Rady nadzorcze w regionie EMEA odchodzą od redukcji kosztów na rzecz rozwoju i innowacji

Strategia, wzrost, wyniki, fuzje i przejęcia oraz innowacje – to pięć najważniejszych wyzwań, z którymi będą w najbliższym czasie mierzyć się rady nadzorcze i rady dyrektorów z Europy, Bliskiego Wschodu oraz Afryki. Do tego dojdą nowe wyzwania i zagrożenia w postaci cyberataków, nowych regulacji oraz wymogów dotyczących składu i kompetencji rad – wynika z raportu „EMEA 360 Boardroom Survey” przeprowadzonego przez Deloitte wśród firm w 20 krajach regionu, w tym także w Polsce. Rodzime rady nadzorcze są dobrze przygotowane na nowe zagrożenia, jednak muszą jeszcze popracować nad wdrożeniem niektórych standardów ładu korporacyjnego powszechnych w innych krajach. Dotyczy to szczególnie różnorodności oraz prowadzenia regularnej oceny rad nadzorczych.

Badanie przeprowadzone zostało wśród 271 dyrektorów niewykonawczych oraz członków rad nadzorczych spółek z 20 krajów Europy, Bliskiego Wschodu oraz Afryki. „Wśród badanych znaleźli się respondenci z krajów, w których temat kultury organizacyjnej jest stosunkowo nowy i odpowiednie standardy są dopiero wypracowywane, a także państw, które mają bogate doświadczenia w tej dziedzinie, takie jak Niemcy, Wielka Brytania czy Francja. – mówi Dorota Snarska-Kuman, Partner w Sektorze Instytucji Finansowych i liderka programu rozwoju rad nadzorczych w Deloitte. – Mieliśmy również okazję porównać różne systemy nadzoru, czyli anglosaski model spółki, której przewodzi rada dyrektorów oraz dwupoziomowy model z zarządem i radą nadzorczą obowiązujący między innymi w Polsce, w Niemczech czy w Austrii. Tym samym udało nam się uzyskać szeroką perspektywę i możliwość porównania stosowanych praktyk” – dodaje.

Ankietowanych poproszono o wskazanie pięciu najważniejszych problemów, które miały wpływ na pracę rad nadzorczych w ciągu ostatniego roku, a także o podanie, które priorytety wybiją się na pierwszy plan i wpłyną na pracę rad w ciągu następnych 12-24 miesięcy. Główny wniosek płynący z analizy danych wskazuje, że respondenci optymistycznie patrzą w przyszłość. Numerem jeden na liście priorytetów pozostanie strategia, ale w najbliższej przyszłości rady planują skupić swoją uwagę przede wszystkim na rozwoju i innowacyjności. Priorytetowa dotąd redukcja kosztów i zarządzanie kapitałem będące odpowiedzią na niekorzystną sytuację gospodarczą odejdą na dalszy plan. Oprócz tego na liście pięciu kluczowych kwestii pozostaną fuzje i przejęcia oraz wyniki finansowe.

Lista priorytetów wskazywanych przez respondentów z Polski jest dość podobna, choć widać pewne odstępstwa. Według badanych w najbliższej przyszłości uwaga rad nadzorczych powinna skupić się przede wszystkim na rozwoju, innowacyjności, wynikach i tworzeniu wartości dla akcjonariuszy. Jedynym elementem wskazującym na pewną dozę ostrożności w ocenie przyszłości przez członków polskich rad nadzorczych jest (wymieniana na piątym miejscu) niepewność dotycząca sytuacji polityczno-społecznej. W regionalnym zestawieniu zagadnienie to znalazło się dopiero na 17. miejscu.

 

Członkowie polskich rad nadzorczych dobrze oceniają poziom zintegrowania systemu kontroli ryzyka ze strategią, co wskazuje na dobre przygotowanie firm do reagowania na zagrożenia oraz zmiany. Respondenci wysoko oceniali również otwartość na innowacje w swoich spółkach. Przekonanie o ich znaczeniu nie jest co prawda tak silne jak we Włoszech, Niemczech lub Holandii, gdzie kultura start-upów jest znacznie bardziej rozpowszechniona i wspierana przez rząd, niemniej wyniki uzyskane w Polsce są porównywalne z deklaracjami respondentów z Irlandii czy Wielkiej Brytanii.

Coraz więcej uwagi rad zarówno w Polsce, jak i pozostałych krajach biorących udział w badaniu przykuwa temat cyberbezpieczeństwa. Znalazł się on na 13. miejscu rankingu wyzwań na najbliższe 12-24 miesiące, podczas gdy wśród priorytetów ostatniego roku znajdował się dopiero na 23. pozycji. Niepokoi natomiast, że jedna piąta badanych z Polski przyznała, że w ich firmach nie ma planu zarządzania cyberryzykiem. Na taki stan rzeczy może jednak w istotny sposób wpływać fakt, że zdaniem 90 proc. respondentów odpowiedzialność za tę sferę w ich firmach ponosi zarząd. „Cyberbezpieczeństwo zaczęło być postrzegane jako poważny problem między innymi ze względu na coraz liczniejsze i coraz zuchwalsze ataki. Ich ofiarami padają już nie tylko informatyczne kolosy czy też banki. Idące za atakami ryzyko utraty reputacji oraz wartości przez firmy staje się coraz bardziej realne bez względu na branżę. Rady muszą obecnie zwracać coraz baczniejszą uwagę na tę sferę i uwzględniać zagrożenie cyberprzestępczością podczas podejmowania strategicznych decyzji oraz regularnie rozmawiać z zarządem na temat planów zapewnienia cyberbezpieczeństwa” – twierdzi Wiesław Thor, Doradca Zarządu Deloitte oraz członek rady nadzorczej mBank S.A.

Mało kobiet w radach i brak kompleksowej oceny

O ile w sferze podstawowych obowiązków polskie rady nadzorcze radzą sobie na tle regionu naprawdę dobrze, to sprawy mają się już gorzej w kwestiach związanych z wdrażaniem niektórych dobrych praktyk ładu korporacyjnego.

Polska niekorzystnie wypada na tle reszty badanych, jeżeli chodzi o zapewnienie różnorodności w radach nadzorczych. Większość respondentów przyznała, że ich firmy nie mają ustalonej polityki w tym zakresie. Jak jednak zauważa Dorota Snarska-Kuman z Deloitte, to nie rady są winne takiemu stanowi rzeczy. „Rady nadzorcze same nie ustalają własnego składu. Robią to akcjonariusze. Przyczyną, dla której małą wagę przykłada się w Polsce do różnorodności, jest brak odpowiednio wykształconej kultury organizacyjnej. Nie ma regulacji wprowadzających kwoty w organach takich jak rada nadzorcza. Nawet oficjalne kodeksy ładu korporacyjnego nie podają konkretów, jak w praktyce powinna wyglądać różnorodność w radzie. Wyniki uzyskane w Polsce kontrastują szczególnie z wynikami uzyskanymi w krajach takich jak Włochy, Francja, Niemcy, Norwegia czy Holandia, gdzie obowiązkowe kwoty w radach zostały już wprowadzone bądź trwają prace nad ich wdrożeniem na poziomie przepisów lub kodeksów dobrych praktyk” – tłumaczy ekspertka Deloitte.

Podobny problem dotyczy prowadzenia regularnej oceny działania rady. Eksperci Deloitte zgodnie przyznają, że praca oraz kompetencje rad nie podlegają uporządkowanej ocenie tak naprawdę ze szkodą dla samych rad. „Akcjonariusze nie chcą od rad kompleksowej ewaluacji własnych kompetencji i działań, ponieważ zwykle oczekują od jej członków przede wszystkim wykonywania woli udziałowców. Tymczasem w wielu krajach, w których kultura korporacyjna jest lepiej ugruntowana, kodeksy dobrych praktyk wymagają prowadzenia regularnej kompleksowej oceny” – mówi Dorota Snarska-Kuman.

„Znam sytuacje, kiedy członkowie rady podczas głosowania nad absolutorium otrzymywali różną liczbę głosów, ponieważ akcjonariusze przypisywali im winę za niepowodzenia, które miały miejsce w spółce. Prowadzenie regularnej kompleksowej oceny mogłoby pomóc w sposób bardziej rzetelny i merytoryczny oceniać radę oraz jej poszczególnych członków” – dodaje Wiesław Thor.

O badaniu:

Badanie „EMEA 360 Boardroom Survey” przeprowadzone zostało na próbie 271 dyrektorów niewykonawczych oraz członków rad nadzorczych, pochodzących z 20 krajów położonych w regionie Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. Respondentów pytano o wyzwania, jakim rady dyrektorów oraz rady nadzorcze firm będą zmuszone stawić czoła w następujących obszarach: strategia i ryzyko, innowacje, cyberbezpieczeństwo, wynagrodzenia, talenty i sukcesja, a także skuteczność i ocena rady nadzorczej.

Draghi potrafi zaskakiwać

Czwartkowymi emocjami można by obdzielić co najmniej cały tydzień. Wydarzeniem dnia jest posiedzenie EBC, który żadnych decyzji dotyczących stóp procentowych nie podejmie, ale to, co zadeklaruje Mario Draghi po spotkaniu może mieć wpływ na notowania euro. EBC dużo zrobił i wiele powiedział już w marcu, więc wielkich rewelacji nie ma teraz co się spodziewać, jednak pytania o granice luzowania polityki monetarnej zawsze są aktualne. Czy Draghi da jakąś na nie odpowiedź? Pewno usłyszymy coś nowego na temat projekcji makroekonomicznych i inflacji, a ten wątek jest dla euro wyjątkowo ważny. Rynek nie spodziewa się po dzisiejszym EBC wielkich niespodzianek, co wcale nie oznacza, że ich nie będzie.

Ameryka rozpędza się przed piątkowymi danymi z rynku pracy, tzw. payrollsami, więc nie można spuścić jej z oka. Jak zawsze forpocztą oficjalnego raportu są dane ADP, które pojawią się dzisiaj wczesnym popołudniem. Kilku członków Rezerwy Federalnej zapowiedziało na czwartek swoje wystąpienia, a ponieważ od ostatniej serii wypowiedzi niewiele w gospodarce się zmieniło, więc ich ton nie powinien odbiegać od poprzedniej narracji.

Jeszcze kilka dni temu oczekiwania wobec dzisiejszego szczytu OPEC były niewielkie, ale ostatnio pojawiły się pogłoski, że jakeś porozumienie w sprawie zamrożenia produkcji jest jednak przygotowywane. Ma się podobno dołączyć do niego Iran, a to znaczy, że i Arabia Saudyjska wzięłaby w nim udział. Na razie nie wiadomo, ile jest w tym prawdy, ale rynek zaczął czekać na wyniki posiedzenia kartelu z dużym zainteresowaniem.

Funt przeżywa zmienne nastroje w zależności od wyników sondaży, które pokazują ostatnio na co najmniej równowagę pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami Brexitu. Dzisiaj wystąpienie publiczne zapowiedział Mark Carney, szef Bank of England. Jego stanowisko w sprawie Brexitu jest znane, ale ponieważ sytuacja jest cały czas niepewna i nie wiadomo, kto zwycięży, opinie tak prominentnych bankierów mają znaczenie dla funta.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Radosław Jarema: Mali eksporterzy i importerzy „wymieniają” banki na instytucje płatnicze

Polskie firmy na dobre rozgościły się na zagranicznych rynkach i odnoszą tam spore sukcesy. Wraz z rosnącą wymianą handlową zwiększa się popyt na usługi walutowe, które na polskim rynku oferują nie tylko banki. Swoją wyspecjalizowaną ofertą o handlującego z zagranicą klienta walczą m.in. instytucje płatnicze.

Jak analizuje NBP[1], już od wielu kwartałów sytuacja przedsiębiorstw prowadzących działalność eksportową jest lepsza – pod względem dynamiki inwestycji oraz wzrostu zatrudnienia – niż tych, które sprzedają swoje towary wyłącznie w kraju. Szef polskiego oddziału instytucji płatniczej AKCENTA, Radosław Jarema zwraca uwagę, że w tym zakresie pierwsze skrzypce grają duże firmy i korporacje, które mogą generować spore oszczędności dzięki bardzo dobrym warunkom obsługi finansowej w bankach. – Obsługa walutowa małych i średnich firm w bankach wygląda nieco inaczej niż w przypadku firm dużych. Jest na ogół nieco gorsza. Firmy na operacjach walutowych nie generują więc takich oszczędności, jakie mogłyby. Przyczyną jest najczęściej niewiedza, nieznajomość dostępnych możliwości oraz po prostu przyzwyczajenie do instytucji finansowej, która obsługuje całe finanse firmy – zauważa Jarema.

Mniejsi mogą więcej, ale… poza bankiem

Skrojona na potrzeby najmniejszych eksporterów i importerów obsługa walutowa to nisza, którą od kilku lat zawłaszczają instytucje płatnicze. Łącząc wysoki poziom bezpieczeństwa, gwarantowany przepisami prawa, w tym regulacjami unijnymi i nadzorem banków centralnych, instytucje płatnicze oferują niższe ceny przelewów, lepsze warunki prowadzenia rachunków i korzystniejsze kursy walut, a dodatkowo zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym.

Klienci instytucji płatniczej posiadają, podobnie jak w banku, rachunek, poprzez który mogą przesyłać, ale i również odbierać płatności od zagranicznych kontrahentów. Wewnętrzny rachunek płatniczy jest na ogół oferowany przez instytucje płatnicze bezpłatnie – tak jest np. w AKCENCIE. MŚP, podobnie jak w banku, mają dostęp do swoich finansów za pośrednictwem bezpiecznej platformy internetowej, ale też mogą kontaktować się ze specjalistami i doradcami. – Instytucje płatnicze nie działają tylko w internecie. W AKCENCIE dużą wagę przywiązujemy do kontaktu osobistego. Mamy swoich przedstawicieli w całej Europie, również w Polsce. Silny akcent na bezpośrednie relacje wynika ze specyfiki naszej oferty, która jest zawsze szyta na miarę dla danego przedsiębiorstwa  podkreśla Jarema. „Indywidualny krój” oferty oznacza również możliwość negocjacji kursów walut, która jest proponowana wszystkim firmom. Oprócz tego, że kursy są atrakcyjne i można je negocjować, ważna jest liczba walut dostępnych do wymiany, która w bankach jest nieporównywalnie niższa niż w instytucjach płatniczych. – Dostępność tylko kilku czy kilkunastu podstawowych walut w ofercie banków jest dla eksporterów i importerów sporym ograniczeniem. Polskie firmy handlują z całym światem i chcą unikać niepotrzebnego przewalutowania regionalnych walut do euro czy dolara – wskazuje Jarema. Instytucje płatnicze wyróżniają się także niskim opłatami za przelewy, które można sprawdzić w ogólnodostępnych cennikach i porównać z ofertami bankowymi.

Elementy obsługi walutowej dla MŚP Banki Instytucja płatnicza AKCENTA
Uregulowania prawne Bardzo mocne Bardzo mocne
Platforma online Bezpieczna, nowoczesna Bezpieczna, nowoczesna
Kontakt W placówce, telefoniczny, online Przedstawiciel mobilny (dojazd do klienta), telefoniczny, online
Kursy walut Średnio atrakcyjne Atrakcyjne, zbliżone do międzybankowych
Możliwość negocjacji walut Dla wybranych firm, mniejsza elastyczność Dla każdej firmy, duża elastyczność
Liczba walut Wąska, na ogół ograniczona do tabeli kursowej Szeroka
Opłaty za przelewy Wyższe, uzależnione od oferty danego banku Niższe
Opłaty za rachunek Uzależnione od oferty, większe w przypadku mniejszych firm Zerowe, niezależnie od wielkości firmy
Narzędzia zabezpieczające przed ryzykiem kursowym Tak, forwardy i inne, bardziej zaawansowane (np.opcje) Tak, tylko forwardy (darmowe)

Instytucje płatnicze także chronią

W instytucjach płatniczych klienci z sektora MŚP mogą znaleźć także inne usługi potrzebne w prowadzeniu w międzynarodowej działalności handlowej, takie jak np. narzędzia minimalizujące ryzyko kursowe. Najprostszym są forwardy, które chronią marże przedsiębiorcy handlującego z zagranicą. – Przy długim okresie realizacji kontraktu i wysłania lub otrzymania zapłaty sytuacja na danej parze walutowej może się istotnie zmienić. Oznacza to dużą niepewność i trudności w planowaniu finansów. Duże firmy są w stanie takie wahania łatwiej zrównoważyć, w przypadku mniejszych firm to już większy problem – wskazuje przedstawiciel AKCENTY. Radosław Jarema dodaje, że to szczególnie wygodne rozwiązanie dla firm z sektora MŚP, gdyż jest na polskim rynku dostepne za darmo i oferują je zarówno banki, jak i instytucje płatnicze.

[1] Szybki Monitoring NBP, Informacja o kondycji sektora przedsiębiorstw ze szczególnym uwzględnieniem stanu koniunktury w I kw. 2016 r. oraz prognoz na II kw. 2016 r., Nr 02/16 (kwiecień 2016), http://www.nbp.pl/publikacje/koniunktura/raport_2_kw_2016.pdf.

Inwestorzy wstrzymują się z kupowaniem aktywów w polskiej walucie do czasu wyjaśnienia kształtu ustawy frankowej i szczegółów budżetu na 2017 rok

CEO Magazyn Polska

Mimo solidnych podstaw makroekonomicznych polskiej gospodarki zagraniczni inwestorzy wciąż nie chcą wrócić na nasz rynek. Zdaniem Rafała Beneckiego, głównego ekonomisty ING Banku Śląskiego, przyczyny tego stanu są dwie: widmo ustawy o przewalutowaniu kredytów frankowych i niepewność co do utrzymania w ryzach deficytu budżetowego w 2017 r.

– Na rynkach finansowych wciąż są spore obawy o to, jak będzie wyglądać ostateczny kształt ustawy frankowej. Konieczność przewalutowania dużej liczby walut w krótkim czasie to ryzyko, które wisi nad złotym i prawdopodobnie nie dowiemy się zbyt wielu szczegółów aż do przełomu czerwca i lipca, czyli do momentu kiedy pojawi się nowy prezes banku centralnego. Prawdopodobnie pojawi się również nowy projekt ze strony prezydenta – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Kancelaria Prezydenta, która jest autorem projektu, pracuje obecnie nad jego zmianą. Wyniki prac zespołu ekspertów mają być znane na przełomie czerwca i lipca. 7 czerwca nastąpić ma ostatnie spotkanie tego gremium. Projekt wymaga zmian, gdyż koszt jego pierwotnej wersji został wyceniony przez NBP na 44 mld zł, a przez KNF – w zależności od scenariusza – na od 45 do nawet 100 mld zł. Tymczasem sektor bankowy w Polsce zarobił w ubiegłym roku 11,5 mld zł, a został już obciążony 5,5-mld podatkiem bankowym.

– W miarę neutralnym scenariuszem, jeżeli chodzi o ustawę frankową, byłby projekt zakładający ograniczony udział w tym projekcie do osób z problemami socjalnymi, które nie są w stanie podołać kosztom obsługi kredytów. To oznaczałoby, że skala przewalutowania byłaby również w miarę niewielka – tłumaczy Benecki. – Bardzo ważne są technikalia: to, żeby ewentualne przewalutowanie było rozłożone w czasie i żeby zdecydowanie odbyło się poza rynkiem walutowym. Również skala nie może być zbyt duża, aby uszczuplenie rezerw banku centralnego nie było znaczące. Scenariuszem bardziej optymistycznym jest poprzestanie na niewielkiej skali tego programu.

Przewalutowanie wszystkich kredytów frankowych oznaczałoby konieczność zakupu przez banki 30 mld franków lub euro. Na rynku zaowocowałoby to gwałtowną przeceną złotego. W razie zakupu od banku centralnego, jak zrobiono to na Węgrzech, nastąpiłoby uszczuplenie rezerw walutowych NBP o ok. jedną trzecią. Do tego gwałtowne przeprowadzenie całego procesu naraziłoby banki na destabilizację sytuacji płynnościowej.

– Drugi element, który istotnie waży na sytuacji na rynku obligacji, są oczekiwania na budżet w 2017 roku. To, co wiemy w tej chwili, to fakt, że jest on dosyć ciasno skrojony, nie ma zbyt wielu bezpieczników, które przygotowywałyby na ewentualne spowolnienie gospodarcze lub inne rzeczy obniżające dochody – opisuje drugie zagrożenie główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Jest pewien dwugłos: z jednej strony politycy gospodarczy mówią o tym, że celem rządu jest utrzymanie deficytu poniżej 3 proc. PKB, z drugiej strony słyszymy wciąż o bardzo kosztownych rozwiązaniach. Tak jak np. zapowiedzi obniżenia wieku emerytalnego w najbardziej kosztownej wersji już od początku 2017 roku.

Koszty cofnięcia wieku emerytalnego z obecnych 67 lat dla wszystkich zatrudnionych do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn jeszcze w ubiegłym roku oszacowane zostały przez Kancelarię Prezydenta na 30 mld zł dla budżetu i 40 mld dla finansów publicznych w latach 2016–2019. Eksperci uważają jednak, że w tym roku ustawa nie wejdzie jeszcze w życie.

– Stąd posiadacze polskich obligacji, inwestorzy zagraniczni czekają na te dwie rzeczy, czyli na projekt ustawy frankowej i projekt budżetu na 2017 rok. Nie sprzedają ani nie kupują polskich obligacji i za bardzo nie ucieszyli się z decyzji Moody’s, która sprowadziła się wyłącznie do obniżki perspektywy – mówi Benecki.

Niesłyszący w Polsce mają problem z wzywaniem pomocy. Brakuje jednolitego alarmowego numeru telefonu

CEO Magazyn Polska

Z roku na rok coraz więcej ludzi przyznaje się do problemów ze słuchem. Według informacji GUS dotyczy to niemal 850 tys. ludzi. Problem pojawia się w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia. Zamiast jednego, scentralizowanego numeru w całej Polsce działa kilkanaście numerów alarmowych dla osób niesłyszących. W sytuacji zagrożenia życia lub zdrowia niesłyszący może wezwać także pomoc przez alarmowy SMS.

W Polsce numerów alarmowych dla osób głuchoniemych jest kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt, ponieważ każde województwo ma swój numer, czasem nawet powiat. Co więcej, to nie są numery takie jak 112, tylko różne numery na policję, na straż pożarną oraz na pogotowie – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Ogonowski z SMSAPI.pl. – To stwarza problem, chociażby ze względu na zbliżające się podróże wakacyjne, osoby podróżujące po kraju mogą nie wiedzieć, na jaki numer ewentualnie zgłosić wypadek bądź poprosić o pomoc.

Niesłyszący wystąpili do Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji o utworzenie jednego, zintegrowanego systemu powiadamiania służb dla osób niesłyszących. Poza obsługą SMS-ów miałby on także oferować pomoc wideotłumacza. Pomysł ten jednak odrzucono ze względu na koszty. W piśmie przesłanym do Polskiego Związku Głuchych we wrześniu 2014 roku resort poinformował, że ustawa o systemie zawiadamiania ratunkowego przewiduje udostępnienie SMS-owego zgłaszania zdarzeń na 112 na 2015 roku. Na razie jednak nie ma informacji o planach wznowienia projektu.

Andrzej Ogonowski podkreśla, że technicznie nie ma przeszkód, by taki jednolity system wprowadzić. Dodaje, że komunikacja SMS-owa to skuteczna metoda porozumiewania się, która jest już wykorzystywana przez jednostki administracyjne w kontakcie z obywatelami. Mechanizm może działać również w drugą stronę na linii człowiek–instytucja i tego typu dwukierunkowa komunikacja jest już powszechnie stosowana. W taki sposób mógłby właśnie funkcjonować ogólnopolski zunifikowany numer ratunkowy dla osób z problemami słuchu.

Brak koordynacji numerów alarmowych to jednak nie jest jedyny problem. Niesłyszący mają czasem problem z samą komunikacją, ponieważ języka polskiego jest ich drugim językiem. Jak wykazał raport Najwyższej Izby Kontroli, dla prawie 50 tys. z nich język migowy jest językiem podstawowym i w pełni zrozumiałym. Większość ma problemy z pełnym zrozumieniem języka pisanego.

Wiadomości SMS mogą przybierać formę piktogramów, tak już się dzieje w województwie warmińsko-mazurskim. Najprostszym rozwiązaniem problemu komunikacyjnego dla osób głuchoniemych byłoby jednak stworzenie szablonów zatytułowanych np. POŻAR. W treści SMS-a wystarczyłoby wprowadzić miejsce zamieszkania – mówi Ogonowski.

Centrum Powiadamiania Ratunkowego w Olsztynie udostępnia bramkę SMS i specjalną aplikację mobilną z obrazkiem odpowiadającym kategorii zdarzenia: np. wypadek, pożar, włamanie. Warunkiem korzystania z tego rozwiązania jest jednak wcześniejsza rejestracja.

Wszystkie numery osób głuchoniemych powinny być i to już się dzisiaj dzieje. W ten sposób unikamy nieporozumień i pewnej formy żartów czy też niepotrzebnych zgłoszeń – wyjaśnia przedstawiciel SMSAPI.pl.

Eksperci podkreślają, że ważna jest także edukacja odbiorców takich SMS-ów alarmowych. Pomyłki i błędy w pisowni, wynikające ze słabej znajomości języka polskiego, mogą być bowiem odebrane jako żart.

­– Zdarza się sytuacja, w której dane zgłoszenie należy wyjaśnić, dopytać o szczegóły i wtedy SMS nie jest wystarczający. Dlatego jest też pomysł, aby uruchomić wideotłumacza z językiem migowym. Czyli jedna osoba, która w trakcie połączenia wideo mogłaby przetłumaczyć np. służbie medycznej to, co się dzieje u osoby zgłaszającej ­– mówi Andrzej Ogonowski.

Kobiety mogą być przyszłością firm technologicznych. Obecnie stanowią zaledwie 15 proc. studentów kierunków technicznych

Rośnie liczba kobiet pracujących w branży technologicznej. Wciąż jednak jest ich zdecydowanie mniej niż mężczyzn, a to właśnie w paniach firmy widzą potencjał, który może być impulsem do rozwoju całej branży. Aby zwiększyć udział kobiet na stanowiskach menadżerskich i kierowniczych, konieczna jest walka ze stereotypami i zachęcenie pań do studiowana na kierunkach technicznych. Obecnie udział kobiet na nich sięga 15 proc., stopniowo jednak rośnie.

Trzeba dostrzec rolę, jaką kobiety mogą odegrać w budowaniu zyskowności, rentowności i silnej pozycji firmy na rynku. Ta rola jest nie do przecenienia. Poszukujemy ludzi młodych, wykształconych, którzy przejmą pałeczkę od tych doświadczonych, będą budować kreatywne zespoły i wniosą kompletnie inny sposób myślenia niż ten, który królował w firmie do tej pory. Właśnie kobiety mogą odegrać tę rolę, jeśli tylko będą chciały – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dominika Bettman, prezeska ds. finansowych Siemensa w Polsce.

Z danych Siemensa wynika, że w 2035 roku firma może mieć problem ze znalezieniem wykwalifikowanej kadry. Dlatego konieczne jest podjęcie takich działań, które utorują kobietom drogę do firm technologicznych, zwłaszcza że na zatrudnieniu pań firmy mogą tylko zyskać.

Zyskujemy różnorodność, zespoły, które realizują wielkie przedsięwzięcia, mające charakter dynamiczny. Podejmowane są słuszne i szybkie decyzje, zespoły są kreatywne, odpowiadają na potrzeby i oczekiwania naszych klientów. Niejednokrotnie jesteśmy proszeni, aby w zespołach roboczych, które realizują duże projekty firmy, były kobiety. Wnoszą one inny punkt widzenia, zwracają uwagę na inne elementy niż mężczyźni – tłumaczy Bettman.

Z badań Europejskiej Agendy Cyfrowej wynika, że gdyby kobiety były reprezentowane w tym sektorze tak samo jak mężczyźni, PKB Unii Europejskiej zwiększyłoby się rocznie o ok. 9 mld euro. W firmach, które sprzyjają kobietom na stanowiskach kierowniczych, stopa zwrotu z kapitału własnego jest o 35 proc. wyższa, a ogólna stopa zwrotu dla akcjonariuszy o 34 proc. wyższa niż w innych, porównywalnych organizacjach.

Odsetek kobiet w firmach technologicznych na eksperckich i na wysokich stanowiskach jest obecnie stosunkowo niski. Jest więc w tej dziedzinie bardzo dużo miejsca dla kobiet do tego, aby rozwijać wiedzę ekspercką oraz by awansować w hierarchii firmy – wskazuje Bettman.

Raport Siemensa i Fundacji Edukacyjnej „Perspektywy” „Potencjał kobiet dla branży technologicznej” wskazuje, że ciągu ostatnich kilku lat udział kobiet pracujących w przedsiębiorstwach technologicznych wzrósł o 6 proc. do 20–25 proc., a w zarządach tych firm – o 11 proc. Potencjał jest jednak znacznie większy, konieczne jest jednak przezwyciężenie stereotypów i przełamanie barier.

Największą barierą jest brak wzorców w otoczeniu – podkreśla dr Bianka Siwińska, dyrektor zarządzająca Fundacja Edukacyjna „Perspektywy”. – Musimy opowiadać historię kobiet, które sprawdziły się w tym obszarze, stworzyły coś nowego, w którym czują się dobrze. Dostarczanie takich wzorców jest podstawowym elementem promowania kobiet w nowych technologiach. Nasze badania pokazują, że 90 proc. dziewczyn z takim przykładem w ogóle się nie spotkała – tłumaczy.

Z raportu wynika, że ponad 40 proc. ubiegłorocznych maturzystek ocenia swoje zdolności matematyczne jako dobre (a w grupie szykujących się na studia techniczne 85 proc. jako bardzo dobre), a jednak tylko niewielki procent dziewcząt podejmuje studia techniczne (12 proc. inżynierskie, a 4 proc. informatyczne). Większości młodych kobiet nikt nie zainteresował takimi kierunkami studiów, a wśród 7 proc. wciąż panuje przekonanie, że studia inżynierskie nie są odpowiednie dla kobiet.

Podobny problem jest w całej UE.

Komisja Europejska podejmuje działania zmierzające do zwiększenia udziału kobiet w pracach badawczych. Na poziomie magisterium na uniwersytetach kobiet i mężczyzn jest w zasadzie po równo. Na poziomie doktoratu odsetek kobiet spada do 40 procent. To i tak znaczące liczby w porównaniu do udziału kobiet w gremiach decyzyjnych w branży technologicznej. Tu ich udział waha się od 12 do 20 proc. Jednym z naszych priorytetów jest zwiększenie go do 40, a nawet 50 proc. Wszystko to należy jednak robić metodą małych kroków – zaznacza Karen Slavin, przedstawicielka Dyrekcji Generalnej ds. Badań Naukowych i Innowacji w Komisji Europejskiej.

W Polsce Siemens wspólnie z „Perspektywami” promuje hasło „Kobiety na politechniki”. W roku akademickim 2014/2015 na uczelniach technicznych studiowało 37 proc. dziewcząt. Blisko 44 proc. z nich otrzymuje lub otrzymywało stypendium za dobre wyniki w nauce, 31 proc. korzystało ze stypendium naukowego, a średnia ocen uzyskanych podczas obrony prac inżynierskich wynosiła 4,8.

W Akademii Górniczo-Hutniczej bardzo dużo kobiet studiuje na kierunkach ścisłych, na wydziale matematyki stosowanej, fizyki, a także na innych kierunkach związanych z informatyką, telekomunikacją, robotyką czy mechatroniką. Nie jest to jeszcze parytet 50/50, ale rośnie z roku na rok. Są już takie wydziały, gdzie ponad 30 proc. studentów to właśnie panie – wskazuje prof. Tadeusz Słomka, rektor i rektor elekt Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Jak podkreśla, na wszystkich kierunkach panie stanowią już 40 proc. wszystkich studentów. Przyciągają je nie tylko kierunki humanistyczne, lecz także te, które dotychczas kojarzyły się z mężczyznami. Jednocześnie blisko 80 proc. kobiet wskazuje, że konieczne jest powstanie programów, które zachęcałyby do nauki przedmiotów ścisłych.

Co roku w czasie dni otwartych AGH staramy się przyciągnąć panie, choćby dlatego, że maleje populacja kandydatów na studia. Jeśli więcej pań do nas dołączy, będziemy mieć lepszych studentów. To dla nas niezwykle istotne – podkreśla prof. Słomka.

W dniach od 31 maja do 1 czerwca 2016 w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie odbyła się międzynarodowa Konferencja Lean in STEM: „The STEM Education for Innovation – Women in the Forefront”, podczas której zorganizowano pod patronatem firmy Siemens Okrągły Stół dla STEM z udziałem przedstawicieli instytucji, organizacji i firm.

Rośnie popularność nieruchomości komercyjnych szytych na miarę. Często inwestorzy decydują się na rozwiązania energooszczędne i ekologiczne

CEO Magazyn Polska

Wymagania inwestorów na rynku nieruchomości komercyjnych, przemysłowych i magazynowych są coraz większe. Chociaż coraz więcej jest inwestycji o charakterze spekulacyjnym, czyli budowanym bez podpisanych umów z najemcami, to rośnie też zapotrzebowanie na obiekty w formule build-to-suit. To oznacza, że od początku do końca realizowane są na potrzeby konkretnej firmy. Proponujące tego rodzaju usługi przedsiębiorstwo musi mieć jednak kompleksową, bardzo szeroką ofertę.

– Pojawia się coraz większe zapotrzebowanie firm na obiekty szyte na miarę – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Lewandowski, wiceprezes ds. handlowych w spółce PRO-INVEST S.A. – Szczególnie widoczne jest to wśród firm zachodnich. Nie chcą one inwestować zagranicznego kapitału tutaj, wolą wynająć obiekt z długim okresem najmu.

Jak precyzuje Jacek Lewandowski, formuła build-to-suit (BTS) uwzględnia szereg konkretnych potrzeb najemcy, takich jak konkretna lokalizacja, konieczność maksymalnego wykorzystania przestrzeni składowania, optymalizacji produkcji czy dopasowania do technicznych warunków prowadzonej działalności (pomieszczenia, urządzenia, taśmociągi, linie produkcyjne, niestandardowe zapotrzebowanie na energię elektryczną itp.).

Zdecydowanie widzimy na rynku tendencje zwyżkową, czyli coraz większe zapotrzebowanie klientów na obiekty tego rodzaju – zauważa Jacek Lewandowski. – Skłania nas to do tego, żebyśmy profil działalności ukierunkowali właśnie w kierunku zadań w formule BTS.

Tego typu rozwiązania stanowią atrakcyjną alternatywę dla zasobów powierzchni dostępnych na rynku. Tym bardziej że koszt budowy takich obiektów jest zwykle niższy niż standardowych nieruchomości przemysłowych, które trzeba przystosowywać do potrzeb klientów.

– Wymaga to zdecydowanie większych nakładów niż w przypadku obiektu, który od początku do końca jest projektowany, uzgodniony, ustalony, dograny w najdrobniejszych szczegółach – wskazuje Jacek Lewandowski.

Jego zdaniem wykonawca musi jednak mieć kompleksową ofertę, czyli obsłużyć klienta od A do Z. Początkiem takiej współpracy z inwestorem powinno być ustalenie, zdiagnozowania jego potrzeb, następnie stworzenie projektu, uzyskanie pozwolenia na budowę, realizacja, a na koniec oddanie nieruchomości do użytkowania lub wynajmu w czasie, na który strony ustalą w umowie.

Zleceniodawcy coraz bardziej skłaniają się ku rozwiązaniom nowoczesnym i energooszczędnym.

Popularność zyskuje wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii i to mimo że w wielu przypadkach klientem BTS jest przemysł, niejednokrotnie ciężki – twierdzi Jacek Lewandowski. – Takie realizacje pojawiają się tam coraz częściej i jest to tendencja, z którą spotykamy się na co dzień, zdecydowanie ją popieramy. Myślę, że formuła projektuj, wybuduj i wynajmij to droga, którą będziemy skutecznie i zdecydowanie w najbliższym czasie podążać.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego produkcja budowlano-montażowa w kwietniu br., obejmująca realizowane przez przedsiębiorstwa na terenie kraju roboty inwestycyjne i remontowe, była o 14,8 proc. niższa niż przed rokiem. Podczas pierwszych czterech miesięcy br. także w stosunku rocznym odnotowano spadek (o 13,1 proc.).

Oknoplast szykuje się do podbicia rynków brytyjskiego i amerykańskiego

0

Mikołaj Placek, prezes firmy Oknoplast

Małopolski producent okien z PCV zamierza w tym roku osiągnąć 75-proc. udział sprzedaży zagranicznej w przychodach. Firma poza Polską obecna jest na 10 rynkach i na wszystkich zamierza osiągnąć w tym roku wzrosty rzędu 15–40 proc. W tym roku Oknoplast wszedł na rynek skandynawski, przymierza się też do ekspansji w USA i Wielkiej Brytanii.

– Najważniejszym planem rozwojowym jest umacnianie i zwiększanie sprzedaży na tych rynkach, na których już działamy – zapewnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mikołaj Placek, prezes firmy Oknoplast. – Weszliśmy na rynek skandynawski w tym roku i tam też chcielibyśmy, żeby sprzedaż już w tym roku przyniosła zysk.

Polska jest liderem rynku stolarki otworowej w Europie pod względem eksportu. W 2015 roku wyprzedziła przodujące dotąd Niemcy z eksportem o wartości przekraczającej 1,5 mld euro. Najwięcej polskich okien wysyłanych jest właśnie do Niemiec, po nich plasują się Wielka Brytania i Francja.

– Rynek brytyjski to największy rynek w Europie, jeśli chodzi o okna PVC, i to jest w zasadzie jedyny rynek z tych dużych, na których firma Oknoplast jeszcze nie jest obecna. Chcielibyśmy tam wejść, bo widzimy duże możliwości. Chcielibyśmy konkurować tam najwyższą jakością oferowanych produktów i bardzo dobrą logistyką – zapowiada prezes Oknoplastu. – To jest oczywiście temat przyszłościowy, bo w tym roku zaczęliśmy badania marketingowe na tym rynku. Myślę, że realnie w przyszłym roku zaczniemy już tam sprzedawać.

Oknoplast działa na rynku okien PCV od 22 lat. Ma niemal 3 tys. salonów w 10 krajach Europy. Od początku swojej działalności sprzedał ponad 3,7 mln okien. W tym roku zamierza postawić pierwsze kroki poza Starym Kontynentem.

– Mamy plany związane z wyjściem poza kontynent europejski, natomiast nie będzie to jeszcze Azja i Chiny. Zaczęliśmy robić badania marketingowe na rynku amerykańskim – informuje Placek.

Na rynkach, na których firma działa obecnie, czyli na Słowacji, w Czechach, Niemczech, we Włoszech, Francji, na Węgrzech, w Austrii, Słowenii i Szwajcarii, producent zamierza zwiększyć sprzedaż dwucyfrowo. W zależności od kraju mają to być wzrosty rzędu 15–40 proc.

– W tym roku myślę, że udział eksportu w sprzedaży grupy powinien osiągnąć ok. 75 proc. – deklaruje Mikołaj Placek.

Stopniowo spada udział węgla w miksie energetycznym Polski. Lukę węglową mogłyby zapełnić energetyka jądrowa, geotermalna i OZE

CEO Magazyn Polska

W Polsce udział węgla w produkcji energii elektrycznej wynosi 87 proc. Ma być on jednak stopniowo zmniejszany. Zapełnić lukę węglową w miksie energetycznym mogłaby energetyka jądrowa, choć obecny program wdrażany jest bardzo wolno. Szanse daje energia geotermalna. – Perspektywiczne są też odnawialne źródła energii, energetyka wiatrowa i fotowoltaika. Wiatraki są jednak ingerencją w środowisko naturalne, a fotowoltaika jest słabo rozwinięta pod względem technologii – ocenia wicedyrektor Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska.

Energetyka węglowa jest dzisiaj w Europie energią nie tylko niechcianą, ale wręcz eliminowaną. Trudno się z tym nie zgodzić, bo węgiel w dalekosiężnej perspektywie z racji tego, że jest to nieodnawialne źródło energii, kiedyś się wyczerpie. Natomiast dla Polski jest to niezwykle dotkliwe, bo blisko 90 proc. naszej energetyki oparte jest właśnie na węglu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marian Bosowski, wicedyrektor Izby Gospodarczej Energetyki i Ochrony Środowiska.

W jego ocenie Polska nie jest w stanie poradzić sobie bez węgla. Według opracowania Forum Analiz Energetycznych „Polska energetyka na fali megatrendów” węgiel kamienny jest kluczowym surowcem w wytwarzaniu ciepła w Polsce (powyżej 70 proc.). Zapowiedzi unijne wskazują jednak, że ze względu na ograniczenie zanieczyszczeń atmosfery udział węgla ma być coraz mniejszy.

Docelowo będziemy musieli poradzić sobie bez energetyki węglowej. Musimy jednak zrobić wszystko, żeby w ciągu najbliższych kilkunastu lat, może więcej, ją utrzymać. Polska absolutnie sobie nie poradzi w perspektywie kilku czy kilkunastu lat bez energetyki węglowej – ocenia Bosowski.

Od 1990 roku stan zasobów bilansowych w polskich kopalniach zmniejszył się o ponad 45 proc. Wielkość zasobów przemysłowych spadła aż o 75 proc., a liczba czynnych kopalń zmniejszyła się z 70 do 31. Główny Instytut Górnictwa oraz Agencja Rozwoju Przemysłu szacują̨, że przy obecnym wydobyciu węgla zasobów wystarczy na maksymalnie 30 lat eksploatacji.

Konieczne jest więc znalezienie takich źródeł energii, które pozwolą na zlikwidowanie luki węglowej.

Oczekiwałbym, że nastąpi znaczne przyspieszenie i urealnienie programu energetyki jądrowej. To energetyka środowiskowo neutralna, pewna i bezpieczna. Olbrzymim problemem jest to, że jest to inwestycja blisko trzykrotnie droższa od innych źródeł, ale kraj taki jak Polska moim zdaniem powinien sobie to zafundować. Już wiele lat temu ustanowiliśmy program energetyki jądrowej, niestety, jest on wdrażany bardzo powoli – ocenia wicedyrektor IGEiOŚ.

Program Polskiej Energetyki Jądrowej przewidywał, że w 2019 roku powinna się rozpocząć budowa pierwszego bloku elektrowni jądrowej, a do 2024 roku powinno nastąpić jego uruchomienie. Wszystko wskazuje jednak na to, że program będzie znacznie opóźniony. Co istotne, cieszy się on akceptacją połowy społeczeństwa (badanie zrealizowane na zlecenie Ministerstwa Energii).

Drugie źródło energii, które nie przewija się może zbyt intensywnie w programach rządowych, to energia geotermalna. Profesor Sokołowski, ojciec polskiej geotermii, stworzył mapę, z której wynika, że pod Polską są źródła gorącej wody o objętości dwa razy większej niż Bałtyk. Jest to ogromne źródło, które może być wykorzystane energetycznie. W Islandii z ziemi wydobywa się woda pod postacią pary, która napędza turbozespoły. Przy dzisiejszym poziomie techniki powinno to powstać i u nas – przekonuje Marian Bosowski.

Polska ma dobre warunki geotermalne. Taka energia w Polsce ma najwyższy potencjał techniczny ze wszystkich źródeł energii odnawialnej. Szacuje się go na poziomie 1512 PJ/rok – to ok. 30 proc. krajowego zapotrzebowania na ciepło.

Zdaniem eksperta należy też rozwijać inne odnawialne źródła energii, jak energetyka wiatrowa i fotowoltaika.

Jestem jednak bardzo sceptycznie nastawiony do energetyki wiatrowej. To ponad wszelką wątpliwość energia odnawialna, natomiast mam duże wątpliwości, czy jest ona ekologiczna. Wiatraki to niezwykle agresywna ingerencja w środowisko, w krajobraz – przekonuje wicedyrektor IGEiOŚ. – Fotowoltaika zaś jest perspektywiczna, ale jeszcze za słabo rozwinięta pod względem technologii.

Z danych Urzędu Regulacji Energetyki wynika, że na koniec I kwartału 2016 roku całkowita moc elektrowni wiatrowych w Polsce wyniosła blisko 5,5 GW (przy 4,5 GW na koniec 2015 roku). Farmy wiatrowe odpowiadają za zdecydowaną większość całkowitej mocy OZE, która wynosi blisko 8 MW.

Łączny potencjał elektrowni fotowoltaicznych wzrósł zaś w ubiegłym roku o 50 MW – do 71 MW, a w I kwartale do ponad 87 MW.

Wszyscy oczekujemy, że świat wymyśli sposób przechowywania i magazynowania energii. Gdybyśmy mogli naprodukować sobie energii na zapas w okresie, kiedy ona jest nam niepotrzebna, to rozwiązałoby to wszystkie nasze problemy. Życzmy sobie i następnym pokoleniom, żeby nie tylko w Polsce, lecz także na świecie ten problem został szybko rozwiązany – mówi Marian Bosowski.

Na stadionach Ekstraklasy coraz większą popularnością cieszą się sektory rodzinne. Najmłodsi kibice mogą się w nich cieszyć atmosferą piłkarskich widowisk

CEO Magazyn Polska

Sektory rodzinne na swoich stadionach wydzieliła już większość klubów Ekstraklasy. Można w nich w przyjaznej, rodzinnej atmosferze oglądać mecze. Dodatkowo, w specjalnych strefach obowiązują promocyjne ceny, często są również przygotowywane dodatkowe atrakcje dla najmłodszych. Na piłkarskie emocje stawia też coraz więcej pań, które chętnie przychodzą na stadiony, by dopingować swoje ulubione drużyny. 

Kluby Ekstraklasy dokładają wszelkich starań, by sektory rodzinne były najlepszym miejscem na stadionie, gdzie dzieci od najmłodszych lat mogą cieszyć się atmosferą piłkarskich widowisk.

Do tej pory uważało się, że piłka nożna to sport dla mężczyzn, natomiast mamy bardzo dobrą tendencję związaną z trybunami rodzinnymi w Ekstraklasie. Te trybuny się coraz bardziej powiększają. Zawodnicy coraz częściej chodzą do szkół, promują swoje kluby, w związku z tym mamy coraz więcej rodzin, które przychodzą z tymi dziećmi szkolnymi. Coraz więcej klubów prowadzi też takie szkolenie młodzieży w grupach otwartych, czyli tam, gdzie można przyjść rekreacyjnie i pobawić się tą piłką – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Dariusz Marzec, prezes zarządu Ekstraklasy.

Dla najmłodszych przewidziane są również rozmaite atrakcje. Na przykład w rodzinnym sektorze na stadionie PGE Arena Gdańsk na każdym meczu pojawia się maskotka klubowa. Często przychodzą również np. animatorki, które malują dzieciom buzie w klubowych barwach. Dodatkową zachętą, by przyjść z całą rodziną na stadion, są także promocje cenowe. W zależności od stadionu bilet dla dziecka pod opieką rodzica można dostać już od złotówki. Na niektórych arenach wprowadzono z kolei bilety rodzinne.

Mamy coraz więcej kobiet na stadionach, prowadzimy też różnego rodzaju konkursy i wyłapujemy atrakcyjne kobiety na trybunach. Na stadionie w Podbeskidziu Bielsko-Biała mamy z kolei grupę zakonnic, które też są takim twardymi kibicami przychodzącymi na mecze. Na stadionie można spotkać praktycznie całą społeczność lokalną i to nas bardzo cieszy. Na pewno będziemy się starali dopasować ofertę do każdej z tych grup społecznych – mówi Dariusz Marzec.

Dlatego zarządcy obiektów, które właśnie są przebudowywane, zapewniają, że w planach również jest przygotowanie sektorów rodzinnych.

Siedem mitów, które blokują karierę po czterdziestce

Po czterdziestce, to ty jesteś tym starszym i mądrzejszym. A jednak, twój zawodowy rozwój hamuje szereg nieporozumień i lęków. Jak sobie z nimi radzić? 

Wystarczy krótkie podsumowanie: co najmniej dekada (a często nawet dwie) doświadczenia zawodowego, bogaty wachlarz kwalifikacji i umiejętności, kalendarz pełen kontaktów, mnóstwo wydeptanych ścieżek. Słowem, wszystko to, czego pracownicy na początku kariery zazdroszczą starszym kolegom. Czemu więc po czterdziestce tak bardzo boimy się zaryzykować i zmienić pracę?

Wszystko przez mądrości ludowe, którym dajemy się pokonać. Wierzymy, że inny pracodawca uzna, że jesteśmy za starzy albo zbyt kosztowni. W każdym wieku zasługujemy na zawodową satysfakcję a z mitami, jak te poniżej, można walczyć.

  1. „Jestem za stary”

Pracowników po czterdziestce zwykle łapie ten lęk. Odrzucają potencjalne oferty, uważając, że wiek ich dyskwalifikuje. Jeśli uważamy, że wiek jest naszą słabą stroną, skupiamy się na tych mocnych. Zamiast rozwodzić się nad tym, dlaczego nie dostaniemy posady lepiej zadać sobie kilka ważniejszych pytań. Czy mam wymagane kwalifikacje? Co mogę zaproponować pracodawcy? Co mnie wyróżnia? I tym grać w CV i podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

  1. „Pracę dostaje się po znajomości”

Trochę w tym prawdy, ale tylko trochę.

„Polacy uważają, że to najczęstszy sposób zdobycia pracy. W rzeczywistości równie często znajduje się ją, odpowiadając na ogłoszenie czy korzystając z pomocy rekrutera.” – mówi Bartosz Struzik z międzynarodowego serwisu z ofertami pracy MonsterPolska.pl.

Znajomości, które kojarzą się głównie negatywne, dziś rozumiane są inaczej i znacznie szerzej. Chodzi o budowanie sieci kontaktów zawodowych i bycie poleconym ze względu na swoje kwalifikacje. Poza tym, żeby być naprawdę skutecznym na rynku pracy, lepiej sięgać po kilka metod zamiast ograniczać się do jednej.

  1. „Będę postrzegany jako mniej produktywny niż młodsi”

To mit, nie ma potwierdzenia w faktach. Ale jeśli dopada, można go łatwo zwalczyć – aktywnością. Warto pokazać swoją innowacyjność, łatwość liderowania, sprawiania, że sprawy zostają załatwione. Przywołać przykłady ulepszeń, które się zastosowało czy projektów, które przyniosły firmie oszczędności lub zysk.

  1. Mniejsza odpowiedzialność, mniejsza satysfakcja

Myśl o zmianie pracy po czterdziestce rodzi obawę: a co jeśli nie będę tak samo ważny?.

„Przebijanie się na nowo może odstręczać. Z drugiej strony jednak, często zaczynamy karierę w bardzo młodym wieku i dochodzimy do miejsca, w którym wcale nie czujemy się dobrze. Nowa praca to szansa na reset, nowy początek.” – mówi ekspert serwisu MonsterPolska.pl.

Poza tym, jeśli nowe zajęcie będzie dawało satysfakcję, to mniejsza odpowiedzialność nie musi być wcale zła. Może pozwolić złapać oddech i pożyć własnym życiem.

  1. „Nie spodoba mi się młodszy szef”

Jeśli pracownik jest doceniany za swoją pracę, wiek przełożonego nie ma żadnego znaczenia.

  1. „Pracodawcę odstraszą moje płacowe wymagania”

„Za dużo” zależy tylko od tego, co mamy do zaoferowania. Jeśli domagamy się wysokiego wynagrodzenia, musimy przekonać potencjalnego pracodawcę, że robi dobry interes. Musi wiedzieć, jak skutecznego pracownika dostanie w zamian.

  1. Za późno na radykalną zmianę

Nigdy nie jest za późno dla kogoś, kto nie pozwala sobie na zapadanie w zawodowy letarg. Jeśli się stawia na rozwój, jest otwartym na naukę,  podejmuje ryzyko – żadne nowe zad

Co dalej z cenami mieszkań

Wysoki popyt na rynku nieruchomości mieszkaniowych w I kwartale br. wpłynął na poprawę wyników sprzedażowych deweloperów i w konsekwencji doprowadził do lekkiego wzrostu cen transakcyjnych w największych polskich miastach.

W I kw. 2016 r. spośród badanych przez Amron lokalizacji jedynie w Łodzi zanotowano spadek średniej ceny transakcyjnej 1 m2 powierzchni użytkowej mieszkania w ujęciu kwartalnym (o 65 zł/m2). W pozostałych miastach zarejestrowano niewielkie wzrosty – największe w Poznaniu, Krakowie i we Wrocławiu, odpowiednio o 138 zł/m2, 128 zł/m2 i 124 zł/m2 w porównaniu do IV kwartału 2015 r. Natomiast w stolicy przeciętna jednostkowa cena mieszkania wzrosła o 83 zł/m2.

-Zmiany cen były więc kosmetyczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dyr. Jerzy Ptaszyński z AMRON. I przedstawia swoje przypuszczenia jakie mogą być zmiany cen w następnych kwartałach tego roku.

Amex – przebita linia trendu spadkowego

Amex – przebita linia trendu spadkowego

maj 31, 2016 12:41

Amex - przebita linia trendu spadkowego 1
Akcje spółki American Express znajdują się w trendzie wzrostowym od prawie czterech miesięcy. Ostatnio kurs obronił obszar wsparcia w okolicach 63,80 – 65,30 USD i przełamał linię trendu spadkowego, który obserwowaliśmy od końca 2014 roku. Obecnie najbliższym poziomem oporu jest strefa w pobliżu 70,25 – 71,50 USD.

Spółka pokazała dobre wyniki za pierwszy kwartał br. Zysk na akcję wyniósł 1,45 USD i był wyższy od prognoz o 0,10 USD. Przychody wyniosły 8,1 mld USD i przewyższyły rynkowe prognozy o 110 mln USD oraz wzrosły o 1,9% w porównaniu z analogicznym kwartałem rok wcześniej. Firma ponadto potwierdziła swoją prognozę wyników na 2016 rok.

Dział Analiz

S&P 500 bardziej prawdopodobny scenariusz w górę

S&P 500 bardziej prawdopodobny scenariusz w górę

maj 31, 2016 15:14

S&P 500 bardziej prawdopodobny scenariusz w górę 2

Indeks S&P 500 zakończył tydzień o 2,3% wyżej, przełamując bez problemu poziom oporu w okolicach 2075 pkt. Obecnie walczy o przebicie 2100 – 2110 pkt. i gdyby ta sztuka się udała możemy spodziewać się ataku na historyczne maksima w okolicach 2137 pkt.

Za dobry nastrój na rynkach odpowiadają niezłe dane z amerykańskiej gospodarki, które poznaliśmy w zeszłym tygodniu. We wtorek były to bardzo dobre dane dotyczące sprzedaży nowych domów, w czwartek lepsze odczyty dotyczące zamówień na dobra trwałe, a w piątek rewizję PKB za pierwszy kwartał br., która okazała się zgodna z rynkowym konsensusem.

Rynki już tak bardzo nie obawiają się podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i tym samym nie reagują na dobre dane wyprzedażą akcji.

Należy jednak pamiętać, że choć scenariusz wzrostowy obecnie jest bardziej prawdopodobny, to wciąż nie zostały przełamane historyczne maksima w pobliżu 2137 pkt., więc należy zachować szczególną ostrożność.

Dział Analiz

Gold – możliwa głębsza korekta

Gold – możliwa głębsza korekta

czerwiec 01, 2016 08:18

Gold - możliwa głębsza korekta 3

Nieudany atak na psychologiczna barierę 1300 USD za uncję złota, jaki miał miejsce na przełomie kwietnia i maja br., w zestawieniu ze spadającym momentum, stał się pretekstem do silniejszej realizacji zysków, a w konsekwencji do wygenerowania sygnałów sprzedaży na podstawowych wskaźnikach (np. na MACD) i wybicia dołem z rysowanego od połowy lutego kanału o wzrostowym nachyleniu. Wspomniane wybicie, pomimo że obecnie ruch do dołu został zatrzymany przez układ wsparć tworzonych przez psychologiczny poziom 1200 USD i 1204,80 USD (38,2% zniesienie Fibo), każe oczekiwać dalszych spadków. Najbliższe liczące się wsparcia, poza opisaną strefą 1200-1204,80 USD, to 1191,54 USD (szczyt z października 2015) i 1174,50 USD (50% zniesienie Fibo). Jednak docelowym poziomem spadków są dopiero okolice 1144,30 USD. Czyli okolice 61,8% zniesienia Fibo wzrostów z okresu grudzień 2015 – maj 2016.

Powyższy spadkowy scenariusz straci na aktualności w momencie, gdy notowania złota wrócą powyżej 1233,10 USD, czyli powyżej dolnego ograniczenia opisanego wyżej kanału. Wówczas bowiem zostaną anulowane sygnały sprzedaży, co może skutkować szybkim zamykaniem krótkich pozycji w złocie i powrotem cen w okolice 1250-1260 USD.

Fundamentalnym impulsem do majowego spadku cen złota był powrót spekulacji odnośnie podwyżek stóp procentowych w USA (efekt wypowiedzi członków Fed i danych makro) i związane z tym umocnienie dolara. Czynnik ten będzie odgrywał pierwszoplanową rolę również w kolejnych tygodniach. Dlatego im lepsze będą napływać dane z USA, tym większe będzie prawdopodobieństwo podwyżki stóp, a co za tym idzie, będzie też zwiększać się presja podażowa na złocie.

Dział Analiz

1 mld zł na wdrożenie prac badawczo-rozwojowych

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości rozpoczęła dziś przyjmowanie wniosków o wsparcie w ramach konkursu „Badania na rynek”, którego celem jest wzmocnienie konkurencyjności i innowacyjności przedsiębiorstw poprzez wdrażanie wyników prac badawczo-rozwojowych. Działanie skierowane jest do przedsiębiorców realizujących duże projekty, a maksymalna kwota dofinansowania wynosi 20 milionów zł. Badania na rynek to konkurs z największą pulą środków przeznaczonych na wsparcie dla przedsiębiorców wśród wszystkich działań PARP w 2016 roku. Nabór wniosków potrwa do 31 sierpnia.

Dofinansowanie, które przedsiębiorcy otrzymają w ramach konkursu, zostanie wykorzystane na wydatki inwestycyjne (np. zakup nieruchomości, roboty budowlane), usługi doradcze lub eksperymentalne prace rozwojowe. Maksymalna wartość dofinansowania wynosi 20 mln zł (w tym: na eksperymentalne prace rozwojowe: 450 000 zł oraz na usługi doradcze: 500 000 zł). Całkowita kwota przeznaczona na dofinansowanie projektów w tegorocznej edycji konkursu wynosi 1 mld złotych.

Oferta skierowana jest do mikro, małych i średnich firm, które osiągnęły przychody ze sprzedaży nie mniejsze niż 1 mln złotych przynajmniej w jednym zamkniętym roku obrotowym w  okresie ostatnich 3 lat.

Konkurs jest prowadzony w ramach Poddziałania 3.2.1 „Badania na rynek”, które jest finansowane ze środków Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój na lata 2014-2020.

Ile pieniędzy zostało na dopłaty do mieszkań w MdM

Kiedy wyczerpią się środki przeznaczone na dopłaty w programie Mieszkanie dla młodych na 2017 rok? Jakie możliwości będą miały osoby chcące skorzystać z rządowego wsparcia, gdy przyjmowanie wniosków o dofinansowanie z przyszłorocznej puli zostanie wstrzymane? Komentarze na firm deweloperskich prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

W tym roku wnioski o dopłatę z MdM będą przyjmowane maksymalnie do kwoty 50 proc. budżetu przewidzianego na 2017 rok. Nie oznacza to, że klienci chcący nabyć mieszkanie z dopłatą będą musieli czekać aż do 2018 roku. W przypadku wstrzymania przyjmowania wniosków, trzeba będzie zaczekać do stycznia przyszłego roku, by szybko je ponownie złożyć. Na ten moment wykorzystano około 20 proc. z puli środków przeznaczonych na dopłaty na przyszły rok, z czego tylko w kwietniu aż 10 proc. Przy obecnym tempie przewiduje się, że wstrzymanie przyjmowania wniosków nastąpi w okolicy lipca.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Niezależnie od programów rządowych zawsze uwzględniamy potrzeby klientów. Zdajemy sobie sprawę z ich wrażliwości na cenę, dlatego nasza oferta dostosowana jest do bieżącej sytuacji rynkowej. Ze względu na ograniczoną dostępność wsparcia finansowego w ramach MdM część nabywców decyduje się na odłożenie zakupu w czasie. Osoby, które chciałyby skorzystać z rządowej dopłaty, ale nie moją na to szans, często rozważają inne możliwości finansowania i takim klientom przychodzimy z pomocą. Nasi doradcy zawsze starają się znaleźć najkorzystniejszą dla nabywcy formę finansowania zakupu mieszkania.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO Classic

Dopłaty obejmują około 10 proc. wartości transakcji związanych zakupem mieszkań. Nie należy liczyć, że po wyczerpaniu środków w MdM na 2018 rok deweloperzy zdecydują się na obniżki cen w tej wysokości. Trudno tego oczekiwać, szczególnie przy tak dużym zainteresowaniu nowymi mieszkaniami jakie jest obecnie, które z pewnością utrzyma się w najbliższym czasie.

Marcin Mielcarz, wiceprezes zarządu Grupy Inwest

W naszych inwestycjach mieszkania spełniające wymogi programu MdM najczęściej sprzedawane są jako pierwsze. W projektach, których ukończenie zaplanowaliśmy w 2017 roku lokale, które oferowaliśmy w ramach MdM zostały już sprzedane. Klientom zainteresowanym zakupem w naszych nowych, warszawskich inwestycjach przy ul. Kałuszyńskiej i ul. Szklanych Domów doradzamy by skorzystali z dopłat w ramach budżetu na 2018 rok. Kilka tygodni oczekiwania dłużej na środki nie stanowi dla nas problemu, a nabywcom umożliwia uzyskanie rządowego dofinansowania.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Mieszkania w ramach programu MdM oferujemy w warszawskiej inwestycji Monte Verdi, zlokalizowanej przy ul. Popularnej. Liczymy na to, że uda się efektywnie wykorzystać te ostatnie miesiące i nasi klienci będą mogli skorzystać z puli środków przewidzianych na dopłaty w MdM na rok 2017. Należy zaznaczyć, że program jeszcze się nie kończy i nadal będą dostępne środki na dopłaty w kolejnym roku. Niektórzy deweloperzy prawdopodobnie będą musieli zgodzić się na otrzymanie zapłaty części ceny w odroczonym terminie. Trudniej będzie natomiast zawierać takie transakcje na rynku wtórnym, ponieważ właściciele mieszkań nie będą chcieli tak długo oczekiwać na zapłatę.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Dane BGK jednoznacznie wskazują na to, że jeśli środki z programu MdM przeznaczone na 2017 rok zostaną wyczerpane w 50 proc. do końca listopada, banki przestaną przyjmować wnioski o dofinansowanie aż do 1. stycznia 2017 roku. Natomiast jeśli zainteresowanie nadal się utrzyma na tym samym poziomie, to prawdopodobnie w drugim kwartale przyszłego roku będą dostępne już tylko fundusze z puli przewidzianej na 2018 rok. Posiadamy w ofercie mieszkania w osiedlach, których termin oddania do użytku przypada zarówno na 2017 rok, jak i na rok 2018. Dla potencjalnych nabywców mieszkań z rynku pierwotnego oznacza to, że nadal mają duże szanse na kupno nowego lokalu w ramach MdM, nawet jeśli będą musieli poczekać na przeprowadzkę rok czy dwa. Mieszkania spełniające kryteria określone w programie oferujemy m.in. w osiedlach Zielona Dolina i Willa One w Warszawie oraz Nowe Tysiąclecie w Katowicach.

Jacek Bielecki, dyrektor ds. rozwoju i jakości Marvipol S.A.

Część środków z programie MdM jest zarezerwowana do wykorzystania w 2017 roku, choć należy spodziewać się, że zostaną one wykorzystane już na początku tego roku. Obecnie w ofercie deweloperów znajduje się duża liczba mieszkań z terminem na 2018 rok, część z nich może mieścić się w limitach programu.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

W ramach naszej strategii postawiliśmy przede wszystkim na inwestycje ze średniego pułapu cenowego, dostarczane w bardzo dobrej jakości. Nie uzależniamy płynności naszej oferty od realizacji dopłat w ramach MdM. Zakończyliśmy właśnie budowę warszawskiego osiedla Księżycowa 60, w którym część mieszkań była objęta dopłatami i zakładamy, że niezależnie od dalszych losów programu MdM, wszystkie mieszkania w tej inwestycji znajdą nabywców jeszcze w tym roku.

Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży Wawel Service

W swoich działaniach i strategii biznesowej przewidzieliśmy różne możliwe scenariusze związane z programem MdM, dlatego teraz możemy zapewnić naszym klientom najlepsze rozwiązania spośród dostępnych na rynku. Osoby, które chciałyby skorzystać z szerokiej gamy możliwości ułatwiających finansowanie zakupu mieszkania znajdą je w Wawel Service.

Roma Peczyńska, marketing manager w RED Real Estate Development

Budżet na dopłaty w ramach MdM na 2017 rok wynosi 746 mln zł, ale ustawa pozwala na zarezerwowanie nie więcej niż połowy pieniędzy z tej puli w tym roku. Jeżeli zostanie osiągnięty ten pułap, to przyjmowanie wniosków zostanie wstrzymane. Kupujący otrzymają dofinansowania jedynie na mieszkanie oddawane w 2018 roku. Na znaczeniu mogą zyskać preferencyjne warunki płatności, na przykład takie, jak proponowany przez nas system płatności za mieszkanie 15/85, w którym 15 proc. wartości lokalu klient wpłaca po podpisaniu umowy deweloperskiej, a pozostałą część przy odbiorze kluczy.

Katarzyna Pietrzak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Victoria Dom S.A.

Posiadamy w ofercie szeroki wybór mieszkań w inwestycjach zlokalizowanych na Woli i Białołęce, a niebawem rozszerzymy go o propozycje także w innych dzielnicach Warszawy. Dzięki temu możemy zapewnić klientom mieszkania, spełniające ich wymagania względem lokalizacji i ceny, jak również lokale, przy zakupie których mogą skorzystać z dopłat w ramach programu MdM ze środków przeznaczonych na 2017 i 2018 rok.

Maria Doerre, dyrektor sprzedaży i marketingu Activ Investment

Mamy w ofercie dużą ilość mieszkań w cenach, które mieszczą się w limicie programu MdM. Większość realizowanych aktualnie inwestycji zakończymy w latach 2017 i 2018, dzięki temu klienci wciąż mogą skorzystać z rządowego wsparcia przy zakupie mieszkania.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki

UniAkcje Dywidendowy zainwestuje na Zachodzie

Subfundusz UniAkcje Dywidendowy z oferty Union Investment TFI zmienia swoje oblicze. Dzięki poszerzeniu spektrum inwestycyjnego zarządzający zyskał możliwość inwestowania części aktywów w akcje spółek dywidendowych notowanych m.in. na giełdach Europy Zachodniej. W portfelu, co do zasady, nie będzie akcji tureckich.

Z dniem 1 czerwca br. weszły w życie zmiany w polityce inwestycyjnej subfunduszu UniAkcje Dywidendowy (UniFunduszeFIO). Główna zmiana dotyczy art. 227 Statutu, który dotychczas zobowiązywał Tomasza Matrasa, zarządzającego subfunduszem, do inwestowania w akcje spółek dywidendowych z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) minimum 60% aktywów. Odświeżona polityka subfunduszu UniAkcje Dywidendowy zakłada rezygnację z tego zapisu i poszerzenie spektrum inwestycyjnego.

Nie oznacza to całkowitego odejścia od walorów spółek notowanych na parkietach Europy Środkowo-Wschodniej. Przeciwnie – te nadal będą stanowiły istotny udział w portfelu. Jednocześnie zarządzający zyskał dodatkowo możliwość inwestowania w akcje najbardziej perspektywicznych spółek dywidendowych z innych regionów geograficznych, m.in. Europy Zachodniej.

Od samego początku swojego istnienia UniAkcje Dywidendowy jest pozycjonowany jako produkt o najniższym ryzyku w palecie naszych funduszy akcyjnych. Poprzez odświeżenie polityki inwestycyjnej zyska on dostęp do giełd rynków rozwiniętych, które z reguły cechują się mniejszą zmiennością niż rynki wschodzące. Powinno to skutkować jeszcze większym niż dotąd złagodzeniem wahań jednostki uczestnictwa subfunduszu UniAkcje Dywidendowy w porównaniu do najbardziej agresywnych subfunduszy. Jednocześnie inwestowanie w wybrane spółki zachodnioeuropejskie istotnie zwiększy możliwości generowania zysków – wyjaśnia Piotr Minkina, zastępca dyrektora w Departamencie Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI.

Odświeżona polityka inwestycyjna subfunduszu UniAkcje Dywidendowy zakłada również eliminację udziału akcji tureckich z portfela. – Dążąc do maksymalnego obniżenia zmienności, zarządzający subfunduszem będzie unikał najbardziej ryzykownych, charakteryzujących się dużymi wahaniami rynków, takich jak Turcja – mówi Piotr Minkina.

Decyzja o wyeliminowaniu ekspozycji na rynek turecki jest podyktowana również chęcią dywersyfikacji oferty rozwiązań akcyjnych. – Inwestorzy, którzy poszukują wyższego potencjału oferowanego przez rynek turecki, mogą wybrać subfundusz UniAkcje: Turcja, inwestujący wyłącznie nad Bosforem, lub UniAkcje: Nowa Europa, który może elastycznie zwiększać zaangażowanie w Turcji, jeśli zarządzający nim uzna, że rynek ten może w danym czasie przynieść ponadprzeciętną stopę zwrotu – dodaje.

Złotówka w korelacji z EUR/USD

Złoty po porannym osłabieniu odrabia straty. Presja deflacyjna w Polsce utrzymana. Po mieszanych danych o polskim PKB, bardzo dobry odczyt indeksu PMI. Jutrzejsze posiedzenie EBC w centrum uwagi. Europejskie PMI bez wpływu na rynki. Słabnący juan warty uwagi.

Złoty od początku dzisiejszego dnia tracił do głównych walut, w efekcie wczorajsze umocnienie zostało praktycznie zniwelowane. Rodzima waluta podąża za kursem EUR/USD, to oznacza, że spadek głównej pary walutowej świata powoduje osłabienie polskiej waluty i odwrotnie. Wczorajsza aprecjacja złotówki nastąpiła jeszcze przed danymi GUS o PKB. Publikowane dane okazały się być dwuznaczne. Z jednej strony wzrost za pierwszy kwartał 3% wygląda dobrze, silny jest także popyt krajowy 4,1%. Z drugiej jednak strony słabo wyglądają inwestycje, na wyniku ciążył również ujemny eksport netto.

Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że w kolejnych kwartałach popyt gospodarstw domowych, a także inwestycje, powinny stopniowo rosnąć, co w konsekwencji przełoży się na wzrost PKB do okolic 4% r/r. Póki co najważniejsze dla rodzimej waluty będą czynniki globalne w szczególności dane z USA, a co za tym idzie przyszłe działania Fed, spór wokół TK i oczekiwane ustawa frankowa zejdą na dalszy plan.

Wczoraj poznaliśmy również dane o inflacji w Polsce. Inflacja za maj wyniosła -1% przy prognozie 0,9%, co potwierdza utrzymywanie się presji deflacyjnej. To wskazanie nie powinno jednak zmienić stanowiska większości członków RPP, którzy póki co trzymają się wspólnej wersji, czyli patrzymy i czekamy. Dzisiaj poznaliśmy indeks PMI dla przemysłu który wyniósł 52,1 i okazał się znacznie lepszy od prognoz, co w kolejnych godzinach powinno się przełożyć na umocnienie polskiej waluty.

Wczoraj polski złoty zanotował bardzo udaną sesję wobec funta brytyjskiego. Waluta brytyjska znalazła się pod silną presją również na szerokim rynku. To wszystko za sprawą opublikowanych kolejnych sondaży w sprawie brexitu. Ku zaskoczeniu większości analityków, zyskiwać zaczęli zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii ze strefy euro. Spowodowało to osłabienie funta brytyjskiego do większości głównych walut. Warto dzisiaj zwrócić uwagę na publikacje indeksu PMI o 10.30, ale tylko wynik znacznie odbiegający od prognoz spowoduje większość zmienność na funcie.

Głównym wydarzeniem tego tygodnia będzie posiedzenie EBC. Rynki spodziewają się podniesienia prognoz inflacji i wzrostu gospodarczego. Zwiększenia stymulacji monetarnej na pewno nie będzie, a prowadzona łagodna polityka pieniężna przez Mario Draghiego powinna być kontynuowana. Jest to zupełnie odwrotne podejście do polityki Fed, gdzie trwają spekulacje co do zacieśniania polityki monetarnej i podnoszenia stóp procentowych. Może to wywołać presję na spadek wartości euro do dolara w najbliższym czasie.

Warto również spojrzeć na Chiny, gdzie od 2 tygodni juan traci na wartości do dolara. Pamiętajmy, że słabnąca chińska waluta na początku roku spowodowała spore zamieszanie na rynkach. W efekcie sentyment globalny wyraźnie się pogorszył, a awersja do ryzyka zauważalnie się zwiększyła.

Dzisiejsze odczyty PMI dla przemysłu z największych gospodarek europejskich nie zaskoczyły i były zbliżone do wstępnych prognoz. Mimo to euro odrabia część strat do dolara z początku tygodnia.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na szereg danych z USA – przede wszystkim indeks PMI i indeks ISM dla przemysłu, a także beżową księgę Fed.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

80% poleceń pracy w social media odbywa się za pomocą Facebooka

Nawet 80 proc. poleceń pracy w social media odbywa się za pomocą portalu społecznościowego Facebook, jak wynika z najnowszego badania Sotrender i Combine wykonanego na zlecenie platformy rekrutacyjnej LepszaPraca.pl „Rekrutacja 4.0”. W mediach społecznościowych najczęściej poszukuje się osób na stanowiska o dużej rotacji, choć nie brakuje ofert dla pracowników reklamy, programistów oraz pracowników z wąską specjalizacją. Pracę polecają najczęściej osoby prywatne (2/3 poleceń), nieco rzadziej publikują firmy pod konkretnymi markami. Potencjał mediów społecznościowych oraz polecania ofert pracy w internecie jest olbrzymim i wciąż nie w pełni wykorzystanym w rekrutacji zasobem. 

W dobie rynku pracownika proces rekrutacji stał się niezwykle czasochłonny  i wymagający, a znalezienie odpowiedniego kandydata, zwłaszcza na stanowisko specjalisty, zajmuje dziesiątki godzin. Pracownicy działów HR wskazują, że dostępne obecnie metody rekrutacji internetowej nie są w stanie sprostać ich oczekiwaniom. Podstawowym problemem, zdaniem ekspertów, jest niski poziom weryfikacji kompetencji i poziomu dopasowania kandydata do potrzeb organizacji w internetowych serwisach rekrutacyjnych. Specjaliści HR zwracają uwagę, że spora część CV trafiających do pracodawców za pośrednictwem serwisów pracy jest bowiem zupełnie nieadekwatna do potrzeb organizacji.

Coraz chętniej wykorzystywanym rozwiązaniem w rekrutacji staje się metoda rekomendacji. Zdaniem ekspertów, polecenie dla rekrutera to duże ułatwienie, wynikające z ograniczenia liczby analizowanych CV i jałowych spotkań z kandydatami. Pracownik, który rekomenduje znajomemu pracę już wcześniej „wchodzi w buty HR” i dokonuje wstępnej preselekcji. Rzadko zdarza się, jak twierdzą eksperci, by osoby rekomendowane nie spełniały wymagań firmy, czego nie można powiedzieć o osobach pozyskiwanych przez serwisy ogłoszeniowe czy metodami tradycyjnymi.

“Obecnie większość rekrutacji przeniosła się do Internetu, brakuje jednak adekwatnych narzędzi, które faktycznie ułatwiają pracę działów HR. Brakuje także rzetelnych informacji na temat rozpowszechnienia zjawiska polecania pracy w internecie, a w szczególności w mediach społecznościowych” – komentuje Tomasz Szpikowski, współzałożyciel platformy LepszaPraca.pl.

Tę lukę planuje wypełnić nowe, wygodne narzędzie rekrutacyjne LepszaPraca.pl. Rozwijając pomysł wykorzystania mediów społecznościowych oraz crowdsourcingu w rekrutacji, twórcy start up’u LepszaPraca.pl zdecydowali się na dokładne zbadanie potencjału rynku.

Jak poleca się pracę w social media

Według wyników badania przeprowadzonego przez firmy badawcze Combine przy wsparciu Sotrendera na zlecenie Platformy LepszaPraca.pl, obecnie najpopularniejszym w Polsce medium społecznościowym używanym do polecania pracy jest Facebook. Treści związane z rekomendacjami na tym serwisie stanowią aż 80% wszystkich wzmianek na temat polecania pracy w social media. Aktywni są tam zarówno pracodawcy jak i pracownicy. Poza Facebook’iem pracę poleca się za pośrednictwem branżowych portali internetowych, Twittera oraz na forach dyskusyjnych.

W mediach społecznościowych najczęściej poszukuje się osób na stanowiska o dużej rotacji. Mowa jest m.in. o sprzedawcach, kierowcach, barmanach i kelnerach, pracownikach ochrony. W mediach społecznościowych jest też wiele ofert dla pracowników marketingu i reklamy. Może to wynikać z dużej popularności social media w tych branżach. Na kolejnych pozycjach pod względem popularności polecanych w internecie stanowisk plasują się wakaty kierownicze, oferty zatrudnienia programistów oraz pracowników biurowych.

„Rekrutacja przez rekomendacje to znany „od wieków” sposób pozyskiwania sprawdzonych kandydatów, pasujących do poszukiwanego profilu oraz organizacji. Eksperci nie mają wątpliwości, że poprzez rekrutację w social media można poszukiwać pracowników na różnych szczeblach, także tych kierowniczych. Aplikacje pozyskiwane tradycyjnymi kanałami okazują się często nieadekwatne do potrzeb, a szansa pozyskania odpowiedniego kandydata z rekomendacji w szybszy sposób jest zdecydowanie większa” – dodaje Kaja Baszkiewicz, konsultant w firmie Combine.

Największą aktywnością w social media pod względem publikacji i polecania ofert pracy charakteryzują się osoby prywatne. Niemal 2/3 rekomendowanych ofert pracy stanowią treści publikowane przez konkretne osoby pod konkretnymi danymi. Oznacza to, że ujawnienie tożsamości nie stanowi problemu w kontekście polecania pracy. Marki, firmy i instytucje składały się łącznie na autorstwo około 37% treści związanych z rekomendowaniem pracy. Co ciekawe, ogłoszenia udostępniają zarówno pracownicy HR, dyrektorzy pionów, jak i sami pracownicy. W przypadku tych ostatnich, wynika to zwykle z chęci budowania dobrej atmosfery i zgranego zespołu oraz wsparcia znajomych.

„Ciekawy wniosek z badania wypłynął, kiedy zaczęliśmy analizować związek pomiędzy charakterem polecanej pracy a płcią osoby polecającej. Okazało się, że mężczyźni częściej publikują w sieci polecenia zawodów postrzeganych jako typowo męskie np. mechanik, operator maszyn, pracownik budowlany. Kobiety natomiast częściej publikują treści związane z zawodami biurowymi, pracą umysłową, obsługą klienta” – tłumaczy Wojciech Ciemniewski, badacz, założyciel firmy Combine.

Co do częstotliwości polecania pracy w social media, to największy ruch w obszarze rekomendacji ofert i pracowników odnotowuje się w dni robocze. W weekend także pojawiają się treści związane z polecaniem pracy, natomiast ich intensywność spada o około 1/3.

 

Kto odpowiada za szkody w wynajętym mieszkaniu?

Co piąty Polak mieszka w wynajętym mieszkaniu. Większość z nich, podobnie jak większość właścicieli, uważa, że kaucja to wystarczające zabezpieczenie. Okazuje się jednak, że część potencjalnych zdarzeń może kosztować znacznie więcej niż miesięczna opłata za mieszkanie. Kto odpowiada za szkody w wynajętym  mieszkaniu? To zależy – zarówno najemca, jak i właściciel mogą słono zapłacić, jeśli nie pomyślą wcześniej o ubezpieczeniu. O jakich polisach warto pomyśleć? Jak podkreślają eksperci Gothaer, ubezpieczenie mienia właściciela i najemcy oraz ich odpowiedzialności cywilnej to podstawa.

Dane Eurostatu pokazują, że 20 proc. Polaków wynajmuje mieszkanie, w którym mieszka, jednak niewielu z nich wie, o tym, że może skorzystać z ubezpieczenia nieruchomości stworzonego właśnie z myślą o najemcach. – Najemcy często nie są świadomi tego, że mogą ubezpieczyć własny majątek znajdujący się w wynajmowanym mieszkaniu, czyli stałe elementy nieruchomości, które zamontowali, np. glazurę, zabudowę kuchenną oraz ruchomości, które do nich należą czyli te przedmioty, które swobodnie można przenosić z miejsca na miejsce, jak np. meble, sprzęt RTV czy ubrania. Nie mogą natomiast ubezpieczyć murów, gdyż to może zrobić tylko właściciel mieszkania. Warto także pomyśleć o ubezpieczeniu OC w życiu prywatnym, które może się przydać nie tylko z racji najmowania mieszkania, ale w wielu innych niespodziewanych sytuacjach – mówi Anna Materny, dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A.

OC dla najemcy

Osoba najmująca mieszkanie od kogoś powinna kupić ubezpieczenie OC w życiu prywatnym, a zakres ochrony powinien obejmować odpowiedzialność za szkody wynikające z tytułu najmu. Polisa ta daje gwarancję, że ubezpieczyciel zrekompensuje szkody, które wyrządził najemca w wynajmowanym mieszkaniu. Ubezpieczenie OC w życiu prywatnym przyda się nie tylko na wypadek szkód, które można wyrządzić właścicielowi mieszkania, ale i innych przypadków, kiedy nasze działanie bądź zaniechanie doprowadzi do tego, że ktoś poniesie straty. O taką szkodę nietrudno. Może się zdarzyć, że zalejemy sąsiada albo na skutek nieuwagi doniczka wypadnie przez okno i porysuje zaparkowany samochód – wówczas za szkodę odpowiada ten kto aktualnie zajmuje mieszkanie, a nie jego właściciel. Co ważne, ubezpieczenie zapewnia ochronę także wtedy, jeśli szkodę wyrządzi nasz zwierzak, np. gdy pies lub kot zniszczy meble należące do właściciela mieszkania.

Od czego chroni OC właściciela?

Trudniej jest wyobrazić sobie, że wynajmujący może wyrządzić komuś szkodę, zwłaszcza gdy mieszka on daleko od wynajmowanego lokalu i rzadko w nim bywa. Jednak okazuje się, że nie trzeba być fizycznie obecnym w jakimś miejscu, żeby ponosić odpowiedzialność za powstałe straty.

Właściciel mieszkania ma obowiązek dbać o należyty stan nieruchomości i sprawne działanie instalacji i urządzeń związanych z budynkiem, a umożliwiających najemcy korzystanie z wody, gazu, ciepła, elektryczności. Jeżeli wskutek zaniedbania tych obowiązków dojdzie do awarii instalacji wodno-kanalizacyjnej – za szkody w mieniu najemcy odpowie właściciel mieszkania. Z tego powodu powinien on wykupić odpowiednie ubezpieczenie OC, dzięki któremu koszty odszkodowania może ponieść ubezpieczyciel.

Assistance – wygoda dla wszystkich?

W ramach ubezpieczenia nieruchomości zarówno najemca, jak i właściciel danej nieruchomości mogą także dodatkowo korzystać z usługi Assistance. W takim wypadku, w momencie, w którym potrzebujemy hydraulika, ślusarza lub elektryka to ubezpieczyciel zajmie się jego poszukiwaniem i pokryje koszt naprawy. To duża oszczędność czasu i pieniędzy, ale także maksymalne skrócenie okresu od momentu wystąpienia usterki do jej naprawienia. Koszty napraw potrafią być bardzo uciążliwe. Jednorazowo wykupiona roczna lub  dwuletnia polisa pozwala nam mieć problem z głowy na długi czas.

Tygodniowy przegląd rynku obligacji: prosimy zapiąć pasy – to miesiąc intensywnej działalności

  • To kluczowy miesiąc w kontekście banków centralnych i referendum w sprawie Brexitu 23 czerwca
  • Respondenci sondaży dotychczas preferowali pozostanie w Unii, jednak ostatnio zaczynają przeważać zwolennicy Brexitu
  • Biorąc pod uwagę przyszłą zmienność, podwyżka stóp Fed w czerwcu nadal wydaje się mało realna

Lato to zwykle spokojny, wakacyjny okres na rynkach finansowych ze względu na powolny napływ informacji i tendencję do porzucania wykresów na rzecz leżaków. W tym roku jednak może być konieczne przesunięcie urlopu, ponieważ w czerwcu będą mieć miejsce historyczne i (przynajmniej w świecie finansjery) przełomowe wydarzenia.

W Europie, gdzie w tym tygodniu rozpocznie się wdrażanie programu EBC dotyczącego skupu obligacji korporacyjnych, a komunikat EBC poznamy w najbliższy czwartek, szczególnie istotne będzie brytyjskie referendum w sprawie wyjścia z Unii 23 czerwca; sytuację można na bieżąco obserwować tutaj.

Chwilowo jednak wydaje się, że decyzja brytyjskich wyborców, która może całkowicie zmienić krajobraz polityczno-ekonomiczny w Europie, przyczyni się do utrzymania dotychczasowego kształtu UE, nie licząc ostatniego sondażu opublikowanego przez Guardian, według którego relacja przeciwników do zwolenników UE wynosi obecnie 52-48. Najważniejszym wydarzeniem dla rynku może więc okazać się posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku 15 czerwca.

Przedstawiciele Rezerwy Federalnej będą musieli przejść od słów do czynów w ramach ostatniej agresywnej retoryki, wskazującej na coraz większe szanse podwyżki stóp w Stanach Zjednoczonych w najbliższym czasie. Mimo iż w tym momencie prawdopodobieństwo podwyżki wynosi 30%, naszym zdaniem na posiedzeniu w czerwcu decyzja ta nie zostanie podjęta ze względu na zbieżność terminów z referendum w sprawie Brexitu.

Następnie głos przejmą wyborcy w Hiszpanii przy okazji wyborów powszechnych 26 czerwca, kiedy to z pewnością mniejszość katalońska wykorzysta okazję do ponownego zadeklarowania niepodległości.

Związana z powyższymi wydarzeniami niepewność w ostatnim miesiącu wygenerowała pewną zmienność, w szczególności na rynkach wschodzących, co do których zasadniczo nasze analizy #SaxoStrats nie uległy zmianie lub uległy niewielkim korektom w dół po okresie bardzo dobrych wyników.

W ostatnim miesiącu zamieniliśmy poszczególne obligacje w ramach analizy spółki Thomas Cook, która ostrzegła o spadku sprzedaży ze względu na zagrożenie terrorystyczne, ale równocześnie zainicjowała buy-back obligacji. W efekcie obligacje z terminem w 2020 r. – nasza pierwsza inspiracja inwestycyjna – zostały wycenione nieco niżej w kontekście wcześniejszego wykupu, zmuszając nas do zastąpienia ich obligacjami z dłuższym terminem – 2021 r., których nie można wykupić przed 2018 r.

Lepsze wyniki odnotowały Banco do Brasil i Stena, które odrobiły już straty po zdecydowanej zmianie nastrojów w Brazylii, odpowiednio po wymianie składu rządu i po odbiciu cen ropy.

Michael Boye, Saxo Bank

Grupa Jaguar S.A. oczekuje dalszej poprawy wyników finansowych

Grupa Jaguar S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się obrotem nieruchomościami, budową domów oraz rewitalizacją kamienic, wypracowała w 2015 r. zysk netto w wysokości 57 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 1.930 tys. zł. Spółka zamierza kontynuować realizację strategii rozwoju i koncentrować swoją działalność na rewitalizacji nieruchomości.

Emitent zanotował w 2015 r. mocny wzrost przychodów ze sprzedaży w ujęciu rdr., bowiem w 2014 r. ich wartość wynosiła 1.155 tys. zł. Warto również dodać, że w minionym roku Grupa Jaguar S.A. po raz pierwszy osiągnęła przychody we wszystkich trzech obszarach prowadzonej działalności, a więc sprzedaży nieruchomości gruntowych, domów rekreacyjnych oraz apartamentów w rewitalizowanych kamienicach. Dywersyfikacja segmentów biznesowych pozwala Spółce utrzymać wysoką płynność finansową oraz unikać sezonowości występującej w sprzedaży działek budowlanych. W 2015 r. Emitent dokonał również terminowego wykupu obligacji serii A oraz serii B, co potwierdza jego dobrą kondycję finansową.

„Wyniki finansowe Spółki za ostatni rok to po prostu rezultat konsekwentnej realizacji strategii biznesowej i ciągłe poszerzanie obszarów działania. Do tego modelu właśnie chcemy zmierzać, aby było możliwe osiąganie przychodów z kilku zdywersyfikowanych źródeł. W tym roku osiągniemy przychody ze sprzedaży apartamentów w Gdyni, domków w miejscowości Sznurki oraz prawdopodobnie ze sprzedaży kilku działek budowlanych. Nie chcemy natomiast zmieniać cen naszych działek budowlanych, gdyż jesteśmy przekonani, że ich wartość, szczególnie po przyjęciu nowej Ustawy o obrocie ziemią, powinna wzrosnąć.” – komentuje Robert Betka, Prezes Zarządu Spółki Grupa Jaguar S.A.

Podczas ZWZA Spółki zwołanego na dzień 21.06.2016 r. jej Akcjonariusze podejmą decyzję w sprawie przyjęcia Programu Motywacyjnego dla Zarządu i kluczowych pracowników. Łącznie w ramach programu może być zaoferowane maksymalnie 1.000.000 akcji po cenie emisyjnej wynoszącej 0,10 zł: do 800.000 akcji dla Zarządu oraz do 200.000 akcji dla pozostałych pracowników i współpracowników Spółki. Warunkiem uzyskania przez Zarząd Grupy Jaguar S.A. prawa do nabycia akcji jest osiągnięcie przez Emitenta w którymkolwiek z lat 2016-2019 zysku netto na poziomie 400.000 zł, co będzie uprawniało do objęcia łącznie do 400.000 akcji. Gdy zysk netto Spółki wyniesie 600.000 zł to jej Zarząd będzie uprawniony do objęcia łącznie do 600.000 akcji. Z kolei w przypadku wypracowania przez Emitenta zysku netto w kwocie 800.000 zł Zarząd będzie posiadał uprawnienie do objęcia łącznie do 800.000 akcji. Inni pracownicy lub współpracownicy Spółki będą uprawnieni do objęcia akcji w przypadku wypełnienia założeń określonych przez jej Zarząd. Osoby obejmujące akcje w ramach Programu Motywacyjnego będą zobowiązane do zawarcia umowy lock-up na okres 18-tu miesięcy.

„Już od pewnego czasu rozważaliśmy wprowadzenie elementów Programu motywacyjnego dla Zarządu i kluczowych współpracowników Spółki. Jego zarys ma być przyjęty podczas najbliższego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, natomiast jak będzie wyglądała jego realizacja w praktyce to okaże się w przyszłości. Z całą pewnością jest to istotny element dodatkowej motywacji dla wszystkich osób zatrudnionych w Spółce.” – dodaje Prezes Betka.

Spółka osiągnęła w 1 kw. 2016 r. 344 tys. zł przychodów netto ze sprzedaży wobec 71 tys. zł rok temu. W kwietniu br. Grupa Jaguar S.A. poinformowała o zmianie swojej polityki dywidendowej i planach regularnego dzielenia się ze swoimi Akcjonariuszami osiągniętym zyskiem. Spółka zakończyła również z sukcesem emisję akcji serii D, realizowaną z zachowaniem prawa poboru dla dotychczasowych Akcjonariuszy i dokonała przydziału wszystkich oferowanych akcji. Pozyskane środki w wysokości ponad 600 tys. zł zostały przeznaczone na kapitał obrotowy.

Emitent realizuje obecnie kilka projektów inwestycyjnych w zakresie nieruchomości, m.in. w kompleksie działek budowlanych Zdradzie, Odargowie oraz w Sznurkach. W tej ostatniej inwestycji Spółka prowadzi też sprzedaż całorocznych domów rekreacyjnych. Grupa Jaguar S.A. rozwija także działalność pośrednictwa w obrocie nieruchomościami na rynku wtórnym, która jest realizowana przez spółkę zależną – Jaguar Inwestycje Sp. z o.o., w której Emitent posiada 100% udziałów.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. kontynuuje dynamiczny rozwój

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. zadebiutowała na rynku NewConnect w dniu 19.05.2015 r. i było to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Spółki. Po roku obecności na alternatywnym rynku Emitent konsekwentnie i z sukcesami realizuje przyjęty plan rozwoju całej Grupy Kapitałowej.

Z emisji akcji serii A3 Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. pozyskała łącznie środki w wysokości 200 tys. zł, które przeznaczyła na rozbudowę sieci sprzedaży oraz na zwiększenie inwestycji własnych w wierzytelności. Pozwoliło to na dynamiczny rozwój Spółki oraz podmiotów wchodzących w skład jej Grupy Kapitałowej. Cena emisyjna akcji w ofercie prywatnej wynosiła 0,27 zł, podczas ich obecny kurs  rynkowy wynosi 0,57 zł, co świadczy o bardzo wysokiej stopie zwrotu z inwestycji. Upublicznienie na rynku NewConnect wpłynęło również na pozytywnie wizerunek Emitenta, zwiększając jego wiarygodność biznesową oraz transparentność. Wszystkie te elementy przyczyniły się do dalszej poprawy wyników finansowych Spółki.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. wypłaciła w 2015 r. dywidendę z zysku wypracowanego rok wcześniej w wysokości 0,01 zł na akcję. W tym roku Spółka także planuje wypłacić dywidendę, a decyzję o tym podejmą jej Akcjonariusze podczas ZWZA zwołanego na dzień 06.06.2016 r. Zarząd i Rada Nadzorcza Emitenta zarekomendowały wypłatę dywidendy w wysokości 0,03 zł na akcję. Rynek NewConnect otworzył także Spółce drogę do pozyskiwania kapitału w drodze emisji obligacji. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. planuje wykorzystać to źródło finansowania, a pozyskane środki przeznaczyć na finansowanie zakupu nieprzeterminowanych wierzytelności gospodarczych sektora B2B.

Spółka miała w 1 kw. 2016 r. 143 tys. zł skonsolidowanego zysku netto przy przychodach ze sprzedaży sięgających 1.295 tys. zł. Natomiast jednostkowy zysk netto Emitenta w 1 kw. br. wyniósł 122 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 1.254 tys. zł. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. prognozuje, że w tym roku uda jej się odnotować 10% wzrost wyników finansowych zarówno na poziomie jednostkowym, jak i skonsolidowanym. Spółka zakończyła miniony rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości 428 tys. zł, a jej przychody netto ze sprzedaży produktów wyniosły 5.352 tys. zł. Z kolei na poziomie jednostkowym Emitent zanotował w 2015 r. 362 tys. zł zysku netto przy przychodach sięgających 5.248 tys. zł.

Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. specjalizuje się w kompleksowej obsłudze firm z zakresu windykacji i zarządzania wierzytelnościami z sektora B2B. Podstawowym celem Emitenta jest szybkie oraz skuteczne odzyskiwanie należności dla jego klientów. Spółka posiada elastyczną ofertę dla przedsiębiorstw z sektora małych i średnich przedsiębiorstw oraz dla innych podmiotów gospodarczych. Kancelaria Prawna-Inkaso WEC S.A. jest notowana na rynku NewConnect od maja 2015 r.

Firmy zwiększają zatrudnienie w wyniku restrukturyzacji

Wskaźnik PMI wyniósł w maju 2016 r. 52,1 rejestrując umiarkowane tempo wzrostu – podał Markit.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Wskaźnik PMI w maju 2016 r. wyniósł 52,1 i poprawił się w stosunku do kwietnia, gdy wyniósł 51,0. Rosły zamówienia krajowe, zwiększył się także napływ zamówień eksportowych. W efekcie nieco przyspieszył wzrost wielkości produkcji. Nieznacznie wzrosły zapasy pozycji zakupionych. Wzrósł także poziom zatrudnienia, co było efektem napływu nowych zamówień oraz … restrukturyzacji firm. Związek między zmianami zatrudnienia a wzrostem nowych zamówień jest czytelny. Trudno natomiast znaleźć związek między wzrostem zatrudnienia a restrukturyzacją firmy. Chyba, że mamy tu do czynienia z restrukturyzacją polegającą na zmianie formy zatrudnienia z umów cywilno-prawnych na umowy kodeksowe, czyli umowy o pracę na czas nieokreślony lub na czas określony. Jeśli tak, oznaczałoby to rozpoczęcie przez przedsiębiorstwa procesu dostosowawczego do zapowiadanych zmian w regulacjach dotyczących rynku pracy i zatrudnienia – wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej za prace (12 zł), ujednolicenia zasad obciążenia składkami na ubezpieczenia społeczne wszystkich form zatrudnienia.

Drugim ważnym spostrzeżeniem są niższe poziomy wskaźnika PMI od początku 2016 r. w stosunku do ich poziomów w początkach 2015 r. A ponieważ istnieje silny związek między sygnałami płynącymi ze zmian wskaźnika PMI a tym co realnie dzieje się w przemyśle, który tworzy ok. 25 proc. wartości dodanej brutto, to obserwowanie PMI jest istotne dla określania potencjału wzrostu PKB. I niestety nie płyną z tych obserwacji pozytywne wnioski.
W ciągu pierwszych 3. miesięcy 2016 r. wskaźnik PMI wyniósł średnio 52,4. Jednocześnie w tym czasie, jak podał GUS prezentując dane dotyczące wzrostu PKB w 1. kwartale br., wartość dodana brutto wytworzona przez przemysł wzrosła jedynie o 3,3 proc. (najniższa dynamika od 2013 r.). Tymczasem w 1. kwartale 2015 r. PMI wyniósł średnio ponad 55, a wzrost wartości dodanej brutto wytworzonej przez przemysł – 4,7 proc.

PMI w kwietniu br. to 51,0, a w maju 52,1. Wszystko wskazuje zatem, że 2. kwartał 2016 r. może być w przemyśle nieco słabszy niż 1. kwartał. Przy słabości budownictwa – spadek wartości dodanej brutto w 1. kwartale br. o prawie 13 proc. – które razem z przemysłem to ponad 34 proc. polskiej gospodarki, szanse na wzrost gospodarczy założony w tegorocznym budżecie (3,8 proc.) są niewielkie.

Po relatywnie słabym 1. kwartale br. (najsłabszy od 2013 r. wzrost PKB, spadek inwestycji, niższa dynamika eksportu niż importu, bardzo silny wzrost zapasów), 2. kwartał także nie rysuje się optymistycznie. Dane ciągle pokazują wzrost gospodarki, ale siła tego wzrostu zaczyna słabnąć i warto temu się przyglądać. Szczególnie tym zarysowującym się trendom powinien przyglądać się rząd, który już obciążył budżet poważnymi wydatkami (program Rodzina 500+), a planuje kolejne wydatki. Ponadto zrealizował (podatek bankowy) i planuje także wiele zmian w gospodarce, które mogą niestety przyspieszyć osłabienie gospodarki (m.in. podatek od sprzedaży detalicznej, zmiany dotyczące zatrudnienia, w tym zatrudnienia obcokrajowców, wzrost kosztów pracy w tym w wyniku silnego wzrostu wynagrodzenia minimalnego). Jeszcze jest całkiem dobrze w gospodarce, ale oby jak zwykle Polak nie był mądry po szkodzie.

Konfederacja Lewiatan

Samorządy zapłacą za leczenie mieszkańców

Dobrawa Biadun Lewiatan
Dobrawa Biadun

Zgodnie z przyjętym przez rząd projektem ustawy o działalności leczniczej samorządy będą mogły finansować mieszkańcom świadczenia zdrowotne, np. diagnostykę onkologiczną, dodatkowe szczepienia. Zostaną też zobowiązane do przymusowego podpisywania umów ze swoimi placówkami niezależnie od jakości usług i opinii pacjentów o placówce. Konfederacja Lewiatan zwraca uwagę, że takie rozwiązanie jest sprzeczne z konstytucyjną zasadą równości dostępu do świadczeń zdrowotnych.

– Jeżeli samorząd będzie miał pieniądze to mieszkańcy otrzymają wsparcie. Jeżeli nie – zostaną z tym co jest. Może zatem trzeba będzie przenosić się do bogatszych gmin, które stać będzie na dodatkowe wydatki? – mówi dr Dobrawa Biadun, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Ministerstwo Zdrowia próbując znaleźć pieniądze na poprawę sytuacji w ochronie zdrowia przerzuca odpowiedzialność na inne podmioty. Ale to nie zmieni faktu, że środków w systemie jest zbyt mało a koszyk świadczeń gwarantowanych zbyt szeroki. Dlatego zdaniem Lewiatana czas na poważną rozmowę o rewizji finansowania a nie doklejanie kolejnych łatek.

– Niezrozumiałe jest również wprowadzenie obowiązku zawarcia umowy z placówką podległą samorządowi, jeżeli wykonuje ona świadczenia zdrowotne, które chce sfinansować samorząd. To przeczy zasadzie konkurencyjności oraz uniemożliwia wybór placówki najlepszej dla pacjenta. Zadziwiające, że pomimo sprzeciwu tak wielu środowisk, w tym samorządów, Ministerstwo Zdrowia forsuje takie zmiany – dodaje Dobrawa Biadun.

Konfederacja Lewiatan

Brexit straszy

Członkowie Fed powiedzieli inwestorom, co myślą o danych rynkowych, dlaczego są one ważne i co może z nich wynikać. Zielone światło dla podwyżek stóp nie oznacza wcale, że szybko do nich dojdzie, choć prawdopodobieństwo, że tak będzie, jest teraz stosunkowo wysokie. Liczą się jednak dane gospodarcze, a ponieważ w tym tygodniu ich nie brakuje, a tuż przed weekendem będzie ich jeszcze więcej, rynki wyjątkowo uważnie studiują wszystkie wskaźniki. Wczoraj wzięły pod lupę słaby indeks zaufania konsumentów, ale za to zgodną z prognozami inflację bazową PCE i rosnące wydatki konsumentów. Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie wskaźnik koniunktury ISM dla przemysłu, a także Beżowa Księga, czyli raport Rezerwy Federalnej o stanie amerykańskiej gospodarki. Na razie wygląda na to, że Fed ma powody, by podwyżki przyspieszyć.

W nocy premier Japonii Shinzo Abe poinformował, że chce opóźnić kolejny wzrost podatku od sprzedaży. Przed południem odbędzie się jego konferencja prasowa, na której podobno Shinzo Abe poinformuje o ważnych zmianach w państwie. Jen się umocnił, choć za kilka godzin sytuacja może się odwrócić. Inny los spotkał funta, który fatalnie zareagował na wczorajsze sondaże opublikowane przez Guardiana, według których wzrósł odsetek zwolenników Brexit. A już wydawało się, że sprawa jest jasna, że Brytyjczycy chcą pozostać w UE, a tymczasem okazuje się, że wyniki referendum nie są wcale przesądzone. Na notowania funta znowu większy wpływ będą miały wyniki sondaży niż dane makro. Lepiej jednak o nich pamiętać, bo informacje z brytyjskiej gospodarki wcale nie są jednoznaczne. Dzisiaj warto zwrócić uwagę m.in. na dane o wnioskach o kredyt hipoteczny.

Brytyjczycy opublikują dzisiaj też wskaźnik PMI, tak samo zresztą jak wiele innych państw na całym świecie. Środa to dzień PMI. Chińczycy już je podali, teraz sukcesywnie robi to Europa. Ponieważ są to w większości przypadków tylko finalne odczyty wskaźnika, wielkiego wpływu na rynki nie powinny one wywrzeć. Chyba, że pojawią się jakieś niespodzianki.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia przy umowach-zleceniach zwiększy bezrobocie?

Od 1 stycznia 2017 r., ma zacząć obowiązywać minimalna stawka godzinowa (12 zł brutto) dla osób zatrudnionych na umowę-zlecenie. Dla niektórych z nich wejście w życie nowej regulacji będzie oznaczało większe zarobki. Czy jej wprowadzenie nie przyczyni się jednak do zwiększenia bezrobocia i szarej strefy?

„Uważam, że każda praca powinna być wynagradzana adekwatnie, czyli proporcjonalnie do zakresu obowiązków, a także poziomu odpowiedzialności. Nie jestem jednak przekonana, czy wprowadzenie płacy minimalnej przy umowach-zleceniach zmieni znacząco sytuację wynagrodzeń Polaków. Mam wrażenie, że jest to wymuszanie pewnych zachowań. Ci, którzy nie będą chcieli zadbać o to, żeby pracownicy zarabiali adekwatnie, i tak tego nie zrobią. Poszerzy się szara strefa albo ograniczy liczba miejsc pracy” – mówi Pakita Łowczyńska z firmy GoldenLine.

Dużo lepszym rozwiązaniem jest zachęcenie pracodawców, aby tworzyli nowe miejsca pracy, oferowali stabilne zatrudnienie i podnosili płace sami z siebie. Jak to zrobić? Na pewno należy sprawić, żeby gospodarka Polski była silna, a sytuacja na naszym rynku pracy – perspektywiczna. Konieczne jest też ograniczenie biurokracji i uproszczenie prawa. Oprócz tego trzeba zmniejszyć koszty zatrudnienia pracownika, które są obecnie dla firm bardzo dużym obciążeniem. To wszystko powinno poprawić położenie pracodawców i spowodować, że będą oni mogli lepiej dbać o zatrudnione osoby.

Kurs złota w najbliższych miesiącach powinien być stabilny i oscylować wokół 1200–1300 dol. Czynnikiem ryzyka jest ewentualny brexit i wybory prezydenckie w USA

CEO Magazyn Polska

Notowania złota w ciągu najbliższych miesięcy powinny być stabilne i oscylować wokół 1200–1300 dol. za uncję. Większe wahania cen mogą mieć miejsce w przypadku ewentualnej wygranej w referendum zwolenników opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię oraz zwycięstwa Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.

Myślę, że w krótszej perspektywie nie należy się spodziewać zbyt dynamicznej kontynuacji dość już silnego rajdu cen złota, widać, że poziom 1,3 tys. dol. za uncję jest takim, który ten impet powstrzymuje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roman Przasnyski, główny analityk w firmie Gerda Broker. – W najbliższych miesiącach, jeżeli nie wystąpią czynniki nadzwyczajne, można się spodziewać raczej stabilizacji, czyli notowań w okolicach 1,2–1,3 tys. dol.

Od końca ubiegłego roku cena złota, jak zauważa Roman Przasnyski, znajduje się w silnym trendzie wzrostowym. W tym czasie z poziomu około 1050 dol. za uncję wzrosła do 1300 dol. na przełomie kwietnia i maja, czyli o ponad 20 proc.

Większe wahania mogą spowodować, oczywiście, ewentualne niepokoje na rynkach finansowych – zastrzega Roman Przasnyski. – Jest jasne, że w przypadku wzrostu napięcia i obaw związanych np. z chińską gospodarką czy z jakimikolwiek innymi problemami, na przykład referendum dotyczącym ewentualnego opuszczenia strefy euro przez Wielką Brytanię, można oczekiwać bardziej zdecydowanych wzrostów notowań kruszcu.

W trochę dłuższym horyzoncie trzeba brać także pod uwagę, jak radzi Roman Przasnyski, również politykę pieniężną głównych banków centralnych, przede wszystkim Fed. Jeżeli stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych będą rosły, na co wszystko wskazuje, to złoto powinno wyhamować wzrosty.

Chociaż tradycyjne zasady związane z kształtowaniem się cen kruszcu w niezbyt naturalnych, nadzwyczajnych warunkach działań związanych z polityką pieniężną nie dają klasycznych efektów jak poprzednio – zaznacza Roman Przasnyski. – Wcześniej było jasne, że jeśli inflacja idzie do góry, to rosną także ceny złota, które są dobrą przechowalnią kapitału podczas spadku wartości pieniądza. Natomiast teraz mamy deflację, a ceny złota również idą do góry. Można to łatwo wyjaśnić, patrząc na rentowności obligacji. Bardzo często mamy do czynienia z ujemnym oprocentowaniem papierów skarbowych najbardziej wiarygodnych państw. Inwestorzy więc w naturalny sposób poszukują innych form ochrony wartości kapitału i naturalnym kierunkiem wydaje się inwestowanie w złoto. To prawdopodobnie spowodowało ten rajd, z którym mieliśmy do czynienia.

Czynnikiem wpływającym na atrakcyjność złota – zdaniem Romana Przasnyskiego – może być niepewność związana ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump nie darzy sympatią obecnej szefowej Fed Janet Yellen, więc w przypadku wygranej prawdopodobnego kandydata republikanów możliwe są roszady na tym stanowisku.

Jest opinia, że prezydent Stanów Zjednoczonych ma wpływ na obsadę przede wszystkim stanowiska szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej – zauważa Roman Przasnyski. – Fed ma jednak pewną niezależność od bieżącej polityki rządu, chociaż nie jest ona modelowa. Nowy prezydent może chcieć wprowadzić bardzo wiele dużych zmian i rewolucyjnych rozwiązań, a to element niepewności dotyczący tego, co dalej będzie z polityką pieniężną i amerykańską gospodarką, które muszą ze sobą współgrać. Złoto powinno reagować na tę niepewność i ryzyko. Natomiast kwestie polityki pieniężnej będą się uwidaczniały stopniowo, w dłuższym okresie, kiedy już będzie jasne, co zaproponuje nowy prezydent.

Podczas inwestowania w złoto, jak przypomina Roman Przasnyski, nie należy się kierować bieżącymi wydarzeniami, zmianami rynku, tylko bardziej długofalowymi przemyśleniami i strategiami. Taka inwestycja, żeby była skuteczna, musi jednak trwać dłuższy czas, czyli przynajmniej kilka lat.

Wahania cen złota bywają, oczywiście, spektakularne, mogą wydawać się atrakcyjne, natomiast trzeba pamiętać o tym, że z inwestowaniem w ten kruszec wiążą się wysokie koszty, czyli marże, prowizje i różnego rodzaju opłaty zarówno przy zakupie, jak i sprzedaży – tłumaczy Roman Przasnyski. – Są one na tyle wysokie, że mogą zniwelować 20- czy 15-proc. wzrost ceny, co wymusza wydłużenie horyzontu inwestycyjnego.

T. Kaczor (BGK): W 2016 roku polskie PKB wzrośnie o 3,8 proc. Motorem napędowym będzie konsumpcja prywatna

Tomasz Kaczor

W tym roku dynamika wzrostu polskiego PKB wyniesie 3,8 proc. – prognozuje Tomasz Kaczor z Banku Gospodarstwa Krajowego. W przyszłym roku gospodarka może się rozwijać jeszcze szybciej, a tempo wzrostu może przyspieszyć do 4 proc. Motorem napędowym będzie przede wszystkim konsumpcja prywatna, stymulowana m.in. przez wpływy z programu „Rodzina 500 plus”, a także przez silny rynek pracy. Podstawowym zagrożeniem jest natomiast sytuacja na rynkach globalnych.

– Kilka najbliższych kwartałów to w moim oczekiwaniu będzie raczej dobry okres dla polskiej gospodarki. Oczywiście pewne ryzyka istnieją, natomiast to, co wiemy na pewno w tej chwili, to raczej to, że gospodarka będzie przyspieszać w stosunku do tego, co widzieliśmy choćby w zeszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK.

Szacunki Banku Gospodarstwa Krajowego zakładają, że w tym roku wielkość polskiego PKB wzrośnie o 3,8 proc. W 2017 roku wzrost może być jeszcze szybszy i wynieść 4 proc. Warunkiem jest jednak poprawa koniunktury w globalnej gospodarce. Tomasz Kaczor jednocześnie podkreśla, że sytuacja na rynkach zagranicznych jest obecnie najważniejszym czynnikiem ryzyka dla sytuacji w kraju.

– To, czy będziemy mieli spowolnienie w światowej gospodarce, w szczególności w gospodarkach rozwijających się, wpłynie pośrednio także na nas i może spowolnić nieco wzrost. Nie jest to jednak czynnik, który byłby w stanie pozbawić nas całkowicie tego wzrostu – wyjaśnia.

Zdaniem eksperta polska gospodarka znajduje się aktualnie w bardzo dobrej kondycji, która nie daje żadnych podstaw – przynajmniej w krótkim terminie – do obniżenia ratingu kredytowego. Główny ekonomista BGK zwraca uwagę na relatywnie niski poziom zadłużenia oraz wysokie tempo wzrostu PKB.

– Czynniki czysto makroekonomiczne na pewno nie dają powodu do tego, żeby obniżać Polsce rating. Natomiast można zrozumieć taką nieufność agencji ratingowych wobec niektórych działań i chęć przyglądania się temu. Myślę jednak, że powodów do obniżek ratingu tak naprawdę nie ma – stwierdza.

Ekonomista dodaje, że w najbliższych dwóch latach głównym motorem napędowym polskiej gospodarki będzie konsumpcja prywatna. Sprzyja temu silny rynek pracy oraz niewielka deflacja. W marcu stopa bezrobocia wyniosła według danych MRPiPS 10 proc., co jest wynikiem o 1,5 pp. lepszym niż rok wcześniej. Dynamika wzrostu płac w przedsiębiorstwach wyniosła w tym czasie 3,3 proc. Jednocześnie w nastąpił 0,9-proc. spadek przeciętnego poziomu cen.

– Jest też silny impuls do stymulacji fiskalnej w postaci programu „Rodzina 500 plus”. To także zastrzyk takiej żywej gotówki do wydania z dnia na dzień i to będzie czynnik, który będzie napędzał na pewno polską gospodarkę w ciągu kilku najbliższych kwartałów – dodaje.

Dodatkowym czynnikiem prowzrostowym, który powinien się pojawić w drugiej połowie 2016 roku, będą wydatki w ramach bieżącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.

Przedstawiciel BGK optymistycznie ocenia również realizację tegorocznego budżetu. Jego zdaniem wysoki wzrost gospodarczy będzie sprzyjał finansowaniu wydatków rządu.

– Natomiast 2017 rok to ciągle jeszcze spora niewiadoma. Myślę, że będzie to trudny rok. Na razie tak naprawdę nie wiemy, jak zostaną sfinansowane niektóre wydatki. Nie wiem także, kiedy pojawi się wreszcie inflacja, która jest bardzo istotnym czynnikiem, jeśli chodzi o kondycję budżetu – wyjaśnia.

Więcej na temat przyszłorocznego budżetu będzie wiadomo dopiero po wakacjach. Poznamy wówczas wstępny projekt ustawy budżetowej, wtedy też będzie można dokładniej ocenić perspektywy makroekonomiczne polskiej gospodarski.

– Na pewno to będzie wyzwanie – podkreśla Tomasz Kaczor.

Sklepy internetowe przyciągają coraz więcej osób. Do 2020 r. wartość polskiego handlu w sieci sięgnie 63 mld zł

Mateusz Gołda, manager ds. rozwoju back-office w sklepie Neo24.pl

Polacy coraz chętniej robią zakupy przez internet. W tym roku wartość e-commerce może sięgnąć 36 mld zł, a liczba sklepów internetowych przekroczy 23 tys. Klienci przykładają wagę do szybkości i łatwości zakupów. Jednocześnie ponad połowa Polaków przyznaje, że przed zakupami przez internet powstrzymują ich wątpliwości. Boją się ukrytych kosztów czy problemów ze zwrotem towarów.

Zakupy w internecie są prostsze i łatwiejsze, nie ma zbędnych formularzy ani potrzeby rejestracji. W tej chwili klienci poszukują łatwości i oszczędności czasu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Gołda, manager ds. rozwoju back-office w sklepie Neo24.pl.

„Barometr e-commerce 2016” przygotowany przez Sociomantic Labs wskazuje, że w tym roku rynek e-commerce w Polsce może wzrosnąć o 15 proc. i sięgnąć 35,8 mld zł, a w 2020 osiągnie wartość 63 mld zł. Rośnie też liczba sklepów internetowych, która w tym roku przekroczy 23 tys. (wzrost o 7 proc.). Polacy coraz chętniej kupują w sieci – wedle badań TNS na zlecenie serwisu Ceneo 84 proc. osób lubi zakupy online, a 82 proc. badanych deklaruje, że przegląda oferty e-sklepów dla przyjemności.

Klienci, którzy często robią zakupy w internecie, szukają tanich produktów oraz darmowej i szybkiej dostawy. Przy produktach porównywalnych szukają takich, które dostaną jak najszybciej. Drugi typ klientów to tacy, którzy dopiero zaczynają przygodę z zakupami w internecie. Ci szczególną uwagę zwracają na opinie o produktach. Im sklep ma lepsze opinie, tym większe jest zaufanie klientów do niego – tłumaczy Gołda.

Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie Poczty Polskiej, 56 proc. ankietowanych przyznaje, że przed zakupami przez internet powstrzymują ich wątpliwości. Najczęściej wiążą się one z zakupem towaru niezgodnego z wyobrażeniem. Do zakupów zniechęcają również wysokie koszty dostawy czy mało transparentny koszyk.

Innym elementem jest niewątpliwie wydłużony termin realizacji zamówienia. Kiedy produkty są do siebie podobne, a koszty zbliżone, wtedy klient wybiera ten sklep, który oferuje najszybszą dostawę. Najważniejszym aspektem i wydaje mi się, że to jest kluczowe w tej chwili, jest ciągłe przeświadczenie klientów, że będą mieli problem ze zwrotem – przekonuje Mateusz Gołda.

Zwrot towaru zakupionego w internecie jest jednak często łatwiejszy niż w przypadku tradycyjnego sklepu. Jedynie w niektórych przypadkach należy liczyć się z koniecznością zapłaty za przesyłkę towaru. Wygodna dostawa, szeroki wybór towarów i często preferencyjne warunki zakupów sprawiają jednak, że Polacy coraz chętniej kupują przez internet.

Najpopularniejszą formą dostawy jest darmowa dostawa bezpośrednio do domu klienta. Polacy wybierają najczęściej formę płatności za pobraniem, bezpieczną zarówno dla sklepu, jak i dla klienta. Kupujący płaci dopiero wtedy, kiedy otrzyma produkt, a sklep może od razu wysłać zamówienie, bez oczekiwania na rejestrację płatności – mówi przedstawiciel Neo24.pl.

Korzystne warunki dostawy sprawiają, że w sieci kupujemy nie tylko niewielkie przedmioty, lecz także duże sprzęty. Obecnie 56 proc. osób robiących zakupy przez internet, kupuje tam sprzęt RTV i AGD (badania Ceneo i TNS Polska).

Sprzedaż Neo24.pl rośnie rok do roku o kilkadziesiąt procent. Klienci najczęściej wybierają chłodziarki, pralki i zmywarki. Należy też tutaj wspomnieć o ciągle rosnącej branży GSM – podkreśla Gołda.

Obecnie klienci są bardziej świadomi swoich praw, a opiniami o zakupach chętnie dzielą się w sieci. Dlatego też – zdaniem eksperta – w najbliższych latach o zakupach będą decydowały inne czynniki niż tylko sam produkt i jego cena.

– Klient będzie przykładać coraz większą wagę do jakości obsługi, zarówno tej przedsprzedażowej, jak i posprzedażowej. Szczególnie ważne jest to, aby klient był po prostu zadowolony z zakupów. Coraz większą wagę będzie przykładał do opinii o produktach, niekoniecznie ważna będzie już sucha specyfikacja – ocenia Mateusz Gołda.

Białych plam na mapie Polski będzie ubywać. W Sejmie dobiegają końca prace nad prawem o rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Miejscowości, w których nie ma dostępu do internetu jest coraz mniej, jednak wciąż są obszary, gdzie zjawisko wykluczenia cyfrowego jest obecne. Główną przyczyną jest niska opłacalność tego typu inwestycji. Dlatego na takich obszarach kluczowe jest wsparcie państwa – ocenia Paweł Karłowski z firmy BT Global Services. Rozwój infrastruktury może przyspieszyć dzięki nowym przepisom. W Sejmie dobiegają końca prace nad zmianami w ustawie o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych.

Jednym z problemów w dostępie do szybkiego internetu jest środowisko inwestycyjne i prawno-podatkowe. Powoduje ono, że budowanie sieci jest uciążliwe i kosztowne, a w związku z tym obarczone wysokim ryzykiem. Wszyscy operatorzy budują sieci tam, gdzie zwrot z inwestycji jest pewny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Karłowski, dyrektor generalny na Europę Środkowo-Wschodnią, Rosję i WNP w BT Global Services, globalnej firmie, która świadczy usługi IT.

Z danych resortu cyfryzacji wynika, że dostęp do internetu w Polsce ma 76 proc. gospodarstw domowych. Pod względem dostępu do internetu szerokopasmowego wskaźnik ten jest nieco słabszy. Obecnie korzysta z niego 71 proc. gospodarstw domowych. Według danych Eurostatu średnia unijna to 78 proc., a niższy wskaźnik od Polski ma tylko 7 państw europejskich: Bułgaria, Grecja, Chorwacja, Cypr, Litwa, Portugalia i Rumunia. O dostęp do internetu najtrudniej jest w najmniejszych miejscowościach, na terenach wiejskich i górskich. Z danych UKE za 2014 rok wynika, że regularnie zmniejsza się liczba takich białych plam. Takich miejscowości jest mniej o 2,5 proc., z czego 99 proc. to miejscowości najmniejsze, z liczbą mieszkańców nieprzekraczającą 100 osób. To mniej niż 8 proc. miejscowości w skali kraju.

Nie ma na to jednego rozwiązania. Z jednej strony należy przyglądać się obniżaniu podatków, jakie płacą operatorzy za dostęp do drogi. Z drugiej strony państwo powinno swoją pomoc publiczną skupiać na tych obszarach, gdzie inwestycje komercyjne nie są opłacalne. To bardzo ważne – przekonuje Karłowski.

Wsparcie ze strony państwa mogą zapewnić nowe przepisy, nad którymi pracuje Sejm. Znowelizowana ustawa o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych to zmiana, na którą rynek czeka od trzech lat. Nowe przepisy mają przyczynić się do usunięcia najważniejszych barier administracyjnych i prawnych w procesie inżynieryjno-budowlanym. Mają też obniżyć koszty realizacji szybkich sieci telekomunikacyjnych. Ustawa ma wspierać inwestycje ze środków unijnych i krajowych przewidziane do 2022 r. i wdrażać dyrektywę w sprawie środków mających na celu zmniejszenie kosztów realizacji szybkich sieci łączności elektronicznej.

Kolejny warunek likwidacji białych plam jest taki, żeby państwo samo przechodziło do internetu. Doświadczenia innych krajów pokazują, że popyt na usługi dostępowe rośnie w tych krajach, w których państwo realizuje swoje świadczenia oraz komunikuje się z obywatelem w sieci – wskazuje dyrektor w BT Global Services. – Gdyby państwo zachęcało ludzi do nieprzychodzenia do urzędu poprzez zapewnienie dostępu do większości czynności bez konieczności wizyty w urzędzie, to stanowiłoby to istotny impuls kreujący popyt – przekonuje.

W Polsce coraz więcej urzędów zapewnia możliwość realizacji części spraw przez internet. Wciąż jednak wizyta w urzędzie jest najczęściej nieunikniona. Dlatego też, jak ocenia Karłowski, Polska ma tu wciąż wiele do zrobienia. Z raportu NIK „Świadczenie usług publicznych w formie elektronicznej na przykładzie wybranych jednostek samorządu terytorialnego” wynika, że niewielkie zainteresowanie elektroniczną formą załatwiania spraw wiąże się z istniejącymi barierami technicznymi, prawnymi i mentalnymi, które znacząco ograniczają korzystanie z takiej formy załatwiania spraw.

W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa otrzymamy z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego niemal 2,2 mld euro, w tym ponad 1 mld euro na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu. Największym problemem nie jest zdaniem eksperta jednak brak odpowiednich środków finansowych, ale ich mało efektywne wydatkowanie.

Te pieniądze mogą nam przepaść ze względu na brak odpowiedniej liczby projektów inwestycyjnych opłacalnych dla inwestorów prywatnych i atrakcyjnych dla oceniających te projekty administracji – ocenia Paweł Karłowski.

Z. Jakubas: Przy obecnym poziomie złotego zagraniczne firmy powinny inwestować w Polsce na potęgę. Odstraszają ich decyzję agencji ratingowych i polityczne spory

Zbigniew Jakubas

Polska jest wciąż zieloną wyspą. Oby tak dalej – podkreśla Zbigniew Jakubas, inwestor i przedsiębiorca. Dobra sytuacja gospodarcza i słaby złoty powinny prowadzić do napływu kapitału zagranicznego do Polski. Inwestorów jednak zniechęcają polityczne spory i opinie agencji ratingowych o Polsce.

Czuje się pewien dyskomfort, kiedy jest taki rumor polityczny, w dodatku zupełnie niepotrzebny. Dzisiaj polscy politycy kłócą się jak zwaśnione małżeństwo. To tak jakby rano ktoś przed pracą miał awanturę z własną małżonką, wtedy ten dzień będzie i dla jednej, i dla drugiej osoby stracony, bo awanturom towarzyszą emocje, niepotrzebna agresja. Tak to wygląda w tej chwili w naszej polityce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca i inwestor giełdowy.

13 maja agencja Moody’s obniżyła Polsce perspektywę ratingu, pozostając jednak przy niezmienionej ocenie inwestycyjnej, co jest zjawiskiem pozytywnym, bo to właśnie Moody’s ocenia Polskę najwyżej z wielkiej trójki. Standard & Poor’s dokonał obniżki już w połowie stycznia. Niższa perspektywa ratingu ze strony Moody’s oznacza jednak możliwość jego cięcia w kolejnych miesiącach. W lipcu swoją opinię przedstawi trzecia z wielkich agencji, Fitch. Wszystkie przyznają, że przyczyną decyzji są kwestie polityczne z ich ewentualnymi konsekwencjami fiskalnymi w przyszłości, a nie gospodarcze.

Chciałbym, żeby politycy prowadzili merytoryczne rozmowy. Jestem osobą apolityczną, w związku z tym pozwalam sobie czasami na krytykowanie bez względu na to, kto jest u władzy. W zeszłym roku, kiedy jeszcze rządziła Platforma Obywatelska, też wypowiedziałem się na tematy społeczne w państwie, na temat ułatwienia życia tym, którzy zarabiają mniej, przez podwyższenie chociażby kwoty wolnej od podatku – przypomina Jakubas.

Niekorzystna atmosfera w życiu publicznym oraz negatywne opinie agencji zniechęcają inwestorów zagranicznych do angażowania kapitału w naszym kraju. A ze względu na słabość złotego powinien to być opłacalny biznes – za tę samą kwotę w euro można kupić więcej złotych niż rok temu. W tym czasie polska waluta osłabiła się do europejskiej o blisko 7 proc. i to pomimo luzowania polityki pieniężnej przez EBC.

Teoretycznie kapitał zagraniczny przy obecnym poziomie złotego powinien się pchać drzwiami i oknami, bo automatycznie spadły koszty inwestycyjne. Natomiast jest on odstraszany tym, co robią agencje ratingowe, i tym, co się o nas mówi. A mówi się sporo i niestety często w sensacyjnych wymiarach, pokazując nasze grupy nacjonalistyczne, które są nieistotnymi małymi grupkami, ale często zagranica eksponuje je jako zagrożenie demokracji i stabilności bezpieczeństwa w Polsce – wskazuje przedsiębiorca. – Wszyscy powinni zwracać uwagę na to, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania polityczno-społecznego, które natychmiast rzutuje na gospodarkę i które będzie nam tylko przeszkadzało, a nie pomagało.

Jak dodaje, sytuacji nie poprawiają nastroje poza Polską, takie jak niepewność wokół przyszłości Unii Europejskiej, spowodowana ewentualnością opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię czy Grecję, kłopoty gospodarcze Włoch i Grecji, zagrożenie terroryzmem i kryzys związany z napływem uchodźców, który pod znakiem zapytania postawił polityczną przyszłość kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Z kolei polskim inwestorom poza sporami w życiu publicznym przeszkadza także wysoki – w porównaniu ze strefą euro, Szwajcarią czy Stanami Zjednoczonymi – koszt finansowania, czyli kredytu.

Kapitał polski jest aktywny i taki pozostanie, ale byłby jeszcze bardziej aktywny, jeżeli koszt pieniądza byłby niższy, mówię o finansowaniu – podkreśla Zbigniew Jakubas. – Przedsiębiorcy polscy również będą patrzyli, jak polityka polska będzie się kształtowała, czy będziemy mieli spokój, czy będą polsko-polskie wojenki na wszystkich szczeblach. To nie sprzyja inwestycyjnemu zapędowi.

Polacy doceniają smak whisky. Jesteśmy w pierwszej 20. największych importerów szkockiego trunku

Rośnie popularność whisky w Polsce. Konsumenci chętnie sięgają nie tylko po tańszą odmianę blended, lecz także po droższą single malt. Jej sprzedaż wzrosła o 50 proc. Częściej sięgają też po krótkie, limitowane edycje. Polska znajduje się również w czołówce największych importerów złotego trunku. Awansowała z 16. miejsca na 13. – W Polsce notujemy dwucyfrowy wzrost konsumpcji w porównaniu z jednocyfrowymi wzrostami na całym świecie – mówi Krzysztof Maruszewski, prezes Stilnovisti Investments. 

Konsumpcja whisky w Polsce regularnie rośnie, mamy coraz więcej miłośników złotego trunku, zarówno single maltów, jak i whisky blended. Odmiany blended są podstawą rynku na całym świecie, stanowią ponad 90 proc. konsumpcji. To najtańsze whisky, choć są również droższe, nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych, które mają w sobie składnik kilkudziesięcioletni. Widzimy też duży rozwój single maltów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes Stilnovisti, firmy zajmującej się inwestowaniem w beczki whisky.

Z danych International Wine & Spirit Research wynika, że Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków whisky na świecie. W ciągu ostatniej dekady sprzedaż tego alkoholu rosła 20 proc. rocznie. Od 2008 roku zwiększyła udział w wolumenie sprzedaży napojów spirytusowych z nieco ponad 2 proc. do ponad 5 proc.

– W porównaniu do 2014 roku ilościowo wzrost importu wyniósł 34 proc., pod względem wartości – 20 proc. W ciągu ostatnich 10 lat na całym świecie import whisky ze Szkocji zanotował ponad 70 proc. wzrost. Widać więc, że cała kategoria bardzo mocno rośnie – podkreśla Maruszewski.

Polska jest w pierwszej 20. największych importerów szkockiej whisky. Eksport do naszego kraju wzrósł o 20 proc. do blisko 53 mln funtów. Import liczony w butelkach o pojemności 70 cl wzrósł zaś o ponad 34 proc. – z 18,2 do 24,5 milionów funtów, co dało nam 13. pozycję. Do czołówki rankingu sporo nam brakuje – wartość eksportu do USA wyniosła blisko 750 mln funtów, a do Francji – ponad 435 mln. Polska jest natomiast jednym z krajów, obok państw bałtyckich, Turcji i Brazylii, gdzie import whisky rośnie najszybciej.

– W Polsce mamy dwucyfrowy wzrost spożycia whisky w porównaniu z jednocyfrowymi wzrostami na całym świecie. Nawet na tak dużych rynkach jak Stany Zjednoczone, które są numerem jeden pod względem spożycia, tempo wzrostu jest niższe – mówi prezes Stilnovisti.

Z danych GfK Polonia wynika, że produkt z kategorii whisky kupiło od października 2014 roku do listopada 2015 roku przynajmniej raz 17,5 proc. polskich gospodarstw. Ponad połowa taki zakup powtarza. Najczęściej sięgamy po whisky blended.

W whisky blended jest 85 proc. whisky grain i 15 proc. whisky single malt. To tania whisky i bardzo popularna. Poza tym, że jest pita na czysto, jest również dodawana do koktajli, a wiadomo, że to najbardziej popularny sposób spożywania whisky – podkreśla Maruszewski.

W ocenie ekspertów rynek blended będzie rósł o ok. 8 proc. Dużo szybciej może się rozwijać rynek single malt, w tempie nawet 12–15 proc. Polacy coraz chętniej sięgają po bardziej wyrafinowane trunki, w tym wysokiej jakości kolekcjonerskie gatunki.

Whisky single malt zaczynają być w Polsce bardzo popularne. Notujemy ponad 50-proc. wzrost w skali roku. Widzimy, że zainteresowanie bardzo ambitnymi, wyszukanymi whisky w Polsce rośnie – przekonuje prezes Stilnovisti.

Większej popularności wysokiej jakości whisky sprzyjają inicjatywy, które popularyzują ten trunek w Polsce. Jak wskazuje Maruszewski, miłośnicy whisky gromadzą się wokół whisky barów, na rynku jest też coraz więcej wydarzeń dla wielbicieli złotego alkoholu – od szkoleń, poprzez degustacje, aż po festiwale.

Mamy trzy Domy Whisky: w Jastrzębiej Górze, Warszawie i Wrocławiu. Również festiwale bardzo mocno promują whisky. Mamy ich obecnie ponad 10, a największe z nich przyciągają ponad 7 tys. uczestników – mówi Krzysztof Maruszewski.

W ciągu 30 lat liczba mieszkańców miast się podwoi. Metropolie poradzą sobie z nowymi wyzwaniami dzięki inteligentnym technologiom

Jacek Łukaszewski

Przez najbliższe 30–40 lat do miast przeprowadzi się 2,5 mld ludzi, czyli infrastruktura miejska podwoi się – mówi prezes Schneider Electric Polska. To stawia przed miastami nowe wyzwania. Już dziś odpowiadają one za 75 proc. zużycia energii, a do 2030 roku całkowity popyt na energię zwiększy się o 200 proc. względem 2000 roku. Jedynym sposobem, aby miasta poradziły sobie z nowymi wyzwaniami, są inteligentne technologie. – Pozwalają one podnieść efektywność usługi świadczonej przez miasto i obsłużyć więcej mieszkańców przy mniejszym koszcie – ocenia Jacek Łukaszewski.

Ludzkość weszła w okres przyspieszonej urbanizacji. Szacuje się, że przez najbliższe 30–40 lat do miast przeprowadzi się 2,5 mld ludzi. To wszystko, co ludzkość zbudowała w zakresie miast przez ostatnie kilka tysięcy lat, musimy podwoić w ciągu następnych 40 lat. Tego się nie da zrobić bez wykorzystania technologii – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes Schneider Electric Polska.

Według ONZ w ciągu najbliższych 30 lat procesy urbanizacji i rosnąca liczba ludności spowodują szybki wzrost miejskiej populacji. Jednocześnie liczba miast specjalnie się nie zmienia. To oznacza, że metropolie już istniejące muszą się przystosować do większej liczby mieszkańców, a co za tym idzie – do świadczenia tych samych usług większej grupie.

Nikt nie chce zburzyć istniejących miast i budować ich od nowa. Miasta należy przystosować do tego, aby świadczyły nam te usługi, których wymagamy, oraz dostarczały takich rzeczy, jak nowe technologie – ocenia Łukaszewski.

Jak podkreśla, wyzwaniem dla miast są kwestie związane z klimatem. Z danych Schneider Electric Polska wynika, że w latach 2000–2030 zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 200 proc. Już dziś miasta odpowiadają za 75 proc. całkowitego zużycia energii.

Coraz więcej ludzi mieszka w miastach i zaczyna konsumować na poziomie rozwiniętych społeczeństw, a zatem produkujemy coraz więcej dóbr konsumpcyjnych i zużywamy coraz więcej energii. Wszyscy produkujemy coraz więcej danych, częściej z nich korzystamy, a przecież to wszystko potrzebuje prądu, zarówno centra przetwarzania danych, jak i urządzenia zbierające te dane – mówi Łukaszewski.

Coraz większa produkcja energii, w połączeniu ze stopniowo rosnącymi temperaturami sprawiają, że jeśli efektywność energetyczna znacząco się nie zwiększy, to wszyscy będziemy musieli się zmierzyć z negatywnymi skutkami zmian klimatycznych, np. huraganami czy powodziami. Kluczowe znaczenie ma mieć zrównoważone budownictwo, bo to właśnie budynki odpowiadają za ogromne zużycie energii elektrycznej i cieplnej.

Miasta muszą sobie poradzić ze zwiększonym popytem, dodatkowo muszą to robić przy mniejszej generacji negatywnych skutków dla klimatu, czyli gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń. Te procesy odbywają się bardzo szybko, dlatego technologia wydaje się jedynym sposobem na to, aby to wszystko pogodzić – zaznacza ekspert.

Technologie smart city, w które inwestuje coraz więcej miast również w Polsce, ma na celu nie tylko polepszenie warunków życia mieszkańców, lecz także sprostanie wyzwaniom w zakresie zużycia energii, bezpieczeństwa, natężenia ruchu czy obsługi mieszkańców. Wartość globalnego rynku dla inteligentnych miast wynosić będzie do 2020 roku ok. 1,5 bln dolarów. Jak przekonuje Łukaszewski, miasta nie zmieniły swojej funkcji, ale obecnie wykorzystują do tego nowe technologie. Jako przykład podaje bezpieczeństwo publiczne.

Systemy monitoringu wizyjnego pozwalają dużo skuteczniej wykrywać sprawców, działają prewencyjnie. To klasyczny przykład na to, jak technologie smart pozwalają podnieść efektywność usługi świadczonej przez miasto. Takich przykładów mogą być setki, w zakresie transportu publicznego, zaopatrzenia w energię. To także inteligentne instalacje wodne oraz smart grid, czyli inteligentne instalacje energetyczne – wymienia prezes Schneider Electric Polska.

W Polsce inwestycje w inteligentne systemy planuje w najbliższym czasie ponad 70 proc. miast, do końca 2020 roku na ten cel trafi blisko 18 mld euro. Już ponad połowa aglomeracji ma pewne elementy inteligentnej infrastruktury. Do 2035 roku polskie miasta zainwestują w infrastrukturę mieszkaniową 737 mld zł.

Prawie 60 proc. miast w Polsce ma elementy monitoringu wizyjnego, a to część infrastruktury smart city. Bardzo dużo miast inwestuje w inteligentny transport – wskazuje Łukaszewski. – Większość, z uwagi na wymagania dotyczące czystości środowiska i środki unijne, dużo zainwestowała w inteligentne systemy mające na celu nie tylko dystrybucję wody i oczyszczanie ścieków, lecz także przygotowanie wody – dodaje.

Odpowiednie wykorzystanie mediów jest kluczowe. Polacy wydają średnio ponad 2 proc. dochodu na wodę i odprowadzenie ścieków. Z danych zebranych przez Schneider Electric wynika, że 72 proc. operatorów obiektów infrastruktury wodno-ściekowej wskazuje na efektywność jako priorytet swoich działań. Oznacza to konieczność minimalizowania strat wody i zwiększenia efektywności sieci wodociągowej.

Energetyka wchodzi w okres inwestowania w instalacje inteligentne. Zaczęło się od liczników inteligentnych, przygotowywane są instalacje w tzw. inteligentne sieci energetyczne, mocno nasycone oprogramowaniem. Jest kilka inwestycji przygotowywanych obecnie w zakresie systemów do ładowania aut elektrycznych, to także część inteligentnej infrastruktury – mówi ekspert.

Wachlarz możliwych do wdrożenia technologii jest szeroki, jednocześnie granica nowoczesnych technologii wciąż się przesuwa.

To, co dzisiaj może być najnowszą technologią, za 10 lat będzie już przestarzałe. Pod tym względem, niestety, cały czas gonimy króliczka – ocenia Jacek Łukaszewski.