Minister finansów: Dobra polityka gospodarcza procentuje wzrostem PKB. Polska pozostaje jednym z liderów w UE

CEO Magazyn Polska

Wzrost polskiego produktu krajowego brutto, mimo pewnego spowolnienia, należy do najszybszych w Unii Europejskiej. Przewagę nad innymi krajami daje Polsce duży rynek, samodzielna waluta oraz relatywnie niskie zadłużenie – podkreśla minister finansów Mateusz Szczurek.

Wyraźnie szybciej od Polski, bo w tempie 4,6 proc., ma się w tym roku rozwijać tylko Irlandia. Zgodnie z listopadowymi prognozami Komisji Europejskiej dwa kolejne kraje – Wielka Brytania i Węgry – mogą liczyć na wzrost PKB odpowiednio w okolicach 3,1 i 3,2 proc.

W Polsce Komisja Europejska szacuje tegoroczny wzrost PKB na poziomie 3,0 proc. (to czwarte miejsce, ex aequo z Maltą). Z opublikowanej w tym tygodniu projekcji Narodowego Banku Polskiego wynika jednak, że możemy liczyć na nieco więcej, bo na ok. 3,2 proc.

– Oficjalne prognozy rządowe mówią o 3,3 proc. wzrostu w tym roku i 3,4 proc. w 2015 roku, a więc one są nieznacznie większe niż prognozy międzynarodowych instytucji finansowych mówi agencji informacyjnej Newseria minister finansów Mateusz Szczurek. Wprawdzie jest to jeden z najszybszych wzrostów w Europie, ale ciągle niewystarczająco wysoki, aby w pełni zniwelować na przykład problem bezrobocia. Chcielibyśmy, aby wzrost gospodarczy był szybszy, to nie wszystko na co stać polską gospodarkę.

Polski wzrost PKB należy jednocześnie do najbardziej stabilnych w Unii Europejskiej. Nawet w kryzysowych latach polska gospodarka była na plusie, a później miała najwyższy wzrost w Europie.

Mamy, i to już od wielu lat, szereg powodów, dla których polska gospodarka radzi sobie lepiej i rośnie szybciej niż większość krajów Europy ocenia minister finansów. Pierwszy to bardzo zdrowa struktura gospodarki, duże jej zróżnicowanie, możliwość elastycznego reagowania na wstrząsy zewnętrzne, których nie brakuje, niestety, w ostatnich latach. Drugi to ograniczone zadłużenie zarówno sektora prywatnego, jak i publicznego, a to zapobiega problemowi przygniatającego ciężaru długu.

Zdaniem ministra atutem Polski jest też polityka gospodarcza  zarówno NBP, gdy chodzi o stopy procentowe, jak i rządu, który trzyma na wodzy deficyt budżetowy. Pozwala to elastycznie dostosowywać się do zmieniającej koniunktury.

W przypadku problemów gospodarczych w sektorze prywatnym mamy drugą stronę popytu, a więc inwestycje publiczne zwraca uwagę Mateusz Szczurek. Nie moglibyśmy prowadzić takiej polityki przy większym zadłużeniu. Polskiej gospodarce pomaga też to, że mamy płynny kurs walutowy.

W przypadku nadzwyczajnych zmian w konkurencyjności czy zachwiania koniunktury u naszych partnerów handlowych jest to – zdaniem ministra czynnik, który pozwala na szybkie dostosowanie konkurencyjności zewnętrznej. W rezultacie Polska dobrze radzi sobie z przyciąganiem zagranicznych inwestycji. Jest bowiem tym krajem europejskim, w którym jednocześnie występują wzrost popytu i wzrost podaży.

Konkurencyjność polskich firm i polskich pracowników rośnie cały czas podkreśla szef resortu finansów. Chociaż to nie wystarczy, bo jest też wiele krajów europejskich, które obniżają koszty pracy lub zwiększają swoją wydajność, to jednak niewiele robi to tak szybko, jak Polska. Poza tym mamy duży rynek wewnętrzny, rosnący, na którym dobrze działa się firmom, które inwestują w Polsce, nawet w bardzo trudnym otoczeniu stagnacji w Unii Europejskiej.

M. Witucki: e-usługi, internet rzeczy oraz zarządzanie danymi najważniejsze dla rozwoju rynku telekomunikacyjnego

Rozwój e-usług administracyjnych i medycznych – to najbliższa przyszłość rynku telekomunikacyjnego w Polsce. W ciągu 25 lat można spodziewać się również większej integracji między urządzeniami domowymi (tzw. internet rzeczy) oraz rozwoju big data, czyli przetwarzania i wykorzystywania danych. Operatorzy zaś w jeszcze większym stopniu postawią na sprzedaż łączoną usług – prognozuje Maciej Witucki, odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego za zaangażowanie w rozwój technologii informacyjnych i telekomunikacyjnych.

Gdybym po 25 latach miał mówić o kolejnych 25 latach rynku telekomunikacyjnego, wskazałbym inteligentne, połączone ze sobą urządzenia domowe, np. nasze inteligentne lodówki rozmawiające z inteligentnym sklepem, nasze inteligentne domy oszczędzające energię. Właśnie internet rzeczy, to „zaszywanie” kart SIM coraz głębiej, już nie tylko w naszych GPS-ach, samochodach czy licznikach energii, ale w codziennych urządzeniach domowych. To będzie nasz czekało w przyszłości – prognozuje Maciej Witucki, przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Jego zdaniem działalność operatorów będzie się rozszerzała i to nie tylko w samej branży telekomunikacyjnej. Już dziś trzy telekomy z czterech głównych operatorów (w tym Orange) oferują sprzedaż energii elektrycznej czy usług finansowych jako dodatek do usług telekomunikacyjnych.

Myślę, że możliwości wspólnego wykorzystania baz klienckich będzie więcej – mówi Witucki.

Z tym też wiąże się kolejna kwestia, czyli big data. Przetwarzanie i wykorzystywanie danych klientów pozostawianych w takich miejscach, jak banki, firmy ubezpieczeniowe, sklepy online czy wreszcie telekomy, pozwoli działającym na rynku firmom budować ofertę spersonalizowaną, a tym samym lepiej odpowiadającą na potrzeby poszczególnych odbiorców.

– To jest ogromna szansa dla biznesu, dzięki niej może powstać wiele nowych firm. Oczywiście trzeba rozwiązać jeszcze kwestie regulacyjne, ochrony prywatności, ale myślę, że to będzie przyszłością naszej branży w ciągu następnych 10 lat – ocenia przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Jak podkreśla, w krótkiej perspektywie można oczekiwać szybkiego rozwoju e-usług, szczególnie w najbardziej potrzebnych obszarach, m.in. administracji. W porównaniu z innymi krajami europejskimi polskie samorządy bardzo dobrze absorbują środki unijne na rozwój sieci internetowych i rozwijają usługi telekomunikacyjne. Drugim obszarem, który zrewolucjonizują technologie telekomunikacyjne, będzie służba zdrowia.

Tu kwestia jest finansowania – musimy części środków, które wciąż są pompowane w tradycyjną medycyną, przeznaczyć na rozwój zdalnej pomocy dla pacjentów – wyjaśnia Maciej Witucki. – Dobrym przykładem jest chociażby podejście do osób przewlekle chorych. Miliony Polaków pojawiają się co 3-6 miesięcy u swojego lekarza na standardową wizytę czy po receptę. Wszystko to mogłoby się odbyć przy użyciu komunikatora, przy wirtualizacji kontaktu i recepty.

Nowoczesne e-rozwiązania w służbie zdrowia przyniosłyby – jak zapewnia Witucki – korzyści każdej ze stron. Dla placówek medycznych to sposób na rozładowanie kolejek i poczynienie oszczędności, chory zaś ma możliwość załatwienia sprawy z domu, bez potrzeby podróży czy stania w kolejce.

Wyrównane szanse w szwajcarskim referendum. „Tak” dla zwiększenia rezerw złota może odwrócić trend na rynku

Szanse na referendalne zwycięstwo zwolenników zwiększenia szwajcarskich rezerw złota do 20 proc. oceniane są mniej więcej pół na pół, choć liczba zwolenników tego rozwiązania maleje. Gdyby jednak tak się stało, na rynku metali szlachetnych może dojść do zmiany trendu i powstrzymania spadków cen złotego kruszcu.

Złoto na światowych rynkach tanieje od trzech lat. W sierpniu 2011 roku cena tego kruszcu osiągnęła najwyższy pozom w historii. Za uncję złota płacono niemal 2 000 tys. dolarów. Od tego czasu jednak ceny spadają i dziś za podobną ilość można dostać nieco ponad 1 050 dolarów. Gdyby Szwajcarzy zaczęli kupować złoto, spadki cen zostałyby co najmniej powstrzymane.

Szacuje się, że aby doprowadzić do poziomu 20 proc. rezerw walutowych w złocie, Szwajcaria musiałaby kupić koło 1,7 tys. ton złota mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Kołodziejczyk, zarządzający funduszem Investors Gold FIZ Investors TFI. – To jest około 70 proc. produkcji światowej, czyli stosunkowo dużo. Natomiast ta propozycja referendalna zakłada, że zakupy będą poczynione w ciągu 5 lat. Więc tutaj można byłoby się spodziewać około 15 proc. produkcji światowej dodatkowego popytu.

Ewentualna decyzja o zwiększeniu szwajcarskich rezerw złota miałaby nie tylko wpływ na sam rynek, na którym przedstawiciele banku centralnego rozpoczęliby spore zakupy. Jeszcze ważniejszy byłby czynnik psychologiczny, czyli zwrócenie uwagi inwestorów na metale szlachetne.

Skoro bank Szwajcarii i Szwajcarzy wybrali złoto jako ważny element rezerw walutowych, to być może pojawią się na tym rynku nowi inwestorzy albo zmieni się podejście do tego rynku, który w sporej części opiera się na sentymencie. W tym sensie może dojść do odwrócenia tendencji spadkowych ocenia Maciej Kołodziejczyk.

Szwajcaria sprzedała największą część swych rezerw złota w latach 2000-2004, gdy notowania kruszcu były niskie. W kolejnych trzech latach pozbyła się mniejszej porcji zapasów. Obecnie, mimo trzyletnich spadków cen, złoto pozostaje 3-4 razy droższe niż wtedy.

Szwajcarzy mają nosa do biznesu, więc myślę, że narodowi mogło się nie spodobać, że bank Szwajcarii po prostu sprzedał złoto niemalże w samym dołku uważa zarządzający funduszem Investors Gold FIZ Chcieliby pewnie wrócić do tej sytuacji, która była 10 lat temu, że właśnie 20 proc. lub więcej rezerw walutowych było utrzymywanych w złocie.

Z drugiej strony Szwajcarom może się też nie podobać idea kupowania, gdy jest drogo. Sondaże przedreferendalne, choć wskazują na lekką przewagę zwolenników zakupów złota, potwierdzają, że spora część społeczeństwa nadal się waha, po której stronie się opowiedzieć. Kolejne sondaże wskazują jednak, że liczba zwolenników przywrócenia wysokich rezerw maleje, a przeciwnicy zaczynają przeważać, choć różnica to ciągle tylko kilka punktów procentowych.

Dostęp do broni. Policja chce powrotu komunistycznych standardów?

0

Komenda Główna Policji przygotowała projekt zmian w ustawie o broni i amunicji, w którym proponuje m.in. powrót do zasady uznaniowości odnośnie wydawania pozwoleń na posiadanie broni palnej. – Wejście w życie nowelizacji będzie oznaczało przywrócenie standardów funkcjonujących w czasach komunistycznych. Policja chce znowu mieć prawo do całkowicie swobodnego decydowania o tym, kto może otrzymać zezwolenie na broń – alarmuje stowarzyszenie Ruch Obywatelski Miłośników Broni.

Za budzący kontrowersje projekt ustawy (z dnia 18 września 2014 r.) o zmianie ustawy o broni i amunicji odpowiada oficjalnie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, ale „opiekunem merytorycznym projektu” jest dyrektor Biura Prewencji i Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

Głównym deklarowanym celem zmian jest konieczność wdrożenia do polskiego prawa przepisów unijnego rozporządzenia nr 258/2012 z dnia 14 marca 2012 r., które dotyczy przede wszystkim przeciwdziałania nielegalnemu wytwarzaniu  i obrotowi bronią palną.

Poza implementacją regulacji wspólnotowych, w projekcie przewidziano jednak również m.in. otwarcie katalogu osób, którym nie należy przyznawać pozwolenia na posiadanie broni palnej. W efekcie, jeżeli nowelizacja wejdzie w życie, organy Policji uzyskają prawo do swobodnego decydowania o tym, które osoby „stanowią zagrożenie dla siebie, porządku lub bezpieczeństwa publicznego”. Większego znaczenia nie będą odgrywać już konkretne przepisy ustawy.

Więcej władzy dla Policji

W projekcie zaproponowano zmianę brzmienia art. 15 ust. 1 ustawy. W ustępie tym określone są obecnie przypadki, w jakich nie wydaje się pozwolenia na broń. Modyfikacji miałby ulec konkretnie pkt 6. Aktualnie mówi on, że pozwolenia na broń nie wydaje się osobom „stanowiącym zagrożenie dla siebie, porządku lub bezpieczeństwa publicznego: a) skazanym prawomocnym orzeczeniem sądu za umyślne przestępstwo lub umyślne przestępstwo skarbowe, b) skazanym prawomocnym orzeczeniem sądu za nieumyślne przestępstwo: – przeciwko życiu i zdrowiu, – przeciwko bezpieczeństwu w komunikacji popełnione w stanie nietrzeźwości lub pod wpływem środka odurzającego albo gdy sprawca zbiegł z miejsca zdarzenia.”.

Jak wynika z projektu, w art. 15 ust. 1 pkt 6 ustawy dodane ma zostać – po słowach „stanowiącym zagrożenie dla siebie, porządku lub bezpieczeństwa publicznego” – poprzedzone przecinkiem wyrażenie „w szczególności”. W konsekwencji katalog przesłanek mówiących o tym, w jakich przypadkach nie należy przyznawać pozwolenia, nie będzie już zamknięty. Wskazane w art. 15 ust. 1 pkt 6 przypadki będą w praktyce pełnić wyłącznie funkcję przykładów.

W uzasadnieniu projektodawca wprost przyznaje, że zmiana „ma na celu otwarcie katalogu osób, którym nie może być wydane pozwolenie na broń”.

Należy bowiem zauważyć, iż nie tylko osoby skazane za pewne rodzaje przestępstw stwarzają zagrożenie dla siebie, porządku lub bezpieczeństwa publicznego. Do takich osób zaliczyć należy także osoby, którym postawiono zarzut popełnienia przestępstwa np. przeciwko życiu lub zdrowiu, przeciwko rodzinie i opiece” – uważają autorzy projektu.

KGP chce „państwa policyjnego”?

Jak twierdzi stowarzyszenie Ruch Obywatelski Miłośników Broni, wprowadzenie w życie propozycji legislacyjnych KGP doprowadzi do złamania założeń, na których oparto obecne przepisy dotyczące dostępu do broni palnej.

Aktualnie jest tak, że gdy wnioskodawca spełnia kryteria opisane w ustawie – Policja musi wydać pozwolenie na broń. Tego niestety KGP nie może w żaden sposób zaakceptować. Pod przykrywką implementacji prawodawstwa unijnego próbuje więc przemycić zapisy, które ponownie nadadzą Policji niczym nieograniczoną uznaniowość w wydawaniu pozwoleń na broń. Nie możemy się godzić na psucie prawa i powrót tego, co było domeną komunistycznego prawodawstwa związanego z bronią palną – uznania, komu broń dać a komu nie” – mówi prezes ROMB, adwokat Andrzej Turczyn.

Według Andrzeja Turczyna, równie poważnym problemem jest w tym przypadku także to, że KGP bardzo aktywnie zaangażowała się w tworzenie projektu nowelizacji. Jak wskazuje, tworzenie prawa przez Policję, która nie posiada żadnych przewidzianych prawem kompetencji do pełnienia roli ustawodawczej, powinno spotkać się z powszechną krytyką, ponieważ stanowi to zaprzeczenie konstytucyjnej zasady podziału władzy.

Dochodzi to takich absurdów, że to MSW zwraca uwagę i proponuje zmiany w projekcie, a KGP odrzuca uwagi resortu. Formalnym autorem projektu będzie tymczasem MSW. To sytuacja nie do pomyślenia w demokratycznym państwie prawa, ale do pomyślenia w państwie policyjnym” – dodaje prezes ROMB.

Nowe zasady składania wybranych PIT-ów do urzędów skarbowych

Udostępnienie usługi wstępnie wypełnionych zeznań podatkowych, zmniejszenie liczby błędów popełnianych przez podatników oraz usprawnienie automatycznej wymiany informacji podatkowych to kluczowe elementy budowy elektronicznej administracji podatkowej. Kolejnym krokiem do wprowadzenia tych zmian jest ustawa z dnia 26 września 2014 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. poz. 1563), która wchodzi w życie 1 stycznia 2015 r. i ma zastosowanie do dochodów uzyskanych od 1 stycznia 2014 r.

Ustawa określa nowe zasady składania urzędom skarbowym wybranych PIT-ów. Zgodnie ze zmianami obowiązującymi od 1 stycznia 2015 r., jeżeli na podstawie przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych informacje PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 lub roczne obliczenie podatku PIT-40 sąsporządzane za dany rok za więcej niż 5 podatników, lub są składane przez biuro rachunkowe, ww. informacje, roczne obliczenie podatku oraz deklaracje PIT-4R oraz PIT-8AR należy przekazywać urzędowi skarbowemu wyłącznie za pomocą środków komunikacji elektronicznej zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej. W formie dokumentu elektronicznego należy również przekazywać IFT-3.

Natomiast, jeżeli na podstawie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych informacje PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 lub roczne obliczenie podatku PIT-40 jest sporządzane za nie więcej niż 5 podatników i czynności tych nie wykonuje biuro rachunkowe, ww. informacje oraz roczne obliczenie podatku, a także deklaracje PIT-4R oraz PIT-8AR można złożyć w formie papierowej. Powyższy wyjątek nie dotyczy IFT-3, który składany jest wyłącznie za pomocą środków komunikacji elektronicznej.

PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz PIT-40 sporządzany w formie papierowej składa się urzędom skarbowym w terminie do końca stycznia roku następującego po roku podatkowym. Termin sporządzenia i przesłania informacji PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 lub rocznego obliczenia podatku PIT-40 podatnikowi pozostaje bez zmian (koniec lutego roku następującego po roku podatkowym).

Spełnienie warunku do przesyłania ww. dokumentów w tradycyjny (pisemny) sposób nie pozbawia prawa do ich złożenia za pomocą środków komunikacji elektronicznej.

Powyższym zmianom towarzyszy udostepnienie przez Ministerstwo Finansów  Uniwersalnej Bramki Dokumentów (UBD), umożliwiającej złożenie w ramach jednej transmisji danych do 20 000 PIT-11, PIT-8C, PIT-R, PIT-40 (które w UBD zostały oznaczone: PIT-11Z, PIT-8CZ, PIT-RZ oraz PIT-40Z)  oraz pobranie jednego Urzędowego Poświadczenia Odbioru (UPO) dla całej wysyłki. Oznacza to wprowadzenie dokumentu wielopozycyjnego, umożliwiającego wysyłanie urzędowi skarbowemu zbiorczej informacji o dochodach osób fizycznych, opatrzonej jednym podpisem.

Dodatkowo przewiduje się wdrożenie rozwiązania, które umożliwi płatnikom podatku dochodowego od osób fizycznych oraz podmiotom niepełniących funkcji płatnika w tym podatku, będących osobami fizycznymi, podpisywanie PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1, IFT-3 oraz PIT-40, danymi autoryzującymi. W przypadku pozostałych podmiotów (niebędących osobami fizycznymi) e-deklaracje należy podpisywać bezpiecznym podpisem elektronicznym weryfikowanym za pomocą ważnego kwalifikowanego certyfikatu w rozumieniu ustawy o podpisie elektonciznym.

Zakłada się, że wzrost liczby dokumentów podatkowych przekazywanych administracji podatkowej za pomocą środków komunikacji elektronicznej pozwoli na natychmiastowe gromadzenie w systemie informatycznym danych niezbędnych do uruchomienia usługi wstępnie wypełnionych zeznań podatkowych dla niektórych podatników podatku dochodowego od osób fizycznych (PFR). W pierwszym etapie usługa PFR zostanie udostępniona dla podatników składających zeznanie podatkowe PIT-37. PFR za 2014 r. będzie można pobrać ze strony Portalu Podatkowego (www.portalpodatkowy.mf.gov.pl), a korzystanie z tej usługi będzie mieć charakter fakultatywny – będzie prawem podatnika, a nie obowiązkiem.

Zmiany przyczynią się do budowy elektronicznej administracji podatkowej, co powinno podwyższyć poziom dobrowolnego wypełniania obowiązków podatkowych oraz ograniczenie najczęściej popełnianych błędów podczas rozliczeń podatkowych.

List do podatników VAT ws. zagrożenia oszustwami w obrocie paliwami

0

Ministerstwo Finansów i Ministerstwo Gospodarki informują o zagrożeniu oszustwami w zakresie podatku VAT, zidentyfikowanymi w obrocie paliwami.

Niniejszy list kierowany jest do wszystkich podatników VAT dokonujących obrotu paliwami ciekłymi. List ma charakter wyłącznie informacyjny, co oznacza, że nie jest źródłem praw i obowiązków.

Przyczyny ostrzeżenia

Analiza ryzyka przeprowadzona przez służby skarbowe, potwierdzona wynikami postępowań kontrolnych, wskazuje, że obszarem szczególnie narażonym na unikanie zapłaty lub wyłudzanie nienależnego zwrotu VAT jest obrót paliwami ciekłymi. Działaniom tym towarzyszyć może również unikanie realizacji innych obowiązków publiczno-prawnych, takich jak podatek akcyzowy, obowiązek gromadzenia zapasów obowiązkowych, czy też realizacji Narodowego Celu Wskaźnikowego.

Ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że uczciwi przedsiębiorcy dokonujący zakupów paliw, a także działający w branży paliwowej, dokonujący obrotu zarówno transgranicznego, jak i wyłącznie krajowego, mogą nieświadomie stać się uczestnikami procederu, zachęcamy do zachowania szczególnej ostrożności i staranności przy podejmowaniu decyzji handlowych. Zawarty w niniejszym liście katalog cech charakterystycznych dla transakcji wykorzystywanych w oszustwach w podatku VAT jest tylko wyliczeniem przykładowym i nie może być traktowany jako wykaz bezwzględnych przejawów oszustwa. Ideą wskazania pewnych, powtarzających się elementów, jest poinformowanie przedsiębiorców o istniejącym ryzyku, a także umożliwienie zachowania wzmożonej ostrożności. Przedsiębiorca, oceniając wiarygodność kontrahenta i rzeczywisty charakter transakcji, powinien kierować się standardami biznesowymi, z uwzględnieniem specyfiki rynku i realiów ekonomicznych, jak również doświadczeniem wynikającym z prowadzenia działalności gospodarczej. Wartość informacyjna niniejszego listu jest ukierunkowana na zwiększenie bezpieczeństwa obrotu i uczciwej działalności gospodarczej.

W ostatnich latach, zarówno w Polsce, jak i w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej, obserwuje się niepokojące zjawisko wykorzystywania mechanizmów konstrukcji podatku od towarów i usług do uzyskiwania niezgodnych z prawem korzyści, kosztem budżetu państwa oraz innych uczestników rynku paliw. Dotyczy to przede wszystkim, uszczuplania należności budżetu państwa lub wyłudzania nienależnego zwrotu podatku. Rozmiary zjawiska, charakter i cechy procederu uprawniają do stwierdzenia, że w tej dziedzinie przejawia się aktywność zorganizowanej przestępczości gospodarczej. Charakterystyczną cechą zjawiska jest wykorzystanie w łańcuchu transakcji podmiotu pełniącego rolę, tzw. „znikającego podatnika” (missing trader). Podmiot taki nie odprowadza należnego podatku do budżetu, a jednocześnie tworzy formalne podstawy do żądania jego zwrotu lub odliczania przez inne powiązane podmioty na dalszym etapie obrotu. Taka fikcyjna konstrukcja służy do uzyskiwania uprzywilejowanej pozycji rynkowej poprzez możliwość oferowania towarów po cenach obniżonych o wartość podatku. W tę najpopularniejszą formę oszustwa w podatku VAT jednorazowo zaangażowanych jest co najmniej kilka, a nawet kilkanaście podmiotów zarejestrowanych dla celów VAT w Polsce i innych państwach UE. Skutki procederu to zarówno możliwość realnego zagrożenia konkurencyjności dla uczciwych przedsiębiorców, prowadzących działalność zgodnie z prawem i regułami rynku, poprzez zaniżanie cen o wartość nieodprowadzonego podatku, jak i bezpośrednie straty budżetu państwa, w wyniku wyłudzania zwrotów lub uszczuplania jego należności. Mechanizm ten może także stanowić niebezpieczeństwo dla rzetelnych podatników, ponieważ przepisy prawa podatkowego przewidują wyłączenie lub ograniczenie w odliczaniu podatku VAT naliczonego przy nabyciu towarów, w przypadku uczestniczenia w procederze oszustwa.

Opis mechanizmu oszustwa

Przedmiotem obrotu są towary nabyte w ramach transakcji dostawy wewnątrzwspólnotowej. Pierwszym nabywcą towarów na terytorium kraju jest, z reguły, podmiot pełniący rolę tzw. „znikającego podatnika” składający lub nieskładający deklaracji podatkowych, ale finalnie nigdy nieodprowadzający należnego podatku do urzędu skarbowego. Podmiot tego typu często zgłasza siedzibę w tzw. „wirtualnym biurze”, w którym nie są wykonywane żadne czynności, jakich należałoby oczekiwać, mając na uwadze branżę i rozmiary (skala obrotów) działalności. Zazwyczaj całkowicie niemożliwy jest bezpośredni kontakt z osobami formalnie reprezentującymi podmiot. Opisany pierwszy, na terenie Polski, podmiot dokonuje szybkiej (najczęściej w tym samym lub kolejnym dniu) sprzedaży towaru do kolejnych podmiotów – ogniw łańcucha. Podmioty te formalnie spełniają obowiązki związane z rozliczeniami podatku od towarów i usług. Ich głównym celem nie jest jednak zysk na transakcji w rozumieniu rynkowym, a jedynie wydłużenie łańcucha obrotu. Często są to spółki specjalnie w tym celu utworzone. Świadomie lub w sposób niezamierzony mogą uczestniczyć w tym łańcuchu obrotu także prawidłowo działający przedsiębiorcy. Towar po cenie zaniżonej o wartość VAT, który nie został nigdy na wcześniejszych etapach obrotu odprowadzony w wyniku zastosowania oszukańczego mechanizmu, a często również o wysokość podatku akcyzowego oraz kosztów związanych z realizacją NCW i obowiązku zapasów obowiązkowych, trafia na rynek.

Charakterystyczne, najczęściej powtarzające się cechy transakcji wykorzystywanych w procederze oszustwa (pojedyncze cechy z poniższego wykazu nie muszą automatycznie stanowić przejawu oszustwa):

  • dostawcą jest nowo powstała firma (w okresie 2012-2014), a jej właścicielem lub reprezentantem jest osoba młoda lub w wieku 50-60 lat bez doświadczenia w branży, często obcokrajowiec (pochodzący z krajów trzecich, spoza UE), z którym utrudniony lub niemożliwy jest bezpośredni kontakt,
  • częsta zmiana siedziby bez zgłoszenia jej nowego adresu do urzędu skarbowego i organu rejestrowego,
  • podmiot, szczególnie przy dużej skali działalności, zgłasza siedzibę firmy pod adresem, pod którym brak jest oznak prowadzenia działalności gospodarczej (tzw. „wirtualne biuro”) lub w wynajętym lokalu mieszkalnym, nie posiada zaplecza technicznego niezbędnego do prowadzenia tego rodzaju działalności,
  • dostawcy i odbiorcy w łańcuchu dostaw często zmieniają się bez żadnego ekonomicznego uzasadnienia (pojawiają się nowe firmy, ponownie uruchamiane są przedsiębiorstwa po zmianach udziałowców),
  • nieuzasadniona, duża liczba podmiotów biorących udział w obrocie (w normalnych warunkach rynek dąży do wyeliminowania zbędnych pośredników w obrocie, by uzyskać jak najwyższą marżę, natomiast w oszustwie podatkowym łańcuch obrotu jest nienaturalnie długi),
  • oferta cenowa określająca rabat większy niż ok. 200 złotych/1000 litrów od ceny rafineryjnej, wynikającej z istniejącego mechanizmu kształtowania cen w obrocie paliwami,
  • oferowanie paliwa bez biokomponentów (np. olej napędowy B0),
  • paliwa oferowane są wyłącznie z dostawą do odbiorcy lub oferowany jest zwrot kosztów transportu przy odbiorze własnym (z uwagi na brak infrastruktury i środków transportu) lub miejscem odbioru zamówionego paliwa przez nabywcę jest miejsce inne niż siedziba bądź stałe miejsce prowadzenia działalności gospodarczej sprzedawcy,
  • zachodzi bardzo szybka wymiana handlowa – natychmiastowa odsprzedaż towaru do kolejnych podmiotów,
  • stosunkowo krótkie terminy płatności, biorąc pod uwagę rozmiar transakcji,
  • zapłata za towar następuje na rachunek innego niż sprzedawca podmiotu gospodarczego lub na rachunek w krajach trzecich.

Przy dokonywaniu zakupu paliw należy zwrócić szczególną uwagę na wiarygodność dostawcy oraz historię jego funkcjonowania na terenie Polski. Istotne jest, aby dostawca paliwa był podmiotem uprawnionym do obrotu paliwami na terytorium kraju, tj. posiadał odpowiednią koncesję, realizował obowiązki związane z NCW i zapasami obowiązkowymi, bądź też znajdował się w odpowiednich rejestrach Agencji Rezerw Materiałowych oraz Urzędu Regulacji Energetyki.

W przypadku zetknięcia się z opisanym procederem prosimy o niezwłoczne informowanie służb kontroli skarbowej, pod adresem [email protected] lub organów ścigania, o wszelkich próbach uwikłania przedsiębiorcy w oszukańczy proceder.

Warszawa, 13 listopada 2014 r.

Pomoc de minimis w 2013 roku

0

Ponad 6 mld zł – to kwota pomocy de minimis udzielonej w 2013 roku – wynika z raportu UOKiK. Ten rodzaj wsparcia nie wymaga zgłoszenia Komisji Europejskiej. Większość pieniędzy trafiła do mikroprzedsiębiorstw

Wypowiedź Piotra Pełki, Dyrektora Departamentu Monitorowania Pomocy Publicznej w UOKiK

Pomoc de minimis to wsparcie państwa udzielane przedsiębiorcom, które nie wymaga notyfikacji Komisji Europejskiej. Zgodnie bowiem z zasadą prawa rzymskiego de minimis non curat lex (prawo nie troszczy się o drobiazgi), pomoc o niewielkich rozmiarach nie powoduje naruszenia konkurencji na rynku. Jednak łączna wartość pomocy de minimis dla jednego beneficjenta nie może przekroczyć 200 tys. euro w okresie trzech lat podatkowych, a przypadku przedsiębiorców z sektora transportu drogowego towarów – 100 tys. euro.

W 2013 roku wartość pomocy de minimis wyniosła 6,14 mld zł. To o 40 proc. więcej niż w 2012 roku (4,32 mld zł). Z tego wsparcia skorzystało 244 tys. beneficjentów. Najczęściej przedsiębiorcy otrzymywali różnego rodzaju dotacje, ulgi podatkowe. Mikro, mali i średni przedsiębiorcy korzystali też z gwarancji Banku Gospodarstwa Krajowego na zabezpieczenie spłaty kredytu przeznaczonego na finansowanie działalności bieżącej i inwestycyjnej.

Beneficjenci

Proste zasady udzielania pomocy de minimis powodują, że najczęściej korzystają z niej mniejsze podmioty. 70 proc. wartości pomocy de minimis (4,24 mld zł) trafiło do mikroprzedsiębiorstw, a 17 proc. (1,02 mld zł) do małych. Jedynie ok. 4 proc. (231 mln zł) pomocy de minimis trafiło w 2013 roku do dużych przedsiębiorców.

Instytucje udzielające pomocy

W 2013 roku największej pomocy de minimis udzieliły jednostki samorządu terytorialnego (2,18 mld zł) głównie na dofinansowanie zatrudniania osób bezrobotnych skierowanych do pracodawców przez urząd pracy, czy dokształcanie młodocianych pracowników. Gminy często stosowały zwolnienia podatkowe i umarzały zaległości podatkowe lub rozkładały je na raty. Również Bank Gospodarstwa Krajowego udzielił pomocy o dużej wartości – 933 mln zł w ramach programu wspierania przedsiębiorczości, udzielając poręczeń lub gwarancji spłaty kredytu.

Województwa

Od kilku lat utrzymuje się stała tendencja, zgodnie z którą najwięcej pomocy de minimis udziela się w kilku tych samych województwach. W 2013 roku pomocy de minimis o największej wartości udzielono przedsiębiorcom z województwa mazowieckiego (1,018 mld zł), wielkopolskiego (724,3 mln zł), śląskiego (587,9 mln zł), małopolskiego (470,2 mln zł). Najmniej otrzymali natomiast przedsiębiorcy z województwa podlaskiego (159,8 mln zł),opolskiego (142,2 mln zł) oraz lubuskiego (141,4 mln zł).

Kompetencje Prezesa UOKiK

Pomoc de minimis nie podlega notyfikacji Komisji Europejskiej, Prezes UOKiK monitoruje jednak jej udzielanie. Projekt programu pomocowego przewidującego udzielenie pomocy de minimis wymaga zgłoszenia do Prezesa UOKiK w celu przedstawienia przez niego ewentualnych zastrzeżeń.

 

Toya – wprowadzenie w błąd

(…) Po dwóch latach (…) Twoja opłata za dostęp zostaje zmniejszona z 15 lub 20 zł za miesiąc do złotówki. Zasada obejmuje wszystkich abonentów Telewizji 3G – to hasło reklamowe operatora telewizji kablowej Toya z Łodzi. Aby skorzystać z oferty, należało spełnić dodatkowe warunki, o których nie wspominała reklama. Spółka zobowiązała się do usunięcia skutków wywołanych przez wprowadzające w błąd hasło

Wypowiedź Anny Bogrycewicz z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na temat wydanej decyzji

Postępowanie przeciwko łódzkiemu operatorowi telewizji kablowej Toya zostało wszczęte w listopadzie 2013 roku. Wątpliwości Urzędu wzbudziła reklama promocji 2 Urodziny 3G, która ukazała się w magazynie abonenckim w czerwcu 2012 r: 2 Urodziny Telewizji 3G. Z okazji drugich urodzin Telewizji 3G TOYA wprowadzamy nową zasadę: po dwóch latach korzystania z Odbiornika 3G HD lub 3G HD PVR, Twoja opłata za dostęp zostaje zmniejszona z 15 lub 20 zł/mc do złotówki. Odbiornik za 1 zł. Zasada obejmuje WSZYSTKICH Abonentów Telewizji 3G. Od początku jej istnienia.

Przeciętny konsument mógł pomyśleć, że aby płacić mniej, wystarczy spełnić jeden warunek: przez dwa lata korzystać z odbiornika 3G. W rzeczywistości, oferta była dostępna dla tych klientów, którzy mieli abonament wyższy niż Oszczędny i wiązała się z zawarciem kolejnej umowy. Konsumenci nie mogli sprawdzić warunków w regulaminie, ponieważ został upubliczniony dopiero trzy miesiące po ogłoszeniu promocji.

Toya zobowiązała się do podjęcia działań zmierzających do usunięcia skutków wywołanych przez wprowadzające w błąd hasło:

  1. klienci, którzy nie skorzystali z promocji zostaną poinformowani o jej przedłużeniu. Będą mieli możliwość zawarcia umów, niezależnie od posiadanego pakietu, na czas nieoznaczony , a promocyjne warunki będą obowiązywać przez 24 miesiące. W przypadku wcześniejszego wypowiedzenia zawartych umów, nie poniosą konsekwencji finansowych (zwrotu ulgi);
  2. klienci, którzy zawarli umowę i nadal korzystają z usługi na warunkach promocyjnych, będą mogli m.in. wypowiedzieć umowę bez konsekwencji finansowych (zwrotu ulgi) lub ewentualnie zmienić pakiet bazowy na tańszy do końca obowiązywania promocyjnych warunków;
  3. klienci, którzy wcześniej skorzystali z promocji, ale minął dwuletni okres  obowiązywania promocyjnej oferty będą mogli ponownie z niej skorzystać niezależnie od posiadanego pakietu. Kolejna umowa będzie mogła zostać wypowiedziana przez klienta bez konsekwencji finansowych.

Toya została zobowiązana do złożenia sprawozdania z wykonania decyzji Prezesa UOKiK.

Przypominamy, że każdy konsument, który zawarł umowę pod wpływem wprowadzającej w błąd reklamy, można indywidualnie na drodze sądowej starać się o odszkodowanie, posiłkując się m.in. decyzją Urzędu. Dochodzenie roszczeń może ułatwić również ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która daje konsumentom możliwość wytoczenia powództwa w ich indywidualnych sporach z przedsiębiorcami. W toku takiego postępowania sąd weryfikuje, czy dana praktyka rynkowa przedsiębiorcy jest nieuczciwa. W takim przypadku to przedsiębiorca musi udowodnić przed sądem, że stosowana przez niego praktyka rynkowa nie wprowadza konsumentów w błąd.

 

ZPC Otmuchów: W połowie przyszłego roku kolejny etap konsolidacji. Chcemy, aby jedna piąta naszej produkcji trafiała na eksport

rp_4196881153_1465927023-otmuchow-popek.pngW połowie przyszłego roku ma się rozpocząć trzeci etap konsolidacji w ZPC Otmuchów. Po zamknięciu dwóch zakładów spółka analizuje, w jaki sposób jeszcze poprawić efektywność produkcji. Przedsiębiorstwo chce osiągnąć 20-proc. udział eksportu w całości sprzedaży. Na rynki zagraniczne trafiają głównie produkty pod markami własnymi sieci handlowych.

Przygotowujemy się do trzeciego etapu konsolidacji, który prawdopodobnie rozpocznie się w połowie przyszłego roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Popek, prezes zarządu ZPC Otmuchów SA, producenta słodyczy, słonych przekąsek i płatków śniadaniowych. – Dzisiaj jeszcze nie mamy żadnych konkretów, pracujemy nad nimi, analizy trwają. Wdrożymy scenariusze, które będą się wydawały najbardziej efektywne.

Spółka poszukuje bardziej efektywnych modeli produkcji. Obecnie firma prowadzi działalność wytwórczą w czterech zakładach. Konsolidacja w tym zakresie trwa i znajduje się mniej więcej w połowie.

Mamy za sobą dwa etapy konsolidacji, w ramach których zlikwidowaliśmy zakład w Pawłowie, gdzie wytwarzane były sezamki, oraz w Gorzyczkach – przypomina prezes giełdowej spółki. – Ale proces ten wciąż postępuje. Zmiany są czymś ciągłym. Cały czas ich dokonujemy. Przygotowujemy więc analizy pod kolejne konsolidacje.

Innym elementem restrukturyzacji są zmiany w asortymencie. Spółka wycofuje z produkcji mało rentowne marki, a stopniowo wprowadza na rynek nowe produkty.

W przyszłym roku będą się pojawiały kolejne – zapowiada Popek. – Na razie nie chcemy o tym mówić, żeby nie ułatwiać zadania konkurencji.

Coraz ważniejszy dla rozwoju spółki jest eksport. Największymi odbiorcami wyrobów spółki są Niemcy, Wielka Brytania, Francja i inne kraje Europy Zachodniej. Ale w tym roku wiele artykułów firma sprzedała na południe Starego Kontynentu: do Włoch, Hiszpanii oraz Portugalii. Nie wysyła natomiast swoich artykułów do Rosji ani na Ukrainę.

Eksport rośnie i dzisiaj stanowi 14 proc. obrotów, co oznacza dwudziestokilkuprocentowy wzrost rok do roku – wskazuje Popek. – Naszym celem jest jednak osiągnięcie udziału sprzedaży zagranicznej na poziomie 20 proc.

Zwiększenie eksportu ma dokonywać się głównie poprzez rozwój współpracy z innymi firmami w ramach produkcji private labels (marki własne) oraz w kanale B2B (business to business).

Nasza marka nie jest znana na rynku europejskim, chociaż z niektórymi artykułami, np. chałwą, która ostatnio pojawiła się w brytyjskim Tesco, wchodzimy na zagraniczne rynki – tłumaczy prezes Popek. – Jeśli jednak mówimy o dużym przyroście udziału eksportu, to myślimy głównie o private label, kontraktach, które zawarliśmy chociażby z Tesco na Europę Środkowo-Wschodnią, gdzie dostarczamy śniadaniówkę, czy sfinalizowanej niedawno umowie z firmą Danone . Takie produkty to nasz sposób na to, by zdywersyfikować portfolio sprzedaży poprzez wzrost eksportu.

Zgodnie z ostatnim raportem finansowym w trzecim kwartale br. grupa wypracowała ok. 69 mln zł przychodów, 3 mln zł zysku operacyjnego oraz 2,5 mln zł zysku netto.

To efekt restrukturyzacji, którą rozpoczęliśmy w grudniu ubiegłego roku – tłumaczy prezes Popek. – Na nasze wyniki miały także wpływ zmiany cen surowców, chociaż nie aż tak duży, jak szacowaliśmy na początku roku. Niektóre kluczowe dla nas surowce podrożały. Wzrosła cena zarówno zwykłej czekolady, jak i kuwertury [czekolada wysokiej jakości zawierająca więcej masła kakaowego niż zwykła – red.]. Mają one dość istotny udział w strukturze naszych surowców. Podrożała także miazga sezamowa, która jest wykorzystywana do produkcji kluczowego na rynku tradycyjnym artykułu, czyli chałwy.

Spadki sprzedaży, jak przekonuje prezes ZPC Otmuchów, to efekt m.in. likwidacji mniej rentownych i szukania bardziej dochodowych linii produktów.

To oczywiście odbija się na przychodach, ale najważniejsze jest to, że zarabiamy i nasze dochody rosną mimo niższych przychodów, co bardzo nas cieszy – podsumowuje Mariusz Popek. – Jesteśmy optymistycznie nastawieni do zmian i tego, jakie wyniki będziemy publikować na koniec roku.

Dzięki deflacji realne wynagrodzenia rosną. Konsumpcja powinna ruszyć

CEO Magazyn Polska

Polacy wciąż ostrożnie wydają pieniądze, ale konsumpcja w krajowej gospodarce będzie stopniowo rosnąć – ocenia główny ekonomista X-Trade Brokers Domu Maklerskiego. Wzrost popytu napędzają niskie stopy procentowe oraz spadające ceny paliw, a także rosnące – z uwagi na deflację – realne dochody Polaków. Tegoroczny wzrost gospodarczy wyniesie ponad 3 proc., ale w przyszłym roku, co przyznaje także NBP, będzie nieco niższy.

Polski konsument cały czas czuje się trochę niepewnie. Nie każdy jest ekonomistą i nie każdy oczekuje, że poprawa, którą widać teraz, będzie miała trwały charakter, zwłaszcza że jednak cały czas dużo mówi się w mediach o kryzysie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers Domu Maklerskiego. ‒ Natomiast są podstawy do ostrożnego optymizmu w kwestii popytu konsumpcyjnego, dlatego że mimo niskiej dynamiki wynagrodzeń, którą obserwujemy, mamy na chwilę obecną spadek cen w ujęciu rocznym.

Kwiecień podkreśla, że choć pod względem wartości bezwzględnych wzrost wynagrodzeń nie jest duży – we wrześniu według GUS w sektorze przedsiębiorstw zanotowano przyrost płac o 3,4 proc. rok do roku – dzięki deflacji realne wynagrodzenia Polaków wyraźnie rosną. Według danych GUS ceny spadają już od lipca. Rok do roku deflacja wyniosła 0,2 proc. w lipcu oraz po 0,3 proc. w sierpniu i we wrześniu, w październiku według prognoz pogłębiła się do 0,4 proc.

Duży wpływ na deflację mają spadające ceny paliw. Jak podkreśla Kwiecień, dzięki niższym wydatkom na paliwo Polacy mogą większą część swojego budżetu przeznaczyć na konsumpcję, a to wpływa na wzrost popytu w całej gospodarce. Ocenia, że jest szansa na dalszy spadek cen paliw, co jeszcze bardziej napędzi krajową konsumpcję. Do tego dochodzą niskie stopy procentowe, które już wpływają na większą liczbę udzielanych kredytów hipotecznych. Wpływ mniej widać w obszarze kredytów konsumpcyjnych, choć Kwiecień przypomina, że dzięki niskiemu oprocentowaniu zadłużeni Polacy mniej odczuwają obciążenie odsetkami.

Wszystkie te czynniki razem wzięte powinny sprawić, że popyt konsumpcyjny będzie rósł trochę szybciej niż do tej pory – prognozuje Kwiecień. ‒ Ten rok już się kończy, więc niepewność jest już relatywnie nieduża, dlatego wzrost prawdopodobnie będzie nieco powyżej 3 proc. Natomiast w przyszłym roku jak wskazywano w pierwszych prognozach na początku tego roku ‒ może wynieść nawet 4 proc. W ostatnim czasie prognozy były dość powszechnie rewidowane w dół. Myślę, że na ten moment, jeżeli w 2015 roku osiągniemy taki sam wzrost gospodarczy jak w tym roku, to będzie to może nie sukces, ale dobry wynik.

Prognozy dla Polski obniżył także NBP, który obecnie zakłada wzrost na poziomie 3,2 proc. w tym roku oraz 3 proc. w 2015 r. W kolejnym roku tempo rozwoju gospodarczego ma przyspieszyć i wynieść 3,3 proc.

Kwiecień przypomina, że na spowolnienie wzrostu polskiego PKB wpływ mają przede wszystkim czynniki zewnętrzne – niestabilna sytuacja polityczna na Wschodzie, słabnąca koniunktura w strefie euro i wynikający z tego spadek popytu na polskie towary.

Nie pomaga także osłabienie złotego wobec dolara. Według Kwietnia trend ten będzie kontynuowany i należy spodziewać się, że wkrótce za amerykańską walutę możemy płacić ponad 3,40 zł (obecnie cena wynosi ok. 3,39 zł). Stabilniejsze będą za to kursy euro i franka szwajcarskiego, szczególnie ważne dla kredytobiorców.

Sądzę, że ten kurs będzie się wahał odpowiednio w okolicach 4,20 i 3,50. Tutaj niewiele powinno się zmienić, o ile oczywiście nie dojdzie na rynkach finansowych do jakiejś większej nerwowości, takiej jaką mieliśmy w połowie października. Mówię tutaj raczej o zagrożeniu ruchem o 5, 7, 8 groszy, jeżeli chodzi o kurs franka do złotego. Na chwilę obecną widzę nieduże ryzyko tego, żeby ten kurs wzrósł powyżej 3,60 – ocenia Kwiecień.

Powstaje Koalicja na rzecz przedsiębiorczości

17 listopada rozpocznie się siódma edycja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości w Polsce. Tegoroczny „Tydzień” będzie wyjątkowy: oprócz setek bezpłatnych szkoleń, wykładów i debat dla przyszłych i obecnych pracowników i przedsiębiorców, w czasie inauguracji będzie zainicjowana Koalicja na rzecz przedsiębiorczości – płaszczyzna dialogu i współpracy dla instytucji, firm i organizacji, które wspierają rozwój polskiej przedsiębiorczości.

– Zauważyliśmy, że na rzecz wspierania przedsiębiorczości i rozwiązywania problemów związanych z rynkiem pracy podejmowanych jest w Polsce bardzo wiele działań. Urzędy pracy, parki technologiczne, inkubatory przedsiębiorczości, korporacje, małe firmy szkoleniowe czy organizacje pozarządowe – wszystkie te instytucje realizują własne programy wsparcia, przyznają granty i dotacje, organizują szkolenia. Niestety, często nie wiedzą o sobie nawzajem, a jeśli wiedzą – nie współpracują ze sobą – mówi Justyna Politańska, prezes Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości.

– Nasze wspólne działania mają szansę przynieść systemowe zmiany tylko, jeśli będziemy współpracować – dbać o przepływ informacji między sobą, a przede wszystkim między nami a odbiorcami naszych działań. Wyzwaniem obecnych czasów jest szczere, uczciwe i partnerskie traktowanie, które jest realizowane poprzez wspólne działania. W obszarze rynku pracy i przedsiębiorczości jedynie takie podejście może być skuteczne – dodaje wiceprezes Fundacji, Jakub Gontarek.

Do Koalicji dołączyli już licznie przedstawiciele biznesu i organizacji pozarządowych, m.in.: Konfederacja Lewiatan, Akademia Leona Koźmińskiego, Centrum Przedsiębiorczości Smolna czy Nestle. Od nowego roku koalicjanci będą spotykać się regularnie, dzielić swoimi doświadczeniami, inicjować wspólne działania lub szukać partnerów do już realizowanych przedsięwzięć. Pojawi się również możliwość dołączenia do Koalicji.

– Konfederacja Lewiatan od początku swojego istnienia wspiera inicjatywy, które w słusznej sprawie łączą różne środowiska. Uważamy bowiem, że ogromne znaczenie dla naszej przyszłości ma wzmacnianie postaw związanych z otwartością, aktywnością społeczną, zdolnością do współpracy, wzrostem zaufania. Bez tego trudno rozwiązywać problemy dnia dzisiejszego, czy zaprojektować lepszą Polskę dla następnych pokoleń. Wcielanie w życie idei współpracy to też szansa na budowę przyjaznego klimatu dla przedsiębiorców i przedsiębiorczości – mówi Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Uroczyste zainicjowanie Koalicji nastąpi 18 listopada, podczas Inauguracji siódmej edycji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości. Uroczystość będzie także okazją do wręczenia dla laureatów i wyróżnionych w konkursie „Twarze Przedsiębiorczości”. Jury konkursowe, w skład którego weszli przedstawiciele Fundacji ŚTP, Banku Gospodarstwa Krajowego, Europejskiego Funduszu Leasingowego i Amway Polska oraz tygodnika „Wprost” – wyłoniło zwycięzców w trzech kategoriach: Młody Przedsiębiorca, Firma wspierająca młodych i Instytucja wspierająca przedsiębiorczość.

– Organizując konkurs chcieliśmy uświadomić Polakom, że stereotyp przedsiębiorcy – wyzyskiwacza jest krzywdzący i w większości przypadków nieprawdziwy. Polscy przedsiębiorcy to ludzie odważni, wytrwali, pracujący z pasją i często pomagający innym w potrzebie. Warto zapoznać się z tym, co robią nasi nominowani i laureaci – mówi Justyna Politańska.

Agenda spotkania i możliwość rejestracji na wydarzenie dostępne są na stronie Fundacji: www.tydzienprzedsiebiorczosci.pl/wydarzenia/inauguracja-wiatowego-tygodnia-przedsibiorczoci.html
Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli: Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, PARP, Prezydent m.st Warszawy i Konfederacja Lewiatan.

Polacy dopuszczają pracę w sobotę za dodatkowe wynagrodzenie

Trzy piąte pracujących Polaków (62%) przynajmniej raz w ciągu ostatnich 12 miesięcy pracowało w sobotę. Najczęściej w zamian otrzymywali dodatkowe wynagrodzenie (27%), nieco rzadziej dzień „wolny” (19%) – wynika z badania TNS Polska zrealizowanego dla Instytutu Badań Strukturalnych. Zdaniem Konfederacji Lewiatan widać, że Polacy chcą pracować w sobotę za dodatkowe pieniądze.

Za sobotę spędzoną w pracy, zgodnie z obecnymi przepisami , należy się dzień wolny. Posłowie proponują jednak, aby pracownik na etacie mógł wybrać formę rekompensaty – albo tak jak dziś mógł odebrać dzień wolny, albo mógł dostać dodatkowe wynagrodzenie. Teraz nie można płacić za pracę w sobotę. Badania pokazują jednak, że Polacy pracują w sobotę i dostają za to wynagrodzenie, co jest niezgodne z przepisami.

– Obecne rozwiązania są fikcją, która zmusza pracowników i pracodawców do omijania prawa – mówi dr Grzegorz Baczewski, dyrektor departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan.

W 11% przypadków sobotnia praca nie odbywała się w ramach umowy o pracę, natomiast w 10% pracownicy nie otrzymali żadnej rekompensaty. Mężczyznom częściej niż kobietom zdarzało się w tym roku pracować w sobotę (72% wobec 50%). Również ludzie młodzi (w wieku 18-39 lat) częściej aniżeli starsi pracowali w ten dzień (67% wobec 62% dla ogółu). Częściej w weekend pracowały osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym niż pozostali badani (72% wobec 62% dla ogółu).

69%, czyli zdecydowana większość pracujących Polaków dopuszcza możliwość pracy w sobotę. Tym, co przekonuje respondentów do tego, by pracować w weekend jest przede wszystkim możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy (34%). Jedna piąta badanych (22%) dopuszcza pracę w sobotę tylko w szczególnych sytuacjach ze względu na nagłą potrzebę pracodawcy. Co ósmy pracujący (13%) akceptuje możliwość pracy w sobotę tylko pod warunkiem, że w zamian zostanie mu przyznany dzień wolny.
Jedna czwarta pracujących Polaków (26%) w ogóle nie bierze pod uwagę pracy w sobotę niezależnie od okoliczności lub formy rekompensaty. Częściej tę postawę można spotkać wśród kobiet niż wśród mężczyzn (31% wobec 21%). Natomiast najmłodsi badani (w wieku 18-29 lat) częściej niż pozostali są skłonni zgodzić się na pracę w sobotę (83% wobec 69% dla ogółu).

Osoby, którym zdarzyło się pracować w ciągu ostatnich 12 miesięcy w sobotę, częściej niż ci, co nie pracowali w ten dzień, dopuszczają w pewnych sytuacjach możliwość pracy w sobotę (74% wobec 62%).

Zdecydowana większość pracujących Polaków rozważyłaby możliwość pracy w sobotę, ale pod pewnymi warunkami. Najczęściej za satysfakcjonującą rekompensatę respondenci uznawali pieniądze w formie podwyższonej stawki za pracę wykonaną w dniu wolnym (38%) lub system naprzemienny – czasem dzień wolny, a czasem rekompensata pieniężna (37%). W tym wariancie decyzję o tym, która z dwóch form rekompensaty byłaby zastosowana, podejmowałby pracownik. Najmniej osób preferowałoby wyłącznie odbiór dnia wolnego (9%) lub system naprzemienny, ale taki w którym to pracodawca ma „ostatnie słowo” i to on decyduje, która forma rekompensaty zostałaby zaproponowana. Tylko nieliczni badani (7%) nie mają w tej sprawie konkretnej opinii i mówią: „trudno powiedzieć”.

Osoby, którym zdarzyło się pracować w ciągu ostatnich 12 miesięcy w sobotę, częściej niż ci, co nie pracowali w ten dzień, byliby zadowoleni z rekompensaty w formie podwyższonej stawki za pracę wykonaną w dniu wolnym (42% wobec 32%).

Badanie zostało przeprowadzone 30-31 października br. na reprezentatywnej grupie 500 osób pracujących w wieku 18 i więcej lat.

Konfederacja Lewiatan

MCI rozważa publiczną emisję obligacji. Nie wyklucza też emisji akcji

Fundusze z Grupy MCI pracują nad ośmioma projektami inwestycyjnymi. Spółka podtrzymuje swoje plany i rozważa emisję obligacji. 

– Jesteśmy w trakcie rozpatrywania ośmiu projektów inwestycyjnych – mówi Cezary Smorszczewski, partner zarządzający i prezes zarządu MCI Management SA. – Wyemitowaliśmy już obligacje o łącznej kwocie ponad 160 mln zł, mamy również dostęp do środków w formie linii kredytowych i innych, które dają prawie 300 mln zł. Te pieniądze będą przeznaczone na inwestycje.

Do marca, kiedy dla spółki kończy się rok inwestycyjny, MCI zamierza zrealizować plan inwestycji na poziomie 305 mln zł przy jednoczesnym wyjściu z inwestycji wartych 100 mln zł. Jak dodaje Smorszczewski, wyniki funduszu są bardzo zadowalające. Najważniejszy dla takich spółek wskaźnik NAV (aktywa netto na akcję) wynosi obecnie 16,1 zł, wobec planowanych 16,5 zł na koniec roku.

W planach jest pozyskiwanie dodatkowego finansowania.

– Myślę, że rozważymy publiczną emisję obligacji. Co do emisji akcji, to zobaczymy. Na razie uważamy, że cena akcji w odniesieniu do NAV-u jest relatywnie niska, co obrazuje rozpoczęty buyback przez jednego z głównych akcjonariuszy – mówi prezes MCI.

Obecne inwestycje MCI rozwijają się zgodnie z planem. W trzecim kwartale tego roku fundusze grupy zrealizowały trzy nowe inwestycje. Fundusz Internet Ventures wsparł ponad 2 mln zł serwis LepszaOferta.pl i 4 mln zł – rozwój serwisu MyBase.com. MCI.TechVentures uczestniczył w finansowaniu spółki Travelata, rosyjskiego lidera rynku e-travel.

– W sprawie Netii nic się nie zmieniło na obecnym etapie – dodaje Smorszczewski. – Wchodziliśmy w inwestycję z pewnymi założeniami inwestycyjnymi. Mamy nadzieję, że będą one realizowane. Patrzymy na tę inwestycję w perspektywie średnio-długoterminowej od 2 do 4 lat, nie wykluczamy jednak innych scenariuszy. Jeżeli krótkoterminowo pojawi się ciekawa okazja, czy to zakup, czy to wyjście z inwestycji, to też jest możliwe.

Do debiutu na GPW szykuje się Private Equity Managers. Prezes MCI zapewnia, że tu też wszystko idzie zgodnie z planem.

– Planowany debiuty to czwarty kwartał 2014 lub pierwszy kwartał 2015 roku, ale już w 2014 roku będziemy przygotowani na ten debiut – mówi Smorszczewski.

Po III kwartałach 2014 r. Grupa MCI osiągnęła wynik netto na poziomie 240,5 mln zł, czyli o blisko 46 proc. wyższy niż w porównywalnym okresie poprzedniego roku.

VIGO System przydzielił akcje. Inwestorzy indywidualni zapisali się na 7 razy więcej akcji niż dla nich przeznaczono

CEO Magazyn Polska

VIGO System jest światowym monopolistą w produkcji specjalistycznych czujników podczerwieni. Wyroby spółki spotkać można nawet na Marsie. W środę przydzieliła ona akcje inwestorom indywidualnym przy 86-proc. redukcji. Giełdowy debiut oczekiwany jest jeszcze w tym roku.

VIGO System zajmuje się fotoniką. Jest to jedna z tak zwanych Key Enabling Technologies, czyli technologii kluczowych, które mają bardzo silny wpływ na szybki rozwój wielu dziedzin techniki na rynku światowym i w krajach wysoko rozwiniętych.

Mam tutaj na myśli technologie wojskowe, kosmiczne i medyczne, w tym te wykorzystywane w diagnostyce chorób nowotworowych i diagnostyce stomatologicznej, oraz technologie związane z diagnostyką kolei wielkich prędkości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Grudzień, prezes zarządu VIGO System. Na wszystkich tych rynkach już jesteśmy zarówno w Polsce, jak i za granicą.

Podstawowym produktem VIGO System są detektory podczerwieni. To jest produkt, który wytwarza wiele firm na świecie, jednak detektory polskiej spółki są dopasowane do potrzeb szczególnych klientów.

 Do dzisiaj jesteśmy w wielu przypadkach monopolistą zwraca uwagę prezes spółki. Nasze produkty nie mają odpowiedników na rynku światowym i stąd są to produkty, które znajdują zastosowanie w bardzo wielu zaawansowanych technologiach. Są to produkty drogie. Musze powiedzieć, że jeden detektor, który w istocie ma wielkość nie większą niż głowa od szpilki, kosztuje tyle, co dwa wagony węgla, 2 tys. euro.

Na świecie istnieją trzy firmy, jedna japońska i dwie amerykańskie, które pracują nad podobnymi technologiami. Oni jednak oferują produkty katalogowe. Z ich oferty można coś wybrać, nie można jednak kupić detektora wykonanego na zamówienie.

– My produkujemy detektory, które są precyzyjnie dostosowywane do indywidualnych potrzeb, do budowy bardzo wyrafinowanych urządzeń, na przykład do badań markerów chorób nowotworowych na podstawie analizy oddechu człowieka – mówi Mirosław Grudzień. Są to niezwykle skomplikowane urządzenia, w tej dziedzinie praktycznie konkurencji nie mamy. Dość powiedzieć, że nasze detektory pracują aktualnie na lądowniku marsjańskim Curiosity właśnie dlatego, że nie było lepszych na świecie.

Z pieniędzy pozyskanych na giełdzie, niemal 53 mln zł, większość spółka zamierza przeznaczyć na badania naukowe, m.in. nad nową technologią wytwarzania warstw półprzewodnikowych.

Fundamentem rozwoju naszej firmy są badania naukowe, bo tylko to pozwala nam nadążać za potrzebami rynku – deklaruje prezes VIGO System. Badania, które prowadzimy, wynikają z potrzeb rynku, prowadzone są przez wybitnych ludzi, zatrudniamy w firmie wielu doktorów, profesora, kilkudziesięciu inżynierów. Większość z nich robiła prace magisterskie dokładnie pod nasze potrzeby. W naszej firmie zrobiono kilka doktoratów, trzy kolejne są w przygotowaniu.

W roku 2013 spółka miała 20,65 mln zł przychodów, a jej zysk netto sięgał 6,94 mln zł. W I półroczu tego roku przychody VIGO System przekraczały 11,1 mln zł, a zysk sięgał 4 mln zł. Na badania VIGO System wydawał dotąd ok. 2 mln złotych rocznie. Większość tych środków była refinansowana albo przez Unię Europejską, albo przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Minister finansów: Deflacja nie jest problemem polskiej gospodarki. Rząd nie będzie uzupełniał działań NBP

0

CEO Magazyn Polska

Obecna deflacja nie jest groźna dla polskiej gospodarki – ocenia minister finansów. NBP i resort finansów prognozują, że powinna się skończyć jeszcze w tym roku. Dlatego rząd nie będzie podejmował działań, by walczyć z tym zjawiskiem.

Ceny w Polsce spadają od lipca. Deflacja w III kwartale nie przekroczyła jednak 0,3 proc. w skali miesiąca. Choć w październiku spadki się utrzymały, a być może nawet lekko pogłębiły (prognoza -0,4 proc.), w ocenie Ministerstwa Finansów nie ma powodów do niepokoju, bowiem dla polskiej gospodarki są one nieszkodliwe i powinny się skończyć jeszcze w tym roku.

Deflacja jest znacznie mniej groźnym problemem w takiej gospodarce jak Polska, gdzie problem zadłużenia sektora prywatnego oraz sektora publicznego jest widoczny na znacznie mniejszą skalę niż na przykład w Europie Zachodniej mówi agencji informacyjnej Newseria minister finansów Mateusz Szczurek. Poza tym deflacja w Polsce jest w dużej mierze efektem spadku cen surowców i bardzo niskich cen żywności w 2014 roku. To pomaga, a nie przeszkadza większości polskich przedsiębiorstw czy gospodarstw domowych i nie jest aż tak bolesne dla budżetu państwa.

Zgodnie z najnowszą projekcją inflacyjną Narodowego Banku Polskiego w całym roku będziemy mieć do czynienia z inflacją, choć symboliczną. Ceny mają bowiem wzrosnąć o 0,1  proc. Także na kolejne lata NBP prognozuje niewielką inflację 1,1 proc. w roku 2015 oraz 1,6 proc. rok później. Z punktu widzenia resortu finansów nie dzieje się nic, co wymagałoby interwencji rządu.

Odpowiedzialne za stabilność cen, także za brak deflacji, są Narodowy Bank Polski i Rada Polityki Pieniężnej. I to głównie te instytucje powinny przeciwdziałać niekorzystnym zjawiskom inflacyjnym  podkreśla Mateusz Szczurek. Jednym z takich działań jest obniżka stóp procentowych. Są też dalsze działania Rady Polityki Pieniężnej, które również będą przyczyniały się do osiągnięcia celu NBP.

Celem NBP jest inflacja na poziomie 2,5 proc. z odchyleniami o 1 pkt proc. w górę i w dół. W ocenie Mateusza Szczurka do jego osiągnięcia wystarczą narzędzia, którymi dysponuje bank centralny. Rząd mógłby się włączyć, gdyby zmiany cen mocno uderzały w firmy lub gospodarstwa domowe.

Rząd i Ministerstwo Finansów mają wiele celów do osiągnięcia i wkraczanie w tę dziedzinę, za którą odpowiedzialny jest głównie Narodowy Bank Polski, może mieć miejsce tylko w nadzwyczajnych okolicznościach deklaruje minister finansów. Wtedy, kiedy deflacja czy nadmierna inflacja stawałyby się już problemem uderzającym w gospodarstwa domowe, strukturę gospodarki czy system zachęt, z którymi muszą zmierzyć się przedsiębiorstwa i osoby prywatne.

Ostatni raz dwucyfrowa inflacja – przekraczająca 10 proc. wystąpiła w 2000 roku. Później tempo wzrostu cen w Polsce systematycznie spadało, nie przekraczając 5 proc. nawet w okresach gospodarczych kryzysów.

W nadzwyczajnych okolicznościach długotrwałej deflacji lub inflacji, która rośnie na przykład do 10 proc., działania powinny podjąć także Ministerstwo Finansów i rządu. Ale nie przy takiej skali wzrostu czy spadku cen, jaka jest w tym przypadku  zaznacza szef resortu finansów.

Ciech liczy na zdobycie nowych rynków eksportowych dzięki nowemu właścicielowi i coraz lepszej kondycji finansowej

CEO Magazyn Polska

Wprowadzany w Ciechu od dwóch lat program restrukturyzacji przynosi efekty. Dzięki redukcji zatrudnienia i inwestycjom rozwojowym, m.in. w nowe linie produkcyjne, firma nie tylko zaczęła zarabiać, lecz także po I półroczu była najbardziej rentowną spółką chemiczną na giełdzie, chodzi tu o rentowność EBITDA. Ciech liczy na to, że nowy właściciel, czyli KI Chemistry, spółka zależna Kulczyk Investments, pomoże w zdobyciu nowych rynków.

Marka Ciech jest bardzo dobrze rozpoznawalna praktycznie na wszystkich kontynentach – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Dariusz Krawczyk, prezes Grupy Chemicznej Ciech. – Korzystając z faktu, że mamy nowego właściciela, który już działa na przykład na rynkach afrykańskich, będziemy starali się zwiększyć naszą obecność poza rynkami rodzimymi.

Od czerwca większościowym udziałowcem Ciechu jest KI Chemistry, spółka zależna Kulczyk Investments. W opublikowanej strategii na lata 2014-2019 władze Grupy zakładają, że średnioroczne przychody wzrosną do poziomu około 3,8 mld zł, zaś średnioroczna znormalizowana EBITDA sięgnie około 660 mln zł.

– Ciech już jest grupą międzynarodową, mamy fabryki w Polsce, Rumunii i Niemczech – zwraca uwagę prezes Ciechu. – Eksportujemy do wielu krajów świata. W segmencie sodowym korzystamy z tego, że nasza rumuńska spółka połowę swojej produkcji eksportuje przez port w Konstancy praktycznie na cały świat: do Indii, Afryki Północnej, a także Ameryki Południowej.

W I półroczu 2014 roku przychody spółki były wyższe niż 1,6 mld zł, a zysk netto wyniósł 27 mln zł. Jeszcze dwa lata temu strata netto przekraczała 484 mln zł. Spółka ograniczyła zadłużenie o 18 proc. Dzięki temu wskaźnik EBITDA, czyli zysk przed potrąceniem podatków, odsetek od kredytów oraz amortyzacji, wzrósł do poziomu 251 mln zł. W tym samym okresie w zeszłym wskaźnik ten wyniósł 226 mln zł, podczas gdy w 2012 roku spółka zanotowała stratę w wysokości 108 mln zł.

Po analizie wyników za I półrocze okazało się, że jesteśmy najbardziej rentowną firmą chemiczną na giełdzie, mówimy tu o rentowności EBITDA – mówi Dariusz Krawczyk. – W porównaniu ze stanem spółki, który zastaliśmy dwa lata temu, ten fakt jest źródłem naszej osobistej, wielkiej satysfakcji. Jest to skutek programu restrukturyzacyjnego, jaki wprowadziliśmy w całej grupie. Obejmował on oprócz zmian organizacyjnych i cięcia kosztów inwestycje i rozwój. Myślę, że inwestorzy także po publikacji wyników za III kwartał będą usatysfakcjonowani.

W ramach restrukturyzacji władze spółki postawiły na dwa główne kierunki rozwoju: produkcję sody oraz segment organiczny. Na inwestycje zwiększające moce produkcyjne firma do końca dekady zamierza wydać około 1 mld zł.

Efektem działań rozwojowych są chociażby otwierane w tej chwili linie produkcyjne w Organice-Sarzyna czy Rumunii. To jest właśnie pokłosie decyzji, które były podejmowane dwa lata temu. Jednoczesny rozwoju i cięcie kosztów dały spektakularne wyniki – dodaje Dariusz Krawczyk.

LPP pracuje nad nową marką. Na rynku powinna pojawić się wiosną 2016 roku

0

CEO Magazyn Polska

Firma LPP, właściciel takich marek, jak Reserved czy House, planuje odświeżenie części z nich. Pracuje także nad wprowadzeniem na rynek szóstej marki, która ma zagospodarować rynek bardziej luksusowych produktów. Będzie skierowana do wymagających klientów, co oznacza również nieco wyższe ceny. Pierwsze sklepy powstaną w I kwartale 2016 roku w Polsce, potem będą otwierane również w innych krajach, w których LPP jest już obecne.

Planujemy wprowadzić pewne udoskonalenia i zmiany w wyglądzie naszych sklepów. To proces ciągły, który powtarza się wielokrotnie w ciągu życia marek. Chcemy też kontynuować prace nad naszą nową, szóstą już marką, która wejdzie na rynek w I kwartale 2016 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Dariusz Pachla, wiceprezes zarządu LPP.

LPP w swoim portfolio ma 5 marek – Reserved, Cropp, House, Mohito i Sinsay. Nowa marka będzie pierwszą skierowaną do bardziej wymagających klientów, zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Oferta ma obejmować nie tylko odzież, lecz także dodatki. Produkty z wyższej półki to także wyższe ceny. Firma spodziewa się jednak zainteresowania nową ofertą. Jak podkreśla wiceprezes LPP, krajowi konsumenci, choć na ubrania wydają kilkakrotnie mniej niż mieszkańcy Europy Zachodniej, doceniają dobre produkty i są w stanie zapłacić za nie znacznie więcej.

Ubrania w Mohito czy Reserved odbiegające od średnich cen bardzo szybko znajdują swoich nabywców. To jeden z czynników, który powoduje, że strefa klientów, którzy są skłonni zapłacić więcej za atrakcyjne dla nich wyroby, stała się przedmiotem naszych badań i dlatego chcemy ją zagospodarować – podkreśla Pachla.

Powierzchnia nowych sklepów ma być większa niż pozostałych marek, w zależności od lokalizacji wyniesie 300-500 mkw. Pierwsze placówki powstaną w Polsce, w ciągu roku od otwarcia firma chce ich otworzyć 20. Dopiero później LPP zamierza wprowadzić markę na inne rynki, na których firma już funkcjonuje – w Europie Środkowo-Wschodniej, Niemczech i na Bałkanach. Jeszcze w tym roku sklepy spółki mają pojawić się również na Bliskim Wschodzie. Obecnie firma posiada sieć niemal 1500 salonów o łącznej powierzchni 681 tys. mkw.

ECOFIN: dyskusja o unikaniu opodatkowania i budżecie UE

Zmiany dyrektywy w sprawie opodatkowania spółek dominujących i zależnych w zakresie wprowadzenia ogólnej klauzuli służącej zapobieganiu unikaniu opodatkowania były tematem posiedzenia Rady ECOFIN 7 listopada br. w Brukseli z udziałem ministra finansów Mateusza Szczurka. Dyskutowano również o rozliczeniach należnych wpłat do budżetu UE z tytułu VAT i stawki pobieranej od dochodu narodowego brutto (DNB) za lata 1995-2013 oraz negocjacjach w sprawie zmian budżetu UE na rok 2014 i projektu budżetu UE na rok 2015.

Z uwagi na zastrzeżenia dwóch państw członkowskich, związane z pracami ich parlamentów krajowych, nie było możliwe przyjęcie dyrektywy ws. unikania opodatkowania na posiedzeniu Rady 7 listopada br. i ECOFIN powróci do tej kwestii na kolejnym posiedzeniu w grudniu br.

Proces weryfikowania podstaw środków własnych UE pod koniec roku budżetowego jest technicznym procesem, który następuje corocznie i wynika wprost z przepisów UE. Tym co odróżnia tegoroczne rozliczenie od lat poprzednich jest wystąpienie w bieżącym roku wyjątkowo wysokiej kwoty łącznych korekt dla państw członkowskich (9,5 mld EUR) w porównaniu do ubiegłych lat (ok. 0,5-2 mld EUR), co oznacza dodatkowe wpłaty do budżetu UE dla niektórych państw członkowskich. Polski to nie dotyczy, dla niej korekta oznacza redukcję składki członkowskiej w kwocie ok. 316 mln EUR.

Ministrowie wezwali KE do przedstawienia zmiany rozporządzenia, która pozwoli na uwzględnianie tego rodzaju nadzwyczajnych okoliczności w przyszłości. Jednocześnie z uwagi na kwestię niespłaconych zobowiązań we wszystkich rozdziałach i programach w budżecie UE Rada zgodziła się na konstruktywne podejście, w tym wykorzystanie instrumentów elastyczności uzgodnionych w Wieloletnich Ramach Finansowych 2014-2020, w zakresie przyjęcia zmian do budżetu UE na 2014 r. i w trakcie negocjacji budżetu UE na 2015 r. Dzięki inicjatywie Polski oraz mobilizacji tzw. państw kohezyjnych, które zdecydowanie ją poparły, Rada jednomyślnie zgodziła się co do konieczności rozwiązania problemu braku wystarczających środków na płatności w budżecie UE. Dzięki temu rosną szanse na satysfakcjonujące rozwiązanie podczas negocjacji budżetowych, które mają się odbyć w bieżącym tygodniu.

Ponadto ministrowie zapoznali się ze stanem prac w zakresie opodatkowania transakcji finansowych prowadzonych w ramach wzmocnionej współpracy między 11 państwami członkowskimi UE oraz nad wprowadzeniem standardowej deklaracji VAT, zmierzającej m.in. do ograniczenia obciążeń po stronie przedsiębiorstw, zwłaszcza sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Dyskusje będą kontynuowane na szczeblu technicznym, aby osiągnąć porozumienie najszybciej jak to możliwe.

Rada przyjęła także konkluzje w ramach corocznego przeglądu zarządzania statystyką europejską oraz stanowiące mandat UE na negocjacje klimatyczne w ramach Konferencji Stron w Limie (1-12 grudnia 2014 r.) w zakresie finansowania działań na rzecz klimatu w krajach rozwijających się.

Dynamiczny rozwój rynku dostaw leków do szpitali w Polsce

Jak wynika z najnowszego raportu firmy badawczej PMR pt. „Dystrybucja na rynku farmaceutycznym w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”, rok 2013 okazał się lepszy dla rynku dystrybucji od roku 2012, kiedy to w życie weszła ustawa refundacyjna, a jej prawne konsekwencje spowodowały zmniejszenie wartości rynków sprzedaży hurtowej do aptek oraz sprzedaży aptecznej. Obecnie, najszybciej rozwijającym się segmentem dystrybucji jest hurt szpitalny.

Przyspieszenie rynku sprzedaży aptecznej dopiero od roku 2015

Jak wynika z prognoz firmy PMR, w roku 2014 rynek sprzedaży aptecznej zanotuje około 2% wzrost i osiągnie wartość 28,4 mln zł. Prognozowana dynamika wzrostu rynku jest mniejsza niż ta, którą rynek osiągnął w roku ubiegłym, mimo że czynnik warunkujący wysokie wzrosty na rynku aptecznym w 2013 r., takie jak liczba zachorowań na grypę i podobne infekcje, jest aktualny także dla roku 2014. Jednak w ocenie PMR, wahania cen leków mają obecnie większe znaczenie niż korzystana dla rynku liczba zachorowań. Ogólnie, w pierwszej połowie 2014 r. średnia cena produktów w aptece zanotowała ujemną dynamikę, a dodatkowo ceny leków OTC, które wartościowo mają największy udział w sprzedaży aptecznej (biorąc pod uwagę podział na 3 grupy: leki bez recepty, refundowane i pełnopłatne na receptę), przez co wywierają duży wpływ na dynamiki cen, wzrosły tylko nieznacznie w pierwszej połowie 2014 r. Dodatkowo, w tym okresie, zarówno średnia cena leków refundowanych, jak i pełnopłatnych, zanotowała ujemną dynamikę wzrostu[1]. Jak wynika z prognoz firmy PMR, począwszy od 2015 r. rynek sprzedaży aptecznej przyspieszy, co będzie związane z niską bazą roku 2014 oraz stabilizacją rynku farmaceutycznego po tegorocznej obniżce urzędowej marży hurtowej na leki refundowane (kolejne obniżki marzy nie są planowane).

Przyspieszenie na rynku sprzedaży hurtowej do aptek w latach 2015-2019

Rok 2014 okaże się dużo gorszy także dla rynku sprzedaży hurtowej do aptek, w porównaniu z wynikami uzyskanymi w roku 2013. Według szacunków PMR, w 2014 r. wartość tego segmentu wyniesie 24,4 mld zł notując około 2% dynamikę wzrostu. Czynnikiem kluczowym dla spowolnienia rynku w 2014 r. jest wprowadzenie 5% urzędowej hurtowej marzy na leki refundowane. Obniżka marży miała także miejsce w styczniu ubiegłego roku, ale w 2013 r. jego negatywny wpływ na rynek został zniwelowany przez fakt, że był to rok rekordowy, jeśli chodzi o liczbę zachorowań na grypę i podobne infekcje oraz fakt, że przedsiębiorcy wypracowali pewne strategie ograniczenia skutków tej regulacji (np. firmy ograniczyły projekty rozwojowe lub też zmniejszyły częstotliwość dostaw, co ograniczyło koszty działalności i wpłynęło na rentowność prowadzenia hurtowni). Obecnie, te środki zaradcze częściowo wyczerpały się. W latach 2015-2019 rynek będzie rozwijał się jednak już szybciej niż w samym 2014 r. i osiągnie w latach 2014-2019 CAGR (średnioroczne tempo wzrostu) na poziomie 6%.

Perspektywiczny rynek szpitalny

W 2013 r. dynamika wzrostu sprzedaży hurtowej do szpitali była wyższa niż w przypadku sprzedaży do aptek, a prognozy PMR dla rynku szpitalnego wskazują na 16% wzrost wartości rynku. Rynek szpitalny nie jest aż tak dotknięty przepisami ustawy refundacyjnej, jak sektor apteczny. Czynniki, które przyczyniły się do wysokich wzrostów sprzedaży hurtowej na rynku szpitalnym w ostatnim czasie, to dość dynamicznie postępujący proces oddłużania szpitali w 2013 r. oraz wzrost wydatków na programy lekowe (zwłaszcza jeśli chodzi o rok 2014 r). Ogólnie, jak wynika z danych NFZ, w ostatnich latach wydatki na programy terapeutyczne znacząco rosły, co przełożyło się na wyższe wzrosty sprzedaży w porównaniu do rynku aptecznego. W 2013 r. wprowadzono nowe programy lekowe, co wygenerowało dodatkowe wydatki szpitali. Czynnikiem, który będzie napędzał rynek szpitalny w 2014 r., jest również fakt, że w styczniu i marcu 2014 r. wprowadzono w sumie cztery kolejne programy lekowe. Rok 2015 będzie mniej korzystny dla rynku zakupów szpitalnych, głównie z uwagi na planowane ograniczenie wydatków publicznych. Mimo prognozowanych niższych dynamik wzrostu w latach 2015-2019 (w porównaniu do roku 2014), rynek szpitalny nadal będzie rozwijał się szybciej, niż rynek sprzedaży do aptek.

[1] Na podstawie danych PharmaExpert.

DM BZ WBK: Mimo nieoczekiwanej zmiany prezesa Cyfrowy Polsat ma potencjał. Ceny akcji będą rosnąć

CEO Magazyn Polska

Po nieoczekiwanej zmianie na stanowisku prezesa Cyfrowego Polsatu inwestorzy pozbywali się akcji spółki. Analitycy jednak dostrzegają jej dobre strony i oczekują raczej wzrostu cen.

Gdy 28 października Dominik Libicki, wieloletni prezes Cyfrowego Polsatu, zrezygnował ze stanowiska, ceny papierów spółki gwałtownie zanurkowały. Jak żartowano na rynku, wartość tego menadżera można ocenić na miliard zł, bo o tyle obniżyła się wycena spółki. Obecnie kurs akcji Polsatu nieco odrobił tamte straty. Do ceny 26,90 zł sprzed odejścia Libickiego nadal mu jednak daleko i obecnie papiery spółki wyceniane są na 25,50 zł. Niektórzy uważają, że to dobry moment, by je kupić.

Mamy rekomendację kupuj, 32 zł z groszami na tę spółkę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Kosiarski, analityk DM BZ WBK. – Spółka nam się podoba. Podoba nam się też nastawienie grupy spółek Zygmunta Solorza-Żaka do dostarczania wartości akcjonariuszom, generowania synergii, obcinania kosztów.

Dominika Libickiego na stanowisku prezesa zastąpił inny z menadżerów ze stajni Zygmunta Solorza-Żaka – Tomasz Gillner-Gorywoda. Związany ze spółką od dawna, ale nie na tyle znany, by po jego nominacji prognozować nowy kurs firmy.

Wszystko będzie jasne, kiedy wreszcie nowy prezes pokaże się rynkowi i przedstawi swoje poglądy mówi Łukasz Kosiarski.  Według mnie co do zasady główna strategia pozostanie taka sama. Skupienie się na połączeniu biznesu telekomunikacyjnego Polkomtela ze starym Cyfrowym Polsatem, wydobycie jakiejś tam synergii z tego tytułu.

Do odejścia prezesa Libickiego doszło w bardzo niekorzystnym momencie i tym też można tłumaczyć gwałtowne załamanie notowań Polsatu. Polsat i Polkomtel połączyły się niedawno i proces poszukiwania obszarów, gdzie mogą się wzajemnie wspierać, jeszcze trwa.

Pytanie, co tam dokładnie się stało – zastanawia się analityk DM BZ WBK. Tego nie wiemy, ale według mnie to też widać po kursie, że rynek źle odebrał rezygnację prezesa Libickiego. Prawdopodobnie mało kto zna też nowego prezesa spółki. Wiadomo o nim tyle, że był menadżerem dość długo związanym z różnymi biznesami Zygmunta Solorza-Żaka. Mogę się domyślać, że jest bardziej na przeczekanie niż na stałe.

W II kwartale przychody Cyfrowego Polsatu przekroczyły 1,7 mld zł. EBITDA spółki wyniosła 708 mln zł, a zysk netto 132 mln zł. Zyski jednak nie oznaczają, że akcjonariusze mogą liczyć na wypłatę dywidendy. Tym bardziej że Polsat szykuje się do przejęcia NFI Midas. I nie wyklucza następnych inwestycji, na które też potrzebne będą pieniądze.

Pierwsza dywidenda tak realnie była oczekiwana pewno w 2016-2017 roku – przypomina Łukasz Kosiarski z DM BZ WBK. Tu jeszcze dochodziła kwestia potencjalnego przejęcia Midasa. Ten Midas na pewno jest celem numer jeden. Pytanie, czy Cyfrowy Polsat nie wejdzie na przykład w biznes telewizji kablowej. Tutaj mają telewizję satelitarną, telekomunikację, telefonię, brakuje im jeszcze takiego biznesu stacjonarnego.

Polska gospodarka wychodzi z dołka. PKB za III kwartał będzie niższe niż w I półroczu, ale październikowy PMI napawa optymizmem

Polska gospodarka spowolnienie ma już za sobą. Po sierpniowym dołku rośnie eksport i zamówienia krajowe, a zmniejszają się zapasy. To oznacza, że musi wzrosnąć produkcja, by je uzupełnić. Wyniki październikowego badania PMI polskiego sektora przemysłowego napawają optymizmem.

PMI z wrześniowego poziomu 49,5 pkt wzrósł w październiku do 51,2 pkt, co było odczytem o 1,3 pkt wyższym od średniej oczekiwań. Wskaźnik tworzony jest na podstawie badań m.in. produkcji, zamówień, zatrudnienia oraz zapasów.

Październikowy wskaźnik PMI okazał się dosyć dużym zaskoczeniem dla analityków rynkowych – zwraca uwagę w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. Jest to najwyższy odczyt od kwietnia bieżącego roku. Ostatni odczyt powyżej 50 punktów mieliśmy w czerwcu. Sugeruje to poprawę głównie w sektorze przemysłowym, ale to oczywiście pokazuje, że następuje poprawa w całej gospodarce.

Jak policzył Eurostat, stopa bezrobocia spadła w Polsce we wrześniu do 8,7 proc. (według metodologii GUS 11,5 proc., a w październiku 11,3 proc.) i jest najniższa od 5 lat. Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych podała, że eksport wyniósł we wrześniu 14,1 mld euro i był o 22,7 proc. większy niż w sierpniu oraz o 5 proc. większy niż we wrześniu 2013. GUS poinformował o wrześniowym wzroście produkcji, która była o 2 proc. wyższa niż przed rokiem. Wzrosły też zamówienia.

–  To są zamówienia głównie krajowe, bo niestety zamówienia eksportowe nadal nam spadają, chociaż w niższym tempie – podkreśla Monika Kurtek. Ma oczywiście związek z sytuacją zagraniczną, w szczególności z konfliktem rosyjsko-ukraińskim, z powodu którego dużo mniej produktów wysyłamy za granicę.

Kondycja polskiej gospodarki w dużym stopniu zależy od zagranicznych odbiorców. Wschód praktycznie przestaje się liczyć, a nasz największy partner gospodarczy, Niemcy, ma własne problemy. W rezultacie dalsze dobre wyniki polskiego eksportu nie są pewne.

Ten dołek koniunkturalny, który był widoczny zwłaszcza w sierpniu, to jest coś, co było takim dnem i w tej chwili nastąpi niewielkie ożywienie – mówi główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, ponieważ sytuacja zewnętrzna w dużym stopniu determinuje to, co dzieje się w naszej gospodarce. W IV kwartale spodziewałabym się bardziej stabilizacji w gospodarce niż jakiegoś dużego ożywienia.

Jak ocenia Monika Kurtek, biorąc pod uwagę ostatnie wskaźniki makroekonomiczne z gospodarki, które napłynęły za wrzesień, oraz październikowe PMI można uznać, że najgorsze gospodarka ma już za sobą.

Zmniejszają się zapasy – zauważa. To pokazuje, że w przyszłości produkcja powinna szybciej rosnąć, aby te zapasy odbudowywać. Sama produkcja przemysłowa też dosyć szybko rośnie. Zarówno odczyt samego wskaźnika PMI, jak i jego struktura są dosyć dobre i wskazują na to, że przynajmniej w październiku sytuacja w polskiej gospodarce uległa pewnemu ożywieniu.

Europejskie telekomy przegrywają konkurencję z rywalami z USA. Rynek jest zbyt rozdrobniony

Na europejskim – ok. 500-milionowym – rynku działa 120 operatorów telekomunikacyjnych. Amerykański – liczący 300 mln osób – obsługuje trzech operatorów. Tak duże rozdrobnienie powoduje rywalizację między firmami, co obniża ich konkurencyjność w skali światowej. Dodatkowo możliwości inwestycyjne pojedynczych operatorów mogą nie wystarczyć, by Europa w pełni zrealizowała cele Agendy Cyfrowej – uważa Maciej Witucki, który we wtorek został odznaczony przez prezydenta Bronisława Komorowskiego za jego zaangażowanie w rozwój przedsiębiorczości, technik informacyjnych i telekomunikacyjnych.

Nie wyobrażam sobie Europy bez konsolidacji. Jeśli europejski rynek telekomunikacyjny się nie zjednoczy w średnim i długim terminie, to zdecydowanie przegra z resztą świata. Możliwości inwestycyjne pojedynczych, nawet tych największych, operatorów nie wystarczają do tego, by tę wymarzoną Agendę Cyfrową w pełni zrealizować – ostrzega Maciej Witucki, przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Zgodnie z założeniami Europejskiej Agendy Cyfrowej do 2020 roku wszyscy obywatele UE powinni mieć dostęp do internetu o prędkości co najmniej 30 Mbps, a połowa gospodarstw domowych do szybkiego internetu – 100 Mbps. Z tym wiąże się rozbudowa infrastruktury. Resort administracji i cyfryzacji ocenił, że w Polsce potrzebne będzie ok. 9 mln nowych łączy, co oznacza wydatek rzędu 25 mld zł. Zdecydowaną większość tej kwoty będą musieli wyłożyć prywatni inwestorzy, również operatorzy telekomunikacyjni.

Mamy 120 operatorów na 500 mln Europejczyków, podczas gdy Amerykanie mają 3-3,5 operatorów na 300 mln mieszkańców. Dzisiejsza konkurencja sprowadziła ceny w dół – u nas są one nieco niższe niż za oceanem. Z drugiej strony Verizon czy AT&T [operatorzy w USA – red.] masowo inwestują w światłowody i nowe technologie, a my, Europejczycy, przepychamy się z naszymi politykami i regulatorami – mówi Witucki.

Jego zdaniem rynek europejski potrzebuje zmian w regulacjach. Te dziś obowiązujące zostały utworzone 20 lat temu, kiedy rynek był zmonopolizowany przez operatorów zasiedziałych. Rynek w pełni konkurencyjny wymaga zupełnie innych przepisów. W instytucjach unijnych trwają prace nad rozporządzeniem ustanawiającym jednolity rynek telekomunikacyjny w UE.

Ta mnogość operatorów rodzi komplikację, nad którą muszą zapanować europejscy regulatorzy. Muszą oni zadecydować, czy wciąż pomagać tym małym, czy wciąż pilnować tych dużych. Najważniejsze jest to, by budować dostęp dla klientów i konkurencyjny rynek. Myślę, że trzeba ramy regulacyjne w UE jeszcze raz zburzyć i zbudować od początku – podkreśla przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Polacy pożyczają coraz chętniej i coraz więcej, również w firmach pożyczkowych

CEO Magazyn Polska

Firmy pożyczkowe zmieniają polski rynek bankowy. Co trzecia mała pożyczka zaciągana przez osoby fizyczne pochodzi spoza systemu bankowego. By sprostać tej konkurencji, banki starają się zwiększyć elastyczność swych produktów. Coraz atrakcyjniejsze oferty i optymizm konsumentów powodują, że kredyty sprzedają się coraz lepiej.

Polacy pożyczają coraz więcej pieniędzy. Ożywienie notowane jest w m.in. segmencie kredytów mieszkaniowych. Chętniej też zaciągane są kredyty konsumpcyjne. W I półroczu zanotowano rekordową sprzedaż kredytów gotówkowych i ratalnych. Polacy pożyczyli w ten sposób 37,7 mld zł – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej.

Rynek kredytowy zmieniają też działające na nim firmy pożyczkowe W segmencie pożyczek niskokwotowych mają już dosyć wysoki udział. Jak informują przedstawiciele BIK, co trzecia pożyczka poniżej 4 tys. zł zaciągana jest poza sektorem bankowym.

De facto ta sytuacja zdynamizowała część banków, a części z nich kazały myśleć o tym, czy mogą rywalizować z firmami pożyczkowymi, dlatego że firmy pożyczkowe rywalizują elastycznością, szybkością, dostosowaniem się do klienta i transparentnymi regułami gry. Wiele banków zaczęło oferować produkty, które konkurują z tymi proponowanymi przez firmy pożyczkowe – mówi Sławomir Grzelczak, wiceprezes zarządu BIK SA.

Ze względu na rosnącą liczbę klientów firmy pożyczkowe zdecydowały się zaangażować w międzybranżową wymianę informacji. Podobnie jak banki dzielą się z innymi uczestnikami rynku informacjami m.in. o nierzetelnych pożyczkobiorcach. Przedstawiciele BIK podkreślają, że na wymianę danych decyduje się coraz więcej podmiotów z różnych branż, m.in. leasingowej i faktoringowej.

Międzysektorowe dzielenie się danymi to liczne korzyści dla instytucji finansowych, firm udzielających kredytów konsumenckich i klientów. Uwzględnienie informacji dotyczących wiarygodności finansowej ze wszystkich sektorów pozwala nie tylko na lepszą ocenę zdolności kredytowej, lecz także na lepsze zarządzanie relacjami z konsumentem dzięki wcześniejszej identyfikacji napięć finansowych u klienta i podjęciu działań w celu zredukowania ewentualnych zaległości w płatnościach oraz możliwości zaoferowania odpowiednio dopasowanych limitów kredytowych – mówi Neil Munroe, prezes Stowarzyszenia Rejestrów Kredytowych, organizacji zrzeszającej 45 biur kredytowych w 34 krajach.

Jak podkreśla, korzystnie wpływa to na cały rynek kredytów. Jak wynika z publikowanego przez BIK Indeksu Kondycji Kredytów Konsumpcyjnych, polski rynek charakteryzuje się wysoką terminowością spłaty kredytów.

Rośnie rola pożyczek społecznościowych

W najbliższym czasie na rynek wpływ mogą mieć również pożyczki społecznościowe (czyli social lending), które polegają na bezpośrednim zawieraniu transakcji między pożyczkodawcą, który może być osobą prywatną, a pożyczkobiorcą. Operacje zwykle udzielane są przez stworzone do tego serwisy internetowe. W ocenie Grzelczaka upowszechnienie social lendingu będzie mieć zdecydowanie mocniejszy wpływ na rynek niż rosnąca popularność firm pożyczkowych.

Firmy pożyczkowe z natury rzeczy oferują dosyć drogi pieniądz. RRSO [rzeczywiste roczne stopy oprocentowania – red.] są liczone w tysiącach. W social lendingu pożyczkodawcy zadowalają się stopami zwrotu rzędu 20-30 proc., co dla pożyczkobiorców jest w miarę akceptowalne przy małych projektach – mówi Sławomir Grzelczak.

Prognozuje dynamiczny wzrost tego typu pożyczek w Polsce – podobnie jak ma to miejsce w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii.

Tam stopy zwrotu dla inwestorów wynoszą od 20 do 30 proc., a odsetek niespłaconych pożyczek sięga zaledwie 3 proc. Moim zdaniem przyszłość to social lending, dlatego że to jest usługa prawie tak samo szybka, a przy tym nie tak bardzo droga dla pożyczkobiorców – przewiduje wiceprezes BIK.

Lepsza sytuacja na rynku pracy. Bezrobocie spada dziewiąty miesiąc z rzędu

CEO Magazyn Polska

Poprawia się sytuacja na rynku pracy. Październik był dziewiątym miesiącem z rzędu, w którym spadła liczba bezrobotnych  podało ministerstwo pracy. Od początku roku zmniejszyła się ona o 475 tys. osób. Rośnie też średnie wynagrodzenie. W tym roku – o 3,4 proc., zdaniem ekspertów presja płacowa będzie jednak coraz większa. Zwiększająca się mobilność zawodowa i zdolność do przekwalifikowania się sprawia, że Polska jest jednym z atrakcyjniejszych gospodarczo krajów do inwestowania.

Rok 2014 był przełomowy na rynku pracy. Od początku roku bezrobocie zmniejszyło się o ponad 2 punkty procentowe. W liczbach bezwzględnych to ponad 400 tys. bezrobotnych mniej – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Jak wynika z danych ministerstwa, bezrobocie w październiku wyniosło 11,3 proc. To o 0,2 pkt proc. mniej niż we wrześniu i o 2,7 pkt proc. mniej niż w styczniu. To dziewiąty miesiąc z rzędu, w którym liczba bezrobotnych jest coraz mniejsza. Wyniki Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności wskazują na jeszcze lepszą sytuację – wedle tych danych stopa bezrobocia w II kw. 2014 roku nieznacznie przekroczyła 9 proc. Jak podkreśla Męcina, pod koniec tego roku bezrobocie może sezonowo wzrosnąć (do poziomu 12 proc.), jednak od lutego ma znów spadać, nawet do 10 proc.

Rosną też średnie płace w Polsce, choć wzrost jest niewielki.

W 2014 roku ta dynamika wyniosła 3,4 proc. Spodziewamy się, że w 2015 roku ta tendencja będzie jeszcze bardziej wyraźna, bliższa 4 proc. Poprawia się sytuacja na rynku pracy, utrwala się pewna równowaga, zatem presja płacowa może będzie się nieco zwiększać – zaznacza wiceminister.

Polska ma szansę przyciągnąć zagranicznych inwestorów. Nasz kraj ma dobrze wykształconą kadrę, która jest mobilna, zdolna nie tylko do podnoszenia kwalifikacji, lecz także do przekwalifikowania. W tym roku z Krajowego Funduszu Szkoleniowego przeznaczono na ten cel 40 mln zł. W przyszłym roku kwota ta ma być kilkukrotnie większa i wynosić 179 mln zł.

Dostęp do kapitału ludzkiego w Polsce jest dość duży przy jednocześnie stosunkowo niskich płacach, które jednak mają tendencje wzrostową. Z punktu widzenia kapitału ludzkiego Polska jest jedną z atrakcyjniejszych destynacji w Europie do inwestowania – podkreśla Jacek Męcina.

Sektor energetyczny atrakcyjnym pracodawcą. Wynagrodzenia na poziomie europejskim

Pod względem wynagrodzeń i kosztów pracy sektor energetyczny znalazł się już na poziomie, jaki notowany jest w krajach Europy Zachodniej. To między innymi efekt przywilejów wywalczonych przez pracowników tego sektora. Dla gospodarki sektor energetyczny tworzy 7,9 proc. wartości dodanej – wynika z raportu DNB i Deloitte.

Według raportu przygotowanego przez Deloitte i DNB Bank Polska wynika, że energetyka, wraz z branżami powiązanymi, daje pracę ok. 612 tys. osób (3,3 proc. ogółu zatrudnionych). Pod względem kosztów pracy krajowa energetyka jest znacznie bliżej Europy niż reszta gospodarki.

O ile w gospodarce koszty pracy stanowią w Polsce ok. 40 proc. wartości dodanej w porównaniu z trochę ponad 50 proc. wartości dodanej w krajach rozwiniętych UE, o tyle w energetyce ta różnica jest bardzo niewielka – w granicach paru punktów procentowych – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Również wynagrodzenia w energetyce są znacznie wyższe niż w innych sektorach gospodarki. Najwyższe wynagrodzenie w klasie wytwórców energii elektrycznej to 10 137 zł brutto, więc średni koszt etatu jest o ok. 60 proc. wyższy niż w sektorze przedsiębiorstw.

To skutek dość dużych przywilejów, które sektor energetyczny sobie wywalczył i zachował – uważa Antczak.

W raporcie podkreślono również, że sektor energetyczny jest bardzo kapitałochłonny. Na inwestycje przeznacza niemal dwukrotnie więcej niż średnio cały sektor przedsiębiorstw. Natomiast efektywność inwestycji w energetyce jest niższa niż w sektorze przedsiębiorstw ogółem.

Sektor energetyczny stanowi 7,9 proc. polskiej gospodarce, mówimy to zarówno o firmach energetycznych, jak i spółkach z nimi powiązanych. To nie jest zaskakująco duży udział, bo są sektory, w których jest on większy. Handel na przykład ma dwukrotnie większy udział w polskiej gospodarce – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Antczak.

Dla niektórych branż energetyka ma jednak kluczowe znaczenie. To m.in. górnictwo węgla kamiennego i brunatnego.

Połowa wartości dodanej tworzonej w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego jest związana z sektorem energetycznym. W przemyśle przetwórczym jest to nieco ponad 2 proc., czyli nie jest on tak silnie uzależniony od sektora energetycznego – dodaje Antczak.

Podkreśla, że dostęp do pewnych, stabilnych i niskich cen energii ma bardzo duży wpływ na każdą gałąź gospodarki. Głównymi odbiorcami energii finalnej są w Polsce gospodarstwa domowe (31 proc.), a w dalszej kolejności transport (27 proc.) i przemysł (z budownictwem – 23 proc.).

Według autorów raportu w latach 1995-2012 PKB Polski realnie się podwoił, a zużycie energii pozostało praktycznie bez zmian. Jednak jej poziom był w 2012 r. i tak nadal o 15 proc. wyższy od średniej dla UE28, o 19 proc. od średniej dla UE15 i o 21 proc. od energochłonności gospodarki niemieckiej.  Jak wskazuje Deloitte, zarówno Polska, jak i inne kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej mają wciąż proste rezerwy efektywnościowe do wykorzystania w celu zwiększenia efektywności energetycznej i zbliżenia się do wskaźników rozwiniętych krajów UE.

Wzrosty na giełdzie uzależnione są od kondycji amerykańskich spółek globalnych. W wyniku ostatnich działań EBC euro będzie się raczej osłabiać

CEO Magazyn Polska

Według domu maklerskiego Secus Asset Management ewentualny powrót koniunktury na giełdach uzależniony jest od kondycji amerykańskich spółek globalnych. Ekspansja monetarna Europejskiego Banku Centralnego w połączeniu z odwrotnym ruchem Rezerwy Federalnej będzie nadal skutkować osłabieniem euro wobec dolara. To z kolei powinno podnieść konkurencyjność europejskiej gospodarki. Spowolnienie w Chinach i Rosji oraz niewielki apetyt na kredyty ze strony banków komercyjnych nie pozwalają jednak na przesadny optymizm.

Ostatnie miesiące i kwartały pokazują, że siłą napędową światowej gospodarki są Stany Zjednoczone, co wyraźnie widać po trendach na nowojorskiej giełdzie – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Rzeźniczek, główny analityk Secus Asset Management. – Akcje spółek amerykańskich, szczególnie tych, które nastawione są na popyt globalny, dalej będą czołowymi aktywami. Szybko rosnąć raczej nie powinny, ale z pewnością będą stabilnym motorem dobrych wyników w portfelach.

W Europie słabsza kondycja krajów strefy euro, ich niższa od spodziewanej aktywność gospodarcza, zmusiła Europejski Bank Centralny do podjęcia działań, które mają pobudzić europejską gospodarkę (tzw. długoterminowe operacje refinansujące). Zdaniem analityka Secus Asset Management są to działania, które wydają się trochę spóźnione, dlatego że amerykańska Rezerwa Federalna przeprowadziła tego rodzaju działania, z dobrym skutkiem, już jakiś czas temu (kolejne rundy tzw. luzowania ilościowego, z ang. quantitative easing, w skrócie QE).

Teraz amerykański bank centralny zaczyna prowadzić działania odwrotne, czyli za oceanem mamy raczej ograniczenie luzowania ilościowego i perspektywę rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych – wskazuje Jacek Rzeźniczek. – Jeśli EBC luzuje, a Fed zaczyna działać w kierunku przeciwnym, mamy do czynienia z warunkami, które zdecydowanie osłabiają euro.

Spadek wartości euro wobec dolara widać już było wyraźnie w ostatnich miesiącach. W maju kurs euro-dolara wynosił 1,4, a ostatnio spadł nawet poniżej 1,25.

Tak duże osłabienie europejskiej waluty i działania Fed powinny wpływać na zwiększenie konkurencyjności cenowej strefy euro w stosunku do amerykańskiej oraz poprawę kondycji gospodarek poszczególnych państw Eurolandu – uważa Rzeźniczek. – Musimy mieć świadomość, że jednocześnie słabnie aktywność głównych rozwijających się gospodarek, które są ważnym rynkami zbytu dla produktów europejskich. Mamy oznaki spowolnienia w Rosji, które przynajmniej częściowo wynikają z sankcji, ale sygnały osłabienia napływają także z Chin.

Zwalniające gospodarki wschodzące, jak przekonuje Rzeźniczek, będą negatywnie wpływać na eksport strefy euro, głównie gospodarki niemieckiej.

W związku z tym może się okazać, że działania, które podejmuje obecnie EBC, będą miały ograniczoną skuteczność – obawia się Jacek Rzeźniczek. – Podstawą powodzenia będzie to, że wzrośnie popyt na kredyt za strony banków komercyjnych. Tego jednak po ostatnich operacjach TLTRO na razie nie widać.

W przyszłym roku inflacja może niemile zaskoczyć. Dalsze obniżki stóp niepewne

CEO Magazyn Polska

W środę NBP opublikuje nowy raport o inflacji, którym kierowała się RPP, podejmując ostatnią decyzję o nieobniżaniu stóp procentowych. To może sugerować, że wzrost cen przyspieszy mocniej niż oczekuje tego rynek. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego, głównego ekonomisty KUKE, prawdopodobne jest odwrócenie czynników, które w tym roku sprzyjały niskim cenom. Październikowa obniżka stóp byłaby wówczas pierwszą i zarazem ostatnią.

Początek przyszłego roku to będą coraz wyższe rejestry inflacji – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE. Myślę, że na początku roku to będzie inflacja w skali rocznej rzędu 0,6-0,8 proc. Natomiast już od II kw. to może być 1,5 proc. albo nawet trochę więcej. Pamiętajmy, że będziemy wchodzili w efekt bardzo niskiej bazy.

Średnie ceny towarów i usług w Polsce przestały rosnąć w lecie, a w pierwszej połowie roku ich wzrost był niewielki. W szczytowym momencie (luty i marzec) inflacja sięgnęła zaledwie 0,7 proc. w ujęciu rocznym. Od lipca ceny zaczęły być niższe niż rok wcześniej. We wrześniu były o 0,3 proc. niższe niż rok wcześniej. W ocenie ekonomistów podobna sytuacja miała miejsce jeszcze w październiku – prognoza wieszczy spadek o 0,4 proc.

Zatem ceny w 2015 roku będzie się porównywać do tych z roku 2014. Wystarczy, że teraz zaczną rosnąć w standardowym tempie i inflacja gwałtownie skoczy. Podobnie może być z cenami żywności.

Mieliśmy doskonałe zbiory warzyw i owoców tym roku, nie było przymrozków – przypomina Piotr Soroczyński. Całkiem dobre były zbiory, jeżeli chodzi o zboża, tak naprawdę nie wiemy, czy uda się w przyszłym roku mieć takie samo szczęście i mieć takie same plony. Więc jeżeliby się okazało, że nie jest nadzwyczaj dobrze, tak jak było, tylko po prostu zwyczajnie, to będzie to już generowało wzrosty pewnych cen.

Dodatkowo trzeba pamiętać o tym, że konsumenci zyskali na rosyjskim embargu. Dzięki decyzjom Kremla na polskim rynku pozostało znacznie więcej towarów, które musiały tanieć, by konsumenci zechcieli je kupić. Producenci jednak ponieśli w związku z tym straty i szukają nowych możliwości eksportowych.

Gdyby się okazało, że część dostaw na rynek wschodni jest odblokowana, dlatego że embargo rosyjskie zostanie zniesione, czy dlatego że uda nam się plasować więcej towarów, omijając embargo, to okaże się, że będziemy mieli więcej zamówień niż zwykle i wtedy ceny żywności mogą nas tym razem bardzo niemile zaskoczyć – uważa główny ekonomista KUKE. W związku z tym może się okazać, że właśnie żywność będzie od maja, czerwca podbijała dosyć istotnie inflację.

Kolejną przyczyną niskich ostatnio cen w Polsce są rekordowo niskie notowania ropy i gazu. Po wybuchu konfliktu na Ukrainie USA rozpoczęło sprzedaż na światowych rynkach własnych surowców, obniżając ceny i ograniczając zyski Rosjan. W razie zakończenia konfliktu sytuacja może się zmienić.

A co będzie, jeżeli ropa wróci znowu na sto, sto kilkanaście dolarów za baryłkę? zastanawia się Piotr Soroczyński z KUKE. Co będzie, jeżeli gaz będzie droższy? To nie tylko gaz dla nas do ogrzewania, lecz także surowiec dla przemysłu chemicznego. To są czynniki ryzyka, które powodują, że z tą inflacją nie będzie tak łatwo i tak bajecznie, jak w tej chwili.

W tej sytuacji kolejne obniżki stóp procentowych przez RPP wcale nie wydają się przesądzone. W ocenie głównego ekonomisty Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych Rada może teraz zachowywać powściągliwość.

Warto zobaczyć, co się będzie działo z procesami inflacyjnymi i  gospodarką w ciągu najbliższych co najmniej kilku miesięcy. Dopiero co mieliśmy dosyć istotny ruch Rady, który będzie widoczny w statystykach najwcześniej za 6-7 miesięcy, a tak naprawdę szczyt jego oddziaływania będzie przypadał na jesień przyszłego roku, kiedy inflacja już może być całkiem spora.

Rabobank: Polska giełda jest dobrze rozwinięta, ale potrzebuje zastrzyku płynności

CEO Magazyn Polska

Jak na standardy środkowoeuropejskie polski rynek akcji  zdaniem analityków Rabobank International  jest już dobrze rozwinięty. Problemem jest struktura inwestorów, wśród których przeważają drobni akcjonariusze, niedysponujący kapitałem, który mógłby zapewnić większą płynność notowań. Konieczne jest zatem wprowadzenie ułatwień dla inwestorów zagranicznych oraz wzmocnienie roli lokalnych, krajowych funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, które mogą pełnić rolę animatorów rynku, dostarczając płynności.

– Struktura inwestorów w Polsce jest bardzo zbliżona do innych rynków i giełd środkowoeuropejskich, ale całkowicie inna niż w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Więcławski, specjalista ds. instrumentów o stałym dochodzie i derywatów na rynkach globalnych Rabobank International (GFM FI Fixed Income & Derivatives). – Polega to na tym, że jest zbyt duży udział inwestorów retailowych [detalicznych – red.], a zbyt mały inwestorów zagranicznych. Należy więc ją zmienić, aby wprowadzić większą płynność.

Według Giełdy Papierów Wartościowych w I półroczu br. największy udział w strukturze notowań na podstawowym rynku akcji mieli inwestorzy zagraniczni. Wartość przeprowadzonych przez nich transakcji wyniosła 104 292 mln zł, co stanowiło blisko połowę (49 proc.) obrotów. Jednak na innych parkietach wciąż największy udział mają krajowi inwestorzy indywidualni. Na NewConnect transakcje przez nich przeprowadzone stanowiły 62 proc., kontraktów terminowych – 46 proc., opcji – 48 proc., produktów strukturyzowanych – 49 proc.

Zdaniem Więcławskiego większy udział w transakcjach powinni mieć animatorzy rynku – podmioty, które na podstawie umowy z GPW zobowiązują się do dokonywania na własny rachunek czynności mających na celu wspomaganie płynności danego instrumentu finansowego.

Oni są uwielbiani przez giełdę, bo powodują, że struktura inwestorska jest zachowana, płynność bardzo wysoka i na rynku bardzo łatwo się handluje – argumentuje Więcławski. – Byłoby to bardzo dobrze widziane przez wszystkich inwestorów, także zagranicznych.

Według analityka Rabobank International można by wprowadzić ułatwienia dla inwestorów zagranicznych i animatorów rynku, którzy powinni mieć bardzo łatwy dostęp do giełdy i większe pole do gry na polskiej giełdzie.

Inwestorom indywidualnym brakuje kapitału i wiedzy eksperckiej, aby wprowadzić dodatkową płynność – uważa Jacek Więcławski. – Nie chcę mówić, że ten rodzaj inwestorów jest zły, jest bardzo dobry i świadczy również o dojrzałości rynku. Ale uważam, że większy udział inwestorów zagranicznych i animatorów jest konieczny do tego, aby polska giełda była bardziej porównywalna z zachodnioeuropejskimi niż lokalnymi parkietami.

Dla rozwoju rynku kapitałowego ważni są inwestorzy międzynarodowi, ale ich udział – zdaniem analityka Rabobanku – nie powinien być większy niż inwestorów indywidualnych czy instytucji krajowych.

Rola funduszy inwestycyjnych, emerytalnych powinna natomiast być bardzo znacząca – uważa Więcławski. – To było widać bardzo wyraźnie na przestrzeni ostatnich lat, kiedy Skarb Państwa prywatyzował bardzo wiele spółek. Aktywa kupowali właśnie główni animatorzy rynku, którzy zawsze bardzo aktywnie uczestniczyli ofertach. Uważam, że aby struktura rynku była poprawna, należy wzmocnić zaangażowanie tych inwestorów lokalnych.

Poprawa kondycji rynku reklamy telewizyjnej pozytywnie wpływa na wyniki TVN. W pełni powinna być widoczna w wynikach za przyszły rok

0

CEO Magazyn Polska

Na wyniki Grupy TVN istotny wpływ ma poprawiająca się kondycja rynku reklamy telewizyjnej – uważają analitycy. Ich zdaniem z tego względu TVN może liczyć na poprawę przychodów mimo inwestycji poniesionych m.in. na programming.

TVN to spółka, której wynik w dużej mierze zależy od rynku reklamy. Po przeszło dwóch latach spadków widać tendencję wzrostową i TVN powinien poprawić przychody właśnie dlatego – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Łukasz Kosiarski, analityk Domu Maklerskiego BZ WBK.

W III kwartale zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej grupy TVN wyniósł 17,2 mln zł i choć okazał się niższy od średniej przewidywań analityków na poziomie 22,9 mln zł zysku, to i tak był to wynik nieporównanie lepszy od ubiegłorocznego, gdy spółka odnotowała 169,8 mln zł straty. Prognozy analityków wahały się w przedziale 13,3-35,1 mln zł zysku netto.

Zysk operacyjny grupy w III kwartale 2014 roku wyniósł 71,6 mln zł i był niższy od średniej prognoz na poziomie 79,2 mln zł. Z kolei przychody ze sprzedaży grupy wyniosły w tym okresie 328,5 mln zł i były zbliżone do oczekiwań na poziomie 326,9 mln zł. W tym roku przychody z reklam zwiększyły się o 8,3 proc.

Po trzech kwartałach nadawca ma już 143,4 mln zł zysku netto wobec 243,5 mln zł straty rok wcześniej, a jego przychody związane z reklamą wzrosły w porównaniu z rokiem ubiegłym o 4,9 proc.

Zdaniem Kosiarskiego w przyszłym roku rynek reklamy telewizyjnej urośnie o kolejne 4-5 proc., co powinno przełożyć się na wyniki TVN.

Z drugiej strony TVN w tym roku jeszcze nie w pełni skorzysta z tego odbicia rynku reklamy, ponieważ spółka trochę więcej zainwestowała w programming i w związku z tym, że te koszty się zwiększyły, EBITDA biznesu telewizyjnego zostanie praktycznie na niezmienionym poziomie rok do roku, czyli lekko powyżej 500 mln zł – zauważa Kosiarski.

Analityk DM BZ WBK dodaje, że historycznie TVN potrafił przy płaskich kosztach programmingu większość wzrostu przychodów przekładać na EBITDĘ, więc w najbliższym czasie należy spodziewać się utrzymania tej tendencji.

TVN na sprzedaż?

W połowie października Grupy ITI i Canal+ ogłosiły, że są zainteresowane sprzedażą kontrolnego pakiet akcji grupy TVN.

– Decyzja o sprzedaży pakietu ITI i Canal+ przyszła dość niespodziewanie – przyznaje Łukasz Kosiarski i w gronie potencjalnych nabywców wymienia Liberty Global oraz koncerny medialne Bertelsmann, Axel Springer i Time Warner.

Zarządy Grupy ITI i Grupy Canal+ potwierdziły, że w ostatnich miesiącach kontaktowali się z nimi strategiczni oraz finansowi inwestorzy wyrażający zainteresowanie przejęciem kontrolnego pakietu akcji grupy.

Myślę, że do tej transakcji dojdzie. Tak bez powodu, bez zainteresowania drugiej strony ITI nie wyszedłby z taką propozycją na rynek – uważa Kosiarski.

Kredyt dla rolnika, realna szansa na rozwój gospodarstwa

Skok cywilizacyjny, jaki dokonał się na polskiej wsi w ciągu ostatnich kilkunastu lat jest nieporównywalny z żadnym innym. Dziś rolnictwo to nowoczesny dział gospodarki, zaopatrujący w żywność krajowych konsumentów oraz dostarczający produkty najwyższej jakości na rynki zagraniczne. Mnogość państwowych zachęt czy dopłat płynących z UE nie zaspakaja potrzeb rolników, którzy muszą inwestować w rozwój swoich gospodarstw. Najbardziej prężni szukają zewnętrznych form finansowania działalności. Niestety, w oczach banków komercyjnych, rolnik, mimo, że nowoczesny, to jednak nieatrakcyjny. Gdzie w takim razie szukać finansowego wsparcia?

Ciężki kawałek chleba

Działalność rolnicza do łatwych nie należy. Wymaga nie tylko bardzo ciężkiej i systematycznej pracy, ale także ciągłego rozwoju oraz inwestycji, choćby w środki produkcji i dbania o to, aby wyprodukowane towary były wysokiej jakości i szybko znajdowały zbyt. Z drugiej strony, rolnictwo to jeden z najbardziej nieprzewidywalnych sektorów produkcji. Wpływ warunków pogodowych czy decyzji politycznych może w ciągu kilku dni zniweczyć ogromny wysiłek czy nakłady finansowe wkładane w konkretną działalność w przeciągu całego roku.

Gdzie szukać wsparcia

W Polsce działalnością rolniczą zajmuje się 4,5 mln osób. 99,1 proc. z nich, prowadzi gospodarstwa indywidualnie. Mimo, że skrupulatnie spłacają swoje zobowiązania i ciężko pracują na to, aby ich wysiłki przyniosły oczekiwany plon to stabilność dochodów w tym sektorze jest jedną z najniższych w całej gospodarce. To z kolei rzutuje na fakt, że wiele banków nie chce brać na siebie ryzyka, które charakteryzuje działalność rolniczą i nie jest zainteresowanych finansowaniem ich w jakiejkolwiek formie. A przecież każda działalność gospodarcza, rolnicza w szczególności, wymaga dużych nakładów inwestycyjnych by się rozwijać. Na co w takim razie mogą liczyć rolnicy, którzy muszą korzystać z zewnętrznego finansowania?

Rolnicze dopłaty

Rolnicy mogą ubiegać się o dopłaty krajowe, jak i unijne. Przyjmowaniem wniosków i dalszym procedowaniem zajmuje się Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. W przypadku unijnych dopłat, płatności dokonywane są w ramach bezpośrednich programów wsparcia na wniosek rolnika składany od 15 marca do 15 maja 2015r. Katalog płatności bezpośrednich na rok 2015 obejmuje: jednolitą płatność obszarową, płatność na zazielenienie, płatność dla młodych rolników, płatność dodatkową, płatności na produkcję, płatności w ramach przejściowego wsparcia krajowego. Szczegółowe informacje dostępne są na stronach www.arimr.gov.pl. Pomoc krajowa Agencji dotyczy wsparcia rolników w ramach budżetu krajowego. Udzielana jest ona w formie dopłat do oprocentowania preferencyjnych kredytów inwestycyjnych i klęskowych, poręczeń spłaty kredytów studenckich, dofinansowania kosztów ponoszonych przez producentów rolnych na utylizację padłych zwierząt, dofinansowania kosztów poniesionych na przygotowanie wniosku o rejestrację nazw i oznaczeń geograficznych pierwotnych produktów rolnych.

Inne formy finansowania

Rolnictwo wymaga stałych inwestycji. Koszty środków produkcji rosną z roku na rok, a nowe przepisy unijne zobowiązują rolników do spełnienia szeregu tzw. wymogów ekologicznych. Na to, by z własnej kieszeni wyłożyć odpowiednie środki stać tylko niewielu. Z drugiej strony zrezygnowanie z zakupu np. wydajnego kombajnu czy ciągnika, może oznaczać spowolnienie produkcji lub przekreślić szanse na zapewnienie konkurencyjności rolnika na rynku. Gdzie w takim razie powinni szukać wsparcia i na co tak naprawdę mogą liczyć rolnicy?

Kredyt inwestycyjny – w banku lub z dopłatą ARiMR

Największe wsparcie, na jakie mogą liczyć rolnicy dotyczy kredytów inwestycyjnych. Oferowane są one przez banki komercyjne samodzielnie lub z dopłatami ARiMR. Kredyty oferowane we współpracy z Agencją są przeznaczone na wydatki związane z rozbudową gospodarstwa poprzez zakup gruntów rolnych, maszyn i urządzeń oraz stad podstawowych. By uzyskać kredyt na preferencyjnych zasadach wymagany jest wkład własny od 10 do 30 proc. Maksymalna wartość kredytu to 4 mln złotych. Oprocentowanie takiego kredytu to nie więcej niż 1,3 stopy redyskonta weksli, co obecnie wynosi 3 proc. w skali roku. Dodatkowo połowę odsetek spłaca Agencja, co oznacza także mniejsze wymagane zabezpieczenie właśnie o tę kwotę. Minusem są jednak dość skomplikowane procedury.

W przypadku banków komercyjnych oferty są nieco gorsze. Nie dość, że są droższe – oprocentowanie waha się w przedziale 6-8 proc. w skali roku, to jeszcze banki wymagają ustalenia lepszego zabezpieczenia dla udostępnionych środków. Najczęściej żądają ustanowienia hipoteki na nieruchomości niewchodzącej w skład gospodarstwa rolnego. Kredyty zazwyczaj oferowane są na 15 lat, z możliwością wydłużenia okresu kredytowania. Wymagane jest wówczas poręczenie Funduszu Poręczeń Unijnych.

Kredyt obrotowy

W przeciwieństwie do ARiMR, banki komercyjne mają w swojej ofercie kredyty przeznaczone na finansowanie działalności bieżącej, czyli zakup np. pasz, nasion, paliwa rolniczego. Środki te są znacznie mniejsze w porównaniu do kredytów inwestycyjnych, a okres kredytowania zdecydowanie krótszy. Atutem jest natomiast uproszczona procedura, która umożliwia szybki dostęp do środków finansowych bez konieczności angażowania środków własnych. W zależności od banku, wysokość takiego kredytu nie przekracza 1 mln zł, a okres spłaty 15 lat. Oprocentowanie takiego kredytu waha się w przedziale 8-10 proc. w skali roku.

Kredyt hipoteczny

Zdecydowanie najgorzej wygląda sytuacja rolników w przypadku kredytów hipotecznych. W bardzo wielu bankach rolnik nie dostanie kredytu, jeśli osiąga dochody jedynie z działalności rolniczej. W bankach, które takie kredyty oferują, rolnicy jednak nie mogą liczyć na specjalne uprzywilejowanie. Dodatkowo, często wymagany jest odpowiednio długi czas prowadzenia działalności rolniczej. Jak każdy inny klient, musi wykazać się zdolnością kredytową. Wyliczana jest ona na kilka sposobów, w zależności od banku. Osiągane dochody można udokumentować poprzez przedstawienie faktur dotyczących swojej sprzedaży z jakiegoś okresu. Czasem wymagane jest zaświadczenie z Urzędu Gminy dotyczące ilości hektarów przeliczeniowych. Konieczne także bywa przedstawienie rozliczenia z urzędem skarbowym czy KRUS. Pomocnym może okazać się wyciąg z rachunku bankowego albo istnienie dopłat bezpośrednich.

Oprócz kredytów hipotecznych, dostępne są także pożyczki hipoteczne. Z uwagi na to, że są one
z reguły udzielane bez określania celu wydatków, dość często rolnicy wykorzystują takie środki na zakup maszyn lub ziemi. Wielkość pożyczki uzależniona jest od banku, który jej udziela, podobnie jak wysokość zabezpieczenia. Zazwyczaj udzielana jest na okres nie dłuższy niż 15 lat.

Banki spółdzielcze

W Polsce działa ponad 570 banków spółdzielczych, a to oznacza, że co trzecia jednostka bankowa to jednostka banku spółdzielczego. Są one mocno związane z poszczególnymi regionami, w których prowadzą działalność. Ich klientami z racji lokalnego charakteru są nie tylko instytucje samorządowe czy tradycyjnie osoby fizyczne, firmy prywatne i przedsiębiorstwa. Większość klientów stanowią właśnie rolnicy, dla których banki te przygotowują zazwyczaj specjalną ofertę. Na skutek olbrzymiej różnorodności w proponowanych ofertach m.in. związanych z charakterem danego regionu, chcielibyśmy jedynie wspomnieć, że banki spółdzielcze w swojej ofercie posiadają zarówno kredyty inwestycyjne, obrotowe jak i hipoteczne z uwzględnieniem specyfiki działalności rolniczej, co znacznie podnosi atrakcyjność ich propozycji.

Pośrednicy finansowi

Instytucje pośrednictwa finansowego najlepiej rozumieją potrzeby rolników. Dlatego proponują wsparcie finansowe ściśle dopasowane do realnych potrzeb tej grupy zawodowej. Rolnicy, którzy poproszą o poradę doradcę finansowego (np. Idea Expert) otrzymają zarówno aktualną informację na temat wszystkich możliwych form finansowania działalności, jak również szczegółowy opis kredytów „uszytych na miarę” specjalnie dla niego. Dzięki szerokiemu dostępowi do ofert specjalnych każdy rolnik może liczyć na to, że z pomocą pośrednika znajdzie możliwości finansowania odpowiednie do swoich potrzeb, związanych z gospodarstwem rolnym. Wysokość wsparcia finansowego, które można otrzymać szybko i bez zbędnych formalności wynosi maksymalnie 300 tysięcy zł, przy okresie kredytowania nawet do 120 miesięcy. Brak wymogu zabezpieczenia dodatkowo podnosi jego atrakcyjność. Warto wiedzieć, że zainteresowani rolnicy mogą liczyć także na możliwość elastycznej współpracy z przedstawicielami pośrednika, którzy są gotowi na to, aby umówić się na wizytę w domu, dzięki czemu rolnik nie będzie musiał tracić czasu na dojazd do oddziału.

Osoby, które szukają środków na prowadzenie działalności rolniczej, powinny pamiętać, by:

  • Sprawdzić aktualne możliwości wsparcia przez ARiMR, mimo skomplikowanych procedur są to zazwyczaj najtańsze środki
  • Korzystać z ofert banków spółdzielczych, które mają najbogatszą ofertę, w dodatku szytą na miarę potrzeb rolników
  • Przeglądać oferty banków komercyjnych, szczególnie w przypadku kredytów hipotecznych
  • Korzystać z usług pośredników finansowych (np. Idea Expert), mają oni najlepszą wiedzę o aktualnych ofertach dostępnych na rynku a także oferty specjalne, które są znacznie bardziej elastyczne i lepiej dostosowane do rzeczywistych potrzeb rolników

Remigiusz Stupnicki, ekspert Idea Expert

Piesi i rowerzyści

NIK przeprowadzi w 2015 roku kontrolę dotyczącą bezpieczeństwa pieszych i rowerzystów na drogach publicznych. W ubiegłym roku zginęło na polskich drogach 1140 pieszych i 304 rowerzystów. Ginęli najczęściej pod kołami samochodów na przejściach i skrzyżowaniach. NIK sprawdzi jak administracja państwowa i samorządowa dba o bezpieczeństwo pieszych i kierowców.

W Polsce od lat poważnym problemem jest bardzo wysokie zagrożenie pieszych oraz rowerzystów, czyli tzw. niechronionych (karoserią, pasami, poduszkami powietrznymi) uczestników ruchu, którzy razem stanowią w ostatnich latach ok. 50% zabitych i 40% rannych w wypadkach drogowych. Polska jest w Europie krajem najwyższego ryzyka dla tej grupy uczestników ruchu drogowego. Zagrożenie pieszych Polaków utratą życia w wypadku drogowym jest blisko trzy razy wyższe niż w Niemczech, Hiszpanii, Francji czy Wielkiej Brytanii. Tam rocznie ginie ok. 400 pieszych, w Polsce ponad 1100 osób (ok. 1/3 ogółu ofiar śmiertelnych – w 2013 roku na polskich drogach zginęło ogółem 3357 osób, w tym 1140 pieszych).

Najwięcej pieszych ginie w Polsce na przejściach (232 zabitych) i skrzyżowaniach (182 zabitych). Ponad 9000 pieszych zostaje co roku rannych. Wypadki z udziałem pieszych stanowią ponad 26 proc. ogółu wypadków. W 2013 roku doszło do 9489 tego rodzaju wypadków. Głównymi przyczynami było nieudzielenie pierwszeństwa pieszemu. Tak zginęły 142 osoby. Nieprawidłowe przejeżdżanie przejść przez kierowców przyniosło śmierć 80 osobom. Pędzący z nadmierną prędkością kierowcy przyczynili się do śmierci 96 osób.

W 2013 roku na polskich drogach zginęło 304 rowerzystów, a 4144 zostało rannych. Do większości wypadków doszło w terenie zabudowanym (ponad 4000 wypadków z 4723 ogółem). Główną przyczyną było nieprzestrzeganie przez kierowców samochodów pierwszeństwa przejazdu rowerzysty.

Analizy przyczyn wypadków, których ofiarami są niechronieni uczestnicy ruchu drogowego, w szczególności piesi i rowerzyści, wskazują na różne działania, które należy podjąć, aby realnie poprawić bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów. Są to m.in.:

  • poprawa infrastruktury drogowej – budowa i modernizacja dróg z uwzględnieniem interesów pieszych i rowerzystów
  • uczynienie przestrzeni miejskiej i pozamiejskiej bardziej bezpieczną dla pieszych i rowerzystów (budowa chodników, zwłaszcza we wsiach i małych miejscowościach przeciętych różnej klasy drogami, budowa  kładek, przejść podziemnych, zamkniętych dla ruchu pojazdów placów i deptaków, sygnalizacji świetlnej przy przejściach w miejscach dużego natężenia ruchu),
  • wprowadzenie rozwiązań chroniących rowerzystów, czyli m.in. wyodrębnionych ścieżek rowerowych, konstruowanie prawne i infrastrukturalne przestrzeni bezkonfliktowej w trójkącie: rowerzysta – pieszy – kierowca
  • poprawa świadomości społecznej w tym zakresie, a w przypadku dzieci i młodzieży, możliwie powszechne wychowanie komunikacyjne,
  • poprawa egzekwowania w stosunku do pieszych i rowerzystów przepisów ruchu drogowego.

NIK w czasie kontroli sprawdzi, czy działania organów państwa przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa pieszych i rowerzystów.

W szczególności kontrolerów Izby będzie interesowało:

  1. Czy prowadzone działania edukacyjne i prewencyjne zwiększyły bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów?
  2. Czy infrastruktura drogowa w dostatecznym stopniu zapewnia bezpieczeństwo pieszych i rowerzystów?
  3. Czy przedsięwzięcia w zakresie kontroli ruchu drogowego realizowane przez Policję, Inspekcja Transportu Drogowego i straże gminne (miejskie) przyczyniły się do zwiększania bezpieczeństwa pieszych i rowerzystów?
  4. Czy obowiązujące przepisy chronią w dostatecznym stopniu pieszych i rowerzystów?
  5. Czy w planach rozwoju przestrzeni miejskiej i pozamiejskiej uwzględniono interesy pieszych i rowerzystów? Jakie przedsięwzięcia podjęto, aby była to przestrzeń bardziej bezpieczna dla pieszych i rowerzystów?

Najwyższa Izba Kontroli będzie prowadziła kontrolę w:

  • Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju,
  • oddziałach Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad,
  • Urzędach Marszałkowskich,
  • Zarządach Dróg Wojewódzkich,
  • Starostwach Powiatowych,
  • urzędach miast (zarządy dróg miejskich),urzędach gmin,
  • Ministerstwie Spraw Wewnętrznych,
  • Komendzie Głównej Policji,
  • w wybranych komendach wojewódzkich, powiatowych (miejskich),
  • Głównym Inspektoracie Transportu Drogowego,
  • strażach gminnych (miejskich);
  • Ministerstwie Edukacji Narodowej,
  • wybranych szkołach podstawowych, gimnazjach i liceach.

Kolejne firmy pójdą śladem KGHM. Chilijski rynek otwarty na polskie inwestycje

0

CEO Magazyn Polska

KGHM zachęca inne firmy do inwestowania w Chile. Po udanym starcie projektu Sierra Gorda spółka będzie zwiększać swoją obecność na tamtejszym rynku i chciałaby przy tym współpracować z rodzimymi partnerami. Wymiana handlowa między oboma krajami systematycznie rośnie, a KGHM chce się dzielić swoimi doświadczeniami z innymi przedsiębiorcami, którzy myślą o inwestowaniu w Chile.

Jesteśmy bardzo otwarci. Chcemy m.in. budować farmę fotowoltaiczną z udziałem już nie tylko nauki polskiej, lecz także biznesu polskiego. Jesteśmy po owocnych rozmowach z polskimi firmami, ale to oczywiście wymaga ustaleń z naszych japońskim partnerem – mówi Herbert Wirth, prezes zarządu KGHM Polska Miedź.

Będą to na początku firmy dostarczające maszyny, części do nich czy wykonujące usługi na zlecenie KGHM. Ale nie oznacza to, że na tym rynku nie funkcjonują już inni polscy przedsiębiorcy. Jak podkreśla ambasador Chile w Polsce Alfredo Garcia Castelblanco, polskie firmy są coraz bardziej obecne w Chile i to nie tylko na rynku wydobywczym.

– Współpraca polsko-chilijska wciąż jest w początkowej fazie rozwoju. Dlatego inwestycja KGHM jest tak istotna. Oczekujemy, że pociągnie ona za sobą kolejne inwestycje polskich firm – mówi Alfredo Garcia Castelblanco. – Spodziewamy się również rozwoju w odwrotnym kierunku – że dobre relacjach z KGHM w Chile, skłonią również chilijskie firmy do wchodzenia na polski rynek. Polska odgrywa coraz ważniejszą rolę w Europie, jest więc bardzo atrakcyjna dla Chile.

Widać to w statystykach – obroty handlowe między Polską a Chile rosną, a wartość eksportu z Chile do Polski wynosi już 259 mln dolarów (2013 rok). Polska eksportuje do tego kraju na razie mniej, równowartość 97 mln dolarów. Za sprawą popularyzacji mody na Chile przez takie firmy jak KGHM, może się to zmienić. W przypadku Polskiej Miedzi współpraca z tym krajem jest zaplanowana na bardzo długo.

– Jesteśmy na dobrej drodze do zakotwiczenia się na co najmniej 40 lat, jeżeli chodzi o eksploatację miedzi, molibdenu i złota w Chile – mówi prezes miedziowego koncernu.

Chilijczycy doceniają to zaangażowanie. Herbert Wirth został uhonorowany najwyższym chilijskim odznaczeniem państwowym – Orderem Bernardo O’Higginsa, a w ambasadzie tego kraju w Warszawie otwarto salę im. Ignacego Domeyki, polskiego badacza, który w XIX wieku tworzył podstawy eksploatacji bogactw mineralnych tego kraju.

Order Bernardo O’Higginsa jest dla KGHM bardzo ważny, poświadcza, że inwestycja, która ze swej istoty jest inwestycją gospodarczą, znalazła też uznanie również pod względem aspektów środowiskowych i społecznych – mówi Wirth. – Środowiskowych, bo zostały spełnione wyśrubowane normy, a społecznych, bo rzeczywiście stworzyliśmy dobre warunki pracy dla 9 tys. osób, które budowały tę kopalnię.

Rozwojowi współpracy sprzyjają podejmowane coraz częściej działania promujące zagraniczną ekspansję polskich firm. Rozwój inwestycji KGHM będzie jednym z głównych tematów IV konferencji think tanku Poland, Go Global, która odbędzie się 18 listopada w Warszawie.

Trwają prace nad regulacją obrotu ziemią rolną. Większość państw UE wdrożyła już podobne

CEO Magazyn Polska

Cena ziemi rolnej w obrocie prywatnym w Polsce, w zależności od klasy ziemi i województwa, kształtuje się na poziomie 3,5-15 tys. euro za hektar. W Niemczech jest to 20-30 tys. euro, a w Holandii – około 55 tys. Jeżeli Polska nie wprowadzi żadnych ograniczeń w obrocie ziemią, od maja 2016 roku istnieje duże ryzyko wykupu ziemi przez obcokrajowców w celach spekulacyjnych.

Prawo dotyczące obrotu gruntami rolnymi zmienia się dosyć wolno – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej. – To oczywiście od nas zależy, czy chcemy zmienić przepisy tak, żeby zabezpieczyć się przed głównie spekulacyjnym obrotem gruntami rolnymi. Problem bierze się stąd, że w tej chwili mamy pewne regulacje, które na razie dotyczą tylko obywateli polskich.

1 maja 2016 roku przestaną obowiązywać ograniczenia w sprzedaży ziemi rolnej obcokrajowcom. W Sejmie na zatwierdzenie przez parlamentarzystów czeka projekt nowej ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, która ma uregulować tę kwestię. Na razie, po zaopiniowaniu przez komisje, projekt został zwrócony wnioskodawcom do uzupełnienia uzasadnienia.

Po pierwsze, powinniśmy dbać o to, żeby ziemia trafiała do rolników. Po drugie, powinniśmy pilnować, żeby interes rodzimych rolników był celem nadrzędnym – przekonuje Zagórski. – Na przykład w Austrii jest wymóg pracy w gospodarstwie, które się kupuje.

Jego zdaniem decydujące znaczenie ma jednak cena ziemi. W porównaniu z innych krajami grunty w Polsce są wciąż jeszcze tanie i może to zachęcać do zakupów w innych celach niż rolnicze.

Jak popatrzymy na zasobność rolników oraz na dostępność do kapitału osób na zachodzie Europy, która jest większa niż w Polsce, to zobaczymy, że ryzyko istnieje – uważa Marek Zagórski.

Z danych GUS wynika, że w połowie 2014 roku najtańszą ziemię rolną w Polsce można było kupić od 14 tys. zł za hektar (słabej jakości grunty w województwie świętokrzyskim). Najdroższe były grunty wysokiej klasy na Opolszczyźnie, których cena była czterokrotnie wyższa. To jednak wciąż mniej niż w sąsiednich Niemczech, gdzie za hektar zapłacić trzeba 20-30 tys. euro. Najdroższa pod tym względem jest Holandia (55 tys. euro/ha).

– Musimy mieć świadomość, że obrót ziemią rolną w zasadzie w żadnym państwie Unii Europejskiej nie jest wolny. Wszędzie podlega jakimś większym czy mniejszym regulacjom – dodaje Marek Zagórski.

Specyfiką nieruchomości, jaką są grunty rolne, jest to, że ich podaż nie rośnie, może się za to zmniejszyć, natomiast popyt po 1 maja 2016 roku może być wyraźnie wyższy, co podniesie ceny.

– Ziemia rolna jest takim dobrem, którego zasoby wskutek presji rozwoju miast i przemysłu, kurczą się. Do tego jeszcze mamy grunty, które powinniśmy specjalnie chronić, bo są dobrej jakości – dodaje prezes.

Bloober Team szykuje premierę poprawionej gry z początku roku. Na 2015 r. przewidziano dwie premiery

0

CEO Magazyn Polska

Mimo wypuszczenia wadliwej gry „Basement Crawl” krakowski Bloober Team w I półroczu podwoił przychody i zwiększył zysk sześciokrotnie. Rynek czeka teraz na poprawioną wersję gry, która ma pojawić się pod koniec roku oraz na wyniki III kwartału, które najprawdopodobniej zostaną opublikowane w najbliższą środę.

– Nie możemy być zadowoleni z sytuacji, w której się znaleźliśmy, bo nasza gra była jedną z najsłabiej ocenianych gier na premierze, mimo że przyniosła nam sowite zyski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Piotr Babieno, prezes zarządu Bloober Team. – Gracze byli zawiedzeni tym, że podstawowy tryb gry nie działał. W związku z tym postanowiliśmy, że zrobimy coś, czego jeszcze nikt w branży wideo gier nie robił.

Ostatni produkt spółki, „Basement Crawl”, który miał swoją premierę pod koniec stycznia, ma nieskomplikowaną fabułę. Gracz porusza się w labiryncie piwnic, w którym musi przeżyć, zabijając wszystkie napotkane postaci. Miłośnicy takich rozgrywek chwalili produkt za nowoczesną grafikę oraz wyzwania, z którymi można sobie radzić dzięki sprytowi i pomysłowości. Problem w tym, że wiele opcji gry nie chciało działać.

Po wpadce Bloober Team zaprosił do współpracy zawiedzionych klientów. Spółka zdecydowała, że stworzy grę całkowicie od początku, bazując na tym, czego chcą gracze.

– Gracze stali się jakby współautorami gry – podkreśla prezes Bloober Team. – Cały czas jesteśmy z nimi w kontakcie, dopytujemy, co im się nie podobało, co im się podoba i staramy się tworzyć tę grę w oparciu o to, czego oczekują. Dodatkowo wszyscy użytkownicy, którzy kupili poprzednią wersję gry na PlayStation 4, dostaną nową wersję gry za darmo.

Mimo kryzysu wizerunkowego notowana na NewConnect spółka miała w tym roku dobre wyniki. Jej przychody w I półroczu podwoiły się, sięgając niemal 2,5 mln zł. Zysk netto wzrósł do 411 tys. zł z niespełna 67 tys. w I półroczu 2013 r. Dane za III kwartał rynek pozna 12 listopada.

– Nowa strategia sprzedaży i nowa strategia spółki opierają się na tym, że firma Bloober wreszcie postanowiła iść w jednym kierunku – deklaruje Piotr Babieno. – Będziemy tworzyli gry z gatunku horror/thriller przeznaczone głównie dla gracza hardcorowego. W związku z tym specjalizacja w platformach jest bardziej związana z konsolami next-genowymi, takimi jak Xbox 1, PlayStation 4, i platformami typu PC, Mac.

Marketingowo spółka postanowiła zbudować strategię sprzedaży poprawionej wersji gry „Basement Crawl” (nowy tytuł to „Basement Brawl”) na poniesionej porażce. Ci, którzy ją przetestują, ocenią też, ile jest warta.

– Finalna cena gry będzie uzależniona od średnich ocen dziennikarzy – zaznacza Babieno. – Nie boimy się tego, że dziennikarze ocenią negatywnie naszą produkcję i zdecydowaliśmy się na taki krok. Nazwaliśmy go „fair play’’, bo uważamy, że gramy całkowicie fair razem z graczami i innymi uczestnikami rynku.

Premiera odnowionej wersji ma nastąpić jeszcze w tym roku, natomiast w 2015 roku zadebiutuje „Scotophobia” oraz tytuł, z którym spółka wiąże największe nadzieje, czyli „Medium”.

Długoterminowe inwestycje ożywią wzrost gospodarczy w UE

Finansowanie wzrostu niezbędnego do pobudzenia gospodarczego w UE to temat konferencji zorganizowanej 6 listopada br. w Brukseli przez Komisję Europejską i prezydencję włoską.  Minister finansów Mateusz Szczurek wziął udział w panelu dyskusyjnym pt. „Odpowiedź i dalsza droga” pod przewodnictwem ministra finansów Włoch, wspólnie z szefami resortów finansów Francji i Holandii oraz przewodniczącym Komisji Gospodarczej i Monetarnej Parlamentu Europejskiego (ECON).

Paneliści byli zgodni, że Europa potrzebuje zarówno odpowiednich projektów inwestycyjnych, jak i dodatkowego finansowania. Przedstawili jednak różną ocenę dotychczas podjętych działań czy konieczności dodatkowych rozwiązań.

Minister Szczurek zwrócił uwagę na konieczność realizowania długoterminowych inwestycji, które sprzyjają wzrostowi w UE. Według ministra tego rodzaju inwestycje potrzebne są zawsze, ale szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy otoczenie biznesowe nie pomaga w przezwyciężeniu wyzwań wynikających ze słabego wzrostu gospodarczego oraz niskiego poziomu inwestycji. Minister podkreślił też przeszkody w sferze regulacyjnej, które ograniczają możliwości finansowania przez sektor bankowy oraz zauważył, że większość państw członkowskich ma ograniczone możliwości wspierania inwestycji przy wykorzystaniu środków publicznych, a dalsze działania w postaci restrukturyzacji budżetów mają swoje granice. Zwrócił przy tym uwagę, że Polska przeprowadziła takie działania, których wynikiem było zwiększenie w budżecie wydatków inwestycyjnych z poziomu 4 do 6 procent.

Ponadto zdaniem ministra Szczurka głównym problemem jest brak finansowania typu equity (inwestycje w podmioty z długą historią na rynku, poszukujące źródeł finansowania na dalszy rozwój) co sprawia, że banki niechętnie finansują inwestycje, zwłaszcza na wstępnym etapie ich tworzenia i funkcjonowania. Problemami są też asymetria informacji oraz trudności z rozłożeniem ryzyka inwestycyjnego, szczególnie dla projektów długoterminowych w niepewnym otoczeniu regulacyjnym.

Mateusz Szczurek przypomniał, że odpowiedzią Polski na ww. wyzwania dotyczące niskiego poziomu inwestycji było przedstawienie na początku września br. koncepcji utworzenia Europejskiego Funduszu na rzecz Inwestycji. Rozpoczęcie działalności tego mechanizmu wymagałoby wpłat kapitału przez wszystkie państwa członkowskie UE. Kapitał Funduszu byłby zwiększany przez wykorzystanie pożyczek na rynku finansowym. Bezpośredni koszt dla budżetów państw członkowskich UE byłby niewielki w porównaniu do efektów, jakie można stworzyć poprzez taki mechanizm. Fundusz miałby pozytywny wpływ na ograniczenie fragmentacji rynków i płynność. Zaangażowanie środków publicznych pomogłoby w ograniczeniu ryzyka wiążącego się z projektami inwestycyjnymi. Tego typu paneuropejski fundusz pozwalałby finansować projekty, które w przypadku jego braku nie zostałyby podjęte, gdyż nie byłyby nimi zainteresowane państwa członkowskie tylko w swoim zakresie. Jednocześnie służyłyby one długotrwałemu, zrównoważonemu rozwojowi gospodarczemu UE i wspomagałaby dokończenie budowy Wspólnego Rynku.

Dyskusja ta jest obecnie kluczowa dla przyszłości wzrostu gospodarczego w UE. Decyzje w tej sprawie powinny zostać podjęte na posiedzeniach Rady ECOFIN w najbliższych miesiącach.

Pożyczka pozabankowa w miesięcznych ratach

38% Polaków, których czekają nieprzewidziane wydatki, sięga po pożyczkę niebankową. Decydujący się na nią zwracają uwagę nie tylko na oprocentowanie, ale też na system spłaty.

Najczęściej z pożyczek oferowanych przez firmy z sektora pozabankowego korzystają ci, którzy nie mają szans na kredyt w banku. Otrzymują niewielkie kwoty, które spłaca się w systemie tygodniowym do 30 dni. Dla budżetu domowego, który czasem trudno jest dopiąć, to niekorzystne rozwiązanie, stąd pomysł na wprowadzenie pożyczki gotówkowej z miesięcznym systemem spłaty rat.

Jak mówi serwisowi infoWire.pl Michał Kuchta z Provident Polska, „taką pożyczkę można zaciągnąć maksymalnie do wysokości 8 tys. zł na okres od 3 do 12 miesięcy. To odróżnia nas od tradycyjnej pomocy finansowej w sektorze pozabankowym”. Comiesięczny cykl spłaty rat zapewnia większe bezpieczeństwo i sprawia, że pożyczka nie jest tak dużym ciężarem. Jej zaciągnięcie jest łatwe – wystarczy wypełnić wniosek i drogą elektroniczną przesłać go firmie do rozpatrzenia.

Rowery dla dzieci – kontrola IH

Brak osłony łańcucha rowerowego, niepełne informacje w instrukcji lub jej brak – to najczęstsze nieprawidłowości z kontroli rowerów dla dzieci. Inspekcja Handlowa na zlecenie UOKiK zbadała 303 partie rowerów, fotelików i bagażników. Zastrzeżenia wzbudziła co trzecia partia – nieprawidłowości zostały od razu wyeliminowane

Kontrola Inspekcji Handlowej (IH) odbyła się w II kwartale 2014 roku na terenie całego kraju. Inspektorzy sprawdzali bezpieczeństwo i oznakowanie rowerów dla dzieci, fotelików do przewożenia najmłodszych czy bagażników. Sprawdzono 303 partie produktów u 66 przedsiębiorców, zakwestionowano 106 partii (35 proc.). Dla porównania – w II kwartale 2013 roku zastrzeżenia inspektorów wzbudziło 40 proc. partii. Sprawdzane w tym roku produkty kwestionowano ze względu na niepełne informacje w instrukcji obsługi (76), jej brak (11), dołączenie jedynie instrukcji w języku obcym (4). Ponadto, w rowerach dla dzieci brakowało osłony łańcucha (6 partii).

Cieszy fakt, że większość przedsiębiorców (32 spośród 37, u których wykryto nieprawidłowości) natychmiast wyeliminowała nieprawidłowości – np. uzupełnili brakujące informacje lub zwracali nieprawidłowo oznakowane towary do dostawców. Produkty, które stwarzały zagrożenie dla najmłodszych, dwie partie zostały wycofane ze sprzedaży. Ponadto, Prezes UOKiK wszczął dwa postępowania wobec towarów, które nie spełniały wymagań bezpieczeństwa. Ze względu na nadal występujące nieprawidłowości kontrole tych produktów będą kontynuowane w kolejnych latach.

Porady Agnieszki Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na temat zakupu rowerków dziecięcych

Rodzicu – kupujesz dziecku rower – pamiętaj o:

  1. Nie kieruj się tylko ładnym wyglądem czy atrakcyjną ceną – dopasuj rower do wieku, wzrostu i umiejętności dziecka.
  2. Elementy rowerów, z którymi dziecko ma kontakt podczas jazdy nie powinny mieć zadziorów, pęknięć oraz ostrych krawędzi, elementy wystające powinny być zaokrąglone, a wszelkiego rodzaju śruby odpowiednio zabezpieczone.
  3. Sprawdź hamulce – każdy rower powinien być wyposażony w co najmniej dwa niezależne układy hamulcowe, z czego co najmniej jeden z nich powinien działać na koło przednie i jeden na koło tylne.
  4. W rowerach dla dzieci hamulec tylny powinien być uruchamiany stopami rowerzysty poprzez nacisk na pedały. Rowery dziecięce nie powinny mieć elementów podtrzymujących stopę w pedałach (np. pasków).
  5. Rowery dla najmłodszych muszą mieć pełną ochronę łańcucha (osłania łańcuch z boku, od góry oraz przednie i tylne koło łańcuchowe).
  6. Zastrzeżenia co do bezpieczeństwa lub oznakowania produktów należy zgłaszać do Inspekcji Handlowej lub Departamentu Nadzoru Rynku w UOKiK.

I.Morawski (BIZ Bank): W III kwartale PKB Polski wzrósł o 2,6 proc. Pod koniec 2015 r. może zbliżyć się do 4 proc.

CEO Magazyn Polska

W tym roku polska gospodarka już nie przyspieszy. Od wiosny jednak PKB powinno zacząć rosnąć szybciej. Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku, szacuje, że wzrost PKB w III kwartale wyniesie 2,6 proc.

Jego zdaniem w IV kwartale tempo wzrostu gospodarki jeszcze trochę spowolni, do 2,5 proc. Początek przyszłego roku nie zaimponuje jeszcze wysokimi wskaźnikami ze względu na porównanie z I kwartałem 2014 r., gdy PKB wzrósł o solidne 3,4 proc. W kwietniu polska gospodarka jednak powinna przyspieszyć.

Od drugiego kwartału przyszłego roku powinniśmy obserwować wzrost gospodarczy z powrotem powyżej 3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – A pod koniec przyszłego roku będzie to około 4 proc. Wydaje mi się, że ten dołek gospodarczy, w którym jesteśmy teraz, jest płytki i przejściowy.

Relatywnie dobrą, mimo ostatniego spowolnienia, sytuację gospodarczą pogorszyć mogą kłopoty sąsiadów zarówno z Zachodu, jak i ze Wschodu.

Rosja jest w sytuacji prawie kryzysowej – ocenia Ignacy Morawski. – Gdyby w rosyjskiej gospodarce doszło do jakiegoś tąpnięcia finansowego, kryzysu finansowego, wówczas my to odczujemy i wzrost gospodarczy będzie niższy. Dlatego z jednej strony chcemy, żeby Rosjanie dostali trochę w kość po tym zamieszaniu, którego narobili na Ukrainie. Z drugiej strony – dla polskiej gospodarki kryzys w Rosji byłby niedobry.

Czynnikiem ryzyka jest jednak nie tylko kryzys rosyjski. Także Zachód, gdzie trafia zdecydowana większość polskiego eksportu, jest ważny dla polskiej gospodarki. Tam zaś panuje obecnie stagnacja.

Dopóki zachodnia Europa, szczególnie Niemcy, nie przyspieszy, nasza gospodarka nie dostanie takiego dobrego, pozytywnego kopa – podkreśla główny ekonomista BIZ Banku. – Wydaje mi się jednak, że wiele pozytywnych tendencji pojawi się w przyszłym roku. Zresztą to, co się dzieje teraz, to nie jest żaden kryzys czy załamanie, chciałbym uspokoić, mamy po prostu nieco wolniejszy wzrost gospodarczy. Spada jednak bezrobocie, więc ludzie nie odczuwają tego spowolnienia.

Polska gospodarka ma dziś wiele atutów, które powinny przynieść przyspieszenie jej wzrostu w przyszłym roku. Wtedy nastąpić powinien napływ pieniędzy z unijnego budżetu oraz związane z tym ożywienie inwestycji publicznych. Inwestycje powinny się też rozpocząć w polskich przedsiębiorstwach, które od wybuchu bankowego kryzysu w 2007 roku raczej zaciskały pasa.

Firmy mają duże potrzeby inwestycyjne, chociażby w zakresie odtwarzania majątku. Stosunek inwestycji do aktywów w firmach jest najniższy od kilkunastu lat. Oznacza to, że majątek jest dosyć zużyty i firmy będą potrzebowały tych inwestycji – zauważa Ignacy Morawski. – Poza tym wydaje mi się, że spadające bezrobocie będzie sprzyjało wzrostowi konsumpcji. Teraz te dynamiki sprzedaży nie są takie wysokie, ale konsumpcja mimo wszystko rośnie i pozytywnie wpływa na PKB, czyli popyt wewnętrzny powinien ciągnąć naszą gospodarkę w górę.

4 złote za franka szwajcarskiego to nieprawdopodobny scenariusz. Nawet jeżeli Szwajcarzy zwiększą rezerwy złota

CEO Magazyn Polska

Frank szwajcarski jest najdroższy od połowy 2013 roku, co sprzyja pojawianiu się kolejnych postulatów ustawowego ulżenia zadłużonym w tej walucie Polakom. Szwajcarska waluta może się jeszcze umocnić w wyniku referendum, w którym Szwajcarzy zagłosują 30 listopada. Analitycy jednak uspokajają: 4 zł za franka to nieprawdopodobny scenariusz. 

Spekulacje, w których rozważa się tak potężne wzmocnienie szwajcarskiej waluty, związane są z zaplanowanym na 30 listopada referendum na temat zastąpienia tamtejszych rezerw walutowych złotem. Pozytywny wynik głosowania (choć mało prawdopodobny) rzeczywiście mógłby spowodować wzmocnienie franka. Zdaniem Łukasza Wardyna, dyrektora zarządzającego w City Index, wzrost do 4 zł nie jest jednak realny.

Faktycznie pojawiły się jakieś oceny analityków o poziomie 4 zł za franka. W krótkim terminie to jest niewątpliwe przesadzone – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Wardyn. Spokojnie spójrzmy na to, co się dzieje na wykresach. W tym momencie stabilizuje się frank pomiędzy 3,48 a 3,51. Wyjście w jedną albo w drugą stronę wyznaczy kierunek na najbliższe tygodnie, ale na razie nie mówimy o jakichś skokowych, mocnych ruchach.

Frank szwajcarski jest walutą stabilną. Dodatkowo tamtejszy bank centralny ustanowił barierę, zgodnie z którą wzmacnianie franka wobec euro musi zostać powstrzymane na poziomie 1,20. Mniej za europejską walutę Szwajcarzy nie chcą płacić. Zniesienie tej bariery w razie sukcesu zwolenników zwiększenia rezerw złota jest możliwe, jednak nawet w takiej sytuacji będzie to mało prawdopodobne.

Do tego jest tak naprawdę daleko – ocenia Łukasz Wardyn.  Sposobów na zwiększanie rezerw też jest wiele. Pamiętajmy, że Narodowy Bank Szwajcarski, tak jak każdy bank centralny, musi uchodzić za stabilny, zdecydowany, wiąże się to z kwestiami wizerunkowymi. Ale przede wszystkim  musi dbać o stabilność gospodarki i kondycję eksporterów.

Mocniejszy frank spowodowałby poważne kłopoty szwajcarskiej gospodarki. Tamtejsze towary podrożałyby w eksporcie i ich sprzedaż by spadła. Wraz z nią spadłaby produkcja oraz tempo wzrostu. Według prognoz PKB Szwajcarii wzrośnie w tym roku o słabe 1,8 proc.

Rezygnacja z tej bariery 1,20 mogłaby też zwiększyć presję deflacyjną, więc wszystko co złe mogłoby nagle dotyczyć gospodarki szwajcarskiej – podkreśla dyrektor zarządzający City Index. Trudno sobie wyobrazić, żeby w krótkim terminie zrezygnowano z tego poziomu 1,20, a nawet jeżeli trzeba by kupować więcej złota, to będzie to proces wieloletni.

Zresztą w ocenie analityków szansa na przekonanie Szwajcarów do zwiększenia krajowych rezerw złota jest bardzo niewielka. W tamtejszych referendach niezbyt często zapadają wiążące władze decyzje. Zaledwie 15 proc. z nich kończy się sukcesem organizatorów. W kwestii zwiększenia rezerw złota swego sprzeciwu nie kryje też szwajcarski bank centralny. Polscy kredytobiorcy nie maja więc specjalnych powodów do obaw.

Rynek ostatnio jest bardzo szalony i zmienny – przyznaje Łukasz Wardyn  z City Index. Ale nawet przy tak nerwowym rynku, zakładając, że ta bariera 1,20 pozostanie, wahania będą czysto rynkowe i do końca roku trudno sobie wyobrazić, że zapłacimy 4 zł za franka.

Drogi pracodawco, na święta poproszę…

Tradycja wspólnego celebrowania świąt jest od lat zakorzeniona w polskiej kulturze. Potwierdzają to najnowsze wyniki niezależnego badania „Świadczenia pozapłacowe według pracowników[i]”, które pokazały, że 55% pracowników otrzymało od firmy upominek z okazji Świąt Bożego Narodzenia, a 22% otrzymało więcej niż jeden prezent. Pracownicy najbardziej chcieliby dostać od pracodawcy pod choinkę bon podarunkowy – tak odpowiedziało 63% respondentów oraz kartę podarunkową – 41% ankietowanych.

Okazje, które przedsiębiorstwa wykorzystują do dodatkowej motywacji personelu są od lat niezmienne. Najczęściej pracownicy otrzymują świadczenia pozapłacowe w związku z najważniejszymi w Polsce świętami. Najwięcej firm decyduje się na przyznanie pracownikom dodatkowych motywatorów z okazji Bożego Narodzenie. Skoro już firmy inwestują pieniądze i czas, by budować lojalność oraz motywować pracowników, a także kreować pozytywną atmosferę w miejscu pracy, warto wiedzieć jakich upominków oczekują zatrudnieni. Tylko odpowiednio dobrany, czyli trafiony prezent, przyniesie zakładany rezultat, jakim w długim okresie jest większa efektywność w pracy i zaangażowanie pracowników.

Co chcieliby dostać pracownicy pod choinkę od pracodawcy?

Wyniki badania „Świadczenia pozapłacowe według pracowników” przeprowadzonego przez  niezależny Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia, na zlecenie Sodexo Benefits and Rewards Services, w listopadzie 2014 roku, jednoznacznie wskazują, że wśród świadczeń pozagotówkowych, blisko dwie trzecie pracowników (63%) chciałoby otrzymać od pracodawcy na gwiazdkę kupon podarunkowy, na zakupy w hipermarketach i innych sklepach. Ponadto 41% badanych wskazało na przedpłaconą kartę podarunkową, a 21% chętnie skorzystałoby z dodatkowego dnia płatnego urlopu. Jak pokazują wyniki tego badania pracownicy nie dostają tego czego oczekują. W ubiegłym roku jako prezent świąteczny ponad jedna czwarta respondentów (26%) otrzymała kupon podarunkowy, a 12% odebrało paczkę świąteczną i taki sam odsetek zaproszenie na imprezę firmową.

Od sześciu lat badamy firmy, czyli pracodawców, pod kątem przyznawanych świadczeń pozapłacowych. W tym roku po pierwszy zbadaliśmy potrzeby pracowników – zapytaliśmy samych zainteresowanych co chcieliby dostać z okazji zbliżających się Świąt, oraz o to jakie świadczenia, poza gotówką, chcieliby otrzymać w ciągu roku. Codziennie doradzamy naszym klientom jakie rozwiązania motywacyjne są najskuteczniejsze, a wiedza płynąca z tego badania pozwoli nam jeszcze celniej odpowiedzieć na potrzeby naszych klientów i dobrać takie narzędzia, które spotkają się z uznaniem większości zatrudnionych. – powiedziała Magdalena Słomczewska – Klimiuk, Kierownik Kategorii Motywacja Pracowników w Sodexo Benefits and Rewards Services w Polsce.

Motywacja nie tylko od święta

Badanie pokazało także, że 60% zatrudnionych otrzymuje pozagotówkowe świadczenia pozapłacowe w ciągu roku. Najczęściej są to wyjazdy integracyjne i imprezy firmowe (20%), dofinansowanie sportu i rekreacji (19%) oraz opieka medyczna (16%) i dodatkowe kursy oraz szkolenia językowe (15%). Bony podarunkowe w ciągu roku trafiły do 12% ankietowanych. Te statystyki znacząco odbiegają od realnych oczekiwań pracowników, którzy chcieliby otrzymać bony podarunkowe (47%), karty przedpłacone (33%), a także dofinansowanie sportu i rekreacji (24%) oraz opiekę medyczną (24%). Niemal jedna czwarta respondentów za pożądany motywator uznała dodatkowy dzień płatnego urlopu. Taka postawa doskonale wpisuje się w obecnym model zarządzania zasobami ludzkimi oparty o idee zachowania równowagi pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym pracowników.

Wiem co chcę, chętnie wybiorę

Zespoły stają się coraz bardziej różnorodne, zarówno pod kątem wieku, jak i doświadczenia czy zainteresowań. Trudno więc wprowadzić dla wszystkich te same świadczenia i oczekiwać, że dla każdego pracownika będą one w równym stopniu motywujące. Jak pokazały wyniki badania aż w 78% przypadków to firma decyduje jakie świadczenia otrzymają pracownicy. Tymczasem, aż 85% ankietowanych chciałoby mieć większy wpływ na wybór świadczeń. Z praktyki biznesowej wynika, że pozostawiając zatrudnionym wybór, firmy zwiększają efekt motywacyjny świadczeń, a tym samym w bardziej optymalny sposób wykorzystują przeznaczony na nie budżet. Przedsiębiorstwa, które oferują swoim zespołom wybór świadczeń są świadome faktu, że najbardziej zmotywuje ich takie rozwiązanie, które będzie najlepiej dobrane do ich indywidualnych potrzeb.

Z praktyki biznesowej wynika, że wręczając pracownikowi oczekiwany prezent, firmy zwiększają efekt motywacyjny świadczeń, a tym samym w bardziej optymalny sposób wykorzystują przeznaczony na ten cel budżet.