Spadek o połowę

Śliniąc się na myśl o zarobkach finansowych, inwestorzy na Wall Street wydają się być zaniepokojeni jedynie swoim następnym posiłkiem. Rynek akcji rzeczywiście kroczył ostatnio gładko w  przestrzeń kosmiczną, stale rosnąc w ciągu ostatnich kilku lat i osiągając regularnie nowe rekordowe notowania. Dow Jones i SPX500 są obecnie notowane na swoim najwyższym poziomie, a Nasdaq 100 nie jest daleko.

DowJones_SPX500_Nasdaq100_17_07_2017Jedyną rzeczą wspierająca rynki dzisiejszego ranka są wskaźniki wzrostu w Chinach. Dane o PKB były idealne od czasu wyprzedaży akcji na rynku w 2015 r., kiedy to inwestorzy zaniepokoili się przyszłym wzrostem największego na świecie eksportera. Rzeczywista wzrost gospodarczy Chin naprawdę ustabilizował się w lipcu 2015 r., osiągając najniższy poziom w 2016 r. i stopniowo później rosnął.

Wzrost_ekonomiczny_Chin_17_07_2017Minęły prawie 4 miesiące od oficjalnego rozpoczęcia Brexitu z Theresą May, która 29 marca wystosowała artykuł 50. Od tamtej pory nic znaczącego się nie wydarzyło, jeśli chodzi o rozmowy między Wielką Brytanią a Unią Europejską. To zmieni się dzisiaj. Sekretarz Brexitu David Davis i jego zespół będą rozmawiać z negocjatorem UE Michelem Barnierem i jego zespołem w tym tygodniu. Po raz pierwszy mają zamiar poruszyć wszystkie kwestie, w tym irlandzkie granice, prawa obywateli mieszkających za granicą i oczywiście debatę na temat Brexit Bill. W tej chwili funt brytyjski usadowił się wygodnie powyżej poziomu psychologicznego 1,30 USD. Nadchodzący tydzień da nam pewien wgląd w to, jak szczegóły Brexitu będą miały wpływ na ceny.GBPUSD_17_07_2017

Brutalne wycofanie trwało przez cały weekend. Fakt, iż rynki kryptowalutowe są daleko w tyle za innymi było widoczne przez ostatnie kilka tygodni. Oczywiście, jeśli przyjrzymy się notowaniom od początku roku z bliska, zobaczymy, że nadal jesteśmy w drodze na szczyt. Ethereum, waluta dodana na eToro w lutym, wzrosła z 10 dolarów aż do 428 dolarów co stanowi całkowity wzrost na poziomie około 4000%. Od swojego szczytu 12 czerwca do wczorajszego dnia, straciło około 69%. Oczywiście, jeśli spojrzymy od początku do chwili obecnej, nadal mówimy o zysku na poziomie około 1800%, co jest i tak niewiarygodne, jeśli tylko o tym pomyślimy.

Ethereum_17_07_2017Kapitalizacja_rynkowa_17_07_2017Dzisiejsze odbicie, od wczorajszego niskiego poziomu do chwili pisania tego artykułu, wynosi 33%. Tego rodzaju ruchy są spełnieniem marzeń dla Day i Swing Traderów, którzy potrafią wyczekać na odpowiedni moment. Wczorajszy spadek doprowadził nas do najniższego poziomu od 17 maja. Chociaż wartość sektora kryptowalutowego jest prawie w połowie tego, czym była w swoim szczycie 12 czerwca, to wciąż trzykrotnie więcej od notowań z 1 stycznia. Niektórzy przedsiębiorcy zarobili trochę pieniędzy w drodze. Niektórzy teraz krzyczą by „kupować póki jest w dole”.Opinia_4exPirate_17_07_2017

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Kurs euro, dolara, funta i franka. Analiza techniczna 17.07.2017

Euro w oczekiwaniu na czwartkowy komunikat EBC. Dolar najtańszy od półtora roku, właśnie przełamał kolejne wsparcie. Funt kolejny raz wrócił do kanału konsolidacji i czeka na wynik negocjacji Londynu z Brukselą. Tania szwajcarska waluta cieszy “frankowiczów”.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.07.2017-17.07.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,1980 3,7965 3,6600 4,7215
Maksimum 4,2480 3,8555 3,7260 4,8135

 

Kurs euro EURPLN

Euro po okresie względnej stabilizacji, znowu tanieje. Już w piątek udało się przebić linię trendu mającą swój początek w lokalnym minimum z końca maja. Obecnie testowany jest poziom 4,20, który w ostatnim czasie dwukrotnie skutecznie odbijał cenę wspólnej waluty. Jak na razie to wsparcie wytrzymuje także dzisiaj, co może sugerować powrót w okolice 4,23 zł. Warto pamiętać jednak, że w przypadku pokonania opisywanego wsparcia kurs EURPLN, jeszcze w tym tygodniu może spaść do poziomu 4,16 zł. Dużo wyjaśni się w czwartek, kiedy poznamy decyzję EBC dotyczącą polityki monetarnej. Prawdopodobieństwo zmiany stóp procentowych jest znikome, jednak spora część rynku oczekuje informacji na temat zamknięcia programu QE. Mario Draghi może jednak nie spełnić tych oczekiwań, zwłaszcza że jak w zeszłym tygodniu podał Reuters, Włoch jest niechętny do narzucania sobie ram czasowych. Z tego względu czwartkowe posiedzenie, wydaje się być znaczącym ryzykiem dla euro.

Kurs dolara USDPLN

Dolar ostatnio przełamał linie silnego trendu spadkowego. Jego umocnienie jednak nie trwało długo, choć korekta w tym czasie zniosła prawie 50% ruchu spadkowego. Ostatecznie jednak kurs USDPLN znowu znajduje się w trendzie spadkowym, który może nie jest już tak dynamiczny, jednak cały czas pozostaje silny. Świadczyć o tym może chociażby fakt przebicia bardzo ważnego poziomu 3,70 zł. Obecnie dolar kosztuje 3,67 zł i wiele wskazuje, że to nie jest jeszcze koniec przeceny amerykańskiej waluty. Ostatni raz tak tani dolar był w drugiej połowie 2015 roku, kiedy lokalne minimum wyniosło 3,625. Jest możliwe, że będziemy testować ten poziom jeszcze w obecnym tygodniu. Fed cały czas ma problem z inflacją, która niespodziewanie zaczęła hamować. Inwestorzy coraz mniej wierzą w zapewnienia prezes Yellen, że ten spadek jest chwilowy i spowodowany jednorazowymi czynniki. Fedowi na pewno nie pomógł zeszłotygodniowy odczyt, który również okazał się niższy od założeń. Przed dolarem ważny okres, ponieważ coraz więcej osób wątpi w wyznaczoną ścieżkę podnoszenie stóp procentowych.

Kurs funta GBPPLN

Funt w zeszłym tygodniu po raz kolejny przełamał dolne ograniczenie kanału konsolidacji. Znowu jednak złotówce zabrakło siły, by utrzymać kurs poniżej poziomu 4,76 zł, w efekcie czego funt powrócił w rejon konsolidacji. Trwa ona już blisko dwa miesiące i bardzo możliwe, że właśnie dobiega końca. W tym tygodniu już na poważnie mają ruszyć negocjacje między Londynem a Brukselą dotyczące brexitu. Wyraźnie czuć, że atmosfera jest mocno napięta a rozbieżności co najmniej znaczące. Będzie to czynnik mocno ciążący funtowi, którego kurs cały czas jest mocno wrażliwy na wszelkie informacje dotyczące opuszczenia wspólnoty. Przy odpowiednich warunkach kurs GBPPLN może niedługo spaść poniżej poziomu 4,70 zł, co mogłoby otworzyć drogę do dalszych spadków.

Kurs franka CHFPLN

W coraz lepszych humorach są zapewne polscy “frankowicze”, którzy w ostatnim czasie mogą obserwować taniejącego franka. Jeszcze dwa tygodnie temu mogło się wydawać, że właśnie kształtuje się formacja podwójnego dna, która teoretycznie powinna odwrócić trend. Później jednak kurs CHFPLN znalazł się w silnym spadkowym kanale, przez co udało się sforsować ważne wsparcie na poziomie 3,855 zł. W ostatnich dniach trend jeszcze bardziej przyspieszył, przez co wyłamał od dołu wyżej opisany kanał. Obecnie testuje jego dolne ograniczenie, jednak nawet w przypadku powodzenia, nie będzie to oznaczało końca ruchu spadkowego. Prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu uda się zaznaczyć kolejne minimum.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Branża faktoringowa ciągle rośnie – wyniki w I półroczu 2017

Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku.

Z faktoringu skorzystało już 8,1 tys. przedsiębiorców, czyli o 12,5% więcej w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. Faktorzy sfinansowali blisko 4 miliony faktur.

W rzeczywistości zarówno obroty jak i ilość korzystających firm i sfinansowanych faktur są jeszcze  większe, bo duża część faktorów pozostaje poza związkiem (Polski Związek Faktorów – PZF), a ich łączny wynik nie jest znany.

Poza klasycznym faktoringiem niepełnym rośnie popularność pełnego (zabezpieczający faktoranta w przypadku niezrealizowania płatności ze zgłaszanej faktury przez kontrahenta) i eksportowy wspierający zagraniczną ekspansję polskich przedsiębiorców.

Powody rosnącej popularności faktoringu:

  • szybkość i jakoś usługi,
  • rosnąca dostępność faktoringu – ze względu na rozbudowę sieci sprzedaży w całym kraju i dostosowywanie oferty do mniejszych podmiotów,
  • rosnąca świadomość usługi u przedsiębiorców,
  • osiągalność usługi dla nowych na rynku firm (które nie dostaną kredytu inwestycyjnego),
  • spadające koszty usługi (ze względu na rosnącą konkurencję wśród dostawców),
  • pogłębiające się zaległości i opóźnienia płatności faktur (już ponad 19 mld zaległości przedsiębiorstw).

I półrocze w faktoringu

Wieloletni dynamiczny wzrost branży i usługi faktoringowej przyciąga do niej nie tylko przedsiębiorców, ale i inwestorów. Od kilku lat, a szczególnie w ostatnim czasie, zauważalne jest dedykowanie produktów faktoringowych dla poszczególnych segmentów przedsiębiorstw, a nawet branż. Rosnąca konkurencja pomiędzy faktorami zaczyna wpływać i wywierać presję na wysokość marży. W efekcie koszty faktoringu są coraz korzystniejsze dla przedsiębiorców.

W pierwszym półroczu duża część firm faktoringowych poprawiała swoje ofert dla MSP, a nawet dla konkretnych branż tradycyjnie będących odbiorcami usług faktoringowych (12% – to firmy spożywcze, 10% – firmy chemiczne, 9% – działające w handlu hurtowym).

Ten proces będzie trwał w dalszym ciągu. Atrakcyjną, a nie w pełni zagospodarowaną grupą dla faktorów jest np. branża transportowa – po drogach Europy jeździ nawet 200 tys. polskich ciężarówek, branża daje zatrudnienie blisko milionowi osób w Polsce, a problemy z długimi terminami zapłaty są tutaj powszechne.

W zakresie dostosowania oferty i edukowania przedsiębiorców jest ciągle wiele do zrobienia, bo jak wynika z badania Keralli Research (przeprowadzonego wśród 600 firm na zlecenie Narodowego Funduszu Gwarancyjnego) chociaż co druga firma z sektora MSP korzysta z produktów finansowych, to tylko 3 proc. używa faktoringu. Chociaż liczba ta wydaje się istotnie niedoszacowana (inne badania pokazują, że nawet 11% firm korzystało z faktoringu), to jednak wskazuje to na dużą ilość pracy do wykonania przez faktorów, ale i ogromne możliwości wzrostu usługi.

Czego mogą się spodziewać faktorzy i korzystający z niego przedsiębiorcy w przyszłości

MŚP wytwarzają prawie 70% PKB, zatrudniają ponad 70% zatrudnionych Polaków. Zakładając, że ¾ tych podmiotów nie ma żadnej zdolności kredytowej, a finansujących cały rozwój ze środków własnych jest kilka – kilkanaście procent, ich oczy będą zwracały się ku faktoringowi. Poziom świadomości usługi w większości krajów Europy Zachodniej i procent przedsiębiorców korzystających tam z faktoringu jest znacznie wyższy niż w Polsce.

Faktoring jest optymalnym sposobem pozyskiwania środków obrotowych przez małe i średnie przedsiębiorstwa, którym banki niechętnie udzielają kredytów. Dla faktorów najważniejsza jest ocena kontrahenta i kontraktu, a najważniejszym zabezpieczeniem cesja wierzytelności. Rozwiązania w ramach usług faktoringowych są dopasowywane w taki sposób, aby pomóc przedsiębiorcy szybko uzyskać bieżącą płynność finansową.

Prawdopodobnie najszybciej będą rozwijać się mali faktorzy pozabankowi, bo ich oferta jest dostępna dla najszerszej grupy odbiorców, a różnice w kosztach finansowania nie będą odgrywać decydującej roli. Faktorzy związani z bankami stawiają zazwyczaj wyższe wymagania, raczej nie wykupują też pojedynczych wierzytelności, wolą pakiety faktur, oczekują większej ilości kontrahentów zgłaszanych do faktoringu. Najwięksi faktorzy nie są też zdeterminowani, żeby eksplorować dolne rejony MSP, co również premiuje mniejszych faktorów, szczególnie tych dynamicznie rozwijających własne i partnerskie sieci sprzedaży.

Konsolidacja branży wokół największych graczy to jeszcze dosyć odległa perspektywa.

 Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Złoty: polityka bez wpływu, inwestorzy czekają na dane

Złoty koryguje swoje umocnienie z drugiej połowy poprzedniego tygodnia. Sentyment do polskiej waluty wciąż jednak jest dobry, więc jej umocnienie w najbliższych dniach nie realne. Szczególnie, jeżeli znajdzie on wsparcie w dobrych danych z polskiej gospodarki.

Ostatnia środa okazała się przełomowa dla polskich aktywów. Na rynku został przełamany wakacyjny marazm i zaczęły one drożeć. Zyskiwał zarówno złoty, jak i akcje na warszawskiej giełdzie. Ta korelacja nie jest przypadkowa. Za takimi zachowaniem mogli stać inwestorzy zagraniczni, którzy chcieli wykorzystać dobre nastroje na rynkach globalnych (m.in. rekordy na Wall Street) i poszukać zysków nad Wisłą. W efekcie indeks WIG zaatakował dziś szczyt z maja, euro zakończyło w środę dwutygodniową konsolidację wokół 4,24 zł, dolar był najtańszy od dwóch lat, a szwajcarski frank ponownie znalazł się na poziomie 3,80 zł.

Dziś złoty koryguje zeszłotygodniowe umocnienie. O godzinie 15:48 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2080 zł, USD/PLN 3,6710 zł, a CHF/PLN 3,8190 zł. Podobna realizacja zysków, aczkolwiek o mniejszej skali, ma miejsce w przypadku forinta. W obu przypadkach pretekstem było niewielkie cofnięcie notowań EUR/USD.

Mając powyższe na uwadze, dzisiejszego zachowania złotego nie należy łączyć z sytuacją polityczną w Polsce, gdzie trwa ostry spór o niezależność Sądu Najwyższego. Aczkolwiek, po Trybunale Konstytucyjnym to kolejna polityczna bitwa, która może mieć wpływ na postrzeganie Polski przez inwestorów zagranicznych. Dostrzega to agencja S&P, której przedstawiciel powiedział, że zmiany legislacyjne potwierdzają osłabienie otoczenia instytucjonalnego w Polsce i w pełni uzasadniają obniżkę ratingu przez tę agencję w styczniu 2016 roku.

Przyjmując, że inne agencje myślą podobnie można postawić tezę, że gdyby nie mocna koniunktura w Europie i dobra sytuacja polskiego budżetu, obecnie czekałaby nas fala obniżek ocen wiarygodności kredytowej.

Polityka póki co nie zajmuje inwestorów, którzy całkowicie skoncentrowani są na sytuacji na rynkach globalnych (kluczowe w tym tygodniu będą sygnały z ECB i zachowanie EUR/USD), wyczekując jednocześnie na całą serię raportów makroekonomicznych z rodzimej gospodarki. I tak we wtorek zostaną opublikowane dane o płacach (prognoza: 5 proc. R/R) i zatrudnieniu (prognoza: 4,3 proc.). Dzień później, najważniejsze w całej grupie, raporty o produkcji przemysłowej (prognoza: 3,8 proc.) i sprzedaży detalicznej (prognoza: 6,9 proc.), które zostaną uzupełnione o inflację producencką (prognoza: 2,1 proc.) i dane o koniunkturze konsumenckiej. W piątek zaś poznamy raporty o podaży pieniądza (prognoza: 6 proc.) i koniunkturze gospodarczej. Można oczekiwać, że wyniki raczej pozytywnie zaskoczą, więc jest jeszcze miejsce do umocnienia złotego.

Na gruncie analizy wykresów polskich par poprzedni tydzień przyniósł sporo zmian. Przede wszystkim na wykresie USD/PLN, gdzie została przełamana strefa wsparcia 3,69-3,70 zł. To otwiera drogę do 3,60 zł. Ten poziom może być testowany jeszcze w tym tygodniu.

Zakończenie przez EUR/PLN stabilizacji wokół 4,24 zł, zwiększa szanse na spadek poniżej 4,20 zł. Jednak nie niżej niż do 4,18 zł.

Interesująco przedstawia się sytuacja na CHF/PLN. Frank potaniał do 3,80 zł, od  którego to poziomu wsparcia dziś się odbił. Jednak to podaż cały czas kontroluje sytuację, więc prawdopodobne jest zejście poniżej 3,80 zł w najbliższych dniach.

Najmniejsze szanse na dalsze spadki ma funt. Zwrot z czerwcowego dołka na 4,73 zł wygląda poważnie i nic nie zapowiada kolejnego ataku na niego. W praktyce o losach funta zdecydują publikowane w tym tygodniu dane o inflacji i sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii.

Obserwowany od środy większy popyt na złotego nie powinien przysłaniać całego oglądu sytuacji. Nie można zapominać, że dobre dane z polskiej gospodarki w większości są już zwarte w cenach, jednocześnie szanse na wcześniejsze podwyżki stóp procentowych są małe, polityka stwarza czynnik ryzyka, a perspektywa przyszłej normalizacji polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny może skutkować falą osłabienia złotego, który był jednym z głównych beneficjentów taniego pieniądza.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Jak skutecznie zrekrutować dobrego menedżera?

Z badań przeprowadzonych przez PARP wynika, że największym problemem hamującym rozwój polskich przedsiębiorstw jest brak kadry menedżerskiej – wskazało na to aż 26% ankietowanych organizacji. Nic w tym dziwnego, bo zrekrutowanie dobrego menedżera to prawdziwe wyzwanie. Wysokie wymagania dotyczą bowiem obu stron – pracodawcy oczekują bogatego doświadczenia i określonych kompetencji, z kolei potencjalni pracownicy nie dość, że aktywnie nie szukają nowej pracy, to wymagają bardzo indywidualnego traktowania. Jak więc znaleźć idealnego kandydata?

Inicjatywa po stronie pracodawcy

Przygotowując się do rekrutacji na stanowiska specjalistyczne i menedżerskie trzeba przede wszystkim mieć świadomość tego, że ci najcenniejsi potencjalni pracownicy najczęściej wcale nie szukają nowej pracy. – Nazywamy ich kandydatami pasywnymi. W ich przypadku raczej nie sprawdzi się standardowa formuła polegająca na publikacji ogłoszenia rekrutacyjnego, bo najprawdopodobniej go po prostu nie zobaczą. Trzeba więc działać inaczej, proaktywnie, wiedzieć, w jaki sposób i gdzie szukać osób o odpowiednich kompetencjach, a także jak się z nimi komunikować i inicjować kontakt bardziej bezpośrednio – zwraca uwagę Marta Żółkowska, konsultant ds. rekrutacji w firmie doradczo-szkoleniowej Integra Consulting Poland. Później wcale nie jest łatwiej, bo rekrutacja przypomina wieloetapowe negocjacje handlowe, w których dodatkowo to pracodawca jest stroną, która powinna być bardziej elastyczna względem czasu, miejsca i formy rozmów.

Porozmawiajmy o warunkach

Menedżerów charakteryzuje to, że wymagają szczególnego podejścia przez cały proces rekrutacji. – Ważne jest nie tylko samo nawiązanie kontaktu, ale i to, jak będziemy prowadzić całą procedurę. Kandydaci pasywni unikają ryzyka i lubią być traktowani bardzo indywidualnie. Do budowania swojego zawodowego wizerunku podchodzą z dużą pieczołowitością, pracują na niego wiele lat. W efekcie argumentem przeważającym szalę na korzyść potencjalnego nowego pracodawcy może nie być wcale na przykład zwiększenie pierwotnie zaproponowanego wynagrodzenia – przyznaje Marta Żółkowska z Integra Consulting Poland. Jak więc przekonać do swojej firmy osobę, na której szczególnie nam zależy? Istotne jest nie tylko przedstawienie samej oferty pracy, ale przede wszystkim skuteczne zachęcenie do jej rozważenia – tutaj ważne są zarówno informacje dotyczące zarobków i warunków zatrudnienia, jak i szczegóły na temat gwarantowanych możliwości rozwoju zawodowego, pakietu szkoleń czy samej atmosfery panującej w firmie.

Z dużą dozą wrażliwości

Rekrutowanie menedżerów może być wyzwaniem z jeszcze jednego powodu – bardzo wielu z nich nie lubi poddawać się ocenie rekruterów, bo uważa, że ich doświadczenie, zakres obowiązków na aktualnym stanowisku i sukcesy zawodowe powinny mówić same za siebie. – Z tego względu podchodzą nieufnie czy wręcz czują się urażeni tym, że w ramach procesu rekrutacji mają uczestniczyć na przykład w testach czy zadaniach dodatkowych. W takiej sytuacji bardzo ważne jest pokazanie kandydatowi, że traktujemy go indywidualnie, nawet jeśli korzystamy z pewnych standardowych narzędzi oceny czy metod rekrutacyjnych. Warto też podkreślić, że takie rozwiązania stosowane są, by uzyskać obiektywną i zintegrowaną ocenę obarczoną mniejszym ryzykiem błędu i zapewnić o pełnej poufności wszelkich informacji – mówi konsultant ds. rekrutacji Marta Żółkowska.

Polowanie na specjalistę

Rekrutowanie menedżerów to proces specyficzny i czasochłonny – także dlatego, że kandydatów powinno się dobierać biorąc pod uwagę nie tylko ich wiedzę i doświadczenie zawodowe, ale również styl zarządzania i ukierunkowanie na konkretny model organizacji, a także weryfikować dopasowanie do kultury całego przedsiębiorstwa i zespołu, któremu docelowo mieliby przewodzić. – To ważne, bo wcześniejsza praca kształtuje w nas pewne nawyki. Dla przykładu freelancer dotychczas działający projektowo i osoba przechodząca ze struktury korporacyjnej, choć teoretycznie mogą mieć podobny profil zawodowy, w praktyce prawdopodobnie będą znacząco się różnić między innymi postrzeganiem poziomu autonomii w pracy, podejściem do wielozadaniowości czy sposobem zarządzania czasem i priorytetami – zwraca uwagę Marta Żółkowska z Integra Consulting Poland.

Nic więc dziwnego, że  obecnie firmy rzadko decyduję się na obsadzanie tak ważnych stanowisk bez wsparcia ze strony zewnętrznego partnera. Większości osób poszukiwanie pracowników na wysokie, specjalistyczne stanowiska kojarzy się automatycznie z head huntingiem. Warto wiedzieć, że to tylko jedna z dostępnych metod rekrutacji, obszar tak zwanego executive i direct search jest bardzo szeroki, a składające się na niego procedury mają co najmniej kilka etapów. – Najpierw wraz z klientem ustalamy profil pożądanego kandydata – merytoryczny, osobowościowy i motywacyjny, określamy terytorialny i sektorowy obszar poszukiwań, w tym także listę firm, których pracownicy mogą być dla nas najcenniejsi. Następnie korzystając z wewnętrznej bazy CV, networkingu i zewnętrznych rekomendacji zbieramy informacje na temat adekwatnych kandydatów, kontaktujemy się z nimi i weryfikujemy ich CV. Korzystamy przy tym z różnych metod – analizujemy dane biograficzne i ścieżki awansu zawodowego, przeprowadzamy diagnozę motywacji i testy osobowościowe, sprawdzamy referencje, badamy kompetencje w oparciu o elementy metodologii AC/DC – mówi Marta Żółkowska z Integra Consulting Poland. Na podstawie zebranych w ten sposób wiadomości przygotowywane są raporty zawierające szczegółowe opisy poszczególnych osób zawierające nie tylko informacje o ich doświadczeniu czy zadeklarowanych umiejętnościach, ale też takie kwestie jak mocne strony, oczekiwania oraz ewentualne rozbieżności względem zgłoszonych przez pracodawcę na samym początku oczekiwań.

Podczas rekrutacji menedżerów i wysokiej klasy specjalistów najczęściej spotykamy się z tak zwanymi kandydatami pasywnymi. Z tego powodu dotarcie do szczególnie cennych, wysoko wykwalifikowanych osób, a następnie zainteresowanie ich swoją ofertą zatrudnienia nie jest zadaniem łatwym. To w dużej mierze od nich będzie zależał sukces firmy, dlatego warto się do tego procesu dobrze przygotować i poświęcić mu odpowiednio dużo czasu oraz uwagi bądź zdecydować się na pomoc zewnętrznego partnera.

Rosnące znaczenie sektora F&B w Polsce

W ostatnich pięciu latach wydatki Polaków na usługi gastronomiczne wzrosły o ponad 20%. Według prognoz Oxford Economics, przez najbliższą dekadę dynamika ta będzie się utrzymywała, a nawet możemy obserwować jej nasilenie w efekcie pozytywnego splotu kluczowych czynników ekonomicznych, bogacenia się społeczeństwa oraz zmieniających się upodobań i hierarchii potrzeb konsumpcyjnych Polaków.

Znaczący wzrost wydatków na usługi gastronomiczne jest odzwierciedlony w strukturze obrotów obiektów handlowych. Na przestrzeni ostatnich pięciu lat obroty na mkw. najmu w segmencie food court, restauracje i kawiarnie wzrosły nawet o ok. 15%, choć oczywiście nie jest to generalna tendencja obserwowana we wszystkich obiektach. Trend ten jest szczególnie widoczny w wiodących galeriach handlowych działających na najbardziej rozwiniętych rynkach największych polskich aglomeracji, gdzie wysoka siła nabywcza konsumentów przekłada się na duże wydatki na usługi gastronomiczne. Jednocześnie rosnące wymagania klientów wymuszają na właścicielach galerii handlowych, którzy chcą utrzymać silną pozycję rynkową swoich nieruchomości, zwrócenie szczególnej uwagi na jakość i charakter oferty gastronomicznej. Jednak również na mniejszych rynkach regionalnych tendencja do powiększania i podnoszenia jakości oferty gastronomii staje się coraz bardziej istotnym kierunkiem wyznaczania nowych standardów oferty centrów handlowych. Dla wielu właścicieli takich obiektów poprawa i poszerzenie obecnego zestawu najemców z sektora gastronomii są kluczowymi aspektami w kierunku dywersyfikacji profilu i odróżnienia się od konkurencji.

W największych spośród obecnie realizowanych projektach (jak np. Galeria Północna w Warszawie, Forum Gdańsk, Serenada w Krakowie, Galeria Libero w Katowicach) najemcy z kategorii gastronomia będą zajmować nawet ok. 7 000 – 8 000 mkw., a odwiedzający będą mogli wybierać z puli 30-40 lokali gastronomicznych o różnorodnym profilu. Tradycyjny food court czy kategoria kawiarnie są opanowane raczej przez sieciowych operatorów, natomiast w segmencie restauracji coraz częściej pojawiają się unikalne koncepty wprowadzane dla urozmaicenia standardowej oferty. Nowatorski pomysł, niecodzienny wystrój, niepowtarzalna atmosfera, ogródek i dedykowane miejsce dla dzieci, pokazy i lekcje gotowania prowadzone przez znanych kucharzy, wszystkie te elementy mają zapewnić nowe doznania kulinarne stanowiące skuteczne narzędzie w walce o uwagę konsumenta i jego portfel.

Również tradycyjna strefa food court nadal ma się dobrze, ale w wersji unowocześnionej i dopasowanej do nowego rodzaju konsumenta. Dawny koncept „kilka stolików, krzeseł i sztucznych roślin” odszedł do lamusa. Obecnie to wyodrębnione strefy, wygodne kanapy, strefy wifi i multimediów, aby zachęcić konsumenta (zwłaszcza młodego) do spędzenia tam jak najwięcej czasu. Wielu właścicieli starszych obiektów handlowych prowadzi obecnie intensywne działania w celu nie tylko „odświeżenia” strefy food court, ale również powiększenia puli restauracji czy kawiarni i wprowadzenia nowych operatorów, których obecność może przyciągnąć kolejnych klientów albo pozwoli utrzymać dotychczasowych.

Usługi gastronomii rozwijają się również bardzo intensywnie poza sektorem nowoczesnego handlu. Ulice handlowe, ważne punkty komunikacyjne, regularne i sezonowe skupiska gastronomiczne, food trucki, intensywny wzrost usług gastronomicznych typu „delivery service”, wszystkie te trendy rozwijają się jednocześnie odpowiadając na potrzeby różnych grup docelowych. Nocny market w Warszawie czy targ śniadaniowy to nie tylko oferta zakupowa ekologicznego asortymentu spożywczego, ale przede wszystkim nowa koncepcja na spotkanie w gronie znajomych przy dobrym jedzeniu.

Oprócz wymiaru jakościowego, konieczny podkreślenia jest również aspekt nakładów finansowych ponoszonych przez właściciela obiektu handlowego na zapewnienie oferty gastronomicznej o wysokim i unikalnym standardzie. Oprócz kosztów ewentualnej przebudowy czy rozbudowy galerii handlowej o nowe elementy gastronomiczne, często niebagatelną część budżetu stanowią nakłady na zachęty dla najemców (wyposażenie lokali czy progresywne stawki czynszu), co w efekcie może postawić pod znakiem zapytania efektywność finansową takiego przedsięwzięcia. Modny trend wprowadzania coraz bogatszej oferty gastronomicznej do galerii handlowej to z jednej strony dobry pomysł na poszerzenie grupy docelowej odwiedzających obiekt, ale z drugiej konieczność poniesienia nakładów inwestycyjnych, co do których decyzja musi być oparta na bardzo racjonalnych przesłankach.

Autor:

Patrycja Dzikowska, Associate Director w Dziale Doradztwa i Analiz Rynkowych Cushman & Wakefield

Polacy kupują mieszkania. Rośnie zainteresowanie kredytami

W czerwcu banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 20,4% w porównaniu z czerwcem 2016 r. Średnia wartość indeksu od początku 2017 r. wyniosła 14,5%.

– Popyt na kredyty mieszkaniowe w czerwcu, w przeliczeniu na dzień roboczy, był aż o 20,4% wyższy niż rok wcześniej. W całym pierwszym półroczu br. średnia wartość indeksu popytu na kredyty mieszkaniowe wyniosła 14,5%, a więc można powiedzieć, że obserwujemy średnioterminowo wyższe zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi. Średnia kwota wnioskowanego kredytu w czerwcu wyniosła 232,5 tys. zł i była wyższa o 10,1% w porównaniu z czerwcem roku ubiegłego – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Mieszkańcy czterech największych województw (mazowieckiego, dolnośląskiego, śląskiego i wielkopolskiego) posiadają 50% udział w wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Sami tylko mieszkańcy woj. mazowieckiego zawnioskowali o 21% wartości wszystkich kredytów mieszkaniowych w kraju.

– Wśród wnioskowanych kredytów, 66% to kredyty dla osób, które nigdy wcześniej nie miały kredytu mieszkaniowego, a 26% to kredyty dla osób, które posiadają kredyt mieszkaniowy. Wśród wnioskujących są osoby, które planują zakup dodatkowej nieruchomości lub planują zrefinansować obecnie posiadany kredyt mieszkaniowy – dodaje Sławomir Grzybek, Dyrektor Departamentu Business Intelligence Biura Informacji Kredytowej.

Metodyka indeksu:  

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Paliwa – intratny biznes z zaległościami na miliony

W Polsce działa ponad 6 800 stacji paliw, około 200 więcej niż w 2015 r. Szacuje się, że wartość sprzedaży detalicznej paliw silnikowych wyniosła w 2016 r. około 90 mld zł (24 mld litrów), z czego 49 mld zł wpłynęło do budżetu państwa w postaci VAT, akcyzy i opłaty paliwowej. Jak wynika z danych zgromadzonych w bazach Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK nieregulowane terminowo zobowiązania branży na szczęście idą w miliony złotych a nie miliardy, choć odsetek firm z problemami znacząco przekracza średnią. Zaległości firm zajmujących się sprzedażą paliw wynoszą niemal 228 mln, z czego na detal przypada 76,9 mln zł (34 proc.), a na hurt 150,9 mln zł. (66 proc.). Rekord zaległego zadłużenia należy do przedsiębiorstwa z woj. łódzkiego – ponad 6,4 mln zł.

Od dwóch lat wyraźnie rośnie zużycie paliw w Polsce, wg Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN) i Ministerstwa Finansów, w I kw. 2017 r. zwiększyło się ono o 5 proc. w przypadku benzyn, o 15 proc. w przypadku oleju napędowego i gazu LPG, przy jednoczesnym spadku zużycia lekkiego oleju opałowego o 6 proc. i ciężkiego o 19 proc. Sprzedaż paliw rośnie głównie dzięki wprowadzeniu pakietu paliwowego, przeciwdziałającego szarej strefie (lipiec 2016 r.), niższym cenom oraz ożywieniu w gospodarce. Oprócz czynników systemowych, w tym o charakterze makroekonomicznym, o rentowności poszczególnych punktów sprzedaży często decyduje ich lokalizacja – to bardzo istotny element, zwłaszcza w przypadku sieci operatorówiezależnych. Ważną składową jest też polityka cenowa i zakres usług dodatkowych. Od pięciu lat średnia marża w handlu detalicznym paliwami sięga 2,6 proc., łącznie z pozostałą sprzedażą i usługami.

81 proc. zaległości sektora obrotu paliwami to przeterminowane zobowiązania kredytowe

– Z danych zgromadzonych w BIG InfoMonitor i BIK wynika, że wśród firm z sektora obrotu paliwami (obejmującego dwie klasy PKD: sprzedaż detaliczna paliw do pojazdów silnikowych na stacjach paliw oraz sprzedaż hurtowa paliw i produktów pochodnych), odsetek firm posiadających przeterminowane zobowiązania kredytowe i pozakredytowe wynosi 9,8 proc., przy średniej dla ogółu wszystkich branż w Polsce 4,1 proc. Przy czym w sprzedaży detalicznej jest to – 7,3 proc., a w hurtowej już 11,95 proc. – wylicza prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Kredytowy Biura Informacji Kredytowej.

Paliwa – intratny biznes z zaległościami na miliony

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Dłużnicy w regionach

Choć 81 proc. z ponad 227 mln zł zadłużenia przeterminowanego na kwotę min. 500 zł powyżej 60 dni to zobowiązania kredytowe, to jeśli chodzi o liczbę firm z zaległościami więcej jest posiadających nieopłacone faktury wobec dostawców czy kooperantów niż wobec banków.

W przypadku sprzedaży detalicznej paliw, największy odsetek firm posiadających zaległości pozakredytowe ma siedzibę w województwach: opolskim (8,60 proc.) zachodniopomorskim oraz pomorskim – odpowiednio 8,20 proc. i 6,80 proc. Od strony wartości przeterminowanego zadłużenia na pierwszym miejscu są firmy z województw: śląskiego i mazowieckiego, gdzie dominują zaległe zobowiązania z tytułu niespłacanych w terminie kredytów. W przypadku stacji benzynowych widać znaczącą przewagę niespłacanych w terminie kredytów nad zobowiązaniami pozakredytowymi. Wyjątkiem jest Podlasie, gdzie jedna firma z tego regionu ma wobec kontrahenta zaległość przekraczającą 2,5 mln zł, podczas gdy niespłacone w terminie kredyty dla firm z regionu wynoszą łącznie 1,1 mln zł.

Paliwa – intratny biznes z zaległościami na miliony 2

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

W sprzedaży hurtowej paliw i produktów pochodnych dłużnicy dostawców i kontrahentów mają największy udział wśród firm w woj. pomorskim (16,10 proc.), zachodniopomorskim (15,80 proc.) oraz na Śląsku (12,70 proc.). Tutaj również wartościowo zdecydowanie przeważa przeterminowane zadłużenie kredytowe. Jedyne wyjątki to: Łódzkie – 7,7 mln zł do 4,3 mln zł oraz Pomorze Zachodnie – 5 mln zł do 3,9 mln zł. W woj. łódzkim jest to m.in. zasługa firmy, której pozakredytowa zaległość przekracza 6,4 mln zł.

Paliwa – intratny biznes z zaległościami na miliony 3

Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Zagrożenia

Od kilku lat postępuje proces koncentracji handlu detalicznego paliwami, duże podmioty zwiększają liczbę punktów, maleje zaś liczba małych sieci i placówek indywidualnych. Jednym z powodów do niedawna był kryzys gospodarczy, którego skutki (spadek sprzedaży, obniżanie marż) były odczuwalne aż do 2012 r., duży udział szarej strefy, zwiększone od 2013 r. wymogi środowiskowe dotyczące stacji paliw wymagające nakładów na modernizację, a także rosnąca konkurencja. Niskie marże wymuszają konieczność podejmowania działań związanych z ich zwiększaniem poprzez rozszerzanie oferty (sklep, myjnia, serwowanie posiłków i napojów itp.). Jednak wielofunkcyjność wiąże się z dodatkowymi nakładami finansowymi i kosztami. Przedsiębiorcy oceniają, że marże z samej sprzedaży paliw są na poziomie niewystarczającym do osiągnięcia trwałej zyskowności działalności i rentowności zaangażowanych kapitałów. Do głównych zagrożeń dla działalności branży, jej przedstawiciele zaliczają plany ograniczenia na stacjach benzynowych handlu alkoholem oraz lekami bez recepty.

Kto ma najwięcej stacji?

Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego szacuje, że na koniec pierwszego kwartału 2017 r. 1766 stacji paliw należało do PKN Orlen, 487 do Lotosu, 1467 do koncernów zagranicznych, 2900 do operatorów niezależnych (z czego 900 należących do niezależnych sieci), 184 prowadzonych było przez sieci sklepów, z czego do największych pięciu koncernów (PKN Orlen, BP, Shell, Lotos, Circle K (wcześniej Statoli)) należy około 52 proc. Do największych sieci niezależnych, liczących od kilkudziesięciu do ponad 100 stacji zaliczają się Huzar, Anwim (Moya), Grupa Pieprzyk oraz Slovnaft Partner.

Hakerzy mogą doprowadzić do buntu maszyn

Drukarka zaczyna drukować co chce, telewizor sam wybiera co mamy oglądać, lodówka przestaje chłodzić – tak może wyglądać bunt maszyn wywołany przez hakerów. Ze względu na dużą liczbę i różnorodność urządzeń Internet Rzeczy stał się atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców. Po włamaniu się do nich przestępcy mogą szpiegować użytkowników, szantażować ich, a nawet uczynić ich bezwiednymi wspólnikami w przestępstwie – alarmuje Kaspersky Lab.

– Problem bezpieczeństwa inteligentnych urządzeń jest poważny — w zeszłym roku przekonaliśmy się, że ataki na urządzenia połączone z siecią są nie tylko możliwe, ale jest to bardzo realne zagrożenie. Zaobserwowaliśmy ogromny wzrost liczby próbek szkodliwego oprogramowania IoT, jednak potencjał jest jeszcze większy. Najwyraźniej ostra konkurencja na rynku ataków DDoS skłania cyberprzestępców do poszukiwania nowych zasobów, które pomogą im przeprowadzać coraz potężniejsze szkodliwe działania. Botnet Mirai pokazał, że Internet Rzeczy może dać cyberprzestępcom to, czego potrzebują, a liczba urządzeń, które mogą zaatakować, sięga obecnie miliardów. Analitycy szacują, że do 2020 r. liczba ta może wynieść 20-50 miliardów urządzeń — powiedział Władimir Kuskow, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, Kaspersky Lab.

Inteligentne urządzenia — takie jak smartwatch, smart TV, ruter czy aparat — są ze sobą połączone i tworzą coraz bardziej rozpowszechnione zjawisko Internetu Rzeczy (ang. Internet of Things, IoT), czyli sieci urządzeń wyposażonych we wbudowaną technologię, która pozwala im współdziałać ze sobą lub ze środowiskiem zewnętrznym. Ze względu na dużą liczbę i różnorodność urządzeń Internet Rzeczy stał się atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców. Po włamaniu się do nich przestępcy mogą szpiegować użytkowników, szantażować ich, a nawet uczynić ich bezwiednymi wspólnikami w przestępstwie.

Zagrożenie jest istotne ze względu na jego ogromy zasięg. Według ekspertów z branży już teraz istnieje ponad 6 miliardów inteligentnych urządzeń na całym świecie. Większość z nich nie posiada żadnego rozwiązania bezpieczeństwa, a ich producenci zwykle nie udostępniają aktualizacji bezpieczeństwa ani nowych wersji oprogramowania. To oznacza, że istnieją miliony podatnych na potencjalne ataki urządzeń — a być może nawet urządzeń, które zostały już zainfekowane.

Eksperci z Kaspersky Lab przeprowadzili badanie dotyczące szkodliwego oprogramowania IoT w celu określenia powagi sytuacji. Badacze rozstawili pułapki (tzw. honeypoty) — sztuczne sieci, które symulują różne urządzenia Internetu Rzeczy (rutery, kamery połączone siecią itd.) — aby obserwować próby ataków szkodliwego oprogramowania. Nie musieli długo czekać: ataki z wykorzystaniem znanych i nieznanych wcześniej próbek szkodliwego oprogramowania rozpoczęły się niemal natychmiast po uruchomieniu pułapek.

Celem większości ataków zarejestrowanych przez ekspertów były cyfrowe urządzenia do zapisu wideo lub kamery IP (63%), natomiast 20% przypadków stanowiły ataki na urządzenia sieciowe, w tym rutery, modemy DSL itd. Około 1% ataków było wymierzonych w popularne urządzenia takie jak drukarki czy inteligentny sprzęt domowy.

W pierwszej trójce państw o największej liczbie zaatakowanych urządzeń IoT znalazły się Chiny (17%), Wietnam (15%) oraz Rosja (8%) — w każdym z nich występuje ogromna liczba zainfekowanych maszyn. Dalej uplasowała się Brazylia, Turcja oraz Tajwan — udział każdego z tych państw wynosił 7%.

Podczas eksperymentu badacze zebrali informacje dotyczące ponad siedmiu tysięcy próbek szkodliwego oprogramowania stworzonych specjalnie z myślą o włamywaniu się do urządzeń połączonych z siecią.

Według ekspertów przyczyna wskazanego wzrostu jest prosta: Internet Reczy jest kruchy i wystawiony na ataki cyberprzestępców. Zdecydowana większość sprzętu tego typu posiada system operacyjny oparty na Linuksie, co ułatwia przeprowadzenie ataków — znając platformę docelową, przestępcy mogą tworzyć szkodliwy kod, przy pomocy którego można zaatakować jednocześnie ogromną liczbę urządzeń.

Porady bezpieczeństwa dla urządzeń Internetu Rzeczy

Eksperci z Kaspersky Lab przygotowali kilka porad, dzięki którym użytkownicy mogą zwiększyć bezpieczeństwo w odniesieniu do urządzeń IoT:

  1. Jeśli nie musisz, nie uzyskuj dostępu do swojego urządzenia z sieci zewnętrznej.
  2. Wyłącz wszystkie usługi sieciowe, których nie potrzebujesz do korzystania z urządzenia.
  3. Jeśli istnieje standardowe lub uniwersalne hasło, którego nie można zmienić, lub nie można wyłączyć ustawionego wcześniej konta, wyłącz usługi sieciowe, w których są one wykorzystywane, lub zamknij dostęp do sieci zewnętrznych.
  4. Zanim zaczniesz korzystać z urządzenia, zmień hasło domyślne i ustaw nowe.
  5. W miarę możliwości regularnie aktualizuj oprogramowanie układowe (tzw. firmware) urządzenia do najnowszej wersji, gdy tylko zostanie udostępniona przez producenta urządzenia.

Dobre dane z Chin. Dołki na kryptowalutach

Chińczycy wciąż publikują rewelacyjne dane makroekonomiczne. Tym razem poznaliśmy wzrost PKB na poziomie 6,9% oraz wysoką sprzedaż detaliczną oraz produkcję przemysłową. Bitcoin i kryptowaluty w odwrocie.

Dobre dane z Chin

Po tym jak w zeszłym tygodniu poznaliśmy bardzo dobre dane na temat importu i eksportu dzisiaj w nocy przyszedł czas na wzrost PKB, produkcję przemysłową i sprzedaż detaliczną. Gospodarka chińska w ciągu roku urosła o 6,9% wobec oczekiwanych 6,8%. Produkcja przemysłowa rośnie o 7,6% czyli 1,1% powyżej prognoz. Sprzedaż detaliczna wzrosła natomiast aż o 11%, ale to akurat było niemal zbieżne z oczekwianiami specjalistów przewidującymi 10,6% wzrostu. Dane te pokazują, że przestawianie się z największej fabryki świata na konsumpcję wewnętrzną wcale tak źle nie wypada. Przynajmniej w danych statystycznych, które nie obrazują dobrze różnic w rozwoju konkretnych regionów kraju. Jak zareagowały rynki walutowe? Chińska waluta jest stabilna, aczkolwiek dobre dane powodują, że powoli umacnia się wobec dolara. Spora część tego ruchu nie wynika jednak tylko z siły juana ale słabości amerykańskiej waluty.

Kryptowaluty w odwrocie

Rynek kryptowalut przeżywa obecnie silną korektę. Bitcoin dotarł do niemal 3000 USD zaczynając ten marsz pod koniec 2015 roku w okolicach 250 USD. Dzisiaj w nocy po gwałtownej przecenie weekendowej spadł na kilka godzin poniżej 2000 USD. Podobnie zachowują się inne kryptowaluty. Powody tego ruchu są dwa. Po pierwsze jest to korekta po bardzo silnych wzrostach w której wielu inwestorów realizuje swoje zyski. Drugim powodem są już wewnętrzne problemy bitcoina. Ze względu na ograniczenia technologiczne autoryzowanie transakcji stało się relatywnie wolne lub drogie jeżeli chce się je przyspieszyć. W efekcie w środowisku coraz popularniejsze są głosy na temat zmian w samej walucie. Wynikiem może być rozłam, a to nigdy nie wróży dobrze rynkom. Decyzja co dalej zapadnie pierwszego sierpnia. Możemy się zatem spodziewać, że zmiany wartości niespotykane na głównych walutach w najbliższych tygodniach będą regułą. Po ostatnich spadkach cały rynek kryptowalut wyceniany jest na około 69 mld wobec 115 mld gdy na szczytach był bitcoin.

Dzisiaj dzień oceanu w Japonii, a w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – indeks New York Empire State.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Niewypłacalność polskich firm jest większa o 15% niż przed rokiem. Które branże mają największe problemy?

W pierwszym półroczu 2017 roku 418 przedsiębiorstw nie było wypłacalnych. Jest to wynik o 15% większy niż przed rokiem. W pierwszym kwartale bieżącego roku mieliśmy efekt statystyczny – liczba niewypłacalności rosła, a przed rokiem było ich niewiele. W kwietniu i maju liczba niewypłacalności zatrzymała się, a nawet spadała. W czerwcu 71 firm okazało się niewypłacalne – podczas gdy w czerwcu roku ubiegłego 60 – co było kolejnym wzrostem. Ponownie budownictwo odnotowuje wzrost liczby niewypłacalności, a odbicie rynku budowlanego jeszcze nie nastąpiło. Według oficjalnych danych dopływ środków na rynku i wartość prac budowlanych wzrosła po 5 miesiącach 2017 jedynie o 4,5% – w analogicznej sytuacji rok temu spadła o 12%.

– Rynek budowlany nie odzyskał wartości i przepływów finansowych jakie były na nim chociażby 2 lata temu – powiedział agencji eNewsroom.pl Grzegorz Błachnio, analityk i communication manager Euler Hermes – Poprawa odbywa się głównie kosztem kredytodawców, dostawców materiałów oraz producentów, którzy zwiększyli sprzedaż oczekując na szybki wzrost rynku. Jak na razie rośnie on głównie w sferze rozpisywanych oraz podpisywanych przetargów, a nie rzeczywistego dopływu gotówki na rynek. Stąd większa liczba upadłości firm budowlanych o regionalnej skali działalności od kilkunastu do kilkudziesięciu milionów złotych, które ze swoich lokalnych nisz są wybierane przez największe firmy budowlane. Jedynie duża skala działalności pozwala zdobywać lokalne i intratne kontrakty, a także odnotować kilkuprocentowy wzrost obrotów. Innym sektorem firm przeżywającym kłopoty z wypłacalnością w pierwszym półroczu były firmy przemysłowe. Firmy eksportujące dobra konsumenckie, RTV, AGD oraz dobra inwestycyjne – np. części i maszyny dla odbiorców w Niemczech – mają się lepiej i nie pojawiają się w statystyce upadłości. Upadają firmy dostarczające na rynek lokalny i krajowy zarówno dobra konsumpcyjne, ale także firmy produkujące na potrzeby firm budowlanych. Dystrybutorzy hurtowni są kolejną grupą borykającą się ze wspomnianymi problemami. Efekt wojny cenowej na polskim rynku powoduje, że dopływ środków – np. z funduszy socjalnych – zwiększa obroty, ale nie pozwala podnieść cen. Marże, na jakich operują dystrybutorzy hurtowni oraz detaliści, są minimalne i często poniżej kosztu pieniądza. Przy zwiększonej skali transakcji i ekspozycji ryzyka, a jednocześnie minimalnej rentowności takiego obrotu problemy z płatnością skutkują brakiem wypłacalności. W stosunku do roku ubiegłego, w 9 województwach notowaliśmy większą liczbę niewypłacalności, natomiast poprawa sytuacji miała tylko w 3 województwach. Patrząc na mapę, polepszyło się w województwach Polski centralnej oraz południowo-zachodniej, a pogorszenie odnotowano w całym pasie Polski północnej oraz wschodniej. Wynika to z koniunktury branżowej. Lepiej mają się województwa takie jak łódzkie, dolnośląskie, wielkopolskie czy śląskie, gdzie lokalne firmy produkują na export. Województwa, gdzie dominuje produkcja na potrzeby lokalne i krajowe, mają się gorzej. Swoje znaczenie miało także stale obowiązujące embargo na pewne towary, obostrzenia graniczne, a także wojna na Wschodzie. Województwa przygraniczne traciły na obrotach z naszymi wschodnimi sąsiadami – podsumował Błachnio.

Kryptowaluty: spektakularny wzrost popularności. Czy grozi nam krach?

Ostatnie 30 dni to czas zwiększonego zainteresowania Bitcoinem. W rzeczywistości jednak rynek kryptowalut zalał szereg nowych jednostek walutowych, stanowiących konkurencję dla oryginalnego produktu.

Wszystko zaczęło się od Bitcoina

Pierwsza emisja tej wirtualnej, zdecentralizowanej cyfrowej waluty przypadła na rok 2009. Początkowo zjawisko spotykało się ze sporym sceptycyzmem i było postrzegane tylko jako chwilowa moda. Dziś, obserwując kolejne notowania Bitcoina, osiągającego na rynkach rekordową wartość 2500 dolarów, w porównaniu do zaledwie 11 w roku 2011, wielu analityków chętnie wycofałoby swoje ówczesne ekspertyzy i publikacje. Ostatnio w branżowej publicystyce bardzo popularna jest opinia, że zainwestowane w 2010 roku w Bitcoina 1000 dolarów, dziś uczyniłoby z tak odważnego inwestora milionera. W rzeczywistości sztuka ta udała się młodemu Erikowi Finmanowi, który w wyniku takiej operacji zyskał majątek w wysokości 1,9 miliona dolarów. Tego rodzaju historie to jednak kolejna opowieść z cyklu „co by było, gdybym prawidłowo obstawił numery na ubiegłotygodniowej loterii, uprzednio je znając”. Przyszłość rynku wirtualnych walut pozostaje niewiadomą, tym niemniej wielu zastanawia się, czy inwestycja w kryptowalutę dziś również może przynieść taki zysk, jaki przypadł w udziale młodemu inwestorowi.

Kryptowaluty i mechanizm ICO

Obecnie na rynku funkcjonuje ponad 800 kryptowalut, których łączna kapitalizacja wynosi ponad 100 miliardów dolarów, jednak większość tej wartości stanowią najbardziej wycenione jednostki: Bitcoin (do 40.1% wartości całego rynku) i Ethereum (28.3%). Każdy miesiąc to premiera około 20 nowych ofert na rynku Initial Coin Offerings (ICO).

ICO to podobna do crowdfundingu metoda emisji nowej kryptowaluty. Start-upy chcące wprowadzić na rynek nową cyberwalutę starają się pozyskać kapitał, przedstawiając na wstępie białą księgę, która szczegółowo wyjaśnia projekt. Inwestor w zamian za zainwestowane środki otrzymuje od emitenta token. Prowadzona jest też kampania zachęcająca do inwestycji w nową jednostkę, w trakcie której potencjalni gracze rynkowi kuszeni są perspektywą stałego wzrostu.

Przykładem sukcesu jest Bancor, który w ciągu kilku godzin pozyskał dofinansowanie rzędu 153 milionów dolarów. Mechanizm ICO jest bardzo popularny ze względu na przykład Bitcoina – inwestorzy liczą po prostu na podobny zysk.

Nowy rynek ma swoje wady

Mechanizm ICO wiąże się z pewnymi zagrożeniami. Po pierwsze, jak wskazuje ekspert easyMarkets, jak w przypadku prawie każdego projektu, całość może się po prostu nie powieść.

Po drugie, rynek ICO nie jest uregulowany, w związku z czym narażony jest na większe ryzyko oszustw i nieprawidłowości. Zanotowano liczne przypadki nieuczciwych przedsięwzięć, a póki co nie wypracowano żadnego buforu bezpieczeństwa.

Po trzecie, istnieje uzasadniona obawa, że nagły wzrost tego rynku może być przejawem zwykłej bańki spekulacyjnej, która prędzej czy później pęknie.

Czy to kolejna bańka spekulacyjna?

Wall Street zaśmiewał się z niedowierzaniem, kiedy jeden z inwestorów powiedział w lutym, że wartość Bitcoina wzrośnie do 25 000 dolarów w przeciągu najbliższych 10 lat. Teraz, gdy wartość cyfrowej waluty wzrosła w ciągu roku o 400%, niewielu jest do śmiechu – co więcej, taka prognoza wydaje się całkiem prawdopodobna. Ostatnie sukcesy Bitcoina i Ethereum są niezaprzeczalne, jednak wysyp nowych kryptowalut powoduje przemożne skojarzenie z niesławnym zjawiskiem bańki internetowej.

W latach 1997-2001 nastąpił skokowy wzrost inwestycji w tworzące się firmy internetowe – wiązało się to z powszechnym już wtedy dostępem do globalnej sieci. W 2002 roku bańka pękła, przynosząc wielu firmom plajtę lub utratę znacznej części kapitału. Ci, którzy uniknęli katastrofy (na przykład eBay lub Amazon), odbili się i obecnie pną się w górę, nieraz ponad poziom sprzed załamania rynku. Pożądanie nowego źródła zysku, wraz z ostatnimi wzrostami na rynku kryptowalut, powoduje mimowolne skojarzenie z tamtymi wydarzeniami. Należy przy tym zadać pytanie o pojemność rynku, bowiem liczba nowych jednostek przekraczająca 800 wydaje się już świadczyć o nasyceniu.

Niszczycielska nieprzewidywalność

Nowy rynek to też ryzyko bardzo dużej nieprzewidywalności. Najlepszym przykładem jest kurs Ethereum, który w środę 21 czerwca spadł z 317 dolarów do zaledwie 10 centów! Takie spadki mogą mieć oczywiście miejsce na każdym rynku, ale skala zjawiska i jego gwałtowność wskazują na dużą wrażliwość rynku kryptowalut. To nowe miejsce na mapie kapitałowej, bez regulacji czyniących ten rynek bezpiecznym.
Kryptowaluty mogą stanowić przyszłość

W podsumowaniu można stwierdzić, że jednostki takie jak Bitcoin, Ethereum i LiteCoin mają swoje miejsce na rynku i współczesny świat jest już gotowy na cyfrowe jednostki monetarne, tym niemniej nie wydaje się, by na rynku była w stanie utrzymać się tak duża ich liczba. Przypadki nieuczciwych operacji i szum medialny, spowodowany sukcesem Bitcoina, powinien też wkrótce zaowocować obostrzeniami i systemem regulacji. To z kolei ograniczy liczbę platform ICO, a w konsekwencji liczbę kryptowalut.

Autorem komentarza jest James Trescothick, Dyrektor ds. globalnej strategii w easyMarkets.

Przegląd nadchodzących wydarzeń tygodnia na rynkach finansowych

Ubiegły tydzień był fatalny dla amerykańskiej waluty. Najpierw jastrzębi ton porzucił Harker, potem łagodny wydźwięk przybrała Yellen prze Kongresem, a w piątek napłynęła fatalna porcja informacji z gospodarki: rozczarowała i kluczowa dla Fed inflacja bazowa i sprzedaż detaliczna. W rezultacie dolar osłabił się do poziomów nienotowanych od października ubiegłego roku. Aprecjacyjne trendy w niektórych przypadkach są ekstremalnie silne (AUD, CAD). Długoterminowe maksima swojej siły względem USD ustanawiał cały szereg walut.

W nadchodzących dniach kalendarz w USA zawiera jedynie drugorzędne publikacje, które nie zmienią postrzegania ścieżki inflacji i konsekwencji dla polityki Fed. Szansą dla dolara pozostaje fakt, że rentowność dziesięcioletnich obligacji zdołała pomimo fatalnych danych pozostać powyżej 3,30 proc. W tym tygodniu piłka znajdzie się po drugiej stronie: to pozostałe waluty będą musiały „udowodnić”, że stoją za nimi czynniki uzasadniające aprecjację względem USD. W poniedziałkowy poranek niepokojące sygnały zaczęły docierać z Chin, pomimo dobrego odczytu PKB, Shangahai Composite mocno dołował, rozwinięcie się głębszej korekty na tym rynku mogłoby uderzyć w nastroje i przełożyć się na schłodzenie optymizmu względem bardziej ryzykownych walut. Na razie jednak czynnik ten pozostaje na liście „do obserwacji”, nie ma przesłanek by stał się motywem przewodnim notowań.

W Europie wyróżnia się czwartkowe posiedzenie ECB , gdzie należy się spodziewać dalszych modyfikacji w komunikacie w kierunku stopniowego przygotowywania się do wygaszana programu skupu aktywów. Z jednej strony ECB chce przyjąć bardziej neutralne stanowisko, z drugiej woli uniknąć podsycania wyprzedzającej wyprzedaży obligacji. Inwestorzy szukają pretekstów, by kupować euro i będą bardziej gorliwi w szukaniu jastrzębich wzmianek na konferencji prezesa Draghiego. Jeśli ich nie znajdą to rozczarowanie będzie mocne – pozycjonowanie jest skrajne.

W Wielkiej Brytanii na pierwszym planie będzie inflacja CPI (wtorek) i sprzedaż detaliczna (czwartek). Pierwsza pozostaje podwyższona przez efekt kursowy i kolejna poprawa czteroletnich szczytów CPI jest realna. Sprzedaż detaliczna ma niską bazę odniesienia po spadku w maju, więc słaby odczyt będzie zaskoczeniem. Rynek już porzucił myśl o podwyżce stopy procentowej przez Bank Anglii w sierpniu, ale listopadowa decyzja wciąż jest w grze. Lepsze dane wzmocnią te oczekiwania, a razem z nimi funta.
Przyszły tydzień w Japonii przynosi posiedzenie BoJ (śr-czw), gdzie nie oczekuje się zmian w polityce monetarnej. Choć ostatnie dane powinny skłonić bank do pozytywnej rewizji perspektyw gospodarczych, inflacja wciąż pozostaje słaba i BoJ pozostaje daleki od komunikowania rychłego odejścia od ekspansji monetarnej. To ustawia JPY na gorszej w porównaniu z większością walut G10. USD/JPY powinien odnowić trend wzrostowy w kolejnych tygodniach.

Na Antypodach uwaga skupi się na rynku pracy z Australii (czwartek) i CPI z Nowej Zelandii (wtorek). W pierwszym przypadku po solidnym odczycie za maj teraz oczekuje się odreagowania, więc zagrożenia dla AUD są ograniczone. Odczyt z Nowej Zelandii, jeśli wypadnie powyżej prognoz, wzmocni presję na zaostrzenie stanowiska RBNZ. Wydaje się jednak, że rynek częściowo ustawia się na taki rezultat i ryzyko leży po stronie rozczarowania.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Warszawa wraca na mapę najbardziej aktywnych rynków w Europie w zakresie ofert pierwotnych

Wartość ofert pierwotnych (Initial Public Offering – IPO) w Europie w drugim kwartale 2017 roku wyniosła 15,6 mld euro – to wzrost o 43% w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r. (10,9 mld euro) – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC. Nieznacznie wzrosła również liczba debiutów – wzrost o 8% do 103 spółek, które przeprowadziły IPO w II kw. 2017 r. Na giełdzie w Warszawie w minionym kwartale odnotowano 6 ofert o łącznej wartości 518 mln euro, co stanowi znaczne ożywienie na rynku IPO. Trzy debiuty odbyły się na rynku głównym GPW oraz trzy na rynku NewConnect.

W drugim kwartale 2017 roku w Polsce miało miejsce sześć debiutów giełdowych – po trzy debiuty na rynku głównym i rynku alternatywnym NewConnect. Łączna wartość IPO na rynku głównym wyniosła ponad 2,2 mld zł – za większość tej kwoty odpowiadał debiut sieci supermarketów Dino Polska o wartości 1,6 mld zł. Drugą ofertą pod względem wartości było IPO Griffin Premium RE (508 mln zł). Ostatniego dnia minionego kwartału debiutował producent i dystrybutor telefonów komórkowych Maxcom, wartość IPO wyniosła 47,5 mln zł. Łączna wartość pozyskanych środków na NewConnect w drugim kwartale wyniosła 9,4 mln zł, z czego większość dotyczyła debiutu spółki Nestmedic (8,4 mln zł).

„Rok 2017 będzie prawdopodobnie okresem największej aktywności w zakresie IPO od kilku lat – jeśli nie w kategorii liczby debiutów, to już z pewnością w ujęciu wartościowym. Przeprowadzone w II kwartale oferty Dino Polska oraz Griffin Premium RE, a także spodziewana w lipcu oferta Play Communications przyczynią się do umocnienia pozycji warszawskiej giełdy wśród europejskich parkietów oraz dowodzą, że inwestorzy na GPW oczekują dobrze przygotowanych i atrakcyjnych ofert. Duże i zakończone sukcesem IPO mogą być również magnesem dla kolejnych emitentów, którzy w poprzednich okresach odkładali plany debiutów licząc na lepszą koniunkturę. Sukces oferty Play Communications będzie z pewnością dobrym sygnałem spodziewanego ożywienia w zakresie IPO w kolejnych kwartałach” mówi Bartosz Margol, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość europejskich IPO wzrosła w minionym kwartale (względem drugiego kwartału 2016 r.) o 4,7 mld euro – osiągając wartość 15,6 mld euro, natomiast liczba debiutów wyniosła 103 (wzrost o 8%). Największymi ofertami w drugim kwartale 2017 roku okazały się IPO Allied Irish Banks Plc w Irlandii (3 mld euro). Na drugim miejscu uplasowała się oferta spółki Galencia Sante AG w Szwajcarii (1,5 mld euro), natomiast trzecie miejsce pod względem wartości IPO przypadło spółce ALD SA (1,2 mld euro, giełda Euronext w Paryżu).

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2013 roku

 Aktywność na europejskim rynku IPO

„Przeprowadzone w Europie mega oferty, takie jak AIB w Irlandii czy ALD SA we Francji, nie są jedynym pozytywnym sygnałem II kwartału 2017 r. – na uwagę zasługuje także liczba przeprowadzonych ofert. Ponad sto debiutów czyni II kwartał 2017 roku najbardziej aktywnym kwartałem od IV kwartału 2015 roku, w którym zadebiutowało łącznie 105 spółek. Wzrost aktywności można było zaobserwować nie tylko na tradycyjnie aktywnych rynkach, takich jak parkiet w Londynie czy Nasdaq, ale także na giełdach w Warszawie, Stambule czy Dublinie” – podsumowuje Tomasz Konieczny, partner w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Deloitte: Młodzi liderzy firm rodzinnych czują się przygotowani na przełomowe zmiany

Jedynym stałym elementem otaczającej nas rzeczywistości jest ciągła zmiana. Dotyczy to również biznesu, w tym firm rodzinnych. Jak wynika z raportu „NextGen 2017. Prowadzenie rodzinnej firmy w nieprzewidywalnym środowisku przełomowych zmian”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, prawie połowa firm rodzinnych doświadczyła przełomowych zmian na swoim rynku, a 47 proc. spodziewa się, że pojawią się one w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat. Źródłem tych przełomów są zmieniające się preferencje konsumentów, zmiany ekonomiczne i technologiczne. Na tę transformację w firmach rodzinnych lepiej czują się przygotowani sukcesorzy niż ich poprzednicy.

Badanie NextGen 2017 opiera się na odpowiedziach 268 liderów firm rodzinnych młodego pokolenia z regionu EMEA, pozyskanych bądź to podczas obszernych wywiadów osobistych, bądź w formie kwestionariusza internetowego. Uczestniczyli w nim również polscy przedsiębiorcy.

Firmy rodzinne mają szczególną zdolność do ewoluowania i adaptacji do zmieniających się okoliczności. Ich gotowość do innowacji, długofalowe skupienie się na celu oraz stosunek do ryzyka wyjaśniają, dlaczego potrafią przetrwać w czasach zasadniczej zmiany. „Przełom nie jest zjawiskiem negatywnym. Stanowi on jednak zagrożenie dla przedsiębiorców, którzy w żaden sposób nie reagują na nowe warunki. Przełom oznacza zmianę, a ci, którzy nie potrafią zmienić sposobu działania, pozostają w tyle. Z drugiej strony zmiany oferują nowe możliwości, zarówno nowym jak i dotychczasowym uczestnikom rynku” – mówi Adam Chróścielewski, Partner w Dziale Audytu, Lider odpowiedzialny za praktykę firm rodzinnych w Deloitte.

Jak pokazuje badanie Deloitte prawie połowa respondentów doznała przełomu na swoim rynku (49 proc.). Z kolei 47 proc. ankietowanych zakłada, że przełom pojawi się na ich rynkach w ciągu najbliższych dwóch lub trzech lat. Jedna czwarta respondentów spodziewa się, że straci udział w rynku na rzecz nowych uczestników rynku.

Większość firm rodzinnych przygotowuje się do przełomu. Aż 63 proc. respondentów przyznało, że uwzględnia go w swoich planach strategicznych, ale już 27 proc. tego nie robi, a co gorsza kolejne 10 proc. przedsiębiorstw nie ma nawet planu strategicznego. „Po części jest to problem pokoleniowy. Liderzy starszej daty na ogół rzadziej uwzględniają przełom w swoim planie strategicznym. Są oni często założycielami, którzy bardzo ryzykowali, aby osiągnąć obecną pozycję. I chociaż nie jest prawdą, że planowanie strategiczne nie miało znaczenia przy budowaniu ich działalności, jednak było ono prowadzone „ad hoc”, gdy pojawiły się konkretne możliwości. Potrzeba formalnego planowania swoich działań z wyprzedzeniem jest przez liderów ze starszego pokolenia często uważana za niepotrzebną” – wyjaśnia Adam Chróścielewski. W przypadku, gdy planowanie strategiczne jest realizowane w ramach firmy rodzinnej, odpowiada za nie głównie zarząd (61 proc.). Niektóre rodziny omawiają również przełomowe zmiany na poziomie spotkań rady rodzinnej (28 proc.).

Jakie czynniki wyzwalają zmiany? Eksperci Deloitte podzielili te katalizatory na dwa typy:

zewnętrzne (makroekonomia, oczekiwania klientów, zmiany w polityce publicznej) oraz wewnętrzne (technologie wspierające, platformy sprzedaży). Zdaniem samych badanych największy wpływ na pojawiające się przełomy mają zmiany rynkowe (63 proc.), preferencje konsumentów (61 proc.) i technologia (54 proc.).

Badanie Deloitte pokazuje, że istnieje powszechnie panujący pogląd, że chociaż rodzina i kierownictwo wykonawcze są dobrze przygotowane do mierzenia się z przełomem, to jednak pracownikom brakuje na ogół wymaganych umiejętności. I tak 17 proc. liderów firm rodzinnych młodego pokolenia odpowiedziało, że ich pracownicy nie są gotowi mierzyć się z przełomem, a 35 proc. przyznało, że wiele rzeczy w tym obszarze wymaga poprawy i udoskonalenia.

Ponad 80 proc. respondentów uważa, że kultura firmy rodzinnej zachęca do innowacji i generowania nowych pomysłów. Około 86 proc. respondentów jest zdania, że przełom oznacza nowe możliwości i stanowi ważną część ich planów strategicznych. Aż 84 proc. respondentów zgodziło się z poglądem, że firmy rodzinne wydają się być w stanie rozumieć naturę przełomowych zmian, zidentyfikować trendy, ich słabe strony i możliwości. Taki sam odsetek badanych stwierdził, że ma jasną wizję kierunku rozwoju swoich branż, rynków i przedsiębiorstw w perspektywie najbliższych 5-10 lat. Procent ten jest jeszcze większy dla osób, które uwzględniają przełom w swoich planach strategicznych.

W większości firm rodzinnych stale uwzględnia się możliwość zaistnienia potencjalnego przełomu. Ponad 70 proc. respondentów potwierdza, że rozmawia z członkami rodziny o przełomowych zmianach. Jednak tylko jedna czwarta respondentów omawia temat zaistnienia przełomu co najmniej raz w tygodniu, kolejna jedna czwarta raz w miesiącu, a 11 proc. podejmuje ten temat tylko co pół roku.

Znaczący procent (22 proc.) nigdy nie omawia potencjalnych zagrożeń wynikających ze zmian.

Jakie cechy pozwalają firmom rodzinnym stawić czoła nadchodzącym zmianom? W opinii ankietowanych jest to przede wszystkich ich prężność i elastyczność. Biznesy rodzinne mogą szybko podejmować decyzje oraz realizować swoje plany. Z reguły są też mniej zbiurokratyzowane. Nie są to jedyne korzyści firm rodzinnych. Ich skupianie się na długoterminowych celach pomaga w unikaniu biznesowych błędów i krótkoterminowych działań dla osobistego zysku. Także kultura, historia oraz wartości rodzinne są pozytywnymi czynnikami, które pomagają firmom rodzinnym przetrwać przez długi czas, przeżywając wiele trudnych okresów przełomowych.

Respondenci byli proszeni o wskazanie trzech najważniejszych problemów, które są obarczone ryzykiem przełomu dla ich biznesów lub organizacji rodzinnych. Okazuje się, że najczęściej wymieniali zmianę relacji rodzinnych (24 proc.), przełom na rynku (20 proc.) oraz kwestie sukcesji (14 proc.). „Dobrze opracowany plan sukcesji to pewność, że wszyscy będą wiedzieć, dokąd zmierza firma i umożliwi to wdrożenie odpowiednich szkoleń i systemów. O ile zmiana właściciela lub zarządu sama w sobie jest dużym przełomem, pociągającym za sobą rewolucję w codziennym prowadzeniu firmy, to negatywne skutki takiej zmiany można kontrolować i ograniczać” – podsumowuje Seweryn Dąbrowski, Partner i Lider odpowiedzialny za praktykę firm rodzinnych w dziale doradztwa podatkowego Deloitte.

Analiza pozycji dużych graczy 17.07.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Analiza pozycji dużych graczy 17.07.2017 1

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Analiza pozycji dużych graczy 17.07.2017 2

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 17.07.2017 3– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 17.07.2017 4-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

Metale szlachetne

Spadki na metalach szlachetnych czas roz… zakończyć! Na rynku panuje zbyt duży pesymizm, większość inwestorów zarówno prywatnych jak i instytucjonalnych wyprzedaje srebro, złoto oraz platynę. Nikt nie myśli o wzrostach. Z najnowszego raportu Commitments of Traders wynika, że po raz pierwszy od 2015 roku zarządzający posiadają w swoich portfelach więcej pozycji krótkich niż długich. Ponadto ostatni flash crash wyczyścił rynek ze wszystkich pozycji długich, co prawda notowania mogą się jeszcze obsunąć, ale spadki są bardzo ograniczone.

Pozycje zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

W poprzednim tygodniu zarządzający otworzyli 3500 krótkich pozycji w tym samym czasie zamykając 4000 długich. Pozycje netto spadły do dawno niewidzianego poziomu -6 tysięcy.

Sytuacja na wykresie również wygląda zachęcająco. Na wykresie tygodniowym po flash crashu na wsparciu 15.60-16.04 powstała formacja Pin Bara, która powinna wyznaczać dołek ostatniej wyprzedaży. Niemniej jednak wzrosty mogą być hamowane przez linie trendu spadkowego, która w przyszłości powinna zostać pokonana.

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Notowania srebra, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Sytuacja na złocie wygląda bardzo podobnie, ale ten metal szlachetny nie został wyprzedany w takim samym stopniu jak srebro. W poprzednim tygodniu zarządzający otworzyli 4 tysiące krótkich pozycji oraz zamknęli 6 tysięcy długich. Większość rynku nastawiona jest pesymistycznie do tegoż surowca, co niebawem powinno się zmienić.

Pozycje netto cały czas są dodatnie, ale przewaga jest już bardzo minimalna. Notowania złota szukają dołka, który jest już bardzo blisko.

Pozycje zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje zarządzających, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Na wykresie tygodniowym notowania złota zatrzymały się na wsparciu 1190-1210. Bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia i wzrosty w okolicę 1295 USD za uncję. Niemniej jednak należy mieć na uwadze, iż rosnące stopy procentowe na całym świecie nakładają na złoto presję podażową. Dlatego zamiast przyszłego wzrostu możemy zobaczyć konsolidację.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Wartość majątku Polaków to prawie 2 biliony złotych

Wartość finansowego majątku polskich gospodarstw domowych wyniosła na koniec 2016 r. prawie 1,9 biliona złotych i była dwukrotnie wyższa niż w kryzysowym 2008 r. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku przekroczy on barierę 2 bilionów złotych i będzie wyższy niż wartość produktu krajowego brutto.

Dane zbierane przez Narodowy Bank Polski w ramach okresowych badań sytuacji finansowej gospodarstw domowych pokazują ile wynosi i jak zmienia się wartość majątku finansowego Polaków oraz co wchodzi w jego skład. Do tej kategorii nie zalicza się wartości posiadanych nieruchomości, a jedynie aktywa typowo finansowe, takie jak gotówka, lokaty bankowe, akcje, pieniądze ulokowane w systemie ubezpieczeniowym i emerytalno-rentowym. Mimo powszechnych narzekań na niską skłonność do oszczędzania i inwestowania, nasz majątek finansowy miał na koniec ubiegłego roku wartość 1 884,3 mld zł i po raz pierwszy w historii badań był wyższy niż roczna wartość PKB. Nie oznacza to oczywiście, że mamy powody do zadowolenia, zarówno w wymiarze statystycznym, czyli ogólnym, jak i indywidualnym, a więc konkretnym. Mimo dużego zróżnicowania pod tym względem, nie jest też tak, że średnią mocno zawyża garstka krezusów. Według Forbesa, majątek 100 najbogatszych Polaków oszacowano na 134 mld zł, a więc jedynie 7 proc. wspomnianej sumy. Dla porównania, ośmiu najbogatszych ludzi świata zgromadziło majątek większy niż będący w dyspozycji połowy mieszkańców Ziemi.

Majątku generalnie nie mamy  w nadmiarze, a stopa oszczędzania i inwestowania nadwyżek finansowych rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia. Stopa oszczędzania sięga zaledwie 3,4 proc., co oznacza że tyle odkładamy z dochodów do dyspozycji. Stopa oszczędności dobrowolnych (bez uwzględnienia obowiązkowej części systemu emerytalnego, czyli OFE) wyniosła w ubiegłym roku 2,7 proc., niewiele, ale i tak znacznie więcej niż w poprzednich latach (w 2015 r. wyniosła zaledwie 1,5 proc., a w 2014 r. jedynie 0,5 proc.). Stopa inwestowania od kilku lat utrzymuje się na poziomie 7,3-7,9 proc. i wykazuje lekką tendencję malejącą.

Niemniej jednak warto zauważyć, że nasze bogactwo rośnie. Na koniec 2008 r., czyli roku pamiętanego głównie jako apogeum globalnego kryzysu finansowego i następującej po nim recesji, wartość majątku finansowego wynosiła 934 mld zł. Od tego czasu uległa podwojeniu, sięgając w 2016 r. prawie 1,9 bln zł. Tempo wzrostu było szczególnie wysokie w pierwszych latach po kryzysie, gdy sięgało 15 proc., jednak w latach 2013-2015 systematycznie się obniżało do niecałych 6 proc., by ponownie przyspieszyć do około 8 proc. w ubiegłym roku. Wszystko więc wskazuje na to, że na koniec tego roku wartość majątku finansowego przekroczy dwa biliony złotych.

Sprzyja temu wzrost dochodów, wspomagany przez program 500+ oraz dobrą sytuację na rynku pracy. Według NBP, w czwartym kwartale 2016 r. realne dochody do dyspozycji zwiększyły się o 7,6 proc., z czego 2,1 punktu procentowego pochodziło z 500+. Korzyści ze spadku bezrobocia i niedoborów kandydatów do pracy, a także podwyższenia płacy minimalnej, nie są jednak tak wyraźne, jak można by się spodziewać. Wzrost dochodów z pracy najemniej wykazywał w ubiegłym roku tendencję malejącą, a analitycy banku centralnego wskazują na zmniejszające się znaczenie dochodów z tego tytułu w dochodzie rozporządzalnym, a w tym roku będzie jeszcze gorzej w związku z rosnącą inflacją. Dobre wieści są takie, że coraz chętniej Polacy decydują się na działalność gospodarczą, zwykle bardziej lukratywną niż praca na etacie, a także to, że rośnie znaczenie dochodów gospodarstw domowych z własności. W czwartym kwartale ubiegłego roku dochody z własności zwiększyły się aż o 26 proc. w porównaniu do końca 2015 r. Niestety, udział dochodów z własności w całości dochodów gospodarstw domowych jest wciąż bardzo niski i sięga zaledwie 5 proc. To kwestia nie tylko niewielkich zasobów tej własności, ale głównie jej struktury. Dochody z własności powinno generować owe prawie 2 bln zł majątku finansowego. Nie jest jednak łatwo wykrzesać z nich większe zyski, skoro 943,5 mld zł, czyli połowa to nieoprocentowana gotówka oraz dające niewielkie odsetki lokaty bankowe. Co więcej, to wciąż najbardziej preferowany sposób przechowywania majątku, o czym świadczy najbardziej dynamiczny od 2004 r. przyrost wartości lokat bankowych, mimo rekordowo niskiego oprocentowania i wyraźnie już odczuwalnej inflacji. W samym czwartym kwartale 2016 r. wartość gotówki i lokat krótkoterminowych zwiększyła się o 32,5 mld zł., a w ciągu roku o prawie 86 mld zł, czyli o 5,8 proc. w porównaniu z końcem 2015 r. Jedynie 160 mld zł bezpośrednio i za pomocą funduszy inwestycyjnych, ulokowali Polacy w akcjach notowanych na giełdzie. To tylko 8,5 proc. majątku finansowego ogółem. Co ciekawe, z danych NBP wynika, że wartość akcji nienotowanych będących w posiadaniu gospodarstw domowych wynosi aż 317 mld zł, a więc jest prawie dwukrotnie wyższa niż akcji notowanych. Wartość ta ulega w ostatnich latach jedynie niewielkim zmianom. Ta kategoria to domena gospodarstw domowych prywatnych przedsiębiorców, prowadzących firmy w formie spółek akcyjnych. W ramach systemu ubezpieczeniowego i emerytalno-rentowego Polacy zgromadzili 285 mld zł, a więc 15 proc. całego swego majątku finansowego. Na tę sumę składają się głównie polisy ubezpieczeniowe, w tym także te z elementem inwestycyjnym oraz 150 mld zł aktywów zarządzanych przez OFE, a pochodzących z obowiązkowych składek.

Choć nasz majątek finansowy systematycznie się zwiększa, to jednocześnie znajduje się pod presją rekordowo niskich stóp procentowych, a więc niewielkich odsetek, nasilającej się inflacji i niechęci do inwestowania, będącego najlepszą metodą prowadzącą wzrostu wartości kapitału.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Cztery powody, dla których retargeting jest niezbędnym rozwiązaniem dla firm e-commerce

Statystyki mówią same za siebie – tylko 2 proc. osób odwiedzających sklep internetowy dokonuje w nim zakupu. Pozostałe 98% opuszcza go z pustymi „rękoma”. Nic więc dziwnego, że wygenerowanie jak największej konwersji wśród tej grupy klientów to jedno z najważniejszych zadań, jakie stawiają przed sobą managerowie e-commerce, którzy  wraz ze zbliżającym się końcem letnich wyprzedaży będą musieli odpowiedzieć sobie – ponownie – na pytanie, czy budżet jaki przeznaczyli na wzrost ruchu w ich sklepie został wykorzystany w najlepszy z możliwych sposobów. Mając na uwadze fakt, że większość potencjalnych klientów odwiedzających ich sklep, opuściła go przed dokonaniem zakupu – odpowiedź może być tylko jedna – „nie”. Na szczęście na rynku istnieją rozwiązania, które pomagają e-biznesom różnej wielkości w osiągnięciu jak najlepszego ROI – jednym z nich jest „retargeting”. W niniejszym artykule Criteo firma technologiczna zajmująca się marketingiem efektywnościowym, przedstawia cztery najważniejsze powody, dla których menedżerowie i właściciele firm e-commerce powinni rozważyć przeznaczenie części swoich budżetów właśnie na retargeting.

Retargeting może być najlepszym przyjacielem internetowego sprzedawcy. Jeśli tylko potraktuje on to narzędzie w strategiczny sposób, z pewnością przyczyni się do wzrostu sprzedaży w jego sklepie. Jak? Przede wszystkim podstawowym zadaniem retargetingu jest ponowne zaangażowanie w proces zakupowy niezdecydowanych klientów. Mając na uwadze fakt, że ludzie po opuszczeniu sklepu przeglądają inne strony internetowe, retargeting spełnia rolę uprzejmego przypomnienia o zakupie, którym byli już zainteresowani – i okazji, której być może nie chcieliby przegapić. Poniżej prezentujemy cztery najważniejsze powody, dla których, chcący odnieść sukces e-sprzedawca powinien rozważyć wykorzystanie  retargetingu w swoich działaniach marketingowych:

Powód nr 1: Retargeting daje drugą szansę na przekonanie do zakupu zainteresowanego klienta.

Kupujący wykazał już zainteresowanie sklepem, a może nawet umieścił produkt w koszyku. Retargeting stanowi uprzejme przypomnienie o niedokończonym zakupie, które sprowadzi go z powrotem do sklepu.

Powód nr 2: Retargeting powoduje, że sklep staje się bliższy tej grupie odbiorców, która jest skłonna finalnie dokonać w nim zakupu

Wielu ludzi odwiedza sklepy internetowe. Bez względu na fakt, czy wchodzą do nich tylko na chwilę, czy faktycznie zaczynają robić w nich zakupy i porzucają swój koszyk bez dokonania płatności wszyscy są potencjalnymi klientami. Znajdują się już na ścieżce konwersji, są więc bardziej skłonni do dokonania zakupu. Dlatego też powrót do nich z odpowiednio sprofilowaną reklamą jest sprytnym sposobem na ponowne rozpalenie ich chęci dokonania zakupu.

Powód nr 3: Retargeting pomaga budować świadomość marki i przywiązanie do niej

Reklama wyświetlana w ramach retargetingu pomaga pozycjonować markę firmy jako popularną, liczącą się na rynku – a przynajmniej – wartą przyjrzenia się po raz drugi. Budowanie świadomości brandu pomaga firmom e-commerce pozostać w pamięci ich grup odbiorców. Nawet jeśli w danym momencie nie dokonają oni zakupu, z pewnością będą o niej pamiętać przy kolejnych zakupach.

Powód nr 4: Retargeting to efektywne kosztowo narzędzie, dające bardzo dobre wyniki ROI

Retargeting ma sens wyłącznie dla sprzedawców online. Jeśli tylko jest zarządzany mądrze, często stanowi najbardziej efektywne narzędzie marketingowe. Wykorzystuje dane, którymi e-sklep już dysponuje (i bardzo możliwe, że wydał na ich pozyskanie niemały budżet) do podejmowania mądrych decyzji dotyczących plasowania reklam. Wdrażając to narzędzie należy jednak pamiętać, że kluczem do sukcesu jest współpraca z profesjonalnym partnerem, który wie jak wykorzystać te dane do zaprogramowania kampanii, w ramach której odpowiednie reklamy zostaną wyświetlone na ekranach odpowiedniej grupy docelowej klientów, w odpowiednim czasie i na wszystkich platformach i urządzeniach, z których korzystają.

Przeprowadzki Polaków – z mieszkania w bloku do domu z ogródkiem

Polacy przeprowadzając do nowych domów przede wszystkim realizują marzenia. Nie bez znaczenia pozostają jednak również względy praktyczne. Według badania przeprowadzonego przez Oferteo.pl, wśród czynników najczęściej motywujących do przeprowadzki wymieniana jest chęć zwiększenia powierzchni mieszkalnej czy posiadania ogrodu.

Dlaczego się przeprowadzamy?

Co najczęściej stoi za decyzją o przeprowadzce? Chociaż chęć zrealizowania marzeń wciąż pozostaje najsilniejszym czynnikiem wpływającym na decyzję o budowie domu, to względy praktyczne z pewnością zajmują wysokie miejsce na liście priorytetów. Ankietowani przez Oferteo.pl, serwis łączący osoby poszukujące usług z ich dostawcami, wymieniają przede wszystkim: chęć zwiększenia powierzchni mieszkalnej (16%), chęć posiadania ogrodu (12,5%) oraz uważają, że bardziej opłaca się budowa domu niż kupno mieszkania (18%).

Według statystyk z naszego badania przeciętny polski dom jest zamieszkiwany średnio przez 3-4 osoby – mówi Karol Grygiel, członek zarządu Oferteo.pl. – Decydując się na budowę chcemy najczęściej, aby dzieci miały osobne komfortowe sypialnie, zależy nam często na drugiej łazience. Te oczekiwania sprawiają, że często bardziej opłaca się budować dom niż kupować mieszkanie o metrażu, który zapewniłby nam podobny komfort.

Skąd dokąd?

przeprowdzki 1

W tegorocznej edycji „Raportu o budowie domów w Polsce” ankietowani przez Oferteo.pl po raz pierwszy odpowiadali na pytanie, gdzie mieszkali przed przeprowadzką do nowo wybudowanego domu. Okazuje się, że najczęściej było to własne mieszkanie – na taką opcję wskazało 46% respondentów. Niemal co trzeci ankietowany odpowiedział, że wcześniej mieszkał u rodziców, a niespełna 15% badanych przeniosło się do domu z wynajmowanego mieszkania.

Stare mieszkanie na sprzedaż albo pod wynajem

przeprowdzki 2

Ankietowani przez Oferteo.pl, którzy przed przeprowadzką do domu mieszkali we własnym M, zostali zapytani, jakie będą jego dalsze losy. Najwięcej z nich wskazało, że mieszkanie zostanie sprzedane (40%), niemal jedna trzecia badanych będzie je wynajmować, a 15% zostawi je na własne potrzeby. Więcej niż co dziesiąty ankietowany zadeklarował, że mieszkanie pozostawi swoim dzieciom.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z ankiety przeprowadzonej wśród 207 osób, które w 2016 roku budowały dom.

Benefity w pracy – millenialsi są na tak

Do 2025 roku 75 proc. pracowników na świecie będą stanowili przedstawiciele millenialsów. To pokolenie dzisiejszych 18-33-latków, które jest bardzo skoncentrowane na karierze i swoim osobistym rozwoju, ale jednocześnie stawia na równowagę pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. W pracy wysoka pensja to dla nich za mało, od przełożonych oczekują motywacji i zaangażowania. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden przy wyborze pracy dla polskich millenialsów niezwykle ważne są również elementy pozapłacowe, takie jak prywatna opieka medyczna oraz ubezpieczenie grupowe na wypadek utraty zdrowia.

Raport brytyjskiego think tanku Resolution Foundation nie pozostawia złudzeń. Pokolenie millenialsów ma szansę stać się pierwszą generacją w historii, która będzie zarabiała mniej niż ich rodzice. Może tak się stać na skutek wielu przyczyn, chociażby takich, jak skutki ostatniego wielkiego kryzysu finansowego czy spadającej produktywności pracowników. Również ich emerytury będą prawdopodobnie znacznie odbiegać od uposażeń otrzymywanych przez ich dziadków, a nawet rodziców. Millenialsi z rynków wschodzących oczekują co prawda, że ich sytuacja finansowa i osobista będzie lepsza niż sytuacja ich rodziców. Taki pogląd wyraża odpowiednio 71 proc. i 62 proc. badanych. Postawa taka znacząco różni się jednak od postaw osób z rynków rozwiniętych, na których tylko 36 proc. twierdzi, że będą bogatsi, a 31 proc. jest zdania, że będą szczęśliwsi niż ich rodzice.

Benefity decydują

Być może dlatego coraz częściej mówi się o pragmatycznym podejściu reprezentantów pokolenia Y do życia. Młodzi ludzie nie chcą iść na kompromisy, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W pracy oprócz odpowiedniego wynagrodzenia oczekują wsparcia i rozwoju, ale także bezpieczeństwa socjalnego. Dla amerykańskich millenialsów najbardziej pożądanym benefitem pozapłacowym jest dostęp do opieki medycznej. A w Polsce? Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że przy podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu w nowej firmie najważniejsze dla młodych ludzi w wieku 18-24 lat, oprócz wysokości wynagrodzenia, są przede wszystkim odległość miejsca pracy od domu oraz szkolenia podnoszące kwalifikacje. Dla połowy z nich istotne są także pozapłacowe elementy wynagrodzenia, takie jak ubezpieczenie czy prywatna opieka medyczna. W grupie wiekowej 25-34 lata odpowiedź ta zyskała 44 proc. odpowiedzi. Co ważne, dla jednej piątej ankietowanych pozapłacowe elementy wynagrodzenia byłyby czynnikiem decydującym o zmianie miejsca pracy.

– Z naszego doświadczenia wynika, że coraz większe znaczenie, szczególnie dla osób pracujących na umowie o dzieło czy zlecenie, a tych przecież w grupie młodych osób nie brakuje, ma ubezpieczenie grupowe. Jest ono zawierane przez pracodawców w imieniu pracowników – mówi Michał Jakubowski, Dyrektor ds. Klientów Korporacyjnych w Nationale-Nederlanden TUnŻ Dla pracodawców, szczególnie w małych firmach, to ciekawy element przyciągający najlepszych kandydatów. Być może nie mogą oni zaoferować najwyższych wynagrodzeń na rynku, ale poprzez przygotowanie przemyślanej oferty pozapłacowych benefitów, pokazują, że dbają o pracowników – dodaje.

Pokolenie Y docenia ubezpieczenia grupowe

Dla 94 proc. badanych w wieku 25-34 lata i połowy w grupie wiekowej 18-24 lata możliwość przystąpienia do ubezpieczenia grupowego w miejscu pracy jest wartościowym benefitem. Co oferuje takie ubezpieczenie? Gwarancję wsparcia finansowego w różnych sytuacjach życiowych, takich jak nieszczęśliwy wypadek, ciężka choroba, pobyt w szpitalu czy operacja. Nowością na rynku jest comiesięczna renta wypłacana w sytuacji, gdy ubezpieczony na skutek wypadku lub choroby stanie się niezdolny do pracy, a tym samym jego dochody znacznie spadną. Dzięki takiemu ubezpieczeniu różnica pomiędzy dochodami a otrzymywanym świadczeniem z tytułu niezdolności będzie dużo mniej bolesna dla osoby ubezpieczonej.

Choć prawie 81 proc. badanych przez Nationale-Nederlanden dwudziestolatków i trzydziestolatków słyszało o ubezpieczeniach grupowych i jest to dla nich jeden z bardziej wartościowych benefitów, to tylko 57 proc. przyznało, że ma możliwość skorzystania z niego w swoim obecnym miejscu pracy. W grupie osób w wieku 20-29 lat posiada je 39 proc. respondentów. – Ubezpieczenia grupowe są obecnie jednym z najszybciej rozwijających się produktów na rynku ubezpieczeniowym, ale wciąż zbyt mało firm w segmencie MŚP korzysta z możliwości, które oferują. Nasze badanie pokazuje, że odsetek młodych ludzi, które chciałyby z niego skorzystać, jest znaczący. To argument, który powinien przekonać pracodawców, którzy skarżą się, że mają problem z pozyskaniem i utrzymaniem wartościowych pracowników – mówi Michał Jakubowski.

Raport Euler Hermes o gospodarce światowej i sytuacji w Polsce

  • Skumulowane obroty w największych niewypłacalnościach powiększyły się o +34% do 19,1 mld EUR, gdyż liczba niewypłacalności dużych firm wzrosła ponad dwa razy w pierwszym kwartale 2017 r.
  • 20 przypadków największych niewypłacalności odpowiada za 70% łącznej światowej kwoty skumulowanych obrotów, w wysokości 13,4 mld EUR
  • Padł nowy rekord dotyczący nadmiaru oszczędności, które osiągnęły poziom 7 bilionów USD w bilansach przedsiębiorstw niefinansowych pod koniec 2016 r.
  • Od czasu kryzysu finansowego z 2008 r. światowe zapasy gotówkowe podwoiły się do niemal 10% globalnego PKB
  • Firmy amerykańskie tworzą 30% globalnych zapasów gotówkowych; od 2010 r. firmy chińskie zwiększyły zapasy gotówkowe dwukrotnie

Pomimo nowego rekordu nadmiaru oszczędności w przedsiębiorstwach niefinansowych, utrzymujący się wysoki wskaźnik opóźnionych płatności oraz gwałtowny wzrost liczby niewypłacalności dużych firm (o obrotach powyżej 50 mln EUR) wskazują na to, że globalne tempo rozwoju gospodarki wiąże się z pewnymi wyzwaniami, jak twierdzi Euler Hermes, wiodący na świecie ubezpieczyciel należności.

W swoim ostatnim obszernym badaniu ekonomicznym zatytułowanym “High Stakes Game” (Gra o wysoką stawkę) dział badań ekonomicznych firmy:

  • zmierzył wartość nagromadzonych środków w 30 500 spółkach na 94 giełdach;
  • przeanalizował poziomy niewypłacalności na 43 rynkach;
  • zbadał dyscyplinę płatniczą w panelu Bloomberg zawierającym 27 000 spółek notowanych na światowych giełdach.
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes
Ludovic Subran, Główny Ekonomista w Euler Hermes

Za ogólną światową stabilizacją i nabierającym rozpędu ożywieniem gospodarczym kryją się poważne rozbieżności i ryzyko” – twierdzi Ludovic Subran, główny ekonomista Euler Hermes. „Zjawisko to staje się coraz bardziej ekstremalne, gdyż koncentracja gotówki w pewnych regionach i branżach osiąga nowe rekordy, a upadłość dużych firm staje się coraz częstszym i bardziej dotkliwym zjawiskiem”.

Poważne przypadki niewypłacalności w sektorze handlu detalicznego i usług, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zwiększająca się liczba upadłości w Chinach i Brazylii, a także coraz większe opóźnienia w płatnościach w Chinach oraz sektorze lotnictwa na całym świecie – wszystko to przyczynia się do narastania długofalowego ryzyka. Wymiar jak i częstość występowania skrajnych przypadków są coraz większe, dlatego należy je uważnie monitorować przez najbliższe miesiące” – dodaje Subran.

Podczas gdy Euler Hermes spodziewa się, że ogólny światowy poziom niewypłacalności obniży się w tym roku o -1%, a w 2018 r. wzrośnie o +1%, to przewiduje także, że w 20 państwach (Wykres 1) liczba niewypłacalności w 2017 r. przewyższy średnią z 2008 r. sprzed kryzysu. Po trzech latach znacznych spadków w liczbie niewypłacalności (-13.6% w 2014 r., -8.4% w 2015 r. i -4% w 2016 r.) na globalną koniunkturę wpływają nierównomierne trendy regionalne.

Pod powierzchnią dobrych w skali ogólnoświatowej danych skrywa się także gwałtowny wzrost niewypłacalności dużych firm w pierwszym kwartale 2017 r. Około 74 firmy o obrotach powyżej 50 mln EUR stało się niewypłacalnymi w pierwszych trzech miesiącach roku – o 30 więcej niż w pierwszym kwartale 2016 r. Skumulowane obroty niewypłacalnych firm wyniosły 19,1 mld EUR, jest to wzrost o +34% r/r. W tym 20 największych niewypłacalności odpowiadało za 70% tej łącznej światowej kwoty, osiągając  wysokość 13,4 mld EUR skumulowanych obrotów. Mimo iż osiem z nich miało miejsce w USA, to w Europie nastąpił największy wzrost liczby niewypłacalności dużych przedsiębiorstw. W skali globalnej w pierwszym kwartale więcej niż 1 na 3 (25 na 74) z największych niewypłacalności miała miejsce w Europie.

Sektory handlu detalicznego i usług znajdują się pod presją gwałtownej rewolucji cyfrowej, co przekłada się na utrzymujący się trend w czterech ostatnich kwartałach, także w pierwszym kwartale 2017 r odnotowano najwyższą liczbę niewypłacalności dużych przedsiębiorstw: odpowiednio 17 (wzrost z 10 w I kwartale 2016 r.) i 14 (wzrost z 5). Łączne obroty niewypłacalnych firm w tych sektorach w pierwszym kwartale wyniosły odpowiednio 6,2 mld EUR (+579%) oraz 5,2 mld EUR (+477%). Sektory farmaceutyczny oraz komputerowy/telekomunikacyjny pozostały stabilne, nie odnotowując żadnych niewypłacalności w pierwszym kwartale 2017 r i tylko jedną znaczną niewypłacalność w ciągu ostatnich czterech kwartałów.

Według Euler Hermes firmy powinny uważać na efekt domina wywołany przez niewypłacalności dużych przedsiębiorstw, ponieważ ich skala staje się one coraz bardziej dotkliwa. Mogą mieć one znaczny pośredni wpływ na dostawców w całym łańcuchu dostaw. Przykładowo niewypłacalności w sektorze handlu detalicznego w USA i Wielkiej Brytanii mogą wpłynąć na sektor elektroniczny, przetwórczy i włókienniczy na całym świecie.

Gromadzenie gotówki

Nadmiar oszczędności osiągnął nową rekordową wartość w zeszłym roku, gdy na koniec 2016r. przedsiębiorstwa niefinansowe wykazały w bilansie 7 bilionów USD gotówki i ekwiwalentów gotówki. Przy wzroście o +2,9% w porównaniu z 2015 r. oraz +34% z 2010 r. światowe zapasy gotówki podwoiły się (z 3,5 biliona USD) od czasu kryzysu finansowego z 2008 r. Obecnie odpowiadają za 9,5 % światowego PKB w porównaniu z 6,1 % w 2007 r.

Podczas gdy amerykańskie przedsiębiorstwa niefinansowe tworzą 30% ogólnej światowej wartości w wyniku trwającej optymalizacji podatkowej, od 2010 r. firmy chińskie podwoiły swoje zapasy gotówkowe. W ujęciu regionalnym nadmiar oszczędności firm z obszaru Azji i Pacyfiku jest obecnie największy na świecie. W Europie Zachodniej akumulacja pozostaje ograniczona i nierównomierna.

Przemysł technologiczny nadal generuje najwięcej zysków, wyprzedzając sektor naftowy i gazowy oraz motoryzacyjny. Jest to szczególnie widoczne w Stanach Zjednoczonych, których sektor technologiczny odpowiada za 71% zapasów gotówki tego sektora na świecie (Wykres 2). W istocie z łącznej kwoty 2,1 bilionów należącej do amerykańskich przedsiębiorstw, 916 mld USD (44%) skupia się w tym sektorze, w szczególności w rękach największych 5 gigantów technologicznych Apple, Microsoft, Alphabet, Cisco i Oracle. Razem firmy te zgromadziły 565 mld USD gotówki do końca 2016 r. – więcej niż łączne zapasy gotówkowe niemieckich i brytyjskich przedsiębiorstw niefinansowych. W kontraście do powyższych danych dwa sektory doświadczyły gwałtownego spadku w 2016r.: sektor maszyn i urządzeń (- 278 mld USD) oraz sprzętu gospodarstwa domowego (- 104 mld USD). Według Euler Hermes należy uważnie obserwować dalszy rozwój sytuacji.

Podczas gdy globalny wzrost gospodarczy przyczynia się do generowania napływu środków pieniężnych, to jednocześnie ciągła niepewność i ryzyko skłaniają i będą skłaniać w przyszłości do oszczędzania. Ożywienie globalnych inwestycji i działalności w zakresie fuzji i przejęć powinno jednak osłabić tempo gromadzenia gotówki. Inne czynniki także mogą mieć na to wpływ – istotny na przykład może się okazać plan repatriacji zysków zagranicznych amerykańskiego rządu, jeśli zachęci to spółki do sprowadzenia dużej ilości gotówki z powrotem do Ameryki. Chociaż przepisy mające zachęcić przedsiębiorstwa do powrotu do kraju mogą prowadzić do inwestycji w tworzenie miejsc pracy oraz prac badawczo-rozwojowych w Stanach Zjednoczonych, to łaknące rentowności przedsiębiorstwa mogą zdecydować się na dalsze oszczędzanie.

Wskaźnik spływu należności

W środowisku, w którym upadają duże przedsiębiorstwa a gotówka jest nadmiernie gromadzona, być może nie da się uniknąć tego, że dyscyplina płatnicza firm pozostanie rygorystyczna. W 2016 r. w skali całego świata firmy musiały czekać średnio 64 dni na należności, przy czym 1 na 4 z nich zapłacono po 88 dniach (2 dni szybciej niż w 2015 r.). W ubiegłym roku 9% pechowych firm na świecie musiało czekać na płatności przeciętnie ponad 120 dni. Euler Hermes przewiduje, że w 2017 r. współczynnik spłaty należności (DSO – days sales outstanding) wyrówna się w skali globalnej do średniego poziomu 64 dni.

Najmniejszy DSO wystąpił w Nowej Zelandii, Austrii, Holandii, Danii, USA, Szwajcarii i Australii (odpowiednio 42, 44, 46, 48, 49, 49 i 50 dni), natomiast na drugim krańcu skali znalazły się państwa z największymi opóźnieniami w płatnościach: Turcja, Włochy, Grecja i Chiny (odpowiednio 80, 85, 88 i 89 dni). Eksperci z Euler Hermes uważają, że sytuacja w Chinach wymaga szczególnej obserwacji, gdyż ich DSO wynoszący 89 dni w 2016 r. osiągnął najwyższy poziom od dziewięciu lat. W Europie Zachodniej przeciętny okres oczekiwania na płatność wydłuża się, chociaż dzieje się to powoli (+1 dzień do 61 dni). Poziom DSO poprawił się w krajach Morza Śródziemnego, gdzie zwykle utrzymywał się powyższej średniej regionalnej. Tym samym różnica między krajami o najlepszych i najgorszych wynikach zdaje się zmniejszać.

W skali globalnej w sektorach przemysłu przetwórczego, takich jak chemiczny, budowlany, technologii informacyjnej i komunikacji oraz maszyn, poziom DSO utrzymuje się powyżej średniej światowej. W sektorze metalowym natomiast odnotowano DSO na poziomie 56 dni. Spółki prowadzące działalność w sektorach z punktami sprzedaży detalicznej, takich jak sektor spożywczy, artykułów gospodarstwa domowego lub transportu zwykle otrzymują płatność szybciej niż wynosi 64-dniowa średnia światowa. Intensywna od 2012 r. aktywność w sektorze lotniczym wydłużyła poziom DSO oraz zapotrzebowanie na kapitał obrotowy (WCR – working capital requirements) odpowiednio o +8 i +16 dni.

Rosyjska ruletka

Nie wszystkie firmy mają asa w rękawie, dlatego będą musiały asekurować się, aby najlepiej wykorzystać odbudowującą się dynamikę gospodarczą, zwłaszcza w Europie. Kierownictwo firm wykładając karty na stół, będzie musiało zachować pokerową twarz. Nikt nie chce dowiedzieć się, że gra w rosyjską ruletkę” – podsumowuje Subran.

POLSKI ASPEKT

Bieżąca sytuacja makroekonomiczna w Polsce (wzrost PKB w I kw. 2017 na poziomie 4%) oraz spowolnienie tempa wzrostu niewypłacalności w budownictwie każą spodziewać się, że liczba niewypłacalności nie będzie rosła w skali całego roku tak szybko jak w pierwszym kwartale (gdy wzrost na poziomie 29% r/r nie był efektem nagłego wzrostu ich liczby, ale raczej kontynuacji trendu z poprzednich miesięcy vs. niska baza w roku ubiegłym). Dlaczego jednak mimo pozytywnych danych makroekonomicznych wciąż się ona zwiększa – jak na razie jeszcze w tempie dwucyfrowym, a w skali całego roku jak spodziewamy się jej wzrostu o nadal niemałe 8% w stosunku do ubiegłego roku? Podstawy sektora budowlanego nadal są kruche – kilkuprocentowy dopływ środków nie rekompensuje trzykrotnie większego (procentowo) ich spadku w roku ubiegłym, wzrost w budownictwie opiera się wiec nadal w dużej części na oczekiwaniach i kredycie kupieckim dostawców wierzących, że to już ten moment, kiedy mogą walczyć o większe udziały w rynku. Także przemysł i handel nie korzystają jak na razie na wzroście konsumpcji – szerszym dopływie środków socjalnych, gdyż ostra wojna cenowa w połączeniu z trwale niską rentownością, często poniżej kosztu pieniądza uderza zarówno w producentów dóbr użytkowych, jak i w ich dystrybutorów.

Niewypłacalności w polskim przemyśle i budownictwie omijają największe firmy, uderzają raczej w firmy o regionalnej skali działalności (co więcej – np. w budownictwie grupa kilkunastu największych wykonawców w kryzysowym ubiegłym roku nie tylko zwiększyła swój udział w rynku, ale bardzo wyraźnie, w skali zazwyczaj kilkudziesięciu procent r/r zwiększyła swoje zyski, w niektórych przypadkach do najwyższych w historii poziomów). Odmiennie w handlu hurtowym –  tam zagrożone są podmioty bez względu na skalę prowadzonej działalności, gdyż to właśnie w dystrybucji ogniskuje się problem dużej ekspozycji na ryzyko biorąc pod uwagę rozdźwięk pomiędzy realizowanymi obrotami a minimalnym tego efektem, rentownością na poziomie nawet ułamków procenta.

AIG kontynuuje działalność jako Colonnade Insurance. Ubezpieczyciel gwarantuje ciągłość polis dla swoich klientów

AIG kontynuuje działalność jako Colonnade Insurance. Ubezpieczyciel gwarantuje ciągłość polis dla swoich klientów 5

Marka AIG znika z rynku, bo z początkiem lipca przejęła ją kanadyjska spółka Colonnade Insurance, która debiutuje w Polsce. Polski rynek ubezpieczeniowy jest bardzo innowacyjny i ma duży potencjał wzrostu – podkreślają przedstawiciele spółki i zapowiadają całą paletę innowacyjnych produktów. Dotychczasowym klientom ubezpieczyciela AIG zostanie zapewniona ciągłość obsługi ich polis ubezpieczeniowych. 

– Polski rynek jest największy w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest też ósmym największym rynkiem ubezpieczeniowym w Europie w segmencie non-life. Patrząc na współczynnik penetracji, daleko mu do średniej europejskiej. Polska jest również innowacyjnym rynkiem, na którym powstaje wiele ciekawych rozwiązań ubezpieczeniowych, możliwości generowania i oferowania nowych produktów. Jeszcze nie wszystkie szanse biznesowe zostały wykorzystane, dlatego wydaje się, że potencjał wzrostu – krótkofalowy i długoterminowy – jest tu bardzo duży – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Holnicki-Szulc, dyrektor generalny Colonnade Insurance.

Colonnade to część kanadyjskiej grupy Fairfax Financial Holdings, obecnej w ponad 30 krajach świata. Marka – znana z innowacyjnej oferty i zdecentralizowanego zarządzania lokalnymi oddziałami – zastąpi na polskim rynku ubezpieczyciela AIG. Na mocy porozumienia zawartego w październiku ubiegłego roku grupa Fairfax przejęła zarówno aktywa, jak i pracowników AIG.

 Grupa Fairfax, której częścią jest spółka Colonnade, podjęła decyzję o ekspansji w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Szukała partnerów, z którymi może współpracować, lub szans akwizycyjnych. Taką szansę dostrzegła w Polsce. W ubiegłym roku Fairfax i AIG podpisali porozumienie strategiczne dotyczące przejęcia portfela i praw do odnowień. Tym sposobem od 1 lipca br. dotychczasowe operacje AIG, zespół i aktywa operacyjne zostały przeniesione, a pracownicy AIG rozpoczęli pracę w Colonnade – wyjaśnia Paweł Holnicki-Szulc, który objął funkcję zarządzającą w nowo utworzonym polskim oddziale spółki.

Głównym zadaniem Pawła Holnickiego-Szulca, który pracował w AIG od 1999 roku, będzie sprawne przeprowadzenie firmy przez proces transformacji właścicielskiej oraz budowa nowej, uproszczonej i zdecentralizowanej struktury organizacyjnej

– Oferujemy produkty podstawowe, jeśli chodzi o segmenty korporacyjny, majątkowy, odpowiedzialności cywilnej i odpowiedzialności cywilnej członków zarządu. Mamy też szereg produktów niszowych, w których jesteśmy liderem i które zostały wprowadzone na polski rynek przez AIG. Chcemy je kontynuować jako Colonnade. Mam tu na myśli ubezpieczenia ryzyk cybernetycznych, ubezpieczenia środowiskowe, ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej członków zarządu dla instytucji finansowych, polisy od porwań i wymuszeń. Oprócz standardowych produktów mamy też całą paletę innowacyjnych rozwiązań ubezpieczeniowych – mówi Paweł Holnicki-Szulc.

W ciągu roku Colonnade oczekuje, że obsłuży ponad 8 tys. klientów korporacyjnych i 200 tys. klientów indywidualnych.

 Nie ścigamy się o miejsce w rankingach. Ścigamy się o dobrą jakość obsługi oraz o to, żeby nasi partnerzy byli zadowoleni z zakresu usług, które oferujemy. Chcemy być firmą, która przynosi stabilne zyski w dłuższym okresie. Nie koncentrujemy się na tym, aby składki rosły w tempie, które mogłoby mieć negatywny wpływ na szkodowość. Chcemy to robić w sposób zbilansowany i zrównoważony. Poziom serwisu i satysfakcja klientów są dla nas większym wyznacznikiem niż poziomy wzrostu sprzedaży – deklaruje Paweł Holnicki-Szulc.

Spółka zapewnia, że zmiana właścicielska nie będzie powodować żadnych zmian w istniejących umowach, a wynikająca z nich ochrona ubezpieczeniowa będzie kontynuowana aż do momentu wygaśnięcia polis. Dyrektor generalny Colonnade Insurance w Polsce zapowiada, że tak jak dotychczas marka będzie stawiać na innowacyjność i na bieżąco reagować na zmieniające się oczekiwania klientów. W zakresie dystrybucji swoich produktów postawi na multikanałowość i rozwijanie specjalne platformy dla brokerów.

 Multikanałowość, dywersyfikacja portfela i kanałów sprzedaży są w centrum naszej strategii na najbliższe lata. Oprócz kanału brokerskiego i sprzedaży bezpośredniej stawiamy również na telemarketing, bancassurance, programy partnerskie oraz sprzedaż online przez stronę internetową. Mamy również specjalną platformę dla naszych partnerów biznesowych, przede wszystkim brokerów, którą chcemy intensywnie rozwijać w najbliższych latach – zapowiada Paweł Holnicki-Szulc.

Colonnade Insurance ma siedzibę w Luksemburgu. Spółka została utworzona, aby umożliwić grupie Fairfax strategiczną ekspansję na terenie Europy Środkowo-Wschodniej. Działalność prowadzi za pośrednictwem oddziałów w Czechach, na Słowacji i Węgrzech oraz spółki zależnej na Ukrainie, jednak usługi ubezpieczeniowe oferuje we wszystkich krajach Europy. Colonnade zatrudnia około 200 specjalistów, a jej roczny przypis składki wynosi ponad 40 mln euro.

Pracujący w Polsce Ukraińcy chcą wyższych zarobków. Oczekiwania płacowe wzrosły o 1/3

Pracujący w Polsce Ukraińcy chcą wyższych zarobków. Oczekiwania płacowe wzrosły o 1/3 6

W ciągu miesiąca obowiązywania zliberalizowania przepisów wizowych dotyczących wjazdu obywateli Ukrainy do Unii Europejskiej oczekiwania zarobkowe Ukraińców wzrosły dwucyfrowo, nawet o jedną trzecią. Na podwyżki liczą przede wszystkim tynkarze, murarze, kucharze i zatrudnieni w hotelarstwie. Według Upper Job – agencji pośrednictwa pracy, która zajmuje się zatrudnianiem pracowników ze Wschodu, to skutek pojawienia się możliwości pracy na zamożniejszych rynkach.

Od dwóch miesięcy obserwujemy zdecydowanie zwiększone potrzeby finansowe ukraińskich pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Załuska, członek zarządu Upper Job. – Ukraińcy, którzy chcą pracować u polskich pracodawców, nie akceptują wynagrodzenia, które było do tej pory akceptowane, czyli stawki 9 czy 10 złotych za godzinę. Obserwujemy wzrost od 15 do 35 proc., a największe oczekiwania mają pracownicy fizyczni: kierowcy kategorii D, murarze, tynkarze, kucharze, pomoce w hotelarstwie.

Z danych zebranych przez pośrednika od ukraińskich agencji i pośredników pracy współpracujących z Upper Job wynika, że o ile w maju stawka godzinowa murarza wynosiła 20 zł, to obecnie wzrosła do 25 zł, czyli o jedną czwartą. Tyle mógł przed zmianami oczekiwać tynkarz, ale teraz oczekuje o 5 zł więcej za godzinę. Nawet najmniej wymagający kucharze żądają podwyżki o 17 proc. – do 14 zł za godzinę. Średnio pracownicy fizyczni z Ukrainy chcą teraz zarabiać o 33 proc. więcej niż dwa miesiące temu – wynika z badań firmy.

Mamy teraz rynek pracownika. Jesteśmy w stanie wyselekcjonować dla firm pracownika o właściwych kompetencjach i z odpowiednimi oczekiwaniami finansowymi. Uświadamiamy pracodawców, że pracownicy ukraińscy powinni zarabiać więcej – tłumaczy Załuska. – Pracodawcy są zaskoczeni, a pracownicy ukraińscy na tym korzystają, po prostu nie chcą pracować, jeśli stawka wynagrodzenia nie będzie taka, jakiej oczekują.

Z oficjalnych danych wynika, że w Polsce pracuje ok. 1,3 mln cudzoziemców, w tym ponad 1 mln Ukraińców. Ta liczba wzrasta w trwającym sezonie letnim, gdy znacząco rośnie zapotrzebowanie na pracowników sezonowych. Tym bardziej że do kilkutygodniowej pracy przy zbiorach jest coraz mniej chętnych Polaków, których dochody wzrosły wraz z uruchomieniem programu Rodzina 500 plus.

Ruch bezwizowy może sprawić, że wschodni sąsiedzi znajdą nieporównywalnie wyżej płatną pracę w Niemczech czy innych zachodnich krajach.

– Obserwujemy duże zainteresowanie wyjazdami za granicę, zwłaszcza do Niemiec, gdzie pracownicy ukraińscy mają cztery razy wyższe stawki, jeśli są w stanie tę pracę pozyskać. Z tego wynika zdecydowany wzrost oczekiwań finansowych – mówi Załuska.

I bez względu na to, czy Ukraińcy zajmą w Niemczech miejsce Polaków, Bułgarów czy Rumunów, to nie będą już tak zainteresowani pracą w Polsce. A to zmusi polskich pracodawców do podniesienia stawek.

Obawiam się, że oczekiwania finansowe pracowników ukraińskich będą rosły –  mówi Iwona Załuska. – Jest wysoki sezon. Właściwie każda firma, do której dzwonimy, zgłasza zapotrzebowanie na pracowników ukraińskich, a ich oczekiwania rosną. Pracodawcy starają się uatrakcyjnić wynagrodzenie poprzez oferowanie Ukraińcom mieszkań, za które nie muszą płacić, a jest to średnio od 300 a 500 złotych. Jest to bonus, dzięki któremu więcej pieniędzy zostaje im w kieszeni.

Jest też dobra wiadomość dla polskich pracowników: według Iwony Załuskiej ten mechanizm spowoduje konieczność wzrostu stawek dla wszystkich pracowników na rynku, nie tylko ukraińskich, lecz także polskich. Tuż przed zniesieniem ruchu bezwizowego, w maju 2017 roku, średnie wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4391 zł miesięcznie. To o 5,4 proc. więcej niż rok wcześniej. W ciągu pięciu miesięcy od stycznia do maja średnia płaca wzrosła w ujęciu rocznym o 4,7 proc.

Co roku około 15 tys. Europejczyków pada ofiarą handlu ludźmi. Polacy wśród najbardziej zagrożonych nacji

Co roku około 15 tys. Europejczyków pada ofiarą handlu ludźmi. Polacy wśród najbardziej zagrożonych nacji 7

Szacuje się, że co roku około 15 tys. Europejczyków pada ofiarą handlu ludźmi, z czego 80 proc. to kobiety. W rzeczywistości skala zjawiska może być dużo większa, bo trudno o oficjalne statystyki. Jedna piąta ofiar tego procederu to osoby, które wyjechały do pracy za granicę i zostały tam wykorzystane. Mimo to Polaków nadal kuszą podejrzane oferty, „gwarantujące” wysokie zarobki przy właściwie żadnych wymaganiach dotyczących kwalifikacji i znajomości języka. Dlatego obok Bułgarów i Węgrów jesteśmy jedną z nacji najbardziej zagrożonych handlem ludźmi.

Najczęściej ofiarami handlu ludźmi padają osoby młode, kobiety, które wyjeżdżają do pracy za granicę i nie znają języka, nie są dobrze przygotowane i nie potrafią się tam odnaleźć. Ale tak naprawdę ofiarą może zostać każdy. Mamy doświadczenia z osobami, które były bardzo dobrze wykształcone, znały języki obce, a mimo to uwikłały się w sytuację prowadzącą do przykrych konsekwencji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Celina Adamek z ATERIMA MED, która monitoruje międzynarodowy rynek pracy.

Szacuje się, że co roku 15–20 tys. Europejczyków pada ofiarą handlu ludźmi. Te wyliczenia bazują na przypadkach oficjalnie zgłoszonych władzom i organom ścigania. W rzeczywistości skala zjawiska określanego jako współczesne niewolnictwo jest z pewnością dużo większa.

Ogromna większość osób, które padają ofiarą handlu ludźmi, nigdzie tego nie zgłasza. Na tym polega główny problem – są pozostawieni sami sobie, my nic o nich nie wiemy. Te szacunki są bardzo zaniżone – mówi Celina Adamek.

W marcu polskie MSWiA przedstawiło raport dotyczący handlu ludźmi, który powstał w oparciu o dane Europolu i Eurostatu. Wynika z niego, że w latach 2010–2012 w krajach członkowskich Unii Europejskiej ofiarami tego procederu padło co najmniej 30 tys. osób. Dwie trzecie (65 proc.) stanowili obywatele UE – najczęściej z Bułgarii, Rumunii, Węgier i Polski. Większość osób, które padają ofiarą handlu ludźmi, jest zmuszana do prostytucji albo pracy przymusowej.

Handel ludźmi to problem ogólnoświatowy, niestety występuje też w Europie. Polacy również padają ofiarami. Z drugiej strony, Polska jest zarówno krajem docelowym, jak i tranzytowym dla ofiar handlu ludźmi – mówi Celina Adamek.

Do wykorzystywania Polaków, którzy wyjeżdżają za granicę, dochodzi najczęściej w Niemczech, we Francji i Włoszech, dalej plasują się Wielka Brytania i Holandia.

Według statystyk Policji w latach 2011–2014 odnotowano w Polsce 750 przypadków handlu ludźmi. Z kolei z opublikowanego przez amerykański Departament Stanu pod koniec czerwca raportu („Trafficking in Persons Report 2017”) wynika, że w 2016 roku Polska przeprowadziła ponad 30 dochodzeń dotyczących takich spraw. Natomiast liczba Polaków, którzy padają ofiarą handlu ludźmi, stopniowo się zmniejsza (z 229 w 2015 roku do około 200 osób w 2016 roku).

To jednak nie oznacza, że problem znika. Eksperci podkreślają, że nie ma skutecznych metod monitorowania skali tego zjawiska. Zwłaszcza w kontekście wyzysku w pracy, którego ofiarami padają Polacy wyjeżdżający za granicę. Stowarzyszenie PoMOC i ATERIMA MED, czyli autorzy kampanii „Bezpieczna praca za granicą”, podają, że ponad 20 proc. zarejestrowanych ofiar handlu ludźmi to osoby, które wyjechały do pracy za granicę i zostały tam wykorzystane. Najbardziej narażone na ryzyko są kobiety i młode osoby, które podróżują samotnie albo wyjeżdżają bez znajomości języka.

Świadomość w tym zakresie wciąż jest nie najlepsza, dlatego przeprowadziliśmy mały eksperyment. Na ponad 60 portalach w internecie zamieściliśmy fałszywe ogłoszenie o pracę, które zawierało atrakcyjne warunki finansowe, niskie wymagania i mało informacji o pracodawcy, czyli wszystko to, co powinno zapalić nam ostrzegawczą czerwoną lampkę. Chcieliśmy sprawdzić, ile osób odpowie na takie ogłoszenie. Niestety, wyniki nie są optymistyczne. Zgłosiło się 176 osób, z czego 89 było zainteresowanych wyjazdem. Część z nich podała nam swoje dane kontaktowe i była skłonna wyjechać od zaraz – mówi Celina Adamek.

Fałszywe ogłoszenie dla „miłej pani” do opieki nad seniorami zostało zamieszczone przez tajemniczego Zbigniewa z Krakowa i spotkało się z dużym odzewem w sieci i na Facebooku. Bez podawania szczegółów chętnym proponowano 1700 euro miesięcznie za pracę w Niemczech, nie stawiając żadnych wymogów dotyczących kwalifikacji zawodowych ani znajomości języka.

Do tajemniczego pracodawcy trafiło łącznie 89 aplikacji, w większości od kobiet. Część przesłała e-mailem swoje szczegółowe dane personalne. Szóstka chętnych przyznała, że zupełnie nie zna języka niemieckiego, a 12 osób zadeklarowało, że może wyjechać od ręki. Optymistyczny jest jednak fakt, że dla 87 osób fałszywe ogłoszenie o pracę od razu wydało się podejrzane.

– Chcieliśmy porównać wyniki, bo trzy lata temu przeprowadziliśmy podobny eksperyment. Sytuacja się poprawia – tym razem mniej osób się do nas zgłosiło, część z nich wzajemnie przestrzegała się przed tą ofertą – mówi Celina Adamek.

W pierwszym badaniu w 2014 roku na fikcyjne ogłoszenie odpowiedziało aż 378 osób, z czego 49 poprosiło o dodatkowe informacje. Tylko czterem osobom oferta od początku wydała się podejrzana, a mimo to zdecydowały się odpowiedzieć na ogłoszenie. Tegoroczna edycja badania pokazuje, że świadomość społeczna dotycząca handlu ludźmi i zagrożeń związanych z pracą za granicą stopniowo się zwiększa.

„Bezpieczna praca za granicą” to kampania edukacyjna prowadzona od 2011 roku, która ma uświadamiać zagrożenia i zwracać uwagę na zjawisko handlu ludźmi. Przed tegorocznymi wakacjami rozpoczęła się po raz kolejny. Autorami kampanii są Stowarzyszenie PoMOC (zajmuje się wspieraniem osób w sytuacji kryzysowych, zwłaszcza kobiet, wielu jej podopiecznych to ofiary handlu ludźmi) oraz ATERIMA MED (rekrutuje i zatrudnia Polaków do pracy za granicą – przede wszystkim do opieki nad seniorami w Niemczech).

Przestrzegamy, jak zadbać o bezpieczeństwo przed wyjazdem do pracy za granicą, jak zrobić to mądrze i z głową, czego unikać, jak się przygotować. To przede wszystkim takie aspekty jak: mało informacji o pracodawcy, bardzo atrakcyjne warunki finansowe, niskie wymagania, brak wymogów dotyczących kompetencji i znajomości języka albo fakt, że warunki pracy są bardzo lekkie. W takich sytuacjach trzeba mieć się na baczności – podkreśla Celina Adamek.

Z raportu, który w grudniu ubiegłego roku opublikował CBOS, wynika, że co piąty dorosły Polak (20 proc.) w przeszłości przynajmniej raz pracował zarobkowo za granicą. 8 proc. planuje taki krok w najbliższym czasie. W tej grupie przeważają osoby młode, między 18 a 24 rokiem życia. Niemcy i Wielka Brytania to dwa najczęściej wybierane kierunki emigracji zarobkowej. Szacunkowo co piąta osoba, która wyjeżdża do pracy za granicą, nie zna języka obcego.

W skali globalnej co roku do pracy za granicą sprzedawanych jest około 600–800 tys. osób. Szacuje się, że około 12 mln ludzi na całym świecie to ofiary pracy przymusowej. Zdecydowaną większość (około 80 proc.) stanowią kobiety. Według szacunków ONZ w Europie do prostytucji zmuszanych jest co najmniej pół miliona kobiet. Na handlu ludźmi organizacje przestępcze zarabiają każdego roku około 25 mld euro. Z danych Eurostatu za lata 2010–2012 wynika, że około 70 proc. sprawców tego typu przestępstw to mężczyźni.

PKO Bank Polski rozwija dostęp do usług e-administracji. Jego klienci mogą załatwiać dziesiątki spraw urzędowych bez konieczności wychodzenia z domu

PKO Bank Polski rozwija dostęp do usług e-administracji. Jego klienci mogą załatwiać dziesiątki spraw urzędowych bez konieczności wychodzenia z domu 8

PKO Bank Polski jest liderem w segmencie dostępu do usług e-administracji. Spośród 300 tys. profili zaufanych utworzonych w bankowości online, ponad połowa została założona w systemach Inteligo i iPKO. Klienci mogą za ich pośrednictwem załatwiać dziesiątki spraw urzędowych bez konieczności wychodzenia z domu. Jedną z nich jest możliwość składania wniosków o świadczenie z programu Rodzina 500 plus. Od sierpnia za pośrednictwem bankowości elektronicznej w PKO Banku Polskim ma to być jeszcze prostsze.

Złożenie internetowego wniosku za pośrednictwem banku nie wymaga autoryzowanego podpisu elektronicznego. Umożliwia to Profil Zaufany – bezpłatne narzędzie, które służy do potwierdzenia tożsamości oraz logowania się w elektronicznych serwisach administracji publicznej.

– Kilka dni temu przekroczyliśmy magiczną barierę – z Profilu Zaufanego korzysta już milion osób. Polacy zaczynają dostrzegać korzyści, jakie daje cyfryzacja i oferowane przez administrację usługi elektroniczne. Doceniają wygodę, oszczędność czasu i korzystają z nich coraz częściej. Mamy nadzieję, że Profil Zaufany dalej będzie się rozwijał. Duże znaczenie miała tu nasza współpraca z sektorem bankowym – mówi agencji Newseria Biznes Karol Manys z Ministerstwa Cyfryzacji.

– Polacy bardzo chętnie korzystają z e-administracji. Z kolei administracja udostępnia coraz więcej nowych usług. Szczególnie popularna jest możliwość logowania się i korzystania z e-usług poprzez serwisy bankowości internetowej. W tej chwili Profil Zaufany ma blisko milion Polaków, a 300 tys. z nich utworzyło go poprzez bankowość internetową – dodaje Michał Macierzyński z PKO Banku Polskiego.

PKO Bank Polski jest liderem w tym segmencie – około 160 tys. profili zaufanych zostało założonych poprzez internetowe systemy transakcyjne iPKO i Inteligo. Za ich pośrednictwem można załatwić dziesiątki spraw urzędowych, na przykład wystąpić o Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ), uzyskać duplikat prawa jazdy, zarejestrować samochód lub rozliczyć się z Urzędem Skarbowym.

– Za jego pośrednictwem możemy też sprawdzić punkty karne czy uzyskać odpisy różnych dokumentów z Urzędu Stanu Cywilnego – wylicza Michał Macierzyński.

– W tym roku ponad 5 milionów osób musi złożyć wniosek o wydanie dowodu osobistego, ponieważ ich dotychczasowy dokument traci ważność. Można to zrobić drogą elektroniczną, oszczędzając sobie wizyty w urzędzie. Do tego między innymi potrzebny jest Profil Zaufany – przypomina Karol Manys.

Jedną z najpopularniejszych e-usług jest możliwość sprawdzenia liczby punktów karnych za wykroczenia drogowe. Do tej pory kierowcy musieli w tym celu stawić się na komendzie policji. W maju Ministerstwo Cyfryzacji umożliwiło taką usługę w ramach Profilu Zaufanego. Logując się za jego pośrednictwem do serwisu obywatel.gov.pl, kierowca znajdzie w nim informację o zebranych punktach karnych i o pojeździe oraz datę i miejsce popełnienia wykroczenia.

Profil Zaufany jest również bardzo przydatny dla przedsiębiorców. Za jego pośrednictwem można założyć działalność gospodarczą, Natomiast firma może elektronicznie załatwiać sprawy w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, bez konieczności wysyłania wszystkich dokumentów w formie papierowej. Jak podaje PKO Bank Polski, dostęp do PUE ZUS poprzez systemy transakcyjne iPKO i Inteligo ma ponad 8,5 mln klientów banku.

 E-administracja w Polsce wcale nie jest źle rozwinięta, Polacy mogą korzystać w sumie z około pięciuset e-usług. Te możliwości będą oczywiście nadal rozwijane, bo stale pracujemy nad kolejnymi usługami – zapowiada Karol Manys.

Jedna z najpopularniejszych usług dostępnych w ramach e-administracji jest składanie wniosków o świadczenia z programu Rodzina 500 plus.

– Od sierpnia znacznie prościej będzie uzupełnić wniosek o świadczenie z programu Rodzina 500 plus poprzez bankowość internetową. Będą to już oświadczenia, a nie zaświadczenia. Nie trzeba będzie zatem robić skanów dokumentów, a wiele rubryk uzupełni się automatycznie. Będzie po prostu szybciej – wyjaśnia Michał Macierzyński.

PKO Bank Polski jako pierwszy umożliwił składanie wniosków za pośrednictwem bankowości elektronicznej swoim klientom. Skorzystało z niej do tej pory 180 tys. klientów.

Liczba zainteresowanych będzie wzrastać, bo – jak oszacował resort rodziny – uprawnionych do świadczenia może być 1,7 mln posiadaczy kont internetowych, z których około 0,5 mln to klienci największego polskiego banku.

 Od sierpnia trzeba złożyć wniosek na kolejny okres rozliczeniowy. Spodziewamy się, że spośród blisko 0,5 mln uprawnionych do tego klientów, duża część zrobi to poprzez bankowość internetową – ocenia Michał Macierzyński.

Cały proces odbywa się szybko i intuicyjnie. Klient loguje się do bankowości internetowej w PKO Banku Polskim, przechodzi do właściwej zakładki i uzupełnia formularz, który następnie jest przesyłany do gminy. Na koniec bank wysyła mailowe potwierdzenie klientowi, że wniosek został złożony. Po krótkim czasie przychodzi listowne zawiadomienie od gminy, że świadczenie wychowawcze zostało przyznane, o ile zostały spełnione ku temu warunki.

Przyspiesza realizacja programu Mieszkanie Plus. Poczta Polska wytypowała kolejne grunty pod budowę tanich mieszkań

Przyspiesza realizacja programu Mieszkanie Plus. Poczta Polska wytypowała kolejne grunty pod budowę tanich mieszkań 9

Przyspiesza realizacja programu Mieszkanie Plus. W ubiegłym tygodniu do Sejmu trafił projekt ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości, czyli państwowym banku ziemi. KZN umożliwi budowanie tanich mieszkań na gruntach Skarbu Państwa. Taka inwestycja ruszy niedługo w Warszawie, na działkach przekazanych przez Pocztę Polską. Łącznie na warszawskiej Woli ma powstać 1100 lokali w ramach Mieszkania Plus. Poczta wytypowała już kolejne grunty.

– Zainteresowanie programem Mieszkanie Plus w całej Polsce jest bardzo duże. Każda realizacja, choćby w najmniejszym mieście, wywołuje ogromne zainteresowanie mediów, samorządów, lokalnych elit, a przede wszystkim mieszkańców. Ludzie dzwonią, pytają, jak ma to wyglądać, kiedy będą mieszkania, jaka będzie ich dostępność. Każda realizacja i każde podpisanie umowy wywołują ogromne zainteresowanie społeczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Pawlak, wiceprezes BGK Nieruchomości.

Ogłoszony we wrześniu 2016 roku rządowy program Mieszkanie Plus ma zwiększyć liczbę mieszkań dostępnych dla osób o średnich dochodach, którzy nie mogą zaciągnąć kredytu mieszkaniowego na rynkowych zasadach. Umożliwi to wykorzystanie nieruchomości, które należą do Skarbu Państwa.

Mieszkanie Plus opiera się na trzech filarach. Pierwszym są Indywidualne Konta Mieszkaniowe, na których będzie można odkładać pieniądze na zakup albo remont mieszkania. Regularne oszczędzanie ma być dodatkowo premiowane przez rząd. Drugi filar to wsparcie dla budownictwa społecznego i spółdzielczego. Trzeci zakłada utworzenie Krajowego Zasobu Nieruchomości (KZN), czyli państwowego banku ziemi, który będzie rozporządzał gruntami przekazanymi przez Skarbu Państwa i przekazywał je na cele budownictwa mieszkaniowego zarówno w dużych miastach, jak i mniejszych miejscowościach.

Projekt ustawy o KZN, który powstał w Ministerstwie Infrastruktury i Budownictwa, przyjęła 5 lipca Rada Ministrów. W ubiegłym tygodniu został przedłożony w Sejmie. Nowe przepisy zobowiążą m.in. samorządy, Lasy Państwowe, Agencję Mienia Wojskowego i inne państwowe spółki do sporządzania wykazów swoich nieruchomości i przekazywania ich do krajowych zasobów.

W ubiegłym tygodniu jako pierwsza na taki krok zdecydowała się już Poczta Polska. Spółka przekazała dwie działki w Warszawie z przeznaczeniem pod budowę 1100 mieszkań na wynajem z opcją dojścia do własności. Pierwsza ponaddwuhektarowa działka jest położona przy ul. Sowińskiego na Woli. Powstaną na niej budynki, w których znajdzie się ok. 450 lokali mieszkalnych. Druga, o powierzchni trzech hektarów. znajduje się przy ul. Worcella, również na warszawskiej Woli. Na tym gruncie wybudowanych zostanie ok. 650 mieszkań. Poczta Polska podpisała już w tej sprawie porozumienie ze spółką BGK Nieruchomości, która sfinansuje budowę.

– W ramach porozumienia, które zawarliśmy z BGK Nieruchomości, wytypowaliśmy pięć lokalizacji interesujących dla obu stron. Dwie są w Warszawie: przy ulicy Sowińskiego i Worcella, łącznie mają około 5,5 ha. Pozostałe lokalizacje to Wrocław, Rybnik i Grudziądz. Wytypowaliśmy również kolejne grunty, które pasują do potrzeb programu Mieszkanie Plus. To lokalizacje rozproszone po całej Polsce. Możemy być atrakcyjnym partnerem dla programu Mieszkanie Plus, a jednocześnie odnieść z tego tytułu sukces komercyjny – mówi Paweł Skoworotko, członek zarządu Poczty Polskiej.

Działki, na których będą realizowane obie inwestycje, zostały wniesione przez Pocztę Polską w formie aportu. Obecny w trakcie podpisania umowy podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Witold Słowik ocenił, że dzięki ostatnim postępom realizacja programu Mieszkanie Plus znacznie przyspieszy.

– Realizacja tego programu dynamicznie rusza, a jego potencjał jest bardzo duży. Kilka dni temu wicepremier Mateusz Morawiecki wbił symboliczną łopatę pod budowę mieszkań w Gdyni. W ostatnich dniach rozpoczęła się budowa w Pruszkowie oraz w Wałbrzychu, teraz dołączyła Warszawa. To dopiero początek realizacji programu. BGK, który jest częścią składową Polskiego Funduszu Rozwoju, intensywnie pracuje nad tym, aby znaleźć kolejne lokalizacje i zapewnić im finansowanie – mówi Witold Słowik, wiceminister rozwoju.

Rząd zakłada, że koszt budowy metra kwadratowego lokalu w ramach Mieszkania Plus nie będzie przekraczał 2–3 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Natomiast czynsze, które będą płacić osoby wynajmujące państwowe mieszkania, będą zawarte w granicach 10–20 zł za mkw.

Jak podaje Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa, obecnie w ramach programu Mieszkanie Plus buduje się ponad 1,2 tys. mieszkań, a kolejne 10 tys. jest w przygotowaniu.

– Pierwsze realizacje będziemy chcieli oddawać już w I kwartale przyszłego roku. To inwestycje w Białej Podlaskiej i Jarocinie, kolejne, które są w trakcie będą oddawane pod koniec przyszłego roku – deklaruje Bartłomiej Pawlak.

Innowacyjny system wdrożony przez ministerstwo pomoże maturzystom wybrać kierunek studiów. Zwiększy to ich szanse na lepszą pracę i wyższą pensję

Innowacyjny system wdrożony przez ministerstwo pomoże maturzystom wybrać kierunek studiów. Zwiększy to ich szanse na lepszą pracę i wyższą pensję 10

Wybór studiów często decyduje o ścieżce kariery na całe życie, a także wysokości pensji. Dlatego uczniowie liceum powinni wybrać kierunek, który nie tylko pozwoli im rozwijać pasje, lecz także zapewni w przyszłości wysokie wynagrodzenie. ELA (Ekonomiczne Losy Absolwentów) to innowacyjny system, który podpowiada przyszłym maturzystom, jaki kierunek studiów powinni wybrać. Koszt jego utrzymania jest przy tym sto razy mniejszy od badań wykonywanych metodą ankietową.

– ELA to system, który dostarcza informacji na temat tego, co dzieje się z absolwentami konkretnych kierunków studiów. Jest to portal internetowy, na który wystarczy wejść i wpisać nazwę kierunku, którym jesteśmy zainteresowani. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy maturzystą, który chciałby się dowiedzieć, ile średnio zarabia się po zakończeniu studiów, jak wysokie jest ryzyko bezrobocia, jak szybko możemy znaleźć pracę, jaki jest stosunek naszych zarobków lub ryzyka bezrobocia do lokalnego rynku pracy. ELA pozwala sprawdzić wszystkie istotne informacje – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Dardziński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Wiceminister przekonuje, że wybór kierunku powinien być podyktowany nie tylko samymi zainteresowaniami maturzysty, lecz także zapotrzebowaniem rynku na pracowników z danego sektora.

– Fantastycznie, gdy chcę być studentem, który będzie studiował informatykę na Politechnice Warszawskiej, moja kariera materialna stoi przede mną otworem. Ale są takie kierunki, gdzie po spełnieniu naszej pasji będziemy musieli nieco ostrzej powalczyć na rynku pracy, żeby móc godnie żyć – tłumaczy Piotr Dardziński.

ELA to zanonimizowana baza danych oparta na informacjach zgromadzonych przez ZUS oraz uczelnie – dzięki temu studenci mają dostęp do realnych informacji, które nie naruszają ochrony danych osobowych. To łączenie danych umożliwia generowanie raportów, które dokładnie obrazują, co dzieje się z absolwentami po opuszczeniu murów uczelni.

– Baza pierwsza, którą każdy zna, to ZUS. Każdy, kto pracuje, płaci składki, każdy pracodawca rejestruje pracownika, każdy pracownik ma swoją fiszkę w ZUS. Takie same fiszki mamy w bazie, która nazywa się Polon, w której gromadzimy informacje o studentach. Wystarczyło – tylko lub aż – wymyślić sposób, jak połączyć dane o konkretnej osobie, o studencie jako pracowniku, w sposób zanonimizowany, aby nie naruszać ochrony danych osobowych. Ten system wymyślił prof. Jasiński z UW, jest on od kilku lat budowany, rozwijany, zaczynamy dostawać jego coraz bardziej dojrzałe formy – wyjaśnia Piotr Dardziński.

Na razie system śledzi jedynie losy studentów, lecz w przyszłości ma być rozwijany w taki sposób, aby dostarczał również informacji o tym, jak na rynku pracy radzą sobie doktoranci. Wartościowe dane przydadzą się więc nie tylko maturzystom, lecz także potencjalnym naukowcom. A przy tym system ELA generuje o wiele niższe koszty niż badania wykonywane metodą ankietową.

– Jest to innowacja procesowa. W zupełnie inny sposób możemy zarządzać polityką publiczną, jednym z obszarów polityk publicznych, który jest dedykowany szkolnictwu wyższemu. To również generuje stokrotnie mniejsze koszty od badania metodą ankietową, jest to szybko działający system i realnie weryfikowalne dane – podsumowuje Piotr Dardziński.

Ilość danych o zebranych konsumentach coraz częściej decyduje o przewadze konkurencyjnej firmy

Ilość danych o zebranych konsumentach coraz częściej decyduje o przewadze konkurencyjnej firmy 11

O przewadze konkurencyjnej firm coraz częściej stanowi ilość gromadzonych danych. Firmy, które gromadzą bardzo duże ilości informacji, zyskują przewagę nad innymi. Przykładem może być firma Tesla, producent samochodów, który wprowadził na rynek pojazdy kierowane automatycznie i jednocześnie zbierające informacje o kierowcach czy stanie dróg. Zebrane informacje są cenne także dla marketerów i przywódców w biznesie. Wiedza o tym, jak można zgromadzone dane wykorzystać, umiejętnościach budowy zespołów i organizacji, które są w stanie je wykorzystywać, są obecnie kluczową kompetencją.

We współczesnym świecie coraz istotniejsze jest wykorzystanie danych i zrozumienie, że dane są często kluczowym źródłem wartości. Firmy, które są w stanie gromadzić bardzo duże ilości informacji, zyskują niesamowitą przewagę nad innymi – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Dominik Batorski, adiunkt w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego na Uniwersytecie Warszawskim.

W reklamie, dzięki dopasowaniu do rzeczywistych potrzeb konsumentów, efektywność reklam wzrasta o 30–50 proc. Z raportu „Data-driven marketing w Polsce” opublikowanego przez Grupę Netsprint wynika, że 93 proc. marketerów korzysta z danych gromadzonych o użytkownikach sieci, przy czym połowa sięga po dane zewnętrzne. 75 proc. wykorzystuje „1st party data”, czyli dane własne reklamodawców, a 47 proc. korzysta z danych zewnętrznych. Zbieranie danych może też stanowić o przewadze firm.

– Ciekawym przykładem jest firma Tesla, która od kwietnia 2017 roku jest najwięcej wartym producentem samochodów [w USA – red.]. Firma, która w ubiegłym roku sprzedała 76 tys. aut, jest warta więcej niż General Motors, który sprzedał ich ok. 10 mln. Jednocześnie Tesla straciła w zeszłym roku 800 milionów dolarów, a GM zanotował zysk na poziomie 10 milionów dolarów. Przewaga Tesli wynika moim zdaniem z faktu, że jest obecnie najbardziej zaawansowanym producentem aut autonomicznych. Każdy samochód Tesli może działać z autopilotem, być prowadzony autonomicznie i każdy jest narzędziem do zbierania danych, bez względu na to, czy prowadzi go człowiek czy maszyna – tłumaczy dr Dominik Batorski.

Pojazdy mają nagrywać i przesyłać materiał zarejestrowany przez zewnętrzne kamery samochodu. Dzięki temu pojazd ma uczyć się samodzielnej jazdy: rozpoznawać pasy na jezdni, odczytywać znaki drogowe czy kolor świateł. Dzięki temu firma chce usprawnić działanie m.in. funkcji autopilota.

– Właśnie kwestia myślenia o danych, o tym jakiego rodzaju dane można zbierać, jak je wykorzystać, jak budować przewagę konkurencyjną w oparciu o dane, jest absolutnie kluczowa – ocenia ekspert.

W czerwcu wycena akcji Tesli na giełdzie NASDAQ (61 miliardów dolarów) przewyższyła Forda, General Motors oraz BMW mimo mniejszej liczby sprzedanych pojazdów. O przewadze zadecydowała wartość gromadzonych danych i możliwość ich wykorzystania.

Jak zaznacza ekspert, podobne kompetencje są kluczowe także dla osób zarządzających w administracji lub biznesie.

– Kluczową kompetencją osób zarządzających jest nie tylko rozumienie znaczenia danych, lecz także wiedza o tym, co można z tymi danymi zrobić, umiejętność budowania zespołów i organizacji, które są w stanie wykorzystywać te dane – podkreśla dr Dominik Batorski.

Kto depcze May po piętach?

Niespodziewanie nudny występ Janet Yellen w Waszyngtonie spowodował wzrost akcji, ale nie na długo. Dow Jones wzrósł w sumie o 25 punktów z zyskiem wynoszącym 0,1%. Azjatyckie akcje też dziś idą wzwyż na podobnym poziomie. Nie ma tu nic ciekawego do zaobserwowania. Z całego tego podekscytowania warto wyciągnąć, że zmienność notowana jest blisko najniższych poziomów, gdyż środek lata wyssał życie z tego rynku. Waluty i towary notowane są w linii płaskiej. Złoto i olej kształtują się bez określonego celu. Poza 20-punktowym ruchem na dolarze australijskim naprawdę nie ma o czym mówić.

S&P500_14_07_2017

Szukający dreszczyku emocji  traderzy handlujący na wysokich poziomach ryzyka powinni spojrzeć na kryptowaluty. Nawet w tym nudnym dniu, Bitcoin poruszył się o 1,39%, a Ethereum – 4,58%. Niestety, ogólny kierunek jest niekorzystny. Z 10 najlepszych kryptowalut, 9 jest notowanych na czerwono. Tylko Ethereum Classic idzie w górę, jeśli można tak nazwać ruch na poziomie 0,09% zysku.

Kapitalizacja_rynkowa_14_07_2017

Pomimo dużej korekty, jaką zaobserwowaliśmy w ciągu ostatnich kilku tygodni i niewielkiej poprawy wczoraj, spadki te wydają się być nieco wyciszone. Jeżeli całkowita kapitalizacja rynkowa spadnie znacznie poniżej 80 miliardów dolarów lub jeśli przekroczy poziom 91 miliardów dolarów, możemy się spodziewać kolejnego impetu wzrostów.

Jedną z rzeczy, które kocham w polityce brytyjskiej są tamtejsi ministrowie gabinetu cienia. Dla każdego sekretarza rządu, partia opozycyjna tworzy swojego własnego delegata, który nie ma absolutnie żadnej władzy, ale którego głównym zadaniem jest atakowanie ich odpowiednika. Jeremy Corbyn spotka się dzisiaj z europejskim negocjatorem Brexitu i poinformuje go, że jest gotowy przejąć negocjacje w przypadku, gdy rząd Theresy May upadnie. Corbyn depcze po piętach May od nocy wyborów, ale jest to zupełnie nowy poziom zuchwałości, który dodaje złożoności już i tak zaciekłym negocjacjom. Biorąc pod uwagę wszystkie ruchy polityczne oraz na rynkach, od czasu referendum w sprawie Brexitu w czerwcu 2016 r., para walutowa EUR/GBP pozostała niewiarygodnie stabilna.

EURGBP_14_07_2017Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Kurs dolara najniżej od 2 lat, winne słabe dane z USA

W piątek kurs dolara spadł poniżej 3,68 zł i był najniższy od prawie 2 lat. Przecenę sprowokowały rozczarowujące dane z amerykańskiej gospodarki, które zmniejszyły szanse na szybkie kolejne podwyżki stóp procentowych przez Fed.

Dolar, który od początku dnia nie zachwycał siłą, gwałtownie osłabił się po godzinie 14:30 do koszyka walut. W tym również do polskiego złotego. Notowania USD/PLN spadły do 3,6774 zł z okolic 3,6950 zł tuż przed danymi i 3,7053 zł w czwartek na koniec dnia. Tym samym dolar był najtańszy od października 2015 roku. W tym samym czasie kurs EUR/USD wzrósł do 1,1468, zbliżając się do wyznaczonego w tym tygodniu szczytu na 1,1489, gdy notowania znalazły się najwyżej od maja 2016 roku.

Przecena „zielonego” była reakcją na rozczarowujące dane z amerykańskiej gospodarki. W czerwcu inflacja w USA wyhamowała do 1,6 proc. w relacji rocznej z poziomu 1,9 proc. w maju i wobec oczekiwanego odczytu na poziomie 1,7 proc. Sprzedaż detaliczna natomiast nieoczekiwanie spadła o 0,2 proc. miesiąc do miesiąca, podczas gdy prognozowano jej wzrost w takim samym wymiarze. Raporty te zmniejszają prawdopodobieństwo trzeciej w tym roku podwyżki stóp procentowych przez Fed. Rynek terminowy „wycenił” już po danych taki ruch na poniżej 50 proc. na koniec roku.

Negatywnej wymowy inflacji i sprzedaży nie zdołały złagodzić opublikowane później, lepsze do zakładanych, wyniki produkcji przemysłowej. W czerwcu produkcja wzrosła o 0,4 proc. w relacji miesięcznej, podczas gdy prognozowano wzrost na poziomie 0,3 proc. Dodatkowo majowe dane nieznacznie skorygowano w górę.

Dzisiejszy spadek notowań dolara w relacji do złotego niesie silne reperkusje na przeszłość. Kurs USD/PLN przebił bowiem ważną strefę wsparcia 3,69-3,70 zł, która to bariera dwukrotnie w czerwcu powstrzymywała wyprzedaż amerykańskiej waluty. Takie zachowanie może sugerować szybki spadek w okolice 3,60 zł, czyli poziomów nieoglądanych od maja 2015 roku.

O tym, czy notowania USD/PLN faktycznie spadną do 3,60 zł, czy może jednak ponownie wrócą powyżej 3,70 zł, zdecyduje nie tylko kondycja amerykańskiej waluty, ale też licznie publikowane w przyszłym tygodniu dane z rodzimej gospodarki. We wtorek inwestorzy poznają raporty o płacach i zatrudnieniu. Dzień później natomiast najważniejsze w całej serii dane o produkcji przemysłowej (prognoza: 3,8 proc. R/R) i sprzedaży detalicznej (prognoza: 6,9 proc. R/R), które uzupełni publikacja inflacji producenckiej i nastrojów konsumenckich.

O godzinie 15:39 kurs USD/PLN testował poziom 3,6815 zł, EUR/PLN 4,2130 zł, CHF/PLN 3,8170 zł, a GBP/PLN 4,7940 zł.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Kolejne rekordy na Dow Jones. Morawiecki zapowiedział potężny pakiet inwestycji

Janet Yellen rekomenduje pozostawienia anty recesyjnych ograniczeń dla banków cały czas w mocy. Rekordy na średniej przemysłowej Dow Jones tuż przed kwartalnymi wynikami spółek. 100 mld inwestycji infrastrukturalnych w Polsce.

Środki antyrecesyjne stają się regularnymi

Kryzysy finansowe oprócz całej masy negatywnych skutków mają też kilka drobnych pozytywnych aspektów. Jednym z nich są wyciągane lekcje. Niestety większość tych lekcji na dłużej trafia zaledwie do podręczników ekonomicznych. Wyjątek od tej reguły widzimy w USA, gdzie właśnie przepisy mające zwiększyć bezpieczeństwo sektora finansowego pomimo wyraźnej poprawy mają zostać utrzymane. Mowa między innymi o większych kapitałach własnych banków. Rezygnacja z tych ograniczeń w przypadku zawirowań na rynkach powodowałaby, że powtórka z 2008 roku byłaby bardziej prawdopodobna. Pytanie czy zostaną te regulacje utrzymane w przyszłości.

Kolejne rekordy na Dow Jones

Wczoraj poznaliśmy liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Wynik 247 tysięcy był bardzo mocno zbliżony do oczekiwań. O tym, że dane te nie miały większego wpływu świadczy spokojna reakcja rynków walutowych. Spokój jednak dał sygnał dla inwestorów giełdowych. Przewidując lepsze wyniki kwartalne rozpoczęli oni podkupywanie akcji. W rezultacie oglądaliśmy rekordowe zamknięcie na jednym z kluczowych indeksów Dow Jones Industrial.

100 mld na inwestycje infrastrukturalne w 10 lat

Jeżeli ktoś sądził, że dobre wyniki obecnego budżetu przełożą się na spłatę zadłużenia Polski może już przestać się łudzić. Wicepremier Mateusz Morawiecki zapowiedział właśnie potężny pakiet inwestycji infrastrukturalnych w ramach polsko-chińskiego forum Pasa i Szlaku. Program ma na celu wsparcie budowy autostrad, szybkiej kolei, inwestycje energetyczne a nawet żeglowność rzek. Ostatnie duże przygody w ramach inwestycji infrastrukturalnych przy budowie dróg nie zakończyły się co prawda spektakularnym sukcesem, ale to wcale nie znaczy, że to się powtórzy.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
  • 15:15 – USA –  produkcja przemysłowa,
  • 16:00 – USA – Raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ekstremalny tydzień

To był tydzień ekstremów, długoterminowe dołki lub szczyty ustanawiały m.in. eurodolar, USD/JPY, USD/CAD, EUR/GBP, AUD/USD czy USD/PLN. Nie wszystkie z tych tendencji mają potencjał, by być kontynuowanymi. Dużo w tej kwestii będzie zależeć od kluczowych danych z USA wieńczących ten tydzień – inflacji bazowej.

Od trzech miesięcy jej dynamika miesiąc do miesiąca była przeciętnie rzecz ujmując zerowa. W ujęciu rok do roku wskaźnik uplasował się ostatnio na poziomie 1,7 proc. Decydenci z Fed grudniową podwyżkę uzależniają od tego, czy presja na ceny bazowe okaże się słaba jedynie przejściowo. Dzisiejsze odczyty w tym świetle mają potencjał by wesprzeć dolara poprzez zmuszenie inwestorów do dyskonta podwyżki z tym roku z prawdopodobieństwem wyższym niż 50 proc. Sprzyjać temu będzie sytuacja w notowaniach amerykańskich obligacji, których dochodowości odnotowały korekcyjny spadek, ale mają potencjał do dalszej zwyżki. Podobnie rzecz ma się z rentownością niemieckich obligacji. Powoduje to, że korzystne dla obu walut tendencje będą się w najbliższym czasie w pewnym stopniu znosić i neutralizować. W szerszej perspektywie postrzegamy jednak tendencje na rynku długu po stronie obligacji USA za trwalsze, co z czasem przełoży się na schodzenie EUR/USD na niższe pułapy.

Inflacja na poziomie konsumenckim wyhamuje z 1,9 do – zgodnie z prognozami – 1,7 proc. za sprawą cen paliw. Poza tym poznamy ważne dane o sprzedaży detalicznej, które po słabym maju powinny silnie odbić. Dotyczy to zwłaszcza tzw. bazowej sprzedaży detalicznej, czyli tej, której kategorie pokrywają się z konsumpcją rozumianą jako składnik rachunków narodowych. Warto też zwrócić uwagę na nastroje konsumentów i produkcję przemysłową, ale dane te mają potencjał jedynie by wzmocnić wydźwięk publikacji z 14:30 – w innym razie przejdą bez większego echa. Co do zasady: po raczej gołębich sygnałach z Fed z tego tygodnia dolar może nie zareagować wyraźnie na minimalne rozczarowanie w paczce danych.

Największy potencjał do odrabiania strat dolar ma naszym zdaniem względem walut gospodarek wschodzących, przede wszystkim liry i randa. Załamania kursów USD/ZAR i USD/TRY w ostatnich dniach były potężne, ale mają naszym zdaniem charakter korekcyjny. Złoty w mniejszym stopniu zyskiwał w ostatnich dniach, więc powinien pozostać stabilny. Mimo to nie widzimy potencjału by USD/PLN na trwale schodził poniżej 3,70. W gronie walut G-10 negatywnie podchodzimy do perspektyw funta, który w najbliższym tygodniu może znaleźć się pod presją kolejnych negatywnych informacji z gospodarki. Uważamy jednocześnie, że w notowaniach CAD, NZD i AUD potrzebna jest krótkoterminowa korekta będąca odreagowaniem ich ostatniej siły.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Rynek nieruchomości handlowych w Polsce w obliczu zmian

Od stycznia do czerwca 2017 r. rynek nieruchomości handlowych urósł o 63 100 mkw., z czego na centra handlowe przypadło 16 600 mkw., na parki handlowe – 21 500 mkw., a na wolnostojące obiekty wielkopowierzchniowe – 25 000 mkw. Do użytku oddano m.in. wolnostojący sklep Agata Meble (18 000 mkw.) w Rzeszowie, park handlowy Kalinka (9 700 mkw.) w Kaliszu czy centrum Tarasy Grabiszyńskie (8 500 mkw.) we Wrocławiu.

„O ile I półrocze bylo umiarkowanie aktywne jeśli chodzi o nowe otwarcia, to należy pamiętać, że najbardziej intensywny czas dopiero przed nami. Na koniec czerwca w budowie było 700 000 mkw. powierzchni handlowej,  z czego ponad 90% przypadało na format centrów handlowych. Spodziewamy się, że w drugiej połowie roku do użytku zostanie oddane ok. 372 000 mkw. nowej przestrzeni handlowej. Największymi nowymi obiektami będą Galeria Północna w Warszawie oraz Wroclavia we Wrocławiu”, informuje Agnieszka Tarajko-Bąk, Starszy Analityk Rynku, JLL.

Rynek w czasie zmian

Obecnie całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce to 13,4 mln mkw., z czego centra handlowe stanowią 9,5 mln mkw. (w ponad 400 obiektach).

„W warunkach coraz większej konkurencji i w wyniku starzenia się obiektów handlowych – często usytuowanych w atrakcyjnych i sprawdzonych lokalizacjach, deweloperzy skupiają się nie tylko na realizacji nowych obiektów. Coraz więcej projektów przechodzi modernizacje, rozbudowy czy zmiany formatów. Takie działania mają na celu utrzymanie atrakcyjności już istniejących obiektów i przyciągnięcie nowych klientów”, tłumaczy Mariusz Czerwiak, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych w JLL.

Rynek handlowy dynamicznie się zmienia nie tylko fizycznie – w wyniku naturalnego starzenia się obiektów handlowych, ale przede wszystkim w kontekście społecznym.

„Zmieniające się upodobania klientów w znaczącym stopniu wpływają na zmianę roli centrów handlowych. Kreowanie miejsc spotkań, rosnąca popularność rozrywki i gastronomii, innowacje i nowe technologie, sprzedaż wielokanałowa, e- commerce itp. wywierają ogromny wpływ na zachowania konsumentów. Zarówno właściciele obiektów handlowych, jak i najemcy muszą poszukiwać coraz to nowszych sposobów, aby sprostać tym potrzebom, które niewątpliwie zmienią centra handlowe w przyszłości”, dodaje Mariusz Czerwiak.

Kolejnym wyzwaniem dla polskiego rynku są kwestie zmieniającej sie legislacji, w tym m.in. kwestie podatkowe czy planowany zakaz lub ograniczenie handlu w niedzielę.

Popyt

Polski rynek handlowy jest największy w regionie, rozwija się dynamicznie, co czyni go atrakcyjnym dla zagranicznych sieci i marek. Te najbardziej liczące się wybierają na nowe lokalizacje największe polskie aglomeracje. Przykładowo, w ostatnim czasie centrum handlowym Posnania w Poznaniu swój pierwszy w Polsce sklep otworzył rosyjski producent ubrań befree, a w warszawskim Domu Mody Klif butik uruchomiła Elisabetta Franchi.

„Ciekawym zjawiskiem jest wzrost aktywności wschodnioeuropejskich marek. Rosyjskie i ukraińskie marki, m.in. Goldi, Love Republic, Zarina czy Outhorn, zamierzają podbić polski rynek. Dwie z nich – Love Republic i Zarina zadebiutują w Galerii Północnej, która otwiera się już w sierpniu”, wymienia Mariusz Czerwiak.

Czynsze

Czynsze ”prime”, które dotyczą najlepszych lokali o powierzchni 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych, pozostają najwyższe w Warszawie (do 130 euro za mkw. miesięcznie). Poza nią, w głównych aglomeracjach, stawki kształtują się w przedziale 45 – 60 euro za mkw.

Rynek inwestycyjny

„W pierwszym półroczu 2017 r. całkowita wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce wyniosła 955 mln euro. Ponad 800 mln euro przypadło na sam II kwartał. Przewidujemy, że wysoka aktywność inwestorów utrzyma się również w drugiej połowie roku, a świadczy o tym znacząca ilość transakcji w toku, na różnych etapach zaawansowania, z finalizacją zaplanowaną na najbliższe tygodnie i miesiące”, informuje Adam Kiernicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych, JLL.

Największe transakcje sfinalizowane od stycznia do czerwca tego roku to sprzedaż czterech parków handlowych – dwóch w Aglomeracji Warszawskiej, po jednym w Katowicach i Poznaniu – przez IKEA Centres do Pradera European Retail Parks SCSp; zakup trzech centrów wyprzedażowych Fashion House w Piasecznie, Gdańsku i Sosnowcu przez Deutsche Asset Management od funduszu zarządzanego przez Peakside Capital oraz sprzedaż tzw. portfela Quadro przez Blackstone. Trzy centra ze wspomnianego portfela – Wzorcownię we Włocławku, Galerię Twierdza w Kłodzku i Galerię Twierdza w Zamościu, przejęło EPP. Kaliską Galerię Tęcza kupił nieujawniony inwestor. Do istotnych transakcji handlowych pierwszego półrocza należy również zaliczyć zakup CH Ogrody w Elblągu przez CPI Group od CBRE Global Investors (transakcja w ramach międzynarodowego portfela nieruchomości) oraz sprzedaż CH Zakopianka przez Tristan Capital Partners do EPP.

Stopy kapitalizacji dla najlepszych centrów handlowych pozostają na poziomie 5,0%, a dla najlepszych parków handlowych na poziomie ok. 7,0%.

Wynagrodzenie to nie wszystko. Dlaczego Polacy zmieniają pracę

Jeszcze kilka lat temu zmiana pracy co 5 lat była czymś niepokojącym i dziwnym także dla samych rekruterów. Teraz zmiana pracy co 2-3 lata jest czymś normalnym. Dlaczego częściej odchodzimy z pracy?

– Jedną z głównych przyczyn, dla której pracownik składa wypowiedzenie są niskie pieniądze. Potwierdzają to różne badania satysfakcji z pracy – mówi Joanna Żukowska z serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl. – Wystarczy jednak porozmawiać z osobami, które choć raz na zawodowej ścieżce złożyły wypowiedzenie, aby przekonać się, że myśl o lepszych pieniądzach pojawia się wskutek innych trudności w miejscu pracy – dodaje.

Często to czynniki wynikające z odmiennych oczekiwań szefostwa i pracownika – zwykle można te problemy złagodzić poznając oczekiwania obu stron i wypracowując kompromis. Bywa, że za rotacją, stoją przyczyny, na które nawet najlepszy HR-owiec nie ma wpływu. Jeśli więc praca wiąże się z niedogodnościami, należy poinformować o nich już podczas rekrutacji, aby pracownik miał świadomość, jakiej pracy się podejmuje. Co doprowadza pracowników do myśli o odejściu z firmy?

  • Niepewność zatrudnienia

Pracownicy nie wiążą się z pracodawcami, którzy nie pokazują, że im także zależy. Zdarza się, że pracownik miesiącami „nie wie, na czym stoi”. A jeśli osoba zatrudniona nie ma pewności, że pracodawca zwiąże się z nim po okresie próbnym, podświadomie zaczyna czuć niepewność i rozgląda się za nową pracą. Atmosferę niepewności zatrudnienia tworzy czasem nie tyle to, co zapisane w umowie, ile postawa szefostwa.

– Byłam trzy miesiące na okresie próbnym w agencji nieruchomości, na którym pracowałam jak etatowy pracownik, włącznie z zostawaniem po godzinach. Kiedy zbliżała się końcówka trzeciego miesiąca, szef zaczął coraz częściej mówić w mojej obecności o trudnej sytuacji w firmie. Wyczułam, że to wybieg, aby nie wywiązać się z obiecanej umowy na stałe i lepszych pieniędzy. Nie pomyliłam się. Szef zaproponował mi, że mogę zostać na takich samych warunkach, zaznaczając, że w agencji nie dzieje się najlepiej. Zniechęcił mnie na tyle, że jeszcze tego samego dnia zaczęłam rozsyłać CV – opowiada 25-letnia Alicja z Warszawy.

  • „Utrudnianie życia”

Pracownik ma własne życie i pozapracowe zobowiązania. I nie chodzi o to, że ma przez nie zaniedbywać pracę. Cała sztuka tkwi w tym, aby udawało się łączyć pracę z życiem prywatnym. Bywa, że pracownik potrzebuje przyjść dwie godziny później do pracy i ma ważną np. urzędową sprawę, a szef bez jasnego powodu odmawia mu rozpoczęcia pracy w późniejszych godzinach, choć pracownik mógł te dwie godziny odrobić w godzinach popołudniowych. Pracownicy operują tutaj dwoma sformułowaniami – „szef albo utrudnia życie” albo „idzie na rękę”. Oczywiste kogo wybierze pracownik. Dlatego jednym w ważniejszych zadań, stojących także przed działami HR jest podkreślanie elastycznej pracy.

– Nie zamieniłbym mojej szefowej na inną. Kiedy mam chore dziecko – mogę pracować z domu, kiedy potrzebuję wyjść na przedstawienie do przedszkola – mogę dokończyć obowiązki w godzinach wieczornych i zdalnie. Przez to, że szefowa mi zaufała wykonuję swoją pracę jeszcze dokładniej. Z wcześniejszej pracy zrezygnowałem, gdyż firma nie uwzględniała mojej życiowej sytuacji, choć pracowałem rzetelnie – mówi Michał, który pracuje w krakowskim biurze projektowym.

  • Pracownik w ogniu krytyki

Zdarzają się modele zarządzania, w których brak krytyki uważany jest już za pochwałę i takie, w których jedyną „motywacją” jest krytyka. Pracownicy nie pałają zachwytem do tego modelu zarządzania. Krytyka jest znośna tylko wtedy, kiedy jako przeciwwagę stosowane są pochwały.

– Przez 10 lat pracowałam w dwóch firmach, w trzeciej jestem od trzech miesięcy i planuję złożyć wypowiedzenie najpóźniej we wrześniu. Jestem dobrym pracownikiem, a łatwo to zmierzyć, bo osiągam dobre wyniki sprzedażowe. Jednak obecny menadżer komunikuje się z zespołem tylko wtedy, gdy może kogoś skrytykować. Nie da się pracować w takiej atmosferze – mówi Kalina, która pracuje jako specjalista ds. sprzedaży w branży medycznej.

  • Stagnacja, brak wyzwań

Powtarzalność nie jest dla każdego. Dlatego, jeśli kandydat aplikuje na stanowisko pracy, w której nie ma spektakularnej ścieżki kariery, nie należy mu „sprzedawać” tej pracy jako „pełnej wyzwań”. Są osoby, które bezpiecznie czują się w przewidywalnych pracach i takich kandydatów należy szukać. Rozczarowania unikną obie strony.

– Po dwóch weekendach pracy w call center zrezygnowałem. Praca siedząca i nieustanne rozmowy przez telefon okazały się dla mnie zbyt nużące – mówi Krzysztof.

  • Szef z niższymi kompetencjami

Rekrutując, należy dobierać pracowników w taki sposób, aby nie przewyższali szefów kompetencjami. Układ, w którym pracownik ma dużo wyższe kompetencje od przełożonego, a jednocześnie mniej zarabia, jest źródłem frustracji pracownika, a finalnie powodem odejścia.

– Nie mogłem pogodzić się z brakiem możliwości awansu, podczas gdy mój szef przygotowywał się do objęcia kolejnego wyższego stanowiska – mówi Karol, pracownik IT.

  • Zakaz korzystania z telefonów komórkowych

Wydawałoby się, że nikt nie zrezygnowałaby z pracy ze względu na brak możliwości korzystania z telefonu komórkowego. Okazuje się, że nie każdy da radę pracować ze świadomością, że nie może przez osiem godzin spojrzeć w kierunku telefonu. Tymczasem w hotelach, gastronomii, handlu – właściciele punktów usługowych coraz częściej proszą o pozostawienie telefonów w szafkach na czas pracy. Lepiej poinformować o takim wymogu na  rozmowie.

– Jestem świeżo upieczoną mamą. Myślę o powrocie do pracy w sklepie, ale nie wyobrażam sobie, aby przez osiem godzin nie móc spojrzeć na telefon. Muszę być pod telefonem, bo inaczej nie będę mogła skoncentrować się na pracy, dlatego szukam pracy w małym punkcie – mówi Ola, która wcześniej pracowała w dużej sieci sklepów.

  • Stojący tryb pracy

To również czynnik, który ciężko wyeliminować np. w gastronomii. Warto jednak pomyśleć, czy nie zapewnić pracownikowi miejsca do odpoczynku. Zmęczony pracownik, który nie może przysiąść choć na chwilę, wcześniej czy później zrezygnuje.

– Pracowałem w restauracji, w której nawet na zapleczu, nie było ani jednego krzesła dla personelu. Chodziło o to, aby wszyscy pracowali non stop. Rzuciłem tę knajpę po 3 latach pracy, otworzyłem własną i kupiłem krzesła dla personelu. Prosperujemy bardzo dobrze – mówi Marcin, właściciel małego bistro w Warszawie.

  • Wymaganie obecności pod mailem i telefonem po godzinach

Na dłuższą metę nie da się wytrzymać w pracy, z której ciągle ktoś wydzwania albo śle maile po godzinach (i oczekuje odpowiedzi). Pracodawcy muszą mieć świadomość – i tu jest coraz większa rola działów HR – w uświadamianiu im nowych trendów w politykach kadrowych. Work and balance to nie teoria, to realna potrzeba, zwłaszcza młodego pokolenia, które za parę lat zdominuje rynek pracy.

– Jestem pracownikiem, nie niewolnikiem – mówi Ksawer, który wybrał drogę fotografa freelancera.

  • Brak odpowiedniej atmosfery

Atmosferę tworzą ludzie, dlatego rekrutując pracowników należy dopasowywać ich także do danego zespołu pod kątem osobowości. Kompetentny pracownik, który jednak nie dopasuje się do atmosfery panującej w firmie, szybko z niej odejdzie.

– Po kilku latach pracy w jednej kancelarii prawnej, postanowiłam spróbować sił w innej. Wytrzymałam niespełna trzy miesiące. Zmanierowanie zespołu, do jakiego trafiłam, było mi kompletnie obce. Wróciłam do starej pracy – opowiada Eliza, asystentka w kancelarii.

  • Brak „tego czegoś”

Jedni ucieszą się z darmowego kursu języka angielskiego, inni z wyjazdów służbowych, a jeszcze inni z bonów na święta. Brak tego czynnika-wabika, może zaważyć na decyzji pracownika czy zostać, czy odejść. Trudno związać się na dłużej z firmą, która nie oferuje żadnego systemu motywacyjnego.

– Darmowy angielski, to był czynnik, który ostatecznie przekonał mnie do podjęcia pracy w mojej obecnej firmie – mówi Beata, księgowa pracująca dla dużej korporacji.

Na rynek pracy wchodzą coraz młodsze pokolenia. Ostatnie pokolenie Z, zwane internetowym, będzie jeszcze trudniejsze do rekrutowania i utrzymania w firmie – komentuje Żukowska z MonsterPolska.pl. Czynniki związane z atmosferą, work and balance oraz skrojone na miarę benefity nabiorą na znaczeniu. Przed działami HR stoi duże wyzwanie. Sztuką nie będzie jedynie rekrutowanie osób do pracy, ale przygotowanie firm na nowe potrzeby pracowników – dodaje.

Potencjał systemów Digital Signage oraz Social Mobile w sklepach

Digital Signage oraz Social Mobile to bardzo szybko rozwijające się narzędzia marketingu sensorycznego. Zastosowanie najnowszych technologii projekcji cyfrowej oraz coraz lepszych kreacji reklamowych, przyczynia się do stale zwiększającej się popularności tych form przekazywania treści, w szczególności w placówkach handlowych. Digital Signage to zespół urządzeń, infrastruktury oraz oprogramowania służący do efektownej prezentacji treści reklamowych i informacyjnych na nośnikach cyfrowych. Technologia Social Mobile pozwala z kolei na innowacyjną interakcję z klientami oraz angażuje ich we współtworzenie klimatu panującego w przestrzeniach sklepowych.

Nowe technologie takie jak Digital Signage czy Social Mobile, jeszcze niedawno kojarzone wyłącznie z wielkimi korporacjami, bankami czy mediami, dziś coraz śmielej i skuteczniej przedostają się do naszego życia zarówno zawodowego jak i prywatnego. Obecnie, kiedy zaczynają królować rozwiązania mobilne stajemy się nie tylko odbiorcami oferowanych nam usług technologicznych, ale coraz częściej właścicielami systemów, aplikacji itp. Technologia staje się elementem niezbędnym do prawidłowego funkcjonowania wielu przedsiębiorstw, a także ich znaczenia pośród konkurencji. Innowacyjne narzędzia oparte o najnowsze technologie, coraz częściej znajdują także zastosowanie w sklepach.

Digital Signage

Digital Signage to z pewnością medium, które w Polsce cieszy się coraz większą popularnością a jego zróżnicowanie formatów stale wzrasta. Mimo iż poziom rozwoju jest znacznie niższy niż w Stanach Zjednoczonych, to w Polsce również powstaje wiele ciekawych realizacji, których przekaz jest coraz szerzej zauważalny.

Multimedialne systemy Digital Signage działają zazwyczaj w miejscu, gdzie konsumenci dokonują zakupów. Innymi słowy, wpływają one na klientów, na krótko przed ich decyzjami związanymi z wyborem produktów. Jak wynika z badań Mood, ponad dwie trzecie decyzji podejmowanych przez konsumentów, ma miejsce w punkcie handlowym lub usługowym. Wyniki te pokazują, jak istotny wpływ na spontaniczne decyzje gości, może mieć zastosowanie systemów Digital Signage w miejscu sprzedaży. W Polsce tego typy rozwiązania multimedialne, cieszą się coraz większą popularnością a zasięg i liczba odbiorców treści stale rośnie. Szacuje się, że niedługo zasięg systemów w sieciach marketowych w Polsce, może sięgnąć nawet 20 mln klientów. Jeśli dodamy do tego systemy w innych punktach usługowo-handlowych (w szczególności w sklepach), to może okazać się, że Digital Signage obejmie swoim zasięgiem prawie całą populację naszego kraju. Rozwiązania multimedialne tego typu pozwalają na zwiększenie dynamiki sprzedaży poszczególnych produktów a zarazem są medium łatwo mierzalnym, które może stać się jednym z najbardziej wiarygodnych na rynku.

Digital Signage to efektywne medium, które może być używane do budowy pozytywnego wizerunku marki sklepu, kreowania więzi pomiędzy klientami a brandem oraz oczywiście do zwiększania sprzedaży określonych produktów czy usług.

Badanie które przeprowadziliśmy w jednym z sieciowych sklepów w USA pokazało, iż ekrany były drugim najskuteczniejszym narzędziem promocji określonych produktów. Odsetek klientów, którzy zwrócili uwagę na choćby jeden ekran w sklepie, wyniósł blisko 60%, natomiast co piąta osoba zapytała obsługę o reklamowany produkt. Jednocześnie, prawie 40% respondentów przyznała się do tego, że dostrzeżenie reklamowanych treści miało znaczący wpływ na ostateczne decyzje zakupowe – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w firmie Mood.

Gdy planowane jest wykorzystanie systemów Digital Signage, należy pamiętać, że aby kampania reklamowa była skuteczna, trzeba rozważyć kilka istotnych czynników. Przede wszystkim należy umiejętnie zdefiniować tzw. obietnicę marketingowo-sprzedażową i dostosować ją do określonej grupy docelowej czyli naszych klientów. Następnie warto ocenić pozycję swojej marki na rynku, stan kategorii produktowych, liczbę marek konkurencyjnych w okolicy, lojalności naszych klientów wobec marki, a także skłonność do eksperymentalizmu w danej kategorii. Kolejną bardzo ważną kwestią, jest stworzenie spójnej komunikacji, która będzie adekwatna do miejsca, w którym działać będzie Digital Signage – przekaz o innym charakterze jest skuteczny w miejscach, gdzie się spieszymy (sklepy przy ruchliwych ulicach), a inny w miejscach, gdzie mamy więcej czasu na jego oglądanie (np. sklepy w galeriach handlowych). Do tego wszystkiego należy pamiętać, aby zaplanować kampanię Digital Signage jako spójny element całej komunikacji marketingowej oraz PR.

Zaplanowanie kampanii promocyjnej dla sklepu realizowanej za pomocą Digital Signage, każdorazowo musi wiązać się z mierzalnością efektu dotarcia. Do tej pory jeszcze nie przeprowadzono badań, które określiłyby zasięg całego kanału. Wielu dostawców nosików potrafi już jednak oszacować zasięg medium, którym akurat oni dysponują – robią to na wiele sposobów. Na tę chwilę wyróżnić możemy dwa rodzaje zasięgu: brutto (przebywanie w obiekcie z systemem Digital Signage) oraz netto (przebywanie w obszarze oddziaływania tychże systemów). Jest to jednak dopiero początek badań. Instytucje, które będą chciały zmaksymalizować dokładność pomiarów, będą musiały zmierzyć się z wieloma problemami. Do tych ważniejszych z pewnością należeć będą: wymóg prowadzenia badań na odpowiednio dużych próbach, problem uświadomienia sobie wpływu systemów wśród badanych, czy też określenie definicji zasięgu brutto w oparciu o deklaracje odwiedzin danego lokalu oraz znalezienie metody pomiaru brutto dla całego systemu multimedialnego, a nie tylko poszczególnych nośników – co jest najważniejsze z punkty widzenia sieci handlowych.

Treść jaką można przekazywać dzięki systemowi DS jest bardzo obszerna: od powitań klientów i informacji o sklepie, poprzez ofertę produktów, promocje, informacje o usługach dodatkowych, aktualne oferty naszych partnerów. Możliwości są wręcz nieograniczone. Monitory LCD jako nośniki informacyjne oferują kilka istotnych możliwości: prezentację dynamicznej treści wzbogaconej o fonię, podział ekranu na okienka, a tym samym pokaz wielu treści jednocześnie (np. części informacyjnej wzbogaconej reklamami), możliwość emisji paska tekstowego na dole ekranu, aż po rozwiązania dotykowe i interakcję z odbiorcą – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza z Mood.

Social Mobile

Wykorzystanie darmowego Wi-Fi w sieciach handlowych czy też pojedynczych sklepach staje się coraz popularniejsze. Jak wskazuje większość badań, duża część konsumentów woli wybrać sklep, który wchodzi z nim w multimedialną interakcję. Jednak samo udostępnienie Internetu nie wystarczy, aby właściciele sklepów mogli czerpać z niego wymierne korzyści (inaczej jest w gastronomii). Z pomocą przychodzą narzędzia Social Mobile, które zmieniają tradycyjne Wi-Fi w innowacyjne narzędzia analityczno-marketingowe.

– Nie ma lepszego sposobu na zapewnienie sobie lojalności twoich klientów niż interesowanie się ich opiniami i samopoczuciem. Aż 51% kupujących w USA pozostaje lojalnym firmom, które wchodzą z nimi w interakcję poprzez preferowane przez nich kanały komunikacji – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza.

Narzędzia Social Mobile pozwalają używać najbardziej popularnych kanałów social media, jak i usług e-mail w celu bezpośredniego przeprowadzania dialogu z  klientami czy wysyłania im wartościowych informacji o ofertach i produktach. Przykładowo, można wysłać Klientom wchodzącym właśnie do sklepu informację o obecnych promocjach na poszczególne modele butów.

Aby stale się rozwijać konieczna jest wiedza o tym, co klienci myślą o marce i produktach lub obsłudze sklepu. Zbieranie opinii jest zatem równie ważnym elementem rozwoju. Dzięki narzędziom Social Mobile, można w bardzo prosty i szybki sposób pytać klientów odnośnie ich poziomu zadowolenia z usług.

Nawet 21% konsumentów jest bardziej skłonna do dokonania ponownego zakupu w sklepie, który stara się dotrzeć do nich poprzez spersonalizowane doświadczenia cyfrowe. Można tego dokonać poprzez wysyłanie im dostosowanych wiadomości czy kuponów lub zapewnianie im specjalnych ofert bazując na częstotliwości ich wizyt w poszczególnym sklepie. Tego typu narzędzia są kluczowe dla zwiększania ich satysfakcji, szczególnie że w dzisiejszych czasach praktycznie każdy stale posiada przy sobie smartfona z dostępem do Internetu. Korzystanie z nich zamiast standardowych kart lojalnościowych czy też ankiet jest nie tylko o wiele wygodniejsze dla klienta, ale również tworzy osobistą więź między nim a naszą marką. Używanie w tym celu nowoczesnej technologii odróżnia daną markę od konkurencji, a gromadzenie danych o klientach jest znacznie prostsze w przetwarzaniu.

Dzięki narzędziom Social Mobile można wysyłać wiadomości do konkretnych grup docelowych. Można na przykład stworzyć kampanię mailingową specjalnie dla mężczyzn w konkretnej grupie wiekowej, którzy odwiedzili sklep w przeciągu ostatniego kwartału. Technologia ta przydaje się nie tylko w celu przeprowadzania komunikacji marketingowej dla klientów i monitorowania efektów, ale również bezpośredniego zwiększania przychodów z każdego z nich oraz ilości czasu, który są skłonni spędzić w sklepie.

Klient logujący się do naszej sieci poprzez swojego maila lub portale social media, przestaje być dla nas anonimowy. Otrzymujemy wówczas jego adres e-mail, informacje dotyczące wieku i płci, itd. Pozwala nam to m.in. wysyłać targetowane mailingi – inne do kobiet, a inne do mężczyzn. Mamy tu do czynienia z podwójną korzyścią w której z jednej strony pozyskujemy dane o klientach, a z drugiej możemy je precyzyjnie wykorzystać, oferując im korzyść w postaci spersonalizowanej oferty, vouchera, zniżki, czy konkursu. W efekcie, docieramy do klienta ze zindywidualizowanym przekazem, który jest dla niego wartością dodaną – mówi Aleksandra Potrykus-Wincza.

Z kolei stronę internetową marki, która będzie zintegrowana z profilem na Facebook.com można np. wykorzystywać do promocji w czasie rzeczywistym, zameldowania się czy zachęcenia gości do aktywności na portalach spełecznościowych. Narzędzia Social Mobile stanowią przede wszystkim doskonałe źródło wiedzy o klientach. Dzięki danym z logowania można personalizować przekaz marketingowy, wyświetlanie w czasie rzeczywistym promocji, wysyłkę mailingów, czy komunikację na portalach społecznościowych. Skuteczność mailingów wysyłanych za pomocą narzędzi Soicial Mobile pozwala osiągnąć współczynnik klikalności na poziomie ok. 30 proc. Czyta je zatem aż 30 osób na 100 – wielokrotnie więcej niż w przypadku tradycyjnych metod.

Dzięki narzędziom Social Mobile można również tworzyć kanały komunikacji, dzięki którym właściciel sklepu będzie mógł w prosty sposób kontaktować się z Klientami, pozyskiwać nowych, zachęcać aktualnych do większej aktywności i sprawić, by byli bardziej lojalni i odwiedzali sklep częściej. Można np. używać: wysyłki mailingu z komunikacją oferty promocyjnej, programu lojalnościowego czy konkursu – to doskonały sposób na budowanie relacji.

Od niedawna, Mood Polska oferuje także nowe rozwiązanie, jakim jest Social Mix. To nowa funkcjonalność, którą proponujemy klientom odtwarzającym muzykę za pomocą technologii MOOD. System Social Mix pozwala klientom na głosowanie na wybrane przez siebie piosenki, dzięki którym są one przesuwane na górę playlisty. Jest to strona internetowa, przystosowana do urządzeń mobilnych. Klienci nie muszą się logować, instalować aplikacji czy płacić za możliwość wpływania na playlistę. Każdy klient może zagłosować na wybraną przez siebie piosenkę z pośród 20 wyświetlanych utworów będących częścią play listy sklepu raz w ciągu godziny. Piosenka mająca najwięcej głosów będzie odtwarzana wtedy jako pierwsza. W ramach głosowania, oczywiście można zdobyć np. dodatkowe rabaty na zakupy w sklepie, albo vouchery upominkowe – dodaje Aleksandra Potrykus Wincza.

Instalacje usług Social Mobile są dość proste. Wystarczy podłączyć specjalny WiFi Box bezpośrednio do Internetu lub obecnie używanego modemu lub routera.

Masło przez ostatni rok podrożało dwukrotnie

Przez ostatni rok ceny masła na europejskim rynku hurtowym wzrosły o ponad 100 proc., w tym o 40 proc. w ciągu minionych dwóch miesięcy. Jest praktycznie pewne, że ceny detaliczne w najbliższych tygodniach poszybują w górę, a niewykluczone, że w niektórych krajach zabraknie masła na Święta Bożego Narodzenia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych GUS pomiędzy początkiem drugiej połowy 2016 r. a marcem 2017 r. ceny detaliczne masła wzrosły o 28 proc. Z podobną sytuacją mieliśmy do czynienia również w innych krajach Unii Europejskiej. W Niemczech czy Holandii ten popularny tłuszcz w analogicznym okresie podrożał nawet o ponad 30 proc.

Wzrost kosztów zakupy masła dla konsumentów był spowodowany zmianą jego ceny na rynku hurtowym. Od czerwca do grudnia 2016 r. kontrakty na masło notowane na giełdzie Eurex poszybowały z 3 z do 4,5 tys. euro za tonę, czyli o 50 proc. Poważnym problemem może być fakt, że bieżące ceny na sklepowych półkach praktycznie nie odzwierciedlają kolejnego skoku wartości masła na rynku towarowym.

Kolejne kilkadziesiąt procent w dwa miesiące

Po okresie stabilizacji cen na rynku hurtowym na początku roku od maja mamy do czynienia z kolejnymi bardzo dynamicznymi ruchami. Tona masła na Eurex wystrzeliła z poziomu 4,5 tys. do 6,3 tys. euro, osiągając przy tym historyczne szczyty. To oznacza kolejny wzrost rzędu 40 proc. w porównaniu do notowań sprzed dwóch miesięcy. Warto także zauważyć, że przeliczając te wartości na polską walutę, dostajemy kwotę 26,5 tys. zł za tonę. Daje to również 26,5 zł za kg oraz 5,3 zł za kostkę 200 gr. Są to jednak wartości bez podatku, marży detalicznej czy kosztów transportu.

Dynamiczne wzrosty notowań masła na europejskim rynku hurtowym na razie jednak nie przełożyły się na drugą falę wzrostu cen detalicznych w Polsce. Dane GUS pokazują, że od kwietnia do czerwca koszty zakupu tego tłuszczu w sklepach zwiększyły się w sumie jedynie o 4 proc. Częściowo wynika to z faktu naturalnego przesunięcia czasowego pomiędzy rynkiem hurtowym i detalicznym.

Fakt ograniczonego wzrostu cen konsumentów może być także spowodowany tym, że akurat w Polsce, według danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, ruch na hurtowym rynku nie był aż tak dynamiczny, jak w Niemczech czy Holandii (wzrost ok. 20 zamiast 40 proc.). U naszego zachodniego sąsiada, według danych za Destatis za czerwiec, masło w sklepach jest już droższe o 59,5 proc. r/r.

Biorąc pod uwagę historyczne zależności z ostatniej dekady, notowania rynkowe w Polsce i w Europie Zachodniej były bardzo do siebie zbliżone. Jeżeli więc ceny w UE będą utrzymywać się wysoko, to możemy być praktycznie pewni, że w naszym kraju także osiągną podobne wartości.

Zabraknie masła na Święta?

Elementem niepokojącym dla konsumentów może być fakt, że zmiany na rynku masła nie są wynikiem spekulacji inwestorów finansowych, ale pochodną fundamentalnych przetasowań w faktycznym popycie i podaży na ten produkt. „Financial Times” zwraca uwagę, że pierwszy raz od 7 lat w 2016 r. spadła produkcja mleka na świecie.

Z kolei w USA spożycie masła na mieszkańca osiągnęło w tym roku najwyższy poziom w historii i było o ponad 20 proc. większe niż w 2010 r. „FT” w swoich analizach cytuje również obawy jednego z wiodących producentów masła w Europie, który ostrzegał brytyjskich konsumentów w zeszłym tygodniu, że „nie będzie wystarczająco dużo masła na Święta Bożego Narodzenia”.

W tym momencie oczywiście trudno ocenić, czy obawy dotyczące podaży masła w najbliższych miesiącach się zrealizują. Można jednak być praktycznie pewnym, że ceny sklepowe tego popularnego tłuszczu w najbliższych tygodniach wzrosną przynajmniej o kolejne 20-30 proc., dostosowując się do trendów na europejskim rynku hurtowym.

Dr Leszek Mellibruda: Etyka w biznesie priorytetem nowoczesnych firm

Przestrzeganie etyki biznesu to wyzwanie każdej nowoczesnej firmy. Zarówno w stosunku do swoich pracowników, klientów, jak i całego otoczenia biznesowego.

– To zgodność między tym, co marka oficjalnie deklaruje, a rzeczywistością – powiedział serwisowi eNewsroom dr Leszek Mellibruda, psycholog społeczny i biznesu – Jeżeli wartościami przyjętymi w firmie są odpowiedzialność, dobro wspólne czy współpraca, to przestrzeganie ich jest wyrazem etycznej firmy, która powinna nad nimi pracować na co dzień. Dotyczy to również wywiązywania się ze zobowiązań prawnych wobec państwa, klienta, kontrahenta i wszystkich, z którymi się współpracuje. Te właśnie cechy mierzy konkurs jakości Wiktoria. Zwraca on uwagę na wiele elementów związanych z przestrzeganiem i realizowaniem zasad i wartości, czyli tego co składa się na etykę biznesu w firmie – dodał Mellibruda.

Przygotuj się na przyszły tydzień 14.07.2017

W przyszłym tygodniu najważniejszym wydarzeniem będzie konferencja prasowa EBC , która odbędzie się 20 lipca o godzinie 13:30. Dlaczego jest taka ważna? Odpowiedź jest prosta, banki centralne zmieniły swoją retorykę odnośnie przyszłej polityki monetarnej. Jastrzębia konferencja umocniłaby euro, gołębia – przeciwnie. Brak wzmianki o redukcji programu QE lub o podwyżce stóp procentowych byłoby jednoznaczne z konferencją gołębią.

Oprócz konferencji ECB należy wyczekiwać publikacji makroekonomicznych z Australii. We wtorek poznamy protokół z posiedzenia RBA dot. polityki monetarnej, natomiast dzień później o godzinie 2:30 zostaną podane dane z rynku pracy. Ostatnią informacją godną zainteresowania jest brytyjska inflacja.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

GBP – inflacja

Tak jest, po raz kolejny na okładce brytyjska inflacja. Dlaczego jest to takie ważne? Po kilku latach niskiej inflacji w naród brytyjski uderzyła ze zdwojoną siłą. Z ostatnich ankiet przeprowadzonych wśród brytyjskich konsumentów wynika, że rosnące ceny stają się powoli niewygodne i zaskakujące.

Przygotuj się na przyszły tydzień 14.07.2017 12

Źródło: Admiral Markets

Na domiar złego, inflacja z poziomu 0 proc. wskoczyła na 3 proc. Dalszy wzrost inflacji powinien napędzić spekulację odnośnie podwyżki stóp procentowych i zobaczylibyśmy mocniejszy trend wzrostowy.

ECB – kontynuacja QE?

Ankieta przeprowadzona przez Reutersa nie sugeruje żadnej zmiany w prowadzonej polityki monetarnej, większość ekonomistów spodziewa się zmiany dopiero we wrześniu.

Przygotuj się na przyszły tydzień 14.07.2017 13

Źródło: Reuters Pools

Co z tego wszystkiego wynika?

Wygaszenie programu QE definitywnie zakończy dalszą spekulację o trendzie spadkowym na euro. Możemy także zapomnieć o kontynuacji umacniania się dolara amerykańskiego na szerokim rynku.

Instrumenty do obserwacji

Jednym z ciekawszych instrumentów do obserwacji w przyszłym tygodniu jest para walutowa AUD/NZD, która prawdopodobnie znajdzie się w dłuższym trendzie wzrostowym.

Notowania AUD/NZD, interwał dzienny

Przygotuj się na przyszły tydzień 14.07.2017 14

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym zostało przebite wsparcie 1.051-1.055. Po mocnym wybiciu strona kupująca zmierza w stronę krótkoterminowego wsparcia 1.062. Byki powinny bez większego problemu sforsować wspomniane wsparcie i podążyć w kierunku poziomu 1.07.

Argumentem przemawiającym za kontynuacją ostatnich wzrostów jest spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich.

Argumentem przemawiającym za kontynuacją ostatnich wzrostów jest spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich.

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie zobrazowano spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich (linia żółta) na tle pary walutowej AUD/NZD. Jak widać, wyprzedaż AUD na rzecz NZD zaszła za daleko.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Bartosz Sawicki: Niska inflacja trzyma się mocno

Niskie stopy procentowe i inflacja, bardzo dobra kondycja rynku pracy, spodziewany wzrost wynagrodzeń – to wszystko sprawia, że chętnie wydajemy pieniądze na dobra konsumpcyjne i inwestujemy. Aż tak korzystna sytuacja dla gospodarstw domowych jak teraz nie będzie jednak trwała w nieskończoność. Kiedy można się spodziewać jej pogorszenia?

„W czerwcu inflacja wyhamowała do poziomu 1,5% rdr. […]. Obecnie jest ona pod wpływem dwóch czynników. Po pierwsze – wysokich cen żywności, przede wszystkim owoców i warzyw, co jest oczywiście pochodną bardzo słabych warunków pogodowych na wiosnę. Po drugie – tego, że w ostatnim czasie na rynkach globalnych dosyć mocno spadają ceny paliw. I to jest w tej chwili czynnik dominujący, który sprawia, że w ubiegłym miesiącu wzrost cen konsumenckich wyhamował” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers.

Wydaje się jednak, że w najbliższym czasie państwa należące do OPEC będą skuteczniej wpływać na ceny ropy naftowej na globalnych rynkach, więc za paliwo będziemy musieli płacić więcej niż teraz. Ponadto przewiduje się, że latem złoty będzie tracił na wartości, co również odbije się negatywnie na cenach paliw, a także innych dóbr importowanych. Z kolei jeśli chodzi o ceny żywności, w niedalekiej przyszłości spodziewana jest ich normalizacja; zwłaszcza na początku 2018 r. będą one obniżać wskaźniki inflacji.

„Obecnie jesteśmy w bardzo korzystnej sytuacji z punktu widzenia gospodarstw domowych. Przede wszystkim powoduje to fantastyczna kondycja rynku pracy. Spodziewamy się dalszych spadków stopy bezrobocia, jak również dosyć wysokiej dynamiki wzrostu wynagrodzeń. To wszystko może sprawiać, że chętniej inwestujemy bądź kupujemy dobra konsumpcyjne. Ale należy pamiętać o tym, że okres obowiązywania rekordowo niskich stóp procentowych nie będzie trwał wiecznie. Kondycja rynku pracy także z czasem może się pogorszyć. Dlatego też trzeba brać pod uwagę to, że koszty finansowania po kilku kwartałach, a najpewniej w roku 2019, zaczną rosnąć” – zauważa ekspert.

Prezes Fed studzi optymizm Trumpa

Choć zmiany na koniec dnia były wczoraj na rynku walutowym niewielkie, w ciągu dnia działo się sporo. Ponownie też na sile zyskiwały indeksy giełdowe – DJIA odnotował kolejny rekord na zamknięciu.

O ile eurodolar mógł wczoraj pochwalić się znikomymi zmianami na koniec dnia, zarówno AUD/USD jak i NZD/USD wyraźnie zyskiwały, rozwijając silne trendy wzrostowe intraday. Dość mocno wypadł też funt brytyjski. Dolarowi nie mogły pomagać napływające komentarze. Szefowa Fed, Janet Yellen, powiedziała wczoraj przed komisją bankową senatu, iż będzie trudnym uzyskanie tempa rozwoju na poziomie 3%. Przypomnijmy, iż taki cel założył sobie prezydent Trump. Fed spodziewa się raczej tempa rozwoju gospodarki na poziomie bliższym 2%.

Oprócz tego odnotowano wczoraj niewielki spadek ilości wniosków o zasiłki dla bezrobotnych w USA(do 247 000). Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy danymi z Japonii, gdzie produkcja przemysłowa w ujęciu miesięcznym spadła zgodnie z prognozami o 3.6%. Przez resztę dnia królować będą głównie publikacje dotyczące inflacji. O 14:30 poznamy dane o sprzedaży detalicznej w USA, a trzy kwadranse później dane o produkcji przemysłowej. Inwestorów czeka też publikacja informacji o aktualnych nastrojach konsumentów w USA.

Prezes Fed studzi optymizm Trumpa 15Na wykresie EUR/PLN pojawił się niebezpieczny dla byków sygnał. Wskaźnik RSI spadł poniżej swojej linii trendu wzrostowego. Impet mający prowadzić do większego odbicia może być zatem zagrożony. Jeśli szybko nie nastąpi powrót, możemy mieć do czynienia z większymi spadkami. Teoretycznie celem może być nawet poziom 4.10. Oporem do pokonania są okolice 4.25.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net