektywa osiągnięcia przez ten wskaźnik wartości „bliskiej, ale nieprzekraczającej 2%”, czyli celu inflacyjnego Banku na ten moment wydaje się dość odległa.

Inflacja w strefie euro (2013-2018)

Inflacja w strefie euroŹródło: Thomson Reuters Data: 23.07.2018

Jesteśmy zdania, że ostrożna retoryka EBC podkreśla przesadny nacisk, jaki rynki kładły na zaskakujący wzrost gospodarczy strefy euro z zeszłego roku. Tak jak już wspominaliśmy, podstawowym i jedynym zadaniem Europejskiego Banku Centralnego jest utrzymanie dynamiki cen na poziomie określonym przez cel inflacyjny. Obecnie wskaźnik bazowy jest wyraźnie poniżej tej wartości, stąd dość oczywistym jest, że EBC nie spieszy się, aby nawet rozważyć podwyżkę stóp procentowych. Sądzimy, że jakiekolwiek podwyżki stóp procentowych przed drugą połową 2019 r. są bardzo mało prawdopodobne.

Perspektywa jakichkolwiek podwyżek stóp w strefie euro jest bardzo odległa. Stąd prognozujemy, że w kolejnych kwartałach euro względem dolara amerykańskiego pozostanie na obecnym, lub nieco niższym od obecnego poziomie. Spodziewamy się również nieco mocniejszej deprecjacji euro względem funta oraz stopniowego spadku kursu EUR/PLN, związanego przede wszystkim z powracaniem złotego do poziomów bardziej uzasadnionych przez dobre fundamenty kraju. Na koniec roku Ebury prognozuje EUR/USD 1,16 oraz EUR/PLN 4,20.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Zolkiewicz & Partners: akcje w długim terminie biją na głowę „bezpieczne” obligacje

Piotr Żółkiewicz
Piotr Żółkiewicz

Obligacje tylko z pozoru są bezpieczne

Obligacje przez wielu postrzegane są jako bardzo bezpieczne instrumenty, które nie są czułe na wahania rynkowej koniunktury. Lubiane są także przez inwestorów, którzy po prostu nie lubią doświadczać wahań kapitału. W długim terminie portfele obligacji z całą pewnością dadzą mniej zarobić niż portfel akcji. Niestety większa zmienność cen akcji sprawia, że ludzie błędnie przypisują im większe ryzyko.

Należy pamiętać, że wahania cen dotyczą zarówno cen nieruchomości, obligacji, jak i akcji. Z tym, że inwestorzy albo ignorują zmiany cen obligacji notowanych na rynku albo często nie mają o nich wiedzy. Daje to złudne poczucie bezpieczeństwa i „mniejszego ryzyka”.

Nabywca obligacji w zamian za swoje pieniądze otrzymuje obietnice spłaty obligacji, a za ryzyko niedotrzymania warunków umowy oraz „pokrycie” kosztu alternatywnego otrzymuje odsetki. Jeśli inwestor chce osiągnąć wyższą rentowność z inwestycji w obligacje ma do wyboru dwie drogi. Może wydłużyć horyzont inwestycyjny i kupić obligacje 10- albo 20-letnie, co naraża go na mocniejsze wahania ceny obligacji spowodowane zmianą stopy procentowej oraz większe ryzyko niewypłacalności emitenta. Drugim wyjściem jest obniżenie jakości portfela poprzez dołączenie do niego obligacji o niskim ratingu (większość obligacji korporacyjnych w Polsce nie ma w ogóle ratingu lub ma rating określający je jako papiery spekulacyjne).

Inwestujący w obligacje są narażeni na wystąpienie ryzyka reinwestycji, kredytowego oraz ryzyka zmiany ceny. Pierwszym problemem dla inwestora jest ryzyko związane z reinwestycją otrzymanych odsetek. Jest to szczególnie widoczne w środowisku spadających stóp procentowych. Widać to po zmieniającej się rentowności koszyka obligacji odwzorowanego przez iShares Core U.S. Aggregate Bond ETF (odwzorowujący zachowanie obligacji z wydanym ratingiem inwestycyjnym, także korporacyjnych). Jeszcze w 2000 roku inwestor mógł osiągnąć z inwestycji w amerykański portfel obligacji około 5,5% rocznie, obecnie oprocentowanie wynosi około 3%. Jednocześnie wydłużył się średni czas zapadalności portfela z około 4 lat do ponad 6.

W przypadku zwykłej obligacji kuponowej, inwestor aby utrzymać rentowność swojego portfela na wcześniejszym poziomie musi za otrzymane odsetki nabyć obligacje o podobnej rentowności. Czasem może się zdarzyć, że nie uda mu się nabyć obligacji o zbliżonym oprocentowaniu przy zachowaniu takiej samej jakości portfela obligacji.

Występuje również ryzyko cenowe, które polega na tym, że obligacje o stałym kuponie są wrażliwe na wahania stopy procentowej. Wraz ze wzrostem stóp cena obligacji spada, więc jeśli inwestor musiałby upłynnić obligacje to otrzymałby za swój pakiet instrumentów dłużnych niższą cenę niż przed podwyżką stóp procentowych. Środowisko wysokich stóp procentowych nie sprzyja cenie obligacji ze stałym kuponem. W okresie 1990 – 2017 w Stanach Zjednoczonych były cztery lata (1994, 1999, 2009, 2013) w których roczna strata z portfela 10-letnich amerykańskich obligacji przekraczała 8%.

Kolejnym zagrożeniem jest stabilność kredytowa emitenta obligacji. W przypadku utraty płynności lub upadłości emitenta, inwestor może stracić znaczną część swojego kapitału. Szczególnie dotyczy to obligacji niezabezpieczonych, które są prawie ostatnie w kolejce do zaspokojenia wierzytelności. Należy jednak pamiętać, że samo posiadanie zabezpieczenia nie jest gwarancją „bezpieczeństwa”, w polskich warunkach prawnych mało komu udaje się zaspokoić z zabezpieczeń przypisanych do obligacji i trwa to wiele lat. Tym samym można powiedzieć, że obligacja to instrument opierający się na zaufaniu co do przyszłej zdolności emitenta do obsługi zadłużenia. Instrument ten ma jednak niekorzystną strukturę płatności. Oferuje ograniczone zyski w zamian za możliwość straty całego kapitału. Inwestując w akcje wybranej spółki również można stracić 100%, jednak w zamian można zwielokrotnić zainwestowany kapitał.

Obligacje Getback przypominają o ryzyku kredytowym

Na rynku obligacji zaprzestanie obsługiwania zobowiązań nie jest niczym nowym. Na rynku Catalyst ponad 8% wszystkich emisji nie zostało wykupione w terminie. Jeśli weźmiemy pod lupę tylko emisje o wartości do 10 mln zł to wskaźnik podwyższy się do 16%. Można więc powiedzieć, że inwestowanie w cały koszyk obligacji „małych emisji” na Catalyst gwarantuje stratę.

Jednak dopiero problemy finansowe spółki GetBack, przypomniały zwykłym inwestorom, że inwestycje w obligacje nie są pozbawione ryzyka. Ta druga co do wielkości firma windykacyjna złożyła wniosek o przyspieszone postępowanie upadłościowe zostawiając w trudnym położeniu posiadaczy obligacji, którzy na dzień 6 kwietnia br. posiadali papiery dłużne o wartości 2,24 mld zł. Spółka początkowo proponowała posiadaczom obligacji niezabezpieczonych spłatę tylko części nominału rozłożoną do 2025 roku, teraz nawet to nie jest pewne. Spółka poinformowała, że w przypadku postępowania upadłościowego wierzyciele objęci układem mogliby odzyskać maksymalnie jedną czwartą zainwestowanej kwoty.

Akcje lepszą alternatywą w długim terminie

Inwestowanie w akcje jest w długim terminie jedną z najefektywniejszych metod pomnażania kapitału. Według danych zebranych przez profesora J. Siegiela na przestrzeni lat 1802 – 2016 w USA średnia realna (pomniejszona o inflację) stopa zwrotu z akcji wynosiła 6,7% rocznie. W tym samym czasie obligacje zapewniły rentowność na poziomie 3,5% ponad inflację. Warto przytoczyć szczególnie lata 1926 – 2016, ponieważ w ciągu 90 lat byliśmy świadkami dwóch wielkich recesji (1929, 2008) oraz pomniejszych „krachów” jak te z lat 1987 i 2000. Jednak i w tym czasie średnioroczna realna stopa zwrotu z akcji wyniosła 6,7% rocznie.

Nie oznacza to, że akcje rosną liniowo, zdarzają się okresy, kiedy realna stopa zwrotu jest ujemna. Tak było na amerykańskim rynku w latach 1966 – 1981, kiedy średnioroczna, realna stopa zwrotu z akcji wyniosła -0,4%. Realna stopa zwrotu była również poniżej zera w latach 1908-1922. Jednak po każdym z tych okresów rynek akcji „nadrabiał zaległości”. Tak było np. w latach 1982 – 1999, kiedy realny, średnioroczny  zysk z akcji wyniósł ponad 13,5%. Można więc powiedzieć, że okresy słabszych rezultatów giełdy są czasem na systematyczną akumulację dobrych akcji, co zaprocentuje w czasach lepszej rynkowej koniunktury.

Aby pokazać siłę procentu składanego porównamy stopy zwrotu osiągnięte na rynku amerykańskim między 1928 a 2017 rokiem przez portfel w 100% złożony z akcji wchodzących w skład indeksu S&P500, portfel złożony w 50% z akcji oraz w 50% z 10-letnich obligacji amerykańskich oraz portfel składający się w 100% z 10-letnich obligacji skarbowych.  W przykładzie pominięto wpływ podatków, inflacji oraz kosztów transakcyjnych. Pierwszy portfel ze 100$ zainwestowanych w 1928 roku „wytworzył” do końca 2017 rok prawie 400 000$. Drugi portfel zakończył test z saldem wynoszącym około 88 000$, natomiast portfel złożony z obligacji był warty po 90 latach 7 300$.

Akcje tylko z pozoru są ryzykowne. W przypadku dobrania bardzo dobrej jakości spółek do portfela inwestor może korzystać z potęgi procentu składanego. Każdego roku wygenerowana gotówka będzie po części przeznaczana na wypłatę dywidendy oraz skup akcji, natomiast pozostałe środki będą reinwestowane w biznes spółki. Dzięki temu spółka będzie zwiększała skalę swojej działalności, poprawiała przychody oraz zysk na akcję a to przełoży się na powiększenie wartości wewnętrznej przedsiębiorstwa. Z czasem odbije się to na wzrastającym kursie akcji. Każdy musi wybrać sam, czy woli stabilne 4% czy wahliwe 8% – jednak dla inwestorów długoterminowych wybór powinien być prosty.

Autorem komentarza jest: Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ

Przemysław Kwiecień: Stopy procentowe bez większego wpływu na kurs złotego

Jeżeli porównamy wynagrodzenia maj do maja, ale z ostatnich dwóch lat, to wzrosły one o 12 proc. I jest to wzrost rekordowy. Czy spowoduje wzrost inflacji, a kredyty zdrożeją?

Rada Polityki Pieniężnej od wielu miesięcy konsekwentnie komunikuje, że nie będzie podwyżek stóp procentowych do końca 2019 r. Ostatnio prezes NBP powiedział, że możliwe jest, iż takiej podwyżki nie będzie nawet do końca 2020 r. Czy to możliwe?

– Patrząc na obecną inflację, jest to możliwe – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Dynamika wzrostu PKB osłabnie, co też nie będzie wywoływać presji na wzrost stóp procentowych.

Zagrożeniem są wysokie wzrosty wynagrodzeń, przekraczające 7 proc. r/r. W skali dwóch lat przekroczyły w maju 12 proc.

– Sytuacja na rynku pracy i skutki dynamiki wynagrodzeń stanowią duży znak zapytania, bo jeśli wywołają wzrost inflacji, to trudniej będzie utrzymać niezmienione stopy procentowe – komentuje ekspert z XTB.

Gdy dojdzie do podwyżek stóp procentowych, nie powinno to wpłynąć w sposób istotny na kurs złotego.

Marketerzy czytający nam w myślach? Dzięki neuronauce będzie to możliwe

Neuronauka zmienia oblicze Big Data – wieszczą eksperci. Dzięki technologii dającej wgląd w świadomość człowieka, badacze danych zyskają dostęp do nowego rodzaju informacji. Wiedza o tym, co w danej chwili widzimy, myślimy, a nawet czujemy, na zawsze zmieni sposób w jaki firmy podejmują decyzje strategiczne. Na wieść o zdobyczach neuronauki zacierają ręce również marketerzy, dostrzegając w nich nowe możliwości targetowania reklam.

Rozwój analityki wielkich zbiorów danych trwa w najlepsze. W Europie, gdzie 25 maja weszło w życie RODO – unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych – większość firm specjalizujących się w Big Data postanowiła kontynuować swoją działalność dostosowując ją do restrykcyjnych przepisów. W USA, gdzie przetwarzanie danych odbywa się na mniej surowych zasadach, Big Data kwitnie jak nigdy dotąd. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że z dala od błysków fleszy odbywa się prawdziwy boom na analitykę wielkich, nieustrukturyzowanych zbiorów danych. Taki obraz wyłania się z badania międzynarodowego serwisu marketingowego WARC przeprowadzonego wśród specjalistów od reklamy i marketingu z całego świata. Okazuje się, że aż 59 proc. przedstawicieli agencji reklamowych i marketingowych oraz 55 proc. dużych przedsiębiorstw deklaruje, że w roku bieżącym skupi się na wdrożeniu lub rozwoju analityki Big Data. – Świat zmienia się w błyskawicznym tempie. Coraz więcej urządzeń, zarówno konsumenckich, jak i tych przeznaczonych dla biznesu, łączy się z siecią pompując w nią gigantyczne wolumeny danych. Są to informacje, które opowiadają historię, jednak potrzebujemy nowoczesnych narzędzi informatycznych, by móc te historie odczytać i zrozumieć. Każda nasza aktywność w internecie pozostawia cyfrowy ślad. Analiza tych śladów prowadzi do cennych wniosków. Dla firm są one niezmiernie przydatne, pozwolą im lepiej poznać swoich klientów, personalizować kierowane do nich komunikaty, a nawet kreować doskonalsze produkty i usługi – wyjaśnia Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network, firmy specjalizującej się w data consultingu będącej częścią grupy Cloud Technologies do której należy znajdująca się w światowej czołówce hurtownia anonimowych danych o zachowaniu i preferencjach internautów.  Według niego, popularyzacja analityki Big Data to kierunek, w którym nieuchronnie zmierzamy. – To naturalna reakcja na otaczające nas środowisko. Skoro wszystko podlega digitalizacji to nic dziwnego, że firmy dokładają starań, by lepiej orientować się w cyfrowym świecie. Wiemy, jak funkcjonować w rzeczywistości fizycznej, lecz dopiero uczymy się poruszać się w wirtualnej – dodaje ekspert.

Już dziś platformy DMP stworzone do analizowania wielkich, pozbawionych struktury wolumenów danych stanowią ucieleśnienie najnowszych osiągnięć z dziedziny uczenia maszynowego. Korzystając z pokaźnej mocy obliczeniowej i sztucznej inteligencji analizują dane w sposób wykraczający daleko poza ludzkie możliwości. Platforma OnAudience.com przetwarza np. 12 miliardów anonimowych profili internautów, wyciągając wnioski z ich historii surfowania, decyzji zakupowych i danych demograficznych. Każdy profil odpowiada jednemu urządzeniu, a liczba śledzonych to niemal dwukrotność światowej populacji. Jak to możliwe? – Internauci korzystają jednocześnie z telefonów komórkowych, laptopów i komputerów stacjonarnych. Spora część populacji dysponuje kilkoma urządzeniami. Cała sztuka polega na przypisaniu ich do rzeczywistego użytkownika, by lepiej poznać jego poglądy i zainteresowania.

Firmy zajrzą nam do głowy?

Pliki cookies i smarfony to prawdziwy skarbiec informacji, z których współczesne narzędzia do analityki Big Data korzystają na potęgę, jednak już niebawem do rąk badaczy danych trafić może zupełnie nowy rodzaj danych pochodzący wprost z urządzeń badających świadomość ludzi – ich stany emocjonalne, myśli i wyobrażenia. – To już się dzieje i dzieje się szybko. Gdy będziemy w stanie zajrzeć do głowy człowieka i zintegrować to, co widzi, myśli i planuje, to otworzy się przed nami nowy wymiar danych i ich analityki. Pomyślmy tylko, jakie decyzje firmy będą (na ich podstawie – red.) podejmować – mówi Peter Fader, professor marketingu na Uniwersytecie Pensylwanii.

Tymczasem Iryna Kucheryava z trudniącej się badaniami rynku firmy Zminna stawia wyraźną granicę pomiędzy neuronauką a neuromarketingiem. Ta pierwsza skupia się na badaniu mózgu i procesów neurologicznych leżących u podstaw funkcji poznawczych i zachowań, podczas gdy w biznesie rośnie zainteresowanie możliwościami wykorzystania tego typu danych do tworzenia lepszych strategii marketingowych. Pozostaje pytanie, w jaki sposób przetwarzać neuro-informacje i czy istnieją skuteczne metody umożliwiające ich zapisywanie. – Przepaść pomiędzy neuronauką a marketingiem po części związana jest z metodologią badań. Do analityki predyktywnej potrzebne są przede wszystkim dane numeryczne. Każda wartość w zbiorze danych jest tylko liczbą, która niekoniecznie trafnie reprezentuje rzeczywistość. Podzwonnym słabej jakości danych są niedokładne analizy, a co za tym idzie, niewłaściwe decyzje oparte o błędne wyniki. Stosunkowo łatwo zmierzyć wzrost lub wagę za pomocą dobrze znanych narzędzi pomiarowych. Nie dysponujemy jednak rozwiązaniami do dokonywania bezpośredniego pomiaru intencji, uwagi, emocji lub myśli, szczególnie w środowisku zakupowym przekonuje psycholog eksperymentalny i analityk danych marketingowych specjalizująca się w ilościowych metodach badawczych.

Siły na zamiary

W analityce Big Data marketerzy skupiają się na poszukiwaniu trendów i powtarzających się wzorów sięgając w dużej mierze po dane pochodzące z cyberprzestrzeni. Dobrej jakości cyfrowe informacje pozwalają na tworzenie dokładnych prognoz o zachowaniach konsumentów w internecie, jednak wciąż brakuje rozwiązań, które dawałyby bezpośredni wgląd we właściwości kognitywne i emocje.

Niemniej, naukowcy dokonali imponujących postępów w zakresie „czytania” ludzkiego umysłu. Powstała również technologia pozwalająca na dekodowanie wizualnych informacji. Analizując w ten sposób aktywność mózgu możemy rekonstruować obrazy widziane oczami człowieka. – Są to relatywnie nowe i kosztowne metody, a ich masowo wykorzystywane w świecie handlu to wciąż pieśń przyszłości. Z biegiem czasu powstaną rozwiązania umożliwiające bezpośrednie badanie ludzkiego umysłu. Nie mam co do tego wątpliwości. Odmienną kwestią jest ich implementacja w biznesie. Możemy się spodziewać, że będzie ona utrudniona ze względu na kwestie etyczne, a także politykę ochrony danych – uważa Iryna Kucheryava.

Czy hurtownie danych o internautach pracują już nad takimi rozwiązaniami? Według Marcina Filipowicza, wiceprezesa Audience Network pomysłów na wykorzystanie neurotechnologii w targetowaniu reklam nie należy wkładać między bajki, lecz na razie nie ma sensu poświęcać im zbyt wiele uwagi. – To ciekawe zagadnienie futurystyczne, jednak by zbierać takie informacje na szeroką skalę, narzędzia to umożliwiające musiałby znajdować się w powszechnym użytku. Rozwijająca się coraz szybciej sztuczna inteligencja z pewnością poradzi sobie z interpretacją tego rodzaju danych. Nim to nastąpi zobaczymy badania neuromarketingowe na kontrolowanych grupach osób, jednak takich badań nie można określić mianem analityki Big Data z powodu struktury i wielkości zbiorów – twierdzi Filipowicz.

W tym tygodniu jastrzębi Fed powinien wzmocnić spadki kursu EURUSD

Nawet mocne dane z USA nie przyczyniły się do wzrostu zmienności na rynku dłużnym, gdzie okres wakacyjny sprzyja stabilizacji krzywych dochodowości. Dobre nastroje nie opuściły rynku złotego pomimo solidnego odczytu dla amerykańskiego PKB wspierającego jastrzębi wydźwięk środowego posiedzenia Fed.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W ostatnich dniach zachowanie złotego nadal było głównie związane z nastrojami na szerokim rynku, gdzie uwagę przyciągało przede wszystkim spotkanie Trumpa z Junckerem i posiedzenie EBC. Trudno jest określić, jakie będą ostateczne wyniki rozmów na linii USA-UE, ale po zachowaniu rynku FX (wyraźny spadek awersji do ryzyka) widać było, że zakończyło się ono po myśli inwestorów (ze zobowiązaniem do dalszych rozmów w kierunku polityki „wolnego handlu”). W reakcji na doniesienia z Waszyngtonu EURUSD wzrósł do 1,175 co pozwoliło przetestować EURPLN wsparcie na 4,28.

Zmiana nastawienia do dolara przyszła wraz z konferencją prezesa M. Draghi’ego po posiedzeniu EBC. Podtrzymanie zapowiedzi stabilnych stóp co najmniej do końca lata 2019 roku i zapewnienie, że oczekiwania rynku dotyczące pierwszej podwyżki stóp są bardzo dobrze „wpasowane” w projekcje banku wywołały ruch EURUSD w kierunku 1,162 co jednak nie spowodowało pogorszenia nastrojów względem złotego. Niemniej potwierdzone zostało, że na szybszy wzrost kosztu pieniądza w strefie euro nie można raczej liczyć. W rezultacie pozostając pod pozytywnym wpływem wyniku spotkania Trumpa z Junckerem kurs EURPLN zdołał przetestować wsparcie na 4,275.

Na rynku stopy procentowej piątkowa sesja ponownie nie przyniosła wzmożonej zmienności, gdzie polska krzywa dochodowości jedynie nieznacznie przesunęła się w górę. Na aukcji MF sprzedało papiery za 7mld PLN przy popycie na poziomie 10,2mld PLN. W tym tygodniu opublikowany zostanie plan podaży obligacji na sierpień, gdzie według naszych założeń, MF może zdecydować się na zorganizowanie jednego regularnego przetargu ze sprzedażą na poziomie 6mld PLN. Pomimo niższej podaży niż w sierpniu, taki komunikat nie powinien wspierać spadku rentowności obligacji, gdyż w lipcu mieliśmy do czynienia z wykupem obligacji PS0718 oraz wypłatą odsetek. Naszym zdaniem w najbliższych dniach wyceny skarbowych papierów wartościowych powinny utrzymywać się przy obecnych poziomach, gdzie w sektorze 10-letnim zakładamy utrzymanie ciasnego przedziału wahań 3,10%-3,25% (oczekując oscylowania wokół górnej granicy). Potencjał do mocniejszych wzrostów rentowności ogranicza dobra sytuacja budżetowa, gdzie zgodnie z komunikatem MF, po czerwcu nadwyżka budżetowa spadła jedynie minimalnie do 9,5mld PLN z 9,6mld PLN w okresie styczeń-maj.

Zagranicą również nie doszło do większych zmian na rynku dłużnym. W USA pomimo publikacji bardzo dobrych danych na temat PKB, którego dynamika przyspieszyła w drugim kwartale tego roku do 4,1% kw/kw SAAR z 2% w Q1, krzywa US Treasuries w zasadzie utrzymała się bez zmian.

W tym tygodniu posiedzenie decyzyjne odbędzie Fed, a oczekiwany jastrzębi wydźwięk przekazu (nasilony publikacją solidnych danych z USA, w tym ostrego przyspieszenia dynamiki PKB) powinien wzmocnić spadki kursu EURUSD, podnosząc notowania EURPLN na wyższe poziomy, co najmniej do 4,30.

Wykres dnia: Na aukcji Ministerstwo Finansów sprzedało papiery za 7mld PLN.

Na aukcji Ministerstwo Finansów sprzedało papiery za 7mld PLN
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat

Co piąty mikroprzedsiębiorca korzysta z kredytu bankowego, ale dopiero po kilku latach od rozpoczęcia działalności.

Wśród mikroprzedsiębiorców, którzy założyli działalność gospodarczą w 2007 roku, 72 tysiące (53%) kontynuowało działalność gospodarczą w lutym 2018 r. Natomiast działalność rozpoczętą w 2010 r., w lutym 2018 r. prowadziło tylko 32%, zaś z rocznika 2014 – 42%.2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat

2 z 3 nowo zakładanych firm przez mikroprzedsiębiorców nie przeżywa 5 lat. Ryzyko kredytowania mikroprzedsiębiorstw jest ujemnie skorelowane z wiekiem firmy. Im mikroprzedsiębiorca dłużej prowadzi działalność gospodarczą, tym ryzyko niepowodzenia działalności spada, a tym samym maleje ryzyko jego kredytowania.

Wiek firmy jest więc jednym z podstawowych czynników determinujących poziom ukredytowienia (tj. relacji firm posiadających kredyt do ogółu działających firm) polskich mikroprzedsiebiorców. Średnio w Polsce czynny kredyt posiada co piąty mikroprzedsiębiorca. Aktywność kredytowa rośnie wraz z wiekiem firmy. Wśród firm założonych w 2017 r. tylko 4% posiada czynny kredyt. Natomiast wśród firm nadal aktywnych, a założonych w 2015 r., odsetek firm wynosi już 14%.

Poziom ukredytowienia polskich mikroprzedsiębiorców oprócz wieku determinuje również rodzaj prowadzonej działalności gospodarczej. Połowa mikroprzedsiębiorców to firmy usługowe, których model biznesowy oparty jest na aktywach intelektualnych (wiedzy, kompetencji, marce, relacjach), a nie na aktywach rzeczowych (maszynach, urządzeniach, budynkach i budowlach, czy środach transportu), które wymagają finansowania w dużej mierze z kredytów bankowych.

Waldemar Rogowski

Opracowano przez zespół analityków w Departamencie Business Intelligence w Biurze Informacji Kredytowej S.A. BIK dokłada wszelkiej staranności, by dane BIK używane do przygotowania opracowania, były kompletne i aktualne, jednakże nie ponosi żadnej odpowiedzialności za decyzje biznesowe podejmowane na podstawie niniejszych informacji.

Co Polacy sądzą o kryptowalutach

Połowa Polaków wie, czym są kryptowaluty, a 16,5% tej grupy nawet je kupuje, zwykle bitcoina (85%), ethereum (40%) i ripple (35%). Najczęściej kryptowaluty nabywamy w celach inwestycyjnych (62%), do płacenia w internecie (56%) i do mikropłatności (43,5%). Co jeszcze wynika z badania „Co Polacy sądzą o kryptowalutach”?

Wciąż małe zaufanie

28% badanych uważa, że kryptowaluty są bezpiecznym środkiem inwestycyjnym. Odmiennego zdania jest 41% respondentów. Nasz brak zaufania do kryptowalut jest spowodowany głównie niestabilnością ich kursów oraz ryzykiem ataków hakerskich. Zwraca uwagę, że aż co dziesiąta osoba niesłusznie sądzi, że kryptowaluty są nielegalne.

Konieczna edukacja

„Chyba jednym z najważniejszych wniosków z naszego badania »Co Polacy sądzą o kryptowalutach« jest ogromna potrzeba edukacji rynku […]. Badani nie do końca rozumieją zasady działania kryptowalut. Ponad 30% osób uważa, że handlowanie bitcoinem (kupno, sprzedaż czy operacje na giełdzie) jest bardzo skomplikowane. To nie do końca prawda. Jest to chyba nawet prostsze niż handlowanie innymi produktami finansowymi czy też inwestowanie” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Magdalena Gołębiewska, country manager w firmie Luno.

Wiedza z mediów społecznościowych

Nasza nieznajomość kryptowalut w dużej mierze wynika zapewne z tego, skąd czerpiemy o nich informacje. Najczęstszym źródłem wiedzy są dla nas media społecznościowe (60%), gdzie nierzadko można trafić na opinie pseudoekspertów. Na kolejnych miejscach znajdują się prasa i portale branżowe (53%) oraz rodzina i znajomi (44%).

Blisko połowa Polaków jest zadowolona ze swojej pensji

Piotr Dziedzic
Piotr Dziedzic

64 proc. polskich pracowników pozytywnie ocenia krajowy rynek pracy i swoją obecną sytuację zawodową. Ze swojej pensji zadowolona jest z kolei prawie połowa rodaków (ponad 47 proc.). Najbardziej usatysfakcjonowani wysokością wynagrodzenia są osoby pracujące w sektorze usług dla biznesu (ponad 58 proc.), za to najniższe zadowolenie panuje w finansach (ponad 38 proc.) – wynika z cyklicznego badania Confidence Index przeprowadzonego w II kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Dobre nastroje pod tym względem panują także w sektorze produkcji (ponad 54 proc. pozytywnych odpowiedzi), logistyce (ponad 46 proc.) oraz dobrach konsumenckich (blisko 45 proc.). Najniższy poziom zadowolenia, oprócz finansów, panuje jeszcze w obszarze technologicznym (41 proc.) – wynika z badania Michael Page.

Biorąc pod uwagę płeć, zdecydowanie bardziej optymistycznie do swoich zarobków podchodzą mężczyźni (52 proc.) niż kobiety (ponad 43 proc.). W podziale na regiony kraju, najbardziej usatysfakcjonowani zarobkami są pracownicy z woj. dolnośląskiego – blisko 60 proc. Jest to wynik o ponad 12 pkt. proc. wyższy od średniej krajowej (47,4 proc.). W dalszej kolejności jest woj. śląskie oraz mazowieckie (ok. 46 proc.) i małopolskie (ponad 42 proc.).

Należy tutaj zaznaczyć, że Polacy optymistycznie patrzą na przyszłość swoich zarobków. Podwyżki w ciągu najbliższego roku spodziewa się ponad 53 proc. z nich. Najwięcej oczekiwań pod tym względem mają reprezentanci sektora dóbr konsumenckich (ponad 60 proc.) oraz finansów (blisko 56 proc.). Na wyższe wynagrodzenie liczą także pracownicy z obszaru technologicznego oraz usług dla biznesu (po ok. 50 proc.). Podobnego zdania – blisko 49 proc. – są osoby zatrudnione w produkcji. Najniższy poziom wskazań w tym aspekcie pracy panuje natomiast w logistyce (40 proc.).

Wg danych GUS, w skali roku przeciętne wynagrodzenie w firmach zatrudniających co najmniej 9 osób wzrosło o 7,5 proc., co tylko umacnia pracowników w ich oczekiwaniach względem pracodawców. Tylko w średnich i dużych firmach w czerwcu br. przeciętna płaca wyniosła 4848 zł brutto, co daje ponad 3400 zł netto – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR z Michael Page. – Pozycje pracowników na rynku umacnia również fakt, że firmy stale szukają nowych kandydatów. Zgodnie z GUS w czerwcu zatrudnienie było wyższe o 3,7 proc. niż rok wcześniej. Powoduje to tym samym, że przedsiębiorstwa muszą sukcesywnie zwiększać swoją atrakcyjność, aby konkurować o najlepsze talenty – podkreśla Piotr Dziedzic.

Czy pożyczka przez internet jest bezpieczna?

Czy pożyczka przez internet jest bezpieczna?Wiele mówi się obecnie o potencjalnych zagrożeniach, jakie mogą spotkać każdego z nas w internecie. Temat jest żywy szczególnie wówczas, gdy porusza się kwestie związane z bezpieczeństwem zaciągania pożyczek przez internet. Czy obawy sceptyków są w jakikolwiek sposób uzasadnione?

W branży pożyczkowej pozostało niewiele firm pozabankowych, które świadczą usługi stacjonarnie. Klienci stają więc przed koniecznością sięgania po wsparcie finansowe za pośrednictwem internetu. Rozwiązanie to ma oczywiście swoich zwolenników, jak i przeciwników. Ci drudzy obawiają się, czy kontaktowanie się z pożyczkodawcą wyłącznie elektronicznie jest w pełni bezpieczne.

Wszystko na odległość

Dziś w internecie możemy kupić niemal wszystko. Coraz więcej konsumentów zamawia w ten sposób zakupy do domu, płaci za bilety do kina czy opłaca rachunki. Wiele lat temu zauważyły to firmy pożyczkowe, które w niemal stu procentach skupiły się na działalności online. Wystarczy zaledwie kilka kliknięć, aby móc cieszyć się dodatkową gotówką. Cały proces wnioskowania zaczyna się i kończy na stronie internetowej pożyczkodawcy – mowa o serwisach takich jak ratkomat.pl.

Jak starać się o pożyczkę?

Aplikując o zobowiązanie ratalne w pierwszej kolejności należy utworzyć konto na stronie danego podmiotu pożyczkowego. Następnie wybrać optymalną kwotę świadczenia i okres spłaty oraz wypełnić prosty wniosek. Już na tym etapie wszelkie wpisywane w formularzu dane są dokładnie zaszyfrowane, a dostęp do konta klienta zabezpieczony loginem i hasłem. Po przesłaniu wniosku bezpiecznym łączem odbiera go wykwalifikowany analityk. To od jego oceny zależy, czy wnioskodawca otrzyma pożyczkę. Na oficjalnej witrynie firmy można odnaleźć ponadto pliki z polityką prywatności czy regulaminem serwisu, w których zapewnia ona o swojej rzetelności i tym, że dane konsumentów nie wpadną w niepowołane ręce.

Błyskawiczna decyzja i pieniądze

Pożyczkodawcy dla zabezpieczenia własnych interesów sprawdzają informacje o kliencie w rejestrach dłużników BIG, KRD czy BIK, a czasami także proszą go o przekazanie dodatkowych dokumentów. Może chodzić m.in. o zaświadczenie o dochodzie lub ksero umowy o pracę, potwierdzające stabilność zatrudnienia. Jeśli firma pozabankowa nie ma żadnych przeciwwskazań do udzielenia pożyczki, decyzja zapada zazwyczaj w ciągu kilkunastu minut. Tyle trwa także przesłanie środków na konto pożyczkobiorcy.

Oszczędność czasu

Zobowiązanie zaciągane online nie różni się swoją specyfiką od tego, które dawniej otrzymywało się w stacjonarnej placówce firmy. Najnowocześniejsza technologia zabezpieczeń sprawia, że klienci nie muszą obawiać się o swoje dane oraz pieniądze. Instytucje finansowe wydają rocznie miliony złotych, aby zapewnić konsumentom nie tylko ciekawe produkty, ale również bezpieczeństwo. Poza tym, wiele z nich posiada system powiadomień mailowych czy SMS-owych, dzięki któremu pożyczkobiorcy są informowani o każdym potencjalnym zagrożeniu. Wiele wskazuje więc na to, że pożyczki przez internet jeszcze nigdy nie były tak zabezpieczone, jak obecnie. Warto dodać, że najlepiej dbają o to duże i sprawdzone podmioty, które można znaleźć m.in. za pośrednictwem porównywarki pożyczek polecampozyczke.pl.

Konrad Białas: Coś dla każdego

To możemy być interesujący tydzień, który przynajmniej na chwilę wyrwie rynki z wakacyjnego marazmu. Swoje posiedzenia odbywają Bank Japonii, Fed i Bank Anglii, po drodze kilka ważnych odczytów dotyczących inflacji i aktywności biznesu (w obliczu sporów handlowych), a tydzień zamyka raport NFP. A do tego przetasowania na koniec miesiąca. To wszystko przed nami, choć dziś pewnie zanosi się na powolny start.

Weekend nie zaoferował rewelacji mogących nadać ton notowaniom i przeciągamy bezkierunkowy handel z poprzedniego tygodnia. Publikacja pierwszej klasy w postaci PKB z USA okazała się trudna do rozgryzienia. Z jednej strony dynamika 4,1 proc. była pierwszym od 2014 r. odczytem powyżej 4 proc. i jest najlepszym dowodem, jak fundamenty chronią dolara. Finalna sprzedaż realna (inaczej popyt krajowy) wyniosła 5,1 proc., najwięcej od czasu kryzysu. Amerykanie używają środków zaoszczędzonych przez reformę podatkową i jakkolwiek takie tempo jest nie do utrzymania w dłuższym terminie, to teraz wspiera dążenia Fed do dalszych podwyżek stóp procentowych. Mimo to pesymiści uczepią się, że wzrost PKB był i tak o 0,1 pkt proc. gorszy od konsensusu prognoz, zatem nie wszystko zagrało tak, jak na to liczyli analitycy. Dodatkowo kwartalny wskaźnik inflacji bazowej PCE Core osłabił się do 2 proc. z 2,2 proc. (prog. 2,2 proc.), choć trzeba pamiętać, że członkowie Fed w żadnym wypadku nie ogłaszali zwycięstwa w walce z niską presją inflacyjną, więc dane te nie odmienią ich dotychczasowej strategii. Jednak w ogólnym ujęciu USD nie dostał silnego impulsu do umocnienia/osłabienia, a zanim w miejscu pozostała reszta rynku FX.

Inwestorzy w pierwszej kolejności skupiają teraz uwagę na posiedzeniu Banku Japonii, które swój finał będzie miało dziś w nocy. Uważamy, że BoJ utrzyma parametry polityki monetarnej bez zmian, choć w ostatnich dniach rozgorzała dyskusja, że szykowane są istotne modyfikacje. Jednym z pomysłów ma być zmniejszenie inwestycji w fundusze ETF oparte o indeks Nikkei225, gdyż aktywność banku centralnego zaczęła mieć przesadny wpływ na spółki należące do indeksu. W zamian BoJ ma zwiększyć zakupy w ramach szerszego indeksu Topix, ale wolumen programu ma pozostać taki sam. Taka „poprawka” z ledwością zmienia odbiór polityki i dla rynku walutowego powinna być neutralna. Jednak spekulacje dotyczą też zmiany celu dla strategii skupu obligacji skarbowych. Obecnie BoJ zobowiązuje się do utrzymywania rentowności 10-letnich obligacji blisko 0 proc. (w praktyce jest to 0,1 proc.), ale przecieki prasowe w ostatnim czasie mówiły o przesunięciu celu na papiery 5-letnie. Uważamy jednak, że taka zmiana będzie szkodliwa dla osiągnięcia celu inflacyjnego 2 proc. w średnim terminie. Celu, który się oddala, gdyż BoJ prawdopodobnie obniży jutro prognozy inflacji (według doniesień prasowych – do 1,5 proc.). Dostosowania polityki do zmieniających się warunków rynkowych (presja wzrostu rentowności za granicą, wyczerpująca się pula dostępnych aktywów) w przyszłości czekają BoJ (nawet już na jesieni), ale porywając się na niespodzianki w okresie wakacyjnego spadku płynności byłoby nieodpowiedzialne. Z perspektywy USD/JPY niespodziewane dostosowania polityki mogą przejściowo wzmocnić jena, ale ruch będzie szybko odwrócony, gdy rynek zrozumie, że to tylko jedna „poprawka” bez kolejnych w planach, a polityka pozostaje dalej ultra-łagodna.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy przestawiają się na droższe piwa. Coraz częściej bez alkoholu

Polacy przestawiają się na droższe piwa. Coraz częściej bez alkoholu 1

Spożycie piwa utrzymuje się w Polsce na stabilnym poziomie, zmieniają się za to trendy oraz oczekiwania konsumentów. Polacy lubią testować nowości, szukają różnorodnych smaków, częściej sięgają po droższe, jakościowe produkty. Dynamicznie rośnie także produkcja i sprzedaż piwa bezalkoholowego, które zdobywa rosnącą popularność wśród polskich konsumentów. Kierując się tymi trendami, Grupa Żywiec – lider segmentu premium – wprowadza na rynek kolejne nowości, które przekładają się na wzrosty przychodów.

 W przyszłości Polacy nie będą pić więcej piwa, natomiast będą pić inaczej. Już w tej chwili widać zmianę w strukturze spożycia – coraz częściej sięgają po piwa droższe, jakościowe, szukają różnorodnych ofert smakowych, sięgają po specjalności kraftowe. Grupa Żywiec z powodzeniem odpowiada na te zmieniające się oczekiwania i trendy. Od kilku lat tworzymy i wprowadzamy na rynek nowe segmenty. Dzisiaj jesteśmy liderem w piwach smakowych, w kategorii radlerów oraz w kategorii specjalności piwnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Lubelska, dyrektor ds. marketingu Grupy Żywiec.

W Polsce konsumpcja piwa już od kilku lat utrzymuje się na stabilnym poziomie i wynosi około 98 litrów rocznie w przeliczeniu na mieszkańca. Pod tym względem Polacy plasują się w europejskiej i światowej czołówce. Wyprzedzają nas jedynie obywatele trzech tradycyjnie „piwnych” krajów, czyli Czesi, Austriacy i Niemcy.

Pod względem produkcji ustępujemy jedynie Niemcom i Wielkiej Brytanii. Według statystyk GUS, w 2017 roku w Polsce wyprodukowano prawie 40 mln hektolitrów piwa. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat podwojeniu uległa produkcja piwa bez procentów. W ubiegłym roku wzrost udziału piwa bezalkoholowego w wartości sprzedaży sięgnął ponad 20 proc. natomiast tylko w pierwszym półroczu tego roku kategoria piw i radlerów bezalkoholowych urosła o 50 proc.

– II kwartał był bardzo dobry dla kategorii piwa w Polsce, ale również dla Grupy Żywiec. Przede wszystkim już w kwietniu dotarła do nas fantastyczna pogoda i to wczesne lato utrzymało się przez cały maj i pierwsze tygodnie czerwca. Dodatkową okazją do konsumpcji były także emocje piłkarskie. W rezultacie sprzedaż piwa w Polsce w I półroczu wzrosła ilościowo o ponad 3 proc., a wartościowo jest to wzrost jeszcze większy, sięgający aż 6 proc. – mówi Małgorzata Lubelska.

Rynek piwa w Polsce jest wart około 15,3 mld zł. Z danych Grupy Żywiec wynika natomiast, że od kilku lat powoli maleje średnia zawartość alkoholu w piwach konsumowanych przez Polaków (z 5,53 proc. w 2009 roku do 5,31 proc. w 2016 roku – według Raportu Wpływu GK Żywiec 2016).

Widać wyraźnie pozytywną zmianę jeżeli chodzi o strukturę konsumpcji. Konsumenci coraz częściej sięgają po droższe piwa, jakościowe, szukają różnorodności. Maleje natomiast udział bardzo tanich piw, sprzedawanych w cenie 2 zł albo niższej – mówi Małgorzata Lubelska. – To jest bardzo dobra zmiana, która pozytywnie wpływa na nasz wynik. Grupa Żywiec jest zdecydowanym liderem w segmencie premium. Sprzedaż naszych marek premium rosła najszybciej w I półroczu – Żywiec, Heineken, Desperados oraz nasza najnowsza marka Dziki Sad zanotowały bardzo wysokie wzrosty sprzedaży. 

– Bardzo ważne jest również, aby wspomnieć o wszystkich innowacjach, które wprowadzamy na rynek. To przede wszystkim Żywiec bezalkoholowy i wszystkie nasze radlery. Te piwa również przyczyniają się do wzrostu przychodów osiąganych przez Grupę Żywiec. Wzrost przychodów z każdego hektolitra piwa o 6 proc. przyczynił się także do wzrostu zysku operacyjnego, który wyniósł 176 mln zł za I półrocze bieżącego roku – dodaje Piotr Nowakowski, dyrektor ds. finansowych Grupy Żywiec.

Grupa Żywiec wprowadziła w tym roku na rynek kilka nowości, m.in. nowy wariant specjalności Żywiec Sesyjne IPA, nowy wariant smakowy Piwa Dziki Sad i rozszerzyła ofertę piw bezalkoholowych wprowadzając ja na rynek pod nazwą Strefa Zero.

 W tym roku postawiliśmy na rozwój zupełnie nowego segmentu piw i radlerów bezalkoholowych i tutaj wprowadziliśmy bardzo szeroką ofertę. Oprócz znanego i lubianego Żywca Bezalkoholowego wprowadziliśmy zupełnie nowy wariant Heineken 0.0.%. Znacznie poszerzyliśmy też ofertę naszych radlerów 0.0.%. Oprócz lubianej cytryny mamy dwa nowe smaki grejpfrut i pomarańcza, a także jabłko i mięta – mówi Małgorzata Lubelska.

– Jesteśmy w środku sezonu, czyli najważniejszego okresu dla naszej branży, więc koncentrujemy się przede wszystkim na egzekucji naszej strategii i realizacji planów na 2018 rok. Naszą strategią jest podnoszenie wartości sprzedaży z każdego hektolitra piwa. Koncentrujemy się przede wszystkim na budowie naszego portfela marek – dodaje Piotr Nowakowski.

Protekcjonizm i wojny handlowe USA hamują wzrost euro i złotówki

Protekcjonizm Stanów Zjednoczonych i tzw. wojny handlowe to bardzo niekorzystny czynnik dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz walut wschodzących, ponieważ stanowi jedną z przyczyn ich słabości. Bardzo bolesny pod tym względem był drugi kwartał. Dane o aktywności gospodarczej – poza USA – zaskakiwały negatywnie. Doprowadziło to do umocnienia dolara i spadku euro. Wszystko wskazuje jednak, że okres słabości powoli się kończy. Widać poprawę licznych wskaźników, szczególnie w Europie. Pojawiły się także inne czynniki negatywne dla dolara.

– Prezydent Donald Trump w swojej wypowiedzi zaznaczył, że nie chce mocnej waluty, ale nadal prowadzi wojny handlowe. Taka kombinacja oznacza, że najgorszy okres dla euro jest za nami. Istnieje szansa na pewne odbicie wspólnej waluty, jak i walut wschodzących – w tym także złotego – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, analityk ING Banku Śląskiego – Pozostaje jednak ryzyko wojen handlowych. W najbliższym czasie presja Stanów Zjednoczonych w tym zakresie zapewne się nie zmniejszy. Prezydent Trump zyskuje w sondażach dzięki prowadzonej retoryce. Protekcjonistyczne komentarze, pomysły na wprowadzenie nowych ceł prawdopodobnie będą kontynuowane aż do wyborów cząstkowych w USA w październiku. To negatywny czynnik, który pozostanie z nami w najbliższym czasie i będzie ograniczał możliwość odbicia euro, wspólnej waluty i złotego w perspektywie miesiąca czy dwóch. Koniec roku powinien być jednak lepszy, polityka protekcjonistyczna zapewne osłabnie i stworzy miejsce na umocnienie wspomnianych walut – podsumował Benecki.

Po mundialu rośnie popularność Chorwacji. Już w tym roku może przyciągnąć rekordową liczbę turystów

Po mundialu rośnie popularność Chorwacji. Już w tym roku może przyciągnąć rekordową liczbę turystów 2

Na fali piłkarskich mistrzostw świata rośnie popularność Chorwacji. To nie tylko efekt spektakularnych zwycięstw reprezentacji i awansu do finału mistrzostw świata. Kibiców ujęło również zachowanie Prezydent Chorwacji, która na mecze przyleciała samolotem rejsowym, a na stadionie była razem z kibicami. W internecie furorę robiły nagrania z 5-letnim Luką Modriciem, czyli gwiazdą reprezentacji. Spot promocyjny Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej skrócony na potrzeby półfinału i finału w ciągu kilku dni obejrzało 2,5 mln osób. To wszystko może sprawić, że w 2018 roku Chorwację odwiedzi rekordowa liczba turystów.

– W ciągu kilku dni cały świat usłyszał o chorwackiej reprezentacji w piłce nożnej. Wszystko dzięki wielkiemu hartowi ducha, ambicji i ogromnej konsekwencji w dążeniu do celu. Mimo że zajęli tylko albo aż drugie miejsce, to i tak cała opinia publiczna na świecie okrzyknęła ich absolutnie zwycięzcami w sensie moralnym tego finału – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Puszczewicz, dyrektor Przedstawicielstwa Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej w Polsce.

Chorwacja podbiła serca kibiców na całym świecie. Nie była zaliczana do największych faworytów mundialu, tymczasem doszła aż do finału, po drodze wygrywając z piłkarskimi potęgami, m.in. Argentyną czy Anglią. Jeszcze w trakcie mistrzostw w mediach społecznościowych pojawiały się wpisy, że Chorwaci skradli serca kibicom. Po przegranym finale z Francją 2:4 w sieci nie brakowało zdjęć świętujących – mimo porażki – kibiców. W tym samym momencie we Francji, po zdobyciu trofeum, na ulicach doszło do zamieszek.

– Te chorwackie, ciepłe zachowania, takie jak pani prezydent, która przyleciała samolotem rejsowym na mecze reprezentacji i przebrała się w koszulkę, była razem z kibicami, to są absolutnie normalne zachowania dla Chorwatów, którzy są bardzo spontanicznymi, ciepłymi ludźmi – przekonuje Agnieszka Puszczewicz.

Do wzrostu sympatii do Chorwacji przyczyniła się prezydent Kolinda Grabar-Kitarović, która na trybunach kibicowała ubrana w koszulkę z tradycyjną szachownicą, a po meczu w szatni żywiołowo cieszyła się z piłkarzami po kolejnych zwycięstwach.

– Chorwacka reprezentacja przyczyniła się do wzrostu popularności Chorwacji na świecie. Spot Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej, specjalnie wyprodukowany na potrzeby półfinału i finału mistrzostw świata, okazał się absolutnym hitem. W ciągu kilku dni obejrzało go ponad 2,5 mln osób, a milion z nich zareagowało na niego, lajkując lub przesyłając dalej – wskazuje dyrektor Przedstawicielstwa Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej w Polsce.

Po emisji spotu strona internetowa Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej zanotowała wzrost wejść na stronę o 250 proc. rdr.

W sieci hitem okazał się też reportaż o atakach wilków na bydło nakręcony w 1990 roku przez Pavle Balenovicia w górach Velebit. Wszystko za sprawą Luki Modricia, obecnego kapitana reprezentacji Chorwacji, który pojawia się przez chwilę w filmie. W jednej ze scen widać 5-letniego Modricia, który prowadzi stado kóz do domu. Filmik został zamieszczony w internecie rok temu, w ciągu kilku miesięcy obejrzało go kilkadziesiąt tysięcy osób. Po informacji, że pastuszek w reportażu to kapitan reprezentacji, film ma już ponad pół miliona wyświetleń.

– Media społecznościowe rozgrzały się do czerwoności, notujemy rekordowe liczby. Myślę, że ta popularność będzie się przekładała jeszcze przez parę kolejnych miesięcy, być może nawet lat, na to, że ludzie będą chcieli przyjeżdżać do Chorwacji – przekonuje Agnieszka Puszczewicz.

Chorwacja już w 2017 roku zanotowała rekordowe zainteresowanie turystów. Kraj odwiedziło 18,5 mln osób, które wykupiły blisko 102 mln noclegów. Także Polacy chętnie spędzają wakacje w Chorwacji – w 2017 roku odwiedziło Chorwację prawie milion Polaków, którzy zrealizowali ponad 6 mln noclegów.

Upadłość konsumencką ogłasza ponad 6 tys. Polaków rocznie. Złagodzenie przepisów może tę liczbę znacząco zwiększyć

Upadłość konsumencką ogłasza ponad 6 tys. Polaków rocznie. Złagodzenie przepisów może tę liczbę znacząco zwiększyć 3

Już 18 osób dziennie składa w Polsce wniosek o upadłość konsumencką. Rocznie na taki krok decyduje się kilka tysięcy osób. Zdaniem ekspertów ich liczba powinna być jednak przynajmniej kilkukrotnie większa. Pomóc może w tym zmiana przepisów umożliwiająca ogłoszenie upadłości także osobom, które popadły w tarapaty finansowe ze swojej winy. Upadłość konsumencka wbrew powszechnej opinii nie jest postępowaniem, w którym syndyk puszcza dłużnika w skarpetkach. To zaspokojenie wierzycieli i druga szansa dla konsumenta – podkreślają eksperci.

Skala upadłości konsumenckiej narasta wręcz lawinowo. Od czasu zmiany przepisów ogłoszono już kilka tysięcy postępowań, obecnie ogłasza się już prawie dwadzieścia postępowań dziennie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Roch Pietrzak, wiceprezes PMR Restrukturyzacje.

Z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej wynika, że od stycznia do końca czerwca 2018 roku z upadłości konsumenckiej skorzystało ponad 3,2 tys. osób (2,7 tys. rok wcześniej). W skali roku będzie ich prawdopodobnie ponad 6,5 tys. przy 5,5 tys. w 2017 roku, co oznacza wzrost o 17,8 proc. Mimo tej imponującej dynamiki w porównaniu do krajów Europy Zachodniej, gdzie rocznie ogłasza się kilkadziesiąt tysięcy upadłości, to wciąż niewiele.

Upadłość konsumencka to narzędzie pozwalające dłużnikom uwolnić się od spirali długów, w którą popadli z rożnych przyczyn. W takiej sytuacji ustawodawca dopuścił rozwiązanie prawne pozwalające na oddłużenie takiej osoby po to, aby ona wróciła do normalnego obiegu gospodarczego, aby nie była w szarej strefie i w przyszłości mogła normalnie pracować, zarabiać, a nie jak to się działo w latach poprzednich, ukrywać się przed komornikiem przez lata – tłumaczy Maciej Roch Pietrzak.

Upadłość konsumencka została wprowadzona w życie już w 2009 roku, jednak początkowo – ze względu na obostrzenia – rocznie korzystało z niej zaledwie kilkadziesiąt osób. Dopiero od 2015 roku liczba postępowań rośnie. Od tego czasu skorzystało z niej około 14 tys. osób. Ze względu na liberalizację przepisów dłużników, którzy zdecydują się na taki krok, powinno być zdecydowanie więcej.

Kolejne nowelizacje, które mają być wprowadzone w życie, dodatkowo jeszcze te postępowania udrażniają, m.in. po to, aby sądy były w stanie ich więcej przeprowadzać. Także po to, by z tego rozwiązania mogły skorzystać osoby, które mają trudności ze skorzystaniem z obsługi prawnej lub popadły w zadłużenie z jakichś konkretnych przyczyn, do tej pory niepozwalających ogłosić upadłości konsumenckiej – wskazuje wiceprezes PMR Restrukturyzacje.

Projekt resortu sprawiedliwości zakłada, że upadłość konsumencką będzie można ogłosić niezależnie od tego, czy i w jakim stopniu wina leży po stronie dłużnika. Dotychczas sąd oddalał wniosek, jeśli dłużnik sam doprowadził do swojej niewypłacalności lub zwiększył ją umyślnie, wskutek własnego niedbalstwa. To może oznaczać, że do sądów zacznie się zgłaszać więcej osób, które dotychczas nie mogły ogłosić upadłości.

– Upadłość konsumencka, wbrew powszechnej opinii, nie jest postępowaniem, w którym syndyk puszcza dłużnika w skarpetkach. Upadłość konsumencka ma na celu doprowadzić do racjonalnego, możliwie najwyższego zaspokojenia wierzycieli, ale nie kosztem potrzeb życia codziennego – mówi ekspert.

Postępowanie upadłościowe zasadniczo prowadzi do spieniężenia całego majątku, jednak przepisy chronią np. przed bezdomnością. Z sumy uzyskanej ze  sprzedaży nieruchomości dłużnikowi przekazuje się kwotę odpowiadającą przeciętnemu czynszowi najmu mieszkania w tej samej lub sąsiedniej miejscowości za okres do dwudziestu czterech miesięcy.

– To okres, kiedy może nastąpić stabilizacja życiowa, ustabilizowanie dochodów. W tym czasie rodzina nie jest windykowana. Można zacząć normalne życie, realizację planu spłat wyznaczonego przez sąd, a po odpowiednim okresie wyznaczonym przez sąd następuje całkowite oddłużenie i powrót do normalnego życia – tłumaczy Maciej Roch Pietrzak.

Zobowiązania spłaca ponad 15 mln Polaków – nie tylko kredyty hipoteczne, lecz także niewielkie chwilówki i pożyczki. Z terminową spłatą nie radzi sobie ponad 2,5 mln osób, a w takiej sytuacji łatwo wpaść w spiralę zadłużenia. Upadłość konsumencka to dla nich druga szansa.

To okres próby, ale także działanie prewencyjne, aby dany dłużnik mógł na dotychczas popełnionych błędach nauczyć się, jak należy budżetować finanse rodzinne, zwiększyć ostrożność, zaciągając kredyty. Sąd wyznacza okres spłat, w którym należy regulować zobowiązania w określonej przez sąd wysokości. Nie można zaciągać innych zobowiązań przekraczających zakres zwykłego zarządu, a po tym okresie próby następuje oddłużenie. Można zacząć życie od nowa bez ciężaru spiętrzonego, wieloletniego długu – podkreśla Maciej Roch Pietrzak.

Specustawa mieszkaniowa oznacza więcej tanich mieszkań. Inwestycje deweloperskie znacznie przyspieszą

Specustawa mieszkaniowa oznacza więcej tanich mieszkań. Inwestycje deweloperskie znacznie przyspieszą 4

Obecnie w Polsce brakuje prawie trzech milionów mieszkań. Specustawa mieszkaniowa, która czeka na podpis prezydenta, ma pomóc w walce z tym problemem. Krótszy będzie czas przygotowania inwestycji mieszkaniowej, uruchomione zostaną też tereny pokolejowe, poprzemysłowe, powojskowe i rolne. Obecnie w Polsce jest nawet 900 tys. hektarów trudnych terenów, ale za to dobrze położonych i skomunikowanych. Dzięki specustawie przyspieszy program Mieszkanie Plus.

Specustawa mieszkaniowa to instrument, który pozwoli szybko uruchomić tereny dzisiaj trudne, tzn. tereny pokolejowe, powojskowe, poprzemysłowe i rolne, których w polskich miastach mamy 900 tys. hektarów. Ich przekształcenie pod budownictwo mieszkaniowe trwałoby bardzo długo. W Warszawie plan zagospodarowania to nawet 10 lat, co trzeci plan trwa dłużej niż 3 lata, im większe miasto, tym trwa to dłużej. Przy terenach trudnych ten okres byłby z pewnością długi, a nam zależy na tym, żeby budować szybciej na dostępnych cenowo terenach pod budownictwo mieszkaniowe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Nowe prawo pozwoli na uruchomienie gruntów, które dotąd nie były brane pod uwagę przy budownictwie mieszkaniowym. Ma też wprowadzić standardy urbanistyczne zróżnicowane ze względu na liczbę mieszkańców. Dzięki specustawie okres przygotowania inwestycji mieszkaniowych ma się skrócić z pięciu lat do roku. Łatwiej będzie uzyskać zgodę na budowę, zwłaszcza na terenach bez planu zagospodarowania przestrzennego. Potrzebna będzie zgoda ze strony samorządu.

To najważniejsze założenie tej ustawy – szybciej oznacza taniej, większa podaż gruntów oznacza więcej dostępnych terenów pod budownictwo mieszkaniowe. Im więcej dostępnych terenów i bardziej zróżnicowana oferta w zakresie budownictwa mieszkaniowego, tym lepiej dla ostatecznego klienta, który będzie chciał wynająć mieszkanie w ramach programu Mieszkanie Plus lub kupić – przekonuje Artur Soboń.

Ustawa określa m.in. odległości inwestycji od przedszkola, szkoły czy przystanku komunikacji publicznej. Wymaga zapewnienia dostępu do drogi, sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz sieci elektroenergetycznej.

Z trybu specustawy będzie mógł skorzystać każdy inwestor, pod warunkiem że spełni wysokie standardy urbanistyczne zapisane wprost w ustawie. Ten tryb zakłada np. konieczność przygotowania wcześniej koncepcji urbanistyczno-architektonicznej, która będzie wpisywać ten teren w przestrzeń już istniejącą. Ta poprzeczka wobec inwestora jest zawieszona wyżej, za to otrzyma on szansę na to, aby realizować tę inwestycję szybciej i to jest najważniejsza zaleta tej ustawy – podkreśla przedstawiciel MIiR.

To o tyle istotne, że według różnych szacunków w Polsce brakuje nawet trzech milionów mieszkań. Według Eurostatu na tysiąc osób przypada ok. 366 lokali (przy średniej europejskiej 460 lokali). W programie Mieszkanie Plus, który miał rozwiązać problem, w budowie jest ok. dwa tysiące lokali. Dzięki wprowadzonym zmianom do przyszłego roku rząd planuje uruchomić budowę stu tysięcy mieszkań w ramach tego programu.

Dzisiaj to nie konsument jest królem rynku, deweloper narzuca reguły gry, ustala wysokość marży, decyduje o podaży – zaznacza Artur Soboń. – Chcemy, aby dzięki uwolnieniu terenów i skróceniu procedur na rynku główny był jednak konsument. Wydaje nam się, że ta ustawa jest krokiem w tym kierunku. Deweloperzy, którzy dzisiaj mają bank ziemi i trzymają wysokie marże, stracą na tym projekcie, natomiast zyska BGKN i samorządy, które będą chciały realizować szybko inwestycje mieszkaniowe np. na terenach po PKP czy Poczcie Polskiej.

W Polsce co roku na śmietnik trafia żywność warta 14 mld euro. Z takim marnotrawstwem pomagają walczyć nowe technologie

W Polsce co roku na śmietnik trafia żywność warta 14 mld euro. Z takim marnotrawstwem pomagają walczyć nowe technologie 5

W Polsce każdego roku marnuje się około 9 mln ton jedzenia wartego ok. 14 mld euro. Na śmietnik trafiają najczęściej pieczywo, wędliny, warzywa, owoce i jogurty. Przeterminowane produkty i ich późniejsza utylizacja to również problem sprzedawców, którzy notują przez to straty finansowe. W walce ze zjawiskiem marnowania żywności mogą pomóc nowe technologie, które zmieniają proces zamawiania towaru tak, żeby uniknąć późniejszych nadwyżek i marnotrawstwa.

Co roku w Europie marnuje się około 88 mln ton żywności, a straty z tego tytułu sięgają ok. 143 mld euro. Polska zajmuje pod tym względem niechlubne, piąte miejsce – każdego roku Polacy wrzucają do kosza średnio 9 mln ton żywności wartej blisko 14 mld euro. To blisko 250 kg w przeliczeniu na osobę. Do marnowania żywności przyznaje się średnio co trzeci Polak. Jak wynika z raportu Kantar Millward Brown dla Federacji Polskich Banków Żywności, na śmietnik trafiają najczęściej pieczywo, wędliny, warzywa, owoce i jogurty.

 ONZ szacuje, że ponad 30 proc. jedzenia jest marnowane. Polska ze swoimi 9 mln ton zajmuje bardzo niechlubne piąte miejsce w Europie. W przeliczeniu na osobę daje to 250 kg. To tak jakby każdy z nas codziennie, idąc do pracy czy szkoły, wyrzucał kilogram żywności do śmieci. Dlaczego tak się dzieje? Jako społeczeństwu żyje nam się lepiej, a żywność jest stosunkowo tania. To skłania konsumentów do nadmiernych zakupów, a sklepy detaliczne do nadmiernego zamawiania, tak żeby zaspokoić potrzeby klientów i zaoferować im szeroki wachlarz w każdym momencie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Białkowska, dyrektor finansowy INEOGroup.

Jak podkreśla, największe wyzwania związane z marnowaniem żywności to utrzymujące się na wysokim poziomie ubóstwo i liczba osób, których nie stać na produkty żywnościowe. Według danych ONZ na świecie jest już ponad 815 mln osób, które cierpią z powodu głodu, a od 2016 roku ta liczba wzrasta.

Sama produkcja żywności – zwłaszcza produkcja zwierzęca – nie jest obojętna dla środowiska. Rolnictwo, głównie hodowlę bydła, uważa się za jedną z głównych przyczyn emisji gazów cieplarnianych, które przyczyniają się do globalnego ocieplenia klimatu. W przewodzie pokarmowym zwierząt wytwarzany jest metan, gaz o dużej zdolności zatrzymywania ciepła w atmosferze. Według różnych szacunków hodowla bydła odpowiada za kilkanaście procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

– Dodatkowo zużywa się przy tym gigantyczne ilości wody pitnej, niewspółmierne do produkowanych ilości. Każdemu z nas powinno zależeć na racjonalnym gospodarowaniu jedzeniem – mówi Katarzyna Białkowska. – Obecnie przepisy prawa nie stanowią bariery w dystrybuowaniu nadwyżek żywności. Jednakże ciągle brakuje systemowego i technologicznego wsparcia sklepów detalicznych czy konsumentów.

W procesie sprzedaży marnowanie żywności może być spowodowane zamawianiem niewłaściwych produktów czy zbyt dużą ich liczbą, a następnie gromadzeniem ich w magazynach. W walce z tym problemem może pomóc technologia. Specjalizująca się w dostarczaniu oprogramowania dla biznesu spółka INEOGroup zaprojektowała system informatyczny, który ułatwia sprzedawcom proces zamawiania towaru i optymalizuje go tak, żeby uniknąć nadwyżek i marnotrawstwa. Mogą z niego korzystać zarówno duże sieci, jak i mali handlowcy. System iXpos, umożliwiający optymalizację procesów sprzedażowych, może być wykorzystywany zarówno w tradycyjnym handlu, jak i kanałach e-commerce oraz m-commerce.

– iXpos pomaga zatowarować sklep, sugerując zamawianie produktów o dobrej rotacji. W odpowiednim momencie wskazuje te o krótkim terminie przydatności, żeby w wygodny sposób zgłosić je do banków żywności. Tym samym sprzedawca, używając programu iXpos, będzie w pełni wspierać działania zmniejszające marnowanie żywności – mówi Witold Miśniakiewicz, prezes zarządu INEOGroup. – Głównym celem informatycznego wsparcia jest taka budowa funkcjonalności algorytmów, aby odbywało się to w tle codziennych procesów wykonywanych w sklepach za pomocą systemów sprzedażowych.

iXpos łączy procesy back-office (dostawy, inwentaryzacje, zatowarowanie, rozrachunki i raportowanie) z programem kasowym, wyposażonym w moduły promocyjne i lojalizacyjne. Co istotne, może być wykorzystywany przez sprzedawców jako rozwiązanie chmurowe. Jednocześnie bezpośrednio przyczynia się do ograniczenia marnowania żywności, dzięki zaawansowanym funkcjom, takim jak algorytmy pozwalające na optymalizację zamawianej ilości towaru, informacje o stanach magazynowych online, analizator utraconych korzyści z powodu marnowania produktów wraz z zaawansowanymi raportami.

– Wpływa to na ograniczenie strat, a tym samym oszczędza pieniądze właścicieli sklepów, i to z dwóch stron – ogranicza wydatki na towary, które i tak się nie sprzedadzą, równocześnie zmniejszając koszty utylizacji produktów przeterminowanych – dodaje Krzysztof Łukaszek, wiceprezes zarządu INEOGroup.

Jak podkreśla, system może być stosowany zarówno w małych sklepach, jak i w sieciach złożonych z kilkunastu placówek.

Również branża nie jest ograniczeniem. Innowacyjne podejście do tworzenia oprogramowania spowodowało powstanie systemu ponadbranżowego, Dzięki temu iXpos znajdzie zastosowanie w sklepach spożywczych, odzieżowych, AGD czy wyposażenia wnętrz, jak również w sklepach specjalistycznych, np. mięsno-wędliniarskich – wyjaśnia Krzysztof Łukaszek. – Istotnym elementem jest sposób licencjonowania systemu iXpos. Dajemy klientom możliwość zarówno zakupu licencji, jak i dzierżawy oprogramowania, umożliwiając tym samym obniżenie kosztów inwestycji.

Podpis elektroniczny nowej generacji dostępny za darmo dla polskich przedsiębiorców. Nowa platforma pozwala błyskawicznie podpisywać dokumenty przez Internet

Podpis elektroniczny nowej generacji dostępny za darmo dla polskich przedsiębiorców. Nowa platforma pozwala błyskawicznie podpisywać dokumenty przez Internet 6

Postępująca cyfryzacja sprawia, że coraz więcej spraw możemy załatwić za pośrednictwem komputera lub urządzeń mobilnych. Dzięki nowej platformie podpisywanie umów będzie jeszcze łatwiejsze – będziemy mogli wykonać tę czynność zdalnie, po zalogowaniu się do usługi działającej w chmurze, a wszystkie podpisane dokumenty zostaną automatycznie zarchiwizowane. To odpowiedź na bardzo żmudny i czasochłonny proces podpisu elektronicznego.

– Wchodzimy do systemu SignHero, rejestrujemy się, następnie wgrywamy swój dokument .pdf, który chcemy podpisać z naszym klientem lub kontrahentem, i zapraszamy go do podpisu. Klient nie musi mieć konta w tym systemie, jednym kliknięciem może złożyć swój podpis elektroniczny. Dokument jest opatrzony tzw. pieczęcią elektroniczną, gdzie jest dokładnie opisane, kto podpisał z obydwu stron ten dokument, w jakim momencie czasowym oraz z jakiego numeru IP komputera. Co jest istotne, tego typu podpis elektroniczny jest prawnie wiążący w Polsce ­– mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Sekutowicz z firmy Avaintec.

Korzystanie z podpisu kwalifikowanego, który służy do sygnowania dokumentów elektronicznych, jest obecnie mocno utrudnione. Użytkownik musi wnosić opłaty licencyjne, korzystać ze specjalnego oprogramowania oraz specjalnego czytnika do karty kryptograficznej. Z tego powodu niewiele osób wykorzystuje go do podpisywania umów z pracodawcą lub usługodawcą.

Nowa platforma upraszcza tę procedurę, a korzystanie z podpisu cyfrowego będzie mniej uciążliwe i czasochłonne. Platforma SignHero pozwoli przechowywać i przetwarzać cyfrowe umowy znacznie prościej, niż miało to miejsce dotychczas – wystarczy się zalogować na stronie internetowej, zarejestrować się na służbowy lub prywatny e-mail i podać imię oraz nazwisko.

– Mówi się, że to jest platforma dla leniwych, ponieważ chcemy, żeby klienci skupiali się tylko na tych rzeczach, które są dla nich istotne. Podpisywanie dokumentów i ich archiwizowanie nie jest istotne dla firm, istotne jest to, co kryje się pod tymi dokumentami. Chcemy, żeby ten proces był bardzo prosty, najprostszy z możliwych i uważam, że to jest najprostsza platforma tego typu na świecie­ – twierdzi Tomasz Sekutowicz.

Konieczność wdrożenia uproszczonej wersji podpisu elektronicznego dostrzegł także polski rząd. Rada Ministrów zapowiedziała wdrożenie programu wymiany starych dowodów na takie wyposażone w tzw. profil osobisty, czyli system elektronicznej weryfikacji tożsamości. O nowe, bezterminowe dowody będzie można zabiegać już od przyszłego roku. Dowody elektroniczne sprawdzą się tam, gdzie portale pokroju SignHero nie znajdą zastosowania. Umożliwią uwierzytelnianie tożsamości w ramach usług administracji publicznej oraz skorzystanie z kwalifikowanego podpisu elektronicznego. E-dowód będzie także wyposażony w aplikację ICAO z preinstalowanym zdjęciem naszej twarzy, dzięki któremu szybciej odprawimy się na lotnisku.

– Jest kilka przykładów użycia, w których nie możemy tego zrobić za pomocą SignHero, bo polski ustawodawca zastrzegł, że muszą te dokumenty być w formie pisemnej. Natomiast 96 proc. dokumentów prywatnych czy w obrocie gospodarczym można za pomocą naszej platformy podpisywać. Co istotne, klient nie musi zakładać konta, żeby podpisać dokument. Może to zrobić, jeśli chce automatycznie archiwizować swoje dokumenty – dodaje ekspert.

Z badan firmy Zion Market Research wynika, że w 2017 roku wartość światowego rynku społecznościowych usług chmurowych wyniosła 1,57 mld dol. Szacuje się, że do 2024 roku osiągnie wartość 9,22 mld dol., wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 28,73 proc.

Dostęp do SignHero dla polskich przedsiębiorców jest bezpłatny.

Krótsze terminy przedawnienia długów. Nowe przepisy uderzą w rynek handlu długami

W lipcu weszła w życie zmiana Kodeksu cywilnego oraz niektórych innych ustaw, której istotą jest skrócenie terminów przedawnienia długów, wprowadzenie zmian do przepisów regulujących zasady egzekucji i w efekcie wzmocnienie praw dłużników, a w szczególności konsumentów, przy jednoczesnym zachowaniu środków mających uniemożliwić dłużnikowi uchylenie się od egzekucji.

Podstawową zmianą jest skrócenie podstawowego terminu przedawnienia roszczenia z dziesięciu do sześciu lat. Pozostawiono trzyletni termin przedawnienia dla roszczeń związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej oraz dotyczących świadczeń okresowych, np. czynszu najmu i dzierżawy.

Analogicznie skrócono również okresy przedawnienia roszczenia stwierdzonego prawomocnym orzeczeniem albo ugodą – do sześciu lat (lub trzech lat w przypadku roszczeń dotyczących świadczeń okresowych).

Jako koniec biegu przedawnienia przyjmuje się ostatni dzień roku kalendarzowego, w którym upływa termin, chyba że termin przedawnienia jest krótszy niż dwa lata.

Zmiana podyktowana była trudnościami dowodowymi, gdyż po upływie zbyt długiego okresu, często trudno wykazać zarówno samo roszczenie, jak również jego ewentualne wygaśnięcie.

– Według ustawodawcy, sześć lat to wystarczający okres aby wierzyciel podjął czynności zmierzające do egzekucji roszczenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Mieszkiełło, Lider Praktyki Korporacyjnej w kancelarii prawniczej Ożóg Tomczykowski. – Zatem nowe rozwiązanie, zgodnie z zamierzeniami ustawodawcy, ma mieć charakter dyscyplinujący strony.

Istotną zmianę stanowi wzmocnienie praw konsumentów. Dotychczas, nawet gdy upłynął okres przedawnienia roszczenia, sąd rozpoznając sprawę mógł to wziąć pod uwagę jedynie, gdy dłużnik sam podniósł taki zarzut. W związku z niską świadomością praw konsumentów wiele powództw podlegało uwzględnieniu pomimo przedawnienia.

– Obecnie sąd jest już zobowiązany do zbadania czy roszczenie jest przedawnione i jeśli po analizie materiału dowodowego stwierdzi, że upłynął termin przedawnienia, powództwo zostanie oddalone bez konieczności podejmowania czynności przez dłużnika – wyjaśnia mec. Michał Mieszkiełło.

Sądowi przyznano również uprawnienie do rozważenia interesów obu stron, aby w wyjątkowych przypadkach mógł nie uwzględniać upływu terminu przedawnienia, jeżeli wymagają tego względy słuszności.

Wspomnieć należy, że zmianie ulegają również przepisy k.p.c. dotyczące egzekucji wierzytelności z rachunku bankowego. Obecnie bank po otrzymaniu od komornika zawiadomienia o zajęciu rachunku bankowego zablokuje środki na rachunku i będzie zobowiązany do przekazania tych środków na rachunek bankowy komornika po upływie 7 dni od dnia doręczenia zawiadomienia o zajęciu. Rozwiązania te dają dłużnikowi czas na podniesienia sprzeciwu, jeśli egzekucja jest nieuzasadniona. Wyjątkiem od tej zasady mają być bieżące alimenty lub renta, które bank będzie niezwłocznie przekazywał z zajętego rachunku na rachunek bankowy komornika.

Wejście w życie ustawy może mieć duży wpływ na obrót portfelami wierzytelności konsumentów (handel długami), a także wpłynie na zmniejszenie zainteresowania sekurytyzacją takich portfeli, z uwagi na utratę możliwości dochodzenia roszczeń pomimo upływu terminu ich przedawnienia.

Widmo wojny handlowej z USA oddaliło się od Europy

W tym tygodniu odbyło się spotkanie Donalda Trumpa z szefem Komisji Europejskiej, Jeanem-Claudem Junckerem. Obaj jego uczestnicy potwierdzili, że chcą uniknąć wojny handlowej miedzy USA a Unią Europejską. Jak dotąd wydaje się, że protekcjonizm USA będzie dotyczył jednak wyłącznie Chin. Stanowisko wypracowane na spotkaniu na linii USA-UE miało bardzo pozytywny wpływ na złotówkę. Dzięki temu, że sytuacja na rynkach wyraźnie się uspokoiła, polska waluta w tym tygodniu mogła się umocnić. W piątek rano jej kurs był na poziomie 4,29 EUR/PLN. Złotemu pomogły również wyniki stopy bezrobocia, która wynosi już tylko 5,9%. Kurs eurodolara w tym czasie był notowany na poziomie 1,16 EUR/USD.

EBC pozytywnie widzi gospodarczą przyszłość strefy euro i całej Europy. Wg EBC ryzyko dla gospodarki strefy euro jest zrównoważone, a inflacja powinna do końca roku wynosić około 2% lub trochę niżej. PKB w tym roku, wg Komisji Europejskiej, powinno wzrosnąć o 2,1%. Stosunkowo dobre perspektywy prognozują gospodarce europejskiej również wskaźniki wyprzedzające. Na przykład opublikowane w tym tygodniu indeksy nowych zamówień w strefie euro były lepsze niż oczekiwano. Indeks ten w usługach osiągnął poziom 54,4 pkt., a w sektorze produkcyjnym 55,1 pkt. W obu przypadkach te wskaźniki przewidują ekspansję gospodarczą.

Gospodarka europejska pomimo umiarkowanego spowolnienia nadal ma względnie pozytywne fundamenty. Wojny handlowe mogą dotknąć Europę raczej tylko w skutek gorszej sytuacji w gospodarce światowej, spowodowanej wzrostem protekcjonizmu między USA a Chinami.

AKCENTA CZ a.s.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu uwaga rynków może być mniej skupiona na geopolityce i sporach handlowych, a na pierwszy plan wyjdą publikacje makro oraz decyzje banków centralnych. Bank Japonii powinien utrzymać politykę bez zmian, choć nie brakuje spekulacji o niespodziance. Posiedzenie FOMC może być najmniej ekscytujące w drodze do wrześniowej podwyżki stóp procentowych. Od Banku Anglii oczekuje się podwyżki już teraz, choć komentarz ją otaczający może być gołębi. Poza tym tradycyjnie na starcie nowego miesiąca mamy wysyp indeksów PMI/ISM, odczytów inflacji i raport z rynku pracy USA.

Przyszły tydzień: FOMC/NFP/ISM z USA, PMI/PKB/HICP z Eurolandu, BoE/PMI z Wlk. Brytanii, PMI/CPI z Polski, BoJ, sprzedaż detaliczna z Australii, raport RBA, rynek pracy z NZ, PKB z Kanady

Dane z USA pozostają solidne i po najwyższej od czterech lat dynamice PKB w II kw., kolejny miesiąc powinien udowodnić podtrzymanie tempa. Indeksy SIM (śr, pt) mogą nieco się cofnąć po wyśmienitych wynikach w czerwcu, ale rejony 59 pkt wciąż są bardzo dobre. Raport z rynku pracy (pt) powinien potwierdzić, że zatrudnienie rośnie blisko 200 tys., stopa bezrobocia powinna wrócić pod 4 proc. po zeszłomiesięcznym wyskoku, a płace mają kontynuować trend wzrostowy. Jakkolwiek są to pozytywne informacje, tak w większości są zdyskontowane przez USD, więc będą miały małe szanse na wzmocnienie waluty. Podobnie komunikat po posiedzeniu FOMC (wt-śr) raczej nie będzie zawierał niczego, co byłoby zaskakujące dla rynku. Fed pozostaje na drodze do wrześniowej podwyżki stóp procentowych, która jest wyceniona w 80 proc.

EUR utknęło w konsolidacji, a posiedzenie EBC nie zaoferowało nic, co by mogło pomóc we wzrostach. Potrzeba świeżego impulsu, najlepiej w postaci mocnych danych, które podsycą oczekiwania na przyspieszenie ożywienia i szybszą zmianę nastawienia banku centralnego, który na razie nie zamierza podnosić stóp procentowych co najmniej jeszcze przez rok. W przyszłym tygodniu PMI będą już mnie istotne niż wstępne odczyty z tego tygodnia. Na pierwszym planie będzie inflacja i PKB (wt). W szczególności, gdyby inflacja bazowa wypadła powyżej 1 proc., wówczas EUR może dostać paliwa do aprecjacji.
Po posiedzeniu Banku Anglii (czw) większość rynku oczekuje podwyżki, ale seria rozczarowujących danych makro w ostatnich tygodniach przemawia za tym, że będzie to „gołębia podwyżka”, tj. bez sygnałów, że kolejna nastąpi prędko. GBP może obserwować budowanie pozycji przed posiedzeniem, ale bez oczekiwań jastrzębich niespodzianek, odwrót po decyzji może być silny. Kwestia Brexitu przycichła, od kiedy brytyjscy politycy poszli na urlop (aż do września), ale to ani nie zaszkodzi, ani pomoże funtowi. Odczyty indeksów PMI (śr-pt) powinny być solidne.

W Polsce przełom miesiąca przynosi wstępny szacunek CPI (wt) oraz raport PMI dla przemysłu (śr). Oczekujemy, że roczna dynamika cen utrzyma się na 2 proc., stąd nie wymuszając reakcji NBP. Z kolei sytuacja w przemyśle pozostaje dobra, co powinno zostać odzwierciedlone we wzroście wskaźnika PMI do 54,5 z 54,2. Rynek nie ma obecnie powodu, by sprzedawać złotego i póki z rynku zewnętrznego nie dochodzą niepokojące wieści (Chiny, wojny handlowe), ślimacze osuwanie się EUR/PLN wydaje się pójściem po linii najmniejszego oporu.

Oczekujemy, że Bank Japonii na lipcowym posiedzeniu (pon-wt) nie dokona zmian parametrów polityki monetarnej. W ostatnim tygodniu żywe były spekulacje na bazie doniesień prasowych, że BoJ rozważa uelastycznienie polityki skupu aktywów, by odpowiedzieć na problem pogorszenia zysków instytucji finansowych, ale lipiec wydaje nam się zbyt wczesnym terminem na takie decyzje i bank dopiero co rozpocznie dyskusje w swoim gronie. Nowe prognozy powinny wskazać na obniżenie ścieżki inflacji, co wzmocni przekonanie, że BoJ pozostanie w ekspansywnym nastawieniu jeszcze na długo. Ryzyka dla JPY przeważają po negatywnej stronie.

Z Australii otrzymamy bilans handlowy (czw), sprzedaż detaliczną (pt) i raport RBA nt. polityki monetarnej (pt). Dane powinny wypaść po pozytywnej stronie, pchając AUD wyżej, ale przy silnej postawie USD i ciągnącym się sporze handlowym USA-Chiny pozostajemy pesymistycznie nastawieni do perspektyw Aussie w dłuższym horyzoncie. Rynek zdaje się podzielać to zdanie i gasi wszelkie wzrosty AUD/USD im bliżej 0,7450. RBA nie ma zbyt wiele pola, by wybrzmieć optymistycznie, a zwrócenie uwagi na problemy z płynnością zadłużonych gospodarstw domowych mogą budować gołębie oczekiwania przed posiedzenia banku w następnym tygodniu.

Kwartalny raport z rynku pracy Nowej Zelandii (śr) powinien wskazać kontynuację poprawy z rosnącym zatrudnieniem i wynagrodzeniami – dwoma argumentami wspierającymi dyskusje o zmianie neutralnego nastawienia RBNZ. Dobre dane plus spokój w temacie globalnego handlu dają podstawę do wzrostów kiwi, ale w dłuższym horyzoncie widzimy więcej zagrożeń i szans, więc w odbiciu szukalibyśmy okazji do sprzedaży.
W Kanadzie najważniejsze będą majowe PKB (wt) i bilans handlowy (pt). Wzrost gospodarczy według konsensu ma wynieść 0,3 proc. m/m, silny wynik, który potwierdzi solidne zaplecze fundamentalne dla zacieśniania polityki pieniężnej. Po bilansie oczekuje się zawężenia deficytu w czerwcu, co także powinno być pozytywną informacją. Rynek powściągliwie wycenia ścieżkę zacieśniania w wykonaniu BoC (70 proc. szansy na podwyżkę do końca roku), zatem na fali dobrych danych jest pole do dostosowania oczekiwań i dopóki rynek znowu nie zakręci się wokół tematu wojen handlowych, USD/CAD może schodzić niżej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Największe spadki na rynku surowców w I połowie 2018 r.

Spośród surowców najbardziej w pierwszym półroczu staniał cukier. Europejscy rolnicy mają więc powód do zmartwień. W dalszej kolejności największe spadki dotyczyły aluminium o palladu.

– Ceny cukru spadły o 20 proc., co jest związane z bardzo wysoką podażą tego surowca – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Podaż bardzo wzrosła, gdy w UE zniesiono limity produkcyjne.

UE przez wiele lat chroniła rolników, subsydiując uprawiających buraki cukrowe, w zamian za zmniejszenie upraw do ilości wynikającej z przyjętych limitów. Ta zasada chroniła też polskich rolników. Tracili na tym rolnicy z najbiedniejszych krajów. Po zniesieniu limitów rolnicy zwiększyli uprawy, choć było wiadomo, że nadmiar cukru wywoła spadek cen.

Na surowcowych rynkach po cukrze najbardziej straciło aluminium. Ceny spadły, pomimo nałożenia ceł przez USA, w ramach wojen handlowych. Ten spadek wynika z tego, że chińskie aluminium nie ma rynków zbytu.

Trzecim, największym przegranym jest pallad, zaliczany do metali szlachetnych. Spadek cen związany jest z popytem ze strony firm motoryzacyjnych.

– Pallad jest wykorzystywany do produkcji samochodowych katalizatorów, a popyt maleje ze względu na trend przechodzenia na samochody elektryczne – wyjaśnia M.Stajniak z XTB.

Kwestia lojalności, czyli jak zatrzymać klienta?

Wartość polskiej branży e-commerce szacowana jest na około 40 mld złotych. Rynek stale rośnie, jednak jedynie 30 proc. z e-sklepów działa w sieci dłużej niż 8 lat. Według sprzedawców, największymi wyzwaniami dla sektora handlu internetowego są wysokie koszty pozyskiwania klientów (CAC), brak scentralizowanej bazy danych klientów i transakcji oraz wysoki odsetek jednorazowych zakupów. W jaki sposób zwiększyć zatem lojalność klienta, żeby chciał wrócić do sklepu?

Sklepy internetowe korzystają z różnych metod, żeby zatrzymać klienta. Kuszą promocjami i rabatami, nawiązują dialog z użytkownikiem oraz budują relacje poprzez personalizację przesyłanych komunikatów. Jednak jednym ze skuteczniejszych rozwiązań zatrzymania klienta na stronie sklepu oraz sprawienia, żeby wrócił w przyszłości, wydają się być platformy lojalnościowe, pozwalające na dostosowanie poszczególnych parametrów oferty do konkretnego użytkownika.

Rozwiązania oparte na Open Source

Jednymi z najczęstszych barier branży e-commerce są wysokie koszty oraz długi czas wdrożenia. W celu sprostania tym wyzwaniom firmy stosują rozwiązania Open Source. Przykładem platformy bazującej na otwartym środowisku jest Open Loyalty, narzędzie klasy enterprise, zaprojektowane przez Divante. Pozwala ono na zwielokrotnianie liczby interakcji klientów, bez względu na rozmiar sklepu online.

W Divante zawsze byliśmy skupieni na technologiach napędzających biznes – w szczególności e-commerce. Platforma Open Loyalty powstała w odpowiedzi na konkretne potrzeby klientów. Naszym celem było zaoferowanie użytkownikom gotowego do użytku rozwiązania, dostępnego on-, jak i offline, łączącego funkcjonalności lojalnościowe i grywalizacyjne – tłumaczy Piotr Karwatka, CTO w Divante.

Dostarczanie usługi w modelu SaaS (Software as a Service) pozwala Open Loyalty na oferowanie pełnego zakresu funkcji lojalnościowych, a także narzędzi do tworzenia szeregu aplikacji. Umożliwia udostępnianie m.in. modułów lojalnościowych dla e-commerce, programów motywacyjnych dla zespołów sprzedażowych czy programów lojalnościowych z obsługą aplikacji mobilnych.

Bezpieczeństwo i skalowalność

Aby mieć pewność, że nasza infrastruktura Private Cloud spełni oczekiwania Divante, zaoferowaliśmy firmie miesięczny okres testowy. Pracownicy działu IT Divante mogli zdobyć praktyczne doświadczenie i zaznajomić się z rozwiązaniem przed podjęciem decyzji. Testy przebiegły sprawnie, po czym firma zdecydowała się na zaadaptowanie nowej infrastruktury chmurowej – komentuje Artur Słowik Presales Engineer w polskim oddziale OVH.

Kluczowymi wymogami, które zadecydowały o wdrożeniu infrastruktury OVH, były dla nas bezpieczeństwo i skalowalność. To kluczowe, ponieważ platformy lojalnościowe przetwarzają ogromne ilości danych osobowych. OVH daje nam ten komfort, gwarantując ochronę danych naszych klientów – dodaje Piotr Karwatka z Divante.

Platforma Open Loyalty zbudowana jest na otwartym kodzie źródłowym, co umożliwia wprowadzanie zmian i dostosowywanie jej do własnych potrzeb. Zawiera gotowe do użycia funkcjonalności lojalnościowe i grywalizacyjne. Kod aplikacji dostępny jest na platformie GitHub.

Open Loyalty pomaga w rozwiązywaniu czterech głównych problemów biznesowych, z którymi borykają się właściciele sklepów internetowych. Są to: niepowracanie klientów do sklepu po dokonaniu jednorazowej transakcji; zmniejszanie roli silnej i wyniszczającej konkurencji cenowej; brak możliwości budowania trwałej relacji z klientem, a także duże koszty pozyskania nowych kupujących i niewystarczającą efektywność kampanii reklamowych, mających na celu ich pozyskanie.

Opodatkowanie VAT i PCC pożyczki od spółki dla członka zarządu – komentarz do wyroku NSA, sygn. akt II FSK 1105/16

W kwietniu 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny zakończył toczącą się trzy lata batalię pomiędzy przedsiębiorcą a organami administracji państwowej oraz sądami, w której spór toczył się o ustalenie obowiązku podatkowego z tytułu zawartej pomiędzy członkiem zarządu spółki a spółką umowy pożyczki. Sąd przyznał rację fiskusowi. Podatnicy znów zapłacą więcej.

Stan faktyczny

Organy podatkowe prowadziły kontrolę w spółce z o.o. W toku podejmowanych przez nie czynności stwierdzono, że spółka w marcu 2014 r. zawarła z członkiem zarządu przedwstępną umowę pożyczki. Umowa właściwa została natomiast zawarta w czerwcu 2014 r. W sumie, w wyniku umowy, na konto członka zarządu trafiła kwota 2 750 000 zł. Pożyczkobiorca nie zapłacił podatku od czynności prawnych. Dyrektor Izby Skarbowej w Kielcach, rozpatrując niniejszą sprawę, stwierdził, że pożyczka nie została udzielona w ramach prowadzonej przez spółkę działalności gospodarczej, ponieważ w Krajowym Rejestrze Sądowym nie wskazano usług pośrednictwa finansowego, jako przedmiotu działalności, a nadto była to czynność jednorazowa. Z uwagi na to, po stronie pożyczkobiorcy zaktualizował się obowiązek podatkowy. Organ wyliczył należne świadczenie na kwotę 54 900 zł (liczone według stawki 2%). Podatnik wniósł skargę na wydaną decyzję do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Kielcach. Zaskarżonej decyzji zarzucił błędną wykładnię przepisów ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych oraz ich niewłaściwe zastosowanie, a także brak zebrania pełnego i rzetelnego materiału dowodowego. Podatnik stwierdził, że organy administracji błędnie przyjęły, że czynność, o której mowa nie została dokonana w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. W szczególności nie ma ona charakteru jednorazowego. W ocenie skarżącego postępowanie winno zatem zostać umorzone. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Kielcach przyznał rację Dyrektorowi Izby Skarbowej w Kielcach, nie dopatrując się jednocześnie naruszenia wskazanych w skardze przepisów. Podatnik zwrócił się wówczas ze skargą kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Rozstrzygnięcie NSA

Naczelny Sąd Administracyjny, wydając rozstrzygnięcie w sprawie, zwrócił uwagę na treść przepisów ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych, odnoszących się do zakresu tego obciążenia. Zgodnie z tą regulacją, warunkiem wyłączenia z opodatkowania podatkiem od czynności cywilnoprawnych jest opodatkowanie podatkiem od towarów i usług lub zwolnienie z tego podatku jednej ze stron czynności cywilnoprawnej. Zasadniczym elementem sprawy było zatem ustalenie, czy jedna ze stron zawartej umowy pożyczki jest podatnikiem VAT oraz, czy spółka udzieliła skarżącemu pożyczki w ramach działalności gospodarczej, rozumianej jako wszelka działalność producentów, handlowców lub usługodawców, w tym podmiotów uzyskujących zasoby naturalne oraz rolników, a także działalność osób wykonujących wolne zawody, również wówczas, gdy czynność została wykonana jednorazowo w okolicznościach wskazujących na zamiar wykonywania czynności w sposób częstotliwy. Naczelny Sąd Administracyjny nie dopatrzył się uchybień ze strony organów administracji oraz Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i w konsekwencji oddalił skargę kasacyjną.

Podatek od czynności cywilnoprawnych, a podatek VAT

W niniejszej sprawie dyskusja toczyła się zatem wokół zakwalifikowania podjętej czynności prawnej – zawarcia umowy pożyczki – jako podpadającej pod obowiązek podatkowy, wynikający z ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych lub ustawy o podatku od towarów i usług. Niewątpliwie korzystniejszym rozwiązaniem dla podatnika byłoby przypisanie tej czynności obowiązku VAT-owskiego, ponieważ daje to duże możliwości, chociażby w zakresie odliczenia VAT. Podatek od czynności cywilnoprawnych, jako przypisany do osób fizycznych, generuje natomiast wyłącznie stratę po stronie podatnika.

Wyrok NSA to żadna nowość…

W 2016 r. pojawiła się jeszcze nadzieja na zbudowanie korzystnej dla podatników linii orzeczniczej. Wtedy to Dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach wydał interpretację indywidualną z 26 sierpnia 2016 r., znak IBPB-2-1/4514-363/16-1/DP, w której stwierdził, że spółka wykorzystuje swój majątek w sposób ciągły w celach zarobkowych, co stanowi działalność gospodarczą i mimo że czynność ta miała charakter jednorazowy, a tego typu działalność nie została wpisana do Krajowego Rejestru Sądowego, należy uznać, że podlega opodatkowaniu w oparciu o ustawę o podatku od towarów i usług.

Jednak obecnie, stanowisko Naczelnego Sądu Administracyjnego niejako przypieczętowało forsowaną od kilku lat koncepcję prezentowaną przez organy administracji. Co więcej, jest to już kolejna z serii niekorzystnych dla podatników interpretacji w zakresie rozliczania różnego rodzaju tytułów podatkowych. Jako przykład takich rozstrzygnięć można wskazać chociażby interpretację Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 7 maja 2018 r., znak 0112-KDIL3-3.4011.105.2018.1.DS, w której to organ uznał, że zbycie praw i obowiązków w spółce osobowej nie stanowi działalności gospodarczej, a zatem podatnik w takiej sytuacji zapłaci podatek według ogólnej skali podatkowej (32% przy przekroczeniu limitu dochodów), a nie podatek liniowy (19%).

Ryzykowne „zaciskanie pasa”

Coraz bardziej restrykcyjne interpretacje przepisów obowiązującego prawa podatkowego, powodują, że przedsiębiorcy płacą coraz więcej. Wiele spółek oraz jednoosobowych działalności gospodarczych nie jest w stanie udźwignąć tak dużych obciążeń podatkowych i przenosi swoje firmy za granicę bądź zmuszana jest do głębokiej restrukturyzacji, czy nawet ogłoszenia upadłości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Raport Salesforce: większość handlowców na świecie nie wykona w tym roku planów sprzedażowych

W tegorocznym międzynarodowym badaniu „Salesforce State of Sales 2018” przeanalizowano najważniejsze ogólnoświatowe trendy w sprzedaży. W opublikowanym raporcie czytamy m.in., że sztuczna inteligencja przyczyni się do wzrostu zatrudnienia w handlu oraz że większość firm z powodu wewnętrznych obciążeń administracyjnych i silosowego przetwarzania danych nie zrealizuje założonych planów sprzedaży.

W trzeciej dorocznej edycji raportu „State of Sales” Salesforce analizuje najważniejsze trendy ogólnoświatowej w sprzedaży. Aż 58% konsumentów i 77% nabywców B2B uważa, że rozwój technologii w ostatnich latach miał znaczący wpływ na zmianę ich oczekiwań wobec firm oferujących produkty i usługi. Zmienność oczekiwań klientów wymusza na firmach modyfikowanie strategii sprzedażowych. Jednak zespołom sprzedażowym coraz trudniej jest sprostać oczekiwaniom klientów z powodu nadmiaru zadań administracyjnych. Obecnie handlowcy średnio spędzają zaledwie jedną trzecią czasu pracy na sprzedaży i interakcji z klientami. Nic dziwnego, że aż 57% przedstawicieli handlowych ma przekonanie, iż nie zrealizuje w tym roku założonych planów sprzedaży.

Ten stan rzeczy może zmienić upowszechnianie w firmach narzędzi i technologii do szybkiej i dynamicznej analizy danych opisujących klientów – ich zwyczajów zakupowych, zachowań, preferencji, itd. Jednak aby odnieść korzyść z posiadanych i stale gromadzonych danych, potrzebne są narzędzia do ich integracji, szybkiego przetwarzania i udostępniania w najdogodniejszej formie, w tym m.in. sztuczna inteligencja (Artificial Intelligence – AI). Sprawy wcale nie ułatwia obowiązujące od maja RODO (europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych), które wprowadziło szereg praw do ochrony danych obywateli i pozwala nakładać na przedsiębiorstwa wysokie kary finansowe za wykroczenia w tym zakresie.

Większość zespołów sprzedażowych jest przekonana, że AI będzie się bardzo szybko rozwijać, ponieważ dzięki wszechstronnej analizie informacji i wskazywaniu szans sprzedażowych technologia pozwala znacznie zwiększyć produktywność i skuteczność handlowców. Szacuje się, że wykorzystanie AI w sprzedaży wzrośnie do 2020 r. o 155%. Co ciekawe, badanie wykazało, że wdrażanie przez firmy AI w obszarze handlu nie pociąga za sobą redukcji kadr. Przeciwnie – stymuluje wzrost zatrudnienia.

O badaniu:

Raport „State of Sales” bazuje na międzynarodowym badaniu przeprowadzonym w 2018 r. przez Salesforce na grupie 2908 pełnoetatowych specjalistów w działach sprzedaży: przedstawicieli handlowych, dyrektorów i managerów, pracowników odpowiedzialnych za rozwój biznesu. Badaną grupę podzielono na trzy kategorie pod względem dynamiki sprzedaży. High performers (24%) to firmy, które z roku na rok osiągają ponadprzeciętny wzrost obrotów. moderate performers (69%) to firmy wykazujące przeciętną dynamikę sprzedaży. Underperformers (7%) – firmy o dynamice sprzedaży poniżej średniej.

Kluczowe wnioski z raportu:

  • 78% nabywców biznesowych chciałoby, by sprzedawcy wchodzili w rolę zaufanych indywidualnych doradców,
  • 82% klientów z sektora B2B oczekuje podobnego poziomu jakości obsługi jak przy zakupie produktów i usług w sektorze B2C,
  • przedstawiciele handlowi poświęcają na sprzedaż zaledwie 34% swojego czasu pracy, przez co ponad połowa z nich (57%) sygnalizuje, że nie da rady wykonać w tym roku założonych planów sprzedaży,
  • firm o ponadprzeciętnych wynikach w sprzedaży (high performers) 1,5 razy częściej od firm poniżej średniej (underperformers) opierają prognozy sprzedażowe na analizie dostępnych danych, podczas gdy underperformers 1,7 razy częściej prognozują na podstawie intuicji,
  • w ciągu dwóch lat poziom wykorzystania przez firmy do celów sprzedażowych sztucznej inteligencji wzrośnie o 155%,
  • 76% firm (w tym te, które wdrożyły narzędzia sztucznej inteligencji) zwiększyło w ciągu dwóch ostatnich lat zatrudnienie w działach sprzedaży. Przeciętnie zatrudnienie rosło o 7%, przy średnim wzroście sprzedaży o 6%,
  • przez ostatnie 3 lata ponad połowa handlowców (60%) aż trzykrotnie zwiększyła ilość wirtualnych kontaktów z klientami,
  • do 2020 roku ilość aplikacji mobilnych wykorzystywanych przez firmy do sprzedaży mobilnej wzrośnie o 70%,
  • 77% pracowników sprzedaży twierdzi, że wewnętrzna współpraca między działami w firmie jest ważna dla poprawy wyników, jednak tylko 49% zespołów sprzedaży ma dostęp do zintegrowanych rozwiązań, które łączą w sobie i udostępniają dane o klientach pochodzące z wielu źródeł.

Duże wymagania klientów i zbyt mało czasu na sprzedaż

Wysoka jakość produktów i niskie ceny w dzisiejszym świecie nie zawsze wystarczają, by przekonać do zakupu. Klienci wymagają dziś przede wszystkim zapewnienia spójnych i satysfakcjonujących doświadczeń w relacji z firmą i użytkowną marką. Co ważne dla sektora B2B, aż 82% nabywców korporacyjnych chce, by dostawcy zapewniali im tę samą jakość doświadczeń, jaką są w stanie zapewnić dostawcy dóbr konsumenckich. a aż 78% oczekuje od sprzedawców, by pełnił rolę zaufanego doradcy doskonale znającego wymagania i oczekiwania nabywcy.

Zadowolenie klienta CSAT (Customer Satisfaction Score – CSAT) staje się dla działów sprzedaży jedną z podstawowych miar sukcesu. CSAT jako wartościowy miernik nie ma jednak na tyle jasno określonych kryteriów, by mierzyć wpływ zespołu sprzedaży na dostarczanie odpowiedniego doświadczenia klienta (customer experience). Bardziej miarodajne dane o satysfakcji klienta daje współczynnik rekomendacji NPS (Net Promoter Score), którego zastosowanie wśród firm systematycznie rośnie. Z badania Salesforce wynika, że wśród KPI dla działów sprzedaży najwyższym przewidywanym wzrostem w ciągu kolejnych 2 lat cieszyć się będą następujące wskaźniki:

  • NPS – wzrost o 118%,
  • Pipeline – wzrost o 105%,
  • Wartość klienta CLV (Customer Lifetime Value) – wzrost o 94%.

Dostosowanie się do nowej rzeczywistości sprzedażowej dyktowanej przez klientów utrudnia sprzedawcom chroniczny brak czasu. Obecnie przedstawiciele handlowi poświęcają zaledwie 34% czasu pracy na aktywności bezpośrednio prowadzące do sprzedaży i związane z interakcjami z klientami. Większość czasu pochłaniają operacje związane z biurokratycznymi i administracyjnymi procedurami narzuconymi przez organizacje. Dlatego aż 57% handlowców nie wierzy w to, iż zrealizuje w tym roku plany sprzedaży.

W planowaniu i segmentacji dane wspierają tylko część firm

Obecnie połowa wszystkich zespołów sprzedażowych twierdzi, że ich prognozy bazują na analizie dostępnych danych, jednak 16% zespołów wciąż w budowaniu planów kieruje się jedynie intuicją. Segmentację leadów opartą na analizie danych przeprowadza już tylko jedna trzecia firm. Większość w segmentacji trzyma się tak podstawowych kryteriów jak skala potencjalnego klienta czy lokalizacja.

Sztuczna inteligencja nie odbierze sprzedawcom pracy

Spośród wszystkich technologii adaptowanych przez firmy na użytek sprzedaży sztuczna inteligencja (AI) znajduje się na topie. Szefowie sprzedaży szacują, że do 2020 r. wykorzystanie AI wzrośnie o 155%. Upowszechnianie w firmach sztucznej inteligencji wywołuje w firmach obawy o utrzymanie pracy – również w działach sprzedaży. Jednak w AI nie jest wdrażana, by ograniczyć koszty pracy, ale by lepiej zrozumieć potrzeby klientów, móc szybko na nie reagować i jednocześnie odciążyć pracowników z czynności administracyjnych i biurowych. Co istotne, istnieje pozytywna korelacja między stopniem wykorzystania AI a dynamiką zatrudnienia. Trzy czwarte działów sprzedaży, które już wykorzystują sztuczną inteligencję, systematycznie zatrudnia nowych pracowników.

Prawie połowa badanych firm uważa, że sztuczna inteligencja będzie miała istotny wpływ w modelowanie i doskonalenie systemów sprzedaży zgodnie z oczekiwaniami klientów. Zespoły, które już wykorzystują narzędzia AI, obserwują związane z tym korzyści: 85% z nich twierdzi, że dzięki temu pracownicy są znacznie skuteczniejsi i bardziej produktywni.

Dominacja wirtualnej sprzedaży

Wg 60% handlowców, w ciągu ostatnich 3 lat zmniejszyła się ilość osobistych spotkań z klientami na rzecz kontaktów wirtualnych. Średnio czas spędzony przed ekranem wzrósł 3,2-krotnie. Ponieważ kontakt z klientem oraz sama sprzedaż coraz częściej odbywa się online, znajduje to odzwierciedlenie w rekrutacji. Przeciętnie zatrudnienie personelu do obsługi wirtualnych kontaktów z klientami wzrosło od 2015 r. o 7%. Co ciekawe, firmy z kategorii high performers 2,3 razy częściej od underperformers zwiększają zatrudnienie w wewnętrznych zespołach sprzedażowych i 2,7 razy częściej zatrudniają dodatkowych specjalistów od rozwoju sprzedaży. Najpopularniejszym narzędziem wspierającym sprzedaż wirtualną są mobilne aplikacje sprzedażowe. Do roku 2020 ich wykorzystanie wzrośnie o 70%.

Ucieczka z silosów

Ponieważ klienci oczekują od firm personalizowanych interakcji na wszystkich etapach współpracy i „podróży zakupowej” szefowie sprzedaży starają się pogłębiać współpracę wewnętrzną – z działami marketingu i obsługi klienta. Aż 77% zespołów sprzedażowych twierdzi, że współpraca z innymi działami w firmie jest kluczowa dla realizacji wysoko postawionych celów. Zachodzi wyraźna korelacja – im lepsze wyniki finansowe firm, tym wyższy poziom współpracy wewnątrz organizacji. Należy jednak pamiętać, że dla uzyskania pełnego 360-stopniowego obrazu klientów, firmy muszą sięgać po rozwiązania zdolne integrować, przetwarzać i udostępniać w wygodnych interfejsach dane pochodzące z różnych źródeł. Obecnie niespełna połowa (49%) zespołów sprzedaży ma takie w pełni zintegrowane systemy, podczas gdy reszta wciąż bazuje na silosowym, rozproszonym przetwarzaniu danych o klientach.

Salesforce zwraca również uwagę, iż sposobem na wyjście z silosów jest poszerzanie sprzedaży dzięki rozwojowi kanałów i programów partnerskich. Ważne by partnerzy byli wyposażeni w odpowiednie narzędzia takie jak zarządzanie szansami sprzedaży, zautomatyzowane wprowadzenie danych oraz fundusze na rozwój marketingu.

Co się zmienia w trendach sprzedażowych?

Od ubiegłej edycji Raportu State of Sales nie minęły nawet dwa lata i choć większość obserwacji i trendów związanych z procesem sprzedaży pozostała aktualna, w krótkim czasie można zaobserwować pewne zmiany. W ubiegłorocznej edycji nie znalazły się informacje dotyczące:

  • trzykrotnego wzrostu liczby kontaktów wirtualnych z klientami,
  • coraz większych trudności w realizacji planów sprzedażowych wynikających z przeciążenia handlowców operacjami biurowymi i administracyjnymi,
  • wzrostu zatrudnienia w wewnętrznych działach sprzedaży towarzyszącego upowszechnianiu wysokich technologii, w tym sztucznej inteligencji,
  • silnego wzrostu aplikacji mobilnych do obsługi sprzedaży,
  • stosowania wskaźników bezpośrednio powiązanych z customer’s experience. Obok Customer Satisfaction Score (CSAT) rośnie wykorzystanie pomiarów w zakresie NPS, przepływu leadów (pipeline), ogólnej wartości klienta (CLV),

Raport dostrzega również rolę kanałów partnerskich w procesie sprzedaży, konieczność wyposażenia partnerów w rozwiązania wspomagające sprzedaż oraz odpowiednie budżety marketingowe.

Podobnie jak w poprzedniej edycji:

  • Customer Experience nadal jest kluczowym wskaźnikiem wspierającym prognozowanie sprzedaży,
  • współpraca między zespołami sprzedaży, marketingu i usług jest niezbędna do osiągnięcia płynnej i spersonalizowanej obsługi klienta,
  • nadmierna ilość zadań administracyjnych obniża skuteczność zespołów sprzedażowych,
  • istotne jest zapewnienie podobnych jakościowo doświadczeń klientom z sektora B2C oraz B2B,
  • klienci B2B oczekują, by sprzedawca był zaufanym doradcą, a nie tylko przedstawicielem handlowym,
  • dynamicznie rosną inteligentne technologie w działach sprzedaży – największy wzrost w kategorii AI,
  • ważne jest odchodzenie od silosowego zarządzania informacjami. Działy sprzedaży nie powinny działać w oderwaniu od pozostałych obszarów funkcjonalnych firmy – szczególnie marketingu i obsługi klienta.

Procent sprzedawców, którzy uznają za ważny lub bardzo ważny wpływ poniższych działań na zadowolenie klienta:

Słuchanie 78%
Zaangażowanie w odpowiednim dla klienta czasie 76%
Okazanie dbałości o szczególny 74%
Budowanie reputacji / zaufania do firmy 74%
Wykazanie się wiedzą o branży 74%
Wykazanie się wiedzą o potrzebach biznesowych 73%
Budowanie osobistych relacji 71%
Posiadanie wiarygodnych partnerów 67%
Dostarczanie referencji od klientów 62%
Wskazanie zwrotu z inwestycji 56%

10 technologii sprzedaży o najwyższym prognozowanym rozwoju w najbliższych 2 latach

Sztuczna inteligencja (AI) 155%
Marketing automation 104%
Zarządzanie systemem partnerskim: Partner Relationship Management (PRM) 95%
Automatyzacja procesu sprzedaży 86%
Rozwiązania do konfiguracji cen – Configure-price-quote (CPQ) Solution 82%
Zarządzania szansami sprzedaży 80%
Narzędzia wspierające pełen ogląd klienta (Single Customer View) 79%
Mobilne aplikacje wspierające pracę działów sprzedaży 77%
Narzędzia do poszukiwania szans sprzedaży 69%
Analiza konkurencji 68%

 

Dolar zyskuje po informacjach z Europy

Mimo słabszych danych z gospodarki, dolar amerykański zakończył wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do głównych walut i złotego.  

Dolar zyskiwał w konsekwencji spotkania Europejskiego Banku Centralnego, które wprawdzie nie przyniosło żadnych przełomowych informacji, jednak stosunkowo gołębi, a nawet miejscami wyrażający obawy ton Mario Draghiego, odstraszył inwestorów, którzy wyprzedawali wspólną europejską walutę. Na szczęście, słabość euro i siła dolara nie miały przeważającego wpływu na samego złotego, który zakończył wczorajszy dzień lekkim umocnieniem w relacji do euro i funta brytyjskiego, osłabiając się jedynie w parze z dolarem.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,28-4,30. Słabość euro związana była z gołębim komunikatem Mario Draghiego na konferencji Europejskiego Banku Centralnego. Draghi podczas konferencji wprawdzie nie wspominał o niczym czego byśmy nie wiedzieli, jednak nacisk kładziony na pogorszenie perspektyw ekspansji gospodarczej i wyczuwalna obawa związana z ryzykiem wojny handlowej skłoniły inwestorów do wyprzedaży wspólnej waluty. EBC program QE zakończy w grudniu br. (od września ograniczy skup aktywów o połowę), stopy procentowe w strefie euro zgodnie z zapowiedziami Banku pozostaną niezmienione co najmniej „przez lato 2019 r.”

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,82-4,84. Wczorajszy dzień nie przyniósł istotnych informacji z Wielkiej Brytanii. Szterlingowi nie sprzyjała wczoraj m.in. siła dolara amerykańskiego. Cały czas nie pomagają też obawy inwestorów co do negocjacji w kwestii Brexitu. W kolejnym tygodniu uwaga inwestorów skupi się na spotkaniu Banku Anglii, który w obliczu nadal wysokiej inflacji powinien po raz kolejny podnieść stopy procentowe.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,6%, wahając się w widełkach 3,65-3,69. Praktycznie wszystkie wczorajsze dane z USA, czyli kolejno dane o zamówieniach środków trwałych w czerwcu, czerwcowym bilansie handlowym i cotygodniowej liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA nieco rozczarowały, jednak nie odbiegały znacząco od oczekiwań, w związku z czym istotnie nie wpłynęły na dolara.

Dziś poznamy dane o dynamice amerykańskiego PKB w II kwartale br. (14:30). Zgodnie oczekiwaniami wyniesie ona 4,1% w ujęciu zanualizowanym i będzie najwyższa od 2014 r. Oprócz danych o PKB warto będzie zwrócić uwagę na przemówienie Jamesa Bullarda z FOMC oraz indeksy nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:20 – przemawia James Bullard z FOMC
  • 14:30 – indeks PCE i bazowy indeks PCE w USA w II kwartale br.
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów uniwersytetu Michigan w USA w lipcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Kto sporządza i zatwierdza sprawozdanie finansowe?

sprawozdanie finansoweSprawozdanie finansowe to najważniejszy raport wielu podmiotów gospodarczych. Jego rolą jest w uporządkowany sposób przedstawić sytuację majątkową oraz finansowe wyniki działalności danej jednostki. Komu można powierzyć przygotowanie takiego dokumentu? Kto zajmuje się jego zatwierdzeniem? Gdzie i w jakim terminie należy go złożyć? Na te i inne pytania znajdziesz odpowiedź w poniższym artykule.

Podkreślenia wymaga fakt, że sprawozdanie finansowe nie jest przeznaczone wyłącznie na wewnętrzne potrzeby jednostki – należy je również złożyć w takich instytucjach jak Krajowy Rejestr Sądowy czy Urząd Skarbowy. Obowiązek corocznego sporządzania takiego dokumentu spoczywa jednak wyłącznie na podmiotach prowadzących księgi rachunkowe. Co ważne, dotyczy on zarówno podmiotów zobligowanych do prowadzenia księgowości pełnej przez przepisy Ustawy o rachunkowości, jak i tych, które samodzielnie wybrały ten system ewidencyjny. Sprawozdania finansowe zobowiązane są zatem sporządzać nie tylko osoby prawne, na przykład spółki z o.o. oraz kapitałowe, ale również te spółki osób fizycznych i firmy jednoosobowe, które stosują pełną księgowość.

Kto i w jakim terminie przygotowuje sprawozdanie finansowe jednostki?

Sprawozdanie finansowe przygotowywane jest najczęściej przez zatrudnionego w jednostce specjalistę z zakresu księgowości, lub ewentualnie biuro rachunkowe, któremu na mocy odpowiedniej umowy jednostka powierzyła prowadzenie swojej księgowości. Na to drugie rozwiązanie chętnie decydują się zwłaszcza te przedsiębiorstwa z sektora MSP, które prowadzą na tyle nieskomplikowaną działalność i rozliczenia finansowe, że są w stanie obejść się bez własnych działów księgowych i kadrowo-płacowych. Korzystając z usług zewnętrznego biura obniżają koszty prowadzenia księgowości, a zarazem zachowują pewność, że sprawami księgowymi, w tym sporządzaniem sprawozdań finansowych, zajmują się wykwalifikowani i kompetentni specjaliści.

Niezależnie komu jednostka powierza przygotowanie sprawozdania finansowego, musi ono zostać sporządzone w ciągu 3 miesięcy licząc od dnia bilansowego; jeśli rok obrotowy pokrywa się z kalendarzowym, a tak jest najczęściej, dzień ten przypada na 31 grudnia.

Księgowość online a sporządzanie sprawozdań finansowych

Wielu drobnych przedsiębiorców, rozliczających swoją działalność w uproszczony sposób, na przykład za pomocą księgi przychodów i rozchodów czy też ryczałtu ewidencjonowanego, wybiera nowoczesną księgowość online. To szczególnie nie dziwi, bo zapewnia ona możliwość korzystania z bogatszej funkcjonalności niż usługi stacjonarnych biur rachunkowych, za podobną a nierzadko nawet niższą cenę.

Co ważne, na rynku można spotkać również takie usługi księgowości internetowej jak ING księgowość (https://www.ingksiegowosc.pl/ksiegowosc-pelna/doradcy-ksiegowi-kadry), które są kierowane do firm z sektora MSP i grup kapitałowych prowadzących księgi rachunkowe. Dzięki nim, klient uzyskuje dostęp do licznych udogodnień z szeroko rozumianego obszaru księgowego: szybkiego księgowania dokumentów przez specjalistów, obsługi kadrowo-księgowej czy konsultacji z zakresu przepisów księgowych. Co więcej, doradcy księgowi zapewniają też wsparcie podczas ewentualnych kontroli skarbowych, prowadzą księgi rachunkowe, a także sporządzają sprawozdania finansowe. Klient może kontaktować się z nimi zarówno telefonicznie, jak i korzystając ze specjalnego komunikatora w serwisie internetowym ING – w żadnej sprawie nie musi fatygować się do stacjonarnej placówki biura.

Zatwierdzenie sprawozdania finansowego – co oznacza i kto jest za nie odpowiedzialny?

Z przepisów Ustawy o rachunkowości wynika, że sporządzone sprawozdanie finansowe musi zostać zatwierdzone przez kierownika jednostki w ciągu 6 miesięcy od dnia bilansowego, czyli najczęściej nie później niż 30 czerwca. Dla porządku warto przypomnieć, że w zależności od formy prawnej przedsiębiorstwa, kierownikiem jednostki jest:

  • w spółkach akcyjnych i z ograniczoną odpowiedzialnością – członek zarządu lub innego organu zarządzającego,
  • w spółkach komandytowych i komandytowo-akcyjnych – komplementariusz prowadzący sprawy firmy,
  • w spółkach jawnych i cywilnych – wspólnicy prowadzący sprawy spółki,
  • w spółkach partnerskich – wspólnicy prowadzący sprawy spółki lub ewentualnie ustanowiony zarząd,
  • w firmach osób fizycznych – właściciel, czyli osoba prowadząca działalność.

Kierownik jednostki zatwierdza sprawozdanie finansowe składając na nim swój podpis, co jest równoznaczne z tym, że przyjmuje odpowiedzialność za rzetelność i prawdziwość zawartych w nim informacji, a także ich zgodność z przepisami Ustawy o rachunkowości. Poza tym, na dokumencie musi znaleźć się również podpis osoby odpowiedzialnej za powadzenie ksiąg rachunkowych jednostki.

Gdzie i do kiedy należy złożyć sprawozdanie finansowe?

Kierownik jednostki zobowiązany jest złożyć sprawozdanie finansowe w odpowiednim rejestrze sądowym, w terminie 15 dni licząc od momentu jego zatwierdzenia. Dodatkowo, do składanego dokumentu dołącza odpis uchwały lub postanowienia o zatwierdzeniu sprawozdania finansowego oraz podziału zysku bądź pokryciu straty w danym roku obrotowym, a także opinię biegłego rewidenta – jeśli podmiot podlega wymogowi badania sprawozdania.

W praktyce, wspomniane terminy dotyczące sporządzania i składania sprawozdań finansowych odnoszą się do podmiotów, które podlegają przepisom Ustawy o rachunkowości oraz obowiązkowi rejestracji w Krajowym Rejestrze Sądowym. W przypadku prowadzących księgi rachunkowe jednoosobowych działalności osób fizycznych czy spółek cywilnych osób fizycznych kwestia ta wygląda inaczej. Podmioty te, nie składają sprawozdania finansowego w KRS, lecz w Urzędzie Skarbowym – wraz z roczną deklaracją podatkową. Dla nich, ostatecznym terminem złożenia tego dokumentu jest zatem 30 kwietnia, czyli graniczna data składania rocznego zeznania podatkowego PIT.

Trójmiasto idzie po milion mkw. powierzchni biurowej

Bartłomiej Zagrodnik prezes zarządu Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Walter Herz

Trójmiasto będzie trzecim regionalnym rynkiem biurowym w Polsce poza Warszawą, którego zasoby sięgną 1 miliona mkw. powierzchni.

Trójmiejski rynek oferuje już ponad 750 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Pierwszy kwartał bieżącego roku przyniósł aglomeracji największą ilość nowej podaży w regionach – ponad 45 tys. mkw. biur. Jednym z największych, oddanych w tym czasie obiektów biurowych w Polsce była gdańska, 180 metrowa Olivia Star. Ubiegły rok również był dla Pomorza bardzo dobry, przyrost nowej powierzchni biurowej przekroczył w Trójmieście 20 proc.

W trakcie budowy na trójmiejskim rynku jest teraz ponad 170 tys. mkw. biur. Nowa powierzchnia powstaje w 9 nowoczesnych budynkach. Większość z biurowców zostanie  oddana do użytku do końca 2019 roku. Zasoby Trójmiasta zwiększają się bardzo szybko, ale by przekroczyły poziom 1 mln mkw. powierzchni, jak niedawno we Wrocławiu, będziemy musieli zaczekać jeszcze co najmniej 24 miesiące.

Oliwski hub biurowy

Największy hub biurowy Trójmiasta mieści się przy alei Grunwaldzkiej, ciągnącej się na odcinku kilku kilometrów w gdańskiej Oliwie i Wrzeszczu. Strefa biznesowa ulokowana wzdłuż arterii skupia około 40 proc. zasobów biurowych Trójmiasta. Znajdują się przy niej największe w regionie kompleksy biurowe, które zwykle budowane są etapami. I to właśnie w tym rejonie Gdańska w trakcie realizacji jest zdecydowana większość nowych, trójmiejskich biur.

W ramach inwestycji Olivia Business Centre dobiega tu końca budowa biurowca Olivia Seven, w którym znajdzie się 30 tys. mkw. powierzchni. Powstaje też Neon, ostatni z budynków kompleksu biznesowego Alchemia, realizowanego przez firmę Torus. W biurowcu, który w październiku 2019 roku zasili trójmiejski rynek ponad 35 tys. mkw. powierzchni najmu, poza biurami znajdzie się też około 1,5 tys. mkw. powierzchni usługowo-handlowej. Inwestor tego projektu rozpoczął już także przy alei Grunwaldzkiej budowę inwestycji Officyna, w której zaprojektowane zostały dwa budynki. Biurowce przyniosą aglomeracji kolejne 11 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni najmu.

Do budowy trzeciego parku biurowego na działce o powierzchni 9 tys. mkw. przy alei Grunwaldzkiej 343-345 przygotowuje się również Skanska. Firma zamierza postawić na tej parceli kilka budynków. Prace przygotowawcze do realizacji pierwszego z nich ruszyły już wiosną tego roku. Nowy, gdański czternastokondygnacyjny biurowiec ma zaoferować około 23 tys. mkw. powierzchni najmu. Kolejny budynek o podobnej wielkości ma powstać niedługo później.

Gdyńskie zagłębie biznesowe

Drugie co do wielkości zagłębie biurowe Trójmiasta mieści się w rejonie ulicy Łużyckiej w południowo–zachodniej części Gdyni, gdzie znajduje się m.in. Łużycka Office Park i kompleks Tensor. W tej strefie skoncentrowana jest jedna trzecia gdyńskiej powierzchni biurowej.  Szybko rozwijającą się lokalizacją biznesową w Gdyni są też tereny poprzemysłowe, rozciągające się wzdłuż Nadbrzeża Prezydenta. Firma Vastint Poland zrealizowała w tym rejonie już pierwszy etap wielofunkcyjnego kompleksu Gdynia Waterfront, w którym powstał m.in. budynek biurowy i przymierza się do budowy kolejnej fazy inwestycji, która przynieść ma 75 tys. mkw. powierzchni, gdzie również znajdą się obiekty biurowe.

Po gdańskiej alei Grunwaldzkiej i gdyńskim zagłębiu, trzecią co do wielkości strefą biznesową Trójmiasta jest obszar mieszczący się w centralnej części Gdańska, gdzie usytuowane są głównie nieduże biurowce, które powstawały ponad 10 lat temu. To jednak teren z dużym potencjałem, gdzie w niedługim czasie pojawią się nowe inwestycje i rozbudowywane zostaną istniejące obiekty.

Nowoczesne Młode Miasto

Postindustrialne tereny na nabrzeżach Motławy i Martwej Wisły, dzięki planowanej rewitalizacji miejskiej, zmienić się mają w bliskiej perspektywie w nową, reprezentacyjną część miasta, gdzie synergiczną całość tworzyć będą obiekty komercyjne i budynki mieszkalne oraz obszerna przestrzeń rekreacyjna. Młode Miasto, położone w centralnej części Gdańska, gdzie swoje projekty przygotowuje wielu inwestorów, łączyć ma poprzemysłowy charakter dawnych terenów stoczniowych z historycznym centrum miasta.

Większej aktywności deweloperów można spodziewać się też na obszarach sąsiadujących z gdańskim portem lotniczym im. Lecha Wałęsy, gdzie znajduje się park biurowy Allcon i BCB Business Park. Potencjał tego terenu związany jest z dużą dostępnością gruntów inwestycyjnych oraz dobrą komunikacją lotniczą i kolejową.

Rekordowy popyt na trójmiejskie biura

Na Trójmiejskim rynku biurowym prym wiedzie Gdańsk, w którym znajduje się przeszło 70 proc. powierzchni biurowej dostępnej w regionie. W Gdyni zlokalizowane jest ponad 20 proc. trójmiejskich biur, a na ekskluzywny, wypoczynkowy Sopot przypada zaledwie kilka procent zasobów rynku i w kurorcie nie są planowane żadne znaczące projekty biurowe.

Duży popyt na trójmiejskie biura, pomimo sporej nowej podaży, wpłynął ostatnio na spadek współczynnika pustostanów, który zmalał w aglomeracji do poziomu najniższego od sześciu lat. W tym roku widoczna jest kontynuacja trendu, który w ubiegłym roku przyniósł Trójmiastu rekordowy wynik, jeśli chodzi o ilość  powierzchni, jaka trafiła do najemców (114 tys. mkw.). W pierwszym kwartale br. zainteresowanie biurami na tym rynku było ponad trzykrotnie większe niż rok temu. Średnioroczna chłonność w regionie, biorąc pod uwagę ostatnich 5 lat, kształtuje się na poziomie około 85 tys. mkw. powierzchni.

Wzrost sektora BSS

Wysokie zapotrzebowanie na biura zgłaszane w Trójmieście, podobnie jak w innych miastach regionalnych, związane jest z szybkim rozwojem branży BPO/SSC. Firmy z tego sektora są tu głównym najemcą powierzchni biurowej. Odpowiadają za 65 proc. całego, ubiegłorocznego wolumenu najmu. W aglomeracji inwestują przede wszystkim podmioty z kapitałem amerykańskim i polskim, a także firmy z krajów nordyckich i Niemiec.

Trójmiasto to czwarty co do wielkości rynek biurowy w Polsce i zarazem czwarta w kraju lokalizacja pod względem inwestycji z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Firmy z tej branży zatrudniają w regionie ponad 23 tys. osób. Rynek trójmiejski może się pochwalić najwyższym procentowym wzrostem zatrudnienia w sektorze BSS w naszym kraju w okresie miedzy pierwszym kwartałem 2017 roku, a pierwszym kwartałem tego roku, który przekroczył 20 proc.

W Trójmieście działa 135 centrów usług, z których w minionym roku przybyło 14. Na tym rynku zainwestowały m.in. takie firmy jak Eltel Networks, Eurofins Digital Testing, Marine Harvest, FujiFilm Swarovski, Ricoh, Arrow, In4mo, czy Benetel.

Trójmiasto przyciąga inwestorów

Trójmiasto pod wieloma względami jest atrakcyjne dla inwestorów. To aglomeracja dysponująca w sporej części zasobów powierzchnią biurową klasy A w budynkach, które powstały w ciągu ostatnich 6 lat. Może pochwalić się także świetnie rozwinięta infrastrukturą transportową i komunikacyjną, która szczególnie w ostatnim czasie uległa znacznej poprawie.

Ponadto, 750 tysięczna aglomeracja trójmiejska jest bezkonkurencyjnym liderem w północnej Polsce, jeśli chodzi o dostęp do wykwalifikowanej kadry. Na 23 uczelniach w województwie pomorskim studiuje prawie 90 tys. osób. Zapotrzebowanie firm rośnie tu jednak dużo szybciej niż liczba dostępnych pracowników.

Poza szeroką ofertą kulturalną i handlową, Trójmiasto przyciąga również swoim nadbałtyckim położeniem, pięknymi plażami i rozległymi przestrzeniami parkowymi. Stąd lokalizacja jest interesująca, nie tylko dla nowych, młodych mieszkańców, firm lokujących tu biznes, ale także dla międzynarodowych podmiotów inwestycyjnych, które w ostatnim czasie znacznie bardziej interesują się polskimi rynkami regionalnymi.

Łączne transakcje inwestycyjne na biurowych rynkach regionalnych w Polsce w biegłym roku osiągnęły rekordową wartość 970 mln euro, dystansując Warszawę. W Trójmieście osiągnęły wartość 165 mln euro. Właściciela zmienił m.in. gdański Tryton Business House, który od firmy Echo Polska Properties kupił Griffin Premium RE.

Autor: Bartłomiej Zagrodnik, Partner w Walter Herz

Blisko 3,6 miliarda złotych obrotów Grupy Muszkieterów w Polsce w pierwszej połowie 2018 r.

0

W I połowie 2018 roku obroty wypracowane przez Grupę Muszkieterów wyniosły blisko 3,6 miliarda złotych i były o 6,7 proc. wyższe w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym. W omawianym okresie obroty Intermarché wzrosły w ujęciu rok do roku o blisko 4,5 proc., z kolei w przypadku Bricomarché osiągnęły poziom o ponad 12 proc. wyższy niż przed rokiem. Systematyczny wzrost obrotów całej Grupy, zrzeszającej polskich przedsiębiorców, jest potwierdzeniem mocnej pozycji Muszkieterów na krajowym rynku i świadczy o potencjale jej modelu biznesowego.

Grupa Muszkieterów dostrzegając w Polsce duży potencjał i szanse na dalszy rozwój przedłużyła na kolejne lata umowę najmu swojej drugiej bazy logistycznej w Mysłowicach.

Udane półrocze dla sieci Intermarché

W pierwszym półroczu 2018 roku sieć supermarketów Intermarché wraz z przymarketowymi stacjami paliw wypracowała prawie 2,5 miliarda złotych obrotów, co oznacza wzrost o prawie 4,5 proc. r/r.

Tylko w drugim kwartale powstały dwa nowe sklepy Intermarché – w Gnieźnie i Kosakowie koło Gdyni. Dodatkowo w pierwszym półroczu zostały otwarte dwie stacje paliw  – w Rawie Mazowieckiej i Koninie. Tym samym Intermarché umocniło swoją pozycję lidera w segmencie przymarketowych stacji paliw.

Marc Dherment
Marc Dherment

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami układ kalendarza w drugim kwartale oraz obowiązujący zakaz handlu w wybrane niedziele nie sprzyjały utrzymaniu tempa wzrostu  podobnego do występującego w pierwszym kwartale. Jednakże wzrost obrotów w pierwszym półroczu pozostaje na zadowalającym poziomie. W drugiej połowie roku czeka nas okres wdrażania inicjatyw handlowych w zakresie polityki asortymentowej, cenowej i promocyjnej, które istotnie przyczynią się do utrzymania dalszego wzrostukomentuje Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce.

Równolegle sieć systematycznie zwiększa swoją obecność także w kanałach mobilnych – liczba użytkowników aplikacji mobilnej Intermarché regularnie rośnie. Jedną z zalet korzystania z aplikacji jest dostęp do oferty bonów rabatowych dedykowanych wyłącznie użytkownikom aplikacji.

Grupa Muszkieterów ma również swój wkład w rozwój  zrównoważonego transportu w Polsce. W tym duchu, podjęła działania mające na celu otwarcie pierwszych stacji ładowania samochodów elektrycznych Intermarché w Ostródzie, Grajewie oraz Knurowie. Prace związane z otwarciem punktów w dwóch z tych lokalizacji są już na końcowym etapie.

Bricomarché z ponad 12-proc. wzrostem

Pierwsze półrocze bieżącego roku było bardzo udane dla supermarketów działających pod szyldem Bricomarché. Obroty sieci z sektora „dom i ogród”, wyniosły blisko 1,1 mld złotych i były wyższe o ponad 12 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym.

Wyniki pierwszego półrocza potwierdziły mocny trend wzrostowy sieci Bricomarché. Jest on efektem wytężonej pracy właścicieli i pracowników sklepów oraz centrali, a także otwarć czterech nowych supermarketów. Naszym celem jest utrzymanie wysokiego poziomu obrotów like-for-like. Pracujemy też konsekwentnie nad doskonaleniem oferty handlowej. Jesteśmy przekonani, iż podjęte przygotowania w zakresie rozwoju szyldu Bricomarché oraz dynamiki sprzedaży będą skutkowały postępującym wzrostem udziału sieci na rynku DIY ocenia Marc Dherment.

Dużym powodzeniem wśród klientów cieszą się otwarte w pierwszym półroczu sklepy Bricomarché w Poznaniu – obiekt uruchomiony w lokalizacji po sklepie sieci Castorama – oraz nowo otwarty market we Wrocławiu. Dobre wyniki obu punktów handlowych potwierdzają, że Bricomarché cieszy się zainteresowaniem i zaufaniem konsumentów również w dużych miastach. Łącznie sieć w pierwszym półroczu otworzyła cztery punkty handlowe – poza dwoma wymienionymi powyżej również w Gnieźnie i Lubartowie.

Bricomarché planuje dalszy rozwój w Polsce i uruchamianie kolejnych obiektów. W drugim półroczu sieć otworzy pięć nowych sklepów i pięć składów budowlanych, z których Klienci, za pośrednictwem sklepów Bricomarché, mogą zamawiać materiały budowlane bezpośrednio na miejsce realizowanej przez nich inwestycji. Najbliższe otwarcia dwóch składów budowlanych zaplanowane są już na sierpień, a do końca roku ma ich funkcjonować aż sześć.

Sieć Bricomarché wdraża także liczne unowocześnienia i udogodnienia, które mają na celu usprawnienie pracy. Do takiego działania można zaliczyć wdrożenie systemu Elektronicznej Wymiany Danych (EDI).

Rynek powierzchni biurowej w miastach regionalnych. Posumowanie I połowy 2018 r.

W I poł. 2018 r. na ośmiu rynkach regionalnych zasoby powierzchni biurowych powiększyły się o prawie 256 000 m kw., z czego na II kw. br. przypadło ok. 127 000 m kw. Najwyższy poziom nowej podaży odnotowano we Wrocławiu, gdzie do użytkowania oddano np. Sagittarius Business House (prawie 25 000 m kw.) i Retro Office House (ponad 18 000 m kw.). Tym samym rynek wrocławski, jako drugi po Krakowie, przekroczył 1 mln m kw. wielkości zasobów biurowych.

Na koniec I połowy 2018 roku wielkość powierzchni biurowej na rynkach regionalnych osiągnęła 4,64 mln m kw.

Obecnie, na rynkach regionalnych w budowie jest ok. 90 nowych obiektów biurowych, których dostarczenie na rynek przyniesie kolejne ok. 950 000 m kw. do końca 2020 r. Ponad połowa obecnie realizowanej powierzchni zasili dwa rynki wiodące – Kraków (ok. 30%) i Wrocław (ok. 20%). Trzecim regionem o najwyższym poziomie aktywności deweloperów jest Trójmiasto, gdzie na etapie budowy jest ok. 150 000 m kw. Warto zaznaczyć, że Trójmiasto, które przez długi czas kojarzone było wyłącznie z lokalnymi deweloperami, przyciąga kolejnych ogólnopolskich i międzynarodowych inwestorów.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. popyt netto, na powierzchnię biurową na rynkach regionalnych osiągnął ok. 205 000 m kw. Kraków i Wrocław przyciągnęły najwyższe zainteresowanie najemców. Na te dwa rynki przypadła ponad połowa popytu netto, odpowiednio ok. 30% i 25%, w dużej mierze dzięki wysokiemu zainteresowaniu firm z sektora bankowo – inwestycyjnego oraz IT. W Trójmieście, Katowicach, Łodzi i Poznaniu podpisano po ok. 20 000 m kw. umów na nowe powierzchnie lub powiększenie dotychczasowego metrażu. Stosunkowo dobrze radzi sobie rynek w Lublinie, natomiast najniższym wynikiem może pochwalić się Szczecin.

W I poł. 2018 r. na rynkach regionalnych nastąpiła poprawa średniego wskaźnika powierzchni niewynajętej o ok. 0,6 p.p. W Krakowie, pomimo wysokiego poziomu nowej podaży, duże zainteresowanie najemców pozwoliło na obniżenie wskaźnika pustostanów o ok. 0,5 p.p. do 9,3% na koniec czerwca br.

Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych Bnp Paribas Real Estate Poland
Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych Bnp Paribas Real Estate Poland

Kraków nieustannie umacnia swoją pozycję lidera biurowych rynków regionalnych umiejętnie wykorzystując swoją markę. Wydaje się, że rynek ten ma potencjał nie tylko na to, aby być „pierwszym z równych” rynków regionalnych, ale także żeby być „drugim po Warszawie” – analogicznie chociażby do Barcelony i Madrytu w Hiszpanii. Szczególnie cieszy obecność stabilnego mocnego popytu, który doskonale sobie radzi z rekordową, ciągle rosnącą podażą, czego dowodem jest spadek wskaźnika pustostanów
-Tomasz Skrzypek, Starszy Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Również we Wrocławiu wysoki poziom popytu netto pozwolił utrzymać stopę pustostanów poniżej 10%, pomimo dostarczenia na rynek ponad 100 000 m kw. nowych biur. W Trójmieście w okresie styczeń – czerwiec br. dostarczono niemal 50 000 m kw. nowej powierzchni, która została bardzo szybko wchłonięta przez rynek. Dzięki temu nastąpił znaczący spadek wskaźnika pustostanów do 6,7%.

Oddanie do użytku większości budowanych obecnie w Trójmieście biurowców planowane jest dopiero na 2019 rok, więc sytuacja rynkowa w II poł. br. nie powinna ulec fundamentalnym zmianom. -Katarzyna Best-Kuczyńska, Konsultant w Dziale Wynajmu Powierzchni Biurowych BNP Paribas Real Estate Poland

W Katowicach w efekcie oddania do użytkowania dużego projektu .KTW I, nastąpił niewielki spadek poziomu wynajęcia na koniec I kw. br. Jednak na koniec czerwca 2018 współczynnik pustostanów spadł do 10,8% i tym samym uległ on obniżeniu o ok. 0,5 p.p. w stosunku do końca 2017 r. W wyniku bardzo ograniczonej podaży nowej powierzchni bądź braku nowych obiektów, zmalała wielkość pustostanów w Poznaniu (do 7,7%), Szczecinie (do 6,8%) i Łodzi (do 8,6%). Lublin, który jest najsłabiej wykształconym rynkiem, charakteryzuje się wysoką wrażliwością na zmiany w podaży. Wzrost zasobów powierzchni biurowej o ok. 9% spowodował znaczący wzrost wskaźnika pustostanów (o ok. 2,5 p.p.) i jego powrót do wyniku odnotowanego na koniec 2017 r. W kolejnych miesiącach powinna jednak następować stopniowa absorpcja tej powierzchni.

Połowę polskiego PKB wytwarza co najwyżej 5,6 mln osób

Szacuje się, że połowę polskiego PKB wytwarza co najwyżej 5,6 mln osób pracujących przede wszystkim w spółkach kapitałowych, czyli przedsiębiorstwach mających osobowość prawną. Utrzymywanie się dużych różnic produktywności w gospodarce w połączeniu z niską aktywnością zawodową negatywnie odróżnia Polskę od krajów Europy Zachodniej. Podczas gdy w Polsce połowę wartości dodanej wypracowuje bardzo ograniczona grupa, stanowiąca tylko 26% populacji w wieku 20-64 lata, to w krajach takich jak Niemcy, Holandia, Szwecja czy Dania wskaźnik ten waha się między 38% a 42%.

Polska w ciągu ostatnich 28 lat była najszybciej rosnącą gospodarką naszego regionu oraz jednym z najszybciej rosnących krajów UE. Jeszcze w 1989 roku według szacunków Conference Board PKB na mieszkańca Polski wynosiło tylko 34% poziomu niemieckiego, a Polska była najbiedniejszym spośród państw dzisiejszej UE. W ciągu 28 lat szybki wzrost gospodarczy pozwolił na zmniejszenie luki dochodowej w relacji do Niemiec (w 2017 roku PKB na mieszkańca Polski stanowiło już 59% ich poziomu) oraz wyprzedzenie szeregu krajów (Bułgarii, Chorwacji, Rumunii, Łotwy, Grecji, a według szacunków Komisji Europejskiej także Węgier). O skali awansu Polski jeszcze lepiej od porównania z Niemcami, będącymi unijnym liderem, może świadczyć zestawienie z Hiszpanią  – w 1989 roku PKB na mieszkańca Polski było aż o 50% niższe od hiszpańskiego; w 2017 roku różnica ta spadła do 23%.

Wnioski ekspertów:

Od polityki gospodarczej będą zależały konsekwencje dużego zróżnicowania produktywności w polskiej gospodarce, które może być zarówno obciążeniem, jak i szansą.

Polityka nastawiona na „redystrybucję” naszej, wciąż mniejszej niż na Zachodzie, wartości   dodanej   spowolni   rozwój.    Zwiększanie    obciążeń    podatkowych i regulacyjnych wąskiej części pracujących w najbardziej wydajnych przedsiębiorstwach spowolni ich wzrost, natomiast preferencje i dotacje dla mniej wydajnych podmiotów osłabią bodźce dla ich pracowników i właścicieli do bardziej efektywnego wykorzystywania ich energii. Efektem będzie utrzymywanie się obecnej struktury gospodarki, w którym znaczna część osób w wieku produkcyjnym ma znikomy lub zerowy wkład w tworzenie PKB, a ewentualny wzrost ich dochodów wymaga podnoszenia podatków dla wąskiej grupy pracującej w wydajnych podmiotach.

Polityka ułatwiająca przepływ pracowników do bardziej wydajnych sektorów i większych miast oraz aktywizację zawodową osób obecnie biernych nie tylko zaowocuje ich większym wkładem w tworzenie PKB, ale także zapewni im wyższe dochody. Obecnie energia osób pracujących w niewydajnych podmiotach, ze słabo zorganizowaną pracą, bez dostępu do odpowiedniego wyposażenia (efekt niskich inwestycji), bez korzyści skali i możliwości specjalizacji jest w znacznej mierze marnowana. Jednocześnie często liczne preferencje i dotacje dla mało wydajnych podmiotów sprawiają, że pozostawanie w nich jest racjonalną, opłacalną decyzją. Przykładem takich barier może być preferencyjne traktowanie rolników (symboliczny KRUS, zwolnienie z PIT) w połączeniu z wysokim opodatkowaniem i oskładkowaniem osób w innych sektorach, które nawet już w przypadku wynagrodzenia minimalnego sięga 40%. Polityka gospodarcza zamiast wspierać trwanie mało wydajnych podmiotów i całych branż powinna z jednej strony ułatwiać im wzrost, a z drugiej umożliwiać przepływ pracowników do bardziej wydajnych podmiotów.

Draghi nie zatrząsł rynkiem

Zapowiadane na potencjalną bombę posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego nie było bombą. Pomimo słabszych danych w USA inwestorzy i tak woleli wczoraj dolara od euro.

Zawiedzione nadzieje w Europie

Wczorajsza konferencja prasowa zawiodła europejskich inwestorów. Wielu analityków wskazywało, że już koniec tak taniego kredytu w Unii. Europejski Bank Centralny nie zmienił jednak polityki monetarnej. Na konferencji prasowej potwierdzono, że do grudnia będzie trwał program skupu aktywów a stopy pozostaną na obecnym poziomie przynajmniej do lata 2019 roku. Jaki ma to wpływ na rynki? Wiele państw w Unii, które prowadzą nierozważną politykę finansową zadłużając się ponad miarę robi to niemal bezkarnie. W momencie gdy EBC przestanie skupować aktywa na rynku za de facto drukowane pieniądze, a rynkowa stopa procentowa wzrośnie może się zacząć dramat. Może się okazać, że południe kontynentu powróci do spirali zadłużenia. Aż strach pomyśleć co się stanie jeżeli połączy się to ze spowolnieniem w gospodarce. Jak zareagowały waluty? Euro straciło na wartości względem dolara. Spadek nie był jednak zbyt silny i wynosił około 0,5%. To dlatego pomimo tego, że za euro płacimy dzisiaj podobnie jak wczoraj za dolara musimy zapłacić mniej więcej dwa grosze więcej.

Słabsze dane z USA

W momencie gdy Mario Draghi zaczynał mówić mieliśmy publikację serii danych z amerykańskiej gospodarki. Mowa o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych oraz zamówieniach na dobra. Wnioski o zasiłek okazały się właściwie zgodne z oczekiwaniami. Słabiej wypadły za to zamówienia. Dane te podawane są w dwóch wariantach. Wersja na dobra bez środków transportu rośnie o 0,4% przy oczekiwanych 0,5%. Dla takich danych 0,1% to nie jest istotne odchylenie. Ważniejsze były jednak zamówienia na dobra trwałego użytku, które rosły o 1% a oczekiwano 3%. Pomimo tego dolar zyskiwał na wartości. Głównym powodem była tutaj jednak reakcja europejskich inwestorów, którzy przerzucali pieniądze na drugą stronę atlantyku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wstępne dane na temat PKB,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Firmy coraz częściej sięgają po cyfrowe, interaktywne metody reklamy. Cyfrowe bilbordy pozwalają na interakcję z klientami

Firmy coraz częściej sięgają po cyfrowe, interaktywne metody reklamy. Cyfrowe bilbordy pozwalają na interakcję z klientami 7

Dzięki upowszechnieniu się Internetu, branża reklamowa szybciej reaguje na zapotrzebowanie klienta. W czasie rzeczywistym informuje o nowych promocjach. Firmy wykorzystujące rozwiązania z zakresu Digital Signage mogą zrezygnować z drukowania ulotek i bilbordów reklamowych na rzecz cyfrowych nośników, które pozwolą z dowolną częstotliwością zmieniać wyświetlane informacje. Branża reklamowa coraz chętniej korzysta z nowych technologii. Innowacyjne bilbordy pozwalają na interakcję z klientem, a specjalne kamery monitorują skuteczność reklam.

– Dzisiaj takie rozwiązania są w różnym stopniu zaawansowania, świat idzie w tym kierunku, ponieważ zmiany, które chcemy zaproponować naszym klientom, są szybkie. Nieraz jest tak, że promocje zmieniają się w trakcie ich tworzenia i nie możemy sobie pozwalać na to, że wydrukujemy złą partię informacji. Jeśli to zrobimy, to poniesiemy ekstra koszty, które obciążą naszą firmę. Digital Signage ma w dużej mierze pomóc, żeby w bardzo prosty sposób zapobiegać tym kosztom i pozwolić klientom dynamicznie prowadzić swoją kampanię marketingową – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Zsolt Fekete, prezes zarządu Algotech Polska.

Dzięki rozwiązaniom z zakresu Digital Signage firmy mogą precyzyjnie zaplanować sposób dystrybucji materiałów reklamowych i wyświetlać je w takich miejscach, w których ich skuteczność będzie największa – na projektorach w metrze, ekranach w środkach komunikacji miejskiej czy przy ruchomych schodach w galeriach handlowych. System Quadrado od Algotech Polska dodaje do tej usługi kolejny wymiar – pozwala wchodzić w interakcję pomiędzy klientem a reklamodawcą.

– Nie skupiamy się tylko na wyświetlaniu reklamy, lecz także dajemy możliwość interakcji dynamicznej pomiędzy klientem i sprzedającym, tzn. w momencie, kiedy podchodzę do ekranu i oglądam reklamę produktu, mogę zostawić np. swój numer telefonu na tym ekranie, mogę poprosić o oddzwonienie albo wysłanie do mnie e-maila, jeśli jestem zainteresowany – tłumaczy Zsolt Fekete.

Firma Omron Electronic Components opracowała inteligentną kamerę HVC-P2 ze zintegrowanym systemem rozpoznawania obrazu. Sprzęt ten zaprojektowano z myślą o użytkownikach biznesowych, którzy chcieliby dokładnie wiedzieć, jak klient reaguje na ich reklamę oraz kto zwraca na nią uwagę. Kamera potrafi określić, w którą stronę patrzy użytkownik, jaką ma płeć, wiek oraz wyraz twarzy. Bazując na tych danych, firmy mogą nie tylko dostosowywać wyświetlane treści do odbiorcy, lecz także na bieżąco zmieniać przekaz, jeśli nie jest on wystarczająco angażujący

Rozwiązania Digital Signage zaskakująco dobrze sprawdzają się m.in. w branży hotelarskiej, w której interaktywne, cyfrowe ekrany coraz częściej wykorzystuje się do promocji produktów własnych. Wyświetlacze służą gościom jako źródło podręcznej bazy danych, gromadząc najważniejsze informacje na temat działania obiektu czy pobliskich atrakcji turystycznych, przy okazji zachęcając do odwiedzenia hotelowej restauracji czy SPA.

– Korzyści, które płyną z Digital Signage, są wielowątkowe, przede wszystkim oszczędzamy czas i koszt prowadzenia druku klasycznego, co prowadzi do wystawienia billboardów lub ulotek. Możemy dynamicznie zarządzać w czasie zmianą, możemy prowadzić regionalizację, tzn. w jednym województwie chcemy inaczej promować nasz produkt, w innym województwie bardziej stawiamy na jakość, w innym na cenę. Możemy dywersyfikować tę samą reklamę, możemy to zrobić centralnie, więc mamy nad tym pełną kontrolę – przekonuje ekspert.

Według analityków Research Mentor wartość rynku Digital Signage do 2023 wzrośnie do ponad 31,5 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach ma przekroczyć 7 proc.

Technologia wirtualnej rzeczywistości jest coraz bardziej realistyczna. Nowości dostępne są w coraz popularniejszych salonach VR

Technologia wirtualnej rzeczywistości jest coraz bardziej realistyczna. Nowości dostępne są w coraz popularniejszych salonach VR 8

Najnowsze rozwiązania wirtualnej rzeczywistości całkowicie zmieniają świat rozrywki. Gogle VR oferują coraz lepszą rozdzielczość i jakość animacji, bieżnia VR pozwala całą postacią poruszać się po wirtualnym świecie, a wyścigi bolidami, sportowymi samochodami czy pojazdami w przestrzeni kosmicznej są już niezwykle realistyczne. Już wkrótce pojawią się bardziej zaawansowane bieżnie poruszane mechanicznie, rękawice haptyczne, czy kombinezony pozwalające odczuwać realne bodźce, wywołujące np. ból. Na rozrywkę nie trzeba też przeznaczać astronomicznych kwot.

– Stworzyliśmy pierwszy salon wirtualnej rzeczywistości w Polsce. To miejsce, gdzie można przyjechać indywidualnie albo grupowo i po prostu pobawić się, nie wydając na to tysięcy, które kosztuje sprzęt. Mamy w salonie bieżnię Virtuix Omni. To symulator, który pozwala na przeniesienie całej sylwetki do wirtualnego świata, pracują nie tylko ręce, wzrok, czy głowa w wirtualnym świecie, ale cała sylwetka wraz z nogami. Mamy symulator rajdu, symulator lotu i zwykłe stanowiska VR z okularami Oculus, czy HTC Vive – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Balcerzak z salonu VR InGame.

Technologia VR ma coraz szersze zastosowanie, bo rosną też możliwości nowych urządzeń. Jeszcze do niedawna wirtualna rzeczywistość kojarzyła się tylko z goglami. Teraz to także bieżnie i kontrolery, które pozwalają w VR odtworzyć ruchy całej sylwetki, a także kombinezony haptyczne czy rękawice, które pozwolą odczuć wirtualne przedmioty – z takich rękawic korzysta już choćby NASA w szkoleniu astronautów.

Po wirtualnym świecie można rozejrzeć się nie tylko dzięki ruchom głowy, ale całego ciała. Virtuix Omni to pierwsza na świecie bieżnia, która pozwala na poruszanie się całym ciałem w rzeczywistości VR. Dzięki możliwości naturalnego ruchu, dotyku i gogli można poczuć się tak, jakby faktycznie było się w wirtualnym świecie. W przyszłości tego typu urządzenia mogą być jeszcze doskonalsze.

– Spodziewamy się bardziej zaawansowanych bieżni, takich które mechanicznie będą się poruszać, a nie wykorzystywać śliską nawierzchnię jak Virtuix Omni. Rękawice haptyczne, kombinezony, które pozwalają na odczuwanie bólu, zimna, czy ciepła – wszystko idzie w tym kierunku, że być może będziemy kiedyś jak w Matrixie i wszystko co odczuwamy w prawdziwym świecie, będzie też w wirtualnej rzeczywistości – prognozuje Jakub Balcerzak.

Technologie VR pozwalają jednak nie tylko na zabawę, ale także pomagają przezwyciężyć strach i fobie. Systemy wirtualnej rzeczywistości są coraz częściej wykorzystywane w gabinetach lekarskich, pozwalają skutecznie walczyć ze strachem – są już urządzenia przeznaczone do leczenia akrofobii (lęk wysokości), klaustrofobii (lęk przed zamkniętymi pomieszczeniami) i agorafobii (lęk przed otwartą przestrzenią). Opracowywane są także te do leczenia fobii społecznych.

Technika VR może też być wykorzystywana w edukacji – symulatory lotów, czy wyścigów pozwalają ćwiczyć szybkość reagowania, także na stres, są też znacznie tańsze niż prawdziwe symulatory samolotów czy bolidów.

– Głównie zajmujemy się rozrywką, ale mieliśmy także zlecenia z architektury, szkoleń, czy marketingu. Gałęzi, w których można wykorzystać wirtualną rzeczywistość jest bardzo dużo, ogranicza nas wyobraźnia, ale czas pokazuje, że pojawia się coraz więcej zastosowań – wskazuje Balcerzak.

Większość przeżyć VR można doświadczyć w salonie wirtualnej rzeczywistości, których także w Polsce jest coraz więcej. Za kilkadziesiąt złotych można wypróbować najnowsze zdobycze techniki. To nie tylko nowoczesne okulary VR i headsety wysokiej rozdzielczości, które zapewniają mocne wrażenia.

– Jest symulator rajdu, symulator lotu i zwykłe stanowiska VR z okularami Oculus, czy HTC Vive. Scenariuszy są tysiące, można albo przyjść i skorzystać z tego co mamy, albo sobie zamówić konkretną aplikację, wybrać to, co nas interesuje: przełamywanie lęków, gry sportowe, horrory, gry komediowe, edukacja, rozpiętość jest od A do Z – twierdzi przedstawiciel InGame.

Według prognoz Digi-Capital, w roku 2021 wartość rynku wirtualnej rzeczywistości wyniesie 25 mld dolarów, zdaniem Research and Markets w roku 2022 sięgnie ona 31,07 mld dolarów, a Grand Review Research prognozuje wartość na 48,5 mld dolarów w roku 2025. Szybko rozwija się też globalny rynek gier VR – analitycy Technavio szacują, że będzie rósł w tempie 67 proc. średniorocznie. Rynek rozwija się dynamicznie głównie za sprawą coraz doskonalszej technologii.

– Z każdą generacją gogli zmienia się rozdzielczość, jakość obrazu, a co za tym idzie imersja. Po założeniu gogli im ten obraz bardziej przypomina film, tym bardziej czujemy się jak byśmy faktycznie byli w wybranym wirtualnym świecie – podsumowuje Jakub Balcerzak.

Drony już teraz ratują ludzi na dużych wysokościach. W przyszłości zastąpią kurierów

Drony już teraz ratują ludzi na dużych wysokościach. W przyszłości zastąpią kurierów 9

W ciągu najbliższych kilku lat drony mogą mieć wpływ na niemal każdy sektor rynku. Z prostych zabawek i narzędzi do fotografowania przeistoczyły się w sprzęt niezbędny w wielu gałęziach przemysłu. Wykorzystuje się je na planach filmowych, do mapowania terenu czy prowadzenia akcji ratowniczych. Dzięki dronom udało się zlokalizować zaginionego alpinistę na 8 tys. m n.p.m., a także wpaść na trop pytona tygrysiego nad warszawską Wisłą. W przyszłości drony mogą nawet zastąpić kurierów.

Drony przejmują wiele gałęzi przemysłu, począwszy od zastosowań rozrywkowych takich jak filmowanie, czy robienie zdjęć z powietrza, po te bardziej profesjonalne, takie jak mapowanie terenu. Wykorzystywane są także do poszukiwań. W akcji ratowniczej sprzed kilku dni Andrzej Bargiel wykorzystał drona do poszukiwania zaginionego alpinisty na 8 tys. m n.p.m.

– Póki co jest to rekord świata. Nikomu do tej pory nie udało się latać na takiej wysokości, jest to wyczyn, który odnotowali wszyscy. Ogólnie wszyscy byli raczej zaskoczeni, że na takiej wysokości dron jeszcze latał, jest tam po pierwsze bardzo zimno, bardzo wietrznie i jest bardzo rzadkie powietrze, co dodatkowo utrudnia wznoszenie się. Tym bardziej jest to zaskakujące, że udało się to w ogóle zrobić, tym bardziej, że był to dron standardowy, nieprzerabiany, taki którego każdy praktycznie może używać, może go sobie kupić na własny użytek – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Kalupa z Diveo Project.

W ciągu ostatnich kilku lat dokonał się ogromny skok zarówno w konstrukcji, jak i zastosowaniach dronów. Jeszcze 2-3 lata temu, mobilne urządzenia latające wykorzystywane były głównie do filmowania i robienia zdjęć, w chwili obecnej tworzy się dzięki nim modele 3D, mapy geodezyjne, ortofotomapy (mapy ze zdjęć lotniczych lub satelitarnych). Wykorzystuje się je także do ochrony obiektów i do poszukiwań, zarówno tworząc zwykłe zdjęcia, jak i obrazy terenu w podczerwieni.

– W ostatnim czasie zgłosiliśmy się jako ochotnicy do fundacji Animal Rescue do poszukiwań pytona tygrysiego nad Wisłą, a w zasadzie nie jego, tylko śladów po nim, bo głównie tego się szuka. Wykorzystując drona i jego bardzo dobry aparat, zrobiliśmy mapę terenu, na której później analitycy poszukiwali po nim śladów, tak aby potwierdzić czy on nadal się tam znajduje, czy może już się gdzieś przemieścił. Takie ślady udało się odnaleźć na zdjęciach, więc to jest jednak mały sukces – opowiada Paweł Kalupa.

Nietypowych zastosowań dronów jest coraz więcej. Wykorzystywane są m.in. do monitorowania wysypisk śmieci, które ulegają w ostatnim czasie podpaleniom. Współczesne układy stabilizacji lotu oraz unikania przeszkód czynią z nich doskonałe narzędzia do przeprowadzania inspekcji przemysłowych. Firma Measure planuje wykorzystać flotę dronów do monitorowania stanu technicznego farm słonecznych. Wstępne testy wykazały, że drony sprawdzają się w tej roli równie skutecznie, co ludzie, ale pracują znacznie szybciej. Przeprowadzenie inspekcji dużej elektrowni zajmie człowiekowi dwa dni, a drony wykonają tę pracę w dwie godziny.

Z kolei inżynierowie Amazona planują wyposażyć samochody kurierskie w inteligentne drony, które ułatwiłyby dostarczanie przesyłek. Dzięki nim kurier nie musiałby nadkładać wielu kilometrów, aby dostarczyć jedną paczkę do odległych miejsc. Nieopłacalne kursy wykonałby za niego dron, który po przekazaniu przesyłki automatycznie wróciłby do samochodu. Zastosowań jest jednak znacznie więcej, a drony przejmują niemal każdą gałąź rynku.

– Możemy korzystać z kamer, które mają ogromne przybliżenie, wykorzystuje się je do inspekcji technicznych budynków, gdzie można z dosyć dużej odległości sczytać nawet numery seryjne śrub. Tak samo można sprawdzić, które elementy wiatraka na wysokości 100 m się nagrzewają, bez wchodzenia tam ze specjalistycznym sprzętem. Jeszcze kilka lat temu taka inspekcja kosztowała kilka tys. złotych, teraz można zrobić to o wiele taniej, szybciej i bezpieczniej, bo nikt się tam osobiście nie musi wspinać – zauważa ekspert.

Inżynierowie nieustannie prowadzą badania nad stworzeniem jak najefektywniejszego napędu dla dronów. Choć większość projektantów skupia się na odchudzeniu konstrukcji drona i zastosowaniu jak najwydajniejszych baterii, eksperymentuje się również z napędami alternatywnymi. Drony meteorologiczne często wyposaża się w panele słoneczne, a drony rolnicze (np. Yamaha RMAX) w napęd spalinowy. Testowane są także konstrukcje przewodowe, które mogą pracować niemalże bez przerwy.

Według raportu opracowanego przez analityków Reportlinker wartość globalnego rynku bezzałogowych statków powietrznych w roku 2017 wyniosła 18,14 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wzrośnie do 52,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 14,15 proc.

Blask jaśniejszy nie będzie

Wczorajsze posiedzenie EBC było tak nudne jak wakacyjne maratony powtórek niskobudżetowych telenowel w telewizji i przyniosło podtrzymanie łagodnego nastawienia z czerwca. Jedyną jego przewagą było to, że konferencja Mario Draghiego nie trwała nawet trzech kwadransów i nie była przerywana reklamami.

Dziś uwaga przenosi się na USA i odczyt PKB za drugi kwartał. Modele mierzące tempo wzrostu w czasie rzeczywistym, np. Atlanta Fed GDP jeszcze niedawno wskazywały na wzrost w okolicach 4,5 proc. To, że amerykańska gospodarka rozwijała się w drugim kwartale wyraźnie szybciej niż potencjalna dynamika PKB nie budzi najmniejszych wątpliwości. Rynek spodziewa się podwojenia tempa wzrostu i annualizowanej dynamiki PKB na pułapie ponad 4 proc. Ma za to odpowiadać przede wszystkim odbicie konsumpcji prywatnej po słabym początku roku. Dodatkowo, pozytywne kontrybucje miały wykazać inwestycje i eksport netto. Szczególnie ten drugi czynnik zaczyna jednak budzić wątpliwości, gdyż zawężenie się deficytu obrotów towarowych na początku wiosny należy wiązać z intensyfikacją dostaw soi i zbóż na rynki globalne. W podobnym kierunku oddziaływać może eksport ropy. Bardzo szeroki na historycznym tle spread brent – WTI wielokrotnie skutkował rekordowymi wolumenami eksportu w tygodniowych danych Departamentu Energii. Ewidentnie skok eksportu surowców to czynnik jednorazowy i wczorajsze dane o bilansie płatniczym dobitnie to potwierdzają podnosząc znaki zapytania o kontrybucję tej składowej w dzisiejszym odczycie. Przy rozpędzonym rynku pracy i silnym popycie konsumenckim utrzymanie tej tendencji jest niemożliwe – popyt na dobra importowane będzie brał górę. Jeśli chodzi o inwestycje, to pozytywnie może wyróżnić się sektor wydobywczy i paliwowy. Silny wzrost aktywności wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej powinien mieć odzwierciedlenie w danych, ale – podobnie jak w przypadku bilansu handlowego – wczorajsze informacje o zamówieniach na dobra trwałe nieco rozczarowały (przynajmniej na poziomie głównego wskaźnika). W szerszym ujęciu: amerykańska gospodarka pędzi dodatkowo wspierana przez cięcia podatków i zwiększone wydatki federalne, m. in. na obronność. W drugim kwartale górę wzięły czynniki jednorazowe i kolejne kwartały będą nadal przyzwoite, ale już wyraźnie gorsze. Pozytywny wpływ poluzowanie fiskalnego na gospodarkę będzie wygasać, a coraz mocniej wyraźne będzie zacieśnianie monetarne. Dlatego też uzasadniona jest ocena, że amerykańska gospodarka nie będzie tak mocno wyróżniać się in plus na tle pozostałych G-10. Teraz ten pozytywny impuls dla dolara zacznie wygasać, tym bardziej, że np. dane z Eurolandu nie mają przestrzeni by nadal tak mocno i jednoznacznie rozczarowywać.

EUR/USD został wciągnięty w głąb przedziału wahań i pod 1,17. Spodziewamy się utrzymania konsolidacyjnego charakteru notowań. USD/JPY walczy o utrzymanie się ponad 111,00 – potencjał do przedłużenia spadków jest ograniczony i spodziewamy się powrotu do zwyżek kursu. EUR/PLN osunął się pod 4,30, ale środowisko zewnętrzne pozostaje wymagające i chimeryczne – trudno będzie o przedłużenie zniżek do 4,25.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Libet rozpoczyna przegląd opcji strategicznych

0

Zarząd giełdowej spółki podjął uchwałę o rozpoczęciu przeglądu opcji strategicznych. Libet będzie badał możliwość sprzedaży aktywów lub pozyskanie nowego inwestora. Proces zaplanowano na najbliższe miesiące.

Podczas przeglądu Spółka chce skupić się na rozważeniu różnych opcji strategicznych dla swoich  obszarów biznesowych. Dlatego Zarząd weźmie pod uwagę zarówno sprzedaż jednego lub większości aktywów, jak i pozyskanie większościowego lub znaczącego inwestora.

– Nie wykluczamy żadnej możliwości w tym obszarze. Jesteśmy otwarci na rozwiązania dotyczące czy pozyskania dla Spółki inwestora branżowego czy private equity. Na ten moment rozpoczynamy cały proces i trudno na starcie oceniać, w jakim kierunku się rozwinie, bo naszą intencją jest kompleksowy przegląd dostępnych opcji – komentuje Thomas Lehmann, Prezes Zarządu Libet S.A.

Zarząd Spółki zapowiada, że przegląd potrwa kilka miesięcy, a rynek na bieżąco będzie informowany o jego wynikach.

W ostatnim tygodniu Grupa Libet poinformowała także o przeprowadzeniu aktualizacji wyceny majątku. Oszacowana sumaryczna wartość składników majątku trwałego wynosi niemal 315 mln zł, co świadczy o wysokiej wartości aktywów Grupy. Libet prowadzi obecnie produkcję na terenie 15 zakładów rozsianych po całym kraju i umacnia swoją pozycję lidera rynku w branży materiałów nawierzchniowych.

Rośnie liczba niewypłacalności w sektorze doświadczającym sprzedażowej „hossy” – budownictwie

Euler Hermes, wiodący globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację sektora budowlanego w Polsce pod kątem płynności finansowej i niewypłacalności. Okazuje się, iż kwestią kluczową dla budownictwa nie jest obecnie wielkość produkcji sprzedanej, ale jej opłacalność – bieżąca jak i w najbliższej perspektywie. Innymi słowy – wielkość sprzedaży nie świadczy jeszcze o hossie, gdyż na tej sprzedaży trzeba jeszcze solidnie zarobić… Duża skala trwających inwestycji wymaga adekwatnie dużej skali zaangażowania kapitałowego samych firm budowlanych jak i firm współpracujących, przy czym bieżąca rentowność ich wykonawców a w ślad za tym potencjalne ryzyko dla dostawców (materiałów budowlanych, usług transportowych i specjalistycznych etc.) nie wyglądają najlepiej. Dostawcy oraz instytucje finansujące z większą uwagą analizują aktualne, nienajlepsze wyniki finansowe wielu firm budowlanych za 2017 i I kwartał 2018 roku.

Branża doświadcza stałego wzrostu liczby niewypłacalności – o 22% r/r w I półroczu, pociągających za sobą na dno wiele zaopatrujących firm produkujących materiały budowlane (łącznie wiec budownictwo odpowiada za minimum 40% liczby niewypłacalności polskich przedsiębiorstw). Kluczowe dla sektora jest więc wzięcie części odpowiedzialności za ten stan rzeczy przez zamawiających (którzy w krótkim okresie skumulowali dużą wartość prac, co przyczyniło się do bańki cenowej kosztów materiałów i pracy), a nie przerzucanie jej jedynie na głównych wykonawców zgodnie z duchem ostatnio zapowiadanych rozwiązań w kwestii rozliczeń prac budowlanych.

Budownictwo
Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Akceptowane 2-3 lata temu kontrakty były często na poziomie 65% wartości ceny inwestora, co przy aktualnym wzroście cen materiałów i kosztów pracy oznacza spadek i tak już minimalnych marż. Możliwość renegocjacji cen jest bowiem iluzoryczna – realnie długotrwała i zazwyczaj na drodze sądowej. W efekcie tego pojawiają się już przypadki schodzenia wykonawców z nierentownych kontraktów, gdy wiążące się z tym kary są niższe niż potencjalne straty w przypadku kontynuowania inwestycji.

Co prawda firmy budowlane starają się sukcesywnie podnosić ceny nowych prac, w efekcie rentowność sprzedaży branży budowlanej poprawiła się w stosunku do roku ubiegłego, ale nadal wg. ostatnich dostępnych danych (za GUS – po I kwartale br.) wynosiła średnio poniżej 1%! W tym samym okresie średnia rentowność sprzedaży polskich firm zbliżała się do 5%, a w przemyśle do prawie 7%! Analizując zmiany cen produkcji sprzedanej widać, iż po ich załamaniu w przemyśle na początku roku (zapewne w związku ze zwiększeniem się zapasów) ostatnio ponownie tempo wzrostu cen materiałów zaopatrzeniowych jest wyższe, niż zmiana w górę cen produkcji sprzedanej budownictwa. Szybszy wzrost cen materiałów budowlanych niweluje pozytywny efekt dostosowywania cen prac budowlanych, do czego dodatkowo przyczyniają się też wyższe koszty pracy – ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka.

Budownictwo 2
Źródło: Biuletyn statystyczny GUS czerwiec 2018

Dopływ środków finansowych z tytułu zwiększonej skali prac i sprzedaży budownictwa niewątpliwie ma miejsce, wpływa na rozliczenia na rynku, ale… Wpływ ten jest minimalny, mniejszy niż można by się spodziewać po szczycie hossy, po zwiększeniu się w I półroczu wartości produkcji sprzedanej budownictwa o 23,7% r/r (za GUS). Według programu Analiz Branżowych Euler Hermes bieżący spływ należności w branży budowlanej w stosunku do roku ubiegłego poprawił się nieznacznie i nadal sektor ten pozostaje pod tym względem najgorszym, wymagającym najdłuższego bo około 3 miesięcznego kredytowania ze strony dostawców. Dodatkowo wartość strat – permanentnie nieuregulowanych należności za dostarczone materiały budowlane pozostaje praktycznie niezmienna, wahając się na poziomie aż 12-13% wartości ogółu należności.

Firmy budowlane (z reguły) same dbają o swoich podwykonawców, bez nich nie są w stanie zrealizować swoich kontraktów

Zapowiadany nowy sposób rozliczeń z głównymi wykonawcami publicznych inwestycji skupia się na ich relacjach z podwykonawcami, od czego uzależnione ma być regulowanie zobowiązań przez inwestora – państwo i jego instytucje. Wydaje się więc, że ustawodawca w tym upatruje głównej przyczyny finansowych problemów w budownictwie. Niewątpliwie, kwestie kredytowania się kosztem podwykonawców lub w ogóle – braku rozliczeń z nimi wciąż się pojawiają, ale są to echa sytuacji sprzed kilku lat, z poprzedniego szczytu inwestycyjnego, gdy było to na porządku dziennym. Obecnie jednak dużo rzadziej pojawiają się na naszym rynku egzotyczni, nowi główni wykonawcy a gros prac infrastrukturalnych realizują firmy działające tutaj od lat…. Co ma niebagatelne znaczenie, gdyż większość z nich w dobie problemów z wykwalifikowanymi pracownikami, przy dużej zmienności skali prac (a w ślad za tym – gwałtownie zmieniającym się zapotrzebowaniem na ludzi i maszyny) nie poradziłyby sobie bez sprawdzonych podwykonawców. W efekcie tego największe firmy dbają o swoich sprawdzonych partnerów-podwykonawców, wypłacając im nierzadko akonto określone sumy dla wsparcia ich dobrej kondycji finansowej, utrzymania zdolności produkcyjnej i zapewnienia sobie wsparcia w przyszłości.

Ponadto – jak dodaje Tomasz Starus – informacje o spadku zysku nawet największych graczy (w tym największej notowanej spółki budowlanej o połowę za ostatni okres sprawozdawczy) nie świadczą chyba o tym, iż firmy te akumulują środki nie rozliczając się z podwykonawcami. Odwrotnie – one także borykają się z problemami na rynku budowlanym, które leżą w związku z tym gdzie indziej.

Przyczyna problemów jest oczywiście znana

Rozwiązaniem jest większa elastyczność zamawiających w dzieleniu się ryzykiem z wykonawcami (przede wszystkim ryzykiem zmiany cen materiałów budowlanych w czasie długo przecież trwającego procesu inwestycyjnego). Zamiast tego – pomimo formalnie dostępnych niektórych rozwiązań w tym zakresie (finansowanie zakupu materiałów budowlanych do 90% ich wartości jeszcze przed realizacją prac do których są niezbędne, na plac – jak jest np. na kolei) dominuje sztywne stanowisko tzw. „obrony interesu publicznego”. Efekt braku decyzyjności, czy zbyt wąsko rozumianego wspomnianego „interesu publicznego”. Zapewnienie rentowności głównemu wykonawcy i całemu łańcuchowi jego podwykonawców oraz dostawców materiałów budowlanych też leży przecież w interesie publicznym.

Czy zdobywcy kontraktów budowlanych nie są sami sobie winni podpisując takie a nie inne umowy? Firmy te uczestniczą w rynku, na którym dominującą pozycję ma inwestor publiczny i to on narzuca reguły gry – mówi Tomasz Starus. Oczywiście można nie podpisywać umów rodzących obawy co do przyszłości, niedostatecznie uwzgledniających m.in. wzrost cen materiałów budowlanych. Tylko czym zamiast swojej podstawowej działalności takie firmy miałyby się zająć? Poza rynkiem publicznych inwestycji nie ma zbyt dużej alternatywy. Niepokojące jest, iż tak duża skala ożywienia na rynku budowlanym, a w ślad za tym dopływ środków nie przekłada się na gremialną poprawę kondycji finansowej branży budowlanej. Konieczny jest dialog: instytucji branżowych, największych publicznych inwestorów, finansujących i gwarantujących wykonanie kontraktów banków i towarzystw ubezpieczeniowych aby uniknąć pełnej realizacji scenariusza z roku 2012. Potrzeba więcej pozytywnych przykładów jak np. klauzula 14.5 Fidicu – nowe wzory umów, zgodnie z którymi wykonawca może uzyskać zapłatę od inwestora za zakupione przez siebie materiały budowlane zanim rozpocznie ich realizację (zapłata do 90% kwalifikowanej ceny materiałów).

Ten sezon może być rekordowy dla producentów lodów. Rośnie konsumpcja i eksport

Ten sezon może być rekordowy dla producentów lodów. Rośnie konsumpcja i eksport 10

To może być wyjątkowo dobry rok dla rynku lodów w Polsce. Sprzedaży sprzyjała wyjątkowo gorąca wiosna, dzięki czemu sezon rozpoczął się długo przed wakacjami. Ciepła majówka sprawiła, że sprzedaż wzrosła dwukrotnie. Przeciętny Polak zjada ok. 4 litrów lodów rocznie. Do rekordzistów sporo nam brakuje, ale dzięki lodom w większych opakowaniach sezon można znacznie wydłużyć, a tym samym pomóc nam zbliżyć się do czołówki. Lody już należą do naszych hitów eksportowych. Wygrywamy tradycyjną produkcją, polskimi składnikami i ciekawymi smakami.

– Tegoroczny sezon dla producentów lodów zaczął się dosyć szybko, bo już w kwietniu. Mimo że w marcu jeszcze leżał śnieg, to kwiecień i jego wysokie temperatury sprawiły, że ludzie zaczęli częściej sięgać do lodówek sklepowych. Sezon rozpoczął się więc wcześnie i trwa, według prognoz meteorologicznych będzie trwał dużo dłużej niż w ubiegłym roku, a lato ma być bardzo gorące – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Więcek, Manager SMI Communication, biuro prasowe marki Bracia Koral.

Według analiz firmy Euromonitor International rynek lodów w Polsce w 2018 roku osiągnie pułap 1,82 mld zł, co oznacza 2,3-proc. wzrost rdr. Już tegoroczna majówka była zwiastunem, że ten rok może być dla producentów lodów wyjątkowo udany. Ładna i ciepła pogoda sprawiły, że sprzedaż lodów marki Koral wzrosła dwukrotnie w porównaniu z 2017 rokiem.

– Sprzedaż lodów w Polsce to głównie sezon, czyli koniec wiosny i całe lato, ewentualnie początek jesieni. Tendencja jedzenia lodów przez cały rok w naszym kraju dopiero się kształtuje i gonimy takie kraje jak USA czy Szwecję, gdzie lody jedzą na okrągo bo cały rok są one dostępne na sklepowych półkach. Średnio Polak zjada około 4 litrów lodów rocznie – mówi Tomasz Więcek.

Do największych lodożerców Polakom jeszcze sporo brakuje. Zdecydowany prym – przed Amerykanami i Australijczykami – wiodą mieszkańcy Nowej Zelandii, którzy rocznie zjadają średnio 28,4 l lodów na osobę. W Europie smakoszami lodów są Finowie, zjadając 14,2 l lodów rocznie na osobę i Szwedzi – 12 l. W Polsce sprzedaż lodów mogłaby być wyższa – dzięki wydłużeniu sezonu, do tego jednak potrzeba odpowiednich produktów, ale również dostępności tych produktów w mniejszych osiedlowych sklepikach, z których korzystamy.

– Bardzo dobre na okres poza sezonem są lody familijne, które możemy jeść rodzinnie w domu, nie lody impulsowe, na patyku, dla których sezon to głównie lato. Myślę, że producenci lodów powinni pójść w tym kierunku, produkując lody bardzo dobrej jakości, z dobrymi dodatkami. To pewnie będzie miało dobre przełożenie na ich sprzedaż – ocenia Tomasz Więcek.

Polacy chętnie sięgają po smaki, które znają. Z badania  Instytutu Kantar Public przeprowadzonego na zlecenie marki Bracia Koral wynika, że 51 proc. Polaków wybiera lody, które smakiem kojarzą się im z dzieciństwem. Jedynie 19 proc. wybiera smaki nietypowe. Chętniej też wybierają opakowania, które przypominają te sprzed lat.

– Skupiamy się bardzo na nawiązaniu do tradycji, do produkcji lodów takich jak dawniej, a także do rozwiązań, które są wartością dodaną w tych lodach, np. zupełnie nowe rozwiązanie na polskim rynku, czyli lody w słoiczkach, bardzo bezpiecznych, uniwersalnych, które możemy ponownie wykorzystać np. jako pudełko na drobiazgi, czy makaron. To kierunek, w którym marka Bracia Koral cały czas idzie – bezpieczne i ciekawe opakowanie oraz wysokiej jakości i dobrego smaku zawartość – zapowiada Więcek.

Polska jest piątym największym producentem lodów w Unii Europejskiej. Z danych Eurostatu wynika, że tylko w pierwszych dziewięciu miesiącach 2017 roku z Polski wyeksportowano więcej lodów niż w całym 2016 roku – blisko 51 tys. ton o wartości 104 mln euro.

– Lody mogą być zdecydowanie polskim hitem eksportowym, tym bardziej w segmencie premium. Spokojnie mogą konkurować z największymi producentami światowymi. Tym bardziej że skupiamy się na tym, żeby te lody powstawały tylko z dobrych składników, na bazie najlepszych produktów i żeby te smaki nas wyróżniały. Myślę, że mamy możliwość do pokazania się na świecie – podkreśla Tomasz Więcek.

90 proc. danych wykorzystywanych do prognoz pogody pochodzi z satelitów. Rośnie ich znaczenie dla rolnictwa

90 proc. danych wykorzystywanych do prognoz pogody pochodzi z satelitów. Rośnie ich znaczenie dla rolnictwa 11

Ponad 90 proc. danych wykorzystywanych w modelach pogodowych pochodzi z satelitów pogodowych. Dostarczają niezbędnych informacji na temat zmieniającego się stanu atmosfery, oceanów i powierzchni lądu. Pozwalają także na monitorowanie w czasie rzeczywistym zagrożeń pogodowych. Nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez danych satelitarnych – mówi dr Bożena Łapeta z Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej. Coraz częściej są one również wykorzystywane w rolnictwie – do oceny plonów czy monitorowania dostępności żywności.  

– Dane satelitarne w IMiGW-PIB to podstawowe źródło informacji o stanie atmosfery i hydrosfery. Wykorzystujemy je na co dzień, przede wszystkim w biurach prognoz meteorologicznych. Synoptyk na podstawie danych satelitarnych ocenia sytuację meteorologiczną i wykorzystuje te dane do prognozowania. Wykorzystujemy je do monitorowania opadu, zasięgu lodu i śniegu, do badania środowiska morskiego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Bożena Łapeta, kierownik Działu Teledetekcji Satelitarnej w Instytucie Meteorologii i Gospodarki Wodnej. – Rozwój idzie m.in. w kierunku rolnictwa, monitorowania dostępności żywności, prognozowania plonów, monitorowania wilgotności gleby.

Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi wykorzystanie danych satelitarnych przez użytkowników. Są niezastąpione w obserwacji Ziemi, zmieniającego się klimatu, przewidywania zjawisk naturalnych i minimalizowania związanych z nimi ewentualnych strat. Obecnie ponad 90 proc. danych wykorzystywanych w modelach pogodowych pochodzi z satelitów pogodowych, które dostarczają krytycznych informacji na temat stanu atmosfery czy powierzchni lądu.

Przewidujemy również wykorzystywanie danych do monitorowania jakości powietrza. To bardzo istotny ostatnio aspekt naszego życia, zwłaszcza zimą, kiedy mamy bardzo silnie zanieczyszczoną atmosferę. Dane satelitarne dają nam unikalną możliwość zbierania informacji z dużych obszarów, czego nie dają naziemne punkty obserwacyjne. To jest ogromny potencjał i istotne źródło informacji wykorzystywane na co dzień w Instytucie. Nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli funkcjonować bez danych satelitarnych – ocenia dr Bożena Łapeta.

Satelity zbierają pomiary warunków atmosferycznych, lądowych i oceanicznych, w tym temperatury powierzchni morza i powierzchni ziemi, roślinności, chmur, opadów deszczu, pokrywy śniegu i lodu, miejsc pożaru, temperatury atmosferycznej, pary wodnej i ozonu. Ostrzegają przed huraganami, tornadami i zamieciami śnieżnymi, pomagają w ocenie zagrożeń, takich jak susze czy pożary lasów.

Dane mogą być wykorzystywane do monitorowania skutków zmian klimatu, ale część z nich jest dostępna w na tyle długich seriach, że już w samych danych satelitarnych można doszukiwać się sygnałów zmian klimatycznych. Jeżeli mamy pomiary radiacji Ziemi za ostatnie 30–40 lat, to może to mieć wartość do badania klimatu – wskazuje kierownik z IMiGW.

Zdjęcie satelitarne pozwala z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć, co wydarzy się w ciągu najbliższych kilku godzin. To istotne, zwłaszcza przy wszelkich anomaliach pogodowych, kiedy dzięki zebranym danym  można wdrożyć system ostrzegania.

– Istotna jest skala, w jakiej dane zjawisko się dzieje. Jeżeli to jest np. mała burza, to bardzo ciężko ją przewidzieć, choć obecnie modele są już na siatce parokilometrowej, a ostrzeżenia przez gwałtownymi zjawiskami są coraz lepsze. Jeżeli będziemy mieli bardzo dobre dane o stanie początkowym atmosfery, lepiej będziemy prognozować, natomiast do tego musi jeszcze dojść rozwój metod samego liczenia prognozy – podkreśla Bożena Łapeta.