Trzecia fala podwyżek cen paliw

Do soboty prezydent Donald Trump ma zdecydować, czy Amerykanie nadal będą uczestniczyć w porozumieniu nuklearnym z Iranem. Jeżeli Biały Dom się z niego wycofa, to mogą nas czekać kolejne podwyżki cen na stacjach benzynowych – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Od połowy marca mieliśmy do czynienia z dwoma epizodami silnych wzrostów cen paliw. Pierwszy z nich był rezultatem wyższej wyceny ropy naftowej na rynkach globalnych. Drugi wiązał się z osłabieniem złotego i wzmocnieniem się dolara.

Mimo że efekt związany z rynkiem walutowym nie jest jeszcze w pełni wkalkulowany w ceny, to według danych Komisji Europejskiej litr diesla pod koniec kwietnia kosztował w Polsce 4,80 zł/litr i był najdroższy od listopada 2014 r. Benzyna bezołowiowa z kolei osiągnęła poziom 4,88 zł/litr, czyli najwięcej od lipca 2015 r. Średnie ceny tych paliw w kolejnych dniach będą prawdopodobnie jeszcze o ok. 10 gr wyższe. To jednak niestety nie koniec złych informacji. Może nas czekać trzecia fala podwyżek cen i perspektywa tankowania paliw wyraźnie powyżej granicy 5 zł/litr.

Silny popyt, a podaż niepewna

Drugi tydzień maja rozpoczął się kolejnymi wzrostami cen ropy naftowej. Odmiana Brent przekroczyła 75 USD i osiągnęła najwyższe poziomy od końca 2014 r. Rynek obawia się teraz przede wszystkim problemów z podażą.

Fundamentalnym zagrożeniem jest dalszy spadek produkcji z Wenezueli. Według kwietniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) wydobycie z tego kraju może spaść do 1,38 mln baryłek dziennie (bbl/d). To byłoby najmniej od lat 40. ubiegłego stulecia oraz 1 mln bbl/d poniżej poziomów sprzed dwóch lat.

W przyszłym miesiącu na spotkaniu OPEC może zostać przedłużone porozumienie o ograniczeniu wydobycia również na rok 2019. Coraz bliższe relacje kartelu oraz Rosji i skuteczność w podnoszeniu cen ropy mogą przerodzić się z sformalizowanie współpracy na czas nieokreślony. Byłaby to negatywna informacja dla konsumentów.

Warto także pamiętać, że w tym roku popyt na ropę ma wzrosnąć o ok. 1,5 mln bbl/d. Większą podaż natomiast mają zapewnić przede wszystkim Stany Zjednoczone (1,3 mln bbl/d). Przy malejących globalnych zapasach ropy oraz silnym wzroście popytu rośnie ryzyko, że jeżeli w USA nastąpi spowolnienie wzrostu produkcji, wtedy gwałtownie może się nasilić deficyt na rynku ropy. To może podtrzymywać ceny w kolejnych tygodniach.

Irańskie porozumienie zagrożone

Średnioterminowe elementy wspierające podwyżki cen ropy naftowej w najbliższych dniach ustąpią jednemu wydarzeniu. Do 12 maja prezydent Trump na zdecydować, czy nadal uczestniczyć w porozumieniu nuklearnym z Iranem zawartym w 2015 r. Dziś wiele wskazuje, że USA ponownie nałoży sankcje na Teheran.

To prawdopodobnie miałoby szerokie konsekwencje na rynku ropy naftowej. W perspektywie kilku miesięcy podaż z Iranu mogłaby się zmniejszyć o kilkaset tys. baryłek dziennie ze względu na utrudnioną współpracę z Iranem nawet firm spoza USA.

Według raportu bezpartyjnego Congressional Research Service (CRS) „Options to Cease Implementing the Iran Nuclear Agreement” z końca kwietnia całe porozumienie może upaść (oprócz Stanów Zjednoczonych uczestniczą w nim Niemcy, Wielka Brytania, Rosja, Chiny oraz Francja), gdyby USA się z niego wycofały, a Iran prawdopodobnie wróciłby do badań nad produkcją broni atomowej.

Inną konsekwencją zakończenia porozumienia według CRS może być także chęć posiadania broni atomowej przez Arabię Saudyjską w celu zmniejszenia hipotetycznego wpływu jej wyprodukowania przez Iran. Kolejnym negatywnym elementem dla bogatego w ropę regionu może być kryzys ekonomiczny w Iranie związany z sankcjami. Niesie to zwiększone ryzyko destabilizacji sytuacji wewnętrznej w Iranie i na całym Bliskim Wschodzie, a tym samym wzrostu ceny ropy naftowej.

Będzie coraz drożej

Jeżeli nie dojdzie do przedłużenia porozumienia z Iranem, to scenariuszem bazowym jest dalszy wzrost cen ropy i przekroczenie przez odmianę Brent wartości 80 dolarów za baryłkę. To spowodowałoby kolejną kilkunastogroszową podwyżkę cen na polskich stacjach.

Dodatkowo obawy o bilans sił na Bliski Wschodzie i rosnące ryzyko zaburzeń podaży w tym regionie mogłoby utrzymywać wysokie ceny znacznie dłużej niż wynikałoby to tylko i wyłącznie z czynników fundamentalnych.

E-VALUER INDEX 2018: Rekordowa podaż mieszkań wciąż nie nadąża za popytem

Rok 2017 był kolejnym okresem rekordowej podaży na rynku mieszkaniowym. Wzrost liczby sprzedanych lokali w porównaniu do poprzedniego roku nastąpił w większości głównych polskich aglomeracji. Co więcej, w 2017 r. inwestycje sprzedawały się szybciej niż rok wcześniej. Popyt na mieszkania był na tyle wysoki, że pomimo rekordowej liczby mieszkań wprowadzonych przez deweloperów do sprzedaży, ceny mieszkań w większości lokalizacji mocno wzrosły. Na rynku pierwotnym dynamika wzrostu w niektórych lokalizacjach osiągnęła nawet 10-16% kwoty jaką kupujący płacili rok wcześniej, wynika z raportu E-VALUER INDEX 2018 opracowanego przez Emmerson Evaluation.

Wysyp nowych mieszkań

Pod względem liczby nowo wprowadzonych do sprzedaży mieszkań liderem jest Łódź, gdzie w ciągu ostatniego roku deweloperzy dostarczyli na rynek o 76% więcej mieszkań niż w roku poprzednim. Wysoką dynamikę wzrostu liczby nowo wprowadzonych lokali w 2017 r. można było obserwować także w Katowicach (43%), Wrocławiu (28%) oraz w Warszawie (23%).

Duży przyrost nowych mieszkań wprowadzonych na rynek miał odzwierciedlenie w wielkości całkowitej oferty deweloperskiej na koniec ubiegłego roku. Całościowa podaż mieszkań na rynku pierwotnym najmocniej wzrosła w Łodzi (o 34% w porównaniu do poprzedniego roku). W tym mieście dopiero od niedawna można obserwować dużą aktywność deweloperów. Pomimo rosnącego popytu stymulowanego rozwojem sektora biurowego i pojawianiem się nowych miejsc pracy, rynek łódzki nie zdążył jeszcze przystosować się do nowej sytuacji i wchłonąć dużej liczby lokali.

Pod względem całkowitej liczby mieszkań dostępnych w ofercie deweloperów liderem nadal pozostaje Warszawa. Na koniec 2017 r. w stolicy znajdowało się ich blisko 16 tys. Na kolejnych miejscach w zestawieniu uplasował się Wrocław (7,6 tys. mieszkań), Kraków (6,8 tys.) oraz Trójmiasto (6,5 tys.). Łódź pod względem całkowitej liczby mieszkań oferowanych przez deweloperów na koniec ostatniego roku (3,7 tys.) niemal dogoniła Poznań (3,9 tys.). Na pozostałych rynkach poziom oferty na koniec
2017 r. lekko spadł lub utrzymał się na zbliżonym poziomie do roku poprzedniego, co wynika z dużej absorpcji mieszkań.

W ubiegłym roku zanotowano także rekordową w ostatnich latach liczbę mieszkań, na które wydano pozwolenia na budowę. W Warszawie wydano je aż dla 24 069 lokali mieszkalnych. Dobre wyniki w tym względzie odnotowały także Wrocław (13 828), Kraków (12 889) i Trójmiasto (9 069).

Jeżeli liczbę mieszkań, na które wydano pozwolenia na budowę przeliczymy na 100 tys. mieszkańców okazuje się, że w ostatnim roku liderem był Wrocław z wynikiem 2166 mieszkań. Na kolejnych miejscach uplasowały się Rzeszów (1997 mieszkań), Kraków (1681) oraz Kielce (1574). Warszawa w tym zestawieniu zajęła dopiero 5 miejsce z wynikiem 1369 mieszkań.

WYKRES: LICZBA MIESZKAŃ NA KTÓRE WYDANO POZWOLENIE NA BUDOWĘ

WYKRES LICZBA MIESZKAŃ NA KTÓRE WYDANO POZWOLENIE NA BUDOWĘOpracowanie: Emmerson Evaluation

Niedościgniony popyt

Rekordowej podaży mieszkań towarzyszył też bardzo duży popyt. W zeszłym roku w większości miast regionalnych na rynku pierwotnym zanotowano wzrost sprzedaży. Największą dynamikę względem ubiegłego roku można było zaobserwować w Łodzi, gdzie sprzedano o 62% więcej mieszkań oraz w Katowicach (42%), Poznaniu (27%) i Warszawie (23%).

Warto podkreślić, że w 2017 r. inwestycje mieszkaniowe sprzedawały się szybciej niż rok wcześniej. Tempo sprzedaży inwestycji deweloperskich wzrosło szczególnie w Trójmieście. W ciągu roku od momentu wprowadzenia inwestycji na rynek wyprzedawało się tam średnio 66% wszystkich lokali mieszkalnych. Podobny trend był widoczny w Warszawie, gdzie w ciągu roku wyprzedawała się ponad połowa wszystkich mieszkań, a także w Krakowie (50%) i Wrocławiu (46%.). Najwolniej sprzedawały się z kolei w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski w ciągu roku wyprzedawało się średnio 30% mieszkań z inwestycji, a po 2 latach w ofercie pozostawał jeszcze co czwarty lokal – komentuje Robert Korczyński, Członek Zarządu Emmerson Evaluation.

Wzrost cen nie zwalnia tempa

Duży popyt i wysokie tempo sprzedaży miało odzwierciedlenie we wzrostach cen mieszkań. Miastem, które zanotowało największy skok cenowy na rynku pierwotnym był Gdańsk, gdzie kupujący musieli zapłacić średnio o 16% więcej niż rok wcześniej. Na kolejnych miejscach w tym względzie uplasował się Sopot (wzrost o 10%) oraz Gdynia i Łódź z dynamiką rzędu 9%. Mimo tego 1 mkw. w Gdańsku jest nadal o ok. 15% tańszy niż w Warszawie. W pozostałych lokalizacjach wzrosty nie przekraczały 6%. Jedyną lokalizacją, gdzie zanotowano lekki spadek cen są Katowice (-1%). Nabywcy z Aglomeracji Śląskiej coraz częściej decydują się bowiem na zakup mieszkania poza stolicą Górnego Śląska. Ceny na terenie pozostałych miast GOP są o ok. 20% niższe, a ich skomunikowanie z Katowicami jest bardzo dobre.

W rankingu median cen na rynku pierwotnym w ujęciu bezwzględnym liderem nadal jest Sopot, z medianą 11 162 zł/mkw. Ze względu na wypoczynkowy charakter miasta, duży udział mają tam inwestycje luksusowe, skierowane do ogólnopolskiego nabywcy. Na kolejnym miejscu uplasowała się Warszawa – 7 925 zł/mkw., Kraków – 6 826 zł/mkw. oraz Gdańsk 6 719 zł/mkw. Najtaniej mieszkania na rynku pierwotnym, podobnie jak rok wcześniej, można było kupić w Gorzowie Wielkopolskim oraz Zielonej Górze. Z kolei Lublin i Toruń, to jedyne z mniejszych ośrodków wojewódzkich, które w 2017 r. zanotowały medianę ceny mkw. mieszkania na rynku pierwotnym na poziomie powyżej 5 000 zł.

WYKRES: MEDIANA CEN 1 MKW.WYKRES MEDIANA CEN 1 MKW

Opracowanie: Emmerson Evaluation

Dynamiczny rozwój rynku pierwotnego stymulował także rynek wtórny. Najdroższe mieszkania „z drugiej ręki” kupujący nabywali w Warszawie, Sopocie i Krakowie. Jeżeli chodzi o przyrost cen mkw. na rynku wtórnym, to najszybciej drożały lokale mieszkalne w Gdańsku (wzrost o 10%), Katowicach (9%) oraz Gdyni i Opolu (wzrost o 7% w każdym z tych miast) podsumowuje Robert Korczyński, Członek Zarządu Emmerson Evaluation.

Ostatni dobry rok dla nieruchomości?

Według szacunków Emmerson Evaluation rok 2018 przyniesie rekordową liczbę mieszkań oddanych do użytkowania (ponad 200 tys.). Firma prognozuje, że ceny mkw. w 2018 r. wzrosną jeszcze o kilka procent, a w najlepszych lokalizacjach przyrost cen może przekroczyć próg 10%. Wzrost cen w tym roku będzie napędzany przez utrzymujący się wysoki popyt na mieszkania, ale także ze względu na rosnące koszty budowy, robocizny czy coraz większą trudność w pozyskaniu gruntów przez deweloperów. Dobrej koniunkturze na rynku powinny sprzyjać także niskie oprocentowania kredytów hipotecznych i relatywnie wysoki zwrot z inwestycji mieszkaniowych. Emmerson Evaluation spodziewa się również, że deweloperzy chcąc utrzymać marże na dotychczasowym poziomie, będą próbowali dokonywać podwyżek cen mieszkań.

Jednocześnie firma prognozuje, że obecny rok pod względem liczby sprzedanych mieszkań oraz wzrostu cen transakcyjnych może być ostatnim tak dobrym rokiem, a kolejne lata mogą przynieść obniżenie tych wskaźników. Wśród czynników, które mogą wpływać na schłodzenie koniunktury Emmerson Evaluation wskazuje możliwość podniesienia stóp procentowych przez NBP, szybko rosnącą podaż nowych mieszkań oraz rozwój rządowego programu Mieszkanie Plus. W ocenie analityków, mogą one doprowadzić do spadku cen, a tym samym ograniczyć zyski i wpłynąć na stabilność finansową części firm deweloperskich.

Kurs dolara najwyżej w tym roku. Złoty tracił trzeci tydzień z rzędu

Złoty tracił trzeci tydzień z rzędu i traci dalej. Dolar najdroższy w tym roku. Euro dotknęło 4,29 zł. Funt dalej na huśtawce. Frank szuka stabilizacji, ale słabość złotego nie pomaga.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 30.04.2018-07.05.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2030 3,5045 3,4615 4,7684
Maksimum 4,2900 3,5900 3,5777 4,8812

 

USDPLN

USDPLNH1 (1)            Złoty cały czas pozostaje pod presją dolara. Ten w ostatnim czasie co prawda wyhamował wzrosty, ale ciągle pozostaje mocny. Eurodolar wciąż pozostaje poniżej poziomu 1,20$, gdzie obecnie wszedł w drobną konsolidację. Względem złotego amerykańska waluta podrożała już o ponad 20 groszy w przeciągu trzech tygodni. Dopiero koniec poprzedniego tygodnia był w stanie wyhamować ten ruch. Co ważne zatrzymanie umocnienia dolara zostało potwierdzone przez formację potrójnego szczytu. Z drugiej strony nadal nie udało się sforsować linii obecnego trendu, co może sugerować, że w najbliższym czasie znów podejdziemy w okolice 3,58 zł. W tym tygodniu i dla złotego i dla dolara kluczowe będą odczyty dotyczące inflacji. Już w środę poznamy raport dotyczący wzrostu cen dla producentów za oceanem. Główny odczyt nastąpi w czwartek, a na koniec tygodnia poznamy inflację w Polsce. Oba banki centralne mają jasno określony plan na najbliższą przyszłość i mało prawdopodobne by pojedynczy odczyt mógł je zmienić, co jednak nie oznacza, że obędzie się bez emocji. Dolar jest obecnie blisko tegorocznych szczytów, więc ostatnia zniżka powinna być odbierana tylko jako realizacja pierwszych zysków, przy czym trend wzrostowy wydaje się niezagrożony.

EURPLNEURPLNH1 (1)

            Euro pomimo własnych problemów także umacnia się wobec złotego. Ruch ten nie jest oczywiście tak spektakularny, jak w przypadku dolara, ale i tak wspólna waluta jest obecnie 15 groszy droższa niż w połowie kwietnia. Co ważne większość problemów trapiących obie waluty są tożsame. Z jednej strony mamy mocnego dolara, który w oczywisty sposób oddziałuje na euro, ale także umocnienie “zielonego” zawsze ciąży walutom z koszyka EM ze złotym na czele. Po drugie coraz większy niepokój budzą odczyty z Niemiec, które są zarówno największą gospodarką strefy euro, jak i największym partnerem handlowym Polski. Obecnie w ocenie części członków RPP potencjalne spowolnienie naszego zachodniego sąsiada, jest głównym czynnikiem ryzyka dla rodzimej gospodarki, a więc pośrednio także dla złotego. EURPLN po dotarciu do ostatniego szczytu stracił już 5 groszy i choć trend wzrostowy pozostaje aktualny, to coraz cięższej będzie wyjść na nowe maksima.

GBPPLNGBPPLNH1 (1)

W Wielkiej Brytanii dzisiaj jest dzień wolny, co wcale nie oznacza spokoju na funcie. W ostatnim czasie obserwujemy prawdziwy rollercoaster na wykresie GBPPLN. Funt jest w stanie w przeciągu tygodnia podrożeć o 15 groszy, tylko po to, by w kolejnym tygodniu oddać większość tego ruchu. W szerszej perspektywie co prawda widać zamykający się klin, który obecnie znacznie ogranicza wolatywność na rynku, to jednak bardzo prawdopodobne, że kiedy formacja w końcu zostanie wyłamana, znowu zobaczy dynamiczny ruch. Funt tylko dzisiaj podrożał o 3 grosze, wędrując od dolnego do górnego ograniczenia zwężającego się kanału. W czwartek poznamy decyzję Banku Anglii na temat przyszłej polityki pieniężnej, przy okazji zostaną opublikowane kwartalne projekcje dotyczące inflacji na Wyspach. Pojawia się więc okazja do kolejnego znaczącego ruchu na tej parze.

CHFPLNCHFPLNH1 (1)

            Frank powoli szuka stabilizacji. Po tym, jak przez pierwszą połowę kwietnia kurs CHFPLN wyraźnie spadał, tak cały ten ruch został zanegowany w drugiej połowie miesiąca. Obecnie frank jest wyceniany mniej więcej na poziomie 3,55 zł i wydaje się, że teraz poszuka konsolidacji. Zwłaszcza jeśli złotemu uda się złapać oddech na szerokim rynku. Szwajcarska waluta obecnie zakotwiczyła się niewiele poniżej poziomu 1,20 na parze EURCHF i wiele wskazuje na to, że SNB właśnie na tym ostatnio zależało. Coraz więcej wskazuje na to, że znowu czeka nas okres względnego spokoju na tej parze i że to siła euro będzie wyznaczała kierunek dla kursu CHFPLN.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Cena ropy znów w górę. Rubel zwyżkuje

Amerykański rynek pracy okazał się lepszy od oczekiwań analityków. Dane z Europy z kolei nie spełniły tych oczekiwań. Widmo powrotu sankcji eksportowych na ropę naftową z Iranu odciska swój wpływ na cenę surowca.

Rynek pracy w USA

Bezrobocie w USA jest najniższe od 2000 roku. Jest to z pewnością bardzo dobry wynik, jednak w tym samym czasie poznaliśmy dane o utworzonych nowych miejscach pracy. Nie było ich tak dużo jak oczekiwano co oznacza, że dynamika spadku bezrobocia nie będzie tak znaczna jak sądzono. Rynek po tych danych nie mógł się dłuższy czas zdecydować. Z jednej strony miał szybszy niż się spodziewał spadek stopy bezrobocia poniżej 4% z drugiej gorsze dane o nowych miejscach pracy. Przewagę po pewnym czasie uzyskali jednak optymiści i dolar był najtańszy od końca 2017 roku przebijając minima ze stycznia.

Dane z Europy

Dzisiaj od rana poznaliśmy odczyty od naszych zachodnich i południowych sąsiadów. Zamówienia w niemieckim przemyśle wbrew oczekiwaniom nie wzrosły w marcu o 0,5% ale spadły o 0,9%. Słabsze dane z Europy w połączeniu z dobrymi z USA są właśnie powodem, że dolar jest najsilniejszy względem euro od miesięcy. Również informacje z Czech nie były miłą niespodzianką. Zarówno produkcja przemysłowa jak i sprzedaż detaliczna okazały się słabsze od oczekiwań.

Zwyżki cen ropy naftowej

Napięcie na linii Iran-USA podnosi ceny ropy. Analitycy boją się ograniczenia eksportu z Iranu. To z kolei zmniejszyłoby ilość surowca na rynkach światowych tym samym podnosząc jego cenę. Powodem są wypowiedzi Donalda Trumpa krytykujące porozumienie z 2015 roku ściągające sankcje. Termin na decyzję wyznaczony został do końca tygodnia. Oznacza to, że możemy mieć gorące dni na rynku czarnego złota. Warto zwrócić uwagę, że ropa amerykańska osiągnęła 70 dolarów za baryłkę. Jest to pułap, przy którym produkcja z łupków i otwieranie nowych źródeł wydobycia jest opłacalna. Wraz z drożejącą ropą w górę odbiły też rosyjskie ruble.

Dzisiaj w Wielkiej Brytanii Majowe Święto Bankowe, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

PCC od zakupu kryptowalut

Pod koniec marca środowisko inwestorów obiegła informacja o działaniach fiskusa zmierzających do pozyskania danych klientów giełd, które pośredniczą w handlu wirtualnymi walutami opartymi na technologii blockchain. Najwyraźniej Ministerstwo Finansów postanowiło stworzyć nieformalny rejestr podatników inwestujących w bitcoina i inne kryptowaluty, jednak obejmuje jedynie terytorium Polski, zatem w katalogu fiskusa znajdą się głównie ci inwestorzy, którzy korzystali z giełd prowadzonych przez polskie firmy pozostające pod jurysdykcją Krajowej Administracji Skarbowej.

Wygląda na to, że ubiegłoroczna hossa na rynku kryptowalut rozbudziła apetyt ministerstwa na pozyskanie dodatkowych wpływów do budżetu. Dane inwestorów gromadzone są z kilku powodów – najbardziej oczywistym z nich jest chęć pozyskania znacznych środków pieniężnych poprzez opodatkowanie obrotu kryptowalutami.

Wiosenne porządki z kryptowalutami

Jeżeli akcja organów skarbowych zakończy się sukcesem, fiskus zdobędzie wiedzę o tysiącach podatników mających styczność z rynkiem wirtualnych walut. Jak głosi stara reguła z czasów słusznie minionych, „dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie” – skoro zatem człowieka już mamy, zidentyfikowanego i wstępnie podliczonego, czas na prezentację paragrafów, dzięki którym jego pieniądze zasilą Skarb Państwa. 4 kwietnia na stronie internetowej Ministerstwa Finansów ukazała się publikacja pod złowrogo brzmiącym tytułem „Skutki podatkowe obrotu kryptowalutami w PIT, VAT i PCC”. Nie mamy w tym wypadku do czynienia ani z interpretacją ogólną, ani z tzw. objaśnieniami podatkowymi, których wydanie pociąga za sobą skutki prawne określone w Ordynacji podatkowej. Status tego tekstu nie jest jasny – autorzy umiejscowili publikację w dziale „Aktualności” Ministerstwa Finansów, pośród tekstów o zmniejszaniu biurokracji i rozliczaniu PIT-ów w centrach handlowych. Można zatem zaryzykować tezę, że to nie podatnicy są głównym adresatem publikacji, tylko urzędy i izby administracji skarbowej, stojące na pierwszej linii frontu w walce z niesubordynowanymi podatnikami.

Jak nie VAT-em go, to PCC

Lektura publikacji, w części odnoszącej się do podatków PIT i VAT, nie budzi wielkich emocji. Resort finansów konsekwentnie traktuje dochód ze sprzedaży kryptowalut jako podlegający opodatkowaniu podatkiem PIT na zasadach ogólnych. W zależności od konkretnego przypadku źródłem przychodu są prawa majątkowe lub pozarolnicza działalność gospodarcza – w konsekwencji stawka podatkowa wynosić może 18, 32 lub 19%. Choć klasyfikowanie kryptowaluty jako prawa majątkowego wywołuje wiele kontrowersji, trzeba przyznać, że stanowisko Ministerstwa Finansów zaprezentowane w omawianej publikacji w części dotyczącej PIT jest już ugruntowane i nie powinno nikogo zaskoczyć.

Dobra wiadomość dla przedsiębiorców jest taka, że we wspomnianym tekście znajdziemy wyraźne potwierdzenie, że dokumenty bankowe, wraz z załączonym wydrukiem z dokonanej transakcji z giełdowego profilu inwestora, mogą być uznane za dowód księgowy w rozumieniu ustawy o rachunkowości. Innymi słowy, jako dowód poniesionych wydatków stanowiących koszt uzyskania przychodów, wykorzystać można dokumenty łatwo dostępne – potwierdzenia przelewów bankowych i plików generowanych przez internetowe platformy inwestycyjne.

Podobnie przedstawia się kwestia opodatkowania obrotu kryptowalutami podatkiem od towarów i usług. Sprzedaż kryptowaluty za walutę fiducjarną, a także wymiana na inną kryptowalutę co do zasady podlegają opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług, ale korzystają ze zwolnienia z VAT. Stanowisko takie jest powszechnie aprobowane, także przez Trybunał Sprawiedliwości UE. Należy z ulgą skonstatować, że brak nowych wiadomości to w tym przypadku dobra wiadomość.

Skąd zatem burza wokół publikacji Ministerstwa Finansów, która przetoczyła się na forach internetowych i w mediach społecznościowych skupiających środowisko inwestorów? Odpowiedź przynosi lektura dwóch skromnych akapitów w części poświęconej skutkom podatkowym, które wywołuje obrót kryptowalutami na gruncie podatku od czynności cywilnoprawnych. Jak dowiadujemy się z treści publikacji, zarówno sprzedaż kryptowaluty, jak i zamiana na inną kryptowalutę podlegają opodatkowaniu PCC. Podatek, wyliczony od wartości rynkowej nabytego prawa majątkowego wedle stawki 1%, obciąża kupującego, a w przypadku zamiany – solidarnie obie strony czynności cywilnoprawnej. Stanowisko Ministerstwa Finansów jest jednoznaczne – w ocenie fiskusa umowy, których przedmiotem jest kryptowaluta, nie korzystają z żadnych zwolnień wymienionych w treści ustawy o PCC, przyznawanych np. walucie obcej czy ruchomościom o wartości rynkowej poniżej 1 tys. zł.

Praktyczne skutki stanowiska Ministerstwa Finansów dla inwestorów

Znając stanowisko resortu finansów, możemy pokusić się o wykonanie krótkiego eksperymentu myślowego i przełożyć wyżej przytoczoną wykładnię ustawy podatkowej na realia obrotu bitcoinem i innymi walutami wirtualnymi. Jak wiemy, strategie poszczególnych inwestorów są różne. Niektórzy stale dokupują dane aktywa, mając nadzieję na spektakularny wzrost notowań i jednorazowe zamknięcie inwestycji. Inni gracze reagują na zmiany trendów w czasie rzeczywistym – w zależności od sytuacji błyskawicznie otwierają i zamykają pozycje, dzięki czemu generują zysk nawet na niewielkich wahnięciach kursów danej waluty. Wśród krótkoterminowych inwestorów znajdziemy również takich, którzy grają na giełdach za pośrednictwem botów – specjalistycznych aplikacji zaprogramowanych na natychmiastową reakcję i obrót danym walorem po osiągnięciu określonych widełek cenowych lub zmiany procentowej. Najbardziej aktywni inwestorzy – tzw. DayTraderzy – potrafią wygenerować w ciągu jednego tylko dnia obrót 100-krotnie przekraczający wartość całego swojego portfela inwestycyjnego. Dodajmy, że giełdy kryptowalut oferują szerokie spektrum narzędzi inwestycyjnych, w tym tzw. dźwignie finansowe – narzędzia pozwalające inwestować pieniądze pożyczone od brokera, gdzie udział własny środków inwestora może stanowić 1% inwestycji (dźwignia 1:100). W konsekwencji inwestor inwestujący na giełdzie 100 jednostek może w ciągu jednego roku bez trudu kupić i sprzedać czy zamienić waluty o wartości 100 tys. jednostek.

Jakie praktyczne skutki wywołuje stanowisko zaprezentowane przez Ministerstwo Finansów w zakresie skutków podatkowych obrotu kryptowalutą na gruncie PCC? Polski inwestor kryptowalutowy, z reguły człowiek młody, często student, osoba ponadprzeciętnie przedsiębiorcza, zafascynowana Internetem i nowymi technologiami, staje się w myśl publikacji przestępcą podatkowym, który nie złożył np. 1,46 tys. sztuk deklaracji PCC (dwa lata inwestowania, dwie transakcje kupna/zamiany dziennie) i nie odprowadził podatku PCC stanowiącego skumulowaną wartość rzędu 1000% zainwestowanego kapitału własnego. Nie tylko podatki pochłoną w tym przypadku cały zysk wypracowany przez inwestycje, ale i długi względem Skarbu Państwa mogą okazać się niemożliwe do spłacenia za życia podatnika.

Pęd polskiego rządu do opodatkowania inwestycji kryptowalutowych z pewnością spowoduje liczne spory administracyjne i sądowe na linii podatnik – fiskus. Działania organów podatkowych mogą okazać się dla niektórych inwestorów dramatyczne w skutkach. Dlatego warto zawczasu zastanowić się nad wyborem właściwego wsparcia merytorycznego. Specjaliści z Kancelarii Skarbiec mają bogate doświadczenie w doradztwie prawnym, podatkowym, reprezentacji klientów sporach z aparatem skarbowym, a także w ochronie majątku osobistego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Transition Technologies na korzystnym i stabilnym kursie po Q1 2018

Grupa Transition Technologies – lider IT w obszarze energii, gazu i przemysłu podsumowuje wstępne wyniki pierwszego kwartału. – Odnotowaliśmy rekordowy wzrost sprzedaży, dywersyfikujemy kierunki działalności i stale się rozwijamy – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Grupy Kapitałowej Transition Technologies.

TT_Podsumowanie Q1 2018Pomimo umiarkowanej koniunktury w krajowym segmencie IT, wszystkie spółki Grupy Kapitałowej Transition Technologies osiągnęły w Q1 rekordową sprzedaż, na poziomie 65 mln PLN (wzrost niemal 12% r/r). Historyczne dane GK TT wskazują, że przychody pierwszego kwartału zwykle kształtują się na poziomie 20-22% obrotów rocznych.

Z kolei backlog zwiększył się do ok. 220 mln PLN (wzrost niemal 15 % r/r). Dobre, utrzymujące się wyniki pozwalają na podtrzymanie prognozowanego na początku 2018 roku wzrostu sprzedaży o 15-25% w porównaniu do 2017 roku i przekroczenie granicy 300 mln PLN. Firma kontynuuje realizację kluczowych projektów w sektorze energetycznym i przemysłowym, odnotowuje też dynamiczne zwiększanie się sprzedaży w segmencie informatycznych usług outsourcingowych i usług zarządzanych – Managed Services.

Na rok 2018 patrzymy optymistycznie, mimo że paradoksalnie spodziewamy się też wielu zawirowań, a nawet możliwości pojawienia się gwałtownych turbulencji rynkowych. Jednakże, podobnie jak kilka innych firm z sektora, właśnie teraz upatrujemy szansy na szybki rozwój – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Transition Technologies.

Grupa TT łączy model specjalistycznego, międzynarodowego outsourcingu IT z własną unikatową ofertą produktową (systemy wspomagania handlu energią i gazem, optymalizacja, integracja danych, Medical Intelligence oraz Data Science). – Nasze rozwiązania sprzedajemy nie tylko na polskim, ale także na zagranicznym rynku. Podobnie jak dotychczas, od początku 2018 roku konsekwentnie inwestujemy w działalność B+R, ale także budujemy  pozycję na trudnych obecnie rynkach sektora publicznego – dodaje Świrski.

Transition Technologies opiera swoją strategię na budowie silnych lokalnych centrów produkcyjnych i usługowych w Polsce, a w pierwszym kwartale 2018 łączna liczba biur krajowych zwiększyła się do 12, pozwalając na łączne zatrudnienie ponad 1500 pracowników. Grupa konsekwentnie rozbudowuje swoją pozycję na rynkach zagranicznych. Po biurach inżynierskich w USA, developerskim w Malezji, sprzedażowych w Niemczech, USA i Wlk. Brytanii, zainwestowała także w lokalną firmę na rynku francuskim.

Kluczowe dla dynamicznego rozwoju GK Transition Technologies jest posiadanie unikatowego portfolio produktów oraz stabilne i długoterminowe kontrakty na usługi dla największych światowych korporacji, co zawsze pozwala na posiadanie długoterminowego backlogu (gwarantowanych zamówień).

Open Source kończy 20 lat – dziś otwarty kod stanowi nawet 90 proc. nowych aplikacji

W lutym tego roku minęło 20 lat od spotkania The Open Source Initiative (OSI) uważanego za symboliczne narodziny ruchu open source. Wydarzenie dało również początek organizacji, której misją jest promowanie otwartych rozwiązań. Jednym z założycieli OSI był Eric S. Raymond, autor „19 przykazań” dotyczących tworzenia oprogramowania open source zawartych w eseju, a potem w książce pt. The Cathedral and the Bazaar[1], które do dziś stanowią aktualną listę dobrych praktyk, ważnych dla programistów pracujących na otwartym kodzie. Trend, któremu początkowo nie wróżono sukcesu, obecnie wyznacza kierunek rozwoju sektora technologicznego. Według firmy doradczej Forrester, dziś programiści pracujący nad rozwojem nowych aplikacji nawet
w 80-90 proc. korzystają z otwartych komponentów. Na niezauważanie open source nie mogą sobie pozwolić nawet firmy dotąd kojarzone wyłącznie z rozwiązaniami zamkniętymi.

Na początku 1998 roku Netscape, firma współpracująca z Raymondem opublikowała kod źródłowy swojej przeglądarki Netscape Communicator, co stanowiło impuls do zorganizowania spotkania The Open Source Initiative, na którym powołano do życia organizację wspierającą rozwój otwartego oprogramowania. OSI przyczyniła się do opublikowania dokumentu „Open Source Definition”, a tym samym do upowszechnienia się samego terminu. Open source dotyczy oprogramowania, którego kod źródłowy został upubliczniony i jest powszechnie dostępny – w odróżnieniu od rozwiązań zamkniętych, gdzie taka wiedza objęta jest tajemnicą przedsiębiorstwa. Udostępnianie kodu pozwala na szybsze i bardziej efektywne tworzenie nowych rozwiązań i usprawnianie tych już istniejących. Dodatkowo, użytkownikom daje większą elastyczność w zakresie dostosowywania oprogramowania do własnych potrzeb.

Popularność rozwiązań opartych o technologie open source pokazuje, że można z powodzeniem działać w branży technologicznej, udostępniając jednocześnie swoje know-how w postaci kodu źródłowego oprogramowania. Dwie dekady temu rynek nie widział w takim podejściu biznesowego uzasadnienia. Dziś z open source codziennie korzystają choćby miliony użytkowników smartfonów. Otwarty kod jest silnie obecny także w oprogramowaniu dla biznesu. Wiele firm posiadających własne centra danych, korzysta właśnie z otwartych systemów operacyjnych. Z kolei, jeśli przyjrzymy się najistotniejszym kierunkom rozwoju IT, okaże się, że również one są zdominowane przez otwarte technologie. Wystarczy wymienić rynek konteneryzacji, data science czy uczenia maszynowego. Open source należy więc postrzegać jako źródło innowacji w sektorze technologicznym – mówi Dariusz Świąder, Prezes Zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, największego w Europie Środkowo-Wschodniej wydarzenia dedykowanego otwartym technologiom.

90 proc. otwartości

Wszechobecność open source w dzisiejszym świecie IT obrazuje analiza The Forrester Wave: Software Composition Analysis. Według tego opracowania nawet 80-90 proc. kodu w nowo powstałych aplikacjach pochodzi z otwartego źródła, a tylko 10-20 proc. zostaje napisane od nowa przez deweloperów. Dostępność komponentów oprogramowania
o otwartym kodzie źródłowym przyspiesza, usprawnia i zmniejsza koszt tworzenia nowych aplikacji, pomagając zaspokoić popyt generowany zarówno przez wewnętrzne potrzeby organizacji, jak i klientów zewnętrznych. Wyniki badania wskazują również na jedną z głównych zalet ruchu otwartego oprogramowania – dzielenie się wiedzą. Co skłania programistów do udostępniania swojego kodu, a co za tym idzie – dzielenia się własnym czasem i cennym doświadczeniem z innymi? Udział w projektach open source pozwala najszybciej i najefektywniej szlifować posiadane kompetencje oraz zdobywać nowe umiejętności. Co istotne, można również liczyć na rzetelną informację na temat swojej pracy. Nad otwartymi rozwiązaniami pracuje bowiem wielomilionowa społeczność specjalistów, która nieustannie weryfikuje jakość i poprawność kodu, oraz projektuje nowe funkcjonalności, które usprawniają pracę innych osób tworzących oprogramowanie.

Jak wynika z ostatniego badania Black Duck Open Source 360 Survey, przeprowadzonego wśród ok. 900 respondentów, 90 proc. organizacji używa otwartego oprogramowania, a 60 proc. zwiększyło skalę jego wykorzystania w ciągu ostatniego roku. Ponadto, 63 proc. ankietowanych uważa, że open source przyspiesza wdrożenie innowacji, a 61 proc., że wykorzystane otwartych komponentów poprawia jakość tworzonych rozwiązań.

Powszechność otwartych technologii jest dobrze widoczna również na polskim rynku. Ten trend potwierdzają wyniki pierwszego badania dotyczącego ich wykorzystania w rodzimym biznesie, przeprowadzonego przez Linux Polska. Aż 97 proc. badanych przyznało, że tworząc własne rozwiązania IT i aplikacje, korzysta częściowo lub wyłącznie z otwartych technologii. 9 na 10 respondentów korzysta z systemów operacyjnych typu open source, a 7 na 10 z otwartych baz danych. Rozwiązania open source są też ważnym narzędziem w obszarze technologii, takich jak przetwarzanie
w chmurze i big data – na ich zastosowanie w tym zakresie wskazał odpowiednio co trzeci i co piąty pytany
– dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Jeszcze więcej open source

Rozwój ruchu otwartego oprogramowania przyspiesza wraz ze wzrostem świadomości firm technologicznych, które zaczynają dostrzegać korzyści z kontrybucji. Co czwarta firma biorąca udział w ankiecie Black Duck przyznała, że przynajmniej połowa zatrudnionych w nich deweloperów uczestniczy w rozwijaniu minimum jednego projektu open source. Powszechność open source sprawia, że na tę technologię otwierają się również firmy kojarzone dotąd powszechnie z oprogramowaniem zamkniętym. Przykładem jest Microsoft, który dziś jest największym korporacyjnym kontrybutorem otwartego kodu.

Już 23 maja w hotelu Marriott w Warszawie o sektorze otwartych technologii będą dyskutowali goście 11. edycji konferencji Open Source Day, największego w Europie Środkowo-Wschodniej wydarzenia dedykowanego otwartemu oprogramowaniu.

[1] Eric S. Raymond, The Cathedral and the Bazaar: Musings on Linux and Open Source by an Accidental Revolutionary, O’Reilly Media, 1999.

MERIT INVEST S.A. zamierza zaangażować się w sektor Private Banking – Wealth Management.

MERIT INVEST S.A. spółka zajmująca się działalnością inwestycyjną oraz doradczą, której akcje notowane są na rynku NewConnect, planuje zakup akcji Domu Maklerskiego „Everest Investment Management S.A.”. Celem tej inwestycji będzie podjęcie współpracy z zarządem Domu Maklerskiego, aby wspierać spółkę w rozwoju jej licencjonowanej działalności jaką jest zarządzanie portfelem instrumentów finansowych na zlecenie (asset management) oraz doradztwo inwestycyjne dla zamożnych klientów prywatnych i przedsiębiorców. Natomiast spółka zależna, MERIT BUSINESS CONSULTING Sp. z o.o. poinformowała o nowym zleceniu doradczym, którego wartość brutto wynosi 5 mln zł.

W dniu 7 maja br. MERIT INVEST S.A. zawarła porozumienie inwestycyjne, przedmiotem którego jest dążenie do zawarcia  transakcji objęcia akcji nowej emisji Everest Investment Management S.A. („Dom Maklerski”). Zaangażowanie z pozycji akcjonariusza w rozwój Domu Maklerskiego z wyspecjalizowaną, niszową usługą, może być kolejnym etapem rozwoju MERIT INVEST i jednocześnie odpowiedzią na zapotrzebowanie ze strony inwestorów oczekujących indywidualnej oferty Wealth Management. Zespół MERIT INVEST S.A. posiada kompetencje i duże doświadczenie w zakresie inwestycyjnym, a wspólne zwiększenie ilości klientów na usługi Domu Maklerskiego oraz wartości aktywów do jego licencjonowanej działalności, pozwoli z pozostałymi akcjonariuszami rozbudować solidny i wyspecjalizowany w zarządzaniu aktywami Dom Maklerski. Oferta skierowana jest dla osób wymagających indywidualnego podejścia i gotowych na długoterminowe budowanie portfela. Wydaje się, że duża wartość oszczędności Polaków powinna sprzyjać w rozwoju usług Wealth Management, szczególnie kiedy po zmianach Ustawy o Funduszach część przedsiębiorców w UE nie może samodzielnie w pełni swobodnie inwestować nie będąc Alternatywną Spółką Inwestycyjną, a optymalizacje podatkowe przez FIZ`y nie zawsze dają zakładane rezultaty. Czasem wręcz założenie FIZ`a jest wręcz bezzasadne. Powierzenie aktywów w zarządzanie, w wielu takich wypadkach jest obecnie dobrym rozwiązaniem.

– „Jesteśmy zdania, iż słabość rynku w Polsce i cykl w jakim się znajdujemy oraz zniechęcenie części inwestorów do przekazywania swoich oszczędności w często niezrozumiałe dla nich produkty finansowe jest dobrym momentem aby wspierać Everest Investment Management S.A., a wraz z nim budować naszą wartość i rozpoznawalną nie tylko w Polsce markę.” – podkreśla Mirosław Stępień prezes MERIT INVEST i dodaje – „Chcemy, aby inwestorzy w Polsce, osoby dysponujące większymi oszczędnościami, poza zakupem gotowych produktów inwestycyjnych mogli liczyć na ofertę profesjonalnego zarządzania aktywami – Wealth Management. Dom Maklerski Everest Investment Management S.A. udowodnił, że usługa może być zarówno rentowna dla spółki, jak również istnieje potrzeba takich usług na rynku. Zamożni inwestorzy coraz częściej chcą realizować projekty oparte o zindywidualizowane strategie zarządzania ich majątkiem z wykwalifikowanym partnerem. Liczy się potrzeba zachowania majątku, doradztwa i unikanie błędów masowego zarządzania portfelem.

Zarząd MERIT INVEST S.A., widzi duży potencjał dla branży Wealth Management w Polsce. Zarządzanie aktywami inwestora z bardzo konkretną strategią może przynosić wysokie stopy zwrotu, nawet podczas bessy. Szczególnie, kiedy znamy horyzont inwestycyjny inwestora, jego profil, poziom akceptowanego ryzyka i uda się go przekonać do portfela spółek i obligacji globalnych. Inwestując również poza Polską, możemy zniwelować ryzyko płynności, czy wąskiej oferty instrumentów.

MERIT INVEST S.A. oprócz działalności inwestycyjnej realizuje również, poprzez w 100% zależną spółkę MERIT BUSINESS CONSULTING Sp. z o.o., działalność doradczą. W dniu 30 kwietnia br. MERIT BUSINESS CONSULTING zawarła kontakt doradczy na kwotę wynagrodzenia 5 mln zł brutto, którego wypłata uzależniona jest od pozytywnego wyniku transakcji, której dotyczy umowa doradztwa. Realizacja tego zlecenia z sukcesem pozwoli znacząco zwiększyć kapitał własny Spółki, co pozwoli dalej dynamicznie się rozwijać całej Grupie.

MERIT INVEST S.A. poza rozwojem sektora inwestycyjnego i doradczego będzie podejmował dalsze kroki, aby sprzedać część lub całość akcji własnych w celu dofinansowania Spółki. W ten sposób bez nowych emisji akcji uda się spółce pozyskać dodatkowy kapitał na rozbudowę portfela. Mamy na horyzoncie atrakcyjne aktywa. Cele inwestycyjne są poszukiwane zarówno na NewConnect, głównym parkiecie GPW, jak i pośród podmiotów spoza giełdy.

Spokój, tylko na jak długo?

Otwieramy nowy tydzień w spokojnym klimacie, ale na rynkach nic (szczególnie spokój) nie trwa wiecznie i taka atmosfera może być najbardziej zwodnicza. Raport z rynku pracy USA wyszedł przyjazny dla ryzyka, choć nie odbiera wigoru dolarowi. Teraz maraton wystąpień przedstawicieli Fed może zaburzyć harmonię. Ponadto powinniśmy pozostać czujni na wypadek niespodziewanych informacji dotyczących negocjacji Handlowych USA-Chiny, nuklearnych USA-Iran oraz brexitowych Wielka Brytania-UE.

Rynek pokazał w piątek, że w dalszym ciągu ma apetyt na kupno dolara. Kwietniowy raport NFP nie był jakoś specjalnie sprzyjający, a jednak USD zdołał wyciągnąć się do góry po przejściowym osłabieniu. Dostaliśmy niższe odczyty dla zatrudnienia i płac, ale diabeł tkwił w szczegółach. Rewizja w górę o 30 tys. zmiany miejsc pracy w poprzednich dwóch miesiącach zrekompensowała słabszy wynik kwietniowy (164 tys., prog. 193 tys.), a niezaokrąglona dynamika wynagrodzeń wyniosła 0,149 proc. (prog. 0,2 proc.). Zatem z jednej strony dane nie były tak słabe, by zachwiać pozycją USD, ale z drugiej strony nie były tak korzystne od strony presji inflacyjnej, by obudzić popłoch wśród aktywów ryzykownych. W efekcie USD wciąż może korzystać na domykaniu krótkich pozycji i/lub otwieraniu nowych długich, ale udało się też uniknąć paniki, która uderzyłaby w rynek akcji albo waluty ryzykowne.

Dziś kalendarz publikacji makro nas nie rozpieszcza, a święto bankowe w Wielkiej Brytanii nie pomoże rozkręcić handlu. Po południu mamy serię wystąpień członków Fed: Bostic z oddziału z Atlanty, Barkin z Richmond, Kaplan z Dallas i Evans z Atlanty. Interesujące będzie, jak bankierzy oceniają ostatnie dane z rynku pracy, jak również jak rozwiną kwestię „symetryczności” celu inflacyjnego 2 proc. – w komunikacie po zeszłotygodniowym posiedzeniu pojawiła się taka nowość.

Poza tym powinniśmy uważać na sygnały z geopolityki, które z zaskoczenia mogą zmącić spokój. Największym ryzykiem w tym tygodniu jest sprawa przedłużenia porozumienia nuklearnego z Iranem, do czego prezydent Trump nie jest skory. Przecieki prasowe sugerują, że Trump już podjął decyzję (czas na ogłoszenie ma do 12 maja), choć możliwe też, że będzie szukał opcji częściowego wycofania się z umowy. Strona irańska nie czeka biernie i prezydent kraju określił działania zastraszaniem, na co Teheran się nie zgadza. Może nas czekać gorący finał tygodnia, a nerwowość widać już w cenach ropy naftowej, gdyż dziś rano WTI złamała 70 USD/b.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs złotego pozostanie pod wpływem czynników globalnych

Polskie obligacje mają szanse na odreagowanie. Złoty pozostanie pod wpływem czynników globalnych.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Mimo świątecznego okresu, ostatni tydzień przyniósł zaskakująco silne zmiany i dużą zmienność notowań. Inwestorzy pozbywali się polskich aktywów, co przy niskich obrotach skutkowało podwyższoną skalą przeceny obligacji, akcji i złotego. Kurs EURPLN wzrósł na krótko nawet do 4,2915, USDPLN wzrósł w okolice 3,58, a rentowności obligacji zwiększyły się na dłuższym końcu krzywej o blisko 10 pb.

Trudno jest jednoznacznie wskazać wydarzenie, które stało się katalizatorem tak silnych zmian. W ostatnich dniach najciekawsze wydawało się posiedzenie Fed, jednak nie miało ono większego wpływu na rynek. Bank centralny podtrzymał jedynie zamiar kontynuacji podwyżek stóp procentowych, a po środowym posiedzeniu rynek wręcz odreagował. Niemniej rosnące w ostatnim czasie oczekiwania na silniejsze zaostrzenie polityki pieniężnej przez Fed były z pewnością jednym z głównych powodów osłabienia aktywów i walut na rynkach wschodzących. Wzmacniały też dolara (EURUSD spadł w okolice 1,19), a także osłabiały amerykańskie obligacje (UST 10Y testowały 3,00%, chociaż bez powodzenia). Negatywny wpływ na rynek mogły też mieć: wspomniana ograniczona płynność obrotu, potencjalny odpływ kapitału nierezydentów po wykupie obligacji PS0418, a także informacje o planowanym ograniczeniu środków na politykę spójności i WPR w budżecie 2021-2027, co uderzać będzie m.in. w Polskę.

W najbliższych dniach wzrost płynności na rynku może przynieść mocniejszy popyt na przecenione polskie aktywa, tym samym może sprzyjać wzrostowi cen obligacji i umocnieniu złotego. W średnim okresie czynniki lokalne powinny raczej wzmacniać krajowy rynek. Największa niepewność wciąż wiązać się będzie z rozwojem sytuacji na świecie (ostatni wzrost rentowności UST doprowadził do krótkoterminowego odpływu kapitałów z EM). Rynek w dużej mierze już wycenia ryzyko silniejszego zaostrzenia polityki pieniężnej w USA, dlatego przestrzeń do dalszej przeceny wydaje się ograniczona. Potwierdzać to może fakt, że rentowności US Treasuries wyhamowały wzrosty, a pod koniec tygodnia wyraźnie spadły. Możliwa kontynuacja tego trendu w najbliższych dniach sprzyjałaby krajowemu rynkowi.

Na najbliższe dni ani w Polsce ani na świecie nie zostały zaplanowane istotne publikacje, które potencjalnie mogłyby skutkować przeceną lokalnych aktywów. W kraju istotniejszym wydarzeniem dla rynku długu może być jedynie czwartkowa aukcja zmiany. Chociaż Ministerstwo Finansów nie podało wartości oferty, to jednak może być ona niewielka (ok. 3 mld PLN). Za takim scenariuszem przemawiają niższe potrzeby resortu finansów oraz słabszy popyt przy obecnych niskich poziomach rentowności obligacji.rentowność obligacji amerykańskich

Autor / Źródło: Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Auta elektryczne w Polsce: 2 promile rejestracji, 15. miejsce w Unii Europejskiej. Lepiej sprzedają się hybrydy

W I kwartale br. w Polsce zarejestrowano 340 samochodów elektrycznych (w pełni elektrycznych i hybryd plug-in), o 114% więcej niż rok temu – wynika z najnowszych danych ACEA. Taki wynik to tylko 2 promile całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w Polsce i dopiero 15. miejsce w Unii Europejskiej. Eksperci Exact Systems zawracają uwagę, że większym zainteresowaniem wśród polskich kierowców cieszą się klasyczne hybrydy. Od stycznia do marca br. z salonów wyjechało 5277 aut hybrydowych, co daje nam 7. lokatę w UE. 

Sprzedaż aut osobowych z alternatywnymi napędami w I kwartale 2018

IQ2018 Polska Unia Europejska
Liczba Dynamika r/r Liczba Dynamika r/r
Elektryczne (baterie) 152 130,3% 32 566 34,3%
Hybrydy plug in 188 102,2% 37 332 60,2%
Elektryczne (baterie + plug in) 340 113,8% 69 898 47,0%
Hybrydy 5 277 11,5% 139 556 25,7%
Pozostałe alternatywne napędy 2 168 -13,6% 61 668 12,0%
SUMA 7 785 5,2% 271 112 26,9%
Źródło: Exact Systems na podstawie danych ACEA

2 promile to za mało

Stowarzyszenie Europejskich Producentów Samochodów (ACEA) podało, że w I kwartale br. w Polsce zostało sprzedanych 340 nowych samochodów z napędem elektrycznym: 152 auta w pełni elektryczne (+130%) oraz 188 hybryd plug-in (+102%). Może cieszyć dynamika – prawie 114% r/r, jednak udział w rejestracji wszystkich nowych osobówek już nie za bardzo. Wyniósł zaledwie 2 promile (0,2%), podczas gdy średnia Unii Europejskiej była ponad osiem razy wyższa (1,7%). Wolumen sprzedaży pozwolił Polsce zająć dopiero 15. miejsce w Unii Europejskiej. Pierwszą trójkę tworzą kolejno Niemcy, Wielka Brytania oraz Francja – w każdym z tych krajów w ciągu trzech pierwszych miesięcy br. zostało sprzedanych ponad 10 tys. aut elektrycznych. W regionie CEE Polska plasuje się na 2. lokacie, za Węgrami.

Hybrydy bliższe sercom polskich kierowców

Jeśli już Polacy decydują się na auto z alternatywnym napędem, to zdecydowanie częściej wybór pada na klasyczne hybrydy. Od początku roku w Polsce zostało zarejestrowanych 5277 hybryd (+11,5% r/r). Taki wynik daje nam dobre 7. miejsce w UE. Również 4% udział aut hybrydowych w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych w I kwartale br. jest wyższy niż średnia Unii Europejskiej (3,4%).

Silniki benzynowe wypierają diesle

Ekomoda, afera Dieselgate oraz coraz wyższe standardy emisji spalin nie sprzyjają dieslom. Ich udział w łącznej sprzedaży nowych samochodów osobowych spada, zarówno w Polsce jak i w Unii Europejskiej. W naszym kraju w I kwartale br. diesle stanowiły 23,2% całkowitej sprzedaży nowych osobówek, rok temu – 27,2%. Zyskują na tym pojazdy z benzynowym silnikiem, których udział w rynku wzrósł do 71,2% (z 66,9%). W całej Unii udział dieseli w całkowitej sprzedaży spadł z 46% do aż 37,9%, natomiast silników benzynowych wzrósł do 55,5% rejestracji (I kwartał 2017 – 48,8%).

Komentarz Pawła Gosa, prezesa zarządu Exact Systems:

Paweł Gos, prezes Exact Systems
Paweł Gos, prezes Exact Systems

Podążanie za ekotrendami motoryzacyjnymi w Polsce odbywa się na drodze ewolucyjnej, a nie jak zapowiadał rząd – rewolucyjnej. Nie od razu czy też w bardzo krótkiej perspektywie kierowcy w naszym kraju przesiądą się do aut elektrycznych, głównie z uwagi na zaporową cenę, brak infrastruktury oraz obawę przed nieznanym. W pierwszej kolejności wybierają bardziej przystępne napędy, zarówno pod względem ceny jak i użytkowania, takie jak hybrydy i auta zasilane gazem. I biorąc pod uwagę całkowity wolumen sprzedaży nowych aut osobowych z alternatywnymi napędami  (w sumie 7785 sztuk) plasujemy się w pierwszej 10. Unii Europejskiej, co jest przyzwoitym wynikiem. Oczywiście jednak, wszystkim stronom – kierowcom, rządowi, producentom – zależy na jak najszybszym rozwoju aut elektrycznych. Na wysokie wolumeny – na poziomie Niemiec czy Francji – będziemy musieli jednak jeszcze trochę poczekać, przynajmniej do pełnego wdrożenia rządowego Planu Rozwoju Elektromobilności. Bez udogodnień dla właścicieli, zarówno finansowych jak i infrastrukturalnych, ciężko bowiem o „rozbujanie” tego segmentu.

Orliki – koszty budowy i utrzymania boisk, raport NIK

NIK o utrzymywaniu przez gminy obiektów wybudowanych w ramach programu „Moje Boisko – Orlik 2012”.

Gminy w większości właściwie utrzymywały Orliki: zapewniały niezbędne środki finansowe, zatrudniały animatorów i – zgodnie z założeniami – udostępniały bezpłatnie wszystkim mieszkańcom: zarówno dzieciom, młodzieży, jak i dorosłym. Niemal wszystkie skontrolowane przez NIK Orliki były też w dobrym stanie technicznym. NIK zwraca jednak uwagę, że ponad połowa zbadanych gmin nie sprawdzała tego stanu, pomimo takiego obowiązku. Jest to ważne, bo brak systematycznego monitorowania stanu technicznego Orlików może powodować, że w przypadku jego pogorszenia się samorządy nie będą w stanie podejmować skutecznych i szybkich działań.

W latach 2008-2012, w ciągu pięciu edycji programu „Moje Boisko -Orlik 2012” wybudowano 2604 nowoczesne kompleksy boisk sportowych w 1664 gminach (67 proc. wszystkich gmin w Polsce). Wydano na to z budżetu państwa blisko 970 mln zł.

orlik

W skład typowego kompleksu sportowego Orlik wchodzą: oświetlone boiska piłkarskie i wielofunkcyjne oraz zaplecze sanitarno-szatniowe. Źródło: Strona internetowa MSiT (msport.gov.pl)

Głównym celem programu „Moje Boisko – Orlik 2012” było nadrobienie wieloletnich zaległości w budowie infrastruktury sportowej, przeznaczonej głównie dla dzieci i młodzieży oraz zapewnienie społeczeństwu bezpłatnego dostępu do nowoczesnych obiektów sportowych. Program był skierowany do samorządów, które otrzymywały dofinansowanie z budżetu państwa oraz z samorządów wojewódzkich.

Samorząd, jako inwestor był także odpowiedzialny za przeprowadzenie postępowania przetargowego i wybranie wykonawcy robót budowlanych. Ministerstwo Sportu i Turystyki udostępniało nieodpłatnie typowy projekt architektoniczny, wymagający jedynie adaptacji do warunków miejscowych oraz wzór specyfikacji przetargowej. Z programu skorzystało 67 proc. gmin w Polsce. Z badania kwestionariuszowego NIK wynika, że głównymi przyczynami niewzięcia udziału w programie były najczęściej: brak środków własnych samorządów (37 proc.), zbyt duże koszty utrzymania obiektu (26 proc.), posiadanie podobnych obiektów (22 proc.), czy też brak odpowiedniej lokalizacji (15 proc.).

Wydatki na budowę Orlika w skontrolowanych gminach były zróżnicowane: od ok. 850 tys. zł do blisko 1,5 mln zł.

liczba orlików

nik-orliki-liczba-gmin-z-orlikami-w-wojewodztwach-3

NIK sprawdziła, czy samorządy biorące udział w programie wywiązywały się z zobowiązań wynikających z niego, w szczególności utrzymywały obiekt na właściwym poziomie technicznym, zapewniały na ten cel niezbędne finanse, użytkowały go zgodnie z przeznaczeniem, zatrudniały trenera  (animatora), a także umożliwiały  bezpłatne korzystanie z obiektu.

Dodatkowo, Izba przeprowadziła badania kwestionariuszowe, w którym wzięło udział 1686 jednostek samorządu terytorialnego, z których 1 099 było w programie, posiadając łącznie 1 689 Orlików.

NIK zauważa, że gminy w dostatecznym stopniu utrzymywały obiekty wybudowane w ramach programu, zapewniając na ten cel niezbędne środki finansowe. Minister Sportu i Turystyki nie kontrolował realizacji przez samorządy zobowiązań wynikających z programu.

Roczne wydatki skontrolowanych gmin na jednego Orlika, w latach 2013-2016 wyniosły przeciętnie 30 tys. zł, w tym blisko 16 tys. zł na  bieżące utrzymanie kompleksu sportowego, zaś ponad 14 tys. zł na wynagrodzenie animatorów.

Ze skontrolowanych 15 kompleksów sportowych tylko jeden miał stan nawierzchni uniemożliwiający korzystanie z niego. Stan techniczny pozostałych Orlików był dobry, choć były wśród nich obiekty wymagające poprawy niektórych elementów. Naprawy wymagały najczęściej: nawierzchnia boisk, w tym głównie sztuczna trawa na boisku piłkarskim, siatka ogrodzeniowa, piłkochwyty, a także szatnie i łazienki.

Z badań kwestionariuszowych także wynika, że stan techniczny boisk był dobry. Jedynie 2,5 proc. Orlików było w złym stanie, ale nadającym się do użytkowania.

nik-orliki-stan-techniczny-orlikow-4

Ponadto NIK zauważa, że ponad połowa skontrolowanych gmin (8) nie przeprowadzała  okresowych (rocznych lub pięcioletnich) obowiązkowych kontroli stanu technicznego Orlików. Natomiast z badań kwestionariuszowych wynika, że w latach 2013-2017 takich kontroli nie prowadziło blisko 20 proc. gmin i powiatów (216 spośród 1099). Brak systematycznego monitorowania stanu technicznego Orlików może powodować, że w przypadku jego pogorszenia się samorządy nie będą w stanie podejmować skutecznych i szybkich działań. Dodatkowo, w przypadku pięciu Orlików, nierzetelnie prowadzono lub w ogóle książki obiektu.

nik-orliki-stan-inspekcje-orlikow-5

Zdaniem NIK problemem pozostaje niedostosowanie zaplecza sanitarno-szatniowego do potrzeb osób niepełnosprawnych – 20 proc. skontrolowanych  obiektów nie spełniało odpowiednich wymagań, w szczególności dla poruszających się na wózkach inwalidzkich. Natomiast z badania kwestionariuszowego wynika, że ponad 11 proc. (191 spośród 1689) nie było dostosowanych do potrzeb tych osób. Szatnie dla niepełnosprawnych powinny m.in zapewniać odpowiednią przestrzeń manewrową, a drzwi i dojazd do nich nie powinny posiadać progów.

nik-orliki-stan-dostepnosc-dla-niepelnosprawnych-orlikow-6

We wszystkich gminach objętych kontrolą Orliki były ogólnodostępne, a korzystanie z nich było bezpłatne. Wykorzystywano je zgodnie z przeznaczeniem, tj. do uprawiania sportu. Natomiast wyniki badania kwestionariuszowego wskazują, że na czterech Orlikach (0,24 proc. z 1689) pobierano za wstęp opłaty, co jest niezgodne z warunkami programu.

NIK pozytywnie ocenia zatrudnienie niemal we wszystkich skontrolowanych gminach ( w 14 na 15) odpowiednio przygotowanych animatorów, organizujących zajęcia sportowe.

Także z badania kwestionariuszowego wynika, że w większości – w blisko 95 proc.  (1600 z 1689) kompleksach Orlików – byli zatrudnieni animatorzy. Nie posiadało ich 5 proc. (89 z 1689) obiektów.

Animatorzy pracowali zazwyczaj na umowach zlecenie przez dziewięć-dziesięć miesięcy w roku. Wszyscy  w kompleksach Orlik objętych kontrolą NIK posiadali niezbędne do tej pracy kwalifikacje – nauczyciela wychowania fizycznego bądź trenera lub instruktora sportu. Samorządy, które nie zatrudniały animatorów,  jako przyczyny podawały brak chętnych spełniających wymogi i niewystarczające środki finansowe.

Wynagrodzenie animatorów finansowane z budżetu samorządów mogło być uzupełnione o środki przekazywane w ramach ministerialnego projektu „Animator – Moje Boisko – Orlik 2012” (2013-2015), zastąpionego w 2016 r. przez projekt „Lokalny Animator Sportu”.

Większość skontrolowanych gmin (13 z 15) zgłosiła się do projektu. Dofinansowanie wynagrodzenia animatora ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej wynosiło 1 tys. zł brutto miesięcznie (od 2017 r. – 100 zł więcej) i było wypłacane przez dziewięć miesięcy w roku.

Animatorzy, biorący udział w projekcie byli zobowiązani do prowadzenia zajęć na Orliku w okresie od marca do listopada w wymiarze 160 godzin miesięcznie, z czego 80 godzin wynagradzane było ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej (od 2017 r. od kwietnia do grudnia w wymiarze 138 godzin miesięcznie, z tego 69 godzin w ramach projektu). Animatorzy byli zobowiązani także do składania sprawozdań ze swojej działalności. W przypadkach, gdy animator nie brał udziału w projekcie, gminy lub zarządcy Orlików nie zawsze wymagali składania sprawozdań z prowadzonych działań, co świadczyło o niewielkim nadzorze nad animatorami.

Do głównych obowiązków animatora należała organizacja zajęć sportowych, przeprowadzanie testów sprawnościowych, współpraca z klubami sportowymi oraz współorganizacja imprez i zawodów. Według danych Ministerstwa Sportu i Turystyki na Orlikach uprawiano ponad 70 dyscyplin sportowych, a animatorzy zorganizowali łącznie około 50 tys. imprez i zawodów sportowych oraz średnio 1,5 mln nieodpłatnych godzin zajęć sportowych.

nik-orliki-liczba-animatorow-7

Szacunkowa (obliczona przez NIK) liczba korzystających z Orlików to: w 2014 ok. 27 mln osobowejść, w 2015 ok. 35 mln, w 2016 r. ok. 20 mln, a w 2017 r. ok. 17 mln wejść. Są to głównie dzieci w różnych grupach wiekowych.

nik-orliki-liczba-wejsc-na-orliki-8

nik-orliki-liczba-wejsc-na-orliki-9

Spadek liczby wejść na Orliki w latach 2016-2017, według wyjaśnień ogólnopolskiego operatora projektu „Lokalny Animator Sportu”, może wynikać z faktu, że w tych latach liczone były wyłącznie wejścia na zajęcia prowadzone przez animatorów sportu, zaś w latach 2014-2015 uwzględniano również osoby, które korzystały z boisk Orlik poza pracą animatora (np. klub sportowy lub grupy z własnym trenerem). Ponadto ujemny wpływ na frekwencją może mieć mniejsza liczba imprez o charakterze ogólnopolskim oraz niż demograficzny – liczba osób z roczników potencjalnie najliczniej korzystających z zajęć na Orlikach urodzonych po roku 1984 systematycznie maleje (dla przykładu w 1984 roku  w Polsce było 700 tys. urodzeń, w roku 2011 – tylko 388 tys.).

Ogólnopolskimi operatorami projektów: „Animator – Moje Boisko – Orlik 2012” i „Lokalny Animator Sportu” byli: w 2013 r. Zarząd Główny Szkolnego Związku Sportowego i w latach 2014-2016 Fundacja Rozwoju Kultury Fizycznej. Na oba projekty wydano łącznie od 2013 r. do października 2017 r. blisko 106 mln zł. Środki, oprócz wynagrodzeń  animatorów, były przeznaczane m.in. także na akcje, imprezy i zajęcia sportowe odbywające się na Orlikach, a od 2017 r. również na promowanie najbardziej aktywnych animatorów i  wzrost o 10 proc. ich pensji (do 1100 zł brutto miesięcznie).

NIK ocenia, że nadzór Ministra Sportu nad realizacją zadań przez obu operatorów – Zarząd Główny Szkolnego Związku Sportowego i  Fundację Rozwoju Kultury Fizycznej – był nieskuteczny. Faktycznie ograniczał się on do zatwierdzania składanych przez te podmioty sprawozdań – rozliczeń z udzielonych dotacji – nie weryfikowano z dokumentami źródłowymi, w tym z ewidencjami księgowymi.  Minister, pomimo wystąpienia nieprawidłowości polegających na zawyżeniu wynagrodzeń osób obsługujących projekt „Animator – Moje Boisko – Orlik 2012” w 2013 r. ostatecznie zatwierdził rozliczenie projektu. W marcu 2017 r. resort przeprowadził kontrolę w Fundacji Rozwoju Kultury Fizycznej, która wykazała nieprawidłowości w wydatkowaniu 1,7 mln zł. Dotyczyły one kosztów poniesionych na promocję i wynagrodzenia. W związku z wynikami kontroli Minister złożył zawiadomienie do prokuratury Rejonowej w Pucku o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jednak pomimo wykrytych w marcu nieprawidłowości, w maju Minister Sportu  udzielił Fundacji dodatkowej dotacji 1,6 mln zł (wcześniej w lutym przyznano jej ponad 15 mln zł).

NIK po kontroli także ustaliła, że Fundacja Rozwoju Kultury Fizycznej w latach 2014-2016 nieprawidłowo wydatkowała ponad 900 tys. zł uzyskane z Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej. Nieprawidłowości dotyczyły m.in. zamówienia scenariuszy radiowych, które nie zostały wykorzystane.

NIK zwraca uwagę, że w przypadku Fundacji Minister, na podstawie jej statutu, posiadał dodatkowe uprawnienia właścicielskie, które nie zapobiegły wystąpieniu nieprawidłowości. Jednocześnie Izba pozytywnie ocenia obecne wzmocnienie przez Ministra Sportu i Turystyki nadzoru nad Fundacją Rozwoju Kultury Fizycznej. W grudniu 2017 r. Fundacja zmieniła nazwę na Orły Sportu.

Sprawdź pozycje funduszy lewarowanych na złocie oraz AUDUSD

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Strzałka zielona – na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Strzałka czerwona-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

AUDUSD – w poszukiwaniu dołka

Pomimo bardzo mocnej deprecjacji dolara australijskiego fundusze lewarowane otworzyły więcej pozycji długich niż krótkich. Być może AUDUSD powoli zmierza ku zakończeniu krótkoterminowego trendu spadkowego, jednak zanim przejdziemy do analizy technicznej spójrzmy na ostatnie liczby z raportu Commitments of Traders.

Według ostatniego raportu COT kapitał lewarowany otworzył ponad 11 000 pozycji długich oraz 4 000 pozycji krótkich. Co więcej jest to już drugi tydzień z rzędu, gdzie fundusze lewarowane dobrały do portfela inwestycyjnego więcej pozycji długich w AUD niż krótkich.

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje funduszy lewarowanych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Czy jest jakiś powód skupywania AUD przez fundusze lewarowane? Tak, ruda żelaza, której notowania w kwietniu podrożały. Pamiętajmy, że głównym produktem eksportowym Australii jest ruda żelaza.

Z punktu widzenia analizy technicznej również mamy spory potencjał do odbicia. Po pierwsze notowania znalazły się na strefie wsparcia wyznaczonej przez grudniowe minimum z 2017 roku. Oprócz tego powodem do mocniejszego odbicia jest oscylator stochastyczny, który wskazuje na mocne wyprzedanie kursu.

Z drugiej strony negatywnym sygnałem jest długoterminowa linia trendu, która została przebita. Jeżeli notowania powrócą ponad linię trendu wzrostowego, to bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia. Pierwszym celem dla kupujących może być krótkoterminowa strefa oporu w okolicy 0.780.

Notowania AUSDUSD, interwał tygodniowy

Notowania AUSDUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Gold – atak na nowe szczyty?

Od początku bieżącego roku kalendarzowego zarządzający na rynku kontraktów terminowych redukowali pozycję netto. Pomimo tego notowania złota nie przerwały dolnej bandy konsolidacji. Według ostatniego raportu COT zarządzający powiększyli swoją krótką pozycję o 36 150 kontraktów, natomiast pozycja długa została zredukowana o 24 194!

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Pozycje zarządzających na rynku kontraktów terminowych, bary niebieskie- pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta – pozycja netto

Źródło: Cme Group

Z kolei patrząc długoterminowo na pozycje zarządzających możemy dojść do wniosku, że ilość pozycji netto znalazła się w ekstremum. W związku z tym prawdopodobieństwo przebicia dolnego ograniczenia konsolidacji jest minimalne.

Notowania złota, interwał tygodniowy

Notowania złota, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Notowania złota po raz kolejny znalazły się na dolnym ograniczeniu konsolidacji. Tuż pod nią przebiega również kanał wzrostowy, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo obrony strefy popytu. Dodatkowo patrząc na pozycjonowanie zarządzających, które znalazło się w ekstremu notowania złota w nadchodzących miesiącach mogą wybić szczyt z 2016 roku, co oznaczałoby rozpoczęcie długoterminowego rynku byka.

Dział Analiz Admiral Markets

Eksport do Azji ma przed sobą dobre perspektywy

Potencjał konsumpcyjny Azji rośnie w szybkim tempie. Możliwości, które daje sprzedaż na ten kontynent, dostrzegają również polskie firmy, dlatego wchodzą na rynek azjatycki coraz częściej. W ciągu ostatnich 13 lat polski eksport do Azji wzrósł aż o 341%.

„Polskie firmy bardzo interesują się rynkiem azjatyckim, ale na razie to zainteresowanie jest mocno – czasami aż za mocno – teoretyczne. To jest takie delikatne badanie, co się na tym rynku dzieje i czy na pewno sobie poradzę […]. Natomiast brakuje chyba troszeczkę odwagi i pewności siebie, żeby zrobić kolejny krok – żeby nawiązać konkretną relację biznesową na rynku azjatyckim. Oczywiście nie jest to reguła, ponieważ jest wielu przedsiębiorców, którzy sobie tam świetnie radzą” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Katarzyna Kowalska, wiceprezes Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.

Główną barierą utrudniającą polskim firmom ekspansję w Azji jest brak wiedzy nt. tamtejszej kultury biznesowej, różniącej się od naszej, oraz tamtejszego rynku. Niestety w Polsce nie ma wielu ekspertów, którzy by się w nim specjalizowali i potrafili odpowiednio doradzić firmom chcącym sprzedawać produkty na kontynent azjatycki. Pomocą dla przedsiębiorców jest na pewno Program Handlu Zagranicznego, w ramach którego mogą oni wziąć udział w konferencjach edukacyjnych i dzięki temu poszerzyć swoją wiedzę o rynku azjatyckim, uzyskać praktyczne wskazówki pozwalające sprawniej się na nim poruszać, a także poznać instrumenty zabezpieczające prowadzenie biznesu i ułatwiające ekspansję zagraniczną, takie jak ubezpieczenie należności.

Na rynku wierzytelności nieregularnych przetrwają tylko najlepsi gracze

Polski rynek wierzytelności nieregularnych wszedł w dojrzałą fazę. Po latach organicznego wzrostu, wszedł w okres konsolidacji. O dojrzałości tego rynku świadczą także procesy związane z pierwszymi kłopotami podmiotów z branży. To normalne zjawisko w tej fazie. W przyszłości przetrwają najlepsi gracze na rynku. Sektor windykacyjny w Polsce ma dobre perspektywy – a dzięki transparentnym regulacjom prawnym pozwala rozwijać się polskim firmom. Jednocześnie pełni ważną funkcję w gospodarce – domyka obieg finansowy i pozwala wielu przedsiębiorstwom na odzyskanie należnych im wierzytelności. Wspiera tym samym rozwój branży internetowej, telekomunikacyjnej czy bankowej.

– Rynek wierzytelności obecnie jest mocno ugruntowany. Stał się istotną częścią naszego obiegu gospodarczego – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Borusowki, prezes BEST SA – Firmy windykacyjne przejmują duże portfele od banków, firm telekomunikacyjnych, energetycznych czy ubezpieczeniowych i odzyskują należności. Tym samym przywracają płynność – co sprawia, że pieniądz może nadal krążyć w gospodarce. To niezwykle istotna rola. Polska – na tle innych gospodarek, np. włoskiej czy greckiej – zdecydowanie się wyróżnia. Pod względem ilości NPL (ang. NPL – Non Performing Loans) możemy porównywać się z dobrymi, stabilnymi systemami Europy Zachodniej. Na rynku wierzytelności nieregularnych przetrwają najmocniejsze podmioty, czyli najlepiej zarządzane i inwestujące. Można je odróżnić po tym, że radzą sobie w każdych warunkach, nie tylko w okresie dobrej koniunktury – wskazał Borusowski.

Sprzedaż urządzeń inteligentnego domu rośnie. Polacy pozostają nieświadomi zagrożeń związanych z podłączaniem urządzeń AGD do Internetu

Sprzedaż urządzeń inteligentnego domu rośnie. Polacy pozostają nieświadomi zagrożeń związanych z podłączaniem urządzeń AGD do Internetu 1

Do sieci podłączone są już nie tylko laptopy, smartfony czy tablety, ale także powszechnie używane sprzęty gospodarstwa domowego, takie jak pralki, odkurzacze, a nawet lodówki. Do wszystkich tych urządzeń hakerzy mogą uzyskać dostęp w taki sam sposób, jak do komputera. Rosnąca popularność inteligentnych urządzeń AGD nie idzie w parze ze świadomością konsumentów.

– Poziom bezpieczeństwa naszego domu jako zamkniętego systemu urządzeń elektronicznych zależy tylko i wyłącznie od nas jako użytkowników, posiadaczy urządzeń. Od tego, w jaki sposób korzystamy z nich, na ile pozwalamy urządzeniom dysponować naszymi danymi. Dlatego tak bardzo ważne jest budowanie świadomości konsumenta, jak zachowywać się w świecie cyfrowym, smart świecie, ażeby nie pozwolić, aby ten świat przejął kontrolę nad naszym życiem, a przez to, żeby nie udało się wykraść naszych danych, które są największą wartością – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Kanownik, prezes zarządu Związku Importerów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego ZIPSEE.

Z analiz Zion Market Research wynika, że światowy rynek rozwiązań smart home rośnie w średniorocznym tempie na poziomie ponad 14 proc. Niestety, nie można powiedzieć, że w równym tempie rośnie też świadomość konsumentów na temat tego, jakie nie tylko korzyści, ale i niebezpieczeństwa niesie za sobą podłączenie sprzętów domowych do sieci internetowej. Zdaniem specjalistów, Polacy wciąż jeszcze mało wiedzą na temat cyberbezpieczeństwa i zabezpieczeń, o jakie powinni zadbać korzystając z inteligentnych urządzeń.

– W zakresie zwykłego Kowalskiego, który kupuje nowoczesne urządzenia do domu, najważniejsza jest świadomość tego, co on kupuje. Innymi słowy chodzi o to, by wiedzieć, jakie to urządzenie ma funkcje i na co ono pozwala. Jeżeli Kowalski, kupując pralkę, lodówkę czy telewizor, nie ma świadomości, że kupuje urządzenie, które zapewnia dostęp do jego danych w całym domu, to nic nie zabezpieczy go w cyberświecie. Jeżeli zaś będzie wiedział, że sprzęt ma połączenie z Internetem i te dane można wykraść, wtedy możemy oferować mu odpowiednie zabezpieczenia blokujące wrażliwe dane. Są też wygodniejsze rozwiązania, w których można zezwolić na określone używanie danych przez różnego rodzaju aplikacje – tłumaczy Michał Kanownik.

Kupując sprzęt wchodzący w skład Internetu rzeczy użytkownicy powinni pamiętać o kilku fundamentalnych zasadach, które pozwolą zabezpieczyć urządzenia. To chociażby zmiana hasła z fabrycznego na własne, możliwie jak najbardziej skomplikowane i różne od haseł zabezpieczających np. konto w banku. Druga zasada to regularna aktualizacja oprogramowania w celu wyeliminowania wykrytych przez producenta luk. Na poziomie sprzętowym bezpieczeństwo sieci można zapewnić korzystając z niestandardowego protokołu transmisji danych. Może to być np. microWiFi – technologia komunikacyjna, pozwalająca podłączać przedmioty do internetu i zarządzać nimi bezpośrednio ze smartfona. Technologia cechuje się wysoką odpornością na ataki hakerskie.

Rynek Internetu rzeczy jest w Polsce jeszcze bardzo młody, choć rokuje wysokie wzrosty. Zdaniem specjalistów, budowanie praktyki w zakresie cyberbezpieczeństwa powinno sprawnie odbywać się przede wszystkim na poziomie państwa.

– Budowanie świadomości w tym zakresie w Polsce, to jest jeszcze daleka droga, na razie jesteśmy na jej początku. Na dzień dzisiejszy jako Polska skupiamy się na budowaniu strategii cyberbezpieczeństwa w zakresie państwa i administracji publicznej. Najważniejsze jest strategiczne bezpieczeństwo naszego państwa, natomiast w zakresie bezpieczeństwa konsumenta musimy jeszcze bardzo dużo zrobić – ocenia Michał Kanownik.

Według dokumentu Strategia Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2017-2022, w  2022 r. Polska ma być krajem bardziej odpornym na ataki i zagrożenia płynące z cyberprzestrzeni. Strategia zakłada także zadania związane z edukacją obywateli w zakresie cyberbezpieczeństwa. Ma się ona odbywać już na etapie wczesnoszkolnym.

Zgodnie z przewidywaniami Zion Market Research, w 2018 r. światowy rynek rozwiązań smart home zostanie wyceniony na 31 mld dolarów. W 2022 roku ma to być już 53,5 mld dol.

Kolejni Polacy wkrótce mogą polecieć w kosmos. Powstaje program kosmiczny do szkolenia astronautów

Polski habitat kosmiczny to pierwszy taki ośrodek w Europie i duży krok do wysłania w kosmos kolejnego Polaka. W bazie Lunares odbyło się już pięć misji – wszystkie w takich warunkach, jakie będą panować w przyszłej bazie na Księżycu lub Marsie. Dodatkowo przeprowadzane są eksperymenty naukowe czy testowane innowacyjne polskie technologie. To w połączeniu z dobrą infrastrukturą i wyszkoloną kadrą może być początkiem polskiego programu kosmicznego. W 2030 roku Polska może dołączyć do zaplanowanych misji na Marsa.

– Baza Lunares to próba stworzenia środowiska, tzw. habitatu, w którym będziemy symulowali zachowanie ludzi w środowisku izolowanym. Na chwilę obecną odbyło się 5 misji, łącznie z misjami edukacyjnymi, w których zamykamy w dwutygodniowych odcinkach czasowych ludzi i prowadzimy różnego rodzaju badania naukowe, w tym np. badanie z przesunięciem rytmu dobowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Matt Harasymczuk z Habitatu Lunares w Pile.

Habitatu Lunares powstał, aby przetestować ludzi w warunkach izolacji, osamotnienia oraz życia i pracy na bardzo małej przestrzeni. Warunki panujące w habitacie są analogiczne do tych, jakie mają panować w przyszłej bazie na Księżycu czy Marsie. Misje są też okazją do przeprowadzenia eksperymentów i badań, które mogą wpłynąć na powodzenie przyszłych misji w kosmosie czy pomóc w zasiedleniu przestrzenni kosmicznej. Opracowywane technologie kosmiczne mogą także znaleźć zastosowanie na Ziemi.

Naukowcy testowali już wytrzymałość człowieka przy przesunięciu rytmu dobowego, badania z wykorzystaniem iluzji czasu są unikalne na skalę światową. Stworzono też fizjologiczną lampę, która dzięki emitowaniu na odpowiedniej częstotliwości fal UV działa na organizm człowieka, podobnie jak słońce. W habitacie znajduje się specjalne pomieszczenie do hydroponicznej hodowli roślin z wirówkami do badania wpływu mikrograwitacji na procesy biologiczne.

Jak podkreśla ekspert, możliwości jakie daje habitat w Pile, w połączeniu z dostępną w Polsce infrastrukturą, może pozwolić już wkrótce wysłać kolejnego Polaka w kosmos.

– Obecnie obchodzimy 40. rocznicę lotu gen. Hermaszewskiego. 40 lat to wystarczający czas, żeby wysłać w kosmos kolejnego Polaka. Technologie, które są obecnie opracowywane to inwestycja. Myślę, że Polska ma już infrastrukturę, jest do tego gotowa, żeby przyjąć na siebie ciężar wyszkolenia i utrzymania astronauty. Mamy wirówki przeciążeniowe w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej, trenażery HUET w Gdyni w ośrodku szkolenia płetwonurków. Mamy inne ośrodki, takie jak nasz habitat. Mamy też wyśmienitych informatyków, którzy przygotowują bardzo dobre symulacje VR – wymienia Matt Harasymczuk.

Przygotowana przez rząd Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że w 2030 roku krajowy sektor kosmiczny będzie mógł skutecznie konkurować na europejskim rynku, a jego obroty wyniosą co najmniej 3 proc. ogólnych obrotów unijnego rynku kosmicznego. Także polskie firmy są coraz bardziej widoczne na rynku kosmicznych innowacji. Obecnie trwają testy sterowania robotem mobilnym dla Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wyniki zostaną wykorzystane przy misji Heracles, czyli planowanej w latach 30-tych XXI wieku eksploracji kosmosu. Polska firma ma też swój udział w planowanej na maj misji NASA InSight, której celem jest zbadanie głębokiego wnętrza Marsa. Wkrótce doczekamy się także kolejnego Polaka w kosmosie.

– W 2026 roku będziemy gotowi do tego, żeby móc wysłać Polaka w kosmos. Proces szkolenia astronautów jest dość długi i wymaga kilkuletniego przygotowania uniwersyteckiego oraz symulacji w basenie neutralnej pływalności, symulacji pilotażowych oraz habitatowych. W 2024 roku Międzynarodowa Stacja Kosmiczna zostanie zdeorbitowana, następnym krokiem będą misje ESA w stronę Księżyca i Marsa w 2030 roku. Myślę, że Polska mogłaby się przyłączyć i mieć gotowych ludzi na ten właśnie czas – przekonuje Matt Harasymczuk.

Według danych firmy analitycznej Morgan Stanely, rynek kosmiczny jest obecnie wart 350 mld dolarów. W 2040 r. ma być wart 1,1 bln dol.

Rośnie produkcja drobiu w Polsce. Już blisko 50 proc. trafia na eksport

Rośnie produkcja drobiu w Polsce. Już blisko 50 proc. trafia na eksport 2

Dobra sytuacja polskiego drobiarstwa. Całkowita produkcja w 2017 roku mogła sięgnąć rekordowe 3 mln ton. Rośnie też konsumpcja mięsa drobiowego – do ponad 30 kg na osobę rocznie. Już 45 proc. produkcji drobiu trafia na eksport. W 2017 roku wyeksportowaliśmy niemal 1,2 mln ton o wartości 8,3 mld zł. Polski drób trafia przede wszystkim na rynki europejskie. Aby utrzymać eksport na w miarę wysokim poziomie, polscy producenci muszą jednak pozyskiwać odbiorców w krajach trzecich.

– Drobiarstwo w Polsce jest w bardzo dobrej sytuacji. Należy pamiętać o tym, że bardzo dobrze się rozwija, jest ciągły przyrost produkcji. Oznacza to, że zakłady się rozwijają, unowocześniają i z powodzeniem produkują swoje produkty, które są sprzedawane zarówno na rynku krajowym, jak i na rynku zagranicznym. Polska obecnie jest liderem produkcji kurcząt w Europie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Bartkowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Producentów Drobiu Poldrób i wiceprezes zarządu Cedrob.

Polska jest liderem produkcji drobiu w Europie. Według danych Komisji Europejskiej produkcja drobiu w 2017 roku sięgnęła 3,1 mln ton. To niemal dwukrotnie więcej niż np. we Francji czy Niemczech (po ok. 1,8 mln). Optymistyczne są także prognozy – według KE w tym roku produkcja wzrośnie o kolejne 7 proc.

Rekordowe jest też spożycie drobiu. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że statystyczny Polak konsumuje 30,5 kg w ciągu roku.

– Nadwyżki naszego drobiu kierowane są rynki europejskie, gdzie nasz drób z powodzeniem konkuruje z miejscowymi produktami, jest to związane z jakością i ceną. Polska osiągnęła bardzo dobre rezultaty w definiowaniu kosztów produkcji. Pozwala to nam z powodzeniem sprzedawać produkty bardzo dobrej jakości po konkurencyjnych cenach w Europie. 80 proc. naszego produktu kierujemy na rynki Europy, pozostała część sprzedawana jest do krajów trzecich – wskazuje Bartkowski.

Ministerstwo Finansów podaje, że w ubiegłym roku na zagraniczne rynki sprzedaliśmy blisko 1,2 mln ton drobiu. Udział eksportu w produkcji drobiu sięga już 45 proc., dla porównania w 2004 roku było to 16 proc. Eksportujemy drób przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej (80 proc.), głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji. Do tych trzech krajów łącznie sprzedano 31 proc. eksportowanego drobiu.

– Obecnie największym naszym odbiorcą drobiu w Europie jest Anglia, brexit może się odbić na naszym eksporcie, ale uważam, że nasi politycy oraz my sami będziemy robić wszystko, żeby tutaj nie było spadku. Innym dużym, poważnym odbiorcą są Niemcy, Holandia, a ponadto kraje europejskie z Unii, Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia – wymienia ekspert.

Rynek unijny jest jednak w znacznym stopniu nasycony. Dlatego aby utrzymać eksport na wysokim poziomie, polscy producenci muszą pozyskiwać odbiorców wśród krajów trzecich. Szanse wzrostu są duże, bo coraz więcej krajów, zwłaszcza z Azji, chętnie sprowadza drób.

– Jeśli chodzi o kraje, do których wysyłamy drób poza UE, są to przede wszystkim kraje Zatoki Perskiej oraz Egipt. Również niektóre nasze produkty są eksportowane do Azji Południowo-Wschodniej: Hongkong, Wietnam są odbiorcami naszych produktów – mówi Bartkowski.

Cedrob jest największym producentem drobiu w Polsce. W ubiegłym roku sprzedaż sięgnęła 3,5 mld zł, na rynek trafiło 180 mln ton kurczaków. Jak podkreśla wiceprezes, w firmie produkcja jest bardzo kontrolowana, a produkty są cenione w Europie nie tylko ze względu na cenę,lecz także ze względu jakość.

– Kapitalne znaczenie miało stworzenie zasobu własnego surowca, to krok milowy w naszym rozwoju. Następnym ważnym elementem naszego działania było zbudowanie zakładu produkującego pasze, co pozwoliło wyraźnie wzmocnić naszą pozycję na rynku. Staliśmy się niezależni, ale też po pewnym czasie mając wszystkie elementy procesu drobiarskiego, poczynając od wylęgarni, stad rodzicielskich, brojlerów, własnej wytwórni pasz oraz zakładów ubojowych, kontrolujemy wszystko od ziarnka do stołu – tłumaczy Włodzimierz Bartkowski.

KRRiT pracuje nad nowym projektem badania rynku mediów. Dane mają obejmować także oglądalność mediów w internecie

KRRiT pracuje nad nowym projektem badania rynku mediów. Dane mają obejmować także oglądalność mediów w internecie 3

To ma być przełom w badaniu rynku mediów w Polsce. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji rozpoczyna projekt nowego badania telemetrycznego – zbudowanie pomiaru odbiorców treści wideo i audio w możliwie największej liczbie kanałów dystrybucji. Pierwszy panel ma być gotowy pod koniec 2018 r. Obecne technologie rozszerzają możliwości analizy przepływu treści multimedialnych w sieci, powietrzu, przez kabel czy satelitę. Z tych możliwości grzechem byłoby nie skorzystać – przekonuje Witold Kołodziejski, przewodniczący KRRiT.

– Badania oglądalności, odkąd pamiętam, zawsze generowały kontrowersje. Kiedy były dwa panele badawcze, Nielsen i OBOP prowadziły równoległe badania, zawsze była konkurencja, porównywało się wyniki. Od pewnego czasu tego drugiego, konkurencyjnego panelu nie ma i sytuacja stała się trochę niebezpieczna, ponieważ jest monopol na rynku badawczym. Dodatkowo wyszły nowe technologie, które bardzo dokładnie mogą wskazywać aktywność widzów przed telewizorami, z takich technologii korzysta m.in. Telewizja Publiczna – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

W Polsce od 2011 roku jedynym podmiotem, który dokonuje pomiarów telemetrycznych, jest Nielsen Audience Measurement. Instytut bada oglądalność na podstawie reprezentatywnego panelu dwóch tysięcy gospodarstw domowych, pojawiały się jednak głosy, że obecny panel pozwalał badać wyniki oglądalności dużych kanałów, ale mniejsze stacje mają niedoreprezentowaną grupę odbiorców. Dlatego firma chce zwiększyć panel do pięciu tysięcy gospodarstw domowych, prawdopodobnie od 2019 roku. Zapowiada też badanie streamingu VOD i OTT.

Wyniki oglądalności Nielsena wielokrotnie podważała Telewizja Polska, która posługuje się alternatywnymi danymi o widowni na podstawie własnych badań oglądalności opartych na danych od klientów Netii, gdzie źródłem danych nie jest panel, lecz tzw. ścieżka zwrotna, czyli informacja bezpośrednio z dekoderów o tym, jakie kanały telewizyjne ogląda poszczególny użytkownik.

– To pokazuje, że dzisiejsze technologie niebywale rozszerzają możliwości analizy przepływu treści multimedialnych w sieci, powietrzu, przez kabel i przez satelitę. Z tych możliwości grzechem byłoby nie skorzystać. Także rynek jest coraz bardziej rozdrobniony, istnieje coraz więcej kanałów dystrybucyjnych, więc bardzo potrzebne jest narzędzie, które nam zmierzy rozchodzenie się treści w telewizji i w internecie jednocześnie – tłumaczy Kołodziejski.

W przypadku rynku radiowego departament monitoringu KRRiT korzysta z badań audytorium radia Radio Track firmy Kantar Millward Brown prowadzonych w formie wywiadów telefonicznych na grupie ok. siedmiu tysięcy osób miesięcznie. Wyniki są podawane z okresu trzech miesięcy. Zdaniem ekspertów,metoda badania jest archaiczna i bardziej niż o słuchalności, mówi o popularności poszczególnych stacji.

– To też trzeba zmienić, wykorzystać urządzenia, które się do tego nadają. Postanowiliśmy, że KRRiT zrobi takie badania, nie dla konkretnych nadawców czy domów mediowych, ale zaprosimy wszystkich, żeby mogli obserwować, jak te badania powstają. Pełnimy trochę rolę rozjemcy, nie jesteśmy stroną tego rynku i myślę, że mamy największe szanse na prowadzenie rzetelnych badań. Rozpoczęliśmy dialog techniczny, zgłosiły się do niego 23 firmy, również wielu nadawców i dotychczasowe, obecne pracownie – wskazuje przewodniczący KRRiT.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji chce także, by w badaniu uwzględnić konsumpcję mediów w internecie, na urządzeniach mobilnych. To o tyle istotne, że – jak wynika z danych KRRiT – nawet 80 proc. ruchu multimedialnego w sieci generują treści dotychczasowych nadawców.

– Pamiętajmy, że to jest praca mocno innowacyjna i rozwojowa, więc pierwszych wyników z tych badań, których jednak jeszcze nie będziemy nazywali wiarygodną telemetrią, a budową panelu próbnego, testowaniem technologii, spodziewamy się do końca roku – zapowiada Witold Kołodziejski.

Korupcja coraz mniejszym problemem w polskim biznesie. Jednak 30 proc. menadżerów dopuszcza nieetyczne zachowania dla ratowania firmy

Korupcja coraz mniejszym problemem w polskim biznesie. Jednak 30 proc. menadżerów dopuszcza nieetyczne zachowania dla ratowania firmy 4

20 proc. kadry zarządzającej w polskich firmach uważa, że korupcja jest powszechnym zjawiskiem na polskim rynku – wynika z 15. Światowego Badania Nadużyć Gospodarczych firmy EY. To znacznie mniej, niż wynosi średnia dla badanych 55 krajów (38 proc.). Problemem jest jednak dopuszczalność nieetycznych zachowań, zwłaszcza w celu ratowania firmy, oraz przekonanie pracowników, że kwestia etyki to wyłącznie sprawa zarządu, a nie ich postępowania.

W Polsce przyzwolenie na dawanie łapówki w najprostszej formie jest już stosunkowo niewielkie. Zaledwie 4 proc. osób powiedziało, że w przypadku spowolnienia w biznesie taką łapówkę byliby gotowi wręczyć, natomiast zdecydowanie większa jest akceptacja dla wręczenia prezentów czy innych rodzajów korzyści, które miałyby również służyć zdobyciu kontraktu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Niezgodziński, menedżer w Zespole Zarządzania Ryzykiem Nadużyć w EY. – Również mamy sporą tendencję do tego, aby próbować manipulować danymi finansowymi.

Globalny współczynnik gotowości do wręczenia łapówki wynosi 13 proc., więc Polska na tym tle wypada bardzo dobrze. Na poziomie deklaracyjnym 96 proc. respondentów w kraju mówi, że w ich organizacji ważne są etyka, uczciwe działanie, natomiast w przypadku pytania o akceptację dla pewnych nieetycznych zachowań, takich jak wręczenie prezentu czy zapewnienie rozrywki w celu zdobycia kontraktu, który miałyby pomóc firmie np. przetrwać kryzys lub spowolnienie, 30 proc. osób deklaruje, że brałoby takie zachowania pod uwagę.

20 proc. badanych przez EY menadżerów w 15. Światowym Badaniu Nadużyć Gospodarczych „Uczciwość pod lupą. Przyszłość zarządzania zgodnością” wskazuje, że korupcja jest istotnym problemem w polskich firmach. To blisko o połowę mniej niż wynosi średnia dla pięćdziesięciu pięciu badanych krajów i regionów. Jednak 10 proc. polskich badanych przyznaje, że miało istotny incydent korupcyjny lub związany z nadużyciem w ostatnim roku.

– W praktyce widzimy, że nieetyczne zachowania są coraz bardziej wysublimowane i ukryte – zauważa Mariusz Witalis, partner w Zespole Zarządzania Ryzykiem Nadużyć w EY.

12 proc. ankietowanych w Polsce uważa, że łapówka wręczona, by zdobyć kontrakt, jest powszechną praktyką w ich branży. To wynik bliski średniej dla wszystkich badanych krajów, która wyniosła 11 proc. Co piąty ankietowany uważa, że praktyki korupcyjne to częste zjawisko w biznesie, a to już znacząco mniej niż w 2016 roku, gdy uważało tak 34 proc. badanych. Na skrajnych miejscach znalazły się Brazylia, Kolumbia i Nigeria – z ponad 90 proc. wskazań oraz Szwajcaria (2 proc.) i Niemcy (0 proc.).

Przede wszystkim trzeba promować zachowania etyczne wewnątrz samej organizacji, ale też prowadzić działalność zgodnie z najwyższym standardem etycznym i promować wśród pracowników kulturę, która wzmacniać będzie tego typu deklaracje – przekonuje Katarzyna Kochańska, compliance officer w GSK. – To cały czas wymaga wielkiej odwagi cywilnej. Oczywiście nie może się to odbywać w oderwaniu od uwarunkowań lokalnych, niemniej przyjęcie kodeksu i tłumaczenie pracownikom, na ile to zabezpiecza ich interes, bezpieczeństwo i reputację, bezpośrednio wpływa na reputację organizacji.

Problemem w Polsce jest wciąż pokutująca odpowiedzialność zbiorowa: indywidualny pracownik nie poczuwa się do odpowiedzialności za etyczne działanie firmy, w której jest zatrudniony. W ich percepcji za uczciwość przedsiębiorstwa odpowiadają zarządzający. Tylko 16 proc. ankietowanych Polaków uważa, że uczciwość jest kwestią indywidualnego pracownika.

Podobnie jest, kiedy patrzymy na procedury w firmach. O wiele częściej są one w warstwie deklaratywnej niż faktycznie działające. Ponad 60 proc. firm ma zasady dotyczące kar, ale mniej niż połowa karze za rzeczywiste nieprawidłowości – mówi Mariusz Witalis.

Uczciwość firmy jest ważna ze względu na opinię klientów i szeroko pojętą opinię publiczną. Zdaniem ekspertów wdrożenie pewnych regulacji albo dbanie o etyczne działanie pozwala im zaprezentować się lepiej w oczach klienta, dzięki temu zyskać nowych kontrahentów, zyskać zaufanie udziałowców i zbudować lepszą pozycję na rynku, a w efekcie działać w dużo lepszym świetle niż w przypadku konkurentów, którzy o wartości nie dbają, współpracują z firmami mogącymi budzić wątpliwości klientów czy organów ścigania i innych instytucji. W Polsce jednak wciąż zaledwie 22 proc. ankietowanych dokładnie sprawdza swoich kontrahentów.

Wielkie międzynarodowe korporacje wdrażają szereg wewnętrznych regulacji, dbają o etykę, weryfikowanie swoich kontrahentów tak, żeby być w zgodzie z bardzo rozbudowanymi, międzynarodowymi regulacjami – mówi dr Piotr Kuszewski, ekspert ds. regulacji i compliance w Instytucie Bankowości SGH. – Zupełnie inaczej wygląda to w przypadku małych przedsiębiorstw, które reagują wtedy, kiedy powinny, albo kiedy muszą już podjąć jakieś działanie. Natomiast badania dowodzą, że firmy coraz częściej patrzą na regulacje i na to, co się dzieje na rynku, przez pryzmat wartości dla klienta.

Ciekawe jest natomiast to, że motywacją do etycznego postępowania w Polsce znacznie rzadziej (35 proc.) niż w krajach rozwiniętych (54 proc.) jest unikanie kar od regulatorów. Bardzo niewielki odsetek widzi też zagrożenia w obszarach zarządzania zgodnością oraz terroryzmu.

Marki samochodów luksusowych stawiają na spersonalizowane auta. Do zakupu specjalnych wersji konieczne są zaproszenia

Marki samochodów luksusowych stawiają na spersonalizowane auta. Do zakupu specjalnych wersji konieczne są zaproszenia 5

Polacy coraz chętniej kupują luksusowe samochody. Oprócz wygody i mocy liczy się możliwość personalizacji auta. W salonach można dobrać lakiery, skórę, przeszycia i wzory foteli. Program Ferrari Tailor Made idzie jeszcze dalej. Pozwala właścicielowi stworzyć samochód praktycznie od początku – podwozie i nadwozie można wybrać z różnych modeli. W ten sposób powstaje samochód zupełnie niepowtarzalny. Są także wersje specjalne aut, do których zakupu konieczne jest zaproszenie.

– Coraz więcej osób jest zainteresowanych samochodami premium i luksusowymi. Pojawia się coraz więcej zapytań na temat samochodów personalizowanych, tzw. tailor-made, są zapytania o wersje specjalne, do których zakupu trzeba zostać zaproszonym. Tam weryfikacja jest nieco bardziej skomplikowana, ale zainteresowanie jest coraz większe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Szulęcka, dyrektor marketingu w Ferrari Katowice.

Zion Market szacuje, że na całym świecie wartość rynku samochodów luksusowych do 2022 roku wzrośnie do 23,2 mld dol. Także w Polsce samochody premium i luksusowe cieszą się coraz większym zainteresowaniem, a według raportu KPMG „Rynek dóbr luksusowych” w 2017 roku rynek mógł być wart 12,3 mld zł. W ubiegłym roku sprzedano ponad 61 tys. aut z wyższej półki, jednak rynek samochodów luksusowych jest znacznie mniejszy – według KPMG samochód można uznać za luksusowy, jeśli kosztuje powyżej 285 tys. zł. W 2016 roku sprzedano ich 141, w 2017 roku – tylko po trzech kwartałach ich liczba sięgnęła 146.

Luksusowy pojazd to synonim nie tylko wygody, bezpieczeństwa czy niezawodności, lecz także wyjątkowego designu. Klientów przyciąga możliwość samodzielnego wyboru dodatków, a nawet skomponowania nadwozia i podwozia.

– Marka Ferrari daje kilka możliwości personalizacji samochodu. Pierwsza opcja to konfiguracja samochodu w salonie, kiedy można sobie wybrać różnego typu próbki lakierów, skór, przeszycia i wzory foteli. Są też poziomy wyższe, tzw. program Tailor Made. Można się wybrać do fabryki i stworzyć samochód w programie one-off, który polega na tym, że zarówno podwozie, jak i nadwozie samochodu można wybrać z różnych modeli i z tego stworzyć coś na bazie różnych mieszanek. To samochód wyjątkowy, tworzony tylko w jednym egzemplarzu, tego nie proponuje żadna inna marka – przekonuje Karolina Szulęcka.

Za możliwość samodzielnego wyboru części wnętrza trzeba sporo zapłacić, jednak w przypadku skomponowania pojazdu z części z innych modeli cena szybuje w górę. Na taki zakup szansę mają tylko nieliczni, a ceny są nawet kilku-, kilkunastokrotnie wyższe niż w przypadku modeli z katalogu.

– Widać na rynku, że ludzie w Polsce coraz bardziej się bogacą, żyje się coraz lepiej, produkty luksusowe są też coraz bardziej dostępne. Marki, które do tej pory nie były dostępne w Polsce, pojawiają się i łatwiej jest je nabyć. Jest wiele czynników, które składają się na to, że zarówno dostęp do produktów luksusowych jest łatwiejszy, jak i siła nabywcza jest większa – ocenia przedstawicielka Ferrari Katowice.

Luksusowe marki stopniowo rozszerzają też portfolio. Ferrari, które skupiało się przede wszystkich na samochodach sportowych, wprowadza do swojej oferty pierwszego SUV-a. Nowy model ma stworzyć nowy segment – FUV (Ferrari Utility Vehicle).

– GTC4 Lusso to samochód z napędem na cztery koła, silnikiem V12, przeznaczony dla czterech osób. Marka Ferrari do tej pory zawsze skupiała się na samochodach typowo sportowych, dwuosobowych. Faktycznie jest to wyjście naprzeciw potrzebom klientów. Tak jak inne marki tworzą SUV-y, tak Ferrari postawiło na tego typu samochody, ale w taki sposób, żeby to były cały czas usportowione wersje, tylko bardziej dostępne dla osób z rodziną – mówi Szulęcka.

Sprzedaż SUV-ów napędza europejski rynek motoryzacyjny. W listopadzie 2017 roku osiągnęły w nim rekordowy udział sięgający 32 proc. Według szacunków Automotive News Europe w 2020 roku poziom sprzedaży takich aut sięgnie już 2 mln sztuk (wzrost z 1,8 mln w 2017 roku). Także luksusowe SUV-y cieszą się w Polsce rosnącą popularnością.

– Kiedy pojawił się Ferrari For Four, klienci byli zdziwieni, pytali, co to jest, ale im więcej osób miało możliwość przejechania się tym autem, sprawdzenia, usłyszenia opinii od osób, które nabyły ten model, tym więcej się do tego przekonało. Jest też coraz więcej ludzi, którzy mają rodziny, lubią podróżować w dalszych trasach, stwierdzają, że to jest super samochód i faktycznie go nabywają. Rośnie zainteresowanie również takimi modelami – ocenia Karolina Szulęcka.

Co szóste dziecko unika korzystania ze szkolnej toalety. Problemem jest poziom czystości i brak podstawowego wyposażenia

Co szóste dziecko unika korzystania ze szkolnej toalety. Problemem jest poziom czystości i brak podstawowego wyposażenia 6

Stan toalet w polskich szkołach jest daleki od ideału – wynika z raportu przygotowanego w ramach programu „Wzorowa łazienka”. Co trzeci rodzic przyznaje, że toaleta w szkole jego dziecka nie jest czysta lub nie ma wiedzy na ten temat. Dodatkowo 40 proc. ankietowanych wskazuje, że dzieci skarżą się na niedogodności w korzystaniu ze szkolnych łazienek – przede wszystkim brak papieru toaletowego, ręczników czy mydła. Zmienić to chcą inicjatorzy programu „Wzorowa łazienka”, w którym główną nagrodą jest remont szkolnej toalety.

– Nieodpowiedni stan łazienek, uniemożliwiający zaspokojenie potrzeb fizjologicznych, utrudnia, a czasami wręcz wyklucza, koncentrację na procesie dydaktycznym. Istnieje wymierny związek między tym, jaki jest stan techniczny, poziom czystości i poziom zaopatrzenia łazienek w potrzebne środki typu papier toaletowy, mydło, a tym, jak wygląda przyswajanie wiedzy przez uczniów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy, ekspert programu „Wzorowa łazienka”.

Zdecydowana większość rodziców (87 proc.) jest przekonana, że brak możliwości swobodnego skorzystania przez dziecko z łazienki zawsze, kiedy tego potrzebuje, ma negatywny wpływ na koncentrację dziecka – wynika z badania „Ocena stanu szkolnych toalet” przeprowadzonego na potrzeby programu „Wzorowa łazienka” organizowanego przez markę Domestos. Jednocześnie 76 proc. badanych rodziców przyznaje, że podejmując decyzję o wyborze szkoły dla dziecka, nie brało pod uwagę wyglądu toalety. Co piąty w ogóle o tym nie myślał.

– Przerażające dla mnie jest to, że rodzice, kiedy podejmują decyzję o tym, jaką placówkę edukacyjną wybrać dla swojego dziecka, niebywale rzadko okazują zainteresowanie tym, jak wyglądają łazienki. Znacznie bardziej uwaga rodziców jest skupiona na tym, czy korytarze są obwieszone pracami dzieci, czy dzieci mają szafki do swojej dyspozycji. Nie twierdzę, że to są nieważne kwestie, ale możliwość skorzystania z toalet bez wstrętu naprawdę powinna być jednym z praw człowieka, które jest realizowane i respektowane – ocenia dr Aleksandra Piotrowska.

Rodzice przyznają, że dzieci skarżą się na niedogodności wynikające z korzystania ze szkolnych toalet. Zwraca na to uwagę 40 proc. ankietowanych. Prawie co szósty badany rodzic mówił też, że jego dziecko unika korzystania z toalety w szkole z powodu jej złego stanu lub brakującego wyposażenia.

– Prawie co trzeci rodzic uważa, że toaleta w szkole dziecka nie jest czysta lub nie ma wiedzy na ten temat. Zły stan higieniczny łazienki jest przyczyną unikania przez uczniów korzystania z toalety szkolnej, o czym wspominał co szósty ankietowany rodzic, przy czym możemy przypuszczać, że nie każde dziecko mówi rodzicom, jaka jest sytuacja w jego szkolnej toalecie – mówi Dominika Szenrok, przedstawicielka programu „Wzorowa Łazienka” marki Domestos.

– Jeśli dziecko wracające ze szkoły wciska domofon i mówi: „niech nikt nie blokuje łazienki”, to przecież jest całkowicie jednoznaczny sygnał dla rodzica, że coś się dzieje w szkolnych toaletach – przekonuje dr Aleksandra Piotrowska.

Z badania „Ocena stanu szkolnych toalet” wynika, że najczęstszym problemem, jaki zgłaszają dzieci, jest brak papieru toaletowego (62 proc.), ręczników (44 proc.) i mydła (35 proc.). Co trzecie dziecko wskazuje na brudną muszlę klozetową i nieestetyczną, brudną łazienkę, a 25 proc. na brak sprawnych zamków w kabinach.

– Każdy człowiek, korzystając z publicznej toalety, wykonuje kilka określonych czynności. Po wybraniu kabiny wchodzi, zamyka się w niej, po załatwieniu swojej potrzeby korzysta z papieru toaletowego, spłukuje wodę, po wyjściu z kabiny myje ręce. Dzieci mają często problemy na każdym z tych etapów – mówi Dominika Szenrok.

Obecnie trwa piąta edycja programu „Wzorowa łazienka” marki Domestos, którego celem jest poprawa warunków sanitarnych w publicznych szkołach podstawowych i kształtowanie właściwych nawyków higienicznych u dzieci.

– W ramach programu „Wzorowa łazienka” działamy wielotorowo. Stawiamy mocno na aspekt edukacyjny, żeby dzieci miały właściwe nawyki higieniczne i wiedziały, jak mądrze i bezpiecznie korzystać ze szkolnej toalety. Mobilizujemy również szkoły do rywalizacji o remont szkolnych toalet – podkreśla Dominika Szenrok.

Główną nagrodą w konkursie jest remont szkolnej toalety o wartości 30 tys. zł oraz sfinansowanie odświeżenia łazienek. Dodatkowo stu kolejnym placówkom zostanie przekazany roczny zapas produktów Domestos.

Stabilność kontraktowa piłkarza – prawa i obowiązki

Oczywistą kwestią jest, że umów należy dotrzymywać – nie inaczej wygląda to w przypadku kontraktu o profesjonalne uprawianie piłki nożnej. Przeważnie zarówno zawodnik, jak i klub, najczęściej za pomocą swoich przedstawicieli spędzają przy stole wiele godzin, negocjując jak najkorzystniejsze dla każdej ze stron warunki umowy tak, aby zminimalizować ewentualne ryzyko naruszenia jej postanowień przez podmiot niezadowolony z zakresu przysługujących mu uprawnień lub nałożonych obowiązków. Dlatego tak ważne jest aby ustalić wszystkie aspekty dalszych losów zawodnika w tym kwestie odpowiedzialności za zachowania sprzeczne z jego treścią.

Związek pilnuje porządku

Na straży stabilności kontraktowej w umowach między zawodnikiem a klubem stoją także odpowiednie przepisy związkowe, które poza uzgodnieniami dokonanymi przy zawieraniu umowy, nakładają na strony dodatkowe obowiązki determinujące skuteczność jej obowiązywania. Powstaje więc pytanie,  jak wygląda katalog niedozwolonych zachowań, jakimi uprawnieniami dysponuje strona, której interes ucierpiał w wyniku takiego zachowania oraz jakie ewentualne sankcje grożą winowajcy.

Przepisy regulujące zagadnienia związane z niewłaściwym wykonywaniem umowy zawarte zostały w Uchwale nr III/54 z dnia 27 marca 2015 roku Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej – Minimalne Wymagania dla standardowych kontraktów zawodników w sektorze zawodowej piłki nożnej (zwany dalej „Uchwałą”). Art. 8 Uchwały określa przypadki, w których kontrakt może zostać rozwiązany z winy drugiej strony, osobno dla klubu oraz piłkarza. Rozwiązanie stosunku prawnego na skutek zdarzeń opisanych w niniejszym artykule co do zasady nie wiąże się z ryzykiem nałożenia na stronę dopuszczającą się naruszenia sankcji przez odpowiedni organ PZPN. Jednakże, gdy rozwiązaniu umowy towarzyszyć będą przesłanki określone w art. 9 oraz 10, Izba ds. Rozwiązywania Sporów Sportowych będąca organem jurysdykcyjnym PZPN będzie mogła orzec wobec klubu lub zawodnika określone sankcje sportowe.

Kiedy można się rozstać nie patrząc na druga stronę?

Zgodnie z art. 8 ust. 1 kontrakt może zostać w każdej chwili rozwiązany na podstawie porozumienia stron, sporządzonego w formie pisemnej pod rygorem nieważności. Ten sposób zakończenia współpracy zawodnika z klubem ma charakter pokojowy i nie rodzi po żadnej ze stron ewentualnych roszczeń odszkodowawczych, nie wiąże się także z ryzykiem nałożenia sankcji przez związek sportowy. Inaczej natomiast wygląda sytuacja, gdy stosunek prawny zostanie zakończony z winy jednej ze stron. Należy zaznaczyć, że co do zasady stronom kontraktu nie przysługuje prawo do jego wypowiedzenia lub jednostronnego rozwiązania, jednak jest to możliwe w ściśle określonych przypadkach, wymienionych enumeratywnie w art. 8 ust. 3 Uchwały. Zgodnie z jego treścią, zawodnikowi przysługuje prawo do jednostronnego rozwiązania kontraktu z winy klubu poprzez oświadczenie złożone klubowi w formie pisemnej pod rygorem nieważności, wyłącznie w następujących przypadkach:

  1. Klub opóźnia się z zapłatą na rzecz zawodnika wynagrodzenia przysługującego mu z tytułu wykonywanej umowy za okres co najmniej dwóch miesięcy, pod warunkiem, iż po upływie tego okresu zawodnik wyznaczy pisemnie klubowi dodatkowy termin zapłaty, nie krótszy niż 14 dni. Powinien on jednocześnie zaznaczyć, że brak zapłaty w pełnej wysokości skutkować będzie możliwością jednostronnego rozwiązania kontraktu z winy klubu;
  2. Klub ze swojej winy nie dokonał zgłoszenia zawodnika do rozgrywek ligowych, pod warunkiem, że oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu złożone zostanie w terminie jednego miesiąca od daty zamknięcia okresu zmiany przynależności klubowej zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN;
  3. Klub ze swojej winy zaniechał obowiązkowego ubezpieczenia zawodnika od następstw nieszczęśliwych wypadków w sporcie i na skutek czego zawodnik nie otrzymał należnego mu świadczenia ubezpieczeniowego lub jego równowartości od klubu albo klub nie przedstawił dowodu zawarcia umowy ubezpieczenia w terminie 14 dni od daty pisemnego zgłoszenia takiego żądania przez zawodnika, pod warunkiem, iż oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostanie złożone w terminie jednego miesiąca od daty wystąpienia któregokolwiek ze zdarzeń;
  4. Klub nie zapewnia zawodnikowi leczenia lub rehabilitacji po kontuzji doznanej podczas rozgrywania meczów, na treningu lub nie zgadza się na pokrycie kosztów leczenia i rehabilitacji poniesionych przez zawodnika, na które zawodnik otrzymał od klubu pisemną zgodę. Warunkiem jest, aby oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostało złożone w terminie jednego miesiąca od dnia doznania kontuzji;
  5. Klub został zdegradowany do niższej klasy rozgrywkowej w wyniku innych zdarzeń niż rywalizacja sportowa, na podstawie prawomocnego orzeczenia wydanego przez właściwy organ dyscyplinarny PZPN, pod warunkiem, że oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostanie złożone w terminie jednego miesiąca od daty uprawomocnienia się orzeczenia dyscyplinarnego.

Prawo do jednostronnego rozwiązania kontraktu przysługuje także klubowi, jeżeli stwierdzi on wystąpienie winy po stronie zawodnika. Zgodnie z art. 8 ust. 4 Uchwały może on tego dokonać w następujących przypadkach:

  1. Zawodnik został skazany prawomocnym wyrokiem wydanym przez sąd powszechny za przestępstwo umyślne ścigane z urzędu, pod warunkiem iż oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostanie złożone w terminie jednego miesiąca od daty uzyskania potwierdzonej urzędowo informacji o tym fakcie;
  2. Zawodnik został ukarany dyskwalifikacją trwającą nie krócej niż 3 miesiące, orzeczoną przez właściwy organ dyscyplinarny, pod warunkiem, że oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostanie złożone w terminie jednego miesiąca od daty uprawomocnienia się orzeczenia dyscyplinarnego;
  3. Wobec zawodnika obowiązuje przez okres co najmniej 3 miesięcy środek zapobiegawczy w postaci zakazu uczestnictwa w rozgrywkach mistrzowskich i pucharowych, który został zastosowany na podstawie orzeczenia właściwego organu dyscyplinarnego, które stało się prawomocne;
  4. Zawodnik, w okresie następujących po sobie sześciu miesięcy co najmniej trzykrotnie, nie przedstawiając klubowi pisemnego usprawiedliwienia w terminie 7 dni od nieobecności, nie był obecny na treningu. W tym przypadku oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu powinno zostać złożone odpowiednio do dnia 10 stycznia lub 10 lipca, w zależności od tego, czy nieobecność zawodnika miała miejsce w okresie sześciu miesięcy zakończonym przed upływem jednej z wyżej wymienionych dat;
  5. Zawodnik brał udział w jakichkolwiek zakładach bukmacherskich dotyczących rozgrywek piłkarskich, pod warunkiem że oświadczenie o rozwiązaniu kontraktu zostanie złożone w terminie jednego miesiąca od dnia, w którym klub uzyska potwierdzoną informację o tym fakcie.

Są kary, i to dotkliwe

Zarówno klub, jak i zawodnik, w przypadku zaistnienia określonych okoliczności przy rozwiązaniu kontraktu mogą zostać ukarani przez Izbę ds. Rozwiązywania Sporów Sportowych sankcjami sportowymi. Art. 9 Uchwały reguluje niniejszą kwestię z perspektywy naruszeń popełnionych przez piłkarza. Zgodnie z jego treścią, jeżeli umowa zostanie rozwiązana z winy zawodnika w ciągu trzech pierwszych lat jej obowiązywania, z zastrzeżeniem, iż nie ukończył on jeszcze 28 roku życia, zostaną na niego nałożone sankcje sportowe. Zawodnik będzie ponadto zobowiązany do zapłaty odszkodowania. Podobnie będzie w przypadku, gdy rozwiązanie kontraktu podpisanego po ukończeniu przez zawodnika 28 roku życia nastąpi w ciągu dwóch pierwszych lat jego obowiązywania z jego winy. W Uchwale podkreślono, że zakończenie współpracy z winy piłkarza w terminach innych niż wskazane powyżej nie będzie pociągało za sobą stosowania kar ze strony Izby. Ostatnim warunkiem nałożenia sankcji sportowych jest złożenie przez zawodnika bezpodstawnego oświadczenia o jednostronnym rozwiązaniu kontraktu z winy klubu. Warunkiem koniecznym jest złożenie przez klub wniosku o ukaranie swojego byłego piłkarza. Zostanie on ponadto zobowiązany do zapłaty odszkodowania.

Katalog sankcji grożących zawodnikowi jest następujący:

  1. kara pieniężna od kwoty 100 zł do kwoty 100.000 zł;
  2. dyskwalifikacja na okres od 3 do 12 miesięcy.

Wysokość sankcji zostanie określona, po uwzględnieniu stopnia naruszenia przez zawodnika przepisów, skali ich naruszenia, wysokości osiąganych dochodów z tytułu profesjonalnego uprawiania piłki nożnej, właściwości i warunków osobistych zawodnika, a także jego zachowania po naruszeniu przepisów.  Izba może zawiesić wykonanie kary względem zawodnika na okres nieprzekraczający trzech lat, jeżeli szczególne względy za tym przemawiają. Wykonanie co najmniej 1/3 kary dyskwalifikacji może skutkować jej darowaniem lub złagodzeniem.

Art. 10 Uchwały określa z kolei sankcje prawne w wyniku nieuzasadnionego naruszenia stabilności kontraktowej przez klub. Naruszenie takie będzie miało miejsce w dwóch przypadkach: rozwiązania kontraktu z zawodnikiem z winy klubu oraz w wyniku złożenia bezpodstawnego oświadczenia o jednostronnym rozwiązaniu kontraktu z zawodnikiem. W tej drugiej sytuacji, jeżeli niniejszy fakt zostanie stwierdzony w drodze orzeczenia wydanego przez Izbę, na wniosek zawodnika zostaną wobec klubu zastosowane sankcje sportowe. Lista sankcji grożących klubowi jest dłuższa niż w przypadku zawodnika i prezentuje się następująco:

  1. kara pieniężna od kwoty 1.000 zł do kwoty 500.000 zł;
  2. zakaz transferu zawodników do klubu na czas nie dłuższy niż 12 miesięcy;
  3. ograniczenia możliwości uprawniania do gry nowych zawodników na czas nie dłuższy niż 12 miesięcy.

Nietrudno zauważyć, że klub jako podmiot dysponujący wielokrotnie większymi od zawodnika środkami finansowymi zagrożony jest zdecydowanie wyższymi karami finansowymi.

Niniejszy katalog kar nie jest wyczerpujący, bowiem w wyniku dokonania wskazanych powyżej naruszeń klubowi nie przysługuje  prawo do ekwiwalentu za wyszkolenie i rozwój zawodnika, z którym rozwiązano kontrakt. Co więcej, klub będzie zobowiązany do zapłaty zawodnikowi odszkodowania w wysokości utraconego przez niego wynagrodzenia należnego za okres, na który został zawarty kontrakt, pomniejszonego o dochody uzyskane z uprawiania piłki nożnej w innym klubie. Podobnie jak w przypadku zawodnika, Izba może zawiesić wykonanie sankcji na okres próby nie przekraczający trzech lat, jeżeli przemawiają za tym szczególne względy. Z kolei wykonanie co najmniej 1/3 kary innej niż pieniężna może spowodować jej darowanie lub złagodzenie.

Rozwiązanie kontraktu nie zawsze wiąże się z wystąpieniem winy po którejś ze stron, sytuacja taka zajdzie w przypadku spełnienia przesłanek określonych w art. 8 ust. 5 Uchwały. Zgodnie z niniejszym przepisem klub ma prawo do rozwiązania umowy z zawodnikiem bez jego winy w następujących przypadkach:

  1. Zawodnik, za wyjątkiem bramkarza, wystąpił w mniej niż 10% oficjalnych meczów rozegranych przez Klub w rozgrywkach mistrzowskich i pucharowych w pierwszej drużynie seniorów w całym sezonie poprzedzającym sezon, w którym Klub składa oświadczenie o jednostronnym rozwiązaniu Kontraktu, pod warunkiem złożenia takiego oświadczenia w terminie 7 dni od daty rozpoczęcia okresu zmiany przynależności klubowej, zgodnie z obowiązującymi przepisami PZPN;
  2. Zawodnik z powodu kontuzji lub choroby, stwierdzonej zaświadczeniem lekarskim, nie wystąpił w oficjalnych meczach rozegranych przez Klub w rozgrywkach mistrzowskich i pucharowych przez okres dłuższy niż łącznie 180 dni w roku kalendarzowym lub w Sezonie rozgrywkowym, pod warunkiem, iż oświadczenie o rozwiązaniu Kontraktu zostanie złożone odpowiednio do dnia 10 stycznia lub 10 lipca;
  3. po spadku Klubu do niższej klasy rozgrywkowej na skutek rywalizacji sportowej, pod warunkiem, iż oświadczenie o rozwiązaniu Kontraktu zostanie złożone do dnia 10 lipca, a Klub nie będzie posiadać wobec Zawodnika żadnych zaległości w wypłacie wynagrodzenia kontraktowego oraz Klub wypłaci Zawodnikowi odszkodowanie w wysokości stanowiącej równowartość jednomiesięcznego wynagrodzenia indywidualnego należnego Zawodnikowi z tytułu profesjonalnego uprawiania piłki nożnej, chyba że strony uzgodnią zmianę warunków Kontraktu.

Klub ma więc prawo rozwiązać umowę z zawodnikiem przede wszystkim z powodu jego niskiej przydatności na przestrzeni całego sezonu, wywołanej długotrwałą kontuzją lub małą liczbą występów w meczach „o stawkę” spowodowaną problemami w przebiciu się do pierwszego składu. Odmiennej kategorii przesłanką pozwalającą na rozstanie się z piłkarzem jest spadek klubu do niższej ligi na skutek słabych wyników sportowych, co ma na celu finansowe odciążenie klubu w obliczu widma niższych przychodów w kolejnym sezonie rozgrywkowym.

Przepisy PZPN regulujące kwestię naruszenia stabilności kontraktowej z pewnością mają istotny wpływ na postawę stron umowy o profesjonalne uprawianie piłki nożnej. Z powodu dotkliwych kar grożących w wyniku naruszeń opisanych w Uchwale zarówno klub, jak i zawodnik powinni starać się jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki określone w kontrakcie. Mimo tego wciąż zdarzają się przypadki zachowań wymuszających konieczność zastosowania niniejszych sankcji, co jednak, biorąc pod uwagę ilość obowiązujących w ekstraklasie kontraktów zawodniczych nie jest niczym zaskakującym. W sezonie 2017/2018 było już ich bowiem ponad czterysta a do zakończenia  sezonu pozostało jeszcze trochę czasu. Niniejsze regulacje pełnią zatem ważną rolę prewencyjną, lecz także penalizującą w stosunku do podmiotów, które nie potrafią utrzymać się w ryzach obowiązujących kontraktów i przepisów.

Autor: Daniel Łudczak, prawnik, Grupa CHWP – Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

Przyszły tydzień przebiegnie pod szyldem inflacji i polityki monetarnej. Najważniejszy będzie odczyt CPI z USA, ale raporty ze Szwecji i Norwegii także mogą być źródłem zmienności. Poznamy decyzje RBNZ i Banku Anglii, gdzie utrzymanie stóp procentowych bez zmian jest pewne, ale interesujące mogą być poglądy na przyszłą ścieżkę polityki.

Przyszły tydzień: CPI z USA/Szwecji/Norwegii, BoE, RBNZ, sprzedaż detaliczna z Australii, rynek pracy Kanady

W USA najważniejsze będą dane o inflacji (czw), gdzie spodziewane jest przyspieszenie głównie pod wpływem wyższych cen paliw i energii. Ale oprócz wzrostu CPI (do 2,5 proc.) konsensus przewiduje przyspieszenie inflacji bazowej (do 2,2 proc.). Reakcja rynku na odchylenia będzie asymetryczna z większą wrażliwością na gorszy odczyt. Komunikat FOMC w tym tygodniu wskazał, że Fed jest skłonny tolerować przestrzelenie inflacji bez natychmiastowego przestawiania się na agresywniejszą ścieżkę zacieśniania. Stąd bez wyraźnie silnej niespodzianki USD może nie znaleźć solidnego impulsu do kontynuacji rajdu. Ponadto w przyszłym tygodniu mamy inflację PPI (śr), cotygodniowy raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (czw) i raport Uniwersytetu Michigan (pt), ale odczyty te powinny mieć drugorzędne znaczenie. W poniedziałek mamy maraton wystąpień członków Fed (Quarles, Bostic, Barkin, Kaplan, Evans), gdzie mogą się pojawić pytania o ocenę danych z rynku pracy. We wtorek prezes Powell wystąpi na konferencji SNB w Zurychu.

Przyszły tydzień jest ubogi pod kątem istotnych publikacji z Eurolandu. Marcowa produkcja przemysłowa z Niemiec (wt) może zyskać na uwadze w poszukiwaniu odbicia po rozczarowującym lutym. Jednak wskaźniki PMI z Niemiec wskazały na ograniczenia w aktywności z tytułu m.in. strajków i złej pogody, więc ryzyka leżą po stronie odczytu gorszego od prognoz (0,9 proc. m/m). EUR pozostaje w defensywie pod presją redukcji nawisu długich pozycji w EUR/USD i na razie próżno szukać dołka dla odbicia.

W Wielkiej Brytanii w skróconym tygodniu (święto bankowe w poniedziałek) na pierwszym planie będzie posiedzenie Banku Anglii i prezentacja Raportu Inflacyjnego (czw). Fatalny odczyt PKB za I kw. pogrzebał szanse na podwyżkę stóp procentowych w tym miesiącu. Nie wyklucza to jednak optymistycznego przekazu z wskazaniem potrzeby stopniowego zacieśniania monetarnego. Jeśli BoE podeprze komunikat przewidywanym odbiciem w danych makro, rynek może podtrzymać oczekiwania na podwyżkę w sierpniu, co pomogłoby funtowi. Odczyt marcowej produkcji przemysłowej (czw) będzie miał drugorzędne znaczenie, gdyż konsensus jest wyliczony z raportu PKB za I kw.

Odczyty CPI ze Szwecji i Norwegii (śr) mogą być ważnym katalizatorem zmienności na SEK i NOK. W Szwecji osłabienie inflacji bazowej do 1,9 proc. będzie spójne z prognozami Riksbanku, a skutki silnej deprecjacji SEK będą odczuwalne dopiero w kolejnych miesiącach. Ryzyka przeważają po stronie słabszego odczytu, gdyż rozczarowanie trafi na bardzo wrażliwą pozycję waluty z nieśmiałymi próbami odreagowania ostatniej słabości. W Norwegii w grę wchodzi odbicie po marcowym zaskakującym spadku inflacji bazowej do 1,2 proc. W komunikacie w tym tygodniu Norges Bank wyraził większą niż poprzednio ostrożność w odniesieniu do perspektyw inflacji, choć podtrzymał przekonacie o podwyżce „po lecie”. Mocniejszy odczyt inflacji powinien wzmocnić przekonanie do projekcji, co może być solidnym impulsem dla NOK.

W Polsce mamy pusty kalendarz, co podkreśli uzależnienie złotego od czynników zewnętrznych. Jeszcze w mijającym tygodniu złoty zdołał odrobić wyprzedaż z 1 maja, a zatrzymanie rajdu dolara powinno pomóc w krótkoterminowym umocnieniu. Mimo to ostatni przebieg wypadków podtrzyma awersję inwestorów do aktywów rynków wschodzących z tendencją na gwałtowne reakcje na sygnały pogorszenia globalnego sentymentu. Sądzimy, że podejścia EUR/PLN w okolice 4,20-4,22 będą szybko spotykać się z reakcją popytu.

W Japonii dane o handlu zagranicznym (czw) będą drugorzędne, a krótkoterminowe perspektywy jena będą uzależnione od zachowania rynku długu w USA (poprzez USD/JPY oraz sentyment na rynku akcji). Wstrzymanie rajdu dolara i powrót do umocnienia obligacji skarbowych USA ściąga w dół USD/JPY, co dodatkowo podsycają nerwowe nastroje na rynku akcji. Sądzimy, że w najbliższych dniach może zyskiwać na crossach, m.in. z EUR i GBP.

W przyszłym tygodniu w Australii główna uwaga będzie na sprzedaży detalicznej (wt). Po mocnym wzroście w lutym (0,6 proc.) oczekiwania dla marca są ustawione nisko (0,2 proc.), więc pozytywne zaskoczenie może pomóc w odbiciu AUD, pod warunkiem, że rajd USD nie znajdzie świeżego paliwa. W szerszym ujęciu wzrosty AUD/USD traktujemy na razie tylko jako korektę w spadkowym trendzie.

W Nowej Zelandii mamy decyzję RBNZ (śr), gdzie utrzymanie stopy OCR na 1,75 proc. jest powszechnie oczekiwanym wynikiem. W danych od ostatniego posiedzenia najmocniej wyróżnia się skok płac, który może skłaniać bank do podwyższenia perspektyw inflacji, a za tym i projekcji stopy procentowej. Wówczas stałoby się to impulsem do krótkoterminowego umocnienia NZD. W oczekiwaniu na decyzję inwestorzy mogą redukować krótkie pozycje w NZD/USD.

W Kanadzie kalendarz jest dość nudny aż do piątku, kiedy poznamy dane z rynku pracy. Prognozy ustawione są pod kolejny solidny odczyt (19,6 tys.), które powinny podtrzymać nadzieje na kontynuacje zacieśniania monetarnego BoC w tym roku. Warunkiem koniecznym jest jednak wyzbycie się ryzyka niekorzystnej finalizacji negocjacji Nafta. Rynek jest dobrej myśli, co razem z pozytywną korelacją z cenami ropy naftowej pozwala CAD bronić się przed generalną siłą USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – kwiecień 2018 r.

  • Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 22,7% rdr do 14,2 mld zł w kwietniu 2018 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu kontraktami terminowymi o 2,4% rdr do poziomu 522,6 tys. szt. w kwietniu 2018 r.
  • Wzrost wartości emisji obligacji nieskarbowych notowanych na rynku Catalyst o 28,5% rdr do poziomu 79,1 mld zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 129,7 % do poziomu 18,1 TWh w kwietniu 2018 r.
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem o 22,1% rdr do 5,7 TWh w kwietniu 2018 r.
  • Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia[2] na rynku spot o 4,1 % do 5,8 TWh w kwietniu 2018 r.

Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 14,4 mld zł w kwietniu 2018 r., czyli o 27,7% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w kwietniu 2018 r. o 22,7% rdr, do poziomu 14,2 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń osiągnęła w kwietniu 2018 r. poziom 712,0 mln zł, o 30,4% mniej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec kwietnia 2018 r. wyniosła 59 932,46 pkt i była o 2,8% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w kwietniu 2018 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 37,6% rdr do poziomu 79,0 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w kwietniu spadła o 33,3% rdr i wyniosła 73,2 mln zł.

W kwietniu 2018 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 522,6 tys. szt., o 2,4% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na indeksy wyniósł w kwietniu 2018 r. 303 tys. szt., co oznacza spadek o 6,8% rdr. Wolumen obrotu kontraktami terminowymi na waluty wzrósł o 52,2% do poziomu 112,0 tys. szt. wobec 73,6 tys. szt. w kwietniu 2017 r.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 79,1 mld zł na koniec kwietnia 2018 r. wobec 61,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku[3]. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w kwietniu 2018 r. o 23,5% rdr, do poziomu 183,8 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w kwietniu tego roku 35,4 mld zł i była o 15,7% wyższa niż rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w kwietniu 2018 r. wyniósł 18,1 TWh, co oznacza wzrost o 129,7% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku forward wzrósł o 172,9% do poziomu 15,9 TWh, w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wyniósł w kwietniu 2018 r. 5,7 TWh, o 22,1% mniej niż rok wcześniej. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 28,6% do poziomu 1,9 TWh. Natomiast spadek o 18,5% do poziomu 3,8 TWh odnotowano na rynku terminowym.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[4], na rynku spot wyniósł w kwietniu 2018 r. 5,8 TWh, co oznacza wzrost o 4,1% rdr. Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 25,7% rdr osiągając w kwietniu 2018 r. poziom 14,0 ktoe4.

Kapitalizacja 426 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku wyniosła na koniec kwietnia 2018 r. 616,48 mld zł (146,07 mld EUR). Łączna kapitalizacja 476 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec kwietnia tego roku 1 344,40 mld zł (318,55 mld EUR).

Na Głównym Rynku w kwietniu 2018 r. zadebiutowała spółka OncoArendi Therapeutics o wartości IPO 58 mln zł.

Na NewConnect w kwietniu 2018 r. zadebiutowała spółka The Dust o łącznej wartości oferty 2,64 mln zł.

W kwietniu 2018 r. na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, o 2 więcej niż rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)

[3] Od 3 stycznia 2018 r. obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) są kwalifikowane jako obligacje skarbowe. W związku z tym dane o wartości emisji obligacji nieskarbowych z poprzednich komunikatów obrotowych są nieporównywalne z danymi prezentowanymi w tym komunikacie.

[4] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane , notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg;)

 

Niech moc będzie z NFP

Dolar przystopował swój marsz, gdyż lekko gołębi FOMC i ISM poniżej prognoz nie dały sygnału do wzmocnienia popytu, ale prawdziwą gwiazdą tygodnia jest raport z rynku pracy. Przy silnej dynamice płac dolara czeka przebudzenie mocy, imperium sprzedających obligacje USA będzie kontratakować, a na waluty rynków wschodzących i rynek akcji spadnie mroczne widmo. Za to rozczarowanie może być nową nadzieją dla aktywów ryzykownych.

Wzmocnienie w danych z USA przy rozczarowaniach w innych zakątkach świata stoi za ostatnią falą redukcji krótkich pozycji w USD, stąd dzisiejszy raport z rynku pacy ma istotne znaczenie dla dalszego kierunku nie tylko rynku walutowego, ale też ogólnego nastawienia do ryzyka. Szczególnie podkreślanie rozbieżności w tempie ożywienia między USA i strefą euro przewraca do góry nogami całe założenia, jakie stały za handlem na początku roku. W ostatnich dniach komunikat FOMC nie dolewał oliwy do ognia, gdyż podkreślenie „symetrycznego” podejścia do celu inflacyjnego 2 proc. sugeruje elastyczność Fed, jeśli inflacja wyskoczy wyżej. Jednak wycena ok. 1,5 podwyżki na lata 2019-2020 pokazuje już i tak łagodne podejście rynku do perspektyw przyszłej polityki Fed, więc stąd większe jest pole dla jastrzębich zmian. Słabszy ISM także nie jest powodem do zmartwień, gdyż wpisuje się w globalne tendencje, a mimo to wskaźniki dla USA są wyższe niż w innych czołowych gospodarkach.

Raport NFP może mieć silniejsze odbicie w cenach aktywów. Jeśli rynek ma na poważnie rozważać czwartą podwyżkę stóp procentowych, wpierw Fed musi otrzymać dowody nasilenia presji inflacyjnej, do czego niezbędne wydaje się przyspieszenie wzrostu płac. Konsensus dla kwietniowych danych plasuje się na 0,2 proc. m/m, co stabilizuje dynamikę roczną na 2,7 proc., a zatem poniżej szczytu 2,8 proc. ze stycznia. USD dla reaktywacji rajdu będzie zatem potrzebował wyniku 0,3 proc. lub wyżej. Ponadto po sześciomiesięcznym przystanku stopy bezrobocia na 4,1 proc. przyszedł czas na reakcję na przyrost zatrudnienia o 1,27 mln w tym okresie. Jeśli spadek będzie mocniejszy niż do 4,0 proc., będzie to dodatkowy jastrzębi sygnał. Dynamika zatrudnienia, po ostatniej huśtawce wywołanej niesforną pogodą, powinna powrócić do normy, co oznacza odczyt w przedziale 150-200 tys. (prog. 192 tys.).

Nawet jeśli raport wypadłby słabo (ale nie tragicznie), wystarczy to tylko na korektę ostatniej siły USD, ale jeden odczyt to za mało, by zaniepokoić Fed, albo zatrzymać strukturalne zmiany w nastawieniu inwestorów do dolara. Przy słabych płacach aktywa ryzykowne mogą złapać oddech, ale zbyt duże rozczarowanie obudzi obawy o globalne spowolnienie, co podsyci awersję do ryzyka. Zatem nawet i w takim przypadku USD może wyjść obronną ręką (jako bezpieczna przystań), choć JPY pewnie będzie w takim wypadku największym zwycięzcą.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

WSA: Uzasadnienia organów podatkowych muszą być rzetelne, nie enigmatyczne

Organy podatkowe muszą właściwie uargumentować brak uznania dla stanowiska przedstawionego przez podatnika we wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej. Są też zobowiązane wskazać, jakie to stanowisko powinno być i dlaczego. Takie konkluzje przyniósł trwający blisko pięć lat, toczony przed trzema sądami, niedawno zakończony spór przedsiębiorcy z fiskusem.

27 lutego 2018 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach działającego z upoważnienia Ministra Finansów (sygn. II FSK 398/16). Tym samym zakończył blisko 5-letni spór wszczęty 5 kwietnia 2013 r. wnioskiem przedsiębiorcy o wydanie interpretacji indywidualnej w przedmiocie podatku dochodowego od osób prawnych.

Stanowisko podatnika

Wniosek o wydanie interpretacji złożyła spółka, która do prowadzenia działalności gospodarczej chciała korzystać z maszyn i urządzeń nie zakupionych, a objętych w posiadanie na podstawie umów leasingu finansowego. Stała na stanowisku, że zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. z 2011 r. nr 74, poz. 397 ze zm.) nie dotyczy jej obowiązek zmniejszania kosztów uzyskania przychodów wyrażony w art. 15b w odniesieniu do odpisów amortyzacyjnych dokonywanych przez spółkę z tytułu posiadanych i użytkowanych na podstawie umów leasingu finansowego maszyn i urządzeń. Obowiązek ten należało bowiem spełnić tylko w przypadku nabycia lub wytworzenia środków trwałych.

Jednocześnie, występując o wydanie interpretacji indywidualnej, przedsiębiorca poinformował, że na mocy art. 16a ust. 2 pkt 3 tej samej ustawy dokonywać będzie amortyzacji maszyn i urządzeń, a odpisy amortyzacyjne z tytułu zużycia środków trwałych będzie zaliczał do kosztów uzyskania przychodów, na co pozwala mu art. 15 ust. 6.

Istotne pytanie asekuracyjne

Spółka zapytała również, który z przepisów znajdzie zastosowanie w przypadku uznania jej stanowiska za nieprawidłowe w świetle art. 15b ust. 2 – art. 15b ust. 6 czy art. 15b ust. 7 ustawy o CIT. To rozstrzygnięcie miało doniosłe znaczenie dla ustalenia, w jakich terminach spółka będzie zobowiązana do zmniejszenia kosztów uzyskania przychodów i w jakim stopniu uprawniona będzie do zaliczania do kosztów uzyskania przychodów odpisów amortyzacyjnych.

W swoim wniosku spółka wskazała, że konsekwencje stosowania art. 15b ust. 7 ustawy o CIT mogą być absurdalne i stać w sprzeczności z zasadami amortyzowania środków trwałych.

Ukierunkowany fiskus

Występujący w imieniu Ministra Finansów Dyrektor Izby Skarbowej nie zgodził się ze stanowiskiem podatnika, uznając, że „wbrew literalnemu brzmieniu art. 15b ust. 6 i 7 updop przepisy te należy stosować nie tylko w odniesieniu do składników majątku trwałego stanowiących własność podatnika”. A zatem wynikające z art. 15b obowiązki dotyczą nie tylko nabytych i wytworzonych środków trwałych, ale i tych posiadanych przez spółkę na podstawie umowy leasingu. Zdaniem organu stanowisko to miało być zgodne m.in. z duchem nowelizacji przepisów podatkowych z 16 listopada 2012 r. (Dz.U. 2012 poz. 1342), zmierzającej do likwidacji tzw. zatorów płatniczych.

O ile w przypadku pierwszego pytania objętego wnioskiem o wydanie interpretacji organ podatkowy mógł całkowicie nie zgodzić się z podatnikiem, o tyle przy drugim stanął przed wyborem między dwoma ścieżkami, spośród których jedna, zgodnie z sugestią spółki, była ślepą uliczką. W tym ostatnim przypadku fiskus zgodził się z poglądem podatnika, że zastosowanie znajdzie nieprowadzący do absurdów przepis.

Za, a nawet przeciw

Spółka nie zgodziła się z interpretacją organu i domagała się jej zmiany, co spotkało się z odmową. W efekcie w październiku 2013 r. sprawa trafiła do WSA w Gliwicach (sygn. I SA/Gl 1412/13). Zdaniem sądu skarga była uzasadniona, zwłaszcza że „organ uznając po części stanowisko strony za prawidłowe zawarł w uzasadnieniu kontrolowanej interpretacji poglądy prawne sprzeczne w tym zakresie ze stanowiskiem wnioskodawcy”. Fiskus potwierdził pogląd o obowiązku ustalania łącznego terminu płatności całego zobowiązania z tytułu umowy leasingu, ale jednocześnie stwierdził konieczność określania terminów płatności każdej z rat oddzielnie.

Uzasadnienie musi być rzetelne

Główny zarzut wobec organu wynikający z wyroku WSA dotyczył niedopełnienia najważniejszych wymogów dotyczących wydawania interpretacji nałożonych na organy podatkowe przez art. 14c § 1 i 2 Ordynacji podatkowej. Sąd przypomniał, że tylko pełna zgodność ze stanowiskiem zaprezentowanym przez stronę we wniosku o wydanie interpretacji nie wymaga od organu wskazywania uzasadnienia prawnego. Jak stwierdził sąd, uzasadnienie prawne „musi bowiem stanowić rzetelną informację dla wnioskodawcy, dlaczego w jego sprawie określone przepisy znajdują zastosowanie, a także dlaczego wyrażony przez niego pogląd nie zasługuje na uwzględnienie”.

WSA w Gliwicach zwrócił uwagę na ogólnikowość i enigmatyczność argumentacji dokonanej przez fiskus. Zarówno to, jak i brak odwołania się przez niego do nowelizacji przepisów w sposób jasny i konkretny, nie mogły dać sądowi podstaw do przyznania racji fiskusowi, dokonującemu w dodatku celowej, a nie literalnej, wykładni art. 15b ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych.

Ponowne uchylenie interpretacji

Uchylając zaskarżoną interpretację, sąd zobowiązał organ podatkowy do wydania jej z pełnym uzasadnieniem prawnym swojego stanowiska. 29 grudnia 2014 r. Dyrektor Izby Skarbowej w Katowicach dokonał więc interpretacji indywidualnej ponownie, podtrzymując w niej własne stanowisko. Spotkało się to ze sprzeciwem spółki, która wniosła kolejną skargę do WSA. 16 listopada 2015 r. gliwicki sąd uwzględnił skargę, stwierdzając, że organ interpretacyjny nie zastosował się do wytycznych z poprzedniego wyroku zapadłego w tej sprawie. Zarówno to, jak i niedopełnienie wynikającego z art. 14c § 1 i 2 Ordynacji podatkowej obowiązku rzetelnej argumentacji prawnej stanowiło naruszenie prawa i miało istotny wpływ na wynik sprawy (sygn. I SA/Gl 430/15).

Łatwiej usunąć przepis

Drugie pouczenie sądu nie odniosło zamierzonego skutku edukacyjnego. Dyrektor Izby Skarbowej,  działający z upoważnienia Ministra Finansów, postanowił bronić swego stanowiska i 15 lutego 2016 r. skorzystał z nadzwyczajnego środka odwoławczego. Przed Naczelnym Sądem Administracyjnym przegrał po raz trzeci – NSA oddalił skargę kasacyjną 27 lutego 2018 r.

Fiskus wolał ponieść trzy porażki i ich konsekwencje finansowe (koszty i zwrot kosztów postępowania) oraz angażować swoich urzędników przez długie lata, niż przyznać się do błędu i po prostu wypełnić swoje ustawowe obowiązki. Co najciekawsze, łatwiej było usunąć z obrotu prawnego sporny przepis, niż przyznać się fiskusowi do błędu. Na podstawie ustawy z dnia 5 sierpnia 2015 r. o zmianie ustawy – Ordynacja podatkowa oraz niektórych innych ustaw art. 15b ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych przestał bowiem obowiązywać z dniem 1 stycznia 2016 r. (Dz.U. 2015 poz. 1197).

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Rekordowy wzrost cen najmu biur w Europie

  • Raport „DNA of Real Estate” przedstawia analizę sektora biurowego, handlowego i logistycznego w Europie – najwyższe wzrosty na rynkach EŚW i semi-core, głównie w sektorze nieruchomości handlowych i logistycznych
  • W pierwszym kwartale br. czynsze w budynkach biurowych w Europie wzrosły o 0,8% – najwięcej od sześciu lat
  • Nieznaczna kompresja stóp kapitalizacji, które na wielu rynkach są już na rekordowo niskim poziomie

Z najnowszego raportu „DNA of Real Estate”, przygotowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield, wynika, że czynsze za powierzchnie biurowe w Europie wzrosły w pierwszym kwartale bieżącego roku w najszybszym tempie od początku 2012 roku.

Wzrost ważony stawek czynszowych za powierzchnie biurowe w Europie wyniósł 0,8% kwartał do kwartału (kw./kw.), głównie za sprawą utrzymującego się trendu wzrostowego w Niemczech, krajach nordyckich oraz na rynkach semi-core*. Z kolei czynsze w sektorze logistycznym wzrosły o 0,4% kw./kw., a przy głównych ulicach handlowych – o zaledwie 0,2% kw./kw.

Stopy kapitalizacji w pierwszym kwartale pozostawały na względnie stabilnym poziomie – przy głównych ulicach handlowych i w sektorze nieruchomości logistycznych zmniejszyły się o 5 pb do odpowiednio 4,15% i 6,1%. Z kolei na rynku biurowym obniżyły się tylko o 1 pb i wynoszą obecnie 4,46%. Dane te świadczą o tym, że ważone stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości biurowych i logistycznych w Europie są obecnie na rekordowo niskim poziomie.

Soren Rodian Olsen
Soren Rodian Olsen, Partner w Cushman & Wakefield Polska

Soren Rodian Olsen, Partner, Dział Rynków Kapitałowych w Cushman & Wakefield Polska, powiedział: „Rynek nieruchomości w Polsce nadal rozwija się w imponującym tempie, w czym niemały udział mają zarówno wysoka dynamika popytu wśród najemców w sektorze nieruchomości biurowych i logistycznych, jak i dobre wyniki największych centrów handlowych pomimo wprowadzenia niedawno zakazu handlu w niedziele. W 2018 roku możemy odnotować wzrost czynszów w kilku głównych lokalizacjach logistycznych, a także w niektórych mikrolokalizacjach biurowych w obrębie warszawskiego COB. Stopy kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości handlowych i logistycznych utrzymają się raczej na stabilnym poziomie. Z kolei w przypadku najbardziej atrakcyjnych obiektów biurowych w Warszawie i Krakowie nie można wykluczyć dalszej kompresji stóp kapitalizacji, które mogą spaść w drugiej połowie 2018 roku odpowiednio poniżej 5% i 6%”.

Nieruchomości biurowe

Czynsze za powierzchnie w budynkach biurowych wzrosły o 0,8%, czyli najwięcej w ujęciu kwartalnym w ostatnich sześciu latach. W minionych czterech kwartałach odnotowano wzrost na co najmniej 15 z 47 monitorowanych rynków biurowych, co świadczy o dużej aktywności najemców. Liderem wzrostów w ubiegłym kwartale był Mediolan (5,6% kw./kw.), co wynikało z silnego popytu, zwłaszcza w lokalizacjach centralnych. Z kolei w Berlinie czynsze w najbardziej atrakcyjnych budynkach biurowych wzrosły o 5,2% kw./kw. i aż o 16,2% rok do roku, w Dusseldorfie i Monachium – odpowiednio o 3,7% i 1,4%.

Nigel Almond, Dyrektor Capital Markets Research w Cushman & Wakefield
Nigel Almond, Dyrektor Capital Markets Research w Cushman & Wakefield

Nigel Almond, dyrektor działu analiz danych w firmie Cushman & Wakefield, powiedział: „Czynsze na rynku biurowym Niemiec nadal rosną w szybkim tempie, w czym niemały udział mają silny popyt i niskie wskaźniki powierzchni niewynajętej. Stopa pustostanów w Berlinie wynosząca 2,2% należy do najniższych w świecie, co przekłada się na wzrost czynszów. Dotyczy to także innych największych miast Niemiec, w których czynsze będą nadal rosły w ciągu 2018 roku”.

Po sześciu kwartałach spadków czynsze w Wielkiej Brytanii wzrosły o 0,1% kw./kw., czego nie można powiedzieć o tempie wzrostu w ujęciu rocznym. Ze względu na brak jednoznacznego kierunku negocjacji w sprawie brexitu inwestorzy i najemcy odkładają podjęcie istotnych decyzji na później.

Stopy kapitalizacji dla nieruchomości biurowych zmniejszyły się w pierwszym kwartale o 1 pb, a na wielu rynkach będących w późnej fazie cyklu spadły do rekordowo niskiego poziomu. Wśród rynków regionalnych w Wielkiej Brytanii stopy kapitalizacji obniżyły się o 25 pb w Cardiff, Bristolu i Glasgow oraz o 50 pb w Edynburgu, natomiast wzrosły o 25 pb w londyńskiej dzielnicy West End, wskutek czego ważona stopa kapitalizacji na Wyspach Brytyjskich wzrosła o 7 pb i wynosi obecnie 4,08%. W wyniku dużej aktywności na rynkach najmu dalszą kompresję odnotowano w Niemczech (o 6 pb do 3,1%). Z kolei w Europie Środkowo-Wschodniej stopy kapitalizacji wyniosły 5,48% (spadek o 8 pb).

Nieruchomości logistyczne

W pierwszym kwartale 2018 roku czynsze za wynajem powierzchni logistycznych utrzymały sie na stabilnym poziomie na większości rynków (39 z 45 monitorowanych). W skali ogólnoeuropejskiej wzrosły o 0,4% kwartał do kwartału. Wzrost zaobserwowano jednak tylko w kilku lokalizacjach regionu Europy Środkowo-Wschodniej (+1,8%) i na kilku rynkach semi-core (+1,2%), a w Niemczech wyniósł on zaledwie 0,3%. Z kolei Lizbona odnotowała najwyższy kwartalny wzrost o 7,1% za sprawą silnego popytu, który generuje głównie sektor e-commerce, oraz niewielkiej podaży powierzchni logistycznej wysokiej jakości. Czynsze w Warszawie, która cieszy się dużym zainteresowaniem operatorów z branży logistycznej i e-commerce, wzrosły o 2,9% kwartał do kwartału.

Lisa Graham, dyrektor działu badań i analiz rynku nieruchomości logistyczno-przemysłowych, Cushman & Wakefield, dodaje: „W większych obiektach logistycznych czynsze pozostały na niezmienionym poziomie, ale rośnie zarówno popyt, jak i konkurencja w przypadku mniejszych budynków logistycznych położonych na obrzeżach miast. W dłuższej perspektywie, wraz z dalszą optymalizacją łańcuchów dostaw, czynsze za wynajem powierzchni w mniejszych obiektach będą z pewnością nadal rosły”.

Stopy kapitalizacji dla nieruchomości logistycznych spadły na jednej trzeciej z badanych rynków, a ważona dla całego kontynentu europejskiego obniżyła się o 5 pb do rekordowo niskiego poziomu 6,1%. W ostatnich 12 miesiącach kompresję odnotowano na dwóch trzecich rynków, przy czym najgłębszą we Francji (-63 pb). Stopy kapitalizacji na prawie wszystkich najważniejszych rynkach logistycznych Europy są obecnie na najniższym poziomie od 10 lat, ale różnica względem pozostałych sektorów jest nadal wyższa od wartości obserwowanych w poprzednim cyklu.

Główne ulice handlowe

Po spadkach w poprzednich dwóch kwartałach czynsze za lokale przy głównych ulicach handlowych Europy wzrosły w ujęciu kwartalnym zaledwie o 0,2%. Wzrosty odnotowano jednak tylko na 8 spośród 45 badanych rynków – głównie w Europie Środkowo-Wschodniej. Czynsze wzrosły najbardziej, bo aż o 8,3%, w Budapeszcie, co wynikało z dobrej koniunktury gospodarczej, wzrostu płac i wydatków na konsumpcję oraz rosnącego popytu wśród sieci handlowych. Podobne czynniki przyczyniły się do wzrostu czynszów w Sofii (4,2%) i Pradze (2,3%).

W pierwszym kwartale stopy kapitalizacji dla nieruchomości przy głównych ulicach handlowych zmniejszyły się o kolejne 5 pb (łącznie o 16 pb w minionych 12 miesiącach) do najniższego poziomu od 10 lat – wynoszą obecnie 4,15%. Największy w tym udział mają rynki we Francji, w Niemczech i krajach Beneluksu, gdzie stopy kapitalizacji są najniższe w Europie. Świadczy to o nadal dużym zainteresowaniu nieruchomościami handlowymi w tych regionach wśród inwestorów zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Stopy kapitalizacji w Wielkiej Brytanii, regionie Europy Środkowo-Wschodniej, krajach nordyckich oraz na rynkach semi-core pozostają na względnie stabilnym poziomie od początku stycznia i nie należy oczekiwać ich znaczącej obniżki do końca bieżącego roku.

* Kraje nordyckie: Dania, Finlandia, Norwegia i Szwecja. Do rynków semi-core zalicza się Irlandię, Włochy, Portugalię i Hiszpanię. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej to: Czechy, Węgry, Polska i Rumunia.

Komisja Europejska podnosi prognozy wzrostu gospodarczego Polski

Tym razem Komisja Europejska poprawia perspektywy wzrostu dla Polski. Dobre dane z USA umacniają dolara na najwyższe poziomy niemal od początku roku. Kolejne posiedzenia banków centralnych bez zmian stóp procentowych.

Lepsza przyszłość dla Polski

Kolejna organizacja podnosi prognozy wzrostu gospodarczego Polski. Tym razem analitycy Komisji Europejskiej podnoszą przewidywania na rok 2018 i 2019. Nasza gospodarka ma rozwijać się odpowiednio o 4,3% i 3,7%. Jest to wzrost o 0,5% i 0,7%. Zmiana ta nie powinna dziwić biorąc pod uwagę, że większość instytucji podnosiła je do podobnych poziomów w ostatnim czasie. Co ważne wraz ze wzrostem PKB spadły również oczekiwania co do zadłużenia Polski. Jest to bardzo dobra wiadomość, szczególnie biorąc pod uwagę nadchodzące wybory, które w przeszłości często były okazją do zwiększenia wydatków.

Dane z USA

W środę poznaliśmy raport ADP na temat zatrudnienia. Wypadł on nieznacznie lepiej od oczekiwań. Lepszą kondycję rynku pracy potwierdziły czwartkowe dane, kiedy to odczyt liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych okazał się niższy od oczekiwań. Lepiej od oczekiwań wypadły również zamówienia w przemyśle. Zamówienia na dobra okazały się zgodne z oczekiwaniami. W efekcie oglądamy właśnie najsilniejszego dolara względem euro od początku stycznia.

Stopy procentowe

W środę Amerykanie na posiedzeniu Federalnego Komitetu Otwartego Rynku podjęli zgodnie z oczekiwaniami decyzję o nie zmienianiu stóp procentowych. Zdaniem analityków wzrosną one na kolejnym posiedzeniu w połowie czerwca. Prognozę tą potwierdza wycena kontraktów terminowych na stopę procentową. Wczoraj Narodowy Bank Czech poinformował, że stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie 0,75%. Powodem jest oczekiwanie na zmiany w Strefie Euro.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Informatyzacja w ochronie zdrowia – skomplikowany, ale potrzebny proces

Informatyzacja w ochronie zdrowia jest oczekiwana od dawna – zarówno przez pacjentów, jak i personel. Nie wszystkie instytucje są jednak gotowe na przyjęcie zmian, aby mogły działać tak, jak życzy sobie tego środowisko medyczne. Ważne jest skrócenie czasu wypełniania dokumentacji oraz umożliwienie koordynowania opieki nad pacjentem. Powinien być on widoczny w systemie przed, jak i  w trakcie pobytu w szpitalu, a po wypisaniu – w podstawowej opiece zdrowotnej, ale także specjalistycznej. Ważne jest także zabezpieczenie danych pacjenta, czyli nowe wymogi, jakie wprowadza rozporządzenie RODO.

– Prywatne placówki są lepiej przygotowane do informatyzacji. W dużej mierze wkroczyły już one w system e-dokumentacji – powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych – Ich procedury są krótsze, ponieważ nie muszą przeprowadzać skomplikowanych przetargów. Wystarczają jedynie zapytania ofertowe. W państwowych instytucjach ochrony zdrowia to nadal skomplikowany proces. Szpitale, przychodnie i personel nie są jeszcze do końca przygotowani na prowadzenie elektronicznej dokumentacji – w tym e-zwolnień, e-recept, a w przyszłości e-skierowań. Z pewnością docelowo zmiany te bardzo ułatwią i skrócą czas jej wypełniania. Zmiany w e-zdrowiu powinny już być odczuwalne dla wielu pacjentów. W niektórych obszarach Polski widać postęp w zakresie telemedycyny. Nadal przodują w tym niepubliczne placówki. Bardzo często na odległość odbywa się odczytywanie i interpretacja wyników badań, jak np. zapis EKG czy zdjęcia rentgenowskie. Wprowadzane są także e-recepty i e-zwolnienia. Oczywiście ich upowszechnienie nastąpi w przyszłości, jednak zmiany powinny wchodzić w życie dużymi krokami – wskazała Małas.

Grupa MOL przedstawia wyniki za Q1 2018: Mocny początek roku

  • Grupa MOL osiągnęła wynik CCS EBITDA na poziomie USD 625 mln, co oznacza 2% wzrost w skali r/r
  • Silna poprawa wyników w segmentach Upstream i Usług Konsumenckich
  • Niższe marże refineryjne i petrochemiczne przyczyniły się do osłabienia wyników w segmencie Downstream
  • Zysk netto na poziomie 238 mln USD

Grupa MOL ogłosiła dzisiaj wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2018 r. W tym okresie oczyszczony wynik CCS EBITDA Grupy MOL wzrósł o 2%, osiągając poziom 625 mln USD. Dzięki wynikowi spółka jest na dobrej drodze do osiągnięcia swojego rocznego celu EBITDA, wyznaczonego na poziomie 2,2 mld USD.

Dzięki rosnącym cenom ropy, zwiększonej produkcji i niższym kosztom, wskaźnik EBITDA w segmencie Upstream wzrósł o 31% rok do roku i osiągnął 287 mln USD. Dzienna produkcja wyniosła 110 tys. baryłek ekwiwalentu ropy naftowej, na co wpłynęło rozpoczęcie wydobycia ze złoża Catcher oraz unormowanie produkcji na pozostałych polach naftowych w Wielkiej Brytanii.

Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie Downstream wyniósł 218 mln USD, co oznacza spadek o 33% względem roku poprzedniego, w którym Grupa osiągnęła najlepsze wyniki w swojej historii. Osłabienie wyników jest spowodowane obniżeniem marż refineryjnych i petrochemicznych w miarę dalszego wzrostu cen ropy, a także pracami remontowymi.

W segmencie Usług Konsumenckich Grupa MOL po raz kolejny odnotowała rekordowy wynik kwartalny EBITDA na poziomie 81 mln USD, co stanowi wzrost o 48% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2017. Wynik ten został osiągnięty dzięki rosnącym udziale zarówno segmentu paliwowego, jak i pozapaliwowego. Co więcej, zużycie paliwa silnikowego wzrosło o ok. 3% w skali roku w regionie Europy Środkowo – Wschodniej, tworząc korzystne warunki zewnętrzne.

W pierwszym kwartale segment gazowy przyniósł Grupie 85 mln USD EBITDA, co oznacza wzrost o 21% względem roku poprzedniego. Przyczyniły się do niego wyższe wolumeny tranzytu i obniżone koszty.

Zsolt HernádiPrezes Grupy MOL Zsolt Hernádi skomentował wyniki: „Udało nam się podnieść wynik EBITDA w pierwszym kwartale, co zawdzięczamy silnemu, zintegrowanemu modelowi biznesowemu naszej spółki. Osiągnięcia z pierwszego kwartału stanowią solidną podstawę do kontynuowania naszej strategicznej transformacji i osiągania kolejnych sukcesów w bieżącym roku. Przy rosnących cenach ropy i utrzymującym się silnym popycie regionalnym oraz rosnącej presji na marże refineryjne i petrochemiczne, imponujący wzrost zysków w segmentach Upstream i Usług Konsumenckich znacząco zrekompensował niższe wyniki w segmencie Downstream.

SiliVaccine: tak Korea Północna szpieguje swoich obywateli

W ramach wyjątkowego badania, badacze firmy Check Point Software Technologies przeprowadzili odkrywcze dochodzenie w sprawie SiliVaccine, krajowego oprogramowania antywirusowego w Korei Północnej. Jednym z kilku interesujących odkryć jest to, że kluczowym elementem kodu SiliVaccine jest 10-letnią kopią jednego z komponentów oprogramowania japońskiej firmy Trend Micro.

Badanie to rozpoczęło się w momencie, gdy zespół badawczy Check Pointa otrzymał bardzo rzadką próbkę północnokoreańskiego oprogramowania antywirusowego „SiliVaccine” od Martyna Williamsa, niezależnego dziennikarza specjalizującego się w technologii Korei Północnej. Pan Williams sam otrzymał oprogramowanie jako link w podejrzanej wiadomości e-mail wysłanej do niego 8 lipca 2014 roku przez kogoś, kto będzie nazywał się „Kang Yong Hak”. Od tego czasu skrzynka pocztowa tego nadawcy stała się nieosiągalna.

Dziwny email wysłany przez „Kang Yong Hak”, rzekomo japońskiego inżyniera, zawierał link do zzipowanego pliku w Dropboksie, który zawierał kopię oprogramowania SiliVaccine, plik readme w języku koreańskim, instruujący jak używać tego oprogramowania oraz podejrzanie wyglądający plik pozujący jako poprawka aktualizacyjna do SiliVaccine.

Silnik skanowania AV Trend Micro

Po szczegółowej analizie kryminalistycznej plików silnika SiliVaccine (komponent oprogramowania, który zapewnia podstawowe możliwości skanowania plików antywirusowych), zespół badawczy Check Pointa odkrył dokładne dopasowanie SiliVaccine do dużych części 10-letniego kodu silnika antywirusowego należącego do Trend Micro, całkowicie odrębnego japońskiego dostawcy rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego. Dzięki temu, programiści, którzy zbudowali SiliVaccine, mogli mieć dostęp do skompilowanej biblioteki z dowolnego komercyjnego produktu Trend Micro lub – teoretycznie – dostęp do kodu źródłowego.

Oczywiście, celem antywirusa jest zablokowanie wszystkich znanych sygnatur złośliwego oprogramowania. Jednak głębsze badania nad szczepionką SiliVaccine wykazały, że została ona zaprojektowana tak, aby przeoczyć jeden szczególny znak, który zwykle powinien być blokowany i który jest blokowany przez silnik wykrywający Trend Micro. Chociaż nie jest jasne, jaka jest to sygnatura, to oczywiste jest, że reżim Korei Północnej nie chce ostrzegać przed nią swoich użytkowników.

Dołączone do zestawu złośliwe oprogramowanie.

Jeśli chodzi o plik z rzekomą aktualizacją dodatku, stwierdzono, że jest to złośliwe oprogramowanie JAKU. Nie było częścią programu antywirusowego, ale mogło zostać włączone do pliku zip jako sposób na dotarcie do dziennikarzy takich jak pan Williams.

Krótko mówiąc, JAKU to bardzo odporny botnet tworzący złośliwe oprogramowanie, który zainfekował około 19 000 ofiar, głównie poprzez udostępnianie plików BitTorrent. Widzimy jednak, że jest on ukierunkowany na konkretne ofiary w Korei Południowej i Japonii, w tym na członków międzynarodowych organizacji pozarządowych, firmy inżynieryjne, naukowców i pracowników rządowych.

W toku dochodzenia ustalono jednak, że akta JAKU zostały podpisane wraz z certyfikatem wydanym „Ningbo Gaoxinqu zhidian Electric Power Technology Co., Ltd.”, tej samej spółce, która udostępniała podpisy plików innej znanej grupy APT, „Dark Hotel”. Uważa się, że zarówno JAKU, jak i Dark Hotel są północnokoreańskimi organizacjami zagrażającym cyberbezpieczeństwu.

Przyłącze japońskie

Japonia i Korea Północna nie utrzymują przyjaznych stosunków politycznych lub dyplomatycznych, co sprawia, że dziwne jest, że pierwszy e-mail zawierający kopię szczepionki SiliVaccine został wysłany przez obywatela Japonii.  Nie jest to jednak jedyne odniesienie, gdyż badacze znaleźli również inne związki z Japonią.

W trakcie badań Check Point odkrył nazwy firm, które są autorami SiliVaccine. Są to: PGI (Pyonyang Gwangmyong Information Technology) i STS Tech-Service.

Wiadomo, że STS Tech-Service współpracował z innymi przedsiębiorstwami, w tym z przedsiębiorstwami „Silver Star” i „Magnolia”, które mają siedzibę w Japonii i wcześniej współpracowały z KCC (Korea Computer Center, podmiotem rządowym Korei Północnej).

Reakcja Trend Micro

Zespół Check Pointa poinformował Trend Micro o zastosowaniu ich silnika wykrywającego w SiliVaccin. Firma szybko zareagowała i była chętna do dalszej współpracy. Ich odpowiedź była następująca:

„Trend Micro jest świadomy badań prowadzonych przez Check Point nad północnokoreańskim produktem antywirusowym „SiliVaccine”; Check Point dostarczył nam kopię oprogramowania do weryfikacji. Chociaż nie jesteśmy w stanie potwierdzić źródła ani autentyczności tej kopii, to najwyraźniej zawiera ona moduł oparty na ponad 10-letniej wersji szeroko rozpowszechnionego silnika skanującego Trend Micro, wykorzystywanego przez różne nasze produkty. Trend Micro nigdy nie prowadził działalności w Korei Północnej ani nie współpracował z nią. Jesteśmy przekonani, że każde takie użycie modułu jest całkowicie nielicencjonowane i nielegalne. Omawiana wersja silnika skanowania jest dość stara i przez lata była szeroko stosowana w produktach komercyjnych Trend Micro i innych produktach zabezpieczających poprzez różne transakcje OEM, więc nie wiadomo w jaki sposób mogła ona zostać uzyskana przez twórców SiliVaccine. Trend Micro zajmuje zdecydowane stanowisko przeciwko piractwu oprogramowania, jednak w tym przypadku odwołanie się do sądu nie byłoby skuteczne. Nie uważamy, aby przedmiotowe zastosowanie naruszające prawo stwarzało jakiekolwiek istotne ryzyko dla naszych klientów”.

Ta odkrywcza analiza antywirusa SiliVaccine może wzbudzić podejrzenia o autentyczność i motywy produktów i operacji bezpieczeństwa IT w Korei Północnej.

Ustalenia Check Pointa budzą wiele pytań. Pewne są jednak czarne praktyki i wątpliwe cele twórców SiliVaccine. Śledztwo to wskazuje na kolejny przykład sponsorowanych przez państwo technologii stosowanych w piątej generacji cybernetycznego krajobrazu zagrożeń.

Nawet 2,5 mln euro na grant dla małych i średnich przedsiębiorstw w UE. Trwa nabór do programu SME Instrument

Nawet 2,5 mln euro na grant dla małych i średnich przedsiębiorstw w UE. Trwa nabór do programu SME Instrument 7

Na grant w wysokości nawet do 2,5 mln euro mogą liczyć małe i średnie przedsiębiorstwa w ramach programu SME Instrument. O wsparcie mogą walczyć innowacyjne przedsiębiorstwa planujące nie tylko rozwój produktu, lecz także jego promocję oraz rozpoczęcie procesu komercjalizacji. SME Instrument jest częścią programu Horyzont 2020, będącego największym w historii Unii Europejskiej programem dofinansowania innowacji.

– Aplikować może każdy, kto ma status MŚP w UE. Celem samego programu jest rozwój innowacji w UE, po pierwsze, rozwijamy innowacje, a po drugie, mamy możliwość wprowadzania tych innowacji na rynek. Grant może być wydany nie tylko na rozwój samego produktu, lecz także na jego promocję i rozpoczęcie procesu komercjalizacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Gzyl, dyrektor firmy doradczej Zafiro Solutions, specjalizującej się w programie.

2,5 mln euro to maksymalna kwota, o jaką mogą się starać małe i średnie przedsiębiorstwa w ramach unijnego programu wsparcia innowacji SME Instrument. Aby móc się starać o dofinansowanie, należy mieć status MŚP w Unii Europejskiej. To oznacza konieczność spełnienia szeregu wymogów formalnych. Firma musi zatrudniać mniej niż 250 pracowników i wykazywać roczny obrót poniżej 50 mln euro. Nie są to jednak wystarczające kryteria do tego, żeby grant otrzymać.

– Są trzy główne czynniki, które decydują o szansach aplikującego projektu. Po pierwsze, musi to być bardzo innowacyjny i przełomowy produkt i trzeba mieć prototyp takiego produktu. Drugi to plan wprowadzenia tego produktu na rynek. Trzeci bardzo istotny element to zespół, czyli ludzie, którzy stoją za tym projektem i umożliwiają realizację tego planu. Oprócz tego bardzo istotnym elementem jest jasne zdefiniowanie celu. Sam grant nie jest celem dla przedsiębiorcy, celem jest wprowadzenie produktu na rynek, a grant jest tylko środkiem do uzyskania tego celu – wyjaśnia Michał Gzyl.

W 2018 roku w programie SME Instrument nastąpiły dwie istotne zmiany. Pierwsza z nich to rezygnacja z podziału na kategorie tematyczne. W 2017 roku firmy rywalizowały o grant w ramach wielu konkretnych kategorii, takich jak transport, środowisko, energia czy zdrowie. W tym roku zrezygnowano z tego podziału.

– Niektóre projekty bardzo trudno było zakwalifikować do jednej kategorii tematycznej, ponieważ jest coraz więcej projektów interdyscyplinarnych. W 2018 roku Komisja Europejska wprowadziła zmianę, która jest zgodna z tym trendem – mówi ekspert.

Druga, istotniejsza zmiana, dotyczy procesu oceny wniosków. W zeszłym roku wniosek był oceniany przez czterech recenzentów zupełnie niezależnie, ich ocena była wysyłana drogą elektroniczną do KE. W tym roku na podstawie tychże recenzji zostanie utworzona lista rankingowa stu dwudziestu najlepszych firm, które zostaną zaproszone do Brukseli na finał konkursu.

– Firmy te mają okazję zaprezentować swój pomysł przed panelem eksperckim, przekonać tych ekspertów do tego, że ich pomysł jest naprawdę wart finansowania. Połowa z tych firm, które zostały zaproszone, wyjeżdża z Brukseli z grantem. Myślę, że naprawdę warto tam być – przekonuje Michał Gzyl.

W latach 2018–2020 na wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw w ramach programu SME Instrument ma być przeznaczone około 1,6 mld euro. Dotychczas w ramach tej inicjatywy wsparcie otrzymało około cztery tys. przedsiębiorstw.

Finansowanie dotyczy 70 proc. całkowitego kosztu aplikującego projektu. Oprócz wsparcia pieniężnego program zapewnia też darmowy coaching biznesowy i dostęp do szeregu usług związanych z przyspieszeniem działalności gospodarczej i procesu komercjalizacji innowacji.

Większość wolnego czasu dzieci spędzają w internecie. Do promocji sportu wśród najmłodszych wykorzystywane są media społecznościowe

Większość wolnego czasu dzieci spędzają w internecie. Do promocji sportu wśród najmłodszych wykorzystywane są media społecznościowe 8

60 proc. wolnego czasu polskie dzieci spędzają w internecie. Organizatorzy programu Drużyna Energii postanowili wykorzystać popularność mediów społecznościowych do promowania sportu wśród uczniów. Ambasadorzy akcji, m.in. siatkarz Krzysztof Ignaczak i piłkarz Marek Citko, mają nadzieję, że zmotywują w ten sposób dzieci do aktywności fizycznej i walki z otyłością. Finał programu Drużyna Energii już 24 maja.

Nadwaga i otyłość wśród dzieci stają się coraz większym problemem. Według Światowej Organizacji Zdrowia na nadmiar kilogramów cierpi co czwarty mały Europejczyk, a najszybciej tyją dzieci w Polsce. Z danych Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że 23 proc. polskich uczniów szkół podstawowych i gimnazjów ma nadwagę lub jest otyłych. Tylko w nielicznych przypadkach nadmiar kilogramów jest efektem problemów genetycznych, zażywania leków lub zaburzeń hormonalnych. Większość maluchów tyje na skutek niezdrowych nawyków żywieniowych i braku ruchu. Eksperci przekonują natomiast, że uprawianie sportu to nie tylko najlepszy sposób na kontrolowanie wagi, lecz także na kształtowanie charakteru.

– Sport to zdrowie. Im więcej sportu, tym dzieci są bardziej zorganizowane, rozwijają w sobie dużo pozytywnych cech, uczą się odnosić zwycięstwa, ale również ponosić porażki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Preweda, nauczycielka wychowania fizycznego w SP nr 4 w Kętrzynie.

Liczne badania pokazują jednak, że polskie dzieci nie przepadają za sportową rywalizacją – co piąty uczeń nie uczęszcza na lekcje wychowania fizycznego. Zdaniem byłego piłkarza Marka Citko szkoły powinny mocniej zachęcać dzieci do aktywności fizycznej, m.in. poprzez urozmaicanie zajęć WF. Nauczyciele tego przedmiotu powinni uczyć zarówno gier zespołowych, np. siatkówki i koszykówki, jak i lekkoatletyki. Dobrym rozwiązaniem jest też uczestnictwo w międzyszkolnych zawodach sportowych – perspektywa nagrody skłania bowiem dzieci do wytężonej pracy.

– Sport musi cieszyć, musi być przyjemnością, nie może od razu męczyć. Jeżeli część dzieciaków poczuje wielką radość z tego sportu, jeśli będzie go uprawiała, pokocha rywalizację, to będziemy mieli fajnych sportowców – mówi Marek Citko, były piłkarz, ambasador akcji Drużyna Energii.

Aktywność fizyczną młodych Polaków i walkę z nadwagą wśród uczniów wspiera Grupa Energa, która jesienią 2017 roku zaangażowała się w program Drużyna Energii. Jest to ogólnopolska, trwająca pięć miesięcy inicjatywa sportowo-edukacyjna przeznaczona dla uczniów klas VI i VII szkoły podstawowej. W Drużynie Energii udział bierze sto placówek. Ich uczniowie nagrywają wykonywanie treningów przygotowanych przez ambasadorów akcji, a następnie przesyłają stworzone filmiki do organizatorów.

– Dla Grupy Energa najważniejsze jest stwarzanie dzieciakom szans i sposobności do aktywności po to, aby mogły wyrosnąć na zdrowych i mądrych Polaków. Jesteśmy pod wielkim wrażeniem zaangażowania młodzieży. Projekt ten już dawno przerósł nasze oczekiwania, do tej pory uczniowie nadesłali ponad 16 tys. filmików, co jest bardzo dobrym wynikiem – mówi Grzegorz Bałkowiec, wicedyrektor Departamentu Marketingu i Komunikacji Grupy Energa.

Ambasadorami programu Drużyna Energii zostali siatkarz Krzysztof Ignaczak, były piłkarz Marek Citko, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik oraz youtuber sportowy Krzysztof Golonka. Wszyscy czterej nagrywają treningi dla młodzieży i publikują je w mediach społecznościowych. Twierdzą, że chcą propagować sport za pośrednictwem kanału, z którego najchętniej korzystają dzieci i młodzież.

– 60 proc. czasu dzieci spędzają właśnie w internecie, na YouTube czy innych serwisach społecznościowych, więc jeżeli skutecznie zachęcimy ich do rozrywki sportowej za pośrednictwem tych portali, chwycą to i będą używać social mediów do prezentowania dalej swoich umiejętności – mówi Krzysztof Golonka, mistrz świata trików piłkarskich, ambasador Drużyny Energii.

Finał programu odbędzie się 24 maja w Gdańsku. Organizatorzy przewidzieli nagrody dla trzech najlepszych drużyn, które za zajęcie 3. miejsca otrzymają 4 tys. zł, za uplasowanie się na 2. miejscu – 7 tys. zł, a za zwycięstwo – 10 tys. zł. Pieniądze te będą przeznaczone na wyposażenie sal gimnastycznych. Dodatkowo sponsor główny, jakim jest Grupa Energa, ufundował nagrodę w wysokości 2 tys. zł dla drużyny, która była najbardziej zaangażowana, lecz nie zajęła 1. miejsca w żadnym finale miesiąca.

– Korzyści z udziału w takiej inicjatywie jest mnóstwo, przede wszystkim zaangażowanie dzieci. Z przyjemnością się z nimi pracuje. Dzieci bardzo chętnie biorą w tym udział, nie trzeba było ich specjalnie zachęcać – mówi Agnieszka Preweda.

W czasie trwania akcji co miesiąc ambasadorzy Drużyny Energii przyjeżdżają do szkoły, której uczniowie wykazali się największą aktywnością i tam prowadzą trening. Zdaniem Marka Citki nie wszystkie dzieci są równie dobrze przygotowane pod względem sportowym, niektóre nawet po raz pierwszy zetknęły się ze sportem. Piłkarz docenia jednak zaangażowanie uczestników i pozytywnie ocenia dotychczasowy przebieg programu.

– Każda szkoła jest przygotowana zupełnie inaczej. Mocną stronę jednej jest piłka, drugiej – siatkówka, a jeszcze innej – triki. Poziom jest wysoki, dzieciaki są szczere w wyrażaniu emocji, przeżywają to, ale jeśli przynajmniej w 50 proc. z nich zaszczepimy pasję do sportu i rywalizacji, to będziemy zadowoleni –mówi Marek Citko.

Rekordowe inwestycje w Porcie Gdańskim. Ma szansę stać się największym portem przeładunkowym na Bałtyku

Rekordowe inwestycje w Porcie Gdańskim. Ma szansę stać się największym portem przeładunkowym na Bałtyku 9

W ciągu kilku lat Gdańsk może się stać największym głębokomorskim portem Bałtyku. Tylko w tym roku na inwestycje trafi 170 mln zł na pogłębienie toru wodnego, rozbudowę nabrzeży, modernizację układów drogowych i kolejowych na terenie portu oraz budowę nowych parkingów. Wszystkie projekty mają się zakończyć do 2020 roku, do tego czasu inwestycje sięgną miliarda złotych. Inwestycje pozwolą zwielokrotnić możliwości gdańskiego portu i jego potencjał przeładunkowy. Już za 10 lat gdański port może obsługiwać przeładunki o wielkości 100 mln ton rocznie.

–  Do końca 2018 roku w ramach programu inwestycyjnego portu wydane zostanie prawie 170 mln zł. W tej kwocie znajdują się przebudowy nabrzeży w porcie wewnętrznym, budowa parkingu buforowego oraz dalsza modernizacja układów drogowych i kolejowych na terenie portu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Osowski, wiceprezes zarządu ds. infrastruktury z Zarządu Morskiego Portu Gdańsk.

Jeszcze w 2017 roku na inwestycje w porcie gdańskim trafiło 29 mln zł. W tym roku będzie to już blisko sześciokrotnie więcej. Dwie największe inwestycje – pogłębienie toru wodnego z przebudową nabrzeży w porcie wewnętrznym oraz modernizacja sieci drogowo-kolejowej w porcie zewnętrznym – pochłoną 600 mln zł przy 85 proc. dofinansowaniu ze środków Unii Europejskiej. Tor wodny ma zostać pogłębiony do 12 metrów, w części Kanału Kaszubskiego do 10,8 metra. Zmodernizowane ma być także ok. 5 km nabrzeży – Nabrzeże Oliwskie, Nabrzeże Obrońców Poczty Polskiej i Nabrzeże Mew, Nabrzeże Dworzec Drzewny oraz Nabrzeże Zbożowe. Dzięki temu do portu wewnętrznego mają wpływać większe statki, o zanurzeniu do 10,6 metrów.

– Do 2020 roku port w Gdańsku zmieni się radykalnie, będzie to końcówka wszystkich inwestycji unijnych. Za kwotę około 500 mln zł będą dobiegać końca przebudowa nabrzeży w porcie wewnętrznym oraz budowa całkowicie nowych układów drogowo-kolejowych w porcie zewnętrznym – zapowiada Osowski.

W ramach rozbudowy i modernizacji sieci drogowej i kolejowej w porcie zewnętrznym zostanie przebudowana m.in. ul. Budowniczych Portu Północnego oraz zbudowany parking dla samochodów ciężarowych przy ul. Portowej. Wartość projektu to 180 mln zł.

Ma także powstać nowe Nabrzeże Północne, dzięki któremu Port Gdańsk zyska m.in. terminal dla ładunków toczonych, tzw. ro-ro.

– Inwestycje te są przeprowadzane głównie po to, by zwielokrotnić możliwości gdańskiego portu i jego potencjał przeładunkowy. Dzięki temu port będzie mógł realnie myśleć o tym, aby być największym portem przeładunkowym na Morzu Bałtyckim – tłumaczy wiceprezes ZMPG.

Jak podkreślają przedstawiciele Portu Gdańskiego, nowe projekty nie tylko zwiększą atrakcyjność portu, lecz także pozwolą zdobyć dodatkowe kompetencje, które umożliwią budowę Portu Centralnego.

– Projekt budowy Portu Centralnego to flagowa i najważniejsza inwestycja portu morskiego w Gdańsku. Jest to strategicznie nowe, głębokowodne nabrzeże, a właściwie zespół nabrzeży, który ma pełnić główną rolę przeładunkową dla całego Gdańska, a szerzej dla Polski i Europy Środkowej – wskazuje Osowski.

Przetarg na koncepcję budowy Portu Centralnego został ogłoszony pod koniec grudnia 2017 roku. Zamówienie obejmuje stworzenie koncepcji zagospodarowania portu i ma zawierać m.in. analizę popytu na towarowo-pasażerski transport morski oraz prognozy długookresowych zmian popytu na transport do 2050 roku.

– Port Centralny to zespół zupełnie nowych nabrzeży i terminali głębokowodnych, które będą w stanie obsługiwać zupełnie nowe rodzaje ładunków, będzie można też przenieść istniejące terminale bezpośrednio na wodę. W założeniach jest to kilkaset zalądowionego terenu pomiędzy półwyspem Westerplatte a rurociągami naftoportu, z dowiązaniem do istniejącej infrastruktury drogowo-kolejowej. Plan zakłada, że powstanie on do 2027 roku, prawdopodobnie w formule partnerstwa publiczno-prywatnego, wstępne szacunki mówią, że będzie kosztować 5–8 mld zł – mówi ekspert.

Budowa Portu Centralnego, choć pochłonie ogromne środki, może się szybko zwrócić. Port Centralny oznacza znaczne zyski i nowe możliwości przeładunkowe.

– Port w Gdańsku przeznacza do budżetu około 1 mld zł z istniejących nabrzeży i realizuje 40 mln ton przeładunków. Dzięki Portowi Centralnemu będzie mógł realizować  już 100 mln ton przeładunków, więc oznacza to, że koszty budowy mogą się zwrócić bardzo szybko. Port w bardzo krótkim czasie zwielokrotni dochody zarówno budżetu państwa, jak i budżetu miasta Gdańska – zapowiada Marcin Osowski.

Cudzoziemcy z Dalekiego Wschodu i Azji ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Firmy czekają na ułatwienia w ich zatrudnianiu i prostsze procedury

Cudzoziemcy z Dalekiego Wschodu i Azji ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Firmy czekają na ułatwienia w ich zatrudnianiu i prostsze procedury 10

Rośnie liczba nieobsadzonych miejsc pracy. Na koniec 2017 roku było blisko 120 tys. wakatów. Luki na rynku pracy nie są już w stanie zapełnić pracownicy ze Wschodu. Dlatego coraz więcej firm sięga po osoby z krajów azjatyckich – Nepalu, Indii czy Bangladeszu. Zdaniem ekspertów potrzebne są jednak zmiany w ich zatrudnianiu, m.in. ujednolicenie procedur w urzędach, ułatwienia w pozyskaniu wiz do Polski czy skrócenie czasu rozpatrywania wniosku o zgodę na zatrudnienie cudzoziemca.

– Polska powinna się jak najbardziej otwierać na pracowników z zagranicy. Świadczy o tym zainteresowanie pracodawców zatrudnianiem cudzoziemców, braki w kadrach wśród Polaków. Powinniśmy ułatwiać zatrudnianie cudzoziemców i to nie tylko Ukraińców, bo ich jak się okazuje zaczyna już brakować do ściągania do Polski, ale otwierać się na rynki dalekowschodnie, azjatyckie, na takie kraje jak Indie, Nepal, Bangladesz, nawet Korea, ułatwiać ściąganie tych pracowników, oczywiście przy zachowaniu bezpieczeństwa państwa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Wysłocki, ekspert prawny Business Centre Club z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Mimo rekordowej liczby pracujących Polaków (16,5 mln w III kw. 2017 roku) na koniec ubiegłego roku blisko 120 tys. miejsc pracy było nieobsadzonych. Ratunkiem mogą być obcokrajowcy, jednak ci, którzy najczęściej znajdują zatrudnienie – z Ukrainy czy Białorusi – przestali wystarczać.

Jak wynika z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w 2017 roku wydano 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy cudzoziemcom (blisko 40 proc. wzrost). Na podstawie takich oświadczeń można zatrudniać cudzoziemców z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii, Rosji, Gruzji i Armenii na pół roku w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Pracodawcy, którzy chcą zatrudniać pracowników spoza Europy dłużej, muszą uzyskać zgodę wojewody – takich zezwoleń na pracę dla cudzoziemców ze wszystkich państw trzecich w 2017 roku wydano blisko 234 tys., czyli niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej.

– Chęć zatrudniania cudzoziemców wynika z braków kadrowych i dotyczy to nie tylko pracowników nisko wykwalifikowanych czy produkcyjnych, lecz także kadry wysoko wykwalifikowanej, zwłaszcza w branży IT, gdzie pracownicy są bardzo pożądani. Pracodawcy wybierają więc z konieczności, ale niektóre nacje wykazują też szczególne predyspozycje do danego zawodu, np. Hindusi czy Nepalczycy są świetnymi pracownikami produkcyjnymi – mają zdolności manualne i są dokładni – tłumaczy Wysłocki.

Eksperci postulują jednak wprowadzenie szeregu ułatwień, dzięki którym zatrudnienie obcokrajowców byłoby prostsze i szybsze, np. łatwiejsze sprowadzanie cudzoziemców o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskanie zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy (sprawdzenie, czy faktycznie brakuje Polaków, którzy mogliby podjąć daną pracę).

Zdaniem Wysłockiego lepszy powinien być też przepływ informacji między urzędami pracy a urzędami wojewódzkimi, temu zaś sprzyjałoby całkowite ograniczenie obiegu papierowych dokumentów i przestawienie się na systemy elektroniczne.

– Największy problem dla pracodawców to duża niepewność dotycząca tego, jak potoczy się postępowanie, jak długo będzie trwało i jak będzie wyglądało przed danym urzędem. Choć przepisy mamy w zasadzie spójne, wynikają z ustaw obowiązujących w całym kraju, tak każdy z urzędów stosuje je w nieco inny sposób. Mimo że są przewidziane formularze wniosków i tak każdy urząd wymaga czegoś dodatkowego, o czym pracodawcy nie wiedzą. Dobrze byłoby więc jak najbardziej ujednolicić procedury w urzędach w całym kraju – ocenia ekspert.

Część ekspertów postuluje także rozszerzenie katalogu państw, z których można sprowadzać cudzoziemców do pracy w Polsce na uproszczonych zasadach z obecnych sześciu do kilkunastu. Mogłoby to dotyczyć obywateli tych krajów, których już teraz w Polsce jest najwięcej. W 2017 roku zezwolenie na pracę w kraju uzyskało ponad 7 tys. osób z Nepalu (przy 1,2 tys. rok wcześniej), ok. 4 tys. obywateli Indii (1,7 tys. w 2016 roku), czy 2,4 tys. z Bangladeszu (przy ok. 700 osobach rok wcześniej). Mogłoby ich być zdecydowanie więcej, gdyby przy ich zatrudnieniu wprowadzić uproszczone zasady.

– Kolejna rzecz to ułatwienie, nie tylko w Polsce, uzyskania legalnej pracy czy czasowych kart pobytu czy wiz. Obecnie jest duży problem np. z wizami pracowniczymi uzyskiwanymi w Indiach. Nie chodzi o to, że cudzoziemcy uzyskują decyzje negatywne, ale nawet nie mogą się dostać do konsulatu, żeby w ogóle o tę wizę wnioskować. Dlatego potrzebujemy otwarcia konsulatów, być może zwiększenia kadr i terminów ubiegania się o te wizy – podkreśla Michał Wysłocki.

Z jakich powodów wniosek o pożyczkę może zostać odrzucony?

W dzisiejszych czasach pożyczkę otrzymać można łatwo i szybko. Wszystko da się załatwić w kilkanaście minut online i to bez wychodzenia z domu. Mimo tego istnieje klika powodów, przez które wniosek pożyczkowy może zostać odrzucony.

Dlaczego pożyczkę można otrzymać znacznie łatwiej niż kredyt?

Otrzymanie kredytu bankowego to nie lada wyzwanie. Złożenie wniosku kredytowego to żmudny i czasochłonny proces, w czasie którego trzeba załatwić wiele formalności. Po złożeniu wniosku istnieje zaś wiele powodów, przez które może on zostać odrzucony. Banki rygorystycznie oceniają historię oraz zdolność kredytową klienta, a najmniejszy błąd we wniosku powoduje jego odrzucenie.

Pożyczkę od instytucji pozabankowej uzyskać można znacznie łatwiej i szybciej. W zdecydowanej większości przypadków wszystkie kwestie formalne można załatwić w kilka chwil online, a decyzja dotycząca akceptacji wniosku także jest błyskawiczna. Co więcej, instytucje pożyczkowe mogą zaakceptować wnioski od osób, które mają problemy finansowe lub też widnieją w katalogach dłużników. Banki praktycznie zawsze zaś odrzucają wnioski od takich klientów.

Jednakże także instytucje pożyczkowe badają ryzyko związane z brakiem spłaty pożyczki i mogą odrzucać wnioski klientów, z kilku powodów.

Brak wystarczających dochodów

Podobnie jak banki, także i instytucje pożyczkowe badają wysokość i regularność dochodów klientów. Na tej podstawie zaś szacują, czy dana osoba będzie w stanie spłacić zadłużenie. Chociaż instytucje pożyczkowe stosują dużo bardziej liberalną politykę od banków i często nie wymagają np. zaświadczenia o dochodach to i tak zdarza się, że odrzucają wnioski Klientów z powodu braku odpowiednio wysokiej zdolności pożyczkowej.

Widnienie w katalogach dłużników

Także i w tym przypadku instytucje pożyczkowe stosują znacznie mniej rygorystyczne warunki od banków. Pożyczkodawcy sprawdzają katalogi dłużników w ograniczonej ilości np. tylko w KRD, a już nie w BIK, niektóre idą jeszcze dalej i nie sprawdzają ani w BIK ani w KRD. Jednak negatywny wpis w wybranym katalogu dłużników może być przyczyną odrzucenia wniosków pożyczkowych.

Ubieganie się o więcej niż jedną pożyczkę

W przypadku większości instytucji pożyczkowych można mieć zaciągniętą tylko jedną pożyczkę w tym samym czasie. Dopiero zaś po jej spłacie można się skutecznie ubiegać o kolejną pożyczkę.

Błędy we wniosku pożyczkowym

Wypełnienie wniosku pożyczkowego jest znacznie prostsze niż wniosku o kredyt. W konsekwencji popełnienie błędu jest znacznie mniej prawdopodobne, jednak także się czasami zdarza. Jeżeli jest to zwykła literówka, to można ją natychmiast skorygować i złożyć wniosek jeszcze raz.

Gorzej, jeżeli błąd we wniosku jest celowy pod postacią np. przedstawienia zawyżonych dochodów . Instytucje pożyczkowe weryfikują mniej danych od banków, więc przynajmniej teoretycznie weryfikacja ich prawdziwości może być mniej skuteczne. W praktyce jednak instytucje pożyczkowe potrafią bardzo skutecznie sprawdzić, czy klient podaje prawdziwe informacje. Kłamstwo we wniosku jest więc nie tylko naganne pod względem moralnym, ale stanie na drodze do uzyskania pożyczki.

Podsumowując, instytucje pożyczkowe weryfikują wnioski pod podobnym kątem, co banki. Jednakże stosują dużo bardziej liberalną politykę i częściej akceptują wnioski pożyczkowe niż banki wnioski kredytowe. W dodatku ubieganie się o pożyczkę jest proste i szybkie, a poziom oprocentowania często bardzo atrakcyjny. Ubiegając się o pożyczkę, warto skorzystać z innowacyjnej porównywarki Matchbanker.

Zmiany w przepisach o zagranicznych spółkach kontrolowanych w 2018 r.

Po trzech latach obowiązywania przepisów dotyczących zagranicznych spółek kontrolowanych (CFC –  od ang. Controlled Foreign Corporation), 1 stycznia 2018 r. weszły w życie zmiany, w wyniku których mogą ucierpieć portfele udziałowców. Nowe regulacje pełnią jednak bardziej funkcję straszaka, bo profesjonalnie założona za granicą i prowadzona we właściwy sposób spółka jest i nadal będzie dla przedsiębiorców doskonałym narzędziem zarządzania firmą i ochrony jej majątku.

Rejestrowanie spółki zarówno w Polsce, jak i za granicą wymaga posiadania odpowiedniej wiedzy, doświadczenia i  umiejętności w dopełnieniu wymogów formalnoprawnych. Znajomość obcych procedur często wymaga trafnego rozumienia ich w języku danego państwa.

Z kolei właściwe prowadzenie spółki to takie, które nie tylko zapewnia jej wysoki poziom zarządzania, ale i nie naraża na utratę z pola widzenia celów, dla których spółka została założona, takich jak chęć skorzystania z przyjaznego dla prowadzenia przedsiębiorstwa otoczenia prawnego, z oferowanych ulg, ochrona majątku, redukcja obciążeń podatkowych, w tym uniknięcie podwójnego opodatkowania. Ten, kto właściwie zarządza spółką, nie powinien więc dopuścić do tego, by spółka w związku ze zmianą przepisów spełniła przesłanki zagranicznej spółki kontrolowanej.

Unia a wolny rynek

Modyfikację kryteriów uznania spółki za kontrolowaną wprowadziła Ustawa z dnia 27 października 2017 r. o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne (Dz.U. 2017 poz. 2175). Na wdrożenie nowego prawa naciska Unia Europejska, która – pod egidą wzniosłych haseł przeciwdziałania unikaniu opodatkowania – chce ratować wspólnotową kasę przed odpływem kapitału. To metody Brukseli na konkurowanie z państwami i terytoriami oferującymi po prostu korzystniejsze warunki prowadzenia działalności gospodarczej.

Także pośredni i wspólny udział

Zgodnie z art. 30f ust. 1 ustawy o PIT (t.j.: Dz.U. 2018 poz. 200) podatek od dochodów zagranicznej spółki kontrolowanej wynosi 19% podstawy obliczenia podatku. Obowiązujące od 1 stycznia 2015 r. przepisy za zagraniczną spółkę uznawały nieposiadającą siedziby lub zarządu na terytorium RP: a) osobę prawną, b) spółkę kapitałową w organizacji, c) jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej inną niż spółka niemająca osobowości prawnej, d) spółkę niemającą osobowości prawnej mającą siedzibę lub zarząd w innym państwie, jeżeli zgodnie z przepisami prawa podatkowego tego innego państwa jest traktowana jak osoba prawna i podlega w tym państwie opodatkowaniu od całości swoich dochodów bez względu na miejsce ich osiągania. W takiej spółce podatnik mający miejsce zamieszkania, siedziby lub zarząd na terytorium RP musiał posiadać udział w kapitale, prawo głosu w organach kontrolnych lub stanowiących lub prawo do uczestnictwa w zysku. Nowe przepisy o CFC mają szerszy zasięg – obejmują dodatkowo podatników posiadających udział wespół z tzw. podmiotami powiązanymi oraz tych posiadających je pośrednio.

Jednostka zależna i podmiot powiązany

Nastąpiło procentowe zwiększenie z 25% do 50% wysokości wymaganego udziału w kapitale, prawach głosu lub w zyskach, która pozwala uznać daną jednostkę za zależną, a którą może być również zagraniczna spółka. Nowelizacja wprowadziła też definicję podmiotu powiązanego, za który uznaje się małżonka podatnika, jego krewnych do II stopnia oraz osoby prawne lub jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej, w których wspomniani krewni, małżonek lub sam podatnik posiadają co najmniej 25% udziału w kapitale, prawach głosu lub w zyskach.

Zagraniczna spółka kontrolowana

Wskazane wyżej podmioty, identyfikowane jako spółki zagraniczne, zostaną uznane za kontrolowane (CFC), jeśli spełnią łącznie 3 warunki:

– nieprzerwane posiadanie przez 30 dni w spółce samodzielnie (bezpośrednio lub pośrednio) lub wraz z podmiotami powiązanymi ponad 50% prawa głosu w organach kontrolnych lub stanowiących, lub ponad 50% udziałów w kapitale, lub ponad 50% udziałów związanych z prawem do uczestnictwa w zyskach (do 1 stycznia 2018 r. było to 25%);

– dochody osiągane w sposób pasywny stanowią co najmniej 33% dochodów spółki w roku podatkowym, czyli np. z dywidend, ze zbycia udziałów, z wierzytelności (dotychczas było to 50%);

– podatek dochodowy faktycznie zapłacony przez spółkę jest niższy od podatku, który zapłaciłaby ona w państwie siedziby lub zarządu podatnika, czyli w Polsce (przy obliczaniu tej różnicy nie uwzględnia się zagranicznego zakładu zagranicznej spółki kontrolowanej, który nie podlega opodatkowaniu lub jest zwolniony z niego w państwie siedziby).

Brak limitu i rejestry

Największą zmianę stanowi zniesienie progu 250 tys. euro przychodów osiąganych przez zagraniczną spółkę, którego przekroczenie w danym roku podatkowym decydowało o objęciu jej 19% obowiązkiem podatkowym w Polsce. Teraz fiskus będzie mógł się domagać dziewiętnastej części z każdego eurocenta dochodu netto zagranicznej spółki kontrolowanej polskiego udziałowca.

Podatnicy są zobowiązani do prowadzenia rejestru swoich zagranicznych spółek, choć w jakiej dokładnie formie rejestr ten ma być sporządzany, ustawa nie precyzuje. Oznaczony jest tylko 7-dniowy termin, w którym na żądanie organu podatkowego przedsiębiorca zobligowany jest prowadzony rejestr przedłożyć. W świetle obecnego brzmienia przepisów ten obowiązek powinien zostać uznany za spełniony, jeśli przedsiębiorca okaże w urzędzie choćby zwykłą kartkę papieru ze spisem posiadanych spółek.

Swobodna ocena „istotności”

Przedsiębiorcy przyzwyczaili się już, że żadna nowelizacja prawa podatkowego nie może się obejść bez wprowadzenia dodatkowych ułatwień dla fiskusa. Tym razem zawierają się one w art. 30f ust. 18 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, który został kosmetycznie zmieniony. Zgodnie z jego wcześniej obowiązującym brzmieniem wyłączeniu spod obowiązków podatkowych i sprawozdawczych podlegały zagraniczne spółki kontrolowane opodatkowane od całości swoich dochodów w państwie członkowskim UE lub należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego i prowadzące w tym państwie rzeczywistą działalność gospodarczą. Nowelizacja dodała do tego artykułu jedno słowo – od niedawna ta rzeczywista działalność musi być „istotna”.

A zatem teraz, by uzyskać zwolnienie z 19% podatku od dochodów zagranicznej spółki, trzeba będzie wykazać, że prowadzona przez nią działalność miała charakter istotny. Choć głównym kryterium oceny tej „istotności” ma być porównanie przychodów zagranicznej spółki z osiąganymi w danym roku podatkowym przez przedsiębiorcę przychodami ogółem, to należy pamiętać, że oceny tej dokonywać będzie organ.

Oczywiście w razie urzędniczych nadużyć rozjemcą pozostają zawsze sądy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Inflacja wróciła do (przedziału dla) celu NBP

Inflacja CPI wzrosła w kwietniu do 1,6% r/r (PKO: 1,6% r/r, kons.: 1,5% r/r) z 1,3% r/r w lutym, wracając po 2 miesiącach do dopuszczalnego przedziału odchyleń od celu NBP. Po odsezonowaniu inflacja CPI wyniosła 0,1% m/m wobec 0,1% m/m w marcu.Inflacja wróciła do (przedziału dla) celu NBP

Główną przyczyną wzrostu inflacji CPI w kwietniu było przyspieszenie dynamiki paliw i żywności. Rosnące ceny paliw to efekt kombinacji wzrostu cen ropy obserwowanego od połowy marca oraz osłabienia PLN. Dodatkowo roczną dynamikę cen paliw podbijają efekty niskiej bazy. Za szybszym wzrostem cen żywności stoją naszym zdaniem przede wszystkim rosnące ceny masła oraz owoców (w szczególności jabłek) i warzyw (przede wszystkim włoszczyzny). W przeciwną stronę oddziałują natomiast ceny cukru notujące falę spadków po zniesieniu przez UE limitów produkcji od 1 października 2017.

Roczna dynamika cen energii była stabilna, ale w tym przypadku dostrzegamy możliwość nieznacznej rewizji w górę ze względu na kwietniowe podwyżki cen gazu.

Szacujemy, że inflacja bazowa w kwietniu pozostała stabilna (0,6-0,7% r/r), przy potencjalnym odbiciu rocznej dynamiki cen w niektórych kategoriach, które odpowiadały za marcowy spadek, np. w zorganizowanych wyjazdach zagranicznych (efekt wzrostu cen ropy/paliw i słabszego PLN).

Prognozujemy, że kolejne miesiące przyniosą umiarkowany wzrost inflacji CPI, w głównej mierze ze względu na niską bazę cen paliw. Trend wzrostowy utrzyma się do czerwca/lipca, gdy inflacja CPI osiągnie 2,0-2,1% r/r. Potencjalne źródło ryzyka w górę stanowią ceny surowców energetycznych (w szczególności ropy) oraz deprecjacja PLN, które mogą podbić inflację importowaną. Uważamy, że nadal istnieje potencjał do wzrostu inflacji bazowej (głównie jej kosztowego komponentu), w szczególności po zmianach metodycznych, które objęły pomiary cen w kategorii odzież i obuwie.

Dane są neutralne dla oceny perspektyw polityki pieniężnej. Wobec dużej tolerancji RPP dla inflacji w górnym przedziale odchyleń od celu NBP (której spodziewamy się niemal w całym 2019) uważamy, że RPP pozostawi stopy procentowe bez zmian przynajmniej do końca przyszłego roku.

Źródło: PKO Bank Polski

Polski mechanizm zbada jądro Marsa

Około godziny 13:00 czasu polskiego 5 maja 2018 roku startuje misja NASA InSight, czyli pierwsza w historii misja poświęcona badaniom głębokiego wnętrza Marsa. Zbadanie wnętrza czerwonej planety umożliwiła polska firma Astronika, która zaprojektowała i wykonała mechanizm, który wbije się na 5 metrów w marsjański grunt.

Misja ma trwać dwa lata ziemskie. Lądowanie InSight na Marsie zaplanowane jest na 26 listopada 2018 r. Bruce Banerdt, główny badacz misji InSight powiedział o tym wydarzeniu: „W pewien sposób InSight jest takim naukowym wehikułem czasu, który dostarczy nam informacji o najwcześniejszych etapach historii Marsa sprzed 4,5 miliarda lat. Pomoże nam dowiedzieć się w jaki sposób formują się obiekty skaliste takie jak Ziemia, jej księżyc, a nawet planety w innych układach planetarnych”.

Udział Polski w misji Insight

W ramach misji na Marsa zostanie wysłany bezzałogowy lądownik, który ma dokonać historycznego zbadania planety Mars. Jednym z trzech głównych urządzeń, które zabierze ze sobą misja InSight będzie HP3 (Heat Flow and Physical Properties Package) – próbnik do pomiaru strumienia ciepła z wnętrza planety, który zostanie wprowadzony na głębokość 5 m w grunt marsjański.

Wykonawcą mechanizmu wbijającego „Kret HP3” jest polska firma Astronika, której inżynierowie sprawili, że polski przemysł kosmiczny znany jest w NASA z produkcji najlepszych na świecie urządzeń penetrujących na misje kosmiczne. Astronika jako koordynator procesu produkcyjnego „Kreta HP3” zaangażowała do podwykonawstwa kilka polskich ośrodków naukowych, m.in. Centrum Badań Kosmicznych PAN, Instytut Lotnictwa, Instytut Spawalnictwa, Politechnikę Łódzką i Politechnikę Warszawską.

AstronikaTo wielkie wydarzenie dla Astroniki, ale też duży sukces krajowego przemysłu kosmicznego, bo po raz pierwszy w historii polska firma stworzyła kompletny mechanizm na misję kosmiczną. To także spory krok naprzód, jeśli chodzi o badania kosmosu w ogóle, bo takie urządzenie po raz pierwszy w historii wbije się aż 5 m pod powierzchnię Marsa i dostarczy danych, które dadzą odpowiedź na wiele pytań dotyczących budowy tej planety – mówi Bartosz Kędziora, prezes założonej przez polskich inżynierów i naukowców firmy Astronika.