Czy deweloperzy zwolnią tempo?

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Analizując wyniki największych spółek deweloperskich za drugi kwartał 2016 roku nie widać zmiany trendu na rynku. W ślad za duża podażą, idzie również duży popyt. Choć nie widać kontynuacji wzrostów sprzedaży, co miało miejsce w ostatnim roku, poziom sprzedaży jest wyższy niż zakładano. Mimo iż deweloperzy w ostatnich 3 miesiącach wprowadzili do oferty średnio o 20 proc. mieszkań więcej niż w ostatnich 5 kwartałach, nie wiele to zmieniło na rynku, gdzie tzw. wskaźnik wyprzedaży oferty jest praktycznie na niezmiennie niskim poziomie. Aby wyprzedać dostępną ofertę w największych aglomeracjach, przy zachowaniu tempa sprzedaży z ostatnich 12 miesięcy, potrzeba od 3 do 4,5 kwartału, co uważane jest za stan równowagi. Warto tu przypomnieć czasy, z 2012 roku gdzie wskaźnik dochodził do 9.

Taki stan rzeczy to efekt niskich stóp procentowych, wzrostu kosztów kredytu, podniesienia wkładu własnego i widmo wyczerpania środków MdM, które to czynniki zmobilizowały do zakupu klientów inwestycyjnych jak i szukających mieszkań dla własnych celów. Utrzymanie takiego tempa sprzedaży będzie trudne w kolejnych miesiącach. Deweloperzy w ostatnich miesiącach wprowadzili sporo nowej oferty, w danych GUS widzimy spadek wydawanych pozwoleń na budowę, co w przyszłości powinno się przełożyć na mniejszą podaż.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord S.A.

Przygotowując ogłoszoną w marcu tego roku strategię założyliśmy, że korzystna sytuacja na rynku mieszkaniowym utrzyma się do końca przyszłego roku, oddziałując nadal pozytywnie na popyt ze strony klientów. Pewnego wyhamowania oczekujemy od roku 2018 w związku z wygaszaniem MdM oraz wprowadzaniem nowego rządowego programu ukierunkowanego m.in. na wynajem lokali. Na decyzje zakupowe klientów już obecnie przekładają się takie czynniki jak wzrost wymaganego wkładu własnego, czy wprowadzony podatek bankowy, które podnoszą koszt kredytu. Tym samym skłaniają do poszukiwania lokali nieco mniejszych niż te wybierane np. rok wcześniej. Są to jednak zmiany, do których rynek płynnie się dostosowuje.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży J.W. Construction Holding S.A.

Jeśli gospodarka będzie stabilna, dobra sytuacja na rynku nieruchomości może mieć charakter długoterminowy. Biorąc pod uwagę klasyczny system koniunkturalny, należy przygotować się także na gorsze dni. Koniec rządowego programu MdM w 2018 roku może w dłuższym terminie spowodować zmniejszenie aktywności klientów na rynku deweloperskim. Obecnie jednak korzystamy z dobrej koniunktury. W najbliższym czasie planujemy rozpoczęcie realizacji kolejnych projektów mieszkaniowych w Warszawie, Szczecinie, Katowicach i Gdyni. Nie obawiamy się zmian. Naszą mocną stroną jest ponad 15-letnie doświadczenie w prowadzeniu szeroko zakrojonej działalności hotelowej w oparciu o sieć hoteli 500 w całej Polsce, wysokiej klasy hotel Czarny Potok Resort & SPA w Krynicy Zdroju, hotel Dana w Szczecinie, a także sieć aparthoteli Wola Invest i Jerozolimskie Invest, które gwarantują do 10 proc. zysku rocznie.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Wskaźniki makroekonomiczne sprzyjają rynkowi mieszkaniowemu. Mamy wysoki wzrost gospodarczy, niskie bezrobocie, rosną płace i dostępność mieszkań. Znajduje to odzwierciedlenie w wynikach sprzedaży deweloperów, również Archicomu. W pierwszym półroczu tego roku sprzedaliśmy 438 mieszkań, o 58 proc. więcej niż rok wcześniej. Nie zwalniamy tempa. W całym 2016 roku naszym celem jest sprzedaż 800 mieszkań, a w przyszłym roku przekroczenie 1000 lokali. Dobra sprzedaż widoczna jest we wszystkich segmentach rynku, zarówno w przypadku mieszkań popularnych, jak i o podwyższonym standardzie.

Marcin Mielcarz, wiceprezes zarządu Grupy Inwest

Nadchodzące zmiany, jak wzrost wkładu własnego do kredytu do 20 proc., zakończenie programu MdM oraz wprowadzenie projektu Mieszkanie+ nie muszą oznaczać obniżek cen mieszkań. Deweloperzy w walce o klienta, będą musieli postawić na jakość, jak również na wygodne i elastyczne systemy płatności. Pewnym wzmocnieniem rynku mieszkaniowego po stronie kupujących może okazać się program 500+. Banki uznają wsparcie rządowe za stabilne źródło przychodów Polaków. Rodziny z trójką dzieci mogą sobie pozwolić na mieszkanie większe nawet o 30 mkw., a dodatkowe 1000 zł dochodu netto miesięcznie zwiększa zdolność kredytową o ponad 200.000 zł.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

W przyszłość patrzymy z optymizmem. Skupiamy swoją działalność przede wszystkim na warszawskim rynku nieruchomości, który w najbliższych latach, jeśli chodzi o sprzedaż mieszkań, powinien pozostać na stabilnym poziomie. Nie produkujemy nadmiernej ilości mieszkań lecz sukcesywnie wprowadzamy do naszej oferty kolejne projekty. Dlatego nie obawiamy się żadnych negatywnych czynników, które mogłyby radykalnie wpłynąć na sprzedaż mieszkań.

Yael Rothschild, prezes firmy Mill-Yon Gdańsk

W najbliższym czasie na pewno zmniejszy się liczba klientów, dla których kluczowym czynnikiem jest cena. Projekty Mill-Yon Gdańsk są jednak skierowane dla nabywców poszukujących mieszkań w wyższym standardzie, gdzie duża część transakcji realizowana jest gotówkowo, bez wsparcia kredytem. Skutki polityki banków odczuwalne są natomiast w warszawskim projekcie Aura Sky, gdzie większość klientów stanowią młodzi ludzie. Zmiany uwarunkowań kredytowych oraz wydłużona procedura bankowa w znaczący sposób spowalnia proces sprzedaży mieszkań.

Zmiana sytuacji ekonomicznej może mieć największy wpływ na popyt na mieszkania w osiedlu powstającym na warszawskiej Białołęce. Ta lokalizacja przyciąga klientów, dla których głównym kryterium wyboru jest cena.

Nie myślimy o wyhamowaniu produkcji mieszkań, ale o jak najlepszym dostosowaniu oferty do bieżących potrzeb rynku. Nie zakładamy również odpływu inwestorów. Zakup lokalu na wynajem nadal jest lepszą inwestycją niż lokata bankowa.

Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży RED Real Estate Development

Opublikowane dane nie pozostawiają wątpliwości, że deweloperzy wierzą, że nadchodzące kwartały będą tak dobre, jak ostatnie. Najwięcej buduje się w segmencie popularnym. W najbliższym czasie rynek mieszkaniowy czekają poważne zmiany. Skończył się budżet programu Mieszkanie dla młodych na 2016 i 2017 rok, a wszystko wskazuje na to, że również pieniądze na 2018 rok są na wyczerpaniu. Zwiększy się także wymagany wkład własny do kredytu z 15 proc. do 20 proc. Mimo to pozytywnie patrzymy w przyszłość. Wszystkie nasze inwestycje przynosiły i przynoszą oczekiwane efekty.

Katarzyna Pietrzak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Victoria Dom S.A.

W przyszłym roku planujemy wprowadzić do sprzedaży minimum 3 inwestycje na rynku warszawskim. Bierzemy pod uwagę, że sprzedaż może zwolnić tempo, jednak jak dotąd w segmencie mieszkań popularnych, w którym budujemy, nie zauważyliśmy takiego zjawiska.

Mirosław Łoziński, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Rynek nieruchomości mieszkaniowych w ostatnich miesiącach rozwija się bardzo dynamicznie. Duże zainteresowanie klientów nabywaniem nowych mieszkań, przekłada się na działalność deweloperów, którzy z optymizmem rozpoczynają kolejne projekty. Takim działaniom sprzyjają również inne czynniki, wśród których możemy wyróżnić np. stabilnie niskie stopy procentowe. W najbliższych tygodniach i miesiącach sytuacja na rynku deweloperskim nie powinna się drastycznie zmienić. Wraz z zaostrzającą się konkurencją na rynku i podniesieniem wkładu własnego do kredytu do 20 proc., a co za tym idzie spadkiem dostępności kredytów hipotecznych, zainteresowanie klientów mieszkaniami może się nieznacznie zmniejszyć. W obliczu takich wyzwań kluczowe pozostaje odpowiednie przygotowanie kolejnych inwestycji. Mieszkania spełniające kryteria jakości i funkcjonalności, poparte atrakcyjną lokalizacją oraz odpowiednio skonfigurowane, zawsze znajdą swoich nabywców.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO Classic

Na koniunkturę na rynku mieszkaniowym może wpłynąć pogorszenie się sytuacji gospodarczej w kraju lub wprowadzenie regulacji, które mogłyby obniżyć dostępność kredytów mieszkaniowych. Nie nastawiamy się na budowę mieszkań kwalifikujących się do MdM, więc brak dopłat do kredytów nie jest naszym problemem.

Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży w Wawel Service

W Polakach od dawna rozwija się przeświadczenie, że nie warto trzymać pieniędzy w banku. Miasta akademickie, jak Warszawa, Kraków, Katowice, Wrocław to także ośrodki turystyczne oraz aglomeracje, gdzie ulokowało się wiele firm outsourcingowych. W tych lokalizacjach rynek najmu ma się bardzo dobrze. Wzrost udziału własnego do kredytów mieszkaniowych obserwujemy od trzech lat i ten czynnik raczej nie wpłynął do tej pory na zmniejszenie zakupów. Brak programów wspierających zakup pierwszego mieszkania także może ograniczyć sprzedaż. Warunki, na jakich funkcjonował będzie program Mieszkanie+ nie zostały jeszcze doprecyzowane i nie wiadomo jaki ostatecznie projekt przyjmie kształt, a co a tym idzie, jakie będą jego efekty.

Łukasz Szumny, dyrektor sprzedaży w HSD Arrow

Nie zamierzamy zmniejszać naszej oferty. Uważamy, że mamy na tyle dobry produkt, że nawet w czasie ewentualnego kryzysu na rynku z powodzeniem się obroni.

Opracowanie: Kamil Niedźwiedzki

W oczekiwaniu na minutki

W oczekiwaniu na minutki 1

O godzinie 20:00 zostanie opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia Rezerwy Federalnej. Jest to wydarzenie, które w znacznej mierze wpływało i wpływać będzie zarówno na rynek walutowy, akcji jak i obligacji.

Ostatnie publikacje danych makroekonomicznych z amerykańskiej gospodarki nie wskazywały na duże prawdopodobieństwo zaostrzenia polityki monetarnej w najbliższym czasie. Aczkolwiek po wczorajszym wywiadzie Williama Dudley’a, szefa nowojorskiego Fed-u w Fox Business, rynek przestał być tego pewien. Pomimo słabych danych o inflacji oraz PKB za II kwartał 2016 roku szef nowojorskiego Fed-u wypowiedział się, że podwyżka stóp procentowych we wrześniu tego roku jest możliwa. Dudley uważany jest za jednego z większych gołębi w Rezerwie Federalnej, dlatego też powyższy komentarz z jego ust wstrząsną rynkiem walutowym.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych na wrześniowym posiedzeniu.

W oczekiwaniu na minutki 2

Źródło: Bloomberg

Dzięki wczorajszej wypowiedzi Dydley’a prawdopodobieństwo zacieśniania polityki monetarnej w 2016 roku wzrosło z 45% do 52%. Jeżeli dzisiejszy komunikat okazałby się jastrzębi, to będziemy świadkami bardzo dużej zmienności na rynku kapitałowym. Jednakże prognozy oraz wypowiedzi członków Rezerwy Federalnej w ostatnim czasie mijają się z prawdą. Jeszcze na początku stycznia tego roku Fed zakładał 4 podwyżki stóp procentowych, w marcu już tylko dwie. Patrząc na ostatnie poczynania władz monetarnych możemy spodziewać się, że koszt pieniądza z większym prawdopodobieństwem zostanie podniesiony w grudniu niż na wrześniowym posiedzeniu.

Niewątpliwie Rezerwa Federalna pozostanie najważniejszym wydarzeniem dnia, ale na tym nie koniec. O godzinie 14:00 zostaną opublikowane dane odnośnie płac oraz aktualnego zatrudnienia w polskiej gospodarce. Natomiast o godzinie 16:30 zostanie opublikowany raport EIA dotyczący zapasów paliw w Stanach Zjednoczonych.

Na koniec warto jeszcze dodać, że dzisiejszego poranka zapoznaliśmy się z brytyjskimi danymi, które wypadły dobrze. Nie są to dane, które w pełni odzwierciedlają Brexit, ponieważ dotyczą czerwca, a referendum odbyło się w jego czwartym tygodniu. Stopa bezrobocia pozostała bez zmian na poziomie 4,9%. Pozytywnym wydźwiękiem jest spadek liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotny. Konsensus rynkowy oczekiwał wzrost na poziomie 5,2 tysiąca, natomiast odnotowano spadek o 8,6 tysiąca. Nie można zakładać, że Brexit w kilka tygodni przełoży się na masowe zwolnienia oraz spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii. Takie zjawisko będzie rozłożone w czasie, a jego skutki zostaną zauważone dopiero za kilka miesięcy.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Będzie mniej umów śmieciowych, ale tylko w wybranych branżach i dużych miastach

Mamy w Polsce najniższe bezrobocie od 25 lat. To przełoży się na zmniejszenie liczby tzw. umów śmieciowych. Kto jednak takich zmian może się spodziewać?
– Przede wszystkim mieszkańcy największych miast i pracujący w wybranych branżach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Tam już wcześniej było najmniej umów śmieciowych i tam będzie ich jeszcze mniej.

W luksusowym świecie luksusowych aut

Maybach zasłynął z tego, że zapewniał właścicielowi każdego auta osobistego asystenta, który nie tylko umawiał wizyty w serwisie, ale także mógł załatwić m.in. bilety do Opery Wiedeńskiej czy zamówić stolik w modnej restauracji w Nowym Jorku. Co jednak, gdy kupujący nadal chce pozostać w segmencie premium, jednak nie zamierza wydać na auto dwóch milionów złotych? Sprawdziliśmy, jaki standard oferują popularne na naszym rynku marki premium.

Lexus LS 460
Lexus LS 460

Firmy zajmujące się sprzedażą pojazdów luksusowych mówią jednym głosem. Rynek samochodów premium w Polsce rośnie. Co ciekawe, dynamika wzrostu jest na tyle duża, że znacznie przekracza szybkość, z jaką rośnie cały rynek motoryzacyjny. O ile w roku 2015 sprzedaż fabrycznie nowych aut w kraju nad Wisłą zwiększyła się o 8 procent, o tyle zbyt pojazdów luksusowych skoczył aż o 20 procent. Absolutnym rekordzistą na polskim podwórku jest Lexus. Salony japońskiej marki opuściło w roku 2015 o 46 procent więcej samochodów, niż w roku 2014.

Co tak właściwie przekonuje kierowców do aut segmentu premium? Czemu ci decydują się na słoną dopłatę? W dużej mierze czynnikiem mającym znaczenie jest jakość. Samochody luksusowe są wykonane z wielkim pietyzmem, a do ich wykończenia używana jest najlepsza skóra i wyrafinowane plastiki. Poza tym często chodzi też o prestiż oraz sposób obsługi. Na jakie traktowanie mogą liczyć kierowcy zaglądający do salonu Lexusa, Mercedesa, Infiniti i Porsche? Nie ma się co rozwodzić – są traktowani po królewsku!

– Klient w pierwszej kolejności zostanie miło przywitany w salonie. Nasi pracownicy zaproponują mu ciastko, wodę mineralną, herbatę lub kawę. Co ciekawie, na spienionym mleku na kawie robimy literkę L stanowiącą symbol Lexusa. To drobiazg, który zawsze podoba się właścicielom naszych aut – powiedział Piotr Kurpiński, Lexus Żerań.

To nie zakup, to wejście do świata luksusowej marki!

W większości salonów samochodowych jest tak, że wysokie standardy obsługi klienta kończą się w momencie, w którym kierowca przenosi się z działu sprzedaży do serwisu. Marki z segmentu premium nie mogą sobie jednak na to pozwolić. Pracownicy ASO mają sprawiać, że każdy z właścicieli Lexusa, Infiniti czy Porsche przez cały czas eksploatacji będzie się czuł członkiem luksusowej rodziny. Musi zatem być traktowany z należytym poziomem szacunku i co najważniejsze, nie może wyjść z salonu niezadowolony.

Autoryzowane stacje marek segmentu premium nieustannie prześcigają się w dbaniu o klienta. Stąd coraz częściej proponowane są naprawdę ciekawe usługi.

– Oferujemy opcję door to door. Jeżeli klient nie ma czasu do nas podjechać, przyjeżdżamy i zabieramy samochód do serwisu. Po wykonanym przeglądzie odstawiamy auto pod wskazany adres o ustalonej godzinie. Obligatoryjnym elementem wizyty w ASO jest czyszczenie auta – myta jest karoseria oraz odkurzane jest wnętrze – dodaje Piotr Kurpiński, Lexus Żerań.

Aktywne zawodowo osoby nie mogą sobie pozwolić na utratę auta nawet na kilka godzin w ciągu dnia. Producenci doskonale to rozumieją i świetnie potrafią sobie z tym radzić. Oferują swoim klientom pojazd zastępczy. Na ogół są to modele tej samej marki, które proponują podobny standard jak serwisowany samochód. Akceptowane są też życzenia kierowców. Jeżeli ci chcą przejechać się konkretnym autem, w miarę możliwości prośby takie są spełniane.

Co w przypadku awarii? Marki premium są szczególnie przygotowane na takie wypadki. Właściwa reakcja ma bowiem zrekompensować klientowi wszelkie niedogodności i sprawić, że uda mu się maksymalnie szybko kontynuować dalszą podróż. Każdy Lexus, Mercedes, Infiniti i Porsche sprzedane w Polsce są objęte ochroną pakietu assistance na terenie całej Europy. Wystarczy że kierowca zadzwoni na specjalną infolinię i zgłosi prośbę o pomoc.

Awaria? Przesiądź się do samolotu na koszt producenta!

Assistance premium różni się jednak od assistance dodawanego do samochodów popularnych. Dla przykładu w ramach pakietu Infiniti Touring właściciel auta i pasażerowie są kompleksowo zabezpieczeni na wypadek awarii. Mogą liczyć na nocleg w hotelu, luksusowy samochód zastępczy, a nawet bilet lotniczy w klasie biznes na trasie powrotnej do domu. Wybór sposobu załatwienia sprawy zależy w głównej mierze od poziomu skomplikowania awarii i możliwości serwisowych poradzenia sobie z nią.

Zagraniczny serwis w przypadku właścicieli Lexusów jest w stanie zrobić coś jeszcze. Autopomoc dowiezie kierowcy paliwo, jeśli ten zapomniał zatankować w porę, wyręczy go też podczas wymiany koła po złapaniu gumy. Na podobny poziom ochrony, jednak obwarowany progami kwotowymi (np. bilety lotnicze do 400 euro), mogą liczyć pasażerowie Mercedesów objętych programem Mobilio. Dodatkowo w przypadku niemieckiej marki samochód zastępczy przyznawany jest w razie awarii najwyżej na trzy dni.

 

Kompleksowa ochrona to nie tylko wielość usług. To też – a może nawet i przede wszystkim –dożywotni standard obsługi.

– Wszystkie usługi – w tym door to door i auto zastępcze na czas serwisu – są dostępne nie tylko dla właścicieli samochodów nowych. Oferta dotyczy też kierowców poruszających się pojazdami używanymi, np. 7-letnimi i starszymi – powiedział Piotr Kurpiński, Lexus Żerań – Dzięki temu posiadacze wszystkich pojazdów z luksusowym logo są traktowani w taki sam i bardzo szczególny sposób.

Wysoka dbałość o szczegóły w przypadku firm segmentu premium jest oczywista. Chodzi bowiem o zatrzymanie klienta nie na trzy lata, a na całe motoryzacyjne życie. I, co ciekawe, w tym szaleństwie rzeczywiście jest metoda. Producenci pojazdów luksusowych już od dłuższego czasu mogą się cieszyć najbardziej lojalnymi klientami na całym rynku motoryzacyjnym. A to rzesza osób, które nie tylko będą zamieniać jedno auto na drugie, ale także staną się najlepszą rekomendacją jakości produktu dla kolejnych kierowców.

Wypowiedzi prezesów Fed umacniają dolara

Indeks S&P 500 spadł z rekordowo wysokiego poziomu po tym, jak prezes Fed z Nowego Jorku William Dudley powiedział, iż rynek nie docenia wzrostu kosztów pożyczania, a stopy procentowe mogą wzrosnąć już w przyszłym miesiącu. Dodatkowo szef Fed z Atlanty, Dennis Lockhart powiedział, iż wzrost w amerykańskiej gospodarce jest na tyle mocny, że w 2016 roku możliwa będzie co najmniej jedna podwyżka stóp procentowych.

Rynek akcji w USA w ciągu ostatniego miesiąca znalazł się w łaskach kupujących, podczas gdy dolar traci grunt ze względu na sprzeczne sygnały z rynku pracy i wątpliwości odnośnie prognoz wzrostu gospodarczego. Te dwa czynniki stawiają Fed w trudnej sytuacji, gdyż nie ma jasnego sygnału czy jest już czas na kolejną podwyżkę stóp procentowych. „Dudley chce zachować niezmienione oczekiwania ws. podwyżki stóp” – powiedział Yousef Abbasi, globalny strateg rynku dla JonesTrading Institutional Services LLC. w Nowym Jorku. „Widzieliśmy już lepsze dane z rynku pracy, ale pozostałe wskaźniki ekonomiczne dają wciąż mieszane sygnały.  Ostatnie odczyty sprzedaży detalicznej i inflacji mocno rozczarowały, więc jeśli dane z rynku pracy będą ulegały poprawie, podwyżka stóp może nastąpić w grudniu” – przekonuje Abbasi.

Patrząc na wskaźniki rynkowe, oceniające stan gospodarki USA, wtorkowe figury pokazały niespodziewane przyspieszenie w liczbie rozpoczętych budów domów – wskaźnik ten w lipcu wzrósł w najszybszym tempie w ciągu ostatnich pięciu miesięcy. Koszty życia w Stanach nieznacznie się zmieniły, jednak spadek inflacji wciąż daje decydentom powód, aby utrzymać stopy procentowe na niskim poziomie.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp przed końcem 2016 roku wzrosło do 52 proc., z 45 proc. tydzień temu.

Ceny ropy windowane są optymizmem o potencjalnym zamrożeniu produkcji. Rosyjski Minister ds. Energii, Aleksander Novak powiedział w poniedziałek, iż Rosja otwiera się na porozumienie z innymi głównymi producentami ropy, żeby ograniczyć wydobycie dla uzyskania stabilności rynku. Na giełdzie w Nowym Jorku za jedną baryłkę trzeba już zapłacić ponad 46 dolarów – jest to najwyższa cena od ponad pięciu tygodni.

Maciej Boruc
Manager
KOI Capital

Emerytury obniżone o 30-40 procent

Comiesięcznie wypłacane emerytury mogą być niższe o kilkaset złotych. To będzie skutek obniżenia wieku emerytalnego.
Obniżenie wieku emerytalnego, zgodnie z obietnicami z wyborczej kampanii prezydenckiej, doprowadzi do skrócenia czasu, gdy odkładamy pieniądze na przyszłą emeryturę i do wydłużenia okresu pobierania świadczeń emerytalnych.
– Mniej odłożonych pieniędzy musi starczyć na dłużej, a to oznacza obniżenie emerytur o 30-40 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Ogonek, ekspert z XTB. -Dla niektórych osób oznacza to emerytury niższe nawet o kilkaset złotych.

Dolar słabnie w oczach

Wtorek stał pod znakiem deprecjacji dolara. W ciągu dnia, w relacji do euro kurs wykraczał momentami powyżej 1,13. Ostatnio takie poziomy notowane były 24 czerwca br. Dane dotyczące amerykańskiej gospodarki pokazują, że nadal jest to stabilna „maszyna”, jednak porusza się w jednostajnym tempie i ciężko jest jej przyspieszyć. Z jednej strony zobaczyliśmy wzrost produkcji o 0,7% m/m, wysokie wykorzystanie mocy wytwórczych na poziomie 75,9% oraz bardzo dobry wynik rozpoczętych budów domów, jednak z drugiej strony jest spadek inflacji konsumenckiej, słaba sprzedaż detaliczna w lipcu czy mizerne odczyty indeksu Uniwersytetu Michigan i NY Empire State.

Do inwestorów nie przemawiają już sugestie dotyczące stóp procentowych. Są zbyt mgliste i padały  wielokrotnie. Wczorajsze osłabienie dolara wyhamowała dopiero bardziej stanowcza wypowiedź W. Dudleya, który zasugerował, że na najbliższym spotkaniu Fed może zostać podjęta decyzja o podwyżce stóp. Czy tak się stanie? Zobaczymy. Na pewno zapowiadają się spore emocje.

W tym otoczeniu wtorek w Europie przebiegał pod znakiem spadków. Niemiecki DAX stracił 0,58%, francuski CAC40 -0,49%, a brytyjski FTSE -1,21%. Nasz rodzimy parkiet nie wyróżniał się na tle sąsiadów, indeks WIG20 stracił -0,58%. Lepiej radziły sobie mniejsze spółki. Finalnie mWIG40 zyskał 0,07%, a sWIG80 0,27%.

Dziś poznamy  protokół z posiedzenia FOMC. Wcześniej dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii  o bezrobociu i zatrudnieniu, a z Polski dane o przeciętnym zatrudnieniu i wynagrodzeniu w lipcu.

Sesja w USA:

Giełda w USA również świeciła wczoraj na czerwono. Na zakończenie dnia S&P500 stracił 0,37%, Dow Jones Industrial Average -0,55%, a Nasdaq Composite -0,66%.

 

Waluty:

Kurs EURUSD na koniec wtorkowych notowań był na poziomie 1,1274 i tym samym zyskał 0,81%. Para EURGBP spadła o -0,44% i osiągnęła poziom 0,86438, natomiast EURJPY o 0,18%, osiągając 113,051.

 

Polska waluta jest dziś rano wyceniana przez rynek następująco: 4,2734 PLN wobec euro, 3,7903 PLN wobec dolara amerykańskiego, 3,9339 PLN wobec franka szwajcarskiego i 4,9439 PLN wobec funta szterlinga.

 

Surowce:

Notowania złota we wtorek wzrosły o 0,51% do poziomu 1351,70 USD za uncję. Srebro straciło -0,12% i było notowane po 19,79 USD za uncję.

Ropa naftowa, w przypadku odmiany WTI zdrożała o 1,53% do poziomu 46,37 USD za baryłkę. Odmiana Brent wzrosła o 1,64% i była notowana po 48,89 USD za baryłkę.

Konrad Mikołajko, Head of Support, Patron FX

Najlepiej zarabiający członkowie rad nadzorczych w 2015 roku

Poniższy artykuł stanowi podsumowanie raportu „Wynagrodzenia członków rad nadzorczych w 2015 roku” opracowanego przez Sedlak & Sedlak. W tym roku analizie poddane zostały wynagrodzenia 1 473 członków rad nadzorczych, którzy przepracowali cały 2015 rok.

Mediana rocznych wynagrodzeń przewodniczących rad nadzorczych wyniosła w 2015 roku 60 000 PLN i pozostała bez zmian w stosunku do roku 2014. Wiceprzewodniczący zarobili w 2015 roku o 5,3% więcej niż w roku ubiegłym. Mediana ich rocznego wynagrodzenia wyniosła 48 000 PLN. Najniżej opłacani byli członkowie rad nadzorczych. Przeciętnie zarobili oni w 2015 roku 41 455 PLN, co jest kwota większą o 3,8% niż przed rokiem.

schemat1.

Najlepiej wynagradzanym członkiem rady nadzorczej w 2015 roku był Oscar Kazanelson, przewodniczący RN dewelopera Robyg SA. Zarobił on w 2015 roku 4 326 000 PLN. Na drugim miejscu znalazł się Andreas Mielimonka z wynagrodzeniem o przeszło 2,5 mln niższym, wynoszącym 1 722 000 PLN. Na trzecim miejscu w rankingu znalazła się Elżbieta Filipiak z wynagrodzeniem wynoszącym 1 606 001 PLN.

infografika

Najwyższe zarobki osób zasiadających w radach nadzorczych spółek notowanych na GPW wystąpiły w 2015 roku w bankach. Mediana rocznych wynagrodzeń osób zasiadających w radach nadzorczych banków wyniosła w 2015 roku 172 150 PLN. Na drugim miejscu znalazła się branża ubezpieczeń z medianą rocznych wynagrodzeń wynosząca 120 500 PLN. Na zarobki powyżej 100 000 PLN mogły liczyć jeszcze osoby zasiadające w radach nadzorczych spółek z przemysłu surowcowego. Połowa członków rad nadzorczych zarobiła w tej branży ponad 100 500 PLN w ciągu 2015 roku.schemat2.

Ponad 27% mikroprzedsiębiorstw w Polsce rozważa finansowanie samochodów służbowych w formie wynajmu długoterminowego

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w Polsce działa ponad 1,8 miliona firm zatrudniających poniżej dziesięciu pracowników. Mikroprzedsiębiorstwa to sektor z ogromnym potencjałem dla branży Car Fleet Management – tym bardziej, że jak pokazuje badanie zrealizowane na zlecenie Carefleet S.A. w II kwartale 2016 roku, już 27,6% jego przedstawicieli rozważa finansowanie samochodów służbowych w formie wynajmu długoterminowego. 

Ponad ¾ przedstawicieli mikroprzedsiębiorstw zna usługę wynajmu

Infografika 2 – Co decyduje o wyborze dostawcy usług CFM Infografika 3 – Co zachęca mikroprzedsiębiorców do skorzystania z wynajmu długoterminowego Inforgrafika 1 – Wynajem długoterminowy w sektorze mikroprzedsiębiorstwWynajem długoterminowy to model budowania firmowych flot pojazdów, który cieszy się niesłabnącą popularnością wśród dużych podmiotów gospodarczych, a w ostatnich latach jest coraz chętniej wdrażany także w przedsiębiorstwach z sektora MŚP. Według danych Carefleet S.A. niemal 8% podmiotów zatrudniających od 1 do 9 pracowników korzysta z tej formy finansowania pojazdów służbowych, a odsetek ten systematycznie rośnie.

– Jeszcze kilka lat temu wynajem długoterminowy samochodów był rozwiązaniem mało znanym w sektorze mikroprzedsiębiorstw. Należy jednak pamiętać, że dopiero od niedawna duże firmy z branży CFM zaczęły angażować się w budowanie świadomości usługi w tym sektorze. I to przynosi efekty. Jak wynika z naszego badania, już ponad 78% przedstawicieli najmniejszych firm wie, czym jest wynajem długoterminowy samochodów – twierdzi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A., jednej z czołowych polskich firm z branży Car Fleet Management.

Atrakcyjny poziom cenowy oferty na pierwszym miejscu

Jak pokazuje badanie Carefleet S.A. dla właścicieli mikroprzedsiębiorstw najważniejsze są koszty. Prawie 60% ankietowanych wskazało atrakcyjny poziom cenowy oferty  jako kluczowy czynnik determinujący wybór dostawcy usługi wynajmu długoterminowego.

– Firmy specjalizujące się w wynajmie długoterminowym samochodów coraz częściej dostosowują swoje oferty do potrzeb najmniejszych przedsiębiorstw, nie tylko pod względem cenowym, ale również zakresu świadczonych usług – dodaje Bartosz Olejnik.

20% przedstawicieli przedsiębiorstw zatrudniających poniżej dziesięciu pracowników, rozważając wybór usługodawcy CFM, poszukuje firm, które znane są na rynku z wynajmu długoterminowego, a 15,5% zależy na właściwym dopasowaniu oferty do specyfiki branży i prowadzonego przez nich biznesu.

Najmniejsze firmy doceniają przewidywalność kosztów

Dla ponad 40% ankietowanych przewidywalność kosztów stanowi główną korzyść z wynajmu długoterminowego samochodów. Według badanych do wynajmu zachęca też możliwość relatywnie częstej wymiany aut (29 %) oraz fakt, że samochody pozostają w księgach rachunkowych wynajmującego (16,8%). Ponad 11% badanych mikroprzedsiębiorców zwróciło również uwagę na oszczędność czasu i kosztów związanych z serwisowaniem, likwidacją szkód i wymianą opon.

UCaaS w firmie. Dlaczego warto postawić na komunikację z chmury?

Rozwiązania z zakresu ujednoliconej komunikacji cieszą się coraz większym zainteresowaniem polskich przedsiębiorców.  Według danych IDC[1], w 2016 roku wartość polskiego rynku tego typu rozwiązań osiągnie 140 mln dolarów. Wpływ na ten wynik, bez wątpienia, miało wprowadzenie UCaaS. Co to jest i dlaczego firmy tak chętnie wybierają to rozwiązanie?

Unified Communication (UC), czyli ujednolicona komunikacja to system, który ma na celu ułatwienie porozumiewania się między pracownikami firmy za pomocą różnych kanałów komunikacji: od szybkich wiadomości tekstowych, takich jak SMS czy czat, po wideokonferencje z możliwością edytowania dokumentów. Nic więc dziwnego, że firmy coraz chętniej korzystają z systemów ujednoliconej komunikacji, a polski rynek UC rośnie w tempie 20 proc. rocznie. Dostawcy tego typu rozwiązań, wychodząc naprzeciw potrzebom przedsiębiorców, oferują również Unified Communication as a Service, czyli ujednoliconą komunikację jako usługę. Na czym polega to rozwiązanie i czym różni się od swojej pierwotnej wersji?

Komunikacja z chmury

Unified Communication as a Service (UCaaS) to nowoczesne rozwiązanie, które obejmuje standardowe funkcje Unified Communication, czyli usługi: komunikacji tekstowej (Messaging), zarządzania obecnością (Presence), głosowe (telefoniczne) oraz wideokonferencji i czatu. Technologia ta łączy wiele kanałów komunikacyjnych w jedną, prostą w obsłudze platformę i, w przeciwieństwie do UC, nie wymaga wdrażania kosztownego oraz skomplikowanego systemu w przedsiębiorstwie, ponieważ świadczona jest w chmurze.  – UCaaS to przede wszystkim dużo krótszy czas wdrożenia rozwiązania oraz jego elastyczność. Dzięki temu, że usługa oparta jest na chmurze, przedsiębiorstwo nie musi posiadać dedykowanych zasobów technicznych, gdyż utrzymanie i administrowanie systemem spoczywa na dostawcy rozwiązania – mówi Jarosław Pazgrat, Dyrektor Zarządzający firmy MCX Telecom.

Korzyści dla biznesu

Wdrożenie UCaaS w firmie niesie za sobą szereg korzyści. Technologia ta, dzięki wyposażeniu wszystkich użytkowników w kompletny zestaw funkcji ujednoliconej komunikacji oraz pracy grupowej, podnosi produktywność całego przedsiębiorstwa. Firmy zyskują proste i wygodne zarządzanie systemem, a jej pracownicy, dzięki stałemu dostępowi do najświeższych informacji, są bardziej osiągalni i łatwiej reagują na zgłoszenia. Usługa łączy ze sobą rozproszone, aktywne zespoły robocze za pomocą urządzeń mobilnych oraz daje możliwość prowadzenia wielostronnych wideokonferencji z dowolnego miejsca i urządzenia. W ten sposób firmy zyskują wyższą jakość wykonywanej pracy zdalnej oraz zespołowej. Warto wspomnieć, że UCaaS to również niższe koszty prowadzenia firmy. – Usługa rozliczana jest w modelu opexowym, polegającym na tym, że przedsiębiorstwo ponosi jedynie koszty związane z utrzymaniem rozwiązania. Ponadto, firma płaci za tyle licencji, ile wykorzystuje (tzw. pay per use) i może elastycznie zwiększać lub zmniejszać ich liczbę w zależności od zapotrzebowania – mówi Jarosław Pazgrat, Dyrektor Zarządzający MCX Telecom.

[1] Raport IDC „Polish UC&C and Call Center Market Research Update, 2012”

Rolnicy chcieli populistycznej ustawy i teraz za to słono płacą

Rolnicy chcieli populistycznej ustawy, która będzie chronić grunty rolne przed wykupem przez cudzoziemców, i taką ustawę dostali od rządu. Ustawa drastycznie ograniczyła wolnorynkowy obrót gruntami i doprowadziła do głębokiego spadku cen, więc rolnicy na tym stracili. Zawiera też wiele błędów, które Ministerstwo Rolnictwa, jako autor projektu ustawy, chce wyeliminować poprzez nowelizację, która jest właśnie przygotowywana.
Ustawa o kształtowaniu ustroju rolnego dała dużą władzę rządowej Agencji Własności Rolnej, która może zablokować transakcje w obrocie gruntami. Obostrzenia dotyczące sprzedaży gruntów są bardzo liczne. Prawdopodobnie ustawa jest niekonstytucyjna, o czym mógłby zdecydować Trybunał Konstytucyjny, ale to być może szybko się nie stanie.
Jak się okazuje straty spowodowane obowiązującą od trzech miesięcy ustawą dotyczą także samorządów i budżetu państwa: – Brak transakcji na rynku nieruchomości rolnych oznacza zmniejszenie wpływów do budżetu państwa, potrzebnych na sfinansowanie takich programów, jak 500 Plus – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Klamut z firmy TREENEO.

JR HOLDING S.A. po II kwartale 2016 r.

JR HOLDING S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od listopada 2012 r., zanotowała na poziomie skonsolidowanym prawie 4,6 mln zł zysku netto w 2 kw. 2016 r. Jest to tym samym kolejny bardzo udany kwartał dla całej Grupy Kapitałowej, w którym osiąga ona niezwykle wysoki zysk.

W całym pierwszym półroczu 2016 r. Spółka wypracowała skonsolidowany zysk netto w kwocie 16,33 mln zł, a jej przychody finansowe wyniosły 25,6 mln zł netto. Osiąganie tak dobrych wyników finansowych jest rezultatem skutecznej realizacji nowej Strategii Rozwoju JR HOLDING S.A. Zarząd Spółki jest przekonany, że prowadzone obecnie projekty inwestycyjne pozwolą na utrzymanie wysokiej dynamiki wzrostu wyników finansowych.

„Spółka zakończyła kolejny kwartał bardzo wysokim zyskiem netto, co należy z pewnością uznać jako duży sukces Zarządu i Spółki. Cały czas realizujemy nowe przedsięwzięcia biznesowe w oparciu o założenia naszej strategii rozwoju, która ściśle określa kryteria inwestycyjne. Dzięki sprzedaży Galerii Handlowej RAMZES w Zielonej Górze Spółka uzyskała środki, które może przeznaczyć na bardzo rentowne projekty inwestycyjne. Ich realizacja powinna przyczynić się do dalszego wzrostu zysku netto Spółki.” – stwierdza January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING S.A.

W drugim kwartale 2016 r. do portfolio inwestycyjnego JR HOLDING S.A. dołączyła spółka StepCloser S.A., w której Emitent posiada akcje stanowiące 40% udziału w jej kapitale zakładowym. Zajmuje się ona promocją i rozbudową programu kart StepCloser. StepCloser S.A. posiada już sieć handlowców w największych miastach Polski, których głównym celem jest pozyskiwanie nowych partnerów dla Programu StepCloser Card. W lipcu br. uruchomione zostały również pierwsze StepBox’y m.in. w Warszawie, Poznaniu, Gdańsku oraz w Katowicach. StepBox jest miejscem informującym o Programie StepCloser Card oraz o aplikacji mobilnej.

Emitent finalizuje także ze swoimi partnerami umowę spółki, która będzie utworzona w ramach realizowanego projektu deweloperskiego w Słomnikach. Rozpoczęły się również prace koncepcyjno-projektowe nad planowaną budową osiedla mieszkaniowego, w ramach którego ma powstać ok. 15 tys. m2 PUM. Całkowita wartość tego projektu szacowana jest na kwotę ok. 100 mln zł brutto. Emitent założył również spółkę zależną Palabra Sp. z o.o., w której posiada 100% udziałów w kapitale zakładowym. Jest to spółka celowa powołana w celu nabycia nieruchomości w Sosnowcu przy ul. Mieroszewskich. Całkowita wartość tej transakcji, która została zrealizowana w lipcu br. wyniosła 9,84 mln zł brutto. Z kolei spółka KPM INVEST Sp. z o.o. wchodząca w skład Grupy Kapitałowej JR HOLDING S.A. otrzymała informację od spółki Biurowiec Zamknięta Sp. z o.o., w której posiada 13,5% udziałów, o podpisaniu przez nią przedwstępnej umowy sprzedaży 10-ciu lokali oraz udziału w garażu i nieruchomości gruntowej, w biurowcu HEXAGON w Krakowie za kwotę blisko 5.612 tys. zł brutto. Realizowany projekt budowy i komercjalizacji biurowca klasy A- stanowi rozszerzenie dotychczasowej działalności Spółki w obszarze nieruchomości komercyjnych.

„Bardzo dynamicznie przebiega obecnie rozwój spółki StepCloser S.A., która realizuje przyjęty plan rozwoju swojej sieci. Wierzymy, że projekt ten przyniesie nam bardzo duże korzyści w postaci wysokiej stopy zwrotu z inwestycji. Nasz segment nieruchomościowy również pozostaje w fazie mocnego wzrostu, bowiem kluczowe inwestycje przebiegają zgodnie z planem. Uważamy, że przyjęty kierunek rozwoju jest słuszny i pozwoli dalej umacniać naszą pozycję rynkową oraz zwiększać wartość Spółki.” – podsumowuje Prezes Ciszewski.

Grupa Kapitałowa JR HOLDING S.A. zakończyła 2015 rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości 5,64 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających 4,58 mln zł. Spółka planuje wypłatę zaliczki na dywidendę za 2016 r. w wysokości od 0,04 zł do 0,15 zł na 1 akcję, a środki przeznaczone na ten cel będą pochodziły ze sprzedaży Galerii Handlowej RAMZES w Zielonej Górze.

Agility rozwija spedycję kolejową zapewniając połączenia do 11 prowincji w Chinach

Firma logistyczno-spedycyjna Agility, wprowadziła nową usługę transportu kolejowego opartą na regularnych połączeniach kolejowych pomiędzy Polską a Chinami. Firma rozwija spedycję kolejową, zapewniając klientom bezpośrednie połączenia z 11 największymi prowincjami w Chinach.

Transporty z Polski odbywają się trzy razy w tygodniu (wtorek, czwartek, sobota) a, w przypadku wybranych kierunków, także w weekendy. W Chinach pociągi wyjeżdżają z 11 terminali kolejowych, zlokalizowanych w Changsha, Suzhou, Harbin, Dalian, Zhengzhou, Wuhan, Chongqing, Chengdu, Xiamen, Yiwu i Hefei. Do Europy docierają dwoma szlakami komunikacyjnymi – Północnym i Południowym, pokonując dystans ok. 10 tys. km. Czas przejazdu, w zależności od tego, z którego terminala kolejowego w Chinach wyjeżdżają pociągi, wynosi 11 – 22 dni. Natomiast całkowity czas realizacji usługi w systemie door-to-door, od momentu odbioru towaru od klienta w Chinach do jego doręczenia w Polsce i Europie, wynosi od 18 do 23 dni.

„W ostatnim czasie obserwujemy znaczny wzrost zainteresowania transportem kolejowym jako alternatywy dla transportu morskiego. Głównymi klientami są importerzy towarów z Chin, przede wszystkim z branży automotive, przemysłowej, elektronicznej i spożywczej. Decydujące znaczenie ma czas dostawy, koszty i bezpieczeństwo. Transport kolejowy jest znacznie tańszy niż lotniczy. Z kolei przewaga transportu kolejowego nad morskim wynika z krótszego czasu i większego bezpieczeństwa dostaw” powiedział Rafał Strzelec, Station Manager Agility Logistics Polska.

Agility Logistics świadczy kompleksowe usługi frachtu kolejowego, realizując ekspresowe dostawy kontenerowe (FCL) i drobnicowe (LCL). Klientom zapewnia kompleksową obsługę,  m.in. w zakresie załadunku/rozładunku, dystrybucji i obsługi celnej. W Chinach Agility realizuje usługi transportowe w ramach własnej, rozbudowanej sieci logistycznej. Duży zasięg geograficzny, doświadczenie lokalnego zespołu i jeden system logistyczny w znaczący sposób usprawniają cały proces obsługi klientów. Ma to także znaczenie w przypadku szybkiej wymiany danych, np. w obiegu dokumentów niezbędnych przy odprawach celnych czy innych formalnościach.

Agility Logistics oferuje także swoim klientom usługi transportu intermodalnego: droga – kolej  – morze, wykorzystując przewozy kolejowe przy dowozach i odwozach kontenerowych do portów morskich, m.in. w Gdańsku, Gdyni, Hamburgu i Antwerpii.

Polski eksport: wracamy na Wschód?

Najświeższe dane GUS[1] sugerują odwilż w relacjach handlowych ze Wschodem: od trzech miesięcy rośnie eksport polskich produktów do Rosji a od czterech na Ukrainę i Białoruś. I choć prawdziwego sukcesu nie możemy świętować, dopóki na Wschód nie wróci nasza żywność, to na pewno cieszy, że inne branże nie próżnują – wskazują eksperci AKCENTY, instytucji płatniczej realizującej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Polski eksport na wschód 2016
* Kraje Europy Środkowo-Wschodniej: Rosja, Białoruś, Ukraina, Mołdawia i Albania
Zmiana wartości polskiego eksportu w ujęciu rokrocznym w 2016 r. (dane liczone w PLN)
Kraj I I-II I-III I-IV I-V I-VI
Rosja -18,2% -8,9% -4,3% 1,6% 4,8% 4,9%
Ukraina -5,5% 7,5% 12,3% 17,8% 15,7% brak danych
Białoruś -11,0% 9,2% 9,1% 11,3% 12,2% brak danych
Europa Środkowo-Wschodnia* -13,7% -1,7% 2,5% 7,8% 9,1% 9,2%

* Kraje Europy Środkowo-Wschodniej: Rosja, Białoruś, Ukraina, Mołdawia i Albania

Opracowanie: AKCENTA na podstawie danych GUS

Radosław Jarema, ekspert AKCENTY, instytucji płatniczej realizującej i zabezpieczającej płatności w walutach dla eksporterów i importerów, zwraca uwagę, że przez 2 lata rosyjskiego embarga i innych zawirowań na Wschodzie Polska utraciła ogromny dorobek eksportowy. – Jesteśmy w punkcie wyjścia sprzed 5 lat. Na koniec 2015 r. nasz eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej wrócił do poziomu, na którym był w 2010 r. (39 mld PLN).

[1] GUS, Obroty handlu zagranicznego ogółem i według krajów w okresie styczeń czerwiec 2016 roku, http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/ceny-handel/handel/obroty-handlu-zagranicznego-ogolem-i-wedlug-krajow-w-okresie-styczen-czerwiec-2016-roku,1,47.html.

GBP/USD – zbyt duża presja sprzedających

GBP/USD - zbyt duża presja sprzedających 3

Dzisiejszego poranka zapoznaliśmy się z brytyjskimi danymi, które wypadły dobrze. Jednak nie są to dane, które w pełni odzwierciedlają Brexit, ponieważ dotyczą czerwca, a referendum odbyło się pod koniec tego miesiąca. Stopa bezrobocia pozostała bez zmian na poziomie 4,9%. Pozytywnym wydźwiękiem jest spadek liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotny. Konsensus rynkowy oczekiwał wzrost na poziomie 5,2 tysiąca, natomiast odnotowano spadek o 8,6 tysiąca. Nie można zakładać, że Brexit w kilka tygodni przełoży się na masowe zwolnienia oraz spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii. Takie zjawisko będzie rozłożone w czasie, jego skutki zostaną odczute dopiero za kilka miesięcy.

Aktualnie funt szterling jest bardzo znienawidzoną walutą i wyprzedawaną przez szeroką rzeszę inwestorów. Dlatego też bazowym scenariuszem pozostanie obrona wsparcia 1.28 i kontynuacja wczorajszych wzrostów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

W Polsce w motoryzacji pracuje więcej kobiet niż w UE

W Polsce kobiety zatrudnione w branży motoryzacyjnej stanowią prawie 35 proc. ogółu pracowników. To o 10 p.p. więcej niż wynosi średnia Unii Europejskiej – wynika z danych Eurostatu podsumowujących 2015 rok. Co ważne, dane pokazują, że w tej stereotypowo męskiej branży, powoli, ale jednak, przybywa kobiet. W CRS Polska, firmie kontrolującej samochody i części do ich produkcji, struktura zatrudnienia od kilku lat jest stała z podziałem pół na pół pod względem płci. Udział kobiet rośnie natomiast w rekrutacjach firmy – w 2012 roku damskie życiorysy stanowiły 30 proc. wszystkich aplikacji, podczas gdy w tym roku już ponad 40 proc.

Przybywa kobiet w motoryzacji, ale wolno

Jak wynika z danych Eurostatu[1], w Polsce od 2010 roku, z niewielkimi wahaniami, rośnie udział procentowy kobiet w ogólnej liczbie zatrudnionych w motoryzacji. Jeszcze 6 lat temu płeć żeńska stanowiła niecałe 30 proc. pracowników branży, by w 2015 roku osiągnąć poziom prawie 35 proc. W całej Unii Europejskiej udział ten pozostaje bez większych zmian – w 2010 roku kobiety zajmowały niecałe 23 proc. wszystkich stanowisk w motoryzacji, by pod koniec 2015 roku przekroczyć 24 proc. Warto zatem zwrócić uwagę, że zarówno pod względem różnicy między liczbą kobiet i mężczyzn w branży samochodowej, ale również tempa wzrostu odsetka płci żeńskiej w motoryzacji, Polska przewyższa Unię Europejską.

Holandia i Bułgaria na przeciwległych biegunach

Według danych Eurostatu, w 2015 roku w branży motoryzacyjnej w UE pracowało ponad 3,2 mln osób. W Polsce w automotive zatrudnionych w tym samym czasie było 255 tys. pracowników. Europejskim pionierem pod względem liczby pracujących w motobranży są Niemcy – 1,1 mln zatrudnionych, ale tylko 18 proc. z nich stanowią kobiety.

W Europie najniższy odsetek kobiet pracujących w automotive jest w Holandii. W tym kraju tylko 8 proc. zatrudnionych w motoryzacji stanowią przedstawicielki płci żeńskiej. Na drugim końcu bieguna znajduje się Bułgaria, gdzie kobiety stanowią aż 58 proc. ogółu zatrudnionych w motobranży. Polska ze swoim wynikiem na poziomie prawie 35 proc. plasuje się w połowie stawki.

Układ pół na pół w CRS Polska

W CRS Polska, który zatrudnia ponad tysiąc osób w kontroli jakości samochodów i części do nich, kobiety są tak samo liczną grupą jak mężczyźni. W naszej firmie, ze względu na duże zapotrzebowanie na usługi kontroli jakości części motoryzacyjnych, prowadzimy nawet kilkaset rekrutacji miesięcznie. Szukamy najczęściej kontrolerów jakości, wśród których coraz liczniej reprezentowane są kobiety. Już teraz stanowią one ponad 40 proc. ogółu starających się o tę pracę, co bardzo nas cieszy, bo często to właśnie żeńska część aplikujących ma lepsze kwalifikacje mówi Marzena Jurkiewicz, Prezes Zarządu CRS Polska. – Duży odsetek kobiet zainteresowanych pracą w naszej firmie, przekłada się na strukturę zatrudnienia, którą już od kilku lat można łatwo określić jako pół na pół – dodaje Marzena Jurkiewicz.

[1] http://ec.europa.eu/eurostat/web/products-datasets/-/lfsa_egan22d

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Dywidendowa moda nad Wisłą

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Od dłuższego czasu świat ogarnia moda na dywidendowe akcje, która ostatnio przybrała na sile. Główną tego przyczyną są coraz niższe rentowności obligacji, co zachęca inwestorów do poszukiwania instrumentów dających wyższe stopy dochodu. W konsekwencji rośnie zainteresowanie akcjami spółek dywidendowych, których średnia stopa dywidendy przekracza 1,5%, czyli oprocentowanie 10-letnich obligacji skarbowych w USA. Dodatkowym bodźcem jest negatywna rentowność, która trapi spektrum rynku długu wartego globalnie już 13 bilionów dolarów. Jak w tym środowisku zachowują się wspomniane akcje dywidendowe? Niech wypowiedzą się stopy zwrotu, które na rynku amerykańskim od początku roku przekraczają 15%, przy o połowę mniejszym wzroście indeksu S&P500. Najlepiej prezentuje się spektrum spółek użyteczności publicznej, których fundusz ETF od początku roku zyskał już ponad 20% i jednocześnie radzi sobie najlepiej od momentu wyznaczenia poprzedniego historycznego maksimum majem 2015 roku. To specyficzny charakter hossy, która opiera się na spółkach o bezpiecznym profilu, których główną zaletą jest wypłacana dywidenda. Jak się ten obraz kształtuje nad Wisłą? Na pierwszy rzut oka znacznie gorzej. Gromadzący spółki dywidendowe indeks WIGdiv od początku roku zyskuje skromne 3,5%, co jest nieco słabszym wynikiem od całego rynku, który w postaci indeksu WIG zyskał 4%. W minionym roku kondycja spółek dywidendowych była jeszcze gorsza, gdyż przy spadku rynku o ok. 10%, one przyniosły inwestorom straty na poziomie 16,8%. Wiązało się to z przerwaniem wcześniejszej niezłej passy, jako że od momentu startu indeksu w 2011 roku, do końca 2014 roku zyskał on 15,2%, czyli około dwa razy więcej od całego rynku. Tym samym uwidoczniło się ryzyko, które dotknęło głównie największe spółki, w których państwo nierzadko jest znacznym udziałowcem. Jeżeli jednak postaramy się ten element usunąć z naszego potencjalnego portfela, to zacznie się wyłaniać inny, optymistyczny obraz. Aby to zobrazować wyeliminowałem z indeksu WIGdiv spółki jednocześnie wchodzące w skład indeksu WIG20, a pozostałym dla uproszczenia nadałem równe wagi. Tak skonstruowany portfel 22 małych i średnich spółek od początku roku dał zarobić 9,3%. W poprzednim roku jego stopa zwrotu sięgnęła 7,4% i są to obliczenia nieuwzględniające dywidend. Trzeba więc dodać średnią stopę dywidendy, która aktualnie przekracza 5%. Tym samym okazuje się, że GPW po raz kolejny potrafi pozytywnie zaskoczyć, trzeba tylko nieco skalibrować dobór spółek dywidendowych.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Liczba wypadków z udziałem osób po spożyciu alkoholu niższa o ponad 11 proc. Rośnie świadomość społeczeństwa na temat odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu

CEO Magazyn Polska
Ze statystyk policyjnych wynika, że w 2015 roku zmniejszyła się liczba wypadków, w których uczestniczyły osoby po spożyciu alkoholu – było ich 11,2 proc. mniej niż rok wcześniej. Świadomość społeczeństwa na temat odpowiedzialnej konsumpcji alkoholu rośnie m.in. dzięki kampaniom organizowanym przez producentów piwa. Kompania Piwowarska wystartowała z nową akcją „Bądź mądry”, w której przy wsparciu znanych blogerów i za pomocą specjalnie zaprojektowanych koszulek promuje trzeźwość wśród kierowców, a także niespożywanie alkoholu przez kobiety w ciąży i nieletnich.

– Piwo jest z nami od tysięcy lat i zawsze było napojem spożywanym podczas spotkań towarzyskich. Zarówno dla Kompanii Piwowarskiej, jak i dla całej branży kluczowe jest to, by ludzie rozumieli, że piwo jest napojem, który należy pić w sposób umiarkowany i odpowiedzialny. Od wielu lat prowadzimy różne kampanie, które edukują naszych konsumentów w zakresie odpowiedzialnej konsumpcji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrew Highcock, prezes Kompanii Piwowarskiej.

Alkohol, nawet w małym stężeniu, może nieść ze sobą zagrożenia. Dlatego Kompania Piwowarska promuje odpowiedzialną konsumpcję i ostrzega przed prowadzeniem samochodu po spożyciu alkoholu i przed konsekwencjami sięgania po alkohol przez kobiety w ciąży oraz przez nieletnich.

 W odniesieniu do kierowców podejmujemy szereg działań. Jednym z nich jest strona internetowa abcalkoholu.pl. Oferujemy też specjalną aplikację mobilną, która jest „alkomatem w telefonie” i pozwala sprawdzić orientacyjny poziom alkoholu w organizmie – wskazuje Highcock.

Bezpłatną aplikację mobilną Sprawdź Promile dotychczas pobrało na telefon ponad 280 tys. ludzi.

– Wśród licznych inicjatyw, które prowadzimy, jest również „Trzeźwobus”. W ubiegłym roku odwiedził 9 dużych imprez plenerowych i muzycznych, podczas których 28 tys. osób miało się okazję przebadać alkomatem. Tylko na tegorocznym Przystanku Woodstock skorzystało z tej możliwości 35 tys. osób. To o 50 proc. więcej niż w ubiegłym roku – mówi prezes Kompanii Piwowarskiej.

Łącznie liczba osób zaangażowanych w programy podniesienia świadomości bezpieczeństwa na drodze prowadzone przez Kompanię Piwowarską wyniosła w ubiegłym roku ponad 460 tys. Takie inicjatywy przynoszą efekty. Z raportu „Wypadki drogowe w Polsce w 2015 roku” przygotowanego przez Biuro Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji wynika, że w 2015 roku liczba wypadków, w których uczestniczyły osoby po spożyciu alkoholu, spadła o 11,2 proc. w porównaniu z 2014 rokiem. O ponad 14 proc. spadła liczba wypadków spowodowanych przez takie osoby.

 Według naszego wewnętrznego raportu CSR nasze przekazy dotyczące negatywnych konsekwencji spożywania alkoholu w ciąży w ubiegłym roku dotarły do blisko 1,35 mln Polaków – dodaje Highcock.

W ramach przeciwdziałania sprzedaży alkoholu nieletnim przede wszystkim przed imprezami masowymi Kompania Piwowarska szkoli sprzedawców, jak reagować w sytuacji, gdy nastolatek próbuje kupić alkohol. Ostatnie badania CBOS przeprowadzone na zlecenie ZPPP „Browary Polskie” pokazują, że dorośli mają ogromny udział w inicjacji alkoholowej młodzieży. Uczestniczący w badaniu nastolatkowie deklarowali, że w takiej sytuacji najczęściej alkohol pochodził od dorosłych znajomych, którzy kupili niepełnoletniemu napoje procentowe (34,2 proc.), albo od domowników, którzy poczęstowali nastolatka alkoholem np. podczas rodzinnej uroczystości (33,8 proc.). To udowadnia, jak istotne jest to, by dorośli nie ułatwiali niepełnoletnim dostępu do alkoholu.

– Dotychczas promowanie niespożywania alkoholu w ciąży, niesprzedawania alkoholu nieletnim i nieprowadzenia samochodu po alkoholu to były trzy odrębne inicjatywy. Teraz łączymy je pod wspólnym szyldem w ramach kampanii „Bądź mądry” – zapowiada prezes Kompanii Piwowarskiej.

Kampania ruszyła 11 sierpnia i nawiązuje do znanego mema z facebookowego profilu „Bądź jak oni”, który w krótkim czasie zgromadził na Facebooku ponad 130 tys. fanów.

– Chcemy lepiej wykorzystywać popularne kanały komunikacji w internecie i dlatego stworzyliśmy serię filmów we współpracy z 10 popularnymi blogerami, którzy podzielają naszą troskę o umiarkowaną i odpowiedzialną konsumpcję alkoholu – wskazuje Highcock.

Na potrzeby kampanii powstała seria 30-sekundowych filmików z udziałem blogerów, m.in. Michała Góreckiego, Malwiny Bakalarz, Michała Kopika czy Natalii Tur. Każdy umieścił film z własnym przesłaniem w swoich kanałach social media, m.in. na Instagramie, YouTube i Facebooku. Bohaterowie filmów są też ubrani w koszulki zaprojektowane specjalnie na potrzeby akcji: ze znaczkiem „Nigdy nie jeżdżę po alkoholu” (i hasłem „Jestem mądry/a i dobrze się prowadzę”), „Alkohol. Tylko dla pełnoletnich” (i hasłem: „Jestem mądry, trzeźwy i przystojny” lub „Jestem mądra, trzeźwa i seksowna”) oraz  „W ciąży nie piję alkoholu” (z hasłem: „Jestem mądra i to mi nie ciąży”).

– W kampanii „Bądź mądry” mamy do zakomunikowania bardzo ważny przekaz. Jednocześnie rozumiemy, że jeżeli chcemy zyskać wsparcie dla tej inicjatywy, to musimy ten przekaz podawać w sposób lekki, bez moralizowania. Koszulki z mądrymi hasłami mają zachęcić ludzi, by dołączyli do naszej akcji. To nasz wkład w promowanie odpowiedzialnej i umiarkowanej konsumpcji alkoholu – podkreśla Andrew Highcock.

DM BOŚ: pracownicze plany kapitałowe dadzą pokaźny zastrzyk polskiemu rynkowi kapitałowemu

Łukasz Bugaj
Zaproponowany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego plan reformy emerytalnej polegający na utworzeniu pracowniczych lub indywidualnych planów kapitałowych mógłby wesprzeć polską giełdę  uważa Łukasz Bugaj z Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowiska. Reforma miałaby wejść w życie w 2018 r.

– Mowa była o kwotach rzędu kilkunastu miliardów złotych rocznie i to jest pokaźna suma. Oczywiście nie wszystko trafiłoby na rynek kapitałowy, ponieważ jest chęć rozwoju obligacji infrastrukturalnych, czyli rynku długu z jednej strony, z drugiej strony rynku nieruchomości – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Powstanie zdywersyfikowana paleta, niemniej jest to kwota istotna, szczególnie w kontekście stanu obecnego, gdzie można mówić o kwocie zero, a nawet minusowej ze względu na działający suwak.

Według projektu wicepremiera Morawieckiego od 2018 roku miałyby ruszyć pracownicze plany emerytalne, które przedsiębiorcy musieliby zaprezentować pracownikom i utworzyć na ich rzecz. Na przypisane indywidualnie konta miałyby być odprowadzane obowiązkowo 2 proc. przez pracownika i 2 proc. przez pracodawcę, a dodatkowo istniałaby możliwość dobrowolnego wpłacania dodatkowych 2 proc. wynagrodzenia przez pracownika i 1 proc. przez pracodawcę. Przepis dotyczyć ma firm zatrudniających powyżej 19 pracowników. Mniejsze firmy miałyby w miejsce PPK tworzyć indywidualne plany kapitałowe.

– Będą to nowe środki. Trzeba też podkreślić, że będą to środki obok obecnie działającego pierwszego zusowskiego filara – zauważa Bugaj.– Jest to istotny zastrzyk z punktu widzenia całego kraju, tak jak to zostało zaprezentowane, żeby budować krajowe oszczędności, zawsze był z tym problem.

Po paraliżu OFE spowodowanym przez poprzednie rządy, w tzw. II filarze jest niespełna 140 mld zł. Według planu wicepremiera i ministra rozwoju 35 mld zł z tej kwoty miałoby trafić na Fundusz Rezerwy Demograficznej, a ponad 100 mld zł na indywidualne konta emerytalne przyszłych emerytów.

– Trzeba powiedzieć, że jednak w ostatnim okresie zarobki polskiego społeczeństwa są większe, ono jest bogatsze, przynajmniej statystycznie rzecz biorąc. I to powoduje, że już są środki i możliwości do odkładania, tylko potrzeba z jednej strony systemu zachęt, i tu jest nadzieja, że to zostanie uruchomione, a z drugiej strony edukacji i podnoszenia świadomości, że jednak trzeba oszczędzać i od tego w tym momencie nie uciekniemy – podkreśla analityk DM BOŚ.

Pracownik po kilku miesiącach mógłby z PPK zrezygnować. Jeśli jednak tego nie zrobi, to przy 5,5 mln zatrudnionych w przedsiębiorstwach i średniej pensji w wysokości ok. 4300 zł do Funduszu trafi niemal miliard zł miesięcznie. Pieniądze te miałyby być zarządzane i inwestowane przez Polski Fundusz Rozwoju utworzony w miejsce Polskich Inwestycji Rozwojowych.

– Naturalnym beneficjentem powinien być rynek kapitałowy i de facto to będzie z korzyścią dla wszystkich stron. Czyli z jednej strony dla rynku kapitałowego, który domaga się tego kapitału i powinien się domagać właśnie ze względu na korzystny wpływ na gospodarkę, jaki wywiera ten rynek kapitałowy, a z drugiej strony dla inwestorów. Bo jeżeli będzie napływ środków, to giełda się ożywi i handel też powinien lepiej wyglądać.

Budowa dróg pogrążyła wielu wykonawców. Branża liczy na nowe kontrakty, ale na zmienionych zasadach

CEO Magazyn Polska

Wielkie inwestycje drogowe w ramach poprzedniej perspektywy finansowej UE zaowocowały tysiącami kilometrów nowych tras w Polsce. Niedoskonałe procedury pogrążyły przy okazji wielu wykonawców. W nowej perspektywie branża drogowa chce uniknąć wcześniejszych błędów, dlatego liczy na zmiany zasad. Jedną z nich jest odejście od kryterium najniższej ceny, lepsza współpraca z zamawiającym oraz pełne wdrożenie międzynarodowych standardów realizacji inwestycji, tzw. procedur FIDIC.

– Zasadniczo są trzy kluczowe problemy. Pierwszy to gwarancje, które trzeba wnieść, startując do przetargu. Tutaj bardzo ważna jest współpraca z bankami i ich zaufanie do firm drogowych, a z tym może być bardzo różnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Wyszyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Wykonawców Nawierzchni Asfaltowych (PSWNA). – Druga sprawa to bieżąca obsługa kontraktów. W związku z tym, że zamawiający chcą wspierać firmy wykonawcze, jest możliwość brania przedpłat. W starym rozdaniu te przedpłaty nie były jednak zbyt duże. Co więcej, muszą być jeszcze zabezpieczone gwarancją bankową i wracamy do punktu wyjścia.

Trzecią kwestią jest wojna cenowa, jaką na rynku w poprzednich latach wywołało kryterium najniższej ceny. To okazało się jedną z głównych przyczyn problemów w branży budowlanej i ostatecznie pogrążyło wiele firm. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa szacuje sądowe roszczenia wykonawców dróg z poprzednich lat na łącznie 10 mld zł.

W ocenie Wyszyńskiego do tej pory największą bolączką były duże błędy w dokumentacjach, które powodowały problemy w realizacji kontraktów, w tym opóźnienia czy spory z zamawiającym. To mocno komplikowało wykonywanie kontraktów i narażało firmy na straty. Najwyższa Izba Kontroli w ubiegłorocznym raporcie kontroli inwestycji drogowych wytykała m.in. brak rzetelnego nadzoru ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad na etapie przygotowania dokumentacji projektowej. Efektem były błędy w obliczaniu kosztów planowanych prac projektowych czy błędnie przygotowane projekty wykonawcze i technologiczne. Łączną wartość roszczeń zgłoszonych przez wykonawców oraz dodatkowych prac budowlanych na skontrolowanych inwestycjach NIK obliczył na 63 mln zł.

– Próby rozwiązania takich sytuacji idą w kierunku procedur „zaprojektuj i wybuduj”, czyli firma sama przygotowuje dokumentację. Wtedy nie ma wprawdzie rozbieżności między dostarczoną dokumentacją a oczekiwaniami wykonawcy, jednak wydłuża to procedurę i przesuwa część odpowiedzialności na wykonawcę – wskazuje prezes PSWNA.

Jego zdaniem tego typu formuła powinna być stosowana w inwestycjach, w których wykorzystane będą nowoczesne technologie i innowacyjne rozwiązania. W tradycyjnych projektach lepiej sprawdzi się formuła, w której to zamawiający dostarcza dokumentację.

Wyszyński podkreśla, że znaczącą poprawę jakości procedur przy kontraktach drogowych przyniosłoby zastosowanie pełnego zapisu systemów FIDIC.

– To jest system opracowany do realizacji projektów. Ostatnio był stosowany w kadłubowej formie, z pewnymi skreśleniami. Jeżeli jednak się wyłącza pewne elementy, to już trudno nazwać to systememstwierdza Wyszyński.

FIDIC, czyli Międzynarodowa Federacja Niezależnych Inżynierów Konsultantów, wypracowała jednolite procedury przetargowe dla uzyskania i oceny ofert na wykonanie robót budowlano-inżynierskich oraz przejrzyste zasady wyboru wykonawcy. Istotną rolę w procedurach FIDIC spełnia funkcja inżyniera, który może występować jako inżynier kontraktu, inżynier doradca czy inżynier konsultant.

– Uważam, że należy doprowadzić do sytuacji, gdzie pierwszym przetargiem będzie wybór inżyniera kontraktu, czyli nadzorcy, który będzie uczestniczył w dalszej procedurze przetargowej i jego obowiązkiem będzie zapoznanie się z dokumentacją i zgłoszenie uwag – dodaje prezes PSWNA. – Co prawda, może to trochę wydłużyć procedurę, ale w ten sposób potencjalne problemy firmy, która wejdzie na plac budowy z całym swoim potencjałem, ludźmi i maszynami, zostaną ograniczone do minimum.

Ocenia, że ostatecznie cały okres od rozpoczęcia do zakończenia inwestycji powinien ulec skróceniu, bo czas analizy dokumentacji w porównaniu z czasem rozwiązywania problemów bezpośrednio na kontraktach będzie relatywnie krótszy. To przełoży się na ekonomiczny wymiar kontraktu.

Jak wynika z badania „Stan otoczenia biznesowego sektora budowlanego w Polsce” KPMG i PZPB, generalni wykonawcy i podwykonawcy z umiarkowanym optymizmem patrzą w przyszłość (3,4 pkt na 5). Mają nadzieję na ożywienie i wzrost popytu, które przełożą się na możliwość pozyskania korzystniejszych zamówień. Przedsiębiorstwa starają się być bardziej uważne i ostrożnie kalkulują ryzyko.

Z raportu Euler Hermes wynika, że od stycznia do maja liczba upadłości firm w całym sektorze budownictwa wzrosła o 7 proc. Wprawdzie w ostatnich trzech miesiącach dynamika wzrostu wyhamowała, ale nie zniknęła przyczyna problemów – kilkunastoprocentowy spadek wartości rynku prac budowlanych.

Wielkie inwestycje drogowe w ramach poprzedniej perspektywy finansowej UE zaowocowały tysiącami kilometrów nowych tras w Polsce. Niedoskonałe procedury pogrążyły przy okazji wielu wykonawców. W nowej perspektywie branża drogowa chce uniknąć wcześniejszych błędów. Dlatego liczy na zmiany zasad. Jedną z nich jest odejście od kryterium najniższej ceny, ważne są także lepsza współpraca z zamawiającym oraz pełne wdrożenie międzynarodowych standardów realizacji inwestycji FIDIC.

Wezwanie na akcje Kredyt Inkaso szansą na rozwiązanie konfliktu w spółce. Przyspieszą inwestycje i ekspansja zagraniczna

CEO Magazyn Polska
Liczymy, że poprzez wezwanie funduszu Waterland do sprzedaży akcji Kredyt Inkaso uda się rozwiązać istniejący konflikt w akcjonariacie – ocenia Paweł Szewczyk, prezes spółki. Stabilny inwestor wesprze firmę w realizacji strategii, a większe emisje obligacji pozwolą na zwiększenie inwestycji. Kredyt Inkaso chce również wejść do Serbii i innych krajów bałkańskich i docelowo stać się liderem Europy Środkowo-Wschodniej w zarządzaniu wierzytelnościami.

Niezależny fundusz private equity Waterland Private Equity Investments wezwał do sprzedaży akcji giełdowej spółki Kredyt Inkaso, firmy zarządzającej portfelami wierzytelności. To łącznie ponad 8,5 mln akcji, które stanowią 66 proc. kapitału zakładowego spółki.

 W obecnej sytuacji to wezwanie jest jednym ze sposobów rozwiązania konfliktu w akcjonariacie. Zaproponowana cena 22 zł, uwzględniając aktualną sytuację Kredyt Inkaso, odzwierciedla godziwą wartość spółki. Stanowisko zarządu jest więc pozytywne i mamy nadzieję, że dzięki wezwaniu uda się rozwiązać istniejący konflikt – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Szewczyk, prezes Kredyt Inkaso.

Jeśli w wyniku wezwania Waterland uzyska co najmniej 60 proc. udziału w kapitale zakładowym, zobowiązuje się nabyć akcje. Uzyskanie dominującej pozycji w spółce i zwiększenie swoich przedstawicieli w radzie nadzorczej może być lekarstwem na patową sytuację w spółce. Jak wskazuje Szewczyk, konflikt z Best SA – największym obecnie akcjonariuszem, który od września 2015 roku ma 33 proc. akcji Kredyt Inkaso – trwa od lutego. Do pogorszenia relacji doszło, gdy zarząd i nowy akcjonariusz nie potrafili się porozumieć w sprawie ustalenia, ile akcji po połączeniu Kredyt Inkaso dotychczasowi akcjonariusze mogliby wymienić na jedną akcję Bestu.

Prezes podkreśla, że gdyby wezwanie do sprzedaży akcji się nie powiodło, byłby to najgorszy scenariusz dla spółki, zwłaszcza że nie ma obecnie szans na zażegnanie sporu, który dotyczy nawet składu rady nadzorczej i tego, kto ma prawo do funkcji prezesa.

 To konflikt szkodzący spółce – ocenia Paweł Lisicki, wiceprezes zarządu Kredyt Inkaso. – Utrzymujący się spór uniemożliwia zarządowi realizację strategii, która została przyjęta na kolejne lata. Mimo że Kredyt Inkaso może emitować dług w postaci obligacji w celu finansowania dalszego rozwoju, to zainteresowanie rynku w sytuacji trwającego konfliktu jest ograniczone – podkreśla.

Sytuacja w spółce negatywnie też wpływa na współpracę z kontrahentami. Zdaniem Lisickiego pierwsze negatywne efekty są już widoczne.

 Inną konsekwencja jest niepewność dalszych perspektyw funkcjonowania spółki z punktu widzenia kluczowych menadżerów. W naszej ocenie może to powodować, że będą oni rozważać możliwość odejścia ze spółki, szukając stabilizacji poza strukturami naszej organizacji – analizuje wiceprezes spółki.

Jeśli wezwanie się nie powiedzie, spółka ma również możliwość sprzedaży portfeli i wypłaty akcjonariuszom dywidendy. Ta jednak byłaby odsunięta w czasie nawet o rok, dopiero po spłacie wszystkich zobowiązań. Wymuszona sprzedaż portfela powodowałaby, że trudno byłoby uzyskać dobrą cenę.

– Gdyby udało się skonsolidować akcjonariat, byłoby to dla spółki i dla akcjonariuszy najlepsze rozwiązanie. Rozdrobnionym akcjonariuszom umożliwia to wyjście i uzyskanie gotówki za swoje akcje, natomiast spółce kontynuację realizacji strategii – ocenia Szewczyk.

Kredyt Inkaso działa w Polsce, Rosji, Rumunii, Bułgarii i Chorwacji. Silna konkurencja na krajowym rynku sprawia, że spółka chce dywersyfikować portfel i rozwija działalność na rynkach zagranicznych. Do końca 2016 roku chce kupić pierwsze portfele kredytowe w Chorwacji. Zapowiada też wejście na rynek serbski.

– Spółka ma możliwość emitowania długu, a z drugiej strony potencjalni obligatariusze ze względu na konflikt nie będą obejmować obligacji albo obejmą je po wyższej cenie. Liczymy, że jeżeli wezwanie się powiedzie, to spółka będzie mogła rozwijać swoją działalność na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej i będzie mogła zwiększyć zakres inwestycji poprzez większe emisje obligacji. Obecnie nasz wskaźnik zadłużenia jest stosunkowo niski na tle firm w branży. Będziemy też mogli skutecznie konkurować z największymi firmami – tłumaczy prezes.

W tym roku Kredyt Inkaso planuje przeprowadzenie publicznej emisji obligacji dla klientów detalicznych o wartości 150 mln zł. W roku finansowym 2016–2017 na zakup portfeli wierzytelności w ramach inwestycji własnych oraz ko-inwestycji spółka będzie mogła przeznaczyć ok. 300 mln zł.

Stabilny inwestor wesprze też spółkę w realizacji strategii, która docelowo ma pozwolić stać się jej liderem rynku wierzytelności w regionie Europy Środkowo- Wschodniej.

 Chcemy, aby Kredyt Inkaso było bardziej aktywne w nowych segmentach produktowych: wierzytelnościach hipotecznych, wierzytelnościach SME zabezpieczonych i wierzytelnościach korporacyjnych. Dzięki stabilnemu inwestorowi z dostępem do dodatkowego finansowania będziemy mogli pozwolić sobie na działania zwiększające efektywność, wzmocnić się kompetencyjnie, rozbudować strukturę korporacyjną, aby przygotować się na skuteczną rywalizację z największymi firmami w branży – zapowiada Paweł Szewczyk.

Jest szansa, że Polacy zaczną masowo inwestować w nieruchomości komercyjne. Trwają prace nad wprowadzeniem REIT-ów do krajowego prawa

CEO Magazyn Polska
Coraz bliżej utworzenia na polskim rynku REIT-ów, czyli funduszy lub spółek inwestujących w nieruchomości komercyjne. Umożliwia on inwestowanie zarówno inwestorom instytucjonalnym, jak i indywidualnym nawet niewielkich kwot. Trwają prace nad stroną prawną przedsięwzięcia. Zdaniem Stowarzyszenia REIT Polska potrzebna jest specustawa lub zmiany w ustawach, m.in. podatkowych, bo podmioty te powinny być zwolnione z podatku od osób prawnych.

Potencjał spółek nieruchomościowych typu REIT jest ogromny – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosława Walecka-Agria ze Stowarzyszenia REIT Polska. – Zakładamy, że w każdym mieście wojewódzkim jest co najmniej kilka nieruchomości komercyjnych. Nie są to tylko biurowce, ale także powierzchnie magazynowe na obrzeżach miast. Także sektor samorządowy, państwowy może prywatyzować poprzez komercjalizację funduszami czy spółkami typu REIT.

Program budowy kapitału ma być jednym z pięciu filarów Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju autorstwa wicepremiera i ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego. Jego elementem ma być budowanie oszczędności Polaków, m.in. poprzez umożliwienie inwestycji w tzw. REIT-y, czyli spółki lub fundusze inwestujące w duże i drogie nieruchomości komercyjne, jak biurowce czy centra logistyczne. Dzięki temu prywatny inwestor, którego nie byłoby stać na tego typu zakup w całości, może partycypować w korzyściach z takich inwestycji. Mogą one być przedmiotem inwestycji także funduszy emerytalnych, gdyż są uznawane za bezpieczne. To rozwiązania od dawna działa w innych krajach.

W poszczególnych krajach zarówno Unii Europejskiej, jak i Stanów Zjednoczonych rozwiązania typu REIT istnieją od wielu lat. W krajach młodszych, jak Bułgaria, takie rozwiązania powstały niedawno. Są to przedsiębiorstwa lubiane przez fundusze inwestycyjne, także państwowe, które zarządzają portfelami emerytalnymi – potwierdza Walecka-Agria. – Powinniśmy jak najbardziej dążyć do tych rozwiązań prawnych i do wykorzystania możliwości, jakie dają REIT-y w Polsce.

Podmioty typu REIT byłyby zobowiązane do inwestowania co najmniej 70 proc. aktywów w nieruchomości (na wynajem oraz sprzedaż) oraz reinwestowania 95 proc. zysków ze sprzedaży w ten sektor w razie niewypłacenia go inwestorom. Równocześnie musiałyby wypłacać co najmniej 80 proc. zysków tytułem dywidendy, dlatego mają być zwolnione z podatku CIT. Fiskusowi zapłacą inwestorzy poprzez podatek Belki. Do tego potrzebne są zmiany w ustawach.

Są dwie drogi uregulowania funduszy i spółek typu REIT. Jedna to jest stworzenie specustawy, która pochyli się nad REIT-ami całościowo, a druga to nowelizacja kilku ustaw, przede wszystkim ustaw podatkowych. Bardzo ważną kwestią jest to, że REIT-y powinny być zwolnione z CIT-u, gdyż stała dywidenda powoduje, że nasz inwestor płaci podatek od dywidend. Tak to działa w całej Europie i na świecie – mówi przedstawicielka Stowarzyszenia REIT Polska. – Tak jak fundusze inwestycyjne są zwolnione podmiotowo z CIT-u, tak i REIT-y w założeniu swoim też powinny.

REIT-y na polskim rynku mają – poza sprzyjaniu gromadzeniu kapitału – stymulować rynek nieruchomości i spowodować wzrost udziału rodzimych inwestorów w tego typu inwestycjach.

XTB: złoty powinien się jeszcze umacniać

CEO Magazyn Polska
Nowa propozycja Kancelarii Prezydenta dotycząca kredytów frankowych uspokoiła rynki finansowe. Złoty, który już w lipcu miał tendencję zwyżkową, w sierpniu umocnił się o ponad 10 gr. Zdaniem Michała Stajniaka, analityka X-Trade Brokers, polska waluta ma jeszcze przed sobą potencjał do dalszych wzrostów.

– Złoty jest jeszcze teraz dosyć silny. To wynik przede wszystkim przedstawienia planu frankowego, który wydaje się dosyć pozytywny. Tak naprawdę jest w tym momencie najlepszym rozwiązaniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Michał Stajniak, analityk rynków finansowych X-Trade Brokers Domu Maklerskiego. – Spowodował on, że nie będziemy mieli raczej do czynienia z obniżką ratingu ze strony różnych agencji, wobec czego złoty się umocnił. W tym momencie jest bardzo silny.

Według nowego projektu ustawy frankowej koszt, jaki poniosłyby banki w związku ze zwrotem nadmiernych spreadów, wyniósłby ok. 4 mld zł. To wielokrotnie mniej niż zakładała pierwotna propozycja, której koszt oszacowany został na minimum 45 mld zł. Tymczasem w indeksie WIG20 banków jest pięć, a ich udział w portfelu sięga 37,6 proc. Stąd widmo przewalutowania kredytów ciążyło zarówno polskiej giełdzie, jak i walucie wbrew fundamentom makroekonomicznym.

– Patrząc na same dane gospodarcze, wydaje się, że złoty powinien być jeszcze mocniejszy. Wskaźniki sprzedaży czy zatrudnienia pokazują, że polskie gospodarstwa domowe mają się zdecydowanie lepiej, coraz większe są ich realne dochody – mówi Stajniak. – Biorąc jeszcze pod uwagę inflację, która jest w tym momencie ujemna, więc w ujęciu realnym naprawdę jest całkiem nieźle. Mimo że indeks PMI zaliczył ostatnio wyraźny spadek, jest to jednak wynik lekkiego zastoju na rynku konstrukcyjnym, dlatego wydaje się, że to jest wyłącznie jednorazowy czynnik. Natomiast od strony popytowej mamy całkiem niezłe dane.

Jak podało MRPiPS, w lipcu bezrobocie spadło do 8,6 proc., co według resortu jest poziomem najniższym od 1991 r., a na pewno najniższym w obecnym stuleciu. Zatrudnionych w przedsiębiorstwach jest już ponad 5,75 mln osób, zaś średnie wynagrodzenie w tym sektorze, które po raz pierwszy barierę 4 tys. zł brutto pokonało w grudniu 2011 r., nie spada poniżej jej od marca ub.r. Do tego dochodzi program „Rodzina 500 plus” oraz wzrost siły nabywczej z powodu spadających już od ponad dwóch lat cen.

Perspektywy umocnienia złotego mogą jednak martwić eksporterów, którzy za swe towary wyprodukowane za złote dostaną zapłatę w słabszym euro czy dolarze.

– Umocnienie złotego jest lepsze zarówno dla importerów, jak i eksporterów, dlatego że silniejsza polska waluta pokazuje silniejszą polską gospodarkę. To dobry znak dla naszych partnerów handlowych z zagranicy – przekonuje analityk XTB. – Patrząc z perspektywy kilku lat, złoty wydaje się jeszcze słaby wobec innych walut, więc nie zmienia to długoterminowej perspektywy i długoterminowych umów handlowych. Dlatego sytuacja, kiedy złoty się umacnia, to nie jest zła informacja dla eksporterów.

Bezpośrednio zyskują importerzy, co jednak może się przełożyć na niższe ceny sprowadzanych towarów i może spowalniać powrót do inflacji. W pierwszym półroczu tego roku więcej towarów sprzedaliśmy za granicę, niż importowaliśmy. Od stycznia do czerwca polscy przedsiębiorcy sprzedali do innych krajów towary za blisko 393 mld zł. Wartość importu w tym czasie przekroczyła 374 680 mln zł. Natomiast dobre podstawy gospodarcze w połączeniu z wciąż niskimi cenami powodują, że przez dłuższy czas stopy procentowe nie powinny ulec zmianie.

– Mówiło się, że stopa procentowa mogłaby być obniżona w najbliższym czasie, jednak widać po danych gospodarczych, że nie ma w tym momencie sensu obniżanie stóp procentowych, byłoby to oczywiście złe dla polskiego sektora bankowego – mówi Michał Stajniak. – Jeśli nie mielibyśmy do czynienia z czynnikami ryzyka, czyli m.in. brexitem, sytuacją w Chinach czy np. spowolnieniem gospodarczym w strefie euro, to powinniśmy podwyższać stopy procentowe, jednak inflacja w tym momencie na to nie pozwala. Wydaje się więc, że utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie będzie wspierać polską walutę.

Sfinks zapowiada otwarcia kolejnych restauracji. Największym problemem sieci jest brak pracowników

CEO Magazyn Polska

Trzy nowe restauracje Chłopskie Jadło i cztery nowe Sphinxy to plan rozbudowy sieci restauracji na kolejne miesiące. Sprzedaż w obu tych formatach przez ostatnie miesiące rosła. Rozwój trzeciego formatu – Wook – zaplanowany jest na przyszły rok. Sfinks ma ambitne plany ekspansji mimo trudnej sytuacji na rynku pracy. Dziś największa bolączką restauratorów jest brak pracowników – podkreśla prezes spółki.

– Jest za mało ludzi do pracy i trudno pozyskiwać nowych pracowników. Z tego powodu pojawia się presja płacowa, ale nie jest ona aż tak istotna w wielu miejscach w Polsce jak właśnie to, że nawet jeśli chce się płacić lepiej, to trudno znaleźć pracowników. To jest chyba dziś główna bolączka restauratorów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Mimo to spółka planuje systematycznie otwierać nowe restauracje. W I półroczu, obejmującym okres od 1 grudnia 2015 do 31 maja 2016, sieć powiększyła się o osiem lokali, w tym m.in. przejęty warszawski pub Bolek, nowe restauracje Sphinx w Katowicach, Sopocie, Łodzi czy Wrocławiu oraz Chłopskie Jadło w Olsztynie.

– W tym roku mamy plany uruchomić jeszcze trzy Chłopskie Jadła, czyli mamy oszałamiający wzrost sieci o 30 proc. – mówi Sławomir Cacek. Jeżeli chodzi o Sphinxy, to mamy zawarte już cztery umowy. Piąty Sphinx to będzie restauracja w Warszawie [w sąsiedztwie hotelu Marriott – red.], przerabiana ze zbyt dużego Wooka, co nie odpowiada tej koncepcji. Trwają kolejne negocjacje i myślę, że będzie więcej Sphinxów niż te umowy, które mamy zawarte.

Jak podkreśla, sprzedaż w restauracji Sphinx wzrosła w ostatnim półroczu o 8 proc., a w Chłopskim Jadle – o 9 proc. Sfinks Polska zarządza łącznie 113 restauracjami, w tym 98 to Sphinx, 11 – Chłopskie Jadło i trzy Wooki (dodatkowo pub Bolek).

– Wook zostawiamy sobie już na przyszły rok na przystawkę. Mamy co prawda dużo prac przewidzianych, cała koncepcja jest w miarę dopracowana. Jeżeli uda się nam znaleźć pod Wooka odpowiedni lokal, to Shanghai Express pewnie przetestuje jeszcze jedną placówkę, żeby być pewnym możliwości rozwoju sieciowego tego konceptu wyjaśnia Sylwester Cacek.

Przy wyborze nowych lokalizacji istotna jest relacja czynszu do spodziewanej sprzedaży. Nad innymi kosztami można bowiem zapanować operacyjnie, natomiast podpisanie umowy najmu lokalu jest zobowiązaniem na lata. Zły wybór pod tym względem miejsca usytuowania lokalu jest częstym powodem porażki w gastronomii. Kolejną kwestią jest takie dobranie lokalizacji, by restauracje wzajemnie nie odbierały sobie klientów.

– Nie ma recepty na to, jak przywiązać klientów, natomiast trzeba robić wszystko, żeby był zadowolony, chciał wracać, aby była atmosfera, odpowiedni klimat i jakość – wskazuje Sylwester Cacek.

W niektórych restauracjach, głównie sieci Chłopskie Jadło (ChJ), spółka testowała ostatnio usługę delivery, czyli sprzedaży przygotowywanego na miejscu jedzenia na wynos. Cacek podkreśla, że wyniki testów były zadowalające i nowy kanał sprzedaży niebawem zostanie szerzej wprowadzony do oferty.

– Wprowadzenie takiej usługi wymaga testów, bo dania dowożone muszą spełniać inne kryteria niż te sprzedawane na miejscu, nie cała karta nadaje się do transportu – wyjaśnia Sylwester Cacek. – Może się okazać, że posiłek smaczny w restauracji po przejechaniu piętnastu minut w szczelnie zamkniętym opakowaniu będzie zupełnie inny. Musieliśmy więc włożyć trochę pracy w kartę dowozu, żeby dostarczane dania zawsze były smaczne, ciepłe i na czas.

P. Szulec: uwagę rynków skupia obecnie sytuacja w Turcji, referendum we Włoszech oraz kampania wyborcza w USA

CEO Magazyn Polska

Referendum w Wielkiej Brytanii dotyczące wystąpienia tego kraju z Unii Europejskiej zostało już przyswojone przez rynki. Zdaniem Piotra Szuleca z Pioneer Pekao Investments obecnie uwagę inwestorów skupia sytuacja w Turcji, referendum we Włoszech oraz kampania wyborcza w Stanach Zjednoczonych. Wydarzenia takie trudno przed faktem wycenić, dlatego na parkietach króluje niepewność.

– Brexit to wydarzenie, które tak naprawdę negatywnie wpłynęło na zachowanie inwestorów tylko na chwilę. Obecnie rynek przyzwyczaił się już do niego – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Szulec, dyrektor ds. komunikacji inwestycyjnej w Pioneer Pekao Investments. – Bardziej zajmuje ich dzisiaj to, co będzie się działo w najbliższych miesiącach.

Zdaniem Piotra Szuleca niepokojące są wydarzenia w Turcji, gdzie kilkanaście dni temu doszło do nieudanej próby wojskowego zamachu stanu. Obecnie trwają poszukiwania winnych oraz szeroka akcja represji politycznych. Prezydent tego kraju Recep Tayyip Erdoğan, dysponujący drugą co do wielkości armią w sojuszu NATO, zmierza ponadto do zacieśnienia stosunków z Rosją.

Inwestorzy obawiają się także zapowiedzianego na październik br. referendum we Włoszech, które ma dotyczyć ewentualnej reformy wyższej izby tamtejszego parlamentu, czyli senatu. Proponowane przez rząd zmiany sięgają bardzo daleko. Jeśli zostaną zaakceptowane, mają poprawić stabilność ustroju politycznego i pozwolić premierowi Matteo Renziemu przeforsować ustawy podnoszące konkurencyjność gospodarki. Według analizy Deutsche Banku, jeżeli reformy zostaną odrzucone, popchnie to Włochy w stronę recesji, masowego odpływu kapitału i wzrostu oprocentowania obligacji.

Zdaniem dyrektora Pioneer Pekao Investments rynek z niepokojem przygląda się również kampanii przedwyborczej w Stanach Zjednoczonych.

Zdarzeń, które mogą mieć jesienią podobny do brexitu, chociaż krótkotrwały, wpływ na rynki, będzie bardzo dużo – zauważa Piotr Szulec. – W tej chwili inwestorzy bardziej myślą o tym, co się wtedy wydarzy, niż miało już miejsce. Niestety, zjawiska takie są bardzo trudne do wyceny, a rynek najgorzej reaguje na niepewność. Tak naprawdę z punktu widzenia inwestorów nie ma większego znaczenia, czy rozstrzygnięcia będą pozytywne czy negatywne. Chodzi o to, że obecnie rynek w ogóle nie ma pojęcia, jak się one potoczą. Dopiero gdy pojawiają się konkretne decyzje, inwestorzy zaczną reagować pozytywnie.

Na początku sierpnia National Institute of Economic and Social Research, najstarsza analizująca stan gospodarki brytyjskiej instytucja, ogłosiła, że Produkt Krajowy Brutto Wielkiej Brytanii w wyniku brexitu może spaść z 2,2 w zeszłym roku do 1,7 proc. w bieżącym. Spowolnienie sygnalizują także niektóre wskaźniki wyprzedzające koniunktury tamtejszej gospodarki.

– Jest bardzo prawdopodobne, że znając te informacje w kontekście dalszych kroków związanych z brexitem, bank Anglii zdecyduje się na kolejne luzowanie polityki monetarnej, czyli redukcję poziomu stóp procentowych, żeby zapobiec czy zwiększać płynność funta na rynku – prognozuje Piotr Szulec.

W Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. Ekolodzy zachęcają do stwarzania miejsc z pokarmem i schronieniem dla owadów

Katarzyna Dytrych

Eksperci Greenpeace wyceniają pracę pszczół w Polsce na ponad 4 miliardy złotych. Populacja tych owadów jest jednak coraz słabsza i masowo wymiera w wyniku chorób, niszczenia ich siedlisk i stosowania szkodliwych środków chemicznych w rolnictwie. Ekolodzy zachęcają więc, by stwarzać miejsca przyjazne pszczołom, przede wszystkim ogrody i balkony pełne kwitnących roślin.

W Polsce jest ponad 470 gatunków pszczół, z czego 222 znajduje się w czerwonej księdze gatunków zagrożonych. I choć pszczoły kojarzą się głównie z produkcją miodu, to fachowcy podkreślają, że od zapylania przez owady pszczołowate uzależniona jest produkcja 30 proc. żywności i 90 proc. owoców.

– Najwięcej wiemy o pszczole miodnej, jest ona jedynym w Polsce owadem hodowlanym, więc co roku badamy, ile tych pszczół przezimowało i jakie są spadki liczebności. Bardzo mało wiemy o dzikich zapylaczach, np. o trzmielach. Nie wiemy, czy ich populacje się zwiększają, czy zmniejszają. A dzikie pszczoły też mają ogromny wpływ na zapylanie, niejednokrotnie one są bardziej efektywne niż pszczoła miodna – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Dytrych, przyrodnik, ekspertka programu „Z Kujawskim pomagamy pszczołom”.

Pszczoły zaczynają pracę wczesną wiosną – zapylają kwitnące sady, łany rzepaku i większość roślin, które są surowcem do produkcji żywności. Bez udziału pszczół ich wiele gatunków nie mogłoby się rozwijać lub ich uprawy dawałyby niewielkie plony. Przyrodnicy wskazują, że w naszej szerokości geograficznej blisko 80 proc. gatunków roślin jest owadopylnych.

– Gdyby pszczół nie było, prawdopodobnie nie mielibyśmy co położyć na talerz. Musielibyśmy zwiększyć w naszej diecie wszelkiego rodzaju zboża, a taka dieta niekoniecznie byłaby dla nas zdrowa, bo jesteśmy jednak przyzwyczajeni do różnorodności pokarmów i wartości, które nam one dostarczają – mówi Katarzyna Dytrych.

Pszczelarze szacują, że w Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. Owady masowo wymierają w wyniku zmian klimatycznych, niszczenia ich siedlisk, chorób i chemizacji rolnictwa. Szkodliwe dla nich jest stosowanie sztucznych nawozów, zwłaszcza w okresie kwitnienia roślin.

– Nie ma jednego głównego czynnika, który byłby odpowiedzialny za spadek liczebności pszczół. To jest szereg różnych czynników – mówi Katarzyna Dytrych.

Wszystkie pszczołowate żywią się nektarem i pyłkiem kwiatowym. To, co może zrobić każdy z nas, to przede wszystkim założyć miejsce przyjazne pszczołom. Eksperci radzą, by przystosować ogrody, balkony i działki tak, by zaspokoić podstawowe potrzeby tych owadów.

– Musimy zadbać o to, aby rośliny, które sadzimy w miejscu przyjaznym pszczołom, były przede wszystkim rodzime, ale też pyłko- i nektarodajne, aby pszczoły mogły się na nich pożywiać. Zbadano, że pszczołom brakuje miejsc schronienia, miejsc do gniazdowania, ale oprócz tego także pożywienia – tłumaczy Katarzyna Dytrych.

Dlatego w zakładanym przez nas miejscu przyjaznym pszczołom powinny znaleźć się rośliny, które kwitną przez cały sezon – zarówno wczesną wiosną, kiedy pszczoły najbardziej potrzebują pokarmu, jak i późną jesienią, kiedy coraz trudniej o pokarm, bo większość kwiatów już przekwitła.

– Warto, by ten zakątek, który zakładami, był półdziki, żeby pszczoły mogły sobie tam też założyć gniazdo – dodaje Katarzyna Dytrych.

Ustawa wiatrakowa = wyższe ceny prądu

Wyższe ceny prądu, zlikwidowanie wielu miejsc pracy oraz straty z powodu kary za niewypełnienie dyrektywy unijnej liczone w miliardach złotych – eksperci przewidują, że takie będą skutki wprowadzenia ustawy wiatrakowej. Polska na niekorzystnych regulacjach może stracić bardzo dużo.

Nowa ustawa wprowadza dwie główne zmiany. Po pierwsze określa mianem budowli całą instalację wiatrową, a nie – jak było do tej pory – wyłącznie fundamenty i wieżę. Oznacza to, że podatek gruntowy odprowadzany od elektrowni wzrośnie kilkukrotnie. Po drugie – reguluje kwestię odległości farm wiatrowych od siedzib ludzkich oraz miejsc cennych przyrodniczo. Dystans ten nie może być mniejszy niż dziesięciokrotność wysokości elektrowni wraz z turbiną. Poza tym inwestycje będą musiały powstawać na podstawie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. „Po wprowadzeniu zmian możemy spodziewać się wyhamowania rozwoju energetyki wiatrowej w Polsce. Będzie to miało poważne konsekwencje dla społeczeństwa” – mówi serwisowi infoWire.pl Maciej Musiał, prezes zarządu Pracowni Finansowej.

Według dyrektywy unijnej do 2020 r. 15% zużywanej energii musi pochodzić z odnawialnych źródeł energii (OZE). Niewypełnienie tego obowiązku może kosztować Polskę od 15 do 20 mld zł rocznie wskutek nałożonej kary. „50% całej energii z OZE pochodzi z elektrowni wiatrowych. Regulacje spowalniające rozwój energetyki wiatrowej utrudnią więc wypełnienie zalecenia dyrektywy, chyba że promowane będą inne źródła energii odnawialnej. Wówczas należy spodziewać się jednak wyższych cen energii. Za produkcję 1 MWh zapłacimy średnio 60 zł więcej” – stwierdza ekspert.

Co ważne, elektrownia wiatrowa zlokalizowana w danej gminie istotnie wspomaga ją finansowo dzięki odprowadzaniu podatku od nieruchomości, PIT-u i CIT-u. Niestety, „z powodu zablokowania realizacji wielu nowych inwestycji wiatrowych samorządy do 2020 r. stracą na podatku od nieruchomości 200 mln zł. Kolejne straty wynikną z mniejszych wpływów z podatków PIT i CIT. Według analizy finansowej TPA Horwath wyniosą ponad 33 mln zł” – zauważa rozmówca. Zatrzymanie rozwoju energetyki wiatrowej oznacza także nieutworzenie 13 tys. miejsc pracy planowanych do 2020 r. oraz ryzyko zwolnień nawet 1 100 osób z branży.

Jak zmienić niską zdolność kredytowa? To da się zmienić!

Jednym z podstawowych warunków uzyskania kredytu hipotecznego jest posiadanie zdolności kredytowej. Na jej wysokość składa się wiele czynników – od dochodów zaczynając, na kosztach utrzymania kończąc. Co zrobić jednak, gdy wyliczona zdolność kredytowa jest za niska? Czy można ją poprawić?

Do obliczania zdolności kredytowej brana jest pod uwagę wysokość naszych dochodów oraz posiadanych zobowiązań, zarówno w postaci zaciągniętych kredytów, jak i posiadanych limitów w koncie i na kartach kredytowych. Doradca kredytowy na podstawie powyższych informacji oraz źródła uzyskiwania dochodów, może określić zdolność kredytową w poszczególnych bankach. A co jeżeli wychodzi nam za mało? Czy można „popracować” nad swoją zdolnością kredytową?

Spłacaj raty w terminie

Jeżeli wiemy, że niedługo będziemy starali się o kredyt hipoteczny, to pamiętajmy, żeby płacić wszelkie rachunki i raty kredytu w terminie. Jeżeli zdarzą się opóźnienia powyżej 30 dni w spłacie dotychczasowych kredytów, to niestety nasza wiarygodność i wartość jako klienta dla banku spada.

Przed pójściem do banku, przypomnijmy sobie wszystkie kredyty i pożyczki zaciągnięte w ostatnim czasie – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych –  My możemy już odetchnąć, bo spłaciliśmy wszystkie należności, ale bank mógł jeszcze nie zdążyć zaraportować tego faktu do Biura Informacji Kredytowej – źródła informacji każdego banku przy ocenie zdolności kredytowej klienta. To właśnie z BIK-u analityk czerpie wiedzę o posiadanych zobowiązaniach i weryfikuje zebrane informacje z tym, co zeznaliśmy we wniosku kredytowym, ale też dowiaduje się, jak solidnie spłacaliśmy zobowiązania do tej pory. W celu uniknięcia niepotrzebnych niespodzianek, warto wcześniej wyciągnąć bezpłatny raport z BIK-u na nasz temat. Jeżeli widnieją w nim zobowiązania już pospłacane, możemy skompletować niezbędne zaświadczenia, jeżeli są opóźnienia – mamy szansę wyjaśnić to z bankiem, który te opóźnienia zgłosił i przygotować wyjaśnienia dla nowego banku.

Pozbądź się zbędnych obciążeń i powalcz o dodatkowe pieniądze

Należy także przeanalizować swoje obecne zobowiązania. Może kredyt, którego rata negatywnie wpływa na naszą zdolność kredytową, uda się spłacić przed czasem. Jeżeli kwota pozostała do spłaty jest już niewielka, to warto. Jak przekonują eksperci z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych, uregulowanie kilku ostatnich rat, może mieć decydujące znaczenie przy decyzji o przyznaniu nam kredytu hipotecznego. Warto także w miarę możliwości zrezygnować z kart kredytowych i limitów na koncie – wszystko to obniża naszą zdolność kredytową.

– Pomyślmy także o dodatkowych  możliwościach zarobkowania. Jeżeli nasze pasje można przekuć w zajęcie zarobkowe i dysponujemy czasem, aby się tym zająć, to jesteśmy w stanie w łatwy i przyjemny sposób poprawić swoją zdolność kredytową – przekonuje Katarzyna Dmowska. –Przypomnijmy sobie także, czy szef nie obiecywał nam ostatnio podwyżki lub awansu – chęć wzięcia kredytu hipotecznego jest idealną okazją do przypomnienia mu o złożonych obietnicach. A może masz możliwości na lepiej płatną pracę, tylko brakowało Ci odwagi i z wygody tkwisz ciągle w tej samej słabo opłacanej pracy? Własne nowe mieszkanie to dobra motywacja do podjęcia nowych wyzwań.

Znajdź wspólnika

Jeżeli żadna z tych opcji nie wchodzi w rachubę, to pozostaje jeszcze współkredytobiorca. Może nim być osoba nawet formalnie nam obca. Pamiętajmy tylko, że będzie ona policzona jako drugie gospodarstwo domowe, czyli od waszych dochodów zostaną odjęte podwójnie koszty utrzymania. Jeżeli jednak zamierzamy prowadzić z tą osobą wspólne gospodarstwo, to wówczas jest to tylko dodatkowa osoba w Twoim gospodarstwie.

– Najważniejsze, o czym musimy jednak pamiętać przy procesie ubiegania się o kredyt hipoteczny, to nieukrywanie niczego. Jeżeli boimy się, że nie przedstawimy w banku odpowiednich zaświadczeń, to lepiej skorzystać z pomocy doradcy kredytowego. Taka osoba wie, jakie zadawać pytania i „wyciągnie” z nas wszystkie niezbędne informacje. Pamiętajmy, że doradca chce nam pomóc w uzyskaniu kredytu, dlatego możemy mieć pewność, że nie będzie działał na naszą niekorzyść. Poza tym, bez względu na to, z jakiego źródła pochodzą nasze dochody, musimy je udokumentować zarówno odpowiednimi zaświadczeniami, kopiami umów i rachunków, jak i wpływami na konto – dodaje Katarzyna Dmowska.

Wyprawka szkolna – wielkie wyzwanie dla budżetu polskiej rodziny

Wakacje powoli dobiegają końca. Nasze dzieci są tuż przed pierwszym, szkolnym dzwonkiem, a wraz z nimi… my. Okres wakacyjny i następujący po nim początek roku szkolnego to spore obciążenie dla naszego budżetu, zwłaszcza, jeśli nie posiadamy oszczędności. Eksperci Lindorff SA podpowiadają, jak postępować, by zarządzać nim rozsądnie i nie wpaść w finansowe tarapaty.

Ile  średnio kosztuje nas szkolna wyprawka?

Jak wynika z raportu CBOS[1] na początku ubiegłego roku szkolnego rodzice, którzy mają dzieci uczęszczające do szkoły podstawowej, gimnazjum lub szkoły ponadgimnazjalnej, wydali na zaspokojenie ich potrzeb związanych z rozpoczęciem roku szkolnego (podręczniki, przybory szkolne, mundurki, obowiązkowe opłaty, np. za ubezpieczenie, czesne, internat, stancję) średnio 1076 zł na rodzinę. Przeciętne wydatki w przeliczeniu na jedno dziecko wyniosły 695 zł. To duży wydatek dla rodzin – kwota ta stanowi bowiem 1/3 średniego wynagrodzenia w Polsce i aż 80% najniższej krajowej.

Wyprawka szkolna – wielkie wyzwanie dla budżetu polskiej rodziny

Początek roku szkolnego dla rodziców, mających dzieci w wieku szkolnym to czas zwiększonych wydatków. Szybko zdamy sobie z tego sprawę, analizując sytuację materialną Polaków. Jak wynika z raportu przeprowadzonego na zlecenie firmy Lindorff SA[2], ponad połowa badanych (56%) stwierdziła, że pieniędzy wystarcza im tylko na podstawowe potrzeby, nie stać ich jednak na większe wydatki. W jeszcze trudniejszej sytuacji znajduje się 15% ankietowanych. Co piąty badany przyznaje, że musi odmawiać sobie wielu rzeczy, aby wystarczyło na codzienne wydatki, a 6% stwierdza, że nie wystarcza im pieniędzy nawet na najpilniejsze potrzeby. Ponadto, aż 58% badanych przyznało, że zarabia poniżej 3 tysięcy złotych netto: co piąty respondent w granicach 2001-3000 zł, tyle samo od 1501 do 2000 zł, natomiast aż 22% poniżej 1500 zł. Eksperci przekonują jednak, że zawsze warto – nawet w przypadku najniższych zarobków – podjąć próbę rozsądnego zarządzania budżetem.

Wyjście z sytuacji – przemyślane zakupy i rozsądne zarządzanie pieniędzmi

  • Zaplanowanie listy zakupów

Zanim staniemy przed sklepowymi półkami, warto zrobić listę niezbędnych dziecku szkolnych przyborów. Dzięki temu unikniemy zakupu niepotrzebnych przedmiotów. Jeśli na zakupy wybierzemy się spontanicznie, istnieje bardzo duże ryzyko, że nasz koszyk wypełni się wieloma „promocyjnymi” produktami, których w rzeczywistości nasze dziecko nie potrzebuje.

  • Kompletując wyprawkę wybierzmy supermarkety

W dużych sklepach i dyskontach w okresie letnim prowadzonych jest wiele akcji promocyjnych na artykuły i przybory szkolne. Warto zatem poświęcić nieco czasu na sprawdzenie, w których marketach możemy liczyć na promocje i wybrać te najatrakcyjniejsze.

  • Przemyślany zakup podręczników

Podręczniki to  jeden z najkosztowniejszych elementów szkolnej wyprawki. Żeby na nich nie zbankrutować,  możemy odkupić je np. od rodziców uczniów starszych klas – a w przypadku, gdy wprowadzone zostały nowe podręczniki – możemy poszukać korzystnych ofert w Internecie. Ponadto, warto zorientować się, czy w szkole naszego dziecka, czy też w innych szkołach w naszym mieście, w czasie wakacji nie będą organizowane kiermasze, na których również możemy zakupić używane podręczniki w korzystnej cenie. Warto wiedzieć także, że w ramach programu opracowanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, rodzice w trudnej sytuacji finansowej mogą skorzystać z oferty bezpłatnych podręczników. (szczegóły nt. projektu można znaleźć na stronie: www.men.gov.pl.)

  • Przeanalizujmy nasze miesięczne wydatki

Aby znaleźć oszczędności, należy dokładnie przyjrzeć się wydatkom i… przeanalizować wszystkie zachcianki czy przyjemności, które sobie fundujemy – szczególnie te, na które regularnie przeznaczamy określoną sumę pieniędzy. Wówczas może się szybko okazać, że dzięki  ograniczeniu ich liczby uda nam się wygenerować pewną sumę, która pozwoli nam sfinansować  szkolną wyprawkę.

Oszczędzanie zacznijmy od mniej ambitnych celów i kwot. Jeśli rezygnując z pewnych przyjemności, odłożymy pieniądze, a w konsekwencji sfinansujemy za nie np. szkolną wyprawkę czy opłacimy dodatkowe zajęcia dla naszych pociech, wówczas uświadomimy sobie, że było warto i będziemy mogli wyznaczyć kolejny cel lub zacząć oszczędzać pieniądze, które zbudują naszą „finansową poduszkę”.

[1] Raport CBOS, „Wydatki rodziców na edukację dzieci w roku szkolnym 2015/2016”, listopad 2015 r.

[2] Raport „Finansowe zwyczaje Polaków”, zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA, kwiecień 2016 r. Ogólnopolskie badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród  członków społeczności badawczej Zymetrii, N=458, osoby w wieku 25-50 lat.

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 16.08.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Toyota Pewne Auto: 19-procentowy wzrost sprzedaży samochodów używanych

  • 9579 sprzedanych samochodów używanych od stycznia do lipca 2016 roku – wzrost o 19%;
  • Toyota Yaris najpopularniejszym używanym autem, oferowanym w programie – sprzedano 1803 egzemplarze. W ofercie również sprawdzone auta innych marek (27 proc. udziału w sprzedaży);
  • Toyota Pewne Auto: 1500 aut w ofercie – każde z Certyfikatem Kontroli Jakości, 65 punktów sprzedaży w całej Polsce, używane auta z gwarancją dostępne również w kredycie SmartPlan;
  • miejsce dla Toyoty za program sprzedaży aut używanych w Niezależnym Badaniu Satysfakcji 2016

Toyota Motor Poland, po 127-procentowym wzroście sprzedaży hybryd w Polsce, odnotowała kolejny rekord, tym razem w kategorii sprzedaży aut używanych. Liczba pojazdów z rynku wtórnego, oferowanych w salonach dealerów marki w ramach cieszącego się dużym zaufaniem klientów programu Toyota Pewne Auto, wzrosła w tym roku o 19 proc.

W okresie od stycznia do lipca 2016 nabywców znalazło 9579 szt. używanych samochodów, w tym 2543 auta marek innych niż Toyota (wzrost o 17 proc. w stosunku do roku 2015). W analogicznym okresie roku 2015 było to łącznie 8068 egzemplarzy, w tym 2177 aut marek innych niż Toyota. Samochody w programie Toyota Pewne Auto są oferowane w 65 punktach sprzedaży na terenie całego kraju. Wśród nich powstało kilka punktów specjalizujących się wyłącznie w sprzedaży samochodów używanych (np. Toyota Carolina Włochy czy niedawno otwarta placówka w Suwałkach). Ich liczba nieustannie rośnie.

W statystykach sprzedaży zdecydowanie dominują używane modele Toyoty. W 2016 roku do nowych właścicieli trafiły 1803 egzemplarze modelu Yaris, 1558 Aurisów, 1185 Avensisów, 1160 Corolli oraz 427 sztuk modelu RAV4.

Program Toyota Pewne Auto obejmuje także samochody innych marek. Ich udział w sprzedaży sięga 27 proc. Do dealerów trafiają przede wszystkim w rozliczeniu, przy sprzedaży nowych Toyot. Średni wiek sprzedawanych w ramach tego programu samochodów to 5 lat. Pewne Auto to także największa oferta używanych aut na stronach programów importerskich w Polsce. Pod adresem www.toyota.pewneauto.pl  dostępnych jest ok. 1500 ofert.

Pewne Auto z Certyfikatem Kontroli Jakości

Toyota Pewne Auto to nie tylko nazwa programu, ale też gwarancja jakości oferowanych w nim, używanych samochodów. System kontroli jakości jest jednolity dla całej sieci Toyoty w Polsce. Oceny pojazdu dokonują wykwalifikowani mechanicy, przy użyciu ścieżki diagnostycznej i z wykorzystaniem specjalistycznych narzędzi. Każdy pojazd podlega identycznej weryfikacji, która znajduje potwierdzenie w specjalnym dokumencie. Wystawiany na zakończenie tej procedury Certyfikat Kontroli Jakości jest świadectwem przeprowadzenia wielopunktowego, szczegółowego badania pojazdu.

Każdy samochód, który trafia do sprzedaży w ramach programu, przechodzi skrupulatny przegląd, obejmujący sprawdzenie stanu karoserii i wnętrza pojazdu oraz wszystkich jego układów z kontrolą ich działania. Weryfikowana jest zgodność numeru nadwozia z dokumentami, sprawdzana szczelność układów, funkcjonowanie silnika i układu przeniesienia napędu, geometria zawieszenia, działanie i ustawienie świateł. Szczególną uwagę przywiązuje się do sprawdzenia elementów kluczowych dla bezpieczeństwa, takich jak układ hamulcowy i kierowniczy czy pasy bezpieczeństwa. Wykonywana jest jazda próbna oraz testy na ścieżce diagnostycznej.

Pewne Auto z gwarancją i finansowaniem SmartPlan

Najlepsze z weryfikowanych w ten sposób pojazdów – w wieku nawet do 7 lat i o przebiegu nie większym, niż 200 000 km – są dodatkowo obejmowane 12-miesięczną gwarancją. Co więcej, ochrona dotyczy także pojazdów marek innych niż Toyota, które pozytywnie przeszły weryfikację. W okresie gwarancji używany pojazd – podobnie jak nowe auto – podlega okresowym przeglądom technicznym.

Zakup samochodu w programie Pewne Auto może być finansowany w leasingu lub kredytem SmartPlan dla samochodów używanych w ramach pierwszej na rynku oferty połączenia niskich rat oraz cyklicznej wymiany samochodu na kolejny używany lub nowy. SmartPlan dla samochodów używanych to rata niższa nawet o 40%, niska wpłata własna (już od 10%) i oprocentowanie na 36 lub 48 miesięcy 6,99%. W ramach SmartPlanu można finansować samochody w wieku do 5 lat i wymieniać je co 3-4 lata.

Pewne Auto z najwyższym poziomem satysfakcji

Program sprzedaży samochodów używanych Pewne Auto, kolejny raz został najlepiej oceniony przez dealerów, biorących udział w Niezależnym Badaniu Satysfakcji 2016, przygotowanym przez DCG Dealer Consulting, pod patronatem Związku Dealerów Samochodów i Polskiej Izby Motoryzacji. W IX edycji badania zajął 1. miejsce, zdobywając 4 punkty (miejsce 2. – 3,28 pkt., miejsce 3. – 3,23 pkt.), co oznacza zdecydowaną przewagę nad innymi markami i potwierdza, że Toyota Pewne Auto to obecnie najlepszy tego rodzaju program w Polsce. Wielokrotnie był również pozytywnie oceniany w motoryzacyjnej prasie branżowej za przyjazną w obsłudze i czytelną stronę z dużą liczbą ofert.

Czy wystarczy lekarzy w starzejącym się społeczeństwie?

Liczba Polaków w wieku 65+ w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat podwoi się, co przełoży się na wzrost zapotrzebowania na usługi medyczne. Patrząc na dzisiejszy stan państwowej służby zdrowia można wysnuć wniosek, że nie podoła ona przyszłym wyzwaniom. Coraz częściej więc będziemy decydować się na korzystanie z prywatnych placówek.

Do roku 2050 liczba obywateli w wieku 65+ przekroczy liczbę 15 mln, obecnie jest ich 7 mln. Mając również na uwadze zmniejszający się przyrost naturalny otrzymamy sytuację, w której seniorzy stanowić będą ponad 30% społeczeństwa. W związku z powyższym można wysnuć wniosek, że częściej niż dotychczas Polacy będą potrzebowali pomocy medycznej. Analizując najnowsze dane OECD zawarte w raporcie „Zdrowie w skrócie – 2015” możemy zauważyć, że w kwestii liczby lekarzy na tysiąc mieszkańców już dziś odstajemy od średniej. Norma określona przez OECD w badaniu wynosi 3,3 lekarza, na wskazaną liczbę mieszkańców, natomiast w przypadku Polski odsetek ten wynosi 2,2. Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe czynniki otrzymujemy niezbyt optymistyczny obraz przyszłości.

Czas na zmianę podejścia

Na rynku istnieje szereg produktów przygotowanych zarówno przez firmy oferujące pakiety medyczne, jak również towarzystwa ubezpieczeniowe, w postaci polis zdrowotnych. Ich konstrukcja zapewnia sprawny dostęp do prywatnych placówek oraz szerokiej gamy specjalistów i badań diagnostycznych. Wysoka jakość ma również odzwierciedlenie w zadowoleniu klientów i rosnącej liczbie osób objętych tego typu ubezpieczeniami. Jednak są to przede wszystkim osoby, którym polisę zapewnia pracodawca.

Podstawową kwestią, która ma wpływ na popularność ubezpieczeń zdrowotnych jest podejście ich beneficjentów. Polis tych nie traktujemy tak samo jak innych ubezpieczeń. W świadomości większości osób nie funkcjonują one jako zabezpieczenie, ale doraźna pomoc, czyli kupujemy je w momencie zdiagnozowania choroby. Podejście to możemy, oczywiście metaforycznie, porównać do zakupu polisy AC dopiero po uszkodzeniu samochodu lub ubezpieczenia domu, który właśnie nam spłonął  – zauważa Adam Wojtyca Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń w SALTUS Ubezpieczenia.

Niezależnie od naszej sytuacji zdrowotnej ubezpieczenie zapewni nam potrzebną pomoc. Będziemy jednak prawdopodobnie zmuszeni do wybrania wyższego, droższego wariantu.

 

Kto decyduje się na ubezpieczenie zdrowotne?

Dane gromadzone przez PIU pokazują stabilny wzrost liczby osób objętych ubezpieczeniami zdrowotnymi. Najczęściej jednak są to osoby korzystające z polis grupowych. Odsetek osób, które zdecydowały się na zakup polisy indywidualnej wynosi jedynie 18%. Tendencja ta powinna się jednak powoli zmieniać. Po pierwsze w wyniku zauważalnego wzrostu zamożności społeczeństwa. Z kolei drugim istotnym czynnikiem może być siła przyzwyczajenia.

Osoby, które wcześniej korzystały z ubezpieczeń grupowych doceniają wynikający z nich komfort. Przyzwyczajenie, na przykład do szybkiego dostępu do internisty, może się przełożyć na zakup ubezpieczenia w przyszłości na własną rękę, bez wsparcia pracodawcy – dodaje Adam Wojtyca z SALTUS Ubezpieczenia.

Dobrowolne odejście z pracy z podatkiem dochodowym

PDO – Programy Dobrowolnych Odejść są inicjatywą pracodawców, której celem jest sprawniejsza restrukturyzacja zatrudnienia w przedsiębiorstwach. Rozwiązanie umowy o pracę w ramach PDO skutkuje otrzymaniem dodatkowych świadczeń, których wysokość przewyższa te otrzymywane na podstawie ustawy o zwolnieniach grupowych.

Aby skorzystać z programu POD, pracownik musi złożyć odpowiedni wniosek do pracodawcy. Pracownicy przystępujący do programu POD liczą na zwolnienie z podatku dochodowego o którym mowa w art. 21 ust. 1 pkt 3 ustawy o PIT. Przepis ten mówi o odszkodowaniach i zadośćuczynieniach, których wysokość i zasady ustalania wynikają wprost z postanowień układów zbiorowych, innych opartych na ustawie porozumień zbiorowych, regulaminów lub statutów, o których mowa w art. 9 par. 1 kodeksu pracy. Aby być zwolnionym z podatku (tak, by wypłacone świadczenie nie było opodatkowane tak jak pensja ze stosunku pracy) pracownik musi udowodnić, że otrzymał finansowe zadośćuczynienie, które w jakiś sposób wynagradza mu krzywdy związane z utratą pracy, nie zaś po prostu dodatkowe wynagrodzenie z tytułu świadczenia pracy.

Jednak jak wskazuje Ministerstwo Finansów w interpretacji ogólnej, pieniądze wypłacane w ramach POD nie są kwalifikowane jako zadośćuczynienie czy odszkodowanie. Potwierdzają to także inne wyroki m.in. Sądu Administracyjnego w Szczecinie (sygn. akt I SA/Sz 1226/15) oraz Trybunału Konstytucyjnego (sygn. akt SK 18/05). Zgodnie z nimi, pieniądze wypłacane pracownikom w ramach Programu Dobrowolnego Odejścia powinny zostać opodatkowane. Tym samym atrakcyjność tego rozwiązania z punktu widzenia pracowników będzie mniejsza, gdyż trafi do nich mniejsza kwota pieniędzy, a biorąc pod uwagę, że kwoty mogą być znaczne i kumulować się (zakładając brak zwolnienia z opodatkowaniu) z innymi dochodami ze stosunku pracy, w takim wypadku często może wchodzić w rachubę opodatkowanie wyższą, progresywną stawką PIT.

Interpretacja ogólna w praktyce potwierdza stanowisko reprezentowane przez Ministerstwo, gdyż podatnik nie musi się do niej zastosować, lecz wtedy musi się liczyć z ryzykiem sporu, który rozstrzygnąć może dopiero sąd.

Z punktu widzenia pracodawców, uznanie, że zwolnienie nie ma zastosowania będzie wiązało się z koniecznością wypłacenia większego świadczenia, bądź w braku takiej możliwości, z mniejszym wykorzystaniem instytucji Programu Dobrowolnych Odejść. To osłabi instrument mający usprawnić planowane przez pracodawców restrukturyzacje. Gdyby jednak pracodawca opowiedział się za przeciwnym stanowiskiem (o braku zwolnienia), będzie brał na siebie ryzyko występujące po stronie płatnika. Tym samym należy dobrze przemyśleć działania w tym zakresie, w szczególności uwzględniając komunikację z pracownikami, tak aby z narzędzia mającego pomóc zarządzać kwestiami zatrudnienia nie powstało nowe zarzewie sporu i wzajemnych roszczeń.

*Interpretacja ogólna wydana przez Ministra Finansów z dnia
23.06.2016 r., sygn. DD3.8201.1.2016.MCA

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego z dnia 27.11.2007 r., sygn. SK 18/05

Wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Szczecinie z dnia 17.12.2015 r., sygn. I SA/Sz 1226/15

Autor: Marta Wiącek, Anita Olbrych, Impel Business Solutions

Auto w firmie – podstawowe wersje modeli oferują coraz więcej

Przyjęło się, że samochodem firmowym może być każdy model pod warunkiem, że jest tani i biały. Takie elementy wyposażenia jak klimatyzacja lub elektryczne otwierane szyby były nierzadko poza zasięgiem kierowcy flotowego. Dzisiaj producenci wyszli naprzeciw oczekiwaniom i nawet w wersjach podstawowych oferują bardziej niż przyzwoite wyposażenie.

W 2000 roku zarejestrowano w Polsce niewiele ponad 360 tys. nowych pojazdów, z czego zaledwie 5 proc. stanowiły samochody firmowe. Ostatnie dane pokazują, że pierwsze sześć miesięcy 2016 roku można uznać za niezwykle udane dla branży motoryzacyjnej. Zarejestrowano bowiem ponad 210 tys. nowych samochodów osobowych, a Związek Przemysłu Motoryzacyjnego szacuje, że sprzedaż na koniec grudnia może wynieść nawet ponad 400 tys. sztuk.

Dane pokazują, że 70 proc. wszystkich sprzedanych w tym roku samochodów zostało zarejestrowanych na firmy. Co więcej, trendy wzrostowe pozytywnie wpłynęły na branżę leasingową. Odnotowała ona wzrost o ponad 30 proc.

Rozwój rynku nie zmienił równocześnie układu sił. Klient korporacyjny najchętniej wybiera Toyotę, Opla, VW, Forda i Skodę. Zmieniło się jednak podejście i oczekiwanie odnośnie wyposażenia danego modelu. Samochody kupowane do firm są często minimalnie lepiej wyposażone od tych, które kupuje klient indywidualny.

Klimatyzacja, elektryczne szyby przednie, czy centralny zamek stały się już niejako standardem, a klienci zaczynają oczekiwać, że w podstawowej wersji znajdzie się również system Bluetooth czy kierownica wielofunkcyjna. Sprawdzamy więc, co oferują najpopularniejsze samochody w podstawowej, najtańszej wersji wyposażenia oraz ile – jeżeli jest taka opcja – kosztuje zwiększenie ilości systemów bezpieczeństwa.

toyota corolla

Toyota Corolla

Najnowsza odsłona japońskiego sedana pojawiła się na rynku całkiem niedawno. Samochód można było zamawiać już w czerwcu, a pierwsze egzemplarze trafiły do salonów w lipcu bieżącego roku. Cena samochodu zaczyna się od 67 400 zł.

Stylistyka nowej Corolli nawiązuje do nowoczesnego Aurisa. Również wnętrze auta zostało gruntownie zmodernizowane. Wykorzystano znacznie szerszą gamę zaawansowanych technologii oraz zauważalnie wyższą jakość wykończenia. Europejscy klienci nie zawiodą się – wygląd i ergonomia kabiny zostały zaprojektowane zgodnie z ich upodobaniami i również tworzą całość znaną z modelu Auris.

Podstawowa odmiana Toyoty Corolli została wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 1,33 litra wyposażony w inteligentny układ sterowania zaworami Dual VVT-i. Jednostka oferuje moc na poziomie 99 KM, a średnie zużycie paliwa wynosi 5,6 litra na 100 km.

Już podstawowa wersja wyposażenia Active oferuje w standardzie system wspomagający ruszanie na wzniesieniu oraz system kontroli trakcji i dynamicznej kontroli stabilności pojazdu. Co więcej – w japońskim sedanie pojawiły się nie wymagające dopłaty światła dzienne typu LED oraz reflektory halogenowe, a całość uzupełniły elektrycznie regulowane, podgrzewane lusterka z wbudowanymi kierunkowskazami i tylne światło stopu LED.

Kierowca doceni zapewne podłokietnik, który nie jest wcale oczywistym elementem wyposażenia w tym segmencie oraz radio RDS CD MP3 z systemem Bluetooth również znajdujące się na liście podstawowego wyposażenia. Podobnie jak elektryczne regulowane szyby przednie i zdalne otwieranie klapy bagażnika z pilota zamka centralnego.

Na pokładzie znalazły się również przednie i boczne poduszki powietrzne kierowcy i pasażera, kurtyny powietrzne i poduszka kolanowa kierowcy.

Już druga wersja wyposażenia zawiera system Toyota Safety Sense. W jego skład wchodzą układ wczesnego reagowania w razie ryzyka zderzenia (PCS) z funkcją jazdy po mieście, układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu (LDA), a także układ rozpoznawania znaków drogowych (RSA) i automatyczne światła drogowe (AHB). Cena tej odmiany wyposażeniowej to 70 900 zł, czyli o 3 500 zł więcej w porównaniu z wersją najtańszą.

ford focus

Ford Focus 4D

Niemiecki sedan został zaprezentowany sześć lat temu, a w 2014 przeszedł face lifting, który zmienił przede wszystkim pas przedni oraz deskę rozdzielczą. Sam tył auta zmienił się nieznacznie. Dzięki tym zabiegom samochód wpisał się w linią stylistyczną innych modeli tego producenta.

Najtańsza wersja Focusa została wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 1,6 litra i mocy 85 KM. Średnie zużycie paliwa to 5,9 litra na 100 km. Cena samochodu zaczyna się od 64 290 zł.

Standardowe wyposażenie również obejmuje systemy kontroli trakcji i wspomaganie podczas ruszania na wzniesieniu, natomiast nabywca musi dopłacić za światła dzienne typu LED (600 zł). Również elektrycznie sterowane i podgrzewane lusterka z wbudowanymi kierunkowskazami zwiększają cenę bazowej odmiany o 1350 zł.

Na pokładzie podstawowej wersji nie zabrakło radia, ale obecność systemu Bluetooth wymaga zamówienia droższego systemu audio, który został wyceniony na 1500 zł. Co ciekawe producent nie oferuje możliwości wyposażenia samochodu w podłokietnik, na liście wyposażenia nie znalazła się również poduszka kolanowa kierowcy.

Zwiększenie ilości systemów bezpieczeństwa wymaga obecność pakietu Driver Assistance i wymaga dopłaty na poziomie 5600 zł. W jego skład wejdą system zapobiegający kolizjom przy małych prędkościach, monitorowanie martwego pola, wspomaganie utrzymania pojazdu na pasie ruchu oraz system automatycznego sterowania światłami drogowymi i system rozpoznawania znaków drogowych

opel astra

Opel Astra Sedan

Model Astra występuje również w odmianie sedan, a jego najtańsza wersja została wyceniona na 59 900 zł. Pod maską znalazł się silnik benzynowy 1,6 Twinsport o mocy 115 KM. Średnie spalanie według danych producenta to 6,2 litra na 100 km.

Na liście wyposażenia bazowego również i w tym modelu znalazł się system bezpieczeństwa stabilizujące tor jazdy, zabrakło jednak systemu wspomagającego ruszanie na wzniesieniach. Obecność tego ostatniego wymaga dopłaty na poziomie 750 zł.

Dopłaty wymagają również światła do jazdy dziennej LED (800 zł). W opcji nie znalazły się natomiast LED-owe światła stopu i poduszka kolanowa kierowcy.

W podstawowej odmianie Astry montowane jest radio CD/MP3 ze złączem AUX-in. Nie zostało ono wyposażone w system Bluetooth. Lepiej wyposażone radio (Bluetooth, USB) to wydatek na poziomie 1900 zł. Samo gniazdo USB wymaga dopłaty 500 zł, tyle samo zapłacimy za podłokietnik przedni.

skoda octavia

Skoda Octavia

Należący do grupy VAG sedan spod znaku Skody pojawił się na rynku w 2012 roku. Podstawowa wersja Octavii napędzana jest przez 85- konny silnik o pojemności 1,2 litra. Przyspieszenie od 0-100 km wynosi 12 sekund, a średnie spalanie zostało określone przez producenta na poziomie 4,9 litra na 100 km.

Kwota jaką przyjdzie zapłacić za czeskiego liftbacka to 63 960 zł. Na liście wyposażenia bazowego nie znalazł się system wspomagania ruszaniu pod górę – cennik przewiduje za ten system kwotę na poziomie 350 zł. W standardzie znalazł się natomiast komplet poduszek powietrznych, a na pokładzie zamontowano radio w wejściem USB, AUX-in i systemem Bluetooth.

W modelu Octavia systemy zwiększające poziom bezpieczeństwa oferowane są w odmianie Ambition, której ceny zaczynają się od 69 120 zł. Do tej kwoty należy dodać 1700 zł za instalację asystenta pasa ruchu, 750 zł za funkcję automatycznej zmiany świateł i 1200 za funkcję awaryjnego hamowania

volkswagen jetta

Volkswagen Jetta

Podstawową jednostką napędową modelu Jetta jest benzynowy silnik 1,2 TSI o mocy 105 KM. Spalanie na 100 km wynosi w tym przypadku 6,1 litra. Samochód pojawił się na rynku w 2010 roku, a w 2014 roku zaprezentowano wersję po face liftingu. Wersja bazowa jest wyceniona na 71 390 zł.

Jetta została wyposażona w systemy kontroli trakcji i wspomaganie podczas ruszania na wzniesieniu. Na liście znalazł się również system radiowy z systemem bluetooth i elektrycznie sterowane oraz podgrzewane lusterka.

System audio obejmuje wielofunkcyjny ekran dotykowy wyposażony w czytnik kart SD, AUX-in. By mieć możliwość parowania z telefonem należy dokupić za 1590 zł pakiet „Business”, który obejmuje system radiowy „Composition Media” z instalacją telefoniczną Bluetooth, czujniki parkowania, autoalarm i komputer pokładowy.

Kupiec S.A. po II kwartale 2016 r.

Kupiec S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, działająca w branży transportu i spedycji, zakończyła 2 kw. 2016 r. zyskiem netto na poziomie 514 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 8.762 tys. zł. Emitent konsekwentnie rozwija segment TSL oraz poszukuje nowych projektów inwestycyjnych.

W 2 kw. 2015 r. Spółka miała 367 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 7.608 tys. zł. Po dwóch kwartałach 2016 r. zysk netto Kupiec S.A. przekroczył 535 tys. zł, a wartość przychodów ze sprzedaży wynosiła blisko 15.703 tys. zł, podczas gdy w analogicznym okresie ub. roku było to odpowiednio 408 tys. zł oraz 14.341 tys. zł. Emitent cały czas zwiększa obroty generowane w segmencie TSL, co dzięki wykorzystaniu efektów skali pozwala na wzrost wypracowanych zysków z tej działalności. Po zrealizowaniu założonego celu, jakim było osiągnięcie przez Kupiec S.A. miesięcznych obrotów w wysokości 2,8 mln zł, Zarząd Spółki dąży obecnie do ich zwiększenia do poziomu 3,2 mln zł.

 

„Dążenie do wzrostu wartości obrotów przy utrzymaniu zadowalającej marży jest najważniejszym czynnikiem zwiększającym zyski Spółki. Dzięki dużej ilości zleceń i rosnącemu potencjałowi zestawów TIR możemy wykorzystać efekty skali poprzez większe zagospodarowanie podstawionych samochodów oraz ich efektywne rozplanowanie. Oczekiwania wzrostu skali działalności wypływają też od naszych zleceniodawców, którzy nastawiają się na realizację coraz większych zleceń.” – stwierdza Leszek Wróblewski, Prezes Zarządu Spółki Kupiec S.A.

Emitent pozostaje nadal bardzo aktywny w segmencie inwestycyjnym i poszukuje nowych, interesujących projektów biznesowych. W 2 kw. 2016 r. poprzez połączenie spółki BVT S.A. ze spółką WindykacjaPL Sp. z o.o. Kupiec S.A. objął 237.708 akcji BVT S.A. w zamian za posiadane udziały WindykacjaPL Sp. z o.o. BVT S.A. jest spółką dywidendową, co pozytywnie wpływa na wyniki finansowe Emitenta. Kupiec S.A. podpisał także przedwstępną umowę sprzedaży na zakup czterokondygnacyjnego biurowca w Tarnowie o powierzchni blisko 3 tys. metrów kwadratowych, a łączna wartość tej transakcji została ustalona na kwotę ponad 5 mln zł. W 2 kw. 2016 r. Spółka objęła również akcje Outdoorzy S.A., która planuje zadebiutować na rynku NewConnect.

„Nasze działania inwestycyjne skupiają się na ustabilizowaniu corocznych wpływów do kasy Spółki. Wypłata dywidendy z BVT S.A. jest tego pierwszym przykładem, a planowane wpływy z wynajmu powierzchni biurowych będą kolejnym. Dywersyfikację przychodów Kupca uzupełnia nasza następna inwestycja w spółkę Outdoorzy S.A.” – zakończył Prezes Wróblewski.

Kupiec S.A. wypłaci dywidendę w wysokości 0,06 zł na akcję z zysku wypracowanego w 2015 r. Dzień ustalenia prawa do dywidendy został ustalony na 10.10.2016 r., a jej wypłata nastąpi w dniu 21.10.2016 r. W poprzednim roku Emitent wypłacił dywidendę w wysokości 0,01 zł na akcję.

Kupiec S.A. zakończył 2015 r. rekordowym zyskiem netto w kwocie 5,37 mln zł przy przychodach netto ze sprzedaży sięgających blisko 29,1 mln zł. Spółka jest także głównym akcjonariuszem podmiotu notowanego na rynku NewConnect – BVT S.A. – i posiada akcje stanowiące 42,90% udziału w jego kapitale zakładowym oraz 44,37% udziału w ogólnej liczbie głosów na WZA.

Gdy real time marketing dotyczy Twojego dziecka

Czasem wystarczy tylko przejrzeć swój newsfeed na Facebooku, a okaże się, że znajdziemy na nim posty z akcjami, które moglibyśmy śmiało zaliczyć do działań z obszaru real time marketing. Ten typ aktywności cieszy się dziś szczególną popularnością,  a marki coraz częściej wchodzą w dialog już nie tylko z nami, ale i… naszymi dziećmi. Te, które zrobią to umiejętnie, mogą zyskać w oczach najmłodszych i ich rodziców. Oto 3 przykłady, w których szybka reakcja zaowocowała ciekawym i efektywnym działaniem wizerunkowym.

Szukamy Niuni

Dwa lata temu w gdańskim Wrzeszczu dwóm małym dziewczynkom zaginęła ukochana świnka morska.  Od razu zorganizowały akcję poszukiwawczą. O sprawie, dzięki Internetowi, było słychać w całej Polsce. Sytuacja okazała się idealnym fundamentem pod rozpoczęcie działań marketingowych. Najważniejszy był pomysł oraz szybka reakcja, a tego właśnie nie zabrakło marce Tymbark. Producent popularnych napojów owocowych natychmiast włączył się w akcję, obiecując 100 napojów dla znalazcy oraz domek dla zaginionej świnki. Niestety – zwierzątko nie zostało odnalezione, jednak dziewczynki otrzymały nową świnkę. O działaniu marki Tymbark mówiło się jednak na długo od zakończenia akcji poszukiwawczej.

Tymbark - Szukamy Niuni

Tomek testuje PKO Junior 

Po inny przykład sięgamy natomiast do portalu Wykop.pl, na którym jeden z jego użytkowników opublikował zdjęcie, na którym widniała imitacja laptopa wykonana z pudełka po butach. Jak się okazało autorem tego tekturowego „laptopa”, na którym widniał napis PKO, był syn Wykopowicza (Link do wpisu na Wykop.pl). Bank zainteresowany właścicielem komputera odkrył, że jest nim  siedmioletni Tomek. Chłopiec jest klientem Banku i korzysta z oferty PKO Junior. Reakcja marki, która w tym przypadku wykorzystała narzędzie monitoringu internetu, była – jak przystało na real time marketing – natychmiastowa. PKO podarował Tomkowi iPhone’a i poprosił go o przetestowanie nowości w ofercie – aplikacji mobilnej PKO Junior. O przebieg testowania zapytano tatę chłopca, a cały wywiad opublikowane na stronie Banku: https://bankomania.pkobp.pl/bankodzieci/nauka-i-zabawa/tomek-testuje-aplikacje-pko-junior/.Tomek testuje PKO Junior

Baluję za hajs 500+

Program 500+ budził wiele emocji zarówno przed jak i po wejściu w życie. Sytuację tą świetnie wykorzystało Toitamto – sklep dla rodziców i dzieci. W ramach działań, które śmiało możemy wpisać w nurt real time marketingowy, firma stworzyła linię ubrań wprost nawiązującą do budzącego ogromne emocje programu rządowego, która oferuje body i koszulki dziecięce z takim oto nadrukiem. Idealny przykład wykorzystania o czym głośno dla promocji marki.Baluję za hajs 500+

Wrażliwy odbiorca

Dzieci są wspaniałymi konsumentami. Marzy o nich każdy marketer. Trzeba jednak mieć w pamięci to, że dziecko jest też szczególnie wrażliwym człowiekiem. Real-time marketing jak najbardziej jest dla marek, które chcą się komunikować z dziećmi, ale każda z nich powinna dwa razy pomyśleć zanim zorganizuje akcję. Na szczęście jest coraz więcej przykładów sensownych działań, którymi można się inspirować. Oby było takich więcej.

———————–

Marcin Żukowski: Cyfrowy tubylec. Ekspert social mediów. Team leader w agencji interaktywnej Mint Media, gdzie opiekuje się kluczowymi klientami. Autor książki ,,Twoja firma w Social Media”. Wykładowca Uczelni Łazarskiego. Aktywny działacz IAB Polska, autor artykułów branżowych, wystąpień na konferencjach oraz szkoleń. Twórca Fundacji Cyfrowi Tubylcy. Przez pięć lat prowadził Stowarzyszenie MłodaRP aktywizujące młodych ludzi na polu polityki, gospodarki i kultury. Pisze, komentuje i doradza w zakresie e-marketingu mediom (m.in.  Marketer+, Wirtualne Media, Marketing w Praktyce), firmom i instytucjom (m.in.  Stowarzyszenie Szkoła Liderów, Fundacja Batorego, Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową).

Spośród europejskich stolic najniższe ceny nieruchomości są w Warszawie, Budapeszcie i Wilnie

W Polsce za 200 tys. euro można kupić nowy, średnio 163-metrowy apartament, a w Warszawie 114-metrowy. Za tę samą kwotę w centralnym Londynie można nabyć co najwyżej 11 metrów kwadratowych i to już nie nowo wybudowanego mieszkania. Od pięciu lat ceny nieruchomości na rynku polskim podlegają jedynie nieznacznym wahaniom. Tymczasem średni koszt metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 18 tys. euro, a w Paryżu – 10,7 tys. euro. Polska nadal boryka się z niedoborami mieszkaniowymi, ale jednocześnie liczba nowo oddanych mieszkań na tysiąc mieszkańców przewyższa średnią unijną – to najważniejsze wnioski z tegorocznej, piątej edycji raportu „Property Index. Overview of European Residential Markets”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Raport podsumowuje rynek nieruchomości największych miast w siedemnastu krajach Unii Europejskiej, Rosji oraz w Izraelu.

W tym roku po raz pierwszy w raporcie Deloitte przeanalizowano, jakiej wielkości nowe mieszkanie można kupić w europejskich państwach i metropoliach za 200 tys. euro. Średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 114 metrów kwadratowych, a dla największych miast europejskich – 90 metrów kwadratowych. Polska znajduje się powyżej tej średniej z 163 metrami kwadratowymi i 114 metrami dla Warszawy. „Najtaniej jest w Rosji, gdzie za tę sumę można kupić mieszkanie o powierzchni nawet 276 metrów kwadratowych, a z kolei taka kwota wystarczy jedynie średnio na 39 metrów w Wielkiej Brytanii. Jak więc widać różnice są naprawdę ogromne. Podobnie jest z miastami. W węgierskim Debreczynie 200 tys. euro oczekuje się za apartament wielkości 201 metrów kwadratowych, a w centrum Londynu za jedynie 11 metrów kwadratowych” – mówi Marta Kamionowska, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego, Zespół Doradztwa dla Rynku Nieruchomości, Deloitte.

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (18,1 tys. euro za m2) i centralnymi dzielnicami Paryża (10,7 tys. euro), znalazł się Tel Awiw z ceną 7 tys. euro za metr kwadratowy. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w Debreczynie (997 euro za m2) i rosyjskim Jekaterynburgu (1004 euro za m2). Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Budapeszcie (ok. 1,3 tys. euro za m2), w Warszawie (nieco ponad 1,7 tys. euro za m2) oraz Wilnie (około 1,6 tys. euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do ponad 2 tys. euro za metr kwadratowy. Raport pokazuje również relacje cen dla sześciu innych polskich miast: Krakowa (ok. 1,4 tys. euro za m2), Poznania (ok. 1,5 tys. euro za m2), Wrocławia (ok. 1,5 tys. euro za m2), Gdańska (ok. 1,3 tys. euro za m2), Katowic (ok. 1,2 tys. euro za m2) oraz Łodzi (ok. 1 tys. euro za m2).

Co ciekawe w Monachium, Mediolanie, Barcelonie oraz Tel Awiwie jest drożej niż w stolicach państw, w których leżą te miasta.

Wśród 12 analizowanych stolic państw w 2015 roku tylko trzy zanotowały spadek cen w stosunku rocznym. Najwięcej, bo aż o 30 proc. w Moskwie. Oprócz rosyjskiej stolicy ceny mieszkań spadły również w Berlinie i Rzymie. Z kolei największy wzrost cen miał miejsce w Lizbonie (o 33 proc.), w centralnym Londynie (o 29 proc.) i Dublinie (21 proc.). Warszawa w tym zestawieniu nie odnotowała większych zmian. Ceny mieszkań w Warszawie stanowią prawie 150 proc. średniej wartości dla całej Polski. Największe różnice w tym kontekście są widoczne w Moskwie, w której ceny mieszkań to prawie 370 proc. średniej ceny dla Rosji oraz w centralnym Londynie, gdzie stanowią 350 proc. w porównaniu do średniej ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii.

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku nieco ponad 1,1 tys. euro. Taniej jest tylko w Rosji, na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Izraelu, Irlandii i Wielkiej Brytanii, gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio nawet pięć razy więcej. W 2015 r. ceny polskich mieszkań w porównaniu z rokiem 2014 właściwie się nie zmieniły. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Irlandii (o 27 proc.), Izraelu (o 10,8 proc.) i Hiszpanii (o 10,6 proc.). Z kolei największe spadki cen odnotowano w Rosji (o 25 proc.), co wiąże się głównie z ogólną sytuacją gospodarczą tego kraju i dużą deprecjacją rubla.

„W 2015 roku w Polsce odnotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań, najwyższą od 2008 roku. Wynikało to z kilku przyczyn, w tym stabilnych cen nieruchomości oraz niskich stóp procentowych. Aktywność ta wynikała także z chęci uniknięcia kolejnych obostrzeń na rynku kredytów hipotecznych i kończenia się programów rządowych, umożliwiających zakup pierwszego mieszkania na preferencyjnych warunkach” – mówi Marta Kamionowska. „W ubiegłym roku łączna sprzedaż kredytów hipotecznych była o prawie 6 proc. wyższa niż w 2014 roku. Oczekujemy, że w tym roku, ze względu na rosnące koszty kredytów związane z wprowadzeniem podatku bankowego, dynamika ta może nieco wyhamować” – dodaje.

W roku 2015 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 486,5 mieszkania w przeliczeniu na tysiąc obywateli, a w analizowanych w raporcie państwach – 467 mieszkań. Największymi zasobami mieszkaniowymi mogą pochwalić się Portugalia, Hiszpania, Francja i Austria. Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań na 1000 mieszkańców jest w Izraelu (niespełna 300 mieszkań). Na drugim miejscu znalazła się Polska, w której wskaźnik ten wynosi 363 mieszkań na 1000 mieszkańców. Nasz kraj znajduje się blisko 25 proc. poniżej średniej europejskiej.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosi podobnie jak w 2014 roku 2,8 (średnia dla krajów UE). Średnia dla analizowanych w raporcie państw jest nieco wyższa i wynosi 3,2. Miejscem, gdzie wystąpiła największa intensyfikacja prac budowlanych w 2015 roku była Rosja (7,6 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 mieszkańców). Wśród krajów unijnych, liderem w tej kategorii jest Austria (6,2 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli) oraz Francja (5,5 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na 1000 obywateli). Powyżej przeciętnej europejskiej znalazła się także Polska (3,8), Słowenia, Niemcy, Estonia, Litwa, Holandia, Belgia i Izrael. Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (0,7 mieszkań na 1000 mieszkańców) oraz na Węgrzech i we Włoszech (0,8 mieszkań na 1000 mieszkańców).

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie przypadających na 1000 mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,6. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 4,4 (rok wcześniej 3,9). Również w tej kategorii przoduje Rosja (8,4 budowanych mieszkań na 1000 mieszkańców).

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Niemcy, których już po 39 miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Wielkiej Brytanii muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż przez blisko jedenaście lat. Polska z wynikiem prawie ośmiu lat znalazła się w grupie krajów (wraz z Czechami, Węgrami, Francją, Słowenią, Irlandią i Włochami), w której mieszkańców stać na własne lokum po 6-8 latach nieprzerwanej pracy. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Kolejny rok z rzędu zbadano zdolności negocjacyjne nabywców w wybranych krajach i okazuje się, że w Polsce możemy liczyć na zaledwie 5 proc. upustu od ceny nowych mieszkań.

Różnice w cenach nowych i starych mieszkań w badanych państwach sięgają nawet 45 proc. na korzyść tych pierwszych (np. na Węgrzech). Dla Polski różnica ta wynosi ok. 17 proc. Ciekawe jest natomiast zjawisko odwrotne, zanotowane w Izraelu oraz Rosji, gdzie ceny mieszkań starych przekraczają ceny mieszkań nowych.

„Podsumowując wyniki badania wyłania się nam ponownie i w tym roku, obraz w miarę stabilnego i konsekwentnego rozwoju sektora mieszkaniowego w Polsce. Ciągle może martwić jego dynamika, jednak biorąc pod uwagę ostatnie zmiany polityczne, zapowiadające wpływ na politykę mieszkaniową oraz sektor bankowy, cieszyć powinien fakt, że trend zmian nie przyjął pozycji wyczekującej i nie wyhamował określonego kierunku stabilnego rozwoju” – mówi Marta Kamionowska. „Cieszą, więc zarówno statystyki zauważalnego wzrostu ilości mieszkań oddawanych i budowanych na 1000 mieszkańców, gdzie w obu przypadkach przewyższają one średnią dla innych badanach krajów; stabilny rozkład cen między głównymi miastami Polski to dobra statystyka równomiernego rozwoju regionów naszego kraju; niski wskaźnik negocjacji cen to oznaka małego przewartościowania cen ofertowych, co ogranicza ewentualne budowanie sztucznej wartości mieszkań” – dodaje. 

O raporcie:

Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets 2015” został przygotowany przez Deloitte Czechy i został opublikowany w lipcu br. Raport analizuje rynek w 2015 r. Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w siedemnastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Estonia, Francja, Holandia, Irlandia, Litwa, Łotwa, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Słowenia, Wielka Brytania) oraz Rosji i Izraelu.

Dolar traci grunt, złoto odnotowuje wzrost

Dolar traci grunt po tym, jak słabe dane makroekonomiczne ze Stanów powstrzymują Rezerwę Federalną od podnoszenia stóp procentowych. Prawdopodobieństwo wzrostu stóp procentowych w 2016 roku w USA wynosi poniżej 50 proc., a dolar traci na wartości w stosunku niemalże do wszystkich najważniejszych walut na świecie. W poniedziałek podano w USA, że wskaźnik produkcyjny dla Nowego Jorku spadł w sierpniu do -4,21 punktów z +0,55 punktów w lipcu. Konsensus rynkowy przewidywał, że wskaźnik wyniesie +2,50 punktów. Wartość tego indeksu powyżej zera wskazuje na rozwój w tym sektorze. Po południu na rynku pojawią się dane z rynku budowlanego za lipiec – wskaźnik inflacji konsumenckiej oraz dynamika produkcji przemysłowej.

Jen japoński w stosunku do dolara jest handlowany dzisiaj w okolicach mocnego wsparcia – z punktu widzenia technicznego oraz psychologicznego – 100 jenów za dolara. Para walutowa zaliczyła dzisiaj spadek o 0,94 proc. ze względu na słabe nastroje, które opanowały rynki w Azji. Indeks japoński Nikkei stracił na dzisiejszej sesji aż 1,62 proc.

Złoto odnotowuje wzrost o 0,56 proc. do poziomu 1355 dolarów za uncję, napędzane przez oczekiwania, że stopy w USA nie zostaną podniesione w najbliższym czasie oraz przez słabe nastroje na rynku azjatyckim. Srebro, które ostatnio przejawia szybszą dynamikę niż złoto, zyskuje dzisiaj 0,86 proc. i jest handlowane już powyżej 20 dolarów za uncję.

Ropa WTI rośnie o 0,09 proc. do 45,78 dolarów za baryłkę, jako że rynek odnawia nadzieje na porozumienie pomiędzy eksporterami, aby zamrozić poziomy produkcji. Warto wspomnieć, że kilku członków OPEC, m.in. Wenezuela, Ekwador i Kuwejt chcą powrócić do ustalenia pułapu produkcji ropy już na jesieni, a Arabia Saudyjska wypowiedziała się, że jest przygotowana do omówienia stabilizacji rynku. W ciągu ostatnich czterech sesji giełdowych ropa WTI wzrosła o ponad 10 proc.

Maciej Boruc
Manager
KOI Capital

PO SUKCES PRZYJDŹ DO KOBIET W BIZNESIE

kobieta w biznesie„Kobieta w biznesie” to projekt, który pokochały przedsiębiorcze krakowianki, a powstał z myślą o integracji środowiska ambitnych kobiet. Z początku grono około 30 kobiet powiększyło się do około setki przedsiębiorczych i ambitnych businesswoman. Wychodząc na przeciw potrzebom uczestniczek zmieniono również miejsce wydarzenia. Najbliższe spotkania odbywać się będą w środowisku najnowszych technologii i innowacyjnych startupów – które odnoszą sukcesy na całym świecie – KRAKOWSKIM PARKU TECHNOLOGICZNYM.

Cykl spotkań edukacyjno – networkingowych odbywa się w każdy pierwszy czwartek miesiąca i składa się z dwóch części. Pierwsza część poświęcona jest rozwojowi osobistemu. Zaplanowano wartościowe wykłady, które mają na celu pomóc kobietom osiągnąć sukces zawodowy.  Podczas najbliższego spotkania odbędą się 3 prelekcje. Pierwszą poprowadzi pomysłodawczyni projektu Aneta Wątor podczas której przedstawi najczęstsze błędy komunikacyjne i wizerunkowe popełnianie w biznesie, oraz sposoby ich eliminacji. Zaprezentuje również koło umiejętności gwarantujących sukces zawodowy. Agencja marketingowa Content House opowie jak osiągnąć sukces w biznesie, dzięki content marketingowi. Natomiast Klaudia Pingot, pomysłodawczyni projektu SpecBabka przedstawi podstawowe kroki i najważniejsze techniki wywierania wpływu na ludzi.

Druga część to przerwa networkingowa, podczas której uczestniczki dzielą się wiedzą i nawiązują wartościowe kontakty. Jak mówi autorka projektu Aneta Wątor: główne cele spotkań to przekazywanie inspiracji, motywacji i rekomendacji biznesowych. Uczestniczki cyklicznych spotkań dzielą się wiedzą, rozwijają umiejętności miękkie, wymieniają się kontaktami biznesowymi, a przede wszystkim doskonale się bawią.

Cytując fanów projektu: W końcu w Krakowie coś się zadzieje.

Wszystkich zainteresowanych zapraszamy do udziału. Więcej szczegółów znajdziesz na www.kobietawbiznesie.pl