Rosną udziały polskiej branży leasingowej w Europie

  • Europejski rynek leasingu w 2018r. osiągnął wartość 386,4 mld euro, przy +7,7 proc. wzroście r/r.
  • Rekordowe wyniki wypracowane przez polską branżę leasingową w 2018r. pozwoliły jej awansować z 7. na 5. pozycję w europejskim rankingu, a udziały polskiej branży w europejskim rynku wzrosły z 4,15% do 5%.

Federacja Leaseurope, reprezentująca europejski sektor leasingowy podała, że w 2018 roku całkowita wartość nowych umów leasingowych, zawartych w Europie wyniosła 386,4 mld euro[1]. Europejski rynek leasingu w 2018r. zanotował +7,7 proc. wzrost w porównaniu z poprzednim rokiem. Wyniki polskiej branży leasingowej osiągnięte w 2018r. (+21,8 proc. dynamika r/r, 82,6 mld zł tj. 19,4 mld euro wartości nowych umów), pozwoliły jej awansować z 7. na 5. pozycję w europejskim rankingu. Tym samym udziały polskiej branży w europejskim rynku wzrosły z 4,15% do 5%.

Analiza danych Leaseurope pokazuje, że dodatnie wyniki były obserwowane we wszystkich kategoriach finansowanych przy udziale europejskich leasingodawców. Wartość nowych kontraktów dotyczących leasingu pojazdów osobowych (mających 53,1 proc. udział w ruchomościach) wzrosła o +7,2 % r/r, dynamika drugiego najważniejszego segmentu europejskiego rynku tj. samochodów dostawczych była wyższa o +7,9% niż przed rokiem, a maszyny i urządzenia przemysłowe odnotowały +9,8 proc. wzrost r/r. Warto dodać, że leasing komputerów i maszyn biurowych zanotował +8,4 proc. dynamikę r/r, wartość umów leasingowych dotyczących takich aktywów jak statki, samoloty, czy tabor kolejowy była wyższa o +14,5% r/r, podczas gdy obszar finansowania nieruchomości odnotował +2,5 proc. wzrost na koniec 2018r.

„Polska jest obecnie piątym największym rynkiem leasingu w Europie. Przed nami są: Wielka Brytania, Niemcy, Francja oraz Włochy. Przez ostatni rok polska branża leasingowa prześcignęła rynki rosyjski oraz szwedzki. Jednak nas najbardziej cieszy rosnąca rola leasingu w finansowaniu krajowych inwestycji. Polska z wysokim, bo 27 proc. udziałem plasuje się na czwartym miejscu Europie, czyli o lokatę wyżej niż w 2017r. Ten wzrost wyraźnie pokazuje, że leasing na stałe wpisał się w krajobraz krajowych inwestycji, a jego znaczenie może wzrastać w kolejnych latach za sprawą zaufania, jakim obdarzają go polscy przedsiębiorcy. Jak pokazują wyniki badania Komisji Europejskiej z 2018r. w krajach UE średnio 47% firm wytypowało leasing jako najbardziej istotne źródło finansowania. W Polsce leasing jest ważny dla 59% firm” – powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

[1] Dane Leaseurope: Leaseurope Annual Survey 2018.

Kryzys to za duże słowo, ale recesja coraz bliżej

Od 10 lat ryzyko kryzysu nie było tak wysokie – mówi główny analityk TMS Brokers Konrad Białas. Wojny handlowe, zaliczająca zwrot polityka monetarna i wiszące niczym miecz Damoklesa widmo recesji – wiele się dzieje, więc analitycy sprawdzają jakość okazji inwestycyjnych na ostatni kwartał roku.

Trudno ostatnio o jednoznacznie pozytywne sygnały płynące z globalnej gospodarki, zwłaszcza że w tle wojen handlowych toczy się zaciekły bój o dominację na świecie. – Od 10 lat ryzyko kryzysu nie było tak wysokie. Globalny handel spowalnia, USA i Chiny wciąż nieskutecznie próbują załagodzić konflikt, a rynki finansowe pozostają w niepewności – mówi główny analityk TMS Brokers i autor raportu „Wojny handlowe – w co inwestować?” Konrad Białas dodaje, że w sytuacji wyhamowania gospodarki warunki przemawiają za utrzymywaniem defensywnej postawy i wybieraniem bezpiecznych aktywów.

W co warto inwestować?

W co więc warto inwestować w nadchodzącym kwartale, skoro rynki finansowe tak silnie zależą od sytuacji geopolitycznej? – Gospodarka USA dotychczas najlepiej opierała się przed globalnym spowolnieniem, ale to też oznacza, że teraz jest najbardziej podatna na załamanie aktywności, co uderzy w sentyment na rynku akcji – wyjaśnia Białas i dodaje, że „akcje w USA mają wyższą wycenę w porównaniu z innymi rynkami gospodarek rozwiniętych, a przez to są obecnie bardziej wrażliwe na zagrożenia makro (recesja) i polityczne (impeachment)”. Zdaniem eksperta sytuacja przekłada się też na inny, znacznie bardziej niepokojący aspekt. – Rozszerzenie konfliktów handlowych USA poza Chiny, np. na strefę euro, zrodziłoby obawę o dostęp amerykańskich firm do zagranicznych rynków – kwituje.

Odpowiedzi na kluczowe pytania

Skoro inwestorzy muszą zmierzyć się z kolejną dozą problemów, jakie wywołują wojny handlowe, to pojawiają się pytania: czy w okresie spowolnienia gospodarczego rzeczywiście należy stawiać na tzw. bezpieczne przystanie? Tym mianem określane są nie tylko waluty takie jak frank szwajcarski, czy japoński jen, ale także wybrane surowce. – Chociaż po sierpniowej eskalacji napięć wiele z surowców jest mocno przeceniona, to niepewne perspektywy globalnego popytu wciąż hamują zapał inwestorów do kupna – odpowiada Białas i dodaje, że w takiej sytuacji „warto zwrócić uwagę na metale szlachetne, które w dobie łagodzenia globalnej polityki monetarnej stają się alternatywą dla drogich już obligacji skarbowych”. Zwłaszcza w kontekście niespotykanej od 2008 roku wrześniowej interwencji Fedu, który „łatając” rynek międzybankowy, odkupił od banków rozmaite papiery dłużne, bo nagle w poniedziałek zabrakło płynności. Bilans FED zwiększył się ponad 5-krotnie od momentu interwencji, czyli od momentu wybuchu kryzysu „subprime”.

Sprawdzająca się prognoza

Geopolitycznych znaków zapytania jest wiele, dużo jest też obaw co do przyszłości, jednak najbardziej frasujące są sprawdzające się prognozy analityków Fed. Pod koniec 2018 roku po raz pierwszy w historii opublikowali oni Raport o Stabilności Finansowej, w którym ostrzegli przed krachem na giełdzie spowodowanym relatywnie wysokimi wycenami akcji i dużą zmiennością na tym rynku. W rozdziale „Ryzyko krótkoterminowe w systemie finansowym” Fed wskazywał, że Brexit i problemy gospodarcze Chin mogą wpłynąć na wycenę akcji amerykańskich przedsiębiorstw oraz, że inwestorzy zaczną cechować się awersją do ryzyka, a następstwem tego jest znacząca przecena na rynku akcji. Prognozy się sprawdzają, bo wyceny akcji są relatywnie wysokie, a na rynkach widać podwyższoną od kilku miesięcy zmienność. Pojawia się więc pytanie o nadchodzący krach.

Kryzys to za duże słowo

Ekspert TMS jednak uspokaja. – Ostrożność jest zalecana względem optymizmu, jaki narósł we wrześniu z nadziejami, że będzie postęp w rozmowach handlowych USA. Wskaźniki przemysłu najniższe od dekady jeszcze nie oznaczają, że czeka nas kryzys. Spowolnienie? Tak. Czy można mówić o recesji? Gdzieniegdzie tak – ocenia Białas i dodaje, że „w obliczu ograniczonych możliwości banków centralnych i rekordowo niskich stóp procentowych ciężar wsparcia gospodarki leży w działaniach fiskalnych. Jednak ich efekty będą opóźnione w czasie”.

Pesymistyczny zwrot rynków finansowych i dowody globalnego spowolnienia będą ciążyć na decyzjach inwestycyjnych przedsiębiorstw co dla przeciętnego Kowalskiego może być odczuwalne poprzez ograniczenie dostępu do nowych miejsc pracy. W konsekwencji uderzy to w jego zarobki oraz w skłonność do konsumpcji.

Co drugi pracownik korzysta z nowoczesnych technologii w biurze, a 40% chciałoby, gdyby były dostępne

Nowoczesne budynki biurowe są naszpikowane technologią. To nie tylko podążanie za trendami rynkowymi, ale też oczekiwaniami pracowników. Z raportu CBRE „PropTech Index 2019. Zaawansowanie technologiczne biurowców a oczekiwania i potrzeby cyfrowe najemców” wynika, że już 2 na 10 pracujących korzysta z nowoczesnych aplikacji biurowych codziennie, a 31% od czasu do czasu. Do tego aż 40% osób korzystałoby z rozwiązań cyfrowych, gdyby te były dostępne. Eksperci CBRE, którzy przyjrzeli się budynkom biurowym w Polsce, wskazują, że są one zaawansowane technologicznie, nadal jednak istnieje luka między oczekiwaniami konsumentów, a oferowanymi rozwiązaniami.

Rewolucja technologiczna zmienia oblicze nieruchomości. Ostatnia dekada to miliardy dolarów zainwestowane w budynki, które na naszych oczach przeobrażają się w innowacyjne perełki. Z naszego globalnego raportu wynika, że w kolejnych latach aż 70% inwestorów planuje zwiększać nakłady na biurowe technologie. Większość inwestycji będzie stawiała potrzeby pracownika na pierwszym planie. Wdrożone rozwiązania będą usprawniały pracę i ułatwiały wykonywanie codziennych zadań, ale też skupią się na intensyfikacji działań proekologicznych – mówi Krzysztof Mogielski, dyrektor ds. transformacji cyfrowej w CBRE.

Raport CBRE „PropTech Index 2019” składa się z dwóch segmentów: badania oczekiwań konsumentów oraz oceny zaawansowania technologicznego budynków. W pierwszej części analizie poddano aż 79 biurowców z Austrii, Czech, Węgier, Rumunii, Słowacji oraz z Polski, z której pochodziła znaczna część badanych budynków – aż 25. Każdy z uwzględnionych biurowców posiadał najwyższe oceny w zakresie zielonych certyfikatów BREEAM oraz LEED. W drugiej części użytkownicy biur wskazywali na to, z których aplikacji korzystają najczęściej oraz jakich nowoczesnych rozwiązań oczekują w miejscach pracy.

TOP3 pożądanych aplikacji biurowych

Pracownicy, którzy na co dzień korzystają z technologii biurowych, zapytani o te najbardziej pożądane, na pierwszym miejscu wskazali spersonalizowane sterowanie oświetleniem, centralnym ogrzewaniem oraz systemem audio i wideo w pomieszczeniach (47% odpowiedzi). Drugą najbardziej popularną funkcjonalnością, wskazaną przez 43% respondentów, jest powiadamianie o przybyciu gości. Podobny odsetek chciałby mieć możliwość integracji usług poza biurowcem, np. podgląd dostępnej oferty rozrywkowej i restauracyjnej z możliwością rezerwacji, podgląd aktualnej dostępności zajęć fitness czy usług kosmetycznych. 39% respondentów chciałoby za pomocą aplikacji rezerwować miejsce parkingowe i odnajdować zaparkowany samochód.

Duże pole do popisu dla polskich budynków biurowych

Eksperci firmy doradczej CBRE w raporcie „PropTech Index 2019” przyjrzeli się z bliska 25 budynkom biurowym w Warszawie. Oceniono je na dwóch wymiarach: energii i energooszczędności oraz doświadczeń najemców. Sednem pierwszej kategorii jest rentowność danego budynku i optymalizacja zużycia mediów (centralne ogrzewanie, chłodzenie, energia elektryczna, woda). Druga kategoria odnosi się do poziomu satysfakcji i bezpieczeństwa użytkowników budynków. Do obu wymiarów przyporządkowano szczegółowe kryteria, które pozwoliły określić poziom zaawansowania technologicznego.

W porównaniu do biurowców w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, Polska wypadła nieco poniżej średniej. Warto jednak podkreślić, że w innych analizowanych miastach, takich jak Praga, Bratysława, Bukareszt, Budapeszt i Wiedeń, przeanalizowano mniejszą liczbę budynków. Obszary, w których Warszawa wypadła najlepiej to: sensory, które posiadało aż 80% analizowanych biurowców, efektywność energetyczna (52% budynków) oraz zaawansowane systemy parkingowe (52%). Dodatkowo, w budynkach co najmniej 20-piętrowych aż 3 na 4 posiadały zaawansowane systemy windowe.

Budynki w Warszawie są zaawansowane technologiczne. Nadal jednak widzimy, że pozostaje spore pole do popisu w zakresie doświadczeń pracowników, którzy liczą na to, że nowoczesne rozwiązania biurowe w jeszcze większym stopniu ułatwią ich pracę – podsumowuje Krzysztof Mogielski, dyrektor ds. transformacji cyfrowej w CBRE.

WSA: Brak rachunku czy też płatność gotówką to nie dowody na oszustwo podatkowe

Fiskus stwierdził, że przedsiębiorca wystawił fakturę niedokumentującą rzeczywistego zdarzenia gospodarczego, bo m.in. rozliczeń transakcji dokonano gotówką i z pominięciem rachunków bankowych. Rozpoznający skargę przedsiębiorcy Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi orzekł, że „…ani brak rachunków bankowych, ani dokonywanie płatności gotówką (…) nie mogą stanowić żadnego dowodu na fikcyjność transakcji…” (wyrok z 13 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Łd 148/19).

„W przypadku gdy osoba prawna, jednostka organizacyjna niemająca osobowości prawnej lub osoba fizyczna wystawi fakturę, w której wykaże kwotę podatku, jest obowiązana do jego zapłaty” (art. 108 ust. 1 ustawy o VAT, Dz.U. 2004 nr 54 poz. 535, ze zm.). Z drugiej strony, jeśli chce obniżyć kwotę podatku należnego o kwotę podatku naliczonego z tytułu poniesionych wydatków na wykorzystywane w swej działalności towary i usługi, powinien posiadać faktury potwierdzające to nabycie (art. 86 ust. 1 i 2).

Obowiązek zapłaty VAT z wystawionych faktur

Naczelnik urzędu skarbowego dopatrzył się u jednego z podatników nieprawidłowości w deklaracjach za poszczególne miesiące 2014, 2013, a nawet 2012 r. Objęty kontrolą przedsiębiorca wystawił na rzecz czterech innych firm faktury niedokumentujące zdaniem organu rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Świadczył on usługi doradcze oraz budowlane. W konsekwencji powyższego organ ustalił przedsiębiorcy obowiązek wynikający z art. 108 ust. 1 ustawy o VAT, czyli zapłaty kwot podatku wykazanego w tych dokumentach.

Niewiarygodne usługi doradcze na rosyjskim rynku

Rozpoznający odwołanie podatnika dyrektor izby administracji skarbowej wskazał na utrudniony kontakt z przedsiębiorcą z uwagi na problemy w ustaleniu jego adresu pobytu i zameldowania. Jak tłumaczył pełnomocnik strony, przy przenosinach firmy zaginęła również dokumentacja księgowa. Złożył także na ręce organu oświadczenie przedsiębiorcy o odmowie składania wyjaśnień. Z kolei kontrahenci nie wyjaśnili, jak nawiązali współpracę z przedsiębiorcą. Również usługi, takie jak budowanie bazy potencjalnych klientów w Rosji czy opracowywanie strategii wprowadzania e-usług na rosyjski rynek były zdaniem organów celowo pozbawione wymiaru materialnego.

Ostatecznie organ drugiej instancji stwierdził, że przedsiębiorca nie dokonał rzeczywistej sprzedaży usług, o czym świadczy przede wszystkim: „…brak informacji o pobycie strony w Rosji, brak posiadania niezbędnego sprzętu, zasobów (…) brak kontaktu ze stroną (…) brak rachunków bankowych, dokonywanie rzekomo płatności gotówką” (sygn. akt I SA/Łd 148/19). Co więcej, prawa do odliczenia podatku naliczonego z faktur wystawionych przez przedsiębiorcę pozbawił także jego kontrahenta, który usługę nabył.

Odmowa prawa do odliczenia podatku naliczonego

Dodatkowo w braku dokumentacji podatkowej przedsiębiorcy (szczególnie faktur nabycia towarów w zakresie prowadzonej działalności w branży budowlanej) organ odmówił przedsiębiorcy prawa do odliczenia podatku naliczonego z tych wydatków. Za podstawę przywołał art. 86 ust. 1 i 2 ustawy o podatku od towarów i usług. Jak stwierdził DIAS, przedsiębiorca stwarzał jedynie pozory prowadzenia legalnej działalności i nie przedstawił żadnych dowodów, które potwierdziłyby faktycznie dokonaną na jego rzecz dostawę.

„…w niniejszej sprawie mamy do czynienia z oszustwem podatkowym polegającym na wystawianiu przez M. M. pustych faktur kosztowych. (…) w badanym okresie M. M. nie prowadził działalności gospodarczej zdefiniowanej w art. 15 ust. 2 ustawy o VAT, nie dokonywał nabyć oraz dostaw towarów i usług” (sygn. akt I SA/Łd 148/19).

Brak rachunku czy też płatność gotówką to nie dowody na oszustwo

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi uchylił zaskarżoną przez przedsiębiorcę decyzję fiskusa. Zwrócił uwagę, że zarówno naczelnik urzędu skarbowego, jak i dyrektor izby administracji skarbowej skupili się na trudnościach w kontaktach z przedsiębiorcą oraz brakach w jego dokumentacji księgowej. A przecież organy były w posiadaniu dokumentacji kontrahentów przedsiębiorcy, w tym protokołów i faktur przekazanych przez właściwe im organy podatkowe. Przyznając rację organom co do wiarygodności ich ustaleń w zakresie fikcyjności świadczonych przez przedsiębiorcę usług budowlanych, odmówił takiego waloru poczynionym przez nie ustaleniom co do wykonanych usług doradczych.

„Zdaniem Sądu ani brak rachunków bankowych, ani dokonywanie płatności gotówką, ani też brak kontaktu ze stroną, nie mogą stanowić żadnego dowodu na fikcyjność transakcji skarżącego z T. W. i A. C.. Również brak informacji o pobycie strony w Rosji, nie przesądza o tym, że skarżący w ogóle tam nie był” (wyrok WSA w Łodzi z 13 sierpnia 2019 r., sygn. akt I SA/Łd 148/19). Sąd uznał, że organy naruszyły wyrażone w Ordynacji podatkowej zasady: prawdy obiektywne oraz zupełności postępowania podatkowego, a w konsekwencji również zasady swobodnej oceny dowodów.

Ciężar udowodnienia

Postępowania podatkowe, których podmiotem są przedsiębiorcy, a przenoszone ostatecznie do rozstrzygnięcia w postępowaniu sądowoadministracyjnym, potrafią toczyć się latami, jak miało to miejsce w niniejszej sprawie, której przedmiotem były zobowiązania podatkowe firmy nawet z 2012 r. Chcąc wyjść zwycięsko z tej długoterminowej batalii o pieniądze i majątek, należy opracować właściwą linię obrony zajmowanego stanowiska i zgromadzić potwierdzający je, jak najbardziej wartościowy materiał dowodowy. Ale jak widać, wymóg ten dotyczy także występujących przeciw podatnikom urzędników skarbowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Brak wykwalifikowanych pracowników i rosnące koszty działalności to wciąż największe wyzwania dla branży budowlanej

W 2018 roku przychody największych piętnastu spółek budowlanych w Polsce osiągnęły poziom ponad 33,2 mld zł, czyli o 11,3 proc. więcej niż rok wcześniej. Był to efekt przede wszystkim realizacji dużych projektów infrastrukturalnych oraz bardzo dobrej koniunktury na rynku projektów komercyjnych. Jak wynika z kolejnej edycji raportu „Polskie spółki budowlane 2019 – najważniejsi gracze, kluczowe czynniki wzrostu i perspektywy rozwoju branży”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, sektor ciągle znajduje się pod dużą presją kosztową, spowodowaną trendem wzrostowym cen materiałów i robocizny. Te dwa czynniki przekładają się na gorsze wyniki finansowe firm budowlanych

W 2018 roku produkcja budowlano-montażowa mierzona w cenach stałych wzrosła o 13,3 proc. rok do roku w porównaniu ze wzrostem na poziomie 6,2 proc. w 2017 roku. Skala realizowanych inwestycji przez przedsiębiorstwa budowlane pozwoliła osiągnąć wartość produkcji budowlano-montażowej na rekordowym poziomie 206 mld złotych.

W ubiegłym roku mieliśmy do czynienia z istotnym zwiększeniem liczby realizowanych projektów infrastrukturalnych, głównie z zakresu budownictwa drogowego i kolejowego oraz z bardzo dobrą koniunkturą na rynku projektów komercyjnych, w tym na rynku mieszkaniowym – mówi Maciej Krasoń, Partner, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa Deloitte w Polsce i Europie Środkowej.

W okresie styczeń-sierpień 2019 odnotowano dalszy wzrost produkcji budowlano-montażowej o 6,2 proc. mierzonej w cenach stałych. Jednak w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku dynamika wzrostu spowolniła.. Przyczynił się do tego niski wzrost w obszarze budownictwa kubaturowego – na poziomie 2,6 proc. oraz spowolnienie dynamiki wzrostu budowy obiektów inżynierii lądowej i wodnej do 11,0 proc. w porównaniu do odpowiednio 25,9 proc. i 21,5 proc. w 2018.

W tym roku obserwujemy niższą dynamikę wzrostu produkcji budowlanej ze względu na wysoki poziom, jaki został osiągnięty w roku poprzednim a także (na obecny moment) mniejszą podaż projektów ze strony instytucji publicznych. Wiele przedsiębiorstw budowlanych posiada bogaty portfel zamówień zabezpieczający ich przychody w najbliższych 2-3 latach. Z drugiej strony znajdują się pod presją kosztową spowodowaną dalszym trendem wzrostowym cen robocizny i materiałów. W sytuacji planowanej kumulacji projektów drogowych i kolejowych na najbliższe 2-3 lata oraz kosztów pracy, presja na wzrost kosztów firm budowlanych może nadal się utrzymywać – dodaje Paweł Sadowski, Partner Associate w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Ataki cybernetyczne i kryzysy finansowe wśród największych zagrożeń dla biznesu

  • Według najnowszego badania przeprowadzonego przez World Economic Forum, kryzysy finansowe stanowią największe zagrożenie dla biznesu.
  • Ataki cybernetyczne nazwano zaś najpoważniejszym ryzykiem dla firm działających w Europie  i Ameryce Północnej.

Problemy gospodarcze znalazły się wśród kluczowych obaw kadry zarządzającej reprezentującej różne regiony świata – wynika z najnowszego raportu World Economic Forum, Regional Risks for Doing Business 2019. Blisko 13 000 menedżerów z ponad 130 krajów uznało kryzysy finansowe za główne zagrożenie dla działalności gospodarczej w skali globalnej.

Trzy z pięciu największych ryzyk dotyczą aspektów gospodarczych, wśród nich bezrobocie lub niedostateczne zatrudnienie, które znalazło się na 3. miejscu w rankingu oraz gwałtowny wzrost cen za energię, które sklasyfikowano pozycję niżej. Powyższe ryzyka mają silny związek z napięciami społecznymi i przyczyniają się do załamania krajowych systemów rządzenia (miejsce 5.) oraz do głębokiej niestabilności społecznej (miejsce 6.). Jak wykazano w raporcie, ataki cybernetyczne po raz drugi z rzędu zyskały miano drugiego, co do wielkości wyzwania dla kadry zarządzającej największych firm na kontynencie europejskim i północnoamerykańskim. Podkreśla się przy tym coraz bardziej wyszukany charakter oraz rosnącą liczbę tego typu ataków.

Ryzyka środowiskowe budzą największe obawy w krajach Azji Południowej, Wschodniej i Pacyfiku. Regiony te doświadczyły katastrofalnych w skutkach klęsk żywiołowych oraz ekstremalnych zjawisk pogodowych. Wyzwania społeczne stanowią z kolei poważne zagrożenie w regionie Eurazji, dotkniętej spowolnieniem gospodarczym oraz w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, gdzie rządy nadal zmagają się z problemami świadczenia pomocy społecznej obywatelom.

W krajach Bliskiego Wschodu i Afryce Północnej mamy do czynienia z gwałtownym wzrostem cen za energię, który przyczynia się do ciągłej zmienności stawek i produkcji. Jednocześnie w regionie Afryki Subsaharyjskiej bezrobocie wśród młodych osób przekracza ponad 13%, co wzbudza niepokój, co do niezdolności  tamtejszych gospodarek do tworzenia nowych miejsc pracy. Współpraca międzynarodowa nadal pozostaje najskuteczniejszym narzędziem przeciwdziałania różnym zagrożeniom, niemniej jak podkreśla raport, wciąż pozostają obszary wymagające współdziałania regionów.

W czasach, w których globalny wzrost gospodarczy wydaje się bardzo kruchy, liderzy biznesu są wyraźnie zaniepokojeni  finansową odpornością rządów. Tymczasem ataki cybernetyczne pozostają kluczowym zagrożeniem ze względu na ich szybką ewolucję i coraz bardziej destrukcyjne możliwości – zauważa Emilio Granados-Franco, Head of Global Risks and Geopolitical Agenda w World Economic Forum. Analizując ryzyko na poziomie regionalnym, dostrzegamy także różne, powiązane ze sobą czynniki kształtujące zróżnicowany krajobraz ryzyk. Tylko poprzez zintegrowane podejście do zagrożeń gospodarczych, społecznych, technologicznych czy środowiskowych, interesariusze mogą budować prawdziwą odporność na ryzyka – dodaje.

Cyberbezpieczeństwo to wciąż jedne z najbardziej niepokojących ryzyk dla liderów biznesu  w zaawansowanych gospodarkach, a rosnąca zależność wielu firm od technologii tylko to potęguje. W obliczu napiętej sytuacji geopolitycznej i rosnących obaw gospodarczych, kadra zarządzająca stoi przed szerokim wachlarzem potencjalnych zagrożeń. Liderzy biznesu powinni dokonać ponownej oceny własnego postrzegania globalnych ryzyk oraz dołożyć wszelkich starań, aby wzmocnić odporność firmy na występujące zagrożenia – podkreśla John Drzik, President of Global Risk and Digital w Marsh.

Istnieje realne zagrożenie egzystencjonalne dla firm na całym świecie. Liderzy biznesu obawiają się, że rządy mają zbyt duże długi, aby móc pozwolić sobie na środki, które pomogłyby uniknąć recesji. Ponadto, postrzegają oni ataki cybernetyczne za główne zagrożenie w 16 gospodarkach reprezentujących 40% światowego PKB. Jednocześnie firmy nie dostrzegają wpływu zmian klimatycznych w kolejnych dekadach. Wspomniane zagrożenia wymagają natychmiastowej reakcji i działania – zauważa Eugenie Molyneux, Chief Risk Officer Commercial Insurance w Zurich Insurance Group.

Raport Regional Risks for Doing Business 2019 został opracowany przez Marsh & McLennan Companies we współpracy z Zurich Insurance Group i jest częścią forum Global Risks Initiative, zajmującego się analizą kluczowych ryzyk w skali globalnej i przekazywaniu informacji o zagrożeniach interesariuszom oraz opinii publicznej za pośrednictwem technologii cyfrowej oraz mediów.

Kluczowe 5 zagrożeń dla biznesu w poszczególnych regionach:

Region 1 2 3 4 5
Azja Wschodnia
i Pacyfik
Katastrofy naturalne Ataki cybernetyczne Konflikt międzynarodowy Kryzys finansowy Ekstremalne zjawiska pogodowe
Eurazja Głęboka niestabilność społeczna Konflikt międzynarodowy Gwałtowny wzrost cen za energię Kryzys finansowy Niekontrolowana inflacja
Europa Ataki cybernetyczne Bańki cenowe na rynkach aktywów Konflikt międzynarodowy Gwałtowny wzrost cen za energię Kryzys finansowy
Ameryka Łacińska
i Karaiby
Załamanie krajowych systemów rządzenia Głęboka niestabilność społeczna Bezrobocie lub niedostateczne zatrudnienie Kryzys finansowy Zakłócenia działania kluczowej
infrastruktury

 

Bliski Wschód
i Afryka Północna
Gwałtowny wzrost cen za energię Kryzys finansowy Bezrobocie lub niedostateczne zatrudnienie Niekontrolowana inflacja Bańki cenowe na rynkach aktywów
Ameryka Północna Ataki cybernetyczne Kradzieże danych Ataki terrorystyczne Zakłócenia działania
infrastruktury informacji

 

Zakłócenia działania kluczowej
infrastruktury

 

Azja Południowa Kryzys wodny Ataki terrorystyczne Klęski żywiołowe
i katastrofy spowodowane przez człowieka
Problem urbanizacji

 

Gwałtowny wzrost cen za energię
Afryka Subsaharyjska Bezrobocie lub niedostateczne zatrudnienie Załamanie krajowych systemów rządzenia Zakłócenia działania kluczowej
infrastruktury

 

Gwałtowny wzrost cen za energię Kryzys finansowy

Metodologia

Wyniki raportu Regional Risks for Doing Business 2019 stanowią podsumowanie 12 897 odpowiedzi udzielonych przez kadrę kierowniczą w 133 krajach. Respondenci zostali poproszeni o wybranie pięciu globalnych ryzyk, które według nich są najbardziej niepokojące dla prowadzenia działalności gospodarczej w ich kraju w ciągu najbliższych 10 lat. Pytanie to zadano w ramach corocznej ankiety Executive Opinion Survey, która stanowi część raportu Global Competitiveness Report opracowanego przez World Economic Forum. Najnowsza edycja ankiety została przeprowadzona w okresie od stycznia do kwietnia 2019 r. Liderzy biznesu zostali poproszeni o wybranie maksymalnie pięciu z listy 30-stu ryzyk, uwzględniającej m.in. ataki terrorystyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe czy upadek lub kryzys państwa.

 

Twardy brexit martwi inwestorów. Kurs funta spada

Wielu Inwestorów traktuje, że negocjacje pomiędzy UE i Wielką Brytanią zostały zerwane. Ten negatywny scenariusz brexitu spowodował, że za funta trzeba płacić bardzo niewiele ponad 4,80 zł.

UE nie chce zgodzić się na propozycje brytyjskiego premiera dotyczące tymczasowego funkcjonowania granicy państwowej pomiędzy Irlandią i Irlandia Północną, a po 2020 r. na opuszczenie unii celnej przez Irlandię Płn.

– To dlatego brytyjski funt bardzo stracił na wartości, w przypadku pary GBP/USD obserwowaliśmy naruszenie poziomu 1,22, natomiast w przypadku GBP/PLN osiągnięto okolice poziomu 4,80 – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Ze względu na rosnące prawdopodobieństwo brexitu bez porozumienia funt nadal może pozostać pod presją.

Maksymalny kurs funta w ciągu ostatnich 52 tygodni wynosił 5,04 zł.

Za obietnice wyborcze zapłacą wszyscy. Dodatkowe obciążenia biznesu zaszkodzą wzrostowi gospodarczemu

Większe wydatki z publicznej kasy mogą napędzać inflację. Z kolei obciążenia dla firm mogą sprawić, że niektóre z nich zaczną uciekać z Polski, np. w sektorach IT czy BPO.

Polski budżet wytrzyma dodatkowe wydatki, także te potencjalne, które są w obietnicach wyborczych, ponieważ my wszyscy za nie zapłacimy jako podatnicy. Dodatkowe obciążenia finansowe narzucone na firmy mogą jednak zaszkodzić wzrostowi gospodarczemu. W „licytacji” obietnic wyborczych zbliżamy się też do momentu, gdy wydatki z państwowej kasy przestaną być traktowane przez międzynarodowych inwestorów tylko jako przerzucanie pieniędzy z jednego koszyka do innego.

Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią
Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią

Biznes, który po spełnieniu obietnic wyborczych będzie musiał łożyć do budżetu więcej niż do tej pory, już zaczyna odczuwać negatywne konsekwencje. – Na przykład został wprowadzony limit na ulgi podatkowe związane z samochodami dla firm – przypomina w rozmowie z MarketNews24 Łukasz Wardyn, dyrektor CMC Markets na Europę Wschodnią.

Teraz rząd proponuje, by szeroka grupa społeczna dobrze zarabiających łożyła więcej na ZUS, gdy zostanie zniesiony limit 30-krotności średniej krajowej. Kolejna obietnica wyborcza dotyczy dynamicznego podnoszenia płacy minimalnej.

– Jest to szczególnie istotne dla przedsiębiorstw z sektorów IT i usług dla biznesu. Są one strategiczne dla rozwoju kraju, szczególnie miast regionalnych – ocenia Łukasz Wardyn.

Gdy polscy pracownicy staną się „drożsi”, międzynarodowe firmy mogą zdecydować się przenieść centra usług wspólnych do tańszych krajów.

Z kolei skokowo rosnące wydatki z państwowej kasy mogą skutkować wyższymi cenami w sklepach. – Można sobie wyobrazić sytuację, że gdy nasilą się niepokoje na światowych rynkach związane z recesją, inwestorzy zaczną uciekać od ryzyka, a to oznacza także ucieczkę od złotego. Wtedy dystans między stopami procentowymi i inflacją powiększyłby się i Polska stałaby się jeszcze mniej atrakcyjna dla inwestorów. Taki scenariusz prowadzi do napędzania inflacji – ocenia ekspert CMC Markets.

Czy najbliższe dni przyniosą przełom w relacjach na linii USA-Chiny?

Mimo tego, że jeszcze wczoraj nastroje względem relacji USA i Chin były raczej minorowe, dziś otrzymujemy coraz to nowe informacje sugerujące, że rozmowy chińskich i amerykańskich oficjeli w Waszyngtonie zaplanowane na czwartek i piątek mogą przynieść konkretne deklaracje – przynajmniej ze strony chińskiej.

Zgodnie z doniesieniami Bloomberga, pomimo ostatniego wzrostu napięć w relacjach między państwami, Chiny cały czas mają być otwarte na częściowe porozumienie z USA w kwestii handlu. Z kolei Financial Times sugeruje, że podczas nadchodzących negocjacji wicepremier Liu He ma zaoferować Stanom Zjednoczonym zwiększenie importu soi z obecnych 20 do 30 mld ton rocznie.

Jest to pozytywna informacja, jednak komentatorzy polityczni pozostają raczej sceptyczni, aby miało to wystarczyć do przekonania USA do częściowego porozumienia. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na ostatnią retorykę prezydenta USA, który sugerował, że preferuje osiągnięcie „big deal” (dosł. dużego porozumienia).

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,32-4,34. Wczorajsze dane z Niemiec pokazały, że sytuacja w tamtejszym przemyśle nieoczekiwanie poprawiła się – po dwóch miesiącach głębokich spadków w sierpniu produkcja przemysłowa wzrosła o 0,3% w ujęciu miesięcznym. Zmiany jednak raczej nie są na tyle duże, aby uspokoić nastroje względem sytuacji w największej gospodarce strefy euro, zwłaszcza, że patrząc na indeks PMI dla przemysłu po poprawie w sierpniu doszło do wyraźnego pogorszenia sytuacji we wrześniu.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,6%, wahając się w widełkach 4,81-4,85. Wczoraj funt brytyjski był najgorzej radzącą sobie walutą z grupy G10. Słabość funta była związana z obawami dotyczącymi Brexitu. Negatywne sygnały w tym kontekście płynęły zarówno z Wielkiej Brytanii, jak i Brukseli. Bukmacherzy nadal szacują, że Wielka Brytania nie powinna opuścić UE bez umowy – przynajmniej do końca roku. Jednak nawet jeśli Wielkiej Brytanii uda się uzyskać kolejne wydłużenie terminu Brexitu – przeciwko czemu opowiada się premier kraju, Boris Johnson – nie będzie to jeszcze oznaczało końca niepewności. Wielką Brytanię w takim scenariuszu najpewniej czekałyby przyspieszone wybory powszechne, które też jednak nie gwarantują docelowego rozwiązania sytuacji.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,94-3,95. W kontekście wczorajszego dnia warto wspomnieć o dwóch kwestiach.

Po pierwsze, wczoraj wyjątkowo rozczarowały dane o inflacji producentów w USA. Wrześniowy odczyt pokazał poziom 1,4% (wobec 1,8% notowanego miesiąc wcześniej), najniższy od listopada 2016 roku. Ten wskaźnik inflacji, zazwyczaj przyćmiewany przez uznawane za istotniejsze dane o inflacji CPI, miary bazowe oraz (w przypadku USA) dane o inflacji PCE znalazł się w centrum uwagi ze względu na znaczną skalę spadku.

Inflacja producentów w USA (2012-2019)

Inflacja producentów w USA
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 09/10/2019

Może to być dodatkowy sygnał, sugerujący, że w gospodarce USA nie dochodzi do generowania istotnej, wewnętrznej presji inflacyjnej, co może wspierać oczekiwania względem obniżki stóp procentowych ze strony FOMC. Patrząc na ceny kontraktów fed fund futures, obecnie rynek jest niemal w pełni przekonany, że do końca roku dojdzie do co najmniej jednej obniżki stóp procentowych, stawiając, że szanse na dwa cięcia stóp o 25 punktów bazowych to mniej więcej 50/50.

Po drugie, we wczorajszym przemówieniu Jerome Powell ogłosił, że Fed niedługo rozpocznie skup bonów skarbowych. Zastrzegł jednak, że nie jest to program QE. Działania Fed-u w tym kontekście należy raczej interpretować jako zastosowanie narzędzia, które ma sprawić, że na rynku pieniężnym nie będzie brakowało płynności. Decyzja Fed-u następuje w odpowiedzi na ostatnie problemy na rynku, w konsekwencji których doszło do chwilowego wzrostu krótkoterminowych stóp overnight repo do okolic 10% (czyli poziomu mniej więcej pięciokrotnie wyższego od tego, na którym powinna się utrzymywać).

Obok kwestii relacji USA i Chin, dziś inwestorzy szczególną uwagę powinni zwrócić na „minutki” z ostatniego spotkania FOMC. Warto jednak pamiętać, że dane z USA, które poznaliśmy w dniach następujących po spotkaniu banku centralnego pogorszyły się, co sprawia, że na opis dyskusji decydentów podczas ostatniego spotkania rynek może patrzeć jak na dość „wsteczny” dokument.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wrocław szybko zwiększa potencjał biurowy

Wrocław plasuje się w ścisłej czołówce najdynamiczniej rosnących rynków biurowych w Polsce.

W głównych ośrodkach biznesowych, poza Warszawą, powstaje teraz łącznie około 900 tys. mkw. powierzchni biurowych. Z tego we Wrocławiu, który obok Krakowa wiedzie prym w regionach, w budowie jest około 210 tys. mkw. biur. Według danych Walter Herz, zasoby stolicy Dolnego Śląska liczą dziś przeszło 1,1 mln mkw. powierzchni, co stanowi ponad 10 proc. zaplecza biurowego, jakim dysponują największe ośrodki miejskie w kraju. Wrocław należy do wąskiego grona najszybciej rozwijających się rynków biurowych w Polsce. Co roku zwiększa swoją ofertę średnio o kilkanaście procent.

Wysoka chłonność rynku

W pierwszym półroczu bieżącego roku trzy miasta: Kraków, Wrocław i Trójmiasto wygenerowały ponad 70 proc. całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych, poza Warszawą. Wolumen transakcji najmu w aglomeracji wrocławskiej był jednak w tym okresie niższy od odnotowanego rok wcześniej w tym samym czasie. – W pierwszej połowie 2019 roku na wrocławskim rynku w większości zawierane były umowy typu pre-let. Przyczyną tego jest brak wolnych biur w gotowych budynkach. Współczynnik powierzchni niewynajętej w mieście obniżył się do poziomu 9 proc. Firmy, które poszukują przestrzeni kilku tysięcy metrów kw. mają trudności ze znalezieniem biura w oddanych biurowcach – informuje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Popyt na wrocławskie biura od dwóch lat plasuje się na rekordowo wysokim poziomie. Choć w początkowych miesiącach bieżącego roku zapotrzebowanie na powierzchnię nadal było bardzo duże, kolejne miesiące okazały się słabsze,  co nie oznacza jeszcze, że tegoroczna chłonność rynku okaże się niższa od notowanych w ostatnich latach. Tym bardziej, że oferta rynku biurowego we Wrocławiu stale się zwiększa. Kilka inwestycji, będących w końcowej fazie realizacji, ma zostać oddanych jeszcze w tym roku. A do końca 2021 roku rynek wrocławski wzrośnie o około 250 tys. mkw. biur. Duże firmy deweloperskie szykują już następne projekty we Wrocławiu, które dostarczą na rynek kolejne 100 tys. mkw. – dodaje Mateusz Strzelecki.

Nowe biurowce

Na wrocławski rynek weszły w tym roku m.in. takie budynki jak City One, Żmigrodzka 83, STReet Point, SQ Business Center Wrocław, czy ostatnio ukończony przez Cavatinę Holding kompleks Carbon Tower, oferujący ponad 19 tys. mkw. powierzchni.

Pierwsi najemcy wprowadzają się też już do biurowca Nowy Targ firmy Skanska. Inwestycja, która usytuowana jest między placami Nowy Targ i Dominikańskim w południowej części Wrocławia, przyniosła ponad 21 tys. mkw. powierzchni.

Przy ulicy Powstańców Śląskich i Szczęśliwej we Wrocławiu Skanska prowadzi również budowę projektu Centrum Południe, w którym docelowo znajdzie się około 85 tys. mkw. powierzchni. W pierwszym etapie budowy powstają dwa budynki, które przyniosą ponad 26 tys. mkw. biur. Ich realizacja ma się zakończyć w drugim kwartale 2020 roku.

Kompleksy w trakcie realizacji

W stolicy Dolnego Śląska powstają najwyższej klasy obiekty biurowe, które są jednymi z największych kompleksów w Polsce. Nowe projekty oparte są na najnowszych rozwiązaniach technologicznych oraz ekologicznych i coraz częściej budowane w zgodzie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Jednym z nich jest inwestycja firmy Vastint, budowa której ma zakończyć się w grudniu br. Realizacja drugiej fazy projektu Business Garden Wrocław, położonego przy ulicy Legnickiej, przyniesie 79 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. To największa inwestycja, która realizowana jest aktualnie w miastach regionalnych, poza Warszawą. Kompleks zaoferuje łącznie 117 tys. mkw. powierzchni.

Echo Investment realizuje zaś przy ulicy Na Ostatnim Groszu inwestycję West 4 Business Hub. Obiekt, który dostarczy przeszło 80 tys. mkw. powierzchni biurowej, stanowi kontynuację inwestycji, w której powstały budynki West Gate i West Link. W pierwszym biurowcu West 4 Business Hub, który ma zostać oddany w trzecim kwartale 2020 roku, znajdzie się ponad 15,5 tys. mkw. powierzchni.  Deweloper zapowiedział już rozpoczęcie jeszcze w tym roku budowy swojej następnej inwestycji we Wrocławiu.

Przed końcem 2019 roku Grupa Buma planuje natomiast zakończyć budowę drugiego biurowca we wrocławskim kompleksie Cu Office, położonym przy ulicy Jaworskiej. W czwartym kwartale br. budynek dostarczy 10,6 tys. mkw. powierzchni biurowej. W centrum Wrocławia trakcie budowy jest również biurowiec City 2 firmy Archicom, który w drugim kwartale 2020 roku przyniesie miastu kolejne 12 tys. mkw. biur.

Planowane obiekty

W planach są też następne, duże projekty. Firma i2 Development przygotowuje do budowy wielofunkcyjny obiekt, w którym powstaną lokale biurowe, mieszkaniowe i usługowe.

Do startu przygotowywane są też inwestycje w Porcie Popowice, który jest jednym z największych obszarów inwestycyjnych we Wrocławiu, obejmującym 14 ha. Plany zakładają, że na tym terenie powstanie ponad 2,5 tysiąca mieszkań, przestrzenie komercyjne oraz rekreacyjne. W tej lokalizacji wkrótce rozpocząć się ma budowa pierwszego budynku biurowego o powierzchni 13 tys. mkw. powierzchni użytkowej. 7-kondygnacyjny obiekt wyróżniać ma przeszklona elewacja z układem pionowych oraz poziomych przesłon, przypominających żyletki, tworzących naprzemienny rytm architektoniczny. Firma Vantage Development planuje zakończyć realizację biurowca do połowy 2021 roku.

Swoją kolejną, wrocławską realizacje szykuje również firma Develia. Na 5,5 ha działce przy ulicy Kolejowej deweloper zamierza wybudować nowoczesny obiekt biurowy.

Usługi dla biznesu najsilniejszą grupą najemców

Największe zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe we Wrocławiu zgłaszają firmy z branży IT. Wśród  najemców wybija się sektor BPO/SSC, który nie tylko w stolicy Dolnego Śląska jest głównym najemcą nowoczesnych powierzchni biurowych. Branża zatrudnia w aglomeracji wrocławskiej 48 tys. osób, co stanowi około 15 proc. zatrudnienia w sektorze w Polsce i zajmuje w mieście około połowę dostępnej powierzchni biurowej. W pierwszym półroczu 2019 roku najemcy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu wynajęli w największych ośrodkach w kraju około 190 tys. mkw. biur, generując w tym czasie 25 proc. całkowitego popytu na powierzchnie biurowe. W tym wolumenie najmu największy udział miał Kraków i Wrocław, jako główne ośrodki sektora BPO/SSC w Polsce.

Szerokie plany firm sektorowych świadczą o wysokiej ocenie naszego rynku pod względem inwestycyjnym. Przekłada się to także bezpośrednio na decyzje inwestorów, którzy na naszym rynku realizują projekty biurowe i rozbudowują portfolio posiadanych nieruchomości.

Największe transakcje inwestycyjne

Potwierdzeniem dużego zaangażowania inwestorów we Wrocławiu była m.in. największa transakcja odnotowana w regionach w pierwszej połowie br. Filipiński holding ISOC za prawie 190 mln euro zakupił trzy biurowce wchodzące w skład kompleksu Business Garden we Wrocławiu oraz gdański Argon usytuowany w kompleksie biurowym Alchemia.

Podobnie, jak na wszystkich największych rynkach regionalnych w Polsce, we Wrocławiu dynamicznie rozwija się także zasób powierzchni flexi. Międzynarodowi operatorzy elastycznych biur zwiększają w mieście swój potencjał. W drugim kwartale br. m.in. Spaces, coworkingowy dostawca kreatywnej przestrzeni do pracy wynajął w wielofunkcyjnym centrum Wroclavia 2,7 tys. mkw. powierzchni biurowej.

Gdzie kupowane mieszkania są najmniejsze?

Lokalne rynki różnią się pod względem średniej powierzchni kupowanych mieszkań. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, które miasta na prawach powiatu wyróżniają się zakupem najmniejszych i największych „M”.

Wyk. 1 Powierzchnia mieszkań kupionych w 2018 r. – cała Polska

Średnia powierzchnia lokalu mieszkalnego kupowanego przez Polaków, już od dłuższego czasu oscyluje na poziomie 50 mkw. – 55 mkw. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego mówią, że w 2018 r. przeciętne kupowane „M” liczyło sobie 54,2 mkw. Warto sprawdzić, jak średnia powierzchnia lokalu mieszkalnego różniła się w miastach na prawach powiatu. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl pokusili się o taką analizę, która wskazuje na duże zróżnicowanie wyników.

Wedle obliczeń portalu RynekPierwotny.pl, następujące miasta cechowały się największą średnią powierzchnią lokali mieszkalnych kupowanych w 2018 roku:

  • Sopot – 63,8
  • Legnica – 61,8
  • Żory – 59,4
  • Gdynia – 59,4
  • Słupsk – 58,5
  • Jelenia Góra – 58,4
  • Leszno – 57,8
  • Rybnik – 57,6
  • Bielsko-Biała – 56,9
  • Warszawa – 56,8

Wysokich wyników z powyższych ośrodków miejskich nie można sprowadzić do wspólnego mianownika. W przypadku Warszawy, Gdyni oraz Sopotu, wytłumaczeniem może być spory udział bardziej luksusowych mieszkań w obrocie rynkowym.

Jeżeli natomiast chodzi o inne większe rynki, to w 2018 r. cechowały się one następującą przeciętną powierzchnią kupowanego mieszkania:

  • Wrocław – 56,1
  • Szczecin – 55,3
  • Katowice – 54,5
  • Lublin – 53,6
  • Toruń – 52,7
  • Poznań – 53,4
  • Olsztyn – 52,6
  • Gdańsk – 52,6
  • Łódź – 52,3
  • Rzeszów – 52,1
  • Kielce – 51,7
  • Bydgoszcz – 51,3
  • Radom – 50,8
  • Białystok – 50,4
  • Kraków – 50,2

Obliczenia ekspertów portalu RynekPierwotny.pl wskazują, że w 2018 r. najmniejsze mieszkania były sprzedawane na terenie wymienionych poniżej miast:

  • Włocławek – 49,3
  • Sosnowiec – 49,1
  • Świętochłowice – 49,0
  • Piotrków Trybunalski – 48,7
  • Ostrołęka – 48,6
  • Jaworzno – 48,6
  • Płock – 48,5
  • Konin – 48,2
  • Siemianowice Śląskie – 47,8
  • Ruda Śląska – 47,6

Praktycznie wszystkie wymienione powyżej ośrodki miejskie cechują się dużym rynkowym udziałem starszych i stosunkowo ciasnych mieszkań. Wydaje się również, że sytuacja ekonomiczna nabywców nowych „M” z tych miast raczej nie pozwala im na zakup dużych lokali.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Jak zaprojektować firmową koszulkę z nadrukiem?

Prowadzisz firmę i na potrzeby promocji potrzebujesz T-shirtów? A może chcesz zadbać o spójny wizerunek? W każdym z tych przypadków (i wielu innych) świetnie sprawdzą się koszulki z firmowym nadrukiem. Dowiedz się, jak je zaprojektować samodzielnie. 

Koszulki z nadrukiem to bardzo popularne rozwiązanie, które świetnie sprawdza się w świecie biznesu. Tego rodzaju gadżety wykorzystują przedsiębiorcy z wielu branż: począwszy od produkcyjnej, a skończywszy na reklamowej. Dlaczego? Koszulki firmowe pełnią rolę informacyjną, pozwalają uzyskać spójny wizerunek, a także zacieśniają więzi między pracownikami i zwiększają poczucie przynależności do przedsiębiorstwa. 

Koszulki z nadrukiem firmowym – zaprojektuj samodzielnie

Wykonanie koszulek z nadrukiem możesz zlecić dowolnej drukarni – wystarczy przekazać im projekt. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby zadanie zrealizować we własnym zakresie. Z pomocą przychodzą takie strony jak www.megakoszulki.pl – to właściwie sklep internetowy, w którym można zamówić nie tylko gotową odzież, ale i stworzyć własne koszulki z nadrukiem firmowym.

Krok 1. Wybierz koszulkę

W zależności od preferencji, mogą to być zarówno białe koszulki z nadrukiem, jak i czarne koszulki z nadrukiem. Weź jednak pod uwagę nie tylko kolor, ale również rozmiar. 

Krok 2. Wybierz grafikę

Jeśli mają to być koszulki z nadrukiem firmowym, grafik nie znajdziesz w płatnych bankach zdjęć. Musisz więc skorzystać z własnych zasobów – wystarczy wgrać logo przedsiębiorstwa.

Krok 3. Wpisz treść

Na koszulce możesz umieścić nie tylko logo, ale również dowolną treść. Może to być imię i nazwisko pracownika, zajmowane stanowisko itp. Atutem jest to, że napis z łatwością przeniesiesz w dowolne miejsce na koszulce, np. pod logo. 

Na tym etapie zamówisz również koszulkę z imieniem na plecach – wystarczy wpisać imię i nazwisko, a następnie zaznaczyć umiejscowienie treści. 

Krok 4. Sprawdź gotowy projekt

Projekt koszulki można podglądać w czasie rzeczywistym. Od razu widzisz nanoszone grafiki i treści, co pozwala na bieżące dokonywanie zmian. 

Przed ostatecznym zapisaniem projektu, warto sprawdzić gotową koszulkę. Przeliteruj poszczególne napisy, aby mieć pewność, że nie wkradł się żaden błąd.

Teraz nie pozostaje nic innego jak dodać produkt do koszyka. Jeśli w projekcie umieszczasz tylko logo, wówczas możesz złożyć od razu zamówienie na większą liczbę T-shirtów. Jeżeli natomiast wprowadzasz zmiany, np. w imionach i nazwiskach pracowników, wówczas każde zamówienie składasz pojedynczo.

Ile kosztują koszulki z nadrukiem dla firm?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jest to kwestia złożona. Inaczej bowiem rozpatrywane są zamówienia indywidualnie, a inaczej – hurtowe. 

Na ostateczną cenę jednej koszulki wpływa:

  • wielkość zamówienia – im więcej sztuk firma zamawia, tym lepszy rabat może wynegocjować, 
  • zastosowana technika druku – są metody bardziej opłacalne przy dużych nakładach oraz takie, które nie mają większego wpływu na koszt,
  • jakość koszulek – jeśli będą to T-shirty o dużej gramaturze, wówczas jednostkowy koszt będzie wyższy.

Jeśli interesują Cię koszulki firmowe, warto wysłać zapytanie dotyczące wyceny. Pracownik dokona kalkulacji i oszacuje orientacyjne koszty – z uwzględnieniem rabatu. 

Kubek termiczny z nadrukiem, czyli pomysł na praktyczny gadżet promujący Twoją firmę

Szukasz pomysłu na zwiększanie świadomości marki? Postaw na gadżety reklamowe – to nadal skuteczna forma promocji, dzięki której zbudujesz pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa i sprawisz, że na długo zapadnie w pamięci. Dobrym pomysłem są między innymi kubki termiczne z nadrukiem. Sprawdź dlaczego.

Na rynku dostępnych jest wiele gadżetów reklamowych, za pomocą których można osiągać założone cele marketingowe. Prawda jest jednak taka, że wiele z takich akcesoriów jest mało przydatnych – z punktu widzenia potencjalnych klientów. Zupełnie inaczej jest w przypadku kubków podróżnych – kubek termiczny z napisem reklamowym sprawdza się w każdej sytuacji. Jest na tyle praktyczny, że będzie z niego korzystało wiele osób. No bo któż nie lubi napić się ciepłej kawy lub herbaty w drodze do pracy czy podczas podróży? 

Kubki termiczne z logo firmy – dlaczego warto?

Istnieje wiele powodów, dla których warto zainwestować w kubek termiczny z własnym logo. Wśród głównych korzyści wymienić można między innymi:

  • budowanie świadomości marki – wręczane kubki termiczne z nadrukiem informują o istnieniu firmy,
  • budowanie pozytywnych skojarzeń – dzięki temu klient znacznie chętniej i częściej będzie korzystał z usług,
  • zwiększanie lojalności klientów – to także przełoży się na częstsze korzystanie z usług właśnie tego przedsiębiorstwa. 

– Kubek termiczny z własnym logo to świetny sposób na skuteczną promocję przedsiębiorstwa – niezależnie od branży. Jest to niezwykle praktyczny gadżet, z którego każdego dnia może korzystać wielu klientów – wyjaśnia przedstawiciel sklepu OpenGift.pl oferującego m.in. kubki termiczne z nadrukiem. 

Ile kosztuje kubek termiczny z własnym logo?

Zastanawiasz się, jaki będzie koszt jednostkowy kubka termicznego z własnym logo? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ wiele zależy przede wszystkim od wielkości składanego zamówienia. Im więcej kubków termicznych z logo firmy zamówisz, tym na większe upusty cenowe można liczyć.

Jeśli chodzi o koszt, niemałe znaczenie ma również wykonanie kubka. Najprostsze modele to wydatek rzędu zaledwie kilkunastu złotych. Natomiast kubek termiczny z własnym logo z izolacją próżniową  może kosztować ponad 100 zł.

Tani czy drogi kubek termiczny z logo?

Nie wiesz, czy lepiej zainwestować w tanie kubki czy może droższe modele? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, dlatego warto zadać sobie kilka pytań:

  • do jakiej grupy odbiorców chcesz trafić? 
  • jaki budżet chcesz przeznaczyć na działania promocyjne? 

Jeżeli odbiorcami są przede wszystkim klienci premium, lepiej zainwestować w droższe gadżety. Dadzą one namiastkę luksusu, dzięki czemu firma znacznie lepiej zapadnie w pamięci. Takie akcesoria sprawią również, że klient chętniej będzie po nie sięgał, co pomoże w utrwaleniu pozytywnego wizerunku poprzez przyjemne skojarzenia.

Zamów kubek termiczny z napisem bez wychodzenia z biura

Kubki termiczne z własnym logo możesz zamówić w lokalnej drukarni. Jeśli jednak cenisz swój czas, złóż zamówienie online. Kubki zaprojektujesz bez wychodzenia z biura, a cały proces zajmie zaledwie kilkanaście minut. 

Co musisz zrobić?

  • Wybierz interesujący Cię gadżet.
  • Wpisz liczbę produktów.
  • Wybierz miejsce znakowania.
  • Wybierz rodzaj znakowania. 
  • Dodaj produkt do koszyka. 
  • Załaduj plik z projektem.
  • Złóż zamówienie. 

Po dokonaniu płatności, Twoje zamówienie będzie realizowane. 

O czym należy pamiętać, nadając paczki do Polski z UK?

Wysyłanie paczek kurierem międzynarodowym, może na pierwszy rzut oka wydawać się trudne. Osoby, które po raz pierwszy chcą skorzystać z takiej obsługi, obawiają się skomplikowanych procedur, wysokich kosztów oraz niezrozumiałych instrukcji pakowania. Tak naprawdę wysłanie paczki do Polski z UK nie jest niczym trudnym, wystarczy jedynie pamiętać o kilku praktycznych wskazówkach.

Wybór sprawdzonego przewoźnika

Rynek usług transportowych wyróżnia się dużą konkurencją, dlatego pierwszą trudność można napotkać podczas wybierania najlepszego przewoźnika. Dobry kurier z Polski do Anglii to taki, który potrafi się dopasować do potrzeb klienta. Wybierając firmę kurierską warto zwrócić uwagę, jaki zakres usług oferuje i czy jest elastyczny w podejściu do klienta – mówi specjalista z firmy Euro-Paka.pl. Przed podjęciem współpracy z konkretnym przewoźnikiem należy przeanalizować kilka podobnych ofert.

Odpowiednie opakowanie

Wielu przewoźników wymaga zapakowania paczki w firmowe opakowanie. Przesyłki kurierskie z Anglii do Polski są narażone na uszkodzenia podczas podróży, dlatego ma to je ochronić przed ewentualnym pobijaniem się. Najlepiej przedmioty zapakować w kartonowe pudełko i zabezpieczyć je folią bąbelkową. W przypadku paczek do Polski z UK o szczególnej wartości, warto zapytać bezpośrednio przewoźnika, jakie posiada dostępne opcje opakowań.

Prawidłowe oznakowanie paczki

Kurier ma zazwyczaj dużo paczek do rozwiezienia i musi je załadować na pakę jak najbardziej ergonomicznie. Oklejenie paczki informacją nakazującą szczególną ostrożność, ułatwi kurierowi segregowanie przesyłek i znalezienie dla niej bezpiecznego miejsca. Takie paczki są też dodatkowo zabezpieczane na czas transportu, aby uniknąć ich przemieszczania się po pace w trakcie jazdy po nierównej nawierzchni.

Właściwe zaadresowanie paczki

Obecnie większość kurierów wymaga wydrukowania specjalnej etykiety przewozowej z zawartymi danymi nadawcy i odbiorcy. Nadając paczki z Polski do UK trzeba dokładnie przepisać adres i sprawdzić, czy nie ma pomyłek i literówek. Wypełniając samodzielnie etykietę przewozową staraj się to robić jak najbardziej czytelnie, aby kurier mógł bez problemu odczytać dane adresowe odbiorcy. Uniknie to nieporozumień i dostarczenia przesyłki pod niewłaściwy adres.

Koszt paczki z Anglii do Polski

Przed wysłaniem paczki sprawdź wszystkie parametry, które składają się na koszty usługi. Chodzi tu głównie o gabaryty paczki, odległość od miejsca docelowego oraz dodatkowe opłaty. Może się okazać, że wybrany przewodnik dolicza wiele opłat za usługi, które w innej firmie przewozowej mieszczą się już w cenie podstawowej. Sprawdzenie, ile kosztuje kurier z Anglii do Polski w kilku firmach transportowych, pozwoli Ci znaleźć najkorzystniejszą opcję.

Jak wysłać paczkę do Anglii?

Porównując oferty kilku firm przewozowych można zauważyć, że oferują one różne formy odbioru przesyłki. Możesz zdecydować się na to, aby to kurier przyszedł do domu i odebrał paczkę lub samodzielnie dostarczyć ją do parceli w dogodnych dla Ciebie godzinach. Oba te rozwiązania mają swoje zalety, a wszystko zależy od indywidualnych preferencji klienta oraz dostępności czasu.

O czym jeszcze pamiętać?

Przed nadaniem paczki warto sprawdzić opinie o przewoźniku oraz porównać ze sobą różne oferty dostępne na rynku. W internecie dostępne są strony, w których wystarczy tylko wypełnić formularz preferencyjny, a narzędzie automatycznie znajdzie najkorzystniejsze oferty. Paczki do Polski z UK wysyła się tak samo jak na terenie kraju, dlatego procedury nie powinny sprawić nikomu problemu.

Co daje nauka z native speakerem?

Nauka języka angielskiego z native speakerem jest bardzo dobrze oceniana przez kursantów. To zupełnie inny sposób przyswajania sobie języka i oswajania się z nim. Nie ma lepszego sposobu na naukę płynnego mówienia, a także na szlifowanie umiejętności. Jakie są inne zalety nauki języka z native speakerem?

Gdzie znaleźć dobrego lektora angielskiego?

Zanim przejdziemy do zalet nauki z native speakerem, najpierw musimy znaleźć tego odpowiedniego dla nas. Na pomoc przychodzi uczenie się angielskiego przez internet, ponieważ w ten sposób będziemy mieli dostęp do wielu lektorów online, którzy są dostępni przez całą dobę. Gdzie znajdziemy tych najlepszych? Na pomoc przychodzi Tutlo, czyli platforma do nauki angielskiego online, która stawia na lekcje z native speakerami. Jak to działa? Zakładamy konto, wybieramy, czego chcemy się uczyć i łączymy się z jednym z wielu native speakerów z całego świata. Lekcje trwają średnio 20 minut, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by je przedłużyć, jeśli czujemy taką potrzebę. Tutlo pozwala dzieciom i dorosłym na naukę z native speakerem w prosty i dopasowany do ich potrzeb sposób. 

Native speaker pomaga przełamać lęk

Kurs języka składa się z wielu elementów. Są to między innymi nauka czytania, pisania, gramatyki, a także umiejętność konwersacji. Te pierwsze kroki nie są tak trudne do przejścia przez uczniów, bo można wykorzystać metodę pamięciową. Za to konwersacja bywa piętą achillesową większości osób. Wszystko przez to, że boimy się i wstydzimy mówić w obcym języku. Oczywiście przypadłość ta nie dotyczy wszystkich, ale wielu z nas ma z tym problem i czuje niepokój przed rozmową po angielsku. Dzięki spotkaniom z native speakerem, które odbywają się jeden na jeden, nie musimy obawiać się wpadki, np. niepoprawnej wymowy czy gramatyki, którą zaliczymy na forum grupy. Badania pokazują, że szybkie zanurzenie się w obcym języku sprawia, że nasz mózg od razu przełącza się na używanie go, co dużo szybciej przynosi rezultaty w nauce.

Lektor angielskiego uczy akcentu i słownictwa

Tak naprawdę native speaker pomoże nam poznać słowa, których często nie używamy w naszych rozmowach, a które są nam potrzebne w szkole lub pracy. Przykładowo, jeśli będziemy potrzebowali podszkolić nasz angielski biznesowy, to rozmowa z native speakerem będzie bardzo pomocna, bo dobry biznes opiera się na nie zaburzonej komunikacji.

Podczas różnych zajęć możemy osłuchać się z językiem, poznać akcenty i mowę potoczną. Inaczej będzie mówił Kanadyjczyk, inaczej Amerykanin, a jeszcze inaczej Australijczyk. Dzięki rozmowom z różnymi native speakerami będziemy mogli akcenty rozróżnić, a nawet się ich uczyć. Wiadomo, że jeśli zależy nam na brytyjskim akcencie, to warto szukać native’a z Wielkiej Brytanii.

Poznajemy inne kultury

Może brzmi to trywialnie, ale faktycznie podczas rozmów z lektorem online, który jest native speakerem, możemy poruszać różne tematy. Niejednokrotnie w trakcie takich dialogów rozmawiamy o kulturze, historii, różnicach pomiędzy poszczególnymi krajami. To bardzo pouczające konwersacje, które pozwalają na poszerzenie naszych horyzontów i perspektyw. Dla wielu z nas często jest to jedyna szansa na kontakt z osobami z innych kultur, które przecież są ogromnie interesujące.

Nawiązujemy nowe znajomości

Jeśli korzystamy z pomocy lektora online, to mamy możliwość rozmowy z wieloma osobami z całego świata. Dzięki temu nawiązujemy nowe znajomości i budujemy relacje z nowymi lektorami. Niejednokrotnie te lekcje to początek dłuższych znajomości związanych nie tylko z nauką, ale także prywatnych.

Baltona pozyska nowego inwestora

8 października Flemingo International Limited BVI podpisała umowę inwestycyjną z Przedsiębiorstwem Państwowe „Porty Lotnicze”, dotyczącą sprzedaży 80,68% udziałów w P.H.Z. Baltona S.A.

Grupa Flemingo, która od 2010 roku ma większościowy pakiet udziałów w Baltonie, już 12 czerwca podpisała z PPL list intencyjny w tej sprawie. Zawarta wczoraj umowa inwestycyjna określa szczegółowe warunki transakcji. Baltona wyemituje obligacje o łącznej wartości 175 milionów złotych, które obejmie PPL. Pozyskane w ten sposób środki umożliwią Baltonie refinansowanie bankowych zobowiązań, jak również zapewnią fundusze na codzienną działalność oraz plany rozwojowe firmy. W ciągu kilku kolejnych dni PPL ogłosi wezwanie na przejęcie wszystkich akcji spółki. Sukces wezwania do sprzedaży akcji jest m.in. zależny od pozytywnej decyzji prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Pozyskanie tak silnego inwestora pozwoli na dofinansowanie i stabilny wzrost spółki. W Polsce Baltona jest już obecna na należącym do PPL Lotnisku im. F. Chopina oraz w 7 portach lotniczych, gdzie PPL jest udziałowcem.

Nowy właściciel oznacza dla Baltony nowe możliwości rozwoju. PPL to silna firma, w pełni wykorzystująca dobrą koniunkturę na rynku usług lotniczych, a warszawskie Lotnisko im. F. Chopina, na którym mamy dużą część naszego biznesu, plasuje się w czołówce portów lotniczych w regionie – mówi Piotr Kazimierski, prezes Baltony – Funkcjonowanie silnych operatorów na poszczególnych lotniskach lub w grupie kapitałowej to jeden z kierunków, w których rozwija się światowy rynek duty free. Na lotniskach w Paryżu, czy Amsterdamie sklepy duty free prowadzone są w ramach wspólnego przedsięwzięcia przez operatorów i porty lotnicze. Innym przykładem może być lotnisko w Dubaju, które swoją markę zbudowało m.in. dzięki atrakcyjnej strefie  wolnocłowej. Podobnie jest w Grecji, czy Hiszpanii, gdzie wszystkie lub niemal wszystkie porty lotnicze w kraju znajdują się w portfelu pojedynczych operatorów.

PPL również liczy na wiele korzyści z realizowanej transakcji. Objęcie obszaru travel retail pozwoli na wzmocnienie pozycji przedsiębiorstwa na rynku usług lotniczych. Kupno Baltony, czołowego w Polsce operatora duty free będzie miało także duże znaczenie strategiczne.

Transakcja z Flemingo jest dla nas korzystna ze względów ekonomicznych i ze względów bezpieczeństwa dla lotniska – mówi Mariusz Szpikowski, prezes Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” – Grupa kapitałowa PPL uzyska jeszcze większą kontrolę nad bezpieczeństwem w tzw. strefie zastrzeżonej, co przełoży się na zwiększenie bezpieczeństwa pasażerów w portach. Ogromną wartością dodaną będzie także stworzenie silnego podmiotu, który byłby w stanie konkurować na rynku sklepów wolnocłowych.

Nie zbudujemy dobrobytu w oparciu o coraz to nowsze programy socjalne

Rząd nie daje obywatelom pieniędzy, a jedynie zwraca je w postaci różnych świadczeń. Programy socjalne miały więc dotychczas charakter cashbackowy – oparty na zwrocie płaconych podatków. Nie wywołują więc one spodziewanych efektów – jak np. zwiększenie dzietności polskiego społeczeństwa w przypadku programu Rodzina 500+. Opodatkowanie i składki ZUS są dziś zbyt dużym obciążeniem jak na możliwości Polaków. Państwo dobrobytu nie jest więc jednoznaczne ze społeczeństwem dobrobytu. Jeżeli praca przez zbyt duże daniny nie będzie przynosiła wystarczających dochodów w porównaniu do świadczeń społecznych, doprowadzi to do konsekwencji społecznych, moralnych i etycznych. To ona powinna być źródłem bogactwa, a nie zasiłki. Te powinny mieć charakter interwencji  w przypadkach ubóstwa, a nie być elementem budującym dobrobyt społeczny.

Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha
Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha

– W państwie dobrobytu odpowiadają za niego urzędnicy, a nie my sami. Dzielenie i rozdawanie przez nich jest immanentną cechą tego systemu. Przykłady z innych krajów Unii Europejskiej pokazują jednak, jak nietrwały jest dobrobyt zbudowany w ten sposób – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Społeczeństwo dobrobytu jest w zasięgu naszych możliwości, jeżeli obywatele będą mogli zachować więcej z owoców swojej pracy. Hasło kampanii z 2015 roku – „Wystarczy nie kraść” należy zamienić na – „Wystarczy mniej zabierać”. O wiele ważniejsze jest, aby stawka podatku VAT była najniższa w Europie. Dzisiaj rząd pozyskuje w ten sposób więcej środków niż z podatku dochodowego, którego wysokość zostanie wkrótce zmniejszona z 18 na 17 proc. Ważna jest zatem obniżka opodatkowania konsumpcji jako takiej oraz pracy. To ona ma być źródłem utrzymania rodzin, a nie transfery społeczne. Istnieje wiele analiz krajów Unii Europejskiej z ostatnich kilkudziesięciu lat dotyczących prowadzenia polityki społecznej. Pokazują one skutki konsekwentnie wprowadzanych zmian zastępujących pracę transferami socjalnymi. Porównywano rodziny o tej samej liczbie dzieci, zbliżone pod względem dochodów. Polityka ta spowodowała, że świadczenia socjalne z tytułu posiadania dzieci były bardziej opłacalne niż utrzymywanie się o własnych siłach, ze względu na wysoko opodatkowane zarobki. Podatek ten z kolei finansuje transfery socjalne. Nie są one jedynie kategorią czysto finansową i budżetową. Należy rozpatrywać je także pod kątem zmiany zachowań społecznych – ocenił Sadowski.

Polska będzie stawiać na odnawialne źródła energii. PGE już inwestuje w fotowoltaikę i farmy wiatrowe na Bałtyku

Polska będzie stawiać na odnawialne źródła energii. PGE już inwestuje w fotowoltaikę i farmy wiatrowe na Bałtyku 1

Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku jest w trakcie konsultacji, a krajowy plan na rzecz energii i klimatu do 2030 roku negocjowany obecnie z Komisją Europejską. Obie strategie wyznaczą długoterminowe cele państwa w zakresie energetyki, ale eksperci są zgodni, że w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, jak przestawienie się na OZE i czyste technologie produkcji energii. W ten nurt chce się wpisać PGE Polska Grupa Energetyczna, która realizuje dwa duże programy inwestycji w fotowoltaikę i farmy wiatrowe na Bałtyku. Grupa zapowiada, że lada chwila wyłoni partnera, z którym wybuduje wiatraki na morzu.

– Dostosowujemy nasze elektrownie konwencjonalne do zaostrzanych rygorów ekologicznych i tzw. norm BAT, które będą wprowadzone do 2021 roku. Część najstarszych będziemy likwidowali, ale te, które są jeszcze w dobrym stanie, będą mogły pracować. Na to jest zgoda Komisji Europejskiej, na tej podstawie zorganizowaliśmy polski rynek mocy, który został notyfikowany przez Komisję, a więc dostajemy szansę, żeby w dłuższym okresie dostosowywać się do stawianych przez nią wymogów. Jest to spora wygrana, dlatego że będziemy mieli więcej środków, żeby w przyszłości zbudować bardziej nowoczesną konwencjonalną energetykę i chcemy tutaj, żeby była to energetyka jądrowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Tchórzewski, minister energii.

Jak podkreśla, w trakcie przygotowania jest Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku, czyli długoterminowa strategia państwa w zakresie energetyki, oraz Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu do 2030 roku (KPEiK), negocjowany obecnie z Komisją Europejską. Ta pod koniec czerwca przesłała swoje zalecenia do projektu, który rząd do końca br. powinien dostosować do uwag KE i przedstawić jego ostateczną wersję.

– Tutaj mamy trochę rozbieżności związanych z naszymi zamiarami w stosunku do oczekiwań Komisji, niemniej upieramy się przy tym, że w energetyce odnawialnej osiągniemy poziom 21 proc. do 2030 roku. Natomiast jest problem z zastosowaniem źródeł odnawialnych w transporcie. To wymóg KE, w obszarze miejskiego transportu wciąż jest sporo do zrobienia. W Polsce zlikwidowano trolejbusy, a władze samorządowe nie garną się do tego, żeby budować z powrotem linie trolejbusowe czy rozbudowywać połączenia tramwajowe. Mamy nadzieję, że autobusy elektryczne w części ten problem rozwiążą, ale to znów jest dłuższa perspektywa i stąd zabiegamy, żeby mieć dłuższy czas na dostosowanie się do tych wymogów – mówi minister Krzysztof Tchórzewski.

Projekt Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku zakłada, że do tego czasu krajowa energetyka nadal w dużym stopniu będzie się opierać na węglu – źródła węglowe mają stanowić 60 proc. miksu energetycznego. Jednak eksperci podkreślają, że w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, niż przestawienie się na OZE i czyste technologie produkcji energii. Część miksu ma pochodzić z farm wiatrowych na Bałtyku, zakładany w krajowej polityce energetycznej wolumen to 10 GW mocy zainstalowanych w farmach morskich, a aktualnie na ukończeniu są prace nad planem zagospodarowania obszarów morskich, który wskaże lokalizacje pod farmy wiatrowe na Bałtyku. W ten segment chce się także wpisać PGE Polska Grupa Energetyczna.

– Zdajemy sobie sprawę z tego, w jakim kierunku idzie Europa, w jakim kierunku idą zmiany prawa unijnego. Nasz miks energetyczny budujemy w oparciu o te regulacje prawne. Dwa duże programy, które będziemy realizować w najbliższym czasie, to farmy wiatrowe na morzu w granicach od 2,5 GW do nawet 4 GW. To jest bardzo duży program, w który obecnie dużo inwestujemy. Zaprosiliśmy partnerów, ponieważ chcemy pozyskać know-how, poznać tę technologię. Nikt w Polsce jeszcze jej nie zna, więc nawet dla nas, czyli największej grupy energetycznej, jest to pewne novum. Ogłosiliśmy przetarg, w którym wpłynęły cztery interesujące oferty i w najbliższym czasie dokonamy wyboru – mówi Ryszard Wasiłek, wiceprezes ds. operacyjnych PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Jak podkreśla, realizowany przez PGE program offshore stworzy też duże możliwości rozwoju dla polskich firm m.in. z branży stoczniowej. Grupa liczy na jak największy udział rodzimych przedsiębiorstw.

– Liczymy, że ten udział firm polskich będzie bardzo duży. Przeanalizowaliśmy już wszystkie porty pod kątem montażu dużych wiatraków na morzu. Wypożyczenie statku kosztuje 100 tys. euro za dzień, więc ta logistyka montażu musi być bardzo dobra. Przeanalizowaliśmy już także porty, które będą obsługiwały te wiatraki, ponieważ każdy element może się zepsuć, wiatraki również co jakiś czas trzeba serwisować. Nie podjęliśmy jeszcze decyzji, ale zrobimy to w najbliższym czasie, bo ich infrastrukturę trzeba przygotować wcześniej – mówi Ryszard Wasiłek.

Drugi duży program, realizowany przez PGE, związany jest z rozwojem fotowoltaiki i pozyskiwaniem energii ze słońca. Krajowy gigant chce się wpisać w założenia Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku i zrealizować 2,5 GW w technologii PV.

– Problem polega na tym, że na 1 MW mocy w PV potrzebujemy około 2 ha gruntów. W związku z tym na 2,5 tys. MW potrzebujemy 5 tys. ha. Aby móc zrealizować ten program w takiej wielkości – musimy mieć w zasięgu dużo większy areał, bo to wynika z planów zagospodarowania, z możliwości podłączenia do sieci elektroenergetycznej. W najbliższych latach wykonamy bardzo dużą pracę, żeby móc ten program zrealizować – mówi Ryszard Wasiłek.

Inwestycje w energetykę wiatrową i fotowoltaikę PGE Polska Grupa Energetyczna sfinansuje w większości z własnych środków przy wsparciu unijnych instrumentów pomocowych. W pierwszym przypadku liczy również na partnera, który wesprze finansowo przedsięwzięcia w sektorze offshore.

– Poza tym w najbliższym czasie będziemy budowali w Dolnej Odrze dwa bloki na gaz o łącznej mocy 1 400 MW. Skończyliśmy właśnie dwa nowe bloki w ultranowoczesnej technologii w Opolu. W przyszłym roku kończymy blok w 450 MW Turowie – i tak naprawdę to są nasze ostatnie bloki w technologii węglowej. Ponieważ jesteśmy największym w Polsce producentem ciepła, w najbliższych latach będziemy również przekształcali wszystkie nasze elektrociepłownie w tych lokalizacjach, które posiadają węgiel, na gaz. To również będzie nasz udział w nowym miksie, którego celem jest mniejsza emisja spalin do atmosfery – mówi Ryszard Wasiłek, wiceprezes ds. operacyjnych PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Pracodawcy RP: Tempo wzrostu płacy minimalnej w Polsce jest ewenementem na skalę światową. Przedsiębiorcom grozi utrata płynności, konsumentom wzrost cen

Pracodawcy RP: Tempo wzrostu płacy minimalnej w Polsce jest ewenementem na skalę światową. Przedsiębiorcom grozi utrata płynności, konsumentom wzrost cen 2

Utrata płynności przedsiębiorców, redukcja zatrudnienia czy wzrost inflacji – to możliwe reperkusje wzrostu płacy minimalnej. Przeprowadzona przez Pracodawców RP ankieta pokazuje, że 82 proc. przedsiębiorców ocenia, że wzrost płacy spowoduje pogorszenie ich perspektyw. Na koniec 2020 roku pensja minimalna ma wynieść 3 tys. zł., w 2023 roku – już 4 tys. zł. Obecnie z 16,4 mln osób zatrudnionych w gospodarce, blisko 14 proc. otrzymuje płacę minimalną.

– Dynamicznie rosnąca płaca minimalna rodzi zagrożenia dla przedsiębiorców koniecznością podnoszenia kosztów. Bo przecież taka decyzja rządu, że płaca minimalna wzrasta w tempie 15,5 proc. w stosunku do tego, co dziś obowiązuje, rodzi konsekwencje po stronie pracodawców. To oni będą musieli zarobić na tę płacę minimalną, odprowadzić wyższy podatek, wyższe opłaty, wnieść wyższy udział np. do Pracowniczych Planów Kapitałowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Leszek Juchniewicz, główny ekonomista Pracodawców RP.

Zgodnie z zapowiedziami już w 2020 roku płaca minimalna wyniesie 2 600 zł. Pod koniec przyszłego roku ma sięgnąć 3 tys. zł, a w 2023 roku – 4 tys. zł. W przeprowadzonej przez Pracodawców RP we wrześniu ankiecie, 82 proc. przedsiębiorców ocenia, że wzrost płacy spowoduje pogorszenie perspektyw ich przedsiębiorstw.

Zdaniem eksperta zapowiedziany wzrost płacy minimalnej jest ewenementem na skalę światową. W ciągu roku płaca minimalna ma wzrosnąć o jedną trzecią.

– Nigdzie w gospodarce na świecie żadna z istotnych kategorii dla tej gospodarki nie rośnie w oderwaniu od innych wskaźników. A w naszym przypadku niestety tak się stało. Tempo wzrostu płacy minimalnej zapowiedziane to 15,5 proc. Tymczasem rząd przewiduje spadek wzrostu gospodarczego o 3,7 proc. Wydajność pracy ma się utrzymywać na poziomie około 4 proc., tempo wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej, w sferze publicznej rośnie zaledwie o 6,1, a tu płaca minimalna nagle ma wzrosnąć o 15,5 proc. – przekonuje Leszek Juchniewicz.

Jak wynika z wyliczeń Pracodawców RP, z ok. 16,4 mln zatrudnionych w gospodarce narodowej, 14 proc. otrzymuje płacę minimalną. Zapowiedziany wzrost minimalnego wynagrodzenia oznacza, że pracodawcy będą musieli wypracować przychody o blisko 2 mld zł wyższe. Dodając do tego wyższe składki na ubezpieczenia społeczne i Fundusz Pracy oraz obowiązki związane z PPK, może to oznaczać, że duża część firm, zwłaszcza mniejszych, upadnie. Innym grozi utrata płynności finansowej, a żeby utrzymać działalność – mogą być zmuszeni przeprowadzić grupowe zwolnienia.

– W grę wchodzą również inne reperkusje, dotyczące już nas wszystkich, np. wzrost inflacji. Współzależność jest prosta: pracodawca na ten wzrost płacy minimalnej musi zarobić. W okresie spowolnienia nie uda mu się sprzedać więcej swoich produktów czy usług, będzie dążył do wzrostu ich ceny, a to oznacza inflację – podkreśla Leszek Juchniewicz.

Udzielenie pierwszej pomocy mogłoby o połowę zmniejszyć liczbę ofiar wypadków drogowych. Kursy pierwszej pomocy przechodzą kurierzy

Udzielenie pierwszej pomocy mogłoby o połowę zmniejszyć liczbę ofiar wypadków drogowych. Kursy pierwszej pomocy przechodzą kurierzy 3

Codziennie na polskich drogach ginie 8 osób. Ponad 40 proc. Polaków wskazuje, że było świadkami wypadku drogowego. Życie poszkodowanego w wypadku często zależy od świadków i ich umiejętności udzielania pierwszej pomocy. Coraz więcej osób deklaruje, że umiałoby w razie wypadku udzielić pierwszej pomocy, ale pewnych swoich umiejętności jest zaledwie co piąty Polak. Dlatego firmy organizują dla pracowników zajęcia z pierwszej pomocy. W kursach DHL Parcel „Z kurierem bezpiecznie” wzięło już udział ok. 100 kurierów.

– Wypadków niestety jest bardzo dużo. Co roku znika praktycznie jedno średniej wielkości polskie miasto. To osoby, które giną właśnie w wypadkach komunikacyjnych – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Acher, ratownik z Centrum Ratownictwa i Pierwszej Pomocy Ratea.

Według statystyk polskiej policji wynika, że od 18 czerwca do 1 września tego roku zginęły 582 osoby. To oznacza, że codziennie na polskich drogach ginęło średnio prawie 8 osób. Z badani CBOS „Polacy wobec wypadków drogowych” wynika, że 41 proc. osób było w przeszłości świadkami wypadku bądź stłuczki na drodze. Pierwszej pomocy udziela niewielu z nich.

– Według badań CBOS 67 proc. respondentów deklaruje, że potrafiłoby udzielić pierwszej pomocy, ale tylko 19 proc. Polaków jest pewnych swoich umiejętności w takiej sytuacji. Pamiętajmy, że prawdopodobieństwo, że możemy zostać świadkami wypadku, jest niestety duże – mówi Paweł Pawlik, kierownik Działu BHP w DHL Parcel Polska.

Kodeks karny zobowiązuje świadków zdarzenia do podjęcia akcji ratunkowej pod groźbą kary pozbawienia wolności do trzech lat. Często to właśnie pierwsza pomoc decyduje o życiu poszkodowanego w wypadku.

– Cały system ratownictwa opiera się na czynnościach, które wykonują osoby na miejscu zdarzenia. To jest podstawowe ogniwo. To od naszych decyzji, które podejmiemy na miejscu zdarzenia, zależy, czy uda się tę osobę uratować – przekonuje Adam Acher.

Według ustawy o państwowym ratownictwie medycznym średni czas od momentu wezwania karetki do przyjazdu służb ratunkowych wynosi 8 minut w mieście i około 15 minut na terenach poza miastem. Mimo to przed przyjazdem karetki pierwsza pomoc udzielana jest zaledwie w kilkunastu procentach przypadków.

– Dlatego w DHL Parcel postanowiliśmy organizować dla kurierów kursy pierwszej pomocy. Stawiamy na praktykę, odtwarzamy i symulujemy zdarzenia, z którymi można się spotkać np. na drodze. Dzięki szkoleniu kurierzy zyskują pewność siebie tak niezbędną w sytuacji wymagającej szybkich reakcji. Szacuje się, że gdyby świadkowie udzielali pierwszej pomocy na drodze, a nie tylko czekali na przyjazd karetki, możliwe byłoby zmniejszenie ofiar wypadków aż o połowę – podkreśla Pawlik.

Codziennie na ulice Polski wyjeżdża ponad 3 500 kurierów i blisko 1 000 kierowców transportu liniowego DHL Parcel. Stąd pomysł na szkolenia z pierwszej pomocy. Udział w kursach wzięło już udział ok. 100 osób.

– Liczba godzin poświęcanych pierwszej pomocy w ramach kursu na prawo jazdy jest zdecydowanie niewystarczająca. Poza tym wypadki drogowe są jednymi z najczęstszych sytuacji, gdzie udzielenie pierwszej pomocy jest niezbędne, a praca kurierów polega właśnie na tym, że są cały czas w drodze między klientami. Bardzo ważne jest więc dla nas, aby czuli się pewniej, nie zwątpili w swoje umiejętności w sytuacji kryzysowej – tłumaczy Paweł Pawlik.

– Każdy się ogląda na innych uczestników ruchu. Boi się zareagować, bo nie wie, co zrobić – ocenia Sebastian Hyski, kurier. – Codziennie jeździmy po miastach, po różnych ulicach. Może się zdarzyć, że ktoś będzie potrzebował pomocy, gdy będziemy przejeżdżać obok. Myślę, że po takim szkoleniu będę bardziej odporny na sytuacje kryzysowe –  zaznacza.

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Wymagają często regeneracji uszkodzonej błony śluzowej pęcherza

Infekcje układu moczowego mogą nawracać nawet kilka razy w roku. Wymagają często regeneracji uszkodzonej błony śluzowej pęcherza 4

Nawracające infekcje dróg moczowych, które mogą się pojawiać nawet kilka razy w roku, znacząco obniżają jakość życia i są głównym powodem, dla którego kobiety zgłaszają się do urologa. Ich leczenie jest trudne, bo antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii, a każda kolejna infekcja niszczy śluzówkę pęcherza. Wtedy stosuje się farmakoterapię dopęcherzową, która pozwala zregenerować uszkodzoną błonę śluzową. Taki rodzaj farmakoterapii jest stosunkową nowością, stosuje się go zaledwie od kilku lat.

– Każda infekcja dróg moczowych – a ocenia się, że każda dorosła kobieta przynajmniej raz w życiu doświadczy takiego epizodu – istotnie obniża komfort życia. Pojawiają się objawy ze strony dolnych dróg moczowych pod postacią bólu, pieczenia, palenia przy oddawaniu moczu i wreszcie tego, co najbardziej utrudnia życie, czyli naglących parć i częstego chodzenia do toalety. Najczęściej właśnie to uczucie parcia i pieczenia jest przyczyną zgłoszenia się do lekarza – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Ogólnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Infekcje dolnych dróg moczowych to najczęstsza przyczyna, dla której kobiety trafiają do urologa. Te bardzo powszechnie powodują bakterie z rodzaju Escherichia coli, które przyczepiają się do śluzówki pęcherza i stopniowo ją niszczą. U około 30 proc. pacjentów takie infekcje mają charakter nawrotowy i mogą się pojawiać nawet 3–6 razu w ciągu roku. Zwykle powodem nawrotów jest niedoleczona albo niewłaściwie leczona wcześniej infekcja dolnych dróg moczowych.

– Niestety, w Polsce po leczeniu infekcji dróg moczowych nie wykonujemy kontrolnego posiewu moczu. A ten jest konieczny, żeby sprawdzić, czy infekcja została dobrze wyleczona. Jeżeli nie została, to musimy ją leczyć dalej i wtedy mamy infekcję przewlekłą. Natomiast nawrotowa jest wtedy, kiedy mamy do czynienia z kolejną już infekcją po okresie jej braku. Taki nawrót może wywołać zarówno ta sama, jak i inna bakteria – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Radziszewski.

Jak podkreśla, skłonność do nawrotowych infekcji dróg moczowych zależy od wielu indywidualnych czynników, ale do głównych należą płeć, aktywność seksualna i wiek, ponieważ u kobiet w okresie przed i po menopauzie dochodzi do zmian w śluzówce pochwy i dróg moczowych, które ułatwiają namnażanie się bakterii.

Przy każdej infekcji dróg moczowych urolog powinien zlecić posiew moczu, który wykaże, jaki rodzaj drobnoustrojów za nią odpowiada i określi jego wrażliwość na antybiotykoterapię. Leczenie infekcji dolnych dróg moczowych przeważnie zaczyna się od farmakoterapii doustnej, ale antybiotyki nie zawsze są w stanie kompletnie zniszczyć populację bakterii. Wtedy stosuje się również farmakoterapię dopęcherzową (tzw. wlewki). Jej zadaniem jest odbudowa warstwy tzw. GAG-ów w śluzówce pęcherza moczowego.

– Nawrotowe infekcje dróg moczowych trzeba rozpatrywać jako proces zapalny dotykający śluzówki, czyli tej warstwy ochronnej, która wyściela pęcherz od środka i zapobiega przedostawaniu się moczu do ściany pęcherza. Ta warstwa składa się głównie z tzw. glikozaminoglikanów, powszechnie nazywanych GAG-ami – mówi prof. Radziszewski.

Kiedy dochodzi do stanu zapalnego – warstwa GAG-ów w pęcherzu moczowym ulega uszkodzeniu. Można to porównać do afty – jeżeli śluzówka jamy istnej jest uszkodzona, pojawia się rodzaj wrzodu, nadżerki. Taki sam proces zachodzi w pęcherzu w trakcie infekcji.

– Jeżeli dochodzi do kolejnych nawrotów infekcji dróg moczowych, ta warstwa ochronna nigdy się nie odbuduje. Wtedy z jednej strony pęcherz cały czas będzie podrażniony, a z drugiej – bakterie w dalszym ciągu będą mieć idealne środowisko do namnażania się. I wtedy możemy leczyć pacjentkę kolejnymi antybiotykami, a kolejne infekcje i tak będą się pojawiały, bo nie będzie tej naturalnej bariery ochronnej przed kolonizacją bakteriami – mówi prof. Piotr Radziszewski.

Warstwę ochronną pęcherza można odtworzyć, stosując syntetyczne glikozaminoglikany właśnie w postaci tzw. wlewek dopęcherzowych. Najczęściej podaje się je w połączeniu z kwasem hialuronowym i siarczanem chondroityny – te dwie substancje powodują łatwiejsze przyleganie do ściany pęcherza. Taki rodzaj farmakoterapii jest stosunkową nowością – stosuje się go zaledwie od kilku lat. Pozwala zregenerować uszkodzoną błonę śluzową, co zapobiega przenikaniu odpowiedzialnych za infekcję drobnoustrojów do głębszych warstw ściany pęcherza moczowego.

– Syntetycznie wytworzone preparaty niejako wyściełają pęcherz od środka i w tym momencie mamy już na tyle dobre środowisko, że naturalna warstwa glikozaminoglikanów może powoli zacząć się odbudowywać. Do takich wlewek trzeba dodać jeszcze jedną substancję – siarczan chondroityny, żeby niejako zakotwiczyć te glikozaminoglikany w ścianie pęcherza. Dzięki temu śluzówka odbuduje się zdecydowanie szybciej i pacjenci są odporni na kolejne infekcje dróg moczowych – mówi prof. Piotr Radziszewski.

W trakcie leczenia infekcji takie wlewki aplikuje się pacjentce raz na tydzień. Jednak w ramach profilaktyki warto je stosować jeszcze raz na jakiś czas już po zakończeniu farmakoterapii.

– To nie działa jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bo pierwsze objawy świadczące o tym, że pęcherz się leczy, obserwujemy dopiero po ok. 5–6 wlewkach. Po podaniu tej substancji pacjentka czy pacjent muszą pochodzić z taką wlewką w pęcherzu co najmniej godzinę, żeby ona zdążyła „opłaszczyć” całą ścianę pęcherza. Ważna jest cierpliwość. Natomiast później też warto stosować wlewki od czasu do czasu, żeby pęcherz mógł po prostu odpocząć – mówi prof. Piotr Radziszewski, kierownik Kliniki Urologii Ogólnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Aktywność zawodowa kobiet w Polsce należy do najniższych w UE. Potrzebne rozwiązania pozwalające łączyć obowiązki rodzinne z karierą

Aktywność zawodowa kobiet w Polsce należy do najniższych w UE. Potrzebne rozwiązania pozwalające łączyć obowiązki rodzinne z karierą 5

Tylko nieco ponad 56 proc. Polaków jest aktywnych zawodowo. W przypadku kobiet wskaźnik aktywności wynosi 48,3 proc., spada też ich zatrudnienie – do poziomu 46,8 proc., co jest jednym z najgorszych wyników w Unii Europejskiej. Dlatego konieczne są zmiany systemowe, które pozwolą łączyć role zawodowe i rodzinne oraz zrównają zarobki kobiet i mężczyzn.

– Najnowsze dane GUS-u są bardzo niepokojące. Dowodzą, że wskaźniki zatrudnienia i aktywności zawodowej w Polsce są bardzo niskie, co szczególnie dotyczy kobiet. Rząd bardzo wiele mówi o niskim poziomie bezrobocia, że jest najniższy od wielu, wielu lat. Natomiast wydaje mi się, że w dłuższej perspektywie wskaźniki dotyczące aktywności zawodowej są nawet ważniejsze i znacznie bardziej niepokojące – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Szumlewicz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że spada liczba aktywnych zawodowo Polaków. Badanie BAEL wskazuje, że w II kwartale 2019 roku aktywnych było 56,2 proc. osób w wieku 15 lat i więcej. W ciągu roku oznacza to spadek o 151 tys. osób ( 0,3 pkt proc.). Ogółem na 1 000 pracujących przypadało 837 osób bezrobotnych i biernych zawodowo. O ile wskaźnik aktywności mężczyzn się nie zmienił (blisko 65 proc. jest aktywnych zawodowo), o tyle w przypadku kobiet aktywnych zawodowo jest 48,3 proc. (spadek o 0,5 pkt proc.).

– To pokazuje, że polityka rządu odnośnie do aktywizacji zawodowej kobiet nie działa. Ważne, że nie tylko niskie są wskaźniki aktywności zawodowej, lecz także wskaźniki zatrudnienia, duża jest różnica między kobietami a mężczyznami, ponad 16 punktów procentowych więcej kobiet nie pracuje niż mężczyzn. I nie są to tylko kobiety bezrobotne, lecz także bierne zawodowo, siedzące w domu, które nie starają się o zasiłki, o pracę – ocenia Piotr Szumlewicz.

Obecnie, jak podaje GUS, wskaźnik zatrudnienia u mężczyzn wynosi 62,8 proc. W przypadku kobiet to 46,8 proc. To jeden z najgorszych wyników w UE.

– W perspektywie kilkunastu lat niskie wskaźniki aktywności zawodowej oznaczają mniej pieniędzy dla systemu emerytalnego. Mniej pieniędzy dla budżetu,  więcej pieniędzy wydawanych z systemu świadczeń społecznych, więc w dłuższej perspektywie to kryzys systemu emerytalnego i budżetu – przekonuje przewodniczący ZZZA.

Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. Choć wskaźnik Gender Pay Gap dla Polski wynosi 7,2 proc., co oznacza, że zróżnicowanie płac kobiet i mężczyzn jest niższe niż w innych krajach europejskich, to z danych GUS wynika, że panie zarabiają średnio o 18,5 proc. mniej od mężczyzn.

– Uważamy, że godna, dobrze płatna praca jest wartością samoistną i to, że szczególnie kobiety na masową skalę się dezaktywizują zawodowo, to jest też bardzo niepokojące. Kiedy ktoś jest kilka lat na bezrobociu czy w bierności zawodowej, to bardzo trudno później go przywrócić na rynek pracy – mówi Szumlewicz.

Związek Zawodowy Związkowa Alternatywa postuluje dlatego podniesienie płacy minimalnej do poziomu 50 proc. średniego wynagrodzenia (ok. 2,6 tys. zł brutto) i wzrost wynagrodzeń w sektorze publicznym o 15 proc., gdzie kobiety stanowią większość.

– Kobiety siedzą w domu nie tylko dlatego, że chcą, tylko dlatego, że często nie mają wyjścia. Mamy najniższe użłobkowienie w Unii Europejskiej, tzn. ta opieka przedszkolna się rozwija, natomiast sytuacja związana z dostępem do żłobków, szczególnie na terenach wiejskich i w małych miastach, wygląda często dramatycznie – ocenia ekspert.

Z danych resortu rodziny wynika, że wskaźnik użłobkowienia rośnie – obecnie wynosi 25 proc. ( wzrost z 12,5 proc. w ciągu trzech lat). To jednak wciąż za mało. Kobiety mają też trudności z łączeniem roli matki z karierą zawodową, w dużej mierze ze względu na presję społeczeństwa. Rozpowszechnienie wysokiej jakości publicznych żłobków i przedszkoli, dofinansowanie opieki senioralnej mogłyby pomóc kobietom w powrocie do pracy. Do tego niezbędne są też wyższe płace i stabilne zatrudnienie.

– Obok Hiszpanii Polska jest krajem, gdzie jest najwięcej umów na czas określony, mamy 1,5 mln osób pracujących w ramach umów cywilno-prawnych, kilkaset tysięcy w ramach darmowych lub półdarmowych staży. Mamy rozwiniętą cały czas szarą strefę, która specjalnie się nie zmniejszyła. Mamy więc naprawdę bardzo trudną sytuację, której ofiarami niestety w dużej mierze są kobiety – tłumaczy Piotr Szumlewicz.

Sztuczna inteligencja coraz chętniej wykorzystywana przez branżę e-commerce. Z rozwoju nowej technologi zaczynają korzystać polskie firmy

Sztuczna inteligencja coraz chętniej wykorzystywana przez branżę e-commerce. Z rozwoju nowej technologi zaczynają korzystać polskie firmy 6

Amazon wyrósł do rangi potentata rynku e-commerce dzięki szerokiemu zastosowaniu rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji. Firma wykorzystuje mechanizmy uczenia maszynowego w procesie dotarcia do klienta, rozpoznania jego potrzeb i pozycjonowania produktów w taki sposób, aby zwiększyć konwersję sprzedażową. Na sztucznej inteligencji mogą skorzystać także polskie firmy, sprzedające na platformie zakupowej. Śladami Amazona idą także polskie start-upy, tworząc bezobsługowe sklepy bez kas i sprzedawców, w których płatność pobierana jest automatycznie.

– Amazon wykorzystuje sztuczną inteligencję na wielu frontach. Mamy np. w Gdańsku centrum deweloperskie Amazon, które pisze kod inteligentnej asystentki Alexa, choć nie jest ona dostępna po polsku. Na całym świecie są centra, które uczą algorytmy stworzone m.in. w Polsce. Oprócz tego Amazon oczywiście wykorzystuje sztuczną inteligencję do tego, żeby prezentować konsumentom te towary, które najprawdopodobniej będą się podobać. Ale robi to też z potrzeby handlowej, żeby Amazon wiedział, co zamawiać od dostawców, w jakiej ilości, w jakich cenach – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansa.

Alexa początkowo funkcjonowała wyłącznie jako asystent głosowy, obecnie zakres jej możliwości jest znacznie szerszy. Na rynku pojawiły się m.in. inteligentne lustra współpracujące z Alexą, które pozwalają zautomatyzować proces zakupu kosmetyków. Klient nakłada za ich pomocą wirtualny makijaż, asystentka rozpoznaje, jakie produkty są potrzebne do jego zrobienia, po czym zamawia je przez internet.

Warto zauważyć, że sztuczna inteligencja usprawnia pracę całego łańcucha sprzedażowego w e-commerce. Firmy eksperymentują nie tylko z algorytmami, które poprawiają konwersję sprzedażową. Systemy inteligentne usprawniają także proces komplementacji dostaw. W inteligentnych centrach logistycznych Amazonu montowane są systemy autonomiczne, które wykorzystują roboty do skanowania paczek, przenoszenia ich oraz magazynowania.

Na co dzień algorytmy sztucznej inteligencji są wykorzystywane głównie w procesie analizy zasobów big data. Firmy przetwarzają ślady cyfrowe pozostawiane przez klientów m.in. w trakcie przeglądania sklepów internetowych, aby na ich podstawie zbudować profil osobowy każdego klienta. Dzięki niemu algorytmy uczenia maszynowego wiedzą, jakie przedmioty należy polecić danemu internaucie, aby zwiększyć szansę na wydanie przez niego pieniędzy.

Na sztucznej inteligencji mogą skorzystać także polscy sprzedawcy.

– Polscy sprzedawcy mogą skorzystać ze sztucznej inteligencji, jak tylko zaczynają sprzedawać. Amazon bierze pod uwagę każdy towar, który jest w serwisie, i pozycjonuje te towary. Od strony sprzedawcy nie musimy robić w tym zakresie nic oprócz samego wystawienia towaru. A od strony kupującego możemy wykorzystać sztuczną inteligencję do najbardziej wygodnej formy zakupowej, którą jakikolwiek sklep na dzień dzisiejszy daje po polsku. Możemy wejść na Amazon i skorzystać z Amazon.de po polsku – mówi ekspert.

Potencjał sztucznej inteligencji doceniła także firma Nethansa specjalizująca się w zarządzaniu kontami sprzedającymi za pośrednictwem witryny Amazonu. Firma opracowała autorskie narzędzie Clipperon, które analizuje indywidualne potrzeby klientów, zapotrzebowanie na poszczególne produkty oraz konkurencyjne oferty, aby dotrzeć do potencjalnego klienta z ofertą o wysokim potencjale sprzedażowym. Clipperon działa w pełni automatycznie, przeprowadzając cały proces marketingowy w oparciu o big data, bez konieczności angażowania uwagi sprzedawcy.

Z systemami automatyzującymi sprzedaż eksperymentuje także sam Amazon. Firma testuje m.in. nowe API Smart Home Skills, które analizuje, kiedy w naszym domu skończą się popularne przedmioty codziennego użytku takie jak np. tusz do drukarki. Korporacja chce zachęcić producentów do instalowania specjalnych czujników zaopatrzenia, które wykryją, kiedy dany produkt się kończy, po czym automatycznie zamówią go za pośrednictwem internetu.

Inteligentnymi rozwiązaniami sprzedażowymi od Amazonu zainspirował się także poznański start-up Surge Cloud, który stworzył pierwszy bezobsługowy i bezkasowy polski sklep Take&Go. Działa on na takiej samej zasadzie jak amerykańskie placówki Amazon Go. Wszystkie produkty wyposażono w etykiety RFID, dzięki czemu inteligentne bramki automatycznie skanują je przy opuszczaniu lokalu. Konto użytkownika jest obciążane po zaakceptowaniu listy produktów.

– Polskie firmy chcą i wchodzą na Amazona coraz częściej. Tylko przez ostatnie 12 miesięcy dotarło na Amazon ponad milion nowych sprzedawców. To ogromna liczba, a część z nich pochodzi z Polski. Mnóstwo firm szuka dojścia do zagranicznych rynków poprzez Amazon. Z roku na rok jest coraz więcej zainteresowań związanych ze sprzedażą na Amazonie i coraz więcej świadomości, że trzeba tam być – twierdzi Sascha Stockem.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku narzędzi do automatyzacji sprzedaży w 2019 roku wyniesie 3,3 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 6,4 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 14 proc.

Życie w kosmosie może potwierdzać obecność metanu, dwutlenku węgla czy światła bliskiej podczerwieni. Dzięki nowoczesnym teleskopom rosną szanse na jego znalezienie

Życie w kosmosie może potwierdzać obecność metanu, dwutlenku węgla czy światła bliskiej podczerwieni. Dzięki nowoczesnym teleskopom rosną szanse na jego znalezienie 7

Astronomowie szukają najlepszych sposobów na znalezienia życia w kosmosie. Niektórzy sugerują badanie światła odbitego od planety, aby sprawdzić, czy na powierzchni znajdują się elementy przypominające roślinność. Zdaniem innych wystarczy znaleźć metan i dwutlenek węgla. Znakiem na istnienie życia na innych planetach może być światło bliskiej podczerwieni, które odbija chlorofil w roślinach. Dzięki najnowszym teleskopom szanse na znalezienie życia w kosmosie stopniowo rosną.

– Poszukiwanie życia w kosmosie jest bardzo trudne, bo my jesteśmy skupieni na tym, jak wygląda życie na Ziemi, a w kosmosie niekoniecznie to życie musi wyglądać tak jak na naszej planecie. Nie musi być oparte na wodzie, nie musi zostawiać takich śladów jak życie ziemskie. To problem, bo my znamy tylko to życie, które pochodzi z naszej planety, więc poszukujemy podobnych oznak życia w różnych innych miejscach – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Planetarium Centrum Nauki Kopernik.

Dotychczas naukowcy skupiali się na znalezieniu tlenu, jako znaku pozaziemskiego życia. Rośliny i organizmy produkują gaz, bez nich tlen na Ziemi ostatecznie by zniknął. Dlatego zdaniem części naukowców do stwierdzenia życia niezbędny jest tlen. Badanie opublikowane w „Science Advances” wskazuje jednak, że tlen nie zawsze występuje w dużych ilościach. W pierwszej połowie historii Ziemi w powietrzu praktycznie nie było tlenu, a nawet później jego poziom był niski. Musiały minąć miliardy lat, zanim pierwsze organizmy zaczęły wytwarzać tlen i kolejne miliony zanim atmosfera Ziemi zaczęła być bogata w tlen.

Jak przekonują naukowcy w „Science Advances”, metan i dwutlenek węgla mogą być wystarczającym dowodem na życie w kosmosie. Dwutlenek węgla i metan reagują ze sobą tak, że metan ostatecznie zanika. Istnieją pewne rodzaje organizmów, które sprawiają, że metan pojawia się jednak w atmosferze. Teoretycznie metan może być wytwarzany nie tylko przez żywe organizmy. Joshua Krissansen-Totton, autor badania z Uniwersytetu w Waszyngtonie, twierdzi, że trudno wytłumaczyć dużą ilość metanu w atmosferze czymś innym niż życie.

– Naukowcy są coraz bardziej otwarci na to, że życie może wyglądać zupełnie inaczej gdzieś w kosmosie. Zwracają uwagę na różne sztuczne źródła czy elementy, które pojawiają się w środowisku. Gdy odkrywają czy badają nowe planety, sprawdzają, czy za wysokie stężenie metanu w atmosferze odpowiadają warunki naturalne, tzn. np. skały, czyli czy jest to wynikiem naturalnych procesów, które nie są związane z życiem, czy też faktycznie życie, np. mikroby mogą powodować duże stężenie metanu w atmosferze – wymienia Mateusz Borkowicz.

W czerwcu 2019 roku pomiary wykonane przez łazik Curiosity NASA odkrył duże ilości metanu w marsjańskim powietrzu, na Ziemi gaz jest zwykle wytwarzany przez żywe stworzenia, co może sugerować istnienie życia również na Czerwonej Planecie. Zwłaszcza że metan, jeśli jest obecny w marsjańskim powietrzu, musiał zostać uwolniony stosunkowo niedawno. Inaczej światło słoneczne i występujące reakcje chemiczne rozłożyłyby cząsteczki metanu w ciągu kilkuset lat. Zdaniem części naukowców metan może być uwalniany przez szczeliny w planecie, nie można jednak wykluczać, że istnieją mikroby produkujące metan.

– Mówiąc o życiu w kosmosie, często myślimy o czerwonej planecie. Być może jakieś drobne formy życia mogłyby tam przetrwać, choć warunki są bardzo surowe. Na razie nie udało się odkryć żadnych niewielkich śladów, ale naukowcy są dobrej myśli – twierdzi ekspert.

Dzięki nowoczesnym teleskopom życie można też zauważyć, obserwując odbijane przez planety światło gwiazd. Obecność roślin, a raczej produkowany przez nie chlorofil, odbija światło bliskiej podczerwieni. Dla człowieka niewidoczne, ale łatwe do zaobserwowania przez teleskopy.

– Patrząc na to, jak postępuje dzisiejsza technologia, nie do końca możemy stwierdzić, czy jesteśmy coraz bliżej odkrycia drugiego świata, czy naszych kosmicznych sąsiadów. Będzie pojawiało się coraz więcej pytań. Tak jak pojawiają się kolejne ciekawe odkrycia, tak pojawia się coraz więcej pytań. Powstają takie schodki, jest coraz trudniej, choć zdajemy sobie sprawę z tego, dzięki temu jak niewiele jeszcze wiemy o kosmosie, jak ten kosmos jest różnorodny – mówi Mateusz Borkowicz.

Mieszkania w Warszawie różnią się klimatem

Kwestie dotyczące zmian klimatu ostatnio wzbudzają spore zainteresowanie. Można oczekiwać, że w najbliższych latach te zmiany mocniej odczują również mieszkańcy Warszawy. Warto wiedzieć, że już teraz klimat polskiej stolicy jest dość zróżnicowany. Do takiego wniosku prowadzą ciekawe mapy klimatyczne udostępnione przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy. Postanowiliśmy zaprezentować wspomniane mapy i omówić krótko kwestie związane z warszawskim klimatem. To bardzo ciekawy temat, który dotychczas nie cieszył się dużą popularnością. Warto go poruszyć, bo okazuje się, że średnia roczna temperatura z poszczególnych części stolicy może różnić się nawet o 1 – 2 stopnie Celsjusza. To ważna kwestia w kontekście spodziewanego wzrostu liczby upalnych dni.

Najcieplej jest w centrum miasta i na Pradze – Południe …

Pierwsza z ciekawych map klimatycznych dotyczy wspomnianego już wcześniej tematu wysokich temperatur, które mocno dają się we znaki mieszkańcom Warszawy. Ta mapa prezentująca rozkład średniej rocznej temperatury na terenie stolicy pochodzi z „mapowego” serwisu Warszawy (mapa.um.warszawa.pl). Niestety nie obejmuje ona najbardziej wysuniętych na południe części miasta (południowej części Włoch, południowego Wilanowa oraz większej części Ursynowa. Wspomniana mapa uwzględnia natomiast dane z niektórych miejscowości położonych blisko stolicy (przykłady: Łomianki, Laski, Klaudyn, Babice, Mory, Ząbki, Marki, Zielonka i Józefów). „Lokale oraz domy z tych okolic również mogą być alternatywą dla mieszkania w Warszawie” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl.

Jak nietrudno się domyślić, „zielone” obszary na mapie cechują się najniższą średnioroczną temperaturą (do 8,6 stopnia Celsjusza). Ciemniejsze pomarańczowe plamy pokazują natomiast miejskie wyspy ciepła z średnią roczną temperaturą wynoszącą co najmniej 9,7 stopnia Celsjusza. Dwie takie plamy są widoczne na styku Śródmieścia, Woli i Ochoty oraz Pragi – Południe, Pragi – Północ i Targówka. „Warto zwrócić uwagę, że bardziej „ciepła” jest północna część Pragi – Południe oraz zachodnia część Śródmieścia” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomościSzybko.pl.

Zielone plamy pokazujące miejsca z najniższą roczną temperaturą (do 8,8 stopnia Celsjusza) widzimy na wschodzie Wawra, w Wesołej, na północnym wschodzie Białołęki oraz na zachód od Bielan. Warto również zwrócić uwagę, że stosunkowo „zimny” jest cały Wawer. Pewne zaskoczenie może natomiast stanowić fakt, że większa miejska wyspa ciepła (ze średnią temperaturą w roku wynoszącą 9,5 – 9,6 stopnia Celsjusza) sięga nawet Bielan i południowej Białołęki. Oczywiście warto pamiętać, że wyższa średnioroczna temperatura oznacza również mniejsze prawdopodobieństwo przymrozków i łagodniejszą aurę zimą. Jest to bardzo dobrze widoczne na mapach, które pokazują rozkład zimowej temperatury. Leszek Markiewicz zwraca uwagę, że liczba bardzo mroźnych dni pomiędzy poszczególnymi częściami Warszawy (np. Śródmieściem i Wesołą) różni się o około 10 dni rocznie.

Opady Warszawa Temperatura WarszawaWschód Warszawy okazuje się o wiele bardziej wilgotny

Temperatura powietrza to nie jedyna ważna kwestia pogodowa, która może interesować osoby kupujące mieszkania w Warszawie albo pod tym miastem. Warto również spojrzeć na drugą poniższą mapę. Pokazuje ona liczbę opadów notowanych w ciągu roku na terenie poszczególnych części miasta. Okolice zaznaczone na granatowo są najbardziej „mokre”. Mowa o sumie opadów wynoszącej 660 – 680 milimetrów rocznie. Plamy o najjaśniejszym odcieniu błękitu sygnalizują natomiast roczną sumę opadów wynoszącą jedynie 610 – 630 milimetrów. Warto zwrócić uwagę, że najmniejsze ilości deszczu spadają na północno – zachodnie obszary Warszawy i okoliczne gminy (np. Łomianki). Suma rocznych opadów zwiększa się w kierunku południowo – wschodnim. „Jak nietrudno zauważyć, najbardziej „mokre” są wschodnie krańce Wawra i Wesołej, a także pobliskie miejscowości (np. Sulejówek i Józefów)” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wyższa suma opadów może ucieszyć np. osoby zainteresowane ogrodnictwem. Tacy nabywcy nieruchomości niekoniecznie preferują jednak mieszkanie w Warszawie i bardzo często wolą kupić lub wybudować dom pod miastem. Taki wybór ma również zalety związane z większą ilością zieleni. Trudno ukryć, że pod względem udziału tzw. powierzchni biologicznie czynnej centralne dzielnice miasta prezentują się kiepsko (pomimo obecności parków). O wiele lepiej wypadają peryferyjne dzielnice: Wawer, Rembertów, Wesoła, Białołęka, Wilanów oraz Bielany. „Niższa letnia temperatura na wspomnianych obszarach jest związana między innymi z większą ilością zieleni i mniejszym odsetkiem powierzchni wyłożonych betonem, kostką brukową lub płytami chodnikowymi” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Autor/Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Ponad połowa firm rodzinnych spodziewa się recesji do 2020 r. – Raport UBS Global Family Office

W ostatnim dziesięcioleciu przedsiębiorstwa rodzinne rosną w siłę. Pomimo nasilonych zawirowań na rynku geopolitycznym, gospodarczym i finansowym, wzrosła liczba, skala i wielkość tego typu firm.

Aby udzielić firmom rodzinnym wsparcia w ich codziennym funkcjonowaniu, kontynuujemy nasze działania, aby każdy raport nt. Globalnych Firm Rodzinnych był bardziej szczegółowy, trafny i wnikliwy niż poprzedni. Aby podkreślić niektóre kluczowe ustalenia z 2019 r., możemy ogłosić, że:

  • Przeciętny portfel inwestycyjny firm rodzinnych miał problemy, aby spełnić oczekiwania w dziewięciu z 13 klas aktywów w tym roku, przy średniej globalnej wydajności portfela na poziomie 5,4% (I/II kwartał 2018 – I/II kwartał 2019).
  • 55% przedsiębiorstw rodzinnych spodziewa się, że do 2020 r. ekonomia znajdzie się w recesji, prawie połowa przygotowuje się na nadejście problemów i dostosowuje swoje strategie inwestycyjne w celu ograniczenia ryzyka (45%), zwiększając rezerwy gotówkowe i / lub przygotowując się do kapitalizacji w przypadku wydarzeń oportunistycznych (po 42%).
  • Tymczasem inni patrzą z długoterminowej perspektywy i przeznaczają dalsze fundusze na inwestowanie zrównoważone, jak i fundusze typu impact investing, przy czym ponad jedna trzecia rodzinnych firm zajmuje się obecnie zrównoważonymi inwestycjami, a jedna czwarta – strategiami impact investing. Biorąc pod uwagę prognozy inwestorów, że około jedna trzecia przeciętnych portfeli zyska status portfeli zrównoważonych, a jedna czwarta – status impact investing w ciągu najbliższych pięciu lat, jest to ważna informacja, aby obserwować i wspierać firmy rodzinne w nadchodzącym okresie.
  • Kolejnym obszarem wzrostu, który w dalszym ciągu wpływa nie tylko na firmy rodzinne, ale także na szerszą społeczność biznesową, jest technologia. 87% respondentów zgadza się, że sztuczna inteligencja będzie największą destrukcyjną siłą w globalnym biznesie, a 56% jest zdania, że technologia blockchain zasadniczo zmieni sposób, w jaki inwestujemy.

Napływ kapitału zagranicznego na rynek nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej

  • Całkowite zasoby przestrzeni biurowej w największych miastach regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) sięgają 21,8 mln metrów kwadratowych.
  • Projekty, które mają zostać oddane do użytku do 2021 roku zwiększą pulę dostępnej przestrzeni biurowej o kolejne 20% – do 26,5 mln metrów kwadratowych.
  • W regionie obserwujemy bezprecedensowy napływ kapitału zagranicznego z wielu źródeł – od RPA po Azję (w tym z Singapuru, Filipin, Chin, Korei Południowej i Malezji).
  • W 2019 r. najbardziej aktywni w regionie CEE byli inwestorzy południowokoreańskich.

 

Według najnowszego raportu „CEE Investment Report: Thriving Metropolitan Cities”, opublikowanego przez Skanska, Colliers International oraz Dentons, tempo rozwoju rynku w regionie powinno się w przyszłości utrzymywać. Dobra koniunktura oraz świetne wyniki gospodarcze miast Europy Środkowo-Wschodniej napędzają popyt na nowe inwestycje, także na rynku nieruchomości biurowych. Dostępne zasoby w tym segmencie rynku rosną od kilku lat, a obecnie osiągnęły w całym regionie CEE poziom 21,8 mln metrów kwadratowych. Projekty, które mają zostać oddane do użytku do 2021 roku zwiększą pulę dostępnych powierzchni biurowej o kolejne 20% – do 26,5 mln metrów kwadratowych. W zeszłym roku wartość inwestycji na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej wyniosła ok. 13,2 mld euro, z czego ponad 5 mld euro ulokowano w nieruchomościach biurowych.

Jednym z najważniejszych trendów omawianych w raporcie jest fakt, że dynamiczny rozwój rynku biurowego na bezprecedensową skalę przyciąga kapitał zagraniczny z różnych źródeł, od RPA po Azję. Od 2013 r. region CEE odpowiadał za mniej niż 3% całego kapitału lokowanego przez inwestorów azjatyckich poza Azją. W tym roku wartość ta wzrosła do 9,5% w Europie Środkowo-Wschodniej oraz do 14,5% w całej Europie. Całkowita wartość kapitału azjatyckiego zainwestowanego bezpośrednio w regionie CEE od 2013 r. wynosi 7,7 mld euro. Dla porównania, wartość zainwestowanego kapitału niemieckiego wynosi 8,6 mld euro.

Jako największy deweloper przestrzeni biurowej w regionie przyglądamy się napływowi zagranicznych inwestorów z wielkim zainteresowaniem. Szczególnie dotyczy to inwestorów z Azji, poszukujących zasobów biurowych na rynkach CEE – mówi Adrian Karczewicz, dyrektor ds. transakcji w biurowej Skanska w Europie Środkowo-Wschodniej. – W 2018 r. dokonaliśmy pierwszej transakcji z inwestorem z Filipin, a w tym roku pierwszej bezpośredniej transakcji z funduszami koreańskimi w Budapeszcie. Koreańscy inwestorzy często inwestują także na rynkach europejskich za pośrednictwem firm zarządzających aktywami, takich jak CBRE GI, która była stroną naszej transakcji w Pradze. Największą i główną grupą inwestorów poszukujących zasobów klasy A z segmentu prime w naszym regionie byli tradycyjnie Europejczycy, głównie Niemcy. Sytuację tę zmienia napływ nowych graczy, szczególnie z Korei Południowej, którzy stają się coraz bardziej aktywni na rynkach CEE. Wiedzą, że w tym regionie mogą znaleźć najlepsze w swojej klasie, najnowocześniejsze obiekty biurowe oraz osiągnąć większe zwroty z inwestycji.

Trend ten potwierdzają najnowsze dane. Zgodnie z raportem CEE Investment Report obecnie najbardziej aktywnymi inwestorami zagranicznymi są przedstawiciele Korei Południowej, którzy odgrywają coraz ważniejszą rolę na rynku nieruchomości komercyjnych. Z raportu wynika, że w pierwszej połowie 2019 r. firmy z samej Korei Południowej zainwestowały w regionie ponad 1 bln euro, czyli więcej niż inwestorzy niemieccy.

David Dixon, partner w kancelarii Dentons w Warszawie specjalizujący się w międzynarodowych transakcjach na rynku nieruchomości stwierdza: – W zeszłym roku inwestorzy z Azji wyraźnie zaznaczyli swoją obecność na rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to szczególnie kapitału południowokoreańskiego. Również silnie reprezentowany jest kapitał singapurski, a Chińczycy, choć musieli nieco ograniczyć swoją aktywność w następstwie wojny handlowej z USA, wciąż zmierzają do realizacji swojej polityki „Pas i szlak”, która zapowiada się obiecująco z punktu widzenia przyszłych inwestycji. Korzystny kurs wymiany walut oraz większe zyski w regionie CEE, w połączeniu z dostępnością obiektów biurowych najwyższej klasy, a także z rozwojem logistycznym, powinny w najbliższych miesiącach w dalszym ciągu motywować azjatyckich inwestorów do lokowania kapitału w regionie.

Poza przeglądem sytuacji dotyczącej rynku kapitałowego i inwestycyjnego w Europie Środkowo-Wschodniej, w raporcie opisano także szeroko rozwój miast regionu, które przeszły głęboką transformację gospodarczo-społeczną.

Luke Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej
Luke Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej

– Ci z nas, którzy mieszkają i pracują w Europie Środkowo-Wschodniej obserwują od ponad dekady niezaprzeczalny i inspirujący rozwój głównych miast regionu. Znacząco poprawiła się jakość życia, wartość inwestycji krajowych i międzynarodowych rośnie w rekordowym tempie, a nasze gospodarki stały się zdywersyfikowane i zorientowane na przyszłość. Rynek nieruchomości przechodzi proces globalizacji, a my chcieliśmy przedstawić fakty oraz dane przemawiające zarówno za postępującą ewolucją tutejszych miast, jak i za pojawiającymi się w związku z tym możliwościami. Międzynarodowi inwestorzy coraz częściej podejmują decyzje inwestycyjne porównując nowe możliwości z posiadaną już wiedzą. Omawiając kluczowe elementy decydujące o atrakcyjności miasta pod względem inwestycji w porównaniu z podobnymi lokalizacjami, w raporcie podkreślono nie tylko różnice pomiędzy kluczowymi miastami regionu CEE, ale także porównano je z ich europejskimi odpowiednikami o ugruntowanej pozycji. Uważamy, że region daje największe możliwości stabilnego rozwoju w całej Europie, za czym wyraźnie przemawiają dowody – komentuje Luke Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Więcej informacji na temat miast regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz pojawiających się w nich możliwości inwestycyjnych można znaleźć w raporcie „CEE Investment Report 2019: Thriving Metropolitan Cities.” Pełną wersję można pobrać ze strony: www.skanska.pl/CEEinvestmentreport2019

Bezrobocie w USA najniższe od grudnia 1969

Inwestorzy zostali pozytywnie zaskoczeni niższą stopą bezrobocia, która obniżyła się we wrześniu do 3,5% z 3,7% w sierpniu. Po raz ostatni tak niską stopę bezrobocia w USA odnotowano w grudniu 1969 roku. Wspomniane dane o bezrobociu nieco przyćmiły sobą słabsze niż oczekiwano dane o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych oraz spowolnienie wzrostu płacy godzinowej. Zmiana zatrudnienia w sektorach poza rolnictwem we wrześniu wyniosła 136 tysięcy etatów. Dane te okazały się dużo niższe niż przed miesiącem – po rewizji w górę, przyrost liczby zatrudnionych w sierpniu wyniósł 168 tysięcy etatów. Wzrost płacy godzinowej spowolnił do 2,9% r/r, co okazało się negatywną niespodzianką .

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała mocne osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 2,92%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek o 2,98%. Indeksy małych i średnich spółek również zakończyły tydzień ze stratą: sWIG80 straci na wartości 1,4%, z kolei mWIG40 spadł o 3,5%.

W tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (08.10.2019) odbędzie się wystąpienie publiczne prezesa Fed Jerome Powella oraz odczyt inflacji PPI. W środę (09.10.2019) okażę się protokół z wrześniowego posiedzenia FOMC . W czwartek (10.10.2019) poznamy inflacje CPI. Z kolei w piątek (06.09.2019) poznamy indeks Uniwersytetu w Michigan oraz wstępne dane dotyczące oczekiwań inflacyjnych.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Amerykanie straszą Turcję

Jeszcze wczoraj rano po decyzji prezydenta USA o wycofaniu amerykańskiego wojska z północnej Syrii straszono kolejną rzezią Kurdów, ponieważ otwierało to drogę do tureckiej interwencji na tym obszarze. Kurdyjskie Ludowe Jednostki Samoobrony, które od lat były sojusznikiem Stanów w walce z Państwem Islamskim, przez Ankarę są postrzegane jako organizacja terrorystyczna. Dzisiaj Donald Trump w swoim niepowtarzalnym stylu (poprzez Twittera) niezbyt subtelnie zdyscyplinował Turków, co spowodowało gwałtowną ucieczkę inwestorów od tureckiej waluty.

Amerykanie straszą Turcję

Rozkaz naczelnego dowódcy sił zbrojnych USA o wycofaniu oddziałów z terenów położonych przy granicy z Turcją został zinterpretowany jako przyzwolenie dla tureckiej interwencji przeciwko Kurdom. Postanowił on jednak uzupełnić swoje stanowisko w tej sprawie i to z subtelnością typową dla twitterowych publikacji amerykańskiego przywódcy. Oprócz peanów na własną cześć (“w swojej wielkiej i niezrównanej mądrości”) zapowiedział wprost, że jeżeli Turcy posuną się za daleko, to zniszczy on tamtejszą gospodarkę. Można stwierdzić, że jeśli rzeczywiście ma zamiar tego dokonać, to powinien się pospieszyć. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że pod rządami Erdogana ma ona szansę zniszczyć się sama. Tylko ten jeden tweet kosztował turecką lirę ok. 2% wartości. W rezultacie jest ona najsłabsza względem dolara od końca sierpnia.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej u naszego zachodniego sąsiada. Co ciekawe (w przeciwieństwie do większości odczytów z tej gospodarki) w ujęciu miesięcznym zanotowaliśmy wzrost, dokładnie o 0,3%. Niestety roczna perspektywa w dalszym ciągu jest negatywna. Interesujące, że nawet tak niewiele wystarczyło, by od rana zobaczyć ruch umacniający EUR względem USD. Warto zwrócić uwagę, że w tym tempie niedługo mamy szansę zobaczyć roczny wzrost, ale będzie on spowodowany głównie tym, że punktem odniesienia będą miesiące, na które przypadały spadki.

Kolejny rekord bezrobocia

Według informacji przedstawionych przez premiera Mateusza Morawieckiego bezrobocie we wrześniu wyniosło 5,1%, tym samym ustanawiając kolejny raz w ciągu ostatnich miesięcy rekordowo niski wynik (licząc od 1990 roku). W przypadku metodologii BAEL jest ono obecnie niewiele powyżej 3%. BAEL to skrót od Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności. Różni się ono od stopy bezrobocia tym, że jako osobę bezrobotną uznaje taką, która w badanym okresie aktywnie poszukiwała pracy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Akcjonariusze R22 zdecydowali o wypłacie dywidendy

Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy R22 zdecydowało o wypłacie 4,23 mln zł dywidendy, czyli 0,30 zł dywidendy na akcję. Zgodnie z przyjętą we wrześniu polityką dywidendową, spółka będzie wypłacać akcjonariuszom co najmniej 30 proc. skonsolidowanego zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. W roku obrotowym zakończonym 30 czerwca 2019 r. wyniósł on 11,6 mln zł i był o 70 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Stopa dywidendy, według kursu zamknięcia z 7 października, wynosi 1,52 proc., a stopa wypłaty dywidendy wyniesie 36,6 proc. (względem skonsolidowanego zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Zgodnie z przyjętą miesiąc temu polityką dywidendową, spółka będzie wypłacać akcjonariuszom co najmniej 30 proc. zysku. Jednocześnie wartość dywidendy na jedną akcję ma systematycznie rosnąć.

– Już w okresie IPO zapowiadaliśmy chęć dzielenia się zyskiem z akcjonariuszami. W minionym roku wypracowaliśmy rekordowe wyniki, co pozwala nam realizować ten cel zarówno poprzez skup akcji własnych, jak i wypłatę dywidendy. Chcemy, aby w ujęciu nominalnym, wartość dywidendy systematycznie rosła każdego roku. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

Przegłosowana przez akcjonariuszy dywidenda jest pierwszą w historii R22. Dzień dywidendy został ustalony na 15 października, a dzień wypłaty dywidendy na 22 października. Wcześniej, na przełomie czerwca i lipca spółka przeprowadziła skup akcji własnych o wartości 2 mln zł. W jego ramach R22 skupiło 80 tys. akcji własnych.

W 2018/2019 r. Grupa osiągnęła 145,6 mln zł przychodów, 37,9 mln zł znormalizowanego zysku EBITDA (wzrost o 39 proc. r/r). Zysk netto wzrósł o 59 proc. do 16,7 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 11,6 mln zł i było o 70 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Brexit i nowe zasady wymiany handlowej między Polską a Wielką Brytanią

Brexit – niezależnie czy będzie uporządkowany, czy tzw. „twardy”, znacząco odmieni relacje handlowe między Wielką Brytanią a krajami UE. O skutkach najważniejszej secesji minionych lat opowiadają eksperci Grupy Inelo.

Wiadomo, że Zjednoczone Królestwo ma opuścić struktury unijne pod koniec października 2019 r. W przypadku brexitu uporządkowanego, od listopada br. do końca 2020 roku mógłby obowiązywać okres przejściowy, w którym relacje handlowe przebiegałyby na takich zasadach jak dotychczas. Następnie kraje mogłyby zawrzeć porozumienie o wolnym handlu, podobne do tego, jakie Unia Europejska ma już z innymi krajami trzecimi (np. zawarta w lutym br. umowa z Japonią). Państwa Wspólnoty będą mogły wynegocjować zerowe cło dla większości towarów, ale prawdopodobnie nie obędzie się bez kontroli celnych oraz sanitarnych i fitosanitarnych, będzie trzeba też spełniać wymagania drugiej strony dotyczące ładunków wprowadzanych na rynek (np. świadectwa pochodzenia produktu). Brexit w tej lżejszej mimo wszystko wersji byłby rozwiązaniem najmniej dotkliwym dla przedsiębiorców.

Od 1 listopada Wielka Brytania może być już państwem trzecim

Na podstawie ostatnich doniesień trudno przewidzieć, jak ostatecznie będzie wyglądał brexit, dlatego nie da się precyzyjnie określić kształtu przyszłych relacji handlowych między krajami. Z całą pewnością wiadomo tylko, że się one zmienią. Dla wielu firm będą to zmiany trudne. Jak zwykle najbardziej ucierpią firmy małe i średniemówi Bartosz Najman, wiceprezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) i firmy Inelo.

Równie prawdopodobny jest niestety drugi scenariusz, zakładający „twardy” brexit – bez okresu przejściowego, bez porozumienia i bez umowy. Jeśli do niego dojdzie, to od razu, czyli już od 1 listopada 2019 r. Wielka Brytania stanie się państwem trzecim, czyli nie będzie już brała udziału m.in. w swobodnej wymianie towarów, jaka wiąże się z przynależnością do UE.

Przygotowani na „twardy” brexit?

Komisja Europejska przygotowała odezwę oraz specjalną check-listę dla przedstawicieli biznesu[1], która ma im pomóc sprawdzić swoją gotowość na wypadek „twardego” brexitu. Zasady postępowania przy wymianie towarów między Wielką Brytanią a państwami UE będą prawdopodobnie oparte na ogólnych zasadach Światowej Organizacji Handlu (WTO), a więc zaczną obowiązywać kontrole graniczne i opłaty celne – informuje Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Jak zaznacza KE, check-lista będzie aktualizowana w miarę potrzeb i rozwoju sytuacji. W dokumencie przypomina się m.in., że po wystąpieniu Zjednoczonego Królestwa z UE certyfikaty lub zezwolenia wydane przez władze Wielkiej Brytanii lub organy z siedzibą w Wielkiej Brytanii nie będą już ważne na terenie UE. Podobnie będzie z oznaczeniami lub etykietami na produktach. Przedsiębiorcy brytyjscy będą musieli ponadto zapoznać się z formalnościami celnymi i ewentualnymi uproszczeniami stosowanymi przez Unię Europejską w handlu z krajami trzecimi. Będą musieli się także liczyć z kontrolami sanitarnymi i fitosanitarnymi. Pojawią się trudności związane z delegowaniem pracowników, np. przedstawicieli firm z UE do Wielkiej Brytanii, z uwagi na czasowe ograniczenia pobytu lub potrzebę uzyskania dla takiego pracownika zezwolenia. Przewiduje się ponadto zmianę zasad rozliczania VAT w handlu transgranicznym: VAT od importu towarów trzeba będzie uiszczać na granicy.

Polska straci w wyniku brexitu, straci branża TSL

W styczniu 2019 r. Wielka Brytania zajęła drugie miejsce (po Niemczech) wśród najważniejszych rynków eksportowych Polski. Na Wyspy jeździ rokrocznie ponad 450 tys. pojazdów 40-tonowych na polskich numerach rejestracyjnych. Podaje się również, że polskie ciężarówki stanowią ponad 20 proc. w ogólnym obrocie przewiezionych towarów między Europą a Wielką Brytanią. Wraz z brexitem przyjdą jednak czasochłonne procedury celne i paszportowe, może pojawić się konieczność posiadania gwarancji celnych. Nie obędzie się zatem bez opóźnień (wynikających m.in. z kontroli granicznych).

Utrudnienia na granicy z Wielką Brytanią znacząco zwiększą nie tylko koszty funkcjonowania firm spedycyjnych i transportowych, ale też podniosą ryzyko ich działalności. Trzeba wiedzieć, że żywność stanowi na dziś około 20 proc. polskich dostaw na Wyspy. Jeśli Wielka Brytania wyznaczy w przyszłości stawki celne, jakie dziś stosuje wobec państw trzecich Unia, to mogą one przekroczyć dla żywności 20 proc. (przykładowo, dla nabiału, Unia stosuje dziś ponad 35-proc. cło). Przewoźnicy powinni się spodziewać utrudnień w przewozie zwierząt i produktów odzwierzęcych. Związane one będą z koniecznością przedstawiania świadectw weterynaryjnych, fitosanitarnych, dotyczących bezpieczeństwa żywności, czy też z przekraczaniem granicy w wyznaczonych dla tego typu towarów punktach kontroli. Nowe zasady polityki celnej sprawią, że towary sprowadzane z Polski przestaną być już tak konkurencyjne dla odbiorców z Wielkiej Brytanii jak dotychczas – przekonuje Łukasz Włoch, OCRK.

Efektem utrudnień w transporcie drogowym może być przeniesienie większości ładunków na transport morski. Boris Johnson zakłada, że kontrole celne, aby nie powodowały kilkudziesięciokilometrowych kolejek, muszą się wiązać z wykorzystaniem najnowszych technologii, takich jak deklaracje przez Internet, inteligentna granica, kody kreskowe. Jednak nie wszystkie firmy z sektora TSL są przygotowane na tego rodzaju innowacje. Poza tym okazuje się, że planowane rozwiązania technologiczne ze strony Wielkiej Brytanii nie będą wcale gotowe na 31 października – podsumowuje Bartosz Najman, wiceprezes OCRK, Inelo.

[1] https://ec.europa.eu/info/sites/info/files/brexit-preparedness-communications-checklist_v3_en.pdf

Gartner: dzięki robotyzacji możemy pracować nawet o 30% krócej

25 tys. godzin – o tyle mogłyby skrócić w ciągu roku czas pracy działy finansowe. Dzięki automatyzacji i wykorzystaniu tzw. rozwiązań RPA, część powtarzalnych i żmudnych czynności już dziś z powodzeniem można zastąpić technologią – wskazują analitycy.

1,5 mln euro oszczędności, redukcja błędów z 45 do 4 przy przetwarzaniu 8500 faktur miesięcznie oraz skrócenie o 75% czasu przetwarzania faktury – to tylko kilka korzyści wynikających z wprowadzenia rozwiązań Robotic Process Automation w jednej z globalnych firm doradczych.

RPA, to tłumacząc dosłownie: Zrobotyzowana Automatyzacja Biznesu. – To zastąpienie manualnej pracy człowieka pracą robota. Jednak bynajmniej nie przez tego fizycznie istniejącego, tylko software’owego wyjaśnia Tomasz Kuciel, prezes zarządu Edisona, należącej do międzynarodowej grupy Editel firmy specjalizującej się w automatyzacji komunikacji b2b.

Blisko milion dolarów taniej

Automatyzacji procesów finansowych postanowił przyjrzeć się Gartner. Firma przebadała 150 decydentów odpowiedzialnych w firmach za finanse. Okazało się, że po wprowadzeniu rozwiązań RPA, czyli technologii automatyzującej powtarzalne procesy biznesowe z wykorzystaniem programów komputerowych, można byłoby skrócić czas pracy o 30%. Oznacza to, że zamiast 8 godzin, pracownicy działów finansowych, mogliby pracować krócej o ponad 2h. Dla pracodawcy, przy założeniu 40 zatrudnionych na etat osób w dziale finansowym, oznacza to oszczędność na poziomie 25 tys. roboczogodzin rocznie i kwoty 878 tys. dolarów.

– Automatyzację postrzega się często przez pryzmat robotów, sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego, generalnie zaawansowanych technologii, tymczasem są to często działania niskopoziomowe i niskokosztowe. Dobrym przykładem może być znana od 30 lat technologia EDI czyli elektronicznej wymiany dokumentów. Jej wdrożenie w Castoramie skróciło obieg faktur z 12 dni do 45 minut czyli proces przyśpieszono aż 384 razy. Całkowicie eliminując ręczne procesy rozliczeniowe, odzyskano czas pracowników, których można było skierować do innych działań – zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes zarządu Edisona.

Tak dla automatyzacji, nie dla finansowego raportowania

Gartner zwraca jednocześnie uwagę na to, że zaledwie 29% badanych firm, które wdrożyły rozwiązania do automatyzacji, wykorzystuje je w obszarze raportowania finansowego.  I choć 88% kontrolerów finansowych chce wdrożyć do końca przyszłego roku rozwiązania w obszarze RPA, to niekoniecznie w obszarze raportowania.

Firma analityczna zidentyfikowała 3 bariery utrudniające wdrożenie rozwiązań RPA – to obawa o wyeliminowanie człowieka z procesu decyzyjnego, przekonanie o niskim zwrocie z inwestycji i opóźnienia związane ze standaryzacją procesów przed implementacją systemów.

Automatyzacja jest potrzebna ze względu na coraz trudniejszą sytuację na rynku pracy. wykonywanie żmudnych, monotonnych czynności sprzyja powstawaniu błędów i generuje koszty, a dodatkowo, coraz mniej osób chce je wykonywać – zwraca uwagę Tomasz Kuciel.

Wartość rynku rozwiązań RPA ma rosnąć do 2022 r. o 30,14% rok do roku i – jak wynika z danych firmy analitycznej MarketsandMarkets – wzrosnąć do poziomu 2,46 mld dolarów.

Fiskus chwali się wyższymi wpływami z CIT, a firmy padają

Z końcem sierpnia Ministerstwo Finansów odtrąbiło stały, począwszy od 2014 r., wzrost wpływów z podatku dochodowego od osób prawnych. Zwiększone dochody państwo zawdzięczać ma skutecznym działaniom fiskusa w zakresie ściągalności podatków. Tyle że, jak wynika z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w tym samym czasie i tym samym tempie rosła liczba ogłoszonych upadłości.

29,7 mld zł w 2014 r., 32,9 mld zł w 2015 r., 33,8 mld zł w 2016 r., 38,1 mld zł w 2017 r. i 44,3 mld zł w 2018 r. – tyle zgodnie z danymi zaprezentowanymi 29 sierpnia 2019 r. przez Ministerstwo Finansów wynosiły wpływy z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych w poszczególnych latach. „Dynamiczny wzrost wpływów z CIT w ostatnich latach to efekt prowadzonych przez Ministerstwo Finansów działań, które przyczyniły się do wzrostu dochodów z tego podatku” – informuje Ministerstwo (www.gov.pl).

Fiskus zapowiada, że zamierza kontynuować działania zapewniające wzrost wpływów z CIT, stąd tendencja wzrostowa utrzyma się także w 2019 r. Mówią o tym również same liczby. Tylko w pierwszym półroczu tego roku wpływy z CIT oscylowały wokół kwoty 28,2 mld zł. Potwierdza to również raport z wykonania budżetu państwa w okresie styczeń-lipiec 2019 r. W tym czasie do budżetu wpłynęło o 19,9% podatku dochodowego od osób prawnych więcej niż w analogicznym okresie 2018 r.

Obostrzenia, limity i ograniczenia w odliczeniach

Wśród głównych czynników wzrostu ściągalności CIT resort finansów wymienia: wprowadzone ograniczenia w odliczeniach kosztów z umów leasingu samochodów osobowych, rozdzielenie źródeł przychodów, stosowanie klauzuli przeciw unikaniu podwójnego opodatkowania, wprowadzenie podatku dochodowego od nieruchomości komercyjnych, zaostrzenie przepisów o CFC, czyli o zagranicznych spółkach kontrolowanych, modyfikację przepisów dotyczących podatkowych grup kapitałowych, wprowadzenie obowiązków raportowych, takich jak przesyłanie deklaracji podatkowych w formie jednolitych plików kontrolnych oraz limitowanie wysokości kosztów uzyskania przychodów.

Wprost proporcjonalna tendencja upadłości

4 532 w 2014 r., 7 354 w 2015 r., 15 265 w 2016 r., 23 995 w 2017 r., 29 218 w 2018 r. – to z kolei liczby ogłoszeń o toczących się postępowaniach upadłościowych, opublikowanych przez Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej. Porównując te statystyki z przywołanym przez Ministerstwo Finansów zestawieniem nt. systematycznego wzrostu ściągalności CIT, nie sposób nie dostrzec korelacji tych danych. Jak widać, tendencja ogłoszeń upadłości jest wprost proporcjonalna do wzrostu poboru CIT. Nawet publikacja COIG o liczbie 23 275 ogłoszeń związanych z toczącymi się postępowaniami upadłościowymi w okresie od 1 stycznia do 31 sierpnia 2019 r. również pokazuje, że i tu tendencja wzrostowa zostanie zachowana w 2019 r.

Co prawda zestawienie upadłości zawiera w sobie także liczby upadłości konsumenckich, więc trudno precyzyjnie określić, ile z nich tak naprawdę ma związek jedynie z osobami prawnymi. Nie ma też danych na temat tego, ile z tych upadłości konsumenckich ogłosili byli przedsiębiorcy oraz byli wspólnicy osobowych spółek handlowych. Należy przy tym pamiętać, że składając wniosek o ogłoszenie upadłości, ex prowadzący działalność gospodarczą zawierają w nim przecież nie tylko długi prywatne, ale i zobowiązania powstałe stricte w okresie wykonywania działalności gospodarczej i w związku z nią.

Postępowania upadłościowe i restrukturyzacyjne

Jak stanowi art. 4 ust. 1 ustawy – Prawo restrukturyzacyjne (Dz.U. 2019 poz. 243), przepisy ustawy stosuje się do: przedsiębiorców, spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i spółek akcyjnych nieprowadzących działalności gospodarczej, wspólników osobowych spółek handlowych ponoszących odpowiedzialność za zobowiązania spółki bez ograniczenia całym swoim majątkiem i wspólników spółki partnerskiej. Oznacza to, że postępowania restrukturyzacyjne prowadzone są także w odniesieniu do zobowiązań przedsiębiorstwa lub powstałych w związku z jego dzielnością.

Prawo restrukturyzacyjne zaczęło obowiązywać w Polsce od 1 stycznia 2016 r., stając się alternatywą dla objęcia przedsiębiorstwa postępowaniem upadłościowym. Zgodnie z danymi COIG w 2016 r., czyli w pierwszym roku funkcjonowania rozdzielonych przepisów prawa upadłościowego i prawa restrukturyzacyjnego, ogłoszono 606 upadłości firm i 212 ogłoszeń o otwarciu postępowania układowego lub sanacyjnego w ramach postępowania restrukturyzacyjnego. W sumie daje to liczbę 818 ogłoszeń postępowań związanych z trudną sytuacją finansową przedsiębiorstw. W 2017 r. ogłoszono 591 upadłości firm i 348 ogłoszeń o rozpoczęciu postępowań restrukturyzacyjnych (w sumie 939); w 2018 r. – 615 upadłości firm i 465 postępowań restrukturyzacyjnych (w sumie 1080). Po pierwszych ośmiu miesiącach 2019 r. odnotowano 399 ogłoszeń upadłości przedsiębiorstw i 304 restrukturyzacji (razem 703).

Wylać dziecko z kąpielą…

Może więc te hucznie ogłoszone, zwiększone wpływy z CIT są po prostu wypadkową stale zwiększanych kosztów podatkowych prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce. Zestawiając liczby ujawnionych przez COIG ogłoszeń upadłości firm i postępowań restrukturyzacyjnych, widać identyczną prawidłowość, jak tę, którą obwieściło Ministerstwo Finansów.

Czy wzrasta więc skuteczność przepisów uszczelniających system podatkowy, czy po prostu wzrasta liczba ciężarów, jakie ponoszą osoby prawne? Przecież z jednej strony wprowadzane są obciążające je nowe podatki jak np. podatek od nieruchomości komercyjnych, podatek od przenoszonego za granicę majątku. Z drugiej strony zabiera się przedsiębiorcom możliwości obniżania wysokości należnego podatku CIT poprzez cięcia, takie jak ograniczenia w odliczeniach z tytułu umów leasingu czy wprowadzanie limitów kosztów ponoszonych na rzecz podmiotów powiązanych. Przedsiębiorcom odbiera się możliwość optymalizacji, „amortyzacji” swojej działalności, stąd i w tabelce fiskusa wzrost wpływów większy.

Za rok zgodnie z powyższymi szacunkami fiskus znów obwieści sukces w postaci zwiększonej ściągalności podatków. Zapowiada się też kolejna, jeśli nie rekordowa, to równie wysoka, jak w 2018 r., liczba ogłoszeń upadłości firm. Część przedsiębiorców – nim taka wizja zajrzy im w oczy – pomyśli o przeniesieniu swojego biznesu do bardziej przyjaznej jurysdykcji podatkowej. Może się więc okazać, że kolejny rekordowy pod względem wpływów z CIT rok okaże się także rekordowym pod względem ubytku tych, którzy ten podatek płacą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

5G zmieni rynek świadczeń zdrowotnych

Oczekiwania wobec zmian jakie 5G wprowadzi w sektorze usług medycznych są duże. Przyszłość stanowią inteligentne urządzenia przenośne, automatyzacja i digitalizacja procedur, zdalna chirurgia robotyczna oraz sztuczna inteligencja w diagnostyce chorób. Wysoka niezawodność i upowszechnienie tych rozwiązań będzie możliwe tylko w sieciach umożliwiających transfer gigabajtów danych w czasie rzeczywistym. W branży medycznej, gdzie sekunda może zaważyć na powodzeniu operacji, jest to szczególnie ważne. Jak zatem 5G zmieni medycynę?

W ostatnich latach dostęp do danych oraz ich szybka analiza mocno zyskały na znaczeniu. Nową rewolucję w tym obszarze ma wprowadzić technologia 5G, a wynikające z tego korzyści nie ominą również branży medycznej. Technologia 5G to ultraszybkie połączenie internetowe, oferujące kilkudziesięciokrotnie wyższą prędkość transmisji danych w porównaniu z LTE, ogromną przepustowość łącza i praktycznie brak opóźnień. – Technologia 5G umożliwia połączenie do sieci nawet 100 urządzeń tzw. internetu rzeczy medycznych (IoMT) na metr kwadratowy. To zrewolucjonizuje podejście do monitorowania pacjenta, ale także umożliwi wprowadzenie innowacji medycznych wykorzystujących rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Zmiany będą zauważalne w diagnostyce, ale też znacznie wcześniej, na etapie kształcenia pracowników medycznych. A to tylko ułamek możliwości 5G – tłumaczy Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Szybsza profilaktyka i diagnostyka

Technologia 5G zwiększy efektywność komunikacji medycznej, co przyspieszy procesy diagnostyczne. Zdjęcia z rezonansu magnetycznego czy skanera PET to pliki zajmujące nawet kilkaset megabajtów. W wielu placówkach medycznych przesyłanie tak dużych pakietów danych jest bardzo czasochłonne lub po prostu niemożliwe, co wydłuża czas przyjmowania pacjenta. Przestarzała lub mało wydajna technologia jest jednym z powodów tworzenia się kolejek do specjalistów, co odbija się na spadku zadowolenia pacjenta z jakości świadczeń i wpływa na wyniki finansowe placówki medycznej. – Swobodne przetwarzanie dużej ilości danych to podstawa. Kolejnym krokiem jest ich analiza z wykorzystaniem zalet sieci 5G. Tu wkraczają możliwości wykorzystania sztucznej inteligencji, a analiza wyników badań czy opisów zdjęć z rezonansów i skanerów może być oddelegowana sztucznej inteligencji – dodaje specjalista Ericsson.

W opiece zdrowotnej już zaczyna się wykorzystywać sztuczną inteligencję do stawiania diagnozy i decydowania o najlepszym planie leczenia. Ponadto sztuczna inteligencja może pomóc przewidywać, u których pacjentów istnieje największe prawdopodobieństwo wystąpienia powikłań pooperacyjnych, co umożliwia podjęcie odpowiednich kroków wyprzedzających. Jednak duża ilość danych potrzebnych do szybkiego uczenia się sztucznej inteligencji w czasie rzeczywistym wymaga dostępu do wysokoniezawodnych i szerokopasmowych sieci bezprzewodowych. Żadna z dotychczas wdrożonych w Polsce sieci nie oferowała takich możliwości jakie niesie technologia 5G.

Potrzebna współpraca na wielu poziomach

W raporcie firmy Ericsson „The 5G Business Potential” oszacowano, że rynek usług telekomunikacyjnych związanych z technologią 5G dla medycyny w 2026 r. będzie wart 76 miliardów USD. Analitycy firmy zaznaczają jednak, że do rozwoju tego typu usług niezbędna jest ścisłą współpraca między sektorami. Przedstawiciele służby zdrowia za najważniejszych partnerów w tym procesie uważają operatorów telekomunikacyjnych, stawiając ich przed firmami farmaceutycznymi czy twórcami aplikacji. Z kolei 86% ankietowanych w raporcie Ericssona „From Healthcare to Homecare” uważa, że to właśnie operatorzy mogą zapewnić potrzebną integrację systemów oraz rozwój aplikacji i usług zdrowotnych, oprócz pełnienia przez nich roli dostawców sieci.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G, a w Polsce pierwszym miastem
z niej korzystającym będzie Łódź. W sytuacji, gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez większych przeszkód, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku. Od 2015 r. Ericsson zainstalował już ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce, a gotowa technologia nie została jeszcze wprowadzona ze względu na uwarunkowania prawne.

Rynki w oczekiwaniu na wynik rozmów handlowych USA i Chin

Sentyment rynkowy waha się między lepszymi i gorszymi momentami przy odliczaniu casu do startu rozmów handlowych USA i Chin. Sygnały docierające od zainteresowanych stron bywają sprzeczne, ale na rynkach zaczyna dominować wybiorczość w reakcji. Dziś (na razie) wygrywa umiarkowany optymizm.

Wyskakujące w serwisach informacyjnych komentarze dotyczące wojny handlowej między USA i Chinami są głównym katalizatorem dla zmian apetytu na ryzyko i prawdopodobnie tak zostanie aż do czasu zakończenia rozmów w piątek. Wczoraj zaczęliśmy od niepokojących wieści, że chińska delegacja jedzie do Waszyngtonu z ograniczoną listą spraw do omówienia, a zatem bez chęci uzgodnienia tematów spornych. Nadzieje ożywiło stwierdzenie Ministerstwa Handlu Chin, że Pekin jest gotowy na podpisanie porozumienia w już uzgodnionych kwestiach, na co prezydent Trump odpowiedział, że częściowe umowy nie są czymś, co go interesuje. Powrót optymizmu zapewniły doniesienia, że do Waszyngtonu zmierz wicepremier Chin Liu He, który ma się spotkać z sekretarzem skarbu USA Mnuchinem i przedstawicielem ds. handlu Lighthizerem. Innymi słowy, jeśli ma dojść do spotkania na najwyższym szczeblu, jest bardziej realne podpisanie jakiegoś porozumienia.

Wydaje się, że rynek jest tak głodny choćby najmniejszego postępu w negocjacjach, że z zadowoleniem przyjmie nawet częściowe porozumienie w dowolnej formie (np. uwzględniające odroczenie części ceł wchodzących w życie od 15 października). Mimo to zalecana jest ostrożność, gdyż taki ruch może być nietrwały. Rynki nie przejdą do pełnego rajdu ryzyka tylko na podstawie szczątkowej umowy, szczególnie jeśli nie będzie ona pomijać kluczowe kwestie. Ponadto, nawet przy nakreśleniu harmonogramu dalszych rozmów, w każdym momencie możliwa jest eskalacja sporu przez prezydenta Trumpa, który może wykazać dezaprobatę dla ustaleń. Szczególnie jeśli prawdą jest, że Trump zamierza ciągnąć konflikt z Chinami aż do wyborów prezydenckich w 2020 r.

Na razie nie widzę sensu w ściganiu się z rynkiem w którymkolwiek kierunku (risk-on/risk-off) i lepiej poczekać na konkrety po zakończeniu rozmów. W międzyczasie inwestorzy zmierzą się z danymi makro, które mogą przypomnieć, że spór handlowy USA i Chin nie jest jedyną bolączką globalnej gospodarki. W USA uwaga skupi się na indeksie małych przedsiębiorstw, który może rozszerzyć wiedzę o stanie biznesu po fatalnych odczytach ISM z ubiegłego tygodnia. W Kanadzie dane z rynku budowlanego mogą mieć drugorzędne znaczenie, choć każdy sygnał słabości będzie podkopywał relatywną siłę CAD względem innych walut surowcowych. Wtorek oferuje też przemówienia bankierów centralnych, spośród których wyróżnić należy głównego ekonomistę EBC Lane’a oraz prezesa Fed Powella.

USD/JPY wyskoczył ponad 107 na iskrze optymizmu, która jednak dziś rano gaśnie, co widać też po słabnących indeksach rynków akcji. EUR/USD utknął pod 1,10 i od złamania tego poziomu silnie zależy, czy znajdzie się siła pociągnąć kurs wyżej. EUR/PLN odreagował całą panikę związaną z wyrokiem TSUE i teraz czeka na świeże sygnały zamknięty w przedziale 4,31-4,35.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Czy Polskę stać na globalnych czempionów? Raport Banku Pekao S.A.

Polska awansowała w ostatniej dekadzie do światowej ekstraklasy eksporterów. W obliczu narastających wyzwań strukturalnych i geopolitycznych, utrzymanie dotychczasowego tempa ekspansji wymagać będzie jednak wzmożonego, wspólnego wysiłku firm, państwa oraz sektora finansowego – wynika z raportu zaprezentowanego przez Bank Pekao podczas konferencji CEO Summit. Jest to coroczne spotkanie globalnych liderów biznesu, międzynaro­dowych inwestorów oraz przedstawicieli rządów, organizowane przez Pekao i amerykański think-tank Atlantic Council.

  • Eksport pozostaje dźwignią rozwojową polskiej gospodarki
  • Za wzrost eksportu odpowiadają jednak w dużym stopniu koncerny zagraniczne
  • Ograniczona obecność kapitałowa polskich firm za granicą sprawia, że wciąż niewiele z nich to przedsiębiorstwa na miarę prawdziwych globalnych czempionów
  • Polska może utrzymać się na dotychczasowej ścieżce ekspansji, lecz wymaga to zintegrowanych działań na rzecz dalszego zwiększania konkurencyjności polskich firm za granicą

Tegoroczna edycja CEO Summit odbywa się pod hasłem „Taking Polish Business to the Next Level After 30 Years of Freedom”. Dyskutowano przede wszystkim o wyzwaniach związanych z globalną rewolucją technologiczną, cyfryzacją światowej gospodarki i wzmacnianiu pozycji polskiego biznesu na arenie międzynarodowej. Istotnym punktem konferencji była prezentacja raportu „Czy Polskę stać na posiadanie globalnych czempionów? Internacjonalizacja polskich firm wkracza w nową fazę”.

Z analiz Banku Pekao S.A. wynika, że eksport pozostaje dźwignią rozwojową polskiej gospodarki, która otwiera się na świat niemal najszybciej spośród wszystkich krajów globu. Sprzedaż eksportowa Polski wzrosła w ostatnich kilkunastu latach niemal czterokrotnie, a pod względem jej relacji do PKB nasz kraj przewyższa inne państwa o podobnym potencjale ludnościowym. Z długoletniego importera netto towarów i usług Polska przeistoczyła się
w rosnącego w siłę eksportera netto. Nadwyżka w handlu zagranicznym kształtowała się
w ostatnich trzech latach na rekordowych poziomach 7080 mld zł.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

– Sukces eksportowy Polski jest dowodem wymiernych przewag konkurencyjnych, które pozwalają na konsekwentny wzrost znaczenia naszej gospodarki na arenie międzynarodowej. W ciągu zaledwie kilkunastu lat relacja polskiego eksportu do PKB zwiększyła się o ponad 20 pkt. proc. do poziomu 55 proc. w 2018 roku. W efekcie, dołączyliśmy do elitarnego grona 25 największych eksporterów globu. Spośród blisko 90 krajów o liczbie ludności przekraczającej 10 mln mieszkańców, silniejszy wzrost odnotował na całym świecie tylko Wietnam – powiedział Michał Krupiński, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A., podczas konferencji CEO Summit.

Za dynamiczny wzrost eksportu odpowiadają w dużym stopniu koncerny zagraniczne, które włączyły Polskę w globalne łańcuchy dostaw. Blisko połowa wartości naszego eksportu została wypracowana przez niecałe 11 tys. firm z kapitałem zagranicznym. Aż dwie trzecie czołówki największych eksporterów w naszym kraju to lokalne spółki-córki największych globalnych koncernów. Jednocześnie, 27 proc. łącznej wartości dodanej zawartej w polskim eksporcie wytwarzana jest poza granicami kraju – to więcej nie tylko od średniej dla krajów rozwiniętych, ale też większości gospodarek rozwijających się.

Uwagę zwraca w znacznym stopniu podwykonawczy charakter polskiej produkcji eksportowej, a także jej silne zorientowanie na rynek unijny. Zaledwie jedna piąta sprzedaży zagranicznej trafia na dynamicznie rozwijające się rynki pozaeuropejskie. Przykładowo, do Chin wysyłamy towary o łącznej wartości około 2,5 mld dol., tj. zaledwie 15 proc. tego, co trafia z Polski do stosunkowo niewielkich Czech. Taka orientacja eksportu może być w długiej perspektywie sporym wyzwaniem. Tym bardziej, że Unia Europejska zalicza się obecnie do najsłabiej rosnących się regionów świata.

Silna pozycja Polski w handlu międzynarodowym wyraźnie kontrastuje z utrzymującym się od lat na relatywnie niskim poziomie zaangażowaniem kapitałowym polskich przedsiębiorstw na rynkach zagranicznych. Skumulowana wartość polskich inwestycji zagranicznych wynosiła na koniec 2018 roku około 29 mld dol., tj. nieznacznie mniej niż firm węgierskich i aż o 18 proc. mniej niż w przypadku firm czeskich. Ograniczona ekspansja wynika z licznych barier – m.in. instytucjonalnych, biznesowych, kapitałowych i informacyjnych, co z kolei skutkuje m.in. niską znajomością polskich marek za granicą i pozycjonowaniem ich w dolnych segmentach cenowych.

– Polska gospodarka powinna przechodzić z fazy stricte eksportowej w ekspansję kapitałową. Umiejętne zaadresowanie kluczowych wyzwań ekspansji może nadać nowy, silny impuls internacjonalizacji rodzimych spółek, które mają realną szansę stać się kreatorami światowych trendów i aktywnymi aktorami na międzynarodowej scenie fuzji i przejęć. Odważniejsze wyjście polskich przedsiębiorstw za granicę mogłoby także stanowić ważny bodziec rozwojowy polskiej gospodarki, która nadal skutecznie umacniałaby swoją pozycję w unijnym i światowym handlu – podkreślił Michał Krupiński.

Twórcy raportu wskazują również, że czynniki, na których opierał się w przeszłości dynamiczny rozwój polskiego eksportu, stopniowo tracą na sile. Proces ten może w kolejnych latach znacząco przyspieszyć w obliczu niekorzystnych trendów demograficznych, presji na wzrost kosztów energii, czwartej rewolucji przemysłowej (skutkującej automatyzacją i digitalizacją procesów produkcyjnych), czy perspektywy ograniczenia funduszy unijnych. Mimo to za cel należy obrać utrzymanie dynamiki sprzedaży zagranicznej na poziomie powyżej 5 proc. rocznie. Aby osiągnąć ten zamiar, niezbędne jest umiejętne połączenie wysiłków spółek, państwa i sektora finansowego na rzecz dalszego wzmacniania konkurencyjności międzynarodowej.

Jak skutecznie łączyć sms i email marketing

Masz newsletter i zastanawiasz się nad sms mailingiem? A może kontaktujesz się z klientami poprzez smsy reklamowe, ale chciałbyś poszerzyć swoje działania marketingowe o mailing? Zastanawiasz się, jakie są plusy takiego rozwiązania i czy jest ono opłacalne? Jeśli tak, to zapraszam do lektury. W artykule postaram się przybliżyć ci, czym jest sms i email marketing oraz czy warto połączyć te dwa kanały w całość.

E-mail marketing czyli atrakcyjny przekaz

Z reguły, korzystając z email marketingu, możesz wybierać z kilku rodzajów maili:

  • Najbardziej znany jest newsletter. Służy do przekazania twoim odbiorcom najnowszych informacji o życiu firmy czy publikacji nowego wpisu na blogu. Takie maile wysyłane do klienta nie tylko informują go o nowościach, ale również podtrzymują relację z nim.
  • Możesz rozsyłać maile w formie katalogu prezentującego nowe produkty, wyprzedaże, oferty last minute – ta opcja będzie dobra jeśli celem twojego e-mail marketingu jest zwiększenie sprzedaży.
  • Trzeci sposób to mailing – to wiadomości z informacjami pilnymi, które pojawiają się nagle, jak kupony czy bony zniżkowe.
  • Na pewno spotkałeś się z mailami wysyłanymi do klientów w trakcie i po dokonaniu transakcji – to maile transakcyjne. Informują one o etapach transakcji, parametrach zakupionego produktu, stanie płatności, itd.
  • Możesz też skorzystać z autoresponderów czyli automatycznych wiadomości zwrotnych. Kiedy klient wysyła do ciebie wiadomość, automatycznie dostaje maila zwrotnego np. z informacją o twojej chwilowej niedostępności z powodu urlopu, albo po prostu z podziękowaniem za kontakt i obietnicą odpowiedzi w konkretnym czasie.

skrzynka mailowa

E-mail marketing to dobra forma, jeśli chcesz atrakcyjnie zaprezentować ofertę. Daje on możliwość przesyłania zdjęć i załączników, co dodatkowo przyczynia się do polepszenia odbioru oferty. Dzięki niemu możesz zachęcić odbiorców do wejścia w interakcje i w ten sposób budować relacje, które zwiększą liczbę twoich lojalnych klientów. Poczta internetowa to jedno z najczęściej używanych narzędzi komunikacji. Ilość kont mailowych szybko rośnie, dodatkowo warto zwrócić uwagę na fakt, iż dużo więcej osób posiada mail, niż np. konto na serwisie społecznościowym. Również dotarcie do użytkownika jest prostsze i skuteczniejsze, ponieważ wszystkie maile wyświetlają się odbiorcy. Posty w serwisie Facebook niekoniecznie.

Aby prawidłowo zrealizować mailing musisz jednak odpowiednio poznać swoich odbiorców i kierować reklamę do osób, które są zainteresowane proponowanym przez Ciebie rozwiązaniem. Realizowane działania powinny zostać oparte na danych, w tym celu niezbędny jest system, dzięki któremu otrzymasz zbiór danych pomocnych w tworzeniu i realizacji kampanii. Takim narzędziem jest https://dmsales.com/e-mail-marketing/, oferuje ono szereg praktycznych rozwiązań, które usprawnią działania i odpowiednio je ukierunkują.

Sms marketing czyli krótko, zwięźle i na temat

Po drugiej stronie mamy sms. E-mail szeroko opisywał nam ofertę, sms przynosi jedynie zajawkę tematu czy szybki komunikat. Tutaj również wyróżniamy kilka typów wiadomości:

  • Możemy skorzystać z smsów typu Pro, które mają możliwość wyświetlania nazwy nadawcy, a nie numer telefonu. Dzięki temu odbiorca od razu wie, od kogo jest ta wiadomość, nie może jednak na nią odpowiedzieć.
  • Jeśli chcesz dać klientowi możliwość odpowiedzi możesz skorzystać z smsów 2-way. Ten rodzaj sprawdzi się, jeśli np. chcesz uzyskać feedback na temat obsługi w swoim sklepie internetowym. Odbiorca będzie mógł wysłać ci odpowiedź, przykładowo, na ile w skali 1-5 ocenia jakość twojej obsługi klienta.
  • Jeśli zależy ci na ekonomiczniejszej wersji, możesz skorzystać z smsów Będą one wysyłane hurtowo poprzez losowy numer telefonu – odbiorca nie będzie wiedział od razu od kogo dostał wiadomość, ale jest to zdecydowanie najtańsza opcja.
  • Istnieje również opcja wysyłki wiadomości, które od razu wyświetlą się jako komunikat na ekranie telefonu – to smsy Flash, natomiast jeśli chcesz dotrzeć do klientów szybciej skorzystaj z opcji sms Fast – pozwoli ci to szybciej dotrzeć do konkretnych osób.
  • Możesz też użyć smsów Voice (treści dźwiękowych), MMS (przesyłanie zdjęć, grafik) oraz smsów Global (obejmujących odbiorców z wszystkich państw świata).

Niewątpliwym plusem smsa jest to, że praktycznie każdy go otwiera i to zwykle dość szybko, dlatego warto docenić ten kanał komunikacji z klientem. Na marketing smsowy, podobnie jak na mailing, każdy musi wyrazić zgodę, więc smsy reklamowe nie są odbierane jako nachalne. Tak samo jak w przypadku mailingu, aby kampania mogła przynieść odpowiednie efekty koniecznym jest korzystanie z narzędzi, aby efekty jakie otrzymamy spełniły nasze oczekiwania. W tej formie kampanii możesz wykorzystać fizyczne położenie klienta (np. bliskość sklepu stacjonarnego) i odpowiednio dostosować do tego wiadomość. Zarówno w e-mail jak i w sms marketingu należy postawić na personalizację. Imię, lokalizacja, miejsce zamieszkania, wcześniejsze zakupy czy odwiedziny strony internetowej – to pomoże ci dostosować komunikat do odbiorcy, tak by jak najlepiej odpowiadał jego potrzebom. Ta forma marketingu pozwala błyskawicznie i jasno przekazać komunikat, szybko uzyskać reakcję, ale również regularnie powiadamiać klienta o ważnych informacjach. Warto skorzystać z profesjonalnych systemów do generowania buyer person oraz realizowania kampanii SMS. Tutaj przeczytasz więcej o możliwościach DMSendera.

odczytywanie wiadomości sms

Sms i email – a jedno nie wystarczy?

Pewnie wystarczy. Zasadnicze pytanie brzmi jednak, czy Tobie odpowiada to co „wystarczające”, czy może zależy ci na tym, aby skutecznie dotrzeć z ofertą do większej liczby osób? Jeśli na tym drugim, to połączenie smsów i maili wydaje się być dobrym pomysłem. Obie te kampanie uzupełniają się, np. smsy są dużo częściej otwierane niż maile, natomiast wiadomości e-mail mogą zawierać więcej informacji, ponieważ mogą być dłuższe niż smsy. Krótki smsowy komunikat może służyć do poinformowania odbiorcy, że właśnie wysłałeś mu specjalną ofertę na maila. Może również przypomnieć o kończącej się wyprzedaży, o której informowałeś wcześniej za pośrednictwem poczty elektronicznej. Warto użyć smsa jako przypomnienia, że dana sprzedaż dobiega końca.

Biorąc pod uwagę różnorodność przekazu, mamy kolejny plus łączenia tych sposobów kontaktu z klientem. Pozwoli to łatwiej dotrzeć do klientów, zarówno tych online jak i offline, tych którzy lubią krótkie przekazy, ale też tych, którzy wolą więcej informacji i ładne grafiki.

Na wiadomości mailowe czyha niestety pułapka – jeśli nie będą odpowiednio przygotowane, mogą trafić do spamu, a wtedy klapa. Wykorzystując oba narzędzia możemy liczyć na dotarcie wiadomości sms, której problem nie dotyczy. W ten sposób możemy również dotrzeć do osób, które nie posiadają poczty e-mail, rzadko ją sprawdzają lub mają bardziej restrykcyjnie narzędzia wyłapywania reklamowych wiadomości.

Kampanie łączące sms i e-mail możemy w pełni zautomatyzować. Ustalić, kiedy mają być wysyłane e-maile ze szczegółowymi informacjami oraz zaplanować wysyłkę przypominających smsów. Klienci cenią sobie przecież swój czas (nie muszą szukać co i gdzie, odpowiednia informacja wraz z potrzebnym linkiem sama do nich przychodzi) oraz wygodę (nie muszą pamiętać np. o zbliżającej się wizycie u lekarza bo dostaną o niej info sms, a szczegółowe informacje będą zawarte w mailu potwierdzającym zapisanie się na wizytę).

Przykłady kampanii opartych na sms i email marketingu

Teorię już zaliczyliśmy, teraz czas na przykłady zastosowania połączenia marketingu sms i email w konkretnej branży. Są to tak uniwersalne narzędzia, że w zdecydowanej większości branż znajdą zastosowanie.

Przykład pierwszy: zniżki i kupony

Ten sposób przyda ci się zwłaszcza, gdy twoim głównym celem będzie osiągnięcie wzrostu sprzedaży. W tym wypadku możesz najpierw wysłać maila promującego konkretne produkty (mailing), a następnie wysłać sms, do którego dołączysz kod ze zniżką do sklepu internetowego – kod oczywiście ograniczony czasowo, by skuteczniej przyciągnąć uwagę odbiorcy. Takie podejście z pewnością zachęci klientów do działania i poskutkuje wzrostem sprzedaży.

Przykład drugi: transakcje

Tutaj szczególnie odwołujemy się do wygody klienta. Po dokonanej transakcji można wysłać mail z potwierdzeniem rozpoczęcia transakcji, parametrami produktu, podziękowaniem za zakup, zaksięgowaniem płatności, z fakturą… To jest jasne. Jednak tutaj warto dodać wiadomości sms, które będą informowały odbiorcę o statusie zamówienia, przypomną o płatności, poinformują o jej zaksięgowaniu czy o nadaniu przesyłki. Dodatkowym plusem będzie wysłanie informacji o planowanym dostarczeniu towaru niedługo przed przybyciem kuriera.

Przykład trzeci: newsletter

Do tradycyjnego newslettera, który wysyłasz za pośrednictwem poczty email, możesz dołączyć powiadomienie sms. Przyda ci się to do budowania jeszcze lepszej relacji z odbiorcami, co na pewno wpłynie na powiększenie się grona twoich lojalnych klientów. Nawet jeśli twój produkt będzie droższy, klient, ze względu na sympatię wobec twojej firmy i poczucia specjalnego traktowania, będzie wolał dokonać zakupu u ciebie niż u konkurencji. W ten sposób możesz poinformować o nowościach jakie zachodzą w twojej firmie, a po więcej informacji zaprosić na email.

Przykład czwarty: zaproszenie

Jeśli chcesz zorganizować jakieś wydarzenie, konferencję czy webinar możesz wysłać potencjalnie zainteresowanym odbiorcom wiadomość email z zaproszeniem, a kiedy już dokonają zapisu, wysłać najważniejsze informacje za pomocą smsa.

Przykład piąty: przypomnienie

Na pewno spotkałeś się z tym sposobem w branży usługowej. Gabinety lekarskie często korzystają z marketingu łączonego i po zapisaniu się na wizytę, wysyłają na maila potwierdzenie wraz z podstawowymi informacjami na temat tego, gdzie dokładnie, kiedy i u kogo odbędzie się wizyta, a na dzień przed wizytą przypominają, za pomocą wiadomości sms, o planowanej wizycie. Możesz wykorzystać ten model niemal w każdej branży, w której niezbędna jest rejestracja przed wykonaniem usługi.

Podsumowując, email przyda ci się kiedy będziesz chciał przekazać swoją ofertę w atrakcyjniejszy sposób, natomiast sms uzupełni twoje kampanie w zwięzły przekaz, często zachęcający do podjęcia konkretnego działania. Dzięki kampanii łączącej e-mail marketing z sms marketingiem masz szansę szybciej i efektywniej trafić do swoich odbiorców, co w konsekwencji przełoży się np. na wyższą sprzedaż w sklepie. Wymaga to podjęcia większego wysiłku, który jednak przynosi konkretne, mierzalne zyski.

Rosną wpływy z mandatów od straży miejskich

Od stycznia do czerwca br. warszawscy strażnicy miejscy wystawili ponad 86 tysięcy mandatów karnych. To o około 2% mniej niż w analogicznym okresie 2018 roku, ale już łączna kwota z tego tytułu nieznacznie się zwiększyła. Natomiast w Poznaniu liczba takich kar spadła o przeszło 7%, a w Krakowie wzrosła o ponad 9%. Spora część mandatów ma związek z wykroczeniami drogowymi. Radykalne środki są podejmowane wobec łamiących zakaz parkowania. Jednocześnie funkcjonariusze przekonują, że częstą praktyką jest stosowanie pouczeń. Widoczne jest to zwłaszcza w przypadku znikomej szkodliwości społecznej czynu.

Mniej znaczy więcej

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews przyjrzeli się działalności Straży Miejskiej w miastach wojewódzkich. Dane z poszczególnych jednostek posłużyły do porównania sytuacji w pierwszej połowie bieżącego roku z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Od stycznia do czerwca 2018 roku wystawiliśmy 88 298 mandatów, a w 2019 roku było ich mniej, bo 86 607. Natomiast łączna kwota tych kar wzrosła z 8 916 569 zł do 8 921 299 zł – informuje Sławomir Smyk z Referatu Prasowego Straży Miejskiej m.st. Warszawy.

Podobnie było w Białymstoku, gdzie liczba tego typu kar spadła z 2275 do 2214. Jednocześnie wzrosła łączna kwota wypisana na bloczkach mandatowych z 221,5 tys. zł do blisko 235 tys. zł. Z kolei strażnicy miejscy z Poznania wystawili w pierwszych sześciu miesiącach br. 22 071 mandatów na łączną kwotę 2 217 600 zł, a w analogicznym okresie ubiegłego roku – 23 758 na 2 264 830 zł. Natomiast w Bydgoszczy takich sytuacji było ostatnio 4 345, a wcześniej – 7 954. Łamiący przepisy mieli w sumie do zapłacenia odpowiednio 454 940 zł oraz 801 520 zł. Przy tym statystyki z tego miasta obejmują dłuższe okresy, bo od stycznia do sierpnia.

– Nasza jednostka wystawiła mniej mandatów za pierwsze półrocze 2019 roku niż w porównywalnym okresie 2018 roku. Ostatnio były one na kwotę 114 500 zł, a w okresie od stycznia do czerwca ubiegłego roku – 270 850 zł – mówi st. insp. Maria Plutka, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Kielcach.

Natomiast w Krakowie liczba mandatów, wystawionych przez strażników miejskich, wzrosła z 18 193 do 19 842. W pierwszym półroczu ub.r. opiewały na kwotę 2 197 848 zł, a ostatnio – 2 500 612 zł.  W Szczecinie również przybyło takich kar pieniężnych, z 5531 do 9342. W tym przypadku łamiący przepisy mieli do uiszczenia odpowiednio 584 580 zł oraz 1 042 500 zł. Lublin także należy do miast, w których strażnicy miejscy wypisali więcej mandatów karnych. W pierwszym półroczu br. zrobili to 7464 razy na kwotę 916 825 zł, natomiast rok wcześniej – 6048 na 667 940 zł.

– Od stycznia do czerwca ubiegłego roku Straż Miejska w Olsztynie wystawiła 2572 mandaty na łączną kwotę 230 310 zł. Statystyki te wzrosły w minionym półroczu, kiedy wyniosły odpowiednio 3263 i 270 720 zł – komentuje Jarosław Lipiński, komendant Straży Miejskiej w Olsztynie.

W Rzeszowie również przybyło tego typu kar, z 802 do 1039. W tym przypadku łamiący przepisy mieli w sumie do zapłacenia odpowiednio 67 710 zł oraz 90 680 zł. Podobnie było w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie strażnicy w 2019 roku wypisali bloczki mandatowe 370 razy na łączną kwotę 30 365 zł. Rok wcześniej odnotowano 287 takich przypadków, a należało uregulować w sumie 24 840 zł. Z kolei w Zielonej Górze w analizowanych miesiącach wystawiono najpierw 6, a później 8 mandatów. Kary z tego roku były na kwotę 1200 zł, a więc o 150 zł większe niż w okresie od stycznia do czerwca ub.r.

– W pierwszym półroczu 2018 roku kwota z tytułu mandatów karnych, nałożonych przez tutejszą Straż Miejską, wynosiła 403 630 złotych. Natomiast w analogicznym okresie 2019 roku wzrosła ona do 520 800 złotych – wylicza Paweł Szeląg, komendant Straży Miejskiej w Katowicach.

Wrocławska Straż Miejska prowadzi statystyki w okresach rocznych. Wynika z nich, że w 2018 roku wystawiono 17 541 mandatów na kwotę 1 970 023 zł. Natomiast zestawienie, wygenerowane na potrzeby tej analizy, za okres od stycznia do czerwca obejmuje 13 306 takich kar na sumę 1 692 127 zł. Jak podkreśla Waldemar Forysiak, rzecznik tamtejszej jednostki, istnieje problem wakatów, co niewątpliwie ma wpływ na powyższą statystykę.

Problem z kierowcami

– Najwięcej zgłoszeń i mandatów dotyczy ruchu drogowego. Strażnicy miejscy posiadają szerokie uprawnienia do tego, żeby podejmować interwencje wobec pojazdu, który nie znajduje się w ruchu, a więc tych, które dotyczą nieprawidłowego parkowania. Natomiast wobec kierującego, który porusza się pojazdem, możemy interweniować, gdy nie stosuje się do znaku drogowego B1 – zakazu ruchu w obu kierunkach. Takich działań jest dużo mniej niż tych dotyczących parkowania w miejscach zabronionych – stwierdza Sławomir Smyk.

60-70% zgłoszeń docierających do Straży Miejskiej w Szczecinie ma związek z wykroczeniami drogowymi, a kiedyś ten odsetek stanowił ponad 40%. Jak podkreśla insp. Joanna Wojtach, rzecznik prasowy tamtejszej jednostki, od 2019 roku jednym z priorytetów jest uporządkowanie parkowania w mieście. Postanowiono to zrobić w sposób radykalny. W całym 2018 roku założono ok. 1300 blokad na koła, a przez 9 miesięcy tego roku ¬– 6-7 tys. Rzecznik zaznacza, że część kierowców nie odczuła skutków wystawionych mandatów na kwotę np. 100 zł, bo zwyczajnie wliczała je w koszty. Natomiast większe oddziaływanie wychowawcze ma blokada, która powoduje spore utrudnienie, zwłaszcza gdy ukarany się spieszy.

– Ze sprawozdania rocznego za 2018 rok wynika, że 27,2% zgłoszeń kierowanych do dyżurnego Straży Miejskiej, dotyczyło spraw w ruchu drogowym. 23,6% stanowiły kwestie związane z zagrożeniem życia i zdrowia, 15,9 % – z ochroną środowiska i gospodarki odpadami, a 13,4 % – z zakłócaniem porządku publicznego – wymienia Joanna Szerenos-Pawilcz, rzecznik prasowy Straży Miejskiej w Białymstoku.

W Gorzowie Wielkopolskim najwięcej mandatów w 2019 roku było związanych z art.43 ust. 2 UWTPA (usiłowanie spożycia alkoholu). Nałożono ich 90, co stanowi blisko jedną trzecią ogółu. Natomiast w Zielonej Górze najczęściej karano na podstawie art. 191 Ustawy o odpadach. Tak było w trzech na 6 przypadków w okresie od stycznia do czerwca 2018 roku.

Niska szkodliwość

– Pouczenie jest to najłagodniejsza forma kary przewidziana w KPOW, zawsze praktykowana przez strażników z Poznania. O tym, jaki środek zastosować wobec sprawcy wykroczenia, decyduje strażnik w trakcie interwencji. Może pouczyć, wystawić mandat bądź skierować do sądu wniosek o ukaranie – wyjaśnia Przemysław Piwecki, rzecznik Straży Miejskiej w Poznaniu.

Zdaniem komendanta Szeląga, stosowanie pouczeń przez Straż Miejską w Katowicach jest częstą praktyką. W 2018 roku funkcjonariusze skorzystali z tego prawa w 1299 przypadkach, a w 2019 roku – w 1390. Ten środek oddziaływania wychowawczego zastosowano też więcej razy w Warszawie, gdzie statystyki z analizowanych okresów wyniosły odpowiednio 29 748 oraz 36 015. W Białymstoku taka zmiana nastąpiła z 2383 na 2390, a w Zielonej Górze – z 11 do 41.

– Z naszych danych wynika, że pouczenia stanowiły najczęstszy sposób zakończenia interwencji przez bydgoskich strażników miejskich w przypadkach ujawnionych wykroczeń. Od stycznia do sierpnia 2018 roku udzielono ich 10 020, a w analogicznym okresie tego roku – 6 701 – wskazuje Arkadiusz Bereszyński, rzecznik Straży Miejskiej w Bydgoszczy.

Ale są też miasta, w których ten środek oddziaływania stosowano rzadziej. Tak było w Krakowie, gdzie liczba pouczeń spadła z 28 185 do 26 285. Tego typu zmiany nastąpiły również w Kielcach – z 5115 do 4166, a także Rzeszowie – z 2610 do 2579.

– Jeśli wykroczenie posiada znikomą społeczną szkodliwość, to interwencja może zakończyć się na pouczeniu. Tak się dzieje, jeżeli osoba zrozumiała istotę wykroczenia, a popełniony czyn nie stwarzał niebezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jednak ocena sytuacji i decyzja o zastosowaniu środka należy do interweniującego funkcjonariusza. Natomiast w przypadku, kiedy szkodliwość czynu jest wysoka, to zawsze może sięgnąć on po bloczek mandatowy. Niemniej sprawca ma zawsze prawo do odmowy przyjęcia mandatu, wtedy sprawa trafia do sądu – podsumowuje Sławomir Smyk.

Od listopada znika opłata skarbowa za uwolnienie środków z rachunku VAT

Ponad rok temu został wprowadzony tzw. split payment. Ideą było bezpłatne rozwiązanie, ale podatnicy zaczęli ponosić dodatkowe koszty. Okazało się, że trzeba uiszczać opłatę skarbową w wysokości 30 zł, aby uzyskać dostęp do środków zgromadzonych na rachunku VAT. Jednak wkrótce nastąpią korzystne zmiany w tym zakresie. Według ekspertów, obecne zapisy to błąd na poziomie legislacyjnym lub chęć pozyskania dodatkowych środków. Z kolei podatnik musi pamiętać o tym, że obecnie urzędy nie mają podstaw do tego, aby już teraz odstąpić od pobierania tych kosztów. Dlatego powyższa regulacja będzie obowiązywać do końca bieżącego miesiąca. 

Podatniku (nie) płać

1 listopada br. wejdą w życie zmienione przepisy dot. mechanizmu podzielonej płatności (MPP). Obecnie podatnik składa wniosek o przekazanie środków zgromadzonych na rachunku VAT, a urząd ma 60 dni na jego rozpatrzenie. Opłata skarbowa za zgodę wydawaną przez organ podatkowy wynosi 30 zł. Ale wkrótce nie trzeba będzie jej wnosić.

– W zeszłym roku uczestniczyliśmy w pracach nad wprowadzeniem split paymentu jako reprezentacja przedsiębiorców. Pamiętam rozmowy z Ministerstwem Finansów na ten temat i faktycznie ideą było bezpłatne rozwiązanie. Ta opłata nie jest zapisana w ustawie VAT-owskiej, ale urzędnicy odwołują się do ustawy o opłacie skarbowej – mówi Przemysław Pruszyński, doradca podatkowy, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Jak komentuje Marek Niczyporuk, doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI, obecne rozwiązanie jest sprzeczne z zasadami sprawiedliwości. Nakazywanie podatnikom ponoszenia dodatkowych kosztów, nawet jeśli są one stosunkowo niewielkie, w związku z wydaniem własnych pieniędzy nie znajduje żadnego realnego uzasadnienia. To stawia zainteresowanych w pozycji petenta w autorytatywnych relacjach z fiskusem. Zdaniem eksperta, problemem nie jest z pewnością wysokość opłaty, ale konieczność jej wnoszenia.

– Początkowo część urzędów nie pobierała żadnej kwoty z tego tytułu. Inne doczytały, że w ustawie o opłacie skarbowej jest mowa o 30 zł za wyrażenie zgody. I zaczęły się jej domagać. W ślad za nimi poszły kolejne i tak to się rozlało na cały kraj. Nowelizacja sprawi, że powrócimy do tego, co miało być od ubiegłego roku – informuje Przemysław Pruszyński.

Z kolei ekonomista Marek Zuber podkreśla, że podatnicy zaczęli stawiać opór, co jest reakcją całkowicie zrozumiałą. I dodaje, że rząd cały czas informuje o walce z nieuczciwymi przedsiębiorcami. Jednocześnie ci uczciwi dostają niejako rykoszetem, bo dokłada im się kolejne czynności. Zupełnie niepotrzebnie ponoszą oni dodatkowe koszty.

– Oczywiście obecne rozwiązanie może powodować uzasadnioną krytykę i bunt podatników. Z pewnością każdy oburzyłby się, gdyby wprowadzono opłatę administracyjną np. za możliwość wejścia do własnego domu czy codziennego korzystania z zakupionego wcześniej samochodu, nawet jeśli wysokość tych opłat nie byłaby duża. Problem zatem nie jest wyolbrzymiony – dodaje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Naprawianie błędu

Ministerstwo Finansów nie wskazuje powodów zmiany przepisów. Nie zajmuje też stanowiska, czy takie przepisy powinny obowiązywać od 1 lipca 2018 roku. Wtedy właśnie wprowadzono split payment.

Marek Zuber, ekonomista
Marek Zuber, ekonomista

– Wydaje się, że to nie był błąd, tylko świadome działanie, chęć zebrania dodatkowych środków. Prezes Kaczyński stwierdził, że da się utrzymać różne projekty typu 500+ w długim okresie. Otóż rzeczywiście jest to możliwe, ale pod warunkiem szukania wpływów w innych miejscach. Trzeba zatem wprowadzać różnego rodzaju podatki i parapodatki, albo ściągać jakieś ograniczenia, jak np. 30-krotność limitu ZUS-owskiego. Moim zdaniem, ta opłata jest jedną z takich prób pozyskania pieniędzy – stwierdza Marek Zuber.

Z kolei dr Radosław Piekarz, doradca podatkowy, wątpi, aby to było celowe działanie. Opłata skarbowa stanowi bowiem dochód gmin. Zdaniem eksperta, to typowy błąd ustawodawczy. Osoby odpowiedzialne za legislację VAT-owską w Ministerstwie Finansów nie przewidziały lub nie dostrzegły związku pomiędzy uwolnieniem tych środków a opłatą skarbową. Nikt tego też nie zauważył w sejmie czy senacie. To niestety nie za dobrze świadczy o kompetencjach autorów. Jak dodaje ekspert, możliwy jest też nadmierny pośpiech w uchwalaniu ustaw.

– Kwestię pobierania opłat skarbowych ewidentnie należy rozpatrywać w kategoriach niedopatrzenia. Początkowo wiele organów skarbowych nie wymagało uiszczania żadnych kwoty. Nowelizację trzeba uznać za naprawienie błędu. Szkoda tylko, że na korektę przepisów przedsiębiorcy czekają już ponad rok – komentuje Marek Niczyporuk.

Resort informuje, że nie prowadzi zbiorczej statystyki pobranych opłat skarbowych z tego tytułu. Natomiast Marek Zuber jest w stanie uwierzyć w to, że Ministerstwo Finansów nie ma precyzyjnych danych. Jednak, jego zdaniem, urzędnicy są w stanie je oszacować. I co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

Bez przyspieszenia

– Organem podatkowym właściwym w sprawach opłaty skarbowej jest wójt, burmistrz i prezydent miasta właściwy ze względu na miejsce złożenia dokumentu. Urzędy skarbowe nie pobierają zatem tej opłaty. Minister Finansów nie może wydać żadnych wytycznych, które stałyby w sprzeczności z obecnymi przepisami prawa. Z tych samych względów naczelnik urzędu skarbowego nie może decydować o tym, czy podatnik ma obowiązek uiszczania opłaty skarbowej. Przepisy ustawy są w tym przypadku jednoznaczne – podkreśla Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministra Finansów.

Jak podkreśla Marek Niczyporuk, wspomniana opłata za dostęp do własnych środków jest absurdem. Jednak nierealna jest sytuacja, w której urzędnicy zaczną inaczej podchodzić do tej kwestii przed listopadem. Musiałaby się ukształtować korzystna dla podatników linia orzecznicza sądów administracyjnych. Trudno jednak spodziewać się, aby zainteresowani wszczynali i prowadzili batalie prawne w sprawach opłat tak małej wartości.

– Do powyższego należy dodać, że niektóre urzędy skarbowe żądają potwierdzenia uiszczenia opłaty. Moim zdaniem, to jest niezgodne z przepisami. Do dokonania zwolnienia środków z rachunku VAT nie jest niezbędne zapłacenie 30 zł. Jeśli tego nie uregulujemy, to i tak pieniądze z konta muszą być uwolnione. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że mamy wtedy zaległość podatkową w stosunku do danej gminy – zaznacza dr Piekarz.

Według eksperta z Konfederacji Lewiatan, jeśli ktoś potrzebuje pieniędzy na prowadzenie firmy, a ma je na rachunku VAT, to nie będzie kalkulował. Spełni formalności i poniesie dodatkowe koszty przed listopadem, o ile sprawa nie dotyczy jednoosobowej działalności gospodarczej. Jeżeli taki przedsiębiorca ma odłożone na tym koncie np. 100 zł, to zapewne zastanowi się, czy zapłacić 30 zł, bo wówczas pozostanie mu tylko 70 złotych.

Polityki antymobbingowe i antydyskryminacyjne powinny być obowiązkowe

Marcin Frąckowiak, radca prawny w dziale prawa pracy kancelarii Sadkowski i Wspólnicy
Marcin Frąckowiak, radca prawny w dziale prawa pracy kancelarii Sadkowski i Wspólnicy

W kodeksie pracy zawarta jest obecnie zasada, zgodnie z którą jakakolwiek dyskryminacja w zatrudnieniu, bezpośrednia lub pośrednia, w szczególności ze względu na płeć, wiek, niepełnosprawność, rasę, religię, narodowość, przekonania polityczne, przynależność związkową, pochodzenie etniczne, wyznanie, orientację seksualną, zatrudnienie na czas określony lub nieokreślony, zatrudnienie w pełnym lub w niepełnym wymiarze czasu pracy – jest niedopuszczalna. Ewentualne zróżnicowanie: warunków nawiązania i rozwiązania stosunku pracy lub warunków zatrudnienia, awansowania i dostępu do szkoleń podnoszących kwalifikacje zawodowe, oparte na kryterium płci, jest zabronione jako przejaw dyskryminacji.

Przykładowo, nie jest więc możliwe, aby pracodawca z góry zadecydował, że ze szkolenia będą mogli skorzystać wyłącznie mężczyźni lub że zatrudni na nowotworzone stanowiska pracy wyłącznie mężczyzn – chyba, że udowodni, iż kierował się obiektywnymi przyczynami, co podlega jednak kontroli sądu pracy w razie ewentualnego sporu sądowego.

Niedawne zmiany w kodeksie pracy, które weszły w życie 7 września 2019 r., wzmacniają jeszcze możliwość dochodzenia roszczeń, poprzez wyraźne stwierdzenie, że katalog przyczyn (kryteriów), jakie mogą zostać uznane za dyskryminacyjne, jest otwarty. Jako dyskryminujące może być więc oparcie się przez pracodawcę również na innych kryteriach, społecznie nieusprawiedliwionych, i w ten sposób różnicowanie sytuacji pracowników.

Czy zatem dalsza ingerencja ustawodawcy mająca na celu zagwarantowanie lepszej pozycji kobiet na rynku pracy jest w tej sytuacji możliwa i konieczna? Abstrahując od kwestii społeczno-ekonomicznych, z prawnego punktu widzenia pomysł wprowadzania parytetu do kodeksu pracy byłby trudny w realizacji i potencjalnie wymagający zmiany fundamentalnych zasad odnoszących się do zakazu nierównego traktowania oraz niedyskryminacji, jakie dzisiaj funkcjonują w tym kodeksie.

Po pierwsze, trzeba pamiętać, że to nie zawsze kobiety są stroną postępowań o dyskryminację z uwagi na płeć. W orzecznictwie nie brakuje również przykładów, gdy to mężczyźni twierdzą, że są gorzej traktowani z względu na to kryterium w porównaniu do zatrudnionych w zespole kobiet. Po drugie, obecne mechanizmy gwarantujące równość płci, wynikające z kodeksu pracy, w dużym uproszczeniu mają jeden cel: zapobieganie sytuacjom, w których decyzja o przyjęciu do pracy bądź określeniu warunków pracy pracownika (zwłaszcza wynagrodzenia), miałaby zależeć wyłącznie od tego, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną.

Jeśli natomiast np. okaże się, że z grona kandydatów do pracy odpowiednie doświadczenie, kwalifikacje, staż pracy, umiejętności, posiadają wyłącznie aplikujące kobiety lub mężczyźni, to pracodawca powinien wybrać właśnie te osoby i im zaproponować pracę.

Warte przemyślenia jest natomiast to, jak wzmocnić egzekwowanie istniejących już przepisów. Toczące się wiele lat postępowania sądowe z pewnością nie zachęcają do dochodzenia swoich praw. Moim zdaniem zmniejszeniu przypadków dyskryminacji mogłoby posłużyć np. wyraźne zobligowanie pracodawców do wprowadzenia wewnątrzzakładowej polityki antymobbingowej i antydyskryminacyjnej, a co za tym idzie, umożliwienie pracownikom zainicjowania odpowiedniego postępowania wewnątrzzakładowego, w ramach którego mogliby zgłosić przypadek dyskryminacji, bez konieczności wnoszenia powództwa do sądu pracy.