Bilety komunikacji miejskiej coraz częściej kupowane przez aplikacje mobilne. W przyszłości będzie można je nabyć za pomocą głosu

Bilety komunikacji miejskiej coraz częściej kupowane przez aplikacje mobilne. W przyszłości będzie można je nabyć za pomocą głosu 1

Coraz więcej osób decyduje się na zakup biletów w transporcie zbiorowym poprzez aplikację mobilną, a firmy zarządzające komunikacją miejską coraz chętniej udostępniają im ten kanał sprzedaży. Wciąż jednak daleko nam do Szwecji czy Norwegii, gdzie bilety poprzez aplikacje mobilne kupuje połowa społeczeństwa. W przyszłości aplikacje biletowe będą jeszcze bardziej uproszczone, tak by kupujący miał przy zakupie do wykonania jak najmniej czynności.

– Użytkownik transportu publicznego w przyszłości będzie wykonywał jeszcze mniej czynności związanych z korzystaniem z przejazdu czy z jakichkolwiek usług miejskich. W najbliższych latach mocno wykorzystywane będą w tym celu smartfony. Jedną z podstawowych usług, która się pojawi, będzie wykorzystanie naszego głosu i rozmowa z urządzeniami i na tej podstawie korzystanie z usług transportowych – mówi agencji Newseria Innowacje Miłosz Olejniczak, kierownik produktu zBiletem.pl.

Telefon staje się narzędziem coraz częściej wykorzystywanym do dokonywania różnego rodzaju transakcji. Są to zarówno przelewy dokonywane przy użyciu aplikacji bankowych, jak i zbliżeniowe płatności z wykorzystaniem technologii NFC. Okazuje się, że coraz więcej użytkowników decyduje się również na wykorzystywanie telefonów do opłacania przejazdów w transporcie zbiorowym.

– Bilety w smartfonie są coraz popularniejsze. Oczywiście ich popularność w różnych regionach zależy od wielu czynników. Różnica między Szwecją a Polską polega na modelu biznesowym, w jakim działają dostawcy takich rozwiązań. W Polsce są różni operatorzy oferujący różne aplikacje, w Szwecji bliższy jest model funkcjonowania aplikacji pod marką danego organizatora w danym regionie – opowiada Miłosz Olejniczak.

Coraz więcej polskich miast decyduje się na włączanie kanału mobilnego do sprzedaży biletów komunikacji miejskiej. Jedną z zalet takiej formy opłacania przejazdów jest możliwość zakupu 24 godziny na dobę i szybki czas transakcji. Jak zapewnia dostawca aplikacji zBiletem.pl, na zakup wystarczy 60 sekund. W przypadku rozładowania się baterii w telefonie, na którym zapisany jest bilet, kontroler ustali, czy został on zakupiony na podstawie numeru PESEL. Niektóre z aplikacji zakupowych pozwalają nie tylko na opłacanie przejazdów komunikacją miejską, lecz także zakup biletów w pociągach oraz np. na zakup karty postojowej.

– W niektórych miejscach w Szwecji udział sprzedaży biletów elektronicznych w transporcie publicznym sięga 50 proc., a w Norwegii nawet 70 proc. Na pewno nie ma dzisiaj jeszcze w Polsce miejsca, w którym udział kanału mobilnego jest na takim poziomie. W jednym z miast, w którym działamy, mamy 30-proc. udział w sprzedaży biletów okresowych. W Warszawie widzimy bardzo ciekawe dane za zeszły rok, kiedy ten kanał osiągnął ponad 14 proc. i był najszybciej rozwijającym się kanałem w Warszawie – twierdzi ekspert.

Bilety elektroniczne mogą być również ogromną szansą na usprawnienie podróży transgranicznych. W trójkącie granicznym między Niemcami, Belgią a Holandią istnieją trzy różne elektroniczne systemy biletowe. W celu połączenia ich w ramach środków z programu „Horyzont 2020” powstał projekt „European Travellers Club (ETC)”. W jego ramach opracowano i przetestowano nową technologię sprzedaży biletów. Oparta jest ona na kontach, a różne krajowe systemy sprzedaży biletów mogą być łączone bez konieczności zmiany istniejących standardów krajowych.

W ramach pilotażu uczestnicy otrzymali kartę chipową zawierającą zarówno krajowy bilet elektroniczny, jak i interoperacyjny identyfikator, który byłby rozpoznawany i przetwarzany w sąsiednim kraju. Uczestnicy pilotażu zwrócili jednak uwagę na to, że najbardziej praktycznym nośnikiem dla biletu byłyby smartfony. W odpowiedzi na ten postulat operator wdroży nową funkcję pozwalającą zintegrować telefon jako medium użytkownika.

– Najważniejsza jest wygoda użytkowników polegająca na tym, że nie muszą się zastanawiać nad tym, kiedy będą potrzebowali kolejnego biletu. Planujemy już rozwiązania, które minimalizują konieczność wiedzy użytkownika nt. transportu publicznego czy procesu płatności – przekonuje Miłosz Olejniczak.

Z raportu Market Research Future wynika, że światowy rynek sprzedaży biletów poprzez aplikacje na smartfony przekroczy do 2022 roku wartość 4 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się w najbliższych latach na poziomie 19 proc.

Sztuczna inteligencja już dziś podpowiada czytelnikom, po jaką książkę sięgnąć. W przyszłości będzie mogła nawet pisać powieści

Sztuczna inteligencja już dziś podpowiada czytelnikom, po jaką książkę sięgnąć. W przyszłości będzie mogła nawet pisać powieści 2

Tworzony przez polski start-up zautomatyzowany system rekomendacji książek pomoże czytelnikom w wyborze najciekawszej powieści. Działające w oparciu o uczenie maszynowe rozwiązanie dobiera lekturę w oparciu o pogłębioną analizę treści. Proces ten trwa zaledwie kilka sekund, a skuteczność działania sięga nawet 90 proc. Tymczasem algorytmy są już zdolne do samodzielnego tworzenia tekstów. W przyszłości mogą nawet same pisać fantastyczne powieści.

– Opracowaliśmy system, który rekomenduje książki dopasowane do nastroju czytelnika z wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Mamy teraz dostęp do treści elektronicznych w postaci e-booków. Robot czyta, analizuje treści i wychwytuje takie cechy, jakie normalnie książce nadaje człowiek, tzn. czy ta książka jest zabawna, czy jest romantyczna, czy jest optymistyczna. W taki sposób znajduje powiązania pomiędzy książkami – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Małgorzata Sienkiewicz ze spółki Literacka.

Algorytmy podczas analizowania treści są w stanie określić charakter książki. Rekomendacja dla czytelnika odbywa się więc nie w oparciu o historię zakupów czy wypożyczeń, ale w oparciu o podobieństwo cech fabularnych, klimatu czy nastroju powieści. Algorytmy są w stanie opracować profil analizowanej książki w zaledwie kilka sekund, co pozwala na wprowadzenie do porównywanego wolumenu wielu pozycji w bardzo krótkim czasie.

– Sztuczna inteligencja może wyłonić to, czego człowiek nie jest w stanie. Książek jest bardzo dużo, a robot w ciągu 5 sekund jest w stanie książkę przeczytać i wychwycić, w którym miejscu dzieje się akcja książki, w jakim czasie, jaki bohater występuje, co tam się wydarzyło – twierdzi Małgorzata Sienkiewicz.

Literacka przez kilka lat zbierała dane. Eksperci oraz społeczność czytelnicza oceniali książki, a wspólnie z Instytutem Książki przeprowadzono także badania, w których czytelnicy wskazywali cechy konkretnych książek. Na podstawie tych danych powstał wzorzec, na podstawie którego robot nauczył się analizy literackiej. Dzięki temu algorytm może bardzo skutecznie oceniać książki tak jak przeciętny człowiek.

– W tej chwili osiągamy skuteczność średnio 86 proc. Niektóre cechy są łatwiejsze do oceny, np. czy książka jest realistyczna, czy pojawiają się wątki historyczne i tu skuteczność przekracza nawet 90 proc. Natomiast są takie cechy, jak np. pouczająca, które robotowi trudniej jest zdefiniować i tutaj ta skuteczność jest jeszcze na razie niższa. Ale im więcej będzie miał danych do nauki, tym będzie skuteczniejszy – zapowiada ekspertka.

Rekomendacja treści na podstawie preferencji czytelnika wdrażana jest już przez Google w ramach rozszerzenia NewsBot dla przeglądarki Chrome działającego w oparciu o uczenie maszynowe. Dzięki niemu możliwe jest stworzenie spersonalizowanego strumieniowania dla danego użytkownika. Podczas czytania artykułu na ekranie pojawiają się kolejne, powiązane. W trakcie czytania można też zaznaczyć najbardziej interesujący fragment artykułu i uzyskać rekomendacje odnoszące się tylko do zawartych w nim wątków.

Coraz częściej sztuczna inteligencja sprawdza się jednak już nie tylko w analizowaniu treści, lecz także w ich tworzeniu. W Wielkiej Brytanii, w ramach projektu RADAR, testowane jest półautomatyczne tworzenie tekstów dziennikarskich. Zespół sześciu redaktorów wyszukuje dane statystyczne dostępne na rządowych stronach, a następnie tworzy szablony treści opartych na tych danych. Sztuczna inteligencja dopasowuje natomiast zestaw danych statystycznych do lokalizacji geograficznych. Tak powstała informacja trafia do lokalnych mediów.

Algorytmy są też w stanie już tworzyć samodzielnie teksty informacyjne. Roboty piszą krótkie teksty m.in. w „Washington Post” czy „Associated Press”. Wspierane przez Elona Muska laboratorium OpenAI niedawno zademonstrowało swoją najnowszą technologię GPT2, która potrafi pisać zmyślone powieści.

– To na pewno pójdzie w stronę generowania tekstów, ale to nie oznacza, że gdzieś nie znajdzie się drogi dla człowieka. Ostatecznie to człowiek nadaje tekstowi charakter, styl i przynajmniej na razie jeszcze długa droga do tego, żeby boty chociażby wykształciły taki naturalny i w swoim stylu proces konwersacyjny. To wprawdzie już się dzieje, ale głównie dla języka angielskiego. Jeśli chodzi o język polski z jego bardziej skomplikowaną składnią, to na pewno ta droga jest o wiele dłuższa – przewiduje Małgorzata Sienkiewicz.

Z raportu czytelnictwa opublikowanego przez Bibliotekę Narodową wynika, że 37 proc. Polaków przeczytało w 2018 roku przynajmniej jedną książkę. Z raportu wynika, że dobór powieści u polskich czytelników odbywa się przede wszystkim na podstawie własnej oceny. W dalszej kolejności czytelnicy zdają się na rekomendacje rodziny i znajomych, a w następnej – na opinie innych czytelników w internecie.

Dolar słabnie, złoty mocniejszy, a złoto drożeje

Za nami czerwcowe posiedzenie FED, które zmieniło bardzo wiele, choć nie obniżono stóp procentowych w USA. Dolar już zaczął tracić na wartości. Inną konsekwencją jest wzrost cen złota.

– Pod ogromną presją rynków finansowych i D.Trumpa bank centralny zmienił bardzo mocno swą komunikację, sygnalizując, że jednak obniżki stóp procentowych będą konieczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – To daje niemal pewność uczestnikom rynków finansowych, że taka obniżka nastąpi najpóźniej we wrześniu, a może już na lipcowym posiedzeniu Fed.

Zwrot w polityce Fed jest katalizatorem dla osłabienia dolara, także wobec złotego. Natomiast cena złota wzrosła w czerwcu o niemal 10 proc. w przeliczeniu na dolara, ale w przypadku innych walut też była to zmiana bardzo istotna.

Konsekwencje są też takie, że inne banki centralne zastanawiają się, jak zwiększyć swoją ekspansję pieniężną, ale nie należy się spodziewać obniżki stóp procentowych przez NBP.

Luka w CIT. Po kontrolach w VAT nadszedł czas na CIT

W ostatnim czasie wiele mówi się o luce w CIT, która według mediów w latach 2015-2017 mogła wynieść nawet 90 mld zł. Odzyskanie takich pieniędzy z pewnością pomogłoby sfinansować obietnice wyborcze. Co to oznacza dla podatników podatku dochodowego od osób prawnych?

Skąd się wzięła i czym tak naprawdę jest luka w CIT?

Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego opublikowanego 24 kwietnia 2019 r. luka w CIT w roku 2017 wyniosła około 11-21,4 mld zł, w 2016 r. było to 18,4 mld zł, a w 2015 r. 50 mld zł. Łącznie może to być nawet 90 mld zł.

Luka w podatku dochodowym od osób prawnych to nic innego jak różnica pomiędzy wpływami należnymi do budżetu państwa a realnymi dochodami tego budżetu. Jak wskazano w komunikacie prasowym: „mechanizmy mające na celu zmniejszenie płaconego podatku można podzielić na trzy grupy: ukrywanie przychodów, zawyżanie kosztów oraz sztuczne transfery zagraniczne”. Z raportu wynika, że luka ta powstała w wyniku przypadkowych pomyłek podatników, działań mających na celu ukrycie części przychodów, zawyżenia kosztów uzyskania przychodów, wyprowadzenia części zysków za granicę, a także błędnego stosowania odliczeń i zwolnień.

Polski Instytut Ekonomiczny wskazał jednak, że największy wpływ na lukę w CIT miało zaniżanie podstawy opodatkowania, wynikające zarówno z nielegalnego działania niektórych podmiotów gospodarczych uchylających się od opodatkowania, jak i tych podmiotów, które w sposób legalny wykorzystywały możliwość zmniejszenia opodatkowania, których działania jednak były pozorne.

Zaniżanie podstawy opodatkowania może wynikać również z zawyżania kosztów uzyskania przychodów na przykład poprzez nieuprawnione wliczanie do takich kosztów wydatków na cele niezwiązane z prowadzoną działalnością gospodarczą.

Przewidywane konsekwencje – wzmożone kontrole w CIT

Ostatnim razem, gdy ujawniono lukę w VAT, postanowiono skontrolować przedsiębiorców i odzyskać pieniądze. Biorąc pod uwagę konieczność sfinansowania obietnic wyborczych, w najbliższym czasie podatnicy powinni spodziewać się zmian w zakresie kontroli celno-skarbowych i podatkowych. Nowych kontroli w VAT jest coraz mniej, wobec czego trzeba zmienić obiekt zainteresowań. Tym samym KAS niewątpliwie skupi się na próbie odzyskania CIT.

Przygotowanie do kontroli

Podatnicy powinni dobrze przygotować się do spodziewanej kontroli, póki jeszcze jest na to czas. Większość z nich stwierdzi zapewne, że ich to nie dotyczy, bo przecież uczciwie rozliczali się ze swoich dochodów. Pamiętajmy jednak, że w przypadku kontroli w VAT ucierpiały nie tylko nieuczciwe firmy.

Samo przejrzenie ksiąg rachunkowych za lata 2015-2017 może okazać się niewystarczające. Jeśli KAS w trakcie prowadzenia kontroli w CIT będzie działać podobnie, jak miało to miejsce w trakcie kontroli i postępowań w VAT, należy z ogromną precyzją przeanalizować księgi, sprawdzić przychody, koszty i dochody. Konieczne może okazać się przeprowadzenie audytu podatkowego, najlepiej przez profesjonalistę. Audyt polega na wykonaniu czynności kontrolnych, lecz bez konsekwencji, jakie niesie za sobą postępowanie organów KAS. Po dokonanym audycie profesjonalista wskaże ewentualne zagrożenia oraz możliwości naprawienia popełnionych błędów – błędów, które można naprawić jedynie, zanim rozpocznie się kontrola podatkowa (celno-skarbowa). Pamiętać trzeba, że w czasie trwania procedury przed organem KAS, nie można już nic zrobić, oprócz obrony.

Działania w trakcie kontroli

Obrona w czasie trwania procedury podatkowej jest nie mniej ważna niż audyt ksiąg rachunkowych. Przede wszystkim trzeba znać swoje prawa oraz obowiązki organu, wynikające z Ordynacji podatkowej. Jeśli mamy do czynienia z kontrolą celno-skarbową, konieczna jest znajomość przepisów proceduralnych z ustawy o KAS. Uprawnienia z niej wynikające są dużo szersze niż uprawnienia w kontroli podatkowej. Zdarza się również, że kontrolujący przekraczają swe uprawnienia. W trakcie procedury istotne jest, aby wytykać kontrolującym błędy, korzystać ze swych praw, wypełniać swoje obowiązki jako podatnik, a także bronić się za pomocą stosownych argumentów. Profesjonalnej obrony podatnika może podjąć się doradca podatkowy, radca prawny, adwokat, który wykorzysta swoje doświadczenie w zakresie prowadzenia spraw podatkowych i reprezentacji klientów przed organami podatkowymi.

Jak unikać ewentualnych błędów w przyszłości?

Kwestie zaniżania podstawy opodatkowania poprzez nieuprawnione zaliczanie do kosztów uzyskania przychodów wydatków na cele niezwiązane (albo wątpliwe) z działalnością gospodarczą są zjawiskiem dość powszechnym. Dzieje się tak głównie z uwagi na złożoność i niejednoznaczność przepisów podatkowych. Często zdarza się, że podatnik nie jest pewien, czy dany wydatek na pewno może stanowić koszt uzyskania przychodu, jednak w jego subiektywnej ocenie jest on związany z prowadzoną działalnością. W takiej sytuacji zdarza się, że podatnik obniża podstawę opodatkowania o ten wydatek, licząc na brak ewentualnych pytań, konieczności wyjaśnień czy innych konsekwencji. Prawidłowe byłoby jednak skorzystanie z porady profesjonalisty, który zweryfikuje aktualne orzecznictwo w danej kwestii i zaproponuje stosowne dla podatnika rozwiązanie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inflacja znów rośnie. Indie wygrywają spór z USA

Po tym jak Amerykanie zawiesili wojnę handlową z Chinami, WTO przypomniało, że nie jest to jedyna linia frontu otwartych przez administrację prezydenta Trumpa konfliktów. Werdykt organizacji handlu nie jest jeszcze prawomocny, ale może spowodować dalsze reakcje, tym bardziej że na linii Waszyngton-Delhii silniejszy partner jest łatwy do wskazania.

Jak nie Pekin to Indie

Ledwo Waszyngton zawiesił wojnę handlową z Chinami i natychmiast pojawił się werdykt w sprawie skargi Delhi przeciwko USA złożonej w Światowej Organizacji Handlu. Dotyczy nielegalnego wspierania rodzimych producentów na rynku surowców odnawialnych. Na tej linii stracie jest łagodniejsze, gdyż Indie nie podchodzą do sprawy z pozycji równorzędnego partnera i znacznie ostrożniej odpowiadają na działania Amerykanów. Stany Zjednoczone mogą się jeszcze odwołać od niekorzystnego werdyktu lub wybrać inną drogę i dalej wstrzymywać się z wyborem członków do ciała odwoławczego, tym samym powstrzymując werdykt przed wejściem w życie. Po tych informacjach rupia zyskiwała wobec dolara, aczkolwiek nie wiadomo, czy akurat one były przyczyną tego stanu rzeczy. Od 10 dni trwa bowiem wyraźny trend umacniania hinduskiej waluty względem USD.

Inflacja znów rośnie

Według danych GUS inflacja w Polsce wynosi obecnie 2,6%. Są to co prawda tylko wstępne dane, ale jest to odczyt wyższy o 0,2% od oczekiwanego. Pierwszy raz od dawna poziom inflacji przekroczył cel inflacyjny. Na szczęście jest on ustalany z tolerancją 1%, zatem posiadamy jeszcze spory zapas. Problemem zbyt szybko rosnących cen jest fakt, że w celu spowolnienia tego procesu powinno się zmniejszać ilość pieniądza na rynku. Mniej pieniądza to droższy kredyt, co nie jest korzystne dla gospodarki. W rezultacie można się spodziewać, że w kolejnych miesiącach ceny będą dalej rosły w podobnym tempie, szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę wpływ wydatków socjalnych w ramach nowych przedwyborczych programów.

Dane zza oceanu

Wczoraj o 14:30 poznaliśmy pakiet danych z USA. Wnioski o zasiłek dla bezrobotnych wypadły nieznacznie powyżej oczekiwań, ale nie była to istotna różnica. Słabiej wypadł za to finalny odczyt wzrostu PKB oraz konsumpcja prywatna. Szczególnie niepokoić powinien niski wzrost konsumpcji. Jednak rynki przyjęły to wszystko dosyć spokojnie, głównie dlatego, że odczyty te są w pewnym sensie tłem dla konferencji FED, mającej się odbyć w przyszłym miesiącu. Właśnie wtedy (zdaniem większości obserwatorów) powinniśmy zobaczyć przełom w amerykańskiej polityce monetarnej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważniejszych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Szanse rozwojowe dla polskiej gospodarki

Szanse rozwoju Polski i wykorzystywanie jej zasobów powinny być rozpatrywane w perspektywie dziesięcioleci. Nie jest to zależne od polityki fiskalnej, czy monetarnej – która musi zapewniać stabilność. Potrzebne jest natomiast sięganie po rezerwy technologiczne, innowacyjne i kapitał ludzki. Te Polska wciąż posiada.

Mimo problemu na rynku pracy, wciąż pozostaje na nim spora liczba niewykorzystanych, biernych zawodowo osób. Mamy też potencjał zatrudniania emigrantów. Do tego dochodzą możliwości rozwijania innowacji, tworzenia własnych produktów i sprzedawania ich pod marką własną. Ważne, aby wyciągać z polskiej produkcji i eksportu jeszcze więcej. W tym kierunku będzie zmierzać Polska. To jedyne wyjście, jeśli chcemy wyrosnąć z bycia dostawcą taniej, dobrej siły roboczej – a w zamian oferować marki i rozwiązania.

– W długookresowej strategii wzrostu nie chodzi o klasyczną politykę fiskalną, lecz o działania inwestycyjne, wspieranie pewnych gałęzi przemysłu. Chodzi o politykę rozwoju, wsparcia dla ekspansji zagranicznej polskich firm czy finansowania wyższych technologii – powiedział agencji eNewsroom Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK.

– Takie podejście jest niezależne od standardowego tzw. policy mix. Konieczny jest zrównoważony budżet, aby długookresowe narzędzia odgrywały znaczącą rolę. Rozchwianej gospodarce nie pomoże perspektywiczna polityka. Taki stan rzeczy odstrasza inwestorów, co stanowi duży problem. Zrównoważony budżet i nie za wysoki dług stwarzają przestrzeń dla polityki monetarnej. Ta z kolei pozwala na tworzenie długookresowych planów, na których należy się skupiać. Obecnie mamy najniższy deficyt w historii. Zapowiadane spowolnienie może go naturalnie zwiększyć. Jeżeli jednak Polska będzie w stanie zachować wzrost efektywności ściągania podatków, który został niedawno osiągnięty, wtedy polskich budżet będzie bezpieczny – przewiduje Walewski.

Jak wybrać właściwą instytucję odpowiedzialną za prowadzenie PPK?

Od 1 lipca 2019 roku pierwsze firmy muszą wdrażać Pracownicze Plany Kapitałowe. Wiąże się to między innymi z wyborem instytucji finansowej, która zajmie się zarządzaniem PPK. Podpowiadamy, jak wybrać taką instytucję.

Pracownicze Plany Kapitałowe to system oszczędzania długoterminowego dla pracowników. Każdy z nich, jeśli podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu emerytalnemu i rentowemu, może skorzystać z tego programu. Natomiast obowiązkiem pracodawcy jest uruchomienie PPK w firmie i umożliwienie pracownikom gromadzenie oszczędności.

– Jednym z ważnych etapów uruchomienia Pracowniczych Planów Kapitałowych w firmie jest wybór instytucji, która będzie zajmowała się zarządzaniem środkami i ich wypłatą w przyszłości. Pracodawcy, którzy muszą uruchomić PPK od 1 lipca 2019 roku, mają czas do 25 października bieżącego roku na podpisanie umowy z instytucją zarządzającą – przypomina ekspert portalu PPK.info. – Jeśli pracodawca nie dotrzyma tego terminu, grozi mu grzywna. Należy się wtedy spodziewać pisma z Polskiego Funduszu Rozwoju z wezwaniem do zawarcia umowy z wyznaczoną instytucją finansową w ciągu 30 dni od otrzymania tego pisma. Jeszcze wtedy można jednak wybrać samodzielnie podmiot zarządzający i poinformować o tym PFR – podkreśla ekspert PPK.info.

Kto może prowadzić PPK?

Pracodawca powinien wybrać instytucję zarządzającą PPK w porozumieniu z przedstawicielami załogi. Jeśli kompromis nie zostanie jednak osiągnięty, może takiego wyboru dokonać samodzielnie. Środkami z PPK mogą zarządzać:

  • towarzystwa funduszy inwestycyjnych (TFI),
  • powszechne towarzystwa emerytalne (PTE),
  • pracownicze towarzystwa emerytalne,
  • zakłady ubezpieczeń.

Ustawa o PPK w art. 59 wskazuje jeszcze, że instytucja zarządzająca musi mieć między innymi 3 lata doświadczenia w zarządzaniu specyficznymi rodzajami aktywów, dysponować kapitałem własnym co najmniej 25 mln zł, a także musi spełniać wymogi dotyczące prowadzenia funduszy zdefiniowanej daty.

Instytucja obsługująca PPK – na co zwrócić uwagę przy wyborze?

Art. 7 ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych nakłada na pracodawcę obowiązek kierowania się określonymi kryteriami przy wyborze instytucji zarządzającej PPK. Przede wszystkim trzeba wziąć pod uwagę „najlepiej rozumianym interesem osób zatrudnionych”, ale także doświadczenie i warunki obsługi PPK. Co to oznacza w praktyce? Głównie to, że trzeba wziąć pod uwagę kilka kluczowych kwestii, wybierając instytucję finansową. Najważniejsze jest oczywiście bezpieczeństwo inwestycji. Należy zatem zwrócić uwagę na politykę inwestycyjną instytucji tak, aby nie było ryzyka utraty środków. Ważny jest staż na rynku zarządzającego. Istotne są także koszty prowadzenia programu: za zarządzanie (maksymalnie 0,5% wartości aktywów netto) i za osiągnięty wynik (maksymalnie 0,1%). Należy zwrócić uwagę również na technologię używaną przez instytucję finansową i na możliwość jej powiązania z systemami działającymi w firmie. Nie bez znaczenia jest także wsparcie instytucji przy wdrażaniu PPK.

Przegląd najlepszych ofert prowadzenia PPK

Na oficjalnym portalu informacyjnym Pracowniczych Planów Kapitałowych mojeppk.pl gromadzone są oferty instytucji finansowych, które będą zajmowały się zarządzaniem środkami zgromadzonymi przez oszczędzających na PPK. Wybraliśmy kilka najbardziej interesujących ofert.

  1. AEGON

Aegon Powszechne Towarzystwo Emerytalne S.A. to marka, której nie trzeba szczególnie przedstawiać, ponieważ jest powszechnie znana nie tylko na rynku ubezpieczeniowym. AEGON zarządza także od 20 lat OFE i aktywami o wartości ponad 14 mld zł, a do tego jest częścią bardzo dużej międzynarodowej grupy finansowej. To dodatkowa gwarancja bezpieczeństwa i stabilności. AEGON deklaruje, że udziela kompleksowej pomocy pracodawcy we wdrażaniu programu PPK i szkoli pracowników. Ponadto dostarcza rozwiązań informatycznych pomagających w obsłudze PPK i automatyzujących wiele czynności związanych z tym programem. To pozwoli znacznie odciążyć kadry i działy HR. AEGON podkreśla, że w przypadku długoterminowych procesów inwestycyjnych koncentruje się nie tylko na zwiększaniu wartości aktywów, ale także na zapewnieniu ich maksymalnego bezpieczeństwa.

  1. Millennium TFI

Millennium Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. działa na polskim rynku już od 2001 roku i specjalizuje się w zarządzaniu funduszami inwestycyjnymi. Warto dodać, że Millennium TFI jest częścią Grupy Kapitałowej Banku Millennium i był jedną z pierwszych instytucji, która wyraziła chęć zarządzania PPK. Obecnie w ramach Millennium PPK Specjalistyczny Fundusz Inwestycyjny Otwarty funkcjonuje 8 subfunduszy zdefiniowanej daty (emerytura od 2025 do 2060 roku).

  1. Pocztylion PTE

Instytucja specjalizująca się w produktach emerytalnych i działająca na polskim rynku już ponad 20 lat. Pocztylion PTE chwali się przede wszystkim dużym zespołem licencjonowanych doradców inwestycyjnych, doświadczonymi maklerami papierów wartościowych oraz analitykami CFA. Instytucja ta podkreśla, że kluczowe znaczenie ma dla niej inwestowanie etyczne. Obok ogromnego doświadczenia Pocztylion dostarcza także nowoczesnych narzędzi informatycznych, które ułatwiają zarządzanie PPK.

Wybór instytucji zarządzającej PPK powinien być przemyślaną decyzja opartą na dokładnej analizie oferty instytucji finansowej. To może bowiem wpłynąć na wyniki pomnażania aktywów PPK i na całości funkcjonowania programu w firmie.

Zmiany we władzach Konfederacji Lewiatan

  • Maciej Witucki został wybrany prezydentem Lewiatana.
  • Henryka Bochniarz objęła stanowisko przewodniczącej Rady Głównej Konfederacji.
  • Andrzej Krzemiński, przewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL dołączył do Rady Głównej Konfederacji.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, podczas Zgromadzenia Ogólnego Konfederacji Lewiatan, wybrano nowe władze organizacji. Stanowisko prezydenta objął dotychczasowy wiceprezydent Maciej Witucki, który w ubiegłym roku uzyskał rekomendację Zarządu Lewiatana na to stanowisko.

– Lewiatan to najsilniejsza organizacja pracodawców w Polsce. Jesteśmy prawdziwym głosem biznesu, oferującym administracji doskonałą ekspertyzę krajową i międzynarodową – powiedział Maciej Witucki. – Cieszę się, że wraz z zespołem Konfederacji, będę mógł budować siłę głosu przedsiębiorców w Polsce.

Maciej Witucki został wybrany prezydentem Lewiatana
Maciej Witucki, Foto: Konfederacja Lewiatan

Henryka Bochniarz została wybrana na przewodniczącą Rady Głównej Konfederacji. Rada nadzoruje działalność organizacji. Na trzyletnią kadencję wybrano także nowe składy Zarządu i Rady Głównej Konfederacji Lewiatan. Andrzej Krzemiński dołączył Rady Głównej  Konfederacji Lewiatan i podobnie jak inni członkowie władz Lewiatana, będzie sprawował tę funkcję przez trzy najbliższe lata.

Zmiany we władzach Konfederacji Lewiatan

Foto: Konfederacja Lewiatan

Andrzej Krzemiński, trzy lata temu, po raz drugi, został wybrany na stanowisko przewodniczącego Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu i funkcję tę sprawuje do dziś. Z polską organizacją leasingową jest związany od 13 lat. Jest współautorem wielu nowatorskich projektów na polskim rynku bankowym, m.in. był założycielem projektu Banku Millennium. Od kwietnia 2017 do listopada 2018r. był Prezesem Zarządu PKO Leasing. W latach 2014-2017 pełnił funkcję Prezesa Zarządu Raiffeisen-Leasing Polska. W trakcie swojej wieloletniej pracy na rynku finansowym pełnił m.in. funkcje: Wiceprezesa Zarządu Deutsche Bank PBC (w latach 2012-2014), Wiceprezesa, a zaraz potem Prezesa Zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego (w latach 2005-2012), wcześniej Wiceprezesa odpowiedzialnego za sektor finansów konsumenckich w Grupie Credit Agricole (w latach 2002-2005). Jest absolwentem Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki (obecnie Szkoła Główna Handlowa).

Nastroje w europejskiej gospodarce nie poprawiają się

W ostatnich miesiącach obserwujemy narastającą nerwowość w gospodarce europejskiej. W strefie euro spowolnienie gospodarcze stało się faktem. Ten trend potwierdzają także najnowsze dane. Niemiecki indeks nastrojów gospodarczych IFO w czerwcu br. spadł do poziomu 97,4 pkt. i jest to najgorszy wynik od grudnia 2014 r. W tym tygodniu zostały opublikowane również wyniki badania dot. poziomu zaufania konsumentów do strefy euro. Dane te również okazały się słabsze i spadły do poziomu -7,2 pkt. Na pogarszające się prognozy gospodarki europejskiej zareagował EBC, który w związku z niską inflacją już nie bierze pod uwagę zaostrzenia polityki pieniężnej, a wręcz przeciwnie, może ją poluzować. Warto wspomnieć, że EBC nie ma już zbyt wiele narzędzi do dyspozycji w tym względzie – jedynie programy TLTRO oraz QE. Co więcej, luźna polityka pieniężna długoterminowo może mieć negatywny wpływ na gospodarkę.

W krajach europejskich, które nie należą do strefy euro, sytuacja jest mniej napięta. Jednak w Czechach widoczne jest spowolnienie wzrostu PKB.  Bank centralny tego kraju, ze względu na ryzyko gospodarcze, postanowił w tym tygodniu pozostawić bez zmian podstawową stopę procentową (na poziomie 2%).

Kurs złotego w tym tygodniu praktycznie nie uległ zmianie i zatrzymał się na poziomie 4,25 EUR/PLN. Na notowania polskiej waluty wpłynęło opublikowanie wyników sprzedaży detalicznej, które w maju poprawiły się o 7,3% rok do roku, ale w porównaniu miesięcznym spadły o 3%. Kurs eurodolara w tym tygodniu również prawie się nie zmienił i w piątek rano był na poziomie 1,14 EUR/USD.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Bez szybkiego Internetu polski przedsiębiorca nie wyobraża sobie sukcesu w biznesie

Polskie firmy stawiają na wykorzystanie technologii informacyjno-komunikacyjnych (ICT). Coraz więcej pracowników wyposażanych jest w urządzenia przenośne umożliwiające mobilny dostęp do Internetu, wzrasta również liczba zatrudnianych specjalistów ICT. Główny Urząd Statystyczny w najnowszych badaniach wziął szczególnie pod lupę sytuację pod tym względem w województwie wielkopolskim i dolnośląskim.

W 2018 r. w województwie wielkopolskim zdecydowana większość przedsiębiorstw miała dostęp do Internetu szerokopasmowego (94,7 proc). Najczęściej były użytkowane połączenia internetowe o prędkości przynajmniej 100 Mbit/s. Sieć wykorzystywana jest nie tylko do biznesowej wymiany informacji czy kontaktu z kontrahentem, ale również do promocji i marketingu. Firmy z każdym rokiem coraz bardziej doceniają media społecznościowe. Wyraźnie daje się zauważyć wzrost przedsiębiorstw posiadających własne strony internetowe oraz profile firmowe na Facebook’u, Linkedin czy Instagramie. Prowadząc je w odpowiedni sposób można zwiększyć rozpoznawalność swojego biznesu i łatwo zdobyć nowych klientów oraz partnerów handlowych – komentuje Bartosz Gadzimski, z firmy hostingowej Zenbox.

W zeszłym roku w województwie wielkopolskim dostęp do Internetu deklarowało 95,2 proc. przedsiębiorstw. Tendencja jest zwyżkowa ponieważ rok wcześniej wynik był o 1,9 proc. niższy. Łącza szerokopasmowe użytkowało 94,7 proc. przedsiębiorstw (o 1,4 proc. więcej niż w roku poprzednim). Największą wartość w kraju pod tym względem GUS odnotował w województwie zachodniopomorskim (98,2 proc.), a najmniejszą w podkarpackim (90,4 proc.).  W poprzednim roku 66,3 proc. przedsiębiorstw wyposażało swoich pracowników w urządzenia przenośne umożliwiające mobilny dostęp do Internetu. Chodzi o notebooki, netbooki, tablety, smartfony. Odsetek takich przedsiębiorstw w województwie wielkopolskim był o 1,4 proc. mniejszy niż przeciętnie w kraju. Województwem o największym udziale przedsiębiorstw wyposażających swoich pracowników w urządzenia przenośne z mobilnym Internetem było mazowieckie – 74,5 proc. Pracownik z takim narzędziem pod pachą sprawdzi się na przykład w branży handlowej. Sprzedawcy detaliczni zmagają się z ciągłą presją zapewnienia doskonałej obsługi klienta na każdym etapie procesu zakupowego. Kluczem do tego jest rozwiązanie, które łączy działania logistyczne, platformy sklepowe, internetowe i cyfrowe. Przysłowiowy człowiek z tabletem czy notebookiem podłączonym do szybkiej sieci może zaspokoić potrzeby kontrahenta w dowolnym miejscu czy czasie – zauważa Gadzimski.

Jeszcze lepsze statystyki niż w województwie wielkopolskim wykręcają przedsiębiorcy w dolnośląskim. Tam dostęp do Internetu ma aż 96,7 proc. prowadzących własny biznes. Dane są podsumowaniem za zeszły rok i potwierdzają, że dominuje opcja szerokopasmowa (96,5 proc.). Daje to regionowi ze stolicą we Wrocławiu czwarte miejsce w kraju. Dalszemu zwiększeniu uległ odsetek firm prezentujących na własnej stronie internetowej produkty i cenniki, a także tych,  które korzystały z mediów społecznościowych. Dzięki wykorzystaniu urządzeń przenośnych, pozwalających na mobilne połączenie z Internetem, możliwa stała się praca poza siedzibą przedsiębiorstwa. Średnio na 100 pracowników z województwa dolnośląskiego przypadały 24 osoby, które wyposażone były przez pracodawcę w takie urządzenia. Koszty abonamentu i korzystania z nich w całości lub w części pokrywało przedsiębiorstwo. Region wyróżnia się także jednym z najwyższych udziałów przedsiębiorstw zatrudniających specjalistów z dziedziny ICT. Chodzi o  osoby posiadające umiejętności  w zakresie rozwoju, obsługi, utrzymania systemów lub aplikacji ICT, dla których ww. czynności były głównym zajęciem. Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego wynik w tej dziedzinie wynosi 13.9 proc.

Polski biznes chce efektywnie wykorzystywać Internet do swoich potrzeb. Pewnie dane statystyczne, nawet w pojedynczym województwie, nigdy nie wskażą stuprocentowego podłączenia przedsiębiorców do sieci, ale regularnie będziemy do tej „setki” dobijać kolejnymi miejscami po przecinku. Dostrzegam to również po naszych klientach, którzy na przykład coraz chętniej stawiają na e-commerce. Po co zamykać się lokalnie skoro można, dzięki klawiaturze, myszce i stronie WWW, działać globalnie?- konkluduje badania GUS Bartosz Gadzimski.

Kurs złotego do euro najwyżej od wakacji 2018 r.

Złoty już od sześciu tygodni zyskuje w relacji do euro. Podobnej passy nie było od 11 lat. Co sprawia, że w tej relacji polska waluta zyskuje, a europejska traci?

Pozytywnie na rynki państw wschodzący, a zatem także Polskę i złotego, może wpływać rosnący optymizm przed szczytem G20. Spotkanie prezydentów USA i Chin w Osace ma zaowocować rozejmem w wojnie handlowej, która nie służy światowej gospodarce.

Na notowania waluty może także rzutować silny popyt na polskie obligacje rządowe. Ich oprocentowanie spadło z 3 proc. do najniższego poziomu od ponad czterech lat – 2,34 proc. Takie oprocentowanie było i wciąż może być atrakcyjne dla inwestorów.

Złotemu może też obecnie sprzyjać rysujący się rozłam w Radzie Polityki Pieniężnej. Rzecz dotyczy możliwości złożenia wniosku o podwyżki stóp procentowych. Bazowy scenariusz, który zakładał przewodniczący Rady Polityki Pieniężnej, wskazywał, że stopy procentowe nie zmienią się do końca kadencji obecnej RPP.

Tymczasem pojawiające się dane z polskiej gospodarki mogą ten pogląd zmienić. Wg wstępnych danych inflacja w Polsce wzrosła w czerwcu o 2,6 proc. Jest to odczyt powyżej celu NBP na poziomie 2,5 proc., a także najwyższa wartość od listopada 2012 r. Podłożem zmian są podwyżki cen. W ub. miesiącu żywność i napoje bezalkoholowe podrożały o 5,7 proc., a paliwa o 3,1 proc. w ujęciu rocznym. Na pierwszy rzut oka ceny żywności czy energii mogą nie być argumentem za podwyżką, ponieważ są poza kontrolą RPP, ale z tonu wypowiedzi członków Rady wynika, że nie powinno to kolidować ze złożeniem wniosku o podwyżkę – jak argumentował ostatnio chociażby Eugeniusz Gatnar w wywiadzie dla PAP.

Jeśli rosnące szanse na zmianę układu głosów w RPP zestawimy jeszcze z możliwością cięcia stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny, to zobaczymy rozbieżności w nastawieniu obydwu banków centralnych. Rozważanie podwyżek stóp procentowych w Polsce i opcja ich cięcia w strefie euro mogą doprowadzić do dalszego spadku kursu EUR/PLN.

Już dziś za euro płacimy 4,25-4,24, czyli najmniej od roku. Spadek poniżej tej bariery mógłby oznaczać powtórkę z poziomów ostatnio obserwowanych wiosną 2018 r. i tym samym wybicie z rocznej konsolidacji.

Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia Ltd.

W Polsce otwarto największą fabrykę tytoniu do fajek wodnych w Europie

Firma Al-Fakher, światowy lider w produkcji tytoniu do fajki wodnej, nazywanej także sziszą lub nargilą, otworzyła swoją pierwszą fabrykę w Polsce. Nowo powstały zakład produkcyjny zlokalizowany został w okolicach podwarszawskiego Grodziska Mazowieckiego i jest najbardziej znaczącą inwestycją Al-Fakher w Unii Europejskiej. Zakład zajmuje powierzchnię niemal 9 tys. mkw. i składa się z przestrzeni produkcyjnej, magazynowej i biurowej. Znajdzie w nim zatrudnienie około ok. 100 pracowników.

Otwarcie fabrki Al-Fakher – przeciecie wstęgi_Desmont Naughton Gregorz BenedykcińskFabryka ma się stać głównym centrum produkcyjnym i dystrybucyjnym firmy na kontynencie i zaopatrywać w tytoń do fajki wodnej całą Europę, a także rynki pozaeuropejskie. O wyborze Polski, jako miejsca lokalizacji inwestycji, zadecydowały czynniki takie jak dostęp do wysoko wykwalifikowanych pracowników technicznych, rozwinięta infrastruktura transportowa, bliskość i swobodny dostęp do rynków eksportowych Unii Europejskiej oraz dogodne warunki prawne, sprzyjające rozwojowi przedsiębiorczości. Zakład zajmuje powierzchnię niemal 9 tys. mkw. i składa się z przestrzeni produkcyjnej, magazynowej i biurowej. Znajdzie w nim zatrudnienie około ok. 100 pracowników.

Grzgorz Benedykciński – burmistrz Grodziska MazowieckiegoUroczystość otwarcia fabryki odbyła się na terenie zakładu produkcyjnego w położonej na obrzeżach Grodziska Mazowieckiego Chlebni. Obecni na miejscu urzędnicy, partnerzy biznesowi, przedsiębiorcy oraz przedstawiciele mediów mieli możliwość zwiedzenia nowego zakładu oraz zapoznania się z nowoczesnym procesem produkcyjnym.

Desmond Naughton, CEO Al-Fakher, wyjaśnił, dlaczego Polska została wybrana na strategiczne centrum produkcyjne i dystrybucyjne firmy, które odpowiadać ma na rosnący popyt na tytoń do fajek wodnych w Europie i innych częściach świata.

Desmont Naughton – CEO Al-FakherCieszymy się, że naszą pierwszą europejską fabrykę otwieramy w Polsce. Zapewni ona możliwości produkcyjne wystarczające do zaspokojenia rosnących potrzeb klientów na nasze wysokiej jakości produkty. Naszym celem jest eksport 75 proc. produkcji, a dogodna lokalizacja fabryki, w bliskości nowoczesnych szlaków komunikacyjnych, w tym autostrady A2, gwarantujących swobodny dostępem do dużych rynków UE, pozwoli zrealizować ten cel w sposób skuteczny i efektywny mówił Desmond Naughton, CEO Al-Fakher.

Desmont Naughton podkreślał także pozytywną rolę polskich władz, które poprzez swoje otwarte i elastyczne podejście zachęcają do bezpośrednich inwestycji zagranicznych i zwiększają atrakcyjność kraju w oczach inwestorów.

Jak zmieniały się czynsze w ciągu ostatnich 10 lat?

Warto sprawdzić, jak czynsze z dużych miast kształtowały się w 2018 r. Jeszcze ciekawsze są długookresowe zmiany tych stawek.

Narodowy Bank Polski niedawno opublikował najnowszą odsłonę swojego raportu o stabilności systemu finansowego. Wspomniana analiza zawiera między innymi ciekawe dane na temat sytuacji rynku nieruchomości. Przykładem są statystyki dotyczące średniego kosztu wynajmu mieszkań na terenie miast wojewódzkich w 2018 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl oprócz ubiegłorocznych wahań stawek czynszowych, sprawdzili również ich zmiany w perspektywie 10 lat (z uwzględnieniem inflacji). Kolejna ciekawa analiza RynekPierwotny.pl prezentuje zmiany zyskowności najmu od 2008 r.

Pod koniec poprzedniego boomu czynsze realnie były zbliżone

Narodowy Bank Polski już od dłuższego czasu podaje statystyki dotyczące średnich kosztów wynajmu lokali w odniesieniu do trzech kategorii rynków. Mowa o następujących kategoriach:

  • rynek stołeczny (Warszawa)
  • sześć największych rynków poza Warszawą (miasta: Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław)
  • dziesięć mniejszych rynków regionalnych (miasta: Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra)

Wykres przygotowany przez ekspertów RynekPierwotny.pl prezentuje zmiany przeciętnych kosztów najmu 1 mkw. mieszkań na terenie trzech powyższych grup miast (począwszy od III kw. 2006 r. do IV kw. 2018 r.). W kontekście ostatnich (rocznych) zmian uwagę zwraca fakt, że na terenie sześciu największych rynków (innych niż Warszawa) średnia stawka czynszowa nominalnie wzrosła aż o 9,6%. Analogiczne zmiany z Warszawy i dziesięciu mniejszych rynków, obliczone dla okresu od IV kw. 2017 r. do IV kw. 2018 r. wyniosły odpowiednio 3,3% oraz 2,9%. Na dużą zmianę dotyczącą sześciu rynków, mogło mieć wpływ m.in. szybkie tempo wzrostów cen metrażu z Gdańska.

Na podstawie poniższego wykresu można również wywnioskować, że nominalne średnie stawki czynszowe za 1 mkw. pod koniec 2018 r. były znacznie wyższe niż w IV kw. 2008 r. Wedle danych NBP, dziesięcioletnia różnica średnich kosztów najmu obliczona bez uwzględnienia inflacji wyniosła: +10,3% (Warszawa), +24,1% (sześć dużych rynków) oraz +29,6% (dziesięć rynków regionalnych). Sytuacja przedstawia się jednak zupełnie inaczej, jeżeli czynszowe porównanie uwzględnia inflację. W takim przypadku, dziesięcioletnia zmiana dotycząca Warszawy wynosi (-6,4%). Dla dwóch pozostałych kategorii rynków widoczne są wzrosty, ale znacznie mniejsze niż poprzednio. Wynoszą one odpowiednio: +5,3% (sześć dużych rynków) oraz +10,0% (dziesięć rynków regionalnych). Porównanie dotyczące Warszawy najlepiej pokazuje, jak bardzo koszty wynajmu mieszkań były zawyżone pod koniec 2008 r. (także w stosunku do ówczesnych zarobków).Czynsze 10 lat RP 19 wyk.1

Wynajem obecnie jest bardziej zyskowny niż 10 lat wcześniej

W ramach długookresowych porównań, eksperci RynekPierwotny.pl postanowili dodatkowo sprawdzić, jak przez ostatnie 3 lata, 6 lat oraz 10 lat zmieniała się relacja pomiędzy kosztem zakupu oraz wynajęcia 1 mkw. przeciętnego mieszkania. Niższy poziom takiej relacji wskazuje na większą opłacalność inwestycyjnego wynajmu mieszkań (potrzeba bowiem mniejszej liczby jednostkowych czynszów do pokrycia kosztów zakupu „M”).

Zaprezentowane w poniższej tabeli wyniki obliczeń analityków RynekPierwotny.pl wskazują, że trzyletnia zmiana opłacalności najmu z trzech grup rynków była niewielka. Wytłumaczenie takiego zjawiska wydaje się proste. Mianowicie od IV kw. 2015 r. do IV kw. 2018 r. czynsze podążały za rosnącymi cenami metrażu. Znacząca poprawa opłacalności najmu była natomiast widoczna w perspektywie 10 lat. Taka pozytywna zmiana relacji kosztów zakupu 1 mkw. mieszkania oraz czynszu za 1 mkw. wyniosła odpowiednio: +11,8% na korzyść IV kw. 2018 r. (Warszawa), +14,5% (sześć dużych rynków) oraz +18,2% (dziesięć rynków regionalnych). Przez ostatnie 10 lat podrożały między innymi meble oraz materiały wykończeniowe. Tym niemniej, doświadczeni wynajmujący mogli odczuć długookresową poprawę opłacalności najmu.Czynsze 10 lat RP 19 wyk.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

300 mln zł dla startupów z Polski Wschodniej

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ogłasza konkurs na wybór projektów do dofinansowania w ramach poddziałania 1.1.2 POPW Rozwój startupów w Polsce Wschodniej. 31 lipca br. ruszy nabór wniosków o dofinansowanie w konkursie.

Program Operacyjny Polska Wschodnia wspiera rozwój gospodarczy i społeczny pięciu województw: lubelskiego, podlaskiego, podkarpackiego, świętokrzyskiego i warmińsko-mazurskiego.

Od 31 lipca br. startupy, które zakończą program inkubacji na jednej z 6 Platform startowych w Polsce Wschodniej, będą mogły składać wnioski o dofinansowanie dalszego rozwoju swoich przedsięwzięć.

Wsparciu podlegają przedsięwzięcia realizowane na terenie Polski Wschodniej, polegające na rozwoju działalności biznesowej przedsiębiorstw typu startup gotowych do wejścia na rynek z innowacyjnym produktem i dysponujących zweryfikowanym w toku inkubacji modelem biznesowym. W ramach projektów ze środków PARP sfinansować można wydatki np. na wynagrodzenia zespołu, nabycie środków trwałych, zakup usług lub działania promocyjne.

Startupy w konkursie ubiegać się mogą o bezzwrotną dotację w kwocie do 1 mln zł. Wkład własny wynosi min. 15 proc. wydatków kwalifikowalnych.

Konkurs jest podzielony na 7 dwumiesięcznych rund. Wnioski o dofinansowanie mogą być składane drogą elektroniczną do 30 września 2020 r.

Platformy startowe już od marca tego roku pracują intensywnie ze startupami wybranymi do pierwszej rundy inkubacji spośród ponad tysiąca zgłoszeń. Najlepsze z inkubowanych spółek już za kilka tygodni będą mogły stanąć przed ekspertami PARP, aby powalczyć o pierwsze poważne pieniądze na rozwój biznesu. Liczymy na to, że współtworzony przez Platformy ekosystem, wsparty dodatkowo konkursem PARP, pomoże wielu innowacyjnym biznesom na tyle dopracować oferowany produkt, że wkrótce zobaczymy je konkurujące z powodzeniem na międzynarodowych rynkach – mówi Marcin Seniuk, Dyrektor, Departament Rozwoju Startupów, PARP.

O dofinansowanie mogą ubiegać się przedsiębiorstwa działające w formie spółki kapitałowej, które zakończyły program inkubacji innowacyjnego pomysłu w ramach poddziałania 1.1.1 POPW.

Warszawa i Praga pokazują dwa oblicza dynamiki rynku hotelowego

W Warszawie dynamicznie przybywa nowych hoteli. Tylko w tym i w zeszłym roku otworzyło się ich dwanaście – to więcej niż w Berlinie. Warszawę odwiedza coraz więcej gości i powoli staje się ona jednym z najważniejszych rynków hotelowych w CEE. Czy ma jednak ona szansę rozwinąć się tak mocno jak rynki hotelowe w Pradze czy w Budapeszcie?

Praga jest silną biznesowo stolicą, ale jednocześnie również jedną z najbardziej znanych światowych destynacji turystycznych i jednym z najchętniej wybieranych przez turystów miast na Starym Kontynencie. Ceny hoteli osiągają maksimum w weekendy oraz w okresach wakacyjnych. Warszawskie hotele z kolei obsługują głównie klientów biznesowych oraz korporacje, które mają tu swoje siedziby. Biznes kwitnie w ciągu tygodnia, ale w weekendy gości ubywa. Warszawski rynek turystyczny dopiero się rozwija, a co za tym idzie, nocleg w wybranym hotelu w sobotę jest z reguły 2-3 razy tańszy niż na przykład we wtorek.

Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL
Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL

Pod względem dynamiki rynku hotelowego Warszawa zatem bardziej przypomina niemiecki Frankfurt i Düsseldorf, czy też brytyjski Birmingham – typowo biznesowe destynacje, ze stosunkowo słabo rozwiniętym rynkiem turystycznym. Warszawa jest jednak coraz lepiej skomunikowana z resztą Europy i świata, i coraz chętniej odwiedzana przez turystów.  – Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL

Lotnisko Chopina i w Modlinie odnotowały łącznie 23% wzrost liczby pasażerów w zeszłym roku i obsłużyły prawie 18 milionów pasażerów. To właśnie wzrost ruchu turystycznego i umacniająca się marka oraz atrakcyjność stolicy coraz częściej przywołują porównania do Berlina. Czy Warszawa ma szansę stać się drugim Berlinem? Wiele na to wskazuje.
Warszawa to historia niezwykłej transformacji, gdzie ultra-nowoczesne wieżowce stoją w sąsiedztwie post-komunistycznej architektury. Nie sposób nie dostrzec tu analogii do Berlina, który mimo że nie jest destynacją typowo turystyczną, przyciąga gości z całego świata. Można zatem wysnuć tezę, że obok malowniczego Paryża, Madrytu i Rzymu, turystów mogą równie mocno urzekać intrygujące i charyzmatyczne miasta z inspirującą energią. – Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL

Dodatkowo, Warszawa jest miastem dużo bardziej międzynarodowym niż stolica Niemiec. Dla przykładu, z Lotniska Chopina można bezpośrednio polecieć na przykład do Seulu, Tokio, Miami, Los Angeles, Toronto czy Dubaju. Takich połączeń nie oferuje natomiast Berlin.

Póki co jednak 2-razy większy Berlin ma aż 6-razy więcej hoteli. Zainteresowanie operatorów hotelowych i inwestorów Warszawą jednak nie słabnie, a stolicą wciąż interesują się nowi gracze hotelowego świata. Jednym z najbardziej oczekiwanych projektów hotelowych tak w Warszawie, jak i w Polsce jest Nobu. Ta inwestycja bez wątpienia dołączy do najdroższych hoteli w naszym kraju. Jego założycielem jest m.in. aktor Robert de Niro. Światowa i modna marka zadebiutuje w dawnym Hotelu Rialto przy ulicy Wilczej w Warszawie, a oprócz hotelu będzie obejmować słynną restaurację Nobu. Ten i inne koncepty hotelowe, które pojawiają się na mapie stolicy i innych miast Polski, coraz mocniej ugruntowują jej pozycję wśród najbardziej perspektywicznych hotelowych rynków w Europie. To bardzo dobry prognostyk na przyszłość.

Bardzo dobrym sygnałem dla dalszego rozwoju hotelowej marki Polski jest również Kraków, który w styczniu 2019 roku został ogłoszony przez Lonely Planet najlepszą destynacją typu city break w Europie. Według Euromonitor, Kraków odwiedziło w zeszłym roku 2,65 mln turystów.

Kraków równa do Pragi

Stolica Małopolski staje się alternatywą dla zatłoczonych ulic w Budapeszcie czy w Pradze. Tę drugą odwiedziło w 2018 roku 9 milionów osób, co dało jej mocną czwartą lokatę wśród najczęściej odwiedzanych stolic w Europie po Londynie, Paryżu i Rzymie.
Dostojny i historyczny Kraków staje się coraz bardziej offowy. Kulturalna oferta Dolnych Młynów, knajpki na Kazimierzu, hotelowe rooftopy oraz rozwój lifestylowych hotelowych marek tchnęły w Kraków nową, młodą energię. Tkwi w niej wielki potencjał. – Agata Janda, Dyrektor ds. Doradztwa Hotelowego, JLL

Lifestyle stał się w Krakowie już nową hotelową normą i póki co ponad połowa nowo zaplanowanych tutaj hoteli reprezentują tego typu marki, m.in. Radisson Red, Tribe, Jo & Joe. Dodatkowo, atrakcyjnych lokalizacji w Krakowie aktywnie poszukują hotele luksusowe. Jeżeli oferta hotelowa miasta rozszerzy się o największe 5-gwiazdkowe marki, można też prognozować, że rozszerzy się profil turysty, wśród których będzie więcej zamożnych gości z całego świata. Na rozwój turystyczny miasta będzie też miał wpływ dalszy rozwój lotniska, w tym lotów długodystansowych. Pozytywne jest to, że w 2018 roku lotnisko w Balicach obsłużyło o 18% więcej pasażerów.

Polska różnorodnością stoi

Choć polskie miasta dopiero pretendują do hotelowej pozycji Pragi czy Budapesztu, należy zauważyć, że stolice Czech i Węgier to w zasadzie jedyny rynki hotelowe w tych krajach. Te dwa miasta kumulują wszystkie turystyczne i komercyjne funkcje w jednym. Polska natomiast łączy biznesową Warszawę, turystyczny Kraków czy nadmorskie Trójmiasto. Do tego dochodzą jeszcze Wrocław, Poznań, Łódź i Katowice. Rynek hotelowy w Polsce jest zatem bardzo zdywersyfikowany, podobnie jak rynek niemiecki czy brytyjski, a to stanowi niewątpliwie o jego przewadze konkurencyjnej.

Nagła awaria auta? Sprawdzamy usługi wypożyczalni samochodów

Sprawdzamy usługi wypożyczalni samochodówGdy nasze prywatne auto ulega awarii, warto mieć pod ręką numer do wypożyczalni. Naprawa samochodu zazwyczaj trwa kilka dni, a przecież musimy dojeżdżać do pracy, zawozić dzieci do szkoły, robić zakupy. Skorzystanie z pomocy wypożyczalni rozwiąże nasze problemy komunikacyjne.

Oferty wypożyczalni

Wynajęcie auta jest dobrym rozwiązaniem w wielu sytuacjach – gdy nasze własne zawodzi, może to być najkorzystniejszy i najbardziej komfortowy sposób na pokonanie kłopotów. Wypożyczalnie oferują różne modele samochodów, każdy bez problemu znajdzie więc markę odpowiednią dla siebie. Wynajem pojazdu jest nieskomplikowany i zajmuje niewiele czasu – wystarczy zarezerwować wybrany model on-line i odebrać w ustalonym miejscu. Duża konkurencja sprawia, że ceny są umiarkowane i dostępne dla wszystkich, a procedury pozbawione zbędnych formalności. Wystarczy dowód osobisty lub paszport i prawo jazdy. Oferty wypożyczalni różnią się między sobą. Niektóre żądają zabezpieczenia kaucji na karcie kredytowej. Inne wprowadzają limit kilometrów – po ich przekroczeniu konieczna jest dopłata, dlatego przed podpisaniem umowy wynajmu należy uważnie porównać opcje. W carfree.pl nie ma limitu kilometrów i kaucji, a oferta jest elastyczna. Cena wynajmu znana jest już w momencie rezerwacji auta. To bardzo ważne, by umowa była prosta i zrozumiała, a całkowity koszt znany przed jej podpisaniem.

Co jeszcze oferują wypożyczalnie?

Wypożyczając auto, nie musimy martwić się jego przeglądami, naprawami czy ubezpieczeniem. Otrzymujemy samochód w doskonałym stanie technicznym, a w przypadku jego awarii wystarczy telefon do wypożyczalni, by otrzymać model zastępczy lub kompleksową pomoc techniczną. Dokonując rezerwacji, możemy zamówić wyposażenie dodatkowe – fotelik dla dziecka, by bezpiecznie je przewozić do przedszkola, czy GPS. Auto, zatankowane i gotowe do drogi, może zostać podstawione na lotnisko lub w inne, ustalone przez nas miejsce. Termin wynajmu można przedłużyć, zgłaszając ten fakt w wypożyczalni. Do czasu odzyskania własnego pojazdu możemy dojeżdżać komfortowym samochodem do pracy, szkoły czy w każde inne miejsce na terenie kraju.

O czym należy pamiętać?

Bez względu na to, którą wypożyczalnię wybierzemy, zawsze należy oddawać samochód w takim w stanie, w jakim go odebraliśmy. Przed zwrotem należy je więc wysprzątać i zatankować do stanu początkowego, a gdy zachodzi taka potrzeba, odwiedzić myjnię. Użytkując samochód, trzeba przestrzegać warunków umowy. Nie wolno w nim palić papierosów i przewozić zwierząt. Więcej na ten temat mówi artykuł: „Czy samochodem z wypożyczalni można przewozić zwierzęta?”. Jeżeli zamierzamy wybrać się w podróż za granicę wypożyczonym autem, musimy ten fakt zgłosić w wypożyczalni. Brak zgody jest równoznaczny ze złamaniem warunków umowy. Grozi to nałożeniem kary i zerwaniem kontraktu. Ubezpieczenie pojazdu ważne jest na terenie kraju, po przekroczeniu granicy będziemy więc musieli sami pokryć ewentualne koszty naprawy.

problemy z samochodem warto wybrać wypożyczalnie

Skorzystanie z usług wypożyczalni to doskonały sposób na pokonanie problemów, gdy nasz samochód stoi w warsztacie. Pozwala uniknąć konieczności niekomfortowego przemieszczania się komunikacją publiczną, zapewniając komfort i wygodę.

Co przyniesie sobotnie spotkanie prezydentów USA Trumpa i Chin Xi?

Bez emocji minęły ostatnie godziny na rynkach finansowych przy pasywnym wyczekiwaniu, co przyniesie sobotnie spotkanie prezydentów USA Trumpa i Chin Xi. Zapanował spokój, choć media karmią inwestorów doniesieniami ze szczytu G20, które zachęcają do dywagacji o przyszłości polityki handlowej.

Prezydenci Trump i Xi odbędą spotkanie w sobotę o 4:30 czasu polskiego, zatem rezultat rozmów będzie tematem dla handlu dopiero w poniedziałek. Wczoraj nadzieje na pozytywny wynik zostały obudzone przez artykuł South China Morning Post, który sugerował, że szykowany jest tymczasowym rozejm w wojnach handlowych, który przyniesie zawieszenie wprowadzenia nowych ceł. Ale wciąż nie mamy oficjalnego potwierdzenia, a dziś prezydent Trump zapytany przez dziennikarzy stwierdził, że nic jeszcze prezydentowi Xi nie obiecał. W konsekwencji konsensus rynkowy zakłada, że sobotnie spotkanie przyniesie miękkie deklaracje o kontynuacji negocjacji w celu osiągniecia porozumienia w przyszłości, ale bez decyzji o natychmiastowej zmianie dotychczasowej polityki (poza wstrzymaniem wprowadzenia nowych ceł). Jeśli wydźwięk spotkania się potwierdzi, w poniedziałek powinno się udać uniknąć nerwowego startu handlu.

Czy zatem dzisiaj na rynkach będzie sennie? Niekoniecznie. Niezależnie jak powszechne mogą być oczekiwania, zawsze jest miejsce dla zaskoczeń. Ryzyko niespodzianki jest nawet większe, gdy dodatkowo prezydent Trump jest elementem układanki. Rozmowy mogą zostać zerwane, a USA zagrożą nową rundą wyższych ceł na import z Chin. Prawdopodobne, choć dużo mniej, jest też sprowadzenie negocjacji do sytuacji z początku maja, tj. sprzed okresu ostatniej eskalacji napięć. Zatem sensowym dla uczestników rynku jest częściowe zredukowanie pozycji i spieniężenie zysków po ostatnich silnych ruchach na rynku akcji, złocie, ropie czy dolarze. Pewna korekta już miała miejsce w ostatnich dniach, ale nie można wykluczyć losowych skoków zmienności w ostatnich godzinach, szczególnie że możliwe są nowe zajawki z Osaki. Dodatkowej pikanterii dodaje fakt, że mamy koniec kwartału, co generuje przepływy pod rozliczenia międzyokresowe i dostosowania pozycji zabezpieczających prze ryzykiem walutowym do np. zmiany wartości portfela akcyjnego. Innymi słowy czekamy do poniedziałku, gdy zobaczymy, co przyniósł weekend, ale też czuwamy, czy piątek nie dostarczy nagłej zmiany tempa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wrocław z jedną dziesiątą krajowych zasobów biurowych

Trzeci co do wielkości w kraju, wrocławski rynek biurowy oferuje ponad 10 proc. nowoczesnej powierzchni biurowej dostępnej w całej Polsce. W ciągu najbliższych dwóch lat oferta biurowa Wrocławia wzrośnie o 30 proc.

W Polsce mamy już przeszło 10,7 mln mkw. nowoczesnych biur. Ponad 10 proc. tej powierzchni znajduje się we Wrocławiu. W ciągu ostatniego roku zasoby wrocławskiego rynku biurowego zwiększyły się o ponad 12 proc., obliczają specjaliści Walter Herz.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– W stolicy Dolnego Śląska w budowie pozostaje ponad 220 tys. mkw. powierzchni. Prawie połowa z powstających biur ma zostać oddana do użytkowania jeszcze przed końcem bieżącego roku. Wrocławski rynek dysponuje dziś 1,1 mln mkw. powierzchni. Za dwa lata zasoby biurowe w aglomeracji mają szansę zwiększyć się o jedną trzecią. Do wprowadzania nowych projektów w tej lokalizacji  zachęca inwestorów wyjątkowo duży popyt na biura i atrakcyjna stopa kapitalizacji, która w najlepszych budynkach biurowych w mieście wynosi co najmniej 6 proc. – informuje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.

Szybko przybywa nowych biur

Szczególnie udany pod względem przyrostu podaży był dla Wrocławia ubiegły rok. W 2018 deweloperzy oddali rekordową ilość – 150 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na rynek weszły m.in. takie obiekty jak Sagittarius Business House, Retro Office House, West Link, Cu Office A i biurowiec BZ WBK, obecnie Santander Banku.

Większość nowoczesnych budynków biurowych we Wrocławiu zlokalizowanych jest w ścisłym centrum i jego otoczeniu. Drugim obszarem, w którym koncentruje się biznes jest linia wzdłuż ulicy Legnickiej i Strzegomskiej, w zachodnim rejonie miasta.

Część aktualnie realizowanych we Wrocławiu inwestycji skupiona jest w południowej części miasta, graniczącej z obszarem okołocentralnym. Liczne nowe obiekty powstają również w zachodniej strefie Wrocławia. W trzecim kwartale br. firma Skanska planuje na przykład oddanie na tym obszarze biurowca Nowy Targ z około 21. tys. mkw. powierzchni, w którym wszystkie biura zostały już wynajęte.

Powstają jedne z największych kompleksów biurowych w Polsce

Echo Investment przy ulicy Na Ostatnim Groszu rozpoczęło zaś budowę projektu West 4 Business Hub. Inwestycja jest kontynuacją West Gate i West Link, które firma już wynajęła i sprzedała. West 4 zaoferuje ponad 80 tys. mkw. powierzchni biurowej. Pierwszy budynek, który powstaje w kompleksie w trzecim kwartale 2020 roku dostarczy na rynek wrocławski ponad 15,5 tys. mkw. powierzchni.  Deweloper jeszcze przed końcem tego roku planuje również rozpoczęcie swojej kolejnej inwestycji we Wrocławiu.

W zachodniej części Wrocławia, przy ulicy Legnickiej firma Vastint prowadzi też budowę projektu Business Garden, który jest największym obiektem biurowym realizowanym aktualnie poza Warszawą. W skład inwestycji, zajmującej obszar 7 ha wraz z ogrodem, wejdzie dziewięć budynków, w których będzie łącznie 117 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej i usługowej.

W Zachodnim Obszarze Biznesu kompleks Cu Office buduje również Grupa Buma. Inwestycja obejmuje realizację dwóch budynków biurowych, z których pierwszy z blisko 13 tys. mkw. powierzchni został już oddany do użytku, a zakończenie budowy drugiego planowane jest jeszcze w tym roku. Dzięki Cu Office zasoby wrocławskiego rynku wzrosną o 23,5 tys. mkw.  nowoczesnej powierzchni biurowej.

Zachodni i południowy rejon miasta w rozbudowie

W zachodniej części miasta niedawno oddany został także budynek SQ Business Center Wrocław firmy FB Antczak. Butikowy biurowiec w kształcie ekierki, położony przy skrzyżowaniu ulic Stacyjnej i Legnickiej, dostarczył 5,5 tys. mkw. powierzchni, którą można kupić na własność.

W centrum Wrocławia z kolei firma Archicom rozpoczęła budowę biurowca City 2, po oddaniu budynku City One. W drugim kwartale 2020 roku obiekt  przyniesie Wrocławiowi kolejne 12 tys. mkw. biur. Kompleks City Forum dostarczy łącznie 24 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej i handlowo-usługowej.

U zbiegu ulic Powstańców Śląskich i Szczęśliwej firma Skanska prowadzi także budowę projektu Centrum Południe. Cały kompleks ma składać się z pięciu budynków o łącznej powierzchni około 85 tys. mkw. Realizacja pierwszego etapu projektu obejmuje budowę dwóch biurowców, które dadzą miastu łącznie ponad 26 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni.

Rekordowa chłonność rynku biurowego

Wielofunkcyjny obiekt we Wrocławiu planuje wybudować również firma i2 Development. Deweloper otrzymał właśnie pozwolenie na budowę 11-kondygnacyjnego budynku, w którym znajdzie się 196 lokali, w tym 9 lokali usługowych, 82 lokale mieszkalne i 105 lokali biurowych o metrażu od 40 mkw. do 84 mkw.

Inwestorzy chętnie lokują swoje nowe projekty na wrocławskim rynku, gdzie od ponad dwóch lat zapotrzebowanie na biura utrzymuje się na historycznie najwyższym poziomie. – W minionym roku popyt na powierzchnię biurową we Wrocławiu wyniósł 165 tys. mkw. W 2017 roku chłonność rynku również była rekordowa. Ta tendencja widoczna jest także w tym roku. Odnotowany w pierwszym kwartale br. wolumen transakcji sięgnął 32 tys. mkw. powierzchni. To znacznie lepszy wynik od rezultatu uzyskanego w tym samym okresie rok wcześniej – zauważa Mateusz Strzelecki.

Współczynnik pustostanów na wrocławskim rynku biurowym spadł poniżej poziomu 9 proc. Stawki czynszowe pozostają na stabilnym poziomie. Jedynie w przypadku najlepszych obiektów wykazują niewielką tendencję wzrostową. Czynsze w budynkach o najwyższym standardzie wahają się między 13,00 – 15,5 EUR/mkw./m-c. Biura niższej klasy można wynająć we Wrocławiu w cenie 8,50 – 12,5 EUR/mkw./mc.

Rośnie rynek usług dla biznesu

Największym odbiorcą powierzchni biurowych w stolicy Dolnego Śląska są firmy z sektora usług dla biznesu. Jak wskazują dane zawarte w raporcie ABSL – Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Polsce 2019, we Wrocławiu funkcjonuje 169 centrów BPO, SSC/GBS, IT, R&D, z których 8 powstało między I kwartałem 2018 roku a I kwartałem 2019 roku.  We wrocławskich centrach usług pracuje 47,5 tys. osób. Miasto odpowiada za ponad 15 proc. zatrudnienia w sektorze w Polsce. Roczny wzrost zatrudnienia odnotowany w latach 2016-2019 w tym segmencie wrocławskiego rynku wynosi 11 proc. Szacunkowe dane mówią, że do końca I kw. 2020 roku zatrudnienie w centrach usług znajdujących się w aglomeracji wrocławskiej wzrośnie do 52 tys. osób.

Wrocław, obok Krakowa, największego ośrodka BPO/SSC w naszym kraju, wyspecjalizował się w usługach dla biznesu. Inwestują w nim głównie firmy z USA, do których należy jedna trzecia rynku. Poza tym, na Wrocław stawiają firmy z krajów nordyckich i Polski. W ostatnim czasie inwestycje sektorowe realizowały w nim m.in. takie firmy jak Align Technology, CD PROJEKT RED, Duco, Majorel, Olympus Business Services, Schaeffler Global Services Europe, Smith&Nephew, czy SoftwareHut.

Promocja na globalną skalę, nowi inwestorzy i rozwój turystyki biznesowej. Katowice chcą zaistnieć na mapie świata dzięki Światowemu Forum Miejskiemu w 2022 roku

Promocja na globalną skalę, nowi inwestorzy i rozwój turystyki biznesowej. Katowice chcą zaistnieć na mapie świata dzięki Światowemu Forum Miejskiemu w 2022 roku 3

W 2022 roku Katowice w ciągu 7 dni odwiedzi około 20 tys. gości z całego świata. Stolica Górnego Śląska już rozpoczęła przygotowania do Światowego Forum Miejskiego i liczy, że organizacja prestiżowej imprezy przyciągnie zagranicznych inwestorów, wpłynie na rozwój turystyki biznesowej i wzrost dochodów małych i średnich przedsiębiorstw. Takie wydarzenie to znacząca promocja dla miasta, które ma szanse kolejny raz udowodnić, że jest sprawnym organizatorem.

– Dla nas jest to wielka szansa na promocję w skali globalnej, podobnie jak to było podczas szczytu klimatycznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Stachura, naczelnik Wydziału Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Katowice. – Przyjedzie do nas około 20 tys. osób, decydentów, głów państw, przedstawicieli rządów, organizacji pozarządowych, biznesu, ludzi świata nauki, więc kluczowe osoby, które wpływają na różne sfery życia społecznego. To szansa pokazania się z dobrej strony.

Katowice są pierwszym miastem Europy Środkowej, które będzie organizować Światowe Forum Miejskie. O oficjalnym przyznaniu organizacji konferencji Polsce na portalu społecznościowym poinformował szef Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju Jerzy Kwieciński. To ten resort zgłosił kandydaturę Katowic do ONZ.

– O tym wielkim sukcesie zdecydowało kilka czynników, po pierwsze, sprawnie przeprowadzony proces aplikacyjny i dobra współpraca między ministrem a prezydentem Katowic – mówi Maciej Stachura. – Druga kwestia, to szczyt klimatyczny, który stał się naszą wizytówką. Byliśmy bardzo chwaleni za organizację, wszystko przebiegło bez żadnych zakłóceń. Trzecia kwestia to to, co miasto osiągnęło. Polska w ostatnich 30 latach przeszła olbrzymie przemiany, a Katowice są ich symbolem.

Na czas trwania Światowego Forum Miejskiego fragment Katowic zostanie wygrodzony i oddany pod jurysdykcję ONZ. Miasto będzie odpowiadać za logistykę, transport i promocję. I na to właśnie stawiają urzędnicy. W czasie odbywającego się Forum planują szereg imprez towarzyszących po to, by goście mogli lepiej poznać historię stolicy Górnego Śląska, jego rozwój i mieszkańców.

Będziemy chcieli pokazywać, jak się rozwijają Katowice, ale też nasze korzenie przemysłowe, kulturę, żeby wszyscy mogli wyraźnie zobaczyć tę transformację, czyli jak Katowice wyglądały 10, 20 czy 50 lat temu, a jak wyglądają dzisiaj – wymienia  Maciej Stachura.

Światowe Forum Miejskie jest organizowane przez Organizację Narodów Zjednoczonych (ONZ) i poświęcone polityce miejskiej i rozwojowi miast. Odbywa się co dwa lata. W 2018 roku miało miejsce w Kuala Lumpur w Malezji, a przyszłym roku planowane jest w Abu Zabi – stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W rywalizacji o organizację jedenastej edycji forum w 2022 roku Katowice pokonały Dortmund i Mexico City.

Producenci ekstraktów z konopi walczą o ich zatwierdzenie przez UE. Podobna walka trwa w Stanach Zjednoczonych

Producenci ekstraktów z konopi walczą o ich zatwierdzenie przez UE. Podobna walka trwa w Stanach Zjednoczonych 4

W Polsce i Unii Europejskiej bez żadnych obostrzeń można wprowadzać do obrotu produkty pochodzące z nasion konopi siewnych i ich pochodne, takie jak mąka i olej z nasion. Problemem są natomiast inne części rośliny, tzn. liście, kwiaty, łodygi i ekstrakty z konopi siewnych. Zgodnie z regulacją unijną stanowią one tzw. nową żywność i muszą przejść odpowiednią procedurę rejestracyjną przed wprowadzeniem na rynek. Nie zgadzają się z tym producenci i organizacje branżowe, a walka o zatwierdzenie ekstraktów z konopi siewnej jako składnika żywności i suplementu diety toczy się również za oceanem, w Stanach Zjednoczonych.

– Zgodnie z przepisami ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii – w Polsce i w Unii Europejskiej można uprawiać wyłącznie taką odmianę konopi siewnych, Cannabis Sativa, czyli inaczej konopi włóknistych, które mają zawartość tetrahydrokannabinolu (THC) w ilości nie wyższej niż 0,2 proc. w kwiatostanach czy w wierzchołkach rośliny w przeliczeniu na suchą masę. THC to jest właśnie ta substancja psychoaktywna, która jest zakazana i oczywiście nielegalna, nie można jej wprowadzać do obrotu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska, prawnik, wspólnik Centrum Prawa Żywnościowego.

Jak podkreśla, w obecnym stanie prawnym i bez żadnych obostrzeń można natomiast wprowadzać do obrotu produkty pochodzące z nasion konopi siewnych i ich pochodne, takie jak mąka i olej z nasion czy ciasteczka wypiekane z konopi. Ta grupa produktów, legalna i bezpieczna, w coraz większym stopniu podbija sklepy spożywcze.

Problemem są natomiast inne części rośliny konopi siewnych, mianowicie liście, kwiaty, łodygi i ekstrakty z tych części roślin.

– W UE obowiązuje regulacja nowej żywności, czyli novel food. Zakłada ona, że jeśli jakiś produkt czy składnik nie był stosowany w Unii Europejskiej w znaczącym stopniu do celów spożywczych przed 15 maja 1997 roku, to stanowi on tzw. nową żywność. Aby móc wprowadzić go do obrotu, należy przejść odpowiednią procedurę rejestracyjną w Komisji Europejskiej. Dlatego dzisiaj producent, który wprowadza do obrotu produkty z liści, łodyg czy kwiatów konopi siewnej, powinien móc wykazać, że tego typu surowiec był szeroko stosowany w UE do celów spożycia przed 15 maja 1997 roku. Wykazać jest trudno, bo Główny Inspektorat Sanitarny stoi na stanowisku, że nie ma takich informacji. Dlatego powstaje dwuznaczna sytuacja i nie wiadomo, czy dowody na to w ogóle istnieją – mówi prawnik dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Zgodnie z unijnym rozporządzeniem nr 2015/2283 nową żywność stanowią takie produkty, których nie stosowano w UE szeroko do celów spożywczych przed 15 maja 1997 roku. Te mogą zostać wprowadzone do obrotu dopiero po potwierdzeniu ich bezpieczeństwa i zatwierdzeniu w odpowiedniej procedurze. Jednak jeżeli producent ma dowody, że dany produkt czy składnik był stosowany przed tą datą, wówczas ich sprzedaż nie podlega zatwierdzeniu i może się odbywać swobodnie.

Prawnik zwraca uwagę na to, że w ostatnim czasie duża dyskusja odbywa się zwłaszcza wokół ekstraktów z konopi, a dokładniej – olejów z kannabidiolem CBD. W unijnym katalogu novel food – zgodnie ze zmienioną niedawno definicją – „ekstrakty z Cannabis sativa L. i produkty pochodne zawierające kannabinoidy są uważane za nową żywność, ponieważ historia konsumpcji nie została wykazana”. Możliwość wprowadzenia tych produktów do obrotu zależy zatem od pozytywnego zakończenia procedury zatwierdzającej w KE.

– W przypadku ekstraktów z konopi siewnych sytuacja jest chyba najbardziej kontrowersyjna i aktualnie dyskutowana na rynku. Niedawno KE zmieniła status tych ekstraktów w katalogu novel food. Uznała, że nie ma dowodów na to, że tego typu ekstrakty były w znacznym stopniu spożywane w Unii Europejskiej przed 1997 rokiem, dlatego wobec nich powinna zostać przeprowadzona procedura rejestracyjna. Z tym stanowiskiem nie zgadzają się producenci i organizacje branżowe. Zbierają dowody i czynią starania, aby wykazać, że ekstrakty z konopi były stosowane przed 1997 rokiem, a więc nie ma podstaw do uznania ich za novel food – wyjaśnia dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Aktualnie Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) proceduje wniosek o zatwierdzenie kannabidiolu CBD jako składnika suplementów diety dla osób dorosłych z dziennym zalecanym spożyciem do 130 mg. Jeżeli jego opinia będzie pozytywna, to prawdopodobnie Komisja Europejska wyda odpowiednie rozporządzenie zezwalające na użycie CBD w suplementach diety i problem zostanie rozwiązany.

Temat CBD jest jednak aktualny również za oceanem, w Stanach Zjednoczonych. Dotąd konopie (z nielicznymi wyjątkami) były tam kwalifikowane jako tzw. substancje kontrolowane i podlegały kontroli agencji Drug Enforcement Agency (DEA). Pod koniec ubiegłego roku został jednak przyjęty tzw. farm bill, który zmienił dotychczasowy status prawny konopi. Nowa regulacja uchyliła drzwi do stosowania CBD w suplementach diety.

– W Stanach Zjednoczonych sytuacja jest dosyć ciekawa. Nasz unijny prawodawca zaostrzył swoje podejście do konopi siewnych, natomiast prawodawca w USA znacznie je zliberalizował. Pod koniec 2018 roku ekstrakty z CBD, wprowadzone na rynek jako suplementy diety, zostały wyłączone z kategorii produktów kontrolowanych, które podlegały agencji antynarkotykowej, znanej nam z seriali „Narcos” czy „Breaking Bad”. Natomiast teraz podlegają już Food and Drug Administration, czyli tej administracji, która jest odpowiedzialna za żywność – mówi dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska.

Problemem jest jednak fakt, że w Stanach obowiązuje klauzula „IND preculsion”. Wyklucza ona możliwość stosowania danego składnika w suplementach diety, jeżeli wcześniej był on przedmiotem badań klinicznych jako produkt leczniczy. Natomiast CBD był już przedmiotem takich badań.

Amerykańskie przepisy dają jednak FDA (Food and Drug Administration) kompetencję do zatwierdzenia danej substancji jako składnika żywności lub suplementu diety, nawet jeśli jest ona objęta klauzulą „IND preculsion”. Dlatego to właśnie do FDA będzie należeć ostateczna decyzja. Jak podkreśla wspólnik Centrum Prawa Żywnościowego dr Agnieszka Szymecka-Wesołowska, kto i kiedy zatwierdzi CBD jako składnik żywności, może w dużym stopniu zdeterminować dalsze losy rynku i jego konkurencyjność.

Problem nietrzymania moczu dotyczy co najmniej 2,5 mln Polaków. Większość nie zgłasza się od razu do lekarza

Tylko 1/3 osób ze schorzeniami związanymi z oddawaniem moczu od razu zgłasza się po poradę lekarską. Pozostali, często ze względu na wstyd, zgłaszają się do specjalisty dopiero po ponad dwóch latach. Często pokutuje też przekonanie, że nietrzymanie moczu to objaw starzenia, z którym nic nie da się zrobić. Eksperci jednak przekonują, że jest to problem, z którym można sobie poradzić farmakologicznie lub zabiegowo. Polscy pacjenci od 5 lat walczą o refundację nowoczesnego leku na zespół pęcherza nadreaktywnego i od ponad 10 lat o zwiększenie limitów finansowych na refundowane środki absorpcyjne.

Nadreaktywność pęcherza moczowego to zespół objawów obejmujących częstomocz, czyli konieczność częstego – powyżej 9 razy w ciągu dnia – oddawania moczu, parcia naglące, a więc niemożliwą do powstrzymania potrzebę oddawania moczu oraz nietrzymanie moczu. Schorzenie to dotyka ok. 17 proc. społeczeństwa, przy czym znacznie częściej chorują kobiety niż mężczyźni. Nietrzymanie moczu natomiast dotyczy 30 proc. populacji kobiet dorosłych. Schorzenie to może wystąpić w każdym wieku, najczęściej jednak dotyczy osób w wieku starszym – szacuje się, że połowa kobiet po 50. roku życia miała lub ma epizody nietrzymania moczu. Wiek jest jednak tylko jednym z wielu czynników ryzyka.

– Już sama ciąża i poród są bardzo silnym czynnikiem ryzyka, otyłość, nadwaga, ale również bardzo duże znaczenie mają czynniki genetyczne, czyli rodzinne występowanie problemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Ewa Barcz, ginekolog położnik w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.

Dolegliwości związane z zespołem pęcherza nadreaktywnego i nietrzymaniem moczu powodują znaczne obniżenie jakości życia pacjentów i utrudniają codzienne funkcjonowanie. Większość chorych czuje się wykluczona z życia, ogranicza aktywność sportową i towarzyską, stara się bowiem nie oddalać od miejsca zamieszkania lub pozostawać w pobliżu toalet. Towarzyszy im poczucie skrępowania, które sprawia, że wielu z nich nie zwierza się ze swojego problemu nawet lekarzowi, a przez to nie przyjmuje leków. W skrajnych przypadkach zespół pęcherza nadreaktywnego lub nietrzymanie moczu może prowadzić do całkowitego wycofania się z życia społecznego.

– Będąc w kawiarni, zdarzy się tak, że nie zdążą dojść do toalety, więc siedzą na mokrym krześle, albo są na jakiejś konferencji, podczas której nie zawsze można wyjść. Są zabezpieczeni środkami chłonnymi, ale przy takiej ilości moczu te środki nie są w stanie go zebrać. Takie sytuacje nierzadko doprowadzają pacjentów do depresji, a nawet mówi się o próbach samobójczych – mówi Anna Sarbak, prezes zarządu Głównego Stowarzyszenia Osób z NTM „UroConti”.

Pacjentki często rezygnują też z wizyty u lekarza z powodu błędnego przekonania, że nietrzymanie moczu jest naturalnym elementem procesu starzenia i nie da się z nim walczyć. Tymczasem wszystkie formy tego schorzenia podlegają leczeniu, medycyna oferuje zaś szerokie spektrum możliwości terapeutycznych – od leczenia behawioralnego, czyli zmiany zachowań i funkcjonowania w życiu codziennym, poprzez fizjoterapię, pessaroterapię, farmakologię, neuromodulację aż do leczenia chirurgicznego, polegającego m.in. na podwieszeniu szyi pęcherza moczowego lub wszczepieniu zwieracza hydraulicznego.

– Nie każda pacjentka z tymi objawami powinna być leczona tak samo. Jest część pacjentek, które powinny być leczone farmakologicznie, a inne w sposób zabiegowy. Wszystko zależy od przyczyny powstawania tych objawów, a te bywają różne – mówi prof. Ewa Barcz.

Problemem polskich pacjentek są również ograniczenia w dostępie do leczenia farmakologicznego. W większości krajów Europy Zachodniej lekarze mają do dyspozycji 5, a nawet 6 cząsteczek czynnych o potwierdzonej skuteczności, w Polsce zarejestrowane zostały jednak tylko trzy, przy czym jedna nie podlega refundacji. Lek na jej bazie jest dostępny, koszt miesięcznej kuracji często przekracza jednak możliwości finansowe pacjentów. W efekcie w pierwszej linii leczenia lekarze mogą dysponować dwoma lekami, w drugiej zaś nawet jednym. Środowiska pacjenckie od kilku lat walczą m.in. o wprowadzenie na listę refundacyjną leku o nazwie mirabegron.

– Pacjenci leczeni np. tolterodyną albo solifenacyną, które powodują wiele skutków ubocznych, zaprzestają leczenia. A mirabegron jest lekiem XXI wieku, ma mniej skutków ubocznych, ale nie jest refundowany. Tylko niektórych pacjentów stać na to, żeby sobie samemu ten lek zakupić i się leczyć, a inni pozostają na lekach refundowanych, ale o większych skutkach ubocznych – mówi Anna Sarbak.

Mirabegron jest lekiem doustnym, charakteryzującym się całkowicie nowym mechanizmem działania. Powoduje on rozkurcz mięśnia wypieracza w fazie gromadzenia moczu i zmniejsza częstotliwość oddawania moczu. W 2014 roku Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wydała pozytywną rekomendację w sprawie refundacji tego leku dla chorych z zespołem pęcherza nadreaktywnego, którą potwierdziła ponownie w 2018 roku. Jak dotąd, resort zdrowia nie zdecydował się jednak objąć mirabegronu refundacją.

– Po raz kolejny już wysłaliśmy pismo do ministra, aby na liście leków refundowanych po wielu latach starań pojawił się lek mirabegron. Nie wszyscy pacjenci mogą być leczeni tymi samymi lekami, u jednych skutek odnoszą takie leki, u innych inne – mówi Anna Sarbak.

– Niewątpliwie korzystne byłoby, gdybyśmy mieli dostępność do większej liczby substancji czynnych, które moglibyśmy zaproponować pacjentce, bo to stworzyłoby możliwość indywidualizacji terapii i dobrania leków dla konkretnego pacjenta, zarówno pod kątem skuteczności, jak i tolerancji leków – uzupełnia prof. Ewa Barcz.

Mieszkańcy miast coraz chętniej przeprowadzają się na wieś. Ustawa odorowa ma chronić ich interesy

Mieszkańcy miast coraz chętniej przeprowadzają się na wieś. Ustawa odorowa ma chronić ich interesy 5

– Polska wieś się zmienia. Coraz więcej jest na wsiach ludzi, którzy nie utrzymują się z rolnictwa i oni chcą zmienić cały anturaż wokół wsi, nie mając specjalnie pojęcia o hodowli – uważa prof. Paweł Bielański z Instytutu Zootechniki PIB. Jak ocenia, migracja mieszkańców miast na wieś może być niebezpieczeństwem zagrażającym utrzymaniu hodowli, o czym może świadczyć propozycja zmian zawartych w ustawie odorowej. Największe obawy z nią związane dotyczą tego, czy obejmie ona już istniejące zakłady chowu lub hodowli zwierząt.

– Wprowadzenie ustawy odorowej w proponowanej wersji może budzić pewne obawy. Izby rolnicze już dość ostro wystąpiły przeciwko temu projektowi. On dotyczy tylko obiektów rolniczych, przede wszystkim hodowli, i nie obejmuje żadnych innych obiektów, które są smrodzące. Są też obawy środowiska, że te przepisy nie będą tyczyły się tylko nowo powstających obiektów, ale mogą objąć obiekty już istniejące – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Paweł Bielański z Instytutu Zootechniki Państwowego Instytutu Badawczego.

Projekt tzw. ustawy odorowej został przygotowany przez resort środowiska w odpowiedzi na coraz liczniejsze skargi od mieszkańców wsi związane z nieprzyjemnymi zapachami z obiektów inwentarskich i ferm hodowlanych. Jak uzasadnił minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, ma on pogodzić możliwość inwestowania na terenach wiejskich z opinią środowisk, które na wsi mieszkają.

 Przedtem w każdym gospodarstwie były zwierzęta i nikomu te zapachy nie przeszkadzały. Teraz się okazuje, że zapach z obory u sąsiada przeszkadza, podobnie jak pianie koguta. Migracja z miast do wsi zaczyna być coraz większa, zwłaszcza w okolicach dużych aglomeracji, i tutaj jest duże niebezpieczeństwo, czy uda się wszędzie zachować hodowlę – mówi prof. Paweł Bielański.

Projekt ustawy odorowej zakłada, że nowe budynki inwentarskie i fermy będą w odległości nie mniejszej niż 210 metrów i nie większej niż 500 metrów w przypadku małych zakładów od zabudowań mieszkalnych. Natomiast duże zakłady chowu lub hodowli zwierząt będą musiały powstawać co najmniej w odległości powyżej 500 metrów. Pod koniec marca projekt tzw. ustawy odorowej trafił do prac rządowych.

Projekt jest jednak ostro krytykowany przez środowiska rolnicze, wystąpiły przeciw niemu m.in. Krajowy Związek Pracodawców Producentów Trzody Chlewnej i Krajowa Rada Izb Rolniczych, która oceniła, że nowe przepisy zdecydowanie utrudnią działalność rolniczą i prowadzenie gospodarstw. Organizacje rolnicze wezwały rząd do wycofania się z tej propozycji i zaprzestania prac nad ustawą.

Jak wskazuje prof. Paweł Bielański, ustawa odorowa może dodatkowo uderzyć w branżę futerkową. Mimo że rząd już w ubiegłym roku wycofał się z pomysłu wprowadzenia w Polsce zakazu chowu zwierząt na futra, przemysł futerkowy musi się liczyć m.in. z masowymi protestami obrońców praw zwierząt.

Branża futerkowa potrafiła wywalczyć sobie miejsce na rynku światowym. Hodowcy ponieśli ogromne koszty modernizacji i budowy nowych ferm. Wydaje się, że oni mają już wystarczający problem z walką rynkową, bo jednak rynek decyduje o cenie i widać, że ostatnie tąpnięcie od razu zmniejszyło liczbę ferm, te słabsze po prostu się wykruszają – uważa prof. Paweł Bielański.

Technologie zmieniają model usług prawniczych. Klienci coraz częściej sięgają po porady online

Technologie zmieniają model usług prawniczych. Klienci coraz częściej sięgają po porady online 6

Kancelarie zaczynają dostrzegać zalety, jakie daje im możliwość ofertowania i składania klientom zleceń przez internet – mówi Marta Mierzyńska z portalu TuPrawnik.pl. Kanał online i technologie zmieniają model świadczenia usług prawniczych. Na popularności zyskują platformy, które łączą klientów z prawnikami. W Polsce zmiany te zachodzą powoli, ale przykład Zachodu, gdzie tzw. legaltech jest dużo bardziej zaawansowany, pokazuje, że ten rynek ma potencjał.

Rynek usług prawnych w Polsce na przestrzeni ostatnich dwóch lat bardzo się zmienia. Oczywiście, nie możemy jeszcze mówić o tym, co dzieje się na Zachodzie, w Niemczech czy USA. Tam ta informatyzacja i szeroko pojęty legaltech są już na zupełnie innym poziomie. U nas to dopiero raczkuje, ale adwokaci, radcy prawni czy doradcy podatkowi też powoli przekonują się do tego, żeby korzystać ze specjalnych portali i platform, które w szybki i prosty sposób umożliwiają im pozyskanie klienta – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Mierzyńska z portalu TuPrawnik.pl.

Jak podkreśla, np. w Niemczech platformy łączące klientów z prawnikami są już bardzo popularne. Wynika to z faktu, że usługi prawne online mają bardziej przystępną cenę w porównaniu z tradycyjnymi poradami. W Polsce natomiast konkurencja wciąż jest niewielka – istnieje tylko kilka platform, poprzez które klienci mogą uzyskać poradę prawną.

– Klienci szukają dziś przede wszystkim prostoty i funkcjonalności. Chcą mieć kontakt z prawnikiem możliwie jak najszybciej i za przystępną cenę. Kiedyś szło się do prawnika po poradę prawną, często klient nie był do końca świadomy tego, z jakimi kosztami będzie musiał się liczyć. Poza tym często szukał prawnika specjalisty z polecenia rodziny czy znajomych. Dzisiaj natomiast siadamy przed komputerem, wpisujemy miejscowość i szukamy adwokata czy radcę prawnego, który działa na danym obszarze. Wyszukiwarka podpowiada nam odpowiednie rozwiązania i klient ma możliwość wyboru – mówi Marta Mierzyńska.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Diagnoza potrzeb prawników w zakresie wykorzystywania narzędzi informatycznych w usługach prawniczych”, opublikowanego przez fundację LegalTech Polska, 87 proc. prawników jest zdania, że nowe technologie będą odgrywać coraz większą rolę w ich pracy. Natomiast ponad połowa polskich kancelarii i działów prawnych wskazuje inwestycje w technologie jako swój priorytet.

Jak podkreśla Marta Mierzyńska, barierą w dotarciu zarówno do klientów indywidualnych, jak i do klientów z sektora MŚP w sieci wciąż pozostaje charakterystyczne dla polskiego rynku przeświadczenie o etosie pracy prawnika.

Klient czuje się po prostu pewniej, idąc na bezpośrednie spotkanie z mecenasem do kancelarii, gdzie faktycznie będzie miał możliwość uzyskania odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania. Mimo ekspansji online’u wciąż nie jest do końca przekonany, obawia się skorzystać z usługi prawnej w internecie, ponieważ boi się, że nie obejmie ona tak szerokiego zakresu, jakiego oczekuje. Tak nie jest i z tym zamierzamy walczyć – mówi Marta Mierzyńska.

TuPrawnik.pl to platforma, która łączy klientów – zarówno osoby indywidualne, jak i firmy – z prawnikami. Osoba zainteresowana usługą wypełnia krótki wniosek z opisem problemu, który w zaszyfrowanej formie trafia do wybranych prawników specjalizujących się w danej dziedzinie. W następnym kroku klient otrzymuje propozycję usługi wraz z wyceną. Ma on również możliwość sprawdzenia danego prawnika. W bazie zarejestrowanych jest ponad 300 ekspertów. TuPrawnik.pl wspólnie z PKO Bankiem Polskim oferuje też usługę e-prawnik dla firm z sektora MŚP, które są klientami banku.

Inteligentni asystenci głosowi dopiero uczą się rozmawiać po polsku. Ze sztuczną inteligencją najszybciej porozmawiamy w odbiornikach telewizyjnych i aplikacjach bankowych

Inteligentni asystenci głosowi dopiero uczą się rozmawiać po polsku. Ze sztuczną inteligencją najszybciej porozmawiamy w odbiornikach telewizyjnych i aplikacjach bankowych 7

Systemy rozpoznawania i interpretacji języka polskiego nie są jeszcze tak zaawansowane jak analogiczne technologie funkcjonujące w języku angielskim. Tylko jedna czołowa korporacja technologiczna opracowała asystenta, który rozumie i komunikuje się z użytkownikiem po polsku i to na jej technologii oparte są pierwsze polskie platformy do komunikacji za pośrednictwem sztucznej inteligencji. W międzyczasie małe, lokalne zespoły pracują nad stworzeniem w pełni funkcjonalnego asystenta, który byłby projektowany specjalnie z myślą o porozumiewaniu się w naszym języku.

– Na razie żaden z asystentów komercyjnych nie jest specjalnie dostrojony do języka polskiego. Język polski w momencie ich konstrukcji nie jest wyróżniony w stosunku do innych języków. Nawet firmy, które mają siedziby w Polsce, a jesteśmy miejscem, gdzie jest kilka laboratoriów badawczych dużych firm w dziedzinie języka, nie pracują z językiem polskim jako takim. Mając tutaj siedziby swoich laboratoriów badawczych, po prostu my jesteśmy w szufladce „inne języki” – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. inż. Maciej Piasecki z Katedry Inteligencji Obliczeniowej na Wydziale Informatyki i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej.

Na początku roku na polskim rynku oficjalnie zadebiutował Asystent Google, który potrafi porozumiewać się z użytkownikiem w języku Polskim. Jest to pierwsze polskie oprogramowanie tego typu od czterech największych firm zajmujących się rozwojem inteligentnych asystentów głosowych: Amazon, Apple, Google oraz Microsoft. Pozostała trójka wciąż nie potrafi porozumiewać się w naszym języku.

Już w 2018 roku firma LG wprowadziła na rynek pierwszego telewizyjnego asystenta głosowego, który rozumie i potrafi interpretować ludzką mowę. Dzięki zastosowaniu algorytmów uczenia maszynowego telewizory od LG potrafią doskonalić swój sposób komunikacji z użytkownikiem poprzez poznawanie sposobu, w jaki dana osoba formułuje zdania. Asystent ten ma jednak dość ograniczony zasięg działania, gdyż pozwalał kontrolować wyłącznie telewizor i przeglądać udostępniane w nim treści.

W tym roku LG poszło o krok dalej – po udostępnieniu Asystenta Google rozmawiającego po Polsku firma zintegrowała swoje urządzenia z linii ThinQ z tym oprogramowaniem, umożliwiając korzystanie z google’owskiego asystenta za pośrednictwem telewizora.

Inne korporacje jednak nadal nie pozwalają swoim asystentom rozmawiać z użytkownikiem po polsku. Rola popularyzatora tej technologii w naszym kraju spadła na mniejsze firmy, nie tylko te z polskim kapitałem.

– Jeden bardzo dobry program do rozpoznawania języka polskiego ma czeska firma. Najpierw był on stworzony dla języka czeskiego, i to jest ścieżka pozytywnie rozumianej niszy regionalnej, że nie ma co się ścigać z wielkim biznesem na skalę światową, a warto wykorzystać nisze rozwojowe tutaj. Z drugiej strony przy przydzielaniu funduszy europejskich, projekt dotyczący tylko języków regionalnych, powiedzmy Europy Środkowej, nie miałby szans w finansowaniu unijnym – twierdzi ekspert.

Nie tylko Czesi zaangażowali się w prace nad polskim asystentem głosowym, również rumuński producent urządzeń mobilnych postanowił zaprojektować sztuczną inteligencję zdolną do komunikowania się z użytkownikiem po polsku. Firma Allview nie ma jednak tak dużej siły przebicia, aby jej asystent AVI mógł upowszechnić tę technologię.

Swoich sił w tej branży próbuje również wrocławski akcelerator Kogifi, który zajmuje się opracowywaniem pierwszego asystenta głosowego tworzonego od podstaw z myślą o obsłudze użytkowników polskojęzycznych. Asystent Seremi jest jednak we wczesnej fazie rozwoju – choć sama technologia jest już skończona, Kogifi szuka obecnie inwestora, który umożliwiłby wdrożenie Seremi na szeroką skalę.

Prace nad polskojęzycznym asystentem głosowym prowadzone są także w ramach inkubatora Asseco Innovation Hub, który planuje wdrożyć w wybranych bankach sztuczną inteligencję umożliwiającą zautomatyzowanie procesu obsługi klientów bankowości internetowej. Opracowanie asystenta zlecono zespołowi Vivic Labs, a pierwszych wdrożeń można spodziewać się w czwartym kwartale tego roku. Za pośrednictwem asystenta zlecimy wykonanie takich czynności jak sprawdzenie stanu konta czy historii transakcji. Vivic Labs nie tworzy oprogramowania od zera, a bazuje na technologii Asystenta Google. Z pomocy Google będą korzystać także inne banki. Inteligentnych asystentów głosowych bazujących na amerykańskiej technologii rozpoznawania i interpretacji mowy wdrożą ING Bank Śląski oraz PZU.

Głosowych asystentów planuje wprowadzić także PKO Bank Polski w ramach projektu Talk to IKO, czyli usprawnionej aplikacji mobilnej, którą można kontrolować za pomocą poleceń głosowych. Bank planuje umożliwić głosową realizację kodów BLIK oraz przeanalizowanie historii transakcji, kolejnym krokiem ma być wyposażenie asystenta w narzędzia ułatwiające podejmowanie decyzji finansowych.

Na zapotrzebowanie polskiego rynku na tego typu technologie zareagowały także rodzime uczelnie. Powołanie do życia Katedra Inteligencji Obliczeniowej jest jednym z kroków poczynionych przez władze Politechniki Wrocławskiej na rzecz upowszechnienia projektów wykorzystujących technologię sztucznej inteligencji, w tym m.in. tych związanych z uczeniem maszynowym oraz inteligentnymi asystentami. Studia w tym zakresie prowadzi także m.in. Zakład Sztucznej Inteligencji przy Instytucie Informatyki Politechniki Warszawskiej czy Zakład Sztucznej Inteligencji na Uniwersytecie Gdańskim.

– Trzeba stworzyć ścieżki umożliwiające inwestowanie pieniędzy w rozwiązania, które są ukierunkowane na język polski. W tej chwili w Horyzoncie 2020 mamy tzw. szybką ścieżkę dla małych przedsiębiorstw, średnich i startupów. Ale jak to finansowanie się skończy, to jedyne realne finansowanie inwestycyjne w rozwój technologii dla języka polskiego wygaśnie – alarmuje Maciej Piasecki.

Według firmy badawczej Market Watch wartość globalnego rynku asystentów głosowych do 2023 roku wzrośnie do 7,8 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie ponad 39 proc. w skali roku.

Drony mogłyby zrewolucjonizować transport medyczny w zakresie dostaw krwi czy narządów do przeszczepów. Konieczna jest jednak zmiana prawa

Drony mogłyby zrewolucjonizować transport medyczny w zakresie dostaw krwi czy narządów do przeszczepów. Konieczna jest jednak zmiana prawa 8

Wysyłka leków, szczepionek czy krwi, a nawet organów dzięki dronom stanie się dużo szybsza i pewniejsza. Jednym z najpoważniejszych problemów współczesnej transplantologii są przeszkody logistyczne w wysyłce narządów. Tymczasem od tego, jak długo potrwa ich droga od dawcy do biorcy zależy powodzenie operacji, a co za tym idzie życie pacjenta. Drony testowane są już dziś w ramach korytarzy humanitarnych UNICEF-u. Pierwszej udanej wysyłki narządu do przeszczepu dokonali natomiast Amerykanie. Polacy także pracują nad dronem do transportu medycznego.

– AirVein to projekt, w którym budujemy drona do transportu przesyłek medycznych. To dron cargo, który może unieść więcej, niż zwykły dron z kamerą. Poza tym ma on moduł, który jest monitorowany oraz stabilizowany termicznie. Dzięki temu cały czas wiemy, jaka jest sytuacja wewnątrz przesyłki. Cały system jest budowany tak, aby był dostosowany do transportów medycznych – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Dariusz Werschner, prezes Polskiej Izby Systemów Bezzałogowych.

Transport medyczny jest jednym z najważniejszych zastosowań, do jakich użyte mogą być drony. To szczególnie istotne w krajach, w których dostęp do służby zdrowia jest znacznie utrudniony. Testowane są one m.in. w Republice Malawi, w ramach Korytarza Humanitarnego UNICEF w Kasungu. Dzięki nim transport lekarstw i szczepionek z lotniska w Kasungu do oddalonego o 55 km ośrodka zdrowia w Lifupa trwa nie półtorej godziny, a zaledwie 20 minut.

Zastosowanie drona do transportu organów przetestowali lekarze z Centrum Medycznego Uniwersytetu w Maryland w USA. Dokonano tam udanego transportu nerki do przeszczepu. Lot do zespołu transplantacyjnego w szpitalu w Baltimore trwał około 5 minut.

– Nasz projekt zaczęliśmy od potrzeby wykorzystania drona do transportu krwi. Już teraz jesteśmy w dialogu z Instytutem Kardiologii, który realnie jest zainteresowany transportem w przyszłości organów do przeszczepów za pomocą bezzałogowych statków powietrznych – zapowiada Dariusz Werschner.

Transport jest jednym z najważniejszych i najbardziej złożonych etapów w procesie przeszczepiania narządów. Zazwyczaj organy dawcy są dostarczane przez loty czarterowe lub komercyjne. Czasami jednak występują opóźnienia w ruchu lotniczym lub błędy logistyczne. W rezultacie nie dochodzi do przeszczepu. Według danych United Network for Organ Sharing, około 1,5 proc. wysyłanych w ten sposób narządów nie dotarło do biorcy, a w przypadku 4 proc. opóźnienia w transporcie wyniosły ponad dwie godziny.

Problemem w zastosowaniu dronów w transporcie medycznym wciąż są bariery wynikające z przepisów prawa.

– Transport biologicznych materiałów, w szczególności krwi lub próbek niesie za sobą bardzo dużą potrzebę zmiany legislacyjnej, czy też zmiany mentalnej, jeśli chodzi o odbiorców takiego systemu. Mówimy tu o szpitalach, o regionalnych centrach krwiodawstwa. Myślę, że zanim taki system będzie wdrożony w polskiej służbie zdrowia, dużo wcześniej sprawdzi się np. w akcjach humanitarnych, albo dostarczy paczki na jakieś wysunięte przyczółki, choćby nawet w odludnych terenach. Wtedy polska służba zdrowia czy też służby zdrowia z innych krajów dużo bardziej przychylnym okiem popatrzą na nowość technologiczną, jaką są drony cargo – przewiduje ekspert.

Według analityków z ResearchAndMarkets wartość światowego rynku logistyki i transportu z użyciem dronów wyniosła w 2018 roku 24,6 mln dol. W najbliższych latach rynek ten zanotuje tempo wzrostu na poziomie 60,6 proc. rocznie. Przewidywana wycena na 2027 rok to ponad 1,6 mld dol.

Pismo o umorzenie odsetek – jak napisać i do kogo skierować?

Podanie o umorzenie odsetek (wzór pisma pobierzesz tutaj) powinno zawierać najważniejsze informacje o dłużniku i jego zobowiązaniu. Dokument należy złożyć u pożyczkodawcy. Co zrobić jeśli wierzyciel odrzucił naszą prośbę?

Koszt pożyczki czy kredytu powiększony jest o odsetki. Wyróżniamy ich dwa rodzaje: kapitałowe i karne. Odsetki kapitałowe wynoszą 7 proc. w skali roku. Odsetki za zwłokę w spłacie naliczane są wraz z nieuregulowanymi ratami pożyczki. Ich wysokość pożyczkodawcy ustalają samodzielnie. Jeśli nie mamy wystarczającej ilości gotówki na spłatę zaległości, możemy skierować do naszego wierzyciela pismo o umorzenie odsetek. Co powinno się w nim znaleźć?

Czym są i ile wynoszą odsetki od pożyczki?

Odsetki to jeden z kosztów dodatkowych, który pojawia się podczas brania kredytu czy szybkiej pożyczki. Odsetki stanowią zapłatę za udzielenie świadczenia. Doliczane są zwykle do rat zobowiązania, a ich wysokość zależy od kilku czynników. Są to:

  • wysokość pożyczki;
  • okres kredytowania;
  • rodzaj zobowiązania;
  • wysokość stopy procentowej.

Odsetki dzielimy na kapitałowe i karne. Wysokość pierwszych instytucje finansowe ustalają samodzielnie. Odsetki karne, czyli za zwłokę w spłacie, ustalane są ustawowo. Wynoszą 7 proc. w skali roku. Maksymalna kwota odsetek za opóźnienie płatności może wynosić 14 proc. Osoby, które nie radzą sobie z zadłużeniem decydują się zwykle na złożenie wniosku o umorzenie odsetek.

Kiedy napisać prośbę o umorzenie odsetek za zwłokę?

Najczęstszą sytuacją, w której pożyczkobiorca decyduje się na złożenie u swojego wierzyciela wniosku o umorzenie odsetek za zwłokę w spłacie jest obniżenie zdolności kredytowej. Gdy klient jest niewypłacalny, nie może pozwolić sobie na regulację dodatkowych płatności.

Prośbę o rozłożenie długu na raty możemy skierować do pożyczkodawcy również wtedy, gdy nie została nam przyznana pożyczka dla osób zadłużonych lub pożyczka prywatna. O ile przy niskich ratach odsetki są niewielkie, o tyle przy dużym zobowiązaniu odsetki mogą nas sporo kosztować. Warto wtedy poprosić pożyczkodawcę o zmniejszenie płatności.

Jak napisać wniosek o umorzenie odsetek?

Aby prawidłowo napisać wniosek o umorzenie odsetek, warto pamiętać o kilku ważnych zasadach. Pierwszą jest to, że pismo musi zostać złożone na ręce naszego wierzyciela. To on będzie rozpatrywał naszą prośbę. Ważną rzeczą jest stworzenie pisma samodzielnie. Indywidualnie napisane wnioski są bardziej wiarygodne.

Nie należy zapominać o tym, aby w naszej prośbie zawrzeć wszelkie niezbędne informacje dotyczące naszej sprawy. We wniosku o umorzenie odsetek powinny się pojawić:

  • dane osoby zadłużonej
  • dane wierzyciela, do którego kierujemy pismo;
  • stosunek prawny, z którego wynika dług i jego odsetki, np. umowa pożyczki;
  • dokładna suma zadłużenia oraz wynikające z niego odsetki;
  • umotywowanie wniosku o umorzenie odsetek (np. trudna sytuacja materialna, utrata pracy lub niezdolność do pracy);
  • zapewnienie o terminowej spłacie pozostałych rat lub zaproszenie do negocjacji warunków spłaty;
  • załączniki – wszystkie dokumenty, które potwierdzą umotywowanie wniosku;
  • prośbę o pozytywne rozpatrzenie wniosku.

Ważne: Złożenie podania o umorzenie odsetek jest darmowe.

Jak naliczane są odsetki za opóźnienie?

Wyróżnia się dwa rodzaje odsetek: kapitałowe i karne. Odsetki kapitałowe naliczane są w odniesieniu do całości kapitału (całego długu). Aby obliczyć ich wysokość, pożyczkodawcy stosują specjalne wzory matematyczne. Oprocentowanie, które jako klienci firmy pożyczkowej musimy zapłacić, podawane jest w stosunku rocznym. Raty pożyczki płacone są co miesiąc. Są one powiększone o odsetki.

Odsetki karne, czyli za opóźnienie w spłacie zobowiązania naliczane są w stosunku do każdej niezapłaconej raty. Odsetki musimy ponieść za każdy dzień zwłoki aż do czasu, w którym całkowicie uregulujemy zadłużenie. Wysokość odsetek karnych określona jest ustawowo. Wynosi 7 proc. w skali roku.

Podanie o umorzenie długu nie poskutkowało – co robić?

Wnioskując o umorzenie odsetek nie mamy pewności, że pożyczkodawca przystanie na naszą prośbę. Wszystko będzie zależało od naszej aktualnej sytuacji finansowej i argumentów, które zawarliśmy w piśmie. Co zrobić, jeśli nadal mamy dług, a nie jesteśmy w stanie go spłacić?

Warto zainteresować się pożyczką od rodziny. Z pewnością ktoś z naszych bliskich ma odłożone pieniądze na czarną godzinę. Pomoc od rodziny nie będzie nas kosztowała. Co więcej, jeśli pożyczamy od zaufanej osoby, nie będziemy musieli sporządzać umowy pożyczki.

Gdy nie chcemy, aby bliscy wiedzieli o naszych kłopotach finansowych, możemy skorzystać z pożyczki prywatnej. Dostępna jest ona online na warunkach, które samodzielnie ustalimy z pożyczkodawcą. Musimy jednak pamiętać, że pożyczka od osoby prywatnej jest droga. Może być ona nieopłacalna. Tańszym rozwiązaniem jest chwilówka, która często jest darmowa. Sprawdzi się jeśli będziemy chcieli jednorazowo pożyczyć i spłacić odsetki. Niestety przez łatwy dostęp do pieniędzy możemy szybko wpaść w spiralę zadłużenia.

Sprzedaż sztabek złota

Sztabki złota to coraz popularniejsza forma inwestowania, dostępna także dla drobnych inwestorów. Sztabki o małej gramaturze mogą być również oryginalnym prezentem. Sprzedaż złota, także w internecie, prowadzi coraz więcej podmiotów, warto jednak wybierać zaufanych dostawców.

Sztabki złota i monety, czyli złoto inwestycyjne

Sprzedaż złota w Polsce rośnie, gdyż kruszec ten jest pewną i bezpieczną inwestycją długoterminową, która ma szereg zalet. Złoto dobrze chroni przed inflacją, jest łatwo zbywalne i ma niewielki spread, czyli różnicę pomiędzy ceną kupna i sprzedaży. Ponadto jest też zwolnione z podatku VAT, a także podatku od zysków kapitałowych – jeśli od kupna do sprzedaży minęło więcej niż 6 miesięcy.

Złoto inwestycyjne występuje pod postacią monet bulionowych oraz sztabek. Główną przewagą tych drugich jest większe zróżnicowanie gramatury produktów. O ile monety ważą najczęściej 1 uncję (31,1 gram) lub jej część (od 1/2 do minimum 1/10 uncji), to najmniejsze sztabki złota dostępne w sprzedaży mają wagę 1, 2 i 5 gramów.

Cena zaczyna się już od około 200 zł za sztabkę, więc nie jest to jedynie oferta dla zamożnych inwestorów, którzy mogą sobie pozwolić na kupno kruszcu za kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych. Sztabki złota o niewielkiej gramaturze sprawdzą się świetnie jako oryginalny upominek. Taki prezent jest nie tylko prestiżowy, ale może też zachęcić do długoterminowego inwestowania.

Sprzedaż sztabek złota – co warto wiedzieć przed zakupem?

Chociaż niewielka gramatura sprawia, że sztabki złota są szerzej dostępne, z punktu widzenia trochę zamożniejszych inwestorów bardziej opłacalne są cięższe produkty. Koszt wytworzenia sztabki, który przypada na 1 gram kruszcu, będzie wówczas nieco niższy. Oznacza to, że bardziej opłacalne jest na przykład kupno jednej sztabki 50 g, niż 10 sztabek po 5 g, a tym bardziej 50 po 1 g.

Sztabki złota inwestycyjnego muszą mieć minimum 95% szlachetnego metalu. Próby złota podaje się w tysięcznej zawartości kruszcu w stopie. Przykładowo, najniższa próba sprzedawanych sztabek złota to 950, a najwyższa 999, co oznacza odpowiednio 95 i 99,9% czystego złota. Próba to główna cecha probiercza, która powinna się znaleźć na produkcie. Pozostała specyfikacja, widoczna na sztabce złota i opakowaniu to gramatura, znak mennicy, a czasem także unikalny numer sztabki.

Warto kupować sztabki zabezpieczone specjalnym opakowaniem (tzw. CertiCard), które chroni złoto przed zarysowaniem oraz zawiera certyfikat potwierdzający autentyczność produktu. Dostępne w sprzedaży złoto pochodzi od różnych producentów. Produkty tych najbardziej renomowanych, którzy posiadają certyfikat LMBA (London Bullion Market Association), można bez trudu sprzedać wszędzie na świecie, gdzie prowadzony jest obrót sztabkami złota. W Polsce jedynym producentem złota inwestycyjnego jest Mennica Polska.

Gdzie kupić sztabki złota?

Sprzedaż złota prowadzi wiele różnych podmiotów, a sztabki można kupić też w internecie. Tak jak w przypadku wielu innych produktów, kupno kruszcu online to oszczędność czasu, a często też pieniędzy, w stosunku do zakupów w stacjonarnych sklepach dealerów złota. Warto jednak wybierać zaufanych dostawców i unikać kupowania sztabek złota przez internetowe portale aukcyjne, które często dają niewielką możliwość sprawdzenia towaru.

Przykładem całkowicie bezpiecznego, uznanego i szanowanego dostawcy jest Mennica Polska – największy dystrybutor złota w Polsce (sprawdź: https://inwestycje.mennica.com.pl/). Sprzedawane przez firmę złoto można zdeponować w skarbcu na terenie Mennicy, odebrać osobiście w jej warszawskiej siedzibie, a także otrzymać w pełni ubezpieczoną, darmową przesyłką kurierską.

Oferta obejmuje sztabki złota produkcji własnej i od najbardziej znanych światowych producentów z certyfikatem LMBA, takich jak Heraeus czy Umicore. Dostępne w sprzedaży sztabki złota ważą od 1, 2 i 5 gramów, poprzez 10, 20, 31,1 (uncja) i 50 g, aż po 100, 250, 500 i 1000 g.

Miejsca parkingowe na wagę złota

Zaledwie 4300* miejsc postojowych w miejskiej strefie płatnego parkowania – na tyle mogą liczyć kierowcy, którzy chcą zaparkować samochód we Wrocławiu. Stolica Dolnego Śląska zajmuje pod tym względem jedną z ostatnich lokat wśród polskich aglomeracji. Brak wolnych miejsc parkingowych to wyzwanie zwłaszcza dla osób pracujących w centrum miasta.

Badania prowadzone na przestrzeni ostatnich lat w krajach europejskich wskazują, że szukanie wolnego miejsca parkingowego zajmuje kierowcom średnio nawet 8 minut. Te same badania potwierdziły, że blisko 30 proc. kierowców stojących w korkach spędza w nich czas właśnie dlatego, że próbują znaleźć wolną przestrzeń do zaparkowania samochodu. Tymczasem w Polsce z roku na rok przybywa samochodów. Niestety proporcjonalnie do wzrostu liczby aut, nie przybywa wolnych miejsc parkingowych. Z tym problemem zmaga się również stolica Dolnego Śląska. Według Centralnej Ewidencji Pojazdów zarejestrowanych jest tu obecnie ponad 550 tysięcy pojazdów, blisko 1000 pojazdów na 900 mieszkańców (średnio oznacza to więcej niż jeden samochód na osobę).

– Wrocław jest jednym z dużych polskich miast, które mają najmniej miejsc postojowych – mówi Ewa Mazur, rzecznik prasowy Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta we Wrocławiu. – Z pewnością już niedługo strefa płatnego parkowania się powiększy. Wnioskują o to zwłaszcza osoby mieszkające w pobliżu biurowców, których ostatnio dużo powstało w centrum miasta. Często zatrudnieni tam ludzie chcąc zaoszczędzić na płatnym parkingu np. w podziemiach budynku, wolą zostawić samochód na jednej z okolicznych uliczek. To sprawia, że Ci, którzy tam mieszkają mają poważny problem ze znalezieniem miejsca dla swojego auta.

Natomiast, gdy już uda się znaleźć wolne miejsce parkingowe, trzeba za nie również zapłacić. Opłaty są konieczne we wszystkie dni powszednie od godz. 9.00 do 18.00.

– Obowiązująca obecnie stawka wynosząca 3 zł za godzinę parkowania nie jest dużą kwotą, zwłaszcza, że nie zmieniła się od 15 lat – uważa Ewa Mazur. –. Najprawdopodobniej zostanie ona wkrótce podniesiona. Wyższa będzie również kara za nieuiszczenie opłaty za postój, która obecnie wynosi 50 zł.

O ile pozostawienie samochodu na płatnym miejscu postojowym na godzinę lub dwie nie stanowi jeszcze zbyt wielkiego wydatku, o tyle zaparkowanie go tam na czas pracy, czyli przynajmniej 8 godzin, z pewnością znacznie uszczupla portfel kierowcy. Opłaty za parking mają na celu również zwiększenie rotacji pojazdów w centrum.

Parkowanie we Wroclawiu_fot. Wroclawskie Parki Biznesu

– Mamy świadomość, jakim problemem jest znalezienie wolnego miejsca do parkowania, dlatego postawiliśmy sobie za priorytet zapewnienie ich Najemcom naszych biurowców– mówi Aleksandra Kubicha, manager ds. komercjalizacji powierzchni na terenach Wrocławskich Parów Biznesu. Liczba miejsc postojowych w naszych obiektach ma pozwalać na bezproblemowe i bezpłatne parkowanie samochodów przez wszystkich Najemców i ich pracowników. Niemal oczywistym jest, że budowanie infrastruktury parkingowej nie jest dla inwestorów zbyt opłacalne, gdyż w tym miejscu mogłyby powstać kolejne biurowce, na których wynajmie można dobrze zarabiać. Jednak uważamy, że dedykowany parking pozwala zapewnić większy komfort osób tu pracujących, a na tym przecież najbardziej nam zależy. Wiemy też, że w czasach zabiegania o wykwalifikowanych pracowników, dostępność parkingu przynależnego do miejsca pracy bywa skuteczną kartą przetargową.

Jak wynika z Kompleksowych Badań Ruchu, przeprowadzonych w 2011 roku, do Wrocławia codziennie wjeżdża i wyjeżdża ponad 200 tysięcy samochodów. Z pewnością obecnie jest ich jeszcze więcej. Z myślą o osobach dojeżdżających tu do pracy lub na uczelnię z innych miejscowości, powstało 13 parkingów „Parkuj i Jedź” (ang. Park&Ride), oferujących ponad 800 miejsc postojowych. To nowoczesny sposób przemieszczania się po mieście łączący podróż samochodem i komunikacją miejską. System ma zachęcać do ograniczenia podróży własnym autem „po mieście” do niezbędnego minimum i kontynuowania podróży komunikacją miejską. Parkingi „Parkuj i Jedź” umiejscowione są blisko przystanków komunikacji miejskiej i węzłów przesiadkowych, które łączą wszystkie środki transportu – kolejowy, autobusowy, tramwajowy, samochodowy, rowerowy i pieszy.

Aby wjechać na taki parking, wystarczy posiadać ważny bilet okresowy, co najmniej całodobowy, na komunikację miejską zakodowany na karcie Urbancard lub w aplikacji mobilnej. Liczba wolnych miejsc będzie stale monitorowana i aktualizowana w aplikacji mobilnej oraz na portalu its.wroc.pl. Dodatkowo przy 7 parkingach ustawione są tablice dynamicznej informacji pasażerskiej, na których wyświetlane są? informacje o czasie oczekiwania na autobus lub tramwaj.

Czy wiesz, że…

Na jedno płatne miejsce postojowe we Wrocławiu przypada ponad 130 zarejestrowanych w tym mieście pojazdów.

* Dane Zarządu Dróg i Utrzymania Miasta we Wrocławiu.

Obawy o eskalację wojen handlowych wstrząsnęły rynkami wschodzącymi

Napięcia w handlu spowodowały, że w maju inwestorzy wycofywali się z rynków wschodzących, ale – jak twierdzi zespół ds. rynków wschodzących Franklin Templeton – jest wiele powodów do optymistycznego nastawienia do tej klasy aktywów i perspektywicznych wyników. FT przedstawia najnowsze wydarzenia mające wpływ na rynek oraz podpowiada, gdzie obecnie drzemią potencjalne możliwości.

Trzy rzeczy, o których myślimy dzisiaj:

  1. Nastroje rynkowe stały się negatywne w maju, gdy pojawiły się obawy związane z eskalacją wojny handlowej między USA a Chinami w następstwie decyzji prezydenta USA Donalda Trumpa o nałożeniu 25-procentowego cła na wartego 200 mld USD chińskiego importu, a następnie po ogłoszeniu przez Chiny, że w odwecie nałożą cła na warte 60 miliardów dolarów towary amerykańskie. Decyzja o wpisaniu Huawei na amerykańską Entity List tylko pogorszyła sytuację. Niewątpliwie wzrost stawek celnych dotknie wielu chińskich producentów, co spowodowało, że niektóre firmy już
    przenoszą produkcję do innych krajów. Zauważa się jednak, że Chiny zmniejszają swoje uzależnienie od handlu zagranicznego – obecnie około jedna trzecia ich produktu krajowego brutto (PKB) pochodzi z handlu zagranicznego. Dla porównania dekadę temu było to 65 %. 1 Obecnie głównymi czynnikami leżącymi u podstaw wzrostu gospodarczego Chin stają się innowacje, technologia i konsumpcja. Jeśli wysiłki Chin na rzecz przywrócenia równowagi stworzą bardziej zrównoważoną gospodarkę, naszym zdaniem prawie na pewno pozostanie ona strukturalną siłą napędową wzrostu na rynkach wschodzących w nadchodzących dziesięcioleciach.
  2. Półroczny przegląd MSCI, któremu towarzyszyło włączenie Arabii Saudyjskiej do Indeksu Rynków Wschodzących MSCI i przeklasyfikowanie Argentyny z rynku granicznego (FM) do statusu EM miało miejsce w dniu 28 maja. MSCI zwiększył również współczynnik włączenia chińskich akcji klasy A z 5 do 10%, podwajając ich wagę w indeksie do nieco poniżej 2%. Zmiana metodyki doprowadziła również do wzrostu wagi Tajlandii w indeksie rynków wschodzących MSCI do około 3%. Decyzja MSCI o nadaniu Arabii Saudyjskiej statusu EM stawia ją zdecydowanie na czele międzynarodowych inwestorów i naszym zdaniem jest to pozytywny krok w kierunku przesunięcia Bliskiego Wschodu do głównego nurtu inwestycji EM. Po dołączeniu do indeksu FTSE Emerging Markets w zeszłym roku, Kuwejt znalazł się na liście obserwacyjnej MSCI, która najbliższym czasie będzie aktualizowana. Zmiana bilansu prawdopodobnie doprowadziła do napływu inwestycji portfelowych na te rynki z pasywnych strategii inwestycyjnych, podczas gdy na rynkach, których wagę zmniejszano, takich jak Korea Południowa i Tajwan, obserwowano odpływy. Menedżerowie portfeli aktywnych mają jednak większą elastyczność i mogą skoncentrować się na podstawach spółki, ponieważ nie są ograniczani wagą indeksów rynkowych.
  3. Rosja, pomimo umacnianej przez ostatnie trzy lata pozycji na rynku, pozostaje, naszym zdaniem, jednym z najbardziej niedowartościowanych rynków na świecie. Wielu międzynarodowych inwestorów unikało tego rynku z powodu sankcji gospodarczych. Uważamy jednak, że wpływ sankcji na dość samowystarczalną gospodarkę rosyjską jest ograniczony. Gospodarka okazała się odporna i byliśmy świadkami podejmowania przez wiele firm kroków w celu dostosowania i rozwoju w obecnym środowisku. W niektórych przypadkach, ograniczony dostęp do zachodnich technologii zachęcił rosyjskie firmy do inwestowania w budowę własnych ekosystemów, co przyczynia się do bardziej zrównoważonego rozwoju. Ponadto, ład korporacyjny w wielu rosyjskich spółkach znacznie się poprawił. Na przykład wiele spółek zwiększyło wypłatę dywidendy i dokonało wykupu akcji własnych w celu zwiększenia wartości dla akcjonariuszy. Ogólnie rzecz biorąc, uważamy, że Rosja nadal oferuje interesujące możliwości dla inwestorów, a ekspozycja na wybór dobrze ugruntowanych firm w branżach IT, finansów, energetyki, materiałów i sektorów konsumenckich mogłaby przysłużyć się dywersyfikacji portfeli na EM.

Perspektywy

W ciągu ostatnich trzech lat EM na ogół radziły sobie dobrze, a ich indeks MSCI w tym okresie przyniósł ponad 30%. 3 Uważamy jednak, że ta klasa aktywów nadal ma znaczny potencjał, zwłaszcza po korekcie z ubiegłego roku i w maju. W związku z zaistniałymi spadkami w dochodach, spodziewamy się, że w przyszłym roku będziemy świadkami lepszych wyników korporacyjnych. Na podstawie ostatnio zauważonego cyklicznego ożywienia, uważamy, że rok 2020 może być mocnym rokiem dla zysków EM.

Ta perspektywa nie uwzględnia oczywiście niedawnego konfliktu handlowego. W najbliższym czasie, wraz ze wzrostem stawek celnych, można spodziewać się pewnych reperkusji. Jednak w dłuższym okresie czasu uważamy, że rynki i firmy dostosują się, a co za tym idzie, zyski również powinny się poprawić.

Jesteśmy zdania, że rynki również zaczęły brać pod uwagę te kwestie i pozostaje jeszcze miejsce na porozumienie, które mogłoby zadowolić zarówno Stany Zjednoczone, jak i Chiny. Jednocześnie uważamy, że zarówno dla wielu innych przedsiębiorstw, jak i krajów istnieje szansa wykorzystania napięć handlowych.OBAWY O WOJNĘ HANDLOWĄ WSTRZĄSNĘŁY RYNKAMI WSCHODZĄCYMI

Wskutek nieoczekiwanych spięć w handlu i ponownego wzrostu obaw o globalny rozwój ekonomiczny, w maju aktywa na rynkach wschodzących zanotowały pierwszą w tym roku stratę w ujęciu miesięcznym. Akcje na EM spadły mocniej niż na rówieśniczych rynkach rozwiniętych z powodu odpływu kapitału i ogólnego osłabienia walut w stosunku do dolara amerykańskiego. Indeks rynków wschodzących MSCI spadł o 7,2% w ciągu miesiąca, w porównaniu z 5,7% spadkiem światowego indeksu MSCI, oba w dolarach amerykańskich(4).

Najważniejsze ruchy na rynkach wschodzących w maju

Akcje azjatyckie upadły w maju, ponieważ napięcia w handlu między USA a Chinami negatywnie wpłynęły na nastroje inwestorów.

Rynki w Chinach, Korei Południowej i na Tajwanie należały do najsłabszych w regionie. Waszyngton podniósł cła na import z Chin o wartości 200 mld USD i nałożył sankcje na chińską firmę telekomunikacyjną Huawei, podczas gdy Pekin uderzył wyższymi taryfami na towary z USA o wartości 60 mld USD. Strach przed potencjalną wojną technologiczną między USA a Chinami negatywnie wpłynął na technologicznych gigantów w Korei Południowej i na Tajwanie. Wbrew trendowi spadkowemu, akcje na Filipinach i w Indiach nieznacznie wzrosły. Filipiński bank centralny zmniejszył referencyjną stopę procentową i wskaźnik rezerwy obowiązkowej dla banków w celu wsparcia gospodarki krajowej. W Indiach premier Narendra Modi zapewnił sobie drugą kadencję, gdy partia Bharatiya Janata zwyciężyła w wyborach parlamentarnych.

Mimo, że rynki Ameryki Łacińskiej zmalały jako grupa, region ten osiągnął lepsze wyniki niż szeroko pojęta klasa aktywów EM dzięki pozytywnym wynikom w Argentynie i Brazylii. Argentyński rynek zakończył maj z dwucyfrowym zyskiem wspieranym przez włączenie go do indeksu rynków wschodzących MSCI. Postępy w dziedzinie reform ubezpieczeń społecznych i systemu podatkowego oraz poprawa klimatu politycznego złagodziły obawy inwestorów w Brazylii. Aktywność gospodarcza pozostawała jednak na niskim poziomie, a wzrost PKB w pierwszym kwartale utrzymywał się na najniższym poziomie od dwóch lat. Na drugim końcu skali rynki w Kolumbii, Chile i Meksyku skurczyły się. Rozczarowujące dane ekonomiczne i jastrzębi bank centralny negatywnie wpłynęły na ceny akcji w Meksyku. Zapowiedź prezydenta Donalda Trumpa wprowadzenia progresywnej stawki celnej na cały meksykański eksport do Stanów Zjednoczonych pod koniec miesiąca dodatkowo pogorszyła nastroje inwestorów.

Podczas gdy rozwijające się rynki Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (EMEA) radziły sobie lepiej niż EM, większość z nich mimo wszystko zakończyła miesiąc z wynikiem ujemnym. Rosja i Grecja odnotowały wzrosty, podczas gdy Arabia Saudyjska, Republika Południowej Afryki i Zjednoczone Emiraty Arabskie odnotowały największy spadek. Rosjanie w maju byli jednym z najlepszych graczy na rynku EM, napędzanym przez niskie wyceny i poszukiwania możliwości inwestycyjnych uważanych za stosunkowo bardziej odizolowane od konfliktu handlowego między USA a Chinami.

Ryzyko geopolityczne i niższe ceny ropy wpłynęły na rynki Bliskiego Wschodu. Akcje w Arabii Saudyjskiej zaczęły przynosić pewne zyski po włączeniu ich do indeksu rynków wschodzących MSCI, ponieważ inwestorzy dążyli do wykorzystania niedawnych wzrostów. Chociaż rządząca partia Afrykańskiego Kongresu Narodowego w Republice Południowej Afryki odniosła zwycięstwo w wyborach krajowych, globalna wyprzedaż i deprecjacja randa spowodowały dalsze spadki na tamtejszej giełdzie.

Autor komentarza: Zespół ds. Rynków Wschodzących Franklin Templeton

_______________________

  1. Źródło Krajowe Biuro Statystyczne Chin. CLSA; US Census Bureau. Najnowsze dostępne dane na dzień`:28 lutego 2019 r.
  2. Źródło MSCI. Indeks rynków wschodzących MSCI (Emerging Markets Index) rejestruje wyniki spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 24 rynkach wschodzących . Indeksy nie są zarządzane i nie można w nie bezpośrednio inwestować. Nie obejmują one opłat, wydatków ani kosztów sprzedaży. Wyniki osiągnięte w przeszłości nie są wskaźnikiem ani gwarancją przyszłych wyników.
  3. Tamże.
  4. Źródło MSCI. Indeks rynków wschodzących MSCI (Emerging Markets Index) oddaje reprezentację spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 24 rynkach wschodzących. Indeks światowy MSCI rejestruje wyniki spółek o dużej i średniej kapitalizacji na 23 rozwiniętych rynkach. Indeksy nie są zarządzane i nie można w nie bezpośrednio inwestować. Nie obejmują one opłat, wydatków ani kosztów sprzedaży. Wyniki osiągnięte w przeszłości nie są wskaźnikiem ani gwarancją przyszłych wyników.

 

Dla zamknięcia i wyrejestrowania spółki konieczne jest ogłoszenie jej likwidacji i wezwanie wierzycieli

Brak składników majątkowych spółki, a także wiedza na temat wszystkich wierzycieli i przysługujących im wierzytelności nie są wystarczające do skutecznego wykreślenia spółki z rejestru przedsiębiorców – potwierdził Sąd Okręgowy w Łodzi w uzasadnieniu orzeczenia wydanego 20 marca 2019 r. (sygn. akt XIII Ga 831/18).

Zgodnie z art. 272 Kodeksu spółek handlowych (dalej: k.s.h.): „Rozwiązanie spółki następuje po przeprowadzeniu likwidacji, z chwilą wykreślenia spółki z rejestru” (Dz.U. 2000 nr 94, poz. 1037, ze zm.). Przepis art. 279 stanowi, że likwidatorzy powinni poinformować o zamiarze rozwiązania spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli spółki do zgłoszenia swoich wierzytelności w terminie trzech miesięcy od tego ogłoszenia.

Odmowa wpisu wykreślającego

4 maja 2018 r. Sąd Rejonowy dla Łodzi Śródmieścia w Łodzi odmówił dokonania wykreślenia spółki z rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego (sygn. akt XX Ns Rej KRS 5949/18/182). Spółka wniosła od tego postanowienia apelację, zarzucając sądowi rejonowemu błędną wykładnię art. 272 k.s.h. poprzez przyjęcie, że niedochowanie wymogów z art. 279 k.s.h. w postaci nieogłoszenia o likwidacji oraz niewezwania wierzycieli do zgłoszenia swych wierzytelności w terminie stanowi bezwzględną przeszkodę do wykreślenia spółki z KRS.

Zwolnienie z obowiązku informacyjnego

Rozpoznający apelację Sąd Okręgowy w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy, zgodził się, że w świetle postanowienia Sądu Najwyższego z dnia 20 września 2007 r. (sygn. akt II CSK 240/07) likwidacja spółki zostaje zakończona z chwilą, gdy w jej majątku nie pozostanie już żaden składnik majątkowy i zostanie to stwierdzone sprawozdaniem likwidacyjnym. Jednakże wskazane orzeczenie Sądu Najwyższego wydane było w sytuacji, gdy spółka ogłosiła upadłość i wezwała wierzycieli do zgłoszenia wierzytelności w terminie jednego miesiąca, po czym postępowanie upadłościowe umorzono, gdyż nie było już majątku spółki wystarczającego na pokrycie kosztów postępowania upadłościowego. W tej sytuacji sąd nie widział już potrzeby dochowania przez spółkę przewidzianego w art. 279 k.s.h. obowiązku zawiadomienia wierzycieli o możliwości zgłoszenia przez nich wierzytelności w terminie trzech miesięcy.

„Skarżąca nie kwestionuje stanowiska Sądu (…) że wymienione w art. 279 k.s.h. czynności stanowią obligatoryjny element postępowania likwidacyjnego oraz, że nie zostały one dokonane. (…) Nie podważa też poglądu Sądu Okręgowego, że w wyniku umorzenia postępowania upadłościowego z uwagi na brak majątku wystarczającego na pokrycie kosztów postępowania, spółka (…) nie została skutecznie rozwiązana. Natomiast słusznie zarzuca, że Sąd Okręgowy, nie rozważył dokonanych faktycznie przez likwidatora, mimo nieogłoszenia o likwidacji, zasadniczych czynności objętych procedurą likwidacyjną” (sygn. akt II CSK 240/07).

Likwidator musi ogłosić rozwiązanie spółki i powiadomić wierzycieli

Sąd okręgowy zauważył, że orzeczenie Sądu Najwyższego zostało wydane w sprawie mającej istotnie inny przebieg. W niniejszej sprawie spółka przeprowadziła bowiem tylko postępowanie likwidacyjne na podstawie uchwały zgromadzenia wspólników. Nie nastąpiło więc ogłoszenie upadłości w sprawie, której postępowanie umorzono wskutek stwierdzenia braku istnienia majątku spółki. Po podjęciu wskazanej uchwały likwidator miał zgodnie z art. 279 k.s.h. obowiązek ogłosić o zamiarze rozwiązania spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli do zgłaszania wierzytelności, czego w żaden sposób nie zrobił.

Wiedza o wierzycielach nie zastępuje ogłoszenia o likwidacji i wezwania wierzycieli

Sąd Okręgowy w Łodzi, XIII Wydział Gospodarczy Odwoławczy, oddalając apelację, zgodził się z sądem rejonowym, że zatwierdzenie sprawozdania likwidacyjnego przez zgromadzenie wspólników, którym ustalono nieistnienie żadnego składnika majątkowego spółki, nie jest wystarczające do wykreślenia spółki z rejestru. Nie zmienia tego nawet wykazanie przez spółkę posiadania wiedzy o wszystkich jej wierzycielach i zobowiązaniach. Aby móc dokonać skutecznego wykreślenia spółki z KRS, likwidator musi dochować obowiązków, jakie nakłada na niego przepis art. 279 k.s.h.: ogłosić o rozwiązaniu spółki i otwarciu likwidacji, a także wezwać wierzycieli do zgłoszenia wierzytelności w terminie trzech miesięcy od dnia tego ogłoszenia (sygn. akt XIII Ga 831/18).

Założyć prosto, zlikwidować nie tak łatwo

Należy pamiętać, że w dzisiejszych czasach założenie spółki może zająć zaledwie do 24 godzin. Można również nabyć gotową spółkę, których sprzedaż znajduje się w ofertach specjalizujących się w tym kancelarii prawnych. Z jej likwidacją nie jest już tak łatwo. Uchwała zgromadzenia wspólników o rozwiązaniu spółki i otwarciu likwidacji rozpoczyna dopiero cały sformalizowany i pełen obwarowań prawnych proces likwidacji. Nawet jeśli na jego końcu sąd dokona wykreślenia spółki, a postanowienie w tej sprawie się uprawomocni, spełnione muszą zostać jeszcze obowiązki zgłoszenia tego faktu w urzędzie skarbowym, a także w zakładzie ubezpieczeń społecznych, jeśli spółka była płatnikiem składek.

Likwidacja spółki oznacza utratę przez skarb państwa jednego ze źródeł swoich dochodów. Można być więc pewnym, że ogłoszenie likwidacji przyciągnie uwagę fiskusa, który może wnikliwie przyjrzeć się przeprowadzonej likwidacji. I tak np. majątek, który pozostanie po zaspokojeniu wszystkich wierzycieli w spółce, zostanie podzielony pomiędzy wspólników. Już na tym tle toczy się wiele sporów z fiskusem, który z takim rozporządzeniem majątkiem wiąże powstanie przychodu podatkowego.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Złoto drożeje – czy warto w nie zainwestować?

Złoto – przedmiot pożądania, synonim bogactwa, władzy i dobrobytu. Od wieków wykorzystywane jako środek płatniczy, ale też „bezpieczna przystań” dla wielu inwestorów. W ostatnich tygodniach notowania kruszcu przebiły długoterminowy opór i wciąż pną się do góry. Czy to dobry moment aby postawić na złoto?

Złoty kruszec jako przedmiot inwestycji, jest szczególnie doceniany w okresach zawieruchy na światowych rynkach finansowych. W czasie recesji gospodarczej, okresach wysokiej inflacji, a nawet kryzysów politycznych inwestorzy chętnie pozbywają się spekulacyjnych aktywów jak akcje giełdowe, fundusze inwestycyjne, czy nawet obligacje, a kupują złoto. Zarówno w postaci fizycznych sztabek, jak również w formie udziałów w funduszach ETF opartych o cenę tego kruszcu.

Złoto na światowych wyceniane jest przede wszystkim w dolarze amerykańskim. Na jego cenę wpływa bardzo wiele czynników. Do najważniejszych z nich możemy zaliczyć cenę samego dolara – im słabszy jest dolar, tym droższe złoto i odwrotnie. Na cenę złota wpływają także czynniki popytowo-podażowe. Po stronie kupujących mamy zarówno osoby fizyczne, jak i branżę jubilerską czy przemysłową. Po stronie podażowej  stoją przede wszystkim kopalnie złota, których wielkość wydobycia zależy w dłuższym terminie od jego opłacalności. Ważnym graczem na rynku złota są również banki centralne. Przez ostatnie 10 lat zwłaszcza banki centralne krajów rozwijających się, takich jak Rosja czy Chiny, znacznie powiększały swoje rezerwy złota, zwiększając globalny popyt na rynku.

Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers
Adam Korecki, makler z Domu Maklerskiego TMS Brokers

– Oczywiście, robią to w sposób zrównoważony, aby w jak najmniejszym stopniu wpływać na bieżące notowania cen. Jednak samo zamrożenie tak dużej ilość fizycznego złota zmniejsza ilość dostępnego kruszcu w obiegu, wpływając pośrednio na ceny – mówi Adam Korecki, makler papierów wartościowych w Domu Maklerskim TMS Brokers.

Złoty XXI wiek

W czasie wielkiej, 10-letniej hossy na rynku złota, która trwała od 2001 do 2011 roku, ceny tego kruszcu wzrosły z poziomu 250 USD do ponad 1900 USD.  Za tak dużym wzrostem cen metali szlachetnych stało kilka czynników. W pierwszej fazie wzrostu – z poziomu 250 do 1000 USD – za czterokrotnym wzrostem cen złota przemawiał przede wszystkim słaby dolar. W omawianym okresie cena dolara wyrażona indeksem dolarowym, na którym oparte są kontrakty terminowe futures notowane na NYBOT, spadła o ponad 41 proc. Kolejna fala wzrostowa na złocie – od trzeciego kwartału 2008 do trzeciego kwartału 2011 roku – to pokłosie przede wszystkim programu luzowania ilościowego w Stanach Zjednoczonych.

Od ustanowienia szczytu, 6 września 2011 roku na poziomie 1920 USD, cena złota spadała przez ponad 4 lata do poziomu 1046 USD, ustanowionego 3 grudnia 2015 roku. Pomimo, że od tego dnia minęło już 3,5 roku, złoto nie było w stanie powrócić do trendu wzrostowego. Na przeszkodzie do rozpoczęcia hossy stawały różne czynniki. Od silnego umocnienia się dolara w 2016 roku, poprzez spadek awersji od ryzyka, aż po wzrost rentowności 10-letnich obligacji USA do poziomu 3,25 proc.

Badając aktualną sytuację na złocie wytrawne oko analityka technicznego dostrzeże jednak, że już od kilku miesięcy z analizy wykresu płyną optymistyczne sygnały wskazujące na możliwe przesilenie i zmianę trendu z bocznego na wzrostowy.

Co dalej?

Wszystko wskazuje na to, że niemoc złota została przełamana, a przed nami kilka „tłustych” lat. Tak optymistyczne wnioski płyną z analizy zachowania złota w ostatnich dwóch tygodniach. 20 czerwca doszło do przełamania kluczowego, długoterminowego oporu. Wzrosty w tym dniu zostały potwierdzone bardzo dużą dynamiką ruchu oraz wysokimi obrotami.

– W długim okresie otwiera to drogę do ataku na historyczne szczyty na poziomie 1920 USD, ustanowione we wrześniu 2011 roku. Oczywiście, po drodze czają się liczne strefy oporu, które z pewnością będą prowokować korekty. Jednak czynnikom technicznym sprzyjają również te fundamentalne – podkreśla Adam Korecki z TMS Brokers.

Jakie to czynniki? Między innymi, zapowiedziane przez FED i oczekiwane przez rynek, luzowanie polityki pieniężnej (obniżki stóp procentowych w USA) oraz napięcia geopolityczne między USA i Iranem, a także wojna handlowa między USA i Chinami. Warto zatem w najbliższych tygodniach obserwować złoto, aby nie przegapić potencjalnej hossy na tym rynku.

ESALIENS: PPK narzędziem walki o pracownika

Pierwsze wpłaty w ramach PPK powinny trafić na konta pracowników już w listopadzie br.  Mimo, że PPK to program o określonych ramach prawnych, to pracodawca ma całkiem duże pole manewru w jego kształtowaniu, pozwalające wyróżnić się na tle konkurencyjnych podmiotów i wesprzeć politykę zatrudnienia w oryginalny sposób. Biorąc pod uwagę, że do 2021 r. PPK ma obowiązywać we wszystkich firmach, może to w dużym stopniu wpłynąć na rynek pracy, zwłaszcza w sytuacji niskiego bezrobocia.

Kapitał zgromadzony na rachunku pracownika – uczestnika PPK, będzie pochodził z trzech źródeł: składki pracownika, składki pracodawcy oraz z Funduszu Pracy. Składka pracodawcy obejmuje obligatoryjną wpłatę podstawową, ale może również zostać uzupełniona o całkowicie dobrowolną wpłatę dodatkową (nie wyższą jednak niż 2,5 proc. wynagrodzenia brutto pracownika). Przy czym pracodawca ma komfort wycofania się z tych dodatkowych wpłat w każdej chwili trwania programu.

Pracodawca ma bardzo wiele możliwości kształtowania warunków tej dodatkowej premii – mogą być one bowiem odbiciem różnych koncepcji rekrutacyjnych i wspierać zarówno bieżące zatrudnienie, jak i lojalność dotychczasowych pracowników. Ustawa o PPK nie wprowadza specjalnych obostrzeń co do dodatkowej premii ze strony pracodawcy, poza górną granicą dodatku. Zatem pracodawca może kształtować kryteria dodatkowej dopłaty do PPK wedle strategicznych interesów firmy, w zależności np. od stażu pracy, charakteru stanowiska, wysokości zarobków, wieku pracownika bądź autorskiego miksu wielu z tych czynników.

Przykładowo, firma zmagająca się z dużą rotacją pracowników, może wspierać ich lojalność właśnie poprzez powiązanie dodatkowej wpłaty pracodawcy ze stażem pracy. Pracodawca może również wesprzeć poprzez dodatkową wpłatę np. pracowników mających najmniejsze pobory – pozytywnie wpływając na ich morale i chęć pozostania w firmie. Można również sobie wyobrazić sytuację, że pracodawca będzie chciał „nagradzać” sam proces oszczędzania przez pracownika kapitału w ramach PPK i uzależnić wysokość dodatkowej wpłaty np. od deklaracji dodatkowych wpłat przez pracownika (który również może powiększyć swoją opłatę podstawową o maksymalnie 2% wynagrodzenia).

Jak widać, PPK może być twórczo wykorzystane we wspieraniu polityki zatrudnienia zwłaszcza w obliczu wymagającego rynku pracy. O tym jednak czy będzie odbierane przez pracowników jako „pełnowartościowy” benefit zdecyduje zapewne szereg czynników: kształt PPK w danej firmie, odpowiedni dobór organizacji zarządzającej, która będzie mogła pochwalić się satysfakcjonującymi wynikami czy wreszcie jakość wewnętrznej komunikacji dot. programu. Ewentualny sukces firmowego PPK na pewno jednak będzie można zdyskontować wizerunkowo – wzmacniając markę pracodawcy.

Autorem komentarza jest Pola Witecka, Regionalny Dyrektor ds. Wdrożenia i Rozwoju Planów Emerytalnych Esaliens TFI

Niemiecki dyskont i brytyjski on-line. Jak globalne trendy adaptują się do lokalnych rynków handlowych

Rosnąca rola inteligentnych rozwiązań oraz wyraźny akcent na doświadczenia klienta to globalne trendy, które wyróżniają się na rynku handlu detalicznego. Jednak poszczególne rynki lokalne rządzą się swoimi prawami. Odmienne tradycje i przyzwyczajenia klientów powodują, że mimo podobnego kierunku zmian we wszystkich krajach, miejscowe rynki adaptują się do nich w inny sposób. Takie różnice da się obserwować, porównując dwie najsilniejsze gospodarki w Europie – niemiecką i brytyjską, co potwierdzają eksperci branży retail.

Różnice między Niemcami a Wielką Brytanią są widoczne już w samej strukturze sektora detalicznego. Niemcy, będąc największym rynkiem konsumenckim w Europie, są zdominowane przez dyskonty (Lidl i Aldi). Tymczasem w Wielkiej Brytanii ogromnie popularny jest format convenience, a hipermarkety nie odgrywają znaczącej roli. Ciekawostką wyspiarskiego handlu jest ogromny udział modelu click&collect, który rośnie w zawrotnym tempie. Według badania Postcode Anywhere już w 2014 roku z zakupów w formie clic&collect planowało skorzystać aż 95% Brytyjczyków. Click&collect to trend, który nadal będzie się rozwijał. Jak podaje GFK, w Polsce w ten sposób zakupy robi 25,8% konsumentów.

Niemiecki dyskont i brytyjski on-line

Dziś 87% zakupów detalicznych w Wielkiej Brytanii to zakupy online[1]. I chociaż artykuły spożywcze kupowane przez Internet stanowią zaledwie 4-5% całkowitych wydatków na żywność, to na każde 5 £ wydane online 1 £ jest wydawany właśnie na produkty spożywcze – mówi Robert Barciszewski, CEO UK&Irleand Modern Expo Group. – Już do tej pory sprzedaż online zmieniła sposób, w jaki konsumenci kupują żywność. Wielu z nich decyduje się na zamawianie towarów wielkogabarytowych w Internecie, a „zakupy uzupełniające” robi w lokalnych sklepach spożywczych. To właśnie wpływa na spadek znaczenia hipermarketów i obniżanie średniej wartości koszyka. Tak, dzięki zakupom online, nastała era formatów typu convenience – tłumaczy Robert Barciszewski.

Tymczasem w Niemczech to sektor dyskontów będzie zyskiwał coraz bardziej, koncentrując się na doświadczeniu klienta. – Rynek niemiecki charakteryzują świadomi konsumenci, którzy zwracają uwagę na to, co kupują i starannie komponują swój koszyk. Opierając się na takich klientach, branża detaliczna stawia na consumer experience. Dzięki temu nadal się rozwija, będąc już trzecim co do wielkości sektorem gospodarki – opowiada Fabian Schaefer, CEO Germany/Austria/Switzerland w Modern-Expo Group. Jak podaje Euromonitor, na tym polu Polska przypomina rynek niemiecki. Nad Wisłą także dominują dyskonty, gdzie za 11,5% całego rynku detalicznego odpowiada Jeronimo Martins, a inny duży gracz – Lidl, za kolejne 4,2%.

Jednak w Niemczech, podobnie jak w Zjednoczonym Królestwie, rośnie rola zakupów on-line, które w przyszłości mogą zagrozić dotychczasowym potentatom. – Chociaż wciąż najpopularniejszą metodą na robienie zakupów są odwiedziny w tradycyjnym sklepie, to sprzedaż online rośnie z roku na rok. Głównie, jeśli chodzi o artykuły nieżywnościowe – mówi CEO z Germany Modern Expo Group. – Podczas zakupów przez Internet większość ludzi, zwłaszcza rodzin, preferuje dostawy do domu. Zamówienie on-line i dostawa świeżych produktów pod drzwi to przyszłość detalu w Niemczech. Modelem, do którego będą dążyć tutejsi retailerzy jest Amazon Fresh – prognozuje Schaefer. W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii click&collect w Niemczech nadal reprezentuje rynkową niszę.

Ekotrendy

Zarówno na Wyspach Brytyjskich jak i w Niemczech do głosu dochodzą świadomi ekologicznie konsumenci, którzy poszukują naturalnych produktów wysokiej jakości, wolnych od antybiotyków czy GMO. Takie trendy jak clean label, cruelty free czy zero waste, obecne w mediach i debacie publicznej, przeniknęły też do branży retail. Pierwszy supermarket utrzymany w trendzie plastic free, czyli bez plastiku, został otwarty na początku br. w Birmingham. Jest to jeden z ponad 40 podobnych, niezależnych sklepów w Wielkiej Brytanii, który wymaga od konsumenta wniesienia własnych pojemników i butelek.

Rosnące zainteresowanie mediów skutkami oddziaływania odpadów plastikowych na środowisko spowodowało, że brytyjska High Street zaczyna wdrażać zakupy bez plastiku i respektuje koncepcję plastic free jako moralne zobowiązanie. Do tej pory trend ten w skali dużych detalistów był wykorzystywany tylko w holenderskiej sieci supermarketów Ekoplaza. Jednak w związku z deklaracją brytyjskiej sieci supermarketów Iceland Foods, że do 2023 r. wprowadzi produkty „marki własnej” wolne od tworzyw sztucznych, główne brytyjskie marki detaliczne będą musiały dostosować swoja politykę sprzedaży do nowego ekotrendu, by nie utracić swoich klientów – mówi Robert Barciszewski. Takie zjawisko z pewnością wpłynie na pozostałe rynki w Europie.

Przyszłość i wyzwania

Jednym z wyzwań niemieckiej branży handlowej są płatności mobilne. Niemcy nadal są uzależnieni od gotówki, w przeciwieństwie do Polaków, z których aż 60% woli płacić bezgotówkowo[2]. Według danych NBP za III kw. 2018 r. sieć terminali płatniczych w Polsce liczyła 741,8 tys, z czego 95% było wyposażonych w PayPass mode. Masowe wdrożenie kas samoobsługowych w Niemczech może przekonać tamtejszych konsumentów do zmiany stylu zakupów. – Taka innowacja nie tylko rozładuje kolejki, ale również umożliwi klientom wypróbowanie różnych form płatności i upowszechnienie operacji kartami lub płatności mobilnych – mówi Fabian Schaefer.

Innym wyzwaniem jest połączenie sprzedaży detalicznej i e-commerce. W tym mógłby pomóc rozwój sprzedaży typu click&collect. – Tym sieciom, którym uda się ograniczyć koszty logistyki, będzie łatwiej przyciągnąć klientów poprzez większy asortyment Non Food online. Świeże produkty będą nadal kupowane w lokalnych sklepach, ale przy użyciu aplikacji. Takie zakupy monitorowane przez systemy AI analizujące Big Data dostarczą informacje o faktycznym zapotrzebowaniu na towar. To może pomóc w walce z ogromną ilością żywności marnowanej każdego dnia. Wiedząc więcej o wymaganiach klientów dotyczących żywności łatwiej dostosować łańcuch dostaw – przewiduje ekspert.

Również dla Wielkiej Brytanii scenariusz ze wzrostem znaczenia AI i Big Data jest podobny. – Sieci, które w przyszłym roku będą sobie dobrze radzić to te, które zainwestowały w jednolity format handlowy i ciągły rozwój koncepcji, czyli coś, co powstaje w wyniku przyjęcia kluczowych technologii – mówi CEO UK/Irleand Modern Expo Group. – Gromadzenie informacji na temat nawyków zakupowych konsumenta jest częścią tego procesu i przez cały 2019 rok będziemy świadkami wzrostu znaczenia uczenia maszynowego i wizji komputerowej. Obie technologie umożliwiają markom i sprzedawcom zbieranie informacji na każdym etapie podróży zakupowej konsumenta, dostarczając detalistom informacji, jak klient wchodzi w interakcję ze sklepem. Misją Modern-Expo Group jest dostarczanie kompleksowych rozwiązań, które pomogą retailerom w tym procesie i przystosowaniu się do wymagań przyszłego rynku.

Każdy z lokalnych rynków inaczej reaguje na światowe trendy. Choć wszystkich dotykają efekty rozwoju technologicznego i zmian społecznych, to filtrem dla zachodzących zmian i wprowadzanych rozwiązań pozostają konsumenci.

[1]Raport Royal Mail, 2018

[2] Badanie przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie eService, 2018 r.

Badanie zdolności rejestrowej znaku: jak, i dlaczego warto?

Rejestrację znaku towarowego często kojarzymy wyłącznie ze złożeniem formularza w odpowiednim urzędzie. Może się więc wydawać, że to prosta sprawa, zwłaszcza kiedy załatwiamy ją drogą elektroniczną. Tymczasem wniesienie podania jest ostatnim etapem pracy nad zgłoszeniem, a poprzedza je badanie zdolności rejestrowej znaku.

Badanie znaku polega na sprawdzeniu, czy dane oznaczenie może uzyskać ochronę i być zarejestrowane jako znak towarowy. W bardzo wielu przypadkach pozwala to zaoszczędzić czas i pieniądze związane z odmową rejestracji przez urząd. A przyczyn odmowy może być wiele: mogą dotyczyć samego znaku lub podobieństwa z wcześniej zarejestrowanymi oznaczeniami. Zbadanie zdolności rejestrowej chroni także przed sytuacją, w której okazuje się, że inny podmiot uzyskał wcześniej ochronę na podobne oznaczenie. Konsekwencją takiego stanu rzeczy może być nie tylko odmowa rejestracji, ale również  utrata prawa do korzystania z marki, którą posługiwał się dotychczas wnioskodawca.

Badanie zdolności rejestrowej – zrób to sam lub zleć fachowcowi

Badanie zdolności rejestrowej można przeprowadzić samodzielnie, wykorzystując np. wyszukiwarkę Google. Niewykluczone, że w ten prosty sposób uda się odszukać oznaczenia, mogące kolidować ze znakiem towarowym, który ma być zgłoszony. W wielu przypadkach może jednak okazać się to niewystarczające, ponieważ w wyszukiwarce najczęściej otrzymuje się wyniki lokalne i na dodatek uzależnione od wcześniejszej aktywności użytkownika w Internecie. Zdecydowanie pewniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest powierzenie badania znaku profesjonaliście.

Ważne! Badanie zdolności rejestrowej można przeprowadzić samodzielnie, wykorzystując np. wyszukiwarkę Google. Zdecydowanie pewniejszym i bezpieczniejszym rozwiązaniem jest powierzenie badania znaku profesjonaliście.

Jak przebiega badanie zdolności rejestrowej znaku?

Etap 1 – czy znak w ogóle może być zarejestrowany?

W pierwszej kolejności należy zweryfikować, czy dane oznaczenie w ogóle może być zarejestrowanym znakiem towarowym. Przepisy określają szereg przesłanek, które wykluczają rejestrację. I tak np. nie może być znakiem towarowym oznaczenie, które jest pozbawione charakteru odróżniającego, czyli nie pozwala na odróżnienie towarów lub usług jednej firmy od drugiej, chociażby dlatego, że jest to zwrot powszechnie używany w danej branży. Ochrony nie uzyska również oznaczenie, które jest opisowe, tj. bezpośrednio wskazuje na towary lub usługi, które mają być sygnowane znakiem towarowym. Urząd nie zarejestruje więc znaku „salon materacy” dla sklepu, w którym sprzedawane są materace.

Etap 2 – w poszukiwaniu podobnych oznaczeń…

Następny krok, to wyszukanie wcześniej zgłoszonych lub zarejestrowanych znaków podobnych. Zakres tego badania uzależniony jest od zasięgu terytorialnego ochrony, jaką mamy uzyskać. Przykładowo, w przypadku znaku towarowego Unii Europejskiej koniecznej jest dokładnie przeszukanie nie tylko bazy znaków towarowych UE, ale również baz poszczególnych krajów członkowskich. Co istotne, przeszkodą dla rejestracji mogą być nie tylko znaki identyczne, ale również podobne. O ile więc poszukiwanie znaków identycznych często jest dosyć proste, to znalezienie znaków podobnych wymaga już sporej wiedzy i doświadczenia, a także znajomości orzecznictwa sądowego dotyczącego kolizyjności znaków.

Ważne! Przeszkodą dla rejestracji mogą być nie tylko znaki identyczne, ale również podobne. O ile więc poszukiwanie tych  pierwszych jest dosyć proste, to znalezienie znaków podobnych wymaga wiedzy i doświadczenia, a także znajomości orzecznictwa sądowego dotyczącego kolizyjności znaków.

Etap 3 – czas na wnioski i zalecenia

Ostatni etap to wnioski. Najbardziej oczekiwany wynik badania zdolności rejestrowej znaku oznacza zielone światło na rejestrację, czyli brak przeszkód do uzyskania ochrony. Często jednak po badaniu okazuje się, że nie jest ona możliwa albo jest bardzo ryzykowna. Istotną część raportu z badania zdolności rejestrowej stanowią wówczas rekomendacje dotyczące tego, jakie zmiany w znaku towarowym można wprowadzić, aby uzyskanie ochrony było możliwe.

Badanie zdolności rejestrowej znaku – dlaczego warto?

Wśród przedsiębiorców panuje przeświadczenie, że rejestracja znaku towarowego jest droga. Mało kto jednak wie, że realny koszt za miesiąc ochrony to tylko 8 zł! Korzyści z rejestracji są natomiast nie do przecenienia. Wielu przedsiębiorców wiedząc, ilu problemów mogliby dzięki niej uniknąć, z pewnością nie zastanawiałoby się ani chwili. Niestety, zwykle dochodzą do takiego wniosku, kiedy na rejestrację jest już za późno.

Najważniejsze korzyści wynikające z rejestracji znaku to:

  • monopol w zakresie posługiwania się danym oznaczeniem na określonym rynku,
  • pewność, że nikt wcześniej nie posługiwał się tym samym oznaczeniem,
  • skuteczny sposób na walkę z nieuczciwą konkurencją,
  • w razie sądowego sporu – proste wykazanie praw do marki,
  • łatwiejszy obrót znakiem towarowym.

Jak wskazano na wstępie, samo złożenie wniosku o rejestrację, to prosta formalność w porównaniu z działaniami, które trzeba podjąć wcześniej. Dopiero po przejściu opisanych wyżej etapów badania zdolności rejestrowej znaku można ubiegać się o rejestrację. Jak w wielu innych dziedzinach życia, im lepiej się do tego przygotujemy, tym większa jest szansa na pomyślne zakończenie sprawy.

Paweł Głąb – radca prawny, wspólnik w Kancelarii Prawnej Kantorowski i Wspólnicy sp. k. Specjalizuje się m.in. w tematyce znaków towarowych. Posiada bogate doświadczenie w reprezentowaniu klientów w postępowaniach rejestracyjnych na terenie Polski
oraz Unii Europejskiej.

Dzięki upałom chętniej nad Bałtyk niż w góry

Słońce, wysokie temperatury i bardzo dobre prognozy pogody na całe lato zachęcają turystów do spędzenia wakacji w Polsce. Największym zainteresowaniem w tym roku cieszy się pobyt nad Bałtykiem – wynika ze statystyk hotelarzy, choć ceny nadmorskiego urlopu są wyższe niż w przypadku wakacji w górach.

Jak wynika z danych platformy rezerwacyjnej VacationClub, najpopularniejszym miesiącem na wakacyjny wypoczynek pozostaje, niezmiennie jak w poprzednich latach, lipiec. To właśnie wtedy branża turystyczna spodziewa się największego zainteresowania. Ze statystyk nadmorskich hotelarzy wynika, że średnie lipcowe obłożenie w popularnych nadbałtyckich kurortach sięga 80 proc. – Podobnie jak w zeszłym roku, turystów przyciągają zapowiedzi słonecznego lata. Spory wpływ na ich zainteresowanie ma także coraz lepsza infrastruktura turystyczna nad polskim morzem – ocenia Krystyna Wróblewska – założycielka VacationClub.

Na okres wakacyjny zarezerwowano obecnie dwie trzecie miejsc noclegowych. To dane z najpopularniejszych kurortów na polskim Wybrzeżu, takich jak Kołobrzeg i Świnoujście. Nieco luźniej jest póki co w górach.  – Warto jednak pamiętać, że większość rezerwacji, szczególnie tych sierpniowych, pojawia się praktycznie na parę tygodni wcześniej lub na ostatnią chwilę – mówi Krystyna Wróblewska.

Karkonosze tańsze niż Kołobrzeg?

Ile w tym roku kosztują wakacje nad morzem i w górach? Ze statystyk wynika, że turystów nie odstraszają nieco wyższe ceny nadbałtyckich kurortów. Zasadniczo jednak ceny nie wzrosły znacząco w stosunku do roku ubiegłego. Czteroosobowa rodzina za dobę w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu przy plaży ze śniadaniem i obiadokolacją, zapłaci średnio 800 zł za noc. W Szklarskiej Porębie będzie to około 600 zł za noc. Dużo taniej, choć bez wyżywienia, wyjdzie pobyt w nadmorskim apartamencie – około 2,8 tys. zł za tydzień. Mowa o standardzie hotelowym z aneksem kuchennym i dostępem do strefy SPA w cztero- lub pięciogwiazdkowym hotelu.

– Najważniejszą nadmorską walutą w przypadku apartamentów jest odległość od morza – mówi Krystyna Wróblewska i dodaje, że – warto mieć na względzie, że apartamenty w najlepszej lokalizacji mogą kosztować więcej, nawet około 1000 zł tygodniowo. Jeśli jednak gość nie potrzebuje widoku na morskie fale może zatrzymać się nieco taniej, za to w doskonałych warunkach.

Co 11. firma MŚP obawia się split payment

Wprowadzona w 2018 roku podzielona płatność podatku VAT spędza sen z powiek części sektora MŚP. Z Barometru EFL wynika, że w opinii 9 proc. przedsiębiorców ten czynnik może pogorszyć kondycję ich firmy. Eksperci EFL zwracają uwagę, że split payment ma dwie strony medalu. Z perspektywy makroekonomicznej zwiększa szanse na skuteczne wyeliminowanie z obrotu nieuczciwych podatników. Niestety, w skali mikro, takie rozwiązanie niesie ze sobą bezpośredni i zauważalny koszt dla przedsiębiorcy.

Nowe przepisy dotyczące split payment obowiązują od 1 lipca 2018 roku i mogą wpływać na sposób płatności za faktury. W praktyce chodzi o to, że sposób płatności za usługi i towary polega na wpłacie kwoty netto na rachunek rozliczeniowy dostawcy, a kwoty VAT na oddzielny rachunek VAT. Split payment dotyczy mikro, małych, średnich i dużych przedsiębiorców, jednak na razie obowiązuje zasada dobrowolności (stosowanie przepisu zależy od kupującego, nie jest obowiązkowe). Jednak zgodnie z zapowiedziami Ministerstwa Finansów (projekt ustawy na etapie zakończonych konsultacji społecznych), wkrótce, być może jeszcze w tym roku, od 1 września, ten mechanizm będzie częściowo obowiązkowy. W pierwszej kolejności, ma mieć zastosowanie dla transakcji o wartości wyższej niż 15 tys. zł i dotyczyć wybranych transakcji, między innymi prac budowlanych, sprzedaży części samochodowych, złomu artykułów stalowych czy komputerów.

Przedsiębiorcy nie zrezygnują z VAT

Split payment nie jest, i raczej nie będzie w przyszłości, głównym powodem zniechęcającym mikro-, małe i średnie firmy do bycia VAT-owcami. – Co do zasady nie ma możliwości rezygnacji ze statusu VAT-owca, jeżeli firma nie chce korzystać ze split payment. Natomiast, tam, gdzie dana organizacja ma możliwość dokonania wyboru, czy chce być VAT-owcem czy nie – z pewnością nie podejmie decyzji przez pryzmat przepisów o split payment – komentuje Łukasz Janowski, kierownik działu podatkowego EFL.

Split payment na czele prawno-podatkowych zmartwień

Z Barometru EFL na II kwartał br. wynika, że wśród czynników prawno-podatkowych, mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa, najwięcej zapytanych przedstawicieli MŚP wskazało na split payment, czyli mechanizm podzielonej płatności. Takiej odpowiedzi udzieliło niemal 9 proc. ankietowanych. 8 proc. przedsiębiorców wskazało na wymogi dotyczące ochrony danych osobowych, a 5 proc. na wymogi dotyczące podpisu elektronicznego.

Najbardziej mechanizmu podzielonej płatności obawiają się mikroprzedsiębiorcy, wśród których ponad 14 proc. wskazuje, że nowe regulacje mogą wpłynąć niekorzystnie na kondycję ich firmy. Wśród małych i średnich firm ten odsetek wynosi odpowiednio po 9 proc. Biorąc pod uwagę branże, najwięcej obawiających się przedsiębiorców reprezentuje branże handlową (14 proc.), następnie transportową (12,5 proc.) oraz usługi (11 proc.).

Dwie strony medalu

Z perspektywy makroekonomicznej, mechanizm podzielonej płatności podatku VAT, w opinii Łukasza Janowskiego, kierownika działu podatkowego EFL, w samym jego zamierzeniu jest rozwiązaniem dobrym. – W skali całej gospodarki zwiększa szanse na skuteczne wyeliminowanie z obrotu nieuczciwych podatników. Jednocześnie pozwala podatnikom decydującym się na zlecenie płatności podzielonej na ograniczenie ryzyk podatkowych związanych z nieświadomym wejściem w transakcje z oszustem podatkowym. To wydaje się być szczególnie atrakcyjne w świetle coraz częstszych prób oszustwa organów podatkowych, zmierzających do przerzucenia odpowiedzialności za zaległość oszusta podatkowego na jego kontrahenta (nabywcę towaru lub usługi) – m.in. w oparciu o zarzut braku dochowania tzw. należytej staranności – zwraca uwagę ekspert EFL.

Rozwiązanie słuszne z perspektywy makroekonomicznej niesie jednak ze sobą bezpośredni, zauważalny koszt w skali mikro. Podmioty otrzymujące płatności od swoich kontrahentów w metodzie podzielonej płatności muszą stawić czoła istotnej zmianie zarządzania ich płynnością finansową. – Dotychczas, wielu podatników wykorzystywało kwotę podatku VAT otrzymanego w ramach zapłaty za fakturę do finansowania bieżącej działalności. W przypadku rozliczeń kwartalnych takie finansowanie mogło dać dodatkową płynność nawet przez okres prawie czterech miesięcy. W przypadku otrzymania kwoty VAT na rachunek VAT, możliwość jej wykorzystania jest istotnie ograniczona. To może stanowić problem szczególnie dla tych podatników, których istotna część wydatków nie może zostać zapłacona w metodzie podzielonej płatności – czyli np. w odniesieniu do bieżących wydatków realizowanych za pomocą karty wydanej do konta (zakupy na stacji benzynowej, w markecie, itp.) lub wydatków na wypłatę wynagrodzeń – mówi Łukasz Janowski.

– Nie można również zapominać o koszcie dostosowania się podatników VAT do przyjmowania i wysyłania przelewów w metodzie podzielonej płatności. W wielu przypadkach wymagało to dostosowania systemów IT czy przemodelowania dotychczasowych procesów i procedur związanych z realizacją i ewidencją, w tym księgowaniem, płatności – dodaje ekspert EFL.

Pomysłowi polscy przedsiębiorcy

W związku z nowymi regulacjami, polskie MŚP musiały wypracować przez ostatni rok nowe podejście do zarządzania płynnością finansową lub pozyskać dodatkowe źródła finansowania bieżącej działalności. W odpowiedzi na wiele praktycznych problemów i wątpliwości interpretacyjnych związanych z mechanizmem podzielonej płatności, wśród podatników pojawiło się również wiele pomysłów na funkcjonowanie w nowej rzeczywistości.

– Można zaobserwować próby umownego wyłączenia możliwości stosowania metody podzielonej płatności między kontrahentami. Są też stosowane bardziej bezpośrednie metody wywierania nacisku na kontrahentów, aby nie realizowali płatności podzielonej na przykład poprzez jednostronne umieszczanie zastrzeżeń na wystawianych fakturach o braku możliwości realizacji płatności dzielonej. Jakkolwiek pierwsze rozwiązanie, czyli umowne metody wyłączania podzielonej płatności w rozliczeniach pomiędzy ufającymi sobie podmiotami, jest dopuszczalne, tak jednostronne oświadczenia wystawców faktur o braku możliwości realizacji płatności podzielonej zdają się być bezskuteczne z perspektywy przepisów – zwraca uwagę Łukasz Janowski z EFL.

Pracownicze Plany Kapitałowe – mogą przynieść duże korzyści polskiej gospodarce, giełdzie i przyszłym emerytom

Już od 1 lipca br. największe firmy będą zobowiązane do uruchomienia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Dzięki uruchomieniu programu w perspektywie 10 lat polski PKB może wzrosnąć nawet o dodatkowe 2 proc., nakłady inwestycyjne wzrosną o 22 proc. a zwiększona produktywność i związany z nią wzrost wynagrodzeń w pełni zrekompensuje pracownikom koszt wpłat do PPK – wynika z raportu „Pracownicze Plany Kapitałowe. Koszty i korzyści” przygotowanego przez centrum analityczne Polityka Insight, którego partnerem jest Nationale – Nederlanden. Dodatkowo, uczestnik programu, który zdecyduje się na wpłacanie maksymalnej kwoty do PPK może podnieść swoją przyszłą emeryturę nawet o 60 proc.

Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK) to program długoterminowego oszczędzania skierowany do osób zatrudnionych w polskich przedsiębiorstwach. PPK ma zachęcać do gromadzenia oszczędności na emeryturę. Oszczędzanie w PPK jest dobrowolne, ale program opiera się na zasadzie automatycznego zapisu – to rozwiązanie zaczerpnięte z ekonomii behawioralnej. Pracodawcy będą zakładać konta w programie blisko 12 mln pracowników w latach 2019-2021. Każdy uczestnik PPK będzie mógł w dowolnym momencie zrezygnować z dalszych wpłat, a także na nowo przystąpić do programu.

Podstawowe wpłaty na konto PPK wyniosą 2 proc. wynagrodzenia brutto po stronie pracownika (lub 0,5 proc. dla osób najmniej zarabiających) i 1,5 proc. po stronie pracodawcy. Do oszczędności dołoży się państwo, które wpłaci uczestnikowi  250 zł opłaty powitalnej, a następnie 240 zł za każdy rok oszczędzania. Zarówno pracownik jak i pracodawca mogą, niezależnie od siebie, podnieść wysokość swoich wpłat – maksymalnie do 4 proc. wynagrodzenia brutto.

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

– Start PPK to ważne wydarzenie nie tylko dla największych firm, które są zobowiązane do uruchomienia programu od lipca. To także ważne wydarzenie dla całej polskiej gospodarki. Rusza pierwszy powszechny, całkowicie prywatny program długoterminowego oszczędzania, który jest wspierany przez Państwo oraz pracodawców oraz który przyniesie realne korzyści jego uczestnikom – mówi Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE.

Wyższe koszty pracodawcy to dobra inwestycja

Udział pracodawcy w PPK wiąże się ze wzrostem kosztów pracowniczych. Z symulacji analityków Polityka Insight wynika,  że zwiększą się one od 0,4 proc. w scenariuszu, w którym jedna trzecia pracowników przystąpi do programu do 1 proc. w scenariuszu, w którym trzy czwarte pracowników zacznie oszczędzać w ramach PPK. Wzrost kosztów będzie odpowiednio wyższy, jeżeli pracodawca zdecyduje się dobrowolnie podnieść wysokość wpłat.

Przedsiębiorcy powinni jednak rozważyć, czy nie dokładać się do oszczędności pracowników w większym stopniu niż ustawowe minimum, gdyż będzie to dla nich najtańszy sposób na finansowe motywowanie podwładnych oraz jeden z najlepszych sposobów na budowanie pozytywnego wizerunku firmy, zarówno dla osób już zatrudnionych jak i dla potencjalnych przyszłych pracowników. Wizerunek ten będzie miał szczególne znaczenie w sytuacji starzenia się społeczeństwa, kiedy pracodawcom coraz trudniej będzie znaleźć i przyciągnąć dobrze wykształconych, kompetentnych i zaangażowanych pracowników.

Podniesienie wpłat na konta pracowników do maksymalnego możliwego poziomu nie powinno spowodować wzrostu kosztów pracowniczych o więcej niż 3 proc., gdyż część wpłat pracodawcy jest zwolniona ze składek emerytalno-rentowych jak również stanowi koszt podatkowy.

Gospodarka będzie rosła szybciej dzięki PPK

Najbardziej na wysokiej partycypacji pracowników w PPK skorzysta polska gospodarka. W długim okresie PKB będzie wyższe nawet o 2 proc. niż w scenariuszu, gdyby program nie został wprowadzony. Za sprawą łatwiejszego dostępu do kapitału wzrosną inwestycje firm, a dzięki niższym kosztom obsługi długu rząd będzie miał więcej pieniędzy na wydatki budżetowe. Co więcej, w związku z dodatkowymi inwestycjami wzrośnie produktywność pracowników, co przełoży się na szybszy wzrost wynagrodzeń. W rezultacie spadek pensji, wynikający z odprowadzania wpłat na PPK, zostanie w całości zrekompensowany i dochody „na rękę” pracowników będą od około 2030 r. wyższe niż w scenariuszu bez PPK. W rezultacie również konsumpcja będzie wyższa niż w scenariuszu bez PPK.

Na wdrożeniu PPK skorzysta też warszawska giełda, którą zdaniem analityków z Polityki Insight zasilić może nawet 8-10 mld zł rocznie dodatkowego kapitału. Taki wzrost popytu powinien zachęcić zagranicznych inwestorów do powrotu na GPW, co da impuls do rozwoju polskiego rynku kapitałowego w najbliższych latach i będzie z korzyścią zarówno dla rozwoju spółek, jak i samych osób oszczędzających na emeryturę.

Z przeprowadzonych przez ekspertów symulacji wynika, że wszystkie trzy kluczowe składowe popytu krajowego (konsumpcja, spożycie publiczne, inwestycje) będą w długim terminie wyższe dzięki wdrożeniu PPK. W rezultacie, jeżeli aż trzy czwarte zatrudnionych zdecyduje się na udział w programie, a część z nich będzie wpłacać więcej niż ustawowe minimum, PKB powinien być za 10 lat wyższy o 2 proc. niż w scenariuszu bez PPK.

Najsilniej do wzrostu PKB przyczynią się zwiększone nakłady inwestycyjne – w optymistycznym scenariuszu będą wyższe nawet o 22 proc. niż w sytuacji, gdyby program PPK nie został wdrożony.

– Długookresowe korzyści, takie jak dodatkowe pieniądze na emeryturę, wyższy PKB czy poprawa wizerunku pracodawcy, w pełni kompensują krótkookresowe koszty związane z niższymi pensjami, przejściowym spadkiem konsumpcji czy wyższymi wydatkami pracodawców – mówi Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight, współautor raportu.

Pracownik dostaje najkorzystniejszy instrument do oszczędzania

Z symulacji przeprowadzonych przez centrum analityczne Polityka Insight wynika, że 30-letnia osoba, która przystąpiłaby do programu PPK i odkładała minimalną wpłatę na konto aż do osiągnięcia 60. roku życia, zebrałaby w sumie 99 tys. zł w przeliczeniu na ceny z 2019 r. W rezultacie mogłaby od razu wypłacić 25 tys. zł, a za pozostałe środki podnieść swoje dochody emerytalne aż o 25-30 proc. przez okres 10 lat. Gdyby ta sama osoba zdecydowała się wpłacać maksymalną możliwą kwotę (4 proc. wynagrodzenia) i to samo zrobiłby jej pracodawca, to uzbierałaby aż 220 tys. zł, co podniosłoby jej przyszłą emeryturę o około 60 proc. przez okres 10 lat i mogłaby w wieku 60 lat wypłacić 55 tys. zł (według dzisiejszych cen).

Dzięki PPK pracownicy za wpłatę – w większości przypadków nie wyższą niż 100 zł miesięcznie – będą gromadzić oszczędności, do których dorzuci się ich pracodawca i państwo. Osoby, które potraktują udział w PPK jako oszczędzanie na czarną godzinę lub na wypadek choroby, będą cieszyć się wyższymi zyskami niż przy tradycyjnych produktach finansowych. Według obliczeń Polityki Insight, po roku oszczędzania w PPK zysk wyniesie co najmniej 56 proc., czyli wielokrotnie więcej niż na zwykłej lokacie bankowej lub nawet dobrym funduszu inwestycyjnym. Jeżeli pracownik zdecyduje się na oszczędzanie aż do osiągnięcia wieku emerytalnego to zysk przekroczy 80 proc. per annum. Takiego zwrotu z oszczędzanych pieniędzy pracownicy nie osiągną w żadnym innym programie oszczędnościowym, prywatnym czy publicznym.

Gromadzone w PPK środki będą mogły być nie tylko przeznaczone na dodatek do emerytury z systemu powszechnego, ale też na wkład własny na zakup mieszkania albo środki na czarną godzinę, kiedy pracownik straci pracę, zachoruje lub będzie musiał ponieść nieoczekiwane wydatki.

– PPK to obecnie najkorzystniejszy dla pracownika sposób na długoterminowe pomnażanie oszczędności. Oczywiście każdy ma dowolność w zakresie decyzji o uczestnictwie w programie oraz może w każdej chwili bardzo szybko wycofać zgromadzone w nim pieniądze. Musi jednak pamiętać, że jeśli to zrobi przed 60. rokiem życia będzie się to wiązało z rezygnacją przywilejów podatkowych i zwrotem części wpłacanej przez Państwo – podsumowuje Grzegorz Chłopek.

Cały raport do pobrania tu: https://media.nn.pl/63051-pracownicze-plany-kapitalowe-koszty-i-korzysci

Jak inwestować w nieruchomości? Zakup kawalerki na wynajem krok po kroku

Zakup mieszkania w celu jego wynajmowania to wciąż bardzo intratny sposób na zarabianie – na pewno korzystniejszy niż lokata bankowa. Od czego jednak zacząć? Osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z nieruchomościami, przeważnie na start kupują kawalerkę. Mniejsza powierzchnia to także niższa cena zakupu.

Kawalerka to popularne określenie na małe mieszkanie jednopokojowe, często z aneksem kuchennym zamiast oddzielnej kuchni, najczęściej o powierzchni od 20 do 30 metrów kwadratowych (choć trafiają się zarówno lokale mniejsze, jak i większe). Są atrakcyjne dla kupujących, szczególnie dla osób inwestujących w mieszkania na wynajem, ponieważ dzięki niewielkiej powierzchni okazują się najtańsze w zakupie. Są też chętnie wynajmowane, ponieważ osoby poszukujące tymczasowego lokum dla siebie, zazwyczaj wolą dysponować mniejszą powierzchnią, ale za to ponosić niższe koszty, niż żyć wygodniej, ale płacąc za to wyższą cenę.

Wg danych z portalu Bankier.pl. średnia cena wynajmu mieszkania o powierzchni do 38 m2 w Warszawie w maju 2019 roku wynosiła 2.068 zł miesięcznie. W przypadku mieszkań o powierzchni od 38 do 60 m2 cena była wyraźnie wyższa – 2.854 zł. Przy zakupie, cena za metr to niecałe 11 tys. zł za m2 w przypadku mieszkania do 38 m2 oraz niecałe 9,5 tys. zł za m2 za mieszkanie od 38 do 60 m2.

– Zauważmy, że zakup lokalu o pow. 30 m2 będzie się wiązał z kosztem 330 tys. zł, podczas gdy lokum 50-metrowe będzie kosztowało średnio 475 tys. zł. Różnica, bagatela, 145 tys. zł – mówi Marta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej mieszkania na wynajem. – A różnica w przychodach z wynajmu w skali roku? Ok. 9,5 tys. zł. Początkującemu inwestorowi najczęściej łatwiej przełknąć mniejszy o ok. 25-30% zarobek w skali roku niż wyłożyć o 30% większą kwotę na zakup, szczególnie, jeśli posiłkuje się kredytem – dodaje.

Najważniejsza jest lokalizacja

Przystępując do zakupu kawalerki na wynajem, powinniśmy wziąć pod uwagę wiele elementów. Kluczowa jest jednak lokalizacja. Bez względu na to, czy najemca będzie dojeżdżał do pracy, czy na studia, będzie dla niego bardzo ważne, aby nie tracić dużo czasu w korkach.

Zazwyczaj najbardziej pożądane są mieszkania zlokalizowane w centrach miast oraz w dzielnicach okalających centrum. W przypadku Warszawy znaczenie ma bliskość metra. Ideał to mieszkanie dobrze skomunikowane z centrum i jednocześnie na cichym osiedlu, w otoczeniu zieleni.

Warto zwrócić uwagę także na stan całego budynku (i osiedla). Na pewno łatwiej będzie znaleźć najemcę do mieszkania w świeżo wyremontowanym i zadbanym bloku niż w sypiącej się kamienicy. Dla coraz większej rzeszy wynajmujących znaczenie może mieć także łatwość zaparkowania – parking przeznaczony specjalnie dla mieszkańców będzie dodatkowym atutem. Przy okazji warto się upewnić, że plany rozwoju okolicy nie zakładają, że np. za rok park za oknem zostanie wycięty, a w jego miejscu rozpocznie się budowa trasy szybkiego ruchu…

– Mniej trzeba się przejmować stanem samej kawalerki. Czasem lepiej kupić mieszkanie w gorszym stanie i dzięki temu wynegocjować niższą cenę, niż poszukiwać lokalu świeżo po remoncie (co znacznie podwyższy cenę lokalu). Bardzo często koszt odświeżenia lub nawet modernizacji mieszkania będzie niższy, niż „wytargowana” przy zakupie zniżka – mówi Marta Bocheńska-Pachuta.

Czas na formalności

Kolejna ważna sprawa to dokumentacja. Jeśli znaleźliśmy już kawalerkę w dobrej lokalizacji, pozostaje zadbać o sprawy formalne. Aby ustalić, czy osoba, która sprzedaje mieszkanie na pewno jest właścicielem mieszkania, potrzebujemy sprawdzić dowód osobisty właściciela, aktualny wypis z księgi wieczystej (możemy też skorzystać z internetowego serwisu Elektroniczne Księgi Wieczyste Ministerstwa Sprawiedliwości), a także akt notarialny, na podstawie którego obecny właściciel kupił, otrzymał lub przejął mieszkanie.

Nawet jeśli na tym etapie wszystko się zgadza, koniecznie powinniśmy sprawdzić, czy nieruchomość nie jest obciążona hipoteką lub innymi długami. Pierwsza sprawa to zadłużenie wobec spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej. Druga – księga wieczysta. W dziale III widnieją roszczenia ciążące na mieszkaniu, a w dziale IV wpisana jest ewentualna hipoteka. Dodatkowo warto także upewnić się, czy mieszkanie nie jest obciążone opłatami związanymi z prowadzoną przez właściciela działalnością gospodarczą. Na naszą prośbę powinien on dostarczyć zaświadczenia ZUS i US potwierdzające brak zaległości w płaconych składkach i podatkach.

Problemy mogą też wynikać z zakupu mieszkania z lokatorami. Trzeba więc upewnić się, że w kupowanej nieruchomości nikt nie jest zameldowany. W samym akcie notarialnym kupna-sprzedaży dobrze jest zawrzeć oświadczenie sprzedającego, że lokal nie jest przedmiotem najmu, podnajmu, użyczenia, dzierżawy lub jakichkolwiek innych roszczeń.

Jeśli mieszkanie chcemy sfinansować kredytem, po sprawdzeniu dokumentacji i upewnieniu się co do braku zadłużenia i lokatorów, powinniśmy podpisać z właścicielem umowę przedwstępną. W umowie należy szczegółowo opisać stan lokalu (w tym występujące usterki), a także te elementy wyposażenia i umeblowania, które przejmiemy wraz z nieruchomością. Umowa przedwstępna nie musi zostać podpisana w formie aktu notarialnego, ale jest to zalecane dla większego bezpieczeństwa obydwu stron. Podpisując umowę zwróćmy uwagę na to, czy zgadzamy się zapłacić zaliczkę (zwrotną, jeśli transakcja nie dojdzie do skutku) czy zadatek (bezzwrotny, gdy do umowy nie dojdzie z winy kupującego lub np. banku).

Przygotowanie do wynajmu

Mieszkanie wybrane, formalności dopełnione – oto staliśmy się właścicielami kawalerki, na której już wkrótce zaczniemy zarabiać… Ale spokojnie, bo zanim do tego dojdzie, zazwyczaj czeka nas jeszcze dużo pracy.

Zależność jest prosta. Poza lokalizacją i powierzchnią, na cenę wynajmu wpływ będzie miał przede wszystkim standard lokalu. Dlatego zazwyczaj opłaca się przeprowadzić gruntowny remont, a często nawet zmodernizować całe mieszkanie oraz zadbać o estetyczne i funkcjonalne wyposażenie. Warto przejrzeć portale i czasopisma wnętrzarskie, by zapoznać się z aktualnymi trendami. Najwygodniejsza opcja to nawiązanie współpracy z firmą, która przygotuje mieszkanie na wynajem – zajmie się remontem, aranżacją, a nawet sesją zdjęciową i ogłoszeniem.

– W przypadku kawalerki do dyspozycji mamy bardzo niewielką przestrzeń, dlatego tak ważne jest jak najlepsze wykorzystanie każdego metra. Np. jeśli mieszkanie jest wysokie, doskonałym pomysłem będzie wykonanie antresoli i urządzenie na niej sypialni. Jeśli kawalerka ma oddzielną kuchnię, można pomyśleć o zburzeniu ściany i połączeniu jej z salonem. Poza tym, gdy miejsca jest mało, dobrze się sprawdzi łóżko chowane w szafie – podpowiada przedstawicielka Baransu.

Niestety, niektórych mebli idealnych do kawalerki, nie kupimy w sklepie – będą musiały zostać wykonane na zamówienie. A skoro do lokalu zapraszamy stolarza, zamówmy także szafy na wymiar, ponieważ odpowiednia ilość miejsca do przechowywania w maleńkim mieszkaniu to jedna z najważniejszych kwestii z punktu widzenia najemcy. Atutami będą także takie elementy wyposażenia jak pralka, zmywarka, piekarnik czy płyta indukcyjna (wystarczy dwupalnikowa). Nie muszą być to sprzęty z górnej półki cenowej, ale dobrze, by ich jakość gwarantowała długotrwałe i bezproblemowe użytkowanie.

Osoba, która przed wynajęciem lokalu będzie oglądała różne mieszkania, z pewnością zwróci uwagę na to, które zrobi na niej najlepsze pierwsze wrażenie. Nie zapominajmy więc, by mieszkanie było ładnie umeblowane (co niekoniecznie oznacza „drogo”). Podczas wizyty warto także wstawić wazon ze świeżymi kwiatami i rozpylić delikatny, przyjemny zapach. To z pewnością sprawi, że gość spojrzy na mieszkanie przychylniejszym okiem.

Szukamy najemcy

Jeśli mieszkanie jest już tak piękne, że sami mielibyśmy ochotę w nim zamieszkać, pozostaje nam zamieścić ogłoszenia w portalach z ofertami nieruchomości i czekać na odpowiedniego najemcę. Odpowiedniego, to znaczy takiego, który nie zdewastuje mieszkania i będzie regularnie płacił czynsz oraz inne opłaty wynikające z umowy. Istotne może być także, by nie uprzykrzał życia sąsiadom np. głośnym lub niekulturalnym zachowaniem.

Wiele informacji o potencjalnym najemcy możemy uzyskać już podczas pierwszej rozmowy lub oględzin lokalu. Nie bądźmy obojętni na pierwsze wrażenie i uważnie wsłuchujmy się w to, co dana osoba mówi na swój temat. Bardzo często – nawet bez dopytywania – dowiemy się o problemach z poprzednim mieszkaniem, o trudnościach finansowych lub nawet partnerskich. Niektóre z tych faktów mogą mieć wpływ na późniejszy przebieg wynajmu.

Warto zapytać, dlaczego dana osoba poszukuje nowego lokum, czy też jaka jest jej sytuacja zawodowa. Istotne jest także, czy kandydat może zadeklarować, że będzie wynajmował mieszkanie przez określony czas – np. przez rok. Najlepiej zażądać od najemcy dowodu, że posiada stałe źródło dochodu – np. umowy o pracę. Pamiętajmy, że na każdym etapie, jeśli będziemy mieli wątpliwości co do wynajmującego, możemy się wycofać i nie podpisywać z nim umowy.

Nawet jeśli wszystko okaże się w najlepszym porządku, warto nie tylko wyraźnie zaznaczyć, jak istotne będą dla nas terminowe płatności, ale też ustalić wysokość kaucji na wypadek szkód oraz sporządzić protokół zdawczo-odbiorczy podczas przekazywania mieszkania. W umowie należy wyraźnie zaznaczyć termin i sposób opłacania czynszu i opłat eksploatacyjnych, a także konsekwencje w sytuacji opóźnień w płatnościach, zniszczeń w lokalu lub skarg sąsiadów.

Tak zabezpieczeni, możemy przystąpić do wynajmu i wreszcie zacząć zarabiać. W przypadku, gdy w kawalerce zamieszka osoba o stabilnej sytuacji finansowej, a z jej obecnością w lokalu nie będą wiązały się żadne problemy (a tak jest w zdecydowanej większości sytuacji), możemy uzyskać atrakcyjne źródło dochodu. Co ważne, przez większość czasu będzie to dochód pasywny, a więc niewymagający naszego zaangażowania. A gdy inwestycja zacznie się zwracać, warto pomyśleć o kolejnym mieszkaniu na wynajem i w ten sposób powiększyć skalę swojego nieruchomościowego biznesu.

Nie ma korzyści z szybkiego rozejmu

Biały Dom potwierdził, że dojdzie do spotkania prezydentów Trumpa i Xi, a media donoszą, że szykowane jest wstępne zawieszenie broni w wojnie handlowej. Sentyment rynkowy jest nieco lepszy z tego powodu, ale inwestorzy nie chcą przedwcześnie niczego przesądzać. Częściowo dlatego, że Trumpowi nie jest na rękę kończyć już teraz spór handlowy z Chinami.

Bezpieczne przystanie, jak JPY i CHF, są w czwartek słabsze, a odbicie zaliczają AUD i NZD – ryzykowne waluty o dużej wrażliwości na Chiny. Rynek akcji w Europie notuje zielone otwarcie po wzrostach o ok. 1 proc. w Szanghaju i Tokio. Katalizatorem poprawy sentymentu stały się medialne doniesienia, że według których USA i Chiny wstępnie uzgodniły umowę handlową, które elementem będzie zawieszenie wprowadzenia nowych ceł. Informacja nie została potwierdzona, a z oficjalnych źródeł wiemy tylko, że spotkanie prezydentów Trumpa i Xi odbędzie się w sobotę. Stąd reakcja rynku z ostatnich godzin tylko potwierdza, jak duża uwaga jest skupiona na tym spotkaniu i jak wiele od niej zależy dla przyszłych trendów.

Mimo że w ostatnich dniach przede wszystkim mówiło się o polityce Fed i jej implikacjach dla rynków finansowych, rezultat rozmów w trakcie szczytu G20 ma tutaj istotne znaczenie. Jeśli wojna celna między USA i Chinami zostanie powstrzymana, Fed utraci silny argument za obniżkami stóp procentowych. Jednak nie porzucałbym za szybko dotychczasowej wizji trendu osłabienia dolara. Prędkie porozumienie handlowe między USA i Chinami wydaje się mało prawdopodobne. Prezydentowi Trumpowi zawsze o chodzi o zwycięstwo, na każdym polu, a na starcie kampanii prezydenckiej przed przyszłorocznymi wyborami im większy sukces tym lepiej. Kompromis z uznaniem połowy warunków do takich rozwiązań się nie zalicza. W efekcie szybkie zakończenie negocjacji jest możliwe tylko przy pełnej kapitulacji Pekinu – trudno mi w to uwierzyć. Po weekendzie możemy usłyszeć, że strony są otwarte do rozmów z odroczeniem wprowadzenia nowy ceł. Ale taka elastyczna deklaracja pozostawia pełną dowolność do zmiany zdania i odnowienia gróźb wprowadzenia ceł. Inwestorzy będą sobie zdawać sprawę z tego zagrożenia, a to nie pozwoli na niepohamowany wzrost apetytu na ryzyko.

Z drugiej strony, jeśli Trump faktycznie szykował się na szybkie zakończenie sporu handlowego z Chinami, nie widziałby potrzeby w tak agresywnym atakowaniu Fed za ich politykę. Tymczasem jego wczorajsze komentarze sugerują co innego. Trump oskarżył szefa Fed Powella o wykonywanie „złej roboty”, a polityka banku centralnego nie pozwala na osłabienie dolara, podczas gdy inne kraje dewaluują swoje waluty. Dodał, że ma prawo zwolnić Powella. Nieustanna krytyka Fed nie pomaga ustabilizowaniu rynków, gdyż zakłóca interpretację decyzji w polityce monetarnej. Jeśli Fed uzna za zasadne silniejsze (o 50 pb) cięcie stóp procentowych, może zostać posądzony o utratę niezależności i wykonywanie poleceń Trumpa. Jeśli dla ratowania niezależności będzie opóźniał obniżki, może nie uchronić gospodarki przed recesją. Wszystko pomiędzy będzie polem do dyskusji, co naprawdę kieruje decyzjami Fed. Największym koszmarem banku centralnego jest nieumiejętność wiarygodnego komunikowania się z rynkiem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

3 kroki do zrównoważonego rozwoju firmy. Jak to robią najlepsi

Różnorodność jest kluczem do sukcesu w biznesie. Przekonali się również o tym polscy przedsiębiorcy, którzy wprowadzili w swoich firmach politykę diversity. Dbanie o właściwe proporcje przy zatrudnianiu kobiet i mężczyzn po prostu się opłaca – zróżnicowany, a co za tym idzie, zrównoważony zespół działa efektywniej, ma lepsze pomysły i szybciej rozwiązuje problemy. Znajduje to odzwierciedlenie, chociażby w wynikach finansowych przedsiębiorstwa. Coraz częściej, niektóre firmy postanawiają pójść jeszcze dalej i chcą zadbać o zrównoważony rozwój w pozostałych sferach działalności. Czy to jest trudne i zawsze wymaga dużej ilości czasu oraz pieniędzy? Odpowiedź na te pytania brzmi – NIE. Wystarczy tylko poznać kilka prostych zasad. Można również przyjrzeć się temu, jak robią to najlepsi.

Mowa o sustainability, czyli o zrównoważonym rozwoju. W najbardziej powszechnym rozumieniu chodzi o takie prowadzenie firmy, która zdecydowanie więcej wnosi w środowisko, gospodarkę i społeczeństwo niż czerpie z tych obszarów. To również „model” biznesowy, który jest „zdrowy” dla firmy. Aby przedsiębiorstwo mogło się rozwijać, bez problemu prosperować na rynku i zdobywać nowych klientów, osoby za nie odpowiedzialne muszą mieć świadomość tego, że istnieje związek między działaniami firmy, a zmianami, nierzadko negatywnymi, jakich dokonuje w środowisku czy w społeczeństwie. Żeby im zapobiec lub zniwelować ich skutki, trzeba wdrożyć odpowiednie rozwiązania. Jednocześnie, należy pamiętać, że w tym przypadku nie ma gotowych rozwiązań, które będą pasować do każdej firmy. Można natomiast wyłonić kilka reguł i zasad, za którymi warto podążać, jeżeli chce się zadbać o sustainability.

–  W opublikowanym w kwietniu raporcie Grupy Intrum – „Annual and Sustainability Report 2018” przedstawiliśmy nasze działania na rzecz zrównoważonego rozwoju, które na co dzień pozwalają nam realizować naszą misję, czyli wyznaczanie drogi ku zdrowej, bo zrównoważonej gospodarce. Podejmowane przez nas kroki można umieścić w trzech obszarach: 1. umożliwienie zrównoważonych płatności, 2. bycie szanowanym uczestnikiem rynku, który budzi zaufanie, 3. rozwój, poprzez tworzenie nowej jakości i poszanowanie różnic – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum Polsce.

Marka Intrum zidentyfikowała wspomniane trzy punkty na podstawie rozmów ze swoimi kluczowymi udziałowcami, interesariuszami, partnerami biznesowymi oraz klientami. Warto dokładnie wiedzieć, co się wiąże z każdym z nich, ponieważ przy pewnych modyfikacjach mogą służyć za ogólne zasady, których realizacja w praktyce pozwoli zadbać o zrównoważony rozwój firmy.

  1. Wykorzystać swoje know-how dla dobra innych

W przypadku Intrum, pierwszym punktem jest umożliwienie przepływu zrównoważonych płatności. Firma jest europejskim liderem na rynku zarządzania wierzytelnościami, pomaga w tym, by przedsiębiorstwa otrzymywały swoje płatności na czas, a osoby zadłużone mogły pozbyć się swoich problemów finansowych. Jako ekspert w tych obszarach, poprzez swoje działania wspiera prawidłowe funkcjonowanie rynku finansowego, we wszystkich krajach, w których Intrum jest obecne, dba o stabilność lokalnych gospodarek.

Działanie według „przykazań” zrównoważonego rozwoju nie polega tylko na funkcjonowaniu firmy, nastawionym wyłącznie na korzyści i realizację jak największej ilości założonych celów biznesowych. Chodzi również o zwrócenie uwagi na problemy, które dotykają społeczeństwo, czy chociażby najbliższe otoczenie i znajdywanie odpowiedzi na to, jak im zaradzić – zauważa Agnieszka Surowiec, Intrum.

Przykładowo, producent samochodów chcąc realizować powyższy cel, może np. zainwestować w badania nad rozwojem takiej technologii, która sprawi, że współczesne pojazdy będą jeszcze bezpieczniejsze. Koncern farmaceutyczny może włączyć się w działania na rzecz podnoszenia świadomości społecznej w temacie konieczności regularnego wykonywania badań profilaktycznych.

  1. Być uczestnikiem rynku, który budzi szacunek i zaufanie u innych

To kolejna zasada sustainability według Intrum. Za hasłami „szacunek” i „zaufanie” kryją się konkretne zachowania i postawy. Firma, która chce zadbać o zrównoważony rozwój, musi nie tylko być wiarygodna biznesowo, tzn. zachowywać pełen profesjonalizm w obsłudze i kontaktach z klientami. Nie może zapominać o etyce i musi również pokazać, że jej działania nie niosą przypadkowych, negatywnych konsekwencji dla społeczeństwa i środowiska.

Empatia i etyka są dla nas drogowskazami pokazującymi, jak mamy postępować z naszymi Klientami. Dzięki trzymaniu się tych zasad, zdobywamy ich szacunek oraz zaufanie. Podobnie postrzega nas całe otoczenie biznesowe. Przestrzegamy przepisów prawa i regulacji, a także dążymy do odpowiedzialnego korzystania z danych w każdym obszarze, w którym działamy, co jest ważne w świetle obowiązywania RODO. Naszą polityką jest również brak tolerancji dla korupcji i łapówkarstwa. Niezwykle ważne jest także to, jaki wpływ na klimat i ogólnie na środowisko ma nasza działalność. Przykładowo, Grupa Intrum prowadzi monitoring emisji gazów cieplarnianych – podsumowuje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Działania Intrum są świetnym przykładem odpowiedzi na obecne wymogi środowiska biznesowego na całym świecie. Dzisiaj klienci biorą nie tylko pod uwagę to, jakie produkty i usługi proponuje dana firma, ale także to, czy postępuje etycznie i jest odpowiedzialna społecznie. Nikt nie będzie chciał kupować i pracować z marką, o której wiadomo, że ma np. problem z dbaniem o środowisko lub nie przestrzega podstawowych praw pracowniczych.

  1. Szanować różnice, stawiać na różnorodność, by się rozwijać

Trzeci obszar, w którym działamy na rzecz sustainability, to rozwój poprzez tworzenie nowej jakości, która powstaje ze stawiania na różnorodność i poszanowania różnic. W Intrum szanujemy wszystkich naszych pracowników, dajemy im możliwość do tego, by mogli się rozwijać, zapewniając przy tym, że w naszej firmie jest miejsce na różnorodność, chociażby pod względem płci i wieku pracowników, jest też miejsce na różne opinie i doświadczenie. Ta różnorodność odzwierciedla i pozwala nam zrozumieć potrzeby naszych Klientów oraz ich klientów. Umożliwiamy pracę w zdrowym i przyjaznym środowisku, które motywuje do działania, co jest dla nas bardzo ważne – podpowiada Agnieszka Surowiec, Intrum.

W powyższej zasadzie chodzi o podejmowanie działań z obszaru employer branding, które ukażą daną firmę, bez względu na to, w jakiej branży działa, jako atrakcyjnego pracodawcę, który dba o dobro pracowników i podejmuje tematy, które są dla nich ważne – np. dbanie o środowisko. Taki „idealny” pracodawca musi również wdrażać narzędzia, które pokażą pracownikom, że firma, w której pracują, ma jasno określone zasady etyczne, jeżeli chodzi o wszelkie kwestie związane z HR i ich przestrzega. Bycie odpowiedzialnym i etycznym pracodawcą, tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to podstawa dbania o zrównoważony rozwój firmy.