Prof. dr hab. Krzysztof Krygier: w grupie tłuszczów stałych najzdrowszy jest olej palmowy, a najmniej zdrowy olej kokosowy

Prof. dr hab. Krzysztof Krygier: w grupie tłuszczów stałych najzdrowszy jest olej palmowy, a najmniej zdrowy olej kokosowy 1

Na temat tłuszczów spożywczych krąży coraz więcej mitów. Olej kokosowy uważany jest za najzdrowszy. Eksperci zauważają, że w rzeczywistości jest jednak odwrotnie – zawiera on bowiem 90 proc. tłuszczów nasyconych, których wedle oficjalnych rekomendacji instytucji naukowych należy unikać. Mimo złych opinii spośród tłuszczów stałych zdecydowanie zdrowszy jest tłuszcz palmowy. Zawiera niemal dwukrotnie mniej tłuszczów nasyconych. Jest powszechnie stosowany w przemyśle spożywczych, przede wszystkim ze względu na wysoką wydajność, łatwą produkcję i dobre właściwości teksturalne.

– Moda na atakowanie jest zawsze, zawsze trzeba coś pognębić, a coś innego wynieść na piedestał. Z tłuszczami dzieje się tak cały czas. Olej kokosowy z punktu widzenia żywieniowego jest najmniej zdrowy, a uważany jest przez konsumentów za najzdrowszy. Zrobiliśmy ankietę na temat tego, jaki tłuszcz jest najzdrowszy. 80 proc. internautów odpowiedziało, że właśnie olej kokosowy, a to przecież całkowicie bez sensu – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas prezentacji raportu CSR firmy Ferrero prof. dr hab. Krzysztof Krygier, ekspert w dziedzinie technologii tłuszczów ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Olej kokosowy w Polsce cieszy się dużą popularnością. Często stosowany jest jako kosmetyk, ale stosuje się go także w kuchni ze względu na doniesienia o jego prozdrowotnych właściwościach. Jak jednak tłumaczy prof. Krygier, nauka takich doniesień nie potwierdza. Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje, że jedną z zasad zdrowego odżywiania jest ograniczenie nasyconych tłuszczów, a to z nich w głównej mierze składa się olej kokosowy.

– Żyjemy tak naprawdę w dwóch światach, naukowym i internetowym, które żyją osobnym życiem. Tracą na tym ci wszyscy, którzy chcą wiedzieć. Obserwuję tłuszcze od wielu lat, zajmuję się nimi i widzę, jak to w tej branży wygląda – ocenia ekspert SGGW.

W przemyśle spożywczym najczęściej stosowane są tłuszcze stałe lub półstałe, które znajdują się w większości produktów. Od kilku lat złą prasę ma olej palmowy, ostatnio przede wszystkim w kontekście Nutelli. Krygier tłumaczy jednak, że w grupie tłuszczów utwardzonych olej palmowy jest najzdrowszą opcją.

– Olej palmowy ma 50 proc. nasyconych kwasów, olej kokosowy blisko 90 proc., czyli niemal dwukrotnie więcej, a tłuszcz maślany 65 proc. – podkreśla Krzysztof Krygier.

Jeszcze kilkanaście lat temu tłuszcz palmowy był stosowany lokalnie, zwłaszcza w krajach południowo-wschodniej Azji. Na świecie w gotowych produktach przeważały tłuszcze utwardzone, główne źródło izomerów trans kwasów tłuszczowych. Ze względu na zdrowie, cenę, dostępność i łatwość produkcji zastąpiono je właśnie olejem palmowym.

– Zaletą oleju palmowego jest jego dostępność. Wydajność z hektara oleju rzepakowego, najlepszego ze wszystkich nasiennych, to jedna tona z hektara, a palmowego do 7 ton z hektara, czyli siedem razy więcej. Jest więc bardzo przydatny technologicznie, łatwo dostępny, tani, łatwy w produkcji, same plusy. Do tego ma bardzo dobre właściwości tekstury – jest gładki, prosty do wyprodukowania, nie trzeba go dalej modyfikować – tłumaczy prof. dr hab. Krzysztof Krygier.

Pracodawcy coraz mniejszą wagę przywiązują do wykształcenia. Liczą się umiejętności techniczne i doświadczenie

Pracodawcy coraz mniejszą wagę przywiązują do wykształcenia. Liczą się umiejętności techniczne i doświadczenie 2

Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów z konkretnym fachem w ręku. Pracodawcy coraz mniejszą wagę przywiązują do wykształcenia, dużo bardziej liczą się dla nich umiejętności i doświadczenie – przekonuje Natalia Bogdan, prezes agencji pracy Jobhouse. Dlatego pierwsze kroki na rynku pracy dobrze jest stawiać jeszcze na studiach, podejmując prace dorywcze lub angażując się w wolontariat. Ponad połowa studentów dorabia po zajęciach, czemu sprzyja elastyczny wymiar czasu pracy, jaki oferują pracodawcy.

– Mamy zamówienia na wszystkie typy pracowników – od stanowisk fizycznych po dyrektorskie. Obserwujemy największy deficyt pracowników wykwalifikowanych technicznych niższego szczebla, tzw. osób z fachem w ręku, jak spawacze czy cukiernicy. Takich osób brakuje na rynku pracy –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Natalia Bogdan, prezes agencji pracy Jobhouse.

Bezrobocie systematycznie spada. Jak szacuje resort pracy, w marcu bezrobocie wyniosło 8,2 proc., czyli o 0,3 pkt proc. mniej niż w lutym. Coraz częściej pracodawcy narzekają na brak wykwalifikowanej kadry. Zdaniem ekspertów można mówić o bezrobociu strukturalnym, bo umiejętności i wykształcenie bezrobotnych nie przystają do potrzeb rynku.

– Mamy teraz do czynienia z rynkiem pracownika, czyli jest większe zapotrzebowanie na pracowników i trudniej znaleźć ich niż pracę. Na pewno będziemy poszukiwać wszelkich pracowników z fachem w ręku, pracowników technicznych z wykształceniem zawodowym w danym kierunku lub z określonymi umiejętnościami twardymi. Myślę, że taki trend utrzyma się przez dłuższy czas na rynku – ocenia Natalia Bogdan.

Jak podkreśla ekspertka, wciąż duże jest zapotrzebowanie na informatyków i specjalistów IT, dlatego przy odpowiednich predyspozycjach dobrze jest kształcić się właśnie w tym kierunku. Pracodawcy coraz mniejszą wagę przykładają jednak do wykształcenia. Bardziej liczą się umiejętności oraz zdobyte doświadczenie. Dobre perspektywy zawodowe mają absolwenci szkół zawodowych i techników.

– Jest przyszłość dla zawodów technicznych. Jeżeli mamy taką możliwość i to nas interesuje, to nie idźmy owczym pędem na studia wyższe, wierząc, że tytuł magistra da nam pracę, bo jest mnóstwo osób po kierunkach ogólnych, które tej pracy nie mogą znaleźć – przekonuje prezes Jobhouse.

Szkoły zawodowe powoli odzyskują dawny prestiż. W 2015 roku niemal połowa gimnazjalistów kontynuowała naukę właśnie w szkole zawodowej lub technikum. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku dwie trzecie uczniów szkół podstawowych decydowało się na tego rodzaju naukę. W latach 90. już ok. 40 proc.

Oprócz technicznych umiejętności istotne jest również doświadczenie. Dlatego coraz częściej pierwsze kroki na rynku pracy młodzi ludzie stawiają podczas studiów.

– Wiele firm poszukuje praktykantów i stażystów, także na wakacje. Po pierwsze, takie doświadczenie można wpisać do CV. Po drugie, jeżeli pokażemy się z dobrej strony, to po ukończeniu studiów taki pracodawca przyjmie nas z otwartymi ramionami do grona pełnoprawnych pracowników – tłumaczy Natalia Bogdan. – Cennym doświadczeniem jest też wolontariat. Pokazuje on, że jesteśmy aktywni i pracujemy nie tylko dla pieniędzy, lecz także dla wyższego celu – dodaje.

Jak wynika z badania „Student w pracy 2016”, przeprowadzonego przez agencję SW Research, prawie 60 proc. studentów dorabia po zajęciach. Połowa z tej grupy pracuje dorywczo, przede wszystkim w trakcie wakacji, a 30 proc. studentów ma stałą pracę. Ponad 40 proc. z tych, którzy pracują podczas studiów, zarabiać zaczęło już na pierwszym roku. Nieco mniej niż połowa pracuje w swoim przyszłym zawodzie.

– Agencje pracy tymczasowej oferują pracę w elastycznym wymiarze czasu. Nawet jeżeli ktoś studiuje dziennie, to jest bardzo wiele prac weekendowych, czasami nawet na zmiany nocne. Dużo firm, np. typu shared service, pracuje 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, więc można dobrać takie godziny, które nie będą kolidowały ze studiami czy wychowaniem dziecka – podkreśla Natalia Bogdan.

Rewolucja cyfrowa zmienia dotychczasowe modele biznesowe. Kluczowe stało się wsparcie firm technologicznych

Rewolucja cyfrowa zmienia dotychczasowe modele biznesowe. Kluczowe stało się wsparcie firm technologicznych 3

Łączenie wcześniej niepowiązanych obszarów wiedzy czy różnych działów w ramach jednej firmy staje się koniecznością. Same firmy w pojedynkę często nie są w stanie tego zrobić. Potrzebne jest wsparcie partnera technologicznego, który przeprowadzi firmę przez tę rewolucję, dostarczając odpowiednie rozwiązania i dostosowując je do wymogów rynku. Dane usługi i produkty znajdą więcej odbiorców, jeśli będą lepiej dopasowane do ich potrzeb. Współpraca jest warunkiem koniecznym – przekonuje David Hazard, wiceprezes Fujitsu w regionie EMEIA odpowiedzialny za współpracę z partnerami.

– Cyfrowa rewolucja zmienia sposób, w jaki prowadzimy biznes. Musimy przyswoić nowe umiejętności i nowe technologie. Sprzedawcy muszą się stać kompetentnymi partnerami, trzeba ich wyszkolić i nauczyć, jak oferować nowe cyfrowe aplikacje i usługi – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes David Hazard, wiceprezes Fujitsu w regionie EMEIA odpowiedzialny za współpracę z partnerami.

Poruszanie się w coraz większej ilości danych, które rosną wraz z rozwojem internetu rzeczy i mediów społecznościowych, przy jednoczesnym wykorzystaniu platform chmurowych wymaga od firm dużej wiedzy i odpowiedniego planowania. Dużym wyzwaniem dla przedsiębiorstw jest zarządzanie dokumentami w erze cyfrowej. Dlatego firma Fujitsu rozwija Imaging Channel Portal, który ma pomóc partnerom lepiej wykorzystywać możliwości, jakie daje rynek rozwiązań do digitalizacji dokumentów.

– Firmy i organizacje przetwarzają dziś dane czasami przechowywane w chmurze, czasami na swoich serwerach, a czasami w modelu hybrydowym. Firmy muszą się przystosować do hybrydowego podejścia do IT. Częścią danych zarządzają sami, a część jest zarządzana z zewnątrz – wskazuje Hazard.

Program Imaging Channel pomaga w prowadzeniu biznesu w czasach cyfrowej transformacji. Jak podkreśla Hazard, kluczowa jest jednak bliska współpraca między partnerem technologicznym a daną firmą.

– W programie Channel staramy się współpracować jak najbliżej partnerów. Chodzi o bliższą relację z użytkownikiem końcowym. Sami nie do końca możemy to robić, ale program Channel pozwala zidentyfikować możliwości, jakie ma klient, my zaś możemy zaoferować ekspertyzę dotyczącą transformacji cyfrowej – tłumaczy szef kanału sprzedaży Fujitsu.

Zmieniający się rynek sprawia, że aby tworzyć innowacje i być konkurencyjnym, potrzebne jest współdziałanie. Nie tylko z partnerem technologicznym, który przeprowadzi przez nowe, cyfrowe wymagania rynku, lecz także współpraca w ramach jednej organizacji między różnymi działami.

– Chodzi o to, by umożliwić partnerom bliższą współpracę nad wspólnym projektem. Także sprzedawca i partner mogą pracować razem nad jednym rozwiązaniem. Współtworzenie istnieje również w ramach jednej firmy. Dzięki cyfrowej transformacji odkrywamy, że dział marketingu, dział IT, a nawet biuro zarządu mogą się wspólnie zaangażować w kształtowanie cyfrowej przyszłości – mówi Hazard.

Połączenie wiedzy technologicznej ze znajomością biznesu organizacji i wymogów rynku pozwalają tworzyć nowe produkty i dostarczać innowacyjne usługi. Jak przekonuje ekspert, tylko współpraca między wydawałoby się autonomicznymi światami umożliwi wprowadzanie innowacji.

– Technologie i usługi, którymi dysponujemy, znajdują najlepsze zastosowanie wtedy, kiedy nasz partner jest zaznajomiony z konkretnymi potrzebami klienta i konkretnymi rozwiązaniami. Warunkiem koniecznym jest współpraca, identyfikacja celów klienta i rozwiązań oraz dobór odpowiednich ludzi do stworzenia takiego rozwiązania – analizuje Hazard.

Współtworzenie jest hasłem przewodnim tegorocznego roadshow Fujitsu World Tour 2017 – „Human Centric Innovation: Digital Co-Creation”. Podczas konferencji organizowanych w ramach roadshow na 6 kontynentach eksperci z branży, przedstawiciele Fujitsu i jej partnerów technologicznych dyskutują o tym, jak odnieść sukces w cyfrowym świecie.

Energia słoneczna mogłaby pomóc ograniczyć problem smogu. Warunkiem dostęp klientów indywidualnych do finansowania

Energia słoneczna mogłaby pomóc ograniczyć problem smogu. Warunkiem dostęp klientów indywidualnych do finansowania 4

Fotowoltaika rośnie w Polsce skokowo. Wartość tego rynku przekroczyła kilkaset milionów złotych, a eksperci prognozują w nadchodzących latach dalszy dynamiczny wzrost. Fotowoltaika będzie rosła wraz z całym rynkiem odnawialnych źródeł energii, który może w przyszłości rozwiązać problem dramatycznie złej jakości powietrza w Polsce. Warunkiem jest jednak dostęp klientów indywidualnych do instrumentów finansowania, których na razie na rynku brakuje.

– Wierzymy, że jeśli będziemy kontynuować politykę wspierania rozproszonej energetyki, to nastąpi wzrost świadomości konsumentów, którzy zaczną inwestować nie tylko w odnawialne źródła energii, lecz także w ocieplenie swoich domów, ponieważ 70 proc. budynków jednorodzinnych w Polsce jest niedostatecznie ocieplonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dawid Zieliński, prezes zarządu Columbus Energy, notowanej na NewConnect spółki, która zajmuje się projektowaniem i montażem instalacji fotowoltaicznych.

Eksperci pokładają w tego typu działaniach i rozwoju OZE nadzieję na poprawę jakości powietrza, efektywniejszą ochronę środowiska i częściowe rozwiązanie problemu smogu, który zaostrza się w niekorzystnych warunkach atmosferycznych. Jak wynika z informacji ONZ i Światowej Organizacji Zdrowia, Polska znajduje się w europejskim ogonie pod względem jakości powietrza, a smog przyczynia się co roku do przedwczesnej śmierci ponad 50 tys. Polaków.

– Jeżeli zaczniemy inwestować w fotowoltaikę, czyli energię ze słońca, oraz w ocieplenie budynków, spowoduje to, że suma zanieczyszczeń w całej Polsce będzie się zmniejszać. Dodając do tego rozwój elektromobilności w nadchodzących latach, czyli zmniejszanie się liczby tradycyjnych aut na rzecz samochodów elektrycznych, będziemy mieli do czynienia z pewną transformacją energetyczną, która spowoduje oczyszczenie powietrza w znacznym stopniu – ocenia Dawid Zieliński.

Jak wynika z ostatniego raportu Instytutu Energii Odnawialnej „Rynek fotowoltaiki w Polsce 2016”, całkowita moc zainstalowana w systemach fotowoltaicznych (PV) przyłączonych do sieci energetycznej sięgnęła 119,2 MW. Mikroinstalacje stanowiły 31,5 MW, czyli 26 proc. całkowitej mocy zainstalowanej (dane na koniec 2015 roku). IEO szacuje, że ok. 8,3 MW zainstalowanej mocy to instalacje nieprzyłączone do sieci.

Instytut zwraca uwagę na to, że ostatnimi czasy nastąpił skokowy wzrost: tylko w 2015 roku powstało 77,2 MW instalacji fotowoltaicznych, a wartość rynku wzrosła o 60 proc. do poziomu około 470 mln zł. Fotowoltaika rozwija się w Polsce pomimo dość niejasnej sytuacji prawnej tego sektora.

Podobne, choć nieco niższe dane podaje Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej Polska PV (w raporcie „Rozwój polskiego rynku fotowoltaicznego w latach 2010–2020”). Na koniec 2015 roku skumulowana moc zainstalowana w elektrowniach fotowoltaicznych przekroczyła 95 MW. Lata 2014–2015 to czas skokowego rozwoju fotowoltaiki na polskim rynku. 98 proc. instalacji zostało podłączonych do sieci właśnie w tym okresie. Liczba zainstalowanych i przyłączonych do sieci instalacji fotowoltaicznych sięgnęła 4217 (w samym 2015 roku zainstalowano 3643). Dla porównania jeszcze trzy lata temu było to zaledwie 40 instalacji. Stowarzyszenie podaje, że rynek odnotował w tym czasie wzrost na poziomie 373 proc., a jego wartość przekroczyła 300 mln zł.

Jak prognozuje Stowarzyszenie Branży Fotowoltaicznej Polska PV, rozwój mikroinstalacji w Polsce do 2020 roku będzie uwarunkowany kilkoma czynnikami. Zaważy na nim: systemowe wsparcie w postaci taryf gwarantowanych, możliwość preferencyjnego rozliczenia w bilansach półrocznych, realizacja samorządowych projektów finansowanych w ramach RPO i program dla prosumentów inwestujących w mikroinstalacje na własny użytek.

– Dzisiaj na rynku brakującym ogniwem jest sposób finansowania instalacji dla klientów indywidualnych. To musi być bardzo długoterminowe wsparcie, kredyt bądź innego typu finansowanie, tak skonstruowane, że już w pierwszym roku klient oszczędza kilkaset złotych po odliczeniu raty finansowania czy – tak jak w rozwiązaniu Columbus Energy – kwoty abonamentu. Jeżeli firmy i rynek będą wprowadzały takie rozwiązania finansowe, to rzeczywiście ten milion zainteresowanych klientów – według badań CBOS – jest w perspektywie kilkunastu lat do realizacji – mówi prezes spółki.

Rozwiązanie wprowadzone na rynek przez Columbus Energy polega na tym, że właściciele domów jednorodzinnych mogą zakupić montaż paneli fotowoltaicznych i serwisowanie, a płatność odbywa się na zasadzie co miesięcznego abonamentu.

– Dzisiaj na rynku nie mamy zbyt wielu instrumentów finansowania. Transformacja rynku fotowoltaicznego, czyli energetyki słonecznej, będzie postępować bardzo szybko. Myślę, że w przeciągu 2–3 lat największe firmy energetyczne będą wprowadzać takie rozwiązania – prognozuje Dawid Zieliński.

Szybko rośnie liczba nowych rodzajów polis. To wymusza na ubezpieczycielach inwestycje w nowoczesne narzędzia informatyczne

Szybko rośnie liczba nowych rodzajów polis. To wymusza na ubezpieczycielach inwestycje w nowoczesne narzędzia informatyczne 5

Ubezpieczenia zwierząt domowych, sprzętu mobilnego czy polisy od ukąszenia kleszcza – liczba nowych produktów ubezpieczeniowych gwałtownie rośnie. To wynik zmieniającego się rynku i potrzeb klientów. Aby skutecznie wprowadzić je na rynek i nimi zarządzać, ubezpieczyciele potrzebują odpowiednich narzędzi informatycznych – przekonują eksperci Sollers Consulting. Przyszłością są platformy, które umożliwią klientom samodzielny zakup polis. Bez takich narzędzi ubezpieczyciele mogą mieć problem z utrzymaniem się na rynku.

– Nowoczesny rynek ubezpieczeniowy charakteryzuje się gwałtownym wzrostem liczby produktów ubezpieczeniowych. Dlatego też niezbędne dla ubezpieczycieli są narzędzia do szybkiego wprowadzania na rynek nowych produktów, zarządzania nimi i ich testowania. Bez narzędzi wspomagających ten proces ubezpieczyciele zostaną z kilkoma produktami, które nie będą zaspokajały potrzeb klientów, a więc będą mieli problem z utrzymaniem się na rynku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Bucoń, starszy menadżer w Sollers Consulting, firmie specjalizującej się w rozwiązaniach IT dla sektora finansowego.

Zmiany w otoczeniu rynkowym, postęp technologiczny i rozwój narzędzi cyfrowych wymuszają na branży ubezpieczeniowej innowacyjne podejście i konieczność szybkiej adaptacji. Stąd od kilku lat w ubezpieczeniach rozwija się nowy segment, tzw. insurtech. Z raportu firmy Gartner wynika, że już 2/3 największych światowych firm ubezpieczeniowych zainwestowało w start-upy, które wykorzystują nowe technologie i oferują całkiem nowe rozwiązania.

– Dzięki temu klienci mają znacznie szerszą ofertę produktową, niż znamy to z dzisiejszego rynku. Na zachodzie Europy widać już, że branża insurtech, która zajmuje się wprowadzaniem innowacji do ubezpieczeń, generuje coraz bardziej pomysłowe produkty. Czy będą to ubezpieczenia dla zwierząt domowych, czy ubezpieczenia od ukąszenia kleszcza, pomysłów jest bardzo wiele. Żeby je wszystkie wprowadzić i przetestować, trzeba naprawdę solidnego zaplecza informatycznego – przekonuje Bucoń.

W Polsce wciąż jeszcze większość ubezpieczeń sprzedawanych jest bezpośrednio przez firmy, agentów czy brokerów. Choć lubimy nowe rozwiązania, a pod względem wykorzystania bankowości internetowej czy mobilnej należymy do czołówki europejskiej, to w internecie kupujemy wciąż mało produktów ubezpieczeniowych. Sytuacja będzie się jednak zmieniać – konieczny jest tylko rozwój narzędzi do ich sprzedaży.

 Nasi ubezpieczyciele nadal jeszcze mają mało narzędzi do kupowania polisy online czy do sprzedaży w sieci ubezpieczeń, które oferują swoim pośrednikom czy klientom. Polacy lubią takie narzędzia, ale ubezpieczyciele jeszcze nie do końca je dostarczają – ocenia Jarosław Bucoń.

Zaprojektowane przez Sollers Consulting narzędzie RIFE (Responsive Integrable Front End) pozwala na szybkie wdrożenie nowych produktów na rynek i dopasowanie ich do potrzeb poszczególnych firm i ich klientów.

– Klient może dzięki temu wybrać produkt, który rzeczywiście w pełni odpowiada jego potrzebom. Jednocześnie dzięki ergonomicznemu zaprojektowaniu tego portalu i licznym podpowiedziom dla sprzedawców klient otrzymuje jednakowe wsparcie, niezależnie od tego, czy współpracuje ze sprzedawcą, który jest doświadczony, czy z takim, który jest zupełnie początkujący – tłumaczy Tomasz Kotecki, starszy konsultant w Sollers Consulting.

Dodatkowo wsparcie to jest możliwe w każdym kanale dystrybucji. Pierwsze wdrożenie systemu na polskim rynku już miało miejsce. Jak wskazuje Tomasz Kotecki, firma skupia się obecnie na pozyskaniu kolejnych klientów w Polsce, ale plany rozwoju są znacznie ambitniejsze.

– Naszym strategicznym celem jest to, żeby system RIFE stał się rozpoznawalny w całej Europie. Wierzymy, że dzięki doświadczeniom z międzynarodowych projektów, które od 17 lat prowadzimy, jesteśmy w stanie z naszym systemem zaproponować wymierną wartość dodaną w każdym europejskim kraju, a przy okazji pokazać, że polskie ubezpieczenia są naprawdę innowacyjne – zapowiada Tomasz Kotecki.

Polska firma stworzyła specjalnego robota do nauki programowania. Trafi do polskich szkół

Polska firma stworzyła specjalnego robota do nauki programowania. Trafi do polskich szkół 6

Do 2020 roku na świecie będzie brakować nawet miliona programistów. Już teraz w Polsce na specjalistów z tej branży czeka nawet 50 tys. miejsc pracy. Naukę programowania najlepiej zacząć od najmłodszych lat. Od września nauka programowania wejdzie do podstawy programowej, a wraz z nią do polskich szkół może trafić innowacyjny robot Photon. To robot, który rozwija się wraz z dzieckiem, ucząc je programowania. Spółka Photon Entertainmnet, twórca robota, podpisała umowę z Grupą MAC, dzięki której wzbogacona wersja edukacyjna robota trafi do szkół i przedszkoli.      

– Nauka programowania w szkole jest obecnie na czasie, nie tylko z uwagi na plany ministerstwa, lecz także ze względu na otaczającą nas rzeczywistość. Programowanie to kluczowa umiejętność, której brakuje. Szacuje się, że w Polsce już 50 tysięcy wakatów czeka na programistów, a co dopiero jeśli mówimy o świecie. Resort edukacji wprowadził do najnowszej podstawy programowej naukę programowania, a robot Photon jest doskonałym sposobem, aby tę naukę rozpocząć – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jarek Rybus z Grupy MAC, do której należy wydawnictwo Mac Edukacja.

Branża IT rozwija się w coraz szybszym tempie. Rośnie zapotrzebowanie na specjalistów, przede wszystkim z umiejętnością programowania. Ponad 100 polskich uczelni oferuje studia informatyczne, a w 2016 roku studia na takim kierunku rozpoczęło ok. 25 tys. osób. Deficyt na rynku stale się jednak pogłębia. Szacuje się, że obecnie w kraju brakuje 30–50 tys. programistów, zaś do 2020 roku w Unii Europejskiej luka na rynku osiągnie wielkość nawet miliona miejsc pracy. Obecnie problem ze znalezieniem wykwalifikowanych programistów ma 40 proc. pracodawców.

– W przyszłości zabraknie osób, które są w stanie rozwijać technologicznie produkty. Wakatów na programistów czeka całe tysiące. Podstawa programowa czy uczenie się w domu nie są do tego dostosowane, stąd też powstał koncept zabawki edukacyjnej, która ma w przyjemny, prosty sposób ułatwić dziecku pierwsze kroki w świecie programowania bez trudnych rzeczy – tłumaczy Marcin Franc z firmy Photon Entertainment, która stworzyła pierwszego na świecie robota edukacyjnego wprowadzającego najmłodszych w świat kodowania.

Na świecie programowanie uważane jest za kluczową nowoczesną kompetencję i uznawane za trzeci język, którego należy uczyć się równolegle z ojczystym i obcym. Dlatego na Zachodzie tego rodzaju zajęcia od lat znajdują się w planie zajęć nawet najmłodszych uczniów. Od tego roku również w Polsce nauka programowania wejdzie do postawy programowej. Do szkół i przedszkoli może też trafić wzbogacona wersja innowacyjnego robota Photon, dzięki umowie podpisanej przez Photon Entertainment z Grupą MAC.

– Wersja edukacyjna robota Photon będzie odznaczała się całym oprzyrządowaniem w sensie merytorycznym – dla nauczyciela. Pedagog otrzyma wraz z robotem gotowe scenariusze lekcji, które pomogą mu w codziennej pracy z robotem, podpowiedzą, w jaki sposób wykorzystać robota poprzez zabawę do nauki programowania już nawet w pierwszej klasie szkoły podstawowej – przekonuje Rybus. – Wersja edukacyjna Photona jest stworzona z myślą o przedszkolach i szkołach podstawowych. Robot został tak skonstruowany, aby móc nauczać programowania od najmłodszych lat – dodaje przedstawiciel Grupy MAC.

Jak wynika z tegorocznego raportu Światowego Forum Ekonomicznego, 65 proc. dzieci rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Większość z nich będzie związana właśnie z technologią, cyfryzacją albo sztuczną inteligencją. Dlatego istotne jest, by naukę programowania wprowadzić już dla najmłodszych dzieci. Obecnie tylko 8 proc. Polaków deklaruje umiejętności informatyczne.

– Współpraca z grupą MAC pozwoli nam na dotarcie do szkół, czyli tak naprawdę do naszego klienta końcowego. Nauczyciele będą w stanie z robotem uczyć młodzież, dzieci tego, jak uczynić pierwsze kroki w świecie programowania – podkreśla Marcin Franc.

Photon to interaktywny robot, który rozwija się razem z dzieckiem, jednocześnie ucząc je programowania poprzez mieszankę tworzenia swego rodzaju fabuły oraz najnowszej technologii.

– Intencja była taka, że nie oferujemy dziecku i nauczycielowi od razu całego pakietu, którym może nauczyć dziecko programować. Chodzi o to, żeby zaoferować możliwość rozwoju dziecka razem z robotem, czyli robot uczy się razem z dzieckiem, a dziecko razem z robotem. To odmiana względem innych narzędzi edukacyjnych, które są dostępne – przekonuje przedstawiciel Photon Entertainment.

Roboty są wyposażone w sensory, dzięki którym robot widzi, słyszy i reaguje na dotyk. Każdy użytkownik Photona dostaje dostęp do aplikacji na smartfony, dzięki której poznaje historię robota, którego statek kosmiczny po zderzeniu z asteroidą spadł na Ziemię. Dziecko poprzez wykonywanie programistycznych zadań pomaga Photonowi odbudować statek.

– Współpracujemy z resortem nauki, z dydaktykami i pod względem samej merytoryki, czyli tego, czego chcemy dziś nauczać i tego, w jaki sposób chcemy nauczać, jakie umiejętności kształtować. Istotne są również konsultacje z psychologami, współpraca z nauczycielami. Jest cała rzesza osób, które decydują o tym, jak Photon ma wyglądać, ale odbiorcą są dzieci, więc przede wszystkim to z nimi współpracujemy, aby stworzyć robota dokładnie dla nich – tłumaczy Marcin Franc.

Jak opowiada ekspert, prace nad robotem rozpoczęły się dwa lata temu. Obecnie trwa produkcja, a pierwsze roboty pojawią się w sklepach w ciągu kilku miesięcy. Pierwsze dostawy planowane są na wrzesień 2017 roku. Photon we wzbogaconej wersji edukacyjnej dostępnej tylko w Grupie MAC ma kosztować 990 zł. Już teraz prowadzony jest też pilotażowy program z wykorzystaniem robota Photon między innymi w szkołach w Kielcach i Białymstoku.

– Robot zwiedził już chyba całą Polskę, zarówno szkoły, przedszkola, jak i oddziały szpitalne. Pokazywaliśmy, w jaki sposób używać robota, miały z nim kontakt także dzieci, które są odseparowane od codziennej rzeczywistości. Tak więc roboty były testowane praktycznie wszędzie – podsumowuje Marcin Franc.

Tinder – kim są jego użytkownicy?

Pod koniec marca Tinder zapowiedział uruchomienie oficjalnej wersji komputerowej swojej aplikacji. Ma być skierowana przede wszystkim do osób posiadających mniej nowoczesne telefony. W chwili obecnej jest ona w fazie testów w kilku wybranych krajach: Meksyku, Argentynie, Brazylii, Kolumbii, Indonezji, Włoszech, Filipinach i Szwecji. Z tej okazji postanowiliśmy się przyjrzeć ilu jest i kim są użytkownicy Tindera w Polsce?

tinderphotoo

 Z Tindera korzysta 1 na 33 internautów.

Z Tindera w ciągu ostatniego roku korzystało 3,2% polskich internautów. Częściej byli to mężczyźni (55%), osoby z najmłodszej grupy wiekowej 18-24 lata (48%), pochodzące ze średnich i dużych miast. Mieszkańców wsi -w porównaniu do ich 35% udziału w próbie – jest natomiast wśród użytkowników Tindera najmniej, bo zaledwie 13%.

Tylko połowa użytkowników to single

Osób w stanie wolnym jest na Tinderze 58% – 54% to single, a 4% to osoby rozwiedzione/w separacji. Co piąta osoba korzystająca z serwisu zadeklarowała natomiast, że jest w związku partnerskim (19%) lub małżeńskim (22%). Co trzeci użytkownik posiada także dziecko (30%).

tinder1

Ambitni, nowocześni i przywiązani do marek

Użytkownicy Tindera to osoby ambitne i nowoczesne. Lubią uczyć się nowych rzeczy, życie pełne nowości, wyzwań i zmian oraz chcą osiągać więcej niż inni. Żyją w pośpiechu, lubią brać sprawy w swoje ręce i częściej niż ogół internautów deklarują, że pracują przede wszystkim dla pieniędzy. Większość śledzi także nowinki techniczne i stara się podążać za trendami.

Są też skłonni do  próbowania nowych produktów i są w stanie zapłacić więcej za dobrą obsługę. Starają się trzymać sprawdzonych marek, ale nie wyróżnia ich przekonanie, że dobra marka gwarantuje dobry produkt. Jednocześnie jednak starają się kupować tańsze produkty.

 tinder2

Badanie przeprowadzone techniką CAWI w lutym 2017 na reprezentatywnej próbie 2100 polskich internautów.

 

Powraca moda na biżuterię z bursztynu. Polskie wyroby trafiają do Francji, Niemiec, a nawet Chin

Powraca moda na biżuterię z bursztynu. Polskie wyroby trafiają do Francji, Niemiec, a nawet Chin 7

Biżuteria z bursztynu wraca do łask. Niezwykłość tego surowca naturalnego polega na tym, że każdy kawałek jest inny i nie ma możliwości, by stworzyć dwa identyczne produkty. Projektanci biżuterii mają coraz więcej pomysłów na wykorzystanie bursztynu. Jest on łączony na przykład ze złotem, z turkusami czy kryształami górskimi. Wyroby te cieszą się ogromnym zainteresowaniem na zagranicznych rynkach, m.in. w Unii Europejskiej i Chinach. Ekskluzywne modele mogą kosztować nawet kilkaset tysięcy złotych.

Z danych Państwowego Instytutu Geologicznego wynika, że w Polsce mamy złoża ponad 1000 ton bursztynu, a ich wartość jest szacowana na kilkanaście miliardów złotych. Ponad 90 proc. złóż zlokalizowanych jest na Lubelszczyźnie, jednak na chwilę obecną tereny te nie są w zasadzie eksploatowane. Zdecydowania większość rodzimego surowca pochodzi z Pomorza, a dokładniej z Gdańska, który nie bez powodu nazywany jest światową stolicą bursztynu.

Wiele młodych osób kojarzy bursztyn przede wszystkim z kiczowatymi pamiątkami z nadmorskich straganów, z wyrobami dostępnymi w cepeliach albo mało gustownymi naszyjnikami z drugiej połowy ubiegłego wieku.

– Na początku bursztyn kojarzył mi się głównie z koralami babci i takim staromodnym designem. Współczesne formy są przeróżne – od symetrycznych przez totalnie abstrakcyjne. Więc warto zajrzeć do galerii z biżuterią bursztynową i zobaczyć współczesne trendy, bo są one odzwierciedleniem tego, co dzieje się w modzie i w biżuterii. Tym bardziej że obecnie łączymy bursztyn także ze złotem, więc wartość tych wyrobów również rośnie i to sprawia, że ten produkt staje się coraz bardziej ekskluzywny – mówi agencji informacyjnej Newseria Bartosz Kaczmarzyk, menadżer A2 Amber House.

Obecnie modny jest bursztyn łączony z różnymi kamieniami, np. turkusami, koralami, rubinami czy kryształami górskimi. Ponadto barwa jantaru bałtyckiego jest wyjątkowa: od jasnożółtego, przez pomarańcz, zieleń, brąz, aż do koloru wiśniowego. Żaden inny surowiec nie jest tak różnorodny pod tym względem.

– Każdy kamień jest niepowtarzalny, inny, w związku z czym nie ma dwóch takich samych wyrobów. Mimo że design może być podobny, to jednak kamień od kamienia w jakimś stopniu się różni. Poza tym bursztyny mają także pewne właściwości zdrowotne, na które często klienci również zwracają nam uwagę – mówi Bartosz Kaczmarzyk.

Branża jubilerska lubi bursztyn, gdyż podczas procesu obróbki jest on jedynie oczyszczany i szlifowany, natomiast cała struktura bryłki stworzona przez naturę pozostaje niezmienna od ponad 40 milionów lat.

– Średnia cena produktu w dobrej klasie i jakości materiału w połączeniu ze złotem oscyluje w granicach 1–1,5 tys. zł. Rozbieżność jest bardzo duża. Można znaleźć też produkty, np. zawieszki, które są w granicach 100 zł. Są jednak zawieszki w złocie połączone z brylantami i taki produkt może kosztować w granicach kilku czy kilkunastu tysięcy złotych. Najdroższy produkt w naszym sklepie oscyluje w granicach 120 tys. zł. Ale są klienci, którzy właśnie szukają rzeczy unikatowych, w najwyższej jakości i takie produkty także im oferujemy – podkreśla Bartosz Kaczmarzyk.

Najciekawsze i najdroższe wyroby trafiają na rynki zagraniczne, a Gdańsk ma w tym duży udział, bo około 70 proc. światowej produkcji biżuterii z bursztynu powstaje właśnie tutaj. Największym eksportowym odbiorcą są Chiny.

– Nie tylko Polacy, lecz przede wszystkim zagraniczni turyści doceniają produkt, jakim jest bursztyn bałtycki. Ze względu na to, że jakość produktów i design jest coraz lepszy, to zainteresowanie też rośnie. Głównie są to Niemcy i Francuzi, a największe zainteresowanie jest ze strony Chińczyków, jeżeli chodzi o wyroby, zwłaszcza te ekskluzywne. Myślę, że zdecydowanie 80 proc. są to nasi klienci z zagranicy – mówi Bartosz Kaczmarzyk.

Zupełnie inne, nowoczesne oblicze bursztynu ma szansę zainteresować młodszych klientów, którzy cenią sobie ponadczasowy styl i unikalny design.

– Mamy coraz więcej takich klientów. Cieszy nas to, że nie tylko zagraniczni goście, lecz także Polacy zaczynają zmieniać tę mentalność i podejście, że bursztyn to nie tylko korale dla babci, lecz także piękna biżuteria – mówi Bartosz Kaczmarzyk.

Nowe technologie rewolucjonizują rynek opieki zdrowotnej

Aż 55% pacjentów jest gotowych na zastąpienie lekarzy przez zaawansowane technologie oraz roboty wyposażone w narzędzia sztucznej inteligencji. Największe zalety takich rozwiązań to zwiększenie dostępności do opieki zdrowotnej, a także szybkość i trafność diagnozy czy leczenia – wynika z raportu firmy doradczej PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną”. 

W badaniu na potrzeby raportu PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” (What doctor? Why AI and robotics will define New Health) wzięło udział ponad 11 tys. osób z 12 krajów Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki. W tych regionach ponad połowa respondentów (55%) stwierdziła, że chciałaby korzystać z zaawansowanej technologii komputerowej lub robotów ze sztuczną inteligencją, które mogłyby odpowiadać na pytania dotyczące zdrowia, wykonywać badania, stawiać diagnozę i zalecać leczenie.

Z raportu wynika, że rynki wschodzące są najbardziej otwarte na stosowanie nowych technologii w ochronie zdrowia. W czołówce tych krajów znajdują się Nigeria (94%), Turcja (85%) i RPA (82%). Jednocześnie, znaczący odsetek respondentów z krajów Europy Zachodniej również jest zainteresowany takimi rozwiązaniami, choć już nie w tak dużej skali: Wielka Brytania (39%), Niemcy (41%), Szwecja (48%) i Norwegia (50%).

Badanie PwC wykazało, że prawie połowa aż do nawet 73% respondentów preferowałaby wykonywanie drobnych zabiegów chirurgicznych przez roboty, a nie przez lekarzy. Jednak w przypadku poważnego zabiegu chirurgicznego, takiego jak wymiana stawu kolanowego lub biodrowego, usunięcie guza czy operacja serca, sytuacja była zdecydowanie odmienna. Wciąż jednak znaczący odsetek respondentów był chętny poddać się poważnemu zabiegowi wykonywanemu przez robota: od 27% w Wielkiej Brytanii, przez 40% w Holandii, aż po 69% w Nigerii.

„Narzędzia sztucznej inteligencji mogą w dużym stopniu wesprzeć cały proces diagnostyczny czy leczniczy, a także istotnie obniżyć koszty. Sztuczna inteligencja, np. sieci neuronowe, daje duże możliwości wykorzystania historycznych danych do diagnozowania nowych przypadków, wspierając pracę lekarzy i specjalistów służby zdrowia. Pomimo, że to lekarz był, jest i będzie najważniejszą osobą podejmującą odpowiednie decyzji, wydaje się, że rozwiązania sztucznej inteligencji mogą wesprzeć pracę lekarza, wyeliminować pewne błędy, a na koniec podpowiedzieć optymalną drogę działania oraz efektywniej wykorzystać czas specjalistów” – mówi Szymon Piątkowski, wicedyrektor w PwC, lider doradztwa biznesowego dla sektora ochrony zdrowia.

Respondenci zapytani o główne powody, dla których chcieliby poddać się operacji lub skorzystać z usługi medycznej realizowanej przez sztuczną inteligencję lub robota, wskazywali przede wszystkim na łatwiejszy i szybszy dostęp do usług medycznych (36%) oraz szybkość i trafność diagnozy (33%). Wyzwaniem z kolei jest brak zaufania co do zdolności robotów do podejmowania decyzji (47% wskazań) oraz brak czynnika ludzkiego (41%).

Telemedycyna teraz, sztuczna inteligencja później

O ile wprowadzenie na szeroką skalę sztucznej inteligencji i robotów może wydawać się odległą przyszłością, o tyle telemedycyna, będąca również wynikiem cyfrowej rewolucji, jest już faktem.

Z raportu PwC „Pacjent w świecie cyfrowym” wynika, że niemal 60% pacjentów z Polski i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej jest zainteresowana rozwiązaniami telemedycznymi. Oznacza to, że ponad 14 mln pacjentów w najbliższej przyszłości będzie korzystać z nowych technologii w procesie leczenia. Wśród usług o największym potencjale wymieniane są: telekonsultacje, telemonitoring, telediagnostyka oraz telerehabilitacja. Eksperci PwC podkreślają, że same usługi telekonsultacji osiągają tempo 110% wzrostu rocznie, co oznacza, że liczba telekonsultacji podwoiła się w okresie zaledwie 12 miesięcy. Liczba telekonsultacji w całej Europie Środkowo Wschodniej wyniosła ok. 110 tys. w 2015 roku.

Pacjenci najchętniej chcieliby korzystać w formie telemedycyny z następujących usług: internista (ponad 50% respondentów), farmaceuta, kardiolog i dermatolog  (niemal 40% badanych).

Jak podkreślają eksperci PwC głównymi czynnikami napędzającymi rozwój telemedycyny są szybko rosnący rynek prywatnej ochrony zdrowia, stosunkowo łatwy dostęp do nowych technologii, a także poszukiwanie bardziej efektywnych i tańszych rozwiązań świadczenia usług.

 „Zmieniający się rynek oraz nowe potrzeby pacjenta powodują, że dostawcy usług medycznych będą musieli wprowadzić szereg zmian w swoich organizacjach. W przeciwnym wypadku będą narażeni na utratę udziału w rynku lub obniżenie rentowności. Zmiany dotkną przede wszystkim te segmenty ochrony zdrowia, w których już dostępne są nowe technologie, a zarazem udział prywatnego finansowania jest największy. W szczególności będą to podstawowa opieka zdrowotna, ambulatoryjna opieka specjalistyczna, a następnie diagnostyka, rehabilitacja i usługi dla seniorów” – wskazuje Szymon Piątkowski, wicedyrektor, lider doradztwa biznesowego dla sektora ochrony zdrowia w Europie Środkowo-Wschodniej w PwC.

Raport: Sytuacja mikro i małych firm w województwie opolskim

Zgodnie z „Raportem o sytuacji mikro i małych firm w roku 2016” Banku Pekao S.A. kwitnie działalność eksportowa na Opolszczyźnie. W przyszłym roku aż 31% przedsiębiorców zamierza eksportować w podregionie opolskim. Co druga mikro i mała firma inwestowała w ubiegłym roku. Przedsiębiorcy z województwa również nieźle wypadają pod względem innowacyjności na tle kraju. Gorzej jest z oceną barier rozwoju biznesu. Kwalifikacje pracowników i wysokie podatki bardziej niż w poprzednim badaniu przeszkadzają przedsiębiorcom.

W 2016 r. 23% mikro i małych przedsiębiorców w województwie opolskim eksportowało (wzrost o 7 pp. w porównaniu z 2015 r.) Jest to drugi najlepszy wynik w kraju po województwie lubuskim, gdzie inwestowało 25% przedsiębiorców. Dla porównania, średnia dla kraju to 18%. Odsetek eksportujących firm jest zdecydowanie wyższy w podregionie opolskim – eksportuje tu aż 28% firm. Natomiast, w podregionie nyskim odsetek ten wyniósł 16%. W przyszłym roku, odsetek eksportujących w województwie wzrośnie do 24% (czyli znacznie powyżej średniej dla kraju, gdzie zamierza eksportować 19% firm). Będzie to spowodowane zdecydowanym wzrostem odsetka eksporterów w podregionie opolskim – zamierza tu eksportować aż 31% firm. Natomiast, w podregionie nyskim eksport planuje 14% firm.

– Badania pokazują, że siłą opolskich mikro i małych firm jest eksport, który jednocześnie pobudza inwestycje. Niestety odnosi się to głównie do rejonu Opola i powiatów wokół niego. Podregion nyski ma wskaźniki eksportu dużo niższe – mówi Agnieszka Michalik, współautorka Raportu Banku Pekao SA.

Na Opolszczyźnie w ubiegłym roku inwestowało 50% mikro i małych firm (średnia dla kraju to 49%). Najwyższy odsetek inwestujących był w podregionie nyskim – 53%. W podregionie opolskim inwestowało 49% firm. Nakłady inwestycyjne były niższe niż średnio w kraju. W przyszłym roku na Opolszczyźnie zamierza inwestować 39% firm (dokładnie tyle samo, co średnio w kraju). Nadal najwyższy odsetek będzie w podregionie nyskim – 43% firm planuje tu inwestycje. W podregionie opolskim, inwestycje zapowiada 37% przedsiębiorców.

W województwie opolskim przedsiębiorcy realizują inwestycje, aby poprawić efektywność (54%), dokonać wymiany środków trwałych (45%) oraz zaspokoić popyt na produkty i usługi firmy na rynku (18%).

W tegorocznym badaniu autorzy zapytali także o inwestycje w kapitał ludzki. Przedsiębiorcy z województwa opolskiego podnoszą swoje kwalifikacje przede wszystkim poprzez samokształcenie oraz kursy i szkolenia. Właściciele firm w przyszłości chcą zwiększać swoje kwalifikacje – zwłaszcza w obszarze języków obcych (26%), specjalistycznej wiedzy związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą (25%) oraz marketingu i reklamy (24%).

Odsetek innowacyjnych firm jest wyższy od średniej krajowej, natomiast nakłady na innowacje są do niej zbliżone. Innowacje produktowe w 2016 roku wdrożyło 30% firm (średnia dla kraju to 24%). W podregionie opolskim odsetek innowatorów wyniósł 34%, a w podregionie nyskim 24%. W przypadku innowacji procesowych, odsetek firm, które je wdrażają nie różnił się znacząco pomiędzy podregionami – w podregionie opolskim wyniósł 17%, a w podregionie nyskim 15%.

Jak co roku, w Raporcie Banku Pekao S.A. został wyliczony Ogólny Wskaźnik Koniunktury Mikro i Małych Firm – miernik nastrojów przedsiębiorców. Średnia wartość Wskaźnika dla województwa (wypadkowa ocen ostatnich i kolejnych 12 miesięcy) wyniosła 96 pkt [1]  i była niższa o 1 pp. od średniej dla kraju. Przy czym, ubiegły rok właściciele firm ocenili lepiej niż średnio w kraju (96,0 pkt vs. 95,4 pkt), a perspektywy kolejnych 12 miesięcy gorzej (96,9 pkt vs. 97,9 pkt). W przyszłość z większym optymizmem patrzą przedsiębiorcy z podregionu nyskiego, oceniając ją na 98,3 pkt, a przeszłość lepiej oceniają przedsiębiorcy z podregionu opolskiego – 96,2 pkt.

Ogólny Wskaźnik Koniunktury kalkulowany jest na podstawie ocen przedsiębiorców w ośmiu obszarach: ogólnej sytuacji gospodarczej, sytuacji branży, firmy, przychodów firmy, wyniku finansowego firmy, zatrudnienia, dostępności zewnętrznego finansowania i oczekiwania na zapłatę. Opolscy przedsiębiorcy ogólną sytuację gospodarczą, sytuację firmy oraz jej przychody ocenili lepiej niż ich koledzy w kraju. Natomiast, najwięcej punktów przyznali sytuacji firmy i zatrudnieniu, które to generalnie jest najwyżej oceniane przez przedsiębiorców w tej edycji badania.

Przedsiębiorcy z Opolszczyzny byli proszeni o skwantyfikowanie barier rozwoju biznesu od 1 (brak bariery) do 5 (bardzo ważna bariera). Średnia ocena barier w województwie wynosi 3,03 pkt i jest to najwyższa ocena w kraju (średnia dla kraju to 2,78 pkt). W porównaniu z rokiem 2015 na Opolszczyźnie najbardziej wzrosło znaczenie następujących barier: kwalifikacje pracowników, wysokość podatków, obciążenia biurokratyczne i niska rentowność działalności.

Raport został przygotowany na podstawie wywiadów telefonicznych prowadzonych we wrześniu i październiku 2016 roku z właścicielami prawie 7 tysięcy mikro i małych firm (w tym 208 firm z województwa opolskiego). Raport pokazuje wyniki badania na poziomie krajowym, regionalnym (16 województw) i lokalnym (66 podregionów).

[1] Wskaźniki w ramach badania mogą przyjmować wartości od 50 do 150, przy czym  50 oznacza „dużo gorzej”, 75 – „gorzej”, 100 – „ani lepiej, ani gorzej”, 125 – „lepiej”, 150 – „dużo lepiej”

Polska druga w Europie Środkowo-Wschodniej – wyniki 12. edycji badania koniunktury

Polska zdobyła silną, drugą pozycję, mimo niskich ocen w zakresie stabilności politycznej i społecznej kraju oraz dla przewidywalności polityki gospodarczej – wynika z 12. edycji Ankiety Koniunkturalnej przeprowadzonej z inicjatywy Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej we współpracy z trzynastoma izbami bilateralnymi amerykańską, austriacką, belgijską, brytyjską, francuską, hiszpańską, irlandzką, kanadyjską, niderlandzką, portugalską, szwajcarską, włoską oraz skandynawską, zrzeszonymi w International Group of Chambers of Commerce.

Zaprezentowane podczas konferencji, która odbyła się 20 kwietnia 2017 r. w Warszawie wyniki wskazują, że na czele rankingu państw Europy Środkowo-Wschodniej, preferowanych jako lokalizacje inwestycji przez inwestorów zagranicznych, plasują się: Czechy, Polska, Słowacja i Estonia. Otwierający konferencję Wiceminister rozwoju Jerzy Kwieciński podkreślił znaczenie lokowanych w Polsce inwestycji zagranicznych, zwłaszcza tych, które tworzą dużą wartość dodaną, są oparte na wiedzy i innowacyjności i z których zyski są ponownie lokowane w Polsce.

Polskę oceniono w tegorocznej edycji badania  na 4,09 pkt. z 6 pkt. możliwych do uzyskania. Czechy z wynikiem 4,13 zajęły najwyższą pozycję w europejskiej próbie ankiety. Słowacja (4,0 pkt) podobnie jak w ubiegłym roku wyprzedziła Estonię (3,94pkt.).

Przeważająca większość przedsiębiorców biorących udział w ankiecie w 2017 r. pozytywnie oceniła obecny stan polskiej gospodarki. Ponad połowa (54,3%) wybrała ocenę zadowalającą, a kolejne 32,1% – dobrą. Negatywną opinię wyraziło 13,6% ankietowanych.

Jako najważniejsze wyzwanie dla polityki gospodarczej Polski wskazano poprawę skuteczności administracji publicznej i redukcji biurokracji – na te aspekty zwróciło uwagę 80% ankietowanych skandynawskich przedsiębiorców.

Ocenę krajów przedstawioną w wynikach badania przeprowadzono w oparciu o 21 czynników determinujących ich atrakcyjność w opinii inwestorów. Największe zmiany w rankingu ocenianych pozycji w porównaniu z zeszłoroczną edycją dotyczyły pozytywnej oceny przejrzystości w zakresie zamówień publicznych (z miejsca 17. na 13.), kosztów pracy, warunków do badań i rozwoju, walki z korupcją i przestępczością oraz pracy administracji publicznej.

Po raz kolejny ankietowane firmy najwyżej oceniły Polskę za członkostwo w Unii Europejskiej  a także szeroko rozumiane kwalifikacje kadr. Zyskała także ocena jakości i dostępności  poddostawców  wymieniana jako trzeci najważniejszy czynnik. W dalszej kolejności badani doceniają wykształcenie akademickie, a także efektywność  i motywację pracowników.

Carsten Nilsen, przewodniczący zarządu Skandynawsko-Polskiej Izby Gospodarczej podkreśla:Skandynawscy inwestorzy są obecni w Polsce od wielu lat i nadal  z optymizmem patrzą w przyszłość, widząc możliwości  rozwoju dla swoich firm w tym kraju. Cenią u polskich pracowników wysoki poziom wykształcenia i zmotywowania. Pracownicy z kolei doceniają skandynawski styl zarządzania, w tym płaską strukturę hierarchii i wagę, jaką pracodawcy przykładają do pracy zespołowej.”

Jednocześnie wyniki badań podkreślają negatywny trend w zakresie dostępności wykwalifikowanych kadr, gdzie odnotowano spadek z  12. na 8. miejsce, w systemie kształcenia zawodowego, a także bezpieczeństwa prawnego i elastyczności prawa pracy.

Na miejscu szóstym znalazła się infrastruktura. Na ostatnich dwóch pozycjach czynników atrakcyjności Polski znalazły się: stabilność polityczno-społeczna (spadek z 6. pozycji w 2015 r. na 20. pozycję w ankiecie z 2016 roku, na której utrzymała się w tegorocznym badaniu) oraz przewidywalność polityki gospodarczej (po spadku z 17. na 21. miejsce w 2015, pozostaje jako ostatnia pozycja rankingu).

Wiceprezes PAIiH Krzysztof Senger, podczas swojego wystąpienia, zauważył, iż krótkoterminowa korekta nastrojów (o 0,06p.) ma związek ze zmianami legislacyjnymi  i niepewnością co do kierunku prowadzonej polityki gospodarczej w przyszłości. Niemal wszyscy przedsiębiorcy biorący udział w ankiecie pozytywnie ocenili obecny stan polskiej gospodarki, chociaż negatywną ocenę wyraziło dwa razy więcej ankietowanych niż w roku poprzednim (13,6% w  porównaniu do 6,3% w 2015).

Tendencję wzrostową wskazują również nastroje wśród inwestorów oceniających perspektywy dla firm. Jak pokazują wyniki 12 edycji ankiety 28,2% firm zamierza zwiększyć eksport ( w porównaniu do 26% w 2016), wzrost liczby pracowników przewiduje zaś 45,3% badanych (43,4% w roku poprzednim).

Dobre wrażenie robi utrzymywanie się Polski na szczycie listy państw, w których warto inwestować oraz wzrost przekonania respondentów, z 94,5% w 2016 roku do obecnych 95,6%, że zainwestowaliby tu po raz drugi.

Skandynawscy inwestorzy w swoich ocenach nieco odbiegali od przedstawionego ogólnego obrazu atrakcyjności inwestycyjnej Polski. Przede wszystkim, bo aż 80% wskazało na konieczność poprawy efektywności  pracy administracji i zmniejszenia  biurokracji. Zachowują jednocześnie optymistyczne nastawienie wobec ogólnej sytuacji ekonomicznej naszego kraju, 36% zauważyło poprawę, dla 42% postała niezmienna w porównaniu do poprzedniej edycji ankiety. Chociaż sytuację w swoich branżach oceniają pozytywnie, to jednak tylko 47% w porównaniu do 68% w 2016 roku przewiduje, że poprawi się sytuacja ekonomiczna i biznesowa w ich firmach. Ocena ta idzie w parze z odsetkiem ankietowanych przewidujących wzrost zysków. W porównaniu do  82% ankietowanych wyrażających przekonanie o wzroście przychodów w 2016 roku, w 2017 wyraziło takie przewidywanie  52 % badanych.

Przeważająca liczba przedsiębiorców skandynawskich, bo aż 84%, w dalszym ciągu wybrałaby Polską ponownie jako dobre miejsce inwestycyjne, mniej entuzjastycznie natomiast wypadła ocena wejścia naszego kraju do stery euro. W 2016 roku pozytywnie wyrażało się o tej perspektywie 48%, zaś w obecnej edycji liczba ta spadła do 31%.

Badanie przeprowadzono w lutym 2017 r. wśród 369 firm z kapitałem zagranicznym prowadzących biznes w naszym kraju. 235 inwestorów pochodziło z Niemiec, 16 ze Skandynawii, 15 – z USA, 13 – z Włoch, po 11 firm z Francji i Austrii oraz 9 – ze Szwajcarii. Pozostałą część respondentów stanowili m.in. inwestorzy z Hiszpanii, Holandii, Belgii i Wielkiej Brytanii.

Pięć obszarów innowacji w dziedzinie cyberzabezpieczeń w 2017 r.

Firmy technologiczne muszą być innowacyjne, aby przetrwać. Jest to szczególnie istotne w branży cyberbezpieczeństwa. W 2017 roku cyberprzestępcy postawią przed dostawcami zabezpieczeń nowe wyzwania. Wielu hakerów to przecież niezwykle błyskotliwi ludzie i aby ich pokonać, trzeba być sprytniejszym od nich.

Dostawcy cyberzabezpieczeń muszą dziś oferować klientom otwarte, zintegrowane technologie ochronne i sieciowe. Za ich pomocą można  dostrzegać zmieniające się techniki ataków, szybko na nie reagować oraz rozwijać system bezpieczeństwa wraz ze wzrostem swojego biznesu.

Oto kilka obszarów, które branża cyberbezpieczeństwa obejmie w tym roku intensywną działalnością badawczo-rozwojową:

  1. Uczenie maszynowe metodą deep learning na potrzeby analizowania ataków

Na przestrzeni lat pojawiały się różne typy technologii wykrywania zagrożeń.

Na początku były to sygnatury – technika porównująca niezidentyfikowany fragment kodu ze znanym szkodliwym oprogramowaniem.

Jako kolejne pojawiły się metody heurystyczne, które próbują zidentyfikować szkodliwe oprogramowanie w oparciu o charakterystykę zachowań w kodzie.

Następnie stworzono wydzielone środowiska uruchamiania aplikacji, czyli sandboxing. W jego ramach nieznany kod jest uruchamiany w środowisku wirtualnym w celu stwierdzenia, czy ma szkodliwy charakter.

Kolejne było uczenie maszynowe, w którym zaawansowane algorytmy są wykorzystywane do klasyfikowania zachowania określonego pliku jako szkodliwego lub nie, zanim analityk — człowiek — podejmie ostateczną decyzję.

Obecnie na rynek wchodzi nowa technologia — deep learning. Deep learning to zaawansowana forma sztucznej inteligencji, której zasada działania przypomina sposób, w jaki mózg człowieka uczy się rozpoznawać obiekty. Może ona wywrzeć duży wpływ na cyberbezpieczeństwo, zwłaszcza w wykrywaniu oprogramowania typu zero-day, nowych odmian malware’u oraz wyrafinowanych zagrożeń APT.

Gdy maszyna nauczy się, jak wygląda złośliwy kod, jest go w stanie w czasie zbliżonym do rzeczywistego zaklasyfikować jako szkodliwy lub nie, z niezwykle dużą precyzją. Na tej podstawie można wprowadzić reguły usuwania lub przenoszenia plików do kwarantanny bądź wykonywania innych zdefiniowanych czynności. Nowe informacje mogą być automatycznie udostępniane w całym środowisku zabezpieczeń.

  1. Wielkie zbiory danych do wyszukiwania korelacji w dziennikach

Im więcej danych ma do dyspozycji dostawca zabezpieczeń, tym większą ma szansę na  wyciągnięcie wniosków, zrozumienie zagrożeń i zapewnienie ochrony. Wykorzystanie wielkich zbiorów danych, mieszczących się w gwałtownie rosnących dziennikach zdarzeń, będzie więc ważnym obszarem badań w 2017 r.

Prace nad udoskonaleniem narzędzi do zarządzania informacjami związanymi z bezpieczeństwem i zdarzeniami (SIEM, ang. Security Information & Event Management) będą z pewnością kontynuowane. Fortinet także chce zwiększyć możliwości swoich rozwiązań, aby lepiej wykorzystywały przygotowywane przez FortiGuard Labs dane na temat zagrożeń. Umożliwi to jeszcze lepszy wgląd w cyberataki.

  1. Wzmacnianie bezpieczeństwa kontenerów

Uruchamianie aplikacji w kontenerach, a nie na maszynach wirtualnych, staje się coraz popularniejsze. Centrum środowisk tego typu są rozwiązania, takie jak Docker — projekt open source, a zarazem platforma, która umożliwia użytkownikom pakowanie, dystrybucję i kontrolę aplikacji Linux w kontenerach.

Technologia Docker ma wiele zalet, do których należą: prostota, szybsza konfiguracja i możliwość sprawniejszego wdrożenia. Ma ona też jednak pewne wady związane z bezpieczeństwem. Oto kilka z nich:

  • Eksploity działające na poziomie jądra

W przeciwieństwie do maszyn wirtualnych jądro jest tu współużytkowane przez wszystkie kontenery i hosta. Zwielokrotnia to wszelkie luki w zabezpieczeniach istniejące w jądrze. Jeśli którykolwiek z kontenerów spowoduje błąd systemowy typu kernel panic, doprowadzi to do wyłączenia całego hosta wraz ze wszystkimi powiązanymi z nim aplikacjami.

  • Ataki typu odmowa usługi (DoS, ang. Denial of Service)

Wszystkie kontenery wspólnie użytkują zasoby jądra. Jeśli jeden z kontenerów zmonopolizuje dostęp do określonych zasobów, może to spowodować odmowę usługi dla innych kontenerów działających na hoście.

  • „Ucieczka” z kontenera

Cyberprzestępca, który przeniknie do kontenera, nie powinien być w stanie uzyskać dostępu do pozostałych kontenerów lub hosta. Domyślnie na platformie Docker nie ma wydzielonych przestrzeni nazw użytkowników. Dowolny proces, któremu uda się ucieczka z kontenera, będzie więc dysponował takimi samymi uprawnieniami w systemie hosta, jakie ma w kontenerze. Może to umożliwić ataki mające na celu rozszerzenie uprawnień (np. administratora).

  • Zainfekowane obrazy

Trudno jest mieć pewność co do bezpieczeństwa używanych obrazów. Jeśli cyberprzestępcy uda się skłonić użytkownika do skorzystania z jego obrazu, zagrożony jest zarówno host, jak i dane użytkownika.

  • Ujawnianie danych poufnych

Aby kontener mógł korzystać z bazy danych lub innej usługi, prawdopodobnie będzie wymagać klucza API lub nazwy użytkownika i hasła. Haker, któremu uda się uzyskać dostęp do tych danych uwierzytelniających, zdobędzie zarazem dostęp do usługi. To problem zwłaszcza w architekturach mikrousług, w których kontenery nieustannie zatrzymują się i uruchamiają. Środowiska te wyraźnie różnią się od architektur obsługujących niewielką liczbę maszyn wirtualnych uruchamianych na długi czas.

Wymienione problemy będą w tym roku istotnym tematem badań. Zajęcie się tymi zagadnieniami jest o tyle ważne, że w kolejnych latach technologia kontenerów może tylko zyskiwać na popularności.

  1. Bezpieczeństwo vCPE

Choć wirtualne urządzenia instalowane u klienta (ang. vCPE — virtual customer premise equipment) pozostają wciąż jeszcze w domenie wirtualizacji i chmury, stanowią kolejny obszar, który warto zbadać dokładniej.

Wymagania biznesowe szybko się dziś zmieniają, a firmy potrzebują elastyczności, by sprawnie i bezpiecznie dostosowywać do nich swoje oddziały. Muszą więc być w stanie uruchamiać nowe usługi na żądanie z poziomu jednej platformy, bez złożoności i kosztów związanych z wdrażaniem dodatkowych urządzeń i zarządzaniem nimi.

Rozwiązania vCPE pozwalają dostawcom usług sieciowych udostępniać firmom np. Firewalle czy połączenia VPN za pomocą oprogramowania, a nie dedykowanego sprzętu. Dzięki wirtualizacji urządzeń końcowych dostawcy mogą uprościć i przyspieszyć świadczenie usług oraz zdalnie konfigurować urządzenia i nimi zarządzać. Technologie tego typu pozwalają też klientom zamawiać nowe usługi lub dostosowywać istniejące już rozwiązania na żądanie.

W oparciu o wirtualizację funkcji sieciowych (NFV, ang. Network Function Virtualization) Fortinet poczynił znaczne postępy w konsolidacji zaawansowanych usług sieciowych i zabezpieczeń w jednym urządzeniu (FortiHypervisor), eliminując w ten sposób konieczność używania licznych urządzeń instalowanych u klienta i umożliwiając udostępnianie usług na żądanie.

  1. Wsparcie przedsiębiorstw w stosowaniu sieci SD-WAN

Coraz więcej firm potrzebuje elastyczniejszych, otwartych i opartych na chmurze technologii WAN. Przedsiębiorstwa nie chcą się już ograniczać do zastrzeżonych czy specjalistycznych instalacji, które często obejmują sztywne układy lub kosztowny, zastrzeżony sprzęt.

Zwiastuje to wzrost popularności definiowanych programowo sieci WAN (SD-WAN, ang. Software Defined Wide Area Network), które eliminują drogi sprzęt przekierowujący, udostępniając połączenia i usługi za pośrednictwem chmury. Technologia SD-WAN sprawia również, że połączenia można w elastyczny sposób kontrolować za pomocą oprogramowania w chmurze.

Sieci SD-WAN mogą zoptymalizować bezpieczeństwo sieciowe na wiele sposobów:

  • Technologia SD-WAN umożliwia łatwe szyfrowanie ruchu sieciowego.
  • Rozwiązanie SD-WAN pozwala segmentować sieci, co ogranicza skutki naruszeń bezpieczeństwa lub ataków do niewielkiego, wydzielonego obszaru.
  • Wzrost intensywności ruchu w chmurze sprawia, że bezpośredni dostęp do Internetu z oddziału jest dziś rzeczywistością. Sieć SD-WAN można wykorzystać nie tylko do udostępnienia połączenia, lecz także do jego ochrony.
  • Przez zapewnienie bardzo dużej przejrzystości w zakresie objętości i typu ruchu sieciowego technologia SD-WAN umożliwia wykrywanie ataków na wcześniejszym etapie.

Michael Xie, założyciel, prezes i dyrektor ds. technicznych Fortinet

IDC : 900% przyrost danych – firmy wyprzedzą konsumentów

Zgodnie z najnowszym raportem IDC, opracowanym na zlecenie Seagate, liczba wygenerowanych globalnie cyfrowych informacji w ciągu najbliższych ośmiu lat sięgnie 163 ZB – to ponad dziesięciokrotnie więcej niż wartość prezentowana przez światowy „licznik” ostatniego dnia 2016 roku: 16 ZB.

Ponad 900-procentowy przyrost na przestrzeni niespełna dziesięciu lat będzie uzależniony od sieciowej aktywności internautów i szerszego wykorzystania urządzeń automatycznie łączących się z Internetem, jednak to nie sektor konsumencki wywrze największy wpływ na tak znaczącą skalę wzrostu generowanych danych – pierwsze skrzypce zagrają przedsiębiorstwa i organizacje.

Firmowe strumienie danych

Analitycy IDC już w zeszłorocznym raporcie opisującym efekty cyfrowej transformacji zapowiadali, że sukces światowych przedsiębiorstw zależny będzie od zdolności tworzenia strumieni danych wpływających do i wychodzących z organizacji. Najnowsza publikacja wspomnianej firmy doradczej zdaje się potwierdzać te założenia, wskazując, że to właśnie biznes będzie w największym stopniu odpowiedzialny za łączny bilans cyfrowych informacji obecnych w globalnej cyberprzestrzeni.

– W 2015 roku firmy przechowywały 30% wszystkich globalnych danych, w tym roku stosunek ten wzrośnie do 48%, by w 2025 roku osiągnąć wartość niemal 60%. Szala będzie systematycznie przechylać się na stronę sektora biznesowego ze względu na coraz szersze wykorzystanie narzędzi Business Intelligence i akcentowanie analityki w czasie rzeczywistym (real-time). Konkurencja na rynkach będzie coraz bardziej zależna od szybkości uzyskiwania wniosków przekładających się na poprawę wydajności biznesowej, czyli m.in. sprawniejsze wprowadzanie nowych produktów i usług, szybsze podejmowanie decyzji czy dokładniejsze profilowanie oferty dla danych grup odbiorców, co będzie możliwe dzięki przetwarzaniu coraz bardziej zasobnych zbiorów gromadzonych danych – dodaje Robert Mikołajski z Atmana, lidera polskiego rynku data center.

Hiperkrytyczność

Zdaniem autorów opracowania wraz z przyrostem ilości danych wzrastać będzie również ich krytyczność, czyli znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania przedsiębiorstw i organizacji, jak również dla porządku publicznego społeczności pojedynczych użytkowników urządzeń połączonych z siecią. Eksperci IDC wprowadzili pojęcie informacji „hiperkrytycznych”, w szczególnym stopniu wymagających utrzymania płynności przepływu, wśród których wyróżnić można m.in. dane z systemów medycznych kontrolujących stan zdrowia pacjentów czy systemów nadzorujących transport przy pomocy autonomicznych pojazdów. Mowa więc tutaj o danych, które mają bezpośredni wpływ na zdrowie i życie – o ile w 2017 roku liczba tego typu informacji nie przekroczy 10 ZB, o tyle w 2025 roku będzie ich już ponad 60 zettabajtów.

Taki stan rzeczy tłumaczy również przewidywana liczba interakcji z urządzeniami IoT. Ich średnia liczba dla jednej osoby w ciągu dnia przed dwoma laty równa była 218, w 2020 roku wynosić będzie 601, zaś w 2025 już niemal 4800.

Bezpieczeństwo „datasfery”

Dynamiczna produkcja danych nie pozostanie bez wpływu na potrzebę zabezpieczania coraz większych fragmentów światowej „datasfery” – analitycy IDC donoszą, że w 2025 roku aż 90% wszystkich danych będzie kwalifikowane jako wymagające ochrony przed dostępem osób i podmiotów trzecich. – Warto przy okazji przypomnieć, że bezpieczeństwo to nie tylko ochrona przez niepowołanym dostępem, ale też zagwarantowanie sobie dostępu do posiadanych danych w przypadku różnego rodzaju zdarzeń i awarii, zwłaszcza jeżeli naszą działalność biznesową można określić jako „data-driven”. Tu z pomocą przychodzi redundantna architektura rozwiązań IT, którą można stworzyć w wielu warstwach, od oprogramowania aż po wykorzystywanie centrów danych oddalonych od siebie geograficznie, a tym samym niepodatnych na te same incydenty – podkreśla Robert Mikołajski z Atmana.

Najwidoczniej nie wszystkie firmy i instytucje będą jednak świadome wagi zapewniania danym wszechstronnego bezpieczeństwa, o czym informuje kolejna prognoza, zgodnie z którą do tego czasu faktycznie chronione będzie jedynie 45% wszystkich globalnych danych.

Wybory we Francji: tąpnięcie na rynkach już w poniedziałek?

Skrajnie lewicowy kandydat Jean-Luc Melenchon jeszcze niespełna miesiąc temu zajmował piąte miejsce w wyścigu do Pałacu Elizejskiego. Jednak dziś traci już tylko 3-4 pkt proc. do dwójki liderów. Jeżeli do drugiej tury Melenchon wszedłby wraz z Marine Le Pen, kandydatką skrajnej prawicy, to już w poniedziałek rynki może ogarnąć strach – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Przez ostatnie miesiące inwestorzy rozważali, jakie konsekwencje wywołałaby wygrana Marine Le Pen w wyborach prezydenckich we Francji. O takiej ewentualności komentatorzy dyskutowali i pisali w znacznym stopniu czysto teoretycznie. Choć kandydatka skrajnej prawicy w wielu sondażach minimalnie wygrywała pojedynek w pierwszej turze, to już w finałowym starciu traciła 15-30 pkt procentowych do spodziewanego przeciwnika.

Nawet biorąc pod uwagę ostatnie wpadki badań opinii publicznej związane z Brexitem czy wyborami w USA, zniwelowanie aż tak dużej różnicy byłoby niezwykle mało prawdopodobne, zatem pokonanie przez Le Pen centro-lewicowego Emmanuela Macrona czy umiarkowanie prawicowego Francois Fillona graniczyłoby z cudem.

Od kilku dni jednak negatywny dla inwestorów scenariusz staje się realnym zagrożeniem. Jean-Luc Melenchon, piąty do tej pory w sondażach wyborczych, zdobywa coraz większe poparcie i dzielą go zaledwie 3-4 pkt proc. od wiodącej dwójki (Macron, Le Pen) oraz osiąga podobne wyniki, co Fillon. Przedstawiane przez niego plany zmian gospodarczych prawdopodobnie zostałyby tak samo negatywnie odebrane na rynkach jak te, które promuje w swojej kampanii Le Pen.

Radykałowie widzą gospodarkę podobnie

Chociaż kandydat skrajnej lewicy oraz przedstawicielka radykalnej prawicy są ideologicznie na przeciwnych biegunach, to ich programy gospodarcze oraz podejścia do Unii Europejskiej wyglądają praktycznie bliźniaczo.

Jean-Luc Melenchon według doniesień “Financial Times” (FT) planuje: skrócenie tygodnia pracy do 32 godzin, zwiększenie wydatków fiskalnych o 250 miliardów euro, obłożenie podatkiem w wysokości 100 proc. rocznego dochodu przewyższającego 400 tys. euro oraz obniżenie wieku emerytalnego do 60. roku życia.

Z kolei Reuters w „Factbox” o kandydatach na urząd francuskiego prezydenta pisze, że Melenchon chce wycofać swój kraj z NATO oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, pozbawić niezależności Europejski Bank Centralny, zdewaluować euro, oraz renegocjować oszczędnościowe reguły Unii Europejskiej. Jeżeli rozmowy z UE by się nie powiodły, to Melenchon ma zaproponować referendum o wyjściu Francji ze Wspólnoty.

Le Pen, podobnie jak kandydat skrajnej lewicy, także chce obniżyć wiek emerytalny, opuścić NATO oraz strefę euro, a także zwiększyć przestrzeń dla wydatków fiskalnych. Ponadto planuje wprowadzenie ograniczeń w swobodnym przepływie ludzi (rezygnacja z Schengen) oraz, jak pisze Reuters, zmusić właścicieli sklepów, by na półkach utrzymywali ustalony procent produktów pochodzących z Francji.

Niesamowity sprint skrajnej lewicy

Pod koniec marca Melenchon miał poparcie rzędu 11 proc., tracąc blisko 8 pkt procentowych do Fillona i ponad 10 pkt proc. do Macrona i Le Pen. Z tak słabym wynikiem nie był brany pod uwagę w symulacjach drugiej tury wyborów.

Im bliżej było końca kampanii wyborczej, tym poparcie dla skrajnie lewicowego kandydata rosło. W obliczanej przez „FT” średniej ważonej badań opinii publicznej z ostatnich siedmiu sondaży, dziś ma on 19 proc. poparcia, czyli tyle samo, co Fillon. W jednym badaniu (Le Terrain z 13-15 kwietnia) Melenchon otrzymał 22 proc. poparcia i wszedł do drugiej tury. Le Pen i Macron uzyskują bardzo podobne rezultaty – blisko 23 proc.

Interesujący może być także fakt, że w symulacjach drugiej tury Melenchon dość łatwo pokonuje Fillona oraz Le Pen (średnia przewaga 15-20 pkt proc.). Jedynie w bezpośrednim starciu z Macronem kandydat popierany przez francuskich komunistów przegrywa.

Po pierwszej turze: albo ulga, albo strach

Podsumowując, to nie wejście do drugiej tury Le Pen stanowi największe zagrożenie dla rynku akcji czy walut krajów z naszego regionu. Inwestorzy najbardziej nerwowo zareagowaliby na duet Le Pen i Melenchon. Równie negatywnym rozwojem sytuacji dla rynków byłoby finałowe starcie kandydata skrajnej lewicy oraz umiarkowanej prawicy, ponieważ wtedy ten pierwszy miałby dużą szansę na wygraną, a także społeczne poparcie dla wprowadzenia zapowiadanych przez siebie zmian.

Gdyby któryś z powyższych scenariuszy zrealizował się, to już w najbliższy poniedziałek możemy być świadkami silnego wzrostu awersji do ryzyka. W takim środowisku złoty mógłby zauważalnie stracić na wartości zwłaszcza w relacji do franka czy dolara.

Banki zaczynają wierzyć w sukces restrukturyzacji

Chociaż firmy znajdujące się w restrukturyzacji ciągle borykają się z problemem uzyskania finansowania dla swojej działalności, są już pierwsze jaskółki zwiastujące, że banki zaczynają traktować je jak równorzędnych partnerów gospodarczych.

Takim pozytywnym przykładem jest spółka Fiten SA, która znajduje się w trakcie postępowania sanacyjnego od sierpnia 2016 roku. Zarząd spółki wspólnie z zarządcą, którym jest kancelaria PMR Restrukturyzacje SA, zawarł w połowie kwietnia tego roku porozumienie z bankami finansującymi spółkę – ING Bank Śląski oraz mBank. Podpisał z nimi dwie umowy – o kredyt odnawialny na kwotę 3 mln zł oraz kredyt obrotowy na kwotę 500 tys. zł.

Małgorzata Anisimowicz
Małgorzata Anisimowicz – doradca restrukturyzacji, ekonomista i mediator. Syndyk licencjonowany
z ponad 20- letnim doświadczeniem w doradztwie biznesowym i restrukturyzacyjnym. Założycielka
i vice-prezes w PMR Restrukturyzacje S.A.

– Zawarcie porozumienia z bankami oraz uzyskanie dalszego finansowania jest kluczem do powodzenia procesu restrukturyzacji. Świadczy o tym, że instytucje finansowe mają zaufanie do firmy i wierzą, że uda jej się wyjść z kłopotów oraz zrealizować plan restrukturyzacji – uważa Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA.

Jak przyznają doradcy restrukturyzacyjni, wbrew przepisom nowej ustawy o restrukturyzacji banki zamiast pomóc zadłużonej firmie w naprawie, często odmawiają jej udostępnienia wcześniej przyznanych kredytów. Chociaż takie działania nie są zgodne z nowym prawem, przedsiębiorcy nie mają skutecznych narzędzi do obrony przed takimi praktykami.

Jednym z głównych problemów firm, które skorzystały z nowej ustawy o prawie restrukturyzacyjnym, obowiązującej od 1 stycznia 2016 roku, jest uzyskanie refinansowania. Chociaż nowe przepisy nie pozwalają bankom na wypowiadanie umów wobec firm, którym sąd gospodarczy przyznał status firmy w restrukturyzacji, zdarza się często, że banki wypowiadają dotychczasowe umowy, ograniczają limity kredytowe, a pozyskanie nowych funduszy graniczy niemal z cudem.

Taka sytuacja spotkała Hurtownię Farmaceutyczną Intra sp. z o.o., która od 1 grudnia 2016 roku jest w trakcie postępowania sanacyjnego. Po rozpoczęciu procesu restrukturyzacji bank znacznie ograniczył limity w faktoringu, co de facto oznaczało zajęcie środków finansowych na rachunku bankowym i spowodowało dodatkowe trudności w płynności finansowej firmy.

Jak twierdzą doradcy restrukturyzacyjni, takie zachowanie banków nie należy do rzadkości, ale proces, który zgodnie z instrukcją KNF zarządca sanacyjny Hurtowni Farmaceutycznej Intra wytoczył bankowi BZ WBK, będzie precedensowym od czasu obowiązywania nowej ustawy o restrukturyzacji.

W ubiegłym roku był słynny inny spór – pomiędzy spółką Action SA w restrukturyzacji a bankami Societe Generale SA oraz HSBC, które mimo trwającego procesu sanacyjnego nie realizowały obowiązujących umów, a HSBC również odmówił dalszego udostępniania kredytu udzielonego wcześniej w rachunku bieżącym, nie wypowiadając jednocześnie umowy kredytowej. Nieco inaczej zachował się Bank Pekao SA, który co prawda obniżył spółce kwotę przyznanego limitu ważnych gwarancji oraz kwotę przyznanego kredytu do wysokości już wypłaconych środków – jednak w późniejszym okresie przedłużył finansowanie. Wszystkie te działania banków nastąpiły zaraz po tym, jak sąd gospodarczy wydał 1 sierpnia 2016 roku postanowienie o rozpoczęciu procesu sanacyjnego wobec Action SA. Obecnie po kolejnych kilku miesiącach obowiązywania ustawy praktyka nieco się normalizuje, a instytucje finansowe racjonalniej podchodzą do dłużników, choć jest to jeszcze dalekie od oczekiwań firm.

Zielone światło UOKiK dla Abadon Real Estate na przejęcie pakietu kontrolnego akcji AWBUD

Abadon Real Estate S.A. otrzymała zgodę Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta na zakup 100 proc. udziałów Petrofox Sp. z o.o., podmiotu dysponującego obecnie większościowym pakietem akcji AWBUD S.A. Po spełnieniu się pozostałych warunków zawieszających oraz realizacji transakcji, spółka z holdingu Murapol obejmie pośrednio i bezpośrednio kontrolę nad AWBUD S.A.

W styczniu br. Abadon Real Estate S.A. oraz Petrofox Sp. z o.o. i jej wspólnicy zawarli umowę inwestycyjną, na podstawie której spółka z Grupy Murapol przejmie głównego akcjonariusza AWBUD S.A. – Petrofox Sp. z o.o. Realizacja transakcji uwarunkowana była m.in. uzyskaniem pozytywnej decyzji Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta dla planowanego zakupu.

– Cieszy nas, że jesteśmy coraz bliżej finalizacji transakcji przejęcia AWBUD-u, a pierwsze efekty operacyjne zacieśnienia współpracy widoczne są już w trakcie realizacji projektu Murapol Parki Warszawy, podczas której nasze specjalizacje i zasoby doskonale się uzupełniają. Docelowo nasz plan wzrostu dla AWBUD-u zakłada, nie tylko ścisłą kooperację z Murapolem, ale także wsparcie kompetencyjne tej spółki, które w połączeniu z posiadanym potencjałem wykonawczym, pozwoli jej sięgać po większe i bardziej rentowne kontrakty zewnętrzne. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Po sfinalizowaniu transakcji skupimy się na dopracowaniu wzajemnych relacji i uregulowaniu procesów wewnętrznych w nowo powstałej organizacji. Liczymy, że wyniki połączenia sił całego holdingu Murapol z potencjałem i możliwościami Grupy Awbud będą widoczne w ciągu najbliższych 2-3 lat. – dodaje Michał Sapota

Po sfinalizowaniu transakcji przejęcia pakietu kontrolnego akcji AWBUD S.A. zespół Abadon Real Estate będzie liczył ponad 800 specjalistów posiadających bogate doświadczenie w przygotowywaniu i realizacji zaawansowanych projektów na rynku nieruchomości mieszkaniowych, komercyjnych oraz przemysłowych.

Obecnie Abadon Real Estate S.A. posiada bezpośrednio 9,47 proc. udział w kapitale akcyjnym AWBUD-u, zaś Murapol S.A., dominujący akcjonariusz Abadon Real Estate, dysponuje 4,99 proc. pakietem jej akcji.

Spółka MADKOM S.A. zwiększyła swój udział w Cloud Industry Solutions Sp. z o.o.

MADKOM S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od sierpnia 2012 r., zajmująca się produkcją systemów IT dla samorządów, dokonała zakupu 23% udziałów w spółce zależnej Cloud Industry Solutions Sp. z o.o., zwiększając swój udział do 75%. Emitent zakończył 1 kw. 2017 r. wzrostem przychodów ze sprzedaży usług i towarów do poziomu 1.957 tys. zł.

W dniu 13.04.2017 r. MADKOM S.A. podpisała umowę nabycia 528 udziałów spółki Cloud Industry Solutions Sp. z o.o., co stanowi 23% udziału w jej kapitale zakładowym. Emitent zwiększył tym samym swoje zaangażowanie w ten podmiot do 75% udziału w jego kapitale zakładowym. Podczas Nadzwyczajnego Zgromadzenia Wspólników Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. podjęta została Uchwała w sprawie zmiany  nazwy firmy spółki na CSW MADKOM Sp. z o.o. Spółka ta zajmuje się przeprowadzaniem specjalistycznych szkoleń w zakresie e-administracji dla pracowników Jednostek Samorządu Terytorialnego. MADKOM S.A. zamierza aktywnie rozwijać ten segment biznesowy, który stanowi ważne uzupełnienie jej oferty przeznaczonej dla sektora publicznego.

„Nabycie udziałów w spółce Cloud Industry Solutions Sp. z o.o. było podyktowane tym, że przesunęliśmy część zasobów osobowych do wydzielonego podmiotu, który świadczy usługi wdrożeniowo-szkoleniowe. W związku z tym nazwa tej spółki tez uległa zmianie i brzmi ona obecnie CSW Madkom Sp. z o.o. Spółka ta będzie realizowała dedykowany obszar szkoleniowy, który w najbliższych latach będzie stanowił istotne źródło naszych przychodów.” – komentuje Grzegorz Szczechowiak, Prezes Zarządu Spółki MADKOM S.A.

Spółka zakończyła 1 kw. 2017 r. wyraźnym wzrostem przychodów ze sprzedaży towarów i usług. Ich wartość wyniosła w tym okresie 1.957 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie 2016 r. było 885 tys. zł. Wartość również dodać, że poziom przychodów ze sprzedaży MADKOM S.A. w 1 kw. br. stanowił 62% przychodów osiągniętych przez Emitenta w całym 2016 r. Wyraźny wzrost zanotowany został przez Spółkę także w segmencie usług serwisowych. W 1 kw. 2017 r. ich wartość sięgnęła ponad 996 tys. zł wobec 751 tys. zł rok wcześniej. Bardzo dobre wyniki sprzedażowe na początku tego roku są rezultatem skutecznego pozyskiwania i realizowania nowych kontraktów na wdrażanie oraz serwisowanie własnego oprogramowania przeznaczonego dla administracji publicznej. Zarząd MADKOM S.A. liczy na utrzymanie wysokiego tempa wzrostu wartości portfela zamówień, bowiem oczekuje na rozstrzygnięcie kolejnych przetargów.

„Zakładamy dość znaczny wzrost przychodów w skali całego roku. Pierwszy kwartał ukazuje mniej więcej potencjalną tendencję całego roku i pozwoli nam zadowolić naszych inwestorów oraz powinien być co najmniej powtarzalny w kolejnych kwartałach. Przed nami następny wysyp przetargów. Po chwilowym zastoju w pozyskiwaniu nowych zamówień w ostatnich tygodniach złożyliśmy oferty w kilku postępowaniach i czekamy na ich rozstrzygnięcia. Aktualnie trwa to odrobinę dłużej, gdyż po zmianie ustawy PZP proces ten jest nowy dla wszystkich.” – zakończył Prezes Szczechowiak.

Zaktualizowana Strategia Rozwoju MADKOM S.A. na lata 2015-2020 zakłada zwiększenie wartości przychodów stałych z umów serwisowych oraz maksymalnie efektywne wykorzystanie fundusze unijne. Plany Spółki przewidują pozyskanie nowych kontraktów na kwotę minimum 10 mln zł oraz zdobycie zamówień na dostawy systemów Elektronicznego Zarządzania Dokumentami u nowych klientów w liczbie co najmniej 100 urzędów w 2017 r. Dzięki temu Emitent będzie mógł zwiększyć swoje rentowności w zakresie wpływów ze stałych umów serwisowych, a generowane z nich przychody będą pokrywały koszty działalności. MADKOM S.A. ma również zamiar zdobyć zamówienia z funduszy RPO województw, które zakończyły oceny w konkursach i przyznały już dofinasowania na lata 2016-2018. Celem Spółki jest pozyskanie w tym segmencie zamówień o wartości 6 mln zł netto i ich realizacja w latach 2017-2018.

Na rynkach czuć już nerwowość w związku z pierwszą turą wyborów we Francji

Kilku kandydatów w wyborach we Francji. Pojawienie się Le Pen i Melenchona w drugiej turze może wywołać panikę na rynkach.

Będzie nerwowo

Na rynkach czuć już nerwowość w związku z pierwszą turą wyborów we Francji. W grze pozostaje czterech kandydatów Le Pen, Melenchon, Macron i Fillon. Szczególnie przejście dwóch pierwszych nazwisk do drugiej tury mogłoby wywołać panikę. Poparcie Marine Le Pen czyli kandydatki radykalnej prawicy w ostatnich dniach malało, ale wczoraj znów dali o sobie znać terroryści. Może to spowodować odwrócenie dla niej niekorzystnego trendu gdyż jako jedyna jasno stawia sprawę o rozwiązaniu kwestii choćby uchodźców.

Rynek pracy w USA nadal dobrze

Presja na europejską walutę w obliczu wyborów nieco wzrosła. EUR/USD już nie dobija się do 1,08 a pozycjonuje się przy 1,07. Może też nieco pomogła wypowiedź Mnuchina o reformie podatkowej czy też członka Fed Kaplana o bazowym scenariuszu trzech podwyżek stóp w tym roku. To musiało nieco wzmocnić amerykańską walutę. Całkiem dobrze wypadły również dane z rynku pracy w USA. Najbardziej pozytywnie wypadł wynik osób korzystających z zasiłków dla bezrobotnych, który spadł do najniższego poziomu od niemal 17 lat. Te kilka elementów wsparły dolara, który był w słabszej kondycji w ostatnich dniach.

Świetne dane

Na krajowym rynku poznaliśmy dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Publikacje wypadły świetnie, wskazania były dużo lepsze od prognoz. Produkcja rośnie najwyżej od ponad 6 lat. Dane były pozytywne dla krajowej waluty ale mimo to złoty zyskał tylko na chwilę. Odczyty mogą wskazywać, że pierwszy kwartał i tempo wzrostu gospodarczego dla Polski może być wyższe od prognoz.

Awersja do ryzyka “zabija wzrosty” na złotym

W tym momencie, z powodu wyborów czy też czwartkowych wydarzeń na polach elizejskich,  awersja do ryzyka jest tak silna, że trudno będzie o aprecjację polskiej waluty. Do tego dochodzi decyzja agencji S&P w sprawie ratingu. Trudno zrozumieć decyzje inwestorów o pozbywaniu się złotego gdyż bardzo wątpliwa jest zmiana ratingu dla Polski. Fundamenty polskiej gospodarki są dobre i powinna ona przyspieszać w kolejnych kwartałach. Wpływy do budżetu są więc nie zagrożone. Decyzja w sprawie ratingu powinna być dobra.

PMI w centrum uwagi

Dzisiejszy dzień to przede wszystkim odczyty PMI dla usług i przemysłu z największych gospodarek europejskich. O 9 poznaliśmy dla Francji, o 9.30 dla Niemiec i potwierdziły one dobre nastroje szczególnie w przemyśle, gdzie znacznie przewyższyły prognozy. Dobre odczyty powinny się przełożyć na wynik całej strefy euro. Powinno to stanowić wsparcie dla euro.

I dane z Wysp

O 10.30 poznamy marcowe dane z Wielkiej Brytanii o sprzedaży detalicznej. Publikacja z lutego pozytywnie zaskoczyła, mimo, że wcześniejsze miesiące były znacznie gorsze od prognoz. To ważne dane w kontekście funta, który od zaskakującej decyzji premier May o wcześniejszych wyborach niespodziewanie się umacnia. GBP/PLN przebił już granice 5,10.

Teoretycznie mniej ważne dane

O 15.45 poznamy PMI z sektora usług i przemysłu z USA. Ostatnio wskazanie to, odmiennie do tych ze strefy euro, notowało spadki. Kwiecień ma być nieco lepszy, przynajmniej tak mówią prognozy. Reakcja na dolarze może być jednak ograniczona gdyż ważniejszy dla amerykańskiej gospodarki jest ISM.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dobre wyniki polskiej gospodarki nie pomogły w umocnieniu złotego

Z publikowanych w tym tygodniu w Polsce danych najbardziej interesujące okazały się wyniki z rynku pracy. Pozytywnie zaskoczył przede wszystkim wzrost płac w zestawieniu rocznym o 5,2%, dzięki czemu przeciętne wynagrodzenie w marcu wynosiło 4578 złotych. Oprócz wynagrodzeń wzrosło także zatrudnienie, które w rocznym porównaniu jest o 4,5% wyższe. Trend ten powinien się utrzymać, bo prognozy i wskaźniki dla Polski, jak i jej głównych partnerów handlowych, przewidują ekspansję krajowej gospodarki. Pozytywne nastroje przedsiębiorców zwiększają motywację pracodawców do zatrudniania nowych ludzi lub podwyższenia płac obecnym pracownikom.

Z innych danych interesujące były wyniki produkcji przemysłowej. Jej odnotowana wartość bardzo pozytywnie zaskoczyła wzrost w marcu o 8,1%. Aczkolwiek, dzięki dobrej kondycji polskiej gospodarki, czy też niemieckiego przemysłu, spodziewano się wzrostu. Jednak podany wynik był wyższy niż oczekiwano i wskazuje, że ten rok może być dla polskiej gospodarki naprawdę udany. Swoją rolę odgrywa z pewnością również fakt, że w marcu br. w
porównaniu do ubiegłego roku mieliśmy jeden dzień roboczy więcej.

Mimo dobrych danych złoty w tym tygodniu się osłabił. W piątek rano jego kurs wynosił 4,27 EUR/PLN. Kurs głównej pary walutowej wynosił 1,07 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Czy REIT-y zrewolucjonizują polski rynek nieruchomości?

Na ile, zdaniem deweloperów, REIT-y mieszkaniowe mogą okazać się atrakcyjną formą inwestowania dla osób lokujących obecnie kapitał w nieruchomości na wynajem? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Ta nowa forma pośredniego inwestowania kapitału w potencjał rynku nieruchomości przyciągnie pewne grono inwestorów. Myślę jednak, że przede wszystkim będą to osoby i tak już aktywne na rynku kapitałowym, inwestujące w różnego typu fundusze inwestycyjne i instrumenty pochodne.

Sądzę, że nabywcy inwestujący w nieruchomości bezpośrednio, poprzez zakup mieszkania, cenią tę inwestycję w znacznej mierze dzięki temu, że posiadają realnie nieruchomość na własność. Jest to moim zdaniem bardzo silne uwarunkowanie kulturowe. Z mojego doświadczenia wynika, że osoby prywatne inwestujące w zakup mieszkania często poza zwrotem z najmu wiążą z lokalem także inne długofalowe plany, jak np. zabezpieczenie na starość, czy przekazanie mieszkania w przyszłości dorosłym dzieciom lub wnukom.

Warto też pamiętać, że jednostki uczestnictwa w funduszach inwestycyjnych, także tych lokujących kapitał w nieruchomości komercyjne, już nie raz potrafiły generować straty i nie dają równie silnego poczucia bezpieczeństwa i budowania własnego, trwałego majątku. Reasumując, sadzę, że REITy to ciekawa alternatywa, jednak głównie dla klientów szukających nowych możliwości na rynku kapitałowym lub ewentualnie tych nabywców mieszkań, którzy inwestycje kalkulują wyłącznie na zasadzie zwrotu z najmu nie przewidując realizacji innych celów związanych z posiadaniem mieszkania na własność.

Pojawienie się REITów to naturalna konsekwencja rozwoju polskiego rynku inwestycyjnego. Nie przypuszczam, by ich rozwój był zagrożeniem dla bardzo stabilnie rosnącego rynku mieszkań pod wynajem.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

REIT (Real Estate Investment Trust) to bezpieczna forma inwestycji w nieruchomości dla kogoś, kto nie jest obyty w temacie lub nie ma czasu na zarządzanie własnym lokum. REIT-y mają sporo zalet: niskie koszty transakcyjne, łatwość wejścia i wyjścia z inwestycji, zwolnienie z podatku CIT i regularne wypłaty dywidendy (około 90 proc. zysku). Dlatego mogą okazać się atrakcyjne dla osób lokujących kapitał w nieruchomości, ponieważ pełnią rolę narzędzia do długoterminowego oszczędzania np. na emeryturę i zapewniają stały przychód przy niskim poziomie ryzyka. Biorąc pod uwagę to, że poziom oszczędności Polaków jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej, warto się takim sposobem inwestowania zainteresować.

Jednym z wiodących trendów na świecie jest to, że REIT-y są związane głównie z inwestycjami w nieruchomości komercyjne. Z naszym partnerem mamy w portfelu firmy już taką nieruchomość – Lemon Resort Spa w Gródku nad Dunajcem, a w przygotowaniu są dwie kolejne inwestycje.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Rok 2017 będzie okresem m.in. wzmożonej debaty na temat uruchamiania w Polsce REIT-ów i prac nad stosownymi regulacjami prawnymi. Zakup mieszkania traktowany jest w tej chwili przez indywidualnych inwestorów jako bezpieczna inwestycja na niepewne czasy. Ostatecznie inwestorzy posiadają pewne aktywa, których cena zmienia się dużo wolniej niż ceny akcji. W dłuższej perspektywie czasu nieruchomości chronią nas przed inflacją. Od strony bezpieczeństwa inwestowanie w mieszkania na wynajem jest bardzo sensownym rozwiązaniem.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Trudno jest dzisiaj wyrokować, czy ta forma inwestowania przyjmie się w Polsce, choć może wydawać się atrakcyjna, tym bardziej że inwestowanie w REIT-y jest relatywnie bezpieczne, porównywalnie do lokat czy obligacji skarbowych. Nie wymaga wielkich nakładów kapitałowych, a przy zakupie mieszkania pod wynajem trzeba mieć przynajmniej 20 proc. jego wartości. Poza tym, charakteryzuje się łatwością wejścia i wyjścia z inwestycji. Dodatkowo stopa zwrotu na rynku komercyjnym jest porównywalna do tej z wynajmu mieszkań.

Argumenty przedstawione powyżej na pewno przekonają część klientów, zwłaszcza tych, którzy dysponują mniejszą kwotą, a środki trzymają na niskooprocentowanych lokatach, czy wręcz na rachunkach bieżących.

Inwestowanie w mieszkania wciąż jednak będzie cieszyć się zainteresowaniem. Po pierwsze REIT-y będą dotyczyć tylko rynku komercyjnego, gdzie podaż na rynku mieszkań na wynajem wciąż jest niewystarczająca, a stawki najmu atrakcyjne dla wynajmującego. Dodatkowo zakup mieszkania pod wynajem, poza przychodem z samego najmu daje opcję wzrostu wartości mieszkania.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

REIT-y to kolejny przejaw specjalizacji usług związanych z obsługą rynku nieruchomości i z pewnością są wygodnym narzędziem dla inwestorów dysponujących dużym kapitałem. W przypadku drobnych inwestorów, z uwagi na niewielki kapitał, jakim dysponują będzie to mniej opłacalna forma inwestowania niż np. zakup pojedynczych lokali na wynajem.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Biorąc pod uwagę, że pojęcie REIT jest jeszcze w Polsce mało znane i brakuje regulacji prawnych w tej kwestii, trudno powiedzieć jak zachowają się inwestorzy indywidualni kupujący mieszkania pod wynajem. Na pewno potrzeba jeszcze trochę czasu, ale tego typu forma inwestycji może okazać się dla nich interesująca. W końcu taki model inwestowania w nieruchomości sprawdził się i funkcjonuje w wielu wysoko rozwiniętych gospodarkach na świecie.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Polski rynek wynajmu mieszkań dynamicznie się rozwija, ale wciąż jesteśmy społeczeństwem, które docelowo woli być właścicielem, a nie najemcą mieszkania. Apartamenty pod wynajem to zdecydowanie korzystniejsza forma lokowania własnego kapitału. Poza gwarancją stałego zysku, taki lokal z czasem zyskuje na wartości. A poza tym w każdej chwili inwestor może zrezygnować z wynajmu i nieruchomość po prostu sprzedać, bądź w niej zamieszkać.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Projekt ustawy w obecnym kształcie nie przewiduje możliwości wprowadzenia REIT-ów mieszkaniowych, natomiast propozycja taka pojawiła się w opiniach do przygotowywanego dokumentu. Ustawa promująca polski kapitał i wspierająca rynek nieruchomości (komercyjnych) jest dobrym kierunkiem. Mam nadzieję, że w przyszłości przepisy obejmą również rynek mieszkaniowy, co będzie szansą rozwoju zarówno dla inwestorów, jak i deweloperów. Mimo iż wpływ ustawy na rynek mieszkaniowy nie jest jeszcze ostatecznie przesądzony, jako deweloper posiadający w ofercie ponad 1300 mieszkań, bacznie przyglądamy się tym kwestiom. Obecnie, zainteresowanym lokowaniem kapitału w sektorze mieszkaniowym, pozostaje nabywanie indywidualnych mieszkań z myślą o najmie na dotychczasowych zasadach.

Marcin Liberski, dyrektor marketingu i sprzedaży w Atlas Estates

Pomysł wprowadzenia krajowych funduszy REIT pojawił się stosunkowo niedawno, a Ministerstwo Finansów pracuje nad projektem ustawy, której ostatecznej wersji jeszcze nie znamy. Potrzeba będzie czasu żeby ocenić, czy taka forma inwestowania w nieruchomości przyjmie się na naszym rynku. Z dużym zainteresowaniem będziemy obserwować, czy REIT-y pojawią się tylko na rynku nieruchomości komercyjnych, czy również mieszkaniowych. Z pewnością byłaby to opcja godna rozważenia dla inwestorów, którzy inwestują w nieruchomości z przeznaczeniem na wynajem.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży w Lokum Deweloper

Nie znamy jeszcze ostatecznego kształtu ustawy o REIT-ach. W pierwszym kwartale tego roku Ministerstwo Finansów zapowiedziało liczne zmiany w projekcie, a sama ustawa ma zacząć obowiązywać od 2018 roku.

Specyfika REIT-ów, czyli zakup skomercjalizowanych nieruchomości, korzystanie z preferencji podatkowych przy jednoczesnym corocznym wypłacaniu rozproszonemu akcjonariatowi zysków z czynszu sprawia, że szersze grono osób może partycypować w owocach bardzo kapitałochłonnych inwestycji. Jednak wobec braku precyzyjnych informacji nie można jednoznacznie stwierdzić, czy ta popularna na Zachodzie, forma lokowania kapitału sprawdzi się na naszym rynku.

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży Red Real Estate Development

REIT-y pojawiły się na polskim rynku w ubiegłym roku i jak każda nowość mogą wzbudzić zainteresowanie inwestorów. Na razie jednak nie zauważyliśmy takiego trendu. Natomiast cały czas obserwujemy duże zainteresowanie osób kupujących mieszkania pod wynajem. Obecnie jest to jedna z najkorzystniejszych form inwestowania kapitału na polskim rynku, w dodatku przynosząca długoterminowe zyski. Bezsprzecznie największą zaletą tego typu inwestowania jest bezpieczeństwo. Z tej formy inwestycji raczej nie zrezygnują osoby, które pamiętają niedawny kryzys finansowy. Inwestowanie w jakiekolwiek fundusze może być przez nie postrzegane jako zbyt ryzykowne przedsięwzięcie.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Fundusz inwestycyjny REIT jest na razie bardzo mało znany na polskiej GPW i nie ma wpływu na rynek mieszkaniowy.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki, analityk serwisu Dompress.pl

E-mail marketing w startupie – jak robić to dobrze?

Tomasz Rowiński
Tomasz Rowiński, Project Manager Beemail

Startupy, szczególnie w momencie wejścia na rynek, z uwagą liczą wydatki w niemal każdym obszarze działalności. Cięcie kosztów nie omija również marketingu, który w początkowej fazie najczęściej prowadzony jest przez samego szefa spółki. Działaniem wymagającym stosunkowo małej inwestycji na starcie jest m.in. e-mail marketing. Jeśli dodatkowo wdrożymy w życie kilka wskazówek, na efekty nie będziemy musieli długo czekać.

Skutecznie nie znaczy drogo

Poczta elektroniczna jest jednym z najbardziej popularnych kanałów pozyskiwania informacji o interesujących nas produktach czy usługach. Według badań Direct Marketing Association, każda złotówka zainwestowana w e-mail marketing może przynieść średnio ponad czterdziestokrotny zwrot poniesionych nakładów. Autor badania wskazuje również na kampanie, w których inwestycja jednej złotówki poskutkowała wynikami sprzedaży sięgającymi 4000zł. Z kolei badania przeprowadzone przez Shop.org wskazują, że wydatki na działania e-mail marketingowe są trzykrotnie niższe niż wykupienie płatnych reklam w wyszukiwarkach.

Po pierwsze, odpowiednie narzędzie

O tym, czy nasza wysyłka zostanie dobrze przeprowadzona w dużej mierze decyduje narzędzie. Tak jak treść, grafiki, odbiorców i dobór przekazu jesteśmy w stanie zaplanować sami, tak bez dobrej platformy e-mail marketingowej nasze działanie zakończy się niepowodzeniem. Wiele dostępnych rozwiązań daje nam możliwości do samodzielnego tworzenia skutecznych kreacji. Jednak korzystając z nich mamy możliwość tworzenia i zapisywania baz, wysyłek testowych oraz gwarancję bezpieczeństwa przechowywania danych. Dodatkowo, korzystając z platformy e-mail marketingowej na bieżąco możemy obserwować wyniki naszych wysyłek, co pozwoli zaoszczędzić czas i zwiększyć efektywność kolejnych wysyłek.

Złote zasady e-mail marketingu

Aby mailing był skuteczny konieczne jest uwzględnienie kilku kwestii. Istotne jest jednoznaczne ustalenie tego, o czym ma się dowiedzieć adresat wiadomości. Wyjaśnienie tego ma wpływ na zastosowanie języka, który często jest wyznacznikiem skuteczności całej kampanii.

Warto także dokładnie zdywersyfikować swoje działania. W praktyce oznacza to, że do konkretnej grupy docelowej należy dopasować treści przekazywanej wiadomości. W tym celu trzeba dokonać segmentacji bazy danych, czyli podziału na listy przy uwzględnieniu podejmowanych wcześniej akcji na stronie, płci, reakcji na wysyłany mailing, wreszcie historii dokonywanych zakupów.

Aby segmentacja przyniosła wzrost ze sprzedaży konieczne jest ustalenie tego, do kogo kierowana jest oferta. Często, przy szerszej grupie docelowej osiągamy większy zasięg, jednak znacznie niższą konwersję. Warto stworzyć segmenty tak, by przekaz dotarł do tych, którzy mogą być nim faktycznie zainteresowani.

Personalizacja i triggery kluczem do sukcesu

Nie należy zapominać o personalizacji – statystyki mówią, że dzięki niej współczynnik otwieralności mailingu może wzrosnąć o kilkanaście procent. Wykorzystanie samego imienia w temacie lub na początku wiadomości potrafi podnieść statystyki o 40%.

W uporządkowaniu działań niezwykle przydatne są tzw. triggery, które automatycznie wysyłają wiadomości odpowiedniej treści po wykonaniu przez klienta określonej akcji (zakupu, opuszczenia sklepu lub koszyka, kliknięciu w link). Wpływa to na większą automatyzację naszej pracy, co przekłada się na oszczędność czasu i pieniędzy.

Do sprawdzenia skuteczności działań marketingowych przydadzą się wskaźniki. Najważniejsze z nich to: ilość otworzonych maili (OR – open rate), który pomoże ocenić właściwe sformułowanie tytułu wiadomości oraz pola nadawcy, a także współczynnik kliknięć (CTR – click-through rate), czyli informacja o procencie adresatów, którzy byli zainteresowani na tyle, aby wykonać pożądaną akcję (np. przejście do landing page’a). Także z tych wybranych adresów można przeprowadzić działania remarketingowe, które sprawią, że zainteresowani odbiorcy dokończą proces zakupowy.

Rozwiązanie, wiedza, kreatywność

Mailing jest jednym z najskuteczniejszych kanałów dotarcia do klientów. Jednak przed rozpoczęciem działań e-mail marketingowych warto dobrze go zrozumieć. Wybór odpowiedniej platformy, monitoring działań oraz stosowanie kilku prostych zasad może okazać się niezwykle skuteczne. Połączenie odpowiedniego rozwiązania z wiedzą i kreatywnym podejściem zapewni nam gwarancję zwrotu z inwestycji.

Ropa ciągle ma potencjał

Czwartkowy handel zakończył się stosunkowo niewielkimi zmianami na rynku walutowym, choć przez większość dnia dolar tracił. Ropa ponownie taniała, a na giełdach odnotowano wzrosty.

Tym razem nie tylko WIG20 ale i amerykańskie indeksy giełdowe zyskiwały na sile. Nasdaq zakończył dzień na rekordowo wysokim poziomie. O ile dzień wcześniej wyniki spółek przeszkadzały, o tyle teraz pomagały. Akcje American Express drożały o 5.9%. W Polsce tymczasem otrzymaliśmy bardzo dobre dane makroekonomiczne, wskazujące na duże ożywienia w gospodarce. Produkcja przemysłowa w marcu wzrosła o 11,1 proc. r/r, a w porównaniu z poprzednim miesiącem wzrosła o 17,6 proc. Natomiast sprzedaż detaliczna w marcu wzrosła o 9,7 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym wzrosła o 16,5 proc.

W dzisiejszym kalendarzu makroekonomicznym królować będą publikacje indeksów PMI, zarówno dla Europy jak też i z USA. W Polsce opublikowane zostaną dane dotyczące koniunktury gospodarczej. Dziś też ogłoszona ma zostać decyzja ratingowa S&P dla Polski. Przypomnijmy, iż to ta agencja wystawiła Polsce najsurowszą ocenę w ubiegłym roku, czym wyszła przed szereg. Czy ostatnie dobre dane skłonią agencję do dużej weryfikacji oceny in plus?

usoil21042017r

Tymczasem spadki na rynku ropy jakie obserwujemy od kilku dni wcale nie kończą jeszcze trendu wzrostowego. Kluczowym wsparciem na wykresie ropy(WTI) jest poziom 49$. Tutaj biegnie ważna linia wzrostowa. Dopóki nie zostanie pokonana, odbicie nadal jest możliwe. Ograniczeniem od góry pozostaje poziom 53$ oraz 55$.

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wybory we Francji 2017 – prawdopodobny scenariusz

Na ostatniej prostej kampanii prezydenckiej we Francji dochodzi do znacznych przetasowań. Liderująca w sondażach Marine Le Pen traci poparcie. Dynamika wydarzeń jest po stronie republikańskiego Fillona i skrajnie lewicowego Melechona. Macron w ostatnim badaniu Harris cieszy się niemal 25 – proc. poparciem. Pozostałą trójkę głównych kandydatów dzieli dystans błędu statystycznego (19-21 proc.). W takiej sytuacji pole do niespodzianki w każdym kierunku jest naprawdę gigantyczne.

Rynki, pomimo ostatnich zmian, największe prawdopodobieństwo przypisują II turze (7 maja) w składzie Macron – Le Pen. W takim wypadku rynek będzie reagował na wynik Le Pen, im wyższy (i bardziej odbiegający od obecnych sondaży), tym większy niepokój i w drugim rzędzie na frekwencję (im niższa, tym gorzej dla euro). Kolejne kilkanaście dni to utrzymująca się niepewność oraz uważne śledzenie doniesień z francuskiej sceny politycznej.
Najpozytywniejszym z punktu widzenia rynków scenariuszem byłoby wejście do II tury Fillona i Macrona. Taki obrót spraw w poniedziałek skutkowałby umocnieniem euro, wzrostami indeksów i silnym złotym. Można powiedzieć, że temat francuskich wyborów byłby praktycznie zamknięty, jako że obaj kandydaci reprezentują tradycyjne siły polityczne, ich programy są konserwatywne i cechuje ich pozytywny stosunek (zwłaszcza Macrona) do integracji europejskiej.

Czarny scenariusz to wejście do drugiej tury skrajnie lewicowego Melenchona i skrajnie prawicowej Le Pen. Oboje są negatywnie nastawieni do euro, mają radyklane pomysły na gospodarkę. W takim scenariuszu eurodolar ponownie kierowałby się w kierunku parytetu, a na rynkach panował chaos i strach o przyszłość strefy euro i całej Unii Europejskiej. Reakcja byłaby silna i gwałtowna. Warto przy tym zaznaczyć, że ryzyka są zdecydowanie asymetryczne. Wygrana Macrona (względnie Fillona) pozwoliłaby ECB na normalizację polityki, wymazała obecnie widoczne, śladowe premii za ryzyko polityczne z rynku długu i opcji. Pozwoliłaby dojść do głosu czynnikom fundamentalnym: nieodzownej normalizacji polityki przez ECB, pozytywnym tendencjom w bilansie płatniczym, zachodzącemu na Starym Kontynencie ożywieniu. Innymi słowy, nasz scenariusz bazowy zakłada wygranie wyborów przez Macrona, co w dłuższym terminie otworzy drogę do stopniowych wzrostów EUR/USD z celem na koniec roku na poziomie 1,10.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Klimat do inwestycji w Polsce jest pozytywny. Sprawniejsze otoczenie prawne poprawiłoby jeszcze sytuację

W ostatnim raporcie opublikowany przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu, Grant Thornton oraz HSBC, Polska uzyskała dobrą ocenę. Wydaje się, że raport potwierdza dobry klimat do inwestycji w Polsce. Podkreśla on zainteresowanie przedsiębiorców, którzy już dokonali inwestycji w naszym kraju. Raport wskazuje obszar prawa jako ten, który zdecydowanie wymaga poprawy. Wśród największych „bolączek” naszego systemu prawnego wymieniana jest jego zmienność, nieprzewidywalność oraz przewlekłość postępowań sądowych. Z raportu przebija się jedna, bardzo ciekawa konkluzja.

– Inwestorzy dostrzegają niedostatki naszego prawa, lecz ono nie przeszkadza im – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Rafał Stroiński, partner w kancelarii JSLegal – Skoro pomimo tych niedostatków pozycja Polski jest pozytywna, to jak na naszą pozycję wpłynąłby brak barier oraz sprawniejsze otoczenie prawne? Wydaje mi się, że pozostawia to nadal duże pole do poprawy i prac legislacyjnych w tym obszarze – ocenił Stroiński.

Millenialsi coraz ważniejszą grupą dla branży motoryzacyjnej. Aż 96 proc. z nich korzysta z samochodu

Millenialsi coraz ważniejszą grupą dla branży motoryzacyjnej. Aż 96 proc. z nich korzysta z samochodu 8

Pokolenie millenialsów ceni mobilność. Zdecydowana większość, bo 80 proc., deklaruje, że nie rozstaje się z telefonem komórkowym przez całą dobę. Dwie trzecie wysyła około piętnastu wiadomości dziennie. Na równi z komunikacją ważna jest dla nich możliwość przemieszczania się, a 96 proc. korzysta z samochodu – wynika z badań zrealizowanych przez ARC Rynek i Opinia dla Volkswagen Bank Polska. 

– Motoryzacja od lat cieszy się olbrzymim zainteresowaniem, co doskonale widać podczas Poznań Motor Show. Z każdym rokiem liczba gości zwiedzających targi, liczba sprzedanych biletów, a także ruch na stronach internetowych i w social mediach rosną w olbrzymim tempie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Wawrzyniak, dyrektor poznańskich targów motoryzacyjnych.

Na Poznań Motor Show – jednej z największych w Europie imprez motoryzacyjnych  gościło w tym roku 170 wystawców, którzy zaprezentowali 60 polskich premier samochodowych i dwa auta koncepcyjne. Według najnowszych danych, które podał organizator, frekwencja była rekordowa: wydanych zostało ponad 750 akredytacji, a wydarzenie odwiedziło łącznie ponad 135 tys. gości.

– Tegoroczna edycja była pod wieloma względami wyjątkowa. Mieliśmy kilka rynkowych debiutów, na przykład Alpina po raz pierwszy zaprezentowała się w Polsce i właśnie u nas świętowała wejście na nasz rynek. Ponadto, po raz pierwszy w historii pojawiła się Tesla, a nowości zaprezentował bezpośredni dystrybutor z Berlina – mówi Dariusz Wawrzyniak.

Zdaniem dziennikarza motoryzacyjnego Adama Kornackiego to rosnące zainteresowanie jest efektem lifestyle’owego podejścia do motoryzacji i inteligentnych technologii, w które są wyposażone nowe modele samochodów.

– Moc i moment obrotowy schodzą na drugi plan, bo obecnie bardziej bawimy się samochodami, niż tylko nimi jeździmy. Mamy możliwość obcowania z samochodami, które są bardzo przyjazne kierowcy, wyposażone w asystentów parkowania i pasa ruchu, asystentów martwego pola, aktywne tempomaty, a na dodatek są zintegrowane z technologiami mobilnymi – ocenia Adam Kornacki.

Podczas tegorocznych targów Poznań Motor Show miał również premierę serwis Mobilni.pl, stworzony z myślą o przedstawicielach pokolenia Y. Millenialsi znajdą w nim między innymi informacje o gadżetach i nowych technologiach, artykuły dotyczące stylu życia i podróży, inspiracje oraz informacje dotyczące nowinek motoryzacyjnych. Platforma jest odpowiedzią na to, jak przedstawiciele młodego pokolenia postrzegają mobilność.

– Mobilność jest w dzisiejszych czasach numerem jeden. Oznacza wybór bez konieczności przywiązywania się do jednego produktu. Jeżeli potrzebuję konkretnego samochodu, mogę go wziąć na rok lub dwa, a potem po prostu oddać. Nie muszę przejmować się tym, że trzeba go wyczyścić ani czekać, aż pojawi się zainteresowany kupnem. Jestem elastyczny, mogę się przesiąść na coś, co w danym momencie mi pasuje. Tak jest w życiu prywatnym i tak jest też z samochodami – dodaje Kamil Łabanowicz, stylista Audi.

Potwierdzają to badania, które instytut badawczy ARC Rynek i Opinia przeprowadził w marcu na zlecenie Volkswagen Financial Services. Wynika z nich, że zdecydowana większość, bo aż 90 proc. przedstawicieli pokolenia Y deklaruje chęć bycia mobilnym. To pojęcie zestawiane jest z szybkością, elastycznością i niezależnością.

– Millenialsi łatwiej i szybciej podejmują decyzje. To pokolenie potrafi w piątek rano zdecydować o kupieniu taniego biletu lotniczego na weekend do Paryża, świetnie się bawić, a w poniedziałek stawić się w pracy świeżym i wypoczętym – mówi Mikołaj Woźniak, prezes zarządu Volkswagen Financial Services.

Pokolenie Y jest obyte w świecie mediów społecznościowych, internetu i technologii. Z badania ARC Rynek i Opinia wynika, że 99 proc. millenialsów ma urządzenie z dostępem do sieci, a 62 proc. wysyła około piętnastu wiadomości dziennie. Zdecydowana większość deklaruje, że nie rozstaje się z telefonem przez całą dobę.

– Millenialsi kontaktują się ze światem poprzez urządzenia mobilne i internet, żyją w wirtualnej rzeczywistości. Oczekują wygodnych rozwiązań, nie chcą się wiązać długoterminowymi umowami. Spontanicznie podejmują decyzje i nie są tak zaplanowani ani tak konserwatywni jak starsze pokolenia – mówi Mikołaj Woźniak.

Dla przedstawicieli młodego pokolenia na równi ważna z komunikacją jest możliwość przemieszczania się. 96 proc. millenialsów korzysta z samochodu, natomiast 77 proc. deklaruje, że auto musi spełniać wszystkie ich potrzeby.

– Badając zachowania i oczekiwania młodego pokolenia, stwierdziliśmy, że korzystają oni z motoryzacji, jeżdżą samochodami i będą z tej mobilności korzystać w coraz większym stopniu. Tym, co musimy zrobić, jest stworzenie odpowiednich rozwiązań, które umożliwią im korzystanie z mobilności na miarę ich budżetu – podsumowuje Mikołaj Woźniak.

Prezes Volkswagen Financial Services zwraca uwagę na to, że dla młodych ważna jest możliwość dopasowania środka transportu do swoich potrzeb. Część z nich  zwłaszcza ci, którzy mieszkają w dużych miastach – w ogóle nie potrzebuje samochodu. Inni korzystają z auta tylko w przypadku ładnej pogody, jadąc za miasto, albo potrzebują transportu w trakcie przeprowadzki. Na równi z elastycznością ważne są też koszty utrzymania albo wynajęcia auta.

– Mobilność w motoryzacji oznacza swobodę, możliwość zmiany i dopasowania środka transportu do aktualnych potrzeb – podsumowuje Mikołaj Woźniak, prezes Volkswagen Financial Services.

BHP i bezpieczeństwo w pracach mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu. ORLEN w ten sposób promuje polską sztukę za granicą

BHP i bezpieczeństwo w pracach mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu. ORLEN w ten sposób promuje polską sztukę za granicą 9

PKN ORLEN poprzez sztukę prom swój wizerunek jako bezpiecznego i nowoczesnego koncernu. Inauguracja kampanii PR nastąpiła w Wilnie, gdzie otwarto wystawę mistrzów Polskiej Szkoły Plakatu poświęconą tematyce BHP. Bezpieczeństwo w pracy i zasady BHP należą do najważniejszych, ale niedocenianych obszarów w dużych przedsiębiorstwach. Tym bardziej że wypadki miewają katastrofalnie skutki dla życia i zdrowia pracowników, finansów firm czy ich wizerunku.

Trwająca do 28 kwietnia wystawa rozpoczyna cykl, którego kolejne edycje odbędą się w Polsce, w Czechach i na Ukrainie. W ten nieoczywisty sposób PKN ORLEN wykorzystuje temat bezpieczeństwa w komunikacji korporacyjnej i jednocześnie wspiera promocję polskiej kultury za granicą.

– BHP w nowoczesnym zakładzie przemysłowym to nie tylko bezpieczeństwo pracowników, lecz także troska o środowisko naturalne i stabilność produkcji – powiedział Ireneusz Fąfara, dyrektor generalny ORLEN Lietuva.  Tym bardziej cieszy, że małe święto grafiki, które udało nam się zorganizować, spotkało się z dużym zainteresowaniem. W otoczeniu prac najciekawszych polskich twórców plakatu mogliśmy się spotkać z interesariuszami i porozmawiać o osiągnięciach ORLEN-u.

PKN ORLEN we wszystkich spółkach grupy kapitałowej prowadzi intensywne działania z zakresu komunikacji wewnętrznej. Ich celem jest poprawa poziomu BHP i edukacja pracowników koncernu m.in. w Polsce, Czechach, Niemczech, Kanadzie oraz na Litwie

Zasady BHP są tematem komunikacji wewnętrznej w firmach, ale często są niedoceniane i postrzegane jako nudne. Dlatego istotne jest szukanie form komunikowania się w ramach dobrze pojętego dialogu społecznego i korzystanie z nowoczesnych środków przekazu. Tym bardziej projekt ORLEN-u należy docenić za innowacyjność  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Konrad Ciesiołkiewicz, ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG

Ekspert Komitetu Dialogu Społecznego KIG zaznacza, że edukacja dotycząca bezpieczeństwa w pracy jest jedną z podstawowych misji dużych przedsiębiorstw, a zasady BHP są wśród głównych zagadnień komunikacji wewnętrznej. W wielu przedsiębiorstwach obszar ten jest jednak lekceważony albo niedoceniany, również przez samych pracowników.

Na wileńskiej wystawie zaprezentowano między innymi prace Tadeusza Kobaka, Zbigniewa Waszewskiego, Waldemara Świerzego, Jana Lenicy, Wiktora Górki, Jerzego Cherka czy Jerzego Przygodzkiego. Prace pochodzą w większości z okresu zwanego Polską Szkołą Plakatu, zapoczątkowanego w latach 40., kiedy kilku słynnych grafików jak Lipiński czy Tomaszewski zerwało z konwencją realistycznych, portretowych plakatów filmowych. Henryk Tomaszewski został nagrodzony za swoje wczesne prace na Międzynarodowej Wystawie Plakatu w Wiedniu w 1948 roku, co było zaczątkiem Polskiej Szkoły Plakatu.

Na wystawie pokazujemy około 160 plakatów dotyczących głównie bezpieczeństwa i BHP. Polska Szkoła Plakatu to wielkie sukcesy międzynarodowe i bardzo zróżnicowane środki wyrazu: od barokowych, malarskich, aż do minimalistycznych. Powstawały fenomenalne plakaty dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy, niektóre z nich projektowali najwybitniejsi graficy szkoły polskiej, którzy nie stronili od tego tematu, choć nie był łatwy. Te plakaty miały ograniczać liczbę wypadków i zwiększać świadomość dotyczącą bezpieczeństwa – mówi Piotr Dąbrowski z Galerii Plakatu, właściciel dużego zbioru prac polskich artystów, kurator wystawy.

W ten sposób – poza promocją ważnego społecznie i biznesowo tematu – PKN ORLEN promuje także polską sztukę za granicą. Wystawie towarzyszy wstęp, który ma zapoznać zagraniczną publiczność ze zjawiskiem Polskiej Sztuki Plakatu. Dlatego do ekspozycji zostały włączone prace rodzimych artystów o tematyce kulturalnej i filmowej. Organizatorzy przygotowali też drukowany katalog z reprodukcjami wszystkich plakatów pokazywanych na wystawie.

– Dla zainteresowanych sztuką ta publikacja będzie z pewnością istotną pozycją wydawniczą przez długie lata. Plakat jest fenomenalnym środkiem przekazu, chociaż dzisiaj nieco już zmarginalizowanym. To bardzo ciekawy sposób przypomnienia o ciągle aktualnych zagadnieniach bezpieczeństwa i higieny pracy, a z drugiej strony ukłon w stronę publiczności zainteresowanej sztuką – mówi Piotr Dąbrowski.

Paraliż na trasach dojazdowych do Warszawy. Mieszkańcy podstołecznych miejscowości domagają się nowych dróg

Paraliż na trasach dojazdowych do Warszawy. Mieszkańcy podstołecznych miejscowości domagają się nowych dróg 10

Problem mieszkańców podwarszawskich Marek został rozwiązany. Po wielu latach starań, w drugiej połowie tego roku, zostanie otwarta obwodnica, która rozładuje wielokilometrowe korki przy wjeździe do Warszawy. Z podobnym problemem drogowym mierzą się jednak inne podstołeczne miejscowości, ponieważ zabudowa przenosi się w kierunku przedmieść, a granicę miasta przekracza każdego dnia około miliona samochodów. 

– Rozbudowa miejscowości skupionych wokół miast jest problemem nie tylko Warszawy, lecz także innych aglomeracji. Mamy w tej chwili modę polegającą na tym, że ludzie wyprowadzają się z centrum miast na przedmieścia. To oznacza duże koszty dla samorządów, które nie nadążają z rozbudową infrastruktury drogowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Problem dojazdu do Warszawy z podstołecznych miejscowości przewija się od wielu lat. Z danych podawanych przez Zarząd Transportu Miejskiego wynika, że każdego dnia granicę miasta przekracza około 1 miliona samochodów (pół miliona wjeżdża do Warszawy i pół miliona z niej wyjeżdża). Najbardziej zatłoczone są m.in. Trasa Toruńska, Modlińska, Trakt Brzeski, Pułkowa i Puławska, którą przejeżdża codziennie średnio 67,5 tys. pojazdów. Analiza ruchu na miejskich wylotówkach pokazuje też duże utrudniania i korki przy wjeździe i wyjeździe ze stolicy.

– Dane, którymi dysponujemy, pokazują, że jeszcze w 2007 roku do Warszawy codziennie przyjeżdżało ok. 300 tys. pojazdów. Dzisiaj ta liczba jest dużo większa. Wszyscy chcą podróżować drogami, a w takim domku, który powstaje gdzieś pod dużym miastem, zazwyczaj żona ma własny samochód, mąż ma własny samochód i wszyscy chcą pojechać nim wygodnie do miasta – mówi Adrian Furgalski.

Z ubiegłorocznych danych Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad wynika, że w ciągu kilku ostatnich lat ruch samochodowy na trasach prowadzących do Warszawy zwiększył się prawie o jedną trzecią. Powszechny problem z utrudnieniami na trasie z i do miasta mają mieszkańcy Marek, którzy przez lata borykali się z ogromnymi korkami, domagając się budowy obwodnicy (ma zostać oddana II połowie tego roku).

Z podobnym problemem mierzy się teraz m.in. podwarszawski Józefosław i Piaseczno. W ciągu kilku ostatnich lat liczba samochodów wjeżdżających do Warszawy ulicą Puławską od strony Piaseczna zwiększyła się o kilkanaście tysięcy.

– Piaseczno stało się sypialnią dla Warszawy. Po drodze rozbudowują się rozmaite osiedla i sporo kierowców, tracąc czas i nerwy w korkach, stara się szukać alternatywnych sposobów dojazdu do centrum. Wybierają wąskie uliczki albo osiedlowe drogi nieprzystosowane do takiego natężenia ruchu – mówi Adrian Furgalski.

Leżąca w sąsiedztwie gminy Piaseczno i Józefosławia podwarszawska wieś Kierszek domaga się budowy drogi, która odciążyłaby lokalną ulicę Działkową. Dziennie przejeżdża nią około 10 tys. kierowców, którzy chcą przedostać się na Ursynów i do ulicy Puławskiej.

– Ludzie z Józefosławia nie mają którędy jeździć. Bardzo nam zależy, żeby pojawiła się alternatywa, dlatego apelujemy do władz gminy Piaseczno o to, żeby zbudowała ulicę Cyraneczki. To jest od lat planowana 25-metrowa droga, wybudowana w środku wsi, która obecnie prowadzi donikąd. Potrzebna jest współpraca obu gmin, żeby ulica Cyraneczki była rozbudowywana w stronę Konstancina, a z drugiej strony prowadziła do ul. Puławskiej – wyjaśnia Jolanta Ciesielska, sołtys wsi Kierszek.

Ulica Działkowa – okupowana codziennie przez tysiące kierowców przejeżdżających z Konstancina, Piaseczna i Józefosławia w kierunku Warszawy – jest drogą o charakterze dojazdowym, położoną tuż przy Lesie Kabackim. Mieszkańcy zwracają uwagę nie tylko na fakt, że jest nieprzystosowana do obsługi ruchu o dużym natężeniu, przez co stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa, lecz także na jej bezpośrednie sąsiedztwo z rezerwatem przyrody.

– Złożyliśmy wniosek do gminy Konstancin-Jeziorna, żeby zmienić charakter tej drogi, żeby pojawiły się tutaj chodniki i ścieżki dla pieszych zamiast jeszcze większej liczby samochodów. Ale konieczne jest również wybudowanie równoległej drogi. Inaczej trzeba się liczyć z degradacją Lasu Kabackiego, a mieszkańców czeka dalsza gehenna – mówi Jolanta Ciesielska.

Sołtys Kierszek podkreśla, że przez duże natężenie ruchu samochodów na lokalnej uliczce część mieszkańców nie ma możliwości wyjazdu ze swoich posesji. Problemem są nie tylko spaliny i hałas, lecz także bezpieczeństwo. Dlatego lokalna społeczność rozważa bardziej zdecydowane działania, jeżeli samorząd nie pochyli się nad problemem.

– Tutaj nie obowiązują żadne zasady ruchu. Nie ma miejsca dla rowerzystów ani pieszych, a kierowcy nie uważają, bo każdy chce mieć pierwszeństwo. Nawet do Lasu Kabackiego nie da się przejść pieszo. Właściwie w przypadku ul. Działkowej kwestia gruntu jest nieuregulowana, więc po prostu moglibyśmy postawić tutaj szlaban i ją zagrodzić. Ale wtedy grozi nam paraliż komunikacyjny, a ludzie już w ogóle nie mieliby jak dojeżdżać do pracy, dlatego tego nie zrobimy. Aczkolwiek rozważamy protesty, jeśli obie gminy się nie dogadają i nie powstanie alternatywa dla ul. Działkowej – mówi Jolanta Ciesielska.

– W przypadku miejscowości Kierszek i jej otoczenia problem dotyczy też zapchanej ul. Puławskiej. Dzisiaj rzeczywiście ten główny ciąg jest zatkany. Najlepszym rozwiązaniem będzie nowa trasa wylotowa z Warszawy, która połączy się z ekspresówką w Grójcu. Mam nadzieję, że wkrótce zostanie podpisana umowa z wykonawcą na budowę Puławskiej bis – dodaje Adrian Furgalski.

Wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR podkreśla, że na równi z rozwiązaniem problemu ważne jest też wspieranie transportu publicznego i komunikacji miejskiej, co pozwoli choć w części rozładować natężenie ruchu samochodowego na trasach dojazdowych do Warszawy.

– Wracamy do problemu oblepiania dużych miast przez domki jednorodzinne i osiedla oraz idącej w ślad za tym fali wzrostu motoryzacji. Ale w Warszawie mamy chociażby promieniście wychodzące linie kolejowe, dlatego trzeba stawiać na transport zbiorowy, na połączenia kolejowe i komunikację miejską – mówi Adrian Furgalski.

Polacy nie będą masowo wracać do Polski po brexicie. Wybiorą inny kierunek emigracji

Polacy nie będą masowo wracać do Polski po brexicie. Wybiorą inny kierunek emigracji 11

Po brexicie do wyjazdu z Wielkiej Brytanii może zostać zmuszonych kilkaset tysięcy Polaków. Eksperci twierdzą, że nie oznacza to jednak, że wrócą oni na polski rynek pracy. Część z nich wybierze zapewne inny kierunek emigracji. Tym, którzy wrócą do Polski, zdobyte za granicą doświadczenie może wcale nie ułatwiać, a wręcz utrudniać znalezienie zatrudnienia. Ponadto wracający z emigracji Polacy będą mieli konkurencję w postaci tańszych imigrantów z Ukrainy, których jest już około miliona. 

W tej chwili za granicą jest około 3 mln Polaków, którzy w ciągu kilku ostatnich, pokryzysowych lat, wyjechali ze względów ekonomicznych. Jedna trzecia, czyli niemal milion osób, przebywa na terenie Wielkiej Brytanii. Ci, którzy osiedlili się na Wyspach wcześniej, mogą być raczej spokojni o swoją przyszłość. Natomiast Polacy, którzy są tam od niedawna, nie mają pewności, czy po brexicie będą mogli zostać w Wielkiej Brytanii, czy na podstawie tej umowy będą musieli ją opuścić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr inż. Krzysztof Czerkas, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej.

Według danych GUS na koniec 2015 roku w Wielkiej Brytanii przebywało 720 tys. Polaków. Dużo wyższe są szacunki brytyjskiego urzędu statystycznego (Office for National Statistics), który podał, że w tym samym czasie na Wyspach mieszkała rekordowa liczba osób polskiego pochodzenia – 916 tys. (12 proc., czyli 108 tys. urodziło się już na emigracji). Oznacza to wzrost o 63 tys. rok do roku. Według ONS liczba Polaków w Wielkiej Brytanii od momentu otwarcia tamtejszego rynku w 2004 roku zwiększyła się około 20-krotnie.

Część z nich wskutek brexitu może zostać zmuszona do opuszczenia Wysp. W ubiegłorocznym, czerwcowym referendum obywatele Wielkiej Brytanii zadecydowali o wystąpieniu ze struktur Unii Europejskiej (za zachowaniem członkostwa w UE głosowało 16,14 mln, przeciw – 17,41 mln wyborów przy 72,2 proc. frekwencji). Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie rozpoczęła procedurę brexitu, uruchamiając art. 50 Traktatu Lizbońskiego.

Według wcześniejszych zapowiedzi premier, Zjednoczone Królestwo będzie dążyć do jak najszybszego opuszczenia unijnych struktur i wynegocjowania nowego porozumienia o wolnym handlu, bez zachowania dotychczasowej swobody przepływu dóbr, usług, osób i kapitału. Eksperci są zgodni, że gospodarcze, ekonomiczne i społeczne skutki brexitu będą trudne do przewidzenia.

Od 3–4 tygodni trwają rozmowy Unii Europejskiej z Wielką Brytanią na temat warunków wyjścia tego państwa z unijnych struktur. Negocjacje mają się zakończyć najpóźniej do 31 marca 2019 roku, czyli kluczowe będą najbliższe dwa lata – mówi dr inż. Krzysztof Czerkas.

W styczniowym wystąpieniu Theresa May zapowiedziała, że Polacy, którzy mieszkają i pracują na Wyspach, nie muszą obawiać się brexitu. Potwierdziły to późniejsze deklaracje brytyjskiego rządu oraz Izba Lordów (wyższa izba parlamentu), która przegłosowała w marcu poprawkę gwarantującą zachowanie praw wszystkim obywatelom UE mieszkającym i pracującym już w Wielkiej Brytanii w ciągu 3 miesięcy od uruchomienia art. 50 Traktatu Lizbońskiego. Dwa tygodnie później Izba Gmin odrzuciła jednak tę poprawkę, a przyszłość Polaków i mieszkających w UK imigrantów wciąż pozostaje niepewna.

Według prognoz Ministerstwa Rozwoju po brexicie do kraju może wrócić nawet 200 tys. osób. Z kolei Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM) wyliczył, że do opuszczenia Wielkiej Brytanii zmuszonych może zostać ok. 400 tys. Polaków. Zdaniem ekspertów taki scenariusz nie jest jednak przesądzony, a konieczność opuszczenia UK nie oznacza, że Polacy będą wracać do kraju, mogą wybrać inny kierunek emigracji. Potwierdza to wcześniejszy przykład Islandii.

Przed wybuchem kryzysu finansowego prawie 10 proc. populacji na Islandii stanowili Polacy. Kiedy w wyniku krachu państwo prawie zbankrutowało, Polacy stamtąd wyjechali, ale wcale nie wrócili do kraju, tylko rozjechali się po całym świecie. Pojechali do Norwegii, Szwecji, Danii, Finlandii i Kanady, a nawet na półkulę południową, do Brazylii czy Republiki Południowej Afryki – mówi dr inż. Krzysztof Czerkas.

Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Bankowej nie ma ekonomicznych argumentów, które mogłyby przekonać Polaków do powrotu na rodzimy rynek pracy. Trendem ostatnich lat jest emigracja osób po 50 roku życia, które znajdują pracę i układają sobie życie, a nawet udaje im się wypracować emeryturę za granicą. Tym bardziej nie ma więc powodów, dla których do Polski mieliby wracać młodzi pracownicy.

Dobrym przykładem są pielęgniarki. Jak wynika ze statystyk, tylko w Trójmieście do końca tego roku zabraknie około 600 pielęgniarek. Z drugiej strony około 1,5 tys. pielęgniarek rocznie występuje do Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych z prośbą o wydanie zaświadczenia o kwalifikacjach zawodowych, które umożliwia pracę za granicą. Wyjeżdżając na Zachód, zarabiają one 4–5 razy więcej niż w Polsce. Co je skłoni do powrotu? – pyta dr inż. Krzysztof Czerkas.

Eksperci są zgodni, że nie należy się spodziewać masowych powrotów Polaków z Wielkiej Brytanii. Jednak rynek pracy powinien być przygotowany na to, że pewien odsetek emigrantów wróci do kraju z powodów osobistych i będzie poszukiwać tu zatrudnienia. Dotyczy to zwłaszcza osób, które mają w Polsce rodzinę lub dzieci.

Nie można generalizować, że wszyscy zostaną w Wielkiej Brytanii albo że nikt nie wróci. Są różne sytuacje życiowe, rodzinne. Mieliśmy problem tzw. eurosierot, które zostały w Polsce, ponieważ ich rodzice wyjechali za granicę. Są też tzw. sieroty 70+, czyli rodzice tych młodych ludzi, którzy wyjechali. Myślę, że pewien odsetek emigrantów może wrócić do Polski, żeby móc się nimi zaopiekować – ocenia dr inż. Krzysztof Czerkas.

Zdaniem wykładowcy Wyższej Szkoły Bankowej kompetencje zawodowe zdobyte na brytyjskim rynku wcale nie muszą być przepustką, która otworzy im polski rynek pracy. Emigranci wracający z Wysp do Polski mogą być postrzegani przez pracodawców jako posiadający nadmierne kwalifikacje albo napotykać barierę mentalną. Z drugiej strony konkurencją dla nich będą tańsi imigranci ze Wschodu, głównie z Ukrainy.

W Polsce jest już około miliona imigrantów z Ukrainy. Nie mówiąc o korporacjach, które rządzą się innymi prawami, to pracodawcy w poszukiwaniu oszczędności na kosztach osobowych będą raczej woleli zatrudniać taniego Ukraińca, a nie drogiego pracownika powracającego z Zachodu – ocenia dr inż. Krzysztof Czerkas.

Wydawcy muszą w tym roku wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln nowych podręczników. MEN ma czas na ich akceptację do końca czerwca

Wydawcy muszą w tym roku wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln nowych podręczników. MEN ma czas na ich akceptację do końca czerwca 12

Tegoroczna reforma oświaty znacząco wpłynęła na rynek podręczników. Przed nowym rokiem szkolnym wydawcy edukacyjni muszą wydrukować i dostarczyć do szkół 34 mln podręczników i ćwiczeń zgodnych z nową podstawą programową. By to się udało, nauczyciele muszą wybrać i złożyć zamówienie na książki maksymalnie do końca czerwca. Obecnie nowe podręczniki są na etapie opiniowania przez recenzentów wyznaczonych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej.

 Tegoroczna reforma edukacji spowodowała, że klasy pierwsze, czwarte i siódme, które rozpoczynają naukę we wrześniu, muszą mieć nowe podręczniki, dostosowane do zmienionej podstawy programowej. Pozostałe klasy kontynuują pracę z podręcznikami, które zostały napisane wcześniej, ponieważ dla nich w tym roku podstawa programowa się nie zmienia – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Joanna Ciepłucha, marketing project manager w wydawnictwie Oxford University Press.

Na początku stycznia prezydent podpisał pakiet ustaw reformujących system oświatowy. Poza najważniejszą zmianą, czyli likwidacją gimnazjów i powrotem do 8-letnich szkół podstawowych, reforma zmodyfikowała też podstawę programową, co dla wydawców edukacyjnych oznaczało konieczność opracowania nowych podręczników.

Jak dotąd wydawcy edukacyjni złożyli do zaaprobowania w Ministerstwie Edukacji Narodowej 119 nowych podręczników przystosowanych do nowej podstawy programowej w klasach pierwszej, czwartej i siódmej. To oznacza, że do każdego z przedmiotów będzie kilka propozycji różnych wydawnictw edukacyjnych. Nauczyciele będą mieli prawo wyboru pozycji, która najlepiej odpowiada ich stylowi nauczania i najlepiej realizuje ich potrzeby edukacyjne.

 Książki są złożone w MEN-ie, co oznacza, że my swoją pracę wykonaliśmy w terminie. Teraz czas na recenzentów wyznaczonych przez resort. Konkretnie wygląda to tak, że wydawnictwa edukacyjne w większości zakończyły pierwszy etap, czyli przygotowanie książki dla recenzenta. Składa się ją do ministerstwa, prosząc o numer aprobaty. Resort wyznacza swoich recenzentów, do których wysyłamy pojedyncze egzemplarze. Oni czytają i wydają opinię –tłumaczy Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki.

Wyznaczeni przez resort edukacji recenzenci po zapoznaniu się z podręcznikiem mogą wydać opinię negatywną, pozytywną lub pozytywną warunkową, czyli zaproponować wprowadzenie do książki pewnych zmian. Recenzent ma prawo zasugerować wydawcy np. zmianę okładki. Jeżeli spośród trzech recenzji jedna jest negatywna, a dwie pozytywne – wówczas wydawca może prosić ministerstwo o wyznaczenie arbitra, który jednoznacznie rozstrzygnie, czy książka nadaje do użytku szkolnego.

 Zważywszy na przebieg prac w ostatnich tygodniach, jesteśmy pod dużym wrażeniem, ponieważ prace w MEN-ie też przebiegają bardzo sprawnie i śmiem twierdzić, że obydwu stronom tak samo zależy na tym, żeby książki były gotowe jak najszybciej – ocenia Jarosław Matuszewski.

Nauczyciele powinni otrzymać podręczniki we wrześniu, kiedy rozpocznie się nowy rok szkolny. Żeby było to możliwe, książki muszą być gotowe już w czerwcu. Wydawcy edukacyjni podkreślają, że muszą mieć czas na ich wydrukowanie i dystrybucję. Dlatego nauczyciele powinni dokonać wyboru podręcznika jeszcze przed wakacjami.

 Książki złożyliśmy w MEN-ie w takim terminie, aby resort miał czas je zaopiniować i nadać im numer aprobaty jeszcze przed końcem czerwca. To może być początek albo połowa czerwca, byleby przed wakacjami, żeby nauczyciele byli jeszcze w pracy. Jeżeli szkoła zamówi książki w tym terminie, choćby nawet ostatniego dnia czerwca, to jako wydawcy edukacyjni możemy zagwarantować, że książki dotrą do szkół na początku września. Natomiast jeżeli szkoła zamówi książki w sierpniu, bo zgodnie z przepisami ma do tego prawo, to śmiem twierdzić, że będą wydrukowane i gotowe dopiero w październiku – mówi Jarosław Matuszewski.

Aby zamówić podręcznik, nauczyciele muszą mieć pewność, że wybrana przez nich pozycja dostała od Ministerstwa Edukacji Narodowej numer dopuszczenia do użytku szkolnego. Jak dotąd wydawcy edukacyjni udostępnili nauczycielom wersje pilotażowe, czyli tzw. pre-printy nowych podręczników, aby mieli możliwość zapoznać się z zawartymi w nich materiałami albo zgłosić ewentualne uwagi. Ich ostateczne wersje będą gotowe w czerwcu.

– Z punktu widzenia wydawców edukacyjnych tegoroczna reforma oświaty ma olbrzymią skalę. Żeby wszystko się udało, książki muszą być gotowe pierwszego września i dojechać do szkół. Wyliczyliśmy, że w tym roku wydrukujemy 34 mln książek i podręczników, które powinny być w szkołach wraz z rozpoczęciem nowego roku szkolnego. Ale to zależy tak samo od nas, jak i od kierowców, urzędników i recenzentów MEN-u. Trzymamy za nich kciuki, żeby jak najszybciej czytali nasze książki – mówi Jarosław Matuszewski.

Rekordowy ruch w transporcie drobnicowym. Niektóre firmy logistyczne notują blisko 100-proc. wzrost

Rekordowy ruch w transporcie drobnicowym. Niektóre firmy logistyczne notują blisko 100-proc. wzrost 13

W 2016 roku tylko w transporcie drobnicowym obsłużono ok. 1,5 mln palet i był to najlepszy wynik w historii – wynika z danych firmy FM Logistic. W stosunku do poprzedniego roku łączny wolumen zwiększył się aż o 93 proc. Rosnący popyt napędza koniunkturę na rynku powierzchni magazynowych. W ofercie najemców coraz częściej można spotkać oferty skierowane wyłącznie do klientów drobnicowych składujących od 100 do 1000 palet, a w ubiegłym roku cały rynek zanotował ponad 35-proc. wzrost.

Jak wynika z danych JLL i AXI Immo, w 2016 roku podpisano umowy najmu na ponad 3 mln mkw. powierzchni magazynowej. W stosunku do poprzedniego roku był to wynik o ponad 35 proc. lepszy i zarazem najlepszy wynik w historii. Wśród najemców dominowały firmy związane z branżą logistyczną oraz kurierską, a także sieci handlowe. Największym zainteresowaniem cieszyły się powierzchnie położone w regionie warszawskim.

– Rynek logistyki drobnicowej będzie nabierał na znaczeniu w najbliższych latach ze względu na coraz większą liczbę klientów produkujących marki własne dla największych sieci dystrybucyjnych w Polsce oraz podwykonawców znanych marek branży FMCG, którzy nadają mniejsze wolumeny, jeśli chodzi o liczbę palet, ale z dużą częstotliwością – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Mroczka, dyrektor ds. operacji transportu krajowego FM Logistic.

Jak wynika z danych firmy FM Logistic, w 2016 roku w transporcie drobnicowym przewieziono ok. 1,5 mln palet, a łączny wzrost wolumenów w ciągu roku zwiększył się o ponad 90 proc. Zdaniem Piotra Mroczki dane te wskazują na bardzo dobre perspektywy dla rozwoju tego segmentu rynku. Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że obsługa klientów drobnicowych stanowi dla operatorów powierzchni magazynowych bardzo poważne wyzwanie.

Mimo niewielkiego udziału w rynku klientów drobnicowych Piotr Mroczka jest przekonany o tym, że będzie to w najbliższych latach jedno z ważniejszych źródeł popytu na rynku powierzchni magazynowych.

– Zainteresowanie klientów drobnicowych powierzchnią magazynową stanowi dosyć niewielki udział w rynku ze względu na to, że tacy klienci nie mają zbyt dużych stocków magazynowych i raczej nieopłacalne jest dla nich wynajmowanie zewnętrznego magazynu. Z reguły klienci drobnicowi mają magazyny przyprodukcyjne, w których trzymają swój towar – przewiduje Piotr Mroczka.

Mimo stawianych wymagań liczba obiektów skupionych na obsłudze klientów drobnicowych dynamicznie rośnie. Przykładem tego typu inwestycji jest park logistyczny w Robakowie koło Poznania. Najnowsza inwestycja FM Logistic powstała z myślą o niewielkich klientach składujących i wysyłających od 100 do 1000 palet.

– Magazyn w Poznaniu służy nam jako centrum konsolidacyjne dla sieci handlowych i dedykowany jest klientom z branży FMCG – podkreśla Magdalena Lubańska, dyrektor transportu CE, FM Logistic. – W związku z dynamicznym rozwojem transportu drobnicowego w Polsce zdecydowaliśmy się uruchomić stałe połączenia liniowe do Czech, Węgier i Słowacji, oferując klientom w tych krajach usługi na najwyższym poziomie jakościowym, analogicznie jak na naszym rodzimym rynku – dodaje Lubańska.

Jeszcze w tym roku FM Logistic planuje otworzyć trzy inne obiekty przeznaczone głównie dla klientów drobnicowych. Nowe magazyny powstaną na Śląsku, w okolicach Łodzi oraz na Pomorzu. Każdy z obiektów wyposażony będzie w komorę przeładunkową stworzoną z myślą o klientach z branży farmaceutycznej.

Przygotuj się na przyszły tydzień 21.04.2017

Od 23 kwietnia do 7 maja, a nawet dłużej inwestorzy będą patrzeć na Francję. Reszta informacji zejdzie na dalszy plan, ale w tym czasie poznamy sporą dawkę informacji. W największym stopniu publikacje makroekonomiczne napłyną ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Europy oraz Japonii.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Poniedziałkowe otwarcie rynku na głównych par walutowych jest jedną, wielką niewiadomą. Duża przewaga Le Pen oraz jej ewentualna wygrana w II turze z pewnością zmieni spojrzenie banków centralnych na rynek, które będą starały się dostarczyć jak największą płynność na rynek. Na chwile obecną rynek nie widzi miejsca na zmianę polityki monetarnej prowadzonej przez Bank Japonii oraz Europejski Bank Centralny. Czy coś się zmieni? Bardzo możliwe.

Australia – inflacja

W środę poznamy inflację z Australii. Ostatni odczyt był na poziomie 1.50 proc, aktualna prognoza to 2,30 proc. R/R. Ostatni odczyt inflacji z Nowej Zelandii daje większe prawdopodobieństwo na pobicie konsensusu ekonomistów.

Inflacja R/R

Inflacja R/R

Źródło: Bloomberg

Gdyby inflacja okazała się większa od prognozy, to moglibyśmy zobaczyć umocnienie dolara australijskiego na szerokim rynku.

Bank Japonii

Ban Japonii nie powinien nas zaskoczyć. W dalszym ciągu będzie kontrolował krzywą rentowności. Od czasu wprowadzenia QE bilans banku wzrósł o 300 procent.

Bilans Banku Japonii

Bilans Banku Japonii

Źródło: Bloomberg

Bank Japonii powinien także w dalszym ciągu skupować ETF-y opiewające na akcje oraz nieruchomości. Z ostatnich wyliczeń wynika, że BoJ jest jednym z największych akcjonariuszy spółek należących do indeksu NikkeI 225.

Udział BoJ w spółkach wchodzących w skład indeksu Nikkei 225

Udział BoJ w spółkach wchodzących w skład indeksu Nikkei 225

Źródło: Bloomberg

W 90% firm należących do indeksu Nikkei 225 BoJ jest jednym z 10 największych akcjonariuszy. Dalsze działanie Banku Japonii może być nieskuteczne, ponieważ rynek się do niego przyzwyczaił. Kolejna obniżka stóp procentowych czy też mała modyfikacja programu QE nie powinna wpłynąć na rynek w znacznym stopniu.

Europejski Bank Centralny

Europejski Bank Centralny w dalszym ciągu powinien kontynuować skup papierów wartościowych ( w szczególności obligacji korporacyjnych oraz skarbowych). Dzięki temu chce wywołać inflację. Na dzień dzisiejszy bilans banku centralnego wzrósł o 100 procent, natomiast końca działań i powrotu inflacji na stałe nie widać.

Bilans ECB

Bilans ECB

Źródło: Bloomberg

Czwartkowa konferencja prasowa ECB powinna minąć bardzo spokojnie. Bank po raz kolejny może odwołać się, że potrzebuje więcej informacji. Niemniej jednak z tyłu głowy musimy pamiętać o wyborach we Francji. Na chwile obecną władze monetarne utrzymują miesięczne QE na poziomie 60 mld euro (został obniżony). Niektórzy spodziewają się, że przed wygaszeniem programu luzowania ilościowego zostaną podniesione stopy procentowe, ale do tego długa droga.

Instrumenty do obserwacji

Ciekawym instrumentem jest dolar australijski. Jego ewentualny wzrost powinien być tłumiony przez spadek notowań rudy żelaza oraz pozostałych surowców przemysłowych. Pomimo tego, że inflacja może być większa od oczekiwań i kurs AUD/USD wzrośnie, ale powinno być to tylko krótkoterminowe odbicie.

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Ruda żelaza na tle AUD/USD

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie na niebiesko zaznaczono dolara australijskiego w stosunku do dolara amerykańskiego. Z kolei linia biała przedstawia notowania rudy żelaza. W ostatnim momencie doszło do bardzo dużej przeceny tegoż surowca, natomiast AUD/USD ledwie co na to zareagował. Patrząc na powyższy wykres możemy spodziewać się dalszej przeceny dolara australijskiego nawet w okolicę poziomu 0.73.

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Notowania AUD/USD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie dziennym niedźwiedzie walczą z przełamaniem wsparcia 0.745-0.748. Jego pokonanie otworzy im drogę do wcześniej wspomnianego poziomu 0.73.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Polscy studenci zaprojektowali nowy autonomiczny samolot dźwigowy. Dziś jego model weźmie udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design na Florydzie

Polscy studenci zaprojektowali nowy autonomiczny samolot dźwigowy. Dziś jego model weźmie udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design na Florydzie 14

Polscy studenci, należący do Koła Naukowego Euroavia Rzeszów na Politechnice Rzeszowskiej, zaprojektowali zupełnie nowy model bezzałogowego samolotu dźwigowego. Weźmie on dziś udział w prestiżowych zawodach SAE Aero Design w Lakeland na Florydzie. Impreza potrwa od 21 do 23 kwietnia.

Projektują samoloty i drony, a ich projekty rywalizują z innymi na zawodach we wszystkich zakątkach świata. Organizują konferencje, szkolenia i wyjazdy, a także należą do międzynarodowej społeczności studentów i pasjonatów lotnictwa. To studenci z Euroavii Rzeszów, koła studenckiego na Politechnice Rzeszowskiej, którzy wraz ze swoim bezzałogowym samolotem dźwigowym przez najbliższe trzy dni postarają się podbić Florydę i wygrać w prestiżowych zawodach SAE Aero Design.

– Są to największe tego typu zawody na świecie, w których student lotnictwa może wziąć udział. Polegają na zaprojektowaniu samolotu dźwigowego, który musi podjąć jak największy ładunek. Zawody odbywają się w Stanach Zjednoczonych, w sumie bierze w nich udział ok. 70 ekip z całego świata, dlatego to najlepsza okazja do wypromowania się – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mateusz Rakieć z koła Euroavia Rzeszów, odpowiedzialny za organizację oraz za niektóre badania potrzebne do obliczeń i projektowania samolotu.

Rzeszowscy studenci zdecydowali się na udział w klasie Regular, gdzie ich zadanie polega na zaprojektowaniu i zoptymalizowaniu modelu tak, aby przeniósł maksymalną liczbę „pasażerów z bagażem”, reprezentowanych przez piłeczki tenisowe z obciążeniem (ważącym od 225 do 340 gramów) przy ograniczonej mocy silnika oraz długości rozbiegu. Jak twierdzi Rafał Mochowski, konstruktor i pilot samolotu wystawionego na zawody, zaprojektowanie samolotu było nie lada sztuką.

– Największym wyzwaniem było zaprojektować tę konstrukcję – począwszy od optymalizacji, która zajęła połowę czasu, a kończąc na obliczeniach, zgraniu ze sobą wszystkich detali i wyzwaniach czysto konstrukcyjnych, tak aby samolot był lekki i wytrzymały – twierdzi Rafał Mochowski.

Regulamin mówi, że model musi być skonstruowany z naturalnych materiałów, głównie balsy i drewna modelarskiego. Rzeszowski udźwigowiec ma ok. 4 metrów rozpiętości i jest w stanie unieść czterdziestu „pasażerów”. Mimo to Mateusz Rakieć zwraca uwagę na to, że przed samym startem studenci będą musieli dopracować jeszcze pewne detale, bowiem klimat na Florydzie różni się od warunków pogodowych w naszym kraju.

– Jesteśmy pewni naszego projektu, robiliśmy obloty w poprzedni weekend. Wiemy, że nasz samolot lata i robi to dobrze. Odrywa się na takim dystansie, jaki jest wymagany, a więc 60 metrów. Oczywiście, są rzeczy, które trzeba jeszcze dopracować tuż przed samym startem, dlatego właśnie zdecydowaliśmy się pojechać tam wcześniej. W końcu zarówno pogoda, jak i klimat jest zgoła odmienny niż w Polsce – komentuje Mateusz Rakieć.

To czwarty start Koła Naukowego Euroavia Rzeszów w zawodach SAE. W ubiegłym roku, w marcu, zajęli 2. miejsce za raport techniczny i 7. miejsce w klasyfikacji generalnej na 68 zespołów, a miesiąc później uplasowali się na 11. pozycji, rywalizując z 70 drużynami. Jak podkreśla Michał Pyza, student V roku lotnictwa i kosmonautyki na Politechnice Rzeszowskiej, zawody w Stanach Zjednoczonych nie są jedynie zażartą rywalizacją, ale przede wszystkim możliwością wymiany doświadczeń z innymi uczestnikami oraz szansą sprawdzenia własnych umiejętności.

– Nasze koło startuje w tych zawodach już od 2011 roku, więc to tak naprawdę kontynuacja naszego projektu. Do Stanów Zjednoczonych jadę trzeci raz,  a jako koło jedziemy już po raz czwarty. Są to zawody, które zrzeszają studentów lotnictwa, można się wymienić tam doświadczeniami, można siebie sprawdzić i zdobyć bezcenne doświadczenie – podsumowuje Michał Pyza.

Nowe technologie pozwalają zamówić jedzenie w restauracji wygodniej i taniej. Gdański start-up łączy program lojalnościowy z generatorem ofert

Nowe technologie pozwalają zamówić jedzenie w restauracji wygodniej i taniej. Gdański start-up łączy program lojalnościowy z generatorem ofert 15

Nowe technologie, w tym zwłaszcza technologie mobilne, wykorzystywane są na wielu płaszczyznach i ułatwiają codziennie funkcjonowanie. Aplikacje w telefonie, systemy zamówień online i płatności mobilne – mało kto wyobraża sobie dziś życie bez tych udogodnień, zaś badania przeprowadzone przez Restaurant Innovation Summit przekonują, że klienci chcą korzystać z nowych technologii również w lokalach gastronomicznych. Everytap to nowy start-up, który potwierdza tę tezę.

Wdrażanie nowych technologii w lokalach gastronomicznych to proces, który wciąż postępuje. Według badania Restaurant Innovation Summit przeprowadzonego w Denver 63 proc. konsumentów korzystało z rozwiązań technicznych powiązanych z restauracjami. Cały czas powstaje wiele aplikacji i start-upów, które zachęcają do korzystania z nowych technologii podczas zamawiania jedzenia. Jednym z nich jest Everytap – aplikacja, która łączy program lojalnościowy z generatorem ofert.

– Everytap to program lojalnościowo-ofertowy, który funkcjonuje w przestrzeni dużych miast w Polsce. Miejscami, z którymi współpracujemy, są głównie miejskie lokale, które mają zapewnić odpowiednią dozę rozrywki. Nacisk kładziemy na restauracje, kawiarnie i puby. Nasza aplikacja to z jednej strony program lojalnościowy dla stałych bywalców, którzy mogą czerpać z tego tytułu różnego rodzaju benefity, a z drugiej strony rozwiązanie dla osób, które chciałyby lepiej poznać miasto, znaleźć ciekawe miejsca i przy okazji oszczędzić podczas pierwszej wizyty – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Maciej Piwko, Prezes Everytap.

Nowe technologie od kilku dobrych lat pozwalają wygodniej, szybciej, a przede wszystkim taniej zamawiać jedzenie. Ludzie coraz rzadziej dzwonią do restauracji i coraz częściej rozliczają się w niej bezgotówkowo. W dobie nowych technologii rządzą mobilne zamówienia i płatności, których można dokonywać od ręki za pośrednictwem smartfona czy osobistego komputera. A kiedy ktoś decyduje się na wyjście do lokalu, od ręki może ustalić m.in. lokalizację, menu czy aktualne promocje – wszystko za pomocą aplikacji.

– Głównym faktorem, który odróżnia nas od innych projektów, zawsze była technologia iBeacon. Działamy z technologią kontekstowej komunikacji, co oznacza, że klienci, którzy używają aplikacji Everytap, otrzymują powiadomienia i informacje na temat restauracji i ofert funkcjonujących w danym lokalu już po przyjściu do tego miejsca. Wyróżnia nas też to, że jesteśmy jedynym programem działającym w tym obszarze gastronomii, który łączy ze sobą program lojalnościowy z generatorem ofert – twierdzi Maciej Piwko.

Aplikacja Everytap jest też dowodem na to, że proste rozwiązania są najlepsze – szczególnie, jeśli mowa o płatnościach mobilnych.

– Wyróżnia nas prostota, jesteśmy jedną z pierwszych aplikacji, za pomocą której można kupować realne rzeczy w restauracjach poprzez płatności mobilne. Transakcji i rozliczenia dokonujemy za jej pośrednictwem, tak więc do restauracji nie musimy brać ze sobą ani portfela, ani nawet karty kredytowej. Innymi słowy, całą robotę wykona za nas aplikacja – dodaje Maciej Piwko.

Grupą, która najchętniej korzysta z nowych technologii, są osoby w przedziale wiekowym 18–34. Starsze osoby deklarują, że mają problem chociażby z przebrnięciem przez proces instalacji aplikacji na telefonie. Ekspert zapewnia, że w przypadku Everytap przebiega ona szybko i bez problemu.

– Aby używać Everytap, w pierwszej kolejności musimy ściągnąć aplikację z Google Play lub z App Store – aplikacja jest dostępna na systemy Android i iOS. Następnie trzeba ją zainstalować i się zarejestrować. Po zalogowaniu pojawiają się miejsca, które współpracują z Everytrap i znajdują się w naszej najbliższej okolicy. Widzimy listę ofert, te oferty są bardzo różne, często jednorazowe do wykorzystania na start, żeby sprawdzić konkretne miejsce, restauracja daje fajną ofertę – komentuje Maciej Piwko.

Nie tylko konsumenci mogą się cieszyć korzyściami płynącymi z wykorzystania nowych technologii. Właściciele restauracji również mają wiele do zyskania, bowiem aplikacje mogą zapewnić dostęp do szeregu ważnych informacji zarówno o potrzebach konsumenta, jak i prowadzonym biznesie.

– Restauracja ma z tego wiele korzyści. Przede wszystkim inteligentny system ofertowy, który zapewnia przyznawanie jednorazowych promocji, co bez aplikacji byłoby praktycznie niemożliwe. Poprzez system wiadomo, że w momencie, kiedy klient już raz skorzystał z oferty, drugi raz aplikacja nie da mu takiej możliwości. Dodatkowo restauracja ma bazę lojalnych klientów, nawet nie znając ich personaliów, wiadomo, ile osób regularnie przychodzi do lokalu. Dzięki temu specjalnie dla nich restauracje mogą wymyślać dodatkowe spontaniczne formy marketingowe – przekonuje Maciej Piwko.

Prezes Everytap twierdzi, że obecnie w Polsce największym problemem jest przekonanie ludzi do dokonywania płatności mobilnych. Polacy są nieufni, nawet pomimo tego, że jest to system w pełni bezpieczny i niczym nie różni się on od płacenia normalną kartą chipową. Mimo to w niedalekiej przyszłości ma to ulec zmianie.

– Aplikacja działa od ponad dwóch lat, zaczynaliśmy w Trójmieście, po jakimś czasie udało nam się pozyskać strategicznego inwestora i dzięki temu w zeszłym roku dosyć mocno przyspieszyliśmy. W tym momencie działamy w ponad 400 punktach w 7 miastach w Polsce. Naszym głównym celem jest pozyskiwanie zarówno atrakcyjnych miejsc, jak i ofert. Chcemy również edukować klientów restauracji o możliwościach, jakie daje Everytap i przyzwyczaić ich do transakcji mobilnych, co jest zdecydowanie największym wyzwaniem – twierdzi Maciej Piwko.

Jak dotąd Everytap współpracowało z ok. 700 lokalami. Obecnie oferta obejmuje 400 miejsc, jednak warto zauważyć, że każdego miesiąca liczba ta się zwiększa, dokładnie tak samo jak liczba użytkowników.

– Jeżeli chodzi o klientów, to mieliśmy ponad 160 tys. osób, które ściągnęły aplikację. W tym momencie zarejestrowanych jest prawie 150 tys. użytkowników. Co istotne, na co dzień kilkanaście tysięcy osób w różnych miejscach w całej Polsce korzysta z naszej aplikacji – podsumowuje Maciej Piwko.

Od 24 kwietnia kierowcy będą mogli sprawdzić liczbę punktów karnych przez internet. Muszą jednak założyć Profil Zaufany (eGO)

Od 24 kwietnia kierowcy będą mogli sprawdzić liczbę punktów karnych przez internet. Muszą jednak założyć Profil Zaufany (eGO) 16

Od 24 kwietnia Ministerstwo Cyfryzacji udostępni nową usługę, która umożliwi kierowcom sprawdzenie liczby punktów karnych bez potrzeby udawania się na komendę policji. Jedyne, co będzie wymagane, to założenie Profilu Zaufanego (eGO), ale i to w przypadku większości użytkowników da się to załatwić przez internet. 

Obecnie kierowca, który chce sprawdzić liczbę swoich punktów karnych, może to zrobić tylko w jeden sposób – udając się na komendę policji. Ale od 24 kwietnia ma się to zmienić.

– Od 24 kwietnia będziemy mieli możliwość sprawdzenia punktów karnych drogą elektroniczną, czyli online, bez konieczności wychodzenia z domu. W tej chwili takiej możliwości nie mamy. Jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, ile punktów karnych ma, może to zrobić, natomiast musi wówczas udać się na komendę policji i tylko tam może taką informację uzyskać – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Manys, rzecznik prasowy Ministerstwa Cyfryzacji.

Usługa pojawi się jako jeszcze jedna z funkcji dostępnych na portalu obywatel.gov.pl – w zakładce „Kierowcy i pojazdy” pojawi się odsyłacz „Sprawdź swoje punkty karne online”. Sprawdzić liczbę punktów karnych będzie mógł każdy, ale pod warunkiem posiadania Profilu Zaufanego.

– Co istotne, będzie do tego potrzebny Profil Zaufany, czyli ten nasz podstawowy podpis darmowy, podpis elektroniczny, który służy nam do kontaktów z administracją. W tej chwili możliwość zakładania Profilu Zaufanego drogą elektroniczną, czyli bez wychodzenia z domu, dają trzy banki. To jest bank PKO BP, ING Bank Śląski, a także Bank Millenium, ale lada dzień dołączą do tego grona dwa kolejne duże banki – zapowiada Karol Manys.

Ministerstwo nie chce jeszcze oficjalnie zdradzić, o jakich dwóch kolejnych bankach mowa, ponieważ w obu przypadkach usługa zakładania Profilu Zaufanego jest jeszcze w fazie ostatecznych testów. Są to jednak duże i popularne banki, o czym świadczy prosta statystyka. W chwili obecnej banki PKO Bank Polski, ING Bank Śląski i Millenium umożliwiają założenie Profilu Zaufanego poprzez internet około 35 proc. polskiego społeczeństwa. Po dojściu dwóch kolejnych banków będzie to już w sumie około 75–80 proc. Polaków.

Należy oczywiście dodać, że tak naprawdę każdy obywatel Polski ma możliwość założenia Profilu Zaufanego, niezależnie od tego, z usług jakiego banku korzysta. Zwyczajna procedura jest jednak nieco bardziej kłopotliwa.

– Jeżeli nasz bank nie daje takiej możliwości, żeby założyć Profil Zaufany, no to pozostaje nam ta tradycyjna droga zakładania Profilu Zaufanego. To jest usługa całkowicie darmowa, natomiast w tym wypadku jest wymagana jednokrotna wizyta w urzędzie. Chodzi po prostu o to, żeby urzędnik, który potwierdzi nam Profil Zaufany, mógł zweryfikować, czy my, to my. Cała operacja trwa kilka minut i nie jest skomplikowana. – podsumowuje Karol Manys.

Warto zaznaczyć, że usługa „Sprawdź swoje punkty karne” to dopiero pierwszy etap Programu CEPiK 2.0. Kolejne e-usługi w ramach programu CEPiK 2.0 będą uruchamiane w 2018 r. Będą to:

  • „Mój pojazd” (możliwość sprawdzenia online szczegółowych informacji o pojazdach),
  • „Uprawnienia kierowcy” (możliwość sprawdzenia online szczegółowych informacji o uprawnieniach do kierowania pojazdami różnych kategorii),
  • „Udostępnij swoje dane pracodawcy” (usługa dla kierowców zawodowych),
  • „Sprawdź punkty szkołę jazdy i instruktora” (możliwość sprawdzenia online ilu wychowanków danego instruktora lub absolwentów szkoły jazdy pozytywnie zdaje egzamin),
  • „Przypominaj o terminach” (opcja powiadamiania – e-mailem lub SMS – o terminach badań technicznych pojazdu, konieczności przedłużenia polisy OC, badaniach lekarskich dla kierowców itp.).

Jak przewiduje Ministerstwo Cyfryzacji, wszystkie usługi będą dostępne najpóźniej w lipcu 2018 roku.

Wybory we Francji mogą nie mieć znaczenia dla notowań złotego

Złoty zyskuje na tym, co do tej pory było jego słabością. Amerykański dolar zaczyna tracić. Polityka Donalda Trumpa stała się pozbawiona konkretów, tak przynajmniej odbierają ją inwestorzy. To z kolei sprzyja walutom, które dają potencjalnie wyższą stopę zwrotu, a tu ostatnio znalazł się nasz złoty. Nasza waluta jest najmocniejsza od wielu miesięcy, a zdaniem Jakuba Stasika z XTB nawet wybory we Francji, które na rynkach wywołują dużą niepewność, mogą nie wpłynąć na kurs złotego. Więcej w materiale wideo.

Europejski rynek pożyczek peer-to-peer jest wart ponad miliard euro i staje się coraz poważniejszą konkurencją dla banków

Europejski rynek pożyczek peer-to-peer jest wart ponad miliard euro i staje się coraz poważniejszą konkurencją dla banków 17

Platforma pożyczek peer-to-peer to przyszłość sektora finansowego. Szacuje się, że w USA jest on wart blisko 30 mld euro. W Europie wycena sięga na razie 1 mld euro, ale wartość ta ma sukcesywnie rosnąć. Koncepcja „gospodarki współdzielenia” w ostatnim czasie zyskuje na znaczeniu. Po Uberze i Airbnb, przyszedł czas na Twino, które już dziś uważane jest za najszybciej rozwijającą się platformę pożyczek na Starym Kontynencie. 

Według ekspertów rozwiązania typu P2P to dobry sposób na biznes. To pomysł, który sprawdza się w każdej branży. Grupa Twino od momentu wejścia na rynek w 2009 roku, udostępniła klientom finansowanie w wysokości 420 milionów euro.

– Uber kontaktuje kierowców z ludźmi, którzy potrzebują gdzieś dojechać. Airbnb łączy tych, którzy potrzebują mieszkania na wakacje, z właścicielami apartamentów. Podobne zadanie spełnia Twino. Na zasadzie peer-to-peer łączy pożyczkobiorców, którzy potrzebują kredytu, z inwestorami, którzy mogą pożyczyć te pieniądze. Koncepcja „gospodarki współdzielenia” jest podobna w różnych branżach usługowych; w tym przypadku w usługach finansowych, takich jak kredyty czy wymiana walut – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jevgenijs Kazanins, dyrektor generalny Twino.

Lending Club w USA, Zopa w Wielkiej Brytanii czy Twino w Europie – wszystkie te platformy łączy jedno: udzielają ludziom korzystnych kredytów, stając się przy tym konkurencją dla usług bankowych, podobnie jak Uber zatrząsł rynkiem przewozowym a Airbnb – hotelarskim.

– Platforma kontaktuje ludzi szukających pożyczki z kilkoma inwestorami, którzy dysponują odpowiednim kapitałem. W konsekwencji tworzą alternatywę dla banków, dzięki czemu ludzie dostają kredyty szybciej, taniej i na korzystniejszych warunkach – twierdzi Jevgenijs Kazanins.

Koncepcja pożyczek P2P została wymyślona w 2005 roku w Wielkiej Brytanii, toteż platformy pożyczkowe na tym rynku obracają obecnie kwotą dwóch miliardów funtów. Mimo to „gospodarka współdzielenia” w sektorze finansowym najszerzej rozwinęła się w Stanach Zjednoczonych, gdzie Lending Club i Prosper mają już 10 procent rynku. W Europie Kontynentalnej tego typu usługi wciąż są jeszcze we wczesnej fazie rozwoju, mimo iż perspektywy rozwoju są ogromne.

– Jeżeli spojrzymy na potencjał, to sięga on biliona euro. Tyle wynoszą niezabezpieczone pożyczki konsumenckie znajdujące się w bilansie. To kosztowny typ kredytów, które mają szansę, by zostać zrefinansowane poprzez kredytowanie P2P. Więc potencjał dla tego typu działalności w Europie jest gigantyczny. Ale ten rozwój wymaga czasu – dodaje Jevgenijs Kazanins.

Sektor FinTech ma do zaoferowania również inne usługi, jak choćby wymianę walut czy zarządzanie inwestycjami. A wszystko po to, by było szybciej i taniej.

– Zamiast iść do banku i płacić od 1,5 do 2 procent za zarządzanie twoimi funduszami, możesz zwrócić się do tak zwanych wirtualnych doradców, którzy zrobią to taniej i przyniosą takie same zwroty. Na razie jednak z tych start-upów działających w branży Fintech, tylko firmy P2P, ze szczególnym uwzględnieniem pożyczek konsumenckich, rozwijają się w Europie – podkreśla Jevgenijs Kazanins.

Twino to obecnie najszybciej rozwijająca się platforma pożyczek peer-to-peer w Europie. Skupia ponad 6 tys. inwestorów z 30 krajów, w szczególności z Niemiec, Wielkiej Brytanii i krajów Bałtyckich. Dlatego perspektywy tego sektora w Europie uznawane są przez specjalistów za bardzo obiecujące.

– Myślę, że potencjał jest wielki. Jeżeli spojrzymy na rynek pożyczek P2P, to w USA jest on warty blisko 30 miliardów euro. W Europie jest to 1 miliard rocznie. A jeżeli spojrzymy na populację, to w Europie jest ona zbliżona do USA. Z czasem mamy więc wszelkie dane, by osiągnąć ten sam potencjał co w Ameryce. Pytanie, czy zajmie to 3,5 czy 10 lat, ale z pewnością do tego dojdziemy, ponieważ rynek szuka lepszych i tańszych produktów dla konsumentów, a platforma P2P takie oferuje – podsumowuje Jevgenijs Kazanins.

HackMotion Suit to inteligenta odzież i osobisty trener w jednym. Innowacyjny monitor aktywności może zainteresować entuzjastów wielu dziedzin sportu

HackMotion Suit to inteligenta odzież i osobisty trener w jednym. Innowacyjny monitor aktywności może zainteresować entuzjastów wielu dziedzin sportu 18

Smartwatche, zegarki sportowe, smartbandy, inteligentne słuchawki – hearables i w końcu inteligentne ubrania. Te ostatnie dopiero zaczęły stawiać pierwsze kroki w świecie elektroniki ubieralnej za sprawą rozmaitych startupów. Jednym z nich jest HackMotion, a jego inteligentna odzież nie tylko monitoruje aktywność ćwiczącego, ale także potrafi zastąpić zajęcia z prawdziwym trenerem.

Rynek wearables rozwija się w szybkim tempie, co najlepiej widać po danych rynkowych. Według informacji International Data Corporation liczba sprzedanych urządzeń tego typu wzrosła w zeszłym roku o 25 proc. W 2016 roku producenci dostarczyli na rynek 102,4 mln takich urządzeń, a Gartner przewiduje, że do końca 2017 r. liczba ta sięgnie nawet 322 mln sztuk. Walka o klienta trwa zatem w najlepsze, dlatego producenci prześcigają się w kreowaniu innowacyjnych, coraz bardziej oryginalnych rozwiązań. HackMotion Suit to jedno z nich, szukający swojej niszy rynkowej w zautomatyzowaniu i zastąpieniu nauczycieli różnych dziedzin sportu.

– Wykorzystujemy innowacyjną technologię, która rozwiązuje problemy pojawiające się przy wykorzystaniu w treningach pomocy prawdziwych trenerów. Taki model trenowania ma wiele wad, związanych z dużymi kosztami i dodatkowym czasem, który ktoś musi na to przeznaczyć. Chcemy zaoferować zautomatyzowaną metodę, dzięki której ludzie będą mogli nauczyć się różnych sportów w pełni samodzielnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Atis Hermanis z firmy HackMotion.

Tradycyjne monitory aktywności oferują skrupulatny pomiar podstawowych informacji, takich jak: przebyty dystans, wykonane kroki, spalone kalorie, a nawet długość i jakość snu. Co więcej, są zwykle wyposażone w barometr, nawigację GPS, wysokościomierz, żyroskop, monitor tętna i inne sensory przydatne podczas treningu.

– Używamy technologii czujników ruchu, które mogą śledzić zachowanie się ciała osoby ćwiczącej. Kiedy uchwycimy ten ruch i prześlemy go na przykład do smartfona, w czasie rzeczywistym możemy je analizować i zapewnić właściwe porady, odpowiednie dla konkretnej dziedziny sportu – twierdzi Atis Hermanis.

Ludzie są coraz bardziej świadomi tego, jaki wpływ na zdrowie ma odżywianie i aktywność fizyczna, dlatego chętniej sięgają po elektronikę ubieralną, której głównym zadaniem jest zarówno monitoring treningu, jak i jego szczegółowa analiza. Tego typu sprzęt ma przy tym wiele zalet.

– Pierwszą zaletą naszej metody jest fakt, że można z niej korzystać bez ingerencji osób trzecich. Nie potrzeba nikogo więcej, by uczyć się nowych rodzajów aktywności. Innym atutem jest fakt, że to o wiele tańsze rozwiązanie niż zatrudnienie prawdziwego trenera, szczególnie jeżeli ktoś chce ćwiczyć często. No i sprawia to też więcej zabawy, ponieważ nasz system oferuje wiele opcji – dostarcza ćwiczącemu interesujące dane analityczne i statystyki. Nasze rozwiązanie można zatem postrzegać jako rodzaj elektronicznego asystenta treningu, ale znacznie bardziej zaawansowanego ­– dodaje Atis Hermanis.

Ekspert z firmy HackMotion podkreśla, że zainteresowanie tego typu sprzętem wciąż rośnie. Dlatego istotne znaczenie odgrywa znajomość rynku, jak również umiejętność wdrażania innowacyjnych funkcji, o których wcześniej osoby aktywne mogły tylko pomarzyć.

– Bierzemy pod uwagę potrzeby rynku. Przeprowadziliśmy kilka testów, takich jak kampanie szkoleniowe w szkołach jazdy na snowboardzie i obserwowaliśmy reakcje. Jednym z przykładów może być rynek tzw. fitness trackerów, który rośnie naprawdę szybko, przy czym dane, które jesteśmy w stanie dostarczyć, wykraczają poza to, co mogą zaoferować tradycyjnie fittrackery. Zdecydowanie widzimy tutaj wielki potencjał – podkreśla Atis Hermanis.

Inteligentna odzież ma nie tylko rozszerzyć funkcje znane z zegarków sportowych, ale przede wszystkim dostarczyć jeszcze dokładniejszych informacji zarówno o treningu, jak i ruchu osoby ćwiczącej.

– Ubrania mają wszyte czujniki, które gromadzą dane – stąd nazwa inteligentne ubrania. To technologia pozwalająca uchwycić ruchy osoby ćwiczącej, które później, za pomocą odpowiednich programów i algorytmów, są analizowane. Odpowiednio dobrane porady przekazywane są w czasie rzeczywistym np. za pośrednictwem słuchawek. Mamy więc technologię, która może zastąpić prawdziwego trenera w wielu rozmaitych sytuacjach – mówi Atis Hermanis.

HackMotion Suit jest dopiero w fazie projektowania – mimo że łotewska firma posiada już wszelkie potrzebne dane do rozpoczęcia testów, na razie finansuje się sama. W niedalekiej przyszłości planuje ubiegać się zarówno o granty, jaki i dofinansowanie, które pomogą końcowemu produktowi ujrzeć światło dzienne.

– Korzystamy na razie z własnych środków, ale staramy się również o wiele grantów dla startupów. Następnym krokiem będzie zbiórka na zasadach finansowania społecznościowego. By to zrobić, musimy jednak pozyskać dodatkowe fundusze, tak aby lepiej przygotować się do produkcji, a także by znaleźć dodatkowe kanały dystrybucji po fazie zbiórki funduszy społecznościowych – podsumowuje Atis Hermanis.

Carsharing sposobem na zmniejszenie kosztów użytkowania samochodu. Przełomowe może okazać się wykorzystywanie samochodów elektrycznych

Carsharing sposobem na zmniejszenie kosztów użytkowania samochodu. Przełomowe może okazać się wykorzystywanie samochodów elektrycznych 19

Carsharing, czyli system wspólnego użytkowania samochodów, funkcjonuje na świecie już od kilkunastu lat i obejmuje około 600 miast w wielu krajach. W Polsce tego typu usługi zdobywają dopiero popularność, ale już pojawiła się najnowsza i najbardziej ekologiczna forma carsharingu – współużytkowanie samochodów elektrycznych.

Samochody z  napędem elektrycznym szybko zdobywają europejski rynek, przy czym liderami pod tym względem są kraje takie jak Norwegia, Francja czy Wielka Brytania. W porównaniu do tych rynków polski sektor motoryzacji elektryczne jest jeszcze w powijakach, ale rząd obiecuje, że do 2020 r. na program rozwoju tego segmentu przeznaczy 19 mld zł. Co więcej, na naszym rynku zaczynają pojawiać się dodatkowe usługi, które związane są z wykorzystaniem samochodów elektrycznych.

W kwietniu uruchomiona została usługa Carsharing Energa, jako pierwszy w Polsce system współużytkowania samochodów elektrycznych. Polega ona na fizycznym wynajmie pojazdów przez firmy, których pracownicy mogą następnie w dowolny sposób dzielić się użytkowanymi pojazdami. Ważne jest także to, że Energa zapewnia przy tym dodatkową pomoc w postaci specjalnego opiekuna – konsjerża.

Jest to osoba, która poza przekazaniem kluczyków wprowadza klienta w świat elektromobilności i ma za zadanie uspokoić go i przygotować do jazdy za kółkiem „elektryka” – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Bogucki, ekspert ds. carsharingu z firmy Enspirion z Grupy Energa.

Carsharing na świecie wykorzystywany jest już od około 15 lat. System zrodził się w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale do Europy dotarł zaledwie kilka lat temu. Opiera się na wspólnym użytkowaniu samochodów – zwłaszcza osobowych – i obecnie funkcjonuje w ponad 600 miastach na świecie. Samochody udostępniane są za opłatą użytkownikom przez operatorów floty pojazdów, którymi są różne przedsiębiorstwa, agencje publiczne, spółdzielnie, stowarzyszenia czy grupy osób fizycznych. Nie inaczej jest w przypadku usługi Carsharing Energa.

Skierowana jest dla rezydentów centrum biznesowego Olivia Business Centre. Natomiast po podpisaniu umowy firma może przekazać ją klientowi końcowemu – to może być pracownik, klient tej firmy lub tak naprawdę każdy – twierdzi Tomasz Bogucki.

Ekspert ds. carsharingu zaznacza, że to pierwsza tego typu usługa w Polsce, w przypadku której flota składa się wyłącznie z samochodów elektrycznych. W ofercie firmy znajdują się takie modele jak Volkswageny Up i Golf, Renault Zoe oraz Nissan Leaf.

W miarę rozwoju usługi będziemy rozbudowywali naszą flotę. Oferujemy zasięgi w granicach od 100 km do nawet 180 km, w zależności od modelu. Jeśli chodzi o ładowanie, to szybkie ładowarki naładują samochód w zaledwie 20 minut, natomiast ze zwykłego gniazdka czas ten będzie o wiele dłuższy i potrwa ok. 8 godzin – dodaje Tomasz Bogucki.

Cena za wypożyczenie „elektryka” zależy od modelu i waha się w zakresie od  27 do 35 zł za godzinę – bez limitu przejechanych kilometrów. Cały proces wypożyczenia jest maksymalnie uproszczony, tak aby klient mógł wypożyczyć samochód szybko i komfortowo.

Po podpisaniu takiej umowy firma wskazuje i zakłada konta użytkowników w naszym specjalnym portalu. Po założeniu takiego konta użytkownik już samemu podejmuje decyzję odnośnie daty oraz wyboru samochodu. Musi też sprawdzić czy zgadza się cena. Na końcu zostaje mu odebrać kluczyki od konsjerża, który skrupulatnie wytłumaczy pozostałe detale. Ceny zaczynają się od 27 zł za godzinę w przypadku najniższego segmentu, czyli Volkswagena Up-a, do 35 zł za Golfa i Nissana Leaf – opowiada Tomasz Bogucki.

Ekspert podkreśla, że obecnie dostępnych jest siedem terminali w sześciu lokalizacjach: od Gdyni do Gdańska. Dlatego na razie klienci będą mogli swobodnie przemieszczać się po Trójmieście.

Terminale dostępne są: w Gdyni, w Redłowie, w Urzędzie Miasta Sopotu, w Urzędzie Miasta Gdańsk, przy centrum handlowym niedaleko obwodnicy i oczywiście w centrum biznesowym, czyli za mną dwa terminale szybkie – wylicza Tomasz Bogucki.

Specjalista podkreśla, że usługa Carsharing Energa będzie sukcesywnie rozwijana. Plany rozwoju przewidują otwarcie nowych hubów, czyli miejsc wypożyczania i ładowania pojazdów, jak również rozszerzenie działalności na gminy ościenne, inne duże aglomeracje, a wreszcie dotarcie do klienta indywidualnego.

Hubów chcemy do końca roku otworzyć jeszcze dwa, prawdopodobnie w Gdyni, może jeszcze jeden w Gdańsku. Natomiast w niedalekiej przyszłości planujemy udostępnić ich w sumie od 5 do 6. Dzięki nim użytkownicy będą mogli dojechać jeszcze dalej, ale również zainteresować potencjalnych klientów z innych lokalizacji – podsumowuje Tomasz Bogucki.

Uruchomienie start-upu bardziej kosztowne, niż sądzi wielu inwestorów. Często kończy się to problemami finansowymi

Uruchomienie start-upu bardziej kosztowne, niż sądzi wielu inwestorów. Często kończy się to problemami finansowymi 20

W uaktualnionej bazie fundacji Startup Poland odnotowanych jest obecnie 2677 start-upów, z których połowa finansuje swój rozwój ze środków własnych. Wiele nowych firm przechodzi jednak problemy finansowe, ponieważ inwestorom często brakuje pieniędzy. Jak się okazuje, uruchomienie start-upu to nierzadko wydatek ponad miliona złotych.

Samo znalezienie inwestora, którego na tyle zainteresuje konkretny projekt, że będzie chciał wyłożyć na niego pieniądze, to często nie koniec, ale dopiero początek problemów finansowych start-upu.

– Sporą przeszkodą dla start-upów w Polsce są inwestorzy, którym często tak naprawdę brakuje pieniędzy. Do tego, jeśli już wiadomo, że pomysł jest niezły, to sam kapitał jest dosyć drogi, trzeba oddać ze spółki naprawdę spory kawałek tortu, żeby pozyskać jakieś fundusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Przemysław Gałązka, współzałożyciel firmy Sense.

Jak przekonują eksperci, początkowe koszty związane z uruchomieniem start-upu przerastają wielu przedsiębiorców. Dlatego od samego początku potrzebne jest pełne zaangażowanie wszystkich pracowników będących w firmie.

– Trzeba się zaangażować, trzeba zbudować zespół, trzeba opłacić szereg usług zewnętrznych, nie jesteśmy w stanie robić wszystkich rzeczy. Trzeba mieć na prawnika, trzeba mieć na patenty, trzeba mieć chociaż na jakiś hardware, jeżeli w zespole nie ma kompetencji – więc to wszystko wymaga kapitału. Na start lekką ręką można wydać milion złotych – twierdzi Przemysław Gałązka.

Jak podkreśla współzałożyciel firmy Sense, milion złotych to kwota, która wystarczy na zaledwie 6–7 miesięcy działalności. Dlatego niektóre start-upy już na początku swojej biznesowej przygody starają się pozyskać dużo większe dofinansowanie.

– Zazwyczaj można rozmawiać z prywatnymi inwestorami i funduszami Venture Capital. Jest też możliwość sięgnięcia po dotacje. Dostępne są również takie hybrydy jak PARP, NCBiR, które wrzucają na rynek trochę pieniędzy, następnie jakiś fundusz przejmuje tę pulę i dorzuca trochę swojego prywatnego kapitału. Dzięki temu powstają takie inicjatywy jak chociażby BRIdge Alfa.

Współzałożyciel firmy Sense zwraca jednak uwagę na wady współpracy z instytucjami państwowymi.

– Czasami w grę wchodzą różnego rodzaju niuanse i problemy, przede wszystkim spore opóźnienia w terminach, a niestety biznes nie będzie czekał, trzeba działać – podsumowuje Przemysław Gałązka.

Jak pokazuje raport sporządzony przez Fundację Startup Poland, 59 proc. firm deklaruje chęć pozyskania środków z funduszu Venture Capital, 56 proc. zamierza sięgnąć po dotacje z Unii Europejskiej, 35 proc. postawi na Anioła Biznesu, 18 proc. na akcelerator, 11 proc. na crowdfunding, a 10 proc. zamierza wziąć kredyt.

Ministerstwo Cyfryzacji uruchamia system mID, w tym mobilny dowód osobisty dostępny w smartfonie. 11 maja rusza pilotażowa wersja systemu

Ministerstwo Cyfryzacji uruchamia system mID, w tym mobilny dowód osobisty dostępny w smartfonie. 11 maja rusza pilotażowa wersja systemu 21

System mID to rozwiązanie, które opiera się na dostępie do dokumentów i informacji za pośrednictwem urządzeń mobilnych takich jak smartfon. To kolejny krok podjęty przez Ministerstwo Cyfryzacji w celu szeroko pojętej transformacji cyfrowej, która ma się okazać nie tylko zmianą technologiczną, lecz także cywilizacyjną. Mobilny dowód osobisty i mobilne dokumenty od 11 maja tego roku będą mogli wypróbować mieszkańcy Łodzi, Ełku i Koszalina  – również ci, którzy nie mają nowoczesnego smartfona.

Już w pierwszej połowie maja wiele dokumentów zostanie przeniesionych z formy papierowej i plastikowej do cyfrowej, zaś cały system mID zostanie przetestowany w trzech polskich miastach. Jak tłumaczy Ministerstwo Cyfryzacji, wcześniej tego typu usługi nie były możliwe, bowiem poziom zabezpieczeń urządzeń mobilnych nie był wystarczający. Obecnie bezpieczeństwo nowoczesnych rozwiązań jest na dużo wyższym poziomie i cały czas się poprawia.

System obejmie wszystkie dokumenty, które nosimy przy sobie, przede wszystkim te w wersji plastikowej. mDokumenty to inaczej dokumenty mobilne, w niektórych przypadkach są to również specjalne aplikacje instalowane w smartfonach czy telefonach. Na początku zaczniemy od dowodu osobistego, pilotaż startuje 11 maja w trzech miastach – Koszalin, Łódź, Ełk. Tam klienci i urzędnicy przetestują rozwiązanie, które zaprojektowaliśmy, sprawdzą, czy jest użyteczne, wygodne, komfortowe, czy się sprawdza i czy ludzie chętnie z niego korzystają – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje minister cyfryzacji Anna Streżyńska.

Plan Ministerstwa Cyfryzacji obejmuje nie tylko zdigitalizowanie najpotrzebniejszych dokumentów, lecz także udostępnienie szeregu innych informacji – tak aby te były dostępne z poziomu smartfona. Pierwsze wdrożenia obejmą takie dokumenty, jak dowód osobisty, pakiet podstawowych dokumentów dla kierowców (dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, prawo jazdy), kartę studenta i legitymację uczniowską. Ponadto w ramach udostępnianych dodatkowych informacji i usług chodzi o płatności podatkowe, e-policję, realizowanie recept, zakupy on-line, potwierdzenie wieku, usługi pocztowe, kartę parkingowa, e-ZUS, rejestr obecności dzieci w szkole, autoryzację tożsamości w eJob, bilet komunikacji miejskiej, usługi zdrowotne i wszelkiego rodzaju karnety.

Późnym latem włączymy ostateczną usługę związaną z dowodem osobistym. Na jesieni zajmiemy się tzw. pakietem kierowcy, czyli dowodem rejestracyjnym, ubezpieczeniem samochodu, prawem jazdy –  żeby również te dokumenty były możliwe do sprawdzenia przez policjanta czy urzędnika za pośrednictwem smartfona. Równolegle będziemy podejmowali prace nad kartą studenta i legitymacją uczniowską, które są najbardziej pożądanym dokumentem ze wszystkich, tym bardziej że młodzi ludzie chcą mieć je zawsze pod ręką i łączyć z nimi wszelkiego rodzaju zniżki – komentuje Anna Streżyńska.

Co istotne, ważną rolę w procesie wdrażania mDokumentów odegrają również operatorzy komórkowi, którzy zadeklarowali chęć współpracy w ramach usługi mobile connect.

– W przypadku mDokumentów będzie to głównie oznaczało tyle, że opłatę za SMS-y do czasu uruchomienia mobile connect będzie ponosiło państwo, a tuż po starcie wszelkie koszty przejmą na siebie operatorzy. Pilotaż usługi ruszy na jesieni tego roku, a zakończenie prac przewidujemy na jego koniec – ocenia Anna Streżyńska.

Plany Ministerstwa Cyfryzacji sięgają jednak dalej w przyszłość. W 2018 roku planowane jest wdrożenie kolejnych dokumentów, wśród których znajdą się m.in.: karta emeryta i rencisty (posiada ją 5,5 mln ludzi), a także karta dużej rodziny.

W następnym roku pozostaje nam jeszcze mnóstwo innych dokumentów – karta emeryta i rencisty, karta dużej rodziny i inne dokumenty, które być może zasugerują nam obywatele lub znajdziemy takie, które powinny stanowić komplet. Najważniejsze, by nie nosić ze sobą ani papieru, ani plastiku, tylko móc wyjść z domu z kluczykami do samochodu i smartfonem – dodaje Anna Streżyńska.

Minister Cyfryzacji podkreśla, że aby w pełni korzystać z możliwości systemu, trzeba spełnić jedynie jeden warunek – należy się zarejestrować do platformy mID.

Każdy obywatel, który będzie chciał skorzystać z naszego systemu, będzie musiał się tylko zarejestrować na stronie internetowej naszej usługi. W ten sposób już na starcie będzie miał dostęp do elektronicznego dowodu osobistego i pakietu dokumentów kierowcy. W miarę rozwoju funkcjonalność będzie się zwiększać. Z platformy będzie można korzystać zarówno na telefonie typu smartfon, jak i na modelach starszej generacji. Co istotne, usługa będzie oparta o SMS-y, tak  więc nie będzie wymagała zaawansowanego telefonu – podsumowuje Anna Streżyńska.