FPP – program pomocowy dla polskich rolników

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) rekomenduje utworzenie programu pomocowego dla przedsiębiorstw prowadzących skup i osuszanie ziarna kukurydzy od polskich rolników. Od końca 2022 r. na polski rynek napłynęła znaczna ilość suchego ziarna z Ukrainy, co spowodowało brak możliwości sprzedaży polskiego ziarna – szczególnie tego przechowywanego w rękawach. Obecnie cena suchego ziarna kukurydzy to ok. 800 zł za tonę netto. Z tych powodów firmy skupujące mokrą kukurydzę zalegają 100-150 mln zł płatności na rzecz polskich rolników.

Kryteria programu powinny być następujące:

  • środek pomocowy: rekompensata do wysuszonego ziarna kukurydzy ok. 350 zł./t. (wg. obecnych notowań)[1], które musiało być przechowywane ze względu na brak możliwości szybkiego zbycia (czyli ziarna nabytego po wyższych cenach)
  • beneficjenci: przedsiębiorstwa skupujące i osuszające ziarno kukurydzy (tzn. polskie ziarno i z wyłączeniem pośredników handlowych)
  • czas obowiązywania: do rozwiązania problemu z nadwyżką kukurydzy na rynku krajowym
  • szacowana suma programu: ok. 350-500 mln. zł (ok. 80-110 mln euro)

„Zanim ziarno kukurydzy trafi do odbiorców musi być osuszone. Skupem i osuszaniem zajmują się głównie polskie firmy rodzinne. Zakłady osuszania skupują ziarno lokalnie, z gospodarstw w promieniu do 100 km. Uprawą kukurydzy zajmuje się ok. 200 tys. rolników. Zbiory kukurydzy odbywają się od września do nawet końca stycznia. Firmy skupujące kukurydzę sprzedają suche ziarno przez cały rok. Natomiast suszenie mokrej kukurydzy trwa nawet do czerwca. Ważną funkcją większych zakładów jest przechowywanie ziarna przez wiele miesięcy. Teraz w magazynach przechowywane jest ziarno z ubiegłorocznych zbiorów. Ze sprzedaży osuszonego ziarna przedsiębiorstwa finansują skup ziarna z kolejnych zbiorów. Dlatego obecna sytuacja może doprowadzić do bankructw polskich przedsiębiorców i rolników, a w dalszej kolejności do przejęcia polskich firm rodzinnych przez inwestorów zagranicznych. Wdrożenie programu naprawczego jest niezbędne natychmiast” – podkreśla Teresa Hernik, ekspert ds. społecznych Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

W 2022 r. cena skupu ziarna kukurydzy mokrej od rolnika wynosiła ok. 1000 zł./tonę netto.[2] Uwzględniając zmniejszenie masy ziarna po osuszeniu (20%) i m.in. koszty osuszania/energii (ok. 100 zł./t.), na zrównoważonym rynku cena suchego ziarna wyniosłaby ok. 1350 zł./t.

Niekontrolowany napływ suchej kukurydzy z Ukrainy i obniżka cen skutkuje i będzie skutkować:

  • brakiem możliwości sprzedaż suchego polskiego ziarna kukurydzy
  • generowaniem strat na sprzedaży suchego ziarna kukurydzy (500zł na tonę )
  • brakiem środków u polskich firm na skup kukurydzy i zbóż ze zbiorów 2023 r.
  • stratami znacznej części polskich rolników, którzy nie już nie mogą sprzedać zbiorów (część zakładów już wstrzymała skup)

[2] We wrześniu 2022 r. cena skupu wynosiła 1400 zł./t., co oznacza spadek ceny o 40%, przy wysokiej inflacji.

Cyfryzacja biznesu w Polsce: na poprawę musimy jeszcze poczekać

Większość firm w Polsce zamierza utrzymać na niezmienionym poziomie wydatki (78%) i liczbę pracowników (92%) potrzebnych do realizacji zadań związanych z procesem digitalizacji. Blisko 8 na 10 firm nie posiada formalnego dokumentu dotyczącego strategii transformacji cyfrowej. O 5 p.p. względem poprzedniego roku do 68% wzrósł odsetek firm deklarujących korzystanie z technologii chmurowych. W tegorocznej edycji badania KPMG, przeprowadzonego w partnerstwie z Microsoft wskaźnik główny Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu zmalał względem poprzedniego roku z 4,8 do 4,4 pkt w dziesięciostopniowej skali. W ujęciu branżowym pozytywnie wyróżnia się branża finansowa, sektor TMT i life sciences. W obszarze strategii cyfrowej przed firmami w Polsce jest dużo do zrobienia. Aż 29% ankietowanych firm w Polsce nie przeznacza wydatków na transformację cyfrową, a 71% nie oddelegowuje pracowników do zadań z nią związanych.

Chociaż poziom cyfryzacji w Polsce stale się podnosi, to proces ten przebiega znacznie wolniej, niż w większości krajów Unii Europejskiej. Polska wciąż odnotowuje straty w stosunku do innych gospodarek wysoko rozwiniętych. Osiągnięty w 2022 roku w rankingu DESI (Digital Economy and Society Index) wynik 40,5 pkt stanowi niespełna 77% średniej unijnej. W 2022 roku Polska zajęła po raz kolejny 24. miejsce wyprzedając jedynie Grecję, Bułgarię i Rumunię.

Wskaźnik główny Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu wynosi 4,4 pkt

Powodzenie procesu transformacji firm zależy od zapewnienia odpowiedniego poziomu czterech obszarów: strategii cyfryzacji, implementacji technologii, cyberbezpieczeństwa i ryzyka oraz potencjału do transformacji. Wskaźnik główny Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu dla firm prowadzących działalność w Polsce wynosi w 2023 roku 4,4 pkt na maksymalnie 10 pkt. Oznacza to spadek z 4,8 pkt rok wcześniej. Mniej firm niż w ubiegłorocznym badaniu deklaruje, że będzie zwiększać inwestycje i zatrudnienie w dziedzinie transformacji cyfrowej. Zmalała również o 0,3 pkt ocena potencjału do transformacji przedsiębiorstw – badane firmy osiągnęły wynik 5,2 pkt. Jest to spowodowane obawami przedstawicieli firm co do gotowości pracowników na nadchodzącą transformację cyfrową. Obszar implementacji technologii odnotował największy spadek ze wszystkich sekcji z 5,3 pkt w 2022 roku do 4,8 pkt w tegorocznej edycji. Wynika to z faktu zmienionych priorytetów w firmach, które powodują, że plany rozwoju technologii cyfrowych w poszczególnych obszarach działania przedsiębiorstw zostają odsunięte w czasie. Z kolei obszar cyberbezpieczeństwa i ryzyka otrzymał w tym roku notę 4,4 pkt – o 0,2 pkt niższą niż rok temu. Niewiele przedsiębiorstw planuje zwiększać wydatki na ten obszar transformacji cyfrowej. Oprócz ogólnie zmniejszonych inwestycji może to wynikać też z tego, że większość firm dość wysoko ocenia swoją gotowość do ochrony przed cyberatakami.

Analizując wskaźnik Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu w poszczególnych sektorach pozytywnie wyróżnia się branża finansowa, sektor TMT (technologia, media i komunikacja) oraz life sciences. To jedyne branże, które osiągnęły wyniki powyżej 5 w skali ocen 1 do 10. Natomiast najgorzej wypada branża motoryzacyjna, transport oraz branża dóbr konsumpcyjnych.

Co zastanawiające firmy małe i średnie w tym roku wypadły lepiej niż firmy duże. Mniejsze firmy przykładają większą uwagę do strategii cyfryzacji, lepiej realizują jej potencjał oraz skuteczniej implementują technologie cyfrowe. To bardzo zastanawiające i zadaje kłam często lansowanej tezie, że na transformację cyfrową stać tylko największe firmy. Można zaryzykować stwierdzenie, że mali i średni przedsiębiorcy są w chwili obecnej bardziej świadomi znaczenia technologii cyfrowych i są gotowi do bardziej zdecydowanych działań mimo niesprzyjającego otoczenia makroekonomicznego i zawirowań geopolitycznych – mówi dr Grzegorz W. Cimochowski, Partner i Szef Działu Doradztwa Biznesowego w KPMG w Polsce.

Tylko 14% polskich firm planuje zwiększyć wydatki przeznaczone na realizację transformacji cyfrowej

W porównaniu z poprzednią edycją badania, w tym roku zmalał odsetek firm deklarujących zwiększenie wydatków na realizację cyfrowej transformacji. Obecnie zaledwie 14% firm w Polsce chce zwiększyć finansowanie transformacji cyfrowej – co oznacza spadek aż o 7 p.p. względem 2022 roku. Ponad trzy czwarte respondentów planuje utrzymać poziom obecnych wydatków w tym obszarze. Jeszcze większą stagnację można zaobserwować w obszarze zatrudnienia związanego z realizacją procesu digitalizacji. Aż 92% firm biorących udział w badaniu KPMG zamierza utrzymać na niezmienionym poziomie zatrudnienie pracowników oddelegowanych do realizacji transformacji w ciągu najbliższego roku.

Bez zmian w stosunku do ubiegłorocznej edycji Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu pozostał odsetek firm posiadających formalny dokument dotyczący strategii transformacji cyfrowej – wynosi on 21%. Zaledwie 5% z nich planuje taką strategię stworzyć w ciągu najbliższego roku – co oznacza spadek o 4 p.p. względem ubiegłorocznej edycji badania.

Nikt nie ma wątpliwości, że cyfryzacja jest kluczowym elementem zapewnienia odporności polskich przedsiębiorstw, a w efekcie całej gospodarki. To właśnie digitalizacja procesów i tworzenie nowych modeli działania opartych na chmurze sprawiły, że firmy utrzymały swoje pozycje konkurencyjne i tworzyły nowe strumienie przychodów. Niepokojące jest, że ponad trzy czwarte organizacji uczestniczących w badaniu nie posiada formalnego dokumentu dotyczącego strategii transformacji cyfrowej, a jedynie 5 proc. planuje ich stworzenie w kolejnym roku – mówi Piotr Grzywacz, Dyrektor kanału partnerskiego Microsoft w Polsce.

Firmy w Polsce polubiły chmurę – już 68% firm deklaruje jej wdrożenie

Technologią przodującą w polskich firmach w zeszłorocznej edycji badania były rozwiązania chmurowe – ich wykorzystywanie deklarowało wówczas 63% respondentów. Obecnie odsetek firm korzystających z usług chmurowych wzrósł o 5 p.p. do 68%. Najczęściej korzystają z chmury firmy z branży motoryzacyjnej (88%) i sektora ICT (85%).

W ciągu najbliższych trzech lat aż 85% osób odpowiadających za transformację cyfrową w firmach jako model dominujący wskazało chmurę prywatną. Spośród nich 53% ankietowanych będzie stawiać na wykorzystanie własnych serwerów w lokalnej infrastrukturze, a 32% chce korzystać z serwerów zewnętrznych. 15% respondentów deklaruje, że w przeważającej mierze w ciągu kolejnych 3 lat będą przetwarzać dane w chmurze publicznej.

Przechowywanie danych w chmurze niestety często kojarzone z większym niebezpieczeństwem niż magazynowanie ich na lokalnych serwerach. Najczęściej wskazywanym przez przedstawicieli biznesu zagrożeniem jest obawa o bezpieczeństwo informacji – wyraża ją ponad dwie trzecie respondentów.

Z roku na rok obserwujemy wzrost adopcji rozwiązań chmurowych. Odsetek firm korzystających z rozwiązań chmurowych wzrósł z 63% do 68%. Firmy najczęściej (56%) korzystają z chmury w modelu IaaS, gdzie zewnętrzny dostawca zapewnia infrastrukturę. Równie popularny (55%) jest model SaaS, gdzie dostarczane są usługi aplikacyjne. Ponad 2/3 firm obawia się o bezpieczeństwo informacji przechowywanych w chmurze. Jest to o tyle zastanawiające, że niespełna rok temu wydarzenia za naszą wschodnią granicą dobitnie pokazały, że lokalne serwery są nieporównywalnie mniej bezpieczną formą przechowywania danych niż chmura publiczna. W marcu i kwietniu 2022 r. największy ukraiński bank prywatny dokonał migracji danych z lokalnych serwerów do chmury w niespełna 1,5 miesiąca – mówi dr Grzegorz W. Cimochowski, Partner i Szef Działu Doradztwa Biznesowego w KPMG w Polsce.

Wraz z utworzeniem nowego regionu przetwarzania danych Azure Poland Central, polscy integratorzy systemów IT, twórcy oprogramowania i wiele innych firm IT są w stanie przełamać kolejne bariery związane z upowszechnieniem chmury. Dotyczy to zwłaszcza organizacji z sektorów regulowanych, takich jak energetyka, bankowość, ubezpieczenia czy administracja publiczna, które definiują szczególne oczekiwania związane z bezpieczeństwem danych i lokalizacją na terenie Polski. Region Microsoft pozwala spełnić te wymagania. Gwarantuje wysoką dostępność, minimalizuje opóźnienia, zwiększa skalowalność i oferuje najnowsze osiągnięcia w rozwoju infrastruktury chmurowej – mówi Piotr Grzywacz, Dyrektor kanału partnerskiego Microsoft w Polsce.

Dynamicznie rośnie znaczenie i popularność sztucznej inteligencji (AI) w polskich firmach. Technologie AI są wykorzystywane najczęściej w marketingu (50% firm) oraz produkcji (46%) i planowaniu łańcucha dostaw (42%). Jedynie 23% firm wykorzystuje AI przy zarządzaniu ceną i promocjami, co może dziwić, bo zwrot z inwestycji w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji w tym ostatnim obszarze jest największy i najszybszy.

Firmy nie podniosą wydatków na cyberbezpieczeństwo w tym roku

Formalne polityki i procedury w zakresie bezpieczeństwa w sieci stworzono i wdrożono w więcej niż połowie organizacji (60%), jednak w porównaniu z zeszłorocznym badaniem odsetek ten nieznacznie spadł. Ponadto, tylko w niewiele ponad 1/4 firmach został wyodrębniony specjalny, dedykowany dział zajmujący się cyberbezpieczeństwem. 44% przedstawicieli firm uważa w dużym stopniu, że ich firmy są chronione przed cyberzagrożeniami i jednocześnie raczej nie planują podnosić wydatków na cyberbezpieczeństwo w najbliższym roku. Aż połowa ankietowanych zadeklarowała, że nie zamierza zwiększyć swojego budżetu na ten cel, a jeśli tak to tylko w małym stopniu.

Badanie pokazuje również, że znajomość procedur reagowania na incydenty przez pracowników jest obecnie niższa niż w zeszłym roku. Istotny jest również system monitorowania bezpieczeństwa wykorzystywanego oprogramowania, z którego korzysta firma. Niestety w ostatnim roku zmniejszył się odsetek firm posiadających systemy kontrolujące tego typu zagrożenia w swoim łańcuchu dostaw (40%).

Mniej pieniędzy i mniejsze zasoby na cyfryzację w firmach w Polsce

Wyniki Monitora Transformacji Cyfrowej Biznesu wskazują, że aż 29% firm nie przeznacza żadnych środków na transformację cyfrową. W porównaniu z poprzednią edycją raportu odsetek takich firm wzrósł o 18 p.p. Ponad połowa respondentów deklaruje, że wydatki związane z transformacją cyfrową pochłaniają maksymalnie 5% rocznych przychodów, natomiast jedynie średnio co dziesiąta ankietowana firma przeznacza na ten cel więcej środków. Poza nakładami finansowymi, dużą rolę w transformacji cyfrowej odgrywają zasoby kadrowe. Tymczasem 71% ankietowanych przedsiębiorstw nie oddelegowuje ani jednego pracownika do realizacji zadań związanych z transformacja cyfrową. Odsetek takich firm w porównaniu z ubiegłorocznym badaniem wzrósł o 17 p.p. Jednocześnie tylko 28% ankietowanych jest w dużym lub bardzo dużym stopniu przekonanych o gotowości pracowników na zmiany związane z transformacją cyfrową.

Deloitte: Siedmiu na dziesięciu przedstawicieli pokolenia Z i Y nie chce wracać do pracy w biurze

Wysokie ceny stanowią najczęstszy powód do zmartwień dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków, wynika z raportu Global 2023 Gen Z & Millenial Survey przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Młodym ludziom coraz trudniej też znaleźć motywację do pracy. Połowa osób urodzonych po 1983 r. deklaruje, że odczuwa skutki wypalenia zawodowego. Niespełna czterech na dziesięciu polskich respondentów przyznaje, że nie czułaby się komfortowo, rozmawiając z pracodawcą na temat swojego zdrowia psychicznego. Globalnie jest to jedna trzecia ankietowanych.

Wyniki tegorocznej edycji raportu Deloitte świadczą o tym, że poziom stresu i niepokoju, który odczuwają młodzi ludzie od czasów pandemii utrzymuje się na podobnym poziomie. Ankiety przeprowadzono w 44 krajach na całym świecie, w tym także w Polsce. Globalnie brało w nich udział 22 856 osób, z czego nieco ponad 60 proc. reprezentowało generację Z (urodzeni w latach 1995 – 2004), a pozostałe niemal 40 proc. pokolenie Y (urodzeni w latach 1983 – 1994).

Podobnie jak w poprzedniej edycji badania, największym zmartwieniem młodych generacji okazała się kwestia rosnących kosztów życia. Ten problem wskazało 48 proc. polskich ankietowanych z pokolenia Z oraz 53 proc. millenialsów. Na całym świecie wynik był niższy o odpowiednio 12 i 11 punktów procentowych. Duży niepokój u wszystkich respondentów wywołała także kwestia postępującego bezrobocia oraz zmian klimatu.

Przedstawiciele najmłodszych generacji coraz dotkliwiej odczuwają podwyżki cen. W 2021 r. obawę przed rosnącymi kosztami życia deklarowało 29 proc. badanych z pokolenia Z oraz 36 proc. z generacji Y z całego świata. To o 6 punktów procentowych mniej dla każdej z grup niż obecnie.

Brak poczucia bezpieczeństwa finansowego może mieć bezpośredni wpływ na zdrowie psychiczne, które jest bardzo istotnym tematem dla młodych ludzi. Duży stres oraz odczuwany niepokój negatywnie oddziałują na ich motywację do pracy i mogą prowadzić do wypalenia zawodowego. Ten problem coraz częściej dotyka ankietowanych. Wprowadzanie elastycznych rozwiązań i nowoczesnego modelu zarządzania może się więc okazać istotne dla zatrzymania wykwalifikowanych pracowników oraz przyciągnięcia nowych talentów – mówi John Guziak, partner, lider zespołu Human Capital Deloitte.

Zdrowie psychiczne tematem tabu

Odsetek przedstawicieli generacji Z oraz Y odczuwających wypalenie zawodowe wzrósł o odpowiednio 6 i 4 punkty procentowe w porównaniu z rokiem poprzednim. Dodatkowo 46 proc. „zetek” i 39 proc. millenialsów deklaruje, że przez większość czasu spędzonego w pracy zmaga się ze stresem lub niepokojem. Jednocześnie w tegorocznej edycji raportu widać, że wśród przedstawicieli kadry zarządzającej rośnie świadomość znaczenia tych kwestii dla młodych ludzi. Ponad połowa ankietowanych przyznaje bowiem, że ich przełożeni poważnie podchodzą do tematów zdrowia psychicznego. Mimo zmian w podejściu przełożonych, wielu respondentów traktuje zdrowie mentalne jako temat tabu w miejscu pracy. 38 proc. „zetek” i 39 proc. przedstawicieli pokolenia Y w Polsce przyznaje, że nie czułoby się komfortowo rozmawiając z pracodawcą o swoim zdrowiu psychicznym. Na świecie ten odsetek jest niższy o odpowiednio 6 i 7 punktów procentowych.

– Jako pracodawcy musimy pamiętać o tym, że każdą firmę tworzą ludzie, a dobry pracownik stanowi obecnie największą wartość z punktu widzenia przedsiębiorstwa. Dlatego troska o dobrostan zatrudnionych jest tak istotna. Jako pracodawcy powinniśmy wykazywać się empatią i otwartością na potrzeby młodych ludzi. Nie obawiajmy się rozmawiać na takie tematy jak zdrowie psychiczne czy dyskryminacja w miejscu pracy. Stawiając na przyjazną kulturę organizacyjną inwestujmy w ludzi, którzy dzięki temu chcą pozostać w organizacji na dłużej – mówi Joanna Świerzyńska, liderka zespołu ds. rozwiązań dla pracodawców, Talent Partnerka, Deloitte.

Chociaż problemy psychiczne spowodowane nadmiarem obowiązków zawodowych stają się coraz bardziej powszechne, młodzi ludzie częściej poszukują dodatkowego zajęcia. W Polsce do swojej podstawowej pensji dorabia 30 proc. osób z generacji Z i 29 proc. z generacji Y. Rok wcześniej wyniki kształtowały się bardzo podobnie – odpowiednio 27 i 29 proc. Dla porównania, na całym świecie w ubiegłym roku 46 proc. „zetek” i 37 proc. millenialsów podjęło drugą pracę zarobkową (to wzrost o 3 i 4 punkty procentowe w porównaniu z 2021 r.). Warto zaznaczyć, że to właśnie chęć zdobycia kolejnego źródła dochodów stanowi największą motywację dla pracowników z Polski i innych krajów do podejmowania dodatkowego zajęcia. Ponad połowa ankietowanych przyznaje, że żyje bardzo skromnie (o 5 punktów procentowych więcej niż w roku poprzednim).

Work-life balance to podstawa

Raport Deloitte potwierdza powszechną opinię mówiącą o tym, że work-life balance ma szczególne znaczenie dla młodszych generacji. 26 proc. „zetek” i co trzeci millenials uznał umiejętność równoważenia priorytetów zawodowych i życiowych za cechę, którą najbardziej podziwia u rówieśników. Z tego powodu 77 proc. reprezentantów pokolenia Z i 75 proc. przedstawicieli generacji Y, którzy pracują w domu zadeklarowało, że rozważyłoby poszukiwanie nowego zatrudnienia, gdyby pracodawca poprosił ich
o powrót do biura w pełnym wymiarze godzin. Co więcej, jedna trzecia respondentów uważa 4-dniowy tydzień pracy za pierwszy krok w kierunku osiągnięcia równowagi pomiędzy życiem prywatnym a zawodowym. Zdaniem ekspertów Deloitte firmy aspirujące do miana atrakcyjnych miejsc pracy powinny dostosować się do oczekiwań młodszych pokoleń.

Dla przedstawicieli obydwu generacji wysokie wynagrodzenie przestało być najistotniejszym czynnikiem przy wyborze pracodawcy. Zarówno zetki”, jak i millenialsi bardzo cenią u przełożonych elastyczne podejście do organizacji pracy. Właśnie dlatego firmy stawiające na dynamiczny rozwój kierują się wartościami dobrze przyjmowanymi przez młode osoby. Jako liderzy powinniśmy umożliwić im rozwój zawodowy, jednocześnie pozwalając na zachowanie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym. Wdrożenie możliwości wykonywania obowiązków w różnych trybach oraz w niepełnym wymiarze godzin może okazać się interesującą propozycją dla wielu młodych talentów. Takie benefity wykazują korzystny wpływ na zdrowie psychiczne przedstawicieli młodszych pokoleń – mówi John Guziak.

O badaniu

Badanie „Deloitte 2023 Gen Z & Millennial Survey” zawiera odpowiedzi 14 483 przedstawicieli pokolenia Z i 8373 millenialsów (łącznie 22 856 respondentów). W tej edycji udział wzięli obywatele 44 krajów Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, Europy Zachodniej, Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji i regionu Pacyfiku. Ankieta została przeprowadzona za pomocą wywiadu internetowego. Prace nad badaniem trwały od 29 listopada 2022 r. do 25 grudnia 25 grudnia 2022 r.

Grupa zdefiniowana w badaniu jako „pokolenie Z” urodziła się pomiędzy się styczniem 1995 a grudniem 2004. Respondenci opisani jako „millenialsi” przyszli na świat pomiędzy styczniem 1983 a grudniem 1994.

Innowacje generują zapotrzebowanie na nowe talenty

Postępująca digitalizacja przedsiębiorstw, wzrost zapotrzebowania na specjalistów nowych technologii, rozwój rozszerzonej rzeczywistości czy wykorzystanie sztucznej inteligencji na rynku pracy – to tylko niektóre z aktualnych trendów IT wpływających na rynek pracy, zaprezentowane w najnowszym raporcie ManpowerGroup „IT World of Work”. Jak pokazuje publikacja, wraz z rozwojem przełomowych technologii zwiększy się także zapotrzebowanie na osoby specjalizujące się w pracy z nimi. Według danych IDC, już teraz 70% dyrektorów IT mówi o tym, że na rynku pracy istnieje niedobór kandydatów specjalizujących się w działaniach chmurze.

Najnowszy raport ManpowerGroup „IT World of Work” analizuje siedem globalnych trendów branży nowych technologii i pokazuje ich wpływ na rynek pracy. Zwiększony popyt na talenty i umiejętności IT oraz potrzeba nieustannego podnoszenia kwalifikacji pracowników w celu dotrzymania kroku galopującej transformacji cyfrowej sprawiają, że niedobór kandydatów o pożądanych umiejętnościach pogłębia się.

– Cyfryzacja i digitalizacja usług ma niebagatelny wpływ nie tylko na branże IT czy ekonomię, ale na całe otoczenie. Wielu upatruje w niej szansę na poprawę naszego wpływu na środowisko – mówi Adam Wojtaszek, dyrektor Experis w Polsce. – Lepsze monitorowanie szeregu procesów, ich optymalizacja, efektywniejsze wykorzystanie zasobów oraz materiałów, to niektóre z zadań stawianych przed szeroko rozumianą cyfryzacją. Dlatego jej postęp jest nieunikniony, a jedyne czego możemy się spodziewać to tylko jej przyspieszenia. Wykorzystanie najnowszych technologii jest dzisiaj bardzo często elementem przewagi konkurencyjnej, i to tej podstawowej nawet w sektorach, które na pierwszym rzut oka z IT niewiele mają wspólnego – dodaje ekspert.

Sztuczna inteligencja wsparciem w codziennej pracy

Firmy, starając się utrzymać przewagę konkurencyjną w swoich branżach inwestują w rozwój innowacji wykorzystujących sztuczną inteligencję (AI). Jak podaje McKinsey, ponad 50% organizacji twierdzi, że wdrożyło 2,5 razy więcej działań z obszaru AI w co najmniej jednym obszarze swojej działalności w porównaniu z rokiem 2017. Duże inwestycje, takie jak udział Microsoftu w ChatGPT o wartości około 10 mld $ dolarów także przyspieszają implementację tego typu rozwiązań w świecie szeroko rozumianego biznesu.

Jak wskazuje dyrektor Experis, choć mówiono o tym, że prace nad sztuczną inteligencją trwają i że będzie to coś znaczącego, to chyba nikt nie spodziewał się takiego rozwoju. – Może to być związane z pewna łatwością i dostępnością właśnie. Nie trzeba inwestować w żaden sprzęt, a podstawowe rozwiązania dostępne są nieodpłatnie. To powoduje, że obszar sztucznej inteligencji i zastosowania jej w różnych dziedzinach naszego życia zyskuje coraz większy rozgłos. Naturalnie generuje to także zainteresowanie ze strony biznesu. Oczywiście, jak w przypadku każdej dużej zmiany, a wielu uważa, że ta należy do kategorii rewolucyjnych, pojawia się masa zagrożeń i ryzyk. Nie dziwi więc fakt, że jednym z tych najważniejszych dotyczy rynku pracy, a konkretnie tego, jak przełoży się szerokie zastosowanie sztucznej inteligencji na zapotrzebowanie na pracowników, ich umiejętności czy doświadczenie. Choć obserwowany szum wokół AI jest duży i wskazuje na dużą dynamikę zmian, to uważam, że możemy spać spokojnie, bowiem przechodziliśmy już podobne etapy. Nie ulega wątpliwości, że będziemy musieli poszerzyć wachlarz swoich umiejętności, ale nadal w cenie pozostaną umiejętności miękkie, na które pracodawcy już od jakiegoś czasu kładą coraz większy nacisk – mówi Adam Wojtaszek.

Zapotrzebowanie w erze przemian

W miarę jak zastosowanie sztucznej inteligencji będzie się upowszechniać, zwiększy się również jej wykorzystanie w procesach automatyzacji. Będzie także w większym stopniu wykorzystywana w realizacji zadań, które obecnie wykonywane są tylko przez ludzi. Wzrasta też wykorzystanie narzędzi AI na rynku pracy, między innymi w obszarze rekrutacji, procesach zarządzania wydajnością, podczas planowania zatrudnienia oraz rozwoju kariery, czy przy analizie zaangażowania pracowników. Jest ona także elementem wspierającym administrowanie świadczeń dla pracowników. Wszystko to wymaga jednak jeszcze dużego nakładu pracy, co generuje zwiększone zapotrzebowanie na wykwalifikowanych specjalistów, takich jak inżynierowie uczenia maszynowego, data scientist, czy inżynierów przetwarzania języka naturalnego. Jak wskazuje raport ManpowerGroup, wkraczamy także w erę coraz bardziej postępujących innowacji wprowadzanych do istniejących już aplikacji, co sprawia, że popyt na talenty specjalizujące się w DevOps i uczeniu maszynowym będzie tylko wzrastał. Podobnie jak rynek testowania oprogramowania, który zmienia się, by sprostać zwiększonemu popytowi. Global Market Insights, podaje, że przewiduje się wzrost jego wartości z 40 mld $ w 2021 roku do 70 mld $ do 2030 roku.

„Digital twins” i działania w chmurze – na tym koncentrują się firmy

Publikacja pokazuje, że kolejnym trendem rynku IT jest przyspieszenie inwestycji organizacji w transformację cyfrową, przenosząc wszelkie możliwe działania do świata wirtualnego. Według danych McKinsey, 70% menedżerów wyższego szczebla w dużych przedsiębiorstwach bierze pod uwagę możliwość tworzenia digital twins, czyli „cyfrowych bliźniaków” zdefiniowanych jako wirtualny model fizycznego zasobu, osoby lub procesu. Niektórzy szacują, że do 2026 roku rynek ten wzrośnie do 48 mld $.

– Koncepcja „digital twins” jest nieodłącznym elementem cyfrowej transformacji. Jej paradygmatem było założenie, że wszystko to, co może zostać podłączone do sieci i zobrazowane cyfrowo zostanie podłączone, zyskując tym samym wersję cyfrowego obrazu-bliźniaka. Ten koncept pozwala w dłuższej perspektywie czasu na optymalizację na wielu poziomach, w tym także efektywności finansowej. Rozwiązania z tego zakresu będą wpływać na satysfakcje klienta, oszczędność materiałów, jak również optymalizację produkcji, czy upraszczanie wszelkiego rodzaju procesów. Wszystko to można przełożyć na konkretny, pozytywny wpływ na wynik finansowy organizacji, a co za tym idzie, na niezaprzeczalną korzyść – dodaje dyrektor Experis w Polsce.

Organizacje zwiększają także swoje działania w celu digitalizacji i przeniesienia coraz większej ilości materiałów do chmury. Jak podaje IDC, do 2025 roku niemal 50% całej infrastruktury dedykowanej obliczeniom wymagającym wzmożonej wydajności, jak sztuczna inteligencja czy systemy obliczeniowe dużej skali (HPC), będzie oparte właśnie na chmurze. Wszystko dlatego, że rozwiązania te są w coraz większym stopniu zintegrowane z oprogramowaniem dedykowanym właśnie przedsiębiorstwom. Niestety, na rynku wciąż utrzymuje się niedobór talentów związanych z działaniami w chmurze – jak podaje IDC, 70% dyrektorów IT mówi o tym, że na rynku istnieje luka w umiejętnościach związanych z tym obszarem, co ma poważny wpływ na ich działalność.

Naszedł czas rozszerzonej rzeczywistości

Rynek technologii związanych z rzeczywistość rozszerzona, zwana inaczej wirtualną, czy rozwiązania dotyczące współpracy wirtualnej w miejscu pracy błyskawicznie się rozwijają. Informacje Statista zaprezentowane podczas Światowego Forum Ekonomicznego mówią o tym, że aplikacje te do 2030 roku mogą zyskać nawet 700 mln użytkowników. Dynamicznie rośnie także obszar internetu rzeczy (IoT) – prognozy mówią o tym, że ich liczba potroi się z 8,6 mld w 2019 do niemal 30 mld w 2030 roku. Ma na to wpływ między innymi rozwój sieci komórkowych 5G, które znacznie przyspieszają możliwości oraz wydajność urządzeń IoT zarówno w sektorze konsumenckim, jak i biznesowym. Technologie te powodują zwiększone zapotrzebowanie na talenty i umiejętności IT, których i tak panuje niedobór na rynku pracy. Specjaliści powinni więc liczyć się z koniecznością ciągłego podnoszenia kwalifikacji, by nadążyć za najnowszymi zmianami, a także brać pod uwagę przekwalifikowanie w kierunku potrzebnych aktualnie stanowisk.

Cyberbezpieczeństwo najważniejszym priorytetem dla organizacji

Coraz większy rozgłos wśród organizacji w kwestii cyberbezpieczeństwa zyskuje tak zwane „skalowanie Zero-Trust”. Jego działanie opiera się na zerowym zaufaniu, prawa dostępu do zasobów są przyznawane użytkownikom na podstawie ich segmentacji oraz w kontekście dostępu do nich. Jak podaje Microsoft, 73% organizacji zwiększa budżety przeznaczone na wspieranie i wykorzystywanie tej technologii w swoich organizacjach. Choć globalna luka kompetencyjna w tym obszarze powiększa się, to globalni liderzy HR deklarują, że cyberbezpieczeństwo jest ich priorytetem nr 1 w zakresie zatrudniania i uzupełniania luk kompetencyjnych.

Robotyzacja to także kwestia ekonomii

Popyt na automatyzację generowany przez organizacje napędza także wzrost obszaru robotyki. Powoduje to również zwiększone zapotrzebowanie na pracowników z umiejętnościami w zakresie robotyki specjalistycznej oraz jej obsługi. Dane BCG mówią o tym, że globalny rynek tego obszaru wzrośnie do 2030 roku nawet do 160-260 mld $ z około 25 mld $ w roku 2021. Implementacja w firmach działań i rozwiązań z zakresu robotyki obniża także koszty operacyjne. Według szacunków Gartnera, do 2024 roku organizacje obniżą koszty operacyjne o 30% dzięki połączeniu technologii hiperautomatyzacji z zaprojektowanymi na nowo procesami operacyjnymi. UiPath z kolei wskazuje na poprawę produktywności – do 2025 roku globalne zastosowanie automatyzacji procesów pozwoli firmom na zaoszczędzenie 55 mld $.

Dzień Dziecka w cieniu inflacji. Wydamy od 50 do 100 zł

Niemal co czwarty ankietowany zamierza przeznaczyć od 50 do 100 zł na prezent dla jednej osoby z okazji Dnia Dziecka. Z kolei 15% uczestników sondażu chce na ten cel wydać od 100 do 150 zł. Natomiast 12% nie będzie w ogóle obchodzić tego święta. Wiadomo również, że prawie 27% respondentów planuje wręczyć pieniądze w gotówce. To, według ekspertów, jest dość zaskakującym trendem, bo od wielu lat Polacy głównie dawali zabawki, łakocie lub elektronikę. Dalej w zestawieniu są słodycze, książki i ubrania. Z kolei blisko 16% badanych jeszcze nie wie, co kupi lub co przygotuje na 1 czerwca. Takie wnioski płyną z najnowszego sondażu.

(Nie)zaskakujący efekt inflacyjny

Według badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i Grupę SkipWish na grupie ponad 1000 dorosłych Polaków, 21,9% respondentów ma zamiar przeznaczyć od 50 do 100 zł na upominek dla jednej osoby na Dzień Dziecka. 15% osób zadeklarowało wydanie kwoty 100-150 zł, a 11,4% – 150-200 zł.

– Wyniki badania wpisują się w ogólny trend. Oszczędzamy, choć relatywnie akurat najmniej, na dzieciach. Wydatki nie są małe, biorąc pod uwagę obserwowaną redukcję konsumpcji, związaną ze spadkiem realnych wynagrodzeń i wyższymi stopami procentowymi. Prawdopodobnie 500+ też ma tu znaczenie. Większość rodziców uważa, że jednak powinny to być pieniądze przeznaczone na dzieci, również na prezenty dla nich. Ale to świadczenie nie jest już tyle warte, co na początku programu – komentuje ekonomista Marek Zuber.

Jak zaznacza Anna Senderowicz, ekspertka Departamentu Analiz Ekonomicznych w PKO BP, prawie połowa badanych deklaruje relatywnie niską kwotę od 50 do 200 zł. Może to wynikać ze zwyczaju obdarowywania dzieci raczej drobnymi upominkami. Często rodzice w tym dniu poświęcają dzieciom więcej czasu, organizując wspólne zajęcia, zabawy, czy też wyjście na lody lub do kina. Wysoka, dwucyfrowa inflacja powoduje, że budżety Polaków na obchody Dnia Dziecka realnie obniżyły się w porównaniu z ubiegłym rokiem. I to widać po ww. danych.

– Moim zdaniem, biorąc pod uwagę aktualny poziom cen, Dzień Dziecka będzie raczej symboliczny pod kątem prezentów. Kluczowymi czynnikami są tu rosnąca inflacja oraz to, że konsumentom coraz bardziej zależy na oszczędzaniu, nawet kosztem własnych dzieci. Wybór zakupów w przedziale 50-100 zł najczęściej dokonują osoby w wieku 55-65 i 25-34 lat, które miesięcznie zarabiają do 3 tys. zł netto – tłumaczy Maciej Tygielski, ekspert rynku retailowego z Grupy SkipWish.

Z kolei 8,5% ankietowanych wskazuje najniższy przedział kwotowy w badaniu, tj. do 50 zł. 3,6% respondentów deklaruje najwyższy pułap, czyli powyżej 500 zł. Ponadto 12% uczestników sondażu jeszcze nie wie, ile wyda na prezent dla jednej osoby. Natomiast 11,6% nie zamierza w ogóle obchodzić tego święta.

– Osoby najmniej skłonne do świętowania to te w wieku 65-74 lat. Może to zaskakiwać, ponieważ zazwyczaj mają one dorosłe dzieci, a niekiedy wnuki. Wydaje mi się, że taka postawa wynika z trudnej sytuacji materialnej. Osoby z tej grupy wiekowej często mają ograniczone możliwości dorobienia do niskich emerytur, co może tłumaczyć ich radykalne stanowisko. Często także wstydzą się braku odpowiednich środków na prezenty, co także może prowadzić do takiej decyzji – dodaje Tygielski.

Ekspert przewiduje, że 12% niezdecydowanych respondentów najprawdopodobniej również nie będzie obchodzić Dnia Dziecka lub zrobi to w skromny sposób. Zauważa, że w tej grupie dominują najstarsze osoby, oraz te, które nie chcą ujawnić swoich zarobków, co jest dość sugestywnym sygnałem.

Polacy postawią na gotówkę

Respondenci wskazują też prezenty, które zamierzają kupić lub zrobić z okazji Dnia Dziecka. 26,6% badanych wręczy pieniądze w gotówce, 23% – zabawki (edukacyjne – 15% i tradycyjne 8%). Natomiast 20,2% da słodycze, a 16,5% – książki. Z kolei 15,6% ankietowanych jeszcze tego nie wie. Na kolejnych pozycjach w rankingu widzimy ubrania – 14,7%, gry planszowe – 13,2%, a także gry komputerowe – 12,4%.

– Dzieci to dość zróżnicowana grupa, bo mamy tu zarówno przedszkolaków, jak i licealistów. Podejrzewam, że nastolatki zwykle dostają jako prezent właśnie gotówkę. Mają już bowiem własne budżety i sami decydują o przeznaczeniu tych środków. Natomiast maluchy zazwyczaj otrzymują zabawki, a słodycze to akurat dość uniwersalny prezent – stwierdza ekonomista Marcin Luziński z Santander Bank Polska.

Zdaniem Macieja Tygielskiego, najpopularniejsza odpowiedź tego roku jest dość zaskakująca. Przez lata konsumenci najczęściej wybierali zabawki, słodycze i drobną elektronikę. Ekspert ocenia, że Polacy zdają sobie sprawę z tego, że kwota, którą mogliby przeznaczyć na prezent, nie pozwoli wiele kupić. Dlatego decyzję o wyborze podarunku przekazują obdarowanym, co rozwiązuje problem. Autorzy badania zwracają uwagę na to, że Polacy od dawna preferują zabawki, obecnie najchętniej edukacyjne, co potwierdzają wyniki sondażu. Kiedy już decydują się na wydatek, chcą, żeby był on dobrze zainwestowany. Decyzja o zakupie takiej zabawki zazwyczaj wiąże się z mniejszą wrażliwością na cenę, co producenci chętnie wykorzystują.

– Pieniądze na pierwszym miejscu mogą świadczyć o tym, że obdarowujący nie mieli pomysłu na prezent i wolą pozostawić wybór dzieciom. A ta grupa to także nastolatki, którym już nie kupuje się cukierków. Te młode osoby mają swoje potrzeby, nie zawsze przedstawiane dorosłym. Być może zbierają pieniądze na jakieś poważniejsze cele – dodaje Marek Zuber.

Według Anny Senderowicz, obdarowanie dziecka oczekiwaną książką, zabawką czy grą może świadczyć o tym, że rodzice wsłuchują się w jego potrzeby. Poświęcają więc czas na wyszukanie właściwego prezentu. Gdy dziecko chce posiadać droższą rzecz, np. rower, sprzęt elektroniczny, konsolę do gier czy modne ubranie, wówczas obdarowanie gotówką wspomoże osiągnięcie celu. A przy okazji to nauka gospodarowania pieniędzmi. Ekspertka z PKO BP zwraca także uwagę na wzrost cen książek, zabawek czy ubrań. On mógł spowodować, że za kwotę, którą ankietowani zamierzają przeznaczyć na obchody tego święta, trudniej wybrać artykuł spełniający oczekiwania i potrzeby dziecka.

– Ci, którzy jeszcze nie wiedzą, co kupić lub co zrobić, to – moim zdaniem – osoby mniej zamożne. Decyzję podejmą na podstawie tego, co znajdą w sklepach w promocjach. Badani wskazali także inne opcje. Na przykład, 7,7% respondentów planuje wycieczkę z dzieckiem poza miejsce zamieszkania, 5,6% – wizytę w restauracji lub kawiarni, a 5,3% – w kinie czy teatrze. Wyniki te są podobne do tych, które obserwowaliśmy przez ostatnie lata, z wyjątkiem okresu pandemii, więc nie ma tu większych zaskoczeń – podsumowuje współautor badania z Grupy SkipWish.

4200 złotych płacy minimalnej to pułapka. Presja płacowa jest rozpędzona jak bolid Formuły 1, a Rząd tylko dolewa paliwa

– Zapowiedzi Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej traktujemy jako inicjatywy typowo polityczne. Są one niestety oderwane od tego, jak wygląda rynek pracy, jaka jest kondycja przedsiębiorców i od tego, czy wszystkie branże mogą oferować tak wysokie, regularne wzrosty wynagrodzeń. Wyobrażam sobie, że turystyka, hotelarstwo, gastronomia czy sektory usługowe reagują z przerażeniem na myśl o podwyżce na poziomie 600-700 złotych brutto na pracownika od 1 stycznia 2024 – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej. – To działanie, które nie sprzyja zatrzymywaniu inflacji. Przedsiębiorcy chcą podnosić pensje pracownikom, a tymczasem czują się stawiani pod ścianą przez rządzących. Fatalnie oceniamy również podwyżki płacy minimalnej dwa razy w roku – dodaje Piotr Wolny, ekonomista, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Dr Wolny: „Zbyt szybko rosnące wynagrodzenia są pułapką”

Przedsiębiorcy spodziewali się, że wzrost płacy minimalnej w roku 2024 może sięgnąć psychologicznej bariery 4 tysięcy złotych brutto. Zapowiedzi Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej idą dużo dalej. Możliwe, że od stycznia płaca minimalna wynosie 4200 złotych brutto. Możliwe jest jednak, także, że od stycznia zaproponowana będzie kwota 4 tysięcy, a dopiero od lipca 4200 złotych brutto.

– To kilkanaście procent więcej rok do roku. Rząd podnosząc płacę minimalną dwa razy do roku, motywuje pracowników do tego, by częściej zgłaszali się po waloryzacje wynagrodzenia. Rozumiemy, że oczekiwania finansowe pracowników rosną, ale nie mogą być one oderwane od sytuacji na rynku pracy – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej.

– Spadł popyt na pracę w transporcie i logistyce, duże firmy przemysłowe mają mniej zleceń, również budownictwo trwa w zastoju. Niebawem możliwe jest, że zahamowany będzie nabór w sektorze IT. Do przedsiębiorców dociera wiele niepokojących sygnałów z rynku. Co robi Rząd? Czy rozmawia z przedsiębiorcami? Nie. Presja płacowa jest za to rozpędzona jak bolid formuły 1, a Rząd tylko dolewa paliwa – mówi Hanna Mojsiuk.

– Nie możemy się dziwić, że sektor IT, handel czy przemysł dąży do automatyzacji i redukcji kosztów pracowniczych. Zbyt szybko rosnące wynagrodzenia w każdej branży są pułapką – dodaje dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Eksperci spodziewają się rekordowych wzrostów płacy minimalnej

Również eksperci są sceptyczni, czy tak szybki wzrost zarówno płacy minimalnej jak i średniej krajowej jest zdrowy dla rynku pracy. To koszty przede wszystkim obciążające przedsiębiorców, czego politycy zdają się nie dostrzegać.

– Przekroczenie granicy czterech tysięcy złotych płacy minimalnej jest warte odnotowania, jako wielka zmiana w gospodarce. Relacja płacy minimalnej do średniej wzrośnie, a to może negatywnie oddziaływać na rynek pracy – mówi prof. Aneta Zelek z Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu.  – Chciałbym, by ta kwota zatrzymała się na 4 tysiącach złotych, ale jestem realistą i wiem, że w dobie kampanii wyborczej i festiwalu obietnic należy spodziewać się rekordowego wzrostu płacy minimalnej – dodaje prof. Jarosław Korpysa, ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego.

Wzrost płacy minimalnej może spowodować, że wiele branż będzie mieć problem, by zaspokoić rosnące oczekiwania pracowników.

– Widzimy, że wiele branż jest zmuszanych do ograniczania wysokości proponowanych wynagrodzeń. Wyścig na wysokość płacy skończył się już w gastronomii, hotelarstwie czy w budownictwie. Stawki dla pracowników są niższe niż przed rokiem. Nie widać także wyższych ofert np. z sektora transportowego czy z hal magazynowych. To zatrzymanie wzrostu wynagrodzeń może być zwiastunem tego, że przedsiębiorcy coraz mocniej odczuwają ciężar prowadzenia działalności – mówi Dorota Siedziniewska – Brzeźniak, ekspert rynku pracy IDEA HR Group.

Najbliższy wzrost płacy minimalnej czeka nas w lipcu. Wyniesie ona wówczas 3600 złotych brutto.

Cloud Technologies notuje drugi najlepszy kwartał sprzedaży danych w historii

Cloud Technologies, spółka dostarczająca dane do targetowania reklamy internetowej, które zasilają kampanie największych marek na świecie, w I kwartale br. zwiększyła sprzedaż w wysokomarżowym segmencie danych o 40,4%, a łączne przychody ze sprzedaży danych przekroczyły po raz drugi w historii spółki 10 mln PLN. Wskaźnik EBITDA osiągnął 6,3 mln PLN, co oznacza wzrost o 39,4% r./r., a EBITDA kluczowego dla rozwoju spółki segmentu sprzedaży danych wzrosła o 49% r./r., osiągając 7 mln PLN.

– W I kwartale tego roku ponownie uzyskaliśmy rekordowe wyniki. Rosnące przychody oraz EBITDA potwierdzają skuteczność naszego modelu biznesowego oraz potencjał do dalszego wzrostu organicznego. Wypracowanie 10,6 mln PLN przychodu ze sprzedaży danych w I kwartale roku, który ze względu na sezonowość w branży reklamy jest słabszym sprzedażowo okresem, oraz zwiększenie marżowości segmentu do 66% oznacza, że jesteśmy w stanie dalej konsekwentnie poprawiać wyniki, efektywnie wykorzystując naszą autorską technologię oraz unikalny know-how. Wierzę, że realizacja ogłoszonej przez nas niedawno strategii rozwoju na lata 2023-2025, której elementem jest m.in. zwiększanie wolumenu sprzedawanych danych również w nowych obszarach o dużym potencjale wzrostu, na przykład w sektorze sztucznej inteligencji, przyniesie dalszy dynamiczny rozwój Cloud Technologies – komentuje Piotr Prajsnar, prezes zarządu Cloud Technologies.

Notowana na głównym parkiecie GPW Cloud Technologies od lat pozyskuje dane i wykorzystuje algorytmy AI, między innymi w celu zaawansowanego klasyfikowania treści. Spółka zasila danymi algorytmy maszynowego uczenia największych platform odpowiedzialnych za emitowanie reklam internetowych. W wyniku właściwego targetowania reklamodawcy osiągają lepsze wyniki oraz tym samym zwrot z inwestycji.

W I kwartale tego roku Cloud Technologies wypracowało przychody w wysokości 13,9 mln PLN oraz zysk netto w wysokości 3 mln PLN. EBITDA w kluczowym dla rozwoju spółki segmencie sprzedaży danych wyniosła 7 mln PLN, co oznacza wzrost o 49% r/r. Marżowość EBITDA sprzedaży danych sięgnęła 66%. Przedstawione przez spółkę w raporcie za Q1 2023 wartości uwzględniają korekty obejmujące program motywacyjny, realizowany w ramach strategii rozwoju na lata 2021-2023.

Zrealizowaliśmy z powodzeniem cele naszej dotychczasowej strategii rozwoju, dzięki czemu ponownie poprawiliśmy wyniki finansowe. Jednocześnie zachowujemy wysoką i zabezpieczającą nasze bieżące cele, m.in. rekomendowaną przez zarząd wypłatę dywidendy, pozycję gotówkową, która w raportowanym okresie wyniosła 19,3 mln zł. Na uwagę w wynikach I kwartału zasługuje także wypracowany pomimo ujemnych różnic kursowych oraz częściowego rozliczenia transakcji zakupu kodów DSP zysk netto. Osiągnięte przez nas wyniki pozwalają nam z optymizmem patrzeć w przyszłość, zarówno pod kątem dalszego wzrostu rentowności biznesu, jak i realizacji celów planu inwestycyjnego nowej strategii rozwoju na lata 2023 – 2025 – komentuje Piotr Soleniec, dyrektor finansowy i członek zarządu Cloud Technologies.

W ramach realizacji nowej strategii Cloud Technologies zamierza przeznaczyć na rozwój do 100 mln PLN w latach 2023-2025. Szczegółowy plan zakłada przeznaczenie około 60 mln PLN na potencjalne akwizycje i inwestycje, około 10 mln PLN na prace badawczo-rozwojowe, a także około 30 mln PLN na skup 250 000 akcji w ramach programu motywacyjnego dla pracowników. Możliwość objęcia akcji będzie uzależniona od spełnienia KPI w postaci skumulowanego poziomu rocznego wyniku EBITDA bez uwzględniania kosztów programu motywacyjnego grupy kapitałowej za lata 2023 – 2025 w łącznej wysokości 110 mln PLN. Dodatkowo, zarząd Cloud Technologies przedstawił propozycję wprowadzenia polityki dywidendowej, rekomendując wypłatę dywidendy w wysokości około 20% oczyszczonego wyniku EBITDA. Celem strategicznym Cloud Technologies w perspektywie 2023-2025 jest dalszy dynamiczny rozwój sprzedaży danych w obecnych i nowych obszarach o dużym potencjale wzrostu.

Cloud Technologies osiągnęło wszystkie cele założone w strategii na lata 2021-2023. Przychody z wysokomarżowego segmentu sprzedaży danych w 2022 roku wzrosły do poziomu 38,5 mln PLN (+53% r/r), a spółka stała się jednym z wiodących dostawców na globalnym rynku danych. W lipcu 2022 r. Cloud Technologies dokonało akwizycji hiszpańskiej spółki TL1 za 1,9 mln EUR, a w grudniu spółka przeszła z rynku NewConnect na Główny Rynek GPW, zaliczając udany debiut. Z kolei w lutym br. spółka sfinalizowała proces zakupu kodów źródłowych do platformy DSP, co zwiększa niezależność w funkcjonowaniu grupy kapitałowej na rynku reklamy internetowej. W ramach realizacji poprzedniej strategii (2021-2023) Cloud Technologies przeprowadziło skup akcji własnych na potrzeby programu motywacyjnego, skupując łącznie 250 000 akcji za 11,2 mln PLN oraz z powodzeniem zrealizowało projekty B+R o wartości 3,3 mln zł.

I kw. 2023 r. w Grupie Kapitałowej TIM: drugi najlepszy sprzedażowo kwartał w historii TIM-u

Przychody ze sprzedaży Grupy Kapitałowej TIM po trzech pierwszych miesiącach 2023 r. wyniosły 379,3 mln zł (-7,5% rdr.), zaś TIM SA – 363,4 mln zł (-7,6% rdr.). Ponad 13,5% przychodów ze sprzedaży TIM-u pochodziło w I kw. 2023 r. od nowych klientów, tj. pozyskanych w ciągu ostatnich dwóch lat (od II kw. 2021 r.).

Chociaż marzec 2023 r. okazał się drugim w historii najlepszym sprzedażowo miesiącem
w TIM-ie, baza w postaci pierwszego kwartału 2022 r. okazała się niemożliwa do wyrównania czy poprawienia. Trzy pierwsze miesiące ubiegłego roku to nie tylko wzmożony popyt związany z obawami o zerwanie łańcuchów dostaw z powodu inwazji Rosji na Ukrainę, ale i ostatnie chwile bardziej korzystnych zasad programu „Mój Prąd”, które znacząco zwiększyły popyt na produkty do instalacji fotowoltaicznych.

– W  pierwszym kwartale 2023 roku sprzedaż produktów z kategorii odnawialnych źródeł energii była niższa niż rok wcześniej o niemal 60%. Patrzymy jednak na ten segment z perspektywy nieuchronności transformacji energetycznej, dlatego w zakresie OZE nadal poszerzamy ofertę produktową, a także inwestujemy w kompetencje naszych sił sprzedażowych – mówi Piotr Nosal, członek Zarządu i dyrektor handlowy TIM SA.

Wzrost znaczenia nowych klientów

Rok 2022 był pierwszym w całej historii TIM-u, w którym – zgodnie z zaprezentowaną w maju 2022 r. nową strategią rozwoju TIM-u – największy udział w przychodach ze sprzedaży miał segment profesjonalistów, a więc „Instalator”. Trend ten utrzymał się także w I kw. 2023 r. – grupa ta była źródłem 42,1% przychodów, zaś drugie miejsce zajęła grupa „Sprzedawca / hurtownik” (36,7%). W obu tych segmentach w I kw. 2023 r. zanotowano jednak spadki sprzedaży w porównaniu z analogicznym okresem 2022 r., za co w sporej części odpowiedzialna jest pogarszająca się koniunktura na rynku budownictwa. W tym kontekście szczególnie istotne staje się pozyskiwanie nowych klientów.

– Zgodnie z naszą klasyfikacją, nowy klient oznacza klienta, z którym nawiązaliśmy współpracę w ciągu ostatnich dwóch lat, a więc począwszy od drugiego kwartału 2021 r. Obok coraz szerszej oferty produktowej to właśnie sprzedaż do nowych klientów stanowi istotną przewagę konkurencyjną TIM-u. Niemal 11% przychodów z ostatnich czterech kwartałów, od II kwartału 2022 do I kwartału 2023 roku, pochodziło właśnie od nowych klientów. Jeśli zaś spojrzymy tylko na pierwsze trzy miesiące 2023 r., ich udział wyniósł aż 13,5% – wylicza Piotr Nosal.

Stabilna sytuacja finansowa Grupy TIM

Niższe przychody, a także marża brutto na sprzedaży przełożyły się na spadek skonsolidowanej EBITDA o 40,3% rdr., do 28,2 mln zł.

– Warto zwrócić uwagę, że sytuacja płynnościowa Grupy TIM pozostaje na bardzo dobrym poziomie, a podstawowe wskaźniki płynności są niemal identyczne z zanotowanymi na koniec 2022 roku – podkreśla Piotr Tokarczuk, członek Zarządu i dyrektor finansowy TIM SA.

Dzieci za dużo korzystają ze smartfonów

Co drugi Polak uważa, że dzieciom należy ograniczać dostęp do internetu (56%), w tym 34% badanych zdecydowanie opowiada się za ograniczonym dostępem, tak wynika z badania ankietowego zrealizowanego przez agencję marketingu mobilnego Spicy Mobile i aplikację Moja Gazetka. Jak jest w rzeczywistości? Eksperci biją na alarm – zanim dziecko nauczy się mówić, zwykle potrafi już przesuwać palcem po smartfonie. Kontakt z wirtualną rzeczywistością jest zdecydowanie zbyt wczesny.

Ekrany smartfonów kuszą dzieci kolorem, dźwiękiem i ruchem. Maluchy chcą korzystać z telefonów tak jak ich rodzice. Tymczasem, co potwierdzają liczne badania nad rozwojem psychofizycznym dzieci, nadmierna ekspozycja na ekrany urządzeń cyfrowych niesie za sobą wiele negatywnych skutków.  Mózg do prawidłowego rozwoju potrzebuje różnorodnych bodźców sensorycznych, interakcji społecznych i aktywności fizycznej, a świat wirtualny mu tego nie zapewnia. Zdaniem neurologów niekontrolowane korzystanie przez dzieci z nowych technologii może skutkować tzw. cyfrową demencją. Jest to zaburzenie pracy mózgu, w którym dochodzi do osłabienia funkcji poznawczych. Niestety, wiek cyfrowej inicjacji obniża się. Pierwszy kontakt z urządzeniem mobilnym dziecko ma średnio w wieku dwóch lat i dwóch miesięcy[1]. Jeszcze bardziej niepokoi fakt, że aż 20% dzieci w wieku od 7 do 14 lat ma nieograniczony dostęp do internetu, co dodatkowo naraża je na niebezpieczne treści czy cyberprzemoc[2].

W jakim wieku dzieci korzystają ze smartfonów?

Według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej blisko 80% dzieci w wieku 7-14 lat posiada własny telefon komórkowy, przy czym w zdecydowanej większości jest to smartfon[3]. Wyniki zespołu badaczy pod kierunkiem dr Magdaleny Rowickiej z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie przynoszą więcej frapujących wniosków:

  • z urządzeń mobilnych korzysta co trzeci dwulatek i co dziesiąte dziecko do pierwszego roku życia (12%),
  • w przypadku trzy- i czterolatków ze smartfonów korzysta więcej niż połowa dzieci,
  • aż 75% rodziców dzieci w wieku 5-6 lat przyznaje, że pozwala dzieciom na korzystanie z urządzeń mobilnych[4].

– Kontakt ze smartfonami mają nawet niemowlęta. Co ciekawe, to one właśnie są najbardziej narażone na niebezpieczne treści – dodaje Marta Sielska ze Spicy Mobile – Tak jak mamy do czynienia z biernym paleniem, tak w przypadku bardzo małych dzieci dochodzi do niezamierzonej konsumpcji treści dla dorosłych. Dzieci mimowolnie słyszą i widzą te materiały, które oglądają opiekujący się nimi rodzice.

Jak dzieci korzystają ze smartfonów?

W przypadku dzieci do lat 6 większość z nich (88%) ogląda na telefonie bajki lub gra w gry. Na ogół dzieci w tym wieku korzystają z urządzeń mobilnych w towarzystwie rodziców lub innych osób  dorosłych, rzadziej są same lub z rówieśnikami. Smartfon – co pokazują wyniki badania dr Magdaleny Rowickiej – staje się lekiem na nudę i trudne emocje. Aż 80% rodziców przekazuje dziecku telefon, gdy ono się nudzi, niewiele mniej – kiedy nie ma innego pomysłu, co z maluchem zrobić. Dzieci dostają także smartfon, gdy płaczą i marudzą[5].

Sposób, w jaki dzieci korzystają z urządzeń mobilnych, zmienia się wraz z wiekiem. Siedmiolatki i dziewięciolatki najczęściej dzwonią do rodziców i rówieśników, piszą i odbierają SMS-y oraz grają w gry, tak pokazują wyniki badania Urzędu Komunikacji Elektronicznej wśród dzieci w wieku od 7 do 14 lat. Im dziecko jest starsze, tym częściej korzysta z internetu i serwisów społecznościowych. Warto wspomnieć, że aż 65% dzieci w wieku 10-11 lat przegląda na telefonie strony internetowe, niewiele mniej korzysta z serwisów społecznościowych lub z zainstalowanych na urządzeniu aplikacji.

– Teoretycznie dzieci poniżej 13. roku życia nie mogą korzystać z aplikacji społecznościowych, jak Facebook, Instagram czy TikTok. W praktyce wewnętrzne ograniczenia tych serwisów nie działają. Z raportu przygotowanego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej wynika, że ponad połowa dzieci w wieku 10-11 lat korzysta z mediów społecznościowych (53%), wśród starszych dzieci w wieku 12-14 lat ten odsetek zwiększa się do 73% – podkreśla Marta Sielska.  Generalnie, nieograniczony dostęp do internetu ma niemal co piąte dziecko w wieku od 7 do 14 lat.

To nie koniec niepokojących danych. Im dzieci są starsze, tym smartfon i internet zajmują im więcej czasu w ciągu dnia. Według badaczy z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie dzieci do pierwszego roku życia mają kontakt z urządzeniami mobilnymi przez około godzinę dziennie, sześciolatki – półtorej godziny[6].  Natomiast uczniowie szkół podstawowych w czasie wolnym od zajęć szkolnych korzystają z internetu średnio przez 4 godziny i 26 minut dziennie[7].

Czym grozi nieograniczony dostęp do internetu?

Już w przypadku dzieci w wieku szkolnym coraz częściej mówi się o syndromie FOMO. FOMO to skrót, którego rozwinięcie to „fear of missing out”, co w tłumaczeniu na język polski oznacza strach przed tym, że coś nas omija. Ten strach popycha do nieustannego monitorowania wydarzeń online. Jeśli wierzyć wynikom ogólnopolskiego badania „Młodzi Cyfrowi”, wysokie natężenie tego syndromu dotyka ponad 14% polskich uczniów, a u ponad 68% dzieci stwierdzono jego średni poziom[8].

W jaki sposób poznać, że mamy do czynienia z uzależnieniem? Według badaczy o problemie u najmłodszych dzieci świadczą takie zachowania jak histeria, złość i agresja, które pojawiają się w wyniku zabrania maluchowi telefonu. Niepokoić powinny także inne zachowania dzieci, na przykład poczucie konieczności korzystania ze smartfona oraz stawianie tej aktywności ponad innymi. W tym obszarze statystyki są alarmujące – aż 7 na 10 rodziców przyznaje, że ich dzieci nie potrafią kontrolować czasu korzystania z urządzeń mobilnych, a niemal 6 na 10 przyznaje, że ich dzieci przekładają korzystanie z urządzeń mobilnych ponad inne aktywności[9].

Jak wynika z badania Spicy Mobile i Mojej Gazetki, Polacy raczej zdają sobie sprawę z negatywnych skutków nadmiernego korzystania przez dzieci z internetu. Co drugi badany uważa, że dzieciom należy ograniczać czas na aktywność online, w tym 34% badanych stanowczo opowiada się za ograniczonym dostępem. Najbardziej liberalne w tej kwestii są osoby starsze – aż  48% respondentów w wieku 65 lat i więcej jest zdecydowanie przeciwnych jakimkolwiek restrykcjom. Z kolei najmłodsi badani, w wieku 18-24 lata, częściej niż inne grupy wiekowe deklarują, że dzieciom należy ograniczać czas w internecie. Być może wiąże się z ich osobistymi doświadczeniami, większą aktywnością online i tym samym większą świadomością, na jakie niebezpieczeństwa mogą być narażone w cyfrowym świecie maluchy.

– Dzieci do drugiego roku życia nie powinny mieć żadnego kontaktu z urządzeniami ekranowymi, takimi jak smartfony czy laptopy – komentuje wyniki badania Marta Sielska. – Z kolei w przypadku dzieci starszych należy bezwzględnie zadbać o ich bezpieczeństwo w internecie. Na rynku dostępnych jest wiele aplikacji do kontroli rodzicielskiej, które umożliwiają rodzicom filtrowanie treści, do których dziecko ma dostęp, a także kontrolowanie czasu i aktywności dziecka online. Bardzo ważna jest również postawa samych rodziców. Jeżeli nasz czas w smartfonach odbywa się kosztem innych aktywności, u dzieci będzie tak samo.

[1] Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, raport z badania „Brzdąc w sieci – zjawisko korzystania z urządzeń mobilnych przez dzieci w wieku 0-6 lat”, 2020.

[2] Urząd Komunikacji Elektronicznej, „Badanie opinii publicznej w zakresie funkcjonowania rynku usług telekomunikacyjnych oraz preferencji konsumentów”, 2021.

[3] Ibidem.

[4] Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, op. cit.

[5] Ibidem.

[6] Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, op. cit.

[7] NASK, „Nastolatki 3.0. Raport z ogólnopolskiego badania uczniów”, 2021.

[8] Librus, „Młodzi Cyfrowi”, 2019.

[9] Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej, op. cit.

Temperatura cen mieszkań rośnie. Gdzie najgorętsze stawki za 1m2?

Rankomat.pl przygotował „raport pogodowy” dla rynku nieruchomości. Najbardziej upalnym miastem Polski pozostaje niezmiennie Warszawa, w której średnia cena 1m2 mieszkania wynosi już ponad 13,2 tys. zł. Na przeciwnym krańcu znajduje się Bydgoszcz i Gorzów Wielkopolski, które oferują kupującym przyjemny chłód cenowy. Nieruchomościowy klimat najszybciej zmienia się w Opolu, gdzie cena 1m2 wzrosła w ciągu kwartału o ponad 1 tys. zł. Najbardziej stabilną aurą cieszy się Toruń, w którym w tym samym okresie nieruchomości zdrożały średnio tylko o 32 zł za 1m2.  

Eksperci rankomat.pl przygotowali analizę cen mieszkań na rynku wtórnym, porównując dane z końca 2022 roku ze stawkami na koniec I kwartału 2023 roku. W oparciu o nie stworzyli nieruchomościową prognozę pogody dla miast wojewódzkich i całych województw*.

Cenowy skwar w Warszawie, Gdańsku i Krakowie

Już od kilku lat kolejność najbardziej upalnych miast wojewódzkich pod względem cen mieszkań wygląda podobnie. Prowadzi Warszawa (obecnie 13 223 zł/1m2), następne są Gdańsk, Kraków i Wrocław, które regularnie zamieniają się miejscami. Do przekroczenia progu 10 000 zł/1m2 mieszkania z rynku wtórnego zbliża się Poznań, a pułap 9000 zł wkrótce przebiją Rzeszów, Lublin i Szczecin. Natomiast najbardziej przyjemny klimat cenowy ze wszystkich miast wojewódzkich mają Zielona Góra, Bydgoszcz i Gorzów Wielkopolski, gdzie kupujący płacą za 1m2 poniżej 7000 zł.Ceny mieszkań w miastach wojewódzkich

Mimo że Warszawa cenowo jest prawie dwa razy bardziej upalna od Gorzowa Wlkp., to właśnie w tym ostatnim wzrost ceny na 1m2 był jednym z najwyższych w kraju (+778 zł). Ceny szybko rosły także we Wrocławiu (+842 zł) i Opolu (+1075 zł). Najbardziej stabilna sytuacja panuje w Toruniu (+32 zł/1m2), Białymstoku (+108 zł) i Łodzi (+181 zł).

Wyraźne ocieplenie w zachodniopomorskim

Cenowa temperatura mieszkań jest nieco niższa w perspektywie całych województw. Najgorętszymi są mazowieckie (11 500 zł/1m2), małopolskie (10690 zł) i pomorskie (9969 zł). Tuż za podium znalazło się zachodniopomorskie, gdzie ceny mieszkań są zdecydowanie niższe (7558 zł).

Najzimniejszymi województwami pod tym względem są śląskie (5630 zł), lubuskie (5741 zł) i opolskie (5445 zł). W całej Polsce średnia cen mieszkań wynosi obecnie 7661 zł/1m2.

Ceny mieszkań w województwach

W odróżnieniu od miast wojewódzkich niektóre województwa zanotowały spadki cen mieszkań między IV kw. 2022 r. a I kw. 2023 r. Najwięcej ochłodziły się stawki mieszkania z rynku wtórnego w mazowieckim (-307 zł/1m2), dolnośląskim
(-249 zł) i pomorskim (-233 zł). Między kwartałami były też wyraźne ocieplenia cen, jak w podkarpackim (+510 zł/1m2), opolskim (+311 zł) i świętokrzyskim (+305 zł).

Zakopane i Orneta na cenowych biegunach

Ze wszystkich większych miejscowości najgorętsze ceny mieszkań mają Zakopane (18 950 zł/1m2), Międzyzdroje (15 943 zł) i Sopot (15 694 zł). Temperatura cen mieszkań jest tam znacznie wyższa od stolicy danego województwa. Podobnie jest w śląskim i dolnośląskim, gdzie Katowice ustępują Bielsku-Białej, a Wrocław Karpaczowi.

Najtańsze i najdroższe w województwie

Jeszcze większe skrajności widać w zestawieniu cen mieszkań w poszczególnym województwie. W mazowieckim najgorętszym miastem pod względem stawek za 1m2 mieszkania z rynku wtórnego jest Warszawa (13 223 zł), a prawie trzykrotnie chłodniej jest w Ciechanowie (5405 zł). Podobna proporcja dotyczy Zakopanego i Trzebini, Sopotu
i Malborka, Międzyzdrojów i Drawska Pomorskiego czy Karpacza i Nowej Rudy.

Nie tak duże różnice temperatur cen mieszkań panują w obrębie łódzkiego (Łódź i Bełchatów), świętokrzyskiego (Kielce i Ostrowiec Świętokrzyski) czy kujawsko-pomorskiego (Toruń i Rypin).

3 kluczowe zastosowania kleju do gwintów w przemyśle

Kleje do gwintów są niezastąpione w wielu gałęziach przemysłu, gdzie niezawodne zabezpieczanie połączeń gwintowanych jest niezbędne. Ich unikalne właściwości, takie jak wytrzymałość na wysokie temperatury, wibracje czy obciążenia mechaniczne, sprawiają, że są one idealnym rozwiązaniem dla różnorodnych zastosowań. W tym artykule poznasz trzy istotne zastosowania tego typu preparatów w przemyśle. Ukazują one wszechstronność i efektywność klejów do gwintów.

Klej do gwintów Loctite: niezawodne zabezpieczanie połączeń w przemyśle motoryzacyjnym

Klej do gwintów odgrywa kluczową rolę w przemyśle motoryzacyjnym, gdzie trwałe zabezpieczanie połączeń gwintowanych jest niezbędne. Stosowanie tego typu preparatów, na przykład kleju do gwintów Loctite, zapewnia wytrzymałe, odporne na wibracje połączenia, które są istotne w trakcie eksploatacji pojazdów. Dzięki klejom do śrub nie tylko zabezpieczane są ważne elementy konstrukcyjne, ale także chronione są przed przypadkowym odkręceniem.

Klej do gwintów czerwony czy niebieski to kolory określające różne poziomy wytrzymałości i elastyczności. Preparaty są więc dostosowane do konkretnych wymagań danej aplikacji. W przemyśle motoryzacyjnym kleje do naprawy gwintów są niezastąpione w przypadku uszkodzeń, które mogą wystąpić podczas eksploatacji. Kleje do połączeń gwintowanych (na przykład klej do gwintów Melkib) zapewniają trwałe, niezawodne zabezpieczenie śrub przed odkręceniem, co jest kluczowe dla bezpieczeństwa i wydajności pojazdów. Dzięki swojej wysokiej wytrzymałości i skuteczności, kleje do gwintów są nieodłącznym elementem produkcji i serwisowania pojazdów.

Klej uszczelniający do gwintów: klucz do trwałych i szczelnych połączeń w przemyśle maszynowym

W przemyśle maszynowym klej uszczelniający do gwintów (na przykład Loctite do gwintów lub preparaty innych marek) odgrywa niezwykle istotną rolę, zwłaszcza w miejscach, gdzie występują duże obciążenia mechaniczne i wysokie temperatury. Zapewniając trwałe połączenia, kleje te chronią kluczowe elementy maszyn przed uszkodzeniami, a także przed przypadkowym odkręceniem. Dzięki swoim właściwościom, kleje do gwintów są niezbędne w przypadku zastosowań, które wymagają szczególnej wytrzymałości i trwałości.

Klej do gwintów Loctite to sprawdzone rozwiązanie, które gwarantuje długotrwałe działanie nawet w trudnych warunkach pracy maszyn. Stosowanie klejów do połączeń gwintowanych oraz zabezpieczanie śrub przed odkręceniem w przemyśle maszynowym przyczynia się do zwiększenia żywotności urządzeń oraz obniżenia kosztów ich utrzymania. Wszystko to sprawia, że kleje uszczelniające do gwintów są niezastąpione w tym segmencie rynku.

Zabezpieczenie gwintów: jak kleje do śrub wpływają na bezpieczeństwo i wydajność przemysłu chemicznego?

W przemyśle chemicznym klej do śrub czy też klej do połączeń gwintowanych odgrywa kluczową rolę, zapewniając trwałe i niezawodne połączenia gwintowane, które są odporne na działanie agresywnych substancji chemicznych. Zabezpieczenie gwintów za pomocą kleju do gwintów Loctite (na przykład klej do gwintów niebieski) pozwala na utrzymanie szczelności systemów przesyłu i magazynowania różnych substancji chemicznych, co jest kluczowe dla bezpieczeństwa pracowników i środowiska.

Klej uszczelniający do gwintów jest często stosowany w celu zabezpieczania gwintów przed korozją, która może być spowodowana przez kontakt z agresywnymi chemikaliami. Wykorzystanie klejów do gwintów w przemyśle chemicznym nie tylko zapewnia trwałość i bezpieczeństwo konstrukcji, ale także pomaga uniknąć niekontrolowanego wycieku substancji, które mogą być szkodliwe dla zdrowia ludzi oraz środowiska. Kleje do gwintów Loctite są niezbędnym narzędziem w utrzymaniu wysokich standardów w przemyśle chemicznym.

Klej do śrub: wszechstronne zastosowania w różnych gałęziach przemysłu

Kleje do gwintów są wszechstronnym i niezastąpionym rozwiązaniem w wielu gałęziach przemysłu, gdzie trwałe i niezawodne zabezpieczanie połączeń gwintowanych ma kluczowe znaczenie. Z kolei preparat taki jak klej do naprawy gwintów pozwala umocnić uszkodzone połączenia gwintowane, by nadać im odpowiedni poziom trwałości i zapewnić zabezpieczenie śruby przed odkręceniem.

W każdym z tych przypadków kleje do gwintów takie jak Loctite odgrywają istotną rolę w zapewnieniu trwałości, bezpieczeństwa i efektywności pracy. Dzięki swoim unikalnym właściwościom klej do gwintu stał się nieodłącznym elementem różnych gałęzi przemysłu, służąc jako wszechstronne i niezawodne rozwiązanie dla wielu zastosowań.

Pierwsza sieć przemysłowa 5G w modelu otwartym działa już w Krakowie. Wykorzystuje polską technologię

W Krakowie działa pierwsza w Polsce przemysłowa sieć 5G w modelu otwartym. Inkubator technologiczny hubraum uruchomił ją w Hub4Industry, siedzibie Astor Robotics Center. Pionierska sieć wykorzystuje rozwiązania od IS-Wireless. Polska firma. dostarczyła na potrzeby projektu radiową sieć dostępową (ang. Radio Access Network).

Projekt jest wspólnym sukcesem inkubatora technologicznego hubraum, IS-Wireless, Benetel i T-Mobile. Eksperci IS-Wireless, dostawcy części radiowej sieci zapowiadają, że podobne wdrożenia będą ogłaszać wkrótce w kraju i za granicą.

Otwarte sieci 5G na świecie i w Polsce

Krakowska sieć 5G powstała w modelu otwartym, czyli Open RAN. Oznacza to, że zbudowana jest ze współpracujących elementów dostarczonych przez różnych dostawców. Jak podkreśla Rafał Sanecki, dyrektor marketingu w IS-Wireless, sieci takie jak ta w krakowskim Hub4Industry mogą wkrótce pojawić się w całej Polsce. – Bardzo się cieszę z uruchomienia pierwszej w Polsce sieci 5G dla przemysłu w modelu otwartym. To ważne w kontekście zmian na naszym rynku – wkrótce w kraju do dyspozycji firm i samorządów oddane zostanie pasmo częstotliwości przeznaczone do budowy prywatnych sieci 5G. Efekty naszej współpracy z Krakowie pokazują, że takie sieci można budować w oparciu o rodzime rozwiązania i do tego będziemy zachęcać – mówi  Rafał Sanecki.

Według agencji Dell’Oro udział rozwiązań w modelu Open RAN w całym rynku sieci 5G dynamicznie  rośnie. Zyski generowane przez sieci otwarte mają stanowić do 2026 r. nawet 15 proc. całego rynku łączności mobilnej.

– Rzeczywiście, fakt, że już za chwilę własne prywatne sieci 5G będą mogły budować samorządy i przedsiębiorcy zapowiada ciekawą branżową zmianę, a rozwiązania Open RAN wydają się idealnie pasować do potrzeb tych segmentów rynku. Sytuacja jest też niezwykle ciekawa dla hubraum, ponieważ przed szansą stają startupy oraz małe i średnie firmy technologiczne – w tym segmencie rynku jest całkiem dużo rzeczy do zrobienia, od budowy aplikacji optymalizujących sieć i dbających o cyberbezpieczeństwo aż do budowy i utrzymania takich sieci – mówi Wojciech Pawlak, ekspert technologiczny w inkubatorze hubraum.

Kolejne sieci 5G Open RAN dla przemysłu już wkrótce

Sieć, która działa w Krakowie wykorzystuje radiową sieć dostępową (ang. Radio Access Network, RAN), którą dostarczyło IS-Wireless, końcówki radiowe od irlandzkiej firmy Benetel oraz część rdzeniową sieci (tzw. Core) od T-Mobile. – Z dumą przyglądamy się działaniu sieci w Krakowie. Skuteczność naszych rozwiązań wielokrotnie potwierdzaliśmy w czasie testów i badań w europejskich laboratoriach, teraz czas na komercyjne instalacje. – wyjaśnia Sławomir Pietrzyk, Prezes i założyciel IS-Wireless. I zapowiada kolejne wdrożenia tego typu. – W ostatnich miesiącach intensywnie pracowaliśmy nad kolejnymi wdrożeniami dla przemysłu w Polsce i na świecie i niebawem będziemy mogli podzielić się informacjami o kolejnych projektach – mówi Sławomir Pietrzyk.

Uruchomienie krakowskiej sieci 5G w modelu Open RAN zainaugurowano w czwartek (25 maja br.). W wydarzeniu udział wzięli partnerzy realizujący projekt, a także Alex Choi, przewodniczący O-RAN Alliance, najważniejszej organizacji pracującej nad standardami dla sieci w modelu Open RAN.

W jaki sposób projektować parki handlowe, aby inwestycja zakończyła się sukcesem?

Parki handlowe to obecnie najbardziej gorący sektor rynku nieruchomości handlowych, co wynika z ich formatu, kondycji polskiego rynku i gospodarki oraz spełniania rzeczywistych potrzeb lokalnych społeczności. Jak podaje firma CBRE ogólny wolumen powierzchni handlowych na polskim rynku wynosi 13,5 miliona mkw. Ponad jedna czwarta podaży zlokalizowana jest w miastach poniżej 100 000 mieszkańców w formatach dopasowanych skalą i ofertą do potrzeb i wymagań mieszkańców i udział ten stale rośnie. Deweloperzy realizują też mniejsze inwestycje handlowe na obrzeżach większych miast podążając za potrzebami lokalnych społeczności. Jaki jest przepis na sukces małych formatów handlowych? O tym opowiadają jedni z liderów polskiego rynku w zakresie realizacji i projektowania nieruchomości handlowych: przedstawiciele pracowni MODO Architektura i dewelopera Genesis Property.

Parki handlowe to wyjątkowo elastyczne aktywa, których charakter umożliwia dostarczanie na lokalne rynki oferty obejmującej produkty i usługi uznanych marek w sposób akceptowalny i pożądany zarówno ze strony konsumentów, jak i ze względu na lokalne uwarunkowania prawne czy ekonomiczne” – mówi Juliusz Wawrzyniak, Prezes firmy Genesis Property, która przygotowuje obecnie osiem parków handlowych o łacznej powierzchni ponad 44 000 mkw. w miastach takich jak Pińczów, Łęczna, Żagań, Brzeziny, Ropczyce, Morąg, ale także w Łodzi i Poznaniu. “Kluczem do poprawnego spozycjonowania inwestycji jest doskonała znajomość lokalnych uwarunkowań, wymagań i specyfiki działania potencjalnych najemców powierzchni w takich obiektach oraz zwyczajów lokalnych konsumentów w tym ich preferencji związanych z komunikacją, sposobami spędzania wolnego czasu czy też zainteresowaniami. Ilość nowo powstających obiektów handlowych w mniejszych ośrodkach miejskich jest coraz większa zatem nie wystarczy już zapewnić jedynie wysokiej jakości przestrzeni handlowych, parkingu i dobrej oferty, aby przyciągnąć klientów. Funkcje parków handlowych dla lokalnych społeczności potencjalnie wykraczają poza utarty schemat dostarczania jedynie powierzchni handlowych i stanowić mogą dużą wartość dodaną dostarczając na lokalne rynki funkcji rekreacyjnych, integracyjnych czy też sportowych. Jednym słowem: przy realizacji nowego obiektu należy uważnie przeanalizować potencjał rynku, aby zawczasu zbudować przewagę konkurencyjną obiektu, którą trudno będzie zniwelować konkurencyjnym inwestycjom” – podkreśla Juliusz Wawrzyniak.

Parki handlowe mają duży potencjał do zagospodarowania. Inwestycje realizowane od podstaw czy też przebudowa i rozbudowa starszych projektów handlowych powinna uwzględniać potencjał budowania wartości tkwiący w lokalnych społecznościach. Wraz z zagęszczaniem się sieci mniejszych obiektów handlowych, która swoim zasięgiem obejmuje coraz większe obszary kraju, rosnąć będzie konkurencja, a potencjalni konsumenci mogą mieć kilka obiektów do wyboru w podobnej odległości od swojego miejsca zamieszkania. Na zakupy udadzą się tam, gdzie znajdą najszerszą ofertę wpisującą się w ich upodobania. Kluczem jest więc uszycie takiej oferty, która przyciągnie nie tylko bogactwem marek, ale także dodatkowymi funkcjami również rekreacyjnymi i sportowymi. Niezwykle ważny jest więc dobór lokalizacji, w której powstaje handlowy obiekt. Z jednej strony dobra komunikacja umożliwiająca łatwy dojazd różnego rodzaju środkami komunikacji, a z drugiej wyjątkowe cechy danej działki tworzące potencjał stworzenia przestrzeni towarzyszącej i umożliwiającej na przykład rozbudowę oferty gastronomicznej, sportowej czy społecznościowej w bezpośrednim sąsiedztwie obiektu” – mówi Tomasz Borowiak z polskiej pracowni MODO Architektura, która jest laureatem międzynarodowych nagród branżowych za projekty parków handlowych.

Symptomatyczne dla polskiego rynku jest również to, że wchodzimy w cykl, w którym wiele obiektów handlowych pierwszej generacji będzie wymagało znaczących nakładów i wymyślenia na nowo ich funkcji w mieście. W tym przypadku mówimy o lokalizacjach znajdujących się w większych aglomeracjach, w których wcześniej funkcjonowały super lub hipermarkety. Również w takich lokalizacjach, które funkcjonują w świadomości konsumentów, jako tradycyjnie handlowe, obok tradycyjnych handlowych galerii, implementowane są funkcje charakterystyczne dla parków handlowych, a więc możliwe są szybkie zakupy w sklepach, do których dostać się można wprost z parkingu. Reasumując: na polskim rynku tworzy się oferta nowych obiektów ze zdywersyfikowaną ofertą trafiającą w gusta i potrzeby różnego rodzaju konsumentów. Na terenie dużych miast powstają projekty handlowe, które w swojej ofercie posiadają tradycyjny koncept parku handlowego, a parki handlowe powstające w mniejszych miejscowościach potencjalnie budować swoje przewagi mogą w oparciu o model charakterystyczny wcześniej dla galerii handlowych, a więc umożliwiają mieszkańcom obok zakupów również spędzenie wolnego czasu” – stwierdza Tomasz Borowiak z MODO Architektura.

Potencjał na rozwój mniejszych obiektów handlowych tkwi także na przedmieściach największych miejskich aglomeracji. W wielu małych, satelickich w stosunku do dużych miast, miejscowościach ciągle brakuje kompleksowej oferty zaspokajającej podstawowe potrzeby mieszkańców, co zmusza ich do nieraz wielogodzinnych podróży, aby dokonać zakupów. Odpowiednio przygotowane, małe handlowe nieruchomości dogęszczają sieć istniejących punktów. Wpływa to korzystnie zarówno na mieszkańców, jak i na rozwój określonych regionów podnosząc ich atrakcyjność także dla przyszłych mieszkańców, którzy szukają przyjaznych miejsc, aby kupić lub wybudować dom. Uważnie analizujemy dostępne możliwości i poza wspomnianymi inwestycjami w Łodzi czy Poznaniu szykujemy się przeprowadzenia inwestycji także na terenie lub w bezpośrednim sąsiedztwie największych polskich miast” – podsumowuje Juliusz Wawrzyniak z Genesis Property.

Tesla Model Y najlepszym według kierowców samochodem elektrycznym

EV Klub Polska, jako jeden z pomysłodawców nagrody EV Drivers’ Choice GEVA Awards, podczas EV Experience wyróżnił najlepsze samochody elektryczne na świecie. Zwycięskie pojazdy zostały wybrane przez kapitułę składająca się z ponad 220 tysięcy użytkowników aut zeroemisyjnych z kilkudziesięciu krajów.

Samochody otrzymujące nagrody EV Drivers’ Choice GEVA Awards wybierane są przez kierowców pojazdów elektrycznych, reprezentujących zrzeszone w Global EV Drivers’ Alliance (GEVA) 63 organizacje użytkowników EV z 37 państw z całego świata. W pierwszej edycji konkursu, wyboru można było dokonać spośród przeszło 120 modeli zeroemisyjnych pojazdów.

Jest to wyjątkowy moment, gdyż nagrody EV Drivers’ Choice GEVA Awards rozdawane są po raz pierwszy w historii. Wyjątkowości tej edycji dodaje fakt, że użytkownicy aut elektrycznych z całego świata mogli oddać głos na modele, które są dostępne na rynkach, gdzie działają organizacje zrzeszone w ramach Global EV Drivers’ Alliance. Dzięki temu konkursowi dowiedzieliśmy się, które auta elektryczne są najbardziej doceniane przez kierowców EV – mówi Łukasz Lewandowski, Prezes EV Klub Polska.

Sam proces głosowania był wyjątkowo prosty. Wystarczyło wejść na stronę https://evdriverschoice.com/, wskazać wybrany model EV, podać informację o kraju swojego pochodzenia i krótko uzasadnić dokonany wybór. Następnie nadesłane zgłoszenia przeanalizowała kapituła i na tej podstawie wytypowała zestawienie TOP10, w tym również najlepszy samochód elektryczny świata.

Wśród wyróżnionych znalazły się takie pojazdy jak: TOP10 – Mercedes-Benz EQS, TOP9 – Renault Megane E-Tech, TOP8 – Volkswagen ID.3, TOP7 – BMW i4, TOP6 – Ford Mustang Mach-E, TOP5 – Skoda Enyaq iV, TOP4 – Nissan Ariya. Walka o miano najlepszego samochodu elektrycznego roku toczyła się pomiędzy trzema rywalami. Hyudani IONIQ5, KIA EV6 oraz Tesla Model Y. Ostatecznie ze znaczną przewagą wygrała Tesla.

Wybór Tesli Model Y jako najlepszego samochodu świata, na podstawie głosów użytkowników samochodów elektrycznych, nie jest przypadkowy. W ostatnim czasie ten model bije rekordy sprzedaży w wielu krajach. Jak wynika z analiz uzasadnień wyboru, znaczna część użytkowników pojazdów elektrycznych docenia Model Y za innowacyjne rozwiązania, bardzo dobry stosunek jakości do ceny, niespotykaną u innych marek częstotliwość update’ów oraz design i osiągi – podsumowuje Łukasz Lewandowski, Prezes EV Klub Polska.

Ekonomiści: Inflacja rozlewa się po Polsce, bo jest nietłumiona

W sprawie inflacji głos zabrały właśnie dwa tuzy. Jeden z nich to ikoniczny Ben Bernanke – były kierownik Fed, czyli banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Drugi też sroce spod ogona nie wypadł, jego nazwisko jest znane. To Olivier Blanchard były główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF). Obaj udzielają się teraz w instytucjach badawczych. Pierwszy w Brookings Institution, drugi w Peterson Institute.

Panowie uważają, że spieranie się, czy inflację wywołały w 2021 roku w USA rządowe bodźce finansowe, czy pandemia, jest od rzeczy, bo zadziałały obie te przyczyny razem. Pogląd ten wyrazili na piśmie w stanowisku zatytułowanym „What Caused U.S. Pandemic-Era Inflation”,  przygotowanym na konferencję „The Fed: Lessons learned from the past three years”. Podkreślają zupełnie rozsądnie, że warunkiem zmierzchania inflacji jest schłodzenie amerykańskiej gospodarki, co wiązać się musi ze wzrostem bezrobocia.

Autorzy twierdzą, że najważniejszym zapalnikiem i paliwem inflacji był w Ameryce szok cenowy na rynkach produktowych w połączeniu z brakami w zaopatrzeniu. Dodają jednak, że skutki przegrzania rynku pracy w USA na wzrost płac nominalnych i inflację są bardziej uporczywe (persistent) niż efekty wymienionych szoków produktowo-rynkowych, a więc powrót w Ameryce do celu inflacyjnego wymagać będzie osiągnięcia i utrzymania lepszej równowagi między popytem a podażą pracy.

Bernanke i Blanchard są zatem zdania, że wskaźnik bezrobocia powinien w Stanach wzrosnąć z obecnych 3,4 proc. do ponad 4,3 proc. Opinię tę wyrażali już wcześniej niektórzy ekonomiści z Fed wskazując, że obecne zatrudnienie kształtuje się powyżej wskaźnika tzw. bezrobocia naturalnego ustalonego na podstawie danych historycznych na 3,5 – 4 proc. Jest to oczywiście przedział arbitralny, więc niekoniecznie obiektywny, także dlatego, że odzwierciedla zupełnie inne kiedyś niż teraz warunki i strukturę gospodarki.

W nieco bardziej szczegółowym obrazie, w 2021 r. podstawowym źródłem amerykańskiej inflacji były braki zaopatrzeniowe i wzrost cen energii, przy czym braki w zaopatrzeniu odzwierciedlały ograniczoną podaż w połączeniu ze wzrostem popytu wywołanym przez wielki bodziec finansowy z racji uruchomienia na początku tego roku wielkiego „Amerykańskiego Planu Ratunkowego” prezydenta Bidena polegającego na awaryjnym wydatkowaniu 1,9 bln (1 900 mld) dolarów.

Potem jednak pandemiczne zakłócenia zaczęły zanikać, ale inflacja nie spadała, ponieważ w rezultacie nadal wtedy niskich stóp procentowych (0,25 proc. w 2021 r.) i nawału świeżej gotówki od rządu popyt był nadal bardzo silny. Rynek pracy był przegrzany na co wskazywała wysoka przewaga wolnych stanowisk do obsadzenia nad liczbą osób bezrobotnych. Poza tym, pierwsze oznaki i postępy inflacji obudziły czujność zatrudnionych, którzy w przewidywaniu dalszego wzrostu cen domagali się rekompensaty płacowej i wobec braku rąk do pracy mieli przewagę negocjacyjną.

W innej pracy przygotowanej na wspomnianą konferencję (The Inflation Surge of the 2020s: The Role of Monetary Policy) były wiceszef Fed Donald Kohn, teraz w Brookings Institution, i ekonomista akademicki z Brown University Gauti B. Eggertsson dodają, że swoje za uszami ma także bank centralny. W 2020 r. Fed przyjął mianowicie zasadę, że stopy procentowe pozostaną w okolicach zera dopóty, dopóki zatrudnienie nie dojdzie do maksymalnego możliwego poziomu, nawet jeśli dojdzie do przekroczenia celu inflacyjnego w wysokości 2 proc. Innymi słowy, zatrudnienie ważniejsze od (lekkiej) inflacji.

W Polsce urzędowa dysputa w sprawie inflacji podporządkowana jest celom politycznym ogromniejącym w oczach wraz ze zbliżaniem się wyborów. Argument o inflacjogennych skutkach pandemii nie budzi zastrzeżeń, choć po fakcie widać również, że monetarno-fiskalna reakcja była wówczas przesadzona. Zarzutu z tego czynić jednak nie wypada, bo nikt nie wiedział wtedy, co koronawirus zdoła nawyczyniać. Zarzuty dotyczą tego co było potem, bo cała Europa chorowała, a niemal wszędzie inflacja jest teraz znacznie niższa.

W oficjalnym przekazie NBP mowa jest przede wszystkim o tzw. putinflacji i budzi to sprzeciw. Warunki w Europie uzależnionej jeszcze niedawno od gazu i ropy z Rosji oraz sąsiadującej z terenami objętymi wojny Rosji z Ukrainą różnią się oczywiście od uwarunkowań amerykańskich, gdzie własnych węglowodorów w bród, a dozbrajanie Ukrainy oddziałuje pobudzająco na gospodarkę. Jednak teza o podstawowych źródłach niesłychanie wysokiej inflacji w Polsce wypływających podobno z okolic Kremla trąci na kilometry zacietrzewieniem niemerytorycznym, bo politycznym.

Napaść na Ukrainę nastąpiła w końcu lutego 2022 r. Tymczasem już w listopadzie i grudniu 2021 r., a więc na kilka miesięcy przed wojną u naszych granic, inflacja w Polsce poszybowała do (odpowiednio) 7,8 proc. i 8,6 proc.

Również dane nt. tzw. inflacji bazowej, czyli po wyłączeniu wzrostu cen żywności i energii składającego się na tzw. putinflację, potwierdzają, że NBP i rząd w tej kwestii głównie kręcą. NBP podaje na podstawie danych GUS, że w kwietniu 2023 r. inflacja bazowa wynosiła w porównaniu z tym samym miesiącem 2022 r. 12,2 proc., a inflacja konsumencka (CPI) – 14,7 proc. W uproszczeniu, bo droga energia wpływa w jakimś stopniu na ceny towarów nieżywnościowych, „putinflacja” wynosi zatem jedynie 2,5 proc. lub tylko nieco więcej.

Politykę podobną choć jeszcze gorszą od prowadzonej w Polsce forsują Węgrzy, którzy są jednak w niemal przyjacielskich stosunkach z Rosją. Inflacja konsumencka wynosiła tam w kwietniu 2023 r. katastrofalne 24,5 proc. Węgry mają w Unii najwyższą inflację, a Polska ciągle próbuje im dorównać  – jest na piątym miejscu od końca.

I jeszcze jedno, chyba najważniejsze. Z polskiej perspektywy inflacja w USA w wysokości 4,9 proc. w kwietniu br. jest mała, choć tam mówią o niej bardzo duża. Po 10 kolejnych podwyżkach w ciągu minionych 14 miesięcy główna stopa procentowa Fed ustalona została na początku maja 2023 r. w przedziale od 5 proc. do 5,25 proc. a więc jest o nawet 35 punktów bazowych wyższa od inflacji i nadal nie ma pewności, czy nie zostanie podniesiona jeszcze bardziej. W Polsce stopa referencyjna NBP stoi w miejscu od września 2022 r., wynosi 6,75 proc. i jest niższa od wskaźnika inflacji aż o 7,95 punktów procentowych.

Słychać, jak Tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców powtarza pod nosem bez ustanku – karramba, choć to przecież nie jego, a nasz kłopot.

Wnioski przedstawione w obu omówionych bardzo pokrótce pracach z USA przystają do polskich realiów, choć u nas inflacja jest „niebotycznie” wyższa, ponieważ w odróżnieniu od działań podejmowanych przez Fed jest nietłumiona. Bezczynność w tej mierze wynika z obłudnej troski o lud pracujący miast i wsi, a w wyrazie praktycznym z taktyki przesuwającej własną (potencjalną) aktywność w tej mierze na okres „po wyborach” lub pozostawiającej problem obecnej opozycji, co tej się nie przysłuży.

Autor: Jan Cipiur, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Czy bezpłatne autostrady są w Polsce możliwe?

Obietnica bezpłatnych autostrad może być bardzo trudna do realizacji. Oczywiście rząd może przejąć opłaty na kilku odcinkach państwowych autostrad. Ale są też autostrady prywatne. W jaki sposób rząd chciałby zapewnić je jako bezpłatne? Bo jeżeli przejąłby wszystkie opłaty i zobowiązania – bo za tymi opłatami kryje się spłata kredytów – to mówimy już o kilku miliardach złotych rocznie. Krajowy Fundusz Drogowy już w tej chwili rocznie przeznacza ponad dwa miliardy dla operatorów autostrad prywatnych za tzw. dostępność – czyli pokrywa różnicę kosztów funkcjonowania tego odcinka w stosunku do tego, co wpływa z opłat od kierowców. To są ogromne koszty. Do tego dochodzi stałe utrzymanie autostrad – co również jest bardzo kosztowne. Przykład Niemiec – gdzie są bezpłatne autostrady – jest bardzo wymowny. W Niemczech wciąż jest problem z infrastrukturą – w 2016 roku wprowadzono program ratunkowy. Do 2030 roku prawie Niemcy wydadzą na niego 300 miliardów euro. To pokazuje, jakie są realne koszty takiej obietnicy.

– Ja nie do końca rozumiem pomysł rządu z bezpłatnymi autostradami. Bezpłatnymi – bo mają być darmowe. Jak wiemy nie ma nic za darmo. Czy to przekona ludzi, żeby głosowali na Prawo i Sprawiedliwość? Od dawna mieliśmy problem, że tylko niewielka część państwowych autostrad miała opłaty. A to są raptem dwa odcinki, gdzie samochody osobowe muszą te opłaty uiszczać – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Adrian Furgalski, prezes ZDG TOR. – Koszty Funduszu Drogowego to są okolice 200-230 mln złotych i rząd przewiduje jako konsekwencje wprowadzenia tego rozwiązania w ustawie, którą przysłał do parlamentu. W ciągu dziesięciu lat to będzie około 2,3 mld zł. Można powiedzieć, że rocznie to nie są wielkie pieniądze. A więc jest to sygnał, że troszczymy się o drogi dla kierowców. Niestety to są działania mocno niepraktyczne – bo raczej należałoby zachęcać mocniej ludzi do korzystania z transportu publicznego, jak to jest w Niemczech. Nie jest to też dobry sygnał dla inwestorów – którzy nie mają pewności funkcjonowania w Polsce. To może wręcz doprowadzić do spraw sądowych czy arbitrażu międzynarodowego, a następnie odszkodowań dla tych firm na poziomie nawet kilkudziesięciu miliardów złotych – ostrzega Furgalski.

Elastyczne godziny pracy ważniejsze od pieniędzy

Elastyczne godziny pracy – tym przede wszystkim kierują się kandydaci przy wyborze nowego miejsca pracy (47,4 proc.). Ten aspekt wpływa również na przywiązanie pracowników do ich obecnego miejsca zatrudnienia, deklaruje tak 44,7 proc. Polaków. Warto dodać, że możliwość zarządzania czasem wykonywania swoich obowiązków jest dla nich ważniejsza niż sama pewność zatrudnienia – wskazują na to wyniki raportu „Attractive Employer in War for Talent”, przygotowanego przez firmę kadrowo-płacową SD Worx.

Czemu pracownicy odchodzą?

Jako główne powody odejścia z pracy respondenci wskazują aspekty wewnętrzne firmy: niezadowolenie z wynagrodzenia (41,2 proc.) czy atmosfery w miejscu pracy (33,1 proc.), nieodpowiednie gospodarowanie godzinami pracy – brak równowagi między pracą i życiem prywatnym (31,2 proc.) oraz brak elastycznych godzin pracy (27,3 proc.). Lepsze oferty zatrudnienia motywują 34,4 proc. pracowników do zmiany miejsca zatrudnienia. Na kolejnych miejscach znajdują się: rodzaj i znaczenie wykonywanych obowiązków (27,2 proc.) czy brak zadowolenia z zarządzania w obecnej pracy (25,3 proc.).

Czas, który poświęcamy na wykonywanie obowiązków, ma coraz większe znaczenie przy podejmowaniu decyzji o rezygnacji z pracy. Powody mogą być tego różne. Ostatnie lata pandemii, które wymusiły w wielu przypadkach przejście na pracę zdalną, wymagały od nas nauczenia się innego sposobu zarządzania własnym czasem. Okazało się, że przy bardziej elastycznym grafiku możemy zrobić tyle samo lub nawet więcej, spełniając oczekiwania naszego pracodawcy. Dodatkowo, na rynku pracy jest coraz więcej przedstawicieli pokolenia Z, których stosunek do pracy jest inny. W wielu przypadkach to praca ma dostosować się do ich życia, a nie odwrotnie – komentuje Klaudyna Nyga, Talent Acquisition Lead w SD Worx Poland.

Co uważają pracodawcy?

Perspektywa pracodawców różni się od tej opisanej przez pracowników. Ich zdaniem, wśród najważniejszych przyczyn zmiany pracy są: lepsze oferty pracy (48,1 proc.), powody prywatne, niezwiązane z pracą (38,2 proc.) oraz potrzeby nowych wyzwań (35,1 proc.). Dopiero dalej pojawiają się: niezadowolenie z wynagrodzenia (34,7 proc.) czy brak równowagi między pracą a życiem prywatnym (25,9 proc.). Najrzadziej za to pracodawcy wskazują niezadowolenie wynikające z jakości wykonywanych obowiązków (19,2 proc.), problemy z zarządzaniem (18,4 proc.) oraz brak satysfakcjonujących benefitów zapewnianych przez firmę (18,3 proc.).

 – Niezadowolenie wynikające z atmosfery panującej w miejscu pracy, w tym związane z brakiem poczucia bezpieczeństwa, nie pojawiło się wśród najczęściej wskazywanych powodów przez pracodawców, mimo że jest to ważny aspekt dla pracowników. Może to oznaczać dwie rzeczy: albo pracodawcy nie chcą się przyznawać do warunków pracy, jakie zapewniają w swoich przedsiębiorstwach, albo pracownicy nie podają przełożonym prawdziwych powodów swojej rezygnacji. Bez względu na odpowiedź, różnice w perspektywach respondentów działają przede wszystkim na niekorzyść pracodawców, którzy – świadomie lub nie – nie spełniają oczekiwań i tracą w ten sposób kolejne talenty. Prowadzi to dodatkowych kosztów związanych z rekrutacją i szkoleniem nowych osób, które potrzebują czasu, aby zapoznać się z nowym miejscem pracy i stawianymi przed nimi wymaganiami – mówi Klaudyna Nyga, Talent Acquisition Lead w SD Worx Poland.

Co wpływa na wybór nowego miejsca pracy?

Pracodawcy najczęściej przyciągają nowych i utrzymują obecnych pracowników poprzez wprowadzenie elastycznych godzin pracy – wskazało tak 34,7 proc. respondentów. Na kolejnych pozycjach pojawiają się: pozytywna atmosfera w miejscu pracy (34,1 proc.), pewność zatrudnienia przez firmę (33,6 proc.) oraz zapewnienie ciekawych obowiązków (32,4 proc.). Najrzadziej z kolei przyciągają możliwościami nazewnictwa nowego stanowiska (22,9 proc.) oraz dalszego rozwoju w firmie (22,8 proc.).

Elastyczne godziny pracy okazują się najważniejszym czynnikiem przy wyborze i późniejszym przywiązaniu pracowników do ich nowego miejsca pracy. Wskazuje tak kolejno 47,4 proc. i 44,7 proc. respondentów. Pracownicy przede wszystkim oczekują od firmy: pewności zatrudnienia, wysokich wynagrodzeń, jakościowych obowiązków oraz przyjaznego środowiska pracy. Najrzadziej z kolei zależy im na różnych formach wykonywania obowiązków, np. pracy zdalnej lub hybrydowej.

– Widzimy, że na rynku pracy bardzo ważne jest zapewnianie pracownikom możliwości wyboru godzin, w których wykonują swoje obowiązki. W pewnych przypadkach jest to nawet ważniejsze od wysokości samego wynagrodzenia. Elastyczne godziny pracy stają się nie tylko kolejną metodą wspierania pracownika, ale również sposobem tworzenia konkurencyjności na rynku pracy, w tym na poziomie międzynardowym. Jest to tym ważniejsze, że w czasach rosnącej inflacji i kosztów prowadzenia biznesu, firmy potrzebują nowych, alternatywnych rozwiązań, które pozwolą im na docenianie i wspieranie swoich pracowników. Nawet jeśli nieświadomie, pracownicy zaczynają dyktować nowe warunki, którym muszą sprostać potencjalni pracodawcy, jeśli chcą pozyskiwać i utrzymywać nowe talenty w swoich przedsiębiorstwach – mówi Klaudyna Nyga, Talent Acquisition Lead w SD Worx Poland.

Informacja pozytywna – dlaczego warto o nią zabiegać?

  • Tylko na koniec pierwszego kwartału 2023 r. w bazie ERIF BIG było aż 166 mln wpisów pozytywnych. Liczba ta sukcesywnie rośnie.
  • Średnio na jedną osobę przypadają 32 pozytywne wpisy, a przeciętna wartość jednego wynosi 236 zł.
  • W czasach zawirowań gospodarczych i kryzysu finansowego – pozytywne informacje o konsumencie czy kontrahencie otwierają szerzej drogę do zewnętrznego finansowania, zakupów ratalnych czy coraz popularniejszych odroczonych zakupów.

Blisko 166 mln pozytywnych informacji o konsumentach i podmiotach gospodarczych zawiera baza ERIF Biura Informacji Gospodarczej. Taki wpis jest sygnałem do rynku, że dana osoba lub firma terminowo spłaca swoje zobowiązania, czyli nie ma opóźnień w płatnościach przekraczających 29 dni od wskazanego terminu. Mówiąc wprost – informacja pozytywna jest ograniczeniem ryzyka podjęcia współpracy z potencjalnie nierzetelnym konsumentem czy podmiotem.

Czy to takie ważne?

Obecnie nawet 66% polskich mikro-, małych i średnich firm nie otrzymuje pieniędzy od swoich kontrahentów w terminie, wynika z badania „Przeterminowanie faktur w polskich przedsiębiorstwach”.

Ufać znaczy sprawdzać. Tej zasady powinniśmy się trzymać zwłaszcza jeśli mowa o biznesie, a szczególnie, gdy chodzi o pieniądze. Pomocne są tutaj m.in. biura informacji gospodarczych, które agregują dane z rynku. Przezorność może uchronić nas przed podpisaniem ryzykownej umowy lub ustrzec przed problemami związanymi z dochodzeniem należności. Jednocześnie weryfikacja danych w BIG może dać nam potwierdzenie, że dany podmiot jest wiarygodny, wypłacalny, rzetelny. Takie informacje są niezwykle cenne – zwłaszcza w dobie wysokiej inflacji, kryzysu finansowego, problemu zatorów płatniczych, ale również w momencie zaostrzenia przepisów dotyczących udzielania kredytów i pożyczek – mówi Piotr Badura, prezes ERIF Biura Informacji Gospodarczej.

Od 18 maja w ramach tzw. ustawy antylichwiarskiej zmieniły się przepisy dotyczące zewnętrznego finansowania. Zobowiązują one instytucje pożyczkowe do dokładnej weryfikacji klienta u zaufanych podmiotów – w tym BIG.

Podobnie podmiot udzielający pożyczki na zakup ratalny czy odroczone płatności – powinien sprawdzić w dostępnych bazach danego klienta. Brak negatywnego wpisu to jeszcze w wielu przypadkach za mało, by ograniczyć ryzyko zawarcia umowy z nierzetelną osobą. Istotne są także informacje pozytywne, które dostarczają m.in. operatorzy komórkowi lub banki, przedsiębiorcy. Każdy pozytywny wpis, zwiększa szansę na regularną i terminową spłatę także nowych zobowiązań – podkreśla Piotr Badura. – Więc tak, pozytywne dane są ważne, a nawet zyskują na swoim znaczeniu nie tylko w ostatnich miesiącach, ale wraz z rozwojem rynku consumer finance – dodaje.

Pozytywne wpisy dominują

W ERIF BIG znajduje się blisko 166 mln pozytywnych wpisów. Dla przykładu w pierwszym kwartale 2021 r. ich liczba wynosiła nieco ponad 105 mln, więc w perspektywie zaledwie dwóch lat przybyło około 60 mln nowych informacji pozytywnych. Średnia wartość jednego wpisu pozytywnego wynosi 236 zł, ale – co istotne – na jedną osobę przypadają 32 takie zobowiązania.

– Liczba pozytywnych zobowiązań firm i osób prywatnych w naszej bazie cyklicznie rośnie, co ma ogromne znaczenie dla całego rynku – zwłaszcza w tak niestabilnych czasach. Pozytywne wpisy są fundamentem budowania historii kredytowej, są ważne przy tworzeniu oceny ryzyka i pomocne przy zawieraniu wielu umów, współprac i zewnętrznego finansowania.  Przestrzeni, w których te pozytywne dane znajdują swoje zastosowanie, jest coraz więcej – m.in. przy wynajmie nieruchomości – komentuje prezes ERIF BIG.

Referencje na wagę złota

Można przyjąć, że pozytywny wpis w ERIF jest referencją owocnej współpracy. Wśród podmiotów, które mogą wystawić taką ocenę, są m.in. instytucje finansowe – banki, firmy pożyczkowe, operatorzy telekomunikacyjni, dostawczy telewizji kablowej, internetu, modeli subskrypcyjnych, ale też inni przedsiębiorcy. Usługodawca może sam zainicjować taką pozytywną ocenę, ale istnieje również możliwość zawnioskowania do podmiotu o dodanie do baz informacji na temat współpracy.

Rosnące znaczenie takich danych jest niekwestionowane. Dlatego w 2015 r. zainicjowaliśmy Dzień Informacji Pozytywnej, obchodzony co roku w maju. Jego zadaniem jest szerzenie wiedzy w zakresie budowania dobrej historii finansowej konsumentów i przedsiębiorców. Wiarygodność i rzetelność klientów są dla firm cenną wartością i niejako gwarantem owocnej współpracy. W obliczu finansowo trudnych czasów partnerstwo podparte pozytywną informacją jest tym bardziej na wagę złota – podkreśla Piotr Badura, prezes ERIF BIG.

Korzyści z posiadania hulajnogi elektrycznej. Znasz je wszystkie?

Choć zwykłe hulajnogi kojarzą się przede wszystkim z dziecięcymi zabawami, to ich elektryczne odpowiedniki opanowały chodniki oraz ścieżki rowerowe polskich miast. To szybki i efektywny sposób transportu na krótkie odległości, a jazda zapewnia ogromną przyjemność. Jakie są korzyści z posiadania hulajnogi elektrycznej?

Hulajnogi elektryczne – chwilowa moda czy użyteczne narzędzie?

O hulajnogach elektrycznych często mówi się w kontekście chwilowej mody. Trzeba przyznać, że szum wokół tych urządzeń nieco ucichł, choć wiele osób wciąż wybiera je jako środek transportu. Nie ma co się dziwić – jazda na hulajnodze elektrycznej jest prosta i wygoda, a do tego nie wymaga wysiłku fizycznego. Ponadto koszty zakupu oraz eksploatacji większości urządzeń są niskie, szczególnie w porównaniu do samochodu czy roweru elektrycznego. Oczywiście nie jest perfekcyjne rozwiązanie, ale hulajnogi elektryczne ze sklepu Sportano to użyteczne narzędzie, które świetnie sprawdza się jako przyjemny i efektywny środek transportu.

W jakich sytuacjach przydaje się hulajnoga elektryczna?

Hulajnoga elektryczna jest najczęściej wykorzystywana jako środek transportu na niewielkie dystanse (do 10 km). Może to być dojazd do pracy lub szkoły, ale wiele osób po prostu wybiera się na krótkie przejażdżki po okolicy. W sprzedaży znajdziesz też modele przeznaczone do bardziej ekstremalnych zastosowań. Są to zarówno hulajnogi elektryczne do jazdy po trudnym terenie, jak i modele wyczynowe – wykorzystuje się je do wykonywania tricków na torach przeszkód.

hulajnoga elektryczna

Jak wybrać hulajnogę elektryczną?

Planując zakup hulajnogi elektrycznej warto zwrócić uwagę na szereg kluczowych cech takich jak moc silnika, pojemność akumulatora, maksymalny zasięg czy rodzaj kół. W sklepie Sportano znajdziesz szeroki wybór modeli z różnych półek cenowych: https://sportano.pl/. Wyjaśniamy, jakie cechy są najważniejsze podczas wyboru hulajnogi elektrycznej!

Moc silnika

Moc silnika determinuje maksymalną prędkość, jaką może osiągnąć urządzenie, a także możliwość jazdy po nachylonym terenie. Im jest większa, tym rzecz jasna lepiej, choć wydaje silniki znacznie szybciej zużywają prąd. Warto przy tym pamiętać, że wszystkie modele hulajnóg elektrycznych, które są dostępne w Polsce mają nałożony limit prędkości, przez co moc silnika rzadko kiedy ma duże znaczenia.

Maksymalny zasięg

Maksymalny zasięg hulajnogi elektrycznej zależy od pojemności akumulatora, mocy silnika oraz terenu. Tańsze modele oferują od 25 do 40 kilometrów na jednym ładowaniu (po płaskiej, dobrej nawierzchni, np. asfalcie), a modele z wyższej półki zapewniają do 60 km zasięgu. W praktyce to jeden z najważniejszych, o ile nie najważniejszy czynnik, na który należy zwrócić uwagę podczas wyboru hulajnogi elektrycznej.

Rodzaj kół

Im grubsze koła, tym wygodniej jedzie się na hulajnodze elektrycznej. Sprawia to nieco lepsza amortyzacja, a różnice są szczególnie widoczne na gorszych, nierównych nawierzchniach. W sprzedaży znajdziesz też modele z kołami pompowanymi. To najlepszy wybór, jeśli zależy Ci na komforcie jazdy, choć opony wypełnione powietrzem często ulegają uszkodzeniom.

Cena

Różnice pomiędzy hulajnogami elektrycznymi z niskiej, średniej oraz wysokiej półki cenowej są znaczące, nawet jeśli parametry techniczne się nie różnią. W praktyce najważniejsza jest jakość wykonania – warto zainwestować w model od zaufanego producenta, nawet jeśli różnica w koszcie zakupu jest znacząca.

Rower elektryczny – alternatywa dla hulajnogi

Hulajnogi elektryczne świetnie nadają się do jazdy po mieście na krótkich dystansach, ale jeśli szukasz czegoś o znacznie większych możliwościach, to wybierz elektryczny rower. Cena zakupu sensownego jednośladu jest co prawda wysoka, ale w zamian dostaniesz użyteczne narzędzie, które sprawdzi się na dłuższych dystansach. Na rowerze elektrycznym możesz osiągnąć dużo większą prędkość, niż na hulajnodze. To najczęściej wykorzystywany pojazd przez kurierów i dostawców, którzy mogą wygodnie omijać korki oraz szybko przemieszczać się z miejsca na miejsce w warunkach miejskich.

Hulajnoga elektryczna: podsumowanie

Planując zakup hulajnogi elektrycznej należy zwrócić uwagę na moc silnika, maksymalny zasięg oraz rodzaj kół. Atrakcyjny stosunek ceny do jakości też jest bardzo ważny, a jeśli zależy Ci na bardziej użytecznym rozwiązaniu, to postaw na rower elektryczny!

Finansowanie samochodu dostosowane do Twoich potrzeb!

Marzysz o posiadaniu własnego samochodu marki SEAT lub CUPRA? Teraz możesz spełnić swoje marzenia dzięki dogodnym opcjom finansowania oferowanym przez Volkswagen Financial Services. Finansowanie samochodu stało się łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, dając Ci możliwość wyboru i komfortu podczas zakupu nowego pojazdu. Przekonaj się, jak skorzystać z atrakcyjnych ofert finansowania samochodów SEAT i CUPRA od VW FS i ciesz się podróżami pełnymi stylu i doskonałej jakości!

Finansowanie samochodu to popularna opcja dla wielu osób, które chcą nabyć nowy pojazd. Bez względu na to, czy jesteś fanem sportowej elegancji CUPRY czy komfortu i niezawodności marki SEAT, VW FS oferuje atrakcyjne rozwiązania finansowe, które umożliwią Ci spełnienie Twoich motoryzacyjnych pragnień. Przyjrzyjmy się bliżej opcjom finansowania samochodów SEAT i CUPRA, abyś mógł dokonać świadomego wyboru i w pełni cieszyć się swoim nowym pojazdem.

Finansowanie samochodów SEAT – dostosowane do Ciebie!

SEAT to marka znana z innowacyjnego designu, niezawodności i doskonałej jakości. Teraz, dzięki ofertom finansowania samochodów SEAT, możesz łatwo stać się właścicielem jednego z tych wyjątkowych pojazdów. Bez względu na to, czy jesteś zainteresowany kompaktem, SUV-em czy sportowym coupe, SEAT oferuje różnorodne modele, które spełnią Twoje oczekiwania. Wybierając finansowanie samochodów SEAT, możesz spłacać swoje zakupy na dogodnych warunkach, dopasowanych do Twojego budżetu. Korzystając z kalkulatora rat sam możesz ustalić wkład własny/opłatę wstępną kredytu/leasingu, okres trwania umowy finansowania i roczny limit kilometrów.

Finansowanie CUPRY – unikalne doznania na drodze!

Jeśli poszukujesz czegoś bardziej ekskluzywnego, marka CUPRA z pewnością przyciągnie Twoją uwagę. CUPRA to odrębna marka należąca do koncernu VAG, specjalizująca się w produkcji sportowych samochodów, które łączą w sobie luksus, moc i niezwykłe osiągi. Finansowanie CUPRY to doskonała opcja dla tych, którzy pragną doświadczyć prawdziwego ducha sportowej jazdy. Dzięki elastycznym planom finansowym, możesz własnoręcznie skonfigurować swój samochód CUPRA i spłacać go w dogodnych ratach dostosowanych do Twoich potrzeb. Finansowanie CUPRY pozwoli Ci na osiągnięcie wyjątkowej wydajności i stylu, jakiego oczekujesz od tego unikalnego producenta –  więcej o finansowaniu znajdziesz na https://www.cupraofficial.pl/oferta/finansowanie

Przykładowo na kalkulatorze VW FS (serwis nr 1 w finansowaniu aut grupy VGP**) w kredycie KLASYCZNYM możemy znaleźć ofertę CUPRA Formentor w Kredycie Moc Niskich Kosztów w razie 2815 zł miesięcznie, przy umowie na 36 miesięcy, 30% wkładzie własnego, braku limitu kilometrów w ciągu roku i RRSO 8,26%.

Finansowanie samochodów SEAT i CUPRA to doskonałe rozwiązanie dla osób, które chcą stać się właścicielami tych prestiżowych pojazdów. Dzięki elastycznym planom finansowym, możesz mieć pewność, że wybierasz opcję dopasowaną do swoich potrzeb i budżetu. Bez względu na to, czy kierujesz się ku eleganckiemu stylowi SEAT czy ekscytującemu duchowi CUPRY, oferty finansowania obu marek zapewniają Ci wyjątkowe doświadczenia motoryzacyjne. Odwiedź strony internetowe SEAT i CUPRA, zapoznaj się z ofertami finansowymi i rozpocznij przygodę z własnym nowym samochodem. Niech spełnienie Twoich marzeń o idealnym pojeździe stanie się rzeczywistością!

*Dane aktualne na dzień 17.05.2023r

** Źródło: SAMAR, CEPIK; LEASING/CFM – rejestracje 2023

Finansowanie aut firmowych – jakie są ich rodzaje?

Auto w firmie można finansować na wiele sposobów. Możemy zarówno kupić je na własność, korzystać z prywatnego auta w ramach prowadzonej działalności gospodarczej, jak i wziąć samochód w leasing lub wynająć go w ramach wynajmu długoterminowego. To, które z tych rozwiązań wybierzemy, zależy od naszych potrzeb, budżetu oraz analizy zalet i wad każdego z nich. Okazuje się bowiem, że najpopularniejsze wśród polskich przedsiębiorców rozwiązanie, za jakie jeszcze do niedawna uznawany był leasing, nie musi być dziś wcale tym najbardziej opłacalnym!

Dlaczego leasing nie jest jedynym słusznym sposobem finansowania firmowego auta?

Jeszcze kilkanaście lat temu większość firm, które potrzebowały samochodu do prowadzenia swojej działalności gospodarczej, od razu decydowało się na leasing. Jawił się on jako najlepsze rozwiązanie dla firm. Leasing pozwalał bowiem uniknąć wysokiego kosztu początkowego, jakim był zakup samochodu na własność, oferując w zamian możliwość korzystania z auta prawie tak, jakby było własnością przedsiębiorstwa. Prawie, bo nie jest to rozwiązanie pozbawione pewnych ograniczeń.

Przez cały okres obowiązywania umowy leasingowane auto pozostaje własnością firmy udzielającej finansowania. W rezultacie, korzystająca z niego firma nie może wprowadzać do niego żadnych zmian i modyfikacji – auto musi zostać zwrócone w dokładnie takim stanie (pomijając normalne zużycie wynikające z użytkowania), w jakim je otrzymała. Ponosi natomiast wszystkie koszty związane z użytkowaniem auta – oprócz miesięcznej raty leasingu, płaci także za ubezpieczenie, naprawy, przeglądy techniczne, paliwo i wszystkie pozostałe opłaty związane z eksploatacją samochodu.

Umowa leasingu trwa natomiast dość długo – zazwyczaj firmy podpisują ją na okres 3-5 lat. Już sam ten fakt sprawia, że leasing jest rozwiązaniem przeznaczonym dla stabilnych firm, które są pewne „jutra”. Dla przedsiębiorstw, które dopiero startują i nie wiedzą, w jakim punkcie swojej działalności znajdą się w kolejnych miesiącach, może to być natomiast zbyt duże zobowiązanie. Nic więc dziwnego, że zdecydowanie chętniej wybieraną one alternatywny sposób finansowania firmowego samochodu. Jest nim wynajem długoterminowy, z którym warto zapoznać się bliżej!

Wynajem długoterminowy a leasing. Czym różnią się oba sposoby finansowania firmowego auta?

Wynajem długoterminowy to stosunkowo nowy sposób finansowania firmowego auta, który jednak zyskał już spore grono zwolenników wśród polskich firm. Przedsiębiorcy doceniają go przede wszystkim za krótszy czas trwania zobowiązania oraz z góry ustalony koszt, którego znajomość ułatwia planowanie i zarządzanie firmowym budżetem. 

Wynajem długoterminowy a leasing

Wynajem długoterminowy polega na użyczeniu przez firmę oferującą tę usługę wybranego auta przedsiębiorstwu, które będzie z niego korzystało przez czas określony w umowie. Umowa wynajmu długoterminowego jest podpisywana na czas od 12 miesięcy do kilku lat, co daje firmom swobodę w decydowaniu, jak długo chcą korzystać z wynajętego samochodu. 

Podobnie, jak w przypadku leasingu, przez cały okres obowiązywania umowy auto pozostaje własnością firmy, która je użycza. W przypadku wynajmu długoterminowego w większości przypadków nie ma możliwości jego wykupienia na własność – zamiast tego, kiedy umowa dobiegnie końca, firma może zdecydować się na podpisanie kolejnej i w jej ramach otrzymać nowe auto, lepiej dopasowane do bieżących potrzeb swojej działalności.

Tym, czym wynajem długoterminowy zdecydowanie góruje nad leasingiem są natomiast koszty. Firmy stawiające na ten sposób finansowania auta nie tylko znają z góry dokładną kwotę, jaką będą miesięcznie płaciły za korzystanie z użyczonego im samochodu, lecz także zawiera ona w sobie wydatki, które w przypadku leasingu obciążają firmę. 

Miesięczna kwota wynajmu auta zawiera nie tylko tzw. abonament, czyli opłatę za korzystanie z wynajmowanego samochodu, lecz także koszty ubezpieczenia auta, wydatki związane z naprawami, serwisowaniem i przeglądami technicznymi, koszt zakupu części zamiennych, a nawet okresową wymianę opon. 

Firmę obciążają natomiast wyłącznie koszty związane z faktycznym korzystaniem z samochodu, do których należy zaliczyć m. in. paliwo, płyny eksploatacyjne, opłaty parkingowe, autostrady, korzystanie z myjni itp. Nic więc dziwnego, że wynajmem długoterminowym interesuje się coraz więcej firm, słusznie upatrując w nim znacznie bardziej elastycznej oraz opłacalnej pod względem finansowym alternatywy dla leasingu.

Wsparcie merytoryczne przy artykule:

Samochód w firmie

Bio Planet publikuje wyniki za 1 kwartał 2023 r.

Bio Planet S.A, jest liderem wśród dostawców żywności ekologicznej w Polsce, a poprzez kolejne inwestycje i przejęcia umacnia swoją pozycję. W I kwartale 2023 r. Spółka zrealizowała 23% wzrost przychodów w stosunku do I kwartału 2022 r. Bio Planet S.A. posiada potencjał logistyczny i operacyjny do przyspieszenia wzrostu przychodów ze sprzedaży w kolejnych kwartałach 2023 r

„Od kilku miesięcy widzimy pozytywne efekty modelu biznesowego jaki przyjęliśmy. Przejęcie części aktywów dwóch spółek – NaturaVena oraz Smak Natury, pozwoliło nam na poszerzenie oferty oraz dotarcie do nowych klientów. W pierwszym kwartale 2023 r. uruchomiliśmy również obsługę dropshippingową dla pyszneeko.pl, a w przyszłości planujemy rozwijać tego typu usługi dla innych sklepów internetowych. Odnotowaliśmy również duży wzrost udziału w przychodach sieci sklepów ogólnospożywczych, z 8 do 18% oraz kolejny wzrost udziału eksportu w strukturze sprzedaży –4% w I kwartale 2023 r. w stosunku do 3% w 2022 r. Obecne wyniki są efektem zrealizowanych działań konsolidacyjnych.” – mówi Sylwester Strużyna, Prezes Zarządu Bio Planet S.A.

Przychody za pierwszy kwartał 2023 r. wyniosły 69 mln PLN i były aż o 23% wyższe niż w pierwszym kwartale 2022 r., kiedy wyniosły 56,3 mln zł. Przychody miesięczne były wyższe średnio o 4,2 mln zł w stosunku do 2022 r. Koszty działalności operacyjnej w I kwartale 2023 r. wzrosły o 26% w stosunku do kosztów operacyjnych w I kwartale 2022 r. co przełożyło się na zmniejszenie zysku na sprzedaży do poziomu 1,2 mln oraz na niewielkie zmniejszenie EBITDY do 2,8 mln zrealizowanej w I kwartale 2023 r.

„Liczymy na to, że rozpoczęty przez nas proces konsolidacji dostawców żywności ekologicznej przyniesie jeszcze lepsze efekty w postaci kolejnych wzrostów wolumenu naszej sprzedaży. W dalszej perspektywie będziemy efektywniej zarządzać marżą i wpływać pozytywnie na potencjał osiąganego zysku przez Spółkę. Przed nami rok pełen kolejnych wyzwań, a nasz zespół jest odpowiednio zmotywowany do pracy. Wierzę, że w kolejnych miesiącach uda nam się wypracować dobre rezultaty dla Spółki” – mówi Sylwester Strużyna, Prezes Zarządu Bio Planet S.A.

W pierwszym kwartale Spółka wprowadziła około 700 nowych produktów do oferty. Część z nich (około 300) to produkty, których dystrybucją zajmowała się wcześniej Spółka Smak Natury. Pozostałe 400 to nowości od dostawców od lat współpracujących z Bio Planet. Do oferty wprowadzono także 3 nowe produkty pod marką Bio Planet.

W styczniu 2023 r. Spółka po raz kolejny przedłużyła certyfikat na zgodność z Globalną Normą BRC wersja 8. Certyfikat BRC Global Standard for Food Safety jest dowodem poziomu kompetencji w zakresie systemu HACCP, higieny oraz bezpieczeństwa i jakości żywności. Certyfikacja świadczy także o zaangażowaniu firmy na rzecz bezpieczeństwa żywności i relacji z kontrahentami.

Bio Planet S.A. jest obecnie liderem wśród dostawców żywności ekologicznej w Polsce. Działalność spółki koncentruje się na konfekcjonowaniu oraz dystrybucji żywności ekologicznej. W ofercie posiada ok. 7,0 tys. indeksów sprzedażowych obejmujących produkty trwałe oraz produkty świeże. Od 2007 roku produkty Bio Planet S.A. posiadają certyfikat AGRO BIO TEST, który jest podstawą kwalifikowania żywności oferowanej przez Spółkę jako żywności ekologicznej (żywności bio).

Porozumienie za oceanem

Poniedziałek niby jest dniem wolnym w wielu ważnych gospodarkach, ale nie brakuje nam wydarzeń ze świata, które wykluczają nudę. Porozumienie w USA czy wyniki wyborów w Turcji to tylko niektóre z nich.

Co ze stopami procentowymi w USA?

Jeszcze kilka tygodni temu żyliśmy w świecie, w którym Amerykanie mieli obniżyć stopy procentowe 2-3 razy w tym roku. Obecnie po zmianach sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Co ciekawe, jest już ponad 60% szansa na podwyżkę na posiedzeniu czerwcowym. Dominującym scenariuszem na grudzień jest jednak obecny poziom stóp procentowych. Okazuje się, że USA wcale nie wygra tak szybko z inflacją, jak dotychczas sądzono. Co więcej, skoro recesja nie nadchodzi, wyraźnie są skłonni dłużej potrzymać wysokie stopy procentowe, by zminimalizować problem wzrostu cen. To mniej więcej odwrotnie niż w Polsce. Zmiany oczekiwań mają pozytywny wpływ na dolara amerykańskiego. Tamtejsza waluta się umacnia. Inwestorzy chętniej kupują dolara, skoro wypłaci on lepsze odsetki.

Kolejna kadencja Erdogana

Zgodnie z oczekiwaniami większości analityków Recep Erdogan został ponownie prezydentem Turcji. Druga tura była potrzebna przez brak niecałego procenta głosów w pierwszej turze. Niby różnica finalna między urzędującym prezydentem a liderem opozycji wyniosła poniżej 5%, ale jak było daleko do zwycięstwa opozycji, najlepiej pokazywały notowania bukmacherów. Za postawionego na Erdogana dolara ciężko było zarobić 10 centów, za przegraną można było z łatwością dostać 10, tyle że dolarów. Lira turecka delikatnie przyspieszyła spadki po wynikach wyborów. Jak widać, pomimo przywiązania waluty do dolara w dalszym ciągu państwo nie może sobie pozwolić, by przepłacić rynki, które najwyraźniej wolałyby zmianę rządów w Turcji.

Nadchodzi koniec impasu w USA

Według informacji od szefa Partii Republikańskiej porozumienie kończące obecne problemy z limitem zadłużenia zostało właśnie ustalone. Ustalenie to jednak jedno, teraz trzeba je jeszcze formalnie przeprowadzić przez obie izby. Niby jest to formalność, a jednak często się okazywało, że nie jest to takie oczywiste. Większość analityków jest jednak dobrej myśli. Giełdy na świecie pokazują dzisiaj wzrosty, co po części można łączyć z lepszymi nastrojami wywołanymi zamknięciem istotnego jednak ryzyka politycznego. Łączy się to w czasie ze zmianami na kontraktach terminowych na stopę procentową. Niewykluczone, że zmiany te wynikają z przygotowania rynku na to, ile USA będzie musiało teraz w krótkim czasie pożyczyć, by uzupełnić płynność.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów. Powodem są dni wolne w wielu ważnych gospodarkach.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Lekarze dentyści: mamy dość kredytowania NFZ. Wiele przychodni stomatologicznych może wstrzymać rejestrację pacjentów

– Istnieje realna obawa  o dostępność do publicznej opieki stomatologicznej dla pacjentów. Ostatnia zmiana wyceny niektórych świadczeń stomatologicznych, przy braku zwiększenia kontraktów stomatologicznych skutkuje tym, że już w połowie miesiąca kończą się nasze możliwości przyjmowania pacjentów i zmuszeni jesteśmy ograniczać a  może za chwilę nawet odmawiać  leczenia stomatologicznego – mówi dr Magdalena Szewczyk członek  Komisji Stomatologicznej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Szczecinie. – Popieramy postulaty lekarzy dentystów. Sytuacja z rozliczeniami świadczeń stomatologicznych jest nie do przyjęcia. Wygląda to jak piramida finansowa, gdzie leczenie pacjentów jest możliwe, bo płatnik zadłuża się u przedsiębiorców, obiecując im zwrot z opóźnieniem – mówi Michał Bulsa, Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie.

Lekarze dentyści oczekują pilnej zmiany sposoby rozliczenia umów z NFZ

Lekarze dentyści ze Szczecina postanowili jasno i wyraźnie zaprotestować przeciwko polityce Narodowego Funduszu Zdrowia, która prowadzi do tego, że gabinety dentystyczne mające kontrakty z NFZ są zmuszone do dopłacania do świadczeń lub do odmawiania pacjentom usług. Obie sytuacje nie powinny nigdy mieć miejsca.

– Zwrot poniesionych kosztów za materiały, media, pensje dla personelu medycznego, serwisu sprzętu, mediów, jakie ponosimy, by móc leczyć pacjentów,  NFZ refunduje obecnie na bieżąco, natomiast świadczenia wykonane ponad podstawowy limit kontraktu rozliczane są kwartalnie z tzw. Funduszu Medycznego, i wypłacane  dopiero kilka miesięcy po ich zrealizowaniu (za I kwartał pieniądze wpłynęły 08.05.2023r.). W ten sposób, całkowity koszt leczenia pacjentów, obciąża właściciela placówki, a pacjenci czekają w kolejkach i nie są świadomi tego procederu – mówi dr Ewa Tomaszewska członek Prezydium Komisji Stomatologicznej OIL w Szczecinie

NFZ ma długi u lekarzy dentystów? „Dług wobec jednej przychodni może sięgać nawet 100 tysięcy złotych. Rozliczane jest to z opóźnieniem”

Obecna sytuacja sprawia, że dług NFZ wobec  jednej niewielkiej przychodni stomatologicznej posiadającej specjalistyczny kontrakt  z zakresu chirurgii stomatologicznej oraz obejmującej opieką stomatologiczną dzieci, kierowane z terenu całego województwa,  przekroczył  100 tysięcy złotych. To oznacza, że cała grupa pacjentów została wyleczona na koszt właściciela praktyki, a nie państwowej instytucji, która jest zobowiązana do pokrycia tych wydatków.

– Zwracamy się do NFZ o zmianę sposobu wypłaty należności za wykonane świadczenia dla osób ubezpieczonych na bieżące rozliczanie usług stomatologicznych zakontraktowanych i także samo świadczeń poza limitowych – mówi dr Adam Kozłowski, przewodniczący Komisji Stomatologicznej przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Szczecinie.

– Jeżeli świadczenia zostaną opłacone, to dzieje się to ze znacznym opóźnieniem, czyli de facto jest kredytowaniem państwowego molocha przez lekarzy dentystów. Kto z Państwa zgodziłby się na odroczenie wypłaty wynagrodzenia o kilka miesięcy, a obniżyć standardów nam nie wolno, bo stanowiłoby to zagrożenie dla pacjentów, a dla nas konsekwencje prawne – dodaje dr Magdalena Szewczyk

Limity się kończą , a pacjenci obwiniają lekarzy

Jeżeli sytuacja się nie zmieni to wiele przychodni będzie zmuszonych do wstrzymania rejestracji pacjentów i nie będzie możliwe realizowanie podstawowych gwarantowanych świadczeń medycznych w ramach ubezpieczenia nawet tym pacjentom, którzy byli wcześniej umówieni, ponieważ grozi to bankructwem placówki.

Brak dostrzeżenia tego problemu przez NFZ zagrozi ogólnopolskim paraliżem dostępności do leczenia stomatologicznego i jest lekceważeniem należnych pacjentom standardów  bezpiecznego leczenia w ramach opłacanych składek ubezpieczeniowych, a także oznaką  braku szacunku dla wykonujących swą pracę lekarzy dentystów i pozostałych osób, bez których nie byłaby możliwa praca gabinetów.

Bardzo często pacjenci nie są świadomi sytuacji i winą za opóźnienia lub nawet odmowę leczenia na NFZ obwiniają lekarzy: – Na nas spada również odium niezadowolenia z powodu wydłużonego czasu oczekiwania na leczenie, a przecież to NFZ odpowiada za zapewnienie dostępności do leczenia dla wszystkich osób opłacających składki zdrowotne. Trudno o dobre zabezpieczenie dostępności, jeśli stawka roczna na pacjenta wynosi ok. 70 zł, a koszt pojedynczego świadczenia to teraz często ponad 100 zł – dodaje dr Ewa Tomaszewska

Quiet quitting – bunt młodego pokolenia czy wypalenie zawodowe?

Po erze Wielkiej Rezygnacji, nadszedł czas na quiet quitting, czyli ciche odchodzenie. Początek tej praktyce dało wchodzące na rynek pracy pokolenie Z, które otwarcie rozmawia o problemach, z jakimi zmaga się w środowisku zawodowym. W obliczu postępującej zmiany pokoleniowej, pracodawcy będą zmuszeni adaptacji w nowych realiach. Stagnacja i próba zamknięcia się w dotychczasowych ramach może zakończyć się oporem ze strony młodej kadry.

Ludzie urodzeni i wychowani pod koniec lat ‘90 dynamicznie wkraczają na rynek pracy, niosąc ze sobą szereg radykalnych zmian. Podczas gdy niektórzy pracodawcy podziwiają ich za nieszablonowe myślenie i chęć naprawy świata, inni postrzegają ich jako roszczeniowych i niestabilnych. Nierzadko można zaobserwować lekceważenie podstawowych praw i potrzeb młodego pracownika. Taka postawa doprowadziła do powstania zjawiska quiet quittingu.

Czym jest ciche odchodzenie?

Quiet quitting, czyli ciche odchodzenie, wbrew pozorom nie polega na rezygnacji z zatrudnienia. Zjawisko to oznacza wyrzeczenie się pewnego kultu pracy, który jest dość głęboko zakorzeniony w polskim społeczeństwie. Trend został wypromowany głównie przez użytkowników TikToka w ubiegłym roku.

Ciche odchodzenie polega na rzetelnym wykonywaniu tylko tych obowiązków, które są ściśle przypisane do danego stanowiska. Nie należy się więc zanadto poświęcać dla dobra firmy, ulegać presji i korporacyjnej hustle culture, czyli kulturze pracy ponad siły. Zatrudnieni stają się więc bardziej racjonalni w doborze i realizacji swoich obowiązków, próbując odzyskać równowagę między życiem prywatnym a zawodowym.

Przyczyny i cele quiet quittingu

Według raportu „State of the Global Workplace” przeprowadzonego przez Instytutu Gallupa w 2022 roku, tylko 14 proc. Europejczyków jest zaangażowanych w swoją pracę i czerpie z niej satysfakcję. Dla młodego pokolenia, w odróżnieniu od starszych badanych, utrzymanie zadowolenia z pracy okazało się niezwykle ważne. Z tego właśnie powodu generacja Z zaczęła otwarcie mówić o swoich problemach i potrzebie zachowania work-life-balance, czyli równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Mniejsze zaangażowanie w sprawy przedsiębiorstwa nie wynika więc z lenistwa, lecz jest przyczyną chęci zmiany priorytetów i zadbania o dobrostan psychiczny. Główną ideą nurtu jest też odsunięcie roli pracy na drugi plan, bez przedkłada jej ponad szczęście osobiste.

Quiet quitting często bywa mylony z roszczeniowością. Cichy uciekinier to bowiem osoba, dla której komfort osobisty jest priorytetem wyższym, niż sukces zawodowy. W całym działaniu chodzi o to, by zmniejszyć angaż emocjonalny w pracę i zadbać o swoje sprawy pozazawodowe. Można osiągnąć to poprzez unikanie stresu wynikającego np. z nadmiaru obowiązków, które często przewyższają nasze siły. Chodzi też o znalezienie chwili na relaks, realizowanie swoich pasji, czy zwyczajne spędzanie czasu z bliskimi – mówi Wiktoria Kuc, dyrektor personalna w Symfonii.

Duże znaczenie w rozwoju quiet quittingu miało również przejście na model pracy zdalnej. Zwiększyła ona liczbę godzin spędzanych przy biurku, co przełożyło się na zwiększenie ryzyka rozwoju wypalenia zawodowego. Pandemia była też momentem, w którym pracownicy mogli zastanowić się, czy czują się doceniani w firmie i czy ich wynagrodzenie jest adekwatne do zaangażowania.

Ciche odchodzenie wśród “zetek” to pokłosie pandemicznej rzeczywistości, wprowadzenia pracy zdalnej i zatarcia granic między obowiązkami służbowymi a domowymi. Szybkie zmiany odcisnęły u wielu osób piętno i przyczyniły się chociażby do wypalenia zawodowego czy niechęci do pracy. Nic więc dziwnego, że młodzi ludzie, którzy w covidowych realiach wkraczali na rynek pracy, zaczęli teraz intensywniej korzystać z czasu wolnego i dbać o swoje samopoczucie – komentuje Piotr Pszczółkowski, CEO HRtec.

Recepta na quiet quitting

Aby skutecznie zapobiec quiet quittingowi należy przede wszystkim zapewnić pracownikowi poczucie docenienia jego pracy. Warto pamiętać o odpowiednim wynagrodzeniu, które ma szczególne znaczenie w obliczu rosnącej inflacji. Dużą rolę odgrywa samo zaangażowanie pracodawców, takie jak promowanie dbania o zdrowie psychiczne czy prowadzenie regularnych rozmów na temat warunków pracy. Ważna jest umiejętność motywowania pracowników, którzy powinni odczuć wsparcie firmy w radzeniu sobie ze stresem, czy w nauce efektywnej organizacji pracy. Warto słuchać pomysłów współpracowników, ale nie obarczać ich wbrew ich woli wdrożeniem tych idei. Dużą pokusę stanowi dokładanie większej ilości obowiązków wydajnym pracownikom – nie należy jednak tego robić.

Managerowie powinni opanować ważna lekcję, mianowicie nie polegać tak bardzo na pracownikach, którzy pracują ponad siły. W Polsce panuje przekonanie, że firma powinna oczekiwać od pracowników zaangażowania wykraczającego poza zakres ich standardowych obowiązków. Niestety to założenie uderza we wszystkich, którzy nie zostali poinformowani o tej niepisanej zasadzie. Ponadto powoduje, że wciąż te same osoby są obarczane dodatkowymi zadaniami, bo zawsze byli chętni do realizacji nadgodzin. Gdy z tej perspektywy spojrzymy na sytuację w firmach, to ciche odchodzenie staje się zrozumiałą odpowiedzią na wygórowane oczekiwania i brak zrozumienia – dodaje Piotr Pszczółkowski.

Liderzy powinni zachować staranność w kilku znaczących elementach interakcji z pracownikiem. Przede wszystkim jasno określić, co oznacza „spełnić oczekiwania”, a co „przekroczyć oczekiwania” i ustalić konkretne konsekwencje tych zachowań. Managerowie powinni regularnie rozmawiać na temat ambicji i aspiracji pracowników oraz ich preferencji.

Obok tak popularnej rewizji kosztów w firmie, przydałaby się rewizja celów i procesów, by zmniejszyć niepotrzebne obciążenie pracowników. Należy doceniać osoby, które w pracy dają z siebie zdecydowanie więcej, ale nie można przy tym umniejszać osobom, które robią dokładnie to, co do nich należy. Warto również ustalić, czy pracownik nie jest zaangażowany, bo coś go blokuje w działaniu, czy możemy mu w tym pomóc – komentuje Wiktoria Kuc.

Być może mówienie o cichym odchodzeniu stanowi niezbędną podstawę do zmian na rynku, podczas gdy pojawia się na nim nowe pokolenie. Należy również pamiętać, że degradacja pracy ze stanowiska najważniejszej wartości w życiu nie oznacza mniejszej produktywności. Może świadczyć np. o dbałości pracownika o własne samopoczucie i zdrowie psychiczne, który w efekcie będzie zrelaksowany i zadowolony z miejsca swojego zatrudnienia.

Polskim pracownikom brakuje możliwości rozwoju

9 na 10 Polaków miało do czynienia w swoim życiu z jakąkolwiek formą szkolenia w miejscu pracy. Wg deklaracji respondentów GoodHabitz, 61% pracujących Polaków uczestniczyło w takim szkoleniu w ciągu roku od badania, a 45% – na przestrzeni 6 miesięcy. Jednak już tylko mniejszość uważa, że mają dostęp do wystarczających możliwości rozwoju, a pracodawcy w pełni wykorzystują ich potencjał i talent. 44% Polaków uważa, że budżet szkoleniowy w ich miejscu pracy jest zbyt niski. Nie wszyscy widzą jednak ten problem. W firmowych hierarchiach są takie stanowiska, na które budżetu nie brakuje. Którzy pracownicy są najbardziej doinwestowani, a na kogo brakuje środków?

Kluczowym rozwiązaniem, które może pomóc poprawić obecny stan rzeczy i odpowiedzieć na niezadowolenie pracowników związane z brakiem możliwości rozwoju zawodowego, są szkolenia online. To dobre narzędzie do szlifowania wiedzy w obszarach określanych przez Polaków jako najbardziej pożądane. Wśród nich najczęściej wymieniane są: znajomość języków obcych, rozwój osobisty i kompetencje cyfrowe.

Polacy edukują się zawodowo online

Sposoby pracy i zdobywania nowych umiejętności zmieniły się diametralnie w ciągu ostatnich lat. Okazało się, że nauka online może być skutecznym narzędziem rozwoju kadr. Jest ona bardzo powszechnym środkiem nabywania kompetencji przez Polaków. Aż 80% badanych pracowników brało udział kiedykolwiek w szkoleniu za pośrednictwem sieci. Głównie ze względów zawodowych. Ponad 2 na 3 badanych (68%) uczestniczyło w szkoleniach online w celach związanych z pracą, a tylko 11% – wyłącznie w celach prywatnych.

Opinie na temat nabywania kompetencji zawodowych online różnią się zauważalnie w różnych grupach wiekowych. Młodzi pracownicy są zdecydowanie bardziej chętni do cyfrowej formy rozwoju. Jako równie lub bardziej skuteczne określa je po 79% przedstawicieli Generacji Z (18-24 lata) oraz Generacji Y (25-34 lata). Odsetek ten spada wśród przedstawicieli starszych generacji – 74% wśród 35-44-latków oraz 63% osób od 45 roku życia.

Warto jednocześnie podkreślić, że w każdej z grup nadal wyraźnie przeważają osoby oceniające wysoko szkolenia online jako narzędzie nabywania wiedzy. Nasze badanie dowodzi, że stereotypowe postrzeganie szkoleń online jako mniej skutecznych od tych „na żywo” odeszło dawno do lamusa. Blisko 3/4 respondentów (73%) uważa szkolenia odbywające się w sieci za bardziej lub równie skuteczne co te offline.
-– mówi Karina Chowaniak, starsza specjalistka ds. marketingu w GoodHabitz Poland.

Potencjał zbyt rzadko wykorzystany

Ten dość pozytywny obraz dostępu Polaków do szkoleń kontrastuje jednak z oceną jakości działań rozwojowych, które zapewniają pracodawcy. Analiza opinii badanych pracowników pokazuje, że poziom i zakres oferty w miejscach pracy pozostawia często wiele do życzenia. Według 44% Polaków budżet szkoleniowy w ich miejscu pracy jest zbyt niski. Warto zauważyć, że na niedostateczne środki na ten cel zwracają uwagę szczególnie kobiety (46%) oraz osoby z grupy wiekowej 35-44 (55%).

Tylko co trzeci Polak (33%) uczestniczący w naszym badaniu zgadza się ze stwierdzeniem, że ma dostęp do dużej liczby szkoleń i możliwości rozwoju w obecnym miejscu pracy. Także tylko co trzeci respondent potwierdza, że w jego firmie pyta się pracowników o realne potrzeby w zakresie rozwoju umiejętności (34%). Nieco więcej badanych jest przekonanych, że w ich organizacji przykłada się dużą wagę do zwiększania umiejętności pracowników (40%). Niestety poziom wspomnianych szkoleń pozostawia wiele do życzenia – zadowolonych z oferty szkoleniowej jest tylko 38% respondentów.

Taka percepcja praktyk learning & development (L&D) pracodawcy przekłada się często na niezadowolenie pracowników. Tylko nieco ponad 4 na 10 Polaków jest przekonanych, że pracodawca w pełni wykorzystuje ich potencjał umiejętności jako pracowników. To sygnał ostrzegawczy dla firm, w których retencja pracowników pozostaje dużym wyzwaniem, a jednocześnie prowadzą intensywne rekrutacje. Osoby, które nie czują wsparcia pracodawcy w rozwoju, mogą podjąć decyzję o odejściu. Z kolei zwiększenie oferty szkoleniowej może utrzymać talenty na dłużej w zespole. Połowa respondentów przyznaje, że większy dostęp do szkoleń wpłynąłby pozytywnie na ich ocenę obecnego pracodawcy.

Priorytety: juniorzy i pracownicy średniego szczebla

Firma GoodHabitz zapytała Polaków o to, na szkolenie których pracowników firmy powinny przeznaczać najwięcej środków. Jak wykazało badanie, grupą na której szkolenie według respondentów powinno być przeznaczane najwięcej środków firm, są pracownicy średniego szczebla. Na kolejnej pozycji znaleźli się młodsi specjaliści i stażyści. Dopiero na dalszych pozycjach uplasowali się starsi specjaliści oraz menedżerzy, kierownicy i zarząd. Ten wynik wskazuje na to, że Polacy najczęściej oczekują wsparcia w nabywaniu kompetencji szkoleniowych dla osób na początku kariery lub na etapie wspinania się na kolejne szczeble hierarchii firmowej. Na dalszej pozycji znalazły się osoby, które już zajmują wyższe stanowiska. To interesująca obserwacja, bo według odpowiedzi ekspertów HR ds. szkoleń, prezentowanych w raporcie GoodHabitz “Bilans rozwoju zawodowego”, to właśnie menedżerzy i kierownicy są grupami, na których szkolenie przeznacza się najwięcej środków.

Stażyści i juniorzy: świadomi drogi

Początek kariery to dla wielu pracowników czas najbardziej intensywnej nauki i najszybciej zachodzących zmian zawodowych. Czy jednak odzwierciedla się to w dostępie osób na stanowiskach juniorskich do narzędzi rozwoju kompetencji? Według badania GoodHabitz odpowiedź nie jest jednoznaczna. Z jednej strony 57% badanych z tej grupy uczestniczyło w ciągu ostatniego roku w szkoleniu w miejscu pracy, są także grupą najrzadziej narzekającą na zbyt niskie budżety szkoleniowe w firmie. Z drugiej strony jednak są najczęściej szkoleni w najmniej spersonalizowany sposób, za pośrednictwem webinarów i ogólnodostępnych platform. Natomiast najrzadziej ze wszystkich poziomów stanowisk uczestniczą w wydarzeniach branżowych. Warto zwrócić uwagę na fakt, że postawienie przez firmę na tzw. skill blending w rozwoju kompetencji może być skutecznym sposobem na przyciągnięcie młodych talentów. Stażyści i juniorzy są świadomi trudnej drogi, która czeka na nich w najbliższych latach. Najchętniej ze wszystkich grup deklarowali zwiększoną chęć aplikowania do firm, które oferują zespołowi szkolenia z kompetencji miękkich, są także wyjątkowo zainteresowani kursami wspierającymi rozwój osobisty. Jednocześnie tylko nieco ponad połowa z nich ocenia pozytywnie swoje kompetencje cyfrowe, co jest zaskakujące zważywszy na dużą reprezentację w tej grupie przedstawicieli Generacji Z, dorastającej w cyfrowym świecie.

Pozytywny wpływ szkoleń na rozwój kariery to aspekt, który zauważa każda badana w raporcie grupa zawodowa. Dlatego kultura uczenia się i doskonalenia kompetencji powinna być rozwijana z myślą o wszystkich szczeblach organizacji i jak najszerszym gronie pracowników. Oczywiście pracownicy różnych poziomów mają różne kompetencje, a co za tym idzie – również inne potrzeby. Świadomy pracodawca powinien te potrzeby dostrzegać, nie pomijając pracowników żadnego poziomu, by być w stanie zachować balans w środowisku firmowym. – mówi Daniel Idźkowski, Country Director w GoodHabitz Poland.

Średni szczebel: ukryty potencjał

Pracownicy średniego szczebla to grupa badanych, której przedstawiciele zdają się mierzyć z największym niezadowoleniem z obecnego rozwoju zawodowego. Tylko 36% z nich uważa bowiem, że pracodawcy wykorzystują w pełni ich potencjał. Również najczęściej spośród wszystkich grup czują się niesłuchani przez pracodawcę. Tylko jeden na czterech z nich uważa, że ich pracodawca pyta zespół o jego realne potrzeby szkoleniowe. Co więcej, często krytycznie oceniają swoją dotychczasową historię nabywania kompetencji. Aż 2 na 3 pracowników średniego szczebla uważa, że w przeszłości awansowaliby szybciej, gdyby mieli dostęp do odpowiednich szkoleń zawodowych. Badani z tej grupy w związku z tym często wyrażają chęć zmiany zawodowej i sprawdzenia się w nowym miejscu. Aż trzech na czterech z nich jest gotowych wziąć udział w szkoleniach zawodowych, by awansować w obecnej firmie lub dostać lepszą pracę. Są także świadomi zmieniających się potrzeb kompetencyjnych na rynku – to właśnie w tej grupie odnotowaliśmy największy odsetek chętnych do rozwijania się w obszarach kompetencji cyfrowych oraz znajomości języków obcych.

Odpowiedzi pracowników średniego szczebla uczestniczących w badaniu wskazują na ukryty potencjał, tkwiący w tej grupie. Znajduje się w niej wiele osób, które otrzymując dostęp do odpowiednich szkoleń lub zaufanie ze strony pracodawcy mogłyby skutecznie awansować na wyższe szczeble firmowej hierarchii. Jednocześnie bywa ona często przeoczana przez pracodawców, którzy skupiają się częściej na osobach plasujących się na wyższych szczeblach firmowej hierarchii.

Starsi specjaliści: realny czas rozwoju

Starsi specjaliści okazali się gwiazdami firmowych budżetów learning & development (L&D). Najczęściej ze wszystkich grup biorą udział w szkoleniach – w ciągu roku od badania uczestniczyło w nich 2 na 3 starszych specjalistów. Również oni najczęściej ze wszystkich deklarowali dostęp do najbardziej spersonalizowanej oferty szkoleniowej. Wśród wszystkich grup wyróżniają się udziałem osób, które mają szanse na dofinansowanie specjalistycznych szkoleń z uprawnieniami (27%), certyfikatów zawodowych (20%) oraz studiów podyplomowych (18%). Są także doskonale zaznajomieni ze szkoleniami online. Z wynikiem 84% respondentów mających za sobą doświadczenie takiego kursu uplasowali się zdecydowanie wyżej od juniorów i specjalistów średniego szczebla.

Ta sytuacja przekłada się także na większy optymizm przedstawicieli tej grupy. Są oni przekonani o powszechnym dostępie pracowników w firmie do narzędzi rozwoju częściej niż osoby z niższych stanowisk. Najczęściej dostrzegają także pozytywny wpływ szkoleń na przebieg kariery – dostrzega go 79% respondentów w tej grupie. Co interesujące, wśród starszych specjalistów dostrzegalny jest największy odsetek osób oceniających pozytywnie swoje kompetencje cyfrowe (66%). Dane te jednak nie muszą przekładać się na realny poziom kompetencji cyfrowych, a stanowią jedynie deklarację. Firmy powinny uważnie sprawdzać możliwości pracowników w tym obszarze, bo łączenie ich z kompetencjami miękkimi będzie jedną z kluczowych cech poszukiwanych u menedżerów w przyszłości. Tymczasem to właśnie wśród starszych specjalistów dziś wykuwają się kadry kierownicze, które będą rządzić firmami w najbliższych latach.

Menedżerzy: głód umiejętności miękkich

Opinie menedżerów i dyrektorów biorących udział w badaniu wykazały interesującą tendencję. Z jednej strony wykazują się oni wysoką oceną posiadanych kompetencji miękkich, które pozytywnie ocenia u siebie 70% respondentów z tej grupy. Z drugiej strony to właśnie menedżerzy stawiają je na pierwszym miejscu swoich priorytetów rozwojowych – najczęściej ze wszystkich chcą doskonalić zarządzanie zespołem, efektywną komunikację czy umiejętności interpersonalne. Niewątpliwie te deklaracje powiązane są z szeregiem wyzwań, które są charakterystyczne dla menedżerów: codzienną budową relacji z zespołem, klientami i partnerami oraz zarządzaniem. Stanowiska menedżerskie przyciągają osoby, z których większość posiada te umiejętności na wysokim poziomie. Jednak codzienna praktyka uczy je, że rozwój w tym obszarze nigdy się nie kończy. Trzech na czterech badanych menedżerów jest przekonanych, że w ich zawodzie stałe nabywanie nowych kompetencji jest kluczowe.

Menedżerzy najczęściej ze wszystkich grup rozwijają swoje kompetencje poprzez networking i relacje z otoczeniem biznesowym. Blisko co trzeci z nich (31%) deklaruje, że w swoim miejscu pracy jest wysyłany na konferencje i eventy branżowe – co stanowi dużo wyższy wynik od pozostałych grup. Jednocześnie zaskakujące są deklaracje dotyczące kompetencji cyfrowych. Menedżerzy najrzadziej ze wszystkich poziomów stanowisk deklarują potrzebę rozwoju w tym obszarze. Wyraża ją mniej niż połowa badanych w tej grupie. W kontekście zmieniającej się dynamicznie gospodarki to postawa, która powinna podlegać weryfikacji. Osoby zarządzające coraz bardziej zdigitalizowanymi zespołami powinny doskonalić swoje umiejętności w tym obszarze.

Z perspektywy organizacji, stworzenie odpowiedniej oferty szkoleniowej, która będzie dostępna dla pracowników każdego szczebla, spersonalizowana i odpowiadająca na konkretne potrzeby firmy i jej zespołów, może wydawać się dużym wyzwaniem. Dlatego w GoodHabitz dbamy o dostępność kursów dla wszystkich pracowników. Inwestycja w zespoły owocuje poczuciem docenienia i w konsekwencji lepszą retencją, a poniesiony koszt wciąż jest mniejszy niż zatrudnienie nowego pracownika.
-– podsumowuje Daniel Idźkowski.

O RAPORCIE

Raport Pracownicy w świecie rozwoju oparto na badaniu ilościowym, zrealizowanym przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie GoodHabitz w sierpniu 2022 roku. W pomiarze przeprowadzonym metodą profesjonalnego formularza internetowego (CAWI) wzięła udział grupa 507 Polaków posiadających pracę, reprezentatywna pod kątem płci, wieku, wykształcenia i miejsca zamieszkania. Ponadto w badaniu dokonaliśmy dodatkowego podziału respondentów na cztery grupy: stażystów i młodszych specjalistów (n=118); specjalistów średniego szczebla (n=151); starszych specjalistów i ekspertów (n=111) oraz menedżerów i dyrektorów (n=127).

Kryzys zadłużeniowy za nami?

Globalne rynki finansowe odetchnęły wreszcie z ulgą. Stało się tak pomimo, że historia zawsze pokazywała, że politykom na ostatnią chwilę zawsze udawało się znajdować rozwiązanie w temacie limitu zadłużenia. Nasdaq Composite urósł o 2,2 proc. i znalazł się najwyżej od sierpnia ubiegłego roku.

Administracja Białego Domu oraz kontrolowana przez Republikanów Izba Reprezentantów zawarły wstępne porozumienie w sprawie przedłużenia oraz zawieszenia limitu zadłużenia. W słowach Kevina McCarthy słychać było w sobotę dużo optymizmu. Przyznał, że jest jeszcze wiele do zrobienia, ale dodał, że to porozumienie co do zasady jest godne Amerykanów. Zostało ono nazwane „transformacyjnym” posunięciem mającym na celu ograniczenie wydatków. Obie strony wyraziły przekonanie, że Izba uchwali je. Głosowanie zaplanowane jest na 31 maja. Dziś w USA jest wolne z okazji Dnia Pamięci.

Podobno za taką formą porozumienia opowiada się 95 proc. kongresmenów Partii Republikańskiej, która kontroluje Izbę Reprezentantów posiadając w niej 222 głosów. Demokraci dysponują 213 głosami.

Umowa obejmuje dwuletnie porozumienie, co oznacza zawieszenie limitu zadłużenia do 1 stycznia 2025 roku oraz obejmuje ograniczenie wydatków budżetowych w okresie 2024-2025. Na bezpieczeństwo będzie przeznaczone 886 mld w 2024 roku. Z koli 703 mld USD będzie ukierunkowane na wydatki spoza obszaru obronnego.

W tym momencie chodzi o przekonanie „twardych” frakcji obydwu obozów politycznych, ale po reakcji rynków można wnioskować, że pozytywny scenariusz jest szeroko oczekiwany i bliski realizacji.

Po tym, jak Kongres przyjmie porozumienie, kolejnym krokiem dla Departamentu Skarbu będzie emisja amerykańskich bonów skarbowych – aby uzupełnić kurczące się rezerwy gotówkowe. 25 maja saldo gotówki operacyjnej wynosiło 38,84 mld USD. To najniższy poziom od września 2017 roku.

Jeśli umowa zostanie pomyślnie przyjęta, rynki prawdopodobnie zwrócą uwagę na inne czynniki ryzyka. Pełna uwaga zostanie przeniesiona na następne posiedzenie Fed w dniach 13-14 czerwca. Kontrakty terminowe na stopę procentową Fed wyceniają ponad 60 proc. szans na podwyżkę stóp o 25 pb. w czerwcu. Zakładają również obniżkę stóp o zaledwie 33 pb. do końca roku. To spadek z prawie 70 pb. miesiąc temu. Zmiana ta nastąpiła m.in. po piątkowych publikacjach ze Stanów Zjednoczonych.

Z ostatnich danych makro wynika, że inflacja oraz wydatki w USA przyspieszyły. Dolar zyskał na wartości a kurs EUR/USD zrównał się poziomem 1,07.

To podkreśla stałą presję cenową oraz popyt, co może powodować, że decydenci Rezerwy Federalnej będą skłaniać się w kierunku dalszego zacieśniania monetarnego. Indeks cen wydatków na konsumpcję osobistą, jeden z preferowanych przez Fed wskaźników inflacji, wzrósł w kwietniu o 0,4%. Rok temu wskaźnik ten wzrósł o 4,4%. Wyłączając żywność i energię, tzw. bazowy indeks PCE urósł o 0,4% w porównaniu z poprzednim miesiącem i o 4,7% w porównaniu z kwietniem 2022 roku.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Spór o zadłużenie w kluczowym miejscu. Inflacja zakotwiczyła się na wysokim poziomie

Negocjacje w sprawie podniesienia pułapu zadłużenia USA wkraczają w kluczową fazę, a czas ucieka. Dolar nie reaguje na doniesienia i jakby ignorował ten czynnik ryzyka. Z kolei inflacja zakotwiczyła się na wysokim poziomie, co zwiększa szanse na dalsze podwyżki stóp w USA i wpływa na aprecjację USD.

Politycy amerykańscy w pocie czoła pracują nad uzyskaniem kompromisu. Przepaść między stanowiskami została oczywiście zmniejszona, ale jak dotąd negocjacje w sprawie podniesienia pułapu zadłużenia nie przyniosły przełomu. Saldo gotówkowe rządu federalnego USA spadło poniżej 50 miliardów dolarów

Poniedziałek jest dniem wolnym od pracy w USA (Dzień Pamięci), więc żadne płatności nie zostaną wtedy dokonane. W czwartek, pierwszego dnia miesiąca, przypadają płatności w wysokości około 100 miliardów dolarów, głównie na ubezpieczenie zdrowotne.
Cały czas od Sekretarz Skarbu Yellen wychodzą sygnały o wysokim ryzyku braku pieniędzy na początku czerwca ze względu na strukturę płatności.

Doniesienia prasowe obecnie kształtują kompromis, który przewidywałby cięcia wydatków w ciągu najbliższych dwóch lat. Pułap zadłużenia zostałby wówczas odpowiednio podniesiony lub zawieszony na ten okres. Kolejna podwyżka nie byłaby wówczas konieczna przed wyborami prezydenckimi w listopadzie przyszłego roku.

Nowe zasady proceduralne w USA stanowią, że Izba Reprezentantów ma 72 godziny na zapoznanie się z nową ustawą, zanim zostanie ona poddana pod głosowanie. Czasu jest naprawdę niewiele.

Z ostatnich danych makro wynika, że Inflacja oraz wydatki w USA przyspieszyły. Dolar zyskał na wartości.

To podkreśla stałą presję cenową oraz popyt, co może powodować, że decydenci Rezerwy Federalnej będą skłaniać się w kierunku dalszego zacieśniania monetarnego. Dolar umacnia się. Kurs EUR/USD spada do 1,0730.

Indeks cen wydatków na konsumpcję osobistą, jeden z preferowanych przez Fed wskaźników inflacji, wzrósł w kwietniu o 0,4%, podał w piątek Departament Handlu. Rok temu wskaźnik ten wzrósł o 4,4%.

Wyłączając żywność i energię, tzw. bazowy indeks PCE wzrósł o 0,4% w porównaniu z poprzednim miesiącem i o 4,7% w porównaniu z kwietniem 2022 roku.

Ten czynnik będzie wzmagał presję na dalsze podwyżki stóp procentowych przez Fed.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Gi Group Holding Partnerem Strategicznym HR Federacji Przedsiębiorców Polskich

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zawarła porozumienie o współpracy z Gi Group Holding – międzynarodową agencją pracy należącą do czołówki światowych liderów branży rozwiązań rekrutacyjnych. Umowa zakłada podejmowanie wspólnych inicjatyw mających na celu rozwój rynku pracy, promowanie najlepszych praktyk i standardów w zakresie HR oraz działań na rzecz wyrównywania warunków konkurencyjnych w obszarze zatrudnienia.

Współpraca między Federacją Przedsiębiorców Polskich i Gi Group Holding obejmie działania zmierzające do diagnozy problemów oraz zagrożeń występujących na polskim rynku pracy, a także formułowania w tym zakresie wniosków i rekomendacji, również legislacyjnych. Celem porozumienia będzie również promowanie dobrych praktyk i wysokich standardów w zakresie zatrudniania pracowników, jak również inicjowanie i wspieranie działań na rzecz wyrównywania warunków konkurencyjnych dla przedsiębiorców na rynku pracy oraz ograniczania szeroko rozumianej szarej strefy w zatrudnieniu.

Porozumienie FPP z Gi Group Holding – międzynarodową firmą zajmującą się rekrutacją pracowników oraz doradztwem w obszarze HR – to ważny element uzupełniający aktywność FPP na rynku pracy. Jednym z naszych priorytetów jest promowanie międzynarodowych standardów, w pełni profesjonalnych modeli biznesowych w zakresie zatrudnienia oraz wysokiej jakości usług. Będzie to miało wpływ na poprawę kondycji rynku pracy, zwiększenie efektywności polskich przedsiębiorstw, wykorzystanie potencjału pracowników i wzmocnienie ich bezpieczeństwa na rynku pracy – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP).

Gi Group Holding – jako partner strategiczny w obszarze HR Federacji – będzie uczestniczyć w inicjatywach i projektach podejmowanych przez tę organizację w zakresie problematyki HR i rynku pracy zarówno w kontekście gospodarczym, społecznym, jak i obowiązujących oraz projektowanych regulacji prawnych. Obszarem współpracy będą zagadnienia dotyczące prawa pracy, form zatrudnienia, procesów związanych z rekrutacją, aktywizacji zawodowej, a także nowoczesnego zarządzania zasobami ludzkimi, kompetencji pracowników i mentoringu.

Podpisanie umowy o współpracy z Federacją Przedsiębiorców Polskich to dla nas ważny moment, element strategii budowania polskiego rynku pracy. Jako międzynarodowa firma działająca w obszarze usług HR pomagamy przedsiębiorcom w realizacji ich celów biznesowych, doradzając im w zakresie zatrudnienia, wspieramy ich w rekrutacji pracowników, menedżerów i wyższej kadry zarządzającej. Jednocześnie pomagamy Polakom w znalezieniu satysfakcjonującej pracy i rozwoju zawodowym. Od lat odpowiadamy na potrzeby i oczekiwania pracowników oraz firm, dbając o najwyższe standardy. Myślę, że połączenie naszego doświadczenia z wiedzą FPP przyczyni się do zmiany rynku pracy w Polsce na lepsze – powiedział Marcos Segador Arrebola, dyrektor zarządzający Gi Group Holding w Polsce.

FPP i Gi Group Holding zakładają wspólne opracowywanie raportów i analiz z zakresu HR i rynku pracy, a także cyklicznego wskaźnika dotyczącego rynku pracy. Jego celem będzie prezentacja bieżącej koniunktury oraz najistotniejszych trendów na rynku pracy.

Współpraca będzie prowadzona w ramach komitetów tematycznych Federacji oraz innych gremiów, w których Federacja ma swoich przedstawicieli.

Czy platynowa moneta uratuje USA?

Wielkimi krokami zbliża się data potencjalnego bankructwa Stanów Zjednoczonych. Janet Yellen, szefowa Departamentu Skarbu ogłosiła, że 1 czerwca skończy się gotówka do obsługi zobowiązań USA. Chociaż wiele obserwatorów wskazuje na to, że data ta prawdopodobnie będzie znacznie późniejsza, a być może Stany Zjednoczone przetrwają do momentu ściągnięcia kwartalnych podatków 15 czerwca, to dodatkowo mówi się o innych metodach, takich jak 1 bilionowa platynowa moneta, która mogłaby rozwiązać wiele problemów obecnej administracji.

Prawo ustanowione w 1990 roku mówi o tym, że Mennica Stanów Zjednoczonych może wyprodukować monety o dowolnym nominale. Wobec tego pojawiły się pomysły, że mennica mogłaby wykonać jedną monetę z platyny o nominale jednego biliona dolarów! Wydaje się to absolutnie abstrakcyjne, ale wszystko byłoby legalne. Nasuwa się jednak pytanie, dlaczego miałaby to być jedynie jedna moneta i kto przyjąłby ją w ramach spłaty zadłużenia? Odpowiedź jest jedna i tylko teoretyczna: Rezerwa Federalna. Fed utrzymuje bardzo dużą ilość amerykańskich obligacji w swoim bilansie w ramach poprzednich programów skupu aktywów. Obecnie Fed redukuje swój bilans i czeka na zapadalność tych instrumentów. Teoretycznie Departament Skarbu mógłby umieścić w Rezerwie Federalnej wspomnianą monetę i spłacać nią zadłużenia, czy nawet dać ją pod zastaw. Jednak sama Janet Yellen mówiła o tym jako o mało prawdopodobnej sztuczce, a Jerome Powell, szef Rezerwy Federalnej wspominał, że nie zaakceptowałby takiej monety. Wciąż jednak nie można wykluczyć takiej sytuacji.

Kolejne metody to ponowne wyemitowanie zapadalnych obligacji, wypuszczenie ich na aukcję z wyższym kuponem. W zasadzie nie zmieniłoby to obecnego poziomu zadłużenia. Z drugiej strony mogłoby to wprowadzić spory chaos na rynkach finansowych. Nie można również wykluczyć użycia 14 poprawki, która mówi o tym, że ważność długu publicznego nie powinna być kwestionowana, co mogłoby być przez niektórych interpretowane jako niekonstytucyjność samego limitu zadłużenia. W takim wypadku władze stwierdziłyby, że skoro rynek jest skory do kupowania długu, to może wyemitować nowy dług.

Kolejne metody mówią o możliwości wspólnej akcji Kongresmenów w celu przepchnięcia ustawy, ale szanse na znalezienie większości wśród obu partii są raczej nikłe. Stany Zjednoczone mogą również zdecydować się na brak zapłaty pewnych zobowiązań, takich jak świadczenia socjalne. W tym wypadku jednak najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłoby opóźnienie wszystkich spłat do momentu otrzymania podatków kwartalnych w połowie wszystkiego miesiąca.

Jak widać opcji jest sporo, choć żadna z nich nie wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Dla rynków finansowych kluczowe jest szybkie osiągnięcie porozumienia, choć trudno powiedzieć, że słyszymy o realnych progresie negocjacji. Dolar zachowuje się nadzwyczaj dobrze, przy potężnie rosnących rentownościach. Wall Street też trzyma się w okolicach najwyższych od wielu miesięcy. Wydaje się wobec tego, że rynek nie dostrzega ryzyka albo liczy na to, że porozumienie jest jedynie kwestią czasu. Jeśli jednak nie uda się osiągnąć porozumienia przed 1 czerwca, na rynkach finansowych może nastąpić spora burza.

Autor: Michał Stajniak, CFA, zastępca dyrektora działu analiz XTB

Jak prowadzić skuteczny biznes w Hiszpanii?

Powodów do przeprowadzki do Hiszpanii jest wiele, wśród tych najczęściej wymienianych możemy wskazać: łagodny klimat, zrelaksowany styl życia, bogate dziedzictwo architektoniczne, doskonałą kuchnię, wino, flamenco, San Fermín, przyjazność dla obcokrajowców, dobrze rozwinięty system edukacji, wiele renomowanych uniwersytetów, wysoki poziom służby zdrowia. 

Wśród najczęściej wymienianych powodów brakuje często tego, bez którego pozostałe miałyby mniejsze możliwości istnienia, a jest nim: ekonomia i możliwości biznesowe. 

Hiszpania to 47 milionowy kraj, który odwiedza ponad 80 mln turystów rocznie. Dynamicznie rozwijająca się gospodarka Hiszpanii oferuje szereg możliwości dla zagranicznych inwestorów oraz przedsiębiorców. Widać to z roku na rok, PKB na mieszkańca Hiszpanii w 2022 roku wyniosło 27.910 euro, o 2.410 euro więcej niż w 2021 roku. Rozpoczęcie biznesu w Hiszpanii otwiera również perspektywy znacznie wykraczające poza Półwysep Iberyjski. Korzystna lokalizacja geograficzna Hiszpanii sprawia, że jest ona jednym z najbardziej dostępnych obszarów w Europie. Ponadto jako kraj nadmorski, Hiszpania ma dostęp do morskich szlaków handlowych, co może być korzystne dla rozwijania biznesów związanych z importem i eksportem. Hiszpania często zwana jest również “europejskimi wrotami do Ameryki Łacińskiej” co pozwala na ekspansję poza kontynent europejski. To tylko kilka aspektów, które choć istotne, nie są decydujące. Poniżej dowiesz się o kolejnych powodach, dlaczego warto otworzyć biznes właśnie w ojczyźnie Cervantesa. 

9 powodów, dla których to właśnie w Hiszpanii powinieneś otworzyć swój biznes.

  1. Hiszpania jest 4. największą gospodarką w Unii Europejskiej i 14. na świecie;
  2. Hiszpański jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych języków na świecie. Dla prawie 500 milionów osób hiszpański jest pierwszym językiem;
  3. Łączność z rynkami LATAM i MENA. Wysoko rozwinięty i umiędzynarodowiony sektor biznesowy sprzyjający partnerstwu i dostępowi do innych rynków;
  4. Hiszpania zajmuje 9. miejsce pod względem napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych na świecie;
  5. Ulgi podatkowe: hiszpański rząd oferuje ulgi podatkowe dla przedsiębiorców, którzy inwestują w określone sektory, takie jak rozwój technologii, innowacje, energetyka odnawialna i inne;
  6. Dotacje i finansowanie: w Hiszpanii istnieją programy finansowania i dotacji, takie jak np. „Enisa”, który oferuje finansowanie dla nowych i innowacyjnych firm bądź program “INNOVA INVEST”, który wspiera zagraniczne inwestycje w badania i rozwój poprzez szereg dotacji skierowanych do przedsiębiorstw z kapitałem zagranicznym, które prowadzą badania i rozwój w Hiszpanii; 
  7. Dostęp do rynku UE: Hiszpania będąc krajem członkowskim Unii Europejskiej, daje możliwość bezpośredniego dostępu do jednolitego rynku europejskiego;
  8. Niskie koszty prowadzenia biznesu: w porównaniu do innych krajów europejskich. Hiszpania ma stosunkowo niskie koszty prowadzenia biznesu, w tym koszty pracy, koszty wynajmu biur czy koszty materiałów i wyposażenia;
  9. Wysoko wykwalifikowana siła robocza: Hiszpania ma dobrze wykształconą i wykwalifikowaną siłę roboczą, co czyni ją atrakcyjnym miejscem dla przedsiębiorców, którzy szukają wykwalifikowanych pracowników. Ponadto, w Hiszpanii istnieje wiele szkół wyższych i uniwersytetów, co oznacza, że przedsiębiorcy mogą łatwo znaleźć specjalistów w różnych dziedzinach.

Czy trudno jest prowadzić biznes w Hiszpanii?

Według zestawienia „Global Business Complexity Index 2021”, przeprowadzonego przez TMF Group, pod względem złożoności, prowadzenie biznesu w Hiszpanii jest znacznie prostsze niż w Polsce. W Hiszpanii możesz skorzystać z usług wyspecjalizowanych kancelarii prawnych, które znają prawo oraz realia panujące w obydwu krajach, co pozwala na zdobycie znacznej przewagi na starcie jak i na uniknięcie niepotrzebnych kosztów związanych z nieznajomością lokalnych przepisów. Pomimo tego, że przepisy prawa hiszpańskiego regulujące prowadzenie działalności gospodarczej, w tym procedury związane z rejestracją, są zbliżone do polskich, pamiętajmy, że są to jednak odrębne systemy prawne i należy zaznajomić się z przepisami, które będą miały zastosowanie do danego przedsięwzięcia, chociażby te jak unikać podwójnego opodatkowania, co uregulowane jest w zawartej pomiędzy Polską a Hiszpanią umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i majątku. 

Od czego zacząć?

Od 1 maja 2004 roku, a więc od dnia przystąpienia Polski do Unii Europejskiej proces przeniesienia, czy też rozpoczęcia działalności w Hiszpanii uległ znacznemu uproszczeniu. Zagraniczni przedsiębiorcy będący obywatelami UE nie muszą już składać wniosków o pozwolenie na pobyt (zgodnie z Dyrektywą 2004/38/WE wymóg posiadania tzw. Karty pobytu zniesiono w 2007 roku), czy rozpoczęcie działalności gospodarczej. Obywatele polscy, którzy pragną rozpocząć działalność gospodarczą w Hiszpanii powinni w pierwszej kolejności uzyskać numer identyfikacji obcokrajowca (N.I.E. –Número de Identificación de Extranjero), a w przypadku pobytu na terytorium Hiszpanii przekraczającego 3 miesiące, należy pamiętać́ o dopełnieniu obowiązku, jakim jest rejestracja w Centralnym Rejestrze Obcokrajowców (Registro Central de Extranjeros). Konieczne jest również posiadanie numeru identyfikacji podatkowej (N.I.F. – Número de Identificación Fiscal) oraz ubezpieczenia, w ramach ubezpieczenia społecznego (Seguridad Social) bądź prywatnego. 

Jaką formę działalności wybrać?

W Polsce, jak i w Hiszpanii najpopularniejszą formą prowadzenia działalności obok jednoosobowej działalności gospodarczej, czyli tak zwanego samozatrudnienia (autónomo) jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością (sociedad limitada). Obie formy mają swoje wady, jak i zalety. Warto przed podjęciem decyzji przeanalizować je z prawnikiem oraz zastanowić się jak będą one pasowały do danego modelu biznesowego.  

System podatkowy w Hiszpanii

Jeżeli zdecydujesz się na działalność w formie spółki, warto wiedzieć, że jest ona opodatkowana podatkiem dochodowym od osób prawnych (Impuesto sobre las Sociedades). System podatkowy w Hiszpanii jest zaprojektowany w celu zachęcenia do internacjonalizacji i inwestycji zagranicznych. Ogólna stawka podatku dochodowego od osób prawnych, gdy obroty nie wynoszą więcej niż milion euro, w Hiszpanii wynosi 23%. Przez pierwsze dwa lata podatek ten wynosi 15%. Podstawowa stawka podatku VAT wynosi 21%, jednakże nie ma on zastosowania w całym kraju, gdyż na Wyspach Kanaryjskich podatek ten zastąpiony jest przez specjalny podatek IGIC, który obecnie wynosi 7%. 

Hiszpańskie przepisy podatkowe wprowadzają liczne oraz korzystne dla przedsiębiorców rozwiązania w postaci ulg podatkowych czy niższych składek na ubezpieczenie społeczne w początkowym okresie prowadzenia działalności. Wsparcie finansowe można uzyskać nie tylko na rozpoczęcie działalności gospodarczej, ale także na rozwój czy modernizację przedsiębiorstwa. Jednym z przykładów regulacji mających na celu zachęcanie do innowacji jest możliwość zastosowania ulgi R&D (od ang. research and development), dla projektów badawczo-rozwojowych i innowacji technologicznych. Kolejnym rozwiązaniem jest tzw. Patent Box, przewidującym ulgę do 60% z przychodów z tytułu komercjalizowania wyników działalności badawczo-rozwojowej. Na pomoc publiczną mogą liczyć szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa. 

Podsumowanie 

Przedsiębiorcy, którzy chcą prowadzić działalność gospodarczą w Hiszpanii, powinni zwrócić uwagę na kilka kluczowych kwestii. Po pierwsze, ważna jest znajomość języka hiszpańskiego, ponieważ większość umów i dokumentów biznesowych sporządza się w tym języku. Język hiszpański warto znać nawet na poziomie podstawowym, gdyż ułatwi to znacznie kontakt i nawiązanie dobrych relacji z hiszpańskimi kontrahentami. Po drugie, warto zrozumieć specyfikę kultury biznesowej w Hiszpanii, która jest dość formalna i wymaga od przedsiębiorców posiadania odpowiedniego savoir-vivre. Prowadzenie skutecznego biznesu w Hiszpanii wymaga uwzględnienia wielu czynników, począwszy od kulturowych, na przepisach prawa skończywszy. Oto kilka wskazówek, które mogą Ci pomóc w prowadzeniu biznesu w Hiszpanii:

  • Zrozumienie kultury hiszpańskiej: Hiszpanie są bardzo przywiązani do swojej kultury, języka i tradycji. Warto poznać te aspekty oraz je szanować.
  • Poznanie języka hiszpańskiego: Chociaż wiele osób w Hiszpanii mówi po angielsku, znający język hiszpański przedsiębiorcy będą mieli znacznie łatwiejsze zadanie. Hiszpański, to także jeden z podstawowych języków biznesowych w Europie.
  • Wybór odpowiedniego miejsca na siedzibę firmy: Hiszpania posiada wiele interesujących regionów, w których można założyć firmę. Warto dokładnie przeanalizować każdą z możliwości pod kątem kosztów, lokalizacji, dostępności do infrastruktury oraz możliwości rozwoju.
  • Zapoznanie się z przepisami prawa: W Hiszpanii obowiązują surowe przepisy prawne, a łamanie prawa może prowadzić do poważnych konsekwencji. Warto więc dokładnie zapoznać się z przepisami oraz skonsultować je z adwokatem.
  • Budowanie relacji biznesowych: W Hiszpanii relacje biznesowe są bardzo ważne. Warto więc zadbać o budowanie trwałych relacji z kontrahentami oraz z innymi przedsiębiorcami. Spotkania biznesowe często odbywają się w czasie lunchu lub kolacji.
  • Promocja firmy: Hiszpanie są bardzo aktywni w mediach społecznościowych, więc warto zadbać o obecność swojej firmy na platformach takich jak Facebook, Twitter czy Instagram. Ważne są także reklamy na stronach internetowych i w lokalnych mediach.
  • Dbanie o pracowników: W Hiszpanii ważne jest dbanie o pracowników. Należy pamiętać o przestrzeganiu przepisów dotyczących wynagrodzeń oraz godzin pracy. Warto też zapewnić pracownikom możliwości rozwoju oraz szkolenia.
  • Postrzeganie czasu: Hiszpanie często przykładają większą wagę do wartościowania relacji i jakości życia, niż do ścisłego przestrzegania harmonogramów i terminów. Dlatego też można spotkać się z elastycznością w realizacji umówionych terminów. Ważne jest zrozumienie tej kulturowej specyfiki i elastyczność w podejściu do zarządzania czasem.

Pamiętaj, że powyższe wskazówki są ogólne, a konkretny sukces biznesowy zależy od wielu czynników, takich jak branża, konkurencja, umiejętności menedżerskie i korzystanie ze wsparcia specjalistów, takich jak prawnicy, księgowi, marketingowcy mających bogate doświadczenie na hiszpańskim rynku.  

Autor tego artykułu: Bartosz Wach

Kancelaria Adwokacka Wach and Wach – Specjaliści ds. prawa w Hiszpanii

Kurs dolara znów powyżej 4,20 zł

Ostatnie dni powodują silne odbicie dolara względem euro. W rezultacie ponownie amerykańska waluta wraca powyżej poziomu 4,20 zł. W weekend czekają nas wybory w Turcji, a ceny gazu znów szukają dna.

Lepsze dane zza oceanu

Dolar wczoraj ustalał kolejne wielotygodniowe maksima względem euro. Pomagały mu przyzwoite dane z gospodarki. Rewizja wstępnych danych o PKB okazała się pozytywna. Do tego dochodzą jeszcze lepsze dane z rynku pracy. Złożono najmniej wniosków o zasiłek dla bezrobotnych od dwóch miesięcy. Poziom 229 tysięcy to pułap, przy którym rynek pracy w dalszym ciągu powinien mieć się dobrze, ale raczej należy spodziewać się stabilizacji niż dalszej poprawy. Biorąc jednak pod uwagę strach przed spowolnieniem gospodarczym, jest to dobry sygnał.

Turcy utrzymują stopy procentowe przed wyborami

To, że przed drugą rundą wyborów w Turcji nie dojdzie do zmian stóp procentowych, było niemal pewne. Tak też się stało i kraj w dalszym ciągu utrzymuje stopę procentową na poziomie 8,5%. Inflacja spadła co prawda do 43,68%, ale biorąc pod uwagę zmiany płac, to Turcy nadal gwałtownie biednieją. Efekt ten jest zresztą przewodnim tematem kampanii wyborczej głównego oponenta Erdogana. Biorąc jednak pod uwagę wyniki z pierwszej tury, nie jest on faworytem przed drugą. Z drugiej strony zwycięstwo formacji obecnego prezydenta w wyborach parlamentarnych może niespodziewanie pomóc opozycji. Wyborcy lubią często utrzymywać pewną równowagę sił. O tym, kto zostanie prezydentem, Turcy zadecydują już w ten weekend. Biorąc jednak pod uwagę kursy u bukmacherów, opozycja już przegrała te wybory.

Gaz znów szuka dna

Ceny gazu z wyjątkiem krótkich korekt od sierpnia 2022 roku pozostają w wyraźnym trendzie spadkowym. Alternatywne źródła dostaw do Europy oraz spadek popytu na surowiec spowodowały, że mamy silną przecenę. Powodem niższego popytu jest zarówno relatywnie ciepła zima, jak i spodziewane spowolnienie gospodarcze. Żeby lepiej oddać skalę problemu przypomnę, że jeszcze w sierpniu megawatogodzina kosztowała niemal 350 euro, dzisiaj utrzymuje się odrobinę powyżej 25 euro. Kiedy dołożymy do tego spadek kursu euro, przecena gazu w złotych powinna być jeszcze bardziej spektakularna. Porównywanie ze szczytami cenowymi wywindowanymi przez działania Rosjan jest jednak pewnym nadużyciem. Obecny poziom jest jednak poziomem, który obserwowaliśmy standardowo jeszcze przed wzrostem cen wywołanym inwazją rosyjską na wschodzie. Można zatem śmiało powiedzieć, że ceny wracają do normy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów,
14:30 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl i Walutomat

Mechanizmy polskiej firmy zadziałały w drodze do Jowisza

Misja ESA JUICE weszła w kolejny etap. Już możemy powiedzieć, że inżynierowie z polskiej Astroniki wykonali swoje zadanie doskonale. Ich mechanizmy właśnie dokonały poprawnego otwarcia w przestrzeni kosmicznej, w drodze do księżyców Jowisza. Teraz wszystko w rękach naukowców, którzy będą zbierać dane przesyłane przez instrumenty. Kolejną próbą polskiej myśli technicznej będzie wytrzymanie przez sondę niezwykle trudnych warunków środowiskowych wokół Jowisza – ekstremalnych temperatur i ogromnego promieniowania. 

Astronika dostarczyła 2 z 6 mechanizmów, które miały otworzyć się podczas lotu w kierunku Jowisza. Mechanizmy zadziałały i kontynuują swój lot w stronę Jowisza.

Misja JUICE stanowiła ogromne wyzwanie inżynieryjne, a przygotowane urządzenia muszą stawić czoła wymaganiom, z którymi nie mierzyła się dotąd żadna europejska misja. Dla polskich konstruktorów instrumentów LP-PWI i RWI na misję JUICE, kluczowe były skrajne warunki środowiskowe. Promieniowanie w układzie Jowisza osiąga monstrualne poziomy. Dodatkową trudnością była rozpiętość temperatur, która podczas misji wahać się będzie od plus 250oC, podczas przelotu obok Wenus, do ­-230oC w okolicach Jowisza. Wymagane było zastosowanie nowatorskich rozwiązań konstrukcyjnych, materiałów i powłok. Poza tym, skonstruowane przez Polaków instrumenty muszą być jednocześnie ultralekkie i ultrawytrzymałe, a do tego po otwarciu i uruchomieniu musiały osiągać naprawdę spore rozmiary. RWI podczas startu ma tylko 26 cm długości i rozwija się do ok. 2.5 metra, natomiast LP-PWI ma masę poniżej 1.3 kg i pozycjonuje czujniki pomiarowe aż trzy metry od sondy kosmicznej.

– Jestem dumny ze wszystkich zaangażowanych w przygotowanie „naszych” instrumentów. Dzisiejszy sukces pokazał, że wszystko dopracowaliśmy do ostatniego szczegółu. Każda udana misja kosmiczna to owoc wieloletniej współpracy pomiędzy dziesiątkami podmiotów, setkami naukowców, inżynierów i menadżerów. Tak samo było i tym razem. W wyniku naszych prac powstało kilka nowych technologii i patent. Wynalezienie i zapewnienie odpowiednich komponentów wymagało ścisłej, wieloletniej współpracy szeregu polskich podwykonawców – uczelni, instytutów i prywatnych firm. Za każdym z tych podmiotów stoi osobna technologia, która musiała zostać opracowana w ramach projektu. Chciałbym bardzo podziękować nie tylko naszym współpracownikom i partnerom, ale również Ministerstwu Edukacji i Nauki. Finansowanie programu ESA Prodex integruje działania naukowców i inżynierów na poziomie całego kraju. Bez nich to wszystko nie byłoby możliwe. Tylko wspólnie możemy sięgać gwiazd – i to dosłownie! – mówił Łukasz Wiśniewski z Astroniki po otwarciu instrumentów na pokładzie sondy.

Omawiając polski wkład w misję ESA JUICE warto wspomnieć, że takie przedsięwzięcia nie tylko realizują cele naukowe, ale również wzmacniają krajową gospodarkę. Każdy taki projekt rozpisany jest na wiele etapów, które realizowane są we współpracy z wieloma partnerami i konsorcjami, gdzie każdy dokłada swoją cegiełkę.

W przygotowaniu eksperymentu RPWI w ramach misji JUICE uczestniczył cały szereg podmiotów z Polski i zza granicy. Po raz pierwszy szczegółowo omawiamy ich role:

Liderem projektu jest Instytut Fizyki Plazmy w Uppsali w Szwecji. Początek realizacji instrumentów pomiarowych RWI i LP-PWI miał miejsce w głównym podmiocie naukowym dla misji JUICE w Polsce, czyli w Centrum Badań Kosmicznych PAN (Co-PI: prof. Rothkaehl). W latach 2015-2016 w CBK PAN powstały prototypy tych urządzeń.

Następnie ESA przekazała firmie Astronika zadanie zwiększenia gotowości technologicznej urządzeń RWI i LP-PWI, czyli m.in. zaprojektowania, produkcji, integracji i testów szeregu modeli na różnych etapach. Na przestrzeni 6 lat Astronika wykonała m.in. 10 różnych modeli wysięgników LP-PWI oraz 10 modeli anten RWI. Cztery wysięgniki i trzy anteny są na pokładzie sondy. W samej Astronice przy projekcie w tym czasie pracowało około 20 specjalistów, m.in. inżynierów, techników i operatorów maszyn.

Wiele prac wykonano wewnątrz międzynarodowego konsorcjum eksperymentu. Elektronika dla systemu RWI została dostarczona przez Tohoku University w Japonii oraz JAXA, a do zapewnienia odpowiedniej dynamiki otwierania się anten RWI wykorzystano patent Astroniki na tłumik inercyjny. Z kolei na sondach Langmuira dla wysięgników LP-PWI wykorzystano specjalistyczne powłoki TiAlN dające przewodność elektryczną oraz wymagane właściwości optyczne dostarczyło Linköping University wraz z IRFU, przedwzmacniacz LP-PWI był realizowany przez CBK PAN, natomiast analizy termiczne zrealizował KTH w Szwecji. Ultralekkie i wytrzymałe rurki kompozytowe z których wykonane są wysięgniki LP-PWI dostarczyła niemiecka firma Invent. Wymagane złocenia zostały wykonane przez szwedzką firmę Fintlings AB.

W Polsce na zlecenie Astroniki opracowano szereg zupełnie nowych technologii oraz zrealizowano testy weryfikujące poprawność wykonania modeli. Wśród najważniejszych wykonawców należy wymienić:

  • instytucje naukowe:

o   Politechnika Warszawska – specjalistyczne powłoki i obróbka powierzchni,

o   Politechnika Koszalińska – specjalistyczne powłoki DLC dla rurek anteny RWI (Radio Wave Instrument),

o   Instytut Technologii Elektronowej – napylanie warstw rezystywnych na ceramiczny rezystor sondy Langmuira,

o   Instytut Lotnictwa – testy wibracyjne anteny RWI.

  • podmioty przemysłowe

o   ELPOD – opracowanie i wykonawstwo rezystorów termicznych,

o   Gutronic – dostarczanie opatentowanych rurek stanowiących anteny RWI,

o   Wareluk S.C. – wykonawstwo ze stopu tytanu cienkościennych detali czujnika sondy Langmuira,

o   Powłoka S.C. – opracowanie ceramicznej bazy dla rezystora czujnika sondy Langmuira,

o   Smart Metrology – zrealizowanie metodą bezdotykową pomiaru geometrii zmontowanych wysięgników LP-PWI w celu weryfikacji dokładności montażu,

o   Towes – dostarczenie sprężyn dla mechanizmu trzymająco-zwalniającego LP-PWI,

o   ARP S.A. – dofinansowanie oprogramowania do analizy i projektowania inżynierskiego.

– Realizacja takich celów jak udział w misji ESA JUICE rozciąga się na przestrzeni 20 lat od koncepcji misji do pomiarów przy Jowiszu. Wielką ich zaletą jest strategiczne tworzenie sieci współpracy różnorodnych podmiotów. Dzięki takiej dobrej, efektywnej współpracy polskie firmy i instytuty zyskują coraz większe zaufanie Europejskiej Agencji Kosmicznej, NASA i dużych dostawców systemów kosmicznych, którzy zamawiają u nas konkretne rozwiązania. To z kolei sprawia, że systematycznie zwiększa się ilość zleceń dla polskich firm i możemy się coraz dynamiczniej rozwijać. Rozbudowuje się kadra i infrastruktura, możemy inwestować, budujemy centra testowe i wykonawcze, a polscy studenci mogą znajdować niezwykle ciekawą pracę w polskim przemyśle kosmicznym – dodał Łukasz Wiśniewski z Astroniki.

Gaming Factory S.A. zwiększa przychody o ponad 260 proc. i zamyka I kwartał z zyskiem

W pierwszym kwartale 2023 r. Gaming Factory wypracowało jednostkowe przychody ze sprzedaży na poziomie 0,86 mln zł, które przełożyły się na EBITDA w wysokości 0,31 mln zł oraz 0,23 mln zł zysku netto. Kluczowy wpływ na wyniki miała dobra sprzedaż Electrician Simulator oraz zamknięcie nierentownych projektów i ograniczenie kosztów. Notowany na GPW producent i wydawca gier konsekwentnie realizuje założenia zaktualizowanej strategii rozwoju i planuje intensywne działania w zakresie swoich najważniejszych gier.

– Pod koniec ubiegłego roku podjęliśmy szereg istotnych decyzji, wśród nich znalazło się odpisanie słabo rokujących projektów. W perspektywie czasu powinno to pozytywnie wpłynąć na dalszy rozwój spółki. Pierwsze efekty pracy widać to już teraz. Nasza wiodąca produkcja, czyli Electrician Simulator, przekroczyła 80 tys. sprzedanych kopii i znacząco wpłynęła na aktualne wyniki finansowe Gaming Factory. Niebawem wprowadzamy dodatek, który powinien jeszcze mocniej zainteresować graczy tytułem i w efekcie pobudzić sprzedaż. – informuje Mateusz Adamkiewicz, prezes Gaming Factory SA.

W raportowanym okresie jednostkowe przychody Gaming Factory ze sprzedaży wzrosły o ponad 260 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2022 r. Wyraźną poprawę widać również w danych dotyczących EBITDA oraz w zysku netto. W obu pozycjach rok wcześniej spółka wykazała stratę.

31 maja na Steam pojawi się dodatek Electrician Simulator: Smart Devices, który otrzyma od platformy wsparcie premierowe i będzie widoczny na głównej stronie sklepu. Symulator elektryka jest najlepiej sprzedającym się tytułem w portfolio spółki. Zapowiedziany dodatek rozbuduje grę o urządzenia typu „smart”, zapewniając nowe możliwości naprawy sprzętu oraz wprowadzając dodatkowe misje. Twórcy pracują jednocześnie nad portem tytułu, który wraz z dodatkiem pojawi się na konsolach na przełomie 2023/2024 r.

Kolejną znaczącą grą, która została zapowiedziana pod koniec kwietnia jest Japanese Drift Master. Tytuł jest obecnie na zaawansowanym etapie produkcyjnym. To również największy projekt finansowy w historii Gaming Factory, który bardzo szybko zyskał zainteresowanie wśród graczy w Polsce i zagranicą. Jeszcze w tym roku gracze będą mogli zapoznać się z wersją demo.

– Zainteresowanie grą przerosło nasze oczekiwania, to dla nas ogromna szansa, którą chcemy jak najlepiej wykorzystać. Japanese Drift Master rozpala wyobraźnię graczy na całym świecie, a wishlista w niespełna trzy tygodnie przekroczyła 50 tys. zapisów i rosła głównie w sposób organiczny. Nasz tytuł jest już grywalny i obecnie skupiamy się na dopracowaniu szczegółów. W tym roku planujemy jeszcze wypuszczenie wersji demo gry, aby wzmocnić zainteresowanie tytułem, a kilka miesięcy przed premierą chcemy  ruszyć z intensywną kampanią marketingową – dodaje prezes Gaming Factory.

USD ignoruje ryzyko niewypłacalności Stanów Zjednoczonych?

Kryzys zadłużeniowy w USA trwa ale rynek walutowy ignoruje to. W żaden sposób nie widać, żeby dolar reagował na napływające informacje o trwających negocjacjach. Widać również spokój na rynku opcji. Implikowana zmienność jest na najniższym poziomie od ponad roku. To raczej względy polityki pieniężnej a nie trwające rozmowy pomiędzy politykami USA napędzają spadki kursu EUR/USD, który wczoraj spadł poniżej poziomu 1,0720.

Obecnie rynek kontraktów futures wycenia ponad 40 proc. szans na podwyżkę przez Fed stóp procentowych o 25 punktów bazowych. Skala obniżek w II połowie roku została zredukowana. To wskazuje, że nieco zmieniło się oczekiwanie uczestników rynku od momentu ostatniej decyzji Fed-u z 3 maja. Wówczas jakikolwiek ruch w górę w kolejnym miesiącu w ogólnie nie był brany pod uwagę.

Wczoraj poznaliśmy tygodniowe dane z ryku pracy, które wskazały, ze sektor ten jest wciąż napięty. Niska liczba wniosków o zasiłek jest zgodna z ostatnimi danymi dotyczącymi sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i działalności gospodarczej, które sugerują, że gospodarka nabrała tempa na początku drugiego kwartału. Brak ewidentnych sygnałów spowolnienia płynących z gospodarki amerykańskiej pozwala rynkowi zakładać, że Fed jednak nie dokona pauzy.

Do kolejnego posiedzenia pozostało niespełna 3 tygodnie. Dziś otrzymamy wskaźnik PCE core – preferowaną przez Fed miarę inflacji. Oczekuje się dynamiki na poziomie 4,6 proc. r/r, czyli takiej samej jak miesiąc wcześniej. Jeśli odczyt będzie niższy, dolar powinien stracić na wartości, liczby wyższe od konsensusu prawdopodobnie napędzą kupujących USD co w konsekwencji przyniesie spadki ERU/USD – być może zostanie ustanowiony nowy lokalny dołek.

W przyszłym tygodniu uwaga będzie skupiona na raporcie NFP a następnie rynek będzie w oczekiwaniu publikacji inflacji zasadniczej oraz bazowej za maj. Ten odczyt będzie miał miejsce dopiero 13 czerwca, czyli na jeden dzień przez decyzją Fed.

Z technicznego punktu widzenia eurodolar przełamał jakiś czas temu średnioterminową linię trendu wzrostowego, co sugeruje, że korekta w notowaniach może mieć nieco większy zasięg. Kluczowym poziomem wsparcia dla notowań jest aktualnie 1,0530 – czyli minima z marca bieżącego roku.

Łukasz Zembik Oanda TMS Brokers

Nowe leki szansą na pokonanie globalnej epidemii otyłości

Obecnie aż 57 proc. Polaków żyje z otyłością lub nadwagą. Jest to element postępującej światowej epidemii otyłości, której roczne koszty mogą sięgnąć nawet 3 proc. globalnego PKB. Nadzieję na jej pokonanie stanowią nowe leki wprowadzane na rynek przez koncerny farmaceutyczne. To także szansa dla ich akcjonariuszy na dodatkowy zysk.

Otyłość stanowi obecnie jedno z największych globalnych wyzwań zdrowotnych. Przeciętne BMI na świecie zbliża się do 25, które stanowi granicę pomiędzy normalną wagą a nadwagą. Według danych GUS z 2019 roku, aż 56,6 proc. Polaków ma nadwagę lub otyłość (BMI powyżej 25). Osoby z nadwagą (BMI 25-30) stanowią 38,1 proc. populacji (wzrost z 36,6 proc. w 2009 roku), zaś te z otyłością (BMI powyżej 30) to 18,5 proc. (wzrost z 16,7 proc. w 2009 roku). Szacuje się, że obecnie ponad 2,6 miliarda ludzi na całym świecie ma BMI powyżej 25. Liczba ta ma wzrosnąć do 4 miliardów w ciągu następnej dekady. To z kolei może generować koszt ekonomiczny w wysokości 4 bilionów dolarów, co odpowiada 3 proc. światowego PKB.

Jednym z ważnych narzędzi walki z otyłością jest nowa generacja skutecznych leków odchudzających. Firmy farmaceutyczne Novo Nordisk i Eli Lilly, korzystając ze swojej pozycji liderów w dziedzinie leków na cukrzycę, pierwsze zarejestrowały leki z grupy antagonistów GLP-1 jako leki na otyłość. Novo Nordisk sprzedaje swój lek w USA pod marką Wegovy (lek jest dostępny w Polsce pod innymi nazwami handlowymi), a Eli Lilly pod marką Mounjaro (jest zarejestrowany w UE ale nie można go jeszcze kupić w Polsce). Leki te są wstrzykiwane co tydzień i spowalniają przekazywanie sygnałów głodu do mózgu. Są skuteczne w odchudzaniu, zwłaszcza w połączeniu z dietą i ćwiczeniami. Inne duże firmy farmaceutyczne Amgen, AstraZeneca, Pfizer i Sanofi także przygotowują się do wprowadzania podobnych produktów. Leki z tej grupy będą stanowić coraz poważniejsze źródło przychodów firm farmaceutycznych, właśnie wraz z wprowadzeniem nowych produktów oraz prawdopodobną refundacją tych leków przez rządy i ubezpieczycieli.

Ochrona zdrowia to drugi co do wielkości sektor w ramach indeksu S&P 500.  Odnotowuje w tym roku spadek, jednak nie jest on aż tak duży właśnie ze względu na bardzo dobre wyniki największych firm farmaceutycznych w 2022 roku. Na rynku obecne są jednak obawy o ich przychody w najbliższym czasie, związane z wprowadzonymi przez Kongres przepisami zmuszającymi rząd USA do regulowania cen leków finansowych z programu Medicare. Obecnie współczynnik cena do zysku (P/E) dla tej branży wynosi 16x, czyli jest zbliżony do szerokiego rynku. Jednak spółki te posiadają bardzo dobre bilanse oraz perspektywy wypłat dywidendy.

Paweł Majtkowski, analityk eToro w Polsce

Simteract podsumowuje 2022 rok

Simteract w 2022 roku wypracował przychód w wysokości ponad 8,7 mln złotych, notując wzrost o ponad 60% w porównaniu do poprzedniego roku. W ubiegłym roku miała miejsce premiera gry Train Life: A Railway Simulator, którą wydał francuski wydawca Nacon. Jeszcze w tym roku spółka ma w planach wydać Taxi Life: A City Driving Simulator.

– Simteract stale się rozwija i z roku na rok osiągamy coraz lepsze wyniki. Jesteśmy spółką, która wciąż mocno stawia na rozwój a wyższe przychody pozwalają nam myśleć o solidniejszych inwestycjach, które mają potencjał spłacić się z nawiązką w przyszłości – komentuje Marcin Jaśkiewicz, prezes Simteract. – Dzięki wydaniu Train Life wiele się nauczyliśmy. Produkcja gry spełniła zdecydowaną większość naszych celów strategicznych, a ambitne podejście do ilości platform nauczyły nas w boju jak działa proces certyfikacji czy QA na ostatnich etapach produkcji.

Na końcówkę tego roku planowana jest premiera drugiej gry Simteract, Taxi Life: A City Driving Simulator, której wydawcą także jest francuski Nacon. W tym przypadku zarówno Simetract, jak i Nacon, są współwłaścicielami IP Taxi Life. Gracze będą mogli wcielić się w taksówkarza w malowniczej Barcelonie oddanej w skali 1:1. W grze wykorzystany został autorski system ruchu drogowego, Traffic AI, aby stworzyć jeszcze bardziej angażujące doświadczenie. Spółka pracuje także nad projektem w ścieżce Prodigy Track, grą symulacyjną z niemieckim wydawcą Astragon.

– Obecnie nasz zespół liczy około 60 osób, a naszym planem jest dalsza produkcja dwóch gier jednocześnie. Wierzymy, że osiągnęliśmy optymalną do tego celu wielkość zespołu i w najbliższych miesiącach planujemy wyłącznie jego organiczny rozwój. Wierzymy, że największe sukcesy ciągle przed nami, a Simteract jest na właściwej drodze, żeby podbić serca graczy symulacyjnych na całym świecie – dodaje prezes.

Groźne aplikacje udające ChatGPT zalewają Apple App Store i Google Play

W sklepach Google Play i Apple App Store pojawiły się aplikacje podszywające się pod ChatGPT. Firma Sophos ostrzega przed złośliwymi programami typu fleeceware, których twórcy próbują namówić zainteresowanych sztuczną inteligencją (SI) użytkowników do opłacania kosztownych subskrypcji. W zbadanych przez ekspertów przypadkach cyberprzestępcy oferowali abonamenty na fałszywe usługi kosztujące nieświadomych klientów nawet ponad tysiąc złotych rocznie.

Cieszący się ogromną popularnością ChatGPT jest już dostępny w formie aplikacji mobilnej dla systemu iOS. Zwiększone zainteresowanie chatbotem opracowanym przez firmę OpenAI starają się wykorzystywać cyberprzestępcy.

Osoby szukające aplikacji ChatGPT w sklepach Apple App Store i Google Play mogą natknąć się na programy typu fleeceware, które w darmowych wersjach, dosłownie bombardują użytkowników reklamami. W ten sposób ich twórcy wymuszają wykupienie subskrypcji na fałszywe usługi. Liczą na to, że ofiary albo nie zwrócą uwagi na pozornie niskie koszty abonamentu, albo zapomną, że w ogóle go mają – mówi Sean Gallagher, główny badacz zagrożeń w firmie Sophos.

Fałszywe aplikacje – prawdziwe koszty dla użytkowników

Zespół Sophos X-Ops zbadał pięć aplikacji fleeceware rzekomo bazujących na modelu ChatGPT. W niektórych przypadkach nieuczciwi deweloperzy wykorzystywali podobnie brzmiącą nazwę, na przykład „ChatGBT”, aby zwiększyć widoczność programu w Google Play lub App Store.

Jedna z fałszywych aplikacji, „Ask AI Assistant” dla systemu iOS, oferowała użytkownikom tygodniową subskrypcję w wysokości 6 dolarów (około 25 zł) po zaledwie trzydniowym darmowym okresie próbnym. Specjaliści Sophos szacują, że w tylko w marcu 2023 r. cyberprzestępcy zarobili na niej 10 tysięcy dolarów. Przychody z „Genie”, innego programu udającego ChatGPT, oferującego abonamenty na 7 dni lub rok, wyniosły aż milion dolarów.

Skąd aplikacje fleeceware biorą się w sklepach Google i Apple?

Charakterystyczną cechą aplikacji fleeceware, o których Sophos po raz pierwszy informował już w 2019 r., jest naliczanie wygórowanych opłat za dostępne za darmo funkcje. Cyberprzestępcy sztucznie zawyżają oceny przyznawane takim programom w sklepach z aplikacjami. Celem jest zdobycie zaufania użytkowników.

Aplikacje typu fleeceware są specjalnie zaprojektowane tak, aby balansować na krawędzi tego, co jest dozwolone przez Google i Apple w ramach ich regulaminów – tłumaczy Sean Gallagher z Sophos.

Ekspert dodaje, że programy te nie łamią zasad bezpieczeństwa czy prywatności, dlatego rzadko kiedy są odrzucane przez Google Play i Apple App Store w procesie weryfikacji. Chociaż wspomniane firmy wprowadziły dodatkowe wytyczne w celu ograniczenia obecności fleeceware w swoich sklepach, cyberprzestępcy ciągle znajdują sposoby na to, by obejść nowe zasady.

Ostrożności nigdy za wiele

Wszystkie fałszywe aplikacje zanalizowane przez ekspertów Sophos zostały zgłoszone do Apple i Google. Użytkownicy, którzy już je pobrali, powinni postępować zgodnie z wytycznymi sklepów dotyczącymi anulowania subskrypcji. Trzeba pamiętać, że samo usunięcie aplikacji fleeceware z telefonu nie anuluje wykupionego abonamentu.

Najlepszą ochroną przed oszustami jest świadomość i edukacja. Użytkownicy zawsze powinni dokładnie czytać regulaminy i to, co jest napisane „drobnym drukiem”, zanim zdecydują się na wykupienie subskrypcji na daną usługę. Warto pamiętać, że aplikacje można zgłaszać do Apple i Google, jeśli ma się podejrzenie, że deweloperzy zarabiają na nich, używając nieuczciwych metod – przypomina Gallagher. Część z opisywanych aplikacji fleeceware została już usunięta, ale wciąż będą pojawiać się kolejne – ostrzega ekspert.

Nowe obowiązki sprzedawców on-line – dyrektywa cyfrowa

W dzisiejszym artykule cyklu nowych obowiązków sprzedawców branży e – commerce chcemy omówić największe zmiany, jakie na polskim rynku wprowadziła implementacja dyrektywy cyfrowej, która obok omówionych w poprzednich artykułach dyrektywy Omnibus i dyrektywy towarowej, tworzy trzon nowych porządków na linii sprzedawca – konsument i wprowadza szereg nowych obowiązków, szczególnie informacyjnych, dla podmiotów sprzedających on – line w Polsce i na terenie Unii Europejskiej.

Dyrektywa cyfrowa, czyli Dyrektywa Parlamentu Europejskiego I Rady (UE) 2019/770 z dnia 20 maja 2019 r.

W sprawie niektórych aspektów umów o dostarczanie treści cyfrowych i usług cyfrowych została zaimplementowana do polskiego porządku prawnego z dniem 1 stycznia 2023 r. i jej implementacja ma kluczowe znaczenie dla przedsiębiorców świadczących usługi cyfrowe lub sprzedających treści cyfrowe.

Zgodnie z brzmieniem samej dyrektywy: „Celem niniejszej dyrektywy jest przyczynianie się do właściwego funkcjonowania rynku wewnętrznego i zapewnianie przy tym wysokiego poziomu ochrony konsumentów poprzez ustanowienie wspólnych przepisów dotyczących niektórych wymagań w odniesieniu do umów zawartych między przedsiębiorcami a konsumentami o dostarczanie treści cyfrowych lub usługi cyfrowej, w szczególności przepisów dotyczących: zgodności treści cyfrowych lub usługi cyfrowej z umową, środków ochrony prawnej w przypadku braku zgodności treści cyfrowych lub usługi cyfrowej z umową lub ich niedostarczenia oraz sposobów korzystania z tych środków, oraz zmiany treści cyfrowych lub usługi cyfrowej.”

Dyrektywa cyfrowa wprowadza definicję usługi cyfrowej, która oznacza:

usługę pozwalającą konsumentowi na wytwarzanie, przetwarzanie i przechowywanie danych lub dostęp do nich w postaci cyfrowej, lub usługę pozwalającą na wspólne korzystanie z danych w postaci cyfrowej, które zostały przesłane lub wytworzone przez konsumenta lub innych użytkowników tej usługi, lub inne formy interakcji przy pomocy takich danych.

Treści cyfrowe zgodnie z dyrektywą oznaczają dane wytwarzane i dostarczane w postaci cyfrowej.

Dla przykładu: treścią cyfrową jest coś, co można przekazać na nośniku niematerialnym, czyli np. e-booki czy kursy online, a usługą cyfrową będzie np. usługa poczty elektronicznej (e-mail), usługa przechowywania danych (chmura), albo usługa social mediów.

Wraz z wejściem w życie przepisów dyrektywy cyfrowej do polskiego porządku prawnego dokonano zatem rozróżnienia treści cyfrowych od usługi cyfrowej, co ma znaczenie z punktu widzenia uprawnień konsumentów chroniących ich w obrocie prawnym, zwłaszcza w tzw. e – handlu, czyli przy zawieraniu umów na odległość i poza lokalem przedsiębiorstwa.

Dyrektywa cyfrowa wprowadza jeszcze jedną nową ważną definicję, mianowicie towaru z elementami cyfrowymi, towar taki zawiera treść cyfrową lub usługę cyfrową lub jest z nimi połączony tak, że brak treści lub usługi cyfrowej uniemożliwiłby jego prawidłowe funkcjonowanie (działanie towaru ściśle powiązane z treścią lub usługą cyfrową). Przykładem takiego towaru jest smartwatch.

Rozróżnienie pomiędzy treścią a usługą cyfrową ma kluczowe znaczenie, ponieważ wraz z wejściem w życie dyrektywy cyfrowej od usługi cyfrowej konsument może odstąpić – w przypadku umowy o dostarczenie usługi cyfrowej istnieje możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni od dnia jej zawarcia.

W zakresie treści cyfrowych, dostarczonych na nośniku niematerialnym, konsument nie ma takiej możliwości, o ile zostały spełnione warunki określone w art. 38 pkt 13 ustawy o prawach konsumenta:

i) przedsiębiorca może wyłączyć prawo do odstąpienia, jeśli konsument wyraził zgodę na rozpoczęcie dostarczania treści cyfrowych przed upływem terminu na odstąpienie od umowy oraz

ii) jeśli przed rozpoczęciem dostarczania treści cyfrowych konsument został poinformowany o utracie prawa odstąpienia od umowy.

Od 1 stycznia tego roku do powyższych warunków konieczne będzie spełnienie kolejnych, takich jak:

iii) zgoda na rozpoczęcie dostarczania treści cyfrowych musi być uprzednia,

iv) konsument musi przyjąć do wiadomości fakt, że utraci prawo do odstąpienia od umowy po dostarczeniu treści cyfrowej – samo przekazanie takiej informacji nie będzie wystarczające,

v) przedsiębiorca przekaże konsumentowi potwierdzenie otrzymania zgody na rozpoczęcie dostarczania treści cyfrowych.

Dodatkowo w zakresie wejścia w życie dyrektywy cyfrowej przedsiębiorca musi pamiętać, że od 1 stycznia 2023 r., treści i usługi cyfrowe obowiązują subiektywne i obiektywne wymogi zgodności z

umową. Stosownie do powyższego, żeby treść lub usługa cyfrowa były zgodne z umową, zgodne z jej postanowieniami muszą pozostawać w szczególności poniższe kryteria:

  1. opis towaru, jego rodzaj, jakość, kompletność i funkcjonalność, a w odniesieniu do towarów z elementami cyfrowymi również kompatybilność, interoperacyjność i dostępność aktualizacji,
  2. przydatność towaru do szczególnego celu,
  3. przeznaczenie danego towaru do celów, do których zazwyczaj się go używa,
  4. ilość, cechy oraz bezpieczeństwo danego towaru, a w zakresie towarów z elementami cyfrowymi również funkcjonalność i kompatybilność
  5. dostarczenie towaru z akcesoriami i instrukcjami
  6. zgodność towaru z próbką lub wzorem wcześniej udostępnionym przez sprzedawcę.

Istotnym jest również aby oferować i informować konsumenta o aktualizacjach związanych z świadczeniem usługi cyfrowej lub dostarczaniem treści cyfrowej – przedsiębiorca wg przepisów dyrektywy ma obowiązek zapewnić, aby konsument był informowany o aktualizacjach, w tym aktualizacjach zabezpieczeń i aby takie aktualizacje były mu dostarczane przez okres, w którym świadczona jest mu usługa albo może ich zasadnie oczekiwać.

Jeżeli konsument nie zainstaluje aktualizacji w rozsądnym terminie, sprzedawca będzie zwolniony z odpowiedzialności za niezgodność z umową – o ile poinformuje o konieczności i sposobie instalacji aktualizacji.

Kolejnymi ważnymi zmianami w zakresie ochrony konsumentów i dostarczania treści lub usług cyfrowych jest uznanie, że brak zgodności z umową nie występuje, jeżeli w momencie zawarcia umowy konsument został wyraźnie poinformowany, że konkretna cecha treści cyfrowych lub usługi cyfrowej odbiega od obiektywnych wymogów zgodności z umową oraz wyraźnie i odrębnie zaakceptował to odstępstwo w momencie zawarcia umowy. Dodatkowo dyrektywa wprowadza domniemanie, że jeżeli strony nie uzgodniły inaczej, treści cyfrowe lub usługę cyfrową dostarcza się w najnowszej wersji dostępnej w momencie zawarcia umowy.

Przedsiębiorca będzie odpowiadał za niezgodność treści lub usługi cyfrowej z umową przez wskazany w umowie czas jej dostarczania – w przypadku dostarczenia treści lub usługi cyfrowej w sposób ciągły. Przedsiębiorca będzie zatem ponosił odpowiedzialność za każdą niezgodność, która ujawni się w okresie dostarczania danej treści lub usługi cyfrowej.
Jeśli natomiast dana treść lub usługa cyfrowa jest dostarczana jednorazowo lub w częściach – przedsiębiorca odpowiada za niezgodność treści lub usługi cyfrowej z umową, która istniała w chwili jej dostarczenia i ujawniła się w ciągu dwóch lat od tej chwili. Dodatkowo w tym zakresie konsumenta chronią domniemania w zakresie okresu ochronnego w kontekście ujawnienia się niezgodności.

W przypadku braku zgodności z umową konsument ma prawo:

  • żądać doprowadzenia treści cyfrowych lub usługi cyfrowej do zgodności z umową,
  • do otrzymania proporcjonalnego obniżenia ceny,
  • lub do rozwiązania umowy.

Środki ochrony w tym przypadku ustalone są gradacyjnie, zaś dodatkową nowością wejścia w życie przepisów dyrektywy cyfrowej jest ustanowienie rozsądnego terminu doprowadzenia do zgodności treści lub usługi cyfrowej od momentu, w którym został poinformowany przez konsumenta o braku zgodności z umową.

Instytut Wymiaru Sprawiedliwości przeprowadził badania statystyczne związane z dochodzeniem roszczeń konsumenckich od dostawców treści i usług cyfrowych, z którego wynika, że w praktyce wejście w życie przepisów zaimplementowanej dyrektywy cyfrowej rodzi problemy na płaszczyźnie roszczeń za nienależyte wykonanie umowy, a także przy kontroli niedozwolonych postanowień umownych. Raport wskazuje również, że dyrektywa sprawia problemy z ustaleniem statusu konsumenta w zakresie korzystania z usług czy treści cyfrowych („cel zarobkowy”), jak i charakteru samej umowy łączącej strony, a co za tym idzie powoduje niepewność konsumenta co do zakresu jego uprawnień, ponieważ dyrektywa cyfrowa nie rozstrzyga jakim typem umowy jest dostawa usług i treści cyfrowych, ale przewiduje katalog uprawnień konsumenta, gdy są niezgodne z umową.

Ogólnie wrażenia środowiska prawniczego i branży cyfrowej po wprowadzeniu do polskiego porządku prawnego przepisów dyrektywy cyfrowej są takie, że uznaje się, że wdrożenie dyrektywy pomogło, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów związanych z e – handlem treściami i usługami cyfrowymi. Trzeba jednak pamiętać, że samo zaliczenie tego rodzaju towarów do dających uprawnienia ochronne w obrocie z konsumentami należy uznać za rozwiązanie przełomowe i pozytywne.

Autor: adw. Anna Lach, Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

4 miejsca skąd wziąć kartony do przeprowadzki

Zdradzimy Ci 4 miejsca skąd możesz wziąć kartony do przeprowadzki tanio albo nawet za darmo.

Przeprowadzasz się? W takim razie na pewno zastanawiasz się skąd wziąć kartony do których włożysz wszystkie rzeczy. Sprawdźmy 4 ciekawe miejsca skąd możesz wziąć tanie, albo nawet darmowe, kartony do przeprowadzki.

Kup je w e-shopie

Kupno pudełek do przeprowadzki to najszybszy i najłatwiejszy sposób skąd je wziąć. Pudełka możesz kupić w e-shopie, który sprzedaje materiały opakowaniowe, albo w sklepie stacjonarnym.

W przypadku kupowanych opakowań możesz mieć pewność, że są pierwszej jakości, są czyste i nie mają uszkodzeń. Dodatkowym plusem jest to, że na jednym miejscu dostępne są również inne artykuły potrzebne do przeprowadzki, takie jak folia stretch, folia bąbelkowa czy taśmy klejące.

Przy zakupach w sklepach stacjonarnych zwróć uwagę na cenę – pudełka bywają tam droższe. Przykładem są kartony przeprowadzkowe IKEA. Dostępne są już od 7,99 zł, ale są wyprodukowane z trójwarstwowej tektury falistej, która nie wytrzyma za dużo. Do tego za tę samą cenę możesz dostać w e-shopach takie same pudełko, ale wyprodukowane z dwa razy bardziej odpornej tektury, która wytrzyma o wiele więcej.

Zapytaj się w supermarkecie

Większość supermarketów, firm i sklepów w Twojej okolicy pudełka chętnie odda, ponieważ w ten sposób nie będą musieli przeprowadzać ekologicznej utylizacji tych odpadków.

Warto spróbować w supermarketach, w których możesz znaleźć tradycyjne pudełka na banany. Zwłaszcza, jeśli akurat banany są w promocji. Jednak pracownicy mogą czasami być przepracowani oraz poddenerwowani.

Większą ochotę na oddanie kartonów mają w centrach handlowych. Najlepsze kartony mają sklepy z elektroniką, ponieważ zamawiają ciężki towar, który wymaga większej ochrony. Jednak poszukiwania polecamy zacząć odpowiednio wcześniej, aby znaleźć dostateczną ilość pudełek na czas.

Poszukaj na Facebooku

Jeśli chodzi o udostępnianie, to Facebook jest w tym świetny. Na tyle świetny, że możesz znaleźć tam pudełka kartonowe do przeprowadzki za darmo. Również tutaj polecamy zacząć ich szukać z wyprzedzeniem. Rzadko kiedy znajdziesz wszystko od razu i w takiej ilości, w jakiej potrzebujesz.

Pożycz je od firmy przeprowadzkowej

Jeśli przeprowadzasz się korzystając z usług firmy przeprowadzkowej, to sprawdź, czy nie posiadają kartonów do wypożyczenia. Niektóre firmy oferują tę usługę za darmo w przypadku, jeśli korzystasz z ich usług przeprowadzkowych, lub za opłatą. Polecamy jednak dokładnie policzyć, czy aby na pewno będzie to tańsze rozwiązanie od kupna kartonów, które potem możesz sprzedać albo korzystać z nich w domu.