Druga twarz kobiet polskiego świata finansów

Im wyższe stanowisko, tym mniej kobiet. W świecie finansów i inwestycji taki pogląd często znajduje odbicie. Piękna płeć nadal spotyka się ze „szklanym sufitem”, będącym podstawowym hamulcem w rozwoju kariery zawodowej. Są jednak wyjątki, które potwierdzają regułę. Cztery finansistki – Anna Pałejko, Iwona Wojtczak, Monika Wrzodak i Agnieszka Strzelczyk od kilku lat konsekwentnie rozwijają swoje zawodowe kariery w strukturach jednego z największych, polskich funduszy inwestycyjnych – Quercus TFI.

Agnieszka Strzelczyk
Agnieszka Strzelczyk

‘’To, że większość znanych na świecie traderów to mężczyżni, nie znaczy, że w szeregach finansistów nie ma miejsca dla kobiet. Oczywiście wymaga to od nas ogromnego poświęcenia i często dodatkowego wysiłku, aby udowodnić swoją wartość‘’ – podkreśla Agnieszka Strzelczyk, która oprócz certyfikatu księgowego i 13 lat pracy w sektorze finansowym (teraz w departamencie Operacyjnym funduszu), nadal pokazuje kobiecą siłę z powodzeniem pokonując kolejne półmaratony.

Badania organizacji Association of Accounting Technicians (AAT) pokazują, że wśród barier, które blokują sektor finansowy w uzyskaniu „równowagi” pomiędzy płciami, wymienia się m.in. męską solidarność, dominację mężczyzn na stanowiskach seniorskich oraz przypisywanie kobietom wyłącznie roli przyszłych matek.

Europa i Polska stara się sukcesywnie wprowadzać politykę parytetową w tym zakresie. Za wzór może służyć przykład Norwegii, której rząd przed kilkunastu laty wprowadził ustawę zakładającą promowanie kobiet w zarządach spółek. W literaturze anglosaskiej istnieje nawet określenie „inteligencja genderowa” (ang. gender intelligence), którego mianem określa się przedsiębiorstwa stawiające właśnie na równość szans pomiędzy kobietami a mężczyznami.

Anna Połejko
Anna Połejko

Quercus TFI wydaje się należeć do grona takich firm. Wraz z rozwojem organizacji obecność kobiet stała się normą. Począwszy od zarządzania sprawami administracyjnymi, nadzorem nad aspektami prawnymi aż po część inwestycyjną – kobiety w funduszu Quercus na stałe wpisały się w obraz firmy. Anna Połejko, zanim pojawiła się w dziale prawnym Quercus TFI, była laureatką XII edycji konkursu organizowanego przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami na najlepsze prace dotyczące tematyki funduszy inwestycyjnych. Doświadczenie zawodowe zdobywała świadcząc usługi prawne na rzecz domu maklerskiego i towarzystwa funduszy inwestycyjnych. Teraz oprócz pracy zawodowej redaguje blog dotyczący tematyki rynku kapitałowego.

Iwona Wojtczak
Iwona Wojtczak

Iwona Wojtczak, odpowiedzialna za zapewnienie właściwego funkcjonowania zaplecza administracyjnego funduszu, od 10 lat pracuje w zdominowanym przez mężczyzn świecie finansów. Ale – jak twierdzi – wolę walki i siłę charakteru ukształtował w niej sport. ‘’Wieloletnie treningi KravMagi, pływania i udział w zawodach w klubie strzelectwa sportowego przyzwyczaiły mnie do konkurencji w męskim gronie’’ – podkreśla.  Prywatnie Iwona jest feministką, zwolenniczką równouprawnienia i pacyfistką.

Monika Wrzodak
Monika Wrzodak

Dzisiaj kobiety są równorzędnym partnerem biznesowym. Istnieje wiele organizacji, które wprowadzają różnorodne programy wspierające rozwój ich karier w miejscu pracy, dążąc jednocześnie do wyrównywania szans i znoszenia nierówności. Niektóre zawody utożsamiane tylko z płcią męska, dziś wykonywane są przez kobiety. Tak jak nadzór nad agentem transferowym w funduszu inwestycyjnym, która dziś leży w gestii Moniki Wrzodak, Dyrektora ds. Obsługi Operacyjnej Quercus TFI. ‘’10 lat temu pracowałam praktycznie wyłącznie z mężczyznami. Teraz mam coraz więcej koleżanek po fachu’’– potwierdza Monika Wrzodak.

Zgodnie z założeniami strategii rozwoju „Europa 2020” przyjętej przez Komisję Europejską, Polska ma w planach zwiększenie udziału kobiet na rynku pracy również na stanowiskach kierowniczych. ‘’Najistotniejsze jest ułatwienie kobietom utrzymania równowagi pomiędzy życiem osobistym a zawodowym i wprowadzenie przyjaznych dla codziennego życia rozwiązań w pracy’’ – dodaje Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 19.07.2017

Po 7 miesiącach wyprzedaży indeksu dolara znaleźliśmy się blisko bardzo mocnego wsparcia 93.30-93.80. Na wyprzedaż dolara amerykańskiego złożyło się kilka czynników, pierwszym z nich były niespełnione obietnice Pana Trump’a, któremu de facto zależy na słabszym dolarze amerykańskim.

Drugim powodem było spowolnienie gospodarki amerykańskiej oraz kontynuacja zacieśniania polityki monetarnej, co okazało się być hamulcem ręcznym dla niskiego wzrostu gospodarczego. Ale co teraz? Indeks dolara spadł w okolicę 94 punktów, powoli zbliżamy się do mocnego wsparcia 93.30-93.80. Czy wsparcie zostanie pokonane?

Notowania indeksu dolara, interwał tygodniowy

Notowania indeksu dolara, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Kolejnym argumentem za dalszą deprecjacją indeksu dolara mogą być stopy procentowe, inwestorzy nie widzą już miejsca na kolejną podwyżkę w 2017 roku. Aczkolwiek pamiętajmy, że to Rezerwa Federalna decyduje o poziomie krótkoterminowych stóp procentowych, a nie rynek.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w USA

Źródło: Bloomberg

Z kolei analiza pozycji netto podmiotów niekomercyjnych wskazuje, że spadki indeksu dolara mogą się pogłębić, ale kontynuacja ruchu jest już bardzo ograniczona.

Pozycje netto podmiotów niekomercyjnych na kontaktach terminowych

Pozycje netto podmiotów niekomercyjnych na kontaktach terminowych

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano pozycje netto podmiotów niekomercyjnych (funduszy lewarowanych, zarządzających itp.) na indeksie dolara. Jak widać, od początku roku pozycja netto spada, a dalszy jej spadek ograniczony jest historycznie.

Spółka zagraniczna – Johnson&Johnson

Johnson&Johnson (J&J), światowy koncern farmaceutyczny i kosmetyczny, systematycznie zwiększa swoją wartość co nie uciekło uwadze inwestorów. Od czasów kryzysu w 2008 roku, kurs akcji wzrósł o ponad 260 proc. a w tym roku już prawie 14 proc. (mniej niż indeks szerokiego rynku ale to z powodu bety – 0.68). Spółka jest w trendzie wzrostowym przeplatanym ok. 5 proc. korektami. J&J wygląda solidnie pod względem finansowym – przychody oraz zyski stabilnie rosną a firma generuje atrakcyjną marżę netto na poziomie 22.87 proc. Zwrot na kapitale własnym 23.01% również wyróżnia spółkę na tle konkurencji. Po dokonaniu kilku akwizycji w ostatnich latach, rośnie dług (do ponad 32 mld dolarów) ale też i poziom gotówki. Dobrą kondycję finansową podsumowują wolne przepływy pieniężne, które przekroczyły już 16 mld dolarów. Zaskakująco dobrze prezentuje się też stopa zwrotu na zainwestowanym kapitale (ROIC), która wynosi 30 proc. i zdecydowanie przekracza średni ważony koszt kapitału (WACC) 6.23 proc.

Na wykresie tygodniowym spółka również wygląda przyzwoicie. Kurs akcji porusza się w długoterminowym kanale wzrostowym. Aktualnie trwa korekta, ale wybicie ponad ostatni szczyt 136 USD za akcję będzie świadczyło o wzrostach w okolicę 145 USD. Gdyby korekta została przedłużona, to najbliższe wsparcie wypada w okolicy 124-126 USD. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona tegoż wsparcia i kontynuacja wzrostów.

Notowania Johnson&Johnson, interwał tygodniowy

Notowania Johnson&Johnson, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Dział Analiz Admiral Markets

Ekspansja zagraniczna jest warunkiem koniecznym rozwoju polskiego sektora FinTech

Polska jest największym ośrodkiem Fin Tech w Europie Środkowo-Wschodniej, jednak wartość inwestycji venture capital w stosunku do PKB wynosi tylko 0,005 proc. Tymczasem na świecie venture capital odpowiada za około 70 proc. wartości całkowitych inwestycji w firmy finansowo-technologiczne. Jak wynika z analizy firmy doradczej Deloitte, zaprezentowanej podczas Polish Tech Day, w siedzibie Google w Londynie, skutkiem takiej sytuacji jest to, że dla 72 proc. start-upów w Polsce głównym źródłem finansowania są pieniądze założycieli. Warunkiem koniecznym do osiągnięcia sukcesu i zdobycia nowych klientów dla polskich spółek finansowo-technologicznych jest ekspansja zagraniczna.

Termin FinTech odnosi się do rozwiązań informatycznych przeznaczonych dla sektora finansowego dostarczanych zarówno przez podmioty o ugruntowanej pozycji na rynku, jak i nowe firmy. Są to rozwiązania dla bankowości, ubezpieczeń, zarządzania aktywami i rynków kapitałowych, pozyskiwanie kapitału, finanse osobiste, płatności, dane i analityka, cyberbezpieczeństwo oraz pozostałe technologie.

Obecnie rynek FinTech w naszej części Europy wart jest około 2,2 mld euro, z czego prawie 860 mln euro – czyli około 3,6 mld złotych przypada na Polskę. – Polska nie wyróżnia się innowacyjnością na tle innych gospodarek europejskich. Wyjątkiem jest polski sektor finansowy, który jest bardzo innowacyjny w porównaniu z innymi gałęziami naszej gospodarki. Niektóre z największych polskich banków są wręcz nazywane FinTechami, a pojedyncze rozwiązania technologiczne są już licencjonowane zagranicą – mówi Artur Martyniuk, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

FinTech w piaskownicy                    

Jak wynika z analizy Deloitte, stopa zwrotu z kapitału własnego banków innowacyjnych może być większa niż dla całego sektora bankowego. Pozytywnym czynnikiem rozwoju rynku było uruchomienie przez największych ubezpieczycieli i banki w Polsce finansowania dla branży FinTech w postaci programów akceleracyjnych, funduszy typu corporate venture capital, oraz inwestycji bezpośrednich.

Ponadto Komisja Nadzoru Finansowego chce umożliwić start-upom rozwój poprzez udostępnienie środowiska przypominającego  „piaskownice regulacyjną” (regulatory sandbox) , która polega na stworzeniu bezpiecznej przestrzeni, w której firmy mogą tworzyć, oferować i testować swoje innowacyjne rozwiązania przy ograniczonych wymogach regulacyjnych. Rozwiązanie to bardzo dobrze sprawdziło się w Londynie, czyli europejskiej stolicy FinTech.

Lepiej być FinTechem zagranicą niż w Polsce

Co może pomóc polskim FinTechom? Przede wszystkim ekspansja zagraniczna. Polskie instytucje finansowe do tej pory rzadko wychodziły na międzynarodowe rynki, dlatego wciąż jest to mało znacząca część ich działalności, co spowalnia proces skalowania innowacji na rynku w Polsce i zagranicą. Jest to ważne, ponieważ FinTechy i instytucje finansowe stanowią idealne partnerstwo, w którym FinTechy dostarczają technologię, a instytucje klientów. Dodatkowo, duża część firm z sektora finansowego jest opanowana przez inwestorów zagranicznych, przez co strategiczne decyzje podejmowane są zagranicą. – Lepiej być FinTechem zagranicą niż w Polsce, bo to tam podejmowane są decyzje o potencjalnej inwestycji. W efekcie łatwiej jest przenieść działalność z rynków zagranicznych do Polski niż odwrotnie. Korporacje najpierw testują technologię na swoich rodzimych rynkach, a dopiero potem wdrażają ją w kolejnych krajach – wyjaśnia Artur Martyniuk.

Sytuacja mogła być utrudniona, ponieważ regulator w celu ochrony interesów uczestników rynku, do tej pory był konserwatywny i ostrożny w podejściu do innowacji finansowych. W takich przypadkach pomocna wydaje się także ekspansja zagraniczna, która skutkuje nie tylko pozyskaniem nowych klientów, ale również podleganiem pod obce, mniej restrykcyjne jednostki jurysdykcyjne.

FinTech potrzebuje finansowania

Wśród powodów, które blokują ekspansję polskich FinTechów należy wymienić również niechęć inwestorów i przedsiębiorców do podejmowania wysokiego ryzyka. Tymczasem sektor prywatny powinien być bardziej zaangażowany w finansowanie innowacji. – Być może rozwiązaniem byłoby utworzenie programu podobnego do brytyjskiego „Enterprise Investment Scheme” i „Seed Enterprise Investment Scheme”. Program ten pozwala na złagodzenie negatywnych skutków nieudanej inwestycji i nie wymaga angażowania środków publicznych – mówi Artur Martyniuk. – Konieczna jest też zmiana podejścia inwestorów i przedsiębiorców. Inwestorzy już na wczesnym etapie inwestycji powinni wziąć pod uwagę, że w przyszłości start-up może wymagać dalszego dokapitalizowania, a przedsiębiorcy powinni działać bardziej odważnie i być bardziej zdeterminowani, aby osiągnąć zakładany, ambitny wzrost i skalowalność biznesu – dodaje.

Klienci banków są coraz bardziej cyfrowi – tylko 28 proc. z nich odwiedza placówki bankowe

Izba Gospodarki Elektronicznej  po raz kolejny publikuje raport poświęcony e-finansom. Jak wynika z raportu “Portfel Polaka” korzystanie z usług bankowych deklaruje 80 proc. internautów, przy czym z klasycznego kanału zarządzania kontem bankowym, czyli wizyt w placówkach, korzysta zaledwie 28% badanych. Na popularności zyskują serwisy internetowe banków (36 proc.) i serwisy mobilne (36 proc.).

Konsumenci są coraz bardziej cyfrowi i nasz raport jednoznacznie pokazuje, że dotyczy to również klientów banków. 52 proc. respondentów posiadających smartfon, dokonuje przelewów przy jego użyciu. Coraz rzadziej natomiast odwiedzamy placówki banków – przyznaje się do tego 28 proc. respondentów naszego badania, z czego 34 proc. nie pamięta terminu ostatniej wizyty. Lubimy naszymi finansami zarządzać przy użyciu laptopa lub smartfona. To sygnał dla sektora e-finansów do zwiększania dostępności i poszerzania udogodnień cyfrowych dla konsumenta. Kluczem do sukcesu jest całkowicie scyfryzowana ścieżka klienta, bo to ona decyduje o poziomie postrzegania nowoczesności i przyjazności banku. Rozwiązania cyfrowe takie, jak  webinaria, czaty dają możliwość budowania relacji z klientem poprzez edukację z zakresu usług bankowych i nie mam tu na myśli typowych ofert sprzedażowych, ale edukację merytoryczną, która w rezultacie przełoży się na wyniki sprzedażowe i wizerunkowe banków – podkreśla Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.

Bank w domu i w kieszeni

Posiadanie konta w przynajmniej jednym banku deklaruje 80 proc. badanych Polaków. Najrzadziej korzystanie z usług bankowych deklarują mieszkańcy wsi, a także osoby w najstarszej i najmłodszej grupie wiekowej. Tu odsetek posiadaczy konta bankowego utrzymuje się w przedziale 55-60 proc.. W przypadku konsumentów korzystających z urządzeń mobilnych, z usług przynajmniej jednego banku korzysta 9 na 10 osób. Najczęściej badani konsumenci deklarują korzystanie z usług takich banków jak PKO BP, mBank, ING Bank Śląski, Pekao SA i Millenium Bank.

M – przelewy

Polacy wykorzystują swoje konto internetowe do realizacji średnio 2 aktywności związanych z finansami. Najczęściej przez Internet konsumenci robią przelewy (61 proc.) Wykonywanie przelewów za pomocą smartfona zadeklarowało 52 proc. posiadaczy tych urządzeń, przy czym aż 41% realizujących m-przelewy wskazało, że są to zwykle takie same przelewy jak kasycznie realizowane na laptopie, a 27 proc. wskazało, że w zasadzie większość przelewów robi już korzystając ze smartfona.

Karta liderem form płatności

Karta debetowa i szybki przelew to najczęściej wykorzystywane przez Polaków produkty finansowe i transakcyjne. Przelew tradycyjny jest najczęściej wybierany przez osoby z grupy wiekowej 55+ (27 proc.), natomiast najmłodsi, w wieku 15-18 lat, preferują płatność SMS-em (23 proc.). Osoby korzystające z urządzeń mobilnych korzystają ze znacznie większej liczby produktów finansowych i transakcyjnych niż pozostali.

Jeśli chodzi o najczęstsze formy płatności realizowane na co dzień w różnych okolicznościach, Polacy wskazali płatność kartą (28 proc.), następnie gotówką (27 proc.) oraz przelewem (18 proc.).                                                                                             Najczęściej wykorzystywaną przez Polaków metoda płatności okazała się płatność kartą płatniczą, którą wybrało jako dominującą 28% badanych. Co ciekawe, płatność kartą jest najpopularniejsza wśród osób w wieku 45-54 lata.

Coraz mniej gotówki w portfelu

Popularność e-płatności przekłada się na spadek ilości gotówki w portfelu. Aż a 1⁄4 badanych przyznała, że w ogóle nie nosi przy sobie gotówki. Najczęściej wskazywana przez Polaków kwota posiadanej gotówki w portfelu to kilkadziesiąt złotych. Banknoty i monety częściej posiadają w kieszeni osoby w wieku 25-34 lata (30 proc.).

Polacy chcą powrotu emigrantów zarobkowych

Coraz większe problemy ze znalezieniem pracowników sprawiają, że pracodawcy muszą szukać ich poza granicami kraju. Jak pokazują badania Work Service aż 3/4 Polaków najchętniej przyciągnęłoby na rynek pracy swoich rodaków będących na emigracji. 1/3 uważa, że należy zatrudniać osoby ze Wschodu, a 3 na 10 badanych twierdzi, że Polska powinna zachęcić do przyjazdu obywateli innych krajów Unii Europejskiej. To pokazuje, że nasi rodacy są coraz bardziej świadomi niedoborów na rynku pracy i widzą potrzebę sięgnięcia po osoby z zewnątrz.

W ostatnich kilku latach rynek pracy w Polsce diametralnie się zmienił i przeszedł rewolucyjną przemianę z sytuacji niedoborów ofert pracy do obecnych braków rąk do pracy. W świetle danych GUS, które pokazują, że już teraz blisko 120 tys. miejsc pracy jest nieobsadzonych, można się spodziewać dalszego pogłębiania się deficytów na rynku. To można odbić się nie tylko na pracodawcach, ale również na całej gospodarce, której grozi widmo braku możliwości dalszego rozwoju. Dlatego istotnym wyzwaniem, z jakim musimy się zmierzyć, jest pozyskanie dodatkowych osób, które zasilą rynek. Jak pokazują badania Work Service 73% Polaków ratunku upatruje w rodakach przebywających obecnie na emigracji.Polacy chcą powrotu emigrantów zarobkowych

Przyciągniecie Polaków przebywających poza granicami nie będzie łatwe. Wciąż wielu firmom trudno bowiem konkurować pod względem poziomu wynagrodzeń z pracodawcami na Zachodzie, którzy mogą zaoferować kilka razy więcej. Większe szanse powodzenia ma dalsze zmniejszanie poziomu emigracji poprzez poprawianie sytuacji na rodzimym rynku. Ogromnym wyzwaniem będzie też demografia. Najnowsze dane ONZ pokazują, że nasza populacja kurczy się w zastraszającym tempie – pod koniec wieku będzie nas blisko dwa razy mniej niż obecnie! Jeśli nie uda nam się poprawić aktywizacji zawodowej Polaków i przyciągnąć na rynek nowych osób to nasza gospodarka wyraźnie wyhamuje. Co ważne wielu Polaków już zdaje sobie z tego sprawę, bo jedynie 4% z nich nie widzi potrzeby przyciągania dodatkowych pracowników do naszego kraju – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Pracownicy ze Wschodu i UE pilnie poszukiwani

Dziś polski rynek pracy w sposób doraźny ratują przede wszystkim Ukraińcy. W opinii 32% Polaków to właśnie pracowników ze Wschodu należy przyciągać do naszego kraju. I jest to rozwiązanie niezbędne dla wielu firm do wypełniania bieżących potrzeb rekrutacyjnych. Potwierdzają to dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, z których wynika, że przez pierwszych 5 miesięcy tego roku zarejestrowano niemal 735 tys. oświadczeń o zamiarze zatrudnienia Ukraińców, a więc zapotrzebowanie po stronie pracodawców było o połowę większe niż przed rokiem. Jednak długoterminowo należy rozważyć również inne kierunki imigracji. Polska może zachęcać do przyjazdu obywateli pozostałych państw Unii Europejskiej. Aż 30% Polaków uważa, że to dobre rozwiązanie.

W Polsce możemy znaleźć miejsca pracy, które mogłyby być atrakcyjne szczególnie dla młodych ludzi, którzy w swoich krajach nie mają szansy na zatrudnienie. Z majowych danych Eurostatu wynika, że w Grecji, Hiszpanii czy Włoszech występuje obecnie największe bezrobocie w całej Unii Europejskiej, odpowiednio 22,5%, 17,7% i 11,3%. Właśnie z tych kierunków moglibyśmy przyciągnąć kadry do dynamicznie rozwijającej się w naszym kraju branży BPO, która cały czas potrzebuje tysięcy nowych pracowników. W tym sektorze poszukiwani są kandydaci posługujący się przede wszystkim językiem angielskim, więc nie powinno być to problemem dla osób z południa Europy. Oni znaleźliby u nas pracę, my przynajmniej w jednym sektorze ograniczylibyśmy niedobory kadrowe – uważa Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz Work Service S.A.

Pracownicy z Azji i Bliskiego Wschodu na końcu listy

Mimo, że w Polsce są obecni od lat to jednak nasi rodacy znacznie mniej chętnie widzieliby w naszym kraju pracowników z Azji. Tylko 14% osób jest zdania, że należy ich przyciągać na nasz rynek pracy. To jednak wynik lepszy niż w przypadku kandydatów z Bliskiego Wschodu (np. Syrii, Iraku i Turcji), których widziałoby u nas 8% badanych.

***

Metodologia badania:

Dane zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 27 marca-2 kwietnia 2017 r.

Badanie zrealizowano na próbie N=662 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg. danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=662 to +/-3,88%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS .

Rynek mieszkaniowy w Polsce – raport firmy doradczej CBRE

Polski rynek mieszkaniowy stoi u progu zmian zarówno jakościowych, jak i organizacyjnych. Najnowszy raport CBRE „Rynek mieszkaniowy w Polsce” skierowany jest do inwestorów kapitałowych oraz firm deweloperskich i ma na celu szczegółową analizę kondycji polskiego rynku mieszkaniowego. Publikacja omawia wyzwania i ograniczenia, a także główne kierunki rozwoju w jakim podąża rynek mieszkaniowy w Polsce, szczególną uwagę poświęcając rynkowi najmu, gdzie wyraźnie rośnie aktywność inwestorów instytucjonalnych.

Popyt inwestycyjny na zakup nowych mieszkań w Polsce napędzany jest zarówno przez czynniki makroekonomiczne, jak i przekonanie o długoterminowej wartości oraz bezpieczeństwie takiego rodzaju inwestycji. Rosnące od 2014 roku stopy zwrotu z wynajmu mieszkań, zachęcają osoby fizyczne do wycofywania środków z niskooprocentowanych lokat bankowych i obligacji na rzecz inwestycji w mieszkania. Jednocześnie z perspektywy deweloperów rozwój rynku najmu to ogromny potencjał dla zwiększenia poziomu sprzedaży nowych mieszkań oraz atrakcyjna alternatywa dla zwiększenia skali i dywersyfikacji działalności. Korzyści z inwestowania na prywatnym rynku najmu dostrzegli również inwestorzy instytucjonalni. W latach 2016-2017 sfinalizowano pierwsze transakcje międzynarodowych funduszy inwestycyjnych, które budują portfele mieszkań na wynajem i dla których rynek mieszkaniowy stał się równie atrakcyjny do inwestowania jak rynek biurowy czy handlowy.

„Wychodząc naprzeciw zachodzącym zmianom i potrzebom naszych klientów, CBRE aktywnie rozwija obszar usług adresowanych do inwestorów kapitałowych i firm deweloperskich operujących lub dopiero planujących swoją obecność na rynku mieszkaniowym. Nasza nowa publikacja to nie tylko kompendium wiedzy dla inwestorów, ale również praktyczny poradnik pozwalający zrozumieć procesy zachodzące na rynku oraz praktycznie wykorzystać tę wiedzę planując przyszłe inwestycje” komentuje Artur Pietraszewski Associate Director, Investment Properties, Residential CBRE.

Raport przygotowany przez CBRE we współpracy z Baker McKenzie, szeroko opisuje zjawiska determinujące dynamikę sprzedaży nowych mieszkań oraz prawne uwarunkowania dla rozwoju prywatnego i instytucjonalnego sektora wynajmu lokali. Prezentując historyczne i obecne procesy zachodzące na rynku mieszkaniowym, eksperci CBRE wskazują na perspektywy  rozwoju, organizacyjne wyzwania towarzyszące procesowi zakupu portfela mieszkań na wynajem oraz przygotowania do wprowadzenia na rynek takiej oferty.

 

Coraz więcej firm korzysta z usług w chmurze. To sposób na wymagane od 2018 roku zapewnienie bezpieczeństwo gromadzonych danych osobowych

Coraz więcej firm korzysta z usług w chmurze. To sposób na wymagane od 2018 roku zapewnienie bezpieczeństwo gromadzonych danych osobowych 1

Rośnie zagrożenie cyberatakami wymuszającymi okup. W 2017 roku liczba ataków DDoS może sięgnąć 10 mln. Dlatego usługi hostingowe oferują coraz bardziej kompleksowe rozwiązania, zwłaszcza że odpowiednie zabezpieczenie zależy przede wszystkim od dostawcy usług. Eksperci zauważają, że warto zwrócić uwagę na dodatkowe zabezpieczenia, szczególnie w świetle nowych unijnych przepisów dotyczących danych osobowych, które wejdą w życie już w 2018 roku.

– Bezpieczeństwo to nieustanny wyścig dwóch stron – tych, którzy próbują wykraść dane, i tych, którzy nas chronią, aby te dane były jak najlepiej zabezpieczone. Należy zawsze bezwzględnie sprawdzać, czy usługi, z których korzystamy, są odpowiednio zabezpieczone przy podejmowaniu decyzji o chęci skorzystania z danej usługi, czy taka firma prezentuje certyfikaty bezpieczeństwa, czy jest to potwierdzone w sposób obiektywny, że spełnione zostały odpowiednie warunki bezpieczeństwa. Warto też spytać o dodatkowe zabezpieczenia, np. o ochronę przed atakami DDoS – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży i marketingu w OVH.

Cyberprzestępcy szukają nowych dróg ataku. Dynamicznie rośnie liczba ataków wymuszających okup (ransomware), coraz częściej wykorzystywane jest różnego typu złośliwe oprogramowanie. Badania przeprowadzane przez firmę F-Secure wskazują, że dziennie w Polsce dochodzi do ok. 100 tys. cyberataków, zaś prognozy Deloitte wskazują, że w tym roku liczba ataków DDoS może sięgnąć 10 mln. Takim atakom sprzyja coraz większa liczba urządzeń podłączonych do internetu rzeczy. W 2016 roku do największego w historii ataku DDoS wykorzystano głównie zainfekowane wcześniej kamery internetowe oraz rejestratory obrazu.

– Odpowiednie zabezpieczenie się przed atakami to zaufanie dostawcy i sprawdzenie, czy firma, z której korzystamy, ma odpowiednie zabezpieczenia. Powierzamy swój biznes profesjonalistom. To na ich barkach spoczywa odpowiedzialność, im zależy na tym, abyśmy byli odpowiednio zabezpieczeni. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli ten system zawiedzie i utracimy dane lub nasza strona internetowa nie będzie dostępna, to z perspektywy dostawcy jest to sytuacja, która wpływa bezpośrednio na reputację takiej firmy – przekonuje Robert Paszkiewicz.

Z raportu Cloud Security 2016, opublikowanego przez CloudPassage wynika, że ponad 90 proc. przedsiębiorców ma obawy związane z bezpieczeństwem informacji przechowywanych w chmurze. Analizy Gartnera wskazują, że w 2020 roku niewykorzystanie chmury przez przedsiębiorstwa będzie tak rzadkie, jak obecnie brak dostępu do internetu. Większość firm będzie już korzystała z oferty cloud. Coraz więcej firm hostingowych stara się dlatego o specjalne certyfikaty, które gwarantują bezpieczeństwo i jakość usług. Usługi hostingowe oferują bardziej kompleksowe rozwiązania niż jeszcze kilka lat temu, m.in. nowoczesne systemy oparte na rozwiązaniach chmurowych.

– Ochrona danych osobowych jest niewątpliwie bardzo istotnym aspektem. Tworząc zbiór danych osobowych, należy go zgłosić do odpowiedniej instytucji, czyli GIODO. Jeżeli nastąpi wyciek danych, również tego typu sytuację zgłaszamy do tej instytucji oraz informujemy klientów o zaistniałej sytuacji. Takie rzeczy się zdarzają, transparentność i łatwość komunikacji między klientem, użytkownikiem a firmą jest w takim przypadku kluczowym aspektem – wskazuje ekspert.

Chmury oferują znaczne korzyści związanych z ochroną danych osobowych, zwłaszcza w kontekście nowego unijnego rozporządzenia RODO, które będzie obowiązywać od 2018 roku. W ten sposób część odpowiedzialności spada na dostawcę usług. Regulacja nałoży szereg nowych obowiązków na firmy. Jedną z kluczowych zmian będzie obowiązek zadbania o ochronę danych osobowych już na etapie projektowania wdrażanych rozwiązań związanych z przetwarzaniem danych. Administratorzy będą musieli wdrożyć właściwe rozwiązania techniczne i organizacyjne, które zagwarantują odpowiedni poziom bezpieczeństwa danych.

– Każda firma będzie musiała precyzyjnie wskazać, gdzie znajdują się dane osobowe ich klientów, i reagować w odpowiednim czasie na każde zgłoszenie, z którym mogą się oni pojawić. Nie każdy biznes jest dzisiaj przygotowany do tych zmian, warto przygotować się już teraz – podkreśla Robert Paszkiewicz.

W 2020 roku w Polsce powstanie 6 tys. punktów ładowania dla samochodów elektrycznych. Będą rozmieszczone w 32 aglomeracjach

W 2020 roku w Polsce powstanie 6 tys. punktów ładowania dla samochodów elektrycznych. Będą rozmieszczone w 32 aglomeracjach 2

Pierwsze polskie samochody elektryczne mogą trafić na ulice już w 2018 roku – tak zakłada projekt ElectroMobility, który wchodzi już w etap realizacji. Powstanie samych aut to jednak tylko część wyzwań, jakie stają przed polskim przemysłem motoryzacyjnym – wraz z nimi musi się pojawić nowa, rozbudowana infrastruktura obsługi tego typu pojazdów. Ministerstwo Energii obiecuje, że do 2020 roku powstanie 6 tys. punktów ładowania, które będą rozmieszczone w 32 miastach Polski.

– Ten plan oczywiście obejmuje infrastrukturę, nie jest to bezpośrednio nasze zadanie, natomiast gdy będziemy mieli zdefiniowaną koncepcję tego samochodu, będziemy się zastanawiali, w jaki sposób ten samochód powinien korzystać z infrastruktury, bo dostęp do infrastruktury i modele korzystania z niej mogą być przewagą konkurencyjną tego samochodu, który powstanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Zaremba, szef projektu ElectroMobility Poland.

Zaznacza, że najważniejszym elementem infrastruktury obsługującej samochody elektryczne są punkty ładowania. W tym momencie jest ich w naszym kraju zdecydowanie za mało.

– Patrząc na mapę, dzisiaj tych punktów ładowania jest zdecydowanie za mało, abyśmy mogli samochód elektryczny traktować jako alternatywę dla samochodu spalinowego. Takim samochodem możemy dzisiaj poruszać się tylko po mieście, i to też w ograniczonym zakresie – komentuje Piotr Zaremba.

Specjalista zauważa, że w krajach takich jak Niemcy infrastruktura została zepchnięta na dalszy plan, przez co samochody elektryczne sprzedają się o wiele gorzej, niż prognozowano. W naszym kraju ma być inaczej.

– My dziś w Polsce zaczynamy od infrastruktury, projekt ustawy o elektromobilności, który został przygotowany w Ministerstwie Energii, gwarantuje, że w 2020 roku powstanie sześć tysięcy punktów ładowania w Polsce. Będą one rozmieszczone w 32 aglomeracjach w taki sposób, aby samochodem elektrycznym można było jeździć zarówno w ramach tych aglomeracji, jak i pomiędzy nimi – wyjaśnia Piotr Zaremba.

Główny projekt podparty jest wieloma mniejszymi programami, które mają wspierać polskich producentów komponentów i pojazdów elektrycznych. Duże zaangażowanie w tej materii wykazały takie placówki jak Narodowe Centrum Badań i Rozwoju czy Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości. Wszystko po to, by plan został zrealizowany i polski samochód elektryczny mógł wyjechać na polskie drogi, mając ku temu odpowiednie warunki.

– Wyzwanie polega na tym, abyśmy w Polsce mieli produkt, który będzie kumulował wszystkie rozwiązania innowacyjne, które w tym zakresie w Polsce powstają – podkreśla Piotr Zaremba.

ElectroMobility Poland współpracuje z różnymi ośrodkami badawczymi – wszystko po to, by cały proces wdrożenia przebiegł bez zakłóceń.

– Ta współpraca trwa od początku powstania spółki. Polski Instytut Przemysłu Motoryzacyjnego i Instytut Transportu Samochodowego to są naturalne zespoły, z którymi pracujemy zarówno nad koncepcją samochodu, jak i nad przejściem do fazy budowy linii produkcyjnej i uruchomienia samej produkcji – zaznacza Piotr Zaremba. – Potrzebna jest zarówno współpraca z instytutami, ale też współpraca z producentami, którzy muszą dostrzec dla siebie szansę w tym, że wdrożą rozwiązania innowacyjne.

USD/JPY na wsparciu przed posiedzeniem

Wtorek nie przyniósł ulgi dolarowi amerykańskiemu, który ponownie tracił na wartości. Na rynku giełdowym wzrosty i nowy rekord indeksu Nasdaq. Również i ropa zyskiwała w cenie, choć tym razem wzrosty były kosmetyczne.

Nastroje za oceanem nie są najlepsze. Inwestorzy obawiają się o przyszłość inicjatyw administracji prezydenta Donalda Trumpa. Dotychczas skuteczność legislacyjna nie napawa optymizmem. Wśród walut które wczoraj najmocniej zyskiwały do USD należy wymienić dolara australijskiego (wzrost o 1.5%). Dużo lepsze nastroje panowały na rynku kapitałowym. Za sprawą wzrostu kursu akcji Netflixa, indeks spółek technologicznych Nasdaq osiągnął nowe maksima. Utrzymał też serię wzrostów, trwającą obecnie już 8 dni. – najdłuższą od 2015.

W dniu wczorajszym królowały publikacje dotyczące tempa wzrostu cen. Poznaliśmy też najnowsze dane dotyczące przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. Krajowi inwestorzy dużą uwagę będą też przywiązywać do dzisiejszych danych. Dowiemy się bowiem jak kształtowała się produkcja przemysłowa w czerwcu. Opublikowane zostaną też dane dotyczące sprzedaży detalicznej. A już w czwartek decyzje w sprawie wysokości stóp Europejskiego Banku Centralnego oraz Banku Anglii.

USD/JPY na wsparciu przed posiedzeniem 3

Dzień przed posiedzeniem BoJ, rynek USD/JPY wraca do pokonanej linii kanału spadkowego. Wsparciem jest też obszar 112.00-111.20. Ciekawie prezentuje się wskaźnik RSI, który wrócił do linii trendu wzrostowego, a równocześnie poziomu 50. Albo nastąpi odbicie i wzrosty, albo szansa na nie załamie się.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Od września programowania będą się uczyć najmłodsi. To wyzwanie dla szkół podstawowych i nauczycieli

Od września programowania będą się uczyć najmłodsi. To wyzwanie dla szkół podstawowych i nauczycieli 4

Za kilka lat podstawowa znajomość kodu i narzędzi programistycznych będzie wymagana w CV tak samo jak dziś znajomość języka angielskiego czy pakietu Office – przekonuje Michał Sztuk z firmy ViDiS. Od września nauka programowania trafi do I klas szkół podstawowych. Zwiększy się również liczba godzin informatyki dla starszych uczniów. Dużo większy nacisk ma być położony na praktykę. Jednak znajomość nowych technologii wśród wielu nauczycieli jest na znacznie niższym poziomie niż uczniów. Wyzwaniem jest też odpowiednie wyposażenie pracowni komputerowych.

– Nowe rozporządzenie Ministerstwa Edukacji Narodowej zakłada naukę elementów programowania już od I klasy szkoły podstawowej, a także zwiększenie liczby godzin informatyki od klasy IV w górę. Nauka programowania w założeniu ma znacząco zwiększyć przygotowanie uczniów do wejścia za kilka lat na rynek pracy – w dużej części już zdominowany przez zawody, które wymagają przynajmniej podstawowej znajomości kodu, obsługi narzędzi informatycznych czy pakietów biurowych – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Sztuk z firmy ViDiS.

Na świecie programowanie uważane jest za kluczową nowoczesną kompetencję i uznawane za trzeci język, którego należy się uczyć równolegle z ojczystym i obcym. Dlatego na Zachodzie tego rodzaju zajęcia od lat znajdują się w planie zajęć nawet najmłodszych uczniów. Wedle nowych przepisów od września 2017 roku nauka programowania rozpocznie się także w Polsce, już w I klasach szkół podstawowych. Zwiększy się też liczba godzin informatyki od IV klasy (z 210 do 280 godzin).

Jak jednak podkreśla ekspert, nowe obowiązki to również wyzwania dla szkół oraz samych nauczycieli.

– Nauczyciele przede wszystkim boją się tego, że nie sprostają wymogom MEN. Wymaga się od nich znajomości narzędzi, metod i nowych technologii, które nie są dla nich tak naturalne jak dla uczniów. Uczniowie w wieku 7–9 lat zdecydowanie płynniej poruszają się w temacie nowych technologii niż nauczyciele, którzy mają ich uczyć tego rzemiosła – tłumaczy Sztuk.

Nauczyciele zostali objęci cyklem szkoleń dotyczących programowania (koszt kursów to 124 mln zł). Mogą też skorzystać z sieci współpracy czy bazy materiałów. Łącznie w Polsce pracuje 24 tys. nauczycieli informatyki i technologii informacyjnej, wedle założeń wszyscy mają przejść odpowiednie szkolenie.

– Z moich doświadczeń wynika, że nauczyciele szkolą się w tym temacie, starają się zwiększać swoją wiedzę. Ośrodki metodyczne dla nauczycieli w dużym stopniu dysponują sprzętem niezbędnym do nauki programowania i potrafią szkolić nauczycieli. Widać jednak, że tylko część nauczycieli zainteresowała się tym tematem, pozostali nie do końca wiedzą, co stanie się po 1 września – wskazuje przedstawiciel ViDiS.

Zgodnie ze wskazaniami MEN zajęcia edukacyjne z informatyki mogą być prowadzone w grupach liczących nawet 24 osoby, jednak każdy uczeń ma mieć do dyspozycji indywidualne stanowisko pracy z dostępem do internetu i odpowiednim oprogramowaniem. Takie warunki spełnia niewielki odsetek polskich szkół, dlatego w najbliższym czasie czeka je sporo inwestycji w sprzęt. Eksperci wskazują, że część szkół postawi na nowoczesne pracownie terminalowe, które pozwolą oszczędzić koszty, czas i miejsce w pracowniach oraz zużycie energii.

– Na rynku jest dość dużo pieniędzy związanych z doposażeniem czy stworzeniem pracowni informatycznych. To programy operacyjne, różnego rodzaju dotacje z Ministerstwa i UE na przygotowanie pracowni. Należy tylko z głową podejść do tych pieniędzy. Jeżeli którakolwiek z instytucji publicznych, szkoła czy ośrodek metodyczny, potrzebuje pieniędzy na przygotowanie i wdrożenie tego typu nauczania, to te pieniądze się na rynku znajdą, wystarczy się rozejrzeć, na pewno coś się znajdzie – mówi Sztuk.

Jak przekonuje ekspert, aby nauka programowania była nie tylko teorią, lecz także praktyką, konieczne jest wsparcie ze strony dyrektorów szkół i lokalnych polityków, choćby jeśli chodzi o pomoc w zakupie podręczników. Dotychczas nauka kodowania czy samej informatyki w szkołach była często traktowana po macoszemu.

– W nowej podstawie rzeczywiście większy nacisk położony jest na praktykę, na obcowanie uczniów z nową technologią, z pomocami naukowymi, czyli robotami czy programami komputerowymi, które w wizualny sposób pokażą im, czy program, który przygotowali, będzie działał, i czy to, czego się uczą, w jakikolwiek sposób w przyszłości im się przyda. A tak będzie na pewno, za 5–10 lat podstawowa znajomość kodu i narzędzi programistycznych będzie tak samo wymagana w CV jak obecnie język angielski czy znajomość pakietu Office – ocenia Michał Sztuk.

Jak wynika z opublikowanego w 2016 roku raportu Światowego Forum Ekonomicznego, 65 proc. dzieci rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Większość z nich będzie związana właśnie z technologią, cyfryzacją albo sztuczną inteligencją. Branża IT rozwija się w coraz szybszym tempie, rośnie zapotrzebowanie na specjalistów, przede wszystkim z umiejętnością programowania.

Coraz więcej firm decyduje się na open space. Źle zaprojektowana przestrzeń może obniżyć efektywność pracowników o 15 proc.

Coraz więcej firm decyduje się na open space. Źle zaprojektowana przestrzeń może obniżyć efektywność pracowników o 15 proc. 5

Polskie firmy coraz częściej stawiają na otwarte przestrzenie. Często jednak zdarza się, że open space nie jest dopasowany do potrzeb pracowników. Komfort pracy w takich warunkach może spaść o blisko 30 proc., o 15 proc. obniża się efektywność pracowników. Co trzeci specjalista kończy zaś swoje projekty w domu ze względu na brak możliwości skoncentrowania się w miejscu pracy. Przestrzeń open space można starać się wyizolować, by stworzyć osobne części dla różnych grup.

Najczęściej spotykanym błędem przy okazji projektu przestrzeni typu open space jest niedostosowanie jej do potrzeb pracowników. Przy okazji tego typu projektów należy wysłuchać bardzo dokładnie, jakie są potrzeby ludzi, jaki jest charakter i kultura pracy w danej organizacji i tak skroić tę przestrzeń, aby była ona odpowiednia dla ludzi, którzy będą tam pracowali, odpowiednia dla procesów, które wykonują – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Danuta Barańska, dyrektor kreatywny w firmie Tétris.

Choć coraz więcej firm w Polsce przy projektowaniu biur decyduje się na open space, przeważa przestrzeń do złudzenia przypominająca fabrykę – wielka otwarta przestrzeń bez najmniejszej prywatności. Większości osób w takim biurze trudno jest się odnaleźć, zwłaszcza jeśli wcześniej pracowali w mniejszych pomieszczeniach, czasami kilkuosobowych.

Błędem jest też często nie tylko sam projekt, lecz także brak zadbania o zmianę w samych pracownikach, brak komunikacji i przygotowania ich na zmiany. Te dwa procesy, czyli zarówno projektowanie przestrzeni, jak i praca z ludźmi, aby zaakceptowali tę zmianę, muszą iść równolegle – przekonuje Barańska.

Urządzenie otwartej przestrzeni biurowej jest tańsze niż podzielenie jej i zaaranżowanie kilku lub kilkunastu pojedynczych gabinetów. Open space’y niekoniecznie jednak sprawdzą się w każdej firmie, choć dużo zależy od projektanta.

W przypadku meblowania przestrzeni open space jest możliwość wykorzystania bardzo szerokiego spektrum elementów, za pomocą których taką przestrzeń można delikatnie wygrodzić, wyizolować, stworzyć przestrzenie dla poszczególnych zespołów czy grup, które ze sobą pracują. To mogą być różnego rodzaju ścianki, przedzielenia, nie zawsze stałe elementy wykończenia. Mogą być to elementy zawieszane, rozsuwane kotary, które pozwalają osiągnąć większą elastyczność takiej przestrzeni – tłumaczy ekspertka.

Optycznie podzielić przestrzeń mogą też odpowiednio ustawione biurka. Zamiast przestrzeni otwartej tworzy się półotwarta, w której pracownikom łatwiej się skupić na obowiązkach.

Możemy zastosować różne rozwiązania meblowe, które pozwolą wydzielić przestrzeń, ale możemy też wykorzystać meble same w sobie, które na przykład poprzez podwyższone oparcie powodują, że zyskujemy efekt dużo większego podzielenia przestrzeni zgodnie z potrzebami ludzi, którzy ze sobą pracują – przekonuje Danuta Barańska.

Zmiany na rynku pracy niosą za sobą nowe trendy w aranżacji biur. Pracodawcy coraz powszechniej zapewniają swoim pracownikom designerskie przestrzenie do wspólnej pracy relaksu i rozrywki. Hamaki, wertykalne ogrody, stoły do piłkarzyków i sprzęt do fitnessu można spotkać już nie tylko w polskich oddziałach zagranicznych korporacji, ale i w siedzibach rodzimych firm. Na trendy w urządzaniu przestrzeni biurowych silnie wpływa też moda na ekodesign.

– Przestrzenie kreowane dla nowych pokoleń, które wchodzą na rynek pracy, również odpowiadają ich potrzebom. Staramy się, aby czuli się w nich dobrze. Projektujemy hamaki, huśtawki, wstawiamy różnego rodzaju elementy związane z ekologią, np. w postaci rowerów napędzanych siłą ludzkich nóg, które generują prąd. Staramy się, aby przestrzenie były jak najbardziej różnorodne, przyjazne i kojarzyły się młodym ludziom ze wzrostem i rozwojem, który obserwujemy w Warszawie – wymienia Barańska.

Eksperci brytyjskiego Exeter University wskazują, że komfort pracy z racji nieodpowiedniego miejsca może spaść nawet o 32 proc., a o 15 proc. może się obniżyć efektywność pracowników. Z danych Ipsos wynika, że dla 95 proc. pracowników ważna jest możliwość wykonywania zadań w prywatności, a 31 proc. przyznaje, że swoją pracę kończy w domu, bo w pracy nie może się skupić. Projektanci przy urządzaniu biur mają duże możliwości ich wyciszenia tak, by ułatwić pracę.

Chętnie wykorzystywane są elementy przestrzenne, jak ścianki wydzielające czy elementy zasłaniające w postaci zawieszanych przegród. Możemy stosować różne elementy w sufitach: panele wyciszające, sufity akustyczne, można stosować wykończenia ścian, jak tapety akustyczne i inne elementy, które z jednej strony są dekoracją, a z drugiej poprawiają akustykę wnętrza – przekonuje Danuta Barańska.

Startują żeglarskie mistrzostwa Polski i Europy. W weekend Gdańsk powita 800 żeglarzy i blisko 100 najszybszych jachtów z całej Europy

Startują żeglarskie mistrzostwa Polski i Europy. W weekend Gdańsk powita 800 żeglarzy i blisko 100 najszybszych jachtów z całej Europy 6

W najbliższy weekend w Gdańsku rozpoczną się Granaria Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski Gdańsk 2017, które poprzedzą zawody Dr Irena Eris ORC European Championship. To wydarzenie jest dla miłośników żeglarstwa tym samym, czym Euro dla sympatyków piłki nożnej. W rywalizacji o tytuł mistrza Europy Polskę będzie reprezentować 20 załóg, a kibice będą mogli śledzić ich zmagania z trójmiejskich plaż. Na czas regat do Gdańska zawita około 800 żeglarzy i blisko setka najszybszych jachtów z całej Europy – podkreśla Monika Kwiatkowska, ambasadorka mistrzostw, aktorka.

Mistrzostwa European Championship ORC startują 24 lipca w Gdańsku, a poprzedzą je otwarte mistrzostwa Polski. Zgłosiło się do nich 57 jednostek z całej Europy, natomiast do mistrzostw Europy zgłoszonych jest blisko 100 jachtów, również z całego kontynentu. Zainteresowanie jest ogromne, każdy z jachtów to około 8–15 osób załogi. Daje to w sumie prawie tysiąc europejskich żeglarzy, którzy spłyną do Gdańska już niedługo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kwiatkowska, aktorka.

Już w ten weekend, w dniach 21–23 lipca, odbędą się w Gdańsku Granaria Morskie Żeglarskie Mistrzostwa Polski 2017, które będą próbą generalną przed mistrzostwami Europy. Na listę startową wpisało się 57 załóg, z których 34 to załogi zagraniczne.

Chwilę później, w poniedziałek 24 lipca, wystartują europejskie mistrzostwa Dr Irena Eris ORC European Championship Gdańsk 2017, które potrwają do końca tygodnia. W regatach wezmą udział 93 załogi z 13 państw świata, m.in. z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Litwy, Izraela, Norwegii, Rosji i Szwecji. Na liście startowej znajduje się też 20 ekip z Polski.

Zbliżające się mistrzostwa będą jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznego sezonu na polskim wybrzeżu. Do Gdańska na ponad tydzień przypłyną jachty o długości sięgającej nawet 17 metrów. W gdańskiej marinie będzie natomiast gościć ponad 800 żeglarzy z Europy i całego świata. ORC European Championship są dla miłośników żeglarstwa tym samym, czym Euro dla sympatyków piłki nożnej.

Pierwszy raz w Polsce odbywa się impreza na taką skalę. Od 20 lat nie było nie było mistrzostw jachtów morskich na polskich wodach. Organizatorem jest miasto Gdańsk, Pomorski Związek Żeglarski, pod patronatem Ministerstwa Sportu i Turystyki, a naszym sponsorem jest Dr Irena Eris. Swój udział potwierdził już Mateusz Kusznierewicz, który będzie się ścigał o tytuł mistrza Polski na jednym z jachtów – mówi aktorka Monika Kwiatkowska, która wraz z Antonim Pawlickim objęła patronat nad imprezą.

Monika Kwiatkowska weźmie udział w mistrzostwach w podwójnej roli. Popłynie również jako zawodniczka na pozycji pitwoman na jachcie Good Speed. Jednostka zrzeszona w jachtklubie Stoczni Gdańskiej kolejny rok odnosi sukcesy regatowe – w ubiegłym roku zajęła 1. miejsce w Pucharze Bałtyku Południowego, 14. miejsce w Mistrzostwach Europy ORC oraz 1. miejsce w Morskich Żeglarskich Mistrzostwach Polski w ORC 2. W tym sezonie weźmie udział w obu imprezach, a celem załogi Good Speed na Mistrzostwa Europy jest miejsce w pierwszej dziesiątce.

– Jestem normalnym zawodnikiem, pływam na jachcie Good Speed jako pitwoman, czyli osoba, która zajmuje się na jachcie centrum dowodzenia linami. Wszystkie liny przechodzą przez moje ręce – wyjaśnia Monika Kwiatkowska.

Sympatycy żeglarstwa będą mogli zobaczyć flotę najszybszych jachtów z całej Europy w Marinie Gdańsk – powstanie tam Miasteczko Regatowe Dr Irena Eris ORC European Championship Gdańsk 2017. Zmagania ekip z całej Europy można będzie natomiast śledzić z trójmiejskich plaż.

Żeglarzy przyciągają do Polski świetne warunki do uprawiania tego sportu. Zatoka Gdańska, względnie bezpieczny akwen, jest zaskakująca, jeśli chodzi o warunki pogodowe – czasami zmieniają się w ciągu godziny. W ubiegłym roku rozmawiałam z zawodnikami na mistrzostwach świata w Kopenhadze i niektórzy byli zaskoczeni, że impreza tak wielkiej rangi odbędzie się w Polsce. Deklarowali, że to fantastyczna okazja, aby odwiedzić Polskę i Gdańsk, w którym nigdy nie byli. Europejczycy są nas ciekawi. Jest to dobra okazja, żeby pokazać nas, Polaków, jako organizatorów tej imprezy, od nieco innej strony – zauważa Monika Kwiatkowska, ambasadorka Dr Irena Eris ORC European Championship Gdańsk 2017.

Kupowanie pochlebnych opinii to coraz częstsza praktyka w internecie. Firmy mogą zostać za to surowo ukarane

Kupowanie pochlebnych opinii to coraz częstsza praktyka w internecie. Firmy mogą zostać za to surowo ukarane 7

Coraz więcej konsumentów przed zakupem danego produktu szuka o nim opinii w internecie. Tymczasem znaczna część wpisów, które można znaleźć w sieci, jest fałszywa. Astroturf marketing, czyli kupowanie pochlebnych opinii, to coraz większy problem także w Polsce. Prawo pozwala na karanie tych, którzy płacą za pozytywne komentarze. Kara może sięgnąć nawet 10 proc. obrotu z roku poprzedzającego rok wydania decyzji. Eksperci twierdzą jednak, że udowodnienie takiego czynu jest trudne.

– Astroturfing, czyli kupowanie pochlebnych opinii, jest zjawiskiem coraz częściej spotykanym na polskim rynku. W internecie roi się od ofert różnych przedsiębiorców, którzy chcą w ten sposób świadczyć swoje usługi. Takie działanie może być kwalifikowane jako nieuczciwa praktyka rynkowa. Wynika to wprost z przepisów ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Affre, adwokat i wspólnik zarządzający w kancelarii Affre i Wspólnicy.

Astroturfing, czyli z angielskiego położenie sztucznej trawy, polega na prowadzeniu kampanii, które udają opinie zwykłych konsumentów. Coraz więcej firm i agencji, także w Polsce, oferuje przedsiębiorcom, którzy wprowadzają na rynek produkt lub chcą poprawić jego postrzeganie, stworzenie pozytywnego klimatu wokół produktu czy usługi. Według części badaczy problem jest duży i nawet kilkadziesiąt procent wszystkich opinii w sieci to fałszywki.

– Podawanie się za konsumenta, gdy się nim nie jest, i wpisywanie komentarzy pod produktami lub usługami, rozpowszechnianie w ten sposób przez przedsiębiorców komentarzy pochlebnych na swój temat lub niepochlebnych o konkurencji zawsze powoduje wprowadzenie konsumentów w błąd. Uzyskują oni nieprawdziwe informacji, tworzy się dla nich pozory autentyczności danego zjawiska. To działanie może być kwalifikowane jako nieuczciwa praktyka rynkowa. Wówczas do gry może wkroczyć prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – wyjaśnia Joanna Affre.

Prezes UOKiK na mocy przepisów ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów ma prawo, by z takim działaniem walczyć. Na kary narażone są zarówno agencje, które oferują takie działania, jak i przedsiębiorcy, którzy je kupują.

– Jeżeli prezes urzędu uzna, że tego typu zachowania stanowią naruszenie przepisów, może wszcząć postępowanie i nałożyć na przedsiębiorców, którzy podejmują takie działania, kary do 10 proc. obrotu z roku poprzedzającego rok wydania decyzji. Mogą to być również działania miękkie, czyli zwrócenie się do przedsiębiorców z prośbą o zaprzestanie takich działań i w ten sposób zakończyć postępowanie – wymienia adwokat.

W wielu sytuacjach firmy są jednak bezkarne, przede wszystkim ze względu na trudność udowodnienia im takiego czynu. Pomocna może się okazać instytucja tajemniczego klienta, często wykorzystywana np. na Zachodzie. W Stanach Zjednoczonych w jednej ze spraw prokurator podszył się pod przedsiębiorcę, który chce kupić pozytywne komentarze, uzyskał oferty, a wraz z nimi także materiał dowodowy.

– Prezes UOKiK również mógłby wykorzystać instytucję tajemniczego klienta, aby zebrać materiał dowodowy w tego typu postępowaniu. Miałby też bardzo dużo pracy, przeglądając polskie strony internetowe – podkreśla Joanna Affre. – Z pewnością działania podejmowane przez nieuczciwych przedsiębiorców w bardzo istotny sposób deformują decyzje podejmowane przez konsumentów o zakupie produktów lub usług.

Tym bardziej że coraz więcej klientów zanim kupi dany produkt lub skorzysta z usług danej firmy, najpierw zapoznaje się z opiniami na ich temat, które zamieszczają internauci.

Sklepy na stacjach benzynowych coraz poważniejszą konkurencją dla dyskontów i sklepów osiedlowych. Rośnie asortyment i liczba dostępnych usług

Sklepy na stacjach benzynowych coraz poważniejszą konkurencją dla dyskontów i sklepów osiedlowych. Rośnie asortyment i liczba dostępnych usług 8

Coraz więcej osób robi codzienne zakupy na stacjach benzynowych. Wbrew powszechnie obowiązującym mitom klientów przekonują głównie szerszy asortyment i większa liczba promocji niż w sklepach osiedlowych i niektórych dyskontach, a także to, że stacje są zawsze po drodze i otwarte non-stop. Koncern BP, zarządzający drugą pod względem wielkości siecią stacji benzynowych, zapowiada rozwój segmentu retail i nowe udogodnienia, nie tylko dla kierowców.

Potrzeby zakupowe klientów się zmieniają. Stacja benzynowa jest po drodze, wygodnie tam zaparkować i jest otwarta 24/7. Klient może być pewny, że zawsze jest czynna. To miejsce, w którym może nie tylko zatankować samochód i zrobić sobie przerwę w podróży, lecz także spełnić swoje potrzeby zakupowe i usługowe. Stacja to nie jest już wyłącznie punkt tankowania paliwa czy impulsywnego zakupu kilku batoników. To bardzo szeroka oferta spożywcza, która może zaspokoić potrzeby i gusta każdego klienta – mówi agencji Newseria Biznes Artur Wójcik, dyrektor Działu Sklepów BP w Polsce.

Paliwowy koncern zarządza siecią ponad 500 stacji benzynowych na terenie całego kraju. Tylko w 2016 roku dołączyło do niej 30 nowych punktów. BP dysponuje w tej chwili drugą największą siecią detaliczną w Polsce, goniąc PKN Orlen.

Od kilku lat BP stale poszerza ofertę produktów i usług na swoich stacjach, coraz głębiej wchodząc w segment retail. Sklepy przystacyjne nie oferują już wyłącznie produktów związanych z motoryzacją, a coraz częściej stanowią konkurencję dla osiedlowych sklepików czy dyskontów. Tym samym stacje paliw stają się coraz ważniejszym graczem na retailowym rynku, a BP systematycznie zwiększa udziały ze sprzedaży w tym segmencie.

 Oczekiwania polskiego klienta zmieniają się bardzo szybko. Ta zmiana dotyczy nie tylko stacji paliw, lecz także całego rynku detalicznego. Klienci są coraz bardziej zapracowani, więcej czasu spędzają w samochodach, podczas gdy woleliby być w domu, relaksując się z rodziną. Dlatego oczekują wygody, szybkości i bliskości oraz kompleksowej oferty. Chcą szerokiego spektrum artykułów i usług, z których mogą skorzystać na miejscu – tłumaczy Artur Wójcik.

Oferta w sklepach przy stacjach benzynowych BP jest obecnie porównywalna z asortymentem sklepów osiedlowych, a nawet części dyskontów. Poza żywnością i napojami są w niej m.in. produkty fit i wyroby regionalne oraz żywność dla diabetyków. Łącznie znajduje się w niej ponad 2,5 tys. produktów. Przystacyjne sklepy konkurują też liczbą codziennych promocji: każdego dnia w obniżonej cenie jest ponad 500 produktów, podczas gdy dyskonty mają ich zaledwie kilkadziesiąt.

– Jesteśmy częścią rynku detalicznego. Na naszych stacjach jest ponad 2,5 tys. produktów, czyli więcej niż w sklepach osiedlowych bądź dyskontowych, które zwykle mają w ofercie 2–2,5 tys. produktów. Nasze stacje to typowy retail. Paliwo stanowi dodatkowe 5 lub 6 produktów w ofercie – oczywiście o dużo większej skali i większym obrocie, ale to produkty jak wszystkie inne. Będąc częścią tego rynku, jesteśmy bacznie obserwowani przez naszą bezpośrednią konkurencję i kanał convenience – mówi Artur Wójcik.

Paliwowy koncern jako pierwszy wszedł dekadę temu na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę. Kierując się trendami, niedawno wprowadził do oferty produkty z kategorii fit i zdrowa żywność. W sklepach przystacyjnych wydzielone zostały półki z żywnością i szeroką gamą bezglutenowych przekąsek.

 Od kilku lat czujemy się liderem tego rynku. Czujemy, że wyznaczamy trendy. Jako pierwsi wprowadziliśmy ofertę przygotowywaną na miejscu. Zaczęliśmy robić kanapki ze świeżymi warzywami dostarczanymi 4 lub 5 razy w tygodniu. Zaczęliśmy wypiekać pieczywo na miejscu, co oznacza, że produkty, które może kupić klient, są wypiekane na stacji. Pierwsi wprowadziliśmy też na stację prawdziwego pączka od Bliklego, to jest inna jakość, czy ostatnia nowość, czyli drożdżówka, która staje się hitem. Wszystkie nasze produkty w gastronomii są unikalne, co znaczy, że kupisz je w tej jakości tylko w Wild Bean Café – wylicza Artur Wójcik.

Poza ofertą produktową BP rozwija też usługi, z których można skorzystać na stacjach paliw. Już kilka lat temu BP zdecydowała się na wprowadzenie kącika kwiatowego, w którym przez całą dobę klienci mogą kupić świeże kwiaty. Na większości stacji dostępne są bankomaty, a coraz częściej – paczkomaty InPostu, w których bez względu na porę można wygodnie odebrać przesyłkę.

Oferta sklepu to nie tylko produkty, które stoją na półkach. To również myjnia. Można kompleksowo zadbać o swój samochód, kupić wszystkie środki czystości. Szukamy również innych usług, które klient mógłby załatwić w jednym miejscu, w myśl zasady: „To, co lubisz, tak jak lubisz, po drodze” – zapowiada dyrektor Działu Sklepów BP w Polsce.

Rządowy optymizm jest zbyt ryzykowny, ocenia MFW

Międzynarodowy Fundusz Walutowy opublikował właśnie nowy raport dotyczący Polski. MFW ocenia, że prognozy rządu są zbyt optymistyczne i zaleca dużo większą ostrożność. Tempo wzrostu PKB będzie spadać, konsekwencje obniżenia wieku emerytalnego będą się nasilać. Tendecji tych nie powstrzyma pomysł, aby zablokować wzrost wynagrodzeń dla pracujących w sferze budżetowej.

Wzrost PKB będzie w roku przyszłym niższy. 3,3 proc. wobec 3,6 proc. w 2017 r. Za pięć lat wyniesie 2,6 proc. Rządowe prognozy są zbyt optymistyczne, bo zakładają, że światowa koniunktura będzie nadal rosnąć. A co jeżeli tak się nie stanie? Tym bardziej negatywnie odczujemy skutki obniżenia wieku emerytalnego.

– Rządowe prognozy są zbyt optymistyczne także dlatego, bo zakładają zamrożenie płac w budżetówce i to w 2018 r., który jest rokiem wyborczym – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Aleksander Łaszek, główny ekonomista FOR.

Rząd chce zwiększyć podatek za wynajmowanie mieszkania

Ministerstwo Finansów chce wprowadzić zmiany w podatku dochodowym od osób fizycznych i podatku dochodowym od osób prawnych. W ramach działań związanych z uszczelnieniem systemu podatkowego proponowane są podwyższenia podatków. Jedna ze zmian dotyczy opodatkowania przychodów z najmu mieszkania.

– Wprowadzono limit przychodów, po przekroczeniu którego dochody z najmu opodatkowane będą na zasadach ogólnych, czyli co najmniej 18 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Tomasz Zaleski, partner w kancelarii prawniczej Kochański Zięba i Partnerzy (KZP).

Jak dotąd dla większości właścicieli mieszkań takie dochody były obciążone podatkiem 8,5 proc.

Kurs dolara najniżej od 2 lat, funt traci 4 gr po danych o inflacji

Wtorek przynosi kontynuację wyprzedaży dolara, który w relacji do złotego jest najsłabszy od prawie 2 lat. Mocno na wartości traci również funt, reagując na spadek inflacji na Wyspach. Szwajcarski frank natomiast, pomimo początkowego zaliczenia 2,5-letniego dołka, utrzymuje się powyżej wsparcia na 3,80 zł.

Fatalna passa dolara trwa nadal. We wtorek traci on do koszyka walut. W tym do złotego. Kurs USD/PLN spadł do 3,6360 zł z 3,6612 zł wczoraj i znalazł się najniżej od sierpnia 2015 roku. Tymczasem jeszcze niespełna miesiąc temu za „zielonego” trzeba było zapłacić 3,82 zł.

U źródeł dzisiejszej przeceny dolara, obok systematycznie zmniejszających się oczekiwań na trzecią w tym roku podwyżkę stóp procentowych przez Fed, znalazły się kwestie polityczne. Po tym jak dwóch kolejnych republikańskich senatorów sprzeciwiło się forsowanej przez prezydenta Donalda Trumpa reformie systemu ubezpieczeń zdrowotnych, na nowo odżyły obawy, czy prezydent będzie w stanie porozumieć się z republikańską większością w Kongresie ws. reform podatkowych i innych działań mających wesprzeć gospodarkę.

Rok 2017 to zdecydowanie nie jest rok dolara. Tylko w ostatnich 3. miesiącach dolar potaniał w relacji do złotego o 7,6 proc. Od początku roku spadek ten sięgnął 13 proc. Natomiast od grudniowego maksimum, gdy za „zielonego” trzeba było zapłacić prawie 4,28 zł, spadek wyniósł 15 proc. Zwraca uwagę to, że dolar traci do innych walut pomimo, że amerykański Fed już dwukrotnie podwyższył stopy procentowe i przymierza się do kolejnych podwyżek. Takie zachowanie wynika z rozczarowującej kondycji gospodarki USA, co każe wątpić w kolejne podwyżki stóp. Z drugiej zaś strony, poprawa koniunktur na świecie, zwiększa oczekiwania co do odejścia innych dużych banków centralnych od ultraluźnej polityki, wzmacniając tym samym te waluty wobec dolara (np. euro). Natomiast w przypadku walut rynków wschodzących (np. złotego), lepsza koniunktura i wzrost apetytu na ryzyko je wspiera, pomimo iż perspektywa zaostrzenia polityki monetarnej przez czołowe banki centralne powinna teoretycznie drenować kapitał z tychże rynków

Dziś złotego dodatkowo wspierają oczekiwania na publikowane w tym tygodniu dane makroekonomiczne z rodzimej gospodarki. Dziś o godz. 14:00 GUS opublikuje czerwcowe raporty o płacach (prognoza: 5 proc. R/R) i zatrudnieniu (prognoza: 4,3 proc.). Jutro dane o produkcji przemysłowej (prognoza: 3,8 proc.), sprzedaży detalicznej (prognoza: 6,9 proc.), inflacji producenckiej (prognoza: 2,1 proc.) i koniunkturze konsumenckiej. W piątek zaś raporty o podaży pieniądza (prognoza: 6 proc.) i koniunkturze gospodarczej. Można oczekiwać, że w większości przypadków odczyty okażą się lepsze od konsensusu, co będzie dodatkowym impulsem wzmacniającym złotego.

Na gruncie analizy wykresu USD/PLN, po tym jak dolar spadł poniżej wsparcia na 3,69-3,70 zł, otwarta jest droga do szybkiego testu bariery 3,60 zł.

Dziś bardzo dużo dzieje się też na rynku funta. Jego notowania załamały się po godzinie 10:30, co sprowadziło kurs GBP/PLN do 4,7360 zł z testowanego jeszcze rano poziomu 4,7840 zł, w reakcji na opublikowane wówczas dane o inflacji w Wielkiej Brytanii. W czerwcu  inflacja konsumencka niespodziewanie obniżyła się do 2,6 proc. rok do roku z 2,9 proc. miesiąc wcześniej, a inflacja bazowa do 2,4 proc. z 2,6 proc. w maju, podczas gdy w obu przypadkach oczekiwano jej stabilizacji. To przekonało inwestorów, że skok cen na Wyspach jest przede wszystkim efektem pobrexitowego osłabienia funta, przez co Bank Anglii nie będzie na to reagował podwyżkami stóp procentowych. Obecnie prawdopodobieństwo wzrost stóp jeszcze w tym roku nie przekracza 30 proc., natomiast zgodnie z rynkowym konsensusem, bank centralny na taki krok zdecyduje się dopiero w 2019 roku.

Przecena funta sprowadza notowania GBP/PLN ponownie w rejon dolnego ograniczenia prawie dwumiesięcznej konsolidacji w przedziale 4,7250-4,8550 zł. Rozczarowujące dane z Wysp, przy jednocześnie utrzymującym się dobrym sentymencie do złotego sprawiają, że rośnie prawdopodobieństwo wybicia dołem z tego trendu bocznego. Skutkowałoby to szybkim spadkiem w okolice 4,60 zł, czyli poziomu nieoglądanego od październikowego flash crashu na funcie (wtedy w jednej chwili notowania GBP/PLN spadły z 4,83 do 4,5675 zł, żeby natychmiast wrócić do 4,75 zł).

Początek dnia zapowiadał się też emocjonująco na CHF/PLN. Kurs szwajcarskiej waluty spadł rano do 3,7954 zł z 3,8050 zł wczoraj, pokonując majowe minimum i wyznaczając najniższe poziomy od „czarnego czwartku”, czyli od 15 stycznia 2015 roku, gdy Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) zdecydował się zaprzestać osłabiania franka. Kolejny godziny jednak przyniosły korektę tego ruchu i po południu kurs CHF/PLN testował poziom 3,8130 zł. Pomimo obserwowanego odbicia wciąż jednak wsparcie na 3,80 zł pozostaje zagrożone, a ryzyko spadku franka jeszcze w tym tygodniu do 3,76-3,77 zł spore.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Rozciągnął swoje granice

Wstrząs i podziw opanowały wczoraj Waszyngton, gdy głosy w sprawie uchylenia Obamacare zostały zdławione w Senacie. Wraz z republikanami kontrolującymi wszystkie trzy departamenty rządu Stanów Zjednoczonych, pozbycie się jednej z głównych ustaw poprzedniego prezydenta powinno być spacerem po parku. Dobrze, że giełda została zamknięta, gdy głosowanie zostało sfinalizowane. Nie wpłynęło ono na Wall Street. Być może nowy cykl rozwinie się do czasu ich dzisiejszego otwarcia.

To wydarzenie wpłynęło jednak z pewnością na inne rynki. Rynki azjatyckie jak do tej pory wydawały się iść w dół dzisiejszego ranka. Najbardziej znaczący jest jednak dolar amerykański, który przyjął ogromny cios. Dane o inflacji, które pojawiły się w piątek, wysłały jego notowania do najniższego punktu od czasu wyborów w USA. Złe wiadomości z zeszłej nocy sprawiły, że dolar amerykański zszedł do poziomu z sierpnia.

USDOLLAR_18_07_2017O godzinie 14:30 w Londynie, Mark Carney zaprezentuje nowy banknot o wartości 10 funtów z wizerunkiem Jane Austen. Najwyraźniej nie mogą teraz umieścić J.K. Rowling na żadnych pieniądzach, więc zdecydowali na jedną z jej ulubionych pisarek. To wydarzenie będzie mile widzianym odpoczynkiem dla zmartwionego Banku Anglii. Polityka i rządzące nią zasady spowodowały, że gubernator Banku Anglii, pochodzenia kanadyjskiego, odchodzi od zmysłów.

GBPUSD_18_07_2017Ostatni zwrot w stosunku do podnoszących się ostatnio stawek przyspieszył wzrost funta. W chwili pisania tego tekstu para walutowa GBP/USD poddaje poziom 1,3100 poważnemu testowi. Czy Jane Austen mogłaby zapobiec dalszemu popytowi i spowodować, że inwestorzy zaczną mówić o odzysku na brytyjskim funcie?

AUDUSD_18_07_2017Dolar australijski rozciąga dziś swoje granice, ponieważ spekulacje opierają się na Banku Rezerwy Australii. Gubernator Banku, Philip Lowe, zdecydował się na bezpieczne zagranie podczas ostatniego spotkania i nie podwyższył stóp procentowych. Tymczasem protokół z tego spotkania, opublikowany wczoraj, wskazał, że Bank jest zadowoleniu ze sposobu w jakim gospodarka się rozwija. Ten optymizm bezpośrednio odzwierciedla postawę Europejskiego Banku Centralnego i Banku Kanady, które w zeszłym tygodniu podniosły stopy procentowe.

Myśl, że dolar australijski może wkrótce oferować wyższą stopę depozytów, sprowadza wielu przedsiębiorców na skraj ekstazy. Jest to już bardzo dochodowa okazja do Carry Tade. Sama myśl, że wartość waluty może wzrosnąć a refinansowania kredytów mogą wzrosnąć spowodowało wirtualną eksplozję ceny. Umieszczając to wszystko w słabszym dolarze, para walutowa AUD/USD wygląda na szczerze usatysfakcjonowaną.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Rynek dowozów jedzenia osiągnął wartość 1,5 mld zł. Króluje pizza

Średnio ok. 56 zł płaci Polak za zamówiony posiłek z dostawą. Jedzenie kupujemy przeważnie w weekendy, najczęściej wybieranym przez nas daniem jest pizza, a zamówienia składamy zwykle telefonicznie. Co jeszcze wynika z raportu firmy Stava o rynku dowozów jedzenia?

Królowa jest tylko jedna

Nie jest niespodzianką, że jedzeniem najchętniej wybieranym przez Polaków jest pizza (40,6% wszystkich zamówień). Na dalszych miejscach znajdują się burgery (12,1%), kuchnia orientalna (11,1%), kebaby (9,9%), kuchnia tajska (8,4%), kuchnia polska (6%), sushi (5,3%), kanapki (3,3%) oraz kuchnia wegetariańska i wegańska (3,3%). Na popularność danego jedzenia w dużym stopniu wpływa pora dnia. Przykładowo pizzę zamawiamy przede wszystkim wieczorem, a pierogi – w porze lanczowej. Najbardziej uniwersalna wydaje się kuchnia tajska.

Sushi w cenie… wysokiej cenie

56,02 zł – tyle wynosi średnia wartość rachunku za jedzenie z dowozem. Najwięcej płacimy wtedy, kiedy zdecydowaliśmy się na sushi (średnio ok. 131 zł), kuchnię tajską (71 zł) oraz kuchnię indyjską (66 zł). Najmniej – w przypadku kebabów (40 zł), pizzy (44 zł) i kuchni orientalnej (46 zł). Najdroższe zamówienia składamy w godzinach lanczowych.

Intensywne weekendy

Jak mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Paweł Aksamit, prezes firmy Stava: „Liczba zamówień bardzo mocno zależy od dnia tygodnia. Najsłabsze są poniedziałki i wtorki – ok. kilkunastu procent mniej dostaw niż przeciętnie. Środy i czwartki są właśnie takimi przeciętnymi dniami. Natomiast piątek, sobota i niedziela to dni zdecydowanie najlepsze. Dostaw jest wtedy o kilkanaście procent więcej”.

Głównie przez telefon

W jaki sposób zamawiamy jedzenie? „Chociaż popularność zamówień przez serwisy internetowe i aplikacje wciąż rośnie, dominuje telefon. Zamówienia telefoniczne stanowią ok. 60% wszystkich. Trzeba też zwrócić uwagę, że im więcej jedzenia dowozi dana restauracja, tym udział zamówień telefonicznych jest większy” – informuje ekspert.

Czy kryptowaluty zagoszczą w bankach?

Nie można ich dotknąć, schować do portfela, zobaczymy je tylko na ekranie komputera i innych urządzeń – to kryptowaluty, które budzą coraz więcej emocji. Ten środek płatniczy nie jest jeszcze akceptowany przez banki. Czy to się zmieni?

– Rynek kryptowalut rośnie. Jest to w miar młody fenomen, ale ten rynek jest bardzo ekscytujący. Obecnie niewiele banków akceptuje bitcoiny. Widzimy ten ruch np. w Norwegii, gdzie banki się otwierają na wpłaty w bitcoinach – mówi newsrm.tv Paweł Kuskowski, prezes Coinfirm Blockchain Lab i dodaje. – W przyszłości nie wątpię, że będzie coraz więcej banków, dla których będzie to atrakcyjne źródło depozytów. To jest kwestia znalezienia mechanizmów w jaki bank będzie mógł akceptować te wpłaty w sposób bezpieczny zgodny z przepisami.

Jak to może się odbywać? Zdaniem eksperta tzw. challenger banks będą prawdopodobnie wchodzić w ten sektor. Na początku będzie to się odbywało pośrednio przez podmioty, które będą z nimi współpracowały jak np. giełdy kryptowalutowe, płatnościowe lub firmy które będą otrzymywały płatności w kryptowalucie. – Jednak z czasem będą się otwierały i rozpoznawały to jako narzędzie inwestycyjne, depozytowe itd. Jest to rzeczywiście moja wizja przyszłości. Zobaczymy co się wydarzy – mówi Paweł Kuskowski i wyjaśnia. – Widzimy coraz więcej rozwiązań. Jedna z kryptowalut tworzy portfel, który będzie w bardzo prosty sposób pozwalał funkcjonować na rynku konsumenckim. Ostatnio w Norwegii był jeden bank, który powiedział, że jest otwarty na kryptowaluty. Barclays w Wielkiej Brytanii kilka lat temu też testował te rozwiązania. Ten proces jest powolny, bo jest to duże wyzwanie z punktu widzenia regulacyjnego, ponieważ jest to ryzyko, którym bankom ciężko jest zarządzić i zrozumieć. Myślę, że to jest kwestia roku, półtora, maksymalnie dwóch kiedy banki nie będą mogły zignorować tego środowiska i będą banki, które będą rzeczywiście wchodziły na rynek z ofertą do klientów, którzy posiadają środki w kryptowalutach – dodaje.

Atrakcyjna praca. 10 rzeczy najważniejszych dla pracowników

Poszukując nowej pracy, chcąc nie chcąc, porównujemy ją do obecnej lub do tej, którą wspominamy najlepiej na dotychczasowej ścieżce zawodowej. Korzystniej jednak będzie, jeśli będziemy ją dostosowywać do naszej aktualnej sytuacji życiowej.

Praca – inaczej szukamy jej, będąc świeżo upieczonym absolwentem, inaczej tuż po urlopie macierzyńskim, a jeszcze inaczej jako osoba przymierzająca się do zakupu mieszkania na kredyt. Na początku zawodowej ścieżki łatwiej pogodzić się z brakiem umowy, ale w czasie gdy zależy nam na wzięciu kredytu, jej brak odbija się czkawką. Dlatego szukając pracy, trzeba zwrócić uwagę na 10 rzeczy i spojrzeć na nową firmę – nie poprzez zatrudnienie u byłego pracodawcy – a własną sytuację życiową i bieżące potrzeby – wskazuje Joanna Żukowska, eksperta serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

  1. Lokalizacja firmy

Odległość z pracy do firmy i odwrotnie nabiera znaczenia, gdy po pracy musimy być na czas w przedszkolu lub na świetlicy w szkole. Jeśli ten czynnik decyduje o podjęciu pracy lub rezygnacji z niej, należy przejechać trasę od firmy do domu w godzinach porannych i popołudniowych. Przykładowo Włosi znani są z tego, że wybierają pracę blisko domu, do której dojadą skuterem w kilka minut. Krótki czas przejazdu z pracy do domu pozwala im na radowanie się w pełni godzinną sjestą. Z badania budżetu czasu, które GUS wykonuje raz na 10 lat, wynika, że w Polsce dojazdy do pracy zajmują przeciętnie blisko godzinę. Najwięcej czasu na podróże do pracy poświęcają mieszkańcy województwa mazowieckiego (średnio 1 godzinę i 12 minut), a najmniej województwa lubuskiego (52 minuty).

  1. Obowiązki

Czym dokładnie będę zajmować się w firmie? – to pytanie obowiązkowo powinno znaleźć się na liście pytań z rozmowy kwalifikacyjnej. Dokładny zakres obowiązków pozwala na oszacowanie czy proponowane pieniądze są adekwatne do zadań. Nie warto lekceważyć tego czynnika, gdyż aż 25 proc. Polaków narzeka na nadmiar obowiązków i wskazuje go jako jeden z głównych źródeł stresu w pracy – wynika z badań Monster Polska, przeprowadzonych w II kwartale tego roku. Tymczasem praca powinna być źródłem satysfakcji.

  1. Praca a koszt dojazdów

Zwykle lokalne firmy oferują o kilkaset złotych mniejsze wynagrodzenie niż przedsiębiorstwa działające w takiej samej branży, ale zlokalizowane w dużym mieście. W tej sytuacji należy wyliczyć, ile wyniesie nas koszt dojazdów do miasta. Może się okazać, że godziny pracy wymagają dojazdów samochodem i parkowania na płatnym parkingu. Wtedy lokalna firma, nawet z niższą płacą, może okazać się korzystniejszym pracodawcą.

  1. Praca w święta i weekendy

Są firmy i zawody, które z założenia nie pracują w święta i weekendy. Jednak wiele branż wymaga pracy w weekendy i dyżurów świątecznych. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej warto wyjaśnić kwestię pracy w takie dni i jej zakresu. Z danych Eurostatu wynika, że w 2015 r. co najmniej 7,1% Polaków pracowało dwie niedziele w ciągu miesiąca (przy uwzględnieniu szarej strefy gospodarki). Wprawdzie, to mniej niż dziesięć lat temu, ale  praca w weekendy wciąż dotyczy ok. 1,1 mln osób.

  1. Umowa

Zatrudnienie na etat – przywilej i obowiązek. Jeśli lubimy niezależność i nie chcemy wiązać się z jedną firmą na stałe, umowa jest czynnikiem, który ogranicza tę wolność. Z drugiej strony umowa to ubezpieczenie, zdolność kredytowa i składki ZUS. Na pewnym etapie warto szukać do skutku pracodawcy, który oferuje umowę o pracę. Co najmniej trzymiesięczna praca na umowie w jednej firmie otwiera drogę do kredytu w banku.

  1. Wielkość firmy

Małe biuro kontra wielkopowierzchniowe korporacje – każdy, kto choć raz musiał przestawić się z pracy z niewielkiej powierzchni na dużą (lub odwrotnie) wie, że to spore wyzwanie. Na dużych przestrzeniach przeszkadza gwar rozmów, przechodzący pracownicy czy brak ścian. Na małych zbyt duże poczucie kameralności, które sprawia, że każdy ruch w firmie podlega kontroli szefostwa. Nie należy nastawiać się, że będzie łatwo. Nie warto jednak się zniechęcać, a dać sobie kilka miesięcy.

  1. Ustawienie biurka

Czasem ważniejsze niż powierzchnia bywa ustawienie biurka. To czynnik, o który warto zapytać zwłaszcza przy kłopotach ze wzrokiem, gdy zależy nam na szczególnie naświetlonym miejscu. Praca daleko od okna może w takiej sytuacji, być na dłuższą metę nieznośna. Warto zapytać także o klimatyzację lub wentylatory. To ważne zwłaszcza dla osób, które mają kłopoty z zatokami. Z drugiej strony, siedzenie przy oknie miewa inną wadę – fakt, że osoby siedzące dalej marzą o nieustannym wietrzeniu pokoju (zwłaszcza w biurach, gdzie nie ma klimatyzacji). Warto dowiedzieć się, jakie warunki panują w biurze.

  1. Benefity

Warto zapytać, czy pracodawca dofinansowuje szkolenia, kursy językowe albo karnety sportowe. Tego typu informacja pozwoli określić poziom systemu motywacyjnego firmy. Z badań Monster Polska wynika, że 70 proc. pracowników otrzymuje niefinansowe dodatki do pensji oraz korzysta ze służbowych udogodnień. Obok finansowanych przez pracodawcę narzędzi pracy: służbowej komórki i laptopa, najpopularniejszymi benefitami są opieka zdrowotna (23 proc.) oraz szkolenia pracownicze (22 proc.), a w dalszej kolejności elastyczne godziny pracy (15 proc.).

  1. Odpowiedzialność

Czasem ten czynnik umyka nam podczas poszukiwania pracy i decydowaniu o zatrudnieniu. Warto jednak wziąć pod uwagę, za co i w jakim stopniu bierzemy odpowiedzialność w firmie. Praca pod pręgierzem odpowiedzialności bywa trudna. Jeśli jednak odpowiedzialność otwiera drzwi do awansu, ale i lepszych pieniędzy, warto przemyśleć – może warto się jej podjąć?

  1. Pieniądze

Wynagrodzenie jest swojego rodzaju klamrą, która spina poszukiwania nowej firmy. O pieniądze pytamy na początku i wracamy do nich po przeanalizowaniu wszystkich ważnych czynników. Jeśli zarówno wysokość wynagrodzenia, jak i pozostałe czynniki nam sprzyjają, warto myśleć o związaniu się z daną firmą. Należy pamiętać, że praca – aby dawała satysfakcję – musi być dostosowana do etapu, na jakim się znajdujemy w życiu.

Komputery mogą zastąpić nasze zmysły

Pierwszy komputer komercyjny powstał w 1951 roku. W ciągu następnych lat, dzięki postępującej miniaturyzacji oraz zwiększeniu wydajności, stał się on nierozłącznym towarzyszem człowieka. Obecnie mało kto wyobraża sobie życie bez komputera, który na zawsze zmienił sposób, w jaki wykonujemy wiele czynności  zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Jednak czy jest możliwe, aby urządzenie wyręczyło nas w procesach poznawczych? Uczenie głębokie (ang. deep learning) pozwala m.in. na rozpoznawanie obrazów oraz mowy, dzięki czemu w przyszłości komputery mogą zastąpić nasze zmysły.

(18 lipca 2017 r.) – Jeśli ktoś pokaże nam zdjęcie domu, od razu rozpoznajemy ten budynek, nie zastanawiając ani chwili nad tym, czy nie jest to na przykład samochód. Od wczesnego dzieciństwa nasz mózg nauczył się na podstawie obrazów, jakie są jego elementy składowe: dach, drzwi czy okna. Dzięki uczeniu głębokiemu, w pamięci komputerów mogą zachodzić procesy podobne do tych,  które występują w ludzkim mózgu. Możliwość analizy dużej ilości materiałów graficznych, tekstowych, a także rozpoznawanie mowy sprawia, że komputery również uczą się i rozwijają swoje funkcje poznawcze.

Maszyna, która rozumie dane

Uczenie głębokie (ang. deep learning), jedna z podstaw kognitywnego przetwarzania danych (cognitive computing), to proces, w którym komputer uczy się wykonywania zadań naturalnych dla ludzkiego mózgu, takich jak rozpoznawanie mowy, identyfikowanie obrazów lub tworzenie prognoz. Zamiast organizować dane i wykonywać szereg zdefiniowanych równań, komputer zbiera podstawowe parametry dotyczące informacji i przygotowuje się do samodzielnego uczenia. Technologia deep learning znacznie poprawiła zdolność komputerów do klasyfikowania, rozpoznawania, wykrywania i opisywania danych czyli – jednym słowem – zdolność ich rozumienia. Wpływa na to z jednej strony zwiększenie liczby danych, a z drugiej rozwój technologii rozproszonego przetwarzania informacji w chmurze. Dzięki wykorzystaniu kart graficznych (GPU) dysponujemy obecnie niewiarygodną mocą obliczeniową, która jest niezbędna do działania deep learning. Jednocześnie zmianie uległ sposób interakcji człowieka z komputerem. Coraz więcej urządzeń posiada ekrany dotykowe, mysz i klawiatura zastępowane są stopniowo gestami, dotykiem i językiem naturalnym.

Komputer robi mniej błędów niż człowiek

Zdaniem specjalistów z firmy analitycznej SAS, uczenie głębokie sprawi, że komputery zyskają nowe funkcjonalności i wyręczą nas np. w procesie tłumaczenia czy transkrypcji, samodzielnie rozpoznając przedstawiony tekst. Potwierdzają to wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez SAS, podczas którego zestawiono ze sobą fragmenty zapisanego tekstu mówionego. W porównaniu ze standardowymi technikami, współczynnik błędów słownych (WER – World Error Rate) zmniejszył się o ponad 10 procent przy zastosowaniu uczenia głębokiego. W przyszłości może to zrewolucjonizować wiele czynności zawodowych, takich jak tworzenie notatek ze spotkań czy wprowadzanie informacji na strony internetowe. Zawody tłumacza czy protokolanta sądowego mogą stracić rację bytu.

Uczenie głębokie w praktyce

Uczenie głębokie ma wiele praktycznych zastosowań. Firmy z powodzeniem wykorzystują tę technologię, m.in. w kontaktach z klientem. Dzięki metodom eksploracji tekstu i  automatycznej kategoryzacji komputery potrafią np. odkryć wzorce w przesyłanych przez klientów reklamacjach, co znacznie skraca czas odpowiedzi i pozwala szybciej rozpatrzyć dany wniosek. Ponadto uczenie głębokie może służyć do usprawnienia rekomendacji w złożonych środowiskach, takich jak modelowanie zainteresowań muzycznych lub preferencji odzieżowych, co wykorzystują takie portale jak Netflix czy Amazon.

Z uczenia pogłębionego korzystają również organy ścigania. Jednym z praktycznych zastosowań rozpoznawania obrazów jest automatyczne opisywanie zdjęć i scen. Może to mieć decydujące znaczenie podczas śledztw mających na celu rozpoznanie sprawców przestępstw na podstawie tysięcy zdjęć przesyłanych przez osoby postronne z dowolnego zatłoczonego obszaru, w którym popełniono przestępstwo. Wykorzystanie tej technologii może być szczególnie przydatne w procesie identyfikacji sprawców ataków terrorystycznych. Deep learning to także przyszłość motoryzacji. Autonomiczne samochody mogą dzięki temu rozpoznawać napotykane po drodze obiekty, unikać zderzeń oraz zapobiegać niekontrolowanej zmianie pasa ruchu.

Inteligentne maszyny przewidzą przyszłość biznesu

Analitycy pokładają duże nadzieje w uczeniu głębokim, dostrzegając ogromne możliwości, jakie stwarza ono w kontekście systemów predykcyjnych. Rozwiązania te odgrywają ważną rolę we współczesnym biznesie, pozwalając na tworzenie planów działań opartych na rzetelnych prognozach rynkowych. Dzięki wykorzystaniu deep learning systemy predykcyjne będą stale się rozwijały w miarę pojawiania się nowych danych. Będą one również bardziej dynamiczne niż systemy zbudowane w oparciu o twarde i deterministyczne reguły biznesowe, w których ewolucja jest z góry przesądzona i zależy wyłącznie od parametrów początkowych.

 

Źródło:

Deep Learning – czym jest i jakie ma znaczenie?

Marcin Roszkowski: Większość ciepłownictwa w Polsce jest oparta na węglu

Polska energetyka w roku 2030 oraz 2050 będzie miejscem wielu zmian. Jest wiele powodów – jednym z nich są kończące się niektóre surowce. Po 2030 roku węgiel brunatny zostanie wyczerpany w ponad 60%, a oparte na węglu brunatnym elektromagnetyka oraz elektrociepłownictwo będą wygaszane ze względu na brak surowca.

– Węgla jest coraz mniej, o czym świadczy masowo rosnący import oraz spadek produkcji surowca – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Jest to fizyczna zależność. O kilka punktów procentowych może wzrosnąć zapotrzebowanie na energię elektryczną, co spowoduje impuls na budowę nowych mocy. Węglowe moce będą odświeżane oraz dostosowywane do unijnych dyrektyw BAT-owskich, lecz także będą budowane nowe moce oparte o rozproszone źródła – OZE, morska energetyka wiatrowa, instalacje gazowe itd. Oprócz elektroenergetyki, duży impuls inwestycyjny będzie w ciepłownictwie dlatego, że większość naszego ciepłownictwa jest oparta na węglu. Przez regulacje unijne te instalacje będą zamykane – dodał Roszkowski.

Inwestycje w smart fabryki mogą przynieść światowej gospodarce nawet 1,5 bln dolarów

Jak donoszą analitycy Capgemini, dzięki inteligentnym fabrykom wskaźnik jakości produkcji w ujęciu globalnym będzie dwunastokrotnie wyższy niż w latach 90-tych. Oznacza to znaczące zwiększenie opłacalności. W najbardziej pesymistycznej prognozie specjaliści zakładają, że w ciągu najbliższych 5 lat inteligentne fabryki zwiększą wartość globalnej gospodarki o ponad 500 mld dolarów, w optymistycznym scenariuszu będzie to jednak aż 1,5 biliona. Czy polscy producenci dołożą swoją cegiełkę?

Raport Capgemini  zwraca uwagę, że obecnie 67% przedsiębiorstw produkcyjnych podjęło już inicjatywy na ścieżce do realizacji koncepcji inteligentnych fabryk. Mimo że to długa, kręta i wyboista droga, eksperci z francuskiej firmy konsultingowej prezentują swoje najnowsze wyliczenia i przekonują, że na jej końcu na przedsiębiorców czeka „garniec pełen złota”. Inteligentne fabryki pozwalają zwiększyć wydajność produkcji dzięki niższym kosztom wytworzenia, łatwiejszej realizacji produkcji krótkich serii czy poprawie konkurencyjności firm w dłuższej perspektywie.

Więcej za mniej

Aby oszacować wpływ inteligentnych fabryk na finanse producentów, specjaliści z Capgemini przeprowadzili analizę kosztów i korzyści dla producenta samochodów i ciężarówek z przychodami na poziomie 1 miliarda dolarów rocznie i 5% marżą operacyjną.  W optymistycznym scenariuszu firma ta wdrażając koncepcję inteligentnej fabryki mogłaby podnieść marżę operacyjną do 10,4% w ciągu 5 lat, co uplasowałoby ją w grupie najlepszych marż operacyjnych w przemyśle samochodowym, przenosząc tym samym przeciętnego gracza do ligi liderów wśród producent samochodów.

Specjaliści oszacowali również kluczowe koszty w inteligentnej fabryce w porównaniu do fabryki tradycyjnej. Wyliczono, że dzięki zastosowaniu swoistego technologicznego miksu oprogramowania i inteligentnych maszyn, przedsiębiorstwa będą mogły obniżyć koszty logistyki i zarządzania o 50%, jak również obniżyć liczbę roboczogodzin na etapie kompletowania zamówień nawet o 20%.

Nieprawdopodobne wskaźniki?

Sceptycy mogą powiedzieć, że takie wartości są niemożliwe do osiągniecia a już na pewno nie w Polsce, gdzie poziom informatyzacji przedsiębiorstw wciąż pozostawia wiele do życzenia. Według danych GUS w przypadku firm zajmujących się przetwórstwem przemysłowym, ponad 22 tysiące dużych przedsiębiorstw wciąż nie posiada żadnego narzędzia informatycznego umożliwiającego lepsze zarządzanie i optymalizację kosztów produkcji, nawet na podstawowym poziomie. Jednak aby przekonać się, że globalne dane nie są wyssane z palca warto spojrzeć na rodzime spółki, które na ścieżkę cyfryzacji już wkroczyły. Dobrym przykładem może być Defro, firma będąca jednym z największych producentów kotłów centralnego ogrzewania. Kilka lat temu przedsiębiorstwo zdecydowało się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem, dostarczonego przez śląską firmę BPSC. Efekty?

– W momencie wdrażania systemu Impuls zatrudnialiśmy blisko 250 osób, teraz 550, asortyment kotłów CO wzrósł w tym czasie z 46 indeksów wyrobu gotowego do blisko 1000. Prowadzenie działalności na taką skalę bez zaawansowanego systemu informatycznego byłoby niemożliwe. Bez wątpienia jednym z motorów napędowych wzrostu z jakim mamy do czynienia w ostatnich latach była informatyzacja – zwraca uwagę Wojciech Różalski, dyrektor zarządzający DEFRO. 

Najtrudniejszy pierwszy krok

Inteligentna fabryka, w której wszystkie procesy nadzoruje zaawansowane oprogramowanie, przez co są one na bieżąco analizowane oraz optymalizowane, to kierunek rozwoju całej branży produkcyjnej a pierwszym krokiem do jego realizacji jest implementacja systemu klasy ERP. Z danych GUS wynika, że obecnie 31% firm w Polsce wykorzystuje tego rodzaju oprogramowanie. Wśród przedsiębiorstw przemysłowych produkujących urządzenia elektryczne i maszyny odsetek ten wynosi już 50%. Choć w zakresie cyfryzacji jest jeszcze sporo do zrobienia, to właśnie decyzja o wdrożeniu systemu wspierającego zarządzanie przybliża przedsiębiorstwa do Fabryki 4.0.

Z podobnego założenia wyszedł również podkarpacki Stomet, produkcyjno-usługowa spółka specjalizująca się w projektowaniu, produkcji i serwisie urządzeń związanych z przetwórstwem gumy i tworzyw sztucznych. Przedsiębiorstwo w  latach 2010 – 2016 zwiększyło przychody netto ze sprzedaży produktów i usług niemal dwukrotnie z 18 do 34 mln zł a do końca 2019 r. firma chce zwiększyć przychody o kolejne 10 mln zł, realizacja tych planów jest uwarunkowana cyfrową transformacją, którą w ostatnim czasie przeszła firma.

– W tym roku chcemy kupić kolejne 6 zaawansowanych technologicznie maszyn produkcyjnych i udoskonalić wykorzystywane rozwiązania techniczne oraz metody wytwarzania. Inwestycja w oprogramowanie wspierające zarządzanie ma nam pomóc w zwiększeniu mocy produkcyjnych i efektywności spółki – tłumaczy Mariusz Kopiec, Prezes Zarządu Stomet. Firma właśnie zakończyła pierwszy etap implementacji systemu wspierającego zarządzanie przedsiębiorstwem i jest w trakcie wdrożenia drugiego etapu, podczas którego uruchomione zostaną dodatkowe funkcjonalności systemu, takie jak: ewidencja halowa produkcji, integracja z Teamcenter, harmonogramowanie produkcji, zarządzanie projektami, zarządzanie obiegiem informacji, mobilna obsługa magazynów, gospodarka narzędziowa oraz budżetowanie.

Złoto dla wytrwałych

Podstawą dla Przemysłu 4.0 jest silna infrastruktura pozwalająca na automatyzację i informatyzację produkcji, którą stanowią systemy ERP. Ta warstwa technologiczna stanowi fundament do inwestycji w bardziej inteligentne technologie, a przede wszystkim daje możliwość automatycznego gromadzenia danych produkcyjnych, umożliwiając między innymi produkowanie zindywidualizowanych wyrobów i krótkich serii z zachowaniem zalet produkcji masowej, co z kolei wyraża się w poprawie wskaźników produktywności i jakości przedsiębiorstw – wyjaśnia Sławomir Kuźniak, Dyrektor ds. Zarządzania Produktem z firmy BPSC, śląskiego dostawcy oprogramowania wspierającego zarządzanie, który ma na koncie ponad 700 zrealizowanych wdrożeń systemów ERP, w tym ponad 400 w sektorze produkcji.

Warto przytoczyć również opinię Ruhira Sharma, głównego stratega banku Morgan Stanley, który w publikacji na łamach New York Times’a pisze, że Polska może być dumna z rozwoju przemysłu. Ekspert w swojej analizie zauważa, że przemysł, to gałąź w światowej gospodarce, która się kurczy, i mimo, że Chiny są tu niekwestionowanym liderem, udział niektórych państw w światowym eksporcie cały czas rośnie – to m.in. Korea Płd., Czechy czy właśnie Polska.

Pracownik poszukiwany – analiza wpływu rynku pracy na rozwój sektora magazynowego

Kilkunastoprocentowe wzrosty podaży nowych magazynów odnotowywane w skali roku nie mają przełożenia na współczynnik niewynajętej powierzchni, od kilku kwartałów utrzymujący się konsekwentnie na bardzo niskim poziomie, wynika z najnowszego raportu BNP Paribas Real Estate Poland. Dobra kondycja rynku to zasługa z jednej strony wysokiego popytu napędzanego konsumpcją, a z drugiej, dynamicznego rozwoju sektora handlu internetowego. Przyszłość branży logistycznej i magazynowej będzie także nierozerwalnie związana z kondycją i kształtem rynku pracy.

11,5 mln m kw. – to szacunkowa wielkość nowoczesnych powierzchni magazynowych dostępnych w Polsce na koniec marca br. W ciągu ostatnich dziesięciu lat całkowita podaż zwiększyła się dwukrotnie, ale prawdziwe przyśpieszenie nastąpiło po 2013 roku. Od tamtej pory nad Wisłą przybyło 48 proc. zasobów magazynowych. Autorzy raportu podkreślają, że w najbliższych kwartałach dynamika rozwoju nie spadnie, o czym może świadczyć wolumen projektów w budowie, wynoszący 1,3 mln m kw.

Boom na rynku trwa

Doskonała kondycja rynku to efekt kilku czynników, wśród których kluczowe to: wielkość krajowego rynku, wzrost konsumpcji i popytu, dynamiczny rozwój infrastruktury drogowej, a także wciąż szeroka dostępność gruntów pod nowe inwestycje. Jednym z elementów kształtujących obecny i przyszły obraz branży logistycznej jest handel internetowy notujący po raz kolejny dwucyfrowe wzrosty. Rozwój e-commerce pociągnął za sobą konieczność powstania nowoczesnych obiektów dostosowanych do zaawansowanych operacji. Autorzy raportu wskazują, że w pierwszym kwartale największymi budowanymi obiektami były magazyny BTS adresowane do handlu internetowego – Panattoni BTS Amazon Szczecin (161 000 m kw.), Panattoni BTS Amazon Sosnowiec (135 000 m kw.) i Goodmann BTS Zalando (130 000 m kw.). Dodatkowo, krajowy rynek – z dobrą lokalizacją i infrastrukturą, a także wciąż konkurencyjnymi kosztami pracy w porównaniu do rynków zachodnioeuropejskich – przyciąga graczy operujących na więcej niż jednym rynku.

Pracownik poszukiwany

Z badania przeprowadzonego na potrzeby raportu wynika, że to właśnie kwestie związane z sytuacją na rynku pracowniczym, choć zawsze były uważane za istotne, zaczynają odgrywać w branży logistycznej pierwsze skrzypce. Zdaniem firm operujących w branży logistycznej, w procesie wyboru magazynu kluczowe są dwa czynniki – dostęp do pracowników wykonujących proste prace i infrastruktura komunikacyjna. Ankietowane firmy określiły je w kolejności jako ważne (95 proc.) i bardzo ważne (100 proc.). Drugą grupą czynników na które firmy zwracają uwagę – ale zdecydowanie częściej punktują je jako ważne niż bardzo ważne – tworzą parametry techniczne magazynu i dostęp do wykwalifikowanej siły roboczej. Aspekty, które nie występują na pierwszym planie, ale wciąż mają znaczenie przy wyborze magazynu to standard biur i pomieszczeń socjalnych, a także sąsiedztwo dużych ośrodków miejskich. O atrakcyjności projektu świadczą również przynależność do stref ekonomicznych, duże place manewrowe, możliwość zwiększenia powierzchni i szybki Internet.

Z badania przeprowadzonego przez BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że większość firm już teraz zabiega o pracownika oferując konkretne benefity pozapłacowe, a co trzecia ułatwia start imigrantom zza wschodniej granicy.

Magnes na pracownika

Z raportu opracowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland wynika, że aż 63 proc. firm prowadzi lub deklaruje chęć podejmowania działań mających wpływ na wzrost atrakcyjności jako pracodawcy. Poza warunkami finansowymi, logistycy chcą przyciągać pracowników organizując im transport do pracy (58 proc.) oraz gwarantując dostęp do stołówki pracowniczej (50 proc.).

Anna Staniszewska
Anna Staniszewska, Dyrektor, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate, Europa Środkowo – Wschodnia

Bardzo ciekawym trendem jest dostosowywanie rekrutacji i stanowiska pracy do języka ukraińskiego lub rosyjskiego. Co trzecia firma logistyczna zabiegająca o pracownika podejmuje takie działania, a co czwarta zakłada przedszkola pracownicze w obrębie zakładu pracy

Istotną rolę odgrywają również benefity pozapłacowe w gronie których znajdują się pakiety opieki medycznej czy popularne za granicą programy poleceń pracowniczych.

Jakie zagrożenia?

Wśród potencjalnych czynników hamujących rozwój sektora magazynowo-logistycznego firmy operujące na rynku wskazały trzy główne grupy barier.

Dla 3 z 4 przebadanych firm to właśnie niedobór siły roboczej jawi się jako główny czynnik, który może mieć wpływ na zahamowanie dynamiki rozwoju. Co ciekawe, z dostępnością siły roboczej nierozerwalnie związany jest również drugi czynnik, a mianowicie wzrost kosztów pracy, który wskazało 68 proc. ankietowanych

Wśród potencjalnych barier istotną rolę odgrywają obawy związane, że wzrostem konkurencyjności (42 proc.). Ankietowane firmy jako mniej istotne czynniki mogące niekorzystne wpłynąć na dynamikę rozwoju wymieniają także spadek popytu, rosnące trudności, że znalezieniem odpowiedniej powierzchni magazynowej, a także rozważane ograniczenia handlu w niedzielę.

Złoto wróci do spadków?

Dużym spadkiem rozpoczął nowy tydzień dolar amerykański, kończąc jednak dzień w na niewielkim plusie. Dobrze prezentował się też polski rynek kapitałowy. Ceny ropy traciły na wartości przez cały dzień.

Indeks WIG20 rozpoczął wczorajszą sesję na wyraźnym plusie. Optymistyczne nastroje utrzymane zostały do końca dnia, przynosząc na zamknięciu zysk rzędu 0.9%. Tymczasem Indeks dolar spadł wczoraj do najniższej wartości od 10 miesięcy. Na koniec dnia dolar był jednak silniejszy niż większość głównych walut, z wyjątkiem euro. Dolar australijski zakończył tymczasowo swoją dobrą passę, pomimo lepszych od prognoz danych z gospodarki chińskiej, gdzie produkcja przemysłowa wzrosła o 7.6%, a sprzedaż detaliczna o 11%. Lepiej od oczekiwań zaprezentował się też odczyt PKB za Q2.

Dzisiejszy kalendarz makroekonomiczny pełen będzie publikacji dotyczących poziomu cen. O 11:00 poznamy odczyt Instytutu ZEW w Niemczech. Oczekuje się spadku indeksu do poziomu 18 pkt. Kilka godzin później na inwestorów z Polski będą czekać najnowsze dane o przeciętnym zatrudnieniu i wynagrodzeniu. Natomiast w czwartek zakończą się posiedzenia Banku Japonii oraz Europejskiego Banku Centralnego. Szczególnie doniesienia z Azji mogą leżeć w kręgu zainteresowania inwestorów poszukujących zmienności na rynku.

Złoto wróci do spadków? 9

Po okresie spadkowym, złoto od kilku dni próbuje odbicia. Może się ono stać dobrą okazją do zajęcia krótkich pozycji. Opór mamy przy 1250$. Jeśli rynek nie pokona poziomu 1270$, powrót do trendu spadkowego będzie możliwy. Jego celem mógłby być pułap $1150. Wskaźnik RSI zmaga się z poziomem 50 i nie widać na nim potencjału wzrostowego.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Bartosz Sawicki: Kurs dolara – Analiza 18.07.2017

Dolar w tym roku nie tylko wyraźnie traci do pozostałych walut G-10, ale skala osłabienia względem korony szwedzkiej, euro i dolara australijskiego przekroczyła już 10 proc. Za nami kolejna, tym razem nocna odsłona słabości dolara, który w ubiegłym tygodniu był w defensywie za sprawą gołębich sygnałów z Fed i rozczarowania inflacją oraz sprzedażą detaliczną. Tym razem nieoczekiwaną wyprzedaż przyniosły doniesienia z Waszyngtonu.

Dwóch kolejnych (a łącznie już 4 z 52) republikańskich senatorów opowiedziało się przeciwko demontażowi systemu Obamacare i zastąpieniu go zaprezentowanym w ubiegłym tygodniu projektem. Oznacza to fiasko administracji Trumpa, który teraz zaczyna nawoływać by jedynie odwołać Obamacare a nad nowymi rozwiązaniami pracować. W każdym razie niemoc Trumpa postrzegana jest jednoznacznie jako zwiastun poważnych problemów z wdrażaniem planu reform. Nie ma przesłanek by wierzyć w nagłe odrodzenie dolara, do tego potrzebne będą dobre dane i jastrzębie wzmianki z Fed. W tym tygodniu ani jednego, ani drugiego nie ma na horyzoncie (drugi garnitur danych, okres ciszy przed posiedzeniem Fed). Rentowność długu USA 10Y spadła pod wpływem rozwoju wypadków na scenie politycznej pod 2,30 proc. Należy bardzo uważnie monitorować ubiegłotygodniowy dołek dochodowości – jego przebicie otworzy drogę do dalszej przeceny USD.

Liderem ostatnio jest AUD, który tylko dziś zyskuje niemal 1,5 proc. po publikacji protokołu
z posiedzenia RBA zawierającego bardziej optymistyczną diagnozę kondycji gospodarki niż ta zawarta w komunikacie po posiedzeniu z 4 lipca. AUD/USD dotarł do 0,79 – szczyty z początku roku zostały zdecydowanie przełamane i kurs ostatnio tak wysoko był ponad dwa lata temu. Eurodolar wyszedł ponad 1,15. Rynek jest mocno wykupiony i nie można wykluczyć, że po ostatnim wystrzale kursu inwestorzy przed czwartkowym posiedzeniem ECB będą chcieli zrealizować część zysków obawiając się mniej jastrzębiego stanowiska Draghiego niż tego zaprezentowanego w końcówce czerwca. Podobnie rzecz ma się w przypadku USD/JPY – Bank Japonii będzie mógł znormalizować politykę na szarym końcu. Popyt na funta zweryfikuje spora porcja danych, w tym dzisiejsza inflacja, której roczna dynamika jest bliska 3 proc. i znacznie powyżej celu. Konflikt w Banku Anglii rozstrzygną wartości publikacji makro, co sprawia, że GBP może powrócić do swojej renomy waluty bardzo mocno reagującej na kluczowe odczyty. Jeśli dziś inflacja wypadnie poniżej prognoz, to sierpniowa podwyżka stanie się mało prawdopodobna. Jest ona wyceniona w kilkunastu procentach, co sprawia, że reakcja powinna być wyraźna. GBP/USD musiałby zejść poniżej 1,3030 by zanegować scenariusz wzrostowy.

Jutro tematem wiodącym w Brukseli będzie dyskusja nad reformą polskiego systemu sprawiedliwości, co może przypominać inwestorom o ryzyku politycznym, które w tym roku dzięki dobrym parametrom finansów publicznych zostało właściwie wymazane z wyceny polskich obligacji i waluty. W połączeniu z ryzykiem korekty spadkowej w notowaniach EUR/USD tworzy to zagrożenie odbiciem USD/PLN, który zszedł już poniżej 3,65. Nie widzimy też pola do trwałego zejścia EUR/PLN poniżej 4,20. W tym przypadku zmienność pozostaje nad wyraz ograniczona.

Rozpoczyna się również seria odczytów z rodzimej gospodarki, ale one pozostaną bez wpływu na rynek złotego. Początek okresu wakacyjnego stoi między innymi pod znakiem zwiększonej podaży pracy. Zasób poszukujących tymczasowego zatrudnienia rozszerzają rozglądający się za stażami oraz stałymi ofertami pracy absolwenci uczelni wyższych. Obecnie zgłaszany popyt na pracę wyraźnie skłania nas w stronę rynku pracownika, który determinuje między innymi dynamikę obsadzonych wakatów w gospodarce narodowej. W oparciu o sporządzone przez nas modele spodziewamy się, że dzisiejszy przyrost zatrudnienia uplasuje się na poziomie 4,4 proc. r/r wobec 4,3 proc. oczekiwanych przez rynek. Co więcej, liczymy, że w przyszły wtorek Główny Urząd Statystyczny wskaże stopę bezrobocia o 0,1 pp. niższą niż Ministerstwo Rodziny, Pracy
i Polityki Społecznej (7,2 proc.).

W przypadku dynamiki płac jesteśmy nieco mniejszymi optymistami (4,6 proc. r/r)
niż wynikałoby to z mediany rynkowych prognoz (5,0 proc.). Spodziewamy się, że presję płacową w gospodarce będzie ograniczał nie tylko napływowy zasób pracy, ale również osoby wchodzące na rynek pracy – w szczególności te pozbawione doświadczenia zawodowego o dość niskich oczekiwaniach finansowych. Co więcej, należy pamiętać, że typowe dla sezonu letniego są stosunki o charakterze tymczasowym o relatywnie niskiej medianie wynagrodzeń. Spodziewamy się, że powyższy komponent w połączeniu z nasilonymi efektami kalendarza może przyczynić się do obniżenia dynamiki wobec uprzednio opublikowanych 5,4 proc. r/r.

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz DM TMS

Początek lipca przyniósł zahamowanie wzrostowej tendencji na rynku masła

Do ustabilizowania się sytuacji na rynku masła trzeba jeszcze czasu, ale są pierwsze sygnały wskazujące na to, że zbliża kres drożyzny. Ceny zbytu przestały rosnąć i jeśli ta tendencja się utrzyma, jest szansa że dotrze także na sklepowe półki.

Z informacji Agencji Rynku Rolnego wynika, że początek lipca przyniósł zahamowanie wzrostowej tendencji na rynku masła. Krajowe ceny zbytu trzymają się w okolicach 21 zł za kilogram, ale w pierwszym tygodniu lipca przestały iść w górę. Na razie zbyt wcześnie, by przesądzać czy to zwiastun definitywnego końca maślanej drożyzny, ale z pewnością jest na to nadzieja, przynajmniej patrząc z perspektywy lokalnej. Nasz rynek znajduje się jednak pod wpływem sytuacji na świecie, a ta wciąż nie jest jednoznaczna. U największych europejskich producentów masła, w ostatnim czasie tendencje są bardzo rozbieżne. W Niemczech ceny zbytu wyraźnie się obniżyły, z kolei we Francji zanotowały dynamiczny skok z około 5 do 5,8 euro za kilogram, czyli o 16 proc. tylko w ciągu pierwszego tygodnia lipca. Od maja do końca czerwca ceny masła w portach Europy Zachodniej wzrosły z 5000 do 6500 dolarów za tonę, czyli o 30 proc. Jedynie nieco mniejsze zwyżki miały miejsce na niemal całym świecie, a silna wzrostowa tendencja trwa od ponad roku. W tym czasie masło w największych krajach europejskich zdrożało o 80-100 proc. To oczywiście nie pozostaje bez znaczenia dla polskich firm, które są zarówno jego eksporterami, jak i importerami, a co za tym idzie odbija się na cenach krajowych.

Spośród kilku przyczyn tych perturbacji, za główną należy uznać sytuację na rynku mleka, czyli surowca do produkcji masła. Między innymi wskutek zniesienia w 2015 r. limitów produkcji mleka w Unii Europejskiej, jego ceny poszły mocno w dół, co z kolei spowodowało spadek opłacalności produkcji, a w konsekwencji jej ograniczenie. Niedobór mleka skutkował zmniejszeniem się produkcji masła w większości krajów Europy Zachodniej już w 2016 r., a tendencja ta utrzymuje się do dziś. Niedobory mleka mają miejsce także w krajach Ameryki Południowej oraz w Nowej Zelandii, która jest głównym producentem mleka i masła na świecie. Skok cen masła powinien wpłynąć na ponowny wzrost opłacalności produkcji mleka, jednak w sektorze rolno-spożywczym rynkowe procesy dostosowawcze trwają zwykle dość długo, gdyż wymagają nie tylko inwestycji rzeczowych na wielu etapach procesów wytwarzania, ale i odbudowy stad, co wymaga czasu. W Polsce akurat nie mieliśmy do czynienia z tak dużymi problemami ani w produkcji mleka, ani masła, niemniej jednak wspomniane powiązania z rynkami światowymi przełożyły się także na sytuację na krajowym rynku.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Czas na małe i średnie spółki – komentarz rynkowy Union Investment

W okresie od listopada 2016 roku do połowy lipca 2017 roku indeks największych spółek notowanych na GPW – WIG20 – wzrósł o ponad 30 proc., jednak w ciągu najbliższych kilku miesięcy dla inwestorów bardziej atrakcyjne mogą okazać się mniejsze spółki. Ich wyceny są obecnie poniżej średnich (mierzone wskaźnikiem P/E), dlatego to w tym segmencie rynku inwestorzy powinni szukać ciekawych możliwości inwestycyjnych.

Od listopada 2016 roku, kiedy Donald Trump został prezydentem USA, do połowy lipca 2017 roku, dobre wyniki finansowe największych spółek notowanych na GPW przełożyły się na wyraźny wzrost zainteresowania wśród inwestorów. Wartość indeksu WIG20 zwiększyła się o ponad 30 proc. i obecnie wyceny są  powyżej swojej średniej z ostatnich 5 lat. Dla poprawy nastrojów panujących wśród krajowych inwestorów znaczenie miał również napływ na polski rynek kapitału z zagranicy.

Jednocześnie czynnikami wpływającymi na niepewność co do dalszych wzrostów indeksu tzw. blue chipów są przede wszystkim zmiany kadrowe w spółkach z udziałem Skarbu Państwa. Zmiany personalne w zarządach Alior Banku czy Banku Pekao SA spotkały się z negatywnym odbiorem rynku. Należy pamiętać, że tego typu zawirowania nie pozostają bez wpływu na realizowaną strategię i plany spółek. Oddala się również perspektywa podwyżek stóp procentowych, co było wcześniej przyczynkiem do hossy w sektorze bankowym, który stanowi istotną składową indeksu WIG20. Pozostają natomiast ryzyka regulacyjne, zmiany prawne i księgowe oraz nierozwiązana kwestia kredytów frankowych, co mocno ogranicza potencjał banków.

Wyniki małych i średnich spółek były natomiast w ostatnim czasie słabsze, niż oczekiwali tego inwestorzy. Dostrzegamy jednak potencjał wzrostów wśród „misiów”. Indeksy małych i średnich spółek rosły od listopada 2016 roku w wolniejszym tempie: mWIG40 o 22 proc., a sWIG80 o blisko 14 proc. Ich wyceny również nie wzrastały, przez co stały się bardziej atrakcyjne dla kupujących.

sWIG80 na tle pozostałych indeksów warszawskiej giełdy

sWIG80 na tle pozostałych indeksów warszawskiej giełdy

Obserwujemy intensywny napływ środków do polskich, aktywnie zarządzanych funduszy akcyjnych. Znaczącą rolę zaczyna odgrywać rodzimy kapitał, który w największym stopniu wspiera klasę małych i średnich spółek. Bazując na analizie fundamentalnej i selektywnej strategii, będziemy poszukiwać okazji inwestycyjnych wśród takich podmiotów i rozbudowywać portfele funduszy absolute return o perspektywiczne spółki
z tego sektora.

Robert Burdach, współzarządzający UniAbsolute Return Akcyjny FIZ

Oszczędności Polaków są na długich wakacjach, lokaty przyniosły średnio 1,1% zysku po odliczeniu podatku

Polacy na lokatach, w bankach, na ROR-ach i w funduszach inwestycyjnych zgromadzili 1 315 mld zł[1]. W I półroczu 2017 r. średnie oprocentowanie lokat bankowych po uwzględnieniu podatku wynosiło 1,1 proc. — to najmniejsza wartość w historii. Powyżej 2% można było zarobić właściwie tylko na 3-miesięcznych lokatach i to w promocji dla nowych klientów.

W pierwszym półroczu stopy procentowe NBP utrzymywały się na rekordowo niskim poziomie. Referencyjna stopa procentowa, po obniżce o 50 pb w marcu 2015 roku, już od 28 miesięcy ma historycznie najniższą wartość 1,5%. Zdaniem Adama Glapińskiego, przewodniczącego RPP i prezesa NBP, przy obecnym poziomie inflacji tak niski poziom stóp procentowych może nie zmienić się nawet przez kolejne 1,5 roku.

Banki nie mogą już kusić Polaków wysokimi zyskami, klienci powoli odwracają się więc od lokat. Jedynie w maju 2017 z depozytów odpłynęło 4 mld zł (najwięcej od czterech lat), a łącznie od lutego 2016 r. już ponad 20 mld zł[2].

Natomiast jeszcze ani razu w tym roku rynek nie zanotował odpływu pieniędzy z funduszy inwestycyjnych. Od stycznia do maja 2017 r. napłynęło do nich 7,9 mld zł[3]. To jednak znacznie mniej, niż wycofano z lokat.

Część środków z depozytów jest zapewne inwestowana w nieruchomości, można zaobserwować wzrost zainteresowania tym segmentem. Wszystko przez potencjalne zyski, które wynoszą 4,3-6,1 proc., czyli blisko czterokrotnie więcej, niż można zarobić na lokacie w banku.

Systematycznie rośnie również popyt na obligacje skarbowe. Od stycznia do maja sprzedaż obligacji oszczędnościowych wyniosła 2,5 mld zł, w porównaniu do 1,9 mld zł w takim samym okresie ub.r.

Nadal jednak większość oszczędności Polacy ulokowali w bankach. I choć główne indeksy giełdowe wzrosły na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy – WIG20 o 18,6%, amerykański NASDAQ o 16,31%, niemiecki DAX o 9,98% – nie widać skokowego zainteresowania inwestowaniem.

Dlaczego Polacy nie inwestują?

W I. półroczu 2017 roku fundusze polskich akcji zarobiły ponad 30%. To 25 razy więcej niż zysk z lokaty w największych bankach (1,2%).  Ponadto wysoki zysk przyniosły inwestorom akcje notowane na azjatyckich rynkach wschodzących, papiery udziałowe przedsiębiorstw tureckich oraz globalni giganci z Doliny Krzemowej.

Są jednak wyjątki. Osłabienie dolara (względem złotówki stracił on blisko -11% wartości), spadek cen surowców, a także gorsze wyniki spółek z sektorów finansowego oraz dóbr luksusowych wpłynęły na wyniki dotychczasowych prymusów – funduszy akcji globalnych rynków rozwiniętych.

Dlaczego więc Polacy nie inwestują? Paradoksalnie między innymi dlatego, że wybór jest ogromny –  zarówno w zakresie typów funduszy – otwarty, SFIO, absolute return, FIZ, jak i klas aktywów – od akcji tureckich, amerykańskich czy azjatyckich, po dłużne globalnych rynków rozwiniętych.

W gąszczu ofert można wybrać źle, szczególnie gdy nie jest się ekspertem i nie śledzi się wyników poszczególnych funduszy oraz nie analizuje zmian rynkowych.

Zbyt duży wybór? Jest na to rozwiązanie

Klienci nie potrafią sami podjąć decyzji – wybrać odpowiedniego funduszu inwestycyjnego. Nawet jeżeli mają do wyboru ograniczoną pod kątem akceptowalnego poziomu ryzyka ofertę produktową. Vienna Life oferuje klientom dostęp do kilkudziesięciu funduszy inwestycyjnych, ale także 4 usług inwestycyjnych, ułatwiających optymalny wybór, zbalansowanie ryzyka i zarządzanie portfelem.

W Vienna Life rozumiemy niepewność klientów i dajemy możliwość przeniesienia ciężaru podejmowania decyzji inwestycyjnych na nas. Nasi klienci nie muszą interesować się rynkiem finansowym, a tym bardziej samodzielnie dokonywać zmian w portfelu. Z naszego doświadczenia wynika, że dla klientów najważniejsze jest to, by nie stracić. Dlatego też istotne jest dla nich inwestowanie środków w sposób ograniczający ryzyko, bez nadmiernej zmienności. Tak, by chronić kapitał w niepewnych okresach rynkowych, a w momencie wzrostowym wykorzystywać okazje na zysk – mówi Artur Frelek, Dyrektor Pionu Rozwoju Biznesu Vienna Life.

Usługi inwestycyjne Vienna Life zapewniają stałą opiekę nad oszczędnościami klienta przy jak najmniejszym jego zaangażowaniu w cały proces. Przykładowo w programie Navigo profesjonalni zarządzający na bieżąco śledzą wyniki portfela i w razie potrzeby modyfikują go tak, aby mógł przynosić oczekiwane zyski. Natomiast usługa Rebalancing pomaga w kontrolowaniu ryzyka inwestycji. Co kwartał, pół roku lub co rok automatycznie dokona transferu środków pomiędzy funduszami, tak aby struktura portfela pozostała bez zmian.

[1] Analizy Online, marzec 2017 r., https://www.analizy.pl/fundusze/wiadomosci/22268/struktura-oszczednosci-gospodarstw-domowych-%28marzec-2017%29.html

[2] Parkiet, maj 2017 r., http://www.parkiet.com/artykul/1517712-Oprocentowanie-depozytow-lekko-sie-poprawia.html

[3] Analizy Online, maj 2017r., https://www.analizy.pl/fundusze/wiadomosci/22241/naplyw-srodkow-do-funduszy-inwestycyjnych-%28maj-2017%29-.html

Kurs złotego do dolara i funta

Kurs dolara USDPLN

Kurs dolara USDPLNDalsze osłabienie się dolara na szerokim rynku przełożyło się także na umocnienie się złotego. W piątek przełamane zostało wsparcie na 3,70 i kurs ruszył mocno na południe. Kolejne wsparcie, które powinno choć chwilowo zatrzymać spadki, wyznaczają dwa mierzenia zewnętrzne i wypada przy 3,63. Jest to ważna strefa, która była już przez rynek broniona w sierpniu 2015 roku. W przypadku jej pokonania droga do 3,55 będzie otwarta. W przypadku lokalnej korekty oporem będzie niedawne wsparcie przy 3,70.

Kurs funta GBPPLN

Kurs funta GBPPLNFunt od 2 tygodni porusza się w konsolidacji pomiędzy 3,74 – 4,85. W nocy doszło do kolejnego testu poziomu 4,7640, gdzie wypada mierzenie 88,6% Fibo. Reakcja popytu była jednak niewielka, co pozwala sądzić, iż cena jeszcze może przetestować dolną krawędź kanału. W przypadku większej siły byków oporem pozostaje poziom 4,85.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Roboty nam nie groźne. Polacy wierzą w przyszłość swojego zawodu

Niemal co piąta młoda osoba obawia się, że zdobywany właśnie lub świeżo zdobyty zawód może zniknąć z rynku pracy. Z drugiej strony, prawie połowa uważa, że przyszłość ich zawodu przedstawia się dobrze. Bać się czy spać spokojnie? A może robić swoje?

Optymizm większości i pesymizm mniejszości

80 proc. respondentów badania „Kariera po studiach”, zrealizowanego na zamówienie Coders Lab nie martwi się o to, jak będzie wyglądał rynek pracy. Jedynie co piąty badany widzi negatywnie przyszłość swojego zawodu. 58 proc. respondentów spodziewa się, że będzie pracować w wyuczonym zawodzie.

Dwa lata temu Amerykanom zadano podobne pytanie[i]. Okazało się, że choć 65 proc. respondentów badania uważało, że w ciągu 50 lat roboty i komputery będą wykonywać prace dotychczas zarezerwowane dla ludzi, to podobny jak w Polsce odsetek badanych – 80 proc. – nie obawiało się utraty swoich stanowisk w związku z tym zjawiskiem. Najświeższe badanie[ii] pokazuje jednak, że odsetek „technofobów” – osób, które obawiają się utraty pracy poprzez rosnącą automatyzację i robotyzację na stanowiskach pracy oraz za sprawą sztucznej inteligencji i szerzej – technologii, stanowi aż 37 proc. amerykańskiego społeczeństwa.

Czy roboty pozbawią mnie pracy?

W Polsce z nieuchronności zmian na rynku pracy wciąż zdaje sobie sprawę stosunkowo niewiele osób. Warto przy tym odnotować, że respondentami w badaniu Coders Lab były osoby młode – studenci i absolwenci studiów wyższych – więc prawdopodobnie świadomość nadchodzących zmian jest jeszcze mniejsza w skali całego polskiego społeczeństwa. Dwa najbardziej perspektywiczne zawody w badaniu „Kariera po studiach” to programista (13%) i informatyk (10%). W połączeniu z kategorią „praca w IT”, zawody związane z branżą technologiczną są najbardziej obiecujące według jednej czwartej badanych. W drugiej i trzeciej kolejności badani wymieniają pracę w zawodach technicznych (5%) oraz w służbie zdrowia (4%).

Najmniej przekonani o dobrych perspektywach w branży są studenci i absolwenci kierunków przyrodniczych, rolniczych, leśnych i weterynaryjnych oraz humanistycznych. Główne powody niepokoju to przekonanie o braku zapotrzebowania rynkowego w przyszłości (47%), automatyzacja/robotyzacja stanowiska (34%) oraz ogólny zanik branży (23%).

Obawy o rynek pracyObawy o rynek pracy

Niewielka mobilność i wymuszone zmiany

Aż 61,4 proc. respondentów odpowiedziało, że w swojej dotychczasowej karierze nie zmieniało zawodu ani się nie przekwalifikowało. Ci, którzy się przebranżowili, najczęściej studiowali kierunki artystyczne oraz przyrodnicze.
Spośród tych którzy się przekwalifikowali, najczęściej wskazywanym powodem był fakt zmian na rynku pracy, na który wskazało prawie 30 proc. respondentów. Gdy połączymy to z innym powodem – „w starym zawodzie trudno było o pracę”, to okazuje się, że dla prawie 50 proc. respondentów to dynamiczny rynek pracy – zanikające zawody czy też zbędność ich kwalifikacji – stały się motorem zmian.

Żyjemy w czasach, gdy zmiana zawodu na pewnym etapie aktywności zawodowej powinna być czymś naturalnym, a jednak zwykle bywa wymuszona. Z jednej strony to dobrze, że młodzi nie widzą zagrożeń związanych z rynkiem pracy – automatyzacją, jej robotyzacją przy przenoszeniem miejsc pracy do państw, gdzie praca jest tańsza. Z drugiej – studenci i absolwenci studiów już teraz powinni się przygotowywać na częste zmiany zawodu. Obecnie naprawdę trudno zaplanować zawodową przyszłość na kilkanaście lat do przodu

– KOMENTUJE LESZEK WOLANY ZE SZKOŁY PROGRAMOWANIA CODERS LAB.

Kompetencje przyszłości

Za najważniejsze kompetencje twarde respondenci uznali znajomość oprogramowania komputerowego (np. Microsoft Office czy specjalistycznego, związanego z branżą) oraz specjalistycznej wiedzy.

Co równie ciekawe, za najważniejszą kompetencję miękką respondenci uznali umiejętność szybkiego uczenia się, która okazała się bardzo ważna dla 36,6 proc, a ważna dla 52,7 proc. respondentów. Trzeba wyraźnie komunikować, że studia wyższe – z wyjątkiem kilku profesji – przestają być sposobem na zdobycie dobrego zawodu na całe życie. Dyplom wyższej uczelni nie gwarantuje dobrej pracy, uprawdopodabnia ją natomiast stała gotowość do poszerzania swoje wiedzy

– Leszek Wolany.

Coders Lab we współpracy z agencją badawczą SWR Research zrealizowało internetowe badanie „Kariera po studiach” wśród studentów ostatnich lat studiów oraz absolwentów uczelni wyższych po raz drugi. Celem projektu było uzyskanie wiedzy, w jaki sposób absolwenci studiów oceniają przebieg swojej edukacji akademickiej i jakie są jej efekty po konfrontacji z realiami rynku pracy.

[i] http://www.pewinternet.org/2016/03/10/public-predictions-for-the-future-of-workforce-automation/
[ii] https://www.sciencedaily.com/releases/2017/03/170321125007.htm

Andrzej Woynarowski dołączył do Deloitte Digital

Andrzej Woynarowski dołączył do Deloitte DigitalAndrzej Woynarowski będzie kierował zespołem Service Design w agencji Deloitte Digital. Jego głównym zadaniem będzie budowanie i rozwijanie zespołu Service Design w ramach działu Experience Design.

Projektowanie usług to dostarcznie wartości poprzez wejście w interakcje między klientami, a organizacją w różnych możliwych punktach kontaktu. Zespół Experience Design jest centrum kompetencyjnym Deloitte Digital w obszarze UX/Product design & Service Design w Europie Centralnej. Liderami XD (Experience Design) są Hubert Anyżewski oraz Wiesław Kotecki. Realizują oni zadania z obszaru kompleksowych rozwiązań w zakresie user experience i service design, jako elementu transformacji cyfrowej firmy. Zespół XD liczy ponad 30 ekspertów specjalizujących się w branżach FSI, TMT, Pharma oraz Retail.

W ciągu najbliższego roku, Deloitte Digital planuje systematyczne powiększanie swojego zespołu Service Design. Za jego rozwój odpowiadać będzie Andrzej Woynarowski jako Head of Service Design.

– Projektowanie usług to sposób na budownie przewagi konkurencyjnej poprzez ulepszanie i tworzenie nowych innowacyjnych modeli biznesowych. Chcemy stale rozszerzać naszą ofertę w zakresie service design w Polsce i regionie Europy Środkowej. Wymaga to współpracy specjalistów z wielu dziedzin, dlatego powierzyliśmy Andrzejowi zadanie poszerzania naszego zespołu, mając na uwadze jego ogromne doświadczenie w zakresie Service Design. Inwestujemy w ludzi i firmy, które uzupełniają nasze kompetencje o te najbardziej potrzebne na rynku – mówi Hubert Anyżewski, Head of Experience Design, Dyrektor w Deloitte Digital.

– Projektowanie usług to obecnie jeden z najbardziej konkurencyjnych obszarów wpływu na biznes. Klienci oczekują spójnej obsługi we wszystkich punktach styku, których w ostatnim czasie jest bardzo wiele. Często to klient jest jedynym czynnikiem, który je łączy. To duże wyzwanie dla biznesu – mówi Andrzej Woynarowski. – Dlatego, w swojej pracy skupiam się na strategii – jak przy wykorzystaniu technologii, dzięki usłudze biznesowej skutecznie trafić do klientów we wszystkich możliwych kanałach. Projektowanie usług pozwala nam dopasować ofertę do konkretnego klienta
i zbudować model biznesowy „skrojony” pod jego oczekiwania i pod oczekiwania grupy docelowej – tłumaczy.

Andrzej Woynarowski posiada 10 letnie praktykę w zakresie projektowania doświadczeń (service design, user experience i user research). Zajmował się projektowaniem komplementarnych usług złożonych z wielu punktów styku – tych cyfrowych oraz docierających do klientów w sposób tradycyjny. Odpowiedzialny był za realizację projektów transformacji cyfrowej i projektowanie usług dla spółek z sektora bankowego oraz ubezpieczeniowego. Współpracował również z klientami zagranicznymi realizując projekty m. in. w Niemczech, Rosji i Turcji. Jako inżynier i projektant doświadczeń podczas pracy w Wielkiej Brytanii, zaangażowany był w projekty strategiczne dla sektora transportowego warte od 40 do 200 milionów funtów.

Prelegent na wielu konferencjach na temat UX w Polsce – m.in. UX Poland, Product Camp czy WUD Silesia. Jest absolwentem Politechniki Gdańskiej na kierunku Inżynierii transportu i dróg oraz Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej na kierunkach User Experience Designer i Service Design Specialist. Zajmuje się także analizą biznesową i projektami wizualnymi.

Specjaliści Experience Design Deloitte Digital na co dzień pracują w nowoczesnym studio oraz posiadają własne najbardziej zaawansowane laboratorium użyteczności w Warszawie.

Turystyka jachtowa na rzekach staje się popularna. To dobry sposób na zwiedzanie i kontakt z przyrodą

Turystyka jachtowa na rzekach staje się popularna. To dobry sposób na zwiedzanie i kontakt z przyrodą 10

Rzeki coraz częściej stają się miejscem turystyki jachtowej. Z roku na rok zainteresowanie tego typu rejsami rośnie – Mazury niektórym już się przejadły, dla innych są zbyt zatłoczone, a Wisła i Odra są jeszcze nieodkrytą atrakcja. Rejs po największych polskich rzekach to nie tylko sposób na zwiedzanie mijanych po drodze miast, lecz także na obcowanie z naturą.

– Nasze rzeki nie są jeszcze odkryte dla turystyki, więc możemy się nacieszyć naturą i dziką przyrodą. Na rzece jesteśmy praktycznie sami, mijają nas nieliczne jednostki w ciągu dnia. Przede wszystkim jest to więc forma wyciszenia się i głębokiego relaksu – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Rozwadowska, właścicielka Cruzeo, firmy czarterowej jachtów na Odrze.

Polskie rzeki w większości pozostają dla turystów nieodkryte. W czasie wakacji częściej wybieramy wypoczynek nad morzem lub w górach. Miłośnicy wakacji na wodzie za to częściej decydują się wypożyczyć jacht na Mazurach. Ciekawym i jeszcze mało popularnym sposobem na wakacyjny relaks może być żeglowanie po rzece.

– Z roku na rok zapotrzebowanie na tego typu turystykę jest coraz większe, ponieważ Mazury niektórym już się przejadły, a Wisła i Odra są nieodkryte, dziewicze. To wakacje dla pionierów – przyznaje Rozwadowska. – Wśród turystów dominują Polacy z różnych części kraju. Zdarzają się też Niemcy, którzy dziwią się temu, jak pusto jest na naszych rzekach.

Odra jest dobra zarówno na kilkugodzinne rejsy, jak i na kilkutygodniowe wakacje. Drogi wodne zostały w ostatnich latach wyposażone w infrastrukturę żeglarską, m.in. w przystanie czy pomosty. Jak podkreśla Rozwadowska, Odra to dobry wybór zarówno dla tych, którzy nastawiają się na turystykę zabytkową, jak i dla miłośników przyrody.

– Startując z Wrocławia i płynąc w górę rzeki, czyli w stronę Gliwic, mamy szlak zabytków techniki, jest tam dużo zabytkowych śluz i obiektów hydrotechnicznych. Także miasta, które mijamy, tzn. Wrocław, Brzeg, Opole czy Gliwice, mają bardzo dużo zabytków. Płynąc zaś w dół rzeki, kierując się na Berlin, który jest atrakcyjną destynacją, również mamy dzikość natury, mijamy miasteczka i winnice – wymienia właścicielka Cruzeo. – Relaks jest gwarantowany. Płynąc, możemy zobaczyć orła bielika, czaplę siwą, jest też dużo radości dla wędkarzy.

Rejs może być nie tylko okazją do relaksu, lecz także zwiedzenia mniejszych miejscowości, jak np. Bytom Odrzański, Krosno Odrzańskie czy Nowa Sól. W zależności od decyzji turystów rejs może trwać kilka dni, ale trasę można też znacznie wydłużyć.

– Z Wrocławia do Berlina można dotrzeć w 4 dni. Sam Berlin jest atrakcyjnym miastem zarówno pod względem zabytków, jak i zakupów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Śpimy na jachcie, więc oszczędzamy na kosztach nocowania. Pływamy po ponad 200 kilometrach rzek i jezior Berlina – tłumaczy Rozwadowska.

Firma Cruzeo najdłuższy z rejsów oferuje na trasie Wrocław–Gdańsk, gdzie 900 km można pokonać w dwa tygodnie, a oprócz Odry płynie się też Wartą i Wisłą. Nieco mniej dni potrzebnych jest na rejs z Wrocławia do Bydgoszczy czy Poznania. Blisko tydzień potrwa zaś wyprawa do Szczecina czy Gorzowa Wielkopolskiego.

– Polecamy rejs w kierunku Szczecina, z którego dość szybko można dostać się na wyspę Bornholm, która jest piękna i spokojna. Noclegi byłyby drogie, ale ponieważ jesteśmy na jachcie, można opłynąć całą wyspę, mieć urlop w dobrej cenie i w ciekawej destynacji – wskazuje Rozwadowska.

Za tygodniowy rejs w lipcu lub w sierpniu trzeba zapłacić – w zależności od rodzaju jachtu – od 3,3 tys. zł do 8,4 tys. zł Czarter na weekend będzie kosztował od 1,2 tys. do 3,6 tys. Do tego trzeba doliczyć jeszcze kaucję – od 2 tys. zł do 6 tys. zł.

Jacht można wyczarterować nawet bez patentu motorowodnego – zgodnie z ustawą o żegludze śródlądowej nie trzeba mieć dokumentu kwalifikacyjnego, żeby pływać na jachtach, których moc silnika nie przekracza 75 kW, a długość kadłuba nie przekracza 13 m. Trzeba jednak odbyć szkolenie w zakresie bezpieczeństwa na wodzie.

Jak przekonuje właścicielka Cruzeo, w przyszłości firma chce nie tylko oferować rejsy wycieczkowe.

– Chcemy wprowadzać rejsy szkoleniowe, aby można było po nich zdać na patent sternika motorowodnego i samodzielnie stać się kapitanem. Chcemy też wprowadzić kolacje na jachcie jako elegancką formę spędzania czasu – zapowiada Magdalena Rozwadowska.

Coraz więcej firm przenosi się do internetu. W ciągu kilku najbliższych lat połączenie tradycyjnego handlu z internetowym stanie się standardem

Coraz więcej firm przenosi się do internetu. W ciągu kilku najbliższych lat połączenie tradycyjnego handlu z internetowym stanie się standardem 11

Tradycyjny handel i e-commerce wkrótce zostaną w pełni zintegrowane. Połączenie świata online ze światem offline to naturalna ewolucja – przekonuje Giuseppe Tamola, country manager Zalando na Polskę, Włochy i Hiszpanię. Zalando również integruje na swojej platformie różne modele biznesowe, w tym sklepy o tradycyjnym modelu sprzedaży. Ten model zakłada, że klient będzie mógł kupić produkt na platformie, a na przykład odebrać w sklepie stacjonarnym marki, z którą współpracuje Zalando.

– Jeżeli spojrzymy na 10 największych firm na świecie pod względem kapitalizacji, to sześć z nich to w istocie platformy. To firmy, których średni wiek to 26 lat, a ich kapitalizacja oscyluje wokół 400 miliardów dolarów. Reprezentują one do pewnego stopnia nowoczesną infrastrukturę i nowoczesny sposób prowadzenia biznesu. Europa, w tym również Polska, daje szansę na to, by dołączyć do tej gry i zmieniać się w firmę przyszłości, czyli w firmę otwartą, zdolną do integrowania różnych modeli biznesowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Giuseppe Tamola, country manager Zalando na Polskę, Włochy i Hiszpanię.

Rozwój rynku handlu sprawia, że rośnie liczba kanałów sprzedaży i kontaktu z klientem. Coraz ważniejszym miejscem dla sprzedawców stają się platformy cyfrowe, które łączą na przykład różne marki i modele sprzedaży. Analizy Deloitte wskazują, że w ostatnim czasie po raz pierwszy w historii liczba osób, które zrobiły zakupy online, była wyższa niż w stacjonarnych sklepach (odpowiednio 48 i 45 proc.). Dlatego coraz więcej firm przenosi się do świata online i jak wskazuje Tamola, nie jest to jednorazowa moda, lecz stały trend.

– Integracja online’u i offline’u to naturalna ewolucja. Dzięki technologii mobilnej wszędzie możemy być w zasięgu, a geolokalizacja sprawia, że możemy namierzyć konkretne punkty na mapie. To także zmienia rolę, jaką będzie miał do odegrania połączenie światów online i offline. Bariery między nimi będą zanikać – przekonuje przedstawiciel Zalando.

Z badania Divante i IMAS wynika, że w Polsce internauci w sieci szukają przede wszystkim informacji o cenie (56 proc.), opisu produktu i opinii na jego temat (ok. 46 proc.). Konsumenci, zwłaszcza młode pokolenie, choć częściej wybiera online, to chce obejrzeć wybrane produkty w sklepie działającym w tradycyjny sposób.

 Połączenie online’u i offline’u wiąże się z licznymi wyzwaniami. Po pierwsze, należy narysować mapę wszystkich dostępnych zapasów. Warto mieć jasną wiedzę na temat tego, ile par butów znajduje się w danym sklepie, by mieć pewność, że są one dostępne dla klienta. Jeżeli uda się rozwiązać ten aspekt, może to przynieść konkretne korzyści dla konsumenta. Można wejść na stronę i ocenić, czy lepiej zamówić dostawę ekspresową na następny dzień, czy może odebrać towar bezpośrednio w sklepie. Ta wiedza i transparentność zmieniają reguły gry pomiędzy onlinem a offlinem – przekonuje Giuseppe Tamola.

Zalando pilotażuje rozwiązanie „Integrated Commerce”, dzięki któremu asortyment sklepów stacjonarnych dostosowany jest do formatu cyfrowego i oferowany online. Dostawa następuje jeszcze tego samego dnia bezpośrednio ze sklepu.

Dla mniejszych, stacjonarnych sklepów współpraca z dużymi platformami to szansa na dotarcie do szerszego grona klientów. Zwiększają one swój zasięg, działając globalnie i korzystają przy tym z know-how platformy. Jak jednak wskazuje Tamola, połączenie świata online z offline wiąże się z koniecznością inwestycji.

– 10 lat temu logistyka odbywała się w ramach B2B i mieliśmy do czynienia z milionem stukilogramowych przesyłek. Dziś mówimy o stu milionach przesyłek ważących po kilogram każda. Zasady gry się zmieniły – podkreśla ekspert. – Jeżeli chodzi o marketing, to dziś dzięki posiadanym danym możemy bezpośrednio się komunikować z każdym konsumentem i zapomnieć o mechanice czy o grupach docelowych. Do tego dochodzi obsługa klienta oraz wsparcie zakupów. Wiele firm testuje nowe rozwiązania, dzięki którym mogą lepiej obsłużyć klientów i wejść z nimi w dialog. To będzie stawało się coraz ważniejsze w najbliższych pięciu latach.

Współpraca z dużymi platformami zakupowymi ma jeszcze inne korzyści. To choćby wsparcie przy wchodzeniu na nowe rynki, co wymaga od producentów dostosowania do lokalnych warunków. Przykładowo, w Polsce dużą popularnością przy zakupach online cieszy się płatność za pobraniem, z kolei na Zachodzie konsumenci znacznie częściej korzystają z możliwości zwrotu zamówionego towaru.

– Chcemy pokazać, że także małe i średnie firmy są w stanie wejść w obszar cyfrowy. Z perspektywy Zalando prowadzimy więc pilotażowe projekty, które mogą w przyszłości ułatwić dynamicznym, małym i średnim firmom współpracę z nami i rozwój zgodnie ze strategią platformy – zapowiada Giuseppe Tamola.

Nowe przepisy o pracy tymczasowej mogą zniechęcić pracodawców do tej formy zatrudniania. Za niedostosowanie się do zmian grożą im wysokie kary

Nowe przepisy o pracy tymczasowej mogą zniechęcić pracodawców do tej formy zatrudniania. Za niedostosowanie się do zmian grożą im wysokie kary 12

Nowe przepisy dotyczące pracy tymczasowej, obowiązujące od 1,5 miesiąca, mogą spowodować, że firmy odwrócą się od tej formy zatrudnienia, choć zmiana prawa miała poprawić sytuację pracowników. Chodzi o ograniczenie okresu, w jakim dany pracownik tymczasowy może pracować na rzecz jednej firmy. Za przekroczenie limitu 18 miesięcy (w ciągu 36 miesięcy) pracodawcom grożą wysokie kary, dlatego kluczem jest odpowiednie ewidencjonowanie okresu pracy. W tym celu firmy i agencje pośrednictwa pracy muszą ze sobą ściśle współpracować.

Wcześniej było tak, że pracownik mógł pracować 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. Po zmianach limit ten stosuje się nie dla agencji pracy, ale pracodawcy użytkownika. Nawet po zmianie agencji pracy pracownik nadal może pracować tylko 18 miesięcy w ramach 36 kolejnych miesięcy na rzecz jednej firmy. Za niedostosowanie się do tego wymogu grożą grzywny do 30 tysięcy złotych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dawid Widyna, pomysłodawca platformy Jobel.pro, służącej do ewidencji czasu pracy pracowników tymczasowych.

Według raportu Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej spośród niemal 7,5 tys. zarejestrowanych na koniec 2016 roku agencji zatrudnienia ponad 2,5 tys. (34 proc.) świadczyło usługi pośrednictwa pracy na terenie Polski, natomiast 2,26 tys. (30 proc.) pracę tymczasową. Liczba pracodawców użytkowników korzystających z usług agencji pracy tymczasowej w 2016 r. wyniosła 18,61 tys. i w porównaniu z rokiem poprzednim (16,98 tys.) była większa o 1,63 tys.

Drugą istotną zmianą jest to, że ustawodawca zrównał w pewnych obszarach umowę-zlecenie z umowami o pracę tymczasową, w związku z tym te wspomniane limity dotyczą także osób zatrudnionych na umowy cywilnoprawne – zaznacza Dawid Widyna. – Do tego te okresy dla umów cywilnych są liczone jak dla umów o pracę, co sprowadza się do tego, że osoba zatrudniona przez okres 18 miesięcy na umowę-zlecenie (w okresie 36 miesięcy), nawet jeśli w tym okresie przepracuje tylko kilka dni, to będą to ostatnie dni, które dla tego pracodawcy-użytkownika mogła przepracować w świetle nowych przepisów.

W 2016 roku agencje skierowały do wykonywania pracy tymczasowej 795,8 tys. osób i w stosunku do 2015 r. liczba tych pracowników zmalała o niemal 4 tys. osób. Zdaniem Dawida Widyny nowe przepisy mogą spowodować dalsze zniechęcenie pracodawców do zatrudniania pracowników w ramach pracy tymczasowej.

Zdaniem eksperta pracodawcy użytkownicy będą musieli zacieśnić swoją współpracę z agencjami pracy tymczasowej. Między innymi po to, by uzyskać informację, czy dany pracownik nie przepracował już 18 miesięcy dla danego pracodawcy. Jeżeli tak, to nie powinien być dłużej do niego delegowany.

– Pracodawcy, aby zadośćuczynić przepisom i nie narazić się na kary od Państwowej Inspekcji Pracy, która może zrobić kontrolę w każdym momencie, powinni zacieśnić swoją współpracę z agencjami pracy tymczasowej i oprzeć ją o rozwiązania informatyczne, które pozwolą gromadzić dane dotyczące okresów pracy pracowników tymczasowych i na bieżąco je kontrolować – przekonuje właściciel Jobel.pro. – Bez takich rozwiązań kary od PIP są właściwie pewne i nieuniknione.

Jak podkreśla, chodzi przede wszystkim o informacje na temat daty rozpoczęcia współpracy z danym pracownikiem tymczasowym i daty jej zakończenia.

Klientom, którzy korzystają z naszej platformy, dodatkowo sugerujemy, aby odnotowywali w systemie, czy praca tymczasową jest tzw. pracą na zastępstwo, ponieważ w sytuacji, gdy pracownik tymczasowy zastępuje nieobecnego pracownika etatowego, limit ulega wydłużeniu z 18 miesięcy – taki pracownik może pracować 36 miesięcy w trybie ciągłym w kolejnych 72 miesiącach – dodaje Widyna.

Ustawa przyniosła też inne istotne zmiany, na przykład ochronę dla kobiet w ciąży. Do tej pory kobiety, które pracowały w oparciu o umowę o pracę tymczasową, nie miały gwarancji przedłużenia umowy, gdy okazywało się, że są w ciąży. Teraz kobiety zatrudnione w danej agencji pracy tymczasowej przez co najmniej dwa miesiące w momencie rozpoczęcia trzeciego miesiąca ciąży zyskują gwarancję, że umowa będzie musiała zostać przedłużona do dnia porodu.

Z jednej strony jest to ważne zabezpieczenie dla tych kobiet, z drugiej strony obawiam się, że może spowodować niechęć agencji do zatrudniania kobiet – ocenia Dawid Widyna.

Polacy coraz częściej segregują śmieci. Pod względem recyklingu i odzysku odpadów jesteśmy jednak poniżej europejskiej średniej

Polacy coraz częściej segregują śmieci. Pod względem recyklingu i odzysku odpadów jesteśmy jednak poniżej europejskiej średniej 13

Polska w dziedzinie recyklingu powinna gonić państwa starej unijnej piętnastki. Wart około 3 mld zł rynek wymaga także wprowadzenia odpowiednich regulacji. Przepisy, które pod koniec 2016 roku przyjęła Komisja Europejska, nakładają w tym zakresie surowe normy, według których już za trzy lata do przetworzenia ma trafiać połowa odpadów komunalnych.  

Polska pod względem poziomu odzysku i recyklingu odpadów jest na pierwszym miejscu wśród dziesięciu nowo przyjętych krajów UE w 2004 roku. Natomiast ze względu na brak przepisów ekonomicznych, daleko nam jeszcze do głównej siedemnastki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Z danych GUS wynika, że w 2015 roku zebrano w Polsce blisko 10,9 tys. ton odpadów komunalnych, z czego ponad połowa (55 proc.) została przeznaczona do odzysku. Nieco ponad 2,8 tys. ton odpadów (26,4 proc.) trafiło do recyklingu.

W grudniu ubiegłego roku Komisja Europejska przyjęła pakiet dotyczący gospodarki odpadami w obiegu zamkniętym (Circular Economy Package). Zobowiązuje on kraje członkowskie, w tym Polskę, do zwiększenia recyklingu odpadów komunalnych do poziomu  65 proc. do 2030 roku. Dyrektywa wprowadza też zakaz składowania odpadów selektywnie zebranych. Polska ma bardzo mało czasu na dostosowanie się do europejskich wymogów – już w 2020 roku poziom recyklingu odpadów komunalnych powinien sięgnąć 50 proc. Obecnie poziom recyklingu głównych surowców, tzn. szkła, makulatury, metali i tworzyw sztucznych, nie przekracza kilkunastu procent.

Statystyki GUS pokazują, że najwięcej zebranych selektywnie odpadów komunalnych (88 proc.) w 2015 r. zostało odebranych od gospodarstw domowych – były to głównie odpady biodegradowalne i szklane. Rok do roku ich ilość wzrosła o blisko jedną trzecią (27,9 proc.), co oznacza, że gospodarstwa domowe coraz częściej segregują śmieci. Jednak Jerzy Ziaja ocenia, że Polakom wciąż brakuje rozwiązań ekonomicznych oraz podstawowej wiedzy w zakresie segregacji i recyklingu odpadów.

Przepisy, które uchwaliła pod koniec ubiegłego roku Komisja Europejska w ramach Gospodarki o Obiegu Zamkniętym (GOZ), wprowadzają tzw. rozszerzoną odpowiedzialność producentów. Nakładają na nich obowiązek partycypowania w kosztach zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu wprowadzanych na rynek opakowań. Obecnie w Polsce gospodarowanie odpadami opakowaniowymi jest finansowane głównie przez gminy, co prowadzi do wielu patologii.

Wartość rynku recyklingu w Polsce szacowana jest na około 3 mld zł. Ze względu na brak precyzyjnych przepisów kwitnie na nim szara strefa. Obowiązujące przepisy oparte są na potwierdzeniach wykonania obowiązku odzysku i recyklingu, czyli „wyprodukowaniu” Dokumentu Potwierdzającego Odzysk lub Recykling (DPO i DPR), niestety nie ma to nic wspólnego z faktycznym obrotem odpadami.

– Wielu przedsiębiorców nie jest zainteresowanych sprawdzaniem, czy ktoś faktycznie dysponuje odpadem i na tej podstawie wystawia dokumenty potwierdzające odzysk czy recykling, ale czy ktoś ma decyzję i na jej podstawie wystawia stosowne dokumenty – mówi Jerzy Ziaja. Brak jasnych i przejrzystych metod finansowania zgodnego z zasadą „zanieczyszczający płaci” tworzy takie patologie w gospodarce odpadami.

Prezes OIGR zauważa, że polskie zakłady recyklingu wspomagają się importem odpadów, w których selektywna zbiórka i wartość ujemna odpadów komunalnych jest finansowana w ramach utworzonego systemu rozszerzonej odpowiedzialności przemysłu (ROP).

Przedsiębiorcy prowadzący recykling wspomagają się odpadem tworzyw sztucznych czy makulaturą zza granicy. Uzupełniają tym samym stany magazynowe, równocześnie polepszają wynik ekonomiczny, tam wartość ujemna selektywnie zbieranego odpadu jest finansowany przez konsumenta – mówi Jerzy Ziaja.

W wielu krajach zachodnich, takich jak Szwecja czy Niemcy, funkcjonuje system kaucyjny lub depozytowy, w którym duża część kosztów jest przeniesiona na mieszkańców. Opakowania wielokrotnego użytku nie są zbierane z gospodarstw domowych, ale dostarczane bezpośrednio do punktów zbiórki.

– Mieszkańcy tych krajów mogą przynieść odpady objęte kaucją do automatów znajdujących się w sklepach i odzyskać pozostawiony depozyt lub kaucję – mówi Jerzy Ziaja. Dużo mówi się ostatnio o rozszerzonej odpowiedzialności przemysłu. Producenci narzekają na dodatkowe obciążenia, ale nie ma produkcji bez konsumpcji. W efekcie to konsument finansuje rozszerzoną odpowiedzialność producenta. Natomiast producent powinien być na tyle wyedukowany, żeby zebrane środki finansowe przekazać na gospodarkę odpadami zgodną z hierarchią postępowania z odpadami, a nie tworzyć dodatkowe, nadzwyczajne przychody  podkreśla ekspert.

Według danych GUS w 2015 roku działało na polskim rynku 1,5 tys. przedsiębiorstw, które odbierały odpady komunalne od właścicieli nieruchomości (rok do roku ich liczba zmniejszyła się o 4 proc.). Prywatne firmy odebrały w tym czasie prawie dwie trzecie (62,7 proc.) odpadów komunalnych (63,6 proc. w 2014 r.).

Rynek mieszkaniowy kwitnie. Deweloperzy nie przestają inwestować

Rynek mieszkaniowy kwitnie. Deweloperzy nie przestają inwestować 14

Boom mieszkaniowy trwa. Od stycznia do maja deweloperzy oddali do użytku mniej więcej tyle samo mieszkań, ile przed rokiem. Jednak uzyskali pozwolenia na budowę o ponad 50 proc. więcej lokali niż w analogicznym okresie rok temu. Deweloperzy mnożą inwestycje i choć zaciągają na te cele nowe zobowiązania, to według analizy Domu Maklerskiego Navigator ich finanse są stabilne. Sprzyja temu wciąż wysokie zainteresowanie nabywców.

– Pierwsze półrocze to okres bardzo dobrej koniunktury na rynku deweloperskim. Dobra koniunktura to połączenie kilku elementów. Mamy dobrą sytuację makroekonomiczną w Polsce, co sprzyja podejmowaniu decyzji o zakupie mieszkań przez Kowalskich. Stymulowane jest to również przez bardzo niskie stopy procentowe – ludziom nie opłaca się trzymać środków na lokacie i wolą te środki zainwestować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Mucha z Domu Maklerskiego Navigator. – Rynek najmu obecnie również jest bardzo mocny, dzięki temu, że bardzo dużo Ukraińców przyjechało do Polski i stanowią oni mocną podstawę rynku najmu.

Jak dodaje, wiele mieszkań wybudowanych w przeszłości zostało zajętych przez Ukraińców, dzięki czemu nowe mieszkania pod wynajem mogą generować stopy zwrotu atrakcyjniejsze od nisko oprocentowanych lokat.

W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2017 roku deweloperzy oddali do użytkowania 29,66 tys. mieszkań, o 0,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Uzyskali jednak pozwolenia na budowę ponad 58 tys. lokali, czyli o 50,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Rozpoczętych budów było więcej o ponad jedną czwartą (ponad 41,8 tys. mieszkań).

Dom Maklerski Navigator przeanalizował sytuację 14 deweloperów finansujących się m.in. obligacjami notowanymi na rynku Catalyst. To Robyg, Atal, LC Corp, Polnord, Dom Development, Murapol, Ronson Europe, J.W. Construction, Lokum Deweloper, Marvipol, Archicom, Vantage Development, i2 Development i Developers. W pierwszym półroczu tego roku ci deweloperzy sprzedali 10,05 tys. mieszkań, co stanowi wzrost o 20,6 proc. w stosunku do pierwszego półrocza 2016 roku. Przekazali wprawdzie ok. 6 tys. lokali, co stanowi 4-proc. spadek rok do roku, jednak jak tłumaczy Mateusz Mucha, nie ma to wielkiego znaczenia, gdyż gros przekazań następuje w drugim półroczu.

– Obecnie ceny w największych polskich miastach są dość stabilne. Największe wzrosty notują Trójmiasto i Wrocław, te miasta dynamicznie się rozwijają również pod kątem tkanki biurowej, pod kątem napływu mieszkańców, więc tam obserwujemy największe wzrosty – opisuje sytuację na rynku Mateusz Mucha. – Warszawa – największy, najstabilniejszy, najpłynniejszy rynek – jest bardzo stabilna cenowo. Ta dobra koniunktura ma zdrowe podstawy: wysoki popyt na mieszkania równoważony jest wysoką podażą mieszkań przez deweloperów, czego nie obserwowaliśmy w latach 2006–2008.

W pierwszym półroczu analizowani deweloperzy wyemitowali obligacje o wartości prawie 600 mln zł, wykupując tym samym obligacje o wartości około 357 mln zł. Do końca 2018 roku firmy te zobowiązane są do wykupu około 820 mln zł obligacji, a w samym 2019 roku – około 865 mln zł. Zdaniem DM Navigator w celu wykupu obligacji większość firm zaciągnie nowe zobowiązania. Już teraz w strukturze zadłużenia analizowanych deweloperów obligacje stanowią 54,4 proc. i udział ten rośnie.

– Analiza struktury zadłużenia konkretnego dewelopera, u którego chcemy zakupić lokal, jest bardzo ważną analizą w kontekście planowanego zakupu. Musimy się zastanowić, czy deweloper ten nie jest zbytnio zadłużony, kiedy przypadają zapadalności zobowiązań, które dany deweloper musi spłacić, jak może to współgrać z harmonogramem inwestycji, którą zamierzamy kupić. Jeśli planujemy kupić lokal, który będzie oddany do użytkowania za dwa lata, należy się zastanowić, jak może wyglądać sytuacja danego dewelopera w tej perspektywie – radzi.

Najbardziej zadłużonymi spółkami na koniec I kwartału 2017 r. pozostawały LC Corp, Robyg oraz Polnord. Pierwsza z nich ma jednak wysoki udział kredytów pod inwestycje biurowe, zaś Polnord realizuje program restrukturyzacyjny mający na celu obniżenie poziomu zadłużenia. Jedynym deweloperem mającym wyższe saldo gotówki niż saldo zobowiązań finansowych był na koniec I kw. 2017 r. Dom Development.

– Analizowana grupa deweloperów ma zadłużenie finansowe w okolicach 4,8 mld zł przy gotówce na koncie w wysokości ponad 2 mld zł, co daje dług netto rzędu 2,7 mld zł i jest to wartość stabilna w okresie ostatnich lat – mówi Mateusz Mucha. – Wartość zadłużenia finansowego nieznacznie spadła, porównując I kwartał 2017 do końca 2016 roku. Spadł też lekko poziom gotówki, aczkolwiek te wartości są dosyć stabilne, co przy dobrej koniunkturze pokazuje, że deweloperzy nie zadłużają się ponad miarę, cały czas jest to trzymane w ryzach.

Nowoczesne nawigacje samochodowe wciąż mają przewagę nad smartfonami. Są bardziej precyzyjne i odporne na skrajne temperatury

Nowoczesne nawigacje samochodowe wciąż mają przewagę nad smartfonami. Są bardziej precyzyjne i odporne na skrajne temperatury 15

Nowoczesne odbiorniki GPS wciąż utrzymują przewagę nad aplikacjami instalowanymi w smartfonach. Nie tylko lepiej sprawdzają się w roli przewodnika po polskich drogach, ale także znoszą bez uszczerbku pozostawienie na wiele godzin w rozgrzanym na słońcu aucie. Nie bez znaczenia jest też wyższa częstotliwość sprawdzania położenia pojazdu, przekładająca się na większą precyzję lokalizacji. Jak podaje raport „GPS Tracking Device Market” – rynek urządzeń GPS w 2023 roku ma osiągnąć wartość 2,89 mld dolarów.

– Nawigacja samochodowa musi wytrzymać warunki pozostawienia jej w aucie, przy takich temperaturach, jakie mamy w Polsce to urządzenie musi działać w skrajnych warunkach, komórka nie za bardzo to potrafi – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Gutkiewicz, szef marketingu na Europę Centralną z firmy Mio, jednego z trzech największych producentów nawigacji GPS na świecie.

Ekspert podkreśla, że trendy na rynku są wyraźne – coraz częściej specjalne urządzenia GPS zastępowane są smartfonami w roli nawigacji samochodowej. Stają się one jednocześnie telefonem pokładowym, centrum multimedialnym i źródłem informacji wykorzystywanych do określonego celu. Okazuję się jednak, że sygnał GPS odbierany przez smartfona może być mniej przydatny podczas jazdy niż ten oferowany w wyspecjalizowanej nawigacji samochodowej.

– GPS w tej chwili to nie są te same moduły we wszystkich urządzeniach, są one dedykowane, jedne są mniej oszczędne w poborze energii, inne bardziej w zależności od tego, jaki efekt chce osiągnąć producent. Jeśli mamy na myśli telefon komórkowy, wbudowany moduł GPS będzie znacznie rzadziej pobierał informacje o sygnale, ma to na celu oszczędność baterii. Wręcz odwrotnie w nawigacjach samochodowych – są one zasilane non-stop z gniazda zapalniczki, jest to moduł, który bardzo często pobiera sygnał i informację GPS, aby z jak największą dokładnością ustalić pozycję kierowcy na drodze.

Ekspert tłumaczy, że częstotliwość próbkowania (ustalania położenia modułu GPS) nie jest aż tak istotna, gdy mamy do czynienia z nawigacją rowerową lub urządzeniem dla biegaczy. W przypadku nawigacji samochodowych ma ona jednak kluczowe znaczenie, ponieważ przy wysokich prędkościach przemieszczania się pojazdu błąd wynikający z opóźnienia pomiaru może okazać się na tyle duży, że ma to wpływ na obniżenie dokładności i komfortu używania nawigacji. Kierowca może na przykład zbyt późno dostać informację o konieczności wykonania skrętu lub hamowania.

– Telefon komórkowy służy do dzwonienia, wysyłania i odbierania informacji, wtórnymi funkcjami są wszelkiego rodzaju aplikacje, w tym nawigacja, gry i inne. Mówi się, że urządzenie do wszystkiego, jest urządzeniem do niczego, telefony komórkowe dobrze radzą sobie z nawigacją, jednakże trzeba pamiętać, że GPS wbudowany w telefony komórkowe ma inną postać i inną funkcjonalność niż GPS w nawigacjach samochodowych – ma mniejszą częstotliwość próbkowania, rzadziej pobiera sygnał o położeniu, przez to pobiera oczywiście mniej energii. 

Smartfon nie jest przygotowany na warunki pogodowe, jaki musi znosić nawigacja pozostawiona na długie godziny w samochodzie. Pod wpływem działania promieni słonecznych może odmówić posłuszeństwa, gdy zadziałają mechanizmy zabezpieczające urządzenie przed przegrzaniem. Akumulator smartfona jest też, jak podkreśla ekspert, bardziej narażony na zniszczenie.

– Wystarczy przyczepić komórkę do przedniej szyby w samochodzie, pozostawić na słońcu i spróbować ją potem odpalić, zazwyczaj się nie włączy ponieważ ma systemy chroniące ją przed przegrzaniem się. Nawigacja samochodowa jest dedykowana, aby pracować w trudnych warunkach. Również kąt widzenia ekranu jest zupełnie inny, funkcje obsługi, klawisze, cała funkcjonalność urządzenia jest podyktowana pod to, aby nawigować kierowcę – dopowiada Marcin Gutkiewicz.

W przeciwieństwie do aktualizujących się automatycznie aplikacji w smartfonie, w wyspecjalizowanych nawigacjach jest różnie. Dlatego przed zakupem GPS-a należy sprawdzić, czy mapy dostępne na urządzeniu są aktualizowane dożywotnio. Unikniemy wtedy dodatkowych kosztów związanych zakupem aktualizacji. Należy także upewnić się o występowaniu dodatkowych funkcjonalności w postaci bazy fotoradarów czy opcji wyboru dodatkowych tras. Brak tych funkcji może spowodować, że nawigacja dostępna w telefonie może okazać się atrakcyjniejsza.

– W przypadku nawigacji samochodowej należy zwrócić uwagę na jakość map. W naszym kraju podstawowe są dwie instytucje, jeśli chodzi o jakość map: pierwsza to Tele Atlas, bardzo dokładne mapy, opracowywane w Polsce dla całej Europy z biurem w Łodzi, druga to AutoMapa. Są to dwie podstawowe firmy, które dostarczają mapy do urządzeń – wyjaśnia Marcin Gutkiewicz.

Innowacyjne rozwiązania łączące w sobie funkcję wideorejestratora i nawigacji samochodowej mogą okazać się dobrym rozwiązaniem dla kierowców, którzy dbają o swoje bezpieczeństwo. Nowe urządzenia od Mio są bowiem wyposażone w system ADAS, który ostrzeże nas przed zbliżającym się pojazdem lub poinformuje o wjechaniu na ciągłą linię.

– Nawigacje się uczą, warto brać to pod uwagę, gdy podłączamy je do internetu. Urządzenie pobiera dane od wszystkich użytkowników Tele Atlas na temat tras i tego jak pokonywali daną trasę, czy na przykład omijali korki, bo to też świetne rozwiązanie. W najnowszych nawigacjach Mio wbudowany jest wideorejestrator, to bardzo ciekawa funkcjonalność – podkreśla Marcin Gutkiewicz – Warto wspomnieć o dwóch systemach, które powiązane są z wideorejestratorem i jego funkcjonalnością, to jest tzw. funkcja ADAS, znana z aut klasy średniej i luksusowej, są to systemy bezpieczeństwa wspomagające kierowcę.

Przydatną funkcją w nowych nawigacjach jest możliwość korzystania z systemu GLONASS, który może być przydatny podczas podróży przez obszary miejskie. Nawigacja może korzystać z dwóch systemów, w ten sposób zwiększając szansę na połączenie z satelitą, który pozwoli na dokładniejsze określenie naszej lokalizacji.

– Do niedawna wykorzystywany był tylko system GPS w wielu urządzeniach. W momencie gdy GLONASS stał się bardziej popularny, również Mio postanowiło wdrożyć go do swoich urządzeń. W tej chwili GLONASS jest już ogólnodostępny, jest to tzw. dual system GPS i GLONASS –  podsumowuje Marcin Gutkiewicz.

Sztuczna inteligencja ułatwi komunikację biur podróży z klientami. W dalszej perspektywie może zastąpić także pilotów wycieczek

Sztuczna inteligencja ułatwi komunikację biur podróży z klientami. W dalszej perspektywie może zastąpić także pilotów wycieczek 16

Sztuczna inteligencja zmienia branżę turystyczną. Obecnie boty – specjalne programy komunikujące się w sposób podobny do człowieka – są w stanie przyjąć zlecenie, odpowiedzieć na pytanie, czy przekazać informacje dotyczące dostępności hotelu i miejsc w samolocie. Chat boty mogą usprawnić funkcjonowanie branży, przejmując obowiązki pracowników biur podróży, a niebawem także funkcja pilotów wycieczek może zostać podjęta przez roboty. Sztuczna inteligencja ułatwi też komunikację z podróżnymi, pozwoli ograniczyć koszty dla biur podróży i ułatwi podróż.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji w turystyce dopiero raczkuje. Amadeus zainwestował w przedsiębiorstwo, które produkuje bota, wirtualnego asystenta podróży o imieniu Ewa. Może on być wykorzystywany w każdym sektorze turystyki: przez linie lotnicze, biura podróży i hotele. To się rozpoczyna, widzimy coraz większe zainteresowanie, chat boty mogą zastąpić człowieka w codziennych, bardzo powtarzalnych czynnościach – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Paweł Rek, dyrektor regionalny Amadeus Polska.

Z raportu London School of Economics (LSE) przygotowanego dla Amadeusa wynika, że w ciągu najbliższych 10 lat sztuczna inteligencja, wirtualna rzeczywistość i zastosowania technologii mobilnych mogą zmienić rynek dystrybucji usług turystycznych. Pierwsze zmiany widać już teraz. Chat boty, czyli programy komputerowe, których zadaniem jest prowadzenie rozmowy z człowiekiem, mogą zastąpić w kontakcie z podróżnymi pracownika hotelu. W biurze podróży pomoże zarezerwować przelot i pobyt, podpowie też kierunek, gdy dopiero poszukuje się atrakcyjnych wyjazdów.

Innym ciekawym przykładem wykorzystania AI jest robot Pepper, którego oprogramował Amadeus. To mały, sympatyczny robot, który potrafi komunikować się z ludźmi, może być wykorzystany do zautomatyzowania pewnych czynności w procesowaniu transakcji, ale i w działaniach marketingowych. Taki robot może oferować różne usługi. Mamy już zainteresowanie jednej z linii, która operuje luksusowymi rejsami wycieczkowymi i wykorzystuje Peppera do pomocy pasażerom na pokładzie. Udziela informacji, ale wykorzystywany jest też do up-sellingu [sprzedaży droższych produktów aktualnemu klientowi – red.], kto przecież odmówi sympatycznemu robotowi, gdy ten miłym głosem oferuje produkty czy dodatkowe usługi – podkreśla Paweł Rek.

Raport Profitroom i Deloitte „Hotel Marketing & Technology Trends” przypomina, że w 2020 roku ponad połowę wszystkich gości hotelowych mają stanowić millenialsi. Aby spełnić ich rosnące wymagania, także te technologiczne, hotele i biura podróży muszą stosować rozwiązania inteligentne. Obecnie boty są w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania, przekażą informacje o dostępności miejsc.

To na pewno będzie się rozwijało, zwłaszcza w krajach, gdzie koszty pracy są wysokie. Automatyzowanie powtarzalnych czynności to nie tylko dostarczanie ustandaryzowanej oferty dla klientów, ale też obniżenie kosztów operacyjnych. Patrząc na liczbę różnego rodzaju start-upów, które pojawiają się na świecie i wykorzystują technologie dostarczając rozwiązania dla turystyki, tylko fantazja przedsiębiorców ogranicza możliwe zastosowania – ocenia ekspert.

Sztuczna inteligencja, która coraz szerzej będzie wkraczać do branży turystycznej, będzie nie tylko pomocna dla touroperatorów, ale przede wszystkim dla podróżnych. Zmieni całkowicie sposób komunikacji.

Ułatwi tę komunikacje. Roboty są dostępne 24/7, nie trzeba im płacić nadgodzin, jest to ograniczenie kosztów dla biur podróży, linii lotniczych czy sieci hotelowych. Z chat botami możliwa jest komunikacja także z telefonu komórkowego, połączenie sztucznej inteligencji, baz danych i aplikacji mobilnych, co usprawnia i ułatwia podróżnym życie – tłumaczy Paweł Rek.