Haitong Bank: Na „zakazanych” niedzielach najbardziej zyskują punkty usługowe, sklepy internetowe oraz dyskonty

Analitycy Haitong Bank przeprowadzili coroczną analizę kondycji polskiego sektora detalicznego. Nastroje na tym rynku są nieco mniej optymistyczne niż rok temu, głównie z powodu niepewności związanej z konsekwencjami wprowadzonego zakazu handlu w niedzielę. Jednak większość uczestników rynku oczekuje, że zakaz będzie miał ograniczony wpływ na ogólny wzrost sektora. Powinien jednak doprowadzić do pewnych przetasowań w strukturze rynku, ponieważ handel internetowy, punkty usługowe i małe sklepy prawdopodobnie odbiorą kawałek tortu dużym super- i hipermarketom. Według szacunków Haitong Bank w tym roku zakaz handlu w niedzielę spowoduje przyspieszenie penetracji e-commerce w Polsce o 0,5 proc., w 2019 r. o 0,9 proc., a począwszy od 2020 r. nawet o 1,2 proc.

Przedstawiciele sektora detalicznego w Polsce nieco mniej optymistycznie oceniają koniunkturę na rynku niż 12 miesięcy temu. Minął wówczas rok od wprowadzenia Programu 500+ i wciąż była nadzieja, że rząd nie zdecyduje się na wprowadzenie zakazu handlu w niedziele. Uczestnicy rynku uważają jednak, że sytuacja makroekonomiczna jest dosyć korzystna. Rekordowo niskie bezrobocie oraz dynamiczny wzrost płac sprawiają, że nastroje konsumentów są najlepsze od dekad i korzystnie wpływają na dalszy wzrost sprzedaży detalicznej. Wzrost cen żywności nieco spowolnił po osiągnieciu niezwykle wysokiego poziomu w drugiej połowie ubiegłego roku. Z kolei sprzedaż detaliczna żywności pozostaje na ścieżce ciągłego wzrostu, który w czerwcu sięgnął około 3,1 proc.

– Wzrost płac, który rok temu był jednym z głównych obaw branży handlowej, nadal sprawia, że bardzo trudno jest pozyskać i utrzymać pracowników. A spowolnienia go raczej nie należy się spodziewać w kolejnych kwartałach – mówi Krzysztof Kawa, Analityk, Haitong Bank. – W 2016 i 2017 r. branża boleśnie odczuwała wyższy niż średni krajowy wzrost płac, który wpływa bezpośrednio na koszty operacyjne oraz decyduje o poziomie przychodów i dochodów pozostających do dyspozycji firm. Jednak w pierwszej połowie bieżącego roku średni wzrost płac w handlu ponownie się zrównał z poziomem ogólnokrajowym (7,0 proc.), co powinno pomóc spółkom detalicznym w pozyskiwaniu nowych pracowników i zarządzaniu obecnymi – dodaje.

Wolniejsze tempo ekspansji powierzchni handlowej w dyskontach i supermarketach
Dla niektórych uczestników rynku pozytywnym akcentem jest fakt, że ekspansja przestrzeni sklepowej jest stosunkowo ograniczona, biorąc pod uwagę skalę popytu. Analiza Haitong Bank dotycząca ewolucji powierzchni sprzedażowej wiodących dyskontów (Biedronka, Lidl, Netto i Aldi) oraz hipermarketów (Tesco, Auchan, Carrefour i Kaufland) potwierdza ten trend. Według szacunków analityków ekspansja w latach 2016-2017 wynosiła średnio zaledwie 2,3 proc. (1,5 proc. nie licząc Biedronki), podczas gdy w latach 2010-2015 było to 6,4 proc. (3,9 proc. nie licząc Biedronki). W ubiegłym roku te sieci odpowiadały za 41 proc. sprzedaży spożywczej, a z uwzględnieniem tylko nowoczesnych formatów udział ten sięga niemal 70 proc.

Tradycyjne i specjalistyczne sklepy wciąż stanowią około 40 proc. rynku spożywczego w Polsce. Jednak analitycy uważają, że ich powierzchnia sprzedażowa się kurczy na rzecz nowoczesnych sklepów i w związku z tym, ogólny wzrost powierzchni sprzedażowej powinien być niższy niż w przypadku wiodących dyskontów i hipermarketów. – To pozytywny znak dla branży, ponieważ zwiększenie sprzedaży w sklepach już otwartych zazwyczaj przynosi wyższe zwroty niż dodawanie nowej powierzchni. Wszystkie sieci dyskontów i niektórzy operatorzy hipermarketów uruchamiają nowe formaty sklepowe i modernizują programy w celu poprawy swojej oferty handlowej. W związku z tym ogólne wydatki kapitałowe wiodących sieci powinny utrzymać się na dosyć wysokim poziomie – mówi Krzysztof Kawa.

Boom na promocje

Niektórzy gracze rynkowi wskazują na intensywny wzrost akcji promocyjnych od czasu wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę. Liderami rywalizacji promocyjnej są Biedronka i Lidl, które uruchomiły wiele kampanii, próbując przechwycić jak najwięcej ze sprzedaży utraconej w „zakazane” niedziele. Według danych Kantar suma wydatków reklamowych pięciu graczy o największym budżecie (Lidl, Biedronka, Kaufland, Carrefour i Tesco) wzrosły w pierwszym kwartale o 20 proc. r/r, podczas gdy sprzedaż detaliczna wzrosła w tym okresie o 9 proc. Co wskazuje na zaostrzenie walki konkurencyjnej.

Z drugiej strony analiza ewolucji luki pomiędzy zmianą cen towarów i usług (CPI) w sektorze spożywczym, a zmianą cen produkcji (PPI) żywności wskazuje na złagodzenie aktywności konkurencyjnej w porównaniu z rokiem 2017. Analitycy szacują wzrost cen żywności w czerwcu na poziomie 3,0 proc. oraz przewidują spowolnienia we wzroście cen produkcji żywności. To powinno pozwolić sieciom spożywczym nadal korzystać z niewielkiego wzrostu marż brutto z uwagi na opóźnienia w przeniesieniu niższych kosztów produkcji na ceny sprzedaży. Zdaniem analityków, nie byłoby to możliwe, gdyby konkurencja była ostrzejsza.

Sklepy internetowe zyskają na zakazie handlu w niedzielę

W ubiegłym roku udział e-commerce w polskim rynku spożywczym sięgnął 0,9 proc., znacznie poniżej średniej Europy Zachodniej, która według danych Kantar wynosi 5,6 proc. Najbardziej popularną platformę online prowadzi Carrefour, a rynek jest zdominowany przez graczy omnichannel z hipermarketowymi korzeniami. Wyjątkami są Piotr i Paweł oraz specjalistyczne platformy frisco.pl i bdsklep.pl. – Dyskonty nie weszły jeszcze na ten rynek. Zakaz handlu w niedzielę może z powodzeniem przyspieszyć penetrację e-commerce w Polsce, w tym w segmencie dóbr szybko zbywalnych, ponieważ część konsumentów może zdecydować się na przeniesienie swoich niedzielnych zakupów z tradycyjnych sklepów do sieci. Szacujemy, że sam zakaz handlu może zwiększyć udział rynkowy e-commerce w Polsce w latach 2018-2020 odpowiednio o 0,5, 0,9 i 1,2 proc. – zaznacza Krzysztof Kawa.

Niepewność wokół kwestii prawnych

Jeżeli chodzi o kwestie prawne, najważniejszym tematem pozostaje niedawno wprowadzony zakaz handlu w niedzielę, który znacząco zmienia codzienną działalność firm. Natomiast pełne konsekwencje dla sprzedaży i kosztów pozostają niepewne. Filipe Rosa, Szef Działu Analiz, Analityk sektora detalicznego Haitong Bank w Portugalii, zauważa, że większość uczestników polskiego rynku nie oczekuje, by wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę miało istotny wpływ na ogólny wzrost rynku, ale uważają, że będą w tym zwycięzcy i przegrani. Niektórzy z nich uważają, że najbardziej poszkodowane będą super- i hipermarkety z powodu ich ponadprzeciętnego udziału w niedzielnym handlu. Wśród zwycięzców większość uczestników rynku wskazuje na punkty usługowe i sklepy internetowe – które zgodnie z prawem mogą być otwarte w niedzielę – oraz dyskonty, które dzięki swojej skali i rentowności przejmą nieproporcjonalnie duży udział sprzedaży przeniesionej z niedzieli na inne dni tygodnia.

Nie ma zgody co do tego, jakie będą konsekwencje dla tradycyjnego handlu. Niektórzy obserwatorzy uważają, że część tradycyjnych sklepów nie zdecyduje się na otwieranie w niedzielę, a nawet, że mogą one paść ofiarą intensywnych działań promocyjnych podejmowanych przez dyskonty. Inni spodziewają się, że tradycyjne sklepy będą się starały wykorzystać przewagę, jaką daje im prawo do handlowania w niedzielę i w związku z tym będą w stanie odzyskać część sprzedaży utraconej na rzecz nowoczesnych formatów handlowych. Z kolei wiodące sieci dyskontów – sklepy których i tak są bardzo zatłoczone – mogą mieć problemy z obsługą wzmożonego ruchu w piątkowe i sobotnie godziny szczytu. To może skutkować pewną frustracją klientów i spowodować transfer części z nich do innych sąsiadujących placówek.

Również podatek od handlu pozostaje kwestią otwartą. Polski rząd nadal czeka na wynik apelacji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wobec decyzji Komisji Europejskiej, która nakazała zawieszenie podatku w trzy tygodnie po jego wprowadzeniu we wrześniu 2016 r. Analitycy Haitong Bank spodziewają się, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości potwierdzi decyzję podjętą przez Komisję, w związku z czym polski rząd może nie mieć alternatywy i porzuci progresywny model podatku na rzecz opłaty zryczałtowanej.

Konsolidacja powinna trwać

W branży handlowej panuje powszechna zgoda, co do tego, że konsolidacja utrzyma się w sektorze spożywczym, który wciąż jest bardzo rozdrobniony. Filipe Rosa zwraca uwagę, że skala staje się coraz ważniejsza, biorąc pod uwagę, że trzech najważniejszych graczy, czyli Biedronka, Lidl i Kaufland, cały czas rosną w siłę. Głównymi kandydatami do przejęcia wydają się lokalne sieci supermarketów z kilkoma wyjątkami (np. Dino). Ich rentowność jest dosyć niska i brakuje im skali oraz pozycji rynkowej, która umożliwiałaby konkurowanie z dyskontami i wiodącymi sieciami supermarketów. Niektórzy uczestnicy rynku sygnalizują, że potrzebna jest również dalsza konsolidacja w segmencie hipermarketów, dlatego że tracą one udział w rynku i nie ma na nim miejsca dla tak wielu graczy.

Konsolidacja w tradycyjnym handlu także powinna być kontynuowana w wolniejszym tempie. Eurocash podkreślał kilkakrotnie, że wielu spośród jego franczyzobiorców osiąga wiek emerytalny i prawdopodobnie przekażą biznes potomkom. Jednak drugie pokolenie nie zawsze chce przejąć rodzinny interes, wybierając własną ścieżkę kariery. Sprzedaż firmy innym graczom rynkowym wydaje się być zatem jedyną drogą do wycofania się z biznesu. Analitycy Haitong Bank zakładają, że trend ten będzie się utrzymywał i oczekują, że mogą pojawić się informacje o niewielkich akwizycjach w segmencie franczyzowym. Oczekują również, że Eurocash będzie jednym z nabywców pierwszego wyboru i będzie działał, jako konsolidator rynku przy tego typu transakcjach dzięki swoim relacjom ze sklepami tradycyjnymi.

Raport NIK – Kredyty frankowe: Państwo pozwoliło bankom na zbyt wiele

Problem objęty badaniem kontrolnym

W latach 2005-2010 banki masowo udzielały kredytów mieszkaniowych indeksowanych do walut obcych i denominowanych w walutach obcych (typy kredytów i warunki ich obsługi przedstawia grafika). Popularność tych kredytów miał szereg przyczyn. Do najważniejszych z nich należały znacznie niższe oprocentowanie tych kredytów od oprocentowania kredytów złotowych, umocnienie złotego i oczekiwania na dalszą aprecjację polskiej waluty oraz boom na rynku nieruchomości, wynikający m.in. ze wzrostu zamożności społeczeństwa i znacznej skali niezaspokojonych potrzeb mieszkaniowych.Kredyty frankowe

Zawartych zostało blisko milion umów kredytów objętych ryzykiem walutowym. Ich wartość w szczytowym okresie (w 2011 r.) sięgnęła niemal 200 mld zł. Od tego czasu poziom zadłużenia wyrażony w walutach, z którymi te kredyty są powiązane systematycznie spadał. Było to wynikiem spłat kredytów, ale także ich przewalutowań i sprzedaży poza sektor bankowy. Wartość kredytów wyrażona w złotych była zmienna, na co wpływ miały wahania kursu złotego do walut, w których kredyty te były denominowane lub do której jest indeksowany.Kredyty frankowe 2

Wahania te odbijały się na wysokości raty. W okresach osłabienia złotego wyraźnie wzrastała liczba kredytów, których wartość przekraczała wartość rynkową mieszkań stanowiących zabezpieczenie kredytu, co uniemożliwiało kredytobiorcom uwolnienie się od zadłużenia w wyniku sprzedaży kredytowanej nieruchomości.

Przy udzielaniu kredytów miały miejsce niewłaściwe praktyki banków, w tym zawieranie w umowach kredytowych niedozwolonych postanowień umownych, pozwalających na jednostronne kształtowanie przez banki, na niejasnych zasadach, wysokości oprocentowania lub kursów, po jakich przeliczane były udzielane kredyty lub spłacane raty. Klauzulami abuzywnymi były także postanowienia przewidujące obowiązkowe ubezpieczenie niskiego wkładu własnego kredytobiorcy, na warunkach które nie były znane kredytobiorcy w momencie zawierania umowy kredytu. Stwierdził to w wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Żaden z organów państwowych dotychczas nie ustalił jednak miarodajnie skali tych praktyk. Przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny zostać szybko wyeliminowane.

Cel główny kontroli

Celem kontroli było uzyskanie odpowiedzi na pytanie, czy państwo skutecznie chroniło konsumentów przed nieuczciwymi praktykami banków udzielających kredytów objętych ryzykiem walutowym?

Na państwowy system ochrony praw konsumentów składają się działania władzy ustawodawczej (rozwiązywanie systemowych problemów ochrony konsumentów w drodze działań legislacyjnych), władzy wykonawczej (podejmowanie interwencji przez organy administracji publicznej na podstawie i w granicach prawa, przy dobieraniu metod interwencji do rodzaju problemu i możliwości skutecznego jego rozwiązania) oraz władzy sądowniczej (rozpatrywanie roszczeń konsumentów w ich indywidualnych sporach z przedsiębiorcami przy wsparciu eksperckim organów administracji). System ten wspierany jest przez podmioty prywatnoprawne i organizacje pozarządowe, które za cel przyjęły ochronę konsumentów. Warunkiem efektywnej ochrony interesów konsumentów jest sprawne i skuteczne działanie każdego z elementów tego systemu.Kredyty frankowe 3

Z uwagi na ustawowe uprawnienia kontrolne NIK, kontrola mogła być ograniczona wyłącznie do badania działań podmiotów administracji publicznej, którym przyznano obowiązki i uprawnienia w zakresie ochrony konsumentów. Należały do nich Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Komisja Nadzoru Finansowego i Rzecznik Finansowy. Ponadto w trzech urzędach miast zbadane zostały działania trzech miejski rzeczników konsumentów (w Warszawie, Krakowie i Olsztynie).

Ocena

Najwyższa Izba Kontroli oceniła negatywnie skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach, na które przypadła zasadnicza aktywność banków w udzielaniu tych kredytów, tj. 2005-2013. Skontrolowane podmioty administracji publicznej nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno lub w nieodpowiednim stopniu przeciwdziałały zagrożeniom, wynikającym z charakteru tych kredytów oraz z nieuczciwych praktyk banków. Słabość systemu ochrony konsumentów była jednym z czynników, który umożliwił wzrost wolumenu kredytów do skali, przy której obecnie wyeliminowanie ryzyk z nimi związanych wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów przez banki lub zadłużonych obywateli. 

Zdaniem NIK, przyczyną nieskuteczności systemu był brak lub niska aktywność organów administracji publicznej zobowiązanych do ochrony konsumentów, niewyposażenie ich w skuteczne narzędzia działania oraz konstrukcja modelu ochrony, wymagająca wchodzenia na długotrwałą ścieżkę sądową w celu stwierdzenia występowania klauzul niedozwolonych. W efekcie, nawet jeśli zostały zidentyfikowane niewłaściwe praktyki banków, to ich eliminowanie było procesem długotrwałym. Wynikiem działań było natomiast doprowadzenie do zaprzestania stosowania danej praktyki przez bank w przyszłości, a tylko w niewielkim stopniu usunięcie skutków tych praktyk, wynikających z dotychczasowej realizacji umów, choć w ich wyniku banki uzyskały nienależne korzyści kosztem konsumentów.

W kwietniu 2016 r. Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uzyskał nowe uprawnienia, pozwalające na bardziej efektywną niż dotychczas ochronę konsumentów, z wykorzystaniem ścieżki administracyjnej zamiast sądowej. Wzrosła wówczas aktywność UOKiK w zakresie weryfikacji prawidłowości praktyk stosowanych przez banki i wspierania kredytobiorców w sporach z bankami. Prezes UOKiK nie wykorzystał jednak wszystkich możliwości wsparcia kredytobiorców.

Powołanie w październiku 2015 r. Rzecznika Finansowego przyczyniło się do wyeliminowana istotnej luki w systemie ochrony, wynikającej z braku wyspecjalizowanego podmiotu oferującego pomoc w sprawach indywidualnych na rynku bankowym. Rzecznik podjął aktywne działania informacyjne i wspierające kredytobiorców w dochodzeniu ich praw. Niemniej skuteczność bezpośrednich interwencji Rzecznika w bankach oraz prowadzonych przez niego postępowań pozasądowych była ograniczona z uwagi na postawę banków. Natomiast ocena skuteczności przedstawianych przez Rzecznika i Prezesa UOKiK sądom oświadczeń zawierających istotne dla sprawy poglądy była w trakcie kontroli niemożliwa, ze względu na brak informacji zwrotnej z sądów i od konsumentów o wpływie tych stanowisk na treść prawomocnych wyroków.

Zdaniem NIK, negatywny wpływ na skuteczność ochrony konsumentów miały niedookreślone kompetencje Komisji Nadzoru Finansowego w dziedzinie ochrony interesów uczestników rynku finansowego. Ustawa o nadzorze finansowym nałożyła na Komisję zadania w tym zakresie, ale nie wyposażyła w skuteczne narzędzia do realizacji tych zadań. Przeciwnie, zgodnie z art. 138 ust. 7 ustawy Prawo bankowe, środki podejmowane w ramach nadzoru bankowego nie mogły naruszać umów zawartych przez banki. Z tego względu, mimo że UKNF najszybciej zidentyfikował zagrożenia wynikające z kredytów objętych ryzykiem walutowym, to działania KNF były ostrożne i ograniczone. Miały w szczególności charakter niewiążących wytycznych, stopniowo zaostrzanych, i nie odnosiły się do umów już zawartych. W efekcie były niewystarczające, żeby na wczesnym etapie wyeliminować nieprawidłowości w działaniach banków, szczególnie w okresie najintensywniejszego udzielania tych kredytów w 2008 r. Co więcej, KNF w Rekomendacji S z 2008 r. podtrzymała zapisy z wcześniejszej Rekomendacji KNB z 2006 r., zalecające bankom przedstawianie kredytobiorcom symulacji wysokości rat kredytu przy złożeniu osłabieniu złotego w stosunku do waluty kredytu o 20%. Nie oddawało to rzetelnie skali ryzyka walutowego, jakim były obarczone kredyty zaciągane na okresy wieloletnie, niekiedy przekraczające 30 lat.

Miejscy i powiatowi rzecznicy konsumentów pełnili pomocną rolę jako reprezentanci grup kredytobiorców w postępowaniach, w których dochodzili roszczeń od banków na podstawie pozwów zbiorowych. Ta forma dochodzenia roszczeń nie była jednak efektywna z uwagi na długotrwałość postępowań.

Rzecznicy świadczyli także pomoc w sprawach indywidualnych, jednak, zdaniem NIK, nie we wszystkich przypadkach wywiązywali się z tego zadania rzetelnie. Wynikało m.in. ze skomplikowanego charakteru spraw i braku dostępu rzeczników do niezawodnego źródła informacji, które pozwoliłoby wesprzeć ich w kompetentnym udzielaniu porad. Rzecznicy udzielający konsumentom pomocy pomijali w szczególności istotne informacje o ryzyku przedawnienia roszczeń lub o niedozwolonych postanowieniach, występujących w umowach. Unikali także występowania na rzecz kredytobiorców z powództwem do sądu.

W efekcie wymienionych słabości systemu ochrony konsumentów banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Jednocześnie, z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyka związane z odzyskaniem tych kwot został przeniesiony na kredytobiorców. Zdaniem NIK, państwo nadal nie wspiera dostatecznie kredytobiorców w dochodzeniu ich praw. Problem ten powinien zostać rozwiązany w drodze ustawowej.

Wnioski

Biorąc pod uwagę, że do powstania problemów związanych z kredytami objętymi ryzykiem walutowym przyczyniła się w szczególności nieskuteczność systemu ochrony konsumentów na rynku finansowym NIK formułuje następujące wnioski o zmianę przepisów prawa (de lege ferenda) i możliwe do zrealizowania w ramach obowiązujących przepisów (de lege lata).

Wnioski de lege ferenda

  1. Wnioski w sprawie ograniczenia skutków niewłaściwych praktyk banków i ryzyk nałożonych na konsumentów:
    • ustawowe wyeliminowanie skutków pobierania przez banki od konsumentów korzystających z mieszkaniowych kredytów objętych ryzykiem walutowym nienależnych świadczeń z tytułu stosowania w umowach klauzul abuzywnych (po rozstrzygnięciu przez Sąd Najwyższy rozbieżności dotyczących zakresu i skutków abuzywności występujących w umowach),
    • wyeliminowanie lub ograniczenie zagrożeń, wynikających z ekspozycji obywateli na ryzyko walutowe, z uwzględnieniem podziału tego ryzyka między banki i kredytobiorców
  2. Wnioski w celu wzmocnienia ochrony konsumentów:
    • doprecyzowanie zadań i uprawnień Komisji Nadzoru Finansowego w zakresie ochrony uczestników rynku finansowego bądź taka redefinicja celów, by mogły być one skutecznie realizowane przy obecnych uprawnieniach,
    • wprowadzenie osobistej odpowiedzialności zarządzających instytucjami finansowymi za naruszenie przepisów z zakresu ochrony konsumentów,
    • ukształtowanie zasad postępowania cywilnego i mechanizmów ułatwiających konsumentom dochodzenie roszczeń,
    • wprowadzenie usprawnień w dochodzeniu roszczeń w postępowaniu grupowym,
    • wprowadzenie usprawnień i udogodnień dla konsumentów w postępowaniu upadłościowym.

Wnioski de lege lata

Zdaniem NIK, w przypadku, gdy wnioski de lege ferenda przedstawione w pkt I nie zostaną uwzględnione i kwestie związane z kredytami objętymi ryzykiem walutowym nie zostaną rozwiązane w drodze ustawowej, instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów powinny intensywnie wspierać konsumentów w dochodzeniu ich praw. Instytucje te powinny wypracować spójny standard informacyjny, tak żeby każdy kredytobiorca mógł od każdej z nich uzyskać wyczerpujące i klarowne wskazówki, w jaki sposób może dochodzić swoich praw oraz by był pokierowany do instytucji publicznej, która pomoże mu w identyfikacji ewentualnych nieprawidłowości w jego umowie kredytowej. Należy przy tym zwrócić uwagę, że organy ochrony konsumentów nie wyczerpały dotychczas możliwości zbiorowego wsparcia konsumentów.

Do wsparcia konsumentów zasadne jest także wykorzystanie potencjału organizacji pozarządowych, w tym w zakresie świadczenia pomocy prawnej w dochodzeniu roszczeń. Niezbędne jest jednak zapewnienie tym organizacjom adekwatnego finansowania, gdyż nie mogą one pozyskiwać środków do przedsiębiorców by nie dopuścić do powstania konfliktu interesów.

Ponadto, zdaniem NIK, w celu zwiększenia skuteczności ochrony konsumentów przez skontrolowane jednostki niezbędne jest:

  • rozwijanie proaktywnego podejścia, w ramach którego podmioty te zintensyfikują monitoring rynku i wykazywać będą inicjatywę w podejmowaniu działań z urzędu w celu eliminowania niewłaściwych praktyk rynkowych w zakresie, w jakim mają kompetencje,
  • stworzenie stałych i skutecznych ram wymiany informacji, które pozwolą na przekazywanie na wczesnym etapie sygnałów o ryzykach naruszeń interesów konsumentów do instytucji, która posiada najbardziej odpowiednie instrumenty, żeby przeciwdziałać tym naruszeniom,
  • identyfikacja najbardziej efektywnych sposobów podnoszenia poziomu edukacji finansowej i konsumenckiej społeczeństwa i ich wykorzystanie w praktyce,
  • systematyczna identyfikacja i eliminowanie przyczyn długotrwałości postępowań w sprawach konsumenckich.

Przedmiotem monitoringu ze strony właściwych organów i w razie potrzeby podjęcia właściwej interwencji publicznej powinny być także kwestie:

  • działania podmiotów komercyjnych (kancelarii prawnych, odszkodowawczych) oferujących konsumentom wsparcie w dochodzeniu roszczeń od instytucji finansowych pod kątem przestrzegania przez nie praw konsumentów,
  • likwidacji stawek LIBOR i wpływu tego zdarzenia na bezpieczeństwo i warunki obrotu gospodarczego, w tym na sytuację konsumentów.

Ponadto NIK w wystąpieniach pokontrolnych, skierowanych do kierowników poszczególnych jednostek kontrolowanych, sformułowała 14 wniosków w celu usunięcia nieprawidłowości stwierdzonych w trakcie kontroli.

Kredyty oferowane w formie kredytów indeksowanych do walut obcych, denominowanych w walutach obcych oraz klasycznych kredytów walutowych różniły się walutami, na jakie opiewał kredyt, określonymi w umowie i w jakiej był wypłacany, oraz walutami, w jakich ustalany był harmonogram spłaty i w jakich dokonywana była spłata.Kredyty frankowe 4Kwota kredytu indeksowana do walut obcych była ustalana i wypłacana w złotych, natomiast harmonogram spłat był ustalany w walucie obcej zazwyczaj po kursie kupna ustalanym przez bank. Spłata dokonywana była w złotych. Bank przeliczał ją na walutę określoną w harmonogramie zazwyczaj po kursie sprzedaży ustalanym przez bank. Pozwalało to uzyskać bankowi korzyść w postaci spreadu, czyli różnicy między oboma kursami, po jakich następowały przeliczenia przy wypłacie i spłacie kredytu. W niektórych bankach spready zbliżały się do 10%, choć operacje przeliczeniowe odbywały się w pełni w formie bezgotówkowej. Nie wiązały się one zatem z przepływem gotówki w walutach obcych, co wiązałoby się z ponoszeniem przez banki kosztów transportu, zabezpieczenia i przechowywania środków pieniężnych.

Kredyt denominowany w walucie obcej różnił się od kredytu indeksowanego tym, że jego wysokość już w umowie została wyrażona w walucie obcej. Wypłata kredytu następowała w złotych, przeliczonych po kursie kupna banku. Harmonogram spłat zaś tak, jak w przypadku kredytu indeksowanego, był wyrażany w walucie obcej i spłacany w złotych, po kursie sprzedaży ustalanym przez bank.

W klasycznym kredycie walutowym i złotowym nie stosowano przeliczeń. Na wszystkich etapach, tj. w umowie, przy wypłacie, w harmonogramie i przy spłacie operowano tą samą walutą obcą lub złotym.

W dniu 26 sierpnia 2011 r. weszła w życie tzw. ustawa antyspreadowa, na mocy której kredytobiorca korzystający z umowy o kredyt denominowany lub indeksowany do waluty innej niż waluta polska, mógł dokonywać spłaty rat kapitałowo-odsetkowych oraz dokonać przedterminowej spłaty pełnej lub częściowej kwoty kredytu bezpośrednio w tej walucie. Pozwoliło to na pozyskiwane środków walutowych do spłaty kredytu poza bankiem, dzięki czemu kredytobiorca nie musiał bankowi płacić spreadu w pełnej wysokości (jego część zapłacił przy wypłacie kredytu). W warunkach wolnej konkurencji rolę dostarczających waluty obce do spłaty rat kredytu przejęły kantory internetowe, które zaoferowały spready znacznie niższe niż banki, choć ustalają także opłaty związane z transferem środków na rachunki bankowe.

W 2019 roku pacjentów czeka cyfrowa rewolucja. Internetowe Konto Pacjenta zapewni wgląd w całą dokumentację medyczna online

W 2019 roku pacjentów czeka cyfrowa rewolucja. Internetowe Konto Pacjenta zapewni wgląd w całą dokumentację medyczna online 1

Dostęp do wyników badań, zaplanowanych wizyt, historii leczenia i wystawionych zwolnień lekarskich, zgromadzonych w jednym miejscu, zapewni Internetowe Konto Pacjenta. Platforma ma zacząć działać w przyszłym roku. Ustawa wprowadzająca IKP umożliwi również wystawianie recept pielęgniarkom i położnym.

Internetowe konto pacjenta to rozwiązanie, które gromadzi wszystkie dokumenty dotyczące zdrowia, takie jak recepty, zwolnienia i wyniki badań. Pacjent przechowuje swoją dokumentację medyczną w jednym miejscu i może ją udostępnić np. lekarzowi podczas konsultacji. Osobie starszej, która ma problemy z pamięcią rodzina może przypomnieć o niezrealizowanej recepcie, czy zbliżającym się terminie badań kontrolnych. To jest ważne, bo wreszcie pozwala lekarzowi całościowo spojrzeć na przebieg terapii, sprawdzić jakie leki pacjent miał wypisywane wcześniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.

Internetowe Konto Pacjenta będzie bezpłatną aplikacją internetową, która umożliwi pacjentom wgląd we wszystkie dane medyczne online, w tym wyniki badań, zaplanowane wizyty, historię leczenia i wystawione zwolnienia lekarskie. IKP ma – według zapowiedzi ministra Szumowskiego – wystartować w przyszłym roku. W lipcu br. ustawa o systemie informacji w ochronie zdrowia , która przewiduje wprowadzenie Internetowego Konta Pacjenta, została przyjęta przez Sejm i Senat.

Dostęp do IKP będzie możliwy za pośrednictwem Profilu Zaufanego, co zagwarantuje bezpieczeństwo logowania i wszystkich zgromadzonych w systemie danych. W przyszłości dostęp do konta ma być możliwy również za pośrednictwem tzw. „węzła krajowego”, który umożliwi integrację z ok. 10-milionową grupą klientów bankowości elektronicznej.

Konto pacjenta będzie także zawierać informację o wysokości składki zdrowotnej przekazanej przez ZUS i KRUS wartości świadczeń (np. leczenia, leków czy rehabilitacji) dotychczas udzielonych pacjentowi ze środków publicznych. Ma to pozwolić na wzrost świadomości społecznej w zakresie ekonomiki funkcjonowania publicznej służby zdrowia, na którą nakłady w 2019 roku przekroczą już 100 mld zł , podaje resort zdrowia.

Ustawa wprowadzająca Internetowe Konto Pacjenta umożliwi również wystawianie recept pielęgniarkom i położnym – nie tylko po osobistym badaniu pacjenta, ale również online.

Jak na razie, od maja pierwsze e-recepty są wystawiane przez lekarzy w Siedlcach i Skierniewicach – na razie w ramach pilotażu, ale od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce.

– W tej chwili wypisano już około 3700 recept. Były obawy czy osoby starsze będą te recepty realizować, bo większość recept jest wypisana właśnie dla osób starszych. To pokazuje, że one nie mają problemu z wykluczeniem cyfrowym, chętnie je realizują. Przypomnę, że jest taka opcja aby sobie tę receptę wydrukować, jeśli ktoś chce. Z drugiej strony – farmaceuta w aptece dokładnie wie co zostało przepisane – mówi minister Łukasz Szumowski.

Jak podkreśla, e-recepty są ułatwieniem dla lekarzy i poprawiają bezpieczeństwo pacjentów, ponieważ system automatycznie sprawdza, czy np. pacjentowi nie przepisano leków, które mogą wchodzić w niebezpieczne dla zdrowia interakcje z innymi przyjmowanymi preparatami. W tej formie nie będzie też możliwości fałszowania recept, a NFZ będzie mógł lepiej kontrolować wydawanie leków refundowanych. Dzięki e-receptom zniknąć mają także kolejki do gabinetów lekarskich, w których pacjenci oczekują wyłącznie na przepisanie recepty.

To wpływa na bezpieczeństwo pacjenta. Recepta która będzie się znajdowała w internetowym koncie pacjenta pokazuje, że są pewne leki wypisywane przez różnych specjalistów, które ze sobą niekorzystnie oddziałują. Przy papierowej recepcie tego nie wiemy, nie mamy możliwości wglądu w to, jakie leki pacjent dostawał od innych specjalistów – mówi minister Łukasz Szumowski.

Rząd chce spopularyzować partnerstwo publiczno-prywatne. Inwestycje w takim modelu będą realizowane coraz częściej

Rząd chce spopularyzować partnerstwo publiczno-prywatne. Inwestycje w takim modelu będą realizowane coraz częściej 2

Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju stawia sobie za cel rozpędzenie rynku partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP). Pomóc ma w tym nowa ustawa, kilka dni temu podpisana przez prezydenta, program pakietowania projektów PPP zaproponowany wspólnie z Polskim Funduszem Rozwoju oraz inne formy wsparcia dla samorządów. Celem jest m.in. podpisanie stu nowych umów do 2020 roku. Dziś jest ich prawie sto czterdzieści.

– Liczba zawartych umów jest niezadowalająca, ale mówienie, że takie umowy w Polsce są marginalne nie jest prawdą. Do dziś zostało podpisanych sto czterdzieści umów w zakresie rozwoju PPP, z czego funkcjonuje nieco ponad sto dwadzieścia. Pierwsza ustawa o PPP jest z 2005 roku, ale w oparciu o nią nie została zawarta żadna umowa, a aktualnie obowiązujące przepisy są z przełomu 2008 i 2009 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Słowik, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju. – Nasze cele jednak zakładają wzrost lawinowy. Do końca roku 2020 chcemy, żeby tych partnerstw funkcjonujących było ponad dwieście.

Jak podkreśla, od 2,5 roku, czyli od momentu, kiedy MIiR stał się odpowiedzialny za rozwój PPP w Polsce, już widać spory wzrost. Wówczas funkcjonowało ok. stu umów. Na koniec 2017 roku instytucje publiczne realizowały sto siedemnaście inwestycji w takiej formule, a ich wartość wynosiła 5,6 mld zł. Wiele kolejnych jest procedowanych. Osiągnięcie liczby dwustu projektów do 2020 roku to jeden z kilku celów w przyjętej w lipcu 2017 roku rządowej strategii w tym zakresie.

– Drugim celem jest uruchomienie przynajmniej dziesięciu postępowań w zakresie PPP, gdzie stroną publiczną będzie rządowa. Trzeci cel to zwiększenie efektywności prowadzenia negocjacji w zakresie wyłonienia partnera prywatnego. W chwili obecnej jedynie 25 proc. zainicjowanych postępowań kończy się sukcesem, czyli podpisaniem umowy. Zgodnie z celami „Polityki rządu w zakresie rozwoju PPP” 40 proc. zainicjowanych postępowań ma się kończyć sukcesem – wyjaśnia Witold Słowik.

Czwarty cel – jak przyznaje wiceminister, najbardziej ambitny – to osiągnięcie pułapu 5 proc. nakładów publicznych na projekty realizowane z wykorzystaniem PPP.

Osiągnięciu tych celów służyć ma także nowa ustawa, którą w ubiegłym tygodniu podpisał prezydent Andrzej Duda. Zgodnie z przyjętymi przepisami, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju będzie udzielać – na wniosek podmiotów publicznych – opinii, czy w danym przypadku inwestycja w formule PPP ma sens, co ma ułatwić proces przygotowania projektu. Poza tym będzie też robić tzw. test PPP, czyli sprawdzać, czy inwestycje finansowane z budżetu państwa kwotą co najmniej 300 mln zł, nie powinny być realizowane w formule PPP (nie będzie to dotyczyło projektów realizowanych z udziałem środków unijnych). Poza tym nowa ustawa zawiera wiele prawnych ułatwień w prowadzeniu inwestycji.

Samorządom pomóc ma też nowy program PPP przygotowany wspólnie przez Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju oraz Polski Fundusz Rozwoju.

– Program ten polega na kompleksowym wsparciu samorządów, w szczególności miast średnich, w zakresie przygotowania i realizacji projektów PPP – mówi Witold Słowik. – Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, które jest odpowiedzialne za rozwój PPP w Polsce, będzie dostarczać usługę doradczą w zakresie przygotowania projektu, natomiast PFR będzie uczestniczył również na etapie promocji i doradztwa, a jego podstawową rolą będzie dostarczanie kapitału dla podmiotu prywatnego. Dostarczenie kapitału będzie polegało bądź na wejściu kapitałowym w podmiot prywatny, bądź na udzielaniu finansowania dłużnego.

Docelowo w programie weźmie udział pięć grup pilotażowych samorządów, które zostaną objęte wsparciem MIiR. Samorządy, które spełnią warunki naboru, otrzymają wsparcie doradcze sfinansowane w 90 proc. przez ministerstwo. Dodatkowo resort przeprowadzi szkolenia dla zainteresowanych samorządów z tematyki PPP.

– Jednym z głównych założeń jest wsparcie miast średnich i miast niewielkich, tak żeby również samorządy w mniejszych ośrodkach były w stanie przygotować i zrealizować umowy PPP. Bardzo istotnym elementem jest możliwość łączenia kilku samorządów, żeby po stronie publicznej było wiele podmiotów, które będą realizowały inwestycję ważną dla danego regionu, np. oczyszczalnię ścieków, spalarnię czy inną infrastrukturę służącą celom publicznym – podkreśla Witold Słowik.

Zadaniem PFR będzie poszukiwanie uczestników grup pilotażowych w pięciu obszarach, takich jak przebudowa i utrzymanie obiektów dworcowych, obiektów użyteczności publicznej, dróg publicznych, placówek oświatowych oraz obiektów infrastruktury sportowej.

Dziś w ocenie ministerstwa, polski rynek PPP wciąż raczkuje, zwłaszcza w porównaniu z krajami zachodniej Europy.

– Bardzo istotna jest kwestia zniesienia barier mentalnych, ale również przekonania, że lepiej dany projekt zrealizować w oparciu o finansowanie grantowe bezzwrotne, niż przystąpić do dość trudnego procesu wyłonienia partnera prywatnego. W krajach, które mają najlepsze wyniki w aspekcie przedsięwzięć PPP, po pierwsze, funkcjonują odpowiednie regulacje i praktyki od już 20–30 lat, a w Wielkiej Brytanii dłużej, a ponadto nie korzystają one w tak dużym zakresie albo w prawie żadnym zakresie ze wsparcia grantowego – wyjaśnia podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Branża piwowarska tworzy tysiące miejsc pracy i generuje miliardowe wpływy do budżetu

Branża piwowarska tworzy tysiące miejsc pracy i generuje miliardowe wpływy do budżetu 3

Polska jest w europejskiej czołówce zarówno pod względem produkcji, jak i konsumpcji piwa, która od kilku lat utrzymuje się na stabilnym poziomie ok. 9899 litrów rocznie w przeliczeniu na mieszkańca. Rośnie za to produkcja, która w 2017 roku sięgnęła blisko 41 mln hektolitrów. Kompania Piwowarska, odpowiadająca za ponad jedną trzecią rynku, dzięki współpracy z szeregiem branż przyczynia się do tworzenia 45 tys. miejsc pracy, a podatki i opłaty odprowadzone do budżetu państwa przez nią i branże powiązane w 2017 roku wyniosły 3,6 mld zł – wynika z 10. raportu zrównoważonego rozwoju firmy.

– Poprzedni rok był dla Kompanii Piwowarskiej bardzo dobry. Nasz udział w rynku sięgnął  35,5 proc., co oznacza, że średnio co trzecie piwo sprzedane i wypite w Polsce zostało uwarzone przez nas. W ujęciu liczbowym jest to 13,2 mln hektolitrów piwa. Ta dość abstrakcyjna liczba. W praktyce przekłada się ona na 2,6 mld kufli, a więc tyle, ile wynosi roczna produkcja piwa łącznie w Irlandii i Danii. Z kolei w ujęciu globalnym jest to ilość, która wystarczyłaby, aby naszego piwa spróbował co trzeci mieszkaniec globu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrew Highcock, prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.

Produkcja, dystrybucja i sprzedaż piwa mają znaczące przełożenie na rynek pracy, w szczególności zatrudnienie generowane w sektorze handlu, a także w rolnictwie, ponieważ większość surowców potrzebnych do produkcji piwa pochodzi z polskich upraw.

– Oddziałujemy na rynek pracy zarówno bezpośrednio, poprzez liczbę osób zatrudnionych w Kompanii Piwowarskiej, jak i pośrednio. W naszej firmie pracuje dziś łącznie blisko 2,8 tys. osób, ale zachodzi tu też silny efekt mnożnikowy, jako że kupujemy od dostawców, sprzedajemy dystrybutorom, a oni z kolei odsprzedają towar konsumentom. Ogółem nasze piwo daje utrzymanie ok. 45 tys. osób – mówi Andrew Highcock.

Z tego ponad 16,4 tys. osób pracuje w handlu, a kolejne 7,5 tys. w branży hotelarsko-restauracyjno-cateringowej. Blisko 18 tys. etatów przypada na firmy produkujące surowce, opakowania, przedsiębiorstwa transportowe czy reklamę.

Kompania Piwowarska współpracuje z 7150 małych firm i wspiera lokalnych dostawców, zwłaszcza w Tychach, Poznaniu i Białymstoku, gdzie znajdują się jej browary. 88 proc. wszystkich surowców, materiałów i usług firma kupuje u polskich dostawców. W ubiegłym roku wydała na to 1,5 mld zł.

– Nasz wkład w gospodarkę lokalną jest szczególnie istotny w rejonie trzech naszych browarów. Jest on jednak odczuwalny w skali całego kraju – podkreśla Andrew Highcock. – Od polskich dostawców kupujemy m.in. 90 proc. chmielu i nieco mniej niż połowę słodu.

W ubiegłym roku Kompania Piwowarska i branże powiązane wpłaciły do budżetu państwa z tytułu podatków bezpośrednich oraz opłat około 3,6 mld zł, co stanowi mniej więcej równowartość rocznego budżetu Gdańska. Kwota ta obejmuje akcyzę, VAT czy podatek dochodowy od osób prawnych i fizycznych.

Jako jeden z największych producentów piwa w Polsce Kompania Piwowarska inicjuje i angażuje się w kampanie w zakresie odpowiedzialnej konsumpcji. To jeden z kluczowych obszarów jej działań z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu – wynika z 10. edycji raportu zrównoważonego rozwoju.

– Od lat prowadzimy działania na rzecz odpowiedzialnego korzystania z alkoholu, adresując je w szczególności do kierowców, kobiet w ciąży oraz osób niepełnoletnich. Każdego roku nagłaśniamy ten przekaz za pośrednictwem naszych partnerów z sektora detalicznego, jak również bezpośrednio na etykietach produktów. Szacujemy, że w 2017 roku dotarł on do ok. 1,5 mln dorosłych Polaków. Liczymy, że liczba ta będzie z każdym rokiem rosła – mówi prezes zarządu Kompanii Piwowarskiej.

Przedstawione dane pochodzą z „Raportu zrównoważonego rozwoju Kompanii Piwowarskiej za rok kalendarzowy 2017” oraz „Raportu wpływu ekonomicznego Kompanii Piwowarskiej na polską gospodarkę w 2017 roku” przygotowanego przez Deloitte.

Elektromobilność – samochód elektryczny dla każdego Polaka?

Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych nadała ton dyskusji, jednak nadal potrzebuje pogłębienia – zwłaszcza w obszarze wspierania rozwoju tego rynku. Ustawa zawiera zaledwie kilka narzędzi, a jedyna finansowa zachęta to niższa akcyza. Akcyza na samochód elektryczny wynosi 3% w sytuacji, gdy samochód elektryczny jest dwukrotnie droższy od swojego konwencjonalnego odpowiednika. Wszystkie państwa bardzo dynamicznie rozwijające elektromobilność wsparły tych, którzy jako pierwsi wchodzą na ten rynek – w postaci dotacji, zwolnień z VAT-u, itd. Należy się zastanowić nad wsparciem udzielanym przez państwo tak, aby samochody elektryczne były w zasięgu Polaków. Skala produkcji tych aut jest mała, więc są one droższe od konwencjonalnych samochodów.

– Postulujemy, aby zastanowić się nad czasowym zwolnieniem z podatku VAT, który przy notyfikacji komisji mógłby na określony czas wprowadzić preferencyjny system dla pojazdów zelektryfikowanych – powiedział agencji eNewsroom.pl Maciej Mazur, dyrektor zarządzający w Polskim Stowarzyszeniu Paliw Alternatywnych – Elektromobilność musi być wspierana finansowo w kontekście infrastruktury. Dopłaty powinny pojawić się zarówno przy infrastrukturze ogólnodostępnej, jak i przy punktach montowanych we własnych domach. Rynek musi być przyjazny dla każdego użytkownika, a nie wyłącznie dla osób bogatych. Jeśli chcemy przeprowadzić dużą rewolucję rynku motoryzacyjnego, należy tej rewolucji – na wczesnym etapie – pomóc. W następnych latach rynek elektromobilny będzie sam decydował o swoich kierunkach rozwoju. Skala produkcji będzie wówczas już tak duża i rozwój technologiczny tak zaawansowany, że samochody elektryczne zrównają się cenowo z konwencjonalnymi – przy równych cenach zawsze będziemy wybierać pojazd elektryczny.  Pierwszy etap – na którym wiele państw europejskich już jest i do którego Polska chce dołączyć – powinien być wspierany, również finansowo. Do miękkich metod – darmowe parkowanie, jazda bus pasami – musimy dołożyć metody wsparcia finansowego – ocenił Mazur.

Polski wynalazek pozwoli zredukować stosowanie pestycydów i nawozów. Oparte na technologii rolnictwo 4.0 pomoże rozwiązać problem braku żywności

Polski wynalazek pozwoli zredukować stosowanie pestycydów i nawozów. Oparte na technologii rolnictwo 4.0 pomoże rozwiązać problem braku żywności 4

Prognozy ONZ zakładają, że do 2050 roku liczba ludności na świecie może wzrosnąć do dziewięciu miliardów, a do tego czasu powierzchnia obszarów rolniczych zwiększy się jedynie o 4 proc. Bez unowocześnienia rolnictwa nie będziemy w stanie wyżywić całego społeczeństwa. Pomóc w tym może polski wynalazek, który umożliwi precyzyjną identyfikację oraz neutralizację patogenów wyniszczających hodowle i uprawy. Mobilne urządzenia i oparty na nich system automatycznego monitorowania upraw i hodowli pozwolą na wczesne wykrywanie chorób u roślin i zwierząt.

– Idziemy w kierunku bardzo precyzyjnego rolnictwa, w którym będziemy mogli dozować wodę, nawozy, pestycydy, środki ochrony roślin tylko w ilościach, które są niezbędne do hodowli czy uprawy roślin. Do tej pory prewencyjnie bardzo mocno pryskamy różnego rodzaju pestycydami czy środkami ochrony roślin, nawozimy grunty. To powoduje, że otoczenie, środowisko na tym bardzo cierpi, a efektem są wymierające pszczoły czy sinice w Bałtyku, wynikające z nawozów, które spływają do Bałtyku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Gondek, prezes zarządu SensDX.

Jednym ze sposobów na zapobiegnięcie kryzysowi żywieniowemu ma być wdrożenie projektu Rolnictwa 4.0. Inteligentne technologie oraz precyzyjne stosowanie środków chemicznych pozwoli zmaksymalizować plony i w zarodku zwalczyć patogeny w hodowlach oraz uprawach. Nad technologią mobilnego rozpoznawania i neutralizacji patogenów w rolnictwie pracują Polacy. Może ona pomóc zwłaszcza na rynku tzw. akwakultury, czyli pozyskiwania żywności ze środowiska wodnego.

– W tej chwili wdrażamy projekt diagnostyki w hodowli łososi. Akwakultura na świecie to gigantyczny rynek, ale jednocześnie bardzo targany chorobami. Kilka lat temu Chile praktycznie przeżyło kryzys gospodarczy z powodu wirusa, gdyż wszystkie farmy rybne na wybrzeżu zostały zlikwidowane. Ochrona takich farm rybnych przed chorobami jest w tej chwili kluczowa, a nie było dotychczas technologii, która potrafiła je w szybki sposób diagnozować – twierdzi Tomasz Gondek.

SenseDX opracowała mobilne urządzenia diagnostyczne do wykrywania patogenów u zwierząt i ryb. Firma wykorzystuje rozwiązania, które posłużyły do stworzenia skanerów rozpoznających wirusy grypy oraz paciorkowce u człowieka. Urządzenie ma wykrywać oraz identyfikować konkretne patogeny atakujące zwierzęta. Dzięki niemu hodowca będzie mógł szybciej i precyzyjniej zareagować na zagrożenie ze strony wirusów czy bakterii.

Taka technologia wydaje się niezbędna w dobie rosnącego zapotrzebowania na produkty odzwierzęce. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa do 2050 roku popyt na mięso zwiększy się aż o 75 proc. Dzięki cyfrowym urządzeniom diagnostycznym hodowcy będą mogli zdusić choroby w zarodku i zapobiec ewentualnym epidemiom.

– W tej chwili rolnictwo idzie w tym kierunku, aby produkować zdrową żywność z dużą ochroną środowiska i to wymaga bardzo precyzyjnego dostosowania wszystkich warunków. Technologia pozwala bardzo precyzyjnie wskazywać, na co jest chora roślina, jaki grzyb ją zaatakował, jaki wirus, jaka bakteria, czy iść dalej w kierunku dobierania nawozów, dobierania środków ochrony roślin, tak aby podawane były dawki niezbędne dla zwalczenia tej choroby – tłumaczy ekspert.

Docelowo powstaną dwa systemu monitorowania roślin i hodowli: manualny oraz automatyczny. W ramach tego pierwszego rolnicy i weterynarze dostaną do dyspozycji ręczne skanery umożliwiające przeprowadzanie szybkich pomiarów bezpośrednio na polu czy w oborze. Dzięki temu będzie można zbadać, w jakiej kondycji są konkretne rośliny lub zwierzęta.

Oprócz tego powstaną systemy w pełni zautomatyzowane, przystosowane do prowadzenia nieustannego monitoringu. W przypadku hodowli ryb planuje się skonstruowanie specjalnych pływaków badających, czy w środowisku, w którym żyją ryby, nie pojawiły się niebezpieczne patogeny. Zarówno systemy dla rolników, jak i hodowców będą współpracowały z aplikacjami mobilnymi, które pozwolą na bieżąco otrzymywać informacje o wszelkich zagrożeniach wykrytych przez czujniki urządzeń diagnostycznych.

– Aplikacja, która będzie badała rośliny, pozwoli dobrać opryski tak, aby skutecznie działały na dany rodzaj grzyba. Dodatkowo pozwoli działać we właściwym czasie. W tej chwili opryski prowadzi się w konkretnym terminie i starając się uprzedzać rozwój chorób. Będziemy mogli trafić idealnie w stadium rozwoju grzybów, zmierzyć ich ilość i stwierdzić, jakiego rodzaju działania są niezbędne, aby skutecznie zlikwidować daną chorobę rośliny – mówi prezes zarządu SenseDX.

Inżynierowie z firm Bosch i Bayer w ramach projektu Smart Spraying opracowali technologię pozwalającą identyfikować i lokalizować chwasty z dokładnością do prawie jednego metra. System ten monitoruje przebieg oprysków, cyklicznie zmieniając stosowane herbicydy, aby uniemożliwić chwastom uodpornienie się na konkretne środki ochrony roślin. Połączenie tej technologii z inteligentnymi urządzeniami diagnostycznymi pozwoliłoby skutecznie ochronić i zwiększyć plony.

 Mamy partnera, który chce z nami opracować te testy, zna rolnictwo, zna ten rynek. Prawdopodobnie pierwsze testy weszłyby do sprzedaży w 2020 roku. Potrzebujemy jeszcze jednego sezonu na sprawdzenie, jak działa to w polu – podsumowuje ekspert.

Według Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa w 2050 roku zapotrzebowanie na produkty rolne będzie o 50 proc. wyższe niż w 2013 roku. Analitycy z Goldman Sachs szacują, że do tego czasu wartość rynku urządzeń oraz aplikacji Rolnictwa 4.0 może wynieść nawet 240 mld dol.

Studia w Polsce przyciągają młodą Polonię. Rośnie zwłaszcza liczba chętnych z Białorusi

Studia w Polsce przyciągają młodą Polonię. Rośnie zwłaszcza liczba chętnych z Białorusi 5

W ramach programu stypendialnego dla Polonii co roku na studia wyższe I i II stopnia oraz studia doktoranckie przyjeżdża do Polski ponad 700 młodych osób, które otrzymują wsparcie na start i comiesięczne stypendia. Liczba chętnych kilkukrotnie przewyższa liczbę dostępnych miejsc, dlatego koordynująca program Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej prowadzi rekrutację sprawdzającą znajomość języka polskiego i przedmiotów kierunkowych. Studenci polonijni przyjeżdżają głównie z Ukrainy, Czech, Kazachstanu czy Litwy, ale z roku na rok lawinowo rośnie liczba chętnych z Białorusi.

 W ramach programu stypendialnego dla Polonii przyjeżdżają do nas często osoby nawet niepełnoletnie, które zdają maturę w swoich krajach ojczystych w wieku 16–17 lat i za zgodą rodziców rozpoczynają studia w Polsce. W ramach programu stypendialnego otrzymują comiesięczne stypendium w wysokości 1 250 złotych na I stopniu studiów i odpowiednio więcej na kolejnych stopniach oraz dodatek na zagospodarowanie. Potem otrzymują jeszcze dodatkowe finansowanie w okresie pisania pracy licencjackiej i magisterskiej. Jeśli chodzi o ich zakwaterowanie i załatwienie innych formalności, o wsparcie prosimy uczelnie, które ich przyjmują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Zofia Sawicka, zastępca dyrektora Narodowej Agencji Wymiany Studenckiej.

Program stypendialny dla Polonii prowadzony przez NAWA – działającą od jesieni ubiegłego roku – jest skierowany do młodych osób, które mają Kartę Polaka lub w inny sposób mogą udokumentować polskie pochodzenie. Mają one możliwość przyjechania do Polski zarówno na studia wyższe I i II stopnia, jak i na studia doktoranckie. Studia mogą być poprzedzone rocznym kursem przygotowawczym (również na warunkach stypendialnych) prowadzonym w języku polskim.

Jak podkreśla zastępca dyrektora NAWA, program cieszy się bardzo dużym powodzeniem. Na studia I stopnia wpłynęło ponad 1,4 tys. wniosków, a ponad 1,2 tys. osób po ocenie formalnej podeszło do egzaminów.

Niestety, nie jesteśmy w stanie sfinansować studiów wszystkim chętnym, dlatego przeprowadzamy egzaminy. Jest to duże przedsięwzięcie logistyczne. Chcemy zobaczyć te osoby kandydujące, musimy sprawdzić ich znajomość języka polskiego i przedmiotów kierunkowych – mówi dr Zofia Sawicka.

W wyniku rekrutacji rokrocznie przyjmowanych jest około 500 osób na studia I stopnia, około 200 na studia II stopnia oraz ok. 20–30 doktorantów. Ich zakwaterowanie i bieżące potrzeby bytowe zależą od ustaleń z uczelnią, na której podejmują naukę. Większość uczelni zapewnia studentom z innych krajów pierwszeństwo w dostępie do akademików, choć nie jest to regułą. Studenci polonijni przyjeżdżają głównie z krajów partnerstwa wschodniego – Ukrainy i Białorusi, rośnie również liczba studentów z Gruzji, Kazachstanu oraz Czech i Litwy, gdzie mieszka liczna Polonia.

– Z roku na rok widzimy zdecydowany wzrost liczby studentów z Białorusi. Widać, że dla nich jest to życiowa szansa zdobycia dobrej edukacji i osiedlenia się w kraju, który daje większe możliwości. Polityka białoruska jest niechętna naszym działaniom, komisje egzaminacyjne nie są wpuszczane na teren Białorusi, więc egzaminy dla tych kandydatów musimy przeprowadzać w Polsce. Jest to dla nas duże przedsięwzięcie logistyczne, w tym roku musieliśmy zapewnić noclegi, przejazd i salę dla prawie 900 Białorusinów, żeby móc przeprowadzić dla nich egzaminy – mówi dr Zofia Sawicka.

Jak zauważa, program stypendialny dla Polonii był prowadzony już od lat 90., natomiast dopiero po utworzeniu i przejęciu go przez NAWA powstała możliwość monitorowania studentów polonijnych i ich wyników w nauce. Na podstawie dotychczasowych egzaminów widać, że prym wiodą Białorusini.

– Widać u nich silną motywację. Oni są zawsze bardzo dobrze przygotowani – mówi dr Zofia Sawicka.

Złoty zyskuje po świątecznej wyprzedaży

Polski złoty w środę doświadczył dość dużego osłabienia, w trakcie dnia tracąc ok. 1% w relacji do głównych walut. Kurs złotego podążył za innymi walutami rynków wschodzących, które kontynuowały spadki po ostatnim wzburzeniu związanym z sytuacją w Turcji. Złotemu dodatkowo nie sprzyjała kwestia obniżonej płynności w związku z niską aktywnością krajowych podmiotów w obliczu święta.

W środę polskiemu złotemu jedynie w pewnym stopniu pomogło umocnienie liry tureckiej, która na przestrzeni całego dnia zyskała ok. 7%. Tureckiej walucie sprzyjały informacje o planowanym przez Katar zainwestowaniu w kraju kwoty 15 mld USD. Lira nie doświadczyła również istotnych spadków po wcześniejszej informacji o podniesieniu przez Turcję ceł na wybrane amerykańskie produkty, ani deklaracja Stanów Zjednoczonych, iż nie zdejmą z Turcji sankcji na stal i aluminium nawet po uwolnieniu przetrzymywanego przez Turcję pastora Brunsona.

Dzisiejszy dzień rozpoczynamy od umocnienia złotego, które związane jest z poprawą nastrojów wokół rynków wschodzących. Walutom EM sprzyjają informacje o planowanym wznowieniu rozmów między Stanami Zjednoczonymi, a Chinami w kwestiach handlowych, co ma nastąpić pod koniec miesiąca.

W ciągu dzisiejszego dnia poznamy kilka istotnych danych makroekonomicznych z globalnych gospodarek (w tym krajowe wyliczenia inflacji bazowej za lipiec), szczególną uwagę warto jednak zwrócić na planowaną popołudniową wideokonferencję z inwestorami, którą będzie organizować tureckie Ministerstwo Finansów i stojący na jego czele Berat Albayrak.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę wzrósł 0,5%, wahając się w widełkach 4,30-4,34. Wspólna waluta zakończyła wczorajszy dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do dolara amerykańskiego i ważonego koszyka walut, umocniła się natomiast w parze ze słabszym funtem brytyjskim.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,80-4,86. Brytyjska waluta osłabiała się natomiast w relacji do głównych walut.

Funtowi nadal nie sprzyjają obawy dotyczące możliwości wyjścia z Unii Europejskiej bez osiągnięcia porozumienia (no-deal Brexit). Wczorajsze dane makroekonomiczne również nie pomogły walucie. Inflacja bazowa w lipcu wyniosła 1,9%, dynamika CPI z kolei przyspieszyła z poziomu 2,4% do 2,5% w ujęciu rocznym. Jest to pierwszy w tym roku wzrost wskaźnika inflacji konsumenckiej, jednak powodów przyspieszenia inflacji należy doszukiwać się przede wszystkim we wzroście cen w segmencie “kultura i rekreacja” pod czym kryje się m.in. znaczący wzrost cen gier komputerowych, które wprawdzie stanowią niewielki odsetek w całym koszyku, ale są również jednym z najbardziej wahających się komponentów. W związku z faktem, iż kluczowe odczyty były zbieżne z oczekiwaniami oraz z tym, że za wzrostem cen stoją czynniki, które prawdopodobnie są jednorazowe brytyjska waluta nie otrzymała wsparcia po publikacji.

Dzisiejszy poranek przynosi nieco więcej optymizmu – nowe dane o sprzedaży detalicznej zaskoczyły na plus, sugerując utrzymanie wyższego poziomu konsumpcji. Gdyby pominąć wysoki odczyt sprzed dwóch miesięcy, dynamika sprzedaży detalicznej znalazłaby się na najwyższym poziomie od kwietnia ubiegłego roku. Brytyjska waluta istotnie nie zyskuje po publikacji, jednak jej spadek w relacji do głównych walut został wyhamowany.

USD

Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,79-3,84. Umocnienie dolara w parze ze złotym było praktycznie w pełni związane ze słabością tego ostatniego. Amerykańska waluta zakończyła wczorajszy dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro i ważonego koszyka walut.

Wśród wczorajszych danych z USA warto wyróżnić informacje o dynamice sprzedaży detalicznej w lipcu, które zaskoczyły na plus, sugerując utrzymanie wysokiego tempa konsumpcji na początku III kwartału. Nieco rozczarowała natomiast dynamika produkcji przemysłowej, która w ujęciu miesięcznym rosła wolniej od oczekiwań.

Dziś poznamy serię danych z amerykańskiego rynku nieruchomości w lipcu, bardziej istotny dla nas będzie jednak cotygodniowy odczyt o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA. Serię publikacji zakończymy odczytem indeksu przemysłowego FED z Filadelfii w sierpniu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – inflacja bazowa w Polsce w lipcu
  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w lipcu
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 14:30 – wskaźnik przemysłowy wg. FED z Filadelfii w sierpniu
  • 15:00 – Telekonferencja z inwestorami przeprowadzona przez ministra finansów Turcji, Berata Albayraka

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Magdalena Gołębiewska: Technologia blockchain zmieni system finansowy

Kryptowaluty rewolucjonizują świat finansów. Czy oparty na tradycyjnym pieniądzu, scentralizowany system płatniczy może przestać istnieć? Niewykluczone, że tak, ponieważ coraz więcej z nas ceni sobie możliwość dokonywania płatności bez nadzoru i udziału banków czy innych pośredników – za pomocą wykorzystywanej przy transakcjach kryptowalutowych technologii blockchain.

System płatniczy oparty na bitcoinie (lub innej kryptowalucie) od tradycyjnego systemu płatniczego w zasadniczy sposób odróżnia to, że nie jest on regulowany ani nadzorowany przez banki, jest zdecentralizowany. To sami użytkownicy decydują o jego ewentualnych zmianach. Druga istotna różnica polega na tym, że w systemie blockchainowym w procesie dokonywania transakcji nie uczestniczą żadni pośrednicy. Wszystko odbywa się między użytkownikami.

„Technologia blockchain na pewno zmieni zupełnie system finansowy, który znamy teraz […]. W moim mniemaniu będzie on zastąpiony przez kryptowaluty, przez technologię blockchain, chociażby dlatego, że jest ona tańsza i szybsza” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Magdalena Gołębiewska, country manager w firmie Luno. W powszechnym użyciu nie będzie wtedy prawdopodobnie bitcoina, który zapoczątkował rewolucję, ale będą inne kryptowaluty. Wynika to m.in. z opóźnienia w realizacji transakcji bitcoinowych w technologii blockchain – ich akceptacja trwa nawet kilka minut.

PPK – kto i ile zapłaci za Pracownicze Plany Kapitałowe?

Każdemu, kto zdecyduje się zwiększyć swoją emeryturę poprzez udział w Pracowniczych Planów Kapitałowych, państwo będzie dokładać składkę powitalną i coroczną składkę lojalnościową.

– Udział Skarbu Państwa w PPK będzie się sprowadzał do składki powitalnej w wysokości 250 zł dla każdego, kto zdecyduje się wziąć udział w PPK i składki lojalnościowej w postaci dopłaty corocznej 240 zł – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Gwiazda, Partner, Szef Praktyki Prawa Pracy w Kochański Zięba i Partnerzy.

Pracodawca będzie ponosić koszty związane z PPK w wysokości 1,5 proc. wynagrodzenia, z możliwością dobrowolnego zwiększenia do 2,5 proc. (łącznie maksymalnie 4 proc.).

Natomiast pracownik będzie wpłacał 2 proc. (0,5 proc) wynagrodzenia brutto, z możliwością podwyższenia o kolejne 2 proc. (łącznie maksymalnie 4 proc.) Ponadto przewidziane są dodatkowe wpłaty finansowane z Funduszu Pracy, wpłata powitalna – 250 zł jednorazowo na start oraz dopłaty roczne – 240 zł za każdy rok oszczędzania.

Do końca roku w Polsce zostanie oddanych 450 kilometrów dróg krajowych

Dzisiaj kierowcy lepiej znoszą stanie w korkach, jeżeli widzą intensywne budowy i modernizację infrastruktury drogowej. Mają w perspektywie powstanie nowych tras, z których za kilka lub kilkanaście miesięcy będą mogli korzystać. Na szczęście większość realizowanych obecnie inwestycji nie ma opóźnienia. Na polskich drogach, za które odpowiada państwo, trwa właśnie realizacja ok. 110 zadań, czyli ponad 1430 kilometrów. Opóźnienia – które obejmują 300 kilometrów – są spowodowane różnymi, obiektywnymi czynnikami, jak m.in. odkryte podziemne jezioro w przypadku budowy obwodnicy Koszalina na trasie S6. Odcinek ten – ze względu na zmiany w projekcie i technologii – zostanie niestety oddany aż z 2-letnim poślizgiem. Jest też kilka przypadków, kiedy opóźnienia związane są z przyczynami zależnymi od firm. We wszystkich przypadkach są to przedsiębiorstwa włoskie. Jednym z nich jest Sallini – które zostało wyrzucone z niedokończonej, choć oddanej kierowcom, obwodnicy Marek.

– Dzisiaj wiemy już, że do końca roku oddanych zostanie ok. 450 kilometrów dróg krajowych łącznie z obwodnicami. To ok. 100 kilometrów więcej niż w poprzednim roku – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR – Istnieją jednak odcinki, które byłyby bardzo potrzebne, zwłaszcza w okresie wakacyjnym, a niestety zostaną otwarte później. Należy do nich np. 40 kilometrów trasy S8 z Warszawy w kierunku Białegostoku. Droga do Ostrowi Mazowieckiej miała być otwarta już w tym roku, jednak nastąpi to pewnie dopiero późną jesienią. Podobnie jest z trasą S7 w okolicach Jędrzejowa oraz Chabówki. Choć na razie nie trzeba wszczynać alarmu, widać wyraźnie, że włoskie firmy nie mają w Polsce potencjału, szybko i po omacku szukają podwykonawców. Oprócz tego istnieje problem z waloryzacją cen.Koszty transportu, usług i pracy idą w górę. Chociaż zastosowany ma zostać nowy wskaźnik GUS-owski, który będzie przewidywać takie sytuacje, wciąż nie wiadomo co stanie się z kontraktami za lata 2015-2016. Ministerstwo sprawdza obecnie ile kosztowałaby waloryzacja i czy byłaby zgodna z prawem polskim oraz unijnym. Do tego czasu ciężko wyrokować w tej sprawie. Widać, że dyktowane dziś wyższe ceny zawierają straty z ubiegłych lat, które firmy chcą sobie zrekompensować. Póki co – choć z problemami w kilku miejscach – budowa dróg idzie do przodu. Niestety nie wszystkie odcinki będą gotowe na newralgiczny czas wakacji – ale przy takim froncie robót w żadnym kraju nie udałoby się uniknąć opóźnień – wskazał Furgalski.

Grupa AFORTI publikuje wyniki finansowe za I półrocze 2018

Rekordowe, skonsolidowane przychody netto ze sprzedaży – sięgające niemal
243,75 mln zł, przy zysku netto na poziomie 1,012 mln zł – wypracowała w I półroczu 2018 roku Grupa Aforti. Tym samym, wartość przychodów holdingu finansowego – świadczącego usługi pożyczkowe, windykacyjne i faktoringowe dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw oraz zarządzającego platformą wymiany walut online dla firm – wzrosła narastająco po dwóch kwartałach 2018 roku o ponad 224 proc. względem I półrocza 2017. Z kolei zysk netto Grupy zwiększył się o 26,9 proc. w porównaniu z wynikiem osiągniętym w analogicznym okresie roku poprzedniego, kiedy to spółki z Grupy wypracowały ponad 0,79 mln zł.

Jednocześnie, EBIT Grupy AFORTI wyniósł narastająco po dwóch kwartałach 2018 roku 8,08 mln zł w stosunku do 3,07 mln zł w I połowie 2017 roku, co daje wzrost o 163 proc. Natomiast EBITDA Grupy w ujęciu półrocznym została niemal podwojona, zwiększając się o 99,3 proc. – z 1,21 mln zł w okresie styczeń – czerwiec 2017 do 2,41 mln zł w I półroczu 2018.

Za dobrymi wynikami Grupy AFORTI stoi również wysoka kapitalizacja notowanej na NewConnect spółki Aforti Holding. W połowie sierpnia 2018 roku spółka zarządzana przez Klaudiusza Sytka wyceniana była na 42,44 mln zł w porównaniu do 24,88 mln zł na koniec grudnia 2017.

Grupa AFORTI publikuje wyniki finansowe za I półrocze 2018

Tylko w II kwartale 2018 roku spółki z Grupy AFORTI wypracowały ponad 143,82 mln zł przychodów netto ze sprzedaży względem niemal 41,87 mln zł, osiągniętych w okresie kwiecień – czerwiec 2017, dając wzrost o niemal 243,5 proc. Zysk netto za II kwartał 2018 wyniósł 0,29 mln zł.

W II kwartale 2018 roku wartość mikropożyczek sprzedanych przez Aforti Finance wzrosła o 90,09 proc. – z 9,3 mln zł w IIQ 2017 do 17,68 mln zł, spółka Aforti Exchange wypracowała na platformie wymiany walut online dla firm niemal 66 mln EUR obrotu względem 17,4 mln EUR w IIQ 2017, a Aforti Exchange Romania zanotowała 12,5 mln EUR względem 7,2 mln EUR obrotu w IQ 2018 roku. Z kolei wartość nominalna zleceń windykacyjnych pozyskanych w IIQ 2018 przez Aforti Collections wyniosła 1,94 mln zł. Jednocześnie wartość wierzytelności sfinansowanych przez Aforti Factor szacowana jest w IIQ 2018 na 5,83 mln zł w stosunku do 2,93 mln zł w IQ 2018.Grupa AFORTI przychody za I półrocze 2018

Pierwsza połowa 2018 roku potwierdziła rosnące zainteresowanie usługami oferowanymi przedsiębiorcom z sektora MSP przez spółki z Grupy AFORTI. Tym samym holding finansowy zarządzany przez Klaudiusza Sytka coraz dynamiczniej zaznacza swoją obecność na krajowym rynku usług pożyczkowych, windykacyjnych, faktoringowych oraz w branży wymiany walut online dla firm.

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

Tak doskonałe wyniki finansowe za I półrocze Grupa AFORTI osiągnęła dzięki umiejętnemu wykorzystaniu stale rosnącego popytu sektora MSP na zewnętrzne finansowanie oraz profesjonalne wsparcie w zarządzaniu procesami windykacyjnymi i faktoringowymi. Perspektywiczność branż, w których działają: Aforti Finance, Aforti Exchange, Aforti Collections i Aforti Factor dają Grupie wysoki potencjał wzrostu, a dynamika naszych przychodów w kolejnych latach – przy jednoczesnym obniżaniu kosztów operacyjnych – może dodatkowo wzrosnąć po połączeniu spółki Aforti Collections z firmą windykacyjną LifeBelt, które zostanie sfinalizowane jeszcze w IV kwartale 2018 roku – zapewnia Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Aforti Holding.

W II kwartale 2018 roku:

  • Wartość mikropożyczek sprzedanych przez Aforti Finance wzrosła o niemal 90,09 proc. – z 9,3 mln zł w IIQ 2017 do 17,68 mln zł w IIQ 2018
    • Jednocześnie na koniec czerwca 2018 roku wartość złożonych wniosków pożyczkowych wyniosła prawie 244,04 mln zł i była wyższa o ponad 280 proc. w porównaniu do tego samego okresu poprzedniego roku
    • Aforti Finance kontynuowało rozwój przez:
      • Uruchomienie własnego call center
      • Rozbudowę działu sprzedaży oraz zespołu weryfikacji i windykacji w nowych lokalizacjach: Rzeszów i Wrocław
      • Zawarcie umowy na stworzenie dedykowanego, autorskiego systemu IT do obsługi klientów

AFORTI finance wyniki za I półrocze 2018

  • Na platformie wymiany walut online dla firm, spółka Aforti Exchange wypracowała niemal 66 mln EUR obrotu w IIQ 2018 względem 17,4 mln EUR w IIQ 2017
    • Dynamika wartości wymienionej waluty w IIQ 2018 względem IIQ 2017 wyniosła
      na polskiej platformie 279,08 proc.

AFORTI exchange wyniki za I półrocze 2018

  • Na rumuńskiej platformie spółka Aforti Exchange Romania zanotowała
    w IIQ 2018 roku 12,5 mln EUR obrotu względem 7,2 mln EUR w IQ 2018 roku

AFORTI exchange wyniki za I półrocze 2018 r

  • Wartość nominalna zleceń windykacyjnych pozyskanych przez Aforti Collections
    w IIQ 2018 roku wyniosła ponad 1,94 mln zł

    • Jednocześnie, na koniec czerwca 2018 roku wartość nominalna zleceń windykacyjnych sięgnęła poziomu 9,67 mln zł

AFORTI collections wyniki za I półrocze 2018

  • Wartość wierzytelności sfinansowanych przez Aforti Factor – spółkę, która rozpoczęła działalność operacyjną dopiero w IQ 2018 roku – wyniosła w IIQ 2018 aż 5,8 mln zł względem
    2,93 mln zł w IQ 2018

    • Na koniec I półrocza 2018 wartość sfinansowanych wierzytelności osiągnęła poziom niemal 8,76 mln zł
    • Spółka Aforti Factor rozpoczęła współpracę z litewską platformą pożyczkową peer-to-peer ViVentor. Tym samym, proces odzyskiwania środków ulokowanych przez Aforti Factor w wykupionych fakturach ulegnie skróceniu, a pozyskane w ten sposób fundusze – szacowane wstępnie na 50-75 proc. zainwestowanego kapitału – spółka będzie inwestować w dalszy rozwój biznesu faktoringowego.

AFORTI faktor wyniki za I półrocze 2018

– Wyniki II kwartału 2018 roku, a tym samym I półrocza są dla nas bardzo satysfakcjonujące, ale jednocześnie motywują nas do dalszych działań. Bieżące aktywności biznesowe – podejmowane przez Grupę AFORTI tak w Polsce, jak też na rynkach zagranicznych – pozwolą nam na dalszy dynamiczny rozwój. Nie bez znaczenia dla wzmocnienia kondycji finansowej Grupy AFORTI będzie w dalszej perspektywie ekspansja międzynarodowa jej spółek. Planujemy, że Aforti Exchange pojawi się w co najmniej 7 kolejnych krajach, wśród których możemy wymienić: Czechy, Węgry, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Albanię oraz Macedonię. Zgodnie ze strategią Grupy na lata 2018- 2020 zamierzamy także wdrożyć nowe, internetowe usługi i produkty pożyczkowe, windykacyjne i faktoringowe, w tym między innymi możliwość składania wniosków online w ramach oferty Aforti Finance oraz udostępnić usługi faktoringu online, nad którą pracuje aktualnie spółka Aforti Factor. Inwestycje te będą z pewnością kosztochłonne, ale zwrot z nakładów stosunkowo szybko zrekompensuje poniesione wydatki – dodaje Klaudiusz Sytek.

Znaczącemu rozszerzeniu portfolio produktów i usług oferowanych mikro, małym i średnim przedsiębiorcom przez spółki z Grupy AFORTI będzie towarzyszył rozwój nowych obszarów działalności, oparty m.in. na poszerzeniu portfela produktowego dla bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w zakresie leasingu. W tym celu AFORTI planuje powołać w ciągu najbliższych 3 lat nową spółkę, ale niewykluczona jest także akwizycja istniejącego już podmiotu.

Rynki nieco spokojniejsze

Mimo słabości widocznej zwłaszcza w pierwszej połowie poprzedniego dnia, polski złoty nie zakończył poniedziałku stratami w relacji do głównych walut. Dziś polska waluta radzi sobie dość dobrze. Po feralnej końcówce tygodnia i ciekawym poniedziałku na globalne rynki finansowe zaczyna wracać spokój.

W ostatnich dniach na waluty rynków wschodzących, jak również na główne pary w istotnym stopniu wpływały informacje z Turcji. Lira rozpoczęła tydzień od pogłębienia spadków – w poniedziałek w relacji do dolara amerykańskiego dobiła do psychologicznego poziomu 7. Centralny Bank Turcji (CBRT) próbował ratować sytuację dokonując technicznych zmian dotyczących depozytów walutowych, w efekcie dostarczając tureckim bankom dodatkową płynność o wartości 6 mld USD. Prezydent Erdogan podczas konferencji informował o tym, iż obecne spadki waluty nie są uzasadnione przez dobre fundamenty gospodarcze Turcji oraz iż bieżąca sytuacja jest atakiem na kraj, wyrażając pretensje względem zachowania USA. W trakcie dzisiejszego przemówienia stwierdził dodatkowo, że Turcja będzie bojkotować amerykańskie dobra konsumpcyjne dobitnie stwierdzając, iż “jeśli oni [USA] mają iPhone’y, to po drugiej stronie jest Samsung”. Inwestorom ton Erdogana raczej się nie spodobał, a umocnienie liry z pierwszej części dnia w trakcie trwania przemówienia “sułtana” wyraźnie wyhamowało.

Wraz z lirą turecką od początku dnia zyskały europejskie (w tym polska) giełdy. Umocniły się również waluty najbardziej poszkodowane przez ostatnią falę wyprzedaży, która przelała się po rynkach wschodzących, w tym m.in. rand południowoafrykański.

Mimo porannego umocnienia, sytuacja w Turcji nie uległa istotnej poprawie. Wczorajsze działania banku centralnego niemal na pewno nie wystarczą, aby sprawić, żeby waluta powróciła w okolice poziomów notowanych kilka tygodni wcześniej. Retoryka Erdogana, który znajduje się na kursie kolizyjnym z USA również nie sprzyja perspektywom tureckiej waluty. Stany Zjednoczone w poniedziałek poinformowały, że USA nie przystąpią do negocjacji, jeśli Turcja nie uwolni amerykańskiego pastora przetrzymywanego po nieudanym puczu z 2016 r, a na to, Erdogan prawdopodobnie nie będzie chciał przystać.

Oprócz informacji z Turcji warto dziś zwrócić uwagę na odczyty PKB z europejskich gospodarek. Ekspansja polskiej gospodarki w drugim kwartale okazała się być zgodna z oczekiwaniami konsensusu ekonomistów i wyniosła 5,1% w ujęciu rocznym, czyli niemal tyle samo co w pierwszym kwartale. Niestety obecnie nie znamy struktury wzrostu gospodarczego, na nią i na potwierdzenie dzisiejszego odczytu przyjdzie nam poczekać do 31 sierpnia.

Dzisiejszy dzień przyniósł również dane o krajowej inflacji. Finalny odczyt lipcowej dynamiki cen w Polsce w ujęciu rocznym był zgodny ze wstępnymi szacunkami, w ujęciu miesięcznym spadek inflacji był jednak głębszy niż oczekiwano – wyniósł bowiem 0,2%.

Kombinacji wysokiego wzrostu gospodarczego i niskiej inflacji mogą nam pozazdrościć sąsiedzi z regionu. Żaden najbliższy nam kraj nie może się pochwalić równie imponującym wzrostem, w większości z nich inflacja również znacząco przekracza poziomy notowane w Polsce. Dzisiejsze dane pokazały, że w kwestii wzrostu szczególnie słabo radzą sobie Czechy, gdzie dynamika ekspansji gospodarczej w drugim kwartale była ponad dwukrotnie słabsza niż w Polsce. W kwestii inflacji prym wiedzie Rumunia, gdzie – mimo ostatniego silnego spadku – dynamika cen pozostaje ponad dwukrotnie wyższa niż u nas.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,32. Wspólna europejska waluta zakończyła wczorajszy dzień lekkim umocnieniem w relacji do dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego.

Dzisiejsza rewizja szacunków PKB dla strefy euro pokazała, że ekspansja gospodarcza była nieco wyższa niż pokazały wstępne dane. W ujęciu rocznym PKB w drugim kwartale wzrosło o 2,2%, w kwartalnym natomiast o 0,4% – tym samym odczyt był zgodny z oczekiwaniami konsensusu przed publikacją wstępnych szacunków.

Oprócz danych o wzroście gospodarczym, dzisiejszy dzień przyniósł dane o produkcji przemysłowej, której dynamika w czerwcu nieco rozczarowała. Na plus natomiast zaskoczyły sierpniowe odczyty indeksów nastrojów ekonomicznych ZEW dla Niemiec i strefy euro. Nadal są one negatywne, niemniej odczyty opisujące nastroje względem przyszłych warunków gospodarczych wzrosły do najwyższego poziomu od trzech miesięcy

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,79-4,84. Brytyjska waluta wczoraj nieznacznie osłabiła się w relacji do głównych walut.

Dzisiejsze dane z brytyjskiego rynku pracy były mieszane. Pozytywnie zaskoczyły informacje o niespodziewanym spadku stopy bezrobocia z poziomu 4,2% w maju do 4% w czerwcu – najniższego od 43 lat. Nieco rozczarowała dynamika wynagrodzeń z uwzględnieniem bonusów, która spowolniła z poziomu 2,5% w maju do 2,4% w czerwcu, nieco w górę zaktualizowano natomiast szacunki dynamiki płac bez bonusów za maj. Reakcja na dane jest umiarkowana. Po publikacji brytyjska waluta nieznacznie umocniła się w parze z euro i polskim złotym, osłabia się natomiast w parze z silniejszym dolarem amerykańskim.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,75-3,79. Amerykańska waluta wczoraj nieco osłabiła się w relacji do euro, dolar zakończył dzień na lekkim plusie w relacji do funta brytyjskiego. Brak istotnych informacji z USA sprawił, że dolar reagował przede wszystkim na zmiany globalnego sentymentu związanego z sytuacją w Turcji, skala wahań, w szczególności w relacji do głównych walut była jednak ograniczona.

W drugiej części dnia nie poznamy zbyt wielu istotnych danych makroekonomicznych. Po południu opublikowane zostaną jedynie dane o dynamice cen eksportowych i importowych w USA w lipcu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

14:30 – dane o dynamice cen eksportowych i importowych w USA w lipcu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Działalność nierejestrowana – na czym polega i z czym się wiąże?

Anna Wakulik, ekspert wFirma.pl
Anna Wakulik, Ekspert wFirma.pl

W ramach wprowadzenia Konstytucji biznesu od 30 kwietnia 2018 r. funkcjonuje tzw. działalność nierejestrowana, zwana inaczej działalnością nierejestrową czy działalnością na próbę. Polega na tym, że osoba fizyczna nieprowadząca do tej pory działalności, ma możliwość jej prowadzenia bez większych formalności, do momentu gdy nie przekroczy określonej kwoty przychodów.

Czym jest działalność nierejestrowana?

Warunki, które należy spełnić, aby działalność nierejestrowana zaistniała, zostały wymienione w art. 5 ust. 1 ustawy Prawo przedsiębiorców, która wchodzi w skład Konstytucji biznesu. Zgodnie z ich brzmieniem działalność nierejestrowana to taka, której przychód należny w żadnym miesiącu nie przekracza 50% kwoty minimalnego wynagrodzenia za pracę, które obowiązuje w kraju. Drugim warunkiem możliwości prowadzenia działalności nierejestrowanej jest brak wykonywania działalności gospodarczej przez ostatnich 60 miesięcy.

W 2018 r. kwota minimalnego wynagrodzenia za pracę wynosi 2100 zł brutto, co oznacza, że działalność nierejestrowana może być prowadzona do limitu przychodów w wysokości 1050 zł.

Jeżeli w ciągu miesiąca przedsiębiorca przekroczy wskazaną kwotę limitu przychodów, to ma obowiązek dokonania czynności rejestracyjnych za pomocą wniosku CEIDG-1, czego należy dokonać w ciągu 7 dni od przekroczenia limitu przychodów. Wówczas działalność nierejestrowana staje się działalnością gospodarczą. Co ważne, działalność nierejestrowana nie może być wykonywana w formie spółki cywilnej.

Działalność nierejestrowana – ZUS, PIT, VAT

ZUS

Prowadzenie działalności nierejestrowanej nie wywołuje obowiązku opłacania żadnych składek ZUS, społecznych czy też zdrowotnych. Osoba prowadząca taką działalność nie dokonuje bowiem czynności rejestracyjnych do ZUS-u, ani nie składa deklaracji do tego organu.

PIT

Osoba prowadząca działalność nierejestrowaną nie jest jednak zwolniona z odprowadzania podatku dochodowego. Osiągane dochody są opodatkowane, jednak nie na tych samych zasadach co działalność gospodarcza, w której co miesiąc lub kwartał dokonuje się zapłaty zaliczek na podatek dochodowy. Przychody uzyskane z prowadzenia działalności nierejestrowanej są wykazywane dopiero w zeznaniu rocznym podatnika, które składane jest na formularzu PIT-36, w części “Inne źródła”, ponieważ przychody te są opodatkowane na zasadach ogólnych na podstawie skali podatkowej (18%, a od nadwyżki 85 525 zł – 32%).

VAT

Opodatkowanie VAT w działalności nierejestrowanej następuje w ten sam sposób, jak w działalności gospodarczej. Podmiotowe zwolnienie z VAT obowiązuje ze względu na nieprzekroczenie limitu obrotów ze sprzedaży osiąganych w skali roku, który wynosi 200 tys. zł w 2018 r.

Jeżeli specyfika wykonywanej działalności wymaga rejestracji do VAT, to osoba prowadząca działalność nierejestrowaną musi dokonać tego obowiązku. Przykładem mogą być usługi doradcze, prawnicze czy jubilerskie. Co ważne, podatnik VAT jest zobowiązany do prowadzenie rejestrów VAT sprzedaży i zakupów, a także do składania deklaracji VAT oraz JPK_VAT za każdy okres rozliczeniowy. Jeżeli jednak czynności wykonywane w ramach działalności nierejestrowanej nie podlegają obowiązkowi rejestracji do VAT, to podatnik może skorzystać ze zwolnienia z podatku VAT.

Wykaz czynności, do których nie stosuje się zwolnienia przedmiotowego z opodatkowania VAT, zawiera ustawa o VAT w art. 113 ust. 13.

Art. 113 ust. 13 Zwolnień, o których mowa w ust. 1 i 9, nie stosuje się do podatników:

1) dokonujących dostaw:

a) towarów wymienionych w załączniku nr 12 do ustawy,

b) towarów opodatkowanych podatkiem akcyzowym, w rozumieniu przepisów o podatku akcyzowym, z wyjątkiem:

– energii elektrycznej (PKWiU 35.11.10.0),

– wyrobów tytoniowych,

– samochodów osobowych, innych niż wymienione w lit. e, zaliczanych przez podatnika, na podstawie przepisów o podatku dochodowym, do środków trwałych podlegających amortyzacji,

c) budynków, budowli lub ich części, w przypadkach, o których mowa w art. 43 ust. 1 pkt 10 lit. a i b,

d) terenów budowlanych,

e) nowych środków transportu;

2) świadczących usługi:

a) prawnicze,

b) w zakresie doradztwa, z wyjątkiem doradztwa rolniczego związanego z uprawą i hodowlą roślin oraz chowem i hodowlą zwierząt, a także związanego ze sporządzaniem planu zagospodarowania i modernizacji gospodarstwa rolnego,

c) jubilerskie;

3) nieposiadających siedziby działalności gospodarczej na terytorium kraju.

 

Jak dokumentować sprzedaż w działalności nierejestrowanej?

W przypadku dokonywania sprzedaży na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej lub rolników ryczałtowych należy ustalić, czy jest wymagana w tym zakresie kasa fiskalna, co reguluje rozporządzenie w sprawie zwolnień z obowiązku prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących. Jeżeli sprzedaż podlega zwolnieniu z obowiązku rejestracji na kasie fiskalnej, to sprzedaż na rzecz wskazanej powyżej grupy osób powinna być udokumentowana w ewidencji sprzedaży bezrachunkowej.

W odniesieniu do sprzedaży dla innych firm, osiągane przychody należy zawsze udokumentować fakturą.

Osoba wykonująca działalność nierejestrowaną, która jest zwolniona z podatku VAT, dodatkowo powinna, zgodnie z art. 109 ust. 1 ustawy o VAT, prowadzić uproszczony rejestr sprzedaży. Jest on pomocny m.in. w pilnowaniu nieprzekroczenia limitu przychodów dla działalności nierejestrowanej (limit wynosi 1050 zł w 2018 r.).

Rejestr sprzedaży w działalności nierejestrowanej prowadzony przez podatnika zwolnionego z VAT powinien zawierać:

  • liczbę porządkową,
  • datę sprzedaży,
  • numer dokumentu sprzedaży,
  • wartość sprzedaży,
  • wartość sprzedaży narastająco.

Dodatkowo dla celów ewidencyjnych rejestr sprzedaży może zawierać dane nabywcy.

Natomiast podatnik VAT, aby prawidłowo dokonywać rozliczeń z tytułu podatku VAT, powinien posiadać NIP. W razie jego braku osoba prowadząca działalność nierejestrowaną powinna wystąpić o jego wydanie poprzez złożenie w urzędzie formularza NIP-2.

Zalety wykonywania działalności nierejestrowanej

Działalność nierejestrowana odejmuje wiele formalności oraz obowiązków, które posiada przedsiębiorca prowadzący działalność gospodarczą. Osoba prowadząca działalność nierejestrowaną jest zwolniona m.in. z:

  • rejestracji działalności do urzędu skarbowego, ZUS-u i GUS-u przez złożenie wniosku CEIDG-1,
  • wyliczania i opłacania zaliczek na podatek dochodowy,
  • sporządzenia deklaracji ZUS i opłacenie składek ZUS,
  • prowadzenia księgowości (prowadząc działalność nierejestrowaną, wystarczy sporządzać uproszczoną ewidencję sprzedaży).

Anna Wakulik, Ekspert wFirma.pl

Gdy czarne jest czarne, a czasem białe, czyli dzień z życia polskiego podatnika

Stara zasada głosi, że nieznajomość prawa szkodzi. Jego znajomość powinna zaś chronić. Niestety, reguła ta nie ma zastosowania, jeśli w grę wchodzą przepisy podatkowe. Nawet ich właściwe rozumienie nie obroni podatnika, jeśli fiskus interpretuje je inaczej.

Według zawartej w art. 102 Kodeksu spółek handlowych (dalej: „k.s.h.”; Dz.U. z 2000 r. nr 94, poz. 1037 ze zm.) definicji spółka komandytowa jest spółką osobową. Wyraźnie wskazuje na to także art. 4 § 1 pkt 1 tej ustawy oraz art. 1a pkt 1 Ustawy o podatku od czynności cywilnoprawnych (dalej: „u.p.c.c.”; Dz.U. z 2000 r. nr 86, poz. 959 ze zm.). Zgodnie zaś z prawem Unii Europejskiej spółka komandytowa bywa czasem… spółką kapitałową.

Umowa spółki przed notariuszem

W 2012 r. zawierający umowę spółki komandytowej wnieśli jednocześnie wkłady pieniężne, a będąca jednym z komandytariuszy spółka jawna – aport w postaci zorganizowanej części przedsiębiorstwa o wartości ponad 12 mln zł. Umowa zawierana była przed notariuszem, który jako płatnik podatku od czynności cywilnoprawnej (dalej: „PCC”) zobowiązany był do jego naliczenia i poboru, którego to obowiązku nie wykonał. Powołał się bowiem na art. 2 pkt 6 lit. c u.p.c.c. w związku z unijnymi dyrektywami dotyczącymi podatków pośrednich od gromadzenia kapitału 69/335/EWG z 1969 r. (Dz. Urz. UE L 249, 3.10.1969) oraz 2008/7/WE z 2008 r. (Dz. Urz. UE L 46/11, 21.2.2008).

Spółka komandytowa = kapitałowa

Wskazany przepis u.p.c.c. uwalnia spod obowiązku podatkowego czynności cywilnoprawne mające za przedmiot umowy spółki i ich zmiany związane z wniesieniem do spółki kapitałowej, w zamian za jej udziały lub akcje, przedsiębiorstwa spółki kapitałowej lub jego zorganizowanej części. Z kolei dyrektywa 2008/7/WE w art. 2 pkt 2 jako spółkę kapitałową definiuje każdą inną spółkę, przedsiębiorstwo, stowarzyszenie lub osobę prawną prowadzącą działalność skierowaną na zysk.

Urząd skarbowy kontra notariusz

Urząd skarbowy ustalił odpowiedzialność notariusza za niepobranie i niewpłacenie ponad 60 tys. zł PCC. Organ wywiódł z tej samej co notariusz dyrektywy, że jej art. 9 daje państwom członkowskim swobodę decydowania, na użytek nałożenia podatku kapitałowego, które z podmiotów wymienionych w art. 2 pkt 2 uznawać za spółki kapitałowe. Ponieważ polskie prawo za takie nie uważa spółek komandytowych, a jedynie spółki akcyjne i z o.o., zwolnienie z PCC nie jest wobec nich skuteczne.

Prymat prawa wspólnotowego

Bezskuteczne odwołanie do dyrektora izby skarbowej skutkowało wniesieniem przez notariusza skargi do sądu. WSA w Łodzi orzekł, że od dnia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej w przypadku kolizji stanowionego przez UE prawa z prawem krajowym pierwszeństwo stosowania przysługuje prawu wspólnotowemu. Podstawę do tego daje art. 91 ust. 3 Konstytucji RP w związku z art. 2 traktatu akcesyjnego z 16 kwietnia 2003 r. Potwierdza to również wyrok TSUE w sprawie Simmenthal (sygn. C-106/77).

Sąd przytoczył linię orzeczniczą Naczelnego Sądu Administracyjnego (wyroki z 4 lipca 2014 r., sygn. akt II FSK 1915/12, z 16 grudnia 2014 r., sygn. akt II FSK 2796/12, z 25 lutego 2015 r., sygn. akt II FSK 126/13), zgodnie z którą PCC jest podatkiem kapitałowym w rozumieniu dyrektywy 69/335/EWG oraz dyrektywy 2008/7/WE. Jednocześnie, ponieważ zgodnie z art. 102 k.s.h. spółka komandytowa może mieć na celu prowadzenie przedsiębiorstwa, a zatem może być nastawiona na osiąganie zysku, w świetle unijnych dyrektyw można uznać ją za spółkę kapitałową (sygn. akt I SA/Łd 917/15).

Zasada stand still

WSA uznał zasadność zarzutu naruszenia przez organ art. 7 ust. 1 i ust. 2 Dyrektywy Rady 2008/7/WE. Zabrania on bowiem poboru podatku kapitałowego, jeśli została spełniona przesłanka przerwy w jego naliczaniu: „(…) państwo członkowskie, które w dniu 1 stycznia 2006 r. naliczało podatek od wkładów kapitałowych do spółek kapitałowych, zwany dalej «podatkiem kapitałowym», może go w dalszym ciągu naliczać (…) Jeżeli w jakimkolwiek momencie po dniu 1 stycznia 2006 r. państwo członkowskie przestanie naliczać podatek kapitałowy, nie może go ono ponownie wprowadzić”.

Obowiązująca od przystąpienia Polski do UE do 31 grudnia 2006 r. ustawa o podatku od czynności cywilnoprawnych nie nakładała PCC na czynności cywilnoprawne, których co najmniej jedna ze stron musiała w związku z tą czynnością odprowadzić podatek od towarów i usług lub była z niego zwolniona. Od 1 maja 2005 r. do 30 listopada 2008 r. funkcjonowało w obrocie prawnym Rozporządzenie Ministra Finansów z dnia 27 kwietnia 2004 r. w sprawie wykonania niektórych przepisów ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. nr 97, poz. 970 ze zm.), które zwalniało od VAT wkłady niepieniężne (aporty) wnoszone do spółek prawa handlowego i cywilnego.

Konkludując, sąd stwierdził, że skoro po 1 stycznia 2006 r. wniesienie aportem zorganizowanej części przedsiębiorstwa do spółki komandytowej podlegało w Polsce zwolnieniu z VAT, a tym samym z PCC, to Polska nie mogła wprowadzić tego obciążenia ponownie. Stanowiłoby to bowiem naruszenie zasady stand still, zabraniającej wprowadzania przez państwo członkowskie obciążeń podatkowych pogarszających sytuację podatnika.

Zderzenie sprzeczności

Sprawa nie jest jednak zamknięta. Do konfliktów i rozbieżności interpretacyjnych dochodzi na tle jednego, polskiego systemu prawnego, a co dopiero, gdy w grę wchodzą dwa. Zasadniczo przepisy prawa unijnego mają rangę równą krajowym ustawom. Dopiero w momencie kolizji zyskują pierwszeństwo stosowania.

Organy podatkowe podważają „kapitałową” cechę spółki komandytowej nadawaną przez przepisy UE. Zarzucają przede wszystkim, że nie została ona wymieniona w art. 3 ust. 1 lit. a dyrektywy 69/335/EWG ani w załączniku I do art. 2 ust. 1 lit. a dyrektywy 2008/7/WE (interpretacja indywidualna z 23 listopada 2012 r., ILPB2/436-234/12-3/MK). Nie spełnia również pozostałych przesłanek uznania za spółkę kapitałową, jak choćby tej, że wspólnik takiej spółki jest odpowiedzialny za jej długi tylko do wysokości swoich udziałów – zgodnie wszak z art. 102 k.s.h. za zobowiązania spółki komandytowej komplementariusz odpowiada wobec wierzycieli bez ograniczeń.

Wątpliwość budzi również złamanie zasady stand still. Zgodnie z art. 6 pkt 1 ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535 ze zm.) przepisy o VAT nie mają zastosowania wobec transakcji zbycia przedsiębiorstwa lub zorganizowanej części przedsiębiorstwa. Dlatego też wniesienie aportem zorganizowanej części przedsiębiorstwa do spółki komandytowej mogło zostać obciążone podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Te wątpliwości potwierdził w omawianej sprawie NSA, uchylając w całości zaskarżony przez organ podatkowy wyrok i przekazując sprawę do ponownego rozpoznania wojewódzkiemu sądowi administracyjnemu (wyrok z 10 kwietnia 2018 r., sygn. akt II FSK 885/16).

Przed przystąpieniem do sporządzania umowy spółki czy dokonywania jakichkolwiek zmian, warto zatem zasięgnąć opinii doradcy podatkowego lub kancelarii prawnej specjalizującej się w prawie spółek, zwłaszcza pod kątem ewentualnych obowiązków podatkowych. Właściwe rozpoznanie sytuacji prawnej może przynieść korzyści w postaci zaoszczędzonych nie tylko pieniędzy, ale i czasu, jaki zabierze spór z fiskusem w postępowaniu podatkowym i sądowoadministracyjnym. Jeśli dla wspólnika wnoszącego wkład nie jest najważniejsza wysokość udziału, jaki będzie z tego tytułu posiadał, to kwestię nadmiernego opodatkowania może rozstrzygnąć już podczas jego wnoszenia – w umowie spółki. Dla potrzeb podatku PCC, obciążającego umowy spółki stawką 0,5%, podstawą opodatkowania jest bowiem wartość wnoszonego wkładu, a przepisy nie narzucają sposobu określenia jego wartości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Polska gospodarka rośnie jak na drożdżach

Wzrost PKB w Polsce wynosi 5%. Inflacja wciąż w celu NBP. Po gwałtownych ruchach przyszło uspokojenie z delikatną korektą. Złoto oraz inne metale osiągają swoje długookresowe minima.

Dobre dane z Polski

Wzrost gospodarczy o 5% w skali roku to coś czego od niemal dekady nie oglądaliśmy. To co ważne tak wysoki wynik, nie jest spowodowany tylko jednym sektorowym wzrostem. Nie zmienia to faktu, że na szczególną uwagę zasługuje branża budowlana, która zanotowała wzrost wartości dodanej na poziomie 20%. Jak zachowuje się inflacja przy takim wzroście? Wciąż znajduje się celu ustanowionym przez NBP. Poziom 2% i brak tendencji wzrostowej powodują, że brak jest nacisku na zmianę polityki monetarnej przez RPP. Taka tendencja powodowałaby umocnienie złotego. Wiele państw naszego regionu powoli zaczyna się zmagać z problemem rosnących cen. Jednym z powodów, dla których w Polsce on jeszcze nie wystąpił jest bardziej zachowawcza polityka monetarna. Droższy kredyt zachęca bardziej do oszczędzania niż zadłużania się.

Stabilizacja na rynku

Inwestorzy spokojniej patrzą na swoje pozycje inwestycyjne. W efekcie wielu z nich skusiło się na powrót na rynki, które właśnie przeceniono. Dlatego właśnie lira od rana zyskała na wartości około 5%. Zyskuje również polski złoty. Jest to wynik nie tylko dobrych danych z kraju, ale również powrotu inwestorów do naszej części świata. Warto zwrócić uwagę, że po tak dużych spadkach korekta nie jest niczym nadzwyczajnym i wcale nie musi oznaczać, że będziemy od razu wracać na poziomy sprzed kilku tygodni.

Złoto szuka minimów

Pomimo wzrostu ryzyk na rynkach, inwestorzy nie zwracają się w stronę żółtego metalu. Jego dolarowa cena jest najniższa od ponad roku. Warto w tym miejscu przypomnieć, że przynajmniej ostatnie spadki na złocie równoważone są umacnianiem się dolara. W rezultacie cena wyrażona np. w euro wcale nie spadła tak mocno. W odwrocie ostatnio jest nie tylko złoto. Inne metale też notują wielomiesięczne minima. Najgorzej wygląda i tak platyna. Kontrakt na ten surowiec jest najtańszy od dekady.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11:00 – Niemcy – indeks instytutu ZEW,
  • 14:30 – USA – ceny importu i eksportu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Awersja do ryzyka wywołana wyprzedażą w Turcji ciąży aktywom bardziej ryzykownym

Wzrost awersji do ryzyka przyczynia się do rozszerzenia spreadów polskich obligacji nad bazowymi. Dane o rachunku bieżącym minimalnie umacniają złotego.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Poniedziałek 13 sierpnia 2018 roku przyniósł stabilne notowania euro wobec dolara (ok. 1,14) oraz umocnienie złotego wobec euro (z ok. 4,30 do ok. 4,29).

Głównym wydarzeniem dnia na rynku krajowym była publikacja polskiego rachunku bieżącego za czerwiec. Dane okazały się co prawda gorsze od mediany oczekiwań rynkowych (-240mln EUR vs. oczekiwane – 217 mln) jednakże dane za czerwiec zostały zrewidowanie wyraźnie na plus (z 42 mln do 169 mln EUR) dzięki czemu złoty umocnił się wobec euro o jeden grosz względem poziomu otwarcia. Naszym zdaniem są jednak małe szanse, aby pozytywny efekt danych lokalnych w odniesieniu do kursu złotego utrzymał się na dłużej ze względu na negatywny wpływ czynników globalnych, wśród których w centrum uwagi pozostaje sytuacja na rynku tureckiej liry. W związku z jej silną deprecjacją, prezydent Erdogan wykluczył zwrócenie się o pomoc do MFW czy też podniesienie stóp procentowych, co utrudnia ewentualne umocnienie jej kursu. Turecki Bank Centralny zapowiedział co prawda działania ukierunkowane na dostarczanie płynności tureckim bankom oraz obniżył próg wymaganych rezerw przy zakupie tureckiej waluty jednak niewiele to pomogło. Turecka lira w dalszym ciągu pozostaje blisko rekordowych poziomów słabości (aktualny kursu to ok. 7 lir za 1 dolara), co negatywnie oddziałuje również na wartość złotego.

Na początku tego tygodnia kontynuowane były rozpoczęte w piątek wzrosty rentowności polskich obligacji. Przesunięcie się w górę krzywej, które dla papierów ze środka oraz dłuższego końca wynosi około 5pb co jest wywołane przede wszystkim wzrostem awersji do ryzyka (w wyniku wyprzedaż tureckiej liry). Inwestorzy w poszukiwaniu bezpiecznych aktywów zwracali swoją uwagę w stronę Bundów. W związku z tym zauważalnie odbił spread polskich papierów 10-letnich nad niemieckimi, który obecnie znajduje się powyżej 280pb i nie powinien w najbliższym czasie powrócić do tegorocznego minimum w okolicach 245pb.

Odwrót od aktywów ryzykownych przyczyniał się również do kolejnej wyprzedaży włoskich obligacji. Negatywnie na wyceny papierów z południa Europy działała dyskusja nad możliwym kształtem przyszłorocznego budżetu we Włoszech (możliwe poluzowanie dyscypliny fiskalnej), a także obawy EBC o wpływ wyprzedaży TRY na niektóre banki europejskie. Spread rentowności włoskich obligacji nad niemieckimi w sektorze 10-letnim powrócił w okolice tegorocznego szczytu w pobliżu 280pb, który został osiągnięty w maju w momencie tworzenia koalicji M5S z Ligą.

We wtorek uwaga rynku ponownie będzie skupiona na sytuacji na rynkach wschodzących, jednak tym razem do głosu mogą również dojść publikacje danych makroekonomicznych. GUS poda wstępny szacunek polskiego PKB za drugi kwartał oraz finalny odczyt inflacji za lipiec.

Wykres dnia: Słabszy złoty sprzyja poprawie salda rachunku bieżącego do PKB.

Słabszy złoty sprzyja poprawie salda rachunku bieżącego do PKB
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Bank centralny Turcji przeznaczy 10,5 mld USD na pomoc bankom

Bank centralny Turcji zapowiedział, że przeznaczy równowartość 10,5 mld USD, aby zagwarantować wypłacalność banków. Skorygowano poziom wymaganych rezerw dewizowych dla banków oraz wprowadzono preferencyjne warunki zawierania przez nie transakcji repo. Władze tureckie (MSW) ogłosiły gotowość do podjęcia kroków prawnych wobec osób, które w mediach społecznościowych rozpowszechniają niekorzystne informacje co do tureckiej gospodarki. Chociaż kurs liry ustabilizował się wczoraj, uważamy że ww. działania nie zostaną uznane przez rynki za skuteczne. W naszej ocenie do ustabilizowania sytuacji konieczna byłaby większa (przynajmniej 5pp.) podwyżka stóp procentowych, podjęcie współpracy z MFW lub zapowiedzi reform mających na celu przywrócenie niezależności banku centralnego i organów nadzorujących rynek finansowy.

Isabel Ye / Jakub Makurat (Ebury): Coraz więcej chińskich firm chce inwestować w Polsce

Relacje handlowe polsko-chińskie są coraz lepsze. Nie tylko Chińczycy decydują się na inwestycje w Polsce, ale i polskie firmy chętnie szukają możliwości współpracy.

Coraz więcej chińskich firm decyduje się na przyjazd do Polski i inwestycje w naszym kraju. Wpływ na to ma wiele czynników. Przede wszystkim Polska ma świetne położenie geograficzne. Ta lokalizacja jest wykorzystywana jako baza, z której łatwo dotrzeć do innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Ponadto w Polsce są niskie koszty utrzymania w porównaniu do innych części Unii Europejskiej. Dodatkowo Polacy są bardzo wysoko wykwalifikowanymi pracownikami. Te wszystkie czynniki sprawiają, że Polska jest coraz bardziej atrakcyjna i przyciąga większe ilości chińskich inwestycji i firm.

Relacje polsko-chińskie mają już kilkudziesięcioletnią tradycję. Chiny są przede wszystkim ogromnym dostawcą dóbr powszechnego użytku. Dlatego to import ma duże znaczenie w chińskiej gospodarce. Jest duża różnica pomiędzy polskim importem z Chin a polskim eksportem z Chin. Mamy przyrosty na poziomie kilkunastu procent w imporcie, za to eksport urósł w ciągu ostatnich kilku lat o 50%.

Dużym wpływem na relacje polsko-chińskie ma inicjatywa „16+1”, czyli współpraca między 16 państwami z byłego bloku komunistycznego będącymi teraz w Unii Europejskiej a Chinami.

Isabel Ye, Corporate Development Menager Ebury, Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury na Polskę.

Państwo zabiera zlecenia na ochronę obiektów sektora publicznego. Polski Holding Ochrony interweniuje w Kancelarii Premiera

Warszawa, 14 sierpnia 2018. Polski Holding Ochrony, który w maju wyraził zaniepokojenie związane z pozbawianiem prywatnych firm możliwości realizacji usług ochrony zlecanych przez państwowych zleceniodawców i zadał w tej sprawie pytania premierowi Morawieckiemu, wyraża zdziwienie wyjaśnieniami otrzymanymi od jego Kancelarii – według których m.in. premier de facto „umywa ręce” od wyboru odpowiedniej formy usługi przez publicznych zleceniodawców. Holding ponownie wskazuje też, że usługa ochrony realizowana przez publiczne podmioty (spółki czy służby państwowe) jest ponad dwukrotnie droższa niż realizowana dotąd przez firmy prywatne, co stanowi większe obciążenie dla budżetu państwa.

Polski Holding Ochrony, w skierowanym w odpowiedzi na otrzymane wyjaśnienia z Kancelarii Premiera piśmie, przedstawia swoje wątpliwości, podtrzymując jednocześnie te, którymi podzieliła się w swojej korespondencji w maju.

Jako reprezentant branży ochrony, chcieliśmy wiedzieć „na czym stoimy” czyli: dlaczego sektor publiczny ogranicza de facto prywatnym firmom możliwość realizacji zleceń i powierza je ponad dwukrotnie droższym podmiotom państwowym – mówi Sławomir Wagner, z rady nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony, a jednocześnie były długoletni prezes Polskiej Izby Ochrony. Dodaje, jaki był cel uzyskania odpowiedzi od Kancelarii Premiera: – Dzięki klarownej informacji, wiele firm, które – w mniejszej lub większej części – wiąże swą strategię ze zleceniami dla sektora publicznego, mogłoby określić, jak wyglądać powinna teraz ich działalność. Czy od teraz mają raczej koncentrować się np. w większym stopniu na usługach dla sektora prywatnego?

Niepokój Holdingu budzi w szczególności wyjaśnienie, że „Prezes Rady Ministrów, działający jako walne zgromadzenie (mający przy tym większościowy pakiet akcji), nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących spraw spółki”. Zdaniem Polskiego Holdingu Ochrony jedną z ważniejszych funkcji osób będących członkami organów  nadzorczych w spółkach skarbu państwa – wskazanych przez niego i pozytywnie zaopiniowanych przez Radę do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa – to zwracanie uwagi zarządom tych spółek w przypadkach podejmowania między innymi błędnych decyzji wpływających na wzrost kosztów działalności przedsiębiorstw.

Dlatego też nie możemy się zgodzić z – znajdującym się w otrzymanym od KPRM wyjaśnieniu – stwierdzeniem, że „Prezes Rady Ministrów, działający jako walne zgromadzenie (mający przy tym większościowy pakiet akcji), nie może wydawać zarządowi wiążących poleceń dotyczących spraw spółki” – czytamy w skierowanym przez PHO w odpowiedzi na wyjaśnienie KPRM piśmie. Jego autorzy uważają, że tak jak w pozostałych spółkach działających w oparciu o kodeks spółek handlowych, gdzie nadrzędnym celem jest działanie zgodnie z zasadami rachunku ekonomicznego, tak też powinno odbywać się to w spółkach Skarbu Państwa będących w nadzorze rządu RP, tym bardziej, że wydatkowane są tam pieniądze z podatkowych obciążeń wszystkich obywateli RP.

Według naszej oceny należało by doprowadzić do rzetelnej analizy, pod kątem ekonomicznym, podejmowanych przez zarządy tych spółek decyzji o powoływaniu własnych spółek do ochrony i czy w takim przypadku nie marnotrawione są publiczne środki – dodają autorzy pisma Polskiego Holdingu Ochrony. Podkreślają jednocześnie, że koszty funkcjonowania takich państwowych podmiotów przeznaczonych do świadczenia usług ochrony są droższe niż firm prywatnych.

W dalszym ciągu podtrzymujemy swoje stanowisko zawarte w naszym piśnie z dnia 11 maja br., że tak konfigurowana ochrona obiektów spółek Skarbu Państwa będących w nadzorze Rządu RP (powoływanie własnych spółek do zapewnienia bezpieczeństwa z pełnym zapleczem administracyjnym) generuje ponad dwukrotnie wyższe koszty  – czytamy w piśmie. Polski Holding Ochrony zwraca tu uwagę na konkretną wysokość stawek.

W przypadku firm prywatnych (komercyjnych), które do niedawna głównie świadczyły usługi ochrony dla podmiotów publicznych, osiągały one poziom około 20 zł za jedną roboczogodzinę, natomiast, według posiadanej przez nas wiedzy, koszt jednej roboczo godziny ochrony realizowanej przez własne spółki powoływane do tego celu wynosi ponad 45 zł. Analogiczna wysokość dotyczy też usługi realizowanej przez firmy państwowe mające w swojej ofercie ochronę bądź służby państwowe, którym zadania ochronne i recepcyjne zostają teraz powierzone – mówi Sławomir Wagner, dodając jednocześnie, że pomimo tak dużych różnic kosztów (odpowiednio 20 i 45 zł. za roboczogodzinę), pracownicy ochrony de facto nie zarabiają więcej w firmach państwowych.

Polski Holding Ochrony, w  korespondencji do Kancelarii Premiera podkreśla też, że taki stan rzeczy wprost przekłada się na większe obciążenie dla budżetu Państwa, a zatem – dla wszystkich podatników, którzy go zasilają swoimi pieniędzmi. Sławomir Wagner dodaje jednocześnie, że pomimo tak dużych różnic w wysokości stawek (wspomniane wyżej 20 zł za roboczo godzinę w przypadku firm prywatnych, a 45 zł – w przypadku firm tworzonych przez sektor publiczny), zatrudnione w obu rodzajach firm osoby de facto zarabiają tyle samo.

Autorzy pisma przypominają też o sytuacji, jaka dominuje dziś na rynku kontraktów publicznych w ochronie:

Do niedawna jeszcze mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdzie kontraktowano tego rodzaju usługi od komercyjnych firm ochrony, przy czym jedynym kryterium była najniższa cena, bo tak były kalkulowane budżety zamawiających – czytamy w piśmie, którego autorzy zgadzają się ze spostrzeżeniem premiera, że „ochrona obiektów ważnych dla bezpieczeństwa publicznego i innych ważnych interesów państwa nie może opierać się wyłącznie na kalkulacji cenowej…”. Dziwią się jednak tak radykalną zmianą w tym zakresie, gdyż wcześniej w kalkulacjach cenowych nie uwzględniano czynnika, jakim jest ochrona obiektów ważnych dla bezpieczeństwa publicznego i państwa, który (znacznie) podnosiłby koszt takiej ochrony.

W 2018 r. będzie ciężko o nadwyżkę w handlu zagranicznym

Najnowsze wyniki GUS dla obrotów towarowych handlu zagranicznego pokazały, że w pierwszej połowie 2018 r. wartość polskiego eksport wyniosła 107,6 mld euro i była wyższa o 5,7% w porównaniu z wynikiem zanotowanym rok temu. Import z obrotami rzędu 108,8 mld euro urósł mocniej, bo o 7,9% r/r. Utrzymało się tym samym ujemne saldo wymiany handlowej (-1,2 mld euro). Dalszy szybszy wzrost importu może oznaczać, że po 3 latach dodatniego bilansu, rok 2018 Polska może zakończyć na lekkim minusie, zapowiadają analitycy międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Radosław Jarema
Radosław Jarema

O tym, że w 2018 r. import może dogonić eksport i przeważyć szalę salda wymiany zagranicznej Polski mówiło się już pod koniec zeszłego roku. W I kwartale br. różnica między tempem wzrostu wartości eksportu (3,9% r/r) i importu (6,9% r/r) była spora, bo prawie dwukrotna. – Na wyniki polskiego handlu zagranicznego w pierwszych miesiącach 2018 r. duży wpływ miał mocny złoty. Przy silniejszej walucie krajowej eksportujące firmy, które zapłatę za swoje towary otrzymywały w walucie zagranicznej, tracą przy przewalutowaniu część swojej marży. Nawet jeśli dobrze sobie radzą, końcowy wynik jest obniżany przez różnicę kursową – wyjaśnia Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału instytucji płatniczej AKCENTA, która zajmuje się obsługą transakcji walutowych firm z sektora MŚP.

Wahania kursów to odwieczny problem wszystkich przedsiębiorców prowadzących wymianę handlową. – Jeśli handlująca z zagranicą firma nie zabezpieczy odpowiednio swojego kontraktu przeznaczonymi do tego narzędziami, np. transakcją forward, to zdaje się na „walutową huśtawkę”. Jej marża będzie zależna od zmian na rynku walutowym i nastrojów na świecie. Niestety, z wysokim poziomem zmienności i ryzyka na rynkach przyjedzie nam się mierzyć prawdopodobnie przez dłuższy czas, szczególnie w związku z nieprzewidywalną prezydenturą Donalda Trumpa – dodaje ekspert AKCENTY. W I półroczu br. różnica między tempem eksportu i importu zmniejszyła się do 2,2%. Jednocześnie w stosunku do złotówki umacniały się także euro i dolar – główne waluty, w których zawierane są zagraniczne kontrakty firm z Polski.

W 2018 r. bilans handlowy pod kreską?

Dane GUS za pierwsze sześć miesięcy br. wykazały, że Polska notuje ujemny wynik salda wymiany handlowej. Rok wcześniej wartość polskiego bilansu obrotów towarowych handlu zagranicznego w I półroczu wynosiła prawie 1 mld euro. Cały rok 2017 także zamknęliśmy dodatnim bilansem (0,5 mld euro). Dla porównania, w roku 2016 nadwyżka wynosiła już 3,9 mld euro. – Polski handel zagraniczny 3 lata z rzędu notował dodatni bilans wymiany. Obecnie jednak, przy szybszym tempie wzrostu wartości importu niż eksportu możemy spodziewać się ujemnego wyniku salda na koniec roku – zauważa Radosław Jarema. Ekspert AKCENTY wskazuje jednocześnie, że ujemny bilans wcale nie musi być w naszym przypadku złą informacją. – Polska nadal utrzymuje wysokie tempo wzrostu eksportu, a to że import rośnie szybciej może pokazywać m.in., że polskie firmy się rozwijają, więcej produkują i potrzebują materiałów, komponentów. Wysoki import świadczy także o rosnącej konsumpcji w kraju. Dzięki coraz wyższym płacom i niskiemu bezrobociu rośnie siła nabywcza polskiego społeczeństwa. Dodatkowo, wyższa wartość importu jest także pochodną ostatnich podwyżek cen ropy, której jesteśmy importerem netto – tłumaczy przedstawiciel AKCENTY.

Kierunek unijny dominuje, ale…

W strukturze odbiorców polskiego eksportu towarów niezmiennie dominuje kierunek unijny, który z roku na rok zwiększa swój udział w polskim wywozie. W I połowie br. sięga już 80,3%, w analogicznym okresie rok wcześniej wynosił 80%. Dominacja UE wśród naszych rynków zbytu jest bezsprzeczna, ale eksperci AKCENTY zwracają też uwagę na dużą aktywność eksporterów na kierunkach pozaunijnych, jak USA i Rosja. – W 2017 r. obserwowaliśmy imponujący wzrost wartości sprzedaży na rynek amerykański. Jak bardzo imponujący? Wystarczy powiedzieć, że na koniec tego okresu, wg danych GUS, wartość polskiego eksportu do USA była wyższa niż rok wcześniej aż o ponad 1/4, czyli blisko 1,2 mld euro – wskazuje Radosław Jarema. Stany Zjednoczone zdążyły już awansować do pierwszej dziesiątki najważniejszych rynków zbytu dla polskiego eksportu i w I półroczu 2018 r. utrzymują 9. pozycję, z 8,6% wzrostem sprzedaży r/r. – Duże ożywienie w 2017 r. widać było także na rynku rosyjskim, obroty naszych eksporterów wzrosły na nim o 18,4% r/r. W roku obecnym, są one wyższe o 9,6% r/r, ale biorąc pod uwagę bardzo wysoki przyrost z poprzedniego roku i tym samym wysoką bazę, to nadal bardzo dobry wynik – dodaje ekspert AKCENTY.

ID Logistics podsumowuje II kwartał 2018 r.

Magazyn ID Logistics

ID Logistics, jeden z europejskich liderów w logistyce kontraktowej, podsumował działalność w 2. kwartale 2018 roku. W tym okresie przychody firmy wzrosły o 8,3 proc.* do poziomu 353 mln EUR. Grupa ID Logistics podpisała nowe kontrakty i uruchomiła kolejne centra dystrybucyjne, tym samym umacniając swoją pozycję na rynku logistyki kontraktowej. W 1. półroczu 2018 roku przychody osiągnęły poziom 680,4 mln EUR i wzrosły o 6,1 proc.*

Grupa ID Logistics odnotowała dobre wyniki w każdym z 17 krajów, w których prowadzi swoją działalność.  Największą dynamikę wzrostu osiągnięto we Francji, na macierzystym rynku Grupy. Dzięki pozyskaniu nowych kontraktów w 2. kwartale przychody wyniosły 175,8 mln EUR i wzrosły o 10,3 proc, podczas gdy w 1. kwartale było to 3,1 proc. Z kolei przychody z działalności na rynkach międzynarodowych (poza Francją) zwiększyły się o 6,4 proc.* do 177,5 mln EUR, mimo niekorzystnych wpływów kursów walut szczególnie odczuwanych w Argentynie i Brazylii.  Dla porównania, w 1. kwartale przychody Grupy z działalności międzynarodowej wzrosły o 4,5 proc.

ROZWÓJ BIZNESU

ID Logistics konsekwentnie bierze udział w konkurencyjnych przetargach i zwiększa udziały na rynku logistyki kontraktowej w każdym z krajów, gdzie prowadzi działalność. W 2. kwartale br. Grupa ID Logistics podpisała wiele nowych kontraktów, rozszerzyła zakres współpracy z dotychczasowymi klientami i uruchomiła kolejne centra dystrybucyjne.

We Francji Conforama powierzy ID Logistics zarządzanie nowym magazynem, który zostanie uruchomiony w Tournan en Brie w regionie paryskim. Obiekt o powierzchni 177 tys. mkw., obsługiwany przez około 400 pracowników, będzie jednym z największych tego typu magazynów w Europie. Operator będzie wspierać transformację wielokanałowej sprzedaży swojego klienta, odpowiadając za zorganizowanie wszystkich przepływów towarów w jednej lokalizacji, co z kolei umożliwi mu rozszerzenie portfolio produktów i skrócenie czasu dostawy. W Rosji ID Logistics zwiększył zakres współpracy z siecią handlową Auchan. W ciągu najbliższych tygodni operator uruchomi aż trzy krajowe magazyny o łącznej powierzchni 50 tys. mkw. Dwa z nich będą nowymi obiektami, natomiast trzeci to przejęcie już istniejącego magazynuW Holandii Grupa rozszerzyła współpracę z PPG Industries (światowy lider w produkcji farb, lakierów, materiałów chemicznych, wyrobów optycznych, szkła i włókien szklanych), przejmując obsługę centrum dystrybucyjnego PPG w Amsterdamie. Magazyn o powierzchni 16 tys. mkw. wyposażony jest w zautomatyzowany system przyjęcia, magazynowania i wydania oparty na przenośnikach i układnicach paletowych. To właśnie stąd artykuły oferowane przez jednostkę biznesową Architectural Coatings dostarczane są do sieci detalicznych i innych odbiorców w krajach Beneluksu, Niemczech, Austrii i Szwajcarii.

ID LOGISTICS W POLSCE

W 2. kwartale również w Polsce ID Logistics utrzymało dynamiczne tempo rozwoju, zgodnie z przyjętym planem.

W 2018 roku powinien nastąpić bardzo dynamiczny wzrost sprzedaży ID Logistics w Polsce, z oczekiwanym wzrostem na poziomie ponad 20 proc. Będzie to możliwe głównie dzięki 3 nowym magazynom, które uruchomiliśmy w 2017 roku (Gliwice dla Mieszko, Bydgoszcz dla Carrefour i Grodzisk Mazowiecki dla Pepsico), ale także dzięki wzrostowi wolumenów i rozszerzaniu zakresu usług we wszystkich naszych magazynach” mówi Yann Belgy, dyrektor generalny ID Logistics Polska. „W pierwszym półroczu 2018 roku skupiliśmy się przede wszystkim na pełnej stabilizacji nowych aktywności, i to jest już zakończone. Teraz pracujemy nad projektami, które mają być realizowane w drugim półroczu, w tym rozwijaniem współpracy z naszymi nowymi i obecnymi klientami, np. e-commerce dla Norauto, oraz w magazynach. W kontekście bardzo trudnego rynku pracy rozwój jest możliwy tylko dzięki ścisłej współpracy z klientem, strategii silnie ukierunkowanej na innowacyjność i dużego nacisku na zarządzanie zasobami ludzkimi”.

*przy stałych kursach wymiany walut.

Tylko 11% kandydatów do pracy jest zadowolonych z procesu rekrutacji

Dziś w rekrutacji nie ma miejsca na błędy. Jednak tylko 11 proc. kandydatów, którzy uczestniczyli w ciągu ostatniego roku w procesach rekrutacyjnych oceniło je jako prowadzone nienagannie. Najczęściej rozczarowanie specjalistów i menedżerów budzi długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy – z tym problemem spotkał się co drugi kandydat badany w raporcie Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów”[i].

Nieco ponad 50% firm w Polsce ma obecnie problem ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Przede wszystkim dlatego, że w większości branż stale zwiększa się liczba ofert pracy przypadających na jednego kandydata. Jednocześnie aż 72 proc. specjalistów nie szuka aktywnie zatrudnienia. Bierny kandydat oczekuje zatem, że to pracodawca do niego dotrze, a on będzie mógł wybrać najbardziej atrakcyjną ofertę.

Tam gdzie deficyt i zapotrzebowanie na pracownika wzrasta, sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, ponieważ kandydaci coraz częściej rezygnują w trakcie trwania procesu rekrutacji. Jak wynika z naszych obserwacji, powodem nie jest wyłącznie propozycja lepszego stanowiska czy wyższe wynagrodzenie oferowane przez konkurencję, ale w dużym stopniu również błędy po stronie potencjalnego pracodawcy. Kandydat, który nie otrzyma informacji zwrotnej lub konkretnej oferty w określonym przez obie strony czasie, najczęściej rezygnuje z procesu lub decyduje się na inną propozycję. Kluczową rolę odgrywa przede wszystkim partnerskie podejście do kandydata, sprawne działanie w trakcie procesu rekrutacji i jasna komunikacja. To z kolei przekłada się na pozytywny wizerunek pracodawcy i zmniejsza liczbę rezygnacji potencjalnych pracowników – mówi Kamil Tomczyk, Senior Consultant w firmie rekrutacyjnej Antal. 

Błąd 1: Zbyt długi czas oczekiwania na decyzję pracodawcy

Z tym problemem spotkała się połowa badanych w raporcie Antal. Dla kandydata, który jest zaangażowany w proces rekrutacji, niezwykle ważne jest, by być w stałym kontakcie z działem HR. Komunikacja z kandydatem powinna przebiegać sprawnie i zrozumiale, tak, by nie generować na każdym etapie pytań czy zbędnie przedłużać procesu decyzji. To przekłada się na korzystny wizerunek organizacji i najbardziej efektywny sposób budowania marki pracodawcy. Z kolei niedotrzymanie terminu, nieprzekazanie informacji zwrotnej lub jej brak, spowodują, że kandydat podejmuje współpracę z innym pracodawcą, a sam proces oceni negatywnie.

Błąd 2: Brak informacji na temat planowanego przebiegu procesu rekrutacyjnego

Co trzeci kandydat, który brał udział w procesach rekrutacyjnych w ciągu ostatniego roku, nie otrzymał informacji na temat planowanego przebiegu rekrutacji – wynika z raportu Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów”. Jak podkreśla Kamil Tomczyk, rekruter z Antal – aby uniknąć frustracji ze strony kandydata, pracodawca powinien jasno określić planowany przebieg procesu i formy poszczególnych etapów rekrutacji już na samym początku rozmów.

Jeżeli natomiast nie jest to możliwe, warto uczciwie przedstawić sytuację kandydatowi. Nawet jeśli rekrutacja nie zakończy się zatrudnieniem pracownika, to rzetelny i szczery pracodawca zostanie dobrze zapamiętany, a kandydat chętniej wróci do firmy przy okazji kolejnych procesów lub zarekomenduje go znajomym – dodaje Kamil Tomczyk.

Błąd 3: Brak dostarczenia informacji o firmie/zakresie obowiązków/dziale podczas spotkania rekrutacyjnego

Aż 28 proc. specjalistów i menedżerów przyznaje, że po zakończonej rozmowie kwalifikacyjnej posiada niewielką ilość informacji na temat danego stanowiska i zakresu obowiązków. Ponadto, duża liczba pytań do kandydata, w zamian za zdawkowy opis ze strony pracodawcy powoduje, że potencjalny pracownik może odebrać podejście firmy jako mało profesjonalne. Oczywiście, zdarza się, że specyfika danej rekrutacji nie pozwala na zdradzenie detali i precyzyjne omówienie tematu, więc warto na samym początku uprzedzić kandydata o takiej sytuacji i przekazać możliwie jak najwięcej danych na temat samej organizacji i stanowiska – tak, by miał poczucie, że wyszedł ze spotkania z wzajemną korzyścią.

[i] Pełna wersja raportu jest dostępna pod linkiem: https://antal.pl/trendy/raporty-rynku-pracy/244-aktywnosc-specjalistow-i-menedzerow-na-rynku-pracy

Badanie Antal ”Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” przeprowadzone było metodą CAWI w terminie 14.03-7.05. 2018 roku. W badaniu wzięło udział 1125 respondentów z całej Polski, średnio mających 38 lat i 14 lat doświadczenia zawodowego.

BioMaxima S.A. poprawia wyniki i chce rosnąć dzięki programowi inwestycyjnemu

BioMaxima S.A., notowany na NewConnect polski producent podłoży mikrobiologicznych, a także szerokiej gamy odczynników i aparatury do diagnostyki in vitro, wypracowała w 2 kw. 2018 r. zysk netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 514 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 8.175 tys. zł. Spółka osiągnęła znaczący wzrost wyników finansowych i to pomimo realizowanych obecnie wielu kapitałochłonnych projektów inwestycyjnych, które pozwolą na wzrost rentowności i umacnianie pozycji rynkowej.

Po dwóch kwartałach 2018 r. jednostkowy zysk netto Emitenta wyniósł 674 tys. zł, a przychody netto ze sprzedaży 15.019 tys. zł. Z kolei skonsolidowany zysk netto BioMaxima S.A. w pierwszym półroczu 2018 r. sięgnął 765 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży na poziomie 16.097 tys. zł. Osiągnięte przez Spółkę wyniki finansowe zarówno w ujęciu jednostkowym, jak i skonsolidowanym, wykazują wyraźny wzrost w ujęciu rdr. i to w najważniejszych pozycjach Rachunku Zysków i Strat. Zarząd BioMaxima S.A. jest zadowolony z zanotowanych wyników finansowych, tym bardziej, że skala prowadzonych projektów inwestycyjnych jest bardzo duża i mocno angażuje zasoby Spółki oraz generuje dodatkowe koszty.

„Wykonaliśmy sporo pracy w obszarze sprzedaży i produkcji w zeszłym i w pierwszej połowie tego roku, co teraz przynosi rezultaty. Poprawę wskaźników finansowych zawdzięczamy zwiększonemu w porównaniu do analogicznego okresu 2017 roku udziałowi wyrobów w przychodach ogółem, czyli dzięki realizowanej wyższej marży a także m.in.  innemu sposobowi rozliczania nakładów na prace badawczo-rozwojowe oraz niektórych pozycji towarów handlowych w 2017 roku w porównaniu do lat poprzednich, co ma odzwierciedlenie w wartości tegorocznej amortyzacji. Mamy również pozytywne wiadomości ze spółek rumuńskich, gdzie wbrew zwyczajnemu trendowi, udało się zrealizować znacznie wyższą sprzedaż w pierwszej połowie roku. Działamy oczywiście pod obciążeniem projektów inwestycyjnych, które znacznie angażują zasoby Spółki i pod tym względem najcięższy będzie trzeci kwartał, ale w ostatnim kwartale br. powinniśmy już zacząć odczuwać efekty nowych inwestycji.” – wyjaśnia Łukasz Urban, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. konsekwentnie zwiększa udział przychodów ze sprzedaży wyrobów w przychodach ogółem i zamierza przyśpieszyć ten trend dzięki zakończeniu budowy nowego Zakładu Produkcyjnego, który pozwoli wprowadzić nowe pozycje asortymentowe mające zastąpić aktualnie dystrybuowane produkty. Pozwoli to zwiększyć marżę uzyskiwaną ze sprzedaży wyrobów, co pozytywnie wpłynie na rentowność Spółki oraz na dalsze umacnianie jej pozycji rynkowej w najważniejszych kategoriach handlowych.

Produkowane przez Emitenta krążki antybiotykowe i gotowe podłoża na płytkach do badań lekowrażliwości (AST) oraz podłoża chromogenne otrzymały pozytywną opinię Krajowego Ośrodka Referencyjnego ds. Lekowrażliwości Drobnoustrojów (KORLD), który wydaje rekomendacje dla wszystkich laboratoriów mikrobiologicznych w Polsce. Obecnie w finalnej fazie znajduje się nowa innowacyjna technologicznie linia do produkcji krążków AST o znacznie wyższej wydajności, która zostanie zainstalowana w nowym Zakładzie Produkcyjnym. BioMaxima S.A. obserwuje bardzo wysokie międzynarodowe zainteresowanie swoją ofertą dla tej linii produktowej, a barierą rozwojową był dotychczas ograniczony potencjał wytwórczy Spółki. Zarząd BioMaxima S.A. oczekuje, że uzyskana rekomendacja KORLD wraz ze zwiększonymi mocami produkcyjnymi umożliwią wyraźny wzrost udziału w polskim rynku i dalszą ekspansję zagraniczną, zwiększając w ten sposób uzyskiwane marże.

„Pozytywna opinia KORLD to bardzo dobra wiadomość. Krążki dyfuzyjne to największy segment szybko rosnącego rynku badania lekowrażliwości, szacowanego w zeszłym roku na 2,71 miliarda USD. Jesteśmy monopolistą jeżeli chodzi o produkcję krążków w tej części Europy i jedną z niewielu na świecie firm je produkujących. Oczekujemy więc, że nowe moce produkcyjne związane z instalacją nowej linii bezpośrednio przełożą się na znaczącą poprawę rentowności wyrobów ogółem. Podobnie jak inwestycje w linie do produkcji suplementów, dip-slide, czy znaczna automatyzacja pozostałych procesów produkcyjnych w obrębie mikrobiologii tak i rozbudowa mocy w tym zakresie poprawi wskaźniki finansowe Spółki oraz wzmocni pozycję BioMaxima S.A. na rynku krajowym oraz za granicą.” – zakończył Prezes Urban.

Emitent rozpoczął już produkcję pierwszych egzemplarzy nowego analizatora biochemicznego BM200, które zostały sprzedane na rynkach zagranicznych (Rumunia, Egipt) oraz w Polsce. Budowa nowego Zakładu Produkcyjnego oraz Centrum Badawczo-Rozwojowego (CBR) weszła w fazę wykończenia. Zainstalowana została część nowych maszyn oraz urządzeń stanowiących wyposażenie linii produkcyjnych w nowym zakładzie, a także wyposażono niektóre laboratoria w CBR. Do końca września br. planowane jest zakończenie procesu migracji zakładów z Warszawy oraz z Gdańska.

Podczas czerwcowego ZWZA Akcjonariusze BioMaxima S.A. podjęli Uchwałę w sprawie warunkowego podwyższenia kapitału zakładowego związanego z Programem Opcji Menedżerskich. Poprzez przyjęcie Programu Motywacyjnego Spółka chce powiązać poziom wynagrodzeń Zarządu ze wzrostem jej wartości oraz umożliwić pozyskanie oraz utrzymanie osób zarządzających, dzięki którym Spółka będzie mogła nadal rozwijać się w wysokim tempie. Program Motywacyjny ma także pomóc spełnić kryteria kapitałowe związane ze zmianą rynku notowań na rynek regulowany GPW w Warszawie.

Do Chin ponownie trafi polski drób. KUKE chce ubezpieczać polskich producentów drobiarskich

Niedawno podpisany został bilateralny protokół o eksporcie polskiego mięsa drobiowego do Chin. To niezmiernie istotna umowa z punktu widzenia naszych producentów, która otwiera rynek o nieograniczonych możliwościach. Może być początkiem szerszej współpracy polsko-chińskiej, co umożliwi eksport innych produktów na tamtejszych rynek – jak choćby polskiej wołowiny. W 2017 r. wyeksportowano z Polski 1,4 mln ton drobiu. Eksport kierowano głównie do Unii Europejskiej, a największym pozaeuropejskim odbiorcą był Hongkong. Chiny mogą okazać się przyczółkiem do dalszego reeksportu polskich towarów na pozostałe rynki azjatyckie.

– Rynek chiński obejmuje blisko 1,5 mld konsumentów. Jest największym rynkiem restauracyjnym na świecie, wartym ponad 500 miliardów dolarów rocznie. Będzie w stanie wchłonąć bardzo dużą ilość polskiego drobiu, dla którego popyt w kraju stał się zdecydowanie za mały – powiedział serwisowi eNewsroom Janusz Władyczak, prezes KUKE SA –  KUKE jest w stanie ubezpieczać polskich producentów drobiarskich i ich dostawy do całej Azji. Warto zabezpieczać ryzyko nieotrzymania należności od tamtejszych kontrahentów. Sama cena ubezpieczenia to tylko ułamek kosztu, który potencjalnie należałoby wydać dochodząc swoich praw w sądach chińskich, czy polubownych – gdyby towar nie był ubezpieczony. Oprócz pieniędzy, rozwiązanie takiej sytuacji wymaga bardzo wiele czasu – średnio trwa to ponad 450 dni. Dodatkowo, wyrok sądu  nie zawsze jest później egzekwowalny. Biorąc pod uwagę te czynniki ubezpieczenie należności jest niezwykle istotne. To bardzo skuteczny instrument, który może zapewnić bezpieczeństwo polskiego eksportu drobiu do Chin. KUKE współpracuje obecnie z wieloma firmami, które dostarczają ten towar poza Unię Europejską. Przykładem jest CEDROB, jedno z największych polskich przedsiębiorstw, które nieustannie szuka nowych rynków zbytu dla sowich towarów. Współpraca układa się dobrze już od kilku lat, w trakcie których firma przeprowadziła znaczną ekspansję. Mamy nadzieję, że najnowsza umowa z Chinami da jeszcze większe możliwości i otworzy nowe rynki azjatyckie, gdzie będą trafiały polskie produkty – wskazał Władyczak.

Grupa AFORTI kupuje spółkę windykacyjną LifeBelt

Grupa AFORTI – holding finansowy świadczący usługi pożyczkowe, windykacyjne i faktoringowe dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw oraz zarządzający platformą wymiany walut online dla firm – inwestuje w rozwój usług windykacyjnych. Należąca do Grupy spółka Aforti Collections, zajmująca się zarządzaniem należnościami na rzecz firm z sektora MSP, nabyła 76,9 proc. udziałów w lubelskiej spółce LifeBelt, specjalizującej się m.in. w masowej windykacji na zlecenie banków, firm pożyczkowych, telekomów oraz innych windykatorów. Połączenie spółek – zakładające prowadzenie działalności pod wspólną marką Aforti Collections – pozwoli Grupie AFORTI przede wszystkim na sprawne przeniesienie rozwiązań stosowanych w windykacji wierzytelności masowych na obsługiwany przez Aforti Collections sektor MSP.

W ramach poszerzania wpływów Grupy AFORTI na krajowym rynku windykacyjnym, spółka Aforti Collections kupiła 300 udziałów LifeBelt o wartości nominalnej 1 tys. zł każdy. Wartość transakcji – z uwagi na tajemnicę handlową – nie została ujawniona. Fuzja prawna i operacyjna planowana jest na IV kwartał 2018 roku.

Po połączeniu spółek, to eksperci Aforti Collections odpowiadać będą za procesy sprzedażowe, jak też zapewnią obsługę projektów windykacyjnych przy wykorzystaniu potencjału centrum usług wspólnych Grupy AFORTI, gwarantującego wsparcie IT, usługi rachunkowo-kadrowe oraz obsługę prawną i marketingową. Aforti Collections opracuje także wspólną strategię handlową, która uwzględni know-how oraz doświadczenie obu podmiotów w branży windykacyjnej. Z kolei LifeBelt uzupełni struktury kadrowe Aforti Collections przez włączenie doświadczonego zespołu menadżerskiego, a także dostarczy innowacyjny, autorski system IT, który pozwoli na efektywną obsługę windykacyjną zarówno dużych firm, jak i małych oraz średnich przedsiębiorców, oferujących usługi B2B.

W perspektywie 2-3 lat Aforti Collections zakłada wzmocnienie swojego udziału w rynku windykacji, na którym według danych Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych wartość przeprowadzonych transakcji zakupu wierzytelności przekroczyła na koniec III kwartału 2017 roku 104,4 mld zł względem niemal 15 mld zł na koniec 2014 roku.

Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI
Klaudiusz Sytek, prezes zarządu Grupy AFORTI

Według branżowych szacunków, z outsourcingu windykacyjnego korzysta w Polsce dopiero około 30 proc. firm, a więc nasycenie rynku nie jest jeszcze duże. Ponadto, coraz większe zadłużenie Polaków oraz rodzimych firm sprawia, że popularność usług windykacyjnych systematycznie rośnie. Jest to jednak nadal rynek rozwijający się, co daje mu duży potencjał wzrostu w kolejnych latach. Stąd strategia, by jeszcze mocniej wejść w ten rynek. Będzie to możliwe między innymi dzięki rozpoznawalnej marce, silnej sprzedaży i efektywnie działającemu centrum usług wspólnych Grupy AFORTI. Z kolei największą rynkową wartością LifeBelt jest know-how w zakresie masowej windykacji należności, co pozwoli nam rozszerzyć spektrum obsługiwanych portfeli windykacyjnych – podkreśla Klaudiusz Sytek, prezes zarządu AFORTI Holding.

Najważniejszym rynkowym celem jest dla nas osiągnięcie efektu synergii. Łącząc siły, obniżymy koszty prowadzenia działalności i przyspieszymy dynamikę wzrostu przychodów. Strategicznym rozwiązaniem będzie nie tylko połączenie i jednocześnie rozszerzenie portfolio naszych dotychczasowych klientów, ale przede wszsytkim wspólna obsługa portfeli wierzytelności. Mowa o nowych, jeszcze bardziej efektywnych rozwiązaniach, tak na poziomie samych usług windykacyjnych,  jak też czysto biznesowym. Dzięki połączeniu zyskujemy profesjonalny zespół sprzedażowy, dział prawny i marketingowy Grupy AFORTI, czyli zaplecze eksperckie w zakresie, w którym dotychczas LifeBelt outsourcował zadania. Tym samym, amortyzacja kosztów przy zwiększonym potencjale sprzedażowym już w pierwszym roku wspólnej działalności powinna przynieść zamierzone wzrosty na poziomie przychodów – dodaje Agnieszka Baran-Płomińska, prezes LifeBelt, która zachowa mniejszościowy pakiet udziałów w spółce.

Po połączeniu Aforti Collections z LifeBelt, centrala windykacyjnej spółki znajdować się będzie w Warszawie, a działalność operacyjna w dwóch ośrodkach, zlokalizowanych we Wrocławiu i Lublinie. Aktualnie obie spółki zatrudniają łącznie niemal 100 pracowników etatowych oraz inspektorów terenowych, przy czym Aforti Collections, zgodnie z przyjętą strategią Grupy, zamierza rozwijać się organicznie i tworzyć kolejne stanowiska pracy.

W 2017 roku LifeBelt obsłużyła portfel wierzytelności o wartości 789 mln zł, a w tym czasie nominalna wartość zleceń windykacyjnych pozyskanych przez Aforti Collections wyniosła 23,4 mln zł. Kapitał zakładowy Aforti Collections – pozyskany dzięki emisji akcji skierowanej do właścicielskiej spółki – wynosi 4 mln zł. Skonsolidowany zysk netto Grupy Aforti Holding wyniósł w 2017 roku niemal 1,22 mln zł.

Cisza po tureckiej burzy, nawałnica danych na horyzoncie

W poniedziałek, przy pustym kalendarzu makro wszystko kręciło się jeszcze wokół załamania kursu liry. We wtorek (i w kolejnych dniach tygodnia), gdy na rynki napłynie cała fala istotnych publikacji, uwaga w większym stopniu przeniesie się na fundamenty.

Dla eurodolara pojawienie się potencjalnych tarapatów w systemie bankowym Starego Kontynentu to kolejny balast, który kurs zepchnął do 200 – tygodniowej średniej ruchomej przebiegającej przy 1,1360. Ostrożnie i sceptycznie podchodzimy do scenariusza nowych silnych spadków po wybiciu majowych i czerwcowych minimów 1,1510. Kurs komfortowo czuł się w przedziale 1,1510 – 1,1850 (a tak naprawdę 1,1750) i spodziewamy się jego tymczasowego zejścia „pięterko niżej”, do nowego, konsolidacyjnego zakresu zmian. Jego granice wyznaczyć powinno 1,13 (szczyt z listopada 2016 roku) i 1,1510 (wybite ostatnio dołki z maja i czerwca tego roku). Widzimy za to przestrzeń do wzrostów kursu USD/CHF ponad parytet. USD/JPY szybko powrócił w kierunku 111,00 a złoto runęło na nowe długoterminowe minima pod 1200 USD. Pokazuje to (wraz z 0,5 proc. spadkiem indeksów na Wall Street podczas poniedziałkowej sesji), że awersja do ryzyka nie będzie się dalej rozlewać jeśli nie wybuchnie gwałtowny kryzys bankowy. Mimo to nie widzimy przed złotym przestrzeni do powrotu na ostatnie dołki i do pułapu 4,25.

W strefie euro dzisiejsza sesja to publikacje najważniejszych odczytów tego tygodnia. Są nimi wstępny szacunek PKB za II kw. oraz niemiecki ZEW, gdyż CPI (pt) jest tylko rewizją. Jednak odczyty mają zero szans na odmienienie stanowiska EBC. Bez tego trudno będzie znaleźć argument do kupna EUR. Ryzyko strat europejskiego sektora bankowego na tureckich aktywach, aspekty techniczne (przełamanie EUR/USD 1,15) i pozycjonowanie inwestorów (wyczekiwanie na wybicie z konsolacji) – wszytko wzmacnia stronę sprzedającą.

Dla funta jest mało prawdopodobne, aby dane makro wybiły się ponad obawy związane z Brexitem i generalny pesymizm inwestorów wobec waluty. Gospodarka rozwija się dobrze (potwierdziły to dane o PKB za II kw.), co skłoniło BoE do podwyżki stóp procentowych. Dobre odczyty wynagrodzeń (dziś o 10:30), CPI (w środę) i sprzedaży detalicznej (w czwartek) mogą przynieść przejściową ulgę, ale trudno będzie odwrócić falę wyprzedaży po przełamaniu istotnych poziomów technicznych na crossach z GBP.

W USA kalendarz zapełnia się w drugiej części tygodnia, ale jest bogaty pod kątem oceny aktywności w poprzednim miesiącu (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa, rozpoczęte budowy domów), jak i perspektyw na przyszłość (NY Empire State, Philly Fed, indeks Uniwersytetu Michigan). Przy wycenie wrześniowej podwyżki Fed na 90 proc. dane więcej mogą zaszkodzić USD niż pomóc. Z drugiej strony dolar wciąż pozostaje walutą pierwszego wyboru w obliczu perturbacji rynkowych (Chiny, Turcja), co powinno ustalać podstawowy trend na kolejne dni.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Kierownik Departamentu Analiz
DM TMS Brokers S.A.

Lisiecki z PMPG Polskie Media przejmuje Inwestycje.pl

Spółka Inwestorzy.tv S.A. przejęła większościowy pakiet akcji (97,75%) notowanej na rynku NewConnect spółki Inwestycje.pl S.A. Połączenie obu podmiotów nastąpi do końca 2019 roku. 25% akcji Inwestorzy.tv S.A. należą do Grupy Kapitałowej PMPG Polskie Media – wydawcy m.in. tygodników Wprost oraz Do Rzeczy.

PMPG Polskie Media S.A. oraz prezes spółki Michał Lisiecki są strategicznymi inwestorami spółki Inwestorzy.tv od 2015 roku. Jak komentuje Michał M. Lisiecki, Prezes PMPG Polskie Media: Na naszych oczach powstaje właśnie silna internetowa grupa medialna działająca w obszarze publikacji treści gospodarczych.

Nowy podmiot skupi się na kilku głównych obszarach tematycznych : giełda, gospodarka, biznes, nieruchomości, waluty, nowe technologie. – Połączenie telewizji z serwisami internetowymi pozwoli dotrzeć z informacją do zdecydowanie szerszej grupy odbiorców niż inwestorzy giełdowi. Chcemy dostarczać kontent i informacje na najwyższym, światowym poziomie– podkreśla Artur Błasik, prezes Inwestorzy.tv.

Spółka Inwestorzy.tv uruchomiła tematyczną telewizję internetową przeznaczoną dla inwestorów giełdowych w maju 2015 roku. Autorską ramówkę tworzą wspólnie dziennikarze, analitycy, blogerzy oraz praktycy rynku finansowego. Serwisy należące do Grupy mediowej Inwestycje.pl odwiedza miesięcznie ponad 0,7 mln użytkowników generując blisko 4 mln odsłon. Flagowym serwisem Grupy są Inwestycje.pl, Waluty.com, Kantory.pl, Fundusze24.pl, Pasaz-finansowy.pl, Twojefinanse.pl, Twojbiznes.pl, Forum-prawne.pl i ForumGieldowe.pl.

8 na 10 rekrutujących menedżerów poszukuje specjalistów open source

Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska
Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska

Blisko połowa menedżerów przyznaje, że reprezentowana przez nich firma wspiera projekty bazujące na otwartych rozwiązaniach, chcąc w ten sposób pozyskać do współpracy talenty z tego obszaru. Zatrudnienie takich osób jest priorytetem dla przeszło 80 proc. przełożonych[1]. Eksperci przewidują, że zapotrzebowanie przedsiębiorstw na umiejętności z dziedziny open source w dalszych latach będzie jeszcze większe. Trendowi przyglądają się programiści i specjaliści IT, którzy chcą poszerzać swoją wiedzę na temat technologii otwarto źródłowych, szukając coraz częściej przydatnych informacji w Internecie, co nie zawsze kończy się sukcesem. Jak wynika z danych zebranych przez Linux Polska[2], w sieci brakuje m.in. opisów case studies, webinariów, czy specjalistycznych artykułów dotyczących rozwiązań open source.

Programistę do pracy przyjmę

Jak wskazują eksperci portalu Pracuj.pl, na szczycie listy najbardziej pożądanych obecnie specjalistów na rodzimym rynku pracy znajdują się programiści. Niektóre firmy szacują lukę w tym obszarze nawet na 150 tysięcy osób. Poszukiwani są również eksperci open source. Badanie 2018 Open Source Jobs Report wskazuje, jakie kompetencje muszą obecnie posiadać specjaliści w tej dziedzinie. Na pierwszym miejscu znajduje się znajomość systemu operacyjnego Linux, która jest niezbędna w pracy przy projektach wykorzystujących otwarte rozwiązania. W przypadku rekrutacji na konkretne stanowiska, 72 proc. menedżerów poszukuje programistów.

Również w Polsce zapotrzebowanie na specjalistów w tym obszarze nie zostało zaspokojone. Według różnych szacunków, tylko w naszym kraju brakuje od 50 do 150 tys. twórców oprogramowania. W związku z tym, że obecnie technologia open source jest jednym z kluczowych kierunków rozwoju informatyki i motorem napędowym innowacji w wielu gałęziach gospodarki, firmy poszukują również specjalistów IT, których kluczową kompetencją jest tworzenie oraz rozwijanie oprogramowania w oparciu o otwarte rozwiązania – zaznacza Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.

Jak dodaje Dariusz Świąder, aby sprostać tej luce kadrowo-kompetencyjnej, z jednej strony istotne jest wdrożenie działań zachęcających do podejmowania kierunków studiów o profilach informatycznych. Z drugiej, wykształceni specjaliści IT powinni dbać o stały rozwój swoich kompetencji i zdobywanie nowych umiejętności. Świat technologii ciągle się zmienia, co widać, chociażby na przykładzie rozwiązań otwarto źródłowych, dlatego wydaje się, że jedynie ciągłe doszkalanie się, pozwala za nim nadążyć. Osoby najbardziej pożądane na rynku pracy, czyli programiści, inżynierowie inni eksperci z branży technologicznej doskonale rozumieją tę potrzebę.

Czego potrzebują twórcy oprogramowania open source

Wyniki badania Polski Rynek Open Source 2018 pokazują, że zdobywanie nowej wiedzy i szlifowanie kluczowych kompetencji wymaganych w branży, jest ważne dla specjalistów IT. Dla przykładu, łączne 60 proc. ankietowanych zgłosiła chęć uczestniczenia
w warsztatach z zakresu takich rozwiązań, jak: EDB/PostgreSQL, Red Hat RHEL, Red Hat OpenSfhift, Splunk czy Puppet
, organizowanych przez ekspertów z Linux Polska. Z kolei dane pochodzące z raportu 2018 Open Source Jobs Report wskazują, że blisko dla połowy twórców oprogramowania największym wyzwaniem w codziennej pracy, jest brak możliwości szkolenia swoich umiejętności.

Rozwiązaniem tego problemu byłoby zapewnienie programistom możliwości uczestniczenia w konferencjach i wydarzeniach branżowych – uważa w ten sposób aż 7 na 10 ankietowanych, wprowadzenie dodatkowego wynagrodzenia za udział w projektach open source, a także podnoszenie swoich kompetencji w trakcie profesjonalnych szkoleń (w obu przypadkach 60 proc. respondentów)[3]. Zresztą, ta ostatnia kwestia jest ważna nie tylko dla software deweloperów z obszaru open source, ale również dla programistów pracujących na co dzień z rozwiązaniami zamkniętymi. Według badania przeprowadzonego przez GodinGame, blisko 70 proc. programistów uważa, że w podejmowaniu decyzji o rozpoczęciu pracy w danym miejscu, możliwość nauczenia się nowych rzeczy jest ważniejsza niż wysokość wynagrodzenia[4].

Webinaria, czyli szkolenia all-inclusive

Konferencje, szkolenia, warsztaty, czyli bezpośredni kontakt ze specjalistami IT, którzy nie tylko dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem z uczestnikami, a także na bieżąco mogą odpowiadać na nurtujące ich pytania, są jednym z najefektywniejszych sposobów na zdobywanie nowych czy rozwijanie posiadanych umiejętności. Jednak nie można nie zauważać, że niemal standardem także wśród programistów, czy ogólnie specjalistów IT, jest szukanie cennych wskazówek w sieci – mówi Dariusz Świąder, Linux Polska.

Nie dziwi więc, że Internet jest ważnym źródłem wiedzy, ale czy specjaliści open source zawsze znajdują w sieci to, czego potrzebują? Okazuje się, że nie. Prawie 1/3 respondentów biorących udział w badaniu Polski Rynek Open Source 2018 zapytanych o to, jakich treści dotyczących rozwiązań otwartych brakuje w Internecie, odpowiedziało, że są nimi case studies. Chodzi np. o opisy poszczególnych rozwiązań czy przykłady wdrożeń narzędzi z obszaru open source.) Na drugim miejscu znalazły się webinaria (ponad 27 proc.), na których doświadczeni eksperci omawialiby techniczne aspekty poszczególnych produktów czy stosowanych metod. Ankietowani przyznali również, że chętnie sięgaliby po specjalistyczne artykuły przedstawiające te kwestie oraz wskazujące na zalety korzystania z technologii open source (odpowiednio blisko 23 i 19 proc.).

Osoby biorące udział w badaniu Linux Polska zostały również poproszone o wymienienie obszarów  związanych z rozwiązaniami otwartymi lub innymi nowoczesnymi technologiami, w których chciałyby pogłębić swoją wiedzę, ale spotykają się z brakiem odpowiednich treści w Internecie. W odpowiedziach pojawiły się takie zagadnienia, jak np.: big data i bazy danych, automatyzacja oraz bezpieczeństwo, środowiska chmurowe, kontenery czy metodologia DevOps.

Atrakcyjnym rozwiązaniem, z którego mogą skorzystać software deweloperzy i specjaliści IT chcący rozwijać swoje umiejętności, są webinaria. To internetowe kursy łączące wygodę zdobywania wiedzy przez Internet oraz uczestniczenia w „tradycyjnych”, profesjonalnych szkoleniach, których program został przygotowany na potrzeby konkretnej grupy uczestników. Webinaria w postaci wykładów czy praktycznych szkoleń transmitowanych w sieci, mogą jednocześnie śledzić miliony osób na całym świecie. Mogą przybierać również formę „zamkniętych”, płatnych szkoleń. Wtedy dostęp do takiej relacji posiadają wybrane osoby.

Z naszego doświadczenia wynika, że webinaria są chętnie wybieraną formą zdobywania nowych umiejętności, w dodatku traktowaną przez branżę IT jako wiarygodne źródło informacji i praktycznych wskazówek. W Linux Polska, oprócz tradycyjnych warsztatów, organizujemy również internetowe kursy w postaci wideo. Zespół naszych specjalistów dba o to, aby scenariusz każdego warsztatu online zawsze w pełni odpowiadał potrzebom i zainteresowaniom uczestników, którzy zgłosili w nich chęć swojego udziału – komentuje Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.

Organizatorzy webinariów niejednokrotnie udostępniają zapis wideo prowadzonych szkoleń, dzięki czemu ich uczestnicy, mogą wracać do przekazanych informacji i korzystać z cennych wskazówek w codziennej pracy, np. podczas tworzenia nowego oprogramowania.

[1] Linux Foundation and Dice, 2018 Open Source Jobs Report.

[2] Linux Polska, Polski Rynek Open Source, maj 2018.

[3] Linux Foundation and Dice, 2018 Open Source Jobs Report.

[4] CodinGame, Developers at work. Survey 2018.

Wpływ Turcji na kurs dolara

Ostatnie wydarzenia w Turcji doprowadziły do wyprzedaży walut państw rozwijających się. Polski złoty również ucierpiał, tak samo jak giełda. Jedynym wygranym jest dolar amerykański, który umocnił się na szerokim rynku. Wyprzedaży nie uniknęło również euro, które w tym przypadku jest bardzo wrażliwe na wydarzenia związane z kursem liry tureckiej.

W bieżącym miesiącu kalendarzowym lira turecka w stosunku do dolara amerykańskiego osłabiła się o 40 procent! Mowa o jednym miesiącu, ponieważ od początku roku USD/TRY wzrosło o ponad 50 procent. Co to oznacza? Wszystkie zobowiązania zagraniczne podrożały o 50 procent. Dynamiczny wzrost gospodarczy Turcji kosztował coraz wyższym zadłużeniem państwa. Rząd Turcji z chęcią pożyczał tanio oprocentowanego dolara amerykańskiego. Dzisiejsze zadłużenie Turcji sięga ponad 50 proc. PKB, dlatego kraj ten potrzebuje sporej ilości walut obcych do spłaty bądź też rolowania swojego kredytu. Z tego powodu jakiekolwiek wzmianki o wyższych stopach procentowych w Stanach Zjednoczonych doprowadzały do dużych wahań liry tureckiej.

Kolejnym ciosem była inflacja, która znalazła się w okolicy 15 proc. R/R. Przy tak dużej inflacji bank centralny powinien zdecydować się na drastyczne podwyżki stóp procentowych, jednak tego nie zrobił. Kryzys został tylko napędzony, lira dalej wyprzedawana.

Tak drastyczne osłabienie liry doprowadziło do dużych wątpliwości wypłacalności tureckich instytucji oraz samego rządu. Jest to kluczowy czynnik dla banków europejskich. Bankructwo tamtejszych instytucji może doprowadzić do efektu domina. Dlaczego? Odpowiedź niesie za sobą poniższa grafika, która przedstawia zaangażowanie poszczególnych państw (banków) na Turcję.

Bloomberg

Źródło: Bloomberg

Hiszpania posiada ponad 80 miliardową ekspozycję na Turcję. Kolejnym państwem jest Francja, następnie Włochy. Warto przy tym wspomnieć, że sam system finansowych w Hiszpanii oraz Włoszech nie jest w najlepszej kondycji.

Niewypłacalność Turcji mogłaby doprowadzić do kłopotów w hiszpańskim systemie finansowym. Idąc dalej, problem Hiszpanii przełożyłby się na problemy niemieckich oraz pozostałych banków w Europie oraz na świecie. W ten sposób cały system może zostać zarażony. Z tego powodu powstała duża awersja do ryzyka, która wepchnęła USDPLN w okolicę górnej bandy ostatniej konsolidacji.

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Notowania USDPLN, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Dalszy wzrost awersji do ryzyka oznaczałby przerwanie górnej bandy konsolidacji 3.77-3.80. W ten sposób strona kupująca otworzyłaby sobie drogę do poziomu 4.00. Rosnąca awersja do ryzyka może zostać zaobserwowana przez kurs walutowy USDTRY. Dalsza deprecjacja liry będzie oznaczać rozprzestrzenianie się problemów oraz większe ryzyko tamtejszych instytucji.

Natomiast spadek awersji do ryzyka oznaczałby umocnienie polskiej waluty. Sam spadek awersji do ryzyka można będzie zaobserwować po wyprzedaży USDTRY lub konsolidacji.

Ze strony technicznej notowania USDPLN z dużym prawdopodobieństwem znajdą się pod presją podaży. Po pierwsze znalazły się tuż pod górną bandą konsolidacji, po drugie oscylator stochastyczny informuje o dużym wykupieniu pary walutowej.

Dział Analiz Admiral Markets

Technologia wypiera sondaże. Polscy naukowcy dzięki zaawansowanej analizie danych mogą dokładniej prognozować wyniki wyborów

Technologia wypiera sondaże. Polscy naukowcy dzięki zaawansowanej analizie danych mogą dokładniej prognozować wyniki wyborów 6

Badacze z Uniwersytetu Warszawskiego wykorzystują zaawansowaną analizę danych do prognozowania wyników wyborów, nastrojów społecznych czy trendów gospodarczych. W tym celu wyszukują i przetwarzają ogólnodostępne artykuły, wpisy na blogach i forach, a dzięki dużo większej próbie badawczej uzyskiwane przez nich wyniki są dokładniejsze nawet od oficjalnych sondaży czy prognoz. Ta metoda może również znaleźć zastosowanie w biznesie, m.in. do prognozowania rozwoju trendów technologicznych czy branż, w które warto inwestować.

– Technologie informacyjne przebojem wdarły się do medioznawstwa i analizy mediów. Trudno przecenić ich rolę w kontekście użyteczności dla nadawców, ale i dla nas. Wyniki, które otrzymujemy, mogą być zastosowane wszędzie, poczynając od aspektów politycznych. Możemy dość dokładnie diagnozować nastroje, odpowiadać na pytanie o kierunek procesów gospodarczych, możemy powiedzieć, gdzie są pieniądze albo która z dyscyplin czy specjalności technologicznych rozwija się najszybciej. Takie wyniki uzyskiwaliśmy i one zgadzają się z rzeczywistością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. inż. Wiesław Cetera, adiunkt w Katedrze Technologii Informacyjnych Mediów.

Według danych Gemius w maju tego roku było w Polsce 27,4 mln internautów. Analiza ich aktywności, wpisów na forach i blogach oraz artykułów w mediach pozwala badaczom z Uniwersytetu Warszawskiego z dużą dokładnością prognozować nastroje społeczne, wyniki wyborów prezydenckich czy parlamentarnych, a nawet kierunki zmian gospodarczych. Sporządzona przez nich prognoza dotycząca wyborów parlamentarnych w 2011 roku i prezydenckich w 2015 roku była trafniejsza od oficjalnych sondaży. Jest to możliwe dzięki znacznie większej próbie badawczej.

 Metoda, którą stosujemy, różni się od badań ankietowych dokładnością i szerszym zakresem. Badania ankietowe dotyczą wybranej grupy, populacji liczącej przykładowo tysiąc osób. My jesteśmy w stanie zbadać nawet 10 mln wpisów. Z tej wielkości próby wyłania się zdecydowanie dokładniejszy wynik i to ma kapitalne znaczenie, rezygnujemy z badania sondażowego na rzecz prawie pełnego przeglądu – podkreśla dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Badacze z Centrum Rafinacji Informacji na UW wykorzystują własny program, który wyszukuje w ogólnodostępnych źródłach konkretne słowa i frazy. Następnie analizuje czy padają w pozytywnym czy negatywnym kontekście. Wyniki takich badań mogą znaleźć zastosowanie również w biznesie, np. w celu prognozowania rozwoju trendów technologicznych czy branż, w które warto inwestować.

 Możemy powiedzieć na przykład, co najlepiej sprzyja wizerunkowi danej marki. O Polsce najlepiej w ostatnim czasie mówiono, kiedy Polacy ściągali Francuzkę z K2. Wtedy pozytywnych opinii było najwięcej. Możemy też zbadać, kiedy było ich najmniej. Krzywa nastrojów jest bardzo pulsująca i my możemy określić, z jakiego powodu. Gdyby odbiorcy częściej korzystali z takich danych, z pewnością wiele decyzji – również na poziomie firm i organizacji – byłoby innych – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Zaawansowana analiza wykorzystywana przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego może również posłużyć do identyfikacji zagrożeń terrorystycznych.

– Od tego zresztą zaczęła się analiza big data. Trzeba jednak mieć dostęp do innych danych, bo identyfikacja trendów gospodarczych może być łatwo wykonana za pomocą ogólnodostępnych danych – mówi dr hab. inż. Wiesław Cetera.

Polska drugim po Rosji zarobkowym krajem najchętniej wybieranym przez Ukraińców. Średnio spędzają u nas 3–4 miesiące

Polska drugim po Rosji zarobkowym krajem najchętniej wybieranym przez Ukraińców. Średnio spędzają u nas 3–4 miesiące 7

Obywatele Ukrainy pracują w Polsce średnio trzy, cztery miesiące, ale jest to bardzo intensywny czas. Jak wynika z badań Grupy Progres, w ubiegłym roku liczba godzin roboczych pracownika tymczasowego z Ukrainy wynosiła w tym okresie 533, czyli o 177 więcej niż w przypadku pracowników z Polski. Najbardziej aktywni zawodowo są Ukraińcy w wieku 31–40 lat. Polska jest drugim – po Rosji – krajem, w którym chcą pracować nasi wschodni sąsiedzi.

– Ukraińcy w Polsce pracują przeciętnie od trzech do czterech miesięcy. Wynika to z obowiązujących przepisów prawnych, z dokumentów, najczęściej przyjeżdżają do nas w oparciu o paszport biometryczny, który pozwala im pracować przez 90 dni, czyli wychodzi trzy miesiące – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kołodziejczyk, dyrektor ds. rozwoju projektów międzynarodowych w Grupie Progres. – Drugą grupą Ukraińców, którzy przyjeżdżają do Polski, są osoby pracujące w oparciu o wizy. W tym przypadku długość zatrudnienia wynosi maksymalnie sześć miesięcy w ciągu roku. Tak więc średnio wychodzi między trzy a cztery miesiące.

Najwięcej pracują osoby z grupy wiekowej 31–40 lat, drugie miejsce zajmuje grupa 51–60-latków, a trzecie należy do 41–50-latków. Najmniej aktywni są młodzi, poniżej 21 roku życia. Z danych Grupy Progres wynika, że ok. 70 proc. obywateli Ukrainy pracuje w Polsce na umowę-zlecenie, a 30 proc. ma umowę o pracę.

Pracują też więcej niż Polacy: pracownicy tymczasowi z Ukrainy średnio przepracowali w ciągu trzech, czterech miesięcy aktywności zawodowej 533 godzin, czyli o 177 więcej niż w przypadku zatrudnionego tymczasowo Polaka. W ubiegłym roku ponad 9 tys. obywateli Ukrainy zatrudnionych przez Grupę Progres przepracowało prawie 5 mln godzin roboczych. Zaangażowanie widać zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet, choć panowie pracują o 9 roboczogodzin więcej niż panie.

Mamy u nas wszystkie grupy wiekowe. Dominują pracownicy w wieku 30–45 lat. Jeśli chodzi o płeć, jest mniej więcej pół na pół, z lekką przewagą mężczyzn – informuje Marcin Kołodziejczyk. – Większość Ukraińców zatrudnionych w Polsce pracuje legalnie, w tej chwili około 400 tys. ukraińskich pracowników jest zarejestrowanych w ZUS i płaci składki.

Wstępne dane za 2018 rok wskazują na kontynuację trendu rosnącego pod względem zatrudnienia Ukraińców, choć wzrost ten jest obecnie mniej dynamiczny niż w ubiegłym roku. W tej grupie znajdują się również Ukraińcy, dla których kluczowym argumentem skłaniającym do deklaracji dłuższego pobytu mogą być również zarobki. Przykładowo minimalna płaca na Ukrainie wynosi 3 723 hrywien, a w Polsce – równowartość 11 078,72 hrywien, do czego dochodzą benefity pozapłacowe, hojnie oferowane przez pracodawców w naszym kraju

Cudzoziemcy pracujący w firmie Progres zarabiają średnio 2,5 tys. zł netto. Natomiast bardzo często nie wykonują pracy zgodnej ze swoim wykształceniem. 95 proc. osób jest delegowanych jest do najprostszych czynności – podkreśla Kołodziejczyk.

Podkarpackie chce przyciągać kolejnych inwestorów. Region stawia na innowacyjne i dobrze płatne miejsca pracy

Podkarpackie chce przyciągać kolejnych inwestorów. Region stawia na innowacyjne i dobrze płatne miejsca pracy 8

Podkarpackie, które już w tej chwili plasuje się w gronie krajowych liderów innowacyjności, chce przyciągać kolejnych inwestorów i tworzyć dobrze płatne miejsca pracy. Jednymi z najbardziej perspektywicznych branż są motoryzacja oraz informatyka, w tym przyszłościowy sektor gamingowy. Obok lotnictwa i jakości życia należą one do inteligentnych specjalizacji regionu.

Jak podkreśla marszałek województwa, wyróżnikiem Podkarpacia na tle innych regionów Polski jest to, ile działające w regionie przedsiębiorstwa przeznaczają na innowacje i działalność badawczo-rozwojową.

– Jesteśmy na pierwszych miejscach pod względem wskaźników innowacji w skali naszego kraju. To nasza inwestycja w przyszłość. Jeżeli ten trend się nie zmieni, a dziś nic na to nie wskazuje, to będziemy mieli tego efekty w przyszłości. Będzie tu naprawdę nowoczesny przemysł, nowoczesne miejsca pracy, produkty, a także wysoka jakość jeżeli chodzi o miejsca do wypoczynku, rekreacji i uprawiania turystyki – mówi agencji Newseria Biznes Władysław Ortyl, Marszałek Województwa Podkarpackiego.

Podkarpacie może się również pochwalić wysokim odsetkiem studentów i absolwentów kierunków techniczno-przyrodniczych. W regionie istnieje słynna Dolina Lotnicza, a także Podkarpacki Park Naukowo-Techniczny Aeropolis, który między innymi stanowi inkubator dla start-upów. W tym roku zainaugurowana została również działalność Podkarpackiego Centrum Innowacji.

Działalność na Podkarpaciu prowadzi w tej chwili ok. 160 tys. przedsiębiorstw. Prężnie rozwija się m.in. motoryzacja, która w całej Polsce przeżywa prawdziwy boom.

 Branża motoryzacyjna na Podkarpaciu istnieje od wielu lat i przyczynia się do prężnego rozwoju gospodarczego regionu. Do tej pory nie była skonsolidowana, ale powstanie Wschodniego Sojuszu Motoryzacyjnego spowodowało, że zaczęliśmy ze sobą rozmawiać: firmy międzynarodowe i polskie, uczelnie, szkoły i samorządy, które często mają decydujący wpływ na to, gdzie nowe bądź rozwojowe inwestycje się lokalizują – mówi Ryszard Jania, prezes Wschodniego Sojuszu Motoryzacyjnego.

Lotnictwo i motoryzacja to dwie z czterech inteligentnych specjalizacji, które wspiera i promuje samorząd województwa. Pozostałe to jakość życia oraz informatyka i telekomunikacja. W ramach tej ostatniej szczególnie dynamicznie rozwija się sektor gamingowy.

 Rynek gier komputerowych rozwija się prężnie w całej Polsce i na świecie. Polska stała się hubem, w którym gry komputerowe fantastycznie sobie radzą. Jest dużo dobrych firm – zaczynając od CD Projektu, który wypromował Wiedźmina, aż do platformy, która sprzedaje wszystkie gry, czyli G2A.COM. Sam rynek gier komputerowych rośnie co roku od 8 do 14 proc. w zależności od kategorii. Niektóre z nich, jak np. gry na urządzenia mobilne albo gry free to play, rosną dużo szybciej. Cały rynek gier komputerowych wciąż będzie się rozwijał bardzo dobrze – mówi Bartosz Skwarczek, prezes G2A.COM.

Jak ocenia, w przyszłości Podkarpacie – ze swoim ekosystemem nakierowanym na wsparcie przedsiębiorców i rozwijanie innowacji – ma się szansę stać kolejną Doliną Krzemową, na wzór Kalifornii czy Tel-Awiwu.

– Rzeszów ma wszelkie argumenty, by stać się takim miejscem. Po pierwsze, są tu przedsiębiorcy, którzy każdego dnia ścierają się z innymi firmami z całego świata. Po drugie, są władze, które budują ten ekosystem, w którym my, przedsiębiorcy, możemy skutecznie działać. Po trzecie, są uczelnie, dzięki którym mamy kadry, które są niezbędne do budowania firmy i jej konkurencyjności – mówi prezes zarządu G2A.COM

„Podkarpackie. Wyższy poziom innowacji” – to hasło, które w najbliższych miesiącach będzie promować województwo. Nowa, zapoczątkowana właśnie kampania ma wzmocnić wizerunek Podkarpacia jako regionu atrakcyjnego nie tylko turystycznie, lecz także gospodarczo. Priorytetem są innowacyjne miejsca pracy, które zatrzymają w województwie młodych ludzi.

 Chcielibyśmy dotrzeć tą kampanią do inwestorów, którzy decydują o tym, gdzie lokować swoje firmy. Chcemy zachęcić do poszukiwania pracy w naszym regionie, a młodych ludzi, którzy wyjechali za granicę, zachęcić do powrotu. Tu będą dobrze płatne miejsca pracy, interesujące pod względem rozwoju osobistego, nakierowane na innowacje – mówi Władysław Ortyl.

– Pamiętajmy, że każdy chce pracować przy ambitnych, globalnych projektach, które można potem wpisać do życiorysu. Ten region umożliwia nam nie tylko konkurowanie na skalę globalną, lecz także sprowadzanie ludzi z całego świata. W G2A.COM mamy ludzi z prawie czterdziestu krajów, których zaprosiliśmy do Rzeszowa i powiedzieliśmy: tu jest dobry projekt, pracujmy przy nim – podsumowuje Bartosz Skwarczek.

Technologie do tworzenia fałszywych informacji są coraz bardziej zaawansowane. Hejt i trolling to jedne z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu

Technologie do tworzenia fałszywych informacji są coraz bardziej zaawansowane. Hejt i trolling to jedne z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu 9

Fałszywe informacje coraz częściej są tworzone już nie tylko przez szereg zatrudnionych w tym celu ludzi, a nawet proste boty internetowe, lecz także przez bardzo zaawansowane narzędzia. Najnowsze technologie pozwalają np. sfałszować przemówienie byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Walkę z fake newsami zapowiedziały największe firmy, ale na co dzień z wyzwaniem oddzielenia prawdziwych informacji od tych fałszywych zmagają się firmy monitorujące media.

– Czasami trudno rozpoznać, czy komentarz pochodzi z fejkowego konta, czy z konta użytkownika, który jest bardzo mocno przeświadczony o słusznej prawdzie tylko jednej strony. Narzędzia służące do śledzenia historii, obserwacji i analizy profili mogą nam dostarczyć wiele informacji, które są w stanie w dużym stopniu przybliżyć nas do oceny, czy to jest konto fejkowe, czy to jest konto rzeczywiste jakiegoś oponenta danej dyskusji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Bykowski, wiceprezes zarządu i dyrektor generalny PRESS-SERVICE Monitoring Mediów.

W dobie coraz powszechniejszych fake newsów, botów upubliczniających zmanipulowane informacje oraz trolli internetowych dotarcie do wiarygodnych i miarodajnych danych w internecie nie jest łatwe. Firmy profesjonalnie zajmujące się monitoringiem mediów, w tym także tych społecznościowych, dysponują nowoczesnymi narzędziami, dzięki którym są w stanie wychwytywać fałszywe konta i informacje. Chociaż zadaniem firm monitorujących media jest przede wszystkim znalezienie każdej możliwej informacji, jaka pojawia się w przestrzeni medialnej, coraz częściej klienci chcą wiedzieć, która informacja jest prawdziwa, a która może być fałszywa.

– Analitycy dokonują selekcji i badania historii przekazów na poszczególnych kontach. To jest stosunkowo skomplikowany proces, ponieważ należy zbadać historię danego konta, liczbę doniesień, wpisów, jakie prowadzi w określonym czasie, czy one są skierowane wyłącznie do jakiejś grupy odbiorców, czy charakteryzują się jakąś jedną linią przekazu. Kiedy się okazuje, że dany serwis produkuje szczególnej jakości treść, np. bardzo negatywną treść i agresywne przekazy, alarmujemy na ten temat naszego klienta, wskazując mu, że są określone media bardzo aktywne albo na tle innych o wiele bardziej aktywne – mówi Sebastian Bykowski.

Do fałszowania informacji coraz częściej wykorzystywana jest także sztuczna inteligencja. Istnieje już oprogramowanie, dzięki któremu można manipulować wystąpieniami publicznymi polityków. Po internecie krąży nagranie przemówienia Baracka Obamy, który wypowiada dokładnie te same słowa, będąc w różnym wieku – materiał zmontowano za pomocą specjalistycznego oprogramowania. To oznacza, że można już sfałszować publiczne wystąpienie każdego polityka.

Przykładem wykorzystania zasady działania fałszywych informacji na szeroką skalę jest afera Facebooka z początku 2018 roku. Firmie Cambidge Analytica udało się pozyskać dane przeszło 50 mln użytkowników Facebooka, które wykorzystała do stworzenia spersonalizowanych reklam zachęcających do podejmowania konkretnych decyzji wyborczych. Dzięki temu prawdopodobnie udało się wpłynąć na wyniki głosowania dotyczącego brexitu oraz ostatnich wyborów prezydenckich w USA.

– W polityce były i są wyspecjalizowane podmioty, które zajmują się tworzeniem określonych treści i jak najszerszym komentowaniem ich, ale jest pewnego rodzaju zmiana i widoczna tendencja, że pojawia się coraz więcej botów, różnego rodzaju automatycznych serwisów, których zadaniem jest rozpropagowywanie, kopiowanie treści negatywnych w jak najszybszym i najszerszym zasięgu. Jeśli dołożymy do tego różnego rodzaju narzędzia mikrotargetowania i reklamy ukierunkowanej na konkretne grupy odbiorców z określonym przekazem, to wszystko naprawdę potrafi się uzupełnić w nasilony negatywny przekaz – tłumaczy ekspert.

Szef Facebooka Mark Zuckerberg stanął przed komisjami senackimi USA, aby wyjaśnić, jak doszło do wykorzystania danych użytkowników serwisu, tłumaczył się również przed Parlamentem Europejskim. W wyniku wybuchu afery administratorzy Facebooka usunęli 583 mln fałszywych kont oraz miliardy wpisów łamiących standardy społeczności serwisu. Zuckerberg zapowiada kolejne etapy walki z botami oraz trollami internetowymi.

Boty coraz częściej są wykorzystywane także w Polsce, zwłaszcza w polityce. Na początku sierpnia zauważono, że kampanię Patryka Jakiego z PiS-u krytykowali użytkownicy Twittera m.in. z Pakistanu, Nepalu czy wysp Reunion. Z kolei już na przełomie października i listopada zeszłego roku zauważono, że konto Rafała Trzaskowskiego z PO zaczęło śledzić 10 tysięcy nieaktywnych kont twitterowych, które zidentyfikowano jako potencjalne boty, które mogą być wykorzystane podczas kampanii samorządowej.

– Wiele badań, które się w ostatnim czasie ukazuje, m.in. autorstwa profesorów z Oksfordu, pokazuje, że Polska zaczyna nie odbiegać od innych krajów, gdzie agresywny sposób negatywnej promocji określonych treści jest realizowany. To bez dwóch zdań bardzo negatywne zjawisko. Myślę, że patrząc na dzisiejszy świat komunikacji, to właśnie ten hejt, trolling, jest jednym z największych zagrożeń dla demokratyzacji internetu i przez to również życia publicznego – podsumowuje Sebastian Bykowski.

Według raportu Transparency Market Research rynek narzędzi do monitorowania mediów przekroczy w 2022 r. wartość 4,2 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13,6 proc.

Co czwarty Polak kupuje ekologiczne kosmetyki. To efekt coraz silniejszego trendu slow life

Co czwarty Polak kupuje ekologiczne kosmetyki. To efekt coraz silniejszego trendu slow life 10

Brak parabenów, silikonów, detergentów, surowców z roślin genetycznie modyfikowanych i sztucznych barwników sprawia, że ekokosmetyki zyskują coraz większe uznanie konsumentów. Sięga po nie 25 proc. klientów, częściej kobiety – blisko 40 proc. Kosmetyki naturalne stanowią kilka procent rynku kosmetycznego w Polsce, jednak ze względu na silny trend slow life ich sprzedaż stale rośnie. Choć do Europy Zachodniej sporo nam jeszcze brakuje, to patrząc na ilość ekologicznych targów czy restauracji wege, szybko będziemy ją gonić – podkreślają eksperci.

 Rynek kosmetyków naturalnych ma bardzo duży potencjał. Widać to po innych krajach. To jeden z najszybciej rosnących segmentów rynku kosmetyków. Myślę, że w Polsce będzie rósł bardzo dynamicznie, bo jesteśmy trochę jeszcze z tyłu za innymi krajami europejskimi. Patrząc jednak na popularność targów z ekologicznym jedzeniem czy restauracji wege w Warszawie, ale pewnie też w innych miastach, to wydaje się, że bardzo szybko będziemy gonić zachodnią Europę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Magda Hajduk, prezes Naturativ.

PMR podaje, że wartość sprzedaży kosmetyków w Polsce w 2016 roku sięgnęła ponad 22 mld zł. Z kolei Euromonitor, bazując na danych GUS, ocenia wartość sprzedaży na ok. 14 mld zł. Według Banku Zachodniego WBK branża kosmetyczna w Polsce do 2020 roku ma się rozwijać w tempie ok. 5 proc. Jesteśmy szóstym największym producentem kosmetyków w Europie. I choć w sprzedaży dominują te masowe, jednak coraz częściej sięgamy po kosmetyki naturalne, oparte na ekologicznych składnikach.

 Kosmetyki naturalne istnieją już w każdej kategorii. My mamy w swojej ofercie sto produktów. Są to kosmetyki do ciała, twarzy, włosów, dla dzieci i mężczyzn. Najbardziej popularne są kosmetyki damskie do twarzy i ciała, ale tak jest w każdym segmencie. Wiemy, że sprzedaż naszych męskich kosmetyków procentowo oscyluje wokół odsetka sprzedaży tego segmentu dla całego rynku kosmetyków – wskazuje Magda Hajduk.

Z raportu „Slow life w Polsce” firmy Naturativ wynika, że 38 proc. osób deklaruje zakup kosmetyków naturalnych. Dla Polaków przy zakupie liczą się efekty stosowania i wydajność, ale dla 16 proc. istotny jest naturalny skład. Ponad 40 proc. czyta skład kosmetyków przed zakupem, część korzysta też z aplikacji, które skanują kod produktu i wyświetlają informacje o składnikach.

– Nasi klienci poszukują kosmetyków ze składem, który im odpowiada, i dobrej jakości. Myślę, że są już totalnie przekonwertowani na kosmetyki naturalne i w tym segmencie poszukują takich produktów, które im odpowiadają np. pod względem działania, wchłanialności czy zapachu. To już nie jest sama naturalność, ale kolejny etap – mówi prezes Naturativ.

Najczęściej takie kosmetyki kupują osoby w wieku 35–44 lata, mieszkający w miastach od 20 do 50 tys. mieszkańców (39 proc.) i dużych miastach (34 proc.). Częściej klientami są kobiety niż mężczyźni.

– Dziwi, że osoby deklarujące, że żyją zgodnie z ideą slow life, zwracają uwagę na jedzenie, ruch i sposób spędzania czasu, a niekoniecznie na ekologię. Nasze klientki, czyli osoby, które kupują kosmetyki prawdziwie naturalne, zwracają uwagę nie tylko na to, co dotyczy ich osobiście, lecz także na to, co jest na zewnątrz, czyli na środowisko. Mają już pewne nawyki ekologiczne – ocenia Magda Hajduk.

Jak tłumaczy ekspertka, wzrost zainteresowania naturalnymi kosmetykami to efekt coraz silniejszego trendu slow life.

 Kosmetyki naturalne pojawiają się w masowej dystrybucji, powstaje wiele nowych marek. Na pewno podążamy za trendem slow life, czyli zdrowego jedzenia, ruszania się, dbania o własne zdrowie. Kosmetyki naturalne wpisują się w ten trend, więc będą się stawały coraz popularniejsze – przekonuje prezes Naturativ.

Klienci zwracają też uwagę na sposób powstawania produktu oraz fair trade. Przy wyborze kosmetyków naturalnych najczęściej kierujemy się troską o środowisko i zwierzęta oraz zgodnością z wyznawanymi zasadami i filozofią życia.

Niemal 100% wzrost sprzedaży Mitsubishi w Polsce

Rośnie liczba właścicieli samochodów Mitsubishi w Polsce – w samym lipcu zanotowano niemal 100% wzrost sprzedaży tej japońskiej marki a w ciągu pierwszych 7 miesięcy tego roku blisko 37% więcej klientów zdecydowało się na zakup samochodu spod znaku Trzech Diamentów. Tak dobre wyniki są efektem dużego zainteresowania nowym SUV-em coupe Mitsubishi Eclipse Cross a także cenionymi modelami ASX i Outlander.

98,9% więcej Mitsubishi w lipcu, Eclipse Cross bestsellerem

Na szczycie lipcowego rankingu sprzedaży Mitsubishi znalazł się nowoczesny SUV-a coupe Mitsubishi Eclipse Cross, który kusi sportową sylwetką, oferując znakomite osiągi, wysoki poziom bezpieczeństwa i komfortu oraz innowacyjne układy sterowania i łączności. Na drugim miejscu pod względem sprzedaży uplasował się znany crossover Mitsubishi ASX, na zakup którego zdecydowało się o blisko 17% więcej klientów. O niemal 5% wzrosła także sprzedaż pickupa Mitsubishi L200, niezwykle cenionego przez klientów za znakomity napęd na 4 koła i wygodę, jaką daje SUV.

Tempo rośnie z miesiąca na miesiąc

Podczas pierwszych siedmiu miesięcy tego roku do klientów trafiło 3128 aut Mitsubishi – w zestawieniu z ubiegłorocznym rezultatem sprzedaży (2292 auta) to aż o 37% więcej. Głównymi lokomotywami wzrostu były modele ASX, Outlander i Eclipse Cross a klienci ciepło przyjęli także przedwakacyjny debiut – miejskie Mitsubishi Space Star. Nie słabnie zainteresowanie terenową legendą – Mitsubishi Pajero, które zdobyło aż o 22% więcej klientów.

Ruszyła produkcja nowej ŠKODY FABII

Pierwsze egzemplarze nowej SKODY FABII właśnie opuściły linię produkcyjną i wkrótce trafią do klientów. Od 1999 roku ŠKODA FABIA jest jednym z najpopularniejszych modeli samochodów – nie tylko w Polsce, ale i na wielu europejskich rynkach.

skoda fabia– Produkcja ŠKODY FABII rozpoczęła się niemal 20 lat temu. Teraz najnowsza wersja najpopularniejszego modelu w naszej ofercie będzie korzystać z wysokich standardów jakości, jakie oferuje główna fabryka ŠKODY – Mladá Boleslav. FABIA z nowym designem i nowoczesnymi technologicznymi rozwiązaniami jest gotowa na nowe wyzwania – mówi Michael Oeljeklaus, Członek Zarządu ŠKODA ds. Produkcji i Logistyki.

Od 1999 roku ŠKODA FABIA jest jednym z najpopularniejszych modeli samochodów. Po ŠKODZIE OCTAVII to drugi najchętniej wybierany model producenta, oferowany w dwóch wariantach: FABIA hatchback i FABIA COMBI. Pierwsza generacja trafiła do 1 790 000 klientów, równie imponujący wynik osiągnął jej następca z wynikiem 1 710 000 dostaw. W czerwcu 2017 roku fabrykę producenta opuściło pół miliona aut z trzeciej generacji.

Największym rynkiem sprzedaży ŠKODY FABIA są Niemcy, gdzie od premiery pierwszej wersji w 1999 roku dostarczono 761 800 pojazdów. Na rynku czeskim osiągnięty wynik to 540 300 sprzedanych aut. Trzecie miejsce zajmuje Wielka Brytania, gdzie po ulicach jeździ 335 200 tych pojazdów, a tuż za nią znalazła się Polska z wynikiem 314 000 samochodów.

Perspektywy dalszych sukcesów modelu są szczególnie duże dzięki wdrożonym nowym rozwiązaniom. Nowa ŠKODA FABIA zyskała bogatsze wyposażenie standardowe i będzie teraz dostępna m.in. z nowymi reflektorami ze światłami do jazdy dziennej LED, systemem wspomagania ruszania pod wzniesienia Hill Hold Control oraz funkcją Easy Light Assist odpowiedzialną za automatyczne włączenie świateł mijania.

W pierwszej połowie 2018 roku o 4% więcej inwestycji na rynku nieruchomości w regionie CEE-6

Dynamika polskiego rynku inwestycyjnego w pierwszej połowie roku, była motorem napędowym całego regionu. Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „2018 mid-year CEE Investment Scene” na temat prognoz inwestycyjnych dla rynków nieruchomości w regionie CEE, na rynku słowackim zaobserwowano wzrost liczby transakcji, natomiast na Węgrzech i w Czechach przepływy były znacznie słabsze niż w ubiegłym roku.

Napływ inwestycji do regionu CEE-6 był w pierwszej połowie 2018 roku o 4% wyższy rok do roku i nieznacznie przewyższał rekordowe tempo z 2017 roku.

Łącznie 26% środków finansowych w pierwszym półroczu pochodziło od źródeł lokalnych w krajach CEE-6 lub z przepływów transgranicznych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W analizowanym okresie fundusze USA, Wielkiej Brytanii i Europy Zachodniej były sprzedawcami netto nieruchomości komercyjnych w regionie CEE, co pokrywało się w ogólnym zarysie z wzorcami obserwowanymi w latach 2016 i 2017.Dynamika polskiego rynku inwestycyjnego

Wartość inwestycji na rynku polskim (58% łącznej kwoty w regionie CEE-6), związana z utrzymującymi się wysokimi wynikami gospodarki, dyktowała tempo w pierwszym półroczu bieżącego roku. Na rynku słowackim zaobserwowano wzrost liczby transakcji, natomiast na Węgrzech i w Czechach przepływy inwestycyjne były znacznie słabsze niż w ubiegłym roku. Wydaje się, że w przypadku tych dwóch rynków główny problem stanowiła stosunkowo niska podaż nieruchomości przeznaczonych do sprzedaży.

W ujęciu sektorowym przepływy w sektorze powierzchni biurowych (wzrost o 51%) prawie dorównały inwestycjom w sektorze powierzchni handlowych (wynik na niemal takim samym poziomie, jak w roku ubiegłym). Prawdopodobnie przyczynił się do tego wzrost liczby ukończonych budów, którego należało się spodziewać na tym etapie cyklu.

Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE
Mark Robinson, specjalista ds. badań w regionie CEE

Mark Robinson, specjalista ds. badań rynku w regionie CEE, mówi: – Kompresja stóp kapitalizacji, jaką obserwowaliśmy w latach 2016-17, zmniejszyła się znacząco w pierwszej połowie 2018 roku. Nastąpił tylko nieznaczny spadek stóp kapitalizacji w sektorze powierzchni biurowych premium w Pradze i Warszawie. W ciągu kolejnych 12 miesięcy dalszej kompresji należy spodziewać się jedynie w Budapeszcie i Bukareszcie w sektorze powierzchni biurowych/przemysłowych. Biorąc pod uwagę czynniki fundamentalne, po kilku kwartałach spadków wskaźników pustostanów w całym regionie przewidujemy 6 wzrostów wskaźników pustostanów w 12 kluczowych stolicach w sektorze powierzchni biurowych i przemysłowych, które monitorujemy. Czynnikiem, który odgrywa w tym kontekście ważną rolę, jest rosnąca podaż. Dynamika wzrostu najmu wygląda najkorzystniej w sektorze powierzchni przemysłowych w regionie CEE oraz w Budapeszcie.

Rosyjskie embargo nie działa – mamy alternatywne rynki zbytu. Eksport żywności rośnie

Bilans handlowy Polski po wprowadzeniu rosyjskiego embarga systematycznie się poprawia. Struktura eksportu nie uległa szczególnej zmianie, jednak wolumen produktów żywnościowych wzrósł. Polakom udało się zatem skutecznie znaleźć alternatywne rynki zbytu.

Podstawowy wniosek z opublikowanego przez ZPP dokumentu jest następujący: polscy eksporterzy doskonale sobie radzą i, mimo embarga, sukcesywnie zwiększają wolumen eksportu, poszukując nowych rynków zbytu. Co istotne, również eksport produktów żywnościowych nie ucierpiał w szczególnym stopniu na embargu. Wydaje się natomiast, że głównymi poszkodowanymi w całej sytuacji są przede wszystkim Rosjanie.

Zaraz po wprowadzeniu embarga straszono nas, jakie straszne skutki przyniesie ono dla polskich producentów, w szczególności rolników miała czekać katastrofa – mówi prezes ZPP, Cezary Kaźmierczak. – Okazało się tymczasem, że Rosja nie jest dla naszych eksporterów niezbędnym rynkiem zbytu, a samo embargo najbardziej uderza w samych Rosjan, którzy muszą płacić za żywność dużo więcej, niż przed 2014 rokiem.

O tym, że embargo nie wpłynęło w istotnie negatywny sposób na wolumen polskiego eksportu, najlepiej świadczą twarde dane – w 2013 roku eksportowaliśmy towary o wartości ok. 648 miliardów złotych. W 2016 roku, po dwóch latach obowiązywania embarga, wartość eksportu wzrosła do 803 miliardów złotych, czyli o ok. 32 proc. w stosunku do roku 2013. Jednocześnie, nie zmieniła się istotnie struktura eksportu – co oznacza, że również wolumen sprzedaży za granicę polskich produktów żywnościowych zwiększył się.

Wyraźnie świadczy to o tym, że embargo nie doprowadziło do załamania eksportu polskiej żywności. Okazuje się ponadto, że Rosja wcale nie jest kluczowym rynkiem zbytu dla polskich eksporterów, już w 2013 roku więcej, niż tam, sprzedawaliśmy do malutkich Czech – mówi Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP.

Mimo faktu, że Polacy znakomicie poradzili sobie z wprowadzonym w 2014 roku ograniczeniem, a Rosjanie narzekają na rosnące ceny żywności, Władimir Putin twierdzi, że będzie chciał utrzymywać embargo tak długo, jak się da. Wydaje się, że nie ma ku temu żadnych racjonalnych przesłanek – nawet kondycja rosyjskiego sektora spożywczego, która teoretycznie mogłaby się wskutek tej sytuacji poprawić, z uwagi na jego zwiększony udział w zaspokajaniu wewnętrznego zapotrzebowania na żywność, nie uzasadnia podtrzymywania embarga. Wyraźną poprawę można odnotować w zasadzie tylko w sektorze drobiu i wieprzowiny.

Ostatecznie, wydaje się że Rosja, ze względu na niestabilność sytuacji gospodarczej, uzależnionej w ogromnym stopniu od cen na rynku surowcowym, a także relatywne ubóstwo większości społeczeństwa (zwłaszcza w okręgach oddalonych od Moskwy), nie stanowi bardzo atrakcyjnego rynku zbytu, dlatego też ewentualne utrzymywanie embarga nie powinno stanowić dla polskich producentów żadnej poważnej groźby. Argumentację zatem, jakoby embargo było wyjątkowo dotkliwą reperkusją politycznych i gospodarczych sankcji nałożonych na Rosję, przez co należałoby je – zdaniem niektórych – złagodzić, trzeba uznać za fałszywą.

***

Business Papers to nowy format dokumentów przygotowywanych przez ZPP – polega on na syntetycznym przedstawieniu najważniejszych faktów i danych dotyczących omawianego zagadnienia, w atrakcyjnej graficznie formie. Tym samym, odbiorcy mogą w krótkim czasie poznać kluczowe cyfry, statystyki i wiadomości z zakresu interesującego ich tematu.