To będą najdroższe wybory w historii

290 milionów złotych – tyle według szacunków Państwowej Komisji Wyborczej będą kosztować tegoroczne wybory lokalnych władz. To dwa i pół razy więcej niż cztery lata temu. W dodatku prawdopodobnie 36 milionów złotych zostanie wyrzuconych w błoto – pisze portal Money.pl.

Większość pieniędzy zostanie rozdysponowana przez jednostki samorządu terytorialnego. Najwięcej, bo 218 mln zł zrealizują gminy: 114 mln zł na diety członków obwodowych komisji, 27 mln zł na druk kart do głosowania oraz 18 mln zł na obsługę informatyczną. Na wybory do rad powiatów przewidzianych jest łącznie 26 mln zł, a do sejmików wojewódzkich 30 mln zł. W obu przypadkach – jak wylicza Money.pl – najdroższe będą karty do głosowania, kolejno 19 mln i 28 mln zł.

W listopadzie utworzonych zostanie ponad 27 tys. obwodów głosowania. W każdym musi działać komisja wyborcza. Jej skład liczy od siedmiu do dziewięciu członków, którzy za swoją pracę otrzymają dietę. W sierpniu Państwowa Komisja Wyborcza zdecydowała się na ponad 100-procentowe podwyżki wynagrodzeń. Każdy z członków komisji dostanie 300 zł. Dotychczas było to 135 zł. Przewodniczący otrzyma 380 zamiast 165 zł, jego zastępca zaś 330, a nie jak wcześniej – 150 zł. Kwoty te są wolne od podatku.Działalność PKW i Krajowego Biura Wyborczego w czasie wyborów to wydatek przekraczający 16 mln zł. Na tę kwotę składa się obsługa informatyczna oraz organizacja studia wyborczego. Pozostałe koszty to transport, opłaty telekomunikacyjne, obsługa informatyczna, artykuły biurowe, szkolenia, przygotowanie i rozplakatowanie obwieszczeń, a także niszczenie dokumentów.

W wyborach samorządowych nakład i czas pracy jest znacznie większy, więc diety muszą być wyższe niż w przypadku wyborów parlamentarnych, prezydenckich czy europejskich – wyjaśnia w Money.pl Krzysztof Lorentz, dyrektor zespołu kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych w Państwowej Komisji Wyborczej. – To nie tylko praca w dniu głosowania.

Tegoroczne wybory samorządowe są pierwszymi od zmian w Kodeksie wyborczym w 2012 roku. W większości gmin radni będą wybierani w okręgach jednomandatowych. To największa zmiana w ordynacji wyborczej. Zmiany przekładają się na wzrost kosztów produkcji kart do głosowania oraz nakładek sporządzonych w alfabecie Brailla. Ponieważ zasady przeprowadzania wyborów do poszczególnych organów są różne, nie można skorzystać z jednego szablonu.

Cztery lata temu frekwencja w wyborach samorządowych wyniosła 47 proc. Jeśli w tym roku będzie podobnie, przeszło połowa kart wyborczych o wartości 74 mln zł nie zostanie wykorzystana. Czyli – jak wylicza Money.pl – zmarnuje się 36 milionów złotych. Mimo to Państwowa Komisja Wyborcza nie ma wyboru – musi wydrukować dokładnie tyle arkuszy, ilu jest uprawnionych do głosowania.

Frekwencja zależy od wyborców, a nie organów wyborczych – mówi Lorentz. – Wybory muszą być przeprowadzone w taki sposób, by dla nikogo nie zabrakło kart do głosowania. Zwykle frekwencja wynosi około 50 procent, ale jeśli spojrzeć na uczestnictwo w poszczególnych okręgach wyborczych, to jest ono bardzo zróżnicowane. Trudno jest operować liczbą drukowanych arkuszy.

Kobiety na internetowych zakupach

Najnowsza analiza aktywności zakupowej Polaków w internecie dostarcza bardzo ciekawych wyników. Kobiety wykonują 68 procent wszystkich transakcji związanych z odzieżą. Najbardziej popularnym towarem są damskie koszulki
na ramiączkach, które stanowią 12 procent nabywanych towarów. Co ciekawe najwięcej kupujemy we wtorki, natomiast najmniej w soboty.

Klienci chętnie korzystają z możliwości  zakupu odzieży jaką oferują sklepy internetowe. Taka forma ułatwia i zarazem przyspiesza podjęcie decyzji.  Z przeprowadzonej analizy wynika, że aż 24 procent klientów kupuje w ciągu zaledwie
5 minut od przejścia na stronę sklepu z wybranym produktem, kolejne 65 procent w okresie do 30 minut
– tłumaczy Kami Brożek, manager w portalu KodyRabatowe.pl.

Analiza zachowań konsumentów potwierdza, że cierpliwość to wielka zaleta. Przed zakupem Polacy szukają atrakcyjnych zniżki, promocji i możliwość skorzystania z kodów rabatowych. Jest w czym wybierać bowiem w Polsce działa kilka platform internetowych jak na przykład portal KodyRabatowe.pl, gdzie zebrane są promocje z ponad 2200 sklepów. Przy odrobinie wysiłku można w ten sposób zmniejszyć rachunek nawet o kilkuset złotych. Inne opcje to zakupy na portalach aukcyjnych. Wiele marek oferuje także zniżki dostępne przy zakupie przez stronę www lub social media, np. profile na facebooku.

Odzież to jeden z najczęściej kupowanych i zarazem zwracanych towarów w internecie. Średnia zwrotów aktualnie
wynosi 27,8 procent.

Wysoki procent zwrotów odzieży najczęściej wynika z niewłaściwie wybranego rozmiaru. Znaczącą rolę odgrywa również zjawisko, tzw. wardrobingu, czyli „wypożyczania” ubrań w sklepie na jedną okazję – wyjaśnia Kami Brożek, manager w portalu KodyRabatowe.pl.

 

JAK KUPUJEMY ODZIEŻ W INTERNECIE:

– najwięcej transakcji dokonywanych jest w województwie mazowieckim – 27 proc.

– kobiety odpowiadają za 68 proc. transakcji, mężczyźni 32 proc.; średnia zwrotów – 27,8 proc.

– najczęściej kupujemy we wtorki – 16 proc., najpopularniejszym towarem są damskie topy – 12 proc.

Dane na podstawie analizy ponad 50 tys. transakcji zawartych w polskich sklepach internetowych
w okresie styczeń-wrzesień 2014 – źródło KodyRabatowe.pl

Leasing samochodów w polskich firmach

Według GUS blisko 2/3 umów leasingowych (63,8%) podpisanych w roku 2013 związanych było z leasingiem pojazdów drogowych. Leasing jest najpopularniejszą formą finansowania floty samochodowej w firmach, co przekłada się na zapytania ofertowe składane w Oferteo.pl – serwisie łączącym osoby poszukujące produktów i usług wraz z ich dostawcami. Jak wynika z analizy serwisu, polskie firmy są najczęściej zainteresowane  używanymi samochodami osobowymi, a umowę chcą podpisać na okres 4-6 lat.

Auta osobowe najpopularniejszym wyborem

Analiza zapytań ofertowych przeprowadzona przez Oferteo.pl pokazuje, że zainteresowanie samochodami osobowymi wyraża blisko 2/3 firm (65,50% zapytań). W drugiej kolejności przedsiębiorstwa zamierzają zainwestować w leasing auta dostawczego (18,52%), natomiast zapotrzebowanie na samochody ciężarowe zgłasza co dziesiąta (10,29%) firma.

Firmy wolą leasingować pojazdy używane

Warunki leasingu różnią się w zależności od stanu samochodu, dlatego firma musi najpierw podjąć decyzję, czy chce zainwestować w auto nowe czy używane – w drugim przypadku koszty leasingu są zwykle wyższe. Według Oferteo.pl, blisko 2 razy więcej firm pyta właśnie o samochody używane (62,10% pytających w stosunku do 33,77% poszukujących aut nowych) – dane dotyczą zarówno aut osobowych, ciężarowych jak i dostawczych. Procent kupujących nowe samochody jest najwyższy w przypadku aut osobowych.

Firmom zależy na wartościowych pojazdach

2/3 przedsiębiorców składających w Oferteo.pl zapytania o leasing nowych samochodów osobowych chce zaopatrzyć się w pojazdy o wartości 30-100 tysięcy (36,95% interesuje się pojazdami o wartości 60-100 tysięcy, a 33,99% samochodami o wartości 30-60 tysięcy złotych).

W przypadku samochodów dostawczych inwestujące firmy poszukują nowych pojazdów o wartości między 60 a 100 tysięcy (53,06% firm) oraz używanych o wartości do 30 tysięcy lub od 30 do 100 tysięcy złotych (odpowiednio 46,67% oraz 44,76%).

W kategorii samochodów ciężarowych wskazywana przez firmy wartość kupowanych pojazdów przekracza 100 tysięcy złotych (45,83% firm w przypadku nowych aut oraz 40% dla używanych).

Światowe marki pojazdów do 7 lat

Analiza zapotrzebowania na nowe samochody osobowe pokazuje, że najczęściej poszukiwane marki to: Skoda, Volkswagen i Mazda, a w przypadku samochodów używanych prym wiodą: BMW, Volkswageny i Fordy. Najpopularniejsze roczniki używanych osobówek to 2008, 2009 i 2011.

Firmy poszerzające swoją flotę o nowe samochody dostawcze są zainteresowane przede wszystkim markami Fiat i Renault. W przypadku pojazdów używanych, oprócz wymienionych powyżej, popularne są jeszcze auta marki Volkswagen, a najczęściej wybieranymi rocznikami są 2008, 2010 i 2011.

Firmy zamierzające leasingować nowe samochody ciężarowe preferują marki Iveco i Scania. W przypadku używanych pojazdów zapytania dotyczą najczęściej marek DAF i Renault z roczników 2007 i 2008.

Na początek inwestycja do 5% wartości auta

Według deklaracji firm składających zapytania ofertowe o leasing pojazdów, najbardziej pożądany sposób rozliczenia to wpłata niewielkiego wkładu własnego w wysokości do 5% wartości samochodu. Taką kwotę chce zainwestować aż 65,22% firm zainteresowanych samochodami dostawczymi. W przypadku używanych aut osobowych deklarowana jest nieco wyższa wpłata początkowa w wysokości 5-20%, którą chce wpłacić 37,16% firm. Jako że wysokość wkładu własnego może wpłynąć na obniżenie miesięcznych rat, niektóre firmy są gotowe na zainwestowanie na początku nawet 20 lub więcej procent wartości pojazdu. Do grupy tej należy 32% firm zaopatrujących się w nowy samochód ciężarowy oraz 28,85% firm poszukujących nowego auta osobowego.

Płatności rat leasingowych rozłożone na 4-6 lat

Analiza Oferteo.pl pokazuje, że firmy najbardziej zainteresowane są podpisaniem umowy z firmą leasingową na 4-6 lat – tak deklaruje około połowa firm, niezależnie od tego, czy wybór pada na auto nowe czy używane. Taki okres wydaje się dla nich optymalny po uwzględnieniu w budżecie stałych rat leasingowych i daje pewność zachowania bezpiecznej płynności finansowej firmy. W drugiej kolejności firmy są zainteresowane okresem leasingowania do 3 lat, natomiast zaledwie 9% łącznej liczby respondentów (9,08%) chce rozłożyć tę inwestycję na 7 i więcej lat.

Najczęściej samochody leasingują firmy na Mazowszu

Jak pokazuje analiza zapytań w Oferteo.pl, o leasing samochodów najczęściej pytają firmy z  województwa mazowieckiego (22,72%), w dalszej kolejności – śląskiego (9,35%) i wielkopolskiego (8,28%). Dane te znajdują potwierdzenie w opracowaniu GUS zatytułowanym „Działalność przedsiębiorstw leasingowych w 2013 roku”, które wskazuje, że to właśnie w tych województwach najczęściej korzystano z usług leasingowych.

Poszukiwania w ostatniej chwili

Analiza zapytań składanych w Oferteo.pl pokazuje, że ¾ respondentów szuka firm leasingowych z wyprzedzeniem zaledwie jednego miesiąca lub z założeniem, że umowę podpisze tak szybko, jak to jest możliwe (76,21% zapytań). Pozostali szukają z wyprzedzeniem 3-miesięcznym lub nie mają jeszcze sprecyzowanego terminu, w którym chcieliby nabyć samochód.

Warunki finansowe liczą się najbardziej

„Leasing samochodu jest atrakcyjną formą finansowania floty samochodowej firm. Przeprowadzone przez nas pogłębione wywiady ankietowe z osobami, które podpisały umowy leasingowe jednoznacznie pokazują, że to warunki finansowe mają dla Klientów kluczowe znaczenie” – mówi Karol Grygiel, członek Zarządu Oferteo.pl. „W drugiej kolejności Klienci zwracają uwagę na jakość obsługi, a więc na szybkość kontaktu ze strony firmy po złożeniu zapytania ofertowego czy uważne wsłuchanie się w oczekiwania Klienta” – dodaje Grygiel.


 

Przedstawione dane pochodzą z analizy 847 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl przez osoby zamierzające nabyć samochód w leasingu.

 

Dodatkowy dzień wolny od pracy w listopadzie

Zbliża się 1 listopada, czyli dzień Wszystkich Świętych, który w tym roku przypada w sobotę. Jako, że jest to dzień ustawowo wolny od pracy, pracownikom należy się dodatkowy dzień „urlopu”.

Kodeks pracy nakazuje

Zgodnie z artykułem 130 § 2 kodeksu pracy ,,Każde święto występujące w okresie rozliczeniowym i przypadające w innym dniu niż niedziela obniża wymiar czasu pracy o 8 godzin’’. Tym samym przepis ten jest dla pracowników podstawą do uzyskania dodatkowego dnia wolnego w przypadku, gdy w danym roku święto przypada w sobotę. W 2014 r. występują 2 takie święta. Pierwsze miało miejsce 3 maja, drugie to uroczystość Wszystkich Świętych, czyli 1 listopada. – Powyższe zasady obowiązują od 8 października 2012 r. i są skutkiem wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2 października 2012 r., sygn. akt K 27/11. Trzeba pamiętać, że dzień wolny od pracy powinien być wyznaczony do końca okresu rozliczeniowego, w którym to święto przypadło. Może on wówczas poprzedzać dzień świąteczny, bądź następować po nim – tłumaczy Marta Kosakowska, aplikant adwokacki TGC Corporate Lawyers.

Kiedy dzień wolny?

Co do zasady, termin dodatkowego dnia wolnego dla pracowników wyznacza pracodawca, tak samo jak ustala on harmonogram pracy. – Trzeba pamiętać, że pracodawca nie ma obowiązku ustalać tego terminu z pracownikami. Nie musi być też to jeden dzień dla wszystkich zatrudnionych w  spółce, dzięki czemu zakład pracy nie będzie zamykany na cały dzień – dodaje ekspertka. Z drugiej strony, pracownicy nie muszą w tych okolicznościach podejmować żadnych działań, np. składać wniosków o udzielenie dnia wolnego w zamian za święto przypadające sobotę. Nie ma również przeszkód, by to oni wystąpili z inicjatywą i jasno określili, kiedy chcą odebrać dni wolne. Niemnie jednak każdorazowo powinni uzgodnić powyższe z pracodawcą.

Wyjątki

Prawo do skorzystania z dodatkowego dnia wolnego nie obejmuje jednak wszystkich. Jeśli w zakładzie pracy rozkład pięciu dni roboczych ustalony jest tak, że sobota nie jest dniem wolnym, przyznanie dodatkowego wolnego będzie zależało od tego, czy w danym okresie rozliczeniowym, pracownicy przekroczą ustalony na ten okres wymiar czasu pracy. – Jeśli taka sytuacja będzie miała miejsce, pracodawca będzie musiał przyznać dodatkowy dzień wolny również tym pracownikom, którzy w soboty pracują. Jeśli się z tego nie wywiąże, narazi się na konieczność wypłacenia im wynagrodzenia z tytułu pracy w godzinach nadliczbowych – tłumaczy Marta Kosakowska. Dzień wolny nie przysługuje też pracownikom weekendowym.

Warto również dodać, iż zgodnie z przepisami prawa pracy, we wszystkie dni świąteczne wolne od pracy obowiązuje zakaz handlu. Oznacza to, że osoby zatrudnione w placówkach handlowych nie będą mogły 1 listopada wykonywać pracy.

1 listopada, to ostatni dzień tym roku, za który pracownicy będą mogli uzyskać dodatkowe wolne. Kolejna okazja do tego, nadarzy się w 2015 roku– 15 sierpnia i 26 grudnia.

Ile kosztuje reklama SEM dla biura rachunkowego?

0

Reklama w wyszukiwarce nie musi być dużą inwestycją, o ile jej treść i harmonogram będzie precyzyjnie pokrywać się ze specyficznymi potrzebami grup docelowych. Na bazie analizy wpisywanych zapytań, Blink.pl sprawdził preferencje internautów zamieszkujących różne regiony Polski. Dzięki raportowi firma działająca w branży finansowej może oszacować koszty i efekty kampanii SEM.

Pozycjonowanie strony www wg takich fraz, jak „biuro rachunkowe” czy „księgowość” nie ma sensu, ponieważ trudno znaleźć się pod tymi hasłami w czołówce wyszukiwania – to powszechna opinia specjalistów od SEO. I rzeczywiście, pozycjonowanie to żmudny i dość kosztowny proces, szczególnie gdy naszym celem jest szybkie wywindowanie strony według popularnych i ogólnie sformułowanych słów kluczowych. Odpowiedzią rynku na to wyzwanie są kampanie AdWords, które umiejętnie prowadzone mogą przynieść natychmiastowy efekt i to czasem za nie więcej niż 500-600 zł miesięcznie. Czy są opłacalne? Specjaliści z Blink.pl nie mają co do tego wątpliwości.

„Księgowość” czy „biuro rachunkowe”?

Na początek przyjrzyjmy się firmie działającej w branży finansowej – ile zapłaci za reklamę w wyszukiwarce Google i do ilu potencjalnych klientów dzięki niej dotrze? Na potrzeby tej symulacji Blink.pl założył dzienny budżet w wysokości 50 zł przyjmując, że kliknięcie danego słowa nie będzie kosztowało więcej niż 2,50 zł. Sprawdzając popularność fraz i orientacyjne koszty za klik, pod uwagę wzięto dwa kluczowe wyrażenia – „księgowość” oraz „biuro rachunkowe”.

 

Analiza preferencji internautów pozornie wskazała, że przy promocji usług finansowych w Warszawie powinno stawiać się na frazę „księgowość”, ponieważ jest częściej wpisywaną wśród mieszkańców tego regionu Polski. Założenie to nie jest jednak do końca słuszne. Dopasowanie ogólne do słowa „księgowość” może zawierać inne wyrażenia (związane np. z literaturą opisującą te zagadnienia czy kursami dla księgowych), nie można więc umniejszać ważności frazy „biuro rachunkowe” (która w ogólnopolskim wymiarze jest zresztą frazą częściej stosowaną).

Gdzie oferować „pełną księgowość”, a gdzie „doradztwo podatkowe”?

Zwróćmy uwagę, że wiele firm działających w branży finansowej oferuje kompleksowe działania, w tym m.in. pełną księgowość oraz doradztwo podatkowe. Blink.pl sprawdził na jaki potencjał zapytań w wyszukiwarce Google mogą liczyć przedsiębiorcy w dużych miastach Polski.

Jak wynikło z raportu, największy popyt na pełną księgowość jest w Warszawie, natomiast najmniej zapytań pojawia się wśród internatów mieszkających w Poznaniu. Zwraca też uwagę fakt, że zarówno w Krakowie, jak i Poznaniu występuje bardzo zbliżona liczba zapytań ogólnych, a jednocześnie liczba pytań o usługę prowadzenia pełnej księgowości w Krakowie jest niemal dwukrotnie wyższa.

Podobnie w przypadku „doradztwa podatkowego” – najwięcej zapytań pojawia się w Warszawie, choć znaczny popyt na ofertę obejmującą tę usługę występuje także w Krakowie oraz Gdańsku.

Więc ile to kosztuje?

Na bazie analizy preferencji internautów, konkurencyjności branży oraz wartości słów kluczowych, Blink.pl oszacował orientacyjne koszty reklamy SEM dla firm księgowych działających w różnych regionach Polski.

Co się okazało, różnice pomiędzy poszczególnymi lokalizacjami są dość znaczące. W przypadku ogólnych fraz, jak „biuro rachunkowe”, za reklamę AdWords najwięcej zapłaci firma z Gdańska, najmniej z Wrocławia. Jeżeli jednak do frazy dodamy nazwę miasta, role odwrócą się – to wrocławianie będą mogli prowadzić tańsze kampanie.

Pamiętajmy, efektywność kampanii internetowej nie zawsze zależy od posiadanego budżetu. To zwykle reklamodawca deklaruje kwotę, którą może poświęcić na reklamę w Google, a zadaniem agencji jest takie zarządzanie inwestycją w reklamę, aby była ona zoptymalizowana pod zakładane efekty. Ponieważ zadanie to wymaga znacznych kompetencji w zakresie technik marketingu SEO, tym bardziej warto powierzyć je wyspecjalizowanej agencji.

 

Prawo zamówień publicznych po nowelizacji – seminarium podczas Targów „Infrastruktura” 2014

0

Drugiego dnia XII Międzynarodowych Targów Budownictwa Drogowego, Kolejowego oraz Zarządzania Ruchem „Infrastruktura” 2014, tj. 23 października br., odbędzie się seminarium pt. „Nowelizacja prawa zamówień publicznych w praktyce”. Jego organizatorem jest Ogólnopolska Izba Gospodarcza Drogownictwa.

19 października br. wejdzie w życie nowelizacja ustawy Prawo zamówień publicznych. Wprowadzone zmiany mają podnieść standardy jakości realizowanych zamówień, a także propagować innowacyjne rozwiązania. Ustawodawca liczy również na zachęcenie małych i średnich przedsiębiorstw do ubiegania się o zlecenia w ramach przetargów publicznych oraz zwiększenie dostępności takich zleceń dla sektora MSP.

Tematyka seminarium

Prawidłowa interpretacja przepisów znowelizowanej ustawy to warunek sprawnie realizowanych inwestycji. Seminarium OIGD pt. „Nowelizacja prawa zamówień publicznych w praktyce”, które poprowadzą specjaliści z Zespołu Grupy Doradczej KZP, to odpowiedź na zapotrzebowanie osób zajmujących się na co dzień problematyką zamówień publicznych. To również okazja do wyjaśnienia i uzyskania aktualnych komentarzy do nowych lub zmienionych zapisów.

Eksperci opowiedzą o wprowadzeniu fakultatywnej przesłanki wykluczenia wykonawcy dotyczącej zawinionych i poważnych naruszeń obowiązków zawodowych. Przybliżą także tematykę zmian w zakresie powoływania się przez wykonawców na zasoby podmiotów trzecich oraz wprowadzenie możliwości określenia przez zamawiającego wymagań związanych z realizacją zamówienia, a dotyczących zatrudnienia na podstawie umowy o pracę. Zakres tematyczny seminarium obejmie też zmiany w zakresie zatrzymania wadium, świadome stosowanie ceny jako jedynego kryterium, wsparcie procedury wyjaśnienia rażąco niskiej ceny oraz kontrolę doraźną prezesa UZP na wniosek instytucji zarządzającej. Na zakończenie będzie mowa o wprowadzeniu możliwości korzystania przez zamawiających z przykładowych wzorów dokumentów.

Informacje praktyczne

Konferencja odbędzie się 23 października 2014 w godzinach 11.00-15.30 w sali konferencyjnej „D” na terenie hali targowej Centrum Targowo-Kongresowego MT Polska przy ul. Marsa 56c w Warszawie. Obowiązuje wcześniejsza rejestracja, a zapisu należy dokonać do 17 października br. Więcej informacji na temat konferencji oraz targów znajduje się na stronie www.infrastruktura.info.

Patronat Honorowy

Patronat Honorowy nad targami objęli: Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, Stanisław Żmijan – Przewodniczący Sejmowej Komisji Infrastruktury oraz Hanna Gronkiewicz-Waltz – Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy. Targom patronują również Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, Główny Inspektorat Ruchu Drogowego oraz Urząd Transportu Kolejowego.

 

Średnia pensja w Polsce przekroczyła 3900 złotych

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 8,5 zł brutto w ujęciu miesięcznym i wyniosło 3900,40 zł brutto (2783 zł netto). W analogicznym okresie wskaźnik zatrudnienia nie zmienił się i wyniósł 5537,3 tys.

– Rok 2014 miał być okresem poprawy koniunktury w Polsce. Niestety, na skutek czynników zewnętrznych, czyli recesji w strefie euro oraz trudnej sytuacji politycznej na Ukrainie – wzrosty zostały zahamowane. Jednak to nie jedyny powód, wciąż brakuje nam impulsu do rozwoju w postaci szybszej deregulacji i uproszczenia systemu podatkowego. Trudno spodziewać się znacznego wzrostu PKB i większych wpływów do budżetu jeżeli ze względów podatkowych nie zwiększa się liczba zatrudnionych – przekonuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Wynagrodzenia wzrosły o 8,5 zł brutto

Przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło we wrześniu o 3,4 proc., licząc w ujęciu rocznym, a przeciętne zatrudnienie o 0,8 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Według GUS przeciętne wynagrodzenie ogółem brutto we wrześniu w takich przedsiębiorstwach wzrosło o 3,4 proc. rdr po wzroście o 3,5 proc. w sierpniu. W porównaniu z sierpniem przeciętne wynagrodzenie we wrześniu było wyższe o 0,2 proc.

– Słabe dane to zła wiadomość także dla obecnie pracujących, którzy nie mogą liczyć na podwyżki. Na razie niedogodności z tym związane amortyzuje faktyczna deflacja. Nawet przy rekordowo niskich stopach procentowych nie zaobserwowano wzrostu inwestycji i konsumpcji. Co więcej, indeksy PMI (49 dla Polski w sierpniu) wskazują na to, że firmy spodziewają się dalszego pogorszenia sytuacji gospodarczej. Potwierdza to malejąca produkcja przemysłowa (ok. -8,5% mdm w sierpniu). Bez zdecydowanych kroków ze strony rządu w obecnym porządku prawnym i ekonomicznym przewidywania przedsiębiorców staną się faktem – dodaje Piechowiak.

Przewodnik „Pracodawcy 2014/2015”: Studiowanie się opłaca!

Według analizy przewodnika „Pracodawcy 2014/2015” student, pracujący w IT, potrafi zarobić więcej niż doświadczony i wykształcony przedstawiciel administracji biurowej. Analiza pokazuje jeszcze jedno: wyższe wykształcenie się opłaca!  

Jak praca na studiach to najlepiej w IT

Najlepiej zarabiają specjaliści z obszaru IT – zarówno doświadczeni pracownicy z wyższym wykształceniem, jak i studenci. Pracownicy w tym obszarze już na starcie dostają atrakcyjne wynagrodzenie, a perspektywa na przyszłość również jest bardzo obiecująca. Od studenta IT mniej zarabiają np. doświadczeni przedstawiciele sektora publicznego, opieki zdrowotnej czy administracji biurowej – czytamy w przewodniku „Pracodawcy 2014/2015”.

Wyższe wykształcenie? To się opłaca!

Doświadczenie i wyższe wykształcenie bardzo często gwarantują najwyższe wynagrodzenie. W takich obszarach, jak sprzedaż, produkcja, prawo, nieruchomości, badania i rozwój najlepiej wiedzie się osobom, które mają za sobą już lata pracy i skończyły studia. W sprzedaży doświadczony specjalista, ale bez wyższego wykształcenia nie zarobi dużo więcej niż student – czytamy w przewodniku „Pracodawcy 2014/2015”. Mimo, że wykształcenie wyższe nie gwarantuje awansu często jest jednak podstawowym, formalnym wymogiem, bez którego niemożliwe jest staranie się o fotel kierowniczy czy dyrektorski. – Najmniejsze szanse na zajęcia stanowiska zarządczego bez wyższego wykształcenie są w obszarach BHP/ochrona środowiska oraz prawa. Wyższe wykształcenie jest również bardzo ważne w bankowości, rozwoju oprogramowania, marketingu, HR czy finansach –   analizuje Maciej Bąk, ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.

Zarobki nie zawsze zależą od doświadczenia i dyplomu

W niektórych obszarach wykształcenie i doświadczenie są jednak mało istotne. Nie ma znaczących różnic w zarobkach między osobami z wyższym wykształceniem i bez niego w administracji biurowej czy w obszarze zdrowia/uroda/rekreacja. W obszarze reklama/grafika/kreacja/fotografia doświadczony pracownik z wyższym wykształceniem zarabia podobnie, co doświadczony pracownik bez wyższego wykształcenia. To zawody, gdzie wykształcenie praktycznie nie ma znaczenia, a liczy się np. kreatywność, doświadczenie i umiejętności pracownika. Duży odsetek osób bez wyższego wykształcenia a na kierowniczych stanowiskach widoczny jest w hotelarstwie, gastronomii i turystyce oraz transporcie i spedycji. – Są branże, w których połowa (np. produkcja, hotelarstwo) lub większość (praca fizyczna) zatrudnionych pracowników posiada wykształcenie średnie. Nic więc dziwnego, że i na stanowiskach kierowniczych często nie jest wymagany wówczas dyplom uczelni. – tłumaczy Maciej Bąk, Ekspert ds. Raportów Wynagrodzeń w Grupie Pracuj.

Źródło danych: Analiza przewodnika „Pracodawcy 2014/2015”, na podstawie danych z serwisu zarobki.pracuj.pl

Przewodnik „Pracodawcy” to bezpłatna publikacja Grupy Pracuj, adresowana do studentów ostatnich lat i absolwentów szkół wyższych, zawierająca informacje dotyczące ścieżek kariery i rozwoju oraz możliwości podjęcia zatrudnienia w czołowych firmach w Polsce. Przewodnik „Pracodawcy 2014/2015” zawiera prezentacje 113 firm z różnych branż i rejonów Polski. Organizacje prezentują oferty pracy dla przyszłych pracowników, przedstawiają różne formy stażu i praktyk, a także programy menedżerskie czy management trainee. Ponad 70 tysięcy egzemplarzy przewodnika trafia do rąk studentów na targach pracy oraz poprzez biura karier najlepszych uczelni w Polsce. Dodatkowo publikacja jest dostępna online –  na stronie www.pracuj.pl/e-pracodawcy.

Polskie firmy technologicznie innowacyjne najliczniej reprezentowane w środkowoeuropejskim rankingu Deloitte

W 15. edycji rankingu najszybciej rozwijających się firm technologicznie innowacyjnych w Europie Środkowej znalazły się 22 spółki z Polski (we wszystkich kategoriach). Pozycja lidera zestawienia głównego Technology Fast 50 przypadła węgierskiej spółce Szallas.hu, drugie – polskiej firmie Comperia.pl, a trzecie High Tech Engineering Center z Serbii. Przychody najszybciej rosną spółkom z sektora oprogramowania. Dynamika wzrostu przychodów laureatów wyniosła w 2013 roku 698 proc. i była wyższa niż rok wcześniej, a to oznacza, że firmy technologicznie innowacyjne coraz lepiej radzą sobie ze skutkami spowolnienia gospodarczego.

W zestawieniu uplasowały się 22 firmy z Polski. Aż 17 z nich znalazło się w głównej kategorii „Technology Fast 50”, 4 w podkategorii „Wschodzące Gwiazdy – Rising Stars” i dwie w podkategorii „Wielka Piątka – Big 5”.*

W tegorocznej edycji rodzime spółki stanowią 34 proc. głównego zestawienia rankingu, w ubiegłym roku było to 45 proc. Na drugim miejscu są Węgry, które w rankingu głównym mają dziesięciu swoich przedstawicieli. Trzecie miejsce pod tym względem przypadło Rumunii z sześcioma firmami. Poza tym swe miejsce znalazły także przedsiębiorstwa z Chorwacji (4), Słowacji (3), Czech (3), Litwy (3) i Serbii (2), Bułgarii (1) i Estonii (1).

W kategorii głównej największy średni przychód w 2013 roku uzyskały firmy z Czech z wynikiem 37,6 mln euro. Na drugiej pozycji znalazły się rumuńskie spółki ze średnimi przychodami w wysokości 14 mln euro, a na trzeciej z wynikiem 8 mln euro uplasowały się polscy laureaci.

Zwycięzcą „Deloitte Technology Fast 50” została węgierska spółka Szallas.hu, która w tym roku zadebiutowała w zestawieniu. Firma zajmuje się internetową sprzedażą miejsc hotelowych. Na drugim miejscu znalazła się porównywarka finansowa Comperia.pl, której siedziba mieści się w Warszawie. Rok temu spółka zajmowała czwarte miejsce. Trzecie miejsce należy także do debiutanta: spółki High Tech Engineering Center z Serbii. W pierwszej dziesiątce uplasowały się jeszcze dwie polskie firmy: Netguru oraz ITMAGINATION. „Utrzymanie tak dobrego tempa wzrostu przychodów to przede wszystkim zasługa naszej silnej specjalizacji, orientacji na potrzeby klientów i innowacyjności. Stale inwestujemy w rozwój firmy – co roku zyski przeznaczamy na dalsze inwestycje, wzrost zatrudnienia, rozwój nowych obszarów biznesowych, jak np. outsourcing kompetencji, rozwiązania Corporate Performance Management (Tagetik) czy ekspansję nowych rynków” – mówi Daniel Arak, Business Development Director i współzałożyciel ITMAGINATION.

Kategoria „Technology Fast 50”: pierwsza 10-tka oraz polscy laureaci

CEO Magazyn Polska

W głównym zestawieniu znalazło się aż 26 nowych firm, 10 awansowało, a 14 spadło. „To pokazuje jak szybko rynek firm technologicznie innowacyjnych ulega dynamicznym zmianom. W tym roku aby stać się jednym z laureatów trzeba było osiągnąć dynamikę przychodów ponad 300 proc.**  a w poprzedniej edycji wystarczył poziom 230 proc. Konkurencja między firmami była większa a oznacza to, że firmy szybciej rosły. Z kolei badanie, które przeprowadziliśmy wśród prezesów spółek pokazuje wyraźnie, że siłą napędową, która pozwala osiągać tak spektakularne wyniki jest innowacyjność” – wyjaśnia Adam Chróścielewski, Partner w Dziale Audytu Deloitte, Lider konkursu w Europie Środkowej.

Przychody wszystkich 50-ciu firm, laureatów kategorii głównej, wyniosły w 2013 roku 386 mln euro. Ich średni wzrost wyniósł w ubiegłym roku 698 proc. (przychody 2009 versus 2013 rok). Był to wynik wyższy od osiągniętego rok wcześniej tj. 671 proc. „W ubiegłym roku innowacyjne firmy technologiczne, podobnie jak cały biznes, wciąż walczyły ze spowolnieniem gospodarczym. Jednak już udało im się poprawić swoje wyniki w porównaniu do roku 2012, a ci którzy znaleźli się w rankingu wyszli z kryzysu obronną ręką. Nadal jest im jednak daleko do rezultatów osiąganych kilka lat wcześniej, gdy średnie wzrosty laureatów sięgały ponad tysiąc procent” – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte, Lider konkursu w Polsce. Średni wzrost przychodów polskich firm, które znalazły się w głównej części zestawienia wyniósł 739 proc.

Skąd pochodzą polscy zwycięzcy?

Przedstawiciele polskiego biznesu obecni w zestawieniu pochodzą z całego kraju. Najwięcej swoich reprezentantów (9) ma stolica, czterech Poznań, trzech Wrocław, dwóch Gliwice i po jednym: Ruda Śląska, Rzeszów, Szczecin i Białystok.

Które sektory dominują?

Podobnie jak w ubiegłym roku tegoroczny główny ranking „Technology Fast 50” zdominowały firmy zajmujące się oprogramowaniem. Stanowią one 52 proc. wszystkich spółek, pomimo spadku o 6 p.p. w porównaniu z poprzednią edycją programu. Łączny przychód firm z tego sektora wyniósł 141,1 mln euro w kategorii głównej. Powoli tradycją staje się także zmniejszająca się liczba spółek internetowych, których odsetek zmalał z 27 do 24 proc., ale ich łączny przychód wyniósł aż 152,2 mln euro.

CEO Magazyn Polska

Informacje o rankingu:

Ranking skupia najszybciej rozwijające się środkowoeuropejskie przedsiębiorstwa technologicznie innowacyjne na podstawie wzrostu przychodów operacyjnych. W jego skład wchodzą trzy kategorie: główna „Technology Fast 50” oraz dwie podkategorie „Wschodzące Gwiazdy” i „Wielka Piątka”.

Firmy same bezpłatnie zgłaszają chęć udziału w rankingu, a audytorzy Deloitte opierają się na podanych przez nich danych finansowych.

Kryteria ogólne dla wszystkich kategorii:

  • spółka opracowuje lub wytwarza autorskie i/lub ponosi istotne nakłady na prace badawczo-rozwojowe,
  • posiada strukturę własności, która wyklucza udziały większościowe zagranicznych inwestorów strategicznych,
  • posiada siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowej uczestniczących w programie (Albania, Bułgaria, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja, Czechy, Estonia, Macedonia, Mołdawia, Czarnogóra, Polska, Rumunia, Serbia, Słowenia, Węgry, Łotwa, Litwa, Słowacja).

CEO Magazyn Polska

Partnerzy Honorowi:

  • Minister Gospodarki RP,
  • Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości,
  • Polska Izba Informatyki i Telekomunikacji,
  • Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Zwycięzcy środkowoeuropejskiego konkursu „Technology Fast 50 CE” automatycznie zostają zgłoszeni do ogólnoeuropejskiego „Technology Fast 500 EMEA”, który zostanie opublikowany pod koniec listopada br.

* Jedna spółka jest dwukrotnym laureatem (kategoria główna oraz podkategoria „Wielka Piątka”).
**  Firma zamykająca ranking osiągnęła wzrost przychodów na poziomie 314 proc. (przychody 2009 r. versus rok 2013).

Historyczne porozumienie – NIK wesprze „Majdan Monitoring”

Po raz pierwszy Najwyższa Izba Kontroli podpisała porozumienie o współpracy z zagraniczną organizacją pozarządową. Specjaliści z NIK będą uczyć członków Centrum Informacji „Majdan Monitoring”, jak skutecznie kontrolować władze. Ukraińcy z tego ruchu obywatelskiego chcą budować państwo oparte na europejskich wartościach i wolne od korupcji. Porozumienie wsparła polska organizacja pozarządowa Stowarzyszenie 4 Czerwca.

Stowarzyszenie 4 Czerwca współpracuje z Ukraińcami, którzy działają na rzecz demokratycznych reform. Głównym partnerem Stowarzyszenia jest organizacja pozarządowa Centrum Informacji „Majdan Monitoring”. Jej cele to m.in. wspieranie i obrona konstytucyjnych praw i wolności na Ukrainie, rozwój społeczeństwa obywatelskiego i promowanie udziału obywateli w rządzeniu krajem.

Przedstawiciele obu organizacji spotkali się w siedzibie NIK z prezesem Krzysztofem Kwiatkowskim. W trakcie spotkania podpisano trójstronne porozumienie o współpracy. Centrum Informacji „Majdan Monitoring” reprezentowała jego przewodnicząca Nataliya Zubar. W imieniu Stowarzyszenia 4 Czerwca porozumienie podpisał Mirosław Kopik. W spotkaniu wziął także udział Zbigniew Bujak, weteran walki o wolną i obywatelską Polskę.

Izba jest gotowa do zorganizowania w Polsce szkoleń dla przedstawicieli „Majdan Monitoring”, m. in. z kontroli finansów publicznych (w tym środków UE), z transparentnego tworzenia prawa oraz metod skutecznej komunikacji ze społeczeństwem i mediami. Krzysztof Kwiatkowski podkreślił, że to pierwsze tego typu porozumienie zawarte przez NIK.

Prezes przestawił również dotychczasowe projekty Izby na rzecz wsparcia ukraińskiej administracji publicznej. Chodzi m.in. o współpracę przy tworzeniu regulaminu ukraińskiej kancelarii prezesa rady ministrów, pomoc w przygotowaniu reform samorządowych oraz konsultacje przy nowej ustawie o służbie cywilnej. Izba wdraża także program staży dla najlepszych absolwentów ukraińskiej Krajowej Akademii Administracji Publicznej. Istotną częścią wsparcia dla Ukrainy jest współpraca z tamtejszą Izbą Obrachunkową.

Decyzje RPP mogą ożywić warszawską giełdę

CEO Magazyn Polska

Na warszawskiej giełdzie od dwóch lat panuje względna stabilizacja notowań. WIG20 zmienią swą wartość w niewielkim stopniu, w najgorszych momentach spadając do poziomu 2 tys. punktów, w najlepszych rosnąc do 2,6 tys. Sytuację może poprawić RPP.

Wrzesień był trzecim z rzędu miesiącem deflacji w polskiej gospodarce. Ceny spadły o 0,3 proc. w porównaniu z wrześniem 2013 r. To powoduje, że rynek z coraz większą pewnością oczekuje kolejnej obniżki stóp procentowych. A ta powinna skłonić Polaków do kupowania akcji.

Oczekiwanym przez inwestorów wzrostom cen akcji nie pomaga w tej chwili kondycja gospodarki. Większość analityków już zweryfikowała swoje optymistyczne prognozy całorocznego wzrostu polskiego PKB, który jeszcze w lecie szacowano na 3,5-3,6 procent. Dziś nikt nie oczekuje, by poziom 3,1 proc. wzrostu został przekroczony. Mimo że jest to znacznie lepszy wynik niż zapisane w tegorocznym budżecie 2,5 proc., inwestorów patrzących na fundamenty spółek raczej to nie usatysfakcjonuje.

– Widać, że ta przestrzeń wzrostu jest, niestety, ograniczona i firmy mogą mieć trudności z wygenerowaniem wyników planowanych na ten rok – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roland Paszkiewicz, szef działu analiz Centralnego Domu Maklerskiego Pekao SA. – Do tego dochodzą wszelkiego rodzaju ryzyka geopolityczne, które ciążą nad rynkami ryzykownych aktywów. Jest konflikt na linii Rosja-Ukraina, jest wirus ebola. To rzeczy, które mogą ograniczyć apetyt inwestorów na ryzyko.

Apetyt, który już od dawna nie jest wielki. Inwestorzy nie za bardzo chcą ryzykować swoje pieniądze w oczekiwaniu na wyższe zyski. Oczekują raczej na okazję, na jakiś wyjątkowy projekt inwestycyjny.

– Inwestorzy szukają takiego Świętego Graala, czegoś, co pozwoli zarobić więcej niż oferują stopy depozytów w bankach, ale jednocześnie nie niesie ze sobą zbyt dużego ryzyka – mówi Roland Paszkiewicz. – Jeżeli uda się stworzyć jakieś wehikuły, które będą tak odbierane przez inwestorów indywidualnych, to będzie to przepis na sukces.

Optymistyczne sygnały dla warszawskiego parkietu może jednak wysłać Rada Polityki Pieniężnej. Niskie stopy procentowe oznaczają, że atrakcyjność bankowych depozytów będzie jeszcze mniejsza niż dotąd. Z drugiej strony giełdowym spółkom łatwiej będzie wypracować przyzwoite wyniki.

– Pozytywne jest to, co się dzieje w sferze  pieniężnej, czyli obniżki stóp i dość jasna zapowiedź kolejnych obniżek przez Radę Polityki Pieniężnej – podkreśla szef działu analiz CDM Pekao. – One po pierwsze już teraz mają wpływ na realną gospodarkę poprzez mniejsze koszty finansowe, które powinny przełożyć się na perspektywę wyższych zysków czy też większych możliwości zakupowych dla konsumentów. Po drugie, wszelkiego rodzaju instrumenty czy też fundusze obligacyjne, które cieszyły się przez ostatnie dwa-trzy lata największą popularnością, raczej zaczną tracić swój blask.

Słaby wzrost gospodarczy w Europie. Rządy państw strefy euro powinny wesprzeć działania EBC

CEO Magazyn Polska

Europejski Bank Centralny stara się pobudzić gospodarkę strefy euro, efekty są jednak niewystarczające. Oczekuje więc wsparcia ze strony rządów poszczególnych państw. Szef EBC Mario Draghi zasugerował luzowanie polityki fiskalnej.

Na swym październikowym posiedzeniu unijny bank centralny utrzymał minimalną wysokość stóp procentowych i zapowiedział kolejne kroki mające na celu zwiększenie ilości pieniędzy krążących w gospodarce.

W praktyce EBC pożyczając innym bankom pieniądze, bierze za to symboliczne 0,05 proc. Stopa depozytowa jest natomiast ujemna, co oznacza, że jeżeli jakiś bank deponuje środki w EBC, musi dopłacić do nich 0,2 proc.

– EBC podjął już szereg działań, by pobudzić gospodarkę – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Rabiej, zarządzający funduszami Ipopema Asset Management. – Rzeczywiście, mieliśmy dużo niestandardowych działań. Mamy ujemną stopę depozytową EBC w Europie, mamy skup obligacji zabezpieczonych aktywami, mamy cały kolejny program pożyczek dla przedsiębiorstw małych i średnich niefinansowych na 400 mld euro.

Mimo tych działań szef EBC ocenia, że wzrost gospodarczy w Unii jest rachityczny i nietrwały, a dodatkowo zagraża mu deflacja. Ceny w Europie rosną ostatnio tak wolno, że ekonomiści zaczynają się obawiać ich spadku. We wrześniu inflacja konsumencka w strefie euro wyniosła 0,3 proc. w ujęciu rocznym.

Dlatego zapewne Mario Draghi podczas spotkania Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Waszyngtonie zaapelował do rządów o łagodzenie polityki fiskalnej. Europejski Bank Centralny nie ma już bowiem wielkiego pola manewru.

Tych działań zostało niewiele – ocenia Michał Rabiej. Mario Draghi mówiąc te słowa, miał na myśli to, że kolejne narzędzia stymulujące gospodarkę będą nieefektywne, jeżeli nie dołoży się do tego jakichś realnych zmian fiskalnych oraz prowzrostowych reform w konkretnych krajach.

Stymulujące wzrost gospodarczy zmiany fiskalne można rozumieć dwojako. Gospodarkę zawsze ożywia obniżanie podatków. W kasach firm czy kieszeniach podatników zostaje więcej pieniędzy, wydawanych później na inwestycje lub konsumpcję. Można też zwiększyć wydatki państwowe, zwiększając deficyt i wydając więcej budżetowych pieniędzy na cele publiczne.

– Jeżeli chodzi o działania fiskalne, domyślam się, że tutaj chodziło o wydatki rządowe uważa zarządzający funduszami Ipopema Asset Management. – Chodzi o to, by państwa czy rządy też pobudzały gospodarkę z perspektywy lokalnej. Chociażby wydatkami na inwestycje i infrastrukturę można pobudzić ten realny wzrost gospodarczy.

Kontrakty terminowe dają większe możliwości inwestowania. To szansa na wyższe zyski, ale i ryzyko poważniejszych strat

CEO Magazyn Polska

W Polsce coraz łatwiej inwestować w kontrakty terminowe. Obok warszawskiej giełdy oferują je coraz liczniejsze platformy transakcyjne. Warto z tym jednak uważać, bo zamiast pomnożyć pieniądze, można je równie szybko stracić.

Platformy transakcyjne są powszechnie dostępne także dla mniej zasobnych w gotówkę. Kuszą nie tylko atrakcyjnymi warunkami handlu, lecz także możliwością lewarowania kapitału, czyli zainwestowania ułamka potrzebnych pieniędzy, a więc – kredytem dla potencjalnych klientów. To oznacza, że ich możliwości inwestycyjne znacząco rosną.

–  Nawet ktoś, kto nie ma wystarczającej ilości kapitału, może grać częścią kontraktu przez platformy CFD – podkreśla w rozmowie z Newserią Inwestor Paweł Szczepanik, analityk Szkoleń z Inwestycji Giełdowych. – Siłą rzeczy rynek się rozwodnił przez to, że możliwości inwestorów są w tej chwili nieograniczone.

W tej chwili w Polsce działa 150 platform CFD i inwestorzy mogą handlować na każdej z nich, i nie muszą się ograniczać do inwestowania w kontrakt terminowy na WIG20.

– W tej chwili mamy coś, co można nazwać wolną konkurencją – ocenia Paweł Szczepanik ze Szkoleń z Inwestycji Giełdowych.  Praktycznie możliwości wyboru inwestora są nieograniczone. Siłą rzeczy inwestorzy poruszają się w różnych kierunkach, jedni wybierają inwestowanie na S&P 500, inni wybierają inwestowanie na indeksie niemieckim DAX, część wybiera inwestowanie na rynku polskim.

Nowe możliwości inwestowania to korzystna zmiana. Analityk podkreśla jednak, że warto korzystać z niej z rozwagą, pamiętając o starej zasadzie, że im większe są potencjalne zyski, tym większe też możliwe straty. Tym bardziej że na rynku kontraktów najczęściej inwestuje się nie tylko własne, lecz także pożyczone pieniądze.

– Przede wszystkim najważniejsze zalecenie jest takie, żeby nie przesadzać z dźwignią i lewarowaniem – przestrzega Paweł Szczepanik. – Wiemy, że kontrakty terminowe ściśle wiążą się z tym, że inwestujemy tylko część pieniędzy. Korzystamy z dźwigni razy pięć, razy dziesięć, czasem razy sto. Tak naprawdę musimy mieć odpowiednią ilość kapitału i patrzeć na ten kontrakt terminowy nie przez pryzmat zysku i depozytu, lecz przez wartość kapitału, który angażujemy.

Trzeba pamiętać, że lewar oznacza zwielokrotnienie zarówno ewentualnych zysków, jak i strat. Krótka zmiana na indeksie, czyli spadek o przykładowo 5 czy 10 proc., może spowodować wyzerowanie kilkutysięcznego kapitału. Tutaj więc kwota, od której zaczynamy jest bardzo, bardzo istotną sprawą.

–  Przykładowo kontrakt na WIG20 jest warty w tej chwili około 50 tys. złotych  tłumaczy analityk Szkoleń z Inwestycji Giełdowych. –  Jeżeli więc dany inwestor nie ma na rachunku 20-30 tys. złotych, a dysponuje sumą przykładowo 3-4 tys. złotych, to nie poradzi sobie na rynku, dlatego że każda strategia, którą zastosuje, spowoduje wyzerowanie rachunku w bardzo szybkim czasie.

DB Schenker Rail Polska zamierza walczyć o klienta jakością usług. Stawia na przewozy kontenerowe

0

CEO Magazyn Polska

DB Schenker Rail Polska stawia na przewozy kontenerowe. Spółka należąca do największego w Europie operatora towarowych przewozów kolejowych deklaruje, że będzie świadczyć usługi wymagającym klientom, dla których jakość i wartość dodana usługi mają znaczenie.

Chcemy tak jak każdy biznes, żeby te usługi były wykonywane w sposób dobry jakościowo i rentowny, tak aby możliwe było inwestowanie w naszą przyszłość deklaruje w rozmowie z Newserią Inwestor Marek Staszek, od połowy roku prezes zarządu DB Schenker Rail Polska. Świadczenie usług wysokiej jakości ma być naszym wyróżnikiem. DB Schenker Rail nie jest koleją, która zrobi każdy przewóz i za każdą cenę. Natomiast adresuje swoje usługi do klientów, dla których jakość stanowi wartość. Myślę, że takich klientów w nowoczesnej gospodarce europejskiej jest wielu i będzie w przyszłości coraz więcej.

DB Schenker Rail Polska zajmuje w Polsce na rynku kolejowych przewozów towarowych drugą pozycję po PKP Cargo. Jego składy przewożą ok. 20 proc. ładunków towarowych w Polsce, podczas gdy do konkurenta należy ponad 50 proc. rynku. Choć PKP Cargo prowadzi ekspansję zagraniczną, pozycja DB Schenker Rail w Europie jest już jednak znacznie silniejsza.

– Staramy się umożliwić realizację przewozów, które są realizowane nie tylko na terenie Polski, lecz także – zgodnie z potrzebami klientów – na terenie całej Europy – podkreśla Marek Staszek. – Dzisiaj to jest zdecydowana większość klientów kolei. Wszystkie duże koncerny mają swoje zakłady produkcyjne rozlokowane w różnych krajach w Europie, dlatego uważamy, że to jest przyszłość przewozów towarowych – właśnie przewozy transeuropejskie. To jest nasz cel.

Przewoźnik chce także być dobrze postrzegany na rynku pracy i chce gwarantować swoim pracownikom dobre warunki.

Chcemy jako pracodawca stanowić pewien model, pewien wzorzec – mówi prezes DB Schenker Rail Polska. Chcemy być dobrym pracodawcą, który tworzy miejsca pracy, zapewnia bezpieczne warunki i potrafi w ten sposób stworzyć atrakcyjne środowisko i przyciągnąć pracowników, którzy są w stanie kształtować naszą przyszłość.

DB Schenker Rail podkreśla, że stawia też na ekologię. To strategia ważna z perspektywy Unii Europejskiej. Może więc procentować nie tylko wizerunkowo, lecz także pomóc w zdobywaniu klientów, dla których ten aspekt działania firmy jest istotny.

Chcemy być firmą, która jest przyjazna również dla środowiska, zarówno dla otoczenia lokalnego, jaki i dla środowiska naturalnego powiedział  Marek Staszek, prezes zarządu DB Schenker Rail Polska.

Poczta Polska wystartuje w konkursie na operatora wyznaczonego

0

CEO Magazyn Polska

Zwycięzca konkursu ogłoszonego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej od początku 2016 r. będzie świadczył powszechne usługi pocztowe. We wszystkich państwach UE zadania te wykonują firmy całkowicie lub częściowo państwowe. Jak przekonuje Poczta Polska, cena nie powinna być głównym czynnikiem rozstrzygającym w postępowaniu na operatora wyznaczonego usług pocztowych.

‒ Tylko Poczta Polska spełnia wszystkie kryteria związane z wykonywaniem tej usługi. Jesteśmy firmą, która ma największe doświadczenie w tym zakresie, dysponujemy siecią ponad 7,5 tys. placówek, mamy WER-y, czyli węzły ekspedycyjno-rozdzielcze, mamy odpowiednią liczbę listonoszy, osób w placówkach i mamy również doświadczenie w realizacji tego typu zadań – informuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jerzy Jóźkowiak, prezes zarządu Poczty Polskiej.

Urząd Komunikacji Elektronicznej musi przeprowadzić konkurs na operatora wyznaczonego zgodnie z wymogami procesu liberalizacji rynku usług pocztowych. Zwycięzca będzie przez 10 lat świadczył powszechne usługi pocztowe, czyli dostarczał listy do 2 kg, paczki do 10 kg (20 kg dla przesyłek z zagranicy) oraz przesyłki dla niewidomych.

Do końca 2015 r. zadania te realizuje Poczta Polska. Jóźkowiak uważa, że wybór operatora wyznaczonego tylko na podstawie ceny może prowadzić do pogorszenia jakości usług i tym samym zaszkodzić Polakom.

‒ Cena nigdy nie powinna być kryterium rozstrzygającym. W tej sprawie wypowiadała się również Unia Europejska, sugerując, aby elementy jakości odgrywały coraz większą rolę – podkreśla Jóźkowiak. Dodaje: ‒ Każdy z nas, robiąc również zakupy w sklepach, zwraca uwagę na cenę, ale zawsze powinna ona być w relacji do jakości. A takiej jakości i bezpieczeństwa obrotu, jakie my gwarantujemy, nie gwarantuje nikt inny na polskim rynku.

Dodaje, że prywatni operatorzy pocztowi mają niższe koszty m.in. ze względu na formę zatrudnienia. Poczta Polska zatrudnia pracowników, w tym ok. 25 tys. samych listonoszy, na umowy o pracę, co daje im większe bezpieczeństwo finansowe i socjalne, choć dla spółki oznacza wyższe koszty. Dlatego, jak argumentuje Jóźkowiak, wybór operatora wyznaczonego tylko na podstawie ceny usługi mógłby oznaczać nie tylko gorszą jakość, lecz także pogorszenie sytuacji zatrudnionych na tym rynku.

We wszystkich krajach UE zadania operatora wyznaczonego wykonują obecnie spółki całkowicie lub częściowo państwowe, bo to one zwykle mogą zaoferować wyższą jakość i pewność usługi.

J. Osiatyński (RPP): Niskie podatki lepiej pobudzą gospodarkę niż obniżki stóp procentowych. Koniunktura zależy od popytu wewnętrznego

CEO Magazyn Polska

Obniżka stóp procentowych nie wystarczy, by skutecznie pobudzić koniunkturę gospodarczą – ocenia członek Rady Polityki Pieniężnej prof. Jerzy Osiatyński. Lepszym instrumentem jest łagodna polityka fiskalna. Wzrost gospodarczy będzie stopniowo przyspieszał dzięki rosnącemu popytowi wewnętrznemu oraz napływowi środków z UE, choć zmiany będą powolne, a tegoroczny wzrost PKB będzie oscylować w pobliżu 3 proc.

Naprawdę pożytecznym instrumentem pobudzania koniunktury jest polityka fiskalna, a nie polityka pieniężna. Polityka pieniężna może wpływać na pobudzenie kredytu konsumpcyjnego. Natomiast dla pobudzenia koniunktury podstawowe znaczenie ma polityka fiskalna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria prof. Jerzy Osiatyński, członek Rady Polityki Pieniężnej.

Prof. Osiatyński zauważa jednak, że w przypadku prowadzenia polityki zmniejszania deficytu budżetowego stymulujące gospodarkę działania fiskalne, czyli np. obniżanie podatków, nie są możliwe. Wtedy polityka pieniężna, np. obniżka stóp procentowych, pozostaje jedynym dostępnym narzędziem.

Pobudzenie koniunktury jest niezbędne, bo ostatnie dane płynące z gospodarki nie są optymistyczne. Poniżej bariery 50 punktów pozostaje od kwartału wskaźnik koniunktury w przemyśle PMI, niska jest też dynamika sprzedaży detalicznej. Dobre sygnały płyną wprawdzie z rynku pracy, na którym rosną płace i maleje bezrobocie, ale to nie wystarczy do napędzenia gospodarki. Jak podkreśla prof. Osiatyński, tylko 40 proc. całkowitych dochodów gospodarstw domowych to wynagrodzenia, reszta to transfery (m.in. emerytury, renty, zasiłki, stypendia), a także odsetki, dywidendy i przychody z działalności gospodarczej.

To właśnie od dochodu rozporządzalnego gospodarstw domowych i określanego przez niego popytu wewnętrznego będzie zależała dynamika wzrostu polskiego PKB. Inwestycje mogą ruszyć jedynie wtedy, gdy przedsiębiorcy dostrzegą większą skłonność Polaków do wydatków.

Przyspieszenie wzrostu będzie przede wszystkim generowane przez popyt wewnętrzny i inwestycje publiczne związane z wykorzystaniem środków Unii Europejskiej – zaznacza prof. Osiatyński. ‒ Przypuszczam, że [w tym roku] dynamika PKB będzie gdzieś na poziomie 3 proc., może troszeczkę poniżej. Natomiast w pierwszej połowie przyszłego roku będzie jakieś 3,2 proc. Chciałbym wierzyć, że przeciętnie dla 2015 roku będzie około 3,4 proc.

Dodaje, że problemem jest też utrzymująca się deflacja i brak perspektyw na szybkie dojście do dolnej granicy celu inflacyjnego na poziomie 1,5 proc. Prof. Osiatyński szacuje, że nawet po wyjściu z deflacji ceny będą rosnąć bardzo powoli, a wskaźnik 1,5 proc. uda się osiągnąć dopiero pod koniec 2015 r.

Koniunkturę hamuje też słabnący eksport. Według najnowszych danych NBP w sierpniu deficyt handlowy wyniósł 64 mln euro, a eksport rok do roku zmalał o 1,7 proc. (import równocześnie zmalał o 1,1 proc.). W dużej mierze ma to związek z sytuacją geopolityczną na Wschodzie i ograniczeniem handlu z Rosją, także w Europie Zachodniej negatywne dane rynkowe wskazują na mniejsze zapotrzebowanie na polskie towary i usługi.

Wiele krajów w UE do dziś nie osiągnęło poziomu dochodów na mieszkańca sprzed kryzysu. Więc to na pewno nie są dobre symptomy do tego, żeby oczekiwać znacznego przyspieszenia wzrostu – mówi prof. Osiatyński.

Prof. Osiatyński dodaje, że choć Polska już ma rekordowo niskie stopy procentowe, dla gospodarki najważniejszy jest stosunek polskich i unijnych oraz amerykańskich stóp. Wskaźniki historyczne nie mają żadnego przełożenia na rynek. Choć stopa referencyjna NBP została niedawno obniżona do 2 proc., wciąż jest znacznie wyższa od stopy referencyjnej Europejskiego Banku Centralnego, która wynosi 0,05 proc.

Jeżeli jest zbyt duża różnica między stopami procentowymi krajowymi a zagranicznymi, to będziemy mieli bardzo silny napływ kapitału spekulacyjnego z silnym wpływem na umocnienie złotego, a wobec tego na pogorszenie warunków gospodarowania eksporterów. To wszystko musimy brać pod uwagę wtedy, kiedy decydujemy o stopach procentowych – dodaje prof. Osiatyński, uspokajając jednocześnie, że analizy nie wskazują obecnie na ryzyko wystąpienia baniek spekulacyjnych.

Rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie drukarki fiskalne

CEO Magazyn Polska

Rosną oczekiwania przedsiębiorców wobec kas fiskalnych. Firmy oczekują, że drukarki będą wyposażone w coraz mocniejsze systemy obliczeniowe, a równocześnie, że będą zajmowały coraz mniej miejsca. Na rynku widać też rozwarstwienie – przedsiębiorcy kupują albo najtańsze, albo najbardziej zaawansowane urządzenia. Coraz więcej nabywców kas to duże przedsiębiorstwa, małych firm ubywa.

Trend to rozwój firm, które inwestują w infrastrukturę, czyli sięgają po rozwiązania zaawansowane, czyli systemy informatyczne z drukarką fiskalną, oraz klientów, którzy szukają najprostszych i najtańszych rozwiązań. Czyli z jednej strony mamy segment bardzo prostych urządzeń, czyli kas do 1000-1200 złotych, oraz segment urządzeń zaawansowanych, czyli drukarek fiskalnych – opisuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Abramczuk, prezes zarządu Posnet Polska.

Abramczuk podkreśla, że poza segmentacją Posnet widzi również inne zmiany na rynku. Ubywa z niego małych przedsiębiorców, którzy są zastępowani przez sieci i duże firmy. Choć nie wpływa to na łączny poziom sprzedaży, to proces ten jest niekorzystny dla małej przedsiębiorczości. Abramczuk dodaje, że Posnet ma dokładne dane dotyczące aktywności tych firm, które zgodnie z prawem muszą instalować kasy fiskalne.

‒ Niestety, działa to post factum, czyli my jesteśmy w stanie po zakończonym kwartale powiedzieć, jak on wyglądał. My dostajemy dane w monecie, kiedy firma zamyka się lub otwiera. Możemy nasze dane skrzyżować z danymi GUS-u i sądzę, że wyszedłby z tego ciekawy wskaźnik pomiaru polskiej przedsiębiorczości – uważa Abramczuk.

Przedsiębiorcy kupujący kasy i drukarki fiskalne mają wobec tych urządzeń coraz większe wymagania. Oczekują, że będą one jak najmniejsze, dzięki czemu nie będą zajmowały dużo cennego miejsca w sklepie. Do tego urządzenia muszą mieć jak największą moc obliczeniową i – poza funkcjami samej drukarki lub kasy fiskalnej – dawać też funkcjonalność komputera.

Aby sprostać tym wymaganiom, Posnet zapowiada innowacje. Jedną z nich jest możliwość integracji drukarki fiskalnej ze zwykłym komputerem stacjonarnym. Spółka wprowadza też do oferty drukarkę fiskalną zintegrowaną z wagą. Nad kolejnymi projektami pracuje w Posnecie zespół 40 inżynierów.

Abramczuk dodaje, że popyt na kasy fiskalne w dużej mierze zależy też od regulacji i wymogu posiadania takich urządzeń przez coraz większą liczbę grup zawodowych.

Rynek urządzeń fiskalnych jest regulowany przez Ministerstwo Finansów i bardzo często zwiększony popyt jest wywołany nowym rozporządzeniem, czyli dodaniem nowej grupy podatników, którym poprzez prawo narzucony został obowiązek posiadania kas fiskalnych. Trudno jest mówić o naturalnym rynku – podkreśla Abramczuk.

Posnet na rynku zaawansowanych drukarek fiskalnych miał w ubiegłym roku 44 proc. udziału, co dawało mu pozycję lidera. Z kolei w segmencie prostych kas fiskalnych w 2013 r. spółka miała niemal 30-proc. udział w rynku i zajęła drugą pozycję.

Polacy coraz bardziej kochają mobilne zakupy

Smartfony to przyszłość handlu internetowego – to hasło spotykamy w raportach i publikacjach, dotyczących rynku mobilnego. Jednak z reguły przedstawiane w nich informacje i prognozy dotyczą deklaracji ankietowanych respondentów, często ze środowisk związanych z branżą technologiczną. Tak jest na przykład w interesującym badaniu IDG Mobile Survey 2014, przeprowadzonym w środowisku osób związanych z branżą technologiczną.

51 procent badanych robi zakupy przy użyciu smartfona. Osoby, które tego nie robią, najczęściej boją się o  bezpieczeństw takich zakupów 50 procent. Barierą mogą być też: trudna lub skomplikowana nawigacja oraz problemy dotyczące kwestii poufności danych osobowych. Zakupy smartfonem w największym stopniu robią osoby młode i w średnim wieku (25 – 54 lata).
A jak jest w całej populacji? Na to pytanie odpowie w listopadzie raport o m-commerce, przygotowywany na zlecenie Allegro. Jednak już dziś widać, że mobilny trend nie jest tylko pobożnym życzeniem branży. Doświadczenia Allegro z mobilną sprzedażą pokazują jak szybko Polacy przyzwyczajają się do mobilnych zakupów i przełamują kolejne bariery w korzystaniu z mobilnych zakupów, podobnie jak stało się to w przypadku mobilnej bankowości, coraz popularniejszej wśród Polaków.

Po raz pierwszy Allegro podaje dane dotyczące mobilnych transakcji.

W porównaniu z początkiem roku udział transakcji mobilnych wzrósł w październiku trzykrotnie. To stały trend, obserwowany w statystykach serwisu od kilku miesięcy. Wzrost ten wynika m.in. z liczby wykorzystanych kuponów promocyjnych, za pomocą których Allegro zachęca klientów do zakupów przez aplikację na smartfony i tablety Najbardziej zaskakujące jest to, że klienci  odbierają kupon i prawie od razu go wykorzystują. Spośród kuponów odebranych w ubiegły weekend aż 34 procent klientów użyło go w weekend lub w następujący  po nim poniedziałek. W ciągu ostatniego tygodnia (6 – 12 października) klienci dokonali 360 tysięcy transakcji poprzez urządzenia mobilne. To także rekord, bo to o 16 procent więcej w porównaniu do analogicznego okresu sprzed miesiąca.
Być może na tak dużą popularność wpłynęła dodatkowa akcja promocyjna Allegro, wykorzystująca ośmiometrowe sterowce zawieszone nad centralnymi punktami miast. W siedmiu miejscach w Polsce zespoły konsultantek pokazywały jak korzystać z aplikacji mobilnej i jak otrzymać za darmo kupony na 20 zł. Sterowce były mobilnymi hotspotami, które pozwalały korzystać z darmowego dostępu do wifi. Według szacunkowych danych przez miniony weekend akcję widziało ponad 1,8 mln Polaków. Na nadchodzący weekend Allegro szykuje kolejną akcję promocyjną aplikacji mobilnej. Każdy użytkownik najnowszej wersji otrzyma kupon wart 20 zł, który będzie można wykorzystać nie przez 7, ale przez 14 dni. W ten sposób Allegro po raz kolejny w innowacyjny sposób zachęcając do mobilnych zakupów jednocześnie bada mobilne preferencje klientów oraz sprawdza czy i jak na wykorzystanie kuponów wpływa obawa o utratę ich ważności.

Warto wspomnieć także, że według danych PBI/Megapanel Gemius za sierpień 2014 grupa Allegro-GG miała 600,8 milionów odsłon mobilnych, zajmując pierwsze miejsce w Polsce wśród wszystkich serwisów internetowych. Krajowe odsłony mobilne w grupie to obecnie ponad 14 procent. Poprzedni rekord należał do Grupy Wirtualna Polska i wynosił w lipcu 2014 499 mln odsłon mobilnych. Dobry rezultat Grupy Allegro–GG wynika m.in. z urealnienia sposobu prowadzenia obliczeń, a szczególnie nowej definicji odsłony umożliwiającej pomiar odsłon w aplikacjach mobilnych oraz na stronach „lajt”.

Pracodawcy nie chcą wydłużyć tygodnia pracy

W Sejmie trwają prace nad zmianą przepisów Kodeksu pracy, dzięki którym za pracę w sobotę lub inny dzień wolny, pracownicy będą mogli otrzymywać dodatkowe wynagrodzenie. Zdaniem Konfederacji Lewiatan zyskają na tym pracownicy, ponieważ mogą wzrosnąć ich dochody. Nowe przepisy nie wydłużą tygodnia pracy do 6 dni.

Uważamy, że należy wypełnić istniejącą lukę prawną i umożliwić w sobotę, podobnie jak to jest z innymi dniami wolnymi od pracy, wypłatę wynagrodzenia za pracę w zamian za udzielanie dnia wolnego. To pracownik i pracodawca powinni decydować o sposobie rekompensaty pracy za ten dzień mając jednak na uwadze zasadę oddawania w pierwszej kolejności dnia wolnego.
Przyjęcie takiego rozwiązania wychodzi naprzeciw oczekiwaniom pracowników, którzy przez uniemożliwienie im dokonania wyboru są obecnie gorzej traktowani, jeśli przypadnie im pracować w soboty niż w przypadku pracowników wykonujących pracę w niedziele.
W naszej ocenie projekt ma charakter prospołeczny, gdyż wyrównuje sytuację prawną pracowników, a w przypadku zapłaty za przepracowany czas pozwala na uzyskanie wyższego wynagrodzenia.

Za sobotę nie można zapłacić

Zgodnie z obecnie obowiązującymi regulacjami prawnymi jeśli pracownik wykonywał pracę w dniu dla niego wolnym od pracy wynikającym z rozkładu czasu pracy w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy (zazwyczaj sobota), to pracodawca jest zobowiązany udzielić mu innego dnia wolnego do końca okresu rozliczeniowego. Zatem nie może alternatywnie wypłacić świadczenia pieniężnego, nawet na wyraźny wniosek pracownika, ze względu na obowiązek zapewnienia mu prawa do odpoczynku. Taka regulacja jest nazbyt restrykcyjna, biorąc pod uwagę przepis o pracy świadczonej w niedziele i święta. Zgodnie z art. 15111 k.p. jeżeli nie jest możliwe wykorzystanie we wskazanym terminie dnia wolnego od pracy w zamian za pracę w niedzielę lub święto, pracownikowi przysługuje dzień wolny od pracy do końca okresu rozliczeniowego, a w razie braku możliwości udzielenia dnia wolnego od pracy w tym terminie – dodatek do wynagrodzenia w wysokości określonej w art. 1511 § 1 pkt 1 k.p. za każdą godzinę pracy w niedzielę.

Zatem projektodawca słusznie dąży do zmniejszenia rygoryzmu przepisu art. 1513 Kodeksu pracy przez zezwolenie, w wyjątkowych przypadkach, na rekompensowanie pieniężne wykonywanej pracy w szósty dzień tygodnia.

Pracownik nie straci

Uważamy, że proponowane rozwiązanie nie pogorszy sytuacji pracownika, przeciwnie – wpłynie korzystnie na status prawny wyrównując jego prawa w związku z pracą we wszystkie wolne dni od pracy. Może też przyczynić się do zwiększenia jego dochodów. Rozszerzenie zasad rekompensowania pracy nie spowoduje dodatkowych kosztów dla budżetu państwa, lecz zwiększy wpływy z tytułu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne.
Pracodawcy dokonując rachunku ekonomicznego będą też racjonalnie podchodzić do wyrażania zgody na wypłatę pieniężną w zamian za pracę w sobotę, gdyż ten rodzaj rekompensowania jest bardziej kosztowny niż udzielanie czasu wolnego. Koszt pracy w godzinach nadliczbowych jest droższy co najmniej o drugie tyle. Chcąc realizować zamówienia decydują się na bardziej kosztowną ich realizację poprzez pracę w godzinach nadliczbowych, dodatkowo zagrożoną co najmniej grzywnami i mandatami nakładanymi przez inspektorów PIP.

Zwracamy uwagę, że zachowują bezwzględną moc prawną przepisy ochronne dotyczące ustalania czasu pracy, w tym zwłaszcza przestrzeganie limitu 150 godzin nadliczbowych w roku kalendarzowym, zachowanie co najmniej 11 godzin odpoczynku dobowego i 35 godzin odpoczynku tygodniowego, obowiązywanie 48-godzinnego tygodnia pracy łącznie z godzinami nadliczbowymi, co jest zgodne z prawodawstwem unijnym i regulacjami stosowanymi w innych krajach. W roku 2012 r. wśród państw członkowskich UE przeważały państwa (19 państw), w których tygodniowy wymiar czasu pracy został określony ustawowo na poziomie 40 godzin z możliwością jego wydłużenia do 48 godzin. Wyjątek stanowiły: Łotwa (wydłużenie maksymalnie do 42 godzin), Austria (do 50 godzin), Szwecja (do 52 godzin) i Węgry (do 60 godzin). Drugą grupę tworzyło 5 krajów, które zgodnie z dyrektywą przyjęły 48 godzinny tydzień pracy: Dania, Holandia, Irlandia, Malta i Wielka Brytania (źródło: Nr 4(36) 2013 Studia Biuro Analiz Sejmowych).

Warto rozważyć możliwość wypłaty dodatku za nadgodziny w układzie miesięcznym, a nie na koniec okresu rozliczeniowego, pod warunkiem że taki wniosek złoży pracownik. To rozwiązanie umożliwi otrzymanie przez pracownika dodatku za nadgodziny (na jego wniosek) w danym miesiącu.

Konfederacja Lewiatan

Dzień Sprzedaży Bezpośredniej – prawa konsumentów

0

Zakupy od akwizytora to dla wielu klientów wygodny i korzystny sposób zawierania umów, pod warunkiem, że konsument zna swoje prawa, a przedsiębiorca je respektuje. Tuz przed Dniem Sprzedaży Bezpośredniej przypominamy o prawach klientów i obowiązkach sprzedawców.

Jutro obchodzony jest Dzień Sprzedaży Bezpośredniej. Sprzedaż bezpośrednia to zakupy poza stałymi punktami sprzedaży detalicznej – np. w domu klienta, na ulicy lub podczas prezentacji organizowanej m.in. w hotelach, sanatoriach, restauracjach, domach kultury, remizach strażackich lub podczas wycieczek turystyczno-religijnych. Zawiera się wtedy umowę poza lokalem przedsiębiorcy. Klient często podejmuje decyzję pod wpływem chwili, nie może porównać towaru z produktami dostępnymi w sklepie, ulega presji sprzedawcy, dlatego jest szczególnie chroniony przez prawo. W Dniu Sprzedaży Bezpośredniej UOKiK przypomina podstawowe zasady zakupów poza lokalem:

·         Kupujący ma 10 dni na odstąpienie od umowy zawartej na pokazie, prezentacji. Przed transakcją sprzedawca musi poinformować o takim prawie i wręczyć formularz odstąpienia od umowy. Wzór odstąpienia od umowy można pobrać ze strony Urzędu. Warto pamiętać o zmieniającym się prawie – od 25 grudnia czas ten wydłuży się do 14 dni. Wtedy wchodzi w życie ustawa o prawach konsumenta.

·         Akwizytor, sprzedawca na pokazie przed zawarciem umowy muszą pokazać konsumentom dokument potwierdzający prowadzenie działalności gospodarczej oraz dowód osobisty. Odmowa powinna wzbudzić podejrzenia klienta.

·         Na żądanie kupującego sprzedawca musi wyjaśnić znaczenie poszczególnych postanowień umowy oraz obowiązki i prawa każdej ze stron. Klient musi poświęcić czas na dokładną lekturę umowy, powinien zwrócić uwagę na cenę towaru, wysokość rat. Warto przed podpisaniem zabrać kontrakt do domu i poprosić o pomoc w jego analizie rzecznika konsumentów w swoim miejscu zamieszkania lub skonsultować pomysł z kimś bliskim.

 

Grodno przejmuje spółkę branżową spod Warszawy i zwiększa swoją obecność na zachodzie kraju

0

CEO Magazyn Polska

Spółka Grodno, notowany na NewConnect dystrybutor artykułów elektrotechnicznych i oświetleniowych, chce do końca swojego roku obrotowego sfinalizować przejęcie spółki spod Warszawy. Systematycznie rozbudowuje też własną sieć sprzedaży w zachodniej części kraju.

– Będzie to spółka z okolic Warszawy – mówi o akwizycji Andrzej Jurczak, prezes zarządu Grodno SA. – W tej chwili jest podpisana umowa przedwstępna przejęcia tej spółki. Termin finalizacji transakcji to pierwszy kwartał 2015 roku [do 31 marca, czyli do końca roku obrotowego Grodna – red.]. To jeszcze bardziej umocni naszą pozycję na rynku dystrybucji artykułów elektrotechnicznych w województwie mazowieckim. Nowy podmiot to także wzrost przychodów o 15 mln zł w skali roku.

W poprzednim roku obrotowym Grodno miało prawie 209 mln zł przychodów ze sprzedaży, nowy podmiot wniesie więc dodatkowe 7 proc. obrotów. Nazwy przejmowanej firmy prezes nie chce ujawnić. Zaznacza jednak, że Grodno bardzo zyska na tym przejęciu

– Spółka wzmocni naszą firmę w nowych obszarach działalności deklaruje. – W segmencie energetycznym, w segmencie przetargów publicznych, a przede wszystkim – w zakresie obsługi naszego podstawowego klienta, jakim jest mały i średni instalator.

W ogłoszonej przed rokiem strategii Grodno deklaruje, że do marca 2016 zwiększy sieć sprzedaży o 10 punktów. Pięć z nich już zostało otwartych i obecnie spółka ma 41 lokali w całym kraju.

– W tym momencie plan rozwoju punktów sprzedaży na ten rok obrotowy jest zrealizowany w stu procentach – informuje prezes Jurczak. – Kilka tygodni temu uruchomiliśmy odział w Zielonej Górze, który jest piątym finansowym uruchomieniem w tym roku. Tak zakładaliśmy, ten plan jest realizowany w stu procentach. Kolejne uruchomienia, jak przejęcie tej firmy, też nastąpi w tym roku finansowym. To już będzie wykonanie ponadplanowe.

Poza intensywnym rozwojem na Mazowszu Grodno prowadzi też inwestycje w innych rejonach kraju. Głównie na zachodzie.

W tym celu wybudowaliśmy nowy obiekt w Poznaniu – mówi prezes Grodna. – Obiekt magazynowo-handlowy, który będzie bardzo mocną placówką naszej branży i będzie służyć rozwojowi tak zwanej ściany zachodniej. Tutaj pierwszym krokiem, jaki zrobiliśmy, jest uruchomienie Zielonej Góry, mamy też w planach kolejne kroki, zaplanowane już na ścianie zachodniej.

O etapach rozwoju spółki prezes nie zamierza jeszcze informować. Jak zaznacza, trwają rozmowy i obowiązuje go tajemnica handlowa.

– W tej chwili w branży jest bardzo dobry moment na rozwój sieci sprzedaży. Spółka Grodno ma bardzo dobre notowania na rynku jako pracodawca, jako firma oferująca usługi. Jest bardzo dobry klimat związany z Grodnem, dlatego prowadzimy bardzo dużo rozmów, ale o konkretach powiem wtedy, kiedy będę mógł – zapowiada Andrzej Jurczak prezes spółki Grodno.

W ostatnim roku obrotowym Grodno wypracowało ponad 4 mln zł zysku netto, z czego 984 tys. zł przeznaczy na dywidendę. Jak informuje prezes Jurczak, spółka planowaną akwizycję finansuje ze środków własnych.

Wzrasta ryzyko osłabienia złotego. EBC może uratować kurs przed skutkami działań Fed

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku inwestowanie w waluty będzie wiązało się z koniecznością wzięcia pod uwagę dużego ryzyka osłabienia złotego. Po tym, jak amerykański Fed zakończy program skupu obligacji i będzie podwyższał stopy procentowe, kapitał będzie prawdopodobnie wycofywany z rynków wschodzących, a więc też z Polski. Czynnikiem, który może zahamować poważniejsze spadki wartości złotego, będą działania EBC.

– Do tej pory podczas dużego dodruku pieniądza, dokonanego właśnie przez Fed, byliśmy jednym z istotnych odbiorców globalnej nadpłynności, czyli tej dodatkowej sumy pieniądza, która pojawiła się światowym sektorze finansowym – mówi Marcin Mróz, główny ekonomista Grupy Copernicus. – Główne ryzyko odnosi się przede wszystkim do waluty. Złoty może wyraźnie ucierpieć, gdyby okazało się, że w gospodarce amerykańskiej jest dobrze, Fed zaczyna podwyższać stopy i zaczyna się stopniowe wycofywanie z rynków wschodzących, również z Polski.

Głównym czynnikiem ryzyka w przyszłorocznych inwestycjach jest więc kurs złotego, który i tak już stracił do dolara od czerwca ponad 10 proc. (skok z 3 zł do 3,35 zł). Znacznie mniej dotkliwy był spadek na euro, które także osłabiło się do dolara. Kurs tej waluty może – zdaniem ekonomisty – osiągnąć poziom ok. 4,25 zł. Obecnie jest to ok. 4,20 zł – od początku roku złoty do euro stracił bardzo nieznacznie, a był czas – w czerwcu – gdy euro kosztowało poniżej 4,10 zł.

– To nie jest duża deprecjacja z historycznego punktu widzenia, ryzyko kursowe wskazałbym jednak jako główny obszar związany z normalizacją polityki pieniężnej w Stanach – dodaje rozmówca Newserii.

Przeciwwagą dla tej polityki banku centralnego USA może być działanie Europejskiego Banku Centralnego, który właśnie zaczyna program skupowania aktywów w celu zwiększenia płynności na rynku strefy euro.

– Może to ustabilizować sytuację na globalnych rynkach finansowych, które do tej pory bardzo mocno przyzwyczaiły się do takiej comiesięcznej kroplówki gotówkowej, którą dostawały od Fed – mówi Mróz. – Być może rolę tej kroplówki przejmie EBC, który wpuści trochę dodatkowej gotówki w rynek finansowy, co może oznaczać, że kraje, takie jak Polska, w mniejszym stopniu odczują negatywne konsekwencje decyzji Fed.

Program skupu aktywów w Eurolandzie potrwa co najmniej dwa lata, jak zapowiada prezes EBC Mario Draghi. Fed wspomagał amerykańską gospodarkę przez prawie 5 lat.

Niskie stopy procentowe poprawią wyniki polskich firm. Zwiększą też atrakcyjność GPW

CEO Magazyn Polska

Oczekiwana przez większość ekonomistów seria obniżek stóp procentowych RPP oznaczać będzie więcej inwestorów na warszawskim parkiecie i lepsze wyniki notowanych na giełdzie firm. To zaś może przynieść polskiemu rynkowi dynamiczniejsze wzrosty, jednak dopiero w przyszłym roku.

Na razie przyzwoitymi wynikami mogą się pochwalić giełdowe banki, spółki przemysłowe czy odzieżowe. Słabo wypadają jednak firmy chemiczne oraz spożywcze.

– Myślę, że w najbliższych kwartałach te trendy nie powinny się zmienić, to znaczy liderzy nie powinni zawieść – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Rabiej, zarządzający funduszami Ipopema Asset Management. – Te spółki, które pokazywały dość wysokie dynamiki zysków, nadal powinny cieszyć inwestorów, którzy mają je w swoich portfelach. Z drugiej strony takie sektory, jak spożywczy czy chemiczny, w których ogólnie otoczenie jest bardzo słabe, nadal powinny słabo się zachowywać.

Wielkich zmian w najbliższym czasie nie należy oczekiwać. Jednak ta sama deflacja (w środę GUS podał dane o cenach towarów i usług we wrześniu, spadały one w ujęciu rocznym trzeci miesiąc z rzędu), która obecnie obniża np. zyski spółek spożywczych, z czasem może przynieść ożywienie całej giełdzie. Wiąże się bowiem z oczekiwanym obniżaniem stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej.

– To, co będzie wpływało na rynek akcji, to niewątpliwie koniunktura gospodarcza, która mimo okresowego spowolnienia w Polsce nie zapowiada się źle – uważa Michał Rabiej. – Ostatnio mieliśmy do czynienia z obniżkami stóp procentowych, co może w perspektywie 2-3 kwartałów przełożyć się pozytywnie na polską gospodarkę.

Lepsze wyniki spółek to jedno. Drugie to spadek zysków z lokat bankowych. Polacy bardzo chętnie zaczęli lokować pieniądze w bankach po krachu finansowym w 2007 roku, gdy ceny akcji na polskiej giełdzie zaczęły dramatycznie spadać. Po ustabilizowaniu sytuacji wielu dawnych inwestorów nie zdecydowało się na powrót na rynek. Oferta banków wydała im się bezpieczniejsza i całkiem atrakcyjna. Dziś jednak polskie depozyty oprocentowane są słabo. Wiele zaś wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej.

 Inwestorzy detaliczni, osoby posiadające depozyty czy lokaty w bankach, patrzą na stopy nominalne, które obecnie są bardzo niskie w porównaniu z tym, co było w ostatnich latach – podkreśla zarządzający funduszami Ipopema Asset Management. – 5-6 proc. na lokacie to był standard w ostatnim roku lub w trzech ostatnich latach. Natomiast teraz jest to już bliżej 2 proc.

Mimo że oprocentowanie polskich lokat nadal jest wyższe niż w innych krajach, a uzasadnia je deflacja, można oczekiwać, że oszczędzający zaczną wycofywać pieniądze z banków.

– Będzie zapewne taki próg bólu, przy którym część inwestorów detalicznych zdecyduje się na szukanie jakichś alternatyw – zapowiada Michał Rabiej z Ipopema Asset Management. – Spodziewamy się, że w 2015 roku taki przepływ  oczywiście nie jakiś masowy, ale jednak zauważalny – powinien mieć miejsce.

Rynek świeżych warzyw w Polsce jest wart rocznie 5,9 mld zł

Z danych Panelu Gospodarstw Domowych GfK wynika, że w okresie ostatnich 12 miesięcy polskie gospodarstwa domowe przeznaczyły na zakupy produktów z kategorii świeżych warzyw łączną kwotę 5,9 mld zł. Wartość ta wzrosła o 10,5 proc. w porównaniu do poprzedniego analogicznego okresu.

W ujęciu ilościowym w okresie od września 2013 roku do sierpnia 2014 roku polskie gospodarstwa domowe kupowały przede wszystkim ziemniaki (38,7 proc.), pomidory (15 proc.), a w dalszej kolejności cebulę (6,7 proc.) i ogórki (6,7 proc.). Również w ujęciu wartościowym produkty te zanotowały największy udział w zakupach całej kategorii – wyniósł on łącznie 55,8 proc.

W porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym, podkategorie ziemniaków, pomidorów oraz cebuli odnotowały wzrost w ujęciu wartościowym odpowiednio o: 23,4, 2,0 i 29,4 proc. Z kolei w ujęciu ilościowym udziały tych produktów zmieniły się odpowiednio o: 7,5, 0,1
i -1,0 proc.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, największy udział w zakupach świeżych warzyw w ujęciu wartościowym miał handel nowoczesny (53,8 proc.). Duże znaczenie miał również handel tradycyjny (43,1 proc.). Największe udziały w zakupach tej kategorii odnotowały dyskonty (24,1 proc. w ujęciu wartościowym oraz 18,7 proc. w ujęciu ilościowym).

Iwona Kuś, analityk kategorii w Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „Ze względu na fakt, że polskie gospodarstwa domowe kupowały świeże warzywa w różnych kanałach handlu, nie bez znaczenia pozostają sklepy wieloasortymentowe oraz uliczni sprzedawcy. Udziały wartościowe dla wspomnianych kanałów wyniosły odpowiednio 15,2 i 15,1 proc., natomiast w ujęciu ilościowym 16,4 proc. i 17,6 proc. Warty zauważenia jest wzrost ilościowy zakupów warzyw mniej popularnych takich jak jarmuż czy fenkuł”.

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Już ponad 3,3 mln klientów korzysta z bankowości mobilnej

Na koniec września liczba klientów bankowości mobilnej wynosiła już ponad 3,3 mln osób – wynika z danych zebranych przez PRNews.pl i Bankier.pl. Coraz więcej osób wybiera dostęp do konta z poziomu telefonu, niż przez Internet.

– Bankowość mobilna zyskuje coraz więcej zwolenników. Dziś już 3,3 mln osób aktywnie korzysta z tego kanału obsługi. To aż o 1,1 mln więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Zmieniają się też przyzwyczajenia klientów: dla coraz większej grupy bankowość mobilna staje się podstawowym kanałem kontaktu z bankiem – mówi Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Najwięcej użytkowników bankowości mobilnej ma mBank – 722 tys. Drugi pod względem liczby mobilnych klientów jest PKO BP (536 tys.), ale niewiele mniej osób korzysta z bankowości mobilnej w Banku Pekao SA (532 tys.).

Przedstawiciele banków zwracają uwagę, że klienci aktywnie korzystają z bankowości mobilnej. Najczęściej używanymi funkcjami aplikacji mobilnych jest sprawdzanie salda, wykonywanie przelewów oraz doładowania telefonów. W niektórych bankach w ten sposób można też zaciągnąć kredyt. Taka usługa cieszy się zainteresowaniem klientów – mBank w mobilnym procesie kredytowym sprzedaje obecnie ok. 15 proc. kredytów udzielanych „na klik”.

Z ostatniego raportu NetB@nk opublikowanego przez Związek Banków Polskich wynika, że w drugim kwartale 2014 roku liczba aktywnych użytkowników bankowości internetowej stopniała o blisko 500 tys. (3,88 proc. kw/kw). Na razie trudno stwierdzić, czy jest to jednorazowy spadek, czy początek nowego trendu. Nie można jednak wykluczyć, że to właśnie efekt migracji klientów z bankowości internetowej do mobilnej.

–  Rozwój technologii mobilnych powoli odzwyczaja nas od gotówki. Już ponad 40% Polaków posiada smartfony. Te małe, mieszczące się w kieszeni komputery, stają się alternatywą dla tradycyjnych portfeli. Wygoda i swobodny dostęp do konta w banku to już standard, ale minie jeszcze sporo czasu zanim pieniądz elektroniczny całkowicie wyprze papierowy. Nie zmienia to faktu, że rewolucja w naszym podejściu do finansów osobistych dzieje się właśnie teraz –  komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Deflacja po raz trzeci

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych spadły we wrześniu o 0,3% w ujęciu rocznym – poinformował dziś GUS. Oznacza to, że po raz trzeci z rzędu wskaźnik CPI przyjął ujemną wartość. Stan taki utrzymuje się nad Wisłą już od trzech miesięcy. W lipcu zanotowano spadek cen o 0,2%, a w sierpniu o 0,3% w ujęciu rocznym.

– Deflacja cenowa w Polsce jest zjawiskiem przejściowym i wynika z równoczesnego pojawienia się dwóch nadzwyczajnych zdarzeń: silnego spadku cen ropy i rosyjskiego embarga na europejską żywność. Po drugie, umiarkowana deflacja jest stanem naturalnym dla wolnorynkowej gospodarki i sama w sobie nie jest zjawiskiem negatywnym, jakim jest inflacja – czyli spadek siły nabywczej pieniądza – przekonuje Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W porównaniu do sierpnia ceny nie zmieniły się

Analitycy spodziewali się odczytów na poziomie -0,4 r/r i -0,1 m/m. Patrząc na poszczególne kategorie CPI, nasuwa się jeden wniosek: Polska osiągnęła postulowaną od jakichś 40 lat stabilność cen. W ujęciu miesięcznym ceny towarów i usług we wszystkich głównych kategoriach nie zmieniły się o więcej niż 1,1%. W ujęciu rocznym minimalna deflacja cenowa była efektem taniejącej żywności i paliw. Mocno – bo aż o 4% rdr – podrożała jedynie łączność.

– Spadek cen raczej powinien cieszyć konsumentów, którzy za mniejsze pieniądze mogą kupić więcej dóbr. To co w teorii jest dobre dla przeciętnego Kowalskiego nie musi mieć takiego charakteru dla całej gospodarki, opartej głównie o kredyt bankowy. Pamiętajmy też, że deflacja oznacza zmniejszone wpływy podatkowe do budżetu, a to sytuacja najmniej pożądana przez rząd. Firmy i banki wiedzą jak planować swoją działalność w warunkach inflacji, ale gdy występuje deflacja to w praktyce nie mają pojęcia co robić. Na razie odczuwalny spadek cen ma minimalny wpływ na finanse przeciętnego obywatela, ale kolosalny dla całej gospodarki. W tych warunkach ekonomicznych i panującej doktrynie deflacja jest postrzegana jako „większe zło” i należy spodziewać się reakcji RPP, która raczej obniży stopy procentowe – przekonuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Jeden wyjazd – wiele szkoleń

Większość firm zdaje sobie sprawę z tego, jak istotne jest aktualizowanie wiedzy i umiejętności pracowników. Problemem pozostają jednak kwestie organizacyjne – szkolenie oznacza nie tylko koszty, ale często także „odciąganie” pojedynczych pracowników od codziennych zadań. Jest jednak rozwiązanie, które pozwala ten problem ograniczyć.

Menedżerowie doskonale zdają sobie sprawę, jak źle wpływa na organizację pracy działu lub całego przedsiębiorstwa sytuacja, gdy pracownicy realizujący kluczowe projekty znikają na dzień lub dwa, na przykład ze względu na udział w szkoleniach.

Jednego dnia brakuje kilku osób z działu sprzedaży, innego dnia szkolą się menedżerowie działu produkcji, a zebranie kluczowych osób w jednym miejscu i czasie bywa wielokrotnie przekładane. Firmy szkoleniowe coraz częściej dostrzegają ten problem i próbują mu zaradzić. Jednym z rozwiązań może być organizowanie szkoleń bezpośrednio w przedsiębiorstwie klienta, innym – przygotowywanie szkoleń wyjazdowych dla pracowników różnych działów.

Szkolenie jak wycieczka

To drugie rozwiązanie wciąż jest w Polsce stosunkowo rzadko stosowane, choć dla pracodawcy oznacza zazwyczaj wiele korzyści jednocześnie. Polega ono na tym, że firma szkoleniowa organizuje całą serię zajęć w jednym miejscu, zazwyczaj atrakcyjnym dla uczestników. Dzięki temu, że kursy przeprowadzane są w tym samym czasie i dotyczą bardzo wielu różnych obszarów, firma może jednocześnie zgromadzić wszystkich pracowników, których chce przeszkolić.

To bardzo duże ułatwienie. Po pierwsze – wszyscy szkolący się pracownicy są nieobecni w firmie jednocześnie, a więc nie istnieje problem wymijania się osób lub działów kolejno korzystających ze szkoleń. Problem nieobecności nadal występuje, ale tylko raz na rok lub raz na pół roku. Po drugie – jedna lokalizacja to jeden koszt transportu. Wystarczy jeden większy samochód lub mały autokar, jeden kierowca i jedno lub dwa tankowania, by „obsłużyć” wyjazd dla wszystkich.

Nie należy też całkowicie lekceważyć efektu integracyjnego. Kryzys ekonomiczny w ostatnich latach spowodował, że polskie przedsiębiorstwa znacznie ograniczyły organizację imprez, które miałyby na celu wyłącznie zintegrowanie zespołu. W przypadku szkolenia wyjazdowego można ten efekt uzyskać niejako przy okazji poszerzania wiedzy pracowników i, co nie mniej ważne, bez dodatkowych kosztów.

W dzień nauka, wieczorem zabawa

Jednym z bardziej doświadczonych organizatorów szkoleń tego typu jest warszawski Effect Group.

– Dotychczas przeprowadziliśmy cztery edycje szkoleń w Sopocie. Czwartą edycję w Zakopanem zaplanowaliśmy na 8-9 grudnia. Do tego dochodzą jeszcze podobne szkolenia np. w Szklarskiej Porębie – mówi Jacek Zaborowski, wiceprezes spółki. – W przypadku Zakopanego, w jednym terminie zorganizujemy 21 szkoleń, które odbędą się w jednym hotelu, w tych samych godzinach. Uczestnicy będą mogli nie tylko poszerzyć swoją wiedzę, ale po zajęciach skorzystać z basenu, sauny, klubu fitness, czy też wyciągu narciarskiego. Dlatego wielu pracowników na pewno potraktuje taki wyjazd jako motywującą nagrodę za swoją pracę – dodaje.

Szkolenia obejmują szeroki zakres tematów, przez co podzielono je na sekcje: logistyka, produkcja, szkolenia interpersonalne, human resources, administracja i prawo. Poza ostatnią sekcję, w ramach której przewidziano tylko jedno szkolenie, w pozostałych do wyboru jest od dwóch do nawet ośmiu tematów. Omawiane będą tak różne kwestie jak m.in. sterowanie zapasami w przedsiębiorstwie, harmonogram i planowanie produkcji, a nawet zarządzanie stresem i kontrolowanie emocji.

– W jednym czasie firma może przeszkolić pracowników z różnych działów. Zdarza się, że na szkolenie wyjazdowe przyjeżdża kilkanaście osób z jednej firmy, z jednego lub kilku działów. Ale zdarza się także, że pracodawcy delegują na takie wyjazdy pojedyncze osoby. Sporadycznie ze szkoleń tego typu korzystają osoby prywatne, które postanowiły połączyć inwestycję w rozwój zawodowy z wypoczynkiem – mówi wiceprezes firmy szkoleniowej.

Dla każdego coś…

Pytanu o branżę, Jacek Zaborowski odpowiada, że nie ma tutaj jednej dominującej. Wśród klientów Effect Group są zarówno firmy produkcyjne, jak i banki. Ponieważ zajęcia mają charakter warsztatowy, w jednych zajęciach uczestniczyć może maksymalnie 14 osób.

Jak wynika z doświadczeń firmy, podczas każdego kolejnego szkolenia wyjazdowego frekwencja jest wyższa, a to sugeruje, że także w przyszłości popularność imprez wyjazdowych będzie rosła.

– Dzieje się tak z kilku powodów, ale ten integracyjny także ma znaczenie. Podczas każdego wyjazdu pierwszego dnia szkolenia organizujemy kolację, podczas której można swobodnie porozmawiać z trenerami przy smacznym jedzeniu i lampce winie. Takich atrakcji nie planujemy podczas regularnych szkoleń w Warszawie – podkreśla Jacek Zaborowski.

Problem ze składowiskami odpadów

W Polsce wciąż funkcjonuje kilkadziesiąt składowisk odpadów, które nie spełniają unijnych wymogów. Teoretycznie wszystkie powinny być już zamknięte i poddane rekultywacji. To jednak kosztowny proces, na który wielu gmin nie stać. Nie wszystkie są też przekonane, że składowiska rzeczywiście powinny zostać zamknięte. Sprawą zajmuje się NIK.

Obowiązkiem Polski jest wypełnienie dyrektywy składowiskowej. Chodzi o likwidację tych składowisk, które nie spełniają unijnych wymagań. Oblicza się, że w naszym kraju wciąż funkcjonuje ok. 30 takich miejsc. – Oficjalnie nie powinno ich już być – mówi dr Piotr Manczarski z Politechniki Warszawskiej. – Nie działa już zewnętrzny fundusz wspomagający ich likwidację. I mamy problem. Bo profesjonalne zamknięcie – a tylko takie pozwala uniknąć katastrofy ekologicznej – po prostu kosztuje.

Eksperci o składowiskach niespełniających unijnych wymagań

O kwestii wciąż niezamkniętych składowisk dyskutowali zaproszeni do NIK eksperci. Specjaliści podkreślają, że problem ma obecnie przede wszystkim charakter finansowy. – Do 2010 r. zmagaliśmy się z brakiem uregulowań prawnych umożliwiających przymusowe zamykanie składowisk. Teraz funkcjonują już odpowiednie przepisy, co nie znaczy, że łatwo je wyegzekwować – tłumaczy prof. Marek Górski z Uniwersytetu Szczecińskiego. I podaje przykład art. 136 ustawy o odpadach. Zobowiązuje on gminy do utworzenia spółek z o.o., które będą się zajmowały składowiskami. Taki model działalności sprawdza się, gdy spółka zarządza czynnym składowiskiem, czyli takim, które generuje przychody. Jednak powołanie spółki w przypadku zamykania składowiska oznacza, że nie będzie ona miała środków potrzebnych na likwidację i rekultywację. Zamykane składowisko przestaje zarabiać. Z kolei bez powołania takiej spółki gmina również nie wygeneruje potrzebnych pieniędzy. Prof. Górski oblicza, że w tej patowej sytuacji może znajdować się nawet kilkadziesiąt gmin w całym kraju.

– W takiej gminie jak nasza wszystko rozbija się o pieniądze – mówi jeden z wójtów obecnych na panelu ekspertów w NIK. – Jeśli nie otrzymamy pomocy, to nie zrealizujemy zadania. Gdy powstawało wysypisko nikt nie przewidywał, że tak szybko trzeba będzie je zamknąć z powodu zmiany przepisów. A było potrzebne, żeby śmieci nie lądowały w lasach i rowach.

– Mamy dziś za dużo składowisk – uważa dr Manczarski. – Powstawały jak grzyby po deszczu, bo każda gmina chciała je mieć. Tylko mało kto myślał, że trzeba je będzie kiedyś zamknąć, a to kosztuje. I teraz mamy problem.

Eksperci są zgodni, że to dobry moment na kontrolę NIK. A ta właśnie rusza. O jej wynikach Izba będzie informować Sejm i opinię publiczną wiosną przyszłego roku.

Komunikat ws. stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa we wrześniu 2014 r

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że:

1. W ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa we wrześniu 2014 r. dokonano następujących płatności w walutach obcych:
– kapitał – równowartość 991,8 mln EUR (4149,7 mln PLN),
– odsetki – równowartość 156,8 mln EUR (656,4 mln PLN).

2. Stan środków walutowych w dyspozycji Ministra Finansów na koniec września 2014 r. wyniósł łącznie 6 478,2 mln EUR (27 049,6 mln PLN).

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń-wrzesień 2014

W okresie styczeń – wrzesień 2014 r. oszacowano:

dochody budżetu państwa na kwotę

   209.262,6 mln zł,

wydatki budżetu państwa na kwotę

  231.635,1 mln zł,

deficyt budżetu państwa na kwotę

   22.372,5 mln zł.

Więcej informacji nt. szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

ECOFIN o unikaniu opodatkowania i pobudzeniu wzrostu gospodarczego w UE

Rozszerzenie zakresu automatycznej wymiany informacji w odniesieniu do pewnych kategorii dochodów podatników, które są ulokowane w innym państwie niż państwo pochodzenia – to jedno z postanowień spotkania Rady ECOFIN w Luksemburgu, w którym uczestniczył 14 października br. minister finansów Mateusz Szczurek. Zmiany te wzmocnią działania w zakresie zwalczania oszustw podatkowych i unikania opodatkowania, zwiększą również wydajność i skuteczność poboru podatków oraz zapewnią oszczędności dla administracji podatkowych i podmiotów gospodarczych.

Państwa członkowskie powinny wprowadzić nowe rozwiązania do końca 2015 r. Termin pierwszego przesyłania danych to wrzesień 2017 r.

Ministrowie rozmawiali również na temat wsparcia tych inwestycji w Europie, które mają kluczowe znaczenie dla promowania wzrostu i konkurencyjności. Z zadowoleniem przyjęli utworzenie specjalnej grupy roboczej mającej przygotować listę projektów inwestycyjnych zwiększających wzrost gospodarczy w UE, analizę barier dla ich dotychczasowego wdrożenia oraz przedstawienie możliwości rozwiązań. Wyniki prac grupy będą stanowić podstawę do decyzji ws. dalszych działań na rzecz promocji inwestycji pobudzających wzrost gospodarczy w Europie, która ma zostać podjęta w grudniu br.

Członkowie ECOFIN zapoznali się także z komunikatem Komisji Europejskiej ws. badań naukowych i innowacji, w którym podkreślono ich w nim znaczenie dla pobudzenia wzrostu gospodarczego. Komisja wskazała ponadto na reformy poprawiające jakość, efektywność i rezultaty wydatków publicznych na badania naukowe i innowacje, co jest szczególnie istotne z uwagi na realizowaną w państwach członkowskich konsolidację budżetową i ograniczone środki budżetowe.

W trakcie posiedzenia Rady ministrowie przedyskutowali ponadto propozycje dotyczące zmian w opodatkowaniu produktów energetycznych i elektryczności, które mają prowadzić do dostosowania tego opodatkowania do unijnych celów energetycznych i klimatycznych. Jak wynika z dyskusji, obecnie nie ma możliwości uzgodnienia nowych zasad opodatkowania energii z uwagi na rozbieżność stanowisk między państwami członkowskimi. Polska konsekwentnie sprzeciwia się włączeniu do opodatkowania produktów energetycznych i energii elementu CO2, podniesieniu stawek na paliwa opałowe, w szczególności węgiel i gaz ziemny, a także powiązaniu opodatkowania energii z Europejskim Systemem Handlu Emisjami (Emission Trading Scheme, ETS). W opinii Polski nowe zasady zaburzą konkurencyjność poszczególnych państw członkowskich i całej UE oraz osłabią proces tworzenia wspólnego rynku energii w UE.

W związku z posiedzeniem Rady ECOFIN odbyło się spotkanie z państwami EFTA (Islandia, Liechtenstein, Norwegia i Szwajcaria) nt. aktualnej sytuacji gospodarczej, nadzoru finansowego oraz zrównoważonego wzrostu gospodarczego i zatrudnienia.

Podpisano także wspólne oświadczenie państw członkowskich UE i Szwajcarii. Odwołuje się ono do standardów OECD i kryteriów UE dot. zwalczania i przeciwdziałania stosowaniu szkodliwych środków i praktyk podatkowych oraz ma służyć promowaniu zasad uczciwej konkurencji i równych szans w obszarze opodatkowania przedsiębiorstw.

Stabilizacja cen na niskim poziomie

0

Ceny we wrześniu spadły o 0,3 proc. licząc rok do roku, czyli o tyle samo, co w sierpniu br. – podał Główny Urząd Statystyczny.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Zgodnie z oczekiwaniami we wrześniu, trzeci miesiąc z rzędu, mamy do czynienia ze spadkiem cen towarów i usług konsumpcyjnych. Nie ma też niespodzianek jeśli chodzi o strukturę spadku cen. W największym stopniu do spadku cen przyczyniły się niższe ceny żywności (r/r o 3,3 proc.), paliw do prywatnych środków transportu (r/r o 4,7 proc.) oraz odzieży i obuwia (r/r także o 4,7 proc.). Wydaje się jednak, że we wrześniu mieliśmy do czynienia z wyhamowaniem tak wyraźnego w poprzednich miesiącach spadku cen ponieważ w stosunku do sierpnia ceny większości towarów i usług nieznacznie wzrosły (poza paliwami i rekreacją i kulturą, ale to akurat jest efektem końca sezonu urlopowego). Cena ropy brent na rynkach światowych spada od czerwca br. i nic nie wskazuje na to, aby wróciła do poziomów ponad 100$/bbl.

Co do cen żywności, to co prawda całkiem pokaźnie podrożały we wrześniu warzywa (m/m o 3,7 proc.), co oznacza że ich producenci radzą sobie z embargiem rosyjskim. Jednak warzywa to tylko niewielka cząstka koszyka żywnościowego. Ceny większości pozostałych produktów żywnościowych spadły. I tu także nie należy liczyć na istotny wzrost cen ze względu tak na tegoroczny urodzaj, jak i oczywiście embargo rosyjskie na produkty żywnościowe.

Jednak zaobserwowana we wrześniu stabilizacja poziomu cen, jeśli utrzyma się w kolejnych miesiącach, powinna wesprzeć decyzje prorozwojowe przedsiębiorstw, w tym ich decyzje inwestycyjne. Nie zmienia to faktu, że wzrost gospodarczy w drugiej połowie bieżącego roku będzie zdecydowanie słabszy niż w pierwszej.

Inflacja zdecydowanie niższa od celu inflacyjnego i wolniejszy wzrost gospodarczy w 2014 r. otwierają przed Radą Polityki Pieniężnej pole do kolejnej obniżki stóp procentowych. Jednak aby mogła ona być skuteczna, powinna nastąpić jak najszybciej i w skali podobnej jak w październiku.

Konfederacja Lewiatan

 

Na GPW zadebiutuje kolejna spółka chińska. Fenghua SoleTech chce pozyskać pieniądze na rozbudowę fabryki

CEO Magazyn Polska

6 listopada na giełdach w Warszawie i we Frankfurcie zadebiutuje chińska spółka obuwnicza Fenghua SoleTech. Z emisji chce pozyskać od 10,4 do 12,7 mln euro, które zamierza przeznaczyć na rozbudowę swej fabryki w Jinjiang.

Fenghua SoleTech specjalizuje się w produkcji podeszew do butów sportowych i codziennych dla światowych marek obuwniczych. Wytwarza ich 40 mln rocznie. Jej fabryka w Jinjiang zatrudnia 1,8 tys. osób. Pieniądze od europejskich inwestorów spółka zmierza przeznaczyć na rozwój.

– Chcemy przede wszystkim przeznaczyć je na rozbudowę naszych powierzchni produkcyjnych i zwiększenie mocy produkcyjnych, bo mamy dobre perspektywy i chcemy się rozwijać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Weijie Lin, dyrektor generalny Fenghua SoleTech AG.

Dzięki środkom z trwającej właśnie emisji spółka zamierza powiększyć zakład z obecnych 1,6 tys. do 3 tys. mkw. oraz zainstalować dodatkowe linie produkcyjne. Pozwoli to zwiększyć zdolności produkcyjne z 48 mln do 80 mln par podeszew rocznie. Część pieniędzy z emisji Fenghua przeznaczy również na rozwój nowych produktów.

Fenghua SoleTech podaje, że jej przychody w I półroczu wyniosły 42,5 mln euro. Było to o 13,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Zysk netto spółki wzrósł w tym czasie o 21,5 proc., sięgając 9,5 mln euro.

– Spółka Fenghua jest spółką zyskowną i większość swoich inwestycji finansuje operacyjnym cashflow – mówi Jarosław Dąbrowski, prezes DF Capital, domu maklerskiego pełniącego funkcję oferującego. – Nowa oferta publiczna spółki zarówno w Warszawie, jak i we Frankfurcie, czyli tzw. dual listing, ma na celu wyeksponowanie spółki na europejskie rynki kapitałowe. Dlatego że spółka pośrednio pracuje dla dużych producentów obuwia sportowego, outdoorowego, takich jak Fila, Diadora czy Geox.

– Jest to spółka, która zajmuje miejsce w czołowej trójce producentów najważniejszego elementu w obuwiu sportowym, czyli podeszwy – podkreśla Jarosław Dąbrowski. – Ci, którzy biegają, wiedzą, że to jest kluczowe do tego, by ocenić, czy to jest dobry, czy zły but. Fenghua jest w stanie technologicznie, jakościowo oraz cenowo wytrzymywać konkurencję i być na drugim miejscu w Chinach.

Rozwój, na jaki ma nadzieję chińska spółka dzięki debiutowi w Warszawie i we Frankfurcie, pozwoli umocnić jej pozycję rynkową. Dla polskich inwestorów ten debiut to szansa na to, by mieć w portfelu przedsiębiorstwo z regionu o niezwykle dynamicznym rozwoju gospodarczym. Dla polskiej giełdy – nadzieja na to, że nasz parkiet docenią kolejne firmy z Azji.

– Wiem, że jest to silna giełda, silny rynek w rejonie i wiążemy duże nadzieje z naszą obecnością właśnie tutaj, w strefie wpływów tego rejonu – mówi Weijie Lin. – Śledząc sytuację na rynkach europejskich, wiem, że Polska w ciągu ostatnich lat bardzo dobrze rozwija się gospodarczo. Jest to rzeczywiście ważny argument przemawiający za tym, żeby się znaleźć na giełdzie warszawskiej.

Już za rok możliwy pilotażowy elektroniczny pobór opłat na autostradach

CEO Magazyn Polska

W przyszłe wakacje możliwe jest wdrożenie pilotażowego elektronicznego systemu poboru opłat na polskich autostradach. Pomimo zmiany na stanowisku ministra infrastruktury i rozwoju zamiar odejścia od przestarzałego, manualnego systemu poboru opłat wciąż jest aktualny. Pierwszym krokiem mogłaby być likwidacja nieczynnych jeszcze placów poborów opłat.

‒ Place poboru opłat powinny zostać rozebrane, a tereny po nich przeznaczone pod budowę stacji benzynowych i miejsca obsługi pasażerów. To powinien być pierwszy krok, który od razu poprawi korzystanie z autostrad, ponieważ dzisiaj, kiedy tylko jest trochę gorsza pogoda, korki w tych miejscach robią się same. Tak jest przy przejeździe przez Pruszków, gdzie nawet nie ma szlabanów, są tam jednak zwężenia pod przyszłe szlabany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Król, doradca społeczny Prezydenta RP.

Rezygnacja z manualnego poboru opłat na polskich autostradach to decyzja poprzedniej minister infrastruktury i rozwoju Elżbiety Bieńkowskiej. Wciąż nie wiadomo, jaki dokładnie kształt będzie miał nowy system, najprawdopodobniej będzie to jednak rozwiązanie elektroniczne, a nie winiety. Taką rekomendację wydała Bieńkowska we wrześniu.

Król uważa, że nowa szefowa MIR-u Maria Wasiak, choć do tej pory związana z kolejnictwem, jest wybitnym ekspertem od transportu i będzie kontynuować zmianę sposobu poboru opłat zapoczątkowaną przez poprzedniczkę. Nowy system może wejść w życie w 2016 r., ale już w przyszłym roku, jak ocenia Król, możliwy jest pilotaż na koncesyjnej autostradzie A1. To najbardziej ruchliwa latem autostrada, a z uwagi na jej wydłużenie w kierunku południowym potoki pasażerskie będą coraz większe.

‒ To, że Polska stosuje jeszcze archaiczny system szlabanów i budek, w których pobiera się opłaty gotówką, przede wszystkim stawia pod znakiem zapytania sensowność budowy autostrad. Zbudowaliśmy autostradę po to, żeby stać w korkach przy szlabanach – to jest absurd. Czasami są udzielane rady, żeby w sezonie większego ruchu omijać autostrady. Czyli co? Budować obwodnice dla autostrad to jest rzecz śmieszna – argumentuje Król.

Dodaje, że system elektroniczny to rozwiązanie problemów. Już teraz działa on dla samochodów ciężarowych (o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony) i sprawdza się bardzo dobrze, mając niemal 100-proc. skuteczność. System Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad obowiązuje zresztą nie tylko na autostradach, lecz także drogach ekspresowych i niektórych drogach krajowych.

Ponieważ samochody ciężarowe to ok. jednej trzeciej całego ruchu, włączenie aut osobowych w system e-myta na autostradach nie powinno być wyzwaniem z technicznego punktu widzenia.

Król ocenia, że w pierwszym etapie MIR powinien zaniechać uruchomienia manualnych punktów poboru opłat tam, gdzie przygotowane są już place. Szczególnie duży ruch jest w Pruszkowie, gdzie w przyszłości mają być pobierane opłaty za przejazd A2 na odcinku Łódź–Warszawa. Król przewiduje, że rezygnacja z budowy szlabanów i zastąpienie ich e-mytem pozwoli zmniejszyć korki. Drugim etapem musi być włączenie do systemu autostrad koncesyjnych, czyli fragmentów A1, A2 i A4.

‒ Nonsensem jest, żeby koncesjonariusze ponosili koszty manualnego poboru, kiedy pieniędzy będą dostawali za przejazdy tyle samo po wdrożeniu systemu elektronicznego. I wreszcie ostatnia rzecz to jest kwestia przygotowania do całkowitego wyłączenia szlabanów – podkreśla Król.

Dodaje, że wśród możliwych rozwiązań technicznych jest wideoweryfikacja numerów rejestracyjnych lub korzystanie z urządzeń nadawczo-odbiorczych, podobnych do tych, jakie wykorzystuje obecny elektroniczny system Generalnej Dyrekcji.

M.Zaleska (NBP): niskie stopy procentowe obniżają zyski banków, ale wyniki sektora są i będą dobre

CEO Magazyn Polska

Pod koniec października opublikowane zostaną wyniki europejskich stress-testów. Bierze w nich udział także 15 polskich banków. Zdaniem Małgorzaty Zaleskiej z NBP polski system bankowy jest bezpieczny, a wyniki banków są i pozostaną dobre pomimo niskich stóp procentowych.

W pierwszym półroczu 2014 r. wyniki banków okazały się o 6,3 proc. lepsze niż rok temu. Na czysto banki zarobiły 8 mld 739 mln zł. W samym II kwartale było to 4 mld 760 mln – to wynik najlepszy w historii.

– Jednocześnie polski sektor bankowy na tle innych sektorów bankowych jest wypłacalny, jest płynny. O dobrej kondycji polskiego sektora bankowego świadczą ratingi poszczególnych banków, aczkolwiek trzeba pamiętać o tym, że często ograniczone przez rating chociażby kraju – mówi Zaleska.

Najlepszy w historii okazał się też wynik odsetkowy banków w pierwszym półroczu. Po wyhamowaniu akcji kredytowej pod koniec ubiegłego roku – w pierwszych dwóch kwartałach wartość kredytów zwiększyła się o 38 mld zł. Rosną nie tylko wartości kredytów dla gospodarstw domowych, lecz także dla przedsiębiorców. Popyt na kredyty jest duży między innymi ze względu na niskie stopy procentowe oraz poprawiającą się sytuację w gospodarce.

– Z punktu widzenia przedsiębiorstw bardzo istotne jest to, jak przedsiębiorstwa oceniają sytuację gospodarczą i czy wykazują chęć do inwestycji. Inaczej jest z punktu widzenia chociażby kredytów mieszkaniowych, gdzie cena tego kredytu jest bardzo istotna – zauważa ekspertka.

Na wynik sektora wpływ mają przeprowadzone w ostatnim czasie fuzje banków, ale nie są one zagrożeniem dla sytuacji w skali kraju – ocenia Zaleska.

– Dobrze byłoby, gdyby polski sektor bankowy był wciąż zdywersyfikowany, dlatego że doświadczenia ostatniego kryzysu pokazały, że bardzo duże banki, a takich w Polsce jeszcze nie ma, mogą stanowić zagrożenie dla stabilności poszczególnych sektorów, kiedy ich aktywa są większe niż PKB kraju, w którym funkcjonują – mówi ekspertka. – Natomiast ruchy konsolidacyjne mogą wynikać z sytuacji banków matek. To dotychczas obserwowaliśmy w polskim sektorze bankowym, kiedy to poszczególne fuzje wynikały z pewnych decyzji, które zapadały poza granicami kraju.

Polscy pracodawcy w nowej sytuacji. Muszą walczyć o pracowników

CEO Magazyn Polska

Zatrudnienie w Polsce powoli, ale systematycznie rośnie. We wrześniu, jak podał resort pracy, stopa bezrobocia obniżyła się do 11,5 proc. i według przewidywań będzie dalej spadać, choć już wolniej. To, jak się okazuje, sytuacja, w której polscy pracodawcy muszą zacząć zabiegać o pracowników.

Tak radykalna zmiana na polskim rynku pracy związana jest z nie najgorszą kondycją całej naszej gospodarki. Mimo że w innych państwach Unii Europejskiej nastroje nie są najlepsze, a tempo rozwoju polskiej gospodarki nieco spowolniło, to firmy w Polsce wciąż zatrudniają nowych pracowników, a bezrobotnych szukających pracy jest coraz mniej.

– Dlatego nie martwiłbym się za bardzo tym, że Wielka Brytania chce ograniczyć napływ Polaków, bo nowi pracownicy są potrzebni tu, w kraju – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. – Coraz więcej firm w Polsce zgłasza problemy ze znalezieniem nowych pracowników i to już nie tylko wykwalifikowanych wąsko, wyspecjalizowanych pracowników, lecz także tych, którzy nie mają jakichś specjalnych kwalifikacji.

Statystycznie stopa bezrobocia wciąż jest w Polsce wysoka. Ludzi chętnych do pracy znaleźć jest jednak coraz trudniej, bo nie wszyscy bezrobotni poszukują pracy i nie wszyscy mają odpowiednie wykształceniem i doświadczeniem.

 Z racji tego, że bezrobocie wciąż spada i sytuacja na rynku pracy się poprawia, teraz powinno nam zależeć na tym, żeby zatrzymać młodych ludzi na rynku krajowym uważa ekonomista BZ WBK.

Na polskim rynku systematycznie pojawiają się oferty dużych firm rozpoczynających rekrutację pracowników do nowych fabryk, centrów logistycznych, outsourcingowych czy magazynów.

Do niedawna na pewno było tak, że w tych sektorach tradycyjnie związanych z eksportem było największe zapotrzebowanie na nową siłę roboczą podkreśla Piotr Bielski. – Rzeczywiście początek roku to był okres wyraźnego ożywienia w eksporcie, handlu zagranicznym i właśnie w tych branżach najszybciej zaczynało brakować rąk do pracy.

W rezultacie niektórzy polscy pracodawcy już muszą się mierzyć z sytuacją dla nich nietypową, gdy zamiast przebierać w ofertach wielu chętnych do pracy, sami muszą zacząć zabiegać o pracowników. Są branże, gdzie brak rąk do pracy zaczyna być przeszkodą w skutecznym prowadzeniu działalności. Rekrutacja nie przynosi rezultatów, a zainteresowanie ofertami pracy jest poniżej potrzeb firmy.

– Między innymi w sektorze produkcji mebli, gdzie większa część produkcji trafia na eksport, widać było, że jest zapotrzebowanie na pracowników i że ich brak rzeczywiście zaczyna być problem hamującym dalszy rozwój tego sektora – ocenia Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

Intermarché: deflacja pogarsza wyniki sieci handlowych, Intermarché rośnie mimo trudnego otoczenia

0

CEO Magazyn Polska

Sieć ponad 200 supermarketów Intermarché w I półroczu zwiększyła swój udział w rynku do 16,6 proc., co oznacza wzrost o 0,8 pkt proc. Obroty, jakie sklepy Intermarché osiągnęły w tym czasie w Polsce, wzrosły o ponad 10,9 proc.

Zadowolenie z wyniku jest tym większe, że nie był to korzystny czas dla handlu w Polsce. Sprzedaż detaliczna wprawdzie rosła, ale raczej wolno.

– Rynek w pierwszym półroczu notuje spadki obrotów – podkreśla Krzysztof Waligórski, prezes dyrekcji handlowej sieci Intermarché. – Konkurenci, którzy są notowani na giełdzie jako spółki akcyjne, musieli opublikować wyniki. Widzimy, że nie są one korzystne, spółki notują regresję obrotów, również Ci najwięksi gracze.

W I półroczu sporządzany przez GUS wskaźnik koniunktury w handlu detalicznym był na lekkim plusie. Przewaga optymistów była jednak niewielka. Przyczyn było kilka.

– Na pewno sytuacja na rynku, spadające ceny, które w efekcie spowodowały deflację w maju, czerwcu, lipcu i sierpniu – ocenia prezes dyrekcji handlowej Intermarché. – Niekorzystnie wpływa też sytuacja za wschodnią granicą, która nie napawa konsumentów optymizmem. Co za tym idzie nastroje konsumenckie pogarszają się w porównaniu z ubiegłym rokiem. Jeżeli chodzi o drugą połowę roku, to myślę, że w dalszym ciągu tendencja, która miała miejsce w roku ubiegłym, może się utrzymywać.

Sieć supermarketów odczuła skutki tego trendu w miesiącach letnich. O ile po I półroczu wzrost obrotów rok do roku wyniósł 10,9 proc., to po ośmiu miesiącach już tylko 5,76 proc. W ocenie przedstawicieli sieci Intermaché wymienione wyżej czynniki bardziej szkodzą jednak konkurencji.

– Jeżeli chodzi o naszą sieć, to już widzimy, że tendencja z pierwszego roku, czyli progresja obrotów, jest zachowana, co świadczy o tym, że konsument pozytywnie odbiera nasze działania, naszą strategię, naszą politykę handlową i dlatego mimo tak trudnego rynku, o którym wspominałem, nie mamy regresji obrotów – podsumowuje Krzysztof Waligórski.

(Nie)pewne inwestycje – wyrok sądu

0

Konsument na rynku finansowym nie może być wprowadzany w błąd, a produkt inwestycyjny obarczony ryzykiem nie powinien być oferowany jako pewny i bezpieczny. Przedsiębiorca ma obowiązek w jasny i jednoznaczny sposób sformułować informację, na czym polega inwestycja i w jaki sposób zabezpieczone są ulokowane przez konsumenta środki – przypomniał  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Przedsiębiorcy, którzy oferują konsumentom produkty inwestycyjne nie mogą ograniczać się tylko do przedstawiania im możliwych korzyści. Konsumenci muszą wiedzieć też o istniejącym ryzyku, przeznaczeniu inwestowanych środków i ich zabezpieczeniu.  W jasny, dokładny i jednoznaczny sposób należy określić rodzaj umowy, która ma być zawarta, a także wszystkie prawa i obowiązki stron, które z niej wynikają. Tymczasem z praktyki UOKiK wynika, że przedsiębiorcy nie zawsze wywiązują się z tych obowiązków. Od 2012 roku niezgodne z prawem praktyki przedsiębiorców z branży finansowej zostały zakwestionowane przez UOKiK w ponad 170 decyzjach.

Przykładem działań UOKiK jest decyzja z grudnia 2012 roku w sprawie spółki Socket Resources ze Szwajcarii oferującej konsumentom produkt inwestycyjny pod nazwą Perfect Trade. Spółka znajduje się na liście ostrzeżeń publicznych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego. UOKiK stwierdził, że przedsiębiorca wprowadzał konsumentów w błąd, oferując swój produkt jako źródło pewnego, gwarantowanego zysku. Jednocześnie, ani w materiałach reklamowych, ani w umowach zawieranych z konsumentami spółka nie informowała, w co klient inwestuje, jakie ponosi ryzyko i w jaki sposób zabezpieczone są ulokowane pieniądze. Materiały reklamowe spółki sugerowały jedynie, że źródłem korzyści jest złoto i korzystne transakcje na bliżej nieokreślonym rynku. Działania tego rodzaju są uznawane za niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.  Przedsiębiorca odwołał się od decyzji do sądu, ten jednak wyrokiem z 25 września potwierdził rozstrzygnięcie UOKiK i oddalił odwołanie w całości.

Sąd wskazał, że Prezes Urzędu prawidłowo ocenił działanie Spółki jako bezprawne. Utrzymał też nałożoną na przedsiębiorcę karę w wysokości 91 021 zł. Wyrok jest nieprawomocny, przedsiębiorcy przysługuje apelacja.

Inwestorzy liczą, że w 2015 roku Fed podniesie stopy w USA, ale prawdopodobnie nie nastąpi to przed III kwartałem. Dolar drożeje już od kilku miesięcy

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy na całym świecie oczekują na podwyżkę stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną. Mimo że nikt nie liczy na jakiekolwiek zmiany w tym roku, dolar już od lata systematycznie wzmacnia się w stosunku do euro. Słabnie też złoty.

W czerwcu za jedno euro trzeba było zapłacić 1,36 dolara, dziś – o 10 centów mniej.

– Amerykański dolar umacnia się praktycznie już od 4 miesięcy – podkreśla w rozmowie z Newseria Inwestor Andrzej Stefaniak, dealer walutowy DMK.  – Jest to dyskontowanie zakończenia programu luzowania i stymulacji w Stanach Zjednoczonych. Dodatkowo nakłada się na to prawdopodobne rozpoczęcie luzowania w Europie i Europejskim Banku Centralnym.

Bardzo niskie stopy procentowe na poziomie 0-0,25 proc. Fed wprowadził w grudniu 2008 roku. Ich celem było ożywienie amerykańskiej gospodarki po kryzysie bankowym z 2007 roku.

Na chwilę obecną rynek już wycenia pierwszą podwyżkę na lipiec 2015 roku, ale widać na przestrzeni ostatnich tygodni, że ta perspektywa się troszeczkę oddala w czasie – ocenia Andrzej Stefaniak. – Można się spodziewać, że to będzie mniej więcej III kw. przyszłego roku, ale jest to cały czas płynne i zależy od danych makroekonomicznych, które będą spływały głównie z rynku pracy.

W III kwartale 2015 roku FOMC ma zaplanowane dwa posiedzenia: 28-29 czerwca i 16-17 września, przy czym to drugie połączone będzie z publikacją prognoz i konferencją prasową szefowej Fed.

Dane makroekonomiczne, którymi bank centralny ma się kierować, nie są jednoznaczne. Wprawdzie bezrobocie w USA spadło we wrześniu z 6,1 proc. do 5,9 proc, zaś amerykańskie PKB w I kwartale wzrosło o imponujące 4,6 proc. Z drugiej strony zagrożony jest amerykański eksport. W ocenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku (FOMC) zagraża mu z jednej strony coraz mocniejszy dolar, a z drugiej słabe wyniki osiągane przez inne kraje świata. Oznacza to, że dotychczasowi odbiorcy nie będą w tej sytuacji skłonni kupować drożejących towarów z USA.

Na rynku walutowym jednak sama nadzieja podwyżki stóp w USA zwiększa inwestycje w dolara. Nawet jeżeli nie wiadomo, kiedy ta pierwsza podwyżka nastąpi i czy będzie delikatna.

Delikatna tak, natomiast jest to początek cyklu podwyżek stóp procentowych i to jest niezwykle ważne dla wszystkich graczy na rynku – uważa dealer walutowy DMK. – Oznacza, że rozpoczyna się cały cykl, który sprawi, że dolar amerykański stanie się coraz bardziej atrakcyjną walutą ze względu na to, że będzie wypłacał odsetki.

Rosnąca wartość dolara, związana z nadzieja na wyższe stopy w USA osłabia inne waluty. Nie tylko euro taniejące w związku z rozpoczęciem obniżek przez Europejski Bank Centralny, ale też np. naszego złotego.

– Widać to bardzo wyraźnie na wykresach, że odkąd amerykański dolar zaczął się umacniać, to wszystkie waluty krajów rozwijających się, w tym także złoty, zaczynają tracić na wartości i prawdopodobnie ten trend będzie kontynuowany – mówi Andrzej Stefaniak. – To oznacza, że perspektywy dla złotego nie są zbyt korzystne, czyli wszyscy ci, którzy mają kredyty walutowe, powinni się troszeczkę obawiać.

Z drugiej strony tak jak mocny dolar zagraża amerykańskiemu eksportowi, tak słaby złoty może poprawić polski bilans w handlu zagranicznym.